[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Jak majówka, to wiadomo, w jakim towarzystwie. W towarzystwie książek, filmów i ciekawych gości oczywiście. Zapraszamy na majówkowe wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:40] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Dawno temu lud chodził na pochody, powiewał czerwonymi szturmówkami i w ogóle było jakoś tak dziwnie. Teraz, na szczęście, majowe pochody zostały zastąpione nowym świeckim zwyczajem, czyli grillowaniem do upadłego. Nie wiem, czy za kilkadziesiąt lat ktoś nie będzie się z tego nabijał tak samo intensywnie jak ja w tej chwili z tych pochodów pierwszomajowych. Tego nie potrafię rozstrzygnąć, ale skoro ludzi to bawi, to znaczy, że jest okej. A ja bez zbędnych wstępów zapraszam państwa na polecanki książkowe. Pierwsza z tych polecanek nosi tytuł à propos rewolucyjny, bo „Aurora”, ale to nie o tę aurorę chodzi tak do końca. Powiedziałem tytuł: „Aurora”. Autorka Paulina Świst, wydawnictwo Muza SA, a data premiery to 6 maja 2026. Gęsty, przerażający opis zbrodni, która wyrasta z przeszłości. Opowieść o ludziach, którzy muszą wejść w ciemność, by odkryć, kto naprawdę pociąga za sznurki. Kiedy w jednym z chodników zabrzańskiej kopalni Guido zostają odnalezione zmasakrowane zwłoki, szybko staje się jasne, że to nie jest zwyczajne morderstwo. Wydłubane oczy, pentagram na ścianie, ślady niknące w mroku i tajemnice sięgające czasów, o których wielu wolałoby zapomnieć. Komisarz Aleksander Arestowicz i prokurator Nina Termel wiedzą, że w tej sprawie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Im bardziej zagłębiają się w labirynt powiązań starych układów i brudnych sekretów elit, tym wyraźniej czują, że szukają nie tylko mordercy, ale także prawdy, którą ktoś z obsesyjną brutalnością stara się ukryć. Przypomnę państwu tytuł: „Aurora”. Autorka Paulina Świst, wydawnictwo Muza SA. Książka na rynku od 6 maja. Sięgnijmy po kolejną książkę. Jej tytuł: „Adwokat diabłów. Opowieści z samego dna sądowego piekła”. Autor Paweł Matyja, wydawnictwo Otwarte, a data premiery to również 6 maja. Aby trafić na ławę oskarżonych i usłyszeć najcięższe zarzuty, wystarczy plotka lub zeznania wymuszone strachem, aby wskazać winnego, presja, pośpiech i niekompetencja śledczych. Bo w procesach sądowych, wbrew powszechnym przekonaniom, nie trzeba żadnych dowodów. Gdy są, można je ukrywać, gdy nie ma, zastąpić choćby wizją jasnowidza. Przypomina to karykaturalny sądowy dance macabre z ludźmi, którzy wpadają w tryby bezdusznego systemu i otrzymują miano diabłów. Seryjni zabójcy, mordercy na zlecenie, gwałciciele, a nawet kanibale. To właśnie ich broni adwokat Paweł Matyja. Był pełnomocnikiem Tomasza Komendy. Dziś reprezentuje między innymi Ryszarda Boguckiego, skazanego za zabójstwo Pershinga, Leszka Pękalskiego okrzykniętego wampirem z Bytowa czy Roberta Majchera, polskiego Hannibala Lectera. W książce pokazuje, jak rodzą się sądowe patologie, jak działają mechanizmy śledztw, jak łatwo uruchamia się spirala oskarżeń i jak trudno ją później zatrzymać. Przekonuje, że w największych sprawach kryminalnych w Polsce skazano niewinnych. To opowieści z samego dna sądowego piekła, bolesnie obciążające to, jak działa polski wymiar sprawiedliwości, a może niesprawiedliwości? Czy nie są zbyt przerażające, by w nie uwierzyć? Przypomnę tytuł: „Adwokat diabłów. Opowieść z samego dna sądowego piekła”. Autor Paweł Matyja, wydawnictwo Otwarte. Data premiery 6 dzień maja. Dzień później, 7 maja, na rynku wydawniczym pojawi się książka zatytułowana „Moja pokusa”. Autorstwo T.L. Swan, wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery, tak jak już powiedziałem, 7 dzień maja. Gdy po raz pierwszy ujrzałam Henleya, całkowicie mnie zauroczył.Chemia między nami nie przypominała niczego, czego kiedykolwiek wcześniej doświadczyłam. W nienagannym garniturze, z uroczymi dołeczkami w policzkach, niezwykle czarujący, olśniewający, a także elegancki i pewny siebie. Wręczył mi wizytówkę i poprosił, żebym do niego zadzwoniła. Sztukę uwodzenia opanował do perfekcji, a uśmiech, którym mnie obdarzył, wystarczył, bym straciła dla niego głowę. Chciałabym powiedzieć, że nasza randka okazała się wielkim sukcesem, ale tak nie było. Wręcz przeciwnie. Tego samego dnia postanowiłam, że na zawsze pozostaniemy śmiertelnymi wrogami i nigdy więcej już o nim nawet nie pomyślę. Trzy lata później kupiłam wymarzony dom. Naprawdę nie mogłam się już doczekać, żeby poznać sąsiadów. Aż do chwili, gdy to się stało. O nie! Jakie istniały na to szanse? To on. Nadal jest singlem, wciąż najprzystojniejszym mężczyzną na świecie i w dalszym ciągu nieznośnie sarkastycznym typem. Przechadza się niemal nago po domu i odmawia zasłaniania rolet w nocy. Zrobię wszystko, żeby o nim nie myśleć. Na szali wisi moje zdrowie psychiczne, choć pokusa ulegnięcia temu facetowi okazuje się prawdziwym koszmarem. Przypomnę tytuł: „Moja pokusa”, T.L. Swan, Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery: 7 dzień maja 2026 roku. A teraz, proszę państwa, czas na to, co zwykle, czyli na korepetycje filozoficzne. A dzisiaj prawdziwy tytan zarówno filozofii, jak i psychologii. Może nie tylko. W każdym razie, kiedy wypowiem imię i nazwisko Zygmunt Freud, to wszyscy państwo przyznacie, że to naprawdę człowiek, który wywarł na obu tych dziedzinach, które wcześniej wymieniłem, niezatarte piętno. Zaczynamy zatem. Zygmunt Freud to jedna z tych postaci, których obecność w dyskursie filozoficznym można porównać do intelektualnego trzęsienia ziemi. Nawet jeśli po latach część budynków jego teorii zaczęła pękać, krajobraz po nim już nigdy nie wyglądał tak samo. Był człowiekiem, który zajrzał pod elegancki obrus ludzkiej cywilizacji i z nieco prowokacyjną satysfakcją oznajmił: „Proszę państwa, pod spodem wcale nie siedzi racjonalny dżentelmen. Siedzi tam coś znacznie bardziej skomplikowanego”. A to było odkrycie prawdy, ale odkrycie bardzo kłopotliwej prawdy. Freud pojawił się bowiem w epoce, która oficjalnie wierzyła jeszcze w rozum, w postęp, w naukę, ale nieoficjalnie, jak każda epoka, tonęła w lękach, tłumionych pragnieniach, neurozach, no i obsesjach oczywiście. Wiedeń końca XIX wieku, błyszczący kulturą, muzyką, salonową elegancją. To było miasto, a zarazem miejsce pełne psychicznych napięć. Można powiedzieć, że pod walcem Straussa pulsowało zbiorowe id. I właśnie tam Freud rozpoczął swoją wielką wyprawę. Nie na inne kontynenty, lecz jako do wnętrza człowieka. Urodzony w 1856 roku we Freibergu na Morawach, wychowywany w Wiedniu, początkowo był lekarzem neurologiem. Interesował go mózg, układ nerwowy, medycyna, konkretność. Jednak szybko natrafił na problem bardziej tajemniczy. Pacjenci cierpieli, ale to ich cierpienie nie zawsze miało uchwytną fizyczną przyczynę. Ciało mówiło językiem, którego anatomia nie potrafiła jeszcze przetłumaczyć. I tu zaczyna się Freud właściwy. Pod wpływem współpracy z innymi przedstawicielami zawodów medycznych, zwłaszcza pod wpływem słynnego przypadku Anny O., Freud doszedł do wniosku, że objawy histerii mogą mieć źródło nie w uszkodzeniach organizmu, lecz w psychice. I to był moment niemal rewolucyjny. Choroba mogła rodzić się z wypartych wspomnień, z konfliktów, z emocji, których świadomość nie chciała przyjąć. Krótko mówiąc, człowiek nie jest panem we własnym domu. I to jest, proszę państwa, jedno z najbardziej niepokojących przesłań nowoczesności. Kopernik odebrał nam centralne miejsce we wszechświecie. Darwin odebrał wyjątkowość biologiczną, a Freud poszedł jeszcze dalej. Odebrał nam pełną władzę nad samymi sobą. Według niego świadomość była zaledwie czubkiem góry lodowej. Pod powierzchnią znajdowała się nieświadomość, ogromny, pulsujący obszar pragnień, lęków, popędów i wypartej treści.To tam kryły się siły naprawdę wpływające na nasze decyzje. Człowiek Freuda bywa więc nieco podobny do pasażera, który siedzi przy oknie i myśli, że prowadzi pociąg. Najbardziej znanym modelem Freuda stał się późniejszy podział psychiki na id, ego i super-ego. Id – sfera popędów pierwotnych, żądz natychmiastowej gratyfikacji. Ego – negocjator między rzeczywistością a żądaniami popędów. I super-ego – wewnętrzny sędzia, rodzic, moralny policjant. Innymi słowy, w każdym z nas mieszka dziecko, urzędnik i surowy kaznodzieja, a życie psychiczne przypomina często ich niekończące się zebranie kryzysowe. Freud uznał również, że ogromną rolę odgrywa libido – energia psychiczna związana z popędem życia, seksualnością rozumianą znacznie szerzej niż to rozumiemy potocznie. I tu właśnie zaczęły się największe kontrowersje. Dla jednych Freud stał się odkrywcą prawdy o ludzkiej naturze. Dla innych kimś, kto wszędzie widzi seksualność niczym człowiek z młotkiem widzący same gwoździe. Prawdą jest, że czasem popadał w przesady. Jego słynny kompleks Edypa, według którego dziecko przechodzi przez fazę rywalizacji z rodzicem tej samej płci, do dziś budzi spory, żarty i spory sceptycyzm. Jednak niezależnie od krytyki Freud wskazał coś ważnego. Dzieciństwo ma kolosalne znaczenie dla późniejszego życia psychicznego. To dziś wydaje się oczywiste, ale między innymi dlatego, że Freud uczynił to oczywistością. Nie mniej fascynujące było jego podejście do snów. W „Objaśnianiu marzeń sennych”, książce, która wyszła w 1900 roku, nazywał sen królewską drogą do nieświadomości. Sny nie były dla niego chaotycznym zlepkiem obrazów, lecz zakodowanymi komunikatami. Sen stawał się psychologicznym rebusem, w którym ukryte pragnienia przebierają się w symbole. Freud zachęcał więc, aby słuchać pomyłek językowych, przejęzyczeń, snów, skojarzeń, bo to, co pozornie przypadkowe, może zdradzać więcej niż oficjalne deklaracje. Gdy ktoś mówił: „To się samo powiedziało”, Freud zapewne odpowiadał: „Właśnie”. I to jest najciekawsze. Jego metoda psychoanalizy, wolne skojarzenia, analiza oporu, interpretacja przeniesienia stworzyła nowy sposób rozmowy o człowieku. Pacjent leżący na kozetce stał się symbolem epoki introspekcji. Freud właściwie uczynił z rozmowy narzędzie archeologii duszy. Ale jak każdy wielki myśliciel, Freud był także dzieckiem swoich czasów i własnych ograniczeń. Współczesna psychologia zakwestionowała wiele jego tez jako tezy nienaukowe, trudne do zweryfikowania lub nadmiernie spekulatywne. Zarzucano mu także kulturowe uprzedzenia, przesadne skupienie się na seksualności i dosyć niejednoznaczną metodologię. A jednak nawet krytycy Freuda często poruszają się po mapie, którą on pomógł narysować. Wpływ Freuda wykracza bowiem daleko poza psychologię kliniczną. Literatura, kino, antropologia, filozofia, teoria kultury. Wszędzie tam odcisnął się ślad. Bez Freuda trudniej wyobrazić sobie twórczość Franza Kafki, trudniej wyobrazić sobie surrealizm. Trudniej wyobrazić sobie filmy Hitchcocka, a także analizę archetypów, a nawet współczesne rozmowy o traumie. Freud był trochę Kolumbem psychiki. Owszem, nie wszystko odkrył poprawnie. Czasem mylił kierunki, bywał przesadny, ale odkrył kontynent. W późniejszych latach Freud, uciekając przed nazizmem, jako Żyd opuścił Wiedeń i przeniósł się do Londynu. Zmarł w 1939 roku, gdy Europa ponownie osuwała się w otchłań własnych destrukcyjnych popędów. To niemal symboliczne. Człowiek, który całe życie badał napięcie między cywilizacją a barbarzyństwem, odchodził w chwili, gdy barbarzyństwo znów przejmowało ster. W dziele „Kultura jako źródło cierpień” Freud pisał, że cywilizacja wymaga tłumienia instynktów, a to rodzi frustrację. Wolność i porządek nieustannie się ścierają. Eros i Tanatos, popęd życia i śmierci tańczą ze sobą przez dzieje. Brzmi to chwilami pesymistycznie, ale Freud nie był po prostu prorokiem mroku.Był raczej diagnostą, który twierdził, że lepiej znać własne demony, niż udawać, że ich nie ma. Może właśnie dlatego Freud pozostaje taki ważny. Bo Freud, niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy, czy nie, przypomina nam o czymś fundamentalnym. Człowiek jest bardziej tajemniczy, niż chciałby to przyznać. Pod warstwą racjonalnych uzasadnień pulsuje ocean impulsów, wspomnień i lęków. Nasze ja nie jest prostym monolitem, lecz raczej kruchym rozejmem zawartym pomiędzy siłami, które nie zawsze mówią ludzkim głosem. Freud nie tyle dał ostateczne odpowiedzi, ile zmusił nas do bardzo niewygodnych pytań: kim jesteśmy naprawdę i czy aby na pewno wiemy, dlaczego robimy to, co często robimy? Te pytania, jak na prawdziwego klasyka przystało, wciąż pozostają otwarte. Tak, proszę państwa, to była opowiastka, czy też po prostu takie sobie moje bajanie na temat Zygmunta Freuda. Cóż, to teraz, żeby trochę odetchnąć od tematów filozoficznych, zapraszam państwa na dwa opowiadania. Pierwsze z nich napisała Kamila Ciołko-Borkowska. Nosi tytuł „Seryjny samobójca”, a drugie opowiadanie to dzieło Marka Tomasika. Nosi tytuł „Mistrz domniemany”. Zapraszam. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[20:05] - Kamila Ciołko-Borkowska, „Seryjny samobójca”. Spojrzał na linę, marszcząc czoło. Zastanawiał się, czy wytrzyma. Wolałby, żeby plan się powiódł. Podszedł bliżej i pociągnął za zwisający z sufitu sznur. Specjalnie zdjął ciężki kryształowy żyrandol, który dostał w spadku po matce. Nie mogła dać nic innego, chociażby tą działkę nad jeziorem. Nie, cholerny stary żyrandol. Chciał sprzedać. Jednak żona była zauroczona antykiem i nie zgodziła się. Tygodniowa awantura zakończyła się jeszcze dłuższym okresem gniewnego milczenia połączonym z nienawistnymi spojrzeniami. W końcu złamał się i zrezygnował z planów. Jeszcze raz pociągnął za pętlę wiszącą pod sufitem. Wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek. Nie ma co się spieszyć. Zanim stara wróci z roboty, wyrobi się ze wszystkim. Podrapał się po głowie. W filmach zawsze zostawia się list pożegnalny. I co ma w nim napisać? „To wszystko wasza wina. Mam już dość fałszywych mord, które widuję na co dzień. Zdecydowanie wolę wieczne potępienie, którym straszyła mnie matka, niż życie wśród zdrajców, kłamców i złodziei. Nie jestem nikomu nic winny. Możecie mnie pocałować w dupę”. A tam, będę się jeszcze idiotom tłumaczył. Pieprzyć to – wymruczał pod nosem. Wyprostował się z grymasem bólu na twarzy, drepcząc do kuchni. Plecy bolały go od szarpania się z żyrandolem. Coś mu strzykło i teraz lazł jak staruszek. Zaczął krzątać się po kuchni. Ostatnia kawa i będzie święty spokój. W końcu usiadł na niewygodnym krześle w kuchni. Kupiła takie barachło, bo tanie, a siedzieć na tym nie można. Sprzedaliby ten brzydki żyrandol i mogliby kupić coś wygodnego. Po co? Przecież takie to ładne. Skrzywił się na wspomnienie zachwytu żony. Pił powoli, delektując się smakiem. Mocna, czarna i gorzka kawa to jedna z dwóch rzeczy na świecie, która tak naprawdę Jurkowi smakowała. Jednak jego żona Agnieszka marudziła za każdym razem, że ma przecież wysokie ciśnienie i nie powinien przesadzać z kofeiną. Dopił zawartość kubka i odstawił go z trzaskiem. Nie umyję. Wściekaj się, stara kwoko. Zaśmiał się głośno. Teraz jeszcze fajeczek. Poklepał się po kieszeniach, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu paczki z papierosami. Jak zwykle leżała w kuchni na parapecie. Wyciągnął jednego i zamierzał wyjść na zewnątrz. Zatrzymał się w połowie drogi. Podrapał się w łysiejącą głowę. Uśmiechnął się złośliwie i skierował się ku salonowi. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, zapalił papierosa i zaciągnął z rozkoszą. Jego druga miłość zaraz po kawie. Żony nie liczył w tym rankingu. Któregoś ranka obudził się, spojrzał na kobietę śpiącą obok niego i uświadomił sobie, że nic do niej nie czuje. Podobno takie rzeczy się zdarzają. Jednak życie od tej chwili stało się nieznośnie uciążliwe. Nic na to nie mógł poradzić. Lekko stuknął papierosem o brzeg fikuśnego, pomalowanego złotą farbą wazonu. Nadmiar popiołu opadł na dno. Po co trzymać wazon bez kwiatów? Głupia baba – wymamrotał pod nosem. Spojrzał na wiszący na haku od żyrandola sznur. Gruby, kupiony specjalnie na tę okazję. Sprzedawca przysiągł na grób własnej matki, że można tym towarem wciągać słonia na dziesiąte piętro. Niemiecka robota. Kupił pięć metrów. Co będzie żałował. Zaciągnął się głęboko, patrząc na pętlę dyndającą na środku pokoju.Spojrzał na niedopałek. Nie ma gdzie go zdusić. Rozejrzał się dookoła, westchnął ciężko i przycisnął dymiący się filtr o podstawkę pod kubek. Żona rozkłada je wszędzie. Wstał i zdecydowanym ruchem przysunął taboret z promocji tam, gdzie sobie wyliczył wcześniej, po czym wszedł na niego. Wysunął prawą nogę przed siebie i z powrotem postawił na poprzednim miejscu. „Powinno być dobrze” — wymruczał. Bez zbędnych ceregieli założył pętlę na szyję, zacisnął i powtórzył ruch nogą, nie cofając jej jednak. Zrobił krok w powietrzu i zawisł na starannie wykonanej pętli. Ciemność. Powoli otworzył oczy. Ostatnie, co pamiętał, to pętla, na której zawisł. Nie wiedział, co się dzieje. Przełknął ślinę. Chciało mu się palić. Ta przejmująca potrzeba przebijała wszystko inne. Czyżby to tylko mu się śniło? Nie. Przecież planował to dokładnie. Robił zakupy, wyliczenia. Specjalnie czekał, aż ta stara krowa pójdzie do pracy, dyskretnie sprawdzając wcześniej jej grafik. Nie może być mowy o marach sennych. Zamknął oczy, licząc do 10. Podniósł powieki i sponiedział dookoła. Leżał w ubraniu na łóżku. Łóżko było zasłane, co znaczyło, że nie mógł to być sen. Wstał, rozglądając się za papierosami. Wszedł do kuchni, gdzie na stole stał kubek po kawie. Zajrzał do środka. W środku była reszta jego niedopitej ostatniej w życiu kawy. Automatycznie chwycił paczkę papierosów i wyjął jednego. Nie myśląc o tym, co robi, wsunął jednego w usta, podpalił i zaciągnął się. „Powoli, chłopie, powoli” — mówił do siebie. Musi być jakieś wytłumaczenie. Napięty jak getry na tyłku żony postanowił sprawdzić salon. Na podkładce pod kubek wciąż jeszcze dymił się niedbale zduszony niedopałek poprzedniego papierosa. Jurek zamrugał kilkukrotnie, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Spojrzał na sufit, jednak w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą wisiała pętla, teraz pysznił się znienawidzony żyrandol. „Jasna cholera” — wymamrotał niewyraźnie, trzymając papierosa w ustach. Biegiem ruszył w stronę kuchni, gubiąc najpierw popiół, a następnie połowę niedopalonego papierosa, który upadł na biały dywan z długim włosiem, wypalając dziurę. Dopadł szuflady ze sztućcami, jakby ukryty był tam skarb. Szybko wysunął ją i chwycił widelec. Trzymał go zachłannie, a następnie bez wahania wbił go sobie w udo. Powietrze przeszył skowyt bólu, jaki wydał z siebie Jurek, utwierdzając się w przekonaniu, że nadal żyje. Rzucił sztuciec na stół, jednak zrobił to z taką furią, że koniec końców wylądował on na podłodze pod oknem. Mężczyzna miał wrażenie, że przeklęty widelec leży teraz i śmieje się z niego. Nawet zabić się nie potrafi. „Nie” — powiedział z drżeniem w głosie. — „Tak być nie może”. Znów biegiem, jakby kończył mu się czas, pobiegł do sypialni. Wyszarpnął szufladę ze stolika nocnego żony i wysypał zawartość na łóżko. Nie bawił się w odkładanie na miejsce. Rzucił ją na ziemię i nie przejął się tym, że coś ewidentnie pękło przy nagłym kontakcie z panelami. Szukał zapamiętale. Otarł rękawem kropelki potu na czole. Gdy znalazł to, czego szukał, pociągnął nosem, uśmiechając się szeroko. Mało. Po raz kolejny pociągnął nosem. Przeszedł na drugą stronę łóżka i to samo zrobił z drugą szafką nocną oraz komodą stojącą w nogach łóżka. Gdy uznał swoje poszukiwania w sypialni za skończone, nadal biegiem, pociągając nosem i wycierając czoło rękawem, pobiegł do salonu. Tam, trzymając swoje zdobycze jedną ręką, drugą wyszarpnął z segmentu butelkę wódki trzymaną dla gości. Wrócił do kuchni. Na blat stołu rzucił wszystkie opakowania z lekami, jakie udało mu się znaleźć. Zaczął wyciągać wszystkie blistry z opakowań. Drżącymi dłońmi wyłuskiwał tabletki. Nie patrzył nawet co to za leki. To było nieważne. Kiedy ilość drażetek na blacie wydała się odpowiednia, odkręcił butelkę i zaczął łykać po kilka, popijając alkoholem. Bez zagryzki wódka paliła w gardło. Krzywił się, jednak nie zrezygnował. Kiedy skończył, odstawił w połowie wypitą butelkę bursztynowego płynu i poszedł położyć się. Z dezaprobatą spojrzał na wszystkie rzeczy, które sam wyrzucił z szuflad. Trudno. Zrobię ci, stara krowo, niespodziankę. Chwycił za rogi karty i ściągnął ją na ziemię ze wszystkim, co leżało na niej. Zadowolony z efektów swojej pracy położył się i spokojny czekał na to, co ma się stać. Zmęczyłem się tą bieganiną. Chyba się zdrzemnę. Zamknął oczy i powoli odpłynął z tego świata. Ciemność. Ocknął się z bólem głowy. Chyba był na jakiejś imprezie, bo takiego kaca nie miał już dawno. Ogromna ochota na papierosa kazała mu otworzyć oczy. Pierwsze co zobaczył, to bałagan na podłodze. Pamiętał, że sam go zrobił. Powoli wracały wspomnienia. „Znów?” — wycharczał z niedowierzaniem.Podniósł się z łóżka i omijając rozrzucone szuflady powoli szedł w stronę kuchni. W głowie mu huczało jak po naprawdę wielkim piciu. Dłońmi przetarł oczy, nie wierząc w to, co widzi. Na stole stała do połowy opróżniona butelka, jednak ani śladu po tabletkach. „Co, do diabła?” — zapytał ze wściekłością. Nie wierząc w swoje ciągłe niepowodzenia, chwycił niewygodne krzesło za wysokie oparcie i rzucił nim w stronę kuchennego segmentu. Mebel uderzył w drzwiczki szafki, które pękły z trzaskiem. Dolna część odpadła i z hukiem uderzyła o kafelki. Górna zawisła krzywo na zawiasie, bujając się lekko. Wściekle wyszarpał papierosa z paczki, podpalił go i nic nie rozumiejąc, zaciągnął się. W głowie huczało mu podwójnie. Był wściekły i na gigantycznym kacu. Chodził więc po kuchni w tę i z powrotem. Zaciągał się, nie przejmując się opadającym na podłogę popiołem z papierosa. Czuł narastającą panikę. Czuł, jak w środku rodzi się poczucie, że coś jest nie tak, że to koszmar. Tylko kiedy koszmar się skończy? Kiedy będzie mógł nieodwołalnie skończyć ze sobą? Teraz musi zrobić to tak, jak powinien. Wyszedł z domu i skierował się w stronę samochodu. Musiał jednak zawrócić, gdyż zapomniał kluczyków. Miał wrażenie, że wszystko jest przeciwko niemu, kiedy kilka razy musiał podnosić je z ziemi. Co gorsza, nie mógł też trafić do stacyjki. Przeklinał więc wściekle pod nosem, marudząc, że to wszystko wina Agnieszki, która na pewno śmieje się z niego, siedząc w robocie. Jak na złość samochód nie chciał odpalić. Kiedy udało mu się uruchomić auto, odetchnął z ulgą. Rękawem przetarł spocone czoło, nos wydmuchał w znalezioną w kieszeni chusteczkę. Ruszył. Jechał na początku bez planu, jednak z czasem zaczął przyspieszać i skierował się ku obwodnicy z nowym planem. Był przekonany, że tym razem mu się uda. Swoje zamierzenia realizował bez wahania. Najpierw wjechał pod prąd na drogę szybkiego ruchu, a następnie widząc tira, przyspieszył. Kierowca z naprzeciwka zjechał na drugi pas, widząc wariata jadącego niezgodnie z przepisami, do tego przekraczając dozwoloną prędkość dwukrotnie. Jurek zawsze chwalił się swoim nieziemsko drogim i szybkim samochodem. Teraz, kiedy wiedział, że nie cofnie się, spokojnie docisnął pedał gazu. W ostatniej chwili zmienił pas, wbijając się pod samochód ciężarowy. Ciemność. Otworzył oczy, czując zagrożenie. Oddychał płytko i szybko. Rozejrzał się dookoła. Siedział w samochodzie zaparkowanym na poboczu. Spojrzał na swoje ręce. „Znów nic z tego?” — zdziwił się. — „Już nie mam siły”. Oparł głowę na kierownicy w poczuciu porażki. Cały dzień próbował się zabić i nic z tego nie wyszło. Będzie tak żył w poczuciu, że musi żyć? Przecież to bez sensu. Zaczął więc myśleć o swoim życiu. Podobno ludzie przed śmiercią widzą swoje życie. Przelatuje im przed oczami jak film. On przed decydującym momentem czuje spokój. Powiedzieć może, że to wręcz euforia, że oto w końcu uwolni się od tego popieprzonego świata. Jednak nie. Za każdym razem budzi się jak po koszmarze. Teraz zrobi to tak, jak powinien. Spokojnie odpalił silnik, włączył się do ruchu i postanowił jechać do parku, gdzie poznał żonę. Po raz pierwszy spotkał ją przy wodospadzie. Zażartował, że powinna uważać, bo spadnie, a dno kanionu jest skaliste. Szkoda, że wtedy nie spadła. Nie zmarnowałby życia. Po kwadransie staranował zagon z piastu. Ochroniarz pilnujący szlabanu wybiegł za nim z swojej budki, krzycząc coś do krótkofalówki. Jednak Jurek nie przejmował się tym. Gnał ku swojemu przeznaczeniu. Wiedział już, że tego nie zepsuje. Tym razem mu się uda. Rozpędzone auto wjechało na wyboistą polanę, a następnie wzbiło się w powietrze i w końcu zaczęło spadać w stronę skał na dno zbocza. Spojrzał na zachodzące słońce i przez chwilę nawet zachwycił się pięknem świata. Jednak drzewa szybko zasłoniły widok i ostatnie, co zobaczył Jurek, to skaliste dno, a raczej nicość. Ciemność. Mężczyzna otworzył oczy. Rozejrzał się dookoła. Okazało się, że leży na piaszczystym poboczu. Samochód stał po drugiej stronie drogi. Usiadł, opierając się o drzewo. Twarz ukrył w dłoniach i zaczął płakać. Kiedy już uspokoił się, wytarł oczy rękawem, żałośnie pociągając nosem. Spojrzał na podziwiany przed momentem zachód słońca. Cały dzień próbował się zabić i nic z tego nie wyszło. Może to jakiś znak? Oddech zaczął się uspokajać. Jerzy siedział tak, aż zaczęło się ściemniać. Samotna latarnia stojąca nieopodal zabłysła mdłym światłem. Nie miał już pomysłów na skończenie ze sobą. Zresztą jaki sens w takiej zabawie, jeśli po wszystkim obudzi się w pełni sił? Bo nawet plecy naciągnięte od ściągania tego cholerstwa z sufitu przestały go boleć. Myślał. W końcu zerwał się na nogi.To znaczy, że będzie dobrze! — wykrzyknął pełen nadziei. Postanowił, że wróci do domu, posprząta cały bałagan, jaki zrobił, próbując się zabić i na pewno coś zje, bo burczało mu w brzuchu od prób samobójczych. Postanowił, że kiedy Agnieszka wróci, powie jej, że żąda rozwodu. Sam będzie miał na pewno więcej radości z życia niż z tą starą zrzędą. Odda jej wszystko. Chce mieć tylko święty spokój. otrzepał spodnie i pełen optymizmu ruszył w stronę samochodu. Nie rozglądał się nawet przechodząc przez jezdnię. Był tak zajęty swoimi myślami, że nie zauważył jadącego samochodu. Szkoda, bo kierowca pędzącego auta początkowo nie zauważył Jurka, a kiedy już go zauważył, było za późno na hamowanie. Jerzego otoczyła ciemność. Tym razem już na zawsze. Marek Tomasik. Mistrz domniemany. Mała hala na kilkaset osób wypełniona po brzegi kibicami, działaczami i dziennikarzami. Na środku, na parkiecie przygotowano studio, gdzie podejmowano gościa wieczoru, dla którego zgromadziło się całe towarzystwo. Osiem kamer, kilka mikrofonów, odpowiednie oświetlenie, dobra akustyka, transmisja na całą Hiszpanię. Chociaż niektórzy chcieli, żeby tylko na Katalonię. Jaki powód tego zamieszania? Największa gwiazda hiszpańskiej lekkoatletyki, chodziarz sportowy Angel Maria Luis Armando Garcia Ramones ogłasza zakończenie kariery. Chętnych, żeby przyjść pożegnać mistrza było zdecydowanie więcej niż miejsc na małym stadioniku. Jednak Ramones uparł się, by nie robić z tego wielkiego show. Skromność w tym wypadku będzie tylko zaletą. Działacze i telewizja TVE zbyt długo nie naciskali na większą miejscówkę. Kiedy wybiła odpowiednia godzina, machina telewizyjna ruszyła pełną parą. Skryte w mroku pomieszczenie nagle wybuchło serią świateł. Przygotowana wcześniej kapela zaczęła coś grać. W sumie dlaczego nie? Konferansjerka, dziennikarka zapowiedziała wszem i wobec temat spotkania. Obecny champion, trzykrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz świata i Europy. Celebryta został przedstawiony. Widownia nie musiała udawać dzikiej radości. Była autentycznie szczęśliwa i okazywała to, kiedy tylko mogła. Dalej nastąpił potok różnych frazesów i uwielbień z ust prowadzącej dotyczących sportowca. Co by nie powiedzieć, większość była prawdziwa i miały solidne podstawy, by w nie wierzyć. Przez kilka minut opowiadano sobie nawzajem różne banały i anegdotki. Publiczność się bawiła. Angel Maria w sumie też. Przypomniano pokrótce, gdzie i kiedy świętował swoje największe triumfy. Jednakże rozmowa prowadziła nieuchronnie do niewygodnych pytań, których złoty medalista obawiał się najbardziej. „Słuchaj, Angel” — zaczęła prowadząca. — „Wszyscy już wiemy, że swoje największe triumfy świętowałeś na igrzyskach w Barcelonie, Atlancie i Sydney. W Atenach było blisko, ale się nie udało. Czy możemy krok po kroku prześledzić twoje olimpijskie losy?”