[muzyka przewodnia] Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła. Różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery osoby, w sporej odległości wydawały się być ode mnie.
Zagadkowe obiekty. Strasznie intensywne, potężne niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było nad chmurami. Było jakieś ognisko tego światła, które przebijało się przez okno. Do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często takie coś zobaczyć.
Tajemnicze istoty. Przyszedł do naszego mieszkania taki obrzydliwy, brązowy szarak obleśny. Jezus Chrystus, aż mnie na wymioty zbiera, jak o tym myślę. Ja w tym śnie się schowałam tak jakby pod stół. Niby byłam pod stołem, a nagle byłam na jakimś stole i ktoś mi wbijał igłę w plecy.
Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę uchylić mocniej te drzwi, zobaczyć, co tam jest. I widzę postacie. Ale czuję jakąś grozę sytuacji. Jestem przerażona. Po prostu biegnę i krzyczę do męża: Strzelaj!
[wystrzał]. Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Róbcie to tak, bym nie pamiętała. Nie bez powodu dzisiejszy odcinek dostał taki właśnie tytuł. A dlaczego? Tego dowiecie się oczywiście już za chwilę. W Radiu Paranormalium rozpoczynamy kolejny, dwudziesty pierwszy już odcinek podcastu Mówią Świadkowie. Przy mikrofonie Marek Sęk Ivellios. Dobry wieczór państwu.
Dzisiejszy odcinek będzie bardzo nietypowy, ponieważ będzie to pierwszy odcinek bez nagrań rozmów ze świadkami, za to z obszerną korespondencją tekstową. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, pozwolicie Państwo, że tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium, pod którymi cały czas Radio czeka na Państwa relacje.
Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to: stacjonarny 32 746 00 08, 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl.
Radio.paranormalium.pl. Numer gadu-gadu: 36 08 80 02. 36 08 80 02. Można również kontaktować się za pośrednictwem naszego fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Czekamy także na Państwa maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. W razie gdyby pod naszymi telefonami nikt nie dyżurował, istnieje możliwość nagrania wiadomości głosowej. Bardzo serdecznie prosimy sprecyzować, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować.
Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość. Jakąś taką tradycją w ostatnim czasie w naszej audycji stały się swego rodzaju paranormalne spowiedzi. Dziś wysłuchamy kolejnej z nich, bardzo obfitującej w wątki ufologiczne. Jakiś czas temu za pośrednictwem fanpage'a na Facebooku z Radiem Paranormalium skontaktowała się nasza słuchaczka z Warszawy, która od dzieciństwa doświadcza dziwnych zdarzeń z udziałem niezidentyfikowanych obiektów latających oraz zagadkowych istot.
Zdarzenia te wywarły na naszej słuchaczce na tyle duże piętno, że ich skutkiem ubocznym były między innymi problemy z partnerami, a w późniejszym okresie również problemy w szkole. Bohaterka dzisiejszej audycji w okresie liceum była na tyle mocno zestresowana dotykającymi ją zdarzeniami, że zaczęła cierpieć na bezsenność, co niestety negatywnie odbiło się na jej osiągnięciach szkolnych. Jak się okazało, to co nasza słuchaczka pamiętała świadomie, stanowiło jedynie czubek góry lodowej, ponieważ w trakcie kilkukrotnych sesji regresji hipnotycznej wyszło na jaw wiele zaskakujących i wstrząsających szczegółów. W Radiu Paranormalium obowiązuje zasada, zgodnie z którą wszystkim świadkom zapewniamy pełną anonimowość. Jeżeli słuchacz dzielący się swoją historią prosi o wycięcie czegoś, również to robimy. Takiej też lekkiej cenzurze na prośbę słuchaczki została poddana korespondencja, którą za chwilę własnym głosem zaprezentuję. Niewiele zostało wycięte. Głównie informacje umożliwiające identyfikację słuchaczki oraz nazwiska osób i nazwy instytucji organizujących sesje regresji hipnotycznej. Sama słuchaczka nie dała się namówić na rozmowę telefoniczną, zdecydowanie bardziej preferując kontakt pisemny. Jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe, gdyż szczegóły, które Państwo za chwilę poznacie, zdecydowanie nie należą do takich, które chciałoby się sobie przypominać w trakcie takiej rozmowy po raz kolejny. Zresztą opisane zdarzenia zostały przedstawione przez tę panią w sposób, jak uważam, wystarczająco dokładny. Przejdźmy zatem do zapoznania się z treścią korespondencji.
"Od jakiegoś czasu słucham Państwa Radia i w niektórych audycjach pojawiły się tematy i podobne sytuacje do tych, których sama doświadczałam. Ponieważ teraz, w dobie koronawirusa, moje miejsce pracy jest zamknięte i mam sporo czasu, postanowiłam podzielić się swoimi przeżyciami. Może to komuś w czymś pomoże, tak jak ja znalazłam odpowiedzi na swoje pytania w wypowiedziach niektórych świadków".
[muzyka w tle] Mam czterdzieści trzy lata, mieszkam w stolicy. Od maleńkości interesowałem się zjawiskami paranormalnymi. Zaznaczę, że sam temat UFO nie jest moim konikiem. Owszem, znam naturę rzeczy, wiem, z czym się to je, ale nie jest to tak, że łaknę każdą informację i dam sobie rękę uciąć za wszystkie swoje wspomnienia. Gdybym miała wybierać, na pierwszym miejscu postawiłabym kryptozoologię, życie między wcieleniami, zamierzchłe tajemnice planety, zjawiska związane z czasem, a temat obcych gdzieś dalej. Co nie znaczy, że na przestrzeni lat nie zauważam, że zjawiska te są czymś razem połączone. Do rzeczy. Z młodości pozostało mi przekonanie, że brałam udział w tak zwanych wzięciach, a nawet kosztowało mnie to sporo nerwów w wieku nastoletnim, aczkolwiek z wiekiem pewne wydarzenia się zatarły, a ja zrzuciłem to na karby niestabilności emocjonalnej w dzieciństwie. Ot, głowa sobie wymyśliła.
Do czasu. Kilka lat temu brałam udział w czterech sesjach regresji hipnotycznej do poprzednich wcieleń z trzema różnymi hipnoterapeutami mających na celu odszukanie przyczyny nastrojów depresyjnych, problemów ze znalezieniem partnera i stworzeniem związku. W sesjach, w których brałem udział w momencie przypominania sobie wydarzeń z dzieciństwa, nagle ni z gruszki, ni z pietruszki pojawił się wątek wzięć przez UFO, co zaskoczyło zarówno mnie, jak i hipnoterapeutów. Moją intencją i zamiarem, z którym przyszłam na pierwszą sesję, było odszukanie przyczyny rozstania z chłopakiem i uleczenia złamanego serca, a w następnych dowiedzenie się, czemu mam problem ze znalezieniem odpowiedniego partnera. A znalazłam potwierdzenie tego, że to, co wydawało mi się wymyślonymi sytuacjami, snami, które towarzyszyły mi przez całe życie, rzeczywiście miało miejsce. Żeby nie było, że wierzę tylko w duchowe terapie i rozwiązania. Rok temu przeszłam półtoraroczną psychoterapię z dyplomowanym psychologiem, niemającym nic wspólnego z szeroko pojętym rozwojem duchowym. Po to też, aby sprawdzić, czy czegoś sobie nie wymyśliłam. Mimo że zjawiska paranormalne są moim hobby, to tak właśnie je traktuję. Jako miłą odskocznię od codzienności, a nie sposób na życie. Dość mocno stąpam po ziemi. Żeby w coś uwierzyć, muszę mieć twarde fakty.
Nie odpływam. Nie wierzę we wszystko. Mam raczej ograniczone zaufanie do innych użytkowników paranormalnego świata. Nie obracam się w kręgach duchowych, nie mam znajomych interesujących się tymi samymi tematami. Kilka razy udzieliłam się swoją wiedzą z sesji na forum duchowym na Facebooku. W większości na forach zagranicznych, ale za każdym razem, kiedy napotykam na opowiadania świadków takowych kontaktów, widzę czasem duże podobieństwa. Zanim podzielę się różnymi wydarzeniami, jakie miały miejsce, chciałam napisać, że moje przeżycia dzielę na te, które zdarzyły się na sto procent.
