System reklamy Test



Nie zapomnij odwiedzić strony naszych partnerów - ich lubimy, ich polecamy!

SŁUCHAJ
ZALOGUJ SIĘ
ZAMKNIJ
Radio Paranormalium - zjawiska paranormalne - strona glowna
Logowanie przy użyciu kont z Facebooka itd. dostępne jest z poziomu forum

Klątwy, choroby i tajemnicze łatki


Dodano: 2025-11-30 02:03:31 · Zakładka Dodaj do zakładek · Wyślij raport · Udostępnij:  Facebook  Wykop  Twitter  WhatsApp
Opublikowano w dziale Mówią Świadkowie

W artykule przedstawiona jest osobista historia Słuchacza Radia Paranormalium, związana z tajemniczymi łatkami umieszczonymi w futrynie drzwi, które miały chronić domowników przed chorobami i koszmarami. Autor wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Pile, gdzie w domu babci i dziadka odkrył niezwykłe tradycje ludowe. W miarę upływu lat i zawirowań losu, historia ta zyskuje nowy wymiar, łącząc wątki rodzinnych tragedii z folklorem. To opowieść o pamięci, ochronie, a także o tym, jak dawne rytuały mogą wpływać na współczesne życie.

Pod łatkami umieszczonymi w futrynie drzwi miały być uwięzione wszystkie choroby i koszmary trapiące domowników. Graf. AI/DALL-E/Adobe Firefly

Witam serdecznie wszystkich sympatyków i organizatorów Radia Paranormalium.

Już jakiś czas temu pisałem do Was, opisując dziwne światła zaobserwowane nad kopalnianymi hałdami. Dziś jednak chciałbym podzielić się historią, która obejmuje dość długi okres mojego życia, a pewne fakty można powiązać dopiero z perspektywy czasu. Ta opowieść bardziej pasuje do folkloru związanego ze znachorami i szeptunkami.

Poza tym uznałem, że lepiej będzie, jeśli napiszę, zamiast dzwonić. W ten sposób łatwiej mi pozbierać myśli, a że historia ta dotyka wspomnień i miejsc o szczególnym znaczeniu, mógłbym się wzruszyć, co utrudniłoby rozmowę przerwami na szlochanie.

A więc wszystko zaczęło się, gdy byłem jeszcze mały. Odkąd pamiętam, każde wakacje i ferie spędzaliśmy z bratem i siostrą u mojej babci i dziadka w Pile, w dawnym województwie pilskim. Przez pewien czas mieszkaliśmy tam nawet na stałe. To był rodzinny dom mojej mamy – tam się wychowała. Wakacyjny czas upływał nam na zabawach na podwórku, do domu wracaliśmy tylko wtedy, gdy babcia wołała na obiad lub kolację.

To była stara dzielnica Piły. Dziś większości tych budynków już nie ma. Stare, poniemieckie kamienice, ściany grube jak bunkier, skrzypiące deski w podłodze, zakurzone strychy. Wiele budynków, w tym ten mojej babci i dziadka, nosiło ślady wojny – tynki poorane śladami po kulach. Z kolegami dłubaliśmy w tych dziurach scyzorykami, licząc, że znajdziemy jakiś pocisk. Takie to były wakacje na przełomie lat 70. i 80. XX wieku.

Pewnego ranka, gdy jadłem śniadanie, zwróciłem uwagę na pewną rzecz. Między kuchnią a przedpokojem znajdowały się stare, ogromne drzwi, a trzymała je masywna, drewniana futryna. W tej futrynie widoczne były jakby „łatki” – wyglądały podobnie do dawnych łatek naszywanych na dziurę w swetrze przy łokciu czy na kolanie. Różniły się tylko tym, że były okrągłe, wielkości pokrywki od małego słoika, i przymocowane rzędem bardzo starannie nabitych, drobnych gwoździków, jeden obok drugiego. Widać było, że ktoś chciał zachować okrągły kształt tych łatek, choć dość nieudolnie. Były bardzo stare, wielokrotnie zamalowywane, i wyglądały naprawdę dziwnie. Widziałem je od zawsze, ale tamtego dnia po prostu zwróciły moją uwagę.