. Pewnie, że możecie — pomyślał Ramones. Przecież po to tu przyszedłem. Między innymi. — Oczywiście, Saro. Pytaj, o co chcesz. — Lekkoatleta przyjął wygodniejszą pozycję na skórzanym fotelu. — Zacznijmy od Barcelony. W stolicy Katalonii nie miałeś sobie równych. Pobiłeś wtedy rekord świata o sekundę. Pierwszy raz zdobyłeś złoto. Jakie to było uczucie? — Ha! Nie miałem sobie równych. To ci dopiero żart. Tak, pierwsze złoto. Cóż, uczucie nie do opisania. Zmęczenie, radość, niedowierzanie, satysfakcja. Wszystko naraz. Byłem młody, głodny sukcesu. Bieg wyszedł mi świetnie. Nieśli mnie kibice i wiara w sukces. — A co powiesz o Atlancie? — Można powiedzieć, że to samo. Te chody niewiele się od siebie różniły. Uprzedzę twoje następne pytanie. W Sydney byłem w życiowej formie. Napompowany byłem do granic możliwości. Szczęście w nieszczęściu zdobyłem to złoto, choć czy zasłużenie już nie jestem taki pewien. — Wszyscy znamy tę sytuację, drogi Angelu. Wiemy, co się wydarzyło. Na szczęście to nie doping tym razem zwyciężył, a olimpijski duch sportu. — Gówno wiecie. Nie macie bladego pojęcia. — To może na sam koniec wypowiesz się o igrzyskach w Atenach, gdzie było tak blisko zwycięstwa. — Ha! Blisko to było na starcie, a nie na mecie. Co tu dużo gadać. Byłem w formie, ale nie wystarczająco dobrej. Pokonał mnie lepszy. Srebrny medal na ostatnich igrzyskach to i tak dobre zwieńczenie kariery. — Widzę, że nie rozpamiętujesz tej kwestii. Pozostajesz optymistą przez całe życie. — A co tu rozpamiętywać? Było, minęło. Swoje wygrałem. Wiesz, osiągnąłem swoje w życiu. Nie chodziłem sam. Było wielu zawodników, była solidna stawka. Swoje wygrałem, swoje przegrałem. Niczego nie żałuję. Akurat całkiem sporo. — Angele, czy mogę powiedzieć, że byłeś bądź jesteś najlepszym chodziarzem w historii tego sportu? — No i się zaczęło. Się zaczęło. — Nie, nie możesz. — Palnął Ramones. Prezenterka była wyraźnie w szoku. Miała już kończyć ten wywiad, podziękować sportowcowi za reprezentowanie Hiszpanii, wręczyć kwiaty, pocałować i do domu. A tu taka odpowiedźPoczuła krew. Nie mogła tego tak zostawić. „Jeśli nie ty, to kto Angel?” Sara zapytała z udawanym zdumieniem. „Dla mnie to oczywiste. Dla ciebie już nie?” „Korzeniak” odparł prawie bez namysłu Ramones. „Robert Korzeniak, mistrz olimpijski z Aten, także mistrz świata i Europy” zauważyła dziennikarka. „Chcesz powiedzieć, że twoje wieloletnie nemezis uważasz za najlepszego chodziarza?” O święty Jozue! Tak, kurwa, tak uważam! Ramones przetarł czoło, udając zamyślenie. W końcu wypalił: „Mimo że ja mam więcej medali, to jego uważam za lepszego w tym sporcie. Nie ma sensu tego dłużej ukrywać. Może powiedzieć im całą prawdę, ale jak to zrobię, to szlag jasny trafi moje biznesy. Nie, muszę to inaczej ogarnąć”. „Rozumiem, że to świetny chodziarz, ale jak sam powiedziałeś, to ty jesteś bardziej utytułowany, więc nie do końca to rozumiem” drążyła dalej Sara. „Po raz pierwszy starliście się już w Barcelonie. Może opowiesz nam coś o tej rywalizacji i jego czerwonej kartce?” Kurwa, kartce. Wszystko było ustawione. Sam nic nie wiedziałem. Dopiero po paru latach się dowiedziałem, jakie machloje odbywały się za moimi plecami. Spotkaliśmy się tam po raz pierwszy, tak naprawdę. Ja byłem młody. On był chyba młodszy. Szedł jak burza i gdyby nie ta kartka, to by wygrał z pewnością. Swoją drogą osobiście nie dałbym jej ani wtedy, ani tym bardziej dzisiaj, kiedy jego chód uważany jest obecnie za wzorowy. Sędziowie byli zbyt okrutni. Sędziowie byli nasi. Ktoś ze związku dobrze im zapłacił, żeby uwalić lidera, jeśli był nim ktoś inny niż ja. Szambo wybiło przypadkiem po następnych igrzyskach, a wtedy szedł perfekcyjnie na granicy błędu, a arbitrzy tylko czekali na moment słabości, żeby od razu przywalić karteczkę. A skoro raz się udało, to dlaczego by nie spróbować następnym razem? „Faktycznie, po latach zaczęto kwestionować decyzję arbitrów, czy była słuszna. Pojawiły się też głosy o korupcji, ale głównie ze strony polskiego związku. Zatem uważasz, że gdyby nie ta feralna decyzja, musiałbyś się zadowolić srebrem?” I co mam powiedzieć? Raz kozie śmierć. To będzie moje katharsis. Powiem tyle, ile mogę. Niech ludzie się w końcu dowiedzą. „Tak, takie są fakty” Angel przyznał po dłuższej pauzie. Prowadząca poczuła podniecenie płynące z nieoczekiwanego zwrotu akcji. Miała być prosta pogadanka, a tu proszę. Postanowiła przecisnąć sportowca dalej. „A igrzyska w Atlancie? Tam zwyciężyłeś bezapelacyjnie, a Korzeniak był dopiero trzeci. Co prawda zdarzył się przykry wypadek, ale czy to by wiele zmieniło?” Nie, w ogóle. Ha, ha. Nic a nic. Przykry wypadek. Co za niedomówienie. „Tak, Robert został poturbowany przez zawodnika z Afryki”. Mistrz olimpijski ostrożnie ważył słowa, żeby powiedzieć dokładnie tyle, ile potrzeba. „To się stało gdzieś w połowie wyścigu, gdzie zaczął się odłączać peleton. Nie widziałem samego zajścia, gdyż wychodziłem na prowadzenie. Dopiero w telewizji zobaczyłem całe zajście. Nie wiem, czy to było przypadkowe, czy może celowe. Jednak Robert boleśnie odczuł to starcie. To, że doszedł na trzecim miejscu jest i tak wielkim wyczynem w takiej sytuacji. Matko i córko, w Atlancie działacze przeszli samych siebie. Zapłacili dwóm nie za dobrym Nigeryjczykom, żeby stratowali Polaka, jeśliby się wyrwał do zwycięstwa. Wpadł na niego, przewrócił się i stanął na udzie. Potem jeszcze niby przypadkowo poprawił kolanem w mięsień. Boże! Siniec jaki mu powstał na nodze. Jaki to musiał być ból? A on się otrzepał, rozruszał mięsień i poszedł dalej z taką wielką stratą. I tak zdobył medal. Ale ten grymas bólu przez 20 kilometrów. Ja bym się poddał. Skąd to wiem? Przypadkiem przed Sydney usłyszałem rozmowę działaczy planujących kolejny ruch. To nie był dobry dzień ani dla mnie, ani dla nich”. „Faktycznie miał pecha” stwierdziła Sara. „Jednak aferze dopingowej z Sydney ciężko zaprzeczyć”. Ha, ha. Afera dopingowa. Działacze nie musieli się już wysilać. Ramones uśmiechnął się lekko. „Zaprzeczyć ciężko. Jednakże winy Korzeniaka w tym wielkiej nie było. Zawinił jego trener, który chyba sam nie wiedział dokładnie, czym go suplementuje. Robert był czysty wcześniej i tak samo później. Myślę, że był to bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności. W Sydney byłem w życiowej formie. Nigdy wcześniej ani później nie chodziło mi się tak dobrze. Mimo to Robert zniszczył, zmiażdżył, podeptał, rozjechał, podarł, wymemłał i wypluł wszystkie moje rekordy. Był szybszy. Był mistrzem do czasu ogłoszenia testów antydopingowych. Jego trener debil smarował mu nogi jakąś dziwną maścią, która posiadała zakazaną substancję. Żeby było śmieszniej zakazaną kilka tygodni przed igrzyskami, a ilości w organizmie były tak znikome, że nie mogło mieć to żadnego znaczenia. Oczywiście nikt nie chciał słuchać tłumaczeń. Nikt nie mógł pojąć, że mógł być tak szybki. To na pewno doping. Wtedy już wiedziałem, kto jest prawdziwym czempionem. Odebrali mu medal i dali mi”. „Skoro stawiasz sprawę w ten sposób, cała ta historia nabiera większego sensu”.Przyznała dziennikarka. „Z twoich słów wnioskuję, że Korzeniak jest strasznym pechowcem, ale swoją niemoc udało mu się w końcu przełamać w Atenach.” „Tak, w Atenach bez dwóch zdań obyło się bez nieszczęść, przynajmniej dla niego. To on był górą” — przyznał głośno Angel. — „Ach, Ateny. Cóż to był za bój! Żadnych przekupnych sędziów. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Żadnych kraks, dopingów. Po prostu czysta sportowa walka. Obaj byliśmy w dołku. Tyle że dla nas dołek to dla reszty czołówki życiówka. Na ostatnich kilometrach dopiero odskoczył ode mnie. Nie miałem sił, żeby go dogonić. Wygrał zasłużenie. Popłakał się na podium. Ja w sumie też. Potem powiedziałem mu wszystko, co wiedziałem. Nie żywił urazy. Podejrzewał od dawna, że pierwsze dwa igrzyska były nie fair, ale nie miał dowodów. Czy się zaprzyjaźniliśmy? Raczej nie. Nie ma już wrogości. Darzymy się szacunkiem.” „Bardzo lapidarne są twoje wypowiedzi” — zauważyła prezenterka. „Cóż, ja już się wygadałem gdzie indziej” — odparł Ramones. — „Nie mam nic więcej do dodania. Czy chcesz mnie o coś zapytać?” Nie miała już o co pytać. Zakończyła wywiad, podziękowała za udział i pożegnała widzów. Proszę państwa, to teraz czas na „Filmotekarium”. A w „Filmotekarium” wspólnie z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówili o filmie „Undertone”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy „Filmotekarium”. Mam takie przeświadczenie, proszę państwa, że trochę z Piotrem jesteśmy w takiej sytuacji jak bohaterowie słynnego skeczu „Rycerze”. Tam też każdy skecz zaczynał się od: „Oj niedobrze, panowie, niedobrze”. Mniej więcej moglibyśmy w ten sposób kolejne wydania „Filmotekarium” rozpoczynać. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[51:11] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Coś w tym jest. Ostatnio posucha w horrorach. Co prawda na niektóre czekamy, do paru innych nam trudno dotrzeć, jeszcze inne to się okazała wybitna strata czasu i byłaby stratą czasu i państwa. Ale w końcu któregoś dnia nasz wybór padł na film „Undertone”. To jest nowość horrorowa o dość wysokiej nocie w internecie. 6 na 10. W kilku miejscach zresztą. Tak się zaczęliśmy rozglądać po tym internecie, szukając wśród tej posuchy, że w końcu skusiło nas to, żeby nie wybrać po raz kolejny jakiegoś gniota. Sam tytuł, nazwiska twórców i aktorów mówiły niewiele. Wskazywały, że jest to dzieło kina niezależnego, tak zwane indie, ale nota była wysoka. Film miał opowiadać i de facto opowiada o paranormalnej podcasterce i jej przygodach z nieznanym. To jest taka osoba jak Ivellios, która kręci sobie swój program. Ivellios kręci „Mówią świadkowie”, jak dobrze wiecie, a tutaj pani kręci właśnie „Undertone”. To jest podcast realizowany z jej kolegą o zjawiskach niezwykłych i tak dalej. Ona się nazywa, ta pani, Ewa Babicz. Tak się nazywa. Babicz. Nie Babinicz, tylko Babicz, co sugeruje jugosłowiańskie korzenie, ale sam film jest amerykański. Dziewczyna mieszka z niepełnosprawną, umierającą, niekontaktową w ogóle matką i po godzinach właśnie z kumplem z drugiego końca świata nagrywa podcast o zjawiskach tajemniczych. To jest podcast. Tam nie ma kamery, nie widzimy tam jej kolegi w ogóle przez cały film, nie mamy pojęcia, jak on wygląda. Ona jest raczej sceptyczna. Ale do rzeczy. Wiemy o niej w sumie dość niedużo. Tyle, że ma chłopaka, ma matkę, że jest w ciąży i że się tą matką opiekuje. Szybko przekonujemy się też, Marku, że to jest film bardzo kameralny. Ba, chyba nawet bardzo. I momentami miałem wrażenie, że to jest nawet spektakl filmowy. Co się tam dzieje w tym filmie? Ona sobie realizuje kolejny odcinek tego podcastu z kolegą. Okazuje się, że otrzymali serię jakichś nagrań audio. 10 plików ktoś wysłał i oni postanawiają je omówić na programie, na odcinku. W sumie na dwóch. Dziwne jest to w ogóle, że oni omawiają jakiś materiał bez uprzedniego odsłuchania go, bo my tam to widzimy, że oni podchodzą na żywca do tego. Więc jakby na przykład omówili pięć i w szóstym ktoś powiedział: „He, he, he, daliście się nabrać”, to by było bez sensu. Ale widać tacy są, taki mają warsztat. Może twórcy tego nie zauważyli. Na tych nagraniach, które oni analizują, udokumentowano przypadek somnambulizmu, czyli lunatykowania pewnej kobiety. Mąż ją nagrywa, bo ona robi dziwne rzeczy przez sen. Mówi i robi. Z pliku na plik, który nasi bohaterowie analizują, sprawa robi się coraz mroczniejsza.
[54:29] - Tak, robi się coraz mroczniejsza. Tylko że, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, jakoś się nie bałem na tym filmie, ale zacząłem o tym filmie myśleć. Myśleć nie tyle o jego treści, bo w sumie nie ma się specjalnie nad czym rozwodzić ani nad czym zastanawiać.