Fakty. Te, których nie mogę sklasyfikować. Czy to wspomnienia, czy sny? Dziwne zjawiska i to, co mówiłam podczas sesji. Hipnoza. Zjawisko UFO znane jest mi od dzieciństwa. Tematem tym pasjonował się mój ojciec. Zbierał wszystkie wycinki z prasy dotyczące spotkań z obcymi i UFO. W pewnym momencie życia nawet mówił, że obudził się w środku nocy, a na podwórku stał sporej wielkości spodek z kolorowymi światłami. Ale później, z biegiem lat zaczął twierdzić, że chyba mu się coś przyśniło. Później, że coś mu się przywidziało. Z czasem się rozpił. Teraz na ten temat w ogóle nie chce rozmawiać. Nie mówi, że to prawda lub nie, ale nic nie chce powiedzieć. Siedzi milcząco i bardzo się denerwuje. Ma już ponad siedemdziesiąt lat i nic od niego nie mogę wyciągnąć. Obiecał jedynie, że poszuka tej teczki z wycinkami. Pytałam mamy o dziwne zjawiska, czy coś pamięta, ale twierdzi, że nic paranormalnego.
Owszem, że miewa sny i rzeczywiście one się sprawdzają. Moja babka, a jej matka była znaną w kilku wsiach wieszczką i wróżyła z kart. Ale dziwne światła? UFO? To nie. Tak czy inaczej, gdzieś w wieku sześciu, siedmiu lat podkradłem tą teczkę z wycinkami i gapiłam się w obrazki. A kiedy nauczyłam się czytać, mogłam zapoznać się z treścią. Ojciec o tym nie opowiadał. Teczkę miał schowaną wysoko na pawlaczu. Nie pokazywał mi jej. O swoich przeżyciach opowiedział mi dopiero z czasem. Teczka zawierała w większości wycinki o spotkaniach pierwszego i drugiego stopnia, ale był też typowy rysunek kosmity, który mnie nie przestraszył ani nie zadziwił, bo takie rzeczy widywałam już wcześniej. Przyjęłam to jako coś normalnego. Tak samo, jak na świecie żyją tygrysy i słonie. Nie ma się nad czym zastanawiać. Pierwsze moje wspomnienie dotyczy okresu pomiędzy drugim a trzecim rokiem życia. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy i siedemdziesiąty dziewiąty rok, kiedy byłam zabierana z łóżeczka ze szczebelkami przez jakąś postać, która pojawiała się obok niego przez tunel w ścianie.
Zabierała mnie gdzieś tamtą drogą, a później odstawiała na miejsce. No, ale każde dziecko ma jakiegoś wymyślonego towarzysza. Kolejne wydarzenie, fakt, miało miejsce w wieku może czterech, pięciu lat. Wybudziłam się w nocy, usiadłam na łóżku i zobaczyłam przez szybę w zamkniętych drzwiach od sąsiedniego pokoju błyskające światła.Spałem wtedy na łóżku głową w stronę drzwi oddzielonych metrowym przedpokojem od następnych drzwi do kolejnego pokoju. Blask wpadał przez okno tego drugiego pokoju. Światło musiało być tak intensywne, że przeszło przez obie grube matowe szyby w obu drzwiach.
Było to pulsujące, niebiesko czerwonawo białawe światło. Pomyślałem sobie, że to chyba karetka pogotowia albo milicja, bo skojarzyło mi się z kogutami na samochodach, ale nie było słychać syren. Dalej nie pamiętam. Chyba poszłam spać.
Ostatnio zastanawiałam się, że może rzeczywiście była to karetka stojąca blisko okna. Tyle że mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Gdyby auto stało na ulicy, światło nie dotarłoby tak wysoko i nie załamałoby się pod kątem, żeby wpaść do drugiego pokoju. Coś musiało świecić z tego samego poziomu. Później nastąpiła seria już jawniejszych spotkań.
Wspomnienie. Zaczęło się od wigilijnej nocy. To pamiętam bardzo dobrze. Też gdzieś w tym samym okresie życia. Obudziłem się w nocy, a za oknem na niebie z dużą szybkością pojawiły się i przybliżały światła. Były dwa. Wykonywały szybkie manewry. Podeszłam do okna i zobaczyłam wyżej, pomiędzy moim a drugim blokiem latający autobus i tramwaj. Tak to wtedy nazwałam. Oba ze świecącymi, zmieniającymi się światłami dookoła. Byłam bardzo zdziwiona, że Święty Mikołaj przyleciał do mnie, ale trochę rozczarowana, że nie z saniami z reniferami, tylko tramwajem i autobusem.
Nie miałem wątpliwości, że to musiał być on. Otworzyłem drzwi i wyszłam na balkon. Trochę się bałam, bo była zima, a mama nie pozwalała chodzić bez kapci ani wychodzić samej na balkon. Ale czułam taką wewnętrzną potrzebę złamania zakazu.
Zauważyłam kątem oka, że oboje rodzice śpią i nic ich nie obudziło. Mieszkaliśmy z rodzicami w jednym pokoju, w drugim dziadkowie z wujkiem. Wcale nie było mi zimno i nie czułam zimna betonu pod stopami. Coś powiedziało mi tak w umyśle, żebym weszła i stanęła na barierce od balkonu. Ale była bardzo wysoka, gdzieś mojego wzrostu. Nie pamiętam, jak się na niej znalazłam. Coś znowu mi powiedziało, żeby się nie bać, stanąć mocno obiema nogami i dać krok do przodu. Tu mocno się przestraszyłam, bo to trzecie piętro i jak postawić nogę w przestrzeni, w powietrzu?
Ale po wahaniu udałam się przekonać i okazało się, że nie spadłam, tylko zawisłam w przestrzeni. To przypominało trochę bycie w zawieszeniu jak w wodzie, ale uczucie ciepłe i przyjemne, jak stąpanie po lekko ugynającej się powierzchni. Uczucie podobne do stąpania po trampolinie. Później znalazłam się w środku tramwaju. Trochę mnie zdziwiło, że jest tam dość pusto. Były tam też cztery istoty oprócz mnie, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądały ich twarze. Nie byli to jednak ani dorośli, ani dzieci. Wydawało mi się, że to lalki i miśki, bo były niewiele wyższe ode mnie. Zabrano mnie na przejażdżkę.
Bardzo szybko i bardzo dużo było tam zakrętów. Pamiętam, że bardzo mi się to podobało i odczuwałam takie uczucie w brzuchu jak podczas latania. Z tyłu, w bliskiej odległości towarzyszył nam Mikołajowy autobus. Był takiej samej wielkości jak tramwaj, w którym byłam, ale trochę inny. Pojazdy nie były takie same.
Później Mikołaj pokazał mi mój blok. Jak wygląda z dużej wysokości. Pamiętam, jak bardzo szybko z góry zbliżaliśmy się do niego, aż ze strachu czułam ściśnięcie w żołądku. Kiedy się zbliżyliśmy, zauważyłam, że blok jest oświetlony od tramwaju bladoniebieskim światłem. Nie pamiętam, jak znalazłam się w pokoju.
Pamiętam, że później te wizyty odbywały się dość regularnie. Nie wspominam tego negatywnie. Raczej wyczekiwałam na te spotkania, aczkolwiek przypomina mi się fakt, że kilka lat później leciałam jakimś małym samolotem, chyba Wilgą, z trójką innych dzieci nad lotniskiem. Byłam przerażona, bo samolot wydawał mi się bardzo niestabilny, a jeszcze bardziej, jak zobaczyłam swój dom z góry. Dokładnie tak, jak go widziałem wtedy, podczas tamtej przejażdżki z Mikołajem. Chciałam jak najszybciej wysiąść. Leciałam też na podobną przejażdżkę śmigłowcem z lotniska w Dajtkach. Helikopter miał cały przód aż do nóg z szyby. Wtedy uruchomiło mi się wspomnienie, że będąc w tramwaju mogłam zobaczyć wszystko, co jest na zewnątrz przez jego pokład. Był przeźroczysty.
Przestraszyłam się, bo byłam już starsza. Więcej nie wsiadłam do żadnego samolotu aż do trzydziestego siódmego roku życia. Panicznie zaczęłam bać się latania. Więcej z tego okresu mi się nie przypomina, oprócz tego, że cały czas miałam wrażenie, że ktoś stoi za zasłoną i bałam się chodzić nocą do toalety, przechodząc koło kuchni. A jeszcze jedno. W tym okresie notorycznie cierpiałam na zapalenie uszu i czasami, nie wiadomo dlaczego bolały mnie kolana. Lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu.
[muzyka w tle] Kolejne chyba świadome spotkanie nastąpiło, kiedy kończyłem podstawówkę. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy rok. Pierwsze doświadczenie, fakt, miało miejsce na wakacjach u babci.
