[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkie Państwa bardzo gorąco i serdecznie. Mamy nadzieję, że suchymi jesteście, bo troszeczkę mokro za oknem. Zarówno dziś, w środę, gdy nagrywamy, jak i w piątek ma jeszcze popadywać. Zapraszamy na kolejną wizytę w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Cóż, startujemy zatem z kolejnym odcinkiem AWF-u. Już się pewno państwo przyzwyczaili, że na początku audycji muszę sobie pogadać na tematy wszelkie, często związane z astronomią, z astronautyką, z różnymi niesamowitościami. Dzisiaj będzie podobnie. To dzisiejsze moje rozważanie wstępne można byłoby zatytułować: Gdzie się podział Mars Elona Muska? Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Mars jest dosłownie tuż za rogiem. Elon Musk występował na wielu konferencjach niczym taki zwiastun nowej ery. Pokazywał gigantyczne rakiety Starship, mówił o milionie ludzi na Marsie, o samowystarczalnym mieście pod kopułami i o tym, że ludzkość musi stać się gatunkiem wieloplanetarnym. W mediach społecznościowych i popularnonaukowych kanałach internetowych Mars urastał dosłownie do rangi kolejnego kontynentu czekającego na odkrycie, a właściwie to na podbicie.
A dzisiaj trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś najwyraźniej ściszył głośność tego wszystkiego. Mars oczywiście nie zniknął z planów SpaceX, ale zniknął z nagłówków prasowych, internetowych i w ogóle wszelkich. Można zadać zatem pytanie: dlaczego? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Rzeczywistość okazała się trudniejsza od prezentacji w PowerPoincie czy też w jakimś innym programie. Największym problemem pozostaje Starship, rakieta, która ma być jednocześnie statkiem kosmicznym, lądownikiem księżycowym, tankowcem orbitalnym i transportowcem marsjańskim. Rakieta Starship to jest najbardziej ambitny projekt kosmiczny od czasów programu Apollo. A jednak ambitny nie zawsze oznacza gotowy, przynajmniej w tym momencie. Całkiem niedawno odbył się kolejny lot testowy nowej wersji Starshipa. I owszem, pojawiły się sukcesy.
Statek osiągnął przestrzeń kosmiczną, przeprowadził część zaplanowanych manewrów i oczywiście wrócił na Ziemię, ale pojawiły się również awarie. Doszło do problemów z silnikami, a Federalna Administracja Lotnictwa rozpoczęła dochodzenie po nieudanym lądowaniu boostera. To przypomina nam o czymś bardzo ważnym. Między demonstracją technologii a regularnymi lotami kosmicznymi istnieje przepaść i to ogromna przepaść. Przed wysłaniem ludzi na Marsa SpaceX musi jeszcze opracować tankowanie statków na orbicie, wielokrotne używanie rakiet, a także długotrwałe loty międzyplanetarne, ochronę przed promieniowaniem oraz bezpieczne lądowanie wielotonowych pojazdów na powierzchni Marsa. Żaden z tych problemów nie jest trywialny. Co więcej, sam Musk wydaje się obecnie mówić o Marsie nieco ostrożniej, niż robił to wcześniej. Jeszcze niedawno zapowiadał bezzałogową misję marsjańską pod koniec 2026 roku. Obecnie coraz częściej pojawiają się sygnały, że SpaceX koncentruje się przede wszystkim na Księżycu i programie Artemis. Reuters informował nawet o przesunięciu marsjańskich ambicji na dalszy plan, a wszystko to na rzecz budowy stałej infrastruktury księżycowej.
I właśnie tutaj tkwi chyba sedno sprawy. Mars nie przegrał z Księżycem. Mars został odłożony na wyższą półkę. NASA, Chiny oraz prywatne firmy coraz wyraźniej traktują Księżyc jako taki poligon doświadczalny dla dalszych wypraw. Powstają plany baz księżycowych, nowych lądowników oraz stałej obecności człowieka poza Ziemią. Księżyc znajduje się tak naprawdę trzy dni lotu od Ziemi, przynajmniej dla obecnych statków kosmicznych. Mars nawet dziewięć miesięcy. Różnica spora. Księżyc pozwala popełniać błędy, a mimo to wracać. Mars na pewno nie wybacza pomyłek.
Można więc powiedzieć, że historia Marsa weszła w mniej widowiskową fazę.W fazę inżynierów. Teraz nie ma już spektakularnych deklaracji o milionie kolonistów. Są za to testy zaworów, osłon termicznych, systemów dokowania i procedur bezpieczeństwa. To jest znacznie mniej romantyczne, ale właśnie tak wygląda prawdziwa droga do innych światów. Czy więc Elon Musk porzucił Marsa? Wydaje się, że nie. Mars nadal pozostaje oficjalnym celem SpaceX. Firma wciąż deklaruje, że Starship został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o locie na Czerwoną Planetę. Jednak między wizją a realizacją pojawiła się rzecz, której nie da się pokonać samym entuzjazmem. To fizyka.
A fizyka, jak wiadomo, nie czyta Twittera i nie jest od brylowania w mediach społecznościowych. Być może za kilka dekad historycy uznają ten obecny okres za początek marsjańskiej ery, a być może okaże się, że kolonizacja Marsa była tylko współczesną wersją marzeń o El Dorado. Taką piękną wizją, która zawsze, ale to absolutnie zawsze znajduje się tuż za horyzontem. Na razie jedno jest pewne: droga na Marsa na pewno nie została zamknięta. Po prostu okazała się znacznie dłuższa niż to obiecywały nagłówki gazet. Proszę państwa, skoro już dorwałem się do głosu, to proponuję teraz korepetycje filozoficzne, żeby państwa zaskoczyć. A zatem zaczynamy. Dzisiaj opowiem państwu o filozofie. Ja ostatnio wybieram takich filozofów mniej znanych. Czy państwo słyszeli o Pawle z Wenecji?
Posłuchajcie. Paweł z Wenecji należy do tych filozofów, o których dziś pamięta głównie garstka historyków filozofii. A w sumie szkoda, bo gdyby średniowiecze miało własnych profesorów celebrytów, to Paolo Veneto z pewnością znalazłby się w czołówce. Przez pewien czas był jednym z najbardziej wpływowych nauczycieli Europy, autorem podręczników używanych przez pokolenia studentów i człowiekiem, który próbował uporządkować ludzkie myślenie i robił to z niemal księgową dokładnością. On nie był wizjonerem na miarę Platona ani buntownikiem pokroju Jordana Bruna. Był raczej architektem pojęć. Kimś, kto chciał wiedzieć nie tyle co myślimy, ile w jaki sposób to robimy. A to, jak się okazuje, bywa równie fascynujące. Paolo Nicoletti urodził się około 1369 roku w Wenecji. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezwykłe miejsce do dorastania.
Wenecja nie była wówczas romantycznym celem wycieczek. Takich wycieczek, które dzisiaj odbywa się z aparatem fotograficznym, a w każdym razie z dobrze wyczyszczoną kartą w komórce. Wenecja była jednym z najbogatszych i najbardziej kosmopolitycznych miast świata. Kupcy przywozili tam towary z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu. W porcie można było usłyszeć dziesiątki języków. Młody Paolo dorastał więc w świecie, w którym spotykały się różne kultury, religie oraz idee. Być może właśnie dlatego od początku fascynowało go porządkowanie rzeczywistości. Wstąpił do zakonu augustianów i rozpoczął studia filozoficzne oraz teologiczne. Szybko okazało się, że posiada niezwykły talent do logiki. Nie był mistykiem, nie szukał wizji, nie pisał o ekstazach duszy.
Jego interesowały definicje. To brzmi mało romantycznie, ale właśnie dzięki takim ludziom nauka mogła później rozwinąć skrzydła. Kiedy słyszymy słowo logika, wielu ludziom przypomina się szkolna matematyka albo niekończące się dyskusje w internecie. Dla Pawła z Wenecji logika była jednak czymś znacznie ważniejszym. Była narzędziem poznania rzeczywistości. Jeżeli źle rozumiemy, dochodzimy do błędnych wniosków. Jeżeli źle używamy pojęć, zaczynamy kłócić się o rzeczy, których nawet nie rozumiemy. Jeśli nie umiemy odróżnić sensownego zdania od takiego, które jest pozbawione sensu, jest po prostu zlepkiem słów, możemy uwierzyć niemal we wszystko. Czy to brzmi dla państwa znajomo? Można odnieść wrażenie, że Paweł z Wenecji byłby dzisiaj bardzo zajętym człowiekiem.
Przez większą część życia zajmował się analizowaniem sposobu, w jaki język odnosi się do świata. Rozważał kwestie znaczenia słów, natury pojęć i poprawności rozumowań. W jego czasach były to jedne z najgorętszych tematów filozoficznych. Aby zrozumieć Pawła z Wenecji, trzeba wspomnieć o jednym z najdziwniejszych sporów w historii filozofii. Wyobraźmy sobie trzy koty. Jeden jest biały, drugi czarny, a trzeci rudy. Każdy jest inny.Ale wszystkie, zdecydowanie wszystkie są kotami. Pytanie brzmi, czym właściwie jest kociość? Może kotowatość? Czy istnieje naprawdę?
Czy jest czymś realnym? A może to tylko słowo wymyślone przez ludzi? Dla współczesnego człowieka brzmi to nieco egzotycznie, a dla średniowiecznych filozofów była to kwestia fundamentalna. Paweł z Wenecji opowiadał się za umiarkowanym realizmem. Uważał, że pojęcia ogólne nie są wyłącznie pustymi dźwiękami, ale też nie istnieją samodzielnie gdzieś w niebiańskiej krainie idei. Są zakorzenione w rzeczywistości, choć poznajemy je tylko za pomocą umysłu. To brzmi rozsądnie. Właśnie dlatego jego poglądy zdobyły tak wielką popularność. W filozofii istnieją dwa rodzaje wielkości. Pierwszy reprezentują ludzie pokroju Platona, Kanta, Nietzschego.
Oni tworzą nowe światy myślowe. Drugi rodzaj wielkości reprezentują ludzie, którzy potrafią te światy uporządkować i przekazać innym. Paweł należał oczywiście do tej drugiej kategorii. Jego najważniejsze dzieło, „Logica magna” przez wiele lat pełniło funkcję podręcznika akademickiego. Korzystano z niego na uniwersytetach całej Europy. Dla studentów XV wieku był czymś w rodzaju połączenia podręcznika logiki, encyklopedii i przewodnika po filozoficznych sporach epoki. Nie jest przypadkiem, że wielu historyków uważa Pawła z Wenecji za jednego z ostatnich wielkich przedstawicieli scholastyki. Scholastyka, najbardziej niedoceniana przygoda intelektualna Europy. Samo słowo scholastyka bywa dziś używane niemal jak obelga. Mówi się czasem o scholastycznych sporach, mając na myśli jałowe dyskusje o niczym.
To jest, proszę państwa, niesprawiedliwe. Scholastycy stworzyli jeden z najbardziej imponujących systemów intelektualnych w dziejach. Przez setki lat analizowali język, analizowali logikę i naturę wiedzy, a także strukturę argumentacji i granice poznania. Oni nie mieli komputerów, nie mieli laboratoriów, nie mieli teleskopów. Mieli za to umysły i naprawdę ogromną cierpliwość. Paweł z Wenecji był jednym z ostatnich mistrzów tej tradycji. Gdy żył, średniowiecze zaczynało już powoli ustępować miejsca renesansowi. Na horyzoncie pojawiały się nowe sposoby myślenia. Ale zanim Europa zaczęła zachwycać się Leonardem da Vinci, Kopernikiem czy Galileuszem, potrzebowała ludzi takich jak Paolo Veneto, specjalistów od porządkowania pojęć. Czy Paweł był nowoczesny?
Zaskakująco tak. W wielu miejscach jego rozważania przypominają problemy, które wrócą do filozofii dopiero po kilku stuleciach. Na przykład jak słowa odnoszą się do rzeczy? Co właściwie oznacza znaczenie? Jak odróżnić poprawne rozumowanie od rozumowania błędnego? Czy język opisuje świat, czy raczej go konstruuje? To pytania, które znajdziemy później u Russella, Wittgensteina czy nawet dzisiejszych współczesnych filozofów języka. Oczywiście Paweł nie znał wszystkich odpowiedzi, ale znał sporo pytań i właśnie dlatego jego pisma bywają dzisiaj odkrywane na nowo. Paweł z Wenecji zmarł w 1429 roku. Jego śmierć przypadła na niezwykły moment w dziejach.
Europa stała jedną nogą w średniowieczu, a drugą już w renesansie. Wkrótce pojawi się druk. Pojawią się odkrycia geograficzne, nowa astronomia i nowa nauka. W takich momentach historii łatwo zapomina się o ludziach, którzy budowali fundamenty. A jednak bez nich te późniejsze gmachy wiedzy nie mogłyby powstać. Paolo Veneto nie odkrył nowego kontynentu, nie stworzył wielkiego systemu metafizycznego, nie przewidział teorii względności ani sztucznej inteligencji, ale zrobił coś, co było ważne, ale mniej widowiskowe. Uczył ludzi myśleć precyzyjnie. A jeśli przyjrzeć się współczesnemu światu pełnemu medialnego hałasu, sloganów, półprawd i emocjonalnych sporów, można dojść do wniosku, że jego specjalizacja jest dzisiaj potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Bo czasami najważniejszą przygodą filozofii nie jest odkrywanie nowych światów. Czasami jest nią nauczenie się, jak poprawnie używać własnego umysłu.
Proszę państwa, i tyle jeśli chodzi o polecanki filozoficzne, czyli korepetycje. A teraz będą polecanki te prawdziwe, polecanki książkowe. Zaczniemy dzisiaj od tytułu „Las papierowy”. Autorka Katarzyna Puzyńska, wydawnictwo Prószyński Media.A książka na rynku od 16 czerwca. Syn podkomisarz Michaliny Murawskiej ma poważne kłopoty. Policjantka postanawia wysłać go do malowniczego Lipowa, które wydaje się idealnym miejscem na przeczekanie. Odbywa się tam właśnie coroczny zlot czytelników książek miejscowej pisarki. Już na początku imprezy dzieje się coś niepokojącego. Na leśnej drodze uczestników zatrzymuje tajemniczy autostopowicz. Czeka zawsze w tym samym miejscu, a w samochodach zostawia mroczną wiadomość.
Następnego ranka goście biorą udział w grze terenowej. Dobrze rozpoczętą kryminalną zabawę przerywa prawdziwe zabójstwo. Zostaje zamordowany jeden z wolontariuszy. Murawska rozpoczyna prywatne śledztwo. Wspierają ją prokurator Grzegorz Hala i podkomisarz Kaja Dalke. Dalke pochodzi z Lipowa i wiele wskazuje na to, że pozostawiła tu jakieś tajemnice. W Zalesiu również dużo się dzieje. Komisarz Iwo Wilkowski próbuje odnaleźć porwanego chłopca, a dziennikarka śledcza Oliwia Bacewicz przyjmuje zaproszenie początkującej youtuberki, która odkryła zamurowane pomieszczenie w pewnym starym domu. Szybko okazuje się, że nie są tam same. Jak wiążą się tajemnicze wydarzenia z Lipowa i Zalesia?
Kto zginie następny? „Las papierowy” to kontynuacja „Nic takiego” i „Nocy trzydziestej”. Zalesie to seria łącząca elementy thrillera, klasycznego kryminału i powieści z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. To również powrót do ukochanego przez rzesze czytelników i czytelniczek Lipowa. Przypomnę tytuł: „Las papierowy”. Autorka Katarzyna Puzyńska, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 16 czerwca. Druga książka nosi tytuł „Lud polski” i jest pewnym zabytkiem, ale zabytkiem godnym uwagi. Pełny tytuł to „Lud polski. Jego zwyczaje i zabobony”.
Autor Łukasz Gołębiowski, wydawnictwo Replika, a data premiery 9 czerwca. Dawne zwyczaje i zapomniane zabobony. Żywa kronika polskiej wsi. Fascynująca historyczna panorama życia codziennego polskiej wsi na początku XIX wieku. Panorama spisana przez jednego z pierwszych polskich etnografów, Łukasza Gołębiowskiego, powstańca kościuszkowskiego, historyka i badacza kultury ludowej. Autor wnikliwie opisuje codzienne obyczaje, wierzenia, obrzędy i zabobony chłopów z różnych regionów kraju, zestawiając je z regionalnymi różnicami i podobieństwami. Znajdziemy tu zarówno barwne opisy tradycyjnych strojów, jak i przejmujące relacje o ludowych wierzeniach. Od przesądów związanych z pogodą po obrzędowe praktyki lecznicze. Tekst ukazuje świat, w którym sacrum i profanum, praca i rytuał splatały się nierozerwalnie, tworząc bogatą mozaikę polskiej kultury ludowej. Ta książka to naprawdę cenny dokument etnologiczny i zarazem żywy portret polskiego ludu sprzed dwóch wieków.
Źródło wiedzy dla historyków, antropologów, folklorystów, no i wszystkich miłośników kultury tradycyjnej. Przypomnę tytuł: „Lud polski. Jego zwyczaje i zabobony”. Łukasz Gołębiowski, wydawnictwo Replika. Data premiery: 9 czerwca. Trzecia i ostatnia książka na dzisiaj nosi tytuł „Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji”. Autor Piotr Halicki, wydawnictwo Otwarte. Data premiery: 17 czerwca. Od początku swojego istnienia łowcy cieni są jedną z najbardziej tajemniczych jednostek polskiej policji.
Rozwiązują sprawy uprowadzeń dla okupu i ścigają najgroźniejszych przestępców. To oni złapali nazywanego polskim Hannibalem Lecterem Kajetana P. i takich bandytów jak Belmondziak, Smok, Twardy czy Wielki Bu. Wszelkie informacje na temat działalności łowców cieni są owiane tajemnicą. O swojej pracy policjanci nie rozmawiają nawet z najbliższymi, a tym bardziej z dziennikarzami. Dla Piotra Halickiego zrobili wyjątek. Jak tropią przestępców, którzy przyjmują fałszywą tożsamość i ukrywają się latami, często na drugim końcu świata? Co robią, by wpaść na ich ślad? W jakim stopniu nowe technologie ułatwiają polowanie na najgroźniejszych przestępców? Jak działają, gdy dochodzi do uprowadzenia dla okupu?
Dotychczas odpowiedzi na te pytania znali tylko nieliczni. W tej książce oddajemy głos samym łowcom. To oni opowiadają o zawodowych wyzwaniach i zawodowych rozterkach. Poznaj kulisy działania elitarnej jednostki i odkryj nieznane dotąd szczegóły najbardziej spektakularnych akcji, o których mówiła cała Polska. Piotr Halicki to historyk z wykształcenia, dziennikarz z powołania. W mediach pracuje od ponad 20 lat. Obecnie związany jest z redakcją Onetu. Specjalizuje się w pisaniu o sprawach dotyczących służb mundurowych, a także kwestiach społecznych i politycznych. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Grand Press.
[24:19] - A ja przypomnę tytuł książki: „Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji". Autor Piotr Halicki, Wydawnictwo Otwarte. Data premiery: 17 czerwca. Proszę państwa, to teraz zapraszam na odrobinę literatury. Bruno Kadyna i „Reset". Zaznaczam, że to będzie duża odrobina literatury. A zatem Bruno Kadyna i „Reset" czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios". Bruno Kadyna „Reset”. Basia śpi jak zabita.
Powinienem jak ona spać z otwartą japą i smacznie się ślinić. Zamiast tego wiercę się jak dwulatek. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jestem przecież potwornie zmęczony. Mam tak od kilku nocy, pomimo prochów nasennych. Czas je odstawić, bo tylko mnie zamulają. Wstaję, biorę telefon i idę do łazienki. Siedzę na wc-banku dłużej niż powinienem, bo zaglądam na Facebooka, Instagram i Twittera. A to trwa. Kiedy jestem przy Twitterze, mdli mnie i odbija się porządnie.
Prawie puszczam pawia. Niedobrze. Przeszukuję łepetynę, czy nie zżarłem czegoś niestrawnego, ale nie przypominam sobie. Jadłem to, co zawsze. I przecież czuję się tak od kilku dni. Przede wszystkim w pracy. A może to właśnie przez robotę? Nie cierpię jej. Znowu mi się odbija. Odkładam telefon na pralkę i oddycham głęboko.
Przechodzi. Coś się ze mną dzieje niedobrego. Nie powiem Baśce, bo będzie się darła, że mam iść do lekarza i nie odpuści. Ta mała pchła jest tak uparta, że prędzej zdechnę od jej trucia niż od tego, co mi tam jest. Lepiej nic nie mówić. Nic mi nie jest. Gadam do siebie. To stres. Wychodzę z łazienki, idę do kuchni, gaszę pragnienie wygazowaną oranżadą i wracam do łóżka męczyć się dalej. „Znowu kiepsko spałeś?” – pyta Basia.
„Mhm” – mruczę. Nienawidzę gadać z rana. Szczególnie taki niewyspany i ze świadomością, że muszę iść do tej gównianej pracy. Koła zębate korporacyjnej wyżymaczki będą dziś zgrzytać przeze mnie. To pewne. Dostanę szału, jeśli dołożą mi roboty. Jak przyjdzie ten kierowniczyna assessment, to rozwalę mu na łbie klawiaturę i może w pierdlu się wyśpię. „Mój biedaku, poprawić ci jakoś humor?” Mała unosi jedną brew. Kocham tę drobniutką, skoczną świntuszkę. „Nie teraz łobuziCo.
Kurde, nie czuję się dobrze”. „To od tej chemii, którą się futrujesz. Wiesz o tym?” „Od zawsze tak jem”. „Nasyciłeś organizm syfami i w końcu wysiada. Czas zacząć jeść zdrowo”. „Okej, zacznę” – mówię na odwal. Basia podchodzi. Już widzę, co się święci. Moja śliczna mała kobietka, jędrna i sprężysta. Cycuszki wypięte, kuperek odstaje.
„To jak? Sprawić ci przyjemność?” – pyta. „Muszę się spieszyć. Zobacz która godzina”. „Fy!” – udaje obrazę i zarzuca kuperkiem, wychodząc z kuchni. Co ma znaczyć, żebym żałował. I jakaś część mnie na pewno żałuje. W autobusie zaczyna boleć mnie głowa. W pociągu już napierdziela zdrowo. Może to od czytania na telefonie.
Może muszę iść do okulisty? Nie wiem. Nie mogę usiedzieć na miejscu. Wiercę się. W końcu wstaję. Codziennie te same twarze. Męczy mnie, że nikt ze sobą nie rozmawia. Udaje, że nie widzi drugiego. A przecież już się znamy. Kim my w ogóle dla siebie jesteśmy?
Dokąd zmierzamy? „Co za masowy, nieludzki idiotyzm” – mówię na głos. Ludzie tylko zerkają na mnie i z powrotem w obojętność. Jak poczuję się lepiej, zacznę z nimi gadać. Chociaż spróbuję. Pewnie pomyślą, że jestem jakiś stuknięty. A potem na Facebooku poudostępniają posty o ludziach, którzy robią dobre uczynki. W ten sposób pokażą swoją wrażliwość, ludzką stronę. Żenada. Najgorzej będzie w pracy.
Tam prawie każdy zamienia się w lizusa, byle przekonać do siebie przełożonych za wszelką cenę. Bez własnego zdania, życzliwości, empatii, trzymając się rygorystycznie litery korporacyjnego prawa. Przed oczami tylko procedury i formułki, jak roboty. Nigdy nie przestanę się wobec tego buntować. W windzie biurowca robi mi się niedobrze, jakby ktoś wstrzyknął mi coś w żyłę. Jestem chyba zielony na twarzy, bo ludzie patrzą na mnie dziwnie. Kiedy siadam za biurkiem w open space'ie i odpalam kompa, wymiotuję na klawiaturę barwną fontanną. Nawet ekran obrywa. Paw jest tak niespodziewany, że nie zdążam się odwrócić i obrzygać kierownika. Podszedł właśnie przypieprzyć się o parę minut spóźnienia.
Zostaję natychmiast zwolniony do domu. Jedyne dobre.
[30:23] - Mogę ukryć nocne nudności, ale nie będę kłamał, dlaczego wyszedłem z pracy zaraz po wyjściu i mam kilka dni wolnego. Takie układanie ściemy nie jest zdrowe dla związku, szczególnie tak kozackiego. „Jutro rejestruję cię do lekarza” – mówi Basia. Nie słyszę, co mówi. Siedzę przy stole w kuchni, podpieram brodę, popijam energetyka i gapię się na las za oknem. „Sławek!” „What?” „Jutro do lekarza”. Krzywię się. „No spróbuj się wykręcać, to wpierdziel” – dodaje. Księga mi ledwie po pachę, ale to zawodnik, z którym lepiej nie zadzierać. Jesteśmy z sobą dwa lata i jest świetnie.