Jedząc śniadanie, zapytałem babcię, co to takiego. Babcia była osobą bardzo surową i konkretną – odpowiedziała krótko, żebym się tym nie interesował. Postanowiłem zapytać mamę. Odpowiedziała, żebym broń Boże przy tym nie grzebał. No to, jak to dziecko, wzruszyłem ramionami i wróciłem do normalnych zajęć.

Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy pewnego dnia zobaczyłem zupełnie nową łatkę. Była nowiuteńka, świeża, ale wykonana w takim samym stylu jak pozostałe – ta sama prosta, rzemieślnicza robota. Byłem tym tak poruszony, że zrobiłem w domu mały alarm. I znów usłyszałem to samo: mam się tym nie interesować.

Któregoś dnia mama powiedziała, że mam położyć się wcześniej spać, bo wcześnie rano musimy wstać. Protestowałem – przecież są wakacje! – ale nikt mnie nie słuchał.

Następnego ranka mama ubrała mnie tak, jakbym szedł z babcią do kościoła. Podjechał wujek swoim moskwiczem. Pojechaliśmy – ja, mama, babcia i wujek. Droga trwała około godziny. Punktem docelowym okazał się domek gdzieś na wsi. Myślałem, że to kolejna wizyta u jakiejś nieznanej cioci.

Weszliśmy do dużego pokoju. Babcia i mama usiadły przy ścianie, a mnie kazano usiąść na krześle na środku. Po chwili weszła stara, bardzo zniszczona kobieta. Bałem się jej – miałem może 13 lat i gdyby nie obecność mamy i babci, uciekłbym. Babcia powiedziała, żebym się jej słuchał i nie bał.

Kobieta stanęła za mną i zaczęła czymś szeleścić nad moją głową. Nie wiem, czy to było siano czy papier. Potem zaczęła czesać mnie dłońmi, głaskać po głowie. Jej pomarszczone dłonie pamiętam do dziś. Dotykała moich kolan, łokci, coś mruczała pod nosem. Myśląc, że mówi do mnie, zapytałem „co?”, ale babcia natychmiast mnie uciszyła. Kobieta kazała mi wstać, stanąć prosto i zaczęła toczyć po mnie jajko – zwykłe, kurze. Najpierw po głowie, potem po całym ciele, nie odrywając go ani na moment. Najwięcej ruchów wykonywała po przekątnej od ramienia do pasa. Trwało to długo – tak długo, że aż bolały mnie nogi.

W pewnym momencie ktoś zaczął klaskać – nie wiem kto, bo nie patrzyłem – a kobieta cały czas coś mówiła. Potem posadziła mnie na kolanach i rozmawiała z mamą i babcią, bardzo cicho. Wtedy zauważyłem, że miała białe powieki. Dziś wiem, że to była zaawansowana jaskra. Wtedy było to przerażające.

Po wszystkim wracaliśmy samochodem, zatrzymując się w dziwnych miejscach. Chciałem wysiąść, bo tamtego lata było bardzo gorąco, a miejsca, w których się zatrzymywaliśmy, były piękne. Nie pozwolono mi.

Po powrocie do domu miałem się przebrać. Gdy wchodziłem do kuchni, dziadek kazał mi stanąć w progu – tym między kuchnią a przedpokojem, przy tej futrynie z łatkami. Zaznaczył ołówkiem mój wzrost, a potem zaczął w tym miejscu wykonywać otwór – ręczną wiertarką i dłutem. Patrzyłem oczarowany, bo lubiłem patrzeć na jego majsterkowanie. Gdy otwór był gotowy, babcia zaczęła upychać w nim jakieś przedmioty – włosy, kawałki ubrań – i mówiła coś pod nosem.

Dziadek przyłożył do otworu okrągłą łatkę wyciętą ze starego paska i zaczął nabijać ją gwoździk po gwoździku, bardzo precyzyjnie, szczelnie zamykając otwór. Stałem w osłupieniu – wreszcie widziałem, skąd biorą się te tajemnicze łatki.

Gdy skończyli, babcia poprosiła, żebym jej uważnie wysłuchał. Powiedziała:

„Tam są zaszyte nasze najgorsze koszmary i choroby. W tym otworze schowane są twoje włosy i kawałki twoich ubrań. Gdy wracaliśmy od jeziora, wyrzuciliśmy zakluczoną kłódkę, a klucz – z mostu do rzeki, drogą, którą prawdopodobnie nigdy więcej nie pójdziesz. Dzięki temu twoje koszmary nigdy cię nie odnajdą”.