Któregoś popołudnia coś nakazało mi pójść do oddalonego o jeden kilometr od domu babci lasu. Coś mnie tam ciągnęło i mimo że nie chciałem tam iść jakoś namawiana wewnętrznym swoim czy czyimś głosem podreptałam. Jeśli chodzi o opisanie uczucia przymusu w takich sytuacjach, to najbardziej kojarzy mi się porównanie do podniecenia seksualnego. Narasta, narasta, aż wreszcie macha się na inne rzeczy, które ma się do zrobienia, bo trzeba zaspokoić pragnienie. Idąc do lasu w ręku trzymałam malutki wazonik z piaskiem, naszyjnik na rzemyku — prezent od ówczesnego chłopaka. Weszłam około sześćset, siedemset metrów drogą w głąb lasu. Wspięłam się na wzniesienie i trafiłam na małą polankę, rozgałęzienie dróg. Wtedy rozejrzałam się i zorientowałam, że coś jest nie tak.
Wydawało mi się też, że usłyszałam grzmot, ale mimo że niebo było zasłonięte białym mlekiem, to nic nie wskazywało na zbliżającą się burzę. Ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju i zauważyłam, że nie słyszę śpiewu ptaków i spostrzegłam, że liście na drzewach się poruszają. Zapadłam w jakiś letarg. Miałam wrażenie, że odpływam. A kiedy się ocknęłam, zobaczyłam, że wazonik leży rozbity na ziemi. Nie zastanawiałam się dalej nad tą sytuacją i rzuciłam się pędem do domu.
Długo nie mogłam się opanować, mimo że teoretycznie nic nie mogło mnie przestraszyć. Nikogo nie spotkałam po drodze, nic się nie wydarzyło. Efekt zatrzymania czasu i tej potwornej ciszy towarzyszył mi później podczas życia wielokrotnie i jest to dla mnie w tych zjawiskach najbardziej przerażające, bo wiem, że zaraz wydarzy się coś, nad czym nie mam kontroli. Od tego momentu przez okres liceum, lata tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt sześć następowały najbardziej męczące i dręczące mnie zjawiska. Pamiętam fakt, że bałam się zasypiać, ponieważ obawiałam się, że coś mnie z pokoju wyciągnie i bynajmniej nie duchy. Jacyś przestępcy. Siedziałam więc po nocach i starałam się nie zasypiać, żeby móc kontrolować, co się dzieje wokoło. Przez to zaczęłam wagarować, przychodzić na późniejsze lekcje, ponieważ notorycznie byłam niewyspana. Czasami przeczuwałam, kiedy nastąpią odwiedziny. Po prostu już od wieczora czułam, że coś jest nie tak.
Nazywałam to tylkonie dziś. Taki narastający niepokój i wmawianie sobie proszę, tylko nie dziś. Innym razem, ale nie dziś. Wtedy organizowałam otoczenie wokół siebie, spanie tak, aby widzieć drzwi i okna plecami do ściany, ale nigdy w tamtym kierunku. Okna odsłonięte, żeby można było mieć kontrolę nad tym, co dzieje się za nimi. Wszystkie szuflady i drzwi od szafy pozamykane. Zawsze, jeśli byłam świadoma, zaczynało się podobnie.
Najpierw następowała wręcz przerażająca cisza. Efekt zatrzymania czasu. Jak się później podczas sesji pod hipnozą dowiedziałam. Już na tym etapie nie dało się dobudzić rodziców. Żadne krzyki do nich nie docierały. Później następowało takie ogłuszenie, cisza, a zarazem lekki szum w głowie. Porównałabym to do odczucia jak przy omdleniu. Lekki pisk i szum w głowie przed utratą świadomości. Dalej delikatny ucisk w okolicy nosa, tak jakby przełożyć na nim dwa palce z obu stron na kości i lekko uścisnąć. Jednocześnie lekki napór w miejscu między brwiami na czole.
Ale nigdy nie widziałam, żeby fizycznie robiła to jakaś z odwiedzających mnie osób ręką. Później pojawiała się wielka senność nie do opanowania i jednocześnie wyczuwałam lekkie mrowienie w końcówkach palców u dłoni i stóp. Drżenie to rozprzestrzeniało się dalej wzdłuż ciała, a zatem pojawiało się odrętwienie, które przeradzało się wreszcie w zupełny paraliż ciała przy jednoczesnym zachowaniu świadomości. Najpóźniej drętwiała okolica nad wargą i szczęką. W tym miejscu również najdłużej pozostawało odrętwienie po przebudzeniu. Na koniec można tylko poruszać gałkami oczu. Nie zdarzyło mi się, żebym została oślepiona. Panika i strach na tym etapie jest nie do opanowania. Odczucie bezradności, niemocy, lęku przed nieznanym i jednocześnie rozpacz, że nikt nie będzie w stanie pomóc, nawet jeśli przebywa się z kimś w tym samym pomieszczeniu. Ponieważ dla tych osób i ogólnie wokoło zatrzymał się czas.
Są w letargu, a ja jestem w jakimś bezczasie. Dalej następuje walka wewnętrzna z postępującym uczuciem senności, za którym wiadomo, że następuje całkowite zniewolenie i późniejszy brak pamięci o tym, co się wtedy dzieje. Czasem utrata pamięci następowała stopniowo, jakbym lekko zasypiała, a czasami działo się to gwałtownie. Miałam w tamtym okresie psa, ale nigdy wtedy nie szczekał. Co więcej, zaczął na noc wyprowadzać się do pokoju dziadków. Na dzień przychodził do mnie. Miałam też i kota, ale nie zauważyłam, czy coś się z nim działo. Nie przypominam sobie, żebym widziała światła w tamtym okresie. Traciłam przytomność i tyle. Budziłam się rano zmęczona po wszystkim. Zaczęłam spisywać swoje przeżycia i sny o obcych, które towarzyszyły mi wtedy, ponieważ były wyraziste.Któregoś razu wystraszyłam się nie na żarty. Fakt. Ze snu wyrwał mnie odgłos grzmotu. Wydawało mi się, że burzy.
Zauważyłam, o zgrozo, że leżę na plecach, a w zasadzie lewituje w powietrzu twarzą do sufitu, ale na wysokości gdzieś około pięćdziesięciu, sześćdziesięciu centymetrów nad łóżkiem i nie mogę się poruszać. Taki sam etap, jak opisywałam, kiedy tylko można poruszać oczyma.
Spojrzałam w prawo. W tym samym momencie kątem oka wychwyciłam dwie istoty szarego koloru. Twarzy nie pamiętam, bardziej przypominały jasnoszarą mgłę, które szybko odskakują ode mnie, a ja huknęłam z wysokości bezwładnie na łóżko. Dopiero wtedy odzyskałam czucie w ciele. Mam wrażenie, że wybudziłam się zbyt szybko, dużo szybciej niż przewidywali moi nocni Goście. Albo jeszcze nie zdążyli mnie uśpić. Nie pamiętam, co było później.
Natomiast bolał mnie przez kilka dni kark. Po tym wydarzeniu byłam już prawie na granicy obłędu. Tym bardziej, że miałam też innego typu problemy w domu. Pomyślałam, że nie ma co stawiać oporu, bo i tak z tym zjawiskiem nie wygram. I pewnego dnia powiedziałam na głos Okej, jeżeli musicie już to robić, to dobrze.
Róbcie. Nie będę się wtrącać, ale nie chcę mieć ani jednego wspomnienia po tych odwiedzinach. Macie to tak robić, żebym niczego nie pamiętała. Od tego zdarzenia nastąpił względny spokój, jeżeli chodzi o te zjawiska, a ja skupiłam się na swoich przyziemnych problemach. Wszystkie te spotkania obudziły za to we mnie wielką chęć poznania zjawisk natury paranormalnej. Zajęłam się studiowaniem astrologii, paleo, astronautyką i różnymi odgałęzieniami zjawisk paranormalnych.
Temat UFO przestał być na pierwszym miejscu, a ja z czasem zaczęłam myśleć, że to były jakieś lęki okresu nastoletniego i dziecięcego. Jedne dzieci boją się smoków, ciemności i duchów, a ja kosmitów. Jedynie pamiętam sytuację, fakt.
Kiedy będąc z rodzicami na wakacjach koło Gdańska, plażowicze z naszego turnusu wspominali, że widzieli UFO nad morzem. Pomyślałam wtedy no tak i tak mnie znajdą, jak będą chcieli. Z osiem, dziewięć lat później z eksmężem, będąc na wakacjach również nad morzem, mieliśmy taką dziwną przygodę. Pojechaliśmy samochodem zwiedzać okolicę. Nie pamiętam, co wtedy zwiedzaliśmy, czy jakąś latarnię, czy inne zabytki. Byliśmy sami i w czasie tej wycieczki nie spotkaliśmy nikogo. Po zwiedzeniu wsiadliśmy do samochodu, żeby jechać dalej. Jechaliśmy jakimś polem, gdy zauważyłam, że zegarek na mojej ręce zatrzymał mi się gdzieś przed godziną dwunastą i stoi. Żeby było dziwniej, mój eksmąż zauważył, że drugi zegarek też nie chodzi i zatrzymał się na tej samej godzinie. Nie pamiętam tylko, czy był to jego zegarek, czy taki przyklejony na deskę w samochodzie, ale były to dwa zegarki. Oba zegarki z tarczą, nieelektroniczne. Oba się zatrzymały.
