Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła, różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery osoby. W sporej odległości wydawały się być ode mnie. Zagadkowe obiekty.
Strasznie intensywne, potężne niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było nad chmurami, było jakieś ognisko tego światła. Ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często takie coś zobaczyć.
Tajemnicze istoty. To była czarna postać, cała cienista. Ja byłam tak przerażona, jak to zobaczyłam. Ja się normalnie trzęsłam ze strachu. Niezwykłe wizje. Przestałem być osobą wierzącą, a zostałem osobą posiadającą wiedzę. Ja nie wierzę w to, że jest życie pozagrobowe, tylko ja to wiem, bo tam byłem.
Klątwy. Jakby na pentagramie taka bestia była. Po tej całej akcji, no, strasznie się w życiu mi zaczęło źle się dziać. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka i widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji.
Biegnę i krzyczę do męża: "strzelaj!". Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Witam wszystkich Państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia dzisiejszego wieczoru z kolejnym odcinkiem najbardziej paranormalnego podcastu w polskim internecie. Przy mikrofonie Marek Sęk Ivellios. Dzisiejszy odcinek wypełnią w całości relacje o obserwacjach duchów i innych dziwnych, duchowych widziane.
Zaznaczam, że część moich rozmówców telefonicznych prosiła o zmianę barwy głosu i choć nie wpłynęło to znacząco na zrozumiałość wypowiedzi, to dla pełniejszego komfortu słuchania polecam poszukać słuchawek. Tym, którzy są z nami dzisiaj po raz pierwszy, przypominam, że Mówią Świadkowie to nieregularnie ukazująca się audycja, w której ludzie tacy jak Wy dzielą się swoimi historiami o spotkaniach z Nieznanym całkiem szczerze, całkowicie anonimowo. Audycja ukazuje się na antenie Radia Paranormalium, a archiwum odcinków w postaci mp3 do pobrania oraz masę innych ciekawych materiałów znajdziecie na naszej stronie www.paranormalium.pl. Jak już wspomniałem, dzisiejszego wieczoru naszą anteną rządzą duchy. A ten odcinek rozpoczniemy od prezentacji kilku historii nadesłanych drogą tekstową. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w kwietniu 2018 roku.
Pierwsze zdarzenie miało miejsce w latach sześćdziesiątych. Miałam wtedy trzynaście lub czternaście lat. Dokładnie już nie pamiętam. Była noc. Spałam, gdy nagle coś mnie obudziło. Leżałam na plecach z rękami uniesionymi nad głową. Otworzyłam oczy i zobaczyłam młodego mężczyznę siedzącego obok mnie na wersalce, na której spałam. W tym samym pokoju spali moi rodzice.
Pomyślałam: "pewnie mi się to śni". Zamknęłam oczy i po chwili znowu otworzyłam. Był nadal. Powtórzyłam to jeszcze dwa, trzy razy. On wciąż tam był. Postanowiłam obejrzeć dokładnie pokój, by upewnić się, czy wszystko jest na swoim miejscu. Przecież jeśli to sen, to coś powinno być inne. Dzięki latarni świecącej za oknem w pokoju było dość widno i mogłam dobrze się rozejrzeć. Wszystko się zgadzało. Wtedy spojrzałam znów na postać.
Mężczyzna miał ciemną karnację. Widziałam jego nagi tors i głowę, ale to, co najbardziej zapamiętałam, to fakt, że miał tylko jedno duże oko, pośrodku czoła. Nie ruszał się, tylko patrzył mi prosto w oczy, a jego wzrok był tak przenikliwy, że poczułam prawdziwy strach. Zamknęłam oczy. Nie chciałam już na niego patrzeć.
Włosy stanęły mi dęba, aż czułam, jak kłują mnie w ręce, które wciąż miałam nad głową. Próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam wydobyć głosu, mimo ogromnego wysiłku. Chciałam obudzić rodziców. Słyszałam ich miarowe oddechy. Spali spokojnie. W myślach dziękowałam Bogu, że on się nie porusza, bo gdyby to zrobił, chyba umarłabym ze strachu. Kiedy poczułam, że znów mogę się poruszyć, nie otwierając oczu, nakryłam się kołdrą na głowę. To był mój jedyny sposób, by się przed nim schować. I wtedy poczułam, jak coś zaczyna ściągać ze mnie kołdrę od nóg aż do pasa.
Piszę "coś", bo nie otworzyłam oczu. Nic nie widziałam, tylko czułam. Ze wszystkich sił chwyciłam kołdrę i ponownie się nią zakryłam. Wtedy wszystko ustało. W pokoju zrobiło się spokojnie. Nikogo już nie było. To był jedyny taki przypadek w moim życiu. Dodam, że mieszkaliśmy wtedy w poniemieckim bloku. Może to miejsce miało jakieś znaczenie? Nie wiem. Minęło już ponad pół wieku, a ja do dziś dokładnie to pamiętam i nie potrafię wytłumaczyć co to było.
Drugi przypadek, tym razem z Duchem. Był rok 1979. Mieszkaliśmy wtedy z rodzicami w nowym bloku. Była sobota około północy. Oglądaliśmy z mężem film w pokoju gościnnym. Rodzice już spali w swoich pokojach. Mąż leżał na tapczanie naprzeciwko przedpokoju. Dalej były drzwi wejściowe. Ja siedziałam obok na fotelu, bokiem do przedpokoju. W pewnym momencie poczułam, że mój wzrok ściągany jest w stronę przedpokoju. I wtedy ją zobaczyłam.
Stała przy drzwiach wejściowych. Kobieta, dość korpulentna, okryta dużą chustą, taką jak kiedyś nosiły starsze kobiety na wsiach. Stała bez ruchu i po prostu patrzyła na nas. Nie odczułam strachu. Byłam bardzo zdziwiona. Za to mój mąż aż zzieleniał ze strachu.
Zrobił wielkie oczy. Nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa. Zaczęłam go wypytywać, czy coś widzi. Kiwając głową, potwierdzał. Zapytałam: "kobieta czy mężczyzna? W co ubrana?"Opisał dokładnie to samo, co ja widziałam, więc nie mogło nam się to przewidzieć. Widzieliśmy to oboje. Kobieta stała może ze trzy minuty, po czym zaczęła się rozmywać, aż stała się przezroczysta.
Przez jej sylwetkę prześwitywały drzwi i w końcu zniknęła całkowicie. Później pytałam rodziców i ciocię, czy to mogła być jakaś dalsza krewna. Nikt nic nie wiedział. Ale wtedy zrozumiałam, dlaczego ciocia, która często nas odwiedzała, nigdy nie chciała spać sama w tym pokoju gościnnym. Zawsze wolała spać z moją mamą, mimo że było im ciasno, bo mama była osobą otyłą. Zamiast przespać się wygodnie jak królowa w osobnym pokoju. W końcu, przyciśnięta moimi pytaniami, ciocia przyznała, że też coś tam widziała, ale nie chciała o tym mówić. To był nowy blok.
Nikt przed nami w tym mieszkaniu nie mieszkał. Wcześniej były tu tylko sady i drzewa, a nasze mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze. Nikt z sąsiadów nigdy nie wspominał o takich zjawiskach. Nie wiem więc, czy to działo się tylko u nas. Miałam w życiu tylko dwa takie zdarzenia, ale były na tyle szokujące, że pamiętam je do dziś.
Bardzo chciałam komuś to opowiedzieć, ale komuś, kto byłby w stanie w to uwierzyć. Ludzie są dziś tak zagubieni w swoich małych światach, że nie dopuszczają do siebie myśli, iż istnieje coś więcej, coś, co wykracza poza to, co znamy.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lipcu 2022 roku. Witam, na wstępie proszę o zachowanie anonimowości. Chciałabym opowiedzieć swoją krótką historię o tym, jak nastraszył mnie duch w Londynie.
Mieszkałam w Londynie przez kilka lat. Opisywane zdarzenie miało miejsce w 2015 roku. Od dawna interesowałam się opowieściami o duchach. W mojej rodzinie było ich całkiem sporo. Londyn, jak wiadomo, pełen jest miejsc uznawanych za nawiedzone. Jednym z nich jest The Grenadier Pub, w którym ponoć straszy duch żołnierza Kedricka, zabitego pod lokalem za oszukiwanie w kartach. Bardzo mnie to zaciekawiło, więc kiedy odwiedzili mnie znajomi z Polski, zaproponowałam, byśmy poszli właśnie tam. Byłam tam wcześniej tylko raz, ale wtedy nie doświadczyłam niczego niezwykłego. Tego dnia miało być inaczej. Będąc w pubie ze znajomymi, opowiedziałam im legendę o duchu, licząc na to, że tym razem coś się wydarzy. W myślach przyzywałam ducha, prosząc, by dał mi jakiś znak, pokazał się albo zrobił cokolwiek. Na moje nieszczęście ktoś mnie chyba wysłuchał. Opuszczając pub czułam się dziwnie. Nie potrafię dokładnie opisać tego uczucia. Może była to obecność czegoś nienazwanego, jakaś ciężka atmosfera, poczucie grozy. Wróciliśmy do mojego mieszkania, a ja niedługo potem położyłam się spać. Nie mogłam jednak zasnąć. Cały czas czułam niepokój, a nawet strach. W nocy zaczęłam mieć wrażenie, że ktoś mnie dotyka. Czułam delikatny dotyk.
To na plecach, to na ręce. Przestraszyłam się. Zakryłam się kołdrą po sam czubek głowy i wierciłam się niemal do rana, próbując wmówić sobie, że to tylko wyobraźnia. W pewnym momencie położyłam się na plecach i wtedy zobaczyłam coś, co do dziś mam przed oczami. Nade mną na chwilę pojawiła się biała, niewyraźna postać bez twarzy, ale z widoczną sylwetką, długawymi włosami i rozpostartymi rękami, jakby w geście, którym chce się kogoś przestraszyć.
Przeraziłam się. Zaczęłam się modlić: Ojcze nasz pod Twoją obronę. Widocznie to wystarczyło, bo duch zniknął i dał mi spokój. Obok mnie cały czas spał mój chłopak, ale nie obudziłam go. Wiedziałam, że i tak by mi nie uwierzył. On nie wierzy w duchy.
Rano opowiedziałam o wszystkim bratu przez telefon i wysłałam mu zdjęcia z pubu. Zrobiłam ich kilka ze znajomymi. Brat zauważył na jednym z nich coś dziwnego. W tle wyraźnie było widać przezroczystą, białą postać. Bok twarzy mężczyzny z wyraźnymi rysami, miał dość długie włosy do ramion i duży, prosty nos. Znalazłam kilka artykułów o tym pubie i duchu Kedricka. Próbowałam wysłać zdjęcie do jednej ze stron zajmujących się zjawiskami paranormalnymi, ale za każdym razem coś się działo. Nie mogłam wysłać ani maila, ani wiadomości. Naciskałam wyślij i nic.
Tak jakby duch nie chciał, by o nim pisano. Próbowałam wielokrotnie, na różne sposoby, bez skutku. W końcu zrezygnowałam, bojąc się, że duch wróci, by mnie dalej straszyć. Od tamtej nocy już nic się nie wydarzyło. Do pubu więcej nie wróciłam, a wkrótce potem na dobre wyjechałam z Anglii. Niestety zdjęcie się nie zachowało. Było zapisane tylko na telefonie. Nie miałam wtedy konta Google, a telefon się zepsuł. Mam nadzieję, że ta historia Was zainteresuje.
Pozdrawiam serdecznie. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2023 roku. Od samego urodzenia mam dziwne i nadnaturalne doświadczenia. Otóż kiedy się urodziłem, lekarze poinformowali moją mamę, że raczej nie przeżyje nocy.
Następnego dnia mama dowiedziała się, że nie tylko żyje, ale i mój stan znacznie się poprawił. Przypuszczam, że wtedy po raz pierwszy otarłem się o drugą stronę. Mieszkałem z rodzicami w starej kamienicy, która w czasie II wojny światowej znajdowała się w centrum krakowskiego getta. I to właśnie tutaj miały miejsce dziwne wypadki. Kiedy miałem może sześć, siedem lat, zapadłem na bardzo poważne zapalenie oskrzeli. Jedną z nocy spałem razem z mamą.Obudziło mnie przeczucie, że ktoś jest w pokoju. Pomimo zupełnej ciemności zobaczyłem postać mężczyzny. Był on wysoki, wyższy niż nasz piec kaflowy, czyli około stuosiemdziesięciu, studziewięćdziesięciu centymetrów. Ubrany był w ciemne spodnie i brązowy sweter. Nie widziałem jego twarzy, ale zapamiętałem oczy wpatrujące się we mnie. Oczywiście zacząłem krzyczeć. Zaświecono światło i nikogo nie było, a rodzice stwierdzili, że mi się przyśniło. I może ta historia na tym by się skończyła, ale kilka lat później odwiedziłem aptekę pod Orłem przy Placu Bohaterów Getta. Na jednym ze zdjęć rozpoznałem tego samego człowieka. Był identycznie ubrany. Mieszkał w getcie przed wojną, a ponieważ był Żydem, został również umieszczony w getcie. Kilka lat później również obudziło mnie przeczucie.
Zobaczyłem jakiś cień przesuwający się nade mną. Zdążyłem jedynie przykryć się kołdrą, kiedy zwaliły się na mnie talerze i bardzo ciężkie pudło ze sztućcami. Wszystko to wypadło ze stojącego po drugiej stronie pokoju pawlacza. Niemal wszystkie talerze rozbiły się, wszystkie sztućce wypadły z pudła. Nie ma takiej możliwości, żeby to samoistnie doleciało do łóżka. Odległość między pawlaczem a łóżkiem to dobre dwa metry, a waga zwłaszcza tego pudła ze sztućcami była znaczna. Myśleliśmy, że oberwała się półka, lecz nic takiego się nie stało.
Pawlacz stał w moim pokoju przez wiele lat i nic podobnego nigdy się nie powtórzyło. To tylko kilka historii z mojego życia, którymi gotów jestem się podzielić. Jest jeszcze wiele innych historii spotkań z duchami. Widziałem swojego wujka kilkukrotnie po jego śmierci, jak też babcię, której nie pamiętam, bo zmarła, kiedy miałem trzy lata. Może kiedyś podzielę się i tymi historiami.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w kwietniu 2024 roku. Jako dość świeży słuchacz radia postanowiłem podrzucić kilka swoich historii. Nie wiem, czy się przydadzą i czy zostaną w jakiś sposób wykorzystane, ponieważ dotyczą zjawisk dość łagodnych w porównaniu z tymi, jakie były omawiane w Radiu Paranormalium. Jednak są to zdarzenia, które utkwiły mi w pamięci jako niewyjaśnione i niemożliwe do racjonalnego wytłumaczenia. Nie zmieniły one mojego życia, nie wpłynęły na nie.
