[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Oj, zrobiło się gorąco, bardzo gorąco. Ciekawe, czy to od natłoku nowych książek? Kto wie, kto wie. Zapraszamy na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Halo, halo. A państwu odpowiem: dzień dobry wieczór, tradycyjnie. I cóż, ruszamy z Akademią Wszelkiej Fikcji. Słowo wstępne. Długo myślałem, co dla państwa przygotować. Z jednej strony korciło mnie, żeby trochę opowiedzieć o festiwalu fantastyki w Waplewie, o tak zwanym Sedeńkonie, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Post factum opowiem państwu jak było, bo w chwili, kiedy państwo słuchacie tych słów, ja właśnie bawię w przenośni i dosłownie na tymże festiwalu fantastyki. Wszystko opowiem, ale w przyszłym tygodniu. A dzisiaj? Dzisiaj takie bardzo kosmologiczne słowo wstępne.
Bo przez tysiące lat ludzie patrzyli w niebo, obserwowali gwiazdy, planety, komety, zaćmienia i co tam jeszcze. Wydawało się, że największe tajemnice wszechświata znajdują się gdzieś ponad naszymi głowami. A tymczasem jedna z najbardziej zagadkowych zagadek, ta zbitka nie jest przypadkiem, akurat świadomie jej użyłem. Jedną z najbardziej zagadkowych zagadek współczesnej nauki znajdziemy nie w odległych galaktykach, lecz zaledwie kilka tysięcy kilometrów pod naszymi stopami, w samym centrum Ziemi. Pod skorupą, płaszczem i oceanem rozgrzanych skał znajduje się jądro naszej planety. To miejsce niedostępne dla człowieka i kto wie, czy kiedykolwiek będzie dostępne. Chociaż stare porzekadło mówi, żeby nigdy nie mówić nigdy. W każdym razie nigdy tam jeszcze nie byliśmy. Nie mamy próbek, nie możemy wysłać sondy ani kamery. A jednak naukowcy od dziesięcioleci próbują jakoś tam odtworzyć strukturę, zachowanie, no i historię owego jądra.
Trochę ci naukowcy zachowują się niczym archeolodzy badający niewidzialny świat. W ostatnich latach badacze natrafili na coś naprawdę niezwykłego. Analiza fal sejsmicznych wykazała, że wewnętrzne jądro Ziemi nie zachowuje się tak, jak przez długi czas sądzono, że się zachowuje. To jądro zaczęło obracać się wolniej względem powierzchni planety, a niektóre dane sugerują nawet, że jego ruch zmienia się cyklicznie pod wpływem różnych skomplikowanych oddziaływań między płynnym jądrem zewnętrznym a płaszczem Ziemi. Według najnowszych analiz proces ten stał się szczególnie wyraźny około roku 2010. Brzmi niepokojąco? No, nie przesadzajmy, ale brzmi zaskakująco. Jeszcze bardziej zaskakujące jest jednak to, że część naukowców uważa, iż jądro naszej planety może nie tylko zmieniać swoją prędkość, prędkość obrotu, ale istnieją również przesłanki wskazujące, że jego powierzchnia, powierzchnia tego jądra może ulegać deformacjom. Innymi słowy, najgłębsza część naszej planety prawdopodobnie nie jest idealnie stabilną metalową kulą, jak przedstawiano ją przez dziesięciolecia w szkolnych podręcznikach. Potwierdzam.
Sam to pamiętam. Tak właśnie było. To odkrycie, o którym mówię, prowadzi do fascynującego pytania: jak dobrze naprawdę znamy świat, na którym żyjemy? My przywykliśmy myśleć o Ziemi jako o czymś bardzo trwałym i niezmiennym. Kontynenty wydają się stałe, góry niemal wieczne, a sama planeta absolutnie stabilna, niczym taka kosmiczna skała dryfująca przez miliardy lat, miliardy kilometrów. No, w każdym razie dryfująca wokół Słońca. A jednak geologia od dawna pokazuje nam zupełnie inny obraz. Kontynenty, owszem, wędrują, oceany znikają i powstają, bieguny magnetyczne przemieszczają się, a teraz okazuje się, że również samo serce planety może być znacznie bardziej dynamiczne, niż przypuszczaliśmy. Warto przy tym zachować odpowiednie proporcje. Sensacyjne nagłówki często sugerują, że, tu cytuję: „jądro Ziemi zatrzymało się” albo że, i znowu cytuję: „obraca się w przeciwnym kierunku”.
Wow! Będzie tragedia. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej subtelna. Mówimy tak naprawdę o niewielkich zmianach względnej prędkości ruchu, zmianach zachodzących na przestrzeni lat, a nawet dziesięcioleci. Podobno według naukowców nie oznacza to żadnego bezpośredniego zagrożenia dla życia na powierzchni planety, ale dla geofizyków jest to sygnał, że w głębinach Ziemi dzieją się procesy, których jeszcze nie do końca rozumiemy. Jest w tym coś niezwykle pokornego, coś, co zmusza do pokory. W epoce teleskopów obserwujących galaktyki oddalone o miliardy lat świetlnych, w czasach, gdy wysyłamy sondy ku asteroidom i fotografujemy egzoplanety, w tych czasach nadal nie jesteśmy pewni, co dokładnie dzieje się kilka tysięcy kilometrów pod naszymi stopami. Być może największe tajemnice nie zawsze znajdują się na krańcach kosmosu. Być może czasami ukrywają się tuż pod nami, w tym ciemnym, rozżarzonym sercu naszego świata. Sercu, które wydawało nam się doskonale znane.
Ale to tylko mrzonka. Proszę państwa, taka mała historia związana z geologią. To już chyba więcej niż geologia. W każdym razie z wnętrzem naszej planety. A teraz zgodnie z harmonogramem czas na polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który dla Państwa wybrałem to „Złamana przysięga”. Autorka Sophie Lark, wydawnictwo Niezwykłe Zagraniczne. Data premiery 18 czerwca. Zamierzam ją chronić. Czy jej się to podoba, czy nie.
Rionna Griffin to piękna, inteligentna i silna kobieta. Byłaby idealna, gdyby tylko nie nienawidziła mnie aż tak bardzo. Uważa się za niezależną, lecz mnie potrzebuje. Ściga ją bezwzględny zabójca, który nigdy nie odpuszcza. Zamierzam trwać przy niej dzień i noc, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Rionna jednak wolałaby umrzeć, ale wiem, że nauczy się mnie kochać. Jeśli płatny zabójca chce ją dopaść, najpierw będzie musiał rozprawić się ze mną. Przypomnę tytuł. „Złamana przysięga” Sophie Lark. Wydawnictwo Niezwykłe Zagraniczne.
Data premiery 18 czerwca. Druga książka to jest chyba nie lada gratka. Autorka, od niej zacznę, Ursula Le Guin. Ale to nie jest żadna opowieść z krain fantasy czy science fiction. To jest tytuł. I tutaj wymienię. „Księga kotów”. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 23 czerwca. Ursula Le Guin napisała o tej książce: Obecność kota pozwala mi zachować kontakt z tajemnicą, nieracjonalnością i pięknem nieludzkiego świata.
Koty były wielką pasją Ursuli Le Guin. Zarówno w życiu prywatnym, jak i w swojej twórczości była nimi zafascynowana. W tej nieodparcie urokliwej książce zostały zebrane wiersze, medytacje i rysunki pisarki poświęcone temu nieodgadnionemu stworzeniu, które zawładnęło jej wyobraźnią. Znalazły się tu także „Sztuka banditzu”, humorystyczna książeczka z 1982 roku nawiązująca do sztuki medytacji, ale w kontekście układania się kotów. Ponad 24 poruszające wiersze, komiks o supermyszy, kocie Tai Chi, a także seria kocich listów odsłaniająca tajniki ich psychologii. Całości dopełniają żywoty kotów Ursuli, między innymi ukochanego Parada, któremu poświęciła wiele wpisów na swoim blogu. A ja przypomnę tytuł. „Księga kotów”. Autorka Ursula Le Guin. Wydawnictwo Prószyński Media.
Data premiery 23 czerwca. Trzecia książka, trzeci tytuł. „Nikos”. Autorka Aneta Jasek. Wydawnictwo Fala. Data premiery 24 czerwca. Malownicza grecka wyspa Lefkada. Przypadkowe spotkanie i miłość od pierwszego wejrzenia. Miłość, która nie kończy się wraz z wakacyjnym urlopem. To jednak dopiero początek historii pełnej namiętności, kłamstw i śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Pół roku po śmierci męża Wiktoria wraca do Grecji, by odnaleźć odpowiedzi na pytania, które mnożą się w jej głowie od czasu tragicznych wydarzeń w Atenach. Im bardziej zagłębia się w przeszłość Nikosa, tym wyraźniej dostrzega, że jego śmierć mogła nie być zwykłym wypadkiem. Wszystko wskazuje na to, że grecka wyspa zmieni życie kobiety po raz kolejny. Nikos to pełen zwrotów akcji kryminał, którego bohaterów łączy sieć wzajemnych powiązań i nieoczywistych relacji. Czy przyjaciel może być jednocześnie wrogiem? Czy jesteśmy zakładnikami naszych błędów z dawnych lat? I wreszcie komu zaufać, by odkryć prawdę? W cieniu wspomnień, od których odwracasz wzrok, kryje się prawda zdolna przynieść ocalenie lub zgubę. Przypomnę tytuł: "Nikos", autorka Aneta Jasek, wydawnictwo Fala. Data premiery: 24 czerwca.
I tak jak co miesiąc powiem znaną państwu już formułkę: to nie koniec polecanek na dzisiaj, bo teraz czas na omówienie nowego numeru miesięcznika Nieznany Świat. Dzień dobry wieczór państwu. Mija powoli czerwiec, a to widomy znak, że na rynku, w kioskach, nie ma kiosków, ale w miejscach dystrybucji prasy pojawi się lipcowy numer Nieznanego Świata. A w nim, jak to się mówi, samo dobro. Ale o tym za chwilę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[13:08] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Masz rację z tymi kioskami. Chociaż ostatnio czytałem w komentarzach, że ponoć są takie miasta, gdzie kioski, choć nie ruchowskie, ale z prasą jeszcze się uchowały. Nie będę tutaj się za bardzo rozwijał. Powiem tylko, że Nieznanych Światów poszukujcie na stanowiskach z prasą w marketach mniejszych i większych, także w salonikach prasowych. Pamiętajcie też o naszym numerze elektronicznym, bo jeżeli ktoś nie lubi papieru, to zawsze ma jakąś alternatywę. Nie lubi papieru składować, bo to jednak swoje waży. Dodam tylko, że warto wspierać Nieznany Świat, bo to nie tylko najstarsze czasopismo tego typu w Polsce o tego typu zjawiskach niezwykłych, ale też jedyne, które się ostało.
[13:54] - Piotrze, kartkując Nieznany Świat, wcześniej czy później natrafimy na niezwykle ciekawy artykuł doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej: „Nieświęte kamienie. O diabłach w kamieniach i biesach na głazach”. To jest temat szczególnie mi bliski, bo jeśli ktoś pamięta, w zeszłym roku napisałem o jednym z takich głazów, podobno też diabelskim, takim głazie z okolic Kielc. Natomiast tu mamy prezentację wielu tego rodzaju głazów, wielu tego rodzaju miejsc, w których te diabelskie kamienie się znajdują.
[14:43] - To jest temat rzeka. Trochę w zależności od regionu, bo bardziej na północy Polski pojawiają się legendy o głazach narzutowych na przykład. Dopatruje się w nich jakichś śladów pozostawionych przez diabelskie siły, ale też dopatruje się śladów na kamieniach, często tak zwanych stópek czy śladów, które miały zostać pozostawione przez diabły bądź przez świętych, czy nawet Jezusa. Na południu z kolei, szczególnie tam, gdzie skał jest więcej, to również wiązano powstawanie różnego rodzaju form erozji z działaniem sił nadprzyrodzonych. Jeżeli dodamy do tego teorię o diabelskich kamieniach i ich związku z UFO, która się pojawiła w latach 90., to otrzymamy naprawdę fascynujący materiał, jedną nogą tkwiący w folklorze tym dawnym, a drugą nogą w folklorze zupełnie współczesnym. Jak wspomniałeś, pisze o tym doktor Joanna Bohaczek-Trąbska.
[15:48] - Tak, Piotrze, ale mamy też inny, bardzo ciekawy materiał o alchemicznym Rzymie. Tym razem Monika Rożek prezentuje to wszystko, czego o Rzymie nie wiemy.
[16:06] - Monika Rożek wybiera się razem z czytelnikami w podróż do Wiecznego Miasta, konkretnie na Eskwilin, do willa Palombara, rezydencji pewnego arystokraty, który umieścił tam niezwykle ciekawy obiekt architektoniczny, tak zwane Porta Alchemica, czyli drzwi alchemiczne. Lekko niepozorne tak naprawdę, wyglądają trochę jak ozdoba ogrodowa. Powstały pod koniec XVII wieku i mają skrywać zakodowaną wiadomość o charakterze, ma się rozumieć, okultystycznym. Jaka to wiadomość? Tego się dowiecie z numeru. Ale ta podróż do alchemicznego Rzymu jest znacznie dłuższa. Spotykamy tam liczne postaci, nie tylko mistrzów sztuk tajemnych. Ale Marku, teraz odbijam piłeczkę, bo słyszeliśmy ostatnio, że Amerykanie odtajnili swoje akta o UFO. Jak to zrobili i jak to wyglądało, to też się w sumie dowiecie z numeru. Ale tobie udało się zajrzeć do archiwum IPN w poszukiwaniu może nie do końca polskich akt UFO, ale w próbie ustalenia tego, w jaki sposób PRL-owskie służby monitorowały pewne środowiska związane z szeroko rozumianą ezoteryką.
[17:31] - Cóż, Piotrze, to rzeczywiście tak wyglądało, że pomyślałem sobie, że niby wszyscy wiemy, że PRL to było takie miejsce w czasie i w przestrzeni, w którym donosicielstwo oraz inwigilacja to był chleb powszedni. Doszedłem do wniosku, że środowiska interesujące się sprawami niezwykłymi, które były aktywne w Polsce właściwie od dawna, od lat 60., ale tak naprawdę mocno od końcówki lat 70. i przez całe lata 80. Te środowiska na ogół starały się być dosyć niezależne, a wszystko, co w PRL-u było albo starało się być niezależne, trafiało pod lupę Służby Bezpieczeństwa. Zgłosiłem się do bydgoskiego IPN-u i rzeczywiście dzięki mojemu rozmówcy uzyskałem informacje dotyczące na przykład środowisk związanych z UFO, środowisk związanych z radiestezją i z wieloma innymi sprawami, które mogą być interesujące. Na przykład ruchy religijne różnego rodzaju, ale także wszelkiego rodzaju sekty. Tu też się pojawił problem. Bo czym była sekta w PRL-u? Na to pytanie warto sobie odpowiedzieć. Otóż to nie jest takie oczywiste.
Po wyjaśnienie zapraszam oczywiście do artykułu. Wspomnę tylko, że moim rozmówcą był przedstawiciel bydgoskiego IPN-u, Mateusz Szłapka, który bardzo mocno zgłębiał ten temat. W dodatku pojawiły się pewne tropy, które będę się starał w kolejnych numerach, nie mówię, że zaraz w numerze sierpniowym, ale w kolejnych numerach „Nieznanego Świata”, będę się starał rozwijać, bo tam wspólnie z moim rozmówcą zauważyliśmy spory potencjał i spory materiał do przerobienia.
[19:57] - Marku, ale pozostając w duchu mundialu, mówiłem o piłce. Ta piłka jest nadal przy twojej nodze. W tym lipcowym numerze jest również twoja rozmowa z Pawłem Siedlarem, pisarzem i autorem świetnego, co muszę podkreślić cyklu, który na jesieni rozpocznie się w „Nieznanym Świecie” i będzie dotyczył nazistowskiego okultyzmu. Ale nie w takim oklepanym znaczeniu, bo Paweł Siedlar sięga do głębokich korzeni. Co możesz nam powiedzieć o tym cyklu i o autorze?
[20:29] - Autora znam od kilku lat. Uczestniczyłem, czy też może maczałem palce w wydaniu jednej z jego książek, niezwykle interesującej. Książki współczesnej jak współczesnej, dotyczącej w każdym razie XX wieku i pewnych mrocznych historii związanych z Krakowem. To był niezwykle interesujący i pouczający dla mnie epizod. Natomiast ta znajomość pozostała. Paweł Siedlar to jest naprawdę świetny pisarz, człowiek dysponujący nie tylko dobrym piórem, ale również pewnym horyzontem, pewnym dystansem przy okazji tego horyzontu, i który dobrze wgryzł się w niektóre przynajmniej części historii. Kiedyś rozmawialiśmy o jego książce beletrystycznej, mówiącej i związanej z nazistowskim podejściem do okultyzmu. I wtedy tak się zgadało między nami, że to z jednej strony książka beletrystyczna, ale z drugiej można by ten temat pociągnąć w formie publicystycznej. Paweł Siedlar po prostu usiadł i bodajże w kwartał napisał obszerny cykl artykułów dotyczących właśnie nazistowskiego okultyzmu. Ale tak jak Piotr to podkreślił, to nie są rzeczy oklepane.
Paweł Siedlar wchodzi bardzo głęboko w temat, sięga starożytności i śledzi chociażby to, o czym mówi w wywiadzie: dlaczego Niemcy są tacy, jacy są. I to, proszę państwa, nie jest szerzenie jakichś uprzedzeń dotyczących narodu niemieckiego. To jest bardzo błyskotliwa i szczegółowa analiza, skąd to się wzięło. Dlaczego my Niemców postrzegamy jako naród specyficzny, o pewnych cechach, które są nam niemiłe, obce, a w każdym razie trudne do zrozumienia, przynajmniej przez naszą nację. Muszę powiedzieć, że ten cykl, a znam go w całości, to jest naprawdę, szukam słowa, nie znajduję, więc powiem: to jest naprawdę petarda. Zobaczycie państwo już po wywiadzie, że Paweł Siedlar ma bardzo zdystansowany stosunek, ale jednocześnie zdystansowanie nie oznacza takiego désintéressement, czyli że wszystko jest chłodne i wszystko jest zupełnie obojętne. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Paweł Siedlar potrafi przywołać pewne historyczne wydarzenia i to robi w wywiadzie, po których to człowiekowi robi się naprawdę gorąco. Na przykład wspomina wydarzenia z okresu okupacji związane ze swoją babcią. I wierzcie mi państwo, tego się już nie da odzobaczyć, nie da się ododczytać.
To pozostawia ślad, ale pozostawia też pewną świadomość, jak to było z nacją niemiecką od bardzo dawna.
