Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie. Witamy moli książkowych i miłośników ciekawych radiowych dyskusji na tematy wszelakie. Zaczynamy kolejny odcinek „Bibliotekarium”. Tego normalnego, tego na żywo. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość. Dzisiaj naszym gościem będzie Krzysztof Biliński, szef Wydawnictwa IX. Zacne wydawnictwo, które ma na swoim koncie takie pozycje jak „Żertwa. Antologia słowiańskiego horroru” czy „Mapa cieni. Opowieści z nawiedzonych miejsc”.
W „Mapie cieni” zresztą swoje palce, z tego, co mi wiadomo, maczał gość poprzedniego wydania „Bibliotekarium”, czyli Michał Stonawski. Zanim przekażę głos panom po drugiej stronie połączenia, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Nasze telefony to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy i do SMS-ów również to 536 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl i Book Radia. Przy okazji witamy również słuchaczy Book Radia. Jesteśmy też na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata, na Rubieżach Rzeczywistości również oczywiście. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc panowie, oddaję panom głos.
[02:33] - My go sobie weźmiemy. Ja pragnę tylko wszystkim zwrócić uwagę, że po raz kolejny Marek ewidentnie mnie prowokuje, mówiąc o tym normalnym „Bibliotekarium”, bo ja przez cały czas pozostaję w takim zachwycie, a właściwie w takiej pobudzonej wyobraźni, jak będzie wyglądało kiedyś to nienormalne „Bibliotekarium”. Po prostu marzę o tym, że ono się kiedyś odbędzie, tylko na razie nie mam specjalnie pomysłu. Dobrze, ale ja tu gadu, gadu, a mamy gościa. Przedstawiam wszystkim. Krzysztof Biliński, pseudonim Korsarz. O tym pseudonimie to jeszcze porozmawiamy.
[03:16] - Dobry wieczór.
[03:18] - Człowiek pełen talentów, bo jak czytam w biogramie, to to, że miłośnik science fiction i miłośnik horroru to rzecz oczywista, ale też twórca muzyki, autor tekstów, redaktor techniczny w jednym z pism, a konkretnie w „Okolicy Strachu” w kwartalniku, ale też autor artykułów, redaktor muzyczny, człowiek prowadzący audycje radiowe. Człowiek, który wreszcie poza tym, że jest szefem Wydawnictwa IX, to jest także poetą i to poetą z dorobkiem, bo wydał, mam przynajmniej tutaj w swoich danych, że przynajmniej trzy tomiki: „Legenda utracona”, „Czarne róże melancholii” oraz „Sympozjum przedśmiertne. Apogeum nocy”. To taka pewno poezja młodzieńcza, bo sądząc po datach to właśnie młodzieńcza. Niemniej jednak jak widzicie państwo, człowiek pełen talentów. To jeszcze raz witamy.
[04:18] - Dobry wieczór jeszcze raz wszystkim i wam również.
[04:22] - Tak. Wiktorze, ty masz ochotę, ja to czuję, nawet słyszę, że ty masz ochotę zacząć dzisiejszą audycję.
[04:30] - Nie no, ja nie mam co zaczynać. Jak usłyszałem twoją reklamę naszego rozmówcy jako człowieka o wielu talentach, to po prostu pomyślałem sobie: „Czy ty znasz innych, Marku? Czy myśmy kiedykolwiek z innymi ludźmi rozmawiali?”
[04:46] - Tak, ja rozmawiam-
[04:47] - Z innymi rozmawiali?
[04:49] - Ja rozmawiam-
[04:49] - To są właśnie ludzie o wielu talentach.
[04:52] - Tak, a ja w dodatku mam to niewątpliwe szczęście rozmawiać z takim człowiekiem co tydzień. Nazywa się Wiktor Żwikiewicz. Bo tak od razu, kiedy przeczytałem życiorys naszego gościa, to przyszło mi do głowy, że coś panów ewidentnie łączy, bo Wiktor również zajmował się muzyką, tekstami. Gdzieś tam od czasu do czasu nawet wygłasza jakąś poezję tutaj na antenie. I w ogóle też człowiek pełen różnych pasji, od naukowych po artystyczne, więc to ewidentnie panów łączy. Okej, Wiktorze, ale zaczniesz czy mam jednak ja zaczynać?
[05:36] - Nadawaj, nadawaj.
[05:37] - Dobrze. Ja jako człowiek nieposkromionego gadulstwa, to rzeczywiście będę w takim razie nadawał jako pierwszy. Zacznijmy od tego środowiskowego pseudonimu Korsarz, bo wyczytałem-
[05:53] - Od Korsarza.
[05:53] - Tak, od Korsarza. Czytałem, że to się wiąże z pewnym projektem, który się też nazywał „Korsarz”. To uchylmy rąbka tajemnicy.
[06:04] - Korsarz tak, zdecydowanie łączył się z projektem muzycznym, który powstał z końcem lat 90., bodajże w '97 roku, wtedy, kiedy moje zainteresowania muzyczne i literackie zaczynały nabierać bardziej poważnego sensu niż tylko rozrywkowo-demoniczny . Tak bym mógł to z perspektywy czasu określić. Sama nazwa Korsarz miała swój początek w poematach Tadeusza Micińskiego, którym w tamtym okresie byłem ogromnie zafascynowany. Zresztą jestem zafascynowany po dziś dzień. I tak moje losy muzyczno-literackie złożyły się, że teksty Tadeusza Micińskiego posłużyły mi do jednego z moich kolejnych projektów muzycznych. I właśnie tak powstał Korsarz. A sam pseudonim Korsarz przylgnął do mnie właśnie dzięki temu projektowi, ponieważ ludzie zaczęli mnie nazywać Korsarzem, co było z jednej strony bardzo miłe i też w jakiś sposób nobilitujące. Aczkolwiek właśnie Korsarz to i tak jest nazwa, która w dużej mierze oddawała też moje poczucie zarówno osobiste, jak i poczucie rzeczywistości człowieka. Takiego w pewien sposób zbuntowanego, niezgodnego z rzeczywistością zastaną i skostniałą. Korsarz, czyli ktoś poszukujący, ktoś gdzieś na rubieżach, jak tutaj było powiedziane, na rubieżach rzeczywistości się poruszał.
Stąd ta nazwa wzięła swój początek. Oczywiście był też jeszcze poemat Lorda Byrona „Korsarz”, od którego z kolei Tadeusz Miciński zaczerpnął swój cykl poezji i jego nazwę. To była właściwie główna przyczyna tego mojego pseudonimu, stąd się wzięło. Po dziś dzień z nim się, można powiedzieć, utożsamiam. Aczkolwiek była też jeszcze anegdotyczna historia. Anegdotyczna historia wiąże się z tym, że przecież na Uniwersytecie Wrocławskim jest doktor habilitowany Krzysztof Biliński, zajmujący się literaturą romantyzmu. I kiedyś pamiętam taką sytuację, kiedy dokładnie na Coperniconie, na toruńskim festiwalu fantastyki, przyszedłem na panel dyskusyjny i dziewczyna prowadząca ten panel patrzy tak na mnie: „A ja myślałam, że pan jest dużo starszy”. Ja mówię: „Tak? A dlaczego?” „Bo czytałam o panu w internecie i data urodzenia była taka a taka i jak pan jest taki młody?” Ja się wtedy uśmiechnąłem i właśnie pomyślałem, że Krzysztof Biliński nie jest jeden na świecie, więc warto byłoby też się w jakiś sposób wyróżnić. I ten pseudonim pozwolił mi na to.
[09:00] - To jeszcze zapytam, a Marek Biliński to jakaś odległa rodzina czy zupełnie inna bajka?
[09:06] - Niestety nie. Aczkolwiek uwielbiam muzykę Marka Bilińskiego i bardzo go szanuję w twórczości, jak i jako osobę.
[09:16] - Widzicie państwo, to jest tak, jak głosi bardzo często na antenie Book Radia Mirosław Gołuński, że w tych sprawach związanych z literaturą, tych okołoliterackich, nic nie jest proste i właściwie wystarczy rzucić hasło i już się pojawia opowieść. I to właśnie mieliście państwo przed chwilą okazję stwierdzić. Właściwie jedno krótkie hasło, a już się pojawiła ciekawa opowieść. To rzucam następne hasło w takim razie. Albo nie. Wiktorze, czy ty coś w tej chwili zapodasz?
[09:53] - Coś mogę powiedzieć. Słuchałem Marka Bilińskiego muzyki i to nazwisko jest mi również bardzo bliskie. Nie wiadomo dlaczego, ale widocznie przez to, że jeśli się zajmujesz tą garkuchnią, czyli mieszasz tą zupę twórczą, to po prostu coś nas wszystkich łączy. Nie tylko Bilińskich, nie tylko Żwikiewiczów, nie tylko Ivelliosów, ale i tych wszystkich, którzy do nas dzwonią.
[10:31] - Ja myślę, Wiktorze, że jeszcze było coś takiego, że pierwsze teledyski, jakie pokazywały się w latach 80. Marka Bilińskiego były związane właśnie czy to z kosmitami, przynajmniej ja tak pamiętam, z UFO, z jakimś takim atakiem. Więc ja byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem oczywiście, ale jak oglądałem te teledyski, to robiły na mnie ogromne wrażenie i to z pewnością mogę powiedzieć, że Marek Biliński to była też jedna z tych osób, która gdzieś zasiała chyba we mnie to ziarno właśnie tej pasji do fantastyki.
[11:06] - Ja tylko rzut oka na czat i pragnę uspokoić Obiwana, że na temat, który porusza na czacie w tej chwili będziemy rozmawiać, ale troszeczkę później. Teraz jednak zajmiemy się czymś innym, ale ten temat, ponieważ jest bardzo ważny i bardzo myślę znaczący, to on wróci, ale w dalszej części audycji. Teraz powiem tak: Wydawnictwo IX to jest wydawnictwo zacne, chociażby dlatego, że wydaje fantastykę i grozę. To już z tego tylko powodu dla mnie przynajmniej wystarczy, żeby ten przymiotnik dodać. Zacne zatem, niezwykle. Ale wydaje też to wydawnictwo całkiem takie... Była wspomniana tutaj książka Michała Stonawskiego, o której mówił zresztą w zeszłym tygodniu. Ten projekt zahaczający właściwie o fantastykę, bo tak na pograniczu reportażu i literackości. Przynajmniej o tym-
[12:11] - To był bardzo taki, wydaje mi się, oryginalny projekt. Michał gdzieś tam hodował go sobie w głowie, a później z czasem, kiedy zaczęliśmy go realizować, urósł do naprawdę czegoś takiego dosyć wyjątkowego, co jeszcze na rynku literackim się nie pojawiło. Tak myślę i
[12:31] - Tak, ale pojawiają się w Wydawnictwie IX też dzieła. Właśnie użyłem słowa dzieło, więc się wytłumaczę. Pojawia się na przykład dzieło, właściwie zastanawiałem się, bo nie znam tej książki, więc tylko sądząc po tytule „Z pogranicza okultyzmu czy paranormalności. Okultyzm..." i wyleciała mi ta druga część.
[12:56] - „Okultyzm i nowoczesność". Tu bym bardziej powiedział, że z pogranicza okultyzmu, ezoteryki i kultury. Może mniej paranormalnych rzeczy, ale bardziej chodziłoby tutaj o kulturowe. Ogólnie książka ta jest książką tak naprawdę literaturoznawczą i kulturoznawczą i tych rejonów jakby dotyka. Nie ma tam w sensie takim bardziej paranormalnym opisów różnych zjawisk czy tym podobnych rzeczy związanych z czymś nadprzyrodzonym. Bardziej jest to tutaj spojrzenie na pewnego rodzaju systematykę ezoteryczną, bo właściwie jeżeli mówimy o ezoteryce, jest to bardziej ścisły termin niż okultyzm pod tym kątem, że ezoteryka to jest właśnie pewien uporządkowany system takich magicznych, okultystycznych praktyk. I tutaj właśnie spotykamy się z tym bardziej w tej książce niż z elementami paranormalnymi. Tak bym to ujął, bo tutaj mówimy, tak jak wspomniałem, o literaturze i kulturze w przypadku książki Krzysztofa Grudnika.
[14:05] - Niemniej jednak jest to dzieło monumentalne zarówno pod względem treści, jak i-
[14:11] - Przyszło do mnie właśnie wczoraj już wydrukowane. To jest faktycznie bite czterysta stron formatu takiego nie do końca B5, ale B5, czyli tego większego w swojej formie i robi wrażenie. A o ile książki Wydawnictwa IX ogólnie na razie ukazywały się w takim formacie sto dwadzieścia pięć na sto dziewięćdziesiąt pięć, który oczywiście jest też moim ulubionym formatem zaczerpniętym z literatury dziewiętnastowiecznej, który też wybrałem do tego, żeby wydawać w tej formie książki z tego powodu, że on świetnie leży w dłoni. To nie jest książka duża, z którą się człowiek męczy. Nawet kiedy mamy do czynienia z twardą oprawą. Jest to książka, którą bardzo wygodnie trzyma się w dłoniach. I to był bardzo przemyślany zabieg, od kiedy zaczęliśmy w ogóle wydawać książki w naszym wydawnictwie i w naszej serii. A w przypadku książki właśnie Grudnika i ogólnie tej serii, takiej popularnonaukowej i naukowej, którą rozpoczęliśmy w tym roku wydawać, czasem zdarzy się tak, że czytelnicy mogą już wcześniej zakupić sobie jakiś taki pulpit czytelniczy, bo to będą takie pokaźne dzieła czasami.
[15:27] - Tak, dzieło monumentalne zarówno pod względem objętości, merytoryki, jak i ceny, bo w tej wersji ekskluzywnej to już jest spory wydatek, ale myślę, że warto. Ja już jak zobaczyłem tę cenę, to już się cieszę, że jadę na festiwal fantastyki i tam pewno się w tę rzecz zaopatrzę. Bo czasami warto spojrzeć nie tylko na tę fantastykę, która jest oczywista, ale czasami na źródła tego wszystkiego. Na to, skąd przychodzimy. Tak sobie poetycko powiedziałem.
[16:04] - Tutaj akurat bardzo fajnie z książką „Okultyzm i nowoczesność" wszystko wychodzi, bo na dobrą sprawę ja sam jeszcze przed Krzysztofem Grudnikiem też zajmowałem się powieścią okultystyczną, ale było to też na studiach i było to raczej w zakresie mojej jednej z prac rocznych, które oddawałem właśnie z zakresu literatury modernistycznej Młodej Polski. Krzysztof Grudnik poszedł tutaj zupełnie dalej i pisząc... Bo tak naprawdę to jest książka będąca wydaniem doktoratu Krzysztofa Grudnika i to jest książka, która rzeczywiście zbiera całą wiedzę z pewnego zakresu właśnie powiązań literatury okultystycznej i w ogóle okultyzmu i modernizmu szeroko pojętego, takiego właśnie modernizmu końca dziewiętnastego, początku dwudziestego wieku. Co jest oczywiście też opisem pewnego fascynującego zjawiska, jakie wtedy funkcjonowało na bardzo szerokim gruncie kulturowym i nawet politycznym przecież.
[17:10] - Wiktorze?
[17:12] - Ja tylko mogę doradzić redaktorowi tego wydawnictwa, żeby sięgnął, że tak powiem, do skarbnicy tych twórców kulturoznawstwa czy czegokolwiek bliskiego grozie czy fantastyce i spróbował naciągnąć Dominikę Oramus na jakiś tekst dla wydawnictwa, bo to jest moja ulubiona autorka, przynajmniej po darwinowskich paradygmatach i ma cholernie dużo do powiedzenia na wszelkie tematy, jak zwykle kobieta. I może ją namówicie na to, żeby w tych okolicach, że tak powiem, tych strachów napisała, bo ona bardzo ma mądre spostrzeżenia we wszystkim, czego się dotknie.
[18:18] - Wiktorze, świetnie, że też o tym wspominasz, bo ja też bardzo lubię Dominikę Ramus. To jest osoba, której praca była pewnego rodzaju podstawą do wydania naszej książki „Podróż powietrzna” Willema Bilderlijka, holenderskiego twórcy końca XVIII wieku. Właśnie jej praca pozwoliła na napisanie przedmowy do tej książki, bo to było bardzo interesujące.
[18:52] - Skoro już mowa o tej książce, to przyznam, że kiedy ją pierwszy raz w internecie zobaczyłem, to mi kapcie spadły, czy wszystko, co mi mogło spaść, to mi spadło. Mówię sobie: „Kurczę, jednak są takie książki, o których nigdy w życiu nie słyszałem”. To żart oczywiście. O milionie innych książek również nie słyszałem, ale przyznam się, że to było jakieś takie moje prywatne małe odkrycie internetowe. Mówię: „Kurczę, taka książka, ale numer!” i wszystkie inne konsekwencje. Idąc tym śladem, mam pytanie z gatunku niby oczywistych, bo to właściwie ktoś za chwilę podsumuje pewno na czacie, że pytanie jest idiotyczne. Daj Boże, żeby nie tendencyjne. W każdym razie proste pytanie: skąd ta fascynacja grozą i fantastyką naukową? Prosimy o jakąś zacną historię.
[19:44] - U mnie?
[19:46] - Tak, oczywiście.
[19:46] - Rety, ja nie mam bladego pojęcia, ale powiem, że często się nad tym zastanawiałem. Źródeł można byłoby się doszukać bardzo wielu. Ogólnie chyba chodzi tutaj też o fascynację książkami i literaturą. Moja mama pracowała też w bibliotece, aczkolwiek tutaj to już też jest kolejna, być może zabawna anegdota. Pracowała w bibliotece, ale w bibliotece górniczej. Były takie kiedyś na kopalniach.
[20:23] - Przepraszam, poza tym, że ona się znajduje w kopalni, to ona ma jeszcze jakąś inną specyfikę?
[20:29] - Biblioteka, która była, bo to były oczywiście lata 80. i ta biblioteka funkcjonowała przy Kopalni Węgla Kamiennego w Nowej Rudzie. Tam pracowała właśnie moja mama. Ona miała tą specyfikę, że była biblioteką techniczną, więc tam nie znajdowało się za bardzo rzeczy takich beletrystycznych. Ale była taka sytuacja, że ogólnie ja byłem zafascynowany tą jej pracą, bo ona często mnie tam zabierała gdzieś do tej biblioteki. Ja tam sobie przeglądałem różne książki i wtedy byłem zafascynowany właśnie „Młodym Technikiem”, takim magazynem „Motor”. Przeczytałem oczywiście też jedną z książek tam się znajdujących o mistrzostwach świata w piłce nożnej i stąd mniej więcej mam taką wiedzę, że pamiętam do dziś dzień wszystkie mistrzostwa świata, wszystkie te najważniejsze finały, które się odbywały. Ale oprócz tego gdzieś zrodził się we mnie bakcyl właśnie takiej zabawy w bibliotekę i stworzyłem sobie bibliotekę we własnym mieszkaniu. Czyli od mamy z biblioteki wziąłem te wszystkie takie karty biblioteczne, w których tam wbijało się daty wypożyczeń. I skatalogowałem nasz zbiór domowy.
I pierwszą książką, która zrobiła na mnie wrażenie takie nieprzyjemne, ale fascynujące, było „Remedium”. Stefan... Kurczę, nie pamiętam teraz. To było w Krajowej Agencji Wydawniczej, wydane w tej serii z gwizdem tak zwanej. Autor mi teraz wypadł z głowy. W każdym razie tytuł był „Remedium” i była taka dosyć przerażająca czaszka na okładce. Ja tej książki się bałem, więc jakby moja-
[22:09] - Ja narysowałem tą okładkę.
[22:14] - Tak, Wiktorze? Podejrzewałbym. Więc jeżeli ty, to patrz, ile się tutaj nagle rzeczy odkrywa, że ty byłeś jedną z pierwszych osób, które mnie przestraszyły w życiu w takim razie. I faktycznie ta okładka mnie zafascynowała. Mama miała przy okazji kilka innych książek fantastycznych w domu. I tak krok za krokiem, gdzieś musiałem mieć jakąś taką, ciężko powiedzieć, genetyczną chyba fascynację fantastyką, że interesowało mnie to wszystko, co tajemnicze, mroczne, odległe. Od dzieciaka zaczynałem sobie swoje własne filozoficzne rozkminy, gdzie się kończy wszechświat, jak coś może być nieskończone. Więc też trafiłem przy okazji na książkę Tadeusza Markowskiego „Umrzeć, by nie zginąć” jeszcze w takim formacie A4. Oczywiście, jak zacząłem ją czytać, to byłem niestety zbyt młody na to, żeby ją jakoś zrozumieć i po prostu nie podeszła mi ona wtedy, ale podeszła mi znakomicie, kiedy już byłem dorosłym człowiekiem. To były takie moje początki fantastyki.
