Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Piątek, długiego weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła godzina 20:00 na naszym zegarze, to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Wakacyjne oczywiście wydanie. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:40] - Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. I na początek pytanie kontrolne: z czym się państwu kojarzy fantazja? Fantazja często kojarzy się z bujaniem w obłokach, z takim siedzeniem i wymyślaniem niestworzonych historii. Człowiek, zamiast zajmować się czymś, co naprawdę ważne, użyteczne, takie wiecie państwo, twarde i potrzebne, buja właśnie w tych obłokach. Tylko że muszę powiedzieć, iż mam takie głębokie przekonanie, że gdyby nie ludzie, którzy potrafią trochę pobujać w owych obłokach, to prawdopodobnie nadal żylibyśmy bez wielu rzeczy, przedmiotów, które dziś uważamy za oczywiste po prostu. W końcu zanim ktoś zbudował samolot, musiał najpierw pomyśleć, a właściwie dlaczego człowiek nie miałby latać? I w sumie całe szczęście, że nie uznał tego pomysłu za pomysł absurdalny. Moim zdaniem fantazja pozwala człowiekowi wyobrazić sobie coś, czego tak naprawdę jeszcze nie ma. To właśnie od takiego prostego: „a co gdyby?” często zaczynają się naprawdę duże zmiany w naszym życiu.
Więcej powiem, duże zmiany cywilizacyjne. Bo ktoś wyobraża sobie maszynę, która potrafi liczyć szybciej niż człowiek. Ktoś inny zastanawia się, czy można wysłać człowieka w kosmos. Jeszcze ktoś inny myśli, że w sumie to fajnie byłoby mieć telefon, który nie dość, że mieści się w kieszeni, to jednocześnie pozwala rozmawiać z kimś, kto znajduje się na drugim końcu świata. Tak, dzisiaj to brzmi normalnie, zwyczajnie, ale kiedyś takie pomysły mogły wyglądać jak czyste szaleństwo. Ja powiem państwu więcej. W latach 70., jak widziało się, że w jakimś zachodnim samochodzie jest telefon, to człowiek się zastanawiał, jak to w ogóle działa. To działało zupełnie inaczej niż dzisiaj, ale nie wchodźmy w szczegóły. Myślę, że właśnie dlatego fantazja jest tak ważna nie tylko dla rozwoju cywilizacji, ale gdybyśmy chcieli zawężać ten obszar, to ważna jest dla nauki. Naukowcy nie siedzą przecież wyłącznie nad jakimiś podręcznikami, księgami czy w laboratoriach.
Oni nie zajmują się tylko sprawdzaniem, czy wszystko się zgadza. To znaczy tacy pewno też są. I tacy, którzy uważają, że ich umysł ogarnia tak wiele rzeczy, że fantazja jest im niepotrzebna. Ja mówię o pewnym modelowym przykładzie, o pewnym modelowym naukowcu, który korzysta z wszelkich możliwości, aby ten swój wózek, wózeczek naukowy pchnąć nieco do przodu. Naukowcy muszą wymyślać różne ciekawe rzeczy, zadawać dziwne pytania, a czasami iść w kierunku, w którym wcześniej nikt nie szedł. I do tego potrzebna jest wyobraźnia. Tak naprawdę nauka potrzebuje ciekawości, a ciekawość bardzo często zaczyna się właśnie od wyobraźni. Najpierw człowiek coś sobie wyobraża, później próbuje sprawdzić, czy to w ogóle możliwe do realizacji. A w końcu? W końcu może się okazać, że właśnie odkrył coś bardzo, bardzo ważnego.
Albo odkrył, że jego pomysł był kompletnie nietrafiony. I to też jest część nauki. Fantazja napędza jednak nie tylko naukowców, nie tylko wynalazców. Każdy z nas ma w głowie jakieś wyobrażenie tego, jak chciałby żyć na przykład. Możemy wyobrażać sobie przyszłą pracę, podróże, własny dom albo po prostu jakiś spokojny dzień, który chcielibyśmy przeżyć. Nawet jeśli część tych planów nigdy się nie wydarzy, to samo ich posiadanie może sprawić, że zaczniemy działać. Trudno przecież szukać i dojść do miejsca, którego wcześniej nawet nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Ba, nie widzielibyśmy powodu, aby zmierzać w tamtym kierunku, bo nie mielibyśmy w głowie obrazu tego miejsca, do którego chcemy zmierzać. Wydaje mi się, że fantazja jest jednym z powodów, dla których lubimy książki, filmy, gry czy muzykę. Bo to wszystko pozwala nam na chwilę wyjść poza codzienność.
Możemy się przenieść do odległej galaktyki, do średniowiecznego zamku Albo do świata, w którym dinozaury nadal chodzą po ziemi. I chociaż dobrze wiemy, że nie jest to prawdziwe, to nasz mózg i tak chętnie daje się oszukać, chociażby na chwilę. To całkiem przydatna umiejętność. Dzięki niej możemy zobaczyć świat oczami kogoś innego, przeżyć przygodę bez wychodzenia z domu i zastanowić się, jak wyglądałaby rzeczywistość, gdyby pewne rzeczy potoczyły się inaczej. Co ciekawe, ta granica między fantazją a rzeczywistością wcale nie jest tak wyraźna, jak mogłoby się wydawać. Wiele rzeczy, które kiedyś były elementem fantastycznych historii, dzisiaj jest czymś zupełnie zwyczajnym. Rozmowy na odległość, podróże w kosmos, roboty, sztuczna inteligencja. To wszystko przez długi czas kojarzyło się głównie z fantastyką. Mówiło się fantastyką naukową. Dzisiaj możemy korzystać z części tych wynalazków, siedząc po prostu przy biurku i popijając, co tam państwo lubicie: herbatkę, kawkę czy może jeszcze coś innego.
Oczywiście sama fantazja nie wystarczy, bo można godzinami wyobrażać sobie wehikuł czasu, ale od samego wyobrażania raczej nic się nie pojawi. Potrzebne są jeszcze wiedza, praca, odwaga, a czasami ogromna ilość prób, które raz kończą się porażką, a innym razem może nie. Fantazja jest jednak tym pierwszym impulsem. Ona pokazuje człowiekowi, dokąd można spróbować dojść. I myślę, że dlatego fantazja nie jest czymś, co powinniśmy zostawiać w czasach dzieciństwa. Dodam więcej, dodam ulubioną swoją frazę. Wręcz przeciwnie. To dzięki fantazji człowiek nie patrzy na świat wyłącznie takim, jakim on jest, ale potrafi zastanowić się, jaki mógłby być. A właśnie z takich pomysłów często rodzą się rzeczy nowe. Rodzi się postęp.
Być może nie warto zatem zbyt szybko mówić komuś, że buja w obłokach. Kto wie, może właśnie tam wysoko, w tych obłokach ktoś wymyśla coś, co za kilkadziesiąt lat będzie dla nas zupełnie normalne. Proszę państwa, to chyba czas na kolejne polecanki książkowe. Zaczynamy! Jak zwykle trzy tytuły. Pierwszy: „Złe miejsce na powrót”. Autor Piotr Borlik, wydawnictwo Prószyński Media. Książka na rynku od 20 sierpnia. Rodzinny dom nie zawsze jest miejscem, do którego chce się wracać. Czarnowo, niewielka wieś na Kaszubach.
Pełen lasów i jezior raj dla osób pragnących wyrwać się z miasta. Ola Nowak przysięgła sobie nigdy tu nie wracać. Tutaj ją skrzywdzono. Ludzie wykorzystujący władzę, układy gwarantujące bezkarność. To z tych powodów od lat nikt nie ma odwagi wypowiedzieć prawdy na głos. Nie mając innego wyjścia, Ola wraca jednak po latach do rodzinnego domu. Pragnie spokoju i chwili wytchnienia, ale Czarnowo ma inne plany. Na każdym kroku udowadnia, że powrót był błędem, że dawne krzywdy są niczym w porównaniu z czekającym ją piekłem. Owiana tajemnicą śmierć młodego mężczyzny uruchamia lawinę zdarzeń, po których ucieczka przestaje być możliwa. Przypomnę tytuł: „Złe miejsce na powrót”.
Autor Piotr Borlik, wydawnictwo Prószyński Media. Książka na rynku od 20 sierpnia. Teraz chciałbym państwa zaprosić do przynajmniej przekartkowania wznowienia książki Stephena Kinga. Tytuł tej książki: „Serca Atlantydów”. Wydawcą ponownie Prószyński Media, a książka na rynku od 18 sierpnia. Stephen King proponuje czytelnikom pięć wypraw w niezbyt odległą przeszłość. Lata 60. i 70. XX wieku. Senna atmosfera amerykańskich prowincjonalnych miasteczek, powszednie troski i radości zwyczajnych ludzi.
Mało ważne wydarzenia owocujące nieistotnymi konsekwencjami. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Spokój jest tylko udawany, a zwyczajność powierzchowna. Pod ich cienką warstwą kipią niebezpieczne namiętności. Uważny czytelnik bez trudu zaś ułoży z porozrzucanych przez autora wskazówek obraz nie tylko mroczny, lecz i groźny. Przypomnę tytuł: „Serca Atlantydów”. Autor Stephen King, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 18 dzień sierpnia. Trzecia książka, którą wybrałem, również ukaże się 18 sierpnia. To nie jest powieść, to nie jest komiks.
To jest książka dla ludzi, którzy chcieliby zacząć pisać. Jej autorką jest Ursula Le Guin Jak wypowiemy to nazwisko nie jest istotne. Ważne, że to autorka, która naprawdę potrafiła pisać. A ta książka nosi tytuł „U steru opowieści. Przewodnik dla współczesnych adeptów rzemiosła pisarskiego.” I tak jak powiedziałem, wydawcą jest Prószyński Media, a data premiery 18 sierpnia. Zbiór esejów Ursuli Le Guin to zwięzły, praktyczny przewodnik po sztuce pisania. Autorka prowadzi czytelnika przez 10 rozdziałów poświęconych podstawowym elementom narracji, takim jak brzmienie języka, budowa zdań, punkt widzenia. Przykłady z kanonu światowej literatury autorka opatruje błyskotliwymi komentarzami. Proponuje też ćwiczenia, które piszący może wykonać samodzielnie. „U steru opowieści” to mistrzowski podręcznik, który powinien się znaleźć w bibliotece każdego pisarza, człowieka, który chce zacząć pisać, ale też w bibliotece każdego miłośnika literatury.
Eseje po raz pierwszy ukazały się w 1998 roku. Wydanie poprawione opublikowano w 2015 roku. Przypomnę tytuł: „U steru opowieści. Przewodnik dla współczesnych adeptów rzemiosła pisarskiego.” Autorka Ursula Le Guin. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 18 sierpnia. Proszę państwa, to czas na korepetycje filozoficzne. Podobnie jak to robię od tygodni, dzisiaj filozof ten z grupy mniej znanych, ale muszę państwu przyznać, że zanim zacząłem przygotowywać dzisiejszą audycję, wiedziałem o nim niewiele. To znaczy kilka takich hasłowych rzeczy, owszem, ale kiedy wgłębiłem się w to, o czym mówił, to byłem lekko zszokowany. Bo jeśli ktoś interesuje się chociażby teorią symulacji, ale nie tylko, to nagle odkryje, że człowiek w XIV wieku, człowiek mocno zanurzony, zagłębiony w chrześcijańskiej Europie, takiej, która nie dopuszczała zbyt wielu dyskusji, ten człowiek mówił, a w każdym razie sugerował, że to, na co patrzymy, tak do końca nie wiemy, na co my patrzymy.