Trzeci zegarek wskazywał godzinę piętnastą i później okazało się, że chodził prawidłowo. Zdziwiło nas to, a przede wszystkim to, że upłynęły trzy godziny. Byliśmy przekonani, że zwiedzanie zajęło nam nie więcej niż trzydzieści, czterdzieści minut. W 2005 roku pewne obawy co do obcych miałam podczas ciąży.
Inne matki bały się, czy dzieci urodzą się zdrowe. A ja niepokoiłam się, czy mi ktoś córki z brzucha nie ukradnie, bo miałam już wiedzę, że takie sytuacje się zdarzają. Miałam także trochę nocy niepokojów z nasłuchiwaniem, czy nie pojawi się przerażająca cisza. Temat UFO ucichł, jeśli o mnie chodzi, na kilka lat i powrócił przypadkowo podczas sesji pod hipnozą. W pewnym momencie swojego życia, nie mogąc pogodzić się z rozstaniem z ówczesnym partnerem i postępującą depresją, przeżyciami w rodzinie, postanowiłam spróbować terapii hipnozą.
Ponieważ już interesowałam się rozwojem duchowym, postanowiłam połączyć oba tematy i spróbować hipnozy do życia między wcieleniami, żeby dowiedzieć się, czemu przytrafiają mi się różne rzeczy. Zdecydowałam się na sesję z hipnoterapeutą i w 2014 roku poddałam się dwóm sesjom pod wpływem hipnozy. W sesjach nie był poruszany temat UFO. Nie przyszło mi do głowy, żeby pytać o takie rzeczy. Uważałam temat nocnych wizyt u mnie za zamknięty, a głównym tematem miało być skupienie się nad rozwiązaniem problemów psychologicznych. Jedynie na moje niedopasowanie w związkach zastanawiałyśmy się z hipnoterapeutką, czy czasem nie jestem duszą hybrydową, która do tej pory inkarnowała na innych planetach. Ale podczas sesji okazało się, że absolutnie nie. Moje pierwsze wcielenie było w człowieka, którego zabił kot szablozębny, smilodon w odległej przeszłości i późniejsze wcielenia też okazały się typowo ludzkie. Dlatego dużym dla nas zaskoczeniem było to, co pojawiło się w sesji, ponieważ przypomniało mi i potwierdziło to, co przydarzało mi się w dzieciństwie. Pozwolę sobie przytoczyć fragment. "Ja: A i to, bo ja widzę ziemię. Widzę też inną planetę. Ten poziom, gdzie teraz jestem? Na tym poziomie. Tak. Widzę, że mm znaczy znamy się. Bo znamy się. On nie jest z Ziemi. Nie przeraża mnie ten jego widok, bo on pokazuje mi swoją prawdziwą postać".Raz zobaczyłam typowego szaraka.
On odsłonił mi swoją postać, bo był przykryty mgłą. Nie byłam zdziwiona tym widokiem. Znaczy w ogóle ich znam wszystkich. Tak, bo ja miałam piętnaście, szesnaście lat. Ja się strasznie bałam. Oni przychodzili i ja z nimi pracowałam. Ale to było dobre. Nie, nie, nie, nie żadne... A! Bo ja miałam dużo emocji i oni się uczą też tych emocji i chcieli troszeczkę podpatrzeć, żeby pokazać. Tak, to ja pokazałam, ale później nie, nie, nie.
Już, żeby nie przychodzili, bo ciało się denerwuje bardzo. Okazało się, że rzeczywiście byłam odwiedzana. To ja nie, bo w tym kierunku są tacy, co pracują razem z nimi na Ziemi, ale ja nie. Widziałam ludzi, którzy są oprowadzani i przeprowadzane są na nich badania. Ale się znamy, bo oni. Tam jest jeszcze planeta. Ona dopiero jest malutka. Kiedyś będzie taka jak Ziemia. A pytają, czy ja bym kiedyś tam chciała żyć?
Ja nie, bo ja bardzo kocham ziemię i ludzi tutaj. Ja mogę pomóc tworzyć, ale nie, ja nie chcę tam żyć. Hipnoterapeutka: a jak oni wyglądają? Ja: tak typowo, jak w filmach. A znam-- znam ich dosyć dobrze.
Tak typowo. Śmieję się, bo dziwię się, czemu ludzie się tak bardzo ich boją. No ja wiem, wiem, że strasznie nie wyglądają. No ja wiem, wiem. Dotknęłam jego skóry, wydała mi się bardziej napięta na ciele niż u człowieka i o niższej temperaturze, ale nie zimna. Co do charakteru opisałabym, że zimny i sztywny, ale stabilny, wręcz pozbawiony emocji. Może inaczej: moje emocjonalne zachowanie budziło w nim, tak to odbierałam, coś na kształt lekkiego zażenowania, trochę jak niestosowne zachowanie dziecka. Pokazano mi planetę przypominającą Ziemię, ale było na niej zdecydowanie więcej lądów o tropikalnym klimacie niż wody. Widziałam na niej rozmaite zwierzęta, ale nie było tam formy ludzkiej. Tak jakby ta planeta czekała na zasiedlenie, ale nie wiem przez kogo. Nie chciałam tam żyć w formie fizycznej. Widząc to, zapytałam, czy to oni odwiedzali naszą planetę kiedyś. Na to przedstawiono mi duszę szaraka o imionach Ezachiel i Henoch, że to były jego dwa poprzednie wcielenia. To mi wystarczyło.
Najbardziej też interesowało mnie, jak wpływać na masę wody na morzu. Nie wiem, skąd przyszło mi to na myśl podczas sesji oraz to, w jaki sposób przemieszczają się w czasie. Zobaczyłam, w jaki sposób dostają się statkiem do danej linii życia człowieka i jak z niego wychodzą w różnych punktach, jak również sposób, w jaki taki punkt można określić poprzez dwie współrzędne jedną w czasie, drugą w przestrzeni. Opisano mi, że struktura czasu jest falowa, nieliniowa. I jeszcze kilka innych moich pytań. Tego szaraka, który towarzyszył mi w moim życiu, nazwałam Jumper właśnie dlatego, że tak skaczą po liniach czasu. Mogą wchodzić w jednym miejscu, a później w innym.
Dlatego z naszego punktu widzenia żyją bardzo długo. Z tego, co odczułam, Jumper jest kimś w rodzaju dowódcy sprawującego opiekę nad tamtą planetą, ale jest to sekcja zajmująca się psychologiczną naturą człowieka. Widziałam na przykład inną, która jest typowo medyczna, zajmuje się pobieraniem tkanek i temu podobne. Jeżeli chodzi o przyczynę moich odwiedzin i zainteresowanie moimi emocjami, byłam dość emocjonalną i wrażliwą osobą przez całe życie. Wyjaśniono mi, że gatunek, który stopniowo ewoluuje w kierunku jedności, zatraca swoją indywidualność i emocjonalność. A tymczasem emocje posiadają duży ładunek energetyczny.
Pozwalają tworzyć i między innymi przemieszczać się po liniach czasu, fali czasu. Kiedy dokonujemy w swoim życiu odpowiednich wyborów, to, co nazwalibyśmy prawem przyciągania, powodujemy swój rozwój. I dlatego emocje są tak niezbędne do tego, żeby dana rasa się rozwijała. Czy poznanie, jak odczuwa się emocje, interesowało ich dla samych siebie, czy do tworzenia innych ras? Nie wiem. Wiem, że bardzo dobrze umieją łączyć materię i pierwiastki. Całe to spotkanie nie było dla mnie aż tak interesujące w hipnozie.
Trwało stosunkowo krótko, więc zaraz po tym powędrowałam dalej. Po sesji jedynie zdziwiły mnie moje dość techniczne pytania. Mimo że nie mam takich zainteresowań, jestem bardziej utalentowana humanistycznie niż w przedmiotach ścisłych. Nie umiem dodawać liczb nieparzystych. W liceum byłam zwolniona z matury z matematyki. Pisałam zamienne historie, ponieważ zupełnie nie rozumiałam najprostszych zadań. Samo spotkanie podczas sesji trochę mnie uspokoiło. Najgorzej jest bać się niewyjaśnionego. Teraz wiedziałam, kogo się tak naprawdę bałam. Natomiast nie postrzegam ich ani pozytywnie, ani negatywnie. Powiedzmy, że rozumiem ich chęć realizacji swojego celu. Cel jest tam nadrzędnym planem, ale nie zgadzam się z łamaniem wolnej woli. Pominęłam wątki duchowe wiążące się z UFO.