A początki horroru to na przykład pamiętam po dziś dzień, jak spod stołu i spod obrusa oglądałem pierwszy raz teledysk Michaela Jacksona, kiedy on zmieniał się w wilkołaka, po czym miałem nieprzespaną noc. A taką moją największą traumą, która też przyczyniła się pewnie do mojej fascynacji horrorem, był pierwszy seans, oczywiście też oglądany z ukrycia, „Powrotu żywych trupów”. Tak naprawdę przecież komedii i pastiszu na film o żywych trupach. Ale wtedy dla mnie jako dziecka był to film Tak okropnie przerażający z jednego powodu. Z tego powodu, że bohaterowie nie mogli zabić tych żywych trupów. Oni je cięli, oni tam robili różne cuda niewidy, a tam chodziła sama ręka, sama noga i tak dalej. I to było dla mnie, dla mojego młodego umysłu tak bardzo niepojęte, jak można czegoś nie zabić, że to mnie przeraziło. Po tym nie spałem trzy noce akurat. Więc to są takie anegdoty związane z tym, jak zaczynały się moje fascynacje. A później krok za krokiem one się poszerzały.
Szukałem już coraz to nowszych książek. Pamiętam swoje pierwsze wizyty w bibliotece, kiedy biblioteka była jeszcze na tyle — przynajmniej u nas w tym miasteczku — niedostępna, że pani w dziale dziecięcym czytała mi tytuły książek gdzieś tam z regałów i ja sobie musiałem po nich wybierać, co mnie interesuje. W tym czasie akurat trafiłem na „Conana. Drogę do tronu” i to była jedna z tych bardziej już takich poważnych książek, po które już zacząłem sięgać dalej i dalej, i dalej. To do dziś pamiętam. Fascynujące mnie wtedy i fascynujące po dziś dzień, bo odsłuchałem je ostatnio w audiobooku, opowiadanie „Czerwone Ćwieki” z tego tomu i chyba jedno z najlepszych, jakie Howard napisał. Niesamowite, fascynujące i też w takim pewnym klimacie weird fiction. To były te moje początki i ta pierwsza ścieżka po fantastyce.
[25:42] - „Czerwone Ćwieki” to pamiętam jeszcze z klubówek wydawanych.
[25:46] - Tak, ja już później też widziałem, że były. Tak, ale moja pierwsza była wydawnictwa Alfa. Tak.
[25:51] - Tak, w podziemiu wydawane. Po prostu bajońskie sumy krążyły na różnego rodzaju konwentach, żeby tego rodzaju publikacje zdobyć. Kilka wielkich fortun powstało w latach 80. właśnie na drukowaniu tych klubówek. To się nazywało klubówki, a w gruncie rzeczy chodziło o coś innego, ale tak naprawdę dostarczało sporo rozrywki. Przynajmniej mnie. Trochę mnie uszczuplało finansowo wtedy, ale byłem wtedy zacnym roznosicielem mleka. Kto dzisiaj wie, co to za zawód? To właściwie nie zawód, to właściwie pewna funkcja wykonywana nocą. Ale zarabiałem.
To mnie było stać między innymi na klubówki. Tanie nie były. Okej, to jest źródło fascynacji. O tym już mówiliśmy, ale oczywiście muszę zapytać, że pojawiała się twórczość różnego rodzaju w biogramie naszego gościa. A to zapytam — ta fascynacja, to tak bardzo często jest zresztą, że czytacze fantastyki i czytacze grozy bardzo często chwytają za pióro. Jak to było w przypadku naszego gościa? Też chwycił za pióro?
[27:13] - Oczywiście, że chwyciłem. Wspominając te takie swoje najdawniejsze czasy, czyli właśnie końcówkę lat 80., początek 90., to oczywiście, że pisałem swoje pierwsze sagi fantasy. Znaczy ogólnie moją taką... To może będzie zabawne, ale właściwie dlaczego o tym nie wspomnieć? Moim pierwszym takim zeszytem, który zacząłem tworzyć, były przygody Krzysia. To było pewne połączenie fascynacji „Gwiezdnymi Wojnami” i jakimiś filmami fantastycznymi, które dało radę w tamtym czasie obejrzeć. I to były moje takie pierwsze próby pisarskie, pierwsze takie bardzo dziecięce, bo to było w głębokich latach podstawówki, gdzieś, nie wiem, chyba w piątej klasie podstawówki. A później zaczęły się już te bardziej, nazwijmy je, poważniejsze próby. To był właśnie taki „Spiker Wędrowiec” na przykład, taka saga. Napisałem tego cztery tomy.
Tory — tutaj mówimy oczywiście o zeszytach stukartkowych w kratkę zapisywanych. Tom trzeci był najgrubszy, bo to był ten zeszyt taki formatu B5, nie A5. Oprócz tego też zaczynałem wtedy pisać takie pierwsze historie grozy, jak „Wycieczka do piekła”, czy też „Czas voodoo”. No i to były te moje pierwsze takie dziecięce próby, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Są oczywiście u mnie w szafie jako takie pewnego rodzaju archiwum. A później takie bardziej już poważne rzeczy związały się z powstaniem moich projektów muzycznych. Ja oczywiście jestem po dziś dzień, można tak powiedzieć, starym metalowcem. Moje fascynacje muzyczne, które się zrodziły, zrodziły się z końcem też lat 80., podobnie jak i z literaturą fantastyczną, i były związane z muzyką metalową. I też z takiego bardzo śmiesznego powodu można powiedzieć, ponieważ uwielbiałem okładki płyt metalowych, te wszystkie potwory, te wszystkie jakieś bitwy kosmiczne. Ogólnie moje słuchanie muzyki metalowej zaczęło się od tego, że kiedy miałem w kieszeni 100 000 złotych — a kto teraz takie pieniądze ma?
— poszedłem sobie kupić kilka kaset magnetofonowych. Kaseta magnetofonowa kosztowała wtedy 12 000 złotych, to dokładnie pamiętam, i za te 100 000 kupiłem sobie ich tam kilka. Wśród nich były takie zespoły jak Bolt Thrower, Voivod, Kreator, Sodom. Te wszystkie kapele miały właśnie takie okładki mocno fantastyczne i demoniczne jednocześnie, co mnie fascynowało. I stąd się zaczęła moja taka przygoda. No i później oczywiście bardzo duża część fanów tak samo literatury, jak i muzyki sięga po Pióro lub instrumenty muzyczne i zaczynam próbować swoich sił w kreacji nowych rzeczy. Ja też tak spróbowałem i zacząłem pisać teksty do swoich własnych kapel. To oczywiście było bardzo długi proces, bo pierwsze moje nagrania muzyczne opierały się na starej gitarze akustycznej, do której założyłem kupione w pobliskim sklepie muzycznym struny do gitary basowej. A tylko dlatego, że grając na nich grzebieniem uzyskiwałem bardzo ekstremalny dźwięk i to mi się strasznie podobało. Nagrywałem to oczywiście na magnetofon jamnika tak zwanego International, który wtedy miałem.
Miałem w ogóle dwa takie jamniki i nagrywałem najpierw tę wersję gitary, a później dogrywałem do tego perkusję. Miałem wtedy taką pufę, ukradłem ze szkoły podstawowej talerz do perkusji i na takim instrumentarium tworzyłem swoje pierwsze utwory muzyczne. Cała ta pasja i takie zacięcie do muzyki i jednocześnie do pisania tekstów pozwalało mi na to, że człowiek się rozwijał, tworzył coraz lepsze rzeczy, był krytykowany, był też w jakiś sposób mobilizowany przez przyjaciół. Skończyło się to tym, że w połowie lat 90. powstały moje bardziej poważne nagrania muzyczne. Mogę się pochwalić, że ostatnimi czasy, jakieś dwa lata temu fińska wytwórnia wydała je na płytach winylowych, więc te lata 90. nie poszły na marne i nie okazało się, że to, co tworzyłem wtedy, przeszło całkiem bez echa.
[32:14] - Ja mam pytanie, ponieważ nasz gość ujawnił swoją działalność przestępczą w postaci ukradzenia talerza.
[32:24] - Przedawniło się już.
[32:26] - Moje na szczęście też się już przedawniły, ale zapytam o to, ponieważ ja byłem notorycznym przestępcą. Okradałem biblioteki szkolne, osiedlowe. Czy nasz gość też okradał biblioteki z książek?
[32:42] - Okradłem kilka razy naszą księgarnię. Niestety tak było. Jak się było młodym człowiekiem, nie miało się pieniędzy na te wszystkie książki, które wtedy wychodziły z Amber Horror i tak dalej. Robiłem sobie własnoręczne promocje. Tam był wtedy taki rozkład książek w księgarni. Na ladzie były one poukładane jedna na drugiej w takich schodkach. Zdarzyło mi się czasem tak, że kupując dwie, kładłem sobie je na trzeciej i tą trzecią zabierałem do domu. Więc miałem taką promocję dwa w jednym. To był ten grzech, do którego się przyznaję. To były właśnie głupoty, jakie młody człowiek robi.
[33:35] - Wiktorze, to ja już teraz przejdę na chwileczkę, na sekundkę na wywiad z tobą. Czy ty też kradłeś książki?
[33:45] - Ja byłem dobrze wychowany.
[33:47] - Oczywiście, nie wątpię.
[33:51] - Ojciec był głównym księgowym i wpajał mi od urodzenia, że tego. Natomiast to nie ma żadnego znaczenia, bo nagrzeszyłem więcej na pewno od was w innych branżach. Natomiast przy tej całej rozmowie, jak słuchałem was obydwóch, pomyślałem, że zobaczcie, w kulturze drogi, jakimi tutaj nasz rozmówca docierał do tego, co dzisiaj robi, są zupełnie pokrewne. Przecież nas pół wieku różni prawie, a myśmy dokładnie takimi samymi drogami dochodzili do tych rzeczy. Co prawda ja zupełnie z innej strony, bardzo od takiej ścisłej technicznie, twardej science fiction. Chociaż to nie do końca, bo jako dziecko czytałem „Klejdy domowe” i wszystkie inne horrory słowiańskie, które zostały napisane. A już Grabińskiego uwielbiałem do opętania zupełnie. Natomiast chciałem zwrócić uwagę na jedną śmieszną rzecz, że w kulturze, bo to wszystko dotyczy kultury, istnieje coś takiego jak naczynia połączone i pewna część społeczeństwa. Spokojnie te rybki, że tak powiem, pływają między tymi naczyniami połączonymi, sięgają do wszystkiego. Są właściwie takimi kundlami mało rasowymi, natomiast bardzo inteligentnymi dzięki temu, że czerpią geny z każdej strony, czy od heavy metal aż po jakąś inną rzecz.
Ale również pojawia się coś takiego jak ortodoksyjność myślenia. Na przykład są odłamy kultury, literatura głównego nurtu, którą ja uwielbiam, czytam jak wariat. Czytałem przynajmniej i wszyscy z was też to robili, ale ona sama Równocześnie czerpiąc garściami z tych odmętów, ona sama mówi: „B. Ja jestem czysta, ja jestem zupełnie nie tego. Żadna science fiction, żaden horror, żadna groza. Ja jestem obiektywna.” Przynajmniej taką manierę ja obserwuję. Tak się ludzie zachowują, tak pisarze, którzy babrali się czasami w jakichś kundlowych twórczościach. Nagle, kiedy staną po tej drugiej stronie, stają się cholernie czyści. Mają poczucie nie tyle wyższości, ale może i tak.
[37:16] - Na szczęście to się dekonstruuje coraz bardziej, Wiktorze. Tak myślę.
[37:23] - Ja nie obserwuję współczesnego świata tak dokładnie, dlatego mam nadzieję, że to się dekonstruuje, bo ten zanik „naszych połączonych” to ze szkodą dla kultury.
[37:39] - Dokładnie.
[37:40] - Tak myślę.
[37:41] - Ja też zgadzam się w 100%.
[37:44] - Chociaż kiedy obserwuję ten błysk pogardy w oczach prawdziwych literatów, kiedy słyszą o fantastyce naukowej, fantastyce czy grozie, kiedy widzę, co tam im błyska w tych oczach, to wiem, że to jeszcze jest długi proces przed nami.
[38:06] - Muszę powiedzieć też, jeżeli chodzi o Wydawnictwo Dziewięć, że ja mam taką ambicję, żeby literaturę fantastyczną, literaturę grozy pokazać od najlepszej strony i dzięki temu przedrzeć się trochę na tak zwane salony mainstreamu czy literatury głównego nurtu. Ostatnimi czasy mogę powiedzieć, że w pewien sposób się nam to udało dzięki książce Bartka Biedrzyckiego „Zimne światło gwiazd”. Ponieważ o ile pamiętacie panowie sytuację Agaty Passent, która Roberta Wegnera kiedyś potraktowała dosyć lakonicznie.
[38:50] - Jedno z bardziej żenujących wydań tej cyklicznej audycji.
[38:58] - Muszę powiedzieć, że ta sama pani Agata Passent zareklamowała w bardzo pozytywny sposób książkę Bartka Biedrzyckiego w jednej z ostatnich „Księgarni”, bodajże sprzed trzech, czterech tygodni. Sama też stwierdziła, że fantastyka to nie jest jej głównym źródłem, z którego czerpie i które ją fascynuje. Ale pozytywnie wypowiedziała się na temat tej książki i gdzieś tutaj już jest to przełamanie, o które mi chodzi. Żeby pokazać, że literatura fantastyczna to nie jest literatura odstająca od literatury głównego nurtu. A bardzo często, tak jak tutaj Wiktor wspominał, jest coś takiego, że nie ma co ukrywać, bardzo duża część literatury głównego nurtu czerpie z literatury tak zwanej gatunkowej, z science fiction, z weird fiction. Zresztą jeżeli chodzi o weird fiction, to ciężko mówić jeszcze o literaturze stricte gatunkowej, ale ta literatura bardzo mocno przenika się z literaturą głównego nurtu i dzięki temu groza i horror ma pewien wytrych do świata mainstreamowego. Ale trzeba o tym głośniej mówić, bo pojawiają się u nas książki jak najbardziej związane z literaturą grozy, będące literaturą grozy, tylko tak nie nazywane.
[40:31] - Ja powiem tak, że gratuluję naszemu gościowi optymizmu. Tak naprawdę kibicuję mu, ale z drugiej strony patrzę też na literatów głównego nurtu i myślę, że to jest długi proces, ale proces, który rzeczywiście może zaowocować czymś pozytywnym.
[40:49] - Trzeba. Mam nadzieję, że jeżeli mi do końca się nie uda, to znajdą się inni wariaci tacy jak ja, którzy tę fascynację pociągną i jakoś to się gdzieś kiedyś historycznie wyrówna.
[41:02] - Szybkie pytanie z czata. Dobrze, mów Wiktorze.
[41:06] - Mówimy o fantastyce, o grozie, a ja podrzucę jeszcze jedno słowo, którego literatura głównego nurtu się, broń Boże, nie przyznaje, chociaż właściwie ona w całości jest taka. Kryminał. Większość literatury wielkiej, wspaniałej to są kryminały, ale tym niemniej one same za kryminały się nie uważają, broń Boże.
[41:40] - Jak ktoś kiedyś powiedział: „Proszę państwa, przecież »Zbrodnia i kara« to kryminał. Ale jak napisany!” Coś takiego funkcjonuje. Być może stąd bierze się popularność tak zwanego skandynawskiego kryminału, który bardzo często okazuje się właściwie powieścią sięgającą do naszej rzeczywistości, do naszej codzienności. W gruncie rzeczy powieścią obyczajową, gdzieś tam z wątkiem kryminalnym, który się pojawia. To w skandynawskiej literaturze bardzo często się objawia i być może dlatego ta literatura jest taka popularna. Tego nie wiem. Szybkie pytanie z czata. Obi Wan pyta Właśnie temat weird fiction można pociągnąć, bo wydaje mi się, że Bibliotekarium jako wydawnictwo bardziej siedzi w tematach science fiction i fantastycznych. Natomiast Wydawnictwo Dziewięć wydaje się bardziej stawiać na weird grozę. Dlaczego?
Nie wiem dlaczego, ale tak po prostu jest. Ale oddajmy głos gościowi.
[42:57] - To znaczy ogólnie, jeżeli chodzi o Wydawnictwo Dziewięć, to jest to przede wszystkim wydawnictwo, które prowadzę jako pasjonat i mniej jest tutaj u mnie— może to błąd— twardych wyliczeń, co się sprzedaje i tak dalej. A więcej tego, żeby prezentować literaturę naprawdę dobrą. Literaturę, w którą uwierzyłem. Bo tak naprawdę mam coś takiego— na razie przynajmniej, na ile zdołam w tym wypadku— jest tak, że wydaję książki te, w które uwierzyłem i te, z którymi się poznałem. Nie wydaję książek takich, które czytałem i na przykład oceniam je negatywnie. Niestety takie książki raczej gdzieś odkładam. Czy stawiam na weird fiction bardziej? Wynika to właśnie chyba z mojej fascynacji i z pasji literaturą grozy i tym, że naczytałem się już tak bardzo dużo literatury grozy, że ta literatura bardziej rozrywkowa, czyli tam, gdzie się leje krew, rozlatują flaki i w ogóle różne tego typu ekstremalne historie bardziej mnie bawią, niż straszą. One są oczywiście fajną rozrywką i bardzo duże grono czytelników zdaje sobie z tego sprawę i czyta je właśnie w taki sposób. Podobnie jak ja na przykład oglądam filmy o zombie.
Wiem, że to są filmy w większości bardzo głupie, ale odmóżdżenie czasem się przydaje w taki sposób rozrywkowy i być może ktoś taką literaturę też traktuje w podobny sposób, jak ja te filmy. Ale jako wydawca chcę jednak wydawać literaturę bardziej zaawansowaną, bardziej skierowaną do wymagającego czytelnika, co oczywiście czasem spotyka się z przykrym dla mnie przyjęciem osób, które recenzują te nasze wydania w taki sposób, że widzę, że brakuje im strasznie dużo jakiejkolwiek wiedzy na temat tego, co przeczytali. To jest trochę przykre, ale zdaję sobie sprawę, że muszę jakoś przełknąć to wszystko do tego czasu, aż dany czytelnik być może dojrzeje kiedyś do tego, co my wydajemy. Staram się selekcjonować tę literaturę w taki sposób, aby to były książki wyróżniające się po prostu. A że moimi fascynacjami największymi była literatura grozy, science fiction, to jest punkt wyjścia. Powiem też jeszcze tutaj, że ja swego czasu, w latach 90. i aż do początku XXI wieku byłem też ogromnym fascynatem literatury fantasy. Być może z tego powodu, że u nas na rynku polskim był jej brak wcześniej i od kiedy magazyn „Fenix” zaczął promować bardziej tę literaturę, pojawił się Andrzej Sapkowski, pojawił się Feliks Kres, pojawiło się kilka innych nazwisk, to wtedy te historie mocno mnie zafascynowały. Ja zresztą też w latach 90. miałem taki etap, można powiedzieć, eskapizmu w swojej filozofii życiowej.
Ale z początkiem XXI wieku naczytałem się tak dużo tej fantasy, że dziś, jeżeli widzę, że na przykład dostaję propozycję wydawniczą, gdzie widzę elfy, trolle i tym podobne istoty, to niestety z automatu jest to książka, której na pewno nie wydam, bo boję się tej wtórności, jaką ze sobą niesie. Bardziej szukam i udało nam się wydać już literaturę fantasy, tak jak Radomira Darmiłę „Świat bez świtu”. Lubię wtedy, kiedy autor świadomie tworząc fantasy gra z tym gatunkiem, w jakiś sposób go dekonstruuje. Właściwie ciężko mi tutaj coś więcej dodać oprócz tego, co wspomniałem, że wydając książki wydaję je jako pasjonat. Więc chyba tyle mniej więcej. Jeżeli jest jakieś jeszcze dopytanie kolejne, to oczywiście też odpowiem.
[47:40] - Ja mam smutkie pytanie z mojego prywatnego internetu: dlaczego dziewięć, a nie na przykład sześćdziesiąt dziewięć?
[47:49] - To jest też historia związana z moim dzieciństwem, aczkolwiek niebezpośrednio. Oczywiście szukanie nazwy dla wydawnictwa zajmowało nam długi czas, bo oczywiście wydawnictwo miało powstać. Z początku był taki pomysł, że będzie to— przed rozpoczęciem drogi wydawniczej prowadziłem audycję podcastową „Misterium Grozy” związaną z horrorem, w bardzo dużej mierze z horrorem w literaturze polskiej. I pomyślałem, że przy okazji tej audycji rozpocznę moją działalność wydawniczą i będzie ona sygnowana nazwą „Misterium Grozy”. Ale z drugiej strony Szybko przemyślawszy sobie całą tę sytuację, zauważyłem, że kiedy w przyszłej drodze wydawniczej będę chciał wydać coś innego, to Misterium Grozy. A gdybym miał wydać jakąś literaturę, tak jak wydaliśmy zresztą „Przewodnik po browarach w Polsce”, to trochę do kitu byłoby, żeby to było sygnowane nazwą Misterium Grozy. A boję się i nie chcę zakładać tak zwanych różnych imprintów wydawniczych, bo wydaje mi się to nieuczciwe. Wolę sygnować swoją nazwą, szeroką gamę książek, które będę wydawał. I tak szukaliśmy nazwy dosyć uniwersalnej, która jak to najczęściej bywa, te najciekawsze pomysły przychodzą mi pod prysznicem. Tak było z Wydawnictwem Dziewięć.
