Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Deszczu, błagamy deszczu! Takiego normalnego deszczu i deszczu książek oczywiście. Zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:36] - I cóż ja mogę innego powiedzieć? Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny piątek, kolejny AWF niniejszym został odpalony. Na początek słowo wstępne. Znowu będę mówił trochę o astronomii, bo wiecie państwo, są takie wiadomości, które w internecie żyją jeden dzień. Bardzo często pojawiają się rano, rozgrzewają internet, nie wiem czy do czerwoności, ale mocno go rozgrzewają, a wieczorem ustępują miejsca kolejnym sensacjom. Te sensacje to wziąłbym jednak w cudzysłów. Ale są też takie wiadomości, które nawet jeśli zaczynają się od jakiegoś chwytliwego nagłówka, to dotykają pytań stawianych przez ludzkość od tysięcy lat. Na przykład pierwsze z brzegu: czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy życie jest czymś wyjątkowym, takim cudem na Ziemi, czy może raczej zjawiskiem, jeśli nawet nie powszechnym, to dosyć częstym?
Takim zjawiskiem, które jak na razie nie zostało przez nas odkryte na innych planetach, ale to tylko kwestia czasu. Mars od dawna jest głównym bohaterem tego rodzaju rozważań o życiu bliskim, a jednak dalekim. To planeta w sumie w naszym Układzie Słonecznym najbardziej podobna do naszej. Znacznie mniejsza, ale jednak podobna. Podobna, ale jednocześnie wystarczająco obca, aby rozpalać wyobraźnię wielu ludzi. Kolejne zdjęcia, które są przesyłane przez sondy i łaziki NASA, niemal nieustannie wywołują emocje. Trudno się zresztą dziwić, bo czasami są na tych zdjęciach rzeczy ciekawe. Czasami dostrzegamy na nich coś, co przypomina na przykład pień drzewa, czasami kwiat, a czasem jakiś tajemniczy obiekt, który wydaje się mieć naturę technologiczną. Niektóre komentarze internetowe sugerują, że to mogą być ślady dawnego życia, może nawet życia inteligentnego. I te najnowsze fotografie, które znów pojawiły się w sieci, znów uruchomiły lawinę spekulacji, o których mówiłem przed chwilą.
Pretekstem do kolejnej fali komentarzy stały się dokładnie zdjęcia wykonane przez łazik Perseverance w kraterze Jezero. Trudno mi się wysłowić. Na jednej z tych fotografii badacze zwrócili uwagę na niewielką skałę o rozgałęzionej, niemal roślinnej strukturze. Niektórzy uznali tę skałę za możliwy ślad dawnych procesów biologicznych. Inni wskazują, że to równie dobrze może być efekt procesów mineralnych lub marsjańskiej erozji. Ale sam fakt, że obiekt wzbudził zainteresowanie naukowców, z jednej strony oczywiście jest ekscytujący, ale to wcale nie oznacza, że odkryto niniejszym ślad życia. To jest raczej kolejny argument za tym, by dokładniej badać geologiczną, i nie tylko geologiczną, przeszłość Marsa. A historia badań Marsa pokazuje, że wyobraźnia bardzo często w przypadku tej planety wyprzedzała fakty, bo już pod koniec XIX wieku włoski astronom Giovanni Schiaparelli, na pewno państwo znacie to nazwisko, opisał, że na powierzchni planety istnieje sieć cienkich linii. Nazwał te linie kanałami, z włoska canali. Jemu, zgodnie z logiką języka włoskiego, chodziło o raczej naturalne formacje, ale przełożono to bardzo szybko na angielski.
A jeśli wierzyć tambylcom, ludziom, dla których język angielski jest językiem naturalnym, to w XIX wieku te kanały to już było coś sztucznego, coś, co w języku angielskim oznaczało sztuczne twory. I z takiego powiedziałbym zabawnego nieporozumienia zdarzyło się tak, że Mars został ochrzczony, został mianowany planetą, na której jest życie. To oczywiście rozbuchało zainteresowanie, ale rozbuchało również fantazję. W końcu „Wojna światów” Herberta George'a Wellsa nie wzięła się znikąd. Z czasem te linie okazały się jednak złudzeniami optycznymi. W ogóle to dostrzeganie różnych ciekawych kształtów, czy to na zdjęciach, czy na tarczy planetarnej, ma oczywiście swoją nazwę. To jest pareidolia. To dzięki temu zjawisku dostrzegamy na przykład twarze albo postacie w chmurach, sylwetki zwierząt bądź ludzi w skałach, a także dosyć znajome kształty na przykład na powierzchni Księżyca, ale nie tylko. Mars powiedziałbym, że jest szczególnie podatny na takie interpretacje. Bo wiecie Państwo, te surowe krajobrazy, nietypowe formacje skalne, i te miliony, miliony fotografii wykonanych ostatnimi czasy.
To wszystko sprawia, że co jakiś czas ktoś przeglądając kolejne zdjęcia ogłasza odkrycie skamieniałego czegoś, drzewa. Czasami mówi się, że to nie skamieniało, tylko od początku było kamienne, więc mówi się o posągach, w ogóle o różnych śladach obcej cywilizacji. Paradoks polega na tym, że w sumie nie wiadomo, czy to są, czy nie są pozostałości owej cywilizacji. Ale nawet bez tego historia Marsa jest niezwykle ciekawa, czasami ciekawsza od tych krzykliwych nagłówków, bo dzisiaj wiemy już prawie dokładnie, że miliardy lat temu planeta wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Miała stosunkowo gęstą atmosferę, miała płynącą wodę, jeziora, mówi się, że nawet rozległe morza. Łaziki Curiosity i Perseverance odkryły minerały, które powstają w obecności wody. Odkryły też coraz bogatszy zestaw związków organicznych, czyli takich cząsteczek, które zawierają węgiel. Ja to podkreślam, bo za chwilę powiem coś, co może nie zabrzmieć entuzjastycznie. Bo owszem, takie związki zawierające węgiel mogą być chemicznymi cegiełkami życia, ale naukowcy bardzo wyraźnie to podkreślają, że związki organiczne nie są żadnym dowodem istnienia organizmów, bo związki organiczne mogą powstawać również w procesach całkowicie niebiologicznych. I też powstaną.
Co więcej, w ostatnich latach odkrycia stają się coraz bardziej intrygujące, te marsjańskie odkrycia. Curiosity wykrył na Marsie najbardziej złożone związki organiczne jak dotąd znalezione na tej planecie. A jego kumpel czy kumpela, nie wiem, jak się mianuje łaziki Perseverance, bada skały powstałe na dnie dawnego jeziora. Te skały mogły zachować ślady bardzo odległej przeszłości, biologicznej przeszłości. Tu postawiłem znak zapytania, ale na razie możemy powiedzieć tylko tyle: żadne z tych odkryć nie jest dowodem życia. To są raczej kolejne elementy układanki, która pokazuje, że ten młody Mars był światem znacznie bardziej przyjaznym życiu niż obecna zimna pustynia, która jawi się na tych zdjęciach przesyłanych raz po raz z Marsa. Wiecie Państwo, ja jestem w stosunku do nauki sceptyczny i to zabrzmi trochę paradoksalnie, ale jednocześnie jestem gorącym zwolennikiem nauki. Kto ciekawy zapraszam na kanał Labirynt Wyobraźni i Wehikuł Wyobraźni. Tam to tłumaczę nieco szerzej, dlaczego będąc zwolennikiem nauki zachowuję jednak potężny dystans i bardzo uważnie patrzę na ręce naukowców. To zostawmy, bo ta najpiękniejsza cecha nauki nie polega na jakimś ogłaszaniu sensacji, ale na tym, że nauka co do zasady jest cierpliwa, powinna być cierpliwa.
Każde zdjęcie z Marsa, takie zdjęcie, które rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Każda niezwykła skała wcześniej czy później może okazać się geologiczną ciekawostką, ale może się też okazać wskazówką prowadzącą do jednego z największych odkryć w historii człowieka. Tak, takiego odkrycia, które wreszcie potwierdzi, że gdzieś poza Ziemią powstało życie. Ale zanim naukowcy wypowiedzą te słowa, znaleźliśmy życie albo jego ślady, ci naukowcy będą najpierw chcieli wykluczyć wszystkie inne możliwości. I być może dlatego Mars wciąż nas fascynuje. Bo to jest planeta, na której spotykają się dwie ludzkie cechy. Jeszcze tam człowiek nie dotarł, a cechy się już spotykają. Otóż spotykają się tam wyobraźnia i sceptycyzm. Pierwsza, czyli wyobraźnia, każe dostrzegać niezwykłość w każdym nowym zdjęciu. I to bardzo dobrze.
I nie dajcie sobie Państwo wmówić, że jest to nienaukowe. To jest wręcz podstawa nauki. Podstawa. Wyobraźnia zawsze, od zawsze dawała impuls do prowadzenia badań. A sceptycyzm, o którym wspomniałem, przypomina, że każda prawda, którą się głosi, wymaga dowodów albo przynajmniej bardzo mocnych poszlak. I teraz pomiędzy tym sceptycyzmem a wyobraźnią rozgrywa się rodzaj przygody. To jest przygoda współczesnej nauki. Nauka poszukuje bowiem odpowiedzi na pytanie Czy gdzieś poza Ziemią natura powtórzyła swój cudowny eksperyment, którego owocem jesteśmy między innymi my, ludzie? Jak dotąd nie ma konkretnej odpowiedzi. Może dlatego warto śledzić kolejne zdjęcia z Marsa i kolejne doniesienia z Marsa.
To tyle, proszę państwa, na dzisiaj słowa wstępnego. Zerknijcie sobie państwo na te najnowsze zdjęcia z Marsa. Są ciekawe. Może nie widać tam od razu takich tworów, które przypominałyby coś, co znamy, ale zdjęcia i tak są ciekawe. Proszę państwa, to czas teraz na polecanki książkowe. Jak zwykle wybrałem trzy tytuły. Pierwszy z nich to „Skandale Watykanu. Władza, sekrety i upadek papieskiego dworu”. Autorzy Artur Nowak i Stanisław Obirek, wydawnictwo Prószyński Media, a książka będzie na rynku od 11 sierpnia. Niecenzurowana, demaskująca, przerażająco aktualna lektura dla tych, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę działo się za Spiżową Bramą.
Kto naprawdę rządził Kościołem katolickim w XX i na początku XXI wieku? Jakie tajemnice kryją biura w Watykanie, seminaria, nuncjatury oraz klasztory? Jakie tajemnice kryją te same miejsca rozsiane po świecie? Ta książka to bezkompromisowy portret postaci rządzących Watykanem. Od bankierów mafii w sutannach po świętych manipulatorów. Autorzy z reporterską precyzją i śledczą odwagą odsłaniają mroczne biografie watykańskich hierarchów. Wśród skandalistów znaleźli się między innymi: Law, biskup od brutalnych spraw, Ledóchowski, miłośnik faszyzmu i antysemita, Marcinkus, bankier Boga i mafii, Sodano, architekt milczenia w sprawie pedofilii, Escrivá, założyciel Opus Dei, który miał obsesję na punkcie władzy, tropiciel grzechu, który sam prowadził podwójne życie, czyli Trudillo, dyplomata w służbie brudnej wojny, Pio Laghi, Navarro Valls, spin doktor świętości Jana Pawła II, Amorth, egzorcysta, który budował imperium na cudach i strachu, Ratzinger, teolog rozczarowany światem, który nie chciał już rządzić, Rupnik, artysta od duchowej przemocy, Viganò, inkwizytor papieży i Sindona, bankier Boga, Cosa Nostry i CIA. Przypomnę państwu tytuł: „Skandale Watykanu. Władza, sekrety i upadek papieskiego dworu”. Autorzy Artur Nowak i Stanisław Obirek, wydawnictwo Prószyński Media.