Opowiedziała mi, że wujek – najstarszy brat mojej mamy – gdy był chłopcem ciężko chorował na padaczkę, a lekarze nie dawali mu szans na długie życie. Młodszy brat mamy miał problemy ze stawami i nauczył się chodzić dopiero w wieku 14 lat. Dziś obaj mają własne rodziny i są zdrowi, choć w dzieciństwie byli właściwie „skreśleni” przez lekarzy. Niektórym w rodzinie nic nie dolegało, ale – jak mówiła babcia – „w tych otworach śpią koszmary, które mogłyby nam zniszczyć życie”.

Pokazywała mi kolejne łatki i opowiadała, do kogo należą i jaka choroba była w nich zamknięta. Najstarsze – prawie niewidoczne – należały do babci, dziadka i jej siostry. Kolejne – do mojej mamy i dwóch jej braci. Ta świeża, nowa, która tak zwróciła moją uwagę, była łatką mojego starszego brata.

„A teraz jest tu już twoja łatka” – powiedziała. – „Wkrótce pojawi się łatka twojej siostry, ale jeszcze jest za mała”.

Na koniec dodała:

„Nie chwal się tym nikomu. To nasza tajemnica. A jak ktoś zapyta, co to jest – powiedz, że to nie jego sprawa”.

Wziąłem to sobie do serca. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem. Poprosiłem nawet dziadka, czy mogę pomalować futrynę, bo te nowe łatki były zbyt widoczne i bałem się, że ktoś z odwiedzających kuzynów mógłby przy nich grzebać.

Dorastałem, a łatki znajdowały się coraz niżej, bo przerastałem je wzrostem. Czasem miałem ochotę zapytać, do kogo należy ta czy tamta, ale milczałem.

Gdy zmarł mój dziadek, babcia nie mogła się odnaleźć. Mówiła, że w domu wszystko przypomina jej dziadka, że widzi go na każdym rogu, i musi się przeprowadzić. Tak też zrobiła.

Odwiedzając ją w Pile, zawsze zachodziłem na naszą starą dzielnicę i do dawnych kolegów z podwórka. Siadałem na ławce, patrzyłem w stare okno kuchenne – latem zawsze otwarte. Mieszkał tam już ktoś inny.

Któregoś lata, gdy miałem ponad 20 lat, znów odwiedziłem tamto miejsce. Zauważyłem nowe okna, nowe drzwi. Przeszła mi przez głowę myśl: co, jeśli ktoś zerwał tę starą futrynę? Przecież to były nasze koszmary…

Chciałem o tym porozmawiać z babcią, ale powiedziała, że ma już 91 lat, jest zmęczona, wszyscy jej znajomi nie żyją, jest sama.

„Cieszyłabym się, gdybym mogła spotkać dziadka po drugiej stronie. I to jak najszybciej” – powiedziała.

Jak napisałem na początku – trzeba czasu, żeby dostrzec spójność tej historii.

Wkrótce po tym najstarszy brat mojej mamy stracił wzrok i amputowano mu nogę. Młodszy brat dostał wylewu i stwardnienia rozsianego. Moja mama zachorowała na raka i zmarła. U mojej siostry zdiagnozowano schizofrenię. Ja zacząłem poważnie chorować na serce, co przewróciło moje dotąd aktywne życie do góry nogami. Z bratem nie mam kontaktu – nie wiem, co się z nim dzieje.

Kilka nowych łatek, które pojawiły się przez lata, nie wiem, komu przypisać. W domu się o tym nie rozmawiało. Trudno zgadywać.

Moja analiza tych wydarzeń wciąż trwa. Dzielę się tą historią w nadziei, że także Wy w swoim życiu dostrzeżecie „drugie tło”. Każdego dnia żeglujemy przez ocean drobnych wydarzeń i powiązanych ze sobą przypadków, nie wiedząc, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy. Po latach wszystko układa się jak puzzle. Obraz powstaje, choć jego znaczenia nie znam – ale zadziwiające jest to, że wszystkie elementy do siebie pasują.