A nazwa Dziewięć wiąże się oczywiście z pewnego rodzaju fenomenem matematycznym liczby dziewięć, czyli historią, tutaj już przechodzimy do mojego dzieciństwa. Wiąże się z tym, że kiedy przeczytałem w jednym z wywiadów z Kingiem Diamondem w latach 80. czy 90., że liczba dziewięć to jest taka magiczna liczba, ponieważ kiedy się ją pomnoży przez jakąkolwiek inną liczbę i zsumuje wynik, zawsze wyjdzie nam dziewięć. Po czym oczywiście wziąłem do ręki kalkulator i tak siedziałem, i tak próbowałem podważyć ten fenomen. Nie udało mi się. Więc ta liczba dziewięć ma coś w sobie, a jednocześnie jest też pewnego rodzaju nazwą uniwersalną, bo właściwie możemy pod tą marką wydać każdą literaturę.
[50:16] - Piękna historia. To są rzeczy właśnie tak zwane zupełnie nierazowe, ale strasznie fajne, jeśli są.
[50:27] - A ja się tak zastanawiam, co to jest z tym prysznicem, bo ja też głównie, jak mam jakieś problemy twórcze albo jakieś problemy z pomysłami, to też głównie udaję się pod prysznic. Co oczywiście rujnuje budżet domowy, bo ilość wody zużywanej pod prysznicem teoretycznie jest mniejsza, ale nie w moim wykonaniu. Potrafię stać pod tym prysznicem długo, ale rzeczywiście owocne stanie pod prysznicem jest niezwykle. Ja tylko dodam-
[50:56] - Wczoraj jeszcze mieliśmy też spotkanie z jednym z moich nowych autorów, z Pawłem Mateją. Paweł Mateja z kolei te najlepsze pomysły, przychodzą mu do głowy podczas spacerów. I on tak sobie krąży po tej swojej okolicy. Więc trochę jest takich różnych metod artystycznych, a widocznie Marku, nasza jest prysznicowa.
[51:17] - Prysznicowa zdecydowanie. Ja tylko jeszcze dodam, że takie łączenie Dziewiątki tylko i wyłącznie z horror czy w ogóle z grozą to nie do końca. Bo padł już tytuł książki Bartka Biedrzyckiego „Zimne światło gwiazd”, bo sporo tej fantastyki naukowej jest w ofercie wydawnictwa. W dodatku przedniego autorstwa, bo mamy tutaj Marcina Sergusza Przybyłka. Mamy Bartka Biedrzyckiego, mamy Romualda Pawlaka czy mamy wreszcie Dawida Kaina. To są nazwiska, które dla wszystkich miłośników SF, czasami gdzieś na pograniczu SF, są znaczące. Co więcej, te książki zyskują pozytywne recenzje i jest o nich sporo w tak zwanym środowisku, ale to chyba już przekracza granice środowiskowe, o czym zresztą nasz gość już mówił. W dodatku każda z tych chyba serii ma swój znak, ma swoje logo takie zaznaczone. W związku z tym wydawnictwo stoi na dwóch nogach. To już jest zawsze rzecz pozytywna.
Nawet jeśli wydaje książki o browarach, to te dwie nogi są, żeby się utrzymać. W każdym razie to są rzeczy, które zwracają uwagę. I teraz pytanie z czata, a właściwie pewien komentarz z czata bardzo sympatyczny. À propos książki „Zimne światło gwiazd”. „Właśnie odwiedziłem stronę Wydawnictwa Dziewięć i zakupiłem sobie w wersji e-book „Na zachętę” i jeszcze „Żertwę” do tego. Już mam na dysku, będzie co czytać po audycji”. I dalej autor pisze: „Dzięki Bibliotekarium za kolejny cynk”. Tutaj drobne pochwały pod naszym adresem, to już je pominę. „Mam przesyt anglosaskiej literatury. Wspierajmy naszych twórców, są bliżsi naszym sercom”.
[53:19] - Ja też uważam, że na przykład autorzy polscy nie biorą się znikąd. Naprawdę dobry autor polski taki, który gdzieś ma za sobą jakąś ścieżkę, też czytelniczą i pasjonacką, to wcale nie uważam, żeby nie był tak interesujący jak autorzy zagraniczni. Owszem, za granicą mamy też bardzo duże grono fascynujących autorów, ale wydaje mi się, że w Polsce tak naprawdę da się też wyszukać interesujących pomysłów. A jedynym naszym dużym ograniczeniem, że ci autorzy nasi nie są znani za granicą, jest język.
[54:06] - Tak, to prawda. To jest dobry moment w gruncie rzeczy, żebyśmy posłuchali fragmentu jednej z książek, a konkretnie książki „Ciało i krew” Dawida Kaina. Marku, prosimy.
[54:26] - Dawid Kain „Ciało i krew”. Fragment. Postęp może i nie zniszczył mojej wiary, ale przekształcił ją w coś, co wzbudzało mój najgłębszy niepokój. Żadne znane mi media nie donosiły o tym, że pracującym dla korporacji Somnium naukowcom udało się wydobyć z włókien całunu turyńskiego dobrze zachowane komórki zawierające DNA samego Jezusa Chrystusa. Nikt poza wąskim gronem wtajemniczonych nie miał pojęcia, że w ogóle podejmowano takie próby. Watykańscy hierarchowie z początku byli zdecydowanie przeciwni klonowaniu Mesjasza. Nie chodziło wcale o względy etyczne. Bali się, że drugie przyjście będzie oznaczać koniec organizacji, która zapewniała im władzę, dochody i nietykalność. Zbawiciel mógłby być wzburzony, wręcz zszokowany tym, co robili. Mógłby okazać się największym i najgroźniejszym spośród wrogów Kościoła.
To jednak nie zakończyło ryzykownego projektu. Dało się przecież wprowadzić pewne środki bezpieczeństwa, dzięki którym nikt nie musiałby się obawiać, że Jezus kiedykolwiek stanie się nie tylko Bogiem, ale w ogóle pełnowartościowym człowiekiem. W końcu genami można się bawić do woli i praktycznie bez ograniczeń. Można skazać sklonowaną istotę na upośledzenie umysłowe, niedorozwój psychoruchowy, zanik kończyn, zespół Downa, wodogłowie i setki innych przypadłości. Można przerobić Stwórcę wszechświata na śliniący się i telepiący parkinsonicznie kadłubek, nie tracąc nic z cudownych właściwości jego boskiego ciała. W końcu, aby żyć wiecznie, trzeba jeść ciało, pić krew. Nie jest ważne, co robimy, jeśli tylko będziemy przestrzegać tej prostej zasady. Cel uświęca środki, a wszak zbawienie warte jest każdej ceny, każdego poświęcenia i wyrzeczenia. Jeść ciało, pić krew, żyć wiecznie. Nie chciałem widzieć, ale ujrzałem rozległe podziemne farmy, na których hoduje się Boga wcielonego.
Kości, krew i mięso. Owalne sale, w których z sufitów zwisają na syntetycznych łożyskach sztuczne łona pulsujące chorobliwie żółtym światłem. Upośledzone, kalekie niemowlęta karmione niczym gęsi. Wetknięte w gardła rury sączą szarą papkę prosto do targanych bolesnymi skurczami żołądków. Chodzi wyłącznie o to, aby te biedne istoty jak najszybciej przybrały na wadze. Wstrzykuje im się hormon wzrostu oraz anaboliki, zazwyczaj podawane koniom. Te, które są już gotowe, zostają żywcem zmielone, a następnie poddane procesowi przyspieszonego chemicznego suszenia. Strzępy ich ciał zamykane są w niewielkich kapsułkach, dokładnie takich jak te, których garść pochłonąłem.
[57:39] - Oczywiście jakiś lokalny patriota ze mnie teraz wyjdzie, ale spieszę poinformować wszystkich naszych słuchaczy, że również pisarka z Bydgoszczy pojawi się w wydawnictwie Dziewięć. Mam na myśli Martę Sobieską, która w tym roku wyda w Dziewiątce swoją debiutancką książkę.
[58:06] - Tak. „Algorytm życia”.
[58:09] - Coś zdradzamy na ten temat, czy na razie to są tajne i ufne rzeczy?
[58:15] - Nie tyle tajne, bo już ogłosiliśmy oficjalnie Martę jako jedną z naszych nowych autorek. „Algorytm życia” to jest zbiór opowiadań, który, tak jak wspominałem, zafascynował mnie przede wszystkim tym, że Marta jest autorką będącą pasjonatką. Jest coś takiego w ogóle wśród wielu autorów, że sięgając po pióro, piszą po to, żeby coś kopiować. Piszą po to, żeby w jakiś sposób nie przemyśleć swoich wizji, które mają w głowie i zrealizować je takie, jakimi są. A moim celem jest też wyszukiwanie autorów, którzy są autentycznymi pasjonatami i coś chcą przez tę swoją literaturę przekazać. Podobnie tak, jak tutaj słuchaliśmy fragmentu Davida Kaina. David Kane to też jest dla mnie jeden z tak naprawdę najbardziej oryginalnych i najważniejszych twórców pogranicza weird fiction i science fiction. Z tego powodu, że jego utwory niosą w sobie pewien egzystencjalny lęk. Wiąże z różnymi historiami, którymi myślał. W tym fragmencie, który słuchaliśmy w opowiadaniu „Ciało i krew” chodzi o to, że faktycznie tajemnicza korporacja Somnium, ogólnie chodzi o to, że ze zbioru „Wszystkie grzechy korporacji Somnium” pochodzi ten fragment i tam korporacja Somnium jest odpowiedzialna za to, że klonuje rzeczywiście DNA Chrystusa i dzięki temu ma dostęp do jego nieśmiertelności i potrafi ją technologicznie w jakiś sposób wprowadzić do naszego świata.
Więc tutaj są też takie pasjonujące i niecodzienne pomysły. Marta ma takie pomysły w związku z tym, że jest Bardzo zafascynowana kulturą Japonii i to jest jej konik. U nas w Polsce pojawiają się oczywiście, czy to w związku z mangami, czy z jakąś inną fascynacją, teksty związane z Japonią, ale w przypadku Marty widzę tę mocną autentyczność. To bardzo mnie kupiło i podoba mi się też to, że Marta pisząc wcześniej literaturę grozy, która może nie do końca mnie zachwycała, to jednak w przypadku literatury science fiction jest to coś mega fascynującego. Więc ja się ogromnie cieszę z tego powodu i mam nadzieję, że ten zbiór zostanie doceniony przez czytelników, bo jest to zupełnie inne spojrzenie na takie wątki, można powiedzieć trochę cyberpunkowo, ale nie do końca. Tutaj akurat już jak będziemy wydawać ten zbiór, to zdradzimy więcej z tego, co tam się dzieje.
[01:01:32] - A ja powiem w ten sposób, że mnie te opowiadania skojarzyły się z takimi fragmentami pewnej powieści, która została zresztą świetnie sfilmowana. Może ktoś się domyśli jakiej. Kiedy ten świat przyszłości stechnicyzowany, przez to, że on jest tak bardzo inny niż nasz, już budzi pewien lęk. A jeszcze jeśli się dorzuci inną kulturę dalekowschodnią, to już mamy dodatek do tego. Myślę, że te opowieści Marty Sowieckiej są fantastyczne na kilku poziomach. Staram się w tej chwili mówić w taki sposób, żeby za dużo nie opowiedzieć, żeby za dużo nie wygadać, nie wypaplać, jak ja to mam w zwyczaju. W każdym razie to jest fantastyka, która atakuje nas z kilku poziomów i to jest moim zdaniem niezwykła książka pod tym względem chociażby. A jednocześnie, co też ważne, łączy z fantastyką naukową, ewidentnie łączy opowieść natury kryminalnej. To też myślę ważne.
[01:03:05] - Zarówno kryminalnej, jak i też, jak tutaj Wiktor wspominał, obyczajowej. W przypadku takim jak w kryminałach. Czy to ty, Marku, właśnie mówiłeś? W kryminałach skandynawskich. Jest właśnie to w opowiadaniach Marty, co też dla mnie jest fascynujące, że nie pozostawia pewnych pustych miejsc w swojej literaturze. Bo oczywiście kiedy tworzy się jakąś fabułę, można stworzyć na przykład zwyczajną fabułę akcji. Ona przejdzie od punktu A do punktu B, będzie fajnie napisana, zrobi się jakiś twist i tak dalej. Ale tutaj pozostaje jeszcze dużo miejsca dla emocji. Emocji, które są naprawdę ważne, jeżeli chodzi o Japonię i ciężko mi to jednoznacznie ugryźć, bo to jest literatura właśnie bogata i to jest coś, co ja chcę w Dziewiątce wydawać. Coś, co nie jest jednopoziomowe czy nawet dwupoziomowe.
Można odczytywać te opowiadania na kilka sposobów i dostrzegać w nich różne fascynujące nas współcześnie rzeczy. Już w jakiś sposób Marta też opisując swoje historie, oczywiście odnosi się do naszych współczesnych działań. A! Już wiem, miałem co powiedzieć. Że ta jej książka jest też dla polskiego czytelnika bardzo egzotyczna być może. I to mi się bardzo w niej spodobało. Kiedy spotykamy się z elementami takiej kultury dla nas po części obcej. Ale te problemy, które się w niej kłębią, są też nasze. To jest dla mnie fascynujące.
[01:05:02] - A jednocześnie ten świat dalekowschodni, w którym obecne są emocje, ale w którym emocje nie są pożądane, ich się nie okazuje. Przynajmniej w niektórych momentach się ich nie okazuje. One nie są takie oczywiste jak w kulturze europejskiej. Tak, oczywiście. Trudno, żeby ich nie było. Natomiast właśnie pewna specyfika tej kultury, dla nas może obca. My jesteśmy raczej tacy, że zrobimy jakąś awanturę i zaraz nam ulży. To zupełnie inaczej wygląda w tym świecie, który opisuje Marta. To też dodatkowo podbija. Oczywiście, już się pojawiło.
SMS-a dostałem, proszę państwa. SMS-a dostałem, o jakiej ja książce mówię. To już mówię, że bardzo mi się skojarzyła książka Marty z niektórymi wątkami „Atlasu chmur”. Tam jest taki wątek, który się w Korei dzieje i mnie się to bardzo kojarzyło. Być może mam złe skojarzenia, ale mnie to się bardzo kojarzyło i ten klimat bardzo mi odpowiadał. Tak sobie pomyślałem. Wiktorze, ty tak zamilkłeś podejrzanie, to ja sądzę, że ty tam jakiś ostrzał artyleryjski szykujesz.
[01:06:25] - Mam. Nad Martą rzeczywiście wisi jakiś cień „Rashomonu”. Natomiast ja mam taki problem Jak mnie pytają różni ludzie, również Marka, mam tego typu ścięcia. Bardzo często odpowiadam, że jestem straszliwie rozczarowany współczesnym stanem technologii. Dlatego, gdyż pojawi się tutaj problem. Dlatego, gdyż wszystko, absolutnie wszystko, co współczesna nauka wypindrzyła czy realizuje, zostało zaprojektowane 50, 100 lat temu przez pisarzy science fiction i tak dalej. Czyli nauka współczesna właściwie absolutnie wszystko realizuje. Zresztą to realizują byli czytelnicy przecież tamtej literatury, młodzi ludzie, którzy następnie poszli w naukę i realizują swoje mity, swoje dziecięce fascynacje. Robią to. Ale tu jest pytanie, czy w tym momencie, skoro współczesna nauka tak właściwie realizuje przepisy dostarczone przez science fiction, czy to nie aż strach wydawać takie książki, jak wydaje wydawnictwo Dziewięć?
Przecież oni kiedyś to zrealizują.
[01:08:02] - Zastanawiam się, jakie by wizje mogły, jeżeli chodzi o Davida Kaina, byłoby to ciekawe. Z drugiej strony, jeżeli faktycznie cokolwiek byłoby autentycznego w całunie turyńskim, to ja podejrzewam, że pewnie już by to zrobiono. Tak jak w opowiadaniu Davida Kaina. Tak myślę, że pewne osoby, które mają dostęp do danych miejsc, artefaktów i tak dalej, to już dawno je przejrzeli na każdą stronę możliwą, a nie do końca wszystko nam zostaje powiedziane. Można tak powiedzieć.
[01:08:46] - Powiało tajemnicą. To ja od razu powiem. Może państwo w tej chwili jesteście świadkiem tego rodzaju eksperymentu. Może rzeczywiście coś tam odnaleziono w całunie turyńskim. A ponieważ teraz cały świat się szczepi, to zastanówcie się państwo, czym się tak naprawdę szczepicie i czy może naprawdę wszczepiają wam chipy, a może wszczepiają wam rodzaj nieśmiertelności?
[01:09:12] - Mam nadzieję, że się dzieje jak u Davida Kaina.
[01:09:17] - Chociażby. Okej, a teraz będzie pytanie bardzo poważne. Właściwie częściowa odpowiedź niestety już padła, ale może jeszcze coś wyciągniemy z tego pytania. A pytanie brzmi: jaki jest model biznesowy Wydawnictwa Dziewięć? To prowokacja ewidentna.
[01:09:42] - Chaotyczny. Tak naprawdę model biznesowy. Moim głównym modelem jest model pasjonacki przede wszystkim, aczkolwiek model biznesowy również się musiał pojawić. Skoro już istniejemy ponad dwa lata, to nie upadliśmy. Czyli jednak jakieś takie nasze metody na to są i działają. Właściwie muszę powiedzieć, że ten model kreuje się tak na dobrą sprawę dopiero teraz, kiedy bardziej poznaję świat naszego tutaj grajdołka, można powiedzieć takiego wydawniczego i ogólnie rynkowego. Nie wiem też, jakbym miał odpowiedzieć dokładnie na to pytanie, bo zdradzając wszystkie moje rzeczy, które podejmuję i którymi się kieruję w tym moim modelu biznesowym, myślę, że nie byłoby to do końca odpowiednie, ale taki model, może nie tyle model, ale to, w jaki sposób chcę tworzyć i chcę budować markę Wydawnictwa Dziewięć, to jest też model taki, żeby właśnie pojawiło się tam najwięcej takiej siły pasjonackiej, fascynacji dobrą literaturą, jak i też pewnej jakości, z której nie chciałbym zejść w tym naszym modelu. Udało nam się do tej pory wydać kilka interesujących rzeczy. Jeżeli tutaj możemy podejść od tej strony, gdzie mówimy o wydawaniu klasyki literatury, powiedzmy. Często duże wydawnictwa wydając klasykę literatury wydają klasykę dobrze znaną.
W Wydawnictwie Dziewięć staramy się wydać klasykę mniej znaną lub nieznaną, ale tylko na rynku polskim. Bo tutaj musimy spojrzeć na to, że chociażby jedna z pierwszych naszych wydanych książek, czyli „Nadchodząca rasa” Edwarda Bulwer-Lyttona to jest książka, która ma ogromne znaczenie dla światowego literaturoznawstwa, dla nawet okultyzmu. Trzeba tutaj też ująć to od tej strony. Przecież w „Nadchodzącej rasie” pierwszy raz pojawiła się nazwa Vril. A jeżeli ktoś wpisze sobie Vril w internet, to najpewniej wyskoczy mu masa artykułów związanych z ... nazistami i z UFO. Ponieważ Vril później, po wydaniu książki „Nadchodząca rasa”, został jakby przywłaszczony, ta nazwa i ta idea, przez chociażby Helenę Bławacką, a poprzez nią przez nazistów. I w ogóle w Niemczech w latach 20. powstało faktycznie Towarzystwo Vril. I to jest książka, która dała początek mrocznym, ale fascynującym ruchom, ogólnie światowym, a w Polsce ona nie została do tej pory wydana.
Dostałem co prawda telefon od jednego z czytelników Wydawnictwa IX, który powiedział mi, że jednak ta książka została wydana, ale została wydana faktycznie gdzieś na początku XX wieku, jako powieść w odcinkach, gazetowa powieść w odcinkach. Więc to wydanie nie jest wydaniem dostępnym w jakikolwiek sposób łatwy teraz na aukcjach czy gdziekolwiek. Ta książka nie funkcjonowała na rynku polskim, a jej znaczenie, jak już wspomniałem, jest ogromne i staram się właśnie takie książki wydawać, takich książek gdzieś szukać. Mogę zdradzić jedną. Niech to będzie teraz premierowa zdrada tajemnic Wydawnictwa IX. Mamy gotowe tłumaczenie książki „Laba” Carola Eismannsa, autora bardzo cenionej dekadenckiej powieści „Nawspak”, która na naszym rynku funkcjonuje, ale książka „Laba” nie została do tej pory wydana, a jest to jedno z najważniejszych dzieł, jeżeli chodzi właśnie o okultyzm i satanizm na gruncie francuskim. Ta książka, o której bardzo wiele się pisze również w „Okultyzmie i nowoczesności”, Krzysztof Grudnik też o niej pisał. Ona też nigdy nie została wydana i przetłumaczona na język polski. Udało nam się to zrealizować po części dzięki uprzejmości wydawnictwa Zoas Press, które kiedyś wydawało również taką mroczną klasykę literatury. Oni wspólnie ze znanym, mam nadzieję, tutaj nam wszystkim Witoldem Jabłońskim zrealizowali to tłumaczenie, ale że nie dadzą rady zrealizować już wydania książkowego, projekt przejmujemy my.
I to najprawdopodobniej będzie miało szansę ukazać się jeszcze w tym roku.
[01:14:57] - Z klasyki pokazał się również Lovecraft, „Wyzwanie z innego świata”.
[01:15:03] - Tylko z Lovecraftem to jest też taka sytuacja, że miałem trochę takie żartobliwe podejście do panelu, na którym brałem udział podczas tegorocznego Filozofikonu. Temat tego panelu był: po co Lovecraft? Ja się zacząłem śmiać, że po co? Dla wielu to dla pieniędzy. Z tego powodu, że współcześnie Lovecraft jest tak wyciskany jak cytrynka. I Wydawnictwo IX, ja sobie podjąłem za punkt honoru to, żeby wydać akurat wszystko, co do tej pory nie zostało wydane w Polsce przez żadne wydawnictwo z tych utworów Lovecrafta niepublikowanych. Tak naprawdę trochę zamknąłem sobie ten temat i nie drążę go już dalej, aczkolwiek wiem, że bardzo dużo różnych wydawnictw ostrzy sobie zęby na kolejne edycje tych utworów. Myślę, że to był punkt wyjścia dla mnie jako dla wydawnictwa, a teraz staram się robić też coś innego i coś, myślę że równie fascynującego.
[01:16:16] - Ja wspomniałem już wcześniej o powieści „Podróż powietrzna” Willema. Zawsze sobie na tym nazwisku łamię język. Niby początek jest prosty: Bilder, ale to „dik” jest już trudne. W każdym razie to dla mnie, już wspomniałem o tym, była fascynacja. To znaczy, że coś takiego gdzieś tam kiedyś funkcjonowało. Absolutna fascynacja. Nasz gość mówił o tym, że to częściowo dzięki dobrym ludziom funkcjonującym w fandomie. Ale właśnie, skąd się takie tytuły wyciąga i jak się trafia na takie tytuły?
[01:17:00] - Ja jestem akurat, jak już wspominałem często, pasjonatem różnych rzeczy i interesując się literaturą, po prostu czytam różne artykuły naukowe, prace naukowe i gdzieś tam pojawiają się co i rusz ciekawe nazwiska. Mamy też już prawie podpisaną umowę odnośnie wydania jednego z belgijskich autorów fantastyki zmarłego w latach 70., będącego określanym często Lemem belgijskiej fantastyki. W tej chwili mogę powiedzieć, że będzie chodziło tutaj o Gérarda Poivre. Praktycznie umowa już jest też na ostatniej prostej. I to jest też wynik chociażby mojego pobytu na jednej z konferencji naukowych, na której jedna z prelegentek opowiadała po prostu o książkach Gérarda Poivre, co mnie oczywiście ogromnie zainteresowało. Następnie porozmawialiśmy na ten temat i tak od trzech lat dłubaliśmy przy tym, aż w końcu nam się udaje ten temat domknąć. I po prostu to jest to, że ja szukam interesujących, fascynujących rzeczy z literatury ogólnoświatowej. Nie patrzę tylko na rynek amerykański pod kątem komercyjnym, żeby coś wydać i ewentualnie na tym szybko zarobić. Liczę na to, że z- Pośród fanów Wydawnictwa IX i sympatyków znajdują się ludzie, którzy też tego oczekują i na tej zasadzie buduję naszą markę. Jako pasjonat i jednocześnie człowiek, który trochę na literaturze się zna, bo ją studiował, mam nadzieję, że wyszukuję rzeczy naprawdę interesujące.
[01:19:02] - A swoją drogą, proszę tego nie traktować jako sugestii, ale ja się czasami zastanawiam, czy na przykład fantastykę naukową czy grozę pisuje się w Mongolii?
[01:19:15] - To mnie to fascynuje.
[01:19:17] - Albo czy ją się pisuje, żeby już nie sięgać tak daleko, bo Mongolia w końcu dosyć daleko, ale czy ją się na przykład pisuje w Słowenii? Pisuje się na pewno, ale co to w ogóle jest? Wbrew pozorom nawet w Niemczech na pewno coś się pisze, ale tak naprawdę jesteśmy odcięci od tego. Ci oczywiście, którzy nie znają języka niemieckiego. Odcięci jesteśmy od pewnych kierunków kulturowych, pewnych nawet takich mini cywilizacji, bo po prostu nie mamy do tego dostępu.
[01:19:50] - Dokładnie.
[01:19:53] - Chłopaki, słuchajcie, jeśli skomentuję to, co Marek mówi, jeżeli już Mongołowie potrafią grać w heavy metal, to prawdopodobnie również potrafią pisać dobre science fiction i horror. Natomiast ta wielokulturowość. Nas jest dużo w tej Europie, chociażby tylko Europę biorąc pod uwagę, a każda jednostka ma inną ścieżkę dostępu do tej całej wielkiej puli kulturowej, w której my tkwimy. I po prostu słuchanie, rozmawianie z ludźmi potrafi otwierać takie miejsca, do których by się normalnie nigdy nie wzrokneło. Taka istota jak Marta Seweryńska przecież otwiera nam oczy na wiele rzeczy. Tak, oczy wielu ludzi są otwarte od dawna na Daleki Wschód, ale ta jej ścieżka dostępu do tej wiedzy, jej pasja. Dobrze, nie będę tego tematu rozwijał. Natomiast jak Marek zadał pytanie, jaki jest ten model ekonomiczny czy model wydawniczy Dziewiątki, to ja mam tylko jedną uwagę. Otóż większość inicjatyw indywidualnych motorem są emocje, fascynacje. Natomiast emocjami nie można przemysłu zorganizować.
O czym ja chcę mówić? O pewnym zachowaniu równowagi między tym przemysłem a indywidualną fascynacją. Większość wydawnictw dosyć szybciutko tonie w przemysłowym modelu swojej działalności. Natomiast zachowanie tej fascynacji jest trudne. Bardzo trudne. Nie wiem, czy w ogóle możliwe, ale trzeba próbować po prostu zachować tę równowagę. Tak jak równowagę w polityce między lewicą a prawicą. To jest potrzebne, żeby coś naprawdę fajnego było. To wydawnictwo ma szansę, przynajmniej dopóki inicjator jest fascynatem.
[01:22:53] - Myślę, że tutaj jest na to szansa, chociażby też z tego powodu, że tak naprawdę oprócz Wydawnictwa IX współpracuję z wieloma różnymi podmiotami, bo tak naprawdę ja też jako osoba jestem, można powiedzieć, takim grafikiem technicznym. Ja nie jestem grafikiem artystycznym, jeżeli chodzi o jakąś grafikę, to nie daję sobie rady, bo nie potrafię nic na przykład narysować z własnych umiejętności. Potrafię coś sfotomanipulować i tym podobne rzeczy, ale też składam książki, potrafię wszystkie rzeczy zorganizować związane z drukarnią i tak dalej. To jest chyba jedną z takich tajemnic Wydawnictwa IX, że dlatego też podjąłem się założenia tego wydawnictwa z tego powodu, że potrafię sam zrealizować cały proces wydawniczy i to mi ogromnie pomaga. A oprócz tego też pomagam innym wydawcom lub współpracuję z innymi instytucjami, dzięki którym te pieniądze do wydawnictwa wpływają. A sam model ekonomiczny jest też na tyle obliczony, że te nakłady, które mamy i cała ta infrastruktura jest taka, że jak to się mówi kolokwialnie spina mi się to wszystko. Więc cała rzecz związana z tym, co będę robił w przyszłości, wiąże się z tym, jak to mi się będzie rozwijać. Nie będę akurat tutaj specjalnie inwestował nie wiadomo w jak smakowite kąski, które później okazałyby się czymś zupełnie mnie pogrążającym. Wolę iść drobnymi krokami, ale ku temu, żeby rzeczywiście się to rozwijało. To taki jest ten mój model.
[01:24:51] - Tym wszystkim, którzy się poczuli przez chwilę przytłoczeni tym wszystkim, co mówimy, śpieszę donieść, że to oczywiście brzmi bardzo poważnie wszystko, co padło przed chwilą, ale w gruncie rzeczy gros książek, które są wydawane w Dziewiątce, to są bardzo fajne czytadła. Weźmy pierwszą z brzegu książkę „Podarować niebo” Pawlaka. To jest w gruncie rzeczy, jakby tak na pierwszej linii czy na pierwszym poziomie czytać, to jest czytadło, to jest fantastyka naukowa, przygodowa jak najbardziej. Dzieje się, dzieje się i jeszcze raz się dzieje. Czyli to nie jest tak, że literatura musi koniecznie być nudna, przeraźliwie zgrzybiała i w ogóle po prostu odstraszająca. Wręcz przeciwnie, jedno drugiego nie wyklucza. Może być ambitna, a jednocześnie po prostu się dzieje.
[01:25:55] - Tak jak u Davida Kaina też dużo się dzieje. Można powiedzieć, że mamy dwa rodzaje książek, które wydajemy, bo mamy literaturę rzeczywiście bardziej trudną dla współczesnego czytelnika, chociażby tak, jak ma to miejsce z książkami Roberta Eickmana. Ogólnie Robert Eickman to jest angielski klasyk literatury grozy i to klasyk na miarę Lovecrafta czy Poego. Jeżeli zapytamy jakiegokolwiek ze współczesnych autorów amerykańskich czy angielskich literatury grozy, to u każdego z nich znajdzie się wśród najlepszych autorów właśnie Robert Eickman. A u nas w Polsce oczywiście jego postać została pominięta i zapomniana, co z jednej strony było dla mnie smutne, a z drugiej strony dało nam niesamowitą szansę, żeby tę lukę zapełnić. I tak się stało. Wydaliśmy dwa tomy opowiadań Roberta Eickmana i pokazaliśmy, że jest jeszcze inny rodzaj literatury grozy niż ten, który jest znany wszystkim i ceniony współcześnie. Roberta Eickmana w ogóle powinno się czytać już jako czytelnik zaawansowany. Często widziałem tę książkę i ona też została doceniona. Wrócę do tego wcześniejszego tematu.
Została doceniona przez osoby zupełnie spoza kręgu fascynatów fantastyki. Wśród osób, nawet takiego reżysera jak Andrzej Saramonowicz na przykład. On się kiedyś pochwalił książką Roberta Eickmana i nie był to post sponsorowany. Ta książka dotarła do wielu innych osób. Jest ona trudna, tak jak wspominałem, w sensie literackim. Nie dla każdego, ale jest ogromnie fascynująca i może dać mnóstwo pomysłów na rozwiązania literackie współczesnym autorom. Ale wydajemy też książki, takie jak na przykład powieści Abrahama Merritta. „Księżycowa studnia” i „Stalowe monstrum” zawsze lubię nazywać jako Indiana Jones w świecie weird fiction, bo tam się oczywiście dzieje dużo, jest galopująca akcja, czytelnik się nie nudzi, ale pod tym wszystkim jest niesamowity, filozoficzny i taki paranaukowy projekt, z którym Abraham Merritt chce się zmierzyć. To jest fascynujące w tym wszystkim. I oczywiście jedną z takich książek, które są chyba do tej pory najgrubszą wydaną przez nas książką, czyli książka Marcina Przybyłka „Symfonia życia”, to tak naprawdę jest książka, której objętość wcale nie gwarantuje tego, że będziemy przez nią brnąć jak w błocie, bo czyta się ją znakomicie.
Jest wypełniona cały czas akcją, różnymi przemyśleniami, ale związanymi właśnie z historią bohaterów. Marcin Przybyłek według mnie tutaj wykonał majstersztyk swoich możliwości. Jest to niezmiernie fascynująca, poważna, ale też zabawna czasami powieść odkrywająca w ogóle bardzo wiele aspektów naszego życia. Tak jak tutaj wspominaliśmy o czasach młodości, kiedy zaczynaliśmy swoje pierwsze fascynacje muzyczne, pierwsze studia, pierwsze fascynacje pisarskie, to u Marcina Przybyłka zostało przedstawione i zbudowane w historię wielu różnych możliwości. „Symfonia życia” Marcina Przybyłka jest też książką fantastyczną pod tym względem i pod tym kątem, że tam mamy jednego bohatera, którego historia rozszczepia się na pięć osobnych wątków i te wątki gdzieś ze sobą się łączą, ale tak naprawdę są też realizacją pewnych alternatywnych ścieżek życia. Czyli coś, o czym wielu z nas czasem marzy. Jak się coś tak naprawdę zawali w życiu i człowiek chciałby się cofnąć i móc podjąć inną decyzję, to mniej więcej o tym jest ta książka.
[01:30:36] - Powiem tak, że Marcin Sergiusz Przybyłek ćwiczył długo na game decku. Tych tomów było sporo. W związku z tym jest już pisarzem. Do dzisiaj pamiętam takie wystąpienie na Festiwalu Fantastyki, kiedy mówił o związkach science fiction z filozofią. To był w gruncie rzeczy bardzo prosty wykład, ale pokazujący, jak wiele możliwości z punktu widzenia pisarza tkwi w przez niektórych pogardzanej, przez niektórych wywyższanej za bardzo filozofii. Można prosty przykład wziąć i nagle się okazuje, że powstaje nam opowiadanie tak od niechcenia zupełnie. W związku z tym to jest autor, któremu można spokojnie zaufać. Kolejnym autorem, który na pewno jest ciekawy, to jest Wojciech Gunia, który dał się poznać z wielu książek. Jak Wydawnictwo Dziewięć pozyskało tego właśnie autora?
[01:31:57] - Przyjaźniliśmy się.
[01:31:59] - Właśnie. Czyli wychodzi, proszę państwa, to, że w świecie wydawniczym, tak jak w całym świecie, liczy się jednak prywata. To żart oczywiście, ale przecież, proszę państwa, dzięki tej prywacie tak naprawdę dostajecie państwo kolejną fajną książkę. I w gruncie rzeczy o to tak naprawdę chodzi.
[01:32:20] - Ale jeszcze nie powiedziałem, jak się zaprzyjaźniliśmy.
[01:32:24] - To będzie teraz clue.
[01:32:25] - Właśnie przez książki. Może, Wiktorze, jeżeli chciałeś coś dopowiedzieć.
[01:32:33] - Ja tylko zabawowo, bo się roześmiałem strasznie, bo jak przy rozmowach z Martą Sobieską, jak ona mnie pyta o coś albo jakichś rad mi udziela, ja mówię: „Marta, nic nie jest ważne. Zaprzyjaźniaj się. Zaprzyjaźniaj.”
[01:32:55] - Z Wojciechem Gunią wszystko w ogóle związane z Wydawnictwem Dziewięć zaczynało się od mniej więcej 2011, 2012 roku, kiedy literatura grozy zaczynała trochę wychodzić z powrotem na rynek literatury fantastycznej. Czyli pojawiali się autorzy na konwentach, gdzieś coś zaczynało już kiełkować, pojawiały się pierwsze nowe wydania. Ja też pisałem artykuł do magazynu „Sfinks” Wojtka Sedeńki właśnie o trzech falach literatury grozy, w którym mówiłem o tej pierwszej fali literatury grozy, która miała miejsce w latach 90. Druga miała tak mniej więcej od połowy do 2010 roku. I ta trzecia wybuchła od 2012, 2013 roku do dziś dnia, kiedy już powstało rzeczywiście sporo inicjatyw związanych z tą literaturą i z tym gatunkiem. Przy okazji Wojtka Guni było tak, że ja jego teksty już poznałem wcześniej, a że sam byłem działaczem w pewnym sensie, bo też brałem udział przy działaniach związanych z Nagrodą Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego. Gdzieś z całym tym środowiskiem realizowaliśmy nasze pierwsze projekty. Zresztą podobnie tak, jak było z „Mapą cieni”, o której Michał Stonawski mówił tydzień wcześniej. To też był projekt, który autorów literatury grozy sobie tutaj zjednał. I poznając książki Wojciecha Guni, z czasem poznałem i autora.
A jak już poznaliśmy się, to nasze poglądy na życie, na literaturę, trochę poglądów filozoficznych bardziej się ze sobą zazębiło i stało się w końcu tak, że ja zaproponowałem też Wojtkowi wznowienie pierwszego jego zbioru debiutanckiego „Powrót”, na który prawa autorskie w wydawnictwie Agarta już wygasły, a szkoda byłoby, żeby ten zbiór nie był dalej na rynku wydawniczym, więc postanowiliśmy, że go zrealizujemy. I teraz będziemy realizować najnowsze wydawnictwo Wojtka, książkę „Złe wszechświaty”, która może z literaturą grozy nie jest tak związana sensu stricte, ale to jest nadal Wojciech Gunia, czyli autor, który do literatury grozy wprowadził dosyć niespotykaną na polskim gruncie problematykę, właśnie taką filozoficzno-egzystencjalną i bardzo emocjonalną w pewnym sensie. Ja przynajmniej czytając wiele utworów Wojtka Guni, rzadko mi się to zdarza, ale mogę to powiedzieć, że czasami miałem łzy w oczach ze względu, że to były utwory nie tyle przerażające w jakiś sposób, straszne i pochłaniające człowieka, co pokazujące pewną jego bezradność wobec różnych przeciwności losu. I też taki smutek płynący z całej tej filozofii związanej z samotnością człowieka we wszechświecie, z jego niepewnym bytem i tak naprawdę nie wiadomo, czy bytem do końca. Tutaj akurat Wojciech Gunia zadaje pytania takie mocno dekonstruujące człowieka, można powiedzieć aż do atomów i które pokazują, że tak naprawdę nic pod tym wszystkim nie ma. Jest to wszystko bardzo iluzoryczne i ta nasza świadomość to jest tylko taki dziwny przebłysk we wszechświecie, który tak naprawdę zgaśnie i nie ma zupełnie sensu. Więc to jest też bardzo smutna filozofia, która się gdzieś w tych utworach zakorzeniła.
[01:37:22] - Nawiązując do początku tego, o czym była mowa, przytoczę pewne powiedzenie, które dosyć często krąży na różnego rodzaju konwentach, że talent talentem, warsztat warsztatem, ale warto czasami wypić dużo piwa z wydawcą. To takie tajemnice tego, co się-
[01:37:50] - Bywa, ale w Dziewiątce już paru osobom tak odmówiłem.
[01:37:54] - To też chwalebne. Bardzo dobrze, że można było od działalności wydawniczej. To też się przydaje. Teraz mam pytanie dotyczące zbioru opowiadań „Zabawki”, który jest kobiecym zbiorem, antologią kobiecych opowiadań grozy z hasłem „Groza jest kobietą”. Powiem tak, trochę mi się smutno zrobiło, bo z drugiej strony strach jest mężczyzną. Może to jest pomysł na wydanie bliźniaczej antologii. Chociaż przyznaję, chylę czoła, antologia zacna. Ciekawe nazwiska, może jeszcze nie bardzo rozpoznawalne, chociaż jedna z autorek pojawiała się w audycji ABW, której opowiadania można sobie prześledzić sięgając do archiwum Radia Paranormalium. A jak z tym zbiorem opowiadań było?
[01:39:18] - To jest bardzo rozległa historia, bogata i w sumie najważniejszą osobą w tej historii jest Magdalena Paluch. Magda ogólnie jest organizatorką pierwszego festiwalu literatury grozy w Polsce, festiwalu Kwason organizowanego w Krakowie. Wpadła na ten szalony pomysł ze względu na swoją pasję do literatury grozy i tak naprawdę dzięki niej obudziło się całe to środowisko, które funkcjonuje w większości obecnie. Tak naprawdę każdy z nas, z tych wariatów, którzy zafascynowali się literaturą grozy, zetknął się z Magdą właśnie na festiwalu Kwason. Był na tym festiwalu i poznał tutaj większość naszych autorów. Jeżeli chodzi o Wojtka Gunia, to muszę powiedzieć, że poznałem go osobiście nie na festiwalu Kwason, ale na jednym ze spotkań poświęconych zbiorowi opowiadań Thomasa Ligottiego, którego Wojtek Gunia razem z Mateuszem Kopaczem tłumaczył. Wydawcą jest wydawnictwo Okultura Darka Misiuny, które pewnie dobrze znacie. To spotkanie prowadził też Krzysztof Grubnik, więc jak tutaj te wszystkie wątki połączymy, to będzie można wyciągnąć jakieś wnioski związane z wydawnictwem Dziewięć. Ale wracając do rzeczy, do Magdy Paluch i do festiwalu Kwason oraz antologii „Zabawki”. Magda na trzecim bodajże festiwalu zaproponowała panel dyskusyjny pod nazwą „Groza jest kobietą”.
Ten panel miał posłużyć temu, że w literaturze grozy bardzo dużo kobiet pisało swoje opowiadania, publikowało je gdzieś, zaczynały być coraz bardziej dostrzegane i bardzo dużo kobiet fascynowało się literaturą grozy. Tutaj inicjatywa była czymś na zasadzie zebrania w całość tego, co już istniało. I to Magda zrobiła znakomicie. Ten panel dyskusyjny później stał się panelem cyklicznym, aż w końcu przeniósł się do internetu w cykl wywiadów pod tą samą nazwą „Groza jest kobietą”, które Magda publikowała na swoim portalu Grozownia. Tam autorki, które brały udział w tym cyklu wywiadów, zostały zaproszone przez Magdę, bo tak naprawdę Magda była inicjatorką pomysłu antologii. Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. Ja się zgodziłem, bo od samego początku mocno sympatyzowałem z takim przedsięwzięciem i oczywiście czytałem utwory autorek piszących grozę. Muszę powiedzieć, że tak dobrą sprawę to autorki piszące literaturę grozy bardzo często pomysłami przeskakują facetów piszących grozę. Faceci jednak, jeżeli chodzi o bardzo szeroki ogląd, mówiąc też o utworach mniej wybitnych, są bardziej szablonowi niż kobiety. Kobiety potrafią spojrzeć inaczej na tę literaturę, zagłębić się w inne problemy.
I to, wydaje mi się, jest też siłą „Zabawek”. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że „Zabawki” to zbiór, a tak naprawdę jakakolwiek antologia jest równa pod kątem odbioru opowiadań, to jest sprawa dyskusyjna. Uważam, że „Zabawki” są zbiorem bardzo różnym, ale dzięki temu mają swoją taką- To jest ich atut, tak można byłoby powiedzieć, bo każde opowiadanie rzeczywiście jest inne. Tam ludzie odnajdą takie teksty, które będą im bliższe, a takie teksty, które ich zniesmaczą. I nie ma w tym nic złego, bo bardziej chodzi też o to, żeby pokazać, jak bardzo różnorodna jest ta tematyka, jak bardzo różnorodna jest wrażliwość autorek i jak one same zupełnie inaczej podchodzą do literatury grozy. Cała akcja związana z tą antologią to, tak jak wspomniałem, jest pomysł Magdaleny Palucha. Ja do niego się jak najbardziej przychyliłem i mam nadzieję, że jeszcze nie w tym roku, bo co rok taka sama antologia byłaby może wydarzeniem niezbyt fascynującym, ale w przyszłym roku pewnie postaramy się o coś nowego. Zresztą pomysł na antologię sygnowaną tą nazwą „Groza jest kobietą” byłby taki, że wtedy trzeba byłoby przedstawić kolejną grupę autorek, bo teraz przedstawiliśmy pierwszą taką grupę, która wzięła w tym udział. A przecież nie jest to zbiór skończony. Jest jeszcze sporo autorek, na które warto zwrócić uwagę, więc czekamy, co będzie dalej.
[01:45:04] - A ja tam mimo wszystko będę się upierał, że strach jest mężczyzną. Ale powiem tak, że ponieważ świat do końca nie ustalił, czy śmierć to jest pan czy pani, to w zależności od kręgu kulturowego jest albo pani, albo pan. To już jest dobry punkt wyjścia do tego, żeby sobie trochę pogrozować.
[01:45:30] - Nie ma co ukrywać. Można powiedzieć, że właśnie literatura grozy w pewien sposób została zdominowana przez mężczyzn, ale podobnie jak w kryminale, kobiety coraz lepiej sobie radzą.
[01:45:44] - Każdy, kto czytał Łysiaka „Flet z Mandragory” wie o tym, że kobiety bywają okrutne, a nawet bardzo okrutne i że opłaca się zrobić z nich swoją ochronę, jeśli się jest dyktatorem czy kimkolwiek innym. Wiedział to Kaddafi. Wiedział to Łysiak. Nie wiem, czy zestawienie jest akurat bardzo poprawne, ale darujmy sobie analizę. Ja myślę, że to jest dobry moment, żeby posłuchać kolejnego fragmentu prozy. Postawmy tym razem na Romualda Pawlaka i na „Podarować niebo”. Fragment.
[01:46:33] - Romuald Pawlak „Podarować niebo”. Fragment: Argonowie nie mogli nic wiedzieć o zmieniających się w regularnym odstępie wachtach na obcym statku. Nie wiedzieli nawet, że to statek, a nie tajemnicza skała, do powierzchni której nie sposób dotrzeć. Jednak każda wachta miała swój styl kontaktów z nimi. Tulla poprowadziła pierwszy patrol krótko po odprawie, jakby nie chciała tracić ani sekundy z czasu, którym dysponowała. Nikt nie wiedział, jak długo wytrzymają komory anabiotyczne, czy załoga i sardynki w stanie sprawności doczekają ekipy ratunkowej. Niemal od razu po katastrofie utworzyły się na Skorpionie dwie frakcje. Tych, którzy chcieli za wszelką cenę przeżyć do przybycia pomocy i resztę, która uznała, że skoro odlecieli tak daleko, szanse ocalenia są iluzoryczne. A skoro na dole — dyskusja toczyła się jeszcze przed sprowadzeniem statku na planetę — żyje inna cywilizacja, chociaż prymitywna, warto się jej przyjrzeć. Wśród tej drugiej frakcji nastąpił także podział na tych, którzy chcieli zająć pozycję jedynie obserwatorów oraz tych, którzy mówili: „Spróbujmy im pomóc”.
Zwyciężyli ci drudzy. Tulla, wychowanka armii, jej rodzice, wojskowi, zginęli w czasie interwencji na Hadę. Była pięknym uosobieniem idei przyświecającej frakcji siłowej. Żądła ludzi miały kłuć, a przez ból popychać argonów do przodu, wymuszać rozwój. Kiedy przybędzie tu następna ekspedycja, być może argonowie poprzez zadaną im szczepionkę zdołają się przeciwstawić impetowi ludzkiej cywilizacji. Foster planetą interesował się mało. Był przecież astronomem. Zwykle patrzył w gwiazdy. Jednak kiedy zwyciężyła idea wspomagania rozwoju argonów, nie uciekł do wanny, jak jego przyjaciel Malediva, choć czasem bardzo tego żałował. Wybór wydawał mu się pozorny.
Uciec w sen, zapewne ostateczny, albo umrzeć po długim życiu na tej przeklętej planecie. Z punktu widzenia wszechświata nie miało to najmniejszego znaczenia. Z ich jednostkowych punktów widzenia miało sens o tyle tylko, że mogli wybrać cierpienie albo bezbolesne zawieszenie w hibernacji. Finał w obu przypadkach miał wyglądać podobnie. Śmierć tutaj, w tym układzie. Teraz z ponurą miną obserwował na monitorach mostku, jak pojazd Tullii wysuwa się z hangaru na poziomie sekcji napędu i wciąż pod osłoną pola ochronnego i projekcji maskujących ustawia w punkcie przejścia. Wystrzelił dwa małe drony, które będą towarzyszyć załogowemu pojazdowi i zastygł w gotowości. „Gotowi do przejścia” — rozległ się na mostku szorstki głos porucznika. Dało się w nim słyszeć nuty podniecenia. Lugon pod czujnym okiem Mortensena nadzorującego stan pól siłowych i maskujących otworzył jej drogę.
Na kamerach widzieli, jak wokół pojazdów zamknęły się bańki neutralizatorów pola. Taki sposób przechodzenia przez pole praktycznie uniemożliwiał wdarcie się czegoś w obręb pola. Co najwyżej zniszczona zostałaby zawartość bańki. Tędy Argonowie nie dostaną się do wnętrza, póki pole będzie działać. „No to jazda.” Głos Tulli emanował radością. Miała okazję pobawić się w wojsko, czego tak jej brakowało. Pewno nawet jej leniwe sny w wannie anabiotycznej oscylowały wokół wspomnień z wojska. „Lecę trochę ich poszturchać. Życzcie powodzenia.” „Ugo i ja zostajemy w pogotowiu. Reszta wraca do swoich obowiązków.
Tulla dotrze do celu za trzy godziny. Wtedy kto chce, może obserwować akcję tu albo w miejscu pracy, albo robić swoje” zarządził Mortensen, nie tracąc oka głównego panelu, na którym sporo miejsca zajmowały dane z wyprawy jego dziewczyny. Etsy kiedyś powiedziałem Fosterowi, że katastrofa spłynęła Mortensenowi jak łaska pańska z nieba. Gdyby nie awaria i odcięcie, ten mezalians, porucznik, który zakochał się w prostej żołnierce mającej na koncie zaledwie trzy lata służby i kilka prawdziwych akcji w przestrzeni, w armii z pewnością by nie przeszedł. A tak Mortensen nie musiał się kryć ani wybierając Tullę do swojej wachty, ani czyniąc z niej oficjalną partnerkę. Perspektywa, że wojsko wydali któreś z nich wydawała się wręcz komiczna. Elden popatrzył tęsknie na Ugo spętanego rozkazami w nawigacyjnej części mostka i pierwszy wstał, za nim niemrawo pociągała reszta. Na końcu podnieśli się Foster z Etsy. Foster zastanawiał się przelotnie nad ewolucją, która w nich zachodziła. Na początku próbowali uzgadniać swoje zamiary, także wachty między sobą.
Jednak od kilku cykli robili, co chcieli, czasem bez większego sensu. Dowódca czwartej, archeolog Pavietkin, próbował nawet zaprowadzić porządek, budząc dowódców wacht na niespodziewaną odprawę. W rezultacie dorobił się tylko stanu przedzawałowego. Komandor Hude, nominalny dowódca wyprawy startującej z Keas, wściekły, że ktokolwiek śmiał go zbudzić, wyryczał mu w twarz, że w ten sposób przynajmniej bliżej są prawdziwej ewolucji, kiedy czasem jest progres, czasem regres, a czasem niespodziewana poprawka z niebios, jak na Ziemi, kiedy dinozaurom gwiazdy wprowadziły ewolucyjną korektę. I ma zostać chaotycznie, jak kto umie i chce. A Pavietkin niech się kładzie spać na wieczność. Dowództwo jego wachty przejmuje Sangalia, dotychczasowy zastępca. I tak zostało. Nikt już się nikomu nie wcinał w badania czy inne inicjatywy, o ile nie groziły statkowi lub jego załodze i nie łamały planu trzech kroków Deveya. Punktowe uderzenie Tulli pozostawało z nim w zgodzie, o ile nie zdradzi obecności ludzi.
Zada cios tam, gdzie ustalili. Na drugim kontynencie zwanym Musą albo Dziurawcem, bo pośrodku wielkiej płachty ziemi tkwiło sporych rozmiarów jezioro śródlądowe, bardziej przypominające morze. Tak założyli na samym początku. Luma jest próbą kontrolną bez jakiejkolwiek ingerencji. Musa będzie dźgana od czasu do czasu ogniem z niebios i innymi plagami, aby sprawdzić, czy okazywana w ten sposób złość przodków zmobilizuje Trojaki do czegoś pozytywnego. Argonów z Adary będą edukować w sposób pokojowy. Trzy różne sposoby podejścia do tego samego problemu badawczego.
[01:53:52] - Jeśli mogę skomentować ten projekt badawczy z powieści Pawlaka. Otóż jest takie powiedzenie „kij w mrowisko”. Może się okazać, że wszystkie dzieci, które wtykają kije w mrowisku, są po prostu progresorami, które, że tak powiem, popędzają te mrówki, żeby się wreszcie rozwinęły, a nie stały jak kłody. Problem ten sam.
[01:54:22] - Ja nie wiem, czy ja chcę to wiedzieć, Wiktorze. Ja nie do końca wiem, czy ja chcę to wiedzieć, ale teraz tak sobie zaplanowałem, że zrobi się poważnie. Ja gdzieś na początku audycji przywoływałem komentarz Obiwana, który zadawał bardzo istotne pytanie i to jest ten moment, kiedy to pytanie musi się pojawić. To pytanie jak pytanie, ale pewien problem. Otóż gdzieś na początku drugiej dziesięciolatki XXI wieku, jeszcze za rządów PO, pojawił się projekt, na różnym etapie zresztą to dyskutowano, jednolitej ceny książki. Oj, jakie się dyskusje wtedy odbywały, szalone wręcz. No i proszę państwa, jeżeli ktoś ma czasami takie poczucie déjà vu, no to właśnie jest ten moment. Bo problem albo zagadnienie jednolitej ceny książki powrócił. Rządy jakby zupełnie inne, nawet się nie lubią z tymi poprzednimi, a mówią o tym samym: o jednolitej cenie książki. I teraz tak: jak to wygląda z punktu widzenia w końcu nie potentata, takiego sobie wydawnictwa jak Wydawnictwo Dziewięć?
Ta jednolita cena książki.
[01:55:54] - Dosyć trudne pytanie, aczkolwiek mam swoje stanowisko w tej kwestii.
[01:56:01] - I o nie prosimy.
[01:56:02] - Choć jest to stanowisko, które nie jest oczywiście bezdyskusyjne. Moje stanowisko jest takie, że obecnie funkcjonujący model jest w jakiś sposób odzwierciedleniem rynku, w którym funkcjonujemy i jako tako sprawdza się. Ogólnie jestem przeciwny jednolitej cenie książki. Uważam, że nie byłby to dobry pomysł, przynajmniej jeżeli chodzi o mniejszych wydawców, czyli małych wydawców takich jak Dziewiątka. Jednolita cena książki mogłaby sprzyjać wydawcom większym, którzy i tak w pewien sposób mają wyrobione już swoje sieci dystrybucyjne. Też oczywiście są, tak jak tutaj mówimy, książki, które są bardziej komercyjne i bardziej chwytliwe dla współczesnych czytelników. Myślę, że jednolita cena książki spowodowałaby mniejsze zainteresowanie tymi niszowymi wydawnictwami. Tak sądzę.
[01:57:16] - To ja jeszcze doleję oliwy do ognia, bo wydaje mi się, że chyba nie jest przypadkiem. Mamy za sobą tak zwany ciężki rok pandemiczny, kiedy to straty rozłożyły się różnie. Otóż duże wydawnictwa mają to do siebie, że poza tym, że są duże, to mają też duże koszty stałe. One regularnie płacą pewien haracz rzeczywistości za to, że są duże i w związku z tym rok pandemiczny nie odbił się wbrew pozorom dobrze na ich finansach. To znaczy wszystkim się wydawało, że jak ludzie będą siedzieć w domu, to będą kupować dużo książek i dużo czytać. Okazało się to pewną fikcją, bo znacznie popularniejszy okazał się Netflix albo kilka innych miejsc.
[01:58:18] - Mamy już trochę inne czasy.
[01:58:20] - Tak, ale cały czas nadzieja była. Natomiast wbrew pozorom małym wydawnictwom pandemiczny kryzys zaszkodził nieco mniej. To dla mnie jako osoby, która z rynkiem wydawniczym trochę wspólnego ma, jest oczywiste. Małe wydawnictwa mają tak zwanych stałych kosztów i różnych obciążeń znacznie mniej niż te duże, które płacą regularnie haracz za to, że istnieją w ogóle. Moim zdaniem korelacja pojawienia się tematu w przestrzeni publicznej jednolitej ceny książki oraz tego, że duże wydawnictwa wyszły z tego roku nieco poobijane, chyba nie jest przypadkowa. I to jest dla mnie taka sytuacja-
[01:59:15] - Też tak sądzę, że to jest pewnego rodzaju inicjatywa.
[01:59:19] - Gdzieś jestem blisko teorii spiskowych. Tak. Gdzieś tam o teorie spiskowe zahacza, ale ja bym właśnie tego tak nie nazywał. To jest bardzo duża realność.
[01:59:30] - Ja też spojrzałem na list przeciwników jednolitej ceny książki. Był taki list otwarty i widziałem, które hurtownie, które wydawnictwa się pod nim podpisały i jakie osoby. Więc widzę, że jednolita cena książki byłaby wygodniejsza z pewnością dla tych największych graczy, a tych mniejszych, którzy muszą sobie poradzić jakoś na tym rynku, nie są ustabilizowani, to dla nich byłoby to z pewnością czymś mniej atrakcyjnym.
[02:00:10] - Jeśli mogę dolać swojej oliwy do ognia, bo Marek dolał, ale bardzo kiepsko. Ja mogę mocniej.
[02:00:18] - Wiadomo, ja nieudolny jestem.
[02:00:23] - Przy wielu audycjach i przy wielu okazjach staram się uświadomić ludziom, w Polsce przynajmniej, że czasy komunizmu się nie skończyły. Komunizm kwitnie, a przynajmniej ruch ideologiczny, który zrodził tę filozofię. Otóż hasło „jednolita książka” przypomina mi bardzo hasło „wszyscy mają te same żołądki”. Jednolite pensje powinni dostawać, w jednolitych domach mieszkać ludzie. Wszyscy są tacy sami, wszyscy są równi. To jest hasło „jednolita cena książki”. To jest hasło bardzo dyskretnie sobie balansujące, natomiast jest to hasło dla mnie czysto komunistyczne.
[02:01:31] - Wiktorze, jeśli ty myślisz, że właśnie przed chwilą dokonałeś jadowitego podsumowania tego, co się dzieje wokół nas i że zakpiłeś. Mam niestety takie wrażenie, że to, co nas w tej chwili otacza, jak najbardziej poważnie byłoby w stanie podpisać się pod tym, co przed chwilą powiedziałeś. Jakieś takie tendencje wokół nas się pojawiają do tego, że wszyscy mamy równe żołądki, że może właściwie wszyscy powinniśmy dostawać takie same pensje, że może jeśli coś robimy w życiu, to jest taka dodatkowa rzecz, za którą niekoniecznie musimy brać pieniądze, tylko powinniśmy pewne rzeczy dla idei robić i tak dalej. Nie chcę w to wchodzić, bo się rozpęta jakaś dyskusja polityczna, która z dyskusją literacką ma niewiele wspólnego. W każdym razie, w gruncie rzeczy strzelasz bardzo celnie, ale to niestety nie jest pocieszające, bo taki jest obecnie trend. Ja się po prostu boję. To długie przemówienie miało na celu tylko to, żeby powiedzieć, że boję się, ponieważ to jest drugie podejście do jednolitej ceny książki, że my chyba nie uciekniemy przed tym. Ja bardzo poważnie obawiam się, że walec polityczny przetoczy się po wydawnictwach. I to jest ta taka niezdrowa tendencja tłumaczenia ludziom, że tak naprawdę dobrze się stanie. A wszyscy wydawcy wiedzą — może nie wszyscy — część wydawców wie, że tak naprawdę to dla małych wydawnictw, jeśli nie śmierć, to poważny kryzys.
Byłoby z pewnością gorzej.
[02:03:37] - Chłopaki, ja nie mogę wytrzymać, żeby nie wtrącić tutaj jednego skojarzenia. Otóż my tutaj zaczęliśmy i trwamy przy literaturze grozy, a przecież nas ogarnia groza rzeczywistości.
[02:03:58] - Ale ta literatura grozy, którą wydaje Dziewiątka, właśnie tego dotyczy. Z pewnością, o czym już chyba wspominałem, jeżeli chodzi o nasze wydania takiej literatury, to są często utwory, które bardzo mocno dotyczą naszej rzeczywistości. Takie utwory, które nawet transportując te problemy do fantastycznych światów, cały czas pozostają w korelacji z naszym. I to jest cechą, którą bardzo chcę pilnować w naszym wydawnictwie. Stąd wspominałem wcześniej o tym rozrywkowym horrorze, który jest trochę absurdalny, trochę puszcza oko w stosunku do czytelnika. Nawet nie zajmuje się problematyką. Po prostu zajmuje się pewnego rodzaju schematyką zachowań i takich nawiązań fabularnych. A tutaj, jeżeli wchodzimy w takie utwory jak Wojciecha Guni, Dawida Kaina, niebawem będę wydawał też w Dziewiątce Łukasza Krukowskiego zbiór opowiadań „Układ”. Swoją drogą zbiory opowiadań to też jest ciekawy temat, jeżeli chodzi o poruszenie go na naszym rynku wydawniczym. Te utwory mają to do siebie, że są mocno związane z rzeczywistością i często przedstawiają właśnie jej grozę w sposób taki bardziej zawoalowany lub mniej, ale dotyczą tego, co dotyka nas.
[02:05:38] - Ja tylko podkreślę, że część zbioru lovecraftowskiego to są właśnie opowiadania o charakterze humorystycznym.
[02:05:49] - Ani razu się tam nie zaśmiałem.
[02:05:52] - Ale teoretycznie nawet w podpisie tak to brzmi.
[02:05:56] - Tak. Jeżeli chodzi o ten zbiór opowiadań Lovecrafta i utwory humorystyczne, to w dużej mierze jest to też pomysł i zasługa Mateusza Kopacza, o którym wspominałem. On większość z nich, o ile nie wszystkie, przetłumaczył i one tak na dobrą sprawę pokazują Lovecrafta jako rzekomo osobę też niepozbawioną humoru i taką trochę złośliwą i zgryźliwą w stosunku do swoich współczesnych. Ale to jest też tak, że ten humor bardziej trzeba byłoby rozpoznawać pod kątem czasów Lovecraftowi współczesnych. Obecnie my tam nie znajdziemy żadnych zabawnych sytuacji. Chyba w jednym opowiadaniu tylko będzie coś takiego, co może rozśmieszyć przypadkowego czytelnika, a większość to jednak są takie dosyć zawoalowane rzeczy.
[02:07:00] - A ja odnoszę wrażenie, że to jest troszeczkę tak, że my jesteśmy przyzwyczajeni dzisiaj do takiej oto opcji, że jak jest coś humorystyczne, to jest „ha, ha”, zabawne, będziemy się tarzać ze śmiechu. Natomiast u Lovecrafta znajdujemy coś takiego, że to jest po prostu zabawne albo te sytuacje są po prostu zabawne. Może rzeczywiście nie będziemy wybuchać przy tym śmiechem, ale to jest po prostu lekkie. To jest po prostu takie, że my przy tym nie podążamy w kierunku grozy, tylko właśnie pewnej takiej lekkiej wizji świata. I to jest może zaleta tej prozy. Po prostu.