Traktuję je raczej jak taki smaczek. Być może jakiś mały dowód na istnienie innych rzeczywistości. Nie wykluczam tego. Wszystko zdarzyło się w moim dzieciństwie lub też w czasie, kiedy byłem nastolatkiem. Zdarzeniom nadałem robocze tytuły. Teatr Cieni. Mam sześć czy siedem lat. Są lata osiemdziesiąte. Rzeszów.
Mieszkam w bloku na trzecim piętrze i zajmuję pokój razem z młodszym bratem. Przed zaśnięciem bardzo lubię pobawić się w teatr cieni. W świetle zapalonej nocnej lampki moje dłonie odbijają się na ścianie tuż przy moim łóżku i tworzą na niej różne zwierzęta, ptaki, drzewa itp. To jedna z moich ulubionych zabaw, szczególnie wtedy, kiedy nie mogę zasnąć.
Tamtego wieczora właśnie nie mogę zasnąć. Brat śpi na łóżku obok, leżąc na brzuchu, z rękami schowanymi pod kołdrą. Postanawiam pobawić się w teatr cieni. Zapalam lampkę i tworzę z dłoni zwierzęta: psa, ptaka i tym podobne. Opowiadam sobie jakieś historie, jak to dziecko. Wtedy nagle zauważam, że zwierząt cieni na ścianie przy moim łóżku jest więcej niż dwa naraz. Jest ich więcej niż mam dłoni.
Obserwuję to przez chwilę, z początku jako pewną ciekawostkę. Po chwili składam własne ręce na płasko, tak by upewnić się, czy wszystkie cienie ze ściany znikną. Ale znikają tylko moje cienie. Na ścianie nadal widzę zwierzęta poruszające się i odgrywające jakieś scenki. Rozglądam się po pokoju, ale niczego dziwnego nie zauważam. Brat cały czas śpi jak zabity.
Nie boję się, nie wyskakuję z łóżka, ale pamiętam, że w głowie mówię sobie, że to nie jest możliwe. Czując niepokój, odwracam się plecami do ściany i tak zasypiam. Kiedy następnego dnia próbuję o tym opowiedzieć rodzicom ignorują mnie i mówią, że to wina mojej bujnej wyobraźni.
Doskonale to zapamiętałem i wiem, że nie była to kwestia wyobraźni, ponieważ pamiętam, jak usilnie po dziecięcemu próbowałem racjonalizować sytuację i jak w końcu doszedłem do wniosku, że tego, co widzę, nie da się wytłumaczyć.
Duch w ogrodzie. Są lata dziewięćdziesiąte. Co lato jeździmy z rodzicami i bratem na wakacje na Dolny Śląsk, do miasteczka o nazwie Przemków. Mieszka tam nasza dalsza rodzina. Jest stary poniemiecki dom z ogrodem i wielka atrakcja dla nas, nastolatków, ciemnia fotograficzna w łazience, w której na co dzień urzędował nasz wujek. Któregoś dnia robimy zdjęcia w ogrodzie za domem. Jest piękny letni dzień. Kwitną kwiaty, po niebie płyną białe obłoki, baranki. Pozuję na tle kwiatów, a mój brat robi mi zdjęcia. Wieczorem wywołujemy te zdjęcia w łazienkowej ciemni. Na jednym z nich widzimy coś dziwnego, jak gdyby smugę zasłaniającą moją postać. Smuga obecna jest na kliszy w negatywie bardzo wyraźnie jako jasna, słupowata figura stojąca tuż przede mną. Po wywołaniu zdjęcia widzimy, że jest czymś w rodzaju skondensowanego dymu w takim dymnym kolorze. Fotografia była czarno-biała. Smuga jest dużo wyższa od mojej postaci i jak gdyby przeźroczysta. Pomimo że znajduje się przede mną, nie zasłania mnie. Moja postać również jest widoczna poprzez to coś.Olszówka. Kiedy przypatrujemy się zdjęciu w pełnym świetle, zauważamy, że w górnej części dymnego słupa znajduje się coś, co przypomina zarys twarzy, raczej kobiecej. Dość wyraźne, choć nieco zniekształcone oczy i usta. Jesteśmy trochę przestraszeni i trochę podekscytowani. Wołamy dorosłych i pokazujemy im zdjęcie. Wujek chce zobaczyć kliszę, a ponieważ zna się na fotografii, stwierdza, że rzeczywiście nie jest możliwe, by był to jakiś błąd na kliszy czy na przykład prześwietlone zdjęcie.
Wierzymy zatem, że coś, czego obecności w ogrodzie podczas robienia zdjęć nie odczuliśmy, zostało uchwycone na kliszy, a potem na fotografii. Mimo opinii wujka, dorośli bardzo szybko usiłują przekonać nas i siebie chyba też, że jednak była to jakaś usterka techniczna i o całej sprawie należy po prostu zapomnieć. W nocy słyszymy jednak ich rozmowę i dosyć niepewny głos wujka mówiący: "słuchajcie, na tym zdjęciu naprawdę coś jest. To nie jest usterka". Rozmowa ta była przez nas podsłuchana, więc uznaliśmy te słowa za prawdziwe, nie zaś wypowiedziane tylko po to, aby uspokoić dzieciaki. Dorośli także lekko się zaniepokoili, choć bardzo szybko o wszystkim zapomnieli. Niestety fotografia nie przetrwała przez te wszystkie lata. Jedyny jej egzemplarz został wysłany dobrych kilka lat później do niesłynnego pana R.B., który chyba zignorował sprawę, ponieważ nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.
Mama widzi duchy. Lata dziewięćdziesiąte. Rzeszów. Kilka dni po śmierci mojego dziadka, teścia mojej mamy. Mama nie może spać, więc podchodzi do okna i patrzy na park znajdujący się naprzeciwko naszego bloku. Jest deszczowa noc, wszyscy śpimy i nagle budzi nas krzyk mamy. Kiedy razem z bratem biegniemy do pokoju rodziców, widzimy, jak nasz tata uspokaja mamę, która twierdzi, że w parku na jednej z rozświetlonych latarnią alejek, zobaczyła dziadka, który stał i patrzył na nią stojącą w oknie.
Lata dwutysięczne. Rzeszów. Piękne, słoneczne lato. Około godziny jedenastej-dwunastej odwiedza nas sąsiadka i informuje o śmierci innej naszej sąsiadki, która chorowała na raka. Dowiadujemy się, że pani P. zmarła w szpitalu czy też w hospicjum około siódmej rano. Kiedy sąsiadka informatorka wraca do swojego mieszkania, widzimy, że mama ma dość niewyraźną minę. W końcu mówi do mnie i brata: "Skoro pani P. zmarła w szpitalu o siódmej rano, to jakim cudem widziałam ją dziś po siódmej rano na ulicy pod domem, kiedy stałam na balkonie?
Nawet ukłoniła się i pomachała do mnie ręką". Ciekawą sprawą jest fakt, że obecnie siedemdziesięcioletnia już mama, wydarzenia te jak gdyby wyparła i dziś pytana o nie uparcie twierdzi, że wszystko jej się wydawało. Ale ja pamiętam jej przejęcie i jej żywe emocje wtedy. I nie wierzę, że było to tylko przywidzenie.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w czerwcu dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Podcast Mówią świadkowie, uważam za cudowny program. Otwieracie ludzi na to, by zamiast wycofywać się ze swoich intuicji dotyczących tego, co widzieli i słyszeli, spojrzeli na siebie i swoje doświadczenia z innej perspektywy. Jestem jedyną osobą, której moja mama opowiada o pewnych epizodach, które jej się przytrafiły. Bała się mówić o tym komukolwiek innemu, by nie wyjść na pośmiewisko. Ale ja od dziecka byłam otwarta na takie tematy i zawsze interesowałam się zjawiskami paranormalnymi. Czytam książki dokumentalne, oglądam filmy, interesuje mnie wszystko, nawet egzorcyzmy i starożytne wierzenia. I wciąż mam niedosyt. Może właśnie dlatego mama mi ufała. Mieszkaliśmy w starej, przedwojennej kamienicy, która należała niegdyś do Żydów. Dopiero gdy dorosłam, mama zaczęła opowiadać o różnych dziwnych zdarzeniach. Na przykład o kapie, która sama zsuwała się z łóżka. Przy jednej ze ścian nie dało się powiesić obrazu, bo ciągle spadał. Wszystko ustało dopiero wtedy, gdy mama kilka razy zamówiła modlitwę za duszę, która jak sądzimy, tam przebywała. Innym razem, tuż przed tym, jak dowiedzieliśmy się o wypadku samochodowym bliskich krewnych, kwiaty w wazonie same podskoczyły na pół metra w górę. Zdarzało się też, że drzwi wejściowe same się zamykały, na zamek zakręcany od wewnątrz, mimo że nikt ich nie dotykał.
Albo to, co przydarzyło mi się na cmentarzu wieczorem, w noc Wszystkich Świętych, na Zaduszki. Zobaczyłam ciemną postać w szarym płaszczu z kapturem. Wyglądał jak dawny prochowiec, a obok stało dziecko w podobnym stroju. Gdy spojrzałam na koleżankę i zapytałam, czy też to widzi, po chwili obie postacie zniknęły. Nikt nie oddalał się od tamtego grobu, a wszystko działo się zaledwie kilka metrów ode mnie.
Czułam wtedy bardzo ciężką atmosferę. Szybko zapaliłyśmy znicz. Jak co roku wracałyśmy tam wieczorem, by zapalić światło na grobie dzieci Zamojszczyzny. Nigdy tego nie zapomnę. Takich drobnych epizodów było więcej, także wśród moich bliskich. Zbieram takie historie i próbuję je zrozumieć. Oby więcej takich audycji.
Pozdrawiam serdecznie. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w grudniu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Jeśli byłoby to interesujące dla radia, chciałabym opowiedzieć historię, która przytrafiła się mojej mamie w latach osiemdziesiątych.
Mama pracowała wtedy w sanatorium uzdrowiskowym. W czasie tak zwanego przestoju, czyli okresu między turnusami, gdy jedni kuracjusze wyjeżdżali, a inni dopiero mieli przyjechać, pracownicy obsługi mieli trochę luźniejszy czas.
Często wtedy wspólnie przesiadywali i prowadzili długie rozmowy. Tematy bywały bardzo różne, także duchowe. Jeden z pracowników, gdy schodziło na rozmowy o życiu po śmierci, zawsze powtarzał, że w to nie wierzy.Według niego człowiek umiera i to jest koniec. Koniec wszystkiego.
Moja mama, wychowana w bardzo religijnym domu, gdzie modlitwa za dusze czyśćcowe była czymś codziennym, chętnie wchodziła z nim w takie dyskusje. Późną jesienią wspomniany kolega nagle zmarł na zawał serca. To był dla wszystkich ogromny szok.
Pogrzeb odbył się po południu. Część współpracowników, w tym moja mama, nie wróciła po nim do domu. Były to czasy PRL-u. Autobusy jeździły rzadko, a pora była już późna, więc zostali na noc w sanatorium, by rano normalnie rozpocząć pracę. Mama nocowała w jednym z sanatoryjnych pokoi razem z koleżanką.
Miały dwa oddzielne łóżka. Spała na wznak, z rękami ułożonymi nad głową na poduszce. W nocy poczuła coś. Powoli otworzyła oczy i wtedy zobaczyła, że w nogach łóżka stoi zmarły kolega. Wyglądał tak samo jak za życia. Nie był blady, jak czasem opisuje się duchy. Mama chciała zawołać koleżankę, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Czuła paraliż całego ciała.
Najbardziej zapamiętała przemożną chęć opuszczenia rąk znad głowy. Taki naturalny odruch w razie obrony. Ale nie była w stanie tego zrobić. Postać nie poruszała ustami, ale mama wyraźnie usłyszała w głowie słowa: Krysiu, miałaś rację. Życie po śmierci istnieje. Po tych słowach postać zaczęła się przesuwać powoli, spokojnie nad nią od stóp w stronę głowy.
I w pewnym momencie po prostu przeniknęła w ścianę. Mama patrzyła na to cały czas, nie mogąc poruszyć głową, ale wzrokiem obejmowała fragment ściany przy suficie, nad sobą i za sobą. Gdy duch zniknął, odzyskała mowę i możliwość poruszania się. Natychmiast obudziła koleżankę, która jednak niczego nie słyszała ani nie zauważyła.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w czerwcu 2024 roku. Chciałbym się podzielić kilkoma historiami o wysokiej dziwności, które od lat są powtarzane przez moich bliskich, a były i moim udziałem. Zacznę od krótkiego wstępu.
Na Dolnym Śląsku, u podnóża Sudetów istnieje bardzo wiele wsi i małych miasteczek, które wyszły nietknięte z II wojny światowej, ponieważ zdążyła się ona skończyć, zanim te ziemie stały się obszarem walk. W jednej z takich miejscowości zamieszkała część mojej rodziny, zmuszona do opuszczenia terenów, które weszły po 1945 roku w skład ZSRR.
Większość dotychczasowej ludności w tej części Ziem Odzyskanych została uznana przez nowe władze za Niemców i wysiedlona do Niemiec. Ale zostało kilka miejscowych rodzin, które zdecydowały się zostać i na tyle znały język polski lub się go nauczyły, że nadano im polskie obywatelstwo i pozwolono tam dalej mieszkać. To właśnie od tych ludzi nowi mieszkańcy dowiadywali się, co działo się na tych terenach w czasie wojny i wcześniej. A było to potrzebne, gdyż szybko okazało się, że owe nietknięte domy i mieszkania mają swoje tajemnice i wydają się być nawiedzone przez różne dziwne postacie i trudne do wyjaśnienia zjawiska. Jedna z sąsiadek mojej rodziny w pewnym momencie zaczęła opowiadać, że czuje, iż ktoś jest w jej domu, choć nikogo nie widzi. Kobieta ta mieszkała sama. Z czasem zaczęła się budzić w środku nocy, bo czuła, że ktoś na nią patrzy.
Zjawisko nasilało się, bo z czasem budziła się czując czyjś dotyk. Potem też obecność w łóżku. A ostatecznie widziała, jak kołdra, pod którą spała, zsuwa się sama z łóżka na podłogę, jakby ściągnięta przez kogoś. Fakt tego przemieszczania się kołdry uświadomił jej, że to wszystko nie dzieje się tylko w jej umyśle. Na początku bała się tego, co się dzieje, ale w końcu, jakkolwiek dziwnie to brzmi, przyzwyczaiła się do tych sytuacji. W momencie, kiedy przestała odczuwać strach, zjawisko zmieniło nieco swoją naturę.