[muzyka w tle] Jakiś czas później, może miesiąc po sesji, wydarzyła się pewna historia. Fakt. Siedziałam w nocy, chyba gdzieś około pierwszej i pisałam takie sprawozdanie z sesji hipnozy. Dołączyłam do amerykańskiej grupy osób zainteresowanych hipnozą i chciałam podzielić się swoimi przeżyciami i odczuciami. Dostałam też informację od mojej hipnoterapeutki, że podczas sesji warto łaknąć informacji, które się pojawiają, ale ich nie analizować, ponieważ przez jakiś czas po sesji te informacje będą rozwijane. Automatycznie pojawią się rozwiązania. Także spisywałam przebieg sesji, dodając odpowiednie komentarze. Wyprowadziłam się od rodziców do swojego mieszkania w tym samym bloku, tyle że na pierwszym piętrze. Byłam w swojej sypialni, która nie ma okien, tylko drzwi. Siedziałam na łóżku z komputerem na kolanach, a obok paliła się nocna lampka. Przypominałam sobie szczegóły i przebieg sesji. Gdy doszłam do momentu, w którym pojawił się jumper, zamknęłam oczy, żeby bardziej się skupić i przypomnieć sobie jeszcze więcej szczegółów. Miałam wrażenie, że pomału zaczynam odpływać i robię się bardzo cicho i sennie. To w tym momencie przyszło rozszerzenie zrozumienia na temat zadawanych Szarakowi pytań. W pewnym momencie otworzyłam oczy i przeraziłam się, bo otaczała mnie zupełna ciemność. Nie usnęłam. Ciemność była realna. Nie świeciła lampka, nie było słychać odgłosu lodówki, sprzętów domowych, a przez drzwi do sypialni nie wpadało żadne światło. Jezu pomyślałam, nie wierzę, że się to dzieje. Nie ma prądu. Dotknęłam komputera, który musiał przejść w stan uśpienia. Zareagował na baterii i trochę oświetlił wnętrze.
Poszłam do kuchni zobaczyć, co się dzieje. Było bardzo ciemno i to mimo, że widzę dobrze w ciemności. Z powodu ciemnej sypialni bez okna jestem przyzwyczajona do poruszania się po domu po ciemku. Mimo to było naprawdę przerażająco. Podeszłam do okna. Kompletna ciemność. Nie świecą latarnie. Ciemno w bloku i całej dzielnicy. Nawet w jednostce wojskowej.
Przemknęło mi przez myśl, czy lotnisko nie ma jakiegoś awaryjnego zasilania. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to znowu wzięcie. Druga myśl przed czy po. Może kogoś zabierają? Zajrzałem szybko do pokoju córki, żeby sprawdzić, czy też przypadkiem nie padło na nią, ale spała spokojnie. Wtedy zobaczyłam jadący po ulicy pojedynczy samochód. Jedyne źródło światła. Uff, znaczy, że jest już po, bo chodzą silniki samochodów. Tak mi przyszło do głowy. Prąd pojawił się po około dziesięciu minutach. Nie spotkałam się rano z żadną informacją o przerwie w dostawie prądu w nocy. Jakiś czas później, w dwa tysiące piętnastym roku, wzięłam udział w kolejnej sesji, tym razem z osobą z Polski zajmującą się hipnozą techniką Michaela Newtona. Po części chciałam znaleźć dalsze odpowiedzi dotyczące znalezienia odpowiedniego partnera. Po drugie, przekonać się, czy z inną osobą potwierdzą się i pojawią podobne informacje. Niby ok, wiedziałam, wiem, ale dopóki kaktus mi na ręku nie wyrośnie, nie uwierzę. Osoba ta nie wiedziała o moich przeżyciach w młodości związanych z UFO ani co było na poprzednich sesjach.
Podczas sesji hipnoterapeuta cofał się stopniowo do wcześniejszych okresów mojego życia. Żeby dotrzeć do momentu urodzenia, pojawiła się taka sytuacja. Pozwolę zacytować. Hipnoterapeuta: Cofamy się do dzieciństwa. Sześć. Masz teraz sześć lat.
I powiedz mi, co jest wokół ciebie i co robisz? Ja: Nie no w domu jestem. W domu jestem. No idę sobie do kuchni. No jumper nie teraz, zawsze musi się pojawiać, kiedy jest. Mmm, jest noc. W kuchni stoi Szarak. To on pojawiał się podczas mojego dzieciństwa. Jestem niezadowolona, że wyrwał mnie ze snu i kazał do siebie przyjść. Bardzo chce mi się spać. Nie wiem, czy gdzieś byliśmy, czy nie, ale pozwala mi wrócić do łóżka.
Czuję wielką senność i idę spać. Hipnoterapeuta: Ach, ten jumper. No widzisz. Ja: Dobra, idę spać. Hipnoterapeuta: Dobra, to idziesz spać w takim razie. Idziemy dalej w przeszłość. Sześć lat. Pięć. Cztery.
Trzy. Dwa. Masz dwa lata. Jesteś dwuletnim dzieckiem. Co się dzieje? Co teraz widzisz? Ja: Kulki. W pokoju siedzę, ale kulki błyszczące. Hipnoterapeuta: Błyszczące kulki? No proszę. Musisz chyba lubić te kulki. Ja: Nooo nie wiem, bo to pierwszy raz jest dopiero.
Się pojawiły. Tak, yy, wirują jedna koło drugiej. Ciekawe są. Mi się podobają. Hipnoterapeuta: Ciekawe. A gdzie te kulki są? Ja: Aaa, mm, nie. Jakieś trzydzieści, czterdzieści centymetrów nad podłogą wirują. Jedna większa, druga mniejsza. Zabawki leżą na podłodze, pod nimi, troszkę niżej. W pokoju podczas mojej zabawy pojawiły się dwie świecące żółto pomarańczowym światłem kule. Mam wrażenie, że lekko buczą. Albo to takie odczucie, bo same z siebie drżą, jakby miały w sobie dużo energii. Duża, błyszcząca kulka wielkości dużego grejpfruta wisi w powietrzu i kręci się wokół własnej osi, a obok jak księżyc satelita krąży druga wielkości pomarańczy.Ruchu też pulsuje i obraca się.
Hipnoterapeuta: To ciekawe... Ja: To... Dotknę. Przyjemne. Hmmm... Teraz muszą zniknąć szybko, bo mama przychodzi do pokoju. Nie może ich być widać teraz. Nieee, się rozpłynęły. Tak się schowały. Ale okej.
Wyciągam rękę, żeby tego dotknąć. Jest przyjemne. Nie parzy. Jak mama wchodzi do pokoju, to kulki szybko odlatują w róg pokoju przy suficie i mam wrażenie, że stają się przeźroczyste, niewidoczne. Ale cały czas tam są. Po tej sesji, gdzie po raz kolejny pojawił się wątek obcych istot, postanowiłem przy okazji zapytać na forum innych hipnoterapeutów, czy podczas swojej pracy przy sesjach LBL spotykali się z informacjami na temat UFO, ale występującym w życiu realnym, podczas cofania się przez ważne wydarzenia z dzieciństwa. Wyłączyłem tu zupełnie aspekt duchowy. Wiemy, że istnieją rozmaite rasy w kosmosie, inkarnacje dusz hybrydowych, spotkania w poprzednich wcieleniach, ale mnie bardziej interesował namacalny dowód wzięć przez UFO tu i teraz. Odpowiedziano mi, że owszem, takie przypadki się zdarzają, a jeden z hipnoterapeutów doświadcza tego samego od dzieciństwa.
Poza tym zjawisko ma często charakter pokoleniowy. Poradzono mi też, abym jeśli chcę zgłębiać temat, skontaktowała się z paroma instytutami, ale nie znalazłam u nich interesujących mnie rzeczy. Ponieważ poradzono mi, żeby zwrócić uwagę na to, że często te zjawiska dzieją się na przestrzeni kilku pokoleń, przypomniałam sobie, że przecież mój ojciec wspominał, że widział błyszczący obiekt unoszący się w nocy między blokami. Zaczęłam się zastanawiać, czy może zjawisko to nie towarzyszyło mojemu dziadkowi. Dziadek mieszkał w Instytucie Głuchoniemych w Warszawie. Brał udział w powstaniu.
Znalazłam w internecie jedną notatkę wspominającą pojawienie się dziwnego obiektu nad okupowaną Warszawą. Dziadek nie żyje od wielu lat. Niestety nic na ten temat się nie dowiem. Zaczęłam poszukiwać informacji na temat błyszczących kulek, które widziałam, bo było to dla mnie nowością w tematyce UFO. Pioruny kuliste ok, ale ja dotykałam tych kulek tak, że nie było to zjawisko atmosferyczne.