[54:51] - Natomiast zacząłem sobie wyobrażać, jak bym się czuł oglądając ten film, będąc samemu w mieszkaniu przy przygaszonych światłach gdzieś w środku nocy. Czy bym się bał? I gdzieś tam coś mi skrzeczało za uchem. To być może jakiś przejaw paranormalny był, że chyba bym się bał. Ale oglądałem ten film będąc sam w mieszkaniu, będąc człowiekiem, który nie lubi, jak mu słońce świeci w ekran, w związku z czym wyeliminowałem słońce za pomocą rolet. Więc też było tak klimatycznie, nastrojowo, ciemno i za cholerę się nie bałem. W ogóle absolutnie nic. Więc upadła moja teoria, a może tylko się ukruszyła, bo ja przy oglądaniu tego filmu zacząłem mieć coraz bardziej natrętne przekonanie, że ludzie dawali wysokie oceny w internecie temu filmowi właśnie dlatego, że oglądali go w takich warunkach, które wcześniej opisałem. Sami w nocy. To może być chwilami takie groźne, chociaż sam nie wiem, ale ja nie czułem tej grozy. I tam oczywiście, wiecie państwo, to jest też film specyficzny, bo Piotr mówił o tym, że to jest bardzo, bardzo, bardzo, bardzo kameralny film. Praktycznie mamy do czynienia przez większość czasu z jedną aktorką. Czasami się tam matka pojawia, ale ona tam pełni taką rolę, czy w ogóle gra rolę, powiedzmy mało angażującą, tak to określmy. Więc mamy rzeczywiście dzieło niskobudżetowe i ja nie wiem, jak to powiedzieć, ale ta akcja mnie nie angażowała. Ja rozumiem, że są filmy dla ludzi i filmy, które są kierowane do tych ludzi, którzy niekoniecznie muszą mieć w filmie akcję. Ja może też nie muszę, ale jakieś minimum by się jednak przydało. A tutaj to się tak snuje, snuje. Film ma na szczęście takie klasyczne wymiary czasowe, czyli półtorej godziny, więc wiecie państwo, da się to obejrzeć. Natomiast dobra, powiem to już, bo tak odwlekam, odwlekam. Ja obejrzałem, ale bez żadnej przyjemności. Te strachy, które tam się pojawiają, jakoś mnie nie straszyły. To w ogóle nie wydawało mi się straszne. Może my, Piotrze, jesteśmy skażeni tym, że w przeciwieństwie do twórców filmu wiemy mniej więcej, jak się takie podcasty robi. Ten błąd warsztatowy, który wytknąłeś, dla mnie on jest ewidentny. Trzeba być bardzo odważnym człowiekiem, żeby tak jechać na żywca. Tu by trzeba zapytać Ivelliosa, czy on kiedyś robił materiał tak niejako z marszu. Moim zdaniem przysłuchując się jego materiałom, to chyba nie, bo to jest naprawdę wyższy poziom ryzyka i wydaje mi się, że dobrze się robi filmy, jak się o czymś nie do końca ma pojęcie. Wtedy można puścić wodze fantazji.
[58:28] - Tak, jeżeli chodzi o te wpadki warsztatowe, to oni to robią w ten sposób, że słuchają tego na żywca, ale przeskakują tam, ponieważ to jest nagranie, tak zwane nocne spanie. Czyli to jest nagranie, gdzie ludzie śpią i oni tylko wyłapują te momenty, gdzie widać, że pojawia się jakiś dźwięk. Ale bądźmy szczerzy, w nocy dźwięk się może pojawić z różnych źródeł, prawda? Skąd oni wiedzieli, że to jest akurat moment, w którym mówi demon, a nie na przykład jakaś część ciała, prawda? Też tego nie wiemy, jak oni to zrobili, jak oni to odróżnili, jak uniknęli tej kompromitującej wpadki. Tego nam twórcy nie wyjaśniają. Ale tak powiem. Kiedy my patrzymy na plakat „Andertona” jest okej. Kiedy czytamy opis, też jest bardzo okej. Kiedy dowiadujemy się, że to jest de facto film o demonach, to też nam się wydaje, że to będzie coś niesamowitego. Marek powiedział, że to jest film niskobudżetowy, bo jest. On jest zrobiony na pewno po kosztach, ale jest wszystko okej. On wygląda jak film pełnoprawny, także tutaj pod względami realizacyjnymi jest super. I rzeczywiście do pewnego momentu to napięcie jest przez jakieś 10 minut, aż wchodzi temat właśnie zjawisk tajemniczych i owego demona. Bo ta zabawa dźwiękami sprawia, że nasi bohaterowie odkrywają w tych nagraniach, analizując je od tyłu, jakieś dziwne słowa, wyrażenia i tak dalej. No i koniec końców się okazuje, chyba mogę sobie na to pozwolić, żeby to powiedzieć, że tak naprawdę list e-mail, który dostali, to jest tak naprawdę elektroniczne zaproszenie demona, konkretnie Abizu. No i dobrze. Mogłoby i tak być. Demony i nowoczesne technologie. Super. Problem w tym jednak, tak jak powiedziałeś, że ten film jest beznamiętny. W ogóle. Beznamiętna aktorka, smętny dom, smętny pokój, smętna audycja, smętny współprowadzący. W ogóle ja bym miał takiego człowieka, takiego za przeproszeniem, nie powiem, bo brzydkie słowo, takiej miągwy, to ja bym szedł posłuchać „Mówią świadkowie”, bo ja bym wiedział, że to jest coś. A tam smętne smęty, dialogi smętne, nawet demon smętny jest. Wiecie, czasami twórcy horroru tam, gdzie historia jest taka jak tysiąc innych historii, a w przypadku „Anderton” tak właśnie jest, nadrabiająPo prostu dodają do tego filmu coś, dzięki czemu czujemy klimat. Nadrabiają byle jakość scenariusza albo powtarzalność scenariusza grą aktorską, budowaniem niepokoju, scenografią, grą światła i tak dalej. A tutaj tego nie ma albo jest zrobione tak, że po prostu tego nie zauważamy. Wszystko jest mocno nijakie. To nawet nie jest poziom streamingów. Wszystko jest poprawne, tylko nie ma żadnej temperatury. Przestaje przerażać. Oni chyba zapomnieli, że to jest horror, bo mamy do czynienia z czymś à la monodramem, bo tam jedna bohaterka leży w bezruchu. Demon się krząta, ale tyle co nic. Trzeci bohater to w sumie tylko głos. Tutaj brakuje czegoś, co ma siłę przebicia, co pozwalałoby przyciągnąć widza. Sama historia nie wystarczy. Opowieści o demonach były dziesiątki. Trzeba to ubarwić dramaturgicznie, artystycznie, bo inaczej po prostu wyjdzie kolejny film. Szkoda, bo jakieś ręce i nogi to ma. Jest dobrze zrealizowany. Nawet tej gry aktorskiej się nie można czepić, poza tym, że ona nie wciąga, nie ma temperatury. Nie chodzi o to, że ona jest drewniana, bo nie jest. Ona jest po prostu nijaka. Gasnące lampy, zamazane postaci przemykające w tle. To absolutnie nie wystarczy do przestraszenia człowieka. Nie wiem skąd ta szóstka się wzięła na internecie. Chyba z racji tego, że nawet średnich filmów jest teraz mało i ludzie się połasili na coś takiego. A czy wy będziecie się nudzić na „Undertone”? To już od was zależy, ale myślę, że nawet skoro mnie, miłośnika nudnych horrorów, ten film znudził, to już wiele znaczy.
[01:02:50] - A w dodatku mamy tam, proszę państwa, próby — myślę, że to były próby — ratowania tego filmu, więc oczywiście wymyśla się trudną sytuację życiową. Piotr powiedział: główna bohaterka jest w ciąży, ma bardzo chorą matkę, która umiera. Taka obciążona jest bardzo. Tylko jakby to państwu powiedzieć? Nawet takie informacje, czy to o ciąży, czy taka relacja swojemu współprowadzącemu o tym, że ta matka przecież umiera. Jakoś tak to wszystko jest beznamiętne. To znaczy, może ta bohaterka przyzwyczaiła się do tego, że matka w tym stanie terminalnym jest od pewnego czasu i to może po prostu psychologicznie zadziałało w ten sposób, że ona przyjęła to do wiadomości. Już nic nie da się zrobić. Okej, ale jest w ciąży i to też nie budzi najmniejszych emocji. Takich, wiecie państwo, ani plus, ani minus. Po prostu jest to, jest. Nawet to jej życie jest takie... Gdzieś ten współtwórca tego dziecka też się pojawia w taki sposób — broń Boże na ekranie — ale nawet w rozmowach, w przemyśleniach, w rzuconych zdaniach jego praktycznie nie ma. A zatem mamy do czynienia z taką próbą ucywilizowania, nie uczłowieczenia głównej bohaterki. I to też jest słabe, bo to, że stworzymy jakąś gęstą sieć jej życia, ona ani nie jest gęsta sieć. Być może. Ma się wrażenie — myślę, że Piotr trafił w sedno — że to jest taki monodram, ale nieangażujący. Czyli można w tym czasie na przykład gdzieś wyjść, herbatkę sobie zrobić i tam się niewiele zmieni na ekranie. Naprawdę. Będziecie państwo wiedzieli, gdzie jesteście, jeśli z tą herbatką wrócicie. Szkoda. W sumie przychylę się i podpiszę się pod tym, co powiedział Piotr. Szkoda, bo potencjał w tym filmie był. I przecież my tutaj w „Filmotekarium” kilka razy mówiliśmy o filmach niskobudżetowych. Jedne były lepsze, drugie były zupełnie niedobre, ale tu była szansa na to, żeby zrobić film, ja nie wiem, czy dobry, ale jakoś angażujący widza. Tymczasem tutaj mamy coś, co przyjmujemy do wiadomości. Tak, chyba tak podsumowałbym swoją przygodę z tym filmem. Przyjąłem go do wiadomości i tyle. Tak, proszę państwa, dzieło filmowe pod tytułem „Undertone” mamy już za sobą. To czas, kiedy pojawiają się na antenie „Polecanki z pogranicza”, a w „Polecankach z pogranicza” jak zwykle trzy książki. Przypomnę, że te książki, o których będę mówił, znajdziecie państwo na stronie Nieznany.pl. Tam szukajcie tych tytułów, jeśli was oczywiście zainteresują. Pierwszy tytuł, który przygotowałem, jest długim tytułem: „Filozofia wolności. Główny zarys nowoczesnego światopoglądu. Wyniki obserwacji w sferze duszy dokonanych metodą przyrodoznawczą”. Autorem jest Rudolf Steiner. Tłumaczył tę książkę Jerzy Prokopiuk, wydawca Spektrum. Czy człowiek jest w swym myśleniu i działaniu istotą wolną, czy też jego wolność to tylko złudzenie? Złudzenie wynikające z niedostrzegania konieczności, jakie stwarzają prawa rządzące światem. Czy jednostka dążąca do wolności musi nieuchronnie popaść w konflikt ze społeczeństwem?Czy możliwe jest społeczeństwo ludzi prawdziwie wolnych i jakie rządziłyby nim prawa? Rudolf Steiner w swej niezwykłej "Wędrówce ku źródłu człowieczeństwa" stara się wskazać odpowiedź na te podstawowe pytania. Nie straciły one na aktualności. Przeciwnie. Wydarzenia, których świadkiem był XX wiek oraz nadzieje, jakie wiąże się z nowym stuleciem, stanowią niejako żywą ilustrację zjawisk scharakteryzowanych przez autora. Steiner pokazuje również, iż droga ku wolności jest zarazem drogą ku nowym obszarom poznawczym, których istnienie coraz wyraźniej przeczuwa człowiek współczesny. Przypomnę Państwu tytuł: "Filozofia wolności. Główny zarys nowoczesnego światopoglądu. Wyniki obserwacji w sferze duszy dokonanych metodą przyrodoznawczą". Autor Rudolf Steiner, tłumacz Jerzy Prokopiuk, wydawca Spektrum. Druga książka, którą przygotowałem, nosi tytuł: "Koniec wiary". Autor Sam Harris, tłumacz Dariusz Jamrozowicz, wydawca Znak. "Koniec wiary", którego autorem jest Sam Harris, stał się bestsellerem. Nic w tym dziwnego, ponieważ wszyscy szukamy nowych rozwiązań oraz życia bez zakazów i nakazów stawianych przez różnego rodzaju religie czy ugrupowania. Sami chcemy decydować o tym, co jest dla nas dobre. Autor książki, Sam Harris, to poważany specjalista w dziedzinie neurobiologii oraz pisarz. Publikuje on naukowe artykuły w największych amerykańskich gazetach, takich jak chociażby New York Times. Książka "Koniec wiary" przedstawia czytelnikowi inne, nowatorskie spojrzenie na konfrontację wiary z rozumem człowieka. Ukazuje, jak często religia i ślepa wiara może posunąć człowieka do najgorszych nawet zbrodni. Tak samo wygląda łączenie religii z polityką. Nie da się. Nie da się odpowiednio zarządzać państwem, będąc ograniczonym przez swoje twarde i nierzadko błędne przekonania. Różnice w kulturach, a co za tym idzie w poglądach, powodują wiele konfliktów we wszystkich sferach życia. Sam Harris krytykuje każdą wiarę, a sam on należy do ateistów. Ta pozycja to bestseller, ponieważ otwiera oczy na nowe możliwości w życiu. Autor wraca w tej książce do czasów, w których palono niewinne kobiety. Palono je na stosie, nazywając je czarownicami. Osoby duchowne odbierały im życie, zasłaniając się religią. Autor nazywa islam religią terroryzmu, a nazizm łączy z religią nienawiści. Pokazuje techniki medytacyjne, które pomagają się wyrwać czytelnikowi z tego kołowrotka negatywnych schematów. Przypomnę Państwu tytuł: "Koniec wiary". Autor Sam Harris, tłumacz Dariusz Jamrozowicz, wydawca Znak. I wreszcie trzecia książka. Nosi ona tytuł: "Kamień filozoficzny. Od Ewangelii do traktatów o alchemii". Autor Omram Michael Aivanov, wydawca Roswerta. Ewangelie mogą być interpretowane i rozumiane w świetle nauki o alchemii. Z pozoru opowiadają o życiu jednego człowieka – Jezusa, który urodził się dwa tysiące lat temu w Palestynie. Jednak w rzeczywistości poprzez różne etapy jego życia, od urodzenia aż po śmierć i zmartwychwstanie, opisują one także procesy alchemiczne. Alchemia, mimo potępienia jej przez duchowieństwo, głęboko, bardzo głęboko przeniknęła mistykę i ezoterykę chrześcijańską. Kiedy przyjrzymy się niektórym rzeźbom w katedrach Notre Dame w Paryżu czy w Chartres, odkryjemy, że budowniczowie tych świątyń znali alchemię, czego świadectwem są pozostawione przez nich architektura i dzieła sztuki. Wyryli bowiem w kamieniu wszystkie fazy, przez które przechodzi materia w trakcie przygotowania kamienia alchemicznego. Proszę państwa, przypomnę tytuł: "Kamień filozoficzny. Od Ewangelii do traktatów o alchemii". Proszę państwa, ja przypomnę, że te wszystkie książki, które omawiałem, które państwu przedstawiałem, można znaleźć na stronie Nieznany.pl. No to teraz zmieniamy temat. Aż mi się chce zrymować. Hura, hura, niedługo matura! Bardzo to nieudolne, ale to dobry wstęp do Sentymentalnika. Dzisiaj wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem będziemy wspominać czas matur. No bo właśnie czas matur nadciąga. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Sentymentalnik i właściwie powinienem ten Sentymentalnik rozpocząć, śpiewając znany kawałekZnów za rok matura. Ale wybaczcie państwo, już różne szaleństwa mogę robić, ale śpiewał nie będę, bo to byłoby ze szkodą dla wszystkich. Ale dzisiejszy odcinek, tak jak to zasugerowałem niedwuznacznie, będzie o maturze. A o tej maturze będę rozmawiał z Arturem Wójtowiczem. Dzień dobry wieczór.
[01:13:26] - Witam serdecznie.
[01:13:27] - I oczywiście z Piotrem Cielebiasiem.
[01:13:30] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich.
[01:13:32] - Tak, panowie. Matura. Muszę powiedzieć, że dla mnie matura to był taki czas, który bardzo przeżywałem. Dzisiaj jak spoglądam za siebie, to się śmieję. Naprawdę to było wszystko bardzo lajtowe, ale nie wiem, jak to jest dzisiaj, ale w moich czasach matura to rzeczywiście był taki magiczny krąg, to było coś absolutnie. Jak się już to przeszło, to już było super. I ja się poddałem temu nastrojowi. Zresztą o szczegółach będę dzisiaj mówił, bo ja maturowałem nietypowo. Ale do szczegółów oczywiście dojdziemy. Panowie, jak wy w ogóle wspominacie przygotowania do matury? Jak tam wam szło z nauką? Jak w ogóle myśleliście o maturze? Jak to się wam jawiło? Czy to naprawdę taki próg w życiu naprawdę bardzo poważny, czy też może niekoniecznie? A później przecież w tych czasach były jeszcze egzaminy na studia, więc to był naprawdę poważny próg. Dobrze, żeby nie przedłużać. Panowie, jak to było z waszymi maturami? Arturze.
