Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty. Strasznie intensywne, potężne niebieskie światła. To się wydawało tak, jakby to było... Nad chmurami było jakieś ognisko tego światła, które przebijało się przez...
No, ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często, nie? Takie coś zobaczyć. Tajemnicze istoty. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Czuję jakąś grozę sytuacji. Jestem przerażona po prostu. Biegnę i krzyczę do męża, strzelaj.
Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Witam wszystkich Państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia dzisiejszego wieczoru z kolejnym odcinkiem podcastu Mówią Świadkowie. Przy mikrofonie Marek Sęk Ivellios.
Dzisiejszy odcinek wypełnią w całości rozmowy ze słuchaczami, którzy zdobyli się na odwagę i podzielili się z radiem swoimi osobliwymi i nieraz przyprawiającymi o dreszcze przygodami, jakich było im dane doświadczyć w pięknych okolicznościach przyrody.
W przygotowanych na dziś relacjach będą się przewijały elementy, które przywodzą na myśl spotkania z żywym folklorem. Będą to jednak zdarzenia sprawiające pewną trudność w klasyfikacji. A dlaczego? Przekonacie się po wysłuchaniu.
Ponieważ mimo starań nie udaje mi się wypuszczać odcinków tego podcastu częściej niż raz na kilka tygodni, postanowiłem to Państwu jakoś zrekompensować i dzisiejszy odcinek będzie się zaliczał do tych nieco dłuższych.
Spędzimy bowiem z naszymi słuchaczami prawie dwie godziny. A materiałów do kolejnych odcinków mam nie coraz mniej, a coraz więcej, gdyż po 60. odcinku prawie codziennie odbieram od Państwa wiadomości głosowe i SMSy.
No i oczywiście rejestruję Państwa relacje drogą telefoniczną. Zanim przejdziemy do prezentacji przygotowanych na dziś rozmów, pozwolę sobie polecić Państwa uwadze nowy numer miesięcznika Nieznany Świat, w którym oprócz jak zwykle kilkunastu niezwykle interesujących artykułów o różnorodnej tematyce, między innymi paranormalnej i ezoterycznej, znajdziecie również rubrykę Dotknięcie Nieznanego z listami od czytelników, którzy podobnie jak słuchacze Radia Paranormalium doświadczyli w swoim życiu rzeczy, które wymykają się racjonalnemu wytłumaczeniu.
Czasopismo jest dostępne zarówno w wydaniu papierowym, jak i w wygodnej wersji elektronicznej, którą znajdziecie na platformie nexto.pl. Przechodząc do przygotowanych na dziś rozmów, uprzedzę jeszcze tylko, że jeden z naszych dzisiejszych rozmówców prosił o zmianę barwy głosu, zatem warto poszukać słuchawek albo włączyć napisy pod audycją, jeśli oczywiście korzystasz z YouTube.
Na początek przeniesiemy się nie tylko do tego, co się dzieje w tym odcinku, ale także do tego, co się dzieje w tym odcinku. Na początek przeniesiemy się nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie, bowiem cofniemy się do roku 1988.
Wtedy to jeden z naszych słuchaczy podczas wycieczki do jaskin w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, wewnątrz jednej z grot zaobserwował grupę bardzo dziwnie zachowujących się świateł niewiadomego pochodzenia.
Taką najdziwniejszą rzecz, jaką przeżyłem. Pamiętam to, jak dziś miałem 4 lata. U nas w miejscowości są takie jaskinie i ja weszłem tam z tatą, jako małe dziecko weszłem z tatą i widziałem, ja wtedy jako dziecko sobie to tłumaczyłem, widziałem jak w środku od prawej strony do lewej strony przejeżdżały, ja sobie wtedy to skojarzyłem, że ja pomyślałem, że tam jeździ karetka.
Pamiętam jak dziś ludzie, którzy tam chodzili, to coś co tam latało normalnie przenikało przez tych ludzi. I tylko ja to widziałem, bo tata chciał, żebyśmy weszli tam głębiej, ale ja go pamiętam, złapałem za rękę i nie chciałem wejść dalej.
Co to świato mi jest, właśnie tak mówię, co to świato tam robi w środku. A jaka to była miejscowość, albo jakie to były okolice, jeżeli pan nie może podać dokładnie? To jest Tomaszów Mazowiecki i to są groty.
I kiedy to mogło być? W jakim roku? Wie pan co, ja miałem 4-5 lat, to był, kurde, ja się w 84 urodziłem. Wie pan, to, to takie, takie moje pierwsze, takie moje pierwsze. Ja się w 84 urodziłem. To jest takie moje pierwsze, takie, co pamiętam, takich paranormalnych rzeczy, których przeżyłem.
No to gdzieś tak około 88, 89 roku, prawda? Tak, tak, tak, tak. To było właśnie takich moich pierwszych przeżyć. Nie było tam żadnej możliwości, żeby tam cokolwiek wjechało, żeby ktokolwiek świecił latarką, żebym widział czyjeś światło, bo to bardzo szybko przelatywało, to tak jakby się w kółko kręciło.
Od prawej strony do lewej strony. Jakby tam wszedł na Google, to podejrzewam, że tam są zdjęcia tych grotów, tylko one są teraz po remoncie, te groty, i to teraz tam już się płaci za wchodzenie. Kiedyś to było darmowe, tam kiedyś każdy wejść to chciał.
Te światła w grotach sprawiały wrażenie jakichś fizycznych obiektów? Wie pan co? Ja powiem panu tak. Ja to sobie kojarzyłem, to na tamten czas, że to jeździ karetka tam, ale nie ma możliwości, żeby to była karetka. To było biało-niebieskie światło, które przelatywało.
Tak jakby się obracało jak to jest światło sygnałowe, tak? Nie, nie. Jak widzi pan szybko przejeżdżające auto, no to widzi pan tylko takie zarysy tego auta, tak? Jakąś kulę, co się porusza, szybkiego auta. To było właśnie identyczny widok w tych grotach.
To było identycznie, to widziałem jak to właśnie, dla mnie, no na tamten, ten jakbym miał to opowiedzieć, na tamten czas, jak ja to sobie z czymś o to kojarzę, to dla mnie tam jeździła karetka pogotowia.
A to było niemożliwe, żeby tam karetka pogotowia jeździła tak szybko jeszcze. Niemożliwe, żeby tam w ogóle cokolwiek jeździło. No właśnie, właśnie, ale tak już mówię, no, jak już tak rozmawiamy, to mówię, kurde, no, te światło.
I potem już tyle lat tam chodziłem, potem się często z kolegami wybieraliśmy i ten, już nigdy więcej niczego tam nie doświadczyłem. To było tylko raz, jedyny. A pan wspominał coś, że te obiekty, te światła jakby przenikały przez osoby tam się znajdujące.
Czy on? Czy one powodowały jakieś reakcje u tych ludzi? Nie, właśnie ci ludzie, którzy przechodzili przez to, oni w ogóle nie czuli tego, nie widzieli. To ja odnosiłem wrażenie, tak jak teraz z tylu lat, teraz patrzę na to, odnosiłem wrażenie, że tylko ja to widziałem, nikt inny.
Bo ja pamiętam, jak dziś tata mnie za rękę trzymał i chciał, żebyśmy tam weszli głębiej, a ja złapałem go za rękę i mówię, że nie chciałem tam iść. No być może coś tam, pan... Dostrzegł, bo mówi się, że dzieci do pewnego wieku, tam do 7-8 lat są bardziej otwarte na dostrzeganie pewnych rzeczy z innych wymiarów naszej rzeczywistości.
Bo gdyby to były takie, nawet gdyby to nie były obiekty fizyczne, tylko same jakieś takie światła, to one jakoś fizyczne wrażenie musiałyby, prawda, wywierać na osobach, z którymi się zdarzały, przez które przechodziły.
Czyli ludzie w ogóle tam nie reagowali na obecność tych świateł? Nie, nie, w ogóle nie reagowali. Ja odnosiłem wrażenie, że tylko ja to widziałem, nikt inny. I to tyle, jeśli chodzi o obserwacje dziwnie zachowujących się świateł w jednej z jaskin w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego.
Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o tym zdarzeniu, a jeśli macie jakieś swoje relacje, którymi chcielibyście się podzielić, zapraszam do kontaktu. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dajmy jej głos. Tutaj z tym żywym folklorem to mi się skojarzył ten opis tych światełek, które odlotły trzy stare duże drzewa.
Wie pan, to może zacznijmy od tych światełek, bo to było ogromnie spektakularne, ale nie mam pojęcia, co to było i czy to podchodzi pod żywy folklor. W każdym razie, od początku, to było w 2018, tak, dobrze patrzę, tak, bo sobie zapisywałam rok.
Bo tak jakby nasilenie tych wszystkich zdarzeń to jest właśnie 18, 19 i 20. To się wiąże z tym, że ja miałam akurat w tym okresie taki, bo to była wiosna, koniec lutego, ja miałam taki ciężki okres, bo u mamy kotka chorowała, a ja ciężko znoszę takie rzeczy.
I już w pewnym momencie było wiadomo, że trzeba ją będzie uspać. I to było tego dnia, kiedy my mieliśmy pojechać do weterynarza i po prostu pomóc jej odejść, bo już była tak bardzo chora. Ja obudziłam się o piątej rano.
Przed piątą rano trochę i taka, wie pan, byłam no zdołowana, bo nie myślę, że bardzo. I wyszłam do kuchni i tak po prostu rutydowo, nie otwieram lodówkę, coś tam i spojrzałam w okno i po prostu jednym skokiem przy tym oknie się znalazłam.
Naprzeciwko tego okna, pod parkanem rosną trzy takie bardzo stare, ponad 50-letnie drzewa. One są duże. To był koniec lutego, było po deszczu. Letarnia przy bloku się paliła, więc mogłam... Pokry, gałęzie tak trochę błyszczały.
I wokół koron tych trzech naprawdę dużych drzew, to jak to się mówi, świetliki, nie? Ale to nie były świetliki. No właśnie, coś mi się skojarzyło, mi się ze świetlikami, ale chyba pora roku jeszcze nie ta.
Nie, to koniec lutego. Ja w ogóle nie widziałam tu nigdy, mieszkam tu już 25 lat i nigdy nie widziałam świetlików tutaj. Te światełka były, no faktycznie nie były jakieś bardzo duże, tak? Były takie...
Wielkości jak zwykłe lampki choinkowe, ledowe. Dlatego, że one świeciły białym światłem w środku, a otoczkę miały taką szmaragdowo-zieloną. I było ich mnóstwo, ja nie wiem, trudno powiedzieć na pewno więcej niż sto.
I oplatały te trzy korony tych drzew i zapalały się i gasły. I to było tak, pamiętam, że stanęłam przy tym oknie i nie mogłam, bo chciałabym, chciałam tak jakby uchwycić jedno, ale nie mogłam, bo one gasły.
Gasły się zapalały w różnych miejscach, przemieszczały się, skakały po gałęzie. Wiem też, że było trochę, była, jakby to powiedzieć, ta chmura musiała być, bo była trochę w głębi. Było widać, że niektóre skaczą gdzieś tam dalej, a niektóre zapalały się przed drzewami.
Czyli to musiała być jakaś sfera. A ten ruch, to zachowanie się tych światełek jakoś sprawia wrażenie jakiegoś uporządkowanego, czy tym bardziej takie chaotyczne ruchy to były? Bardziej chaotyczne i może, to znaczy, nie wiem ile czasu to trwało.
Nie spojrzałam później na zegarek. Nie mogło być to jakoś bardzo długo. Dziesięć minut. Nie jestem w stanie powiedzieć w ogóle jak długo. W każdym razie to było może trochę nawet hipnotyczne. Takie dziwne wrażenie.
Przede wszystkim ogrom tego, bo to były trzy naprawdę duże korony drzew, więc to było takie, ta chmura tych światełek była bardzo duża. I... Ja nie spojrzałam w górę na drzewa, bo dopiero później sobie uświadomiłam, że mogłam spojrzeć w górę, ale nie spojrzałam w górę.
Nie wiem ile czasu stałam przy tym oknie, ale one tak jakby ich było coraz mniej, coraz mniej, coraz mniej i w końcu paliło się tylko jedno. I ono zamrugało tak dwa, trzy razy. Zapaliło się, zgasło, zapaliło się, zgasło i koniec. Ciemno.
Czyli rozumiem, że nie było widać jakby tutaj przejawów pewnej inteligencji w tych światełkach, tylko one tak chaotycznie... ...wg. ...robiły jakby co chciały, tak? Tak, tak, tak. Nie było żadnego schematu, bo próbowałam uchwycić, tak, ale to w ogóle nie dało się, tak jakby nie.
Ale pamiętam dokładnie, że właśnie środek był taki biały, bardzo biały i miały wszystkie taką szmaragdową otoczkę. I kiedyś widziałam świetliki, chociaż to na pewno nie były świetliki i one nie tak świecą, nie w ten sposób.
To wyglądało raczej na... ...coś sztucznego. No. No w przypadku świetlika chyba byłoby widać, że tam jednak jakiś owad tym światełkiem operuje, tak? Tak, tak, tak. A to raczej wyglądało z tym, że ponieważ mój nastrój był fatalny, ja kładąc się spać poprzedniego...
...znaczy wieczorem poprzedniego dnia tak sobie jeszcze myślałam o tym wszystkim, to zawsze taka trudna decyzja mimo tego, że zwierzę jest bardzo chore... ...i... ...nieść ulgę, ale było mi ciężko. I w pewnym momencie, ja nie wiem dlaczego ja to zrobiłam, ja wyciągnęłam rękę w kierunku okna.
Tak jakby to się zadziało poza moją świadomością. I ja tak wyciągnęłam tę rękę i tak trzymam tę rękę w kierunku okna, tak jakby, nie wiem, jakbym coś chciała wziąć, a w głowie, Boże, co ja robię, tak? Sama do siebie mówię, ale co ty robisz z tą ręką?
A ta ręka tak po prostu jakby moje ciało... No samo to zrobiła. Jakby coś przejęło kontrolę nad tą ręką w tym sensie? Tak. W tym sensie, przez chwilę, tak? Bo to nie to, że ja jej nie czułam, a po prostu ona taka przez minutę i tak sobie patrzy na tą rękę, wyciągniętą w kierunku okna, i się, co ty robisz?
No przestań. I to chwilę trwało, zanim ja tą rękę z powrotem wzięłam. I potem, zastanawiając się nad tym wszystkim, myślę sobie, a może ja coś zaprosiłam? Może poprosiłam o pomoc, bo mi było ciężko. To taka moja prywatna myśl, bo tak naprawdę nie wiem, co to było, tak?
Niemniej jednak to było... I teraz tak... Mąż miał do mnie pretensje, ale ja po prostu zastygłam przy tym oknie. Czas mi się trochę urwał i ja go nie zawołałam. On był obok w pokoju, ja go nie zawołałam.
Nie przyszło mi do głowy w ogóle coś takiego. Ja po prostu stałam tam, próbowałam ogarnąć temat i nie przyszło mi do głowy, co właściwie powinno przyjść pierwsze, żeby zawołać, tak? Przyjdź, zobacz, co się dzieje.
Nie zrobiłam tego. Bo mąż nic nie zauważył. Mąż spał, bo to była piąta rano. Miała mi świadka. A tak nie mam. No, tak bywa. Ja jakiś czas temu miałem coś takiego, że widziałem jakby też takie dziwne światło nieopodal domu, za oknem.
Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby to sfotografować albo coś. No, światło jakieś takie w późnym popołudniem widziałem. Tak jakby coś tam od czegoś się odbijało. No i patrzę, jest, bo jest. Idę, schodzę tam sobie na parter, coś tam robię.
Wracam i patrzę znowu przez to okno, tam nie ma nic. I tak trochę żałowałem, że nic nie zrobiłem, żeby to jakby zapisać, jakoś uwiecznić, kogoś zawołać. No, a zdaje się, jest pan w temacie, nie? No, zdaje się, jestem w temacie.
Dziwnie to brzmi, prawda? Mhm. I tu też powinna była przecież wołać. Ale nie zrobiłam tego. No to dobrze. To są te światełka. One były bardzo spektakularne. I nie mam zielonego pojęcia, co to było. Mnie jednak było to naprawdę duże.
Tak. I jest. I jest jeszcze mojej mamy historia z 2019. Patrzę. Tak, 19. I to było zimą. Nie wiem, jaki to miesiąc był, ale to pewnie już gdzieś był koniec listopada. To jeszcze jesień było. W 2019. Moja mama mieszka w takiej małej miejscowości też na Podlasiu.
To są Kleszczele. Malutka naprawdę miejscowość. I mama ma trzy koty. Które tak jakby od strony ogródka mają taką drabinkę i sobie tam na parapet wchodzą. I jak chcą do domu, to depczą po tym parapecie.
I mama je wpuszcza przez okno. Mama mówi, że obudziła się o trzeciej w nocy. Było ciemno. Latarni tam się nie palą, bo gaszą je bardzo wcześnie. Gdzieś tam około dziesiątej. I mówi, że usłyszała jakby coś biegało po ogródku.
Mówi takie tupoty, jakieś tam zamieszanie. Koty krzyczały tak jakby się biły za sobą. Mama mówi, że wstała. Odsłoniła roletę. W ogródku było ciemno. I nagle pod świerkiem przy ziemi zobaczyła kulę. Mówi, kula była wielkości takiego grejpfruta, może trochę większa.
I ta kula świeciła żółto-pomarańczowo-czerwonym światłem. Mówi, takie pastelowe kolory, łagodnie się zmieniające. I ona spojrzała, przestraszyła się bardzo. I nagle ta kula wystrzeliła z niej. Powiedziała, że to wyglądało jak takie igiełki.
Jak promienie światła z dwóch stron, w obie strony. I wszystko znikło. Mama mówi, że w tym momencie tak jakby zrobiło się tak cicho, że ona się wystraszyła tej cichości nawet. Wskoczyła do łóżka z powrotem, zasłoniła roletę, wskoczyła do łóżka i już do rana nie spała.
Bo to było koło 3 w nocy. I mówi, że w ogóle ani koty, ani nic. Było cały czas bardzo, bardzo cicho. Ona potem koty dokładnie obejrzała jak one przyszły. Bo przyszły gdzieś tak, już jak było jasno. Nic kotom nie było.
