Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Nie usmażcie się tam na tych wakacjach. Szczególnie, że właśnie teraz zaczynamy kolejne wakacyjne wydanie AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:37] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Tak, zaczynamy kolejne wakacyjne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Od czego zaczniemy? Od takiej refleksji, która mnie dzisiaj naszła. Czas wakacyjny sprzyja podróżom długim, krótkim. Ja lubię się włóczyć po kraju. Lubię odwiedzać miejsca chociażby związane z aktywnością, powiedzmy tak ogólnie archeologiczną. A dzisiaj przeczytałem całkiem ciekawy artykuł dotyczący Wzgórza Lecha, Gniezna i odnalezienia, w każdym razie próby odnalezienia kolebki Polski. Ktoś powie: „No jak?
Przecież wiadomo, że Gniezno”. Tak, ale uruchommy na chwilę wyobraźnię i wyobraźmy sobie, że stoimy gdzieś na Wzgórzu Lecha w Gnieźnie właśnie. Przewala się tam na ogół tysiące turystów. Oni przechodzą naprawdę obok monumentalnej katedry, która tam stoi, ale podziwiają też te słynne gnieźnieńskie drzwi. Schodzą do podziemi. Tam są różnego rodzaju relikwie, na pewno relikwie świętego Wojciecha. Dla wielu ludzi to jest po prostu taka wakacyjna wyprawa, coś atrakcyjnego. To jest coś, co służy rozrywce. Jesteśmy w czasie wakacyjnym i chcemy zobaczyć jak najwięcej. Tak, ale archeolodzy patrzą na takie miejsce jak Wzgórze Lecha zupełnie inaczej.
Taki archeolog myślę, że nie widzi tam jedynie gotyckiej świątyni. On nie widzi nawet jakiegoś średniowiecznego grodu, po którym nie zostało już ani śladu. Taki archeolog patrzy głębiej. Myślę, że znacznie głębiej. A sprowadzając to tak do parteru, to przede wszystkim patrzy kilka metrów pod ziemię, bo tam mogą się znajdować pozostałości chociażby budowli, a szczególnie szuka taki archeolog takich budowli, takich szczątków, które zmieniłyby nasze rozumienie początków państwa polskiego. Szuka taki archeolog budowli, w których być może mieszkali pierwsi Piastowie. A jeśli przypuszczenia archeologów okażą się słuszne, to całkiem niedługo możemy być świadkami jednego z najważniejszych odkryć całej polskiej archeologii po ostatnich dziesięcioleciach. Wiecie państwo, archeologia przypomina pracę detektywa. Problem polega jednak na tym, że przy pracy detektywa ważni są świadkowie, a świadkowie w tym wypadku zmarli tysiąc lat temu. Dokumenty w większości nie istnieją, przynajmniej z tamtych czasów, a miejsce tej przysłowiowej zbrodni, umownej zbrodni zostało już wielokrotnie przebadane.
Naprawdę Wzgórze Lecha było przekopywane wielokrotnie, ale można powiedzieć, że każde pokolenie archeologów pozostawia po sobie kolejną warstwę. Trochę zawodzi ta metafora. Bardziej wgryza się głębiej. Może to będzie bardziej adekwatne, bo w ogóle dzieje polegają na tym, że jedni coś budują, inni coś burzą, czasami w wyniku wojny, a czasami w wyniku przebudowy miasta. A jeszcze inni wykorzystują stare fundamenty do wznoszenia nowych budowli. I tak było od wieków. Tak było również w Gnieźnie. I w związku z taką sytuacją, po tysiącu lat powstaje naprawdę niezła układanka. Takie puzzle, które archeolodzy próbują ułożyć, próbują tę układankę odtworzyć kawałek po kawałeczku. Trochę tak wygląda sytuacja na Wzgórzu Lecha w Gnieźnie.
My wiemy to, co wiemy. Wiemy, że w X wieku istniał tutaj jeden z najważniejszych grodów tego rodzącego się państwa Piastów. Obojętnie jak państwo patrzycie na historię, bo to dzisiaj nawet również nie jest jednoznaczne. Jedni w tę opowieść o państwie Piastów wierzą bardziej, inni w ogóle w nią nie wierzą. Ale przyjmijmy na chwilę, że było tak, jak mówię. Był to jeden z najważniejszych grodów rodzącego się państwa Piastów. I tutaj albo w pobliżu, znowu wątpliwości, gdzie koronacji dokonywano, ale jednak przyjmuje się, że w Gnieźnie. Chrzest, wiadomo Ostrów, być może jeszcze jakieś później pochówki w Poznaniu. Do dzisiaj, kiedy jest się w katedrze poznańskiej, to ponoć ślady pierwszych władców Polski, ślady grobów tam się znajdują, ale nie same groby. Ale w ogóle jak patrzymy na te dzieje nasze, to paradoksalnie wciąż nie wiemy, gdzie dokładnie znajdowała się rezydencja pierwszych władców.
I ja wiem, państwo zapewne to wiedzą, że wtedy to nie było tak, że była jedna rezydencja, jeden jakiś gród warowny i tam cały czas władca siedział. Trochę inaczej to wyglądało. Władca się przemieszczał po swoich włościach od grodu do grodu niejako, ale to też zostawmy. Jakiś ośrodek był ośrodkiem najważniejszym, w którym na przykład Przyjmowano innych władców, innych ludzi, z którymi na przykład ktoś chciał zawrzeć jakiś sojusz. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nic trudnego. Wystarczy wykopać odpowiednio głęboki dół i już wszystkiego się dowiemy. Ale ta rzeczywistość, nazwijmy ją rzeczywistością archeologiczną, jest nieco bardziej skomplikowana, bo musimy sobie zdać sprawę, o czym już lekko wspomniałem, że przez ponad tysiąc lat wzgórze w Gnieźnie było nieustannie przekształcane. Powstawały tam kolejne świątynie, zmieniały się fundamenty, budowano mury, niwelowano teren pod jakieś budowle. Absolutnie każda kolejna inwestycja, przynajmniej w części, niszczyła część starszych konstrukcji. I wiecie państwo, te badania archeologiczne przypominają taką sytuację, jakby próbować odczytać pierwsze zdanie książki, na którym zapisano później kilkanaście innych, kolejnych tekstów.
Ten pierwotny zapis gdzieś tam pod warstwą tych wszystkich zapisków istnieje, ale został całkowicie przykryty. Tak per analogiam. Dlatego archeolodzy nie szukają dzisiaj jakiegoś wielkiego pałacu z kamienia na przykład, tylko szukają raczej subtelniejszych śladów, jakiegoś nietypowego układu fundamentów, jakichś pozostałości po konstrukcjach drewnianych, masywnych, jakichś warstw spalenizny, fragmentów ceramiki. Dosłownie każdy z tych elementów może, aczkolwiek nie musi, okazać się takim brakującym fragmentem tej ogromnej układanki, o której wspomniałem. Według najnowszych informacji z tychże wykopaliskt i z działań archeologicznych badacze są coraz bardziej przekonani, że odkryte relikty, które do tej pory odkryli, mogą prowadzić do odnalezienia siedziby pierwszych Piastów. Oczywiście ostateczne wnioski wymagają dalszych badań, ale pojawiające się odkrycia, te, które teraz się pojawiły, są oceniane jako wyjątkowo obiecujące. Przyznam się państwu, że ja jako człowiek archeologią zainteresowany amatorsko, bo amatorsko, raczej jako fascynat, pasjonat niż człowiek, który się naprawdę na tej dziedzinie zna, to dla mnie była ekscytująca wiadomość. W sumie nie dlatego, że odnalezienie jednego budynku tego osławionego pałacu pierwszych Piastów rozwiąże wszystkie zagadki historii. Wręcz przeciwnie. Raczej chyba pogłębi ilość pytań, bo każde wielkie odkrycie archeologiczne przede wszystkim rodzi zwykle więcej pytań niż odpowiedzi, które ze sobą niesie.
Ale jeżeli rzeczywiście odnajdziemy tę książęcą siedzibę, jej resztki, jej ślady, to naprawdę pojawią się kolejne pytania, kolejne zagadnienia. Jak wyglądała? Jaka była jej konstrukcja? Czy to była budowla drewniana, czy może kamienna, a może łączona, częściowo drewniana, częściowo kamienna? Ilu ludzi mieszkało w jej otoczeniu oraz w samej budowli? Jak wyglądało to codzienne życie dworu Mieszka I lub później Bolesława Chrobrego? Tak naprawdę my wiemy o tym bardzo niewiele. Chociaż niektórzy historycy zdają się twierdzić inaczej, ale chyba jednak nie. Czy ta budowla na przykład przypominała zachodnioeuropejskie rezydencje budowane w tamtym czasie? Czy była czymś całkowicie odmiennym?
Dlaczego to jest takie ważne? Dlaczego to odkrycie jest takie ważne? To co powiedziałem, bo historia pierwszych Piastów nie dość, że przypomina mozaikę, o której wspominałem, to tak naprawdę taką mozaikę, w której brakuje bardzo wielu elementów. My wiemy stosunkowo dużo o wojnach wtedy toczonych. Znamy kronikę Galla Anonima, mamy relację Thietmara. Mamy też, nieliczne co prawda, ale dokumenty pisane. Z tym że bardzo mało informacji mamy o codziennym życiu pierwszych władców. To pozostaje w dużej mierze tajemnicą. Nie wiemy, jak wyglądały na przykład ich komnaty, jak organizowano dwór, jak wyglądały chociażby miejsca narad, jak rozmieszczone były budynki, które w takim sąsiedztwie książęcej siedziby musiały się znaleźć. Bo władca ma to do siebie, że musi być obsługiwany.
Zatem ci wszyscy ludzie, którzy księcia obsługiwali, musieli być na wyciągnięcie ręki. A zatem ta siedziba książęca musiała być otoczona całym wianuszkiem innych zabudowań. I tak naprawdę to właśnie archeologia może odpowiedzieć na te wszystkie pytania, które tak nieudolnie, ale stawiam, bo kronikarze na ten temat milczą. Im się wydawało to tak oczywiste, tak codzienne, że niewarte było ich zdaniem zapisu. I dlatego my dzisiaj więcej wiemy o wojnach i wyprawach niż o codziennym życiu. Bo wiecie mi państwo, dlatego archeologia ma tę przewagę, że kamienie i belki, znowu użyjmy metafory, się często okazują bardziej szczere niż te średniowieczne teksty. Z nich można po prostu odczytać więcej, a w każdym razie bardzo dużo. Bo te belki i te kamienie nie próbują nikogo wychwalać. A wiadomo, że na dworze dobrze byłoby się czasami wkręcić komuś w wiadomą część ciała. Te belki i kamienie nie tworzą legend, nie opowiadają jakichś dziwnych historii.
One po prostu trwają gdzieś tam w ziemi. I można by zapytać, może ktoś nawet złośliwie zapytać, czy takie odkrycie, o którym ty opowiadasz, zmieni historię Polski? Media często lubią pisać, że nowe odkrycie zmieni historię. Często trafiam na takie nagłówki. To jest najczęściej przesada. Właściwie prawie zawsze to jest przesada, bo historia tak naprawdę rzadko zmienia się z dnia na dzień. Jeśli już się zmienia nasz obraz, to, co wiemy o tej historii, to się zmienia stopniowo. Ale każde nowe odkrycie dodaje kolejny element do tego obrazu, który już mamy i do tego, który będą miały chociażby przyszłe pokolenia. I jeżeli archeolodzy rzeczywiście odnajdą tę siedzibę pierwszych Piastów, to będziemy mogli znacznie dokładniej odtworzyć początek polskiej państwowości. Bo powtarzam, polska państwowość, może to już nawet przesada, państwo Piastów może lepiej brzmi, my o niej wiemy tyle, ile wiemy.
Ale tak jak już to podkreślałem kilka razy, bardzo niewiele wiemy o codzienności. My w tych odkryciach nie zobaczymy legendarnych bohaterów, których znamy z kronik, ale zobaczymy coś chyba równie cennego. Zobaczymy życie zwykłych ludzi. Jak mieszkali, w jakim otoczeniu, jak wyglądała ich codzienność. I myślę, że to jest przynajmniej równie cenne, jak te informacje, które najczęściej trafiają do podręczników historii. Mnie w ogóle fascynuje, proszę państwa, cierpliwość archeologów i archeologii, bo w naszych czasach my się przyzwyczailiśmy do natychmiastowych informacji, a archeologia uczy cierpliwości. Czego się nie wykopie w jednym sezonie, być może odkopie się w drugim albo w trzecim, albo w jakimś kolejnym. Bo archeologia działa zawsze sukcesywnie. Warstwa po warstwie, belka po belce, jeden fragment ceramiki po drugim. Czasami naprawdę potrzeba miesięcy, a nawet lat pracy, aby zrozumieć prawdziwe znaczenie jakiegoś małego odkrycia.
Bywa, że odpowiedź na jakieś tam pytanie wymaga bardzo wielu sezonów wykopalisk. I to właśnie odróżnia archeologię od tych sensacyjnych nagłówków, o których powiedziałem. Bo archeolodzy, naukowcy nie ogłaszają zwycięstwa po znalezieniu pierwszego śladu. Oni każdą hipotezę próbują wielokrotnie sprawdzić. Przynajmniej powinni tak robić. A kiedy już sprawdzą, kiedy są przekonani, przynajmniej w teorii, i tak chciałbym, żeby to wyglądało, dopiero wtedy można mówić o odkryciu. To wzgórze Lecha od ponad tysiąca lat naprawdę pozostaje jednym z najważniejszych miejsc polskiej historii. Być może właśnie teraz, na dniach, podczas tych wakacji odsłania kolejną ze swoich tajemnic. I jeżeli badania potwierdzą te przypuszczenia archeologów o tej siedzibie książęcej, to my zyskamy nie tylko kolejne cenne znalezisko. My zyskamy również możliwość zajrzenia do samego serca rodzącego się państwa Piastów.