Zaczęły się nocne odwiedziny. Ukazywała jej się postać mężczyzny w stroju przypominającym mundur, który jednak poza nadal praktykowanym dotykaniem śpiącej i odkrywaniem z niej kołdry, nie robił nic więcej. Kiedy kobieta ta pytała, kim jest i po co przychodzi, nie było żadnej odpowiedzi. W końcu zdecydowała się porozmawiać z kimś ze starszych mieszkańców i dowiedziała się, że poprzednim lokatorem jej obecnego domu był oficer SS, który na wieść o kapitulacji III Rzeszy popełnił samobójstwo właśnie w pomieszczeniu, które nieświadoma niczego owa mieszkanka wybrała sobie potem na sypialnię. Co ciekawe, miejscowi nie dziwili się temu, co się dzieje i poradzili jej, by po prostu zmieniła ustawienie łóżka w tym pokoju lub spała gdzie indziej. Kiedy postąpiła zgodnie z tą sugestią, zjawisko natychmiast skończyło się i nigdy więcej się nie powtórzyło. Od miejscowych moi krewni, dziś już w większości nieżyjący, dowiedzieli się, że ich dom wcześniej należał do bezdzietnego małżeństwa lekarzy z Berlina, którzy zginęli w trakcie jednego z bombardowań miasta przez aliantów. Było jednak jasne, że mimo śmierci swojego domu w górach nie opuścili. Odgłos kroków na drewnianych schodach i podłodze, kiedy nikt z domowników po nich nie chodził, bo na przykład wszyscy znajdowali się w jednym pomieszczeniu i to słyszeli, był na tyle często słyszany, że z czasem można było odróżnić, czy chodzi on, czy ona.
Standardem były też odgłosy trzaskania drzwiami, czasami rzeczywiście zamykanymi przez coś lub kogoś niewidzialnego, a nieraz tylko odgłos trzaskania bez faktycznego ruchu drzwi. Często też ginęły różne przedmioty z mieszkania, jakby nagle zniknęły lub też gwałtownie zmieniały swoje położenie bez niczyjej ingerencji. Tak było z kluczami do piwnicy. Nagle zniknęły z miejsca, gdzie zwykle były. Poszukiwano ich w całym domu, a nagle znalazły się, leżąc na środku podłogi w przedpokoju, gdzie nie sposób było ich wcześniej nie zauważyć. Po wzięciu ich do ręki okazywały się lodowato zimne, mimo że był to środek upalnego lata.Cytat: jeden z moich krewnych był świadkiem, jak przedmioty w łazience, na przykład plastikowa miska, unosiły się w powietrze samoistnie i przemieszczały się, jak gdyby ktoś niewidzialny je podnosił i przestawiał. Innym razem, po powrocie domowników po dłuższej nieobecności, okazało się, że krzesła przy stole w salonie są odstawione od stołu i przewrócone na podłogę, ułożone w rzędzie, jak gdyby ktoś je tam równo ułożył.
Jednorazowo wydarzyło się także coś, co przypominało materializację przedmiotu. Pod sufitem ukazało się coś, co przypominało kształtem ołówek, ale nie był to drewniany ołówek, a raczej gumowy, elastyczny, dający się wyginać. Nikt z domowników nigdy nie widział takiego ołówka, nie mówiąc o tym, by był w posiadaniu takiej rzeczy. Najdziwniejsze było to, że pojawił się znikąd. Również znikąd pojawiła się na podłodze w jednym z pomieszczeń świecąca jakby słomka, która po zbliżeniu się do niej i próbie podniesienia uniosła się pod sufit i tam zniknęła. Wydarzyło się też zjawisko obserwowane nie tylko przez domowników, ale i ich gości. W czasie przyjęcia wydanego w domu nagle zgasło światło w pomieszczeniu, w którym wszyscy wówczas przebywali i dał się słyszeć huk. W pozostałych pokojach światło nie zgasło i szybko okazało się, że z sufitu spadł żyrandol. Żyrandol był zawieszony na haku, który dalej tkwił w suficie, więc wyglądało to tak, jak gdyby ktoś go stamtąd zdjął i rzucił na podłogę.
Najbardziej jednak przestraszyło wszystkich, że przewód elektryczny w żyrandolu był równiutko odcięty. Jakby wykonano bezdźwięczne i precyzyjne cięcie niewidzialnym narzędziem. Moja rodzina interpretowała te wszystkie zdarzenia, jakby komuś nie podobało się, że dom jest zamieszkały i jak nowi mieszkańcy go sobie urządzają. I jak gdyby dawni mieszkańcy nieżyjący sygnalizowali nowym, że nadal tam są. Im więcej jednak czasu mijało od zakończenia wojny, tym te fenomeny były rzadsze, choć nigdy nie ustąpiły całkowicie. Po sprzedaży domu i przeprowadzce w inne miejsce, moi krewni nie doświadczali już tego typu niepokojów.
Raczej więc były one związane z tym konkretnym miejscem. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku wydarzyło się w tym domu coś innej natury- spotkanie z dziwną, człekokształtną istotą. A ja sam jako dziecko doświadczyłem w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku zjawiska utraconego czasu.
[muzyka w tle] Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w sierpniu dwa tysiące dwudziestego czwartego roku. Tytuł: Nocny Gość. Duch. Krewny. Mimik. Witam serdecznie. Od dawna słucham waszego radia. Raz już nawet pisałem do serii Mówią świadkowie. Była to historia mnie i mojego kolegi, kiedy późnym wieczorem wracaliśmy na rowerach przez pola i usłyszeliśmy śmiech dziewczynki, daleko od zabudowań przy strumyku. Co prawda po czasie przypomniałem sobie pomniejsze obserwacje UFO, miałem jedno dziwne spotkanie na cmentarzu, ale teraz nie o tym. Mieszkam w dość dużym, jednorodzinnym domu. Większość rodziny nie żyje, ostała mi się bliska krewna i ja, czyli dwie osoby. Zwierząt też już brak, nie licząc kury na strychu i przygodnych kotów na podwórku. W okresie letnim często się przeprowadzam ze swojego centrum dowodzenia na poddaszu na parter, gdzie jest chłodniej i od pewnego czasu w tym roku zacząłem spędzać tam noce. Wszystko było dobrze, nawet przekonałem się do pająków, za którymi nie przepadam, delikatnie mówiąc. Jeśli noce są ciepłe, to mimo wszystko nawet tam od temperatury dostaję bezsenność. To tak słowem wstępu.
Pewnej bezsennej nocy, gdzieś koło dziesiątego lipca dwa tysiące dwudziestego czwartego roku, piszę na świeżo, zacząłem oglądać coś na YouTube, jak to ja mam w zwyczaju przed snem. Lubię, jak mi coś gada albo gra. Słyszałem uderzenia w szybę. To akurat były jakieś owady. W ogrodzie darły się koty w swoich buńkach.
Lisy, powiedzmy, zwracały naturze to, co im zostało z innych istot, co dawało niesamowity efekt audio, kiedy się spało zaraz przy oknie. Niewtajemniczony pewnie by pomyślał, że to czubakabra. Do rzeczy.
Tej nocy usłyszałem dwa zapukania w drzwi frontowe. Pomyślałem, że jakiś zwierzak się z drugim bił i tak wylądowali na tych drzwiach. Po paru chwilach to samo. Wziąłem latarkę i poszedłem sprawdzić, kto tam. Dla pewności walnąłem pięścią w drzwi, jednocześnie włączając frontowe światło. Gdyby jakiś człowiek tam był, to na jego miejscu bym zaczął uciekać, a ja bym to usłyszał. Nic tam jednak nie było.
Dalszą część nocy przespałem. Kolejna noc, jedenastego sierpnia dwa tysiące dwudziestego czwartego roku. Te same sytuacje, to samo pukanie, stuki. Byłem święcie przekonany, że moja krewna chodzi jeszcze na piętrze i coś robi. Podobne dźwięki zarejestrowałem w środku nocy, ale niczym Sherlock Holmes znalazłem przyczynę chociaż jednego dźwięku. Mój tyłek wiercący się po kanapie moich zmarłych rodziców wprawiał jej stare sprężyny w jeden dźwięk. To byłem w stanie wyjaśnić, ale reszty już nie. Noc dwunastego sierpnia dwa tysiące dwudziestego czwartego roku. Tu już będzie naprawdę dziwno i straszno. Pisząc to w tej chwili sobie przypominam tę sytuację i nie mogę w nią uwierzyć. Zawsze chciałem mieć większą styczność ze zjawiskami paranormalnymi. Lubię oglądać wszelkie kanały o łowcach duchów i tym podobne. Już od dziecka właściwie. Jedni z mojego rocznika wychowywali się na Myszce Miki i Wieczorynkach, które akurat leciały, a ja na z Archiwum X. Proszę sobie wyobrazić pokój na samym rogu domu, który ma dwie pary drzwi.Oklaski] Jedne odchodzą do tak zwanego dużego pokoju, czyli salonu, jak to u mnie w rodzinie się mówiło. Drugie wchodzące do mojego pokoju z przedpokoju, gdzie się wieszałem, wszystkie kurtki i rozchodziłam w swoich kierunkach domu.
Koło tych drzwi od przedpokoju stało łóżko, a właściwie tapczan. Wspomniana wyżej kanapa. Okna w tej sprawie właściwie nie mają znaczenia, ale są w moich nogach, a głowa koło drzwi. Drzwi były na oścież otwarte, tworząc mi jakby barierę, kolejną ścianę. Tak było każdej nocy.
Właściwie za dnia też. Nikt tych drzwi nie ruszał, bo nie było komu i nie było po co. Owej nocy oglądałem live stream poświęcony Perseidom, leżąc w łóżku i usłyszałem, że ktoś zmierza korytarzem do mojego pokoju. To było coś zupełnie innego, niż dotychczas słyszałem. Normalne kroki i czułem, że to pewnie moja krewna idzie sprawdzić, czy żyje. Przypominam drzwi wszędzie otwarte oprócz frontowych.
A ona ma w zwyczaju zajrzenie do mnie, czy chociaż mi się klatka piersiowa podnosi po tym wszystkim, co przeżyliśmy. Więc trochę zwątpiłem słysząc taki odgłos i stwierdziłem, że albo sobie kupiła nowe kapcie, albo mi się coś w głowie miesza.
Usłyszałem: "wstawaj!" Wyraźniejsze niż jakiekolwiek inne odgłosy z tego domu. Podskoczyłem z krzykiem jak poparzony gorącym żeliwem, bo zdałem sobie sprawę, że to nie była moja krewna ani nikt inny. Przy domu zamkniętym na cztery spusty.
Jest jedno ale. To miało głos mojej krewnej. No nie powiem, komenda jej wyszła, bo znów przeczesywałem parter w poszukiwaniu intruza. I znów pomyślałem, że tym razem mój mózg dał z siebie wszystko, żeby się ze mnie pośmiać. Ale dobra, nikogo nie ma, serce wali. Wracam do oglądania. Nie minęło dwadzieścia sekund i znów leżąc słyszę te kroki. Tym razem skierowała się do przedpokoju.
Podeszło koło drzwi, gdzie leżała moja głowa i za nimi stała. Taka trochę straszna wizja, że sobie leżysz, a za dwoma centymetrami drewna stoi cholera wie co, w samym środku nocy. Zdobyłem się na to, żeby się zerwać i zobaczyć co tam się czai, ale nie było nikogo. Po dosłownie dziesięciu sekundach znowu słyszę kroki.
Znowu podeszło w to samo miejsce i zaczęło sapać. Tuptało w miejscu i sapało niczym rozjuszony korridą byk. Ja już za przeproszeniem osrany leżałem w łóżku i mówiłem sobie, że to tylko mój chory mózg. Po chwili repertuar się zmienił i brzmiało to jakby dobrze wykrochmaloną pościel najpierw otrzepywało w powietrzu, a potem składało tak parę razy. W końcu znów przekroczyło mój próg i zza drzwi usłyszałem wyraziste zdanie tak jak poprzednie. Zupełnie nie jak na marach, tylko jak prawdziwe. "Szymon K. chce ci złożyć życzenia". Wtedy to już było dla mnie za dużo. Wyskoczyłem z łóżka, wydarłem się: "Weź kurwa wypierdalaj!" i uciekłem na piętro spać do krewnej. Szymon K. to mój dawny kolega z liceum. Nie widzieliśmy się od lat. Zero kontaktu. Nie mam pojęcia, skąd ta istota go wytrzasnęła i o jakie życzenia dla mnie wychodziło i nie chcę się od niej dowiadywać. Już nigdy na noc nie zostanę na parterze, a najchętniej nie zostałbym w tym domu. Zapewniam, że wszystko, co opisałem jest zgodne z tym, co przeżyłem.
Nie jest wytworem wyobraźni. Od lat lubię się bawić w świadome śnienie i znam metody odróżniania snu od rzeczywistości. Wtedy chciałem sobie tylko przez monitor popatrzeć na spadające gwiazdy, a nie tworzyć własne.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2023 roku. Mój dziadek zmarł 22 września 2021 roku. Babcia po śmierci dziadka, około 25 listopada 2022 roku, w nocy, gdy już spała, przebudziła się i na ścianie w miejscu, gdzie nic nie wisi, zobaczyła świecącą ramkę i portret dziadka. Na portrecie dziadek był młody.
Miał około dwudziestu pięciu, trzydziestu lat. Dziadek na portrecie był nieruchomy. Tydzień później w nocy babcię obudziło skrzypienie drzwi od sypialni. Zdziwiła się, bo nigdy nie skrzypiały. Sam sprawdziłem i rzeczywiście nie potrzebowały żadnego smarowania. Otwierały się i zamykały bardzo cicho. Gdy otworzyła oczy, w drzwiach stała ciemna postać. Babcia nie była w stanie określić, czy był to mężczyzna, czy kobieta. Postać była cała czarna, jakby z chustą na głowie. Nie odzywała się oraz nie poruszała się. Babcia po pewnym czasie zasnęła. Dwa tygodnie później ponownie skrzypienie drzwi obudziło babcię. W drzwiach stała młoda kobieta z pięcio-ośmioletnim dzieckiem. Przywitała babcię słowami: "Przyszliśmy was odwiedzić". Z racji wieku babcia nie była w stanie rozpoznać kobiety i dziecka. Nie wiedziała, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Ponownie postać chwilę stała, a gdy babcia zmrużyła oczy, postać z dzieckiem zniknęła. Babcia jest osobą mocno wierzącą. Każdej takiej nocy bała się iść do toalety, choć podczas tych spotkań nie odczuwała niepokoju czy zmiany temperatury. Od tamtego momentu nic więcej się nie wydarzyło.
Teraz przejdziemy do wysłuchania historii przekazanej drogą telefoniczną przez słuchaczkę, która dla zapewnienia anonimowości prosiła o zmianę barwy głosu. Otóż będąc we własnym domu, pewnej nocy moja rozmówczyni usłyszała w głowie rozkaz obudzenia się.Po czym, wstając z łóżka, zobaczyła w swoim pokoju postać przypominającą z wyglądu pirata z dawnych czasów. Przebieg tego bliskiego spotkania każe słuchaczce sądzić, że zjawa pojawiła się po to, by wywołać u niej strach i pożywić się jej energią.
Jeżeli dobrze pamiętam, to tam sytuacja chyba dotyczyła obserwacji ducha, tak? No właśnie. Ja napisałam panu, że ducha, ale tak szczerze mówiąc, to moim zdaniem bardziej to jakaś taka siła, taka demoniczna była jednak. Ta sytuacja miała miejsce właśnie tak około dwudziestu lat temu, nawet ponad dwadzieścia lat temu. Ja miałam wtedy szesnaście lat i mieszkałam z rodzicami. No i generalnie nic szczególnego w moim życiu się nie działo.