[01:14:46] - Ja już kiedyś opowiadałem, w jaki dziwny sposób dostałem się do technikum budowlanego na bazie tego snu. A teraz może czas, żebym powiedział, jak było z tą moją maturą, bo jest to bardzo ciekawy okres czasu dla mnie, dlatego że wtedy rozpoczęto w Polsce taki element, eksperyment, bym to powiedział nawet, eksperyment ogłupiania społeczeństwa. Dlaczego tak mówię? Dlatego, że dużo wcześniej to była jedna bardzo prosta zasada. Jeżeli zdajesz maturę w liceum, to zawsze zdawałeś polski plus język obcy. Natomiast nie musiałeś matematyki zdawać w liceum. Mogłeś sobie wybrać, co sobie chciałeś. Natomiast jeżeli zdawałeś w technikum, to zawsze był polski, matematyka. Natomiast przez trzy lata, w tym momencie, kiedy ja zdawałem maturę, to był drugi rocznik tego eksperymentu. Zrobiono, że nie musisz zdawać matematyki. Co było absurdalne, że ktoś kończy technikum i nie zdaje w ogóle matematyki na egzaminie. Ja z tej koncepcji skorzystałem, bo matematyki nie lubiłem. I ja powiedziałem, że chcę zdawać historię. Oczywiście historyczka strasznie się wkurzyła, bo było nas dwóch i ona nas próbowała zastraszyć, że my nie zdamy, że to, że tamto, że nas uleje i w ogóle. Ale myśmy się powołali na maturę, która była rok wcześniej u nas w technikum i tam był taki jeden szaleniec, który zdawał pisemną i ustną maturę z fizyki i to był jedyny na całą szkołę. Ten gościu nie zdał tego. I oni musieli niestety wpisać, że 100% podchodzących do egzaminu z fizyki nie zdało. I na drugi dzień im się komisja zjawiła. Więc oni tam stwierdzili, że nie, nie, on jednak zdał. Tam jakaś pomyłka była, on jednak zdał. Więc myśmy nie bawili się i moja matura była naprawdę bardzo śmieszna, wam powiem, dlatego że ja praktycznie nie będę kłamał, ale całą maturę zdawałem, wiecie co? Z II wojny światowej zdałem. Bo poszedłem na polski ustny. Dla mnie to był oczywiście jakiś tam stresik, nie stresik, ale poszedłem na polski pisemny i na polskim pisemnym była kwestia literatury okresu międzywojennego i tam pisałem, i wojennego, więc pisałem o II wojnie światowej. Na polskim ustnym wyciągnąłem, pamiętam, Jürgena Stroopa rozmowy z Katzem, więc też była II wojna światowa. Poszedłem na historię pisemną i tam był hitleryzm a stalinizm – analiza porównawcza. I tylko na historii ustnej, ponieważ ja mam na W nazwisko, więc niestety nie starczyło już dla mnie tematów z II wojny światowej. Ja pamiętam, że wtedy siedziałem i te tematy były i z utęsknieniem patrzyłem, że każdy kto wchodzi, to po prostu wyciąga jakiś temat z II wojny światowej i dla mnie już pewnie po prostu tego tematu nie starczy. I tak na marginesie, skoro miałem nazwisko na W, to byłem ostatnią osobą w ogóle, która zdawała w tej szkole maturę z historii ustnej. Ale tam wtedy pamiętam, że była taka nauczycielka historii, bo dwie u nas były w technikum. Jedna to była taka niesamowita erotomanka i była taka sytuacja, że ja pamiętam, jak wyciągnąłem te pytania. Do tego jeszcze pewnie dalej dojdziemy. I tam była sytuacja, że wyciągnąłem czasy Stanisława Augusta Poniatowskiego i ja pamiętam, że wtedy powiedziałem, że zanim zaczniemy mówić o Stanisławie Auguście Poniatowskim, to trzeba przejść do nocy saskiej, która była wcześniej. I ona tak się, pamiętam, rozmarzyła i mówi: „Ach, ci Sasi”. Ona jeszcze do mnie mówi: „A ile dzieci miał August II Mocny?”. On miał ponad 100 dzieci. Więc ja mówię, że tego się nie da zliczyć, ale pamiętam powyżej 100. Ona tak się rozmarzyła i mówi: „Ach, ci Sasi. Jakie to były czasy”. Jakoś potem dalej z tą maturą przeszedłem, ale wiecie co? Sama nauka, samo przygotowanie do tej matury jakoś tam gdzieś szło. Najpierw to oczywiście były takie trochę lekceważenia, bo jeszcze jest czas. Ja pamiętam, że chodziłem do różnych znajomych. Tam niektórzy to już we wrześniu się zaczynali przygotowywać do matury, bo to gorliwi byli nie wiadomo jak i tak dalej. Jakoś mi, tak powiem wam szczerze, luźno poszło. I ogólnieOgólnie to zawsze mi się kojarzy dowcip z duszkiem na maturze, ale to kiedyś może o tym opowiem albo później, nawet jak się atmosfera rozluźni. Natomiast samo przygotowanie to był luźny czas, ale ja miło wspominam tę maturę. Kuriozalnie praktycznie prawie całą, z wyjątkiem historii ustnej, zdałem ją z tematów związanych z II wojną światową. Tak wyglądała mniej więcej u mnie ta matura.
[01:19:50] - Arturze, ja jeszcze takie dopytanie pozwolę sobie zrobić. Jak wyglądała pod względem trudności twoja matura, porównując to do egzaminów na studia?
[01:20:05] - Powiem ci szczerze, że to nie było problemu, dlatego, że ja na studia w ogóle nie zdawałem egzaminów. Dlatego, że poszedłem na teologię studiować i tam nie miałem egzaminów wstępnych na teologii, więc tutaj byłem troszkę rozluźniony, powiedzmy sobie szczerze. Natomiast ja do matury podszedłem bardzo luźno z jednego prostego powodu, wam powiem uczciwie, bo zdawałem z tego, co lubiłem i co chciałem. Historia była zawsze dla mnie naprawdę ważna. Do tej pory jestem bity na wszystkie daty, na wszystkie wydarzenia i tak dalej. Historia i geografia to była dla mnie czysta przyjemność. Zawsze. Więc ja zdawałem. Wiem, pamiętam, że była taka sytuacja, że byli ludzie, co stwierdzili — to było też śmieszne — że nie będą czegoś się uczyć. Oni pójdą na matematykę, tam ściągi będą. Oni nawet zapłacili jakimś studenciakom. To była bardzo prześmieszna sytuacja, bo oni niby jakimś studenciakom zapłacili, że oni te pytania rozwiążą i potem im na salę wniosą, bo ktoś tam do kibla wyjdzie, z kibla wróci z tymi pytaniami i tak dalej. I wyobraźcie sobie, że ten studenciak zrobił to kompletnie źle. Efekt tego był taki, że półtorej całej klasy kompletnie oblało i byli na poprawkę potem skierowani z tej matury. Natomiast kilka osób, co faktycznie myślało i nie patrzyło na te ściągi, to oni sobie jakoś zdali, a ci, co polegali na tym zadaniu i na tym, że ten studenciak coś tam rozwiąże, to polegli. Nie wiem, czy półtorej klasy, czy dwie i pół klasy. Tak, bo to były trzy klasy. Przepraszam. Były trzy klasy, które podchodziły z technikum do matury, więc dwie i pół klasy oblało kompletnie. To była jakaś dziwna porażka. I oni, ci, co z matematyki zdawali, mieli to gorzej. Natomiast jeśli chodzi o moje wstępne na studia, to ja nie miałem na teologię egzaminu, więc ja to byłem luźny gość. Maturę miło wspominam, bo połowa matury to była historia. Historia to była dla mnie czysta przyjemność.
[01:22:26] - Piotrze, a jak wyglądały twoje przygotowania do matury?
[01:22:31] - Moje przygotowania, zacznę od strony humorystycznej, wyglądały tak, że z moim bardzo dobrym kolegą Wojtkiem, z którym chodziłem i do podstawówki, i do gimnazjum, i do liceum, obiecaliśmy sobie, że będziemy się uczyć do matury w trzeciej klasie, kiedy spadnie pierwszy śnieg. No to gdzieś tak dobrze spadł nawet w październiku, a tu ten śnieg nie dość, że stopniał już, to myśmy nadal ruszyli to wszystko średnio, ale żeśmy dali radę, muszę powiedzieć, i to nawet bardzo dobrze, zarówno na poziomie podstawowym, jak i na rozszerzeniach. Bo muszę powiedzieć jedną rzecz ważną: mój system edukacji, ten, w którym działałem, w który byłem wprzęgnięty, to był jeden wielki eksperyment. I matura też była eksperymentem, bo po pierwsze były dwa poziomy: podstawowy i rozszerzony. Nie było matematyki u mnie. To dobrze, bo bym nie zdał na pewno i bym był cymbałem. I tak jestem. To jest druga sprawa. Trzecia rzecz jest taka, że u mnie nie było egzaminów na studia. To sprawiało, że mając świadomość, iż jesteśmy rocznikiem eksperymentalnym, że nie będzie egzaminów na studia, podchodziliśmy do tego trochę lajtowo, ale z drugiej strony to, że nie będzie egzaminów i to, że matura może być łatwa, ale może być trudna, było pewną pułapką, dlatego że nasz rocznik był bardzo duży w całym mieście i było to widać już przy rekrutacji do liceum i na pewno będzie to widać przy rekrutacji na studia. Myśmy sobie nie zdawali wtedy z tego sprawy jeszcze, ale nam się udało. Akurat żeśmy podołali. Tak jak mówię, nie zdawaliśmy matematyki i to nas uratowało. Wszystko. Ja maturę wspominam raczej dobrze, w ogóle bardzo luźno wspominam. Na tle egzaminów, które miałem na studiach, to ja bym maturę mógł zdawać z takim lekkim dyrdkiem co tydzień tak naprawdę. Było więcej szumu, niż to było wszystko warte. Tak myślę z dzisiejszej perspektywy, że to było takie straszenie nas czymś, co tak naprawdę nie było straszne w ogóle. Ale pamiętajmy, że nam dano pewne fory. Ja niestety nie pamiętam, z czego zdawałem, bo tych przedmiotów było dużo. Były dwa poziomy, była ustna jeszcze do tego i ponieważ ja nie przywiązywałem do tego wagi, to zapomniałem. Mógłbym to sprawdzić, ale mi się nawet nie chce za bardzo. Także wyglądało to mniej więcej w ten sposób. Jeszcze było coś dziwnego w ogóle z tą nową maturą, którą myśmy zdawali. To się nazywało wtedy nowa matura. Ja wiem, że teraz są zupełnie inne albo trochę inne warunki. Natomiast było coś takiego, że paradoksalnie nawet najgorszy uczeńJeżeli by się do matury przyłożył, to najgorszy uczeń z najgorszego liceum mógł zdać maturę w taki sposób, żeby otrzymał bardzo wysokie oceny, bo oceniali maturę pisemną zewnętrzni egzaminatorzy, oceniali ustną też chyba częściowo zewnętrzni. I polegało to na tym, że szkoła, do której chodziłeś, gwarantowała tylko ewentualnie jakieś przygotowanie. Natomiast ktoś z najgorszej szkoły mógł dzięki swojej nauce osiągnąć naprawdę dobry rezultat. I tak jak Artur tutaj powiedział, znaczy jak napomknął na zupełnie innym przykładzie, było sporo różnego rodzaju zaskoczeń. Ja maturę wspominam bardzo dobrze. Pamiętam, że było ciepło generalnie, że ta matura była długa bardzo. Te egzaminy się rozciągały na bardzo długi czas, bo to był duży rocznik. Nas było chyba siedem klas wtedy. Także przeprowadzić maturę chociażby z polskiego to naprawdę było przedsięwzięcie, ale było jakoś luźno. Nikt się nie bał. Myślę, że nikt się nie bał. Czy panowała podniosła atmosfera? Ja tego tak nie odebrałem. Miałem wrażenie, że było zupełnie lajtowo, że w sumie już nie było się czym martwić, bo jak żeś się nie nauczył, to już się nie nauczysz. Najgorsze było to, że można było być zaskoczonym jakimiś pytaniami. Najbardziej żeśmy się bali chyba tak naprawdę historii z tego wszystkiego, ale cała reszta jakoś poszła, przeszła i myślę, że bez huku. Mam wrażenie, że ta nasza matura była wybitnie łatwa, chociaż ktoś tam nie zdał. Z mojej klasy chyba nie zdała jedna osoba, ale w porównaniu do tego, jak o maturze mówiono wcześniej, już nie mówiąc jak mówiono w PRL-u, to chyba myśmy dostali tą taryfę ulgową jednak. I tak to wyglądało od strony formalnej. Tutaj za chwilę jeszcze opowiemy, co żeśmy zdawali, bo to też były zupełnie inne przygody. Ale Marku, to może teraz się ty pochwal, jak to wyglądało w twoim przypadku.
