[00:41] - Ludzie o ałmysich oczach. "Myślałem, że śnię. Staruszkowie widzą nawet mysz z odległości pół kilometra", mówił wstrząśnięty okulista. A co dopiero młodzi. Mowa o mieszkańcach zagubionej w odległej Rosji wsi Jazula. Jak potwierdzili okuliści, ich wzrok jest kilkakrotnie ostrzejszy. Nie jest to jednak zwykła medyczna ciekawostka, lecz prawdziwe kuriozum, a miejscowi mają bardzo oryginalne wyjaśnienie na to, dlaczego się tak dzieje. Do wsi Jazula jedzie się z Gornoałtajska długo traktem czujskim. Droga jest miejscami kręta, wąska, wiodąca nad przepaściami, wspinająca się na przełęcze, otoczona złą sławą wśród kierowców, ale na całej swojej długości pokryta asfaltem. W wiosce Aktasz, dokąd piaskowe burze zanoszą czasem pył porwany z pustyni Gobi, trzeba skręcić w lewo i przejechać przez czerwone wrota, ciasną szczelinę pomiędzy potężnymi skałami o barwie zakrzepłej krwi.
Po kilkudziesięciu kilometrach tundrową równiną i pokonaniu paru stromych przełęczy, przejazd tędy w warunkach zimowych bywa często niemożliwy, niespodziewanie wjeżdża się w gęsty sosnowy bór, a zaraz dalej otwiera się ciasna dolina, w której ulokował się Ułagan. Dwu i półtysięczna osada, chociaż nawet według norm syberyjskich uchodzi za wieś dechami zabitą, dla mieszkańców Jazuli jest nieomal Paryżem. Wieś na końcu świata. Chcąc dotrzeć do Jazuli, należy skierować się na wschód i posuwać wzdłuż kultowej rzeki Baszkaus. W jaki sposób? Po tonącej w błocie, bądź też pełnej głazów ścieżce. Po stromiznach o karkołomnym kącie nachylenia latem przejedzie jako tako dobre auto terenowe. Najlepiej, jak to mówią w Rosji, Russian Jeep, czyli popularny UAZ, lecz tylko do osady Saratan, bo dalej można wędrować jedynie tradycyjnym dla Ałtaju środkiem lokomocji. Konno, wierzchem. Po pięćdziesięciu kilometrach jazdy na grzbiecie cierpliwego zwierzęcia, które pewnie stawia swoje cztery kopyta nawet na takich pochyłościach, gdzie człowiek miałby spore kłopoty z utrzymaniem równowagi, dociera się wreszcie do potężnej rzeki Czułyszman.
Wystarczy tylko przeprawić się w bród przez rwący nurt szeroki jak Wisła pod Wawelem i jest się już na miejscu. Po co w ogóle wybierać się do zapomnianej wsi na krańcu świata? Zdawałoby się, że wystarczającą przyczyną jest absolutnie dziewicza przyroda, która w tej części ałtajskich gór wręcz olśniewa swoim przepychem. Jest jednak również inny powód. Są nim mieszkańcy Jazuli, a raczej ich niezwykłe właściwości. Warto zobaczyć tych ludzi. Rzecz w tym, że wypatrzą przybysza znacznie wcześniej niż on ich. Żaden z mieszkańców Jazuli nie posiada lornetki lub lunety. Sprawdziłem to. We wsi nie ma także ani jednej pary okularów.
"Widzisz tę kozę? O, tam?", pyta siedemdziesięciopięcioletni Jan Kajmakow i wskazuje ręką na górę naprzeciwko. Widzę jakiś punkcik, który kiedy nawet mrużę z całych sił oczy, w żaden sposób nie chce przypominać kozy. Jest szara. Lewy róg ma nadłamany, a oczy bursztynowe. Na szyi resztki sznurka. Chodzi o kozę, ale ja czuję się robiony w konia. Chwytam za własną lornetkę i wszystko się zgadza. Spoglądam na starca jak na magika. On uśmiecha się, a ja bez słowa odchodzę w stronę wsi.
