Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Tak patrzę przez okno i mam taką cichą nadzieję, że dzisiaj podczas nagrywania nas nie wywieje. Ani nas, ani książek. Zobaczymy jak to będzie. A póki co zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:43] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Tak, zaczynamy kolejne wydanie AWF. Od czego zaczniemy? Ja myślę, że ludzie zainteresowani sprawami niezwykłymi mogą zacząć tylko od jednej rzeczy, bo prawie wszyscy rozmawiają teraz o nowym filmie Stevena Spielberga, więc ja dołączę się do tego wielogłosu. „Dzień objawienia” to jest chyba jeden z najbardziej wyczekiwanych obrazów tego roku i ja od razu na początku powiem jedno: warto ten film zobaczyć, chociaż jakie będą państwa odczucia po seansie, to już trudno mi powiedzieć. Zdecydowanie Steven Spielberg wraca do science fiction. Już sam ten fakt wystarcza, aby wzbudzić zainteresowanie. W końcu mówimy o twórcy takich filmów jak „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „E.T. Extraterrestrial” czy „A.I. Sztuczna inteligencja”.
Mówimy o reżyserze, który przez dekady wykorzystywał fantastykę naukową nie tylko do opowiadania o kosmitach, ale także do opowiadania o ludzkich lękach, nadziejach i o potrzebie odkrywania nieznanego. Ten jego najnowszy film „Disclosure Day. Dzień objawienia” również wychodzi od klasycznego pytania charakterystycznego dla science fiction: co się stanie, jeśli ludzkość odkryje, że nie jest sama we wszechświecie? Jednak stosunkowo szybko okazuje się, że sam kontakt z obcą inteligencją jest w tym filmie mniej istotny niż reakcja ludzi na tego rodzaju wiadomość. Materiały promocyjne obecne w internecie mogą sugerować widowisko o UFO, o tajnych programach i globalnym przełomie. I film rzeczywiście wykorzystuje te motywy, ale środek ciężkości tego obrazu znajduje się zupełnie gdzie indziej. Spielberg wydaje się bardziej zainteresowany konsekwencjami społecznymi i psychologicznymi, konsekwencjami ujawnienia. To go bardziej interesuje niż jakieś techniczne szczegóły kontaktu z obcą cywilizacją. Pytanie nie brzmi zatem „kim oni są?”, lecz raczej „jak zmienimy się my, kiedy się okaże, że oni są?”. Nie oznacza to jednak, że wątek pozaziemskiej inteligencji jest tylko pretekstowy.
Spielberg buduje fabułę wokół tajnego programu, którego uczestnicy od lat próbują ukryć przed opinią publiczną dowody, które sugerują obecność obcej cywilizacji. Nie mamy tu do czynienia z klasyczną historią typu inwazja albo wojna ludzi z kosmitami. Nie, absolutnie nie. Obcy w tym obrazie pozostają raczej tajemnicą unoszącą się nad całą opowieścią. Obcy są raczej źródłem pytań, domysłów i politycznych napięć oczywiście. Film sugeruje istnienie technologii wykraczającej poza ludzkie możliwości, a część bohaterów zaczyna podejrzewać, że rządy i służby specjalne wiedzą o tej technologii znacznie więcej, niż są gotowe przyznać. W rezultacie „Dzień objawienia” chwilami przypomina nie tyle widowisko o pierwszym kontakcie, a bardziej thriller spiskowy o walce o ujawnienie prawdy. Prawdy, która mogłaby zmienić historię naszej cywilizacji. Ja jak to mówię do państwa, to czuję ten podniosły ton i takie wysokie rejestry. Trochę tak jest w tym filmie, ale nie przez cały czas na szczęście.
W ogóle to podejście do całej sprawy, do ujawnienia to jest rzecz charakterystyczna i nadaje filmowi bardzo refleksyjny charakter, znacznie bardziej refleksyjny, niż można by oczekiwać po takim współczesnym blockbusterze science fiction. Fabuła filmu koncentruje się właściwie na dwóch postaciach, które zostają niejako wciągnięte w wydarzenia związane z możliwym ujawnieniem pozaziemskiej inteligencji. Margaret Fairchild grana przez Emily Blunt. Ona jest prezenterką pogody, która doświadcza serii trudnych do wyjaśnienia zjawisk. Ja się trochę gryzę w język, żeby za dużo nie opowiedzieć i nie zepsuć państwu zabawy, bo wiem, że film jest tak krótko w kinach, że jeszcze nie wszyscy zdążyli go obejrzeć, więc będę się gryzł w ten język dalej. Jest jeszcze druga postać, Daniel Kellner grany przez Josha O'Connora, a to z kolei jest były pracownik tajnej organizacji. Pracownik, który wszedł w posiadanie informacji, które mogą zmienić sposób, w jaki ludzkość postrzega to swoje miejsce we wszechświecie. Wokół losu tych dwóch postaci Spielberg buduje opowieść, która łączy elementy dreszczowca spiskowego, kina drogi oraz takiego klasycznego science fiction. Tu nie brakuje pościgów, tajnych operacji, technologicznych zagadek, ale równie ważne okazują się pytania o odpowiedzialność za wiedzę oraz pytania o to, czy społeczeństwo rzeczywiście jest gotowe na prawdę. Prawdę, której niby od dawna poszukuje.
Jedną z najważniejszych zalet filmu „Dzień objawienia" jest pewna ambicja intelektualna reżysera. Ten film nie próbuje wyłącznie olśniewać skalą wydarzeń. W bardzo wielu momentach wykorzystuje fantastyczny punkt wyjścia do stawiania pytań o taką naturę prawdy, wiedzy czy nawet ludzkiej tożsamości. Co dzieje się ze społeczeństwem, gdy jego podstawowe przekonania zostają podważone? Czy każda prawda jest wyzwalająca? Czy ludzie tak naprawdę rzeczywiście chcą wiedzieć więcej, jeśli cena tej wiedzy może się okazać bardzo wysoka? To są pytania, które w filmie są obecne, bo one są też obecne w filozofii i to od bardzo dawna. Film na szczęście nie zmienia się w wykład filozoficzny, ale można odnieść wrażenie, że w sposób świadomy i taki dosyć konkretny nawiązuje do tych problemów, które wymieniłem. Czy wizja Spielberga jest przekonująca? I tutaj się pojawia jeden z ciekawszych punktów spornych.
Film zakłada, że ujawnienie istnienia pozaziemskiej inteligencji wywołałoby głęboki i to niemal globalny wstrząs społeczny. I dla części widzów będzie to założenie absolutnie naturalne. Natomiast druga część widzów, czy też potencjalnych widzów, może się zacząć zastanawiać, czy w epoce mediów społecznościowych, dezinformacji i takiego nieustannego przepływu informacji, czy w takim świecie reakcja tego świata rzeczywiście wyglądałaby tak, jak to przedstawia reżyser? Na to pytanie będziecie sobie musieli państwo odpowiedzieć. To jednak nie jest błąd filmu, to bardziej kwestia, wokół których prawdopodobnie będą się toczyć dyskusje i to jeszcze bardzo długo po ostatnim seansie kinowym. Bohaterka, o której wspomniałem, ta prezenterka pogody grana przez Emily Blunt. Tu muszę chylić czoła. Wypada wiarygodnie, znakomicie w swojej roli, bo aktorka nie gra bohaterki obdarzonej nadzwyczajnymi zdolnościami ani takiej typowej hollywoodzkiej wojowniczki. Ta jej postać jest zwykła, normalna. Ona reaguje na niezwykłe wydarzenia w sposób, ja bym bardzo chyba podobnie reagował, co nie znaczy, że jestem prezenterem pogody albo kobietą, ale tak bym chyba reagował jak ona.
W sposób powściągliwy, taki bardzo zdystansowany. I muszę powiedzieć, że dzięki temu nawet najbardziej fantastyczne momenty filmu zachowują coś, co nazwałbym emocjonalną wiarygodnością. Myślę, że to właśnie na poziomie indywidualnych doświadczeń film Spielberga działa najmocniej, bo te globalne wydarzenia oczywiście pozostają ważne, ale Spielberg nie pozwala zapomnieć, że każda historyczna zmiana jest tak ostatecznie przeżywana przez konkretnych, najczęściej zwykłych ludzi. Myślę, że najwięcej kontrowersji może wzbudzić finał tego filmu. Niektórzy widzowie, taką mam przynajmniej nadzieję, docenią ten emocjonalny i refleksyjny charakter zakończenia. Ale inni i im się w ogóle nie będę dziwił, mogą uznać, że film przez większość czasu buduje pewną tajemnicę, pewne napięcie. Buduje to bardzo skutecznie i dłużej buduje to napięcie niż później rozwiązuje i jakość tego rozwiązania moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia. To jest zresztą, takie mam wrażenie, problem obecny w bardzo wielu ambitnych historiach science fiction. Im większe pytania stawia jakaś opowieść, tym trudniej znaleźć odpowiedzi, które na końcu usatysfakcjonują wszystkich widzów. Jeżeli „Dzień objawienia” ma jakąś jedną dominującą ideę, którą miałbym wskazać, to wydaje się nią przekonanie, że kontakt z nieznanym może być nie tylko źródłem lęku, ale może być — i ja wiem, jak to zabrzmi, ale film trzeba obejrzeć — może być również źródłem zachwytu.
To nie jest jakieś nowe przesłanie w twórczości Spielberga. Reżyser od lat pokazuje, że spotkanie z czymś większym od nas, z czymś, co nas przekracza, może prowadzić do chaosu i strachu, ale może także prowadzić do poszerzenia naszego spojrzenia na świat. Myślę, że nie każdy widz uzna tę perspektywę za przekonującą. Co więcej, niektórzy mogą nazwać ją zbyt idealistyczną. Jednak to chyba właśnie ten idealizm odróżnia film, ten film, o którym mówimy, od wielu współczesnych produkcji science fiction, które oparte są głównie na jakimś cynizmie lub na wizjach o charakterze katastroficznym. „Dzień objawienia” oczywiście nie jest bezbłędny, bo jest dziełem ludzkim i zawsze błędy się zdarzają. Tak, bywa to obraz nierówny, momentami zbyt rozwlekły. Mówiłem już o tym zakończeniu. Zakończenie niemal na pewno podzieli publiczność, ale jednocześnie jest to przykład widowiska science fiction, które próbuje rozmawiać z widzem o czymś więcej niż tylko o takim spektakularnym kontakcie z obcą cywilizacją. Spielberg wykorzystuje, ewidentnie wykorzystuje gatunek do zadawania pytań o prawdę, o wiedzę i o miejsce człowieka we wszechświecie.
To jest, proszę państwa, film, który może nie dostarczyć wszystkich odpowiedzi, ale pozostawia po sobie pytania warte dalszej dyskusji. I ja mam nadzieję, że ta dyskusja wcześniej czy później się pojawi. I to nie wśród ludzi, którzy zainteresowani są sprawami nieziemskimi, ale także wśród tych ludzi, którzy kiedy słyszą słowo UFO, to wzruszają ramionami i pukają się palcem w czoło. Może oni również zaczną o tych sprawach rozmawiać, bo w przypadku ambitnego science fiction to wywołanie takiej rozmowy, takiej dyskusji to jest bardzo często jedna z największych zalet. I tak jak powiedziałem na początku, ja bardzo państwu polecam obejrzenie filmu. Nie będziecie państwo żałować, ale czy wyjdziecie z kina zachwyceni? Za to już gwarancji nie biorę. Proszę państwa, to teraz czas na polecanki książkowe. Zaczynamy! Pierwszy tytuł, który przygotowałem na dzisiaj to „Złota biblioteka”.
Autor James Rollins, wydawnictwo Albatros, a książka na rynku od 17 czerwca. A książka to bestseller New York Timesa. Najnowsza powieść z bestsellerowej serii Sigma Force. Zapierające dech w piersiach połączenie historii, przygody i sensacji. Watykański archiwista wpada w Moskwie na trop spisku sięgającego trzy wieki wstecz, do krwawych czasów rosyjskich carów. Wkrótce potem zostaje zamordowany. Na szczęście przed śmiercią udaje mu się wysłać zaszyfrowaną wiadomość ostrzegającą przed przerażającym zagrożeniem związanym z tajemnicą ukrytą w złotej bibliotece, w złotej bibliotece carów. Zaginionym wieki temu w niewyjaśnionych okolicznościach ogromnym i cennym archiwum, które według historycznych przekazów mieściło się pod Kremlem. Gdy wrogie sobie służby próbują ustalić, co kryje się za śmiercią i niepokojącym odkryciem archiwisty, oddział Sigma Force zostaje wezwany do pomocy w poszukiwaniach nie tylko zaginionego skarbu, jakim jest biblioteka pełna bezcennych starożytnych ksiąg, ale także śladów prowadzących daleko, daleko w głąb Arktyki, gdzie ukryto prawdę o zaginionym kontynencie i inne sekrety. Sekrety, które mogą wywołać globalną wojnę.
Jednak Sigma Force ma też własne problemy. W National Mall w Waszyngtonie doszło do zamachów bombowych wymierzonych ewidentnie prosto w serce ich tajnej agencji, a ta pogrąża się w panice i chaosie. Ta książka to porywająca przygoda i emocjonujący wyścig z czasem, w którym skonfliktowane narody walczą między sobą, a starożytne mity o zaginionym kontynencie okazują się aż nazbyt realne. Nad serialową ekranizacją książki pracują studia Amazon MGM. Przypomnę tytuł: „Złota biblioteka”. Autor James Rollins, wydawnictwo Albatros. Książka na rynku od 17 czerwca. Drugi tytuł na dzisiaj: „Chyba nie jestem Bogiem”. Autorka Stefania Gandel, wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Ta książka również na rynku od 17 czerwca.
Kocia codzienność opowiedziana przez kota. Powieść, która wzruszyła niemal całą Europę. To historia pełna nieporozumień i wielkich uczuć, w której punkty widzenia kota i człowieka ciągle się rozmijają. A jednak między tą dwójką rodzi się prawdziwa przyjaźń. Oddajmy głos kotu. „Dwunodzy zamknęli mnie w ekskluzywnym więzieniu i zaczęli tuczyć. Potem nazwali mnie Nie. Specyficzne imię, ale o gustach nie będę dyskutował. Istnieje też szansa, że jestem Bogiem, bo wykrzykują to słowo, gdy tylko mnie zobaczą. Są naprawdę dziwni, ale muszę przyznać, że umieją upolować dobrą karmę i oferują pieszczoty, gdy tylko sobie tego zażyczę.
Tworzymy takie dziwaczne, dwunożno-czworonożne stado, ale dobrze nam tu razem. Chyba chcę tu zostać już na zawsze.” Ludzie o tej książce: „Wielki fenomen wydawniczy. 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Debiutancka powieść samodzielnie wydana przez Stefanię Gander błyskawicznie zdobyła serca czytelników i znalazła się na europejskich listach bestsellerów.” Książka napisana na cześć wszystkich kotów. A ja przypomnę tytuł: „Chyba nie jestem Bogiem”. Autorka Stefania Gander, wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Data premiery: 17 czerwca. I trzeci tytuł na dzisiaj „Foliarze. Powieść teoretycznie spiskowa”. Autorzy Marek Hucz, Marcin Osiadacz, Jan Jurkowski, wydawnictwo Znak Koncept.
Książka na rynku od 17 czerwca. Grupa filmowa Darwin napisała o tej książce: „Bardzo chcielibyśmy napisać tu jakiś chwytliwy, sprzedażowy opis, który zapewni tej książce dożywotni sukces, ale każdy opis oznaczałby zdradzenie przynajmniej części fabuły, a nie chcemy wam psuć zabawy.” Z kolei wydawca stwierdza: „Pierwsza powieść autorstwa niezrównanej grupy filmowej Darwin. Ta powieść zabierze was do świata, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje. Sorry chłopaki, musieliśmy to napisać.” Doktor habilitowany Zygmunt Misztal powiedział: „Ta książka jest szkodliwa i niepoważna.” Profesor Ilona Krawczycka stwierdza: „Proszę mnie nie cytować.” Kilka słów o autorach. Jan Jurkowski, aktor, reżyser i scenarzysta, współzałożyciel grupy filmowej Darwin. Regularnie pojawia się na deskach teatrów, występując w spektaklach między innymi w głośnym „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”. Marek Hucz, aktor, producent i scenarzysta, jeden z założycieli grupy filmowej Darwin. Lubi rysować i lubi konie. Marcin Osiadacz, dziennikarz, scenarzysta i autor tekstów. Lubi jeść, najbardziej to słodycze.
A ja przypomnę tytuł „Foliarze. Powieść teoretycznie spiskowa”. Autorzy Marek Hucz, Marcin Osiadacz i Jan Jurkowski. Wydawnictwo Znak Koncept. Data premiery: 17 czerwca. Proszę państwa, czas na korepetycje filozoficzne. Kiedy myślimy o średniowieczu, to przed oczami staje nam zazwyczaj dosyć stereotypowy obraz. Jacyś mnisi przepisujący księgi przy świecach, scholastycy spierający się o liczbę aniołów, które mieszczą się na czubku szpilki, wszechobecny autorytet Kościoła i świat, w którym odpowiedzi są ważniejsze od pytań. A w pewnym momencie pojawia się Wilhelm z Konches. I ten facet zaczyna zadawać pytania.
Dużo pytań, niewygodnych pytań. Takich pytań, które sprawiają, że część jego współczesnych zaczyna nerwowo poprawiać kaptury i zastanawiać się, czy ten człowiek przypadkiem nie przesadza. Bo Wilhelm miał pewną cechę, która w XII wieku mogła być niebezpieczna. On lubił myśleć. W dodatku lubił myśleć samodzielnie. Urodził się około 1085 roku we Francji. To były czasy niezwykle ciekawe. Europa budziła się po długiej intelektualnej drzemce. Powstawały szkoły katedralne, rozwijały się miasta. Do obiegu wracały teksty starożytnych autorów.
Ewidentnie w powietrzu wisiało coś nowego. Dzisiaj historycy nazywają ten okres renesansem XII wieku. I właśnie w tym renesansie Wilhelm odegrał rolę jednego z najbardziej oryginalnych myślicieli. On nie był rewolucjonistą w sensie politycznym. Nie chciał burzyć Kościoła, nie zamierzał walczyć z chrześcijaństwem. Pragnął czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego. Chciał zrozumieć świat. Jego podstawowa zasada była zaskakująco prosta. Bóg stworzył świat, a skoro tak, to świat powinien mieć sens. A skoro ma sens, to można próbować ten świat badać.
I nie wystarczy powiedzieć: Bóg tak chciał. To byłaby co prawda odpowiedź kończąca rozmowę, ale zdecydowanie niewystarczająca. Wilhelm wolał pytanie, które taką rozmowę mogło dopiero rozpocząć. W jaki sposób to wszystko wokół nas działa? I to pytanie stało się jego znakiem rozpoznawczym. W sumie tak zaczyna się najbardziej fascynująca część historii Wilhelma. Większość średniowiecznych uczonych zadowalała się stwierdzeniem, że świat istnieje, ponieważ został stworzony przez Boga. Wilhelm chciał wiedzieć coś więcej. Interesowało go nie tylko kto, ale także jak. Gdy zastanawiał się nad deszczem, wiatrem czy ruchem gwiazd, szukał naturalnych wyjaśnień.
Nie oznaczało to odrzucenia Boga. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Wilhelm uważał, że Stwórca nadał światu porządek, a człowiek powinien ten porządek odkrywać i jest to jego obowiązkiem. W pismach filozoficznych można znaleźć zaskakującą myśl. Wilhelm pisze: „Kiedy potrafimy wyjaśnić jakieś zjawisko za pomocą praw natury, wcale nie umniejszamy w ten sposób Boga. Odkrywamy jedynie sposób działania jego dzieła”. Dla wielu współczesnych była to niemal intelektualna herezja. Dla Wilhelma to był zwykły zdrowy rozsądek. W jednym ze swoich dzieł napisał zdanie, które mogłoby znaleźć się w podręczniku współczesnej nauki: „Nie wystarczy wiedzieć, że coś jest dziełem Boga. Trzeba jeszcze zrozumieć, jak Bóg tego dokonał”.
Dla wielu ludzi mogło to brzmieć niemal prowokacyjnie, bo przecież łatwiej jest uznać tajemnicę za tajemnicę. Wilhelm uważał jednak, że rozum także jest darem Bożym, a skoro tak, to należy go używać. To stanowisko uczyniło go jednym z prekursorów średniowiecznego racjonalizmu. Wilhelma szczególnie interesowała przyroda. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że był filozofem natury. Był w dodatku jednym z tych ludzi, którzy patrząc na burzę, nie pytają tylko o jej znaczenie symboliczne. Pytają również, skąd biorą się błyskawice. Gdy obserwował niebo, interesowała go nie tylko teologia, lecz także astronomia. Gdy patrzył na człowieka, ciekawiły go nie tylko kwestie duszy, ale również anatomia i fizjologia. To oczywiście nie oznacza, że był nowoczesnym naukowcem.
Do tego brakowało jeszcze kilku stuleci, ale kierunek był już właściwy. Największą inspiracją Wilhelma okazał się Platon, a właściwie jego późnoantyczna interpretacja zawarta w dziele „Timaeos”. To właśnie tam znalazł wizję kosmosu jako uporządkowanej całości. Całości rządzącej się określonymi prawami. Świat nie był dla niego chaotycznym zbiorem cudów. Przypominał raczej dobrze zaprojektowany mechanizm. Nieprzypadkowo wielu historyków widzi w Wilhelmie jednego z duchowych przodków późniejszej nauki europejskiej. Najwięcej emocji wzbudzały jednak jego poglądy dotyczące człowieka. Wilhelm próbował wyjaśniać funkcjonowanie ludzkiego organizmu za pomocą naturalnych przyczyn. To dzisiaj brzmi niewinnie, ale w XII wieku była to intelektualna odwaga.
Kiedy inni chętnie odwoływali się do cudów i tajemnic, Wilhelm próbował znaleźć racjonalne wyjaśnienia. Szczególnie interesujące są jego rozważania o narodzinach i rozwoju człowieka. Wilhelm próbował opisywać procesy biologiczne w sposób możliwie naturalny. Dzisiaj część jego wyjaśnień wywołałaby uśmiech na twarzy lekarzy, ale ważniejsze było samo podejście niż szczegółowe odpowiedzi. Zadziwiające jest to, że niektóre zwierzęta traktował jako obiekty godne badań samych w sobie, a nie wyłącznie jako symbole moralne znane z bestiariuszy. W epoce, która uwielbiała doszukiwać się ukrytych znaczeń w każdym stworzeniu, Wilhelm coraz częściej pytał po prostu o jego rzeczywistą naturę. Można powiedzieć, że podczas gdy wielu uczonych średniowiecza czytało przede wszystkim księgi, Wilhelm próbował czytać także sam świat. I być może właśnie dlatego niektórzy historycy nauki widzą w nim jednego z prekursorów późniejszej metody naukowej. Nie dlatego, że był naukowcem w nowoczesnym znaczeniu tego słowa, lecz dlatego, że wierzył w coś bardzo prostego. Natura nie jest zagadką przeznaczoną do podziwiania.
Jest zagadką przeznaczoną do rozwiązywania. Tak jak mówiłem, kiedy inni chętnie odwoływali się do cudów i tajemnic, Wilhelm próbował odnaleźć racjonalne wyjaśnienia. Nie dlatego, że nie wierzył. Przeciwnie. On uważał, że rozumienie stworzenia jest formą oddawania czci. Twórcy. Naturalnie nie wszystkim się to podobało. Najbardziej znanym krytykiem Wilhelma został Bernard z Clairvaux. Bernard był mistykiem. Uważał, że najważniejszą drogą do Boga jest wiara, modlitwa i kontemplacja.
Wilhelm reprezentował zupełnie inną tradycję. Był ciekawski, był analityczny. Trochę przypominał ucznia, który na każdej lekcji podnosi rękę i pyta: „No dobrze, dobrze, ale dlaczego tak jest?” Nauczyciele zwykle mają wobec takich uczniów bardzo mieszane uczucia. Co ciekawe, Wilhelm nie widział żadnej sprzeczności między wiarą a rozumem. To późniejsze epoki często przedstawiały te dwa światy jako przeciwników. On nie. Dla niego te dwa światy były sojusznikami. Wiara wskazywała cel. Rozum pomagał zrozumieć drogę. Jedno bez drugiego wydawało mu się niepełne.