[01:27:35] - Powiem tak: u mnie nic nie może odbywać się w sposób prosty i niestety, zanim przejdę do odpowiedzi na główne pytanie, to ja najpierw muszę dorobić do tego historię. Ja już tak kilka razy napomykałem, że ja byłem uczniem krnąbrnym, ogólnie znienawidzonym przez nauczycieli. I od razu dodam słusznie, ponieważ byłem uczniem, który jak ja bym był swoim nauczycielem, to nie wiem, czy nie trafiłbym do zakładu karnego, bo bym tego gnojka małego wykończył. Po prostu nie wytrzymałbym. Pewno dlatego nigdy w życiu nie zostałem pedagogiem. Na szczęście może zresztą. Byłem ogólnie osobą wredną i wkurzającą nauczycieli. To wcześniej czy później musiało się zemścić. I zemściło się. Kiedy byłem w czwartej klasie w swoim liceum, to wszystko żeglowało ku temu, że jednak nie dostanę dopuszczenia do matury, a w ogóle to będzie dziko i będzie nieprzyjemnie. I gdzieś tak w nowym roku, w styczniu doszedłem do wniosku, że to zmierza wszystko ku katastrofie, którą zresztą pracowicie sobie przygotowałem, bo jeśli państwo prześledzicie sentymentalniki czy inne moje relacje o szkole, to było grubo. Ja naprawdę mocno pracowałem na to, żeby sobie narobić kłopotów. Ale doszedłem do wniosku w styczniu, że w maju ta matura to jest w ogóle coś nierealnego. Szczególnie, że matematyk, który akurat matematyk nienawidził mnie w sposób czysty i bezinteresowny. On nie miał do mnie nic. Ja tam byłem grzeczny na matematyce, ale on akurat nienawidził mnie w sposób taki, jak powiedzieć, niespecjalnie sprowokowany. I wierzcie mi państwo, używam słowa nienawidził. To nie jest tak, że ja po prostu nie mogę pozbyć się wspomnień z matury. To był gość, który wybierał sobie w każdej klasie ofermę kompanijną, jakby to tak przez analogię w wojsku. I ja byłem właśnie tą ofermą i na moim przykładzie pokazywało się, jak nie należy czegoś robić, jak wygląda oferma, jak w ogóle wszystko źle. I ja wysłuchiwałem jego wykładów na temat tego, że jestem dzieckiem inteligenckim, ale jakbym był dzieckiem rolniczym, to bym był pilny i bym się uczył. A tak jestem głupkiem. I to nie jest, ja nie przesadzam. Słowa głupek używano absolutnie, to było normalne. Była pierwsza połowa lat 80. To tak, żebyśmy mieli świadomość tego, kiedy się to odbywało. Ale wracając, doszedłem do wniosku, że ponieważ matura jest fikcją ta majowa, to pewnego dnia oświadczyłem rodzicom, a później oświadczyłem szkole, że żegnamy się i ja idę do wieczorówki. Ale już czułem po prostu, że kończy się czas olewania wszystkiego, że tak jakby wszedłem na taką wąską linię, na cienką granicę. Wtedy oczywiście wojsko, te rzeczy. Ale tutaj było też to, że albo się wezmę za siebie i zacznę naprawdę podchodzić poważnie do tego wszystkiego, albo czeka mnie katastrofa i to poważna. I kiedy poszedłem do tej wieczorówki, to tam był taki cykl podwójny. Rozpocząłem ponownie czwartą klasę w styczniu, a właściwie w lutym. I ja później maturę zdawałem w następnym roku, w styczniu. Bardzo nietypowa matura. Od razu o tym powiem.Cóż jeszcze? W tej wieczorówce tak naprawdę panowało rozprzężenie kompletne. Tam ludzie chodzili właściwie nie wiem po co. Żeby skończyć liceum. Ja na szczęście, mimo że byłem uczniem leserem kompletnym, ale słowa nie oddają rzeczywistości tego, kim ja byłem. Ale ponieważ chodziłem naprawdę do dobrego liceum, gdzie te standardy były wyśrubowane i to absolutnie, to ja nawet będąc uczniem, który niespecjalnie się przykładał, to w tej wieczorówce byłem uczniem wybitnym i gdybym tam pochodził, powiedzmy przez trzy lata, to pewno przestałbym mieć taki zaszczepiony dryl. Ja potrafiłem się uczyć, tylko wcześniej mi się nie chciało. A tutaj już wiedziałem, że jestem w sytuacji podbramkowej, więc w tej wieczorówce nazywano mnie kujonem. To już w ogóle było coś nieprawdopodobnego. Ja, który miałem stosunek więcej niż luźny do nauki, tu byłem kujonem. Dobrze, jakoś to zniosłem. I przygotowania do matury, bo na razie jesteśmy na tym etapie. Przygotowania do matury postanowiłem, że zacznę w październiku. Przypomnę matura rozpoczynała się w drugiej połowie stycznia. Ale wiecie państwo znowu, ja co prawda wszystkiego się uczyłem, ale tak jakoś powiedziałbym, że ekstensywnie. A w dodatku w grudniu zdobyłem „Władcę Pierścieni” Tolkiena i zamiast czytać zaległe lektury, których wcześniej nie przeczytałem, przeczytałem trzy tomy „Władcy Pierścieni”. Co w końcu ważniejsze było niż uczenie się do matury. Jakoś mi wtedy odeszło to ten dryl. Niemniej jednak, kiedy nastąpiła matura pisemna, byłem do niej naprawdę nieźle przygotowany. I do matematyki, bo przez to, że przez matematykę cierpiałem, to zresztą o tym powiem, jak wyglądała matura, bo maturę pisałem między innymi z matematyki, ale naprawdę byłem niezły. Jak niezły, to jeszcze o tym powiem. Nawet nie po to, żeby się chwalić, tylko po to, żeby opowiedzieć znowu fajną historię. Powiem wam i naszym słuchaczom, że matura, nawet ta wieczorówkowa, ona w PRL-u była bardzo poważna. To znaczy podchodziło się do niej bardzo poważnie. W tym normalnym liceum to rzecz oczywista. Natomiast w wieczorówce to tak, oczywiście lekcje, poszczególne semestry to był w miarę luzik, ale mieliśmy bardzo dobrą matematyczkę. To była pierwsza nauczycielka matematyki w szkole średniej, która doceniła to, że ja naprawdę tę matematykę znam na swoim dosyć prostym poziomie, ale znam i potrafię rozwiązywać te wszystkie dziwne zadania, czego jakoś poprzednicy nie docenili. Ona stwierdziła, że coś tam ze mnie będzie. Nawet później, po maturze umówiliśmy się całą klasą z panią matematyczką i kilka dowcipów na temat mojego nauczyciela z tego prawdziwego liceum od niej właśnie usłyszałem, bo to nie był człowiek normalny. I mówię to z całą odpowiedzialnością. Natomiast wracając jeszcze do tych przygotowań, byłem nieźle obkuty, bo ja lubiłem tak naprawdę literaturę polską. Zawsze się buntowałem, ale to był taki bunt późnego nastolatka, który postanowił, że jak ktoś powie A, to ja na pewno muszę powiedzieć B. A jak ktoś zgodzi się ze mną, że jednak B, to ja wymyślę C albo wrócę do A, ale na pewno się z nim nie zgodzę. Taki miałem podły, wredny i w sumie dosyć konfrontacyjny charakter wtedy. Dzisiaj już mi przeszło. Natomiast taki byłem i to owocowało tym, że miałem też sporo kłopotów z tego powodu. Ale wracając, matura była bardzo poważnie traktowana, bo tak jak mówię, te wszystkie semestry, te wszystkie przedmioty, to owszem, czasami patrzono przez palce, ale matura, pomimo że była wydarzeniem trochę wewnątrzszkolnym, tam nie było jakichś zewnętrznych czynników, które coś sprawdzały. To było robione jednak z takim nastawieniem, że chyba to wynikało z tego, że dyrekcja tego liceum wieczorowego doszła do wniosku takiego, że liceum może skończyć u nas każdy, ale maturę zrobią nieliczni. I powiem państwu szczerze, że matura była rzezią niewiniątek, bo w mojej klasie, która liczyła chyba standardowo, nie pamiętam w tej chwili dwadzieścia kilka osób, maturę zdało osób pięć, więc to było naprawdę rezanie tych wszystkich, którzy tam gdzieś w czymś byli niedouczeni. To było na poważnie i to było naprawdę tak ostro zrobione. Muszę powiedzieć jednak, że pomimo tej ostrości, to podobnie jak Piotr, to, co ja później przeżywałem na studiach, chociaż ja nigdy kłopotów nie miałem na studiach, jeśli chodzi o zdawanie egzaminów. Jedyną najgorszą oceną, którą dostałem było 3+ z pedagogiki. Z pedagogiki, gdzie facet jak zobaczył mój indeks, powiedział: „To pan musi poprawić. No przecież widzi pan 3+”. I zadał mi pierwsze pytanie i jak ja odpowiedziałem na to pytanie z pedagogiki, powiedział: „Wie pan co? Zostańmy przy tym 3+. Pan o pedagogice ma dosyć mgliste pojęcie”. I tak przesadził. Ja nie miałem w ogóle żadnego pojęcia o pedagogice, ale poza tym egzaminy zdawało mi się na studiach całkiem fajnie i lubiłem je zdawać. NatomiastPoziom trudności był zdecydowanie o kilka poziomów wyższy niż to, czym była matura. Ale w PRL-u było tak, że wmówiono młodzieży, że matura to jest coś przełomowego, coś, co rozwala wewnętrzny system młodego człowieka i to trzeba przejść. I to jest niezapomniane wydarzenie. Rzeczywiście dla mnie było to niezapomniane wydarzenie, ale poziom trudności sukcesywnie się później podnosił. To tyle, jeśli chodzi o ten wstęp. O maturze to zapewne jeszcze opowiemy. To pytanie najprostsze, panowie: jak wyglądała ta wasza matura? Co zdawaliście? Już wiemy, że Piotr nie do końca pamięta co, ale pytanie pozostaje w mocy. Piotrze, jak wyglądała ta twoja matura? Częściowo o tym opowiedziałeś, ale jakbyś wszedł w jakieś drastyczne szczegóły, to nie powiem nie.
[01:38:35] - Jak wyglądała matura? Myśmy mieli jeszcze coś takiego jak próbna matura i ona była oceniana. Tylko nie pamiętam, czy ze wszystkich przedmiotów, czy tylko z tych, co się deklarowało, że jakieś rozszerzone będą. Chyba tak. To było takie preludium, które odbywało się w poprzednim semestrze, czyli na zimę. Natomiast tak jak zawsze, czyli krótka przerwa, potem garniaczek i zapierniczasz na te egzaminy. U mnie akurat było tak i uważam, że to było głupie i to było krzywdzące, bo u mnie matura ustna z języka polskiego, z angielskiego była normalna, czyli po prostu odpowiadałeś na pytania. Natomiast z języka polskiego matura była taka, że musiałeś przygotować prezentację, ale nie mogłeś mieć komputera. Zostawały ci do wyboru takie mechanizmy, metody jak prezentacja papierowych slajdów oraz drama bądź jakieś rekwizyty, bądź mogłeś sobie stworzyć jakieś plansze, ale to musiało być wszystko analogowe. Nie było komputera po prostu. I to było głupie. Jedyne, co pamiętam, to że wylosowałem temat. Nie wylosowałem, temat się wybierało na długo przed. Jak mogłeś przygotować prezentację na podorędziu? Wybierało się temat na długo przed. No i się wchodziło. Ja miałem coś tam o rewolucji w kulturze. Miałem tam Mao Zedonga narysowanego na tym plakacie, Lenina, Che Guevarę i tam napierniczam o tym wszystkim. Ale powiem wam, że to było głupie. Ja bym wolał naprawdę kilka byle jakich pytań, bo to weryfikowało ludzi. Ja widziałem, jak moi koledzy przynosili jakieś plansze. Plansze, które wyglądały jakby były zrobione przez przedszkolaków. Ktoś się przebrał za kogoś. Mój kolega przyniósł kościotrupa, bo miał temat śmierci. Jego matka pracowała w szkole, wypożyczył sobie plastikowego kościotrupa. I powiem wam, że to była dla mnie obraza. Ja dzisiaj to tak postrzegam, że to było wprowadzanie nas w pewien debilizm dzisiejszych czasów. Czyli pokaż się, zaistniej, a nie musisz wiedzieć. Zatańcz na przykład. Pokaż coś, bądź przebojowy. Ja akurat nie byłem przebojowy na tej prezentacji, ale dzisiaj trafiłem na YouTube'a na przykład w przeciwieństwie do całej reszty. Czyli ta iskierka się we mnie tliła, ale wtedy jeszcze jakoś tego nie rozumiałem. Natomiast uważam, że Marku, powiedziałeś, że matura powinna kosić. Moim zdaniem powinna. I że powinno być tak, że zamiast jakichś idiotycznych prezentacji i dram odgrywanych przed komisją, powinna być selekcja co do wiedzy. Niestety tak nie było, ale żeśmy to wszystko zdali. Wyglądało to natomiast dla zewnętrznego obserwatora chyba kuriozalnie. A potem była matura pisemna. Była jeszcze ustna z angielskiego, ale była normalna. Potem była pisemna z polskiego. To już nie pamiętam. Wiem, że były dwa poziomy. Wszystkie matury, które zdawałem, zdawałem na rozszerzonych. Polegało to na tym, że po tej normalnej otrzymywałeś arkusz i to był taki cieniutki arkusz i tam były, jeżeli dobrze pamiętam, pewnie było pytań do wyboru. Tam były chyba tylko opisowe. Ale co zdawałem, to wiem. Historię, WOS, angielski, polski. Nie było matematyki, ale jakie tam były pytania, to już tak wam powiem szczerze, zapomniałem. Nie miało to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia już później. Dobrze poszło i wszyscy żeśmy o tym, jak to było, zapomnieli. Ale u nas było na maturze już trochę inaczej. Bo Marku, powiedziałeś, że to było wydarzenie wewnątrzszkolne. Owszem, ale już jak ja byłem, to było tak, że to było organizowane przez szkołę, ale już jak dostawałeś arkusz, to byłeś numerkiem. Nie byłeś uczniem, byłeś numerkiem i ktoś inny oceniał w Jaworznie czy gdzieś. I to dopiero potem przychodziło. Ale nawet te wybryki na maturze ustnej, one też chyba nie były przed komisją złożoną z naszych nauczycieli, tylko z jakichś zewnętrznych. Także w ten sposób to wyglądało. Przeżyliśmy i powrócę jeszcze do tego raz. To, co działo się potem na studiach, to był mały pikuś przy tym wszystkim. Dopiero potem można było poznać, jakie różne metody mogą być egzaminowania, jak można skusić, nawet jak można ściągać na studiach i jak bardzo liczy się łut szczęścia. Niestety na maturze mojej łut szczęścia się w ogóle nie liczył. Nie mogłeś liczyć na fuksa. Może w jednym przypadku jak losowałeś pytania z anglika, to tak, ale tak to już nie. Wszystko było z góry ustalone. Mogłeś wtopić albo mogłeś przeżyć. Tak to wyglądało.
[01:43:52] - A ja dodam, że w moich czasach matura pisemna na przykład z polskiego dzisiaj byłaby grozą, bo nie dość, że trzeba było napisać naprawdę obszerne wypracowanie w eseistycznej formie, to liczba trzech błędów ortograficznych eliminowała pracę. „Znów za rok matura” można sobie było zaśpiewać. To naprawdę tak funkcjonowało. W związku z tym ja się wtedy nauczyłem, jak zastępować trudne słowa, znajdować synonimy. To akurat nie z matury, ale kiedy pisałem egzamin na studia, też z języka polskiego, w pewnym momencie dostałem małpy i kompletnie nie wiedziałem, jak się pisze „kukułka”. A pisałem o książkach i miałem napisać o „Locie nad kukułczym gniazdem”. I to był problem. Wierzcie mi państwo, poradziłem sobie, unikając błędu, ale stopień ekwilibrystyki językowej musiał być wybitny. Więc te trzy błędy ortograficzne też czegoś uczyły. Człowiek był bardzo uważny. O tym za chwilę. Arturze, to jak wyglądała, z drastycznymi szczegółami, twoja matura?
[01:45:14] - Ja powiem taką rzecz. Trafiłem akurat w środek tych trzech lat eksperymentalnych, gdzie, Bogu dzięki, nie trzeba było zdawać matury z matematyki. Tak na marginesie, pierwsze ci powiem, bo nie będę tego głośno mówił, ale pieniądze za tego studenciaka to wziął nasz wspólny kolega Jacek. Także to ty będziesz wiedział, o kogo chodzi. I zniknął w nieznanym kierunku, a dwie i pół klasy nie zdało. Ale wiecie co? Ja miałem inną kwestię, bo my mieliśmy taki wstępik do matury. U nas nie było oczywiście matury próbnej, bo ja nie jestem z tych czasów. Tutaj popieram ciebie, Marku. Tak, u mnie też to było, że trzy błędy ortograficzne i gleba. Natomiast u mnie była jeszcze inna sytuacja, bo bodajże miesiąc wcześniej, z racji tego, że kończyłem technikum budowlane, to była obrona pracy dyplomowej i był techniczny odpowiednik matury. Była to obrona pracy dyplomowej. Oczywiście też taki temat wybrałem, który z kosmosu był, do niczego niepasujący, bo ja zawsze miałem taką strategię, że brałem jakąś niszę w życiu i potem nawet nie był problem, żeby egzaminatorów do tej niszy znaleźć. Więc można było z technologii budownictwa zrobić, z architektury czy z innych technicznych przedmiotów. A ja skorzystałem z tego, że jeszcze była taka luka i można było wziąć z ekonomii budownictwo. Nic nikomu nieznaczący przedmiot. I co więcej, była sytuacja jeszcze taka, że ja sobie wybrałem, że zrobię temat na pracę dyplomową na temat kredytów budowlanych. Bardzo dobra rzecz. I pani, u której to robiłem, ona chyba miesiąc przed obroną zginęła w tragicznym wypadku i trzeba było na gwałt znaleźć jakiegoś nauczyciela, tam były dwie, trzy osoby, żeby tę pracę dyplomową zrobiły. Więc ja opowiadałem o bzdurach, bo wtedy pamiętam, że opowiadałem, bo w tym roku, kiedy ja to robiłem, to była denominacja, że 10 000 zł było równowartość jednego nowego złotego. I opowiadałem jej tę obronę pracy dyplomowej, jakoś tam zrobiłem. A potem była kwestia już tej matury, ale ta obrona była takim wstępikiem do tej całej matury. Jak już ją zdawałem, to mówiłem, że z historii to wszystko zdawałem. To akurat lubiłem i to dla mnie było bardzo dobre. Nie było jakimś wyzwaniem. Jedynie może wyzwaniem był polski pisemny, ale ponieważ ja trafiłem na literaturę okresu międzywojennego i wojennego, to ja już tam opisałem jakieś bzdury, bajadery, chyba nawet na 12 stron A4 napisałem, nie pamiętam. Z tego, co kojarzę, dosyć dużo. Potem na ten polski jak poszedłem, to śmieszne, bo ja w ogóle lektur nie czytałem. Ja miałem taką zasadę, że czytałem tylko początek każdej lektury i jak pani zaczynała pytać z lektury, to ja się od razu zgłaszałem. Opowiadałem, co tam się działo w danej lekturze i ona w pewnym momencie mi przerywała. Mówi: „Teraz powie dalej ktoś inny”. Tylko kiedyś była sytuacja, że pamiętam, „Lalki” nie czytałem w ogóle, a „Lalki” czytałem pierwszy tom, a to ma dwa tomy, więc kogoś pierwszego innego złapała. Potem powiedziała, że Artur dokończy, a Artur był po prostu zimny gościu, bo nie wiedział, co tam dalej w tym. I jedyna lektura, którą w ogóle od deski do deski przeczytałem w technikum, to były właśnie „Rozmowy z katem” Jörgena Stropa. I to też na maturze mi się później przydało. Natomiast jeśli chodzi już o historię, to była bardzo fajna kwestia. Moje przygotowania do matury, akurat z racji tego, że gdyby była ta matematyka, to ja bym musiał, podejrzewam, dużo wcześniej zacząć zakuwać. A ponieważ tej matematyki nie było, to do historii praktycznie nie musiałem się w ogóle przygotowywać. Mogłem z marszu iść. A do polskiego, to jakoś kurde, po polsku mówię. My żyjemy kompletnie w innych czasach, bo dzisiaj rodzice się podniecają, że dziecko zdało angielski na 80%, a na 50% polski. Ale mogę wam powiedzieć, czego mnie ta matura nauczyła. Miałem bardzo ostrą nauczycielkę z polskiego i do tej pory działa na mnie, powiem wam uczciwie, jak płachta na byka. Jeżeli ktokolwiek w języku polskim będzie mówił: „Gdzie idziesz?”, to na mnie działa naprawdę jak płachta na byka. Coś takiego w języku polskim nie istnieje. Dokąd lecisz? Dokąd płyniesz? Dokąd jedziesz? Dlaczego? Bo jest ruch.Ale gdzie stoisz? Gdzie jesteś? Gdzie patrzysz? Dlaczego? Bo ruchu nie ma. Więc nie może ktoś powiedzieć w języku polskim, gdzie jedziesz, bo to jest kompletny absurd z języka polskiego. I pamiętam, że ona na to zwracała szczególną uwagę i chyba tak we mnie to wpoiła, że na mnie działa jak płachta na byka. Jak z kimś rozmawiam i usłyszę: „Gdzie jedziesz?” Mogę powiedzieć, gdzie byłeś. Nie ma sprawy, ale nie mogę powiedzieć, gdzie jedziesz, gdzie idziesz. Takie coś w języku polskim po prostu nie istnieje. To jest taka pozostałość po przygotowywaniu do matury.
