[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, dzisiejszą audycję chciałem rozpocząć początkowo w sposób taki troszkę bardziej luźny, bardziej wesoły, nawiązać do bohatera dzisiejszej małpy, który to bohater, można powiedzieć moim głosem, od niedawna w odcinkach przemawia do Państwa na antenie Radia Paranormalium oraz na naszym kanale. Mowa oczywiście o Mustafie i Pamiętniku Jasnowidza. Natomiast dosłownie chwilę przed tym, jak rozpoczęliśmy nagranie, wróciłem do domu, odpaliłem internet i zdębiałem. Bo wiecie, umarł człowiek. Człowiek przez duże C. Człowiek, o którym można powiedzieć, że był jednym z kilku, może kilku naprawdę pożytecznych posłów. Człowiek, któremu nieobcy był los nie tylko innego człowieka, ale także zwierząt. I jestem po prostu w szoku, że to piękne życie, tak pomocne życie, tak wcześnie się skończyło, tak tragicznie. Chwilę potem, po przeczytaniu tych strasznych wiadomości dotarło do mnie, że równie dobrze to mogłem być ja. Bo ja też poruszam się czasami rowerem, też czasami widuję różne niezbyt bezpieczne akcje kierowców samochodów. Tutaj jeszcze nie wiemy dokładnie, co się stało, ale niestety w wieku 36 lat zmarł tragicznie poseł Łukasz Litewka. I to jest taki moment, w którym naprawdę mam zagwozdkę, co tak właściwie powiedzieć. Tyle myśli, tyle emocji. Myślę, że nie tylko ja to dzisiaj przeżywam. Więc może rozpocznijmy w końcu, troszkę może smutno, ale jednak to kolejne spotkanie w AWF-ie, w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Aleksander Kiwelios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[02:21] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Tak, rzeczywiście okoliczności takie dosyć ponure się zrobiły. No ale tak bywa. Tak po prostu bywa. Nic mądrzejszego w tej chwili nie powiem. Już wielokrotnie w sumie na antenie w czasie audycji pojawiały się tego rodzaju komunikaty i to jest zawsze moment, w którym człowiek nie wie, co tak do końca powiedzieć, bo co by nie powiedział, to właściwie słowa to za mało. A wracając do takiego zwykłego przebiegu toku audycji, powiedziałbym tak, że patrząc do internetu, świat się jednak zmienia. Okazuje się, że AI może służyć nie tylko do pisania wypracowań dla uczniów. Wykorzystywana jest przez uczniów do pisania wypracowań albo do wytwarzania ton lepszych lub gorszych obrazków. Ale AI może być również wykorzystywana do działań o charakterze naukowym, odkrywczym. Okazuje się, że sztuczna inteligencja już nie tylko proponuje nowe terapie badawcze, nie tylko proponuje nowe terapie lecznicze, ale zajmuje się, pomaga w odkrywaniu nowych planet. I proszę państwa, kilka, kilkanaście lat temu to, co mówię, a właściwie to, co za chwilę powiem, byłoby sensacją naukową. Trąbiono by o tym dosłownie pod niebiosa. A dzisiaj? Dzisiaj te informacje, które za chwilę podam, one nawet nie trafiają do serwisów informacyjnych. No dobrze, ale co nie trafia? Otóż badacze z Uniwersytetu w Warwick opracowali nowe narzędzie oparte właśnie na bazie sztucznej inteligencji i to narzędzie pomogło przeanalizować ogromne zbiory danych, które pozyskane zostały z misji TESS NASA i dzięki temu potwierdzono istnienie dziesiątek egzoplanet, a także odkryto zupełnie nowe obiekty. Główna autorka badania opublikowanego w czasopiśmie, ono się tak dziwnie nazywa, MNARS, doktor Marina Lafarga-Magro z Uniwersytetu w Warwick stwierdziła coś takiego: „Dzięki naszemu nowo opracowanemu systemowi Raven udało nam się zweryfikować istnienie 118 nowych planet i ponad 2000 wysokiej jakości kandydatów na planety, z czego prawie 1000 to obiekty zupełnie nowe. Jest to jeden z najlepiej scharakteryzowanych przykładów planet bliskich i pomoże nam zidentyfikować najbardziej obiecujące układy do przyszłych badań”. Bo proszę państwa, współczesne projekty poszukiwania planet, one regularnie odkrywają tysiące potencjalnych obiektów. I być może dlatego w tej chwili już to nie jest taka sensacja, jak była kiedyś. Ale to odkrycie to jeszcze nie wszystko. Później nadchodzi czas dosyć drobiazgowej weryfikacji. Weryfikacji, które z tych sygnałów wskazują na faktyczne istnienie egzoplanet.Oraz określenie przy okazji częstotliwości występowania poszczególnych ich typów. I to wciąż jest duże wyzwanie, bo przy użyciu wcześniej dostępnych technik to trwało i trwało. Dzięki tej nowej metodzie zespół z Uniwersytetu Warwick mógł wyjść poza takie pojedyncze odkrycia i naprawdę szczegółowo zbadać wielką populację bliskich planet, bliskich egzoplanet. W tych nowych badaniach, proszę sobie wyobrazić, przeanalizowano dane na temat ponad 2,2 miliona ciał niebieskich. Te wszystkie informacje zostały zebrane w ciągu czterech lat działalności misji TESS, a wśród potwierdzonych obiektów badacze wyróżnili kilka rodzajów potencjalnych planet. Pierwszy rodzaj to planety o bardzo krótkim okresie obiegu, takie, które krążą wokół swoich gwiazd w czasie krótszym niż na przykład 24 godziny. Drugi typ to jest stosunkowo rzadki typ. Rzadka klasa egzoplanet w tak zwanej pustyni Neptunowej. To jest taki obszar w danym układzie planetarnym, gdzie w teorii nie powinno się znajdować wielkich planet, takich jak Jowisz, jak Saturn, a okazuje się, że one tam w różnych odległych miejscach wszechświata po prostu są. Trzeba pewno będzie zmienić to, co wiemy o wszechświecie, a w każdym razie dołożyć do tego odpowiednią teorię. A na razie po prostu trzeba przyjąć to do wiadomości. Jest jeszcze trzeci typ. To planety bardzo blisko orbitujące. To znaczy planety podwójne, kręcące się wokół jednego środka masy. Trochę tak jak Ziemia i Księżyc. Układ taki podwójny, tylko w tamtym przypadku są dwie w miarę równe sobie planety, czy też obiekty kosmiczne wirują wokół tego środka masy. I te pary planet nie dość, że krążą wokół tego środka masy, to jeszcze krążą wokół gwiazd. Zaiste niezwykle ciekawe. Proszę państwa, mówią naukowcy, którzy brali udział w badaniu, że wyszkolili modele uczenia maszynowego w taki sposób, aby identyfikowały pewne wzorce danych. Takie wzorce, które mogą wskazywać na rodzaj wykrytego zdarzenia. Tak to określają naukowcy. A chodzi po prostu o to, jaki rodzaj z tych wcześniej wymienionych przeze mnie, z jakim rodzajem takich planet mamy do czynienia. No i cóż ja mogę powiedzieć? Te badania pokazują, że czasami sztuczna inteligencja jednak się do czegoś przydaje. Wiem, wiem. Żartuję. Wiadomo, że się przydaje do wielu rzeczy, ale to jest jeden z takich przykładów, kiedy bardzo namacalnie widać, że rzeczywiście sztuczna inteligencja może wspomagać w taki istotny, bardzo konkretny, a jednocześnie bardzo efektywny sposób wspomagać naukowców. Te narzędzia zyskane przez astronomów rzeczywiście rozszerzają naszą wiedzę. I ja się tak uśmiecham w tej chwili, mówiąc do państwa, bo kiedy przypomnę sobie te wszystkie analizy z lat 80. XX wieku, kiedy to mówiono: "Może trochę planet w naszej galaktyce jest, ale raczej za dużo to ich nie ma". Trochę przesadzam, ale te analizy były takie raczej mało entuzjastyczne. Tymczasem dzisiaj to, co odkrywają naukowcy, pokazuje, że ten nasz model wszechświata, to, co wiedzieliśmy o wszechświecie, proszę państwa, od 80. lat naprawdę nie upłynęło tak dużo czasu. To było zupełnie coś innego niż teraz odkrywamy, niż jest w rzeczywistości. Ile jeszcze tego rodzaju tajemnic wszechświat przed nami chowa? Nie potrafię powiedzieć. Nikt z nas tego nie potrafi powiedzieć, ale to jest może taka przestroga dla mnie na pewno, bo czasami człowiek zapędza się w takie pewniki i mówi: "O, tak jest, a inaczej nie będzie". Okazuje się, że w nauce pewniki tak naprawdę chyba nie istnieją, bo zawsze znajdzie się taki obszar, takie miejsce we wszechświecie, które postanowi zaprzeczyć tym naszym pewnikom. I w sumie bardzo dobrze. Ja wierzę w otwartą, niestępowaną paradygmatami naukę. Naukę, która naprawdę jest ciekawa tego, jak jest, a nie mówi wszystkim wokoło, jak powinno być. Być może jestem naiwniakiem. Dopuszczam taką myśl, ale naprawdę taka nauka, jak powiedziałem przed chwilą, czyli ta otwarta, ciekawa wydaje mi się dobrym tropem. Nauka skostniała i taka w systemie feudalnym, którym profesorowie rządzą, a młodzi mają słuchać, wydaje mi się aberracją. Zostawmy to, bo popadnę w jakieś takie smutne, smutaste tony. Przyjmijmy do wiadomości, że sztuczna inteligencja może pomagać. Pomagać w tym wypadku odkrywać nowe egzoplanety.A teraz proszę państwa, żeby jakoś choć trochę złamać rytm tych cotygodniowych audycji, zapraszam państwa na omówienie wybranych artykułów z majowego wydania Nieznanego Świata. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór państwu. Zbliża się maj, majówka, zbliża się piknik w Emilcinie. Wszystko się zbliża, ale wszystkich wyprzedził majowy numer Nieznanego Świata. A skoro już państwo wiecie, że będziemy rozmawiali o nowym numerze Nieznanego Świata, to oczywiście dzień dobry wieczór, Piotrze.
[12:52] - Dzień dobry wieczór. Tak, Nieznany Świat majowy wyprzedził wszystkich, dlatego, że się ukazał około 20 kwietnia. Także widzicie, jaki to spryciarz. Drodzy państwo, witajcie i czytelnicy i słuchacze. Ale zanim opowiemy, co w tym numerze, to może trzy słowa, gdzie ten Nieznany Świat majowy dostać. Jak wiecie zmieniła się sytuacja z kioskami ruchu. Zmieniła się tak, że one po prostu przeszły do historii. Zatem trzeba gazet szukać na własną rękę w marketach, na tych specjalnych wystawkach. Zasadniczo dla niektórych to może być problem, bo nikt wam tam nie poda tej gazety, jak to w kiosku bywało. Ale wiecie, jest szansa jeszcze na to, że na przykład dostaniecie Nieznany Świat do siebie do domu. Jeżeli wam się nie chce szukać, możecie skorzystać z opcji prenumeraty, a jeżeli wolicie na przykład opcję elektroniczną, bo są tacy ludzie, którzy nie korzystają już z papieru, to szukajcie e-wersji. Wszystkie informacje są podane poniżej w opisie. Wspierajcie nas, bo warto. Funkcjonowanie Nieznanego Świata jest uzależnione od bazy czytelniczej. Pamiętajcie, że zostaliśmy jedynym polskim w pełni czasopismem o tej tematyce na rynku. Pamiętajcie więc o nas co miesiąc.
[14:18] - Tradycyjnie zaczynam kartkować nowy numer i natykam się na artykuł: „Piotr Lebiedziński, zapomniany geniusz i badacz metapsychiki”. Piotrze, cóż za tajemnica kryje się za tym tekstem?
[14:36] - Bardzo ciekawa postać, muszę powiedzieć. Piotr Lebiedziński, zapomniany polski wynalazca. Chciałoby się powiedzieć trochę polski Tesla, konstruktor, pionier kinematografii, ale nie tylko. Okazuje się, że Lebiedziński oprócz tego, że interesował się najnowszymi wówczas za jego życia trendami i technikami, takimi jak fonografia czy fotografia, był też zainteresowany niezwykłymi możliwościami ludzkiego mózgu i razem z Julianem Ochorowiczem, postacią równie zasłużoną na wielu polach, trochę zapomnianą jednak, prowadził badania i eksperymenty związane z parapsychologią. Po prostu. Oni to nazywali metafizyką, ale to spełniało wszelkie wymogi dzisiejszych badań parapsychologicznych. Ich, jak to w tamtej epoce, najbardziej interesowały media spirytystyczne, a było ich dużo. Pamiętamy chociażby takie nazwiska jak Franek Kluski czy Jan Guzik funkcjonujące w ówczesnej Polsce. Ale nie tylko tym się zajmował Lebiedziński. Jakie były jeszcze inne jego obszary zainteresowań badawczych? O tym sobie w artykule doktor Stępień możecie przeczytać. On jest na początku numeru majowego.
[15:56] - Kartkuję dalej. I kolejny tekst, który przyciąga uwagę. Zresztą tytuł jest taki, że po prostu musisz przeczytać. „Od wampiryzmu do komunizmu”. To jest artykuł Alicji Łukawskiej.
[16:14] - Tak. Hrabia Drakula nam się raczej z komunizmem nie kojarzy. To nie w tę stronę. Chciałoby się powiedzieć raczej towarzysz Wlad Drakula. Maj to Święto Pracy, wszyscy o tym wiemy. A jak Święto Pracy, to oczywiście ruch robotniczy, pochody w ustroju minionym. Starsi czytelnicy na pewno to pamiętają. W tym przypadku jednak Alicja Łukawska, autorka, którą pozdrawiamy, bierze na tapet intrygującą legendę na temat związków komunizmu, bolszewizmu z wampiryzmem. To się wszystko zaczyna, wywodzi od pewnej legendy miejskiej, jednej z wielu, jakie krążyły po Rosji Radzieckiej, mówiącej o czarnej Wołdze. Ona miała nocami krążyć po Moskwie, wyłapując przymusowych krwiodawców. Cel? Ożywienie towarzysza Lenina. Tutaj nam się pojawia w tle postać Aleksandra Bogdanowa, który tym wszystkim miał kierować i który miał też w swoim życiu epizod fantastyczny. „Czerwona Gwiazda” tak brzmiał wymowny tytuł jego dzieła.
[17:24] - Tak, ta „Czerwona Gwiazda”. Zresztą o tym autorka artykułu pisze. Bardzo nam się mocno kojarzy z Rosją radziecką, z komunizmem i w ogóle z tym wszystkim. Ale tak, właśnie „Czerwona Gwiazda” to była powieść napisana jeszcze w czasach carskich. Powieść jak najbardziej fantastycznonaukowa. Bohaterem powieści Aleksandra Bogdanowa jest niejaki Leonid. Leonid to jest rewolucjonista i intelektualista. To się czasami przynajmniej mnie kłóci, ale załóżmy, że licentia poetica.W każdym razie jest to człowiek głęboko zaangażowany w walkę o przemianę ustrojową, o przemianę społeczną na Ziemi. I w pewnym momencie jego życie ulega dosyć radykalnej zmianie, ponieważ spotyka tajemniczą osobę, tajemniczego przybysza, który tak naprawdę, już nie będę państwa trzymał w niepewności, okazuje się reprezentantem cywilizacji marsjańskiej. I Leonid zostaje zaproszony i odbywa podróż na tegoż właśnie Marsa. Na Marsie odkrywa społeczeństwo funkcjonujące według zasad rozwiniętego komunizmu. Więc to nie jest taka abstrakcja komunistyczna. On tam znajduje, nasz bohater, konkretne mechanizmy działania owej cywilizacji, organizację pracy, strukturę społeczną. W ogóle utopia na pełnym rozkwicie. Ale jest też łyżka dziegciu w tym wszystkim, bo nagle pewnym problemem okazują się zasoby Marsa. One się kurczą, a właściwie już są skurczone. I ta cywilizacja wysokorozwinięta, komunistyczna zaczyna się zastanawiać, czy przypadkowo dobrą drogą, dobrym rozwiązaniem wszelkich problemów nie byłaby kolonizacja, a właściwie, nazywając rzecz po imieniu, podbijanie innych planet. Powiem tak, że w świetle tego, co później się działo, co wyprawiał Związek Radziecki, to prawie słowa prorocze naszego Aleksandra Bogdanowa. Ta powieść w Polsce się nie ukazała, aczkolwiek jest dostępna. Ja ją czytałem po rosyjsku. Jeszcze mam taką umiejętność. Przeczytałem. To nie jest porywające dzieło, ale na pewno ciekawostka, jeśli chodzi o historię fantastyki naukowej, światowej fantastyki naukowej. Zresztą w samej powieści pewne związki z krwią również się pojawiają. Piotrze, Piotrze, kolejny ciekawy tekst, który pojawia się w „Nieznanym Świecie”, dotyczy Wrocławia, a konkretnie czegoś, co można by nazwać wrocławskim czakramem.
[20:36] - O krakowskim wiele osób słyszało, ale o wrocławskim to nieco prowokacyjny tytuł ze strony Leszka Mateli, który się wybiera na poszukiwanie miejsc mocy w stolicy Dolnego Śląska i Śląska w ogóle. O co konkretnie chodzi z tym czakramem? O wyspę, Ostrów Tumski, Świętą Wyspę, chociaż ona od dawna już tą wyspą tak naprawdę nie jest. Natomiast jak pisze autor, pewne warunki naturalne, które tam panują, zapewniają temu miejscu naturalną energetykę. I nie jest niczym dziwnym z tej perspektywy geomantycznej, radiestezyjnej, że właśnie w tym miejscu swoje siedziby mieli chociażby Celtowie, później Ślężanie, Słowiańscy. To wskazuje też, że od zawsze doceniano pewne geomantyczne warunki tego miejsca. Pamiętano o jego szczególnym znaczeniu. Leszek Matela wspomina, że niegdyś przy wejściu na Most Tumski zdejmowano nakrycie głowy na znak respektu dla tego miejsca. Jego zdaniem silne wibracje sprawiają, że można mówić wręcz o tym czakramie wrocławskim, mniej znanym od krakowskiego, który jest wręcz legendarny i opowieść o nim ma wielu zwolenników. A czy w stolicy Dolnego Śląska istnieje jego odpowiednik? To musicie sami zdecydować sięgając do tekstu Leszka Mateli. Ale Marku, odejdźmy od tych tematów historycznych, bo dzisiaj omawiamy w większości takie. Skupmy się na nauce niekonwencjonalnej. W tym numerze jest twój materiał, wywiad poświęcony między innymi medycynie informacyjnej. Cóż to takiego jest? Jak to wytłumaczyć tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi i czego ciekawego można się dowiedzieć z tego materiału?