W pewnym sensie Wilhelm wyprzedził swoją epokę. Próbował czytać księgę natury równie uważnie jak Pismo Święte. Kilka stuleci później podobne podejście odnajdujemy u Galileusza, Keplera czy Newtona. Oczywiście Wilhelm nie był fizykiem ani astronomem nowożytnym, ale uczestniczył w procesie, który stopniowo zmieniał sposób myślenia Europy. Uczestniczymy w procesie przechodzenia od autorytetu do obserwacji, od tradycji do dociekania, od odpowiedzi do pytań. Dlatego właśnie warto pamiętać o Wilhelmie. On nie stworzył wielkiego systemu filozoficznego, jak na przykład Tomasz z Akwinu. Nie był błyskotliwym prowokatorem, jak chociażby Abelar. Nie pozostawił po sobie szkoły porównywalnej z arystotelikami, ale reprezentował coś niezwykle cennego. Reprezentował postawę intelektualnej ciekawości.
Takie przekonanie, że świat może być zrozumiały, że pytania nie są zagrożeniem i że człowiek nie obraża Boga, próbując zrozumieć jego dzieło. Przeciwnie, może właśnie wtedy, kiedy próbuje zrozumieć, okazuje mu największy szacunek. Czasami mówi się, że nowożytna nauka narodziła się w XVI, XVII wieku. To prawda, ale tylko częściowo. Wielkie odkrycia przypominają budowę katedry. Ludzie podziwiają wieże, ale fundamenty zwykle pozostają ukryte pod ziemią. Wilhelm z Konś należał właśnie do tych budowniczych fundamentów. Nie stworzył jeszcze nowoczesnej nauki, ale pomógł Europie uwierzyć, że świat da się ogarnąć rozumem. Patrząc z perspektywy niemal tysiąca lat Wilhelm z Konś jawi się jako jeden z tych cichych bohaterów historii idei, o których świat zapomniał, a zupełnie niesłusznie. On nie budował katedr, nie dowodził armiami, nie zakładał imperiów.
On robił coś znacznie mniej widowiskowego. Myślał. A historia pokazuje, że czasami właśnie to, czyli myślenie, okazuje się najbardziej rewolucyjne. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Wilhelm z Konś. Niewielu pewno o nim słyszało. I ja się wcale nie dziwię, bo bardzo późno się dowiedziałem, że był taki filozof. On był związany ze szkołą w Chartres, o której kiedyś, dosyć dawno mówiłem. To była ważna szkoła. Ważna szkoła, bo ona tak naprawdę również budowała fundamenty pod naukę.
Zostawmy już filozofię, zajmijmy się literaturą. Zapraszam państwa na opowiadanie Piotra Prokopowicza „Impreza studencka, temporalnie jajeczna”. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[35:07] - Piotr Prokopowicz, „Impreza studencka, temporalnie jajeczna”. Tymczasowe zawirowania jajeczne na imprezie studenckiej. Historia w dziewięciu aktach opowiedziana. Akt pierwszy: otwarcie sezonu. Zaczynało się lato. Było ciepłe piątkowe popołudnie. Gdzieś wśród mazurskich jezior trzech studentów objuczonych wypchanymi plecakami zbliżało się właśnie do drewnianego, parterowego domku. „To tutaj” oznajmił uroczyście Karol. Wyciągnął klucz spod wiklinowego kosza stojącego na małej, zadaszonej werandzie. „No w końcu.
Ależ to zadupie” marudził Robert. „Lepiej mieć kwaterę w centrum wiochy. Wtedy jest wszędzie blisko”. „Nie narzekaj, bobas” odparł rezolutnie Karol i przekręcił klucz. „Mieliśmy uczcić początek wakacji weekendem na łonie przyrody. Poza tym obaj chcieliście ekonomicznie, a ten domek był najtańszy w necie”. Weszli do środka i zdjęli wypchane plecaki, rozglądając się. „No właśnie, tłuściochu” poparł przedmówcę Sylwek. „Grunt, żeby był prąd i woda. Poza tym dokąd chcesz mieć blisko?
Sprzęt mamy” stuknął delikatnie swój bagaż i uśmiechnął się szeroko na odzew brzdękającego szkła. Spojrzał na plecaki kolegów. Wyglądały podobnie, też były wypchane alkoholem. Moim zdaniem wystarczy. Sylwek czule pogładził przez materiał zaokrągloną wypukłość. A gdyby ci jutro jakimś cudem zabrakło – dodał – to spacerek do sklepu dobrze zrobi na kaca. W sumie to maksymalnie trzy kilosy – podsumował. Zaraz jednak dopowiedział smętniej: Ja zresztą nie mam rezerw finansowych. Musi wystarczyć to, co mam tutaj. Ale i tak warto się przejść.
Droga jest bajeczna – zachwycał się Karol. Po jednej stronie łączka, a po drugiej lasek. Wziął głęboki oddech i zaczął wzniośle: Gdzie bursztynowy świerzop... Tee, Korek, daj se siana z tym Słowackim. Polonista nawiedzony – zirytował się Robert. Takie rzeczy będziesz odstawiał po wakacjach na kampanii wrześniowej. Karol teatralnie skrzywił się na przypomnienie czekających go poprawek. He, he. Co to, kurwa, jest świerzop? – zacytował klasyka Sylwek.
O, to, to, to, to, to, Sylwan – podchwycił Robert. Wyciągaj lapka. Odpalamy poranek Kojota. Rozumiem, że masz. I w ogóle czas zabrać się do roboty. W końcu trzeba coś wypić. Nie no, Bobas. – Karol z wyższością popatrzył na Roberta. – Ja rozumiem, że grubasy z polibudy z definicji ignorują polskich wieszczów, ale żeby Słowackiego z Mickiewiczem mylić? Wstyd.
Poza tym, zanim zaczniemy chlać, warto się najpierw rozejrzeć – zakończył i ruszył w głąb pomieszczenia. Ale co to szkodzi, żeby otworzyć po browarku? – zauważył Sylwek. O, i za to was lubię, natrzyszkowniku Sylwan – klepnął kumpla Robert i dodał: Niby historyk, a jednak życiowy. Rozległ się syk otwieranych puszek. Studenci rozejrzeli się. Wnętrze składało się z jednej izby oraz łazienki. Meble były trzeciej młodości, ale w miarę solidne. Pośrodku stała niska ława, a przy niej fotele i rozkładana sofa. Po prawej pod ścianą stały jeszcze dwa siermiężne łóżka z materacami.
Z kolei wzdłuż lewej ciągnęła się część kuchenna. Składały się na nią: parę szafek z blatem, czajnik bezprzewodowy, dwupalnikowa przenośna płyta elektryczna, zlew i nawet jakaś stara niska lodówka. W pomieszczeniu można było wypatrzeć jeszcze kilka podstawowych sprzętów, jak miotła czy wiadro. Jest spoko. Widać, że rudera, ale czego oczekiwać za dwie dychy od łba? – podsumował pobieżną lustrację Robert, po czym dodał: Zamawiam sofę. Położył plecak na meblu i zakomentował: Załoga, śpiwory na prycze i wyciągamy amunicję. Zaczął skrzętnie wydobywać baterie puszek. A teraz grube działa – mruknął do siebie, wyjmując wódkę. Było tego trzy półlitrówki i jeszcze trzy zero siedem.
Niedobrze. W gniazdku nie ma prądu – oznajmił rozczarowany Sylwek. Z kolei Karol spod drzwi łazienki oznajmił: W łazience jest prysznic i kibel. Błe, ale śmierdzi! Aż strach podejść – zajęczał na koniec. Oj, dzieci, dzieci. – Robert przeszukiwał plecak. – Czas, aby generał Bobas przejął komendę. Przerwał na chwilę czynność i zaczął: Sierżancie Korek, co jest najważniejsze w kiblu? Hmm, muszla?
– zaproponował Karol. No, muszla też, ale to banał. To niejako warunek konieczny. Najważniejsze w kiblu jest to, aby działał, czyli spłukiwał. Sierżancie, wstrzymać oddech, uruchomić magiczne źródło. Dało się słyszeć szum wody. Robert z zadowoleniem oznajmił: Podstawowy test zaliczony, a smród to efekt uboczny i poniekąd naturalny dla tegoż przybytku. Okno jest? Obecne – potwierdził Karol, wchodząc w rolę. Wstrzymać oddech, otworzyć okno i wycofać się na z góry upatrzone pozycje.
Do czasu zapotrzebowania na dwójeczkę atmosfera się oczyści, a jedyneczkę zawsze przyjemniej zrobić na dworze. Ten pożar ugaszony. Następnie Robert odwrócił się do Sylwka. A teraz wy, sierżancie Sylwan. Zanim zaczniemy panikować, proszę o zlustrowanie pozostałych punktów energetycznych. Tu, tu i tu. – Wskazywał ręką. – A, i jeszcze przy lodówce jest podwójne. Okazało się, że trzy gniazdka, w tym to podwójne, działają. Przy okazji wciśnij też lodówkę.
W końcu chyba wszyscy jesteśmy zgodni, że ciepła wódeczka to kara za grzechy – zakończył komentowanie Robert, po czym wrócił do grzebania w plecaku. Robił to coraz bardziej nerwowo. W końcu wysypał wszystko na sofę, tworząc klasyczny barłóg i zrezygnowany oznajmił: Cholera, chłopaki, mam problem. Musicie mnie poratować. Co jest? – zapytali jednocześnie. Obaj byli przy swoich łóżkach, zajęci rozpakowywaniem się. Tak się koncentrowałem na priorytetach – Robert wskazał na baterię trunków na stole – że zapomniałem o prowiancie. Zestaw zupek chińskich z Radomia chyba został w domu. Mam tylko paczkę kabanosów.
Bo mi moja kochana matula wepchnęła na podróż. Karol i Sylwek podeszli z plecakami do ławy i zajęli oba fotele. Kontynuowali rozpakowywanie tutaj. Armia trunków na blacie rosła. Pojawił się również zestaw kubków turystycznych. No Sylwan. Słychać było uznanie w głosie Roberta. Tylko cztery piwa, a dalej to już gruby kaliber. Widzę, że się nie cyrtolisz. To może być jedyny wyjazd tego lata – odparł Sylwek.
Westchnął smutno i kontynuował: Ech, po południu w poniedziałek zaczynam robotę. Będę wykładał mięcho w markecie. I tak do września. Musiałem zapożyczyć się u starego na ten wyjazd, więc musi być solidnie. Muszę mieć pozytywny akcent, by jakoś zapamiętać te wakacje. Haha chłopie! – zaśmiał się Karol. Przecież po tym ręką wskazał flaszki przed kolegą nic nie będziesz pamiętał. I o to chodzi – odparł rezolutnie Sylwek. Będę pamiętał, że nie pamiętałem.
Po chwili dodał ponuro: Tylko u mnie też krucho z prowiantem. Wyjął mały, zafoliowany bochenek chleba. Reszta chyba wciąż leży w lodówce starych – zakończył. Oj, panowie, panowie. Karol z politowaniem pokiwał głową. Ręką gorączkowo gmerał w plecaku. Patrzcie i podzi-- kurczę! Mina mu zrzedła. Wyciągnął dwie małe torebki typu gorący kubek. Popatrzył na kumpli bezradnie.
Robert pokiwał głową ze zrozumieniem i zacytował kolejnego klasyka: Wyjąłeś, żeby nie zapomnieć i zapomniałeś. Cisza trwała dłuższą chwilę. Było to co prawda pewne niepowodzenie organizacyjne, ale bez przesady. Nie takie rzeczy kreatywny student jest w stanie przekuć w sukces. Robert pociągnął solidny łyk piwa i zaczął. No cóż, mogło być gorzej. Żarcia na dzisiaj wystarczy. Jutro trzeba będzie się kopnąć do sklepu i coś dokupić. Jak stoimy z kasą? Sam zaczął przeglądać portfel.
Ja nawet nie mam co sprawdzać – jęknął Sylwek. Poza dwiema dychami na autobus mam kilka blaszaków. Będzie tego góra pięć zeta. Ziemniaki i marchewki albo makaron, o ile są tu jakieś garnki – podsumował ponuro. Mi po odliczeniu na autobus zostanie piętnaście – przyznał Robert. Też mam niedobory finansowe. W lipcu będę siedział u wujasa w serwisie, to się trochę odkuję, ale teraz dziura budżetowa. A ty krezusie? – zwrócił się do Karola. No ja mam dwie dwudziestki i trochę w żelazie.
Odejmując cenę biletu jakieś trzy dyszki będą – oznajmił zapytany. Niestety, tydzień temu miałem scysję ze starą i nie mogłem prosić jej o dofinansowanie wyjazdu – wyjaśnił. W sumie jednak to nie jest tak źle. Bywało gorzej. Robert wstał i podszedł do szafek kuchennych. Otwierał je. Słychać było metaliczne brzdękanie. Garnki są i nawet patelnia. Wielka, można powiedzieć, że he, he obronna. O, i nawet jakaś stara sól – komentował znaleziska.
Wyraźnie jednak szukał czegoś innego. Przyszedł z musztardówką. Odłóżcie dwie dychy na powrót, a resztę wrzucamy tutaj. Kto będzie z rana najtrzeźwiejszy, idzie po zakupy. Czemu tak? – zdziwił się Karol, patrząc na szklankę. Oj, Korek, naprawdę chcesz się rano szarpać z takim grubasem jak ja, pijanym w trzy pi... dupy, żeby dorzucić kasę na zakupy? – retorycznie zapytał Robert. Już bez gadania wszyscy wrzucili pieniądze do musztardówki.
Robert zaniósł prowizoryczną skarbonkę na półkę kuchenną. Tu chyba będzie w miarę bezpiecznie – orzekł bardziej do siebie niż pozostałych. No to panowie. Sylwek sięgnął po flaszkę. Zaczynajmy w imię... Chwilunia – wstrzymał go Karol. Zdążymy. Co znowu? Warto rozejrzeć się po okolicy. Przecież wszystko obcykaliśmy.
Zaraz zapuszczę kompa. Zrobimy seans z klasyką. Czego ty jeszcze chcesz? Robert wrócił na sofę. Już otwierał usta, żeby dodać swoje trzy grosze, ale Karol go uprzedził. To już dzisiaj padło, że ciepła wódka to kara za grzechy. Ja proponuję taki plan. Mamy teraz spojrzał na zegarek osiemnastą. Zatem jeszcze wcześnie. Pakujemy to wszystko.
Pakujemy to wszystko wzrokiem wskazał na butelki do lodówki i idziemy zlustrować najbliższą okolicę. Tu, za tym laskiem niedaleko powinno być jezioro. Eee stary – zajęczał Sylwek niechętnie. Zaraz, spokojnie, to nie koniec chłopie. Ja cię nawet rozumiem – uciszył gestem kumpla. Mam tu sięgnął po bursztynową flaszkę całkiem niezłą szkocką. Wiem, mieliśmy nie brać kolorowych wyjaśniał przepraszająco, ale buchnąłem mamuśce. Pacjenci cały czas ją obdarowują, więc i tak nie wie, ile czego ma. Teraz przyda się jak znalazł. Oczywiście z lodem byłoby idealnie, ale i tak jest lepsze niż ciepła wódka.
Sylwek rozumiejąc, do czego zmierza kolega, uspokoił się trochę. Karol kontynuował. Weźmiemy to i jeszcze po browarku i przejdziemy się kawałek. Po drodze, jak szliśmy z przystanku, minęliśmy ścieżkę w las niedaleko stąd. Pewnie jest tam jakieś zejście do jeziora. Warto by zobaczyć. Zrobimy to, póki jest widno i jeszcze jesteśmy trzeźwi. To jest plan, Korek. Robert z uznaniem pokiwał głową. Jesteś normalnie demonem strategii.
Czemu nie poszedłeś na polibudę, stary? Marnujesz się na tej polonistyce. Lodówka była nieduża. Upchnęli w niej całą wódkę i połowę piw. Karol zaproponował, żeby włożyć też kabanosy. Koledzy jednak stwierdzili, że nie ma sensu. I tak do rana wszystko opęcłują, więc szkoda marnować cenną przestrzeń. Wychodząc, każdy zabrał po browarku, a Karol wziął dodatkowo opróżniony wcześniej plecak, w którym teraz znalazły się kubki oraz szkocka. Najpierw zlustrowali najbliższy teren. Z tyłu budynku odkryli półotwartą szopę, w której znaleźli komplet zapajęczonych plastikowych mebli ogrodowych.
Oczyścili je pobieżnie i rozstawili. Noc zapowiadała się bardzo ciepła, więc stwierdzili, że po powrocie zrobią popijawkę na zewnątrz. Ruszyli dróżką w kierunku, z którego niecałą godzinę temu przybyli. Sącząc piwo, szli powoli. Faktycznie ciężko było odmówić okolicy uroku. Las, łąka, do tego sporo pagórków. Stanowiło to przyjemną odmianę. Jako mieszczuchy przyzwyczajeni byli bardziej do szarości betonu i plastikowej wielobarwności billboardów. Ścieżkę zauważyli po około 10 minutach, gdy minęli pierwsze wzniesienie. Była wyraźna.
Widocznie miejscowi często tędy chodzili, przynajmniej okresowo. Wiodła prosto w głąb lasu. Drzewa rosły rzadko, bardziej jak w parku, chociaż zdarzały się spore obszary zajęte przez wysokie krzewy. Po mniej więcej 50 metrach dróżka trochę skręciła i teren zaczął się podnosić. „Korek, tobie się coś pomerdało z tym jeziorem” — odezwał się Robert. „Przecież do jeziora powinno być w dół.” „No właśnie” — włączył się Sylwek. „Wracajmy. Rozpijemy łyskacza pod domkiem. Będziemy się wałęsać po lesie, to jeszcze zabłądzimy, a tam flaszeczki już się składzają.” „Panowie, gdzie wasza żyłka podróżnicza? Jakie zabłądzimy?
Przecież wciąż widać brzeg lasu.” Karol wskazał ręką w kierunku, z którego przyszli. „Żyłka podróżnicza? Korek, pokręciło cię? Za dużo czytasz” — skwitował Robert i dodał: „Jakbyśmy chcieli urządzać spacery, to byśmy zabrali dziewczyny, a nie flaszki.” „Dobra, troglodyci i zatwardziałe mieszczuchy. Podejdziemy tylko na górkę. Tam las się rozrzeca, jakby zaczynała się polana. Jeśli nie będzie widać jeziora, to wrócimy.” Pozostali zgodzili się, pomrukując. Karol ruszył przodem, dwa kroki za nim Sylwek. Robert powstrzymał ich. „Chwilunia.
Muszę coś załatwić.” „Tylko nie sadź papieżaka” — wykrzyknął oburzony Karol. „To już faktycznie lepiej wróćmy. Nie jest tak daleko, żeby nie wytrzymać.” „Nie, nie, to jedyneczka” — uspokoił go Robert, kierując się w stronę kępy pobliskich leszczyn. „Cholera, najbardziej mnie wkurza, jak pieprzone mieszczuchy skąpią dwa złote na kibel na stacji.” Karol irytował się głośno. „Za to wszędzie przy szosie sadzą papieżaki. Normalnie strach ot tak zatrzymać się i pójść na spacer do lasu.” „Sam jesteś mieszczuchem. Poza tym różnie w życiu bywa” — odparł Sylwek. „Nie zawsze da się przewidzieć sytuację.” „O nie, ja na pewno nigdy nie zniżę się do tego poziomu” — kategorycznie i z wzgardą oznajmił Karol. „Dobra, teren zaznaczony” — podszedł Robert. „Mamy iść, to chodźmy, ale tylko na górę.
Jak chciałeś oglądać zachody słońca, to trzeba było zabrać Ewelinę.” „E tam.” Karol z niechęcią machnął ręką. Robert trącił łokciem Sylwka. „Hehe chyba przed wyjazdem mieli jakąś kłótnię. A ty demonie uwodzenia, którą byś zabrał? Baśkę czy Elkę? A może masz jeszcze jakąś inną, o której nie wiemy?” „No co ty! Nie mam na razie kasy na taki wyjazd. Przecież z dziewczynami nie da się ekonomicznie jak teraz. Zobaczę, jak będzie we wrześniu. Poza tym wyobrażasz sobie którąś z nich w tej ruderze?” „Moja by wytrzymała” — oznajmił z dumą Robert.
„Hehe bobas. Hehe bobas. Jak twojej nie przeszkadza bajzel, który masz w pokoju” — zaśmiał się Karol — „to i ta rudera będzie...” „Bo trzeba wiedzieć” — ripostował Robert — „jak dziewczynę... O ja pierdol.” Dotarli na szczyt wzniesienia. Widok zaparł im dech. Polanka po drugiej stronie kończyła się skarpą schodzącą wprost do jeziora i nic nie zasłaniało oszałamiającego widoku. Przeciwny brzeg był niedaleko. Porastały go drzewa, których gałęzie rozpościerały się tuż nad gładką taflą, odbijającą błękit nieba i żółtą kulę słońca. Woda splatała się z przybrzeżną roślinnością, tworząc tajemnicze kształty pobudzające wyobraźnię. To wszystko razem, widziane z wzniesienia, tworzyło bajeczny obraz, którego urokowi nie oparła się nawet grupa studentów nastawionych na ostre chlanie.
Podeszli bliżej skarpy i stali urzeczeni przez kilka minut. Milczenie przerwał Robert. „Nieźle. Nie ma zejścia do wody, ale i tak jest zajebiście.” Sparaobrazował kwestię z jednego ze swoich ulubionych filmów. Trzeba to oblać czymś mocniejszym. Polej korek. „Muszę przywieźć tu Ewelinę” – powiedział Karol, rozdając kubki kolegom. „Spoko, każda dziewczyna, którą tu przywieziesz, będzie twoja” – skwitował Sylwek. Stuknęli się kubkami i Robert uroczystym głosem oznajmił: „Sezon uważam za otwarty.” Akt drugi. Standard.
Rozłożyli się na trawie i kontemplowali otoczenie, od czasu do czasu leniwie komentując dziewczyny i ich zwyczaje. Oczywiście nie na sucho. Wysączyli całą szkocką, a potem również dokończyli piwo. Powrót był szybki, bo Sylwek nie chciał tracić czasu. Ciągnęło go do zawartości lodówki. Popijawę zrobili tak, jak wcześniej planowali – na dworze. Dyskusja rozgorzała na dobre. Tematyka zataczała kręgi, zaczynając od dziewczyn, poprzez przytyki związane ze studiami, wielkie pomysły na zarobienie dużej kasy i wracając ponownie do dziewczyn. Do dziesiątej opróżnili dwie flaszki, z czego jedna w całości przypadła na Sylwka. Robert z Karolem popijali również piwo.
Film włączyli, owszem, jednak oglądali najwyżej pierwszy kwadrans, zanim dyskusja nie rozkręciła się na dobre. Dlatego też nikt nie zarejestrował momentu, kiedy laptop rozładował się, kończąc seans. O dziesiątej postanowili ogarnąć trochę teren libacji i zjeść zgromadzony prowiant. Sylwek chwiejnym krokiem odniósł do domku laptopa. Miał wrócić z nową flaszką i jedzeniem. Karol z Robertem zaczęli układać galerię chwały i zebrali w jednym miejscu w trawie puste butelki oraz puszki. Jak zwykle w podobnych sytuacjach planowali przed wyjazdem podsumować całokształt. Nagle usłyszeli odgłos tłuczonego szkła i łamiący się krzyk: „Kurwa, nie!”. Zerwali się i pobiegli do domku. Robert potknął się o jedno z krzeseł i wywalił w trawę, dokładając swoje przekleństwa do tych dochodzących z budynku.
Karol z impetem wpadł do środka, a chwilę za nim kuśtykający Robert. Sylwek stał przy lodówce i jęczał: „Cała flaszka, nienapoczęta, zimniutka. Psów w dupę!” „Dobra chłopie, nie martw się” – pocieszał go Karol. „Przecież lodówka wciąż pełna. To tylko jedna flaszka.” Robert podszedł do lodówki, wyciągnął nową butelkę i podał Karolowi, mówiąc: „Weź go zabierz na dwór i polej mu, bo zaraz nam się rozklei. Ja ogarnę to tutaj.” Wskazał rozbite szkło. „Chodź chłopie, trzeba się napić.” Karol przyjacielsko klepnął Sylwka w ramię, pokazując mu trzymaną flaszkę. Mimo że wypił mniej niż Sylwek, również odczuwał wpływ alkoholu. Dlatego idąc, zbierał wszystkie siły, by nie poddać się zawirowaniom. Gdy dotarli do stołu, otworzył butelkę i nalał solidną porcję kumplowi.