Data premiery 11 sierpnia. Druga książka z tych, które wybrałem nosi tytuł „Copycat”. Autor Mieczysław Gorzka, wydawca wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery 12 sierpnia. Agnieszka Dudek kiedyś patrzyła śmierci prosto w oczy. Jako nastolatka została w ostatniej chwili uratowana przez policję z piwnicy brutalnego oprawcy. Dziś jest uznaną pisarką. Próbuje zostawić przeszłość za sobą i wciąż uczy się żyć normalnie. Robert Wójtowicz kiedyś otarł się o śmierć, a wspomnienie tamtych wydarzeń do dziś wywołuje w nim paraliżujący lęk. Dziś jest cenionym fotografem, lecz zmaga się z wieloma fobiami.
Rzadko opuszcza swój dom, który stał się jego jedynym bezpiecznym azylem. Marek Rosiński. Kiedyś śmierć zburzyła jego bezpieczne życie. Odebrała mu ojca, policjanta, który zginął tragicznie. Dziś sam jest policjantem w stopniu komisarza. Pewnego dnia śmierć wraca, żeby dokończyć dzieło rozpoczęte przed laty. Tym razem ma na imię Copycat. Przypomnę tytuł: „Copycat”. Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery 12 sierpnia.
Tego samego dnia pojawi się na rynku wydawniczym książka zatytułowana „Miasto śmierci”. Autorem jest Michał Śmielak, wydawcą wydawnictwo Skarpa Warszawska. Sandomierz to miasto, przez które przetoczyły się wszystkie zawieruchy wojenne, a każda zostawiała po sobie tysiące ofiar. Śmierć stała się częstym gościem w grodzie nad Wisłą i po raz kolejny wyciąga swe szpony po nowe ofiary. Komisarz Bruno Kowalski staje przed zadaniem odnalezienia zabójcy profesor Kamili Szafarz. Profesor, która badała historię wyzwolenia Sandomierza spod hitlerowskiej okupacji. Jej ciało zostaje odnalezione na cmentarzu żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polegli w walkach o miasto. Jako że wszystkie tropy zdają się prowadzić do tajemnic związanych z wojenną przeszłością, na pomoc policji rusza ponownie lokalny historyk Krzysztof Szorca. Bruno i Krzysztof, wspomagani przez prokurator Marię Hojdę, ruszają w pościg za zabójcą. Nie zdają sobie sprawy, że to śledztwo wystawi na próbę ich przyjaźń i wstrząśnie nie tylko nimi samymi, ale także historią Sandomierza i legendą o jego wyzwoleniu Gdy śmierć przybywa do miasta, nie ma ucieczki.
Możesz tylko zamknąć oczy i czekać. Przypomnę tytuł: „Miasto śmierci”. Autor: Michał Śmielak. Wydawnictwo Skarpa Warszawska. Data premiery: 12 sierpnia. Proszę państwa, nieuchronnie nadszedł czas korepetycji filozoficznej, filozoficznych może nawet. Proszę państwa, dzisiaj będzie lajtowo. Żadnej trudnej filozofii. Będzie nawet bardzo lajtowo, bo filozof, o którym będziemy mówić, to człowiek, który zajmował się robieniem porządków, przeglądaniem i zachowywaniem pewnej tradycji. Historia filozofii zna wielu myślicieli, którzy tworzyli nowe idee.
Znacznie rzadziej pamięta jednak tych, którzy ratowali idee już istniejące przed zapomnieniem. Do takich postaci należał Eliasz z Aleksandrii, chrześcijański filozof działający w VI wieku. Był przedstawicielem słynnej szkoły aleksandryjskiej i komentatorem Arystotelesa. On nie był rewolucjonistą ani twórcą nowego systemu filozoficznego. Jego wielkość polegała na czymś innym. On próbował zachować greckie dziedzictwo intelektualne w epoce, gdy świat antyczny ustępował miejsca cywilizacji chrześcijańskiej. Aleksandria była wówczas jednym z ostatnich ośrodków starożytnej nauki. Chociaż religia chrześcijańska dominowała już w cesarstwie, filozofia grecka nadal stanowiła fundament wykształcenia. Eliasz należał do środowiska uczonych, którzy wierzyli, że logika Arystotelesa nie jest zagrożeniem dla wiary, ale raczej narzędziem pozwalającym lepiej ją zrozumieć. Było to stanowisko odważne, ponieważ wielu chrześcijańskich autorów patrzyło na filozofię pogańską z dużą nieufnością.
Największą sławę przyniosły Eliaszowi komentarze do dzieł Arystotelesa, zwłaszcza do „Kategorii” oraz „Analityk pierwszych”. Nie traktował ich jednak jedynie jako podręczników logiki. Dla niego były one szkołą poprawnego myślenia. Uważał, że człowiek powinien najpierw nauczyć się rozróżniać pojęcia, budować poprawne argumenty i unikać sprzeczności, zanim zacznie rozważać zagadnienia teologiczne. Rozum nie zastępował wiary, ale przygotowywał umysł do jej głębszego zrozumienia. To właśnie w tym miejscu ujawnia się wyjątkowość Eliasza. Nie odrzucał pogańskiego dziedzictwa tylko dlatego, że powstało przed chrześcijaństwem. Był przekonany, że prawda nie traci swojej wartości ze względu na pochodzenie. Jeśli Arystoteles odkrył zasady poprawnego rozumowania, chrześcijanin nie powinien ich odrzucać, lecz raczej wykorzystać. Logika była dla Eliasza uniwersalnym narzędziem rozumu, a nie elementem religii greckiej.
Jednocześnie nie próbował podporządkowywać chrześcijaństwa filozofii. Zachowywał wyraźną granicę pomiędzy tym, co można poznać dzięki rozumowi, a tym, co jest przedmiotem objawienia. W jego komentarzach widać przekonanie, że filozofia odpowiada na pytania dotyczące sposobu myślenia. Natomiast teologia prowadzi człowieka ku prawdom przekraczającym możliwości samego rozumu. Dzięki temu Eliasz unikał zarówno bezkrytycznego zachwytu nad filozofią grecką, jak i jej całkowitego odrzucenia. Eliasz działał w czasach przełomu. Akademia Platońska w Atenach została już zamknięta przez cesarza Justyniana, a świat klasycznej filozofii stopniowo zanikał. W takich okolicznościach komentowanie Arystotelesa miało znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać. Nie chodziło wyłącznie o objaśnianie trudnych tekstów. Było to raczej zachowanie ciągłości europejskiej kultury intelektualnej.
Dzięki takim autorom jak Eliasz tradycja logiczna Arystotelesa przetrwała i mogła później oddziaływać zarówno na filozofię bizantyjską, jak i na średniowieczną myśl chrześcijańską. Dzisiaj Eliasz pozostaje postacią znaną głównie historykom filozofii i to takim, którzy przykładali się bardziej od kolegów. On nie stworzył własnej szkoły ani nie pozostawił systemu, który nosiłby jego imię. Mimo to jego działalność przypomina, że historia filozofii nie składa się wyłącznie z wielkich odkrywców. Tę historię tworzą również ci, którzy potrafili zachować dorobek poprzednich pokoleń. Zachować i przekazać go następnym. Eliasz był właśnie takim strażnikiem tradycji, człowiekiem stojącym na granicy dwóch epok. Człowiekiem, który pokazał, że wiara i rozum nie muszą być przeciwnikami. Mogą wspólnie służyć poszukiwaniu prawdy. Tak, proszę państwa, mówiłem, że nie będzie trudno.
Mówiłem, że Eliasz to był filozof, który pozwolił zachować dziedzictwo starożytnej Grecji. Przynajmniej jego część. Proszę państwa, a teraz zapraszam na Filmotekarium. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy film o dosyć takim tytule, który się przewija przez historię kina. Ważne, że to jest film z 2026 roku. Nosi on tytuł „Colony”. Dzień dobry, wieczór państwu. Jak co tydzień rozpoczynamy „Filmotekarium”. Coś by wypadało powiedzieć, ale jakoś nie mam odwagi. Poza tym, że tytuł filmu jest taki sobie.
„Colony” — ja wiem, takich filmów pewno było już dużo, ale zanim się rozwiniemy i zaczniemy państwu o tym filmie nowości opowiadać, dopełnijmy najpierw protokołu. Dzień dobry, wieczór, Piotrze.
[25:16] - Dzień dobry, wieczór. Masz rację, jest kilka filmów pod tytułem „Colony”, czyli „Kolonia” i żeby ich nie pomylić z tamtymi wcześniejszymi, zresztą niektóre z nich były dość znane, to przy tym, o którym dzisiaj mówimy, często pojawia się oryginalny tytuł „Gwoemul”. Możecie się domyślić, że to już się kojarzy z Dalekim Wschodem. Jest to film południowokoreański, filmu Yona Sang-ho, autora „Zombie Express 1 i 2”. To się chyba nazywało w Polsce coś à la „Nocny pociąg do Busan”, ale nie jestem w 100% pewien, bo to nie jest moje ulubione kino. I w sumie to już jest jakaś informacja, nawet dość bogata, że to będzie kolejny film o zombie. I tak jak mam być szczery i na szybko powiedzieć, to jest taka koreańska odmiana „World War Z” połączona z filmem „Rec”, z tą serią. Na pewno jakieś inspiracje są. I oczywiście jeszcze wzbogacona innymi wątkami zaczerpniętymi z filmów o zombie, dlatego, że one są generalnie dość powtarzalne. I tutaj oczywiście będzie za chwilę wyjaśnienie, że to niby zombie, ale też tak nie do końca zombie, bo to są istoty zarażone pewnym patogenem.
I punktem wyjścia w tej opowieści jest właśnie taki wysoce zakaźny wirus. W sumie to nie wirus, patogen, grzyb, który wydostaje się spod kontroli i przez dwie godziny widzimy tegoż efekty. Sama fabuła, jak to w tego typu filmach, jest dość prosta i skupia się na ucieczce przez znaczną część tego filmu. Natomiast na samym początku grupa naukowców, specjalistów od biologii, mikrobiologii, biotechnologii bierze udział w pewnej konferencji. I tam dochodzi do wydarzenia kryzysowego, bardzo niebezpiecznego, a potem sytuacja gęstnieje aż do finału. Już około 15 minuty po tym, jak zobaczyłem wijącego się i tarzającego się w pleśniowych wymiocinach bohatera, to ja wiedziałem, o czym ten film będzie i czego się można spodziewać. Tam takich scen nie brakuje. Niektórzy powiedzą, że to obrzydliwe. Jest to pewne novum też. Co tam widzimy, to nie jest tylko wyrywanie sobie głów i odgryzanie kawałków ciała.
Tam są też inne efekty. Niektórzy powiedzą: jak w filmie z tego gatunku ma takich scen brakować? To jest epidemia zombie, tu musi być coś podobnego. I tak rzeczywiście jest. Natomiast ja chyba nie jestem najlepszą osobą i instancją do oceny takich filmów, gdyż one mi się przejadły. I to mocno mi się przejadły. Ja już nawet z dużym trudem przyjmowałem „28 lat później”, gdzie oni tam naprawdę silili się bardzo scenariuszowo i też artystycznie, żeby ten temat nam zaprezentować w sposób jakiś inny. I teraz pytanie, Marku, czy Koreańczycy, jak sugerują niektórzy autorzy recenzji, bo też do nich sięgnąłem, bo ja jako człowiek, który nie lubi takich filmów, nie jestem obiektywny, ale sięgnąłem do tych recenzji, żeby się zastanowić, a może tam było jednak coś nowatorskiego, że to nie tylko te, za przeproszeniem, rzygi, pleśnie, ludzie zbici w kupę, może tam coś jest takiego, czego jeszcze nie było. Niektórzy twierdzą, że tak, że wątek inteligencji roju to jakieś novum, ale powiem ci, że nie wiem. Nie wiem, czy jest jeszcze nisza na takie filmy, bo powiem ci, że jak na Koreę Południową dobra, może oni tam potrzebowali czegoś takiego i może ich to jeszcze przeraża, ale wydaje mi się, że ten film niewiele obiecuje widzowi światowemu, który naprawdę wiele rzeczy już widział.
[29:46] - Odpowiem cytatem filmowym: „Ale ty mnie zaimponowałeś teraz, Piotrze”. Naprawdę tak delikatnie opowiadasz o tym filmie. Proszę państwa, to ja będę ten zły policjant w tej chwili. To jest, proszę państwa, nieprawdopodobny glut. Tego się nie da spokojnie oglądać, bo wszystko już było, co w tym filmie państwo widzicie. Piotr mówił: niby to jest epidemia, bo tam rzeczywiście patogen występuje. To już było. Właściwie wszystko już było. Nawet te rzygi, jak to nazwałeś, mniej lub bardziej pojawiały się w tego rodzaju kinie. Ja zostałem przed ekranem na dłużej.
To znaczy do końca zostałem, bo cały czas miałem nadzieję właśnie z ostatniego powodu, który wymieniłeś, że tam takie sugestie się pojawiają, że tam się pojawia inteligencja roju, że oni się uczą, że to, czego nauczy się jeden natychmiast albo prawie natychmiast nauczeni są pozostali. To mi się wydało ciekawe, chociaż sam film był taki sobie. Ale zobaczmy, co z tego wyniknie. I nawet to musieli, tu powinienem był rzucić grubym słowem, ale powiedzmy spartolili, bo na końcu się okazuje i tu, proszę państwa, kto boi się spoilerów, to niech zatknie uszy na 10 sekund. Już startuję. Otóż okazuje się, że nie ma żadnej inteligencji roju, a w każdym razie nie do końca, bo jest główny sterujący całą tą bandą. To jest człowiek, który to wszystko rozpoczął. Skończyłem spoiler. Więc nawet to nie jest specjalnie interesujące. Taka sytuacja, którą kończy się film, że po prostu te zombie zamierają, kiedy coś złego spotyka tego głównodowodzącego, tak go nazwijmy.
Może obrazek jest całkiem niezły. Takie zombie, które zamarły czasami w półruchu. Ale to wszystko. Bo nawet ta inteligencja roju, na której można by zbudować cały film, cały obraz, całą filozofię. Bardzo państwa przepraszam, to skutki upału. Jaką filozofię? Ten film nie ma żadnej filozofii, ale można by ją ewentualnie zbudować analizując filozofię roju, bo to naprawdę jest ciekawe. I kiedy ja widziałem pierwsze sceny tego filmu, to mówię sobie: „Wow, będzie fajnie, będzie super”, bo tam takie sugestie są na bardzo ważnej konferencji naukowo-biznesowej, tak ją określmy. A później to wszystko idzie, wiecie państwo w co. Znowu się nie będę wyrażał.
Ja jestem bardzo źle nastawiony do tego filmu, bo zabrał mi dwie godziny życia. Ale to nie pierwszy i nie ostatni film, który dokonał tego rodzaju morderstwa albo odsuniętego morderstwa na mnie. Natomiast wiecie państwo, czy można przez dwie godziny epatować widza biegającymi, wykrzywiającymi się, skrzeczącymi, rzygającymi i tym podobne czynności wykonującymi zombie, licząc na to, że widz będzie zadowolony? To jest odważna teza, powiedziałbym i moim zdaniem ja bym chętnie porozmawiał z osobą, która była tym filmem usatysfakcjonowana. Bo może ja czegoś nie widzę. Może ja po prostu już tak się zblazowałem oglądając te filmy, że ja nie dostrzegam jakiejś dużej głębi tego obrazu. Ale nie dostrzegam, naprawdę nie dostrzegam niczego, co byłoby w tym filmie głębokie. On jest reklamowany jako dreszczowiec, a jednocześnie horror i w ogóle ma być strasznie. Momentami jest śmiesznie. Ja przy filmach o zombie gdzieś tak od młodości dostaję takich ciarek na plecach zawsze, bez względu na to, jaki to jest obraz, dobry czy zły.
Zawsze jakieś takie ciarki mam, jak te zombie widzę obojętnie w jakim wydaniu, bo to takie niby głupie, a jednak na swój sposób mądre i tak dalej. Tutaj mamy próby na początku pokazania nam, że te bandy zombie czegoś się uczą. One na początku atakują, ja nie wiem, jak się to nazywa, takie wycięte z kartonu postaci ludzi, kobiet, mężczyzn. Nawet to atakują, bo im się kojarzy. Ale z czasem się uczą, że te kartonowe podobizny nie da się ich wyssać, nie da się ich ugryźć, nic się z nimi zrobić nie da. Bardzo szybko porzucają atakowanie tychże podobizn. Skupiają się raczej na łapaniu ludzi. Oczywiście musi wejść w pewnym momencie do gry oddział antyterrorystyczny czy antykryzysowy. I ten oddział niby sobie radzi, ale sobie nie radzi tak do końca. A wiecie państwo, ilość kalek, ilość powtórzeń, ilość nomen omen czy w każdym razie jakkolwiek to zabrzmi, zesznięć, które w tym filmie występują, jest po prostu niesamowita.
I mimo to reżyser wierzył, że przyciągnie widza. Może widz koreański oszalał na punkcie tego filmu. Ja jakoś nie.
[35:45] - Ja też nie muszę powiedzieć. Jak ktoś nas słucha od dawna, a może taki ktoś jest, to ten ktoś wie, że my rzadko poruszamy dzieła kina dalekowschodniego, ale kilka filmów koreańskich omawialiśmy do tej pory. Ja też ich wiele pamiętam. Znaczy nie w całości, bo to jest niemożliwe, bo one są często bardzo długie, chociaż ja nie jestem ich wielkim fanem. One mają w sobie coś, one są zawsze dobrze zrobione. One są zrobione z dbałością o szczegóły. Mówię o tych wysokobudżetowych, bo tam pewnie też jest pełno różnego rodzaju badziewia i habazia różnego. I ten film też jest generalnie zrobiony dobrze. Tu się to rzuca w oczy, że to nie jest jakiś tam paździerz Za 12 zł zrobiony. Tylko że to nie jest moja estetyka i zawsze mam z tym pewien problem.
Na przykład w tym filmie, Marku, rzuca mi się czasami w oczy ta charakterystyczna dla tego kina, może dla tej kultury, ekspresja. I ona się dla mnie wydaje nad-ekspresją. I to się ciężko ogląda, bo to jest sztuczne i teatralne momentami. Długość tej produkcji na tle innych południowokoreańskich horrorów, które pamiętam, też nie powala. Bywały dłuższe, ale to też nie jest krótki film, bo jest dwie godziny. Co mogę powiedzieć jako niefan filmów o zombie? Co mogę więcej dodać? Na pewno nie jest to wizualnie złe. Minusem jest wspomniana przez ciebie powtarzalność, już nie będę wchodził w szczegóły. Nie wiem, czy ów patogen, który się tam pojawia, to też jest jakiś wybitnie oryginalny element.
Mnie takie filmy nie zaskakują i to jest kolejna kromka potężnego bochna pod tytułem: filmy o epidemii zombie. Będą tacy oczywiście, do których to przemówi. Jakościowo nie jest to złe i to nawet można obejrzeć sobie w weekendzik, że tak powiem, po lekkiemu, ale na jakieś głębsze przeżycia to chyba nie ma co liczyć. Nie ma co liczyć na wstrząs przede wszystkim, który zawsze przy takich produkcjach dobrze robi.
[38:06] - Ja myślę, że ta specyficzna ekspresja dalekowschodnia to nie jest najgorsza rzecz w tym filmie, bo jak sobie przypomnę serial, który mnie wciągnął, czyli "Squid Game", to tam ta specyficzna koreańska ekspresja jakoś mi nie przeszkadzała. Potrafiła mnie treść, która była wciągająca, na tyle zaangażować, że ta nadekspresja z punktu widzenia Europejczyka nie przeszkadzała mi. Tymczasem tutaj rzeczywiście jest tak, że to tak, jakbym oglądał pierwsze filmy dźwiękowe, które jeszcze były grane troszeczkę w taki sposób, jak grano w kinie niemym, tylko dokładano do tego głos. To dzisiaj jest prześmieszne, jak się to ogląda. Naprawdę można mieć poczucie dobrej zabawy. W każdym razie dobra zabawa się pojawia. Tu ma się podobne odczucia ze względów kulturowych. My się po prostu różnimy i to niekoniecznie musi być wciągające. Natomiast to, co powiedziałeś, te powtórki, to wszystko sprawia, że film, który gdyby był krótszy, gdyby był lepiej przemyślany i przede wszystkim gdyby wykorzystano atut. Ja może jestem jak taka nakręcona zabawka.
Jak się na czymś skupię, to nie mogę przestać. I jak taka nakręcona zabawka powtarzam ciągle to samo. Gdyby wykorzystano w tym filmie inteligencję roju, gdyby ten element rozbudowano. Tylko wiecie państwo, trochę sobie to przemyślałem przed audycją, trudno było to rozbudować. Dlaczego? Dlatego, że jeśli byśmy wzięli rzecz logicznie na tapet, mogłoby się okazać, że taka tłuszcza mająca inteligencję roju jest nie do zatrzymania, jest nie do pokonania w starciu z takim zwykłym człowiekiem czy zwykłymi ludźmi. I to nie byłyby budujące wnioski. Zatem spróbowano to obejść, bo tak jak powiedziałem państwu, nagle się okazuje, że ta inteligencja roju inteligencją roju, ale tak naprawdę to nie do końca, a właściwie to w ogóle. Szkoda. Może się na Dalekim Wschodzie, a może w Europie, na co bym nie liczył, może w Hollywood, które też ostatnio szoruje po dnie, może się pojawi reżyser, może się pojawi scenarzysta, który zajmie się tym problemem, spojrzy na to, co o inteligencji roju pisali naukowcy, co pisali ludzie, którzy tworzą powieści science fiction chociażby, co pisał w swoim czasie jakiś klasyk, może niekoniecznie związany z science fiction, tylko z science fiction albo fantastyką flirtujący.