[22:35] - Odpowiadając na pytanie wprost, medycyna informacyjna bazuje na istnieniu pola informacyjnego. Pola, które jest podstawą całej materialnej rzeczywistości, w tym również nas, ludzi. I dzięki temu polu można na zdrowie oddziaływać. Natomiast warto powiedzieć o samym wywiadzie, bo ten wywiad jest pokłosiem mojej wizyty w Poznaniu w zeszłym roku. Pod koniec, w listopadzie miałem okazję uczestniczyć w konferencji, którą zresztą we wcześniejszym numerze „Nieznanego Świata” relacjonowałem. I to, wierzcie mi państwo, była konferencja, która naprawdę dawała do myślenia. Występowali tam przedstawiciele różnych dziedzin związanych z holistycznym podejściem do leczenia oraz do rozpatrywania naszej rzeczywistości. I muszę państwu powiedzieć, że szeroki zakres różnych referatów, które zostały tam wygłoszone właśnie od zdrowia, od oddziaływania dźwiękiem na człowieka, na oddziaływanie różnymi na przykład polami elektrycznymi, elektromagnetycznymi i tak dalej. Ja oczywiście nie opowiem państwu wszystkiego, bo tego się nie da zrobić. Sama konferencja trwałaGrubo ponad dziewięć godzin, więc nie da się. Po prostu się nie da, ale każda pliszka swój ogonek chwali. Wywiad jest niezwykle ciekawy, bo sama organizatorka konferencji, z którą prowadzę rozmowę, pani Dobrosława Kwiatkowska, to jest osoba o dużej energii organizacyjnej, ale też o ogromnej wiedzy dotyczącej holistycznego podejścia do zdrowia człowieka. Naprawdę byłem pod dużym wrażeniem i mam nadzieję, że państwo po lekturze tego wywiadu również będą pod wrażeniem. Ja tylko państwu powiem jedno. Pod koniec konferencji nagle pojawiła się rzecz, która mnie urzekła. Ona może nie tyle wiąże się ze zdrowiem fizycznym. O tym też jest mowa w wywiadzie i to w bardzo dużym stopniu, w dużych dawkach ta wiedza jest podawana. Natomiast mnie urzekła historia związana z terapią psychologiczną, związana z wyłączeniem zmysłu wzroku. Człowiek z własnej woli udaje się do całkowicie wyciemnionego, zaciemnionego pomieszczenia, pomieszczeń. Nie ma światła ani odrobiny. Zmysły natychmiast się wyostrzają po kilkunastu godzinach i jeśli człowiek spędzi w tej ciemności trochę sam ze sobą. Oczywiście tam są inni ludzie, ale ciemność sprawia, że człowiek trochę zaczyna rozmawiać wewnętrznie, duchowo, sam ze sobą. To też jest leczenie, tu cudzysłów, duszy, psychiki człowieka. I to też jest niezwykle ciekawe, ale w tym wywiadzie, o którym mowa skupiamy się wspólnie z moją rozmówczynią na zdrowiu fizycznym, a to, o czym można się dowiedzieć, o tym, jak na to zdrowie można oddziaływać za pomocą bardzo fizycznych urządzeń. To są rzeczy niebywałe i bardzo dlatego państwu ten artykuł polecam. Nie dlatego, że jest mój.
[26:33] - W numerze majowym oczywiście wiele innych materiałów, w tym rubryki stałe, jak na przykład Okruchy Wszechświata, które są poświęcone tajemnicom kosmosu. Mamy też materiał doktor Bohaczak-Trąbskiej poświęcony świętej sylabie Om. Jest też coś o kronikach Akaszy. W numerze również dokończenie tekstu Piotra Witolda Lecha na temat Osho, jednego z najbardziej kontrowersyjnych guru indyjskich. Zatem szukajcie nas w kioskach, pamiętajcie o nas co miesiąc. Te miesiące tak szybko lecą, że czasami się człowiek nie orientuje, a już jest kolejny numer. Ale warto zawsze znaleźć chwilę. Tym bardziej, że jest długi weekend. Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o numerze, zapraszam na www.nieznanyświat.pl. Jeżeli chcecie nabyć numer albo zobaczyć, co tam jeszcze mamy na stanie, to wejdźcie na www.nieznany.pl.
[27:32] - To proszę państwa, skoro były zapowiedzi związane z nieznanym światem, czas na polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który wybrałem na dzisiaj to „Powrót do Silent Hill”. Autor John Passarella, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 24 kwietnia. To jest oficjalna powieściowa adaptacja filmu „Powrót do Silent Hill”, bo na podstawie scenariusza autorstwa trojga autorów i na podstawie gry stworzonej również na potrzeby tego uniwersum, gry „Powrót do Silent Hill”. Na tej podstawie stworzono psychologiczny horror, który można nie tylko obejrzeć na ekranie, ale również przeczytać. Gdy James otrzymuje tajemniczy list od swojej utraconej miłości Mary, coś nieodparcie przyciąga go do Silent Hill, miasteczka niegdyś bliskiego i znajomego, dzisiaj całkowicie pochłoniętego przez mrok. W trakcie rozpaczliwych poszukiwań James staje twarzą w twarz z monstrualnymi istotami i stopniowo odsłania przerażającą prawdę, balansując na granicy przetrwania. Przypomnę, książka nosi tytuł „Powrót do Silent Hill”. Autor John Passarella, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 24 kwietnia. Tego samego dnia na rynku wydawniczym pojawi się książka „Akta wroga”. Autor to Barry B. Longyear, również wydawnictwo Vesper. I tak jak mówiłem, ta sama data premiery. „Akta wroga” to kompletne, jednotomowe wydanie legendarnego cyklu „Mój własny wróg”. Zbiór otwierają fragmenty tajemniczych kronik Graków, w tym Mit Akawy, historia Uhe oraz obszerna część historii Sitsu Mat. To są fragmenty wprowadzające czytelnika w obcą i fascynującą kulturę, a następnie otrzymujemy opowieść „Mój własny wróg” w wersji autorskiej. To jest pełnowymiarowa powieść rozbudowana z nagrodzonej noweli, która została zekranizowana przez studio Fox. Teraz dostajemy jej rozbudowaną wersję, a całości tego tomu dopełniają dwie kontynuacje. Pierwsza z nich zatytułowana „Testament jutra”, druga „Ostatni wróg”.One domykają epicką opowieść o wrogości, porozumieniu i człowieczeństwie. Ten omnibus, który Państwu prezentuję, zawiera także dwa eseje, które odsłaniają kulisy powstania cyklu. Pierwszy esej nosi tytuł: "O językach obcych", a drugi: "Pędź, Draco, pędź!". Mamy też w tym tomie publikowany po raz pierwszy słownik dracki dla turystów. Przypomnę, wielki tom nosi tytuł: "Acta wroga". Autor Barry B. Longyear, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 24 kwietnia. Trzecia propozycja: "Zona. Trylogia. Ołowiany świt. Drugi brzeg. Droga donikąd." To oczywiście utwory Michała Gołkowskiego, wydawnictwo Fabryka Słów, a data premiery 30 dzień kwietnia. Zapytaj stalkera, co koniecznie zabrać do Zony. Przewodnik po terenie, poradnik życia w strefie i dobrą rozrywkę zapełniającą czas przy wieczornym ognisku. Wszystko w jednym. Oto Zona. Wchodzisz w to? Zresztą już jesteś. Stoisz na początku drogi prowadzącej do jądra ciemności. Tutaj wrogiem jest zło przyjmujące najróżniejsze postaci, imiona i kształty. Jednak najstraszniejszym, co można spotkać w Zonie, jest człowiek. Powiadają, że najgorsza samotność jest wśród ludzi. Tutaj pragniesz, aby najbliższym przyjacielem był ci karabin i granat w kieszeni. Reszta jest opowieścią. Książka składa się, tak jak wymieniłem wcześniej, z takich utworów jak: "Ołowiany świt", "Drugi brzeg", "Droga donikąd". Przypomnę "Zona. Trylogia." Autor Michał Gołkowski, wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery 30 kwietnia. Czas, proszę Państwa, teraz na korepetycje filozoficzne. Tak się złożyło, że przez ostatnie tygodnie pojawiali się filozofowie nieco mniej znani. Robiłem to świadomie, bo w historii egzystowała cała armia filozofów i czasami warto ich przywołać, bo to, co pisali, co mówili, co spisano, było czasami naprawdę ciekawe. Ale dzisiaj filozof, o którym myślę, że słyszał prawie każdy. Bo są filozofowie, którzy budują systemy i są tacy, którzy budują całe światy. Gottfried Wilhelm Leibniz zdecydowanie, proszę Państwa, należy do tej drugiej kategorii. Bo jeśli potraktować te wszystkie jego myśli poważnie, a warto to zrobić, to nagle okazuje się, że rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje. Nie jest zbiorem rzeczy, tylko zbiorem punktów widzenia. I to bardzo osobliwych punktów widzenia. Ale zanim wejdziemy w ten labirynt, zatrzymajmy się na chwilę przy samym bohaterze. Bo Leibniz to nie był filozof w typie zamkniętego w wieży samotnika. To był człowiek-instytucja, dyplomata, matematyk, prawnik, historyk, wynalazca, współtwórca rachunku różniczkowego, co nawiasem mówiąc doprowadziło do słynnego konfliktu z Isaacem Newtonem. Człowiek, który próbował uporządkować świat nie tylko myślą, ale też za pomocą administracji. Może właśnie dlatego filozofia, którą głosił, ma w sobie coś z dobrze zaprojektowanego systemu. Wszystko ma tu swoje miejsce, nic nie jest przypadkowe. Nawet przypadek, jeśli się dobrze przyjrzeć, okazuje się tylko pozorem, bo Leibniz kompletnie nie wierzył w chaos. Wręcz przeciwnie, uważał, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Tu zaczyna się problem, bo kiedy słyszymy takie zdanie, to odruchowo pojawia się sprzeciw. Najlepszy? Naprawdę? A te wszystkie wojny, te bezeceństwa, to cierpienie, a absurd codzienności? Czy to wszystko ma być częścią jakiegoś optymalnego projektu? A Leibniz odpowiada: tak, ale nie robi tego w sposób naiwny. Nie chodzi o to, że świat jest idealny w sensie potocznym. Chodzi o to, że spośród wszystkich możliwych konfiguracji rzeczywistości Bóg wybrał tę, która jest logicznie najdoskonalsza, najbardziej spójna, najbogatsza w sens. Innymi słowy, proszę Państwa, mogło być gorzej i to znacznie gorzej. To podejście, które przedstawiłem, wywołało później reakcję niemal alergiczną. Bo wystarczy przypomnieć chociażby złośliwą karykaturę, którą sporządził Voltaire w "Kandydzie", gdzie optymizm Leibniza zostaje dosłownie rozjechany przez rzeczywistość niczym idealny system przez pierwszą awarię. Ale zanim zaczniemy się z Leibniza śmiać, warto zrozumieć, co on właściwie próbował zrobić. Bo jego projekt jest ambitny do granic bezczelności.On nie chce tylko opisywać tego, co go otacza, czyli nie chce opisywać jedynie świata. On chce wyjaśnić, dlaczego istnieje raczej coś niż nic. Bo przecież nic jest prostsze. I robi to za pomocą pojęcia, które brzmi niepozornie, a jest jednym z najbardziej niezwykłych wynalazków w historii filozofii. Ten wynalazek to monady. Monady to nie są rzeczy w takim zwykłym sensie. Nie mają rozciągłości, nie mają kształtu, nie można ich zobaczyć pod mikroskopem. A jednak według Leibniza to one stanowią podstawę całej rzeczywistości. Każda monada jest jak punkt świadomości albo lepiej — jak mikroskopijny wszechświat. Każda monada odbija cały kosmos z własnej perspektywy. I teraz robi się naprawdę ciekawie, bo te monady nie oddziałują na siebie. Leibniz ujmuje to dosadnie: monady nie mają okien. To jest jego najbardziej chyba znane twierdzenie, zdanie i jedno z najbardziej mylących, jeśli wziąć je zbyt dosłownie. Nie chodzi oczywiście o okna w sensie fizycznym, ale o brak jakiejkolwiek szczeliny, przez którą coś mogłoby dostać się do wnętrza monady lub z niej wypłynąć. Żadnych wpływów z zewnątrz, żadnego przepływu informacji, żadnych zderzeń. Wszystko, co dzieje się w monadzie, wynika wyłącznie z jej własnej wewnętrznej natury. Świat nie wchodzi do niej. Ona sama rozwija swój obraz świata od środka. Jeśli państwo teraz nie rozumiecie, co do was mówię, to ja się wcale nie dziwię. Absolutnie się nie dziwię. Ale pociągnijmy temat dalej, może stanie się bardziej jasny. W świecie Leibniza nie ma bezpośrednich przyczyn w takim sensie, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Jedna rzecz nie popycha drugiej, nie ma zderzeń, nie ma przepływu energii między bytami w tym klasycznym rozumieniu. Zamiast tego mamy coś, co Leibniz nazywał harmonią przedustawną. I znowu nic absolutnie nie można z tego wywnioskować. Bo to brzmi jak termin techniczny, ale kryje się za nim bardzo sugestywny obraz. Wyobraźmy sobie dwa zegary. One są idealnie zsynchronizowane, chodzą równolegle, pokazują ten sam czas, ale nie są ze sobą połączone. Nie wpływają na siebie. One po prostu zostały tak ustawione na początku, że wszystko się zgadza. I tak właśnie działa rzeczywistość. Każda monada rozwija się zgodnie z własnym programem. Weźmy to słowo program w cudzysłów. Ale ponieważ wszystkie te monady zostały zaprojektowane przez Boga, ich stany idealnie się ze sobą pokrywają, zgadzają, a to prowadzi do dosyć niezwykłej konsekwencji. Każda monada jest całkowicie samotna w sensie metafizycznym, zamknięta w sobie, nieprzenikalna, a jednocześnie żadna nie jest odcięta od świata, bo każda, to już mówiłem, zawiera jego odbicie. To, proszę państwa, trochę tak, jakby każdy byt był jednocześnie izolowanym punktem i zwierciadłem całości. To samotność i pełnia w jednym. Dobrze, ale jaki jest tego efekt? Świat wygląda tak, jakby wszystko było ze sobą powiązane. A tymczasem Leibniz mówi coś zupełnie innego. Tak, bo on twierdzi, że to powiązanie to tylko pozór. I tu pojawia się subtelny, ale bardzo ważny moment. Bo jeśli świat jest tak skonstruowany, jak mówi Leibniz, to znaczy, że sens nie wynika z przypadkowych interakcji, tylko z głębokiej, ukrytej struktury tego świata. Leibniz jest więc trochę wbrew epoce myślicielem porządku, ale jednocześnie jest też filozofem różnicy, bo jego słynna zasada głosi: nie ma dwóch identycznych rzeczy. Jeśli coś byłoby absolutnie takie samo, jak coś innego, to właściwie byłoby tym samym. A to prowadzi do ciekawej konsekwencji. Każda monada jest niepowtarzalna. Każdy punkt widzenia na świat jest unikalny. Każda perspektywa wnosi coś, czego nie da się zastąpić. To w sumie brzmi zadziwiająco nowocześnie. To tak, jakby Leibniz przeczuwał, że rzeczywistość to nie jest jednolita masa, tylko sieć punktów widzenia. Że prawda nie jest jakimś jednym blokiem, tylko raczej strukturą, w której różne perspektywy układają się w jakąś większą całość. I tu dochodzimy do czegoś jeszcze. Leibniz marzył o stworzeniu języka, który pozwoliłby rozwiązywać spory tak, jak rozwiązuje się równania matematyczne. Bez emocji, bez nieporozumień. Wystarczyłoby powiedzieć: policzmy, jaka jest prawda. To jest jego słynna idea caratteristica universalis, uniwersalnego języka pojęć.I cóż oraz rachunku rozumowania. Czy to brzmi znajomo? Trochę jak zapowiedź logiki formalnej, trochę jak przedsmak informatyki. Trochę jak bardzo wczesna intuicja tego, co dziś nazywamy sztuczną inteligencją. Leibniz chciał, żeby myślenie stało się operacją, niemal operacją matematyczną, żeby spory filozoficzne dało się rozstrzygać nie przez retorykę, ale przez obliczenia. Ambitne? Bardzo. I powiem od razu nieco utopijne. Na granicy utopii. Oczywiście tak, ale jednocześnie muszę to powiedzieć, to jednocześnie jest zaskakująco prorocze, bo jeśli spojrzeć na współczesny świat, świat algorytmów, modeli, systemów logicznych, to widać, że coś z tej wizji leibnizowskiej się jednak ziściło. I może właśnie dlatego Leibniz jest tak ciekawy, bo on stoi na styku epok. Z jednej strony jeszcze głęboko jest zakorzeniony w metafizyce, w Bogu jako gwarancie porządku, wielkim projekcie racjonalności świata, z drugiej już patrzy w stronę nowoczesności, gdzie rzeczywistość zaczyna przypominać system, strukturę. I te obliczenia. A gdzieś pośrodku zostaje człowiek. Jedna z nieskończenie wielu monad. Bo każdy z nas jest taką monadą małą, zamkniętą, a jednocześnie odbijającą cały wszechświat. I teraz ważne doprecyzowanie, które być może poukłada klocki. Tak, człowiek jest monadą, ale nie każda monada jest człowiekiem. Leibniz zakłada istnienie całej hierarchii monad. Najprostsze z nich są jakby uśpione. Mają bardzo mgliste, niemal zerowe postrzeganie świata. To jest, proszę państwa, poziom materii nieożywionej. Wyżej pojawiają się monady zwierzęce, zdolne do percepcji i pamięci. A człowiek? Człowiek to monada szczególna. Posiada świadomość refleksyjną, zdolność myślenia o własnym myśleniu. Można powiedzieć: nie tylko widzi świat, ale wie, że go widzi. I tu pojawia się pytanie, które aż się prosi, żeby je zadać. Czy monada to po prostu dusza? Odpowiedź Leibniza brzmi trochę tak, ale nie do końca. Każda istota żywa ma swoją monadę, która pełni funkcję zasady życia i postrzegania. I w tym sensie monada przypomina klasyczną duszę. Jest czymś niematerialnym, wewnętrznym, stanowiącym centrum doświadczenia. Ale Leibniz idzie dalej. Dusza nie jest dla niego czymś wyjątkowym i rzadkim. Monady są przecież wszędzie. Świat jest nimi dosłownie usiany, upakowany. Różnica polega więc nie na tym, czy coś ma duszę, ale jakiego rodzaju jest ta dusza. Bo tak jak mówiłem, w człowieku monada osiąga poziom świadomości refleksyjnej. Staje się tym, co tradycja nazywa duszą rozumną. W zwierzętach, tak jak mówiłem, działa jako dusza zmysłowa, a w materii nieożywionej jako coś, co można by nazwać duszą uśpioną, niemal bez świadomości. Niemal to też ważne słowo i to w ogóle dosyć odważna wizja. Zamiast świata martwej materii i nielicznych istot obdarzonych duszą, mamy rzeczywistość całkowicie ożywioną. Ożywioną od środka. Wszystko coś czuje, tylko na różnych poziomach wyrazistości. I może to jest najbardziej intrygujące w filozofii Leibniza. To, że według niego każdy z nas, niezależnie od tego, jak bardzo wydaje się ograniczony, każdy z nas nosi w sobie obraz całości. On często jest niepełny, zamglony, zniekształcony, ale jednak jest obrazem całości. Świat, który widzimy, jest tylko jedną z nieskończenie wielu możliwych wersji tego samego kosmicznego spektaklu. A skoro tak, to być może naprawdę żyjemy w najlepszym z możliwych światów, albo przynajmniej w takim, który daje się sensownie pomyśleć. Ja wiem, proszę państwa, że filozofia Leibniza łatwa nie jest, ale kiedy się na przykład przesłucha to, co powiedziałem, raz jeszcze i zgodnie z czymś, co nazywa się kołem hermeneutycznym, zacznie składać klocki, to wówczas może nie będzie aż tak trudna, jak się wydaje na początku. Koło hermeneutyczne to coś takiego, co mówi nam, że nie można poznać całości nie znając elementów składowych. Ale działa to w obie strony. Nie można też poznać elementów składowych, jeśli nie znamy całości. Czyli wniosek z tego prosty: trudny tekst najlepiej przeczytać dwa razy, bo najpierw składamy klocuszki, żeby uchwycić całość, a kiedy uchwycimy całość, wtedy lepiej zrozumiemy, jak ważne są poszczególne klocki w owej układance. To tak w skrócie, jeśli chodzi o hermeneutykę, koło hermeneutyczne. Może warto sobie tego Leibniza poskładać na kilka sposobów. A teraz już dla odpoczynku zapraszam państwa na odrobinę literatury.Dzisiaj opowiadanie Marka Tomasika „Usta malinowe, usta bocziusiowe”.