Pod świerkiem też nic nie było. Ale kula mamie, no... Moja mama jest bardziej racjonalną osobą i nie wierzy w takie rzeczy. W ogóle nawet o tym nie chce rozmawiać. No ale to ją bardzo poruszyło. Bo to coś, czego się nie widuje normalnie.
Rozumiem, że nie udało się potem jakby mamie dociec, co to tak naprawdę mogło być tam... Nie, moja mama... Moja mama to mówi tak. Lepiej nie wiedzieć. Hyhyhy. Bo gdyby to był fizyczny obiekt, mogący fizycznie oddziaływać na otoczenie, to jakiś ślad by chyba został.
Chociażby pod postacią jakiegoś przypalenia, nie wiem, roślinności czy czegoś. Znaczy roślinności akurat nie było, bo to listopad, nie? Więc tak jakby... No jakiś ślad by był pewnie. No być może. W każdym razie mama mówi, no bo pod świerkiem to są tylko ziemia i igły, tak?
Trochę muchu. Nie, śladów nie było. Koty nie były uszkadzone, nic się tam nie działo. Niemniej jednak mówi... Mieszanie ją obudziło, jakieś hałasy, jakieś właśnie koty krzyczały. Tak jak koty czasem ze sobą się kłócą, nie?
Więc te wrzaski takie dosyć są przejmujące. I coś tam się działo w tym ogródku. Mówię, ale ta kula była ba... No, no... Świeciła światłem, tak? Więc tak jakby była bardzo konkretna. Czy to był obiekt materialny, czy to był obiekt jakiś...
Jeśli nawet to była jakaś forma energii, no to też jest materialna. Mama słyszała tylko te zwierzęta. I jakieś, mówi, jakby coś biegła. Coś tam było tam po ogródku. Czyli nie wiem, czy pan ma zwierzęta, ale koty potrafią tak tupać.
No, ja mam dwie kotki, z czego jedną taką dosyć ciężką. Ale jak chodzi po domu, to ją wszyscy słyszą. Tak, bo one potrafią bardzo cicho być, jak chcą. Ale czasem po prostu tupią. Mama mówi, że właśnie słyszała te takie tupiące, biegające koty.
Tak jej się przynajmniej zdawało, że to koty biegają i biją się z jakimiś innymi kotami. Tak ona to sobie zinterpretowała. Mówi, że to były takie odgłosy. No i ta kula. Potem sobie jeszcze przypomniała, że kiedyś białą kulę widziałam jej mama, moja babcia, u siebie w domu.
Że to tak jakby przetoczyło się przez sieni. I mama pamiętała, że dziadek bardzo z babci się śmiał, jak babcia mówiła o tej kuli, że ją widziała. To mamie utkwiło, że babcia też widziała. Tylko, że babcia wtedy podobno widziała białą kulę.
No, ale tak jakby... No, nie wiem, czy to jest w ogóle powiązane. Czy tylko po prostu gdzieś tam w rodzinie mamy taką zdolność do widzenia jakichś innych rzeczy. Nie wiem. W archiwach ufologicznych zdarzają się czasami relacje, mówiąc o pojawieniu się jakby znikąd w mieszkaniu kuli, która na przykład przeleciała z jednego końca pokoju do drugiego, nie zostawiając żadnego śladu.
No tak, bo tam różnie się mówi, że to piorun kulisty, ale podejrzewam, że to mogą być różne rzeczy. Nie, no nikt tego jeszcze chyba nie ogarnął. No, w każdym bądź razie to światło było właśnie... Przechodziło łagodnie żółte, pomarańczowe, czerwone i wystrzeliły właśnie.
I to takie mama mówi... No, jak... No, zapytałam, mówię, podobne do laserów? No tak, podobne do laserów. I w obie strony, tak w dwie strony, w tą ciemność wyskoczyły i koniec, wszystko zgasło. Ja jeszcze widziałam, i to też było takie trochę dziwne, bo aż odskoczyłam.
Weszłam z suczką. To jest 2019. Wyszłam z suczką i to było tak koło 12 w nocy na spacer. Nie, jeszcze taki ostatni, żeby ona się tam wysiusiała przed snem. I suczka sobie łaziła, a ja stałam. Tak w ciemności patrzyłam na gwiazdy, na księżyc.
I nagle obok mnie pojawiła się rura wypełniona różowym światłem i jakby taką mgłą w środku. Różowawo-białą. I ta rura była tak powyginana w kształcie pioruna. I tak jakby przez tą rurę coś przeleciało, wypadło na końcu i znikło w ciemnościach.
Ja aż odskoczyłam. To trwało chwilę, ale po prostu aż tak wystraszyłam się, bo to pojawiło się obok mnie nagle, więc ja tak pyk na bok. Matko, to było dosyć zaskakujące, ale rura, tak pamiętam, tak hiperrealnie, że była przeźroczysta, świeciła różowym światłem, tam mgła w środku była i coś się z niej wytoczyło i poleciało w ciemności.
To było krótkie, ale jednocześnie na tyle długie, że pani zdążyła to jakby dosyć szczegółowo zauważyć, prawda? Tak, wyłapałam właśnie, że nawet ta mgła taka jakaś była w środku, która się tak trochę... i coś takiego jakby ciemna kulka przeleciała przez tą rurę.
A ile to mniej więcej mogło trwać w sekundach? Matko, nie wiem, może 10, może 5. No nie wiem, to tak zawisło w powietrzu, że ja to mogłam tak przyjrzeć się. No, to było takie, że to się wyłapało. Tak, przyjrzeć się przez chwilę.
Tak, pojawiło się, zaminifestowało się, zrobiło co chciało zrobić i zniknęło, prawda? Nie tylko, tak. Z tym, że mówię, to tak blisko mnie było i tak nagle się pojawiło, że aż odskoczyłam. A suczka jakoś na to zareagowała czy nie przekuła to?
Nie, nie, nie, ona w ogóle była daleko. Ja sobie stałam pod domem, czekałam, aż ona tam pochodzi po tych krzakach, więc tak jakby ona tego nie widziała i nie było żadnych zwierząt, które mogłyby na to zareagować.
Tak, tak, tak. Bo koty gdzieś tam też łaziły dalej, więc byłam tylko ja sama. I też w tym samym roku, tylko może dwa miesiące później, ja sobie chodzę tak, mieliśmy takie miejsce ogniskowe fajne, ja tam sobie chodziłam, żeby trochę, nie tyle może pomedytować, bo ja tak średnio umiem, ale jak pocieszyć, posiedzieć sobie tak i pooddychać.
I tak sobie siedziałam spokojnie, było ciemno. I nagle przede mną zapaliła się taka, tak powolutku jakby wyłaniała się z tej ciemności taka pomarańczowa, świecąca właśnie też pomarańczowym światłem kula, też wielkości grejpfruta, może większa.
I tak zapaliła się tak i świeciła tak nisko przy ziemi. I ja poczułam wokół mnie wtedy, jakby to powiedzieć, iskrzenie, aż się tak skuliłam, bo miałam wrażenie, że to iskrzenie tak mnie otacza. Że ja siedzę w takim bąblu jakimś, a ona jest tak na brzegach tego bąbla i czułam takie wibracje. Miałam wrażenie bycia oglądaną.
Czyli Pani czuła fizycznie obecność tej kuli, tak? Tak, ona świeciła naprzeciwko mnie tak dwa metry przede mną, a ja czułam to iskrzenie wokół mnie, wokół mojego ciała. Tak jakbym, mówię, siedziała w bąblu jakimś i na brzegach tego bąbla, aż mówię, aż się skuliłam, bo to nie był duży bąbel.
I na brzegach tego bąbla było takie drżenie, wibracja, iskrzenie jakieś takie dziwne. No i to, muszę powiedzieć, to pewnie było 10 sekund, jak nie więcej, bo ja taka skulona siedziałam i mówię sobie, nie bój się, oddychaj, nie bój się, oddychaj.
To trochę trwało i ta kula świeciła równomiernie na pomarańczowo. A potem tak też powolutku robiła się coraz mniejsza, coraz ciemniejsza i znikła w ciemności. Tak troszkę to tak wygląda, jakby jakaś energia potrzebowała się w tym bąble. Tak, tak.
No tak, bo to iskrzenie, wibrowanie takie, dźwięku nie było, było bardzo cicho, w ogóle cały czas było cicho i tylko czułam te wibracje, tak jakby iskrzenie. To wszystko w zasadzie dzieje się w jednym miejscu, to się dzieje wszystko wokół naszego domu. Ja mieszkam, ja tam jak i sama mam panu, mieszkam w drodze, czy nie.
To jest takie małe miasteczko nad Bugiem. Mamy górę zamkową. Na której podobno był czakram i może nawet jest, bo tej góry to już tylko kawałek został. Nawet w Polsce Magicznej jest taki przewodnik, w Polsce Magicznej ta góra jest opisana. Także to miasteczko nie jest takie całkiem zwykłe.
Tam nawet mierzono chyba tą energię i ktoś tam, nie wiem w jakich to jednostkach się mierzy, ale tam, nie wiem czy pan ten przewodnik Polska Magiczna kiedyś miał w rękach. No niestety nie, nie znam tej pozycji.
Nie pamiętam kto to napisał. W każdym razie pamiętam. Nie pamiętam kto to napisał. W każdym razie pamiętam. W każdym razie tam mierzono i tam podobno jest właśnie jakieś oddziaływanie tej energii. Drugi czyn jest taki dosyć specyficzny.
Ale to co pan opisuje, to oprócz tego co się temu mamy działo, to te trzy rzeczy zdarzyły się wokół mojego domu, tutaj w takim sadzie. Starym, bardzo starym sadzie. I to tyle jeśli chodzi o relacje przekazane przez naszą słuchaczkę.
Teraz przenosimy się w Bieszczady. Zdarzenie, którego obszernego opisu za chwilę wysłuchamy, rozegrało się w sierpniu roku 2006. Wówczas to dwóch mężczyzn spędzających wakacje w Bieszczadach stało się świadkami czegoś, co zapadło im w pamięć na zawsze. Pewnej nocy ktoś lub coś postanowiło im zakłócić wypoczynek... walka z jakąś niewidzialną siłą, nieustaleni intruzi obstukujący namiot patykami, dziwne poczucie odizolowania od otoczenia oraz cisza przywodząca na myśl czynnik Oz to tylko niektóre z bardzo zastanawiających elementów tej historii.
Ja mam 46 lat. To odbyło się 18 lat temu. I powiem panu tak, że ja nigdy, tego nigdzie publicznie gdzieś tam nie opowiadałem, nie wysyłałem, chociaż często opowiadam to wiadomo wśród tam znajomych. Gdzieś tam na jakiś sobie po prostu spotkaniach.
Zawsze jak tam coś otwieram, to tam w ogóle nie powiem na to. opowiadamy, no to ta moja po prostu opowieść, no bo ona tak mi utkwiła po prostu w mojej świadomości, że no nie idzie się tego, nie idzie się w żaden sposób, znaczy ja nie chcę się tego pozbywać, bo samo to jakby wtedy otworzyło mi jakoś tam oczy, no bo ja 28 lat miejąc, oczywiście już miałem rodzinę, ma się takie myśli, wiadomo, nie, to człowiek by wtedy góry przenosił, prawda, i tutaj zawsze jakoś tam myślałem, natomiast po tym zdarzeniu zacząłem też się właśnie troszkę interesować, może nie tak jakoś bardzo, ale to wtedy to zdarzenie jakoś tam otworzyło moje jakieś tam oczy. Ja o czym będę opowiadał, jak to było właściwie, prawda?
Oczywiście. Bo mam jeszcze potem drugie zdarzenie, które jest też bardzo ciekawe i też bym chciał je opowiedzieć, nawet mam na to dowód w formie zdjęcia, to jest akurat zdarzenie, te drugie, to pierwsze to jest, ja to tak zaznaczyłem, że cmentarz ucheński, ale to jest tylko taka część tego zdarzenia. Natomiast drugie zdarzenie dotyczy, to jest takie trochę może śmieszne, ale raczej nie jest śmieszne dla mnie, kuchni piwa.
Ale to może później, dobra, po tym drugim zdarzeniu, bo to mi naprawdę też ten spowiek jakby, ja nie potrafię tego właśnie sobie wytłumaczyć. Może zacznę od tego pierwszego zdarzenia, które było 18 lat temu. Ja mieszkałem na Śląsku, bo obecnie teraz mieszkam sobie w jednej z miejscowości, ja będę po prostu podawał, nie chciałbym podawać tej miejscowości, tego cmentarza, bo nie chciałbym, to nie chodzi może o to, bo tam większość ludzi być może nawet i takie sytuacje miała. Mogę panu potem gdzieś tam podać ewentualnie, nie jakby gdzieś tam, tylko nie chciałbym. Może pan powiedzieć, jaki to jest rejon bez podawania? Rejon, rejon niedaleko, powiem tak, rejon niedaleko Sanoka, ale bardziej w tą południową stronę, czyli tam w tą stronę już Uszczyk, Zagórza, tak, jak się tam jedzie.
Jedna z miejscowości nad Sanem, to jest miejscowość, która leży właściwie, tam gdzie byliśmy, to jeszcze dopływ do Sanu, czyli to ma bardzo dużo opowiedzi, i San niedaleko, i dopływ do Sanu. Co ja tam robiłem?
Stamtąd pochodzi moja żona. Urodziła się w Sanoku i tam mieszkali jej dziadkowie. Ja oczywiście jeździłem tam zawsze na wakacje, nawet jak poznałem moją przyszłą żonę, to jeździłem wcześniej na wakacje, ale wtedy właśnie w tym roku, to był rok 2006. Ja jestem jak zwykle na wakacjach, już z moją żoną, mam syna, a drugie dziecko jest w drodze, córka. My oczywiście spędzamy tam wakacje, to jest ze Śląska, ja wcześniej mieszkałem na Śląsku, tam po prostu jeździmy na wakacje.
To jest, że tak powiem, nasz stały jakiś tam urlopowy wyjazd do dziadków od mojej żony, bo to nie jest moja, tylko dziadkowie od mojej żony. Jest tam stary domek, który właśnie znajduje się niedaleko Sanoku, ale też również po lewej stronie można powiedzieć, jak się na domek patrzy, płynie dopływ do Sanoku. Więc spędzając tam wakacje, ja zawsze miałem urlop, tak pracowałem właściwie w fabryce na Śląsku, ja zawsze tak urlop miałem sierpień.
Czy to był na przykład początek sierpnia, czy tak do połowy sierpnia, no ciężko było, zawsze musiałem tak, bardzo ciężko było gdzieś w lipcu, bo wszyscy nad morze lejeżdżali, a w lipcu piękna pogoda, więc ja już sobie darowałem, mówię, niech będzie zawsze ten sierpień i zawsze w tym sierpniu tam żeśmy się udawali. To były koleje na któreś tam co roku wakacje.
Tam jest mały domek, są dziadkowie, jest moja żona z synem i jadę również z moim kolegą, z którym teraz tak trochę mi się urwał z nim kontakt, ale to był taki kolega, taki bardziej przyjaciel rodziny, on jest rok starszy ode mnie, my się znamy również, ale on też zna rodzinę mojej żony, bo też wcześniej przebywał, a ja jeszcze wtedy nie miałem prawa jazdy.
Nie miałem po prostu prawa jazdy, a miałem samochód. Po prostu samochód był mi potrzebny na Śląsku, żeby dojechać do pracy, więc zawsze tam zdarzył, że miał te prawa jazdy, a ja miałem samochód, więc jeździliśmy tą paczką i właściwie z tym kolegą bardzo dobrze się znaliśmy, fajnie mi się z nim też rozmawiało i zawsze on był kawaler wtedy jeszcze, także tutaj też nie miał jakichś tam specjalnych, zawsześmy się umawiali i razem sobie jechaliśmy na te wakacje, tam właśnie w okolice Mieszczady, bo piękna okolica po prostu, więc jestem świadek, który też właśnie, że nie byłem sam, tego zdarzenia. Sytuacja wyglądała w ten sposób, że jest to któryś tam kolejny dzień, nie początek naszego urlopu, tylko tam któryś kolejny dzień, piękna pogoda, postanowiliśmy po południu z tym moim znajomym wziąć plecaki i udać się na cmentarz ukraiński, bo to był stary cmentarz, bo nowy wiadomo jest tam w tej wsi, ale stary cmentarz ukraiński, który znajdował się na takiej jednej z gór, on był położony właśnie wysoko. Nie wiem, czy taka była specyfikacja tych kiedyś starych cmentarzy, że tak się wysoko oddawał też na wzgórzu, czy być może tak było. Ścięliśmy się tam udać, ponieważ ja tam już wcześniej słyszałem, o tym tam chyba byłem, może wcześniej jeszcze, zanim byłem żonaty, że tak powiem, byłem, ale myśmy się właśnie tam udać, sprawdzić, jak to tam wygląda.
No więc, jak to można powiedzieć, dwóch facetów, żona tam została, wiadomo, idziemy plecaczki. Cmentarz od tego miejsca, gdzie my tam byliśmy na tych wakacjach, był oddalony może o półtora kilometra. Wyszło się drogą na koniec wsi, można powiedzieć.
I teraz, tak, poszliśmy na ten cmentarz. To już były godziny popołudniowe, no późno popołudniowe. To już była gdzieś chyba 17-18. No i tam doszliśmy. Wiadomo, jak to jakieś tam piwko do plecaka trzeba włożyć, prawda, żeby się człowiek nie odwodnił.
Było ciepło, to był sierpień, ale było dość ciepła, bo właśnie dzień, więc też pamiętam, że to było ciepło, bo ta późniejsza noc była bardzo ciepła. I poszliśmy na ten cmentarz. Dochodzimy na ten cmentarz, oczywiście cmentarz był naprawdę w bardzo kiepskim stanie.
Naprawdę. Nie był zadbany, nie był ogrodzony, zarośnięty. Oczywiście nagrobki było widać, bardzo dużo nagrobków ukraińskich. To były lata, no tak przypatrywaliśmy się, 1840, 1870. Poprzewracane te nagrobki, jakiś tam krzyż ten był wybity, lekko przechylony. Naprawdę zaniedbany cmentarz. Nie był w ogóle zaniedbywany przez te lata.