[24:07] - Tak. Zapraszamy do numerów jesiennych i późniejszych. Tam ten cykl będzie się ukazywał. Jest naprawdę dobry. Muszę powiedzieć, też znam kolejne części. A w lipcowym numerze Nieznanego Świata przeczytacie także między innymi o Munisadu, tajemniczym australijskim mistyku, australijskim new age'owcu, joginie, tarociście, który najprawdopodobniej przybył z Polski. O Buddzie w ciągu dalszym swojej publikacji na temat przewodników duchowych pisze Piotr Witold Lech. W numerze też wiele innych niezwykle interesujących tematów. Polecam znowu szukać go na stanowiskach z prasą. Jeżeli komuś brakuje zaś numerów, to możecie domówić je na www.nieznany.pl.
Pamiętajcie także o naszej wersji elektronicznej, do której odnośnik znajdziecie pod spodem. W tym numerze naprawdę jest jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, ale to musicie przekonać się sami.
[25:16] - To teraz zgodnie z rozkładem czas na konkurencje filozoficzne. W historii filozofii istnieją postacie, które nie tylko próbowały odpowiedzieć na wielkie pytania, ale wręcz przesuwały granice tego, o co wolno było pytać. Jedną z takich postaci był Jan Szkot Eriugena, myśliciel żyjący w IX wieku. Człowiek, który pojawił się w epoce często przedstawianej jako czas intelektualnego mroku, a mimo to stworzył system filozoficzny tak śmiały i oryginalny, że wyprzedzał swoją epokę o całe stulecia. Kim właściwie był ten człowiek? Urodził się prawdopodobnie około roku 810 w Irlandii. Przydomek Eriugena oznacza dosłownie urodzony w Irlandii. Był uczonym, teologiem, tłumaczem i filozofem. W czasach, gdy większość Europy Zachodniej dopiero odbudowywała swoje życie intelektualne po upadku Cesarstwa Rzymskiego, Eriugena znał grekę. To umiejętność niezwykle rzadka w tamtym czasie na Zachodzie.
Dzięki temu miał dostęp do dzieł wschodnich ojców Kościoła, no i tradycji neoplatońskiej, które dla większości jego współczesnych pozostawały zamkniętą księgą. Na dworze króla Karola Łysego stał się jednym z najważniejszych uczonych swojej epoki. Jednak nie był zwykłym komentatorem dawnych autorytetów. Był myślicielem, który próbował połączyć chrześcijaństwo z filozofią grecką i to w sposób niezwykle ambitny. Jego najważniejsze dzieło nosi tytuł „De Periphyseon”, czyli o naturze. To jedna z najbardziej niezwykłych książek średniowiecza. Eriugena wychodził z założenia, że rozum i wiara nie mogą sobie przeczyć. Jeśli pochodzą od Boga, muszą prowadzić do tej samej prawdy. Dziś może to się wydawać oczywiste, ale w IX wieku było stanowiskiem odważnym. Filozof twierdził wręcz, że autorytet powinien być wspierany przez rozum, a nie odwrotnie.
To podejście czyni go jednym z prekursorów późniejszej scholastyki, ale jednocześnie prowadzi go znacznie dalej niż większość średniowiecznych myślicieli. Najbardziej fascynująca część jego filozofii dotyczy samej natury Boga. Według Eriugeny Bóg jest tak doskonały, że przekracza wszelkie ludzkie pojęcia. Nie możemy powiedzieć, czym jest. Możemy jedynie stwierdzić, czym nie jest. Nie jest materią, nie jest czasem, nie jest przestrzenią. Każde określenie okazuje się niewystarczające. Takie podejście nazywa się teologią negatywną. To brzmi paradoksalnie, ale Eriugena uważał, że im więcej mówimy o Bogu, tym bardziej ryzykujemy zniekształcenie prawdy. Najbliżej poznania znajdujemy się wtedy, gdy uznajemy granice własnego rozumu.
Można odnieść wrażenie, że w tym miejscu średniowieczny filozof zbliża się do mistyków, a nawet do niektórych tradycji Wschodu. Tam również pojawia się przekonanie, że ostateczna rzeczywistość przekracza wszelkie słowa i wszelkie pojęcia. A jednak Eriugena nie zatrzymuje się na tym. Cały wszechświat postrzega jako proces wychodzenia z Boga i powrotu do Boga. Wszystko, co istnieje, ma swoje źródło w absolucie i ostatecznie do tego absolutu zmierza. Stworzenie nie jest jednorazowym wydarzeniem z odległej przeszłości. Jest nieustannym procesem ujawniania się boskiej rzeczywistości. W pewnym sensie świat staje się wielką księgą, w której można odczytywać ślady twórcy. Niektórzy badacze dostrzegają tutaj podobieństwa do późniejszych koncepcji panteistycznych. Trzeba jednak zachować ostrożność.
Eriugena nie twierdził, że świat jest Bogiem. Uważał raczej, że cały kosmos uczestniczy w boskiej rzeczywistości i nieustannie od niej zależy. Była to jednak wizja tak śmiała, że wzbudzała kontrowersje i to mówiąc najdelikatniej. Kilka wieków po śmierci filozofa niektóre jego poglądy zostały uznane za Niebezpieczne. Dzieło „Periphyseon” zostało wpisane na indeks ksiąg zakazanych. Paradoks historii polega na tym, że właśnie dzięki swojej niezwykłości Eriugena przetrwał w pamięci kolejnych pokoleń. Jego wpływ można odnaleźć u średniowiecznych mistyków, a pośrednio także w filozofii renesansu i nowożytności. Wielu uczonych uważa go za jednego z najbardziej oryginalnych myślicieli całego średniowiecza. Dlatego warto pamiętać o Janie Szkocie Eriugenie. Pamiętać i nie mylić go z Tunsem Szkotem.
Ale dlaczego właściwie warto o nim pamiętać? Ponieważ przypomina nam o czymś niezwykle ważnym. O tym, że prawdziwa filozofia zaczyna się tam, gdzie kończy się intelektualna wygoda. Tam, gdzie człowiek odważa się zadawać pytania większe od siebie samego. Czy rozum może prowadzić do Boga? Czy rzeczywistość jest czymś więcej niż zbiorem materialnych obiektów? Czy istnieje jakaś ukryta jedność wszystkich rzeczy? Eriugena nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego zaprasza nas do podróży przez świat idei, w której każda odpowiedź rodzi kolejne pytania. I być może właśnie dlatego po ponad tysiącu lat jego głos nadal brzmi zaskakująco współcześnie.
W epoce nadmiaru informacji przypomina bowiem, że największa mądrość może zaczynać się od prostego wyzwania. Wyzwania, które mogłoby brzmieć mniej więcej tak: nie wiem, czym jest ostateczna rzeczywistość, ale wiem, że jest większa, niż potrafię sobie wyobrazić. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. To teraz, żeby troszeczkę otrząsnąć się z filozoficznej zadumy, zapraszam państwa na odrobinę prozy. Dzisiaj Bruno Kadyna i jego opowiadanie „Kret”. Upraszczę się bardzo osoby nieco bardziej wrażliwe, aby ostrożnie podchodziły do tego opowiadania. Zapraszam zatem. Czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[33:11] - Bruno Kadyna, „Kret”. Kobieta stała przed oknem balkonowym. „Mój biedny ogród!” Czuła się bezsilna i wściekła. Walka trwała już szereg lat. „Skurczysyn, niech no się tylko pojawi” warczała często. Nie była pewna, czy to wciąż ten sam, czy już inny. Nie wpadła, żeby sprawdzić w internecie, jak długo żyją krety. Wnuczek pociągnął za jej spodnicę, ale nie zwróciła na niego uwagi. „Babciu, prosę pić.” Dalej mówiła do siebie: „Ta gnida zwyczajnie robi sobie ze mnie jaja.” „Babciu, babciu!” „Co?” „Prosę pić.” „Niech ci matka da.” Chłopczyk z traktorkiem w rączce pobiegł do pokoju pukać paluszkiem mamę, a babcia dalej wyobrażała sobie szkodnika, jak siedzi w norze pod ziemią i śmieje się z niej, zajadając tłustą dżdżownicę. Nakręcała się coraz bardziej.
„Zabiję!” Miała ochotę znowu wyjść do ogrodu, mimo że dopiero tam była. Złamany trzonek od łopaty wciskała w świeże kopce, próbując je udrożnić, żeby chociaż przeciągów śmierdzielowi narobić. Wydawało jej się, że wiedziała, czego krety nie lubią, ale bezskutecznie próbowała już wszystkiego. Puszki po piwie na drutach pobrzękiwały na wietrze, ale kret oprócz tego, że ślepy, najwidoczniej był przygłuchy, bo nic sobie z tego nie robił. Specjalne odstraszacze dźwiękowe tylko go ciekawiły, bo wylazł z ziemi tuż obok jednego. Sprawdzić pewnie, co tak popiskuje. Drutki nie działały. Trzymał się od nich z daleka albo ćpał to i śmigał tunelami jak Indiana Jones. Podobnie było pewnie z gazem, którym go traktowała. Zalanie wodą też nic nie dało.
Woda ze szlauchu wetkniętego głęboko w kopiec wsiąkała od razu w żyzną glebę, nie wyrządzając żadnych szkód. Jeśli już coś działało, to na krótko. Kret znikał na chwilę, po czym wracał i robił swoje. Najspokojniej było latem, bo dzieciaki dużo biegały po ogrodzie. Najgorzej wiosną. I właśnie pojawiły się pierwsze pąki na drzewach, a na ziemi taka ilość kopców, że szlag kobietę trafiał. „Mogłam głębiej wepchnąć kij.” Odchodząc od okna trąciła córkę przysadzistym zadem. „Mamo, nie mogłaś dać małemu pić, jak prosił?” „A co, nie masz rąk? Co ja, opiekunka?” Prychnęła i poszła do ogrodu. Wzięła trzonek i zaczęła drążyć w kopcach.
„Mamo, jedziemy już” zawołała córka z okna. Gospodyni nie słuchała. „Masz gnoju, obyś się przeziębił i zdechł” gderała pod nosem i wpychała kij głęboko, kręcąc nim jak korbą. Kiedy wróciła do domu, zapytała męża: „Już pojechali?” „A co mieli robić?” „Myślałam, że jeszcze posiedzą.” Umyła ręce w kuchni. „Coś musimy wymyślić na tego kreta.” Mężczyzna przewrócił oczami. „Co wymyślić? Z kim będziesz latać, jak go nie będzie?” Idiota. Poszukaj lepiej w internecie, jak go ukatrupić – powiedziała. Daj mi spokój, niczego nie będę szukał. Musisz być takim chamem nieużytym?
Możesz coś zrobić? Głupia babo! Ile jeszcze pieniędzy mam wydać? Prychnęła na starego i poszła do pokoju zadzwonić do córki. Przyjedźcie jutro na obiad. Zrobię gołąbki. Nie wiem, mamo. Mam dużo pracy i muszę małego szybko położyć, bo w poniedziałek do przedszkola. Mój wnusiu. Przyjedźcie.
Nie będziesz musiała robić obiadu, odejdzie ci roboty. Dobrze, zobaczę jeszcze. Może zrobimy frytki. Maciuś bardzo lubi. No pewnie, że zrobimy. Okej, raczej będziemy. Buziaki, mamuś. Pa, córciu. Kobieta była zadowolona. Bała się, że Kasia się obraziła, chociaż powinna rozumieć, jak ten kret niemiłosiernie uprzykrzał życie jej matki.
Mieszkanie było już wysprzątane. Stary, jak co wieczór siedział z piwem przed telewizorem. Nigdzie się już dziś nie ruszy. Ewentualnie do lodówki po kolejną puszkę i do łazienki na siku. Kobieta mogła sobie otworzyć karmi, rozsiąść się w fotelu, położyć nogi na pufie i obejrzeć ulubione „Szkło kontaktowe” na TVN-ie. Wzięła butelkę z lodówki i podeszła do okna popatrzeć na zrujnowany ogród. Nie zazna spokoju, dopóki ten szkodnik będzie zatruwał jej życie. I nagle ją oświeciło. Przecież najwięcej kopców pojawia się rano. W ciągu dnia o wiele mniej.
Ranny ptaszek z tego zasrańca. Już ja ci urządzę. W głowie wykiełkował plan. Wstała bardzo wcześnie. Było jeszcze ciemno. Na koszulę nocną zarzuciła kurtkę starego i wyszła. Wzięła szpadel z piwnicy, mały stołek i ostrożnie stąpając dotarła na środek ogrodu. Usiadła i czekała. Potworne zimno ciągnęło od ziemi i gołe stopy w klapkach szybko skostniały. Żałowała, że nie włożyła chociaż podkolanówek.
Jednak nienawiść do kreta grzała na tyle mocno, że nawet jej do głowy nie przyszło odpuścić. Najważniejsze to ukatrupić śmieciara. Kiedy zobaczy wypiętrzający się kopiec, już nie pozwoli mu uciec. To się musi dziś skończyć. Zaczęło świtać. Wtedy zobaczyła, co kret zrobił, kiedy czekała. To gnój! Tuż pod jej nosem odbudował dwa stare kopce. Miała ochotę poderwać się, kląć i naparzać w nie szpadlem. Tyle czasu ją upokarzał ten mały, ślepy szkodnik, a teraz jeszcze tak bezczelnie dolał oliwy do ognia.
Ledwie się powstrzymała. Da upust złości, kiedy go dopadnie. Zacisnęła zęby, mocniej ścisnęła trzonek i czekała dalej. Było już jasno. Teraz nie będzie miał szans. Wyglądała jak cudaczna figura ogrodowa. nieruchoma, napięta jak żołnierz na froncie. Odbierała każdy dźwięk i ruch. Wszystkie zmysły i myśli były skupione na przeciwniku. Świat jeszcze spał.
Oprócz kilku ptaków, wiatru i tej szumowiny pod ziemią. Minęło tyle czasu, że mąż już wstał i zaczął jej szukać. „No głupia baba” – śmiał się z okna. Zamknijże się! Wiedziała, że przez te krzyki z polowania nic dziś już nie będzie. Musiał wydrzeć mordę. Już go prawie miałam. Warczała, wstając ze stołka. Jutro spróbuje znowu. Lepiej ubrana i uzbrojona w latarkę.
Tymczasem wpadła do domu jak pijany chłop szukający awantury. I co? Musiałeś mordę wydrzeć? Miała ochotę zdzielić starego w łeb. Durna babo, zwariowałaś do reszty! Masz mi na jutro załatwić latarkę. Przydaj się na coś, nieużyty jajcodrapie. Trzasnęła drzwiami od łazienki. Szurnięta baba – fuknął pod nosem. Granaty sobie załatw.
Poszedł do piwnicy szukać latarki. Zapomniała na chwilę o krecie, kiedy robiła obiad. Gołąbki wymagają sporo pracy, a nagotowała cały gar. Frytki usmaży, jak przyjadą. Na razie wlała świeży olej. Straszny był z wnusia frytkożerca. Uwielbiała patrzeć, jak w nieprawdopodobnym tempie te małe usteczka pochłaniają jedna za drugą. Widok małej, słodkiej buzi niesamowicie ją rozczulał. Uwielbiała rozpieszczać wnuczka i psuć córce robotę wychowawczą. Nie zdawała sobie sprawy, z jaką premedytacją trzylatek owinął ją sobie wokół paluszków.
Nie mogła sobie darować, że brzydko potraktowała go wczoraj pod oknem, że mogła wywołać w nim choć cień smutku i niechęci do babci. Wszystko przez tego pieprzonego kreta. Strasznie wygląda ten ogród, ale dalej uważam, że nie jest wart takich nerwów. Wykończysz się – powiedziała córka. Nie pozwolę, żeby robił taki syf. Jutro dorwę tę mendę na pewno. Już jest syf, a ty tylko tracisz zdrowie. Jeszcze żeby jakieś kwiaty były albo nie wiadomo ile pracy włożone, ale to tylko trawa. Nieważne. To moja trawa i ma tego skurczysyna nie być.
Ojciec usłyszał i przyleciał do kuchni. Będzie polować na niego, głupie babsko. Rano wzięła sobie stołeczek na środek ogrodu i czekała ze szpadlem, żeby go zdzielić w łeb. Głupia. „Pójdziesz ty, nieużyty dziadu!” Zamachnęła się ścierką. Chłop się uchylił i dostał w ramię. „Tylko szydzić potrafi, a nic nie zrobi. Latarkę masz. Leży na komodzie. Szurnięta stara.” Kasia nic nie mówiła.
Nie było sensu. Rodzice całe życie tak ze sobą rozmawiali. „Maciuś, smakowały gołąbki?” – zapytała babcia. „Nie.” „No coś ty, nie smakowały ci? A ja się tak starałam, żeby były dobre.” Smakowały. Przecież zjadł. „To jak niuniu? Dobre czy niedobre?” Niektóre babcie łakną uznania wnucząt jak heroinista działki. Chłopczyk pokręcił główką. „Niedobre.” Kasia zaczęła się śmiać, a babcia posmutniała.
„No wiesz, a ja cię tak kocham i chciałam, żeby ci smakowało.” „Mamo, przestań wzbudzać w nim poczucie winy. Co to? Gra na uczuciach? Daj spokój.” Kobieta wstała niepocieszona i zaczęła zbierać talerze. „Maciuś, a masz ochotę na frytki?” – zapytała. „Tak!” Wybuch radości zadowolił babcię. Wydarła się za to na dziadka, kiedy podniósł się, żeby wynieść talerz. „Do zmywarki od razu. Zamknij się, babo.” Zwrócił się do córki. „Jedziemy?
Chciałbym już wypić piwko.” „A gdzie wy jedziecie?” – zapytała kobieta. „Nie mamy prądu w sypialni i w przedpokoju. To chyba nie bezpiecznik, tylko cała ta część z bezpiecznikami, bo pstrykam i nie działa. Tata zobaczy, czy da się coś z tym zrobić, czy trzeba kupić całą tę część.” „A frytki?” „Niedługo będziemy. Maciuś zje, a my jak wrócimy.” A dziadek piwko. Nachylił się do wnuczka, żeby ten go pacnął, jak miał w zwyczaju, kiedy twarz dziadka znajdowała się za blisko. „Maciuś, nie podnoś ręki na dziadka, bo ci uschnie. Tato, nie pozwalaj mu.” Mały skupił się na bajce, a kobieta zapytała: „Ty stare pijaczyno. Codziennie będziesz chlał piwo?” „Jakie chlał, głupia babo.” „Tato, chodźmy już.” „Ych. Idiota.
Wracajcie szybko.” Kobieta zabrała się za obieranie ziemniaków. Kiedy wystarczyło na pierwszą porcję, zapaliła gaz pod olejem. Wypłukała ziemniaki i zaczęła kroić w paski. Z pokoju przybiegł Maciuś. „Już są frytki?” „Jeszcze nie. Za chwilę. Idź oglądaj jeszcze. Zawołam cię. A może chcesz soczku?” „Tak!” Wnuczek z małym kubkiem poszedł do pokoju. „Tylko nie rozlej.” Olej wzburzył się gniewnie po zanurzeniu sitka z pierwszą porcją.