Trafiłam na stronę Mufonu. Wypełniłam testy. Okazało się, że nadaję się do hipnozy w tym kierunku. Poradzono skontaktować się z oddziałem Mufonu w swoim państwie w sprawie poszukiwania odpowiedniego hipnoterapeuty, ale tu już się poddałam. Po pierwsze nie wiem, czy w Polsce Mufon ma swoje odgałęzienie i jakoś mam średnie zaufanie do organizacji. Po drugie, nie zamierzałam wydawać pieniędzy na sesję związaną z UFO. To coś innego niż psychoterapia. Szukając źródeł wiedzy o kulkach na własną rękę, dołączyłam do amerykańskiej grupy wsparcia osób odwiedzonych przez UFO. Tam też nikt w owym czasie nie słyszał nic o moich kulkach. Nie wiem jak teraz. Dawno nie odwiedzałam tego forum. Co do sesji pod hipnozą: czy polecam? Tak. Pomijając aspekt duchowy, który mnie tam przyciągnął. Jeśli chodzi o zjawisko prowadzeń, to dało mi chociaż częściowe zrozumienie tego, co mi się przytrafiało i powiedzmy jakiś powód, dlaczego byli mną zainteresowani. Do tego zobaczenie z bliska postaci szaraka, a wręcz z nim porozmawiania, dało mi później świadomość tego przynajmniej, z kim mam do czynienia.
I nie jest to rozmazana plama. Rozmawiając z osobami z grupy wsparcia, dowiedziałem się, jak wiele osób przeżywa podobne historie, jak bardzo są zagubione, nie potrafią wytłumaczyć tego, co ich spotyka, a także żyją w ciągłym stresie i obawie. Czasami strach jest tak wielki, że ludzie doznają wręcz paniki, śpią przy zapalonym świetle, a nawet z nożami wokół łóżka. Ponieważ sama zetknęłam się z tym zjawiskiem, wiem, jak wielki to strach potrafi być i co jest w stanie człowiek zrobić, aby walczyć o swoje życie. Bardzo ciężko jest żyć w ciągłym zagrożeniu.
Wpływa to negatywnie na psychikę, powoduje depresję, trudności w relacjach z innymi. Niesie też za sobą ryzyko. Bo co jeśli któregoś razu popychani strachem, czuwając w ciemności, wyciągniemy spod poduszki nóż i zaatakujemy idącego do nas szaraka?
A w efekcie okaże się, że to skaczący na łóżko nasz kochany pies albo co gorsza dziecko, które przyszło w nocy do naszego łóżka. Dlatego też chciałem podzielić się swoją historią, a także wydarzeniem, które zmieniło moje podejście do zagadnienia UFO i pozwoliło opanować trochę strach. W tym samym mniej więcej czasie co sesje wydarzyło się coś, wspomnienie, które zmieniło moje postrzeganie nocnych gości.
Przebudziłam się w nocy w momencie przechodzenia ze swojej sypialni do kuchni. Nie pamiętam, w jaki sposób się przemieszczałam, ale było to w pozycji pionowej. Po obu stronach miałam eskortę dwóch szaraków. Ja mam metr pięćdziesiąt cztery wzrostu, oni metr trzydzieści, metr trzydzieści pięć. Różnili się trochę kolorem od tych, których widywałam do tej pory. Byli bardziej szarzy, szary z domieszką lekkiej zieleni. Natomiast znajome mi istoty odwiedzające mnie do tej pory były koloru bardziej białego z dodatkiem błękitnego i zdecydowanie jaśniejsze od tych, które były tutaj.
Byłam sparaliżowana, mogłam tylko obserwować, co się dzieje. Miałam odczucie wybudzania się z mocnego zaspania. Weszliśmy czy też przesunęliśmy się i stanęliśmy na środku kuchni. Dalej mogłam tylko poruszać oczyma.
[radosna muzyka w tle] Ale kątem oka zauważyłam na parapecie okiennym bardzo małego szaraka, gdzieś trzydzieści pięć, czterdzieści centymetrów wzrostu. Z dużą głową, ale ciałem nie tak chudym jak w przypadku zwykłych szarych.
Bardzo nieprzyjemny z twarzy. Określiłabym to: twarz pomarszczona jak śliwka lub rodzynka. Miałam wrażenie, że to on nadzoruje całą akcję. Z tyłu, za nim, za oknem widać było blade, chłodne, ale nie oślepiające światło. Dlatego mogłam rozpoznać, że jest innego koloru niż pozostali, bardziej brązowego. Niestety nie widziałam źródła światła i co je emitowało. Po lewej stronie od niego stała jakaś ciemna, wysoka postać, około dwóch metrów wzrostu. Przypominała ogromny cień, natomiast widać było małą głowę na wysokim, szczupłym ciele. Zupełnie inne proporcje wielkości głowy w porównaniu do ciała jak u szaraków. Nawet posądziłabym go o to, że to jakiś zupełnie inny gatunek. Odniosłam wrażenie, że to on odpowiada za mój paraliż i mentalne skrępowanie. Także stałam z nim pośrodku kuchni i bardzo się bałam. Byłam przerażona i w ogromnej panice. Po pierwsze, że znów się coś dzieje, a miało ponoć nic nie być. Dwa – byłam tego świadoma. Trzy – nie było tam Jumpera i to była zupełnie inna grupa istot. Nie podobało mi się to i chciałam się wyswobodzić. Poczułam wewnętrzną niezgodę na tą sytuację, ale byłam unieruchomiona.
Nie wiem, jak to opisać, ale myśl o tym uwolnieniu ukrywam przed nimi, osłaniając się swoim strachem. Czyli dalej czułam strach, ale okrywałam nim zamiar wyswobodzenia. Przez to dla nich był odczuwalny tylko strach. Chyba tak bym to określiła, ponieważ domyślałam się, że obcy słyszą moje myśli. Powiedziałam w głowie, nie wiem, czemu akurat to i czemu wtedy to przyszło mi do głowy, ale powiedziałam: wolna wola, pierwsze prawo.
Ja się na to nie zgadzam. I nagle zaczęłam mówić w myślach, bo ciało było wciąż sparaliżowane. Cytat z jakiegoś psalmu. Nie Jestem wierząca, nie chodzę do kościoła, ale ten fragment zawsze się gdzieś tam przewija w filmach wojennych, kiedy żołnierze dodają sobie otuchy i wyklępałam do nich: "I choćbym szła ciemną doliną, zła się nie ulęknę". Recytowałam w myślach ten fragment. Reszty zresztą nie znam. A z drugiej strony wciąż ukrywałam zatem chęć wyswobodzenia się. Także koncentrowanie się na tym zdaniu. W tej chwili nastąpiła u nich konsternacja, zdziwienie. Poczułam, że nacisk mentalny się zmniejsza i nie wiem znów, jak to opisać i czemu to zrobiłam. Tak jakby odbiłam do nich ich energię, którą mnie przytrzymywali. Na zewnątrz rozeszła się fala dookoła, tak jak kółko na wodzie.
Wtedy puścił paraliż. Poleciałam do przodu, bo okazało się, że lewitowałam gdzieś z dziesięć centymetrów nad podłogą. Zrobiłam krok do przodu, żeby się nie przewrócić i nie upaść. Noga, którą się podparłam, ugięła się pode mną, bo jeszcze nie do końca odzyskałam czucie, ale ostatkiem sił przechyliłam się do przodu i złapałam przez firankę za rękę tego małego szaraka. Złapałam lekko i puściłam, tylko uścisnęłam. Wtedy zaczęło się dziać. Tych dwóch będących obok odskoczyło w panice ode mnie. Mały zaczął potwornie krzyczeć. Takiego krzyku nigdzie nie słyszałam. Wył tak, jakbym przynajmniej mu tą rękę wyrwała. A ten wysoki i czarny cofnął się, a po chwili chyba czymś mentalnym we mnie uderzył, bo straciłam przytomność. Zalała mnie ciemność. Nic więcej nie pamiętam. Całe to zajście zmieniło moje podejście do prowadzeń i biorących w nich udział istot. Okazało się, że są materialne. Miałam okazję dwa razy ich dotknąć, dotknąć ich rąk. Kiedyś jumpera, a teraz małego szaraka. W pierwszym wypadku skórę opisałabym jako przyjemną, aksamitną w dotyku, ale bardziej napiętą i zdecydowanie grubszą. Ciało chłodniejsze od ciała ludzkiego. Od urodzenia mam niższą temperaturę ciała, tak około trzydziestu pięciu i pół stopnia Celsjusza, ale ich jest jeszcze chłodniejsza. Mimo że jest szczuplejsze i wyczuwalne są kości, to tkanka oblega je równomiernie. Wydaje mi się, że w dłoniach jest o jeden paliczek więcej niż u nas. W przypadku małego szaraka ciało sprawiało wrażenie bardzo kruchego i podatnego na zranienia. Kość przedramienia przypominała mi kość nogi ptaka. Myślę, że gdybym przycisnęła mocniej, to bez trudu mogłabym ją złamać. Dlatego pewnie był schowany za firanką na parapecie w bezpiecznym w jego mniemaniu miejscu.