Zero bzdurnych kłótni czy przepychanek. Jasna sytuacja. Nie wkradają się między nas nieokiełznane damskie emocje i pretensje, ani nadmierna męska zlewka i niedocenianie. „Dobra, kurde, pójdę”. „Nikt cię w ogóle nie pytał o zdanie”. Jest tak śmieszna, kiedy się zachowuje w ten sposób, że rozwala mnie dokumentnie. Wstaję od stołu, podnoszę ją i niosę do sypialni na jednym ręku jak dzieciaka. „Gdzie mnie niesiesz?” „Pokażę ci, świrusko, że nic mi nie jest”. Cieszy się. Ja też.
Zapominam o kiepskim samopoczuciu, ale rano łobuzica i tak rejestruje mnie do lekarza. Wdech, wydech, osłuch, pytania, macanie brzucha, lekarskie gryzmolenie w karcie, skierowanie na badania krwi, sików i już. Robię to wszystko w ciągu trzech dni i oczywiście wychodzi, że jestem zdrów. Dostaję skierowanie na inne badania, między innymi czachy. Wyjdzie na jaw, że jestem pieprznięty. Wcześniej sam dochodzę, co mi jest. Zawsze czuję się gorzej przy kompie, telewizorze i z telefonem w ręku. Nawet kiedy gotuję na indukcji. „Mam uczulenie na technikę” – Basia mnie wyśmiewa. Upiera się przy chemii, sztucznym żarciu i napojach energetycznych, że nie jem nic zdrowego.
Wszystko przetworzone, napompowane i zmodyfikowane. Pewnie po części ma rację. „Skąd ci się wzięło, że od techniki?” – pyta. „Sama zobacz”. Idziemy do łazienki. Kucam przy sedesie, biorę telefon do ręki, włażę na Instagrama i przeglądam fotki. Po chwili kręci mi się w głowie i wymiotuję. „O kurczę, Sławuś!”. Odkładam telefon i oddycham głęboko. „Widzisz, kurde?” „Nie.
To musi być od czegoś innego”. „Mdli mnie tylko, kiedy siedzę przed kompem albo patrzę w telefon”. Podnoszę się, płuczę gardło i myję zęby. „Może to jakieś uczulenie na promieniowanie z elektroniki czy coś” – mówi Basia. „Mhm. Haha. Tak” – wypluwam pastę i płuczę usta. „Po tylu godzinach grania w Force of Globality wcale się nie dziwię, że mózg ci się zlasował. Ile można grać?” Dostaję klapa w dupę. Prostuję się natychmiast, bo zapiekło.
Te małe łapki są naprawdę cięte. „Nie, bo tobie się nie lasuje od tych seriali, wieśniaro”. „Chcesz kopa w jaja?” „Zawinąć cię w ręcznik i zrobić naleśnik, klucho?” „No spróbuj tylko”. I wystarczy. Żarłoczne pożądanie dopada nas natychmiast. Jest między nami jakieś dziwne, niesamowicie dzikie uczucie. Potrafimy rozmawiać na trudne tematy. Czytamy razem, gramy w gry planszowe albo gotujemy. Ale wystarczy mały impuls nie wiadomo skąd i każde zajęcie kończy się w łóżku. W końcu zeżrę tę małą małpę albo ona mi coś odgryzie.
„Co ci jest?” – pyta Basia. Znowu mnie mdli. „To odłóż telefon”. Kręcę głową i odkładam. Wkurza mnie, że nie mogę nawet sprawdzić, co w trawie piszczy. Zaczynam się bać. „Jutro idziesz na badania”. Przewracam oczami. „Co? Bez dyskusji, chłoptasiu”.
Nie dyskutuję. Nie ma sensu. „Masz ochotę na spacer?” – pytam. „Nie mam siły” – zagrzebuję się w betach. Tylko nos wystaje. „Nie marudź, tylko się ubieraj. Idziemy do lasu. Musimy się dotlenić” – mówię. „Ty musisz. Ja zostaję w łóżku”.
„Co?” Wychyla buzię spod kołdry. „Ty musisz. Ja zostaję w łóżku”. „Wstawaj, poniosę cię na barana”. Taka mała babeczka jest bardzo praktyczna. „Jeszcze zakręci ci się w głowie i mnie zrzucisz. Nie chcę”. „I potoczysz się jak ten jeżyk w zaroślach”. „Uważaj, żebyś ty się zaraz nie potoczył, dziki wieprzu”. „No już wyłaź, bo cię wyciągnę”.
Podchodzę, a ona znika w czeluściach pościeli. Wsuwam rękę pod kołdrę i szukam, ale wymyka się, kiedy tylko jej dotknę. W końcu łapię małą stópkę, wyciągam bez wysiłku i całuję. Nie może jej wyrwać, tylko rzuca się i kotłuje. „Przystań, dziku, proszę, zabierz ryja”. „Ryja?” Dodatkowo podgryzam i liżę, żeby łaskotało bardziej. Kiedy widzę, że ma dość, puszczam. Stopa natychmiast znika pod kołdrą. „Fuj, jaka mokra! Obrzydlistwo”.
„Ubieraj się. Idziemy”. „Idź sam, dziku”. „Powinnaś wykorzystać wolne i zaczerpnąć świeżego powietrza”. „Jutro pójdziemy razem. Dzisiaj cały dzień chcę spędzić w łóżku”.Jak chcesz. Zjem i idę. Czekam przy stole w kuchni, aż zupka chińska się zaparzy. Patrzę za okno. Dopiero niedawno się dowiedziałem, że to największy las w północnej Polsce.
Ciekawe, czy można w nim zabłądzić. Chyba nie ma już takiego lasu czy puszczy w naszym kraju, gdzie można by się zgubić. Najwyżej po pijaku. Zupę popijam szklanką coli. Odbija mi się niezdrowo. Jest źle. Chyba mała ma rację. Za dużo sztucznego żarcia. Czekam, aż mi przejdzie, ale żołądek wścieka się i wygania mnie do łazienki. Chcę jak najszybciej wyjść.
Sam nie wiem, skąd ten pośpiech. Może przez pracę, w której normalnie o tej godzinie zasuwam jak chomik w kołowrotku. Może organizm to kuma. Idę do kuchni napić się wody. „Wyluzuj chłopie. Relaks” – gadam do siebie. „Co mówiłeś, prosiaku?” Słychać z sypialni. „Ubieraj się i chodź ze mną”. Cisza. Wiedziałem.
Pewnie jak wyjdę, włączy jakiś odmóżdżający serial. Patrzę za okno. Wciąż myślę o drzewach, liściach, o leśnym zapachu i zwierzętach. Dziwne, bo mieszczuch ze mnie pełną gębą. Nie przepadam za przyrodą, nie ciągnie mnie. W dupie mam, że wycinają lasy i puszcze. Obcowanie z naturą ograniczam do plaży i kąpieli w morzu. A teraz cieszę się, że pójdę do lasu. Naprawdę dziwne. Mieszkamy tu od roku i na palcach jednej dłoni można policzyć, ile razy tam byliśmy.
Wkładam szklankę do zmywarki. Przed wyjściem mam ochotę znów wyłowić stopę Basi, ale powstrzymuję się. Jeszcze się podjaram i nie wyjdę. „Wychodzę, Pipko. Nie biorę telefonu”. „A idź dziku. Przynieś trufli”. Wchodzę do lasu. Wczoraj padało i dziś ładnie pachnie. Biorę duży haust powietrza.
„Aaa” – wypuszczam głośno. Ups, zawstydzam się. Jeszcze ktoś mnie weźmie za świra. Ludzie na pewno tłumnie spacerują tu z psami. Widzę jakąś panią w oddali między drzewami. Dotyka jednego. Idę głębiej. Słońce przebija przez korony. Gra świateł i cieni przyjemnie uspokaja. Ptaki drądzioby.
Cichną odgłosy osiedla. Miałem gdzieś drzewa. Szczególnie to, jak się nazywają. Nie żebym ich nie lubił. Są mi po prostu obojętne, ale teraz mam ochotę ich dotknąć. Podchodzę do sporego z gładką, szarą korą. Zbliżam kilol i zaciągam się porządnie. Ale pachnie! Znowu się zapominam. Uciekam stąd żwawo, jakbym pierdnął głośno w galerii handlowej.
Nawet widzę kilka osób między drzewami. Im dalej w las, tym czuję się lepiej. To był dobry pomysł nawdychać się świeżego powietrza. Dotykam kolejnych drzew. Obejmuję, przytulam i wącham. Mam nawet ochotę posmakować. Ale przecież to wariactwo lizać korę. Nigdy taki nie byłem. Debil. Czuję dziwną tęsknotę, jak za babcią.
Jakąś rodziną z przeszłości, której nie poznałem, bo umarli długo przed moim urodzeniem. Ale jest między nami jakaś silna więź. Zielonego pojęcia nie mam, skąd to się wzięło. Zbaczam ze ścieżki pomiędzy drzewa i po kilkudziesięciu metrach wychodzę na malutką polanę zalaną światłem. Trawa wygląda jak miękkie, soczyste posłanie. No proszę, ale tu fajnie. Kiepskie samopoczucie dawno minęło, za to ogarnia mnie znużenie. Dają o sobie znać nieprzespane noce. A co tam, mam wolne. Kładę się na chłodnej trawie.
Nade mną błękit nieba okolony zielenią. Płyną chmury leniwe. Wielkie pierogi. Żałuję, że nie ma ze mną Basi. Polanka jest dobrze ukryta. Można tu siedzieć na golasa, nawet pofiglować. Następnym razem łobuzica się nie wykręci. Weźmiemy koc, żarcie, jakieś wino i spędzimy tu trochę czasu. Zamykam oczy. Słucham ptaków, szmeru liści.
Jest tak przyjemnie i kojąco, że odjeżdżam. Nie wiem, jak długo śpię. Budzi mnie ciepły podmuch i dziwny odgłos. Otwieram oczy i prawie robię w gacie. Widzę łeb rudej krowy albo byka. Zasłania mi cały świat. Sapie na mnie. Ani drgnę. Ma ogromne rogi, jakieś nietypowe. Zastanawiam się, skąd tu bydło.
Jest w lesie jakieś gospodarstwo? Staram się odsunąć i nie rozjuszyć bydlaka. O ja pierdziu! Widzę coś gorszego. Obok byka siedzi niedźwiedź. Prawdziwy wielki grizzly czy coś. Jak z filmu z Leonardem DiCaprio. Łeb ma ogromny. Patrzy na mnie małymi ślepiami jak naćpany psychopata. Dziury w nosie ma jak tunele.
Czuję mrowienie poniżej pasa, ale chyba niczego nie popuszczam. „Dobra, tylko spokojnie” – myślę. Wycofuję się na siedząco i trafiam głową na coś puchatego. Przełykam ślinę. Najchętniej zamknąłbym oczy i udał, że mnie tu nie ma. Odwracam się powoli. Wielki szary pies siedzi sobie i pochyla nade mną. Może wilk? Za nim widzę kilka podobnych osobników.Rozglądam się. Pełno dookoła zwierzaków.
Jakieś wielkie ptaki drapieżne chyba. Jest lis, ryś, jakieś wydry i mały miś podobny do skunksa. Za nimi sarny i jelenie z wielkimi rogami. Chyba jelenie. Nie znam się. Kurde, i łoś! Taki jak w serialu „Przystanek Alaska”. Ten ma gigantyczne poroże, czy jak to się nazywa. Wyglądają jak wielgaśne, szerokie dłonie. Żałuję, że jestem takim ignorantem w kwestii zwierząt i przyrody, ale jedno rozumiem już dobrze, dlatego jestem spokojny.
„Nie ma was. Śpię jeszcze” – mówię głośno. Nie reagują, więc na pewno śpię. Nie mam wątpliwości. Takie zwierzaki w takim lesie? I nie atakują mnie ani siebie nawzajem. To abstrakcja. Zaraz pewnie któryś zacznie gadać. „Jakaś Narnia czy coś?” – mówię i wstaję. Las też wygląda inaczej.
Drzew jest więcej. Dookoła wielkie paprocie i gęste krzaczory. Pełno powalonych drzew porośniętych mchem. Las wygląda jak nieruszony przez człowieka. Tak tu nie było, kiedy przylazłem. Musiałbym się przedzierać. Zarośla zaszeleściły. Co teraz wyjdzie? Lew czy jakiś człowiek pierwotny? Pytam się byka i miśka.
Szelest zamienia się w trzask łamanych gałęzi. To nie człowiek, ani nawet lew. Korony drzew trzęsą się jedna po drugiej. Sen? Nie sen? Muszę przyznać, jestem z lekka spietrany. Z mroku wyłazi olbrzymi żubr. Nie taki, jakie żyją w puszczy, ale taki jak z reklamy piwa. Wielkie rogi wyrastają ze łba z jednej i drugiej strony jak długie ciosy słonia. Można by na nich rozwiesić pranie.
Zbliża się. Ale z ciebie kloc. Ma niesamowicie szeroki nos. Morda porośnięta skołtunioną sierścią. Prawie nie widać oczu. Jest wyższy ode mnie o jakieś półtora metra, a mam ponad metr osiemdziesiąt. Jak słoń. Byk wygląda przy nim jak cielak, a niedźwiedź jak, kurde, Puchatek. Trawa prawie się kładzie od jego oddechu. Czuję podmuch.
Pewnie zaraz odezwie się głosem Fronczewskiego i powie, że nie ma jak towarzystwo żubra czy coś. Czekam na to, ale nie gada. Patrzy na mnie z zaciekawieniem, jak reszta zwierząt. Jakby szef wszystkich szefów przyszedł sprawdzić, co się dzieje na jego ulubionej polance do srania. Sen jest naprawdę rzeczywisty. Czuję nawet zapachy. Ten olbrzym śmierdzi gorzej niż spocony robol w autobusie w upalny dzień. Zbliża łeb, wącha mnie i parska, aż mi koszulka faluje. Widocznie śmierdzę mu tak samo jak on mnie. Sprawdzam, czy mnie obsmarkał.
Burak z ciebie niewychowany, ale rogi masz kozackie. Można by usiąść jak na gałęzi albo zawiesić huśtawki dla dzieci i jeszcze byłoby miejsce. Bydlę odwraca się z zadem do mnie. Dupę masz ufajdaną koło ogona. Nie reaguje. Znika w lesie. Reszta zwierząt też się rozchodzi. Zostaję sam. I co teraz? Mógłbym się położyć, ale jakoś się rozbudziłem w tym śnie.
Spróbuję wrócić do domu. Ciekawe, czy zaraz wszystko się rozjedzie i znajdę się w Łodzi na morzu. Albo moja przyszła teściowa poda do stołu, gdzie siedzą już zwierzaki z polanki ubrane w garnitury, a ja się spóźniłem i jestem na golasa, rzecz jasna. Zarośle utrudniają przedzieranie. Wszystko jest inaczej. Ptasie wrzaski są głośniejsze niż na jawie. Pełno dookoła życia. Nie ma ścieżki, którą szedłem. I sen jest spójny. Nic się nie rozjeżdża.
Zaczynam się bać, jakbym rzeczywiście się zgubił. W mordę. Mega rzeczywisty sen. Mam nadzieję, że idę w stronę osiedla na południe. Chyba. Nic nie wygląda jak wcześniej. Paprocie, krzaki i zagajniki przeszkadzają jakby specjalnie. Pełno wszędzie powalonych drzew i wiatrołomów. Wyrżnąłem się dwa razy i podrapałem trochę, a uświniony już jestem jak menel. Muszę uważać, żeby nie złamać giry.
Wydaje mi się, że idę bardzo długo. Pewnie dlatego, że nie jest łatwo. Niektóre zwierzęta podchodzą za blisko. W rzeczywistości by tak nie było, ale to i tak niewielki odchył jak na sen. Pogwizduję dla kurażu, bo sraczka w majtkach coraz większa. Dobrze myślałem, że osiedla nie ma. Pewnie nic nie ma. Widać śnie o odległej przeszłości. Może cała Polska to las. Pewnie nie ma jeszcze Polski.
Zero ludzi albo bardzo mało. Tylko Malbork, Frombork, Gniezno. Jakieś grody otoczone fosą, coś takiego. Gówniany byłem z historii. Kretyńskie myśli. Wszystko przez to, że to takie prawdziwe. Słyszę najdrobniejszy dźwięk, nawet ziewanie komara. I powietrze smakuje świetnie, świeżo jak nigdy. Mózg jest niesamowity. Stworzył każdy szczegół.
Rozglądam się, sam nie wiem, za czym. Mam dość. Chcę się obudzić i wrócić do Basi, ale szczypanie tu i ówdzie i trzepanie w pysk nic nie daje. Łażenie nie ma sensu. Siadam na powalonym drzewie.I co teraz? Do zachodu słońca jeszcze trochę, ale w gęstym lesie mrok zapada szybciej i ciągnie od niego chłód. Koszulka i krótkie spodenki marnie grzeją. A co jeśli przeniosłem się w czasie? Śmieszne, ale pomysł zostaje w głowie. Wszystko przez realność tego snu.
Ale muszę mocno spać. Jeśli przeniosłem się w czasie, hipotetycznie oczywiście, bo wiadomo, że to bzdury, to doszło do tego na polanie. Wracam tam. Po co tu siedzieć? Osiedle nie istnieje, a las pewnie ciągnie się aż do Adriatyku i Morza Śródziemnego. Tylko jak teraz znaleźć polanę? Jest coraz ciemniej i straszniej. Nic nie widzę. Próbuję iść tak samo. I lipa.
Gdzie ja w ogóle jestem? Czuję mrowienie w dupie, jak wtedy, kiedy zgubiłem się w magię. Zapomniane uczucie, które żywo wraca. To ciekawe. Widać, jest w nas pełna gama emocji. Niektóre nigdy nie wychodzą na wierzch, ale są w środku uśpione na specjalne okazje. W tym lesie nie da się nie zgubić. Księżyc słabo świeci, chmur jest za dużo. Słychać coraz więcej, a widać coraz mniej. Czuję podmuch skrzydeł jakiegoś wielkiego ptaka.
Przelatuje tuż nad głową. Ożeż w ryj! Kucam. Ostatni koszmar śnił mi się w dzieciństwie i chyba nigdy tak realny. To pewnie od tych problemów ze snem i zdrowiem. Coś na przemian pohukuje, popiskuje, szeleści i łamie gałęzie. Zaraz narobię w gacie. Kawałek dalej dociera do mnie, że to nic nie da. Równie dobrze mogę kręcić się w kółko. Lepiej znaleźć schronienie.
Łatwo powiedzieć — szepczę. Myślę, żeby zagrzebać się w liściach i liczyć, że nic mnie nie zeżre. Dziwne, że do tej pory jestem cały. Co to za durny sen? Wpadam na inny pomysł. Wlezę na drzewo. Na drzewie bezpieczniej, choć w liściach pewnie trochę cieplej. To sen przecież. Wybieram liście. Co to?
Wielki kształt nade mną. Serce wpada w panikę. Zaraz rozerwie mi klatę albo ucieknie dupą. To coś szeleści, zbliża się, a ja nie mogę się ruszyć ze strachu. Chcę się obudzić. Teraz. To idealny moment. Już się kurde wyspałem. Kiedy kształt jest jakieś dwa metry ode mnie, rozpoznaję tego wielkiego żubra. Teraz zaatakuje?
Tak się boję, że trzęsę się jak pinczer na mrozie. Zbliża gigantyczny łeb, parska i trąca mnie lekko. Czego? Znów trąca. Chyba chce, żebym za nim poszedł. Idę. Co mi szkodzi? Ależ śmierdzi. Rozpoznaję polankę dopiero, kiedy na niej jesteśmy. Sam bym tu nie trafił.
Co teraz? Żubr mruczy, pochyla łeb i skubie trawę. Rozglądam się chwilę i siadam. Co innego robić. „Dzięki” mówię i się śmieję. Takie to idiotyczne. Tutaj się zaczęło. Położę się, zasnę i może obudzę z tego porąbanego snu. Trzęsę się z zimna. Spałem jak zabity.
Później pewnie rozwali mnie przeziębienie wszech czasów. Zaczyna świtać. Prażubra nie ma. Po puszczy ani śladu. W porównaniu z nią las wygląda jak park albo jak drzewa między grobami na cmentarzu. Aż smutno jakoś. W mordę! Całą noc tu byłem. Myślę o mojej Świntuszce. Ależ się musi martwić.
Powrót do przyszłości. Zrywam się i pędzę w stronę ścieżki. Jest! Po kilkunastu minutach między drzewami w brzasku wyłania się osiedle niczym zaginione miasto Majów. Co za ulga. Basia wrzeszczy, kiedy słyszy mnie przez domofon. Dobrze, że jest w domu, bo nie wziąłem kluczy. Wyszedłem przecież na chwilę. Jestem brudny tak samo jak we śnie. Mam też te same zadrapania.
Lunatykowałem? Nie wiem, jak to wytłumaczyć i nie mam teraz na to siły. Mózg potrafi płatać figle i tyle. „Sławek” wskakuje na mnie. Przywiera tak, że dynamitem bym nie oderwał. „Dusisz mnie, babo” zaskakuje i wyprowadza cios w bęben. Zginam się wpół. Od razu dostaję kopa w zadziec. Prostuję się. „Co ty?
Gdzie byłeś? Jak ty wyglądasz?” „W lesie przecież” łapię tę małą pchłę i zanoszę do sypialni. Rzucam na łóżko, ale natychmiast się podrywa. Nie odczytuje mojej tęsknoty jak trzeba. Pracuje w trybie wojowniczym, nie romantycznym. „Co się z tobą działo?” „Zabłądziłem w lesie” próbuję się zbliżyć. Odskakuje. „O nie, nie bratku. Gadaj, co się z tobą działo. Niebo i ziemię poruszyłam.
Byłam na policji” „Na policji? Po co?” „Gadaj” szykuje się, żeby znowu mi przylać. „Zaraz wszystko wyjaśnię” unoszę łapska. Poddaję się. „I wio do łazienki, śmierdzielu” „Najpierw zjem, bo zdechnę”Myję się i opowiadam, że chciałem tylko poleżeć, ale zasnąłem głęboko. Basia siedzi na sedesie i obdzwania wszystkich. Daje znać, że się znalazłem. Wycieram się i próbuję zwrócić jej uwagę. Prężę się, wyginam, a odwracając się prawie pacam w głowę swoją najważniejszą kończyną. Ale mała jest za bardzo przejęta, żeby to odczytać jak trzeba.
„Głupi jesteś!” Strzela mnie w poślad. Zapiekło. „Szukaliśmy cię. Niektórzy wzięli psy” — wyrzuca z pretensją. Policja olała sprawę, bo od zniknięcia nie minęły 24 godziny. Wyobrażam sobie tropiącego Ratlera Hanki i Yorka Kuby. Śmieję się i dostaję w łeb, bo małej nie jest do śmiechu. „Widocznie nie trafiliście na polankę”. „Trafiliśmy na całe mnóstwo polan i polanek, a ilu spotkaliśmy dziwnych ludzi. Przytulali się do drzew, leżeli na liściach”.
„Świrów nie brakuje”. „Obeszliśmy tylko połowę. Kuba tak zaplanował poszukiwania, żebyśmy niczego nie pominęli”. „To w końcu survivalowiec”. Czuję zazdrość. „Szukaliśmy do późnej nocy. Z samego rana mieliśmy szukać dalej. Wysłał mi mapę, co już sprawdziliśmy”. Basia odpala komputer, a mnie znów kręci się w głowie. Awersja do elektroniki nie minęła.
Fajnie, że w lesie czułem się wybornie i przynajmniej pospałem. „Stanę z tyłu” — mówię. Oglądamy mapę. Na przeszukanym terenie nie widać polany. Zdjęcia satelitarne też jej nie zdradzają. Widocznie jest za mała. Ale wiem, gdzie się znajduje. Mniej więcej. Na pewno tam, gdzie szukali. Powinniście bez problemu mnie znaleźć śpiącego na łonie natury, na samym jej futerku.
Łapię Basię od tyłu za piersi. Ręcznik, którym jestem zawinięty poruszył się. „Zabieraj łapska. Nie zasłużyłeś”. „Biorę, co moje”. „Nie twoje, skoro wolisz futerko natury zamiast mnie gładziutką”. „I po co to przekomarzanie, pchełko?” Załącza jej się tryb uległy i namiętny. „No chodź” — mówię. Biorę ją na ręce i niosę do sypialni. Patrzę w zielone oczy, na malutki nosek i lekko kuszący uśmiech.
„Ale ty jesteś śliczna koteczko”. W sypialni moja stopa wita się małym palcem z nogą łóżka. „Ała, kurde, szlag!” „He he he he he” — śmieje się ze mnie zaraza. Wypuszczam ją z rąk na wyro. Odbija się jak piłeczka. „Zaraz nie będziesz się śmiała”. Siadam i masuję giry. Basia przestaje się śmiać, a ja cieszę nią oczy. „Niefajnie długo cię nie widzieć, ślicznotko” — mówię. „Musisz się teraz dobrze przyjrzeć”.
Zdejmuje koszulkę. „Przyjrzę się z bliska”. Zapominam o palcu. Leżymy. Patrzę na las za oknem. „Chcesz zobaczyć tę polanę?” — pytam. „Możemy iść, ale wcześniej kawy bym się napiła”. „Okej”. Zabieram do łazienki telefon. Sprawdzam nieodebrane połączenie, SMS-y i wiadomości na WhatsAppie, potem Fejsa, Insta i Twittera.