Babcia wyciągnęła talerz z szafki i sięgnęła na parapet po ręcznik papierowy, żeby po usmażeniu wysypać na niego frytki. Wyjrzała przy okazji przez okno i zobaczyła w ogrodzie dwa świeże kopce. „To szmaciarz.” Wściekła pyrgnęła rolkę papieru na szafkę i poleciała wbić w kopce kij i zrobić szkodnikowi przeciąg. „Nie będziesz mi tu rozkopywał.” Złamany trzonek od łopaty miał ponad metr długości. Wbijała go prawie cały, kręcąc nim jak młynkiem, nie wyrządzając krotowi praktycznie żadnych szkód, bo sieć tuneli budował płycej. Szczerze nienawidziła tego zwierzaka i nie mogła się doczekać, kiedy zdzieli go szpadlem i wyrzuci na śmietnik. „Jutro cię zabiję. Nie licz na łaskę” – warczała. Usłyszała stłumiony krzyk. Znieruchomiała na moment i nasłuchiwała.
Był tak przedziwny, że w pierwszym momencie nie skojarzyła, że to może być dziecko. Szczególnie, że krzyk szybko ucichł. „Maciek!” Rzuciła kij i pobiegła do domu. Znalazła wnuczka na podłodze w kuchni. Obok niego leżał garnek i rozsypane frytki. Podłoga lśniła od trzech litrów oleju. „O mój Boże, o mój Boże! To Maciuś?” Nie mogła go rozpoznać. Ta mała postać na podłodze w ogóle nie przypominała jej ślicznego wnusia. Nawet żywego dziecka.
„O mój Boże. Maciuś! To Maciuś?” – powtarzała, jakby próbowała tym pytaniem upewnić się, że nie wydarzyła się żadna tragedia. Chciała nawet sprawdzić, czy mały wciąż siedział na kanapie i oglądał Świnkę Peppę, która jak gdyby nigdy nic, chrumkała ze swoją rodziną z telewizora w pokoju. Głowa chłopca była jak u lalki, na której zostały resztki włosów, a buzia zwyczajnie zaczęła się rozpuszczać. Wyglądała, jakby ktoś pomalował ją niedbale na czerwono. Prawe oczko było zamknięte, drugie otwarte, bo powieka zwinęła się od gorąca, a oprawa stała się dziwnie nieregularna i zamiast gałki wypełniał ją jakiś żółtawy płyn. „Co z oczkiem, Maciuś? Co z twoim oczkiem? O mój Boże.” Koszulka chłopczyka zmarszczyła się mocniej niż skóra na głowie, a lewa rączka i nóżka miały kolor zupy pomidorowej.
Babcia nie krzyczała. Była w zbyt dużym szoku. Przypomniała sobie, co powinna zrobić. Próbowała podnieść małego, ale wywróciła się na śliskiej podłodze. „O mój Boże! O mój Boże!” Zbite biodro poczuje później, ale w głowie nie będzie już miejsca na taki ból. „Olej jest jeszcze gorący. Dlaczego jest jeszcze gorący?” Szok zaczął się nasilać, ale nie przestała działać. Odciągnęła martwego chłopczyka z plamy oleju, podniosła i zaniosła do łazienki. Ostrożnie włożyła do wanny i odkręciła zimną wodę.
Nerwowo polewała go całego. W głowie czuła mrowienie, jakby mózg jej się trząsł. „O, jak pachnie frytkami” – powiedziała Kasia. Wejście do mieszkania było zaraz obok łazienki, więc od razu zobaczyła przez otwarte drzwi stojącą matkę ze słuchawką prysznica. Lała wodę do wanny, jakby podlewała kwiaty w ogrodzie. „Co robisz, mamo?” Nie odpowiedziała. Wtedy córka podeszła i zajrzała do wanny. Potrzebowała kilku sekund, żeby zrozumieć, na co patrzy. „Dlaczego wciąż jest ciemno? Powinno być już jasno” – powiedziała kobieta.
Siedziała na środku ogrodu w samej koszuli nocnej, boso. Było chłodno jak na czerwiec. Lato miało się spóźnić i nie rozkręcić zbytnio. Była druga w nocy. Do wschodu słońca zostały dwie godziny. Spędzała tak każdą noc. Wychodziła z domu, kiedy mąż zasypiał i przestawał ją pilnować. Oprócz żalu, który rozrósł się jak bluszcz i zrujnował psychikę, było w niej miejsce już tylko na nienawiść do kreta. „Mendo. Mendo, to twoja wina, Mendo.
Ty jesteś winien” – powtarzała. Mówiła za głośno. Przy tym tupała i często podrywała się ze stołka, żeby uderzać kijem w kopce, w głębi których już dawno nie było kreta.
[50:33] - Proszę państwa, tydzień temu mówiłem tak bardzo ostrożnie i tak bardzo przez ogródki o nowym filmie Spielberga „Dzień objawienia”. Nastał ten moment, kiedy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, jakby to powiedzieć, rozwałkujemy dla państwa ten film. Bardzo zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka i przystępujemy do wyżej wspomnianej czynności. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium, a dzisiaj film, o którym mówią wszyscy. Co więcej, mówią wszyscy, ale mówią od pewnego czasu, bo zwiastuny tego filmu, zapowiedź wydarzenia gdzieś już na początku roku się pojawiły. A teraz, kiedy film wkroczył do kin, bomba z recenzjami, z omówieniami wybuchła. I my dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem wpiszemy się w ten trend. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[51:47] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Bomba wybuchła albo jak to się mówi bąk został nakręcony i puszczony w ruch. Tylko czy to jest bąk recenzji, czy to jest bąk Stevena Spielberga? O tym sobie dzisiaj powiemy. Ja akurat o „Dniu objawienia” powiedziałem już bardzo dużo i nie wiem, czy ktoś jeszcze chce tego słuchać. Postaram się dzisiaj może ująć to w taki sposób trochę inny, zwrócić uwagę na coś, o czym jeszcze nie mówiłem. Kilka słów. O tym filmie słyszeliśmy tak naprawdę od kilkunastu miesięcy. Od 2024 roku wiemy, że on powstawał, że miał mieć inne tytuły.
Jednym z tytułów był „Dish” i to już też kilka razy mówiłem u siebie na kanale, że tytuł „Dish”, czyli czasza radioteleskopu na przykład, sugeruje nam, że mógł chcieć iść Spielberg w stronę bardziej filmu typu „Problem trzech ciał”, „Kontakt” i tak dalej. Skończyło się na filmie o ujawnieniu – disclosure. Tylko że tak. Mówiłeś, że słyszymy o tym filmie ciągle. On jest na ekranach od około tygodnia. My to nagrywamy niecały tydzień przed tym, jak on wszedł na ekrany w Polsce, a ja mam wrażenie, że on już jest zapomniany. Powiem ci, że nie widziałem recenzji, która byłaby pozytywna w 100% na YouTubie. Oczywiście, jeżeli chodzi o komentarze, to tak. Są tacy, którzy dawali filmowi 10 na 10. Natomiast kiedy sobie oglądałem na YouTubie tak zwane reviews, to ludzie byli bezlitośni.
Nawet Tomasz Raczek był bezlitosny dla tego filmu. Ale żeby było śmiesznie, to powiem ci, że większość recenzujących i widzów się zgadza, kiedy krytykuje ten film. Wydaje mi się, że ten film jest zapomniany już jakiś tydzień po premierze. Obiecywano fajerwerki, dreszcz emocji i szok ontologiczny. O tym szoku ontologicznym chyba najwięcej można powiedzieć, bo wszyscy myśleli, że Spielberg coś wie i powie coś ważnego. Jak redaktor naczelny jakiegoś pisma. On ma szerszy ogląd i on puści felieton, który wyjaśni wszystko. Tymczasem otrzymaliśmy, co otrzymaliśmy. Film Spielberga zbiera cięgi. Polecam wam recenzję Tomasza Raczka, żeby nie było, że my znowu się pastwimy.
Są tacy, którzy idą o krok dalej. Na przykład David Icke, nazywając ten film operacją psychologiczną mającą odwrócić uwagę ludzi od prawdy na temat kosmitów. Ale wydaje mi się, Marku, że chyba większość ludzi po prostu nie może się pogodzić z tym, że ten film jest tak słaby. I to zarówno nie mogą się pogodzić z tym ci, którzy liczyli, że będzie to dobra rozrywka ufologiczna, bo mało jest filmów o UFO. Ale też ci, którzy mają dobre wspomnienia związane z filmami Spielberga. Tymczasem, a ponieważ ja już dużo o tym filmie mówiłem, to oddaję ci głos. Jakie były twoje wrażenia po „Dniu objawienia”?
[55:11] - Ja przede wszystkim odczuwam smutek, bo nie jest częste, a może ostatnimi czasy coraz częstsze niestety, ale nie jest częste takie obserwowanie upadku legendy. Moim zdaniem ten film to jest upadek legendy Spielberga, bo on nas przyzwyczaił przez dziesięciolecia, że jego filmy bywają lepsze, bywają gorsze, ale zawsze są jakimś wydarzeniem. Czy film, o którym mówimy dzisiaj, „Dzień objawienia” jest wydarzeniem? Z racji tego, że kręcił Spielberg, to tak, ale jak już człowiek zaczyna ten film oglądać, to ma takie wrażenie, że czas jest jednak bezwzględny. Ja tu nie powiem nic nowego, bo w sumie powoływałeś się na recenzję Raczka, więc ja trochę też do niej nawiążę. Smutne jest, że czas upływa i niektórzy twórcy jakby tego nie przyjmują do wiadomości. Nie przyjmują do wiadomości, że być może nie mają już nic ciekawego do powiedzenia. Oni w dalszym ciągu dysponują pewną sprawnością, ale też nie przesadzajmy. Dysponują pewną sprawnością tworzenia filmu, tworzenia opowieści. Powiedziałem, że nie przesadzajmy, bo owszem, widać, że Spielberg pokazuje nam historię, która być może 20, 30 lat temu po prostu wgniotłaby nas w fotel, a dzisiaj nas w ten fotel po prostu nie wgniata z różnych względów.
Ja absolutnie nie porywam się z motyką na słońce. Nie jestem znawcą kina znającym wszelkie szczegóły tworzenia na przykład scenariusza, chociaż akurat o tworzeniu scenariusza wiem sporo i mam na to papiery. Tak to sobie dyskretnie ujmę. Natomiast to nieważne, jak my podchodzimy do tego obrazu. Raczej skupmy się w tym wypadku na tym, co jest obiektywnie słabe, niepasujące i takie w sumie dyskredytujące historię UFO, ujawnienia. W tym kontekście to, co powiedziałeś o Davidzie Icke wydaje mi się na przykład dosyć prawdziwe, bo otrzymujemy historię, która jest sztampowa do bólu, ale to tak sztampowa, pewno jeszcze o tym powiemy. Ale proszę państwa, chodzi o to, że ja nie zarzucam reżyserowi, że nakręcił film o kosmitach, bo w końcu nie wiemy, kim są obcy z UFO, czy to są kosmici, czy to są przybysze z innych wymiarów, z innych czasów. Tego nie wiemy i w związku z tym licentia poetica. Reżyser miał prawo zrobić to, co zrobił. Natomiast ja się zastanawiam, czy sposób, w jaki to zrobił, jest na pewno dobrym sposobem.
W tym oczywiście, co mówię, jest ukryta odpowiedź. Nie, moim zdaniem nie jest dobrym sposobem. W tym filmie są jakieś elementy, które budzą nadzieję albo właśnie nie nadzieję. One budzą taką tęsknotę za tym, czym ten film mógł być, ale nie jest. Bo kiedy ja śledzę te fragmenty, w których pojawiają się zwierzęta, ci, którzy film widzieli, dokładnie kojarzą, o czym mówię, to to był ten element, który moim zdaniem subiektywnym należało podkręcić, należało eksploatować. To był motyw, który jest nośny, o którym bardzo często Piotr mówi na swoim kanale UFO Historie, o którym ja również mówiłem kilka razy. To jest ten element tajemniczości, tego, że my do końca nie rozumiemy, co się dzieje i warto było ten element podkreślić. Ale Spielberg poszedł inną drogą. Mamy świat w przededniu trzeciej wojny światowej, być może. Mamy świat, w którym dużo się dzieje, ale tak naprawdę mamy też świat, który jest taki bardzo jednoznaczny.
I kiedy dostajemy sceny od Stevena Spielberga, w których pojawiają się obcy, jacyś tacy sztampowi szaracy, którzy są przesłuchiwani albo znajdowani w postaci zwłok, widzimy to na ekranie. Albo wkraczają do jakiegoś namiotu i negocjacje jakieś się toczą. Wiecie państwo, w zestawieniu z tą tajemniczością zwierząt, o których wspomniałem, to jest tak proste, żeby nie powiedzieć prostackie, że trudno jest to przyjąć, bo z jednej strony mamy obcych, którzy potrafią tak naprawdę zorganizować Spielbergowi film, bo gdyby nie pewna intryga, którą obcy w swoim czasie uknuli, którą tak naprawdę śledzimy w filmie, to film Spielberga by nie powstał. A jednocześnie mamy obcych, którzy są jak duże dzieci i nie radzą sobie z dosyć opresyjną ludzką cywilizacją. W pewnym momencie mamy nawet wrażenie, że tam gdzieś powstał obóz koncentracyjny albo przynajmniej obóz odosobnienia dla obcych, w którym to obozie ludzie robią paskudne rzeczy. Wstydzić się powinniśmy. To moim zdaniem wszystko się ze sobą nie składa. Tam się pojawiają rzeczy dosyć absurdalne. Motyw budowania domu. On oczywiście jest wyjaśniony i uzasadniony.
Mówię pewnymi skrótami. Motyw budowania domu rodzinnego głównej bohaterki w hangarze jest tak absurdalny po prostu. To jest taki motyw, w którym coś się robi i to później musi zaowocować, musi styknąć w jakimś momencie filmu. Ale dlaczego to styka? Dlaczego to tak jest? Mówiąc szczerze, trudno w tę historię uwierzyć. Mamy też oczywiście artefakt związany z obcymi. Interesujący, ale ja mam wrażenie, że ten film wybuchł, dosłownie wybuchł Spielbergowi w dłoniach jak bomba źle rozbrojona. To nie jest ciekawa historia. To jest historia sztampowa, która ratowana jest scenami, które zawsze dobrze działają w kinie, czyli pościgi, ucieczki.
Ale nawet te sceny są, mówiąc szczerze, mocno spierdzielone. Bo kiedy oglądam scenę spadania samochodu do jeziora z urwiska i widzę, że ci agenci federalni czy jacyś tam agenci, no nieważne, zachowują się jak dzieci we mgle, a ci, którzy im uciekają, dosłownie są na wyciągnięcie ręki od tych agentów. I ci agenci po prostu przyjmują to jak Szarik kość. Oni uważają: no tak, spadli, to trzeba wyjaśnić, dlaczego spadli, a ci się spokojnie oddalają. To jest tak nieprawdopodobne. To jest tak baśniowe, że ja się zastanawiam i to też w wielu recenzjach pada, czy Spielberg nakręcił film o disclosure, czy nakręcił kolejną baśń, którą bardziej można by kierować w kierunku, czy szukać pewnych konotacji z E.T., czy też oglądamy coś, co sugeruje reżyser, że to jest film z dozą sensacji, z dozą tajemnicy i ujawnienia właśnie. Nie wiem, ja tego nie potrafię rozstrzygnąć, ale tak jak powiedziałem na początku tej przydługiej przemowy, żal mi jest po prostu z jednej strony zmarnowanego potencjału, a z drugiej strony Spielberg uświadomił mi, że czas bywa bezlitosny dla twórców. Niektórzy twórcy pozostają kreatywni i wielcy do późnych lat swojej działalności artystycznej, a niektórzy gdzieś w pewnym momencie stają w miejscu i już nie idą dalej. I to jest chyba ten przypadek.
[01:04:33] - A mnie jest go nie szkoda. W ogóle mi go jest nie szkoda, bo tak kończą złe myszki. Tak kończą ludzie, którzy roztaczają wokół siebie pewną atmosferę legendy, mitu, dwuznaczności w celach marketingowych. A kiedy trzeba coś pokazać, to się okazuje, że to wszystko pic na wodę. Spielberg nie ma pojęcia o tej tematyce. Robił te filmy dla pieniędzy, gadał różne rzeczy, żeby przyciągnąć uwagę i tyle. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on stworzył sobie trochę sekciarski film tak naprawdę, w którym mówi, że obcy to jednak są takie istoty, którym powinniśmy de facto bezgranicznie wierzyć, że nie ma się co zastanawiać. Jeżeli oni chcą coś zrobić, to trzeba zawierzyć, bo oni są wyżsi. Ale w tym jego rozumieniu tego zjawiska jakoś się nie mieści to, że... Tam się żadna refleksja nie mieści tak naprawdę.
Myśmy już tyle przegadali na temat obcych. Jacy mogą być, kim mogą być, jak wyewoluowali, gdzie ewoluowali, czy znają dobro i zło na przykład. On ma gotowe odpowiedzi na to wszystko. Gotowe odpowiedzi jeszcze udaje w chamski sposób, naprawdę chamski sposób, że to jest jakaś wyższa rozkmina. Jeżeli ktoś ma trochę oleju w głowie, to się na to nie złapie. Ale są ludzie, którzy są podatni tak naprawdę na popkulturę, którzy nie myślą. I kiedy zobaczą, że pan Spielberg tak mówi, no tak musi być. Absolutnie mi go jest nie szkoda. Popelina hollywoodzka po prostu całe życie była nakręcana, włos na nos był nakręcany i się skończyło. Ulało się po prostu panu Spielbergowi i tak to wygląda.
Rozumiem ludzi, którzy lubią jego filmy. Ja też oglądałem „Park jurajski” jako dziecko, ale nie jestem mega fanatykiem, żebym wybaczał mu coś takiego. Po prostu ja też nie rozumiem, dlaczego niektórzy ludzie uznają, że jest to arcy twórca, który miał coś do powiedzenia. Teraz to widzimy, że on tak naprawdę robił to wszystko dla hajsu. Nawet nagadał różnych rzeczy przed premierą Disclosure Day, żeby ludzie ruszyli do tego kina. A potem się okazało, że prawdopodobnie wiedział, jak to się skończy i ten rekord otwarcia był ważny. Niestety zbiera potężne cięgi. Ja o tym filmie powiedziałem też, że on chyba nie zaskoczy ludzi, którzy się interesują UFO. Myślę też, że nie zaskoczy ludzi, którzy obeznani są w pewnej stylistyce, taką podobną do wywiadów z obcym, który widzimy w sieci, do CGI, do filmików wygenerowanych w internecie, które mają przedstawiać kosmitów, czyli po prostu tandetne efekty, tandetne przedstawienia szaraków. I ja nie rozumiem, jak kręcąc film, który ma wywołać szok ontologiczny, można pokazać coś takiego jak on.
