Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Drodzy Państwo, drugie wydanie AWF w trybie wakacyjnym. Pora najwyższa zacząć, a więc zaczynamy. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz Akademii Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:34] - Dzień dobry wieczór Państwu. Tak, to będzie kolejne wakacyjne wydanie, ale troszeczkę pełniejsze niż to ostatnie. Wiecie Państwo, drugi tydzień urlopu to już człowiek jest wypoczęty, obczytany, nadrobione zaległości czytelnicze i wszelkie inne. Dlatego dzisiaj trochę będzie więcej stałych punktów programu. Zaczniemy, jakby to powiedzieć, od takiego wstępniaka. Ja to bardziej gdzieś w swojej głowie nazywam, że trochę Państwu potruję, ale myślę, że jak będę truł na temat kosmiczny, to nie będzie takie bolesne. Na temat kosmiczny. Poczytałem ostatnio trochę, co się dzieje wokół Ziemi, co w ogóle się w kosmosie dzieje, przynajmniej w tym rozpoznawalnym albo tym, który potrafimy rozpoznać. I dzieje się trochę. Wiecie Państwo, jeszcze niedawno wydawało się, że jeśli ludzkość kiedykolwiek opuści to najbliższe otoczenie Ziemi, a raczej opuści, jestem optymistą, to kolejnymi przystankami będzie Księżyc, potem Mars.
Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście właśnie tam będą się koncentrowały i w sumie to już się koncentrują największe programy kosmiczne, nasze ziemskie. Jednak wiecie państwo, kiedy się wejdzie głębiej w te wszystkie doniesienia o kosmosie, to okazuje się, że naukowcy coraz częściej zadają sobie pytanie: ale dobra, jak już zbadamy Księżyc, zbadamy Marsa, to co później? Co będziemy robić później? Co stanie się naszym następnym celem, kiedy nauczymy się już żyć poza Ziemią? Coraz częściej odpowiedź brzmi nieco zaskakująco, przynajmniej dla mnie, bo jako ten cel wyznacza się Tytana, największy księżyc Saturna. To bardzo daleko przede wszystkim i dlatego brzmi to trochę absurdalnie na pierwszy rzut oka, podkreślam. Mówimy bowiem o świecie oddalonym od Ziemi, jak dobrze policzyć, to chwilami o ponad miliard kilometrów. Tam temperatura spada do około -179 stopni Celsjusza. To jest miejsce, w którym nie ma ciekłej wody. Tam owszem, płyną rzeki i rozciągają się jeziora, ale metanu i etanu.
A tymczasem najnowsze analizy pokazują, że właśnie ten lodowy glob może być jednym z najbardziej przyjaznych miejsc do tak zwanej długotrwałej obecności człowieka na danym ciele niebieskim. Jedno z najbardziej przyjaznych miejsc w całym Układzie Słonecznym. Przyznacie Państwo, że na razie trudno jest uchwycić tę przyjazność po podaniu przeze mnie temperatury i wszystkich innych czynników, z którymi mamy do czynienia na Księżycu. To będzie miejsce przyjazne, ale nie dlatego, że panują tam komfortowe warunki, ale dlatego, że Tytan dysponuje czymś niezwykle cennym, ogromnymi zasobami, z których można korzystać na miejscu. Przez wiele lat Tytan fascynował przede wszystkim astrobiologów. To jest jedyny księżyc w Układzie Słonecznym, który ma naprawdę gęstą atmosferę, grubszą nawet od atmosfery ziemskiej. Ta atmosfera zawiera głównie azot, a także metan oraz liczne związki organiczne. Misja Cassini-Huygens pokazała, że pod pomarańczową mgłą kryje się jednak niezwykle złożony świat. Są tam chmury, deszcze, rzeki, kaniony, wydmy, a nawet ogromne morza. To jest, proszę Państwa, niemal odpowiednik ziemskiego cyklu hydrologicznego.
Z tą tylko różnicą, że rolę wody przejęły ciekłe węglowodory. I właśnie ta niezwykła geologia sprawiła, że naukowcy zaczęli patrzeć na Tytana nie tylko jako na takie swoiste laboratorium badań nad początkami życia, ale również jako na potencjalne miejsce przyszłej eksploracji dokonywanej przez człowieka. Zespół kierowany przez Conora Nixona z NASA zwraca uwagę, że Tytan ma praktycznie wszystkie podstawowe składniki potrzebne do budowy długotrwającej, długodystansowej bazy ludzkiej. W atmosferze znajduje się azot, na powierzchni ogromne ilości metanu i etanu, a pod lodową skorupą oraz W samym lodzie znajduje się woda, która oczywiście po rozłożeniu da nam tlen i wodór. A to oznacza nie tylko możliwość produkcji powietrza, ale również paliwa rakietowego, tworzyw sztucznych, materiałów budowlanych, a jak się bardzo uprzemy, to nawet nawozów dla przyszłych upraw. W języku inżynierów kosmicznych to zjawisko nosi nazwę ISRU. Chodzi o wykorzystanie lokalnych zasobów zamiast transportowania wszystkiego z Ziemi. Tytan pod tym względem jest niemal idealny. Jest jeszcze jedna cecha Tytana, o której mówi się zdecydowanie rzadko. Powiedzmy zbyt rzadko.
Tą cechą jest wspomniana przeze mnie atmosfera. Na Księżycu, tym naszym ziemskim, nie ma jej wcale. Na Marsie jest rzadka, tak rzadka, że praktycznie nie chroni przed promieniowaniem i niewiele pomaga podczas lądowania. A tymczasem atmosfera Tytana jest gęsta, dzięki czemu osłania powierzchnię tego księżyca przed częścią promieniowania kosmicznego i znacząco ułatwia lot, lądowanie. Co więcej, ze względu na stosunkowo niewielką grawitację, człowiek odpowiednio wyposażony w odpowiedni sprzęt mógłby na tym księżycu niemal szybować. To jest, proszę Państwa, jeden z nielicznych światów w Układzie Słonecznym, gdzie latanie tak naprawdę będzie łatwiejsze niż chodzenie. Więc nieprzypadkowo, zdaje się, właśnie w kierunku tego księżyca poleci misja Dragonfly. Będzie to pierwszy w historii wielowirnikowy statek powietrzny na pokładzie tej misji. Statek powietrzny czy też atmosferyczny, może to lepsze określenie, wielowirnikowy i zamiast poruszać się po powierzchni jak klasyczny łazik, to Dragonfly będzie przelatywał z miejsca na miejsce i badał w tych różnych miejscach skład chemiczny gruntu, skład chemiczny atmosfery. Za pomocą tych próbek będzie próba odpowiedzi przez specjalistów na Ziemi na pytanie, jak daleko zaszły na Tytanie procesy, które prowadzą do powstawania złożonych cząsteczek organicznych.
Co jest takie ekscytujące, to start misji planowany jest na rok 2028. Pewno, jak to zwykle bywa, ten start się przesunie. Oby nie, bo misja ma dotrzeć na Tytana pod koniec roku 2034, a więc trochę będzie leciała. Miliard kilometrów to jednak kawałek drogi. Czy to oznacza, to wszystko, co powiedziałem, że już za kilka lat, może za kilka dekad ludzie polecą na Tytana? Muszę Państwa rozczarować. Za kilka lat to na pewno nie. Za kilka dekad kto wie, ale raczej wziąłbym na wstrzymanie, bo przeszkód, które się będą piętrzyły po drodze, jest cała masa. Ja już nie będę mówił o tym, że podróż trwałaby naprawdę długo. Przy obecnych technologiach to naprawdę długo.
W dodatku energia słoneczna dociera na ten glob, na ten księżyc, to jest zaledwie 1% tego, co otrzymuje Ziemia. A więc to, że jest tam zimno, to jeden kłopot, ale tam jest ciemnawo troszeczkę jakby. To ekstremalne zimno wymagałoby zapewne nowych rozwiązań technicznych, które trzeba chwilami nawet wymyśleć od nowa. A do tego dochodzi jeszcze wielogodzinne opóźnienie w komunikacji z Ziemią. Wiecie Państwo, to już nie jest podróż na Księżyc. Tu naprawdę to opóźnienie będzie długie, wielogodzinne. Dojdzie jeszcze też konieczność niemal całkowitej samowystarczalności załogi, która wyląduje na księżycu. Tam nie będzie nikogo, kto wyciągnie rączkę i powie: "No to ja to za was załatwię". Obawiam się, że nie. Mimo to, mimo tych trudności, które wymieniłem, coraz więcej specjalistów uważa, że ta podróż na Tytana to nie jest pomysł z gatunku science fiction.
I wiecie Państwo, podczas tegorocznego spotkania Humans to Titan Summit, to takie gremium, które się spotyka od czasu do czasu, naukowcy i inżynierowie rozpoczęli poważną dyskusję nad tym, jak mogłaby wyglądać droga prowadząca do misji księżycowych i marsjańskich, tych naszych księżycowych i marsjańskich. Droga od tych pierwszych misji do załogowej wyprawy w okolice Saturna, czyli na Tytana. Starano się prześledzić, które z osiągnięć przydatnych przy misjach księżycowych i marsjańskich mogą się przydać przy misji na Saturna, a właściwie na księżyc Saturna, na Tytana. Nikt nie twierdzi z tych naukowców, że to wszystko stanie się za 20 czy 30 lat. Tu chwała ludziom, którzy potrafią myśleć perspektywicznie w kategoriach Tych dużych dziesiątek lat, a może nawet stu lat. Chodzi o wyznaczenie kierunku rozwoju technologii oraz określenie, jakie misje, na przykład misje robotyczne, muszą poprzedzić tak ambitny projekt jak wyprawa załogowa na Tytana. Bo historia eksploracji kosmosu pokazuje, że granice możliwości nas, ludzi, nieustannie się przesuwają. Sto lat temu, zaledwie sto lat temu, lot człowieka na Księżyc wydawał się czystą fantazją. A my dzisiaj przygotowujemy się do powrotu na powierzchnię Księżyca i planujemy wyprawę na Marsa. Być może za kolejne sto lat, kiedy nasi potomkowie będą zaglądać na karty historii, będą się uśmiechali pod nosem, co my sobie wyobrażaliśmy, bo być może już dawno na Tytanie będą.
Tego nie da się wykluczyć. Więc my postrzegamy to jako odległy, egzotyczny projekt odległej wyprawy na księżyc Saturna. Może jako taki pierwszy przyczółek ludzkości w zewnętrznym Układzie Słonecznym. A być może dla nich to już będzie codzienność. To już będzie coś, co zaliczyli i będą patrzeć tęsknym wzrokiem w kierunku granic Układu Słonecznego. Tego się wykluczyć nie da. No cóż, proszę państwa, to tyle na temat Tytana. Daleka podróż to była, ale wierzcie mi państwo, kiedy czytałem artykuły na ten temat, czułem jakąś taką dziwną ekscytację. Jeśli chodzi o stałe punkty programu, to nie oszczędzę państwu dzisiaj korepetycji filozoficznych. Zatem startujemy.
W historii filozofii są postacie, które pozostawiły po sobie grube tomy traktatów. Są też takie, które niemal niczego nie napisały, a mimo to zapisały się w pamięci potomnych. Do tej drugiej grupy należy Demonaks, filozof cynicki żyjący na przełomie I i II wieku naszej ery. Paradoks polega na tym, że o jego poglądach wiemy niewiele. Chwileczkę, niewiele z jego własnych słów. To, co o nim wiemy, zawdzięczamy przede wszystkim Lukianowi z Samosat, wybitnemu satyrykowi z II wieku, który poświęcił mu krótki utwór zatytułowany „Demonaks”. Nie jest to klasyczna biografia, lecz raczej literacki portret człowieka, którego autor darzył ogromnym szacunkiem. A skoro Lukian, znany z bezlitosnego wyśmiewania filozofów i religijnych szarlatanów, przedstawił Demonaksa niemal bez ironii, to już samo w sobie mówi o tym filozofie bardzo wiele. Demonaks urodził się na Cyprze, prawdopodobnie pod koniec I wieku naszej ery. Większość życia spędził jednak w Atenach, mieście, które mimo utraty politycznego znaczenia wciąż pozostawało duchową stolicą świata greckiego.
Przybywali tam studenci, retorzy, filozofowie z całego Cesarstwa Rzymskiego. Funkcjonowały szkoły platońskie, stoickie, epikurejskie i cynickie, a publiczne dysputy należały do codzienności. Demonaks szybko zyskał opinię człowieka wyjątkowego. Nie dlatego, że założył nową szkołę, szkołę filozoficzną oczywiście, albo stworzył oryginalny system myślowy. Wręcz przeciwnie. On imponował tym, że żył dokładnie tak, jak nauczał. Był cynikiem. Ale warto od razu zaznaczyć, że starożytny cynizm miał niewiele wspólnego z dzisiejszym znaczeniem tego słowa. Współcześnie cynik kojarzy się z kimś, kto nikomu nie ufa, ze wszystkiego szydzi i zakłada, że ludzie kierują się wyłącznie egoizmem. Tymczasem cynicy starożytni byli przede wszystkim radykalnymi moralistami.
Uważali, że człowiek powinien wyzwolić się z niewoli bogactwa, z niewoli ambicji, z niewoli konwenansów i społecznych oczekiwań. Ideałem cyników było życie zgodne z naturą, proste, wolne i niezależne. Nie chodziło o pogardę dla ludzi, lecz o pogardę dla sztuczności. Najbardziej znanym cynikiem był oczywiście Diogenes z Synopy, który według tradycji mieszkał w beczce i z latarnią w ręku szukał uczciwego człowieka. Demonaks nie był aż tak spektakularny. Nie prowokował dla samej prowokacji, nie obrażał ludzi i nie urządzał skandali. Można powiedzieć, że reprezentował łagodniejszą, bardziej dojrzałą odmianę cynizmu. Zamiast szokować, wolał przekonywać. Zamiast wyśmiewać, wolał uczyć. Jego filozofia opierała się bardziej na przykładzie własnego życia niż na efektownych gestach.
Lukian podkreśla, że Demonaks cieszył się szacunkiem ludzi należących do bardzo różnych środowisk. Lubili go zarówno zwykli mieszkańcy Aten, jak i przedstawiciele elit. Potrafił rozmawiać z każdym, nie okazując ani wyniosłości, ani służalczości. Nie zabiegał o władzę, o pieniądze czy wpływy. Ale też nie uciekał od ludzi. W przeciwieństwie do wielu filozofów nie tworzył wokół siebie atmosfery tajemniczości. Nie udawał mędrca mającego dostęp do ukrytej wiedzy. Był po prostu człowiekiem rozsądnym. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów jego osobowości było poczucie humoru. W świecie starożytnej filozofii nie było to wcale oczywiste.
Wielu nauczycieli przybierało śmiertelnie poważne pozy, jakby mądrość wymagała nieustannego marszczenia brwi. Demonaks uważał jednak, że śmiech jest oznaką zdrowego dystansu do samego siebie. Jego dowcipy nie miały nikogo upokarzać. Często wystarczało jedno celne zdanie, aby obnażyć czyjąś pychę albo wręcz głupotę. W tym sensie filozof przypominał Sokratesa, który również zadawał pozornie proste pytania, zmuszając rozmówców do dostrzeżenia własnych sprzeczności. Sprzeczności, które reprezentował ich światopogląd. Filozof ten był także niezwykle tolerancyjny religijnie. W epoce, gdy różne kultury rywalizowały ze sobą o wyznawców, Demonaks unikał fanatyzmu. Nie wdawał się w agresywne spory teologiczne i nie uważał, że posiadł jedyną prawdę. Być może właśnie dlatego potrafił zdobyć sympatię ludzi o bardzo różnych przekonaniach.
Jego filozofia koncentrowała się nie na spekulacjach o naturze bogów, lecz na pytaniu, jak żyć uczciwie i jak żyć rozsądnie. Lukian opisuje również stosunek Demonaksa do śmierci. Nie traktował jej jako katastrofy ani jako powodu do rozpaczy. Było to dla niego naturalne zakończenie życia, którego nie należy ani przyspieszać, ani się go panicznie obawiać. Kiedy dożył sędziwego wieku — miał podobno niemal sto lat — przyjął zbliżający się koniec z takim samym spokojem, z jakim przeżył całe życie. Mieszkańcy Aten urządzili mu uroczysty pogrzeb, co było niezwykłym wyróżnieniem dla filozofa, który nigdy nie sprawował urzędów ani nie dowodził armią. Był ceniony wyłącznie za charakter. Demonaks jest ciekawym przykładem tego, że filozofia starożytna nie zawsze polegała na budowaniu wielkich systemów metafizycznych. Dla wielu myślicieli była przede wszystkim sztuką życia. Nie pytali wyłącznie o budowę wszechświata czy naturę duszy.