Zawroty głowy prawie ściągają mnie z klopa, ale nie odpuszczam. Wpisuję w Google „wilk” i szukam grafik. Te w moim śnie były większe. Wpisuję też „pierwotny żubr” i wyskakuje podobne bydle jak ten mój. Coraz bardziej kręci mi się w głowie. W końcu wymiotuję. Co mi jest, kurde? Nie poddam się. Płuczę usta, siadam na podłodze i szukam dalej. Łudzę się, że w końcu się uodpornię.
Szukam zdjęć byka. Ten mój był sporo większy od zwykłego i rogi miał inne. Jak był prażubr, to może był też tur? Wpadam. Te w necie wyglądają podobnie. To musiał być tur. Czuję się jeszcze gorzej. Odkładam telefon, łykam powietrze i próbuję nie zemdleć. I jak mam funkcjonować? Jak pracować?
„Muszę iść do tego lekarza” — mówię do siebie. Dzisiaj miałem iść na badania. Nawet mała zapomniała. Puka do drzwi łazienki. „Sławek, idziemy?” „Już wychodzę”. Dźwigam się z podłogi, myję twarz w zimnej wodzie i wychodzę. Telefon zostawiam przy pralce. Nigdy się z nim nie rozstawałem i dbałem jak o dziecko swoje ukochane, a teraz gardzę jak czymś wstrętnym. Na dworze jest ładniej niż wczoraj. Idziemy za rączkę.
Wygłupiamy się jak młodzi zakochani, tylko deczko stuknięci. Popychamy się, podstawiamy sobie nogi, wrzucamy szyszki za kołnierze. Muszę uważać z doborem siły. Kiedyś pchnąłem Kruszynkę za mocno i wleciała w pokrzywy. Odwdzięczyła się błyskawicznie. Wrzuciła mi w gacie szyszkę i zapaliła kopa. Dobrze, że zatrzymała się na pośladku, a nie we wrażliwszych rewirach. „Słyszysz ptaki? Nieźle, co?” — pytam. Baśka patrzy na mnie zdziwiona.
„Zawsze miałeś gdzieś, jak mówiłam, że ładnie śpiewają”. „Wczoraj zacząłem zwracać uwagę. Kurde, nie mają ust, tylko dzioby. Nie mogą ich układać jak my, a wyśpiewują takie melodie, zmieniają tony i tak dalej. Słyszysz tego, jak napieprza pięknie?”Naprawdę jesteś chory albo dojrzewasz. To romantyzm, wieśniaro. Dochodzimy do ścieżki. „A tej co?” – pyta Basia. Młoda kobieta przytula drzewo. Wącha świerk?
Może chce zgwałcić. Głupek. Przechodzimy obok. Nie istniejemy dla niej. Skupia się na pniu. Wącha, obejmuje, jakby witała bliską osobę po rozłące. Pełno takich wariatów widzieliśmy wczoraj. Nie gap się tak. Dostaję kuksańca w bok, bo dziewczyna jest ładna. Ciekawe dlaczego się tak zachowuje.
W głębi lasu obraz kobiety się ulatnia. „Już niedaleko” – mówię. – „Zaraz odbijemy na polankę.” „Sławek” – mała szepcze i ściska moją rękę. „Co?” „Patrz.” Pokazuje na coś między drzewami. „Tam ktoś jest” – mówi. „No to co?” „Na ziemi. Wczoraj widzieliśmy dwie osoby, jak tak leżały, ale ruszały się i nie podchodziliśmy.” W końcu widzę. Kilkanaście metrów dalej leży facet zagrzebany w liściach. Może ten nie żyje. W głowach włączają się projekcje zbrodni, że ktoś kogoś zamordował i w pośpiechu chował ciało.
„Rusza się” – mówię. Zdemaskowany mężczyzna odwraca głowę, jakby się wstydził. „Halo! Pomóc panu?” – pytam. Nie odpowiada. „Może coś mu się stało” – mówi Basia. Patrzę na bystrzachę i uśmiecham się. „No co?” – pyta. Facet nie jest zakryty zupełnie. Wystaje w kilku miejscach.
Chowa twarz, kiedy podchodzimy. Jest jakoś w moim wieku. Po dwudziestce, max trzydzieści lat. Kucam. „Hej kolego, coś się stało? Możemy jakoś pomóc?” – pytam. „Nie, proszę mnie zostawić.” „Okej” – mówię i wstaję. Mnie tyle wystarczy. „Ale dlaczego pan tak leży? Zdradzi pan powód?” – pyta Basia.
„Ścipskie baby” – myślę. Ale chłop odpowiada: „Wiem, jak to wygląda. Proszę mnie zostawić.” „Możemy zadzwonić po kogoś. Tylko z domu, bo nie wzięliśmy komórek” – mówi mała. „Nie zwariowałem. Moi już próbują mi pomóc. Proszę mnie zostawić.” „Ale co panu jest?” „Nie wiem. Inni też to mają. Nie mogę wrócić do domu.” Żarcik mi się nasuwa. Wypalam: „No tak, wielu ma żony zarazy.” Dostaję z łokcia od Baśki.
„Zaczęło się od elektroniki i samochodu” – mówi gościu. Zamieramy. Facet siada. „Co się zaczęło?” – pytam. „Wymioty i mdlenie. W domu było coraz gorzej. To jakiś wirus cywilizacyjny. Badają moją krew. Żona z bratem i z mamą załatwiłem wszystko, bo ja musiałem uciec ze szpitala.” „Dlaczego?” – pyta mała. „Umarłbym tam.
Jestem już wrażliwy na wszystko, co sztuczne. Dadzą mi pewnie jakieś leki odczulające.” „Na pewno. Proszę się nie martwić” – mówi Basia. „I tylko tutaj czuje się pan dobrze?” – pytam. „Tak. Blisko ziemi i drzew. Mam halucynacje. Nawet ciekawe.” „Jakie halucynacje?” – pytam. „Ziemia mówi do mnie, jak to było kiedyś. Jak powinno być.” „Jak mówi?” „Mieszkam w szałasie.
O, tam w wąwozie.” – Pokazuje głową kierunek. – „Sam zbudowałem, bo w sztucznym namiocie bolała mnie głowa. Często budzę się w innym miejscu. To znaczy w tym lesie chyba, ale setki albo tysiąc lat wcześniej. Tak ziemia do mnie mówi. Jestem pewien.” Czuję mrowienie w gaciach. Coś tam się skurczyło. „Po co?” – pytam. „Nie wiem. Jestem tam, dopóki znowu się nie położę i nie obudzę.
Chociaż ostatnio coraz częściej kładę się i budzę dalej w przeszłości. Boję się, że zostanę tam na zawsze.” Teraz stado ciarek przebiegło mi przez plecy. „Widzisz zwierzęta?” – pytam. „Mnóstwo. Nawet wymarłe gatunki. Co, ty też?” „Nie. Musimy iść. Trzymaj się.” – Odciągam Baśkę. „Czekaj! Czemu już chcesz iść?” „Może nas zarazić.
Chodź” – szepczę. „Wygląda na to, że już jesteś chory. Sławuś. Wystraszyłeś się?” Nie odpowiadam. Pokażę jej polanę i wracamy do domu. „Sławek, mów do mnie.” „To nie może być prawda.” „Co takiego? Ty też masz takie objawy.” „To świr. Złapaliśmy jakiegoś wirusa i może podrażnia go elektronika jak mnie, ale on sobie wkręcił, żeby mieszkać w lesie. To wariat.” „Myślisz?” „Ja nie mam zamiaru przeprowadzać się do lasu. To paranoja.” Opuszczamy ścieżkę i po chwili jesteśmy na polance.
„To tu?” – pyta Basia. „No tu.” Zadowolony mrużę oczy przed słońcem. „Fajnie, nie? Przyjedziemy tu jutro z kocykiem i pogilam cię trawką po serkach.” „Sławek, my tu byliśmy.” „Nie byliśmy tu jeszcze.” Już widzę, jak dobieram się do jej stópek. „Byliśmy tu, kiedy cię szukaliśmy. Na pewno.” „Niemożliwe. To musiała być inna polanka. Spałem tu przecież.” – Wskazuje soczysty zielony dywan. – „Było ciemno. Pomyliło ci się.” „Nie dziku.
Byliśmy tu na pewno.” Nie wierzę. Kobieca orientacja w terenie jest słaba. Nie ma sensu ciągnąć tematu. „No to nie wiem. Fajnie tu, co?” – pytam. „Martwię się o ciebie, dzikusie. Ty też lepiej czujesz się w lesie, co? Widzę po tobie różnicę.” „Każdy przecież dobrze czuje się w lesie.”A co jeśli rzyganie od telefonu to dopiero początek? Łapię małą w talii i podnoszę wysoko. Przestań szukać problemów, świrusko.
Nic mi nie jest. Postaw mnie. Tam ktoś jest. Kurde, znowu? To miała być nasza prywatna polanka. Basia ląduje na nogach. Odwracam się w kierunku, w którym patrzy. Widzę ludzi między drzewami. Następni stuknięci? Pytam.
Kawałek dalej, oparci o drzewo siedzą jacyś ludzie. Chyba trzy osoby. Jedna z nich wstaje. Kobieta. Idzie tutaj. Sławek, boję się. Uspokój się. Zatrzymuje się na skraju drzew. Wygląda normalnie. Ma jakieś 40 lat.
Przepraszam państwa. Macie może telefon? Gdybyście mogli zadzwonić do mojego męża, byłabym ogromnie wdzięczna. Nie mamy. Przykro nam — mówi Basia. Ach, szkoda. Też to macie? Co mamy? Pytam. Tę alergię na wszystko, co sztuczne.
Patrzymy na siebie. Małej drży broda. Ja mam — mówię. Jakie stadium? Nudności od komórki i komputera. Czuję się jak na jakimś mityngu chorych na to samo. Kobieta kiwa głową. Potem jest gorzej? — pyta Basia. Wrażliwość na chemię w jedzeniu, na plastik, nawet na farbę na ścianach, na sztuczne ubrania.
Może być tylko bawełna bądź len. Cały nasz świat jest sztuczny, a przecież my nie jesteśmy sztuczni. Zawsze to mówiłam. Kobieta chowa twarz w dłonie i zaczyna płakać. Basia też już płacze. Spokój, mała. Ściskam jej rękę. Jeden z towarzyszy kobiety podchodzi i ją obejmuje. Macie halucynacje? Pytam.
To nie są halucynacje. Przenosimy się naprawdę na coraz dłuższe okresy czasu — mówi facet. Chodźmy stąd — szepcze Basia i ciągnie mnie za rękę. Naprawdę? Jest pan pewien? Zabrałem stamtąd rośliny, które dawno wymarły. Mogę panu pokazać, jeśli się pan na tym zna. Nie znam się kompletnie. Baśka ciągnie uparcie. Do widzenia — mówię.
Do zobaczenia. Możecie się do nas przyłączyć. Znajdzie nas pan nad rzeczką. Tutaj spotykamy się z rodzinami. Unoszę ramię na pożegnanie. Wystraszyłaś się? Coraz więcej ludzi na to choruje. I co to za przenoszenie? Gdzie? O jakich halucynacjach mówiłeś?
Zbieram myśli. Może wciąż śpię. Sławek, mów wreszcie! Nie mogliście mnie znaleźć, bo byłem na tej polanie, ale w przeszłości. W prehistorii albo w średniowieczu. Nie wiem. Kręcę głową i śmieję się, jak kretyńsko to brzmi. Nie żartuj dziczku, nie mam nastroju. Myślisz, że ja mam? Opowiadam o zwierzętach i lesie jak wyglądał.
Po co to? Nie rozumiem. A myślisz, że ja rozumiem? Dlaczego te zwierzęta się tak zachowywały? Nie mam pojęcia. Przestajemy rozmawiać. Spotykamy innych zaintrygowanych. Całe mnóstwo. To nie spacerowicze. Z pewnością.
Niektórych znamy z widzenia. Mieszkają na osiedlu. Ich oczy błyszczą rozpaczą i strachem przed nieznanym. Przyglądają się nam, bo wracamy tam, skąd uciekli. Dlaczego jedni chorują, a drudzy nie? Chodźmy szybciej, może znajdziemy coś w necie — mówi Basia. Na samą myśl o internecie odbija mi się niestrowo. Czuję, że w domu będzie źle. Już swędzą mnie stopy i dupsko, bo klapki sztuczne i spodenki z plastiku. I miałem rację.
Zawroty głowy dopadają mnie już na klatce schodowej. Chwilę później swędzi mnie już wszystko. Nie wyobrażam sobie wziąć do ręki telefonu. Basia wraca z sypialni z tabletem, wskakuje na kanapę w salonie i grzebie w necie. Ja zdejmuję spodenki i zostaję na gaciach, bo bawełniane. Wysypka nie grozi. Niczego nie dotykam. Musi coś być. Mała mówi do siebie. Czuję się coraz gorzej.
Chcesz mnie uratować, moja mała ślicznotko? Nie odpowiada. Nie jest jej do śmiechu. Mnie też, ale próbuję stwarzać pozory. Malutka, zostaw to. Chodź do mnie. W sypialni nie ma żadnych urządzeń. Możemy tam posiedzieć. Chcę być z nią jak najdłużej, bo coś mi się wydaje, że to szukanie jest daremne i rozstanie nas nie minie szybciej niż sądzimy. Cicho, może coś znajdę.
Bierze ze stołu pilota. Może coś w tiwiku będzie. Włącza kanał informacyjny i dalej grzebie w tablecie, ale przestaje, kiedy słyszy, o czym mowa w telewizji. Mamy doniesienia z całej Polski. Sytuacja w innych krajach wygląda bardzo podobnie. Wiemy o kilku ogniskach w Niemczech i Francji. Z godziny na godzinę docierają kolejne informacje. Panie profesorze, to świeże zjawisko postępuje w zastraszającym tempie. Najwięcej zachorowań odnotowano w dużych miastach. Co możemy zrobić?
Skąd się to wzięło? Uczeni próbują to rozwikłać. Tak, ale do tej pory nic nie ustalono. Czy są jakieś domysły? Mówi się o wirusie, pandemii. Prowadzone są badania, które mają to wyjaśnić. Niektórzy mówią, że to wirus albo silny alergen, który zmutował w miastach. Czy przyczyną może być smog?Profesor się śmieje. „To najpewniej patogen, który trzeba zidentyfikować.” „A co pan na to, że nie wszyscy chorują? Niektórzy są odporni.” Twarz profesora zdradza irytację ciągłym przerywaniem.
„Badani są jedni i drudzy.” „Przepraszam, mamy już połączenie z jednym z ekologów. Łączymy się z Kampinoskim Parkiem Narodowym, gdzie jest Krzysztof Nowak. Witamy.” Na pierwszym planie pojawia się grubasek z grzywką zaczesaną na bok. Dociska słuchawkę w uchu. W lesie za nim widać całe mnóstwo ludzi zmuszonych do ucieczki z miasta. „Witam państwa.” „Panie Krzysztofie, proszę powiedzieć, co pan sądzi o tych, którzy są zdrowi i wspierają bliskich. Czy im nic nie grozi?” – pyta kobieta ze studia. Facet czeka chwilę, aż głos do niego dotrze. „Wydaje się, że niektórzy są odporni, jednak z naszych obserwacji wynika, że to zależy od uwarunkowań organizmu i jest tylko kwestią czasu. Obawiam się, że czeka to każdego.” „Czy to niezbyt daleko posunięte przypuszczenie?” „To nie przypuszczenie.
To się dzieje naprawdę na naszych oczach. Oczywiście możemy się mylić, ale coraz więcej osób, którym wcześniej nic nie było, zgłasza typowe objawy, czyli złe samopoczucie w kontakcie z telefonem komórkowym na przykład. Miejmy nadzieję, że szybko uda się temu zaradzić.” „Dziękujemy.” Ekolog znika z ekranu i wracamy do studia. „Co pan na to, panie profesorze?” „Oczywiście nie wiemy wszystkiego.” „Czy to może być jakaś agresywna choroba cywilizacyjna XXI wieku?” „Pani redaktor, możliwe, ale poczekajmy na opinię ekspertów. Z pewnością wykażą przyczynę. Być może sami wywołaliśmy problem.” „Zapewne my. O tym właśnie mówiłam. Z pewnością gdybanie i wywoływanie paniki w niczym nie pomoże. Miejmy nadzieję, że uda się pomóc poszkodowanym i szybko wrócą do normalności. Inaczej bardziej niż dotychczas będziemy potrzebowali lasów, których tak niewiele sobie zostawiliśmy.” „Dziękuję panu.
Był z nami profesor uniwersytetu...” Basia wyłącza telewizor. Spogląda na mnie. Pierwszy raz widzę taki smutek na jej buzi. Przełykam gorzką kluchę i robię dobrą minę. „Co to za smutek, świrku? Będzie dobrze. Zamieszkam w lesie, dopóki nie znajdą lekarstwa. Dobrze, że mamy blisko i jest lato.” Próba wesołości wypada cienko. W głowie krążą myśli, co jeść w lesie, jak żyć. Wyobrażam sobie tłumy chorych.
Jak się pomieszczą? Przecież wybuchnie anarchia. Ludzie zdziczeją, będą walczyć o jagody i grzyby. Wzdrygam się na samą myśl i otrząsam z tego. Nie chcę marnować czasu. „Malutka, chodź.” Basia podchodzi wtulić się we mnie. Zanoszę ją do sypialni i wykochuję porządnie. Śpi. Mnie ból głowy nie pozwala zasnąć. Oczy szczypią, w nosie i w gardle drapie od plastiku, farb, klejonych mebli z płyt wiórowych i paneli podłogowych.
Cała ta chemia atakuje jak wrogie środowisko. Nie mogę znaleźć pozycji, w której czułbym się dobrze. Chcę się napić wody, ale zamiast tego lecę do łazienki i wymiotuję. Wracam zrezygnowany i staję przy oknie. Las przeciąga zaczerwienione oczy. Chwieję się jak pijany. Nie wytrzymam tu dłużej. Szukam bawełnianych spodenek. „Łobuzico” – szepczę. Nie chcę jej budzić, ale znaleziony później liścik pewnie wkurzyłby ją niemiłosiernie.
„Mała wariatko.” „Co? Co jest?” – zakotłowało w pościeli. „Śpisz, a tu środek dnia.” „Porąbało cię, wieśniaku?” Przytula kołdrę, kicha i chce spać dalej, ale przypomina sobie, co się dzieje. „Co robisz?” – pyta. Nie odpowiadam. Patrzę na nią. Od razu rozumie. „O nie.” Zaczyna płakać i kichać raz za razem. „Kręci cię w nosie?” „Nie wiem.” Zataczam się. „Nie wygłupiaj się, Sławuś.” Ledwie stoję.
Nie mam czasu na gadanie. Ruszam do drzwi. Chwytam się toaletki, potem futryny. Przedpokój obraca się jak bęben pralki. Lecę na ścianę i na suwane drzwi szafy. Słyszę kichanie Basi. Zbliża się. Czuję jej ręce. Podtrzymuje mnie od tyłu. „Chodź, kochanie.” Prawie spadamy ze schodów.
Na zewnątrz jest trochę lepiej. Nie musi mnie trzymać, ale budynek, chodnik i samochody na parkingu wydzielają toksyczne opary. Niemal je widzę. Śpieszymy do lasu i dopiero między drzewami jest jak ręką odjął. Chociaż igły i szyszki wgryzają się w podeszwy gołych stóp. „A twoje buty?” „Nie mam niesztucznych przecież.” Basia jest przerażona. „Co teraz będzie?” – pyta. „Nie wiem. Muszę sobie jakoś poradzić. Wróć do domu i przynieś mi, proszę, scyzoryk, zapałki, bawełniane spodnie dresowe i mój wełniany sweter.
Mamy jakiś koc niesztuczny?” „Nie wiem.” – zaczyna ryczeć. „No weź, szajbusko, przecież będę tu cały czas blisko ciebie.” „Nawet do ciebie nie zadzwonię, żeby zapytać, czy wziąć coś jeszcze.” „Będę tu czekał. Nigdzie nie pójdę. Możemy tu sobie spędzać dnie na kocyku, dopóki nie znajdą lekarstwa.”A jak nie znajdą? Ludzie sobie kiedyś radzili, kiedy nie było techniki. My też sobie poradzimy, przystosujemy się. Nie mam pojęcia, co gadam. Nie wyobrażam sobie tego, ale muszę być silny. W końcu jestem facetem, samcem. Co z tego, że zupełnie oswojonym.
Okej, idę. Czekaj tutaj – mówi Basia. Zaciskam pięści. Będę musiał o nią zadbać, kiedy do mnie dołączy. Karmić i chronić. Trochę zdziczeć. Mimo tego, że jestem przerażony i chyba nie do końca dociera do mnie powaga sytuacji, to jest nawet ekscytujące. Jakbym wyruszał w nieznane. Liczę, że koleżka Kuba mnie czegoś nauczy. Zna się na przetrwaniu.
Moja wrażliwość rośnie z każdą chwilą. Wyczuwam toksyny bijące z osiedla. Są jak smród z pobliskiego wysypiska, ale naturalna bariera ochronna lasu nie pozwala im się wedrzeć. Ciekawe, czy tu doszedłem, kiedy mnie przeniosło. W czasy bez toksyn. Jesteśmy wirusem. Ciekawe, co mnie czeka. Czy znów mnie przeniesie? Kurde, moje giry. Siadam pod drzewem i masuję stopy.
Jest cicho i przyjemnie. Ptasie trele odprężają. Korony drzew przyciągają wzrok. Czuję się jak przed domem, do którego mam wejść. Jakby w środku czekało przytulne wnętrze, gdzie mój spokój stanie się jak rzeka i będzie płynął bez końca. Patrzę na osiedle i zaczynam rozumieć. Ale my jesteśmy głupi. Nie będzie żadnego lekarstwa. Przyroda cofa się tam, gdzie nie było syfu, naszych frajerskich wynalazków i szkodliwej władzy. Zwierzęta przypilnują, żebyśmy już niczego nie spieprzyli.
[01:21:20] - Proszę państwa, a teraz zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj porozmawiamy o filmie „Szept”. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy. Już dalej nie mogę szeptać. Zaczynamy kolejne Filmotekarium. Zapewne państwo się domyślili, że będzie coś à propos tego szeptu z początku. Dokładnie.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:21:56] - Dzień dobry wieczór. O matko, ja to żem się wystraszył na samym początku. Mówię: co to się dzieje? Ty się dusisz? A to rzeczywiście szept, drodzy państwo, szept prawie teatralny. A to z racji tego, że dzisiaj mówimy o filmie właśnie pod tym tytułem, czyli „Szept” – „El susurro” produkcji południowoamerykańskiej. Jest to film wyprodukowany przez dwa kraje. Jeden z tych krajów to jest Argentyna, a drugi Jourega? Urugwaj. Tak się nazywa ten kraj, mniej znany.
Żartowałem oczywiście. To jest film z 2025 roku prezentowany nam jako horror, ale on się zaczyna dość nietypowo. Do tego stopnia, że myślałem, że coś się pomyliło i włączyłem inny film albo że ktoś się pomylił w opisach. To znaczy jest to opowieść tak na pierwszy rzut oka kryminalna, bo rozpoczyna się od sceny napadu na dom, bogaty dom gdzieś tam w tym Jouregaju, w którym uczestniczy córka z ojcem, ale jako napastnicy. A potem widzimy sceny makabryczne. Wszystko się potem przenosi do innej lokalizacji, gdzie nam się pojawia jeszcze jeden bohater, mały bohater. Początkowo to nawet myślałem, że to jest syn tej dziewczyny. Okazuje się, że to jest jej brat i oni uciekają do domu matki. I nadal jeszcze wtedy myślałem, oglądając ten film jakoś może mało uważnie, ale chyba nie, że oni mają problemy z prawem po tym, czym się zajmują. Dodatkowo ona mówi, że może trafić do więzienia.
Ten mały pójdzie do poprawczaka. Chłopak jest, widać, straumatyzowany. Dodatkowo on nie mówi, choć umie ponoć. On nie mówi, porozumiewa się językiem migowym, aczkolwiek się dowiadujemy i widzimy, że on mówi. Z jakiegoś też powodu tajemniczego na samym początku widzimy, że siostra mu każe nosić słuchawki i to jest potem wyjaśnione, ale to może nie będziemy zdradzać. Wiemy też, że w okolicy, do której oni się przeprowadzają, odbywa się karnawał. Czyli cała okolica schodzi się gdzieś. Nie pokazują nam chyba w sumie gdzie, ale równocześnie po lesie grasują jacyś dziwni ludzie. I powiem ci, Marku, tak: finalnie zdajemy sobie sprawę po czasie, że to nie jest film o złodziejach. To nie jest też film o jakichś tam zboczeńcach czy spaczeńcach, którzy chodzą z fuzjami po lesie, ale o wampirach.