Natomiast bardzo nie lubiłam domu, w którym mieszkaliśmy, chociaż był to mój dom rodzinny, ja tam się urodziłam, mieszkałam tam od urodzenia, ale ja po prostu tam się źle czułam. To był bardzo stary dom i generalnie często miała takie jakieś wrażenie, że ktoś mnie obserwuje.
No, niemiło mi się tam przebywało. Na przykład jak jeździłam do babci, to zupełnie inna atmosfera w tym rodzinnym domu. No niefajnie. No i tak już przechodzę do, hy, no tego wydarzenia. To było w nocy, ja spałam i nagle ja coś takiego poczułam, jakby taki przymus obudzenia się. Ale to było tak silne, że ja tutaj, no nie miałam wyboru. To był taki jakby rozkaz. I to nie były słowa, ani to nie było coś takiego, że ktoś mnie dotknął. Ale to było tak-- ja w ogóle spałam na brzuchu i to było tak, że u podstawy czaszki tak jakby no, poczułam jakiś taki przekaz, że ja muszę po prostu się obudzić. No i ja się obudziłam, usiadłam na łóżku i zobaczyłam-- yyy, i jestem pewna, że to nie był sen. Ja naprawdę siadłam na łóżku tak, że jestem tego wszystkiego stuprocentowo pewna, że tak było, że to mi się nie przyśniło. I zobaczyłam, że przy moim biurku, tyłem do mnie siedzi odwrócona postać. No i byłam przerażona. Po prostu czułam tak paniczny strach. Ta postać tak wyglądała jak nie z tej epoki. To znaczy, pierwsze moje takie skojarzenie było, że tak kiedyś piraci wyglądali na statkach. No, przynajmniej tak na filmach. Taki obraz pirata mi się utrwalił. Czyli to był mężczyzna w ogóle.
Ja już od razu wiedziałam, że to jest mężczyzna, pomimo tego, że tyłem siedział, ale on-- lekko jego profil było widać. No i miał długie włosy. Bardzo brudne włosy, takie zaniedbane. Miał też taką koszulkę z dawnych epok. No i on bardzo, bardzo powoli zaczął odwracać się w moim kierunku. I, no, ja po prostu tak paniczny strach czułam, że naprawdę byłam na granicy w ogóle. Ja myślałam, że umrę po prostu z tego uczucia. Czułam, jak wali mi serce.
Czułam, jak nie mogę oddychać. Co było też ważne, ja się w ogóle nie mogłam ruszyć, ani nie mogłam krzyczeć. I w momencie, kiedy on już całkowicie się odwrócił, a bardzo długo to trwało i stopniowało to moje przerażenie i napięcie. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały i wtedy właśnie, no, doszło do czegoś takiego, że ja się zupełnie przeniosłam. W sensie, że obraz tego, co widziałam... Przestałam widzieć swój pokój, zaczęłam widzieć obóz koncentracyjny w Majdanku, chociaż ja nigdy tam tak w fizycznym życiu nie byłam.
Natomiast wiedziałam, że to jest to miejsce. I znowu doszło do takiego motywu, że zostałam zmuszona, żeby patrzeć na sytuację, jak jakiś esesman bardzo, no, tam brutalnie bije kobietę i w ogóle to skończyło się jej śmiercią. Ja strasznie się bałam, znowu się strasznie bałam, strasznie nie chciałam na to patrzeć, ale tak jak mówię, byłam pod czyimś władaniem.
W ogóle nie mogłam-- no, nic tam ode mnie nie zależało, tak? Ja się czułam tak, że jestem zmuszona do tego, że mam na to patrzeć. I co jeszcze bardzo właśnie ważne, to że ja czułam taką satysfakcję tej istoty właśnie z mojego strachu, że to w ogóle było wszystko po to robione, że ta istota wiedziała dobrze, że ja się tego przestraszę, że ja nie znoszę przemocy i chodziło o te właśnie moje emocje. To, to było takie-- to nawet ja tak sobie to wyobrażam, że to było celem tej całej sytuacji. Ogólnie ja myślę, że ta sytuacja trwała około dwóch, trzech minut, ale mi się to w głowie dłużyło tak, że ja mam naprawdę na granicy szaleństwa już byłam po prostu, bo tak bardzo chciałam z tego wyjść, a nie mogłam. No i w końcu był taki moment, że ja już pomyślałam, że naprawdę to już jest mój koniec. Ja chyba umieram po prostu z tych negatywnych uczuć, z tego strachu, z tego, że nie wiem, co się dzieje. I nagle wszystko ustąpiło. Ja patrzę, ja siedzę w łóżku, normalnie mogę się ruszać, mogę oddychać. Nie ma nikogo w tym pokoju już.
Tak jakby ktoś wyłączył wszystko pstryczkiem elektryczkiem. Tak? To znaczy tak, jakby mnie znowu przeniosło do mojego pokoju, bo ja wcześniej miałam takie uczucie, że ja tak jakbym leciała nad tym obozem, coś takiego. A już później, jak otworzyłam oczy, ja zobaczyłam, że ja normalnie jestem w swoim pokoju, że ja siedzę. Tak, ale tak można powiedzieć, tak jak pan mówi, że to było takie cyk, nie? I już jestem z powrotem u siebie w pokoju. No i strasznie przerażona poleciałam do moich rodziców, do pokoju. Zaczęłam budzić mamę.
Moja mama jest strasznie osobą taką twardo chodzącą po ziemi. No i od razu powiedziała, że to był na sto procent sen, że "Chodź, pójdziemy do twojego pokoju, zobaczymy, że tam nic nie ma". No i rzeczywiście poszłyśmy do mojego pokoju.
No tak było, jak ona mówiła, że nic tam nie było. Natomiast ja nie spałam do samego rana. Miałam cały czas zapalone światło i pomimo tego, że miałam to światło zapalone, to, to cały czas miałam takie uczucie, że coś kurczę jest nie tak jeszcze, nie? Że tak do końca niby tu nic nie ma, tak? Ale że ja coś jeszcze tak czuję, że no gdzieś jednak ktoś na mnie patrzy jeszcze. No i w zasadzie, jeżeli chodzi o widzenie tej istoty i taką najgorszą część tej historii już opowiedziałam, ale chciałam jeszcze powiedzieć, że tak około dwa tygodnie po tej sytuacji było tak, że ja postanowiłam, że to już było w dzień. Ja przyszłam ze szkoły i ja postanowiłam, że ja tak super posprzątam całe mieszkanie i coś tam jeszcze ugotuję, że zanim rodzice przyjdą z pracy, no to, że przyjdą i że tak mnie pochwalą, że jest tak wszystko super zrobione. I zaczęłam od sprzątania swojego pokoju, a jak wysprzątałam ten cały swój pokój, to na samym końcu, właśnie na tym biurku, przy którym ta istota siedziała, ja tam miałam taki, taki domek zapachowy, do którego nalewa się wodę, olejek i zapala się świeczkę.
[śmiech] I ja tak zapaliłam właśnie ten, ten, tą świeczkę pod tym domkiem, bo chciałam, żeby już tak super pachniało, takim czystym domem posprzątanym. Poszłam jeszcze do kuchni gotować obiad i nagle w tej kuchni czuję, no straszny smród. I w pierwszym momencie myślałam, że coś mi się po prostu przypala. Ale spojrzałam na wszystkie potrawy, które gotowałam.
Okazało się, że nie, że wszystko jest w porządku. No i zaczęłam tak po domu chodzić, lokalizować źródło jeszcze skąd ten zapach może być. No i właśnie okazało się, że cały ten domek zapachowy w moim pokoju, który bardzo długo miałam, którego bardzo długo używałam, on po prostu płonął. To on zaczął się palić. To był ceramiczny domek. To strasznie dziwne dla mnie było. No to był jeden wielki taki płomień jak ognisko.
No ceramika chyba nie jest takim łatwopalnym, prawda, materiałem raczej. No Wam się wydaje, że to jest dziwne, skoro glina jest wypalona i zaemaliowana, nie? Ja byłam wtedy, wie pan, no też jak to zobaczyłam, to po prostu bardzo było mi tak nieswojo. No od razu mi się przypomniała ta sytuacja, która wcześniej miała miejsce. Połączyłam te dwie rzeczy, bo to w tym samym miejscu. Dokładnie, nie?
I w tym czasie wylałam cały garnek z wodą na to. To naprawdę był wysoki płomień, taki już około dwudziestu centymetrów. I tak naprawdę to już jest koniec. Natomiast, no dopiero taki pełny spokój w życiu odczułam, jak się wyprowadziliśmy z tamtego domu, bo no ewidentnie czułam, że coś tam jest nie w porządku. Poza tym jeszcze mogę powiedzieć, że bardzo nieprzyjemny zapach czasami był tam odczuwalny nie tylko przeze mnie, ale przez innych domowników. I ten zapach zmieniał położenie w domu.
Czyli ten zapach był taki jakby zlokalizowany, że wystarczyło się przesunąć odrobinę i już go nie było? Tak, można było przez niego przejść i się już go nie czuło. A można było stanąć w nim środku. I był po prostu okropny. Tak jak spalonych kabli na przykład. Trochę jak ludzkich jakichś ekskrementów. I mój ojciec bardzo długo szukał źródła tego zapachu. Rozkręcał wszystkie gniazdka tam elektryczne, bo myśleliśmy, że to jest, no stary dom, więc coś tam się pali.
Natomiast nigdy nic takiego nie zlokalizowaliśmy właśnie. Gdyby to rzeczywiście było źródłem tego zapachu, to chyba ten zapach by się bardziej roznosił, tak? A nie tak jak, taki jak jest słup- No przecież- -prawda?
Tak, tak, tak, tak. Raczej też tak myślę, że nie byłby skupiony punktowo. Tak, tak, dokładnie. A to jest stary dom. Czy coś wiadomo o tym, co się mogło w nim dziać w poprzednich latach? A to jest bardzo stary dom właśnie. I z tego, co mi tata opowiadał, no to coś by było na rzeczy, bo tam w czasie wojny był jakiś taki hotel dla niemieckich żołnierzy hitlerowskich właśnie. Także coś mogło być na rzeczy w połączeniu właśnie z tym Majdankiem. Natomiast nie wiem więcej na temat historii tego domu. Nie słyszałam o jakichś historiach tam strasznych, tylko wiem, że, że na pewno to był bardzo stary dom i że właśnie w czasie wojny na pewno niemieccy żołnierze tam mieszkali. To tyle wiem.
Czyli krótko mówiąc, takie miejsce wypełnione taką jakby ciężką energią, prawda? No na pewno, na pewno. Wie pan, mi się tam tak ciężko spało. Naprawdę. Od małego ja miałam wiele nocy nieprzespanych, były jakieś bez przerwy dźwięki, jakieś właśnie, yhm, wie pan, pukania, które nie miały moim zdaniem, no prawa być w ogóle tak? Także no, naprawdę. No i przede wszystkim takie uczucie wie pan, obserwowania, nie? To, to naprawdę bardzo silne.
Pani jakby czuła tę istotę, tę obecność, te istoty fizycznie w pokoju? Ta w ogóle ta osoba sprawiała wrażenie jakby fizycznej? No bardziej ducha, bardziej ducha. Bo ja w ogóle dobrze tam widziałam, dlatego że to było na drugim piętrze i do mojego okna latarnia od razu... Światło latarni wpadało tak, że ja nigdy nie miałam ciemno jakoś tak stuprocentowo, że czerń, tylko ja byłam w stanie cały mój pokój widzieć.
No to wyglądało jak człowiek generalnie. Natomiast, no może trochę jaśniejsze miało kolory, tak? Dużo bardziej białe, takie blade. Yyy, tak. Czy inni członkowie rodziny zgłaszali-- może opowiadali jakieś o podobnych zdarzeniach?
No o nie. Tak jak panu mówię, obydwoje moi rodzice są strasznie tacy... Nawet jakby, nie wiem, coś przed nimi chyba się wydarzyło, to by powiedzieli, że, że nie wiem, że, że im się wydawało. Strasznie są tacy wypierają- bardzo, tacy ekstremalnie w ogóle na takie rzeczy pozamykani, że tak powiem. Ale miałam psa wtedy i ten pies panicznie się bał sam zostawać w domu. Po prostu panicznie, panicznie. Tak jakby właśnie coś się działo podczas tego, jak sam był w domu. No po prostu dostawał paniki takiej, że ja naprawdę często go brałam w różne miejsca, gdzie nie powinnam, ale to po to właśnie, żeby nie płakał, żeby nie ryczał. Także także myślę, że on coś, on coś, on coś czuł raczej też, no.
No, mówi się, że zwierzęta po prostu mają inne, inne jakby zakres kolorów, zakres barw postrzegania. Może, może to wpływa też na zdolność postrzegania tego, czego z kolei ludzkie oko nie widzi, prawda?
No możliwe. Tak, tak, możliwe, możliwe. Wydaje się pani mieć dosyć mocno rozwiniętą intuicję, skoro pani udawało się, z... jakby dostrzegać tego typu rzeczy. No, myślę, że tak jest, aczkolwiek wie pan, po tym wydarzeniu ja się tak straszliwie wystraszyłam, że ja naprawdę modliłam się po prostu do Boga, żeby już więcej nic takiego nie widzieć, bo ja, no ja długo lat-- [śmiech] wiele lat o tym myślałam. To było tak dla mnie straszne.
Ja się w ogóle bałam o tym myśleć, bo się bałam, że jak będę o tym myśleć, to że nie daj Boże jeszcze raz to samo się stanie. Także ja w ogóle mur stawiałam i tak jak mówię, cały czas się modliłam, żeby tego już więcej nigdy, przenigdy nie było, bo stopień przerażenia mój był tak ogromny, że no do dzisiaj jeszcze gdzieś tam, jak o tym opowiadam, to tak, no nie jest, że, [śmiech] że się nie boję, tak?
To była jakby jednorazowa sprawa. Nic innego takiego na granicy światów się nie działo. Tak, jeżeli chodzi o-- no, oprócz tych zapachów. Ale jeżeli chodzi o widzenie, no to tak, to jednorazowa. Dokładnie. Tak, tak.
Jest pani pewna, że była pani cały czas rozbudzona, rozumiem, w trakcie tego zdarzenia? Tak, ja na pewno siedziałam na łóżku. To jestem na sto procent tego pewna. To naprawdę-- to nie był sen. Ja siedziałam w pozycji siedzącej. Dokładnie.
No, ta historia wygląda, jak taki klasyczny przypadek nawiedzenia, skoro tam się działy te rzeczy różne, z tymi zapachami i tak dalej. No wie pan, ja tak, tak sobie myślę też, że to nie było, że duch człowieka, no, to raczej taki bardziej by był. No na pewno nie miałby mocy zawładnięcia, tak? Na zasadzie, że ja muszę na coś patrzeć i nie mogę podjąć decyzji żadnej, tak? No to mi się wydaje, że to już takie trochę mocne, nie? Być we władaniu takiej siły i nie móc nic zrobić z tym.