No i nic się tam nic nie robiło. No to co, no, pozwiedzaliśmy, może to nie było takie, no ale po prostu byliśmy tam, pozwiedzaliśmy, poszliśmy, zachowaliśmy spokój. Wiadomo, nie, nie, ja raczej jestem takim człowiekiem, że staram się zawsze być, że tak powiem, fair według wszystkiego, co wszystkich sił, nie wiem jakich, nadprzyrodzonych, nienadprzyrodzonych. Staram się zawsze być, mieć jakiś dystans, tak?
Nie wygłupiam się, nie zachowuję jakiś tam spokój, więc spokojnie odeszliśmy sobie ten cmentarz, pomodliliśmy się, każdy tam, jak to się mówi, w swoim jakimś tam stylu, czy tam religii. No i opuściliśmy tam, nie było tam nic, tam religii, no i opuściliśmy, tam nie było furtki, bo tam często mówiono, że jak się furtki, nie było, bo wszystko po prostu rozprekotane.
No opuściliśmy ten cmentarz, opuszczając ten cmentarz, już było tak, no, już się trochę szarówka robiła. Mogło to być już, no sierpień to już było dziś ósma, dwudziesta, nie, już po dwudziestej. No i najzwyczajniej przeszliśmy do tego miejsca, gdzie tam sobie przebywaliśmy na tych wakacjach. Z uwagi na to, że był mały domek i byli tam jeszcze dziadkowie mojej żony, więc moja żona spała naturalnie jeszcze w tym domku, bo to tam dwa pokoiczki z dziadkami, z moim synem małym.
Natomiast my, wiadomo, jak to dwóch facetów, rozłożony namiot niedaleko domu, to była dość duża działka pod domem, rozłożony namiot, taki można powiedzieć, dwuczęściowy, znaczy on był jeden namiot, ale z jakby z dwóch komór, czyli był przeciąg, po lewej stronie jedna komora schypiała i naprawna, a zasuwana i po drugiej stronie komora taka właśnie zasuwana.
I ja spałem w jednej, on spał w drugiej. Wieczorem przeważnie, jak żeśmy sobie siedzieli, wiadomo, jakieś ognisko, czasami tam, wiadomo, coś tam się kupiło, jakieś piwko, nie piwko, ale właśnie tego wieczoru nic my żeśmy nie spożywali, można powiedzieć, żadnego alkoholu, jedynie te piwko, które tam gdzieś przed tym cmentarzem, czy tam potem żeśmy spożywali, dlatego że na drugi dzień mieliśmy gdzieś, nie pamiętam już dokładnie gdzie, ale gdzieś pilnie jechać. Czy to miała być jakaś wycieczka, więc wiadomo, żeby, ale chcieliśmy rano jechać, więc wiadomo, że żeby człowiek był jakoś tam w stanie, więc o dziwo nawet czasami tam siedzieliśmy, to późno wieczorem, bo nawet się tam, wiadomo, nie opowiadało się jakieś tam zdarzenia, ale w ten dzień, no jakoś tak znużenie, ten mój kolega mówi, słuchaj, ja chyba idę spać, bo jutro mamy jechać, ja mówię, to słuchaj, no to ja chyba też się położę już tam, coś, bo też co będę tam, nie, kombinował.
No i gdzieś w godzinach 22 z paroma minutami, może to była 22.30, położyliśmy się po prostu, mając raczej nieść spać. Więc jakoś zasnęliśmy obydwo, z tego co ja pamiętam, ja na pewno szybko zasnąłem, bo czasami różnie to bywa z tym snem, ale gdzieś zasnąłem bez żadnego problemu.
No i zaczyna się cała sytuacja. Sytuacja zaczyna się w ten sposób, że budzi mnie kałas, który wydobywa się z komory mojego kolegi, który z czymś się bije. Takie było moje pierwsze wrażenie, takie było moje, znaczy moje pierwsze wrażenie, pierwsze wrażenie to było tak, że się cały namiot część się, prawda, część się cały namiot, coś się dzieje i ja w pierwszym momencie myślałem, że nie wiem, jakiś dzik zbiegł w nasz namiot, czy jakiś mógł mi się wydostać.
Taki był pierwszy mój moment, natomiast dopiero z kim się bije było tak, że po prostu ja mówię, nie zwołam, bo coś się dzieje i on zaczął mi mówić wyraźnym głosem. Coś na mnie siedzi, ja się z czymś biję. Ja, ja wie pan, byłem bezespany, bo to mnie obudziło.
W pewnym momencie mówię, jak coś siedzi na tobie, no myśl i wtedy jest chyba tysiąc na sekundę, jak ktoś coś siedzi, w pierwszym momencie myślę, że nie wiem, coś na zapad, prawda, bo tam nie było ogrodzone.
To było, tam można było z każdej strony podejść. Kto chciał tam zejść, to był mógł podejść, mógłby cokolwiek zrobić, ale mówię, że było spokojne, takich zdarzeń nie było żadnych. On mówi, coś się, coś mnie dusi, coś, z czymś się bije. Mówię, Darek, to co się dzieje, co się dzieje? Tak, może to było, nie wiem, piętnaście sekund, trzydzieści sekund i nagle, jak ja zacząłem wołać, mówię, Darek, to wejść, coś tam, już tak nie pamiętam dokładnie, co, ale wiem, że były naprawdę emocje tam, mówię, jak bije, coś tam, ja byłem u cichu.
To puściło go, tak jakby to coś puściło, prawda? No i ja w szoku. Najświeższe było to, że ani ja nie wychodziłem z tego, nie wychodziłem z tej komory, tylko porozumieliśmy się między sobą, a nie on. I mówię, co jest, on mi zaczyna mówić, co chwilę, jakby jak mantra, mówi, słuchaj, no siedziało coś tam, no, czy nie wiem, co, no, czułem coś, ale mówię, co, widziałeś? No wiadomo, nie, że w 2006 tam tych telefonów jeszcze nie było, jakichś komórek, jakąś latareczkę, tam były jakieś latarki, no i gdzieś tam pogubane zwykłe latarki, no ale, no ciemno, a tam naprawdę lampy gasły o dziesiątej, jak to wiesz, tak, można powiedzieć, i koniec, czarno, jak, no, nie będę mówił, gdzie, nie ma, nie widzi się nawet komórka losa, więc on tego nie widział, ale czuł wyraźnie, wyraźnie czuł tak, jakby ktoś siedział na nim, tak, jakby go ktoś wdusił, jakby go ktoś przytrzymywał, on się nie umiał ruszyć, leżał na plecach, no i potem jak raz się obudziłem i zacząłem krzyczeć, właśnie zacząłem do niego tam mówić, no to, no to wtedy to jakby to puściło, tak, i zaczęliśmy rozmawiać, nasza rozmowa trwała może pięć, dziesięć minut, no to stwierdziliśmy, no, w tamtych czasach, no stwierdziliśmy, że oczywiście nie powiązaliśmy od razu tego tam z jakimś cmentarzem, tak, czy, czy tego, tylko stwierdziliśmy, że no, no sen, prawda, no jakiś tam jawa na śnie, tak, i kolega, no kurczę, no miałeś jakąś tam, ale on był naprawdę bardzo, bardzo, mówię, to nie był sen, ja, przecież słyszysz, rozmawiasz ze mną, przecież słyszysz mnie, że ja się nie obudziłem, ja byłem obudzony, mnie coś trzymało, był bardzo wystraszony, naprawdę, a zdałem go trochę lat i, i on się też tak nie jest jakimś tam strachliwym człowiekiem, żeby on, on raczej, raczej, no to nie był nigdy takim, takim po prostu strachliwym człowiekiem i widziałem w jego, znaczy widziałem, słyszałem w jego, w jego głosie te emocje, które naprawdę, no tak jakby ktoś go zaatakował, to nic, to, no ale po jakieś tam, wiadomo, nie, nie wychodziliśmy jeszcze z namiotów, nie otwieraliśmy nawet tych komór, rozmowa nasza była pomiędzy tymi komorami, że tak powiem, rozmawialiśmy, no, ze dwadzieścia dni, no tłumaczyliśmy sobie to na wszelkie sposoby, no i chyba doszliśmy do wniosku, prawda, że, no, jakaś jawa, sen, no nie wiem, no on też stwierdził, że to jest jakiś, no dobra, no mówię, co, no, nie będziemy kombinować, tak, nic się nie dzieje, mówię, jak się czujesz, no w porządku, nie, czuł, czuł oczywiście tłumaczeń, że czuje dalej ucisł, że czuje coś, że tak jakby go naprawdę coś trzymało i tak dalej, no ale, no nic się nie działo, prawda, minęło może z pół godziny, no i co, no, to idziemy spać, prawda, przecież nie będziemy rozmawiać, no, że jutro sobie porozmawiamy, nie wiem, która nawet była godzina wtedy, później już wiem, która była godzina, bo następne zdarzenia są kolejne i to jest właśnie dziwne, no samo to, gdyby było tylko to, że coś na nim się działo, coś, sędź walczył, no to moglibyśmy to uznać za jakiś tam, nie wiem, sen, jakiś tam jawa, znaczy sen na jawie, natomiast mówimy do siebie, słuchaj, to co, idziemy powoli spać, oczywiście mówienie, no nie wiem, jak teraz zaśniemy, no ale no coś trzeba próbować, zobaczymy jutro, no nic, obracamy się, jak to mówimy, przynajmniej ja się obróciłem, kolejne zdarzenia, no bo oczywiście słyszę już ja i słyszę już moją kolegę, obracam się, powiedzmy, tam na lewy bok, chcę zasnąć i nami był ustawiony, jakby to można powiedzieć, po prawej stronie rzeczki dopływu do Sanu, a po lewej stronie była ulica, była ulica, która w nocy nie była często uczęszczana, ktoś tam na ruski, jak to się mówi, rok przejechał, natomiast nie było możliwości przejechania z tej ulicy przez tą rzeczkę, bo ta rzeczka miała parę metrów, ten dopływ, żeby ktoś przejechał czymkolwiek, nawet ciągnikiem było ciężko przejechać, słyszę, tylko ten dźwięk na początku był tak słyszany, słyszę, jakby od tamtej strony ulicy zbliżał się na początku taki szum, prawda, szum opon, tak ja czasami, jak ja to na razie tak kojarzyłem z początku, szum opon, więc na razie mnie to nie zdziwiło, ponieważ pewnie jakieś auto jedzie, natomiast ten szum opon zaczyna zbliżać się, no od tej strony ulicy, prawda, zaczyna zbliżać się od mojej strony, gdzie ja leżałem, coraz bliżej mnie, ja słyszę, po prostu wyraźnie słyszę i on się przeistoczył w taki, ja to do dzisiaj pamiętam, szum, jakby ulatniał się gaz pod bardzo dużym ciśnieniem, prawda, jak weźmiemy sobie butlę z gazem, na przykład i tak szybko, i to jest taki styk, i ten styk zbliżał się od mojej lewej strony, gdzie ja leżę, w moją stronę, prawda, w moją stronę słyszę wyraźnie, słyszę, nawet bardzo łatwo miałem zlokalizować, ja to pamiętam do dziś, miałem zlokalizować po, nie widziałem, tak, ale słyszałem, ale mniej więcej wiedziałem, jak on się przemieszcza metrami, że tak powiem, i myślę, że ja słyszę, ale pytam się mojej kulej takim głosem, czy ty to słyszysz, a on mówi tak, tak, słyszę, ja mówię, co to jest, i zbliża się to, po prostu, jakby z lewej strony, ja się nie ruszam, mówi, że słyszy, o, to zniszczyło mnie wokoło, tak, jakby za moją głową, gdzie ja leżałem, tak, za namiotem, za moją głową, zatrzymało się, znikło, znaczy znikło, przestało po prostu syczeć, i w ciągu dwóch sekund trzask łamanej gałęzi, ale to takiej gałęzi, i to w tym miejscu, jakby za naszą głową, takiej łamanej gałęzi, jakby to była naprawdę solidna, mocna gałąź, trzask, ogromny trzask, trzaskło, ucichło, i ja mówię, czy ty to słyszałeś, on mówi, tak, słyszałem, jeszcze się go spytałem, co to było, on mówi, no, jak szum, i gdzieś się, mówię, jakaś gałąź, albo drzewo złamało, o co tu chodzi, nie?
Ja mówię, no, jak się mogło drzewo, tam były drzewa, prawda, ale nie były nad nami, za nami nie było drzew, tam była już polana taka, i wieżeczka płynęła po lewej stronie, to w ten sposób się stało, no i nic, i przez chwilę ucikło.
Ale co było następne, następne było coś takiego, że nagle, tak jakby ktoś wziął kij, i zaczął trzaskać po tym namiocie, w różnych miejscach, ale przeważnie za nami, on się tam, nie, że z przodu namiotu, gdzie było wejście, tylko on się trzaskał po tym namiocie, co było jeszcze następstwem, gdzie ja po prostu nie umiałem wytłumaczyć sobie tego świstu i tej łamanej gałęzi, natomiast skojarzyłem sobie jedną rzecz z tym trzaskaniem w namiot, że mówię, aha, bo tam z nami też był jeszcze szwagier, który tam był po prostu, on miał 16, wtedy 17 lat, teraz już jestem trzydzieści paroletnim facetem, można powiedzieć, i on w tym dniu, bo chyba to musiała być to sobota, jeżeli on, on poszedł sobie po prostu na dyskotekę, i jeździ tam do kolejnej wsi, no więc ja już do tego mojego kolegi nie wytrzymałem, że tak powiem, mówię, wychodzimy, mówię, wychodzimy, bo pewnie szwagier wróci, gdzieś się w krzakach trzai i pewnie to on gdzieś tam nam po tym kurczę namiocie nawala, więc razem z wyszliśmy na zewnątrz, ja zacząłem po prostu w tych emocjach już mówić, wychodź, mówię, bo jak nie wyjdziesz, mówię, to no to nie wiem, co ci zrobię, ale mówię, jak cię dorwę i w tych krzakach siedzisz, to mówię, zobacz, co ci zrobię, nie? I po prostu wołałem, ale nie było mojego szwagra, bo pewnie się to też wyjaśniło, że szwagra wcale tam nie było, on był na zabawie wtedy, bo dopiero nad ranę wrócił, więc no, no nie było go, przeszukałem tam jakieś koryczne krzaki, no nie ma nikogo, też potem myślałem, że może ktoś, prawda, bo to też jest taka kwestia, że może ktoś się wykupi, jak ktoś nabudł jakiś bukierzaty, ale naprawdę nie było nikogo.
No już w pełnych emocjach, to mój kolega też na zewnątrz, mój kolega palił papierosy, ja nie palę, nie mam tego nałogu, nie palę papierosów, do dzisiaj nie palę papierosów, no ale no niestety byłem już takim wtedy chrzestem, tak powiem, szoku, że mówię daj mi tego papierosa, mówię ja sobie zapalę, oczywiście to palenie było takie w ciągu kilkunastu sekund, tego papierosa wypaliłem, no ale myślę naprawdę, byłem już tak ze mną, cały się cząstłem, ja jestem raczej takim człowiekiem, może nie, nie bojącym się, bo zawsze gdzieś jest taka sytuacja, ja muszę się tam udać, ja się nie chowam, ja po prostu gdzieś coś słyszę, muszę wziąć, no ja się jeszcze nie raz, bo tam żona mówiła, że coś tam wazi, jakieś gdzieś tam żeśmy byli, jakieś wieloma zwierzę, ja mówię czekaj, wezmę latarkę i zobaczę co tam jest, zawsze, zawsze taki jestem, taką mam naturę, że muszę coś sprawdzić, zobaczyć i tak to wyglądało w ten sposób, no i dobra, stoimy na tym, ja palę tego papierosa szybko też, on tym pali, on palaczem, ja mówię słuchaj Tarek, wtedy żeśmy tak troszkę zaczęło nam to opadać, nie, tak patrzymy sobie, bardzo ładnie, pamiętam, że była chyba, księżyc, nie było pełni, ale księżyc sobie tam gdzieś poświecał, dość jasno było, nie było tak już później tam, nie, w ciemnotku, tak no się coś przyjęło, no ale to już była godzina, gdzieś w okolicach trzeciej godzina, dlatego, że spojrzał chyba na zegarek, wtedy już tak nie pamiętam, ale wiem, że to było na pewno, na pewno w okolicach trzeciej i co, tam na tym gospodarstwie, jeszcze dziadkowie mieli jakieś tam zwierzątka, tak, mieli jakieś kurki, jakieś tam więzi i były cztery, pięć, cztery albo pięć psów, tam naprawdę pieski zawsze były jakoś tam, to były malutkie psy, kumelki, takie pospolite, jak to wiadomo i było cztery albo pięć psy, ja jakieś tam pamiętam, nawet tam misie, jakieś te nazwy już tam pamiętam i te pieski reagowały w ten sposób, że na przykład wiadomo, jak tam człowiek wychodził z tego namiotu w nocy, nie wiem, tam załatwić się, prawda, czasami, no te pieski zaraz wyczuwały, przylatywały, one sobie spały w stodole tam, to gdzieś jakieś czterdzieści nawet metrów od tego namiotu, bo to był duży plac, pod tym domem bardzo duży plac i zawsze przylatywały, nie wiem, czy tam przyszły człowiek zaś poszedł do tego namiotu, one sobie zaś tam leciały na swoje, no i ja mówię, słuchaj Darek, zobacz, no nie ma tych, co z tymi psami, nie, co przecież one zawsze, jak my wyszliśmy, zawsze się przyszły tam zobaczyć, co z nami jest, wołam jednego, drugiego, trzeciego, czwartego, nie ma. I jeden z tych piesków zawsze, jak się go zawołało, choćby nie wiem, co się działo, to zawsze przylatywał, zawsze, taki właśnie najmniejszy, ale był chyba najbardziej odważny.