Nalał też sobie, ale znacznie mniej. Wypili. Po kilku minutach dołączył do nich Robert, niosąc wiklinowy kosz. Oznajmił triumfalnie: „Popatrzcie tylko na geniusza ponibudy. Żeby uniknąć ryzyka, wynalazłem wynalazek, który pozwala na bezpieczne przenoszenie trunków.” Wskazał na kosz. Było w nim widać kilka butelek wódki, puszki piwa, kabanosy i zafoliowany chleb. Wszystko to leżało na jakiejś szmacie, która wyglądała jak zapasowe spodnie Roberta. Kantyna oferuje schłodzoną wódeczkę, piweczko i przekąski. Karol ponowił kolejkę, uwzględniając przybyłego. Każdy sięgnął po kabanosa i chleb.
„Swoją drogą” – zaczął Robert, patrząc na znikające jedzenie – „gdybyście tak mogli wybrać jakieś danie na jutro, nie licząc się z kosztami, to co by to było?” „Hm...” – Karol podjął temat – „Hm, chyba karkóweczka. Najlepiej taka, jaką robi moja babcia. Hm...” Rozmarzył się przez chwilę, po czym zwrócił się do Sylwka: „A ty?” Ten zamyślił się i po chwili powiedział: „Ja to bym golonkę, ale koniecznie z piwem.” „Sylwan, mój druhu.” – Robert klepnął kumpla z lekkim rozrzewnieniem. – „Nawet nie wiesz, jak cię rozumiem.” Jednak widać było, że nie skończył, bo przez chwilę zbierał się, żeby dodać: „Ale dzisiaj, jak pytaliśmy o drogę w tym sklepie przy przystanku, zamarzyła mi się... Wiedziałem, że mamy w szafce patelnię. Jajeczniczka.” „Jajecznica jest okej” – zgodził się Karol. „A jakże.” Sylwek wymownie przełknął ślinę. „Ale mi chodzi o...” – Robert zawahał się. – „Sylwan, wtedy, jak pytaliśmy o drogę i jak bajerowałeś tę laskę ze sklepu. Zresztą sam widziałeś.
Zagadywałeś ją nawet o to strusie jajo. Kurde, nigdy nie jadłem takiej jajecznicy.” „Też mnie zdziwiło, skąd na takim zadupiu strusie jajo” – powiedział Karol. – „Może niedaleko jest gdzieś hodowla albo zaczyna się sezon wakacyjny i liczą, że przyjezdni kupią. Tylko to będzie drogie” – zauważył wymownie. – „Droższe, niż gdybyś kupił zwykłe jaja.” „No wiem, kurde, ale raz się żyje. Na pewno wszyscy byśmy się nażarli.” Chłopaki, ja i tak dorzucam marne grosze do puli. Sylwek wyraźnie gryzł się brakiem finansów. Więc jeśli uznacie, że kupujemy to jajo, to nie protestuję. W sumie też nie jadłem nigdy takiej jajecznicy. Dobra.
Karol machnął ręką. Nie mówię nie. Jeśli potem zostanie jeszcze jakaś kasa, to trzeba będzie dokupić najtańsze jedzenie i na tym dotrwamy do powrotu. Robert rozrzewnił się na całego. Ludzie, kocham was. Wypijmy! Koledzy chętnie podjęli propozycję. To był życiowy fart, że przenieśli mnie wtedy do waszego ogólniaka. Robert rozklejał się dalej. Pamiętacie Żyrandola?
Tego, co miał matmę w drugiej klasie? Miał specyficzną łysinę. Impreza rozkręcała się standardowo. Wspominki z ogólniaka pojawiały się zawsze, gdy mieli już trochę w czubie. Sylwek jak zwykle pił szybko i dużo. Karol jak zwykle się oszczędzał, a Robert polewał bogato, gadał najwięcej, łatwo się roztkliwiał i coraz bardziej bełkotał. Tak więc koło pierwszej Sylwek stylem psim podążył w stronę domku. Robert niewiele później również ruszył w tym samym kierunku. On jednak dzięki swej tuszy lepiej opierał się wpływowi alkoholu, toteż idąc zachowywał postawę mniej więcej pionową. Zanim dotarł na sofę, cudem wyminął przeszkodę w postaci śpiącego pod ławką Sylwka, który najwyraźniej tym razem poległ przed ostatnią prostą.
Akt trzeci. Brak kultury. Karol wypił najmniej, co nie oznacza, że mało. W pewnym momencie odpłynął w głąb swych myśli. Po jakimś czasie ocknął się z zadumy i zarejestrował, że koledzy zniknęli. Założył, że już padli. W butelce na stole zostało jeszcze na oko pół szklanki trunku. Naprawdę musieli się nieźle nałoić. Robert nawet jak ma już dosyć, to nie zostawia takiej niedopitej flaszki, skomentował w myślach. Jemu samemu zwykle po większym piciu włączał się łazik.
W mieście szukałby kolejnej knajpy. Tutaj nie było dużego wyboru. Noc była jasna, żadnej chmurki, a księżycowi niewiele brakowało do pełni. Jedyne, co miał w zasięgu, to odkryta wcześniej bajeczna polana. Zapiął polar i ruszył chwiejnym krokiem. W głowie przyjemnie szumiało. Ształ powoli, wypatrując znajomej ścieżki. Gdy ją dostrzegł, zamarł. Ścieżką szybkim krokiem nadchodziła jakaś zwalista postać. No stary, kuwa.
Usłyszał zirytowany, bełkotliwy głos Roberta. Nie leć w bambuko. Był wyraźnie ożywiony. Karol patrzył oniemiały na kolegę, który wcale nie był aż tak pijany, jak wcześniej mu się wydawało. Dostrzegł, że trzyma w ręku plecak, w którym jest coś o zauważalnym ciężarze. Korek! Miałeś załatwić swoje i wracać na polanę i pilnować sprzętu. Jak się wyda, to nicie z kasy. Karol nic nie rozumiał. Robert, zniecierpliwiony, wyciągnął do niego plecak.
Dobra, masz. Ty zanieś do domu, a jak będziesz wracał, poszukaj jeszcze jakiegoś rowaru. No nie mogłem znaleźć, ale powinno być coś jeszcze koło stołu. Ja wracam na polanę. Karol wziął plecak i zajrzał. W świetle gwiazd zobaczył biały, owalny przedmiot. Jajo? Wymamrotał. No jajo. Pewnie, że jajo.
A co? Słoda kula. O mało szyciem nie przypłaciłem. Stary, ocknij się. Pędź, tylko nie rozbij. Robert odwrócił się i ruszył ścieżką w las. Karol skojarzył i wreszcie załapał. Myślał gorączkowo. No tak, jajo strusia. Cholera, ale co ten bobas wyprawia?
Co on sklep okradł? Może jakiś pies go gonił? W sumie po pijaku to już różne numery odstawiał. Jeszcze wcześniej w ogólniaku też miewał szalone pomysły i to bez picia. Całe zdarzenie otrzeźwiło go nieco. Ruszył w kierunku domu. Wrócił na miejsce popijawy do stołu ogrodowego. Koszyk był pusty, nie licząc upaćkanych spodni Roberta, ale obok faktycznie leżały jak byk dwie nienaruszone puszki. Co on, ślepy? Nie mógł znaleźć?
Pomyślał. Jajo ostrożnie włożył do koszyka, a piwa do plecaka. Ręce mu drżały, a w głowie szumiał alkohol. Ale udało się bez strat. Odetchnął z ulgą. Zanim odszedł, wzrok padł na niedopitą flaszkę. A niech tam, zasłużyłem, pomyślał i opróżnił do końca. Ruszył ponownie w kierunku polany. Mimo nocy w lesie nie było ciemno. Drzewa rosły rzadko, a rozgwieżdżone niebo i księżyc prawie w pełni dawały tyle światła, że po przyzwyczajeniu wzroku można było swobodnie się poruszać.
Gdy był już blisko celu, nogi mu się poplątały i trochę go zwiało ze ścieżki. Poczuł, że wdepnął w coś miękkiego. Spojrzał w dół. Mimo mroku jasne chusteczki rozłożone wokół wyraźnie wskazywały charakter zdarzenia. Tylko Robert mógł zrobić tutaj coś takiego. To była jedna z tych rzeczy, które najbardziej go wkurzały. Krew w nim zawrzała. Nerwy osłabione alkoholem puściły. Nie lubił bluzgać. Uważał, że to poniżej jego poziomu.
Teraz jednak nie dał rady się powstrzymać. „Kurwa, Bobas!” – wydarł się na całe gardło. – Ty pierdolony abnegacie! Wsadzę ci z powrotem w dupę to gówno. Zobaczysz. Idę po ciebie, złamasie. Ruszył chwiejnym krokiem ku polanie. W gęstszym lesie albo przy zachmurzonym niebie pewnie skończyłoby się to tragicznie. Teraz jednak panował półmrok, a las był rzadki, toteż udało mu się dotrzeć cało na samą górę. Wbiegł na polanę, spodziewając się ujrzeć kumpla w pobliżu.
Jednak nigdzie go nie było. Nogi zaplątały się w wysokiej trawie i rymsnął przed siebie. Gramolił się na kolana, uważnie obserwując okolicę. Nocny krajobraz przyciągał wzrok. Widok był piękny, wręcz magiczny. Gwieździste niebo i jasny księżyc odbijały się w gładkiej tafli jeziora. Uroku dopełniała nieregularna, ciemna linia lasu. Uspokoił się trochę. Domyślał się, że Robert zrobił mu na złość. Po pijaku stawał się nieobliczalny w robieniu dowcipów.
Teraz pewnie czai się gdzieś w okolicy i naśmiewa z obleśnego żartu. Karol stwierdził, że zemści się, wypijając samemu całe piwo. Idealnie by było, gdyby tamten ujawnił się, gdy właśnie będzie kończył ostatnie. Ugniótł wysoką trawę tak, że gdy usiadł na niej, czuł, jakby to był cienki materac. Duszkiem opróżnił pierwszą puszkę i połowę drugiej. Resztę wysączył powoli, chłonąc widoki. Nie rejestrował, że odpływa w sen. Akt czwarty: na zakupy. Robert ocknął się. Rozejrzał się wokół, szukając znaków rozpoznawczych.
Wynajęta chata, weekend z chłopakami, kac całkiem, całkiem. Bywało gorzej – skojarzył w myślach. Coś go uwierało. Powoli przewrócił się na bok i odkrył przyczynę. Koszulka, którą wziął na zmianę, była zwinięta w kłębek i wciśnięta w sofę. Mimo że ani razu nie założona, przesiąkła alkoholowym potem. W dupę tam. I tak nie ma tu dziewczyn – podsumował w myślach i zrzucił ją na podłogę. Ostrożnie usiadł. Rozejrzał się jeszcze raz uważniej.
Zobaczył synka śpiącego obok pod ławką i chciał się zaśmiać. Kapać w ustach sprawił jednak, że jedyne co wygenerował, to jakieś charczenie-kaszlnięcie. Spojrzał na zegarek. Patrzył przez chwilę, zastanawiając się, czy jest szósta, czy dziewiąta. Pamiętał, że obie cyfry mają brzuszek z ogonkiem. Umysł nie mógł jednak sobie przypomnieć, co było u góry, a co w dole. Chciało mu się pić. Powoli wstał i chwiejnie podszedł do zlewu. Odkręcił wodę. Rozglądał się za naczyniem.
Najbliżej była jakaś zagorzona miska. Nada się – skwitował w myślach, zgarniając pajęczynę. Nigdzie nie widział Karola. Ogarnął go niepokój. Tamten często po pijaku ładował się w kłopoty. Pamiętał największą akcję kumpla. Dwa lata temu podpili sobie juwenalia w akademiku u konia. Całemu towarzystwu grzecznie film urwał się w pokoju. Gdy z rana sprawdzali stan osobowy, okazało się, że znowu brakuje Karola. Odnalazł się w piwnicy w niedalekiej piekarni.
Był zamknięty od środka, ale klucza nie miał. Oczywiście nie wiedział, jak tam trafił. Było wtedy trochę zamieszania, ale w sumie nic nie zniszczył i nie ukradł, więc skończyło się jedynie na postraszeniu policją. W szerszym kręgu kumpli miał filmową ksywkę Kac Vegas. Na szczęście zwykle Karol odnajdował się po prostu w knajpie obok, a wybryki jak z tą piekarnią były naprawdę rzadkością. Sylvan, pobudka! Robert szarpnął kolegę spod ławy. Zbudź się, pijaku. Widziałeś korka? Gdzie polazł?
Sylwek machnął ręką, jakby odganiał muchę. Walnął prawą dłonią w ławę, aż się zatrzęsła. Coś zamruczał i spał dalej. Robert był duszą opiekuńczą i czuł się trochę odpowiedzialny za kumpli. Miał zasadę, której raczej przestrzegał, że nie zostawia się współimprezowiczów w potrzebie. Tylko jak zadbać o tych, co sami usilnie pchają się w przepaść? – westchnął w duchu. Wiedziony tą zasadą był gotów ruszyć na poszukiwanie Karola. Najpierw jednak musiał powalczyć z kacem. Najlepsze byłoby piwko.
Ruszył w stronę lodówki. Tam niestety znalazł same mocne trunki. Przez moment rozważał walnięcie klina. Miał jednak kolejną zasadę, że jeśli jest wspólna impreza, to nie otwiera się nowych flaszek samemu. Zasada ta nie dotyczyła niedopitego wcześniej alkoholu oraz piwa, które jako napój codziennego użytku traktował na równi z kawą czy herbatą. Znając siebie, nie spodziewał się, że znajdzie niedopitą wódkę, ale liczył na piwo. Przypominał sobie, że w nocy cały browar przełożył do koszyka. Tylko gdzie koszyk? Podwórko! Gdy dotarł do miejsca nocnej popijawy, zdziwił się niezmiernie, widząc w koszyku wielkie jajo.
Piwa jednak nie znalazł. Sprawdził kilka puszek walających się w pobliżu, ale były puste. Zlizując kropelki narobił tylko sobie smaku. Patrząc na jajo zaczął kojarzyć i wspomnienia dopasowały się do widoku. „No, no” – mruknął z uznaniem. „Korek, nie doceniłem cię.” Zrozumiał, że kumpel po prostu poszedł do sklepu, tak jak uzgodnili to w nocy. Nie bardzo tylko rozumiał, czemu nie ma go w pobliżu i czemu jajo zostawił na dworze. Chwycił koszyk i ostrożnie zaniósł do domu. Postawił go na szafce kuchennej. Wzrok zatrzymał się na musztardówce z skarbonce.
W środku była forsa. Trochę się zdziwił, ale Karol miał zamożną rodzinę i często znajdował jakąś luźną kasę w spodniach czy bluzie. Robert założył, że tym razem było podobnie. Ot, po prostu znalazł pieniądze w kieszeni i już nie kłopotał się tymi ze szklanki. Przypomniał sobie, że mieli kupić za resztę jakieś inne żarcie, więc postanowił udać się do sklepu. Przy okazji wypyta o kumpla. „Sylwan, wstawaj, idziemy do sklepu.” Trącił nogą kumpla pod ławą. Przy okazji zgarnął ze swego barłogu bluzę i pusty plecak. Sylwek mruknął coś niezrozumiale. Na dodatek gwałtowne trącenie sprawiło, że polibacyjne gazy jelitowe znalazły swe ujście z głośnym entuzjazmem.
„O nie, stary.” Robert ruszył żwawszym krokiem w kierunku wyjścia. „Tak to nie będziemy rozmawiać” – skwitował, po czym z mściwą satysfakcją zamknął drzwi. Odetchnął głęboko świeżym powietrzem i ruszył drogą. Słoneczko ładnie przyświecało. Zaczynał się kolejny wspaniały dzień. Kac ostro trzymał. Stwierdził, że skoro jajo już jest, a stan kasy nie został naruszony, to nawet jak strzeli sobie piwko i tak na żarcie wystarczy. Ruszył naprzód sprężystym krokiem. Przypomniał sobie fajną ekspedientkę ze sklepu. Przygładził włosy i zaczął układać teksty, którymi będzie ją bajerował.
Na dziewczyny najlepszy był Sylwek, ale sam również miał pewne osiągnięcia w tej branży. Szedł już z 10 minut, gdy zauważył jadącego z naprzeciwka wysoko zawieszonego SUV-a. „Namiastka terenówki dla zakompleksionych facetów” – skwitował w myślach. Odepchnął głębiej pragnienie, że jak będzie miał kiedyś kasę, to kupi sobie coś takiego. Akt piąty: eksperyment. Profesor Jędrzej Rogosowicz wraz z adiunktem Radomirem Krątkowskim już od godziny krążyli po okolicy. Szukali szczególnego miejsca. Komputer przez ostatnie trzy tygodnie analizował dane geologiczne i astronomiczne północno-wschodniej Polski. Wynikiem był optymalny czas i miejsce. Planowali przeprowadzenie drugiego etapu testów prototypu, nad którym usilnie pracowali.
Jechali autem profesora. Kierowali się GPS-em, ale cel był położony daleko od głównej drogi i urządzenie wariowało. Raz prowadziło ich prosto w gęsty las, kiedy indziej kazało skręcać w jezioro. Już trzy razy jechali jakąś polną drogą, by stwierdzić, że to na pewno nie tu i zawrócić. GPS stał się rozsądniejszy, gdy w końcu przełączyli urządzenie w tryb pieszy. Dodatkowo adiunkt trzymał w ręku komputerowy wydruk mapy bezpośredniej okolicy celu. „Panie Jędrzeju, to musi być już bardzo blisko. Może tym razem zapytajmy kogoś o drogę?” – zaproponował. „No ale nie możemy się zdradzać. Przecież to są bardzo niebezpieczne badania.
Nawet w instytucie nie wiedzą dokładnie, co robimy. A jak zapytamy o drogę tubylców, to się zaraz zainteresują co i dlaczego. Przecież nie będzie nas tu dwie godziny. Jak się miejscowi zanęcą, to rozszabrują nasz sprzęt wart kilkaset tysięcy, by sprzedać za marne grosze na złom. Tutaj są tereny popegeerowskie i wszyscy piją alkohol na umór.” „Ale mamy jeszcze tylko kilka godzin na rozpoczęcie testów. Jak nie zdążymy, to kolejna szansa dopiero za rok. Może niech im pan zaoferuje stówkę czy dwie niby za przypilnowanie sprzętu. Wtedy nie rozkradną. Może nawet pomogą nam przenieść walizki, jeśli okaże się, że trzeba podejść kawałek pieszo. Będzie szybciej.” „Zobaczymy, zobaczymy.
Ale walizek bym im nie dawał do ręki” – mruknął profesor. „O, tam. Właśnie idzie jakiś miejscowy.” Adiunkt wskazał ręką na zbliżającą się postać. Z przeciwka nadchodził otyły młody człowiek. Szedł, a raczej człapał chwiejnie. Trochę utykał, ale się nie zataczał. Przepocone, posklejane włosy sterczały w różne strony. Gdy podjechali bliżej, widać było, że bluzę ma na lewej stronie. Dodatkowo wzrok przykuwała przyczepiona do ramienia żółto-czarna skarpeta, z której obecności najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy. „Nie wygląda najlepiej.
Widać, że wczorajszy.” Ale musimy spróbować, panie Jędrzeju. „Dobrze” – wymruczał profesor. – Ale pod warunkiem, że nie będzie bełkotał. Niedobrze mi się robi, gdy słyszę pijacki bełkot. Zatrzymał samochód i otworzył okno. Przepraszam, czy mógłby nam pan pomóc? A o co chodzi? Zapytał Robert. Uff. Profesor z ulgą wypuścił powietrze, słysząc w miarę składną mowę, po czym kontynuował.
Widzi pan, nie znamy okolicy, a szukamy pewnego charakterystycznego miejsca. GPS pokazuje, że jest całkiem blisko. Pan jest miejscowy, więc na pewno lepiej zna te okolice. To powinno wyglądać – dołączył się adiunkt – jak polanka na lekkim wzniesieniu przy jeziorze. Przynajmniej z mapy tak wynika. Podniósł wydruk. Robert założył, że ich spławi. Potrzebował tego piwa na kaca, a ci faceci opóźniali mu dotarcie do sklepu. Poza tym nie znał okolicy i poczuł się też trochę obrażony tym, że wzięli go za miejscowego wsioka. Jednak gdy usłyszał, dokąd chcą dotrzeć, z rozpędu wyrwało mu się: aha, tam.
Naprawdę? Wie pan, gdzie to jest? Adiunkt wyraźnie się ożywił. Spojrzał wymownie na profesora, a ten dodał: Wie pan, jesteśmy z Instytutu Fizyki. Zresztą nieważne jakiego. Chcemy przeprowadzić pewien istotny eksperyment. Jeśli naprawdę wie pan, jak dotrzeć do tego miejsca, to może byśmy pana wynajęli na krótko. Góra trzy godzinki. To wyraźnie wprowadziło Roberta na inny tor myślowy. W obecnej sytuacji szansa na zarobienie kasy nie mogła być zlekceważona.
Tak. Co miałbym robić? Zapytał. I przyszło mu do głowy, że w razie negocjowania stawki lepiej nie okazywać zbytniego zainteresowania, więc dodał: trochę jestem zajęty. Profesor przełknął ślinę. Sprzeczne pragnienia toczyły walkę. Jak najszybciej chciał rozpocząć eksperyment, ale jednocześnie jak najkrócej chciał przebywać w towarzystwie tego pijaka. Nie mógł oderwać wzroku od żółtych pasków z skarpety z ramienia Roberta. Da się tam dojechać autem? Adiunkt zapytał rzeczowo.
Na samą polanę nie. Kawałek trzeba podejść, ale nieduży – równie rzeczowo odparł Robert. Zaciekawiło go spojrzenie profesora. O! Zauważył skarpetę na ramieniu i bez zażenowania schował do kieszeni. Do zrobienia jest niewiele – oznajmił uspokajająco adiunkt. Pomoże pan nam z przeniesieniem sprzętu, a potem go popilnuje. Profesor odwrócił głowę do pasażera i wyszeptał: przenieść nie. Jeszcze zniszczy coś cennego. Usta adiunkta poruszyły się bezgłośnie, wymawiając słowo statywy.
W oczach profesora błysnęło zrozumienie. To faktycznie trudno zniszczyć, a jest dość ciężkie. Zwrócił się do Roberta. Zatem tak. Najpierw doprowadzi pan nas na miejsce i pomoże przenieść kilka drobiazgów. Rozłożenie sprzętu zajmie nam 20-30 minut. Następnie odczeka pan na miejscu dwie godziny i to wszystko. Dostanie pan za to 100... Po krótkim zastanowieniu podbił stawkę. A niech tam 200 złotych.
Uznał, że lepiej dać więcej, żeby ten pijak nie zaczął kombinować i nie doszedł do wniosku, że korzystniejsze będzie sprzedanie ich cennego sprzętu na złom. Zgoda. Robert uśmiechnął się od ucha do ucha. W głowie tańczyła mu myśl: ha ha, dwie stówki praktycznie za nic. U wujasa musiałbym się dużo bardziej napocić, żeby tyle zgarnąć. Ścieżka na polanę zaczynała się praktycznie 100 metrów od miejsca, gdzie się spotkali. Las był rzadki, ale nie na tyle, żeby dojechać samochodem do celu. W efekcie po 20 metrach musieli zatrzymać samochód. Robert dostał do przeniesienia stalowe, rozkładane statywy. Naukowcy wzięli po dwie walizki.
Będziemy musieli zrobić drugą rundkę – zauważył profesor. Zrobimy tak – zaproponował adiunkt – że ja tu wrócę z naszym przewodnikiem, a pan zostanie i zacznie montować sprzęt. Dzięki temu będzie szybciej, na czym nam wszystkim zależy. Świetny pomysł, dziękuję. Z wdzięcznością zgodził się profesor. Robert szedł przodem. Statywy były dość ciężkie. Zatrzymywał się dwa razy, by odsapnąć. Nie protestował. Forsa zacna, a koncentrując się na wysiłku mógł choć na trochę zapomnieć o kacu.