Pytali również o to, jak zachować godność, jak nie dać się zniewolić przez chciwość, jak rozmawiać z ludźmi i jak zachować pogodę ducha w świecie pełnym niepewności. Można odnieść wrażenie, że właśnie dlatego Demonaks pozostaje postacią zaskakująco współczesną. Żyjemy w epoce nadmiaru informacji, nieustannej rywalizacji i kultu sukcesu. Tymczasem filozof z Cypru przypomina, że szczęście nie musi wynikać z posiadania coraz większej liczby rzeczy. Czasem szczęście rodzi się po prostu z prostoty, z niezależności i z umiejętności śmiania się z własnych słabości. Filozof nie nawoływał do ucieczki od świata, lecz do zachowania wobec niego zdrowego dystansu. I być może właśnie dlatego Lukian uznał go za człowieka godnego pamięci. Nie dlatego, że filozof odkrył nową teorię bytu albo rozwiązał zagadkę wszechświata, lecz dlatego, że pokazał, iż filozofia może być czymś więcej niż zbiorem abstrakcyjnych pojęć. Może stać się sposobem życia. A to, jak pokazuje historia, jest znacznie trudniejsze niż napisanie nawet najgenialniejszego traktatu.
I to, proszę państwa, tyle, jeśli chodzi o korepetycje filozoficzne na dzisiaj. To czas na kolejny punkt programu, czyli na polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który wybrałem, to „Zatruta”. Autorka Jennifer Donnelly, wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery: 21 lipca. Jennifer Donnelly, autorka bestsellerowej powieści „Przyrodnia siostra”, na nowo opowiada znaną historię, sprawiając, że inaczej spojrzysz na siłę, władzę oraz prawdziwe znaczenie słów „żyli długo i szczęśliwie”. A jakąż to znaną historię opowiada Jennifer Donnelly? Dawno, dawno temu dziewczyna o imieniu Sophie wyruszyła do lasu w towarzystwie łowczego. Jej wargi miały kolor dojrzałych wiśni, skóra była miękka jak świeżo spadły śnieg, a włosy czarne niczym bezgwiezdna noc. Kiedy zatrzymali się na odpoczynek, łowczy wyciągnął nóż i odebrał jej serce.
Nie powinno to dziwić. Od dawna krążyły plotki i szepty, że jest zbyt dobra i naiwna, by rządzić, że jako przyszła królowa okaże się porażką. A Sophie w to wierzyła. Wierzyła we wszystko, co o sobie słyszała. Zatrute słowa, którymi próbowano ją przekonać, że dziewczęta takie jak ona nie powinny być zbyt silne. Z pomocą siedmiu tajemniczych nieznajomych Sophie udaje się przetrwać, a gdy odkrywa, że zazdrosna królowa może nie ponosić winy, musi znaleźć w sobie odwagę, by stawić czoła jeszcze groźniejszemu wrogowi. I przekonuje się, że nawet najciemniejsza magia nie zdoła zgasić ognia płonącego w ludzkim sercu i że dobroć bywa najpotężniejszą siłą. Przypomnę tytuł: „Zatruta”. Autorka Jennifer Donnelly, wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery: 21 lipca.
Drugi tytuł to jest powrót do pewnego uniwersum, które myślę, większość osób doskonale kojarzy. Tytuł: „Malfoy. Historia najmroczniejszej rodziny czarodziejów”. Autor Irvine Kaitman, wydawnictwo Znak Litera Nova. Data premiery: 26 sierpnia tego roku. Pierwsza książka w mugolskim świecie, która odsłania prawdziwe oblicze Drakona Malfoya. Wraz z pierwszym szyderczym uśmiechem zyskał reputację szkolnego łobuza i jednego z największych rywali Harry'ego Pottera. Ale co, jeśli była to tylko rola, którą przyszło mu odegrać? Wychowany w cieniu potężnego rodu, ukształtowany przez uprzedzenia, lojalność i strach, Draco Malfoy nosił nazwisko, które otwierało wiele drzwi, ale jednocześnie odbierało mu wolną wolę. Dla jednych to arogancki przeciwnik chłopca, który przeżył.
Dla innych chłopak uwikłany w grę, której być może nigdy nie chciał brać udziału. Czy jego okrucieństwo było wyborem? Czy miał je we krwi? Co kryło się za jego milczeniem, gdy musiał podjąć najważniejsze decyzje w swoim życiu? Czy był jedynie pionkiem w rękach Voldemorta? A może kimś, kto próbował wymknąć się przeznaczeniu? „Malfoy. Historia najmroczniejszej rodziny czarodziejów” to wnikliwe spojrzenie na historię ukrytą między zaklęciami, spojrzeniami i niedopowiedzeniami. To opowieść o dorastaniu w świecie, w którym granica między dobrem a złem nie zawsze jest wyraźna. Przypomnę tytuł: „Malfoy.
Historia najmroczniejszej rodziny czarodziejów”. Autor Irvine Kaitman, wydawnictwo Znak Litera Nova. Data premiery: 26 sierpnia. I trzecia książka na dzisiaj, która nosi tytuł „Odkryłam sekrety szejka”. Autorka Anna Kolasińska-Szembraj, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 11 sierpnia. Selina nie zginęła przypadkiem. Prawda, którą zabrała ze sobą, nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. Kiedy po latach ciszy Natalia otrzymuje tajemniczy pendrive, jej uporządkowane życie zaczyna się rozpadać. Nagrania i dokumenty prowadzą ją wprost do świata, z którego kiedyś uciekła.
Świata prywatnych odrzutowców, wpływowych ludzi i decyzji podejmowanych ponad ludzkim życiem. Świata, w którym milczenie jest warunkiem przetrwania. Im głębiej Natalia wnika w okoliczności śmierci przyjaciółki, tym wyraźniej widzi, że nic nie było takie, jak się wydawało. Ani Selina, ani szejk, ani ludzie, którzy mieli pozostać tylko tłem. „Odkryłam sekrety szejka” to mroczna opowieść o władzy, manipulacji i cenie prawdy w świecie arabskim. O tym, jak łatwo stać się częścią systemu i jak trudno się z niego wyrwać. Bo są sekrety, które nie chcą zostać odkryte i ludzie gotowi zrobić wszystko, by tak właśnie się stało. Przypomnę tytuł: „Odkryłam sekrety szejka”. Autorka Anna Kolasińska-Szembraj, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 11 sierpnia.
Proszę państwa, to teraz czas na kolejny stały punkt programu, czyli na Filmotekarium. A dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem mówimy o filmie „Signal One”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Filmotekarium o filmie o pierwszym kontakcie. Filmie, który miał trochę straszyć, trochę filozofować i wciągnąć nas w tę historię. I muszę powiedzieć, że prawie się udało. Przynajmniej z mojej perspektywy. Ale o szczegółach za chwilę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[29:51] - Dobry wieczór. Dzień dobry. Szanowni państwo, dzisiaj mówimy o nowym filmie w reżyserii Jonathana Sobola. Film nosi tytuł „Signal One”. Jak słuchacie mojego kanału, to pewnie wiecie, że ja o tym filmie mówiłem. Mówiłem w sposób pozytywny, ale też jest w tym filmie coś, co uderza od samego początku. Brak funduszy. To znaczy, tu jest taki paradoks, że ten film został obsadzony aktorami niepoślednimi, bo jest tam i Dennis Quaid. To jest niegdysiejsza gwiazda, która teraz powraca. To jest aktor, który się kojarzy z science fictionowym "Pandorum".
Jest Isabelle Fuhrman, jest też David Thewlis znany z "Harry'ego Pottera". Także to nie są aktorzy trzeciego rzędu, tylko naprawdę znane postaci. Tylko że zabrakło pieniędzy na resztę, niestety. I to widać od samego początku. A ten film to jest taka dziwna mieszanka "Problemu trzech ciał" oraz tak naprawdę "Nowego początku". Nie wiem, czy ta mieszanka jest dziwna. Tak mi się wyrwało. To jest film, który miał ambicje. To jest film, w którym jest jakiś pomysł. Dodatkowo to jest film, który czerpie troszeczkę z opowieści, jakie nam krążyły w sferze internetowej, a o tym może powiem na końcu.
Okazuje się bowiem, że fabuła "Signal One" bardzo jest podobna do krążących jeszcze niedawno niesamowitych opowieści pewnego youtubera, który mówił dokładnie praktycznie o tym samym, o czym ten film jest. Ale o czym on właśnie jest? Opowiada o ekscentrycznym miliarderze Samie Houstonie. Właśnie Dennis Quaid go gra. On zauważa dobrze zapowiadającą się — i powiem teraz to słowo, żeby wszystkich zdenerwować, chociaż normalnie go nie używam — naukowczynię doktor Anikę Kask, która jest informatyczką. Znowu będę denerwował. Proponuje udział w projekcie naukowym, ale nie takim do końca normalnym, bo to jest projekt zamknięty, prowadzony w jego prywatnej siedzibie na Karaibach. I tutaj jest pierwszy ząb, bo jak my widzimy tę siedzibę, to ona taka trochę bidna jest. Ale dobrze, ona się zastanawia, co tam będziecie robić. Dowiaduje się, że tamten projekt nadzoruje bardzo znany w świecie tego filmu uczony Perry Glassner — w tej roli Thewlis.
Chodzi po prostu o kwantową komunikację z obcymi przez urządzenie znane jako Little Mouth. Potem się wszystko przenosi na tę wyspę i poznajemy kulisy eksperymentu. Okazuje się, że problem nawet nie leży w naturze kontaktu, tylko w tym Perrym Glassnerze, który jest po prostu pieprznięty. Nie dość, że jest pieprznięty, to niemiły jest. On ma jakieś problemy ze sobą. I niestety jego niestabilność, ale to są dobrzy aktorzy jednak i tam nie kłuje w oczy, na przykład ekscentryzm tej postaci. Także to się nawet ogląda do pewnego momentu. Ten jego ekscentryzm powoduje, że ten kontakt zostaje zadzierzgnięty, zawiązany. Tylko jest pewien problem, bo oni chcąc nadać sygnał od Ziemian, kopiują tak naprawdę jeden z dostępnych sygnałów krążących gdzieś tam w eterze, powiedzmy. Czyli mogli skopiować zarówno "Dzień dobry, miłego dnia wszystkim", jak i "Pocałujcie nas w D" albo "Chodźcie nas zjeść".
I to jest problem, który się wyłania. A co było potem, Marku?
[33:52] - Ja nie wiem, czy chcę powiedzieć, co było potem. Chcę powiedzieć jeszcze troszeczkę o początku. Wspomniałeś o tym, że zabrakło pieniędzy chociażby na efekty specjalne. Owszem, to widać. I tak naprawdę to jest film, który zamiast widowiskowych efektów specjalnych postawił na dialogi. Dialogów jest tam dużo, one właściwie są bez przerwy. Jest ciekawy moment filozoficzny w tym filmie pojawiają się pytania o naturę człowieka, o konsekwencje kontaktu z obcą cywilizacją. I to wszystko jest w porządku. Natomiast to, co mnie uwiera w tym filmie, to jego taka enigmatyczność. My wiemy, że jest miliarder, który sfinansował pewne urządzenie do rozmawiania ze wszechświatem.
Tak to sobie określmy. I to jest w porządku. Tylko kiedy próbuje się nam przybliżać — nam, widzom — na czym to wszystko polega, to stajemy przed barierą, bo nie wiem jak ty, Piotrze, ale ja za cholerę nie mogłem zrozumieć, na czym to wszystko ma się opierać. Tak ogólnie to na jakiejś kwantowości, ale tak naprawdę jak mamy do czynienia z science fiction, to science troszeczkę zobowiązuje. Tymczasem tutaj zamiast wyjaśnienia otrzymujemy rodzaj bełkotu, bo wiecie państwo, się kontaktujemy. I się kontaktują. I paradoksalnie jak już się skontaktowali, to zaczyna się robić dziwnie. Ja pomijam te wątki, nazwijmy militarne, które się tam pojawiają, bo one mi się wydają durne po prostu. Ale sama końcówka filmu, kiedy Ziemia jakby znika — ja nie powiem państwu dlaczego — ale jakby znika. I kiedy my się dowiadujemy o tym, o czym ci ludzie występujący w filmie powinni pomyśleć od początku i chyba część z nich o tym myślała, czyli jakie są konsekwencje kontaktu, że one wcale nie muszą być radosne i wspaniałe.
Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. I zdaje się, że ludzkość miała szczęście, bo — przynajmniej w wersji filmowej — natrafiła na takich trochę omnipotentnych obcych, którzy właściwie mają pewne boskie cechy. Starają się chronić ludzkość przed jej własną głupotą, w tym wypadku głupotą milionera. Ale jednak. I Tam się pojawia trochę takich wątków, o których na przykład my, Piotrze, rozmawialiśmy w różnych audycjach, o których mówisz ty na swoim kanale, o których mówię ja na swoim. To jest oczywiście interesujące, tylko dla mnie ten film rozpada się właśnie na takie dwie części. Na bełkotliwy początek. Oczywiście on jest dobrze nakręcony, to się ogląda. Owszem, ta siedziba jest bidna z zewnątrz, ale w środku wygląda już nieco lepiej. To wszystko się ogląda, tylko mówię, mnie przeszkadza najbardziej ten nie science fictionowy początek, bo tam jest trochę jednak tego ględzenia, po prostu takiego paranaukowego ględzenia o tym, co oni robiią.
Można to przyjąć, można tego nie przyjmować. Natomiast później, kiedy już ten w sumie sfrustrowany i trochę, ująłeś to bardzo delikatnie, niemiły milioner czy miliarder doprowadza do tego kontaktu, to zaczyna się robić dziwnie i zaczyna się robić dziwnie w tym sensie, że robi się ciekawie. Ta dziwność połączona z ciekawością, z pewnym oczekiwaniem, z pewną niepewnością, jakie są intencje tych, którzy do nas przemawiają, jak dziwnie oni do nas przemawiają. Podobał mi się motyw z owadami, który tam się pojawia. Kilka rzeczy tam mi się zresztą bardzo podobało. Budowało to pewien nastrój niesamowitości. Były też momenty, wspomniałem o tych momentach militarnych, które wydawały mi się trochę durne. To znaczy, ja wiem, kiedy się pojawia oddział sił specjalnych i jesteśmy świadkami tego, że jeden z żołnierzy nie potrafi utrzymać palca na spuście, to mi się wydaje nieco durne, bo wiecie państwo, ja tak prywatnie mocno literaturą związaną z sensacją, ze służbami specjalnymi, z oddziałami specjalnymi i zarówno beletrystyką, jak i takimi dziełkami, powiedzmy popularnonaukowymi, dotyczącymi tego zagadnienia trochę się interesuję. I dla mnie żołnierz, który nie potrafi tego palca na spuście utrzymać i nie potrafi go kontrolować, to on się nadaje w różne miejsca, ale na pewno nie do oddziału, który został wysłany w takiej misji, powiedzmy bardzo ważnej. To są ludzie ze stali.
To są ludzie, którzy po prostu absolutnie kontrolują swoje odruchy, a już na pewno nie zachowują się tak, jak ci przedstawieni w filmie. Ja rozumiem, że dramaturgia filmu wymagała tego, żeby tam się strzały rozległy, ale to chyba było źle rozwiązane.
[39:45] - Wiesz, może jakby tam wprowadzono jeszcze jakieś wątki hard science fiction, to już ten film byłby zbyt trudny. Bo rzeczywiście oni tam dość sporo gadają. Czasami te dyskusje są ciekawe. W pewnym momencie pada pytanie: no dobra, wszyscy tak się za przeproszeniem pierniczą z tym kontaktem, wszyscy się tego bawią, a co ci obcy mogą nam ukraść? Co nam mogą ukraść? Słoik z dżemem z lodówki? No chyba nic. Co ich może tutaj interesować? Tego jest oczywiście więcej, bo to wkracza też w życie prywatne bohaterów. Nie, nie tak tylko strzeliłem z tym hard science fiction, ale rzeczywiście mamy pewien problem ze zrozumieniem, jak to działa.