Zawsze wołam go na wszelkie sposoby, żaden z tych psów do nas nie przyleciał, to było raz. Dwa, okropna cisza, okropna cisza, taka cisza, że być może ja już wtedy może nie słyszałem z tych nerwów, od czegoś, nawet nie było słychać jakiegoś tego szumu, bo tam było, od tego tego się było słychać, ten szum, szum tej rzeczki, która tam dopływała, no nie było słychać w ogóle cisza taka, a to był też dość ciepła noc, więc tam to sobie te koniki, tam często te pasi koniki cykały sobie, no przecież to natura w nocy też żyje, zawsze coś słychać, cykanie jakieś, no różne tam, ja pamiętam zawsze, że tam czasami jakieś żabki tam sobie porechotały, no cokolwiek.
Natomiast wtedy była no okropna cisza, naprawdę cisza. I zaraz to zwróciliśmy uwagę na to też z Darkiem, mówię, no słuchaj, no to nie jest o co nie będziemy już, że jest taka godzina, kiedy powiedzmy, nie nakładziemy się, zobaczymy, już nawet żeśmy byli przygotowani, że się coś będzie działo znowu, już nie wiem, oczywiście było tak, że nie wiem, jak my zaśniemy, nie wiem jak tego, nawet mówię, że jest ta godzina, to za chwilę nawet się będzie rozwiniać, prawda, bo to już, to już jest jednak prawie środek lata, to sobie można spokojnie poczekać do rana, ale jakoś tam żeśmy się położyli. Jeszcze jedna sytuacja, kiedy żeśmy się już położyli, nie wiem w jakim czasie, ale no musiało to być w niekrótkim czasie, przyleciał pies, ale to nie był pies, znaczy ja tak słyszałem, że to był pies, bo przyleciał za nami, za namiotem i zaczął wyjść, tak jak psy wyją czasami, prawda, tam sobie do księżyca, czy tam, nie wiem, jak wilki, czy tam, on zaczął sobie wyjść, wyjął sobie, co ja mówię do Darka, mówię Darek, zaś coś nie tak, bo mówię, no na razie to jest pies, słyszymy psa, prawda, nie wiem, czy to był pies, tam pieski sobie spowolnie latały, to nie można powiedzieć o tych sąsiadów, którzy tam byli trochę dalej od nas, bo wokoło, wokoło powiedzmy, z trzech stron sąsiadów nie było, była góra, była rzeka, w drugą stronę były pola, dopiero sąsiadów byli z jednej strony, no w odległości może nawet stu, stu pięćdziesięciu metrów pierwszy sąsiad był, więc wokoło nie było naprawdę nikogo, no jakiś tam piesek właśnie musiał przylecieć i zaczął wyjść.
I wył, może to wyjście było takie trzy minut, pięć minut, nie jestem w stanie też tak dzisiaj określić, ale było i ucichło. I po tym nagle jakby, znaczy to już było właściwie takie ostatnie zdarzenie, po tym psie, bo za chwilę wiadomo, chyba już musiało być już czwartą, czwarta, no bo ta natura zaczęła jakby żyć, prawda, chyba słońce już może wschodziło, no bo to takie już pora, że tam gdzieś się to słoneczko, wszystko jakby zaczęło, te ptaszki ranne, tak, zaczęły śpiewać, wszystko wróciło do normy i tak jakby my też poczuliśmy jakąś ulgę. I dosłownie chyba z tego zmęczenia po prostu żeśmy zasnęli, po prostu żeśmy zasnęli, obudziliśmy się następnego dnia. Oczywiście temat dnia, już nie mówię, temat tygodnia, miesiąca i roku, cały dzień hemaglowanie. Tam często przyjeżdżali, tam często też przyjeżdżali od mojej żony właśnie rodzina, kuzynostwo i tak dalej. Oczywiście zaczęły się opowiadania, zaczęły się tam jakieś, wiadomo, że niektórzy, do niektórych to nie trafia, przecież ja nie mówię, że od razu musi ktoś tam wierzyć w jakieś różne rzeczy, ale jakieś dziwne zdarzenia. Niektórzy oczywiście tak, tak mieli różne zdarzenia, też mówili. No i właściwie na tym się wszystko skończyło.
Co jeszcze było z tym szwagrem, tak, którego ja szukałem? Szwagier? Myśmy wstali, gdzieś może była godzina, no wiadomo, ósma, jakąś tam kawę sobie robili, na chatunek w ósmej, bo jak będzie rano, wraca mój szwagier, prawda?
No i my, ja do niego mówię, słuchaj, gościu, nie byłeś jak ty mi wywinąłeś, a mam taki ledwo, co wiadomo, tam już taki był, no wiadomo, po całej nocy, no więc w życiu bym był lepiej, a ledwo co na drogach idę.
No i poza spać oczywiście, jak potem wstał, opowiedzieliśmy mu to, był naprawdę w szoku też. Więc też tak jeszcze na koniec powiem tego zdarzenia, że postanowiliśmy w trzech, mówię nie, jak dzisiaj się, no bo człowiek potem myślał, no jak dzisiaj to, oczywiście zaczęliśmy to wiązać, właśnie z tym cmentarzem. Zaczęliśmy to wiązać, bo byliśmy, mówię, byliśmy na cmentarzu, zobacz, zaczęliśmy to, tylko wtedy człowiek tak jakoś nie, ja tak nie wiedziałem, że tam może coś za nami pójść, czy co, no to nie było takiego czegoś, prawda? Ja się nawet tym też tak nie interesowałem, dlatego że na przykład moje zainteresowania to raczej były militaria, to ja uwielbiam jakąś tam historię, tak? Z zawodu w ogóle ja jestem też informatykiem zawodu, ale uwielbiam historię, uwielbiam militaria, uwielbiam jakieś tam wojskowe sprawy i tak dalej, więc ja się tym nie interesowałem. Uwielbiam technologię, uwielbiam nowe technologie, więc dla mnie też niektóre wyjaśnienia czasami sobie w głowie myślałem, mówię, kurde, muszę to jakoś od tej strony, co to mogło być, ktoś mi tu jakieś zastawił, nie wiem, czy czary mamy mi tutaj robić, czy cokolwiek, więc ja nie miałem wtedy takiej świadomości, więc cały dzień myśleliśmy, co tu zrobić, postanowiliśmy na drugi dzień, kurczę, mówię, no, kurde, zapolujemy na to jakoś, jakoś to, kurde, sprawdzimy, no i szwagier już wtedy z nami był w tym namiocie, no niestety, no skończyło się tym, że siedzieliśmy do pół tych godzin, oczywiście, żeby było trochę odważniej, no to wtedy żeśmy sobie coś tam, człowiek sobie wypił na tą odwagę, no i skończyło się, z tego zmęczenia po prostu poszli spać i tyle, i na tym się wszystkim skończyło.
No i tak to właśnie wyglądało. Tak wygląda ta moja jedna zdarzenie, które miałem 18 lat temu, które utkwiło mi w pamięci do tej pory, nie potrafię sobie tego przyjąć, więc tak to wyglądało jakby coś. Jeżeli dobrze pamiętam, to to wszystko siedziało jakoś blisko lasu, tak?
Tak, tak, za domem, ja panu wytłumaczę, jak to wygląda, za domem, gdzie są dziadkowie, to on jest tak jakby wmontowany w górę, na którym jest bardzo, bardzo taki dość duży las, który się ciągnie w prawą stronę już do tych lasów głębszych tam po prostu, w stronę wierzcha. To już są głębokie lasy, prawda? To już tam, tam, tam już można takie głębsze lasy, więc... Nie, jeżeli tam chodzi na przykład o jakieś zwierzęta, to zwierzęta podchodziły, nieraz miałem sytuację, gdzie ja z namiotu wyskakiwałem, ponieważ podchodził sobie jakiś tam rohacz, który tam lubił się drapać, o gałęzie bił, o gałęzie, prawda?
I ja wyskakiwałem oczywiście, żeby go nie straszyć, ale no wiadomo, nie, jak to roba, czy gdzieś tam uciekł, znowu, znowu przychodził, szował się o jakieś tam, bo tam były dalej jabłonki, jabłonie tam były, nie? Też, więc one tam czasami podchodzili sobie. Tak to wyglądało, nie?
Także las tak, tak, tak, tak, po tę stronę, nie? Rozumiem, że to bicie w namiot w żadnym razie nie przypominało takiego pocierania jakby porożem. Nie, nie. To było typowe, jakby wziął ktoś patyk. Jakby taki siniutki patyczek i bił, i co było dziwne, to biło w różnych miejscach, czyli tak jakby było, nie wiem, trzech ludzi, że z lewej strony, z prawej, z tyłu, z lewej, z prawej. Nie, że ktoś szedł w około, nie? Na przykład w jednym miejscu, czy w jednym miejscu było, tylko z różnych stron, nie?
Takie pak, pak. To nie było, też sobie przypominam, tak jak, bo to wiadomo, trochę tych lat jest, ale coś tam się mi utrwaliło, że to też nie było jakoś długo. To było może kilka, może, może dziesięć razy pak, pak, pak, pak, pak i tyle, i koniec. Rozumiem, że panowie wykluczyliście opcję, że mogła to być jakaś zwierzyna, na przykład część z tych zwierząt gospodarskich.
Nie słyszeliście jakiegoś biegania wokół namiotu? Nie, nie, nie, właśnie to jest to, że na pewno wykluczyliśmy jakąkolwiek zwierzę, znaczy zwierzyna tam podchodzi, to jest fakt. Nie mam pojęcia jaka zwierzyna podeszłaby do nas, do namiotu, ponieważ na przykład jeżeli chodzi o zwierzynę gospodarstwa domowego, to nie było tam jakiejś, czy kozy, czy krowy, która by tam gdzieś uciekła, nie? Tam nie było, dziadkowie nie mieli, to były jakieś tam kurki, które były pozamykane, prawda? Pieski, które naprawdę się wtedy bały okropnie, bo tak jak mówiłem, że nie miały podejść, to żeśmy wykluczyli. To tutaj, wiem jak na przykład potrafi jeż, bo nieraz tam spałem w namiocie i kiedy był już tam jakiś sierpień, gdzie jakieś liście po prostu już tam spadają, prawda?
Bo tam jakieś jabłonki czy coś, no to jeż potrafi tak chodzić po liście, jakby człowiek chodził, prawda? To jest też śmieszne, bo nieraz, że by się z tym zdarzył, że właśnie myślałem, że ktoś chodzi, a to się to złożyłem, że to wykluczyliśmy.
Właśnie, no, sam ten syk. Ja dzisiaj jak zamknę oczy i po prostu tak jakby nie próbuję sobie to przypomnieć, to słyszę ten dźwięk. Po prostu do dzisiaj mi się tak rafiło, że słyszę ten po prostu syk, ten szum tego, nie wiem, gazu czy czegoś, on się zbliża do mnie i mnie obtacza.
I trzask tej gałęzi takiej, łamanej gałęzi. Do końca nie możemy wykluczyć, nie? Z biegów okoliczności, że akurat może wtedy te zwierzę, jakieś tam przyleciało i akurat mamy, może się coś wystraszyło, ale trzaskanie było takie zbyt systematyczne, żeby to był zwierz, który się wystraszył, tak? To było właśnie dziwne.
To tak zapamiętałem. Zastanawiające jest też ten brak reakcji psów. Już nie tylko na wołanie, ale na, no, psy chyba zareagowałoby na pojawienie się jakiegoś intruza, jakikolwiek by on nie był. Tak, to były małe kundelki pospolite, ale ktokolwiek, a nawet inne psy, bo te pieski one, tam obszar pod domem, to powiem panu, był hektar. To jest dużo, prawda? Pod domem sama działka to był hektar, więc to jest duża działka.
Jakieś tam sobie małe tam krzaczki gdzieś były, tu gdzieś jakieś tam rzeka tu przecinała, tu troszkę jakiś tam jeszcze mały potoczek gdzieś sobie ładał, okolica naprawdę. I te psy naprawdę żaden z piesków nie podeszczekł do mnie, nawet na moje wołanie. To było dziwne, bo myśmy w ogóle, tak tłumaczyłem, z namiotu wychodząc, to one zawsze były. Dwa przyleciały, tak, nie? Widziały, że my się kręcimy, bo tam, bo ten mój znajomy też palił, ale to chyba panacze tak mają, że w nocy czasami musi zapalić, od drugiej strony, a zapalę sobie. To te pieski przylatywały, nie? Czyli ja tam czasami gdzieś, jak to mówię, za potrzebą się poszło, to zaraz gdzieś obok się kręcił piesek i poleciał do tyłu, nie? Natomiast tutaj nawet na wołanie, ja głośno wołałem i żaden z tych nic, nic, po prostu one tam miały w stodole taką sobie zrobioną dziurę, że tak powiem, i tam one sobie spały w stodole. I tam sobie wchodziły, tam miały takie swoje posłania i te wszystkie pieski sobie tam spały. Więc ogromna cisza, zero jakichś tam po prostu hałasów przyrody, że tak powiem.
A tam często tam cykanie tych pacikoników, to tam na porządku dziennym, jak była taka cieplejsza noc, to fajnie, fajnie to było słychać też. A tutaj nawet tego cykania nie było słychać? Nie było, nie było, tak. Nie było naprawdę cyklu, no nic nie było. Po prostu wiatr oczywiście, nie? Też jakieś zawsze coś powiewa, gdzieś tam coś słychać. No nic.
Cisza. I zaraz zwróciliśmy na to uwagę, bo to do dzisiaj pamiętam, że zapytałem już i on, ten mój kolega mówi tak, z ustem, no tak, mówię, jakaś dziwna taka cisza. Mówi, zobacz tak, tak człowiek się czuł, jakby wszedł do szklanki, nie wiem, i tam odizolowany był od, nie? Jakaś bariera odizolowana od dźwięku, tak? Tak też byśmy się czuli, nie? Takie właśnie coś dziwnego.
I to, i to ja też zawsze mówię tutaj żonie, tak, że czasami tłumaczy i ona też mi mówi, właściwie to ona też trochę mnie namówiła na to, żeby to gdzieś tam opowiedzieć, bo powiem, no tak raz, raz mi tylko wysyłałem jakiegoś tam e-maila do, do jedno też takie, nie będę mówił tu na jakie, bo tam są nieważne. Ja się bardzo cieszę, że tutaj Państwo, że się tutaj do mnie też szybko odpowiedzieli, bo się nie spodziewałem, że tak szybko odpowiedzieć. Jest fajnie, ja cieszę się, że dzisiaj mogę to opowiedzieć, bo zawsze mi to gdzieś zejdzie ze mnie i gdzieś to zawsze tam utrwalone będzie. A być może ktoś takie zdarzenie miał. Może nie jest to jakieś tam super udokumentowane, ale było raz, dwóch.
Ja może się kiedyś jeszcze skontaktuję, bo tam na pewno się skontaktuję z tym kolegą. On tam sobie gdzieś życie pod me ułożył, bo tak mam gdzieś tam kontakt z przeciwnego kolegę, mówi z jakąś tam sobie, nie chcę na razie tam ingerować, ale z pewnością też, jeszcze, jeszcze po tym, żeśmy się spotykali tam jakiś czas, prawda, bo jeszcze mieszkałem tutaj na Śląsku, bo ja tu nie wyjechałem, nie. No, panowie, jakby dyskutowaliście potem, jakiś czas potem, co to takiego mogło być, wymienialiście się z postrzeżeniami.
Tak, tak, ten temat był, był, był po naszym spotkaniu zawsze. On zawsze wracał, prawda, i zawsze się na dyskusji kończyło, co to mogło być. Powtarzaliśmy sobie to samo, tak. On to samo mi mówił, że to słyszał właśnie w ten sposób, tak, że się bił. To było dziwne, że te bicie jego, ta walka jego, on mi to tłumaczył, on to musiał przeżyć, bo ja się już obudziłem, prawda, ja byłem przekonany, że nie wiem, właśnie wtedy byłem przekonany, że na początku, nie wiem, ktoś nas zaatakował. Potem sobie pomyślałem, że to ktoś jakiś, wiesz, tak, z pędu wpadł, jakiś dziw, kurde, no i, no i wiadomo, broi, rozwala wszystko, nie.
Natomiast on się tak szamotał, że cały namiot latał i on właściwie to tłumaczył i on, w zasadzie do tej pory, jak jeszcze wcześniej się z nim spotykałem, to mówił mi naprawdę, uwierz mi, czułem, jakbym bił się z kimś.
Jakbym po prostu z kimś zapasy, jakby coś się działo na mnie i nie mówił o duszeniu, tylko mówił, że trzymało go, prawda, że on nie umiał się ruszyć, że szarpał się, ale nie umiał wstać, nie umiał się ruszyć, nie. Tak to zawsze mówię.
I miał uczucie, jakby ktoś naprawdę, osoba fizyczna. Natomiast, no, nikogo tam nie było, nie. Bo kolega rozumiem, że czuł to jakby fizycznie, wszystko. To nie było, to nie działo się jakby w ramach snów, czy na granicy snu i jawy. Tak, tak.
To właśnie było dziwne, ponieważ ja z nim miałem kontakt i słyszałem, jak on się szarpie. On całkowicie, jakby można by powiedzieć, przypomnieł, mówił do mnie. Tłumaczył mi coś i tyle. Ale po jakimś czasie jakby ja zacząłem krzyczeć, mówię, no to weź coś zrób, to mówię, co, iść tam ci pomóc. Ja już tak nie pamiętam, ale wiem, że naprawdę emocje mnie tam poniosły, bo naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje.
I to ustało. W tym momencie ustało. I taka cisza. I ja myślałem, że mówię, co jest? A on mówi, że już mam, dobra, już dobra, dobrze się czuję, coś, nie wiem, puściło, coś. No, co jest? I tak żeśmy w tych emocjach zaczęli rozmawiać. No i on mi to tłumaczył.
Cały czas mi powtarzał, jak mam. Mówię, że nie spałem, mówię ci, no coś mnie... I my też zaczęliśmy mówić, nie, bo jeszcze w tym namiocie siedzieliśmy, myśmy nie wychodzili. To był taki tylko początek tego, co się miało zadziać. No i my przez te tam pół godziny mówimy, mówię, może coś ci się może... Ja myślałem, że to jakiś zwierz, a on mówi, nie, to się... Co to jest zwierz?