[48:56] - Marek Tomasik. Usta malinowe, usta bocziusiowe. Katarzyna siedziała przed lusterkiem. Była bardzo podekscytowana. Właśnie nakładała na twarz lekki makijaż. Nic nachalnego. W tle brzęczał telewizor. Przygotowywała się do wyjścia. Wzięła karminową szminkę i poczęła delikatnie kreślić nią po ustach. Po wydatnych, mięsistych wargach. Rozmyślała o nadchodzącym spotkaniu. Poznała Tomasza przez serwis randkowy. Dłuższy czas była sama. Nie była pewna, czy ta forma szukania partnera będzie odpowiednia, ale pierwsze spotkanie rozwiało jej wątpliwości. Tomek był czarujący, elegancki, inteligentny. Sposób, w jaki na nią patrzył, schlebiał jej. Było pożądanie, ciekawość, zainteresowanie nią samą. Czasem tylko jego wzrok stawał się jakiś taki dziwny, nieprzenikniony. Lecz trwało to bardzo krótko. Katarzyna wiedziała, że nie jest seksbombą i prawdopodobnie nigdy nią nie będzie. Prawdopodobnie żaden makijaż tu nie pomoże. Kobiecych wdzięków jednak jej nie brakowało. Wielu mogłoby powiedzieć, że aż nadto. Nigdy nie była szczupła. Gruba też nie. Tkwiła gdzieś pośrodku, z boczkami, sporymi piersiami i cellulitem na udach. Twarz też nie należała do wybitnych. Gdyby nie te wielkie usta, można by powiedzieć – urocza. Makijaż na pewno pomagał zrobić lepsze wrażenie. Skończyła malowanie. Podeszła do większego lustra sprawdzić, jak się prezentuje w całości. Założyła brązową spódnicę do kolan oraz czerwoną bluzkę bez dekoltu. Nie była pewna, czy taki układ kolorów ma jakiś sens, ale po dłuższym namyśle zdecydowała się właśnie na taką kreację. Stwierdziła, że chyba może być. W telewizji kończyły się wiadomości. Prezenterka opowiadała o jakimś zmasakrowanym ciele, które znaleziono jakiś czas temu. Sprawcy jeszcze nie ujęto. Katarzyna chwyciła za pilot i poczęła skakać z kanału na kanał. Trafiła w końcu na prognozę pogody. Zapowiadał się ciepły, bezchmurny wieczór. Uśmiechnęła się. Wyłączyła telewizor. Sięgnęła po torebkę. Sprawdziła, czy wszystko jest. Zamknęła mieszkanie i ruszyła na spotkanie w restauracji na Starówce. Dotarła na miejsce kilka minut przed czasem. Weszła do środka, rozglądając się za Tomaszem. Nigdzie go nie zauważyła. Przez chwilę serce zaczęło jej bić mocniej. A co, jeśli nie przyjdzie? Postanowiła poczekać. Przecież jest jeszcze dużo czasu. W lokalu było wolnych kilka stolików. Wybrała ten z widokiem na ulicę. Niedługo pojawiła się kelnerka, pytając o zamówienie. Powiedziała, że czeka na kogoś. Poprosiła tylko o wodę. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej. Popijając wodę mineralną zauważyła spieszącego Tomasza. Spojrzała na zegarek, który zakładała tylko na specjalne okazje. Był spóźniony o dwie minuty. Odetchnęła z ulgą. Pewnie coś go musiało zatrzymać. Tomasz, mężczyzna po trzydziestce, średniego wzrostu i budowy ciała, z czarnymi, nienagannie uczesanymi włosami wparował do restauracji. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojej randki. Kiedy dostrzegł Katarzynę, uśmiechnął się szeroko. Odwzajemniła uśmiech. Podszedł do niej. „Przepraszam za spóźnienie maleńka, ale była kraksa po drodze i ruch był wstrzymany.” Kobieta wstała od stolika, podając mu rękę. On, zamiast ją ścisnąć, ucałował ją lekko. Gdyby nie makijaż, spłonęłaby silnym rumieńcem. „Nic się nie stało, Tomasz.” „Mówiłem ci, mów mi Tomek, jak ci pasuje.” Usiedli oboje. Po chwili pojawiła się kelnerka. Chwilę trwało, zanim złożyli zamówienie. Nic ciężkiego, same lekkie potrawy. Tomasz chciał zamówić wino dla Katarzyny, ale odmówiła. Sam kierował, więc nie mógł się nim raczyć. Popijali więc jakąś rzadką odmianą herbaty z Cejlonu. „Powiedz Kasieńka, jak ci minął dzień?” Zapytał Tomek, zanim przybył posiłek. Katarzyna początkowo z niechęcią opowiedziała kilka banałów. W końcu niewiele działo się w jej życiu. Tomek zapytał o kilka szczegółów, co zmusiło ją do poszerzenia opowieści. Zauważyła, że słucha każdego jej słowa. Parę razy wtrącił jakąś słuszną uwagę. Rozluźniła się całkowicie i zaczęła opowiadać, jak to w pracy zdenerwował ją szef, jak koleżanka z biura wywaliła się na czymś i była kupa śmiechu. W międzyczasie przyniesiono jedzenie. Konsumowali powoli potrawy, a Kaśka opowiadała, że oglądała jakieś seriale. Jeden szczególnie się jej spodobał. Obejrzała parę filmów, które serwowała telewizja, ale jak zwykle nie było tam niczego wybitnego. Tomasz siedział, jadł i uśmiechał się. Kilka razy zaśmiał się, gdy powiedziała coś dowcipnego. Kiedy skończyli jeść, Katarzyna powiedziała: „A co u ciebie słychać? Nie będę przecież ględzić cały wieczór.” „U mnie też niewiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania.” Stwierdził, że miał wyjątkowo pracowity dzień. Mnóstwo zamówień. Kasieńka przypomniała sobie, że pracował w branży farmaceutycznej, ale nie wiedziała, co dokładnie robi. Zapytała go o to. Machnął ręką. Okazało się, że jest dystrybutorem leków na całe województwo. Po czym opowiedział, jak w młodości chciał zostać chirurgiem plastycznym. Dostał się nawet na studia, ale tam okazało się, że ukończenie medycyny jest poza jego zasięgiem. Poszedł więc na zarządzanie i marketing. Gdzieś pomiędzy dostał się do pracy w obecnej firmie, a po skończonych studiach udało mu się zostać menadżerem. Koniec końców nadal siedzi w medycznym biznesie. Powiedział jej też o swoim hobby – tworzeniu gipsowych odlewów głowy po to, żeby formować jej kształty według swoich upodobań.Wkładał w to masę pracy. Stworzył kilka podobizn ludzi, którzy w jakiś sposób mu się podobali. Głównie aktorów, aktorek, piosenkarek. Katarzyna pomyślała, że trochę dziwne to hobby, ale nie mogła przestać słuchać. Żar w oczach i pasja, z jaką opowiadał o swoich projektach, urzekała ją. Zapytała go, kogo już uformował. Zmieszał się trochę. Nie chciał powiedzieć. W końcu przyznał, że odtworzył Angelinę Jolie. Zachichotała. Z wrażenia w sumie. Bo z czego innego? W zasadzie to nic śmiesznego, ale wprawił ją już w bardzo dobry nastrój. Rozmawiali jeszcze z godzinę o mniej ważnych rzeczach. Durnoty takie, że nie warto powtarzać. Katarzyna z żalem spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta w nocy. Wypadałoby się już zbierać, choć wolałaby przegadać z nim całą noc. Czuła rodzącą się między nimi więź. Tomasz zauważył, że zaczyna sprawdzać czas. Zaproponował więc: „Kasieńka, słuchaj, mam pewną prośbę. Wiem, że o tej porze to wydaje się podejrzane. Nie znamy się dość dobrze, ale chciałbym cię gdzieś zabrać teraz. Maksymalnie pół godziny. Potem cię odstawię do domu czy gdziekolwiek będziesz chciała”. Uśmiechnął się i czekał na odpowiedź. Dziewczyna faktycznie pomyślała, że podróż o tej porze z nieznajomym tak naprawdę to nie jest dobry pomysł. Dwie randki to jeszcze nie zaufanie. Może chcieć czegoś więcej od niej, a ona mogła nawet mu to dać. Bardzo by chciała pozostać na bezpiecznym gruncie, ale bez ryzyka nigdy się nie dowie, do czego może prowadzić ten zalążek związku. „No nie wiem” powiedziała. „Późno już na jakieś atrakcje”. Ujął jej dłoń, która spoczywała na stole i uścisnął lekko. „Obiecuję ci, że nie jestem żadnym molestantem czy kimś takim. Chcę ci tylko coś pokazać. Myślę, że ci się spodoba, a dziś jest idealna pora do tego”. „No dobrze” powiedziała po chwili wahania. „Ale gdybyś czegoś próbował, to znam kung-fu”. Pomachała chaotycznie rękoma i zachichotała. On też parsknął rozbawiony. Tak naprawdę jedyną sztuką walki, jaką znała, była ta ze starym odkurzaczem w domu. Tomasz zamówił rachunek i zapłacił za wszystko pomimo oporu Katarzyny. Powiedział jej, że następnym razem i obdarował czarującym uśmiechem. Wyszli na zewnątrz. Tomek dał znak, żeby poczekała chwilę. Podjedzie samochodem. Po minucie czy dwóch wrócił z autem. Katarzynie mało oczy nie wyszły z orbit, kiedy rozpoznała znaczek Mercedesa. Nie wiedziała co to za model, ale był duży i sprawiał wrażenie drogiego. Drzwi od strony pasażera uchyliły się. Wsiadła do środka. Zauważyła, że dach w tym aucie odbiegał od normy. „Nie wiedziałam, że tak dobrze ci się powodzi” stwierdziła. „A tam.” Tomasz machnął ręką. „To tylko dwieście osiemdziesiątka. Parę lat już ma. Wygląda nieźle, ale to samo można powiedzieć o większości mercedesów, nawet tych sprzed trzydziestu lat”. Mężczyzna pohamował chęć ruszenia z piskiem opon. Ruszyli. Po kilku minutach Katarzyna zorientowała się, gdzie mogą jechać. Na wzgórza za miastem. Choć mieszkała całe życie w tym mieście, to nigdy nie miała potrzeby ani okazji, żeby odwiedzić tamte tereny. Kiedy znaleźli się na przedmieściach, Tomasz nacisnął jakiś guzik. Dach zaczął się ruszać, by po chwili schować się całkowicie. W twarz uderzył ją podmuch jeszcze ciepłego powietrza. Włosy związane w prosty kucyk tańczyły na wietrze. „Spójrz w górę” powiedział Tomasz, wskazując palcem niebo. Zadarła głowę do góry. Przez chwilę widziała tylko czerń nocy. Dostrzegła jaśniejące punkciki. Im bliżej wyjazdu z miasta, tym bardziej niebo stawało się gwiaździste. Nagle znikąd pojawiła się biała kreska. Zniknęła tak szybko, jak się ukazała. Po chwili kolejna. Katarzyna uśmiechnęła się. Przypomniała sobie, że dzisiaj chyba rój Perseid miał być widoczny u nas. „A więc to chciał mi pokazać” pomyślała. Zwróciła mu na to uwagę. On tylko się uśmiechnął. Powiedział, że to jeszcze nie koniec niespodzianek. Jeszcze kilka minut zabrało im dotarcie do celu podróży. Tomasz zaparkował na jakimś parkingu prawie na najwyższym wzniesieniu za miastem. Kiedy wysiedli z auta, zdał sobie sprawę, że parking jest jednocześnie punktem widokowym na miasto. Miasto nocą z tej perspektywy wyglądało przepięknie. „Usiądź ze mną, proszę” powiedział Tomasz, zasiadając na przedzie maski samochodu. Przysiadła obok niego. „Niedługo powinno się zacząć na dobre”. Wskazał na nocne niebo. Faktycznie zaraz się zaczęło. Siedzieli wpatrzeni w ciemny nieboskłon, który co chwila przecinały srebrne rysy Perseid.Katarzyna nigdy nie widziała spadających gwiazd, jakby powiedzieli niektórzy. Był to piękny i urzekający widok. Nie spodziewała się takich rzeczy dzisiejszego wieczoru. Liczyła tylko na zajmującą rozmowę, obietnice na przyszłość, ale to wywindowało jej samopoczucie na szczyt. Uśmiechnięta spojrzała w kierunku mężczyzny. On też na nią patrzył. Uśmiechnął się czarująco. Jego wzrok na moment przekuło coś za jej plecami. „Fajny masz ten kucyk, ale czy możesz rozpuścić włosy?” — zapytał, puszczając oczko. Katarzyna czuła, że się rumieni. „Dlaczego nie?” — pomyślała. Ściągnęła gumkę z włosów i rozpuściła je. Uśmiechnął się szeroko. „Znacznie lepiej” — powiedział, wpatrując się w jej oczy. Po chwili jego wzrok spadł na te wyraziste malinowe usta. Kasieńce serce zaczęło walić jak szalone. Poczuła jego rękę na swej talii. Nadal nie odrywał wzroku od jej ust. Nagle zbliżyły się niebezpiecznie. Wargi spotkały się w delikatnym pocałunku na tle spadających gwiazd. „Co ja robię? — pomyślała. — Całuję się już na drugiej randce. Jestem okropna. Kolacja i te gwiazdy. Ech, nic nie poradzę, że jestem beznadziejną romantyczką. Jednak muszę szybko coś wymyślić, żeby nie poszło to dalej. Nie chciałabym tego, ale czuję, że nie mam wystarczająco siły, żeby się opierać. Napiłabym się czegoś. Pewnie nie masz niczego?” — powiedziała, delikatnie odsuwając się od niego. Faktycznie, nagle poczuła suchość w gardle. Oby tam niczego nie miał. „Pić ci się chce?” — odparł zdziwiony. Po chwili dodał: „Mam termos z herbatą. Coś tam jeszcze powinno zostać. Pewnie zimne.” Podszedł do tylnego siedzenia i zaczął tam grzebać. „Jestem zgubiona” — pomyślała Kasieńka. Tomasz po chwili wrócił z termosem. Odkręcił go i nalał pół kubeczka. „Więcej chyba nie ma” — powiedział. Wypiła całość. Płyn miał przyjemny, słodki smak jakiejś owocowej herbaty z delikatną nutką goryczki. Usiadł obok niej. Oddała mu kubeczek. Zakręcił termos i trzymał go dalej, wpatrując się czule w dziewczynę. „Co się tak patrzysz uparcie?” — rzuciła Katarzyna. — „Coś mam na nosie?” Parsknął ze śmiechu. „Po prostu nie mogę się napatrzeć” — odpowiedział. Dziewczynie znowu zrobiło się gorąco na twarzy. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę, a ona nie wiedziała, co powiedzieć. Zaczynała czuć zmęczenie, lekkie zawroty głowy. „Chyba za dużo wrażeń jak na jeden wieczór” — pomyślała. Tomasz znowu nie spuszczał wzroku z jej ust. Zagryzł wargę i powiedział: „Żułbym twe usta jak surowy boczek.” Katarzyna zaniosła się śmiechem. „Tylko na tyle cię stać” — odparła. „Stać mnie na o wiele więcej” — szepnął chłodnym tonem. Przestał się uśmiechać, a jego wzrok nagle stał się twardy i dziki. Poczuła się słabo. Zauważyła, że w jego lewej ręce coś błysnęło. Odrzucił termos na ziemię. „Jak się czujesz?” — zapytał z sarktycznym mrozem w głosie. „Niezbyt dobrze. Kręci mi się w głowie” — odparła. Wtedy złapał ją prawą ręką za włosy na czubku głowy. Lewą nogą pchnął ją w kolana i pociągnął ręką. Straciła równowagę i grzmotnęła głową o maskę samochodu. Zsunęła się na ziemię. Czaszka zaczęła dudnić tępym bólem. Próbowała się podnieść. Złapał ją znowu za włosy i trzasnął o grill samochodu. Pociemniało jej przed oczami. Nie mogła zebrać myśli. Złapał za jej ramiona i odciągnął kawałek dalej. Stanął nad nią w rozkroku. W ręku trzymał składany nóż. Przykucnął na niej. Nóż wylądował na jej ustach. Chciała go powstrzymać, ale nie mogła się ruszyć. Czuła, że kończyny zaczynają jej drętwieć. Poczuła lekkie ukłucie, a potem odległy ból dobiegający z okolic ust. Tomek właśnie wycinał jej wargi. Krew zaczęła spływać jej do gardła. Język odmawiał posłuszeństwa. Desperacko próbowała przełykać ślinę zmieszaną z krwią. Z każdą sekundą szło jej z tym coraz gorzej. Napastnik natomiast przyglądał się przez chwilę swojemu trofeum, po czym wsadził je do ust i zaczął żuć. „Wspaniałe, miękkie i delikatne jednocześnie” — wybełkotał z pełnymi ustami. Katarzyna już odpłynęła. Nie była świadoma tego, co ma się stać dalej. Tomasz żuł dalej z satysfakcją wypisaną na twarzy. „Ciekawe, jak będą smakować twoje uszka.” — mruknął, pochylając się z nożem.
[01:06:55] - Proszę państwa, czas teraz na Filmotekarium. Jedni uważają, że ten cykl, o którym będziemy dzisiaj mówić, to jest genialny cykl. Ja tak przeczytałem w internecie, czytałem opinie, czytałem recenzje. Inni natomiast uważają, że im dalej w las, tym gorzej. A w las pójdziemy troszeczkę, bo dzisiaj omawiamy film „Krzyk 7”.Dzień dobry wieczór Państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek Filmotekarium. Ten dzisiejszy odcinek może tak naprawdę podzielić naszych słuchaczy, bo wiem, że film "Krzyk" ma swoich zagorzałych zwolenników i równie zagorzałych przeciwników. I tak dzieje się właściwie od 1996 roku, kiedy to pojawił się "Krzyk" numer jeden. Dzisiaj opowiemy Państwu o "Krzyku" numer siedem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:08:08] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. W zasadzie to się powinienem teraz rozedrzeć, żeby było tematycznie i wprowadzić was w nastrój tego filmu, czyli "Krzyk 7". Ale zacznę inaczej. Drodzy Państwo, slashery, slashery, slashery. Są ich fanatycy i są osoby, które ich nie lubią. Są tacy, którzy uznają slasher za kwintesencję horroru. Jest też całe uniwersum zbudowane wokół serii "Krzyk" i tak zwanego Ghostface'a, czyli tego mordercy, w sumie morderców w masce. W zasadzie to tak naprawdę to jest chyba kostium, nie postać jedna. Samych Ghostface'ów było wielu. Ktoś kiedyś wyliczył, że biorąc pod uwagę wszystkie produkcje, to pod tą maską skrywało się z 30 osób. Nie wiem, nie liczyłem. Opieram się tutaj na informacjach z netu. Oczywiście Ghostface jest jedną z ikon współczesnego horroru, a raczej slashera obok Jasona z "Piątku trzynastego", obok Freddy'ego Kruegera na przykład i kilku innych. Wiadomo też, że współczesne kino kocha powroty sprawdzonych bohaterów. Tylko czy robienie filmu krążącego, powiem wprost, krążącego wokół tak zwanej bazy fanów i tym, co się nazywa cult following po angielsku, to jest dobre rozwiązanie? Ja to zaraz wytłumaczę, bo mamy do czynienia z filmem, który przez znaczną część swojego trwania całuje sam siebie w zadek. Może nie sam siebie, ale swoje uniwersum, swoją serię całuje w zadek. Nie wiem, czy to jest też film, mówię o "Krzyku 7", który nadawał się do kin. Wiem, że on w kinach był, bo mi się wydaje, że widziałem plakat. I pytanie chyba najważniejsze: czy to jest krzyk rozpaczy już związany z tym, że nie da się po prostu tej i innych serii dalej ciągnąć, czy jednak krzyk entuzjazmu, że jednak tematy, jednak, jak oni to mówią, franczyzy rozpoczęte przed laty nadal żyją? Ten film jest mocno specyficzny. On celebruje swoje korzenie, ale w taki sposób, który chyba nie wszystkim się spodoba. Mnie się nie spodobał. Pojawiają się znane z pierwszej odsłony postaci, to znaczy aktorzy, ale też mamy młodszych bohaterów, którzy żyją w cieniu uwielbienia pierwowzoru. Tam ciągle są wspominane sceny mówiące gdzie kto zginął, co się komu stało. W pewnym momencie się zacząłem zastanawiać po co to i po co ja to w zasadzie oglądam. Mógłbym obejrzeć byle jaki film na YouTubie dla fana "Krzyku" i na tym zakończyć. Co się działo potem i jak to wszystko się toczyło, to też Marku nie wiem, czy to opowiadać, bo historia jest po prostu w zasadzie taka jak zwykle.