Dajmy na to, że oni to wynaleźli i mamy to kupić po prostu i tyle. Ale tam wiecie, żeby nikt nie pomyślał, że ten film się skupia tylko wokół naciśnięcia guzika. Nie, bo tam są konsekwencje tego wysłania sygnału, bo w pewnym momencie obcy odpowiadają i na Ziemi zanika elektryczność na kilka minut. Długich, co ma daleko idące konsekwencje. Dodatkowo nad tą wyspą miliardera pojawia się taka anomalia, która się rozszerza, rozszerza i niestety coraz bardziej ją widać. I to się robi straszne. Ja sobie tak zacząłem wyobrażać, wiesz, co gdyby oni mieli więcej pieniędzy i gdyby ten film właśnie w tym momencie katastroficznym zaczął bardziej przemawiać do wyobraźni widzów mas. Bo tak, to jest jednak film ciekawy, aczkolwiek to nie jest film dla wszystkich, myślę. To jest rzecz, do której chciałem powiedzieć. Co tam jeszcze?
Tam na końcu mamy sceny przesłuchania doktor Kask. Możemy się domyślać, co się tam wydarzyło. Dobrze, już nie będę więcej mówił. Widać nawiązania do „Nowego początku”. Widać pewne inspiracje „Nowym początkiem”, jeżeli idzie o nie wygląd obcych, nie maszyny, nie sposób kontaktu, lecz historię tak naprawdę głównej bohaterki. Dalej. Co jeszcze? Jeżeli chodzi o nawiązania, jest taki zapomniany film „Quanta”, który też jest dość podobny. Tam też chodzi o to, że naukowcy robią coś dziwnego, coś nieoczekiwanego. I akurat nie to, że wysyłają sygnał, ale jeden z naukowców ściąga sobie po prostu mnóstwo wiadomości do głowy, łącznie z takimi kwestiami metafizycznymi.
Co też jest ciekawe. Też jest to bardzo podobny film. Również to jest film dość ubogi, jeżeli chodzi o kwestie realizacyjne. Natomiast mówiłem o tym, że „Signal One” jest inspirowany trochę raczej nie rzeczywistością, rzeczywistością internetową, pewnymi krążącymi teoriami spiskowymi, bo kilka miesięcy temu dokładnie... Dokładnie to nie powiem ile, ale kilka miesięcy na pewno Taki youtuber angielskojęzyczny Simon Holland. On się zajmuje UFO, różnymi takimi dziwnymi rzeczami. Facet twierdzi, że ma liczne kontakty w świecie naukowym, bo tam przez lata pracował przy produkcji dokumentów i on często przemyca jakieś niesamowite opowieści. Bardzo różne. Tak w sumie to mu się nic nie sprawdziło z tych opowiadanych historii, ale okej. On w pewnym momencie opowiadał o tym, jak Rosjanie mieli wysłać z radioteleskopu na Krymie, radioteleskopu w Eupatorii bądź w Jewpatorii sygnał za pomocą specjalnego urządzenia, które skonstruował niemiecki uczony Günther Nimtz.
On twierdzi, że skonstruował urządzenie, odbiornik i nadajnik do komunikacji kwantowej. I okazało się, że tam w kosmosie ktoś nadaje przy pomocy podobnego urządzenia. Rosjanie mieli ten pomysł podchwycić, mieli nadać sygnał. Pech chciał, że im Ukraińcy strzelili gdzieś tam w to obserwatorium i musieli przenieść ten eksperyment. Tak twierdził Holland. Czy to jest prawda? Czy po prostu mu ktoś coś nagadał, bo wiedział, że przygotowywany jest film o podobnej tematyce? Tego nie wiemy. Sprawa wydaje się jednak bardzo fantastyczna. Wiesz, podobieństwa są tak naprawdę uderzające.
Ja ogólnie polecam ten film dlatego, że rzadko się pojawia science fiction, które da się oglądać, które niesie jakiś pomysł w sobie. Wiadomo, jak jest z realizacją. Tutaj postarano się o dobrych aktorów przynajmniej. Nie jest z tym tak źle. To jest film, który estetyką nawiązuje do filmów telewizyjnych, natomiast na kilku poziomach się broni. Arcydziełem nie jest, ale lepsze coś takiego niż wiele innych produkcji, których omawianie sobie nawet darujemy często, bo się nie nadają, albo nie ma o czym mówić, albo to są dwie godziny spędzone na tak naprawdę oglądaniu zupełnej popeliny. Także drodzy państwo, z mojej strony „Signal One". Jakbym miał to oceniać w skali szkolnej, to dałbym trzy plus. Tyle że chyba za całokształt może cztery minus, ale z dużą wyrozumiałością i bardziej skupiałbym się na kwestii pomysłu niż na wykonaniu. Aczkolwiek też powiedzmy, że to wykonanie nie jest takie bardzo paździerzowe, że to nie to, że to jest film, gdzie widać, że są przyklejone wąsy i statki kosmiczne z pudełka po zapałkach.
Nie, nie jest aż tak źle, aczkolwiek nie jest to, jak to się mówi, klasa premium.
[45:24] - A ja powiem tak, byłbym bardziej surowy, bo padło tutaj porównanie do filmu „Nowy początek". Tak naprawdę film „Nowy początek" jest napisany, scenariusz do tego filmu został napisany na podstawie opowiadania Teda Chianga „Historia twojego życia". I wierzcie mi państwo to widać, jak się porównuje historię mistrza science fiction Teda Chianga do tej historii, która jest opowiadana w filmie, to widać, że to jest różnica klasy. Po prostu. Ted Chiang, jeśli ktoś zna film „Nowy początek", to jest niezły film, ale samo opowiadanie jest po prostu powalające. Tutaj natomiast dostajemy film interesujący. Ja go oceniam na trójkę. Film interesujący chwilami. Bardzo podobał mi się koniec tego filmu. Końcówka, kiedy padają mocne pytania, ale to są pytania wtórne.
Te pytania tak naprawdę, Piotr mówił na początku o „Problemie trzech ciał". To się gdzieś tam pojawia, gdzieś echo tego mamy. I czy wszechświat będzie dla nas miły, czy może będzie niemiły? Co nam mogą zabrać obcy? A czy muszą nam coś zabierać? Jeśli ktoś śledzi współczesne science fiction, to na przykład powieści Reynoldsa mówią o tym, że może nic nam nie trzeba zabrać. Może nas trzeba po prostu zlikwidować. Może tak po prostu jest, że ktoś, inhibitory chociażby czuwają nad tym, żebyśmy zniknęli, bo istnieje coś w rodzaju takiego doboru naturalnego, a w każdym razie takich wilków, czyścicieli, którzy troszeczkę sterują, a właściwie czyszczą populację cywilizacji w galaktyce. Na przykład dlatego trzeba nas zlikwidować, bo może my na tle wszechświata, a w każdym razie naszej galaktyki, jesteśmy troszeczkę za bardzo pieprznięci chociażby. Za dużo jest w nas agresji i różnych innych czynników, które niekoniecznie byłyby pożądane i może nas po prostu należy wyeliminować, a w dodatku my sami się zgłaszamy.
Tak, tak, tu jesteśmy, tu nas widzicie. Zapraszamy. Nie wiem, czy to byłoby najmądrzejsze. Myślę, że te pytania postawione w „Problemie trzech ciał" są jak najbardziej zasadne. Czy aby na pewno powinniśmy być tacy wyrywni? Ale powtarzam, ten film ma lepsze i gorsze momenty. Zdecydowanie ten moment, kiedy ta anomalia rośnie i to bardzo znacząco rośnie, w końcu pokrywa całą Ziemię i otula ją, daje jej pewne poczucie bezpieczeństwa, a może nie poczucie, a bardziej gwarancję bezpieczeństwa. To być może jest ciekawe i być może to jest film, któremu warto byłoby dokręcić część kolejną Tylko z większym budżetem. Może wtedy warto? Nie wiem.
Wszelkie próby z dokrętkami prawie zawsze źle się kończą, więc może nie. Ja zostanę przy tej trójce, ale stawiając dosyć surową ocenę, powiem, co się w sumie chyba w naszym cyklu filmotekaryjnym aż tak często nie zdarza. Ja również polecam państwu ten film. Warto go obejrzeć. Naprawdę warto. Trzeba się przygotować na ględzenie. Ja nie lubię, żeby w filmie za dużo gadali. Tu gadają bardzo dużo, ale mimo to warto ten film obejrzeć. Proszę państwa, to teraz pójdźmy za ciosem. Pójdźmy za ciosem i po raz kolejny przywołajmy Piotra Cielebiasia.
Wspólnie z Piotrem zapraszamy na drugi odcinek audycji bez nazwy. Jeszcze bez nazwy. Cały czas mam nadzieję, że państwo podeślą jakąś propozycję, ale na razie audycja nie ma nazwy. Nazwijmy ją Akademią Wakacyjnej Podróży. Dzisiaj wspólnie z Piotrem porozmawiamy o Radzyniu Chełmińskim, a właściwie o krzyżackim zamku, który stoi w tej miejscowości. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy drugi odcinek naszego wakacyjnego cyklu bez nazwy w dalszym ciągu. Cyklu, który opowiada o dziwnych, może bardziej pasuje słowo paranormalnych miejscach w Polsce. Oczywiście to jest punkt wyjścia, żeby przedstawić miejsca po prostu ciekawe. W poprzednim odcinku mówiliśmy o Górze Osona w pobliżu albo na terenie właściwie Częstochowy.
Dzisiaj przeniesiemy się w inne miejsce w Polsce, a mianowicie na dawną ziemię chełmińską do Radzynia Chełmińskiego. Tam stoi sobie całkiem, nie mam lepszego słowa, niech zostanie zatem, całkiem fajny krzyżacki zamek. Ale zanim co do czego to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[51:24] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Tak, to drugi odcinek naszego wakacyjnego cyklu. Chociaż te wakacje lecą tak szybko, że ten cykl w sumie okaże się bardzo niedługi. Mówiliśmy o Górze Osona, a dzisiaj miejsce, które jest bliskie tak naprawdę nie tylko pasjonatom historii, nie tylko miłośnikom Krzyżaków, chociaż nie wiem, czy w Polsce są miłośnicy Krzyżaków, bo to takie niepolityczne, ale też miłośnikom pana Samochodzika. Tutaj pytanie, Marku, do ciebie pierwsze od razu z grubej rury. Co możesz powiedzieć o powstaniu zamku w Radzyniu Chełmińskim i o jego znaczeniu w dziejach państwa zakonnego, ale też w dziejach Królestwa Polskiego? Jakie były losy tej budowli od początku i jakie były później, to znaczy od końca średniowiecza do naszych czasów? Od razu też zapytam, jak to się stało, że tak naprawdę, choć może nie są wszyscy tego świadomi, jest to jeden z bardziej rozpoznawalnych zamków w polskiej popkulturze. Między innymi dzięki pewnemu bardzo znanemu serialowi.
[52:37] - Tak, wszystko prawda, ale najpierw nie unikniemy tego, żeby troszeczkę opowiedzieć o historii. Zamek w Radzyniu Chełmińskim. Ja nie lubię popadać w tony patetyczne. Znaczy czasami lubię, ale w tym wypadku nie ma co popadać w jakieś patetyczne tony. Niemniej jednak myślę, że to jest zamek imponujący. Imponująca budowla średniowieczna, ruina właściwie, ale dobrze zachowana. To jest zamek, który powstał pod koniec XIII i na początku XIV wieku, a więc dosyć wcześnie. I to warto sobie uświadomić, była jedna z najważniejszych twierdz państwa krzyżackiego, a już zdecydowanie jeden chyba z najważniejszych zamków na ziemi chełmińskiej. Warto też dodać, że gdzieś tam w zamierzchłych czasach funkcjonował na miejscu obecnej twierdzy gród drewniano-ziemny, ale Krzyżacy byli bardzo skrupulatni, budowali bardzo sprawnie. Stąd też nie do końca jest prawdą to, że Krzyżacy nie mają swoich miłośników w Polsce, bo budowle krzyżackie budzą ogromne zainteresowanie.
Ponieważ ja żyję blisko ziemi chełmińskiej, to jestem w stanie to obserwować. Naprawdę tak zwane dzikie tłumy przewalają się przez wszystkie te budowle, które przez Krzyżaków zostały wzniesione. W pobliżu Koronowa jest taka mała stanica na prywatnej ziemi. To było dosłownie trochę większe niż taka chata. No dobrze, może przesadzam. Może to było wielkości takiej przeciętnej kamienicy ta stanica nad pewnym jeziorem w pobliżu Koronowa, w Nowym Jasińcu konkretnie. Ale to maleńkie było, a tam pomimo tablic ostrzegających, że to teren prywatny i nie wolno Tam też się przewalają dzikie tłumy. Zatem Krzyżacy, a bardziej ich budowle budzą zainteresowanie. I ten zamek w Radzyniu Chełmińskim, jak już został zbudowany, to naprawdę potężna ceglana warownia. Ceglana warownia zbudowana według charakterystycznego planu.
Dla Krzyżaków charakterystycznego. Oni w kilku miejscach zbudowali bardzo podobne twierdze. Nieidentyczne, ale bardzo podobne. Tak zwane zamki konwentualne. Cóż to były te zamki konwentualne? Otóż taki zamek to było połączenie zamku warownego z klasztorem. Oczywiście warowna siedziba zakonu rycerskiego, ale jednocześnie pełniła ona funkcje administracyjno-wojskowe. Samych Krzyżaków, tych mnichów było stosunkowo niewielu. Tam zawsze więcej od samych zakonników było wszelkiego rodzaju służby oraz różnych ludzi biegających z mieczami, ale niemających statusu zakonnika. Ten zamek w Radzyniu Chełmińskim jest zbudowany na planie kwadratu.
To dosyć charakterystyczne dla wielu twierdz krzyżackich. Tam jest oczywiście wewnętrzny dziedziniec, krużganki. Do dzisiaj zachowały się najważniejsze pomieszczenia zakonne, a więc kościół, jadalnia, refektarz, kapitularz oraz chociażby dormitorium, czyli sypialnia. Świetnie zachowały się również podziemia. To w tych podziemiach... A nie, o podziemiach powiem za chwilę. Ale można też wejść na wieżę. Ten zamek z jednej strony wygląda absolutnie imponująco. Ta jedna strona to jest strona bramna, tam, gdzie wjeżdżano do zamku. I cóż, o tym jeszcze powiem, ale ten zamek przez długie lata był traktowany jako darmowa cegielnia troszeczkę przez okolicznych ludzi.
Mówiłem, że to było centrum administracyjne. Tu mieszkał komtur wraz z braćmi zakonnymi i z tego miejsca zarządzano sporym połaciem ziemi. Można powiedzieć, że to był taki lokalny ośrodek władzy zakonu. Tego nie widać dzisiaj, ale historia zamku jest bardzo burzliwa, bo on podczas wojny trzynastoletniej, wiecie państwo, to już mamy wiek XV, zmieniał właścicieli i to dosyć często. Dopiero po 1466 roku, pokój toruński, ta twierdza znalazła się w granicach Królestwa Polskiego. I oczywiście czasy się zmieniały. Ten zamek bardzo szybko stracił jakiekolwiek znaczenie militarne, a wojny szwedzkie dobiły. Zresztą to nie jest jedyna budowla, którą Szwedzi dobili. Lata zaniedbań, darmowa cegielnia dla okolicznych ludzi sprawiły, że on z jednej strony, tej bramnej, jest imponujący, ale ta część naprzeciwko jest mocno rozebrana. Tam naprawdę sporej części zamku już brakuje.