Tak, ta rodzina, o której mowa, to jest rodzina wampirów. Tu wam wiele nie zdradzamy, bo tego się dowiecie. Oni przeprowadzają się do domu gdzieś na uboczu, trzymają swojego starego skutego w pokoju, a sama główna bohaterka, która wąpierzycą nie jest, to też chyba nie zdradzamy za dużo, bo szybko się to okazuje, musi sobie radzić z bandą nachodzących ją osób. A wiesz, to, że my się nagle dowiadujemy, że to jest film o wampirach, to nam wprowadza do tej chaotycznej strasznie opowieści pewien porządek. Tylko czy na długo?
[01:25:15] - Oj chyba nie na długo, bo jakby to ująć tak delikatnie. To, że film jest o wampirach, toTak jak powiedziałeś, wprowadza pewien porządek, ale też rozpierdziela trochę narrację, bo najpierw dostajemy dosyć drastyczne sceny i dosyć przerażające fakty dotyczące nagrywania filmów. To ci ludzie, którzy chodzą ze strzelankami albo z pukawkami po lesie. Oni sobie organizują aktorów. Ja wiem, że to brzmi absurdalnie, ale uwierzcie państwo na słowo: filmy, które oni kręcą, można by nazwać, tak zresztą często się te filmy nazywa w literaturze, a w każdym razie w opisach, filmy ostatniego tchnienia. Czyli kręcimy, jak kogoś się zabija. I to jest niesamowite i to się dobrze sprzedaje. Ja jestem nawet skłonny uwierzyć, że tego rodzaju twórczość jest produkowana w niektórych krajach i co więcej, tego rodzaju twórczość znajduje swoich koneserów i z takimi ludźmi mamy do czynienia. Zobaczcie państwo, jak to bardzo dobrze ustawia dramaturgię tego filmu. Otóż mamy wąpierzy, którzy z natury są tacy, jakby to powiedzieć, mało społeczni, a w każdym razie społeczni w sposób specyficzny.
To może lepsze określenie. Trafiają na ludzi absolutnie aspołecznych, którzy w dodatku mają ochotę skrzywdzić, a przynajmniej siostrę tego chłopaka, który nie mówi. I tu się dzieją rzeczy, wiecie państwo, brutalne to mało powiedziane. Ja się cały czas zastanawiałem, przygotowując się do naszej dzisiejszej rozmowy, czy z tego, że akcja została w taki sposób zaplątana, my i tak ją troszeczkę państwu rozsupłaliśmy, bo sam film się toczy tak, że trzeba dużej cierpliwości, żeby te wszystkie klocki poskładać, bo on nawet nie jest długi, ale wydawał mi się dwa razy dłuższy niż był, ponieważ tempo akcji jest, powiedzmy, umowne. I tak jestem łagodny w określeniach. Tego tempa po prostu nie ma. To się tak toczy od sceny do sceny. Raz ta scena ma sens, raz mniejszy sens. Ja się zastanawiam, bo sam pomysł całkiem atrakcyjny. Można przedstawić wampiry trochę inaczej niż dotąd, bo bardzo często kojarzymy sobie wampira z Drakulą, z trumną, z spaniem w trumnie albo z jakimś bardzo eleganckim panem.
Nie tylko. Przyznaję, że są też takie sceny i takie filmy, w których te wampiry troszeczkę mniej luksusowo wyglądają. Niemniej jednak tu jest zupełnie nieluksusowo, chociaż sama willa, do której trafiają, jest ciekawa architektonicznie, bo jeśli chodzi o jej utrzymanie, to tak sobie. Ale wiecie państwo, ten film jest skomplikowany i pomysł tam jest. Jest ten pomysł, tylko on jest tak głęboko ukryty pod warstwą, nie chcę być brutalny, takich dosyć bezładnych scen. Ja się wcale nie dziwię. Powiem tak, z innej strony zacznę. Wcale się nie dziwię, że ten film nie zyskuje wielkich not w różnego rodzaju rankingach, a komentarze pod filmem, komentarze w internecie bywają okrutne, brutalne nawet chwilami, bo coś w tym jest. Naprawdę, jeśli chce się przedstawić ciekawą historię, bo ta historia w swoim jądrze, w zamyśle jest ciekawa, ale robi się to w taki sposób, jak zrobili to producenci, scenarzyści i reżyserzy czy reżyser tego filmu, to ja nie wróżę sukcesu, bo film, przynajmniej dla mnie, tu osobnicze swoje upodobania, powinien się toczyć z jakąś dynamiką. A w tym filmie jest wszystko poza dynamiką.
[01:30:06] - Może jest tak dlatego, że my nie odczytujemy tu jakichś kulturowych niuansów. Już raz tak było, kiedy omawialiśmy film horror produkcji, nie pamiętam już, na pewno gdzieś z tamtego regionu. Podejrzewam, że to polega na tym, że my nie umiemy odczytać pewnych kodów kulturowych i nie potrafimy wczuć się w klimat karnawału, kiedy oni mówią, że jest karnawał. Czyli nas to powinno bardziej natchnąć, że tam jest luźno, że oni tam świętują teraz i można robić, co się chce. Myślę, że to tak jest. Ja bym nie był tak surowy dla tego filmu, dlatego że generalnie on jest zrobiony bardzo dobrze. Jego się da oglądać i tam wszystko jest na swoim miejscu. Problem polega na tym, że albo czegoś nie wychwyciliśmy w klimacie, gdzie powinniśmy, albo zostało to słabo przekazane, albo to jest film kręcony dla mieszkańców Urugwaju. Może tam mają jakieś problemy z takimi typami, którzy chodzą po lesie? Nie wiem, ale też nie wiem, dlaczego takie są oceny.
To znaczy ten film nie zasługuje na aż tak niskie noty. Coś tutaj nie zagrałoJednak jest ta bariera kulturowa. Jakkolwiek to dziwnie brzmi, bo jakby nie patrzeć Ameryka Południowa to jest przedłużenie Europy, ale jednak jest to rys pewnej egzotyki. Nie każdemu się to może podobać i chyba nie każdy to wyłapie. A poza tym to jest film mocno melancholijny. No właśnie jaki? Tu nie ma grozy. To jest główny problem. On ma wszystko, co powinien mieć dobry horror, czyli ma w miarę naprawdę dobrych aktorów, ma klimat mroku, bo jest ten dom, są oni. Są nawet sceny, które wzbudzają pewne emocje, na przykład ta z policjantami.
W rozumieniu wizualnym i artystycznym jest wszystko naprawdę głęboko okej. Szczerze mówiąc, to jest jeden z lepszych filmów do oglądania, do zawieszenia oka, o których mówimy. Tylko że tam czegoś brakuje. Właśnie chyba tej grozy i takiej głębi. Ta głębia może jest, ale nie każdy to wychwyci. Widzimy tam sceny dziejące się w lesie, po którym grasują jacyś wykolejeńcy porywający ludzi, ale też strzelający do ludzi. Ja chyba bym nie chciał tam mieszkać, skoro tam jacyś watażkowie, gangsterzy, wampiry i zboczeńcy grasują po prowincji. I pomimo że ta historia się na końcu układa w pewną całość, to jakoś po drodze ten film nie jest długi, aczkolwiek też krótki nie jest. On jest jakimś dramatem familijnym bardziej niż horrorem. Może to kogoś rusza.
Może to jest jakieś podejście regionalne do tematu wampirów. Ja tu mam jeszcze jeden problem, wiesz Marku, bo ja nie lubię filmów o wampirach. One mi się przejadły już. Jest bardzo mało filmów tego typu, które uznałbym za atrakcyjne. Pomimo tego, co tutaj powiedziałem, uznaję, że ten jakiś jednak jest. On nam sprzedaje pewną historię, która nie jest taka oklepana. Nawet to, że się w pewnym momencie zaskakujemy, iż oni, znaczy on, czyli ten stary, on taki stary w sumie nie jest, ojciec rodziny i ten mały coś tam mają przekazywane z pokolenia na pokolenie, co ich zmusza do picia krwi. To już też jest plus. Natomiast może trzeba to było ubrać w jakieś inne szatki. Bo wampir, prowincja, dramat, jakkolwiek by tego nie przedstawiać w otoczeniu nowym, w innej kulturze, myślę, że to już wszystko jednak gdzieś kiedyś było i to dodatkowo pozbawia tą historię jakiejś temperatury.
Pomimo wszystko uważam, że to nie jest zły film. Filmy produkcji południowoamerykańskiej o horrorach, dlatego że innych oglądałem mało, one są charakterystyczne. One niekiedy mają duży ładunek regionalizmu, są nacechowane tamtejszą kulturą. Ona dla nas się wydaje trochę odległa jednak, pomimo wszystko. Stąd one się mogą wydawać nudniejsze od innych, aczkolwiek nie zawsze. Wspominam chociażby "Nocne istoty". Bardzo fajny horror. A tutaj jakby się ktoś nudził, jakby ktoś miał chęć na taki horror, który nie wybudza za bardzo, to owszem, można. Nie jest to film aż tak zły jak ta węgierska antologia, o której żeśmy mówili, ale zabrakło jakiejś iskry w tym wszystkim. Takie mam wrażenie.
Niemniej jednak uważam, że pastwienie się nad nim, tak jak to ma miejsce w internecie w niektórych komentarzach, nie jest do końca na miejscu.
[01:35:38] - Nie do końca się zgodzę z tobą Piotrze, bo sam powiedziałeś: grozy nie ma. Ja dorzuciłem, że akcji nie ma. To nie jest ten sposób narracji. Inaczej, ta historia może by się udała jako opowieść przy ognisku. Myślę, że to by się mogło udać. Natomiast ja jestem o tym głęboko przekonany, aczkolwiek prezentuję tutaj swój pogląd na kino. Ja po kinie oczekuję, jako po sztuce jednak lirycznej, że ono dostarczy mi rozrywki. I to nie chodzi o to, żeby się aktorzy po tyłkach kopali albo nieustannie gonili, ale że akcja, która tam będzie, nie będzie wydłużana po to, żeby zbudować nastrój, który i tak nie do końca udaje się zbudować. To nie jest ten rodzaj kina. I zgadzam się z tobą w pełni akurat, że być może to są kwestie kulturowe, chociaż znając te kraje Ameryki Południowej, które są żywiołowe, ja nie wiem, ale nie znam ich na tyle, żeby dać diagnozę, czy oni na przykład potrafią nakręcić kino akcji, czy to ich też kręci, czy oni cały czas poruszają się w takim paradygmacie pewnej sennej opowieści, w dodatku od czasu do czasu lekko poetyckiej.
Mnie te klimaty nie odpowiadają, a w każdym razie nie w tego rodzaju kinie, które ma mnie postraszyć. To kino, sam to zauważyłeś, nie straszy, niczym mnie nie przestraszyło. Nawet to budowanie nastroju wydawało mi się takie sobie.Jedną scenę muszę pochwalić. To scena w lesie. Mówiłeś o tym lesie, kiedy nagle chłopakowi, który jest bohaterem, ktoś strzela w głowę, a my później dostajemy rozwiązanie tej sytuacji. Ono nas właściwie wprowadza w to, co się dzieje w filmie i o co tak naprawdę chodzi. To było świetne rozwiązanie, tylko tego rodzaju rozwiązań było tam mało, a rzecz się toczy w tym domu. Gdyby to było „Sto lat samotności”, to ja bym to pierwszy kupił i bym oglądał i jeszcze państwu polecał. Ale nie na to się umawiałem, umownie zupełnie, z reżyserem i scenarzystą. Nie na „Sto lat samotności”, tylko na rodzaj horroru, który ma mnie przestraszyć.
A w dodatku jeszcze wampiry. To powinno być krwawo. Jest krwawo, ale mnie w ogóle nie interesowała ta krwawość. Dlatego ja, w przeciwieństwie do Piotra, nie będę entuzjastą tego filmu. Już go nawet nie będę przyrównywał do tej węgierskiej produkcji, bo to rzeczywiście ta węgierska produkcja jakiś kraniec wyznacza. Ale wiecie państwo, jak macie okazję i macie jakiś inny film na odtwarzaczu albo gdzieś na streamingu, to obejrzyjcie państwo ten inny film. Patrzę w tej chwili na rozpiskę, co powinno być wyemitowane i jakbym nie patrzył, z której strony, wychodzi, że teraz się pojawią polecanki z pogranicza. Przypominam zatem o stronie Nieznany.pl. Tam książki, o których będę mówił i całą masę innych możecie państwo znaleźć. Ale to jest dopiero początek.
Możecie też państwo zamówić i później czekać, aż te książki do państwa pocztą przybędą. Zaczynamy zatem przegląd. Pierwszy tytuł, który wybrałem, to „Antykruchość. Jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy?”. Autor to postać znana, Nassim Nicholas Taleb. Tłumacz tej książki to Olga Siara, a wydawca Zysk i Spółka. „Antykruchość” pokazuje, jak żyć w świecie czarnych łabędzi, bo autor napisał również tę książkę. Długookresowe strategie obecnie już nie działają. Taką tezę stawia Nassim Nicholas Taleb. W dzisiejszym świecie przeważa to, co nieznane, przypadkowe i zmienne, co autor błyskotliwie opisał w swoim światowym bestsellerze „Czarny łabędź”.
Jak więc przetrwać w tej niepewności, oswoić nieobliczalność zjawisk i chaos, a nawet na tym wygrać? Odpowiadając na te pytania w swojej erudycyjnej i dowcipnej książce, Taleb dotyka najważniejszych dylematów gospodarki, biznesu, życia społecznego w XXI wieku. Po potężnym krachu finansowym w 2008 roku, w trakcie największego w historii kryzysu długu w Europie, Taleb uspokaja. Niektórym rzeczom służą wstrząsy, rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu. Przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Te rzeczy nazywa antykruchymi. Potem błyskotliwie i z pasją wykorzystuje pojęcie antykruchości do wyjaśnienia, jak dziś postrzegać rzeczywistość, istnieć w świecie, podchodzić do podejmowania decyzji. A ja przypomnę tytuł „Antykruchość. Jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy?”. Autor Nassim Nicholas Taleb.
Tłumacz Olga Siara, wydawca Zysk i Spółka. Druga książka, którą dla państwa wybrałem, to tak zwany klasyk. Socjologiczny klasyk, ale też filozoficzny i w ogóle klasyk pozwalający trochę lepiej rozumieć świat. Ta książka to „Bunt mas” José Ortegi y Gasseta. Tłumacz Magdalena Olejnik, wydawca Vis-à-vis Etiuda. José Ortega y Gasset, żyjący w latach 1883–1955, był hiszpańskim filozofem, eseistą, socjologiem, profesorem filozofii na Uniwersytecie w Madrycie. Był jednym z twórców hiszpańskiej konstytucji. Po hiszpańskiej wojnie domowej przebywał na emigracji, z której wrócił do Madrytu w 1946 roku i objął z powrotem Katedrę Filozofii. Autor kilkunastu książek i setek artykułów oraz esejów. Jego najważniejszym dziełem, publikowanym pierwotnie w formie artykułów w gazecie „El Sol” w 1929 roku, a następnie w formie książki, to tłumaczony na wiele języków i uznawany za jeden z ważniejszych tekstów socjologicznych „Bunt mas”.
Ortega y Gasset zajmuje się w nim sytuacją społeczną w Europie w początkach XX wieku. Przerażało go zwłaszcza dojście do głosu szerokich mas społecznych, a zwłaszcza związanej z tym, jak pisze Buck Fuller, we wzbierającej fali wulgarnościBezprawia i barbarzyństwa znikają wszelkie drogowskazy postępowania, co powoduje demoralizację i dezorientację wszystkich ludzi, a zwłaszcza współczesnej młodzieży. A przecież trzeba mieć jakiegoś przewodnika. W przeciwnym bowiem przypadku cały tok życia, jego dzieje i perspektywa stają się chaosem. Przypomnę państwu tytuł: „Bunt mas", José Ortega y Gasset, tłumacz Magdalena Olejnik, wydawca vis-à-vis Etiuda. Trzecia książka nosi tytuł: „Gwiezdne dzieci”. Autorka Joanna Malinowska, wydawca New Space. Zazwyczaj biegniemy dokądś sami, nie bardzo wiedząc po co, bo tak postępuje większość. Taki jest trend. Niektórzy jednak zatrzymują się na chwilę zadumy.
Po co to robimy? Gdzie leży nasz cel? Skąd przybyliśmy? I wówczas ten pęd donikąd przestaje być pociągający. Nowy cel rysuje się jeszcze niezbyt wyraźnie, niczym w porannej mgle. Niektórzy ludzie zaczynają zaglądać w swoje serce, a dusza podejmuje dialog z ego. Odkrywają gwiezdne korzenie, ale także ścieżkę tu i teraz, na Ziemi. Pojawia się rozumienie dawnych tęsknot i cechującej niezwykłej wrażliwości. Tym, co się w nich budzi, pragną się dzielić z innymi. Niosą w sercach światło, które opromienia świat.
Siłę czerpią ze źródła, a przewodnikiem staje się dusza. Zwą ich gwiezdnymi dziećmi lub anielskimi posłańcami. Odnajdują się wzajemnie i cieszą z takich spotkań. O tym właśnie traktuje opowieść Joanny Malinowskiej. Jej nieco baśniowa forma przemawia lepiej niż niejeden filozoficzny elaborat, poruszając głęboko ukryte w nas struny. Niech zabrzmi więc ta świetlista muzyka, a jej dźwięki pomogą nam odnaleźć własną drogę oraz cel tu i teraz. Przypomnę państwu tytuł: „Gwiezdne dzieci”. Autor Joanna Malinowska, wydawca New Space. Tak, proszę państwa, to już koniec polecanek z pogranicza. Przypomnę oczywiście adres: Nieznany.pl.
Otwieracie państwo tę stronę i naprawdę bogactwo książek. A teraz zapraszam na sentymentalnik. Dzisiaj z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o systemie kaucyjnym i zbieraniu surowców wtórnych w PRL-u. Chociaż nie tylko o tym. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Sentymentalnik czas zacząć. A dzisiaj, proszę państwa, będzie sentymentalnik, który tak się zastanawiam, czy on do końca jest sentymentalnikiem, bo całkiem niedawno jedyna władza, która jest słuszna, wprowadziła system kaucyjny. Proszę państwa, to odkrycie na skalę europejską. Możemy teraz spokojnie zbierać butelki i szklane, i plastikowe, i gromadzić się, i prowadzić życie towarzyskie przy butelkomatach.
Okazuje się jednak, że system kaucyjny to nie jest wynalazek współczesny. Ten system istniał w zupełnie innej formie i może nie był tak zautomatyzowany, ten system istniał również w PRL-u. I o tym właśnie będziemy dzisiaj rozmawiać, a będę rozmawiał z Arturem Wójtowiczem. Dzień dobry wieczór.
[01:47:37] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:47:39] - I oczywiście z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:47:43] - Dzień dobry wieczór wszystkim. Witam.
[01:47:45] - Panowie. Ten obecny system kaucyjny, jak państwo zresztą słyszeli, wzbudza spore emocje. I tak jak powiedziałem, już w PRL-u mieliśmy namiastki systemu kaucyjnego. W PRL-u zbierano różne rzeczy, zbierano butelki po różnych napojach i różnych trunkach i nie tylko trunkach w dodatku, zbierano makulaturę, zbierano szmaty. Panowie, ile wy pamiętacie i co pamiętacie? Jak wyglądało życie w epoce, która nie miała co prawda opakowań PET, ale za to miała rozbudowany system zbieractwa wszelakiego. Arturze, co ty pamiętasz?
[01:48:37] - Ja nie ukrywam, że rozmowa o systemie kaucyjnym to dla mnie jest taka podróż w czasie. Chociaż tak jak ty powiedziałeś, że w tej chwili mamy to samo, to wydaje mi się, że wtedy było mimo wszystko normalniej, bo w chwili obecnej, jak słyszę, że rząd zamierza zrobić tak, że skarbówka się dobierze do zbieraczy butelek, ponieważ to nie jest ich przychód, bo nie oddają swoich butelek albo chcą zalegalizować żebractwo jako zawód, od których trzeba będzie ZUS płacić, to mi się włosy na głowie jeżą, bo ja pamiętam tamte czasy, bo w czasach PRL-u recykling w ogóle nie był jakimś takim, bym powiedział, modnym hasłem albo nie było jakiejś jako takiej ekologicznej strategii państwa. Zwłaszcza jak ja pochodzę z Płocka, gdzie była petrochemia i wszystko waliła do Wisły. Wolała płacić kary niż ten. Ale w epoce przed tymi opakowaniami PET każda butelka praktycznie, bym powiedział, była szklana i ona była wielokrotnego użytku. Kiedy się kupowało oranżadę, mleko, piwo czy wodę mineralną, to oczywiście płaciło się za kaucję. Ja pamiętam, jak się szło kupić oranżadę w sklepie, to zawsze byłaAlbo na miejscu, albo na wynos. I wtedy się stało przed tym sklepem i piło się tą oranżadę i się butelkę zwracało. To też są bardzo ciekawe wspomnienia. Albo ja mam z tym bardzo ciekawe wspomnienia, bo najpierw, kiedy było normalnie, można było te butelki oddawać.
Potem ta pani patrzyła przykładowo, czy któraś nie jest wyszczerbiona. Jak była z lepsza wyszczerbiona, to już w ogóle nie chcieli jej przyjmować. Co mnie zresztą dziwiło, że niby co, łatwiej jest wyprodukować nową butelkę niż przetopić starą? Nie wiem, ale oczywiście wydaje mi się, że w każdym mieście były jakieś takie skupy surowców wtórnych, takie, bym powiedział, małe centra zarobków, bo dla dzieci, dla młodzieży to bardzo często była taka okazja do zdobycia własnych pieniędzy, bo się wtedy chodziło, zbierało makulaturę, zbierało się butelki, złom, szmaty czy nawet czasami był skup kości zwierzęcych z tego, co kojarzę. Dzisiaj troszeczkę to brzmi tak, jakbym powiedział egzotycznie, ale to było w latach 70., 80. całkowicie normalne. Też na przykład pamiętam, jak u mnie na początku ulicy stał taki stary barak i tam można było sprzedawać szmaty na kilogramy albo makulaturę. Ja oczywiście trochę kantowałem i jak tę makulaturę sprzedawałem, to maczałem w wodzie tą najniższą warstwę, bo wtedy było to troszeczkę cięższe oczywiście, a co za tym szło, mogłem zawyżyć troszkę wagę. Natomiast jeśli chodzi o skup butelek, to pamiętam, że butelki od octu i butelki od wódki były takie same. Różniły się tylko plakietkami.
Z tym, że butelki od wódki przyjmowano, natomiast od octu bodajże nie albo odwrotnie, nie pamiętam. Nie zmienia to postaci rzeczy. Wtedy się siedziało w łazience, zmywało te plakietki i się sprzedawało, bo butelka była butelka. Ja pamiętam, że na działkach czasami chodziłem i różne takie butelki zbierałem i można było sobie fajnie wtedy zarobić. Szmaty też oczywiście miały swoją cenę. Dzisiaj te szmaty różnej maści trafiają albo do kontenerów, albo na śmietnik. A w czasach PRL-u to też był surowiec. Przyjmowano do skupu stare prześcieradła, jakieś zniszczone ubrania, jakieś kawałki materiałów, jakieś szmaty bawełniane. To później było gdzieś tam przerabiane w przemyśle. Powiem szczerze wam, że świat bez PET-ów był jednocześnie takim światem, w którym przedmioty wydaje mi się, że miały dłuższe życie, bo wtedy rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało.
Pęknięty czajnik naprawiano, buty oddawano do szewca, parasole się reperowano. Ja nie wiem, czy ktoś w tej chwili z młodych ludzi wie, kto to jest w ogóle kaletnik na przykład. I w wielu domach, jak nie było nic w sklepach, to istniało takie przekonanie, że to gdzieś tam jeszcze może się przydać. I takie chomikowanie właśnie wydaje mi się, że się wzięło z czasów komuny. Potem właśnie nadeszły te PET-y i na początku lat 90. te plastikowe butelki zaczęły wypierać szkło. Dla konsumentów oczywiście niby to było wygodne, było lekkie, nie tłukły się, łatwo było je transportować, ale wtedy automatycznie zaczęły znikać te skupy butelek z tego, co pamiętam. Wydaje mi się, że ja bardzo lubię na przykład piwo w takiej butelce, małym takim grubasku, które miało pojemność 0,33. Nie półlitrowe piwo, tylko takie małe, bo to jest takie piwo mojego dzieciństwa. Oczywiście ja wtedy tego piwa nie piłem, ale widziałem, jak ludzie stali pod budką z piwem i takie piwo właśnie pili.
U mnie akurat był Kasztelan w Płocku. Potem Kasztelana długo nie było, a w chwili obecnej wiem, że też takie butelki, takie beczułki, takie grubaski chyba Łomża Browar ma czy jakieś inne też takie butelki mają. I to powiem wam szczerze, że dla mnie osobiście PRL pachnie taką oranżadą w szklanej butelce, jakimiś takimi gazetami, które się niosło do skupu, jakimś takim charakterystycznym dźwiękiem tych butelek w skrzynce, które się oddawało. Na pewno to nie był jakiś idealny system, ale miał jedną cechę, której dzisiaj często bym powiedział brakuje, bo większość rzeczy była projektowana z myślą, że weźmie się to ponownie wykorzysta. Dziś projektuje się tylko po prostu na wyrzucenie. Więc paradoksalnie, zanim świat nauczył się mówić o ekologii, to mi się wydaje, że taki zwykły, przeciętny zjadacz chleba w PRL-u ten recykling to chyba niemal codziennie uprawiał. Nie dlatego wcale, żeby ratować planetę, tylko po prostu tak wyglądało życie w tych czasach, gdy każda gazeta, każda butelka czy każdy kawałek materiału to był żywy pieniądz i miał swoją wartość.