[01:11:29] - Powiem tak: chwilami miałem wrażenie, że ludzie, którzy przyczynili się do powstania "Krzyku 7", zrobili wszystko, żeby został nakręcony pastisz pod kolejnym tytułem "Straszny film", bo wiadomo, że "Straszny film" mocno bazował, przynajmniej na początku, na tej serii. No ale dobrze. Powiem tak: właściwie film "Krzyk" od początku podzielił publiczność. Mówiłem o tym. Te dwa obozy miłośników horrorów, oba obozy to miłośnicy horrorów, z tym że jedni wychwalali napięcie i pewną niekonwencjonalność tego filmu, mówię cały czas o jedynce, a drudzy naśmiewali się, w sumie też słusznie, z naiwności scenariusza i w sumie dosyć słabych rozwiązań, takich technicznych rozwiązań, które tam zastosowano. Dlaczego ja tyle mówię o tej jedynce? Bo jak Państwo widzicie, ten film, który był nakręcony jeszcze w ubiegłym wieku, jego pierwsza część, on od początku dzielił i byli nawet tacy, którzy uważali, że to nie jest prawdziwy horror. To nie jest coś, co naprawdę ma przerażać. To jest rodzaj pastiszu horroru. I ja nie, nie pomyliłem się. Ja nie mówię o "Strasznym filmie". Mówię o "Krzyku". "Krzyk" jeden uznano, przynajmniej niektórzy uznali za pastisz horroru. No i teraz zróbmy podróż w czasie. Mamy rok 2026 i jeśli przyłożymy to, co pisano o "Krzyku" jeden, to "Krzyk 7" jest kilka pięter niżej, właściwie pod każdym względem. No bo owszem, jest nasza ukochana postać ducha. Straszy. Mamy też świetną, w cudzysłówCzołówkę, gdzie wszystko jest takie nieprzewidywalne. Słyszycie państwo, że kpię, bo wszystko w tym filmie jest przewidywalne. Doskonale. Zarówno ci, którzy już prześledzili całą serię filmów, ale i ci, którzy na przykład znaleźliby się tacy, którzy oglądaliby „Krzyk 7” jako pierwszy tego rodzaju film w swoim życiu, bardzo szybko by się zorientowali, na czym to wszystko polega i jak ten mechanizm działa. A działa tak sobie. Wzdycham, bo jak sobie przypominam tę jedynkę, do której ciągle nawiązuję, to tam się przynajmniej coś działo. Tam były jakieś emocje. Ktoś powie: co, w siódemce nie ma? Powiem tak: bywają w tej siódemce emocje, jakieś tam, nie przesadzajmy, ale się pojawiają. Natomiast ja odniosłem wrażenie, że scenarzysta postanowił sobie pofilozofować. Nie, żebym był przeciwnikiem, powiedziałbym wręcz przeciwnie. Też lubię, ale nie wiem, czy horror, czy film grozy jest do tego najlepszym miejscem. Tymczasem my tutaj otrzymujemy całe wywody pseudofilozoficzne, a później dostajemy w dodatku jeszcze wyjaśnienie, w najgorszy możliwy sposób zrobione, wyjaśnienie tego, co się w filmie działo. Bo stają pewne postaci i mówią, dlaczego coś zrobiły i że one to robiły tak i tak, i po to, i po to. A potencjalne ofiary stoją i słuchają, i są zadziwione. Wow, naprawdę nam to zrobiliście? Nie wiem. Dla mnie tego rodzaju film, który jest już pastiszem z pastiszu, w ogóle to się trzyma bardzo słabo w rzeczywistości. Bo tym, co zaskakiwało w „Krzyku” numer jeden, może w kilku następnych, było to, że bohaterami są takie zwykłe postacie, które chodzą na balangi, jakieś takie normalne rozmowy prowadzą. Jest ogólnie tak cool i właśnie normalnie. Kiedy sobie wspomnimy „Koszmar z ulicy Wiązów”, to przecież tak jak w recenzji napisano, Freddy Krueger nie chodził na prywatki, nie urządzał balang. Tu jest inaczej, było inaczej. I wtedy to było, powiedzmy, dosyć świeże, w miarę nowe. Zwykły świat i nagle w ten świat wkracza morderca. Okej, to było okej. Natomiast w tej chwili mamy niby zwykły świat, ale od początku wiemy, że nie jest zwykły i od początku wiemy, że to bycie cool, to odwiedzanie dziewczyny przez okno. Jakżesz to jest zgrany motyw. Odwiedzanie jej i mamusia przyłapuje na tym niecnym wydarzeniu. Takie fajne to jest i takie amerykańskie, i w ogóle. Tymczasem my tak naprawdę czekamy, że się coś zacznie dziać. I tam się chwilami zaczyna coś dziać. Tylko ja nie wiem, czy ja już jestem taki zblazowany i taki wyprany z emocji, że po prostu wszystko było tak przewidywalne w tym filmie, że ja byłem gotowy. Na szczęście, a może na nieszczęście, bo bym może coś zarobił, oglądałem ten film sam. Nie miałem się z kim zakładać, ale w ośmiu przypadkach na 10 byłem w stanie przewidzieć, co się za chwilę stanie. Dla mnie to jest morderstwo. Morderstwo wykonane na horrorze, na slasherze. Nie wiem, czy to się da obronić. Czy ten film można obejrzeć? Można. Wiecie państwo, kroicie państwo pomidorki na pizzę albo zagniatacie ciasto i przy okazji film gdzieś tam mruga z ekranu. To jest tego rodzaju film. Przykro mi, że rozwiewam złudzenia. Emocji może trochę jest. Nie będę mówił, że na lekarstwo. Trochę może jest, ale to są odgrzewane kotlety. To są emocje, nawiążmy do klasyka, drugiej świeżości.
[01:18:09] - Wy się możecie zastanawiać, dlaczego my tak krążymy wokół tematu i nie mówimy, o czym ten film jest. Bo po prostu Ghostface powraca, żeby ukatrupić Sidney Prescott, która ma dziecko, które występuje w teatrzyku szkolnym. To w ogóle, Margu, tam już jest takie to dziwne to ich przedstawienie, że oni tam powinni się zapisać na jakąś wizytę w Choroszczy, zanim zaczęli. I po prostu z tych kilku zdań, które powiedziałem, możecie sobie tą fabułę ułożyć. Także my wam nie będziemy psuć zabawy, bo jest to tutaj wybitnie nieskomplikowane. Oczywiście jest też dziennikarka, którą gra Courteney Cox. Ona się pojawia w najmniej oczekiwanym momencie, jest bardzo przebojowa. Czyli to jest taki powrót do korzeni. Ja nie należę do grona fanów slasherów ani fanów „Krzyku” za bardzo. W przypadku siódemki mamy nie tylko czerpanie z historii tej sagi, ale też z oklepanych wzorców. Mamy to podszywanie się Ghostface'a, mamy te manipulacje ludźmi. On też oczywiście jako napastnik miewa ogromne szczęście, czasami jednak nie jest w stanie oszukać przeznaczenia. Niektóre sceny się ciągną zbyt długo. I jest ten problem, że czasami jest tak, że decyzje bohaterów czy ich zachowania wydają się dla widza co najmniej nieprzemyślane albo głupie. I tam mamy taką sytuację, kiedy PrescottI jej córka wiedząc, że ktoś jest w domu, postanawiają ten dom opuścić. Nie pamiętam, czy ktoś jest w domu, czy dom jest na celowniku Ghostface'a. Postanawiają dom opuścić, żeby być bezpieczne. Matka z córką, bo ojciec jest policjantem. I jak to w amerykańskich filmach bywa, gdzie się udać? Oczywiście do motelu. Ale po chwili się okazuje, że te kobiety, które chciały uciec do motelu, mają w domu bunkier. Zatem nie zamykają się w tym bunkrze, tylko uciekają z tego domu do motelu. Ale to akurat poboczności. „Krzyk 7” to jest film dla fanów, takich pijanych fanów. Może mi jako profanowi nie wypada go oceniać. Nie tyle on jest nie do przyjęcia dla mnie, co jest kolejnym filmem o naiwnej fabule. I dodatkowo ma jeden minus. Duży minus. To jest po części film albo młodzieżowy, albo opowiadający o młodzieży, ale ja miałem wrażenie, że on jest po części młodzieżowy i on jest dlatego taki infantylny i głupi. Jak widziałem, jak oni to przedstawienie organizują i oni są w klasie średniej. Wszyscy ci uczniowie wyglądają jak 40-letnie nastolatki, ale już żeśmy się przyzwyczaili w innych amerykańskich filmach, że tak jest. Nie muszę mówić, co się stanie. Wszyscy wiecie, nieszczęścia chodzą w takich filmach po ludziach kolejno. W horrorach, nie tylko w slasherach zapanowała nam sequeloza, opanowała gatunek. Wiemy to na przykładzie „Predatora”. Wiemy to też na przykładzie filmów, które nie są sequelami, ale wykorzystują znane motywy, chociażby „Obcy” w różnych nowych odsłonach. Czasami sobie jednak warto zadać pytanie: czy warto? Czy warto sięgać po pewne tradycje kinowe? Albo inaczej. To jest bardzo dobrze widać na przykładzie „Krzyku 7”. Czy warto jest zrobić taki ukłon, ale do samej ziemi w stronę pierwowzoru i jednocześnie ten pierwowzór niszczyć w pewien sposób? Dla mnie to nie była zabawa, nie był żaden szpas, ale będą tacy, którym ten film siądzie, bo on się da oglądać, jak Marek mówi. Czy siedzicie w kuchni, robicie pizzę, czy siedzicie w innym miejscu, to w warstwie rozrywkowej dla odmóżdżenia on wcale nie jest taki zły. Ale to zależy wyłącznie od waszego apetytu.
[01:22:18] - Żeby państwu zobrazować, jak rozbieżne są oceny tego filmu. Zresztą zacząłem od tego, że wszyscy się podzielą dzisiaj na zwolenników i przeciwników. To ja państwu zacytuję kilka recenzji ze znanego portalu. „Po średnio dobrej piątce i debilnej szóstce nowa odsłona to powrót na właściwe, klasyczne tory. Ładny hołd dla oryginału i po prostu bardzo dobry, klasyczny slasher.” Czytajmy dalej. „Siódma część, a twórcy nadal potrafią zaskakiwać. Warto obejrzeć w kinie.” Okej, dalej. „Z bólem, jako ogromny fan serii muszę przyznać, że to najgorsza odsłona »Krzyku«.” I dalej. „Gwóźdź do trumny tej serii.” Już tylko odsłony recenzji pokazują, że to jest bardzo niejednoznaczne. Być może tu rolę odgrywa to, o czym powiedział Piotr, że może to nie jest film dla nas, Piotrze. Ludzi, którzy są wyjadaczami i w ogóle się już mocno zestarzeli i w ogóle nie powinni oglądać filmów. To jest film, takie mam wrażenie dla młodzieży. I to jest film, jeżeli ktoś się dobrze poczuł, a nie jest młodzieżą, to tym bardziej mu gratuluję. Ale ja nie rozstrzygam. Być może ja czegoś w tym filmie po prostu nie dostrzegam. Może państwo wpisami pod naszą oceną jakoś nam uświadomicie, że warto jednak ten film obejrzeć i ja ten film załaduję po raz kolejny i obejrzę po raz kolejny. Być może się mylę w tak zwanej całej rozciągłości. Być może Piotr się myli, ale póki co, to trudno byłoby mi powiedzieć, że to nie był zmarnowany czas. Dla mnie był, bo obejrzenie filmu, który nie zaskakuje, tak jak powiedziałem, mnie w ogóle nie zaskakiwał ten film. To jest jednak szafowanie swoim czasem. Powiedziałeś, Piotrze, o tym bunkrze. To jest moda w Stanach, żeby bunkier mieć. Cały film zresztą o tym nakręcono. A ta ucieczka z bunkra to jest rzeczywiście idiotyczne, ale jakie sceny można było nakręcić. Biedny duch strzelał w tę ścianę nożem. Nożował i nożował i mu się nie udało. Czy ja zdradzam w tej chwili treść? Troszkę, ale to nie są istotne sceny. Próba podsumowania nie będzie próbą podsumowania, bo tak jak powiedziałem, ta rozbieżność ocen sprawia, że pewno każdy pozostanie przy własnym zdaniu. Ale tak jak powiedziałem, jako człowiek przesadnie ciekawy, chorobliwie ciekawy, ja chętnie posłucham, przeczytam, jakie argumenty zwolennicy siódemki przytoczą. Być może ja po prostu czegoś nie widzę.Proszę państwa, czas na polecanki z pogranicza. Już teraz się niektórzy uśmiechają, bo wiedzą, co powiem. Powiem, że ta część audycji odbywa się pod duchowym patronatem Księgarni Galerii Nieznanego Świata. Ta księgarnia mieści się w Warszawie na ulicy Kredytowej 2. Czynna jest od poniedziałku do piątku między 10 a 18. Jeśli państwo nie odwiedzacie Warszawy, w Warszawie nie mieszkacie, to zapraszam na stronę internetową nieznany.pl. Tam pełen wybór książek. A teraz już polecanki z pogranicza. Pierwszy tytuł: „Bioenergoterapia radiestezyjna w praktyce Zbigniewa Ożarskiego”. Autor Marek Kalwoda. Inspiracją do napisania niniejszej książki było zainteresowanie się przez Marka Kalwodę działalnością Zbigniewa Ożarskiego. Obaj panowie poznali się podczas wspólnych dyżurów w Przychodni Medycyny Naturalnej Natura-Vera w 1983 roku. Już od początku zamysłem Marka Kalwody było utrwalenie jej szczegółów na papierze. Zbigniew Ożarski zaczął wtedy stosować swoją autorską metodę polegającą na tym, że kolejnym narządom przypisywał odpowiednie liczby. Liczby te otrzymywał po badaniu wahadełkiem. Ponadto odkrył, że w celach terapeutycznych narządy można grupować w zestawy trójkowe, czyli trójkąty. Układy te są powtarzalne, działają identycznie na różne osoby. Mogą je stosować różni bioenergoterapeuci z podobnym skutkiem. Od pierwszego spotkania w Natura-Vera obaj bioenergoterapeuci ściśle współpracowali ze sobą w równorzędnym stopniu, przyczyniając się do rozwoju metody, jej weryfikacji i zastosowania w praktyce oraz rozpowszechnianiu na kursach i warsztatach. Od 2012 roku Marek Kalwoda samodzielnie kontynuuje i uaktualnia rozpoczętą wspólnie ze Zbigniewem Ożarskim pracę, czego zwieńczeniem jest książka „Bioenergoterapia radiestezyjna w praktyce Zbigniewa Ożarskiego”. Tak jak powiedziałem, autorem jest Marek Kalwoda. Druga książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł „ABC wahadła. Radiestezyja w praktyce”. Autor znany chociażby z łamów Nieznanego Świata, Leszek Matela, wydawca Studio Astropsychologii. Książka „ABC wahadła” w sposób klarowny i przejrzysty wprowadza czytelnika w świat praktyki radiestezyjnej z wykorzystaniem wahadła. Zdolności radiestezyjne posiada większość z nas. Dzięki tej książce krok po kroku można nauczyć się posługiwania wahadłem, a później tę wiedzę zastosować w praktyce, wykorzystać na użytek własny i swoich najbliższych. Również zaawansowani radiesteci mogą znaleźć tu wiele cennych informacji, między innymi o różnego rodzaju specjalistycznych wahadłach. Na przykład dokładny opis wahadła uniwersalnego i ich zastosowaniu oraz nigdzie do tej pory niepublikowanych, nietradycyjnych metodach pracy z wahadłem. A ja przypomnę tytuł: „ABC wahadła. Radiestezyja w praktyce”. Autor Leszek Matela, wydawca Studio Astropsychologii. Trzecia książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł „Fizyka zjawisk radiestezyjnych. Teoria i praktyka”. Autor Włodzimierz Łazowski, wydawca ponownie Studio Astropsychologii. Radiestezyja zajmuje się badaniem energii, które często mają ogromny wpływ na nasze zdrowie. Powszechnie uważa się, że najważniejszym narzędziem pracy radiestety jest różdżka lub wahadełko. Jednak są one tylko wzmacniaczami sygnałów biegnących z podświadomości osoby pracującej z energią. W związku z tym najważniejszy jest sam radiesteta. Niezbędne jest więc przygotowanie ciała do odbioru coraz bardziej subtelnych energii oraz maksymalne ułatwienie i usprawnienie kontaktu świadomego umysłu z podświadomością. Książka jest uwieńczeniem 20-letnich badań autora. Opisuje w niej wiele nowych zjawisk radiestezyjnych dotyczących aktywnych, często negatywnych miejsc mocy i metody ich badania oraz budowę i działanie neutralizatorów. W przystępny sposób wyjaśnia najważniejsze zjawiska radiestezyjne i ich oddziaływanie na człowieka. Dużo uwagi autor poświęca również nowym, odkrytym przez siebie aspektom fizycznym związanym z radiestezją. Łączy je z funkcjonowaniem naszej świadomości i podświadomości. Udziela wielu porad zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych radiestetów, aby wyniki ich badań były bardziej skuteczne. Podkreśla również zasady bezpieczeństwa pracy każdego radiestety. Z tej publikacji nauczysz się na przykład, jak przeprowadzić badania działki budowlanej, cieków wodnych, długości fal kolorów radiestezyjnych czy siły promieniowania energii życiowej. Poznasz również technologię prawidłowego wykonywania narzędzi do przeprowadzania takich badań. To nowoczesna radiestezyja w praktyce. Przypomnę tytuł: „Fizyka zjawisk radiestezyjnych. Teoria i praktyka”. Autor Włodzimierz Łazowski.Wydawca Studio Astropsychologii. Proszę państwa, skoro były polecanki z pogranicza, to teraz będą książki z pogranicza. A dzisiaj książka ważna. Książka, którą możecie Państwo między innymi odnaleźć na antenie Radia Paranormalium. Ona powoli wchodzi na tę antenę i do archiwum. A więc dzisiaj w MAUPie będziemy rozmawiać o „Pamiętniku jasnowidza”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Czas na książki z pogranicza. A zatem dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:32:34] - Dzień dobry wieczór. Cóż to dzisiaj jest za książka omawiana? To jest trochę jak połączenie Grzesiuka ze streamami jasnowidza Jackowskiego. Bohaterem książki jest Józef Marcinkowski, ale kiedy lookamy na tytuł, to nie do końca mamy takie wrażenie. Myślimy, że to jest jakaś baśń wschodnia. W rzeczywistości Akara Yusuf Mustafa to jest jego okultystyczny pseudonim. Wróg, mag, okultysta warszawskiej ulicy, znawca życia astrologicznego, wróżbiarskiego i tajemnic epoki. Czy to, co nam opowiada, jest prawdą? Czy to jest wszystko podkolorowane i lekko umitologizowane? Tego się możemy domyślać. A teraz Marku, trzy słowa o tym, gdzie tę książkę można znaleźć także w wersji audio.
[01:33:37] - Właśnie, bo to jest bardzo ciekawe, że oczywiście książkę można znaleźć w antykwariatach albo być może nawet w niektórych księgarniach. Natomiast ciekawostką, myślę, że ważną ciekawostką jest to, że cały tytuł, a zatem „Pamiętnik jasnowidza Akary Yusufa Mustafy” można znaleźć w Radiu Paranormalium. Czyli wiadomo, gdzie się udać. Kanał Radia Paranormalium, strona Radia Paranormalium. Tam państwo znajdziecie wersję audiobookową. Myślę, że to jest ciekawa propozycja. Zaraz państwu o tej książce opowiemy, ale jeśli lubicie państwo książki audio, to serdecznie zapraszam na kanał Radia Paranormalium czy też na stronę Radia Paranormalium. Tak czy tak znajdziecie państwo tę książkę. A to, co za chwilę powiemy, może państwa do tej książki zachęci. Piotrze, zaczynaj.