No, różnie się tu mówi. Czasami mam takie przypadki, że na przykład coś jakieś dziwne, niewidoczne coś wydawało się przejmować kontrolą nad zachowaniem słuchaczy, z którymi rozmawiam i kazało jakby spojrzeć w jakieś miejsce czy udać się gdzieś. Także no różnie, różnie można tutaj spekulować. No tutaj pani miała wrażenie, że ile to mogło trwać tak w tej wizji?
Bo pani powiedziała, że to mogło trwać kilka minut. Wie pan co, tak realnie w czasie realnym to ja myślę, że od trzech do pięciu góra minut w takim realnym czasie. Ale ten moment na przykład przeniesienia do tego obozu, to mi się w głowie dłużył naprawdę.
Ja miałam wrażenie, że to ze dwadzieścia minut trwa. Tylko że ja później wiedziałam jakby, jak się. Bo to było tak jakby specjalnie wydłużane. Wie pan, nie wiem, jak to panu powiedzieć. To było inne wrażenie czasu. Ja wiedziałam, że oczywiście to o wiele krócej trwało, ale chodziło o potęgowanie mojego strachu, o wydłużanie tych wszystkich strasznych momentów. To ja miałam wrażenie, że to trwa dłużej. Natomiast myślę, że też ze strachu na pewno mi się to bardzo dłużyło.
Natomiast tak realnie, no to około trzech, osiem minut cała ta sytuacja, do pięciu, łącznie z pojawieniem się tej istoty, z tą wizją, no to do pięciu minut. Znaczy, gdy słyszę o takich rozbieżnościach czasowych, przychodzi mi do głowy coś, co osoby praktykujące świadome śnienie nazywają kompresją czasu.
W rzeczywistości mija na przykład kilka minut czy kilkanaście, a sceny świadome wizja w świadomym śnie tak jakby trwała dwie godziny, prawda? Nie jestem jakoś mocno obznajomiony z tą tematyką senną, także mi się tak mi się skojarzyło z dyskusjami kiedyś na forach internetowych. Coś musiało wpłynąć na postrzeganie tego czasu. Albo kompresja czasu, albo po prostu postrzeganie upływającego czasu. Pani się jakoś w tym momencie zmieniło. Pani dosyć tutaj dokładnie opisała wygląd tej osoby.
Bo ja miałam szansę, zanim ta wizja się, że ja tak mówię, wizja, zanim to przeniesienie nastąpiło, no to miałam takie, taką chwilę, ponieważ on się bardzo wolno odwracał, no to miałam taką chwilę, powiedzmy z dziesięć, piętnaście sekund, żeby tak się przyjrzeć dokładnie. Bo ja byłam w ogóle zadziwiona. Co to jest? No skąd w ogóle kto tu wlazł do pokoju? I ja tak...
Co to jest? Albo kto to jest? Prawda? Tak, tak, tak, dokładnie. Ja się patrzyłam do czasu, aż on mi odwrócił głowę, bo jak on odwrócił głowę, to ja już po prostu taki stopień przerażenia czułam. To znaczy, ja myślę, że to nie dlatego, że jestem jakąś strachliwą osobą, tylko że no, w jego oczach też coś takiego było, że to już no chyba nikt by nie dał rady dalej patrzeć. Tak myślę. No.
A czy były widoczne jakieś szczegóły ubioru tej osoby? Istoty? No tylko tyle, że takie właśnie. Koszula była biała na pewno. I tak jak właśnie wydaje mi się, że nie z tej epoki, taka bardzo bez jakichś guzików, taka jakby zakładana przez głowę i taka no brudna, znoszona. To tyle. Spodni, nie mam pojęcia, jakie miał spodnie. No raczej jakieś jasne, na pewno. Natomiast z jakiego materiału czy to tego, to nie zauważam. Bardziej włosy.
Włosy mnie interesowały, bo były długie, jasne i właśnie strasznie brudne, aż takie posklejane jakby. No takie jak można powiedzieć, w więzieniu obozu, prawda? Albo wie pan co, mi się to z bezdomnym też trochę o tak w pierwszym momencie wtedy skojarzyło. Tak, coś takiego. Tak, tak, tak. Generalnie to tak to było w ogóle właśnie między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. To mężczyzna, tak to powiem, bo nie wiem, jak mogę o tej osobie, o tej istocie mówić. Niebrzydki, ale ja byłam tak przerażona, że główne uczucie to przerażenie. No. To nie była twarz jakiegoś alkoholika, czy nie wiem, czy jakiegoś właśnie nie wiem, narkomana, bezdomnego. Nie, miał taką naprawdę fajną, inteligentną twarz.
Nie, to tu mogę powiedzieć. Taki biedaczek. Bardziej mi się wydaje, wie pan, że no nie wiem, trudno mi tutaj tak wydaje się, że osoba, która dużo dni tak jakby nie miała dostępu do możliwości wykąpania się. Ale czy biedaczek, to nie wiem. No bardziej chodzi o zaniedbanie takie przez brak higieny.
Natomiast jaka to była osoba, to no taką twarz miała tak jak mówię, inteligentną, także no, nie mam pojęcia, co to było. Przyznacie państwo, relacja dość mocno mrożąca krew w żyłach. O zmianę barwy głosu prosił również kolejny z moich rozmówców, który wedle mojego rozeznania miał już okazję w naszej ambicji kiedyś wystąpić. Od niego usłyszymy opisy kilku zdarzeń, z czego jednej sytuacji towarzyszył duży ładunek emocjonalny, który musiał znaleźć swoje ujście w postaci werbalnej.
Znaczy, no jeszcze miałem takie zjawiska paranormalne z duchami. Wie pan co, wyprowadziłem się do Anglii i wynajęliśmy mieszkanie. No i w mieszkaniu działo się tak, że zawsze rano ktoś pukał do drzwi. Było słychać odgłosy chodzenia po górze i któregoś dnia rano wstawałem do pracy. I było tak, że widziałem drzwi wejściowe i ogród. I usłyszałem pukanie. I mówię, łapię tych dzieciaków, kurde i ich tam opierdzielę, że pukają do drzwi. I w czasie pukania otworzyłem drzwi i ku mojemu zdziwieniu nikogo nie było przed tymi drzwiami, a pukanie było.
Czyli aktywność poltergeista. Tak. Zamknąłem te drzwi. Nic nikomu nie mówiłem i poszedł do pracy. Oczywiście wróciłem z pracy i za jakiś czas jest z moją partnerką w kuchni. Dzieci takie mał- malutkie dzieciaki to o trzy, cztery lata no chodzą po mieszkaniu, wiadomo i schodziłem z góry. I była taka bramka dla dzieci, żeby dzieci nie wchodziły po schodach, żeby nie spadły. No i stoimy w kuchni i słychać, że ktoś wchodzi na górę.
I moja partnerka mówi do mnie Chyba bramki dla dzieci nie zamknąłeś. Cofnąłem się. I mówię Chodź, zobaczysz. Ona przyszła, patrzy krok i cały czas słychać, że ktoś wchodzi na górę, a nikogo nie widać. A bramka zamknięta. To było mmm tam yyy i to takie dla nas zdziwienie. Kurde, co jest grane? Potem mój syn zaczął pokazywać coś na ogrodzie palcem. On coś widział.
Ja nie widziałem i mówi Tata, patrz, patrz. I tak chodził, palcem pokazywał. Kurde, o co chodzi? I potem się okazało. Rozmawiałem z sąsiadami, że w tamtym rejonie Anglicy palili czarownice i mogło być właśnie z tego takie- Czyli utrwaliło się to zdarzenie, które jakby się można powiedzieć, objawiało czy też odtwarzało w tym miejscu tak? Albo są z tym miejscem związane postacie tych czarownic, czy, czy jakieś inne istoty.
Wie pan co? Sąsiedzi, którzy mieszkali obok, też mieli takie zjawiska, tylko oni już do tego się przyzwyczaili. Oni już tak długo tam mieszkali, że oni byli przyzwyczajeni, że chodzenie po mieszkaniu to było dla nich normalne. Pukanie też było normalne.
Raz to tam miałem takie przeżycie, bo obudziłem się w nocy i widziałem, jak czarna postać weszła do pokoju. Metr trzydzieści, czarna postać z kapturem na, na głowie. I mówię kurde, ja śpię. Ta postać. Twarzy nie widziałem, to była cza-- to była czarna postać, czarna postać z kapturem, obrysy tylko ten, ja sobie nie kumam czego ona miała kapu-- przeszła obok łóżka i wsko- wskoczyła w łóżko mojego dziecka i moje dziecko zaczęło płakać. Kołderka się zarzuciła na głowę.
To coś to jeszcze widziałem, że wyskoczyło z tego łóżka, wskoczyło do drugiego łóżeczka dziecka. To dziecko też się obudziło z paszem i wskoczyło to coś w ścianę. I tylko ja to widziałem. Można zadać sobie pytanie, tutaj się rodzi. Co ta istota chciała zrobić tym dzieciom? Może jakiegoś psikusa? Może chciała się pożywić na przykład ich energią? Bo wykazywała tylko zainteresowanie dziećmi, prawda? Nie panem.
Nie, nie, nie. Ona się, ona się tylko na mnie-- ona się tylko-- ona się jakoś przechodzi, przechodził koło łóżka. Ona mnie. Ona mnie tylko obserwowała. I ona wskoczyła do dziecka, do łóżeczka i zarzuciła jej kołderkę. To dziecko było zbyt małe wtedy, żeby sobie kołderkę mogło samo na głowę zarzucić.
Czyli ta kołderka zarzuciła się jakby fizycznie? Tak? To było fizycznie, bo ja jeszcze do partnerki, po którym, po którym partnerka ja byłem, ja byłem pod wrażeniem. Ja mówię, ja nie wiem, ja mówię, ja chyba oszalałem, mówię, zwariowałem. Ja po tym zdarzeniu ja robiłem sobie tomografię głowy, ja myślałem, że ja zwariowałem, że ja wariuję, że może- To chyba dzieci by nie reagowały, tak?
No tak, tak, ale no wie pan, chciałem sobie to wytłumaczyć racjonalnie. No kurde, mówię, no nie tylko ja widzę to, jakby widzieli inni domownicy. No to w porządku, coś jest nie tak. Ja poszedłem do lekarza, ja robiłem badania głowy, tomografię, u psychologa byłem u psychiatry byłem. Mówię coś jest nie tak.
No ale wszystko wyszło, wszystkie badania w porządku. Psycholog stwierdził, że nie ma potrzeby. Nie widzi potrzeby, po to ja przyszedł do niego. No i potem się wyprowadziliśmy stamtąd, z tego mieszkania i tak jakby to wszystko ucichło. I raz miałem taki przypadek, że siedzę sobie przy komputerze, mały pokoik dziecka, mam słuchawki na uszach, szukam samochodu do sprzedaży. Bo kiedyś się tym zajmowałem, że kupowałem auta, naprawiałem, odreperowywałem, szorowałem. I widzę kątem oka, że ktoś wchodzi, że ktoś wchodzi do pokoju. Byłem przekonany, że to partnerka i puka mnie w ramię. Pytam się do niej Co? Puka mnie jeszcze raz w ramię.
No i wie pan, jako człowiek kur-- czego ty ode mnie chcesz? Odwracam się, a tam nikogo nie ma. Zbladłem. Ja widziałem kątem oka, że ktoś wchodzi do pokoju. Ja byłem pewien, że to partnerka weszła do pokoju i jak ona mi mówię, jak pukało mi ktoś w ramię, to czułem pukanie w ramię.
Fizyczne pukanie w ramię. I raz powiedziałem: "co?" Drugi raz: "co?" I w końcu mówię: "kur-- czego ty ode mnie chcesz?" Odwracam się, a tam nikogo nie ma. Zeszłem na dół jakieś gady i opowiedziałem tą historię, którą właśnie wsadziłem. Partnerka nie śmiała się.
Śmiała się, tylko ona nie wierzyła, że nie wierzy w takie rzeczy. Nie wierzy w takie rzeczy. I się śmiała, że może mi się coś urobiło. Śmiać się można, ale gdy się samemu czegoś takiego doświadczy, to, to zmienia się perspektywa, prawda? Oczywiście nie życzę tego partnerce, bo to potrafi dosyć duży szok nieraz spowodować. Samo to, że pan fizycznie czuł, że coś się dzieje, to już świadczy o tym, że coś tam rzeczywiście moim zdaniem mogło być.
No było, było fizycznie. Nie byłem pijany, nie byłem pod wpływem żadnych środków, nie byłem pijany. To była chyba sobota. Szliśmy, szykowaliśmy się na zakupy i ja tam z rana usiadłem przy komputerze. Czy my już wróciliśmy z komputera, z tego internetu, z zakupów. Ja właśnie tego nie mogę skojarzyć, ale my chyba wróciliśmy z zakupów i ja poszedłem właśnie do komputera szukać samochodów. No i do dnia dzisiejszego się śmieję, że ktoś mnie pukał w plecy.
Rozumiem, że już podobne zdarzenia od tamtego czasu się nie dzieją, prawda? Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Czyli od tamtego czasu ma pan całkiem spokój od wyprowadzki z tego domu tylko ten jeden incydent.
Tak, tylko ten jeden incydent. Tak. Natomiast większość czasu spędzałem w ciężarówce, to nic się nie dzieje w ciężarówce.Powiem panu, że te całe wszystkie moje przeżycia zmusiły mnie, nie zmusiły mnie, zacząłem szukać, szukać Boga. I tak jak mówię, zacząłem. Też doszłam do wniosku, że na przykład nasze chrześcijaństwo jest złe, że Kościół nas oszukuje.
No Kościół dosyć mocno przestrzega przed poszukiwaniem jakby na własną rękę, przed jakimiś okultystycznymi praktykami. Tego typu rzeczami dosyć mocno przestrzegają i jednocześnie podsuwają gotowe odpowiedzi, że ich odpowiedzi są jedynie mi prawdziwymi.
No właśnie, ale nie są jedynymi prawdziwymi odpowiedziami. Bo wystarczy sobie wziąć, otworzyć Biblię i zacząć czytać Biblię. I tam jest wielokrotnie w Biblii powtórzone, że tylko Jezus jest drogą i że będzie wiele fałszywych dróg i żeby sobie nie czynić żadnych obrazów, żadnych krzyży ani nic, niczego więcej, no nie? Tylko mamy się zwracać bezpośrednio do Boga.
No tak, i chcą mieć trochę monopol na prawdę. No też mi się tak wydaje. Też mi się tak wydaje, że monopol na prawdę. No i tak jak nie wiem, pan tam chciał pan stwierdzić, czy nie? To Przeszpatykanie ta sala diabła, co powstała tam w kształcie węża zrobiona. To jest normalnie szok. To, co się dzieje.