I tutaj też uderzają często krytycy, mówiąc, że te efekty były tak słabe, że one sugerują, że Spielbergowi coś tam chyba już mocno peron odjechał pomiędzy oczekiwaniami współczesnego widza a jego pojęciem o filmie. Dzisiejsi ludzie myślą zupełnie inaczej, oczekują innych rzeczy. Nie oczekują wcale tego, że wyjdzie wielki Spielberg i powie: "Taka jest prawda", tylko oczekują tego szoku ontologicznego, o którym on nagadał. To miał być film, który zmieni myślenie. Okazało się, że to jest absolutnie płytkie. To było tak płytkie. I jeszcze było coś w tym wszystkim takiego niezjadliwego dla mnie, totalnie niezjadliwego. Takie moralizatorstwo, ten patetyczny ton, który jest w tym filmie. Taki straszny patos jest, okropny. Bohater Hugo Wakefield chyba, grany przez Colmana Domingo, to jest jedna z najgorszych ról, jakie widziałem w tym roku w kinie wysokobudżetowym.
Nie mieści mi się w głowie, jak można osadzić w jednej z głównych ról człowieka, który gra tą rolę, jakby prowadził lichy program w telewizji albo na YouTubie. To jest niesamowite, jak to jest złe. Dodajmy jeszcze tych drewnianych aktorów w większości. Niestety ludzie się tam strasznie podniecają rolą Emily Blunt, a ja myślę, że ona po prostu jest lepsza niż koledzy w tym filmie. Ona nie jest tam tak naprawdę jakąś megagwiazdą. Ja tam nie widzę, gdzie by się wznosiła na jakieś niebotyczne wyżyny aktorstwa. Kolejna rzecz: brak opowieści, brak historii. Tam nie ma opowieści. Ten film się powinien zaczynać mniej więcej tam, gdzie on się kończy. Czyli cała ta opowieść o pogodynce o paranormalnych zdolnościach i koledze z dzieciństwa jest tak grubymi nićmi szyta, że kłuje w oczy, a dodatkowo jeszcze grubszym szwem jest przyszyta do tej opowieści o spisku.
Otrzymujemy coś, co nie jest ani realistyczne na "miało być", co nie jest wciągające, coś, co jest de facto chaotyczne, w tym się człowiek gubi. Otrzymujemy ten patos, takie moralizatorstwo Spielberga. To ciągnie ten film na dno chyba najbardziej, w moim przekonaniu oczywiście. Czyli Spielberg miał zadać ważne pytania, a on tak naprawdę wyszedł już z gotowym kazaniem na temat tego, jak jest z kosmitami. Czyli on nawet nie dopuszcza, że pewne rzeczy można ugryźć inaczej. Może to nie są kosmici tak w 100%? Może to nie są w ogóle żywe istoty? Może jednak się trzeba zastanowić nad tym kontaktem, kiedy się wyciąga łapę do obcych? Może jednak ludzie nie są tak do końca skazani na porażkę i w ogóle są takim upadłym gatunkiem. Może też powinniśmy poszukać w sobie odrobiny godności, a nie rzucać się w objęcia istot, które uważamy za wyższe.
I gdyby to zostało zamarkowane jakoś w tym filmie, zadane pytanie, pokazane na przykładzie zachowania kogoś, to by było zjadliwe. Ale ten film nam pokazuje, jak ma być, jak to my jesteśmy bardzo upadli i jak to bardzo kosmita krzyczy, kiedy się go tam trochę potraktuje czymś w laboratorium. I to już jest absolutne zło ukazane na ekranie. Oni nie mogą patrzeć, jak ten obcy jest tam traktowany. A to, że już obcy według relacji pewnie setek albo tysięcy ludzi kroją homo sapiens, dokonują porwań wbrew woli, to już jest okej. My widzimy po prostu, że się Spielberg nie przygotował. On nawet nie chciał szokować. On się nie przygotował. On tak chyba bardzo wierzy w swoje posłannictwo, że mi go jest w ogóle nie szkoda. Trudno, tak wyszło.
Są i będą pewnie lepsze filmy o UFO, ale wiesz co w tym wszystkim jest najciekawsze, a może i najgorsze? Że skoro tak samo było od zawsze, czyli on w ogóle nie ma pojęcia o tym temacie, a zabiera głos. Równie nic nie warte są "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". To był jeden wielki pic hollywoodzki i tyle.
[01:12:57] - Wiesz co, Piotrze, ja się sam zastanowiłem, kiedy to mówiłeś, czy bardziej mi jest żal Spielberga, czy bardziej żal mi jest siebie, że nie doczekałem się tego Co spodziewałem się, że otrzymam. Sam nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Czuję się w jakimś stopniu oszukany. Może, tak sobie pomyślałem, że to kwestia wieku i że może niektórzy twórcy, a to już będzie ageism w sprawie, ale być może niektórzy twórcy nie wiedzą, kiedy powiedzieć koniec, nie wiedzą, kiedy ze sceny zejść, cytując znaną piosenkę. Może mamy z takim przypadkiem do czynienia. À propos pani Blunt. Ja powiem ci tak, Piotrze, ja mam wrażenie, że ona nie tylko jest lepsza od kolegów. Ja mam wrażenie, obserwując ją w tym filmie, nie najlepszym zresztą, że gdyby ona miała zagrać kombajn, to zagrałaby go wiarygodnie. To moim zdaniem jest naprawdę dobra aktorka, tylko zdaje się nie miała możliwości wykazania się w tym filmie. Ja obserwowałem dosyć uważnie i uważam, że ona nie tylko jest lepsza od kolegów.
Ona jest w tej obsadzie po prostu wybitna. To oczywiście nie jest do końca dostrzegalne na ekranie, bo tu ona, powtarzam, nie za bardzo ma co grać. Ale to, co ona robi z tą rolą, taką sobie powiedzmy, to ja chylę czoła. Ale ty powiedziałeś o jednej rzeczy, która wydaje mi się dosyć istotna. Otóż Spielberg stworzył dzieło takie parareligijne troszeczkę. Bardzo mocno to zaakcentowałeś i ja się z tym zgadzam. My dostajemy od niego przekaz, że ufajta, ufajta. Oni wiedzą, co robią ci obcy. Oni nas może nie zbawią, a w każdym razie uczynią tutaj może raj na ziemi nawet. Wojnie to już na pewno zapobiegną, ale w ogóle oni fajni są.
I kiedy tak się rozglądam po świecie związanym z ufologią, to ja dostrzegam takich ludzi, wcale daleko nie trzeba szukać, którzy też nieustannie powtarzają, że te obce to one dobre są. One są takie, że one nam wyższą świadomość przyniosą. One nam, te obce, powiedzą, jak żyć należy i w ogóle nam wszystko powiedzą i w ogóle wszystko nam załatwią, wszystko nam wyprostują. Mam takie niedobre poczucie, że ten film i ci ludzie, którzy tak twierdzą, gdzieś są bardzo blisko sekty, jakiejś takiej parareligijnej organizacji, która mówi nam: „Musicie w to uwierzyć, bo nie macie innego wyjścia. Musicie w to wierzyć, ponieważ taka jest prawda i to nie jest prawda, którą macie sprawdzać. Macie w nią po prostu uwierzyć”. Ja w ogóle nie kupuję tego sposobu myślenia, tego mówienia o UFO, o obcych, o przybyszach w ten sposób, że oni tu przybywają po to, żeby nam zrobić dobrze, jakkolwiek to zabrzmi. To jest, proszę państwa, jak się tak dobrze zastanowić, niczym nieumotywowane. To jest taka prawda podana nam do wierzenia zarówno przez Spielberga, jak i przez tych ludzi, którzy to lansują, chociażby w Polsce. I ma ta w to uwierzyć i koniec, i nie dyskutować.
I trochę patrząc na film Spielberga, takie odnosiłem wrażenie, że on objawia nam pewną prawdę i wybrani zrozumieją i przyjmą. A ci wszyscy, którzy nie są wybrani, tak jak my, Piotrze, po prostu będą się nad tym filmem pastwić, będą szukać dziury w całym i w ogóle nie zrozumieją głębokiego przesłania. Moim zdaniem tego przesłania w ogóle nie ma. Absolutnie. To jest humbug, to jest udawane. Wiesz co, może nie poszedłbym tak daleko, że „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” są bezwartościowe, bo być może one były przez Spielberga kręcone właśnie dla kasy, ale i tak pewne myśli tam zawarte nie są bezwartościowe. Pomimo tego, że być może Spielberg w ogóle nie miał takich intencji. One są pewnym dziełem kultury, które pozostało, które inspirowało ludzi, które sprawiało, że ludzie się interesowali tematem. I to już zostanie. Bez względu na to, czy twórca miał takie czy inne intencje.
Tylko przechodząc do filmu „Dzień objawienia”, ja mam takie niejasne wrażenie, być może czegoś nie dostrzegam, ale mam takie niejasne wrażenie, że ten film nie pozostawi takich głębokich myśli, jakie pozostawił film „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Tam przynajmniej było o czym rozmawiać. Ja myślę, że tutaj dostajemy absolutnie liniową historię, niespecjalnie porywającą, chociaż starającą się stworzyć pozory sensacyjności. I co? I nic. Nawet sama końcówka niczego nie wyjaśnia. Ja nawet nie oczekuję, że ona coś wyjaśni, ale ten motyw przywołania obcego, który przyjeżdża na jakimś takim wózku i jest odsłaniany i on w pewnym momencie się ukazuje. I co? I nic. Mamy znowu ten motyw religijny.
Otóż obcy się ukazał i teraz świat prawdopodobnie nie wywoła trzeciej wojny, tylko pogrąży się w pokoju, bo przyszli obcy i powiedzieli, że pokój ma być. Gdyby to wszystko było takie proste, gdyby to wszystko było takie, użyję tego słowa, prostackie, to świat byłby zupełnie inny. A tymczasem "Hollander" cały czas wydaje się mocno skomplikowany, a w każdym razie bardziej skomplikowany niż film Spielberga.
[01:19:59] - Wiesz, może mi się wyrwało z tym, że bliskie spotkania nie były nic warte, ale chodzi mi o to, że jeżeli one były robione z tym samym zamysłem, czyli po prostu nakręćmy ludzi, to nie za dobrze. Dlaczego nie za dobrze? Dlatego, że ta tematyka, czyli ufologia, od zawsze była bardzo mocno związana z science fiction, z popkulturą w ogóle. Pewne przekonania przenikały do opinii publicznej i ludzie to przyjmowali na wiarę. Teraz widzimy, że Spielberg nie miał żadnych skrupułów. To nie był żaden plan głęboki, artystyczny. Chodziło o to, żeby nakręcić historyjkę. A byli tacy, którzy w to uwierzyli, że to tak będzie. Zauważ, że na zasadzie pewnej kalki ludzie zaczęli pewne rzeczy sobie wyobrażać od czasu bliskich spotkań trzeciego stopnia, tak jak to Spielberg pokazał, a już przy dniu objawienia on nie był artystycznie, intelektualnie w stanie wyjść poza pewien schemat. To jest zastanawiające, kiedy powstają filmy często mniej znane, taki „Arrival” na przykład.
On akurat nie był mniej znany, bo to jest dobry film, ale film, który potrafi zastanowić, który potrafi momentami przerazić, który wizualnie jest świetny. Jeżeli chodzi o warstwę artystyczną, jeżeli chodzi o warstwę wizualną, to po prostu dzień objawienia leży i kwiczy. Kiedy widzieliśmy te symulowane zdjęcia z Roswell i z innych miejsc szaraka, który leży i dobie ryba i tak dalej, to już wyglądało źle. Naprawdę w XXI wieku nie ma lepszych metod. Naprawdę w XXI wieku jeden z topowych reżyserów świata nie ma lepszego pojęcia na pokazanie obcych niż w taki najbardziej oklepany sposób. Czasami jest lepiej nawet nie pokazać albo pokazać kawałek, niż wyjść do widza ze wszystkim. Sama końcówka filmu dla niektórych zabawna, dla niektórych wzruszająca. Były takie komentarze, ale wydaje mi się, że tam wszystko, co mogło pójść źle w tym filmie, praktycznie źle poszło. Około, powiem ci, 30-40 minuty w tym filmie zastanowiłem się, że coś jest nie tak, bo mi się już nie chce tam siedzieć, że film powinien cię wciągnąć. Powinieneś być częścią tego świata.
A ja miałem wrażenie, jakbym oglądał jakąś reklamówkę dla jehowców. To akurat były te sceny, kiedy Daniel Kellner tak mocno przeżywał, że on coś ukradł i pokazywał swojej narzeczonej, jak to tych kosmitów tam traktują w laboratorium, jak to tak nie powinno być. To było tak udawane. Facet, który był w pierdlu, jak się dowiadujemy, facet, który widział wiele rzeczy, facet, który brał udział w różnego rodzaju procedurach, nagle okazuje się aniołem. Moglibyśmy mnożyć te przypadki. Na samym końcu też jest ciekawa scena, kiedy prezes Wardexu, bo ta grupa ukrywająca kosmitów nazywa się właśnie w taki dziwnie polski sposób Wardex, jak jakiś skład budowlany. On, kiedy już nie chce mu się ukrywać tej tajemnicy, to bierze sobie stołek, siada i patrzy, co będzie już z tym objawieniem, bo chłopa to przerosło po prostu. Naprawdę jest mi ciężko to skomentować i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli po prostu już nie będę o tym filmie mówił, bo nie ma o czym. Ja też zauważam, że ten film nie interesuje ludzi tak bardzo, jakby się można było spodziewać, dodawszy do tego nijaką muzykę, dodawszy do tego oszukaństwo ze strony Spielberga. Niestety otrzymujemy, co otrzymujemy.
Ja na pierwszym lajcie, gdzie o tym filmie mówiłem, dałem mu trzy minus w skali jeden sześć. A teraz powiem ci po czasie, bo wiadomo, ja nie oglądałem drugi raz tego filmu i nie zrobię tego przez dłuższy okres, bo on nie ma klimatu. Ja jestem akurat z tych, którzy lubią klimat w filmie i nawet jeżeli to jest film nudny, to czasami ten klimat jest. Tu tego nie ma. I wiesz co jeszcze chciałem powiedzieć? Że jeżeli nie udało się tego stworzyć, to ja nie rozumiem, czy ktoś nie powiedział Spielbergowi: basta. A może jednak było tak, jak mówiliśmy przed programem, że zaszły zmiany w toku produkcji i było już za późno, żeby pewne rzeczy uratować. Zrobiono takiego paździera, który zostanie zapomniany. Niestety zostanie zapomniany. Może jeszcze w momencie, kiedy on będzie wchodził do tak zwanego drugiego obiegu, ktoś wymyśli jakąś teorię, żeby ożywić, jakąś teorię spiskową się wypuści, rozpropaguje, żeby ożywić zainteresowanie, drugą młodość temu filmowi nadać.
To też jest całkiem możliwe, dlatego, że on, kiedy trafi do streamingu po takich miażdżących ocenach, które otrzymuje Będzie musiał po prostu złapać widzów na nowo. Zobaczymy. Ja ocenę trzy minus jeszcze bym obniżył tak naprawdę na dwa plus po tym wszystkim, co do mnie dotarło dopiero po seansie. Ale słowo się rzekło. Szczerze mówiąc obejrzyjcie ten film, ale nie za pieniądze, w momencie, kiedy będziecie go mieli w zasięgu ręki, bo to jest strata pieniędzy, strata czasu, żeby na to iść do kina. Serio. Nie wiem Marku, co ty o tym myślisz.
[01:26:01] - Myślę, myślę i dzięki ci za ostatnią wypowiedź, bo ona mi coś uświadomiła. Powołałeś się na film „Nowy początek”. I tak mi przyszło do głowy, że czasami po prostu warto zaufać ludziom, którzy wiedzą, jak tworzyć historię. Otóż scenariusz do filmu Spielberga powstał na podstawie opowiadania samego Spielberga. Został stworzony przez Davida Coenpa — czy jak to się inaczej czyta, nie wiem. W każdym razie został stworzony. Spielberg napisał dla Spielberga i tak to się skończyło. Natomiast kiedy mówiłeś o filmie „Nowy początek”, to ten film jest odbiciem dzieła pisarza wybitnego Teda Chianga. I to jest człowiek, który pisuje rzadko. Pisuje jedno, dwa opowiadania na rok, na dwa lata.
Pisze mało, ale pisze w taki sposób, że człowieka te opowiadania wgniatają w ziemię. Polecam państwu zbiory jego opowiadań, są dostępne w języku polskim i Ted Chiang po prostu wymiata. To jest człowiek, który doskonale wie, że tworzenie historii to nie jest zlepianie pewnych miałkich okoliczności przyrody. Tak to powiem w sposób zawoalowany. On doskonale wie, że historia rządzi się swoimi prawami i dlatego można film „Historia twojego życia”, czy też film „Nowy początek” — bo tu mi się mylą dwa tytuły. Opowiadanie to była „Historia twojego życia”. Film „Nowy początek”. Ale chodzi o to, że i jedno, i drugie dzieło to są rzeczy, które mogą się podobać, nie podobać, ale nie pozostawiają człowieka obojętnym. Tam się coś dzieje. To jest historia, która angażuje.
I tam nie ma takich rozważań, jak my w tej chwili robimy nad filmem Spielberga. Ja myślę, że to jest znak naszych czasów, bo kiedy się zastanawiamy, dlaczego część współczesnej muzyki w ogóle nas nie angażuje, proszę państwa, między innymi dlatego, że kiedyś piosenki były komponowane przez kompozytorów i pisane przez autorów tekstów. Dzisiaj są komponowane i pisane przez samych twórców wykonujących te piosenki. To może być plusem, ale najczęściej jest minusem. I trochę podobnie jest z filmami. Jeśli to jest taka twórczość własna Spielberga, gdzie nikt mu nie powie: „Ale słuchaj, może to trzeba zrobić lepiej, może to jest po prostu do kitu”. Bo któż by śmiał powiedzieć mistrzowi Spielbergowi, że się myli? Nikt, bo może z roboty wylecieć albo jeszcze inne konsekwencje. Jeśli nie ma takiego bezpiecznika, to później powstają takie dzieła jak to, które dzisiaj dla państwa omawiamy. I moim zdaniem dobre filmy powstają na podstawie dobrych scenariuszy, a dobre scenariusze bardzo często, nie zawsze, powstają na podstawie znakomitej prozy.