[01:34:41] - Powiedziałem, że mamy do czynienia z opowieścią uliczną. Opowieścią, która bez kontaktu z książką, tylko po kontakcie z samym tytułem może nas sprowadzić na zupełnie inne tory. Akara Yusuf Mustafa to nie jest żaden generał powstaniec, który uciekł do Turcji. To nie jest też jakiś fakir pochodzący z Bliskiego Wschodu. To jest pan Józef, taki trochę okultystyczny Franek Dolas, samozwańczy mag. On nam snuje opowieść. Dziwną opowieść, miejscami niesamowitą. Opowieść też bardzo nierówną narracyjnie. Tam nam wpadają różne anegdoty, ale to nie jest książka do śmiechu. Czasami się możemy zastanowić, czy to, co tam jest opisane, to jest w ogóle prawda? Czy ten pamiętnik ukazuje rzeczywiste wydarzenia? Wiecie, świat jest wielki. Ludzie na tym świecie są różni, miewali różne przygody, szczególnie przed wojną. To życie myślę, że było barwne, pod wieloma względami barwniejsze niż obecnie. Marcinkowski, autor tej książki, opowiada nam na samym początku oczywiście o swoim dzieciństwie. Mówi, skąd wyrósł, skąd się na świecie wziął. Mówi o przygodach różnych. Ale to nie są takie przygody, jakich się można spodziewać po opowieściach o latach najmłodszych. Opowiada o perypetiach z pochówkiem jego ojca. Tam się dowiadujemy, możemy wyczytać z kontekstu, że on pochodził z rodziny mieszanej wyznaniowo. Potem się znalazł w Warszawie. Pochodził z Polski południowo-wschodniej. Jest w jego życiu pełno opowieści traumatycznych, zarówno w dzieciństwie, jak i później. O śmierci jego matki również się dowiadujemy, która miała miejsce w dość specyficznych okolicznościach podczas żniw. Dowiadujemy się o śmierci jego przyrodniego brata, który się upiekł w piecu chlebowym. Zatem ta książka, „Pamiętnik jasnowidza” składa się z opowieści bardzo różnych i tam raz na jakiś czas między opowieściami, historiami z życia trafiają się wzmianki na temat różnych niezwykłych wydarzeń, bo on nam opowiada o swoim życiu dorosłym, także życiu obozowym, życiu wróża. Tak chyba można to nazwać. Nie wiem, czy on jest jasnowidzem. Niektórzy mówią, że on jest medium. W bardzo specyficznych okolicznościach mają się ujawniać jego talenty, ale przede wszystkim jest uczestnikiem życia Warszawy przedwojennej, takiej ulicy przedwojennej. I tak jak powiedziałem, raz na jakiś czas osoba zainteresowana zjawiskami z pogranicza natrafi na wzmianki. Ale to są takie wzmianki niekoniecznie na poważnie. To są takie historie czasami na pograniczu miejskich legend czy różnego rodzaju opowieści niesamowitych o wróżbach, o spirytyzmie.O czym jeszcze? O tym, że u kogoś obraz zaczął świecić albo się odnowił w cudowny sposób w nocy. To wszystko jest wrzucone pomiędzy opowieści o przemycie, o okupacji, o ludziach różnego rodzaju, których napotykał i wielu innych sprawach.
[01:38:10] - Tak, Piotrze. Ta książka ma strukturę pamiętnika, ale kiedy ją czytałem, to doszedłem do wniosku, że jest to utwór na swój sposób wyjątkowy. Nie chciałbym oczywiście mnożyć takich słów trochę na wyrost, bo można by odnieść wrażenie, że wiele książek jest wyjątkowych, a właściwie to prawie wszystkie. To nie o to chodzi. Wyjątkowość tej książki polega na tym, że to jest utwór, który łączy autobiografię, literaturę wspomnieniową, tak jak powiedziałeś, ale niejako na tym samym poziomie pojawiają się refleksje egzystencjalno-filozoficzne. Właściwie to już we wstępie dostajemy takie zarysowane napięcie, które właściwie zaczyna nam organizować całą narrację. Dowiadujemy się o tym, że autor widzi wyraźny konflikt między racjonalnym poznaniem świata a tym jego irracjonalnym, ciemnym wymiarem świata, który to wymiar jest reprezentowany przez jasnowidzenie, chociażby astrologię i w ogóle szeroko pojęty okultyzm. Tak, książka ma strukturę pamiętnika, ale mam wrażenie, że jest w istocie chyba czymś więcej. To jest próba autoanalizy wykonanej przez człowieka, który przez całe życie funkcjonował na granicy dwóch porządków: wiedzy i wiary, psychologii i sugestii, rzeczywistości i iluzji. Zatem Józef Marcinkowski, który ukrył się pod pseudonimem, on nam nie przedstawia się jako prorok czy jako mistyk, ale jako rzemieślnik, który właściwie, tu cudzysłów postawmy, dla chleba wszedł w świat wróżbiarstwa. I trochę to wygląda na demistyfikację profesji, którą uprawia. I to jest jeden z głównych tematów książki, ale demistyfikacja nie polega na powiedzeniu: „To wszystko bzdury”. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Mamy więc autobiografię, traumę dzieciństwa. Mamy coś, co nazwałbym narodzinami jasnowidza, narodzinami zrodzonymi z okoliczności. Bo przecież Mustafa nie rodzi się jako wizjoner. On się nim staje. Wreszcie mamy analizę psychologii ludzkiej wiary. Wiary i lęku. Autor pokazuje wielu swoich klientów jako ludzi, którzy, określmy to tak, są chorzy na swój los. Są zagubieni, przestraszeni. Czasami szukają po prostu sensu, a czasami pocieszenia. I to właśnie jasnowidzenie staje się nie tyle praktyką magiczną jakąś, ale formą terapii. Choć, i tego też autor nie ukrywa, ta etyka jest bardzo rozciągliwa w tym wypadku. I to widać, bo w książce przebija taki moralny niepokój i zastanawianie się nad odpowiedzialnością, nad tym motywem etycznym zawodu wróża. Mustafa porównuje tę swoją rolę do lekarza, kiedy to jedno słowo tak naprawdę może wpłynąć na czyjeś życie. Ta świadomość rodzi właściwie ciągłe, permanentne zwątpienie w sens działalności, którą Mustafa uprawia. Ale mamy też niezwykle ciekawy wątek historii, która jest tłem egzystencji, bo losy autora splatają się z niełatwą historią XX wieku. Wojna, okupacja, obozy koncentracyjne to są warunki ekstremalne. I jasnowidzenie w takich warunkach przybiera nową funkcję. Staje się narzędziem podtrzymywania nadziei, czasami wręcz kosztem świadomego kłamstwa. I to mi się wydaje w tej książce niezwykle ciekawe.
[01:42:53] - Tak, ale niech nas też nie zwiedzie moje porównanie na samym początku, że to jest trochę jak Grzesiuk i że on, dokonując demaskacji niektórych profesji związanych z tym światem wróżbiarsko-ezoterycznym, robi to po śmiesznemu, na śmieszno, na wesoło. Nie. To wszystko jest raczej utrzymane w takiej melancholijnej tonacji. Dodajmy, że autor Marcinkowski aka Yusuf Mustafa żył jeszcze w PRL-u, potem po wojnie. I zastanawiam się, w jaki sposób publikacja tej książki w tamtym okresie wpłynęła na jej kształt. Czy on nie mógł przyznać, że było inaczej? Bo jednak trzeba było zdemaskować te szemrane profesje, prawda? Niemniej jednak moim ulubionym wątkiem w tej książce są nawiązania do tego świata wróżek, mistyków straganowych, mediów, astrologów, którzy działaliW stolicy i nie tylko. Wspomina on na przykład o wróżce Prymie, tak się chyba nazywała, która urządzała w swoim domu seanse spirytystyczno-wróżbiarskie, ale też libacje. Podczas jednej z tych libacji miał miejsce bardzo ciekawy incydent, jaki możecie posłuchać na Radiu Paranormalium. Wspomina też o znanych astrologach ówczesnych: Szylerze Szkolniku, zwanym Szkodnikiem przez złośliwych i kilku innych cwaniakach, o których dzisiaj już się nie pamięta. A szkoda, bo oni stanowili element barwnego życia ówczesnego i występowali nie tylko w stolicy, oczywiście też na prowincji, w innych miastach i tak dalej. Oczywiście wszyscy znajdowali klientów. Klientów, którzy mieli jakiś powód, żeby do nich trafić. Czasami był to powód błahy, typu zawód miłosny, ciekawość własnych dalszych losów, a czasami kryła się w tym jakaś tragedia tak naprawdę. Czy jest to książka zawadiacka, przygodowa, sowizdrzalska? Nie. To nie jest taka książka, przy której nam uśmiech nie będzie schodził z twarzy. Ona też nie jest bardzo błyskotliwa. Jednak, pomimo wszystko, utrzymane jest to w pewnym oryginalnym tonie. Także tytuł moim zdaniem idealnie oddaje jej charakter, czyli pamiętnik.
[01:45:24] - Ciekawe jest to, że mamy do czynienia z jasnowidzem, który, weźmy to może w cudzysłów, ale nie wierzy w jasnowidzenie. To jest jeden z najbardziej intrygujących aspektów tej książki. Ten ambiwalentny stosunek autora do własnych zdolności, bo Mustafa jednocześnie wierzy i wątpi. To czyni go postacią w sumie psychologicznie wiarygodną, chociaż niejednoznaczną. Bardzo ciekawy jest motyw liczby siedem. Autor wielokrotnie podkreśla znaczenie owej liczby w swoim życiu: daty wydarzeń, czas pobytu w obozie i tak dalej. Traktuje ją jako symboliczny klucz do własnego losu. I to jest ciekawy przykład autointerpretacji swojego życia poprzez pewne schematy numerologiczne. Mamy wreszcie przedstawienie jasnowidzenia jako psychologii intuicyjnej. Trochę już o tym mówiłem, ale z lektury wynika wyraźnie, że wiele przepowiedni bohatera opiera się na niezwykle wyostrzonym zmyśle obserwacji i intuicji. Czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy inteligencją emocjonalną. Znajdujemy w pamiętniku również informację o udziale jasnowidza w walce podczas wojny. Walkę wstawmy raczej w cudzysłów, bo Mustafa świadomie okłamywał ludzi, aby dodać im nadziei i siły. Też już o tym wspominałem, ale ta siła była potrzebna do przetrwania. I to jest w sumie przewrotne. Odwrócenie roli wróża. Zamiast przepowiadać przyszłość, on tę przyszłość niejako tworzy. Tworzy ją poprzez sugestie. Bardzo ciekawym wątkiem jest opis środowiska wróżbitów przedwojennej Warszawy. W sumie mamy rzadką możliwość wglądu w ten półświatek wróżbiarski, światek konkurencji autora książki, ale poznajemy też techniki i mechanizmy działania tychże ludzi. Myślę, że bardzo mocną stroną tej książki jest jej autentyczność i szczerość. Tak ją odbieram. Może się mylę, ale ja ją właśnie tak odbieram. To jest właśnie szczere. Autor nie buduje mitu jakiejś wyjątkowości własnej. Przeciwnie, on wręcz demaskuje mechanizmy swojej profesji. Mamy też głębię psychologiczną. Te portrety ludzi, analiza ich motywacji. Uważam, że to jest niezwykle interesujący materiał dla każdego, kto się interesuje chociażby psychologią, ale też na przykład dla początkującego autora, który pisze powieści, pisze opowiadania. Obojętnie, czy to są opowiadania współczesne, czy niewspółczesne. Człowiek w gruncie rzeczy zmienia się bardzo niewiele, jeśli chodzi o psychologię, swoje lęki, pragnienia, słabości. Ta książka ma wreszcie wartość dokumentalną, bo to nie jest tylko literatura. To jest zapis epoki, tej międzywojennej biedy w Polsce, ale później wojny, realiów powojennych wreszcie. Mamy lekki styl. Piotr o tym mówił. Często ironiczny styl. To wszystko sprawia, że tę książkę czyta się naprawdę dosyć płynnie, lekko, pomimo że tematyka wcale nie jest lekka.
[01:49:20] - Skoro panowie już ujawniliście, że istnieje wersja pełna audiobooka z książką Arkady Józefa Mustafy „Pamiętnik jasnowidza”, to myślę, że to jest świetny pretekst do tego, żeby póki co tak troszkę tajniacko udostępnić państwu słuchającym w opisie tej audycji link do pełnego audiobooka. Książka przez jeszcze kilka najbliższych miesięcy będzie się ukazywać na kanale i na antenie Radia Paranormalium w wersji odcinkowej. Natomiast jeżeli zajrzycie do opisu tej audycji, to tam znajdziecie link do wersji jednoodcinkowej. Z tego, co pamiętam, to z osiem godzin trwa, także warto będzie te osiem godzin sobie kiedyś pewnego dnia czy wieczoru wygospodarować i poznać historię Józefa Marcinkowskiego, pseudonim Mustafa.
[01:50:23] - I to jest, proszę państwa, najlepszy dowód na to, że czasami jednak, takie mam wrażenie, opłaca się słuchać Akademii Wszelkiej Fikcji. A teraz już zapraszam państwa na duży, solidny zastrzyk literacki. Dzisiaj opowiadania w kolejności: Jurjan „Amant”, Marek Tomasik „Kosmiczny mecz wersja 3.0”, Tomasz Fons „Cyberjockey i podbój kosmosu” i jeszcze raz Marek Tomasik „Krwisty konar”. Ludzi wrażliwych przed tym ostatnim opowiadaniem nieco przestrzegam, ale nie, że to jest złe opowiadanie. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Natomiast tak jak powiedziałem, pewna wrażliwość może zostać ukarana, więc zastanówcie się państwo. Zostaliście ostrzeżeni, jak to piszą Amerykanie przy wejściu chociażby do Strefy 51. Zapraszam na opowiadania.
[01:51:38] - Jurjan „Amant”. Już nie ma dzikich plaż. Poranki są jeszcze chłodne. Przemknęło przez głowę zajętą ustalaniem kolejnych ruchów na planszy dnia. W domu nie było ani kawałka pieczywa. Unikałem jak ognia zakupów przed śniadaniem, uważając je za stratę czasu. Źle świadczyły o planowaniu, a w dzisiejszych pośpiesznych czasach to jedna z najważniejszych kwestii. Wynagradzając sobie fatygę, postanowiłem zrobić tosty. W osiedlowym sklepiku nie było dużej kolejki. Z nudów przyglądałem się kasjerce. Ładna dziewczyna i co nie jest regułą wśród atrakcyjnych kobiet, sympatyczna. Kiedy tylko czas na to pozwalał, starałem się wymienić z nią kilka zdań. Babcia stojąca przede mną kończyła pakować owoce. „Dzień dobry. Tylko chleb?” „Tak, dziękuję. Awaryjne zakupy.” „Pięknie pachnie. Co to za woda? Zdradzi pan?” „A to...” Zaskoczyła mnie jej uwaga. „Moja ulubiona od niedawna. Cacharel.” „Śliczny zapach.” Rozmarzona uśmiechała się z zachwytem. „To pewnie górna półka.” „Chyba tak. Dostałem w prezencie. Też mi się podoba, dlatego używam na specjalne okazje. Dziś mam ważne spotkanie.” „Dziewczyna?” „Kobieta i prezes jednocześnie. Od niej zależy dalsze finansowanie projektu, nad którym pracuję.” „To powodzenia.” Chwyciła mnie za rękę i wsypała monety. „Przepraszam za te drobne.” „Nic nie szkodzi. To też pieniądz. Do widzenia.” Szybko odwróciłem się na pięcie. Chciałem, a raczej czułem, że powinienem wyjść natychmiast. „Chleb, panie gapo. To musi być ważne spotkanie.” „Ważne, tak, bardzo ważne.” Złapany na roztargnieniu uśmiechnąłem się nieco zmieszany. Nie wiedziała, że była tego przyczyną. Ciągle czułem dotknięcie jej ręki. Powtarzałem w myślach to, co mi przed chwilą powiedziała o zapachu. Wychodziłem z pustego sklepu. Ani jednego klienta. To okazja. Zawróciłem zdecydowanym krokiem, żeby dodać sobie ikry. „Jednak coś jeszcze do chleba.” Niegasnący uśmiech, co najważniejsze, skierowany tylko do mnie. „Pachnie w całym sklepie. Musi pan częściej robić u nas zakupy.” „No właśnie. Faktycznie zapomniałem. Zapomniałem powiedzieć, że zapraszam panią na niezobowiązującą kawę. W końcu znamy się długo, a rozmawiamy tylko o przysłowiowej pogodzie. Co pani robi dziś wieczorem?” Starałem się mówić z pewną nonszalancją i luzem typowym dla hollywoodzkich aktorów. Tam dziewczyna zawsze ma czas wieczorem. „Nie, raczej nie. Ale dziękuję za zaproszenie.” Uśmiech znikł natychmiast, jakby nagle w moich perfumach wyczuła nutę dwutygodniowych skarpet. „Może warto posiedzieć gdzieś i spędzić miło dwie godzinki. Jest nowa knajpa nad brzegiem jeziora. Kiedyś była tam dzika plaża. Obiecuję, że będzie co najmniej ciekawie.” „Dziękuję, ale muszę zdecydowanie odmówić. Nawet nie mam czasu się wyspać. Studia, praca. Mam nadzieję, że pan rozumie.” „Pewnie. Też dużo pracuję i przez chroniczny brak czasu tracę przyjaciół. Niedługo... A zresztą nieważne. Do widzenia.” Wymusiłem uśmiech, żeby nie myślała, że mi zależało. Spojrzałem w lustro. Rozmazany obraz, beznadzieja. Oczy, które jednocześnie były przyczyną parszywego problemu i chyba dla zdrowia psychicznego nie pozwalały dojrzeć prawdziwego rozmiaru szpetoty. Strabismus divergens egzotropia. Zez rozbieżny. Gałki oczne rozstawione tak, że wyglądałem jak pieprzony kosmita. Wada nieoperacyjna, chyba że w prywatnej klinice w Stanach. 