Po kilkudziesięciu metrach napotykam jakiegoś nastolatka. Pokazuję na zbocze góry, choć z tej odległości nie potrafię już rozróżnić tam żadnego punktu. Szarego, czy też jakiejkolwiek innej barwy. "No koza." Chłopak przenosi na mnie zdumiony wzrok. "Ze złamanym rogiem. To chyba będzie Bojryszewów", dodaje po chwili zastanowienia. Dwustuprocentowy wzrok. W Jazuli mieszka niecałe trzysta dusz. W większości są to Ałtajczycy. Jest też parę rodzin Kazachów.
Wieś leży ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza, zewsząd otoczona górami. Niezwykłą właściwość wzroku mieszkańców Jazuli odkrył przed paroma laty Anatol Kołbasko, lekarz z Nowokuźniecka, który uczestniczył w programie badań kontrolnych prowadzonych na zlecenie władz Republiki Ałtaj. "Myślałem, że śnię. Staruszkowie nawet widzą mysz z odległości pół kilometra", mówił wstrząśnięty okulista. A co dopiero młodzi. Początkowo badający Jazulan Kołbasko sądził, że trafił przypadkiem na kilka osobników odznaczających się sokolim wzrokiem, a pozostali wieśniacy postrzegają świat dokładnie tak, jak wszyscy inni ludzie. Jego przekonanie umocniło się, gdy kolejni badani przez niego tubylcy w ogóle nie potrafili rozpoznać żadnych liter na tablicy. Ale lekarzowi zrzedła mina, kiedy wiernie narysowali te litery. Okazało się, że po prostu nie znali rosyjskiego alfabetu. Wyniki badań Kołbaski, potwierdzone potem przez innych okulistów, były szokujące.
W Jazuli, niezależnie od wieku czy narodowości, wszyscy mieszkańcy posiadają wzrok dużo lepszy od przeciętnego. Rosyjscy lekarze określili go średnio jako dwustuprocentowy. W okulistyce polskiej najwyższa ostrość widzenia sprawdzana przy pomocy tablicy Snellena Określana jest zapisem 1.0. W tej skali przeciętny wzrok wieśniaków z Jazuli wynosiłby co najmniej 2.0, co oznacza, że najniższy rząd literek na tablicy okulistycznej potrafiliby spokojnie odczytać z dystansu sześciu i więcej metrów. Generalnie wszyscy Ałtajczycy mają znakomity wzrok. Znaczna część poborowych z Ałtaju jest szkolona na snajperów. Swego czasu podobno separatyści czeczeńscy grozili przeprowadzeniem zamachu terrorystycznego w Gorno Ałtajsku. Miał to być rewanż za skuteczne likwidowanie kaukaskich bojowników przez strzelców spod Biełuchy kierowanych do Czeczenii w mundurach milicji rosyjskiej. Fenomenalną ostrość widzenia mieszkańców zapadłej wsi ałtajskiej próbowano wyjaśniać rozmaicie. Jedni uczeni dostrzegali w tym zjawisku pozytywną mutację, która nastąpiła w odizolowanej od świata społeczności.
W górach nie da się zdobyć pożywienia, jeśli nie włada się dobrym wzrokiem, a tradycyjnym i wyłącznym zajęciem miejscowych jest polowanie. Na łowy chodzą również kobiety, co raczej jest zjawiskiem niespotykanym w innych rejonach Ałtaju. Warto przy tym wspomnieć, że niewiasty ajmaku ułagańskiego cieszą się szczególną renomą, która sprawia, że ustępują im z drogi mieszkańcy innych części Ałtaju. Zarówno mężczyźni, jak i panie. Tutejsze białogłowy bowiem łatwo wpadają w gniew, a skutki ich rozsierdzenia bywają opłakane. W ogóle aborygeni tego regionu uchodzą za niezwykle krewkich. Jak głosi podanie, dawniej skalpowali swoich przeciwników. Do dziś przez współziomków z pozostałych rejonów Ałtaju przezywani są Apaczami. Bombardowani kosmicznym złomem. Natalia Ananiewa, ordynator oddziału ocznego Kliniki Krajowej w Barnaule ma na temat superwzroku Jazulan własny pogląd, choć nie sprawia wrażenia, jakby była całkowicie przekonana o jego słuszności.