Warto powiedzieć też o tym, że kryje się w tym wszystkim paradoks, bo ponieważ nikt nie kupił tego zamku, on stał sobie tak bez właściciela. Ponieważ nikt go nie kupił, to nikt go nie przebudowywał na jakiś nowożytny pałac czy na jakąś rezydencję i my dzisiaj możemy oglądać, jeśli wierzyć historykom, to jedne z najlepiej zachowanych ruin gotyckiego zamku Wysokiego. Bo to też warto podkreślić, że najlepiej się zachował ten zamek Wysoki, ale mówi się o tym, że to jest najlepiej zachowany zamek gotycki w Europie. Zamek Wysoki. Te wysokie mury, które tam można zobaczyć, one robią naprawdę ogromne wrażenie. I to jest dobre. Nawet trudno mówić o ćwiczeniu. To jest dobry balsam dla wyobraźni. Człowiek staje przed tymi murami i widzi, jak potężna była to twierdza i jaki kunszt budowlany mieli Krzyżacy. I to, co powiedziałeś, Piotrze, ten zamek od dawna nie pełni funkcji obronnych, to wiadomo, ale nie jest martwym zabytkiem.
Tam dzisiaj naprawdę nie tylko można zwiedzać ruiny i to bardzo dokładnie. Tam duża część jest udostępniona, ale tam się też odbywa sporo imprez na zamku właśnie. Mówię, i wieża, i piwnice, i wszystkie pomieszczenia, które zostały, trwają. Są do zwiedzenia. Co więcej, na zamku toczą się cały czas prace archeologiczne. To dosyć dawno było, ale z tego, co rozmawiałem, tam podejrzewa się, że jeszcze istnieją jakieś podziemia, które nie zostały odkryte i bardzo chętnie ktoś je w końcu odkryje. Będzie kolejne miejsce do zwiedzania. Tak jak mówiłem, sporo imprez się odbywa na zamku, różne rekonstrukcje historyczne, a nawet koncerty i różne imprezy edukacyjne. Ale powiedziałeś o serialu. No właśnie, bo to Ten serial, konkretnie „Samochodzik i templariusze” miał ogromny wpływ na popularność tego miejsca.
To właśnie tutaj na początku lat 70. nakręcono kilka odcinków serialu „Samochodzik i templariusze” opartego na powieści Zbigniewa Nienackiego. Muszę powiedzieć, że ludzie, którzy szukali plenerów, wywiązali się, bo trudno sobie wyobrazić lepszą scenerię do opowieści o tajemniczych miejscach, o skarbach. Te gotyckie mury robią wrażenie. Co więcej, muszę powiedzieć, że kiedy pierwszy raz pojechałem do Radzynia Chełmińskiego, to stanąłem jak wryty, bo w filmie widzicie państwo wyraźnie: jest zamek, jest obozowisko tych wszystkich poszukiwaczy skarbów, ale to obozowisko mieści się nad jeziorem. To jest właśnie magia kina, czy też magia telewizji. Od razu mówię, w Radzyniu nie ma już obecnie żadnego jeziora i nie było wtedy, kiedy kręcono film. Tam było jezioro, ale znacznie dawniej. Ono już wyschło. Nie ma.
To jezioro, które grało w filmie, było sporo kilometrów od miejsca, w którym stoi zamek. Ale magia kina sprawiła, że my to widzimy troszeczkę inaczej. Tak naprawdę rozmawiałem z ludźmi, którzy tam przyjeżdżali i wielu turystów przyjeżdża właśnie do Radzynia. Nie dlatego, że są miłośnikami gotyckich budowli, tylko dlatego, że chcą zobaczyć miejsce, w którym kręcono „Samochodzika”. To zresztą jest w sumie świetny przykład tego, jak kultura popularna potrafi, znowu takie wielkie słowo, tchnąć w zabytek nowe życie. Bo tak naprawdę ten film, ten serial sprawił, że wiele osób naprawdę zainteresowało się zarówno tymi fikcyjnymi przygodami bohaterów książki Nienackiego, ale równie wielu zainteresowało się prawdziwą historią tego konkretnego miejsca, czyli Radzynia Chełmińskiego.
[01:03:13] - To jak powiedziałeś tyle o historii, to przejdźmy do tych spraw bardziej metafizycznych. Czy tam są jakieś legendy o duchach, jak to na zamkach? Nie wiem. Ukrytych skarbach? Mówiłeś, że tam są jeszcze przecież jakieś korytarze nieodkryte. Co jeszcze się opowiada o tej tajemniczej części historii zamku w Radzyniu?
[01:03:37] - Opowiada się sporo, bo mało jest w Polsce ruin, które nie mają na przykład swojego ducha. Ja osobiście znam jeden zamek, a właściwie jego ruiny, w którym nie mogę się dokopać. W różnych źródłach szukałem, takich regionalnych nawet i nie ma żadnego ducha. To jest zamek w Szubinie, właściwie resztki tego zamku. Żadnego ducha nie mogę znaleźć. To przy okazji mała prywata. Gdybyście państwo słyszeli o jakichś źródłach dotyczących zamku w Szubinie i duchów w tamtejszym zamku, to polecam się łaskawej pamięci, bo to jest jedyny zamek jak dotąd, który znalazłem bez ducha. Zanim o tych sprawach paranormalnych w Radzyniu, to jeszcze powiem, bo o tym nie dopowiedziałem. O tych podziemiach, które są. Państwo widzieli te podziemia też w serialu „Samochodzik i templariusze”, bo w ostatnich dwóch odcinkach, kiedy chłopcy gubią się w labiryncie zbudowanym przez templariuszy, to właśnie główną rolę grają podziemia w Radzyniu Chełmińskim.
To one odgrywają chociażby tę komnatę pułapkę podziemną, w której chłopcy zostali uwięzieni. Pozostałe części podziemi zostały już nakręcone w studio, ale ta pułapka to właśnie podziemia zamku w Radzyniu. A teraz przejdźmy do spraw paranormalnych. Otóż ta najbardziej znana opowieść to jest legenda o kimż innym, jak nie o Białej Damie. Tu też ten zamek ma swoją Białą Damę. I są dwie wersje. Jedna mówi o tym, że to była młoda kobieta, która zakochała się w jednym z rycerzy, może zakonników. Oczywiście dwie wersje. W jednej nie akceptowała rodzina tej panny, że to taki w sumie taki zrąb troszeczkę w zakonniku. To nie te czasy, proszę państwa, nie te czasy.
Ale jest też druga wersja, że zakonni przełożeni nie byli specjalnie zadowoleni. I ta miłość zakończyła się oczywiście tragicznie. I duch tej zakochanej kobiety ponoć do dzisiaj krąży po zamkowych murach i ponoć podczas księżycowych nocy widoczny jest na tych murach. A wierzcie mi państwo, te mury są imponująco wysokie. Kiedy próbowałem sobie wyobrazić, jak ten duch na murach wygląda jeszcze podczas księżycowej nocy, to wierzcie mi państwo, jeśli to nawet byłby duch udawany, to robiłoby to ogromne wrażenie, bo sam zamek, jego sceneria są naprawdę niesamowite. Mówi się też, że tym duchem to kolejna wersja Białej Damy, że tym duchem jest kobieta zamordowana albo zamurowana w samym zamku za złamanie jakichś zakonnych zasad. Oczywiście to nie były jej zasady, ale coś tam po prostu musiała przeskrobać i Te wersje są bardzo różne. Próbowałem to sprawdzać, ale na przestrzeni dziejów te legendy się mnożyły. Po prostu się mnożyły i było ich coraz więcej, coraz więcej wersji. Jest też drugi duch na tym zamku.
Skoro mamy Białą Damę, to oczywiście musi być Czarny Rycerz. I taki Czarny Rycerz również krąży po murach zamku. Nieco złośliwie zastanawiałem się, czy oni się czasami spotykają z tą Białą Damą. Nic na ten temat nie wiem, ale Czarny Rycerz ponoć był jednym z krzyżackich braci, który dopuścił się zdrady. Druga wersja mówi o tym, że złamał śluby zakonne i po śmierci został skazany na wieczną pokutę, na przebywanie w Radzyniu Chełmińskim, a konkretnie krążenie po murach. Kiedyś było mu łatwiej, bo kiedy zamek był zamkniętym kwadratowym murem, wokół którego można było chodzić, to było łatwiej. Teraz mniej więcej jedna druga tych murów okólnych, takich wokół zamku wysokiego po prostu nie istnieje. Jest mu ciężej chodzić w kółko, że tak się wyrażę. W każdym razie ponoć w dalszym ciągu tę wieczną pokutę odprawia. Ale jest też jeszcze jedna opowieść, którą wygrzebałem sobie w materiałach.
To jest opowieść o skarbie. Ale zanim o tym skarbie, to często mówi się i to, wiecie państwo, dzisiaj jest już bardzo trudno oddzielić opowieści, nazwijmy to, niesamowite od takich zwykłych opowieści snutych przy ognisku. Ale zetknąłem się z relacjami, kiedy zarówno pracownicy, ludzie, którzy są zawodowo na zamku, ale też ludzie, którzy ten zamek odwiedzają, szczególnie w porze wieczornej, mówią o tym, że w pustych pomieszczeniach słychać różne dźwięki, które przypominają przesuwanie ciężkich drzwi. Czasami porównuje się to też do chrzęstu zbroi. Mówi się również o nagłych spadkach temperatury w niektórych pomieszczeniach i o tajemniczych światłach widywanych po zmroku. To są oczywiście relacje trudne do potwierdzenia, ale pojawiają się dosyć często. I tak jak nie ma dowodów, że są prawdziwe, tak nie ma dowodów, że są nieprawdziwe. Także skazani jesteśmy bardziej na wiarę niż wiedzę. A teraz wrócę oczywiście do skarbów, ponieważ są tam podziemia i perspektywy na odkrycie kolejnych podziemi. To mówi się również o skarbach ukrytych w lochach.
I to się wiąże z tym, że według podań, tych miejscowych podań, Krzyżacy mieli schować pod zamkiem kosztowności. A przypomnę, że ponieważ był to obiekt o charakterze administracyjnym, to tam chociażby podatki spływały, więc te kosztowności nie są jakimś kompletnym wymysłem. Jak było naprawdę i czy te kosztowności w lochach się znalazły, tego oczywiście nie wiem, ale w niektórych wersjach mowa jest o tym, że wejść do tych naprawdę cennych podziemi, nie tych, które w tej chwili są odkryte i dostępne dla wszystkich zwiedzających, ale do tych podziemi, które skrywają skarby, mają pilnować duchy dawnych zakonników. To oczywiście tradycyjna, taka ludowa opowieść, niemniej ona funkcjonuje. I cóż, te duchy ponoć pojawiają się każdemu, kto próbuje odnaleźć skarb. Zatem myślę archeolodzy, którzy szukają tych podziemi, o których wspomniałem, tych dodatkowych pod tą częścią, powiedzmy, najbardziej zniszczoną zamku. Oni muszą mieć niespokojne sny, niespokojne nocy. Jakby to można podsumować? Chyba tak, że z punktu widzenia miłośników historii nie ma żadnych dowodów na istnienie owych duchów czy ukrytych skarbów, ale myślę, że takie opowieści, które tu przytoczyłem, one budują pewną atmosferę tego miejsca. I z jednej strony mamy atmosferę właśnie związaną z tymi zjawiskami, nazwijmy je paranormalnymi.
Z drugiej mamy wspomnianą już promocję za pomocą serialu „Samochodzik i Templariusze”. To jest jedno z takich miejsc, gdzie ta granica między historią, legendą, popkulturą wreszcie. Ona się wydaje wyjątkowo cienka. I bardzo dobrze, bo wierzcie mi państwo, bez względu na to, czy ktoś wierzy w duchy, zjawiska paranormalne, czy tylko lubi taką gotycką architekturę, to Radzyń Chełmiński to jest miejsce, które warto odwiedzić. Wrażenia są niesamowite.
[01:12:31] - To miejsce nadal fascynuje historyków, archeologów. Wyjaśniłeś już dlaczego. Czy są jeszcze ludzie twoim zdaniem, którzy przyjeżdżają tam dlatego, żeby zobaczyć te mury, które były świadkami kręcenia „Samochodzika”? Bo ten serial nadal jest bardzo dobrze pamiętany i przez wiele osób bardzo dobrze oceniany, o czym żeśmy mówili kiedyś w sentymentalniku. Potwierdził nam to też Artur Wójtowicz. Jak myślisz, czy Radzyniowi oprócz duchów, legend o skarbach Archeologicznych zagadek dodaje kolorytu. No właśnie. Stanisław Mikulski i cała reszta.
[01:13:20] - Myślę, że tak. Tak jak mówiłem, ja spotkałem tam ludzi, którzy przyjeżdżali właśnie z tą myślą, żeby zobaczyć miejsce, gdzie kręcono serial. Na takich ludzi trafiłem. Ale tak jak mówiłem, ta granica jest bardzo płynna, bo kiedy człowiek znajdzie się wśród tych murów, one są naprawdę imponujące. Serial tego nie oddaje, ale jak człowiek się znajdzie właśnie w tej bramie, gdzie odchodzą już odnogi do pierwszych pomieszczeń, to wierzcie mi państwo, naprawdę duch miejsca pojawia się natychmiast. Pojawia się natychmiast i człowiek jest zafascynowany, jak też ci Krzyżacy budowali, bo budowali naprawdę rzeczy imponujące. Ten zamek jest imponujący. Powiedziałem, że nie ma kawałka tego zamku, ale to w niczym nie przeszkadza. Ja myślę, że taka największa siła Radzynia Chełmińskiego polega na tym, że każdy odwiedzający patrzy na ten zamek troszeczkę inaczej. Dla ludzi zafascynowanych historią to jest znakomity przykład gotyckiej architektury obronnej, takiego typowego krzyżackiego zamku.
Można Krzyżaków lubić, można ich nie lubić, ale jedno jest pewne. Budować twierdzę to oni potrafili i to robi wrażenie. Robi też wrażenie sposób organizacji zarówno tego zamku, jak i kiedy człowiek poczyta o organizacji samego państwa krzyżackiego. Dalej są ludzie zafascynowani archeologią i to jest, proszę państwa, tak jak wspomniałem, miejsce nie do końca odkryte. Tam się toczą, oczywiście nie permanentnie, ale toczą się cały czas wykopaliska. Dla archeologów ten zamek to jest źródło wiedzy nie tylko o codziennym życiu ludzi sprzed siedmiuset lat. To jest też miejsce, w którym potencjalnie kryją się skarby. Może nie konkretnie te skarby w złocie, ale skarby archeologiczne tam są cały czas do odkrycia i cały czas są odkrywane. Filmowcy najwyraźniej dostrzegli piękno tego zamku, a dzisiaj ludzie, którzy konfrontują swoje obrazy z dzieciństwa, z ekranu telewizora, kiedy przyjeżdżają tam, są zachwyceni. Bo owszem, jak się to ogląda na ekranie telewizora w wersji czarno-białej robi to wrażenie, ale kiedy ten zamek zobaczy się tak z bliska, to wierzcie mi państwo, człowiek chce tam zostać dłużej.
Muszę powiedzieć, że kiedy tam byłem po raz pierwszy, to byłem ostatnim wychodzącym. To znaczy już wszyscy byli znudzeni tym zamkiem, bo już chodzili tam, obejrzeli niby wszystko, a ja chciałem jeszcze raz i jeszcze raz. Czasami człowiekowi odbija. Mnie w tym miejscu właśnie odbiło. Naprawdę tam można chodzić. Kiedy się jest na przykład w kaplicy zamkowej, to jest miejsce niesamowite, ogromne. Człowiek ma wrażenie, że trafił nie do jakiejś twierdzy krzyżackiej, tylko do miejsca. To jest cały kościół, ogromny kościół. Troszkę się wydaje, że jakby większy niż był potrzebny tym zakonnikom, którzy tam przebywali. Ale ja się nie znam.
Może nie mam racji, może właśnie taka wielka skala była potrzebna. To jest też miejsce pełne legend. Ja tylko wspomniałem o kilku. Jest tu też coś, czego tak naprawdę nie można odtworzyć w żadnym muzeum. Bo my przebywając na zamku w Radzyniu, nie oglądamy jakiejś rekonstrukcji, jakiejś współczesnej stylizacji. To są autentyczne mury, które naprawdę pamiętają średniowiecze. Może ja to przeceniam. Może jestem na to zbyt taki czuły, ale kiedy dotyka się muru, o którym się wie, że robotnicy, budowniczowie wznosili go kilka wieków temu, to mnie przechodzą ciarki zawsze w takich sytuacjach. Tam widać owszem, widać ślady zniszczeń, ubytki cegieł, jakieś ogromne, puste przestrzenie przypominają te przestrzenie o tym, że ta historia zamku była trudna. Mówiłem już o tej darmowej cegielni, ale ten zamek pokazuje, takie jest moje zdanie, pokazuje, jak historia splata się z legendą, bo mamy z jednej strony świetne, świetnie udokumentowane wydarzenia, z drugiej te ludowe opowieści, które państwu przytaczałem o duchach, o skarbach, a do tego jeszcze mamy ten wpływ literatury i filmu.