Mówię, no coś na mnie się działo. No przez te pół godziny przegadaliśmy. No i potem zaczęła się ta sytuacja, kiedy żeśmy zeksięli iść już spać, no bo mówię, no co będziemy z tym po prostu. Dźwiękiem, który od tej strony... Ja myślałem, że samochód na początku jedzie, ale potem dziwnie mówię, no jak samochód przejechał przez rzekę, ale zacząłem już słyszeć taki dźwięk, to ja mówię, dzisiaj go naprawdę jeszcze, można powiedzieć, sobie przypominam i słyszę.
Butla z gazem, jakby się on puściło, syczenie takie wysoko, wysoko prężne, można powiedzieć, syczenie. Otacza mnie wokoło i jak już znika ten dźwięk tej butli, jest łamanie takiej gałęzi, takiej naprawdę solidnej, porządnej gałęzi.
Jakby się nie wzięło, jakby się nawet złamało. No nie wiadomo, co to było, ale wiadomo, że się Pana mi zainteresowało. Można to właściwie podpiąć pod pewnymi względami pod żywy folklor, bo tam jakby ewidentnie jakaś istotka chyba koło Was się kręciła. Też to, żeśmy tak potem sobie... Jakiś skrzat, prawda?
Tak, tak, w latach można sobie to jakoś... Powiem tak, ja potem zacząłem też... Bo wiadomo, ja później, późniejsze lata tam jeździłem, prawda? No bo to... Ja do tej pory tam, bo tam mieszkają, mieszkali teraz tam mieszkał ten pozostały teściu.
Wybudował tam dom nowy, nie? Bo dziadków już nie ma, tu już są lata jak ich nie ma. Ja tu niedaleko mieszkam też tej miejscowości, bo się przeprowadziłem w Piszczady też, można powiedzieć. Tak ja tak trochę dalej od Bieszku mieszkam. I ja tam często jestem, jestem tam kilka razy do roku, prawda?
I wiadomo, że tam tych ludzi jakoś tam się poznało, zaczęło się tam z nimi rozmawiać, z młodszymi. I to ode mnie wiadomo. I wiem na pewno, na 100% jestem pewien, były kiedyś w latach tam też nawet obrządki satanistyczne odprawiane. Jest tam taka jedna góra, ja tak nie będę mówił, żeby to tam nie tego, tam wiem na 100%, bo to wiem z różnych, nawet nie odpowiadam, tylko świadków, którzy tam mówili, bo tam nawet było głośno podobno gdzieś tam, przez kościół i tak dalej, były obrządki satanistyczne. To były ze wsi tam. Ci ludzie dzisiaj będą, podejrzewam, w moim wieku, którzy tam te obrządki robili.
Wiem też z informacji, tych żyjących tam ludzi, trochę młodszych, ode mnie, ale będą też mieli tak gdzieś po trzydzieści parę lat teraz, że mieli różne zdarzenia w domach na przykład, prawda? Czyli też po jakiejś tam wizycie gdzieś czy tam u góry na tym cmentarzu, że różne rzeczy się im działy, tylko to było dziwne, że one się działy i powiedzmy to jednym... nie było tak, że to się ciągło, prawda? Jednym stąd nie i czy tam i to znikało. Nie było, nie trzeba było nic tam robić obrządków czy tam czegokolwiek, żeby to po prostu znikało.
Pobawiło się i tak to wiem z kilku, z kilku po prostu opowiadań, no bo człowiek jak już to się zdarzyło, to zaczął gdzieś tam drążyć ten temat. I niektórzy faktycznie zaczęli mi opowiadać takie rzeczy, że ja mówię, aha, no to okej, okej, w porządku, to już gdzieś tam się to zaczyna mi łączyć w jedną całość. No i do dzisiaj to pamiętam.
To jest jedyne takie, znaczy jedyne jeszcze jest jedno zdarzenie tutaj, ale to jest takie jedyne, że pan ja chodzę pancze w niebo, czasami może bym chciał zobaczyć, może czasami coś widziałem, ale ja z UFO z różnymi takimi nie miałem nigdy tam, proszę nie, ja nieraz tam coś widziałem, nieraz gdzieś tam, ale tutaj nie. To jest takie jedyne zdarzenie, które... Oczywiście ja jestem takiego, taki mam umysł, ja mam strasznie otwarty umysł, ja potrafię tutaj wszystko sobie gdzieś tam poukładać. Nie jest mi czasami do śmiechu, bo w tej sytuacji mi nie było naprawdę. To wtedy mnie nie było, bo naprawdę żyliśmy potem tym cały czas, że tak powiem, te wakacje już były pamiętne. No a co innego słyszeć, słuchać o takich zdarzeniach, co innego jakby doświadczyć tego na własnej skórze, tak?
No właśnie, przeżyć to i to właśnie siedzieć gdzieś do... umyć, u mnie siedzi do tej pory i fajnie cieszę się, że właśnie tutaj mogłem, bo przynajmniej to jakoś tam się podzielę. Trochę z tej duszy swojej zleję tego i może gdzieś to się rozpłynie, nie? Tak to wygląda właśnie. Tak to wygląda.
Druga... Mogę tą drugą sytuację też już opowiedzieć, żeby... Oczywiście, jak najbardziej. Dobra. Druga sytuacja... Mam zdarzenie niedawno. Mam zdarzenie niedawno. To jest taka moja powiedzmy druga. I fajnie, to jest trochę dziwne. Znaczy tak, ja w ogóle nie będę mówił tutaj o mojej dacie, bo ja mam trochę dziwną datę urodzinę. Ja mam 46 lat, więc tu mogę powiedzieć rocznik 77, prawda? Natomiast moja kolejna data jest też, nie będę mówił, ale jest siódemka, jest potem znowu inna i to jest taka trochę moja data dziwna i ono też ma tutaj właśnie z moją datą, to zdarzenie teraz, które jest, ma z moją datą po prostu coś wspólnego, bo to się wydarzyło w mojej urodziny. Miejsce ma te zdarzenie już tutaj, gdzie mieszkam, to jest rok 2022. To są komunikacje, które ja miałem niedawno. Mogę tylko tylko powiedzieć, że w wakacje, bo w wakacje mam też urodziny.
Rok 2022, gdzie już tutaj mieszkam, ja już tutaj mieszkam 12 lat. Tak, 12 lat. Przyjeżdża właśnie do mnie szwagier, ten właśnie, który, z którym tam żeśmy wtedy na tej zabawie byli, na którego żeśmy byli przez jakiś czas, że tak powiem pewni, że to on nam te fibre płata. Przyjeżdża do mnie rano, to są moje urodziny, on tutaj jest właśnie w tam miejscowości, w tych, gdzie się to działo w tak poprzednich latach, bo on tam ma ojca, prawda? Wiedzieli tam są i przyjeżdżają do mnie. No posiedzimy trochę nie wiadomo, urodziny jakiegoś tam, piwka się napijemy. Ładny dzień pamiętam, ładny dzień, ale on przyjeżdża taką ciężarówką, można powiedzieć, znaczy to takim tranzytem, nie? Takim tranzytem, bo on też tutaj niedaleko w miejscowości kupił sobie dom.
Przywiózł parę rzeczy, które, prosił mnie tam chyba desk, jakieś tam różne rzeczy, żeby z nim zajechać. To jest jakieś 2-3 miejscowości od mojej tutaj miejscowości. No i jedziesz ze mną, rozładujemy, a przyjechał ze swoim partnerką.
Ze swoim partnerką i ze swoim tam bodajże, on miał 2 lata, dwuletnim synkiem. No i jak to wiadomo jest godzina chyba 8, pół 8 rano. I mówię, słuchajcie, mówię dziewczyny, my jedziemy, ja tu jadę, rozładujemy, abyście tutaj sobie oglądali. A my mówimy, spoko, że moja żona też jest świadkiem. No to właściwie mojej żonie się to zdarzyło. Właściwie cała sytuacja zdarzyła się mojej żonie i tej partnerce od tego mojego szwagra. A wy się tutaj zajmijcie sobą, więc na spokojnie.
Tutaj rządźcie. A my tak mówię, do 2 godzinki, do 3 się ogarniemy, prawda? Powyładujemy tam, wszystko przyjedziemy i już sobie spokojnie usiądziemy i jakoś tam będziemy świętować. Jesteśmy tam, jestem z tym szwagrem już tam do jego miejscowości, rozładowujemy, no i tam dostaję sobie przypamiętam, chyba tak, zadzwoniła do mnie żona.
Zadzwoniła do mnie żona, mówi, słuchaj, no nie uwierzysz. Ja mówię, no kurczę, no pewnie uwierzę, bo tak jestem, że raczej uwierzę. No żonie tym bardziej, no co, czemu mam nie wierzyć? Słuchaj, ale ja ci wyślę to zdjęcie. Ja ci wyślę zdjęcie, bo ja nie potrafię tego wytłumaczyć.
No nie potrafię tego wytłumaczyć. No dobrze, a co się stało? Co się dzieje, nie? Wiesz, jak tam u nas na dworze stały 4 kufle po piwie, prawda? Standardowe kufle, nie z tego grubego szkła, tylko takie no półlitrowe, takie są standardowe w barach, że tak powiem, bez uchwytu, nie?
4 kufle. One stały te kufle od poprzedniego dnia, bo moja żona miała taki zwyczaj, że jak coś tam się wypiło, czy tam coś wiadome, jakieś piwo, to raczej umyła, postawiła przy sobie, one sobie tam stały na stoliku przy huśtawce, mamy taką huśtawkę tam i tam jakby na drugi dzień sobie czekali, można było opłukać, prawda? Takie miały jakieś takie sobie zwyczaje. I one sobie tam przez całą noc stały, do rana, no i one stwierdziły, że jak my sobie pojechaliśmy, to one już sobie na ten proces wypiją spokojnie tam po piwku, nie? Naleją sobie, zanim my sobie tam przyjedziemy. No i moja żona podchodzi do tych kufli, wzięły sobie po piwie, chciały sobie nalać do tych kufli i nie nalały do tych kufli, nie nalała ani żona i wierzę, że za jeden kufel, tak? Podnosi go i proszę sobie wyobrazić, że jest jakby ja mam, najlepsze jest to, że ja mam zdjęcie tego, ja do was wyślę to zdjęcie i jest obcięty, no to tak, ja bym to tak raz, bo ja tak na zdjęciu, bo ja już tak pamiętam, to potem oglądałem, szkoda, że tych kufli nie założą, no ale to tak człowiek po tym nie myślał, ale ma zdjęcie bardzo wyraźne. Jakby obcięty, nie wiem, raz, dwa, jeden. On nie jest pęknięty, on nie jest jakoś krzywo pęknięty, tylko po prostu jej w ręce zostaje dwie trzecie kufla, a wieczko dolne razem z jakąś tam częścią tego szkła zostaje na dole, prawda?
Nic by nie było w tym dziwnego, bo można by to było jakoś wytłumaczyć, tak stare kufle, no odpadło. Oczywiście jest odcięte na tych zdjęciach, nawet widać, jest to odcięte praktycznie idealnie, właściwie nie szło się nawet na tym skaleczyć.
Tak, jak coś jest powiększone, wiadomo, szczeli kufel, czy coś jest powiększone, ale proszę posłuchać dalej. Ta jej, czyli ta po prostu od mojego tego szwagra, partnerka mówi, słuchaj, mówi weź ten drugi kufel, może wiesz, coś nie tak.
Proszę sobie wyobrazić, ona dźwiga kufel, w tym samym miejscu tak samo dźwiga, jest on, że tak powiem, odcięty. Pozostałe dwa kufle już są normalne, czyli dźwiga jeden kufel, dostaje wieczko razem tam z kawałkiem jeszcze, nie samo wieczko, prawda?
Bo to jest samo z kawałkiem i ona mówi do niej, weź zobacz, ten drugi, ona dźwiga ten drugi kufel i zostaje tak samo, w tym samym miejscu, po prostu odcięte. I to realnie było bardzo dziwne. Mam zdjęcie, ona mi wysyłała zdjęcie od razu, ja mówię wysyłaj mi zdjęcie, zrób zdjęcie, jeszcze tego nie wyrzucajmy, to potem wiadomo, nie mogłbym to zostawić, ale no człowiek chciał jakoś tam, raczej to było takie fizyczne zdarzenie, nie?
Więc my sobie to tłumaczyliśmy w ten sposób. No i teraz tak, nie zostało do tych kufli nic nalane, nic. Jest środek lata, ja mam też swoje, ten środek lata, jest ciepło, nie ma zmian temperatur, nie ma mrozu, nagle coś gorącego wlejemy, nie ma.
One po prostu stoją przez całą noc. Nic nie było z nimi robione, one nie były, my nie mamy myjki, że tam w myjce są, czy my teraz tak, raz tak, raz tak, nie, nie. Po prostu są tam przepłukiwane i były u nas dość długo te kufle.
Nie wiem jak to wytłumaczyć po prostu. Mam zdjęcie, to się dzieje w mojej urodzinie, w mojej urodzinie. A gdyby to było takie pęknięcie, no sporo, na przykład temperaturą, to chyba byłby jakiś odprysk widoczny, nie? Gdzieś obok. Tak, tak. Mamy dwa kufle, mamy dwa kufle, które są identycznie obcięte.
Myśmy nawet potem już z figurowaniem mówili, nie, mówię UFO przeleciało i po prostu ktoś laserem gdzieś może, czy co innego badał i przeleciał nam po tych kuflach. Naprawdę. Moja żona była w szoku. Proszę sobie wyobrazić ich miny, gdy ona dźwiga ten drugi. Bo ten pierwszy, no to jeszcze by nie szło. Ach, dobra, nie?
Ale to ona dźwiga ten drugi kufel i on tak samo. Zostaje jej kufel w ręce, a to zostaje po prostu... I mam bardzo ładne zdjęcie zrobione tego i ja wam wyślę właśnie na, na... Tylko tam potem najwyżej mi podacie, jakie mam, na którego e-maila, nie? Czy tego tam ze strony, ewentualnie tam, nie wiem, czy na stronę też chodziło.
No, tego na stronie radiomapa-paranormalium.pl. Tak, wyślę wam te zdjęcie, zobaczycie jak to wygląda. Ja do tej pory komuś to pokazuję. No to są takie tematy. A! Ktoś wam, sąsiad wam przyszedł na złość i... Bo oni tak mówili, bo jak zobaczyli, jak to jest obcięte i tak dalej, to mówią, ktoś wam diamentem. Ja mówię, no słuchaj, no, no, no, przyszedł gość i diamentem wam poobcinał, tak, żeby się potem śmiać z tego, no.
Bo tak mu to wyglądało, jakby ktoś po prostu, jak to, doszła diament, nie? No to ładnie obecnie, tak? Tak jest to. Na tym zdjęciu też to ładnie widać, nie? Jest to, jest to mniej więcej ładnie pokazane. W tym samym miejscu podejrzewam, że być może to do milimetra jest w tym samym miejscu po prostu.
I to jest dziwne zdarzenie, które jeszcze właśnie miałem w 2002 roku. Nie umiem sobie wytłumaczyć i idzie w dzień moich urodzin po prostu, nie? Ja wysyłałem też te kufle, też tam do jednego takiego, bo chciałem to fizycznie, mówię, macie jakieś tam kurcze profesorów fizyki, chemii, miej mi chociaż jeden kufel wytłumaczony.
Czy może tak pęknąć? Oczywiście byłyby wytłumaczone, ale pod jakimiś warunkami, tak? Gdzieś, nie wiem, zalewam wrzątkiem, tak? Bo każdy z nas przez te życie jakoś tam zalewał i pękła szklanka, prawda, czy coś. Ale tu nikt nic nie wlewał do tego. Mianowicie na powyższej podniosła.
I podniosła drugi i to samo. Tak zostały w ręce. A ta krawędź była jakaś taka jakby wygładzona, zaokrąglona? Właśnie ona, ja już tak nie pamiętam, wiem, że na pewno nie szło się o nią przeciąć, ale na zdjęciach ona mi się wygląda zaokrąglona. Jakby przy tym tym jakby nie była właśnie taka ostra, tylko bardziej taka zaokrąglona. I tak jakby krawędź takiego normalnego kufla, tak?
Tak, krawędź takiego normalnego kufla, nie? I to było dziwne. I te kufle stały, właśnie to było dziwne, że dopiero póki... Bo ja jeszcze uważam tak, w momencie kiedyś rozprężenia jakiegoś, ja jeszcze tak tłumaczę, tam nie wiadomo, że gdzieś szukałem jakiś, jak to wygląda. I w momencie kiedy, no wiadomo, szkło pracuje, tak? Temperatura, prawie każdy materiał pracuje. W momencie rozprężenia jakby pękło, to ten kufel teoretycznie powinien się przewrócić, nie?
Bo jakaś pękłocześć, jakieś jest rozprężenie, kufel się przewraca. A te kufle one stały. W momencie dopiero kiedy tak jakby to moja żona chwyciła i w tym momencie się obcięło i ona podniosła. I drugi chwyt na znowu się obcięło i to podniosła.
Nie było przechylane te kufle. Nie było, że ona przychodzi, o Jezus, kufle leżą, dna, co się tu podziało, nie? One stały. I w momencie kiedy moja żona je dźwiga, to zostaje i drugi to samo. To jest właśnie też jedna z jakichś właśnie... Nie rozumiem tego, nie? Nawet jakby się, nie wiem, to stolikiem potrząsło, tak? To powinno gdzieś tam, bo to wiadomo, nie? W idealnym po prostu położeniu. No nie jestem w stanie powiedzieć, że jeżeli było rozprężenie czy cokolwiek, jakaś zawsze tam siła powinna zadziałać, powinien się trochę przesunąć może, nie wiem, czy spaść, czy no, różnie, nie?
Natomiast one były idealne. Ja to wyślę wam właśnie, zobaczycie, no to jest... Jak ja komuś pokazuję te zdjęcie, to nie chcę mi wiedzieć, że to jest obcięte, że to ktoś obciął. Że wziął diament i obciął na złość i my je dźwigali.
Nie jest to normalne. Wspomniane w drugiej historii zdjęcie przeciętych kufli mój rozmówca udostępnił mi krótko po naszej rozmowie. Link do oryginalnego pliku znajdziecie Państwo w opisie tej audycji. W ostatniej części dzisiejszej audycji przenosimy się w rejon Rosna.