[01:54:29] - Te butelki 0,33 do piwa uwiecznione zostały chociażby w takim filmie jak „Nie lubię poniedziałku”. Tam też budka z piwem i to właśnie z tym takim piwem w małych butelkach była ważnym elementem krajobrazu. Piotrze, ty byłeś na granicy epok, czyli PRL-u i III Rzeczpospolitej. Czy ty coś w ogóle pamiętasz z systemu kaucyjnego w PRL-u? Obserwowałeś to jako dziecko? Czy coś zapamiętałeś?
[01:55:10] - Bardzo dużo pamiętam, bo on przetrwał i to trwał bardzo długo. Zaraz o nim powiem. Wpierw o butelkach. U nas się mówi o bączki i one były swego czasu, już jak ja byłem taki świadomy, że jest coś takiego jak bron, to u nas one były rzadkie. Dopiero się potem pojawiły. Trochę były. Był browar w Częstochowie, Kmicic najlepszy i tam były, natomiast tak nie szło tego dostać. One dopiero gdzieś późno znowu się pojawiły. Co do tego życia na krawędzi systemu kaucyjnego, to ja pamiętam z tego okresu bardzo dzisiaj powiedziałbym wstydliwą rzecz, bo to tak trochę zalatuje trzecim światem
[01:55:52] - Ale ja pamiętam jako dziecko, że kiedy odwiedzało się różnych ludzi, to oni mieli na przykład na segmentach ustawione puszki albo butelki, albo kartoniki na przykład po bardziej kapitalistycznych napojach. Oczywiście też jako kilkulatek coś takiego zbierałem, bo skoro wszyscy mieli, to czemu ja miałbym nie mieć? Ale to szybko poszło do kosza. Wiadomo, że śmierdzi jak jest puste. Nie było tam oczywiście puszek po wiecie czym, bo jeszcze jako dziecko nie spożywałem takich rzeczy. Ja powiedziałem, że ten system przetrwał, bo on przetrwał w pewnym sensie. Nie wiem, jak to wyglądało w innych rejonach. Ja to mówię z perspektywy tutejszej i ona jest trochę inna, bo mieliśmy pod ręką bardzo dobrze prosperujące zakłady produkujące napoje i wodę mineralną i niemal w większości sklepów można było wymienić sobie duże opakowania szklane. Dzisiaj już takiej rzeczy nie robią. Ja to jeszcze gdzieś widziałem w Kauflandzie chyba.
To wygląda po prostu jak duża butelka. Dzisiaj wodę mineralną się sprzedaje w takich butelkach dużych, szklanych niekiedy. To takie były napoje pomarańczowe czy inne. Były też rzeczywiście małe. Te małe się sprzedawało na kraty, na skrzynki i to było w ten sposób. To można było wymienić, prawda? I wtedy dawałeś pustą skrzynkę, brałeś pełną i płaciłeś za wodę na przykład. To był szczyt luksusu. Oczywiście można sobie było wziąć oranżadę i to był dopiero szczyt luksusu. Ten system wymiany przetrwał bardzo, bardzo długo.
Ja szczerze wam powiem, że ja nie wiem, czy nawet gdyby się teraz poszło do niektórych sklepów, ale dosłownie pojedynczych, takich, które jeszcze nie są sieciowe, czy nie można byłoby czegoś takiego jeszcze kupić. Poza tym przez bardzo długi czas i to jeszcze względnie niedawno sklepy niektóre kupowały butelki. Sklepy kupowały butelki po na przykład browarze. Tylko to były jeszcze te czasy, to było dosłownie kilka, może kilkanaście lat wstecz, kiedy te butelki nie były tak zróżnicowane, bo teraz to w sumie każdy producent ma swoją butelkę i ona się czymś cechuje i w większości ich nie chcą kupować. Ale dawniej było tak, że te butelki w zasadzie albo miały jeden, albo dwa kroje, style. Nie będę wymieniał producentów, bo one się trochę różniły te butelki w zależności od producenta, ale były po prostu albo trochę wyższe i węższe u góry, albo takie w starym stylu, prawda? I to kupowano. I muszę powiedzieć, że taka butelka była droga jeszcze kilka lat temu. Pamiętam, że ona potrafiła kosztować naprawdę bardzo dużo. Zresztą dzisiaj nawet jak idziecie do Biedry, to też można sobie wymienić butelki.
Wielokrotnie byłem świadkiem czegoś takiego, że ktoś zostawiał butelki, chociaż oni za bardzo nie chcą, bo wiadomo, że się trzeba z tym tarabanić. To jest jedno. Kupowano też butelki i one też były bardzo drogie. Powiem wprost: z jaboli. Tylko że tak. Jabola trzeba było mieć skądś. Wypić i sprzedać to nie, bo by się nie zarobiło. I to już było trudniejsze. Bo jeszcze w PRL-u, kiedy ludzie spożywali wino marki Wino i ono nie miało tak złej sławy jako napój dla menela, to więcej tego było. A potem to już tak naprawdę tylko tam, gdzie siedział jakiś spożywacz, można było tą butelkę znaleźć.
Teraz nawet nie wiem, czy coś takiego jak jabol funkcjonuje, czy jest już w folii w 100%. Kupowano też oczywiście po wiadomo czym, Białej Damie butelki też w okresie, kiedy one były jeszcze jednego stylu, ale potem to się wszystko radykalnie zmieniło. Teraz w sumie każdy producent ma swoją tłoczoną butelkę i nawet nie wiem-- znaczy podejrzewam, że jeszcze te browary mogą kupować niektórzy, dlatego że bardziej się to opłaci producentom, kiedy sobie wleją coś takiego. Pamiętajmy, że oni czasami sprzedają też taki asortyment na na przykład festyny. I te butelki już też nie są takie ładne zawsze. Nie wiem, ja mam takie wrażenie. To chyba zależy od hurtowni. Trzeba by się kogoś zapytać. Dobra, to jest jedna rzecz. Kupowanie, sprzedawanie innych rzeczy.
Pamiętam, że po wsi jeździł, u nas się na to mówiło tak po regionalnemu smotek, czyli ktoś, kto kupował szmaty, stare ciuchy. Nie wiem, jak pamiętacie „Noce i dnie”, to tam też jeździł Szymszel i on krzyczał: „Stare łańcuchy” i tak dalej. To było coś takiego. Tylko że już nie Szymszel jeździł, tylko jakiś typ Roburem czy tam Karpanem. Pamiętam go, ale wiem tylko tyle, że jeździł. Wiem, że coś tam kupował. Czy to w ogóle mu się opłacało, to nie mam pojęcia. Funkcjonowały jeszcze skupy innych rzeczy i one funkcjonują w sumie do tej pory tylko na niektórych obszarach. Oczywiście nie muszę mówić, że owoce. Owoce się nie liczą, bo to jest norma.
Ale funkcjonowały skupy oczywiście grzybów, funkcjonują nadal. Funkcjonowały skupy i funkcjonują poroża, szyszek nawet, jagód. To wiadomo, jest cały czas. Także było coś takiego jak ten system kaucyjny, tylko że ograniczało się nie do petów, a do szkła. Szkła, które potem wskutek przemian na rynku zaczęło się troszkę zmieniać i każdy producent chciał miećswoją butelkę tłoczoną, specjalnie oznaczoną i to chyba zabiło ten system. Nie jestem pewien, czy oni jeszcze kupują, ale skoro można wymieniać butelki w Biedrze, to znaczy, że tak. Nie wiem, czy kupują, ale podejrzewam, że gdzieś jakiś ledwo działający rynek może jeszcze istnieć, bo oni przecież muszą skądś te butelki brać. To jest jedna rzecz. Co mi jeszcze tutaj? Coś miałem na rzeczy, ale holender zapomniałem.
Oczywiście mleko, ale to z mlekiem to ponieważ mało go spożywałem jako dziecko, to nie mogę wiele powiedzieć. Ale nim sobie przypomnę, to Marku, może ty nam teraz opowiesz, jak to w Bydgoszczy wyglądało?
[02:02:40] - Myślę, że to wyglądało bardzo podobnie co do niektórych spraw w całej Polsce, ponieważ ja przez rok, z racji różnych swoich turbulencji, powiedzmy to, uczniowsko-szkolnych, musiałem pracować, więc przez rok byłem mleczarzem i to mleczarzem nocnym, więc doskonale wiem, jak to wyglądało z butelkami. Ja jeszcze pamiętam czasy, bo mleczarze działali w ten sposób, że wystawiało się butelkę przed drzwi. Przychodził mleczarz, zamieniał butelkę pustą na pełną, pustą zabierał i tak to funkcjonowało. To też był rodzaj jednak wymiany. Butelka była wielorazowego użytku, a co w niej było, to tak naprawdę można było poznać po kapselku. Kapselek żółty albo żółty paskowany to było to mleko pełne, natomiast kapselek srebrny to było mleko niepełne. Tak to sobie powiedzmy, chude. Bardzo podobne w kształcie były butelki po śmietanie czy do śmietany. One były w różnych kolorach. To było białe szkło, a czasami było ciemne, takie brązowe.
Ale śmietana też miała kapselki. Odpowiednio były te kapselki też oznaczane. Już kolorów nie pamiętam. Wiem, że maślanka w butelkach była z kolorem kapselka niebieskim, więc tego było dosyć sporo i to wszystko jakoś się dało. Jedną rzecz tylko powiem znowu jako doświadczony mleczarz. W PRL-u zmienił się w pewnym momencie kształt butelki. Kształt butelki w latach 60. był zupełnie inny niż kształt butelki w latach 70. i 80. Ona troszeczkę wysmuklała ta butelka.
Przedtem była bardziej pękata. Nie będę państwu opisywał, jak wyglądała butelka, bo to może nie najważniejsze. Sam fakt się liczy, że tam również następowały zmiany. One funkcjonowały przez jakiś czas równolegle. Później te grubsze, bardziej pękate butelki gdzieś po prostu zniknęły. To jeśli chodzi o mleko i przetwory mleczne. Natomiast jeśli chodzi o półlitrówki, bo tak naprawdę w skupach butelek to głównie się liczyło. Jak ktoś potrafił przynieść dużo półlitrówek, to zarabiał. I pamiętam takie czasy, kiedy za półlitrówkę płaciło się trzy złote. To oczywiście jest kwota zawieszona w próżni, bo kto wie, jakie wtedy były pensje.
Ja już dzisiaj z trudem to odtwarzam, ale za butelkę półlitrówkę, taką typowo po Żytniej z taką pękatą szyjką, to było trzy złote. Ale były też butelki i to był drugi rodzaj i innych nie było. Takie kwadratowe po różnych winiakach albo tam było Złota Jesień, to calvados był i ona miała przekrój kwadratowy. I to była mniej cenna butelka, bo ona chodziła w skupie za złotówkę. Ważne było, że do skupu trzeba było zanieść butelkę bez kapselka i bez obrączki. Wiadomo, że jak się butelkę otwiera, to zostaje ta obrączka na tym gwincie. Ta butelka nie mogła tej obrączki mieć. Trzeba ją było pracowicie zdjąć. To była pewna praca, którą należało wykonać, ale później za to była kasa. To jeśli chodzi o alkohole mocne.
Natomiast było też piwo i z tym piwem to było tak, że z tego, jak ja pamiętam, ale z lat 80. funkcjonowały trzy rodzaje butelek. Takie, które dzieliły kształt z butelkami po oleju. Takie bardziej pełne. Dzisiaj spora część browarów takich butelek używa półlitrowych. Były butelki smukłe. One były takie... Zostańmy przy słowie smukłe. Nie będę znowu opisywał. I były te 0,33.
Tam była rzecz ważna, bo znawcy czy powiedzmy koneserzy piwa bardzo uważali, żeby nie kupić piwa w zielonej butelce. Wtedy to się liczyło. Wtedy butelka musiała być brązowa. Nie wiem. Wiecie państwo, w tej chwili łapię się na tym, że trochę chyba o czymś zapomniałem. Inaczej. Było rozróżnienie brązowa i zielona butelka. Ale która była która? Któraś była bardziej po oleju, a któraś była po piwie i którejś nie należało kupować piwa w tym kolorze. Jakoś mi się zatarło, więc wybaczcie państwo.
To widocznie postępy jakiejś tam neurodegradacji. To jeśli chodzi o piwo, to mniej więcej tak wyglądało. Cóż. I rzeczywiście było w ten sposób, że właściwie można było butelkę kupić w Bydgoszczy i sprzedać ją w Katowicach. I to nie był żaden problem. Sprzedać czy też oddać. Natomiast no cóż, dzisiaj bywa różnie. Tak jak z biletami. Kiedyś jak się kupiło bilet w Bydgoszczy autobusowy, to można nim było jeździć również na Śląsku i w Warszawie. Dzisiaj te rzeczy nie przejdą.Ale to przykład niezwiązany z recyklingiem.
Chciałbym jeszcze powiedzieć o tym, że owszem, szmaty zbierano, kręcił się po bloku pan, który raz na miesiąc zbierał do wora chleb dla konia. Suchy chleb. Właściwie on nie mówił, tak jak w sławnym serialu, że zbiera chleb dla konia. On zbierał po prostu suchy chleb. Domyślnie było, że dla zwierząt gospodarskich albo coś takiego. W każdym razie zbierał ten chleb. Zresztą z tego, co pamiętam, suchy chleb można też było sprzedać, ale to już mi się prawie zaciera. Co jeszcze chciałbym powiedzieć? Otóż wtedy funkcjonowały butelki, które dzisiaj czasami też funkcjonują w wydaniu piwnym. Wtedy funkcjonowały w wydaniu oranżadowym, że tak się wyrażę, czyli butelki, to jest chyba typ niemiecki, z fikuśnym urządzeniem, które zamyka tę butelkę i ma porcelanowy korek.
Dzisiaj te korki są w większości przypadków plastikowe, ale wtedy, jeszcze w PRL-u on był porcelanowy, może porcelitowy bardziej. Odpowiednia uszczeleczka i oranżada była jak się patrzy. To też było ważne i tu któryś z was wspominał o tym, że wchodziło się do sklepu jak jaśnie pan i mówiło się, że oranżadę na miejscu, czyli wiadomo, nie doliczamy kaucji. Piękne czasy, jak ja sobie przypominam wtedy panisko to był ktoś taki, kto przed sklepem wspólnie z kolegami zbierał 20-groszówki i 10-groszówki, żeby starczyło na jedną oranżadę na miejscu i piło się ją we trzech albo czterech. Ona chyba właściwie lepiej smakowała jak była taka współdzielona, że się wyrażę. I tak to wyglądało. Czy tęsknię za tym? Sam nie wiem. Ale rzeczywiście mówiliście o tym, że czasy PRL-u, które dzisiaj wydają się łupieżcze i dosyć okrutne, co jest prawdą, w sensie na przykład zanieczyszczenia środowiska i tego, jak traktowano rzeki, powiedział o tym Artur. Ale w ogóle jak traktowano przyrodę.
Ale jeśli chodzi o surowce wtórne, to chyba jednak nie z powodu ochrony przyrody, a bardziej z tego, że to była biedna gospodarka i musiała te surowce troszeczkę oszczędzać, to właśnie oszczędzano w ten sposób systemem kaucyjnym, systemem skupu. I to funkcjonowało ku uciesze bardzo młodych ludzi, tak jak ja, ale też ludzi starszych. To gdzieś było w stałym obrocie. Jeszcze taka mi się anegdota na koniec przypomniała. To nie były surowce wtórne, ale byli też pomysłowi nauczyciele. Nasz pan od zajęć praktyczno-technicznych wpadł w pewnym momencie na pomysł, że będziemy budować różne obiekty, głównie statki i okręty z patyczków po lodach. I wyobraźcie sobie państwo całe osiedle, na którym mieszkałem, 30-tysięczne osiedle, więc całkiem spore. O ile było tak w PRL-u, że te patyczki walały się wszędzie, po wszystkich trawnikach, wszędzie, to jak pan wymyślił budowanie łodzi z patyczków, tak całe osiedle było wysprzątane. Patyczka nie było ani jednego. Po prostu absolutnie nie.
Ludzie stawali na głowach, żeby patyczki zdobyć. Jadali lody albo w ogóle kombinowali jak koń pod górkę. Ale Błonie, moje osiedle, było wysprzątane co do patyczka.
[02:11:51] - Tak, też mam taki epizod, że tak powiem, ale akurat z budowaniem chałupki z takich patyków. I muszę powiedzieć, że to była super zabawa w szkole. Powiedziałeś o tych trunkach, które miały specjalne opakowania, specjalne butelki, pojemniki od tych na mleko po te na napoje wyskokowe. Arturze, rzeczywiście było tak, że niektóre butelki były cenniejsze od innych. Inne z kolei praktycznie zniknęły. Jak wyglądają twoje wspomnienia związane właśnie z takimi fikuśniejszymi opakowaniami albo takimi, których się dzisiaj nie spotyka? Opakowanie, którego się dzisiaj nie spotyka, to na przykład ja pamiętam opakowania po pierwszych jogurtach. Też wyglądały dość typowo. Dzisiaj już takich nie ma. Z dość miękkiego plastiku one były w formie, która też dzisiaj nie występuje.
[02:12:48] - Już nie wspomnę, wiesz, Piotrze, o cytronetach. One były marzeniem dla mnie po prostu. Cytronety, które były badziewiem, bo to była woda farbowana, ale to były cytronety. Ale wiesz, tutaj Marek powiedział o tych butelkach po mleku. Jeśli ty już wspomniałeś „Nie lubię poniedziałku”, to oczywiście mleko też kojarzy mi się z filmem „Nie lubię poniedziałku” i z filmem „Alternatywy 4”, jak tam ukradła Walcerkowa tę butelkę mleka. Ale wiesz co? Wydaje mi się, że to były chyba najbardziej takie charakterystyczne szklane butelki. One miały albo pół litra, albo litr. Były wykonane z takiego grubego szkła i tam na górze był taki cienki kapsel, tak jak już wspomniałeś. Srebrny kapsel jeżeli był, to było to mleko.
Złoty, z tego, co pamiętam, kapsel to była to śmietana.
[02:13:35] - Nie, tu się fachowiec musi odezwać. Złote albo złote ze srebrnym paskiem to było mleko pełne. Śmietana była w pełni złota, ale taki inny kolor złoty.
[02:13:47] - Tak, ale mi się wydaje, że inny pasek miało mleko tłuste, inne półtłuste.
[02:13:52] - Nie. Tłuste było złote ze srebrnym paskiem, a chude, czyli to nietłuste było srebrny kapselek.
[02:14:02] - Możliwe. To już pamięć mnie, widzę, zawodzi. Ale kefir czy maślanka też miały inne te kolory.
[02:14:09] - Być może było różnie w różnych częściach kraju. Tego nie wykluczam.
[02:14:13] - Ja pamiętam, że u mnie było tak, że mleko w ogóle zawsze miało srebrny, natomiast tam były paski. Tam był na jednym chyba niebieski pasek, na drugim zielony pasek. Z tego, co ja pamiętam jako dziecko, jakoś tak to było. Ale to tak jak mówisz, być może w różnych częściach Polski różnie to było oznaczane, a może mleczarnia sobie to inaczej oznaczała? Nie wiem. Natomiast chodzi mi o to, że zawsze pod sklepami spożywczymi z rana ustawiały się kolejki z pustymi butelkami, bo wtedy można było kupić nawet świeże mleko. To, co mi się podoba, na przykład jak jeździłem do Austrii czy do Niemiec, chyba w Polsce też widziałem gdzieś tam w górach taki mlekomat, że mogłeś sobie podjechać z butelką po mleku i nabrać mleko obecnie. Ale dla wielu osób charakterystyczny był taki stukot, bo te butelki to jedno, ale te skrzynki były takie druciane wtedy, takie metalowe siatki. I to chyba jest jedno z moich najmocniejszych wspomnień dzieciństwa. Dodatkowo jest jeszcze kwestia tej oranżady, która miała te swoje własne masywne butelki, często nawet grubsze.
I to jest też ciekawe, że wtedy po wypiciu nikt tego nie wyrzucał, bo wartość kaucji była na tyle odczuwalna, że te butelki chyba automatycznie do sklepu wracały. Ciekawe były też butelki po polo kokcie, po różnych wodach mineralnych, bo to była taka długa, wąska po tej wodzie mineralnej czy po tonikach, czy po jakichś tam napojach owocowych. I to było fajne, że te butelki mogły wiecznie krążyć między rozlewnią a klientami przez kilka albo kilkanaście nawet cykli. Królem systemu zwrotnego to było piwo, bo to była ta klasyczna brązowa butelka, która miała pół litra albo te grubaski, bączki, jak Piotrek mówi, które miały po 0,33. To chyba był niemal standard wszystkich browarów. Zresztą jeszcze w latach 90. z tego, co pamiętam, wiele osób zbierało takie porzucone butelki po piwie, bo wtedy można było za nie otrzymać nawet dosyć, powiedziałbym, całkowity zwrot gotówki. Jeśli chodzi o te butelki po wódce albo po jakichś tam mocniejszych alkoholach, tych winach patykiem pisanych, to tutaj nie byli alkoholicy, tam byli smakosze. Pod budkami siedzieli smakosze. Ale ta sytuacja była bardziej wyjątkowa, bo niektóre zakłady alkoholowe miały własne wzory butelek.
Inna była butelka od żytniej, inna od wyborowej, inna od luksusowej, jeszcze inna od żołądkowej gorzkiej. W tej chwili też niektóre butelki są kompletnie inne. Niektóre trafiały oczywiście, tak jak mówiłem, że identyczna była butelka po occie i po wódce żytniej. Ale powiem wam szczerze, że starsi sprzedawcy potrafili producenta w ogóle rozpoznać po samym kształcie szyjki butelki. Bo to też było ciekawe. W ogóle osobną kategorią były butelki po winach albo te słynne, jak to się mówiło, że patykiem pisane, bo to były takie smukłe butelki. One bardzo często były nazywane takimi patykami. One były jeszcze długo po, wydaje mi się, '89 roku i wiele sklepów spożywczych przyjmowało oddzielnie te butelki. To też jest ciekawe. Niektóre były bardziej cenione niż zwykłe butelki po piwie, dlatego że trudno było je pozyskać.
Ale wiecie co? Te wszystkie napoje to jest jedna rzecz, ale ja mam w głowie technologię, która chyba praktycznie niemal zaniknęła, a u mnie na parapecie w kuchni króluje. Bo ja sobie kuchnię zrobiłem rustykalnie, tam mam sierp tatowy, tam mam do prania taką tarkę i różne inne rzeczy. I na parapecie mam właśnie syfony, bo to był chyba prawdziwy fenomen, te syfony domowe. Teraz to nie te syfony. Teraz to jakieś plastikowe popierdółki, ale wtedy były takie fajne, masywne, szklane i takich kilka mam na pamiątkę jeszcze z tamtych lat. Takie ciężkie, metalowe, które były ładowane nabojami dwutlenku węgla i wymieniano nie tylko naboje, ale często również całe pojemniki. Niektóre w ogóle miały takie miejsce, gdzie można było naboje brać, a ja mam jeszcze takie, które nie miały, bo jeszcze starsze. Myślę, że dla młodszych pokoleń to brzmi w ogóle jak jakaś egzotyka. Postrachem kuchni wydaje mi się, że to były też butelki po occie, bo problem polegał na tym, że one właśnie tak jak powiedziałem, wyglądały bardzo podobnie do butelek po wódce i tylko różniła je etykieta.
Wydaje mi się, że chyba, nawet nie wiem, czy nie stąd, że butelka po wódce i butelka po occie były takie same. Nie wiem, czy nie stąd wzięło się jedno ze słynnych wspomnień ze schyłku PRL-u, że zawsze mówiono, że były półki pełne octu. Tak naprawdę czort wie, co na tych półkach było, skoro naród rozpijany też na swój sposób. Wydaje mi się, że wielu kojarzy ten system zwrotny wyłącznie z PRL-em, ale on długo po '89 trwał. I jeszcze wydaje mi się, że na początku XXI wieku w wielu miejscowościach były takie skupy butelek po piwie czy po wodzie mineralnej, czy po różnych napojach gazowanych. Dlaczego to działało? Chyba tylko dlatego, że cały klucz tego i clue tego programu tkwiło w prostocie. Polska nie mogła sobie pozwolić na wywalanie wszystkiego. Trzeba było coś wyprodukować, co będzie ponownie używane. Butelka wtedy nie była odpadem, ale ona była częścią produktu i producent zakładał, że ta butelka i tak do niego wróci.A dzisiaj wszyscy się dziwią i słuchają opowieści jak świnia grzmotu, że współczesny system kaucyjny jest w pewnym sensie powrotem do rozwiązań, które były znane naszym dziadkom czy naszym rodzicom.