200 000 dolarów za parkę. Sam za szybko nie zarobię takiej kasy, a z moim wyglądem trudno było liczyć na litość mas. Moje oczy w sposób całkowicie zdrowy i wydajny mogły jedynie służyć do produkcji łez.Samotność od zawsze. Jako matematyk z wykształcenia i mechatronik z zamiłowania wierzyłem w naukę. W końcu doczekam takiej, którą będę mógł ozłocić tylko z jednego powodu – że zaakceptuje mnie w całości. To musi się wydarzyć. Tyle że już jest spóźniona o lata. Usłysz mnie. Czekam. Boleśnie, ale cierpliwie. W myślach krzyczałem do wyobrażonego tłumu kobiet: „Wiem, że kiedy cię spotkam, zdrowymi oczami dostrzeżesz, że mam wiele zalet i że jestem… tak, jestem dobrym człowiekiem”. „Jak niewielka różnica dzieli powab od ohydy — myślałem, rozciągając skórę na policzkach. – Często tylko kilka milimetrów. A przecież wdzięk to suma wrażeń. Ważne są nie tylko rysy twarzy, ale gesty, sposób poruszania się, timbr głosu i mnóstwo innych. Wśród nich spojrzenie. W moim przypadku oczy stanowią większość. Nawet gorzej – jestem samymi oczami. Przyciągają uwagę tak bardzo, że cała reszta staje się nieistotnym dodatkiem”. Już nie odwiedzałem knajpek, w których blask kolorowych błyskotek maskował wygląd. Zdechłe saranki orientowały się, że było ze mną coś nie halo, jak tylko trochę przetrzeźwiały. Jeśli na twardo zresetowały pamięć na kolejnym spotkaniu, jeżeli do niego w ogóle doszło. Zdarzyło się, że było jak w niebie. Zasypiając wymęczony, czułem jej oddech, ciepło ciała. Przebudziła się nad ranem zupełnie trzeźwa. Dotykała mnie długo i namiętnie. Nieopatrznie podniosłem także powieki. Krzyk przerażenia, jaki wypełnił sypialnię, był najbardziej traumatycznym przeżyciem, jakiego doznałem w kontaktach z kobietami. Od tego czasu byłem bardziej ostrożny i nie ryzykowałem oczarowywania płci pięknej z zaskoczenia. Wygłodniały uczuć sam zakochiwałem się jak na zawołanie. Wystarczył ciepły gest, uśmiech inny niż politowania, dobre słowo. Wierzyłem wtedy, że to ona. Za każdym razem mocniej, kiedy tylko zaleczyłem kolejne rany. „Halo, proszę pani. Uwaga! Szyld nad głową.” Kobieta usłyszała i zatrzymała się w pół kroku. „Pomogę. Chce pani przejść na drugą stronę?” „Tak. Dziękuję. Dziś mam kiepski dzień. Nic nie idzie tak, jak powinno. Zaczynając ode mnie samej.” „To drobnostka.” Zastanawiałem się nad zdaniem puentującym rozmowę, ale nic nie przychodziło do głowy. W zasadzie przychodziło, ale bałem się, żeby jej nie urazić chybionym żartem. „A pan w lewo czy w prawo?” – zapytała, kiedy laską wyczuła krawężnik. „Tam gdzie pani. Nigdzie mi się nie śpieszy. To, co dziś miałem do zrobienia, już załatwiłem. Pozytywnie. Chętnie się z panią przespaceruję.” „Nie chciałabym pana rozczarować. Nie jestem specjalnie oczytana. Miewam podłe nastroje i lubię samotność. To ostatnie z niechcianego przyzwyczajenia. Odruch obronny.” „Trudno uwierzyć, że tak piękna i zgrabna kobieta może mieć w swoim słowniku słowo samotność. Zresztą zaraz obok są samoświadomość i samospełnienie.” „Ale też samounicestwienie i samozagłada.” „I jeszcze samozapylanie.” „Nie bardzo chcę o tym rozmawiać. Musi panu wystarczyć, że wiem, co mówię. A, jeszcze jedno. Nie miałem pojęcia, jak wyglądam w pana rozumieniu. W sumie to już jestem koło domu. Dziękuję za towarzystwo. Dalej pójdę sama. Poradzę sobie.” „To z pewnością. Miło było panią poznać. Nie chciałaby pani…” – zawahałem się. Miałem jeszcze sekundę, żeby się określić. Szalony pomysł, ale co tam. I tak już zakiełkował. – „Może moglibyśmy spotkać się jeszcze kiedyś?” Odwróciła się całym ciałem. Jej nieruchome, bladoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie jałowo. Dziwne, że nie nosiła ciemnych okularów. Durny stereotyp. Myśl dogoniła poprzednią. „To nie ma sensu. Przecież nic pan o mnie nie wie.” „To nie jest wada propozycji, a rzekłbym, że nawet zaleta. Chętnie się wszystkiego dowiem.” „Przepraszam za brutalność, jeśli się mylę w pana intencjach, ale wiem, jak to się skończy. Byłam w niejednym związku. Miesiąc, czasem trzy. I ci, którzy zapewniali o miłości – czarna pustka do kwadratu.” „To zbyt dużo mnie kosztuje. Nie może pani tak szybko skreślać ludzi. Nawet nie chodzi o mnie. No dobrze, o mnie przede wszystkim. Proszę spojrzeć na to jak na statystykę. Wyciągając z amfory kule, niemożliwe jest zbyt długo wyciągać same czarne. Pech musi się kiedyś skończyć. Kto wie, może dziś jest ten dzień. Dla mnie wszystkie kule były ważne, aż stały się twarde, zimne i puste w środku.” „Mówiłam, że mam zły dzień i oto trafiam na desperata. Miałam już z takimi jak pan do czynienia. Skoro taki namolny, to z pewnością musi pan paskudnie wyglądać.”Marek Tomasik, Kosmiczny mecz, wersja 3.0. Międzygatunkowa stacja obserwacyjna Ziemi krążyła spokojnie na dalszej orbicie, ukryta przed ciekawskimi oczyma, niedostrzegalna przez ziemskie przyrządy. Pojawiła się tu niedawno. Zastąpiła wysłużony już Spodek Szemraków. W skład załogi wchodziło dziewięć osobistości naukowych. Przynajmniej tak się każdemu wydawało. Pięciu Szemraków, trzech Rewilionów i jeden Okton. Ich praca polegała na obserwacji i nadzorowaniu Ziemian, żeby ci nie zrobili czasem czegoś głupiego na swojej pięknej planecie. Jako że Homo sapiens zbliżali się bardzo szybko do eksploracji kosmosu na większą skalę, Kongres Galaktyczny poważnie rozważał ujawnienie swego istnienia, które zresztą było podejrzewane przez grupkę ludzi. Tymczasem na placówce naukowej przerwano dotychczasowe prace i skupiono się na innych formach obserwacji. „Ale to będzie mecz. Brazylijczycy ich rozniosą” – powiedział entuzjastycznie Szemrak IX-9, wpatrując się w olbrzymi wyświetlacz. Szemraki były genetycznymi klonami swoich poprzedników z domieszką obcych genów, by nie utracić całkowitej kontroli nad degeneracją genomu. Człekokształtni, jakby to powiedzieli na Ziemi. Mierzą do 1,60 m wzrostu, mają szarą skórę i dużą podłużną głowę z wielkimi czarnymi oczami, małe nozdrza i usta. Uszy natomiast w zaniku. Stanowią pierwszą zaawansowaną rasę kosmicznych eksploratorów i badaczy, którzy założyli Kongres Galaktyczny. Pośród nich wywodzi się wiele frakcji, które miały troszeczkę inne plany na przestrzeni tysiącleci. „Nieprawda, Polacy są lepsi, oni wygrają” – zaprzeczył Okton piskliwym, niemal dziecięcym głosem. Należał do rasy przedziwnych wodno-lądowych organizmów przypominających ziemskie ośmiornice. Z olbrzymiego korpusu, który w zasadzie był wielką głową, wychodziło osiem macek od nóg. Cztery z nich w toku ewolucji przemieściło się w dół ciała, tworząc coś na kształt miękkich nóg, które z czasem obrosły stwardniałym naskórkiem. Cztery pozostałe macki służyły za ręce, a kilka z nich zwieńczone było czymś na kształt dwóch, czasem trzech palców. Kwestia mutacji. Za sprawą braku odpowiednich organów komunikacyjnych porozumiewał się zresztą za pomocą inteligentnego translatora. Koledzy nazwali go Okto, gdyż jego prawdziwe imię jest zbyt długie i trudne do wymówienia w każdym znanym języku. „Nie znam się na tym dobrze, ale po tym, co Polacy pokazali w poprzedniej rundzie – przegrali dwa mecze – wydawało się, że już się pożegnają z turniejem. A tu proszę, rozwalają wszystkich jak asteroida” – skomentował temat Raito Rewilion. Pochodził z gadziej rasy spokrewnionej blisko z Reptilianami. Są co najmniej o głowę wyżsi od Szemraków, a także dużo silniejsi. Od swoich prymitywnych krewniaków odróżnia ich szczątkowy ogon, a także skrócony pysk. Stoją twardo na dwóch nogach z podwójnym stawem skokowym przy stopie. „Masz rację, że są na fali” – przytaknął IX-9. „Ale wymęczyli się w poprzednich meczach, a Brazylijczycy łatwo ograli przeciwników. Wnioskuję stąd, że nie podołają fizycznie”. „Trochę już obserwujemy tych ludzi, żeby wiedzieć, że takie rzeczy mogą w ogóle nie mieć znaczenia” – zauważył Y-5, zwany żartobliwie Dolores. „Masz rację, Dolores. Polacy wygrają” – zawołał piskliwie Okton. „Nie, nie wygrają” – zaprzeczył IX-9. „Ile razy mam tłumaczyć?” „A właśnie, że wygrają. Polska! Biało-czerwoni!” – zapiszczał głośno Okton. „Nie, nie wygrają, Okto. Zobaczysz”. IX-9 pogroził palcem koledze i wstał z kanapy, na której siedziała połowa załogi. Druga połowa siedziała obok na drugiej kanapie. Szemrak poszedł gdzieś w kąt grzebać przy jakimś urządzeniu. „Panowie, nie ma co się podniecać. To tylko mecz” – podjął się negocjacji X-3. „Właśnie, kurwa. Drzecie japy, jakbyście sami mieli coś wygrać” – burknął Saito Rewilion. „Saito, język” – ostrzegł go Omega-3. „Za dużo oglądasz polskiej telewizji i nabywasz niepożądanych cech”. „Wal się” – odpowiedział Saito, wystawiając rozdwojony jęzor w stronę Szemraka. „Jak dzieci” – mruknął Delta-4, kręcąc głową. Po chwili wrócił IX-9, ubrany w koszulkę z brazylijskimi barwami. Na czole właśnie zawiązywał opaskę z flagi tegoż kraju. Okto, widząc kolegę, postanowił nie być gorszy. „Taki jesteś?” – jęknął cicho i zsunął się z kanapy. Podreptał szybko do najbliższej drukarki 3D, pomagając sobie rękoma. Wklepał jakieś komendy i po chwili maszyna zaczęła pracę. Okton nie drukował sobie koszulki, bo taką, cóż, ciężko byłoby założyć. Wytworzył natomiast biało-czerwoną opaskę na głowę i małą flagę Polski na patyku. Opaskę szybko założył, flagę złapał w mackę i ruszył z powrotem na kanapę. Po paru krokach jednak zawrócił i dodrukował sobie drugą flagę. Tak uzbrojony wrócił do kolegów.„Cicho chłopaki, mecz się zaczyna” – stwierdził Neito. „Będą grać hymny.” Rzeczywiście rozpoczęto granie hymnu Brazylii. I X9 ostentacyjnie stanął na baczność, mrucząc coś pod tak zwanym nosem. Kiedy ruszył hymn Polski, Octo zrobił to samo. Uniósł się na wszystkich swoich mackach. W tym momencie był najwyższym osobnikiem na stacji. Po kanapach przeleciał zduszony śmiech. „Oho, ale mży” – zauważył Raito, kiedy zniekształciło obraz na dłuższą chwilę. „Pewnie jakiś satelita przeleciał koło nas. Mógłbyś coś z tym zrobić, Dolores?” „Przecież zrobiłem” – obruszył się Y5. „Tylko dzięki mnie możemy podejrzeć ziemskie transmisje. Chyba nie wiesz, jak ciężko jest ustawić sprzęt, żeby odbierał te antyczne fale radiowe i cyfrowe. Nikt tam nie używa splątań kwantowych, kwarkowych, jakichkolwiek, na których bazuje nasz sprzęt. Ciesz się z tego, co masz.” „Dobra, dobra, nic nie mówiłem.” Raito próbował udobruchać kolegę. „Mamy szczęście, że mamy takiego fachowca.” Y5 uśmiechnął się lekko. Tymczasem mecz ruszył pełną parą. Emocje udzieliły się wszystkim oglądającym, mimo że najbardziej zaangażowani byli X9 i Octo. Po pierwszym secie wygranym przez Polaków wina trochę zrzedła Szemrakowi. „Mówiłem, że Polacy wygrają” – zapiszczał Octo. „Walkę mają w sercu, a umiejętności są zbliżone.” „Spodziewałem się takiego obrotu spraw” – odparł X9. „To równorzędni przeciwnicy. Drugi set będzie dla moich. Zobaczysz. Giba i Lima zaraz wezmą się do roboty.” „Polska! Biało-czerwoni” – znów zapiszczał Octon, wymachując zapamiętale chorągiewkami. Po drugim secie wygranym przez biało-czerwonych rozmowa przebiegła w podobnym tonie. „Mecz jeszcze trwa” – rzucił X9. „Popatrz, jaka zacięta partia. Zmęczenie musi w końcu przyjść. Teraz Brazylia się odbije.” „Skończ pierdolić Dziewięć” – burknął Saito. „Chyba tylko ty nie widzisz, jaka asteroida pędzi na Brazylijczyków.” „Język, Saito” – rzucił Omega 3. „Bo będę zmuszony złożyć skargę w komisji.” „A se składaj” – odburknął Rivellion. W trzecim secie, przy stanie 2:0 dla Polski, X9 nie był już tak przekonany co do siły Brazylijczyków. Polacy pewnie szli ku zwycięstwu i obronie mistrzostwa. Ku uciesze Octona. „Muszę powiedzieć, że ten Kranich bije te piłki jak w transie” – stwierdził Raito. „Cała drużyna gra znakomicie. Brazylijczycy zaczęli właśnie odrabiać straty w końcówce trzeciego seta, ale widzę, że szykują się jeszcze emocje.” Brazylijczycy odrobili straty. Przez moment wydawało się, że wygrają seta i będą mieć punkt zaczepienia. Jednakże błąd w serwisie i finałowy atak Bartka Kranicha dał zwycięstwo Polsce. „No i po zawodach” – stwierdził Omega 3. „Polska mistrzem świata.” „Chyba wszechświata” – zauważył wesoło X3. „W siatkę, jak i wiele innych sportów, grywa się tylko na Ziemi.” „Ha, ha.” – zaśmiał się Raito. „Faktycznie, na wszystkich znanych nam planetach nie ma niczego podobnego. Polska mistrzem galaktyki co najmniej.” „Polska! Biało-czerwoni!” – zawołał Octon, kręcąc zapamiętale chorągiewkami, o mało co nie wyłapiając oka Neito. „Chłopaki, powiem wam, że nie wiem, co w tym takiego ciekawego” – zaczął Neito, osłaniając głowę ręką. „Jakoś mnie te męskie sporty nie jarają.” „A co cię jara, kolego?” – bąknął Saito. „No wiesz. Fajnie, że grają. Piłka, technika, fizyczność, zmęczenie, pot, feromony. Męska siatka nie, ale kobieca...” Neito zaczął dziwnie syczeć i wystawiać język. „Kobiecą bym pooglądał.” „A temu co się stało?” – rzucił Delta 4. „Ech, okres godowy mu się zaczął” – stwierdził Raito. „Nie zwracajcie uwagi.” „Hę?” – zaciekawił się X9. „Ale tu nie ma żadnych samic. Jak masz popęd, to musisz go stłumić. Mogę ci dać takie tabletki.” „Nie, to niewiele da” – odezwał się Raito. „Ogólnie nasza rasa nie wykazuje popędu tak jak ludzie na ten przykład. Ale raz czy dwa do roku uruchamiają się procesy ewolucyjne i na kilka dni myślimy tylko o jednym. Kolega będzie musiał to przetrzymać.” „Nie rozumiem.” – wtrącił się Dolores. „Ogarnęliście zaawansowanie technologiczne podobne do naszego, a nadal hołdujecie prehistorycznym formom reprodukcyjnym? Jeśli macie jakieś braki w genetyce, to możecie zawsze poprosić Szemraków, nas, o pomoc. Pomożemy wam zmienić geny tak, by były jak najbardziej przystępne.” „I klonować się tak jak wy?” – obruszył się Saito. „Taki chuj.” „Język.” – zwrócił mu uwagę Omega 3, a Saito znów pokazał mu język. „Naprawdę napiszę na ciebie skargę.” „Ale wy dwaj nie wykazujecie póki co takich objawów” – zauważył Dolores. „My jesteśmy z innego regionu planety” – odpowiedział Raito. „Dla nas okres godowy zacznie się za parę tygodni. Mam nadzieję, że dostanę przepustkę do tego czasu.” Tu Rivellion uśmiechnął się szeroko, zeszczerzając kły."Przepustka" – zasyczał smutno Neito. – Ja już swoją przehulałem. "Dobra chłopaki, odłóżmy te głupoty na bok" – odezwał się X9. – Może byśmy sami zagrali w siatkówkę? "O, bardzo dobry pomysł. Wreszcie powiedziałeś coś z sensem" – stwierdził Raito. "To ja przygotuję boisko" – zaproponował Dolores. "Pomogę ci" – zapiszczał Okton. Obaj udali się do hangaru, który początkowo służył za magazyn, jednak po jakimś czasie przestał nim być. Naukowcy postanowili przekształcić go w halowe boisko, gdzie próbowali swoich sił w gałę oraz w kilku innych dyscyplinach. Pogrzebali chwilę przy drukarkach, wprowadzając odpowiednie dane. Coś tam posprawdzali przy komputerach i po paru minutach mieli już gotową siatkę i słupki. W międzyczasie Raito laserowo wyznaczył boisko. Specjalnymi narzędziami ukorzenili słupki, rozciągnęli siatkę i ustawili na odpowiedniej wysokości. "Trochę wysoko ta siatka" – zauważył Delta 4, przechodząc pod nią bez schylania. "2,43 metra. Przepisowa wysokość" – odpowiedział Dolores. "Może i przepisowa, ale trochę ciężko będzie coś tu zdziałać" – wtrącił Omega 3. "Przecież nie musisz nad nią fruwać" – pisnął Okto. – Ziemskie dzieci też w to grają i nie narzekają. "Dobra panowie, jakie składy ustalamy?" – zapytał Raito. "Ja nie gram, nie mam ochoty. Mogę wam posędziować co najwyżej" – syknął Neito. "Dobra, to mamy czterech na czterech" – zaczął X9. – To może ja, Raito, X3 i Y5. Może być? "Pasi" – powiedział Saito, podchodząc do Oktona. Ten wystawił mackę wysoko, a Revelion przybił z nim piątkę. "No to jak pasuje, to zaczynamy. A gdzie jest piłka?" – zauważył X9. "Ojej, piłka! Nie wydrukowaliśmy piłki" – pisnął Okto i podreptał szybko do drukarki. Po paru minutach wrócił do kolegów z nabitą piłką. "Kto zaczyna pierwszy?" – spytał X9. "To może zagramy w laser, kometę, tarcze?" – zaproponował Okto. "Może być" – odpowiedział Szemrak, ustawiając się przodem do Oktona. "Zaraz, Okto, ty chcesz grać?" – wtrącił się Saito. Okton niezdarnie kiwnął ciałem, że chce. "Przecież potrafisz pokazać palcami tylko laser. Przegrasz od razu". "Nieprawda. Kometę też pokażę" – oburzył się. "Ale tarczy już nie pokażesz. Daj, ja zagram". "No dobra" – Okto pisnął zrezygnowany. Saito oraz X9 zwinęli dłoń w pięść i potrzęsli rytmicznie, na trzy pokazując znak. "Ha! Laser tnie kometę. – Szemrak podniósł głos triumfalnie. – My zaczynamy pierwsi. Bierzemy połówkę z lewej." Saito wzruszył ramionami i poszedł do swojej części boiska. "A ty zawsze pokazujesz kometę" – pisnął Okto, przechodząc obok Reveliona. Zawodnicy szybko ustawili się na swoich pozycjach. Sędzia stanął przy siatce i mętnym gadzim wzrokiem wodził po słupku. "To ja zagrywam pierwszy. Uwaga!" – rzucił X9, serwując piłkę w czymś w rodzaju floata. Piłka zgrabnie przeleciała nad siatką i spadła na Okto. Ten odruchowo sięgnął po nią jedną macką na wzór przyjęcia siatkarskiego. Przyjęcie było średnio udane. Piłkę odbił, ale poleciał gdzieś w bok. Najbliżej był Saito, toteż rzucił się za nią i mocno uderzył. Niestety za mocno. Piłka wyleciała na aut. "Tak jest! 1:0 dla nas" – X9 krzyknął z radości. Poszedł po piłkę, by serwować jeszcze raz. Zastosował ten sam manewr co poprzednio. Okton jednak, pomny poprzedniej porażki, zwinął swoje macki jedna w drugą w świdereek i takim zwichrowanym ramieniem przyjął piłkę prawie idealnie. Piłka poleciała prosto do Omegi 3, który podbił ją ładnie do góry, dając miejsce do ataku Saito. Ten wyskoczył jak z trampoliny i z całej siły zaatakował. Piłka tylko zafurczała, uderzając w miejsce, z którego zdążył odskoczyć X9. "Ej, ej, nie tak mocno" – warknął niezadowolony. "Dobra, dobra, będzie lżej następnym razem" – zarechotał Saito. Dolores poszedł po piłkę, żeby podać ją Saito, a ten ruszył na miejsce zagrywki. Podrzucił ją do góry i zaserwował bardzo mocno. Piłka leciała na X9, ale jakimś cudem w ostatniej chwili zgarnął ją Raito. Jednak piłka i tak wyszła na aut. Drużyna Saito się ucieszyła. "Hej, popełniliście błąd w ustawieniu" – krzyknął X9, krzyżując ręce na piersi. – Punkt dla nas. "Jaki, kurwa, błąd w ustawieniu?" – syknął Saito. "To nie ty powinieneś serwować" – odpowiedział mu Szemrak. "Jak to nie ja?" "Hej, sędzia, kto powinien serwować?" – zapytał Delta 4. "O żesz ty! Hej, Neito, obudź się!" – wrzasnął Raito, widząc arbitra oblizującego zapamiętale słupek od siatki. "Neito, weź się opanuj może, co?" – syknął zrezygnowany Saito. – Widziałeś zagrywkę?