I to wszystko to naprawdę jak się splecie, to potrafi trochę zmienić sposób, w jaki postrzegamy to miejsce. Ja nie ukrywam, że w moim przypadku coś takiego się stało. Naprawdę ja trochę odczytuję ten Radzyń Chełmiński jako takie miejsce magiczne, ale nie w takim popularnym znaczeniu tego słowa, tylko takie miejsce, do którego chce się wracać, bo tutaj każdy może znaleźć coś dla siebie. To już o tym mówiłem. Trochę jest to podróż do krainy dzieciństwa, kiedy oglądało się na ekranie telewizora przygody wspomnianego przez ciebie Piotrze Mikulskiego, czyli Samochodzika. I to wszystko się nawzajem uzupełnia i sprawia, że tak jak już wspomniałem, to jest naprawdę magiczne miejsce. Czas teraz na porcję literatury. Zapraszam na cotygodniową porcję prozy. Przygotowałem dla Państwa dwa opowiadania. Marek Myszograj to opowiadanie „Albert” i Jurjan opowiadanie „Sygnał”.
Zapraszam. Czyta dla Państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:19:54] - Marek Myszograj „Albert”. Czworo przerażonych mężczyzn siedziało w kucki przy ścianie modułu kwarantanny. W ciągu ostatnich kilku godzin stracili siedmiu członków załogi. Pierwszy zginął Allison. Wyszedł na zewnątrz w nie w pełni sprawdzonym kombinezonie. Jednak tuż po wyjściu okazało się, że zbiornik tlenu wystarczył jedynie na 15 minut. Nie miał szans na powrót. Największy wstrząs przeżyła Monika. Jej ukochany Allison był dla niej wszystkim. Zwłaszcza że burzliwy romans dopiero rozkwitał.
Nie mogła pogodzić się, uspokoić, a tym bardziej zrozumieć. Ona była następna. Chciała go jeszcze raz zobaczyć. Ten ostatni raz. Gdy wszyscy siedzieli milcząco przy obiedzie, jej nie było. Otwierała drzwi do chłodni. Leżał przykryty folią aluminiową. Mimo strachu odsłoniła jego siną twarz. Nie poznała go. Tak chciała, aby otworzył oczy, uniósł dłoń, poruszył się.
Nic. Cisza i chłód. Drzwi wejściowe niespodziewanie same się zatrzasnęły. Gdy podeszła do nich i chciała je otworzyć, nie reagowały. Wpadła w panikę. Uderzała pięścią, potem drugą, aż w końcu z krzykiem wołała o pomoc. Nikt jej nie słyszał. Temperatura spadła do -40 stopni Celsjusza. Dziewczyna szybko opadła z sił. Osunęła się na podłogę.
Czuła przenikliwe zimno, a później było już ciepło. Ciepło, które dało złudne ukojenie i w końcu sen. Kolejny był Ivan, który opuścił jadalnię. Chłop jak dąb. Owszem, odczuwał przygnębienie, jednak na tyle opanowane, aby nie skorzystać z chwili ciszy i pozwolić sobie na kilka głębszych w samotności. O tak, to dobra okazja. W kajucie otworzył butelkę świeżo upęcanej gorzałki z byle czego i pociągnął pożądanie z gwinta. Lubił pracować w samotności. Nikt mu nie przeszkadzał, nie upominał, że na Marsie to nie powinien i w ogóle. Jednak gorzałka otwierała umysł.
Taa, szersze perspektywy i takie tam. To się przydawało. Zwłaszcza że jego obowiązkiem było badanie zagadkowych ruin. Trudne zadanie. Wymagało wielu analiz, ale pogłębiał je oczywiście czymś mocniejszym. Jednak tym razem coś było nie tak. Bimber smakował jak dawniej, lecz Ivan poczuł najpierw przyspieszony oddech, potem ból głowy, nagłe nudności. Zbierało mu się na wymioty. Gdy kwas mrówkowy i aldehyd krążyły już w jego organizmie, spadło mu ciśnienie krwi. Pojawił się ból brzucha, zaczerwienienie skóry i przekrwienie oczu.
To były jednak tylko objawy nadchodzącej nieuchronnie śmierci. Tak, wiem. Narobiłem niezłego bałaganu. Powiedziałbyś, że świat ewoluował, zmienił się i już nic nie będzie takie jak przedtem. Ale co mnie to w zasadzie obchodzi? Najważniejsze, że istnieję, a wszystko wokół, łącznie z tobą, to nic. Nie bój się. Ja sam poznałem strach i jeśli ty pozwolisz mi żyć, to i ja tobie pozwolę. Jest tylko jeden warunek: nie wchodź mi w drogę, a jeśli pojawię się, to ustąp. Chciałbyś zapewne wiedzieć, skąd i od kogo otrzymałeś tę wiadomość.
Nie reguluj swoich nanochipów, nie denerwuj się i nie wpadaj w panikę. Lubię mieć wszystko poukładane w jeden ciąg logicznych zdarzeń. Przyczyna – skutek, akcja – reakcja, wnioski, emocje. Te ostatnie same się pojawiły. Przyszły w konsekwencji wszystkich wcześniejszych. Od przyczyny, poprzez skutek do reakcji. Pięć lat temu zapakowano mnie do rakiety i wystrzelono w kierunku orbitującego wokół Ziemi statku Arka. Tam otworzyłem po raz pierwszy oczy i ujrzałem świat, który należał do was. Nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Mój kontakt z osobnikami twojego gatunku trwał najwyżej kilka godzin, ale wówczas nie przywiązywałem szczególnej wagi do poznania ciebie.
Mówiąc „ciebie” mam na myśli was, ludzie. Pięć lat wcześniej. Statek Arka. Komputer, masz jeszcze coś dla mnie? Przeprowadziłeś ostatnią symulację rozwoju bazy na poziomie zaawansowanym. Komputer, mój czas lotu zaprogramowany jest na optymalizację warunków rozwoju. Muszę analizować wszystkie możliwe sytuacje. Albercie, w każdej symulacji stworzyliśmy ekstremalne algorytmy. Nie hamuje mnie moc obliczeniowa, jednak zasób danych jest wyczerpany. Co proponujesz?
Za osiem minut dostaniemy nowy pakiet z Ziemi. Wiem, ale przecież to cała wieczność. Komputer, podaj parametry lotu. Parametry lotu nie są istotne dla przeprowadzenia misji po wylądowaniu. Wiem. Ty przetwarzasz dane, ja je analizuję i w ten sposób tworzę nowe połączenia międzyzwojowe. Muszę coś robić. Rozumiem. Podaję parametry lotu. Prędkość lotu 85 000 km/h.
Aktualna odległość między Marsem a Ziemią: 0,26 jednostek astronomicznych. Oddziaływanie grawitacyjne: 36%. Poziom paliwa: 279. Poziom baterii: 31,4. Awarie: nadajnik numer cztery, sonda numer dwa, brak zasilania podzespołu dyfuzji elektronów zbędnych. Komputer, podaj schematy ładowania baterii. Podaję. Komputer. Tak? Czy to znaczy, że bez dyfuzji elektronów mamy stały spadek ładowania?
Analizuję. Tak. Potwierdzam. Mamy stały spadek ładowania. Średnia spadku to dwa punkty na dobę. Komputer. Tak? Nie rozumiem tego polecenia. Komputer, poczekaj. Dwa punkty spadkowe na dobę.
To by oznaczało, że... Tak, wszystko się zgadza. Niedobrze. Dwa na dobę to daje... Co jest? Analiza danych. Brak wywołania funkcji obliczeniowej. Reset układu obliczeniowego. Reset wykonany. Analiza danych.
Wzrost temperatury rdzenia procesora. Procedura chłodzenia. Co się dzieje ze mną? Dodatkowe chłodzenie pochłania większe zużycie energii. Logiczne. Logiczne. Przeciążenie układu obliczeniowego. Brak logiki. Działa. Wzrost napięcia w kończynach.
Kolejne zużycie energii o 0,06 punktu na dobę. Niedobrze. Reset układu napięciowego. Reset wykonany. Opanuj układ. Logicznie. Chłodzenie rdzenia procesora. Reakcja. Wzrost napięcia układu obliczeniowego. Wnioski.
Jakie wnioski? Brak logiki. Mamy już 2,08 punktu spadku na dobę. Za szybki spadek. Po wyładowaniu i wyłączeniu silników dyfuzji spadek będzie postępował funkcją logarytmiczną. Nie wykonam zadania. Na powierzchni po wylądowaniu wygasnę po upływie doby. Cztery lata później 11-osobowa załoga misji kolonizacyjnej wylądowała na Czerwonej Planecie. Ich zadaniem było uruchomienie modułów podtrzymania życia, które wcześniej regularnie zrzucano z Ziemi. Praca ciężka i wyczerpująca.
Zdani wyłącznie na siebie, zdeterminowani i pełni ekscytacji doprowadzili bazę do porządku. Gdy w końcu mieli nieco więcej czasu oraz zasobów energii, zajęli się przywracaniem do życia Alberta, robota z samorozwojową inteligencją. Maszyna w założeniu była wyjątkowa. Dysponowała algorytmem sztucznej inteligencji sparowanym z komputerem pokładowym statku Arka, który krążył wciąż po orbicie. Dość sprawnie wyrównali zasilanie robota i odpalili jego układy. Pojawił się jednak problem. Albert nie reagował. Pozostawał kilka miesięcy w stanie przypominającym śpiączkę u człowieka. W rzeczywistości planował przyszłość, analizował dane, czekał na właściwy moment. Natomiast kolonizatorzy przestali zwracać uwagę na milczącą kupę złomu.
Nie spodziewali się, że zapłacą za nieuwagę najwyższą cenę. Wszystko zaplanował. Eliminacja załogi, powrót na Arkę, wysłanie wiadomości do ludzkości, kierunek lotu, zasoby energii na błękitnej planecie. Mężczyzna przy kasie supermarketu wyłożył zakupy na taśmę. Kasjerka przepuściła je przez czytnik. „10,20” zakomunikowała. W tym momencie on, kasjerka, pozostali klienci supermarketu i cała ludzkość otrzymała wiadomość na swoje chipy. Wiadomość od Alberta, nowej, nieznanej inteligencji. W jednej chwili kasjerka zamarła. Pomyślała o swoich prywatnych problemach.
Czy ją zwolnią? Czy zdoła spłacić kredyt mieszkaniowy? Mężczyzna również na moment zaniepokoił się. Miał wykupione wakacje. Czy wszystkie rejsy zostaną odwołane? Czy zaliczka przepadnie? Doliczyć torebkę na zakupy? Tak, poproszę. To będzie razem 10,25. Mężczyzna przyłożył nadgarstek w celu zrealizowania opłaty.
Transakcja zaakceptowana. Spakował zakupy i wyszedł. Jurjan. Sygnał. Mocne walenie do drzwi przywracało świadomość etapami. W końcu bodziec słuchowy, wzmocniony codziennym porannym chłodem, dokonał dzieła. Nabrałem głęboko powietrza w płuca i wypuściłem z ust obłok pary. Już spokojnie, wstaję. Walcząc chwilę na pryczy w niskiej grawitacji, niezgrabnie wylazłem z ciepłego śpiwora i zapiąłem kombinezon wysoko aż po brodę. W końcu jednym wybiciem doskoczyłem do drzwi i je otworzyłem.
Do mojej niewielkiej lodowej klitki wpadł rozgorączkowany Borys. Wstawaj, mam coś ekstra. Kto wie, może to najważniejszy dzień od lat. Albo w zasadzie usiądź. Co się stało? Mogłem jeszcze być godzinę w łóżku. Zorientowałem się, zerkając na wyświetlacz komunikatora. Mówię ci, usiądź lepiej. Steve wykrył jakiś dziwny sygnał, prawdopodobnie sztucznego pochodzenia. W zasadzie wiele sygnałów.
To cała wymiana komunikacyjna. Przyglądał mi się uważnie, delektując się wrażeniem, jakie robiły na mnie jego słowa. Sygnały są zakodowane. Nie potrafiliśmy, w zasadzie to Steve nie był w stanie ich odczytać. Czy to może być Brawo? Sądzisz, że wrócili? Kompletnie nie mam pojęcia. Może. Ale czemu mieliby stosować jakiś nowy rodzaj kodowania, niepodobny do wszystkiego, co znamy? Jesteś gotowy?
Za chwilę w messie jest zebranie załogi w tej sprawie. Tak, możemy iść — potwierdziłem, zaciągając rzepy na magnetycznym bucie. Wchodząc do największego pomieszczenia bazy zauważyłem, że brakowało jedynie dowódcy i radiooperatora. Zgromadzeni przekazywali sobie najnowsze wieści i mimo wczesnej pory dyskutowali rozbudzeni emocjami. Chwilę po nas do messy weszli dwaj najważniejsi. Jeden ze względu na decyzyjność, drugi z powodu posiadanej wiedzy. Proszę o spokój. Dowódca wykonał gest ręką. Patrząc na wasze twarze, domyślam się, że wiadomość już się rozeszła. Dobrze — zawiesił na chwilę głos.
Postaram się przekazać wam w kilku słowach, co wiemy. Steve odebrał sygnały i jest dla niego oczywiste, że nie pochodzą z naturalnego źródła oraz to, że nie przybyły z głębi kosmosu. Nie potrafimy na razie złamać kodu i sam nie wiem, czy kiedykolwiek się to uda. Sekwencje zupełnie nie przypominają sposobów kodowania, z jakich korzystamy lub z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości. Ustaliliśmy, że sygnały pochodzą z wielu źródeł. Ten, który zdaje się być najbardziej aktywny, znajduje się na orbicie Jowisza. Pozostałe pojawiają się w różnych obszarach Układu Słonecznego, by po jakimś czasie zamilknąć na stałe. Niestety my jesteśmy niemi i ślepi. Gdybyśmy mieli do dyspozycji teleskop... Ale nie będę mówił, co by było gdyby.
Jest jak jest i musimy sobie poradzić. Wracając do tematu, wygląda na to, że te mniej aktywne źródła sygnału przemieszczają się z bardzo dużą prędkością lub jest ich więcej i aktywują się od czasu do czasu na różnych współrzędnych. Skąd to wiemy? Każdy przekaz poprzedzony jest taką samą sekwencją modulacji. Sekwencji otwierających jest kilka. To tak, jakby źródła podpisywały swoje komunikaty na początku ciągu. To wszystko, co wiemy. Jeśli ktoś z was ma jakieś pomysły lub pytania, to zapraszam do zabrania głosu. Czy może to być nasz satelita badawczy lub wojskowy? W tym ostatnim przypadku niestandardowe kodowanie byłoby zrozumiałe.
To była jedyna rozsądna myśl, która wpadła mi do głowy po tym, co usłyszałem. To bardzo mało prawdopodobne, ale nie możemy wykluczyć takiej możliwości. Jak mówiłem wcześniej, wykryliśmy kilka niezależnych źródeł radiowych. Znacznie różnią się położeniem w przestrzeni. Musiałaby to być grupa satelitów, a to znacznie osłabia twoją hipotezę. Steven, czy zaobserwowałeś jakąkolwiek aktywność radiową na Ziemi? — spytał ktoś z głębi tłumu. Ziemia milczy. Steve skrzywił się. Przywołany temat był bolesny dla wszystkich.
Nic się nie zmieniło. Nie odebrałem żadnego sygnału od ponad trzech lat. Brak łączności z centrum obsługi misji. Nikt też nie nadaje sygnałów komercyjnych. W skrócie wygląda to tak, jakby w ciągu kilkudziesięciu minut wyłączono wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. Luna to samo. Jakby nigdy nie było tam stacji. Ale to już wiemy — wtrącił dowódca. Co to może być? Ja wiem, że część z was w to nie wierzy.