Piękny widok – skomentował adiunkt, gdy wyszli na polanę. Po chwili wyciągnął z kieszeni jakieś czarne pudełko. Ruszył parę kroków w jedną i drugą stronę i oznajmił z radością: tak, to na pewno tutaj. Gdy wraz z Robertem wrócili ponownie na polanę, niosąc resztę sprzętu, zastali profesora krzyczącego na trawę. Proszę pana, halo, proszę się obudzić. Gdy zauważył przybyłych, zwrócił się do adiunkta. Mamy problem. Tu śpi nas-- spojrzał na Roberta i zmitygował się. Znaczy jakiś pijak. Robert rozpoznał Karola i uśmiechnął się.
Pogratulował sobie w duchu, że już nie musi martwić się, gdzie tym razem poniosło kumpla. Pan go zna? Profesor zauważył uśmiech. Po chwili dodał: No pewnie. Głupie pytanie. To na pewno też ktoś z tych okolic. O tak, znam go. Podniósł rękę. Ja się tym zajmę. Panowie, rozstawiajcie sobie, co tam macie.
My, lokalni mieszkańcy, znamy się wszyscy – dodał. Zabrzmiało to sztucznie, ale na kacu nie był w stanie na szybko wymyślić czegoś lepszego, a chciał zachować rolę miejscowego. Po pierwszym oburzeniu zaczęło mu się to podobać. Dzięki temu naukowcy rozmawiali przy nim swobodniej, a oprócz pozbycia się kaca coraz bardziej był zainteresowany eksperymentem, który chcieli tu przeprowadzić. Kłótnią przy śpiącym i zaczął go szarpać za polar. Korek, wstawaj, zbudź się! Szarpał kolegę przez co najmniej minutę, zanim ten na dobre się ocknął. Co? Ty? Gdzie?
Karol rozglądał się wokół. Wody! – jęknął żałośnie i chwycił się za głowę. – Masz coś? Stary, nie mam. Patrz na mnie i słuchaj uważnie. Ci goście tutaj dają mi dwie stówy praktycznie za nic. Myślą, że jesteśmy miejscowi. Mimo kaca umysł Roberta, zmuszony do wysiłku, wpadał właśnie na szatański pomysł. Najlepiej nic nie mów, rozumiesz?
Zapytany bardzo powoli skinął głową, kompletnie nic nie rozumiejąc. Robert wstał i podszedł do naukowców. Do statywu przymocowane były już jakieś urządzenia elektryczne. Przy jednym była nawet mała klawiaturka i wyświetlacz. I co? Pójdzie sobie? – zapytał profesor. Znaczy, on chce pilnować tego razem ze mną. Chłopak wskazał sprzęt. Co?
Przecież on ledwo na oczy widzi. Niczego nie upilnuje. Nie, to twarda sztuka. Ja go znam. Zaraz wstanie. O, już się podnosi. Faktycznie, Karol klęczał chwiejnie, podpierając się rękami. A we dwóch zawsze raźniej i jakby ktoś przyszedł. Kto? Profesor przeraził się na samą myśl.
No inny jakiś. Znaczy miejscowy inny. Albo i turysta nawet. We dwóch zawsze lepiej pilnować. Tylko ten... No on też musi coś dostać. Co? A, chodzi o pieniądze – domyślił się profesor. Przez dłuższą chwilę trwała cisza, przerywana stękami i jękami wstającego na nogi Karola. Ech – westchnął profesor po namyśle.
W porządku, ale nie podwoję stawki. Dołożę 100 złotych, a jak się podzielicie, to wasza sprawa. Student przytaknął skwapliwie, zadowolony, że udało mu się wyciągnąć jeszcze stówkę od pracodawców. Tamci kontynuowali rozkładanie sprzętu, a Robert jeszcze raz opisał Karolowi sytuację. Potem jednak wrócił i usiadł na skraju polanki pod drzewem, ale bliżej urządzeń. Chciał ich poobserwować i wyłowić co nieco z rozmów. Może zapłaćmy im od razu, pójdą się napić i będziemy mieli ich z głowy – zaproponował półgłosem profesor. To jest pewien pomysł – przyznał adiunkt. Ale jak ci tutaj pochwalą się innym z okolicy, to nie mamy gwarancji, że nie przyjdzie ich więcej. O nie, na to nie możemy pozwolić.
Profesor gwałtownie zaproponował. Trudno, niech zostanie to, co ustaliliśmy. Jakiś czas pracowali w milczeniu. Poszczególne elementy na statywach łączyli jakimiś przewodami. Ciszę przerwał adiunkt. Panie Jędrzeju, na pewno chcemy przeskoczyć dwie godziny? Może lepiej krócej? W końcu teraz to nie myszy w laboratorium, ale my. Już tyle razy rozmawialiśmy, Radomirze. Odległość w czasie nie wpływa na zużycie energetyka.
Profesor wskazał dziwny kanister z błękitną cieczą, cienkim wężykiem podłączony do urządzeń. Ale masa i rozmiar obiektów już tak. W ciągu ostatnich dwóch lat zsyntetyzowaliśmy zaledwie kilka litrów tego cennego paliwa. Myszy i szczury wysyłaliśmy już wielokrotnie, więc następne takie testy niczego nie wniosą. Zużyją tylko cenną substancję. Rozmowę kontynuowali, ale Robert nie słyszał, bo akurat odwrócili się do niego plecami. Jednak po chwili dobiegł go fragment wywodu profesora. Dlatego to miejsce jest szczególne. Symulacje wykazały, że możemy bezpiecznie skoczyć stąd do przodu, a nawet wstecz o miliony. No ale wstecz?
Adiunkt zamarł. Nie, oczywiście, że nie. To nie wchodzi w grę. Tylko hipotetycznie. Ale sam pan przecież wprowadzał w aplikacji sterującej automatyczną procedurę powrotną na wypadek udanych skoków. Uff. Adiunkt odetchnął z ulgą. No tak, to tylko jako logiczne zabezpieczenie. Nie lubię zostawiać dziur w oprogramowaniu. No dobrze, Radomirze, czas na podłączenie.
Profesor sięgnął do jednej z waliz, wyciągając jakieś gumowe ni to kalosze, ni to łapcie z przyczepionymi drucikami. Zawołaj proszę naszych strażników. Musimy ich uprzedzić, bo jeszcze z wrażenia coś nam tutaj zdemolują. Sam zaczął podłączać przewody zwisające z urządzeń na stojakach do tego oryginalnego obuwia. Panowie! Zawołał adiunkt, rozglądając się wokół. Zobaczył Roberta niedaleko pod drzewem i skinął na niego. Korek! Ten wydarł się, wstając ociężale. Gdzieś z drugiego krańca polany słychać było stękanie Karola.
Korek? Dziwne imię. Zdziwił się profesor. Może to jakieś przezwisko? Zasugerował adiunkt. Tak, tak — podchwycił Robert. On tak naprawdę nazywa się Korkowski. Wymyślił na poczekaniu. Ale wszyscy w okolicy mówią na niego Korek. Karol podszedł i wystękał suchymi ustami.
O co chodzi? Profesor się wzdrygnął. Jeszcze z lat studenckich miał awersję do bełkoczących pijaków. Panowie — zaczął adiunkt. Niebawem rozpoczniemy eksperyment. Zdjął buty i zaczął wzuwać przygotowane wcześniej przez profesora łapciągumiaki. Chodzi o to, żebyście się nie przestraszyli. Będzie to wyglądało, jakbyśmy zniknęli. Profesor także zmieniał obuwie i obserwował twarze chłopaków. Postanowił przejąć rozmowę.
My jednak pojawimy się za dwie godziny. Chodzi o to, aby dopilnować, żeby nikt niczego tu nie ruszał do naszego powrotu. Ale żebyście się nie zdziwili. Adiunkt podniósł wskazujący palec. Możemy pojawić się na krótki czas trochę wcześniej. No właśnie. Musimy skalibrować generator, żeby wyeliminować te rykoszety temporalne. Dlatego muszą być co najmniej dwie godziny. Zwrócił się profesor do adiunkta, jakby kontynuował wcześniej zawieszoną rozmowę. Zmitygował się, widząc wymowny wzrok kolegi i ponownie zwrócił się do nieszczęśliwie wynajętych strażników.
Eksperyment jednak skończy się dopiero wówczas, gdy będziemy tu ponownie równo za dwie godziny. Nasze wcześniejsze pojawienie będzie krótkotrwałe i proszę się tym nie przejmować. Tu — wskazał na cyfrowy zegar stojący na jednej z opróżnionych walizek — będzie odliczany dokładny czas do zakończenia eksperymentu. Naukowcy byli obwieszeni jakimiś pudełkami, zapewne mierzącymi różne parametry eksperymentu. Przesunęli się bliżej jednego ze stojaków, tego z klawiaturą i wyświetlaczem. Adiunkt zaczął wciskać klawisze. Coś wpisywał. Po chwili spojrzał na profesora. Ten odwrócił się i oznajmił: panowie, proszę dopilnować, żeby nikt niczego nie dotykał. Proszę samemu tutaj nie dotykać.
Jak wrócimy i okaże się, że coś jest poprzestawiane, to nici z zapłaty. Zwrócił się do kolegi. Teraz. Akt szósty. Czas to pieniądz. Urządzenie zawibrowało. Coś jak srebrzysta bańka pojawiła się wokół naukowców. Po chwili przylgnęła do nich, siorbnęła w kanistrze z paliwem i znikli. Zostały tylko kable, którymi byli podpięci do urządzeń. O ja pierdolę!
Skwitował sytuację Robert. No! Wyskrzeczał oszczędnie Karol. Zaraz jednak dodał: muszę się napić, bo padnę. Dobra — zgodził się Robert, patrząc współczująco na kolegę. I tak byłeś dzielny. Zapierniczaj teraz migusiem do domku. Uzupełnij płyny, ale zaraz wracaj. Jak się nie będziesz guzdrał, to w 20 obrócisz. Karol ruszył żwawo.
Zanim jednak opuścił polanę, Robert zatrzymał go jeszcze. Aha, stary, przynieś też flaszkę. Nie będziemy tu tak na pusto siedzieć dwie godziny. I jakąś popitkę. Zobacz też, czy zostały kabanosy z wczoraj, bo zaczyna mnie ssać z głodu. Tylko na jednej nocy, bo tu kasa czeka. Myśl o zaspokojeniu pragnienia sprawiła, że Karol dotarł do domku w pięć minut. Wypił co najmniej litr wody, zanim zaczął myśleć o dalszych działaniach. Sylwek spał i nie dało się go dobudzić. W łazience można było już wytrzymać, więc umył zęby.
W pierwszym odruchu chciał wziąć prysznic, ale bał się, że to za dużo czasu zajmie. W końcu zmienił tylko przepoconą i wytarzaną w trawie koszulkę. Do plecaka wsadził flaszkę, jedną z większych i dużą butelkę mineralnej. Na ogrodowym stole leżała pusta paczka po kabanosach, ale za to znalazł w folii ostatnie kilka kromek chleba. Odruchowo chwycił też kubki walające się na stole. Picie z gwinta nie było jego ulubionym stylem, choć wyjazdy plenerowe rządziły się trochę innymi prawami i to akceptował. Niemniej wizja wspólnej flaszki z gwinta z Robertem mocno go odpychała. Lubił kumpla, skoczyłby za nim w ogień, ale jego podejście do higieny było Karolowi zupełnie obce. Ruszył w kierunku polany, gryząc po drodze kromkę chleba. Wciąż muszło miał w głowie, ale był już zupełnie na chodzie i mógł kontynuować picie z pełną przyjemnością.
Całość trwała nieco ponad pół godziny. Gdy dotarł na polankę, przywitał go zrzędliwy głos Roberta. Stary, lata cię nie widziałem. Coś ty tam robił? Siałeś i orałeś? Masz coś? Karol wyjął flaszkę i resztkę chleba. Robert rzucił się na jedzenie. No mój przyjacielu, życie mi ratujesz. Mówił z wypchanymi ustami.
Przełknął ładunek i z uśmiechem zauważył: „Wódeczka! Polewaj. Muszę strzelić klina.” W szybkim tempie opróżnili połowę butelki. Popijając, pośmiali się z kondycji Sylwka. Chwilę wymyślali, jaki by mu dowcip zrobić, jeśli będzie jeszcze spał po ich powrocie. Widać było, że Robert żartuje na pół gwizdka i wyraźnie nad czymś główkuje. Karol chwilę podziwiał widok ze skarpy, potem jednak zainteresował się urządzeniami. „Co to jest?” „Stary, normalnie jaja samuraja.” Robert wyraźnie się ożywił. „Ja nie wiedziałem, że to jest możliwe, ale z tego, co się przysłuchiwałem, to oni tu testują jakąś machinę do przenoszenia w czasie. Mają takie elektroniczne laczki.
Podłączasz je do sprzętu, wsuwasz pepegi, klapiesz enter i cyk. Jesteś kiedy indziej.” „Co? To gdzie oni teraz?” „Nigdzie. Oni chyba skoczyli dwie godziny do przodu. To znaczy, że teraz nie ma ich nigdzie, ale za około godziny pojawią się znowu. Chyba.” Karol wyjątkowo bez ponaglenia nalał do kubków kolejną porcję. Podeszli do urządzeń i oglądali zaciekawieni. Robert objaśniał: „Jak poszedłeś po wódeczkę, to ja tu obcykałem parę rzeczy. Zobacz.” Wskazał na jedną z walizek. „Oni mają tu więcej takich magicznych łapci.
Pewnie na zapas.” Alkohol uderzał do głowy, a Robert rozkręcał się. „Hehe. Chcesz przymierzyć?” – zagadnął. „Ee, lepiej nie. Jak zobaczą, że coś ruszaliśmy, to nam nie zapłacą.” „Stary, pieprzyć te trzy stówki. Obmyśliłem lepszą akcję. Skoczymy se do przedwczoraj i ten tego, cykniemy kumulację w Lotka. Trąbili w necie, że ponad 20 baniek było. Starczy dla wszystkich. Nawet Sylwanowi coś odpalimy.” Karol odruchowo chciał zaprzeczyć, ale nagle dotarło.
„Ha, jasne. Genialne.” Rozmarzył się przez chwilę. Wyobrażał sobie minę mamuśki na informację, że się wyprowadza. Wypłynęła jednak niepokojąca myśl. „Ale czy to bezpieczne? A poza tym jak to – wskazał ręką urządzenia – uruchomić?” „Spoko, twoje szczęście, że jest z tobą wujas Bobas, geniusz polibudy. Wszystko obczaiłem, zanim wróciłeś.” Robert wskazał palcem swoje czoło i zaśmiał się. „Hehe. Ja se to wszystko przemyślałem. Skoro oni na tego...
To znaczy, że nie ma ryzyka dla zdrowia. Przecież by się nie narażali. Poza tym gadali, że to miejsce – zatoczył krąg rękoma – jest specjalne, bo tu jest bezpiecznie robić te skoki.” Alkohol działał coraz mocniej, blokując płynność wypowiedzi. Karol uznał, że wyjaśnienie kolegi ma sens. Jednak znowu coś go zaniepokoiło. „Ty, ale jak wrócimy?” „Spokowodza. Jeden mówił, że jak w tył, to automatycznie wraca. Taka ten tego, procedura bezpieczeństwa” – wyjaśnił Robert, podając kolence łapcio-gumiaki. Ten niepewnie zaczął nakładać. Były luźne, ale miały paski dociskające.
Przyjrzał się noce. „Stary, hehe. Normalnie jesteś demonem mody” – skomentował Robert, jednocześnie samemu nakładając ostatnią parę. „Jakbyś wpadł na dyskę w takich pepegach, to żadna ci się nie oprze.” „Ha ha. Dobre Bobas. Może zachowam sobie i otworzę tego linię produkcyjną.” „Pyk, pyk, pyk. Tu do łapcia podłączamy klamerkę” – komentował działania Robert. „Teraz klawiaturkę, standardzik. Hehe. Prawie jak u wujasa w ten tego, w serwisie RTV.
Jeszcze tylko...” Alkohol mącił jasność myśli, jednak Karolowi coś się skojarzyło i krzyknął: „Stój! Data i...” Robert dalej robił swoje, jakby nie usłyszał. „Bobas, stój!” „Enter.” Chłopak zatrzymał się w ostatniej chwili. „Co? A ty wiesz jakie numery trzeba skreślić?” Robert zrobił wielkie oczy. „Cholera, masz rację. Kupilibyśmy kupon i dupa.” Odłączyli klamry i nie zdejmując tych dziwnych butów, podeszli w stronę skarpy. Usiedli na trawie. „Myśleć. Myśleć.
Może sprawdzić w necie numery?” – analizował Robert. „Nie ma zasięgu” – odparł Karol, zbijając pomysł. „Wczoraj próbowałem dzwonić do Eweliny i nigdzie nie było nawet pół kreseczki na SMS-a. Trzeba by chyba aż do tej wioski się cofnąć.” „Niedobrze, niedobrze. No, nie mamy czasu. Zanim obrócimy, tamci już się pojawią.” Robert spojrzał na zegar odliczający czas. „Mamy coś ponad pół godziny” – skomentował i zaczął mruczeć do siebie. „Taka szansa. Taka szansa! Jedna na całe życie.
Musimy to wykorzystać.” Podsunął kubek Karolowi. „Polej jeszcze. Wódeczka jest dobra na pomysły.” „Końcówka” – oznajmił Karol, opróżniając butelkę do naczyń. Były pełne. Zaprawieni w bojach studenci wypili bez mrugnięcia. Popili mineralną i każdy pogrążył się w myślach, intensywnie szukając natchnienia. Wódka popychała Roberta bardziej w stronę marzeń niż konkretnych propozycji. Przewijał w głowie różne zapamiętane filmy, w których postacie miały do czynienia z dużymi pieniędzmi. Próbował dopasować je do sytuacji, w jakiej się znaleźli. Ten trop dał w końcu efekt.
„Mam!” – wykrzyknął. Karol aż podskoczył. Po chwili zapytał: „No i co? No mów, chopie.” Robert spojrzał krytycznie na kumpla. „Będziesz peniał. Zaraz zaczniesz szukać problemów.” To zirytowało Karola. Alkohol niedawno przyjęty w całkiem dużej dawce nakręcał go dodatkowo. „Najwyżej sam zrobię” – skwitował Robert. Ta prowokacja sprawiła, że Karol wstał chwiejnie. „Chopie, nie wnerwiaj.
Masz za tchórza? Wstawaj, zaraz cię…” Podniósł ręce do pozycji bokserskiej. „To z dinozy!” – rzucił Robert, przerywając wypowiedź kumpla. Wiedział, że tamten nie zrozumiał przekazu. „Pamiętasz Park Jurajski? Wiesz, ile tam było zapłacili za żywego dinozaura? Cztery. Ale to trzeba mieć cojones” – zakończył. „Dobra.” Karol klepnął się w klatę, aż zadudniło. „Jedziemy.
Wstawaj.” „Dobra.” Robert stuknął wskazującym palcem kumpla. „Tylko żebys nie narudził.” I ruszył, kołysząc się w stronę urządzeń. Chwiejnie, bo chwiejnie, ale jednak jakimś cudem udało im się wpiąć do sprzętu. Robert wpatrywał się w klawiaturę. „Ty, Olek, ile mam wpisać?” „Co?” „No te dinozaury, to kiedy one żyły?” Karol wyraźnie się zamyślił, walcząc z zamroczeniem, by wydobyć potrzebną informację, która pozwoli udowodnić światu, że ma cojones. „Wpisz sto milionów.” „Całkiem nieźle” – skomentował Robert, któremu mózg przeskoczył na sąsiedni tor i myślał, że zapytał o kwotę, jaką dostaną za dinozaura. Robert stracił trochę czasu na celowanie palcem we właściwe klawisze. Spojrzał na kolegę i wybełkotał: „To ostatnia szansa na wycofanie.” W odpowiedzi usłyszał: „Pierdol się, dawaj.” Wcisnął entera. Akt siódmy: Łowy. Zaskwierczało i posypały się iskry.
Popatrzyli na siebie niepewnie. Było zupełnie inaczej niż wówczas, gdy naukowcy robili skok w czasie. Polanka gwałtownie pociemniała i chwilę potem znikła. Ucichło ćwierkanie ptaków. Pojawiły się dziwne drzewa i dziwne krzewy, choć niektóre były podobne do paproci. Trawy nie było w ogóle. Jezioro zniknęło, zastąpione przez rzadko zalesioną równinę. Była bezchmurna noc. Temperatura wyraźnie spadła. Na pewno nie było to lato.
Na szczęście nie było też zimy. Adrenalina buzowała w żyłach, orzeźwiając ich nieco. „O kuwa, to zadziałało. Jesteśmy” – całkiem przytomnie zauważył Robert. „No i co teraz? Gdzie te dinozaury? Czemu jest ciemno?” – zapytał Karol. Nikomu nie chciało się poruszać kwestii tego, co stało się z urządzeniem. Robert wzruszył ramionami i odparł: „Trzeba poszukać. Idziemy.” „Zaraz” – powstrzymał go kolega i dodał zaniepokojony: „Ale te dinozaury to duże były.
Jak ty je chcesz ten tego?” „Nie, stary, ale małego.” I zrobił małe koło dłonią, sugerując tak zwane zwinięcie drobiazgu. Potem powtórzył: „Idziemy, tylko cicho, bo pouciekają.” „Aha” – kiwnął głową uspokojony Karol, po czym wstrzymał kolegę, mówiąc: „Idziemy, ale nie tam, bo tam było jezioro i jak wtrącimy to plum.” „Zrozumiem. Słusznie” – zgodził się Robert i dodał: „Oznaczmy to miejsce, żebyśmy wiedzieli, że tego.” Po czym zaczął mocować się z drzewem, żeby odłamać gałąź. W końcu mu się udało. Położył gałąź na ziemi i oznajmił: „Tu, gdzie ta gałąź, jest nasza baza.” Karol skinął głową. Zaczęli iść. Lekki wiatr poruszał roślinami, wywołując ledwo słyszalny szum. W sumie panowałaby cisza, gdyby nie głośny szelest dwóch par nóg i nie mniej głośne sapanie ich właścicieli. Umysły wierzyły w sukces wyprawy, zaś podświadomość pobudzona adrenaliną w szybkim tempie zamieniała alkohol na energię, która rozgrzewała studentów i pozwalała poruszać się skutecznie, unikając upadków. Stan po mroczności jasnej powoli ulatywał, dopuszczając też do głosu kolejne racjonalne myśli.
Mijały minuty. Szli powoli. Po kwadransie Karol zwrócił się do kumpla: „Ty, a kiedy my wrócimy?” Jak złapiemy tego dinozaura. Ale ile mamy czasu? Nie wiem. Pewnie nas cofnie, jak czas się skończy. Robert się zatrzymał. Do niego również dotarła pewna niepokojąca myśl. Ty masz kurwa rację. Lepiej się nie oddalać od bazy.
Pewnie, że mam rację – przytaknął Karol, zupełnie nie wiedząc, o co chodzi kolece. A co? Jak nas cofnie, to lepiej być blisko bazy, bo tamci mówili, że tylko tam jest bezpiecznie. Ale wracajmy trochę inaczej, żeby więcej terenu przeszukać. Niestety nigdzie nie było widać dinozaura. Ani małego, ani dużego. W pewnym momencie weszli w jakieś paprociowisko. Robert potknął się i przewrócił. Bluzgając, usiadł, poprawiając łapcia, który zsunął się z nogi. Rozejrzał się.
Wokół były paprocie, ale on siedział w niewielkim kręgu dość równo wygniecionych roślin. Pośrodku leżał stosik dużych białych owali. Ha! Korek. Jestem genialny. W dupę z dinozaurami. Zabierzemy jaja. Zaczął ładować białą kulę do plecaka. Zadowolony z siebie podniósł się na nogi i oznajmił: A może wezmę jeszcze jedno na wszelki wypadek. Spojrzał na kumpla.
Tamten stał jak sparaliżowany tuż za obrębem gniazda i patrzył wytrzeszczonymi oczami na Roberta, a raczej na coś, co było za nim. On sam dopiero teraz zwrócił uwagę na odgłos sapania zupełnie inny niż ludzki. Niepewnie odwrócił się i ujrzał tuż obok, nie dalej niż pół metra, gadzią głowę ze świdrującym go okiem, pod którym w połowicznie otwartej paszczy połyskiwał rząd białych i szpiczastych zębów. Wyglądało to jak makabryczny uśmiech. Na pewno był to dinozaur, ale nie jeden z tych gigantycznych. Mały, góra dwumetrowy. O kurwa! – cicho i piskliwie zajęczał Robert. Dinozaur poruszył się. Akt ósmy.