W sierpniu 2018 roku dwoje turystów wybrało się na wycieczkę rowerową, podczas której stali się świadkami całej serii bardzo dziwnych incydentów. Na tej właśnie relacji w dużej części bazuje okładka dzisiejszej audycji.
Nie jest to oczywiście dokładna rekonstrukcja tego, co wówczas widzieli świadkowie, bo to właściwie taki kombo z wybranych elementów pojawiających się w tej rozmowie. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej w jakiejś części oddaje ona charakter tego, co się wówczas wydarzyło.
Oddajmy zatem głos jednemu ze świadków, który zgłosił się z tą sprawą do Radia Paranormalium. Halo, halo. Halo, dzień dobry. Tutaj Marek Sęk po tej stronie Radio Paranormalium. Byliśmy umówieni na dzisiaj na rejestrację Pana relacji z Roztocza, z tego, co kojarzę. Tak, dokładnie tak.
Z takiego pięknego Roztocza. To możemy zaczynać. Jakby Pan mógł zacząć od określenia mniej więcej, kiedy to było, jakie to były okolice. To było w 2018 przełom sierpnia, początek jakby września, końcówka sierpnia bardziej będzie, bo ja już nie pamiętam.
27, 28, 29 bodajże sierpnia. W każdym bądź razie zajmowaliśmy się eksplorowaniem Roztocza rowerowo. Ja i moja koleżanka, ja robię stricte wyszukuję ciekawe miejsca, do których trzeba naprawdę dotrzeć po gruzach, jak ja to mówię, po lesie, na przestrzał. Moja koleżanka zbiera materiały do książek na temat historii, religii i tak dalej. Mieliśmy dzień, pierwszy dzień żeśmy zakończyli na spokojnie, drugi żeśmy zaczęli niby spokojnie, ale nie do końca.
Zaplanowaliśmy sobie trasę, siedemdziesiąt parę kilometrów. Nic nie zapowiadałem samego rana nawet na śniadaniu, że coś tego dnia się wydarzy. Rozpoczęliśmy start w Sujcu, to jest, jak popatrzę to Józefowa, Zamość, to są te rejony tutaj. Mieliśmy pojechać najpierw na Szumyno-Tangwi, potem na Wodospad, na Jeleniu.
Ja miałem sprawdzić tam przy okazji dróżkę, która prowadzi w głąb lasu, wzdłuż tego potoku, bo jest pięknie niesamowity. Tam w nocy się fajne rzeczy dzieją, ze zwierzętami. No, niestety tam były tłumy, ja mówię do mojej koleżanki, słuchaj, ja tu zdjęcie będę robił, bo jest za dużo ludzi i tak dalej. Ja mówię, pojedziemy, wrócimy sobie wieczorem na spokojnie, na powrocie. Wojechaliśmy na tak zwane Czartowe Pole, w kierunku Nowin.
To jest w zasadzie trzy kilometry od Sujca w Wini Prostej. Po drodze jest Kamieniołom w Nowinach. Stary, nieczynny kamieniołom, kultywowany, można go zwiedzać, jest wieża widokowa na skarpie, ja wiem, z 15 metrów wysokości, nie wiem co tego gruntu gdzieś tam na dole chodzi. Wzdrapaliśmy się tam na górę po schodach, rowery gdzieś tam stały na dole.
I stojąc tutaj w baszcie, na tej wieży, obserwując tą Puszczę Solską, ja tak spoglądam w niebo i mówię, że ja mówię zobacz na to niebo. Ono jest pięknie błękitne, ale ono ma jakieś dziwne kolory jeszcze.
Ona mówi, takie szare kropki. Wygląda jak kasza, jakby było matowe. Ja mówię, no właśnie, tego jest wszędzie. Ale nie rozkminialiśmy. Zrobiliśmy parę zdjęć, pojechaliśmy dalej w kierunku Czartowego Pola już, bo to jest po sąsiedzków. Na parkingu Czartowego Pola, to znaczy jest parking dość spory. Tam się zmieści z 50 samochodów lekko. Ja dobrze pamiętam, że tam było około 10-11 samochodów, dlatego, że one stały zaparkowane między pewnymi drzewami. Ja tam byłem wielokrotnie, nawet po tej całej akcji tego dnia, o której właśnie teraz opowiadam.
Patrzyłem jak ten parking wygląda, bo sobie jeszcze główkowałem, czy na pewno wszystko było w porządku w ten dzień. Stało około 11-10 samochodów. Ale zaraz obok jest mor, czyli miejsce obsługi rowerysty. I tam stało masa rowerów. Bardzo dużo.
To była jakaś zorganizowana wycieczka, musiała przejechać, bo tam i sakwy wisiały, plecaki były pozawieszane na kierownicach. Ja mówię do mojej koleżanki, wiesz co, widzę tu też będą tłumy. Mówię, ale już jesteśmy, tu nie będziemy ten jechać, to poróbimy chociaż tak parę zdjęć z ukrycia po prostu, żebyśmy coś mieli.
Czartowe Pole, to jest taki system takich potoków i kaskad wodnych, gdzie woda spada, różnica tam jest w wysokości 3 metry mniej więcej od wejścia do gdzie ona wpada na ten teren i spada już z niego. Woda spada po takich kamieniach, różnych uskokach, przez drzewa i w ogóle. Piękne, piękne miejsce.
Ona ma dwie ścieżki. Jest ścieżka dolna i jest ścieżka górna. I jakkolwiek, którą ścieżką iść, nie ma możliwości, żeby nie zobaczyć drugiej ścieżki na dole. Idzie się równolegle. Tam ona chwilami tylko odbija dosłownie na moment, jedna od drugiej. Ale nie ma możliwości, żeby kogoś nie usłyszeć, nie zobaczyć. Wyobraźcie sobie, nie było tam nikogo, ani żywej duszy.
Ja mówię, robię zdjęcia, robię zdjęcia, bo przykładam uwagę. Żeby była jak najmniej ludzi, bo robię zdjęcia dla siebie. Nie chcę mieć tłumów, nie chcę potem jak udostępniam zdjęcia, żeby ktoś powiedział, on tam jest, on tam nie chce być. Jest różnie. I wychodzimy stamtąd i ja mówię, widziałaś kogoś? Słyszałeś?
On mówi, nie. No właśnie, to jest dziwne. Ja mówię, bo przy tylu samochodach oni wszyscy poszli w las? Na grzyby? Niemożliwe. Ja mówię, tam nie było nikogo na dole. Ja mówię, poczekaj, ja coś jeszcze sprawdzę. Wejście na czartowe pola są dwa. Jedno przy parkingu, drugie sto metrów dalej się idzie, tak jakby w długą placu, taką ścieżką górną. Schodzi się deszcz, jakby u podnóża z górnej ścieżki tej dolnej.
Wszedłem z tamtej strony i zrobiłem rundkę, dosłownie kółeczko całe po tym czartowym polu. Wyszedłem z tamtej drugiej strony, prosto tam w objęcia koleżanki mówię, i co? Ktoś wyszedł? Mówi, nie. A słyszałaś cokolwiek? Ani, że wejdusza tu nikogo nie ma. Ja mówię, co dziwnie wszyscy poszli? Dobra, nie rozkminiamy. Słuchaj, my jedziemy dalej, idziemy do Jezuchowa, coś się tam zjemy. Zrobimy jeszcze rundę tam na ten kolejny kamieniołom. I ruszyliśmy z miejsca. Jechaliśmy duktem lecznym, żeby po mniej więcej pół kilometra być w prawą stronę i trzymać się jakby z karpy, tam w tym wąwozie, gdzie płynie sobie ten Sopot cały, czyli ta rzeka.
Ta ścieżka tak się wije. Raz idzie przy skarpie, raz troszeczkę od niej odbiega. I jest tam takie miejsce, taki brud, gdzie można tą rzekę przekroczyć. To jest mniej więcej od miejsca, gdzie coś się wydarzyło, było 100 metrów. I tam pamiętam taka sosna rosła. Ja jeszcze mówię, że tutaj możemy rowery oprzeć o sosnę, tak z daleka mówię, i tam pójdziemy i po prostu zrobimy zdjęcia, nie? Parę sekund po tym, co ja powiedziałem, zza drzew wybiegła postać. Do brzucha mniej więcej wzrost ją miałem. To było na dwóch nogach, miało dwie ręce, było przykryte jakimś workiem.
Jak dla mnie to wygląda jak worek po ziemniakach, taki brązowy, nie to taki ciemnobeżowy, taki podarty. Biegło niesłychanie szybko, przebiegło przecinając nam drogę. Ja się po prostu awarnie zatrzymałem tym rowerem. Wszystko, co miałem na sobie, to pospadało. Rzuciłem się w pogoń za tym, bo nie wiedziałem, co to było. Mi to przypominało jakiegoś małego człowieka. Znaczy to miało takie ewidentnie humanoidalne cechy. To nie było na przykład dzik, prawda? Nie, to szło na dwóch nogach, to biegło na dwóch nogach.
Niesłychanie szybko i zwilnie. Zając jest myślę na początku, potem jak już po tym fakcie było. Zając? No niemożliwe. To w szmacie biegł? No sarna nie. No dzik też nie. To miało dwie nogi, dwie ręce. Było wyraźnie widać, że ma dłonie.
Bo nie było widać na przykład uszu jak u zająca, nie? Było widać uszu, było małżowiny uszne widać, były jakieś dziwne siwe włosy, takie dość długie, tuż za jaszcz zakarg. Pan wspominał o tych uszach. Czy to były uszy takie bardziej od jakby zająca, czy co one robili? Takie człowiekokształtne, bo to dość szybko biegło. Dość szybko biegło i to było takie człowiekokształtne.
Czy one wykazywały takie cechy typowo humanoidalne jakby, czy? Tak. Ona na dwóch nogach biegła. Delikatnie przygarbiona do przodu, delikatnie do stoi, bo widziałem jak to przebiegało. Ja to mam przed oczami po prostu, bo mignięcie. Zdążyłem wyłapać wzrokiem po prostu i śledzić ją przez ten łamek sekundy jeszcze. Zanim się w pogość rzuciłem, mówię, co to jest i lecę.
Byłem ciekawy, bo mi nie pasowało na zwierzę od razu. To już mi się haloło. Ja co miałem na sobie to wszystko spadło ze mnie. Aparat, kamera, wszystko na ziemi leżało dosłownie. Plecak i lecę za tym, nie? Ale patrzyło się przez siebie.
Ani razu nie obróciło głowy w moją stronę. Ja dobiegłem do tej skarpy. To zbiegło w krzaki na dół. Byliśmy spory dystans od siebie, bo to niesłychanie szybko biegło. Ja tylko zdążyłem do tej skarpy dobiec, złapałem się do ta łęzi. Tam moja koleżanka podbiegał do mnie i mówi, co to jest? Ja mówię, nie wiem. Zobacz, jak to biegnie w tych trzcinach. Nie było tego widać.
Było widać tylko ślad, jak to biegnie. Po prostu te trzciny się ruszały, jak zygzakiem. Przebiegło na drugą stronę w Sopotu. Tam są takie krzaki, dość gęsto tam jest. Był kawałek, było widać, jak to się wdrapywało na tą skarpę.
W zasadzie wskakiwało na nią. Ja się patrzę na koleżankę, ona na mnie mówi, ty widziałeś kiedyś coś takiego? Ona mówi, nigdy. Jeszcze teraz powiem jedną rzecz. Osoba, która ze mną była, twardo chodzi po ziemi.
Ona nie wierzy w zabobony typu krasnoludki, UFO, jakieś dziwne rzeczy. Nie. Ona wierzy w to, co zobaczy. Także my żeśmy po tej całej akcji tego dnia mieliśmy dużo rozmowy. Czy na pewno nie myśli o mamów, czy myśmy coś zjedli dziwnego, nie wiem, halucynacje, cokolwiek. Ale zbyt dużo ludzi tego samego dnia jeszcze inne rzeczy widziało oprócz nas. Więc coś się dziwnego działo. Generalnie ja zszedłem do tego wąwozu, nawet po tych korzeniach, bo tam jest 5 do 6 metrów wysokości, po prostu pionowa ściana nawet i tam tylko korzenie trzymają.
Korzenie są tak, jak drabina to wygląda dosłownie. Taki gałęziopląs. Na dole było coś w rodzaju, jakby ktoś poukładał patyki, gałęzie, no tak na długość, ja wiem, od końca, od najdłuższego palca na dłoni do połowy, tutaj jak jest łokieć, do tego miejsca. Tak chaotycznie.
Powiązane to było takim jakby, jak juka, takie trawo, coś tam takim sznurkiem dziwnym. Ja się pytam, kto buduje takie mostki i kto po nich chodzi? Jeszcze w takim miejscu. Tam woda się podnosi i odniża, a to tam było. Najgorsze to, że ja ten aparat i kamerę miałem na górze przy rowerze.
Kiedy wróciłem, wiem, przecież ja mogłem zdjęcia porobić, cokolwiek wrzucić się za tym, chociaż kamerować, a ja w ogóle o tym nawet nie myślałem. Mieliśmy zagwozdkę do samego Józefowa po tym akcie. Między pół kilometra zrobiliśmy do takiej szosy, nazywa się to Gościniec-Pyszarkowski.
Wrócimy do tego też zaraz, bo tam też się coś wydarzyło. I to mnie też wbiło po prostu, wyrwało mnie z butów. On ma 6 kilometrów od tego zakrętu, gdzie my wyjechaliśmy. W linii prostej dokładnie 6 kilometrów do Józefowa.
Widać jak na dłoni, nawet daleko, daleko takie wniesienie, bo to się do góry wznosi na wał. Dojechaliśmy tam bez przeszkód, zatrzymaliśmy się w pizzerii w Józefowie na rynku. Zamówiliśmy sobie tam pizzę, koleżanka, nie pamiętam, coś mniejszego do jedzenia, jakąś fantę, coś do picia.
W pewnym momencie rozległ się huk. To był tak przerażliwy huk, przypominał uderzenie bikońskiego bicia, tylko to było potężne. To nie było jakieś miejscowe, tylko to było słańce ogólnie. Wszyscy, co tam byli, ci ludzie, ci turyści teraz, bo to na zewnątrz było, ogródeczek, wszyscy się zerwali, jakby dostali jakieś uderzenia. Poleciały talerze, wszystkie te jedzenia, picia się powylewały, sztućce, szklanki się po... po prostu wyrywało wszystkich z butów, bo nikt nie wiedział, co się stało.
Ludzie na rynku obracali się w każdą różną stronę, do góry, na dół, co się dzieje? Nikt nic nie wiedział. Ja się pooblewałem, mówię słuchaj, kurde, co jest grane? Idę się odmyć, bo mam 4 bidony przy rowerze, 2 są z wodą, 2 z ekloidami, mówię, opłuczę się, bo się całe lepiej. Rower stał na dole, przy krawędzi budynku, na rogu budynku w zasadzie. Kiedy szedłem na dół, płukałem sobie ręce, gdzieś tam kątem oka patrzę, że ludzie gdzieś się patrzą w moją stronę, tylko tak trochę bardziej w prawo jeszcze, nie?
Wiecie co jest grane? Wyglądam za ruch budynku, stoją domy, w odległości 100 metrów, niecałych może parudziesięciu metrów. Domy były zasłonięte przez dziwną ścianę, białą ścianę, która rozpoczynała się, jak się drzwi kończą na górze, na wprost, że jest, parę centymetrów od tego miejsca przemieszczała się biała ściana, zakrywała wszystko.
Nie było widać nic. Kompletnie nic. Wszyscy patrzyli, tam niektóre osoby, widziałem, robiły zdjęcia. Ja mówię do mojej koleżanki, k***a, chodź zobacz, co to jest. Ona mówi, co? Chodź zobacz, podejdź do rogu.
Podeszła tam do rogu, wyjrzała za róg, mówi, co to jest? Ja mówię, nie wiem. Zobacz, jak zasłania, wszystko. Nic się dziwnego nie działo. Poza tym strzałem i tą czymś, nic szczególnego. To się przemieszczało.
Wykluczyliście, że to była jakaś, nie wiem, trąba powietrzna, albo jakieś zjawisko atmosferyczne, takie zwykłe? Myśleliśmy o zjawisku atmosferycznym, tylko ten strzał to... Ja wiem, jak burza. No chyba, że nie wiem, że burza też może taki grzmot zrobić, bo było parę chmurek na niebie, w zasadzie takich, które nie powodują chyba burzy. I to był...
Jak koński widz specyficznie strzela takie uderzenie. To było tak potężne, nie wiem, co byłoby w stanie zrobić. Może samolot. No ja się kiedyś na swoich, że tak powiem, uszach przekonałem, jak brzmi burza tak naprawdę z bliska, ale to wtedy mnie dopadło na szczycie góry, a wy chyba wtedy na szczycie góry nie byliście, prawda? Nie, też miałem, tak.
Kiedyś też się spotkałem w górach z burzą, bo ja często po górach chodzę i na szczęście miałem wiatę. No to trzaska niemiłosiernie. Nie, to nie. Tam akurat nie i ten dzień nie zapowiadał się w ogóle na burzową nawet. Miała być ładna pogoda, było ciepło, nie było mega gorąco, było optymalnie. Właśnie w sam raz najeżdżanie na rowerze właśnie. Tylko zastanawiały mnie te zjawiska, które się działy, które zaraz jeszcze powiem, co się jeszcze działo, bo tam się racjonalnie wytłumaczyć parę rzeczy.
Tak jak się uczyliśmy, tak jak żeśmy wiedzę zdobywali, nic tu się kupy nie trzyma. Co się stało z ludźmi? Co to było, co tam przebiegało? Co to za kolor nieba z tymi dziwnymi kropkami takimi? Nie było wyraźnie widać. To wyglądało jakby było chropowate od tego. Taki tu był szary kolor, grafitowy, szary, coś w tym deseń po prostu. Jedno koło drugiego tak rozsiane po całym niebie, gdzie człowiek głowę nie odwrócił. Co to jest?
Nie wiem, coś się wysypało, coś się rozsypało, nie wiem. Taka była pierwsza wersja w zasadzie, nie? Może coś latach powietrza ma oczywiście, nie wiem, jakieś zapylenie. Tak można powiedzieć. Tylko, że za dużo rzeczy tego dnia się działo w przeciągu paru godzin.