[01:50:35] - To teraz ja. Matura to była rzecz, w której miałem też chyba trochę szczęścia. Ja akurat nadrobiłem ten deficyt lekturowy, bo przypomnę, w liceum tym prawdziwym, to ja nie czytałem lektur. Miałem lepsze lektury, ale kiedy przygotowywałem się do matury, to ja nadrobiłem to wszystko. A w ogóle jeszcze muszę powiedzieć, że w tym zwykłym, prawdziwym liceum doprowadziłem po raz kolejny nauczycieli do histerii, bo ja byłem w klasie biologiczno-chemicznej, a na przedmiot, bo właśnie też byłem w tym roczniku, który nie musiał zdawać matematyki. Skrzętnie skorzystałem, ale oczywiście te roczniki, te profilowane klasy biologiczno-chemiczne niemal 100% zdawało z biologii albo z chemii. Ale nie ja. Przecież ja zgłosiłem, że będę zdawał pisemną maturę z historii. Ja myślałem, że moja nauczycielka wychowawczyni wyskoczy przez okno ze złości. Na szczęście tego nie zrobiła, a na szczęście w ogóle nie zdawałem matury w tym liceum, a w wieczorówce nie było klas profilowanych. W związku z tym czekała mnie matura z matematyki. Na szczęście byłem nieźle przygotowany, o czym za chwilę. Na początku powiem o języku polskim. Jakieś miałem takie szczęście, że podobnie jak Artur lubiłem nie tylko te rozmowy z katem, ale w ogóle całą tę literaturę obozową. Borowski, „Medaliony” Nałkowskiej. W ogóle lubiłem to po prostu. Mocno byłem w to wczytany. W dodatku byłem obkuty historycznie w tym sensie, że ja bardzo dobrze znałem historię II wojny światowej. No i był temat, który mi przypasował na maturze i pisałem właśnie o tych sprawach, o obozach, o II wojnie. Super to i tam jedynym zmartwieniem moim w czasie matury było to, żeby używać synonimów tam, gdzie nie wiedziałem, jak coś napisać. To było upierdliwe, ale sobie radziłem. Pracę napisałem bardzo dobrze. Notabene taka jeszcze mała dygresja. Później na egzaminach wstępnych na studia ja w ogóle miałem dryg do pisania już wtedy i maturę napisałem naprawdę nieźle. A później ten egzamin wstępny. Jako jedyny dostałem piątkę z tego egzaminu pisemnego na studia. Ale później był egzamin ustny i wylosowałem wiersz Broniewskiego, ale z okresu rewolucyjnego. Tego nie lubiłem. Po prostu nie znosiłem. I to było tak, że jak podszedłem do komisji, to się brew jednemu z profesorów uniosła. Tu przyszedł gość, który dostał piątkę z pisemnego. To naprawdę była rzadkość. No i spodziewał się, że tu gość błyśnie elokwencją i nie tylko elokwencją, ale i wiedzą. Elokwencją, owszem, błysnąłem, ale wiersze Broniewskiego z okresu rewolucyjnego niekoniecznie byłem w stanie jakoś zinterpretować. Więc on tak później widziałem, że działa, żebym ja jednak przynajmniej te trzy plus dostał, żebym sobie poszedł, żeby mi ta łączna wychodziła z tej piątki, z tej trójki, żeby to się dało uśrednić i żeby mnie nie utopić. Chwała profesorowi za to, ponieważ ja o tych wierszach rewolucyjnych Broniewskiego naprawdę wiedziałem bardzo mało. Wróćmy do matury. Matura z polskiego to rzeczywiście pisało się wiele godzin. Ja tam nasmarowałem tych arkuszy kancelaryjnych całkiem sporo, ale to tak jak powiedziałem, dla mnie to był lajcik. Natomiast następnego dnia była ta matura pisemna z matematyki. No i powiem tak ja byłem naprawdę, naprawdę śmieję się z tego. Rozbawia mnie to, bo tuman matematyczny z tego prawdziwego liceum tu był absolutnym bossem, jeśli chodzi o matematykę. Ja naprawdę tę matematykę na tym poziomie licealnym miałem opanowaną łącznie z rachunkiem prawdopodobieństwa. Ja w ogóle nie wiem, czy teraz w liceum rachunek prawdopodobieństwa funkcjonuje. Wtedy funkcjonował i mówiąc szczerze, cała klasa liczyła na mnie, że ja im to napiszę, tę maturę. Dostaliśmy zadania, piszę, mija pierwsza godzina, druga godzina. Rozwiązałem. No i tak było w tym liceum, że można było wychodzić do ubikacji, ale trzeba było zdać pracę komisji i się szło do ubikacji, ale do ubikacji takiej, która przylegała do tej sali, do auli i nie miała łączności z resztą szkoły, więc wszelkie zakusy takie, żeby tam ktoś coś podłożył, to absolutnie nierealne. Ale ja wiedziałem, dlaczego idę do komisji egzaminacyjnej i do ubikacji.Kiedy wracałem z ubikacji, moja nauczycielka od matematyki mówi tak: „To dobrze, ale to drugie to masz full źle. Odpuść to, zrób to inaczej, bo to jest absolutnie źle”. Już tak nie pamiętam, ale na pięć zadań trzeba było zrobić chyba trzy. Być może coś pokręciłem, mylę, ale wiedziałem, że mam dobrze. Jedno jest źle. Pokombinowałem i zrobiłem jeszcze jedno zadanie przynajmniej tak, jak pamiętam. A potem pracowicie rozesłałem ściągi do wszystkich swoich ziomków z klasy i dzięki temu matematyka w mojej klasie poszła dobrze. Tu oczywiście wystawiam sobie wielki pomnik, ale ten pomnik również wystawili mi moi koledzy, bo na przykład od znanego muzyka, który również chodził do wieczorówki i jest naprawdę bardzo znanym muzykiem w tej chwili w Polsce, dostałem wydaną na Węgrzech płytę Beatlesów. Płytę Beatlesów „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band”. To był wtedy rarytas w Polsce. To węgierskie wydanie tej płyty. Absolutna rewelacja. To w podziękowaniu za zdaną maturę z matematyki. Takie były przeboje. A później, po polskim i matematyce pisemnej, przyszły egzaminy ustne. I to było w kolejności: język obcy. Wtedy to był jeden język obcy. Mógł być inny, ale bezpiecznie wybrałem rosyjski. Nie miałem z tym problemów, ponieważ wtedy czytałem książki fantastycznonaukowe po rosyjsku i tą metodą po prostu wtłukłem sobie ten język niejako na siłę do głowy, więc problemów z maturą po rosyjsku nie miałem. Dalej był egzamin z polskiego. Tu też sobie poradziłem, bo tak jak powiedziałem, w miarę oczytany byłem już i był egzamin, który sobie wybrałem, egzamin ustny z historii. Tu to w ogóle był lajcik. Naprawdę byłem całkiem nieźle zorientowany w tym wszystkim. Miałem oczywiście słabe strony. To było akurat rozbicie dzielnicowe. Nie trafiłem jakoś tego okresu. Po prostu nie mogłem tego wszystkiego zapamiętać. Chyba dlatego, że nie chciałem. Jakoś to po prostu kompletnie się po mnie ześlizgiwało. Nie byłem w stanie. Tak naprawdę to chyba nie chciałem tego zapamiętać, więc tylko myślałem, żeby tylko nie rozbicie dzielnicowe, bo jak przyjdzie to rozbicie, to będę bredził. Coś tam wiedziałem, ale to nie było na taką super ocenę, a mnie w sumie zależało, żeby była super. Na szczęście nie dostałem tego rozbicia dzielnicowego, więc tu szczęście, nieszczęście. Prawdopodobieństwo było takie sobie. W sumie się udało. To tyle chyba. Tak to mniej więcej wyglądało. Panowie, ale jest jeszcze ważny aspekt matury, czyli pytanie o to, czy w czasie matury ściągaliście, czy jakieś ściągi były przygotowane, a może jeszcze jakieś inne ciekawe przygody związane z egzaminem dojrzałości się pojawiły? Arturze, jak to było u ciebie?
[01:59:32] - Powiem ci, że ja jestem wielkim zwolennikiem ściąg, takich ściąg, o których my mówimy. Za moich czasów te ściągi robiono, pisano, robiono harmonijki takie i chowano na różny sposób. Potem, akurat w trakcie, kiedy byłem w klasie maturalnej, pojawiały się komputery i niestety już ludzie byli strasznie leniwi, bo robili takie ściągi, że drukowali całe streszczenia, wszystkie maści, różne rzeczy na komputerze, w szpaltach robili. Czy było to dobre? Uważam, że było to złe, dlatego że jak pisałeś ściągi, to się automatycznie uczyłeś. Jak drukowałeś, to już się tego nie uczyłeś. Oczywiście, jeśli chodzi o polski, ja gdzieś tam te ściągi miałem. Z historii nie musiałem mieć, bo historię lubiłem. Natomiast tu akurat trafiłem z maturą w takie tematy, że nie musiałem korzystać ze ściąg.
[02:00:29] - Tak. A jeszcze pytanie o przygody, bo matura to jest taki dziwny czas, kiedy różne rzeczy się udają, różne rzeczy się nie udają albo jakieś wtopy się zalicza. Czy jakieś takie dramatyczne, a może mniej dramatyczne wydarzenie się pojawiło?
[02:00:46] - Nie, akurat u mnie było spokojnie.
[02:00:49] - Piotrze, jak było u ciebie z tymi ściągami i z tymi dramatycznymi bądź mniej dramatycznymi wydarzeniami?
[02:00:58] - Ściągać nie ściągaliśmy, bo się nie dało, bo nie było możliwe, żeby się w ogóle na cokolwiek przygotować, bo nie wiedziałeś, co będzie. Ewentualnie mogłeś się zabezpieczyć, że wrzucasz coś, czego nie wiesz, tak jak u ciebie to rozbicie dzielnicowe. Natomiast były przygody różne. Pierwsza przygoda, którą zapamiętałem, była po maturze tak naprawdę. Ona się wiązała z tym, że odbieraliśmy wyniki. Tam był taki dyrektor u nas, Andrzej. Straszny cham. Cwaniak, trochę podobny do Marka Papszuna z wyglądu. On był ostry, bardzo był ostry, ale jakoś przez całe liceum unikałem go. Ja nie zawsze byłem grzeczny, ale unikałem go. Nigdy żeśmy się nie spotkali. On akurat miał nam odczytywać wyniki. Prawdopodobnie to było tak, że nie mógł nam odczytać ze wszystkiego, tylko wchodziłeś, podawałeś imię, nazwisko, jakiś tam numer i on ci czytał. I ja tam siadam... przed nim i on się mnie pyta: imię, nazwisko. Mówię: Piotr. Numer ten, ten, ten. Z czego wyniki? Mówię: ze wszystkiego. Jak z czego? Z tego, co zdą- Jak się rozdar wtedy! Mówię: o ty cymbale! Pamiętam, że ponieważ nie byłem już jego uczniem, wtedy miałem dyplom tej szkoły, to mu kilka brzydkich słów powiedziałem. Czego się pan drzesz na mnie? Co to jest? Nie jesteśmy w lesie, jesteśmy poważnymi ludźmi. Może się pan wydzierać na pierwszoklasistów, może się pana będą bali. Zrobił wielkie oczy, ale zamknął gębę. Ale była jeszcze gorsza historia i muszę wam ją opowiedzieć. To jest historia traumatyczna. Nie dotyczyła mnie, ale dotyczyła mojego dobrego kolegi, o którym już dzisiaj wspominałem. Zdawaliśmy maturę chyba z historii na sali gimnastycznej. I jak to na maturze, musisz wejść o odpowiednim czasie. Nie możesz wyjść i matura się zaczyna. Chyba o 9.00 się zaczynała. I koniec. Pilnują cię i nie ma, że boli. Chyba że masz pozwolenie od lekarza, żeby wyjść do kibelka, to okej. I my sobie już siedzimy. Rozlosowaliśmy miejsca. Tak żeśmy trafili, że wszyscy moi koledzy na tej sali gimnastycznej, a była malutka, siedzieli obok siebie i ja też. Nie pamiętam, gdzie siedział Marcin, gdzie siedział Wojtek. Natomiast siedzimy, czekamy na otwieranie tych arkuszy, które były w celofanie. I siedzimy, siedzimy i nagle nas coś zaleciało. Nieładnie coś pachnie. Rozglądamy się. Dziwny zapach, taki nieludzki można powiedzieć. Coś złego się wydarzyło. Rozglądamy się. Wszyscy żyją, nikt nie leży, nikt nie wybiega, pogotowie nie przyjeżdża, a ten zapach się intensyfikuje. To jest bardzo brzydki zapach. W pewnym momencie patrzę na nogę mojego kolegi, który miał akurat założoną nogę na nogę, a on na podeszwie buta ma potężną, psią kupę, ale to taką wielką i taką obrzydliwą, że mówię: o ja pierniczę. I teraz będziemy musieli półtorej godziny z tym siedzieć, bo przecież go nie wypuszczą. Sytuacja była podbramkowa wtedy już. Inni ludzie też zaczęli czuć, co się tam dzieje. Sala gimnastyczna była mała. I powiem wam tak, zgłosiliśmy to, że Wojtek wszedł w psią kupę. Wyobraźcie sobie, że mu pozwolili iść te buty zmienić. Nie wiem, czy on je potem wyrzucił, czy co. To było makabryczne. Ludzie się go pytali: Wojtek, gdzieś ty łaził? Wejść w takie coś to jest w ogóle sztuka. A jeszcze przed maturą. Do dzisiaj mam ten widok przed sobą, drodzy państwo. Tak to było, ale może właśnie dzięki temu Wojtek miał takie szczęście. Bo jest taki przesąd, że jak się wdepnie, to się poszczęści. Zdał.