Jeżeli państwo pamiętacie taki stareńki film chyba z lat 70., on nazywał się „Gniazdo”. Był mniej więcej o tych czasach. To tam obraz życia księcia wyglądał dosyć słabo. Ja patrzyłem jako dziecko i mówię sobie: „Łe! To ci książęta w tamtych czasach żyli nader marnie, prawie w kurnych chatach”. Być może. Nie wiem. Czekamy na dalsze odkrycia, bo te odkrycia wciąż jeszcze znajdują się pod naszymi stopami. A tak naprawdę czasami wystarczy kilka centymetrów ziemi, kilkanaście, kilkadziesiąt, aby przerwać tysiąc lat milczenia i żeby te przedmioty odnalezione zaczęły opowiadać nam nie tylko swoją historię, ale również historię tego, jak rodziło się państwo Piastów. Proszę państwa, teraz tradycyjnie zapraszam państwa na polecanki książkowe.
Dzisiaj wybrałem dla państwa, to nie będzie zaskoczenie, trzy tytuły. Pierwszy z nich to twarda science fiction. Tytuł: „Dzieci pamięci”. Autor: Adrian Tchaikovsky, pisany przez TCH. Tchaikovsky z angielskiego. Wydawnictwo Vesper, a książka na rynku od 31 lipca. Marzyli o nowym domu. Obudzili się w koszmarze. Na odległym świecie Imir kapitan Holt założył kolonię, która miała stać się nadzieją dla przyszłych pokoleń. Jednak po wielu latach mieszkańcy walczą już tylko o przetrwanie.
Plony słabną, systemy podtrzymywania życia zawodzą, a w zamkniętej społeczności zaczynają pojawiać się obcy. Narasta lęk, że ktoś ich obserwuje. I mają rację. Z gwiazd przybywają w tajemnicy wysłannicy wyposażeni w technologię, która miała przynieść ratunek. Zamierzają badać swoich dawno utraconych krewnych z Ziemi, pewni własnej przewagi. Nie są jednak jedynymi, którzy patrzą. Gdy odkryją skalę swojego błędu, będzie już za późno na ucieczkę. „Dzieci pamięci” to kolejny tom po „Dzieciach czasu” i „Dzieciach ruiny” epickiego science fiction o rozmachu obejmującym pokolenia, gatunki i całe galaktyki. Twarda, bezkompromisowa wizja przyszłości, w której kontakt między cywilizacjami może okazać się początkiem zagłady. Przypomnę tytuł: „Dzieci pamięci”.
Autor: Adrian Czajkowski, wydawnictwo Vesper, a data premiery: 31 lipca. Druga książka na dziś nosi tytuł „Magielnica”. Autorka: Agata Zamarska, wydawnictwo Filia, data premiery: 5 sierpnia. Jak daleko posuną się twoi przyjaciele, by ich sekrety nie ujrzały światła dziennego? Przeszłość, która nie chce zostać pochowana. W spowitej mgłą nadmorskiej wiosce nagle wychodzą na jaw tajemnice sprzed lat. 15 lat po zaginięciu Aurelii, uczennicy elitarnego liceum, na terenie dawnej szkoły zostają odnalezione ludzkie szczątki. Okazuje się, że dziewczyna nigdy nie opuściła Magielnicy. Natalia Lechowicz, dawna przyjaciółka Aurelii, musi zmierzyć się z powracającymi wspomnieniami i odkryć, co naprawdę działo się za zamkniętymi drzwiami prywatnego liceum. Spotkania z dawnymi znajomymi uświadamiają jej, że wszyscy coś ukrywają, a sama Aurelia nie była osobą, za którą ją uważano.
Czy wśród dawnych przyjaciół Natalia znajdzie mordercę? I jak daleko posuną się inni, by prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego? Tytuł książki: „Magielnica”. Autorka: Agata Zamarska, wydawnictwo Filia, a data premiery: 5 sierpnia. Tego samego dnia, czyli 5 sierpnia, pojawi się na rynku książka zatytułowana „Dziewczyna z lasu”. Jej autorką jest Karolina Bujak i ponownie jest to książka wydawnictwa Filia. Kornel Sawicki w uwielbianym przez siebie lesie spotyka wystraszoną dziewczynę. Silnie rozwinięta empatia sprawia, że wyciąga do niej pomocną dłoń. Daje jej schronienie na noc, a rano odkrywa, że dziewczyna uciekła. Z czasem wokół Sawickiego nasilają się niepokojące wydarzenia, które wpływają na życie jego i pozostałych mieszkańców jak dotąd spokojnej mazurskiej wioski.
Kiedy los po raz kolejny stawia na drodze Kornela nieznajomą, mężczyzna postanawia się nią zaopiekować, zwłaszcza że przeraża ją wizja kontaktu z kimkolwiek innym. Okolica przestaje być bezpieczna, a największe zagrożenie czyha na mężczyznę na jego własnym podwórku. Sawicki nie ma pojęcia, kto i co chce na nim wymusić, ale działania prześladowcy uderzają nie tylko w niego, ale i w bliskie mu osoby. Czy Kornelowi uda się zrozumieć zasady gry, zanim będzie za późno? I jaką cenę zapłaci za przygarnięcie pod swój dach dziewczyny, która nie pamięta nawet swojej tożsamości, a z każdym dniem znaczy dla niego coraz więcej? Przypomnę tytuł: „Dziewczyna z lasu”. Autorka: Karolina Bujak, wydawnictwo Filia, data premiery: 5 sierpnia. Proszę państwa, teraz wszystko wskazuje na to, że czas się zająć filozofią. Zapraszam zatem na korepetycje filozoficzne. Dzisiejszy filozof ma na imię Ralph.
To filozof, który próbował ocalić rozum przed materializmem. A jak to robił? Zapraszam na korepetycje filozoficzne. Historia filozofii zna momenty, w których stare idee zaczynają ustępować miejsca nowym. XVII wiek był właśnie taką epoką. Średniowieczny obraz świata rozpadał się pod naporem rewolucji naukowej. Galileusz skierował lunetę ku niebu, Kartezjusz próbował zbudować filozofię od absolutnej pewności, a Newton odkrywał prawa rządzące ruchem ciał niebieskich. Coraz więcej uczonych dochodziło do przekonania, że cały wszechświat można wyjaśnić za pomocą materii i mechaniki. W tym właśnie świecie żył Ralph Cudworth, angielski filozof, teolog i jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tak zwanych platoników z Cambridge. Dzisiaj jego nazwisko jest znane głównie historykom filozofii.
Jednak w swojej epoce należał do najbardziej wpływowych myślicieli Anglii. Nie dlatego, że stworzył nowy system metafizyczny. Jego ambicją było coś zupełnie innego. Chciał pokazać, że świat nie jest jedynie ogromną maszyną, a człowiek nie jest przypadkowym zbiorem atomów. Uważał, że za porządkiem natury stoi rozumna zasada, której nie da się sprowadzić do ślepego ruchu materii. Ralph Cudworth urodził się w 1617 roku w Allaire w hrabstwie Somerset. Były to czasy niezwykle burzliwe. Europa wciąż odczuwała skutki reformacji. Anglia zmagała się z napięciami politycznymi i religijnymi, a jednocześnie rozwijała się nowa nauka, która coraz śmielej podważała dawne autorytety. Cudworth studiował W Emmanuel College w Cambridge, a z czasem sam został tam profesorem i rektorem.
Uniwersytet w Cambridge był wówczas miejscem wyjątkowym. Właśnie tam ukształtowało się środowisko filozofów inspirowanych Platonem. Filozofów, którzy próbowali pogodzić chrześcijaństwo z rozumem oraz osiągnięciami nowożytnej nauki. Dzisiaj nazywamy ich platonikami z Cambridge. Oprócz Southwortha należeli do nich między innymi Henry Moore, John Smith. Łączyło ich przekonanie, że religia nie powinna opierać się wyłącznie na autorytecie i wierze. Musi być zgodna z rozumem. Najważniejszym dziełem Southwortha jest monumentalna książka „The True Intellectual System of the Universe", opublikowana w 1678 roku. Już sam tytuł zdradza jego ambicje. On nie chciał napisać kolejnego traktatu teologicznego.
Próbował natomiast stworzyć intelektualny obraz całej rzeczywistości. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że książka jest jedynie polemiką z ateizmem. W rzeczywistości jej zakres jest jednak znacznie szerszy. Southworth analizuje filozofię starożytną, poglądy materialistów, atomistów, sceptyków oraz nowożytnych myślicieli. Analizuje je, próbując odpowiedzieć na pytanie: czy wszechświat rzeczywiście można wyjaśnić wyłącznie za pomocą materii? Jego odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Nie dlatego, że nauka jest błędna. Dlatego, że nauka opisuje sposób działania świata, ale nie wyjaśnia, dlaczego ten świat ma tak uporządkowaną strukturę. Czy materia potrafi myśleć? To pytanie powraca w całej filozofii Southwortha.
Jeżeli wszystko jest jedynie materią, to skąd bierze się świadomość? Czy przypadkowy ruch atomów może stworzyć rozum? Czy prawa moralne są jedynie wynikiem biologii? W XVII wieku były to pytania niezwykle odważne. Materializm zdobywał coraz większą popularność. Wielu uczonych uważało, że wszechświat przypomina doskonale skonstruowany zegar. Raz wprawiony w ruch działa zgodnie z niezmiennymi prawami. Southworth nie odrzucał mechaniki. On twierdził jednak, że sama mechanika nie wystarcza. Można opisać działanie zegara, ale sam opis mechanizmu nie tłumaczy, dlaczego zegar istnieje ani skąd bierze się jego uporządkowanie.
Jednym z najbardziej oryginalnych pojęć w jego filozofii jest tak zwana plastyczna natura. Na pierwszy rzut oka brzmi to tajemniczo. Nie chodzi jednak o żadną mistyczną energię. Southworth zauważył, że w świecie przyrody zachodzi ogromna liczba procesów. Procesów, które wydają się uporządkowane, choć nie są wynikiem świadomych decyzji. Roślina rośnie, serce bije, komórki organizują się w tkanki, planety poruszają się zgodnie z określonymi prawami. Według Southwortha pomiędzy Bogiem a światem istnieje zasada pośrednicząca. Nazwano ją właśnie naturą plastyczną. Ona nie ma świadomości, nie jest osobowym bytem, nie podejmuje decyzji. Jest raczej zasadą organizującą materię zgodnie z rozumnym porządkiem ustanowionym przez Boga.
Dzisiaj koncepcja ta wydaje się egzotyczna, jednak w XVII wieku była próbą rozwiązania bardzo, ale to bardzo konkretnego problemu. Jak pogodzić prawa natury z przekonaniem, że świat nie jest dziełem ślepego przypadku? Moralność nie zależy od opinii. To był drugi wielki temat filozofii Southwortha. Tak, zajmował się etyką. Tutaj jego stanowisko okazało się zaskakująco nowoczesne. On uważał, że dobro i zło nie zależą od ludzkich opinii, nie są wynikiem umowy społecznej, nie zmieniają się wraz z modą czy polityką. Dobro i zło istnieje obiektywnie. Prawdy moralne również istnieją obiektywnie. Tak jak dwa plus dwa zawsze daje cztery, tak pewne czyny są dobre lub złe i to niezależnie od tego, co sądzi większość ludzi.
To stanowisko określa się dzisiaj mianem realizmu moralnego. Dla Southwortha rozum nie służy jedynie poznawaniu świata fizycznego. On pozwala również odkrywać prawdy moralne. Jedną z największych zasług Southwortha było przekonanie, że rozum i religia nie muszą pozostawać w konflikcie. Nie uważał, że człowiek powinien wierzyć wbrew rozumowi. Przeciwnie. Twierdził, że autentyczna religia wymaga myślenia. Ślepa wiara jest równie niebezpieczna jak ślepy sceptycyzm. W tym sensie jego filozofia pozostaje aktualna aż do dzisiaj. Pokazuje, że prawdziwa dyskusja zaczyna się dopiero wtedy, gdy obie strony są gotowe poddać własne przekonania analizie krytycznej.
Dlaczego zapomniano o tym filozofie? Tak, można zadać pytanie, dlaczego filozof tej klasy nie cieszy się dzisiaj popularnością porównywalną z Kartezjuszem, Spinozą czy Leibnizem? Powodów jest kilka. Jego główne dzieło liczy ponad 800 stron i zostało napisane stylem typowym dla XVII wieku. Pełne jest dygresji, cytatów z autorów starożytnych i rozbudowanych polemik. Trudno jest przez to dzieło przebrnąć. Ponadto wiele koncepcji filozofa zostało później rozwiniętych przez innych filozofów i to takich filozofów, którzy zyskali większy rozgłos, mieli więcej szczęścia. To nie zmienia jednak faktu, że Cudworth odegrał istotną rolę w historii filozofii nowożytnej. Bronił przekonania, że świat jest racjonalny, że moralność ma obiektywne podstawy, i że człowiek jest czymś więcej niż tylko złożonym mechanizmem biologicznym. Ralph Cudworth żył w epoce, w której rodziła się nowoczesna nauka.
Mógł odrzucić dawną metafizykę i bez reszty przyjąć mechaniczny obraz świata. Mógł również zamknąć się w tradycyjnej teologii i ignorować osiągnięcia nauki. Nie wybrał żadnej z tych dróg. On próbował znaleźć rozwiązanie pośrednie. Uważał, że nauka znakomicie opisuje prawa przyrody, ale nie odpowiada na wszystkie pytania. Nie wyjaśnia źródła racjonalności świata ani nie wyjaśnia pochodzenia wartości moralnych. Czy miał rację? To pytanie pozostaje otwarte. Jedno jednak nie ulega wątpliwości. Cudworth przypomina, że filozofia nie polega jedynie na szukaniu odpowiedzi.
Polega również na stawianiu pytań, których nauka sama z siebie nie potrafi zawsze rozstrzygnąć. To właśnie dlatego jego myśl, choć powstała ponad 300 lat temu, nadal pozostaje inspirującym głosem w dyskusji o naturze rzeczywistości, w dyskusji o naturze człowieka i naturze rozumu. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Od pewnego czasu wybieram takich filozofów, których próżno byłoby szukać w popularnych dziełach poświęconych filozofii. Raczej szukam tych, którzy gdzieś się tam na kartach historii ukryli albo zostali ukryci. Myślę, że to jest ciekawsze niż po raz kolejny przerabianie tych samych znanych postaci. Zresztą kiedyś może i do tych znanych powrócimy. A teraz już zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o filmie, którego tytuł można by przetłumaczyć na język polski jako „Zewnętrzne zagrożenie”. Dzień dobry wieczór państwu.
Zaczynamy „Filmotekarium”. Internet to jest jednak wspaniałe miejsce, bo kiedy państwo to słyszycie, jeśli słuchacie na premierze, to Piotr bawi w Polsce, gdzieś daleko, nie będę zdradzał gdzie. Korzysta z urlopu, a tymczasem my do państwa mówimy. Taki sobie cud. Cenię sobie bardzo możliwości współczesnej techniki technologii. Ale wróćmy do tego, że rozpoczynamy „Filmotekarium”. Kolejny film, który... chciałem coś powiedzieć, ale chyba jeszcze nie. Może zacznę od: dzień dobry, wieczór, Piotrze.
[34:15] - Dzień dobry wieczór. Ja też sobie cenię tą współczesną technologię. Pomyśl Marku, że na przykład za niedługi czas będziesz mógł mnie sobie w ogóle wygenerować przy pomocy sztucznej inteligencji. To nie jest niemożliwe. Natomiast dzisiaj kolejny film z kosmitami i sygnałem od nich w tle. Raczej sygnałem do nich powinienem powiedzieć. Sygnałem od nich w pewnym sensie też, ale zaraz to wytłumaczę. Chodzi o film „Outer Threat”, „Zewnętrzne zagrożenie”, chociaż nie wiem, czy to jest oficjalny tytuł polski.
[34:49] - Oficjalny nie jest, ale tak moglibyśmy to tłumaczyć. Ja nie wiem, czy on jest w ogóle jakoś tak szerzej dostępny w tej chwili.
[35:01] - Możliwe, że trafi na popularną, acz nie najpopularniejszą platformę streamingową, ale o tym się sami przekonacie. Jak się cofniecie do moich audycji sprzed kilku tygodni albo raczej miesięcy, to mówiłem, że przy okazji Disclosure Day powstaną pewnie jakieś inne filmy eksplorujące temat obcych. Po prostu tak jest często, kiedy mają wyjść jakieś popularne filmy, blockbustery, no i kręci się filmy podobne. Tymczasem Disclosure Day przeminął, ale my zostaliśmy z kilkoma filmami z inteligencją pozaziemską w tle, że tak powiem. A że je zawsze bierzemy na tapet, to jesteśmy. Przypomnę tylko, że przed „Outer Threat” omawialiśmy chociażby film „Black Box” oraz „Signal One”, które też się z kosmitami wiążą. Trzy pod rząd. To już coś znaczy. Jeżeli „Outer Threat” ma jakieś nawiązania, to właśnie do „Signal One”. Może nie bezpośrednie, ale jakoś je widać.
Też o sygnał chodzi, sygnał bardziej do kosmitów, ale sytuacja jest bardziej skomplikowana. Ten film w ogóle balansuje na granicy post-apo i od razu powiem: on jeżeli chodzi o realizację, wcale nie jest taki zły. Ale są „ale”. On aspiruje do kina deczko apokaliptycznego. Myślę też, że niewiele się stanie, jeżeli my sobie pozwolimy na chwilę spoilerowania, bo to nam wyjaśni, o czym ten film jest. Bo gdybyśmy nie przyspoilerowali, to myślę, że by nam nie wyszło za bardzo. Nie da się o nim nie mówić nie spoilerując, takie mam wrażenie. Bo moglibyśmy kogoś wprowadzić w błąd, a dodatkowo można by odnieść mylne wrażenie na temat tego filmu. Co więcej, ja też do tej pory pewnych rzeczy nie wiem, które się tam wydarzyły. Dobra, otóż tak: mamy małżeństwo astrofizyków czy astronomów.
Oni mają własny teleskop, żyją sobie na prowincji i prowadzą obserwacje, ale to nie są obserwacje amatorskie. Teleskop jest stary. Wszystkie pomieszczenia, gdzie się dokonuje analiz, prowadzone są w takim bunkrze. Oni też tam coś pobąkują, że spędzili w tym bunkrze dużo czasu. Tylko że to on raczej się tym zajmuje. Ona się nie chce babrać już w tą pracę. Ten mężczyzna pewnego dnia natrafia na ślad technosygnatury, na sferę Dysona. Tłumaczy potem, czym ta sfera Dysona jest. On znajduje kosmitów bardzo daleko od Ziemi. On o tym wszystkim chce informować ludzi, ale każdy ma to tak naprawdę w nosie, łącznie z jego, nie wiem jak to powiedzieć, oficerem prowadzącym w NORAD-zie, bo ten facet, ten astrofizyk cały czas pracuje dla rządu tak naprawdę.
Wysyła im różne materiały, ale oni to mają gdzieś. W końcu on wie, że wykrył kosmitów. Wysyła do rządu e-maila z tą informacją i kiedy go wysyła, to bach! Zaczyna się, a w zasadzie to się kończy. Kończy się prąd, gaśnie w okolicy światło wszędzie. A na tą ich spokojną miejscówkę, bo nawet nie wiemy, czy to farma, czy dom, czy stodoła, zaczynają nacierać drony, a potem to miejsce zostaje zbombardowane i możemy się domyślać, że to służby ich zbombardowały, bo nie chcą, żeby odkryto istnienie obcych. Otóż nie. I to jest najważniejszy chyba moment w tym filmie, kiedy się dowiadujemy, kto tak naprawdę stoi za atakiem na tych ludzi.
[38:56] - Wiesz, Piotrze co? Tak sobie myślę o tym filmie i rzeczywiście muszę przyznać, że tak myślowo to ten film nie jest najgorszy. On porusza kilka takich kwestii, które po pierwsze są nośne, po drugie są wciągające i interesujące. Natomiast ten film ma pewną słabość, której ja nie lubię. Nie lubię, kiedy filmy w warstwie dialogowej tłumaczą zbyt dużo. W tym filmie jest zbyt wiele takich momentów, kiedy bohaterowie wyjaśniają sobie różne rzeczy. Tak naprawdę to oni nam wyjaśniają te rzeczy, ale to drobny szczegół. I ta warstwa dialogowa, ja rozumiem, że w filmie ona musi być, tylko tu jest przegadana po prostu. My się o wielu rzeczach dowiadujemy z dialogu, a nie z akcji. Jeśli ktoś interesował się teorią literatury i w ogóle tym, jak się pewne rzeczy pisze, to wie dokładnie, że książka przeładowana dialogami, której wszystkiego dowiadujecie się państwo z dialogu kto, z kim, kiedy, po co, dlaczego i jak to było, to jest książka słaba.
Więcej powinniśmy dowiadywać się z akcji, która się dzieje, bo po to ona się dzieje, żebyśmy coś z niej odczytywali. Dialog pomaga oczywiście w bardzo wielu momentach, ale nie może być osią. I bardzo podobnie jest w tym filmie. Coś się rzeczywiście w nim dzieje, tylko zbyt często ględzą. I nie to, że uważam, że film powinien być bez dialogów, wręcz przeciwnie, tylko to nachalne, namolne tłumaczenie nam wszystkiego jest męczące. Jest męczące, bo ja nie wiem, czy w zwykłym życiu dwoje astrofizyków tłumaczy sobie proste, z ich punktu widzenia oczywiście, sprawy, podstawowe sprawy. A tymczasem oni to robią, tłumaczą sobie. To nie tak. Myślę, że na pewnym poziomie być może źle są dobrani bohaterowie. Być może to nie powinna być para astrofizyków, tylko jedno z nich powinno być astrofizykiem, a drugie na przykład pasjonatem.
I jedno, to z wykształceniem, tłumaczy drugiemu, które jest pasjonatem, ale nie ma wykształcenia, pewne podstawowe rzeczy. To jeszcze bym był gotowy przyjąć, chociaż też nie w nadmiarze. Natomiast mówię, słabością tego filmu jest to ględzenie, nieustanne ględzenie, podczas gdy to można było przedstawić w sposób filmowy atrakcyjny, bo tam jest pole, jest miejsce na to, żeby to zrobić. Są zagadki, są przewrotki, jest finał interesujący. Mamy tam zagadnienia zarówno wzięte z popularnych dzieł popkultury, właściwie upowszechnionych przez dzieła popkultury, mianowicie zagadka ciemnego lasu. Wiecie państwo, zagadka trzech ciał i tak dalej, ale tak naprawdę to nie autor tej książki „Zagadka trzech ciał" wymyślił sam problem. Ten problem został wymyślony znacznie wcześniej i problem ciemnego lasu, ale on się tam pojawia i bardzo dobrze, że się pojawia. Później następuje moment decyzji. Później się dowiadujemy, że to może jednak nie obcy robią na przykład zaciemnienie i robią blackout. W każdym razie robią problem.
Okazuje się, że to troszeczkę inaczej wygląda. Tu w tej warstwie to jest wszystko ciekawe, tylko ględzenie doprowadzało mnie w tym filmie do ostateczności. Szkoda, naprawdę szkoda, bo ten film miał potencjał. W zeszłym tygodniu mówiliśmy o filmie „Black Box” i tam też był potencjał. Jakoś tak się dzieje. To jest pewno to zjawisko, o którym Piotrze mówiłeś, że wokół blockbusterów powstają produkcje odpadowe i one nie mają tyle kasy i muszą się ratować a to ględzeniem, a to różnymi innymi wspomagaczami, tak to określmy. I powtarzam, te listy dialogowe w filmie, o którym mówimy, są zbyt długie i zbyt szczegółowe i zbyt chwilami niedorzeczne w tej sytuacji, która jest przedstawiona w filmie.
[43:43] - Tam tych bąków, że tak powiem, to jest więcej. Generalnie to z tego filmu się dowiadujemy, że to AI ich zaatakowała, bo gdy silna sztuczna inteligencja się dowiedziała, że ten typ odkrył sferę Dysona, to ona przejęła kontrolę nad ludzkością, bo generalnie uznała, że kosmici stanowią zagrożenie i tak dalej. Ludzkość nie jest gotowa, trzeba ją odciąć od tego albo po prostu, że to trzeba ingerować. I ci bohaterowie jadą do opuszczonego radioteleskopu w Green Bank, żeby nadać sygnał do tych kosmitów od sfery Dysona, żeby oni przylecieli i nas od tego AI wyswobodzili. I o tym jest ten film. Finalnie oni nie robią tego, nie przylatują, ale sam zamiar jest dość durny. Dajmy na to, że dobra, oni wysyłają ten sygnał do kosmitów. I co? Po pierwsze, to jak go wysyłają? „Panowie kosmici, przylećcie nam pomóc z tą pierońską sztuczną inteligencją, bo nie dajemy sobie rady, już mamy dość”.
Kosmici odpowiadają za 2000 lat: „No dobrze, lecimy”. Lecą następnie 2000 lat z prędkością światła na przykład. A jeżeli nie z prędkością światła, to lecą na przykład 16 000 lat.
[45:00] - Ale oni są bliżej. Piotrze, przesadzasz.
[45:03] - Dajmy na to, że nie doszedł ten sygnał. To głupie jest. Po prostu jest głupie.
[45:10] - Jest, niestety jest.
[45:13] - Tak, jest absurdalne i tych absurdów jest tam w ogóle trochę więcej w tym filmie. Tylko on generalnie nie jest taki bardzo biedny ten film. I to jest bolesne trochę, bo nakręcono coś, co dałoby się oglądać, może gdyby nie ten głupi pomysł w tle i nie ten aktor, który gra główną rolę, jest denerwujący i bezpłciowy. Natomiast tam jest jeszcze drugi minus w tym wszystkim, że to jest trochę film drogi i tam ta rodzina przemierza te bezludne pustkowia, jadą przez tą Amerykę. Zasadniczo to cały czas na nich ktoś poluje, ale oni jadą, bo się nie boją. Mają to w pycie, jak to się mówi. Tylko że tak, gdzie są ludzie w ogóle? Oni tam pukają do drzwi, tam ludzie są, ale na ulicach ludzi nie ma. Nikogo nie ma. Kto kogo uwięził?