Kurde, no chyba jednak coś musiało być na rzecz, tylko pytanie co? No dobra. Ja mówię do nich, słuchaj, to dokądśmy co mamy, zapłacimy, jedziemy na ten tutaj kamieniołom Babia Dolina się nazywa. On jest dosłownie sam przyklejony do samego Józefowa. Tam jest taka ładna baszta widokowa. Ja mówię, dla odmiany dzisiaj zrobimy zdjęcia z drugiej strony, bo ona będzie bardzo ładnie kontrastować z tym wszystkim, co tutaj jest.
To jest kosmentarza żydowskiego. Pojechaliśmy na tą Babią Dolinę. To białe się rozmyło. Było delikatnie widać, takie delikatnie się unosiło w wyczułach. Może to chmura była. Jakoś to było za gęste, to było za równo ścięte.
Jakby ktoś nożem to obciął. Tak się to przesuwało. Zabierało dosłownie od prawej do lewej cały widok. Od pewnej wysokości w górę. Wszystko na dole było widać normalnie. Kiedy znaleźliśmy się w kamieniołomie, mimo, że słońce tam się chmury pojawiły po lewej stronie i tu właśnie te słońce nie było tam, gdzie powinno być. Było dziwnie ciemno.
Taki półmrok panował. Zdjęcia wychodziły stare. Na aparacie. Jak ze starej kliszy. Ja mówię, co ty masz za filtro? Ona mówi, tak mi wyszło. A zrób aparatem. Zrobiłem aparatem zdjęcie. Mówię, popatrz. Mówię, tak samo mam. Zdjęcie jest stare.
Jest niemożliwe. Co się stało z aparatami? Coś. Ja mówię, to chodź na tą skarpę z drugiej strony. Zrobimy to tutaj. Pocykamy chwilę. Posiedzimy, napijemy się. Ja elektroity, bo żeby skurczy nie mieć. Mówię, zrobię zdjęcie tej baszty. Zrobiłem zdjęcie tej baszty, ale mówię, dlaczego ja robię zdjęcie pod światło? Odwracam się za siebie. Godzina jest 16.30.
Słońce powinno być za mną dokładnie. A słońce było przede mną. Na wschodzie. O godzinie 16.30. Ja mówię do niej, zobacz, gdzie jest słońce. Mówię, powinno być tam. Ja mówię, no, a jest tam. Ja mówię, nie wiem dlaczego. Ja mówię, no ja też nie wiem dlaczego.
Jakaś para sobie szła z lasu, tam gdzie my będziemy jechać, ten gościniec Feszarkowski zaraz. Ja mówię do nich, szanowni państwo, spójrzcie, gdzie jest słońce. A oni w zasadzie, no, no, no, no. Spójrzcie sobie dalej.
Zupełnie, no mamy wywalone. Nie interesuje nas to, nie? Ja to tak odebrałem przynajmniej. No nic. Mam zdjęcie, zrobiłem. Jedziemy dalej. Zjechaliśmy do lasu. To było około 300 metrów. Do tego gościnca Feszarkowskiego, któryśmy już jechali wcześniej. W prawo oczywiście skręcamy i mamy 5-6 kilometrów w linii prostej do zakrętu. 30 kilometrów ogólnie do powrotu do naszej noclegowni. I w sumie minęło dosłownie parę chwil i ja, moje oczy coś tam rejestrują z przodu. Daleko, daleko.
Coś tam w tym lesie widać. I pytam się, ty widzisz to, co ja tam daleko? Mówi, coś białego. Buska i poprzek drogi, czy co? Ja mówię, coś takiego, nie? No ale nic, jedziemy. A jako, że rowerami człowiek się całe życie przemieszcza, więc określenie sobie prędkości, ile jadę na godzinę, to nie jest dla mnie żadnym problem. Zasadowo już, ważywszy na to, że i tak trasy zawsze zapisuję, zegarek też ma GPS-a i mierzy mi prędkość i tak dalej. Wyjechaliśmy w pewnym momencie do białej ściany w lesie, która rozpościerała się od prawej do lewej.
Była tak gęsta, nie było nic, przez to widać. Jak nożem odkroił po ziemi, ona tak sobie stała w tym miejscu i jeszcze wznosiła się do góry, żeby nie było widać szczupków drzew. Zatrzymaliśmy się przed tą białą ścianą. Ja odruchowo zawsze sobie na zapisie trasy, co jakiś czas, co paręnaście minut naciskam jeden guzik, po prostu z tego względu, żeby jak zapisuję trasę, zgubię ślad i ten ślad się pojawi w innym miejscu, że złapie sygnał, no to co GPS zrobi? Mapa? Narysuje mi linię pola, nieprostą. Nieważne jakie tam zakręty robię, ślimaki, tu przejazdy, ona mi zrobi nieprostą, a ja każdą trasę zapisuję.
Dlatego ja sobie te znaczniki stawiałem. Ja odruchowo zrobiłem to przed wjazdem w to coś białe. Patrzymy na siebie i nie wiemy co robić w tym momencie. Ja mówię, no ale co, no jedziemy, bo co jakiś obrys drogi widać w tym, no to jedziemy.
Pamiętam, że na zegarek spojrzałem, była 17.04, było 25 stopni. Wjechaliśmy w tą dziwną białą ścianę. W jednej chwili temperatura spadła do 11 stopni, zrobiło się lodowato zimno. Ja się złapałem, bo byłem w takiej koszulce, to była taka siatka w zasadzie na rower, żeby się po prostu nie przegrzewać, która przepuszcza powietrze. Ja myślałem, że zamarznę. Ona wyciągnęła taką bluzę, miała na razie, gdybym jednak miał deszcz spać, to wozi ze sobą takie palto deszczowe. Też się cała telepię, mówi co to tak zimno? Ja mówię, nie wiem, jak w lodówce dosłownie.
Ja mówię, a co leży na ziemi? Popatrz, jakieś białe kulki leżą na ziemi. Mi pełno tego było. Pierwsza myśl, jaka mi przeszła, że to jest nawóz wysypany przez rolnika. Białe takie granulki. Ja jestem rolnikiem zawodu, miałem styczność z nawozem różnej postaci. Schyliłem się po to, wziąłem to do ręki, no było normalnej temperatury.
Jakby nie było lodowata, nie było gorące. Po prostu miałem coś w ręku, ale nie wziąłem temperatury tego, nie? Powąchałem, mówię, to nie jest nawóz. Na język? Nie, to nie jest nawóz. Po prostu coś kulki leżą takie. W tym miejscu, w momencie, kiedy wjechaliśmy w to coś białe, skwierczało. Taki dziwny odgłos się unosił, jak przypominałoby to, jakby się cebulę na patelni smażyło. Dosłownie taki dźwięk się unosił w powietrzu w tym miejscu. Ja mówię, że nie wiem, co to jest w ogóle, no ale jedziemy drogą dalej. A ona mówi do mnie, zobacz, tam coś stoi na drodze. I próbuje przez to białe, co tam wypatrzeć, faktycznie jakieś dwie nogi, cztery, nie wiem, co co, sarna stoi? Podjechaliśmy do tego, faktycznie sarna stała. Sarna stała po prawej stronie drogi, przy skraju już tutaj, jak jest, w pobocze. I była odwrócona do nas w zasadzie tyłem, ale jej głowa i szyja była skręcona w prawą stronę.
I patrzyła szybko w prawą stronę, w ogóle na nas nie reagowała. Na to, że my staliśmy od niej metr, dwa metry niecałe. I patrzyliśmy się na nią. Ja na moją koleżanką, ona na mnie, ja mówię, nie dotykam. Zwierząt nie dotykam, jedziemy dalej. Parę metrów dalej stoi kolejna. Ale ona stoi przodem do nas, ale mimo wszystko patrzy się w tą samą stronę, co ta poprzednia. Ja mówię, co tu się dzieje? Tresowane? Nie boją się ludzi? Przecięliśmy wzrok tej sarny.
To jest niemożliwe, żeby sarna, zwierzę nie zareagowało na to, że ktoś przebiegł przed oczami, tak? Lis, obok lisa zając siedzi. Kawałek dalej. Cyrki były. Wyjechaliśmy z tego czegoś białego. Czy to wszystkie te zwierzęta były jakby takie zamrożone w ruchu? Takie jakby sparaliżowane?
Jakby były zainteresowane czymś. Patrzyły się w jedno miejsce, widać było, że one jakby, tam ucho się lekko ruszy, takie delikatne ruchy, jakby tam do nog mruszyła coś. Nie wyglądało jakby były, nie wiem, jakieś sparaliżowane czy coś po prostu. One się patrzyły w jedno miejsce.
Nie stały sztywne jak posągi, tak? Nie, nie, nie stały. O, tu mamy szwosów okluźni. Nie stało sztywnych posągi, jakby miały swobodę ruchu, bo jak się jeszcze popatrzyło, to to białe, ja miałem takie wrażenie, że ona się przesuwa delikatnie w prawą stronę, ta biała ściana, w której myśmy już byli. Tycz, to właśnie w tą stronę, w którą one się patrzyły. I wszędzie tego, pełno tych białych kulek było na ziemi. Pełno, po prostu wyczupane jak nie wiem z czego. Dalej była jeszcze jedna sarna, ona stała już po prawej stronie, tam dalej od drogi też i też się patrzyła w tą samą stronę. Ona stała tak, żeby ją bokiem było widać. Myśmy się nie zatrzymywali.
I teraz jest rzecz ciekawa. Ja mam kolegę, który pracuje w Stanach USA, Air Force. On się zajmuje pozycjonowaniem GPS. To jest jego praca, on tam sprawdzają satelity, ustawienia. Parametry mają się zgadzać. Ja do niego zadzwoniłem.
Po powrocie z tego wszystkiego wysłałem mu ten plik i on do mnie dzwoni po tygodniu i mówi, tu się pewna rzecz nie zgadza, opowiedz mi. Wy rzeczywiście gdzieś tam jechali jakimś takim długą, długą drogą.
Wjechaliście i wyjechaliście, ale nie zgadza się czas z prędkością, czas, prędkość i odległość. Te trzy rzeczy się w ogóle rozjeżdżają. W 22 minuty jadąc 8-10 na godzinę, bo tyle określiłem mając na tej przerzutce przerzucone jaką miałem kadencję, to mi wychodziło 8,5-9 ten desej można. Dobra, policzmy nawet 10.
518-520 metrów. A jak zmierzyłem? Bo ja kilka miesięcy później pojechałem w to miejsce, bo nie dawało mi to spokoju kompletnie. To spotkanie, ta droga, to zachowanie zwierząt. Pojechałem od kolegi od geodety, tam kółko z tym patykiem, co mierzy prędkość, co mierzy odległość. Mówię, daj mi.
Na dwa dni potrzebuję, to jest mi potrzebne. To jest miężnicowa sprawa. Pojechałem, zmierzyłem sobie, bo pamiętałem, gdzie wjeżdżaliśmy w to. Drzewo po prawej stronie ścięte, jedno jedyne. Jedna jedyna strona tak stoi w tym miejscu, na tym rozdrożu skrzyżowania. No to tego miejsca i przed tym jednym mostem, który jest droga skręca w lewo, to się tam kończyło.
Dojechałem tym patykiem do końca, 518-520 metrów. No pomyłka może być jakaś, nie? Jakim cudem, jadąc 8 na godzinę, max 10, 22 minuty, myśmy zrobili tylko 500 metrów? Coś tu się nie zgadza. On do mnie mówi Adrian, słyszałem różne rzeczy, oglądałem różne rzeczy. Moim zdaniem tam się coś stało.
Nie wiem co się stało, coś może nie do końca się udało. Wygląda jakby was tam nie było, skoro te zwierzęta na was nie reagowały w ogóle i staliście dosłownie face to face. To jest niemożliwe. Mówię po prostu was tam jakby nie było, ale coś się działo.
To jest trochę lat, a ja to pamiętam tak jak wczoraj. Jakbym jak ktoś w nocy zerwał na równe nogi i kilka razy mi to opowiedział, to bym powiedział dokładnie to samo co teraz. Bez dwóch zdań. Nikt by mi nowego nie dodał. Daję do myślenia.
Miał być w książce, którą zacząłem pisać o roztoczu, ale stwierdziłem, że to może być za duża burza się może zrobić, za dużo się ludzi zacznie tam pojawiać, coś szukać, demolować. No nie chcę mieć problemów.
Ja mam takie pytanie odnośnie tego czartowego pola. Czy tam doszło do czegoś typu czynnik oz? Czy zauważyliście innymi słowy coś, że coś było nie tak z przyrodą? Bo że ludzi nie było to wiem, ale czy z przyrodą było wszystko kolokwialnie mówiąc w porządku?
Ptaków. Nie słyszałem śpiewu ptaków. Bo to nie dopowiedziałem. Woda szumiała, ale tam ptaki śpiewają. Natomiast ja nie słyszałem żadnego ptaka. Bo potem wyszedłem i myślę, że faktycznie nie słyszałem, że ptaki śpiewały w ogóle. Jakby to wszystko było takie wyciszone, tak jakby zamarło. Tak.
Jakby zamarło. Bo tylko szum wody słychać, bo gałązki tam się ruszały od powodu wiatru, no to normalne, ale faktycznie nie było żadnego ptaka, żeby śpiewał. Tutaj jeszcze zwracam uwagę na początku relacji tam zmianką o tych szarych kropkach, jak kasza na niebie. Jakie wtedy były warunki atmosferyczne? Nie było zachmurzone? Czy te kropki jakby pojawiły się na niebieskim tle? Nie było błękitne. Było parę takich najzwyklejszych chmurek, jak to w lecie sobie czasami przelatują koło słońca. Więcej było niebieskiego nieba niż tych chmurek. Tak. No może powiedzmy 90% nieba to było bezchmurne niebo, a te 10% to były takie małe chmurki białe, które się przemieszczały po niebie. Nieburzowe. Na pewno nie, bo one są specyficzne dość. Ale to przyroda. Może być i różnie. I one...
Ja podniosłem głowę do góry po prostu. Ja mówię i tak patrzę. Ładny błękit, ale ten błękit coś tu nie pasuje. Mówię, co to za niebo? A takie kropki są. No. Przejdzie na całym niebie. Na chmurach nie zauważyłem, żeby były.
Tylko na błękitym niebie było je widać. Bo ja na chmury się patrzyłem, przemierzałem okiem i tylko na błękitym niebie były te kropki. No to rzeczywiście taki element dosyć mocno zwracający uwagę. Znaczy ja jestem wzrokowcem. Ja na przykład robiąc zdjęcia przykuwam uwagę do wielu rzeczy, więc ja wyłapuję i też daleko widzę. Przecież ja mam problemy z widzeniem z bliska. Na przykład żeby czytać, ja potrzebuję okulary, ale ja z wielu kilometrów i zaraz, aha dobra. Z 8 kilometrów wieże w Józefowie z podwierzyńca mi się nawet udało wyłapać. I to na aparacie, który ledwo, ledwo łapie zdjęcia, że biała, biała taka stojąca laga. Mówię, to jest wieża w Józefowie na banki.
Potem dam 8 kilometrów. Mówię, no udało się. Więc to od razu. Mówię, pierwsze co mówię, dlaczego są takie dziwne kropki. Jeden koło drugiego. W zasadzie taka kasza. Dla mnie to było chropowate, jakby było niebo. To jest jeszcze jedna kwestia odnośnie tej istoty. Bo ja się zagłębiłem w tą historię, jak powiedzieliśmy gospodarzowi, jak wróciliśmy do noclegowni. On do mnie powiedział, jak nie idziecie szybko spać, ja przyjdę, coś wam jeszcze powiem. I on w zasadzie przyszedł. Była po 20 tak. Myśmy się wykąpali, zjedliśmy kolację w sumie. I on przyszedł i opowiedział, że niedaleko Górecka Kościelnego mieszka starsza pani, która miała styczność w lesie z czymś dziwnym, jak była mała. On w zasadzie na drugi dzień do niej zadzwonił. My żeśmy wrócili z wyprawy szybciej.
On mówi, czy może zadzwonić, bo ona by chciała porozmawiać, bo skoro my coś widzieliśmy, ona nam coś opowie. I w drodze powrotnej pojechaliśmy tam do niej. Kobieta miała 80 albo 90 lat. Starsza pani. Ja jej to powiedziałem, a ona mówi do mnie, ty coś widziałeś i ty coś wiesz. Mówi, ja ci teraz opowiem moją historię. Jak byłam taka mała dziewczynka, miałam 8 lat, poszedłem z rodzicami zbierać jagody tutaj do lasu na człom. Tak się nazywa ten potok, który tam przepływa. Tam jest wody po kostki, czasami jest do kola maksymalnie.
Woda jest jak kryształ czysta. Dno jest piaszczyste. Niesamowite miejsce. No. I oni poślili do tych lasów zbierać. Ona z reguły nie zbierała. Tylko jej zjada od razu. Ale nie chciała się zdradzić, że nie zbierała. No to mówię, pójdę sobie, umyję dłonie do szumu, buzię odmyję i nikt nie będzie widział, że ja zjadam te jagody zamiast je zbierać.
No i weszła do tego szumu po prostu. Tam wody miała, mówi, po kostki. Mało kucnęła, zaczęła odmywać ręce, twarz. I nagle zobaczyła odbicie buzi w wodzie. Zerwała się na równe nogi i zobaczyła małą postać po drugiej stronie.
Tylko metryfornie w zasadzie. Małą postać, która stoi, dziwnie ubrana, w takie właśnie dziwne takie szaty, takie szmaty nie to może powiedziała. I to się tak jakby uśmiechnęło, skrzywiło tak jakby usta.
Taki dziwny odgłos wydało. Kch. Coś, coś ten deseń i uciekło. Narobiła krzyku. Cała rodzina się zbiegła. Nikt nie wiedział co się dzieje. I pokazała palcem, że tu ktoś stał. Na piasku to pamięta, że była świadkiem, zobaczyła takie małe stopy. Maleńkie stopy.