Tak naprawdę dawniej wystarczył sklep osiedlowy, skrzynka pełna szkła i pani ekspedientka, która potrafiła ocenić wszystko -- czy dana butelka jest uszczerbiona, czy nieuszczerbiona i czy nadaje się do zwrotu. I w tym tkwiła tajemnica recyklingu PRL-u, mi się wydaje.
[02:20:49] - O systemie mlecznym już powiedzieliśmy, o tym, że odziedziczony po PRL-u system kaucyjny przetrwał też. Nie powiedzieliśmy o niektórych zapomnianych typach butelek czy opakowań szklanych, bo one też funkcjonowały. Mi się wydaje, że takim egzotycznym opakowaniem było opakowanie po oleju. Nie przypominam sobie, abym gdzieś takie widział po latach. One musiały szybko lądować w śmieciach, wiadomo z jakich powodów. Były też inne opakowania po kosmetykach na przykład. I mieliśmy chociażby Coca-Colę jeszcze. Tą Coca-Colę wspominam w ten sposób, że -- nie wiem, czy też tak macie -- ale mnie się wydaje, że tamte napoje były trochę inne. Nie mówię o wodzie mineralnej i reszcie. One były mocno gazowane, na pewno były tak gazowane, że te dzisiejsze się nie umywają, bo oszczędzają na dwutlenku węgla.
Ale mam wrażenie, że kiedyś, wiadomo, nie było tego, było to coś droższego, ale kiedy się piło tę Colę wtedy, Coca-Colę, to ona była inna. Dużo była inna, znacznie się różniła od tego, co dostajemy dzisiaj. Ja na przykład parę razy zrobiłem taki eksperyment teraz, że kupiłem sobie tą w szkle. To nie jest to. Ja mam wrażenie, że ona nie tylko była mocniej nabuzowana dwutlenkiem węgla, ale też smak był zupełnie inny. Może mi się tak wydaje, bo się kubki smakowe zmieniły, ale za dużo ludzi mówi, że to jednak smakowało inaczej. Marku, dodałbyś coś jeszcze do tych naszych dzisiejszych rozważań na temat systemu butelkowego i nie tylko?
[02:22:36] - Oczywiście, że bym dodał. Po pierwsze zacznę od tego, że wspomniałeś o Coca-Coli. Byłeś w tym regionie Polski, w którym Coca-Cola była, a ja byłem w innym regionie, w którym była Pepsi-Cola, bo nie wiem, czy państwo to wiedzą albo pamiętają, ale Polska była wtedy przedzielona. Nie pierwszy i pewno nie ostatni raz. Była część coca-colowa i była część pepsi-colowa. W pepsi-colowej części cuda były, proszę państwa, bo były na przykład wielkie szklane butelki litrowe albo nawet dwulitrowe. Tu nie jestem w stanie wrócić pamięcią, ale duże, wielkie butle z Pepsi-Colą używałem jak najbardziej. Były oczywiście te mniejsze szklane butelki. W ogóle wszystko było w szkle i Pepsi i Coca-Cola były w szkle. Żeby się napić Coca-Coli, jeździłem do Warszawy.
Może nie tylko po to, ale przy okazji. Ciekawe było też to, że żeby zjeść jogurt, to ja, mieszkaniec Bydgoszczy, musiałem jechać do Warszawy. Pierwsze co robiłem, kiedy wysiadałem na dworcu Warszawa Centralna, to kicałem do jakiegoś sklepu spożywczego, żeby kupić jogurt. Z dzisiejszej perspektywy on był ohydny, bo to był jogurt, owoce wszelkie tam były wmieszane. Ale i tak sam fakt, że był jogurt, którego w Bydgoszczy na przykład nie było. Był kefir, były inne przetwory mleczne, ale jogurtu nie było. Tak funkcjonował PRL. Co ważne, wielkie koncerny, które wtedy udzieliły licencji, pracowały na opakowaniach szklanych, na żadnych tam petach. Cóż, jeszcze Artur wspomniał o syfonach. Ja pamiętam te syfony z nabojami z dwutlenkiem węgla, ale to był bajer.
Owszem, to było wygodne. Natomiast i wtedy i właściwie dzisiaj, jak ktoś miał szklaną butlę, którą kicał do najbliższego miejsca, w którym napełniano te syfony, to był szczęśliwcem. Ja do dzisiaj pamiętam, że jakoś wywalczyłem ze swoją mamą, że mieliśmy w domu trzy syfony, takie właśnie starego typu szklane butelki z rurką i z odpowiednim aparacikiem u góry. Problem polegał na tym, że jak się niosło puste, to było wszystko w porządku. Jak się niosło pełne, to już jako dzieciak mi było ciężko nieść trzy, więc zabierałem siostry. O co chodziło? Szło się do tej syfoniarni, bo tak to nazywaliśmy i zamawiało się, że jeden syfon ma być napełniony żółtą, tym czymś żółtym, tą wodą sodową z sokiem żółtym, drugi z czerwonym, a trzeci ma być czysty. I to był, proszę państwa, bajer. Znacznie lepszy bajer niż te syfony z nabojami. Dlaczego?
I znowu jest kwestia gazu. Jakoś w PRL-u tego gazu nie żałowano i syfoniarnie również gazu nie żałowały. A to, co było w naboju, takie miałem wtedy wrażenie, że owszem, woda była gazowana
[02:26:11] - Ale jakoś tak mniej. Ta z tej przysłowiowej syfoniarni nabita była dwutlenkiem węgla tak, że po prostu język odpadał, jak się to piło. I o to właśnie tak naprawdę chodziło. Cóż, jeszcze miałem jedną uwagę dotyczącą piwa. To piwo też było podzielone regionalnie. Pewnych gatunków w pewnych miejscach nie było można dostać. Żeby wypić Żywca, to znowu jeździłem do Warszawy i to było pod koniec PRL-u. Był 1988 rok. W Bydgoszczy dostanie Żywca? Może był na przykład w Pewexie.
Może. Nie wiem, nie patrzyłem, kto by kupował wtedy piwo za dolary. Bez sensu. Więc żeby się napić Żywca, jechało się do Warszawy. Kilku innych gatunków też można się było napić w Warszawie. W Bydgoszczy wybór był ograniczony do miejscowego browaru. Całkiem niezłego zresztą. Może jeszcze jakieś okoliczne piwo było, ale ten wybór był bardziej niż skromny. Cóż, i to też była specyfika PRL-u, że niby było, ale nie wszystko. To też taki chyba ważny rys tamtej nie wiem, czy to gospodarki, czy tego sposobu handlowania.
Tam nikomu na niczym nie zależało. Mówię o sprzedawcach. Jeśli chodzi o klientów, to i owszem, ale ci klienci potrafili sobie radzić. Do dzisiaj pamiętam na przykład swojego podekscytowanego wuja, który gdzieś zdobył piwo. Do dzisiaj pamiętam nazwę, które się nazywało Radeberger. Gdzieś z NRT bodajże. I to był człowiek tak absolutnie rozanielony, że to piwo gdzieś zdobył od kogoś. Nie pamiętam od kogo, co, gdzie, jak. Ale to było wtedy polowanie i to polowanie, jeśli było udane, to człowiek zachowywał się jak rasowy łowca. Jak mu łowy wyszły, to był szczęśliwy, podekscytowany i w ogóle wszystko było piękne.
Ja wiem, że takie wspominanie PRL-u, że wszystko wtedy było piękne. Było może piękne, bo byliśmy młodzi, ale warto zdawać sobie sprawę, jak to wszystko było chore. A z drugiej strony jak człowiek coś zdobył, to był szczęśliwy. Jak upłynnił w punkcie skupu, to też był szczęśliwy. Jakoś łatwiej było po prostu wtedy o szczęście. Takie małe, bardzo skromne, ale było to szczęście. Dzisiaj w gospodarce dobrobytu, a w każdym razie gospodarce nadmiaru kupienie piwa nawet jakiegoś tam specjalnie ekstramarkowego, naprawdę to nie jest żadne osiągnięcie ani specjalnie nie ekscytuje nikogo.
[02:29:14] - Arturze, jakieś słowa podsumowania?
[02:29:16] - Ja jeszcze powiem taką jedną rzecz, że jak mówimy o kwestiach syfonów, to pewnie można by powiedzieć jeszcze, bo o tych tematach można by mówić masę. O saturatorach to też ciekawy temat, prawda?
[02:29:27] - Ach, no właśnie!
[02:29:29] - O saturatorach, gdzie się chodziło i się brało za złotówkę. Kupowało szklankę wody gazowanej a 1,50 zł z sokiem wtedy. Ale ta złotówka miała inną wartość wtedy, no nie? Tak samo mi się wydaje, że takimi cichymi bohaterami polskich kuchni na pewno były słoiki. Słoika nigdy w życiu nie wyrzucano. Nigdy nie był odpadem. On był myty i on się zawsze przydawał. Na weki na przykład. To jest chyba niemal zapomniany system. Wydaje mi się.
Wekowano wszystko: kompoty, mięsa, warzywa, przetwory na zimę, wszystko, co tylko się po prostu dało zawekować, no nie?
[02:30:09] - Ale Arturze, przepraszam. Do weków były specjalne słoiki.
[02:30:15] - Tak, gumką.
[02:30:15] - Specjalne gumki i specjalne sprężynki. Ale te zwykłe słoiki też były wykorzystywane.
[02:30:24] - Te zwykłe też były. Oczywiście były te do wekowania się specjalnie kupowało z tymi gumkami. Można było gumki dodatkowo dokupić i te druciaki takie, co na dwóch stronach się zamykało dekiel. To też jest ciekawe. Ale wiecie co? Oprócz tych wszystkich butelek podsumowując ten temat, to mnie po prostu do tych wszystkich butelek do kompletu ja bym jeszcze dodał siatki sznurkowe. Taką siatkę awangardę, która jest już dzisiaj zapomniana, a wtedy była po prostu kultowa, w której się te butelki nosiło. Powiem wam szczerze, że to był kompletnie inny świat. Te butelki po piwie, gdzie zbierano kapsle po piwie, gdzie były aluminiowe kapsle i drugie życie. Te kapsle były na wszystko wykorzystywane, bo niektórzy zbierali kapsle, niektórzy grali w kapsle, niektórzy te korki od wina to napełniali saletrą i strzelali z saletry potasowej.
Tak naprawdę w czasach PRL-u to się kompletnie nic nie marnowało i to chyba była najbardziej charakterystyczna cecha tamtych czasów. Tam istotą nie były konkretne butelki czy jakieś konkretne słoiki, ale po prostu sposób myślenia, że pęknięty słoik gdzieś też się przydał, bo w nim można było śrubki trzymać, że butelkę zawsze wykorzystano ponownie, że jakieś pudełka po butach mogły służyć do przechowywania dokumentów albo jakieś słoiki po kawie stawały się jakimiś słoikami na cukier, na mąkę, na gwoździe. W wielu mieszkaniach, jakbyście zaszli do takiego zachowanka jeszcze. Co jest ciekawe na Mazowszu właśnie. Te słoiki oczywiście myto i trafiały zawsze do spiżarki. To jest bardzo ciekaweNa Mazowszu na to się mówiło „zachowane", dlatego, że coś tam się zawsze zachowywało na później. Natomiast na Śląsku na to się mówiło „kamerlik". Ciekawą rzeczą jest to, że w tej chwili, jak ci deweloperzy się pojawili, tak powiem jako zakończenie, to ci deweloperzy stawiają normalne bloki. Ale jeżeli weźmiemy jeszcze osiedla Katowic, ja już pomijam familoki stare, bo to jest inna rzecz, inna rzeczywistość. Ale weźmy nawet mieszkania z wielkiej płyty.
Ja mieszkam na wielkiej płycie i w Płocku też mieszkałem na wielkiej płycie, więc mam porównanie. Jaka jest różnica? Różnica jest taka, że w mieszkaniach na Śląsku, jeżeli mieszkanie było budowane w czasach wielkiej płyty, w czasach PRL-u, to do każdego mieszkania przysługiwał kamerlik, czyli spiżarka i albo na klatce schodowej była, albo w wielu przypadkach, w tej chwili nawet w blokach z końca lat 80. w mieszkaniu jest specjalnie wydzielone pomieszczenie, które ma ze dwa, trzy metry kwadratowe i ten metraż nie wchodzi w ogóle w czynsz i w metraż mieszkania, bo to jest traktowane jako kamerlik, jako spiżarka, gdzie się kładło słoiki. I to zostało niezapomniane, a na przykład w Płocku tego nie było. Ale tutaj na Śląsku była stara zasada, że każde mieszkanie musiało mieć spiżarkę i to było fascynujące. Tam mogły stać te wszystkie butelki, te wszystkie różnej maści słoiki, weki, różne rzeczy tego typu. Zanim zjawiły się takie modne słowa na zasadzie zero waste albo recykling, czy buńczuczne słowa w postaci gospodarka obiegu zamkniętego czy coś z tego typu, to paradoks polega na tym, że te współczesne trendy ekologiczne, które często są przedstawiane, że ktoś coś teraz niby wymyślił, to dla Polaków, którzy się urodzili przed rokiem 1990 albo przed latami 90. w zasadzie, gdzieś 1970 któryś rocznik czy dalej, to była zwyczajna codzienność. Myślę, że nie powiedzieliśmy jeszcze o jednej rzeczy, która była w PRL-u bardzo ważna.
Otóż o makulaturze. Makulatura to było coś, czym dręczono uczniów chyba przez cały PRL, bo ślady tego znajdujemy przecież w „Wojnie domowej", sławnym serialu, gdzie zbierano makulaturę. I ja też zbierałem makulaturę i jak się nie przyniosło określonej ilości, już nie pamiętam, bodajże 10 kilogramów makulatury do takiej zbiórki szkolnej, to się miało niższą ocenę ze sprawowania. Tak to było. Więc makulatura była w systemie szkolnym zbierana, była też kupowana w odpowiednich punktach, więc makulatura też rządziła. Tam głównie trafiały gazety. Trzeba było odpowiednio to segregować, bo ten papier był różnego rodzaju, ten bardziej kredowany, oddzielony od tego zwykłego. To cała magia była, więc warto o tej makulaturze również wspomnieć, bo tego się dzisiaj chyba tak do końca nie robi. Przy okazji tych słoików przypomniało mi się, że ze szkłem PRL miał pewien problem, bo na przykład, nie wiem, czy państwo wiecie, szklanki w PRL-u, ja to pamiętam jeszcze z wczesnego dzieciństwa, jak moja babcia kupowała szklanki, ale te szklanki trzeba było w domu odpowiednio zahartować. To się robiło w odpowiednim wielkim garze, do którego się nalewało zimną wodę, na dno kładło się szmatki, wodę się soliło i powoli doprowadzało wodę do wrzenia.
Odpowiednio długo się te szklanki w tej wodzie gorącej trzymało na tym małym ogniu i powolne studzenie i wtedy szklanka była w pełni wartościowa. To później umknęło, ale tak było, więc PRL miał w ogóle ze szkłem pewne problemy. Piotrze, czy ty coś jeszcze pamiętasz z czasów PRL-owskiej kultury oszczędzania surowców wszelkich?
[02:37:06] - Pamiętać to nie pamiętam. Jeżeli chodzi o makulaturę, to na 100%, kiedy chodziłem do podstawówki, to jeszcze funkcjonowało.
[02:37:17] - A jednak! To jeszcze 90. lata dosyć. Proszę.
[02:37:20] - Tak funkcjonowało. Tylko że ja pamiętam tylko jeden przypadek, kiedy każdy musiał przynieść makulaturę i potem oni to zestawili razem z Dniem Ziemi. I wtedy już takie dziwne rzeczy się robiło na ten Dzień Ziemi, makulatura i tak dalej. Już takie nowoczesne myślenie recyklingowe. I tak, wtedy był obowiązek przyniesienia tej makulatury. Szukałem, pamiętam, wujek mi dał kartony jakieś, ale były ogłoszenia, że zbiera się makulaturę, że się przyjmuje, tylko że to funkcjonowało już w takim obiegu drugim, że jeżeli ktoś miał, to okej. Czyli pewnie były jakieś przepisy, że ta szkoła makulaturę zbiera, może skądś bierze i ktoś to potem odbiera, ale nie pamiętam, żeby ktoś przynosił w jakikolwiek sposób. Jeżeli chodzi o syfony, toRzeczywiście były, ale już za moich czasów to raczej był taki wynalazek odchodzący. Już rzadko gdzie można było dostać naboje. Pamiętam.
Chyba dlatego te syfony przestały funkcjonować. I w sumie to jest chyba wszystko. Musiałbym się dokładnie jakoś zagłębić pamięcią w ten system jeszcze, co tam mogło być skupowane, bo jeżeli chodzi o takie płody rolne, to skupowano wiele rzeczy, ale to nie podpada chyba pod naszą tematykę dzisiejszą, bo i wełna była i różne, czasami dziwne produkty. Natomiast jeżeli chodzi o te butelki, pamiętam, że swego czasu, nie wiem jaka to była firma, nie wiem kto to był, wypuścił właśnie taką oranżadę w tych porcelanowych, takich dziwnie otwieranych butelkach. Jaka to była egzotyka! Pamiętam wtedy, kiedy żeśmy sobie to kupowali, rzucali okiem jak to wszystko wyglądało. Dzisiaj by to chyba nie przeszło. Pety królują niestety. Ale jednak są też tacy ludzie, którzy mówią, że ze szkła smakuje lepiej. Dużo lepiej smakuje ze szkła niż z plastiku i niż z puszki.
I nie wiem, chyba nie muszę przekonywać nikogo, że nie tylko są tacy, którzy ciągle kupują w szkle, ale że rzeczywiście jakaś drobna różnica jest. Ja ją na przykład wyczuwam i szkoda, że czasami, chociaż to jest cholernie nieporęczne, muszę powiedzieć, jeżeli chodzi o te butelki. Szkoda, że czasami nie serwuje nam się różnego rodzaju napojów w tym szkle. Napojów oczywiście niewyskokowych, chociaż ja sobie na przykład nie wyobrażam zakupu sześciopaka napoju po półtora litra właśnie w opakowaniu szklanym. To by było naprawdę cholernie niewygodne. To chyba przede wszystkim wygoda przeważyła nad petami niż inne względy. Ja pamiętam, że w Europie Zachodniej próbowano wprowadzać czy nawet lansowano te opakowania szklane. Ale bądźmy szczerzy, dziś wypija się tej wody mnóstwo. Zresztą to jest też ciekawe panowie, bo dzisiaj słyszymy, że trzeba tej wody wypić dziennie tyle a tyle i że mineralną się pije. Ja słyszałem ostatnio, że przeciętna polska rodzina wypija tej mineralki bardzo dużo.
Ja nie będę już strzelał ile, bo mogę się pomylić, ale to były jakieś ogromne ilości. A dawniej? A dawniej ludzie wypijali tyle, ile wypijali. Posiłkowali się zwykłą wodą albo przegotowaną, albo herbatą, albo jakimiś naparami. I tak to było. Ja pamiętam takie czasy, że napój okej był, ale to było coś, co nie pije się tak jak dzisiaj.
[02:41:19] - No tak. A były jeszcze kompoty, wynalazki naszych mam i babć, które dzisiaj właściwie zeszły na margines. Powiem jeszcze jedną rzecz, która się troszeczkę wiąże z tymi opakowaniami, bo troszkę w grę wchodzi także psychologia. Ja pamiętam, jaki to był bajer, jak się okazało, że w Niemczech jest wino w kartonikach i człowiek koniecznie chciał spróbować, jak to wino z kartonika smakuje. Ja wiem, powiedzmy poza egzotyką nic w tym specjalnego nie było. Rzeczywiście coś jest na rzeczy w tym szkle, o którym powiedziałeś, Piotrze. Być może to jest psychologia czysta, a być może nie, ale rzeczywiście wolę jak coś jest w szkle niż w plastiku chociażby albo na przykład w jakimś metalu. I tu przypominam sobie tak na koniec zupełnie pewne opowiadanie klasyka literatury science fiction zatytułowane „Dumny robot". I w tym opowiadaniu była mowa o tym, że straszna rzecz się stała, bo puszki, takie zwykłe klasyczne puszki po piwie, od piwa, do piwa zostały zastąpione plastikówkami. I to był problem dla głównego bohatera.
Więc być może rozglądajcie się państwo uważnie, bo to, na co dzisiaj narzekamy, czyli na przykład te rozmaite puszki, nagle zostaną zastąpione jakimś nowym rewelacyjnym wynalazkiem i będzie się nam tłumaczyło, że to oczywiście będzie smakować lepiej, bo to jest neutralne takie śmakie.
[02:43:13] - A to już jest. Ja spotkałem się z tymi plastikówkami. Nie pamiętam co w tym sprzedawano. Jakieś napoje, raczej niegazowane, ale ja to kupiłem parę razy. Rzeczywiście to jest taki twardy plastik i u góry są dwa denka. Możesz zobaczyć co jest w środku. Wygląda to dość makabrycznie i to chyba nie przejdzie, ale rzeczywiście funkcjonuje. Nawet mogę powiedzieć, w którym sklepie kupiłem.
[02:43:40] - Tak, proszę państwa, więc różne wynalazki przed nami. A ten autor, jakbyście państwo pytali, kto napisał „Próżnego robota" i poruszał problem plastikówek czy też zwykłych puszek, to był Henry Kuttner. Polecam, bo to całkiem niezły pisarz. I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszy Sentymentalnik, który w założeniach był poświęcony surowcom wtórnym i systemowi kaucyjnemu w PRL-u, a trochę nam się rozpełzł po bokach. Ale to chyba dobrze. I jak zwykle na koniec audycji zapraszam na drugą porcję literatury. Dzisiaj przygotowałem opowiadania JulianaPrzelecieć Amerykę bez lewego skrzydła Roberta Zawadzkiego o strachu i jeszcze dwa razy opowiadania Juriana. Pierwsze z nich to „Spuścizna", a drugie „Szczęśliwa liczba". Cztery teksty, które zagwarantują państwu godzinę myślę, że całkiem fajnej rozrywki. Zapraszam.
Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[02:44:57] - Jurian. Przelecieć Amerykę bez lewego skrzydła. Usiadłem wygodnie, wszystko dopięte tak, jak lubiłem. Zasłonięte zasłony i rozświetlone światło, mimo że słońce nasłoneczniało pokój. Kawa po prawej stronie myszy, mysz po prawej stronie klawiatury. Teraz oderwać myśli od przygruntowego smogu i znaleźć temat. Może o miłości i zdradzie. Banał. Dziś ludzie mają tego pełno po obu stronach srebrnego ekranu. O tym, że życie jest ciężkie?
To w takim razie powinienem napisać autobiografię na tyle uniwersalną, żeby pasowała do każdego. To mógłby być bestseller. Autobiografia uniwersalna. Na okładce zaraz pod autorem miejsce na dane osobowe, jak na dyplomie i marker w gratisie. Wszystko już zostało wymyślone i spisane. Zamknąłem oczy. Do hotelowego pokoju wpada granat. Pięciu mężczyzn patrzy na turlający się po drewnianej podłodze stalowy walec. Wszyscy jak jeden mąż padli na kolana, próbując go chwycić. Myśl.
Myśl co dalej? Sześć, pięć, cztery... No niech coś zrobią! Skoncentrowany do granic poruszałem gałkami pod zamkniętymi powiekami. Mężczyźni stanęli na baczność i zasalutowali. Dwa, jeden. Błysk eksplozji. Siła podmuchu rozrzuciła poranione ciała. Nie zdążyłem. Przyjrzałem się bliżej tym ofiarom losu.
Wstali z kolan. Ale wymyśliłem. Może jakby się zastanowić, dziś to ktoś doceni. Śmierć na baczność znaczy honorowa. Mogliby dostać medale, a rodziny zapisać wnuki do młodzieżówki ZBoWiDu. Pomysł rozwiał się i odszedł razem z nimi. Przecież są tacy, którzy piszą o byle czym. Tak, pomyślałem głębiej, ale oni piszą o byle czym. Dobrze. Można też pisać byle jak, ale na dobry temat.
Musi być balans. Wiadomo, najlepiej być pięknym i bogatym. Ja na tę chwilę byłem co najwyżej spójnikiem. To może o obcych? Oni jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. Wyobraziłem sobie niewielki lądownik na czterech amortyzowanych łapach. Lądują i wychodzą. Jak wyglądają? Mają rybie pyski, w skafandrach wodę i wielkie płaskie buty. Pochodzą z wodnego świata.
I co robią? Idą ociężale i chlupiąc przy każdym kroku znikają w pobliskim zagajniku. Jeden z nich zachowuje się nieprzyzwoicie. Wygląda, jakby sikał, idąc. Ale jednak nie. To nic obscenicznego. Uspokoiłem się. Po prostu akurat w tym miejscu ma przebity skafander. Później do nich wrócę. Ale, ale!