I dlatego Ted Chiang będzie tutaj wzorcem. A opowiadanie Spielberga może było genialne, nie znam, ale zrodziło film, który też chyba chcę zapomnieć. Proszę państwa, czas na dział, który nazywa się „Książki z pogranicza”. Przy tej okazji zawsze przypominam adres internetowy nieznany.pl. Tam znajdziecie państwo nie tylko książki, o których za chwilę będę mówił, ale także całe bogactwo innych książek. Wszyscy, którzy lubią szperać w internecie i nie tylko w internecie, szukać nowych książek, to tam znajdą naprawdę całą kopalnię tytułów. A my dzisiaj przejdziemy do trzech tytułów. Pierwszy z nich jest trochę długi, ale warty tego, żeby go zacytować. „Umysł silniejszy od medycyny. Naukowy dowód na to, że możecie wyleczyć się sami”.
To jest książka autorstwa Lisy Rankin, wydawnictwo Urana. Gdy doktor Lisa Rankin zaczęła mieć problemy ze zdrowiem, zdała sobie sprawę, że tradycyjne metody, które dotychczas stosowała, nie uwzględniają niesłychanie istotnego czynnika Tym brakującym ogniwem okazało się dostrzeżenie wrodzonej zdolności naszego organizmu do samonaprawy oraz siły umysłu pozwalającej pobudzić go do działania. Prowadząc na ten temat badania, Rankin odkryła, że organizm może leczyć się sam. „Umysł silniejszy od medycyny” to skarbnica naukowych danych potwierdzających, że samotność, pesymizm, depresja, strach i codzienne lęki mogą wpędzić nas w chorobę. Podczas gdy intymne związki, uczucie wdzięczności, medytacja, seks i swobodne wyrażanie samego siebie to podstawa skutecznego samoleczenia. Przypomnę tytuł: „Umysł silniejszy od medycyny. Naukowy dowód na to, że możecie wyleczyć się sami”. Autorka Lisa Rankin, wydawnictwo Pura. Drugi tytuł, który przygotowałem na dzisiaj, to „Dieta dobrych produktów”. Autorka Ewa Bednarczyk-Witoszek, wydawnictwo Kos.
Książka prezentuje autorską dietę dobrych produktów DDP oraz przedstawia, jak poruszać się po różnorakim zaopatrzeniu organizmu celem nieobciążania jednego, zwykle nadużywanego szlaku metabolicznego. DDP chroni przed infekcjami, likwiduje wszechobecne nadciśnienie, nadwagę i nękające większość ludzi dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Odkrycie i opisanie w niniejszej książce przyczyn fenomenu brzasku to wysoka poranna glukoza jeszcze przed pierwszym posiłkiem. Odkrycie tego fenomenu występującego w cukrzycy pierwszego i drugiego stopnia jest kamieniem milowym w dietetyce dotyczącej zarówno starzenia się, jak i powstawania nowotworów. DDP zaleca obserwowanie objawów po zjedzonym posiłku i wyciągnięcie wniosków celem poprawy stanu swojego zdrowia. A ja tradycyjnie przypomnę tytuł: „Dieta dobrych produktów”. Autorka Ewa Bednarczyk-Witoszek, wydawnictwo Kos. Trzeci tytuł, który przygotowałem na dzisiaj, to jest też długi tytuł: „Akupresura bez tajemnic. Samodzielnie pokonaj ból, stres, problemy trawienne czy infekcje. Zwalcz refluks i wzmocnij nerki dzięki prostej terapii tradycyjnej metody chińskiej”.
Autorka Deborah Blittel, tłumacz Barbara Mińska, wydawnictwo Vital. Cierpisz na bezsenność? Zainteresuj się swoim nadgarstkiem. Uciskanie znajdującego się tam punktu Serce siedem uwolni cię od niepokoju, stresu i bezsenności. Jeśli chciałbyś wzmocnić pęcherz i nerki, dobrymi punktami są Nerka trzy, sześć i siedem. Męczy cię kaszel? Wypróbuj uciskanie zgięcia łokcia, czyli punktu Płuco pięć. A na problemy z układem trawiennym doskonale sprawdza się Żołądek 36. Akupresura ma moc i to wielką moc. Naucz się wykorzystywać jej najważniejsze punkty.
Ta książka to zbiór praktycznych informacji o tradycyjnej medycynie chińskiej, meridianach i terapiach naturalnych, takich jak akupresura i akupunktura. Terapiach, które eliminują również ból. Samodzielnie i prosto pozbędziesz się wielu chorób i dolegliwości. Akupresura. Bezbolesny ucisk dla pełni zdrowia. „Akupresura bez tajemnic” taki jest tytuł tej książki, a rozwinięcie tego tytułu: samodzielnie pokonaj ból, stres, problemy trawienne czy infekcje. Zwalcz refluks i wzmocnij nerki dzięki prostej terapii tradycyjnej medycyny chińskiej. Autorka Deborah Blittel, tłumacz Barbara Mińska, wydawnictwo Vital. Proszę państwa, i znowu powtórzę jak mantrę pewne swoje powiedzenie. Były polecanki z pogranicza.
Czas na książki z pogranicza, czyli nasz cykl zatytułowany tak frywolnie MAUPA. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy książkę zatytułowaną „Spotkania z obcym”. Autor Brad Steiger. Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem zaczynamy. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek „Książek z pogranicza”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:36:55] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. No dzisiaj klasyk chciałoby się powiedzieć. Autor może nie tak bardzo dobrze znany w Polsce, ale jednak w Polsce zagościł między innymi za pośrednictwem książki, którą dzisiaj omawiamy. Jest to jeden z bardziej płodnych autorów angielskojęzycznych zajmujący się zjawiskami z pogranicza, w tym UFO. A chodzi o Brada Steigera, właściwie Eugene'a Olsona. On potem publikował bardzo często ze swoją żoną Shelly. Pojawiali się w takim autorskim tandemie. Steiger urodził się w roku 1936. Był więc, jakby nie patrzeć, świadkiem narodzin zjawiska UFO w mediach.
Zmarł w 2018 roku. Dziś mówimy o jego książce na temat UFO, acz musicie wiedzieć, że wachlarz jego zainteresowań był bardzo szeroki: od Atlantydy w tradycyjnym, ezoterycznym ujęciu po paleastronautykę, a nawet duchy. A UFO? UFO też, i to mocno. Dzisiejsza książka pierwsze swoje wydanie miała aż w roku 1978. Ona do Polski trafia oczywiście dużo później, ale ona się tak bardzo nie zestarzała jak inne publikacje z tamtego okresu, oczywiście publikacje ufologiczne. I ona ma swoje plusy, aczkolwiek mówić o niej trudno. Dlaczego? Dlatego, że to jest taka mała kronika, może nawet leksykon spotkań z UFO, pokazująca nam aspekty tak zwanej wysokiej dziwności. To nie jest taka klasyczna książka, jakiej się można spodziewać.
Przylatują, lądują, Roswell, ble, ble, ble. Nie, zupełnie inaczej. Zresztą chyba w czasach, kiedy on tę książkę wydał, o Roswell nie za dużo mówiono. Ta książka nam ukazuje relacje o spotkaniach z gigantami z kosmosu. Mówi o tajemniczych napastnikach, kosmicznych kidnaperach i tak naprawdę dziesiątkach innych przypadków, na przykład obcych zbierających próbki i tak dalej. Czyli coś, co z jednej strony wszystkim ufomaniakom jest doskonale znane, a z drugiej strony dzisiaj takie historie są bardzo rzadko spotykane. Ogromnym plusem tej książki jest też to i zobacz Marku, to jest też bardzo ciekawe, że generalnie wiele książek, o których żeśmy mówili na tym kanale, chociażby Znicz i jego publikacje, Znicz-Sawicki, to są książki dość archaiczne już. Natomiast brat Steiger czy Steiger, jak zwał, tak zwał. Amerykanie się tam nie obrażają, kiedy się trochę wykrzywia ich nazwiska. Wychodzi od czegoś bardzo interesującego.
Pokazuje nam różne aspekty, inaczej, różne sposoby postrzegania fenomenu kontaktów z tymi istotami dziwnymi. I na samiutkim początku mamy powiedziane, kim oni mogą być. Wielki plus za to, że on się nie ogranicza do tego, że to są tylko i wyłącznie przybysze z kosmosu. Ta narracja dzisiaj jest słyszana bardzo mocno. Sami wiecie, tysiąc razy już o tym mówiliśmy, że obok hipotez na temat kosmitów mówi się o na przykład kryptoziemianach i tak dalej. I Steiger już w '78 roku w tej swojej książce to wspomina. To jest moim zdaniem bardzo ciekawe. A potem są sensacje tak naprawdę.
[01:40:32] - Tak, to prawda. Ja zwróciłem uwagę na dokładnie to samo, bo książka Steigera to jest taki obszerny przegląd relacji dotyczących spotkań ludzi z istotami określanymi jako obcy. To są humanoidzi, może ufonauci, ale równie dobrze aniołowie albo mieszkańcy innych wymiarów. W sumie to autor gromadzi dziesiątki przypadków bliskich spotkań z UFO i ich załogami. I to począwszy od takich współczesnych obserwacji, wtedy współczesnych, a skończywszy na przekazach historycznych, na legendach i relacjach religijnych. Steiger w sumie nie ogranicza się i to chwała mu za to. I rzeczywiście potwierdzam to, co powiedziałeś, że ta książka robi wrażenie, że wtedy można było myśleć już tak szeroko. Nie zawężać myślenia o UFO tylko do szaraków czy zielonych, czy co tam się wymyśli. Bo Steiger przedstawia cały wachlarz możliwych wyjaśnień. Tak jak mówiłeś, od przybyszów z innych planet, poprzez podróżników w czasie, mieszkańców innych wymiarów.
Ale tam się pojawiają też archetypy psychologiczne, manifestacje religijne, zjawiska określane mianem paranormalnych. Ja myślę, że głównym celem tej książki jest przekonanie czytelnika, myślę, że taki cel założył autor, że przekonanie, że fenomen spotkań z innymi jest przede wszystkim znacznie starszy i bardziej powszechny, niż to się zwykle uważa. I że ludzkość od wieków styka się z tajemniczą inteligencją, którą interpretuje zgodnie z własną, aktualnie trwającą epoką i kulturą. Ja muszę powiedzieć, że naprawdę sprawdzałem, kiedy ta książka wyszła i chwilami nie mogłem uwierzyć, że tak w sumie nowoczesną czy taką narrację bardzo współczesną prezentuje autor. Bo autor stosuje taką metodę przypominającą, szukałem słowa i znalazłem: reportaż ufologiczny. I to jest reportaż połączony jednocześnie z takim spekulatywnym esejem. W sumie większość książki to są relacje świadków, opisy spotkań z humanoidami, obserwacje UFO, relacje z porwań, z kontaktów telepatycznych, z różnych niezwykłych zdarzeń, które przypominają, o właśnie, to jest ważne, przypominają dawne legendy o aniołach i demonach. I co też mnie ujęło, autor bardzo rzadko rozstrzyga, definitywnie się wypowiada, które historie są jego zdaniem prawdziwe, a które nie. Ale zamiast tego czytelnik dostaje zestawienie ze sobą rozmaitych relacji i może sam poszukać wspólnych motywów. Myślę, że charakterystyczne jest również częste odwoływanie się do historii, do Biblii, do folkloru, do dawnych kronik.
Steiger sugeruje, że starożytne opowieści o bogach, o aniołach czy istotach nadprzyrodzonych mogą być dawnymi odpowiednikami współczesnych relacji o UFO. I ja wiem, że to wszystko już było wałkowane setki, jeśli nie tysiące razy. Ale znowu, kiedy popatrzymy na datę wydania i kiedy zerkniecie państwo do książek, które wówczas o tych sprawach pisały, to to nie była norma. Wówczas normą było mówienie, że to obcy przylatujący z bardzo daleka, z kosmosu, z odległych układów planetarnych, być może nawet z drugiego końca galaktyki, a może w ogóle z innej galaktyki. Co ważne, ta książka ma dosyć żywą narrację, co powiedzmy sobie szczerze, przy książkach bywa cenne. Jeśli książka nas nie usypia, to jest zawsze plus, bo ta książka nastawiona jest na budzenie ciekawości. Autor nie zanudza nas jakimś naukowym żargonem. Mówi, pisze w sposób popularny. To dzięki temu książkę czyta się łatwo, a jednocześnie, to jest też ważna sprawa, Steiger zachęca czytelnika do samodzielnego wyciągania wniosków.
[01:45:53] - Musimy powiedzieć jeszcze jedną rzecz, która jest ważna. Ta książka oryginalnie nazywa się „Alien Meetings”. Co do jej polskiego wydania mogą być pewne kontrowersje, czy to w ogóle jest wydanie. Bo to jest książka, która hula po sieci w sposób niekontrolowany. Ona została przetłumaczona, nie wiem, czy w ogóle za zgodą Steigera, czy raczej nie, przez Roberta Leśniakiewicza. Niestety był taki okres, kiedy panowie w Polsce wydawali książki tak trochę na pałę i na własną rękę. Prawdopodobnie w ogóle nie pytając autorów o zgodę. I to krążyło w takim samizdacie. Nie wiem, czy to było takie zjawisko, które powinniśmy pochwalać, natomiast rzeczywiście ta książka krąży po polsku po sieci, kopiowana pewnie setki razy. Także my zachęcamy was oczywiście do tego, żeby korzystać ze źródeł legalnych, ale jeżeli już natknęliście się na tą wersję polską, a nie znacie angielskiego, to wiadomo.
Co jeszcze można powiedzieć? Niektórzy zarzucają Steigerowi, że on tworzył fajne narracje z historii, które znalazł w gazetach albo gdzieś w periodykach. Nawet mówi się, że może za bardzo się inspirował sensacjami różnego rodzaju tabloida. Ale takie to były lata, prawda? Dodatkowo jest to na tyle interesujące wszystko, że można by odwrócić ten zarzut i powiedzieć: no dobrze, ale nawet jeżeli uznamy, że część z tych relacji to są jakieś fejki, humbugi, jak zwał, tak zwał, to one i tak nam coś pokazują, coś nam mówią o kondycji społeczeństwa, o pewnych wyobrażeniach. Czyli niestety też musimy w niektórych przypadkach, tych, którymi jesteśmy szczególnie zainteresowani, sięgnąć nieco głębiej. To też polecam. Tę książkę też się dobrze interpretuje albo dobrze ją zinterpretować na tle tego, co się obecnie dzieje w ufologii. Czyli tak samo jak przed wielu dekadami, tak obecnie wydarzenia o tak zwanym wysokim współczynniku dziwności są przez czynniki oficjalne, oczywiście w Stanach Zjednoczonych, bo gdzie? Może we Francji na przykład, która też ma swoją grupę do spraw badań UFO oficjalną.
Takie przypadki są niezauważalne. O czym ja mówię? Na przykład o spotkaniach z humanoidami, lądowaniach humanoidów i tak dalej. Kosmitach, którzy łażą po polu, zbierają próbki i straszą ludzi. Zauważcie, że dzisiaj to, o czym mówią ludzie związani z disclosure, taki na przykład Grusch, to są katastrofy UFO, spotkania pilotów, jakieś tam kwestie związane z narodowym bezpieczeństwem. Czasami nawet się mówi o materiale biologicznym, ale o sprawach takich, gdy kosmici robią jakieś fiku-miku na Ziemi, po prostu o bliskich spotkaniach trzeciego stopnia, to już się za bardzo nie mówi. A tymczasem pozostaje najważniejsze pytanie: dlaczego obcy, jeżeli już zostali spotkani, to zachowywali się tak nietypowo? A jeżeli się tak nietypowo zachowują, to jaki mają cel w tych swoich różnego rodzaju aktywnościach na Ziemi, które z perspektywy interpretacji pozaziemskiej są bez sensu? Czyli my w tej książce Steigera widzimy, poznajemy przypadki, które są kontrowersyjne, gdzie ci obcy zachowują się jak chochliki i to nam nie pasuje za bardzo do wizji narzuconej jednak, wizji mówiącej, że to są astronauci z innej planety. Ale pomimo pewnych zarzutów, pomimo tego, że ta książka jest de facto w Polsce spiracona
[01:49:48] - Myślę, że ona jednak się nie zestarzała tak strasznie. To jest paradoks, bo tak jak powiedziałem w swoim pierwszym wejściu, mówiliśmy o wielu publikacjach ufologicznych i one dzisiaj już trochę trącą. Nie wiem, czy to jest wynik stylu autora, czy jego dziennikarskiego, publicystycznego szóstego zmysłu, żeby zaprezentować tekst tak, żeby się po prostu czytało. Pomimo prawie 50 lat na karku książka „Alien Meetings” jest, muszę powiedzieć, strawna.
[01:50:31] - Tak, Piotrze, muszę powiedzieć, że podchodziłem nieufnie do tego, żebyśmy tę książkę polecali czy przerabiali w ramach audycji. Mówię sobie: znowu jakaś ramota sprzed wielu lat. Ale kiedy się wgryzłem, to cóż, proszę państwa, to jest tak bogaty materiał źródłowy. Tam jest ogromna liczba relacji, przypadków z różnych krajów i z różnych epok. Mamy też wiele konkurencyjnych hipotez. Autor nie ogranicza się wyłącznie do teorii o kosmitach. To już mówiłem, ale to ważne. Ta książka jest interesującym połączeniem ufologii, folkloru, religii i historii. To, o czym ty już, Piotrze, wspomniałeś, dynamiczny styl narracji sprawia, że książkę czyta się naprawdę jak zbiór opowiadań grozy albo zbiór tajemniczych opowiadań. Poza tym myślę, że to jest cenny dokument pokazujący, że lata 70.
XX wieku to nie było tylko tunelowe myślenie: kosmici. Tylko że byli wtedy ludzie, którzy rozważali teorie alternatywne. Jeśli mógłbym powiedzieć o jakichś minusach, to myślę, że wśród nich da się wymienić na przykład taki, że autor zbyt często przyjmuje relacje świadków bez krytycznej analizy. To, że brakuje rygoru naukowego i metodologii weryfikacyjnej, wybaczcie państwo, ale to jest książka jednak popularna, więc nie wymagajmy naukowego sztafażu i drążenia faktów. Te hipotezy, które przytacza autor, to jest plus i minus, bo z jednej strony one są bardzo spekulatywne i uważam, że to bardzo dobrze, ale czasami te hipotezy bardziej opierają się na wierze niż na jakichkolwiek dowodach. W wielu miejscach książki granica między faktami, między interpretacją i domysłem staje się niezbyt wyraźna, ale to tylko podbija tak naprawdę nasze fantazje i nasz sposób myślenia o tych sprawach. Wreszcie pomyślałem sobie, że współczesny czytelnik może uznać przynajmniej część argumentacji autora za przestarzałą. Dlaczego? Warto to wytłumaczyć, ponieważ od tego czasu wiedza psychologiczna o psychologii świadków, ale też na przykład o zjawiskach atmosferycznych znacząco się rozwinęła i troszeczkę dzisiaj jest inna od tej, którą przytacza autor w książce. Proszę państwa, gdybym miał powiedzieć z marszu, jak oceniam tę książkę w skali numerycznej, to ja bym jej dał 7,5 na 10, bo jest inspirująca, interesująca i pełna niezwykłych historii.