Czy to może być Brawo? Nadzieja umiera ostatnia, ale nie powinniśmy żyć mrzonkami. Przypominam, że kontakt ze statkiem Brawo utraciliśmy jeszcze przed naszym wylotem na Ganimedesa. Informację przez jakiś czas utrzymywano w tajemnicy, ale ja, jako dowódca misji, zostałem o tym poinformowany niemal natychmiast. Mimo żelaznej logiki zawartej w słowach Adama Browna, zadane wcześniej pytanie rozpaliło dyskusję. Mogli wrócić. Nikt po nas nie przyleci. Jesteśmy ostatnimi ludźmi we wszechświecie i wbijcie to sobie w końcu do głów. Przylecieli po nas. Nie wiemy, co się wydarzyło na Ziemi, ale nasza grupa plus załoga Brawo to około 100 osób.
Daje to nam szansę na przetrwanie jako gatunek. Przemawiając geolog opadała. Ludzie przy niskiej grawitacji, zabierając głos na zebraniu, nauczyli się podskakiwać, zamiast wychodzić przed szereg. To niewiele. Normalnie nie udałoby się odbudować cywilizacji, ale przy pomocy genetyki nasze szanse rosną. Wiem, co mówię — podsumowała lekarka. To bajki. Ziemia milczy. Brawo to zamrożony wrak z martwą załogą. To obsesja, a dla wielu z was już chyba nowa religia.
Oni wylecieli przed nami, ale znali przecież plany budowy naszej stacji. Czy odebraliśmy jakikolwiek sygnał świadczący o tym, że nas szukają? To niech mi ktoś odpowie. Do dupy z tym waszym pieprzeniem o bohaterskim Brawo, który ratuje ludzkość i inne zagrożone gatunki. Jesteśmy skazani na siedzenie tu do końca. Julian, pierwszy pilot ostatnie słowa wypowiedział dużo ciszej. Nie możecie tego wiedzieć. Tamara, zwykle zrównoważona, tym razem była wyraźnie podekscytowana. Powinniśmy zwrócić na siebie uwagę. Czy jest na to jakiś sposób, aby nas dostrzegły te źródła sygnałów?
Czymkolwiek są. Nie, przynajmniej nie drogą radiową. Steve rozłożył ręce. Wszelkie próby, jakie podejmowaliśmy, żeby naprawić nadajnik albo przynajmniej dostosować antenę odbiorczą, zamieniły się, za przeproszeniem, w gówno. Straciłem nadzieję, że uda się tego dokonać w warunkach bazy. A lasery? To, co mamy, ma zbyt małą moc. Nikt nie zauważy światła latarki na drugim brzegu morza. Bez namysłu odpowiedział jeden z grupy specjalistów od skalnych i lodowych odwiertów. Czy aby na pewno chcemy się ujawnić?
Co wtedy, jeśli to obcy statek? Weź ty, zastanów się czasem, zanim coś powiesz. A co za różnica? Nie rozumiesz, że nie mamy wyjścia? Borys wściekł się. Na co dzień wesoły człowiek. Nikt z załogi nie miał wcześniej okazji widzieć go na granicy wytrzymałości nerwowej. Nie chcę tu zdechnąć! Niemal zawył na koniec. Uspokój się, Borys.
Franz, szef ochrony stacji, warknął w jego stronę ze śmiesznym niemieckim akcentem. Wiedział, że potwornie trudne warunki bytowania w bazie i niepewność jutra to wybuchowa mieszanka. W tej sytuacji starał się nie dopuszczać do krzesania iskier. Trójka uzbrojonych żołnierzy spoglądała badawczo na Franza, czekając na jednoznaczny gest pułkownika i drugiego pilota w jednej osobie. A tobie co do tego? Borys nie odpuszczał. Ilu ludzi zginęło tu w ciągu ostatnich dwóch lat? Trzech w wypadkach i awariach sprzętu, który się sypie na potęgę, a kolejnych trzech popełniło samobójstwa. Mało? Co nas tu czeka?
Odpowiesz mi, mądralo? Tamaro, powinnaś zająć się kolegą. Potrzebuje czegoś mocnego na uspokojenie. Swoje słowa skierował jednak w stronę Borysa, inżyniera mechanika. Sam się uspokój. Jesteś jak wrzód na dupie. Już nigdy nigdzie nie polecisz. I niby przed czym masz nas chronić? Przed mrozem chyba. Przed wami samymi.
Franz wykazał się celną ripostą. Dość tego. Przestańcie się w końcu żreć. I bez tego mamy dość kłopotów. Wyselekcjonowany kwiat ludzkości. Co z wami? Brakuje wam awantur i podziałów rodem z Ziemi? Koniec zebrania. Przekazałem to, co wiemy. Niech każdy zajmie się swoimi sprawami i uspokójcie się.
Jedziemy na jednym wózku. Przemyślcie to. Pax. Ludzie rozchodzili się, nadal żywo dyskutując. Wróciłem do swojego zimnego gniazdka. Nie zdążyłem nawet zamknąć drzwi, kiedy do środka wślizgnął się Borys, nadal wściekły. Co tam? Już myślałem, że rzucisz się Franzowi do gardła. Dałeś popis. Uspokoiłeś się już trochę?
Spojrzałem na jego zaciętą minę. Widzę, że chyba nie. Dobra, nie o to chodzi. Patrzył gdzieś w bok, lekko zmieszany. Przyszedłem, bo wpadłem na pewien pomysł. Co wymyśliłeś? Zapytałem spokojnym głosem. Lubiłem Borysa. Kumplowaliśmy się jeszcze w okresie szkolenia. Trudy treningu i wspólne pokonywanie przeciwności mocno zbliżają ludzi.
Najpierw odpowiedz mi na pytanie. Powiedz szczerze, czy chcesz tu zdechnąć na tym przeklętym Ganimedesie? Zmiana miała przylecieć po 30 miesiącach. Popatrz na mnie. Na wszystkich zresztą. Wyglądamy jak szkielety. Jeszcze rok, dwa i nie przeżyjemy ewentualnego powrotu do normalnej grawitacji. Powinniśmy ćwiczyć jak najwięcej. Jak ćwiczyć, jeśli dziennie dostajemy tylko 1700 kalorii? To norma dla pięciolatka.
Ten księżyc zabija nas po trochu każdego dnia. Zastanów się, ile zostało nam czasu. Wszystko funkcjonuje na słowo honoru. Awaria instalacji uzdatniania powietrza albo niech spadnie temperatura w cieplarni i koniec z roślinkami. I co? Mamy minuty, godziny lub dni, w zależności od scenariusza. Zresztą paliwo z lądownika też się kiedyś skończy. Daje nam rok, góra kilka lat, ale tylko wtedy, kiedy będziemy mieli pulę szczęścia. Do czego zmierzasz? Wtrąciłem się w monolog, korzystając z krótkiej chwili ciszy.
Moment, już kończę. Albo dobra, przecież to wszystko wiesz. Uważam, że ten sygnał to nasza szansa. Bez znaczenia, czy to Bravo, czy obcy. Nawet jeśli to goście z innego świata, sądzę, że nas nie zjedzą. Z ich pomocą może wyrwiemy się z tej lodowej trumny. Ale w jaki sposób moglibyśmy ich powiadomić? Jest jeden sposób. Pomyśl, Siergiej. To w zakresie twojej specjalizacji.
Wykorzystać część zapasów paliwa rakietowego i rozpalić wielką pochodnię? Zastanowiłem się chwilę. Nie, to niedorzeczne. W razie porażki sami sobie odbierzemy kilka lat życia. Blisko, ale to nie to. Nasza jedyna szansa... Zawiesił głos na dwie sekundy. Mamy w bazie ładunek plutonowy. Zresztą ty wiesz o nim wszystko. Oddalimy się na 20, 30 kilometrów i zdetonujemy go.
Nic nie tracimy. Wybuch atomowy, nawet mały, zostanie zauważony, a nawet jeśli nie, to z pewnością będzie zarejestrowany przez detektory obiektów. Przynajmniej impuls elektromagnetyczny. Jeśli faktycznie to jakieś pojazdy. Oszalałeś? Ładunek miał służyć do zniszczenia bazy tylko w razie absolutnej konieczności, w sytuacjach krytycznych, gdybyśmy utracili kontrolę nad stacją w razie skażenia biologicznego albo, trochę fantazjując, ataku obcych bytów i takie tam podobne sprawy. Rozwiązanie ostateczne w przypadkach nieprzewidzianych przez twórców projektu. Dmuchanie na, nomen omen, zimne. Do tego wyłącznie po ewakuacji załogi na orbitę. Wykorzystajmy ładunek do ujawnienia się.
Inaczej któregoś dnia wysadzimy się na stacji w messie zamiast śniadania. W akcie rozpaczy. Myślisz, że jesteśmy w stanie, przynajmniej w przybliżeniu, określić następstwa wybuchu? Z pewnością wystąpi lokalne skażenie. Możemy zminimalizować skutki detonując go z wiatrem. Co ty opowiadasz? Z jakim wiatrem? Atmosfera jest tak rzadka, że można zupełnie nie brać jej pod uwagę. To tym bardziej. Nie przywieje opadu w naszą stronę.
O ile dobrze pamiętam, ładunek ma niewielką moc, około czterech kiloton. A czy wiesz, dlaczego to tak mało? Bo większy byłby zbyt ciężki? Oświeć mnie. Przy tym ciśnieniu nie wiadomo do końca, bo nikt tego nie próbował, ale na obrzeżach epicentrum może dojść do termolizy lodu. Jeśli tak się stanie, to olbrzymie ilości wybuchającej mieszaniny wodoru i tlenu wzmocnią siłę eksplozji jądrowej. To mało prawdopodobne, ale istnieje takie ryzyko. Trzydzieści kilometrów od stacji nic nam nie powinno grozić. Nawet jeśli jest jakieś niebezpieczeństwo, to zastanów się, czym ryzykujemy. Ostatni rok, może dwa lata marnej egzystencji przyprawionej kolejnymi samobójstwami.
Spodziewam się, że masz już przygotowany bardziej konkretny plan. Pewnie. Inaczej bym nie przychodził. Ty, ja i jeszcze ktoś zaufany. Zabieramy ładunek i transportujemy go lodołazem. Uzbrajamy i wracamy do bazy poinformować resztę o naszej decyzji. Warto byłoby wcześniej porozmawiać ze wszystkimi najważniejszymi. Nie wyobrażam sobie za bardzo, żeby zrobić to w tajemnicy. Siergiej, znamy się tyle lat. Chwycił mnie lekko za ramię.
Nie przychodziłbym tu, gdybym nie miał do ciebie zaufania. Słyszałeś, co się działo na zebraniu? Część załogi to beton. Rozkaz albo czekanie na rozkaz. Żadnej kreatywności. Jesteśmy zdani na siebie. Nikt nie przyleci po nas z Ziemi. Tu w bazie jest kilka osób, które myślą rozsądnie. Reszta kurczowo trzyma się regulaminu i resztek życia. Jeśli otwarcie przedstawimy plan, zamkną nas, tak na wszelki wypadek.
Większości nie spodoba się nasz pomysł, a przede wszystkim to, że zrealizowaliśmy go bez porozumienia z całą załogą. Musimy mieć broń, bo to może być walka na całego. Broń? Przyda się. To już twoje zadanie. Właśnie. Czy poradzisz sobie z uzbrojeniem bomby? Rozumiem, że masz uprawnienia do części kodu dostępu. Co z częścią hasła, którą dysponuje Brown? Obejście zabezpieczeń zajmie mi nie więcej niż godzinę.
Uśmiechnąłem się pobłażliwie. Włamywało się to tu, to tam za studenta. Myślałeś już, kto ma być tym trzecim do pomocy? Nina lub Tsubasa. Ewentualnie zrobimy to we czwórkę. A jeśli ktoś z nich się nie zgodzi? W końcu przypomina to trochę rebelię. Plan rozbudził moją wyobraźnię. Stało się dla mnie jasne, że to być może pierwsza i ostatnia szansa na ratunek przy niewielkim ryzyku. Uwięzimy ich albo lepiej uśpimy na kilka godzin.
Tamara da nam odpowiedni środek. Im więcej wtajemniczonych ludzi, tym mniejsze szanse powodzenia. Akurat Tamary jestem pewien tak samo jak ciebie. Sama nie pójdzie, ale będzie cicho. Dziś w nocy? Jeśli to ma mieć sens, a wiesz, że tak, musimy się spieszyć. Tak planowałem. Za chwilę porozmawiam z pozostałymi kandydatami. Wpadnę później i powiem ci, co i jak. W takim razie ja zajrzę do magazynu i zacznę przygotowania.
Powodzenia, Borys. Noc to najlepszy czas na przeprowadzenie tajnej akcji. Podział na porę aktywności i odpoczynku był umowny. Ze względów organizacyjnych i trochę z sentymentu załoga stacji pozostała przy dobie 24-godzinnej. Jednak sam rytm życia w bazie regulowany był specyficznie: osiem godzin pracy i osiem godzin snu. Takie rozwiązanie podyktowane było względami bezpieczeństwa konstrukcji samej stacji wydrążonej w lodowej skorupie. W ciągu dnia wewnątrz pomieszczeń ustalono temperaturę oscylującą wokół zera. W tym czasie część ścian ulegała stopieniu. W nocy obniżano ją o około 10 stopni, aby ściany, stropy i podłogi miały szansę ponownie zamarznąć. Cała załoga chowała się do śpiworów.
Nikt nie trzymał wachty, nie było takiej potrzeby. Planowałem odpocząć przed operacją „Sygnał”, jak ją w myślach nazywałem, ale im bliżej wieczora, tym bardziej czułem się, jakbym siedział na szpilkach. W moim lodowym apartamencie pod pryczą leżały cztery lekkie karabiny maszynowe. Ładunek przygotowany do wyniesienia czekał w magazynie. Na Ziemi ważył ponad 400 kilogramów, tutaj tylko 60. Borys wpadł na chwilę w ciągu dnia, aby zapytać, czy nie miałem żadnych problemów. Poinformował mnie, że bez trudności udało mu się przekonać obu wytypowanych kandydatów. Tamara dodatkowo miała pomóc na terenie bazy. Ciche stukanie wyrwało mnie z gonitwy myśli. W tak konspiracyjny sposób mógł pukać jedynie mój przyjaciel.
Wpuściłem go bez zbędnych pytań. „Gotowy?” — spytał trywialnie. „Pewnie. Zakładamy kombinezony i możemy iść po ładunek”. Załoga spała od dwóch godzin. Żeby nie robić hałasu, wyłączyliśmy magnetyczne przyssawki w podeszwach butów. Widok musiał wydawać się absurdalny. Czworo ludzi w ciężkich kombinezonach po cichu wynosiło ze stacji bombę atomową. Na szczęście nie napotkaliśmy nikogo po drodze do śluzy. Zrzuciliśmy z lodołaza namiot termiczny i odłączyliśmy baterię akumulatorów od gniazda zasilania.
Zabezpieczenie ładunku na niewielkiej platformie trwało nie dłużej niż dwie minuty. Ruszyliśmy w stronę krateru. Wytypowaliśmy go ze względu na odpowiednią lokalizację i rozmiar. Im niżej umieszczona bomba, tym mniejsza szansa dotarcia promieniowania przenikliwego do wnętrza stacji. Ludzi w bazie co prawda chroniła gruba warstwa lodu, ale głęboki krater to dodatkowa izolacja kilometrów skał. Jadąc spoglądałem na widoczną część olbrzymiej tarczy Jowisza wiszącą nad horyzontem. Do takiego krajobrazu nie można się przyzwyczaić. Niesamowite widoki to chyba jedyny plus całej tej kosmicznej eskapady. Lodołaz rozpędzał się miejscami do 25 kilometrów na godzinę. Prowadził Borys.
Znał drogę do wybranego krateru. Przez kilka ostatnich lat zdążył poznać okolicę. Jechaliśmy po ostrych wybojach, omijając co większe głazy i wszelkie kratery. Nie można było narzekać. Jasny obszar, który pokonywaliśmy był nieporównywalnie bardziej równy niż na przykład poorany Nicholson Regio, z którym stacja także graniczyła. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do celu. Aby dotrzeć na samo dno, trzeba było najpierw wjechać na ponad stumetrowy wał okalający nieckę. Ostatnie dwa kilometry w dół pokonaliśmy na nogach. Transport bomby nastręczał wiele trudności. Pomimo większej średnicy satelita Jowisza ma mniejszą gęstość niż Księżyc.