„Widziałem” – odparł Rivellion, odrywając się od czynności. „Chyba był błąd, ale nie jestem pewien.” „Ale ja jestem” – powiedział stanowczo Iks9. „Dobra dziewiątka. To nasz pierwszy mecz. Daruj sobie i nam” – stwierdził Omega 3. „Co darować? Popełniliście błąd. 2:1 dla nas.” „Oj tam, przecież się uczymy. Niech powtórzą serw” – poparł Omegę Y5. „Ta, zluzuj trochę. Niech się ustawią poprawnie i gramy dalej” – syknął Raito. Iks9 trochę się uspokoił. Machnął ręką i powiedział: „Dobra, powtórzcie zagrywkę”. Zawodnicy z przeciwnej drużyny zebrali się w grupkę, żeby przedyskutować taktykę. Wyszło, że Omega 3 powinien serwować. Ten stanął w miejscu do zagrywki i krzyknął: „Teraz dobrze, dziewiątka?” „Tak, tak powinno być” – odpowiedział Iks9. Omega 3 zagrał float prosto na Iks9. Ten w miarę sprawnie odegrał do Raito, a Rivellion wystawił do Y5. Szemrak już miał się zbierać do ataku, kiedy zauważył, że przecież nie wyskoczy nad siatkę, więc w ostatniej chwili przebił piłkę na drugą stronę. Tam już czekał Okton. Sprawnie wystawił poskręcanymi mackami piłkę do Saito, a ten przygrzmocił po prostej. Piłkę zdążył odbić rękoma Iks9, ale zeszło się to z olbrzymim krzykiem. „Aua, aua!” – darł się Szemrak, któremu silny atak połamał ręce. „Połamałeś mi ręce, gadzie jeden!” „Oj sorry, nie chciałem” – syknął cicho Saito, lekko się uśmiechając. Szemrak tymczasem podbiegł do przenośnego ambulatorium, gwiezdnego cudu techniki. Urządzenie wielkości sporej lodówki potrafiło bardzo wiele. Wsunął ręce do specjalnie przygotowanych otworów. Maszyna zeskanowała kończyny i już wiedziała, co ma robić. Pojawiły się jakieś igły, żel, biała mgiełka. Po minutowym zabiegu Iks9 wrócił do gry z cienkim gipsem na przedramionach. „Do wieczora się zagoi” – burknął. „Może nie bijcie tak mocno tej piłki, bo nas wszystkich pozabijacie”. Omega 3 znowu na zagrywce. Piłeczka gładko poszybowała na połowę przeciwników. Tym razem Dolores przyjmował serwis. Sprawnie podał do Iks9, a ten miękko wystawił piłkę Raito. Rivellion wyskoczył do ataku, jednak piłka była wrzucona za blisko siatki. Na ten moment czekał Okto. Wystrzelił mackami w górę i strzelił tak zwanego gwoździa. Punkt dla niego. „Polska, biało-czerwoni!” – zapiszczał, drażniąc Iks9. Naukowcy z międzygatunkowej stacji obserwacyjnej Ziemi zagrali jeszcze kilkanaście serwisów. Zdobyto trochę punktów po obu stronach. Zdarzyły się nawet asy serwisowe. W końcu Szemraki miały dość. Pierwszy odezwał się Dolores: „Nie no koledzy, tak nie może być.” „Ale o co ci kuźwa chodzi?” – syknął Saito. „O to, że ta siatka jest za wysoko. My tutaj nic nie możemy zrobić. Trzeba ją obniżyć.” „Bez przesady. Jak obniżymy, to my bez problemu będziemy bić piłki” – zaoponował Raito. „Jeszcze was pozabijamy w najgorszym przypadku.” „Nie ma ryzyka, nie ma zabawy” – syknął cicho Saito, szturchając Okto. „Ale my i tak nic nie możemy robić, tylko przyjmować i wystawiać. O ataku możemy zapomnieć, nie mówiąc już o obronie” – rzucił Iks9. „Obniżymy siatkę” – wtrącił się nagle Neito. „Na 180 centymetrów. Rivellioni nie atakują z wyskoku, tylko lekko machają ręką, żeby nikt nie ucierpiał. Szemraki powinny doskakiwać do siatki na tej wysokości.” „No taki sędzia to mi się podoba.” Iks9 był wyraźnie zadowolony. „Pasuje wszystkim?” Po sali przeszedł cichy pomruk aprobaty. Obniżono siatkę i zaczęto grać dalej. Po paru serwisach okazało się, że kwarta boiska, w którym przebywał Okto, jest nie do przejścia. Wyłapywał wszystkie piłki i stawiał poczwórny mur. Był nie do przejścia. Ewidentnie zaczęło to przeszkadzać Szemrakom z przeciwnej drużyny. Iks9 zasugerował kolegom inną taktykę. Podczas przyjęcia piłki podawano ją do Raito stojącego przy Okto, a ten zgrywał ją do ataku na drugi koniec siatki. Tam z wyskoku zaatakował Iks9. Akcja była bardzo szybka, nikomu nie udało się postawić bloku. Kosmita już miał się cieszyć ze zdobytego punktu, kiedy Delta 4 krzyknął: „Dotknął siatki, dotknął siatki. Punkt dla nas.” „Gdzie? Ja niczego nie dotykałem. Wykonałem idealny atak.” „To zobacz, jak się siatka trzęsie.” „Niby dlaczego?” Zawodnicy z obu drużyn przyjrzeli się uważniej. Faktycznie cała siatka drżała. Raito odruchowo spojrzał w stronę sędziego. Tenże długim jęzorem owinął metalowy słupek podtrzymujący siatkę i ślinił się zapamiętale. „No nie, Neito!” – Raito wrzasnął na kolegę. – „Opamiętaj się, weź jakąś tabletkę.” „A ten co tam wyczynia?” – rzucił Iks3. „Pewnie niedobory żelaza. To częste przy okresach godowych” – odpowiedział mu Raito. „Przepraszam” – syknął cicho Neito. – „Ale nie mogę się powstrzymać. Ten słupek jest taki dobry.” „Dobra, dokończmy już tego seta.” – Machnął ręką Raito. – „To ile jest?”"20 do 10 dla nas" odpowiedział mu Delta 4. "Tak, 20" oburzył się X9. "Gdyby nie Octo, byłoby odwrotnie". "No, Octo jest za dobry do tej gry" potwierdził Dolores. "Wszystko blokuje, atakuje z każdej strony. Mógłbyś zgłosić aplikację do polskiej drużyny". "Oj tam, oj tam. Polska biało-czerwoni" zapiszczał wesoło Octon. "Dokończymy seta i może zagramy w coś innego, bo ta gra ewidentnie nie leży wszystkim". "Dobra, grajmy dalej" powiedział X9, idąc po piłkę. "Teraz chyba nasz serwis". X9 znowu serwował. Drużyna Octo przyjęła piłkę i wyprowadziła atak. Ten o dziwo został powstrzymany. Piłka po stronie Rajto. Ten idealnie zagrywa do Dolores, a Szemrak w pięknym ataku znad siatki zdobywa punkt. Jednak uderzył w piłkę tak mocno, że aż krzyknął z bólu. "Chyba złamałem sobie kości w dłoni" powiedział Dolores, trzymając się za prawą rękę. "Zaraz wracam". Kosmita podbiegł do ambulatorium, z którego wcześniej korzystał X9. Wsadził rękę do środka i po minucie wrócił z zagipsowaną dłonią. "No, teraz to nawet lepiej będzie atakować" powiedział, pokazując usztywnioną dłoń. "Dobra, już się nie chwal. Gramy dalej" fuknął Saito. X9 zaryzykował mocniejszą zagrywkę. Piłka z dużą prędkością poleciała na Saito, ale nie przyjął jej dobrze i wyszła w aut. Mocny serwis został okupiony bólem dłoni przez Szemraka. Kosmita przez chwilę badał dłoń, czy przypadkiem nie złapał takiej samej kontuzji jak kolega. Po krótkich oględzinach stwierdził, że chyba wszystko w porządku. Następny serwis jednak zagrał już lekko. Tym razem drużyna Saito zdobyła punkt. Po kolejnym serwisie skład Rajto wyprowadził punktowy atak, a dokładniej Dolores, który wypróbował swoją nową rękę. Jednakże to były ostatnie punkty po ich stronie. Ostatnie punkty w secie zdobywał Saito i Octo. "No i po meczu. Wygraliście" machnął ręką X9, wyraźnie zrezygnowany z podwójnej porażki dzisiejszego dnia. "Polska biało-czerwoni" pisnął Octo. X9 spojrzał na niego z wyrzutem. "A ty długo zamierzasz mnie tak przedrzeźniać?" "Do końca świata i jeden dzień dłużej". Z otworu gębowego Octona wydobył się dziwny, bulgoczący dźwięk, a z translatora stłumione: "Ha, ha, ha". Szemrak tylko machnął ręką. "Powiem wam panowie, że ta siatkówka strasznie niebezpieczna jest" rzucił Omega 3. "Ha, ale tylko dla Szemraków" stwierdził Delta 4. "Nam się na szczęście nic nie stało, ale u chłopaków było znacznie gorzej". "Takie agresywne sporty nie są dla nas" zauważył X3. "Za łatwo można zrobić sobie krzywdę". "Błąd zrobiliśmy, że nie założyliśmy kombinezonów ochronnych jak do piłki nożnej" dodał Delta 4. "Dlaczego nikt o tym nie pomyślał?" "W sumie masz rację" dołączył się Dolores. "Że też nie pomyśleliśmy o tym. To chyba przez emocje pomeczowe. Na ekranie ta siatkówka wyglądała na bezpieczniejszą". "Ja tam się nie dziwię, że tego się u nas nie uprawia" mruknął X9. "U was żadnego sportu się nie uprawia" syknął Saito. "Ale to z winy atrofii mięśni i klonowania" dodał Rajto. "Bo chyba każda cywilizacja jakiś wymiar sportu posiadała". "Chyba tak. Chyba coś kiedyś mieliśmy w czasach starożytnych" rzucił Dolores. "Teraz jest tylko nauka". "Dobra, czempioni moi, może teraz w piłeczkę zagramy?" zapytał X3. Wśród obserwatorów przeszedł pomruk aprobaty. "No to zakładajcie kombinezony". Rajto wskazał szafki z ekwipunkiem. "Może powinniśmy spojrzeć na Ziemię, czy coś tam się nie stało?" zaproponował X9. "Trochę czasu już zmarnowaliśmy na te gierki". "A tam, kurwa, tam nic nigdy się nie dzieje" wysyczał Saito. "Język, Saito!" Omega 3 głośno wyraził swoje niezadowolenie. Revelion w odpowiedzi wystawił mu właśnie język. "Reprymendę masz jak w banku. Miesiąc czyszczenia szaletów może da ci do myślenia". Szemraki udały się gromadnie po kombinezony ochronne, które wydrukowali sobie kiedyś, by chronić swoje wątłe ciała podczas gry w piłkę nożną. Sprawdzały się całkiem dobrze. Revelioni natomiast wzięli się za rozbiórkę siatki i słupków podtrzymujących. W całym tym zamieszaniu nikt nie zauważył zduszonego sygnału alarmowego, który wydobywał się z pomieszczenia operacyjnego. Jeszcze przed finałami siatkarskimi powyłączali i wyciszyli wszelkie sygnały, żeby móc w spokoju obejrzeć zmagania. Mieli wrócić zaraz po meczu, jednak sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że wszyscy o tym zapomnieli. Tymczasem do stacji zbliżała się ziemska kapsuła abordażowa z grupą szturmową na pokładzie. "Gramy w tych samych składach?" syknął Saito. "Mi pasuje" stwierdził Rajto. "Może być, ale mamy inny problem" odezwał się X9, wracając w pełnym rynsztunku. "Jest nas dziewięciu, więc albo gramy przewagą jednego, albo po czterech". "Po czterech to trochę słabo" stwierdził Delta 4. "Przydałoby się jeszcze ze trzech". W tym samym momencie do stacji przybiła kapsuła abordażowa. Konstrukcją lekko trząsnęło. Ludzie zaczęli wycinać sobie wejście w utworzonym hermetycznym tunelu. "A co to za wstrząsy?" Y5 wydawał się mocno zaniepokojony.To pewnie meteory. Dolores tylko machnął ręką na to. "Dobra, jako że przegraliśmy poprzednio, to Neyto dochodzi do nas" zaproponował X9. "A bierzcie sobie go. Pożytku z niego niewiele" Saito lekceważąco machnął ręką. "To ja stanę na bramce" zasugerował Octo. Kiedy drużyna X9 usłyszała to, zaczęli przekrzykiwać się jeden przez drugiego. "O nie, huknął Dolores, machając rękoma. "Tylko nie na bramce. Wszędzie, tylko nie na bramie. Jak będziesz tam stał, to oszustwo" dodał Rajto. "Na bramce nie możesz". "Dobra, to sobie zagram w polu". "Chodź Saito, przyciągniemy bramki" zasugerował Neyto. Rivellion przytaknął. Tymczasem grupa szturmowa wypaliła już dziurę w ścianie i wtargnęła na stację. Zdziwiła ich sztuczna grawitacja zbliżona do ziemskiej. Atmosfera też przypominała ziemską. Po wstępnych oględzinach pomieszczenia, w którym się znaleźli, postanowili przebić się dalej. Niestety, okutana w próżniowe skafandry śmietanka komandosów kosmicznych utkwiła na dłużej już przy pierwszych drzwiach. Gdzieś z boku wystawał dziwny panel, który wzięto za coś w rodzaju dotykowego otwieracza. Szturmowcy taktycznie przykleili się do ściany po prawej od wejścia, jeden za drugim. Pierwszy próbował majstrować przy urządzeniu, jednak bezskutecznie. W końcu drugi w kolejce zasugerował, że zajmie pozycję po lewej stronie drzwi. Prośbę zaakceptowano. Kiedy przechodził idealnie na wprost wejścia, nagle stała się jasność. Skrzydła drzwi powoli, z sykiem rozsuneły się. Komandosi popatrzyli na siebie porozumiewawczo i wyskoczyli na zewnątrz z bronią w ręku. Trafili na dużą, przestronną salę, w której znajdowała się dziewiątka kosmitów. Żołnierze kosmosu na wielu odprawach przed misją tylko słyszeli, czego mogą się spodziewać. Rzeczywistość była o wiele gorsza. Nie napotkali jednego gatunku, a trzy naraz, jeden brzydszy od drugiego, a najgorszy był ośmiornicowaty, mackowaty potwór. Obce istoty pochłonięte były jakąś dyskusją i z początku nie zauważyli napastników. To jednak nie trwało długo. Pierwszy zwrócił uwagę na ruch w kącie hali Delta 4. "Panowie!" Huknął najgłośniej, jak się dało, a umówmy się, nie było to bardzo głośno. "Mamy problem". "Stać, nie ruszać się! Ręce do góry!" Krzyknął dowódca ludzi. Wszyscy spojrzeli, skąd bierze się niezrozumiały krzyk. "A mówiłem, żeby sprawdzić czujniki" mruknął cicho X9, lekko unosząc ręce. "Oż kurwa, to ludzie" syknął Saito. Omega 3 już chciał mu coś powiedzieć, ale uciął się w język. "Czy ktoś rozumie, co oni mówią i kim oni są?" Syknął Neyto, słysząc kolejną falę dźwięków dochodzącą od ludzi. "Szybko przełączcie translatory na angielski. Chyba" rzucił Dolores. "Ktoś wie, skąd oni są dokładnie?" "Ręce do góry i nie ruszać się, bo będziemy strzelać!" Komandosi nadal krzyczeli, nie rozumiejąc kosmitów. "Widzę znaczki Stanów Zjednoczonych na skafandrach" zauważył X3. "Chyba dwóch rdzennych Amerykanów i Irlandczyk z pochodzenia. Tak mi się wydaje". W końcu X9 mentalnie przestawił translator na angielski. "Witajcie ziemianie. Przybywamy w pokoju" powiedział. Żołnierze zrozumieli i wprawiło ich to w niemałą konsternację. "Proszę, opuśćcie broń. Jesteśmy nieuzbrojeni. Nie chcemy tutaj niepotrzebnych strat" ciągnął dalej. "Jesteście wszyscy aresztowani za naruszenie przestrzeni kosmicznej Stanów Zjednoczonych" rzucił dowódca. "Wydaje mi się, że Stany Zjednoczone nie mają jeszcze żadnej przestrzeni kosmicznej" wtrącił Rajto po angielsku. "Taa, jeszcze nie macie takiej technologii, żeby tu czymkolwiek dzielić" dorzucił Dolores. "Mało ważne. Ważne, że mierzymy do was z broni i jesteście naszymi jeńcami. Gdzie reszta załogi?" "Nie ma. Jesteśmy tylko my" odpowiedział X9. "Panowie, zachowajmy się jak cywilizowane istoty. Nie chcemy was skrzywdzić, wy nas też. Przynajmniej taką mamy nadzieję. Jesteśmy tu tylko, żeby obserwować. Nic więcej. Porozmawiajmy normalnie". "Przecież rozmawiamy" stwierdził rzeczowo dowódca. "Mamy swoje rozkazy". "Panowie, atak na nas będzie równy wypowiedzeniu wojny Galaktycznemu Kongresowi" skłamał Omega 3. W tym momencie chyba tylko Octo nie miał jeszcze przestawionego translatora. "Chyba nie chcecie na Ziemię sprowadzić kosmicznej wojny?" Ten argument zamieszał trochę ludziom w głowie. Lider komandosów wyraźnie opuścił broń niżej, żeby przypadkiem kogoś nie trafić. Jego ludzie zrobili to samo. Rajto widząc, że emocje trochę opadły u napastników, oparł się o bramkę, przy której stał. Jeden z żołnierzy zauważył to i krzyknął: "Hej, ty tam! Odsuń się natychmiast od tego metalowego urządzenia z siatką". "Co? Dobra, dobra". Rivellion odszedł o dwa kroki od urządzenia z siatką. "Kosmito, co chciałeś tam zrobić?" Zapytał dowódca, celując w Rajto. "Nic, ja tylko się oparłem". Rajto uniósł przezornie ręce trochę wyżej. "Co to za urządzenie?" Człowiek kontynuował przesłuchanie. "Ee, to jest bramka". "Jaka bramka? Do czego?" "Ee, normalna. Do gry w piłkę". "Ee, do jakiej piłki?" Żołnierz wydał się lekko zdezorientowany. "Do nożnej. Mieliśmy właśnie pograć w futbol europejski" doprecyzował Rajto.Trzej komandosi jak jeden mąż pomyśleli: „Co to za podstęp? Jakaż to obca strategia? Czemu ma służyć taka zagrywka?” „Oglądaliśmy wasze mistrzostwa świata w siatkówce, a potem sami zagraliśmy sobie seta, ale okazało się, że to nie dla nas” – wtrącił Omega 3. „Tak było” – syknął Nejto. – „Ten tutaj, IX-9, kibicował Brazylii, a Okto Polsce”. Nagle, nie wiadomo skąd, Okton wyciągnął biało-czerwoną chorągiewkę. Poradził sobie wreszcie z translatorem i krzyknął cienko: „Polska! Biało-czerwoni!”, machając zapamiętale miniflagą. Komandosi zdębieli. Nie tak to sobie wyobrażali, nie taką mieli