To najprawdopodobniej wrodzony dar mający związek z genami. Wpływa też na to sposób życia, gdyż na ostrość widzenia oddziaływują pośrednio procesy przemiany materii plus ekologia, jakość wody i pożywienia. W Jazule jedno i drugie nie zawiera konserwantów. Istnieje także hipoteza poniekąd kosmiczna. Na obszar ajmaku ułagańskiego od prawie pół wieku spadają zużyte stopnie rakiet wystrzeliwanych z kosmodromu w Bajkonurze. Nad Ałtajem pojazdy kosmiczne pozbywają się pustych zbiorników po wykorzystanym paliwie. Kosmiczny złom pada nie tylko w okolicach Ułaganu, ale także w ajmaku ustkańskim i kraju ałtajskim. Lecący z nieba metal zabił dotąd jedynie krowę, a to dzięki bardzo słabemu zaludnieniu. Na kilometr kwadratowy Republiki Ałtaj przypadają dwie osoby. W okolicach Ułaganu grubo poniżej jednej.
Tubylcy wspominają, że po cenniejsze fragmenty rakiet przyjeżdżały nawet specjalne ekipy poszukiwawcze. „Otaczali pierścieniem jakiś teren i nikogo tam nie wpuszczali. Ludziom grozili automatami" — wspomina Grzegorz z Ułaganu. Też kiedyś miałem taką przygodę. Łowiłem ryby na Jeziorze Teleckim. Płynąłem łódką. Był słoneczny dzień. Nagle po wodzie przemknął jakiś cień. Zadarłem głowę. Z góry leciał jakiś wielki przedmiot, ale tak dziwnie spadał jak liść w spokojnym powietrzu.
Kołysał się. Ja za wiosła i chodu na prawo, a on też w tym samym kierunku. To ja na lewo i on na lewo. Gorąco mi się zrobiło. Nie wiem, gdzie uciekać, żeby za mną nie poleciał. Wpadł do jeziora może dwadzieścia metrów ode mnie. To był taki wielki płat białej blachy, a woda to aż się zasyczała i wypłynęło pełno ugotowanych ryb. Tylko kasakiem zbierać. Niemało fragmentów rakiet trafiło w ręce miejscowej ludności. Zdarzały się przypadki trudnych do wygojenia oparzeń i chorób skóry, które dotknęły tych, co zbyt prędko przywłaszczali sobie opadłe na ziemię szczątki Wostoków.
Nie odstraszyło to innych od praktycznego wykorzystania arkuszy srebrzystej blachy do obicia domów czy nawet budowy sławojek, czyli szaletów podwórzowych. To bombardowanie kosmicznymi śmieciami kontrastuje z sielankową wizją Ałtaju jako krainy ekologicznie nieskażonej. Rzecz ciekawa. W kraju ałtajskim kawałki rakiet padają równie gęsto w rejonie tretiakowskim, jednak tamtejsza miejscowa ludność cierpi z tego powodu w sposób widoczny. Liczba zachorowań na raka przewyższa tam znacznie normę. Ludziom doskwierają także inne problemy zdrowotne. Zdarza się wiele poronień. Niewiele lepiej jest w okolicach wsi Korgon położonej na zachód od Ust Kan. Problem ten bada bardzo wnikliwie Barbara Profeta, szwajcarska Włoszka, która na Ałtaju pracuje już parę ładnych lat. Nocami straszą bydło, zaglądają w okna.
A tymczasem w Jazule przypadki zachorowań na raka są bardzo rzadkie. Ludzie chorują tu sporadycznie. Tłumaczenie, że wyjątkowo dobry wzrok Jazulan jest wynikiem napromieniowania czy to radiacją zawartą w kawałkach rakiet, czy też mającą swoje źródło w nieznanych, ukrytych w górach złożach, wydaje się także mocno wątpliwe. Chodziłem po wsi w bezksiężycową noc i gwarantuję, że doskonałe oczy jej mieszkańców nie świecą jednak w ciemnościach. Mieszkańcy Jazuli wierzą, że ich nadzwyczajny wzrok to prezent od Ałmysa. We wsi spotkania z nim traktowane są jako coś powszedniego. „Nocami podchodzą do wsi, straszą bydło, zaglądają w okna" — mówi Kajmakow. „A baby wtedy piszczą. Łuch!" — dorzuca i mruga filuternie. Emerytka Tułgat Kajakowa wynosi jakieś zawiniątko ze swojego ajwu i demonstruje mi jego zawartość.