Pamiętajcie państwo jednak, że ta książka wymaga też od czytelnika krytycznego dystansu, ale to w żaden sposób nie wpływa na ocenę. Proszę państwa, to teraz czas na większą porcję literatury. Dzisiaj trzy opowiadania. Pierwsze autorstwa Roberta Zawadzkiego nosi tytuł „Wydaje mi się”. Drugie to opowiadanie Przemysława Cichonia „Tam i z powrotem”. A trzecie opowiadanie napisał autor, który ukrył się pod pseudonimem Han Solo. To opowiadanie nosi tytuł „Wieczność”. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”. Zapraszam.
[01:55:07] - Robert Zawadzki – „Wydaje mi się”. „Wydaje mi się, że wyglądam gorzej. Stała tyłem do mnie, a przodem do lustra. Dzięki odbiciu mogłem podziwiać całość jej perfekcyjnej figury. Na pewno nie widzisz różnicy, misiu? Wstałem z łóżka i przytuliłem ją od tyłu z pobłażliwym uśmiechem, który mogłem obserwować w lustrzanej tafli. Jesteś moją ślicznotką i z dnia na dzień tylko piękniejesz. Pocałowałem ją w szyję. Nie wydaje mi się. Zwyśniła głowę.
Jej dłonie cały czas krążyły po podbrzuszu w poszukiwaniu niedoskonałości.
[01:55:47] - „Jesteś pewien, że nic się nie zmieniło?” Byliśmy po seksie i leżałem wtulony w jej krągłe piersi. Pytanie pojawiło się niespodziewanie i minęło kilka chwil niezręcznej ciszy, zanim zrozumiałem, co dokładnie ma na myśli. „Jestem całkowicie, absolutnie, definitywnie, niepodważalnie pewien.” Ani ton mojego głosu, ani buziak za uchem nie rozśmieszył jej tak jak zwykle. „Wiesz, wydaje mi się, że to przez to, że ostatnio za dużo czasu spędzam w domu. Powinnam więcej wychodzić, oddychać świeżym powietrzem, ruszać się.” Spokojnie odpowiedziałem, że więcej ruchu na pewno jej nie zaszkodzi. Od kiedy straciła pracę, faktycznie siedziała w domu dłużej niż zwykle, ale to jeszcze nie usprawiedliwiało tych chorobliwych kompleksów, których nabawiła się z dnia na dzień. To było tak irracjonalne, że kiedy próbowała mi wytłumaczyć, co naprawdę budzi jej niezadowolenie, nie potrafiła nawet wyraźnie opisać tego niepokojącego ją defektu, którego ja nie dostrzegałem. „Za bardzo się tym przejmujesz, Myszko. Przestań o tym myśleć. Ciągle dotykać i przeglądać się w lustrze.
Za parę dni sprawdzisz i zobaczysz, że nic tam nie ma.” Powoli zasypiałem, ale cały czas czułem, jak niespokojnie wierci się pod moim ramieniem. Rano nie zastałem jej w łóżku. Zdziwiło mnie to, ale po zejściu na parter zobaczyłem zapalone światło w łazience i usłyszałem płynącą wodę. Uznałem więc, że wszystko jest w najlepszym porządku. Poszedłem do sklepu, zamieniłem parę słów ze sprzedawcą i wyszedłem z reklamówką pieczywa i gazetą pod pachą. W domu przygotowałem sobie śniadanie i rozsiadłem się w salonie. Zjadłem kanapki i przeczytałem parę stron dziennika, a potem włączyłem telewizor. Leciał akurat jakiś stary akcyjniak z Seagalem. Nie zaczął się dawno, więc stwierdziłem, że spokojnie mogę oglądać. Tym bardziej, że nie spodziewałem się zawiłej konstrukcji fabularnej.
Nie zawiodłem się. Film był lekki i niewymagający. W sam raz na niedzielny poranek. Minęło pół godziny, kiedy pojawiły się pierwsze reklamy. W samą porę. Musiałem opróżnić pęcherz. Nieprzyjemne myśli zaczęły powstawać w mojej głowie, kiedy już w korytarzu ponownie usłyszałem szum odkręconej wody. Szybkim krokiem ruszyłem do drzwi łazienki i otworzyłem je. Siedziała w wannie. Mimo obfitej piany widziałem wyraźnie łuszczącą się skórę, małe i większe ranki oraz otarcia zdobiące jej ciało niczym wyjątkowo silna wysypka.
Woda w wannie była czerwona od krwi. Słysząc otwierane drzwi, odwróciła się w moją stronę. Miała łzy w oczach. „To nie chce zejść. Wygląda jak brud, ale nie chce zejść. Pomóż mi się tego pozbyć.” Stałem jak skamieniały, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Powtórzyła swoją prośbę jeszcze raz, a potem kolejny. Cały czas nie przestawała trzeć okaleczonej skóry szorstką gąbką. „To się musi skończyć.” Nie hamowałem nerwów. Wiedziałem, że boi się mnie w gniewie.
Chciałem to wykorzystać, wpłynąć na nią i zatrzymać ten obłęd. Siedziała skulona na łóżku. Nie odzywała się. Nie patrzyła nawet w moją stronę. Kiedy zrezygnowany zbliżyłem się do niej, podniosła oczy i spojrzała na mnie zrozpaczonym wzrokiem. „Jak możesz tego nie widzieć? Całe ręce, całe nogi, brzuch. To jest obrzydliwe. Jak możesz nie widzieć? To chyba jakaś choroba.
Może powinnam iść do lekarza? Lekarz na pewno to zobaczy.” Miałem ochotę krzyczeć i płakać jednocześnie, ale stałem tylko i patrzyłem na nią w osłupieniu. Ciągle się poruszała. Wodziła ręką po podbrzuszu, wyciągała przed siebie kończyny i badała je po kolei. Sprawdzała wzrokiem i dotykiem, mimo że każdy nacisk na zaczerwienione, obdarte z wierzchniej warstwy skóry ręce i nogi musiał sprawiać jej niewyobrażalny ból. Nie histeryzowała już jak wcześniej, ale jej stan psychiczny wcale się nie poprawił. Wtedy zdecydowałem. Chociaż z początku chciałem tego uniknąć, teraz wiedziałem, że muszę zadzwonić po lekarza. Obszedłem łóżko i dotarłem do stolika, gdzie leżała moja komórka. Sięgnąłem po telefon, a jej dłoń drapieżnie chwyciła za mój nadgarstek.
Palce zacisnęły się pewnie. Uścisk był znacznie silniejszy niż zwykle. „Przepraszam, że tak wyglądam, kochanie. Wybaczysz mi?” — powiedziała swoim słodkim głosem. — „Wstydzę się tego przed tobą. Muszę się tego pozbyć. Może powinnam umyć się jeszcze raz? Po tej kąpieli rano chyba trochę zeszło z nóg. Może jeśli poszoruję jeszcze trochę, to całe uda będą z powrotem zwyczajne.” Osunąłem się na podłogę. Oparłem plecy o ścianę i schowałem twarz w dłoniach.
Płakałem. Nie potrafię wytłumaczyć, czemu w końcu nie zadzwoniłem po lekarza. Chyba nie chciałem upokarzać jej jeszcze bardziej. Widziałem, jak każde spojrzenie sprawia jej ból. Starałem się uniknąć dłuższego lustrowania jej wzrokiem, nawet powodowanego troską o jej bezpieczeństwo. Szybko jednak okazało się, że wywołało to skutek zupełnie odwrotny niż ten, na którym mi zależało. Uznała, że wzbudza we mnie odrazę. Zaczęła zachowywać się jak wystraszone dziecko. Na mój widok chowała się za meblami albo pod kołdrą. Wziąłem wolne w pracy.
Siedziałem cały czas przy niej, bojąc się, jakie irracjonalne myśli nawiedzają jej umysł i do czego może się posunąć bez mojej opieki. Chodziłem z nią nawet do łazienki. Mogło to uwłaczać jej godności, ale nie chciałem ryzykować, że ponownie zrobi sobie krzywdę. Rany na jej ciele goiły się dziwnie powoli. Prawdopodobnie drapała je i pocierała, kiedy akurat nie patrzyłem. Nie wiem, czy skłaniało ją do tego swędzenie, czy obsesja, która z czasem ogarniała ją coraz bardziej. Tłumaczenia nie odnosiły żadnego skutku, a próby uspokajania prowokowały tylko gwałtowniejsze wybuchy. Dlatego przestałem tłumaczyć i uspokajać. Z czasem oddaliliśmy się na tyle, że codzienne pytania o to, jak się czuję, zaczęły wydawać mi się sztuczne i nie na miejscu. Nigdy nie otrzymywałem też żadnych odpowiedzi.
W końcu przestałem pytać. Najbliższa mi osoba we wszechświecie teraz z dnia na dzień stawała się coraz bardziej odległa. Wspomnienia jej zwyczajnego zachowania i głosu bledły we mnie, aby w końcu zniknąć zupełnie. Zastąpiło je codzienne szaleństwo, nieustający krzyk, wrzask i płacz nie należące już do nikogo. Zdepersonalizowany koncert obłędu. W tej kakofonii nie było żadnych muzyków, jedynie autonomiczne emocje. Nie wywoływał ich już żaden wewnętrzny czynnik. Po prostu zaczęły funkcjonować samoistnie, niezależnie od nas. Rozpacz stała się swoim własnym prowodyrem. Trzecią osobą dramatu.
Sprowadzała ze sobą bezsilność, której żadne z nas nie mogło przemóc i cierpienie, które w żaden sposób nie mogło zostać ukojone. Spajał je ślepy gniew. Napędzały się i zaogniały nawzajem. Wnikały i przepełniały nasze wnętrza, z których pierwotnie wydawały się pochodzić. Jeśli tak było, to wykorzystywały nasze lęki i problemy, aby się uwolnić. I teraz, niezależnie od niczyjej woli, zdobyły władzę nad naszym życiem. Stały się panami własnych stworzycieli, bezpostaciowymi rządcami naszej codzienności. A może raczej ich codzienności? Bo my już dawno przestaliśmy się liczyć. W tym pierwotnym, bezosobowym obłędzie zostaliśmy zepchnięci i przytłoczeni.
Wszystko rozgrywało się obok i pomimo nas. Świadomi własnej niemocy kryliśmy się przed emocjami, które zajęły nasze miejsce, chowając jak najgłębiej te resztki siebie, które jeszcze nie zostały wchłonięte przez otaczający nas chaos. Nic nie wskazywało na to, żeby nasza gehenna miała się zakończyć. Powoli brakowało mi sił. Był środek nocy, a ja wpatrywałem się w jej nieruchome ciało. Pogrążona we śnie wydawała się taka spokojna. Ten widok odrealniał koszmar ostatnich wydarzeń. Degradował go do rangi złego snu, odległego wspomnienia. Bardzo pragnąłem, żeby zostało tak jak najdłużej. Pogładziłem ręką śnieżnobiały policzek.
Jej błogie oblicze nie nosiło znamion żadnych trosk. Stanowiło obraz szczęścia i beztroski. Tylko tego dla niej chciałem. Wytchnienia od wszelkich zmartwień. Patrząc na przymknięte powieki, w końcu zrozumiałem, jak mogę jej pomóc wyzwolić nas oboje. Przemysław Cichoń „Tam i z powrotem”. Jak co dzień rano wylazłem spod kołdry, namacałem stopami klępki i poszedłem się odlać. Na dworze było może 15 stopni. Wyszedłem w samych gaciach. Zawsze rano odlewam się na Mańkowe porzeczki.
Rosną zaraz za płotem. Cóż, Maniek nie jest zbyt bystry, ale może to i dobrze. W końcu walę go w rogi od kilku lat, a on się nawet nie domyśla. To jak naszczam mu pod porzeczki, to chyba też się nie zorientuje. Nie to, żebym go nie lubił. Do kibla mam daleko, a nogi już nie te co kiedyś. Co do reszty to jeszcze działa i dlatego od czasu do czasu bzykam jego Zenię, jak on w robocie bąki spija. Stróżem nocnym jest. Zenia jeszcze całkiem, całkiem kobitka i potrzeby ma. A Maniek wróci rano z roboty pod sklepem browara wypije, uwali się do wyra i gnije do południa, a kobita obiad ugotuje, chałupę sprzątnie, pranie zrobi, to też jej się coś od życia należy, no nie?
No ale leję ja sobie na te porzeczki, a tu nagle słyszę, jak Zenia strasznie na kogoś pomstuje. Myślę sobie może to znowu ci jechoji, ale tak z samego rana? No chyba nie na Mańka. Ten już smacznie chrapie od godziny. Skończyłem, schowałem i zapierniczam naokoło, żeby zobaczyć co się tam u Mańków wyrabia. Jeszcze z pięć lat temu to pewnie bym przez płot przeskoczył, ale już mówiłem: nogi nie te co kiedyś. Więc zziajany wpadam ja na Mańkowe podwórko, patrzę, a tu Zenię jakieś kurduple do takiego helikoptera bez śmigła pakują. Już miałem jej ruszyć na ratunek, kiedy jeden z nich wymierzył we mnie z obrzyna. Właściwie to była jakaś taka dziwna strzelba. Wolałem go nie prowokować.
Było ich pięciu i wszyscy byli ubrani na biało w takie kombinezony. Prawie jak te babki, co to przy krewetkach robią u Goldsteina. Twarze też mieli dziwne, jakieś skośnookie i blade. Chińczyki! Pomyślałem w pierwszej chwili. Ale po jakiego grzyba Chińczykom Mańkowa Zenia? ufoki. Dotarło do mnie po chwili. No tak, to na pewno ufoki. I ten helikopter też był jakiś dziwny.
Gdy tak rozmyślałem, a trwało to kilkadziesiąt sekund, ufoki zapakowały Zenię do środka i fruu. Odlecieli, zostawiając po sobie tylko tuman kurzu. I wtedy właśnie w drzwiach do chałupy pojawił się Marian. Pięściami przetarł oczy, przeciągnął się, splunął treściwie pod nogi i spytał, widząc mnie na środku podwórka: Kaj ty ciulu liziesz do jasnej Anielki to po nagu szukosz guza na moim placu? Bo zapomniałem wam powiedzieć, że Marian to Ślązak jest. Przyjechał tu jakieś 10 lat temu z kobitą i z synem, ale syn stąd uciekł po roku. Do miasta wyjechał i od tamtej pory się nie pokazał. A Marian nie jest zły człowiek, tylko cholernie wyrywny, a przy tym kawał chłopa. A jak jeszcze wypije, to lepiej mu w drogę nie wchodzić. Stary mój nie widziałeś?
Nikaj ty gizdy, nieumiaznoleść. Widziałem. Odpowiedziałem niepewnie. Przed chwilą się zabrała na stopa z jakimiś ufokami. Maniek spojrzał na mnie badawczo, zmierzył wzrokiem od stóp do głów i odparł: „Tyś chyba ociulał albo się z ciulem na głowy pomieniał. Nie chlej już tej gorzoły od ruskich”. Rozejrzałem się dookoła. Rzeczywiście byłem sam. Stałem jak słup soli w samych gaciach i pewnie miałem nietęgą minę. Postanowiłem darować sobie tłumaczenie Marianowi całego zajścia, bo sam zaczynałem wątpić, czy naprawdę to widziałem.
„Żartowałem. Nie wiem, gdzie jest twoja żona. Przyszedłem pożyczyć…” Tu się zawahałem, bo to Maniek zawsze wszystko ode mnie pożyczał. „Tego słupca na gołębie, co to go nie używasz” – wybrnąłem. „Po kiego ci ten pieroński słupiec? Gołębie będziesz trzymał?” „Nie. Jakaś kuna chyba u mnie grasuje po strychu. Zastawię pułapkę, może się złapie”. „Kiera ci potrzeba, to bier se chłopek ze szranku. Jo ida spać.
A jakbyś widzioł kajś moja staro, to do chałupy mo wracać”. Odwrócił się na pięcie i zniknął wewnątrz, po czym trzasnęły drzwi i tyle go widziałem. Wróciłem do domu, usiadłem przy stole i zacząłem myśleć. Jednak już po chwili wiedziałem, że niczego nie wymyślę. Trzeba się napić. Nalałem sobie jednego, potem drugiego, a potem jeszcze jednego i jeszcze. Obudziłem się następnego dnia. Namacałem stopami klapki i już miałem iść się odlać na Mańkowe porzeczki, kiedy potknąłem się na flaszce leżącej na podłodze. Wywinąłem takiego potrójnego telupa w kombinacji z podwójnym ritbergerem, że sam Pluszczanko by się nie powstydził, a wszystko zakończyłem wspaniałym axlem, po czym runąłem na podłogę. Dodam, że nigdy nie miałem na nogach łyżew.
W tym momencie także. Było bardzo jasno. Nie mogłem otworzyć oczu, bo jak tylko uchyliłem powieki, światło wbijało mi się w źrenice jak milion małych, ostrych igiełek. Było cicho, chociaż z oddali jakby słychać było jakąś miłą dla ucha muzykę. „Co to, do jasnej cholery?” – pomyślałem. I to chyba była zła myśl. Piekący ból przeszył mi czaszkę. „Boże, za co?” – znów pomyślałem. Teraz jakby ból troszkę ustał. Gdzie ja jestem?
„W poczekalni, że tak powiem”. Usłyszałem wyraźny męski głos. Jego ton był spokojny, a barwa miła dla ucha. Tylko jego pochodzenie nie było zupełnie oczywiste. Czy dochodził z zewnątrz, czy raczej rozbrzmiewał tylko w mojej głowie? „Jesteś w obozie przejściowym. Za chwilę będziesz mógł otworzyć oczy. Niestety, mamy pewne problemy techniczne i nie zdążyliśmy jeszcze wygenerować dla ciebie subrzeczywistości. Musisz nam wybaczyć. Mieliśmy ciężki okres.
Trzy katastrofy lotnicze, zatonięcie promu i trzęsienie ziemi. Zresztą mamy braki kadrowe. Nie pozbieraliśmy się jeszcze po World Trade Center”. „Czy ja nie żyję?” – spytałem nieśmiało. „Przecież mówię, że jesteś w obozie przejściowym. Zaraz moja asystentka wszystko ci wyjaśni. Musisz nam wybaczyć. Straszny młyn dziś mamy. Możesz już otworzyć oczy”. Otworzyłem.