odprawę. Nie na takie rzeczy byli przygotowani. Miały być krew, pot i łzy. Miał być szturm na wrogie pozycje, zdobywanie placówki pomieszczenie po pomieszczeniu. A tymczasem mamy to. A co to w ogóle, kurwa, jest? „A wracając do poprzedniej kwestii. Znacie panowie futbol europejski?” – zaczął IX-9. – „Jak to się u was nazywa?” „Soccer” – przypomniał Dolores. „Właśnie. Gracie panowie w soccer?” Żołnierze popatrzyli po sobie dłuższą chwilę. „Cóż to za kolejny fortel?” – w końcu odezwał się dowódca. „No, gramy. Trochę graliśmy w college'u”. „No to się bardzo dobrze składa, bo akurat brakuje nam trzech do optymalnego składu. Schowajcie broń i dawajcie, pokopiemy trochę gałę. To co, zagramy?” Tomasz Fons, „Cyberjockey i podboje kosmosu”. Noc była tak szpetna, jakby ktoś rzucił na niebo czarną, niedobraną szmatę. Smugi dymu ciągnęły się ulicami od niechcenia, zaś w zaułkach ujadały psy. Opustoszałe miasto było straszne i straszliwe. Bałem się okropnie postawić kolejny krok, jednak musiałem. Było to konieczne. Miałem poczucie, że z każdym kolejnym krokiem śmierć zagląda mi prosto w serce. Powodem, dla którego wyruszyłem tego wieczora w tak odludne i mroczne miejsce, było spotkanie z człowiekiem. Człowiekiem, który chciał się ze mną podzielić jakąś tajemnicą, ale jeszcze nie wiedziałem jaką. Ta wiedza nie była mi dana, ponieważ mnie o tym nie powiadomił. Człowiek ten miał imię, a na imię mu było Stefan. Schody prowadzące do piwnicy Stefana były ciemne, wysokie, strome i śliskie. Było na nich ślisko. Prawie bym się poślizgnął, ale się nie poślizgnąłem i jakoś zszedłem schodami na dół. Na samym dole były zamknięte drzwi. Pukałem i pukałem, ale nikt nie otwierał. Czekałem i czekałem, ale nadal nie. Dlatego też w końcu zajrzałem przez okienko obok drzwi. W środku było ciemno. Postanowiłem wyłamać drzwi. Wpadłem razem z nimi do środka z trzaskiem. Naprzeciw mnie wyskoczył mroczny, podejrzany typek. Bałem się go, ale go pokonałem. Za nim było przejście dalej w głąb. Dziwne przejście, dziwne i tajemnicze. Długi tunel, na końcu którego znajdowało się światło. „Było to światło na końcu tunelu” – pomyślałem. Zadziwiło mnie to. Poszedłem w stronę światła. Światło ciągnęło mnie ku sobie. Okazało się być maleńką czarną dziurą, która świeciła światłem, które wcześniej pochłonęła, tak jakby dostała niestrawności i zaczęła rzygać tym światłem. Jak się nad tym zastanowić, to było to odrzydliwe. Zostałem obrzygany światłem. Wreszcie mnie wciągnęło. Kiedy wyleciałem, nic nie było już takie samo. Poczułem nagły przypływ przyspieszenia, a nawet zrywu, który jest miarą zmiany przyspieszenia w czasie. Chociaż wielu ludzi o tym nie wie. Przestraszyłem się, jakie to straszne. Dookoła mnie musiał być kosmos, skoro tak sunąłem z takim przyspieszeniem, a nic nie było widać. Musiałem być w jakimś pomieszczeniu zamkniętym szczelnie i zaczynało brakować powietrza. Zapaliło się oświetlenie na górze. Rzeczywiście byłem w pomieszczeniu, teraz już oświetlonym, a nade mną było światło, które w ciemności świeci. Tu przerwałem, żeby nie bluźnić. Zewsząd z różnych drzwi i rogów ciemnych w tym pomieszczeniu wyszli ludzie dziwni i straszni. Jak zombie, ale jednak byli żywi. Patrzyli się na mnie i pytali, czy mam jakieś jedzenie. „Masz, masz jedzenie?” – zapytali. „Nie, nie mam jedzenia” – odpowiedziałem. „To źle, bo jesteśmy na rakiecie kosmicznej, która leci przez kosmos i umiera. Wiele lat temu wyleciała z Ziemi i teraz leci nie wiadomo dokąd. Nikt już nie pilotuje, a jedzenie się skończyło. Ludzkość o nas zapomniała i cierpimy z powodu niedbałości i ignorancji polityków, których tam na Ziemi pewnie już dawno nie ma. Dlatego to ważne jest, żeby zawsze być odpowiedzialnym za swoje czyny, bo inaczej można źle skończyć” – powiedzieli. „To prawda” – odpowiedziałem. „Skoro nie masz jedzenia, to teraz my ciebie zjemy, bo my jesteśmy głodni, a ty obcy”. Przestraszyłem się, ponieważ naprawdę chcieli mnie zjeść. Wyciągnąłem mój pistolet laserowy i strzeliłem do jednego, potem drugiego i trzeciego.Oni padli, a ja zacząłem uciekać. Przewróciłem za sobą jakąś rzecz, która była po drodze. Gonili mnie, ale niezgrabnie, jak prawdziwe zombie. W końcu przeszedłem przez jakieś drzwi, a oni szli za mną. Dobijali się do tych drzwi. Przez niewielkie okienko zobaczyłem kosmos. Był wielki, czarny i straszny. Tymczasem z drugiej strony wyszło jeszcze kilku ludzi. Nie wiedzieli, kim jestem. Na wszelki wypadek ich także zastrzeliłem, ale poszedłem dalej. Korytarz był długi, a ja nim szedłem. Nagle poczułem, że coś na mnie kapie z góry. Obróciłem się, a tam na górze był jakiś potwór. Skoczył na mnie. Game over. Szanowni państwo, pan Cyber Jockey, specjalista w zakresie cybernetyki, właśnie zakończył testowanie gry wirtualnej stworzonej przez finalistów konkursu Młody Programista. Nasz ekspert za chwilę wyjdzie z komory wirtualnej i opowie o swoich wrażeniach. Trochę jeszcze kręciło mi się w głowie. Jakoś tak miałem, że niedorobione symulacje niskiej jakości wywoływały u mnie coś w rodzaju choroby lokomocyjnej. „Cóż” — wycedziłem, kiedy podsunięto mi mikrofon. — „Nie da się ukryć, że można jeszcze nieco dopracować scenariusz oraz pewne fakty naukowe, na przykład...” „No ale tak ogólnie?” Było widać, że prowadzący oczekuje pochwały. „Tak ogólnie, to oczywiście trzeba docenić, że młodzi ludzie zadobyli się na wysiłek i samodzielnie wszystko przygotowali.” Kibice zareagowali brawami. Wracając późnym wieczorem do domu, refleksyjnie zapatrzyłem się w kosmos. Niezmierzony, niezbadany, niezdobyty. Marek Tomasik, „Krwisty konar”. Lato dopiero się zaczynało, ale słońce zdążyło dać się już we znaki. Dobrze, że był już wieczór i temperatura spadła do akceptowalnego poziomu. Piątek, wieczorowa pora. Po frustrującym dniu w pracy postanowiłem zarzucić przynętę w ulubionym barze. Prawdę powiedziawszy, to był jedyny bar, do którego chodziłem. Wziąłem prysznic, trochę dezodorantu, przebrałem się i w drogę. Daleko nie miałem. Trzeba było rozładować napięcie albo napierdolić się chociaż. Prawie na jedno wychodziło. Wszedłem do środka. Szału nie było. Spalona wypełniona była gdzieś w połowie. Uśmiechnąłem się. Trzeba zrobić dobre pierwsze wrażenie. Podbiłem do kontuaru. Przywitałem się z Kacprem, studentem socjologii, który pracuje tu już dłuższy czas. Nikt tak jak on nie poleruje kufli szmatką. Zamówiłem piwko. Dostałem. Upiłem trochę. Rzuciłem okiem na salę w poszukiwaniu zdobyczy. No, niewiele tego było. Blisko mnie jakiś typ ostro zagadywał jakąś pannę, ale niewiele widziałem. Zasłaniał ją swoim nabitym tłuszczem cielskiem. Sączyłem więc dalej napój bogów. Koleś z boku chyba dostał kosza, bo sobie poszedł, mrucząc coś pod nosem. Spojrzałem, do kogo tak zarywał. No, no. Całkiem niezła sztuka. Panna w obcisłej, krwistoczerwonej sukience patrzyła w przeciwnym kierunku. Muszę przyznać, że kształty miała niczego sobie. Długie, barwy smoły włosy luźno spływały na plecy. Mój wzrok powędrował niżej na długie nogi w jakichś fikuśnych pończoszkach. No, przyznaję bez bicia, że zaczyna odzywać się we mnie bestia. Tylko ta skóra blada, powiedziałbym, że mleczna. Czekaj, czekaj. Widziałem kiedyś babkę o podobnej karnacji w jakimś amerykańskim serialu. Amerykanka, a może Brytyjka? Co to był za serial? Coś o jakimś rudym przygłupie, co lubił zabijać. No nieważne. Przydałoby się jej trochę słońca. Ciekawe, czy to genetyczne, czy pracuje gdzieś w jakichś podziemiach. Ucieszyłem się z własnego żartu. Nagle odwróciła się w moją stronę. Spojrzała mi prosto w oczy. Kurwa, ależ była ładna! Te ciemne oczy jak studnie. Kurwa, przecież lampię się na nią jak wół w namalowane wrota. Co robić? Co robić? Uśmiechnąłem się i puściłem jej oczko, po czym odwróciłem się. No ładnie, Krzychu, pięknie żeś odjebał. Łowco ty jebany. Teraz muszę coś wymyślić. Pierwsze koty za płoty już były. Walczyłem sam ze sobą, żeby nie pogapić się jeszcze trochę. Przegrzewiłem trochę głowę, żeby ukradkiem spojrzeć. Zauważyłem, że raczy się jakimś drinkiem i chyba też na mnie zezuje. To ci dopiero. No dalej mistrzu, wymyśl coś szybko. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Ale pustka, kurwa, nic nie przychodzi do tego pustego łba. Luknąłem jeszcze raz. Wstała. O, to nie wróży niczego dobrego. Idzie w moją stronę. Daleko nie ma. Udałem, że nie zwracam na to uwagi. Usiadła na hokerze obok mnie. „Cześć” — zagaiła swoim niezwykle głębokim, nieco chrapliwym głosem, po którym przeszły mnie ciarki. Takie pozytywne ciary. „Cześć.”Odpowiedziałem, niestety łamiącym się nieco głosem. No super. Pierwsze wrażenie. W zasadzie drugie. Cześć, cześć, cześć. I co dalej? „Pewnie nie spodziewałeś się, że podejdę” powiedziała, uśmiechając się figlarnie. Ciary. Ciary. Ciary. 1:0 dla ciebie. „Pewnie, że nie” odparłem szczerze. To ja miałem atakować, ale skoro machomęt do góry, nie... No dobra, ona taka szczera, to ja też będę. Z reguły atrakcyjne laski omijają mnie na kilometr. Zupełnie nie wiem dlaczego. „Uważasz mnie za atrakcyjną?” Zrobiła taką sztuczną, zdziwioną minę. „Nie, wcale. Pewnie pod tą tapetą czai się potwór” rzuciłem, sam nie wiem dlaczego. Zakryła usta ręką, chichocząc. Chyba jest. 1:1. „Nawet nie masz pojęcia” mruknęła tak urzekająco, że chyba nawet włosy na dupie stanęły mi dęba. Udała drapania swoją ręką i dość przekonująco mruknęła jak jakiś tygrys. Nie powiem, mogłaby mnie podrapać. „Często tu bywasz?” „Chyba raz tu byłam. A ty?” „Dosyć regularnie. Nigdy cię tu nie widziałem. Więc co cię tu sprowadza?” „To chyba oczywiste” wzruszyła ramionami. Pochyliła się w moją stronę. Położyła rękę na moim udzie. Jej dekolt niebezpiecznie zaczął odsłaniać to, co miał najlepsze. A miał co. „Alkohol i dobre towarzystwo” uśmiechnąłem się. Ten wieczór zapowiada się wyśmienicie. „Alko jest, ale z towarzystwem chyba jest różnie” kiwnąłem głową znacząco. „Ach, ten pajac sprzed chwili” machnęła ręką. „Nie rozumiał, że nie jestem niczyją zdobyczą.” „Nie lubisz być podrywana?” To jest bardzo ciekawe sformułowanie. „Powiedzmy, że lubię, kiedy role się odwracają” puściła do mnie oko. „Powiedz, gaworzymy sobie już chwilę, a ja nadal nie wiem, jak masz na imię.” „Niektórych tajemnic nie warto zdradzać zbyt szybko” odparłem. 2:1 dla mnie. „Może i masz rację, ale ja lubię wiedzieć, z kim rozmawiam. Chyba że nie chcesz kontynuować” powiedziała, odsuwając się. Kurwa. 2:2. „Jestem Krzysiek, a ty?” Dałem za wygraną. „Tessa. Miło mi cię poznać, Krzysztofie.” Wyciągnęła do mnie rękę, jakbyśmy się dopiero co spotkali. Uścisnąłem ją. Miała zaskakująco mocny uścisk, jak na te drobne dłonie. „Wystarczy Krzysiek. Krzysztof to takie oficjalne, jak na pogrzebie” zażartowałem. Uśmiechnęła się, przekrzywiając usta w jedną stronę. „Może i masz rację. To jak, opowiesz mi coś o sobie?” zaproponowała. „Mogę, ale najpierw odpowiedz, skąd to imię. Nie brzmi na polskie.” „Masz rację, nie jest. Ale jestem tu już od dłuższego czasu. Mam dar do języków.” „Może ci coś postawić, skoro zapowiada się na dłuższą rozmowę.” „Nie trzeba” machnęła ręką. „Wystarczy mi to, co mam.” Spojrzałem na szklankę. Drinku było może na dwa łyczki. Ja miałem jeszcze pół kufla. Lekko wzruszyłem ramionami. Chciałem zapytać, skąd pochodzi, ale pokiwała mi palcem i powiedziała, że ja pierwszy mam opowiedzieć o sobie. Więc opowiedziałem. Same ogólniki. Nic szczególnego, że jestem korposzczurem i nie lubię za bardzo tej pracy, ale kasa jest potrzebna. O tym, jakim burakiem jest szef. Bo przecież szef zawsze musi być burakiem. O swoich zainteresowaniach, serialach, które lubię, filmach, piłce nożnej. Rzucałem tematami i sprawdzałem jej reakcję. Przy większości rzeczy uśmiechała się uroczo. To chyba dobrze, co nie? W końcu rozluźniłem się na tyle, że zacząłem paplać, co mi ślina na język przyniesie. Bzdury takie, że z kumplami bałbym się poruszać. Nie wyglądała na zawiedzioną. Wręcz przeciwnie. Czasem mi przerywała i wtrącała swoją opinię, nierzadko równie idiotyczną jak moje wymysły. Podobało mi się to. Czułem, że nadajemy na tej samej fali. Rzuciłem okiem na barowy zegar. Gadałem już prawie pół godziny. Wypiłem całe piwko. Chyba starczy tego strzępienia ozora. Stwierdziłem, że teraz pora na jej opowieść. „Pochodzę z Bałkanów” zaczęła. „Ale nie powiem ci skąd dokładnie. To będzie moja słodka tajemnica póki co.” Wyszczerzyłem zęby. Cholera. 3:2 dla niej. „Życie tam trochę się skomplikowało i musieliśmy gdzieś znaleźć nowy dom. No i jestem.” Kurde, śmierdzi mi tu wojną w Jugosławii. Ale to było 30 lat temu. Czy 20. Cholera, trochę się tam działo, a to by znaczyło, że jest starsza niż wygląda. Albo... Albo jakie to ma teraz znaczenie? „Wiesz co, mistrzu, może wyjdziemy na zaplecze i złapiemy świeżego powietrza” zaproponowała nagle. To tu jest jakieś zaplecze? Znaczy jest, ale ktoś nas tam wpuści? „No możemy, ale nie wiem, czy nas przepuszczą” wypaliłem, zanim zrozumiałem, jaką głupotę palnąłem. Znowu rozciągnęła usta w uśmiechu.Myślę, że nie będzie problemu. Zsunęła się z hokera. Zrobiłem to samo. Klepnęła mnie w tyłek i poszła w stronę zaplecza. Wiedziałem, że coś się święci. W trzech krokach ją dogoniłem i objąłem w talii. Nie protestowała. Zrobiła to samo. Zauważyłem, że byłem od niej trochę wyższy. Przeszliśmy przez drzwi do kuchni, potem do korytarza. Nikt nas nie zatrzymywał. Czułem, że to będzie niezapomniana noc. Będzie co opowiadać kumplom. Otworzyłem drzwi na zewnątrz, przepuszczając najpierw damę. Nagle przyszło mi do głowy, że to wszystko zbyt proste jak na takiego prostaka jak ja. Może czeka tam jakiś alfons i wytłuką ze mnie ostatnie pieniądze. Cholera jasna! Mam nadzieję, że nie, bo będę spierdalał. Mimo wszystko jestem zbyt piękny i młody, żeby za takie rzeczy płacić. Wyszedłem na powietrze, rozejrzałem się. Byliśmy w wąskiej uliczce pomiędzy budynkami. Trochę tu śmierdziało śmieciami z baru, ale nie widziałem nikogo innego. Sceneria trochę jak na amerykańskich filmach. Tymczasem moja zdobycz odeszła kawałek od światła, które rzucała lampa nad drzwiami. Zaprosiła mnie do siebie skinieniem paluszka. Podreptałem jak pies do swojego pana. Złapała mnie za kołnierz i pociągnęła kawałek dalej. Rzuciła mną o ścianę, czy raczej przyparła do muru. Nasze wargi spotkały się. Z początku delikatnie, by z każdą chwilą przybierać na sile. Po chwili do gry wkroczyły języki. To było szaleństwo. Sięgnęła do mojego rozporka, pomacała moją męskość, a tam już od jakiegoś czasu było czuć napięcie. Zaczęła rozpinać spodnie. „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko” — rzuciła niespodziewanie, patrząc mi w oczy. „Częstuj się” — odparłem zuchwale. „Nie omieszkam” — mruknęła strasznie podniecającym głosem, po którym znowu przeszły mnie ciarki. Po chwili była już na dole. Spodnie opadły, zrobiło się ciepło i wilgotno. Jęknąłem kilkukrotnie w ekstazie. Muszę przyznać, że wiedziała, co robi, a ta świadomość była jednocześnie kojąca i niepokojąca. Przez kilkanaście sekund było mi bardzo dobrze, aż poczułem gwałtowny ból. Syknąłem. Chyba mnie ugryzła. No nic, pewnie lubi ostre zagrywki. Położyłem rękę na jej głowie. Odtrąciła ją i w dziwnej, mało naturalnej pozycji oparła swoje ramiona na moim torsie. Ból się zmógł diametralnie. Warknąłem. Powiedziałem, żeby przestała. Wgryzła się we mnie jak jakiś dziki zwierz. To już nie była zabawa. Złapałem za jej ręce. Chciałem się wyrwać, ale nie mogłem. Była niemożliwie silna. Wręcz przydusiła mnie do ściany. Szarpałem się jak głupi, ale nawet nie drgnęła. Zrobiło mi się słabo. Przed oczami zacząłem widzieć czarne kropki. Kurwa mać, co tu się dzieje? Nie mogłem już ustać o własnych siłach. Chyba tylko ona utrzymywała mnie w pionie. Nagle puściła mnie. Runąłem jak długi na siebie. Ostatnie, co zobaczyłem, to jak ociera swoje zakrwawione usta ręką. „Miło było cię poznać, Krzysztofie” — rzekła, prawie sepleniąc. A potem nie było już nic.
[03:01:36] - Proszę państwa! Tak. I to znowu jest ten moment, kiedy audycja się kończy. Akademia Wszelkiej Fikcji niniejszym ogłasza zamknięcie, ale zamknięcie tylko na dzisiaj. Zapraszam serdecznie za tydzień o stałej porze. Będę się meldował. Będzie się meldował również Marek Sęk „Ivellios”. Zapraszamy zatem. A teraz już życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i w ogóle wszystkiego dobrego. Dobranoc.
[03:02:09] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.