Kłębek brudno-brązowej sierści. Co warte tu wspomnieć, na lodowcu Kurkurek znaleziono łapę zagadkowego zwierzęcia. Badający ją naukowcy stwierdzili, że nie należy do żadnego ze znanych im gatunków zwierząt. Zdaniem naukowców z Barnaulskiego Instytutu Weterynarii oraz z Oddziału Syberyjskiego Rosyjskiej Akademii Nauk w Nowosybirsku budowa i układ kości wskazują, że łapa należała do istoty dwunożnej. „Ałmys to pozostawił, kiedy próbował porwać naszego konia” — wyjaśnia. — „Koń zarżał. Wybiegliśmy z domu, ałmys wystraszył się i uciekł. Zahaczył przy tym o ogrodzenie i stąd ta pamiątka. A konia po naradzie z szamanem zdecydowaliśmy się zarżnąć. Tuszę zanieśliśmy na skraj lasu.
Nazajutrz zniknęła. Wierzę, że ałmys, posłaniec Eze Ałtaj przyjął przeznaczoną mu ofiarę. To wszystko przez to, że uczeni rozkopują nasze kurhany, trwożą duchy, a te posyłają ałmysy, które nas niepokoją. Tak, my tu nie mamy lekko” — użala się Tulgat. Nagle kieruje wzrok gdzieś poza mnie i mówi: „Oho! Mąż wraca z polowania. Muszę przygotować kolację”. Po czym znika w ajle. Oglądam się i w odległości może półtora kilometra widzę poruszającą się na łące plamkę. Według mnie równie dobrze mógłby być to ślubny mojej rozmówczyni, jak i ałmys, czy nawet pasący się sarłyk.
Ale wiekowa Jazulanka wiedziała, czy raczej widziała swoje. „Ałmys ma około dwóch metrów wzrostu, stąpa mocno, idąc wymachuje rękami. Kiedy ucieka, wykonuje skoki” — opowiada pastuch Genadiusz Matwiejew, pastuch z Jazuli. — „Raz go nawet sfotografowałem, ale kiedy wywołałem film, akurat ta klatka okazała się prześwietlona”. Jakim to sposobem ałmysy zdołały przekazać swój podarek mieszkańcom Jazuli? Przecież często wśród Ałtajczyków, a także w Ałtaju Mongolskim spotyka się opowieści o związkach dobrowolnych lub wymuszonych mężczyzn z ałmyskami albo ałmysek z ludźmi. Słucham tych historii już po powrocie z Jazuli do Ułaganu za gościnnym stołem rodziny Czu, popijając herbatę z taukanem, prażonym i zmielonym jęczmieniem i odrobiną białego mumio — substancji wydobytej ze skalnej rozpadliny, który uchodzi za panaceum na gwałtowny atak gorączki i jak sądzę, nie zaszkodzi. Śnieżny człowiek. Chyba przeziębiłem się podczas przeprawy przez lodowaty Czułyszman, ale nazajutrz zapowiadającą się chorobę jak ręką odjął. Może to podziałał biały proszek, a może ułagański klimat.