Tak, takie przedstawienie diabła, żeby ludzi postraszyć, prawda? Przed zajmowaniem się tego typu rzeczami. Tak mi się wydaje. No tak, ale z drugiej strony jakby postawy szpitalne Czy diabły, demony i tak dalej, to jest jakby wynalazek głównie Kościoła katolickiego. Takie narzędzie do jakby też przejmowania kontroli nad umysłami.
No tak. Ale z drugiej strony jakby zadać sobie pytanie, czy Kościół nie reprezentuje diabła? To w Biblii jest napisane, że nie kłaniajcie się obrazom, nie czyńcie sobie żadnych podobizn, które są na niebie, na ziemi, w wodzie i pod ziemią. A ludzie oddają cześć obrazom.
Mamy kult Maryjny. No to nie jedna Maryja nawet. Oddajemy cześć kilkudziesięciu, a nawet kilku tysiącom Marii. Dokładnie. Ale nie wiem, czy Pan zwrócił uwagę, czy zagłębiał się Pan kiedyś w te wszystkie objawienia. Przecież te objawienia to one są piękne do pewnego momentu i w pewnym momencie to wszystko traci sens.
No też one są zaburzone dosyć mocno przez jakby system postrzegania osób, które tych objawień doświadczały. No i też sama treść tych objawień została dosyć mocno przefiltrowana przez Kościół. No tak, tak, tak, tak. Kościół to dopuszcza, część wymalowuje, część sobie dodaje. Zgadza się, zgadza się. Ale dlaczego? Dlaczego kurde nie wiem, ludzie szukają sobie pośredników? O! Czy tak jak Jezus powiedział Ja jestem drogą i prawdą.
I nawet powiedział On jest tymi drzwiami. No, chcą mieć monopol na prawdę. No i dlatego tak dążą do tego, żeby ludzie jakby sami samodzielnie nie próbowali nawiązywać kontaktu chociażby z tą istotą, którą nazywamy Bogiem.
No tak, no z jednej strony to tak, to też jakaś tam racja, tam ten zamknięcie drogi do prawdy, no nie? To też, też jest jakieś to sens, jakiś to sens ma. Ja nawet gdzieś czytałem artykuł, że obcy to są właśnie diabły, no które nawiedzają ludzi.
No to też taka mocno katolicka interpretacja. Wie pan, nigdy nie spotkałem osoby, która była tam jakoś porwana przed ufo czy coś takiego. Nie, nie, nie. Raczej tam, gdzieś z tych audycji, jakieś tam zaobserwowania. No ja, ja mówię, no ja tylko te przeżycia, co panu powiedziałem i nic więcej, i nic więcej na razie niech tak zostanie. Ja potem zachodzę w głowę, ja się zastanawiam, ja mówię po tych sytuacjach, co miałem za granicą, to ja poszedłem do lekarza, bo myślałem, że mi się robi jakiś guz w mózgu i mam jakieś przewidy... No, ale też tu nawet już nie chodzi o to, czy coś się dzieje, czy te zdarzenia są jakby efektem jakiejś potencjalnie mogącej się rozwijać choroby, prawda? Coś, co jakby totalnie wykracza poza nasz zakres postrzegania, potrafi dosyć duży szok jednak wywołać. I to też nie jest przyjemne. Tu ludzie często piszą, że też chcieliby coś takiego przeżyć, a ja im odpisuję na to z konta Radia Paranormalium. Uważaj, o co prosisz.
Tutaj ma pan rację. I powiem panu tak, jak słuchałem u państwa audycji o zaginięciach Missing 411. I wie pan co? Któreś tam z audycji było, że właśnie nie wiadomo, gdzie ci ludzie się podziewają, no nie? I wie pan co? Przyszła mi taka teoria do głowy, że słuchał pan może wywiad z reptilianką?
Nie słuchałem. Ja w ogóle jakoś, jakoś nie mam zaufania do tego typu treści. Wywiad z reptilianką, wywiad z kosmitą, wywiad z takim i owakim. No jakoś, jakoś mi to się nie klei. Znaczy powiem panu to z tym wywiadem z reptilianką, no to facet, ja już nie pamiętam, on chyba w Norwegii gdzieś tam miał domek i przechodziła tam zawsze jakaś kobieta i nawiązał z nią kontakt i ona mu w końcu powiedziała, że jest reptilianką i ona pokazała mu swoje prawdziwe oblicze i on to opisał, więc przeprowadził z nią wywiad i ona tam właśnie w tym wywiadzie.
To ona mówi, że jak ktoś trafi do jaskini i jaskinia w pewnym momencie się robi cała gładka, to żeby zawrócić do tego, że jest wejście, jest tam gniazdo reptilianów, powiedzmy. I powiem panu, że właśnie słuchałem o tych zaginięciach i tam właśnie było, że ludzie weszli w jaskinię i ta jaskinia w pewnym momencie robiła się idealnie płaska. Nie było żadnych tam struktur w jaskinie, które z jaskini wyglądają. I że właśnie wyszły trzy postacie i zapytali się, czy są z powierzchni. I oni powiedzieli, że tak i kazali im zawrócić.
No i to mi się tak mocno podlądało z tym właśnie wywiadem z reptilianką. Kolejny z naszych słuchaczy podzielił się historią o obserwacji ducha swojego dziadka oraz dziwną sytuacją z cmentarza. Wiadomo wszak nie od dziś, że cmentarze wcale nie są takie martwe, na jakie wyglądają i czasem można tam trafić na żywą duszę, choć niekoniecznie widzialną.
Sytuacja trwała dosłownie.W sekundę. Ja i mama byliśmy w przedpokoju, czyli w miejscu, które kiedyś było łazienką. Dziadek zmarł w osiemdziesiątym szóstym roku w łazience i wtedy ten przedpokój był łazienką. Później, po jego śmierci, chyba w latach dziewięćdziesiątych, to zostało zamienione na przedpokój i mama była jakby w prawej części tego przedpokoju, coś robiła z włosami przed lustrem. Ja szedłem z przedpokoju, chciałem wejść do, do mojej sypialni. I w przejściu pojawił się duch. I to trwało dosłownie sekundę.
Pamiętam, że na sto procent to był mężczyzna. Pamiętam brązową kurtkę i jakieś nakrycie głowy. To była czapka albo kapelusz. I pamiętam, że te kolory były takie bardzo błyszczące. To po angielsku na to się mówi radiant colors. Bardzo wyraziste, błyszczące. Kurtka sama w sobie była, tak jak to pamiętam z takiego brązowego ortalionu i ba-bardzo nasycone, ciepłe kolory. I to trwało dosłownie sekundę. Pojawił się i zniknął.
I dziadek był, no takiego średniego wzrostu. Myślę, że tak metr siedemdziesiąt pięć, ja mam metr siedemdziesiąt dwa, ale wtedy był wyższy, znacznie, znacznie wyższy. Ja na wysokości oczu miałem jego szyję. I żeby zobaczyć to, jak wygląda, żeby zobaczyć tą czapkę, musiałem podnieść głowę, więc był znacznie wyższy niż, niż był za życia. I odwróciłem się do mamy i mówię, że chyba widziałem dziadka. Ona na mnie takie dziw-dziwne oczy robi i p-pytam się, czy miał tak-taką kurtkę, bo ja dziadka nie widziałem.
On-on zmarł w osiemdziesiątym szóstym, ja w dziewięćdziesiątym siódmym się urodziłem, więc nie miałem możliwości go spotkania. Też nie widziałem żadnych zdjęć z tamtej, z tamtego czasu. Jest mało zdjęć. Najczęściej to są zdjęcia z dowodu osobistego albo z jakichś imprez.
Czarno-białe. I ona mi mówi idź do babci, zapytaj się, czy on taką kurtkę miał. Poszedłem do babci, pytam się, czy miał taką kurtkę, czy miał taką czapkę. Ona mówi, że się wszystko zgadza, że to, że to był dziadek.
No taka rzecz charakterystyczna dla zmarłego, prawda? Tak. I oglądałem mniej więcej w okolicach lipca, sierpnia na Radiu Paranormalium taki opis sytuacji, gdzie komuś się zepsuł samochód. Jakiś... Był styczeń. Dużo śniegu, małżeństwu zepsuł się samochód i podchodzi do nich mężczyzna, który jest ubrany w krótkie spodnie i T-shirt i on im pomaga naprawiać samochód, a później znika. I teraz tak o tym myślę to jest bardzo podobna sytuacja.
Ja go zobaczyłem w wakacje. To był lipiec albo sierpień. Być może początek, początek września, więc musiało być ciepło. Dlaczego on się pojawił w grubej kurtce i w czapce? To, to zupełnie nie pasuje. To-to, co on miał na sobie, nie pasowało do pogody, którą mieliśmy za oknami.
Ta kurtka i ta czapka to mogłyby, mogł być taki charakterystyczny element jego ubioru, po którym po prostu no babcia rozpoznała, że to był on i mama. Tak, tylko zastanawiam się, czemu akurat mi się pojawił. Bo oj-- dziadek zmarł, jak mama miała dziesięć lat. Więc tak teraz myślę, że powinien się jej pokazać, że jest tutaj, że-że jakby patrzy na nas, to on akurat mi się pojawił. Nie wiem, dlaczego mi, a dlaczego nie jej albo babci, no przecież, która została wdową później.
No różni ludzie, różny mają jakby poziom tego kontaktu z tą, z tą sferą jakby niefizyczną. Babcia może się zajmowała ezoteryką, ale, ale jakby no coś spowodowało, że dziadkowi łatwiej było się pokazać panu. A może po prostu dziadek was odwiedził i pan był taką pierwszą i jedyną osobą, która go jakby zauważyła, prawda?
Tak, on stał, on stał w przejściu. Dosłownie tam, gdzie się zamykają drzwi, na środku. W tamtym momencie chciałem wejść do pokoju i się pojawił. Może on chciał jeść, się pojawić, a akurat wszedłem pierwszy do pokoju. No nie wiem, już się nie dowiemy, jak miało być.
No jest też takie taka hipoteza, jakby mówiąca o tym, że czasami zdarzenia różne jakby nagrywają się w danym miejscu. To, że dziadek regularnie pojawiał się w tym miejscu mieszkania, akurat w takim stroju też mogło się jakoś nagrać i przypadkowo się jakby odtworzyć, tak?
A jeszcze teraz mi się przypomniało, że w miejscu, w którym on umarł, nasz pies. My kupiliśmy psa w dwa tysiące osiemnastym roku. Jego ulubione miejsce w tej części mieszkania to jest właśnie miejsce, w którym kiedyś była łazienka i miejsce, w którym dziadek zmarł na zawał.
Skąd ten pies wie, że on tam zmarł i dlaczego akurat w tym miejscu? Być może nadal jest jakaś energia. Też tego nie wiemy. Mówi się, że zwierzęta więcej jakby wyczuwają od nas, więcej widzą, więcej czują.
Tak, ale wcześniej też mieliśmy kota. Kot zmarł w dwa tysiące dziewiątym. To na dole tego mieszkania, jakby na parterze. Jakby zaczynają się schody i potem jest pierwsze piętro tego mieszkania. I ten kot bardzo lubił patrzeć na, na schody, na miejsce są schody i pod schodami jest schody, jest półpiętro i tam można pod to półpiętro wejść i pod schody też można wejść. I bardzo często patrzyła w to miejsce pod schody i też nie wiemy z jakiego powodu.Cmentarz. To był rok, myślę, że 2015. Też było do dosyć ciepło. Myślę, że to mógł być sierpień albo wrzesień. Ja i mama pojechaliśmy koło godziny dwudziestej pierwszej, dwudziestej drugiej na cmentarz, chyba coś, coś zabrać albo coś, coś posprzątać, coś posprzątać. Nie pamiętam dokładnie. I szliśmy drugą główną ścieżką na tym cmentarzu.
Nikogo nie było, tylko my byliśmy. I ta ścieżka wtedy była jeszcze taka typowo ziemista. To był żwir, jakieś kamyczki, takie klepowisko ubite. I ta droga ma mniej więcej tak może sto metrów od początku, jakby od ulicy do końca cmentarza jest tak sto metrów. I my idziemy i mniej więcej w połowie słyszymy, że coś biegnie i te kroki z każdą sekundą robiły się coraz głośniejsze. Mama uciekła, uciekła w ogóle okazało się na końcu, że, że schowała się pomiędzy tablicę grobu, a mur, który określa granicę tego cmentarza za tą tablicą i była przerażona. Natomiast ja zostałem. Cofnąłem się chyba parę metrów, ale zostałem w miejscu i te kroki jakby się skończyły. Już ich nie było. Tak jakby coś biegło na nas. Ona uciekła, ja zostałem i te kroki się skończyły. I też nie wiemy, co to mogło być, bo nikogo nie było. Żadnych zwierząt też nie było.
Najbliższe zwierzęta mogły być dopiero tak za pięćdziesiąt metrów naprzeciwko nas, bo kończy się cmentarz i już jest las. Nie ma żadnej możliwości, żebyśmy słyszeli biegającego dzika albo biegającą sarnę, albo jakiegoś psa, bo to dosłownie biegło na nas. I teraz tak myślę o tych krokach, to one bardziej przypominały biegnącego człowieka. Taki był charakterystyczny dźwięk podeszwy szurającej po podłodze. No każdy z nas, kiedyś biegał na WF-ie, na dworze, to wiemy jak, jak taki dźwięk biegania. I to był tego rodzaju dźwięk, ale bardzo szybki i im bliżej nas był, tym był głośniejszy. Ale nic nie było widać i jestem na sto procent pewny, że to było, że to coś było przed nami, a nie po boku, bo po boku były groby, więc nie było możliwości biegania. Też do tej pory nie wiemy, co to mogło być, czy to jakieś zwierzę było, czy, czy jakiś żywy folklor.
Nie mam pojęcia co to mogło być. Bo słyszałeś tylko dźwięk. Nie było jakby uczucia, że tego takiego uczucia obecności w pobliżu kogoś. Nie, nie, nie tylko dźwięk biegu. Nic, żadnego, żadnego obrazu, nic, nic nie było widać. Ona uciekła. Ja po jakimś czasie do niej doszedłem, bo u mamy się włączyła, tak jak teraz o tym myślę, włączyła się adrenalina i taki syndrom ucieczki, żeby uciec stamtąd. Mi się włączył syndrom, to się nazywa syndrom bohatera, żeby z tym walczyć. Ale zostałem w miejscu i po prostu byłem bardzo ciekawy, co to jest.
No i nic nie zobaczyłem. Kroki się skończyły i nawet jeśli to przybiegło do nas, to powinniśmy słyszeć kroki, jak odchodzi przed siebie albo w lewo, w prawo. A żadnego dźwięku już nie było. Rozumiem, że oboje jesteście pewni, że słyszeliście to samo, tak? Jak potem rozmawialiście może na ten temat, to wasze wspomnienia się pokrywały w stu procentach?