Otwiera się portal. Przez tę energetyczną taflę wpadają do naszego świata kolejni przybysze. Rozbiegają się jak karaluchy po zapaleniu światła w kuchni studenckiej stołówki. Zastanawiałem się, gdzie toczy się akcja. Niedobrze. Na całym świecie. Oczami wyobraźni widziałem setki portali i jeszcze więcej lądujących pojazdów obcych. Mnożyli się jak wirus. Istna inwazja. Starałem się dostrzec, jak na to reagują ludzie, ale jakoś nie mogłem ich nigdzie dojrzeć.
Obcy powoli zapełniali ulice. Różnobarwne korowody. Stało cieplej i zmiennokształtni. Świetliste smugi i blaszane kanciaki. Okupowali puby i restauracje, kościoły i sklepowe pasaże. A może gdyby tak inwazja Międzygalaktycznej Federacji miała ściśle określone miejsce? Muszę ograniczyć to ich pączkowanie. Pomysł fajnie rokował, bo nikt przede mną nie zapełnił całej ziemi, ale miałem zamiar napisać opowiadanie, a nie trylogię. Do tego na konkurs o ściśle określonych tematach. Fabułę dopasuję, jak coś się zacznie dziać.
Kreatywnie poprowadzę akcję, żeby w miarę podpasowała. Tymczasem ta nadmiernie wybujała ilość bohaterów potrzebna tu jak, jak plac zabaw w tunelu. Dziś nawet celnego porównania nie potrafiłem wymyślić. Och, nie! Nie mogę tracić czasu na poboczne wizje. Na ostatnim łuku toru, tuż przed tunelem, bo w kolejnictwie nie ma zakrętów, pojawiła się lokomotywa odmalowana w ostrzegawcze barwy jak wielki stalowy szerszeń ciągnący łańcuch cystern. Czy to przypadkiem nie amoniak? Szybko przeskoczyłem myślami. Dobre maniery, kultura, finezja. O czym będzie bezpiecznie pomyśleć?
O filharmonii. Tu też dotarł tłum. Czy oni są tak mało inteligentni? Nikt nie używał instrumentów zgodnie z prawidłami sztuki. Mimo to wywoływali skandaliczny harmider. Mix odgłosów jak z zakładu ślusarskiego, długiej przerwy w podstawówce i ubojni trzody chlewnej. Najbardziej rozbawiła mnie obca, wielka samica ani to płci pięknej, ani tym bardziej słabej. Próbowała zagrać na oboju, ale że złośliwy instrument nie wydał żadnego dźwiękuWyprostowała trójkąt gołymi łapskami i tym prętem zabrała się za przerychanie. Kiedy nic to nie dało, rzuciła instrumentem do środka fortepianu i poprawiła różową sukienkę założoną na głowę. Uciekłem myślami.
Sam już nie wiem, czy nie lepsza byłaby masakra na torach. „Obcy na Madagaskar” – wyrwało mi się półgębkiem. Nie wszyscy posłuchali. „Firanki byś zawiesił” – dotarło do mnie z kuchni przez niedomknięte drzwi. Udałem, że nie słyszę. Niech zawieszają ci, co wpadli na pomysł zdejmowania. Co dalej z tymi obcymi? Łażą po ulicach, wchodzą do opuszczonych ludzkich domostw i przymierzają ubrania wyciągane z szaf. Rechoczą przy tym. Inni rżą albo parskają.
W sumie mają prawo – konstatowałem. Poczucie humoru nie jest jedynie ludzkim wynalazkiem. Mogą się śmiać, ale z pewnością dziwnie. Każda rasa inaczej. Niektórzy na przykład kłapią paszczami, a im śmieszniej, tym więcej śluzu na podłodze. To wszystko bez sensu. Obcych było coraz więcej. Co za burdel! A właśnie, co z nimi? Śliski temat.
Myśli błądziły zbyt blisko własnego ego. Wszystkie nieziemskie prostytutki były podobne do sąsiadki, tylko nie miały dzieci. Chociaż kilka żeńskich stworów miało tak niezręczne pyski, że niezależnie od pewnego podobieństwa najchętniej deportowałbym je karnie z Ziemi za sam wygląd albo przynajmniej kazał przejść się do najbliższej drogerii. To drugie – nie byłem pewien, czy cokolwiek mogłoby pomóc. Dobrze, że moich myśli nie widzą dzieci, także te z tunelu uratowane w ostatniej chwili. Dość. Byłem bliski rozpaczy. Nie umiałem wydobyć z głębin umysłu przyczyny, dla jakiej przybyli, nie mówiąc nawet o przybliżonych zamiarach. W desperacji rozważałem rozprawienie się z całą tą międzygalaktyczną bandą, obojętnie czy potopem, czy popularnym rozkazem masowego odlotu. Persona non lata z naszego świata.
Usłyszałem hałasy od strony kuchni. Wstałem i uchyliłem drzwi. Natychmiast stanął w nich jakiś chudy młokos, który nie chciał mnie wypuścić. Wyjrzałem. W pomieszczeniach było kilka roześmianych osób, głównie młodych kobiet. Próbowałem delikatnie odsunąć rękę smarkacza zagradzającą wejście. Spojrzał na mnie z wymalowaną na twarzy jawną agresją. Chwyciłem więc mocno, aż zbielały kostki i zdecydowanie powiedziałem: „Koleś, jestem u siebie i to ja tu rządzę.” Odpuścił i wycofał się. Zwołałem wszystkich do przedpokoju i przyjrzałem się. Każde z nich miało maskę, podobiznę ludzkiej twarzy.
Pokażcie swoje prawdziwe oblicza. Natychmiast opadły kamuflaże. Każde lico z innej parafii. Były dzioby, mordy, paszcze, ryje i pyski. Żadnej buzi. Wychodzimy, ale już! Wypychałem ich za drzwi. Idźcie piętro niżej. Sąsiadka jest bardziej imprezowa. Zamknąłem drzwi za ostatnim na obie zasuwy.
„Mecz się zaczął” – kolejny raz dobiegł zza drzwi. Zaraz przyjdę. Niech grają. Obejrzę końcówkę. Czułem, że za chwilę może coś wymyślę. Pomysły kręciły w nosie, a jak wiadomo stamtąd miały blisko do obszaru zarządzającego wyobraźnią abstrakcyjną. Pomysły kręciły w nosie, a jak wiadomo stamtąd miały blisko do obszaru zarządzającego wyobraźnią abstrakcyjną. Ale wyszło jak z kichnięciem. Kiedy w nosie kręci, kręci, otwiera się już nawet usta i rusza głową, żeby przyspieszyć to cholerne „apsik” i nic. Tak właśnie z głupawą otwartymi ustami ruszałem głową, ale jedyne co do niej wpadło to obraz zwłok obcego z rybim pyskiem w dziurawym kombinezonie.
Ten mi już nie pomoże. Dwa dwa, zaraz tie break. Zrezygnowany usiadłem przed telewizorem. Podekscytowany komentator twierdził, że doprowadzenie do remisu to i tak sukces, biorąc pod uwagę, że praktycznie cały mecz gramy bez lewego ataku. Jeśli w tym dramatycznym półfinale pokonamy Amerykę, to złoto z Brazylią może pójść gładko – kontynuował, wykrzykując słowa, aby zakończyć frazę przed zagrywką Polaków. Nadal jest więc szansa na obronę tytułu. Kurek mocno, świetnie odrzucił rozgrywającego od siatki. Ani meczu, ani opowiadania. Zły na świat zdryfowałem myślami na krótką chwilę. Sfrustrowany dałem pomysłom ostatnią szansę.
Niech to będą przygody tajemniczego obcego, który ma do wykonania sekretną misję. W tym absurdalnym natłoku przybyszów próbuje znaleźć miejsce w hotelu, ale wszystkie są zajęte, nawet te na uboczu. Dobrze. Dalej jakoś pójdzie. Robert Zawadzki – O strachu. Artur wrócił do mieszkania po 19:00. Ostatnio zmienili mu godziny w pracy i nie wyrabiał się teraz na wcześniejszy autobus. Najpierw skierował się do kuchni, nastawił wodę na kawę i wsypał do szklanki dwie łyżeczki. Pił czarną bez mleka i cukru. Nie chodziło o smak.
Chciał jedynie wykrzesać z siebie jeszcze parę iskierek energii, zanim pójdzie spać. Tego wieczoru iskierki zdecydowanie były potrzebne. Przypomniała mu o tym różowa, samoprzylepna kartka, która tkwiła przyczepiona do laptopa. Było na niej tylko jedno słowo nabazgrane koślawymi, wielkimi literami.Konkurs. Przypomniał sobie, że wynalazł go wczoraj wieczorem i dzisiaj miał się nim zająć. Pasją Artura było pisanie. Co prawda nie miał teraz na to zbyt wiele czasu. Chęci też były mizerne, zwłaszcza kiedy wracał wieczorem z roboty, czyli niemal codziennie. Do pisania potrzebował symbolicznej trójki – energii, czasu i chęci. „Żadnego dnia bez kreski” nie było jego dewizą.
W sumie to zdanie kojarzyło mu się raczej z ludźmi z korporacji, którzy w okresach wzmożonej aktywności, czyli zawsze, nie licząc wyjazdów służbowych i świąt, musieli wspomagać się dopingiem w formie białego proszku. On był tylko skromnym pracownikiem fizycznym i od narkotyków trzymał się z daleka. Miał powody. W każdym razie obiecywał sobie, że kiedy znajdzie nową pracę, to znacznie częściej będzie pisał. Teraz jednak musiał zadowolić się tymi nielicznymi wieczorami, kiedy mimo kilku godzin harówki był jeszcze zdolny do myślenia i wystukiwania tych myśli na klawiaturze, a powstałe w ten sposób ciągi liter nie wyrażały jedynie frustracji i niechęci do czegokolwiek. Dzisiaj nie było tak źle. Otworzył stronę, którą dzień wcześniej dodał do zakładek. Regulamin konkursu był przejrzysty, a gatunek horror jak najbardziej mu odpowiadał. Pozostawało jedynie zerknąć na temat i brać się do pracy. „Strach” – tak brzmiał temat.
Mało oryginalny. Artur skupił się jednak na tym pojedynczym słowie i przed oczami stanęły mu obrazy. Te, które naprawdę wzbudzały w nim strach. Mały chłopiec nasłuchuje kroków na schodach. To pijany ojciec wraca z baru. Słychać krzyk matki i huk. Potem otwierają się drzwi. Stoi przed dyrektorem i nauczycielką. Mówią, jak się na nim zapiedli i jak brak promocji do następnej klasy wpłynie na jego przyszłe życie. Opisują jego przyszłość jako kryminalisty albo ulicznego pijaczka.
Łzy pojawiają się nie wiadomo kiedy. Siedzi w kotłowni na rannej zmianie, zmęczony, śpiący. Kiedy widzi kierownika, wie, co oznacza jego wizyta. Wymówienie przyjmuje bez słowa. Jego Marysia, jego ukochana Marysia szorstkim głosem tłumaczy, dlaczego nie może już tak dłużej. Dlaczego odchodzi. Znika za drzwiami, a w mieszkaniu robi się pusto i zimno, jakby razem z nią zniknęło wszystko, co dobre. Butelki. Dziesiątki butelek rozrzuconych po mieszkaniu. Pijany leży między nimi i płacze.
Rozbija jedną o ścianę, a w zielonym szkle widzi odbicie twarzy. Twarzy swego ojca. Swojej twarzy. Zbiera puszki w parku. Grupka dzieciaków krzyczy coś w jego stronę. Jeden podchodzi bliżej. Zaczyna wyzywać go od brodasów, śmieci i żuli. Czuje uderzenie w brzuch. Potem kolejne zlewają się w jedno. Świat się przewraca, bo on się przewraca.
Czuje kopnięcia. Dziesiątki kopnięć. Setki kopnięć. Nieskończoność kopnięć. Budzi się w szpitalu. Najpierw nic nie czuje. Potem ból zaczyna do niego docierać i traci przytomność. Jest w noclegowni. Ze szpitala wypuścili go tydzień temu. Ma złamaną rękę i utyka, ale reszta już jest w porządku.
Facet z łóżka obok każe mu oddać jedzenie. Nie zgadza się. Widzi błysk noża. Widzi krew kapiącą na brudną podłogę. Klęczy pod kościołem. Nieliczni wierni wychodzący ze środka rzucają mu drobne. Większość tylko odwraca się z obrzydzeniem na widok jego brudnej twarzy i zniszczonego ubrania. Za nimi wychodzi ksiądz. Przyczepia do tablicy ogłoszeń klepsydrę. Wstaje z klęczek i podchodzi do gabloty.
Zaczyna płakać. Jest na pogrzebie matki. Stoi z dala. Wszyscy mają garnitury, on jedynie dziurawy sweter. Płacze, kiedy opuszczają trumnę. Chce odejść, ale ktoś łapie go za rękę. To Adrian, jego brat. Mówi, że go szukał, że chciał mu pomóc, ale nie mógł go znaleźć. Mówi, że teraz wszystko się ułoży, że on się nim zajmie, znajdzie mu pracę i załatwi mieszkanie. Mówi, że może już przestać się bać.
Mówi prawdę we wszystkim, z wyjątkiem ostatniego. Rozbolała go głowa. Stwierdził, że chyba jednak przełoży pisanie na kolejny dzień. Ale miał już plan. Pradawny demon, który żywi się ludzkim strachem i rośnie dzięki niemu w siłę. Nieustraszony poszukiwacz przygód stawia mu czoło i więzi w ruinach świątyni na wieki. Tak, to będzie dobre opowiadanie. Takie jak trzeba. Ze strachem, który zostaje pokonany. Strachem bezpiecznym, obojętnym, nierzeczywistym.
Strachem, który nie jest nasz, jest niczyj. Nie strachem przed samotnością, przed odrzuceniem, przed stratą. Nie przed śmiercią i przegranym życiem. Trzeba tworzyć bezpieczne strachy. Strachy odległe, możliwe do pokonania. Te drugie, te prawdziwe, te, które naprawdę nie dają spać w nocy, tworzą się same.Julian. Spuścizna. Tiksuhid pojawił się w odległym układzie ramienia galaktyki spiralnej S231. Misja zwiadowcza R/436 trwała od 18 dni uniwersalnych. Kolejny układ słoneczny zaplanowany do zbadania w katalogu REN opatrzony był numerem S231/81.
Cała załoga w części wojskowej, jak i cywilnej miała nadzieję, że pula pecha skończy się wraz z nowym miejscem. W połowie czasu trwania zwiadu zdążyli stracić dwa lądowniki planetarne. Niestety wraz z załogami. Pierwszy w wyniku awarii samego pojazdu, drugi zastrzelony przez autonomiczne działa laserowe. Pozostałość po cywilizacji, która ze względu na duży wzrost temperatury na planecie dawno ją opuściła. Do końca misji pozostało im odwiedzić i wstępnie przebadać osiem układów, z obecnym włącznie. Nigdy nie lecieli w ciemno, nie szukali po omacku. Wszechświat był zbyt rozległy, aby mogli sobie na to pozwolić. Analitycy już na wstępie odrzucali gwiazdy neutronowe, nadolbrzymy lub wszystkie te obiekty, które charakteryzowały się niestabilnością. Celem również nie były słońca młode.
Tam życie, a w szczególności życie inteligentne na wysokim stopniu rozwoju, teoretycznie nie miało czasu się rozwinąć. Major pełniący rolę dowódcy statku zwiadowczego Tiksuhid dokonał pierwszego wpisu do dziennika pokładowego w nowym układzie. Przybycie do S231/81 dnia 694, 6251 roku według kalendarza układu Tsin. Tiksuhid na ciasnej orbicie piątej planety. Wytypowano siedem obiektów do zbadania, w tym trzy planety i cztery księżyce. Planety w kolejności: druga, trzecia, czwarta i cztery największe satelity obiektu piątego. Stan załogi i sprzętu nie zmienił się od ostatniego wpisu. Oficer zakończył przekaz i udał się do Penetratora 2. Wpadł wcześniej na pomysł, aby chociaż na krótko oderwać się od rutynowych zajęć. Załoga niewielkiego międzyplanetarnego statku cierpliwie czekała.
Pozostałe dwie jednostki tej klasy już rozpoczęły eksplorację ustalonych obiektów układu. Penetrator 2 miał lecieć na trzecią w kolejności planetę systemu. Badany układ planetarny był ciekawym miejscem, rozważał major. Z dość dużą liczbą zróżnicowanych obiektów. Szansa na odkrycie zaawansowanej cywilizacji była jednak niewielka. Od pierwszej chwili po przybyciu skanowano układ na wszystkich pasmach częstotliwości pod kątem transmisji radiowych. Nie znaleziono żadnego sztucznego sygnału, a to źle rokowało. Statek zwiadowczy po kilkudziesięciu minutach lotu dotarł do celu. Na orbicie znajdował się pierścień o symbolicznej gęstości. W ich składzie wykryto obok wielu metali, także złożone związki polimerowe.
Analiza wykazała, że są pochodzenia sztucznego. Konkluzja była jasna. Wokół planety krążyły duże ilości szczątków. Zbliżyli się do granicy atmosfery. Obraz, jaki pojawił się na wielkim monitorze dawał do myślenia. Na planecie widać było ślady cywilizacji technicznej. Zauważyli, że obszary zurbanizowane były zdegenerowane, zniszczone tym bardziej im były rozleglejsze. Wystrzelili sondę. Jej detektory natychmiast rozpoczęły przekazywanie danych. Skład atmosfery, ciśnienie, temperaturę i wielką liczbę zdjęć.
Sonda dotarła na kilka kilometrów od powierzchni i kontakt z nią się urwał. Ostatnie przekazane przez nią dane dotyczyły gwałtownego wzrostu promieniowania. Odpowiedzialnymi za to pierwiastkami były pluton, uran oraz w mniejszym stopniu kilkadziesiąt innych izotopów. Maszyny analityczne, biorąc pod uwagę ostatnie dane, postawiły tezę, że na planecie doszło do konfliktu, w którym użyto broni działającej na zasadzie rozpadu jąder ciężkich pierwiastków, uranu i plutonu. Po określeniu poziomu lżejszych izotopów znajdujących się w atmosferze, dość dokładnie oszacowały moment tego dramatycznego wydarzenia. Z dużym prawdopodobieństwem mieli do czynienia ze skutkami ataku wrogiej tubylcom cywilizacji. Major wydał rozkaz do powrotu. Spóźnili się niewiele. Jednocześnie należało zwiększyć czujność. Ktokolwiek doprowadził trzecią planetę do całkowitej destrukcji, mógł znajdować się blisko.
Dowódca jednym poleceniem zaostrzył poziom środków bezpieczeństwa do maksymalnego. W połowie drogi powrotnej do macierzystego statku do dowódcy podszedł pierwszy oficer Penetratora. Melduję, że otrzymałem informację z jedynki. Gdzie oni polecieli? Na czwartą planetę. Czytałeś? Czego chcą? Melduję, że czytałem w trakcie dekodowania. Odkryli jakiś pojazd na orbicie. Dowódca rozwinął osobisty ekran i wszedł w odebrane przekazy.
Przygnębiony tragiczną historią trzeciej planety skupił przez chwilę uwagę na najświeższej informacji. Na silnie wyciągniętej eliptycznej orbicie czwartej planety odnaleziono pojazd oraz inne pomniejsze artefakty. Ze względu na podwyższony standard zabezpieczeń znaleziska nie będą transportowane do Tiksuhida. Po zbadaniu i wykonaniu dokumentacji pozostawimy je na orbicie. Brak oznak istnienia życia na czwartej planecie. Gdzie oni są teraz? Dokują na Tiksuhidzie. Prześlij rozkaz, aby przygotowali prezentację i niech się pospieszą. Będziemy na miejscu za chwilę. Oficer podniósł wysoko głowę i z metalicznym odgłosem stuknął obręczowymi dystynkcjami.
Dowódca ponownie pogrążył się w rozmyślaniach. Zobaczymy wytwór obcej cywilizacji. Czy to produkt obrońców, czy agresorów? Pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Wlecieli do jasno oświetlonego doku. Jak zwykle przy wyrównywaniu ciśnień w powietrzu pojawiła się mgła, kłębiąc się dynamicznie. Chwilę później dowódca statku wszedł do pomieszczenia konferencyjnego. Żołnierzu, czy prezentacja gotowa? Melduję, że tak jest. Sierżant wyprężył dumnie pierś.To zaczynajcie.
Major usiadł w głębokim fotelu i sięgnął po izotoniki wieloketonowe z podstawionego usłużnie stolika. Przygasły pomarańczowe światła. Rozpoczęła się projekcja. Prelegent rozpoczął omawianie pierwszych trójwymiarowych obrazów obiektu. Pierwszy hologram. Widzimy czwartą planetę i wykres orbity omawianego obiektu, która zdaje się być przypadkowa. Na kolejnym slajdzie widać pojazd, wytwór innej cywilizacji. Jest w opłakanym stanie i z pewnością nie udałoby się nam uruchomić tego czegoś. W wielu miejscach widoczne są otwory. Te przebicia konstrukcji to efekt uderzeń mikrometeorytów.
Obiekt był na orbicie od dłuższego czasu. Znając średnie zagęszczenie rojów w tamtej okolicy, będziemy mogli określić tę chwilę dokładniej. Oto hologram obiektu ukazujący go ze wszystkich stron. Zatrzymajmy się na chwilę. Pojazd jest bardzo dziwny. Mieliśmy zbyt mało czasu, aby dokładnie go przebadać. Nie mamy pojęcia, jaki jest jego napęd, system sterowania i w rezultacie przewidywany sposób i cel użytkowania. Udało nam się uchylić osłony. Napęd tego pojazdu nie przypomina niczego, co mogłoby być wykorzystywane w przestrzeni. Jak to mogło w ogóle latać i jak tym sterowano, to dla nas zagadka.
Może mieli dostęp do technologii bezpośredniego sterowania umysłem. Wracając do spodu pojazdu. Posiada cztery okrągłe stopy lądownicze ułożone w dziwaczny sposób. Sztuczne tworzywo, które stanowiło powłokę zewnętrzną omawianych elementów służących do lądowania, rozpadło się na proszek. Sądzimy, że uległo degeneracji pod wpływem niskiej temperatury, promieniowania kosmicznego i wiatru słonecznego. Ogólnie pojazd niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia wykonany jest z setek elementów. Teraz najważniejsze. W obiekcie znaleźliśmy skafander próżniowy. Tak nam się przynajmniej wydawało na początku. Dużym zaskoczeniem były dla nas wnioski, do których doszliśmy.
Pomimo wielu uszkodzeń, nawet w okresie swojej świetności nie miał prawa być szczelny. Prawdopodobnie istoty korzystające z niego potrafiły przynajmniej przez jakiś czas przebywać niezabezpieczone w otwartej próżni. Ich ciała musiały być bardzo odporne. To humanoidy większe od nas siedmiokrotnie, także silniejsze fizycznie. Świadczą o tym przekroje dolnych i górnych rękawów skafandra oraz wielkość pięciopalczastych osłon na dłonie. Analizy będą trwały nadal. Za jakiś czas będziemy wiedzieli więcej. Dowiemy się o roli niektórych elementów, ale nie wierzę, abyśmy znaleźli sensowne odpowiedzi na najważniejsze pytania: co to jest, kto to stworzył i w jakim celu? Kolejny hologram przedstawia, jak sądzimy, tył pojazdu. Widać ciąg symboli.
Możliwe, że to nazwa tej jednostki, a może statku lub portu macierzystego. Równie dobrze może to być ozdoba albo cokolwiek. Niektóre z elementów są nawet trochę podobne do naszego starożytnego pisma. Hologram rozrósł się w przestrzeni. Zgromadzeni mieli szansę przyjrzeć się przez chwilę nic niemówiącemu ciągowi znaków Tesla. To jednak nie wszystko. Kolejne slajdy przedstawiają inne, pomniejsze obiekty. Podobnie jak na pojeździe, są tam jakieś oznaczenia. Wiele bym dał, aby udało się rozgryźć ich znaczenie. W centralnej części pomieszczenia pojawił się inny hologram.
Oto kolejne znalezisko. Dziwny mały pojazd w kształcie sześcianu z centralnie umieszczonym otwieranym iluminatorem. Jest sprytnie zbudowany. Pilot w środku mógł przebywać w nieruchomym bębnie, kiedy cała obudowa wirowała wokół własnej osi. Do środka wszedł jeden z naszych. Pokręciliśmy trochę sześcianem. Wszystko działało jak powinno. Tak jak na poprzednich hologramach mamy ciąg znaków Samsung. Wybierzemy ciemną materię. Ale to nie koniec odkryć.
Kolejne są jeszcze dziwniejsze. Namierzyliśmy rój kilku tysięcy prawdopodobnie małych ogniw paliwowych. To niewielkie podłużne przedmioty zbudowane ze złożonych związków węgla i nasączone głównie triacyloglicerolami. Pomiędzy nimi był niewielki kontener. I znów te tajemnicze znaki. To my, frytki z McDonald's. Eskadra zwiadowcza. Przed nami ostatni hologram. Na końcu leciał duży, cylindryczny aluminiowy pojemnik otwarty z jednej strony. Wewnątrz zamrożona mieszanina złożonych substancji organicznych.