Wychodzę więc na sioło, aby odwiedzić Ludka Broza, czeskiego antropologa, który od kilku lat osiadł w Ułaganie. Zadomowił się tu na dobre i kiedy wyjeżdża do ojczyzny, zawsze anonsuje to w miejscowej gazecie „Ułaganng Soundary” wraz z informacją „Wracam w październiku. Ludek”. Na nagim stoku pobliskiej góry widać miejsce kultu sił natury i nieco wyżej prawosławny krzyż. Bardzo wielu mieszkańców Ułaganu to prawosławni chrześcijanie, przynajmniej nominalnie. W ajmaku było ponad trzydzieści cerkwi. Jedynie w tej części Ałtaju rosyjskie misjonarstwo odniosło wyraźniejsze sukcesy. „Ale my jesteśmy poganami” — powiada Timur Czu, ojciec Andrzeja. — „Ja tam pokłaniam się całej przyrodzie. Wiem, że w niej jest siła, która może mnie zmieść w jednej chwili i to wystarcza, bym oddawał cześć niebu nade mną i ziemi pode mną” — dodaje i ochoczo wychyla kieliszek żubrówki.
Jak na swoje siedemdziesiąt cztery lata wygląda niezwykle krzepko i dziarsko. Rodzina Czu odznacza się szczególną długowiecznością oraz znakomitym zdrowiem. „To dlatego, że wśród naszych przodków był ałmys”. Andrzej śmieje się, ale chyba tylko dlatego, że ma do czynienia z Europejczykiem. W rozmowie z rdzennym mieszkańcem Ałtaju zachowałby w tym wypadku powagę. Jestem o tym przekonany. „Mojego ojca do tej pory przeżywają śnieżnym człowiekiem. Podobno jego babka miała w rodzie jakiegoś ałmysa. Ojciec większość życia spędził z wyboru w śniegach, w lesie. Mówi, że tam się czuje jak u siebie w domu.
Ja też poszedłem w jego ślady. Prawdę mówiąc, czasami przyłapuję się na myśli, że wolę nocować w jamie wygrzebanej w śniegu pod świerkiem w głuchej tajdze niż w domowych betach. A poza tym nasza rodzina wygląd ma taki nieałtajski”. Ałtajczycy należą do rasy żółtej. Mają mongoidalne rysy twarzy, raczej mizerny wzrost i niezwykle gęste czarne włosy. Poza niektórymi mieszkańcami rejonu ułagańskiego. Ci bowiem są wysocy, postawni, rudzi, niebieskoocy, o cerze bladej, wręcz białej. Antropolodzy milczą na temat przyczyn tego fenomenu. Tubylcy natomiast uważają, że jest to rezultat mezaliansu któregoś z ich przodków z ałmysem. Kiedy pewnego dnia zawitałem do Ułaganu z grupą polskich turystów, Timur Czu podczas zaimprowizowanej w tej okolicy biesiady nastawał, aby zostawić mu jasnowłosą Bożenę.
„Wydam ją za mojego krewniaka ałmysa” — twierdził. Oczywiście żartował. Tak sądzę. Artykuł ten stanowi fragment książki Wojciecha Grzelaka pod tytułem „Szamani, mumie i ałmysy”. Więcej na ten temat, jak i samej książki znajdziecie na portalu infra.org.pl oraz na stronie wydawnictwa COS. Wojciech Grzelak, urodzony w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym roku. Z wykształcenia filolog. Wykonywał różne zawody. Autor wielu reportaży, artykułów naukowych i popularnonaukowych, a także opowiadań o rozmaitej tematyce. Publikuje w prasie polskiej, rosyjskiej, amerykańskiej i niemieckiej.
Tłumaczy poezję, układa antologie wierszy. Pisze również książeczki dla dzieci. Od dwa tysiące pierwszego roku dzieli swoje życie pomiędzy Beskidy i Ałtaj, zachodnia Syberia, gdzie wykłada na uniwersytecie w Gorno Ałtajsku i angażuje się w sprawy syberyjskiej Polonii. Jego artykuł o ałtajskim ałmysie, wydrukowany na łamach „Nieznanego Świata”, został uznany za publikację roku dwa tysiące czwartego. Za umacnianie wielopłaszczyznowych związków pomiędzy Polską i Syberią władze rosyjskie i organizacje biznesowe w Polsce nagrodziły autora licznymi wyróżnieniami. Otrzymał między innymi statuetkę Ambasador Polski. Dużo podróżuje po Azji, najczęściej samochodem. Pan Wojciech prowadzi także audycję „Z Ałtaju widać więcej” poświęconą tajemnicom Rosji. Produkcja Soundset Studio.