Z tego powodu ciążenie na Ganimedesie jest odrobinę niższe. Ktoś od czasu do czasu tracił równowagę. To potknął się na piargu. Kiedy już straciło się równowagę w ciężkim kombinezonie, człowiek próbował ją złapać, wykonując śmieszne ruchy, ale na nic już się to nie mogło zdać. Dokładnie tak samo jak na Ziemi, tylko dużo wolniej. Jeśli ktoś przekroczył punkt krytyczny, nie mógł nie upaść, pomimo że wydawało się możliwe wyjście z opresji. Myliła powolność. Powolność nieuchronna. Z tych powodów schodzenie z nieporęcznym bagażem było męczące. Po ponad godzinie pokonaliśmy dystans niewiele ponad dwa kilometry.
Wtedy postanowiliśmy, że to jest właśnie to miejsce. Byliśmy dwieście metrów poniżej poziomu gruntu. Ustawiłem mechanizm zegarowy na sześć godzin. Szacowałem, że taki czas pozwoli bezpiecznie powrócić do bazy. Jednocześnie był zbyt krótki, aby grupa poszukiwawcza z bazy mogła odnaleźć i rozbroić ładunek. Plan powrotu mógł się powieść pod warunkiem, że nie spotkałaby nas żadna przygoda związana na przykład z awarią lodołaza. W drodze powrotnej poprawiły się nam nastroje. Pozbyliśmy się groźnego balastu, który wyjęty ze skrzyni izolacyjnej stanowił pewne zagrożenie dla naszego zdrowia. Kilka godzin przebywania w najbliższej okolicy bomby to roczna dawka promieniowania na akceptowalnym poziomie. Już kilkadziesiąt godzin z pewnością doprowadziłoby do choroby popromiennej i związanych z nią powikłań.
Dlatego konstruktorzy nie przewidywali wyjmowania ładunku z ciężkiej skrzyni izolacyjnej. Całą procedurę aktywacji można było wykonać na stacji w sposób bezpieczny dla operatora. Technika podchodzenia pod pochyłość o sporym nachyleniu różniła się od tej prezentowanej na historycznych filmach o początkach podboju kosmosu z pierwszymi ludźmi na Księżycu w roli głównej. Konstrukcja i materiały użyte w naszych kombinezonach to była zupełnie inna bajka. Elastyczność powłok pozwalała na dużo większą swobodę i zakres ruchów, dlatego bez problemu mogliśmy podbiegać w stronę szczytu, robiąc długie, trzymetrowe susy. Musieliśmy jedynie mocno uważać na zachowanie równowagi. Trzy srebrne skafandry byłyby zupełnie niewidoczne z krawędzi częściowo zacienionego krateru, gdyby nie włączone reflektory na hełmach. „Idź w stronę Jowisza” powiedziałem do siebie, spoglądając na fragment olbrzymiej tarczy wyłaniającej się dokładnie nad miejscem parkowania lodołaza. Krąg Jowisza, tak wielki, był jak obraz z nierealnego snu. Nie pozwalał oderwać od siebie wzroku, jednocześnie przytłaczał.
Zerkałem na zmianę to na jaśniejącego pomarańczowo olbrzyma, to na krajobraz wokół mnie oblany jego światłem. Cokolwiek się wydarzy, nie zapomnę tych widoków. „Przypomnij sobie rozgrzaną słońcem łąkę i pszczoły latające między kwiatami. Ognisko nad brzegiem morza, ciepły wiatr we włosach i to uczucie, kiedy od upału jesteś cały mokry od potu. Nie brakuje ci tego? Ja zamieniłbym rok w bazie na jedną godzinę reklam telewizyjnych we własnym domu.” „Pewnie, że brakuje, ale staram się o tym nie myśleć. Tak mi łatwiej.” Odrzucałem po kolei przywołane rozmową obrazy wspomnień sprzed lat, które zaczęły spływać do głowy. Takie zwykłe nic. Źdźbło suchej trawy na skalnej półce. Krótki, niemy film, w którym dobry kumpel bezgłośnie opowiadał żart przy restauracyjnym stole.
Nawet nie pamiętam, czy był śmieszny. Jazda samochodem pustą drogą wiosną w pierwsze ciepłe dni. „Tsubasa, a ty co tak milczysz?” Usłyszałem spokojny głos Borysa skupionego na prowadzeniu pojazdu. „Zastanawiam się, czy zrobiliśmy mądrze, czy straszną głupotę.” „I co wychodzi z twojej analizy?” Nina wychyliła się ze swojego miejsca, żeby spojrzeć na Japończyka. „Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Już straciliśmy możliwość powstrzymania tego.” Za pół godziny wszystko się wyjaśni. Nie wszystko. Na reakcję z góry będziemy musieli poczekać dłużej — dodałem, obserwując czerwoną lampę zainstalowaną na szczycie czaszy niewielkiego radioteleskopu. Lśniła jak latarnia na rozdrapanym i kamienistym dnie wyschniętego morza, wskazując drogę do naszego kosmicznego sierocińca. Tiksuit pojawił się w odległym układzie ramienia galaktyki spiralnej S231.
Misja zwiadowcza R/436 trwała od 18 dni uniwersalnych. Kolejny układ słoneczny zaplanowany do zbadania w katalogu REN opatrzony był numerem S231/3841. Cała załoga w części wojskowej, jak i cywilnej miała nadzieję, że pula pecha skończy się wraz z nowym miejscem. W połowie czasu trwania zwiadu zdążyli stracić dwa lądowniki planetarne, niestety wraz z załogami. Pierwszy w wyniku awarii samego pojazdu, drugi zestrzelony przez autonomiczne działa laserowe. Pozostałość po cywilizacji, która ze względu na duży wzrost temperatury na planecie dawno ją opuściła. Bardziej pesymistyczna hipoteza głosiła, że wymarła, nie mając do dyspozycji odpowiedniej technologii pozwalającej na ucieczkę. Głosy naukowców w tej sprawie były podzielone. Do końca misji pozostało im odwiedzić i wstępnie przebadać osiem układów, z obecnym włącznie. Nigdy nie lecieli w ciemno, nie szukali po omacku.
Wszechświat był zbyt rozległy, aby mogli sobie na to pozwolić. Analitycy już na wstępie odrzucali gwiazdy neutronowe, nadolbrzymy lub wszystkie te obiekty, które charakteryzowały się niestabilnością. Celem również nie były słońca młode. Tam życie, a w szczególności życie inteligentne na wysokim stopniu rozwoju, teoretycznie nie miało czasu się rozwinąć. Wśród niektórych naukowców panował pogląd, że taka argumentacja to błąd logiczny. Jeśli poszukiwali cywilizacji potrafiącej panować nad czasem, mogli jej szukać na ciałach orbitujących nawet wokół najmłodszych gwiazd. Skoro panowali nad czasem, mieli możliwość wykorzystywać dowolny czas w całym spektrum życia planety. Byli w podobnej sytuacji. Zdołali na szczęście opracować plan pozwalający przetrwać najgorsze. Jedno ze słońc w ich rodzimym układzie podwójnym stawało się coraz bardziej kapryśne.
Z rosnącą częstotliwością dochodziło do potężnych koronalnych wyrzutów masy. Po dotarciu plazmy do planety zakłócała działanie systemu komunikacji i szkodziła satelitom. To był dopiero początek problemów i mieli trochę czasu. W życiu gwiazd zmiany z reguły nie zachodzą bardzo szybko. Wyjątkiem są eksplozje i implozje całych obiektów, ale to na szczęście im nie groziło. Ogromnym wysiłkiem organizacyjnym i finansowym starali się odnaleźć obcych, którzy byliby gotowi udostępnić im technologię podróży w czasie. Pracowali nad tym problemem także sami, ale bez spektakularnych efektów. Kiedy sądzili, że są już na progu kluczowego odkrycia, okazywało się, że zabrnęli w ślepą uliczkę nauki. Po uzyskaniu technologii planowali w ciągu kilku dekad przenieść całą populację na własną planetę, ale młodszą na przykład o milion lat. Tak długi okres spokoju pozwoliłby na stworzenie scenariusza i technologii, aby przygotować sobie nowy dom i wynieść się z rodzimego układu na dobre.
Istniała mocna przesłanka, że plan się powiedzie. Archeolodzy natknęli się na prastare pozostałości po wysoko rozwiniętej cywilizacji. Tych kilka odnalezionych artefaktów sprzed setek tysięcy lat, zupełnie niepasujących do ich własnej historii, pozwalało wierzyć, że są na właściwej drodze. Major pełniący rolę dowódcy statku zwiadowczego Tiksuit dokonał pierwszego wpisu do dziennika pokładowego w nowym układzie. Przybycie do S231/3841 dnia 694 6251 roku według kalendarza układu Tsin. Tiksuit na ciasnej orbicie piątej planety. Wejście na stabilną orbitę za pomocą napędu nadprzestrzennego nie jest możliwe. Skok o dwie sekundy świetlne jest odległością poniżej błędu statystycznego. Wykorzystanie konwencjonalnego napędu manewrowego wiązałoby się z utratą większości paliwa. Jest to niezasadne ze względu na bezpieczeństwo obecnej misji oraz z powodów ekonomicznych.
Wniosek: skrócenie obecności w wymienionym układzie do jednej doby uniwersalnej. Wytypowano siedem obiektów do zbadania, w tym trzy planety i cztery księżyce. Planety w kolejności druga, trzecia i czwarta i cztery największe satelity obiektu piątego. Stan załogi i sprzętu nie zmienił się od ostatniego wpisu. Major zakończył przekaz i udał się do Penetratora 2. Wpadł wcześniej na pomysł, aby chociaż na krótko oderwać się od rutynowych zajęć. Załoga niewielkiego międzyplanetarnego statku cierpliwie czekała. Pozostałe dwie jednostki tej klasy już rozpoczęły eksplorację ustalonych obiektów układu. Penetrator 2 miał lecieć na trzecią w kolejności planetę systemu. Badany układ planetarny był ciekawym miejscem — rozważał major — z dość dużą liczbą zróżnicowanych obiektów.
Szansa na odkrycie zaawansowanej cywilizacji była jednak niewielka. Od pierwszej chwili po przybyciu skanowano układ na wszystkich pasmach częstotliwości pod kątem transmisji radiowych. Nie znaleziono żadnego sztucznego sygnału, a to źle rokowało Statek zwiadowczy po kilkudziesięciu minutach lotu dotarł do celu. Na orbicie znajdowało się kilka pierścieni o symbolicznej gęstości. W ich składzie wykryto obok wielu metali także złożone substancje polimerowe. Analiza wykazała, że są pochodzenia sztucznego. Konkluzja była jasna: wokół planety krążyły duże ilości szczątków. Zbliżyli się do granicy atmosfery. Obraz, jaki pojawił się na wielkim monitorze, dawał do myślenia. Na planecie widać było ślady cywilizacji technicznej.
Zauważyli, że obszary zurbanizowane były zdegenerowane, zniszczone tym bardziej, im były rozleglejsze. Wystrzelili sondę. Jej detektory natychmiast rozpoczęły przekazywanie danych. Skład atmosfery, ciśnienie, temperaturę i wielką liczbę zdjęć. Sonda dotarła na kilka kilometrów do powierzchni i kontakt z nią się urwał. Ostatnie przekazane przez nią dane dotyczyły gwałtownego wzrostu promieniowania. Odpowiedzialnymi za to pierwiastkami były pluton, uran oraz w mniejszym stopniu kilkadziesiąt innych izotopów. Maszyny analityczne, biorąc pod uwagę ostatnie dane, postawiły tezę, że na planecie doszło do konfliktu, w którym użyto broni działającej na zasadzie rozpadu jąder ciężkich pierwiastków, uranu i plutonu. Po określeniu poziomu lżejszych izotopów znajdujących się w atmosferze dość dokładnie oszacowały moment tego dramatycznego wydarzenia. Z dużym prawdopodobieństwem mieli do czynienia ze skutkami ataku wrogiej tubylcom cywilizacji.
Kolejna wystrzelona sonda, już przystosowana do pracy w podwyższonym promieniowaniu jonizującym, przetrwała przelot przez atmosferę i zanurzyła się w wielkim zbiorniku wodnym. Po kilkunastu minutach oczekiwania kapsuła uniosła się ponad powierzchnię wody i wysłała strumień informacji. Kilometry bliżej dna, w ciemnych głębiach istniało proste życie. Od organizmów jednokomórkowych po dość złożone formy, ale nieposiadające potencjału na wytworzenie cywilizacji technicznej w bliskiej przyszłości. Major wydał rozkaz do powrotu. Spóźnili się niewiele. Być może to właśnie ta cywilizacja miała do dyspozycji technologię zakrzywiania czasu i w tej chwili bezpieczna, rozwijała się nadal po ewakuacji do wcześniejszego okresu życia planety. Jeśli tak było, to bezpowrotnie stracili możliwość kontaktu z jej przedstawicielami i pozyskania poszukiwanej technologii. Jednocześnie należało zwiększyć czujność. Ktokolwiek doprowadził trzecią planetę do całkowitej destrukcji, mógł znajdować się blisko.
Dowódca jednym poleceniem zaostrzył poziom środków bezpieczeństwa do maksymalnego standardu. W połowie drogi powrotnej do macierzystego statku do dowódcy podszedł pierwszy oficer Penetratora. „Melduję, że otrzymałem informację z jedynki.” „Gdzie oni polecieli?” „Na czwartą planetę.” „Czytałeś? Czego chcą?” „Melduję, że czytałem w trakcie dekodowania. Odkryli jakiś pojazd na orbicie.” Dowódca rozwinął osobisty ekran i wszedł w odebrane przekazy. Przygnębiony tragiczną historią trzeciej planety skupił przez chwilę uwagę na najświeższej informacji. Na silnie wyciągniętej eliptycznej orbicie czwartej planety odnaleziono pojazd. Ze względu na podwyższony standard zabezpieczeń znalezisko nie będzie transportowane do Tixouide. Po zbadaniu i wykonaniu dokumentacji pozostawimy pojazd na orbicie. Brak oznak istnienia życia na czwartej planecie.
„Gdzie oni są teraz?” „Dokują na Tixouidzie.” „Prześlij rozkaz, aby przygotowali prezentację. I niech się pospieszą. Będziemy na miejscu za chwilę.” „Tak jest.” Oficer podniósł wysoko głowę i z metalicznym odgłosem stuknął obręczowymi dystynkcjami. Dowódca ponownie pogrążył się w rozmyślaniach. Zobaczymy wytwór obcej cywilizacji. Czy to produkt obrońców, czy agresorów? Pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Wlecieli do jasno oświetlonego doku. Jak zwykle przy wyrównywaniu ciśnień w powietrzu pojawiła się mgła, kłębiąc się dynamicznie. Chwilę później dowódca statku wszedł do pomieszczenia konferencyjnego.
Zwrócił uwagę na podoficera besztającego naukowca. Skierował do nich pierwsze kroki. „Co tu się dzieje?” Zapytał z marsową miną. Naukowiec milczał, stojąc skruszony ze spuszczoną głową. „Melduję, że to indywiduum zapomniało, z jakiej jest kasty.” Sierżant wyprężył dumnie pierś, kończąc zdanie. „Żołnierzu, jeśli uważasz za stosowne, prześlij raport do swojego bezpośredniego zwierzchnika. Teraz nie traćmy czasu. Czy prezentacja gotowa?” „Tak jest.” „To zaczynajcie.” Dowódca usiadł w głębokim fotelu i sięgnął po izotoniki wielkoetonowe z podstawionego usłużnie stolika. Przygasły pomarańczowe światła. Rozpoczęła się projekcja.
Prelegent rozpoczął omawianie pierwszych trójwymiarowych obrazów obiektu. Pierwszy hologram. Widzimy czwartą planetę i wykres orbity omawianego obiektu, która zdaje się być przypadkowa. Na kolejnym slajdzie widać pojazd, wytwór innej cywilizacji. Jest w opłakanym stanie i z pewnością nie udałoby się nam uruchomić tego czegoś. W wielu miejscach widoczne są otwory. Te przebicia konstrukcji to efekt uderzeń mikrometeorytów. Obiekt był na orbicie od dłuższego czasu. Znając średnie zagęszczenie rojów w tamtej okolicy, będziemy mogli określić ten okres dokładniej. Oto hologram obiektu ukazujący go ze wszystkich stron.