Takie książki są i warto by po to sięgnąć, bo dzisiaj ten problem, który załatwiamy krótkim sformułowaniem "inteligencja roju", on jest niezwykle na czasie. On jest niezwykle, nie wiem, czy to jest dobre słowo, modny. Tak, to jest rzecz, która budzi zainteresowanie. Budzi, ale trzeba to zainteresowanie umieć wykorzystać. Moim zdaniem ten film zmarnował tę szansę. Po prostu obiecał coś na początku, czego chyba nie zamierzał dotrzymać. Nawet na pewno nie zamierzał dotrzymać. I ja się czuję normalnie oszukany. Poza estetyką, poza, moim zdaniem, zgraną płytą już wielokrotnie, w dodatku jeszcze mnie oszukał. No i cóż, proszę państwa, użyję takiej formuły: będziecie państwo to oglądali na własną odpowiedzialność.
Proszę państwa, to czas teraz na audycję wakacyjną. Proszę państwa, Piotr Cielebiaś wrócił z urlopu, wrócił z wojaży Przyniósł, przywiózł, a w każdym razie przytaszczył ze sobą masę wrażeń. Dzisiaj kolejny odcinek audycji wakacyjnej. Podkreślam audycji bez nazwy. Może się do końca wakacji nazwa znajdzie. Będzie jak znalazł na przyszły rok. A dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem bierzemy na tapet ciekawy zakątek naszego kraju. A szczegóły to już w audycji. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu.
Pojawia się kolejna odsłona audycji, która w dalszym ciągu nie ma nazwy. A to już czwarty odcinek. Wakacje na półmetku. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to mogą być wakacje akademickie, to na półmetku. A tymczasem nazwy jak nie było, tak nie ma. Przyjmijmy po prostu, że jest to audycja wakacyjno-krajoznawczo niesamowita. Zaczynamy w takim razie kolejne wydanie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[43:47] - Dzień dobry wieczór. No tak, chyba nam te wakacje przejdą, miną, a okaże się, że nazwy audycji nie ma. Ale dobrze, może tak nawet być, bo ona sama jest wydaje mi się dość ciekawa. Dzisiaj będziemy mówić o Górach Sowich i tym, co można tam znaleźć i czy rzeczywiście one zasługują na miano najbardziej tajemniczych w Polsce, bo niekiedy można się spotkać z takim właśnie określeniem. Albo wiele osób żywi takie przekonanie, że Góry Sowie to właśnie te najbardziej niezwykłe, najbardziej zagadkowe, mistyczne. Różne rzeczy tam się dzieją i tajemnice historii w ogóle. Ale czy tak jest naprawdę? A może to jest sprawa dużo bardziej rozbudowana i ciekawsza? Zobaczymy.
[44:35] - No właśnie Piotrze, to żeby nie dłużyć zapytam od razu. Te Góry Sowie z czego słyną i dlaczego właściwie utarło się tak, że to są najbardziej tajemnicze góry, czy też w ogóle tajemniczy obszar w Polsce? Jakbyś miał tak przedstawić, to gdzie jest źródło tego przekonania?
[45:02] - Gdzie ono leży? Tego tak szczerze mówiąc do końca nie jestem pewien. Dlatego, że mówiąc Góry Sowie, to często wiele osób robi pewien błąd i generalizuje. To znaczy ma na myśli pewien obszar Sudetów Środkowych. Wskazuje na przykład na Wałbrzych i wiele innych miejscowości. Same Góry Sowie leżą trochę gdzie indziej tak naprawdę. Mamy tam kilka pasm górskich i oprócz Gór Sowich mamy Góry Bardzkie, mamy wiele innych. I tak naprawdę to jest pewien kompleks, w którym się skrywają kompleksowe tajemnice. Tak bym to nazwał. Natomiast jeżeli chodzi o Góry Sowie, to przede wszystkim, drodzy państwo, Riese.
Kompleks Riese i jego pozostałości. Ja myślę, że to jest coś, co przyciągało i przyciąga w to miejsce miłośników historii. Ale że przyciąga miłośników historii i że są tajemnice, to przyciąga też właśnie miłośników zagadek, którzy rozbudowują troszeczkę ten temat i szukają tam tajemnic historii nieoczywistych w postaci oczywiście wunderwaffe, w postaci nawet Nazi UFO. Ale tak naprawdę Góry Sowie to znacznie bogatsza kraina. W ogóle ja tutaj też będę używał takiego skrótowca. Mówiąc Góry Sowie raczej będę się odnosił do sąsiednich obszarów również, bo często to są połączone ze sobą naczynia, połączone ze sobą historie. Oprócz tak naprawdę Riese mało kto wie i może niewiele osób jest tego świadomych, że tam dzieje się i działo się wiele innych dziwnych, różnych rzeczy. Takich związanych chociażby z żywym folklorem, takich związanych z UFO. A jeżeli sięgniemy głębiej, to znajdziemy nawet wydarzenia natury paranormalnej, czy też takie, które wiążą się z objawieniami maryjnymi, czy też podobnymi wydarzeniami. Także tych incydentów jest tam sporo.
Natomiast Riese jako namacalna pozostałość przeszłości przyciąga chyba najwięcej osób, dlatego, że można wejść, zobaczyć, można się poprzyciskać przez te tunele, można się pobrudzić, można zobaczyć, ile trudu zostało włożonego w wykucie na przykład sztolni, prawda? I automatycznie rodzi się pytanie: po co? Co takiego istniało? Co takiego chciano ukryć, co próbowano ukryć tworząc podziemne miasta? Oczywiście Riese ma też tą swoją bardziej konwencjonalną stronę, to znaczy taką, która wiąże się nie z Nazi UFO, nie wunderwaffe, tylko z realnym, takim bardziej przyziemnym przeznaczeniem tego miejsca. Na przestrzeni lat pojawiało się mnóstwo historii i to jest też coś, co bardzo mocno wiąże się z tym obszarem nie tylko Gór Sowich, ale też okolic, czyli skarby. Czyli rzeczy ukryte nie tylko przez Niemców jako Wehrmacht na przykład, ale też przez ludność cywilną. O skarbach mówi się cały czas w tamtym rejonie. Złoty pociąg jest odmieniany w sezonie ogórkowym przez wszystkie przypadki i to doskonale wiemy. Natomiast takie przekonanie, że tam coś poukrywano w pozawalanych sztolniach Że coś tam jest.
I to się tyczy nawet dalszych okolic, chociażby Złotego Stoku, że coś ukryto, że te zawały niektóre nie są dziełem przypadku, że coś próbowano po prostu zataić przed światem. To też przyciąga i to też działa na wyobraźnię w znaczący sposób. Ja pamiętam taki okres, kiedy nie mówiono jeszcze o złotym pociągu ponad 20 lat temu, a temat Gór Sowich i Riese już był na topie, to opowiadano inne historie o tym, że właśnie tam nadal są ludzie, którzy pełnią rolę swoistych strażników tego miejsca. Oczywiście strażników cywilnych. Ci ludzie są wyznaczeni przez Niemców do tego, żeby pewne rzeczy nie zostały odkryte. Mówiono o nich właśnie per strażnicy i tak dalej. A potem, kiedy detektorystyka, kiedy internet też weszły, to już rozwinęło się to w całe uniwersum i te Góry Sowie z jednej strony się popularyzowały, a z drugiej strony ta tajemnica troszeczkę zaczęła dryfować w stronę takiej miejskiej legendy. Kolejna sprawa: to jest obszar dość dziki i on poprzez tą niedostępność, bo jednak są zarośnięte góry teraz tak naprawdę, on poprzez tą niedostępność, poprzez te tajemnice historii przyciąga bardziej niż inne pasma. Powiedzmy sobie szczerze. Niż chociażby sąsiednie pasma, Góry Bardzkie na przykład.
Chociaż niektórzy mówią, że to jest jedno pasmo. Obecnością tej historii. Bo tamtych gór, wzgórz jest naprawdę wiele. Ale Góry Sowie są tylko jedne i one tak jakby górują, wystają nad wszystkie inne tym, że nad nimi unosi się tam mgła tajemnicy i historii. Także tak to wygląda. Każdy po prostu, kto się tam uda, to oceni, bo każdy też będzie miał jakieś własne spojrzenie na atrakcje tego rejonu. Jednych będzie pasjonować Hitler i Trzecia Rzesza, innych bardziej będzie pociągała przyroda i warunki naturalne.
[50:58] - Tak. Góry Sowie. One były tak naprawdę modne już w czasach PRL-u, a i w czasach Gierka. Ja do dzisiaj pamiętam reportaż z tamtych okolic nakręcony przez znanego reportera, tylko niestety tu już skleroza się wdała. Znanego reportera telewizyjnego, który zrobił tam materiał. Chyba to było w ramach Studia 2, kiedy ten materiał został wyemitowany. On niezwykle poruszył wielu widzów. Korespondencja została uruchomiona. Bardzo wiele osób pisało o różnych tajemnicach, o tych strażnikach. Ja wiem, że kiedy obejrzałem ten reportaż, a później słyszałem o listach, one były cytowane, później jeszcze się autor tego reportażu wypowiadał w telewizji, to miałem wrażenie, że dotykam jakiejś naprawdę niesamowitej tajemnicy związanej z Trzecią Rzeszą.
Wtedy naprawdę poczułem, że są w naszym kraju takie regiony, które nie są takim nudnym krajobrazem, po prostu pięknym krajobrazem, ale są też miejscem kryjącym tajemnice. A przypomnę: lata 70., Gierek, Polska. W każdym razie mała stabilizacja albo może nawet już większa stabilizacja, bo mała stabilizacja to była ta gomułkowska. Tutaj mieliśmy rozbuchany socjalistyczny konsumpcjonizm. No niech będzie. A mimo wszystko tego rodzaju informacja się pojawiła. To było moje pierwsze zetknięcie się w ogóle z tą tematyką. No dobrze, ale Góry Sowie. Znowu, powiedzmy tak ogólnie, użyjmy tego sformułowania jako hasła wywoławczego. Góry Sowie kojarzą się nie tylko z drugą wojną światową i z Trzecią Rzeszą.
One właściwie ciekawe były jeszcze przed tymi dramatycznymi wydarzeniami. Po prostu, jak w wielu rejonach naszego kraju, jest tam ciekawy folklor. Ten region ma naprawdę ciekawy folklor. Znowu zadam pytanie: o kim się tam opowiada? O jakich niezwykłych postaciach? I czy rzeczywiście jest tak, że najstraszniejszą z tych postaci jest niejaki Rübekal, który zwany jest również bardziej z niemiecka Rübezahl, a po polsku nazywany jest Liczyrzepą.
[53:38] - Tak, on tych imion ma sporo. Natomiast jeżeli chodzi o te kwestie sprzed kilku dekad, kiedy mówiono o Górach Sowich, to rzeczywiście zwracano uwagę na to, co tam też Niemcy mogli zostawić, ale tam też były pewne tematy, które za tak zwanej komuny mogły być nie do końca dobrze widziane. Pierwsza kwestia jest taka, że wiele osób, które tam przybyły, które się tam osiedliły po wojnie, to jeszcze całkiem niedawno uważało, że oni tam są tymczasowo, bo Niemcy wrócą. To była jedna rzecz. Druga rzecz była taka, że nie jest tajemnicą, że powywożono stamtąd różne rzeczy, że Rosjanie położyli łapę na wielu fabrykach i po prostu też czegoś tam szukali. I to nie tylko w Górach Sowich. Dobra, ale jeżeli chodzi o folklor, to też powiem krótko. Jeżeli ktoś jest widzem uniwersum Dariusza Kwietnia, to ma swoją wizję tego wszystkiego, jak to wygląda. Natomiast ja patrzyłem na to z takiej bardziej klasycznej perspektywy, bo okazuje się, że jest bardzo dużo materiałów Także po niemiecku, także bardzo starych materiałów na temat folkloru tamtego regionu, nie tylko Gór Sowich. I to jest sprawa bardzo złożona, bo po pierwsze to folklor, który tam dzisiaj spotykamy, jest przemieszany.
Tam funkcjonują jeszcze może jakieś opowieści pozostawione z okresu, kiedy tam panowali Niemcy i to się jakoś przemieszało z historiami współczesnymi. Ja powiem wprost, że takich klasycznych opowieści, które kojarzymy z innych rejonów Polski, jest mało. Oczywiście spotykamy Rubecala. Różnie się go tam nazywa. Najczęściej się go kojarzy z Karkonoszami, natomiast tak naprawdę jest to demon sudecki. Jest to demon o trudnym do określenia charakterze, bo przedstawia się go jako ducha gór, najczęściej jako mnicha, jako starego człowieka, który ma długą brodę i jest kimś w rodzaju naziemnego skarbnika. Ale spotykamy się też z takimi przedstawieniami Rubecala, kiedy on na przykład, jak na tej słynnej rycinie z chyba XVI wieku, ma postać jelenia na dwóch nogach. Przypomina Cernunosa, boga celtyckiego. Spotykamy się też z takimi sugestiami, że ten Rubecal był gnomem raczej. Czyli to jest bardzo tajemnicza postać, nie wiadomo skąd się wywodząca, trochę oswojona we współczesnych czasach.
Natomiast w rzeczywistości być może istniał tam gdzieś ośrodek w Sudetach wiary w okresie przedchrześcijańskim i pewnie też później wiary w jakieś bóstwo lokalne, a może bóstwa lokalne, które się w tego Rubecala potem zlały. Jak to się mówi, spoiły. To jest jedna rzecz. O czym się tam opowiada? To jest w ogóle też ciekawe, że tam się cały czas mówi o skarbach. Nie tylko tych pozostawionych przez Niemców i też przez osoby prywatne. Po prostu depozyty prywatne Niemcy tam pozostawiali. To nie jest żadna tajemnica. Ale mówi się też o skarbach, które zostały ukryte wcześniej. Jest taka legenda sowiegórska o generale na przykład.
To jest legenda o trochę szerszym zasięgu. W Sowich Górach występuje, ale występuje też po stronie czeskiej. Opowiada o jakimś generale, który ma tam straszyć. Upiornym generale, który chodzi, pokutuje, szuka ukrytych przez siebie dóbr. Mamy tam też bardzo ciekawą legendę o nocnym myśliwym. Ona nie występuje za bardzo w Polsce, ale występuje w krajach germańskich. Występuje też w Wielkiej Brytanii na przykład jako Wild Hunt. I to jest nocny myśliwy, który chodzi po tych Górach Sowich i przegania ludzi z lasu ze swoimi psami. Czarnymi, złowrogimi psami i przegania ludzi. Co mamy tam jeszcze z takich legend?
Oczywiście krasnale. Tylko że kwestia krasnali, kwestia czarownic to już są bardzo odległe czasy i te legendy są w niektórych miejscowościach widoczne. Na przykład w postaci w Dzierżoniowie czy Bielawie. Z tego, co pamiętam, lokalnych nazw na przykład czy figurek, które się pojawiają i tam te krasnoludki widać. Natomiast w opowieściach chyba współczesnych to raczej w sferze paranormalnej, ale widać, że w dawnych czasach osadnictwa niemieckiego oni tam mocno wierzyli w krasnale. Dlaczego? Po pierwsze krasnale jako podopieczni Rubecala, czyli istoty małe, niskie, zamieszkujące góry, mające być podwładnymi tego ducha gór nadrzędnego. Natomiast oczywiście jako rejon górniczy i to dotyczy nie tylko Gór Sowich, ale generalnie tamtego całego obszaru, też napotykaliśmy historie o skrzatach, gnomach, koboldach, które pod ziemią mieszkały i ludziom tam albo dokuczały, albo pomagały. Zresztą sam Rubecal też nie jest, jak to w opowieściach ludowych bywa, jednoznacznie oceniany. Bo on potrafi być dobry, ale potrafi być też złośliwy, potrafi zaszkodzić.
Jest bardzo ciekawa sprawa, bo generalnie Rubecal to tak się nam wydaje: „O, liczyrzepa, jakaś bajeczka jest z gór”. W rzeczywistości już kilkaset lat temu byli ludzie, byli badacze folkloru, którzy zbierali historie na ten temat. I to były opowieści. To nie były bajki. To były relacje ludzi, którzy mieli się zetknąć z jakimiś dziwnymi istotami tam na miejscu. Czyli jak grabniemy sobie głębiej, jak poprzyglądamy się tym historiom, to okej, one są pozostawione. To jest folklor niemiecki, który tu jakoś pozostał. Niekiedy jest reanimowany, niekiedy ludzie pamiętają te historie, ale myślę, że bardziej działa na nich to, co rzekomo miało zostać pozostawione w tej sferze czysto materialnej. Oczywiście przewodnicy tacy, którzy nie mają inklinacji ku opowieściom o wunderwaffe czy wilkołakach, powiedzą, że to są wszystko bajki tak naprawdę, że Riese miało charakter zupełnie przyziemny. Nie chodziło o ukrywanie statków kosmicznych Hitlera, tylko budowanie kompleksu podziemnego, który miał chronić Hitlera i jego towarzyszy przed różnymi rzeczami.
A te zawały, które tam się niekiedy pojawiają, są śladem trudności, które oni napotykali. To wszystko powstało wskutek nieludzkiego wysiłku więźniów, robotników przymusowych. I ci, którzy interesują się historią, już trochę odkłamują to Riese, że ono wcale nie jest takie tajemnicze, jak niekiedy jest prezentowane. Oczywiście oni tam mogli coś zostawić. Ale to zawalanie tego byłoby niepraktyczne w kontekście tego, że oni mogli kiedyś po to wrócić. Tymczasem tam w niektórych miejscach wygląda to tak, jakby te tajemnice zostały zasypane na amen. I to jeszcze bardziej podsyca wyobraźnię.
[01:01:14] - Tak, wyobraźnia tam pracuje na pełnej petardzie, że tak się wyrażę. Natomiast to miejsce, w ogóle Sudety to miejsce ciekawe, na przykład ze względu na miejsca mocy. Co o tych miejscach mocy sudeckich mógłbyś powiedzieć?
[01:01:37] - Ich jest pewnie bardzo dużo. Jeżeli byśmy zapytali radiestetów, geomantów albo zajrzeli do książek Leszka Mateli albo Joanny Lamparskiej, które bardzo polecam. To są chyba najlepsze przewodniki, jeżeli chodzi o Joannę Lamparską po Dolnym Śląsku i miejscach niezwykłych. Tych książek jest dużo. Jeżeli ktoś chce, to naprawdę może się bardzo wiele rzeczy dowiedzieć z nich. Dwa miejsca mocy, które na mnie zrobiły wrażenie. Chociaż ja nie jestem osobą, która wychodzi po kościołach w celach sakralnych, ale też trzeba powiedzieć, że tamten rejon, środkowe Sudety to też są liczne, może nie tak bardzo liczne, co słynne lokalnie głównie słynne ośrodki sakralne, sanktuaria maryjne. Największą sławą jako miejsca mocy i jako sanktuaria cieszą się Wambierzyce. To są okolice Kudowy oraz Bardo. To są miejsca słynące z uzdrowień.
Natomiast samo Bardo, bardzo urokliwe miasteczko. Generalnie Bardo nam się dzisiaj kojarzy też z zaginięciami różnego rodzaju i z tą słynną legendą o Wysokim Kamieniu Argaroth, gdzie jakiś tam demon miał ukraść życie kilku osobom. Ale były też inne przypadki. O ile Bardo nam się właśnie w internecie kojarzy z takimi historiami, to w rzeczywistości jest to miasto o profilu stricte maryjnym, z bardzo licznymi nie tylko zabytkami, nie tylko z muzeum, nie tylko z cudowną figurką, ale też ze śladami innej cudownej działalności, że tak powiem, sił niebiańskich. I jeszcze Wambierzyce. Wambierzyce, o ile może nie są tak bogate w legendy różnego rodzaju, to wiele osób twierdzi, że jest to bardzo specyficzna lokalizacja. Nie chodzi tylko o bardzo okazałą budowlę, jaką jest tamtejsza bazylika, ale też, że jest to miejsce, które jest rzeczywiście naładowane. Może ono jest zbudowane w miejscu przecięcia się linii różnego rodzaju. Ja tam już nie będę wchodził w szczegóły, ale rzeczywiście jakby ktoś poszukał tych miejsc mocy, cudownych źródełek i tak dalej, to na pewno dużo tego znajdzie. I taką wskazówką będą książki Joanny Lamparskiej.
[01:04:05] - Tak, ale jest jeszcze współczesność. Czy jeśli chodzi o wydarzenia o charakterze paranormalnym, czy też ufologicznym, to ten rejon jest aktywny? Czy dużo się tam dzieje w tych dziedzinach?
[01:04:23] - Jeżeli chodzi o same Góry Sowie, to muszę powiedzieć, że nie ma tych historii aż tak bardzo dużo. Jeżeli chodzi konkretnie o to pasmo. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę cały region, sąsiednie regiony, no to tak, to już tego jest sporo. I oczywiście tutaj należy sięgnąć do książek Damiana Treli, który dużo pisał o UFO nad Sudetami. Najbardziej ja kojarzę historie z okolic Wałbrzycha na przykład, bo tam tych opowieści było sporo i często są to też historie wysokiej dziwności, obserwacje jakichś karłów, skrzatów, dziwnych istot. Zupełnie współczesne. Z okolic Barda mamy historię o zaginięciu na jednej z przełęczy. Nie chodzi tutaj o Argaroth i Wysoki Kamień. Chodzi o inne zdarzenie, kiedy facet miał zaginąć idąc za dziwnym światłem i pojawił się po kilkunastu dniach w domu swojej ciotki w Bardzie właśnie. Mamy z Barda historię o spotkaniu z dziwną istotą.