Znajdowałem się w przestronnym, dość dobrze oświetlonym holu. Mościłem się w wygodnym fotelu, a naprzeciwko mnie siedziała cudna blondynka o olbrzymich niebieskich oczach. Jej boskie, pełne i czerwone usta uśmiechnęły się do mnie, a w policzkach robiły się jej takie przeurocze dołeczki. „Witamy w obozie przejściowym. Jest pan zakwalifikowany do sekcji fioletowej A43. Pański identyfikator”. Wyciągnęła do mnie szczupłą dłoń, której palce obejmowały czule kawałek plastiku wielkości karty kredytowej. Delikatnie, dwoma palcami wyjąłem przedmiot z jej kruchej dłoni. „Prawdopodobny czas na rozpatrzenie sprawy to…” Spojrzała na srebrny zegarek na misternie wykonanej bransoletce, delikatnie opinającej jej filigranowy nadgarstek. „Jakieś 72 godziny”.
„Ale czy ja nie żyję?” – próbowałem się w końcu czegoś dowiedzieć. „I tak, i nie. Jest pan w obozie przejściowym. Decyzja w pańskiej sprawie zapadnie w ciągu 72 godzin. Mam nadzieję” – dodała. „Jaka decyzja?” „Decyzja w sprawie A43. No, czy na górę, czy na dół, czy może z powrotem. Hi hi.” – zachichotała uroczo. – „Żart taki. Przepraszam.
Jestem przepracowana”. „Ale ja nie chcę…” „Wiem, wiem” – przerwała mi. – „Nikt nie chce, ale takie procedury. Nic nie poradzę”. „To znaczy, że mogę wrócić?” „Owszem, jeśli on tak zadecyduje. A teraz muszę lecieć. Mam jeszcze trzech nowych. Wypadek komunikacyjny”. „Powiedz chociaż, jak masz na imię” – rzuciłem jeszcze w jej kierunku. „Angel.
Oczywiście, że Angel”. Zrobiła w moim kierunku jeszcze zdawkowy gest dłonią, coś à la pa pa i odeszła, kołysząc biodrami, jakby płynęła w powietrzu, a nie stąpała po ziemi. Rozejrzałem się po holu. Było tu jeszcze parę osób. Siedzieli tak jak ja w fotelach przy innych stoliczkach. Wyglądali raczej normalnie, ale sprawiali wrażenie zaniepokojonych. Kurde, to mi się przecież, do cholery, tylko śni. To też była zła myśl. Ból przeszył czaszkę jak strzała jabłko na głowie Waltera, syna Wilhelma Tella. To trwało ułamki sekundy, ale było tak dobitne i realne, że byłem pewien, iż nie śnię.
Umarłem. Albo nie całkiem umarłem, ale nie żyję. To trudne, ale skoro mam szansę wrócić, to może nie jest aż tak źle. Wtedy przypomniały mi się słowa Angel. „Jeśli on tak zadecyduje”. Kurde To nie przelewki. A jeśli On to Bóg? Co, jeśli będzie mnie sądził według moich uczynków? Nie byłem zbyt bogobojny. Mogą być problemy.
Zaczynałem się martwić i w myślach robić rachunek sumienia oraz wymyślać plan, jak się z tego wszystkiego wyłgać. Po pięciu minutach przysiadł się do mnie pewien sfrustrowany jegomość. Miał na oko z 60 lat. Był w popielatym, eleganckim garniturze. Przywitał się i opowiedział mi historię swojego życia i śmierci oczywiście. Gdy skończył, byłem tak zdołowany, że nawet nie chciało mi się oddychać. Czułem się tak, jakby na moich oczach walec rozjechał mojego ulubionego pieska, chociaż nigdy nie miałem psa. Obóz przejściowy? Gdzie ja właściwie jestem? Tu musi być jakaś informacja.
Rozejrzałem się po obszernym holu. Przypominał trochę hotelowy, ale nigdzie nie było recepcji, tylko stoliczki i fotele. Kątem oka spostrzegłem, że w moim kierunku zmierza starsza pani w jasnoszarej sukience. Przeraziłem się, że i ona będzie chciała się ze mną podzielić swą historią. Wstałem z fotela i szybkim krokiem ruszyłem w głąb korytarza, którym odeszła Angel. Gdybym tak ja miał opowiedzieć komuś swoje życie, co bym powiedział? Było przecież krótkie i nudne, a śmierć idiotyczna. Czyż nie? Wypierdzielić się na pustej flaszce w pogorzale. Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność.
Po obu stronach co pięć kroków znajdowały się drzwi. Znów na myśl przyszedł mi hotel. Na drzwiach nie było jednak żadnych numerów. Na żadnej klamce nie wisiała wywieszka „Nie przeszkadzać”. To nie był hotel, a przynajmniej nie taki normalny hotel, o jakim myślałem. Nagle, jakby spod ziemi wyrosła przede mną Angel. „Co pan tu robi? To część nieprzeznaczona dla oczekujących. Proszę wrócić do poczekalni.” „No ale Angel, nie będę tam czekał 72 godziny.” „Już niedługo będzie pan wzywany na rozmowę. Tu czas płynie trochę inaczej.” „To znaczy, że minęły już trzy dni?” „Proszę wracać do poczekalni i czekać na wezwanie.” Odwróciłem się i zobaczyłem, że poczekalnia jest tuż za mną.
Widocznie przestrzeń też tu jest jakaś inna. Wróciłem grzecznie i usiadłem w wygodnym fotelu. Ową inną przestrzeń wypełniała spokojna muzyka bez konkretnego źródła. Po prostu była w powietrzu. Odpłynąłem. Z zamyślenia wyrwał mnie spokojny męski głos rozbrzmiewający jakby w mojej głowie. „Jesteś proszony na rozmowę kwalifikacyjną.” Nie wiem dlaczego, ale pomimo że mężczyzna o ciepłym głosie nie wymienił mnie z imienia ani z nazwiska, wiedziałem, że chodzi o mnie. Usłyszałem znajomy dźwięk. Dochodził z konkretnego miejsca. Spojrzałem w tym kierunku.
Drzwi windy rozsunęły się, a stojąca wewnątrz Angel patrzyła na mnie zapraszająco swymi ogromnymi błękitnymi oczyma. Wstałem i podszedłem do windy. Dziwne, że wcześniej jej nie zauważyłem. Mógłbym przysiąc, że jej tu nie było. Oczywiście windy, nie Angel. Wszedłem do wewnątrz. Niebieskooka spojrzała na zegarek. „Już czas” – powiedziała. Miałem wrażenie, że chce mnie uspokoić, ale ja byłem spokojny. Nie wiem, czy jechaliśmy windą w dół, czy w górę.
Po chwili drzwi się rozsunęły. Wyszła pierwsza, ja za nią. Miała idealne kształty. Pomieszczenie było przestronne i jasne, choć nie było tu okien. Na wprost stało olbrzymie biurko, całe zastawione stertami teczek z dokumentami. Wyglądały jak akta. Tylko teczki były w kolorze fioletowym. Za biurkiem siedział mężczyzna, można powiedzieć sędziwy. Jego siwa, długa broda prawie spoczywała na blacie biurka. Zza grubych okularowych szkieł łypały na mnie bystre jeszcze oczy.
„Sprawa A43” – powiedziała stojąca nadal przede mną Angel. „A, tak, tak. A43. Proszę podejść” – zwrócił się do mnie sędziwy urzędnik. Angel zrobiła dwa kroki w tył, tak że teraz była za mną i nie mogłem już podziwiać jej boskiej figury. Skoncentrowałem wreszcie uwagę na mężczyźnie za biurkiem. „Proszę podejść” – powtórzył. Teraz trochę bardziej stanowczo. Podszedłem trzy kroki. „Bliżej.
Ja nie gryzę.” Stanąłem przed nim na odległość wyciągniętej ręki plus blat biurka. „A43. No tak. Przejrzałem pańskie akta. Nie widzę wniosku.” „Jakiego wniosku?” – spytałem zaskoczony. „Wniosku WOP1. Ale dobrze, załatwmy to od ręki.” Wysunął olbrzymią szufladę i zanurzył w niej ręce. „No jest. Wiedziałem, że mam jeszcze jeden taki formularz. Więc o co pan wnioskuje?” – spytał, trzymając dłoń dzierżącą pióro zawieszoną nad wyjętym z szuflady formularzem.
„Jak to o co?” „Gdzie się pan wybiera?” „Przepraszam, ale nie rozumiem.” „Ach te aniołki” – westchnął ciężko i kontynuował. – „Pan wybaczy. Mamy straszne braki kadrowe. Większość asystentek jest słabo wyszkolonych, a reszta jest przepracowana i wypalona. Pańska Angel 133 pracuje tu już dłuższy czas, a nie poinformowała pana o konieczności wypełnienia wniosku o obowiązujących procedurach. Będę musiał pozbawić ją premii.” „Może to nie będzie konieczne.” Postanowiłem wziąć Angel w obronę. „Jest przepracowana. Mimo wszystko była bardzo miła i oczywiście pouczyła mnie o wszystkim. To ja nie wziąłem sobie tego do serca, a formularz wniosku po prostu zgubiłem. Proszę jej nie karać.” „No tak, kłamca nałogowy.
Dobrze, że chociaż kłamie pan z dobrych pobudek. A wracając do sprawy, o co pan wnioskuje? Reinkarnację, return z resetem, czy może WO?” „Że co?” Rozdziwiłem gębę skonsternowany. Skąd ja znam takie słowa? „No powiem najprościej jak potrafię. Chce pan zacząć od nowa, czy może kontynuować swoją dotychczasową egzystencję po wykasowaniu części pamięci? Czy może wolałby pan przejść na WO, wieczny odpoczynek? Pański wniosek będzie rozpatrywany pod kątem pańskich oczekiwań.” „A mogę się zastanowić?” Spytałem nieśmiało. „Owszem, byle nie za długo, bo mam już półgodzinny poślizg.” Starałem się zebrać myśli. „Może...
A nie!” Prawie krzyknął siwy jegomość zza biurka. „To już nieważne. Nie zauważyłem, przepraszam. Sprawa ma klauzulę RN13. Wniosek wcale nie jest potrzebny. Wraca pan z powrotem po resecie. Dziękuję za poświęcony czas i jeszcze raz przepraszam za to niedopatrzenie.” Przywalił w blat wielką pieczątką i zamknął z impetem fioletową teczkę. „Może pan już iść.” „Ale...” W tym momencie usłyszałem za plecami ten znajomy dźwięk. Odwróciłem się i w otwartej windzie zobaczyłem Angel. „Pozwoli pan ze mną.
Musimy jeszcze załatwić reset i do domu. Hi hi.” Znów to zrobiła. Zachichotała. Znów jechaliśmy windą. Nie mam pojęcia, czy w górę, czy w dół. Na nieskazitelnie białych ścianach nie było żadnych przycisków czy wyświetlacza informującego o jej położeniu. Po chwili drzwi się rozsunęły i Angel wyszła pierwsza, zachwycająco kołysząc biodrami. Podążałem za nią. Teraz korytarz, którym szliśmy, przypominał szpitalny. Co jakiś czas mijaliśmy przeszklone drzwi, które znajdowały się po obu jego stronach.
Niestety szyby były matowe, także nie można było zobaczyć, co jest wewnątrz pomieszczeń. Za to na szybach znajdowały się napisy. Zatrzymaliśmy się właśnie przed drzwiami z napisem Terminal 412. „To tu.” Uśmiechając się przepięknie, wskazała mi klamkę. Sięgnąłem do klamki i wtedy drzwi się otworzyły, a przede mną stała Angel. To znaczy, to nie mogła być Angel, najwyżej jej siostra bliźniaczka. Była ubrana w bielutki lekarski kitel, pozbawiony przynajmniej trzech guziczków pod szyją. Biustonosz pod spodem też miała śnieżnobiały. Zmierzyłem ją wzrokiem. Kitel kończył się sporo przed kolanem.
Włosy miała ciasno upięte w kok. Odwróciłem się, by porównać siostry, ale Angel już tam nie było. „Proszę wejść.” Zaprosiła mnie głosem prawie tak słodkim jak Angel, jednak bardziej stanowczym. „A43, tak?” Skinąłem głową i wszedłem do gabinetu. Bo to był chyba gabinet. „A siostra Angel? Proszę usiąść.” Wskazała krzesło z białego tworzywa. Tu wszystko było białe i było jasno jak w słoneczny dzień. Jednak też nie było okna. Siostra Angel usiadła za biurkiem i otworzyła fioletową teczkę z dokumentami.
„O, RN13” powiedziała z przekąsem. Jakiś czas wertowała papiery wewnątrz teczki, coś mrucząc pod nosem. „Jest pani siostrą Angel?” Spytałem, by jakoś nawiązać rozmowę. Podniosła wzrok znad papierów. Spojrzała na mnie jakby troszkę zakłopotana. „Można tak powiedzieć” odparła w końcu. „Można wiedzieć, jak ma pani na imię?” Usiłowałem pociągnąć rozmowę, kiedy znów zanurzyła wzrok w dokumentach. „Oczywiście, że Angel” odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. „Jak to?” Rzuciłem zdziwiony. Podniosła wzrok i ciężko westchnęła.
„No chyba mogę panu powiedzieć. I tak zaraz pana zresetuję. Mam wiele sióstr. Angel, która pana tu przyprowadziła, to Angel 133. Ja jestem Angel 342. Jest nas tu kilkaset, a i tak się ledwie wyrabiamy. Namnożyło się was na tym świecie. Z dnia na dzień coraz więcej roboty, a każdy chce być profesjonalnie i miło obsłużony. Nieraz nawet anielska cierpliwość nie wystarcza. Wiele z nas się wypaliło, nie wytrzymały i odeszły do konkurencji.
Jest nas coraz mniej, a pracy coraz więcej. Sama nieraz się zastanawiam, czy nie odejść, ale żal mi sióstr. No i kocham szefa. Jest boski.” Wstała zza biurka. „Wszystkie wyglądacie tak samo?” Desperacko próbowałem podtrzymać rozmowę. Przeczuwałem, że zaraz coś się stanie. To tak jak podczas wizyty u dentysty. Gadu, gadu, ale wiemy, że za chwilę i tak będzie borowanie. „To, jak wyglądamy, zależy od tego, jaką suprzeczywistość wygenerowali dla pana nasi informatycy. To bardziej skomplikowane, ale nie mam niestety czasu, by to panu tłumaczyć.
I tak już za dużo z panem konwersuję.” Poprawiła niesforny blond kosmyk, który jakimś cudem wysunął się jej spod spinek kontrolujących jej kok. „Proszę za mną.” Ruszyła w stronę drugich drzwi, których do tej pory nie zauważyłem. Kitel miał z tyłu dość głębokie rozcięcie, tak że kiedy szła, pojawiało się w nim to jedno, to drugie udo Angel. I to prawie do pośladka. Posłusznie poszedłem za nią, nie mogąc oderwać od niej oczu. Otworzyła drzwi. Stanęła z boku, by mnie przepuścić. Przeszedłem. Przechodząc obok, poczułem zapach jej perfum. Anielski.
„Proszę usiąść i się odprężyć.” Wskazała mi fotel z wysokim, regulowanym oparciem. Usiadłem i ostatnie, o czym pomyślałem, to to, że mają zdolnych informatyków. Oślepiło mnie jasne światło, jakby ktoś wyłączył subrzeczywistość. „Słyszy mnie pan? Jak się pan nazywa?” Jakby z daleka dobiegało mnie pytanie. Banalne, bo przecież wiedziałem, jak się nazywam. Ale czy na pewno? No właśnie. Jak ja się nazywam? Gdzie jestem?
Gdzie Angel? Jaki mamy dziś dzień? Co za idiotyczne pytanie. Jasne, że czwartek. Ale zaraz. Czwartek był wczoraj. A może przedwczoraj? Zaraz. 72 godziny to 3 dni, czyli dziś jest... „Czy pan mnie słyszy?” No kurde, jasne, że słyszę.
Drzesz mordę, że bębenki pękają. Boli mnie głowa. Moja głowa! Ból jest w środku i zaczyna rozsadzać mi czaszkę. Dajcie mi spokój, chcę spać. Jednak damski głos nie dawał za wygraną. Poczułem czyjąś dłoń w mojej. „Jeśli mnie pan słyszy, proszę ścisnąć moją dłoń.” To zrozumiałem. Świadomość powoli wracała. Ścisnąłem.
„W porządku. Podłączcie mu płyny i 200 kalium chloratum i obserwujcie. Jutro morfologia, elektrolity i markery. Z samego rana. Chcę zobaczyć wyniki, zanim jeszcze wyjdę do domu. Pilnujcie go. Miał wiele szczęścia.” Odpłynąłem ponownie. Nie wiem, ile spałem, ale obudził mnie chłodny dotyk między nogami. Angel? Otworzyłem oczy.
Nawet nie przypuszczałem, ile wysiłku może kosztować utrzymanie powiek w górze przez kilkanaście sekund, ale to wystarczyło, żeby stwierdzić, że to nie Angel majstruje przy moich klejnotach. Były dwie. Ta bliżej to brunetka. Zauważyłem, że otwieram oczy. „Niech pan nie próbuje wstawać. Jest pan po operacji. Musimy pana umyć. Proszę się nie krępować. Robimy to codziennie od tygodnia. Jest pan w dobrych rękach.” „Od tygodnia?” – pomyślałem.
To by się mniej więcej zgadzało. Ale jaka operacja? Po kolejnej drzemce – nie mam pojęcia, ile trwała – miałem już na tyle siły, by utrzymać powieki nieco dłużej. Okazało się, że leżę w sali z dwoma oknami, białym sufitem, na którym zainstalowano dwie jarzeniówki i ktoś właśnie coś kombinuje przy moim lewym przedramieniu. To pielęgniarka podłączała mi właśnie nową kroplówkę. Czułem się podle. Tak też pewnie wyglądałem. Operacja? Musiałem mieć jakiś wypadek. Wieczorem poczułem się już dużo lepiej.
Nie wiem tylko, czy to był ten wieczór, czy może któryś z następnych. Przez ciągłe drzemki całkowicie straciłem rachubę czasu. W każdym razie czułem się nieźle. W sali panował półmrok, dzięki czemu objawy światłowstrętu całkowicie ustąpiły. Mogłem wreszcie dokładnie się rozejrzeć. Oprócz mojego w sali stało jeszcze tylko jedno łóżko. Spał na nim jakiś pacjent. Nic się nie stało. Wcisnąłem jeszcze raz. W drzwiach pojawiła się pielęgniarka.
Zapaliła boczne światło. Zakłuło, ale dało się wytrzymać. „Co się stało? Dlaczego pan nie śpi? Coś pana boli?” – zadawała pytania, nie dając mi szansy, bym odpowiedział. – „Może chce pan pić?” Pokiwałem głową i już miałem otworzyć usta, by o coś zapytać, kiedy odwróciła się na pięcie i pospiesznie wyszła z sali. Wróciła po jakiejś minucie. W ręku trzymała kubek ze słomką. Podała mi słomkę do ust. To woda.