Złodzieje. Nagle otoczenie uległo zmianie. Zniknęły paprocie, drzewa stały się normalne. Zrobiło się wyraźnie cieplej. Karol był obok. Powtarzał w kółko: Cholera, cholera, cholera! Robert również zaciął się na jednym słowie. Miał jednak inną mantrę. Kurwa, kurwa, kurwa! Po kilku minutach emocje osłabły.
Wróciliśmy? – zapytał Karol. Najwyraźniej. Co teraz? Robert spojrzał na plecak, w którym znajdował się eksponat z prehistorii. Rozejrzał się wokół i oznajmił: Jesteśmy gdzieś blisko polany. Trzeba to schować, najlepiej w tomku. Wstrząsnął plecakiem i podsunął Karolowi, po czym dodał: Ja wracam na polanę. Pilnuj. Tamten już wyciągnął rękę, jednak przeżyte emocje zrobiły swoje.
Zamiast wziąć od kolegi plecak, wytrzeszczył oczy, chwycił się za brzuch i stękając oznajmił: Cholera, nie mogę. Muszę, muszę. I oddalił się między drzewa. Ale co? Robert był zdezorientowany i nagle zaskoczył. Ha, ha, stary, i na ciebie przyszła kolej. Jak skończysz, to leć pilnować, a ja zaniosę. Na koniec dodał bardziej do siebie niż do Karola: Muszę coś wypić, ale z wódeczką trochę przesadziłem. Tam przy stole na pewno gdzieś piwo leży. Wystarczy dobrze poszukać.
Las był rzadki, a noc jasna. Księżycowi niewiele brakowało do pełni. Robert orientował się, że jest w okolicach ścieżki. Kilka minut błądził w różne strony, ale w końcu na nią trafił. Zaraz potem dostrzegł brzeg lasu i przyspieszył. Ogromnie się zdziwił, a jeszcze bardziej zirytował, widząc Karola, który jak gdyby nigdy nic szedł drogą wzdłuż lasu. Z początku chciał się na niego wydrzeć, ale wiedział, że tamten w sumie jest bardziej delikatny psychicznie, a w świetle tego, co przeszli, to nawet nieźle się trzymał. Dlatego podchodząc powiedział tylko: No stary, kurwa, nie leć w bambuko. Tamten patrzył oniemiały. W pewnym momencie skoncentrował zdziwiony wzrok na plecaku, który Robert trzymał w wyciągniętej ręce.
Korek. Miałeś załatwić swoje i wracać na polanę i pilnować sprzętu. Jak się wyda, to nic z kasy. Widać było, że Karol wciąż jest w lekkim szoku. Robert, zniecierpliwiony, wyciągnął do niego plecak. Dobra, masz, ty zanieś do domu, a jak będziesz wracał, to poszukaj jeszcze jakiegoś ropwaru. No, nie mogłem znaleźć, ale powinno być coś jeszcze go stołu. Ja wracam na polanę. Karol wziął plecak i zajrzał. Jajo?
– wymamrotał. No jajo! Pewnie, że jajo. A co? Złota kula. O mało szyciem nie przypłaciłem. Stary, ocknij się. Pędź, tylko nie rozbij. Robert odwrócił się i ruszył ścieżką w las w kierunku polany. Wydawało mu się, że trauma ostatniej przygody powoli zanika.
Jednak gdy krzaki z boku zaszeleściły, zamarł. Nasłuchiwał, licząc na to, że to tylko wiatr. Szelest się powtórzył, wyraźnie zdradzając, że coś tam się porusza. Panicznie odskoczył w tył i zaczął biec. Po kilkunastu krokach potknął się jednak i poleciał na twarz, ocierając sobie policzek o pień drzewa. Słyszał w pobliżu dziwne pacnięcia. Odwrócił się szybko, zaciskając pięści. Planował walczyć i drogo sprzedać skórę, ale nikogo nie ujrzał, a odgłosy ucichły. W dali dostrzegł niewyraźne, ale dość charakterystyczne rysy zwierząt. „Uff.
Sarny. Kurwa” – odetchnął z ulgą, po czym dodał w myślach: „Bobas, weź się w garść stary. Dobrze, że cię Korek nie widział, bo by obśmiewał cię na każdej imprezie do zasranej śmierci”. Wstał i przez dłuższą chwilę kręcił się, szukając ścieżki. Spotkanie z sarnami otrzeźwiło go i ostatecznie grubą kreską odcięło drastyczne wspomnienie półuśmiechniętej groteskowej paszczy gada. Uzmysłowiło mu namacalnie, że jest w świecie ssaków, gdzie dinozaury są prehistorią. W końcu znalazł ścieżkę i raźnym krokiem pomaszerował na polanę. Gdy tam dotarł, zauważył ze zdziwieniem, że Karol również już tu jest. Prawdopodobnie przygoda z sarnami trwała dłużej, niż zarejestrował. Coś mu jednak w otoczeniu nie pasowało.
„Bobas, ktoś ukradł cały sprzęt. Wszyściutko” – łamiącym się głosem oznajmił Karol. Rzeczywiście o to chodziło. Polana była pusta. Puściutka. Roberta zatkało z wrażenia. Przez kilka chwil milczał, a potem wyszeptał: „Kto? Jak?” Rzucił pytania w powietrze. Akt dziewiąty. Nic się nie stało.
Nagle coś stało się ze światłem i odgłosami. Księżyc zamienił się w słońce, oślepiając tak, że musieli dłońmi zasłonić oczy. Jednocześnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ptaki zaczęły ćwierkać. Ogłuszeni i oślepieni stali przez chwilę, nie wiedząc, co się dzieje. Jednak ostatnio w krótkim czasie przeżyli wiele mocnych wrażeń, więc teraz szok nie trwał długo. Alkohol osłabiał już tylko koordynację ruchową, a myśli intensywnie szukały wyjaśnienia. Powoli oczy przyzwyczajały się do światła. Dostrzegli sprzęt naukowców. Stał dokładnie tam, gdzie go ostatnio widzieli. Różnica była taka, że kilka urządzeń wyglądało na przykopcone.
„To chyba teraz dopiero wróciliśmy” – skwitował Robert. „To gdzie byliśmy poprzednio?” „Chyba raczej kiedy, a nie gdzie.” „No tak. Zmyliło mnie, że u dinozaurów też było ciemno” – przyznał Karol. „Stary, ja tylko myślałem o tym, że wywinąłem się spod tamtej paszczy. W ogóle nie kojarzyłem, że powinniśmy wrócić w dzień” – dodał Robert. Po chwili spojrzał na zegar na walizie i oznajmił: „Mamy chyba 10 minut, zanim tamci wrócą.” Jednak w życiu studenta poza zaliczeniami i sesją nie ma nic pewnego. Toteż nagle na polanie pojawili się naukowcy. Profesor oznajmił z zadowoleniem: „I po wszystkim.” „Nie, nie, spokojnie, panie Jędrzeju, to przecież rykoszet temporalny” – zaoponował adiunkt. Spojrzał na zegar i dodał: „Za chwilę skoczymy jeszcze 10.” Zauważył świeżo odrapaną twarz Roberta. „Pan się z kimś bił?” Jednocześnie profesor dostrzegł okopcone urządzenia i zawołał zrozpaczony: „Oni zniszczyli nasz sprzęt!” Patrząc na pusty kanister, głos mu jeszcze bardziej się załamał.
„Gdzie energetyk?” Ruszył w kierunku dwóch chwiejnie stojących gości. „Nie, lepiej niech pan się nie przemieszcza za dużo.” Adiunkt powstrzymał profesora. „Co prawda mamy teoretycznie zabezpieczenie korygujące lokalizację i nie utkniemy w trwałych obiektach, ale jeszcze nie testowaliśmy tego w szerszym zakresie. Poza tym pomiary eksperymentu będą przekłamane.” Wskazał na pudełka, którymi tamten był obwieszony. „Ale to nie my.” Robert szedł w zaparte. „To jak panowie zniknęli, to się samo wszystko zjarało.” Widać było, że profesor nie był już taki pewny. Wyraźnie rozważał możliwość, którą zasugerował mu młody człowiek. Po chwili jednak poczerwieniał. Wyciągnął rękę w stronę Karola, który stał najbliżej i krzyknął: „Samo? Tak?
Kłamstwo!” Palcem wskazywał charakterystyczne obuwie, które chłopcy cały czas mieli na nogach. „Panie Korkowski, już ja was!” Naukowcy zniknęli. Robert, gorączkowo przeszukując trawę, zawołał do kumpla: „Stary, spieprzamy stąd. Oni będą tu za osiem minut. Gdzie ja walnąłem buty?” Karol zaskoczył i też zaczął szukać obuwia. Czemu on mówił na mnie Korkowski? Bo go wkręciłem. Spieprzamy w podskokach. Ruchy, ruchy. Nic o nas nie wiedzą.
Myślą, że jesteśmy miejscowi, więc jak nas nie chwycą teraz, to nam się upiecze. Musimy zostawić te laczki, bo może da się je jakoś namierzyć. Znalezienie i założenie swoich butów zajęło im dwie minuty. Karolowi wciąż jeszcze czasami plątały się nogi i język. Mimo to prawie biegli. Robert praktycznie pozbył się już wszelkich niedogodności alkoholowych. „Go, go, go!” – poganiał kumpla. „A co jak przyjdą do naszego domku?” – zaniepokoił się Karol. „Wystawimy Sylwana, żeby z nimi gadał. Przecież go nie widzieli.
Musimy to tylko trochę przygotować. Mam nadzieję, że się podle już obudził.” Z daleka widzieli, że Sylwek wygrzewa się na progu w otwartych drzwiach domku. Zauważył ich, pomachał ręką na powitanie i wszedł do środka. Byli już blisko, gdy wyszedł z domu z patelnią. „Chłopaki, widziałem, że kupiliście to jajo strusia. Głupio mi, że ja dorzucam tylko groszaki, więc pomyślałem, że chociaż wykonam robotę. Trochę męczyłem się ze skorupą. Na szczęście pod zlewem znalazłem młotek i jakoś poszło. Smak ma dziwny, ale da się zjeść. Chodźcie, jajeczniczka jeszcze ciepła.” Koniec.
[02:03:20] - Proszę państwa, a teraz czas na Filmotekarium. Dzisiaj odrobina przemocy. Piotr Cielebiaś już czeka. To nie znaczy, że będziemy się pojedynkować na antenie. Żadnego tak zwanego mordobicia nie będzie, ale będzie „Mortal Kombat 2”. Dzień dobry wieczór państwu. Filmotekarium. No tak, Filmotekarium, Filmotekarium. Niby teraz dużo filmów. Dużo, dużo, ale te najważniejsze dopiero przed nami.
A dzisiaj film... Ja mam mieszane uczucia. Grę znam. Filmy, które powstają z gier rzadko bywają udane. No i powstał kolejny „Mortal Kombat 2”. Czy to jest film udany? O tym postaramy się dzisiaj opowiedzieć. Używam liczby mnogiej, bo oczywiście dzień dobry, wieczór Piotrze.
[02:04:27] - Dzień dobry, wieczór. Dzień dobry wieczór. Używasz liczby mnogiej, bo i Mortal i Kombat dzisiaj. Ja myślałem, że wejdziesz z taką, nie wiem, jak to powiedzieć nawet nie wiem, jak się nazywa to w slangu muzycznym. Tu tu, tu tu. Że zaintonujesz tą słynną muzykę z filmów. Ale jednak nie. Powiedzmy sobie szczerze my chyba nie mamy takiego talentu wokalno-muzycznego jak inni. Dobrze, darujmy sobie już te wszystkie muzyczne elementy. One też są ważne, bo o nich powiemy.
Natomiast „Mortal Kombat 2”, drodzy państwo, weszło, już trochę sobie siedzi na rynku. Uniwersum dla niektórych kultowe. Chociaż mam wrażenie, że mówiąc o Mortalu, to większość ludzi ma na myśli właśnie gry niż filmy. Te filmy zawsze miały charakter drugorzędny wobec gier, aczkolwiek muszę powiedzieć, że samo uniwersum dla mnie jest ciekawe. Ono jest mroczne. To jest takie mroczne fantasy, dość udane, pokrewne trochę „Władcom wszechświata” i „Conanowi” na przykład. To jest takie uniwersum, gdzie czary, inne wymiary, prawa nieznane ludzkości mieszają się wzajemnie i warunkują być albo nie być całych planet. Czy ja grałem za dzieciaka w Mortala? Oczywiście, że grałem i to nawet w różne odsłony. Czy wtedy lubiłem?
Wtedy tak. Czy gram dzisiaj? Nie. Nie gram i nawet mnie nie ciągnie do tego. Ale jakiś sentyment do tego uniwersum i do historii zapoczątkowanej filmem z lat 90. pozostał. Choć miejmy świadomość, że to jest wszystko, czyli te wszystkie filmy, w sumie ten jest czwartym, jest bardzo proste, nieskomplikowane, z jasnym podziałem na dobro i zło. I tak naprawdę „Mortal Kombat” się odwołuje do najbardziej prymitywnych instynktów, bo to jest przecież mordobicie, nawalanka typowa. Film, jak wszystkie inne z tej serii, opowiada o zmaganiach dwóch frakcji, czyli światła i cienia. Tak to można nazwać w uproszczeniu.
Jedną frakcją dowodzi Mak Shao Kahn, drugą Lord Raiden, władca piorunów. W pierwszym filmie grał go europejski aktor. Już zapomniałem, jak on się nazywał. Ten, co grał Nieśmiertelnego. Nie wiem, czy Marku pamiętasz. Natomiast tutaj już mamy aktora pochodzenia azjatyckiego. Zawsze w filmach z cyklu „Mortal Kombat” chodzi o to samo, czyli nie dać się pokonać w turnieju walki. Chciałoby się powiedzieć walki wręcz. To nie jest prawda, dlatego że uczestnicy zawsze stosują szereg broni, gadżetów, różnego rodzaju czarów. Nie jest to więc takie stuprocentowe mordobicie i kung-fu.
Oni czasami mają ciała wspomagane jakimiś maszynami i tak dalej. W tym turnieju walczą i ludzie, i potwory, i demony, i magowie, i nekromanci, i potomkowie reptilian. Chociaż akurat nie w tej odsłonie, a we wcześniejszych. Co jest dużym plusem „Mortal Kombat”, jeżeli chodzi o filmy, to takie zwinne połączenie Mroku i humoru, ale pamiętajmy, że ten film jedzie w większości na sentymencie tak naprawdę. Ale ten "Mortal", o którym dzisiaj mówimy, to jest kino dla fanów. To jest kino proste, może nawet trochę przyjemne, ale on nie dorównuje poprzedniej wersji ani tej pierwszej odsłonie z lat 90. pod żadnym względem. Ale i tak ogląda się to z pewną przyjemnością. Przynajmniej tak mają ci, którzy grali w tą słynną grę. A ci, którzy nie grali, chyba przejdą obok tego obojętnie i z małym zrozumieniem, bo to ani nie jest film kung-fu, ani to nie jest fantasy.
Chodzi mi o to, że oglądając ten film bez wiedzy na temat, czym "Mortal Kombat" jest, czujemy się trochę zagubieni, jeżeli sobie nie dopowiadamy, kto jest kim i z czym ten ktoś nam się kojarzy. Ja nie umiem wejść w buty kogoś, kto tego nie zna, ale myślę, że to może być wtedy dość niemiłe doświadczenie. To znaczy takie doświadczenie, jakie mieliśmy oglądając... Nie wiem, Marku, pamiętasz, był taki film kiedyś na Netflixie, gdzie próbowano stworzyć grupę bohaterów. Ja już zapomniałem, jak ten film się nazywał. I oni też walczyli. To było bardzo podobne. Mi się to strasznie nie podobało. Zjechaliśmy to okrutnie. Ja myślę, że ktoś, kto jest niezaznajomiony z "Mortalem", to do tego filmu podejdzie właśnie tak, jako do kompletnego gniota.
Natomiast sprawa sentymentu, dobrych wspomnień z dobrych lat 90. może tutaj odgrywać kluczową rolę.
[02:09:34] - Piotrze, ja mam mieszane uczucia w związku z tym filmem. Nie powiem, że napędzany jestem sentymentem, bo owszem, grałem w grę, ale bez fascynacji. Może już byłem po prostu za stary, ale grywałem w tę grę. Natomiast to uniwersum razi mnie na kilku poziomach. Nie na poziomie walk. Te walki nawet można oglądać. To nawet momentami bywa pasjonujące, jak oni się tam leją, tym bardziej że oni się leją na rozmaite sposoby i czasami zaskakujące. Natomiast dwóch rzeczy nie mogę zdzierżyć po prostu. Po pierwsze takiego źle napisanego patosu, który się tam pojawia i on jest rażący. Był taki moment na początku filmu, gdzie ja prawie głośno się śmiałem, bo stopień takiego właśnie uwznioślenia, ale zupełnie nieuprawnionego, jest tam trudny do zaakceptowania.
Jak ma człowiek wrażenie, że tam się cuda dzieją. Teoretycznie tak, dzieją się, bo losy całych światów się decydują. No dobra, ale druga rzecz, która mnie razi w tej serii, a w tym filmie już wyjątkowo, to jest umowna akcja. To znaczy ten film tak naprawdę nie ma fabuły. To było świadome przesadzenie. Owszem, ma fabułę, ale ona jest, jakby to delikatnie powiedzieć, nawet nieszczątkowa. Ona jest podporządkowana tym kolejnym walkom, które powtarzam, one są atrakcyjne wizualnie. Sam byłem zaskoczony, z jaką fascynacją te walki śledziłem. Natomiast powiązanie ich akcją, naprawdę zastanawiam się, czy ten strajk scenarzystów do teraz trwa w tym Hollywood? Raczej nie.
Ale po prostu miałem wrażenie, że te łączniki pomiędzy walkami, tę opowieść, która się snuje przez cały film, można byłoby napisać lepiej, bardziej logicznie, bardziej jakoś tak, jak to się mówi, z jajem, żeby to jakoś się toczyło. Tymczasem my mamy takie: jak już nie starcza pomysłów, to robimy żarty. Główny bohater jest żartownisiem, co się zowie, naprawdę boki zrywać. Te żarty są po prostu takie, jakie są. Więc ta umowność fabuły jest dla mnie jako dla człowieka, który jednak żyje wśród książek, śledzi fabuły, trudna do zniesienia. Co więcej, ona jest podwójnie trudna do zniesienia, bo ja jestem w stanie sobie wyobrazić fabułę, która z sensem by te walki łączyła. Co więcej, dawałaby im lepsze umocowanie niż wytworzyli to scenarzyści. I ja rozumiem, że ktoś zaraz powie: "To jesteś taki mądry, to napisz coś takiego, żeby to się cieszyło takim powodzeniem". Nie, w ogóle nie tak do tego podchodźmy. Skoro ktoś oferuje nam produkt filmowy, który ma nas przykuć do siedzeń w kinie albo do fotela w domu, to ja oczekuję, że on nie tylko da mi fajną rozrywkę w postaci tego mordobicia umownego, które się toczy.
Umownego dlatego, że oni się nie tylko po tych gębach biją. W ogóle tam jest totalna demolka. Atrakcyjna, powtarzam atrakcyjna. To się dobrze ogląda, ale naprawdę to by się dało połączyć lepiej. I ja nie staram się zdobyć stanowiska scenarzysty, tylko uprzejmie Domagam się albo uprzejmie proszę, żeby jednak filmy, które z racji tego, że są filmami rozrywkowymi, które oparte powinny być na fabule, żeby jednak tę fabułę rozbudowywały i żeby nie odwoływały się do patosu, do tego, że jest jakiś wielki władca, który władza niemal całym wszechświatem, tylko jeszcze ziemi nie opanował, że on ma chrapkę na ziemię i teraz będą wielkie zawody i takie lampiony się świeciły czerwone i niebieskie i to w ogóle będzie bardzo ważne. Ktoś tam kogoś zdradzi, ktoś komuś się sprzeniewierzy i to będzie cała oś akcji. Nie, tak się tego nie robi i moim zdaniem jest jakiś zastój, jakiś paraliż mózgu wśród scenarzystów. Nie wiem, z czego to wynika, który powoduje, że potencjalnie rozrywkowe i fajne projekty, ja nie mówię, że ambitne. Ja nie jestem zwolennikiem kina absolutnie ambitnego. Nie.
Lubię kino rozrywkowe, tylko ono powinno być rozrywkowe. I tego w tej drugiej odsłonie „Mortal Kombat” nie znajduję. Znajduję jakieś dowcipasy, znajduję jakiś humor, który w ogóle mnie nie śmieszy. Znajduję szczątkową akcję, która ma być niby zaskoczeniem. Tam są zwroty tej akcji. Tylko problem polega na tym, że większości z tych zwrotów się spodziewałem. To co mnie tam ma zaskoczyć? I nad tym tak naprawdę w sumie boleję, bo ja lubię kino, które porwie mnie, a to kino mnie na pewno fabułą nie porwało. Trochę bronią się te walki i to przyznaję.
[02:15:52] - Ja bym nie był taki bardzo krytyczny, dlatego że musimy na to spojrzeć tak samo jak na filmy o superbohaterach z Marvela albo z DC. One są w większości podobne. Tam fani oczekują na przykład określonych powiedzonek, zachowań, odniesień postaci i tak dalej. To samo otrzymują w „Mortal Kombat”. Czyli to jest film może trochę bardziej dla pewnej grupy społecznej, a ponieważ to jest dość duża grupa, z racji tego, że gra była naprawdę popularna i to nie mówimy już o komputerowych wersjach czy grach na automatach, ale mówimy też o takiej polskiej rzeczywistości, kiedy „Mortal Kombat” krążył jako gra spiracona w jakiejś rosyjsko-chińskiej wersji, zbłądził pod strzechy i grało się w niego namiętnie. Także ja to tak postrzegam. Musimy zawiesić na kołku naszą ocenę, ale jak mówiłem, chcąc być sprawiedliwymi, muszę wziąć pod uwagę, że są tacy, którzy Mortala albo nie lubią, albo nigdy nie grali. I dla nich to będzie po prostu kiepskie. A ci, którzy są gdzieś w zasięgu tego pola sentymentalnego, powiedzą, że to takie jest, bo to takie musi być, bo to zawsze takie było. Tu nie ma o czym myśleć, tu się trzeba po mordzie bić.
Motywem przewodnim w tej części, o której dzisiaj mówimy, jest zemsta, zdrada i przemijanie. Czyli księżniczka Kitana, która jest pasierbicą potężnego maga, kontaktuje się potajemnie z siłami dobra, aż zostaje pojmana. Tymczasem mistrz sztuk walki i aktor Johnny Cage walczy, ale z przemijającą sławą. Te postaci są doskonale znane graczom. W toku pojawiają się oczywiście kolejny Raiden, Sonya, Jax i inni, w tym zębaty Baraka. Część bohaterów oczywiście ginie. Taki jest urok tego uniwersum. Nie widzimy kilku innych charakterystycznych postaci, które były na przykład w pierwszej części, takie jak Goro czteroręki, ale on już miał swoje pięć minut. Ten film, tak jak mówiłem, nawiązuje do pewnych sloganów, hasełek, zachowań. Mamy słynne fatality, czyli taką widowiskową śmierć zadawaną temu, kto przegra.
Mamy to słynne hasło finish him, czyli wykończ go. To ludzie kojarzą. Plus oczywiście muzyka, która swoje robi i ma ten nostalgiczny charakter dla pokolenia lat 90. Wszystko to razem sprawia, że otrzymujemy filmiszcze, ale nie arcydzieło. Nikt się go nie spodziewał. To można obejrzeć z pewnego rodzaju przyjemnością, tylko też taka prawda jest, że tak jak w filmach o superbohaterach zawsze możemy się spodziewać, co nastąpi, że to będzie w sumie zawsze o tym samym. Zatem w zależności od naszej tolerancji na tego typu produkcje, to się chyba tyczy nie tylko tego uniwersum, możemy albo w to wejść i zapomnieć, bo co tu więcej rozpamiętywać, albo przejść obojętnie. Sama historia jest banalnie prosta. Oczywiście wiele powtórzeń. Dla mnie minusem jest ciemność tego mroku.