Niezrozumiałe znaki ułożyły się w ciąg bigos narodowy. Jurjan. Szczęśliwa liczba. Może się uda. Skoncentrowany wycedziłem przez zęby. Jeśli dam radę i tym razem w tak trudnych warunkach, zostanę bohaterem. Rozległ się sygnał głównego alarmu. Omiotłem wzrokiem najważniejsze wskaźniki. Padła lewa sekcja silników manewrowych. Cała lewa strona.
Jeszcze to. Teraz wylądować będzie dużo trudniej. Musiałem działać bardzo delikatnie. Wielkość statku, olbrzymi ciąg silników i duże trudności w sterowaniu. Ostra jazda. Oby nie skończyło się kangurami nad gruntem zero, jak w anegdotach o kursantach pierwszy raz za sterami. Wprowadziłem poprawki do komputera. Niech on oblicza. Moja rola to wybrać odpowiednią procedurę. Na bocznym ekranie spostrzegłem jasnobrązową ścianę, która zbliżała się błyskawicznie.To burza piaskowa.
Istna masakra. I bez tego było trudno. Cholerny Mars. Jak zwykle gościnny, nie ma co. Musiałem siadać natychmiast. Uderzenie huraganu w boczną powierzchnię transportowca rzuciłoby nim o kilka, może kilkadziesiąt metrów w najtrudniejszym momencie tuż nad ziemią. Bardzo nierówny teren, ale na nic już nie miałem czasu. Lądując na skalistym podłożu usłyszałem łoskot rozdzieranej stali i giętych wręg. Na stypę, na śmierć zapomniałem o ładunku. Luki wypełnione były do granic nośności.
Zresztą na moje życzenie. Zdjąłem hełm i przetarłem spocone czoło. Daj jeszcze raz symulację lądowania. Tym razem patrolowiec. Na przykład na Uranie. Ponownie założyłem hełm. W centrum pola widzenia zobaczyłem skalistą planetę, ale program wszedł w tryb pauzy kilka sekund po starcie. Pan Adelan Dedron proszony jest o założenie skafandra próżniowego i zajęcie miejsca w fotelu. Proszę zapiąć pasy. Lądowisko docelowe nie posiada ciśnieniowego korytarza.
Lądujemy za 14 minut. Spokojny głos przekazywał informacje z głębokim przekonaniem. Przestałem sobie zaprzątać głowę symulacją. I tak bym nie zdążył. Podpłynąłem do stacji overolowej. Mój kombinezon, nieużywany od tygodnia, straszył, wisząc jak omdlały. Wciśnięcie się w niego i uszczelnienie połączeń nie zajęło więcej niż trzy minuty. Czułem lekką ekscytację. Może nie miejscem, raczej zadaniem, a dokładniej samodzielnością i odpowiedzialnością, jaką mnie obarczono. W pierwszych trzech miesiącach stażu wysyłali mnie na różne morza Księżyca.
Jakieś głupie próby sejsmiczne, pobieranie próbek z nawiertów. Tu też żadna lokalizacja i poszukiwania mało wybredne. Miałem koncentrować się na wszystkim, na czym kompania mogłaby zarobić. Jednak powodzenie całej misji zależało tylko ode mnie. Na miejscu ktoś mieszkał. Trzeba będzie gnieździć się we dwóch w kilku pomieszczeniach bazy. Z drugiej strony może trafi się sympatyczny koleś. Wszedłem do śluzy. Po wyssaniu powietrza wrota powoli rozsunęły się i rzuciłem pierwsze spojrzenie na nowy świat. Rzuciłem też pierwsze przekleństwo, ale szybko wybaczyłem sobie takie przywitanie Hesperii.
Wszystko czarno-białe i miało prawo zrobić na mnie depresyjne wrażenie. Odbiłem się lekko samymi stopami, aby ocenić siłę grawitacji i wyskoczyłem z wysokości kilku metrów, ignorując drabinkę. Już spadając wiedziałem, że będzie słabo. Skoczyłem za mocno do przodu. Z tego powodu, coraz bardziej gubiąc oś w krótkim locie, uderzyłem nogami o grunt pod kątem jakichś 60 stopni. Poleciałem na mordę. Wyciągając przed siebie ręce jakoś zamortyzowałem uderzenie. Kiedy tylko wstałem, rozejrzałem się uważnie, czy nikt nie widział tego pechowego starzenia. W oknie pierwszego piętra bazy stał ktoś z rękami założonymi na piersiach i patrzył z beznamiętnym wyrazem twarzy. „To ten koleś” powiedziałem.
Sądziłem, że po mnie wyjdzie. Ja bym wyszedł. W śluzie pospieszyłem się trochę z rozszczelnieniem hełmu. Różnica ciśnień dmuchnęła gwałtownie. Ostro zakłuło w uszach. Oczy oślepione jaskrawym światłem niewiele widziały po rozsunięciu się włazu. Mój współlokator stał tyłem. Klepnąłem go lekko w łopatkę. „Cześć, jestem Adelan.” Odwrócił się powoli i spojrzał mi głęboko w oczy. „Przepraszam.” Chwilę tak zbadałem wzrokiem jego twarz.
Ten człowiek miał grubo po siedemdziesiątce. „Witaj na Hesperii. Co cię tak zatkało? Spodziewałeś się kobiety czy za szybko zdjąłeś hełm?” „Jestem...” „Nie, skąd. Wiem, wiem. Mówili mi, jak się pan nazywa. Miło mi pana poznać. Do końca korytarza i w lewo. Tam jest twoja kajuta. Zaokrętuj się i zapraszam na kawę.” „Skrzynia z moimi narzędziami została przy lądowisku.
Może tam zostać?” „Jeśli nic z niej nie ukradniesz, to będzie bezpieczna. Idę zrobić kawę.” Chwilę później trzymałem w rękach kubek z fusami na dnie. Kto pije jeszcze takie paskudztwo? Gdybym wiedział, zabrałbym jakieś instanty ostatnich kawowych hitów. Facet chyba nie wie, co dobre. „Na długo przyleciałeś?” „Według harmonogramu wracam za tydzień. Chyba że znajdę coś szczególnie interesującego. Pan tu jest od dwóch lat? To musiało być strasznie nudno.” „Nie narzekam. Nigdy się ze sobą nie nudziłem.
Chyba że byłem nieprzytomny.” Uśmiechnął się pod nosem. „Ze mną nie będzie się pan nudził. Nie zgadnie pan, ile się już wydarzyło w moim życiu. Na przykład teraz, jak wsiadałem na patrolowiec. Okazało się, że na wyposażenie wszedł nowy model biokomputera. To PG3. Maszyna jest naprawdę fryczna. Ona ma mózgi trzech pigsw, to znaczy świń ustawionych w triangel. Miał pan z nią do czynienia?” „Może. Jeśli poza mózgiem na resztę trafiłem w konserwach.” „Jak to?”Żart.
W czasach mojej młodości świnie nie służyły do konwersacji, a jedynie konserwacji. A, to szkoda. Nie zrozumiałem, co w tym śmiesznego. Ostatnio lądowałem na Księżycu w deszczu meteorytów. Było ciężko, ale dałem radę. Zrobiłem niezły manewr. Ręcznie sterowałem ciągiem, bo komputer się przywiesił. Na Marsie było jeszcze trudniej. Lubi pan symulacje? Ten komputer jest niesamowity.
Wszystko jest zupełnie jak w rzeczywistości. Lądował pan kiedyś na czymś takim? Na wszystkim – odpowiedział, przypatrując mi się sam nie wiem jak. Jakoś trochę badawczo. Pewnie mówiłem o niezrozumiałych dla niego sprawach. Tak, z pewnością. I musiał się mocno koncentrować, żeby nadążyć. Pan był komandorem? Czemu tu pana zesłali? Nie miał pan znajomości, żeby się z tego odwirować?
Sam chciałem. Czego tu będziesz szukał? Zastanowiłem się przez chwilę, jak odpowiedzieć, żeby nie urazić starego. Mam nadzieję, że znajdę coś wartościowego i nie będę musiał kończyć wydobycia. Jednak na dziś jeszcze nic nie wiadomo. Mam nadzieję, że twoje doświadczenie pozwoli wykonać obowiązki na najwyższym poziomie i El Dorado nie straci płynności finansowej z powodu pochopnej decyzji zdolnego już prawie eksogeologa. Ależ nie! Firma prowadzi ponad 60 takich inwestycji. Bez obaw, poradzą sobie. A nawet jeśli pogadam z szefem, zawsze coś dla pana znajdą.
Mój wzrok padł na telefon. Model rodem z muzeum. Telefon z tarczy – szepnąłem pod nosem. Przepraszam, nie dosłyszałem. Spoglądał na mnie zmęczonym i odległym wzrokiem. Mówię, że telefon z tarczą. Ciekawe urządzenie, zapewne z historią. Tak jak pan – dodałem dużo głośniej. Tak, to prawda. To jedyny w Układzie Słonecznym bezprzewodowy telefon z tarczą.
Świetnie działa, tylko trzeba uważać, żeby się nie potknąć. Niby bezprzewodowy, ale jakiś tam przewód jednak ma. Można powiedzieć, że jest prawie bezprzewodowy. Pierwszy raz wybuchnął głośnym śmiechem. Od razu widać, że dziadkowi mieszają się epoki. Wolałem nie ciągnąć tematu. Podziękowałem za wyborną kawę i poszedłem spać. Jutro miałem rozpocząć badania. Odpuściłem sobie poranną gimnastykę. Nie miałem aż tyle sił, żeby wystarczyło na ćwiczenia i jednoczesną realizację planu.
Za kilka dni mijały dwa lata. Koniec kontraktu. Czułem, jakby to były dwa miesiące. Chciałem pożegnać się z Hesperią, na której zostawiłem cząstkę życia. Po lekkim śniadaniu natknąłem się na młodego wilczka. Dziś zdawał się jeszcze bardziej pluszowy, wypełniony batonikami z karmelem i wagą swojej misji. Dzień dobry. Dobrze, że pana widzę – rzucił, zakładając kombinezon. – Ma pan dziś coś ważnego do roboty? Przydałby mi się ktoś do pomocy.
Prosta sprawa. Coś podać albo potrzymać. Zresztą ja powiem wszystko, co trzeba robić. W centrali mówili, że mogę liczyć na pana pomoc. Cześć kolego. Wymusiłem delikatny uśmiech. Przyszło to tym łatwiej, kiedy przypomniałem sobie jego radosne wyjście z patrolowca. Przebywać cały dzień w towarzystwie tego zadufanego dzieciaka było ponad moją wytrzymałość. Mówili? W centrali nie robią nic innego.
Przykro mi. Mam już ustalony harmonogram do końca pobytu. Poradzę sobie. Jestem przeszkolony do takich zadań. Nie wątpię. W kosmos nie wysyłają byle kogo. Zabierz rakietnicę i czerwone flary. Przez radio dogadasz się co najwyżej ze swoim pojazdem. Poczułem ulgę, kiedy wyszedł. Może byłem niesprawiedliwy.
Zliczałem trochę, a tu nagle taki trudny przypadek. Postaram się być dla niego bardziej wyrozumiały. Dziecko swoich czasów, nie jest temu winien. Podszedłem do leżącego na biurku pamiętnika. Pozostało napisać ostatnie zdanie. Coś, co klamrą zepnie wszystkie wypełnione strony. Nie potrafiłem nic wymyślić. Nieśpiesznie włożyłem go do szuflady i skierowałem kroki do stacji serwisowej kombinezonów. Wybór był oczywisty. Kopalnia odkrywkowa była najbliżej.
Działo się tam może i mniej niż w hucie, ale Adonis, czy jak mu tam, miał korzystać z któregoś z pojazdów, a każdy kolejny oderwany od zadań za mocno psuł porządek dnia. Pozostał dwukilometrowy spacer w jedną stronę. Stąpałem ostrożnie. Teren był trudny, a ja słaby. Niby dwa lata, ale czułem różnicę. Cóż, lepiej nie będzie. Samobieżny laser właśnie ustawiał się przed kolejną ścianą. Miał wypalać kilkumetrowe otwory na górnicze ładunki wybuchowe. Spodziewałem się, że za chwilę maszyna sczyta dokładne dane i zacznie kuć ścianę błękitną igłą z dokładnością do jednego milimetra. Zapomniałem, że tu nie ma atmosfery.
Spektakl będzie więc mniej widowiskowy. Akcja rozpoczęła się nagle. Lawa chlupała z powstających otworów i pryskała na wszystkie strony.Jak fajerwerki w odcieniach bieli, pomarańczy i czerwieni. Maszyna była piekielnie precyzyjna i bardzo szybka. Kiedyś chyba nawet przeglądałem jej dane, ale nie pamiętałem, jaką moc generowała. Z pewnością liczono w megawatach. Stałem i patrzyłem urzeczony. Miniaturowe wulkany bluzgały jaskrawą, białą, płynną skałą, która stygnąc w locie zmieniała barwę. U podnóża ściany czerwieniły się zachlapane połacie. Laser bił w skały krótkimi impulsami.
Czasem, kiedy nitka ogromnej energii trafiała na obłok gazu powstałego wskutek odparowania minerałów, na mgnienie oka można było uchwycić fioletowo błękitny promień. Dolinę rozświetliły reflektory kolejnego pojazdu przejeżdżającego za moimi plecami. Stałem samotnie, zupełnie z boku i obserwując zmagania tego stalowego jednorożca z grubą tubą na szczycie zapomniałem o bożym świecie. Antrakt w teatrze jednego widza trwał krótko. Buldożer zakręcił gąsienicami każdą w inną stronę i momentalnie ustawił się przed kolejnym celem. Z niedowierzaniem spojrzałem za siebie. Niska ściana, tylko kilka metrów wysokości. Nigdy bym nie pomyślał. Maszyna przeliczała współrzędne do kolejnej salwy. Machnąłem rękami, aby szybciej nachylić się i ruszyć jak najprędzej przed siebie, jak najdalej od tej kamiennej, karłowatej narośli.
Padłem na jedno kolano. Zabolało, jakby mi staw pękł na pół. Kiedy jęcząc z bólu prawie się wyprostowałem, ściemniała osłona hełmu. Blisko przede mną jechał jakiś pojazd. Rozpędzony do absurdalnej prędkości oślepiał mnie rzędem reflektorów. Mikro słońca rozbłysły po mojej prawej stronie. Stopor czy praktycznie brak drogi ucieczki – efekt identyczny. Stałem. Bestia z prawej za kilka sekund odparuje mnie, zupełnie nie przeszkadzając sobie tym w pracy. Druga, ta bardziej z lewej, za dwie sekundy mnie rozjedzie.
Padnij bałwanie! To był ostatni krzyk umysłu odwykłego od silnych wyrzutów adrenaliny. Spodziewając się, co się za chwilę wydarzy, ruszyłem ostro do przodu. Próbowałem w jakiś sposób zatrzymać pracę wszystkich maszyn na Hesperii, ale jedyny wyłącznik awaryjny był w biurze, a łączności z centralnym komputerem brak. Setki różnych symulacji. Kto sobie poradzi, jeśli nie ja? Plan wykluł się lotem błyskawicy. Nie był może idealny, ale na więcej kalkulowania nie mogłem sobie pozwolić. Samobieżny laser przed momentem zaczął wypalać skały. Aby nie tracić czasu na zbędne manewry na razie jechałem prosto na niego.
Hydrauliczne ramię, niezależnie od podskoków na nierównościach wisiało na jednej wysokości. Znakiem tego żyroskop sprawował się jak powinien. Stary przewracał się. To mogło tylko pomóc. Gwałtowny skręt po zblokowaniu jednej gąsienicy i natychmiast podstawiłem wysięgnik, aby upadł na jego koniec. Robiłem wszystko, aby zapakowany w skafander człowiek wisząc na końcówce ramienia nie odczuł pędu maszyny. Szybko podniosłem go i opuściłem po drugiej stronie kabiny. Był bezpieczny przez kolejnych kilkanaście sekund. Cały świat nagle zrobił salto w tył. Obrazy na monitorach wirowały.
Czułem się, jakbym koziołkował w próżni. Straciłem kontrolę nad pojazdem. Prawdopodobnie wykonałem zbyt ostry zwrot na kamienistym podłożu. Samobieżny laser pojawił się na monitorze przede mną na ułamek sekundy przed zderzeniem. Chwyciłem kurczowo za jakiś uchwyt. Uderzenie nie było silne. Maszyna wzniosła się na tyłach gąsienic i przepchnęła laserowy czołg o dobry metr. Cofając się zdążyłem zanotować, że bezwładne ramię wysięgnika chlasnęło w grubą tubę ciała. Niesamowite szczęście, że wysięgnik w wyniku zderzenia najprawdopodobniej uległ uszkodzeniu. Rurowa obudowa lasera zablokowała się w jednej pozycji.
Pojazd nadal raził impulsami. Pruł ciągle w to samo miejsce. Miał proste zadania i prosty komputer. Rozpoczęta sekwencja nie mogła być zatrzymana. Jego analogowe sterowniki pewnie nawet nie otrzymały informacji, że coś jest nie tak. W okolicy, w jaką celował, powstało niewielkie jeziorko jaskrawo pomarańczowej lawy. Ratrak wycofał się o kolejny metr. Hydrauliczne ramię, ostrą końcówką służącą do rozbijania skał opadło na dach drugiej maszyny. To powstrzymało ostatnie salwy. Niezdarnie wylazłem ze środka pojazdu.
Delikatnie, z tym większym wysiłkiem starałem się podnieść leżące ciało. Z ciężarem na rękach dopiero za trzecim razem porządnie złapałem pion i sprostałem zadaniu. Komandor był na granicy przydatności. Słabe, niezborne ruchy dawały znać, że żyje. Miał uszkodzoną szybę w hełmie, cała w pajęczynie pęknięć. Na szczęście kompania nie oszczędzała na bezpieczeństwie. W bazie były najnowsze modele kombinezonów. Nawet jeśli trochę przepuszczał, wydajny system podtrzymywania życia przez kilkadziesiąt minut poradzi sobie z utrzymaniem minimalnego ciśnienia. Ale czy w trakcie testów ktoś brał poprawkę na tak starego człowieka? Przestał się poruszać.Wszystko to wyglądało coraz gorzej.
Rozejrzałem się bezradnie. Sam nie wniosę go przez własne środka. Przyczepy zostawiłem w bazie. Nie były mi potrzebne. Spojrzałem na ratraka. Wymyśliłem coś. Trochę to ryzykowne, ale jak sądziłem, jedyne sensowne rozwiązanie. Ułożyłem go na maksymalnie wychylonym do góry lemieszu i po chwili ruszyłem w stronę zabudowań. Regulowałem prędkość tak, aby dotrzeć możliwie szybko, jednak całkowicie bezpiecznie. Jeśli doznał jakiegoś poważnego urazu, wstrząsy mogły pogorszyć jego stan.
Tuż przed bazą udało się nawiązać łączność radiową. Wysłałem komunikat o sytuacji zagrażającej życiu człowieka. Główny komputer zarządził alarm. Od tej chwili wszystkie prace na planetoidzie, które mogły być, zostały wstrzymane. Facet miał szczęście. Byłem jedynym, który miał szansę go uratować i zrobiłem to pierwszego dnia pobytu. Dojechałem do bazy. Obudził mnie ból głowy. W okamgnieniu wspomnienia ostatnich wydarzeń zalały mnie zimną falą. Zrobiło mi się wstyd.
Wstyd podwójnie, że zachowałem się jak stary głupiec i co być może ważniejsze, że nie doceniłem chłopaka. Usłyszałem kroki. Szybko zamknąłem oczy. Otworzyłem je po trzech sekundach. Odwlekanie zderzenia ze skutkami braku własnej odpowiedzialności to głupie. „Obudził się pan? To dobrze. Martwiłem się. Jak się pan czuje?” „Kolano boli. Samo chyba nie przejdzie.” „Kolano kolanem, ale był pan trochę niedotleniony.
Z głową okej?” „Prawie. Wiem, jak się nazywam, ale nie pamiętam jak ty.” „Adelan Dedron.” „Pirx.” Ze zbolałą miną podałem mu rękę. „Wiesz Adelan, chciałem cię przeprosić za wczoraj. Byłem trochę szorstki. Okazało się, że się pomyliłem. Na moje szczęście myliłem się. Dziękuję za wszystkie dni, które mi podarowałeś.” „Każdy zrobiłby wszystko, ażeby pomóc innemu człowiekowi. Szczególnie tu, poza Ziemią, gdzie jesteśmy dla siebie jak bracia. To nasza matka musiałaby nigdy nie usłyszeć o menopauzie.” Zaśmieliśmy się obydwaj. „Panie komandorze, nikomu nie powiem o tej wycieczce.” „Nie mów.
Dziękuję ci. Zdradziłbyś ostatni rozdział mojego pamiętnika.” „Nobliwie opisze pan to?” „Pewnie. Twoją akcję także. Była świetna.” „Panie komandorze, ale ja...” „Wiem, co mówię. Byłem na granicy świadomości, ale coś pamiętam. Przeniesienie mnie ramieniem, a szczególnie atak na pojazd laserowy. Masz talent, chłopcze.” „Ale ja właśnie chciałem powiedzieć, że pogubiłem się trochę. Miałem... Chciałem powiedzieć, że obaj mieliśmy dużo szczęścia.” „Szczęście sprzyja zwycięzcom. Nie przejmuj się, nie ma czym.” „Da mi pan w końcu powiedzieć?
Ja nie wiem, jak to się stało, jak to się działo. Straciłem panowanie nad maszyną. Wszystko dla mnie wydarzało się zbyt prędko. Co bym nie zrobił, maszyna nie reagowała albo moje starania przynosiły odwrotne skutki. To, że pan żyje, to przypadek. Wszystko działo się tak szybko, że nawet gdybym to ćwiczył przez rok na symulatorach, pewnie nie dałbym rady.” Przyglądałem się chłopakowi. Kręcił głową, rozkładał bezradnie ręce. „Nie rozumiem tego” – dodał na koniec. „Jaki...” Zawahałem się na moment. Znalazłem szybko pierwsze z brzegu alibi i dopytałem: „Jaki numer miała ta twoja maszyna?” „Czemu pan pyta?” „No odpowiedz proszę.” „Zaraz.
Tak. Na pewno żółtą farbą. 412. A co za różnica?” Zaskoczony przyglądał mi się nadal. Przestałem widzieć go ostro. Walczyłem, aby jakoś się wchłonęły, żeby ani jedna nie spłynęła. Z tego byłoby trudno się wytłumaczyć. „Widzisz, bo suma daje siódemkę, a to od zawsze była dla mnie szczęśliwa liczba” – odpowiedziałem nienaturalnie zachrypniętym szeptem. Epilog. Półleżąc, półsiedząc z usztywnioną nogą, rozglądałem się leniwie i dumałem zarazem.
Już nic mnie nie goniło. Życie w Centrum Weteranów na Lunie było wygodne aż do mdłości. Mogłoby się wydarzyć coś, cokolwiek. Jakaś mała panika na przykład. Pielęgniarki biegające z piskiem, strażnik z wyjętą bronią. Ale nie, wszyscy ułożeni, empatyczni i trochę nudni. Jak już mnie postawią na nogi, coś wymyślę, tak na miarę mojego wieku, żeby nie zgnuśnieć, ale i nie zsinieć. Tymczasem do napisania zostało to jedno ostatnie drażniące mnie zdanie.Trzymając rękopis w dłoniach przypominałem sobie najważniejsze sceny z ostatnich dwóch lat. Przecież podświadomie zakładałem, że nie wydarzy się w tym czasie już nic godnego uwagi. Moja historia była pozornie zakończona tuż przed zapisaniem pierwszego zdania w pamiętniku.
Jak będzie po zapisaniu ostatniego? Zastanawiając się cały czas, powolnym ruchem sięgnąłem za pióro, bo jak sądziłem, odnalazłem to, czego szukałem. U kresu mego czasu uzmysłowiłem sobie to, co przeczuwałem sercem przez te wszystkie lata. Zrozumiałem, że życie jest tak zdumiewające, że dopóki będzie szansa na kolejny oddech, dopóty nie da się napisać ostatniego zdania, które byłoby prawdziwie nieomylne. Z tego powodu na koniec z całkowitą pewnością mogę jedynie postawić te trzy znaki: kropka, kropka, kropka. Proszę państwa, to już by było na tyle. Kolejny AWF niniejszym uznaję za zakończony. On się kończy w drugim dniu długiego czerwcowego weekendu. Jak to dobrze pomyśleć sobie, że minęły dwa dni i jeszcze dwa dni wolnego przed nami. Przynajmniej dla większości będzie to wolne.
Życzę państwu dobrej pogody, chociaż ostatnio stała się ta pogoda nieco chwiejna, mało stabilna powiedziałbym. Jakoś musi nam urozmaicać pogodę. Jak byłoby za spokojnie, to też byśmy narzekali. A zatem pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą audycję. Dziękuję, że miałem do kogo mówić. Pozdrawiam, życzę dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrego tygodnia, bo jak zwykle spotykamy się w przyszły piątek. Dobranoc.
[03:42:11] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.