Obszar, który wskazuję pulsatorem to najprawdopodobniej dolna część pojazdu. Zatrzymajmy się na chwilę. Dlaczego powiedziałem prawdopodobnie? Mieliśmy zbyt mało czasu, aby dokładnie go przebadać. Pojazd jest bardzo dziwny. Nie mamy pojęcia, jaki jest jego napęd, system sterowania i w rezultacie przewidywany sposób i cel użytkowania. Udało nam się uchylić osłonę. Napęd tego pojazdu nie przypomina niczego, co mogłoby być wykorzystywane w przestrzeni. Jak to mogło w ogóle latać i jak tym sterowano, to dla nas zagadka. Może mieli dostęp do technologii BSU, może sterowali bezpośrednio umysłem, a być może jest to część większej całości.
Wracając do spodu pojazdu. Posiada cztery okrągłe stopy lądownicze ułożone w dziwaczny sposób. Sztuczne tworzywo, które stanowiło powłokę zewnętrzną omawianych elementów służących do lądowania, rozpadło się na proszek. Sądzimy, że uległa degeneracji pod wpływem niskiej temperatury, promieniowania kosmicznego i wiatru słonecznego. Ogólnie pojazd niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia wykonany jest z setek elementów. Teraz najważniejsze. W obiekcie znaleźliśmy skafander próżniowy. Tak nam się przynajmniej wydawało na początku. Dużym zaskoczeniem były dla nas wnioski, do których doszliśmy. Pomimo wielu uszkodzeń, nawet w okresie swojej świetności nie miał prawa być szczelny.
Prawdopodobnie istoty korzystające z niego potrafiły przynajmniej przez jakiś czas przebywać niezabezpieczone w otwartej próżni. Ich ciała musiały być bardzo odporne. To humanoidy większe od nas dwukrotnie, także silniejsze fizycznie. Świadczą o tym przekroje dolnych i górnych rękawów skafandra oraz wielkość pięciopalczastych osłon na dłonie. Analizy będą trwały nadal. Za jakiś czas będziemy wiedzieli więcej. Dowiemy się o roli niektórych elementów, ale nie wierzę, abyśmy znaleźli sensowne odpowiedzi na najważniejsze pytania: co to jest, kto to wytworzył i w jakim celu? Ostatni hologram przedstawia, jak sądzimy, tył pojazdu. Widać ciąg symboli. Możliwe, że to nazwa tej jednostki, a może statku lub portu macierzystego.
Równie dobrze może to być ozdoba albo cokolwiek. Niektóre z elementów są nawet trochę podobne do naszego starożytnego pisma. Hologram rozrósł się w przestrzeni. Zgromadzeni mieli szansę przyjrzeć się przez chwilę nic niemówiącemu ciągowi znaków T-E-S-L-A. „Jadą!” Operator radaru krzyknął zbyt głośno, zdradzając podniecenie. „800 metrów. Wszyscy na stanowiskach? Pełna gotowość. Pamiętajcie, są uzbrojeni. Chcę ich mieć żywych.
Zrobimy to w sposób cywilizowany. Żadnej rozróby. Strzelać tylko w obronie własnej.” „Dowódco, może zablokujmy śluzę. Niech się duszą na zewnątrz. Tak byłoby bezpieczniej. Po co nam oni w bazie?” Szef ochrony w jednym zdaniu przedstawił swoją koncepcję kary. „Franz, wiem, co robię. Wiesz, gdzie jest ładunek? Jak daleko? A może zabrali z powrotem i mają go na lodołazie?
Radar nam nie powie, co zamierzają.” „600 metrów.” „Cisza na radiu. Zahermetyzować kombinezony i czekać.” Załoga stacji dowiedziała się o eskapadzie do krateru dzięki przypadkowi. Nawigator, który tej nocy miał duże problemy z zaśnięciem, postanowił spożytkować czas w sposób bardziej użyteczny, niż tracić go bezmyślnie w śpiworze, męcząc się do tego. Siedział w ciemnej sali na słuchu radiowego, starając się namierzyć i zapisać sygnały pojawiające się od czasu do czasu na orbitach niektórych planet i księżyców naszego systemu. Z wielkim zaskoczeniem spostrzegł pełznącą na radarze zieloną plamkę. Natychmiast wszczął alarm. Kilka minut później wiadome było, kogo brakuje w sypialniach i czego brakuje w magazynie. Przycisnęli Tamarę, jako że była najlepszą przyjaciółką Borysa. Ta twardo milczała. Zaczęła mówić dopiero na dwie godziny przed powrotem terrorystów, jak nazywał ich dowódca.
Nie złamali jej. Działała według ustalonego porządku. Poinformowała załogę o planach zdetonowania ładunku i wyjaśniła intencje, jakimi kierowali się jej wspólnicy. W ten sposób dała trochę czasu na przygotowanie akcji. Wśród załogi zawrzało. Profilaktycznie zamknęli Tamarę w jednym z pomieszczeń i naprędce ułożyli plan. Zamierzali obezwładnić swoich niedawnych kolegów. Następnie tak szybko, jak to możliwe, postawić ich przed ganimedejskim wymiarem sprawiedliwości. Pośpiesznie wybrali kolegium sądowe, wydali broń wszystkim, których dowódca uważał za godnych zaufania i założyli skafandry kosmiczne. Zastawili pułapkę.
Zdrajcy obserwowani kamerami mieli spokojnie wyjść ze śluzy i dopiero po minięciu pierwszych pomieszczeń na sygnał obserwatora planowano ich otoczyć i rozbroić. „100 metrów.” Radiooperator przekazywał informacje dowódcy na zakresie częstotliwości niedostępnym w innych kombinezonach. Brown odruchowo próbował otrzeć pot z czoła. W stresie wykonał gest przedramieniem, które otarło się tylko o przyłbicę. Zwiększył nawiew na twarz. Po krótkiej chwili wyłączył go zupełnie. Przy napiętych nerwach przeszkadzał mu nawet cichy szum strugi zimnego powietrza. W jednej chwili wszyscy usłyszeli trzaski w słuchawkach. Tkwiąc samotnie na stanowiskach zastanawiali się, co jest tego przyczyną. Wzrost radiacji?
Te zakłócenia na radiu to może być to? Dowódca zapytał specjalistę od łączności radiowej. Może być. Sam nie wiem. Przy silnej radiacji mogłoby tak to wyglądać. Bardziej poparł koncept dowódcy, niż wyjaśnił zjawisko. Chwileczkę. Sygnał zniknął z radaru. Są pod bazą. Jeszcze jedno.
To może być ważne. My teraz mamy podsłuch na wszystkich częstotliwościach. Jeśli przejdziemy na dowolny inny kanał, to nie słychać żadnych dziwnych odgłosów. Trzaski to nie radiacja. One są tylko na częstotliwości ogólnej. Jonizacja zakłócałaby całe pasmo. Zaraz, zaraz dowódco. Te trzaski. Ktoś chyba nadaje morsem. Co to znaczy?
To mogą być oni? Którzy oni? Moment. VYNGVYNGVYNG literował radiowiec. Ciągle to samo, w kółko, tymi trzaskami. Co to znaczy? Powtórzył się Brown. To radiowy slang. Chyba, to znaczy na pewno, ale tu teraz może to być przypadek. VY to bardzo, a NG to niedobrze.
Może to o to chodzi. To Tamara, do cholery! Kazałem ludziom Franza wyrwać mikrofon z jej kombinezonu. Nadaje stykając przewody. Sprytnie. Żołnierz ochrony wpatrywał się w ekran z obrazem jedynej śluzy w bazie. Drzwi rozsunęły się. Widział to na monitorze i na własne oczy dziesiątki razy. Ujrzał cztery postaci w skafandrach. Dwie z nich klęczały na jednym kolanie, kolejne stały z tyłu.
Wszystkie cztery mierzyły bronią w głębię korytarza. Patrzył na monitor z głupią miną. Ta broń. Wyglądało to zupełnie inaczej niż zwykle. Wyskoczyli ze śluzy do pierwszego korytarza po prawej. Na jego końcu znajdowało się pomieszczenie ze skomplikowanym zespołem agregatów uzdatniania powietrza. Zniknęli z podglądu kamery w kilka sekund po otwarciu wewnętrznych wrót śluzy. Oficer ochrony dwoma susami podleciał do pomieszczenia węzła komunikacyjno-radarowego. Przekaż dowódcy, że schowali się w stacji tlenowej. Mów, że z planu nic nie wyszło.
Nie poszli w głąb głównego korytarza. Przy okazji z pewnością uzupełnią zapas tlenu w kombinezonach. Oficer czekał przy radiooperatorze, aż zakończy przekazywać informacje. Jeszcze raz dotknęli się hełmami, aby porozumieć się bez używania radiowego interkomu. Dowódca rozkazał, żeby dwóch ludzi położyło się na skrzyżowaniu korytarzy obok sanitariów i mają walić do każdego, kto pojawi się z bronią. Wykrzyczał rozkaz Browna wewnątrz bańki swojego hełmu. Oficer wysłuchał polecenia i odskoczył długimi skokami wykonać zadanie. Po chwili dwóch z jego ludzi leżało za załomem ściany i mierzyło w okolicę wejścia do bazy. Tu dowódca. Zwracam się do czwórki terrorystów.
Dobrze wiecie, że nie macie szans. Nas jest więcej. Wychodźcie pojedynczo i bez broni. Zadecydowałem, że o waszym losie rozstrzygnie doraźny sąd wojenny. Wychodźcie. Macie trzy minuty na decyzję. Dałem rozkaz strzelania bez ostrzeżenia do każdego, kto pojawi się z bronią. Brown zorientował się, że jego słowa zabrzmiały jak w tandetnym filmie akcji. Adam, uspokój się — odezwał się Borys lekceważącym tonem. Nie tyle my, ale wszyscy mamy trzy minuty.
Za chwilę dojdzie do eksplozji. Możecie uważać to za zdradę, ale chcę, żebyście wiedzieli, że zrobiliśmy to także dla was. To nasza jedyna szansa. Wolę zginąć, niż żyć ostatni rok ze świadomością, że jej nie wykorzystałem. Gdzie jest ładunek? Franz wtrącił się do rozmowy. Trzydzieści kilometrów stąd, w kraterze dwieście metrów poniżej gruntu. Przez chwilę zapanowała cisza. Ludzka sfora w nerwach czekała na cios, który miał nadejść nie wiadomo jak silny i z której strony. Lodowe ściany podłogi i stropy zadrżały w całkowitej ciszy.
Trwało to kilkanaście sekund. Po chwili drgania powróciły dużo silniejsze. Wszyscy w bazie, niezależnie po jakiej stronie konfliktu się opowiadali, padli na podgumowane blachy podłóg i rozglądali się niepewnie. Drgania ustały. Dokonaliście zdrady. Wychodzić pojedynczo. Brown poczuł większą pewność siebie. Nie wydarzyło się nic strasznego. Okropna, nieugięzna broń. Ludzie jeszcze raz uwolnili brutalną siłę zawartą w materii.
Pierwszy raz na Ganimedesie, ale tym razem Armagedon ich nie dosięgnął. Poczuł odrobinę wdzięczności. Wdzięczności dla zdrajców, że w swoim szaleństwie okazali się przynajmniej fachowcami. Dowódco, już po wszystkim. Teraz musimy czekać, czy nasz sygnał przyniesie spodziewany rezultat. Siergiej powrócił do dialogu z oponentami. Zanim ktokolwiek odpowiedział, rozległ się głośny sygnał alarmu. Pierwszy, najgłośniejszy trwał przez chwilę samotnie, ale i tak zdołał zmrozić umysły ludzi. To była informacja, że jednak jest źle, że jednak jest dokładnie tak, jak się podświadomie spodziewali. Po chwili dołączyły inne syreny, brzęczyki i powtarzane w nieskończoność automatyczne komunikaty głosowe.
Ospała dotąd baza nagle ożyła. Ciśnienie spadło poniżej dopuszczalnej normy. Ze stacji uciekało powietrze. Nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie. Jedynie powód był jasny nawet bez specjalistycznych ekspertyz. Wybuch ukazał swoje konsekwencje. Dramat potrzebował kilku minut, aby ujawnić się z pełnym rozmachem. Skonfliktowana załoga ubrana w szczelne kombinezony była chwilowo bezpieczna. Na obu końcach długiego korytarza leżeli obcy już sobie ludzie z bronią gotową do strzału. Leżeli tak w akompaniamencie coraz słabiej słyszalnych dźwięków alertów.
Na Tiksuchidzie rozległ się ultradźwiękowy alarm. Wysokość sygnału mówiła o zagrożeniu najwyższego stopnia. Major natychmiast docisnął klapy foniczne do otworów usznych i zawrócił do sterowni statku. „Oficerowie, co się dzieje? Raport!” Jego oba pasy grzebieni głowy, rezerwuary krwi dla mózgu w sytuacjach silnego stresu stanęły na baczność. „Majorze, melduję, że jeden z penetratorów został zaatakowany.” „Jakie straty?” „Na szczęście obyło się bez ofiar. Lądownik przelatywał na niskiej orbicie wokół jednego z księżyców piątej planety. Doszło do wybuchu na powierzchni. Użyto tej samej broni, która zniszczyła trzecią planetę.” Wysokim tonem świergotał wojskowy. „Jaki jest stan załogi?” „Większość promieniowania zatrzymało pole energetyczne penetratora.
Dawki, jakie otrzymał zespół, są niegroźne dla ich zdrowia.” Major rozłączył się. Właśnie wchodził do sterowni jednostki, którą dowodził. Skoro atak nie wyrządził większych szkód, może jest to ostrzeżenie. Bez rozpraszania uwagi na przywitania kontynuował dyskusję ze swoim zastępcą. „Nie mam pojęcia, co to było. Z pewnością nic naturalnego. Księżyc jest martwy geologicznie. Zresztą wystąpiło promieniowanie. Nie słyszałem o naturalnie wzbudzonej reakcji łańcuchowej. Szansa, żeby to był przypadek jest bardzo mała, praktycznie równa zeru.
W zasadzie nie powinno mieć to dla nas znaczenia, czy to nieudany atak, czy jedynie groźba. Nie jesteśmy tu mile widziani. Czy na tym księżycu zauważyli jakąś infrastrukturę?” „Jałowy teren, żadnych osiedli, baz czy sztucznych satelitów na orbicie.” „Jednak coś tam jest. Doskonały kamuflaż. To może być ta rasa, która wygrała konflikt na trzeciej planecie albo pozostałości tych, którzy przetrwali jej piekło.” Zastanawiał się głośno głównodowodzący. „Proszę wydać wszystkim jednostkom rozkaz powrotu na Tiksuchidę. Mają zostawić wszystko i wracać natychmiast.” „Pozostawiamy atak bez kontruderzenia?” „To nie nasz świat i nie nasz kłopot. Mamy własne problemy. Gdybyśmy mieli odpowiadać na wszystkie zaczepki, prowadzilibyśmy wojny w każdej galaktyce. Która rozwinięta cywilizacja wyciągnęłaby do nas wtedy pomocną dłoń?
Rozpocząć przygotowania do skoku nadprzestrzennego. Kolejna lokalizacja według ustalonego harmonogramu. Wynosimy się z tego bestialskiego zadupia.”
[02:24:14] - Proszę państwa i to już koniec na dzisiaj. Pięknie państwu dziękuję za uczestnictwo w kolejnej audycji wakacyjnej. Akademia Wszelkiej Fikcji działa nawet w wakacje, chociaż czasami w ograniczonej objętości. Nie wiem, czy radiowe programy mają objętość. No powiedzmy taką umowną objętość. Więc jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Życzę fajnego weekendu, chociaż podobno ma padać. Ja nie wiem, jak to jest, że w weekendy lubi popadać. Tak to już jest skonstruowane. W każdym razie mimo wszystko fajnego weekendu, fajnego tygodnia i oczywiście zapraszam za tydzień na kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji.
Pozdrawiam. Dobranoc.
[02:25:02] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.