Ten film jest po prostu ciemny. On też nie jest za bardzo mroczny. Ta pierwsza część była taka dziwaczna, mroczna. To już jest taki Herkules, który był emitowany na Polsacie jako serial. To jest coś takiego, tylko w innym uniwersum, czyli to, co widzimy od pewnego czasu jako podstawę seriali czy filmów fantasy. One wszystkie wyglądają identycznie w sumie, jak się tak przypatrzymy. Ale on jest za ciemny. Powinno być więcej światła. Ktoś powie: „Możesz se, Piotrze, rozjaśnić po prostu ekran i będziesz miał”. Ale wydaje mi się, że te filmy dużo tracą, kiedy one się odbywają po części w ciemności.
Ja pamiętam, że trochę inaczej to wyglądało w tym pierwszym Mortalu, który jakoś mnie pozytywnie do tej pory nastraja, a to już jest odcinanie kuponów. Dla mnie okej, ta dwójka jest okej. Ponoć ma być też trójka i pewnie możemy się spodziewać dokładnie tego samego, ale wydaje mi się, że i ta jedynka, jedynka jako jedynka z lat 90. I ta jedynka z roku 2021. One były trochę lepsze albo o niebo lepsze.
[02:20:32] - A ja coś jeszcze powtórzę. Ten słaby i chaotyczny scenariusz spowoduje, że mamy takie poczucie, że fabuła jest pretekstem, tylko pretekstem do kolejnych walk. I to jest moim zdaniem duży błąd, bo postacie, jak to bywa w filmach, nie mają szans, żeby zostać rozwiniętymi w odpowiedni sposób, satysfakcjonujący. Tam nie ma miejsca na to, żeby postacie się rozwijały, a to tak naprawdę jest istotą kina, że postać się zmienia w filmie. Drugim takim, moim zdaniem poważnym zarzutem jest nierówne tempo tego filmu, bo niektóre postacie są wprowadzane w sposób tak pośpieszny, jakiś taki, mam wrażenie, że komuś tam naprawdę brakowało czasu. I to przeskakiwanie pomiędzy wątkami to jeszcze da się znieść. Ale to pośpieszne wprowadzanie postaci, to jest moim zdaniem trudne do zaakceptowania. Dalej. To prawda, film jest nastawiony na fanów gier i to moim zdaniem, tak myślę, miałem tylko jedną rozmowę na ten temat, dlatego się tak trochę wycofuję, ale na podstawie tej jednej rozmowy stwierdzam, że to dobrze działa na fanów, którzy lubią to uniwersum. Działa to świetnie, ale chyba, hipoteza robocza, to się odbywa kosztem jakości samego filmu.
Dalej. Piotrze, ja rozumiem. Fanowie rzecz ważna. Tylko że są potężne zmiany w treści filmu, scenariusz w stosunku do tego świata growego, tak go nazwijmy. Te decyzje fabularne, które były podjęte przez scenarzystów, one w jakiś sposób zmieniają to uniwersum, w jakiś sposób niszczą kanon. Poza tym, dobrze, powiem to, chociaż miałem tego nie mówić. Mówiłem o tym, że są dowcipasy w tym filmie. Moim zdaniem za dużo jest w tym filmie humoru i to tego humoru nie najlepszego sortu. Te komediowe sceny, szczególnie związane z Johnym, one osłabiają taki wydźwięk historii. Nie wiadomo, jak ją traktować.
Czy to jest właśnie komedia, czy to jest film chociaż trochę na poważnie. I to bardzo mi nie grało. Powiem coś jeszcze. Walki. Walki powiedziałem, były fajne, ale były nierówne. Ta choreografia i te efekty, niektóre z nich były świetne, a niektóre po prostu to CGI wyłaziło tam ze wszystkich kątów i to wyglądało sztucznie. Po prostu sztucznie. Ja i tak obejrzałem ten film i jak będzie trójka to pewno też go obejrzę. Natomiast na pewno nie będę się zaliczał do fanów przynajmniej po Mortal Kombat 2.
[02:24:04] - Ale to wiesz. Myślę, że to samo dotyczy większości filmów. Nie wiem o Spider-Manie, o Supermanie, o Doktorze Strange'u i tak dalej. One są odtwórcze i to jest pewna grupa odbiorców. Nie wiem, czy rosnąca grupa, bo to jest też problem. Nie sądzę, żeby dzisiaj Mortal Kombat jako gra było tak popularne, jak było za moich czasów. Także jest to nomen omen gra na sentymentach i nie wiem, czy po prostu tworząc film tak skrótowy można sobie przyhołubić tych, którzy nigdy w to nie grali albo którzy jakoś nie za bardzo pałają miłością do tego świata, do tej gry. Dzisiejsi gracze, tacy gracze, którzy się urodzili po '90 roku, to oni patrzą na to zupełnie inaczej. Już dla nich to jest trochę jak Wakacje z duchami Mortal Kombat takie mam wrażenie. Oczywiście tam cały czas wychodzą nowe odsłony, ale w środowisku gier jest tak, że są miłośnicy retro, którzy zawsze będą mile pewne sprawy wspominać.
Wiesz, Mortal Kombat powstaje ciągle. Słyszymy, że będzie trójka, ale już na przykład taki Mario Bros. Wiemy, były filmy i animowane i był film pełnometrażowy nawet swego czasu, ale nie odniosło to wielkiego sukcesu. Tak samo jest z innymi grami, które co prawda były przenoszone na ekran, ale skutki były różne. A ten Mortal Kombat jakoś sobie radzi. Tylko właśnie pozostaje pytanie, co jeżeli ta opowieść będzie przedstawiana w takim skrócie, że dostajemy film bez scenariusza? Bo kiedyś dojdzie do takiego momentu, kiedy magia tych bohaterów
[02:26:02] - Przestanie działać. Tak jak w przypadku Johnny'ego Cage'a teraz widzimy, że on już się starzeje w tym filmie i jest nierozpoznawalny. Ale kiedyś dotknie to wszystkich bohaterów Mortal Kombat. I co wtedy? Trzeba będzie scancelować to uniwersum, bo gry już chyba nie są aż tak bardzo popularne, jak były kiedyś. Zastąpiły je inne. Ale ciekawe jest też to, że o ile ten Mortal cały czas budzi jakieś emocje, tak na przykład Street Fighter, który za moich czasów był takim równoważnikiem. Tych gier typu mordobicie było mnóstwo, ale Street Fighter był w pewnym sensie konkurentem. Oferował coś podobnego. I Street Fighter jako film też przecież był.
Pamiętamy go pewnie. Pamiętają go ci, którzy się interesują fantastyką. Natomiast on się już potem nie przerodził w nic innego. A ten Mortal ciągle z tego jabłuszka jak robak wychodzi. Czas, proszę państwa, teraz na polecanki z pogranicza. Przypominam: strona Nieznany.pl. Tam znajdziecie państwo wszystkie książki, które w tym cyklu polecam. Nie tylko znajdziecie, ale możecie państwo na tej stronie owe książki zamówić. Polecam się w takim razie łaskawej pamięci. Polecam ten adres, powtórzę: Nieznany.pl.
I zaczynamy polecanki z pogranicza. Pierwszy tytuł: „Podróże w nieznane”. Autor: Bruce Moen. Tłumacz: Dorota Konieczka. Wydawnictwo Galaktyka. Czym różni się nasza ignorancja, która zmusza nas do życia w strachu przed śmiercią, od ignorancji naszych przodków, która nakazywała im wierzyć, że Ziemia jest płaska? Bruce Moen pokazał w Instytucie Monroe'a techniki ułatwiające podróże poza ciałem. Jak pisze w książce, jest zwyczajnym człowiekiem, więc wykształcenie umiejętności poruszania się w wielowymiarowej rzeczywistości nie było dla niego łatwe. Jako inżynier stworzył więc własne techniki pracy z umysłem, techniki ułatwiające przenoszenie się do światów nam na co dzień niedostępnych. Poznanie OBE, out of body experience, pozwala zrozumieć, co dzieje się z naszą świadomością, gdy kończymy ziemską egzystencję.
Daje to zupełnie nowe spojrzenie na proces życia i umierania. „Podróż w nieznane” to kontynuacja pionierskich podróży poza ciałem, dalekich podróży i najdalszej podróży Roberta Monroe'a. A ja przypomnę tytuł: „Podróże w nieznane”. Autor: Bruce Moen. Tłumacz: Dorota Konieczka. Wydawnictwo Galaktyka. I pozostaniemy przy tym autorze. Druga książka Bruce'a Moena, którą chciałbym państwu polecić: „Podróże do życia po śmierci”. Tłumaczka to również Dorota Konieczka. Wydawca również Wydawnictwo Galaktyka.
Co dzieje się z nami po drugiej stronie życia? Autor, badając świat życia po śmierci, ponownie przedstawia nam dowody na to, że śmierć fizyczna jest jedynie krótkim zdarzeniem dla dalszej wiecznej świadomości. Za pomocą przełomowych technik Moen projektuje siebie samego poza ciało i podróżuje poza śmierć w nowe dziedziny życia. Jego podróże dają mu wiedzę dostępną jedynie dla tych, którzy zdolni są wychodzić poza ciało. Wraz z Moenem odbędziesz podróż do jądra Ziemi. Zrozumiesz, na czym naprawdę polega astrologia, a nawet nawiążesz kontakt z istotami spoza Ziemi. Jeszcze bardziej fascynujący i zdumiewający jest jednak obraz społeczeństwa dusz, jaki przedstawia Moen, a także jego badania światów niefizycznych oraz coraz większe zrozumienie tego, czego doświadczył i zobaczył. Przeczytaj „Podróże do życia po śmierci” i odkryj wraz z Bruce'em naturę kosmosu oraz naszego miejsca w tym kosmosie. Przypomnę tytuł: „Podróże do życia po śmierci”. Autor: Bruce Moen.
Tłumacz: Dorota Konieczka. Wydawnictwo Galaktyka. I dalej pozostajemy przy autorze. Tytuł: „Podróż poza wszelkie wątpliwości”. Autor: Bruce Moen. Tłumacz ponownie Dorota Konieczka i ponownie wydawcą jest Galaktyka. Większość z nas spodziewa się, że wizyta w świecie zmarłych jest podróżą w jedną stronę, odbywaną tylko raz. Ta pewność nie jest udziałem Bruce'a Moena. Dowiesz się, czego doświadczył Bruce w czasie swoich podróży i powrotów do świata niefizycznego. Moen podjął się zdumiewającego zadania.
Przekazuje zmarłym informacje i pomaga iść dalej, wykorzystując podczas tak zwanych odzyskań to, czego nauczył się dzięki programowi Linia Życia prowadzonemu przez Instytut Monroe. Moen opowiada o początkach tych podróży i swoim sceptycyzmie w pierwszej książce z serii „Podróże w nieznane”. Teraz z kolei zabiera nas na naukę samodzielnego latania. Pomoc udzielana zagubionym duszom przekonała Moena, że świat życia po śmierci istnieje naprawdę i że możemy nawiązać z nim kontakt, zaznaczyć go na mapach i podróżować. Podróżować przez jego bezkres. Ośmiel się towarzyszyć nieustraszonemu badaczowi światów Światów niefizycznych i podąż za nim poza granice strachu, poza wszelkie wątpliwości. Przypomnę tytuł: „Podróż poza wszelkie wątpliwości". Autor Bruce Moen, tłumacz Dorota Konieczka, wydawca Galaktyka. Proszę państwa, były polecanki z pogranicza. To czas na „Książki z pogranicza", a zatem na naszą MAUP-ę.
Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy kolejny tom z cyklu „Fenomen", który pod koniec XX wieku wychodził w Polsce. Dzisiaj tom zatytułowany: „Duchy zwykłe i złośliwe". Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy „Książki z pogranicza". Odcinek kolejny, któryś tam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:33:07] - Dzień dobry wieczór. To ja od razu z grubej rury powiem, o co dzisiaj chodzi, bo dzisiaj znowu wracamy do periodyka „Fenomen". Co to jest? Gdzie to się ukazywało? W Polsce się ukazywało. Kiedy się ukazywało i tak dalej. To mówiliśmy w przypadku poprzednich części. Tam nasze wnioski były różne w zależności od tematu, jaki dany numer poruszał. Mówimy tutaj dzisiaj o publikacji z 1999 roku, także jest to dość już leciwe. A dlaczego mówimy o tak naprawdę periodyku w „Książkach z pogranicza"?
Bo tak naprawdę przypominam gwoli ścisłości, „Fenomen", chociaż ukazywał się w równych odstępach czasu i można go klasyfikować jako czasopismo, to tak naprawdę był książką, dlatego, że był tłumaczony przynajmniej w większości przypadków, które pamiętam z jakichś à la książkowych publikacji z Zachodu. To pismo się nie utrzymało. To pismo zostało skasowane dość szybko, chyba nawet w 1999 roku z tego, co pamiętam. Można o tym jeszcze za chwilę kilka słów powiedzieć, jak Marek będzie chciał, bo to rzeczywiście nie była taka zwykła gazeta, ale dla mnie to jest dodatkowa podróż sentymentalna. Dlaczego? Dlatego, że mam wrażenie, iż duchy, bo temu poświęcamy dzisiejszy odcinek i temu jest poświęcony zeszyt „Fenomenu". Duchy już dzisiaj mało kogo kręcą, a swego czasu to był jeden z topowych tematów paranormalnych, bardzo często poruszanych. Zawsze jak mówiono o parapsychologii czy strachach jakichś, to duchy przede wszystkim. Nawiedzenia, seanse, spirytystyczne zjawy, media i tak dalej. To strasznie pobudzało kiedyś wyobraźnię.
Chociaż wtedy i to jeszcze właśnie w tych czasach, kiedy ukazał się ów numer „Fenomenu", interpretowano duchy jeszcze na sposób spirytystyczno-ludowy. Czyli duch to jest ktoś, kto pokutuje na ziemi, jakaś cząstka człowieka. A dzisiaj to postrzeganie się nieco zmieniło nie tylko w społeczeństwie, ale też w samej parapsychologii. Duchy dzisiaj już chyba nie wydają się tak straszne jak w XIX i XX wieku. Sami zobaczcie, że gdy dzisiaj mowa o duchach na przykład w filmach, jest mało filmów o duchach w ogóle, ale jeżeli już, to są przedstawiane nawiedzenia. Ale tym bytem, który odpowiada za nawiedzenia, to już nie jest taki zwyczajny duch. Najczęściej właśnie demon albo jakiś duch o demonicznych inklinacjach. Czyli mamy jakieś ciężkie nawiedzenia. O tym się dzisiaj mówi. W internecie temat jest w jakimś stopniu nadal popularny, ale raczej w postaci kanałów o ghost hunterach.
A w przypadku publikacji w „Fenomenu” tak naprawdę cofamy się o względnie niedługi czas i widzimy, czego się kiedyś bali ludzie jeszcze nie tak dawno i jak myśleli na temat pewnych spraw. To moim zdaniem w tej naszej podróży dzisiejszej jest chyba najciekawsze, bo sama treść, to za chwilę powiemy, ale dla młodszych pokoleń taki blast from the past, takie sięgnięcie nie tylko w głęboką przeszłość, ale w przeszłość względnie bliską, taką, którą przecież dobrze pamiętamy, może się okazać pewnym szokiem, że wtedy wyobrażano sobie pewne rzeczy zupełnie inaczej. Kładziono na szali zupełnie inne odważniki. To nam pokazuje, jak szybko zmieniają się wierzenia i podejście ludzi do pewnych spraw i jak jedne strachy są, drodzy państwo, zastępowane innymi.
[02:37:02] - Ja nie ukrywam, że duchy to nie jest moja pasja. Może dlatego, że nigdy nic duchopodobnego nie widziałem. Jakoś się nie zetknąłem, nie było okazji i ja z dużą ciekawością podszedłem do tej książki i odkryłem coś, o czym Piotr nie powiedział, a z czego może z racji tego, że nie do końca mnie ten temat pasjonuje, to może nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. A to w „Fenomenie", w tym odcinku o duchach zwykłych i złośliwych jest. Otóż tam przez wiele rozdziałów nienachalnie przewija się taka teza, że duchy to zjawisko, które nazywamy duchami. One są bardziej powiązane z naszą rzeczywistością materialną, niż chcielibyśmy w to wierzyć. To nie są jakieś zwiewne istoty, które się gdzieś tam na murach zamków pokazują i są takie prawie mgliste i rozwiewają się na wietrze. Ja przekonałem się na podstawie lektury Tejże książeczki czy też tego odcinka czasopisma, że w bardzo wielu miejscach podkreśla się mocne zakotwiczenie owych tworów duchopodobnych czy duchów w naszej rzeczywistości, o związaniu tychże istot z naszą materialną rzeczywistością. To się powtarza rozdział po rozdziale i trochę mnie to, jakiego tu słowa użyć, nie tyle zastanowiło, co pokazało mi, że to nie tylko jest podróż sentymentalna do dawnych wierzeń, do XIX-wiecznych stwierdzeń, tylko mowa jest na przykład w jednym z miejsc o tym, że ważna jest energia, że to jest jakiś rodzaj energii, że to coś jest powiązane energetycznie z naszym światem. Wiecie państwo, energia, materia to w gruncie rzeczy to samo.
To skrót myślowy, ale bardzo à propos. Zatem jak byłem przygotowany na książkę, która będzie mi opowiadać o towarzystwach parapsychologicznych, towarzystwach opisujących duchy i tak dalej. Oczywiście są takie momenty, gdzie opisuje się seanse spirytystyczne, te wszystkie odciski w parafinie chociażby i tak dalej, te wędrujące stoliki. To wszystko jest, ale gdzieś tam po marginesach pojawiają się właśnie te sugestie o związku duchów z naszą rzeczywistością. I jeśli miałbym wskazać coś, co fascynuje przynajmniej mnie w tej książce i powód, dla którego warto po tę książeczkę sięgnąć, to właśnie to. Być może ja się tym niepotrzebnie fascynuję. Być może to dla ludzi obeznanych z tematem, mocno zakotwiczonych w sprawach, nomen omen duchowych, to jest rzecz oczywista. Dla mnie taka oczywista wcale nie była i z tym większą ciekawością przeczytałem całą książkę, bo tam jest dużo różnych faktów. Ale umówmy się, z faktami o duchach to jest trochę tak, jak z faktami o UFO. Jedna pani drugiej pani albo jeden pan drugiemu panu opowiada, że widział i przysięga się na wszystkie możliwe autorytety, że widział.
Opisuje to bardzo szczegółowo, ale my jako odbiorcy zawsze albo prawie zawsze jesteśmy skazani na coś w rodzaju wiary. Jedni w to wierzą bardziej, drudzy w to wierzą mniej. Natomiast jeśli, i wrócę do tego, co już mówiłem, temat powiązać z energią, z silnym powiązaniem tak zwanego tamtego świata, świata duchów, świata, do którego ponoć odchodzą ludzie, silnego związku pomiędzy tymi światami, to to mi się wydaje frapujące i do przemyślenia, co więcej, do rozwinięcia, do poszukania różnych związków. I to już nie z paranauką, ale z nauką i to tą głównonurtową.
[02:41:44] - Tak, bo to powiązanie duchów z naszym światem wynika z wgłębiania się w temat. Bo o ile mówiąc o duchach, wychodzimy od podstawowego wierzenia, że to są duchy, które zostały na Ziemi uwięzione tutaj, w tym matriksie, jak się to teraz nazywa, tak potem odkrywa się zjawiska, jakie były badane przez parapsychologów i tych wczesnych, i tych późniejszych, czyli takie zjawiska jak fantomy, różnego rodzaju materializacje oraz poltergeisty. I się okazuje, że niekoniecznie jest tak, że to są przybysze z zaświatów, że seanse spirytystyczne to jest w ogóle ciężki temat według mnie, bo dzisiaj one są, myślę, uważane w większości za jakąś tam szarlatanerię.
[02:42:40] - Folklor.
[02:42:41] - Tak, ale wtedy, nawet jeszcze w 1999 roku, to ludzi mocno interesowało. Dzisiaj to myślę, że już tak średnio. Zdjęcia ektoplazmy okej, może jeszcze robią wrażenie. Natomiast poltergeisty rzeczywiście wyglądały na manifestacje energetyczne i wszystko zależało od tego, jak na to patrzymy. Bo ktoś, kto miał silne spirytystyczne ukierunkowanie, powiedziałby, że to jest duch, który się komunikuje w sposób bardzo gwałtowny, bo on chce coś powiedzieć, a oczywiście nie może mówić, dlatego rzuca na przykład przedmiotami. Ale szybko zauważono, że na przykład manifestacje poltergeistów się koncentrują wokół określonych osób. Czyli może to jednak jest bioenergia jakaś, wcale nie duchowa, tylko to jest telekineza na przykład. Ale cały czas furtka dla spirytystów była otwarta. Furtka mówiąca, że to medium wyzwala jakimiś tam fluidami, poprzez które duch działa, te wszystkie tajemnicze zjawiska kojarzone z poltergeistem. Czyli ta dyskusja trwała cały czas i tak to wygląda, ale ona była dość jałowa, muszę powiedzieć.
Dla mnie osobiście najciekawsze publikacje o duchach to są te pióra Colina Wilsona, bo one nam pokazują, że to jest tak naprawdę bardzo nieoczywista tematyka. W przypadku publikacji fenomenu No cóż, ona jest jakaś, ale nie sięga zbyt głęboko do różnego rodzaju meandrów tego zjawiska. Odwębnia się po prostu temat poltergeisty, zjawy, seanse i tyle. Owszem, jest to dobre jako wprowadzenie do tematu, ale myślę, że trochę niewystarczające dla tych, którzy się interesują takimi sprawami i to od dawna. Niektórzy z was mogą powiedzieć: „Przecież czepiasz się tutaj, Piotrze, bo do tematu duchów nie da się już wnieść nic nowego dzisiaj i nie dało się w 1999 roku, bo wtedy też już nie działały żadne kręgi spirytystyczne, które wywoływały duchy”. Można by się zdziwić. Co tu nowego powiedzieć? Nikt nie zrobił żadnego przełomu od lat, ale warto zwrócić uwagę przede wszystkim na to, o czym powiedziałeś, że zmieniało się podejście. Zaczęto zauważać, że jest stereotypowe myślenie na temat duchów. To tak jak z kosmitami.
Stereotypowe myślenie na temat pewnych istot, które są uznawane za przybyszów zza zasłony, z zaświatów. A może oni są czasami kimś innym? Może rzeczywiście mają naturę bardziej fizyczną. Ich natura jest zbliżona do zjawisk psi, bardziej tych psi zjawisk generowanych przez umysł niż do mieszkańców świata duchów. I tu tak samo jak w przypadku ufologii był podział, dychotomia, podział na tych, którzy chcieli wierzyć, że to są jednak byty z zaświatów, i na tych, którzy analizowali to nieco głębiej, zadając niewygodne pytania niekiedy. Tak to wygląda. Wiesz, ja mam wrażenie jednak, że dzisiaj duchy to jest temat już troszeczkę na uboczu. One już nie straszą. Zostały odarte z grozy, ale zagadka oczywiście pozostaje. Często, kiedy rozmawiam o duchach na live'ach, na transmisjach na żywo, mówię właśnie o tym, że mam takie wrażenie, że dziś ludzie się mniej duchów boją.
A potem się okazuje, że pojawiają się różne historie i te historie czasami im krótsze, tym straszniejsze jednak i nadal robią wrażenie, muszę powiedzieć. Tylko że w przypadku publikacji „Fenomenu” to jest trochę archaiczne wszystko. Mnie się przypominają dawniejsze książki. Mnie się przypomina Boruń na przykład. W sumie ta książka jest bardzo podobna do książki Borunia pod tytułem „W świecie zjaw i mediów”. Aczkolwiek on prezentował różne punkty widzenia. Ale jeżeli ktoś chce takiego wprowadzenia do tematu, to myślę, że się nie zawiedzie. Jeżeli nigdy nic o duchach nie słyszał, to od tej książki nie umrze. Będzie to na pewno w jakimś stopniu ciekawe. Pytanie tylko, czy to dla osób, które już mają za sobą ten etap wstępny, wnosi coś nowego?