Tak, pokrywają się, pokrywa się to, że słyszeliśmy, że coś na nas biegnie, tak, że coś na nas biegło i wracaliśmy samochodem, bo wyszliśmy z cmentarza. Wtedy wróciliśmy do siebie, jechaliśmy samochodem i też wtedy o tym rozmawialiśmy. Byliśmy przerażeni, bladzi ze strachu, ale tak, jesteśmy spójni do tego, że, że coś na nas biegło.
Natomiast co to było, nie wiemy i pewnie się nigdy nie dowiemy. Także tutaj no tutaj to, że to zdarzyło się na cmentarzu, to też otwiera duże pole do jakby spekulacji, co to mogło być, prawda? Czy to może był któryś z jakby z mieszkańców tego cmentarza postanowił się objawić? Bo cmentarze w ogóle uchodzą za miejsca takie obfitujące w duchy, w dusze, jakieś tego typu rzeczy, prawda?
Mhm. Tak. No, czy miejsce, w którym byliśmy, czy miało znaczenie? Chodzi mi o groby, jakie tam są. Głównie tam są groby, akurat w tej części, jak staliśmy, no groby takich osób z zaawansowanych wiekiem.
Tam leżą osoby osiemdziesiąt plus, ale też są młodsze osoby. Ostatnio jak byliśmy na cmentarzu, to widziałem, że, że jest grób jakiegoś dwudziestolatka. Trochę dalej tam na przodzie są groby dzieci, dzieci kilkuletnich, też takich, które w trakcie porodu umarły. Ale nie wiem, czy to, czy to był ktoś dorosły, czy to było dziecko. Jeśli miałbym już tak określić, no w ciemno, jeżeli to był człowiek, to, to że to był ktoś w pełni sił witalnych, bo i też tak mi się wydaje, że to mógł być mężczyzna, bo te kroki były bardzo mocne.
Ten bieg był bardzo szybki. Dzieci tak szybko nie biegają. Takiego dźwięku nie ma od, od biegu dziecka, od osoby starszej. Dzieci też mają jakby lżejszy ten, ten krok, tak? Tak. A to był taki dźwięk podeszwy szurającej po ziemi i bardzo, bardzo szybki i coraz głośniejszy, kiedy się do nas, do nas zbliżał.
W ostatniej części dzisiejszej audycji odwiedzimy miejsce z historią. Zamek Czocha. [trzask drzwi] Tam właśnie we wrześniu 2023 roku doszło do dziwnego zdarzenia, które stało się udziałem dwojga młodych turystów. Historia jest dosyć krótka, ale myślę, że treściwa i dotyczy roku 2023. Może opowiem od samego początku. Tak będzie prościej, żeby była jakby ciągłość zdarzeń tutaj, pewna chronologia zachowana. Z moją przyjaciółką mieliśmy w zwyczaju tak sobie podróżować, raz, może dwa razy do roku z Pomorza Zachodniego. Ponieważ ja mieszkam na Pomorzu Zachodnim, podróżowaliśmy sobie na Dolny Śląsk, rejon Gór Sowich, żeby pospacerować trochę po górach, przejść się na Śnieżnik i z powrotem. Generalnie, żeby odpocząć. No i tak też się wydarzyło we wrześniu 2023 roku. To było dosłownie z siódmego na ósmego września. No i pojawił się taki ciekawy plan, żeby odwiedzić zamek Czocha. Wcześniej byliśmy na Książu, zwiedziliśmy Książ, ale tam chyba nie było możliwości, żeby zostać na noc.
Natomiast w zamku Czocha już taka możliwość się pojawiła. Ja pamiętam, że ja wtedy, ja zarezerwowałem wtedy jeden pokój dwuosobowy właśnie z możliwością przenocowania. No i już sobie wyjechaliśmy z tego Pomorza Zachodniego. Po drodze oczywiście dyskutowaliśmy, jakby przygotowywaliśmy plan tej naszej wycieczki, ponieważ zaraz po tej jednej nocy spędzonej w tym zamku mieliśmy plan udać się do Świeradowa i stamtąd jakby nam jeszcze starczyło czasu, chcieliśmy sobie zaatakować Śnieżnik, że tak powiem. No i mniej więcej w połowie drogi moja przyjaciółka mówi do mnie: "Słuchaj - mówi - ja wiem, że ty już zarezerwowałaś tutaj dla nas ten, ten, ten nocleg w tym zamku, ale ja mam pewne obawy". Ja mówię: "Ale powiedz mi, czego one dotyczą?" Ona mówi: "Nie wiem, coś mi podświadomie mówi, że to jest zły pomysł, że to nie jest dobry pomysł, żebyśmy tam pojechali". W zasadzie nie zbagatelizowałem tego, ponieważ ja wierzę jakby we wszystkie te paranormalne zjawiska. Jak najbardziej się nie odżegnuję od tego. Natomiast nie jestem też człowiekiem, który jakby za tym dąży, jakby pędzi za tym, żeby analizować te wszystkie zjawiska. Po prostu wiem, że to istnieje, ale z reguły nie przywiązuję do tego większej wagi. No i dojechaliśmy do tego zamku w godzinach, no późnym popołudniem. To już był wieczór, bo już pamiętam, że jak do Leśnej dojeżdżałem, to już było ciemno. Zjedliśmy sobie kolację, zameldowaliśmy się w tym pokoju. To była taka w zasadzie, można powiedzieć, komnata. Taka dosyć mała, z dwoma osobnymi łóżkami w jednym, w jednej części pokoju jedno łóżko, w drugiej drugie z małym okienkiem. Ja zrobiłem jeszcze zdjęcie.
Pamiętam, ja mam gdzieś w telefonie zdjęcie. Jaki był widok z tego małego okna? Tam był widok na fosę. My generalnie nie pijemy alkoholu. Ja nie piję. Moja przyjaciółka też nie, więc my jakby tutaj stronimy od alkoholu, więc jak najbardziej tutaj nie wchodzą w grę żadne używki.
Poza tym na następny dzień, tak jak wspomniałem, chcieliśmy sobie przejść się na ten Śnieżnik, więc raczej stawialiśmy na to, żeby wypocząć, pochodzić sobie po tym zamku, zjeść rano śniadanie i po prostu stamtąd wyjechać. No i to, co się później wydarzyło, to jest przynajmniej dziwne, a jestem absolutnie tego pewny wszystkiego. To nie był żaden sen.
Położyliśmy się spać. Ja przez jakiś czas miałem problem z zaśnięciem, pamiętam. Co jeszcze bardzo ważne — było ciepło. To był co prawda wrzesień, ale noc była naprawdę ciepła, bo to, jak ja tam jechałem, pamiętam to myśmy w krótkich rękawach jechali. Jeszcze spacerowaliśmy po tym zamku wieczorem, to też w krótkim rękawie, więc na pewno była noc ciepła. Więc ja otworzyłem okno praktycznie na, na oścież.
No i w pewnym momencie, jak ja już zasnąłem, byłem mniej więcej na granicy snu i jawy. I tutaj teraz jakby nie mogę tego powiedzieć, bo ja dokładnie nie pamiętam, jaka to była faza snu. W każdym bądź razie wiem, co się wydarzyło. Nagle się przebudziłem i zobaczyłem, że przez to okno wchodzi do środka do tej komnaty mgła. Ale to było specyficzne. To nie była taka mgła, jak widzimy nad, nad wodą, która się unosi, czy w lesie, czy na drodze. Nie, to coś było mniej więcej na wysokości półtorej metra od podłogi. Było bardzo skondensowane, wręcz jak mleko, ale o nieregularnych kształtach. Ja pamiętam, że przebudziłem się i teraz co najciekawsze, ja nie mogłem się ruszyć. To był taki jakby odrętwienie senne. Ja nie wiem, jak to nazwać. Ja nie mogłem się ruszyć. Pamiętam, że widziałem wszystko, co się wokół mnie dzieje. Widziałem moją przyjaciółkę śpiącą tam na tym, na tym łóżku, po drugiej stronie tej jakby, tej komnaty, tego pokoju. I ja krzyczałem mówię: "Obudź się, zobacz, co się dzieje".
A ona mnie nie słyszała, absolutnie w ogóle tak jakbym w próżnię krzyczał. I ta mgła cały czas była i ona się tak przemieszczała po tej komnacie, te nieregularne kształty i to skondensowane jak mleko. Taka mgła dosłownie. Co jeszcze ciekawe, wtedy, w tamtym dniu pamiętam, że księżyc dosyć jasno świecił. Nie wiem, czy to była pełnia księżyca, nie wiem naprawdę, ale wiem, że Księżyc był, bo dosyć takie intensywne światło wpadało właśnie przez to okienko do tej komnaty i ta mgła była bardzo widoczna. Tylko mówię, ona była taka jak mleko, w ogóle nie była przejrzysta. Ja się wystraszyłem. Ja powiem szczerze, ja się wtedy naprawdę, naprawdę zacząłem się bać, bo ja sobie zdawałem sprawę na tej jawie czy w tym półśnie, w tym odrętwieniu, co się dzieje.
Po prostu ja wiedziałem o tym, że to jest duch. Ja byłem, ja byłem przekonany o tym i w pewnym momencie jakby zacząłem już tak na siłę prosić aż siebie, żebym: "Weź się obudź, weź się już uruchom, stary, no musisz wstać z tego łóżka, musisz coś z sobą zrobić". I zacząłem jakby tą, tą odzyskiwać władzę w tych rękach, w tych nogach. Zerwałem się, obudziłem moją przyjaciółkę i mówię do niej: "Ty nie słyszałaś? Przecież ja wrzeszczę na tą całą komnatą". No i co ty mówisz? "Nic.
Absolutnie nie słyszałam. Ja śpię. Co się stało?" No i opowiadam jej tą całą sytuację. Właśnie o tym-- nie, oczywiście mgły już nie było, tak? Po tym jakby przebudzeniu to wszystko już wróciło do normy. Ja zapaliłem tą lampkę, bo tam jeszcze była taka lampka na stoliku.
Zapaliłem tą lampkę, obudziłem moją przyjaciółkę, zaczęliśmy rozmawiać o tym. Ja mówię naprawdę co się wydarzyło, nie? I no i taka konsternacja zapadła, bo na następny dzień na śniadaniu tak razem stwierdziliśmy, że w zasadzie to my już z tego zamku chcemy, chcemy wyjechać. No nie chcemy tam być. Nie było tam w ogóle takiej dobrej, pozytywnej energii. Co ciekawe, ja się jeszcze spytałem człowieka, który pracował na recepcji. Po prostu zapytałem go wprost, czy jakby tutaj na tym zamku odnotował pan jakieś dziwne zjawiska, takie niewytłumaczalne, paranormalne? To pamiętam, że ten człowiek, ten pan tylko się uśmiechnął i mówi do mnie, że wie pan co, spadają tu czasami obrazy w nocy.Jakaś krata, gdzieś tam się sama przymknie czy coś, ale mówi, że my nie wracamy już na tę uchwałę. No i w zasadzie widziałem, że on był też taki obojętny, jeśli chodzi o ten temat. On nie chciał tego ciągnąć. Ja też za bardzo nie chciałem go namawiać do tego, więc tak naprawdę nie opisałem mu całej tej sytuacji. Nie wiedziałem, jaka będzie jego reakcja, więc sobie odpuściłem.
Wyjechaliśmy. Ja najbardziej się obawiałem po tym wszystkim, żeby to coś się za nami nie ciągnęło później, bo ja byłem święcie przekonany, że to, to mi się nie śniło. To nie był sen. Ja po prostu bardzo wyraźnie wszystko widziałem w tym pokoju.
Widziałem moją przyjaciółkę, która śpi. Widziałem tą mgłę, widziałem to okienko. To wszystko mogę jakby ze szczegółami opisać. Więc to nie był taki sen i nic się poza tym nie działo. Żadnych odgłosów, żadnych stuków, żadnych huków.
Nic, tylko po prostu ta gęsta, skondensowana mgła na tej wysokości, tak jak mówię, może półtorej metra od podłogi, mniej więcej przesuwająca się wzdłuż tej komnaty. No tak jak to w slangu młodzieżowym takie creepy to było przeżycie, aczkolwiek wiem, że nie pierwsze na tym zamku, że tam się bardzo wiele działo podczas drugiej wojny światowej i dużo wcześniej. Wiem też o tym, zasięgnąłem jakby języka od osób, które się interesowały historią zamku Czocha, że i tam zjeżdżali się. Nie wiem na ile to jest prawda, ale ponad zjeżdżali się esesmani, organizowali tam huczne imprezy, przyjeżdżały załogi obozów koncentracyjnych właśnie tam z rejonów Śląska, Dolnego Śląska. I jest to gdzieś tam z tym Riese, z tą historią połączone, więc na pewno obiekt jest ciekawy. Ale czy chciałbym tam wracać? Nie myślę. Myślę, że po tym już na pewno na noc w tym zamku się nie zdecyduję.
Ja tutaj sobie zapisałem takie pytanie odnośnie tej mgły. Jaki ona miała kształt i jaki miała kolor? Czy ona w ogóle zachowywała się w jakiś inteligentny sposób, czy tak po prostu się bezwładnie przemieszczała po pomieszczeniu?
Jeżeli chodzi o kształt, no to tak jak wspomniałem, to nie była żadna kuli-- to nie była żadna kula. To był po prostu nieregularny kształt bardzo skondensowanej mgły, która się przesuwała od tego okienka mniej więcej wzdłuż całego pokoju, w stronę wyjścia. Tylko przesuwała się to za duże słowo. Ona była zawieszona. I teraz, co było ciekawe. Okej, można byłoby się spodziewać, że może jakaś różnica temperatur między pokojem a na zewnątrz, tym, co się dzieje. Ale absolutnie nie, bo ja widziałem blask Księżyca. Tak jak mówię, to była jasna noc, więc tam mgły żadnej za oknem nie było. Ta mgła była tylko i wyłącznie w tym naszym pokoju. Tak jak mówię, na tym półtorej metra wysokości, mniej więcej od posadzki skondensowana jak mleko. Świetlista, nie, ona nie była świetlista. To była po prostu bardzo gęsta mgła, taką, że nie byłem w stanie widzieć na przykład przez tą mgłę, nie widziałem ściany. Czyli ona była na tyle gęsta, że nie była przejrzysta praktycznie w ogóle. To tak to pamiętam.
No można, można powiedzieć, że to taka właściwie skondensowana forma jakiejś bliżej nieokreślonej energii, prawda? To znaczy ja zdecydowanie jestem przekonany, że to był byt, że to, że to, to nie było naturalne, bo nawet dym tak nie wygląda, ani dym papierosowy, bo można byłoby przypuszczać, że okej, ja też się zastanawiałem. W zasadzie moja przyjaciółka mi zasugerowała: "Słuchaj, a może ktoś palił papierosa komnatę obok?"
Po prostu ja mówię: "Nie". Mówię: "Nie, absolutnie nie". Żadnego smrodu, żadnego papierosa, żadnego dymu, nic kompletnie. Poza tym, gdyby to był dym, to on by po prostu wchodził przez to okno. Ja bym widział, że to po prostu mi wlatuje przez okno coś śmierdzącego jest. Nie, to było odcięte. Okno i to, co za oknem było czysto. Nic nie było. To, co było w naszym pokoju, to była właśnie ta mgła, tak jak ją opisuję.