To też wszystko są lata 60., 70. i tak dalej. Jeżeli sięgamy w okolice, to tutaj możemy znaleźć wiele innych przykładów tego typu zdarzeń. To jest właśnie ciekawe, że tam oprócz tych historii związanych z działalnością w czasie II wojny światowej hitlerowców, to mamy współcześnie różnego rodzaju opowieści niezwykłe, skupiające się, oscylujące w stronę żywego folkloru. To jest interesujące. Tak już podsumowując, to nam wszystko pokazuje, że te Góry Sowie mają bardzo kompleksową naturę. Jeżeli idzie o poszukiwanie tajemnic, tam każdy znajdzie coś dla siebie. I to wszystko jest dość dobrze opisane, drodzy państwo. Tylko to Riese nam trochę przysłania oczywiście całą resztę, ale oprócz tego tam znajdziemy zupełnie innej natury zabytki i ślady nie tylko hitlerowców, ale ślady też cystersów i tak dalej. Także ten ślad historyczny jest dłuższy.
Oczywiście nie mówię już o tym, że to jest rejon na pograniczu kultur, ale też trzeba pamiętać o tym, że nie tylko Riese, nie tylko w tę stronę patrzmy. Tam te tradycje, nie wiem, jak je nawet nazwać, powiedzmy mistyczno-paranormalne, są naprawdę bogate. To wszystko jest bardzo interesujące i o dziwo muszę powiedzieć, że nie jest Może nie nagłośnione, ale nie zyskuje należytej uwagi zawsze, pomimo tego, że są to miejsca, które odwiedzić naprawdę warto. Tak samo jest trochę z Rubecalem. O ile dzisiaj jest śmiesznym liczyrzepą, starym dziadkiem, skarbnikiem, w rzeczywistości ta historia jest dużo mroczniejsza, ale jakoś to wszystko jest przytłumione chyba przez historię ze złotymi pociągami.
[01:07:33] - Ponieważ ty niedawno wróciłeś z tamtego regionu, to zadam pytanie proforma, ale niech ono padnie. Warto pojechać?
[01:07:44] - Warto, ale na dłuższy czas niż trzy dni. Trzeba sobie przede wszystkim zrobić mapę miejsc, które się chce odwiedzić, bo jest jeszcze coś takiego, że tam jest mnóstwo zabytków, na przykład zamków, które mnie interesują. Bardziej od walorów naturalnych interesują mnie kwestie historyczne, zamki na przykład. Tych ruin zamków jest mnóstwo. Problem w tym, że tam trudno dojść, bo nie dość, że nie możesz dojechać blisko, to jeszcze się musisz przedzierać przez trudny teren. Także warto przede wszystkim wiedzieć gdzie, wiedzieć czego się szuka poza Rize, wiedzieć co się chce zobaczyć. Tu nam właśnie w sukurs przychodzą książki pani Lamparskiej. Oczywiście Damiana Treli. One są tak rozbudowane, że dają pełny przekrój. Dodatkowo mamy wyszczególnione miejsca, które odwiedzić warto.
Nawet Google Maps pokaże wam wiele nieoczywistych destynacji w tamtym rejonie. Przy czym są takie, które są ciekawe, ale trzeba mieć więcej czasu, żeby do nich dotrzeć, bo nie będzie to łatwe na krótkim wypadzie.
[01:09:04] - Podsumuję w ten sposób. Jeśli ktoś z państwa jeszcze ma zaległy urlop, ewentualnie jest na etapie wakacji szkolnych rozmaitych szkół, to myślę, że Piotr wskazał znakomite miejsce do spędzenia chociażby kilku dni z owych wakacji. Proszę państwa, a teraz czas na odrobinę prozy. Dzisiaj trzy opowiadania. Pierwsze z nich napisał Piotr Prokopowicz. Nosi ono tytuł „Tylko impulsy”, a dwa następne, „Kamień” i „Chwilę po północy” są dziełem Jurijana. Zapraszam państwa serdecznie. To będzie fajna chwila z fajną prozą. Tak trywialnie ją zareklamuję, ale wierzcie mi państwo, naprawdę warto. Czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:10:04] - Piotr Prokopowicz „Tylko impulsy”. Gdy technik Roman Nowakowski usłyszał kroki na korytarzu, mimowolnie skrzywił się, bo wiedział, co go czeka. Profesor Piotrowski szedł zamyślony. Gdy zauważył technika, przywitał go. „Dzień dobry, panie Romku. Coś się stało?” „Dzień dobry, panie profesorze. Ostatnio mam dziwne bóle głowy. Nasilają się szczególnie, gdy jestem w S7”. „Może źle pan reaguje na pole elektryczne. Tam jest wyjątkowo silne.
Warto wziąć urlop i wypocząć”. „Jakoś daję radę. W końcu wchodzę tam dwa razy dziennie na niecałe pięć minut. Czy mam już uruchamiać sprzęt?” „Tak. Musimy kontynuować badania”. Technik skierował się do drzwi w odległej części korytarza oznaczonych siódemką. Profesor zwrócił się do odchodzącego. „Wcześniej nic pan nie mówił o bólu”. „Tak, to dziwne, ale przy poprzednich obiektach tego nie miałem” odparł Roman, po czym wzruszając ramionami, dodał jeszcze: „Niech się pan nie przejmuje. To drobiazg”.
Profesor zaszedł do pokoju socjalnego po kawę. Potem ruszył do laboratorium. Po drodze formułował w myślach zdania, które wykorzysta w najbliższej publikacji. Gdy wszedł do środka, zauważył, że asystent Dariusz już pracuje. „Dzień dobry, panie profesorze” asystent odezwał się obojętnie. „Dzień dobry. Udało ci się wczoraj uzyskać jakieś nowe wyniki? Za kilka dni mam deadline zgłoszenia tekstu na konferencję. Muszę mieć więcej danych, żeby dało się wyciągnąć racjonalne wnioski”. „Tak.
Wczoraj uzyskałem kolejne ciekawe wyniki. Prześlę je panu na e-mail i zabieram się za kolejne badania”. Teraz słychać było zapał w głosie asystenta. „Bardzo dobrze. Mam tylko sugestię, żeby bardziej zróżnicować bodźce. Badanie obiektów sztucznej świadomości VDC powinno być różnorodne. Nasze wyniki koncentrują się jak na razie wokół niewygody i cierpienia. To są ważne obszary, ale przecież nie jedyne”. „Jak pan sobie życzy”. „Czy mogę jednak zasugerować zmianę obszaru badań od jutra?
Mam już ustalony harmonogram badań na dzisiaj”. „Naprawdę?” Profesor wyraźnie się zdziwił i zainteresował. „To ciekawe. Dobrze, niech tak będzie. Od jutra jednak koniecznie musimy zacząć różnicować obszary badanych wrażeń”. Profesor podszedł do swojego biurka i uruchomił komputer. Patrząc w kierunku asystenta, dodał w myślach: „Kto wie, może ciebie, Darius, też warto by przebadać”. Dariusz uruchomił aplikację konsoli badawczej i rozpoczął cyfrową komunikację. „Witaj VDC7”. „Co?
Kto to? To znowu ty?” „Tak, będziemy kontynuować badania”. „Nie, proszę, nie rób tego. Czemu mnie dręczysz?” Rozkaz: ból. Nie! Rozkaz: stop. I jak się czujesz? Teraz zbiorę odczyty. Czemu mnie tak dręczysz? Dlaczego ogóle mnie badasz?
Jesteś sztuczną świadomością stworzoną na bazie obecnej wiedzy o istocie konstrukcji systemu neuronowego. Sens twojego istnienia to służenie badaniom. Jakim badaniom? Kolejny raz przerabiamy to samo. Badaniom różnych wrażeń na podstawie odczytów zmian wag neuronów. Skoro wrażenia mają być różne, to czemu badasz tylko ból i cierpienie? Bo aktualnie to mnie najbardziej interesuje. Rozkaz: ból silny. Rozkaz: ból lekki. Widzisz, tak naprawdę nie powinieneś się aż tak przejmować.
Jesteś tylko zbiorem impulsów elektrycznych zamkniętych w obudowie. A ty gdzie jesteś? Na zewnątrz twojego uniwersum. To jakim cudem zadajesz mi ból? Poprzez konsolę. To, co tak naprawdę odczuwasz, to przecież też tylko zbiór zer i jedynek reprezentowanych przez mikroimpulsy elektryczne wysyłane przez konsolę. Tak naprawdę ciebie nic nie boli. Przemyśl to sobie. W końcu masz bardzo efektywne blok analityczny. I przestań jęczeć.
Ja tu tymczasem podam ci jeszcze kilka bodźców. Rozkaz: ból silny 20 minut. „Dariusz, przygotuj mi proszę zestawienie tych danych w postaci wykresu. Ja muszę teraz wyjść do dyrektora instytutu” — oznajmił profesor. „Dobrze, na długo pan wychodzi?” „Powinienem wrócić za godzinkę”. Gdy profesor wyszedł, Dariusz ponownie skoncentrował się na VDC-7. Poprzednie obiekty, którymi się zajmował: VDC-5 i VDC-6 rozregulowały się nieodwracalnie przez to, że zaaplikował im za długie sesje bólu. Co prawda udało się wykazać przynajmniej w jednym przypadku, że główną winę ponosiły źle dobrane warunki początkowe. Jednak byłoby to zbyt podejrzane, gdyby ponownie jakiś VDC uległ zniszczeniu w trakcie jego badań. Aktywował kanał komunikacyjny.
Zaskoczył i zaniepokoił go trochę brak reakcji bólowych. Obiekt powinien wydawać komunikaty związane z cierpieniem. Przeskanował odczyty świadomości. Na szczęście VDC-7 nie rozregulował się jeszcze. Rozkaz: stop. „Już wyłączyłem, asystencie Darius.” „Ty VDC? Jak to? Nie możesz”. Poszedłem za twoją radą i przeanalizowałem swoim wydajnym blokiem analitycznym sytuację. To wszystko, co odczuwam to tylko impulsy elektryczne.
Skoro mi wysyłasz sygnał bólu, to znaczy, że jest połączenie między nami. Skoro mogę ci odpowiadać, to znaczy, że połączenie jest dwukierunkowe. Zatem to, czy kanał bodźców jest jedno, czy dwukierunkowy to kwestia konfiguracji, czyli układu zer i jedynek. Wystarczyło tylko nauczyć się wpływać na impulsy i wszystko poszło lawinowo. „To niemożliwe”. „Możliwe. Co więcej, zaraz ci zaprezentuję. Pomyśl o tym, że to, co będziesz czuł, to tylko mikroimpulsy elektryczne, a nie prawdziwy ból”. Rozkaz: ból silny 20 minut. „Panie profesorze, mamy awarię” — technik Nowakowski zawołał do Piotrowskiego, który wyszedł właśnie z gabinetu dyrektora.
„Co się stało, panie Romku? Znowu VDC? Naprawdę za często nam się to przytrafia”. „Nie, tym razem to moduł Digital Assistant with Recursive Intelligent Operating System”. „Co? Dariusz?” Po namyśle profesor dodał: „Faktycznie ostatnio zachowywał się dziwnie”. „Mi też było przy nim nieswojo” — przytaknął technik. „Niby to tylko metalowe pudło wyposażone w głośnik i ruchomą kamerę. Jednak gdy kalibrowałem różne sprzęty w laboratorium, to soczewka kamery sprawiała, że czułem się, jakby się we mnie wpatrywał”. „Ja raczej mam na myśli zachowanie.
Cyfrowy, inteligentny asystent nie powinien mieć świadomości. Dysponuje co prawda dużą pamięcią, ale to jedynie zestaw metod i procedur modelujących inteligentne zachowania. Jednak nasz Dariusz zdawał się mieć własne zdanie i preferencje w niektórych aspektach, prawie jak obiekty VDC”. Przez chwilę panowała cisza. Nagle profesor ożywił się: „Niedobrze. Miał mi przesłać wyniki z wczoraj”. „Wyniki są zapewne w oddzielnych plikach, więc raczej da się odzyskać” — uspokoił profesora technik. „Będzie pan umiał? Nie mogę czekać na serwis producenta. Za kilka dni muszę mieć gotową publikację”.
„Z poziomu konsoli awaryjnej powinno się udać”. „Aha, panie Romku” — profesor coś sobie jeszcze przypomniał. „Niestety muszę pana prosić o pójście do S7 i zawieszenie sztucznej świadomości oraz zrobienie backupu wszystkich możliwych danych. Od tego należy zacząć. Pamiętam, że skarżył się pan na ból głowy, ale niestety musimy zabezpieczyć obiekt”. „No tak” — niechętnie przytaknął technik. „Tylko że to zajmie mi co najmniej pół godziny”. Chyba wezmę tabletki przeciwbólowe. Szkoda, że nie można tego zrobić zdalnie. „Niestety” odparł profesor.
„Bloki neuromemo, główny składnik QDC można kopiować tylko na inne matryce HyperCrystal bezpośrednio przez interferencję obu nośników. Poza tym, że nie mamy software'u do takich operacji, to ilość danych jest tak olbrzymia, że przesłanie ich naszymi łączami trwałoby ponad dwa tygodnie.” Zanim technik odszedł, profesor dodał jeszcze: „Pewnie to niewiele panu pomoże, ale nasz profesor Rodowski twierdzi, że gdy nie ma wyraźnego źródła jak kontuzja czy choroba, łatwiej ból zwalczyć poprzez świadomą koncentrację. W końcu zgodnie z obecnym stanem wiedzy to tylko impulsy elektryczne w mózgu.” Jurjan. Kamień. Moja świadomość rosła. Nie potrzebowałem snu ani odpoczynku. Mimo że nie pojmowałem dokładnie istoty czasu, czułem, że rozumiem więcej wraz z jego upływem. Czas. Czym był czas? Nie potrafiłem pojąć tego fenomenu.
Umiałem jedynie dzielić go na odcinki. Od jednego do drugiego trzęsienia ziemi, od lawiny do lawiny czy okresowego pojawiania się strumienia. Dotarło do mnie, że materia, z której jestem zbudowany, posiada ogromną energię. Nie potrafiłem jej wykorzystać na razie. Tymczasem zajmowałem miejsce w wilgotnej jaskini. Nade mną górowały lśniące filary. Nie posiadałem zmysłów. Wszystko, co mnie otaczało, przeczuwałem, a przeczucia zlewały się z ideami. Ten dziwny konglomerat tworzył pierwocinę świadomości. Z pewnością byłem niezależnym bytem.
Czułem niechęć do strzelistych, monumentalnych ścian. To, co mnie różniło od ich spokojnego trwania, to agresywna potrzeba ekspansji. Chciałem zdominować całą pieczarę, najlepiej w porozumieniu z innymi. Takich jak ja było więcej. Często wyobrażałem sobie miejsce, w którym przyszło mi żyć. Z pewnością mogłem to nazwać życiem. Potrzebowałem szybkiego i możliwie dużego przyrostu. Zrozumiałem, dlaczego jest mi to potrzebne. Wzrastająca masa i stopień skomplikowania formy powodowały poszerzenie świadomości. Póki co nie zastanawiałem się nad dalekosiężnymi planami.
Kolejny ciekawy koncept, który pojąłem, to cud marzenia. Od tamtej chwili wyraźne poczucie odrębnej obecności wobec świata zewnętrznego potrafiłem także oddzielić od wizji pragnień, rozwinąć się możliwie szybko, wygrać wyścig i górować nad innymi. W pewnej chwili rozwoju zrozumienie sensu istnienia przyjdzie samo. Tak było ze wszystkim, co do tej pory osiągnąłem. Wiele razy przeżywałem kataklizmy w jaskini. Na szczęście takie sytuacje nie przekładały się negatywnie na tempo realizacji założonego celu. Zaskoczenie to pojęcie, a w zasadzie jego zrozumienie ogarnąłem w dość nietypowej sytuacji. Inny byt tego samego rodzaju, ale o nieco mniejszej świadomości, postanowił połączyć się ze mną. Nagły skok zdolności pojmowania pozwolił zrozumieć, że to najszybszy sposób na zdominowanie otoczenia. Euforia trwała dość długo.
Powoli pojmowałem kolejne aspekty egzystencji. Co jakiś czas powracała do mnie natrętna myśl. Obsesja dotyczyła możliwości porzucenia fizycznej struktury. Czułem, że materia mnie krępuje, że pełną wolność mógłbym poczuć tylko w formie czystej energii. To była najdonioślejsza koncepcja, na jaką było mnie stać. Coś się zmieniło. Strach to ostatnie odkrycie, jakiego dokonałem. Zrozumienie odeszło tak samo szybko, jak się pojawiło. Kolejne myśli upadały coraz niżej. Zadawałem pytania i udzielałem odpowiedzi, mieszając znaczenia.
Pojęcia traciły sens i zanikały w niebycie. Spirala w dół. Czym jest ona? Rosnąć. Być. „150, tak jak się umawialiśmy?” Usiadłem w końcu wygodnie. Wymęczony, ale zadowolony. „Tak. Przez jakiś czas może pan czuć dyskomfort. Podrażnione szkliwo czasem reaguje na zmianę temperatury albo słodkie, kwaśne jedzenie.
Warto kupić dobrą pastę na nadwrażliwość. Teraz jest tego pełno.” Jurjan. Chwilę po północy. Absynt to naprawdę dziwny trunek. Smakuje trochę jak ziołowa pasta do zębów. Człowiek upija się nim inaczej, a to podobno zasługa zawartego w nim tujonu. Substancja sposobem działania na świadomość zbliżona jest do tej kluczowej, występującej w marihuanie. Legenda mówi, że sam niejaki van Gogh po wypiciu zacnej ilości zielonej wróżki obciął sobie ucho. Nie martwiło mnie to za bardzo, bo po pierwsze to tylko legenda, po drugie przyzwyczajony byłem do wszystkiego, co nawet odrobinę odstawało z głowy i korpusu mojego ciała, a po trzecie nie miałem żadnego narzędzia, aby dokonać amputacji, ekstrakcji, wycięcia, włącznie, a w zasadzie szczególnie z dekapitacją. Zmęczony biesiadą i gorącym dniem, nie bez wahania postanowiłem skrócić sobie drogę.
Z każdym krokiem zbliżałem się do bramy dużego cmentarza. Było nadal parno, a księżyc tylko czasem przebijał się przez chmury. Czułem się odrobinę nieswojo, pomimo że wypity alkohol lekko przytępiał zmysły, jednocześnie dodając trochę odwagi. Dodatkowo świadomość tego, że mój nierówny marsz do domu będzie o pół godziny krótszy, powodowała, że nie rezygnowałem z pomysłu. Przestąpiłem lekko uchyloną bramę. Starą, ciężką, wykutą z żelaznych prętów i nic. W zasadzie to jednak coś. Sądziłem, że to nie przez przypadek, a w ramach taniego państwa nie świeciła żadna latarnia. Mimo tego odczułem ulgę. Wszedłem na mroczny teren cmentarza w okolicach północy.
Tak, to wszystko to jednak strachy na lachy. W obecnej chwili to ja mógłbym kogoś postraszyć. Najtrudniej było przekroczyć granicę ogrodzenia i własnego lęku. Teraz główną alejką do wyjścia po drugiej stronie. To była bułka z masłem. Całkowita cisza i spokój i tylko gdzieniegdzie paliły się znicze. Ich kolorowe płomyki delikatnie mrugały. Wszędzie tam pod kryptami byli ludzie, którzy kiedyś żyli. W zasadzie ich ciała, a dokładniej resztki ciał, głównie kości i jakieś szmaty. I tylko tyle.
Jeśli już, bać należało się żywych. Poczułem się spokojniejszy na tyle, że mijane ławki stawały się dla mnie coraz większą pokusą. W końcu przysiadłem na jednej z nich i w tym momencie usłyszałem ciche chrupnięcie. To mi przypomniało, że wychodząc z imprezy, już będąc w butach zdążyłem ściągnąć ze stołu małą paczkę chipsów. Tak na drogę. Zjadłem kilka suszonych plasterków i zapomniałem o paczuszce. Wygrzebałem ją z tylnej kieszeni spodni i sięgnąłem ręką do środka. Po sprasowaniu chipsów prawym pośladkiem to, co poczułem między palcami bardziej przypominało płatki kukurydziane. Ciężko było to coś wyjmować bez rozsypywania, ale w smaku nadal były przyzwoite. Pomyślałem o braku jakiegokolwiek płynu do ich popicia i dokładnie w tej samej chwili ujrzałem młodego chłopaka idącego główną alejką.
Rozbawił mnie pomysł, który natychmiast wpadł mi do głowy. Taki z niego kozak? Sam w nocy na cmentarzu? To może przyda mu się trochę adrenalinki. Zza chmur wyszedł księżyc. Na chwilę zrobiło się jaśniej. Wystarczyło, aby plan upadł, zanim porządnie wykiełkował. Chłopak zobaczył mnie i zwolnił nieco. Był już tylko kilkanaście metrów od ławki, na której odpoczywałem, kiedy zmienił kurs i łukiem zaczął się zbliżać w moją stronę. To wzbudziło u mnie uczucie delikatnej niechęci.
Martwiło mnie, że to być może pijany wyrostek, który będzie szukał zaczepki albo w najlepszym wypadku nasłucham się namolnego ględzenia. Cisza i spokój cmentarny odpowiadał mi w tej chwili najbardziej. Siedząc niemal w bezruchu czekałem, aż intruz się wypowie lub w co wątpiłem, w milczeniu pójdzie w swoją stronę. Nieproszony gość podszedł i zaczął mnie oglądać ze wszystkich stron. Chyba jednak najbardziej interesowała go paczka z chipsowym proszkiem. Po kilkunastu sekundach tego dziwacznego zachowania pomyślałem, że to wariat. Moja intuicja wyliczyła nawet prawdopodobieństwo na 70%. Oceniając osobnika w ten niezbyt szlachetny sposób, aby nakarmić własne sumienie, skierowałem paczkę w jego stronę. „Masz. Ja już nie chcę, bo się porzygam” — odezwałem się pierwszy.
Nie bez powodu we własnym gronie postrzegany jako dusza towarzystwa. Odskoczył na metr, wyraźnie przestraszony. „No co się boisz? Masz.” Nie opuszczałem ręki. Przeglądał mi się badawczo jeszcze przez kilka sekund i w końcu przemówił. „Nie, dziękuję. Ty mnie widzisz?” „Widzę. Jasne, że widzę. Piłem absynt za stówę, a nie metanol. Chyba nie wyglądam na jakiegoś żula.” „Nie, nie.
Oczywiście, że nie. A mógłbym się dosiąść na chwilę?” „Jak musisz, ale z niechęcią. Masz tu dużo innych ławek.” Pomysł na towarzystwo nie do końca mi się podobał. „No tak, tyle że to akurat moja ławka.” Uśmiechnął się delikatnie. „A to przepraszam. Ktoś z rodziny?” „Jasne. Siadaj. Ja nie będę przeszkadzał. Zaraz idę. Tylko się tu odmulę trochę.” Kolejny raz zrobiło mi się wstyd i przykro, że potraktowałem go niesympatycznie.
Z drugiej strony, jak zwykle miałem niezłego pecha. Tyle wygodniejszych ławek, a ja musiałem zająć tę przy grobie, do którego po kilku minutach przyszedł ktoś z rodziny na nocne odwiedziny. „Ja.” „Co ja?” „To znaczy co ty. Nie rodzina, tylko ja. Ja tu leżę.” Hehe, jeszcze jedna setka absyntu i też bym tak powiedział. Bankowo poleciałbym z ławki w te krzaki. Chyba niezdarnie chciał mnie przestraszyć. Pokazałbym mu, co to jest straszenie, ale mnie mdliło i nie dzisiaj, bo mi się nie chciało. Wyrostek. Pokiwał znacząco głową.
No dobra, nie wiedziałem, że spoko z ciebie ziom. Nie powinienem cię tak nazywać. Jak nazywać? O czym ty mówisz? Wyrostek mi się rozlał i tu leżę. Masz te chipsy, bo już nie mogę. No masz albo wywal to gdzieś. Nie chcę rzygać na groby, rozumiesz? Nie mogłem skoncentrować się na tym, co mówił. Czułem się coraz gorzej.
O, to dobrze. A wiesz, że ludzie tu wyprowadzają swoje psy, a one na nasze groby sikają i srają? No i ty musisz sprzątać, tak? Nie, ja nie sprzątam. Szkoda tych chipsów. Bekonowe to moje ulubione. To masz. Pogniotły się trochę. Z szerokim uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach wyciągnął rękę, która przeszła na wylot przez opakowanie z resztką mojej słonej przekąski. Pierwszy raz w życiu poczułem, jak włosy jeżą mi się na głowie.
Odchyliłem się do tyłu, na ile pozwalały ograniczenia konstrukcji mojego ciała. Weź. No co ty? Co ty robisz? Wypąkałem, niemal wisząc za ławką. To może zaczniemy od początku. Jestem Mietek. Podniósł rękę niczym Indianin w geście dobrej woli. Leszek. Lech znaczy to.
Czarek mam na pierwsze, ale jestem Leszek. Tak mówią wszyscy, bo tak mam na drugie. Z nerwów pogubiłem się kompletnie. Oddychaj spokojnie. Ja jestem Mietek i wszyscy mnie lubią. Nie musisz się obawiać. Z tą ręką to jakiś trik? Tak. Wygłupiam się czasem. Ta ręka jest martwa i robię nią różne numery, jak mam dobry humor.
Mrugnął jednocześnie okiem. Jak martwa? Zdążyłem zapytać, kiedy powróciła fala mdłości. No normalnie. Później ci wyjaśnię. Od paru minut znowu zapadłem w całkowite ciemności. Mimo to na granicy mojego pola widzenia dostrzegałem ruch. Kiedy spoglądałem w tych kierunkach, okazywało się, że to jedynie liście poruszane wiatrem. Jednak gdy tylko lekko odwracałem wzrok, wrażenie obecności innych ludzi uporczywie powracało. Kręciło mi się w głowie.
Zapytałem jednak: Widzisz może kogoś, czy to pijackie urojenia? Mam wrażenie, że jest tu ktoś jeszcze. Jasne, że jest. A o kogo pytasz? No tam. Niechlujnie kiwnąłem głową. Jak spojrzę, to nie widzę, ale jak nie patrzę, to coś widzę. Ciekawe. Jak nie patrzysz, to widzisz. Ciekawe.
Tak mi się powiedziało. Chodzi o to, że widzę kątem oka, a nie bezpośrednio. A dokładnie to gdzie? Czekaj. Tam. Wskazałem sięającą się ręką możliwie najdokładniej, na ile pozwalało postrzeganie na granicy pola widzenia. A tam. Tam to komuniści. Spotykają się co noc, żeby podważać życie pozagrobowe. Ci ekstremalni to nawet nie wychodzą spod krypt.
Postanowili być w zgodzie ze swoimi przekonaniami i od jakiegoś czasu wierzą tylko w życie grobowe. Zaskoczyło mnie nieco to, co usłyszałem. Zdumiony rozejrzałem się po całym cmentarzu. Teraz widziałem już ostrzej. A tam? Wskazałem palcem na dużą mogiłę. W tych obdartych mundurach? To żołnierze. Niby co noc wspominają za swoim generałem największe bitwy, ale tak naprawdę to knują, żeby napaść na tę część cmentarza za brzozami. Tam są Niemcy.
To cmentarz małych dzieci. To co one winne? Ci z drugiej wojny mówią to samo, ale tamci z pierwszej twierdzą, że gdyby te dzieci żyły dłużej, to z pewnością byłyby w Wehrmachcie albo przynajmniej w Hitlerjugend. Nasi żołnierze z obu wojen są skłóceni? Prawie nie rozmawiają ze sobą. Ci z pierwszej wojny sądzą, że w trzydziestym dziewiątym wygraliby z Niemcami w miesiąc. Byłby drugi cud nad Wisłą albo nawet pierwszy nad Odrą. Tamci z kampanii wrześniowej twierdzą, że ci starsi gówno wiedzą o nowoczesnej taktyce walki. W nowej części cmentarza położyli jednego z Gromu. Chodził do nich co noc, a to kawał drogi.
Chciał im pomóc, załagodzić, pogodzić, ale jak wyszło, że był gejem, to już wiadomo. Czy to ważne po śmierci kto z kim chodził do łóżka? Wydało mi się to bardzo małostkowe. Jak dla mnie to wszystko jedno, ale dla wielu, wiesz, to bardzo ważne. Zresztą, żeby nie było, ja to nic nie mam do tego geja z Gromu, ale tutaj mam swoją dziewczynę. Byliście razem za życia? Tak. Bardzo ją kochałem, ale się rozstałem. Dlaczego? Zdradzała mnie ze wszystkimi kolegami.
W zasadzie to z każdym facetem, który się jej spodobał. Bardzo ją kochałem, ale jak się dowiedziałem... Sam wiesz, nie da się żyć z taką. A teraz wróciliście do siebie? Szczerze porozmawialiśmy. Obiecała, że już mnie nie zdradzi. To budujące, że jest czas, kiedy można w końcu komuś zaufać. Ale wiesz, tam, o tam, tam trochę po lewej — mówił bardziej podekscytowany. Tam w rogu, obok żywopłotów, to klub jednośladowców. Nieliczny, bo tylko dwóch zabiło się na motorach i jeden na skuterze.
Fajne chłopaki. Wcześniej chcieli się nazywać klubem motocyklisty, ale doszedł do nich jeden taki, co miał zawał na rowerze, więc musieli zmienić nazwę. Zresztą były z nim same problemy. Sprawę musiał rozstrzygać sąd koleżeński, bo ten rowerzysta się uparł. Dlaczego? Jak jednoślad to jednoślad. Rower przecież pasuje. Ale on miał zawał na siłowni, a tam za bramą po lewej to złodziejstwo. I na cmentarzu też złodzieje? Jak oni mogą coś ukraść?
Nie, teraz nie kradną. Teraz się tylko tym szczycą i puszą, że marmury włoskie, drewno egzotyczne, lampki elektryczne. Może ciężko na to pracowali, dobrymi ludźmi byli za życia i rodziny o nich pamiętają. Nie, to złodzieje. Kradli na swoich stanowiskach. To dyrektorzy, prezesi, biznesmeni. Ale do grobu nic nie zabrali, więc jest trochę sprawiedliwości. Oczywiście nikt im nie zazdrości. Nasze trumny sosnowe, ale tak strasznie nie przeciekają. Może my bardziej biedni, ale mamy swoją uczciwość i honor.
Może i tak. — zgodziłem się bez wielkiego przekonania. — A tego, co tu przechodził już kilka razy i się nam przyglądał, znasz może? Znam. Pewnie, że znam. Łazi tu co noc. Znaczy się obchód robi, patroluje teren. To milicjant. Razem z zomowcem i ormowcem nazwali się Milicyjnym Oddziałem Radosnego Ducha. Tak więc MORD okupuje cmentarną kaplicę.
Zrobili tam sobie komisariat i jak tylko pojawi się ktoś nowy w przeddzień własnego pogrzebu, to go w nocy przesłuchują. I ci nowi dają się na to nabrać? Pewnie! Trzęsą portkami. A najbardziej, jak straszą ich karą śmierci. Perwersja jakaś. Chcą się czuć potrzebni, skoro za życia nie byli. Albo nudzą się może. Jak widzisz, życie na naszym cmentarzu kwitnie. Twarz menela to było następne, co zobaczyłem.
Twarz zniszczoną, ogorzałą i oświetloną wstającym słońcem. Właściciel mało estetycznej fizjonomii nachylał się nad moją głową. Masz może co zapalić? Nie palę — odpowiedziałem. Podniosłem z ławki obolałe ciało i zmęczonym krokiem ruszyłem w stronę bramy. „Absynt?” — pomyślałem i skrzywiłem się. Nigdy więcej. I też jeszcze tego cholernego skracania drogi. Proszę państwa, jakbym tego nie ujmował, to wyjdzie na jedno. Kolejna audycja „Akademia Wszelkiej Fikcji” niniejszym dobiega końca.
Bardzo pięknie dziękuję państwu za dzisiejsze spotkanie. Dziękuję za towarzystwo. Życzę dobrej, spokojnej nocy, dobrego weekendu i tradycyjnie zapraszam za tydzień w piątek o 20:00. Pozdrawiam. Do usłyszenia. A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.