Moim zdaniem nie wnosi. I zastanawiam się, Marku, jak to było z tym „Fenomenem”. Dlaczego zrezygnowano z takiej formy publikacji? Bo jakkolwiek można narzekać na poziom niekiedy, tak to wszystko jednak się trzymało w pewien sposób kupy. Nie była to zła lektura. Była to lektura szybka, łatwa i często nawet przyjemna. Oczywiście nikt nam nie gwarantował tego, że będą to jakieś przełomowe rzeczy, bo to przecież była publikacja kioskowa, taka przeznaczona do tego, żeby ją czytać w różnych miejscach. Jednak coś się stało. „Fenomen” zniknął i powiem, że szkoda, że zniknął. Ja podejrzewam, że on by nie dożył do naszych czasów z powodów finansowych.
Natomiast wydaje mi się, i to było podkreślone w naszym wcześniejszym spotkaniu na temat „Fenomenu”, że ja chciałbym, żeby publikacje w internecie, które zastąpiły właśnie tego rodzaju wydawnictwa, miały taki poziom jak miała ta dość dziwaczna książkogazeta.
[02:48:36] - Ja powiem jeszcze coś takiego, że mam wrażenie, ale może to jest złudne, że wiem, dlaczego pismo padło. Ponieważ ty to właściwie powiedziałeś, tylko nie postawiłeś kropki. Bo ta seria była taką serią, która wprowadzała. Tak samo tutaj, w tym odcinku o duchach zwykłych i złośliwych mamy wprowadzenie do różnych zagadnień, do różnych aspektów tematu zarysowane. To jest wszystko naszkicowane, przygotowane do tego, że ktoś, kto przeczyta, zainteresuje się i pójdzie dalej. I mam takie wrażenie niejasne, że ludzie, którzy tematem się interesowali, oni już byli znacznie dalej, kiedy przeczytali ten odcinek o duchach. Nagle doszli do wniosku: „Ja już to wszystko wiem, to po co mi kupować kolejne?”. Natomiast ludzie, którzy tematem się nie interesują, to oni oczywiście nawet się nie dotknęli. Gdzie będą o duchach czytać? Przecież wiadomo, że duchów nie ma.
Oni to wiedzą i nic tej wiedzy nie jest w stanie z ich głów przepędzić. Nawet zasiać takiego ziarna zwątpienia, że może jednak nie wszystko wiedzą. Być może to, że ta książka, ta seria wydawnicza była tak właśnie pośrodku i tych zaawansowanych nie zadowalała, a tych niezainteresowanych nie ściągała w kierunku tego tematu. Natomiast ja powiem tak, że mnie w tej książce, jeśli miałbym wymienić, to zainteresowały najbardziej dwie rzeczy. Taki podrozdzialik dotyczący duchów bez duszy Czyli na przykład widmowych autobusów chociażby wchodzących w zakręt i powodujących wypadki realne. Ale nie, że się zderzały te, tylko po prostu kierowcy reagowali na pojawienie się tej zjawy dosyć nerwowo i stąd się brały wypadki. A więc mamy do czynienia z odbiciem jakiegoś świata. Autobus się pojawiał, widmowy autobus. To pierwsza sprawa, która mnie bardzo zainteresowała. Druga natomiast, ty o niej właściwie wspomniałeś.
Taki jest podrozdzialik dotyczący seksu i duchów złośliwych. I tam jest taki fragment, który jako żywo przywołał mi na myśl książkę Marka Rymuszko i Anny Ostrzyckiej-Rymuszko „Nieuchwytna siła”. Kiedy to ludzie bardzo młodzi, najczęściej kobiety, kiedy wchodzą w okres takiego dojrzewania, nagle są jakby jądrem krystalizacji. Wokół nich koncentrują się zjawiska niezwykłe, zjawiska ewidentnie energetyczne. Ale jaka to jest energia, skąd pochodzi, jak się kumuluje i co się właściwie dzieje, to nie do końca da się opowiedzieć. I to w tej książeczce, cienkiej w końcu, ona ma troszeczkę ponad 100 stron, mały format, a jednak to zagadnienie również jest poruszone. Oczywiście ktoś zachęcony tym krótkim wprowadzeniem, kiedy sięgnie po książkę, o której wspomniałem, czyli „Nieuchwytna siła” albo drugą część dotyczącą innego przypadku „Powrót nieuchwytnej siły”, to nagle się przekona, że to nie jest tak, że jakieś pisemko sobie wspomniało o tym, że młode kobiety, dojrzewające kobiety są właśnie takim jądrem krystalizacji zjawisk dziwnych. Że to nie tylko w tym tytule, że są całkiem poważne publikacje, które tego dotyczą, które o tym opowiadają i to z wieloma szczegółami. A zatem ja powiem tak, że fenomen chyba będziemy doceniać jeszcze bardzo długo, bo on w tamtych czasach, tak jak powiedziałem, nie spełniał oczekiwań ani jednej, ani drugiej grupy. A dzisiaj okazuje się, że kiedy troszeczkę się zmieniły warunki, jak to określić, te pola zainteresowań, może w ten sposób.
Kiedy dzisiaj ludzie tej podstawowej wiedzy czasami nie mają, a chcieliby, to te archiwalne numery, nie mówię, że są źródłem wiedzy, ale są znakomitym wprowadzeniem do tematu i jeszcze długo będą tym wprowadzeniem. Na pewno nie warto opierać całej swojej wiedzy na tej serii czy na tym tomie, o którym dzisiaj mówimy, ale jako wprowadzenie moim zdaniem świetna sprawa. Proszę państwa i czas na kolejną porcję literatury. Po długim opowiadaniu Piotra Prokopowicza dosyć długie opowiadanie Romana Rzepki. Opowiadanie zatytułowane „Okruchy życia”. Bardzo serdecznie zapraszam. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[02:53:58] - Roman Rzepka. „Okruchy życia”. Etap. Kiedy wartość świeczek na torcie urodzinowym staje się najpoważniejszym składnikiem jego ceny, zaczyna być mało ciekawie. A wtedy z niemałym zaskoczeniem człowiek zdaje sobie sprawę, że nieodwołalnie dowędrował do tak zwanego dojrzałego wieku. Dojrzały wiek to oczywisty eufemizm, bo brutalna prawda, która i mnie dopadła, jest taka, że zaczynam stawać się zwyczajnym starym dziadem. Ubieranie w delikatności owego status quo nic nie pomoże. To ostatni etap życia. Koniec, kropka. Do łamania i rwania w kościach jakoś można się przyzwyczaić.
Trudno jednak zaakceptować niemrawość w technologii gorliwego wypełniania biblijnego nakazu zaludniania ziemi. Coś tu Panu Bogu nie wyszło z synchronizacją pomiędzy physis a psyche. Szczegółów drążyć nie będę, bo trzeba by być ekshibicjonistą, żeby publicznie obnażać swoje biologiczno-fizjologiczno-obsceniczne puzzle. „Kolego, czy nie przesadzasz z tą starością? Przecież dopiero teraz doczekałeś błogiego luzu. Tylko pozazdrościć. Kasa co miesiąc jest. No i wolność absolutna” — tak mnie uświadamiał Loczek z trudną do ukrycia nutką zazdrości. „Wolność? Chyba nie” — powątpiewałem.
Od pewnego czasu systematycznie więcej wydaję na ratowanie zdrowia niż na jego psucie, a to jednak zabiera dużo czasu i pieniędzy. „Chłopaczku, a tak w ogóle to młody jesteś. Życie widzisz przez różowe okulary jako coś niezmiennego. Ale czy to dobrze, to wątpię. Może lepiej by było, żebyś tak ciągle nie łaził za mną, bo to mnie męczy. Ale ja ciebie lubię. Lubię ci towarzyszyć, kiedy uciekasz od ludzi. I choć to nie jest mój żywioł, to coś mnie do tego pcha” — oznajmił Loczek. Wiesz, chłopcze, doszedłem do wniosku, że wielki konstruktor, maestro albo Stwórca, jak kto woli, powołując naszą cielesność, stawia ciągle na ilość, a nie na jakość. Zaprogramował nas, aby żyć szybko, byle jak, byle z kim, byle gdzie.
Testuje jakieś swoje pomysły, a potem już tylko masa organiczna użyźniająca środowisko. Aż nadto widoczna jest ta filozofia obranej technologii. Patrząc na ów proces z czysto inżynierskiego punktu widzenia powiedzieć trzeba, że to sknocona technologia. Taki chiński bubel za pięć centów. Jeśli już jest to zgodne z czymkolwiek, to tylko z ideą ekonomii kapitalistycznej. Dużo, tanio, szybko, a potem recykling. „Wiesz co, młody? Życie, a w szczególności życie chłopa, to taki stosunek bez orgazmu” Jak to? Nie rozumiem. Coś takiego jest możliwe?
Mówię o całym życiu. Bo widzisz, natrudzisz się, namarnujesz kasę, nie dośpisz. Jednym słowem urobisz się jak wół. I kiedy już dorwiesz się do owocu tych mitręg i zaczynasz zanurzać się w zasłużonej błogości, maestro mówi ci: „Stop, chłopie, gra skończona”. Jako młody kogucik chyba wiesz, o czym mówię. Nerwicy można się nabawić. A można. Machina czasu wypełniła moją wyobraźnię scenkami z dzieciństwa. Fajnymi, tyle że z wiadomych względów mocno nostalgicznymi. Otóż w centrum kadru objawił się tematyczny zespół ekspertów, który spontanicznie zawiązaliśmy z kolegami na czas wakacji.
Głównym jego zadaniem miało być zbadanie różnic pomiędzy nami chłopcami a dziewczynami. Zespół bazował na starej, sprawdzonej metodzie naukowej polegającej na obserwacji, czyli na podglądaniu zza krzaków kąpiących się w jeziorze dziewczyn, zwanych dalej materiałem badawczym. Szczególnie cennymi okazami były trzy dorastające córki pani Agaty, miejscowej nauczycielki, które z reguły kąpały się na naguska, bo w ich domu obowiązywała filozofia wyzwolenia. Jak już się ów materiał wytaplał i wyszedł z wody, to nagle jak na komendę wesoło i głośno piszczał, sygnalizując, że dopiero teraz zorientował się, że my, świętuchy, go chyba cały czas podglądaliśmy. Z tym podglądaniem to nie była tylko naukowa mitręga i stracony czas. Otóż odkryliśmy, że w pewnych szczegółach różnice między nami są istotne, a w ostatni dzień wakacji gotowa była ekspertyza, z której jasno wynikało, że dziewczyny jednak bardziej różnią się od chłopaków niż chłopaki od dziewczyn. Spostrzeżenie owo, uszczegółowione w czasie kolejnych, coraz doroślejszych wakacji, stało się na kilka dekad dla całej ekipy naukowców bardzo pomocne. Wracając do konieczności wymyślenia jakiegoś sensownego scenariusza na czas, który nieubłaganie pognał mocno do przodu i sprawił, że o przysłowiowy kant dupy można było rozbić korzyści z wiekopomnych badań, posłuchałem rady Loczka. O dziwo, tym razem dość mądrej. Otóż młody powiedział: „Zostań poszukiwaczem skarbów.
Nawet jeśli niczego wartościowego nie znajdziesz, to przynajmniej poszpanujesz wśród znajomych. Zdrowiu na dobre wyjdzie, a o ich głupotach myśleć nie będziesz”. Pomysł spodobał mi się i pomyślałem, w czym pomogła mi wrodzona fantazja, że wobec dotkliwej mizery świadczeń emerytalno-rentowych w Polsce będzie to rozwiązanie korzystne. Nie bez znaczenia było moje podejście do tak zwanego nieznanego. Otóż, jako że zupełnie poważnie traktowałem filozofię Wschodu, przy tym jako człowiek ze świadomego wyboru dobry, wierzyłem, że powracająca karma objawi się w formie na przykład wykopania jakiegoś scytyjskiego woja w złotej zbroi albo choćby Bursztynowej Komnaty. Karma jednak spóźniała się, bo nawet dotychczasowa sytuacja zdrowotna i materialna nie wróżyła tej hojności. No ale to może jeszcze nie była ona. Może to przedłużające się pokłosie. Taka swoista klamra spinająca wzburzone echo brutalnie przerwanej, obiecującej dorosłości. Mówię tu o końcówce lat 80., kiedy to Polacy zwariowali.
Zbiorowy amok wywołał totalny rozpiździal, niemal samounicestwienie. Mnie zaś pozbawił jakichkolwiek korzyści i nadziei związanych ze zdobytymi studiami, które generalnie przestały mieć znaczenie dla twórców nowej rzeczywistości. Akademicka wiedza zastąpiona została zaświadczeniami z zakładów karnych, przekonaniami politycznymi, układami i zasługami w obalaniu komunizmu. W tych burzliwych czasach wraz z milionami podobnych mi okazałem się być według tych nowych kryteriów wyjątkowym gamoniem i nieudacznikiem. Wspomnianych kwitów nie miałem, więc profity mnie ominęły. Nie potrafiłem też aktywnie włączyć się w ukradzenie pierwszego miliona i dewastację tego wszystkiego, co uczciwi Polacy stworzyli z powojennej nicości i chaosu. Takim sposobem znalazłem się w towarzystwie Polaków, do których bez wahania można zaadresować słynne znanego Stanisława słowa: „Miałeś chamie złoty róg”. Pomimo inżynierskiej niejako powinności nie ograniczałem się do oglądu świata przysłowiowym szkiełkiem i okiem, ale głęboko zastanawiałem się i nad nieuchwytną zmysłom jego konstrukcją, o której realność otarłem się niejeden raz. Wierzę na przykład w coś takiego jak wspomniana karma i paradoksalnie nie kłóci się ona z materialnością, a tylko tłumaczy fenomen jako takiej równowagi w świecie i życiu. Innymi słowy mówiąc, pocieszałem się, że jako człowiek konsekwentnie starający się być dobrym po latach życiowych niedogodności, przykrości i trudności zostanie mi to w odpowiednim czasie sprawiedliwie wyrównane.
Ale zostawmy to wszystko filozofom, bo lepiej się na tym znają i muszą z czegoś żyć. Ja tymczasem wracam do opowieści, jak to usiłowałem zostać naśladowcą Indiany Jonesa. Wcielając w życie swoje nowe, a naprawdę to niespełnione młodzieńcze marzenia kupiłem niedrogi, rodzimej produkcji detektor do wykrywania metalu w ziemi oraz zgromadziłem niezbędną literaturę przedmiotu. Literatura okazała się być pasjonująca, zaś wykrywacz był indywidualistą ze złośliwym dla poszukiwacza charakterem. Ot, piskał kiedy chciał. Niekoniecznie wtedy, kiedy powinien. W połowie lat 90. przydarzył mi się pewien epizod, za sprawą którego utwierdziłem się w przekonaniu, że świat nie ma klasycznych początków i końców, a jego konstrukcja, nawet w najdrobniejszych szczegółach, oparta została o ideę małych i wielkich kręgów. Pewnego razu, po przeczytaniu cyklu artykułów w Gazecie Olsztyńskiej, tym razem mając stuprocentową pewność znalezienia złotego skarbu generała Samsonowa, odbyłem kolejną wyprawę. Zaszyty w zielonym gąszczu lasu wymachiwałem po nieznanej mi leśnej polanie wyjątkowo prawdomównym tamtego dnia wykrywaczem.
W pewnym momencie nieskazitelną ciszę zakłócił charakterystyczny klekot rowerowych błotników. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę, dźwięk rozpoznałem od razu. Ot, po prostu życiowe doświadczenie chłopaka z innej epoki niż ta współczesna. Kątem oka zauważyłem pomiędzy drzewami, jak jacyś dwaj rowerzyści, zataczając piaszczystymi ścieżkami coraz ciaśniejsze kręgi, osaczają mnie. W kontekście, w jakim miało to miejsce, natychmiast wyobraziłem sobie dwóch tajemniczych jeźdźców Apokalipsy, nieuchronnie gotujących mi zagładę. Czyżbym miał polec na tej obcej, oddalonej od domu o 20 kilometrów ziemi? Przeraziłem się. Jednak gruszek w popiele nie zasypiałem, a całą uwagę skupiłem na obserwacji przeciwnika i na planowaniu taktyki odporu czyhającej agresji. Sytuacja stawała się z każdą chwilą coraz dramatyczniejsza, bo agresorzy systemowo, coraz ciaśniej okrążając polanę, zbliżyli się do mnie na niewielką już odległość. Z pewnością rozzuchwaliła ich moja absolutna bierność.
Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy przybysze zatrzymali się i zeszli z rowerów. Umilkł złowrogi klekot rowerowych błotników i nastała nieznośna cisza. Zdjąłem z krzaczka i ubrałem swoją reniferową kowbojską kamizelkę ze stylowymi pasmami frędzelków, z którą rozstawałem się rzadko. Oprócz tego, że była oryginalna, amerykańska, to miała mnóstwo kieszonek, co czyniło ją bardzo praktyczną. Jednym słowem była unikalna i w całej okolicy podobnej nikt nie miał. Znowu kątem oka zerknąłem na intruzów, będących teraz już zupełnie blisko mojego eksploracyjnego stanowiska. Pomyślałem, że mazurskimi kłobukami, czyli takimi psotnymi diabełkami, które zabierają bogatym i rozdają biednym, to one nie są, bo tamte to raczej nocami grasują. Zresztą ich współczesny fizis i środki lokomocji też nie pasowały do baśniowych standardów. Po kilkuminutowym bezruchu każdej ze stron sytuacja zaczęła łagodnieć, kiedy spoza oskubanego przez sarny krzaczka dostrzegłem dwie pary czarnych dziecięcych oczątek wpatrujących się we mnie. Strach ustąpił.
Dzieciaki, na oko oceniając, miały po 12, 13 lat i były bliźniętami, bo praktycznie nie różniły się niczym od siebie. Ich bardzo letni strój był na tyle uniseksowy, że gdyby nie nabrzmiałe guziczki wypinające się spod bawełnianej koszulki u jednego z nich, mogłoby się wydawać, że to dwaj chłopcy. Jednak niezapomniane wakacyjne prace badawcze i ów drobny szczegół naprowadziły mnie na właściwy trop. Obydwoje podobni byli do przepięknych aniołków. Chociaż zważywszy na ich wyrazisty wygląd, to w tym konkretnym miejscu i okolicznościach do diabelskiego świata stosowniejsza mogła być ich przynależność. Pogubiłem się trochę, ale po krótkim namyśle znowu pomyślałem o najprawdziwszych mazurskich kłobukach, tyle że działających pod przykrywką. Diabełki, aniołki czy psotne kłobuki. Dla mnie nie miało to w końcu żadnego znaczenia. Tu, w mazurskim tyglu narodowościowym zwykło się mówić w podobnych przypadkach kakaja raznica, bo przecież i tak były piękne z tymi swoimi czarnymi, kręconymi włosami na zgrabnych główkach i z buziami umorusanymi jagodami i z przylepionym do tych umorusanych twarzyczek kurzem z leśnych dróżek. Gdyby tak je teraz umyć, pomyślałem z fantazją, to zostałoby z nich chyba niewiele.
Może tyle, co z niemieckiego magazynka od Empi, jaki przed chwilą wykopałem z ziemi, kiedy oczyści się go z kilkudziesięcioletniej warstwy rdzy. Nieziemskie zjawy zaczęły żywo interesować się moim zajęciem. Najpierw grzecznie chórem ku mnie wykrzyknęły „Dzień dobry”. Ja też ich pozdrowiłem. Zaraz, niemal jednocześnie wykrzyczały zapytanie, czy mogą podejść bliżej, bo chcą sobie popatrzeć. Oczywiście, że pozwoliłem. Kiedy zbliżyły się, to najpierw wszystko dokładnie zlustrowały swoimi czarnymi oczami, a w chwilę potem zaczęły zasypywać mnie dziesiątkami różnych fachowych i podchwytliwych pytań w rodzaju: „A jak pan wykopie wielki skarb, to jak go pan stąd zabierze?” Odpowiedziałem im, że jeśli taki skarb znalazłbym na przykład teraz, to nie będzie problemu. „Wy go tu popilnujecie, a ja pójdę na skraj lasu po samochód” odpowiedziałem im. Chłopak chytrze spojrzał na siostrę i krótko zachichotał. O czymś przez chwilę myślał, by następnie ochoczo odpowiedzieć: „Pewnie, że popilnujemy pana skarbu”.
Zerkając na niego już wiedziałem, o czym mój młody rozmówca myślał. Jak na zawołanie moje domysły potwierdziła jego siostra, która dyskretnie poszturchiwała go i wymownie karciła wzrokiem, co wyraźnie ostudzało jego idee w kwestii zaopiekowania się moimi skarbami. Było jasne, że ona dobrze znała swojego brata i szybko odczytała jego zamiary i ukryte marzenia. „Bardzo mi się podoba to szukanie skarbów. Chyba pan jest bardzo bogaty od tego szukania” marzycielskim głosem zagadnął chłopak. „Ee, gdzie tam.” „To naprawdę nie jest pan bogaty?” „Nie jestem bogaty. A skarby… No cóż, sami popatrzcie, co to są za skarby.” Tu odchyliłem klapkę starej wojskowej raportówki z zawartością paru garści zardzewiałego złomu. Potem, budując dramaturgię, popatrzyłem na dzieci manierą iluzjonisty i wolnym ruchem ręki wywlokłem z torby pół metra rudej od rdzy, pustej taśmy amunicyjnej. Chłopak z dotąd chciwie przyczajonym wzrokiem szybko zmienił wyraz twarzy.
„E tam, takie skarby” zdziwił się. „Jakie to ładne!” wykrzyknęła dziewczynka. Ze zdziwieniem zauważyłem, jak zaświeciły jej się brązowo-czarne oczy. Patrzyłem jak urzeczony na tych dwoje diablątek. Pomyślałem: wybierz, wymaluj, jakaś orientalna rasa. Spekulowałem, że może przed laty na wakacjach bawił tu jakiś student z Czarnego Lądu. Ależ, o czym ja myślę? Przecież to by znaczyło, że ich mama zachowała się wtedy frywolnie, może nieprzyzwoicie. Odkryłem, że jestem bezwstydnikiem i skarciłem się w duchu. Wstyd mi się zrobiło, że mam taką wybujałą fantazję.
No bo jak to? Tu, w takiej głuszy taka rozpusta? Nonsens. Nie mogłem jednak powstrzymać się, aby ich nie zapytać, do kogo są podobni. „Do taty” rezolutnie odpowiedziały bez zastanowienia. Odpowiedziały jednocześnie jak na komendę, co tylko przydało im wiarygodności. Chłopak był konsekwentnie dociekliwy, z charakterem. O coś ciągle pytał i nie wiem, co chciałby ze mnie jeszcze wyciągnąć, gdyby nie czujna cenzura siostry. Nawet nie musiałem widzieć tych szczegółów, bo w chwili jej aktywnego czuwania nastawała chwila ciszy, przerywana obrzydliwym odgłosem wciąganego zielonego gila, który ciągle chłopakowi wysuwał się z nosa. „A jak umrze człowiek, to jemu wyjmuje się wszystko z kieszeni?
A czy zakopują go ze złotą obrączką na palcu?” Nie dawał za wygraną. Przeraził mnie ten młodzieniec i przeraziłem się samego siebie. Jego pytania uświadomiły mi niemiłą prawdę o tym, co ja teraz robię. W jednej chwili wtuliłem głowę w ramiona i poczułem się jak pospolity złodziej, jak taka cmentarna hiena, niczym nie różniąca się od tego gówniarza z zielonym śpikiem pod nosem. Wprawdzie nigdy by mi nie przyszedł do głowy pomysł, aby w najmniejszy choćby sposób zakłócić wieczny spokój takiego miejsca jak grób czy cmentarz. To przecież owe pordzewiałe szczątki żołnierskiego ekwipunku, teraz przykryte zielonym dywanem leśnych ziół, też są swego rodzaju częścią cmentarzyska. Ważną częścią. Niepozorny strzęp wojskowego oporządzenia czy przestrzelony hełm, zanim stały się często trudnymi do zidentyfikowania kawałkami złomu, służyły żołnierzowi. Pomagały mu walczyć o limit przydzielonego żołnierskiego szczęścia. To był przecież człowiek.
To był czyjś syn albo ojciec. Niezależnie od nacji i miejsca na świecie określenia te wszędzie znaczą to samo. Upłynęło 12 lat od lekcji, jaką otrzymałem dzięki przypadkowemu spotkaniu z dwoma aniołkami albo jak kto woli z dwoma diablątkami. W końcu jakaż to różnica, kim owe dzieciaki były? Niby takie banalne spotkanie, to jednak trąciło, i to mocno, o sprawy głębokiej moralności. Wbiły się refleksją w moje dotychczasowe postrzeganie pewnych zachowań. Uświadomiłem sobie o to, że pozornie zwykłe grzebanie w ziemi może okazać się dość ryzykownym zajęciem i może uświadomić, jak bardzo niewyraźna jest granica pomiędzy wygrzebywaniem z pobojowiska kawałków żelastwa a zakłócaniem przynależnego człowiekowi sacrum. Wstyd mi się zrobiło, kiedy przypomniałem sobie kolegów uprawiających to hobby, którzy nieraz wspominali o znalezionych w ziemi kostnych szczątkach. Czyje one były? Ich to nie interesowało.