Komentarz redakcji

Relacja naszego słuchacza otwiera niezwykle interesujące okno na świat dawnych, dziś już w dużej mierze zapomnianych praktyk ludowych. Choć jego opowieść jest głęboko osobista i zakorzeniona w konkretnych przeżyciach, uderza w niej to, jak harmonijnie splatają się tu wątki znane z tradycji wielu regionów Polski: szeptuchy, magiczne jajko, kłódka wrzucana do wody, a przede wszystkim – symboliczna moc progu domu.

Motyw „łat” w futrynie, kryjących włosy i fragmenty ubrań członków rodziny, to wyjątkowo cenny przykład domowej praktyki apotropaicznej – ochronnej. Takie depozyty znajdowano niekiedy w starych budynkach, zwłaszcza z początku XX wieku i wcześniej, ale rzadko towarzyszy im tak pełna, żywa narracja o tym, do czego miały służyć. Próg domu w tradycji ludowej był miejscem granicznym: między wnętrzem a światem zewnętrznym, bezpieczeństwem a chaosem, codziennością a tym, co niewytłumaczalne. To właśnie tam – w przestrzeni symbolicznego „zatrzymania” – rodzina naszego słuchacza próbowała zamknąć choroby, nieszczęścia i lęki, tworząc fizyczny, namacalny zapis swoich trosk i nadziei.

Nie mniej istotny jest tu element pamięci i interpretacji. Zderzenie dziecięcych wspomnień z dramatycznymi wydarzeniami, które nastąpiły w kolejnych dekadach, układa się we wzór, który nie sposób zignorować. To naturalny mechanizm naszego umysłu: poszukiwanie sensu w chaosie życia, próba połączenia zdarzeń w większą całość – czy to w formie mitu rodzinnego, czy intuicyjnej narracji, która pomaga poradzić sobie z poczuciem straty i bezsilności.

Ta historia przypomina, że nawet jeśli dziś patrzymy na dawne „zabiegi” z dystansem, a czasem i z uśmiechem, to dla ludzi, którzy je wykonywali, były one wyrazem troski, miłości i desperackiej potrzeby ochrony najbliższych. W świecie, w którym medycyna bywała bezradna, a los nieprzewidywalny, takie rytuały były nierzadko jedyną formą kontroli, jaką znały rodziny.

Co ważne, opowieść ta nie jest jedynie folklorystyczną ciekawostką. To również ważny zapis o tym, jak przekazywane z pokolenia na pokolenie zwyczaje potrafią kształtować nasze postrzeganie siebie, naszych bliskich i dramatu choroby. Pokazuje, że tradycja – niezależnie od tego, jak magiczna czy irracjonalna może się wydawać – wciąż potrafi żyć w nas, oddziaływać na emocje i sposób interpretowania zdarzeń.

Relacja ta, tak jak wiele innych prezentowanych w “Mówią Świadkowie”, jest dowodem na to, że współczesność nie odcięła nas całkowicie od dawnych, intuicyjnych sposobów radzenia sobie z nieznanym. Czasem wystarczy jeden rodzinny sekret, jedna futryna z tajemnicą, by zobaczyć, jak blisko stare wierzenia funkcjonują tuż pod powierzchnią naszego codziennego życia.

Radio Paranormalium

Zaprezentowana tu relacja została opublikowana w wersji dźwiękowej w 99. odcinku podcastu „Mówią Świadkowie”.

Kopiowanie i umieszczanie naszych treści na łamach innych serwisów jest dozwolone na zasadach opisanych w licencji.
Nie przegap żadnych nowości! Już dziś zapisz się na nasz newsletter emailowy lub włącz powiadomienia w przeglądarce, aby być na bieżąco z najnowszymi artykułami i audycjami.
Dodaj komentarz
Twój nick:
E-mail (opcjonalnie):
Komentarz:



Powiadamiaj o odpowiedziach na mój komentarz
(wymagany email):

Zanim napiszesz komentarz, zapoznaj się z zasadami publikowania komentarzy.

Uwaga: Jeśli chcesz odpowiedzieć na komentarz innego użytkownika, prosimy skorzystaj z przycisku "Odpowiedz". Pozwoli to uniknąć w przyszłości bałaganu w dyskusji.