Można się zastanowić, ile papierosów musiałaby wypalić taki palant, żeby taką mgłę stworzyć? Tak. Poza tym to byłby niesamowity smród w środku. To my byśmy poczuli razem. Ja, ja, ja powiedziałem mojej przyjaciółce.
Mówię: "Słuchaj, gdyby nawet to się coś paliło, nie wiem, ktoś by spalił kartkę papieru. Nie wiem, list miłosny spalił czy zapalił cygaro, to my byśmy to czuli". To jest charakterystyczny swąd. A to było bezwonne. Absolutnie to, to nie było żadnej woni. Nic kompletnie nic. Ani żadnego trzasków, żadnego, żadnych zapachów, nic. To się po prostu przemieszczało i było tak nienaturalne, że ja w swoim życiu nie widziałem takiego dymu. To-- dym to jest złe słowo. Ja czegoś takiego po prostu nie widziałem.
Takiej mgły w takiej formie, tak się przesuwającej i tak przede wszystkim skondensowanej, żeby mnie mógł zobaczyć przez nią jakby ściany, chociażby tak wzdłuż której się powiedzmy, że się przesuwała, bo to się przesuwało tak między, mniej więcej na środku pokoju, jeżeli przyjmiemy. Ja już nie pamiętam, czy to był prawy narożnik tego pokoju, czy ja spałem w lewym, to już jakby nie ma znaczenia. Ale jeżeli spałem w prawym, to nie byłem w stanie zobaczyć przez tą mgłę lewego narożnika ściany lewego narożnika.
Tak, to było gęste. No to tam ta mgła była taka dosyć mocno spersonalizowana, że to tak ujmę. Pan czuł jakąś obecność, tak? W tym momencie- Ja czułem strach i obecność. Tak, ja czułem strach i obecność. Ja wiedziałem, że to jest byt. Tak jak już właśnie chwilę wcześniej wspomniałem, ja się tego bardzo wystraszyłem, bo ja wiedziałem, że to jest byt, że to nie jest naturalne, to, co się dzieje. Ja się tylko bałem, jakby coś się dalej wydarzy, czy, czy tu się będzie jeszcze coś, coś dalej działo, bo mnie przeraził najbardziej ten paraliż senny, że ja to wszystko obserwowałem, ale ja nie mogłem się ruszyć. Ja krzyczałem, ale nikt mnie nie słyszał. I teraz pytanie, no właśnie, jak to jest możliwe? Bo ja wiem, że ja próbowałem obudzić moją przyjaciółkę. Ja, ja naprawdę próbowałem ją obudzić i mi się wydawało, że ja wrzeszczę wręcz. Obudź się, po prostu weź się obudź, zobacz, co się dzieje. Ale nikt mnie nie słyszał.
Paraliż senny to jest taki stan, w którym dużo rzeczy nam się wydaje, że robimy, a tak naprawdę okazuje się, że ich nikt jakby wokół nas nie słyszał, nie wiedział, prawda? Rozumiem, że było widać wyraźnie, jak ta mgła jakby wchodzi do komnaty przez to okno?
Tak, ja to widziałem. A czy przyjaciółka coś wtedy też czuła, obserwowała, wspominała o czymś? Czy, czy spała tak twardym snem, że Że nic nie zauważyła? Nic kompletnie ani nie zauważyła, ani nie odczuła, ani nie usłyszała. I właśnie tak jak mówię, jak ta mgła weszła do tej komnaty przez to okienko, tak bardzo powoli można powiedzieć, że się wsunęła.
To później już nie było jakby ciągłości tej mgły, nie? Co jest bardzo ważne. Czyli za oknem mgły de facto nie było. To był przejrzysty, przejrzysta, normalna noc przy jasnym świetle księżyca i mgły tam nie było. Tylko to było w naszym pokoju, w tym moim. Ona nic nie słyszała. Ona sobie w ogóle nie zdawała sprawy, że coś się dzieje. Po prostu spała twardym snem.Snem do momentu, do którego ja nie odzyskałem jakby tej mojej, w pełni władzy w rękach i nogach, że mogłem wstać z tego łóżka, zapalić tą lampkę i-i po prostu ją obudzić. Powiedzieć: "Słuchaj, no coś się takiego wydarzyło", nie? Ale nie, ona nic absolutnie nie odczuła, tylko ja.
No nie zauważyła nic, ale miała jakieś, jak pan wspominał, obawy odnośnie noclegu akurat na zamku Czocha. Czy przyjaciółka jest jakąś osobą mocno sensytywną? Wyjaśniła w ogóle swoje powody tych obaw? Tak, wyjaśniła mi to i my żeśmy później rozmawiali, bo te obawy się pojawiły, tak jak wspomniałem podczas drogi, jak my już wyjechaliśmy z naszego miasta z Pomorza Zachodniego, mniej więcej w połowie drogi ona w ogóle chciała zrezygnować z tego wyjazdu, chciała ominąć ten zamek Czocha.
Znaczy chciała zaproponować, żebyśmy prosto do Świeradowa pojechali. To nie był problem, bo te odległości już nie były duże, więc to nie chodziło o kilometry, tylko bardziej chodziło o to, że ja się uparłem, żeby ten zamek odwiedzić i żeby tam przenocować. To był w zasadzie mój pomysł. Tak naprawdę. Nie jej. A skąd się wzięły jej obawy? Jak zaczęliśmy rozmawiać, to ona mi to wytłumaczyła w ten sposób, że tak jakby jej istota wyższa podpowiadała: "dajcie sobie spokój, po co tam jedziecie?" To było coś na tej zasadzie.
A z przyjaciółką jesteście jakoś mocno zaznajomieni w tematach paranormalnych? Jak w ogóle wygląda wasz background, jeżeli chodzi o tematykę paranormalną? Wiemy, że to wszystko istnieje. Mamy tego świadomość. Nikt z nas tego nie kwestionuje, nie neguje, ale nikt z nas też, bynajmniej z mojej wiedzy tak wynika także ona też tego nie robi. Czyli nie szukamy na siłę, nie szukamy wrażeń, nie bawimy się żadnymi talerzykami, nie bawimy się w wywoływanie duchów. Jakby staramy się tutaj w ogóle tego nie myśleć, ale absolutnie nie negujemy tego, że i przed tym wydarzeniem w zamku też nie negowaliśmy nigdy tego, że to istnieje.
Wręcz te obawy właśnie były związane też z tą historią zamku. Ona mi też mówiła, że prześledziła tą historię zamku, zanim myśmy tam wyjechali. I ja też zasięgnąłem właśnie języka u swoich znajomych, którzy się historią interesują. No i oni mi mówili o tej właśnie historii z SS-manami i z tymi wszystkimi zjazdami na tym zamku, imprezami, które tam były. No więc raczej myślę, że to w tą stronę, tak? Czyli nie negujemy, ale też nie poszukujemy na siłę tego. Czyli jesteśmy, można powiedzieć, obojętni temu zjawisku.
Też jesteście otwarci na istnienie pewnie tych tych różnych takich nie fizycznych elementów, prawda? Tak, zgadza się. No muszę się przyznać, w zasadzie nie chciałem tego mówić na antenie, ale okej, jeżeli już ten wątek jakby ciągniemy, to myślę, że warto jest do końca tutaj domówić wszystkie szczegóły. No ja też się trochę o to prosiłem, bo ja sobie w myślach jak jechałem-- już wtedy, jak jechaliśmy, to w myślach mówiłem sobie, że chciałbym coś takiego doświadczyć i przeżyć. I doświadczyłem. I to było tak naprawdę na moją-- na moje życzenie.
No nie bez powodu mówi się uważaj, o co prosisz, prawda? Dokładnie. Ale ta prośba akurat była taka, że już bym tego nie chciał powtarzać, bo... No bo w tym momencie ja no nie miałem jakby kontroli nad swoim ciałem i to było dla mnie najbardziej przerażające, że gdyby być może, gdybyśmy razem zobaczyli to zjawisko, będąc w takim stanie jeszcze nie letargu sennego, tylko gdyby się to zdarzyło, na przykład idąc korytarzem tego zamku, to może byśmy inaczej jakby to odebrali, to zjawisko.
Ale w momencie, gdy leżę na łóżku, nie mogę się ruszyć i nikt nie słyszy mojego krzyku i widzę, co się dzieje. Nie wiem, co się za chwilę wydarzy. No to ja już czegoś takiego przeżywać za bardzo nie chcę. To nie było fajne.
Rozważając takie bardziej racjonalne próby wytłumaczenia tego, czy brał pan może pod uwagę opcję, że w takim stanie między snem a jawą zmaterializowało się panu to, o czym pan myślał? Jakby zmaterializowała się w takiej formie ta prośba, którą pan wyrażał?
Tak, jak najbardziej tak. I w zasadzie tylko jedna rzecz jakby od tej tezy mnie odciąga, że ja podczas tego całego wydarzenia byłem w pełni świadomy. Zazwyczaj jest tak, że jeżeli nam się coś śni, to dosyć rzadko się zdarza, że jesteśmy świadomi swojego snu, uczestnictwa w tym śnie. A ja tutaj byłem w pełni świadomy całej sytuacji. Ja wiedziałem wszystko. Ja widziałem śpiącą przyjaciółkę, ja widziałem to okno, ja widziałem to, co się dzieje i ja po prostu wydaje mi się, że za logicznie w tym czasie myślałem, żeby to był tylko sen.
Podczas snu dodatkowo jakieś jeszcze inne często rzeczy się dzieją, tak? Czyli te sny są wielowątkowe. Tutaj nie było snu wielowątkowego. To było po prostu konkretne wydarzenie skupione na tej mgle. A czy w tamtym momencie jakby próbował pan rozważać, czy to, co pan widzi, jest prawdziwe, czy też nie? Czy próbował, krótko mówiąc, wciąć się w doświadczenie ten taki nasz logiczny, racjonalny umysł?
Znaczy to był strach już. To ja państwu powiem szczerze, że to był strach. Tylko i wyłącznie to. Jak już się to zaczęło dziać, ja sobie zdałem sprawę w tym już, co się dzieje i nie mogłem się ruszyć, to, to już w zasadzie to był tylko strach.
Tak szczerze mówiąc, to ja myślałem o tym, żeby się to już skończyło, więc ja już o czymś innym to jakby nie myślałem. Nie próbowałem tego w tamtym momencie analizować, tylko chciałem, no już się powiedzmy w cudzysłowie obudzić z tego koszmaru, żeby się to skończyło. Więc trudno mi jest odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Na pewno, na pewno się bałem i tego nie ukrywam.
Zamek Czocha to jest takie miejsce z historią dosyć dużą i dosyć bogatą. Ciekawe ile podobnych zdarzeń skrywają w swojej pamięci pracujący tam ludzie. Może kiedyś się dowiemy, bo tutaj bardzo, bardzo też znamienna jest reakcja tego portiera. Chyba dobrze mówię na pytanie o podobne zdarzenia. Czy słyszał pan może od innych pracowników coś o podobnych incydentach? Wspominali coś?
Hmm, nie, nie słyszałem. Natomiast kiedyś jeszcze pamiętam taki epizod na zlocie zielarskim. Jak byłem, rozmawiałem ze swoim dawnym znajomym, który właśnie bardzo mocno odczuwa różne byty i energie. No to on mi powiedział tylko tyle, mówi: "Chciałeś, to dostałeś. Po co tam pojechałeś?" Mówi: "Przecież to nie jest miejsce, w którym człowiek może swobodnie sobie odpoczywać. To jest tak nasiąknięte miejsce, jeśli chodzi-- energetycznie przesiąknięte różnymi bytami", że naprawdę odradzał mi zdecydowanie podróż do tego miejsca. To tylko to pamiętam. Jeżeli chodzi o pracowników, myśmy już nie rozmawiali z nikim innym. Ten portier był jedyną osobą i pamiętam, że on tylko patrząc i słuchając tak mnie, o czym ja tam do niego zaczynam mówić, on tak się uśmiechnął, tak trochę prześmiewczo.
Wyglądało na to, że no nie pierwszy jestem w tej sprawie u niego. Tak to wyglądało z mojej perspektywy. No taki uśmiech mówiący: "Szukałeś przygód? To dostałeś". Dokładnie tak to wyglądało. Dobrze, to dziękuję w takim razie, że się pan podzielił tą historią. Rozumiem, że to jest wszystko, czym się pan chciał podzielić dzisiaj podczas rozmowy?
Tak, na dzień dzisiejszy chciałbym tylko, chciałem tylko tą historię opowiedzieć właśnie o tym zamku Czocha i o tym, o tym zdarzeniu, ale być może ktoś z-z-ze słuchaczy Radia Paranormalium no też jednak doświadczył na zamku Czocha czegoś, bo tak mi się wydaje osobiście, że, że to nie jest przypadek. W sensie nie jestem jedyny. Wydaje mi się, że jeżeli ten obiekt świadczy usługi hotelowo-gastronomiczne, to wiele osób miało różne dziwne tam na tym zamku przejścia. I ja tak osobiście uważam, że to po prostu się tam dzieje. To, to jest i ja nie jestem pierwszym ani ostatnim.
No zdecydowanie jest to jedno z tych miejsc, w których bardzo dużo zdarzeń różnych mniej lub bardziej przerażających mogło się na przestrzeni lat nagrać, kolokwialnie mówiąc i nie wiadomo też, kto lub co jest tam, że tak ujmę, przyklejone do tego miejsca.
Relacje o obserwacji ducha na zamku Czocha kończy dzisiejszy odcinek podcastu "Mówią świadkowie". Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o wysłuchanych dziś historiach. A jeśli macie jakieś swoje relacje, którymi chcielibyście się podzielić, zapraszam do kontaktu.
Przypominam o stronie internetowej Radia Paranormalium www.paranormalium.pl, gdzie obok innych ciekawych materiałów znajdziecie między innymi pełne archiwum naszych audycji do pobrania w formacie mp3. Tam również czeka na Państwa forum dyskusyjne oraz czat, na których możecie dyskutować do woli, z dala od cenzorskich macek wielkich serwisów społecznościowych.
Miłośnikom tematów związanych z duchami polecam książkę "Opowieści z biura duchów" autorstwa Ady Edelman, autorki bloga Biuro Duchów, która od niedawna prowadzi również kanał na YouTube o tej samej nazwie. Warto również śledzić i subskrybować kanały Piotra Cielebiasia UFO Historie i Marka Żalkowskiego Wehikuł Wyobraźni, gdzie panowie omawiają cały szereg interesujących tematów, w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium. Zachęcam również do sięgnięcia po najnowszy numer miesięcznika Nieznany Świat, gdzie stale obecna jest tematyka związana między innymi z parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi, jak też do odwiedzenia kanału czasopisma na YouTube'a. Mówił do Państwa Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium – Paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.