Nie dociekali. Ich interesowały fanty. Zrozumiałem, że może tym bardziej uświęconym powinno być takie bezimienne miejsce w porównaniu z zadbanym i ogrodzonym cmentarzem, gdzie zwykle o parę kroków od niego jest kościół. Początek naszej drogi i jej ostatnia stacja. Przecież ewangeliczne „pulvis es et in pulverem transformeris” — z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, właśnie na pobojowisku ma dosadną i pełną wymowę. Nietrudno sobie wyobrazić, jak w ulotnym mgnieniu oka, w ułamku sekundy wybuch pocisku na bitewnym polu zamienia żołnierza w czarnokrwistą chmurkę. A kiedy rozwieje ją wiatr, nie ma już nic. Pulverem transformeris. Dosłownie. W czasie, który minął od owego spotkania, pokrewieństwo swoje z ziemią lepiej zrozumiałem.
Słowa te zapożyczyłem z jednego z opowiadań Adama Bienia, członka kierownictwa Polskiego Państwa Podziemnego, ofiary NKWD w słynnym procesie szesnastu, a prywatnie świętokrzyskiego górala i przyjaciela od dzieciństwa mojego dziadka ze strony mamy. I pod nimi się podpisuję również. Do Loczka pretensji nie miałem za podsunięty mi archeologiczny pomysł, bo cóż on, taki żółtodziób o zakamarkach życia i sumienia mógł wiedzieć. W rezultacie refleksji z ulgą zmieniłem swoje dotychczasowe zainteresowania na poszukiwania, ale tym razem nieziemskiej materii. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo właśnie czymś takim są meteoryty. Zajęcie pozwalało na dalsze włóczenie się po zakątkach Mazur ze swoim ulubionym, pomimo wszystko, sprzętem. Poszukiwania meteorytów okazały się być zajęciem nad wyraz ambitnym, zmuszającym do ciągłego uczenia się geologii, kosmochemii i wielu jeszcze innych bardzo mądrych rzeczy. Zresztą była to swego rodzaju kontynuacja, gdyż od zawsze interesowałem się kosmosem, widząc w nim bramę do egzystencjalnych, fundamentalnych pytań i odpowiedzi. A za niezwykłe swoje osiągnięcie uważam fakt, że jako sześciolatek w roku 1957 samodzielnie wypatrzyłem na nocnym niebie pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Ponadto meteorytyka, tak nazywana jest ta dziedzina nauki, wydała mi się lepiej wpasowana do mojego wieku, a z czysto praktycznych powodów hobby to jawiło się bardziej pasującym do nieuchronnej przyszłości.
Mówiąc wprost oswajało z niebem. Same więc korzyści. Wreszcie za sprawą nowych zainteresowań pewnego dnia dokończona została lekcja mojego filozoficznego stosunku do życia. A stało się to w pewną wakacyjną niedzielę, kilkanaście lat temu. O pięknej kłobuczce z Paryża. Otóż pewnego dnia wybrałem się do kolegi, którego wcześniej wielokrotnie odwiedzałem z wykrywaczem metalu. Tym razem celem mojej podróży było obejrzenie stosu kamieni, które po moim przeszkoleniu zebrał jako potencjalne meteoryty. Pojechałem do niego autobusem, bo w okresie letniej kanikuły bezpiecznie na ciasnych mazurskich dróżkach nie jest, jako że zjeżdża tu cała Warszawa i ćwierć Polski. Jadąc PKS-em przejechałem jeden przystanek dalej i po to tylko, żeby wrócić równo jeden kilometr pod prąd, a potem dopiero skręcić w boczną dróżkę prowadzącą do celu podróży. Ten manewr był niezwykle pożądany, aby dotlenić i podreperować moje pozawałowe serce.
Pogoda była piękna. Taką można sobie tu wymarzyć najczęściej tylko w lipcu. Wlokąc się rozkosznie, co raz umykałem na pobocze przed mijającymi mnie różnej maści samochodami, głównie terenówkami, które swoją technicznością, nieskazitelnymi kolorami wywoskowanych lakierów i oślepiającym blaskiem wypucowanych chromów mocno gwałciły mazurską żywą naturę. Patrząc na te jeżdżące choinki śmiać mi się zawsze chciało, bo te terenówki bynajmniej nie służyły do jazdy po bezdrożach. Wiele razy przecież widziałem, jak dumny posiadacz takiego cuda, kiedy tylko przyszło mu zboczyć z asfaltówki w polną drogę, to zostawiał samochód na poboczu i szedł piechotą nawet kilka kilometrów, aby tylko broń Boże nie zakurzyć swojego prestiżu. W pewnym momencie, zaintrygowany odgłosem, jaki wydaje szybko zbliżający się samochód, odwróciłem głowę i bez trudu rozpoznałem pędzącą granatową, imponujących rozmiarów terenówkę marki Pajero. I chociaż od wielu dni nie spadła tu ani kropla deszczu, to cały pojazd pokryty był zaschniętą warstwą kurzu i błota. Terenówka gwiżdżąc turbiną minęła mnie tak szybko, że ledwie zdążyłem zauważyć, że była na francuskich numerach rejestracyjnych. Pomyślałem, że oto pomknął prawdziwy pełnokrwisty Francuz, a nie Niemiec, bo ten ostatni to by nawet nie wsiadł do czegoś tak umorusanego. Po prostu miałem wyrobione oko na takie drobiazgi, bo z zasady niemieckie samochody, niezależnie od pogody, ich wieku i wieku ich właścicieli zawsze nienagannie wyglądały.
Kiedy Pajero odskoczył już dobrych kilkadziesiąt metrów ode mnie, usłyszałem przeraźliwy, przerywany pisk jego hamulców i gdyby nie ABS, samochód z pewnością zostawiłby na szosie imponujące, wyślizgane czarne pasy. Odruchowo wytężyłem wzrok. Ze sporej już odległości ode mnie na wstecznym biegu zaczęło to granatowe monstrum cofać w moją stronę. Pomyślałem: na pewno jakiś Francuzik zabłądził i chce zapytać où drogué. Przypuszczenie moje było o tyle uzasadnione, że wszystko to odbywało się na mało uczęszczanej bocznej drodze, więc natychmiast przyjąłem postawę lingwistyczno-obronną. Kiedyś to nawet nieźle językiem żabojadów posługiwałem się, ale że okazji do kultywowania umiejętności w okresie mojej szeroko pojętej aktywności zbyt wielu nie było, więc solidna praca włożona w naukę tego pięknego języka zmarnowała się. Żałosne szczątki mojej francuszczyzny pozwalały jednak przy pewnym wsparciu narzędziami Melpomeny jakoś chłopinie wytłumaczyć, jak wyjść z tarapatów. Nie zważywszy na manewry samochodu, człapałem obojętnie w swoją stronę. A co, niech sobie Francuzik nie myśli, że swoją osobą i swoim wehikułem wywoła tu u mnie jakąś narkotyczną ciekawość. Tymczasem samochód, delikatnie cofając, precyzyjnie zatrzymał się na mojej wysokości.
Niczym na ekranie radaru w wycinkach szyb wyczyszczonych przez wycieraczki ujrzałem delikatną twarz ciemnolicej dziewczyny. Ona jechała sama, prowadząc tak wielki samochód. Ledwie zatrzymała wóz, natychmiast wyskoczyła i w paru susach podbiegła do mnie. Bonjour monsieur. Zgodnie z przewidywaniem pozdrowiła mnie językiem żabojadów, wyczekująco przy tym wlepiając we mnie swoje ciemnobrązowe oczy. Zauważyłem, że pomyliłem się jedynie co do płci, ale jako koneser owego Pana Boga wynalazku nawet ucieszyłem się, że nie będę musiał gimnastykować się przed jakimś tam starym, zasuszonym żygolo. O, bonjour madame! Udałem zaskoczonego. Dziewczyna stała przede mną i przekrzywiała zgrabną główkę na lewo i na prawo. Przyglądała mi się tak jak mój ciapek, świeć Panie nad jego duszą, zwykł oglądać nowo poznanego w domu gościa.
I gdyby nie jej szelmowski uśmiech na ładnej buzi, obraziłbym się za to oglądanie mnie jak jakiegoś borsuka w zoo. Oprócz pozdrowienia nic nie mówiła, tylko dalej tak mnie oglądała, a ja ją. „Ça va bien, mademoiselle?” Zapytałem, czy wszystko w porządku, aby jakoś zaatakować. Byłem teraz dumny z siebie i zupełnie nie podejrzewałem brązowookiej chauffeure o niecny podstęp, który wkrótce obnażyła. Oto najwyraźniej nie wytrzymując już dłużej sztucznej powagi, dziewczyna głośno zaniosła się śmiechem, mówiąc, a właściwie radośnie wykrzykując: „I co? Nie poznaje mnie pan? Ja pana poznałem od razu. Ta kamizelka!” Cóż za prawdziwy majstersztyk Stwórcy. Mentalnie westchnąłem i jako koneser takich konkretnych jak ona, Pana Boga dokonań, natychmiast zauważyłem oczywiste walory tego dzieła. Tak sobie w duchu filozofowałem, że Pan Bóg chyba zesłał mi ją z nieba, znając moje w tej materii upodobania i tudzież niemrawość w ich materializowaniu.
Czyżby Stwórca dawał mi, teoretykowi, taką seniorską nagrodę? Myśląc zapewne w tym momencie: „A co tam, niech sobie chłopina popatrzy.” No tak, lepiej późno niż wcale. Jednak w tym momencie coś mi błysnęło w głowie. Zardzewiałe synapsy zaczynały przewodzić i już oto zatrybiłem. Już wiedziałem, kim jest to ciemnolice dziewczątko z kręconymi jak sprężynki włosami upiętymi w kucyk. Nagle stanął mi w oczach obraz 12-, 13-letniej dziewczynki z poobijanymi kolanami i z buzią umorusaną czarnymi jagodami. Teraz te wtedy poobijane kończyny zakrywały niebieskie, obcisłe dżinsy, ale za to zmysłowo rozbudzały wyobraźnię. Tu informacja dla żony. Całe to opowiadanie to tylko literacka fikcja. Jedna wielka ściema i moja fantazja, powiedzmy.
Mon Dieu, quelle est belle! Mentalnie wyraziłem zachwyt jej pięknością. Odruchowo zadziałał kontekst, więc i francuski mi się przypomniał nawet w myśleniu. Od razu panią poznałem. Ma się rozumieć, że skłamałem, gdyż zapamiętany wtedy rysunek młodziutkiej buzi dopiero po paru minutach nałożył mi się na tę, którą miałem przed sobą. „Co pani tu robi?” Rozpocząłem przepytywankę. „Jadę do rodziców. Prawie prosto z wykopalisk w Aleksandrii do nich jadę.” „Czy nie przesłyszałem się? A może pani sobie ze mnie żartuje?” Tu wylazły moje kompleksy i nadwrażliwość związana z pewnym trudnym dla mężczyzny okresem. „Skądże znowu!
Już się wobec tego chwalę. Studiuję archeologię na Sorbonie. Zacząłem na Uniwersytecie Warszawskim, ale przeniosłem się i teraz żyję sobie i studiuję w Paryżu. C'est mieux comme ça. A mówiąc po polsku, tak jest dla mnie lepiej. Chociaż tak naprawdę to nie wiem, bo jestem pokrzywiona jakaś. Trochę Polka, trochę Arabka, Francuzka. Sama nie wiem. A moi rodzice to mieszkają za tym wzniesieniem, tam na skraju lasu, w którym pan wtedy kopał.” Trochę zawstydziłem się z powodu tych moich wtedy wykopalisk, które ona przed chwilą przywołała, a już zupełnie zgnębiło mnie, kiedy usłyszałem o Sorbonie i o prawdziwej ekspedycji w Aleksandrii. Na dodatek wszystkiego tego słuchałem z ust młodej dziewczyny, która takimi potworami potrafi przemierzać świat łatwiej niż ja swój powiat.
A tam, tak tylko dla rozrywki się chodziło na to grzebanie w ziemi. Ładna mi rozrywka. No i takie trofea. Tym razem to pani jednak żartuje. Nie wypada kpić z dojrzałego człowieka. „Nie żartuję. A wie pan, ja nie lubię gówniarzy. Szczególnie tych Francuzików z ciemną karnacją. Im to tylko jedno w głowie.” Speszyło mnie to, co usłyszałem i zupełnie nie wiedziałem, dlaczego to wtrąciła, więc nie skomentowałem usłyszanego oświadczenia. Tym razem to ciemnolice dziewczątko popatrzyło na mnie z wyrzutem, że chyba niezbyt poważnie zacząłem ją traktować.
„Tak sobie tu rozmawiamy, a ja się panu nie przedstawiłam. Przecież de facto znamy się już od 12 lat. Tak, tak, to było 12 lat temu.” Wyciągnęła do mnie rękę, a ja natychmiast chciałem przysunąć ją do ust, lecz ona wyszarpnęła dłoń zdecydowanym ruchem. „No co pan? Ja nazywam się Halima Aïme i niech pan mi mówi Halima. Moje imię i nazwisko są algierskie i musi pan wiedzieć, że imiona arabskie nader trafnie charakteryzują jego właściciela, bo jakby pełnić miały rodzaj drogowskazu na całe życie.” „A pani imię co oznacza?” Zapytałem. Odpowiedziała mi dopiero po chwilowym zawahania, że Halima to po arabsku znaczy cierpliwa albo łagodna, jak kto woli. „Wie pan, mój ojciec jest Algierczykiem, a mama Polką. Poznali się, kiedy Francuzi budowali w Olsztynie Novotel. Przy budowie pracowali głównie Algierczycy.
Przychodził Ali na dyskoteki do Rakora. Pamiętam, że to był taki kultowy klub studencki na Kortowie, gdzie studiowała mama. No i dalej to już wszystko odbyło się banalnie, jak w każdym taniutkim filmie. Banał nie ominął też i ich życia. Mama po studiach wróciła z Alim na swoją ojcowiznę. Rozbudowała rodzinne ogrodnictwo i tak sobie spokojnie tam za lasem żyją. Ali... Tak, ciągle mówiła po imieniu o swoim ojcu. Zabierał mnie kilka razy do Algierii i do Paryża. On ma tam ogromną rodzinę, dlatego nietrudno zauważyć, że dość łatwo mogłam znaleźć się na Sorbonie oraz dzięki temu, a raczej dzięki komu noszę takie egzotyczne tu imię i nazwisko.
Bo z wyglądu to jestem chyba typową Słowianką. Szelmowsko się roześmiała. No i już wiem, dlaczego wyglądam jak księżniczka z bańki tysiąca i jednej nocy. Przerwałem jej i dopowiedziałem głośno swój mentalnie wiedziony wątek, który kończył się bezgłośnym zachwytem la douceur de vos yeux si tendres. Byłem bardzo zadowolony ze swojego komplementu dotyczącego jej pięknych, słodkich oczu. Coraz bardziej zadziwiał mnie fenomen odruchowego i wyjątkowo łatwego myślenia w języku francuskim. Halima też była bardzo zadowolona z mojego komplementu. Roześmiała się długo i serdecznie i to tak, że mógłbym bez kłopotu policzyć wszystkie jej perłowe zęby. Była dziewczęciem błyskotliwym. Zauważyła, że ja nie interesuję się na przykład jej samochodem, tylko nią.
I miała rację. Muszę tu przy okazji powiedzieć, że w moim życiu tak zwana fortuna toczyła się z prawidłowością przebiegu sinusoidy, więc bywały i takie jej piki, w których mogłem sobie pozwolić na niezłą furę, ale nigdy nie czułem potrzeby jeżdżenia niczym innym ponad popularne marki za takież względnie popularne pieniądze. Mówi się, że samochody są symbolem męskości, a zamiłowanie do nich jest atrybutem twardego macho. Ci, którzy już mają takie bryki do szpanowania, często dopełniają swoją męskość rozmiłowaniem w koniach i grą w golfa. Mnie nigdy nie interesował żaden z owych męskich sportów. Byłem więc zwyrodniałym wyjątkiem, bo zawsze uważałem, że mężczyźnie może dodać splendoru, a nawet uskrzydlić go tylko kobieta. Najgenialniejsze dzieła tworzone przez wieki w taki czy inny sposób miały ścisły związek z kobietą. Od matki począwszy, a na żonie, kochance czy nawet całej kolekcji kochanek skończywszy. Bardziej więc cenię sobie nawet epizodyczne spotkania, jak choćby spotkanie Halimy, niż tracenie czasu na monotonnym kiwaniu się na grzbiecie chabety i babraniu się w końskim nawozie. Podkreślę jeszcze raz, że jestem pokoleniem Polaka wychowanym na zdrowych zasadach i w otoczeniu zdrowo myślących ludzi, ceniących wartości zupełnie inne, abstrakcyjne dla pokolenia urodzonego po roku 1989.
Po ponad 20 latach życia w tak zwanej wolnej Polsce mogę to stwierdzić z czystym sumieniem i z głębokim przekonaniem. No tak, miało już nie być o polityce, a jednak nie da się po prostu usytuować swoich emocji bez takich retrospektyw. Wracając do rozmowy z Halimą, w pewnym momencie powiedziałem, dokąd zmierzam, wymieniając przy okazji nazwisko kolegi. Znam, znam tego pana. Mówią tu na niego przyrodnik. Chętnie podwiozę. Ucieszyła się. Przecież nie zabłądzę, jeśli trochę zboczę. To nie Sahara, a zresztą to jest prawie po drodze do mnie, tylko z innej strony. Zapraszam do auta.
Z przyjemnością wsiadłem do tej ogromnej fury, w której panował kojący chłodek, przyprawiony dyskretnym zapachem orientalnych perfum. Ruszyła ostro. Nie słychać było pracy silnika, tylko kosmiczny, przytłumiony gwizd turbosprężarki. Poczułem się jak na pokładzie jakiegoś międzygalaktycznego statku mistrza Lema. Chwilami, jakby zapominając się, ostro przyciskała pedał gazu, a ja ze strachu odruchowo mocniej wczepiałem się w specjalną trzymankę umocowaną nad moim bocznym oknem. Niech pan się nie boi. Praktykowałam na Saharze, a jak już coś, nie daj Boże, to poduszek powietrznych mamy tu w bród. Co one pomogą? Głośno powątpiewałem. Trochę pomogą, chociaż najważniejszy to dar.
Mój ojciec często wymienia to słowo, a po arabsku oznacza niemal to samo, co po polsku los, fatum, nieuchronność. Dar, dar. Z nawyku przyswajania obcych słówek kilka razy powtórzyłem w myślach, starając się je zapamiętać. Wkrótce z narastającej ciekawości spróbowałem podjąć nowy wątek. A jak ma się pani brat? Czy on też nosi arabskie imię? Brat? Brat w życiu nie zginie. Ma się dobrze. Mieszka w miasteczku.
Dla odmiany to z tamtej strony Olsztyna i żyje sobie jak panisko. Aha, pytał pan o jego imię. On dla poszanowania domowej demokracji ma dwa imiona. Na pierwsze mu Adam. To jest chyba imię uniwersalne. Pasuje niemal dla wszystkich nacji. Ali, mój ojciec jest praktycznym człowiekiem i nazwał go tak, że w razie czego wszędzie będzie dobrze się z nim czuł. Muszę jednak powiedzieć, że tylko mama mówi do brata Adam, Adaś, bo dla ojca to on zawsze był Mantusem. Tak właśnie ma na drugie imię. W szkole spolszczyli mu to imię na Maniuś i tak już pozostało.
Więc wśród znajomych tak funkcjonuje. Skomplikowane, n'est-ce pas? Nieprawdaż? Halima tą wielką bestią sprawnie omijała pokaźne kamienie wystające z głębokich kolein dawno niewyrównywanej polnej drogi, którą teraz jechaliśmy. Tak sprawnie to robiła, że terenówka zachowywała się niczym zwinna jaszczurka. „Mój brat” wróciła do mojego pytania i jakby z nutką zażenowania powiedziała: „On już się ożenił, urządził się i muszę panu powiedzieć, że ma pracę, o jakiej marzył od dziecka.” Tu dziewczyna oczekująco wlepiła we mnie swoje ciemnobrązowe oczy. Czekała, tajemniczo uśmiechając się. Teraz było widać, że jednak bliższa ona była figlarnemu diabełkowi, może nawet psotnemu mazurskiemu kłobukowi niż ułożonemu aniołkowi z duszą saharyjskich nomadów. Wyraźnie chciała się nade mną popastwić, wprawiając mnie w stan oczekującego zakłopotania. „No a czymżeż on się zajmuje?” zapytałem, spełniając jej nieme życzenie i natychmiast prowokacyjnie dodałem: „O czym to chłopak może marzyć od dziecka, jak nie o zawodzie strażaka?
Zgadłem?” Szybko uciekały minuty wspólnej jazdy i to pomimo, że od zjechania z asfaltowej drogi Halima często po chwilowym przyspieszeniu mocno zwalniała, nawet wtedy, kiedy polna dróżka zachęcała do szybszej jazdy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że w ten sposób chciała wydłużyć czas na pogaduszki. Niepostrzeżenie wjechaliśmy do wsi, do której zmierzałem, o czym powiadomił zgiełk ujadających psów i widok pryskających na boki rozwścieczonych kur. Takie mi natychmiast przyszło do głowy pytanie, co one robią na tej wiejskiej uliczce? Można zrozumieć, jakie przysmaki przez całe stulecia tu je zwabiały. No ale teraz, w erze stalowych rumaków? „Uśmieje się pan” Halima wróciła do pytania o brata. „A z czego to miałbym się uśmiać?” „Wie pan, on jest grabarzem. Adaś ma swoją firmę pogrzebową. Taki zawód wywróżyło mu jego drugie imię Mantus.
A pochodzi ono a vrai dire, no prawdę mówiąc, od nazwy etruskiego boga piekieł. A ja to jestem młodą panną. Ha ha ha. Jestem jeszcze panienką, pokrzywioną Słowianką na wydaniu. Ha ha.” Byliśmy już na miejscu. Ona zakończyła jazdę nagłym, ostrym hamowaniem. I to właściwie przeze mnie wykonała ten manewr tak nagle, bo jakoś nie mogąc zapanować nad sobą, odruchowo klepnąłem w te jej niebieskie dżinsy na udzie, sygnalizując, że to już tutaj powinna się zatrzymać, a Halima jak automat w tym samym ułamku sekundy nacisnęła pedał hamulca. Zerknęła na licznik. „Stąd do Paryża jest tylko tysiąc siedemset siedemdziesiąt siedem kilometrów. Przejechałam to niemal jednym skokiem.
Odwiedzi mnie pan tam? Naprawdę zapraszam. I coś teraz zdradzę. Grzebiąc w tych saharyjskich piaskach często o panu myślałam. Uśmiechałam się do siebie, kiedy przypominał mi się ten zabawny srebrny loczek spływający wtedy na pana czoło. Zapraszam do siebie na Montmartre.” Nazwisko bohaterów jest fikcyjne.
[03:37:20] - Cóż, proszę państwa, to już koniec kolejnego wydania Akademii Wszelkiej Fikcji. Pięknie państwu dziękuję. Życzę wspaniałego weekendu. Letnie weekendy są zawsze wspaniałe, ale lepiej, jeśli nie są bardzo deszczowe. Jeśli ta pogoda jest względna, jeśli pozwala cieszyć się życiem. Chociaż ja wiem, czy deszcz w tym przeszkadza? Niekoniecznie. W każdym razie dobrego weekendu, dobrej nocy i oczywiście pamiętajcie państwo w przyszłym tygodniu, żeby zajrzeć do Radia Paranormalium o godzinie dwudziestej w piątek. Zapraszam na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Pozdrawiam.
Do usłyszenia.
[03:38:07] - W pełni się zgadzam. Może sobie padać pod warunkiem, że sobie pada od poniedziałku do piątku. Weekendy mają być pogodne. Mówił do państwa przed chwilą Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.