Szczegóły za chwilę. Kiedy myślimy o filozofii średniowiecznej, to przed oczami często pojawiają się naprawdę wielkie nazwiska. Augustyn, Tomasz z Akwinu, Duns Szkot, William Ockham. A gdzieś w drugim szeregu, trochę jak człowiek stojący za kolumną podczas rodzinnego zdjęcia pojawia się Adam Wodeham. A szkoda, bo Wodeham jest jednym z ciekawszych myślicieli XIV wieku. Był franciszkaninem, działał w Anglii, studiował i współpracował z Williamem Ockhamem, a jego zainteresowania obejmowały logikę, teorię poznania, filozofię przyrody, teologię i etykę. Urodził się około 1295 roku w pobliżu Southampton. Studiował w Londynie, później wykładał w Norwich i Oksfordzie, a zmarł w 1358 roku. I chociaż jego nazwisko brzmi trochę tak, jakby należało do producenta średniowiecznych mebli, jego filozofia dotyka problemów, które są zaskakująco współczesne. Bo Wodeham pytał między innymi, jak umysł poznaje świat?
Czy naprawdę widzimy rzeczy takimi, jakie one są? Co właściwie oznacza, że jakieś zdanie jest prawdziwe? I czy można być pewnym, że to, co właśnie widzimy, rzeczywiście istnieje? To już brzmi mniej jak średniowiecze, a bardziej jak rozmowa po obejrzeniu jakiegoś filmu science fiction. Uczeń Ockhama, ale nie jego kopia. Wodeham znalazł się w bardzo interesującym środowisku intelektualnym. Studiował między innymi pod kierunkiem Ockhama, jednego z najbardziej znanych przedstawicieli późnośredniowiecznego nominalizmu. Przez pewien czas współpracował z nim przy przygotowywaniu dzieła „Summa Logicae.” Ockham był mistrzem intelektualnego sprzątania. Nie lubił mnożyć bytów bez potrzeby i uważał, że filozof powinien ostrożnie obchodzić się z tym, co uznaje za istniejące. Wodeham przejął od niego wiele, ale nie został po prostu Ockhamem numer dwa.
Zajął się przede wszystkim problemem poznania. A tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Wyobraźmy sobie, że patrzymy na jabłko. Widzimy jego kolor, widzimy jego kształt, wielkość. Możemy go dotknąć, powąchać, a jeśli mamy szczególnie naukowe usposobienie, to możemy również je zjeść. No tak, ale skąd wiemy, że nasze doświadczenie rzeczywiście odnosi się do istniejącego jabłka? To pytanie może wydawać się absurdalne Przecież jabłko leży na stole. Ockham odpowiedziałby jednak mniej więcej tak: chwileczkę, najpierw ustalmy, co właściwie dzieje się w naszym umyśle. Ockham rozwijał średniowieczną teorię dwóch sposobów poznania. Poznania intuicyjnego i abstrakcyjnego.
Sam problem odziedziczył po wcześniejszych filozofach, zwłaszcza po Dunście Szkocie i Ockhamie, ale zaproponował własne rozwiązania. Najprościej można to wszystko wyjaśnić tak: jeżeli patrzę na konkretne jabłko leżące przede mną, mam do czynienia z czymś bezpośrednim. To nie jest tylko ogólna wiedza o tym, czym jest jabłko. Mam kontakt poznawczy z bardzo konkretnym przedmiotem. Mogę też pomyśleć o jabłku w ogóle. Nie o tym jednym, które leży przede mną, ale o jabłku jako rodzaju rzeczy. Mogę wyobrazić sobie jabłko, którego fizycznie nie ma. Mogę pomyśleć o jabłku z Marsa, o złotym jabłku albo o jabłku wielkości domu. I tutaj pojawia się poznanie abstrakcyjne. Ockham interesował się więc bardzo podstawowym problemem.
W jaki sposób nasze poznanie łączy się z rzeczywistością? To pytanie ma tak naprawdę ogromne znaczenie, bo jeśli poznanie bezpośrednie rzeczywiście pozwala nam uchwycić istniejący przedmiot, mamy punkt wyjścia dla wiedzy o świecie. Jeśli natomiast wszystkie nasze doświadczenia byłyby tylko obrazami znajdującymi się w umyśle, pojawiłby się kłopot. Skąd zatem wiemy, że świat poza naszym umysłem w ogóle istnieje? Ockham nie twierdził oczywiście, że żyjemy w średniowiecznej wersji Matrixa, ale jego analiza prowadzi w stronę problemu, który później będzie wracał w filozofii i to wielokrotnie. Jak przejść od tego, co znajduje się w świadomości, do tego, co istnieje poza nią? Jednym z najbardziej charakterystycznych pomysłów Ockhama jest jego teoria complexe significabile, dosłownie czegoś w rodzaju tego, co złożone i zaznaczone. Brzmi groźnie. Na szczęście można to uprościć. Weźmy takie zdanie: Sokrates siedzi.
Nie chodzi tylko o słowo Sokrates, nie chodzi tylko o słowo siedzi i nie chodzi nawet wyłącznie o samego Sokratesa. Zdanie przekazuje pewien stan rzeczy. Sokrates znajduje się w określonej sytuacji. Ockham zastanawia się, co właściwie jest przedmiotem prawdy i fałszu. Co sprawia, że zdanie jest prawdziwe? Jeżeli mówię „pada deszcz”, to prawdziwość tego zdania nie polega przecież na tym, że same słowa są jakieś szczególnie deszczowe. Liczy się to, co zdanie oznacza. To właśnie prowadzi Ockhama do jego teorii, o której już wspominałem. Jest to jedna z jego najbardziej charakterystycznych i najbardziej dyskutowanych koncepcji filozoficznych. Można więc powiedzieć, że Ockham interesował się nie tylko rzeczami, lecz także tym, co nasze sądy mówią o tych rzeczach.
A to już bardzo poważny krok w stronę filozofii języka i teorii poznania. Ockham żył w epoce, w której filozofowie coraz intensywniej analizowali relacje między światem, poznaniem i językiem. To ważne, ponieważ średniowieczna filozofia nie była wyłącznie wielką dyskusją o aniołach siedzących na główkach szpilek, jak czasem przedstawia się ją w popularnych opowieściach. Była również niezwykle techniczną analizą tego, jak działa rozumowanie. Ockham interesował się między innymi tym, w jaki sposób przechodzimy od doświadczenia zmysłowego do sądu. Najpierw coś postrzegamy, potem tworzymy w naszym umyśle pojęcie. Następnie dokonujemy sądu i dopiero wtedy możemy powiedzieć: tak, to jest prawda. Ale między doświadczeniem a prawdą znajduje się cały szereg operacji, które wykonuje umysł. Ockham chciał je rozebrać niemal na części pierwsze. Co ciekawe, Ockham nie zajmował się wyłącznie poznaniem.
Interesowała go również filozofia przyrody. W jednym ze swoich ważniejszych dzieł uczestniczył w wielkiej średniowiecznej debacie dotyczącej ciągłości przestrzeni i czasu. Czy rzeczywistość składa się z maleńkich, niepodzielnych atomów, czy też każdą wielkość można dzielić dalej i dalej, i dalej? Ockham opowiadał się za drugą możliwością. Wyobraźmy sobie odcinek. Możemy podzielić go na pół, potem każdą połowę na pół, potem znowu jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Czy w pewnym momencie dotrzemy do najmniejszej możliwej cegiełki przestrzeni, której już nie da się podzielić? Ockham odpowiadał: nie. Przestrzeń i czas nie są według niego zbudowane z takich niepodzielnych atomów. Jego stanowisko pozostawało w zgodzie z arystotelesowską linią myślenia i było częścią szerokiej XIV-wiecznej debaty nad naturą continuum.
Brzmi abstrakcyjnie, ale problem jest tak naprawdę bardzo współczesny, bo pytania o to, czy przestrzeń i czas mają strukturę ciągłą, czy też dyskretną, to pytanie powraca również w nowoczesnych dyskusjach dotyczących fizyki. Oczywiście Wadem nie znał mechaniki kwantowej. Laptopa też nie miał, ale miał ten sam rodzaj filozoficznej ciekawości. Pytał, czy rzeczywistość jest ciągła, czy zbudowana z najmniejszych elementów. Wadem zajmował się także teologią i etyką. Analizował między innymi dowody istnienia Boga, problem jedności Boga, kwestie Trójcy oraz naturę moralnego dobra. Ale chyba najbardziej interesujący jest sposób, w jaki łączył te różne obszary. Logika nie była dla niego zabawą dla ludzi, którzy lubią rysować tabelki. Była narzędziem pozwalającym sprawdzić, czy nasze twierdzenia rzeczywiście mają sens. A teoria poznania nie była oderwaną abstrakcją.
Dotyczyła najprostszego pytania: jak właściwie wiemy to, co twierdzimy, że wiemy? I tutaj Wadem okazuje się zaskakująco aktualny, bo my żyjemy w czasach, w których jesteśmy bombardowani informacjami. Zdjęcie może być wygenerowane komputerowo, film może być zmanipulowany, głos może zostać sztucznie odtworzony, a sztuczna inteligencja potrafi napisać tekst, który brzmi tak, jakby napisał go człowiek. Problem Wadena nagle wraca. Co jest rzeczywistością, a co tylko reprezentacją rzeczywistości? No i jak rozpoznać różnicę? Dlaczego warto pamiętać o Wadenie? Wadem nie jest filozofem, którego poznaje się na podstawie jednego efektownego zdania. Nie ma w swoim dorobku jakiegoś słynnego hasła w rodzaju „Myślę, więc jestem”. Jego znaczenie znajduje się raczej w precyzji pytań.
Pytań, które stawiał. Był jednym z ważniejszych przedstawicieli angielskiej filozofii XIV wieku, a jego wpływ sięgał późnego średniowiecza i początku epoki nowożytnej. Jego prace były czytane i cytowane przez kolejnych filozofów i teologów. Chociaż współczesna rekonstrukcja jego wpływu jest mocno utrudniona przez problemy z zachowanymi rękopisami i późniejszymi skrótami jego dzieł. Można więc spojrzeć na Wadema jako na filozofa stojącego w bardzo ciekawym miejscu historii. Z jednej strony jest jeszcze bardzo głęboko zanurzony w średniowiecznym świecie teologii. Z drugiej coraz bardziej interesuje go mechanika ludzkiego poznania, logika języka, doświadczenie, sąd, no i struktura świata fizycznego. I właśnie dlatego jego filozofia ma pewien nowoczesny posmak. Wadem przypomina nam, że zanim zaczniemy odpowiadać na wielkie pytania, warto zatrzymać się przy pytaniu znacznie bardziej podstawowym: skąd my właściwie wiemy, że mamy rację? Bo może się okazać, że najtrudniejszym problemem filozofii nie jest odpowiedź na pytanie, czym jest świat.
Najtrudniejsze jest ustalenie, w jaki sposób człowiek ma prawo twierdzić, że ten świat rzeczywiście poznał. I tutaj Adam Wadem, franciszkanin z XIV wieku, okazuje się naszym całkiem współczesnym rozmówcą. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Przejdźmy szybciutko do kolejnego punktu programu, a tym punktem programu jest Filmotekarium. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem obejrzeliśmy film „Ostatni dom” i ten film niniejszym bierzemy na tapet. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Powiem państwu, że jestem w niezłym nastroju. To było kino, które obejrzałem i nie czułem, że ktoś usiłuje mnie za wszelką cenę ukulturalnić albo pogłębić moje spojrzenie na kino.
Nie. Dostałem fajną fabułę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[29:28] - Dzień dobry wieczór. A ja nie jestem zadowolony. Znaczy się pod tym względem, o którym mówiłeś, to tak, w sumie rzeczywiście nie jest to kino męczące, ale też nie wszystko mi zagrało. Omawiamy dzisiaj film „Ostatni dom”. Taki film, w którym według mnie wszystko macie od razu zasugerowane i podane na tacy. Może nie wszystko, ale dużo rzeczy macie podanych na tacy i przez dwie godziny oglądamy. Czy to jest realistyczna rekonstrukcja kilkuletniego uwięzienia w domu? Czy to jest horrorowa interpretacja lockdownu? Taka reminiscencja, przyprawiająca o gęsią skórkę? Może jedno i drugie.
Film czerpie z bardzo wielu podobnych obrazów, dzieł, gdzie jakieś wydarzenie zewnętrzne, na przykład inwazja alienów, zmusza ludzi do ucieczki albo zamyka ich w domu bądź w miejscu ukrycia. Stąd pewne podobieństwa, takie ramowe do "Quiet Place", w tym wymiarze, że widzimy rodzinę walczącą o przetrwanie, powiedzmy z nie tylko wrogiem zewnętrznym. Film, który możecie obejrzeć sobie na platformie na N, zyskał ponoć wielu fanów, pochlebne recenzje i w wielu krajach na świecie jest na pierwszym miejscu. A co ja mogę o nim powiedzieć? Po pierwsze kilka słów co tam się dzieje. Mamy małżeństwo z dwójką dzieci, mamy bezrobotnego tatusia. Chociaż to nie jest akurat, tak jak w wielu podobnych przypadkach pisarz ani artysta, to jest człowiek czynu. I pewnego dnia, kiedy on wraca do domu, to zaczyna deszcz padać, cała okolica i potem sąsiedztwo, jak się okazuje i dalsze sąsiedztwo i chyba cały świat w końcu zostają odcięte. No właśnie, przez co? Przez co?
Na samym początku już jest nam dany do zrozumienia bardzo wyraźnie, że czynnikiem sprawczym jest deszcz. Deszcz, który powiedzmy szczelnie, jakby to powiedzieć, blokuje drzwi wejściowe, okna. Oczywiście to nie jest zwykły deszcz, żeby nie było. To jest deszcz niezwykły, ale to nie jest tak, że jest to horror o wodzie spadającej z nieba. Po części tak, ale w rzeczywistości tajemnica jest głębsza. I ludzie są uwięzieni. Początkowo nam się wydaje, kiedy oglądamy ten film, że będzie łatwo i przyjemnie, że to jest kwestia kilku dni i pomoc nadejdzie prędzej czy później. Ale nie nadchodzi i tak widzimy ich miesiąc, rok, kilka lat. Początkowo mają jeszcze prąd i wodę, potem już nie. Potem to oznacza naprawdę chyba pięć lat później, z tego, co pamiętam.
I tak im się toczy to życie, aż do pewnego momentu, kiedy są zmuszeni, bo sytuacja jest podbramkowa, żeby wyjść z tej norki. I tak jak mówiłem, w tym filmie mamy wiele rzeczy podanych, zasugerowanych właściwie od samego początku. Na przykład to, że oni żyją w rozwalającym się domu. I to samo w sobie już stanowi pewien znak. Szybko załapiemy, dlaczego nam o tym powiedziano.
[32:47] - Tak. W sumie zgadzam się z tobą, że to nie jest arcydzieło, ale ja sobie cenię, jak już pewno państwo zauważyli, ja sobie cenię w filmie pewną logiczność wynikania. Ona może być nawet naciągnięta. Nawet na to się zgadzam, ale lubię, jeśli coś wynika z czegoś. A ten film właśnie taki jest. Taki jest, że coś mamy podane na początku, żeby się sprawdziło na końcu. Czyli taki klasyczny przepis. Można się tu tradycyjnie odwołać do strzelby wiszącej na ścianie. Zatem cała ta opowieść, którą dostajemy, jest opowieścią z jednej strony dosyć zwartą, logicznie zwartą, o to mi chodzi. Natomiast przede wszystkim nie ma tu jakichś takich, wiecie państwo, pseudorozważań, pseudokombinowań, a jednak końcówka filmu pokazuje, wiecie państwo, to przesłanie.
Uśmiechnąłem się, kiedy je zrozumiałem albo dotarło do mnie. Uśmiechnąłem się, ale w gruncie rzeczy trudno zarzucać cokolwiek. Poza tym, że nie jest to jakoś tak specjalnie głębokie. Właśnie dobrze, że nie jest głębokie, że to jest film, który opowiada dosyć prostą historię. Fajne jest tło, bo przecież ten deszcz, jak powiedziałeś, nie wziął się znikąd. Ktoś za tym stoi i specjalnie mówię ktoś. Jak zobaczyłem tych ktosi, to miałem też skojarzenia jak najbardziej literackie, bo to jest odwołanie się do istot żyjących zapewne gdzieś pod wodą. Bo one w dodatku, kiedy jest taki moment, kiedy odwiedzają naszych bohaterów, to się okazuje, że ta woda, którą oni ze sobą przynoszą czy on ze sobą przynosi ten ktoś jest słona. A zatem mamy wskazanie, skąd przybyli. Zresztą tym wskazaniem jest już motto do filmu.
Takie przesłanie wzięte z Arthura C. Clarka. Zresztą sami państwo zobaczycie. Niby wszystko jest tutaj powiedziane, ale ta akcja się toczy i w dodatku potrafi zaangażować. To znaczy jest taki moment w tym filmie, kiedy wpadamy w rutynę razem z bohaterami, w pewną rutynę, nazwijmy to dnia codziennego, bo oni się w tym swoim domku urządzają. Ten człowiek czynu, o którym wspomniałeś, jest rzeczywiście człowiekiem, który kombinuje całkiem nieźle. Dzięki temu mają zapewniony prowiant nawet wtedy, kiedy zapasy im się skończyły, to prowiant, jakby to państwu powiedzieć, żeby niczego nie zdradzić, prowiant niejako sam do nich przychodzi, przynajmniej w pewnym zakresie. Więc to rzeczywiście jest człowiek, który o rodzinę potrafi zadbać. Tak, rozpadający się dom jest ważny. Sąsiedzi są ważni, ale oni są tylko epizodem.
W ogóle świat bardzo się zmienia na naszych oczach. No cóż, proszę państwa, ja ten film polubiłem. To nie jest oczywiście dzieło, do którego będę wracał przynajmniej raz w kwartale, ale polubiłem ten film właśnie za jego zwartość, za to, co ja zawsze podkreślam. On mi opowiada pewną historię To już mówiłem, ale powiem jeszcze coś. On, opowiadając tę historię, nie odwołuje się do skrótów, do mrugania okiem. Wiecie, rozumiecie to tak jakoś to będzie. Nie. Ten film, oczywiście przy pewnych założeniach, tej powiedzmy, niesamowitości deszczu, o której wspomniał Piotr, ale przy pewnych założeniach ten film da się obejrzeć jako rzecz logiczną w swoim zakresie, w swojej banieczce filmowej jest to logiczne. Zakończenie jest czułostkowe w pewnym momencie takie: wiecie państwo, jednak nie jesteśmy tacy źli, jak nas czasami malują, ale nawet to nie zepsuło mi tego seansu.
[37:08] - Powiem tak, o ile słyszałem peany na temat tego filmu, to on jakoś mną tak bardzo nie wstrząsnął. Chociażby jak to pierwsze "Quiet Place". To się da obejrzeć, to można obejrzeć. Czy trzeba? To nie wiem. Bo o ile ten film momentami ma jakieś elementy wiarygodności, to człowiek się zaczyna zastanawiać, jak oni tam funkcjonują na co dzień. Jak na przykład usuwają odpady, szczególnie w późniejszym okresie. No dobra, przez komin, ale czy wszystkie? Widzimy, że oni sobie zrobili domowy ogród. To też nie jest niemożliwe.
Ale czy ktoś akurat w domu ma nasiona, żeby sobie ten ogród wysiać i dodatkowo w takiej formie, że on utrzyma pięć ludzi i psa jeszcze w pewnym momencie. Zresztą oni tego psa też, kiedy ten zwierzaczek umiera, pożytkują w pewien sposób. Ta rodzina poluje, ta rodzina zbiera wodę, tylko że nie może wyjść na zewnątrz. Wszystko się odbywa przez komin. Ona obserwuje umierających sąsiadów, zmaga się z kryzysami psychicznymi. I to do pewnego momentu jeszcze mnie przekonywało. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w takim zamknięciu, ale takim niezwykłym zamknięciu, że nie możemy wyjść, nie da się otworzyć okna, drzwi, nie da się uchylić nawet tych drzwi i tak dalej. Dodatkowo wyobraźmy sobie, że to jest inny klimat i tam się nie da ogrzewania włączyć albo w piecu napalić. Także rodzi się mnóstwo pytań. Ale mamy jeszcze przecież potwory, które się czają na zewnątrz i które pukają do drzwi.
W pierwszym momencie mamy takie lekko muminkowe nawet nawiązanie do deszczowej palni, która gdzieś tam się ciąta po okolicy. I to nie jest zrobione zbyt klimatycznie. Ten film moim zdaniem cierpi na taką netfliksozę typową, czyli wizualnie jest ładny, wszystko jest jak trzeba i aktorzy się starają i w ogóle, ale nie ma takiego mrocznego klimatu, myślę, jaki by się tam bardzo przydał, że to mogłoby być głębsze także pod względem psychologicznym. I dwie godziny moim zdaniem to jest stanowczo za dużo jak na taką opowieść o zamknięciu w domu. Masz rację, może to chodziło o to, żeby pokazać tą rutynę, ale ja już w połowie tego filmu byłem dość zmęczony oglądaniem kolejnego dnia zmagań. Bo kiedy patrzy się na tą strzałkę czasu filmu i widzi się, że jeszcze w sumie godzina, to wiemy, że się dużo wydarzy i że ta końcówka będzie taka, że ktoś tą sielankę w końcu przerwie. Dodatkowo ten film tyle nam daje informacji w międzyczasie, że gdzieś tam z tyłu głowy mamy różne rozwiązania jego. A czy wam się spodoba "Ostatni dom"? Czy was przekonał pod takim kątem nawet realizmu związanego z przetrwaniem, takim czysto survivalowym realizmem? Czy was ujął?
Czy to jednak jest bajka? Czekamy na komentarze.
[40:28] - A zanim się rozłączymy, to ja jeszcze o jednej rzeczy. Powiem państwu, tu nawet muszę się zgodzić z Piotrem, że ta netfliksowość polega też na tym, że czerpie się szeroko. Nie wiem, czy głęboko, ale szeroko na pewno. Bo czy to są potwory, te istoty, które nam to zgotowały, one miały poważne podejrzenia, że ludzie to są w gruncie rzeczy niefajni. I później okazuje się, że my sami udowadniamy, że może nie jesteśmy tacy źli. To już mówiłem, wiem, ale moje skojarzenie z Cthulhu i mitologią stworzoną przez Lovecrafta było jednoznaczne. To znaczy, nie spodziewajcie się państwo tam mroku lovecraftowskiego, absolutnie nie. Natomiast same istoty jakby takie podobne. Miałem też skojarzenia oczywiście z klasyczną "Planetą małp". Wiecie państwo, ta ostatnia scena przy samej górze Statuy Wolności, kiedy główny bohater krzyczy, że jednak to zrobili.
Tutaj mamy bardzo podobny widok, tylko optymistyczny, bardziej optymistyczny, bo oni płyną jakby nad miastem. Część miasta, poważnego miasta została zalana i tam widzimy pewne fragmenty bardzo znanego miasta zresztą, ale już nie będę do końca psuł zabawy, więc widzimy fragmenty tego miasta i mamy takie skojarzenia. Więc śladów różnych innych dzieł jest sporo i ja lubię Lubię taką zabawę polegającą na tym, że szukamy mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do innych dzieł. To jest zawsze zabawa, która jednych wkurza, a mnie akurat odpowiada. Może dlatego bawiłem się całkiem nieźle. A poza tym powiem państwu szczerze, bo myślałem o tym, zanim zaczęliśmy naszą dzisiejszą audycję. Po kolejnym maratonie filmów, które oglądałem z dużym bólem, już państwo sami sobie doróbcie czego. To był wreszcie od dawna pierwszy film, przy którym nie musiałem wzdychać, kiedy to się wreszcie skończy. Owszem, był moment dłużyzny. Piotr go bardzo dobrze wskazał, ale później rzeczywiście odbijamy się od tej dłużyzny, od tej sztampy codzienności.
I znowu zaczyna się dziać. Być może na moją ocenę tego filmu wpłynął właśnie ten maraton filmów ambitnych, ale niekoniecznie udanych. To jest film niekoniecznie ambitny, ale za to przynoszący prostą, nieskomplikowaną, niewydumaną rozrywkę. A ja lubię takie filmy. W tym samym składzie, czyli Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba, będziemy mówić o książce, która jest legendą. Książce, która powinna ukazać się w Polsce, ale w dalszym ciągu się nie ukazała. Ta książka nosi tytuł „Paszport do Magonii”, a jej autorem jest Jacques Vallee. Zapraszam państwa. Dzień dobry wieczór państwu. Książki z pogranicza.
Ileż my już książek państwu polecaliśmy. Taką mam propozycję, że może również państwo zaczniecie nam polecać książki do omówienia. To nie byłby zły pomysł, bo może czasami niektóre tytuły omijamy, niesłusznie je omijamy. Może zatem czas na wymianę. Nie wiem, czy doświadczeń, ale wrażeń lekturowych. Dzień dobry wieczór Piotrze. Zaczynamy.
[44:38] - Tak, zaczynamy. Myślałem, jak to ładnie i w nieoczywisty sposób zacząć. I przychodzi mi do głowy Barejowski „Miś” i piosenka, która tam pojawia się w tym filmie. „Żadnych kartek ja w twoim paszporcie, żadnych kartek wyrywać nie muszę.” Paszport. „Paszport do Magonii”, drodzy państwo. Z niego na pewno nie da się wyrywać kartek, gdyż jest to paszport dający nam przepustkę do krainy niezwykłości. A sama książka, czyli dzieło Jacques'a Vallee, doktora Jacques'a Vallee to jest klasyk nad klasykami. Czym jest Magonia? W dużym skrócie jest to magiczna, mityczna kraina, z której według legend średniowiecznych, nie były to bardzo znane legendy tak naprawdę, mieli przybywać goście tajemniczy w swoich latających statkach. Widząc w tych relacjach zakamuflowane odniesienie do tego, co współcześnie się określa jako UFO i co się kojarzy z kosmitami doktor Vallee wprowadza nas do krainy i latających talerzy, i elfów, i wróżek, i krasnali, i aniołów, i wszystkiego, co się z tym magicznym światem istot, właśnie jakich, bo niekiedy się je określa mianem istot magicznych, kojarzy.
Dzisiaj może taka koncepcja, że ludzie mogli brać UFO kiedyś za coś zupełnie innego, na przykład za diabły czy anioły. Ona nie robi już takiego wrażenia, nie jest szokująca. Natomiast w 1969 roku, kiedy wychodzi „Paszport do Magonii”, Vallee kojarzony jest z taką klasyczną twarzą ufologii poprzez doktora Hyneka, którego jest tak naprawdę asystentem. I to robi wrażenie. Takie niekanoniczne spojrzenie na problem UFO. W zasadzie to muszę powiedzieć, że o ile doktor Vallee jest obecnie bardzo znaną postacią, wiele osób nie dyskutuje z tym, że on wielkim ufologiem jest, to muszę powiedzieć szczerze, że z perspektywy lat trudno jest mówić o jego jednym konkretnym poglądzie czy jednym pomyśle na UFO tak naprawdę. On się zmienia, on ewoluuje. Przypominam „Paszport do Magonii” to jest 1969 rok, a ta książka jest nadal wznawiana. Mówiąc o doktorze Vallee, to mówimy w zasadzie o grupie poglądów i koncepcji, szeregu pytań. Takich pytań na przykład, czy UFO dostosowuje formy swojej manifestacji do danych czasów, czyli czy ono się zmienia?
Pokazuje się po prostu w takiej formie dopasowanej do ducha czasów i do ludzkich umysłów. Czy to raczej wszystko leży w oku obserwatorów i to ludzie interpretują to, co widzą przez pryzmat swojej epoki? Czyli po prostu dawniej widzieli anioły, diabły, bogów, boginki, Matkę Boską, wszystko. Dzisiaj widzą kosmitów, przybyszów z innych rzeczywistości. Nie wiadomo, kogo będą widzieć za sto lat na przykład. Ale jest też inne pytanie, które wynika z tej książki. Dlaczego ufonauci wykazują podobne zachowania, podobną taktykę, podobne cechy mają, nawet czasami wygląd i mentalność, co istoty z folkloru opisywane przez stulecia, może nawet tysiąclecia. Dlaczego oni są tak podobni? To znaczy głównie zwodzą człowieka albo coś przed nim udają, rozgrywają jakiś teatrzyk. Bo „Paszport do Magonii” oraz „Messengers of Deception” to są książki, które utorowały drogę do wielu współczesnych poglądów na temat zjawiska UFO.
Może to się jakościowo nie różni za bardzo, ale kiedy Joshua Cutchin pisze nam o teatrzyku ze strony tych istot, to czujemy tą samą nutę, prawda? Te pytania, które Jacques Vallée zadaje w tej książce, są bardzo trudne tak naprawdę. Trudno jest z tego ułożyć jedną konkretną wizję. Musimy przełamać pewne stereotypy myślenia. Natomiast wynika z tego, że coś jest tutaj z nami. Może nawet jesteśmy w jakiejś korelacji, w jakiejś symbiozie z czymś, przy czym niestety nadal nie wiadomo, co to może być.
[49:18] - Zacznę od tego, że to w sumie chyba trochę nie tak, że to rodzaj hańby, że ta książka z 1969 roku dotąd nie ukazała się w Polsce w przekładzie. Można sobie oczywiście ją zamówić na różnych platformach, które zajmują się dystrybucją książek i to jest wykonalne. Ona jest napisana w miarę prostym językiem. Wiem, co mówię, dlatego że jakby była napisana językiem skomplikowanym, to bym po prostu odpadł od tej książki dosyć szybko. Ale to jest najmniej ważne w tym wszystkim. Warto sobie uświadomić to, o czym Piotr mówił, co sygnalizował, że ta książka powstała w czasach, kiedy większość ludzi, właściwie gros ludzi zgadzało się, że UFO to statki kosmiczne, a ich załogi pochodzą z innych planet. I nagle wychodzi facet, który zadaje pytanie zupełnie inne. Vallée stawia bowiem pytanie kłopotliwe, znacznie bardziej kłopotliwe, niż można sobie to było w tamtych czasach wyobrazić. On pyta: dlaczego opowieści o tajemniczych przybyszach, tych przybyszach z innego świata pojawiają się w ludzkiej kulturze od setek, a właściwie nawet od tysięcy lat? A on wie, co mówi, bo w czasach, kiedy nie było internetu, kiedy komputery były duże, to on pracowicie przeglądał różnego rodzaju manuskrypty albo wczesne druki, zaglądał do archiwów, czytał rzeczy w ogóle z UFO niezwiązane, właśnie związane z opowieściami ludowymi, różnymi przekazami z dawnych lat.
I to go odróżniało zupełnie od kolegów, tych kolegów od UFO. Co więcej, można też na tę książkę spojrzeć w ten sposób, że jeśli ograniczymy się do XX wieku, to moglibyśmy uznać UFO za całkowicie współczesny fenomen. Ale kiedy spojrzymy szerzej, tak jak proponuje to Vallée, to znajdziemy naprawdę zadziwiająco podobne motywy w dawnym folklorze. Wiecie państwo, te wszystkie tajemnicze istoty przybywające z nieba lub z innego świata lub ze świata podziemnego, różne niezwykłe pojazdy, nagłe pojawienia się i zniknięcia, a także przekazywanie ludziom wiedzy, a czasem dziwne i niepokojące doświadczenia ludzi oraz dziwne i przynajmniej nielogiczne zachowania tych przybyszy. Bo kiedy patrzymy na UFO i mówimy sobie: tak, to przybysze z innych planet, a oni się zachowują przedziwnie. Chodzą po łące, zrywają źdźbła trawy, podnoszą kamień i odlatują, a za miesiąc przylatują ponownie i robią to samo. Tak zachowuje się wyprawa, która pokonała niewyobrażalną liczbę kilometrów, czy też jednostek miary, którą oni tam mają, żeby przybyć do naszego Układu Słonecznego na Ziemię. Tak. I Vallée trochę walczy z tym poglądem. A w każdym razie może złe określenie.
Nie tyle walczy, co pyta. Mówi tak: w średniowieczu można było mówić o elfach, o demonach czy o mieszkańcach tajemniczych krain, chociażby tej Magonii. A w epoce nowożytnej pojawili się niezwykli przybysze i uznano ich natychmiast za kosmitów, a te przysłowiowe latające spodki za pojazdy międzygwiezdne, a w każdym razie za takie, które gdzieś tam dokują w wielkich pojazdach międzygwiezdnych. To wtedy pojawia się Magonia. Vallée ją przytacza. Tajemnicza kraina, którą Vallée wykorzystuje jako symbol innego świata. I myślę, że najważniejszą sugestią autora można by sprowadzić do takiego oto stwierdzenia, że być może nie zmienia się samo zjawisko, ale sposób, w jaki człowiek to zjawisko interpretuje. To trochę zmienia optykę zarówno wydarzeń, które są relacjonowane, jak i w ogóle spojrzenie na to zjawisko. I prosiłbym, żeby nie wyciągać, jeśli się nie zna tej książki, zbyt prostych wniosków, pochopnych wniosków, że średniowieczny elf był kosmitą w przebraniu. Vallée proponuje coś bardziej subtelnego.
Mówi coś takiego mniej więcej warto badać Powtarzające się struktury doświadczeń, zamiast z góry, absolutnie z góry, woluntarystycznie zakładać, że każde pokolenie spotyka zupełnie inny rodzaj zjawiska. Logiczne? Moim zdaniem bardzo. I myślę, że dlatego „Paszport do Magonii” to nie jest książka wyłącznie o UFO. To jest też książka o tym, jak człowiek, każdy z nas właściwie, interpretuje doświadczenia, których tak naprawdę nie potrafi wyjaśnić.
[55:03] - Tak, ale jest to książka trudna w odbiorze dla kogoś, kto nie jest gotowy. To jest jedna rzecz. O tym za chwilę jeszcze może powiem. Natomiast to, że ona się nie ukazała, jakiś wstyd to jest, ale z drugiej strony ja myślę, że ona też już troszeczkę jest, nie chcę powiedzieć przestarzała, ale już czuć, że lekko trąci myszką. Tam są podane przykłady różnego rodzaju zdarzeń z lat 60., 50. Tymczasem od pierwszego wydania „Paszportu do Magonii” widzimy, że to zjawisko się zmieniło. Nawet teraz jest trochę inne. Doszła nam nowa kategoria interpretacji, czyli AI. I rzeczywiście ludzie interpretują obserwacje UFO przez ten pryzmat. Ile razy żeśmy słyszeli, że to może być inteligencja sztuczna z innej planety, ale to jest kwestia do rozstrzygnięcia.
Pamiętajmy, że to jest bardzo specyficzna książka. To nie jest podręcznik, to nie jest wniosek z badań, to są często pewne luźne dywagacje i tyle. Ja zauważam, że w ogóle często ludzie podchodzą do Jacques'a Vallee jako do wielkiego eksperta, wielkiego badacza polowego, który wiele rzeczy zbadał, zmierzył. Siła Vallee'go tkwi w tym, że on przekracza pewne bariery poznania, natomiast to są raczej metaanalizy. To są pewne nowe koncepcje, nowe formy spojrzenia na interesujące nas zjawisko. To jest w ogóle ewenement, jeżeli chodzi o tego człowieka, bo zarówno ta książka, jak i inne, w których zawarł swoje koncepcje, one są już naprawdę leciwe. To jest kawał historii, ale też lekcja dla nas, że tego zjawiska nie można tak łatwo pojąć i zdekodować. Można je rozpatrywać z punktu widzenia hipotezy o pozaziemskim pochodzeniu, czyli ETH. Natomiast 60 lat prawie minęło i stoimy w tym samym miejscu co wtedy, co w latach 60. Oczywiście tutaj, kiedy mowa o „Paszporcie do Magonii”, to warto wprządz do interpretacji inne książki Vallee'go, wspomnianą „Messengers of Deception”.
I zależy, z którego punktu widzenia patrzymy, to dojdziemy do różnych wniosków tak naprawdę, ale jeden z nich będzie nam mówił, taki powtarzający się i myślę, że obecny, bez względu na to, czy jesteśmy fanami teorii o kosmitach, czy przybyszach z innego wymiaru. On nam będzie mówił o tym, że jedną z cech zjawiska UFO jest jego zwodniczość i nieuchwytność. Oczywiście nie wszyscy to akceptują, nie wszyscy akceptują spojrzenie Vallee'go. Ja wielokrotnie się spotykałem z jego krytykami, którzy mówią, że to w sumie jest bzdura jakaś, że on zbyt łatwo łączy te kropki. Często też jest tak, że ludzie są przyzwyczajeni do myślenia o UFO w sposób bardzo stereotypowy, jako do kontaktu z wyższą inteligencją. Tymczasem tu mamy taki krok trochę wstecz. On się cofa do czasów często zamierzchłych, do folkloru i niektórym to się nie układa. Nie licuje porównywać UFO i latających talerzy z jakimiś tam diabełkami. Wydaje się to niekompatybilne, wręcz szalone. Myślę, że dzisiaj to już nie jest takim szokiem, jak mogło być kiedyś.
Bo musimy widzieć, że przez lata bardzo silna była ta reprezentacja ludzi, którzy wierzyli, iż UFO równa się kosmici. Nawet przecież kwartalnik UFO, dobrze znany, pełen był osób, które jak do jeża podchodziły do tych alternatywnych hipotez, że to muszą być kosmici i tyle. A sam Jacques Vallee, astronom, informatyk, inwestor, ufolog, wreszcie też człowiek zaangażowany w disclosure i wiele innych projektów. Ale jeżeli chodzi o to disclosure, to często jest słychać głosy, że jego wciągnięto w to, żeby go zdyskredytować. Również on się wycofał z promowania tego ruchu. Pozostaje ostrożny, mówi wręcz, że cokolwiek wypłynie z kręgów wywiadowczych czy wojskowych, to zawsze trzeba do tego być nastawionym sceptycznie. Zatem ta ufologia to strasznie dziwna gra. Z jednej strony z jakimiś siłami, ale też cały czas od kilkudziesięciu lat jest to gra z tajnymi agentami i agentami dezinformacji.
[59:51] - Wiesz, Piotrze, ja mam wrażenie trochę przeciwne do twojego. Moim zdaniem ta książka nie zestarzała się aż tak bardzo. Owszem, przyznaję ci rację. Tam, gdzie Vallee odwołuje się do tych przykładów świeżych z lat 60., to my dzisiaj mamy tych przykładów więcej. Jesteśmy bogatsi o te przykłady, ale moim zdaniem Vallee pisze trochę jak detektyw i on zamiast budować teorię wyłącznie na takich spektakularnych przypadkach, to on zestawia ze sobą relacje UFO, folklor Jakieś dawne przekazy i historie o spotkaniach z tymi tajemniczymi istotami. Podstawą jego metody, i to się moim zdaniem nie zestarzało, jest poszukiwanie wzorów, wzorców. Bo jeżeli w różnych epokach pojawiają się podobne historie co do konstrukcji tej historii, to oczywiście można to uznać za przypadek, ale można też powiedzieć, że ludzie mają podobne mechanizmy psychologiczne i dlatego tworzą podobne opowieści. Ale można również zadać pytanie: a jeśli za tymi opowieściami kryje się jakieś rzeczywiste zjawisko, które kolejne kultury po prostu opisują własnym językiem, tym, co mają niejako pod ręką? Myślę, że to jest ten punkt, ta ciężkość, która najbardziej interesuje Jacques'a Vallee. Dlatego myślę, że ta jego książka to nie jest właśnie, nie myślę, to wiem, że to nie jest typowa literatura ufologiczna, bo nam autor nie mówi tak po prostu: oto dowody na kosmitów.
On przeciwnie, właściwie kwestionuje samo założenie, że UFO mogą być pojazdami pozaziemskimi. Jego perspektywa wydaje się szersza, ale też to nie jest tak napisane, że na pewno, zaprawdę powiadam, musicie mi uwierzyć. On raczej testuje pewne myśli, pewne pomysły. Ja jestem do tego przyzwyczajony, bo taką metodę stosuje najczęściej filozofia. I powiem tak, że po lekturze tej książki można wysnuć taki wniosek, że być może problem UFO nie polega wyłącznie na tym, że należy ustalić, skąd przylatują te tajemnicze obiekty, ale może polega również na tym, żeby zrozumieć, dlaczego ten fenomen przybiera tak różne, a jednocześnie do pewnego stopnia podobne formy w ludzkiej kulturze, przynajmniej tak to jest odzwierciedlone. Tak sobie myślę, że Vallee potraktował folklor jako naprawdę wartościowy materiał i dużo jest tych przykładów u niego. Wartościowy materiał do badań nad UFO. Zamiast tak automatycznie odrzucać te dawne opowieści jako zabobony, on zapytał, czy nie zawierają one pewnych wzorców. Mówiłem o wzorcach, takich wzorców, które można porównać ze współczesnymi relacjami. To nie jest, proszę państwa, książka, która mówi, właściwie się powtórzę, ale która mówi: odkryłem, jak to jest.
On po prostu, mówię o Vallee, zadaje naprawdę takie gniotące nas pytania. Czasami wypuszcza nas po prostu, bo najpierw opisuje coś. Tak, wiemy, że tak było. To jest jakaś relacja dla niego współczesna, a potem zadaje pytania, czy naprawdę tak wyglądałyby wyprawy gości z gwiazd. Dla mnie to była porywająca lektura i jakoś tak nie czułem jej ciężkości. Ale cóż, pewno o tej metodzie Vallee można powiedzieć, że ma również swoje ograniczenia, bo podobieństwo opowieści nie jest przecież żadnym dowodem wspólnego źródła. Warto to wziąć pod uwagę, że elf ze średniowiecznej legendy i jakaś humanoidalna istota opisywana przez współczesnego świadka, te dwie istoty mogą wyglądać podobnie, ale to tylko dlatego, że ludzka psychika ma ograniczoną liczbę sposobów opisywania rzeczy niezwykłych. Nam jest bardzo trudno opisać rzeczy, co do których nie mamy pewności, nie wiemy, z czym to połączyć. Myślę, że najmniej w książce Vallee jest mowy o tym, że możliwe są coś, co nazwałbym wpływami kulturowymi, błędnymi interpretacjami, zwykłymi zbiegami okoliczności. Powiem tak, że ta książka mnie zafrapowała, ale myślę, że należy ją traktować przede wszystkim jako interesującą hipotezę i pewną prowokację intelektualną, a nie jakikolwiek dowód jakiejś jednej ukrytej czy też takiej ujednoliconej teorii o UFO.
[01:05:16] - Tutaj małe postscriptum, które dodam, dosłownie dwa zdania. Rozwinięciem książki „Pasport do Magonia” jest „Wonders in the Sky”, czyli zbiór różnego rodzaju dawnych, często bardzo dawnych relacji na temat spotkań z UFO i z dziwnymi istotami. Przy czym to są takie relacje, które noszą często duże podobieństwo. Nie są to bajki, nie są to legendy, nie jest to analiza legend. Są to zapiski o zdarzeniach, które noszą duże podobieństwo do współczesnych obserwacji UFO. Czyli to nam dodaje, że tak powiem, jeszcze ciężkości do tych twierdzeń Vallee'go sugerujących, że nie tylko ta bajkowa strona, legendarna strona, ale też po prostu relacje źródłowe w formie relacji kronikarskich na przykład, czy w formie relacji po prostu uczestników tych zdarzeń sugerują nam, że to już było wcześniej, że to zjawisko się manifestowało. Tylko nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, czy po prostu mamy do czynienia z UFO od niepamiętnych czasów w formie takiej, jak dzisiaj to obserwujemy, czy jednak to zjawisko się zmienia. Ważne, że jednak coś wydaje się z człowiekiem
[01:06:38] - Wchodzić w interakcje i ma taki dość manifestacyjny charakter, ale myślę, że tutaj jeszcze o tym wszystkim będziemy sobie kiedyś rozmawiać. No i czas teraz na odrobinę prozy. Dzisiaj trzy opowiadania napisane przez piękniejszą część ludzkości. Pierwsze z nich napisane jest przez Angelę Kudenko i nosi tytuł „Ciało terapeutyczne”. Drugie napisała Hanna Layer. Nosi tytuł „Ad absurdum”. Wreszcie trzecie Kamila Ciołko-Borkowska i „Rola życia”. Zapraszam. Czyta dla Państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:07:26] - Angela Kudenko. „Ciało terapeutyczne”. Widok kilku mężczyzn siedzących w kółku i trzymających w dłoniach długopisy sprawił, że zamrugałem kilka razy oczami. Nie wierzyłem w to, co widziałem. Jakaś część mnie buntowała się twierdząc, że oszalałem do końca. Jak mogłem tak po prostu przyjść na spotkanie anonimowych pisarzy morderców i nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia? Cześć, nazywam się X i mam problemy z zabijaniem postaci w swoich książkach. To nie tak, że potrafię to robić na zawołanie i jeszcze się z tego śmieję. Taki zgrabny obrazek przekazują wam media. Ale zaufajcie mi, dla mnie to trudne jak jasna cholera.
Bohaterowie najczęściej patrzą na mnie ze smutkiem w oczach, kiedy zbliżamy się do ich finału. Niektóre, zwłaszcza niebieskowłose kobiety, robią minę przerażonego kotka, która ma mną wstrząsać. Problem w tym, że tak się nie dzieje i nigdy nie działo. Dopiero po napisaniu sceny, postawieniu kropki nad i oraz na końcu zdania dopadają mnie wyrzuty sumienia i pożerają na surowo. Więc mówię mojemu wydawcy: „Chłopie, daj sobie na wstrzymanie. Czy w każdej powieści muszę zabić najładniejszą kobietę mojego życia?” Ten jednak patrzył na mnie jak na wariata. Z każdą premierą coraz bardziej. Pewnego dnia nie wytrzymał mojego nachodzenia i utyskiwania. I tak trafiłem do grupy wsparcia. Usiadłem na jedynym wolnym krześle pomiędzy dwoma fantastami, a przynajmniej tak byli ubrani.
Jeden miał pióra we włosach, jakby miał zderzenie z rańskim ptakiem, zaś drugi wymalował się od góry do dołu na barwy wojenne. Mruczał coś pod nosem, coś o wiecznych wojnach i katuszach z bogami. Poprawiłem się na siedzisku, ufając, że to moje miejsce. W końcu po części też byłem pisarzem fantastycznym. Małorasowym. Wolałem tak zwany realizm magiczny, a nie mięsistą fantastykę, ale może usiadłbym w tłoku, gdyby ktoś zwrócił na to uwagę. Nie wyróżniałem się od anonimowych. Byłem tego pewny. Pod szyją miałem codzienny krawat. Koszula pękała mi na pępku, zaś spodnie były przykrótkie.
Ostatnio nie miałem czasu przejrzeć swojej szafy, a chciałem się jako tako prezentować. Musiałem mieć na sobie coś pisarskiego. A w końcu nie zawsze zarabiamy tak wiele, by mieć na garnitur z krwi i kości szyty przez najbardziej znane krawcowe. Musiałem się zadowolić tym ubraniem, które było ze mną na większości spotkań autorskich. Podrapałem się po udzie w momencie, w którym weszła do pokoju kobieta. Zgadłem od razu, że była terapeutką. Była piękna, idealna, skrojona na miarę i zapewne każdy z nas widział ją inaczej. Nie rozumiecie? Już tłumaczę. Podobno jestem w tym dobry.
Na spotkaniach grupy anonimowych pisarzy morderców prowadzącą zawsze jest kobieta z naszych stron. To znaczy, że ja widzę niebieskowłosą, smukłą dziewczynę z teczką pod ramieniem. Uśmiecha się do mnie miło. Przełykam ślinę. Inni autorzy zareagowali podobnie. Rzekomo to standard. Pierwszy poziom wtajemniczenia. Potem wyrzuty sumienia nas zabiją do końca bądź zbawią. „Witajcie na pierwszym spotkaniu ABM” przywitała się kobieta, siadając prawie naprzeciwko mnie. Jej spojrzenie przebiegło po zgromadzeniu, zatrzymując się dłużej na mnie.
Byłem tego pewny. „Zdecydowaliśmy się udzielić wam nieskrępowanej pomocy w zrozumieniu, że zabijanie bohaterów literackich to wasza konieczność, a nie przerażająca zbrodnia.” Głos miała miękki, delikatny, ale stanowczy, a raczej stanowczo zawijał się na ostatnich słowach, próbując nam uzmysłowić, że jesteśmy niewinni. Roześmiałbym się, gdybym nie był tak bardzo przybity. Jesteście pierwszą grupą, ale nie bierzcie tego do siebie. W dobie 2050 roku, kiedy pisarstwo jest istotne dla świata pod względem fabuły, technologia poszła do przodu, tworząc dla was idealne miejsce pracy. Zdajemy sobie sprawę, że tego właśnie potrzebujecie. Konfrontacji z waszymi postaciami. Tymi, które zostały przez was zamordowane. Nastąpiło poruszenie. Powietrze z sekundy na sekundę robiło się coraz gęstsze.
Dobry pisarzu, któryś jest w niebie ze starych drewnianych stron zwariuje tutaj szybciej niż sobie to wymyśliłem w porannym opowiadaniu. Autorów poruszyła przemowa kobiety w niewiele większym stopniu niż mnie. Wszyscy odlecieli. Pocierali prawą dłoń lewym kciukiem, unosili głowę nieznacznie do sufitu, szukając na nim dowolnych słów, prawdopodobnie w naszym języku, a także wybijali rytm stopami. Zamykali się z dala od swoich zabitych bohaterek. „Nauczymy was samokontroli. Spotkania są finansowane przez czytelników, dlatego warto później im podziękować dużym konkursem literackim. Ale do rzeczy. Pytania będą na końcu. Odpowiem na wszystkie” – zakończyła kobieta i uśmiechnęła się.
Idealne zęby błysnęły w świetle mocnej lampy, a ja już wiedziałem, że jest pieprzonym robotem. Wywróciłem oczami. Co za nuda. Co za oszczędność. Współcześni coachowie brali zbyt wiele gotówki, że musiał to być akurat robot? Akurat w roli terapeutki? „Macie pod siedzeniami kartki. Weźcie je i opiszcie swoją zmarłą bohaterkę. Napiszcie, czemu była dla was ważna. Jestem pewna, że w momencie pisania znów stanie obok was żywa i uśmiechnięta.
No panowie.” Robot klasnęła, widząc, że nie mamy zamiaru się w to bawić, a potem dopowiedziała: „Musicie to zrobić, inaczej wasi wydawcy zastąpią was młodą krwią”. Wszyscy wzięli się do pracy, nawet ja, chociaż na początku dla totalnej niepoznaki mazałem długopisem imię bohaterki. Nancy Fancy Nancy. Tak ją nazywał morderca Fancy Nancy, bo podczas planowania fabuły wydawało mi się to zabawne. Teraz boli mnie od tego ząb i serce. Nie pytajcie. Godzinę zajęło nam pisanie. Niektórzy się popłakali, pochlipując cicho, a kobieta-robot, koszmar naszych piór, chodziła od autora do autora i pocieszała, głaszcząc po głowie. Ona miała w oczach ulgę, oni szaleństwo. Starałem się unikać bliższej konfrontacji.
Tego wcale nie chciałem opisywać. W końcu męczarnie dobiegły końca. Zadowolona postać usiadła znów na krześle, wyprostowana jak patyk, normalna jak reszta moich bohaterów. Wzdrygnąłem się, mimowolnie podobną ulgę odczuwając. A nigdy nie wierzyłem w technopsychologię. „Na końcu powiem wam, że możecie pochwalić się waszym czytelnikom, że zabiliście bohatera. Nie mówcie tylko, kto to dokładnie jest. Być może się nie domyślą. Lepiej, by się nie domyślili. Promocja będzie bardziej dynamiczna” – powiedziała, mrugając do nas okiem, po czym wstała i pozwoliła nam opuścić pomieszczenie wstydu.
Dodała, że opuszczamy swoje postacie na dobre. Już nigdy nie natkniemy się na nie w naszym otoczeniu. Wszyscy pokiwaliśmy głową, chociaż mieliśmy na końcu języka zupełnie inny komentarz. Przecież nie mogłem tego potwierdzić. To nie był fakt, a przypuszczenie. Dotarłszy do domu, usiadłem i otworzyłem nowy dokument tekstowy. Pozostawało mi czekać, aż zabiorą ciało Fancy Nancy z mojej wanny, a płytki wyczyszczą gratis. Czekałem na premierę. Hanna Layer, „Ad absurdum”. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych zdarzeń są nieprzypadkowe.
Leszek siedział ze zwieszoną głową i wzrokiem wbitym w stopy, a raczej stopę. Pozostałość lewej nogi goiła się. Powoli wracał do zdrowia. Nie byłoby źle, gdyby nie fakt, że sąsiedzi wciąż zakłócali spokój. Mimo potrzeby porządnego odpoczynku i długiego okresu rekonwalescencji zawlókł się na zebranie lokatorów kamienicy. Przewodniczył jak zwykle Thomas, co chwila zerkający na tarczę ekstrawaganckiego zegarka ze złotą bransoletą oplatającą jego nadgarstek łańcuchem 12 złotych gwiazdek. Obok niego niezmiennie miejsce zajmował Hans. Leszek przetarł palcami zmęczone oczy. Nie pomogło. Usadowił się wygodniej na krześle i ukrył głowę w dłoniach, żeby jakoś przetrwać tę farsę.
Przez chwilę czuł błogi spokój. Promienie słońca przeświecały przez gałęzie podwórzowych topoli i całowały jego spracowane ręce. Lekki wiatr przyłączał się i jakby na pocieszenie muskał skórę ciepłym podmuchem. Ze spokojnego odrętwienia wyrwał go piskliwy głos Thomasa. „Leszku, Leszku, mówię do ciebie. Niepokoimy się. Niepokoimy się o ciebie.” „Kto się niepokoi?” – dopytał ospale Leszek z głową wciąż spoczywającą w wielkich dłoniach. „Jak to? My się niepokoimy. Cała wspólnota mieszkaniowa.
Nie mamrocz, jak mówię do ciebie.” Leszek podniósł wzrok i spojrzał na Thomasa spode łba. Odparł niechętnie: „Zasadniczo, skoro ty mówisz do mnie, to w tym momencie jesteś jedyną osobą, która może wysławiać się niewyraźnie, jako że nie mam w zwyczaju przerywania komuś wypowiedzi. Chciałbym tylko wiedzieć, o co chodzi.” Thomas poczerwieniał na twarzy. Przypominał nieco niepokojąco przesadnie napompowany czerwony balonik, gotów w każdej chwili pęknąć z hukiem. Odchrząknął nienaturalnie, po czym wyparował jeszcze bardziej piskliwie niż poprzednio. „Jesteśmy wysoce zaniepokojeni nieporządkiem panującym w twoim mieszkaniu. Obawiamy się, że taki stan rzeczy może ci nie służyć.” Słucham? Leszek pociągnął kilkakrotnie płatek prawego ucha, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Jesteśmy zwolennikami porządku, który służy zdrowiu mieszkańców i nie sprzyja rozprzestrzenianiu się niepożądanych chorób. To jakiekolwiek choroby mogą być pożądane?
Wtrącił się milczący dotąd Imre. Cisza! Zawołał Thomas, którego twarz zaczęła przybierać złowróżbny odcień purpury. Odchrząknął ponownie, przewertował jakieś kartki, przeczesał palcami opadające na czoło siwe kosmyki i kontynuował: Z wiarygodnych źródeł wiadomo nam, że w twoim mieszkaniu sytuacja znacznie się pogorszyła, a właściwie w chwili obecnej jest alarmująca. Co masz na ten temat do powiedzenia? Z jakich wiarygodnych źródeł? Nieco zbyt głośno odparł pytaniem Leszek. Wiarygodnych. Przecież mówię! Proszę wybaczyć – zwrócił się do wszystkich zebranych Leszek – ale zdawało mi się, że ja jestem osobą najlepiej zorientowaną w sytuacji, jaka panuje w moim własnym mieszkaniu.
Sprzątam regularnie, stosuję się do wszystkich zasad ustalonych w regulaminie. Nie było u mnie w ostatnim czasie żadnych niepokojących incydentów. Zaakcentował znacząco ostatnie wyrażenie i rozejrzał się. Kilka osób z aprobatą pokiwało głowami. Thomas wpatrywał się w niego z nieukrywaną złością. Uniósł pulchny palec wskazujący i przestrzegł stanowczo: Tym razem ci się upiecze, ale jeżeli dowiemy się o jakichkolwiek zaniedbaniach, licz się z konsekwencjami. Nie chcesz chyba, żeby podniesiono czynsz. Dlaczego mnie to mówisz? – spytał porządnie już wyprowadzony z równowagi Leszek. – Łudziłem się, że będziemy tu rozmawiać o kwestiach związanych z ociepleniem budynku i o, wybacz, dość palących problemach z nowymi lokatorami, ale rozwiałeś moje nadzieje po pierwszych minutach tego cyrku.
W związku z tym proszę wszystkich o wybaczenie, ale jeśli nikt nie ma do mnie żadnej sprawy, pozwolę sobie opuścić szanowne grono i korzystając z pięknego dnia zająć się sprzątaniem, jakie na dzisiaj zaplanowałem. Na kolejne zebranie stawię się oczywiście. Posyłając ostatnie wściekłe spojrzenie przewodniczącemu zaczął powoli wstawać, ale usłyszał znów piskliwy głos: Tak się składa, że mamy dość pilną sprawę do ciebie Leszku, więc dobrze byłoby, gdybyś jeszcze z nami został. Podnoszący się z miejsca powoli przymknął oczy, westchnął niedostrzegalnie i oklapł z powrotem na siedzenie. Słucham – wydusił z siebie. Pan Zimmerman chciałby coś powiedzieć. Niewysoki jegomość w kapeluszu i okularach wyłonił się jak spod ziemi i stanął obok Thomasa. Oprócz ostrych rysów i nietypowego jak na współczesne czasy nakrycia głowy uwagę zwracał szczelnie zabandażowany kinkut prawej ręki. Dziękuję, panie przewodniczący – zaczął mężczyzna spokojnym tonem. – Można by mówić wiele, ale to nie o wielkie słowa tutaj chodzi, a jedynie o sprawiedliwość.
Zwracam się do pana Leszka z wezwaniem o zachowanie przyzwoitości, przyznanie się do winy i zwrócenie mi należnego odszkodowania łącznie ze skradzionymi pieniędzmi. Leszek o mało nie spadł z krzesła. Gdyby nie siedział, a stał, to niechybnie by się przewrócił. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Co takiego?! Wykrzyknął szczerze zdumiony. Tak, tak. Ja rozumiem potrzebę przykrycia czymś palącego wstydu, ale naprawdę krzyk nie pomoże. Proszę zachować odrobinę godności. Pan chce mnie pouczać o godności?
Leszkowi prawie zabrakło tchu. Przewodniczący odchrząknął swoim zwyczajem. Ależ panowie, po co te nerwy? Możemy już chyba na spokojnie porozmawiać o czymś, co miało miejsce dawno temu. Jak pan widzi, panie przewodniczący, staram się zachowywać spokój, choć jest to dla mnie trudne – powiedział Zimmerman. – Bardzo trudne – dodał i rozejrzał się po twarzach zebranych. – Krzywdę, jaka mnie spotkała, trudno porównać z czymkolwiek. Co do tego chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości. Oczywiście, że nikt nie ma wątpliwości! – zawołał Leszek.
– Ale tak się składa, że nie tylko pana spotkała krzywda. Zimmerman rzucił mu nienawistne spojrzenie. Do tej krzywdy ktoś się przyczynił – zauważył, spoglądając na zebranych zza szkieł swoich okularów. Zgadza się. Więc może wreszcie porozmawiajmy o sprawcach. Widzisz, Leszku – przerwał mu Thomas. – Pan Zimmerman poniósł straszliwe straty, zarówno materialne, jak i moralne. W co nie wątpię – wycedził przez zęby Leszek. Co miało miejsce w twoim mieszkaniu. Zgadza się?
Zaprzeczysz temu? Zapadła grobowa cisza. Leszek z niedowierzaniem spoglądał na twarze sąsiadów. Oczywiście, że w moim mieszkaniu, ty imbecylu, bo napadnięto mnie, kiedy szanowny pan Zimmerman był moim gościem. Gdybyście wszyscy nie mieli problemów z pamięcią... – wybuchnął wreszcie. Nie tym tonem! Przerwał ostro Thomas, co przez jego wysoki głos zabrzmiało dość komicznie. Lepiej się zastanów, czy masz jakieś dowody, zanim zaczniesz wygłaszać swoje niepoprawne stwierdzenia. Dowody?
Leszek oddychał ciężko. To nie jest wystarczający dowód? Wskazał na swoją lewą nogę pozbawioną stopy i połowy łydki. No cóż, przykro mi, że spotkało cię takie nieszczęście. Wypadki chodzą po ludziach. Wypadki? Nie można wykluczyć, że to działanie celowe służące wymiganiu się od procesu — wtrącił się Zimmerman. Co proszę? Czy on sugeruje, że sam sobie odciąłem nogę? Leszku, powinieneś zrozumieć, że musimy brać pod uwagę wszelkie ewentualności — odpowiedział spokojnie Thomas.
Dochodzenie do prawdy to żmudny proces. Przecież proces odbył się już dawno temu. Co nie zmienia faktu, że pan Zimmerman nie otrzymał należnego mu odszkodowania. Ja też nie otrzymałem, do cholery! O odszkodowanie może zapytamy wreszcie tego psychopatę, który siedzi po twojej- Leszku, ale nie tym tonem. Naprawdę nie będziemy rozmawiać ze sobą w takiej atmosferze. Musimy brać pod uwagę fakty, a fakty są takie, że po pierwsze, jak sam przyznałeś, pan Zimmerman był wówczas u ciebie gościem, a po wtóre, przykro mi to mówić, ale kończyny znalezione zostały w twojej szafie. Niebiosa! Leszek z desperacją spojrzał w górę. Ile razy mam do tego wracać, żebyście wreszcie zrozumieli?
Tak, pan Zimmerman był gościem u mnie. Hans, nie przerywaj mi, do cholery. Hans, który siedzi właśnie po twojej lewej, napadł na nas, okradł nas i usiłował wymusić haracz. Nie próbowałeś się nawet przeciwstawić? — zapytał z wyrzutem Pierre siedzący niedaleko Thomasa. Oczywiście, że próbowałem. Może w starciu jeden na jednego dałbym radę. Tyle że miałem dwóch nieproszonych gości, bo razem z Hansem zjawił się Sasha. Thomas rzucił Leszkowi błagalne spojrzenie i przyłożył palec do ust, ale ten kontynuował. Współpracowali.
Jeden i drugi chciał regularnych wpłat na swoje konto. Inni sąsiedzi z klatki mogą to potwierdzić, bo także byli nękani. Zarówno ja, jak i pan Zimmerman zostaliśmy związani, okaleczeni i obrabowani przez rzeczonego Hansa. A ten barbarzyńca Sasha długo jeszcze mnie nękał i okradał bezkarnie, zanim udało mi się w ogóle dojść do siebie i zamknąć mu drzwi przed nosem. Śmiał jeszcze udawać naszego wybawcę, żeby sprawa nie wyszła na jaw. Nie wierzysz? Spytaj sąsiadów. Niektórzy do dzisiaj mają z nim problem. Oszczerstwo! — zawołał Zimmerman.
Po co tyle krzyku? Naprawdę mówmy ciszej. Thomas odchrząknął i sam zmniejszył głos. Leszku, ale przyznajesz, że niezręcznie o tym mówić. W twojej szafie znaleziono to, co znaleziono, a poza tym nad drzwiami twojego mieszkania widniał napis: „Kto nie zapracuje, ten pożałuje”. Wszyscy wiedzą, że to jego charakter pisma. Oczekiwałeś też może, że tego rodzaju groźby oprawca wysmaruje na czerwono w swoim mieszkaniu? A może spodziewałeś się, że tam właśnie zabierze dowody zbrodni i rozrzuci je wśród nowych mebli kupionych za nasze pieniądze na świadectwo swojego czynu? Wśród zebranych dało się słyszeć szmer wzburzonych głosów. Cisza!
— wychrypiał przewodniczący. Sprawiał wrażenie, jakby nad czymś się zastanawiał. Wreszcie zapytał: Nie zaprzeczasz jednak, że twoje relacje z panem Zimmermanem nie były najlepsze? Nie, nie były. Wielu z nas nie miało z nim dobrych relacji, ale to nie powód, żeby sobie obcinać palce. Przeprowadzono dochodzenie, zebrano odciski, znaleziono ślady włamania i gdyby nie zbiorowa amnezja i niewyobrażalna ignorancja, wszyscy tu zebrani wiedzieliby, że sprawcą tamtego zdarzenia jest nie kto inny, jak siedzący obok ciebie Hans. Przewodniczący sprawiał wrażenie zakłopotanego. Przyłożył dłoń do twarzy, jakby zamierzał odkaszlnąć, po czym stwierdził z przekonaniem. Człowiek, którego nazywasz Hansem, nie może prawnie odpowiadać za to zajście, ponieważ on się nie nazywa Hans. To jak się tym razem nazywał ten psychopata po twojej lewej?
— zapytał Leszek z rezygnacją. Leszku, to jest Ahmed. Kamila Ciąką-Borkowska. „Rola życia”. Czekał już pół godziny. Jego myśli składały się głównie ze słów uznanych za wulgarne. Ile ma siedzieć pod tymi drzwiami? Przeczytał już wszystkie ogłoszenia na tablicy. Przestudiował też plakaty reklamujące nowe spektakle. Niewiele brakowało, a zacząłby zapewne robić przysiady.
Nie byłoby tak źle, gdyby w porannym pośpiechu nie zapomniał telefonu. Patrząc na klamkę, powtarzał szeptem litanię: „Otwórz się, otwórz się, no otwórz się, kurna!” Gdy drzwi uchyliły się, młody człowiek podskoczył. Stanął z lekkim uśmiechem, patrząc na kobietę wychodzącą z pokoju. Starzysta? Tak. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Trochę poczekałeś. Naprawdę? Oglądałem plakaty. Fascynujące.
Tak, tak — machnęła ręką, przerywając. Za mną. Nazywam się Maria Antonina. Możesz pośmieszkować później przy kawie. O tam. Kiwnęła blond głową. Nie przy mnie. Nie rozumiem żartów. Rano przynosisz mi kawę. Resztę wyjaśni ci Tomek.
Nasz inspicjent będzie twoim opiekunem. Rozumiem. Mnie nie zawracasz dupy. Ja pracuję. Nie prowadzę praktykantów za rączkę. Stażystów. Jestem stażystą. Jeden pies. Doszli do małego pokoiku. Wśród masy gratów kręcił się łysy mężczyzna, który spojrzał na nich z zainteresowaniem.
Tomek to nowy stażysta. Spojrzała na niego wymownie. Przypilnuj, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Tak jest, szefowo. Wyciągnął rękę na powitanie. Tomek jestem. Mirek. To nowa Ania. Pokaż mu, co ma robić. Z całym szacunkiem szefowo, ale nawet gdyby stępawał uszami, to Ani nie zastąpi.
Tak, tak. Na odchodne znów machnęła ręką. Chodź, pokażę ci, z czym się je nasz teatr. Spacer po budynku sprawił, że chłopaka rozbolała głowa. Okazało się, że jego obowiązki to robota dla przynajmniej dwóch osób. Ma jednak nie marudzić, bo Ania, kimkolwiek nie była, dawała radę. Miał ochotę skopać swojej poprzedniczce tyłek. Co trzeba mieć we łbie, żeby być aż tak nadgorliwym? Informacje zdobyte w ciągu dnia zaczęły się mieszać. Po powrocie do domu musiał położyć się na chwilę.
Nie potrafił przestać myśleć o Marii Antoninie. Lubił starsze kobiety. Nie dawał rady jednak skupić się na rozmyślaniach, ponieważ wiecznie zmartwiona matka zasypywała go pytaniami. Niestety był tak zmęczony, że nie przejmując się gadaniem rodzicielki, zasnął od razu. Obudził się z krzykiem. Nie pamiętał dokładnie, co mu się śniło. Zza mgły sennych maniaków przebijała się wizja magazynu z lalkami i nowa szefowa. Tysiące martwych malowanych oczu, przerażających sztucznych uśmiechów i elektryzująca kobieta. Wzdrygnął się na wspomnienie koszmaru. Piąta rano.
Za godzinę i tak musi wstać. Weźmie prysznic, by zmyć z siebie okropne wrażenie namacalnego zagrożenia. Stojąc pod strumieniem ciepłej wody, przypomniał sobie, jak jego opiekun otworzył drzwi lalkarni i złapał go za łokieć, gdy chciał wejść do środka. Pod żadnym pozorem nie pozwolił mu przekroczyć progu pokoju. Do magazynu może zaglądać tylko szefowa. Czasem wchodzi tam i spędza kilka godzin. Jeśli ktoś złamie zakaz, zostaje zwolniony w trybie natychmiastowym. Nie ma nawet okresu wypowiedzenia. Wspaniała Ania podobno złamała zakaz i więcej się w pracy nie pojawiła. Magazyn jak magazyn.
Lalki były straszne i nie zamierzał łamać żadnej zasady zabraniającej zbliżać się do tego pokoju. Nie ma takiej siły, która kazałaby wejść do tego miejsca. Mógłby za to zbliżyć się do szefowej. W łóżku pewnie nie jest taka oschła. Ciepła woda pomogła oczyścić myśli. Kawa natomiast pozwoliła z optymizmem spojrzeć na nowy dzień. To teraz mi powiesz, jak było? Staż. To staż, mamo. Byłem przecież już na czterech, ale nie w teatrze.
Wolałem ten w gazecie. Może zostaniesz tam na dłużej. Kto wie. W cholerę dziwni ludzie pracują w tym miejscu. Artyści, synek. Jedz śniadanie. Matka miała rację. Jeśli mu się w końcu nie poszczęści, nie ucieknie z domu już nigdy. Rzygać mu się chciało dobrymi radami matki i jej wiecznym nadskakiwaniem. Jednak w dzieciństwie za często dostawał pasem za pyskowanie.
Nauczyło go to szacunku. Mógł myśleć co chciał, jednak przez gardło mu nie przechodziło to, co często chciał powiedzieć. Zaciśnie zęby i może się uda. Drugi dzień stażu okazał się bardziej optymistyczny. Dziewczyny z charakteryzatorni opowiadały mu właśnie kto, co, z kim i dlaczego. I wtedy kończyła historię korpulentna szatynka. Koleżanka z cichym „sss” szturchnęła ją łokciem, przewracając jednocześnie oczami. Bez słowa obie skupiły się na swoich kubkach z kawą. Mirek zdziwił się zachowaniem dziewczyn. I co wtedy?
Obie przecząco pokiwały głowami. W tej chwili usłyszały stukanie obcasami i stolik, przy którym siedzieli, minęła szefowa. Zaciśnięte usta nie zachęcały do nawiązania rozmowy. Każdy, kogo mijała, spuszczał głowę. Dziwne zachowanie. Jeszcze w żadnym miejscu nie spotkał się z czymś takim. Był jedyną osobą, która nie opuściła wzroku. Czuł się zahipnotyzowany. Nawet gdyby chciał, nie mógłby na nią nie patrzeć. Kobieta, nie zwalniając kroku, skierowała się w stronę magazynu z lalkami.
Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi, nowe znajome odetchnęły z ulgą. Co to było? Maria nie lubi dyskusji w pracy. Całe szczęście weszła do swoich laleczek. Mamy luz na kilka godzin. Co ona tam robi? Zgadniesz, jak nie wiesz? Nikt ci nie mówił, że tam nie wolno wchodzić? Mówił, ale nie ogarniam. Nie musisz.
Pracuję tu 10 lat i dam ci dobrą radę. Zbliżyła twarz do jego ucha. Poczuł dotyk jej ust. Nie zbliżaj się do tamtej części korytarza. Szefowa ma bzika na jego punkcie. W nocy znów miał dziwne sny, w których pojawiła się ona. Próbował ją złapać. Uśmiechała się i kusiła go. W końcu znaleźli się sam na sam. Kiedy miał już ją pocałować, usłyszał głuchy dźwięk.
Drażnił uszy podobieństwem do spadających drewnianych łyżek, które uderzają o siebie. Dotykał jej ust swoimi. Nagle zasypały ich elementy teatralnych lalek. Nie mógł się poruszyć ani oddychać. Był sam. Budził go szyderczy śmiech. Piąta rano. Koszmar prześladował go przez cały miesiąc, noc w noc. Doszło do tego, że bał się zasnąć. Dodatkowo mroźna królowa jego serca nie dawała okazji, aby pokazał się z lepszej strony.
Udało mu się za to poderwać korpulentną charakteryzatorkę. Nigdy nie miał śmiałości do kobiet. Brał, co się nawinęło. Z jego charakterem nie mógł wybrzydzać. Zresztą mieszkał z matką. Która kobieta na stanowisku zainteresuje się takim przegrywem? Sypiał więc z Moniką z powodu braku innych perspektyw. Ranek był pochmurny i prawie nikogo jeszcze nie było w pracy. Skierował się do pomieszczenia socjalnego, w którym co rano parzył kawę szefowej. Póki co kilka razy na niego mruknęła.
Traktowała go jak muchę, przeganiając ręką, gdy pojawił się na horyzoncie. Zamyślony szedł przed siebie, gdy nagle zauważył dziwną rzecz. Drzwi od magazynu były otwarte. Pracował już ponad miesiąc i wiedział, że nie zdarza się to nigdy. Szefowa była zbyt zbzikowana na punkcie lalek, żeby zostawiać te drzwi otwarte. Stanął więc, patrząc jak cielę na malowane wrota. Powinien zamknąć drzwi. Jednak jakaś siła pchała go do środka. Miał wrażenie, że coś wewnątrz pokoju woła go. Walczył z nieodpartą ochotą zerknięcia do środka.
Może Maria jest w środku i będzie mógł zamienić z nią choć słowo. Walcząc z głosem rozsądku, wyciągnął rękę i otworzywszy drzwi, wszedł do środka. Gdy przestąpił próg, drzwi zatrzasnęły się same, a dookoła roztoczył się dźwięk znany z nocnych koszmarów. Przestał czuć cokolwiek. Nie mógł oddychać i miał wrażenie, że zawisł w powietrzu. Nie wiedział, gdzie jest podłoga, a gdzie sufit. Chciał wołać o pomoc, jednak głos nie chciał wydobywać się z gardła. Otoczyła go ciemność. Pasmo światła rozświetliło mrok panujący w magazynie. Włącznik pstryknięciem powitał światło żarówki, które oświetliło stojące wkoło i wiszące na każdej ze ścian tysiące lalek.
Maria Antonina podeszła do najnowszej marionetki. Ujęła ją, delikatnie zdejmując z haczyka. Ułożyła delikatnie na stole i z uczuciem pogładziła po drewnianej twarzy. Mówili ci przecież, żebyś tu nie wchodził.
[01:40:32] - Proszę państwa, no i cóż, niniejszym kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji właśnie się skończyło. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę wspaniałego, długiego weekendu. A teraz tak na szybko to dobrej nocy i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji.
[01:40:57] - Ja jeszcze tylko powiem, że jak tak Marku prezentowałeś dzisiejsze korepetycje filozoficzne, to mi się przypomniał pewien dowcip o dzidzie. Z czego składa się dzida?
[01:41:09] - Tak, z przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia.
[01:41:13] - A z czego składają się kolejne części dzidy?
[01:41:17] - No tak, można rzeczywiście pójść w nieskończoność i to jest w sumie dobry ślad. Ja często korzystałbym z tego rodzaju skojarzeń, jakie miał Ivellios, bo to jest, proszę państwa, filozofia w tym najlepszym wydaniu, podstawowym wydaniu. Tym, które sięga z tych akademickich piedestałów, kiedy tam się mówi językiem dosyć hermetycznym, a w gruncie rzeczy to, co powiedział Ivellios, to jest czysta filozofia. I to skojarzenie moim zdaniem w punkt. Jeszcze raz się z państwem żegnam. Do usłyszenia za tydzień.
[01:41:57] - I tym oto dowcipem, który okazał się dowcipem o charakterze takim trochę filozoficznym, kończymy dzisiejsze wydanie Akademii Wszelkie Fikcji. Mówił do Państwa przed chwilą Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkie Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.