Najważniejszą jednak rzeczą po tym wydarzeniu było to, że trochę zmienił się układ sił w naszej relacji. Okazało się, że według nich jestem osobą bardzo niebezpieczną, agresywną. Moje impulsywne zachowanie jest nieobliczalne, a do tego potrafiłam uwolnić się od mentalnej kontroli, co utrudnia manipulację moją osobą. Sytuacja zbyt wczesnego samoistnego wybudzenia pojawiła mi się już kiedyś w dzieciństwie, kiedy lewitowałam nad łóżkiem. Myślę, że największym jednak zaskoczeniem dla nich było to, że jestem świadoma oddziaływania wolnej woli. Wydaje mi się, że było to też powodem zaprzestania odwiedzin, ponieważ pod hipnozą mówiłam: "ACytat: "Ale później powiedziałam im, żeby nie przychodzili, bo ciało się bardzo denerwuje". Koniec cytatu. Długo zastanawiałam się, co takiego musiałam powiedzieć i zrobić, że dali mi spokój. Tym bardziej że nieraz prosiłam, błagałam i robiłam wszystko, żeby się temu przeciwstawić. Podczas poszukiwań doszłam do wniosku, że być może ma to coś wspólnego z tak zwanym prawem wolnej woli. Wydaje mi się, że patrząc na to okiem duchowości i odbytych przeze mnie sesji LBL, nawet jeśli osoba przystaje dobrowolnie na współpracę z obcymi, czy to teraz obecnie, czy też biorąc pod uwagę reinkarnację, udziela zgody przed narodzinami. To jednak zawsze ma możliwość zmiany swojego zdania w trakcie życia, o czym nikt jej już w życiu nie informuje i z czego nie zdaje sobie sprawy. Może to prawo wolnej woli jest jakimś nadrzędnym we wszechświecie i istoty zdające sobie z tego sprawę muszą to prawo respektować?
Być może złamanie tego prawa pociąga jakieś konsekwencje, jeśli nie w fizycznym świecie, to być może z punktu widzenia duchowości. A porywanie ludzi obezwłasnowolnienie ich podczas wywierania nacisku mentalnego i amnezji powoduje, że są oni tego nieświadomi. Nie mają możliwości bezpośredniej konfrontacji i samostanowienia o sobie. Może istoty obce poprzez takie działanie znalazły sposób na obejście tego prawa i nie są pociągane do odpowiedzialności za to, co robią. Inna sprawa, że ja osobiście odebrałam podczas tych spotkań, że obcy nie uważają, że robią coś złego. Realizują własny plan, któremu podporządkowana jest cała ta struktura i cel ten jest nadrzędny. Tak to zrozumiałam, ale czy to prawda, to nie wiem. Wiem natomiast, że po całym tym zdarzeniu w kuchni odzyskałem pewność siebie, pewnego rodzaju siłę i zdecydowanie zmniejszył się mój strach przed kolejnym spotkaniem. Co nie oznacza, że zupełnie minął. Jedyne, co mogę poradzić, to spróbować w takich sytuacjach do końca nie zapominać o tym, że jest się człowiekiem, który ma prawo wolnej woli do stanowienia o sobie. Wspomnę jeszcze o dwóch wydarzeniach, być może łączących się z tym tematem. Ze trzy lata temu miało też miejsce pewne wydarzenie, fakt. Będąc w pracy, wyszłam na przerwę. Najpierw do toalety, a później z zamiarem zjedzenia obiadu udałam się na górę do toalety na pierwszym piętrze. Nie jestem w stanie powiedzieć, o czym wtedy rozmyślałam.
Pamiętam, że weszłam na schody i udałam się do góry. Następnie ocknęłam się, kiedy wchodziłam do toalety, ale zdziwiłam się, że ma zupełnie inny rozstaw kabin. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że znajduje się na drugim piętrze, w innej toalecie niż ta, do której się udawałam. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Żeby dostać się na wyższe piętro, musiałabym po dostaniu się na pierwsze przejść kawałek, skręcić kilka razy, żeby dostać się do schodów prowadzących na drugie piętro. Ale cóż, zrzuciłam to na swoje gapiostwo i poszłam do restauracji coś zjeść. Tu doznałam szoku, ponieważ spojrzałam na zegarek i od momentu wyjścia z pracy minęło trzydzieści minut. Niemożliwe, żeby tyle czasu zajęło mi skorzystanie z toalety.
Byłam tym bardzo zdziwiona i zła, ponieważ zniknęło mi pół godziny. Byłam głodna i musiałam wracać do pracy. Drugi incydent miał miejsce jakieś pół roku temu, również w pracy. Jestem sprzedawcą w sklepie.
Któregoś razu stałam przy komputerze, przy kasie i pisałam mail do innego sklepu. Był to październik dwa tysiące dziewiętnastego roku. Za moimi plecami stała koleżanka. W pewnym momencie usłyszałyśmy piknięcie. Okazało się, że stojący obok skaner przeczytał z mojego przedramienia jakiś kod i wkleił go w treść maila. Obie byłyśmy zdziwione, ponieważ obok nie stały żadne produkty, które mógłby zeskanować. Jakim cudem zrobił to z mojej ręki, z zewnętrznej części przedramienia, mniej więcej jednej trzeciej odległości od nadgarstka? Trochę nas to rozśmieszyło i próbowałyśmy jeszcze raz zeskanować na różne sposoby moją rękę. Jakiś miesiąc później, listopad dwa tysiące dziewiętnastego roku, również byłam z tą samą koleżanką na zmianie.
Znowu podeszłam do komputera i podczas pisania wiadomości sytuacja się powtórzyła. Koleżanka tym razem trochę się przestraszyła. Stwierdziła, że dziwne rzeczy się dzieją wokół mnie. Znów nie znalazłyśmy czegokolwiek oprócz mojej ręki, co mógłby zeskanować czytnik. Tym razem postanowiłam po pracy poszukać trochę informacji o kodzie. Sam kod był pięciocyfrowy. W naszym sklepie wszystkie kody są dwunastocyfrowe. Większość z nich znamy nawet na pamięć, ponieważ różnią się tylko ostatnimi cyframi. Zrobiłam zdjęcie kodu telefonem z zamiarem poszukania później w internecie informacji o tym, skąd, z jakiego państwa może pochodzić dany kod oraz jakiemu produktowi może odpowiadać. Ja aż byłam zaskoczona, kiedy wracając z pracy autobusem zajrzałam do telefonu i nie znalazłam tam tego zdjęcia.
Następnego dnia upewniłam się jeszcze, pytając o to koleżankę, która upewniła mnie, że nic mi się nie przywidziało i zdjęcie przy niej robiłam, bo jeszcze pokazywałam jej w telefonie. Od tamtego czasu sytuacja z czytnikiem kodu się nie powtórzyła. Owszem, przyszły mi do głowy historie z implantami pod skórą, ale kto jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku korzystałby ze zwykłych kodów do odczytywania skanerem? Tak czy inaczej, o tym wspomniałam.Co do dziwnych zjawisk powietrznych, które jeszcze widziałem.
Dołączę jeszcze jedną, dziwną sytuację z lata zeszłego roku, która na tyle mnie zaintrygowała, że postanowiłem jeszcze wspomnieć. Wieszałem na balkonie pranie. Była gdzieś godzina między szesnastą a siedemnastą. Spojrzałem do góry, a zza bloku znad dachu wysunął się specjalnie.
Używam tego słowa na bardzo małej wysokości. Czarny, matowy, wyglądający na wojskowy śmigłowiec zawisł na kilka sekund prawie nade mną. Blok jest czteropiętrowy, ja mieszkam na pierwszym piętrze. Helikopter był dosłownie tuż nad dachem. Moje zdziwienie było duże, ponieważ zupełnie nie było słychać jego zbliżania się. Nie było słychać również łopotu skrzydła. Zrobił to w zupełnej ciszy. Mieszkam od urodzenia przy lotnisku i odróżniam dźwięki startujących samolotów. Wiem, kiedy leci Dreamliner, kiedy zwykłe siedem trzy siedem albo śmigłowe ATR, Bombardieri i temu podobne.
Widziałem wiele wojskowych samolotów, ale w tym przypadku nie było w ogóle go słychać. Zazwyczaj, kiedy leci śmigłowiec ze wschodu, z tej samej strony co ten widziany przeze mnie, to słychać go już z daleka. Dźwięk odbija się od będącej naprzeciwko na zachodzie szkoły także już wiem, że helikopter pojawi się zaraz z drugiej. Zresztą śmigłowce bardzo rzadko latają nad blokami. Mają swoje trasy nad ogródkami działkowymi. Te lotniskowe zawsze około trzynastej trzydzieści robią obloty. Także w tym wypadku nic nie było słychać. Nigdy też nie widziałam takiego helikoptera. Nie był duży, zdecydowanie dużo krótszy niż Black Hawk, ale z podobnym nosem. Korpus zdecydowanie krótszy, masywny ogon. Na górze nie widać było wybrzuszenia pod wirnikiem. Nie zauważyłam, żeby miał płozy lub koła, za to wydawał się trochę asymetryczny, bo miał podłużne wybrzuszenie z lewej strony pod brzuchem. Może trochę bardziej przypominał polskiego sokoła, ale bez tej nadbudówki na kadłubie, trochę krótszego i z dłuższym ogonem. Zauważyłam, że jest cały czarny, matowo czarny. Na pewno nie ciemnozielony jak wojskowe helikoptery.
Nie posiadał żadnych oznaczeń. Nasze mają szachownicę, a policyjne flagę, prywatne i inne, zazwyczaj białe i z napisami. Tutaj zupełnie nic. Najbardziej zdziwiło mnie, że nie odbija światła. Wręcz odwrotnie, jakby je pochłaniał. Nawet jeśli nie miałby metalowych elementów, to słońce było za mną. Dobrze go oświetlało, także nawet na macie musiałoby być widoczne lekkie rozjaśnienie w miejscach, gdzie operuje słońce. Śmigłowiec widziałam z dołu, ale też z boku. Cała część korpusu była jakby wylana z jednego kawałka. Nie widziałem oddzielających się drzwi i okien. Później, jak sobie przypomniałem, wydarzenie zdziwiło mnie, że nie widziałem pilotów w kabinie. Zazwyczaj nawet z ziemi przy tej wysokości bez problemu można rozpoznać kogoś. Może nie twarz, ale czy tam jest jedna osoba, czy dwie. I nie widziałem też przeźroczystej szyby z przodu, tak jakby miał przyciemniane szyby. Helikopter zrobił na mnie całkowicie negatywne wrażenie, wręcz wzbudził gniew i wzburzenie, a nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek tak rozemocjonował mnie widok jakiegoś samolotu, że aż w myślach głupio powiedziałem do siebie masz trzy sekundy, żeby się stąd zabrać, inaczej odbiję do ciebie całą swoją energię. Nie wiem, czemu takie coś pomyślałam. Pewnie mi zostało z tego wydarzenia z obcymi w kuchni, ale śmigłowiec jakby mnie usłyszał, bo ruszył trochę do przodu, zrobił zwrot w tył i z niewiarygodną prędkością momentalnie uciekł. Schował się za dach, skąd przyleciał. Wyglądało to jak w kreskówce Tom i Jerry, gdzie zza rogu wypada mysz, widzi kota, robi kilka ruchów w powietrzu i ucieka z powrotem za ścianę. Tak mi się skojarzyło. Ale najdziwniejsze dla mnie dlatego o tym piszę było to, że nie obrócił się na łuku, jak zazwyczaj robią to helikoptery, ani też w miejscu, tylko w manewrze przypominającym odwróconą literę V. Długo się później zastanawiałam, jakim cudem mogą tak szybko zmienić kierunek pod takim kątem i na przestrzeni kilku metrów. Po tym zdarzeniu weszłam do domu i zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. Byłam wzburzona, wręcz wściekła na ten śmigłowiec z nieznanych powodów. Później sobie analizowałam, że być może wojsko testowało jakąś nową maszynę, ale to wielka nieodpowiedzialność i lekkomyślność pilota, aby to robić na tak małej wysokości nad budynkiem. Obok rosną wyższe od bloku świerki, a zaraz kilka metrów dalej boisko szkolne, więc nietrudno o wypadek. Spotkanie zapadło mi w pamięć na tyle, że zaczęłam szukać informacji o matowym czarnym helikopterze. Znalazłam, że owszem, sytuacje takie zdarzają się w Stanach, ale u nas w Polsce. Była tam też wzmianka, że mogą się one wiązać ze zjawiskiem UFO, dlatego o tym wspomniałam.
W obecnej chwili nie spotykają mnie dziwne zjawiska. Jedynie od dwa tysiące piętnastego roku pojawiło się u mnie widzenie urodzin, godziny. Dwudziesta druga dwadzieścia dwie, trzynasta trzynaście, piąta pięć. Spotyka mnie to mniej więcej osiem do dziewięciu razy dziennie przez cały ten okres pięciu lat.
Nie są to jakieś specjalne numery. Po prostu, kiedy na przykład spojrzę na telefon, bo ktoś zadzwoni albo chcę wstawić brytfankę do piekarnika i spojrzę na zamontowane w nim zegarek.Przyjmuję w pracy pieniądze od klienta i zerknę na komputer. Jakoś nie trafiają do mnie typowo duchowe rozwiązania. Czemu widzę te liczby? Szukałam na to odpowiedzi i nie znalazłam. Po jakimś czasie zjawisko to zaczęło mnie denerwować i irytować.
Myślałam, że może mój organizm wyczuwa, kiedy jest dana godzina i reaguje w ten sposób, że patrzę na zegarek. Poprzestawiałam więc każdy z zegarków elektronicznych w domu: mikrofalówka, piekarnik, termometr — także różniły się wskazywanym czasem o około dwadzieścia minut. Niestety wciąż, kiedy przypadkowo spojrzałam na zegar, widziałam ten, który wskazywał podwójne cyfry. Nawet jeżeli nie był to czas prawidłowy z aktualnym.
Później darowałam sobie. Żyję wciąż z liczbami dalej. Intensywność ich nie spadła. Wciąż jest to osiem, dziewięć dziennie. Temat UFO pojawia się aktualnie u mnie tylko w snach. W zasadzie w dwóch rodzajach snów, które miewam kilka razy w miesiącu. Pierwsze dotyczą tego, że będąc w jakiejkolwiek scenerii sennej z oddali pojawia się na niebie obiekt UFO. Zawsze wtedy wiem, że muszę zostawić wszystko to, co się dzieje we śnie i pójść w jego kierunku. Gdy towarzyszą mi jakieś osoby, mówię, żeby za mną nie szły. Drugi nazywam szkołą telekinezy. Pokazywany jest mi w nich wpływ własnej energii na przedmioty w celu ich przesunięcia. Jest to nauka bardzo ciężka, wyczerpująca energetycznie.
Wbrew pozorom, mając wszelkie techniczne wskazówki, tylko dwa razy podczas takiego snu udało mi się lekko trącić dany przedmiot. Czemu akurat telekineza? Nie mam pojęcia, po co, dlaczego i do czego miałoby służyć. Gdybym już miała wybierać, stawiałabym na jasnowidzenie albo telepatię. Tematu telekinezy nie zgłębiam w realnym świecie. Nie czuję takiej potrzeby, ale takie sny pojawiają się u mnie. Może komuś jeszcze przytrafiają się podobne rzeczy. Może to, co napisałam, przyda się do czegoś komuś. Mi pozwoliło uszeregować i spisać wszystkie zdarzenia chronologicznie i je wyrzucić z serca.
I tak oto kolejna w historii tej audycji paranormalna spowiedź wypełniła dwudziesty pierwszy już odcinek podcastu "Mówią świadkowie". Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o przekazanych przez naszą słuchaczkę historiach. A jeśli sami przeżyliście coś nietypowego, to koniecznie się tym również podzielcie.
Najlepiej pod kontaktami, które zostaną przypomniane za chwilę. Mówił do państwa Marek Sęk Ivellios. Koronawirus co prawda nie odpuszcza, wręcz przeciwnie. Wygląda na to, że właśnie rozpoczął w naszym kraju drugie natarcie. Mam jednak nadzieję, że dzisiejszego odcinka wysłuchaliście Państwo w normalnych warunkach, a nie na jakiejś kwarantannie [śmiech] i takoż wszyscy zdrowi spotkamy się na premierze kolejnego odcinka, który zostanie zapowiedziany, jak tylko będzie gotowy. A więc dobranoc i do usłyszenia. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to stacjonarny 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype: Radio.paranormalium.pl.
Numer Gadu-Gadu 3608 8002, 3608 8002. Można również kontaktować się za pośrednictwem naszego fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/ukośnikRadioParanormalium. Czekamy także na Państwa maile pod adresem Radio@paranormalium.pl. W razie gdyby pod naszymi telefonami nikt nie dyżurował, istnieje możliwość nagrania wiadomości głosowej. Bardzo serdecznie prosimy sprecyzować, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych, prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość.