Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty. Tajemnicze istoty. Niezwykłe wizje. Klątwy. Mrożąca krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium.
Witam wszystkich Państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka najbardziej paranormalnego podcastu w polskim internecie, w którym ludzie tacy jak Wy dzielą się swoimi historiami o spotkaniach z nieznanym całkiem szczerze, całkowicie anonimowo.
Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Przy mikrofonie Marek Senki-Werlius. Dzień po raz pierwszy przypominam, że Radio Paranormalium posiada stronę internetową www.paranormalium.pl, na której oprócz pełnego archiwum podcastów, uwaga uwaga, bez reklam, znajdziecie również bogatą bazę artykułów, a także forum i czata, na których możecie dyskutować z dala od cenzorskich macek wielkich serwisów społecznościowych.
Dzisiejszy odcinek, mówią świadkowie, będzie znacząco odmienny od wcześniejszych, a to dlatego, iż całą audycję wybrałem w tym odcinku. Całą audycję wypełni korespondencja tekstowa. Będą to relacje, które z różnych względów nie trafiły do odcinków tematycznych, a niektóre będą wyciągnięte z naprawdę wielkich głębin naszej skrzynki e-mailowej.
Najstarsza korespondencja jest sprzed 15 lat, czyli z czasów, gdy Paranormalium istniało jako zwykła strona internetowa bez radia. Usłyszycie Państwo dzisiaj historie, które można przypisać do różnych kategorii, i jedne będą bardziej wstrząsające inne.
Ale zapewniam Państwa, że co najmniej część z nich zostawi Was z mnóstwem trudnych pytań. A zatem zaczynamy. Korespondencja nadesłana do serwisu paranormalium.pl około roku 2010. W 2004 roku poznałem śliczną dziewczynę, Olę, która miała mnóstwo problemów, zarówno rodzinnych, jak i osobistych.
Szukała miłości, ale zazwyczaj nie układało się po jej myśli. Nasz związek był bardzo burzliwy – ja urodziłem się 18 września 1982 roku, a Ola 17 września 1987. Ludzie często się zastanawiali, czy jesteśmy parą, czy może rodzeństwem...
Rozumieliśmy się bez słów. W czasie, kiedy byliśmy razem, często się kłóciliśmy – głównie o to, że ona nie była wierna. Sam też mam sobie wiele do zarzucenia. Nie pilnowałem jej tak, jak powinienem. Zawsze, kiedy nie byliśmy razem, a działo się z nią coś złego, czułem to podświadomie.
Jakby jakaś wewnętrzna siła mówiła mi, że coś jest nie tak. Jestem osobą dumną i trudno było mi się pogodzić z tym, że była z kimś innym. A jednak zawsze jej pomagałem, gdy tego potrzebowała. To było silniejsze ode mnie.
Wiedziałem, że jeśli jej nie pomogę, to nikt inny tego nie zrobi. Doszło do tego, że zakwaterowałem ją u siebie, mimo że rodzina i znajomi mi to odradzali. Znalazłem jej dobrą pracę. Pilnowałem, by chodziła do szkoły.
Uczyłem ją wszystkiego, by była dobrym człowiekiem, by nie pozwalała się poniżać, by ceniła się i szanowała własne ciało. Kiedy wreszcie zaczęła się zmieniać, stawała się taką dziewczyną, jaką zawsze chciałem widzieć, wszystko zaczęło się układać.
Słuchała mnie i szanowała na swój sposób. Bolało ją to, że u mnie miała rodzinę, która była dla niej bliższa niż jej własna. Mnie też bolało, że jej rodzina się nią nie przejmowała. Dlatego nie utrzymywałem z nimi kontaktu.
Miałem do nich żal, że pozwolili własnej córce tak bardzo zniszczyć sobie życie. Co gorsza, utwierdzali ją w przekonaniu, że wszystko robi dobrze i że powinna trzymać się z daleka ode mnie. A jednak uważałem, że Ola powinna mieć kontakt z rodziną, więc woziłem ją tam.
Zawsze po takich wizytach wracała nastawiona przeciwko mnie, w sposób wręcz szokujący. Przez około rok próbowaliśmy sobie to wszystko jakoś poukładać, ale problem wciąż narastał. W styczniu tego roku Ola postanowiła mnie zostawić i spróbować jeszcze raz ułożyć sobie życie.
Wmawiano jej, że stać ją na lepszego chłopaka. Wiem, że zaczęła znowu imprezować. Wiem też, że znów nikt się nią nie interesował. Wiedziałem, że bierze narkotyki i pije alkohol. Pisałem nawet do jej mamy, że Ola jeździ po pijanemu i że może się to źle skończyć.
Odpisała mi, skoro masz takie rewelacyjne wieści o mojej córce, to ją nagraj, jak ćpa, pije i prowadzi samochód. Straciłem już nadzieję, że uda mi się ją uratować. Poczułem, że nie ma już nic, co mogę zrobić. Ale jednocześnie wierzyłem, że może mimo wszystko ułoży sobie życie. Może nie ze mną, ale spokojnie.
Kilka dni przed jej śmiercią rozmawiałem z nią przez KG. Wtedy zaczęła się we mnie nasilać jakaś dziwna, zła energia. Gdy tylko zaczęliśmy pisać, nie mogłem usiedzieć spokojnie. Całe ciało mi drżało, mięśnie dygotały. Coś nieprawdopodobnego.
Poprosiłem ją, żeby przyjechała, ale się nie dogadaliśmy. Następnego dnia nie mogłem przestać o niej myśleć. Zresztą już wcześniej przez kilka dni chodziła mi po głowie, mimo że nie byliśmy razem od ponad miesięcy. W dniu jej śmierci również nie mogłem przestać o niej myśleć. W sklepie kupiłem sobie tymbarka, a pod kapslem wylosowałem napis Bądź zawsze sobą.
Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że dobrze robię, nie wtrącając się w jej życie. Kilka godzin później kupiłem drugiego tymbarka. Tam był napis Jesteście sobie przeznaczeni. Byłem ściekły. Zgniotłem kapsel i wyrzuciłem go do kosza.
Wieczór spędziłem z kolegami, potem poszedłem spać. Rano około dziesiątej dowiedziałem się, że Ola zginęła w wypadku samochodowym. Była godzina 3.30. Razem z nią zginęły dwie inne osoby. Zatkało mnie. Strasznie to przeżyłem.
Pamiętam, że w naszej ostatniej rozmowie przez GG pisała mi, że jest teraz zajebistą jedyneczką. Kiedy się dowiedziałem, że nie żyję, wyszedłem z domu do piwnicy. Wracając po schodach, zobaczyłem leżącego, przybroconego grosika. Po jej śmierci długo się zastanawiałem, dlaczego mi to zrobiła.
Początkowo nie chciałem iść na jej pogrzeb, ale czułem, że jej by się to nie spodobało. Czułem, że jest obok mnie. Że jest wściekła, że tak pomyślałem. Dopiero gdy zacząłem dociekać szczegółów wypadku i zmieniłem decyzję o pogrzebie, poczułem ulgę.
Ola zginęła rano, 11 września. Dwa dni temu byłem z naszym wspólnym przyjacielem. Znał nas oboje bardzo dobrze. Pracował z Olą. Pojechaliśmy razem do ośrodka zdrowia. Jana zastrzykł, on też. Wyszedł stamtąd przerażony i jakiś dziwny.
Usiadł na korytarzu i nagle zaczął tracić przytomność. Trzęsło go jak przy pataczce. Oczy miał wywrócone. Widać było tylko białka. A to zdrowy, silny chłopak, sportowiec. 25 lat. Po dwóch godzinach, gdy doszedł do siebie, opowiedział mi, że miał dziwny sen.
Śniły mu się dwie kobiety na czarnym tle. Jedna stara, zgruszkowatą głową z piętymi w kok włosami w czarnej sukni. Druga, bardzo podobna do Oli, tylko trochę grubsza, w czerwonej sukience. Ta druga szła w jego stronę, a on uciekał w lewo.
Gdy się ocknął, wybiegł też w lewo, jakby porażony. Co dziwne, ja, jako jego przyjaciel, zamiast się zaniepokoić, zacząłem się śmiać. Dokładnie tak, jak kiedyś z Olą śmialiśmy się z jego dziwnych przygód.
I mimo, że on sam się przestraszył, to też się śmiał. To rozładowało mój ból po jej śmierci. Poczułem, że Ola była z nami. Tylko, co chciała nam przekazać? Nie wiem, do kogo mam się z tym zgłosić. Ale czuję, że wciąż dzieje się tu coś dziwnego.
I tym razem nie chcę się z tym zgłaszać. Nie mam zamiaru się zgłaszać. Nie chcę zignorować tych znaków. Tylko nie potrafię ich właściwie odczytać. Wiem, że coś jest nie tak. Ale nie wiem, o kogo chodzi i co się może wydarzyć.
Już wcześniej miałem złe przeczucia, które się sprawdzały. Ale nigdy wcześniej nie czułem tego aż tak mocno. Jedno wiem na pewno. Tej sprawy nie mogę zlekceważyć. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w roku 2023.
Jestem stałym słuchaczem Radia Paranormalium i chciałbym podzielić się kilkoma niecodziennymi wydarzeniami z mojego życia. Wprawdzie poniższe relacje nie są jakoś specjalnie spektakularne, lecz chciałbym przyczynić się do powiększenia bazy danych zjawisk z pogranicza.
Chętnie odpowiem na pytania, jeśli potrzebnych jest więcej szczegółów. wyrażam zgodę na ewentualne wykorzystanie moich zdarzeń w audycjach. Zdarzenie nr 1 z marca 2011 roku. Byłem wtedy nastolatkiem i pamiętam, że na drugi dzień miałem ważną olimpiadę historyczną na etapie wojewódzkim, dlatego szedłem spać lekko zestresowany.
Żeby nie tracić rano czasu na szukanie stroju galowego, naprzeciwko łóżka powiesiłem na wieszaku białą koszulę. Zasnąłem normalnie i śniłem koszmar, w którym nie znałem odpowiedzi na pytania konkursowe.
Nagle sen urwał się gwałtownie i moim oczom ukazał się przerażający wldog. Koło mojego łóżka stała humanoidalna, około dwumetrowa biała zjawa, która zamiast oczu miała bezkształtne czarne doły. Tłumacząc to z racjonalnego punktu widzenia, mój mózg połączył białą koszulę i wpadające do pokoju światło księżyca w fantasmagoryczną całość.
i wpadające do pokoju światło księżyca w fantasmagoryczną całość. Chciałem krzyczeć albo poruszyć się, lecz byłem kompletnie sparaliżowany i nie mogłem nawet odwrócić wzroku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem nic o paraliżu sennym.
Po kilkunastu sekundach widmo rozwiało się i powoli odzyskałem władanie w kończynach, ale już nie zmrużyłem oka do końca nocy. Zdarzenie numer dwa z lutego 2016 roku. W tamtym okresie interesowałem się trochę tak zwaną magią sympatyczną i fenomenem wundu.
Postanowiłem zrobić figurkę z masy solnej, w którą potem zacząłem wbijać nóż, rozmyślając, której osobie mógłbym zaszkodzić na onlęgłość. Wpadł mi do głowy jeden z popularnych polityków, za którym wyjątkowo wówczas nie przepadałem.
Jednak muszę przyznać, że moje myśli nie były wystarczająco skoncentrowane na owym polityku, co doprowadziło do tragicznego skutku. Dwie godziny po moim rytuale wszedł do domu ojciec, który mnie uśmiechał.
Wracając z dłuższego spaceru po lesie, poślizgnął się na częściowo obloconym błocie i skręcił sobie kostkę. Gdy zapytałem się, kiedy dokładnie uległ temu wypadkowi, ku mojemu przerażeniu ojciec wskazał dokładną godzinę, w której odprawiłem rytuał z figurką.
Zdarzenie nr 3 z sierpnia 2016 r. Zdarzenie to nastąpiło w północnej części Finlandii, niedaleko miejscowości Młonio. Latem tamtego roku wybrałem się na samotną dwutygodniową wycieczkę do Laponii. Nie miałem określonego celu wyprawy, oprócz zobaczenia urokliwej fińskiej przyrody.
Włączyłem się po lasach i wzgórzach, biwakując na dziko. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, odkryłem ciekawy cmentarz położony w samym środku lasu. Jako, że zapadał już wieczór, spędziłem na cmentarzu może 15-20 minut w poszukiwaniu miejsca do spania.
Po kilometrze dalszej wędrówki zatrzymałem się pod niewielką drewnianą wiatą i szybko zasnąłem. Miałem bardzo dziwny sen, w którym razem z moim dziadkiem spacerowałem po tym samym lapońskim cmentarzu. Nagle drogę zastąpiły nam dwie kobiety ubrane na czarno.
Jedna z nich miała twarz zasłoniętą czarno-fioletową wołalką, a w ręku trzymała strzykawkę. Zanim zdążyłem zareagować, kobieta chwyciła moją odległość, wcieliła mi lewą dłoń i wbiła strzykawkę w okolice kciuka.
Niestety nie pamiętam, czy postać coś wstrzykiwała czy też pobierała z mojego ciała. Na tym sen się zakończył. Najciekawsze jest jednak to, że po powrocie do domu tydzień później otwierałem paczkę ostrym nożem i nieszczęśliwie skaleczyłem się dokładnie w lewy kciuk, czyli część ciała, na którym dziwna kobieta ze snu dokonała operacji ze strzykawką.
Zdarzało się, że to było zdarzenie nr 4 z lipca 2017 roku. Zdarzenie to nastąpiło w starej drewnianej chatce w Beskidach, niedaleko granicy ze Słowacją. Dom ten został wybudowany w latach dwudziestych ubiegłego wieku i podobno początkowo mieszkała w nim zielarka.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych moja rodzina kupiła i wyremontowała chatę. Od czasu do czasu, głównie w weekendy i wakacje, wybieramy się tam, żeby odpocząć i wycińszyć. Wstaję na dalszej lipcowej nocy, gdy razem z ojcem i znajomym postanowiliśmy tam spędzić trochę czasu.
Pamiętam, że z jakiegoś powodu kładłem się spać zestresowany i niezbyt spokojny. Śniłem stosunkowo normalny sen, który skończył się gwałtownie. Poczułem nagle złowrogą obecność w pokoju. Nie mogłem się poruszyć, ponieważ doświadczyłem znanego mi już dobrze paraliżu sennego.
Pragnę dodać, że moje łóżko było obrócone tyłem do drzwi, ale nie mogłem spojrzeć w tamtą stronę. Jednak chwilę później moja świadomość i wzrok tak jakby weszły poza ciało, pozwalając mi zobaczyć wejście do pokoju.
Drzwi były otwarte, pomimo, że na jawie zamknąłem je na klucz. W progu stało kilka czarnych postaci w kapeluszu z oczami świecącymi na czerwono. Nagle jedna z tych istot podniosła do góry rękę i w tym właśnie momencie telepatycznie usłyszałem angielskie słowo HOST, chociaż tak mi się wydaje, że tu chodziło raczej o słowo GHOST, co potem przypomniało mi fragment z Biblii, w którym Jezus uwalnia człowieka opętanego przez legion złych duchów.
Mogę jeszcze dodać, że demony te prawdopodobnie nie mogły przekroczyć prągu, ponieważ w pokoju nie było żadnych duchów. Wtedy, gdy znowu znalazłem się w pokoju, mogłem po prostu skoczyć prągu, ponieważ w pokoju znajdowało się kilka prawosławnych ikon z wizerunkami świętych.
Powoli odzyskując władanie w kończynach, obudziłem się z krzykiem. Brzeszczałem i nie mogłem się uspokoić przez dłuższy czas. Ojciec przybiegł sprawdzić, co się stało. Ja mu powiedziałem, że przyśnił mi się koszmar.
Od tamtego czasu nie zmagam się z paraliżem sennym i nie mam żadnych możliwych paranormalnych zdarzeń. Jednak nie mam żadnej wątpliwości, że tamtej nocy spotkałem się z czystym złem, które zamanifestowało się w formie cienistych ludzi w kapeluszu.
Na koniec chciałbym podkreślić, że inne osoby z rodziny, które śpią w tym pokoju, często nie wysypiają się i mówią, że śnią im się dziwne rzeczy. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lotym 2022 roku i zatytułowana Doświadczenie na metalowym mostku.
Witam. Na początku chciałem pozdrowić całą załogę Radia Paranormalium. Od naprawdę wielu lat słucham Państwa audycji, podcastów oraz debat, odnajdując w nich alternatywę do wszechogarniającej nijakości, miałkości oraz niskiego poziomu mediów mainstreamu.
Często próbuję podesłać linki moim znajomym, aby i oni mogli zainteresować się tematyką i zjawiskami będącymi treścią Radia. Nie zawsze spotykam się ze zrozumieniem, lecz to zupełnie oczywiste. Ludzie głęboko zanurzeni w twardej rzeczywistości, pojeni masową papką i lekką, niekiedy poniżającą ludzką inteligencję rozrywką, nie są w stanie wyjść poza dotychczasowy styl życia i spojrzeć na świat oczyma ciekawskiego dziecka.
Kiedyś koleżanka przyłapała mnie, gdy w duchowym audycji mówią świadkowie. Zapytała, dlaczego poświęcam temu czas, przecież to głupie, o czym ludzie opowiadają. Przypomniałem jej, że kiedyś wspominała mi o dziwnym przeżyciu, jakie miałam w dzieciństwie, w wieku około 7 lat, wraz z siostrą.
Nie uznałem, że opowiada jakieś brętnie, wręcz przeciwnie. Dlaczego zatem osoby dzwoniące i piszące do redaktora Radia nie mają zasługiwać również na wysłuchanie i chociaż minimum wiary w to, co namacalnie przeżyli?
Tłumaczyłem, że zwłaszcza te audycje pozwalają mi wrócić do czasów, które nigdy już nie powrócą. Czasów, kiedy dziadkowie wieczorami opowiadali swoje doświadczenia z czasów wojny. Liczne paranormalne chwile, jakich byli świadkami oni lub ich znajomi czy rodzice.
Przypomina mi czasy młodości, gdy razem z kolegami i koleżankami przy ognisku po zmroku opowiadaliśmy straszne historie, po których na szybko tworzony był plan, kto kogo odprowadzi do domu i w jakiej kolejności.
Nadmienię, iż tempo takiego powrotu to niejednokrotnie był bieg. O tych chwilach wspominam, tych, które w naszym i kolejnych pokoleniach już się nie powtórzą, ponieważ kontakt ludzi i zakres tematów drastycznie się zawęził.
Smartfony, internet, media społecznościowe i obłędna ilość informacji, jakie się z nich wylewa obecnie, przejmuje ludzką świadomość i życie, niestety. Do pewnego stopnia pasjonowały mnie wszelkiego rodzaju zjebiska paranormalne, jednak nie wypełniały mojego życia w całości.
To raczej hobby, na które i tak nie zawsze znajdowałem czas, ale przeszedłem, jak i państwo, dosyć długą drogę w krystalizacji poglądów na tak wiele tematów. Paradoksalnie, pomimo tych zainteresowań, nie mogę poszczycić się wieloma doznaniami.
Jestem osobą raczej racjonalną i pomimo, iż chciałbym obcować z tym tajemniczym światem często, nieobcem jest szukanie logicznych rozwiązań, co sprowadza mnie na ziemię, a jednocześnie zabezpiecza przed licznymi fejkami, które w tym paranormalnym świecie często się pojawiają.
Zdarzyło się jednak w moim i nie tylko moim życiu coś, czego wyjaśnić nie mogę, czy też nie potrafię. Do rzeczy, musiało to być jakieś ponad 20 lat temu. Mogłem mieć między 14 a 16 lat. Już od dobrych dwóch, trzech lat miałem przygody papierosowe, które niestety pozostali ze mną po dziś dzień.
Wraz z młodszym o rok kuzynem popalaliśmy w tajemnicy przed dorosłymi papierosy w miejscach odległych od ich spojrzeń i niechybnych problemów, gdybyśmy byli przyłapani. A paliło wówczas dużo młodych ludzi, co było odbierane za popis odwangi lub rodzaj szpanerstwa.
Tak też na przerwach, czy po szkole całymi watahami odwiedzaliśmy tak zwane miejscówki, gdzie z dala od dorosłych i nauczycieli można było spokojnie puścić dymka. Nie mogliśmy się uczyć przed siebie i udawać dorosłych, przed którymi się ukrywamy.
Miejscówek rozsianych po całym miasteczku, gdzie proceder mógł zachodzić bezpiecznie było wiele. Jednakże te w okolicy domu były najistotniejsze. Musiały wykazywać się niedużą odległością i względnym ukryciem przed dorosłymi.
Wszystko mogli widzieć sąsiedzi, po czym donieść rodzicom, czego tak naprawdę nie baliśmy się, bo oczywiste było, iż rodzice coś podejrzewają. A gadka, że tylko w tym przytrzymałem kolęce papierosa, bo musiał zawiązać buta, była bardziej niż niewiarygodna.
Szczerze, chodziliśmy w te miejsca z zasady nie palenia ostentacyjnie przed wszystkimi. Jednak konsekwencji ze strony starszych, czy to rodziców, sąsiadów, w zasadzie nigdy nie było. Miejscówki były przede wszystkim dobrym miejscem spotkań towarzyskich palącej młodzieży, a później również niepalącej.
Wręcz stało się to modne. Wielkie podziemia, które w tym czasie były znane doskonale. Byliśmy tam dziesiątki, jak nie setki razy, we wszelakich konfiguracjach towarzyskich. Nieduży, płytki potok, który sięgać może co najwyżej do połowy łydki.
Wyregulowany, gdyż przy obfitych opadach często wylewa i czyni szkody. Na nim przerzucony niezbyt szeroki prowizoryczny mostek składający się z dwóch metalowych szyn nie podrażało nikogo by siedzieć na krawędzi, kopcić i gadać o czymkolwiek ze znajomymi bez obawy, że można za chwilę wylądować w potoku.
Pod Badachimem z Leszczyn miejscówka była często przez nas odwiedzana, ponieważ czuliśmy się tam skutecznie osłonięci. W sąsiedztwie dom koleżanki, która sama paliła, a jej rodzice, choć nas znali i wiedzieli po co się tam udajemy, nigdy nie utrudniali nam spotkań.
Tego dnia najprawdopodobniej w wakacje musiałem po okolicy spotkać się z kuzynem. Było słonecznie, jednak nieupalnie. W którymś momencie, skoro byliśmy w pobliżu wyżej wspomnianej miejscówki, trzeba było koniecznie skorzystać i zapalić papierosa.
Poszliśmy zatem i na jednej z szyn usiędliśmy obaj obok siebie, bardziej po prawej stronie niż bezpośrednio nad wodą, patrząc w stronę z nurtem rzeki. Oczywiście papieros i gadka, bardzo dużo się wówczas rozmawiało, niestety nie pamiętam o czym.
Trzeba by było sobie przypomnieć, na jakie tematy trwoniliśmy ten czas z kolegami, ale zawsze chwile wypełnione były tysiącami słów. I tak po dłuższej chwili, może przy drugim papierosie, kiedy zapewne coś mówiłem do kuzyna, bo dyskusja trwała w najlepsze, poczułem dziwny dyskomfort.
Czułem to coraz wyraźniej i wyraźniej, ale pamiętam jak kontynuowałem wypowiedź wewnętrznie walcząc z tym i starając się nic sobie z tego nie robić. Narastało i stało się wręcz świdrujące i dokuczliwe.
Aż nie wiem kiedy, wypowiedź wplotem niemal bez sensu i znienacka, czujesz to co ja? Odpowiedź kuzyna zmroziła mnie. Była niemal natychmiastowa, doskonale zgodna z tym, co już od sporej chwili nie dawało mi skupić się na rozmowie.
No, tak jakby ktoś na nas patrzył. Przeszył nas w ułamku sekundy strach, dziwny i niewytłumaczalny. Obaj, bez żadnego zasugerowania, widzieliśmy dokładnie to samo. Coś w pewnej odległości za naszymi plecami gapiło się na nas, zastegłe w bezruchu.
W takich sytuacjach może zagrożenia lub z pogranicza światów poszerza się percepcja, a może to zupełnie normalne. Wiedzieliśmy doskonale, gdzie to coś stoi, z którego kierunku patrzy i w jakiej jest od nas odległości.
Niemal na rozkaz popatrzyliśmy dokładnie w to samo miejsce, nie w różne, szukając wzrokiem źródła lęku. Kierunek naszych spojrzeń był dokładnie skalibrowany na określone miejsce w przestrzeni za nami. Obróciliśmy się i zobaczyliśmy dosłownie nic.
Potok płynął, trawa porastająca strome zbocze, zielona jak zawsze. Zero zwierząt, jakiejkolwiek kaczki, psa, kota, nic. Cisza. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie to, że ten wzrok nadal nas świdrował, i to jeszcze bardziej.
Obaj wstaliśmy i obróciliśmy się w podejrzanym kierunku, nadal przeszokując określony rewir. Chwila była doprawdy upiorna. Uczucie gapienia się było nienaturalne, nadzwyczajnie silne. Jednak niczego tam nie było, co potęgowało lęk jeszcze bardziej.
Po chwili, może pół minuty wzajemnego gapienia się w ciszy, rzuciły mnie cenzuralną odmianę zdania "Szybko stąd chodźmy", na co kuzyn zareagował natychmiastowym zrywem. Szybkim krokiem oddałem się, nadal czując ten wzrok, pomimo, że już po 3 metrach powinniśmy zniknąć z pola widzenia.
Uczucie minęło, jak oddaliliśmy się na dobre 20-30 metrów. Kiedy strach odpuścił, oczywiście pełni ekscytacji jeszcze o tym pogadaliśmy i wymieniliśmy wrażenia, ale nie przypominam sobie, czy później wracaliśmy do tego, co zaszło.
Bywaliśmy tam później wielokrotnie, jednak strach, który już nigdy się nie pojawił. Było to jednorazowe doświadczenie. Uściślając, obaj bez wcześniejszego pobudzenia wyobraźni czy rozmów na tematy paranormalne, bo kuzyn nigdy się tym nie interesował, więc nie był dobrym kompanem do takich rozmów, bez żadnych środków odłożających w biały dzień w godzinach może od 12 do 14 mieliśmy identyczne silne odczucie.
Byłoby do zignorowania, co mogłoby on nowo robić, gdyby nie jego nadnaturalna siła. Ten wzrok był niemal namacalny, do tego stopnia, że dało się określić, z którego miejsca za naszymi plecami pochodzi, w jakiej odległości oraz po której stronie potoku się znajduje.
Odczuwaliśmy nawet mniej więcej wzrost patrzącego. Ta siła spojrzenia była najgorsza. Nigdy przedtem ani potem czegoś takiego nie czułem. Ludzie mogą mieć poczucie, że ktoś się przegląda. Każdy pewnie miał takie doświadczenie.
Odwróciwszy głowę w takim kierunku, zapewne napotka się osoba, która właściwie się przegląda lub już tego nie robi, ponieważ spuściła wzrok. To uczucie, że ktoś patrzy w tamtym momencie było tysiąckrotnie większe, aż indukowało nieracjonalny strach, ciarki na plecach.
Nawet sprawdzenie, że niczego za nami nie ma nie zmieniło odczucia, a powinno nas uspokoić. Nawet ciężko mi powiedzieć, czy to nie jest ocena dopisana przez moją pamięć. Wówczas to zaistniało, minęło i żyliśmy dalej.
Ale chyba zawsze gdzieś w najgłębszych wspomnieniach tamtej chwili wzroków odbierałem jako coś ciekawskiego i demonicznego zarazem. Patrzył, bo mieliśmy to poczuć. To był zamiar. Chwilowo mówiliśmy o duszy jakiegoś zmarłego, ale gdzieś głęboko czuję, że nie było to ludzkie spojrzenie.
I niech tak zostanie. Dziękuję jedynie za to, że się nie zamanifestowałem w sposób wydzialny, ponieważ nie jestem pewien, czy właściciela tego spojrzenia chciałbym ujrzeć w pełnej krasie. Może historia byłaby ciekawsza, ale niekoniecznie zdrowsza dla mojej wówczas młodej psychiki.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2024 roku. Zastanawiam się na początku lat 60. w Warszawie. Od 35 lat mieszkam na stałe w Szwecji. Wasze słuchowisko odkryłam całkiem niedawno i myślę, że mogę dołożyć moje rodzinne opowieści, za które ręczę, że są prawdziwe.
Mój tata, urodzony w 1933 roku, pochodził ze wsi oddalonej od Warszawy o około 60 km. Wieś leżała blisko torów wiodących do obozu zagłady Treblinka. Na początku likwidacji getta warszawskiego Niemcy chcieli zachować pozory i wagony wypełnione ludźmi toczyły się po zmroku.
Na wsi obowiązywało zaciemnienie i zakaz wychodzenia na podwórze. W długim transporcie bydlęcych wagonów część z nich miała do budówki, w których siedzieli niemieccy lub ukraińscy żołnierze. Ich zadaniem było strzelać do nieszczęśników, którym udało się wyrwać podłogę i wyskoczyć na tory.
We wsi mojego taty stał dom położony szczególnie blisko torów. Pełnego wieczoru po zmroku właściciel wyszedł na podwórze zapalić papierosa. Padł śmiertelny strzał z pociągu śmierci. Zostawił dzieci w wieku mojego taty.
Jakiś czas po jego śmierci mój tata i dzieci z wioski bawili się w tym domu. Na początku zabawa była bardzo intensywna, ale potem dzieci usiadły wokół stołu i chyba grały w karty. W pokoju stała wielka, trzydżerska, drzwiowa szafa solidnej przedwojennej roboty.
W wykorzystywano ją w zabawie wchowanego, co było wyzwaniem, bo drzwi otwierały się z trudem. Jak wspomniałam, dzieci spokojnie siedziały przy stole. Nagle jedne z drzwi szafy otworzyły się i z najwyższej półki zleciały najpierw serwetki, a potem papierosy, głęboko tam schowane.
Wszystko rozsypało się po podłodze. a potem papierosy, głęboko tam schowane. Mój tata i inne dzieci długo nie chciały odwiedzać kolegów w tym domu. Druga historia dotyczy również dzieciństwa mojego taty i jego kuzyna, także urodzonego w 1933 roku.
Chłopcy różnili się charakterem i posturą, ale ze względu na łączącą ich przyjaźń nazywano ich bliźniakami. Kuzyn miał tajemniczą babkę, która potrafiła rzucać uroki. Ludzie się jej bali, w jej pośrednicy było mimo wszystko wielkie, niebezpieczne i niebezpieczne.
W posiadaniu była niewielka, pilnie strzeżona szkatułka z drewna, zamykana na kluczyk. Babka straszyła wnuka, że gdy będzie niegrzeczny, otworzy szkatułkę i rzuci na niego czar. Tata wspominał zdarzenie w dzień wypieku chleba.
Wielki, służący latami piec, właśnie się rozgrzewał, gdy do domu wpadł kuzyn, trzymając pod pachą ową tajemniczą szkatułkę. W ręce miał kluczyk. Chłopcy otworzyli szkatułkę i zobaczyli coś w kształcie pierzastego ogona.
Gdy przyglądali się, usłyszeli za oknem krzyk babki. W popłochu wrzucili ogon do pieca. Nastąpił ogromny huk i piec pękł na połowę. Bojąc się kary, uciekli i schowali się. Babka poprosiła przed śmiercią, by do trumny włożono jej tę już pustą szkatułkę.
Prośbę spełniono. Następna historia dotyczy mojego dziadka ze strony mamy. Dziadek brał udział w kampanii wrześniowej. Po kapitulacji Warszawy trafił do prowizorycznego obozu jenieckiego, gdzie zniknął pod linem.
Polacy, otoczeni drutem kolczastym i niemieckimi strażnikami, siedzieli w upale ponad tydzień, bez picia i jedzenia. Na środku placu leżał zabity koń z ogromnym, nabrzmiałym brzuchem. Pewnego wieczoru część żołnierzy odważyła się uszczknąć mięsa.
Dziwnie, nic im się nie stało. Po następnej nocy z konia zostały tylko kości. Mój dziadek także jadł to mięso. Nikt nie umarł. No i moja historia. Jak wspomniałam, od wielu lat mieszkam w Szwecji, którą w 2014 roku dotknął kryzys migracyjny.
W tym czasie mieszkałam wygodnie na osiedlu prywatnego właściciela. Właściciel zwietrzył jednak wielkie pieniądze od państwa i wprowadził migrantów. Ci z kolei nie zamierzali dostosować się do europejskich norm, a mieszkanie z takimi sąsiadami stało się nieznośne.
Byłam zmuszona szukać domu. Myślałam, że taki znalazłam jakoś pośredniczką na oględziny. Chodziłyśmy po pokojach. Gdy weszłyśmy do kuchni, poczułam dziwny ciężar na sercu, któremu towarzyszył osobliwy zapach.
Odruchowo otworzyłam szafkę kuchenną i w tej chwili poczułam lodowaty powiew, który przeszedł przez moje ciało. Poszłyśmy dalej. Zwiedzanie zakończyłyśmy w zagraconej piwnicy, gdzie znów wyczuwałam ciężką atmosferę.
W kącie kamiennej piwnicy stała drewniana podróżna skrzynia z metalowymi okuciami i wielkim kluczem. Zażartowałam do pośredniczki, że jeśli kupię dom z tą skrzynią, być może zostanę milionerką po jej otwarciu.
Po tych słowach kolejny raz przeszył mnie lodowaty wiatr. Domu nie kupiłam. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium we wrześniu 2022 roku. W moim domu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Oczywiście nie, żeby wcześniej nie miały miejsca w moim życiu.
Nie przepraszam za emocje bądź wulgaryzm. Od swoich rodziców usłyszałem, że kiedy byłem mały, znaleźli czarnego kota w moim łóżeczku tuż obok mnie. Mało fascynujące, ale kiedy sytuacja się powtórzyła po roku czasu, po tzw.
przeprowadzce rodziców na słoje do ukochanego M3, również w moim łóżeczku pojawił się czarny kot, pomimo pierwszego piętra alkoholowych czy też niezamkniętych drzwi. Sytuacja przebrała inny wymiar, gdy odszedł mój dziadek.
Moi rodzice znaleźli mnie w środku nocy rozmawiającego z kimś w łazience. Ja pamiętam ten sen do dziś, kiedy mój dziadek przyszedł po mnie do pokoju i wziął mnie za rękę, abym poszedł z nim w takie białe światło w ścianie.
Wiem, że moja mama udała się na cmentarz, aby powiedzieć na grobie dziadka, aby zostawił mnie w spokoju. Czułem niepokój od czasu do czasu. Chłód w pomieszczeniu, złe przeczucia, na przykład kiedyś będąc w szkole czułem niepokój, lęk. Poprosiłem nauczycielkę, abym mógł pójść do domu, bo czuję się bardzo źle.
Do kolegi powiedziałem uważaj na siebie. Po przyjściu do domu okazało się, że miał miejsce zamach na World Trade Center. Następne dni w mojej szkole były dla mnie ciężkie. Później miałem przeczucia, że coś się stanie, ktoś umrze.
Syn o chłopcu, który ginie pod mostem tracąc głowę. Następnego dnia w wyniku tragicznego wypadku zginął brat mojego kolegi. Zdarzyło się też, że w mieszkaniu po pokoju latały kule świecące, które widziała moja żona.
Nie były to świetlinki, ani coś z zewnątrz, bo rozpłynęły się one w ścianie. Kolejne zdarzenie miało miejsce około miesiąc lub dwa po narodzinach mojej córki. Była burza. Obudziłem się w nocy i ujrzałem postać podobną do człowieka, ale jakby złożoną z pioruna czystej energii. Nie umiem tego dokładnie określić.
Stałam przed łóżeczkiem mojej córki, ale w tym momencie krzyknąłem może kurwa już wystarczy. Żona się obudziła i również ujrzała tę postać. Wspominamy to do dziś. Później podczas mojej pracy miałem okazję parokrotnie prawie zginąć, ale dzięki Bogu nigdy do tego nie doszło.
A to rusztowanie się zawaliło, a to gaz mnie uśpił, było tego dużo. Zdarzyło się, że kiedy jechałem obok cmentarza, mogę przysiąc, że ktoś mnie wołał po imieniu. Najlepsze było, kiedy rozpoczęła się budowa naszego domu.
A to słychać kroki na strychu, a to światło ktoś gasi albo puka do drzwi. Była też dziewczynka, która byłem przekonany, że to moja córka, ale jednak nie była to ona, ponieważ moje dziecko było wtedy jeszcze w swoim pokoju.
Ostatnio też dostałem go z księgiem w plecy, mimo, że nikt go nie rzucił, a dzieci widziały, jak leci w moją stromę. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w październiku 2021 roku. Słuchem i słuchem audycji z cyklu Mówią Świadkowie oraz z kart historii i muszę przyznać, że podczas słuchania różnych wypowiedzi wracają do mnie wspomnienia moich, jakby to nazwać, głupkowatych stanów świadomości i innych rzeczy, snów czy sam nie wiem czego.
Postanowiłem opisać to, co mi się przypomina. Może ktoś miał podobne doświadczenia, a może po prostu od zawsze miałem coś z głową. Przepraszam, jeśli opis będzie chaotyczny, ale piszę tak, jak napływają wspomnienia.
Pierwsze, co pamiętam, to bardzo dziwny stan. Nie wiem, czy był to sen, tzw. paraliż senny, czy coś zupełnie innego. Pamiętam z tego naprawdę niewiele, bo nie wiem, ile mogłem mieć lat, ale chyba jeszcze nie chodziłem do szkoły. Trudno opisać to uczucie, ale spróbuję.
Wszystkie te akcje działy się dawno temu, gdy byłem dzieckiem, czyli jakieś 30 lat temu. Teraz mam 37. Załóżmy, że były to sny. Nie pamiętam, ile razy się powtarzały, ale na pewno dość często. Ten, który teraz opisuję, nie należał do przyjemnych. Śniło mi się, że jestem zamykany w przeźroczystym, plastikowym kokonie.
Sztautem przypominał fasolę i był zrobiony z czegoś w rodzaju opleksji o lekko niebieskawym odcieniu. Miał taki rozmiar, że idealnie się w nim mieściłem. Akcja rozgrywała się w moim pokoju. Pamiętam tylko, że byłem zamknięty w środku i po prostu tam leżałem, a raczej siedziałem, bo nie byłem ułożony na płasko, tylko miałem lekkie oparcie pod plecami.
Dzięki temu patrzyłem przed siebie, a nie w sufit. Unosiłem się w tym kokonie obok łóżka, ale nie mojego, tylko innego domownika. Moje łóżko stało dalej. Co do pozostałych domowników, to tak jakby ich wiedziałem i wiedziałem, że są w pokoju, ale nie mieli żadnego związku z całą sytuacją.
I tu pojawia się problem z opisaniem uczuć. Niby byłem wewnątrz tego czegoś, ale jednocześnie widziałem całą scenę tak, jakbym stał obok i patrzył na siebie leżącego w kokonie. Fizyczne odczucia miałem jednak z wnętrza.
Było mi ciepło, cicho i głucho. Chyba nie mogłem nic mówić ani krzyczeć, a nawet jeśli próbowałem, to nic nie było słychać z powodu zamknięcia. Nie pamiętam, jak ten sen się kończył. Teraz wydaje mi się, choć może to sobie wmawiam, że kokon otwierał się, jakby składał się z dwóch połówek, które się rozdzielały.
Co było dalej, jak się budziłem, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że powtarzało się to dość często, choć nie umiem powiedzieć, ile razy. Drugie wspomnienie dotyczy latarni ulicznej. Podobnie jak poprzednio, było to w czasach mojego wczesnego dzieciństwa. Nie pamiętam, jak to się zaczęło, ani jak się skończyło i dlaczego tak na mnie działało. Może jako dzieciak coś sobie ubzdurałem.
Chodzi o to, że wieczorem, gdy kładliśmy się spać, jeszcze w jednym pokoju z rodzicami, światło latarni przebijało się przez zasłony i działało na mnie hipnotyzująco. Nie mogłem przy tym spać. Trzeba było wieszać dodatkową, grubą zasłonę, której światło już nie przebijało.
Dopiero wtedy udawało mi się jakoś zasnąć. Przez długi czas odstawiane były prawdziwe cyrki z zasłanianiem tej latarni. Pisząc to, poszedłem do pokoju, w którym mnie męczyła, żeby to sobie dokładnie przypomnieć.
Przez ostatnie trzydzieści lat o niej nie myślałem. Teraz mam problem, bo z okna widzę dwie latarnie, jedną bliżej, drugą dalej. I nie wiem, która z nich tak mi przeszkadzała. Czy dawniej też były dwie?
Nie pamiętam. Nawet jeśli, to nie stałe tuż przy oknie, tylko trochę dalej. Jedna jakieś sto metrów, druga może ponad dwieście. Stoją na sąsiednich podwórkach i teraz świecą całkiem przyjemnie. Tyle, że teraz mają pomarańczowe żarówki, a wtedy były te wstrętne, zielonkawe.
Nie wiem, czy to dobrze, że to sobie przypominam, bo nie było to miłe doświadczenie, ale z drugiej strony chciałem to opisać. Następna rzecz, którą pamiętam, a właściwie której nie pamiętam, bo znam ją tylko z opowieści, to moje lunatykowanie, ale w bardziej intensywnej formie. Podobno zdarzało mi się w nocy biegać po domu i kręcić ręką jak śmigłem.
Ja z tego pamiętam tylko tyle, że odzyskiwałem przytomność, stojąc na nogach w pokoju albo w kuchni, i nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Co ja robiłem? Dlaczego tak biegałem? Podobno nie można mnie było to budzić.
Ostatni sen, który pamiętam, to koszmar powtarzający się wielokrotnie, który jednak po jakimś czasie zakończył większość moich wcześniejszych, dziwnych stanów. To było, kiedy miałem około 10 lat. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale myślę, że zobaczyłem coś w telewizji i utkwiło mi to w głowie.
Akcja snu rozgrywała się w wodzie, a dokładniej w morzu. Wyglądało to dosłownie tak, jakbyśmy oglądali akcję eksploracyjną lub ratowniczą zatopionego statku przy pomocy batyskafu. W tym bardzo nieprzyjemnym i męczącym śnie woda była mętna z jakimiś ferfoclami.
Widoczny był kawałek wraku, a może włazu do niego i… odliczanie. Odliczanie od 10 do 0. Najgorsze było to, że nigdy nie mogłem doliczyć do 0. Zawsze kończyło się na trójce. Budziłem się strasznie zmęczony, jak to w koszmarach bywa, nie nad ranem, ale w środku nocy.
A potem znowu zasypiałem. Już bez tego snu. Ten sen męczył mnie wiele razy, aż pewnego razu, nie wiem co to spowodowało, udało mi się wreszcie odliczyć do 0. Nie pamiętam, czy się wtedy obudziłem, ale od tamtej pory większość moich koszmarów i dziwnych stanów ustała.
Sen o kokonie, hipnotyzującym, latarnia, lunatykowanie i kilka innych, o których nie wspomniałem. Ustały też jednak zwykłe sny, a o tych przyjemnych nawet nie wspomnę. Co do snu w wodzie, zastanawiam się, czy nie nagrałem go sobie w głowie jako dziecko, gdy w telewizji pokazywali tragedię promu Jan Heweliusz w 1993 roku.
Naprawdę nie wiem, czy to mogło być z tym związane. Rozumiem, że zobaczyłem coś w telewizji i potem miałem koszmary, ale co z tym odliczaniem, które nie mogło dojść do końca, aż nagle się udało? Chyba nigdy się tego nie dowiem i może to lepiej.
Myślałem, żeby poszukać w sieci starych reportaży o tej tragedii, ale nie. Nie zaryzykuję. Kolejne słuchowiska przypominają mi kolejne moje dziwne stany sprzed wielu lat, o których zapomniałem. Nie pamiętam, w którym to było odcinku i czy w ogóle wmówią świadkowie, czy może w audycji z innego źródła. Facet opowiadał, że coś go za nogi ciągleło lub podnosiło.
Oczywiście jako dziecko też coś takiego przeżyłem, tyle że dla mnie było to dość przyjemne doświadczenie. Czułem ciężkość ciała, a kiedy to ciągnięcie się zaczynało, odczuwałem ulgę. Nie wiem, czy działo się to w półśnie, czy na jawie.
Kolejna sytuacja, której w ogóle nie wiązałem z niczym paranormalnym, dopóki nie zacząłem słuchać audycji i poznawać nomenklatury zdarzeń niewyjaśnionych. Wtedy, jak się z tym zakończyłem, zakończyłem to w domu.
Siedzimy przy świetle, telewizor gra, stary radziecki elektron, nagle następuje spadek napięcia, ale nie całkowity. Żarówki i telewizor przegasły tak, że ledwo się żarzyły, ale działały. W pokoju zapanował półmrok.
Pamiętam, że ojciec tłumaczył mi, że zasilanie idzie na pół fazy i ciągle to powtarzał. Nie pamiętam, jak to się skończyło. Piszę o tym, bo audycje opisują to samo jak z energią elektryczną. Teraz zastanawiam się, czy mogło to mieć z tym związek.
Nie szukałem informacji o takich przypadkach. Dziwne to było. Trwało to dłużej niż sekundę czy dwie, bo przez chwilę chodziliśmy po domu w tym mroku. Technicznie rzecz biorąc, gdyby doszło do jakiegoś zwarcia, to bezpieczniki by wyskoczyły, a tu zasilanie było, tyle że bardzo słabe.
W tamtych czasach zdarzyła mi się też obserwacja, którą słabo pamiętam. Patrzyłem przez kilka minut na coś, co wyglądało jak reflektor samolotu nad lasem. Było to bardzo daleko. Światło mieniło się jak kwiatomorgana, było zniekształcone i rozmazane.
Obiekt znajdował się nisko nad lasem, chyba w jednym miejscu. Było to w bardzo słoneczny i gorący dzień. Było nas tam wtedy chyba trzech i jeden ze znajomych ciągle nalegał, żebyśmy stamtąd poszli. Odpuściłem.
Teraz myślę, że to faktycznie mógł być włączonym reflektorem. Obserwacja była w kierunku Krakowa, a tam jest lotnisko. Następne co pamiętam, to już klasyka. Światła z dyskoteki. Jeden z domowników obserwował kręcące się na niebie tak zwane światła z dyskoteki.
Ja nie widziałem, bo jako dzieciak bałem się patrzeć, a teraz strasznie tego żałuję. Tyle, że ten domownik nigdy nie interesował się ani dyskotekami, ani UFO, a raz mówił, że widzi światła z dyskoteki, kiedy będzie zaś wołał resztę, krzycząc, chodźcie zobaczyć UFO.
Kolejne dziwne doświadczenie to przesłyszenie, ale całkiem fajne. Miałem wtedy co najmniej 13 lat. Idę sobie drogą koło domu i słyszę wyraźne hej lub ej. Donośny ludzki głos, jakby ktoś kogoś wołał. Odwracam się i nie ma nikogo, tylko nasz pies na łańcuchu na końcu podwórka.
Patrzy na mnie merda ogonem i wygląda jakby się uśmiechał. Są takie psy, które potrafią się śmiać. Rozglądam się dalej, pusto. Poza tym pies był tak cięty na obcych, że szczekałby na każdego, kto by mnie wołał.
Trochę się wystraszyłem i zdezorientowany poszedłem dalej szybszym krokiem. Jako dziecko miałem bardzo wiele paraliżów sennych i innych dziwnych snów. Skąd na przykład brały mi się sny o szarakach, skoro wtedy nie miałem dostępu do internetu, a nie pamiętam też, żebym oglądał coś na ten temat w telewizji.
To był mniej więcej rok 1990. Pierwszy sen był o klasycznym szaraku. Śniło mi się, że jestem w przestrzeni kosmicznej. Widzę ziemię z wysokości, z jakiej pokazują ją z wahadłowców. Przede mną widzę szaraka, ale niestety tylko jego czaszkę.
Mówił coś i śmiał się, ale tak szyderczo. Wstrętny sen. A teraz coś, co brzmi jak gwiezdne wojny, ale to tylko sny. Sny o strzelających do siebie pojazdach na horyzoncie. Niebo było ciemne, ale kolorowe.
A ja obserwowałem to wszystko z okna. To były straszne, ale i fajne sny. Bardzo często za dzieciaka miewałem paraliż senny podczas zasypiania. Czułem szarpanie, jakby ktoś trzymał mnie jak grzechotkę i bardzo szybko mną potrząsał, aż miałem wrażenie, że głowa mi się urwie.
Niby nieprzyjemne, ale i dość fascynujące. Teraz już polecę po bandzie, bo myślę, że ktoś mnie specjalnie wkręcał. Moja matka opowiadała mi, że jak była nastolatką, to widziała u nas na strychu białego niedźwiedzia i ruszające się klucze. Ale tak jak mówię, raczej robiła sobie ze mnie żarty.
Pisząc to wszystko doszedłem do wniosku, że niektóre rzeczy można by jakoś wytłumaczyć. Na przykład ten spadek napięcia, czy światło samolotu. Ale te męczące sny, tu już coś mi nie gra. Na razie to tyle opisu moich pokręconych przygód, ale to nie koniec, bo u mnie od zawsze wszystko jest nie tak i sytuacja się pogarsza. Jak sobie coś jeszcze przypomnę, to opiszę.
Można się śmiać i pukać w czoło, ale jak ktoś miał coś podobnego, to już mu do śmiechu nie będzie. Ja słuchając audycji wcale się nie śmieję. Było chaotycznie i może czasem coś się nie zgadza, ale podczas pisania można przemyśleć pewne rzeczy i to i owo sobie wyjaśnić.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w styczniu 2016 roku. Witam. Na wstępie proszę, aby potraktować tę wiadomość poważnie. Większość moich znajomych z uśmiechem twierdzi, że coś mi się pomieszało w życiu, ale zapewniam, jestem zdrowym człowiekiem i nie mam żadnych problemów psychicznych.
Moje podejście do zjawisk takich jak duchy czy UFO zmieniło się diametralnie po tym, co przeżyłem. Wszystko zaczęło się po pierwszym roku studiów. Wróciłem do rodzinnego domu 3 czerwca. Zapowiadały się długie, spokojne wakacje. Mimo zmęczenia i ogromnej chęci odpoczynku przez pierwszy tydzień miałem ogromne trudności z zasypianiem.
Nie potrafiłem sobie tego racjonalnie wytłumaczyć. Pewnej nocy miałem bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że leżę w łóżku, kiedy nagle coś niewidzialnego chwyciło mnie za kostki i nadgarstki. Ta niewidzialna siła uniosła mnie w powietrze i zaczęła rzucać o ściany pokoju.
Czułem ból. Byłem poobijany. Opowiedziałem o tym mamie, która początkowo mi nie uwierzyła. Jednak wkrótce sama zobaczyła, jak dzieje się to naprawdę. Na jej oczach ta sama niewidzialna siła zaczęła rzucać mną poprzed pokoju.
Nie byłem w stanie nad tym zapanować. Pojechaliśmy do szpitala, ale i tam nikt nie chciał wierzyć w to, co mówiłem. Aż do momentu, kiedy sytuacja powtórzyła się na oddziale. Lekarze wezwali księdza. Nagle, zupełnie nie wiem jak, znalazłem się na dworcu w mojej miejscowości.
Było cicho, pusto, nikogo wokół. Spojrzałem na wąskie przejście między budynkiem dworca, a polskim domem. Nagle znikąd pojawiła się tam przerażająca twarz, która z ogromną prędkością zbliżyła się do mnie, niemal dotykając mojego nosa.
W tym momencie się obudziłem. Był już poranek. Pamiętam wszystkie szczegóły bardzo dokładnie. Kolory, wrażenia. Miałem siniaki na obu łokciach, co mogło oznaczać, że uderzałem o ścianę, ale łóżko przylegało tylko z jednej strony.
Minęło kilka dni, ale problemy ze snem nie ustępowały. Pewnej nocy przed zaśnięciem obejrzałem film o świadomym śnieniu. O tym, jak można kontrolować sny. Zainteresowało mnie to, więc postanowiłem spróbować.
W nocy obudziłem się w dziwnym stanie, jakby na granicy snu i jawy. Leżałem na plecach, co już samo w sobie było nietypowe, bo nigdy tak nie śpię. Chciałem się obrócić, ale nie mogłem. Byłem całkowicie sparaliżowany.
Czułem poduszkę pod głową i prześcieradło pod dłońmi. Ale ciało było bezwładne. Oczy miałem otwarte. Kątem oka zobaczyłem trzy bardzo jasne, skośne pasy światła. Te pasy rozmawiały ze sobą. Pamiętam, że jeden z nich powiedział to wina Toma, albo Tomasza.
Wypowiedział też nazwisko. Pamiętałem je, ale rano już nie byłem w stanie go sobie przypomnieć. Następnie zapadłem w coś w rodzaju snu. Po chwili znowu otworzyłem oczy. Tym razem czułem potężny ucisk na klatce piersiowej.
Tuż przy mojej twarzy widziałem zarys innej, obcej twarzy. Była dosłownie kilka centymetrów ode mnie. Nie mogłem się ruszyć, mogłem tylko oddychać. Wtedy ta postać przemówiła do mnie – mów moje imię. Nie odezrałem się.
– Mów moje imię! – wrzasnęła nagle. Ten głos nie brzmiał normalnie. Nie słyszałem go uszami, tylko w głowie. Był to przerażający, warczący głos, bardzo podobny do głosu demona z nagrań Anneliese Michel.
Próbowałem wołać mamę, która spała w pokoju obok, ale nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Im bardziej się opierałem i nie wypowiadałem imienia, tym bardziej bolało mnie całe ciało. W końcu do pokoju weszła mama.
To już nie był sen. – Jezu, synku, czemu tak krzyczysz? Jakiś koszmar ci się przyśnił? Przekręciłem się na bok i próbowałem zasnąć, ale nie mogłem. Miałem silne wrażenie, że w pokoju ktoś nadal jest. Po kilkunastu minutach jednak zasnąłem.
Od tamtej nocy nic podobnego już się nie wydarzyło. Zastanawiam się, czy może mieć to jakiś związek z wydarzeniami rodzinnymi. Przed tymi zdarzeniami mój ojciec rozwiodł się z mamą, a od tego czasu w domu zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Psuły się urządzenia, takie jak pralka czy lodówka. Często wysiadały korki. Może to wszystko ma jakiś związek? Korespondencja nadesłana do Rantia Paranormalium w lutym 2024 roku. Zatytułowane Poławiacze.
Dopiero niedawno natknąłem się na Waszą rozgłośnię i sam nie wiem czemu dopiero teraz, po wysłuchaniu kilkudziesięciu odcinków serii Mówią Świadkowie, zdecydowałem się podzielić swoimi przeżyciami z pogranicza zjawisk paranormalnych.
Od dziecka pamiętam, że w domu poniewierały się egzemplarze czasopisma Niesnany Świat, które z pasją i sumiennością kolekcjonował mój ojciec. To chyba właśnie on jako pierwszy zaraził mnie fascynacją tego typu tematami.
Moje dziecięce doświadczenia ograniczały się głównie do słuchania audycji Nautilus w pewnym znanym radiu i do mglistego wyobrażenia sobie tych dziwnych zagadnień. Dodam jeszcze, że zdarzały mi się wtedy sporadyczne stany OB, wyjścia poza ciało oraz być może spotkania z sypialnianymi gośćmi, których, jak sądzę, wielu z nas doświadczyło.
Dla mnie temat ten jest już dość dobrze opisany, a moja historia nie różniłaby się zbytnio od setek innych. Mimo szczerych chęci przeżycia czegoś więcej, nic jak na złość nigdy się nie wydarzało. Myślę, że mam po prostu zbyt analityczny umysł, by bez zastrzeżeń wierzyć w niektóre opisywane zjawiska, których nie będę tu teraz wymieniać.
Wiadomo, każdy ma swoje zdanie, czy to na temat kręgów zbożu czy pontergeistów. Wszystko opiera się na spekulacjach i wierzę w relacje świadków. Ja natomiast nie mogę powiedzieć, że byłem naocznym świadkiem czegoś spektakularnego.
To raczej pewne, głęboko zagorzenione przeświadczenie, że to, czego doświadczyłem, choć trudne do uchwycenia, było prawdziwe. Nie jestem w stanie tego udowodnić. Obrazy, które widziałem, były jakby bezpośrednio wyświetlane do mojej świadomości.
Wszystko to miało miejsce w bardzo specyficznym dla mnie czasie. Nie chcę zbytnio wchodzić w szczegóły, ale ogólny brak poczucia sensu życia oraz inne okoliczności zmusiły mnie do zamieszkania na ulicy.
Wszystko działo się w takich miejscach jak centra handlowe czy ławki przy dworcach, w samotności i głębokiej zadumie nad sobą i swoim losem. Być może stan ten wywołał coś na kształt deprywacji sensorycznej, medium pozwalające odebrać te niecodzienne wizje.
Do dziś śnią mi się obrazy o tym samym podniosłym, a zarazem nieco ponurym klimacie. Siedząc przez cały dzień, i obserwując przechodzących ludzi, można wiele zauważyć. Człowiek wychodzi w pewnym sensie poza swoją codzienną narrację świadomości, próbując odciąć się od znienawidzonej rzeczywistości.
Proces ten jest wyniszczający, ale choć ego się zaciera, to poczucie istnienia staje się wręcz wyraźniejsze. Czasami można niemal wejść w cudzy sposób myślenia, zrozumieć jego tok rozumowania, a nawet poczuć się jak ta osoba.
Niestety, ta iluzja znika przy bliższej konfrontacji. Ktoś mógłby nazwać to majakami, ale obserwacje, które wtedy poczyniłem, często miały swoje odbicie w rzeczywistości. Na przykład widzisz kobietę nerwowo kręcącą się z telefonem w ręku i w myślach słyszysz cholera, gdzie oni są?
Po kilku minutach podchodzą do niej dwaj mężczyźni i razem idą, jak się okazuje, na autobus do galerii. Rzecz może im przewidywalna, ale skąd wcześniej wiedziałem, że będą to akurat dwaj mężczyźni, że idą do galerii i czego będą tam szukać? Jak mówiłem, cała ta iluzja jest krucha i zanika przy próbie jej zrozumienia.
Jedni nazwaliby osoby widzące takie rzeczy nadwrażliwymi, inni chorymi na padaczkę. Moim zdaniem to nie padaczka. Uważam, że to sposób, w jaki umysł reaguje na pełne uświadomienie sobie swojego miejsca na świecie, brutalnie rzeczywistego.
Nazwę to związkami z rzeczywistością. Po pewnym czasie zorientowałem się, że niektóre postacie pojawiające się wśród ludzi były jakby zbudowane z innej materii. Co więcej, niektórzy zdawali się być innym aspektem tej samej osoby. Byli też tacy, którzy rozmawiali z owymi postaciami, ale zapytani później nie pamiętali takich rozmów i zarzekali się, że od wyjścia z domu nikogo nie spotkali.
Stąd moja teoria. Gdzieś obok każdego z nas krąży jego zapasowe ja. Jest jeszcze wiele zjawisk podobnego rodzaju będących moim zdaniem normalną częścią funkcjonowania duszy w świecie materialnym. Nie będę się tu jednak nad tym rozwodził. Ten, kto wie, o czym mówię, zrozumie.
Wracając do rzeczy. Postacie, które nazwałem połowiaczami, również nie wyglądały jakby były z tego wymiaru. Często widywałem je z oddali. Przypominali przerysowanych, wręcz karykaturalnie starych ludzi. Czuło się, że ich dusze są starsze.
Mieli przy sobie urządzenia, niematerialne lub jakby stworzone z innej substancji, które służyły do wyciągania lub zwijania czegoś, co nazwałem nicią życia. Urządzenia przypominały wędki z haczykami z cienkiej fibry, na których znajdowała się owa nić.
Po złowieniu celu połowiacze zwijali nić na kłębek i znikali w tłumie. Może są to istoty z wyższych wymiarów, przychodzące tu po coś, czego potrzebują. Mam przyczucie, że takie połowienie może szkodzić ludziom, dosłownie skracając ich życie.
Sama wizja jest przerażająca. A jeśli naprawdę istnieje technologia, której nie widzimy, a która służy do łowienia nas, jak my łowimy krewetki? Być może to tylko alter ego oszustów, lichwiarzy, fałszywych doradców, tych, którzy żerują na słabych.
A może naprawdę istnieją inne siły? Raz, tuż po przebudzeniu, zobaczyłem pojazd zbudowany z podobnej materii. Unosił się przed oknem bloku naprzeciwko, na trzecim piętrze. Miał dziwny, geometryczny kształt i migał jak radiowóz lub karetka. Czy to jakaś astralna interwencja?
Jeśli tak, to znaczy, że siły chroniące nas też istnieją. Po całkowitych przebudzeniu pojazd zniknął. Czy były to halucynacje zmęczonego umysłu? Czy może rzeczywiste obrazy z innego poziomu rzeczywistości?
Oceńcie sami. Wizje OB zdarzają mi się raczej na granicy jawy i snu. Jednak to, o czym tutaj piszę, miało miejsce przy wybudzaniu się. Może ktoś inny widział coś podobnego. Dlatego wreszcie postanowiłem to upublicznić.
Może zrozumienie, że nie jest się samym w postrzeganiu przełamie barierę milczenia. Fakt, że te siły są nieuchwytne i niemal nikt nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, czyni je jeszcze bardziej przerażającymi.
Diabelskie moce? Obcy z innego wymiaru? Czy może po prostu mroczne zakamarki ludzkiego umysłu? Nie wiem. Ale wiem, że zło na świecie istnieje, choć trudno jest je jednoznacznie zdefiniować. Na tym zakończę.
Wreszcie wyrażam zgodę na publikację powyższego tekstu oraz na delikatną korektę stylistyczną, jeśli taka okaże się potrzebna. Myślę, że ogólny sens przekazu został jasno zarysowany. Proszę o zachowanie anonimowości. Podpisano Bezdomny.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w listopadzie 2024 roku. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w listopadzie 2024 roku. Chciałabym podzielić się z Państwem moimi wspomnieniami z dzieciństwa.
Spotkań z UFO nie pamiętam, ale też nie wykluczam, że mogły mieć miejsce. Kiedy byłam dzieckiem, działo się wokół mnie bardzo dużo. Bałam się jednak tego, co odbierałam. I w dużej mierze to wyparłam. Od pewnego czasu próbuję sobie przypomnieć różne historie i szczegóły.
Dziś podzielę się tylko jedną z nich. Najpierw kilka słów o mnie, żeby zachować pewną autentyczność tej historii. Wychowałam się w rodzinie, w której machano ręką na takie sprawy. Później już nikomu o tym nie mówiłam, bo pogodziłam się z tym, że nikt nie rozumie, o czym mówię.
Patrzyłam na świat po swojemu i od najmłodszych lat zadawałam sobie pytania. Czym jest śmierć? Jak to jest nie być? Czy to możliwe, że człowiek umiera i przestaje istnieć? Miałam swoje specjalne miejsce w kuchni. Miejsce, które wprowadzało mnie w niemal transowe stan. Na drzwiach piekarnika były białe kropeczki, które przypominały mi nieskończony kosmos. Gdy na nie patrzyłam, pojawiały się w mojej głowie trudne pytania.
Zawsze towarzyszyło temu piszczenie wysokiej częstotliwości i wrażenie, że ktoś wchodzi do kuchni. Zawsze. Zastanawiałam się wtedy nad rzeczami, na które nie potrafili odpowiedzieć ani rodzice, ani babcia.
Gdy trochę podrosłam, zaczęłam szukać informacji o tym, co się wokół mnie dzieje. Książki Roberta Monroe i podobne uratowały moje poczucie siebie. W końcu ktoś, kto przeżył to samo. Zdałam sobie sprawę, że miewałam spontaniczne oby, czyli wyjścia poza fizyczne ciało. Doświadczałam czegoś podobnego do channelingu, miałam symboliczne, znaczące sny niemal co noc i wiele więcej.
Jeśli kiedyś uda mi się poskładać te wspomnienia w całość, z przyjemnością się nimi podzielę. A teraz moja historia. Miałam około 4 do 5 lat. Tak mi się przynajmniej wydaje, choć pamiętam też pewne rzeczy z okresu, zanim zaczęłam mówić.
Na przykład to, jak dziwne było dla mnie, że mama nie reagowała na moje telepatyczne próby komunikacji. Przekazywałam jej coś w myślach, a ona nic, nie rozumiała. W tamtym wieku zaczęłam słyszeć dźwięki w uszach.
Co noc budził mnie dźwięk, który nie pochodził z zewnątrz, lecz jakby z wnętrza mojej głowy. Najbardziej zazwyczaj bardziej przypominał dźwięk wybierania numeru w starym telefonie, tylko bardziej niepokojący, mroczny. Jestem rocznik 1996, więc kiedyś oznacza u mnie lata 90.
Ten dźwięk przychodził do mnie każdej nocy, albo prawie każdej, bo jako dziecko nie liczyłam tego dokładnie. Gdy kładłam się spać, chowałam się pod kołdrą, zatykałam uszy i starałam się zasnąć. Zatykanie uszu nic nie dawało, dźwięk był wewnątrz mnie.
Poruszałam palcami w uszach, żeby próbować go zagłuszyć. Było to wyczerpujące. Miewałam koszmary, a dodatkowo wybudzał mnie ten dźwięk. Bałam się panicznie. Mimo, że cała się trzęsłam, nie wychodziłam spod kołdry.
Wstrzymywałam oddech, żeby nikt mnie nie zauważył. Ten dźwięk, miałam wrażenie, oznaczał czyjąś obecność. Czułam ją i panicznie się jej bałam. W końcu wyżaliłam się mamie, zaprowadziła mnie do laryngologa i na badania słuchu.
Wszystko było w porządku. Mama uspokoiła się, a ja, jak zwykle, usłyszałam tylko Wszystko jest okej, idź spać. Moje przerażenie było prawdziwe. Byłam bardzo mała, nawet nie chodziłam jeszcze do szkoły i ciągnęło się to za mną przez całe dzieciństwo.
Z czasem w tym dźwięku zaczęłam słyszeć coś jeszcze. Szmery, jakby głosy, nie dawał się ze mną komunikować. Słowa, których nie rozumiałam. Byłam tak przerażona, że z płaczem, wpychałam palce do uszu, kręciłam nimi, nuciłam coś pod nosem, byle tylko to wszystko zagłuszyć.
Miałam paraliż ze strachu. Nie potrafiłam zawołać siostry, która spała ze mną w tym samym pokoju, na dolnym łóżku piętrowym. Ona nigdy nic nie słyszała. Zawsze powtarzała, nic tu nie ma, śpij. Była ode mnie starsza o dwa lata.
Nie dziwiło mnie to, rodzice też niczego nie słyszeli, ani nie widzieli. Byłam z tym zupełnie sama. Te głosy próbowały się przebić, ale nie pamiętam, czy kiedykolwiek coś mi zakomunikowały. Myślę, że skutecznie to od siebie odepchnęłam, ale to nie koniec.
Którejś nocy dźwięk w uszach zniknął, za to zaczęłam słyszeć kroki. Najpierw w swoim pokoju, potem w całym mieszkaniu. Wyraźne kroki, które przechodziły z pomieszczenia do pomieszczenia. Zawsze inne, jakby należały do różnych postaci.
Czułam je, słyszałam je, bałam się ich, ale nigdy mnie nie zaczepiały, tylko czasem wyrywały mnie ze snu, mówiąc moje imię tuż przy uchu. Brałam pod uwagę, że to może sąsiad nade mną, że lunatykuje. Ale szybko to wykluczyłam.
Sąsiad często imprezował, nie było go w nocy w domu, wracał nad ranem, zapraszał kobiety. Wszyscy byli na to, że sąsiad miał się nad moją. Wszystko słyszałam. Mieszkał sam, nie miał zwierząt. My też nie.
Mieszkałam na parterze. Sąsiada miałam tylko nad sobą. Siostra również tego nie słyszała. Aż do jednej nocy. Była w łazience. Obudził mnie jej głos. To nie jest śmieszne. Proszę, już ci wierzę. Przestań, bo się boję.
Zostałam w szpitali rodziców. Wyraźne, ciężkie kroki. Potem cisza. Moja siostra była w terapatach, więc moje lwicze serce w końcu odważyło się zejść z łóżka. Czułam się bezpieczna. Miałam wrażenie, że to coś zostało zdemaskowane i uciekło.
To był dla mnie przełom. Siostra w końcu usłyszała to samo. Płacząc, przeprosiła mnie i obiecała, że już nigdy nie zbagatelizuje mojego strachu. Zyskałam jednego sojusznika. Tylko na chwilę, bo siostra też się przestraszyła, więc sprawa szybko zeszła na dalszy plan.
Oczywiście, pamiętamy to obie do dziś, tylko wtedy, jako dzieci, zostawiłyśmy to dla siebie. Ale to nie koniec. Po tej nocy zapadła cisza. Nic już nie chodziło, nie szeleściło. Czułam, jakby coś zostało zdemaskowane i musiało zniknąć. Warto dodać, że przez całe życie widuję cienistych ludzi. Nazywam ich pieszczotliwie cieniasami. Są nie szkodliwi, ciekawscy.
Nigdy nie miałam z nimi problemów. Na zakończenie sen. Śniło mi się, że jestem w pokoju. Wszystko było szare. Świat identyczny jak nasz, tylko bez koloru. Stoję naprzeciw drzwi. Mają plastikową szybkę. Przez nią widzę, że coś świeci po drugiej stronie, w przedpokoju. Otwieram drzwi i widzę portal.
Otwarty w podłodze, a w nim do pasa zanurzona postać. Portal był niebieski, wirujący, świecący, jak galaktyka. Mienił się bielą, czernią i błękitem. Postać miała męską sylwetkę. Była naga, lekko niebieskawa, z czarnymi oczami. Patrzyła prosto na mnie. Nie czułam grozy, tylko ciekawość.
Chodziłam wokół niej. Obserwowałam. Ona się nie ruszała. Jedynie podążała za mną wzrokiem. Miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale czeka, aż ja zacznę. Zapytałam więc, kim jesteś? Rozmowa trwała sekundę, choć wydawała się długa. Jedyne, co pamiętam, to końcowy przekaz, OK, żegnaj. Już nikt tutaj nie przyjdzie. Postać zniknęła w portalu, który również się zamknął.
Obudziłam się, wybiegłam na przedpokój. Nic. Tylko uczucie świeżości i ulgi. Od tamtej pory nic już nie chodziło po mieszkaniu. Mój wniosek? Albo wszystko to działo się na planie astralnym, a moje wyjścia z ciała były nieświadome.
Albo miało to związek z UFO. Te buczenia w uszach, głosy, paraliż. Początkowo myślałam, że to ze strachu, ale może nie. Słuchałam relacji świadków z Państwa kanału o porwaniach i nie bardzo się to pokrywa z moimi odczuciami.
Więc chyba zostaje... Astral, ciekawa jestem, co Pan o tym myśli. Czy potrafi Pan określić, kim mogła być ta postać? I jeszcze jedna rzecz. Skąd wiem, że doświadczałam o obę. Jako dziecko często budziłam się w nocy, bo było mi zimno.
Siadałam na łóżku, sięgałam po kołdrę, przykrywałam się i dalej było mi zimno. Powtarzałam to kilka razy. Rano budziłam się dokładnie w tej samej pozycji. Odkryta. Zmarznięta. Myślałam, że każdy tak ma, ale nikt z moich znajomych tego nie doświadczył.
Dziękuję, że mogłam to wszystko napisać. Nie wiem, czy Pan to opublikuje, ale sam fakt, że mogę się podzielić z kimś, co jest częścią mnie, wiele dla mnie znaczy. Nikt wcześniej nie chciał tego wysłuchać.
Zastanawiałam się długo, czy napisać, bo opowiadam chaotycznie. Słuchając świadków w podcaście, słychać, jak wielką ulgę przynosi im to opowiedzenie swojej historii. Czasem aż chcę się płakać. I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje.
Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o wysłuchaniach dzisiejszych. A jeśli macie jakieś swoje relacje, którymi chcielibyście się podzielić, zapraszam do kontaktu. Przypominam o stronie internetowej Radia Paranormalium www.paranormalium.pl, gdzie obok innych ciekawych materiałów znajdziecie między innymi pełne archiwum naszych audycji do pobrania w formacie MP3.
Tam oczywiście można słuchać bez reklam, które z tego co mi wiadomo niektórych z Państwa wybitnie irytują. Niestety na dużych platformach typu YouTube jest coś takiego, że algorytm bardziej promuje materiały, na których platforma sama może więcej zarobić.
Wiadomo też, że twórcy treści z czegoś żyć muszą, a ponadto dochody z reklam pozwalają na pokrycie również kosztów związanych z prowadzeniem szczególnie tak rozbudowanego projektu, jakim jest Radio Paranormalium.
Na szczęście radio oprócz profili społecznościowych posiada również swoją platformę, działającą niezależnie od społecznościówek, na której można zaznaczyć nie tylko słuchać, ale nawet pobrać wszystkie dostępne audycje na swój dysk.
Raz jeszcze przypominam adres www.paranormalium.pl Na YouTube link znajdziecie zawsze w opisie pod audycjami. Miłośnikom tematów związanych z duchami polecam książkę Opowieści z Biura Duchów autorstwa Ady Edelman, autorki bloga Biuro Duchów, która od niedawna prowadzi również kanał na YouTube o tej samej nazwie.
Dziękuję za uwagę. Warto również śledzić i subskrybować kanały Piotra Cielebiasia UFO Historie i Marka Żelkowskiego Wehikuł Wyobraźni, gdzie panowie omawiają cały szereg interesujących tematów, w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium.
Zachęcam również do sięgnięcia po najnowszy numer miesięcznika Nieznany Świat, gdzie stale obecna jest tematyka związana między innymi z parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi, jak też do odwiedzenia kanału czasopisma na YouTube.
Mówił do Państwa Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.