[02:07:57] - Tak, w zasadzie też tak można do tego podejść. Zresztą tam jest jedno opowiadanie humorystyczne, odnoszące się do znajdującego się często w przypisach terminu „ibidem”. Więc to jest coś takiego, co owszem, jest zabawne, ale oczywiście zabawne jest na gruncie intelektualnym bardziej. To nie jest dokładnie coś, co rozśmieszy nas w stylu jakiejś groteskowości czy po prostu absurdalności sytuacji, ale jest czymś takim, co wgryzie się nam w pamięć, czy też w umysł pod kątem takim, że zrozumiemy to i uśmiechniemy się pod nosem. Tak bym powiedział.
[02:08:42] - Tak, żeby się przy tym uśmiechnąć, to w ogóle trzeba od czasu do czasu przynajmniej stykać się z tym zwrotem „ibidem” i w ogóle mieć cokolwiek wspólnego z tym. Wtedy się można ewentualnie uśmiechnąć. Natomiast dla przeciętnego człowieka, który niespecjalnie się interesuje tego rodzaju pracami naukowymi, śmieszność sytuacji jest niewielka.
[02:09:10] - Jeśli nie miał rzeczywiście nigdy do czynienia z jakąkolwiek pracą naukową i nie spotkał się z terminem „ibidem”, to ciężko będzie mu cokolwiek ogarnąć w tym opowiadaniu. Ale tutaj też jest coś takiego, o czym wspominałem w przypadku literatury wydawanej przez Dziewiątkę. O tym, co mówiłem wcześniej, że biorąc się za wydanie danych utworów, często zwracam uwagę na ich wartość właśnie taką literacką, kulturową, w jakiś sposób filozoficzną pod kątem takim, że zdaję sobie sprawę, iż niektórzy czytelnicy po prostu mogą tego nie wyłapać. I tutaj, jak wspominałem wcześniej, czasem jest mi przykro czytać recenzje takie, które krytykują książkę w tych miejscach, gdzie krytykować jej jak najbardziej nie powinny. Ale to już taki nasz świat.
[02:10:08] - Powiem tak, że w tym momencie przypominam sobie swoje masochistyczne podróże po portalu, skądinąd zacnym i jak najbardziej zasłużonym Lubimy Czytać, gdzie wybieram sobie bardziej ulubione swoje książki i czytam komentarze pod nimi.
[02:10:30] - To trochę do tego się odnoszę.
[02:10:32] - Powiem, to naprawdę jest hardcorowe przeżycie. O kilku książkach-
[02:10:38] - Właśnie przestałem chyba tam ostatnimi czasy zachodzić, bo chciałem sprawdzić w ogóle, jaki jest odzew na książki Dziewiątki. Owszem, jest sporo tych recenzji pozytywnych, co mnie ogromnie cieszy, ale te negatywne strasznie mnie załamują. Nie zawsze pod kątem tego, że ktoś pisze coś adekwatnego do naszych książek, tylko że po prostu pod tym kątem, jak ludzie naprawdę nie wiedzą, co czytają.
[02:11:08] - Tak, to jest chyba clou tego wszystkiego, bo kiedy przeczytałem w podsumowaniu jednej z książek, która jest zupełnie o czym innym, że głównym problemem czytającej było to, że autor lekceważy kobiety i nie szanuje ich odpowiednio. A książka jest, proszę państwa, zupełnie o czym innym. Zupełnie inne odniesienia, zupełnie inne kody kulturowe tam wchodzą w grę. Rzeczywiście tam się pojawiają jakieś takie, powiedzmy, z dzisiejszego punktu widzenia może rzeczy niekoniecznie correct, ale po pierwsze książka była napisana jakieś 50 lat temu, to też należy wziąć pod uwagę, a po drugie książka jest zupełnie o czym innym.
[02:12:05] - Okropną rzeczą jest też to, strasznie jestem już od paru lat przewrażliwiony na tym punkcie, kiedy coraz mocniej przykłada się uwagę do tego, że Lovecraft był rasistą. Owszem, był. Tego nie ma co ukrywać, ale to też jest kwestia właśnie tego, co wspomniałeś, Marku. Czasów, w których funkcjonował, światopoglądu, jaki wtedy miał miejsce. Nie każdy autor wybitny musi być od razu wybitnym filozofem i futurologiem, który będzie widział, że w jakimś tam odstępie czasowym jego poglądy będą już nieadekwatne do tego, jak czas i świat się zmieni. I patrzenie przez ten pryzmat na twórczość Lovecrafta wydaje mi się bardzo mocno krzywdzące po prostu zaletą jego twórczości.
[02:13:12] - Co więcej, wydaje mi się, że w ogóle patrzenie takie ahistoryczne na literaturę, na prozę Prusa, na prozę Sienkiewicza, na prozę wielu innych autorów, chociażby Marka Twaina, i patrzenie na to z punktu widzenia naszych czasów, na to, co oni pisali, jest po prostu głupie.
[02:13:37] - Ahistoryczne i to jest w ogóle-
[02:13:38] - Jest głupie, po prostu beznadziejne.
[02:13:40] - Jest głupie.
[02:13:43] - Chociażby z tego względu.
[02:13:44] - Nie można zmienić przeszłości. Nie można w żaden sposób wyrwać się z kontekstu, z korzeni, które się ma. Owszem, można je modyfikować. Zresztą świat powinien się rozwijać i to uważam za dobre. Powinniśmy dostrzegać coraz więcej rzeczy trudnych, problematycznych i starać się je rozwinąć. Dzięki temu budujemy swoją świadomość. Ale jakby Karanie przeszłości za to, jaką była, jest nonsensem.
[02:14:15] - Już nie mówiąc o tym, że kiedy czytam tego rodzaju podsumowania, tego, jak to kiedyś pisano, że pisano tak, a nie inaczej, to zastanówmy się, proszę państwa, choćby nawet Mark Twain, Prus, Sienkiewicz byli wybitnymi już nie tylko literatami, ale filozofami czy w ogóle futurologami. Czy jest w ogóle możliwe, żeby przewidzieli to, w jakim kierunku podąży rozwój naszej cywilizacji? Ja już nawet nie wstawiam tutaj kategorii ocennych: dobre, złe. Tylko czy w ogóle mieli szansę, żyjąc wtedy, kiedy żyli, robić rzut o sto lat do przodu? Nie, po prostu nie.
[02:15:09] - Ja w ogóle, Marku, myślę, że to jest jeszcze też tak, że czasem, kiedy kreuje się daną postać, daną osobowość sprzed wieków, czy nawet chociażby sprzed wieku na kogoś, kto przewidział coś, dołożył swoją cegiełkę do rozwoju danego elementu naszego współczesnego świata. Wydaje mi się, że on nawet często nie miał świadomości, że to robi. My i tak interpretujemy to z perspektywy czasu, który już minął. Tak jak będziemy oskarżać Lovecrafta o rasizm, a inną osobę traktować jako kogoś, kto zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy. Szybko kończąc, może tylko właśnie chodziło mi o to, że wszelkie reinterpretacje czyichś postaw sprzed wieków mogą być też naszym pewnym udziałem w przypisywaniu im czegoś i wcale nie musiały być czymś rzeczywistym.
[02:16:25] - Ja się po prostu zastanawiam, kiedy nasz klasyk zostanie oskarżony o tę frazę: „Kobieto puchmarny, ty wieczna istoto”. Kiedy mu się zarzuci, że w jakiś sposób lekceważy kobiety. Witaj, Wiktorze, ponownie. Witaj.
[02:16:45] - Coś nas niestety rozłączyło chwilowo.
[02:16:48] - Po prostu gdzieś tam po dwóch godzinach ktoś doszedł do wniosku, że należy Wiktora wyłączyć. Ale Wiktor się wyłączyć nie da. To jest rzecz oczywista.
[02:16:59] - Nie dosyć, że się nie dam, ale jeszcze skończę z tekstem do tego, co w tej chwili usłyszałem, bo nie słyszałem przez ostatnią minutę czy dwie minuty w ogóle niczego. I chwała Bogu. Natomiast coś à propos tego seksizmu i tej „groza jest kobietą” i tej roli męskiej i żeńskiej w naszej cywilizacji. Postawię w tej chwili swoją własną tezę. Otóż jak obserwuję współczesny rozwój dzieci, również dzięki internetowi, dzięki funkcjonowaniu w tym świecie, że tak powiem, wirtualnym, jestem zafascynowany, ale troszkę i przerażony. Postawię tutaj tezę, że los kobiet i mężczyzn jest policzony. Przyszłość będzie należała do dzieci i one będą decydowały. One będą rządziły tym światem naprawdę. Ani kobiety, ani mężczyźni, tylko dzieci. Jeszcze ta trzecia siła, że tak powiem, się nie odezwała pełną gębą, ale już niedługo grzmotnie.
[02:18:25] - To teraz ja. Rzut oka na czat. Mister Stranger pisze: „Kwestia jednolitej ceny książki to zapewne lobby dużych wydawnictw robi swoje. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł jednolitej ceny chleba. To nie ma nic wspólnego z komunizmem. To dziki, wilczy kapitalizm”. To właśnie nie wiem. Tak mówiąc szczerze, ta ostatnia teza wydaje mi się dyskusyjna, aczkolwiek niejednoznaczna.
[02:18:53] - Tak, właśnie niejednoznaczna. I to jest też to, o czym ja tutaj wspominałem, że duże wydawnictwa mają często swoje własne sieci dystrybucji i one też nie będą wtedy stratne w tym wszystkim. A mniejsze wydawnictwa, takie jak ja, żeby dotrzeć do szerszego grona czytelników, muszą jednak z tych dystrybucji korzystać. A kiedy to robimy, to już w pewien sposób oddajemy część zysku dystrybutorom. Ale to oczywiście jest normalne, bo z drugiej strony, skoro ktoś jest dystrybutorem i pozwala nam dotrzeć do innych osób, to w pewien sposób swoją dolę powinien brać. Ale właśnie w tej sytuacji, kiedy byłaby ta jednolita cena książki, myślę, że nie byłoby możliwości z naszej strony. Trudno to jakoś tak ująć jednoznacznie, ale nie mielibyśmy pola manewru w tej kwestii i to byłoby dla nas najgorsze. O ile duże wydawnictwa właściwie przeszłyby nad tym do porządku dziennego, bo jeżeli mamy hurtownię, która jest jednocześnie związana z danym wydawnictwem, to wiadomo, że jej książki, tutaj nic się nie zmienia. A w naszym wypadku musiałoby się to zmienić, bo myślę, że Te rozliczenia od jednolitej ceny książki postawiłyby nas w niekorzystnej sytuacji, gdzie rzeczywiście nasze książki po prostu nie przebiłyby się przez te duże tytuły, które zalewają rynek. I gdyby nasze książki były w tych samych cenach co inne, moglibyśmy też nie być atrakcyjni dla przypadkowego czytelnika, czyli dla dystrybutora jednocześnie.
Pozostałaby nam ta forma, na jakiej rozpoczęliśmy działalność, czyli nasz własny sklep internetowy. I to chyba tyle.
[02:21:06] - Jest to jakiś pomysł oczywiście.
[02:21:09] - My oczywiście na tym pomyśle działamy i w zasadzie myślę, że udałoby nam się przetrwać jakoś te najgorsze czasy. Chociażby z tego powodu, że Wydawnictwo Dziewięć ma też dwa... Jeżeli chodzi o model wydawniczy, o który pytano mnie wcześniej, to Wydawnictwo Dziewięć ma taką jedną specyfikę, że oprawy twarde, bardziej ekskluzywne można zdobyć tylko u nas w sklepie internetowym, a wszelkie nasze książki, które idą do dystrybucji, to są książki w oprawach miękkich. Oczywiście ja też znam wielu czytelników, którzy cenią sobie bardziej oprawy miękkie, bo im się łatwiej to czyta. Łatwiej im się z tą książką obchodzić. Jest też lżejsza w podróży, jeżeli biorą taką książkę w podróż. Ale dla wielu czytelników oprawa twarda jest dosyć istotnym argumentem na to, żeby w taką się zaopatrzyć. I taka jest dostępna tylko i wyłącznie w sklepie Wydawnictwa Dziewięć. Ewentualnie czasem zdarza się, że w zaprzyjaźnionym sklepie sf.pl też się takie pojawią.
[02:22:30] - A ja nawiążę jeszcze do tego postu Mr. Stranger, kiedy mowa o tym, że to dziki, wilczy kapitalizm. Ja sobie przypominam swoje zajęcia z liberalizmu na filozofii, kiedy wykładowca mówił o tym, jaki to fajny jest liberalizm i czytaliśmy klasyków liberalizmu. I w ogóle było fajnie, bo zakładano, że kapitalizm ma taką siłę w sobie, że wolna konkurencja i każdy każdego może tu w ogóle uróść i tak dalej. Ja zadałem wtedy jedno pytanie. Nie żebym był specjalnie genialny, ale to mi wynikało z prostej analizy logicznej. Czy to nie jest przypadkowo tak, że kapitalizm czy w ogóle liberalizm, zakładając pewną wolną grę rynkową, jednocześnie zakłada, że pewne podmioty kumulują w sobie pewne możliwości. Kumulując te możliwości, one jednocześnie wykańczają tych słabszych. Żeby skrócić cały ten wywód, dochodzi do tego, do czego doszło dzisiaj. Mamy dzisiaj korporacjonizm, czyli duże podmioty tak się umocniły, że wycinają wszystkich innych.
Mówienie o tym, że dzisiaj ktoś, kto ma ileś tam dolarów, może rozpocząć biznes i zrobi go w garażu, tak jak się często przywołuje historię Microsoftu, IBM-a i tak dalej. Proszę państwa, to są legendy, które możemy sobie oczywiście chłonąć, ale to są legendy. Tak naprawdę za każdym biznesem dzisiaj stoją poważne pieniądze i poważni ludzie, którzy mają właśnie poważne pieniądze. W związku z tym ta bajka o tym, że każdy może zrobić dzisiaj biznes i każdy może dzisiaj osiągnąć szczyt, rzeczywiście zasługuje na tytuł bajki, bo tak po prostu nie jest. I tu pod tym względem Mr. Stranger ma i nie ma racji, bo z jednej strony tak, to rzeczywiście jest jakaś forma kapitalizmu korporacyjnego, a lekarstwem, teoretycznym oczywiście, na ten korporacjonizm, na to zaduszanie nas i tak dalej, ma być... I ta recepta jest jak najbardziej socjalistyczna. Ja się gubię, mówiąc szczerze, w tym troszeczkę. W związku z tym uciekam szybko z tego tematu, bo tak naprawdę dzisiaj w naszym świecie — nie mówię o Polsce, ale mówię o naszym świecie — różnica pomiędzy lewicą i prawicą bywa tak zatarta, że czasami człowiek może mieć problemy z rozróżnieniem. I to tyle mojej takiej dosyć prymitywnej analizy politycznej.
Odejdźmy od tego, bo w gruncie rzeczy to chyba nie jest takie najważniejsze.
[02:25:35] - Marku, nie trzeba mówić o polityce. Można mówić o kulturze albo o przyrodzie. W przyrodzie istnieje taki termin jak pojęcie niszy ekologicznej. W wypadku naszym polskim, jak nasz rozmówca powiedział, to jest taki grajdoł. To jest pewna też nisza ekologiczna. Wszystko jest bardzo piękne, dopóki przyroda świata uwzględnia istnienie nisz ekologicznych i pozwala im sobie być tymi niszami ekologicznymi. Niestety są tendencje czy filozoficzne, czy polityczne, takie, które próbują
[02:26:21] - Ten świat pozbawić tych nisz ekologicznych, ujednolicić. To słowo „ujednolicić” to jest właśnie ta jednorodność. Jedna cena takiego samego profesora. Rzeczywiście, ten tak zwany straszenie, Marku, tym neo liberalizmem, żeś straszył, bo on z tym wilczym kapitalizmem nie ma nic wspólnego. Przynajmniej, bo ten klasyczny kapitalizm pierwotny, że tak powiem, pozwalał właśnie na to, żeby rozpocząć karierę w jakimś garażu albo na straganie. Natomiast dzisiaj ta nisza ekologiczna, pojęcie tej niszy ekologicznej jest rugowane, ale i tak dalej. Faktycznie to obejść.
[02:27:27] - Zdarzyło się chyba pewnie też tak, że po prostu za dużo już podmiotów podjęło takie kroki i wydaje mi się, że coraz trudniej jest właśnie nowym podmiotom gdzieś na tym rynku zaistnieć. A te duże oczywiście agresywnie bronią swoich terytoriów.
[02:27:52] - To jest to, o czym mówiłem, o tym grzechu pierworodnym kapitalizmu. Bo ten wilczy kapitalizm, który garnie do siebie i co jeszcze robi? Wycina konkurencję. I tu jest to, że tak naprawdę cechą imanentną kapitalizmu jest wycinanie konkurencji. A jeśli to rozszerzyć, to wycinać, wycinać, wycinać i czynić siebie jak największym. Do korporacji, do megakorporacji i tak dalej. Teoretycznie kapitalizm polega na konkurencji, na tym, że moja oferta, twoja oferta, która lepsza, ta zwycięża. A w końcu dochodzi do tego, że jest tylko moja, moja i tylko moja oferta, a wszystkich innych wycinamy. Dlatego tak naprawdę kapitalizm parszywieje w pewnym momencie.
[02:28:51] - Naście mnie nastraszyli teraz.
[02:28:53] - Chłopaki, ale poczekajcie. Przecież ta sytuacja, ten model doskonale tak samo funkcjonuje w kulturze. Można by było powiedzieć, że dobry pisarz, genialny pisarz uniemożliwia, że tak powiem, twórczość słabszym pisarzom.
[02:29:12] - Na szczęście to tak nie działa. Bardzo się z tego cieszę, ale to tak nie działa, Wiktorze. Raczej stety, bardzo się z tego cieszę.
[02:29:22] - Marku, działa, ale nie w wykonaniu pisarzy, tylko właśnie w wykonaniu dystrybucji.
[02:29:28] - Tak, wydawców, czasami nawet wydawców.
[02:29:31] - Tak, wydawców, którzy się żywią na tej całej pisarskiej, literackiej padlinie. Zobaczcie, w tej chwili jest ten problem. Mnóstwo ludzi zaczęło pisać. Dużo więcej ludzi pisze, niż kiedykolwiek pisało w świecie przez to, że pisanie stało się rzeczą łatwą, przyjemną, a być może my staliśmy się o wiele bardziej konsumencki.
[02:29:55] - Ja akurat mam strasznie krytyczne podejście do wielu autorów, którzy gdzieś przez to, że prowadzili swoje jakieś inne działalności i tak dalej, nagle stali się pisarzami tak znikąd. Po prostu ich książki się nagle sprzedają. Co prawda nie mieli specjalnej historii tworzenia opowiadań, brania udziału w konkursach, gdzie mogliby się zmierzyć z innymi pisarzami. Oni po prostu się stali pisarzami. I niestety i są wydawnictwa, które takie ewenementy promują i co najgorsza, to się sprzedaje. Później mamy też pewnego rodzaju pułap literacki, który staje się dla niewyrobionych czytelników pewną normą i jeżeli coś nie współgra z tym, co napisała taka osoba, staje się to złą literaturą. Ileż jest przecież złych recenzji Dawida Kaina, Wojtka Guni czy też innych. Ja tutaj akurat mówię o swoim Grajdołku, ale też innych pisarzy, innych wydawców, którzy są jak najbardziej świetni, znakomici, których trzeba docenić. Ale recenzje później się pojawiają negatywne z tego powodu, że pewnego rodzaju przeciętny autor staje się nagle wyznacznikiem stylu. I to jest koszmarne dla mnie.
[02:31:29] - Tak, rzeczywiście. To rzeczywiście jest koszmarne. Za chwilę opowiadanie Wojciecha Guni „Syn”, ale zanim to opowiadanie, to pytanie z czata. Mr Stranger pyta: „Jak w przypadku Wydawnictwa Dziewięć wygląda kwestia debiutów literackich?”
[02:31:57] - W sensie takim czy wydajemy? Wydajemy.
[02:31:59] - Tak, jak najbardziej.
[02:32:00] - Wydajemy. To zresztą już się chyba u nas pojawiło. Jeżeli nie, to się z pewnością pojawi.
[02:32:10] - Chociażby Marta Sobiecka.
[02:32:12] - Tak, Marta Sobiecka. Mamy jeszcze Mikołaja Manickiego. To jest nasz najświeższy nabytek. Jeszcze się nim nie chwaliliśmy na mediach społecznościowych, ale to jest autor, który stał się jednym z pięciu wybranych autorów do antologii Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej, którą też wydajemy w tym roku. Okazało się, że jego powieść bardzo współgra z naszym modelem wydawniczym. Jest to też powieść pasjonata i całkiem zajawionej osoby na punkcie tego, co tworzy. I to będzie powieść science fiction, powieść o takich rzeczach, jak tutaj wspominaliśmy, kapitalistycznych, bo to będzie książka o pewnej kopalni na jednej z planet, która przez to, że wydobywa się tam bardzo ważną rudę, staje się obiektem zainteresowania wielu różnych krajów i korporacji. Więc to też będzie jednocześnie polityczne, ale jednocześnie hard SF. Wydajemy więc debiutantów, ale tutaj jest jedna ważna rzecz. My jesteśmy małym wydawnictwem.