Mniejsze od dłoni człowieka. I to jest jedna. Mówi, że ma. Jeszcze jest jej znajomy. Mieszka po drugiej stronie tam dalej. Nie pamiętam jak się nazywa. Kotreszpola. Nie Kotreszpola. Z drugiej strony. On też miał. Wiedział, że po ogródku mu coś chodzi. Kiedyś jak wieszał pranie.
Tam w stodole mieli. To mówi, że z ogródek przeszło coś takiego właśnie małego. Na dwóch nogach. Na drugą stronę tego ogrodu. I uciekło w pole. I widział, że biegło, biegło i wskoczyło do lasu. Mówi. Nie wiedział co to jest.
Nie gonił. Myślał, że może zwierzę. Ale jeszcze jest jedna rzecz. Bo to było dwa lata po tej całej akcji, co myśmy mieli. Na grupie tych takich turystycznej. Jakiś tam chłopaczek napisał, że widzieli właśnie taką dziwną postać, która uciekała przed nimi jak żebrak. Ja łapałem ten post. Napisałem do niego na Messengerze.
Na privie. Opisałem mu swoją historię. On się w zasadzie od razu obezwał. Mówi. Tak. Identycznie to co ty opowiadasz. Szybko biegło. Było niskie bardzo. Miał takie jakby siwe włosy. To widać z daleka, że to coś. Ale biegło niesłychanie szybko. Przebiegało przez konary. Przez drzewa.
Przeskakiwało. Uciekało w las po prostu. A tam była otwarta przestrzeń gdzie oni byli. A oni szli pieszo z dzieckiem z Tereszpola do Górecka Kościelnego właśnie. Ja mówię do niego. Tylko, że tu gdzie wy żeście byli, a gdzie my to jest mniej więcej 13-15 kilometrów linii prostej. Mamy dwa różne miejsca. Mówi. Szli z żoną po prostu przez las, bo mieli lepszy spokój. Żadnej drogi. Żadnego ruchu.
Zero ludzi. No i na niego żona gościurka mówi. Patrz co tam biegnie. On się spogląda. Mówi. A co to za żebrak? Zażartował. Tak to wygląda. Więc coś jest na rzeczy. Albo ktoś wie co to jest. Generalnie będąc w Puszczy Solskiej ma się wrażenie, że jest się obserwowany.
Ja miałem tak zanim ta sytuacja nas spotkała. Dużo razy byłem w Puszczy Solskiej, bo ją zwiedzałem. Zwłaszcza tamte miejsca gdzie były kiedyś pacyfikowane osady. Gdzie wsie były przez Niemców pacyfikowane w czasie wojny i palone.
Chciałem zobaczyć te miejsca. Gdzieś zapisać sobie w pamięci. Więc ja miałem nieraz wrażenie. Wstawałem w miejscu rowerem. Mówię kurde ktoś mnie obserwuje? Ktoś tu jeszcze jest? Jest takie uczucie dziwne. Nic jadę dalej.
Ale moja kożanka miała to samo. To samo wrażenie. Na którejś wyprawie mówi kurde jakby ktoś się patrzył na mnie. Wtedy się odglądam za siebie. Ja mówię no ja wiem. To czasami mi się zdarza właśnie tutaj. Nigdzie indziej. No chyba nie bez powodu w tych podaniach ludowych istnieją te przekazy o jakichś tam prawda stróżach lasu. Jakichś dziadach borowych i tego typu stworzeniach, które pilnują jakby porządku w lesie. Właśnie. I to do tego też doszedłem, że ja mówię do tej kobiety. Mówię ale to nie stanowi jakieś zagrożenie. Ona mówi nie. Właśnie nie.
Mówi po prostu ktoś tutaj jest. Ktoś z nami mieszka. Tylko nie ma go. Nie widać go. Bo jest tak schowany. Ja już sobie dałem spokój. Nie rozkminiam tego. Potem byłem wiele, wiele razy. Miałem gdzieś to w głowie, że może znowu ktoś wyskoczy. Gdzieś jest coś. Ale no nie będę tego gonił.
Po prostu coś jest. Tylko nie potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć braku ludzi na czartowym polu. Pomijam to niebo. Pomijam ten huk. Co to za mgła była wtedy w tym lesie jak wracaliśmy. To w białej temperatura ponad 10 stopni w dół.
Tego nie rozumiem. To co się przesuwało wtedy tam w Józefowie na tle tych domów to wyglądało jak jakby taki ekran. To było jakoś tak mocno wyraźnie oddzielone od reszty otoczenia? Tak. Tak. To było bardzo białe. To była biała ściana jakby ktoś spory gips przesuwał po prostu nad się trzymał w dłoń a na dole powiedzmy nie wiem mały domek i w połowie go tak przesuwał. Było widać, że to jest zasłonięte całe po prostu. Cała góra od nadprosza do góry. Nie było nic widać. Tam są domki, które mają dwa piętra max.
Nie więcej. Tam nie ma blokowisk. Czy to przypominało coś takiego jakby przesuwać sobie przeźroczystą linijkę czy jakiś inny taki przeźroczysty element tuż przed wzrokiem? Tylko nie przeźroczyste w zasadzie, bo nie było nic widać przez to.
To tam jest za tym białym. Tylko generalnie tak. Mieli przesuwać po prostu sobie i zabrać sobie kawałek widokręgu, nie? Państwo śledziliście wzrok tych zwierząt w lesie wtedy. Czy tam było coś widoczne w tym miejscu, na które zwierzęta patrzyły? Nie. One się patrzyły jakby miały nie to, że podniesione głowy tylko patrzyły się w poziomie. Tak jakby się patrzyły w jedno miejsce, bo one wszystkie miały głowy z kierunkami zgromadzone w jedno miejsce i patrzyły się tylko jakby jak stojąc, jadąc w ich kierunku, wszystkie patrzyły się w prawo. Niezależnie gdzie stały to w naszą prawą stronę się patrzyły. W sensie w prawą stronę drogi. Czyli patrzyły się w ten sam punkt jakby, tak?
Tak, jakby coś tam widziały, co się tam zainteresowało, że tam trzeba się patrzeć oglądać coś. Ale myśmy się patrzyli tam ze strony, jakby nic nie ma. Powiedziałeś, że patrzą, co widzą, co się im dzieje w ogóle. Było też jakby, co one są sparaliżowane jakieś, może są oswojone po prostu, ale nie może być. To jest niezły. Pamiętam tą sosnę, pamiętam dokładnie to miejsce. Pojechałem, właśnie tu był październik, jak ja pojechałem zmierzyć tą drogę i zaraz w zasadzie miałem to, podjechałem sobie rowerem bliżej do tego drzewa, do tej skarpy, podszedłem zobaczyć co tam, jak to wygląda. Nie schodziłem na dół.
Fakt faktem, to może był błąd, żeby zejść na dół, zobaczyć, czy te patryki dalej tam leżą. Ale mimo wszystko byłem w miejscu, gdzie to coś było. Nic, rozglądałem się, nie ma nic więcej. To jest ten jeden raz tylko się wydarzyło.
Przynajmniej dla mnie. Pan wspominał, że było więcej świadków chyba w tym Józefowie tam, gdzie się ten ekran jakby przesuwał. Co, oni coś mówili? Dzielili się jakoś z postrzeżeniami? Coś pan słyszał? Czy po prostu patrzyli? Nie, właśnie nie.
Ludzie, tylko ci, co siedzieli, więc jakiś huk. No to był temat, że to samolot. Wiadomo, jak prędkość nadźwiękowa on przekracza, no to jest huk. Ale to nie wyglądało na huk samolotu, bo on trochę inaczej to wygląda.
To był jak strzał z bicia, taki bardzo specyficzny. To tylko to, ale... Co by robił taki głośny samolot na takim terenie, tak? No przede wszystkim przy granicy niedaleko, na spokojny rejon. Chociaż nie wiem, czy tam są korytarze powietrzne nawet, ja nie pamiętam, bo kiedyś akurat miałem z tym wspólnego dużo i to nie pamiętam, czy tam jest korytarz powietrzny.
Zresztą tam ćwiczeń wojskowych, nie wiem, czy są. No, szczególnie w tamtych czasach to jeszcze mógł być spokojny rejon. W dzisiejszych czasach to już troszeczkę chyba mniej spokojnie. No mniej. Jest dużo ludzi, tak, turystów. Ja tak prosto czy calo wyeksplorowałem, bo to jest od Kraśnika do Lwowa.
A myśmy głównie eksplorowali teren od Zwierzyńca w stronę Narola i tam dalej do Werchraty. I to jest tutaj, żeśmy się zamykali w tym rejonie. I co wyprawę, żeśmy robili różne miejsca. Gdzieś, gdzie się nie dało wejść, bo myśmy takimi rowerami z wielkimi kołami eksplorowali.
Fatbike'i to się nazywa. Przecież ten rower po prostu taranym wiedzie wszędzie, nie? I myśmy eksplorowali takie miejsca, których nie ma w przewodnikach. Tam znalazłem drzewo, które stoi jedno jedyne na środku, a dookoła niego są drzewa posadzone i to jedno drzewo jest bardzo stare właśnie w tym środku takie wygięte do dołu, a wszystkie drzewa wokół niego wyglądały jakby stały i okłaniały mu się.
Zobacz jak fajnie to wygląda. Wygląda jak posiedzenie drzew w lesie. Mój kolega, jak ja mu to opowiedziałem, on jest też bardzo leśny. On mówi Entowie. Ja mówię tak, jak w Sławcji Pierścieni Entowie. To zebranie mieli chyba. Też mu to opowiedziałem. On po prostu otworzył buzię i mówi serio? Ja mówię tak. Mogę Ci przyprowadzić osobę, która twardo chodzi po ziemi.
Nie wierzy w zabobony cud, ale przyżyła to samo co ja. I jak ja bym tej osobie dzisiaj powiedział, ona by tego nie przyżyła i ja bym jej powiedział tą historię, to ona by popłakała się w czoło i mówiła, że ja ***. Czytaj fajniejsze książki, bo Ty chyba już wyobrażasz sobie za dużo.
Ale myśmy debatowali w drodze do domu, bo ja zawoziłem ją z Lubelszczyzny, ja z Wrocławia. Więc myśmy debatowali w samochodzie długo na ten temat. Czy na pewno żeśmy widzieli to samo. Może myśmy coś zjedli. Może spaliśmy, nie wiem.
Ktoś nas potrół. Może coś rozpylano. Halucynacje mieli wszyscy dookoła. No nie wiem. No dziwne. Ale jak już słyszę, że widoki stopni... Odsialiście chyba też opcję pod tytułem, że te różne jakby to co doświadczyliście był efektem zmęczenia, tak?
Być może. No ale my jesteśmy rowerowie. Na 100 km 200 to jest żaden dystans tak naprawdę. Ja bym się zatrzymał na tym, gdyby była to może tylko ta historia, którą myśmy przeżyli. Ale jeżeli ktoś mi mówi, ktoś był taki mały i szedł tam i też widział coś podobnego.
Potem ta kobieta z tym dzieckiem i z tym mężem, co szli przez las też widzieli coś podobnego. I jeszcze ten starszy pan tam mieszka obok wioski, tej starszej pani, też mówi, że tak. Coś takiego widział właśnie.
Odpowiadali sobie po prostu. Ja dam w głowę, że są ludzie, którzy wiedzą o co chodzi, tylko to się nie mówi się o tym. No tutaj jeszcze ten liczba świadków w Józefowie, tego huku i tego przesunięcia się tego ekranu, to już no wyklucza chyba możliwość, że to mogło być jakieś przewidzenie.
Tak, też mówiłem, o mamy mieliśmy jakąś, nie wiem, hipnoza może, cokolwiek, cudzawianki. Tylko tego było za dużo w ciągu dnia i dystans między pierwszym czymś, że już było niebo dziwne, a tym ostatnim, no trochę kilometrów jazdy.
Jedno, drugie. Ktoś musiał za nami jeździć czymś, skanować nas, próbować nas, nie wiem, tylko tak jak pan mówi, za dużo ludzi widziało i słyszało ten huk, nie? No i te osoby, które na rynku tam stały i robiły zdjęcia temu białemu czemuś, tam budynki zakrywało. No i ta para tych chłopak z dziewczyną, którzy tam po tym kamieniu omieśli, wcale nie mówiłem zobaczcie państwo, gdzie słońce. No, no, no, no.
Popatrzyli się i poszli dalej w zasadzie. Tak jakby a spoko, nie? Jakby nie zauważyli, że nie w tym miejscu to trzeba w ogóle. No może się po prostu nie znali. A tu słońce było widać. Ja mówię do niej, zobacz, chmura jest i widać starsze słońca przechodzi koło tych chmur akurat.
I on mi mówi, coś tu się nie zgadza. Ja mówię, no bo powinno być za nami. Tam jest zachód, tamtą stronę. Tu jest południe, tam jest wschód, a tu jest północ. A mam masę zdjęć akurat z tego miejsca. Potem ja jej pokazywałem. Zobacz, to była godzina tutaj czternasta.
Tu była szesnasta. My tu była dziewiąta rana, jak byliśmy. Zobacz, tu jest słońce. Tu jest dziewiąta. Ono jest z tej strony, tak jak było wtedy. Troszkę bardziej na lewo jeszcze, bo ono dopiero wychodziło do góry. Tutaj takim tym zwracającym uwagę szczegółem są te kulki dziwne. Mnie się przez moment wydawało, że to mógł być grat, chociaż no pogoda nie wskazywała, żeby tam jakiś grat miał spaść. No ale Pana opis sugeruje, że to były kulki zrobione z jakiegoś nie wiem, czegoś, jakiegoś tworzywa, które... Tworzywa.
Bo to było suche. To nie było mokre, suche. To mi się wysypało z ręki. To nie miało zapachu. Ja to tak bym, na język, bo nawóz specyficznie będzie szczypał za rawięzek, ale sam zapach by już powiedział, że to jest nawóz.
A to nic. Mówi, co to? My nie wiem, co to jest. Wysypałem to z ręki, mówię, ciepłe, zimne? Mówię, nie, normalne takie. Mówię, no dobra, to jedziemy, nie? No jedziemy, no i jedno zwierzę, drugie, trzecie, czwarte, piąte. Mówię, co jest? I te kulki wszędzie leżały tam, wszędzie.
Wyjechaliśmy z tej białej ściany, temperatura wrzuciła do normy, to się gorąco zrobiło. Co jest grane? Patrz, i tych kulek nie ma. No są za nami, zostały. Tylko w tym białym pasie. A te kulki, pan może pamięta, jakie one miały faktury? Jakie były w dotyku?
Nie były połyskowe, były matowe, szorstkie. Były szorstkie, nie były takie, że takie śliskie były w dotyku, można powiedzieć. Nie, były takie matowe, takie, takie chropowate. To na pewno. I pan jakby smakowo spróbował, czym te kulki mogą być? Czy po tym nic się panu nie działo? Żadnych jakichś reakcji nie było? Nie, przez chwilę tylko szczypał by język. Ja to dotknąłem, nie, nie, to właśnie w oczekiwaniu, żeby chodzimy i szczypał język. To przez chwilę powinienem jeszcze szczypać język, a nie szczypał mi język.
Mówię, to nie wiem, co to jest. Nic się kompletnie właśnie po tym nie działo, bo po tym samym się zastanawiałem, może to, może to coś? Mówię, nie, ale no to bez przesady. Wcześniej nie było czegoś takiego. Dopiero wtedy, na sam koniec, to była ostatnia rzecz, która się wydarzyła, wróciliśmy koło 19 do noclegowni, w zasadzie się już szaro robiło i nic więcej się po drodze nie wydarzyło. I już po prostu nie wiedziałem, co myśleć. Dobrze, tutaj już nie ma żadnych pytań, właśnie tego zdarzenia.
Ja podeślę, mamy tutaj taką sieć kontaktów z badaczami. Być może Arkadiusz Miazga się zainteresuje tym tematem, bo to jest blisko jego rewiru, że to tak ujmę. Bo on mieszka na Podkarpaciu. Może ktoś coś jeszcze wie. No właśnie, tak. Możliwe.
Ktoś coś może będzie wiedział, może ktoś się odezwał komuś, że widział coś podobnego w Józefowie, może był też świadkiem tego w lesie, może wiedział, był na Czartowym Polu i też nikogo nie zastał. Może, może też niebo widział dziwne.
Może ktoś ma zdjęcia tego nieba z tymi dziwnymi kropkami. I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje. Jestem pewien, że zaprezentowane dziś historie, szczególnie te ostatnie z Roztocza, zostawiły Państwa z mnóstwem pytań o prawdziwą naturę naszej rzeczywistości.
A tych z Państwa, którzy również przeżyli coś trudno wytłumaczalnego, zachęcił do podzielenia się swoją historią z Radiem Paranormalium. No i oczywiście z badaczami udzielającymi się w innych naszych audycjach.
Udostępniam im każdą z zarejestrowanych relacji, co w wielu przypadkach skutkuje nawiązaniem kontaktu ze świadkiem, przeprowadzeniem dochodzenia w celu ustalenia możliwie największej liczby szczegółów, no i w końcu publikacją.
Wiele z Państwa relacji znalazło swoje miejsce w książkach choćby Arkadiusza Miazgi czy Damiana Treli. Zachęcam do otwarcia się i podzielenia się swoimi przeżyciami. Całkiem anonimowo, bez obaw o wyśmianie. Przypominam również, że w książkach i na platformie cyfrowej nexto.pl czeka na Państwa nowy numer miesięcznika Nieznany Świat, w którym oprócz jak zwykle kilkunastu niezwykle interesujących artykułów, znajdziecie również rubrykę Dotknięcie Nieznanego, tworzoną przez ludzi, którzy tak jak Wy doświadczyli w swoim życiu rzeczy, które wymykają się racjonalnemu wytłumaczeniu.
Polecam również Państwa uwadze kanały na YouTube prowadzone przez Piotra Cielebiasia i Marka Żelkowskiego, zatytułowane UFO Historie oraz Wehikuł Wyobraźni, dzięki którym jeszcze bardziej dogłębnie poznacie niezgłębione aspekty świata, w którym przyszło nam żyć.
Linki do kanałów znajdziecie w opisie tej audycji. Mówił do Państwa Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.
Śledźcie zapowiedzi nowych audycji na nieco odświeżonej stronie Radia Paranormalium www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych.