Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, chciałem troszeczkę inaczej rozpocząć, ale mam sytuację taką, że rozpocznę takimi słowami: dbajcie o tych, których kochacie, nim staną się wspomnieniem. Drodzy Państwo, może być tak, że moja aktywność radiowo-podcastowa będzie przez jakiś czas ograniczona. Oczywiście AWF będzie się normalnie ukazywać i ukaże się normalnie zapis spotkania Monroe i Instytut Polska w pierwszy wtorek miesiąca. Natomiast z innymi audycjami nie wiadomo, jak będzie przez jakiś czas. Za co z góry wszystkich państwa przepraszam. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi AWF Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski.
[01:08] - Dzień dobry wieczór państwu. Tradycyjny dzień dobry wieczór. Cóż, zaczynamy kolejną wakacyjną audycję. Tak sobie pomyślałem, jak państwa zaskoczyć. Mam niewielkie pole możliwości zaskakiwania, ale w ramach tego zaskakiwania na początku tej audycji będzie niespodzianka w postaci korepetycji filozoficznych. Tego chyba jeszcze nie grali, żebyśmy od korepetycji zaczynali, że tak sobie zrymuję. A dzisiejszym bohaterem będzie filozof, który nazywał się Proklos z Aten. To był filozof, gdybyśmy chcieli nadać tytuł tej dzisiejszej audycji czy korepetycjom filozoficznym, który chciał opisać całą rzeczywistość. Ambitne zadanie sobie postawił. Czy je wykonał?
Powiedziałbym częściowo, a zatem nie wykonał. Ale zacznijmy korepetycję. Historia filozofii zna wielu wielkich myślicieli. Jedni zadawali jakieś pojedyncze pytania, inni proponowali śmiałe odpowiedzi, jeszcze inni burzyli cały dotychczasowy sposób myślenia i proponowali inny. Są jednak również tacy filozofowie, którzy próbowali dokonać czegoś znacznie trudniejszego. Nie chcieli stworzyć jednej teorii ani rozwiązać jednego problemu. Ich ambicją było zbudowanie systemu obejmującego całą rzeczywistość od najwyższego Boga aż po najmniejszy kamień leżący na ziemi. Jednym z takich filozofów był Proklos z Aten. To był ostatni z wielkich przedstawicieli neoplatonizmu. To był człowiek, którego można by nazwać architektem późnej filozofii starożytnej.
Gdy większość świata śródziemnomorskiego stawała się już chrześcijańska, on pozostał wierny tradycji Platona, wierząc, że rozum i filozofia nadal mogą prowadzić człowieka ku temu, co boskie. Choć od jego śmierci minęło ponad półtora tysiąca lat, wiele pytań, które stawiał, pozostaje aktualnych do dziś. Czy rzeczywistość jest jednością, czy też wielością? Dlaczego z prostych zasad rodzi się niezwykła różnorodność świata i czy ludzki umysł rzeczywiście potrafi wznieść się ku temu, co przekracza materię? Proklos urodził się w 412 roku w Konstantynopolu, jednak dzieciństwo spędził w Licji, w mieście Ksantos. Jego ojciec był zamożnym urzędnikiem cesarskim i planował dla syna karierę prawniczą. Nic, naprawdę nic nie wskazywało na to, że młody Proklos zostanie jednym z najwybitniejszych filozofów starożytności. Początkowo rzeczywiście studiował retorykę i prawo. Z czasem odkrył jednak, że znacznie bardziej niż spory sądowe fascynują go pytania o naturę rzeczywistości. Wyjechał więc do Aleksandrii, jednego z największych ośrodków nauki tamtych czasów.
I tam, w Aleksandrii studiował matematykę, astronomię i filozofię. To właśnie matematyka pozostawiła trwały ślad w sposobie jego myślenia. Dla Proklosa świat nie był zbiorem przypadkowych zdarzeń. Był uporządkowaną strukturą. Strukturą, której harmonię można odkrywać podobnie, jak matematyk odkrywa prawa geometrii. Po kilku latach przeniósł się do Aten. Tam działała jeszcze akademia założona niemal 800 lat wcześniej przez Platona. Choć była już zupełnie inną instytucją niż za czasów swego twórcy, nadal pozostawała najważniejszym ośrodkiem filozofii platońskiej. Po śmierci Syriana Proklos został jej kierownikiem. Funkcję tę pełnił przez niemal pół wieku.
Dzisiaj filozofia kojarzy się przede wszystkim z analizą argumentów i logicznym rozumowaniem. Dla Proklosa była czymś znacznie większym. Filozofia miała przemieniać człowieka. I nie chodziło wyłącznie o zdobywanie wiedzy. Chodziło o stopniowe upodabnianie duszy do boskiego porządku. To przekonanie odziedziczył po Platonie, ale rozwinął je znacznie. Człowiek według niego nie jest jedynie obserwatorem wszechświata, jest jego częścią. A skoro cały kosmos ma określony porządek, również ludzkie życie powinno dążyć do harmonii. Dlatego filozofia była dla niego sposobem życia. Nie zawodem, nie hobby, nie zbiorem abstrakcyjnych teorii.
Była leczeniem duszy. Najważniejszym pojęciem filozofii Proklosa jest Jedno. Nie należy jednak wyobrażać go sobie jako Boga w tradycyjnym sensie. Jedno nie przypomina człowieka, nie myśli, nie podejmuje decyzji, nie zmienia zdania. Jest absolutną jednością, która przekracza wszelkie ludzkie pojęcie. Dlaczego Proklos uznał istnienie takiego bytu? Posłużył się bardzo prostym rozumowaniem. Każda rzecz, którą znamy, składa się z wielu elementów. Kamień ma części, drzewo ma korzenie, pień, gałęzie. Człowiek ma ciało, duszę.
Nawet gwiazdy wydają się złożone. Jeżeli jednak wszystko jest złożone, musi istnieć coś, co nie wymaga już żadnego wyjaśniania przez kolejne części. Musi istnieć jakaś absolutna jedność. Tak oto zrodziło się Jedno pisane z dużej litery. Nie jest ono pierwszą rzeczą we wszechświecie. Jest źródłem wszelkiego istnienia. Jak z jedności powstaje wielość? Tutaj pojawia się jedno z najtrudniejszych pytań całej filozofii. Jeżeli źródłem wszystkiego jest doskonała jedność, skąd bierze się ogromna różnorodność świata? Proklos odpowiada poprzez ideę emanacji.
To słowo może brzmieć tajemniczo, ale jego sens jest dosyć prosty. Wyobraźmy sobie słońce. Słońce świeci nie dlatego, że podejmuje taką decyzję. Świecenie jest jego naturą. Podobnie jest z Jedno. Nie tworzy świata z woli ani z potrzeby. Świat niejako wypływa z jego doskonałości. Im dalej od źródła, tym większa jest różnorodność. Nie oznacza to jednak, że rzeczywistość staje się zła. Staje się po prostu coraz mniej doskonałym odbiciem pierwotnej jedności.
Proklos uważał, że wszechświat ma niezwykle precyzyjną strukturę, a chaos nie istnieje. Każdy poziom rzeczywistości ma swoje miejsce. Najwyżej znajduje się Jedno, niżej świat boskich inteligencji, jeszcze niżej dusza świata, potem indywidualne dusze, a na końcu materia. Dla współczesnego człowieka taki obraz może wydawać się dziwny, ale warto zauważyć, że Proklos próbował odpowiedzieć na pytanie, które zadajemy również dzisiaj: czy rzeczywistość ma ukryty porządek? Czy wszystko jest ze sobą powiązane i czy istnieje wspólna zasada organizująca cały kosmos? Odpowiedź Proklosa była twierdząca. Matematyka była dla niego językiem wszechświata. Proklos był przekonany, że właśnie matematyka nie jest ludzkim wynalazkiem. Człowiek jej nie stworzył. Człowiek ją jedynie odkrywa.
To bardzo platońska w swym wydźwięku intuicja. Gdy matematyk dowodzi twierdzenia geometrycznego, nie wymyśla prawdy. On tylko odsłania coś, co istniało niezależnie od niego. Nieprzypadkowo Proklos napisał słynny komentarz do pierwszej księgi „Elementów” Euklidesa. Nie ograniczył się do wyjaśniania geometrii. On próbował pokazać, dlaczego matematyka jest w ogóle możliwa. Dlaczego ludzki umysł potrafi rozpoznawać porządek świata? Dla Proklosa odpowiedź była jasna. Bo sam umysł uczestniczy w tym samym porządku, który organizuje cały kosmos. Jeżeli wszystko pochodzi z jednego, to naturalnym celem duszy jest powrót do swojego źródła.
Nie jest to podróż w przestrzeni. To jest przemiana wewnętrzna. Im bardziej człowiek uwalnia się od chaosu, namiętności, egoizmu, przypadkowości, tym bardziej zbliża się do rzeczywistości duchowej. Tutaj filozofia Proklosa staje się niemal mistyką. Poznanie nie polega jedynie na zdobywaniu informacji. To Proklos podkreśla. Według niego poznanie polega na przemianie poznającego. Filozof nie tylko odkrywa prawdę. Sam powinien stawać się lepszy. Czy Proklos wierzył w bogów?
Tak, ale jego religijność znacząco różniła się od prostego kultu mitologicznych greckich bóstw. Bogowie greccy byli dla niego przede wszystkim różnymi przejawami boskiego porządku. Dlatego próbował pogodzić tradycyjną religię z filozofią Platona. Był również zwolennikiem teurgii, czyli praktyk religijnych mających pomagać duszy w zbliżeniu się do rzeczywistości boskiej. To jeden z powodów, dla których jego filozofia była później krytykowana zarówno przez część filozofów, jak i przez autorów chrześcijańskich. W 529 roku cesarz Justynian zamknął Akademię Ateńską. Było to symboliczne zakończenie wielowiekowej tradycji filozofii, nazwijmy ją pogańskiej. Proklos nie dożył tego wydarzenia, ale jego dzieła przetrwały. Czytali je filozofowie bizantyjscy, czytali je myśliciele arabscy. Czytali je średniowieczni uczeni Zachodu, często nie wiedząc nawet, że niektóre teksty przypisywane Arystotelesowi w rzeczywistości opierały się na filozofii Proklosa.
Wpływ jego myśli odnajdujemy u Pseudo-Dionizego Areopagity, w filozofii średniowiecznej, u Mikołaja z Kuzy, u Marsilia Ficina, a pośrednio nawet w niemieckim idealizmie. Choć nazwisko Proklosa nie jest dzisiaj powszechnie znane, pozostaje jednym z najważniejszych ogniw łączących filozofię Platona z późniejszą historią myśli europejskiej. Proklos z Aten był człowiekiem żyjącym w epoce wielkich przemian. Świat starożytnych bogów odchodził, a chrześcijaństwo stawało się dominującą religią cesarstwa. Mimo to pozostał wierny przekonaniu, że rozum może prowadzić człowieka ku temu, co najgłębsze. Jego filozofia nie była próbą ucieczki od świata. Była próbą zrozumienia, dlaczego świat w ogóle istnieje i dlaczego ma tak zadziwiający porządek. Można nie zgadzać się z metafizyką Proklosa. Można odrzucać ideę emanacji czy hierarchii bytów. Trudno jednak nie podziwiać rozmachu myśli tego filozofa, bo niewielu filozofów miało odwagę zaproponować wizję obejmującą jednocześnie matematykę, religię, etykę, kosmologię i teorię poznania.
Proklos był jednym z nich, jednym z takich filozoficznych gigantów. Tak, proszę państwa, to była opowieść o Proklosie, a teraz zapraszam państwa na przegląd najnowszego numeru, numeru sierpniowego miesięcznika Nieznany Świat. Dzień dobry wieczór państwu. Na rynku pokazał się numer sierpniowy Nieznanego Świata, a my wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy tenże numer. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[15:31] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Tak, leci to lato niemiłosiernie. Mamy już sierpień i nowy numer Nieznanego Świata. Bardzo ciekawy. Muszę powiedzieć, że te ostatnie numery są dość interesujące. Szanujcie i wspierajcie Nieznany Świat. Na rynku prasy wiadomo jak jest. Jest ciężko. Warto jednak szukać nas na stanowiskach z gazetami po prostu w marketach, w małych i dużych marketach.
A jeżeli komuś się nie chce słuchać, no to zawsze można zamówić na naszej stronie www.nieznany.pl. Także czytajcie, czytajcie, bo warto. Nieznany Świat to trzy i pół dekady tradycji. W tym numerze jest dość duża dawka bardzo zróżnicowanych artykułów. Dodatkowo chciałbym wam zwrócić uwagę, że no cóż, każdy numer rządzi się jakimiś prawami. W przypadku numerów letnich one są takie leciutkie, ale jednak bardzo treściwe i taki jest właśnie ten numer.
[16:36] - Tak. I można powiedzieć, że poruszamy tematy, ktoś powie, że spiskowe, ale do końca się z tym zgadzam, bo o rządzie światowym dyskutuje się od dawna i to nie tylko w kategoriach teorii spiskowych. W tym numerze pojawia się artykuł dotyczący tego właśnie zagadnienia.
[17:01] - Tak, rząd światowy to jest jeden z ulubionych tematów ze sfery teorii spisku. Choć będą tacy, którzy powiedzą, że no cóż, to nie jest żadna fantazja. De facto rząd światowy istnieje, ma się dobrze, ale rządzi z tylnego siedzenia. Czyli finansiści, giganci technologiczni, wielki przemysł. To już istnieje, to jest. Natomiast nam się wydaje, że takie hasło jak rząd światowy to jest kwestia absolutnie współczesna. Tymczasem okazuje się, że wiele dekad temu pisał o tym polski publicysta Juliusz Mieroszewski, na którego uwagę zwraca autor tego artykułu, czyli doktor Kościelny. Ale Marku, co więcej, często obecnie się słyszy taką teorię, która mówi, że na przykład ewentualne ujawnienie obcych miałoby być pretekstem tak naprawdę do wprowadzenia rządu światowego. No bo tak nagle by się pojawiła zewnętrzna siła, zewnętrzna grupa istot, może nawet niebezpieczna grupa i ktoś po prostu musi nas reprezentować, ktoś musi reprezentować zjednoczoną ziemię. No i pojawiłby się pretekst, żeby taki rząd właśnie ogólnoświatowy się pojawił.
Więcej na ten temat w artykule doktora Kościelnego. Właśnie, ale jeżeli już jesteśmy w tej sferze lekko spiskowej, to kolejny tekst z tego numeru. W mediach na celowniku, i to dosłownie na celowniku Amerykanów, znowu Iran. Znów się mówi o tamtejszym konflikcie, ale podczas pierwszego ataku Trumpa i Izraela na ten kraj pojawiła się bardzo ciekawa informacja. Ona się nawet przebiła do mainstreamu. W Polsce może nie za bardzo, ale polskie media to jest odmienna sprawa. Wiemy, że przez dekady Iran się borykał z potężną suszą, która sprawiała problemy gospodarcze i humanitarne. Teheran był przecież na krawędzi, jeżeli chodzi o wodę pitną. I co? Wojna i nagle wszystko się zmieniło, bo?
Właśnie, Marku, jesteś autorem artykułu na ten temat. Cóż takiego się stało, że w Iranie nagle zaczęło padać?
[19:20] - Tak, bo Iran zastosował nową doktrynę wojny. Nie tylko odpowiedział agresorom, ale również zaczął atakować ich sojuszników w rejonie Zatoki Perskiej i między innymi zaatakował różnego rodzaju instalacje o charakterze, trudno powiedzieć właściwie jakim. Na pewno instalacje radarowe. I stąd wzięła się teoria, że być może w jakiś sposób niektóre z tych instalacji wpływały na pogodę w regionie. Ja piszę o tej teorii, ale tak naprawdę to jest artykuł nie tylko o tej teorii, tylko o tym, że my bardzo często mamy taką tendencję do dostrzegania pewnych wzorców w naszej rzeczywistości, w naszym otoczeniu. Dostrzegamy te wzorce i bardzo często nie zastanawiamy się, czy to jest związek przyczynowo-skutkowy, czy to jest po prostu pewna korelacja w czasie. A to wbrew pozorom jest spora różnica i nie da się powiedzieć czegoś takiego, że to nie ma znaczenia. Owszem, ma, bo albo jest tak, że ta teoria, którą opisuję, jest prawdziwa, ponieważ te instalacje w jakiś sposób mogły wpływać na zjawiska pogodowe w regionie. Nie znaliśmy tak naprawdę jakiegoś szerzej opisanego mechanizmu tego rodzaju oddziaływań, ale możemy założyć, że one rzeczywiście działają. Po prostu nie znamy mechanizmu.
Albo też nastąpiła korelacja czasowa pewnych wydarzeń, z której nic nie wynika, a już na pewno nie teoria spiskowa. Jednym z celów tego artykułu było pokazanie owszem, ciekawej i dosyć takiej, powiedziałbym nawet bulwersującej teorii, bo ona może wskazywać, że pogoda, czym się szczerze w internecie i nie tylko od dawna może być także rodzajem broni. Więc owszem, przedstawiam tę teorię, ale chodziło mi też o to, że niektóre teorie spiskowe powstają w dziwny sposób, to znaczy powstają wbrew faktom. Owszem, jest związek, zbieg czasowy pewnych wydarzeń, tylko że nie da się wykazać ich wzajemnej zależności. I ktoś powie: „Może się nie da wykazać, ale może należy głębiej szukać”. Ja temu nie przeczę i nawet nie polemizuję z takim podejściem w artykule. Mówię tylko, że czasami warto do różnych teorii znaleźć dobre, silne, trudne do obalenia dowody, a przynajmniej poszlaki. To wówczas teoria spiskowa przestaje być teorią spiskową i można ją rozpatrywać na zupełnie innym gruncie. Piotrze, my tu o wojnie, a tymczasem w numerze mówimy, piszemy również o paranormalnych wojnach.
[22:38] - Tak, ale tym razem cofamy się w przeszłość. Chodzi o artykuł Marcina Stachelskiego, doskonałego publicysty, który się zajmuje tematami parapsychologii, spirytyzmu, kontaktów z duchami, mediami spirytystycznymi się też zajmuje. On się przygląda paranormalnej stronie pierwszej wojny światowej. Wiąże się to nie tylko z legendami, które może są kojarzone przez niektórych czytelników, takimi legendami jak anioły z Mons na przykład, czy takimi legendami jak opowieść o zaginionym batalionie Norfolk, który miał się rozpłynąć we mgle. Ale była też druga strona. Otóż koszty humanitarne, koszty w ludziach wielkiej wojny. Ogromna liczba zabitych, ale też zaginionych pociągnęła za sobą popyt na media spirytystyczne. Po prostu ludzie chcieli rozmawiać z bliskimi, którzy zginęli. Ale też był popyt na psychometrów, czyli ludzi, którzy przy pomocy zmysłu jakiegoś parapsychicznego lokalizowali zaginionych. Ale to oczywiście nie wszystkie aspekty.
Więcej o nich w numerze sierpniowym.
[23:50] - Tak, przeglądamy numer dalej i w numerze znajduję również informację o kosmitach. To twój ulubiony temat, a na łamach pojawia się znany ufolog Damian Trela i pisze o języku kosmitów.
[24:09] - Dokładnie tak. Pierwsza część w zasadzie to jest artykułu Damiana. On się przygląda tutaj kwestii języka i jego roli w związku z obserwacjami UFO. Tu nie będzie tylko mowa o Nomen omen mowie kosmitów. I nie o przekazy tylko będzie chodzić w tym dwuczęściowym artykule. W pierwszej części Damian bierze na tapet bardzo ważny element obecny albo uwidaczniający się raczej przy wielu bliskich spotkaniach. Mianowicie często świadkom brakuje słów, żeby opisać nie tylko wygląd obiektu, nie tylko zachowanie obcych, towarzyszące temu emocje, ale też na przykład zmiany w otoczeniu czy zmiany świadomości. I tu się rodzi pytanie, na ile język ludzki ogranicza tak naprawdę możliwość opisu doświadczeń z pogranicza? To samo też dotyczy percepcji komunikatów, tak powiedzmy, od UFOitów, bo oni coś starają się przekazać. Skąd my mamy pewność, że człowiek to w 100% odbiera poprawnie?
Bo to nie zawsze jest mowa artykułowana, to często jest też telepatia, ale to są jakieś przerywane komunikaty. Naprawdę fascynująca rzecz. Więcej w nowym artykule Damiana. Ale teraz ja będę cię maglował, Marku. W tym numerze jest bardzo ciekawy tekst na temat tego, co było między Wawelem i Walhallą. Ale jest też twój materiał o festiwalu Mężowie Czynu, na którym byłeś obecny. Bardzo to zniośle zabrzmiało. Co tam się wydarzyło? Kogo spotkałeś?
[25:56] - To może zanim o tych Mężach Czynu, to kilka słów dosłownie o tym, co między Wawelem a Walhallą. To jest pierwszy odcinek zapowiadanego wcześniej cyklu napisanego przez Pawła Siedlara, znanego pisarza, człowieka, który piórem operuje niezwykle biegle. I to jest taki esej historyczny, który bierze pewne elementy z historii, opowiada je, ale jeżeli państwo historii nie lubicie, to nie przerażajcie się. On, mówię o autorze, robi to tak wdzięcznie i tak niehistorycznie w tym sensie, że nie męczy historią. On po prostu pokazuje różne związki. I rzeczywiście ten związek między Wawelem a Walhallą wydaje się nieoczywisty. I przeczytacie państwo w tym tekście rzeczy, przy których ja przecierałem oczy. I oczywiście zgodnie ze swoim przyzwyczajeniem, to u mnie kompulsywnie wręcz działa, wszystko sprawdzałem. I wierzcie mi, państwo, miałem niezłą zabawę, bo okazywało się, że autor Paweł Siedlar pisze rzeczy, o których niby wiedziałem, ale jakoś tak wyparłem. Pisze o kopcu Kraka i o związkach, które ten kopiec mógł mieć z przyjezdnymi z północy, tak to określę.
Mówi też o Kraku, mówi też o pewnych ulicach w Krakowie, które mają dziwne nazwy i stara się objaśnić te nazwy. Wiem, to brzmi wszystko bardzo enigmatycznie, ale wierzcie mi państwo, ten cykl zapowiada się naprawdę smakowicie. Tu jest jego pierwsza odsłona. I ja bardzo, po raz kolejny państwu ten cykl polecam. A teraz Mężowie Czynu. Ja jechałem z pewnymi wątpliwościami. To był maj, druga połowa i jechałem z pewnymi wątpliwościami. Ja wiem, jechać daleko od domu, bo w okolicach Wrocławia się to odbywało. Mężowie Czynu. Co to jest w ogóle?
I wierzcie mi państwo, to tak często jest. Jak człowiek ma jakieś opory, to później trafia w miejsce absolutnie niezwykłe. Absolutnie niezwykłe, bo może dla niektórych osób zabrzmieć Mężowie Czynu takie seksistowskie. Spotkałem tam ludzi, którzy absolutnie nie byli seksistami. Wręcz przeciwnie. Oni po prostu patrzą zdrowo na świat. Widzą mężczyzn, widzą kobiety, widzą wzajemne relacje i widzą też ten świat, o którym my bardzo często piszemy w „Nieznanym Świecie”. Świat pełen tajemnic, pełen różnych dziwnych zjawisk. Oni tam ze sobą rozmawiają na te tematy. Atmosfera jest niezwykła.
Wszyscy mówią sobie po imieniu, tak jak trochę mi to przypominało, proszę państwa, takie zloty związane z science fiction. Na tych konwentach też mówi się do siebie na ty. To zacieśnia więzy, ale powoduje też, że ta relacja nie jest naznaczona, że ktoś jest wyżej, niżej albo... To w ogóle nie te klimaty. Bardzo ciekawe prelekcje, bardzo ciekawa atmosfera. Wierzcie państwo, takie cudowne, klimatyczne miejsce, w którym spotyka się wspaniałych ludzi. Ludzi, którzy chcą tam być, chcą ze sobą rozmawiać. Ta sztuka rozmowy jest bardzo ważna, bo ci ludzie rozumieją, że nie zawsze trzeba się ze sobą zgadzać we wszystkim. Ale to nie przeszkadza w rozmowie, w ucieraniu pewnych poglądów, a może nawet nie ucieraniu, tylko w takim pięknym pozostawaniu przy swoim, ale ze świadomością, że istnieją inne punkty widzenia. Wyjeżdżałem z tego miejsca absolutnie oczarowany.
Jeśli w przyszłym roku rzecz będzie się odbywała, to pewno też tam zajrzę. To są tego rodzaju imprezy, które gdzieś głęboko zostają w naszej świadomości, a może nawet podświadomości. Trudno powiedzieć. Rzadko zaglądam do podświadomości, nie jest mi to dane. Natomiast Muszę powiedzieć, że impreza absolutnie niezwykła i relację, właściwie pierwszą część relacji, obszerną znajdziecie Państwo w tym sierpniowym numerze, a dokończenie w numerze wrześniowym. Cóż, Piotrze, to chyba wszystko. I tak jak zawsze apelujemy do Państwa, żeby szukać Nieznanego Świata w różnych miejscach sprzedażowych, tak się to mówi. No i cóż, oglądajcie, prenumerujcie, a także no cóż, myślę, że ta prenumerata cyfrowa związana z elektronicznym wydaniem również jest ważna.
[31:12] - Oczywiście, że jest ważna. Mamy wydanie elektroniczne, jeżeli ktoś nie lubi gromadzenia papieru, ale ludzie są różni, czytelnicy są różni. Jeżeli ktoś chce nabyć numery archiwalne, pamiętajcie o www.nieznany.pl. Mamy też oczywiście media społecznościowe. Piszcie, jesteśmy ciekawi Waszych komentarzy. Możecie też pisać maile. Nasz adres: redakcja@nieznany.pl.
[31:38] - Proszę państwa, no to zapowiedzi ciąg dalszy, bo teraz właśnie zapraszam Państwa na polecanki książkowe. Jak zwykle wybrałem trzy tytuły. Pierwszy z nich to „Dotyk śmierci”. Autorka Lisa Regan, Wydawnictwo Dolnośląskie. Data premiery 29 lipca. „Dotyk śmierci” to tak naprawdę dwunasty tom bestsellerowej serii kryminalnej o pani detektyw Josie Quinn autorstwa Lisy Regan. Dodam od siebie, że każdy z tych tomów można czytać osobno. Tym razem śledcza wraca do pracy po własnych traumatycznych przejściach i staje przed sprawą morderstw powiązanych z tragicznym wypadkiem szkolnego autobusu, w którym zginęły dzieci mieszkańców Denton. O czym jest „Dotyk śmierci”? Najpierw stracili własne dzieci, teraz ktoś czyha na ich życie.
By powstrzymać mordercę, Josie musi zapomnieć o własnej traumie. Po dramatycznych przeżyciach Quinn wraca do pracy w wydziale policji w Denton. Już pierwszego dnia rozpoczyna dochodzenie w sprawie zaginięcia kobiety. Bez śladu zniknęła Krystyna Duncan, matka jednego z dzieci, które poniosły śmierć w wypadku szkolnego autobusu. Wkrótce ciało Crystal zostaje znalezione przy grobie córki. Usta zmarłej są pełne wosku. Badania wykazują, że wosk może pochodzić ze świecy zapalonej ku pamięci ofiar katastrofy. Ten trop prowadzi Josie do grupy wsparcia dla pogrążonych w żałobie rodziców. Z czasem okazuje się, że żaden z jej członków nie mówi prawdy o tamtym tragicznym dniu. Gdy w pobliżu miejsca wypadku pani detektyw odkrywa ciało kolejnej zamordowanej matki, wie, że musi działać szybko.
Tylko wówczas zdoła ocalić ludzi, którzy już raz stracili to, co najcenniejsze. Dlaczego seria o Josie Quinn zdobyła miliony czytelników? Seria Lisy Regan łączy klasyczne policyjne śledztwo z rozbudowanym portretem psychologicznym bohaterów. Każda sprawa prowadzi do odkrywania rodzinnych tajemnic, sekretów małych społeczności i motywów, które nie są oczywiste na pierwszy rzut oka. Na świecie sprzedano już ponad cztery miliony egzemplarzy książek z serii o Josie Quinn, a kolejne tomy regularnie trafiają na listy bestsellerów i zdobywają wysokie oceny czytelników. Przypomnę tytuł: „Dotyk śmierci”. Autorka Lisa Regan, Wydawnictwo Dolnośląskie. Data premiery 29 lipca. Tego samego dnia na rynku pojawi się inna książka. Nosi tytuł „Umbra.
Światło w ciemności”. Autorką książki jest Katarzyna Małecka, wydawcą Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery tak jak powiedziałem, 29 lipca. Historia drugiego z synów Umbry. Nerio żyje według zasad, których nie wolno łamać. W jego świecie nie ma miejsca na słabość, emocje ani błędy. Są w nim tylko lojalność i konsekwencje. Kiedy na drodze mężczyzny staje Maelle, po raz pierwszy traci kontrolę. Kobieta, mimo trudnej przeszłości, nauczyła się walczyć o siebie i własne przekonania. To z Nerio odkrywa emocje, których wcześniej nie znała.
Nie tylko namiętność i bliskość, ale też strach i ekscytację. Lecz niespodziewanie wspólne chwile dobiegają końca, gdy jedno wydarzenie burzy jej świat i zmusza ją do odejścia. Okazuje się, że mężczyzna nie jest tym, za kogo go uważała. Dwa lata później Nerio wraca, zdeterminowany, by odzyskać to, co utracił. Kobietę, którą kocha i córkę, której nigdy nie poznał. Maelle wie już, kim jest ten mężczyzna i do jakiego świata należy, a mimo to uczucie między nimi wciąż nie wygasło i tym razem stawka okazuje się znacznie wyższa niż złamane serca. Przypomnę tytuł: „Umbra", a może Ambra, „Światło w ciemności”. Katarzyna Małecka, Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery 29 lipca. Dzień wcześniej, 28 lipca pojawi się na rynku książka zatytułowana „Malbat znaczy grzech”.
Jej autorką jest Zuzanna Gromadzińska, wydawcą Editio Red. Po ostatnich wydarzeniach członkowie Malbatu wpadają w spiralę strachu. Zamknięci w murach willi, odcięci od świata, doskonale wiedzą, że tym razem sami sobie nie poradzą. Muszą się skontaktować z dawnym znajomym, jedyną osobą, która może ich uratować. Mężczyzna bez wahania wkracza do mafijnego świata. Na początku Alice nie potrafi mu w pełni zaufać, ale szybko dostrzega, że ten człowiek traktuje ich jak własne dzieci i gotów jest stanąć za nimi murem, nawet jeśli oznacza to narażenie własnego życia. W członkach odrodzonej z popiołów mafii budzą się najmroczniejsze demony. Zrobią wszystko, by uchronić swoją rodzinę przed czyhającym na nią niebezpieczeństwem. Tylko co, jeśli wróg jest bliżej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać? Przypomnę tytuł: „Malbat znaczy grzech”.
Autorka Zuzanna Gromadzińska, wydawnictwo Editio Red. Data premiery 28 lipca. A teraz, proszę państwa, zapraszam na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „Black Box”. Dzień dobry wieczór państwu. „Filmotekarium”. Czas zacząć. A zatem dzień dobry wieczór, Piotrze.
[38:30] - Dzień dobry wieczór. No cóż, drodzy państwo, dzisiaj film przez duże F. Film o czarnej skrzynce, w którym gra Veronica Rosati. I to już na początku jest w ogóle kłamstwo, bo nie o skrzynkę tutaj w tym filmie chodzi, tylko o kosmitów. Trochę o UFO. Veronica Rosati tam gra rolę drugoplanową na tle czwartoplanowych aktorów amerykańskich. Także troszeczkę naciągają rzeczywistość. No cóż, ale że z reguły, a przynajmniej często omawiamy nowości filmowe związane z tematem obcych, tak samo będzie też dziś. Ten film, o którym dzisiaj opowiadamy, ma bardzo charakterystyczny, powiedziałbym, że nawet ładny czerwony plakat. Może nie powinienem tego teraz mówić, ale to jest chyba najmocniejsza część w ogóle tej produkcji.
W opisach możemy przeczytać, że „Black Box” to jest horror lovecraftiański. No ja tam nie wiem za bardzo, czy jest. Nie zobaczyłem w owym filmie macek, które widać na plakacie. Zaczyna się „Black Box” jako film typu found footage, czyli jako film kręcony gdzieś tam ze smartfona, natomiast on potem przechodzi do normalnej formy. Także jeżeli ktoś nie lubi, a wiem, że Marku nie lubisz, no to potem ma już to podane, jak to się mówi, tak jak trzeba. Pokazuje nam ten film, co dzieje się na pokładzie samolotu, który sobie leci, jeżeli dobrze pamiętam, z Seattle do Nowego Orleanu. Na pokładzie jest oczywiście podział na klasę biznes i na biedaków. Veronica Rosati, ponieważ pochodzi z uprzywilejowanej rodziny, jest w tej klasie biznes. Chyba dlatego, tak mi się wydaje. Chyba się nie pomyliłem, bo ona tam siedzi w tej klasie biznes.
No ale to wiadomo. Celebrytka, córka znanych rodziców, ma pieniądze, jak to się mówi. No i w ostatnim rzędzie wśród tych biedaków siedzi nasz główny bohater. Siedzi z takim dziadkiem. Dziadek taki nieswój jest cały czas, brodaty. Dziadek kaszle i kaszle, i kaszle, aż w końcu umiera. No i możemy się domyśleć, że zagnieździła się na tym samolocie, na pokładzie tajemnicza choroba. I tak jest. Ona powoduje krwawienie z uszu. Ale to jest najmniejszy problem, bo równocześnie z tym, jak oni zaczynają chorować, to pojawiają się w chmurach kolorowe światła.
To są światła, które okrążają samolot, takie zorze. Ale to widzimy momentami, że to są chyba raczej obiekty. Ten samolot leci, a wokół niego coś jest. Zatem dzieją się rzeczy podwójnie niedobre. No i na tym tle jest później Veronica Rosati. Ale, drodzy państwo, bądźmy szczerzy, ona się tam pojawia na chwil kilka tylko, ale nawet ma kwestię mówioną. Także wielki sukces polskiego filmu. Co ja tu będę dużo mówił. Kolejna potężna rola. Mam nadzieję, że zostanie zauważona, bo jakoś tak widzę, że chyba przeszło to bez echa.
Ale dlatego kręcimy dzisiejsze „Filmotekarium”, żeby o tym opowiedzieć.
[41:56] - No tak, tylko jakby to tak delikatnie ująć, ja nie zauważyłem po prostu Veronici Rosati w tym filmie. Może nie oglądałem zbyt uważnie, zbyt wnikliwie. No nie, oglądałem akurat wnikliwie, tylko jakoś tak mi się nie skojarzyła. A zatem ta rola może to jednak nie będzie rola historyczna. Film, proszę państwa, to nie jest arcydzieło. Ale z drugiej strony po długim czasie obejrzałem film, który ma moje ulubione powiedzenie: początek, środek, koniec. O coś w nim chodzi. Tak naprawdę nie mam na myśli nic wzniosłego, tylko zmierzamy od punktu A do punktu Z i to jest dosyć konsekwentnie robione. Inna sprawa Czy podzielamy wizję reżyserską i scenopisarską, to jest zupełnie inny problem. Natomiast to jest film, który spełnia moją definicję kina, że ja chcę dostać w kinie opowieść, a nie jakieś smęty dotyczące sam nie wiem już czego tak naprawdę.
I tu ta definicja sprawdza się. Mamy opowieść, która jest zajmująca, wciągająca, aczkolwiek znowu nie przesadzajmy. Myślę, że przydałoby się temu obrazowi trochę więcej pieniędzy na różnego rodzaju efekty oraz na dopracowanie scenariusza. Bo ten scenariusz, owszem, on nas troszeczkę epatuje pewną tajemniczością, ale mam wrażenie, że momentami pewne rzeczy są niedopowiedziane i ja nie oczekuję, że twórcy filmu wyłożą mi kawę na ławę. Ja rozumiem, że się mam pewnych rzeczy domyślać, że mam pewne rzeczy sobie syntetyzować. To wszystko rozumiem, ale jednak pewne sceny akcji mogłyby zostać dopracowane, bo widziałem już lepsze. Może tak to ujmę. W pewnym momencie rzeczywiście jest ciekawie, bo nie wiemy tak do końca, o co chodzi. Czy to rzeczywiście są obcy? A tymczasem później, gdzieś pod koniec, dostajemy wręcz smutną, porażającą diagnozę, że ci obcy, to, że oni się w sprawie tego samolotu, cudzysłów, objawili, to jest mały pikuś, bo tak naprawdę oni objawili się już dawno i tak naprawdę my już jesteśmy bardziej marionetkami niż ludźmi, którzy o czymkolwiek decydują.
Tam się pojawia masa różnych wątków, troszkę z różnych filmów. Ale dobra, ja to nawet kupuję, bo nagle gdzieś mamy jakieś robale, które się kręcą i gdzieś coś tam opanowują. Mamy nagle przeskoki związane z tym, że najpierw jacyś ludzie giną albo zostają zaciukani przez bardzo niesympatycznego złola, a później żyją i są normalni. To są takie momenty, w których człowiek chce podążać za tą narracją, chociaż widzi, że ona się momentami lekko rozłazi. Ale w rezultacie, tak jak powiedziałem, dostajemy film z początkiem, środkiem i końcem. I to jest chyba największa zaleta tego filmu. Ona polega na tym, że historia, która jest nam opowiedziana, ja już jakby gdzieś ją słyszałem i czytałem podobne rzeczy, niemniej jednak to jest dosyć spójne. Ta historia nie cuduje, nie wydziwia aż za bardzo, bo oczywiście pocudować sobie troszeczkę musi, ale w gruncie rzeczy ta narracja jest dosyć spójna. O pewnych rzeczach się nam, proszę państwa, nie mówi. I to jest spisek, ewidentny spisek.
[46:11] - Tak, spisek i ta biedna Veronica Rosati. Ona jest tam podana w tak zwanym caście. Można sobie zobaczyć. Nie przewidziało mi się. Dobra, masz rację, ten film, jeżeliby go tak podrasować trochę, byłby okej. Chodzi mi o to, że ja byłem kiedyś wiernym widzem „Katastrof w przestworzach”, takiego filmu dokumentalnego, trochę fabularyzowanego, który pokazywał, jak dochodzi do katastrof lotniczych. I muszę powiedzieć, że niektóre odcinki były lepsze od tego filmu i to nam pokazuje, że można to było lekko podkręcić, to znaczy udramatyzować wydarzenia na pokładzie, a po prostu dodać do tego jako drugi plan tą tajemniczą historię, nawet tego tak nie eksponować, bo im ona jest bardziej eksponowana, im bardziej widzimy, że oni krwawią i coś dziwnego się dzieje, tym wiemy, jak to się skończy. Albo przynajmniej się domyślamy. Czyli po prostu więcej dramatyzmu. I to by uszło, muszę powiedzieć.
Otrzymujemy historię w ogóle o obcych, którzy infekują świadomość. Sorry za spoiler. Do tego dochodzimy na samym końcu. Trochę klatek się musi przetoczyć w tym filmie. Cóż, „Black Box” jest filmem krótkim i to też jest zaleta. Natomiast co on wnosi jeszcze? Na pewno te sceny UFO czy tych świateł wokół samolotu to też jest w jakiś sposób ciekawe rozwiązanie. Dla mnie jest ciekawe, bo ja po prostu pamiętam podobne historie, które słyszałem. Nawet kiedyś Ada Edelman relacjonowała historię swojej znajomej, która opowiadała coś podobnego. Jest stewardesą.
Także z tej perspektywy ufologicznej mnie to interesuje, bo chciałbym zobaczyć, jak by to przedstawili. Natomiast co powiedziałby człowiek, który chce dawki rozrywki albo jeżeli nie rozrywki, to chociaż lekkiego zaszokowania po takim filmie? I nie wiem, czy to jest dobry kandydat na wieczorną posiadówkę z filmem. Moim zdaniem tak średnio, dlatego, że „Black Box” to jest film o uroku tanich filmów telewizyjnych niestety, ale dałoby się zrobić z niego coś bardziej interesującego. Jego koniec końców i tak się da przetrawić. To nie jest najgorszy gniot. Widzieliśmy gorsze, ale pozostaje właśnie taka otwarta kwestia. Może dałoby się to zrobić lepiej. I o tym pamiętajmy. Kiedy stykamy się z filmami, a niestety stykamy się bardzo często z filmami, które są niedopracowane, mają jakieś mankamenty, a dotyczą tematyki, którą my się zajmujemy, którą my poruszamy.
Także nie jest najlepiej, mogłoby być lepiej, ale też z drugiej strony ten scenariusz, chociaż taki wyświechtany, bo przecież znamy także horrory, które działy się na pokładzie samolotów i dotyczyły na przykład wampirów. Chociaż ten temat tak mocno jest wykorzystany, to myślę, że nadal przeraża. Przeraża może samo to, że w powietrzu mogą się wydarzyć rzeczy różne, niekontrolowane pod względem technicznym, a jeżeli dodamy do tego dodatkowe perturbacje związane właśnie ze zjawiskami o naturze paranormalnej, to może być jeszcze ciekawiej, a dla pasażerów jeszcze gorzej. Ale czy ja to polecam, to powiem ci nie wiem. Na waszą własną odpowiedzialność oglądacie, aczkolwiek to nie jest totalny gniot.
[50:05] - Ja na tym bym się skupił, Piotrze, że my w tym roku chociażby relacjonowaliśmy, opisywaliśmy, mówiliśmy o filmach znacznie gorszych od tego, chociaż one się wydymały, zadymały i miały ambicje. To powiem tak: to jest film, który chyba wielkich ambicji nie miał i w związku z tym ja nie mam aż takich wątpliwości. To jest film, który da się obejrzeć, ale nie oczekujcie państwo zbyt wiele. Oczekujcie państwo po prostu, że będzie około półtorej godziny takiej przeciętnej rozrywki z pewną zagadką, z pewnym zwrotem akcji. Nie będzie fajerwerków, ale da się to obejrzeć. Ja bym tak to podsumował. Proszę państwa, nie było dzisiaj słowa wstępnego tak na początku audycji, ale postanowiłem sobie jednak trochę pogadać. Chciałbym państwu opowiedzieć o pewnym eksperymencie literackim. Taki eksperyment bywa często próbą przekroczenia granic języka, bo literatura często kojarzy się z opowiadaniem historii, z budowaniem postaci i z przekazywaniem emocji. Jednak niektórzy pisarze traktują język nie tylko jako narzędzie, ale także jako tworzywo poddawane artystycznym eksperymentom.
Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów takiego podejścia jest powieść Georges'a Pereca zatytułowana „Zniknięcia”. Właściwie to jest polski tytuł, w oryginale „Zniknięcie”. Jeśli to dobrze po francusku wymówię: La disparition. Jakoś tak. Francuski to jest jednak dla mnie bardzo obcy język. Ta książka została napisana w 1969 roku i jest utworem wyjątkowym, ponieważ na około 300 stronach ani razu nie pojawia się literka E, a to jest literka najczęściej występująca w języku francuskim. Dzieło Pereca jest przykładem czegoś, co nazywa się lipogramem. To taka technika literacka polegająca na celowym pominięciu określonej litery lub liter w tekście. Nie chodzi tutaj wyłącznie o językową łamigłówkę. Eksperyment staje się pewną zasadą, która ogranicza całą wypowiedź literacką, całą powieść.
To wpływa na sposób tworzenia owej powieści, a także sposób odbioru. Autor rezygnując z jednej z podstawowych liter języka francuskiego, zmusza się do poszukiwania nowych konstrukcji zdaniowych, jakichś nietypowych synonimów i nieoczywistych rozwiązań natury stylistycznej. Takie ograniczenie paradoksalnie wcale nie zubaża literatury, lecz tak naprawdę pobudza kreatywność autorską. Perec był związany z francuską grupą literacką Oulipo. To jest skrót od takiej nazwy Warsztat Literatury Potencjalnej. Jej twórcy, twórcy tej organizacji zakładali, że narzucone reguły mogą prowadzić do powstawania nowych form artystycznych. I dla członków tej grupy ograniczenie tak naprawdę nie było przeszkodą, ale wyzwaniem, które miało uruchamiać wyobraźnię. Tak naprawdę eksperyment literacki miał znaczenie podobne do eksperymentu naukowego. Polegał na stworzeniu określonych warunków i obserwowaniu, jakie nowe możliwości pojawią się w wyniku tychże nowych warunków. Mówi się, że największa wartość powieści Pereca polega na tym, że forma nie jest jedynie zewnętrzną zabawą.
Brak litery E łączy się z tematyką utworu. Zniknięcie znaku alfabetu znajduje odbicie w fabule, w której bohaterowie próbują zrozumieć tajemniczą nieobecność. Eksperyment formalny staje się więc także metaforą. Tak, metaforą utraty i pustki. A to pokazuje, że sposób napisania książki może być równie ważny, w sumie pasjonujący podczas tworzenia, może być równie ważny, jak sama opowiadana historia. La disparition. O, teraz się udało. Dowodzi, że literatura rozwija się nie tylko poprzez swobodną ekspresję, ale również, czasami przynajmniej, poprzez świadome ograniczenia narzucone sobie przez autora. Eksperyment literacki pozwala spojrzeć na język z zupełnie nowej perspektywy i pozwala odkryć różne ukryte możliwości, jakie ten język daje. Perec udowodnił, że nawet brak jednej litery, i to popularnej litery, może stać się źródłem artystycznej pełni.
A pozornie niemożliwe zadanie napisania książki, która liczy sobie 300 stron bez literki E, może doprowadzić do powstania dzieła oryginalnego, a niektórzy mówią nawet, że przełomowego. I tyle. Tyle dzisiaj mojego gadania. Przyznacie państwo, że się nie rozwijałem i w miarę krótko omówiłem. W sumie bardzo ciekawe zjawisko. Nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego zastosować w języku polskim. Nie wyobrażam sobie, bo kilka książek napisałem w życiu, ale może po prostu mam jakąś taką przywiędniętą wyobraźnię. Może czas jakiś taki eksperyment uruchomić. Pomyślę. A teraz zapraszam państwa na małpę.
Dzisiaj w „Książkach z pogranicza” omawiamy książkę „Tajemnica Marsa. Opowieść o końcu dwóch światów”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy audycję „Książki z pogranicza”, a dzisiaj będziemy rozmawiali z Piotrem Cielebiasiem o tajemnicy Marsa. To będzie opowieść o końcu dwóch światów. To jest książka trzech autorów, bardzo znanych autorów. Tylko że niektórzy z tych autorów są znani bardziej. Ale zanim o szczegółach. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[57:19] - Dzień dobry wieczór. Jeżeli chodzi o tych autorów, o których mówiłeś, no to tak, rzeczywiście niektórzy są bardziej znani i do nich należy bezsprzecznie Graham Hancock. Drugim znanym autorem jest Robert Bauval. Tym trzecim, mniej znanym, jest John Grigsby. Książka jest poświęcona tematyce Marsa. Natomiast powiedzmy sobie szczerze, że ci dwaj pierwsi panowie są do dziś aktywni i są do dziś znani z książek poświęconych raczej alternatywnej historii oraz Egiptowi, oraz Gizie. Oni są aktywni nawet na YouTubie, w mediach społecznościowych. To są jedni z, muszę powiedzieć, ciekawszych autorów. Natomiast ta książka, o której dzisiaj mówimy na temat Czerwonej Planety, jest trochę inna, ale ona się też, jakby nie było, wpisuje w tą tematykę. Mars fascynuje od dawna i na swoim kanale, i w tym cyklu, czyli w AWF-ie i w Bibliotekarium mówiłeś na temat Marsa wielokrotnie.
U mnie na kanale mówiliśmy o Marsie wielokrotnie. On fascynuje ludzi od dawna. Od kilkudziesięciu lat fascynuje tych, którzy wierzą, że tam coś kiedyś było, że tam coś wybuchło. Ale były też wcześniejsze fascynacje, przekonanie, że Mars jest zamieszkały. Były słynne kanały na Marsie, potem lata 70., twarz marsjańska z Cydonii, cała struktura tej Cydonii, jakieś monumenty. To wszystko rozpalało wyobraźnię. Ta książka oczywiście też o tym wspomina. Wspomina o twarzy. To jest może najmniej aktualna rzecz, najmniej aktualna część. Ale wróćmy do Marsa i do jego miejsca w wierzeniach, w astrologii, chociażby w popkulturze dzisiejszej.
Ten Mars gdzieś zawsze brzęczy, jak to się mówi. Generalnie, Marku, rzecz się rzuca w oczy odnośnie tej książki, że ona jest z roku 1998. A zobaczcie, że po latach Bauval i Hancock są nadal obecni. To jest jedna sprawa. Natomiast większość pytań, szczególnie tych najbardziej niesamowitych, fantastycznych, które są w tej książce postawione, one są nadal aktualne. Wiele spraw jest otwartych. To też nam mówi, jak to wszystko w kwestiach związanych z alternatywnymi tematami się wolno toczy. Chociaż tak naprawdę wiedza na temat Czerwonej Planety i geologii atmosfery i tak dalej mocno poszła do przodu. Co jeszcze? Myśmy kiedyś w „Książkach z pogranicza” omawiali książkę Johna Brandenburgera na temat Marsa.
To jest taki facet, który szuka bezpośrednich dowodów, że tam coś kiedyś było, żyło, coś potem piernicznęło i Mars umarł. Ale ta książka jest inna. To nie jest ta tematyka. Książka Brandenburgera była nudna i była ciężka. Tu to się dobrze czyta przede wszystkim. Uwagę przyciągają te nazwiska, o których mówiłem. I powtarzam, chociaż to jest książka na temat Czerwonej Planety, to ona jakoś organicznie wiąże się z tą tematyką, z którą my Bauvala i Hancocka kojarzymy dzisiaj. Czyli cywilizacja matka, pracywilizacja, tajemnica Sfinksa, piramid. Oczywiście znajdziemy tam nawiązania też takie bezpośrednie do tej tematyki. Oni się po prostu zastanawiają w pewnym momencie nad naturą kataklizmu, który sprawił, że Mars stracił atmosferę.
Może życie również w całości i dlaczego się stał jałowy? Może to się wszystko wydarzyło względnie niedawno, jeżeli chodzi o kategorie geologiczne, niedawno. I odpowiedzialna za to wszystko mogła być na przykład kometa, która zbombardowała Czerwoną Planetę. Ale, i tutaj najgorsze dla nas, dla Ziemian, fragmenty tej komety nadal mogą gdzieś krążyć w pobliżu i tak naprawdę odpowiadać za podobne katastrofalne wydarzenia na Ziemi, tylko u nas nie wyschła planeta na wiór.
[01:01:43] - Tak. Mars rzeczywiście jest takim obiektem, który fascynował ludzi od dawna. Na pewno od drugiej połowy XIX wieku, chociaż wcześniej również. Ja nawet w jednym z czasopism poświęconych fantastyce naukowej mam taki cykl o tym, jak Mars przedstawiany był w literaturze. I ten cykl ciągnie się już od ponad dwóch lat i się skończyć nie może, i dopiero jestem gdzieś przy latach 20. XX wieku. Opisuję tam różne przedstawienia Marsa w literaturze. Bardzo serdecznie zapraszam do przeczytania czasopisma, które nazywa się „Sfinks”. Wydawane jest przez Stalker Books, przez Wojtka Sedeńko. Ale to była prywata.
A teraz o książce. Podobała mi się ta książka dlatego, że autorzy łączą informacje z różnych dziedzin. Mamy astronomię, geologię, archeologię, historię wreszcie. I to wszystko jest taka podwalina, na której próbują przedstawić własną interpretację różnych danych, które przytaczają, danych naukowych. Co ważne, trzeba by podkreślić. Piszą też o zagadkach związanych z Czerwoną Planetą. I tak naprawdę to już we wstępie podkreślają, że ich celem jest zebranie informacji z bardzo różnych dziedzin, połączenie tego w całość, która nie wydaje się spójna, tylko jest spójna. I co najważniejsze, oni wyciągają własne wnioski. W tej książce, co ciekawe, mamy również obszerny fragment, w którym opisują autorzy badania meteorytów pochodzących z Marsa, w których według przynajmniej niektórych naukowców odkryto ślady dawnych mikroorganizmów pochodzących z Marsa. Ale mamy też całe fragmenty przedstawiające wyniki misji Viking z lat 70.
Pamiętam, jak się fascynowałem tym przedsięwzięciem. Ale mamy też relacje o wynikach badań innych sond kosmicznych. Mamy omówienie debaty toczącej się w środowisku naukowym. Tak, właśnie naukowym. I ta debata dotyczy możliwości istnienia życia na Marsie kiedyś tam. Przytaczają autorzy również poglądy naukowców, którzy są zwolennikami, ale też przeciwnikami. Co też cenne, przytaczane są argumenty przeciwników. I to jest cenne, bo nie pozwala zawieszać się naszemu myśleniu, tylko musimy zmierzyć się z kontrargumentami. To zawsze cenne, zawsze pomaga. Tak jak wspomniałeś, dosyć ważnym elementem książki jest opis regionu Cydonii, gdzie znajdują się te bardzo interesujące formacje, a w każdym razie mają się znajdować.
To jest oczywiście dzisiaj bardzo kontrowersyjne, bo jak wygląda ta twarz według nowych zdjęć, to państwo zapewne widzieli, ale to i tak nie zmienia faktu, że ta historia związana z Cydonią w dalszym ciągu porusza wyobraźnię bardzo wielu ludzi. I cóż, myślę, że sprawa nie jest ostatecznie pogrzebana. To nie jest tak, że jak NASA przedstawiła te ruiny na nowszych zdjęciach, to już nic w tej kwestii zrobić nie można. A co więcej, pojawiają się teorie, które też nazwałbym spiskowymi, które mówią, że być może ktoś w tak zwanym międzyczasie doprowadził tę twarz do ruiny. Ja nie zajmuję stanowiska. Nie wiem, pojęcia nie mam. Tak sobie przeglądałem dosyć mocno internet, to ta książka spotkała się z bardzo różnymi ocenami. To taka zawsze wygodna formuła, bo wielu czytelników bardzo docenia oryginalność, bogactwo informacji oraz to jest coś, co jest ulotne, ale ważne: umiejętność zainteresowania tematyką. Oni, mówię o autorach, ewidentnie to posiedli, ale środowisko naukowe, jak to środowisko naukowe, odnosi się do tych przedstawionych hipotez z dużym sceptycyzmem. Część opisanych teorii absolutnie nie została potwierdzona żadnymi badaniami naukowymi i przez naukowców jest traktowana jako spekulacja albo pseudonauka.
Ze spekulacją się zgodzę, z pseudonauką nie. Otóż być może za jakiś czas będę miał okazję wypowiedzieć się na ten temat szerzej, ale my bardzo często ulegamy takiemu złudzeniu, że jak naukowiec o czymś mówi, to on zawsze mówi naukowo. To jest nieprawda. Naukowiec, kiedy wypowiada się zgodnie ze swoim zakresem badań i z pewną metodologią naukową, która jest dosyć prosta, ale bardzo konkretna, to wtedy jest naukowcem. A kiedy wypowiada się na temat taki, co mu się wydaje, to przytacza tylko swoją opinię. Już starożytni mówili o tym, żeby nie mieszać wiedzy z opinią, z tym, co się wydaje. Myślę, że współcześni naukowcy o tym zbyt często zapominają i stąd się biorą różne nieporozumienia. Tak to określmy. Myślę, że do takich najbardziej ważnych, najmocniejszych stron książki należy zaliczyć, chyba ty, Piotrze, o tym mówiłeś, sposób prowadzenia narracji. Takie umiejętne połączenie wielu dziedzin wiedzy, bo autorzy przedstawiają liczne przykłady badań naukowych, odwołują się do publikacji, całej masy i do misji kosmicznych, ale też zachęcają czytelnika do samodzielnego analizowania różnych argumentów.
I myślę, że to jest ważne w tej książce, bo ta książka nie robi nam wody z mózgu. Ona raczej zachęca nas, żebyśmy wzięli sprawy w swoje ręce, zaczęli się tym interesować, zaczęli sprawdzać. Ci autorzy wręcz prawie zapraszają. Sprawdźcie to, o czym piszemy. Zaprzeczcie temu. Na pewno pochylcie się nad tym, o czym piszemy, to skorzystacie na tym. Po prostu zagłębicie się w temat.
[01:08:55] - Dokładnie. Książka jest generalnie dość konkretna, jeżeli chodzi o taki typ literatury. Bez porównania chociażby z tym słowodokiem denikena. To znaczy autorzy podejmują na przykład dyskusje z koncepcjami innych autorów i nawet jeżeli się nie zgadzamy z autorami, to możemy poznać punkt widzenia kogoś innego, w tym astronomów, planetologów i tak dalej. Oczywiście muszą się też pojawić tematy chwytliwe i sensacyjne pod tytułem uf albo twarz na Marsie, monolity w Cydunii i tak dalej. Ale pomimo to książka trzech autorów wspomina o tym niedużo tak naprawdę. Po drugie, pomimo ćwierć wieku, które minęły ponad, to nadal jest jako taka lektura. Acz pamiętajmy, że punkt widzenia na wiele spraw, przede wszystkim na te kwestie związane z Marsem, z jego historią geologiczną, z warunkami, jakie tam panują, z wodą i tak dalej, to się mocno zmieniło wszystko. Ale jeżeli idzie o te tematy, powiedzmy tajemnicze, to są nadal kwestie otwarte. I tutaj ta książka jest absolutnie jeszcze aktualna.
Oczywiście wielu twierdzeń nie da się jednoznacznie udowodnić, ale to nie jest wywód, mówię o tej książce, taki wywód na zasadzie hura bura, jasna góra. To jest łączenie pewnych zjawisk i procesów. Oczywiście eksperci i czytelnicy też mają prawo się pięknie nie zgodzić z tym, co Bohval i Hancock piszą. Bo przecież wiadomo, że dzisiaj twarz Cydoni to już jest temat historyczny, aczkolwiek nadal wiele osób to pamięta. Natomiast jest jeszcze coś ciekawego, bo tłumaczem tej książki, Marku, jest Krzysztof Jackowski i to nam nabiera jeszcze większych rumieńców. Ale to nie jest ten Jackowski, drodzy państwo, ale nie sposób tego nie zauważyć.
[01:10:52] - Ja na koniec powiem coś jeszcze, ponieważ ta książka podobała mi się, to ja mam taką cechę, że lubię sprawdzić, komu ona się nie podobała i dlaczego się nie podobała. Dlatego przetrząsałem internet, o czym już mówiłem i znalazłem taki wpis, który państwu streszczę, a później skomentuję. Otóż w tym wpisie znalazłem informację, że słabą stroną tej książki, tego opracowania jest to, że naukowcy wysuwają daleko idące wnioski na podstawie niejednoznacznych dowodów i w wielu miejscach hipotezy są przedstawiane w sposób, który sugeruje wysokie prawdopodobieństwo tychże hipotez, pomimo tego, że nie zostały potwierdzone owe hipotezy przez współczesną naukę. I później jest taki komentarz, że z tego powodu książka nie może być traktowana jako źródło wiedzy naukowej, lecz raczej publikacja popularyzująca alternatywne teorie i zachęcająca do dyskusji. Proszę państwa, tak się zastanowiłem nad tym wpisem, który streściłem teraz i w sumie ja nie widzę żadnego problemu. Po pierwsze, mój ulubiony cytat, który zaczyna za mną obsesyjnie podążać. Otóż brak dowodu nie jest dowodem braku. Nie warto go nadużywać, ale warto o tym pamiętać, że to nie jest tak, że nauka wypowiedziała się we wszystkich kwestiach, które są poruszane w tej książce. Ponieważ nauka działa według pewnego harmonogramu, tak to określmy, według pewnego sposobu i po prostu pewne rzeczy, o których piszą autorzy, one nie wpadają w zakres naukowy, ponieważ nauka nawet nie powinna się zajmować, ponieważ na przykład nie może pewnych rzeczy sfalsyfikować. W związku z tym nauka znowu, a właściwie nie wiem, czy używam dobrze słowa nauka, naukowcy, oni się wypowiadają, co ich zdaniem jest prawdopodobne, a co prawdopodobne nie jest.
Ale podkreślam, ich zdaniem. Owszem, to zdanie jest oparte na pewnym doświadczeniu, na pewnej analizie tego, co jest w ich dorobku. Niemniej jednak o pewnych sprawach, które poruszane są w tej książce, nie da się rozmawiać na gruncie naukowym. Co nie oznacza, że nie należy o nich rozmawiać. Są całe obszary w naszej rzeczywistości, których nauka nie obejmuje, których nie pokrywa swoją taką potrzebą omnipotencji, tak to określmy, ponieważ nie da się o pewnych tematach w ten sposób rozmawiać i nie da się podchodzić do nich naukowo. Być może za kilka, kilkanaście lat, może za kilkadziesiąt. Na razie nie. Na razie ta książka jest świetnym źródłem do dyskusji. Takim punktem wyjścia. Można podyskutować.
Owszem, to nie jest dyskusja naukowa, ale czy wszystko w naszym świecie musi być naukowe? Nie. Nauka nie jest Graalem, który wyjaśnia wszystko. Przeciwnie, ten Święty Graal jest chociażby również w naszej wyobraźni i w naszym sposobie analizowania różnych informacji. I dlatego ta książka tak mi się podoba. Nie żebym w tej chwili znęcał się nad nauką, tylko myślę, że czasami w nas samych istnieje takie niezrozumienie, że nauka jest super. Tylko nauka porusza się swoim torem i bardzo niedobrze, kiedy nauka usiłuje wyrokować o rzeczach, o których wypowiadać się po prostu nie powinna, bo jeszcze nie nadszedł na to czas. On zapewne kiedyś nadejdzie. Dlatego podsumowując, czytajcie państwo „Tajemnicę Marsa”. To jest książka interesująca, wciągająca i skłaniająca nas do zainteresowania, do zastanowienia się nad historią Marsa oraz możliwością życia poza Ziemią.
Na koniec dzisiejszej audycji tradycyjna porcja literatury. Przygotowałem trzy opowiadania. Marek Myszograj „Rok 1985”. Bartosz Paszczakowski „Przełamał się”. Przemysław Kubisiak „Obietnica niewarta życia”. Zapraszam. Czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:16:03] - Marek Myszograj „Rok 1985”: Dwa androidy przemierzały ukradzionym galaktomobilem przestrzeń kosmiczną. Tam, skąd pochodziły, groziła im kastracja przewodów oraz wymłotkowanie, jeden bezwzględniejszy od drugiego. Znani byli z gwałtów elektromagnetycznych, wysysania energii i innych tego typu rozbojów. W tej chwili potrzebowali zaszyć się gdzieś. Ideałem byłaby planeta z zasobami energetycznymi. Myśleli jedynie o własnym przetrwaniu i nie obchodziło ich, czy naruszą jakiś delikatny system tubylczego ekosystemu. Bezwzględność i egoizm to były główne cechy ich charakteru. Gdy tak delektowali się roztworem słodkich elektrolitów, o kadłub pojazdu coś kilkukrotnie uderzyło. Bum, bum, bum, bum. Co to było?
Nie mam pojęcia. Komputer nic nie zanotował. Nasz szlak powinien być czysty. No dobra, sprawdźmy to. Gdy galaktomobil wykonał manewr zwracania, ponownie usłyszeli bum, bum, bum. Wyrównuję lot. Bum, bum, bum. I przyspieszam. Bum, bum, bum, bum. Co to jest, u licha?
Nie wiem. Namierzam miejsce pochodzenia. Mam. To ta mała planeta. Dziwne zjawisko. Wydaje się, jakby czymś strzelała. Nie, nie. Ta planeta w linii lotu pozostawia cykliczne punkty swoich poprzednich pozycji. Przechwycę kilka sztuk tego czegoś. Po chwili dwie androidalne istoty przyglądały się wyłowionym rzeczom.
Były to talarki, każdy o tej samej wielkości, wadze oraz składzie. Z sekundy na sekundę wzrastał jednak niepokój androidów. Każdy talarek z dwóch stron miał jakieś oznaczenia, pismo niewiadomego pochodzenia oraz rysunek dobrze znanych przedmiotów. Skrzyżowane narzędzie do publicznej kastracji przewodów z młotkowaczem podzespołów. Zawracamy, zawracamy i to już. Człowiek konstruując tak zwaną maszynę do teleportacji lub kopiowania materii, powinien uwzględnić kilka podstawowych praw fizyki. Po pierwsze określić punkt zerowy, po drugie uwzględnić masę energetyczną oraz po trzecie złożony ruch we wszechświecie. Nie da się ot tak po prostu teleportować przedmiotu z punktu A do punktu B. Należy pamiętać o ruchu obrotowym planety, jej obiegu wokół gwiazdy oraz prędkości galaktyki. Bez uwzględnienia tych wartości mamy problem.
Teleportowany czy też kopiowany obiekt zawiśnie w przestrzeni kosmicznej, pozostawiając za sobą oddalającą się planetę. Tych praw nie zastosował Janek, utalentowany chłopak, jednak z racji epoki, w której przyszło mu żyć, nie miał na ten temat wystarczającej wiedzy. „Janku, włącz telewizor, niech się nagrzewa” – poprosiła matka. – „Zaraz będzie Niewolnica Isaura”. Chłopak rzucił tornister i popędził do stołowego, aby pstryknąć przycisk w czarno-białym telewizorze. Kineskop musiał się nagrzać. W tym czasie udał się do kuchni. Matka mieliła kawę w elektrycznym młynku. Cudowny zapach. Gdy gwizd czajnika zakomunikował, że woda się przegotowała, w progu ukazała się tak zwana głowa domu.
Stefan, wierny mąż oraz ojciec Janka. Zdjął buty i ubrany jeszcze w prochowcu, wybełkotał: „Majchysiu, to dla siebie”. Chwiejąc się na nogach, uniósł dumnie bukiet goździków owinięty w celofan. „Dla siebie”. Oznaczało to, że ojciec będzie za chwilę spać, zaś matka spędzi wieczór przed telewizorem. Zapowiadali wieczorny festiwal Interwizji. Piwnica dla Janka była całym światem. Lutowanie, odsysacz oraz mnóstwo starej elektroniki. Puk, puk, puk. Zapraszamy do reklamy.
Radio tranzystorowe odbierało idealnie Program Trzeci Polskiego Radia. I dobrze. Ramówka nie robiła bałaganu w głowie. Na warsztatowym stole stał gotowy układ, który miał przetransportować dowolny przedmiot z jednego punktu do drugiego. Przynajmniej zawzięcie od dłuższego czasu Janek pracował nad rozwiązaniem tego problemu. Wiele wcześniejszych prób spełzło na niczym. Jednak dzisiaj na lekcji fizyki olśniło chłopca. Profesor wygłaszał swoje mądrości: „Jeśli ciało A działa na ciało B siłą F, to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości i kierunku, ale o przeciwnym zwrocie. Każdej akcji towarzyszy reakcja”. To było to.
Musiał zrównoważyć siły działające na układ odniesienia. Każdy głupi by na to wpadł. Po godzinie był gotów na kolejną próbę. Sięgnął po leżącą na półce monetę. Wcześniej służyła jako zwykła podkładka pod chwiejący się regał. Jeszcze raz ocenił ją w dłoni. „Powinno być dobrze” – pomyślał. – „A jeśli się uda, będę mógł podróżować bez wychodzenia z domu”. Nastawił czas operacji na dwie godziny. Nie przewidział jednak, że właśnie popełnił błąd.
Eksperyment nie mógł przynieść spodziewanych rezultatów. Janek jeszcze raz spojrzał na monetę. Jak można puścić do obiegu taki badziew? Trzy kopiejki z 1946 roku. Na odwrocie zaś napis „CCCP” oraz skrzyżowany ze sobą sierp i młot. Po chwili umieścił monetę w maszynie i wcisnął przycisk Start. Bartosz Paszkowski „Przełamał się”. Chrupanie było zadowalające. Temperatura musiała być niska. To dobrze.
Będę się pewniej poruszał po nieznanym. Szur, szur. Pełen zapału zabrał się do bazgrania po lodzie. Pierwsze ruchy szły mu gładko. Rozkręcał się. Łyżwy trzymał w ryzach bez najmniejszych problemów. To się sprawdza. Gazeta w bucie to stary sposób na dobre przyleganie do stopy i pełną kontrolę ruchu. Usłyszał niedawno w radiu. Teraz tam.
Szur, szur. Lód wydaje się czystszy. Stały wiatr dobrze go przygotował na moją rozgrzewkę. Dźwięczenie czarnego lodu przypominało granie linii trakcyjnej, które zdradza pociąg w oddali. Szur, szur. Niebo zlało się z taflą. Lód się skończył i on razem z nim. Na więcej nie było miejsca. Recenzja w audycji była równie trafna. „No cóż, co by tu było można powiedzieć?
Ten short jest naprawdę krótki. Ale, ale! Hola, hola! Zobacz jaki śmiałek. Pisać o lodzie na lodzie”. „No ale zauważ, że w końcu się przełamał” – wtrącił drugi mężczyzna i obaj wybuchnęli krótkim śmiechem. Parę minut później nikt już o lodzie nie wspominał. W końcu lato już stało u progu. Przemysław Kubisiak „Obietnica niewarta życia”. Gwar w ciasnej i wąskiej niczym zamek uliczce nie pozwalał zebrać myśli najtwardszemu i najbardziej tolerancyjnemu człowiekowi.
Tupanie i szuranie przechodniów mieszało się z rozmowami, chrząknięciami, pociągnięciami nosów oraz kaszlem przedostającym się ponad zgiełk energicznej codzienności. Wąskie i strzeliste kamienice, mimo monotonnych barw i braku życiodajnej zieleni, zdawały się nadawać charakteru i uroku. Poszum ściekającej w zagłębieniach wody, która im dalej, tym nabierała więcej syfu i nieczystości, niknął pod butami zmierzającego w bliżej nieokreśloną stronę tłumu. Zdarzało się, że w drzwiach jednej z kamienic pojawiała się przygarbiona sylwetka sfatygowanej wiekiem staruszki, która nie zważając na motłoch, waliła jak z cebra nagromadzonymi przez noc nieczystościami, częstując przechodniów niezbyt pożądaną kąpielą. Na nic zdawały się protesty i apele niesfornej staruchy, która udając głuchą i ślepą, znikała w odmętach swej kamienicy niczym wiedźma w chacie. Mimo iż ulica Zdrowa nie była głównym traktem tej niewielkiej aglomeracji, to jednak miała ważny punkt dla każdego jej mieszkańca. Aptekę, dzięki której, jak łatwo się domyśleć, zawdzięczała swoją nazwę. Najstarsze z zabudowań, w którym mieściła się owa oaza zdrowia i czystości, była własnością niejakiego Żelimyśla, podeszłego wiekiem alchemika poważanego w mieście i całym północnym hrabstwie. Słońce zaglądało leniwie przez przybrudzone szybki aptecznego okna, rozświetlając unoszące się w powietrzu pyłki kurzu zmieszane z duszącą wonią medykamentów. Piękne, rzeźbione meble przedstawiały przeróżne wzory i symbole alchemii, jak i szybko rozwijającej się medycyny.
Długą i dostojną niczym królewski stół ladę pokryto od góry kolorowym witrażem, pod którym łatwo było dostrzec szereg produktów i własnych fabrykatów uznanego aptekarza. Po przeciwnej stronie lady ciągnęły się ogromne, sięgające sklepienia regały zastawione tysiącem ksiąg, inkunabułów i tym podobnych skarbów, które skrywały wiedzę, doświadczenie i mądrość przekazującą się od wieków w tym pięknym i tajemniczym miejscu. Zgarbiony i wysuszony na wiór starzec kręcił się po aptece, uzupełniając półki i etykiety ze składem chemicznym świeżo uwarzonych produktów. Co chwilę zaglądał przez ramię spod okularów połówek, sprawdzając zgodność leku z naniesionym w księdze numerem ewidencyjnym. Siwe, długie i spięte w kucyk włosy kontrastowały z łysą do połowy głową, przerzedzoną nie tylko wiekiem, lecz nienaturalnymi wyziewami prowadzonych na zapleczu eksperymentów. Kiedy Żelimus ślęczał nad ladą, odmierzając kolejną dawkę dobieranego na wadze leku, rozległ się dzwonek informujący, że pierwszy tego dnia gość zawitał do krainy zdrowia. Zajęty obowiązkami właściciel spodziewał się przybywającej po zakupy mieszczanki. Wobec powyższego pozwolił sobie na chwilę zwłoki. Po dłuższej chwili, kiedy zdążył zapomnieć, że nie jest sam, zza pleców dało się słyszeć niecierpliwe chrząkanie. „Moment, kobieto” — żachnął się.
— „Przecież już kończę”. Kiedy odwrócił się na pięcie, zdziwił się nieco, widząc rosłego, okutanego w długi płaszcz z kapturem mężczyznę. Tajemniczy klient nie pozwolił sobie na ujawnienie twarzy, jedynie podsunął zaklejony lakierem list z widoczną na froncie królewską pieczęcią. Aptekarz zmierzył gościa, zerkając również na kopertę. Pełen nieufności zapytał wreszcie: „Z kim mam przyjemność?”. Zakapturzony jegomość stał jak posąg, nie reagując na pytanie. Po chwili napiętego milczenia ponownie wskazał list, sapiąc przy tym znacząco. „Nie mam ochoty na pańskie żarty” — oburzył się Żelimus. — „Jestem człowiekiem poważnym i z natury małomównym, zatem proszę o choćby słowo wytłumaczenia. Inaczej będę zmuszony wezwać strażników”.
Słysząc te słowa, mężczyzna uchylił nieco opał swojego płaszcza, prezentując wysadzaną kamieniami głownię miecza. Wydał przy tym charakterystyczny pomruk mogący przypominać drwinę ze zdziwionego właściciela. „Niech waszmość przeczyta wreszcie tę wiadomość. Czas nagli” — przemówił rycerz. „Jak to miło, żeś przypomniał sobie ludzką mowę, zacny panie” — dogryzł Żelimus, łamiąc pieczęć na kopercie. Czytał długo, nie kryjąc zdziwienia, które wyrażał unoszonymi niczym fale, krzaczastymi brwiami. Bąkał coś pod nosem, wykonując bliżej nieokreślone ruchy warg, nosa i powiększonych w okularach oczu. „Wygląda poważnie. Nie wiem. Nie wiem, co z tym zrobić” — gmerał i gdybał.
— „Może nie jest jeszcze za późno. Nie ma na co czekać. Ruszajmy do zamku” — wydukał wreszcie, waląc pięścią w blat. „Już myślałem, że zejdzie ci do jutra, doktorze” — wtrącił zakapturzony, łapiąc spadający z blatu kwit. Echo wysokiego niczym jaskinia korytarza niosło się w dal, potęgując kroki i towarzyszący im pośpiech. Płomienie umieszczonych na ścianach pochodni tańczyły pod wpływem powiewu niesionego przez zmierzających szybkim krokiem ludzi. Sunęli bez słowa. Aptekarz Żelimus niósł skórzaną torbę, z której dało się słyszeć brzękiwanie buteleczek i towarzyszących im medycznych ekselbantów. „To tutaj” — przemówił rycerz w płaszczu. — „Proszę wchodzić bez zapowiedzi” — dodał.
„Jak to bez zapowiedzi?” — zdziwił się. — „Przecież…” „Proszę robić to, co mówię. W takich przypadkach protokół nie jest ważny”. Okute stalą wrota otwarły się z charakterystycznym sobie zgrzytem. Zaduch komnaty uderzał w twarz, odpychając każdego, kto dostał się do środka. Na wielkim drewnianym łożu leżał chłopiec. Jego blada twarz przypominała trupa, zaś perlący się na twarzy pot błyszczał niczym świeże krople rosy. „Dobrze, że już jesteś, mistrzu” — zagaiła starsza kobieta czuwająca przy łożu. — „Nie wiemy, co robić”. „Proszę mi powiedzieć, co się stało” — wycedził z opanowaniem Żelimus.
„Jeszcze wczoraj wszystko było dobrze. Książę zjadł kolację, bawił się z braćmi jakby nigdy nic. W nocy zaczął gorączkować. Mimo zimnych okładów nad ranem stracił przytomność”. „Co jadł na kolację?” „To co zwykle. Przepiórki w miodzie, a na deser jagody” — odparła, wymieniając z pamięci. „Jagody? Skąd pochodziły?” „Z królewskiego lasu, mistrzu. A dlaczego pytasz?” „Macie jeszcze trochę tych owoców? Chciałbym je zobaczyć.
Tylko szybko” — dodał, wyciągając z torby jakieś maści. Po dłuższej chwili zdyszana biegiem służąca przyniosła garść plonów lasu. Żelimus obejrzał, obwąchał i nadgryzł odrobinę owocu, oceniając jego posmak. Skrzywił się przy tym, jakby zjadł cytrynę. Swoim zwyczajem brzęczał pod nosem różne hasła, których nikt nie był w stanie zrozumieć. Spodziewałem się. Moje domysły były słuszne, droga Minerwo! — krzyknął, powodując strach u stojącej obok służki. — Jestem pewien, że to Atropa belladonna. Z tym, że nietypowa odmiana.
Na Boga! Co za czort? — spytała łamiącym głosem opiekunka. Wilcza jagoda. Silnie trujący owoc lasu. Nie różni się wyglądem od normalnej jagody, dlatego trudno go rozpoznać. Drzwi rozwarły się z hukiem i do komnaty wszedł energicznym krokiem król Brosław. Widok nieprzytomnego syna przyprawił monarchę o niedające się ukryć wzruszenie. Wściekłym wzrokiem mierzył to księcia, to Żelisława, sprawiając wrażenie, jakby bił się z myślami, o co właściwie zapytać. Co z moim synem, aptekarzu?
— wypalił wreszcie. Miłościwy królu. Jestem pewien, że to silne zatrucie spowodowane nadmiernym spożyciem Atropa belladonna, czyli wilczych jagód. Na miły Bóg! Mówże po ludzku, magu. Książę spożył wczoraj na kolację te jagody. — Żelisław otwarł dłoń, prezentując trujące owoce. — To przeklęty dar lasu, panie. Często zanieczyszczony przez dzikie zwierzęta. Co masz na myśli?
Wybacz królu — uprzedził lekarz. — Lisy, borsuki czy kuny szczają albo i srają na jagody, dlatego są one zakażone, choć muszę przyznać, że tutaj mamy do czynienia z nadzwyczajnym gatunkiem. To czarna jagoda, na którą rzucono urok albo i zły czar. Musisz go wyleczyć. Mezamir musi z tego wyjść. Obsypię cię złotem. Dostaniesz co trzeba — przekonywał król, chowając twarz w ozdobione pierścieniami dłonie. Obawiam się, że to nie będzie możliwe, królu — wydukał alchemik, bojąc się skutków swych podejrzeń. Brosław zaczerwienił się obficie, sprawiając wrażenie, jakby narastające w nim ciśnienie chciało eksplodować z całą mocą. Wsparł się o kolumnę książęcego łoża, próbując zebrać myśli.
Wszyscy wyjść! — ryknął. — Natychmiast! Ty zostań, aptekarzu — dodał. Echa pośpiesznych kroków truchtającej w stronę drzwi służby przemknęły po ścianach komnaty, znikając w korytarzu razem z wyproszonym personelem. Drzwi trzasnęły niczym wrota skarbca, pozostawiając Żelisława w towarzystwie władcy. Król podszedł do obszytego witrażem okna, które dzięki uchylonym skrzydłom wpuszczało do komnaty świeży powiew. Mów wszystko, co wiesz, alchemiku — rzekł Brosław. — Tylko szczerą prawdę, bez owijania w bawełnę — dodał. Żelisław westchnął głęboko, nie ukrywając, że odpowiedź nie należy do przyjemnych.
— Mości panie — rozpoczął. — Z tego, co się orientuję, istnieje tylko jeden sposób sporządzenia antidotum na to zatrucie. Przyrządza się je z korzenia mandragory oraz liści opium. Oczywiście całość należy opatrzyć stosownymi zaklęciami i odpowiednio uwarzyć. Problem jednak tkwi w tym, że od wielu lat nie mam w swoich zapasach nawet grama specyfiku opartego na mandragorze. Istnieje jedno miejsce, w którym można zdobyć interesujący nas składnik. Gdzie to jest? — zapytał podniecony król. — Natychmiast każę wysłać wojsko. Mag milczał, potęgując ciążącą w komnacie atmosferę, która z każdą chwilą miażdżyła nawet najbardziej zakute łby.
Mówże, bo nie zdzierżę! — wrzasnął Brosław. To dolina ŚwiatoGora, panie. Władca patrzył tępo w dal, zaś z jego oczu popłynęła szkląca się na słońcu łza. Straszny cios zadano w chwili, gdy nikt się tego nie spodziewał. Wojsko królewskiego dworu nie podoła mocy przeklętego olbrzyma, który pustoszy dolinę, uzurpując sobie prawo do jej posiadania. Od wielu lat nie ma śmiałka, który by ruszył w tamtą stronę, panie. Armia nie przeciśnie się niezauważona. Jednemu spośród twego ludu będzie łatwiej umknąć oku ŚwiatoGora, choć obaj wiemy, że to niemożliwe. Zatem czas najwyższy, aby ktoś się podjął tego zadania — wtrącił Brosław.
— A jeśli nie znajdzie się chętny, to sam pójdę. Życie mego syna nie ma ceny. Nie godzi się królu! — rzekł Żelisław, pozwalając sobie na podniesiony ton. — Królestwo potrzebuje władcy. Masz, panie, drugiego syna, z którym możesz wiązać swe nadzieje. O czym ty mówisz, alchemiku? — ryknął Brosław, niczym ziejący ogniem smok. — Kto ma zatem iść do doliny? — dodał łamiącym tonem.
Ja pójdę, miłościwy panie — wtrącił młodzieńczy głos dobiegający od drzwi. Głowa króla Brosława odwróciła się gwałtownie. Zdziwienie i wzburzenie mieszały się w powietrzu jak zapach świeżo mielonej kawy. Czas jakby się zatrzymał. Żelisław zamknął oczy, dając wyraz smutku. Poznał głos młodzieńca. Odwrócił się na pięcie. Kim jesteś i jak tu wszedłeś, młodzieńcze? — warknął tymczasem król. Nazywam się Witosz, miłościwy panie — przedstawił się chłopak, padając na kolano.
— Jestem synem i uczniem mistrza Żelisława. Wszedłem tu dzięki kopercie z królewską pieczęcią, którą znalazłem na blacie w naszej aptece. Co powiesz alchemiku? — spytał władca, odwracając wzburzoną twarz. To prawda, królu. To mój syn — odparł. — Istotnie, w całym pośpiechu zabrałem tylko list, zaś koperta została na lacie. Wejdź, chłopcze — rzekł król, wykonując zachęcający gest ręką. — Czy zdajesz sobie sprawę z deklaracji, którą poczyniłeś? Tak królu – odparł energicznie Witosz.
– Nie mam zamiaru patrzeć, jak książę Mezamir opuszcza ten świat. Nie ma chwili do stracenia. Ruszę czym prędzej. Wiesz, gdzie i po co masz ruszyć, synu mój? – wtrącił wyraźnie przygnębiony ojciec. Nie wiem, ojcze. Za drzwiami słyszałem jedynie coś o opium i mandragorze. Na nic twoja wiedza, chłopcze. I na nic twe deklaracje – warknął wściekły jak osa Brosław. Nie poślę cię na pewną śmierć.
Nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Pójdę tam, gdzie trzeba – przerwał chłopak. – I uratujemy księcia. W komnacie zapanowała cisza. Nawet zapach otoczenia zmienił się jakby w cmentarny odór, dusząc fetorem trupa i zwiędłych w nieświeżej wodzie kwiatów. Zza drzwi dochodziły szepty i szlochy, zdradzając czającą się u progu służbę. Na domiar tego w otwartym skrzydle kolorowego okna przysiadł tłusty kruk, który pochylając małą jak owocki główkę, zakrakał, siejąc strach wśród stojących jak posągi gapiów. Skoro tak się sprawy mają, pójdę z nim, panie – przerwał ciszę Żelimsų, wycierając ociekające po brodzie łzy. Brosław zmierzył obu mężczyzn, po czym przemówił donośnym głosem: Ozłocę was, jeśli misja się powiedzie. Zaś jeśli polegniecie w starciu ze Światogorem, wasze imiona każę zapisać w dziejach królestwa oraz w pieśniach.
Ruszajcie czym prędzej i niech wam się darzy, śmiałkowie – dodał, tuląc serdecznie najpierw ojca, potem syna. Kiedy wychodzili z komnaty księcia Mezamira, czający się u drzwi przywitali ich oklaskami i wiwatem. Niemal okrzyknęli bohaterami, mimo iż nie było jeszcze za co. Z nastaniem wieczora pod oknami apteki mistrza Żelimsų zgromadziły się tłumy mieszczan. Wiadomość o chorobie Mezamira rozeszła się po całym mieście. Ruszymy o świtaniu, kiedy wszyscy się rozejdą – przemówił alchemik obrażonym tonem. Nie bądź zły, ojcze – odparł mu Witosz. – Całe życie powtarzałeś mi, że Witosław, Witosz znaczy ten, który będzie słynnym panem. Zatem nadszedł czas, żeby tak się stało. Nie sądziłem, że weźmiesz to tak dosłownie, synu.
Dwóch wędrowców przemknęło wąskimi ulicami, niemal lewitując nad ziemią. Chcieli uciec pod osłoną nocy, niczym wprawny i doświadczony fachem złodziej. Niemal bezszelestnie dotarli do lekko uchylonej bramy prowadzącej na główny trakt handlowy, której usiłował pilnować śpiący jak suseł wartownik. Kiedy przedarli się poza mury miasta, na horyzoncie budził się dzień, który mógł przynieść tylko jedno: godną legend przygodę. Chłopak odwrócił się i dojrzał stojącego w oknie wieży króla Brosława, który machał zadzierzgniętym na tyczce czerwonym płótnem, pozdrawiając oddalających się wędrowców. Oddalali się od miasta szybko i energicznie. Zostawili za sobą rodzinne miasto i królewski las, którego każdy kąt był im znany niczym własna kieszeń. Okoliczne pagórki pozdrawiały ich szumem traw i tańczącymi na wietrze dmuchawcami. Graniczna wieża, opuszczona przed laty, jaśniała w blasku słońca, zaś wyrastający zza jej pleców młyn pracował, spełniając swe powszednie obowiązki. Weźcie jeden bochen, wędrowcy!
– krzyknął pobielony mąką młynarz. Niech ci bogowie wynagrodzą, dobry człowieku – odparł Witosz, dając w zamian małą ampułkę specyfiku na ból głowy. Wam też – odburknął młynarz, dławiąc się pyłem mąki. Szli z nadzieją i pogodną myślą, znikając za piętrzącą się górą, skrywającą cel podróży – dolinę Światogora. Zmrok nad doliną zdawał się być ciemniejszy i mroczniejszy niż gdziekolwiek indziej. Widoczność na wyciągnięcie ręki zapędzała w zaułek każdego, kto na chwilę stracił niezbędną w tym rejonie czujność. O lampie czy ognisku nie mogło być mowy, gdyż czające się w ciemnościach monstrum nie popuściłoby okazji wypatroszenia nieproszonych gości. Zostańmy tutaj – szepnął Żelimsų. – Z nastaniem ranka ocenimy sytuację. Jeśli dożyjemy – odparł trzęsącym się głosem Witosz.
Nie pleć bzdur! – zganił syna starzec, waląc w kant kanciastej jak kwadrat głowy. Kładź się plecami do mnie, zarzuć pled i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. Będziesz bajał, ojcze? Nazywaj to, jak chcesz. Opowiem ci, co wiem o tym miejscu i jak masz postępować z tym, kogo być może tu spotkamy. Wędrowcy zalegli na ziemi, podpierając głowy na wepchanej po brzegi torbie. Po chwili Żelimsų nabił fajkę i pykając w półleżącej pozycji, zaczął swą opowieść. Dawno temu owa dolina była sercem naszego królestwa. Rośliny, zwierzęta i ludzie żyli tu w symbiozie i poszanowaniu.
Żyzna ziemia dawała plony mogące zaspokoić potrzeby całego kraju. Mówiło się, że jest zaczarowana, bowiem bez względu na porę roku rosły tu owoce i warzywa, które nie rosną jesienią czy zimą. Wyobrażasz sobie truskawki zbierane w styczniu albo wiśnie w lipcu? Kalafior czy sałata dojrzewały w kilka dni, zaś ziemniaki rosły cztery razy w roku. Błogosławieństwo doliny nie trwało jednak długo. Łapczywy i chciwy człowiek pożądał więcej. Chciał robić zapasy, a nawet sprzedawać to, co nie należało do niego. Rozgniewało to bogów, którzy spustoszeni dolinę, wypalając każdy korzeń i każde nasionko do cna. Mało tego, aby człowiek nie próbował odzyskać doliny, bóstwa ulepiły z gliny olbrzyma zwanego Golemem, nadając mu imię Światogor. Od tamtego czasu czuwa on nad tym, aby nikt nie zdołał przekroczyć granic doliny, która stała się własnością tajemniczego stwora.
„Skoro bogowie wypalili ziemię w dolinie, to w jaki sposób rośnie tu mandragora?” – zapytał wyraźnie zaciekawiony Witosz. „Rośnie, ponieważ sam Światogor ją posadził i pielęgnuje. Odżywia się jej liśćmi i korzeniami. Swego ogrodu pilnuje niczym oka w głowie. A uwierz, że hoduje tam przeróżne różności” – dodał. „Oprócz mandragory ma też czarny bez, mak i konwalie.” „A czy zna się na magii?” „Jak mało kto” – odparł błyskawicznie ojciec, pociągając bucha z fajki. – „Dlatego nie możemy tu na niej polegać. Golem jest przemiękły i wyczuje magię na odległość. Najlepiej coś mu ofiarować w zamian za mandragorę.” „Ale co możemy dać takiemu dziwolągowi?” „Już moja w tym głowa. Uprzedzam cię tylko, żebyś nie dał się zwieść jego pustym obietnicom i udawanej potulności.
Golem może przybierać inne postaci, dlatego odkąd zejdziemy na dół, nikomu nie można ufać. Tylko sobie.” Dzień zaczął się gorzej niż w najśmielszym koszmarze. Przepychające się czarne chmury przytłoczyły i rodziły potężny ból głowy, dający się we znaki obu wędrowcom. Na domiar tego, nad leżącymi niczym mumie piechurami stały wielki gliniany olbrzym, przyglądając im się niczym włóczniom w barbakanie. Nieskalane żadną myślą ślepia tańczyły niczym ogniki w płomieniu, zaś wielki i niekształtny jak ziemniak nos ociekał zieloną i śmierdzącą cieczą. Obraz nędzy i rozpaczy w niczym nie przypominał legendarnego olbrzyma. Przeciwnie, sprawiał wrażenie niezdarnej i niewartej uwagi pierdoły ulepionej z gliny. Żelimus zdawał sobie sprawę z mylących pozorów, dlatego zachował zimną krew, nie dając się zwieść. „Coście za jedni?” – zapytał olbrzym, pociągając nosem. Mężczyźni podnieśli się powoli, starając się nie wykonywać energicznych i niepożądanych ruchów.
Teraz dokładniej ujrzeli legendarnego stwora, któremu trzeba było przyznać wizualną zgodność z legendarnymi bajaniami. „Ja jestem Żelimus, a to mój syn Witosz” – przemówił składnie ojciec. „Światogor” – przywitał się olbrzym, wyciągając wielką jak stodoła łapę, której wędrowcy nie odważyli się uścisnąć. – „Co was sprowadza do mojej doliny?” „Jak to, co nas sprowadza?” – powtórzył pytanie Witosz. „To nie zaatakujesz nas, olbrzymie? Nie wyciągniesz szpraków i nie połamiesz jak zapałek?” Przez chwilę zapanowała cisza, której nikt nie był w stanie przerwać. Światogor obserwował mężczyzn z podniesionymi brwiami, które tańczyły na wietrze niczym pole kukurydzy. Żelimus przeklinał w myślach syna, zastanawiając się, czy opanowana do perfekcji głupota ustąpi wreszcie miejsca rozumowi. Zaś sam Witosz zdawał się zaskoczony ponurą i grobową ciszą. „Tyś jest tym alchemikiem i aptekarzem ze stolicy?” – wypalił wreszcie olbrzym.
„Jestem rad, że o mnie słyszałeś, władco doliny” – odparł zaskoczony Żelimus. „Dobrze, żeście przyszli” – poinformował olbrzym, wprawiając ich w osłupienie. – „Jest bowiem pewien przepis, nad którym głowię się od lat. Powiedz, alchemiku, czy potrafiłbyś uwarzyć eliksir zdolny przemienić mnie w człowieka?” „Nie param się czarną magią. Zresztą to czyn wbrew woli bogów, Światogorze” – żachnął się mędrzec. „Chodźcie ze mną do doliny. Coś wam pokażę, a przy okazji powiecie, po co przybywacie” – zaproponował gliniany stwór. Nie było innego wyjścia, jak skorzystać z zaproszenia. Chociaż alchemik trzymał w zanadrzu krótką i lekko zagiętą różdżkę, to jednak nic nie wskazywało, żeby musiał jej używać. Szli dość szybko, próbując nadążyć za szerokimi jak zamkowa fosa susami olbrzyma.
Zrezygnowany i wyraźnie przygnębiony Światogor nie wykazywał najmniejszej chęci do morderczych czynów. Wąski szlak zmierzał ku dolinie, prezentując zatykające dech w piersiach widoki. Mimo stromego i dość wymagającego zejścia, wędrowcy sprawnie i szybko dotarli do celu. Ich oczom ukazał się piękny i lśniący niczym złoto tunel prowadzący w głąb ziemi. Obłożony kamieniami otwór otaczał piękny ogród usiany grządkami w kształcie szachownicy, w którym krzątały się małe, odziane w szpiczaste czapki istoty. Uwijały się przy pieleniu, podlewaniu i porządkowaniu zieleńca. „Twój ogród robi wrażenie” – przemówił z rozdziawioną gębą Witosz. – „Kim oni są?” Tutaj wskazał na mikropracowników. „To krasnale” – odburknął golem. – „Bogowie zesłali mi ich do pomocy, bowiem zapotrzebowanie na magiczne produkty rośnie z każdym dniem.” „Co chcesz przez to powiedzieć?” – zapytał tym razem alchemik.
„Niemal codziennie przybywają tu śmiałkowie chcący stoczyć walkę ze strasznym i legendarnym Światogorem. Kiedy jednak okazuje się, że takowej potrzeby nie ma, dobijamy czystego i uczciwego handlu. Ja oferuję im porządne rośliny i zioła, zaś w zamian otrzymuję coś innego. A wy czego potrzebujecie?” – spytał. „Korzenia mandragory. Książę Mezamir zatruł się wilczą jagodą. Jedynym ratunkiem jest wywar z mandragory i opium.” „Mandragora to szlachetna roślina. Wymaga wielu lat pielęgnacji i odpowiedniego nawożenia. Prawdą jest, że dodana do odpowiedniego specyfiku potrafi zdziałać cuda” – ocenił mądrze olbrzym. „Zatem czego oczekujesz w zamian, władco doliny?” – zapytał z niepokojem Żelimus, wyczuwając podstęp glinianego rozmówcy.
Stwór zastanowił się przez chwilę, zmieniając swój stosunek do zaproszonych gości. Dam ci, czego chcesz, mędrcze. Cena jednak jest wysoka. Alchemik nic nie odpowiedział, dając do zrozumienia, że oczekuje na odpowiedź. Dasz mi swego syna – wypalił wreszcie, zmieniając ton. Czyste i świeże powietrze zmieniło się niczym widok w kalejdoskopie. Wędrowcom spadły z oczu magiczne łuski, odsłaniając prawdziwy obraz miejsca znanego jedynie z legend. Jak się okazało – prawdziwych. Pracujące krasnale zmieniły się w konające z bólu, głodu i zmęczenia cienie pojmanych przez olbrzyma ludzi. Wejście do groty Golema przybrało wygląd ponurej nory kojarzonej raczej z piekłem i śmiercią niż przytulnym domem.
Czerwone jak latarnie oczy zwróciły się do ściskającego różdżkę Alchemika, przeszywając go na wylot. Dasz mi tego durnia, a otrzymasz mandragorę. Jeśli nie, wówczas obaj dołączycie do moich słodkich ogrodników. Weź mnie zamiast niego – zaproponował aptekarz. Ciebie szkoda marnować, mędrcze. Masz wielką wiedzę i umiejętności. Zresztą jeszcze kiedyś tu wrócisz. Daj mi nicponia. Nie myśląc długo, Żelimus zamachnął się koliście, szepcząc pod nosem odpowiednie dla sytuacji zaklęcie. Z magicznej gałązki wystrzelił potężny strumień, kończąc swój bieg na twarzy zaskoczonego olbrzyma.
Magiczna energia odbiła się od Światogora, waląc w grupkę przyglądających się wszystkiemu więźniów. Mnie się nie da zabić, głupcze! – ryknął Golem, wzbudzając potężny śmiech. Jednak skoro tak wybrałeś, musisz ponieść konsekwencje. Potwór ruszył w stronę mężczyzny. Ciężkie i długie kroki powodowały drganie ziemi, zaś z nozdrzy Światogora wydobył się silny niczym tornado podmuch. Zaczekaj! – krzyknął Witosz. Znam składnik, który uczyni cię człowiekiem. Golem wstrzymał krok, pozostawiając w ziemi sporych rozmiarów koleinę.
Jesteś głupcem. Jak zatem możesz wiedzieć, czego mi brakuje? – spytał z ironią gliniak. Potrzebujesz energii, która pobudzi w tobie działanie eliksiru. Wiem, skąd ją wziąć. Mów dalej. Musisz uzyskać siłę z natury. Sam wiesz, że burza jest darem bogów. Wznieca pożary, grzmoty i wyładowania. Skoro bóstwa dały ci tę postać, tą również od nich musisz otrzymać przemianę.
Światogor stracił czerwony poblask oczu, wracając do łagodnej jak baranek postaci. Słowa młodzieńca wprawiły go w zakłopotanie. Nigdy bowiem nie pomyślał o tak oczywistym rozwiązaniu. Skoro stworzyli go bogowie, również oni mogą go odmienić. Skąd mam teraz wziąć burzowy piorun? Jeśli o tym mówisz, nad doliną od lat ciążą chmury i mży deszcz. Bogowie zapomnieli o swym stworzeniu. Żalił się wyraźnie. Ja ci dam burzę – zaproponował Żelimus. Powołam ją za pomocą magii.
Musisz tylko słuchać, co mówię, a otrzymasz brakujący składnik. Zgoda! Lecz jeśli mnie oszukacie, marny wasz los. Pamiętajcie, że mnie nie można zabić – warknął wyraźnie podniecony potwór. Idź zatem do pieczary i przynieś swoją miksturę – polecił Witosz. A wy mi uciekniecie, cwane ludki. Przyszliśmy tu po mandragorę, olbrzymie. Wszyscy mamy interes w tym, aby załatwić swoje sprawy. Nie odejdziemy bez rośliny. Ty zaś nie wypuścisz nas, dopóki nie zmienisz swojej persony.
Dobrze prawisz, mędrcze. Wiedziałem, żeś człowiek uczony – odparł z miną przypominającą uśmiech. Kiedy Światogor zniknął w odmętach swego domu, atmosfera nieco się rozluźniła. Wędrowcy nawet na moment nie pomyśleli o ucieczce. Żelimus zdawał sobie sprawę, że plan syna jest genialny i póki co jedyny. Wymienili między sobą drobne wskazówki, powtarzając na zmianę zaklęcie wywołujące grzmotącą i porywczą niczym tajfun burzę. Mieli bowiem w planie połączyć swoje siły. Kiedy olbrzym wrócił, dzierżąc w dłoniach kociołek wypełniony żelową substancją, przybysze byli zwarci i gotowi. Kolorowymi jak tęcza liśćmi ułożyli krąg, w którym gliniany stwór miał oczekiwać na druzgocące porażenie. Kiedy wypił zawartość kamiennego naczynia i stanął w wyznaczonym miejscu, dał znak pełnej gotowości.
Pamiętasz, co masz robić, synu? Tak, ojcze. Możesz na mnie polegać – odparł Witosz. Mimo stanowczego zapewnienia, słowa syna nie uspokoiły Żelimusa. Nie pozostało jednak nic innego, jak po prostu działać. Mężczyzna zdjął skórzany płaszcz, podwinął rękawy i wysoko, niczym sam Bóg uniósł ręce w powietrze. Po przeciwnej stronie kręgu syn Witosz przyjął podobną ojcu postawę. Z różdżki Alchemika ponownie wystrzelił wartki strumień, tym razem czarny niczym smoła. Wbił się w ciążące nad głowami chmury, które w spotkaniu z tajemniczą mocą trzasnęły niczym zwalone z niebiańskich półek książki. Aura przybrała ponury charakter, przywołujący na myśl czarnomagiczne praktyki, z dawna dokonywane przez adeptów Królewskiej Szkoły Smoka.
Gdy pojawił się pierwszy błysk na niebie, syn aptekarza dobył z pochwy lśniący niczym lustro miecz i cisnął w nim powietrze, wrzeszcząc do Golema: Hej, ty! Łap i wznieś go wysoko nad głową! Szalejący wiatr utrudniał porozumiewanie się ze sterczącym w kręgu potworem. Kiedy złapał lecący w swoją stronę miecz i uniósł go nad głową, wyglądał jak olbrzym dzierżący w dłoniach igłę do szycia. Naraz potężny błysk przeszył niebo, zaś towarzyszący mu piorun przydymił prosto w stojącego jak posąg golema. Morze iskier i towarzyszącego im ognia skupiły się na potworze, który zniknął w chmurze dymu i kurzu, pozostawiając po sobie jedynie sporą kupkę rozwianego przez wiatr pyłu. Zajaśniało słońce, przeganiając ciężkie deszczowe chmury. Po raz pierwszy od wielu lat magiczna i niegdyś żyzna dolina zakosztowała naturalnych promieni, które niemal zapomniały o tym pięknym i bajecznym miejscu. Ojciec i syn wracali do stolicy, dzierżąc wypełnione po brzegi torby. Różnorakie pędy, korzenie i magiczne zioła pachniały na odległość, pozostawiając w powietrzu niezwykły, tajemny aromat.
Jeszcze wczoraj nie dałbym pół siekańca, że Witosz w twoim przypadku oznacza tego, który będzie sławny. A tu proszę – zagadnął ojciec z szerokim jak banan uśmiechem. Widzisz – odparł syn. Przyszedł czas, aby udowodnić, że jednak jestem czegoś wart. Nigdy w to nie wątpiłem, synu mój. Wykazałeś się sprytem i trzeźwym umysłem, choć sam przyznaj, że ryzyko było wielkie. Ryzyko jest ojcem sukcesu. Możesz stracić wiele, ale równie dobrze zyskać dużo więcej. Dobrze prawisz, mój Nicponiu – powiedział Żelimusu, czochrając głowę syna. W naszym przypadku stawka była ogromna – rozpoczął chłopak.
Raczej była – przerwał mu ojciec. W oddali dostrzegli wznoszący się na wzgórzu gród. Królewski zamek górował nad okolicą, przyozdobiony w miotane na wietrze czarne flagi. Co u licha? – wyszeptał wpatrzony jak szpak w pięć groszy mędrzec. Książę Mezamir nie żyje – przemówił przysiadły na gałęzi puchacz. Jak to możliwe? – zapytał zdziwiony Witosz, zerkając z jeszcze większym zdziwieniem na gadającą sowę. Z samego rana ogłoszono, że nie żyje. Nie wracaliście dość długo, zatem stwierdzono, że was również licho wzięło.
Nie było nas raptem dwa dni. Kto stwierdził zgon księcia? Przecież jestem jedynym medykiem w mieście – zapytał z wyrzutem aptekarz. Sam król stwierdził, że wszelka nadzieja zgasła – odparł, mrugając okiem puchacz. Przecież on nie zna się na leczeniu. Skąd ma wiedzieć? Jeszcze nie wszystko stracone, ojcze. Czym prędzej na zamek. Niech nasz wysiłek nie pójdzie na marne – zawtórował Witosz, chwytając ojca pod kościste ramię. Wielu mówiło, że to zwykłe bajanie.
Inni powtarzali, że jak w każdej, tak i w tej legendzie drzemie ziarnko prawdy. Nie wiadomo jednak, co jest gorsze: czy ubogacona wyobraźnią ludu klechda, czy może ukryta i pielęgnowana na dnie serca rzeczywistość. Zarówno Żelimusu, jak i jego syn Witosz nie dbali o uznanie króla czy żądnego igrzysk ludu. Zrobili to, co do nich należało, wywiązując się z danej obietnicy. Panujący dziś król Mezamir nie wie i nie dba o to, jak wiele poświęcono, aby jego historia mogła mieć dalszy ciąg. Dwóch odważnych i bogatych w wiedzę mędrców to już przeszłość. Historia biegnie swoim tempem, nie zważając, jak wiele zdeptano, a ile udało się z niej uratować. Bez względu na wszystko warto być pogromcą Światogora, który mimo swej potęgi i złych intencji stał się drogą ku temu, aby wypełnić dane komuś słowo.
[02:01:14] - Proszę państwa, to już jest koniec dzisiejszego AWF-u. Akademia Wszelkiej Fikcji pod moją postacią pięknie się z państwem żegna. Przypomina, że za tydzień też postaramy się tutaj być. A teraz już życzę państwu wspaniałego weekendu, dobrej nocy i do usłyszenia.
[02:01:39] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.