Jeżeli chodzi o oczekiwanie na naszą odpowiedź tak lub nie, bywa to koszmarnie długi czas. Nie jesteśmy w stanie — bo w dużej mierze ja też podejmuję osobiście te decyzje ostateczne nad tym, czy wydamy jakąś powieść, czy nie — przejrzeć, przeczytać i zapoznać się tak naprawdę dobrze z książkami, które do nas przychodzą. Ja tak naprawdę w tej chwili mam około 150 propozycji wydawniczych, które są dla mnie zaległościami. Więc wydajemy debiutantów, ale też prosimy ich o cierpliwość, jeżeli chodzi o kontakt z naszej strony, bo ciężko jest w jakikolwiek sposób podjąć decyzję, kiedy z książką się nie zapoznałem. Mogę oczywiście przeczytać jej streszczenie i może wydać mi się ono fascynujące bardziej lub mniej, ale tak naprawdę muszę później sprawdzić styl napisania tej książki. I jeżeli pomysł wydaje mi się ciekawy, muszę się też zapoznać z nią jeszcze dalej, bo pomysł, styl to nie wszystko. Prowadzenie narracji też jest pewną sztuką. Książka składa się tak naprawdę z wielu elementów, na które trzeba zwrócić uwagę. Co do debiutantów, to jeszcze muszę tutaj wspomnieć o Radomirze Darmile, o którym mówiłem wcześniej. „Świat bez świtu” to też jest pierwsza książka tego autora.
Mimo że debiutował opowiadaniami w różnych czasopismach, to jego debiut literacki, taki poważniejszy, miał miejsce w Dziewiątce. I to jest właśnie to, o czym tutaj mówiłem. Ja wcześniej tak z natury uznałem, że nie będziemy wydawać fantasy. Ale Radomir Darmiła i jego powieść po prostu zrobiły na nas takie wrażenie, że złamałem ten swój pakt . Więc nie jest tak, że odrzucamy coś zupełnie bez przeczytania, ale po prostu musimy się z tym zapoznać, a to zajmuje nam dużo czasu. Niestety przy takiej ilości propozycji jest to bardzo trudna sytuacja.
[02:36:06] - A „Ciemna strona księżyca”?
[02:36:10] - Grzegorza Gajka?
[02:36:11] - Tak.
[02:36:14] - „Ciemna strona księżyca” Grzegorza Gajka to była powieść, którą przeczytałem lata temu. Nie do końca to był debiut. To była druga książka. Pierwszą książką Grzegorza Gajka było „Szaleństwo przychodzi nocą”. Druga książka to właśnie była „Ciemna strona księżyca” z tych, które on wydał. „Ciemna strona księżyca” zafascynowała mnie ogromnie. Kupiłem ją od samego autora w 2012 roku na konwencie Krakon, ostatnim, który odbył się z tej serii konwentów. Stałem się też dzięki temu fanem autora. I tutaj znów przechodzimy do tego elementu, co wspominałem w związku z Wojciechem Gunią. Kiedy zafascynowałem się utworami autorów, których znałem wcześniej, wiadomo, że z czasem chciałem dążyć do pewnej znajomości z nimi, do dopytania się ich o pewne szczegóły ich książek.
To była też taka relacja, można powiedzieć, fana z autorem. A że z fana stałem się wydawcą, postanowiłem też „Ciemną stronę księżyca” wydobyć z mroków niepamięci literackiej. Zresztą książka była wydana w bardzo nikłym, stuegzemplarzowym nakładzie, z tego, co pamiętam. A poza tym nasze wydanie „Ciemnej strony księżyca” zawiera też opowiadania, które Grzegorz Gajek dopisał do całego tego uniwersum. Więc chciałem jednocześnie pozwolić autorowi na to i sobie też, żeby przedstawić całość tej historii.
[02:37:56] - Ja myślę, że teraz jest dobry czas, żebyśmy posłuchali Tego zapowiedzianego przeze mnie opowiadania Wojciecha Guni „Syn”.
[02:38:08] - Wojciech Gunia „Syn”. Urodziłeś się. Pamiętam. Na pewno się urodziłeś. Kto mógłby zapomnieć? Ile jest podobnych chwil, kiedy groza przenika się z radością, a strach z oczekiwaniem. A później tyle szczęścia. To cukierkowa sielanka, która wyłania się z niezmierzonych odmętów banału, by ostatecznie odkryć dziwną tajemnicę. Urodziłeś się. Pamiętam dobrze.
A potem gdzieś zniknąłeś. Nie wiem, kiedy to się stało. Być może wtedy, gdy ścigałeś unoszący się ku niebu latawiec. A może zwykły balonik wypełniony helem, takim w kształcie postaci z kreskówki, jaki zawsze kupowaliśmy ci podczas sobotnich spacerów. Chwyciłeś sznurek w drobne, ale silne już palce i nie chciałeś puścić, a wiatr uniósł ciebie i balonik ponad chmury. Nie wiem, tylko zgaduję. Nie zauważyłem tego. Równie dobrze mogliśmy się bawić w chowanego w naszym wielkim domu wypełnionym setkami zabawek, śmiesznymi bibelotami, ciuszkami, pieluchami, słoiczkami. Tymi wszystkimi akcesoriami, w które obrastało to, co stanowiło sens naszego życia. Być może chciałeś się dobrze schować, a my odliczaliśmy zbyt długo.
Daliśmy ci aż nadto czasu na znalezienie dobrej kryjówki i któryś z przepastnych zaułków korytarzy naszego domu, jeden z zapomnianych pokojów albo schowków przyjął cię do siebie. Ale to wszystko co najwyżej sentymentalne dopowiadanie sobie ckliwej metafizyki. Szukanie rozwiązań tyleż kojących, co nonsensownych. Gdybyś zauważył, że wiatr nie chce uwolnić ze swoich objęć latawca lub balonika, odpuściłbyś. Gdybyś zauważył, że nie możemy cię znaleźć w labiryncie naszego domu, wyszedłbyś. Tymczasem zniknąłeś. Niepostrzeżenie wyparowałeś. Byłeś, a po chwili już nie. Dlatego muszę sobie powtarzać, że przyszedłeś na świat. Dlatego muszę sobie wmawiać, że to nie był sen.
Przecież wszystko zdawało się tak realistyczne, tak namacalne. Twój zapach i głos. Kiedy myślę o tych chwilach, kiedy byłeś przy nas, nie uderza mnie żadna dziwność, żaden nietypowy szczegół, który mógłby podważyć twoje istnienie. Mimo wszystko po prostu nagle cię zabrakło i nie mam pojęcia, jak i kiedy to się stało. Czasami wydaje mi się, że dostrzegłem cię zaledwie przed chwilą, że mignąłeś gdzieś obok, że przez ułamek sekundy widziałem, jak skręcasz w jeden z długich, pustych korytarzy. Biegnę, sprawdzam, ale nikogo tam nie ma. Tylko cisza, tylko pusta przestrzeń. Tylko ta wielka nieobecność. A jednak czasami nas odwiedzasz. Przychodzisz, jak gdyby nigdy nic.
Uśmiechamy się wówczas i pielęgnujemy cię. Karmimy, myjemy, pokazujemy nowe zabawki. Nie wiemy, czy ci się podobają, czy nie. Tkwisz na dłoni w bezruchu. Tylko czarny odwłok połyskuje w świetle lampki. A kiedy mija dostatecznie długi czas, wymykasz się błyskawicznie. Uciekasz i szybkim ruchem czarnych nóżek znikasz pod szafą, pod łóżkiem, za boazerią. Czasem po prostu siedzisz tak na fotelu, a twoje lakierowane boki połyskują. Być może wówczas chcesz coś nam powiedzieć. Usiłujemy to wyczytać z liter widniejących na twoim sześciennym kształcie, ale one nie składają się w żadne słowa.
Zresztą to nie ma znaczenia. Śmiejemy się wówczas do łez. Kiedy wymawiałeś pierwsze wyrazy, też nie mówiłeś nic konkretnego, a było to tak nieporadnie rozkoszne. Kto wie, może teraz jest podobnie. Nieraz, kiedy oglądamy twoje zdjęcia, słyszymy, jak cicho i rytmicznie tykasz na ścianie, pieszcząc wskazówkami kolejne cyfry. Zdejmujemy cię wówczas i delikatnie myjemy, napominając, że chłopcy muszą pilnować higieny. Czasami widzimy, że jesteś na zewnątrz. Wtedy wyglądamy przez okno, jak przetaczasz się po niebie. Twój kształt się przeobraża, ale wiemy, że to ty, więc machamy do ciebie. Krzyczymy tacy dumni i szczęśliwi, że możemy cię oglądać.
Najtrudniejsze są chwile, kiedy pokazujesz nam, jak bardzo nie masz chęci do zabawy, jak odległy jesteś myślami od naszej tęsknoty. Posadzony na huśtawce natychmiast spadasz, otwierając się na przypadkowej stronie. Puszczamy ci bajki, ale jesteś zainteresowany jedynie okruchami chleba wysypanymi za okno i po chwili odlatujesz. Kiedyś chcieliśmy rozebrać cały nasz dom kawałek po kawałku, cegła po cegle, aż do fundamentów, ale uświadomiliśmy sobie, że tak naprawdę, aby cię odnaleźć, musielibyśmy rozebrać cały świat, przemielić w palcach każdą grudę ziemi, z której składa się ta mała planeta, rozłożyć ją na czynniki pierwsze, na atomy. Nie jesteśmy leniwi. Po prostu zdajemy sobie sprawę z tego, że nie starczy nam czasu. Na razie zadowalamy się tym, co jest. Czekamy, obserwując swoje zmarszczki, siwiznę, drżenie rąk, coraz bardziej zgarbione plecy, wykręcające się palce. Czekamy, bo wiemy. Z całą pewnością wiemy, że pewnego dnia do nas wrócisz.
[02:44:12] - Jeśli mogę skomentować to opowiadanie, to tylko jeden komentarz przystoi temu opowiadaniu. Piękne opowiadanie, ale przy okazji taka refleksja mnie naszła, bo kiedyś jako dziecko — oczywiście jak wszystkie dzieci — bawiłem się w chowanego i kiedyś schowałem się przed grupą moich rówieśników w taki sposób, że w żaden sposób nie mogli mnie znaleźć. W końcu zrezygnowali, gdyż przeszukali absolutnie wszystkie miejsca dostępne i stwierdzili, że nie ma takich miejsc, w których mógłbym się schować. Ale ja byłem schowany. Nie pamiętam dokładnie, jak ta historia się rozwinęła, natomiast zapamiętałem jedno wrażenie, które miałem. Poczułem, że nie mogę się znaleźć. Sam się nie mogę znaleźć. Otóż problem był w tym, że oczywiście mogłem dać głos, ale nie mogłem wyjść z tego ukrycia, w którym się ukryłem. Tak. Nie mogłem wyjść.
Gdybym dał głos, to bym zdradził mój pomysł na ukrycie, więc tkwiłem w tym. Dzieciaki po tego krzyczały, wołały. W końcu się rozeszły i zostawili mnie. Nie pamiętam, jak ja stamtąd wylazłem, ale w każdym razie ten problem z tym, że sam nie mogę wyjść z ukrycia, w które się wpakowałem, był bardzo piękny. Prawie jak to opowiadanie.
[02:45:58] - To właśnie faktycznie taki guniowy klimat, mógłbym powiedzieć, bo te gunia właśnie czegoś takiego dotyka. Takie niby nic, ale nagle pojawia się coś w tym naszym świecie, co nas paraliżuje.
[02:46:12] - Perfekcyjna niedoskonałość. Czyli tak naprawdę Wiktor schował się tak znakomicie, że właściwie zepsuł całą zabawę. Bo cała zabawa w chowanego polega na tym, że się znajduje tych, co się schowali, a nie, że się ich nie znajduje. Nieznalezienie chociażby jednego Wiktora powoduje, że cała zabawa się, mówiąc brutalnie, rozpierdziela.
[02:46:39] - Jeżeli teraz Wiktor mówi o tym-
[02:46:41] - Literatura, tak.
[02:46:43] - A tutaj Wiktor mówi o tym, że schował się tak, że nie mogli go znaleźć i się wszyscy rozeszli, to w tych czasach by to pewnie się nie stało, tylko by zaraz przyjechała policja i byłby w poszukiwaniach.
[02:46:54] - Dokładnie.
[02:46:56] - Ale trzeba zwrócić uwagę na to, że też jak dawniej traktowało się takie rzeczy. Bardzo możliwe, że wtedy, kiedy Wiktor schował się właśnie w takim miejscu, że nikt go nie mógł znaleźć, to pewnie wszyscy pomyśleli sobie: „A, poszedł, olał nas”. I to było takie normalne, że wcześniej nie zwracano na takie rzeczy uwagi. A teraz jest tak, że bardzo często reaguje się na takie rzeczy panicznie. Z tego też powodu, że jednak dużo takich faktycznie tragicznych sytuacji miało miejsce i człowiek się o nich dowiadywał. Dawniej tego się nie odczuwało. Tak przynajmniej ja sądzę. Chociażby pod tym kątem patrząc, że jak byłem dzieciakiem i to faktycznie w podstawówce, tak naprawdę chodziliśmy wokół miasteczka, w którym mieszkałem. Mieliśmy pełno lasów, jakichś gór, tam był kamieniołom i my żeśmy chodzili po tych wszystkich miejscach. Nie mieliśmy oczywiście telefonów komórkowych.
Rodzicom tylko mówiłem, że idę do lasu. Jak poszedłem do lasu, to poszedłem do lasu. Ale gdzie do tego lasu? Bo tego lasu było naprawdę wokół tego miasteczka bardzo dużo. Było to bardziej naturalne, ale dzięki temu wydaje mi się, że przynajmniej my, jako młodzi ludzie, uczyliśmy się bardziej odpowiedzialnego zachowania. Tak sobie to tłumaczę teraz z perspektywy czasu. To jest też taka ogromna różnica między tamtym czasem, jaki jeszcze przeżywało się przed tą całą mocną cyfryzacją, jaką mamy do tej pory, a jak jest teraz.
[02:48:36] - To jest fascynujące, co przed chwilą usłyszałem, bo w jednej z audycji z tego tygodnia, audycji poświęconej literaturze dziecięcej, którą prowadzi Krystyna Śmigielska, Book Radio, usłyszałem opowieść. Tytuł audycji to był „Spacer ulicą Pawła”. To było wspomnienie o książce, którą właściwie chyba wszyscy znają, oczywiście do pewnego pokolenia, a mianowicie „Chłopcy z placu broni”. Ona w oryginale nazywa się właśnie „Chłopcy z ulicy Pawła”. W polskim przekładzie „Chłopcy z placu broni”. O co tak naprawdę chodziło w tej książce? Czy o co chodziło w tym wywodzie? Otóż dzisiaj, kiedy dzieci czytają książkę „Chłopcy z placu broni”, wzruszają ramionami. Przecież to jest wszystko niemożliwe. Dzieci po lekcjach idą gdzieś, kręcą się po parkach, jakieś organizują paczki.
Przecież dzisiaj dzieci odwozi się do szkoły, przywozi się ze szkoły, odwozi się na zajęcia dodatkowe, przywozi się z zajęć dodatkowych. Jakie wyjścia? Jakie bieganie po parkach? Jakie chodzenie do stawu jak Nemeczek i tak dalej. Te opowieści, które w tej książce są zawarte z punktu widzenia dzisiejszych dzieciaków są prawie science fiction. To jest niemożliwe.
[02:50:24] - To trochę jak w opowiadaniu Dawida Kaina hoduje się pewne istoty, można powiedzieć.
[02:50:34] - Jak? Po zmroku, wieczorem ktoś wychodzi, jakieś dziecko. To w ogóle niemożliwe jest i same dzieci to wiedzą. Czyli coś się zmieniło. Coś się bardzo zmieniło.
[02:50:49] - Nawet można powiedzieć w ciągu dwóch pokoleń.
[02:50:55] - Tak, to prawda. Jakżeż dzisiaj rodzice mogą sobie wyobrazić dziecko z kluczem na szyi?
[02:51:05] - Pewnie.
[02:51:06] - To w ogóle absolutnie niemożliwe. To zbrodnia przeciwko byciu dzieckiem. To jest w ogóle niemożliwe.
[02:51:16] - Tu chłopaki, ja was przywołam do porządku. Tak, ale wcale się to tak bardzo nie zmieniło. Zmieniło się od tej strony, o której my mówimy tu w tej chwili. Natomiast dalej dorośli nie mają absolutnie kontroli nad tym, gdzie dziecko sobie spaceruje po lekcjach, bo to dziecko spaceruje po jakimś świecie w Diablo albo w jakiejś innej grze. To są ich w tej chwili sfery, w których się te dzieci poruszają. One właściwie są tak samo tajemnicze dla tych dzieciaków, tak samo głębokie, jak kiedyś były te kamieniołomy.
[02:52:07] - Ja mam pewien problem kolejny, który postawię, a mianowicie to ostatnio się pojawiło w moich kontaktach, nazwijmy to biznesowych, chociaż to brzmi bardziej poważnie niż w istocie to wygląda. Jak to jest ze zbiorami opowiadań, które się na rynku pojawiają? Bo ja coraz częściej słyszę, że zbiory opowiadań się nie sprzedają, a już w ogóle się nie sprzedają, jeśli są audiobookami. Teraz oddaję głos naszemu gościowi. Jak to jest z jego punktu widzenia?
[02:52:48] - W przypadku audiobooków rzeczywiście może mieć to gorsze przełożenie. audiobook to jednak jest pewien rodzaj— ja sam też w ogóle lubię, uwielbiam audiobooki, słucham audiobooków i jednak słuchanie takiej spójnej historii jest być może czymś bardziej fascynującym. I zresztą audiobooki to jest też trochę inny rynek, bo jednak czytelnik książki to jest osoba, która ma za sobą jakieś wyrobienie pod kątem tego, że wiele rzeczy przeczytała, wiele rzeczy już spotkała. Audiobooków często słucha się trochę gdzieś na boku tego czytelnictwa, aczkolwiek jest też spora grupa osób, która faktycznie książek nie czyta, ale audiobooków słucha. I to jest też fascynujące i ciekawe. Audiobooki jako opowiadania może się nie sprawdzają, ale sprawdzałyby się pewnie jako coś w rodzaju serii, bo audiobooka też pewnie trzeba umieć sprzedać. Tak mi się to przynajmniej wydaje, że trudniej jest sprzedać audiobooka jako jedną pozycję, jako zbiór opowiadań, a bardziej by się mogło udać sprzedać jako pewien cykl, który by można było nawet prezentować co jakiś czas. Z kolei ogólnie rzeczywiście na rynku wydaje mi się, że jest takie przełożenie, że zbiory opowiadań sprzedają się gorzej, że jest to mniej atrakcyjne dla czytelników. Ludzie wolą się zatopić w jakiejś powieści. Zresztą do niedawna bardzo często spotykałem się z opowieścią, że im dłuższa książka, to tym lepiej się sprzedaje, chętniej ludzie ją czytają.
Ja oczywiście jestem raczej zdania, że takie kolosalne powieści w stylu 600 stron to są jednak powieści trochę zaporowe, przynajmniej w czasie takim, jakim żyjemy, gdzie jednak trochę tego czasu nam zabierają różne inne zajęcia codzienne. Więc taka książka, gdzie ma 300, maksymalnie 400 stron jest dla mnie idealną. Jednak wracając do meritum sprawy, to faktycznie zbiory opowiadań cieszą się mniejszym wzięciem niż powieści. Tutaj akurat jestem trochę tym zaskoczony i zresztą w ogóle bardzo smucą mnie komentarze osób gdzieś z mediów społecznościowych, które na przykład komentują, że: „Zbiór opowiadań nie czytam, nie dla mnie” albo coś w tym stylu. To jest strasznie krzywdzące i strasznie też takie, można powiedzieć, ograniczające czytelnika z tego powodu, że przecież zbiory opowiadań to są bardzo często znakomite rzeczy, które potrafią wywrócić nas do góry nogami. Udało nam się to w przypadku Wszystkich grzechów korporacji „Somnium” Dawida Kaina czy też w przypadku Wojciecha Guni i jego „Powrotu”. To są chociażby te teksty podstawowe, o których dzisiaj już rozmawialiśmy, które czytelników zachwyciły i pokazują, że warto na zbiory opowiadań po prostu zwracać uwagę. Takie jest moje zdanie.
[02:56:45] - Okej, a teraz mam właściwie komentarz z czata, a właściwie kilka komentarzy. Pierwszy z nich, Mr. Stranger, odnosi się do wcześniejszej części naszej dyskusji: „Tak to jest, jak kapitaliści zaczynają używać socjalistycznych narzędzi.” Bez komentarza, ale dużo prawdy w tym wszystkim. Dalej Chris: „Dobry wieczór, pozdrawiam redakcję i Korsarza. Wydawnictwo Dziewięć robi bardzo dobrą robotę. Pozycje książkowe nie schodzą z wysokiego poziomu.” To trochę miodu dla naszego gościa na serce, a jednocześnie to jest chyba dobry moment, żebyśmy posłuchali naszego felietonisty. Tym razem się na pewno uda. Zatem Tomek Fąs i jego felieton.
[02:57:50] - Kreacja paidokratyczna. Po co komu jeszcze w dzisiejszym świecie są dzieci? Lub może prościej należałoby zapytać, w którym dokładnie momencie ich posiadanie stało się całkowicie zbędne. Spotkałem się z dwiema teoriami. Jedna głosi, że ostatni racjonalny argument na posiadanie dzieci przestał obowiązywać w momencie ustanowienia spójnego, sensownego systemu opieki socjalnej, systemu rent, systemu emerytur, generalnie finansowego bezpieczeństwa na starość. Inna, równie ciekawa teoria głosi, że już ostatnim decydującym momentem, odbierającym wszelką racjonalność w posiadaniu potomstwa, był moment wynalezienia pilota do telewizora. Pozostają nam zatem argumenty emocjonalne, z których do mnie najbardziej przemawia ten, że posiadanie dzieci ma sens, ponieważ dobrze jest mieć w swoim otoczeniu, najlepiej najbliższym, kogoś od siebie głupszego. Tylko wiecie państwo, z tą genetyką to różnie bywa. Czasem lepiej nie ryzykować. Może bezpieczniej byłoby jednak zdecydować się w tym przypadku na psa na przykład.
Zresztą nawet zakładając, że z genami się poszczęści i dziecko rzeczywiście trafi się głupsze od rodziców, to system społeczny bardzo utrudnia odczuwanie tego faktu, ponieważ nijak nie jest dzisiaj wskazane wykazywać dziecku, że jest jakkolwiek głupsze od dorosłego. Wszelkie formy presji, czy to fizycznej, czy nawet psychicznej, są już bardzo surowo zakazane. Także system oceniania szkolnego, jakieś obiektywne kryterium tej wiedzy jest coraz bardziej kwestionowane. Mówi się o szkole bez ocen, o wspierającym wychowywaniu, wspierającym nauczaniu, które ma raczej afirmować niż konfrontować z oceną, z wyzwaniem, z zadaniem frustrującym. „You was the last winner” śmiał się George Carlin, komentując politykę wychowawczą. To ostatnie dziecko, które w rywalizacji wypadło najgorzej, było tym ostatnim zwycięzcą, a nie w żadnym wypadku przegranym. Nie kimś głupszym, gorszym. To nie byłoby właściwe. Dzieci muszą czuć się mądre, muszą czuć się kompetentne. Muszą być przecież wspierane, zachęcane do posiadania własnego zdania, własnego przedstawicielstwa.
Zresztą z jednej strony czyni to nasza kultura, nasz system prawny, z drugiej też świat, który oferując proste interfejsy pozwala każdemu czuć się kompetentnym chociażby w obsłudze komputera na przykład. A przez komputer także już większości innych urządzeń domowych. Znikają obiektywne kryteria mądrości. Znikają ludzie, którzy rozumieliby te kryteria. Zatem kiedyś człowiek mądry to był człowiek, który coś wiedział, coś potrafił, miał jakiś zasób informacji, wiedzy, umiejętności. Dzisiaj przeważnie za człowieka mądrego przywykło się uważać osobę, która posiada odpowiednie poglądy. Odpowiednie znaczy przeważnie zgodne z naszymi, bo wiadomo, że przecież my jesteśmy mądrzy i skoro ktoś uważa tak jak my i uważa za głupich tych, z którymi się nie zgadzamy, to na pewno jest osobą mądrą. I to jest dzisiaj kryterium mądrości powszechnie rozumianym. Natomiast wiedza, kryterium obiektywne, jakiś punkt odniesienia, logika to są, proszę państwa, rzeczy trudne, rzeczy coraz mniej w świecie obrazkowym sensowne i potrzebne, a także obiekty jakoś niebezpieczne, ryzykowne. Przecież chodzi o to, aby każdy mógł, powinien mieć podmiotowość, mieć swoje zdanie, mieć swój punkt widzenia.
Tymczasem jeżelibyśmy wprowadzili jakiś obiektywny system informacji, wiedzy, wartości, punktu odniesienia, logiki, to logika mogłaby być wyzwaniem dla posiadających własne zdanie, bo ktoś w odniesieniu do tej logiki mógłby im na przykład udowodnić, że się mylą. A więc trudniej byłoby mieć własne zdanie. Być może trzeba by je było zmienić, ugiąć się pod siłą argumentu. A przecież wówczas nie byłoby to już zdanie nasze. Dlatego społeczeństwo racjonalne nie może być społeczeństwem demokratycznym. Bo cóż to za demokracja, skoro ja nie mogę mieć własnego zdania, tylko podlegam jakiemuś systemowi logicznemu, jakiejś wiedzy? O ileż trudniej podejmować decyzje, jeżeli są kryteria. Jest przewaga humanistyki szeroko rozumianej, że każdy pogląd istnieje, natomiast w matematyce istnieje tylko taki pogląd, który daje wynik zgodny z prawami. Im bardziej ścisła wiedza, tym mniej poglądu, a więcej wyniku, który musi się zgodzić albo rozumowanie nie jest poprawne. A zatem lepiej wiedzy ścisłej unikać.
Widzimy to na każdym kroku. Widzimy, jak coraz bardziej memiczna staje się nasza rzeczywistość, coraz bardziej upraszczamy. Palimy księgi, co coraz częściej nam się pojawia. Tak chociażby w ostatnich „Gwiezdnych wojnach”, ostatniej części cyklu. Mistrz Yoda pali księgi. Wszak nie są nam już one potrzebne do niczego. Jakże dużo jest tej symboliki w popkulturze. A czemu ja państwu o tym wszystkim mówię? Bo natrafiłem gdzieś tam po internetach ostatnio. Popularna osoba, to nawet chyba nie 10-, chyba jakaś 9-latka, która wykonała utwór rymowany, śpiewany na temat tego, jak bardzo nie podoba jej się domowa edukacja i jakieś tam regulacje rządowe.
Krytykuje władzę. Generalnie krytykowanie władzy jest uważane za mądre. A więc 9-latka przebijająca na głowę słynną miłośniczkę klimatu i przeciwniczkę dwutlenku węgla, niemal noblistkę, też niepełnoletnią. Nasza bohaterka ją przebija. I dlaczegóż właściwie 9-latka wykonująca utwór krytykujący władzę nie miałaby stać się autorytetem moralnym, a może wręcz intelektualnym? Powiedzcie mi państwo, dlaczego właściwie nie?
[03:04:38] - Dlaczego właściwie nie? Dlaczego? Okej, jak to zwykle Tomek Fąs wsadził kij w mrowisko i teraz żyjcie państwo z tym po prostu. A do naszego gościa kolejne pytanie. Zaczęliśmy gdzieś podstępnie na początku audycji od tego, że autor również poza tym — właśnie zdradziłem się, freudowska pomyłka — był również autorem, czyli tworzył. Czy autor dalej tworzy? Czy jest autorem?
[03:05:19] - Nie, obecnie już nie. Będzie krótka odpowiedź.
[03:05:23] - Ale aby na pewno nie? Czy to jest taka ucieczka przed pytaniem?
[03:05:31] - Nie. W tej chwili akurat już od wielu lat na innych rzeczach się skupiłem, tak by można było powiedzieć. Bo jednak bycie autorem wymaga skupienia na pewnych czynnościach, które powinno się w tym względzie wykonać. A w moim przypadku ostatnim tekstem, który napisałem, było opowiadanie, które ma miejsce w „Mapie cieni. Galeria dziewięciu mrocznych obrazów” i tak naprawdę jest też pewnego rodzaju przerobieniem jednej z płyt zespołu Korsarz. Bo wtedy, kiedy tworzyłem utwory muzyczne i swoje własne płyty, one miały też bardziej charakter taki literacki i nawet czasem fabularny. Więc jedną z tych płyt przerobiłem na opowiadanie, jako że cały pomysł wydał mi się interesujący i fajnie było go, jak tutaj wspomniałem, przerobić. Ale od tego czasu już nie, bo nie mam nawet na to czasu, szczerze powiedziawszy.
[03:06:44] - Dobrze. Przyznaję się jednak do pewnego braku profesjonalizmu, bo nieodpowiednio podszedłem naszego gościa. Teraz postaram się naprawić sprawę. Czy w głowie naszego gościa jakieś takie historie kiełkują, czy gdzieś się pojawiają? Czy gdzieś taki powrót jest możliwy?
[03:07:12] - Powrót wydaje mi się możliwy, to faktycznie. Aczkolwiek ja też byłem bardziej, jeżeli chodzi o autora, to autorem poetyckich tekstów i bardziej właśnie liryk do muzyki niż opowiadań. Z prozą miałem zawsze więcej problemów i z pewnością bardziej sprawdzam się jako wnikliwy i zgryźliwy redaktor niż sam twórca, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo dużo elementów trzeba spełnić, żeby dobry tekst napisać. I wydaje mi się, że też nie do końca mam na to w tej chwili czas i głowę. Aczkolwiek jest tak, że coś czasem gdzieś tam się kołacze po tej łepetynie, że tak powiem, i być może, nie wykluczam, kiedyś coś rzeczywiście napiszę. Ale to będzie musiało być coś, co wykracza poza rzeczy, które poznaję i poznałem. Więc wykroczyć poza to z pewnością będzie trudno. Łatwiej jest zdecydowanie wtedy, kiedy jest się młodszą osobą i jeszcze wiele rzeczy do poznania nam zostaje. A wtedy, kiedy już sporo się poznało, to wydaje mi się, że trudniej jest coś nowego wymyślić.
[03:08:39] - Wiktorze?
[03:08:39] - Marku, ja muszę tutaj powiedzieć coś, co zawsze powinno brzmieć przy pytaniach do autorów z twojej strony. Otóż ludzie sztuki, że tak powiem, czy w ogóle ludzie, którzy się jakąś twórczością parają, zwykle robią to, rzadkie wyjątki są, gdy robią to dla biznesu. Zwykle robią coś, co ich bawi. Bo my jesteśmy rzeczywiście, w Polsce są dziećmi wszyscy twórcy, od matematyków i fizyków aż po literatów współczesnych sięgając. Okaże się, my jesteśmy dziećmi i robimy to, co nas bawi. Jeśli nas coś przestaje bawić, to zwyczajnie tego nie robimy. A mamy inne zabawy do zabawy. To nie zmienia faktu, że dalej pozostajemy dziećmi, bo jeżeli nam się coś zechce znowuż pobawić, to znowuż coś napiszemy, że się pobawimy, ale to jest coś. I tak dalej.
[03:09:55] - Może to dlatego teraz przekładam to na trochę inny grunt, gdzie chcę wydawać książki, które mnie zafascynowały. I robię to od tej strony.
[03:10:10] - Bo to jest fascynująca również zabawa wykreować jakiegoś człowieka, puścić w świat coś, co by przeszło bez echa gdzieś tam i tak dalej. To jest cudowna zabawa. Tylko że trzeba na to wpaść.
[03:10:29] - To ja tak przy okazji. Ostatnio trafiłem na zbiorek wydany przez wydawnictwo MAG. Lafferty'ego „Najlepsze opowiadania”. I to jest moim zdaniem kwintesencja tego, jak można bawić się literaturą. Nie wiem, czy ten zbiorek osiągnie dobrą sprzedaż, czy on będzie przechwycony i będzie rozczytywany na śmierć, ale naprawdę warto po niego sięgnąć. Już kiedy ukazywała się klasyczna antologia „Kroki w nieznane” pod redakcją Jęczmyka w latach 70. Lafferty tam gościł na łamach tej antologii. Dzisiaj ukazała się w wydawnictwie MAG. Dzisiaj, w zeszłym roku ukazała się w wydawnictwie MAG i warto po tę książkę sięgnąć. Podobnie zresztą jak warto sięgnąć po książki naszego dzisiejszego gościa, wydawnictwa, które prowadzi, ponieważ bogactwo, które oferuje to wydawnictwo jest, pewno powinienem powiedzieć, że jest zadziwiające.
Mnie w ogóle nie dziwi to, że to bogactwo jest. Bo ponieważ wydawnictwo, które powstaje z fascynacji, które powstaje z pasji, takie właśnie musi być i to jest moim zdaniem nie wiem, czy dobre, ale adekwatne podsumowanie tego, co dzisiaj w audycji staraliśmy się państwu przekazać. To jest chyba dobry moment, żebyśmy oddali głos naszemu gościowi na tak zwane ostatnie słowo.
[03:12:12] - No to cóż, to chyba była pierwsza audycja, która mnie faktycznie przemaglowała tak absolutnie. Cieszę się, że mogłem być gościem Radia Paranormalium. Trzy godziny to faktycznie spory czas, podczas którego opowiedziałem chyba o większości z tych rzeczy, które są najważniejsze dla Wydawnictwa IX. Z pewnością wiele pominąłem, wielu autorów też może naszych przemilczałem. Zdarza się tak, kiedy już ma się pewnego rodzaju za sobą historię. Cieszę się, że właśnie mogliśmy też na te tematy porozmawiać i bardzo cieszę się z tego, że dzięki tej audycji w pewien sposób też wróciłem do tych wspomnień, o których na co dzień nie myślę i które nie do końca ze mną są obecnie. Można powiedzieć, że w pewien sposób trochę melancholijnie tutaj udało mi się wrócić do czasów tego dzieciństwa, o którym tak właśnie rozmawialiśmy. I mam nadzieję, że nasze książki rzeczywiście trafią do jak największej liczby pasjonatów literatury, fantastyki i grozy.
[03:13:42] - Ja tylko jeszcze dodam, że gościem Radia Paranormalium oraz Book Radia. Dzisiaj na żywo w Book Radio, w poniedziałek z tego, co się orientuję, z taśmy, prawda Marku?
[03:13:54] - Tak, to prawda. O 20:00 zapraszamy. Nie, dzisiaj ci, co słuchali, to już ich nie zapraszamy, ale rozumiem, że mamy stałe grono słuchaczy. W poniedziałki o 20:00 to będzie w radiu Book Radio premiera. No i cóż, wtedy jeszcze raz będziemy do państwa mówić.
[03:14:15] - No cóż. Tak, proszę.
[03:14:18] - Miałem właśnie powiedzieć, że bardzo dziękuję za dzisiejszy wieczór i wszystkim słuchaczom życzę oczywiście jak najbardziej miłego weekendu i czekam na ewentualny odzew związany z tym, jak podobają się książki Wydawnictwa IX i nasi autorzy.
[03:14:40] - Ja namawiam państwa oczywiście do gruntownego przemaglowania strony internetowej Wydawnictwa IX. Wszystko, co jest niezbędne do tego, żeby poznać propozycję wydawniczą, tam jest jak najbardziej obecne. Przeglądajcie państwo tę stronę. Myślę, że pomimo tego, że dzisiaj w miarę staraliśmy się omówić prawie wszystko to, co wydawnictwo wydało, to i tak znajdziecie państwo na stronie kilka niespodzianek. Warto tam sięgnąć. Ja w każdym razie, kiedy tam sięgam, to zawsze mam poczucie tego, że mnie nie stać na wszystko, żeby natychmiast wykupić, więc staram się to robić ewentualnie w kawałkach. To jest dobry sposób. W końcu nie można mieć wszystkiego. Cały czas przypomina mi się ten nieprzyzwoity dowcip o wszystkich kobietach świata, że może ich nie można mieć od razu, ale warto próbować. W związku z tym tak samo jest z tymi książkami.
Warto próbować po troszeczku. Tam są naprawdę pozycje, które z punktu widzenia człowieka zafascynowanego fantastyką naukową, grozą i tymi klimatami są po prostu niezbędne, żeby je mieć. Ja wiem, że poczucie własności, poczucie czegoś takiego, że się ma, to jest w tej chwili coraz mniej modne, ale ja pozostanę przy nim. Wiktorze, jeszcze ty.
[03:16:11] - Jeśli mogę wtrącić taki wątek sentymentalny, nostalgiczny, o którym tutaj nasz gość wspomniał, to kiedy wyskoczyła ta okładka do „Remedium”, moja pierwsza okładka, którą zrobiłem, o której na tyle zapomniałem, że ją robiłem, to tak mi się skojarzyło, że tak dziwnie się składa, że ja myślałem, że mam trójkę, co prawda genialnych, ale tylko trójkę dzieci. A nagle się okazuje, że właściwie wszyscy autorzy, o których mówił redaktor Dziewiątki, to są moi dawni albo dawni przyjaciele, albo ludzie, których kiedyś poznałem. Bo ja nie mam przyjaciół poza Aldosiem Janczukiem jako starych ludzi. Zawsze mnie interesowali młodzi ludzie i przynajmniej ich wszystkich poznałem. Czyli moja rodzinka, że tak powiem, jakoś rozrosła w barkach.
[03:17:24] - To prawda.
[03:17:24] - Bardzo mi miło też, że ta audycja... W ogóle się strasznie cieszę, Wiktorze, że nagle się okazało, że pierwsza okładka, która przeraziła mnie w życiu, jest twojego autorstwa. Jak to się składa, aż zaczynam wierzyć w paranormalne.
[03:17:45] - Tak, żeby już dopełnić tej paranormalności, to facet się nazywał, tak się to przynajmniej pisało, Vul. Jak to się czyta, to zaiste nie wiem, bo francuskiego to ni hu hu, ale Vul się pisało, więc ktoś, kto potrafi to przeczytać, to niech przeczyta. Ja przyznam, że to był taki powiew wówczas w serii z Glizdą, która wydawała się taka przaśna, pszenno-buraczana i polska, i za bardzo polska. I różne rzeczy na niej wieszano, na tej serii oczywiście. To taki nagle zagraniczny autor, to się okazywało, że to coś takiego ekstra. Powieść absolutnie zwariowana, chociaż broni się. To znaczy to wariactwo do pewnego momentu wydaje się absolutnym wariactwem. Autor się broni, bo dokonuje pod koniec drugiej części tej powieści pewnego zwrotu, który jest w stanie ewentualnie wytłumaczyć to, co się tam dzieje w tej powieści. W każdym razie to jest powieść, którą pamiętam i wspominam. Boję się trochę, co by się stało, gdybym ją dzisiaj przeczytał.
[03:19:06] - Ja mam na oku cały czas. Chcę wrócić.
[03:19:09] - Ja pozostaję przy wspomnieniach. Boję się rozczarowań. Po prostu boję się, że jak ją przeczytam, to tak jakbym zakwestionował to, co robiłem kiedyś, to, czym się fascynowałem kiedyś. W związku z czym na razie przynajmniej pozostanę przy wspomnieniach. Chociaż się nie będę bił w pierś, że kiedyś jednak nie zrobię tego, co sugeruje nasz gość, czyli po prostu nie sięgnę i nie przeczytam. To się może jednak zdarzyć. Panowie, jest już i tak trochę za późno niż miało być. Dziękuję wam bardzo serdecznie za dzisiejszą audycję. Było fascynująco. Było naprawdę ciekawie.
No cóż, jeszcze raz wielkie dzięki. Do usłyszenia. Jeśli chodzi o naszych słuchaczy, to do usłyszenia za tydzień. „ABW. Antologia Bibliotekarium Warsztaty” trochę inna niż zwykle. To jest rozpoczęcie pewnego nowego cyklu, podcyklu właściwie. Myślę, że będzie ciekawie, ale to dopiero za tydzień. A za dwa tygodnie „Bibliotekarium.” Powiem tak, że zastanawiałem się, dyskutując z Wiktorem, o czym będzie następne Bibliotekarium. Było kilka pomysłów, ale czasami trzeba słuchać tego, co się puszcza we własnym radiu. I w ciągu tygodnia dwójka autorów powiedziała o jednej książce i to powiedziała w taki sposób, że stwierdziłem, iż musimy do tej książki sięgnąć.
Mirosław Gołuński w swoim cyklu „Labirynt książek” powiedział o książce, którą czytał kilkanaście razy w ciągu swojego życia. Potem Pisząca z Fiordami, czyli Kamila Ciołko-Borkowska powiedziała, że to jest ta książka, którą czyta od wielu lat i czyta ją wciąż na nowo. Co to za książka? To jest książka Michała Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Skoro dwójka naszych autorów mówi o tym, że to książka fascynująca, a w dodatku ja nie bardzo jestem w stanie z nimi polemizować, bo też uważam, że to książka fascynująca. Wiktor, jak rozmawialiśmy, też uważa, że to jest książka przynajmniej znacząca. Za dwa tygodnie rozmawiamy o „Mistrzu i Małgorzacie”. I tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem. Dobrej nocy życzę. Życzę dużo weny tym wszystkim, którzy piszą do ABW.
Tym wszystkim, którzy dużo czytają, dużo dobrej lektury. Dobranoc państwu.
[03:22:07] - Dobranoc. Dziękuję.
[03:22:09] - Dobranoc.
[03:22:09] - Mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Był z nami dzisiaj również gość Krzysztof „Korsarz” Bieliński, szef Wydawnictwa Dziewięć. Audycję jak zawsze ostro technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień, tym razem w ABW. I w tym normalnym Bibliotekarium ponownie na żywo już za dwa tygodnie.
[03:22:43] - Cały czas mówisz, że to jest prowokacja.
[03:22:50] - Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:23:04] - So the Titanic set sail for its date with destiny. 500 miles off the Newfoundland coast on the night of April 15th, 1912. More than 1500 lives were lost. Titanic. This is the position that the Titanic sank. Titanic. Titanic. This is the position. Le grand mystère. Trois mille huit cents êtres au dessous de l'océan.
At the stern are the vast engines, each the size of a four-story house. The propellers are twenty-seven feet across. She seems to have broken in two as she sank. Catastrophe