Czy AI ludzi uwięziła? Gdzie ludzie zniknęli w ogóle? Co się stało? Nikt nie łazi, nikt nie szabruje. To jest absurd, myślę, też dość duży. I mógłbym chyba kontynuować, bo na tym się ten film generalnie nie kończy, bo tam mamy jeszcze jeden aspekt poruszony, w sumie dwa. I o ile on nie jest zrobiony absolutnie po taniości i jego się da oglądać, to problem w tym, że jest pod pewnymi względami kiepski. Ja myślę, że kiedy się już wydaje pieniądze na taki film oparty o koncepcje, o których się dużo mówi, to można by trochę je dopracować w jakiś sposób albo wprowadzić jakiś element zaskoczenia. To ani naukowe nie jest, ani za bardzo też ufologiczne nie jest. Dodawszy do tego, że ci rodzice mają też geniusze, mają też genialne dzieci, które rozwiązują nięlada problemy, że tam jest genialny dziadek w ogóle, który irytuje i te dzieci też są irytujące, to robi się takie to wszystko dziwne.
I o ile można powiedzieć, że „Signal One” był niedopracowany, to gdzieś tam silił się na jakiś sens. Natomiast tutaj nie wiem, czy się ktoś nie zapytał po prostu najprostsze rzeczy. Czy to, do czego oni dążą w tym filmie, to w ogóle jest logiczne? Czy to ma sens po prostu? Czy w świecie realnym ich przedsięwzięcie mogłoby się udać? I wychodzi z tego straszny chaos tak naprawdę. Szkoda. Szkoda, bo powtarzam chyba trzeci raz, trochę kasy poszło na marne i trochę wysiłku też. Mogłoby być dużo lepiej. Przynajmniej chodzi mi o to, można by zakręcić tym filmem w taki sposób, żeby on został w czyjejś pamięci, a myślę, że w ogóle nie zostanie absolutnie.
[47:58] - Ja myślę, że kiedy ty się dziwisz, że oni tam wszyscy są genialni, nie zapominaj, że genialność to ma się w genach i tam po prostu te geny są doskonałe. Od dziadka po dzieci wszyscy są genialni. Chwała im, dzięki temu coś się w filmie dzieje. Powiem tak, że tam są pytania, ale te pytania są nienachalne. To może nieźle, bo to, co robią na końcu, decydują się jednak wysłać sygnał, chociaż tej sztucznej inteligencji, która musiała się poddać, to by się nie spodobało. Właściwie to my nie wiemy. Jest tam ostre przygotowanie, żeby ten sygnał wysłać, ale czy go wysłali? Cholera wie tak naprawdę. Ale jakoś się tak na to zanosi. To takie tanie, proste zakończenie Nie wiem.
Mam takie wrażenie, proszę państwa, że połączenie tego filmu, który jest jedną wielką listą dialogową, która tłumaczy rzeczywistość, połączenie tego z ciekawymi pytaniami nie daje efektu, którego spodziewali się scenarzyści i reżyser. Nie daje efektu wow. Wręcz przeciwnie, mamy taki efekt: aha, no dobra, to może włączmy jakiś ciekawszy film. Bo ten film momentami przestaje być interesujący. Bo owszem, mamy zagadkę na początku. Ona się pojawia w ten sposób, że główny bohater wysyła informację o swoim odkryciu i kiedy to robi podczas nocnej przejażdżki, nagle gaśnie światło. Stoi przed czerwonym światłem na skrzyżowaniu i gaśnie światło. Wszystko gaśnie. Czyli później się dowiadujemy, jaki jest mechanizm tego i to jest okej. To jest ten moment, kiedy mówimy: wow, coś się dzieje w tym filmie, będzie ciekawie.
A potem dostajemy właśnie to, o czym powiedział Piotr. Opowieść drogi, która nie jest wciągająca. Korzysta z tak zgranych wątków typu benzyna, zdobywanie benzyny. Facet, który jest sympatyczny i gości, ale może do końca sympatyczny nie jest. Opowiada swoją łzawą historię, bo ma taką łzawą historię, bo każdy spotkany człowiek musi mieć łzawą historię i tak dalej. To jest tak przewidywalne i tak sztampowe. Ale później się oczywiście robi końcówka i oni chcą wysłać sygnał, ale drony nadlatują. Ale genialne dzieci oczywiście załatwiają sprawę. Państwo tego słuchają, co mówię i sami sobie państwo wyróbcie pogląd, czy to jest film zrobiony do końca na poważnie. Mówi o poważnych rzeczach.
Ja tam dostrzegłem kilka naprawdę, nie chcę już przesadzać, ale takich egzystencjalnych pytań dla ludzkości. Tylko to jest opakowane w coś takiego, co da się obejrzeć, ale żeby taki przymus mieć, jakiś taki imperatyw kategoryczny, to może niekoniecznie. A teraz zapraszam państwa na kolejny odcinek audycji bez nazwy. Dalej nie mamy nazwy, ale dalej wiemy, co chcemy robić. Przedstawiamy państwu, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, miejsca niezwykłe na terenie Polski. Miejsca w jakiś sposób naznaczone, czy to aktywnością UFO, czy aktywnością niezwykłą, taką związaną z szeroko pojętą paranormalnością. Dzisiaj wspólnie z Piotrem zapraszamy państwa do kamiennych kręgów w miejscowości Odry. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy trzeci odcinek audycji w dalszym ciągu bez nazwy, ale audycji wakacyjnej zachęcającej do podróży, powiedziałbym nawet podróży paranormalnych. A zatem dzień dobry wieczór, Piotrze.
[52:22] - Dzień dobry wieczór. Przerobiliśmy już parę miejsc. Dosłownie parę, bo dwa. A dzisiaj się bierzemy za trzecie. Marku, ja odnoszę takie wrażenie, że temat megalitów w Polsce, bo dzisiaj o nich mówimy, jeszcze jakieś kilkanaście lat temu, a na pewno i w moich, i w twoich czasach szkolnych uważany był za egzotykę. No bo tak, megality u nas... Stonehenge to jest megalit. Czy analogiczne formacje, podobne formacje, może nie analogiczne we Francji i w ogóle tam. Ale u nas, co chciałem powiedzieć? Po prostu wydaje mi się, że przed erą internetu archeologia ziem polskich była mało spopularyzowana.
A dzisiaj to mamy i grobowce kujawskie, i rondele, i kurhany, i oczywiście kamienne kręgi. Okazuje się, że tego w Polsce jest sporo. Może nawet kiedyś było więcej, tylko jakoś to ziemia pochłonęła. A kamienne kręgi, cóż, one szczególnie interesowały i interesują ludzi, także tych, powiedzmy, o skłonnościach ezoterycznych, bo wiele z nich twierdzi, że we wnętrzu coś odczuli. Że to nie są żadne kamienne kalendarze, obserwatoria astronomiczne, prymitywne tylko, ale że mamy do czynienia z jakimiś bardziej zaawansowanymi energetycznie instalacjami. Nie chodzi mi o to, że to są elektrownie w żaden sposób, ale że jakieś subtelne energie tam płyną.
[53:57] - Coś w tym jest. To znaczy ja oczywiście nie będę odnosił się do tego na poziomie naukowym ani paranaukowym. Powiem raczej o swoich doświadczeniach, zatem dam świadectwo. Otóż będziemy dzisiaj rozmawiali o Odrach, o rezerwacie archeologicznym w Odrach, gdzie są kamienne kręgi. I muszę państwu powiedzieć, że ja w tym roku, w czasie swoich wakacji, swojego urlopu po raz kolejny byłem w Odrach, chociaż byłem tam już naprawdę kilka razy i za każdym razem chętnie tam jadę. Jest tam coś niesamowitego. Nie chcę używać wielkich słów, że tam się przewalają, przetaczają jakieś wielkie energie, ale coś jest w tym miejscu takiego, że ono wycisza, daje spokój. To jest być może bardzo subiektywne. Nie wiem tego. Być może obcowanie z przyrodą, obcowanie z czymś bardzo starym, naprawdę bardzo starym daje to poczucie spokoju.
Być może. Ale warto tam pojechać właśnie chociażby po to poczucie spokoju. Naprawdę kilka najbliższych dni człowiek jest inny. Ale to bardzo subiektywne odczucie. A my może zacznijmy jednak od konkretów.
[55:24] - Właśnie, bo czym jest rezerwat archeologiczny w Odrach i dlaczego to jest jedno z najważniejszych stanowisk tego typu w Polsce? Nie tylko najważniejszych jako obiekt turystyczny, ale też najważniejszych z perspektywy historyczno-archeologicznej.
[55:46] - Bo rezerwat archeologiczny w Odrach jest na Pomorzu, w pobliżu miejscowości Czersk. To jest jedno z najlepiej zachowanych cmentarzysk kultury wielbarskiej. To jest kultura związana z Gotami oraz z ludem, który się nazywał Gepidowie. To jest cała grupa plemion. Mówi się o nich plemiona wschodniogermańskie. Naprawdę to oni byli spokrewnieni z Gotami. Oni zamieszkiwali ten teren, o którym mówię w okolicach I-III wieku naszej ery. I tu już zaczyna pracować wyobraźnia. Wyobraźcie sobie państwo, w tym czasie w dalekiej Italii, dzisiaj Italii, ale w starożytnym Rzymie działy się rzeczy naprawdę ważkie dla tamtego świata. A tymczasem u nas, tutaj na Pomorzu była sobie kultura wielbarska i robiła ciekawe rzeczy.
Chociażby układała kręgi kamienne, niezwykłe kręgi kamienne. Kto jest ciekawy relacji o charakterze filmowym, to zapraszam na swój kanał na Wehikuł Wyobraźni. Tam wśród spacerków znajdziecie państwo relację z miejscowości Odry. Co ważne, jeśli chodzi o ten rezerwat archeologiczny. Może bardzo konkretna informacja. Wejście na teren rezerwatu, ogrodzonego rezerwatu jest płatne, ale to są, proszę państwa, kwoty, nazwijmy je symboliczne. Naprawdę nie przypuszczałem, że dzisiaj jeszcze za takie kwoty można cokolwiek zwiedzać. Naprawdę byłem pozytywnie rozczarowany. Nie, to nie jest złe sformułowanie. Byłem ucieszony, że jednak nie wszyscy traktują zabytki w sposób pazerny.
Wręcz przeciwnie, powiedziałbym. Cóż, to jest miejsce dziwne, przedziwne, bo mamy te kamienne kręgi, takie wyeksponowane. Jest ich 10. Mamy też kurhany. Te kamienne kręgi to są konstrukcje, które do dzisiaj nie wiadomo, czemu one tak naprawdę służyły. Do końca nie wiadomo. One częściowo miały oczywiście funkcje i tu jest trudne słowo, muszę je przeliterować, bo zawsze się na nim wykładam. Sepulkaryjne miały funkcje, czyli tak naprawdę grobowce. To chodzi o grobowce. Chodzi o pochówki.
Właśnie nie do końca. Te kręgi tam są oczywiście różnego rodzaju grobowce, różnego rodzaju kurhany, ale okazuje się, że te kręgi miały też inne funkcje. Problem polega na tym, że my dzisiaj nie potrafimy już odtworzyć tego, jakie funkcje tam były. Nie cofniemy się w czasie, przynajmniej na razie, w najbliższym czasie i nie jesteśmy w stanie powiedzieć, po co gromadzili się tam ludzie. Czy to były obrzędy religijne? Czy to były zgromadzenia o charakterze, dzisiaj byśmy powiedzieli świeckim. Czy to były miejsca narad starszyzny? Nie wiemy. Tego po prostu nie wiemy. Czy to był żywy kalendarz, czy to był kalendarz astronomiczny.
Wszystko jest być może. Te odkrycia archeologiczne, bo w końcu to jest rezerwat archeologiczny. Te odkrycia archeologiczne z Odrów pozwoliły nieco lepiej poznać życie tej społeczności. Ale nie dajmy się zwieść. Lepiej to nie znaczy w pełni, a właściwie bardzo mało wiemy o tej kulturze wielbarskiej. Zostały oczywiście jakieś odkrycia archeologiczne, ale tak naprawdę to jest pole dla naszej wyobraźni. Kiedy stoję czasami w jednym z kręgów i zaczynam sobie wyobrażać, jak tu było 2000 lat temu, to wyobraźnia, proszę państwa, szaleje. Absolutnie szaleje. Bo ja nie wiem, czy tam w tamtych czasach był las, który tu porasta teren, jak te kręgi były usytuowane. To już mówiłem.
Po co zbierali się tu ludzie? Jaką funkcję to wszystko pełniło? Naprawdę stanąć pośrodku jednego z tych kręgów, przymknąć oczy i przenieść się w czasie tak mentalnie. To jest niezapomniane wrażenie. To jest takie miejsce te Odry, gdzie historia, moim zdaniem, gdzie historia spotyka się z legendą.
[01:00:44] - Jeżeli chodzi o archeologię, to powiem ci z perspektywy takiej edukacyjnej wydaje mi się, że ten temat bardziej rozpalałby wyobraźnię, gdyby takie trudne terminy, typu na przykład kultura wielbarska Zastępowano nazwami ludów. Nam jest ich łatwiej wyobrazić. To nie zawsze jest oczywiście możliwe, ale tam, gdzie jest to możliwe, powinno się mówić, że to może byli właśnie jacyś tam wschodni Germanie. Może to nie jest za bardzo polityczne, na pewno kiedyś nie było, ale myślę, że to bardziej pozwala umiejscowić sobie ich w czasie.
[01:01:18] - Ale przerwę ci. Goci, to jest też ciekawe, bo owszem, może oni tam stacjonowali, ale później sobie poszli. Jedni Goci poszli na zachód, inni Goci poszli na południe. Oni się po prostu wynieśli, więc to już nawet nie jest takie dwuznaczne politycznie. Po prostu sobie wyemigrowali, miejsce zostało zajęte.
[01:01:44] - Pewnie nie wszyscy też sobie poszli, może nawet niektórzy zostali. Ale dobra, to już wiemy, jak to wygląda z perspektywy naukowej i nie tylko. A jak ty osobiście myślisz, jaką rolę odgrywały te kręgi w życiu, powiedzmy tych Wielbarczyków?
[01:02:07] - Bardzo ładna nazwa.
[01:02:08] - Po co one im były? Czy oni tam pranie suszyli na przykład? Czy może to było bardziej wysublimowane coś?
[01:02:16] - Przyznam, że nie sądzę z tym praniem. Nic się wykluczyć niby nie da. Częściowo już o tym mówiłem, że kamienne kręgi bardzo wielu osobom kojarzą się z miejscami pochówku, ale prawdopodobnie tam w Odrach to znaczenie było znacznie szersze. W samych kręgach, które spotykamy w rezerwacie, stosunkowo rzadko odnajdywano groby. To ewidentnie sugeruje, że te kręgi pełniły funkcje ceremonialne albo szerzej społeczne. Jeszcze na chwilę się zatrzymam przy tych funkcjach. Kręgi, a właściwie same kamienie w kręgach są ciekawe, bo tam są na tych kamieniach porosty, które nie występują w ogóle w naszej części Europy. To są porosty, które pochodzą gdzieś ze Skandynawii i to takiej bardziej na północ. Zatem mamy takie miejsce, w którym pojawiają się rzeczy dziwne. Kamienie porośnięte są porostami.
Zresztą sama obsługa tego rezerwatu bardzo prosi, pilnuje, apeluje i w ogóle mówi dużo na ten temat, żeby tych kamieni nie dotykać, żeby je oglądać, ale nie organoleptycznie w sensie dotykowym, ponieważ te porosty są bardzo delikatne. Ale sam fakt, że nigdzie więcej tych porostów nie ma, mnie na przykład przemawia do wyobraźni. Tak jak powiedziałem, to mogły być miejsca zgromadzeń, miejsca rozstrzygania sporów. Ja wiem, podejmowania ważnych decyzji, a może miejsca odprawiania rytuałów związanych z cyklem astronomicznym, przyrodniczym jakimś tam. To jest ten problem, który sygnalizowałem gdzieś tam na początku, że my tak mało wiemy o tych, jak ty to mówiłeś Piotrze, Wielbarczykach. Bardzo mi się podoba ta nazwa. Tak mało o nich wiemy, że dzisiaj przyłożenie tego obrazu, co się działo pośród tych kręgów 2000 lat temu, jest bardzo trudne. Ale ten regularny układ kamieni wskazuje na dobre opanowanie, dobrą znajomość przestrzeni. Niektórzy to sugerują z układu tychże kamieni, sugerują również obserwacje astronomiczne. Myślę, że te kamienne kręgi z Odrów to jest przede wszystkim świadectwo wysokiego poziomu organizacji tych ludów, które tam wówczas mieszkały.
Bo proszę państwa, te kamyki, one się nie wydają takie potężne jak te w Stonehenge, ale wierzcie mi państwo, nie da się tego podnieść w pojedynkę. Ja nie wiem, czy we dwójkę. To są naprawdę może nie monstrualne głazy, ale kamyczki, których ja bym nie chciał dźwigać na swoich plecach. Nie dałbym rady po prostu. A zatem trzeba to było zorganizować, to układanie kamieni, tych kamieni centralnych pośrodku kręgu, jak i tych, które otaczają te kamienie centralne. Tam jak się jest, to jest to wrażenie niesamowite, bo w tych kręgach mamy kamienie centralne, kamienie, które otaczają, a jeszcze poszczególne kamienie otaczające centrum są połączone takimi małymi kamyczkami, przynajmniej w niektórych kręgach. To trochę wygląda, jakby było wybrukowane. Wierzcie mi państwo. I to przetrwało 2000 lat. Nie wiem, mnie tam wyobraźnia szaleje po prostu.
[01:06:18] - Tak, wielu osobom tam wyobraźnia szaleje, jeżeli chodzi o to miejsce. Skąd się w ogóle wzięła opinia, że kamienne kręgi w Odrach mają jakąś niezwykłą moc, że one emanują czymś, jakimś oddziaływaniem? Czym jest też tak zwana elipsa?
[01:06:40] - Zacznę od tego, że pani, która wpuszczała na teren rezerwatu jedną z rzeczy, które powiedziała, uśmiechając się, że życzy nam dobrej energii. Bo to miejsce rzeczywiście znane jest z tego, że ponoć emanuje dobrą energią. Ja to potwierdzam, potwierdzałem już to, ale Warto przejść do sedna. Otóż w Odrach pojawiają się nie tylko archeolodzy, ale również osoby zainteresowane zjawiskami niewyjaśnionymi. Można ich tam spotkać i naprawdę dosyć często się pojawiają, bo według zwolenników radiestezji przez teren kręgów przebiegają silne strefy promieniowania geopatycznego oraz linie energii ziemi, czymkolwiek one są. Mówiąc szczerze, nie wiem. A szczególną uwagę zwraca tak zwana elipsa. To jest miejsce trochę na uboczu, dalej od tych kręgów. Miejsce, w którym wielu odwiedzających deklaruje odczuwanie mrowienia, ciepła, zawrotów głowy, przypływu energii wreszcie. Oczywiście naukowcy, jak to naukowcy, nie potwierdzili istnienia takich oddziaływań, bo chyba jednak nie mają możliwości badania.
To jest poza zakresem nauki. Trudno znaleźć jest dowody, że ta elipsa, to miejsce na terenie rezerwatu emanuje jakąkolwiek niezwykłą energią. Mówi się, że występuje tam w skali Bovisa. Ta skala Bovisa to też jest coś, co trudno jest uchwytne. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale ona jest bardzo egzotyczna, tak bym to określił. Niemniej jednak deklaruje się, że w skali Bovisa jest tak zwana boska energia. Nic dziwnego zatem, że zainteresowanie elipsą, tym miejscem to jest duże zainteresowanie. Ja właściwie za każdym razem, kiedy jestem w Odrach, spotykam tam może nie dzikie tłumy, ale dużą grupę osób, które tam po prostu siedzą. Nawet nie rozmawiają, mają przymknięte oczy i siedzą. I siedzą tak pół godziny, dłużej czasami.
To jest taka atmosfera absolutnego szczęścia. Jest szum lasu, dźwięki lasu i cisza. Poza tym jest cisza i ta niewidoczna energia, która ponoć tam emanuje. Mówię ponoć, mówię być może, ale ja sam się tam dobrze czuję. Mówiąc zupełnie obiektywnie, to zainteresowanie tym miejscem, mówi się często, że to jest element lokalnych opowieści, opowieści radiestezyjnych. Ja nie chcę tego rozstrzygać. Nie wiem tak naprawdę. Mogę dać państwu kolejne świadectwo. Tam człowiek naprawdę dobrze się czuje. Proszę państwa, żeby dojechać ode mnie z domu do miejscowości Odry, trzeba jechać niemal dwie godziny.
Sam fakt, że ja tam byłem już wiele razy, świadczy o tym, że jest coś w tym miejscu takiego, co przyciąga. Być może to coś jest w mojej głowie. Ja wcale tego nie neguję. Niemniej jest to miejsce fascynujące. Powtarzam to po raz kolejny. Miejsce fascynujące zarówno badaczy nieznanego, jak i badaczy przeszłości, zagadek przeszłości.
[01:10:27] - A jak do tego podchodzą inni? Czy też równie entuzjastycznie? To znaczy, czy kiedy odwiedzasz to miejsce, to tam jest zawsze pełno turystów? Bo to w sumie jest dość oryginalne, ale nie jakiś mega okazały jak zamek w Stobnicy obiekt. Czy tam coś przyciąga też innych? Czy to jest duża atrakcja w rejonie?
[01:10:52] - Chyba to jest atrakcja. To powiem tak na zasadzie obserwacji. Kiedy byłem ostatnio, to miałem problemy z zaparkowaniem, bo ten parking nie jest ogromny przed samym rezerwatem, więc już miałem problem, żeby zaparkować. W końcu ktoś wyjechał, to wskoczyłem na to miejsce, ale to już świadczy, że tam ludzi jest całkiem sporo. Co ciekawe, samochodów było dużo, a kiedy się wejdzie na teren rezerwatu, ci ludzie jakby znikają. Ja wiem, tych kręgów jest 10. Trzeba, żeby je wszystkie obejść, zobaczyć, przeżyć. Trzeba trochę czasu, ale ci ludzie rozpływają się w powietrzu. Nie ma ich tam po prostu. Chociaż wiem, że są.
Taki paradoksik, ale to świadczy o tym, że wielu ludzi tam przyjeżdża. To jest miejsce, które ciągnie ludzi i w dodatku oczywiście musiałem posprawdzać rejestracje i tak powiem na początku bardzo ogólnie. Tam były rejestracje z całej Polski. Nie wiem, czy z całej, ale z różnych miejsc, bo się bardzo od siebie różniły te rejestracje. Ja po zmianie niestety nie potrafię rozpoznawać wszystkich miejsc w Polsce po rejestracjach, ale one się po prostu różniły. Były bardzo różne i po tym wnioskuję, że to jest atrakcja nie tylko dla lokalsów. Ja trudno chyba się nie zaliczam do lokalsów, ale dla ludzi mieszkających stosunkowo blisko, tylko atrakcja dla ludzi z wielu regionów Polski. To chyba warte, żeby to podkreślić. Myślę, że Odry to jest takie miejsce, które pozwala spojrzeć w przeszłość. Już państwo tego doświadczyli, kiedy mówiłem, że sobie warto wyobrazić, jak tu było 2000 lat wcześniej.
W ogóle to jest miejsce, które pozwala spojrzeć na przeszłość z wielu perspektyw. Dla archeologów Odry to jest cenne źródło wiedzy o kulturze wielbarskiej, o Wielbarczykach. Cały czas jestem pod wrażeniem. O ich zwyczajach pogrzebowych, o migracjach. O tym wszystkim, co działo się w pierwszych wiekach naszej ery. To zresztą państwo znajdziecie na tablicach informacyjnych. To jest dosyć szczegółowo opisane. Nie jest opisane w sposób nudny. To się dobrze czyta, dosyć potoczyście. Nie nudzą, raczej podają pewne fakty i to jest ciekawe.
Więc mamy informacje na bieżąco. Myślę, że dla historyków Odry to jest świadectwo kontaktów pomiędzy mieszkańcami Pomorza, ówczesnego miejsca, które dzisiaj nazywamy Pomorzem a światem rzymskim, bo na terenie rezerwatu odnajdywane były importowane przedmioty właśnie z okolic Morza Śródziemnego. A dla turystów i dla pasjonatów tajemnic, te kamienne kręgi w Odrach to jest miejsce wyjątkowe ze względu na atmosferę. To już podkreślałem, ale też ze względu na legendy, na niezwykły krajobraz Borów Tucholskich, bo tam właśnie jesteśmy. Mamy tutaj połączenie, z jednej strony rzetelnej historii, wchodzącej trochę na teren archeologii, z drugiej strony to jest miejsce, które jest miejscem intrygującym, miejscem z pewną tajemnicą, a nawet z pewną paranormalnością. I myślę, że to jest niezwykle cenne i przyciągające. Proszę państwa, to teraz czas na odrobinę prosy. Dzisiaj przygotowałem dla państwa aż cztery opowiadania. Pierwsze z nich napisał Piotr Prokopowicz. Nosi ono tytuł „Tylko nie czerwony kaptur”.
Kolejne opowiadanie wyszło spod pióra, czy też może bardziej klawiatury, Jakuba Karbownika. Opowiadanie trzecie również stworzył Piotr Prokopowicz. Nosi ono tytuł „Dobre warunki na surfing”. No i czwarte opowiadanie Bruno Kadyna „Co się stało z moim kumplem?”. Serdecznie państwa zapraszam. A czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:15:39] - Piotr Prokopowicz „Tylko nie czerwony kaptur”. „Ech, tylko zielony albo brązowy kaptur” – wzdycha głośno Pikulinek. – Skrzaty czapeczkowe mają więcej opcji. Czemu my kapturkowe mamy tylko takie pospolite barwy? „Ależ nikt ci nie zabrania zażądać innego koloru.” Pojawiła się nagle skądś Łasica Cmentarnica. Pikulinek wzdrygnął się na jej widok. Niespecjalnie przepadał za jej towarzystwem. Zawsze tak dziwnie patrzyła i uśmiechała się przewrotnie. Zainteresował się jednak jej słowami i zapytał: „Co? Jak?