Nigdy nie przypuszczałem, że woda będzie mi kiedyś tak smakować. Wypiłem trzy łyki, może cztery. Niewielkie. „A teraz niech pan już śpi. Sen to najlepsze lekarstwo” – powiedziała szeptem. „Co mi się stało? Co to za operacja? Miałem wypadek?” Wypowiadałem słowa, ale ich brzmienie nie było dla mnie oczywiste. Jakbym miał w ustach knebel. „Jeśli jutro będzie się pan czuł lepiej, lekarz panu wszystko wyjaśni.” Odwróciła się i chciała wyjść.
Udało mi się złapać ją za rękaw. „O, widzę, że wraca pan do formy. To dobrze. Było z panem krucho.” „Co to za operacja?” – wybełkotałem. „Miał pan operację mózgu, ale szczegółów dowie się pan od lekarza. A teraz proszę już spać.” Zrobiłem, jak kazała. Ta cała dyskusja strasznie mnie wyczerpała. Obudził mnie jakiś hałas. Otworzyłem oczy. Przy moim łóżku stało kilka osób.
Szczupła młoda kobieta o rudych, spiętych w kitkę włosach odezwała się do mnie, widząc, że już nie śpię. „Przenosimy pana z erki na zwykłą salę. Proszę leżeć spokojnie, zaraz będzie po wszystkim.” I było. W ciągu kilku minut przetransportowano mnie długim korytarzem do cztereołóżkowej sali. Dostało mi się łóżko przy oknie. Poodpinano mi większość kabelków i wężyków, które do tej pory łączyły mnie z aparaturą i zaopatrywały w płyny i leki. Po kilku minutach przyszła ta ruda. „No, bardzo się cieszę, że jest pan z nami i to w tak dobrej formie. Miał pan wiele szczęścia. Powiedziałabym nawet, że szczęścia w nieszczęściu.
Nie wiem, ile pan pamięta, ale miał pan wypadek. Dość kuriozalny. Trafił pan do nas ze wstrząśnieniem mózgu i narastającym krwiakiem podpajęczynówkowym. I to był los na loterii. Wygrany los. Zgarnął pan całą wygraną – życie.” Zrobiła krótką pauzę i mówiła dalej: „Zrobiliśmy panu tomografię komputerową głowy. Jednak to, co zobaczyłam na obrazie z tomografu, było tak niewiarygodne, że zrobiliśmy jeszcze rezonans magnetyczny. Okazało się, że trafił pan do nas w ostatniej chwili. I nie chodzi mi tu o wypadek czy krwiak. Miał pan guza mózgu.
Takiego olbrzymiego oponiaka to jeszcze nigdy nie widziałam.” Poprawiła się na krześle i założyła nogę na nogę. „Oponiak to niezłośliwy nowotwór. W pańskim przypadku był już tak duży, że zagrażał pańskiemu życiu. Aż dziw, że nie miał pan żadnych objawów. No wie pan, bóle głowy, halucynacje, bezsenność. Gdyby nie trafił pan do nas z powodu wypadku, prawdopodobnie zabiłby pana w przeciągu miesiąca. Także widzi pan, że mam rację mówiąc, iż miał pan wiele szczęścia w nieszczęściu. Guza udało się całkowicie usunąć i będzie pan żył. A wszystko z powodu półlitrowej butelki po wódce. Jak się pan domyśla, przez dłuższy czas nie napije się pan alkoholu.
Będzie pan przyjmował leki i regularnie się badał. Oponiaki mają tendencję do odnawiania, dlatego badania są ważne. W szpitalu zostanie pan jeszcze jakiś czas. Potem, jeśli wyniki będą zadowalające, wypiszemy pana do domu. A, i zapomniałabym powiedzieć, że odwiedzała pana pewna kobieta. Twierdzi, że jest pana sąsiadką. Myślę, że jutro też przyjdzie z kolejnym słoikiem rosołu.” „To jednak z niej nie porwani kosmici.” „Słucham?” „Nie, nic. Tak tylko sobie pomyślałem, że to mogły być te halucynacje, o których pani doktor mówiła.” Ham Solo – „Wieczność”. Podeszła do ekspresu i operując sprawnie przyciskami wybrała rodzaj i wielkość kawy. Podstawiła papierowy kubek i po chwili z wnętrza urządzenia usłyszała szum młynka mielącego ziarna.
Przyglądając się w międzyczasie swojemu odbiciu w błyszczącym panelu maszyny, zauważyła przekrzywioną plakietkę ze swoim imieniem. Widniejące na niej tłuste czarne litery informowały klientów stacji o tym, że obsługuje ich Maja. Natychmiast odpięła i poprawiła identyfikator. Wizerunek firmy to przede wszystkim schludnie wyglądający pracownik. Tak zawsze powtarzał jej ajent, który zarządzał stacją. Czarny płyn zdążył już niemal całkowicie wypełnić papierowy kubek. Maja podniosła go do ust i pociągnęła zachłannie spory łyk, parząc sobie przy tym przełyk. Miała nadzieję, że kofeina postawi ją na nogi i odegna koszmar, który przyśnił się jej przed chwilą. „Co się ze mną dzieje? – pomyślała.
– Chyba jestem przemęczona. W końcu to trzecia nocka w tym tygodniu.” Doszła do wniosku, że musiała zasnąć za ladą na stojąco. Nie na długo, co prawda, ale wystarczająco głęboko, aby śnić. Właściwie to już nie pamiętała, o czym śniła, lecz musiało to być coś strasznego, gdyż obudziła się zlana zimnym potem, stojąc na zewnątrz stacji i czując spływające po twarzy łzy. Nawet nie pamiętała, kiedy i jak wyszła. Musiała zrobić to przez sen. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest lunatyczką. Nocną ciszę przerwał odgłos podjeżdżającego pod dystrybutor czarnego BMW. Przez otwarte na oścież sklepowe drzwi wyraźnie było słychać drażniący uszy warkot stuningowanego silnika. Z auta wyszedł potężnie zbudowany mężczyzna z grubym złotym łańcuchem na szyi.
Otworzył wlew paliwa, włożył końcówkę pistoletu do środka i zaczął tankować auto. Młoda kobieta, która próbowała wysiąść od strony pasażera, natychmiast została przez niego brutalnie skrzyczana. Maja wyraźnie słyszała bluźnierstwa i groźby wykrzykiwane pod adresem dziewczyny, która ostatecznie schowała się we wnętrzu auta. Po tej krótkiej scence można było się domyśleć, jakie relacje łączą tę parę. Ten wielki facet zapewne był sutenerem i wiózł dziewczynę gdzieś do domu publicznego w Niemczech. Zgadzał się kierunek jazdy, typ auta oraz wygląd oprycha i jego towarzyszki. Maja, pracując od kilku lat na stacji, widziała wiele podobnych par. Byśior skończył już tankować swoją beemkę i ruszył żwawo w kierunku wejścia do sklepu. Bestialomanialnie rzucił na ladę zwinięty banknot stuzłotowy i wychodząc, warknął na pożegnanie: „Weź pani tu, kurwa, skasuj! I bez reszty, kurwa.” Następnie wybiegł na zewnątrz i z zadziwiającą wręcz zwinnością wbił swoje wielkie cielsko do wnętrza auta.
Po chwili samochód ruszył z piskiem opon. Maja jeszcze przez chwilę stała ze wzrokiem utkwionym w puste miejsce przy dystrybutorze, rozmyślając nad losem współpasażerki troglodyty. Dziewczyna w aucie nie wyglądała na zadowoloną ze swojego życia i układu, w jakim tkwiła z kierowcą BMW. W takich chwilach Maja zwykle doceniała swoje życie. Było dalekie od doskonałości, a praca, jaką wykonywała, nie była szczytem jej marzeń. A jednak, mając niespełna 30 lat, mogła jeszcze wszystko zmienić na lepsze. W każdym razie bardzo głęboko w to wierzyła. W porównaniu z nią dziewczyna z beemki miała naprawdę przechlapane. Maja pociągnęła kolejny łyk kawy, myśląc jednocześnie, co zrobić, aby za nią nie płacić. Dwugroszowy napiwek, tak wspaniałomyślnie podarowany jej przez oprycha z beemki, był jednak zbyt skromny.
Licznika w ekspresie nie da się oszukać lub przestawić, a szef bardzo się denerwował, gdy okazywało się przy inwentaryzacji, że ilość sprzedanych kaw jest mniejsza od zaparzonych. Pomyślała, że zrobi jak zawsze: dobije kawę do rachunku jakiemuś staremu Niemcowi jadącemu wcześnie rano na bazar albo przeliczy mu euro po swoim kursie. Helmut na pewno się nie skapnie. Czasami bliskość granicy miała swoje plusy. „Ej, śpiąca królewno! Długo będziemy tu czekać, aż nas obsłużysz?” Męski głos wyrwał ją nagle z zamyślenia. Po drugiej stronie lady stało trzech młodych mężczyzn w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie. Ich debilne, pijackie twarze zdobiły rubaszne uśmiechy. Zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że nie zauważyła, kiedy weszli do środka. Znów zasnęła?
„Słuchaj mała, daj nam najtańszą flaszkę i spadamy. Potem możesz sobie dalej marzyć i popijać z kubeczka” – powiedział mężczyzna wyglądający na najstarszego z nich. Maja postawiła butelkę wódki na ladzie i zaczęła inkasować należność. Nie bała się takich jak oni. Byli to uczciwie pracujący faceci, którzy dzisiaj, w sobotnią noc chcieli trochę zaszaleć. Czasem tacy jak oni pozwalali sobie na niewybredne żarty pod adresem dziewczyn pracujących na stacji. Dlatego też Maja, wiedziona doświadczeniem, obsłużyła ich w najbardziej chłodny i profesjonalny sposób, na jaki było ją stać. Nie reagowała na zaczepki i chamskie żarty. Jeszcze długo po tym, jak wyszli na zewnątrz, słychać było ich głośne śmiechy i rzucane w ciemność wulgaryzmy. Gdy już zniknęli za zakrętem, dziewczyna usiadła na krzesełku za ladą i rozłożyła kolorowe czasopismo, fundując sobie chwilę zasłużonego relaksu.
Śledziła właśnie scenki z życia pięknych i bogatych, gdy otwarły się drzwi i do wnętrza wszedł szybkim krokiem wysoki, zakapturzony mężczyzna. Nie patrząc w jej stronę, otarł się biodrem o dzielącą ich ladę. Potem uderzył kolanem o podest, na którym stały butelki z piwem, aby po chwili zniknąć w ciemnym korytarzyku prowadzącym do toalety. „Pewnie naćpany” – pomyślała Maja, patrząc na poprzewracane butelki na podeście. Instynkt wykształcony przez lata nocnej pracy podpowiadał jej, że z tym klientem mogą być kłopoty. Położyła palec wskazujący na przycisku cichego alarmu. Po krótkim zastanowieniu sięgnęła jednak po telefon i wybrała numer ochrony. „Słucham?” – spytał zaspany głos dyspozytora. Maja poznała po głosie, że dyżur pełni Tadeusz, emerytowany policjant. „Tadek, mam tu jakiegoś ćpuna na stacji.
Może przyślij mi tu kogoś”. „Rozrabia?” Ochroniarz próbował wyciągnąć od Mai więcej informacji. „Nie, ale nie podoba mi się. Trochę się go obawiam”. „Słuchaj, jest lipa, bo nie mam nikogo wolnego. Obydwa patrole pojechały na interwencję. Jest sobota. Sama zrozumiesz. Jak nic złego nie robi...”. „Tadek” – przerwała nerwowo Maja.
„Ja ciebie, kurwa, nie proszę o oddział komandosów. Przyślij mi tu jakiegoś leśnego dziadka z napisem ochrona na uniformie. Czasami to wystarczy”. „A coś się w ogóle stało? Gościu groził ci albo coś?” Tadeusz drążył temat. „Nie! Gdyby tak było, włączyłabym alarm napadowy. Facet jest po prostu dziwny, a ja mam złe przeczucia. Teraz siedzi w sraczu. Pewno wciąga prochy nosem albo cholera wie, co on tam kombinuje”.
„Okej, mam patrol na interwencji w markecie kilometr od ciebie. Nic takiego. Włączyła się czujka ruchu. Pewno bezpański kot albo jakieś inne dzikie zwierzę. Wyślę tych chłopaków do ciebie”. „Dzięki. Masz u mnie browara”. „Ciągle tylko obiecujesz, Maja. A jak przychodzi co do czego, to nie chcesz się umówić”. Maja odłożyła słuchawkę.
Tadeusz często próbował się z nią umówić, lecz ona nie była aż tak zdesperowana, aby iść na randkę z podstarzałym ochroniarzem, który nie grzeszył urodą. Pieniędzy zresztą też nie miał. Czas oczekiwania na przybycie patrolu dłużył się Mai niemiłosiernie. Zajęła się więc liczeniem pieniędzy w kasie. Nie było takiej potrzeby w samym środku zmiany, lecz dzięki temu nie myślała o ćpunie siedzącym w ubikacji. Cały czas starała się nie spoglądać w stronę ciemnego korytarzyka, w którym zniknął, jakby bała się, że może przywołać go wzrokiem lub myślami. „Przecież nic się nie stanie” – myślała. „Walnie sobie działkę i pójdzie dalej. Może przy okazji coś wywróci na sklepie i to wszystko. Jak zwykle skończy się tylko na strachu”.
„Dawaj kasę, szmato!” – usłyszała nagle chrapliwy głos tuż nad swoją głową. Zamarła. Kątem oka ujrzała przed sobą zarys ogromnej postaci trzymającej w ręku jakiś przedmiot wyglądający na pistolet. Bała się spojrzeć, by to sprawdzić. Nie mogła uwierzyć, że ziścił się czarny sen każdego pracownika stacji. Napad z bronią w ręku. Teraz trzeba sobie szybko przypomnieć, co radzono w takiej sytuacji na szkoleniu. Na pewno należy zachować spokój, nie stawiać oporu, wykonywać polecenia napastnika i nie patrzeć mu w oczy. Wtedy weźmie szmal i pójdzie sobie. „Nie próbuj wzywać policji albo ochrony, bo cię kurwa zajebię!
Dawaj kasę!” Znów usłyszała nad sobą śmiertelnie poważny charkot. „Dobrze, spakuję ci pieniądze do reklamówki” wysapała, z trudem panując nad sobą. Drżącymi dłońmi włożyła pieniądze z obu kas do plastikowej torby. Podając po chwili częściowo napełnioną reklamówkę, odruchowo spojrzała w stronę twarzy napastnika. W jego oczach tkwiących głęboko w pooranej bruzdami twarzy ujrzała czysty obłęd. Jednocześnie było w tym spojrzeniu coś znajomego, choć trudnego do określenia. Maja rozpoznała w oczach mężczyzny błysk szaleństwa, z którym zetknęła się już wcześniej. Tylko kiedy? Niespodziewanie pod oknem stacji przejechał samochód ochrony. Żółte i czarne pasy przyklejone na bokach auta mignęły w sklepowej szybie.
„Psy!” ryknął typ. „Wezwałaś psy? Zapierdolę cię!” „Nie!” prawie krzyknęła Maja. „To nie tak. Nie jestem głupia” próbowała się tłumaczyć. Ręka napastnika, w której trzymał pistolet, zacisnęła się mocniej na rękojeści. Maja chciała jeszcze coś powiedzieć w swojej obronie, lecz zamiast tego patrzyła jak zahipnotyzowana w oczy mężczyzny. Wiedziała już, że to się skończy tak samo jak zawsze. Jak milion razy wcześniej. Stała teraz już tylko bez ruchu, pogodzona z nieuchronnością tego, co ma się stać.
Widziała jakby w zwolnionym tempie, jak palec napastnika naciska spust i po chwili rozlega się huk wystrzału. Ciemność. Gdy się ocknęła, stała wciąż za ladą. Była sama. Bandyta gdzieś zniknął, tak samo jak auto ochrony. Dotknęła drżącą ręką czoła, w które celował napastnik. Ze zdziwieniem stwierdziła brak jakichkolwiek śladów krwi na dłoni. Wszystko wskazywało na to, że nie ucierpiała w żaden sposób. Przez moment zastanawiała się, czy można z takiej odległości spudłować. Nieważne.
Żyła i to było najważniejsze. Ukryła twarz w dłoniach. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Szlochając, wybiegła z budynku, czując, że musi stąd wyjść, uciec z tego okropnego miejsca. Stanęła przed wejściem i głęboko wciągnęła powietrze do płuc. Raz, potem drugi, potem dziesiąty. Delektując się chłodnym, nocnym powietrzem czuła, jak wraz z każdym oddechem koszmar, jaki dopiero co przeżyła, odpływa w niewyt. Szczegóły zdarzenia zacierały się coraz bardziej, znikając w odmętach niepamięci. Po pewnym czasie z całego zajścia pozostało tylko niewyraźne, na wpół oniryczne wspomnienie czegoś bardzo nieprzyjemnego. Jeszcze przez kilka minut patrzyła na rozgwieżdżone, bezchmurne niebo, aby w końcu wejść do wnętrza budynku, nie pamiętając już zupełnie nic.
Wycierając łzy, przeszła wzdłuż sklepowych regałów, kierując się w stronę kącika gastronomicznego. Podeszła do ekspresu i operując sprawnie przyciskami wybrała rodzaj i wielkość kawy. Podstawiła papierowy kubek i po chwili z wnętrza urządzenia usłyszała szum młynka mielącego ziarna. Przyglądając się w międzyczasie swojemu odbiciu w błyszczącym panelu maszyny zauważyła przekrzywioną plakietkę ze swoim imieniem. Widniejące na niej tłuste czarne litery informowały klientów stacji o tym, że obsługuje ich Maja. Natychmiast odpięła i poprawiła identyfikator. Cóż, proszę państwa, pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję. Pięknie dziękuję za to, że byliście państwo ze mną. Pięknie dziękuję, że słuchacie Akademii Wszelkiej Fikcji. I cóż, życzę państwu pięknego weekendu.
Wszelkie prognozy pogody wskazują, że będzie to weekend gorący, letni. Chyba wszyscy na to czekali, więc nikt specjalnie martwił się nie będzie. A więc pięknej pogody, pięknego weekendu, dobrej nocy i tradycyjnie zajrzyjcie państwo do Radia Paranormalium za tydzień, bo za tydzień ruszamy z kolejną Akademią Wszelkiej Fikcji. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[02:49:28] - A ja jeszcze tylko dodam, że zajrzyjcie też na stronę Radia Paranormalium, bowiem szykuje się w związku z premierą filmu „Backrooms: Bez wyjścia” mały konkurs, w którym będzie można wygrać bilet do kina, ale szczegóły poznacie już niedługo na stronie www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych. A tymczasem kończymy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Mówił do państwa przed chwilą gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień.
[02:50:12] - Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.