Jak to zażądać?” „Przecież wiesz.” Oblizała się nieprzyjemnie. „Gdy zażyczysz sobie jakiś kolor, magia wiążąca Myszkę Igiełkę z wami skrzatami wymusi na niej wykonanie polecenia.” Po chwili niby od niechcenia zapytała: „Jaki kolor cię interesuje?” „Chciałbym mieć choć jeden czerwony kaptur, a nie tylko te nudne zielone albo brązowe.” „To czemu jeszcze nie masz?” Łasica Cmentarnica uśmiechnęła się i dodała: „Coś ci zdradzę. Większość skrzatów ma choć jeden czerwony kubrak z kapturem głęboko schowany w swojej szafie.” Oblizała się dziwnie. „Tak? To czemu ich nie noszą?” „A nie wiem. Jeśli mi nie wierzysz, sam sprawdź. Dam ci jednak radę. Nie pytaj wprost.” „Co? Dlaczego?” „Żeby ich nie złościć. Skoro ich nie noszą, to znaczy, że chyba nie lubią tego koloru.
Najlepiej przy wizycie, gdy będziesz wieszał swój kubraczek w ich szafie, przyjrzyj się, co trzymają w niej na samym dnie” – podpowiedziała. Minął tydzień i Pikulinek wyruszył do Myszki Igiełki z zamówieniem po nowy kubrak. „Łasica Cmentarnica miała rację” – myślał. Rabatek miał głęboko w swej szafie kubrak z czerwonym kapturem i nie tylko on. Również Wawrzynek i Florynek mieli podobne i również wciśnięte na samym dnie. Gdy był u Rabatka, próbował nawet zapytać o tamten kubrak. Jednak gospodarz nagle przypomniał sobie o pilnych zajęciach. Przepraszał uniżenie, ale musiał szybko wyjść do lasu, kończąc tym samym koleżeńską wizytę. „O, witaj Pikulinku” – uśmiechnęła się Myszka Igiełka. – Przyszedłeś zamówić nowy kubrak?
„Tak, moja droga.” „Stań tu i nie ruszaj się. Zaraz weźmiemy miarę.” Przyniosła z norki taboret. „Ho, ho, ho. Podrosłeś Pikulinku.” Mierząc, pisnęła radośnie. – Jesteś już naprawdę dużym i dorosłym skrzatem. Jaki kolor byś chciał tym razem? Może taki ładny, wiosenny, zielony jak świeże listki. „Wybacz droga Myszko Igiełko, ale tym razem chciałbym czerwony.” „Cze-czerwony?” – zająknęła się. „Ale...” „Słyszałaś. On chce czerwony.” Swoim zwyczajem, jakby znikąd pojawiła się Łasica Cmentarnica.
Biedna Myszka aż się skuliła. „Nie trzeba tak krzyczeć” – upomniał Łasicę Pikulinek. Po czym zwrócił się uprzejmie do Igiełki: „Tak Myszko, chciałbym czerwony. Czy jesteś w stanie uszyć mi kubrak w tym kolorze?” „Tak, oczywiście” – odpowiedziała smutno. Na jutro będzie gotowy. Po czym wycofała się do norki. Zachowałaś się bardzo niegrzecznie. Zwrócił się skrzat do łasicy. Rzeczywiście. Wybacz.
Oblizała się z uśmiechem, po czym zniknęła w zaroślach. Następnego dnia Pikulinek wesoło maszerował do norki Myszki Igiełki. Nie mógł już się doczekać swojego nowego kubraka z czerwonym kapturem. Przy norce była też łasica Cmentarnica. Czemu cały czas za mną łazisz? Zżymał się skrzat. Idź, zajmij się swoimi sprawami. Właśnie się zajmuję. Wskazała na listki przykrywające zakrwawione martwe ciałko Myszki Igiełki. Przecież wiesz, że sprzątanie ciał należy do mnie.
Oblizała się radośnie. Oj nie, nie, nie – zawodził smutno Pikulinek. Co się stało? Proszę, oto twoje zamówienie. Łasica podała mu jaskrawo mieniące się nowe ubranie. Jak myślisz, naiwny skrzacie, skąd ona wzięła barwę do tego kubraka? Pikulinek długo stał, trzymając w rękach swój piękny kubrak z czerwonym kapturem i płakał. Wiedział, że schowa go gdzieś na dnie szafy i nigdy, przenigdy go nie założy. Jakub Karbownik „Cavum Oris”. Przyjemnie tutaj cieplutko, milutko, ciemniutko, wilgotnie, ale nie za mokro.
Ciekawe i zróżnicowane wnętrze. Kulturalni sąsiedzi. Chyba znalazłem sobie nowy dom. Trochę się położę. Zerknął w prawo. Oho! Tamto miejsce wygląda zachęcająco. Parę godzin później. Wygodny ten biały leżak. Można poleżeć i podumać w spokoju.
O, a co to za jasne światło? Lepiej wycofam się nieco i zejdę niżej. Zeskoczył i podreptał nieco dalej. Być może to nie był dobry pomysł przyłazić tutaj. Zaraz, zaraz. Ktoś tu chyba leci. Raczej spada. Zabrzmiał nieznajomy głos z tyłu. Sylwetka kaskadera była coraz bardziej wyraźna na tle mocnego światła. Chwilę później wylądował na miękkim czerwonym tarasie.
Ha! Gdzie ja jestem? Powiedział przybysz, przeciągając się. Witamy w Cavum Oris. Nazywam się Amaliza, a mój brat to Lizozym. Dostojnym tonem przywitała nowego. Lizozym zaś jedynie kiwnął głową. A ja jestem gościem z tych białych leżaków. Aspartam. Miło mi.
A jak ty się nazywasz? Zapytał grzecznie, podając rękę przybyszowi. Zwą mnie Azbestos. Korzystając z uprzejmości również podał rękę, dzięki czemu wstał bez przeszkód. Jak się tu znalazłeś? Przyznam, że twoje imię brzmi nieco egzotycznie w tych stronach. Dociekał Aspartam. Sam do końca tego nie wiem. Podrapał się po głowie. Siedziałem z braćmi jak co dzień, a tu nagle jakieś wstrząsy, piski i zanim się obejrzeliśmy, część z nas zaczęła spadać.
Usiadł i kontynuował nieco przybity. Z tego, co widzę, tylko ja tutaj trafiłem. Reszta musiała skończyć gdzie indziej. Nie martw się, ja też jestem tu nowy. Pocieszał Aspartam. Możemy zostać przyjaciółmi, jeśli chcesz. Jasne. Odpowiedział nieco weselszy Azbestos. A wy od kiedy tu jesteście? Zwrócił się do Amylazy i Lizozymu.
Wyręczył ich Aspartam. Oni byli tu od początku, przynajmniej przed moim przybyciem, co nie? Owszem, mieszkamy tu od dawna. Nuta pogardy zabrzmiała znacząco. Dla nas oboje jesteście gośćmi, dlatego zapraszamy was dalej. Wskazała kierunek. Tam nie sięga to światło. Azbestos i Aspartam spojrzeli po sobie. Jasne. Odpowiedział wesoło Aspartam.
Ta cholerna jasność zaczyna działać mi na nerwy. Chodźmy Azbestosie. Poczekaj. Coś mnie w nich niepokoi. Pozwól na stronę. Odeszli kawałek dalej. Ufasz im? Ile ich znasz? Eee, to znaczy w sumie dopiero teraz ich poznałem. Uśmiechnął się.
To skąd wiesz, że tu byli przed tobą? Zirytował się Azbestos. Bo widziałem ich już, ale z góry. Wskazał białe leżaki, które znajdowały się nieco wyżej. Coś tam mamrotali do mnie wcześniej, ale ich nie słyszałem, bo stali za daleko. Także pierwszą rozmowę z nimi w sumie odbyłem przy tobie. Jego uśmiech był jeszcze szerszy. Powiem wprost. Spoważniał Azbestos. Już gdzieś widziałem podobne spojrzenie i prezencję.
Uważajmy na nich. Mogą coś szykować. E tam, wymyślasz. Mnie też to dopiero poznałeś, a chyba mnie nie podejrzewasz, co nie? Powiedzmy, że nie wykrywam od ciebie złych intencji. Czemu do cholery cały czas się tak szczerzysz? Kiedy leżałem, to wymyśliłem, gdzie później będę leżał. Pełny dumy ruszył do czekającej na nich dwójki. Nie smęć, tylko chodź. Azbestos pokręcił głową, ale summa summarum poszedł za towarzyszem.
Teatrzyk skończony? Zapytała pełna irytacji Amylaza. Azbestos spojrzał groźnie i już miał coś powiedzieć, ale uprzedził go nadpobudliwy kompan. Nie dąsaj się. No, prowadź do tego waszego legowiska. Tędy proszę. Kroczyli jakiś czas w kolumnie, zaczynając od amylazy, kończąc na lizozymie. Niepokój w Azbestosie rósł z każdym krokiem. Bacznie obserwował tą enigmatyczną dwójkę. „Jesteśmy na miejscu” – obwieściła amylaza.
„O, widzę rokujące miejsce na leżakowanie” – powiedział uradowany Aspartam. Azbestos chwycił roztargnionego towarzysza. „Gdzie tam znowu leziesz? Czy nie ma w tobie krzty ostrożności? Teraz!” – ryknęła amylaza. Razem z lizozymem objęli gości, trzymając ich w mocnym uścisku. Azbestos przeklął się w myślach za swoją głupotę. Rozproszył się. „Co wy, do cholery, robicie?” – krzyknął gniewnie. „Każdego, kto tu trafia, czeka ten sam los.” Szyderczy uśmiech pojawił się na twarzy amylazy.
„Co was wzięło na przytulanie?” – rzucił zmieszany Aspartam. „Możesz się ruszać?” – zapytał Azbestos. „Co za potężna siła. Nie mogę nawet drgnąć. Czuję się jakoś tak słabo, Azbestosie” – prawie szeptał Aspartam. – „Chyba się rozpływam.” „Zostawcie go!” „Wygląda na to, że twój wesołek zginie tutaj” – mówiła, prawie śmiejąc się, amylaza. – „A ty? Cóż, na dole się z tobą rozprawią.” Azbestos dopiero teraz zobaczył ciemną przepaść. Zaczął wyrywać się maniakalnym oporem, ale skutek był mizerny. „Przecież sami zginiecie.” – próbował przemówić do rozsądku napastników.
Jak zwykle lizozym pozostał cichy. „Śmierć nie ma tutaj nad nami władzy. Odrodzimy się na nowo” – triumfalnie oznajmiła amylaza. „Jesteście szaleni.” Azbestos pomału godził się ze swoim losem. „Aspartamie, chociaż znaliśmy się krótko, to i tak zaszczytem było cię poznać.” Nie otrzymał odpowiedzi. Kompan za jego plecami był coraz słabszy. Poczuł ciepły uśmiech na skórze. Jedyny znak, że jego towarzysz jeszcze żyje. Spojrzał w górę w płodnej nadziei, że ujrzy miejsce, z którego przyleciał. Jego oczy zastały jedynie coś w rodzaju kropli, która nie może spaść.
„Cóż to za paskudztwo?” – pomyślał. Wtem ta galaretowata kropla zaczęła wibrować. „Znowu nadchodzi” – syknęła amylaza. Nad ich głowami pojawił się ogromny cień. Dosłownie kilka sekund później nastąpiły potężne drgania. Azbestos poczuł, jak uścisk znacząco słabnie. Instynktownie szarpnął gwałtownie, odpychając tym samym napastniczkę. Ta omalże spadła w przepaść, jednak w ostatniej chwili złapała się krawędzi. „Zapłacisz mi za to” – ryknęła. „Nie jesteś w pozycji do wypluwania gróźb” – odgryzł się Azbestos.
Nie tracąc momentum, złapał przymulonego lizozyma i cisnął nim w stronę siostry. Trafił idealnie, strącając uparcie uczepioną amylazę. Słychać było coraz bardziej oddalający się krzyk tylko jednej osoby. Lizozym do końca pozostał cicho. „Aspartamie” – podbiegł do niego Azbestos, delikatnie go podnosząc. – „Co oni ci zrobili?” „Byłem już w gorszych sytuacjach” – odpowiedział z uśmiechem, ale bez jednej ręki. „Zabieramy się stąd” – oznajmił Azbestos, po czym pomógł wstać towarzyszowi. Następnie wziął go pod ramię i obaj zmierzali w stronę źródła drgań. „Przynajmniej dzięki temu czemuś to światło tak nie daje po oczach” – zauważył pozytywny aspekt Aspartam. „Twoja doza optymizmu wydaje się niezdrowa.” – pokręcił głową Azbestos, ale też delikatny uśmiech wykiełkował na jego twarzy.
Byli mniej więcej w połowie drogi, kiedy dostrzegli coś bardzo dziwnego. „Azbestosie, od kiedy to ściany mają oczy?” – zapytał zmieszany Aspartam. „Co ty znowu bredz--” – przełknął ślinę. – „Chyba jednak nie kłamała z tym odracaniem.” Na zaróżowionych ścianach mozolnie pojawiały się sylwetki amylazy i lizozyma. W ich oczach błyszczała czysta furia. „Wiesz, już nie chcę, żeby mnie przytulali.” Głos Aspartama pierwszy raz niósł w sobie dozę smutku. „Uwierz mi, ja też.” Nagle zapadła ciemność. „Do cholery, co tym razem?” – rzucił pytanie w powietrze Azbestos. Z tyłu dochodził ich upiorny śmiech napastników, a w zasadzie tylko napastniczki. Wydawać by się mogło, że ciemność nie robi na nich wrażenia.
„Jeszcze tylko kawał--” Głos Azbestosa został przerwany. Ujrzał cieniutką linię światła, a wraz z nią coś niezwykłego. W ich stronę zmierzała niejednorodna ściana jakiejś dziwnej substancji. Promyk zniknął, a dzielni towarzysze zaczęli unosić się bezwładnie, obijając się od ściany do ściany, dryfując bezładnie w nieznanej dla nich cieczy. Proszę teraz spokojnie wypluć wodę do zlewiku. Pacjent posłusznie wykonał polecenia dentysty. Zauważył szarawą plamkę na tle białej porcelany. Coś tam chyba pan chciał powiedzieć przed uruchomieniem wiertła. A, to. Mógłbym przysiąc, że doktorowi coś z poddasza się posypało.
Wie pan, to całkiem możliwe. Budynek już swoje ma. A tutaj widzi pan, mam gabinet zastępczy na czas remontu dolnej kondygnacji. Spojrzał do góry lekarz. Jak, doktorze, moje zęby? Wygląda to w miarę? Zapytał lekko niespokojnym głosem pacjent. Przerzuciłem się na słodzik, żeby w części wyeliminować cukier. Uśmiechnął się dumnie. Rzeczywiście słodzik nie przyczynia się do rozwoju próchnicy – pochwalił dentysta.
A co do uzębienia na pewno jest lepiej niż ostatnio i w ogóle pańska cavum oris wygląda zdrowiej. Cavum oris? Zapytał zmieszany mężczyzna. Przepraszam, po tylu godzinach na nogach łacina mi czasami przychodzi na język. Po prostu jama ustna wygląda lepiej – uśmiechnął się lekarz. Piotr Prokopowicz „Dobre warunki na surfing". Od jakiegoś czasu stacje zapowiadały, że tego dnia będą świetne warunki na surfing. Jim przeklinał ich w myślach. Wszyscy wiedzą, że dziki surfing jest zabroniony, ale jak się trąbi nieustannie o tym, że będzie dobry wiatr, dobra fala, to wiadomo, że znajdzie się grupa dzieciaków, które będą chciały popisać się przed innymi. Najgorzej jak coś się stanie.
Wtedy wszyscy będą pytać: a co w tym czasie robiła straż? Ale nikt nie przyczepi się do tych redaktorków za jawne zachęcanie do łamania przepisów. Przeklęty niefart, że wypadało to akurat podczas służby Jima. Dobrze przynajmniej, że miał ją razem z Carlem. Ten chociaż miał głowę na karku, w odróżnieniu od Boba, Hala i innych. Jeszcze zanim fala dotarła, postanowili z Carlem ograniczyć liczbę incydentów i zasadzili się ze skanerami na wybrzeżu Morza Obfitości. To był dobry pomysł. Dzięki temu zgarnęli sprzęt kilkudziesięciu dzieciakom, zanim zdążyły z niego skorzystać. Niestety sporej grupie surferów udało się wystartować z cypla na Morzu Nektaru. Strażnicy ruszyli w pogoń.
Pierwszych 15 zatrzymali gładko. Nie ma to jak strzał z uniczatora darkonowego w żagiel magnetobrionowy. Defloatyfikuje się od razu, a delikwent zostaje bezpiecznie na desce. Można ich zatem na spokojnie, po kolei i bez ryzyka zgarniać. Na skanerach mieli jeszcze siedmiu. Widać było, że część zainwestowała w nowy sprzęt. Mimo że deski były niesione tylko wiatrem, turboląd służbowy Jima ledwie ich doganiał. Faktycznie fala musiała być potężna. Carlowi udało się zatrzymać jeszcze czterech. Kolejny zrobił błąd przy sterach i wpadł na Amora.
Carl poleciał za nim sprawdzić, czy nie trzeba będzie wzywać hospitalota. Jim nacisnął przepustnicę, koncentrując się na dwóch najszybszych surferach. Pierwszego dogonił i zatrzymał dość łatwo. Ostatni miał piękny żagiel, który pobłyskiwał kolorami tęczy i niesiony potężną falą wiatru słonecznego mknął w kierunku Marsa. Lecieli z tą samą prędkością. Za daleko, żeby strzelać. Nie było rady. Jim wcisnął czerwony przycisk. Nieoficjalna mieszanka paliwa zrobiła swoje. Wystarczyła minuta i ostatni delikwent został pozbawiony pięknego żagla.
To był kilkunastoletni podrostek w wieku jego syna Lewisa. Jim przechwytując chłopaka do luku bagażowego nadał swój ulubiony tekst: „Zostałeś zatrzymany przez jednostkę Straży Księżycowej. Wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciw tobie”. Był zszokowany, gdy w odpowiedzi usłyszał głos swojego syna. Tylko nic nie mów mamie. Dobrze, tato? Bruno Kadyna „Co się stało z moim kumplem?” Uff, koniec. Dobrze, że dzisiaj nie było dużo zadane. Nienawidzę odrabiania lekcji. Skończyłeś?
Zapytała mama. Mhm. Pokaż. Podeszła sprawdzić, jak zawsze. Nie da się jej oszukać. Tu mogłeś zrobić ładniej, ale już dobrze. Spakuj się na jutro. Wstałem od stołu i podniosłem plecak. Wiesz co, mamo? Co, synku?
Bartek jest jakiś dziwny. Dlaczego? Zaczął się dziwnie zachowywać od kilku dni. Kilka dni temu zaczął się dziwnie zachowywać? Zapytała mama. Właśnie powiedziałem. Poprawiam cię. Czyli od kilku dni dziwnie się zachowuje? To znaczy jak? No dziwnie.
Przestał na przykład... Ups, prawie się wygadałem. Zacząłem pakować zeszyty i piórnik. Co przestał? Ja nie, ale inne chłopaki biegają na przerwach, a Bartek szalał najbardziej i nagle przestał. Ty nie? Ja nie. A dlaczego Bartek przestał? No nie wiem właśnie. Jednego dnia normalnie wariował.
Ciągnął Natalię za włosy i dokuczał, a na drugi dzień przestał. Może przestała mu się podobać. Mówił, że mu się nie podoba, ale ja wiem, że się w niej zabujał. A od poniedziałku jakby w ogóle już nie był zabujany. No to faktycznie chyba się odbujał. Dziwnie też mówi jak stary. Stary? Jak dorośli. Jak tata na przykład. Grubym głosem?
Nie. Tak dziwnie, jak dorośli. Staro i nudnie. To dziwne. Nie biega na przerwach i jakby w ogóle nie widział Natalki. Aż się na niego wkurzyła i krzyknęła, że nie wie, o co mu chodzi, a on się uśmiechnął i ukłonił jak gmentelmen. Dżentelmen – poprawiła mama. Ukłonił się jak dżmentelmen i odszedł jak jakiś dziwak. Nie wiem, co to było. Może coś się stało u niego w domu i jest przygnębiony.
Jest jakiś poważny i spokojny. Nagle się dobrze uczy, jakby już świetnie umiał, czego się uczymy. Kiedy pani go woła do tablicy, nie boi się, że znowu dostanie pałę, tylko się uśmiecha. Wczoraj pani się zdziwiła, bo on wszystko wiedział i dostał pionę. To bardzo ładnie. Zapytałem go, co mu się stało, a on tylko puścił oko i klepnął mnie w plecy. I nic nie powiedział? Nic a nic. Może nie chce się chwalić, że się przykłada do nauki i widzi, że warto się wysilać. Nie wiem.
Ale czemu nie biega z chłopakami na przerwach i nie zaczepia dziewczyn, tylko siedzi i czyta jakąś nudną książkę dla dorosłych. On nigdy nie czytał żadnej książki, a co dopiero dla dorosłych. Jaką książkę? Nie wiem. Same małe litery, jakąś nudną i pewnie bez sensu. A jak nie czyta, to patrzy za okno albo na dzieciaki i się uśmiecha. Może on zwariował, mamo. Musiało coś się wydarzyć w jego życiu, co go zmieniło. I wygląda na to, że to zmiana na lepsze. Na lepsze?
To katastrofna nuda. Katastrofalna chyba. Tak. Porozmawiaj z nim jutro. Może ci powie. Nie wiem. Nie chcę, żeby mnie zaraził swoją nudą. Mama się roześmiała i ucałowała mnie w czoło. Fuj! Nie lubię, jak mnie całuje.
Nie jestem dziecią. Nie zarazi – powiedziała. – Idź, umyj ręce. Zaraz będzie obiad. I zanieś plecak do pokoju. Na drugi dzień podszedłem do Bartka na przerwie. Chciałem, żeby mi powiedział, co czyta. Znowu spojrzał na mnie jakoś dziwnie. A ty lubisz czytać? – zapytał.
Głupie pytanie. Wiesz, że nie. To nuda. Tyle razy byłem u niego w domu, a on u mnie. Kumplujemy się chyba ze sto lat, od zerówki, a on się zachowuje, jakby mnie nie znał. Szkoda. Wiele byś się nauczył. Spróbuj coś przeczytać – powiedział. Ale to nuda. Czytanie jest milion razy lepsze od gier i filmów.
Taa, jasne. Wiesz dlaczego? No niby dlaczego? Bo kiedy czytasz, możesz znaleźć się na przykład po drugiej stronie ziemi i poczuć, jak tam jest. A w kosmosie? Pewnie, tam też. Nawet na innych planetach. Przecież to niemożliwe. W książkach wszystko jest możliwe i najlepsze, że twoja głowa zapamięta to tak, jakbyś naprawdę tam był. Tak, jasne.
Weź przestań. W życiu nie uwierzę. Przecież nie musisz. Przestał ze mną gadać i dalej czytał. Drapałem się w głowę i myślałem, że nie muszę mu wierzyć. Ale może naprawdę jest tak, jak powiedział. Jak mogę zapamiętać, że gdzieś byłem, skoro nie byłem? – zapytałem. Spojrzał na mnie. Widzisz i czujesz to, o czym czytasz.
Bardzo blisko. Pojawia się od razu w głowie. Dlatego jest tak, jakbyś tam był. Tak działa mózg. Tak działa? Możesz nawet przeżyć czyjeś życie – powiedział. Jak to? Kiedy czytasz o tym, co ktoś czuje, o czym myśli i co przeżywa, to mózg odbiera to tak, jakbyś to był ty. Filmy i gry tak nie działają. Lubię filmy i gry.
Ja też lubię. Można oglądać, grać, ale czytanie daje więcej. Trochę oglądać, trochę grać i trochę czytać? – zapytałem. Bystrzak. Puścił oczko i wrócił do książki. W ogóle nie przeszkadzał mu hałas na korytarzu, że dzieciaki się wycierają. Przez te książki udawał jakiegoś mądrego, jakby nie wiadomo ile miał lat. Stałem i patrzyłem na niego. W końcu znowu na mnie spojrzał i dodał: Trzeba się tylko nauczyć skupić na czytaniu, wyćwiczyć się i dać wciągnąć.
Jak wciągnąć? Zacząć od czegoś lekkiego i nie przestawać. Nie zniechęcać się. Wydawało mi się, że kumam, o co mu chodzi. No a ty co czytasz? Odwrócił książkę i spojrzał na okładkę, jakby zapomniał, co czytał. To akurat za ciężkie dla ciebie. Może za kilkanaście lat – powiedział. Pokazał okładkę. Ty czytasz, a jesteś przecież w moim wieku – powiedziałem i zacząłem czytać tytuł.
„Proces". Autora już mi się nie chciało odczytywać. Proces? To takie coś stopniowe? Bartek się uśmiechnął. Można tak powiedzieć – powiedział i wrócił do czytania. Od kilku dni czułem się przy nim jak przy dorosłym, a teraz to już w ogóle. Dobra, na następnej przerwie idę do biblioteki po jakąś książkę. Co mam wypożyczyć, panie mądrusiu? Coś łatwego na początek.
Jakiego łatwego? Powiedz pani w bibliotece, że chcesz zacząć czytać książki i poproś, żeby poleciła ci coś prostego. A teraz daj mi czytać, dzieciaku. Wkurzył mnie tym cieciakiem. Normalnie bym się na niego wydarł, bo jest ode mnie tylko miesiąc starszy, ale powiedział to jakoś dziwnie, jakby naprawdę był stary jak mój tata. Do końca przerwy patrzyłem, jak czytał. Natalia z dziewczynami przeszły obok niego kilka razy, ale nie zwrócił na nie uwagi. Nie wiem, co się z nim stało. Był taki od poniedziałku. Przyszedł do szkoły i jakby mnie nie poznawał.
Nikogo nie poznawał. Wyglądał jak wystraszony, ale też uśmiechał się, jakby wszystko go śmieszyło i wszystko umiał. Nawet z matmy. A przecież to taki sam głąb jak ja. Coś mu się musiało stać w weekend. Mówił, że jedzie do babci i dziadka. Nie wiem, czy tam był, bo od poniedziałku gadało się z nim tak właśnie, jak przed chwilą. Na następnej przerwie poszedłem do biblioteki i zrobiłem, jak powiedział. Pani poleciła mi lekturę o psie, który jeździł koleją. Jak usłyszałem słowo lektura, zrobiło mi się niedobrze, ale wypożyczyłem.
Co mi szkodzi? Przecież mogę nie przeczytać, jak mi się nie spodoba i wypożyczyć inną. Wracałem pod klasę, a Bartek jak zwykle siedział na ławce i czytał. Wszyscy grali w czekoladę, ale on miał to gdzieś, a wcześniej zawsze grał. Kiedy wpadł na niego Maras, to nawet mocno go nie odepchnął. Odsunął się i dalej czytał. W ogóle nie zwrócił uwagi, a kiedyś już by go lał, że na niego wleciał. „Hej Bartolo, zobacz!” Zrobiło mi się miło, ale byłem też zły, że mnie olewał. Kiedyś popukałby się w czoło, zrobił zeza albo wywalił jęzor i zaczął się ganiać. Na lekcji znowu wszystko umiał.
Nie wyrywał się do odpowiedzi jak Ala czy Marzena. Kujonki mądralińskie, co się lubią popisywać, gdy coś wiedzą. Pani sama go zapytała i dziwiła się, że tyle wiedział, chociaż patrzył w okno i wyglądało, że w ogóle nie uważał. Powiem teraz uczciwie. Bartek i ja uczyliśmy się najgorzej w klasie i najwięcej rozrabialiśmy. Kiedy nas pytali, to była jakaś masakra. Staliśmy, pociliśmy się i udawaliśmy, że wiemy, ale nigdy się nie udało nie dostać pały. Byliśmy najgorszymi łobuzami w klasie. Nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie wariować. To było silniejsze od nas.
Chociaż często potem żałowałem. Najgorzej po wywiadówce albo kiedy rodzice musieli przyjść do szkoły, bo coś odwaliliśmy. A teraz zostałem sam. Nie dawało mi to spokoju. „Paweł, powtórz, co mówiłam” — powiedziała pani. Musiałem się dowiedzieć, dlaczego się taki zrobił. „Halo, Paweł, jesteś z nami?” Podskoczyłem na miejscu. „Yyy co? Słucham?” Dobrze, że nie powiedziałem: obecne. „Cały czas wpatrujesz się w Bartka.
Może lepiej skup się na lekcji”. „Tak, proszę pani”. „Może się zakochał” — powiedział Wojtek. „Może chciałbyś oberwać”. „Paweł. Wojtek. Bez głupich komentarzy”. A Bartka to w ogóle nie obeszło. Dalej patrzył w okno. Na przerwie podszedłem do niego wkurzony.
„Hej Bartolo, teraz ja sam będę dostawał pały, bo ty się zrobiłeś mądruś i nudziarz?” Spojrzał na mnie, jakby miał się zaraz popłakać i nic nie powiedział. „Gadaj. Przeczytam książkę o tym psie i jak mi się spodoba, to przeczytam też inne. Ale gadaj, co się z tobą dzieje”. „Czytanie jest naprawdę świetne” — odpowiedział. „Gadaj, co się z tobą dzieje”. „Spokojna głowa. Już niedługo znowu będę taki jak dawniej” — posmutniał Bartek. Jakoś wcale się nie ucieszyłem, że to powiedział. Sam nie wiem czemu.
I coś musiałem jeszcze palnąć. „Oby, bo już mam dość, że zostawiłeś mnie samego”. Wziął książkę i zaczął czytać. „No ale dlaczego będziesz jak dawniej, a nie jesteś cały czas?” Przypomniało mi się, co mówiła mama, że pewnie coś się wydarzyło u niego w domu i dlatego jest taki. Przestał czytać i zaczął się we mnie wpatrywać. Długo, aż mi się głupio zrobiło. W końcu się odezwał. „Powiem ci. W sumie czemu nie? Kto miałby uwierzyć, jak nie dziecko?” Nie spodobało mi się, że tak na mnie powiedział.
„Czemu tak gadasz? Przecież mamy po tyle samo lat”. „Ja mam 38” — powiedział całkiem poważnie. „Co ty wygadujesz? Mamy po 8, gamoniu”. Zaczął masować sobie głowę po bokach, jak mój tato czasami. „W sobotę najwyraźniej pojechałem do babci i dziadka” — powiedział. „Jak najwyraźniej? Że bardziej wyraźnie pojechałeś?” Zaśmiał się ze mnie. „Najwyraźniej znaczy prawie na pewno.
Nie pamiętam tego. Obudziłem się w niedzielę u nich w domu i byłem w szoku, że znowu mam 8 lat. Dziadek żyje, a babcia wygląda tak młodo”. „Nic nie kumam. O czym ty gadasz?” „Na głos brzmi to jeszcze dziwaczniej” — powiedział do siebie. Znowu masował sobie głowę. Wziął kilka głębokich oddechów i zaczął mówić. „Zanim się obudziłem w niedzielę u dziadków, miałem 38 lat. Swój dom, żonę i syna starszego niż my teraz. Ma na imię Nikodem.
To znaczy będzie miał”. Zrobiłem wielkie oczy. „Co ty wygadujesz?” Nie zwrócił uwagi, że mu przerwałem. Mówił dalej. „Dawno zapomniałem o dzieciństwie i o szkole. Tej i następnej. Miałem swoją firmę i poukładane życie. A teraz znów jestem dzieckiem”. Zacisnął pięści. Był smutny i zły.
Sam nie wiem co bardziej. Ty mówisz poważnie? Spojrzał na mnie. Miał łzy w oczach. A co, wymyśliłbym to? Ty byś wymyślił? Skąd wiem, o czym mowa na lekcjach? No właśnie. Wiem o wiele więcej. O rzeczach, które nawet ci się nie śniły, chłopaku.
Na które przyjdzie czas w przyszłości. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem, jakbym naprawdę rozmawiał z dorosłym i głupio mi się robiło jakoś. Ale jak to się stało, że znowu jesteś dzieckiem? Wytarł oczy rękami. Nie mam pojęcia. Pamiętam, że było lato i zaczynała się silna burza. zszedłem do ogrodu zdjąć hamak, żeby nie zmokł. I tyle. Potem obudziłem się u dziadków 30 lat wcześniej.
Jacie! A moi rodzice jacy młodzi. Młodsi niż ja byłem. Martwią się, że coś ze mną jest nie tak. Zaśmiał się. Jacie. No, jacie. Może walnął cię piorun i przeniósł w czasie? Nie wiem. Może.
I co teraz zrobisz? — zapytałem. A co mam zrobić? Będę żył i dorosnę. Pokręcił głową, jakby sam w to nie wierzył. Najgorsze, że tęsknię za żoną i synem. A ich nie ma. Moja żona ma roczek. Ach, zwariować od tego można. Taka dzidzia?
Gdyby nie oni, nawet bym się cieszył. Bardzo chciałem znowu być dzieckiem. Każdy dorosły chce. Dlaczego? Przecież super być dorosłym. Tak? A dlaczego super? Zdziwiłem się, że zapytał. Można robić co się chce. Jeździć samochodem.
Nie trzeba iść spać wieczorem. Można sobie kupować co się chce. Popatrzył na mnie jak na wariata i się zaśmiał. No a co, niby nie? — zapytałem. Nie. No jak nie? Te super rzeczy wcale nie dają takiej radochy jak myślisz. Jak nie dają? Marzę o tym.
Marzysz, bo wydaje ci się, że jest tylko fajnie, a w rzeczywistości jest coś jeszcze. No co niby? Mnóstwo innych rzeczy i spraw, które sprawiają, że nie jest fajnie. Ciekawe jakich. Westchnął ciężko. Takich, które martwią bardzo i zabierają radość. Teraz jesteś najszczęśliwszy w swoim życiu. A wiesz dlaczego? No, dlaczego niby? Bo o nic się nie martwisz.
Mama z tatą wszystko dają. Mówią, co trzeba robić. To jest wspaniałe. Czujesz się bezpiecznie. Nieprawda. Nieprawda? To wyobraź sobie, że już tego nie masz. Ty od dzisiaj dbasz o rodziców i o dom, a oni idą do szkoły. Musisz dać rodzicom jeść, kupić ubrania i paliwo do samochodu i jeszcze zapłacić za prąd, wodę i ogrzewanie. Ale nie masz pieniędzy.
Musisz zarobić i to jak najszybciej, inaczej wyrzucą was z domu. Poszedłbym do babci. Zaczął się śmiać. A twoi rodzice chodzą do babci? — myślałem. Chodzimy do babci tylko w odwiedziny. Nawet słucha się tego ciężko, co? Dorosłe życie jest bardzo trudne — powiedział. Dlaczego? Bo dopiero wtedy trzeba robić mnóstwo rzeczy, których się nie chce.
Jakich? Popatrz na swoich rodziców. Czy wciąż się bawią? Są radośni? Czy raczej poważni i ciągle się spieszą? Nic nie powiedziałem. Nie wiedziałem, o czym mówił, ale pomyślałem o tacie. Ciągle nie miał czasu i pracował. Zawsze mi mówił, że wolałby być ze mną, a ja mu mówiłem, że przecież może, jeśli tylko zechce. A może naprawdę nie może?
Ale dlaczego? — zapytałem. Co dlaczego? Dlaczego mój tata musi wciąż pracować? Żebyście mieli co jeść. Żeby w domu paliło się światło i było ciepło. Żeby z kranu leciała woda. Żeby było się w co ubrać, za co chodzić do szkoły i za co się bawić. Tak jest i już. Nic nie jest tak po prostu i już.
Trzeba na to bardzo dużo wysiłku. I to nie jest fajne. Przez ten cały trud dorosłość nie jest taka, jakby się chciało. W głowie zrobiło mi się ciężko od tego. Nuda tego słuchać — powiedziałem. A co dopiero to robić. I to dużo dłużej niż trwa dzieciństwo. Nic nie mówiłem. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Wiesz co jest za darmo?
— zapytał. Co? Miłość rodziców i to, że tak dbają o ciebie, chociaż ich to dużo kosztuje. Łeee. Wyobraź sobie dzisiaj wieczorem, jak będziesz leżał w łóżku, że już nie ma mamy i taty. Zniknęli. Zostałeś sam. Chciałem krzyknąć, że super, ale to chyba byłoby głupie. Ciesz się, że cię kochają i przytulają. Nie lubię przytulania.
W końcu przestaną. Ciesz się z tego teraz i dziękuj, że się nie bawią, tylko się wysilają, żebyś ty był bezpieczny i miał wszystko, co trzeba. Uśmiechnął się. Znowu się ze mnie śmiał. Myślałeś, że tak po prostu jest, co? Tak. Więc jak możesz im pomóc i podziękować za to, że się wysilają? Jak? Bądź dla nich dobry i słuchaj ich, bo chcą dla ciebie jak najlepiej. Tak sprawisz im radość.
Tak myślisz? I zacznij się uczyć. Wtedy w dorosłym życiu będzie ci łatwiej. Nie wiedziałem. Po to właśnie jest szkoła, żeby nauczyć się radzić sobie z dorosłymi zmartwieniami, które są ciężkie i straszne. Nie myślałem tak o szkole. W ogóle nie zastanawiałem się wcześniej nad tym, co powiedział. Dalej chcesz być dorosły? Zapytał. Nie odpowiedziałem.
Zadzwonił dzwonek. Na lekcji chciałem się skupić, ale wciąż myślałem, o czym mówił. Skoro był już stary, to wiedział, co się dzieje, jak się dorasta i po co trzeba się uczyć. Nie gadałby o tym, gdyby to nie było ważne. To była ostatnia lekcja. Dorwałem go jeszcze w szatni i zapytałem o coś. Wiesz, co jeszcze jest za darmo? No? Wypożyczanie książek z biblioteki. Uśmiechnął się.
Racja. Jeśli chcesz poczuć się super, to czytaj książki. Długo myślałem o tym, co mówił i obserwowałem rodziców. Tata zawsze po pracy wyglądał na zmęczonego. Myślałem, że tak jest. Już. Nie myślałem dlaczego. A to chyba przez ten dorosły wysiłek, który nie jest fajny. Faktycznie tata się uśmiechał dopiero, kiedy mnie zobaczył. Zapytałem ich, czy to fajnie być dorosłym.
Odpowiedzieli jak Bartek, że dużo fajniej jest być dzieckiem. Kiedy przyszedł do nas wujek z ciocią, ich też zapytałem. Odpowiedzieli tak samo. A na drugi dzień, jak mama mnie wysłała po bułki, zapytałem panią w sklepie. Zaczęła się śmiać i powiedziała, żebym nigdy nie dorastał. Potem zapytałem jeszcze kilku dorosłych. Wszyscy odpowiadali tak samo. To znaczy, że Bartek nie kłamał. Miał też rację, że czytanie jest świetne. Przeczytałem książkę z biblioteki.
Podróżowałem razem z tym psem i dokładnie wiedziałem, jak wygląda. Potem wypożyczyłem kolejną książkę i kolejną. Czytanie naprawdę daje wolność i można uciec naprawdę daleko. Śmieszne, że później ja musiałem mówić Bartkowi, że czytanie jest super. Skłamałem. Dlaczego powiedział, że niedługo będzie taki jak dawniej? Z dnia na dzień zapominał swoją dorosłość i stawał się znowu ośmiolatkiem. Tylko że ja nie zapomniałem i już nie chcę być szybko dorosły.
[01:57:50] - Proszę państwa, to właśnie kończy się kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Wydanie wakacyjne. Siłą rzeczy krótsze. Siłą rzeczy takie bardziej na luzie. Ale wiecie państwo, wakacje na półmetku. Trzeba z wakacji korzystać. Co nie zmienia faktu, że za tydzień również zapraszam państwa na kolejny odcinek Akademii Wszelkiej Fikcji. A tymczasem życzę wspaniałego weekendu, dobrej nocy. No i cóż, do usłyszenia.
[01:58:27] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.