[02:05:11] - Panowie, ja muszę powiedzieć, że kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów, to znowu ty mówiłeś, Piotrze, o czasie. Czas mojej matury w moich czasach, że tak sobie zapętlę to wszystko, to matura pisemna trwała około pięciu godzin. Zaczynało się o 8.00. To były jednak czasy takie bardziej seriozne. Nie o 9.00, o 8.00. Czyli licząc pięć godzin, o 13.00 się kończyło. Ale ja byłem w wieczorówce. Wieczorówka miała siedzibę w bardzo renomowanym bydgoskim liceum, a więc najpierw musiały się skończyć lekcje w tymże liceum. Dopiero później mogła się odbyć matura dla tych wieczorkowców czy wieczórkowiczów, czy jak tam nas nazywano. Zatem matura zaczynała się o godzinie 15.00. A styczeń to, wiecie państwo, zmrok zapada dosyć szybko, więc bardzo szybko za oknami auli zrobiło się ciemno, nawet bardzo ciemno. I tak siedzieliśmy, siedzieliśmy. Nikt chyba ani matury pisemnej z polskiego, ani matury matematycznej nie dotrwał do końca. Chyba ostatnie osoby wychodziły o godzinie 19.00. To à propos czasów. Jeśli chodzi o ściąganie, to nie, też nie ściągałem. Ja miałem, zdaje się, gdzieś tam w garniturowej wewnętrznej kieszeni jakieś ściągi ze wzorami, ale to były trochę takie ściągi przygotowane, jak to Artur mówił. Ja je przygotowałem, w związku z tym te wzory miałem gdzieś w głowie i nie potrzebowałem do tego sięgać. Na polskim to już w ogóle ściąg nie potrzebowałem, zresztą to byłaby abstrakcja. Trzeba by gdzieś książkę sobie zaszyć w tymże garniturze, a na części pisemnej to już ściągi nie miały żadnego sensu, więc nie ściągałem. Natomiast jeśli chodzi o przygody, to ja zawsze muszę mieć przygody idiotyczne, bo pamiętam, to był egzamin ustny z języka rosyjskiego. Przychodzę na ten egzamin i mój kolega tak na mnie patrzy. Pamiętam, miałem błękitną koszulę pod garniturem. Krzyk mody, w każdym razie w tamtym czasie. I ten kolega tak na mnie patrzy i mówi: ty, dlaczego sobie nie wyprałeś koszuli? Mówię: a co się stało? A, bo widać tam przy kołnierzyku masz takie coś ciemniejsze. I tu poczucie winy. Bo ja rzeczywiście nie wyprałem tej koszuli, tego kołnierzyka nie wyszczotkowałem, nie zrobiłem tego, co należy. I moim głównym zajęciem oraz przejęciem w czasie oczekiwania na wezwanie do tej klasy, gdzie odbywała się matura ustna z rosyjskiego, było to, jakżeż ja podle i paskudnie wyglądam w tejNieco zbrudzonej koszuli. Błękitnej, ale zbrudzonej. W związku z tym jakżeż ja mogę porządnie maturę zdać? Szaleństwo. Ja wtedy byłem w okresie szaleńczym kompletnie. W końcu poprosiłem kolegę, który miał nienaganną koszulę, żeby mi tę koszulę pożyczył. Kolega był, jakby to powiedzieć państwu, znacznie wyższy ode mnie jakieś 30 centymetrów. W związku z tym koszula też była jakby nie do końca dopasowana. Ale poszliśmy, jak to się wtedy mówiło, do kibla i tam się przebraliśmy. Zamieniliśmy koszulami. Ja nie wiem, jakby to dzisiaj zostało skomentowane, jakby ktoś na przykład na tę scenę wszedł, kiedy się tymi koszulami zamienialiśmy. Nawet nie chcę o tym myśleć, ale poszedłem już w tej pięknej koszuli mojego kolegi. I wiecie państwo, psychika bardzo często robi za wszystko. Od razu się umówmy, ja później zrobiłem inspekcję, ona wcale nie była aż taka brudna. Miała rzeczywiście jedno takie, powiedzmy, krewne miejsce, ale poza tym ta koszula nie była jakaś uwalana i paskudna. Ale sam fakt, że kolega mi powiedział, że ona jest jakaś taka nieświeża. Ja nie wiem, czy bym zdał tę maturę. Przesadzam oczywiście, ale nie wiem, czy zdałbym tę maturę z rosyjskiego, bo cały czas miałbym w głowie, że jestem paskudnie ubrany i w związku z tym, jakżeż ja mogę przystępować do egzaminu? A kiedy ubrałem koszulę kolegi, luzik, wszedłem na ten egzamin, zadziwiłem komisję. Przesadzam oczywiście, ale po prostu poradziłem sobie z tym egzaminem z rosyjskiego całkiem dobrze. W dodatku w pewnym momencie wciągnąłem komisję egzaminacyjną właśnie w dyskusję o tym, jak to ja czytam te książki science fiction po rosyjsku. Zacząłem im, niestety po rosyjsku, opowiadać co poniektóre treści. Komisja się zachwyciła. No i wyszedłem z egzaminu całkiem zadowolony. Ale powtarzam, ja nie wiem, jak by ten egzamin przebiegł, kiedy ja bym tej koszuli nie zamienił. Więc to, co siedzi w naszej głowie, to naprawdę są rzeczy przedziwne. To tak à propos przygód w czasie matury. Panowie, czy któryś z was chce coś jeszcze o swojej maturze albo o maturze w ogóle dopowiedzieć? Arturze?
[02:10:59] - No ja nic. Już dziękuję.
[02:11:00] - Piotrze?
[02:11:02] - Może by się coś znalazło, ale to może na kolejny odcinek, bo wiadomo, za rok znów matura.
[02:11:09] - Znów matura. Znów matura. Dokładnie. A zatem pięknie wam dziękuję. Dziękuję, Arturze.
[02:11:16] - Dzięki ogromne.
[02:11:18] - Dziękuję Piotrze.
[02:11:19] - Dzięki, dzięki i apel oczywiście do naszych słuchaczy. Piszcie o waszych przygodach maturalnych.
[02:11:26] - Cóż, proszę państwa, niniejszym odcinek maturalny Sentymentalnika uważam za zakończony. Myślę, że można nam wystawić przynajmniej czwórkową ocenę. Do usłyszenia. No i na koniec, jak zawsze, odrobinka literatury. Dwa opowiadania. Pierwsze czytane przez autora, konkretnie przez Tomasza Fąsa, nosi tytuł „Cyberjockey i płascy ziemianie”. Natomiast drugie czytane przez Marka Senka i Veliosa napisał Wojciech Terlecki. Tytuł tego opowiadania „Boiler room”. Zapraszam.
[02:12:16] - Tomasz Fąs „Cyberjockey i płascy ziemianie” czyta autor. „A jednak się kręci” — zawołałem radośnie, sprawdzając stan techniczny starej turbiny parowej. Od rana zmagałem się z wyjątkowo nieprzyjemnym przeziębieniem, jednak minął już ostateczny, przewidziany przez ustawodawcę termin zmiany systemu zasilania awaryjnego. Stare ogniwa fotowoltaiczne musiałem wyłączyć i zutylizować, a bez jakiegoś zamiennika nie mógłbym odpocząć spokojnie. Po nasilonych ostatnio manifestacjach przeciw globalnemu ochłodzeniu panele słoneczne zostały całkowicie zakazane. Nie pamiętam oficjalnego powodu. Chyba miało to związek z odbieraniem Ziemi Słońca, które powinno ją ogrzać. Tak naprawdę wszyscy rozsądni ludzie wiedzieli, że chodzi o podniesienie cen węgla. Prawdopodobnie któraś z megakorporacji ma go za dużo na składzie. Nikt tego jednak oficjalnie nie przyznał. W każdym razie piece potrójnego spalania znów okazały się być bardziej eko. Przy turbinie coś było nie tak z regulatorem prędkości obrotowej. Już miałem zabrać się za sprawdzanie, które urządzenia domowe mogą być wrażliwe na zmienną częstotliwość napięcia, kiedy przyszło kolejne zlecenie, tym razem od dwuwymiarowców. Wydmuchując nos i ubierając cieplejszy sweter, usiadłem, żeby odczytać wiadomość. Świadczenie usług cybernetycznych dla osób podważających większość prawd naukowych od początku wydawało mi się absurdalne. Chciałem się położyć i wygrzać, a nie jechać do kolejnej roboty. Z drugiej strony ich pieniądze były tak samo dobre jak każde, a moja odmowa mogłaby się skończyć pozwem o dyskryminację mniejszości światopoglądowej. Takie sprawy sąd traktował poważnie. Po drodze wstąpiłem jeszcze na badanie w automacie medycznym. Dowiedziałem się tylko tego, co od rana było już jasne. Acute nasopharyngitis.Przeziębienie. Choroba tyleż łagodna i powszechna, co nadal niemożliwa do szybkiego wyleczenia. Na ekranie pojawiła się trójwymiarowa wizualizacja rinowirusa, jeszcze pogłębiając moją frustrację. Stojąc z zatkanym nosem nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ów bezczelny zarazek śmieje się prosto w twarz mi i całej współczesnej nauce. Podróż do, trudno inaczej nazwać to miejsce, osady dwuwymiarowców za pomocą automatycznej taksówki podmiejskiej trwała dobre 20 minut. Żadne inne połączenia tam nie docierały. Poszłoby pewnie sprawniej, gdyby od początku powiadomili mnie, o co właściwie chodzi, ale zdecydowanie odmawiali podania jakichkolwiek szczegółów przez komunikator. Jeżeli się dogadamy, to zapewne będę musiał tu przyjechać jeszcze kilka razy. Oby się opłaciło. Na osadę składało się kilkanaście rozległych parterowych baraków. Musiały to być domy samorozstawiające się. Nie sądzę, aby ktoś dał im pozwolenie na kopanie fundamentów w tak odludnym miejscu. Między domami co jakiś czas dało się zauważyć osoby w charakterystycznych koszulkach „Fuck the Newton”, wersja z jabłkiem rozpryśniętym na twarzy lub „Berg the liar” z wykrzywioną podobizną Berkeleya. Kilka osób w pobliżu leżało płasko na ziemi. Zdaje się, że to ich sposób na doświadczanie rzeczywistości czy coś takiego. Dwuwymiarowcy wierzą, a właściwie są przekonani, że cała rzeczywistość rozgrywa się wyłącznie na płaszczyźnie, gdzieś przy powierzchni ziemi zapewne. Wszystko, co powyżej i poniżej uważają za twory wirtualne, konstruowane oczywiście na naszą szkodę. Przez kogo i po co, to nie wiem, ale ma to chyba związek z często ostatnio wspominaną kosmiczną rasą ludzi kaczek. Jej znakomitymi przedstawicielami są Isaac Newton, twórca popularnej, bardzo uproszczonej teorii grawitacji. Oczywiście absurdalnej, jeżeli trzeciego wymiaru nie ma. Berkeley, którego uznali za wynalazcę świata wirtualnego i jeszcze paru mniej znanych myślicieli. Filozofowie dobrze się nadają do takich teorii. Są ogólnie całkiem rozpoznawalni. Może nie do końca, ale przynajmniej da się ich łatwo wyszukać w sieci, a przy tym mało kto wie, na czym dokładnie ich osiągnięcia polegają i z notatek bibliograficznych też trudno to jednoznacznie wywnioskować. Naprzeciw mnie wyszedł uśmiechnięty brodacz w garniturze. „Witam, cieszę się, że pan przyszedł, panie...”. „CyberJockey będzie całkiem w porządku” — wycedziłem przez zatkany nos. Gospodarz obruszył się nieco na mój brak zaufania, ale przyjął to do wiadomości. Wyciągnąwszy dłoń odparł: „A ja jestem po prostu Wolter”. „Panie Wolter, przepraszam, mam katar” — odparłem, nie podając dłoni. „Nie chciałbym tu kogoś zarazić. Jak mniemam, przebywają tu osoby sceptyczne wobec leków i szczepień”. „A panu wiara w tę całą medycynę pomogła?” — zaśmiał się, poklepując mnie po ramieniu. „Pan poczeka, zawołam szamankę”. Zaczynałem naprawdę się wkurzać. Nie dość, że trzeba do nich jechać na jakieś zadupie, to jeszcze zamierzają mnie wciągać w swoje absurdalne rytuały. „Czy to naprawdę konieczne?” — zapytałem błagalnym tonem. „Spokojnie, to tylko chwila”. Mój rozmówca pozostawał w niezmiernie radosnym nastroju. „Proszę to potraktować jako rodzaj nowego doświadczenia. Przy pańskiej pracy trzeba chyba mieć otwarty umysł, nieprawdaż?”. „No trudno, niech już będzie” — zgodziłem się zrezygnowany. „A czyj to pomnik tam stoi?”. „Ten? Edwina Abbotta oczywiście”. Dyskretnie próbowałem wyszukać w zegarku informację, kim był do cholery ten Abbott, kiedy przyszła szamanka. Spodziewałem się raczej jakiejś wiedźmy z ropuchą na głowie, a ujrzałem młodą, zgrabną i ładnie ubraną dziewczynę, trochę w stylu Eco. Naturalne, przewiewne tkaniny, naszyjnik z ziół i takie tam. Pokręciła dymiącą miotełką z trawy, pomamrotała coś pod nosem, pomachała dookoła rękami, a na koniec puściła do mnie oko i poszła. Miałem duży problem, żeby nie zacząć się śmiać, ale nie chciałem urazić klientów. Wciąż jeszcze miałem nadzieję, że zaraz przejdziemy do zlecenia. Niestety, następnym punktem programu był wykład przewidziany na dwie do trzech godzin. Gospodarz z uśmiechem, ale stanowczo zbywał moje sugestie, żebyśmy może przeszli do rzeczy. Sprawa była jasna. Podporządkuję się albo nici z roboty. Nawet się nie dowiem, o co chodziło, dopóki nie uznają, że jestem gotów. Pewnie bym machnął na to wszystko ręką i wrócił do domu, ale może z racji dodatkowego osłabienia chorobą stałem się jakoś bardziej ugodowy. Poza tym w sali wykładowej było ciepło, a nawet serwowali darmową kawę. Podstarzały, łysiejący już mówca właśnie poprawiał mikrofon. Wykład był idealnie o niczym, nawet nie o jakiejś jednej spójnej rzeczywistości alternatywnej, ale o wielu różnych, których nijak pogodzić by się ze sobą nie dało. Przez pierwsze 10 minut cała rzeczywistość mieściła się na płaszczyźnie, a trzeci wymiar był jedynie iluzją utworzoną w ramach spisku. Kolejny kwadrans dotyczył złowrogich kaczek z kosmosu władających czasoprzestrzenią. Już byłem gotów zapytać, z jakiego do cholery kosmosu, skoro żyjemy na płaszczyźnie, ale po prawdzie trochę się nawet bałem.Gdybym niechcący sprowadził na siebie wściekłość zebranego tłumu, to zanim jakakolwiek służba by tu dotarła, zdążyliby mnie zatłuc, pochować i usunąć dowody. Zresztą nawet wizja bycia pożartym żywcem wydawała się atrakcyjniejsza niż potworek myślowy, jakiego musiałby stworzyć wykładowca, gdyby choć próbował odpowiedzieć na moją wątpliwość. Słuchałem zatem w milczeniu. Zaczynałem już powoli zasypiać. Nie wiem, czy bardziej pod wpływem wykładu, czy odczuwalnych oznak gorączki, kiedy doznałem swego rodzaju olśnienia. Wszystko, co słyszałem na wykładzie i wcześniej, wszystkie te ich poglądy, koncepcje i stwierdzenia były jednak ze sobą spójne. Oczywiście nie na płaszczyźnie logicznej. Tu każde zdanie stanowiło osobną i fundamentalną bzdurę. Jednak wspólny mianownik wciąż istniał. Był nim absolutny, niczym nieskrępowany sprzeciw. Antywiedza, antywiara, antywszechświat i antymateria. Tysiąckrotnie pomnożony opór niemowlaka, który odmawia posiłku i żadnymi siłami na świecie nie da się go przekonać do konsumpcji. Po prostu byli na „nie”. Jest to odruch co najmniej tak stary jak kultura. Kiedy już wojenne i polityczne metody budowania nowego ładu spowszedniały, schizmy, reformacje czy apostazje stały się zwyczajnie niemodne, zaś wszelkie postulaty mniejszości seksualnych zostały ukoronowane nieskrępowaną wolnością jednostki, cóż więcej zostało? Jedynie kwestionowanie podstawowej wiedzy o naturze świata. Nie dlatego, że faktycznie da się znaleźć w niej luki, lecz dlatego tylko, że istnieje. Wykładowca przerwał. Spojrzał przez chwilę w moim kierunku, jakby mnie sondował. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. To było stresujące. Wreszcie po dłuższej chwili przemówił: „Proszę bardzo. Nie cały świat naukowy jest tak durny i zakłamany, jak mówiłem. Jest z nami pan Cyberjockey, inżynier, ale człowiek o otwartym umyśle, który nie bał się przyjść tutaj i dowiedzieć czegoś nowego. Zapraszamy Cyberjockeya na scenę. Prosimy o krótki komentarz”. Zupełnie wryło mnie w fotel. Co ja im miałem powiedzieć? Że wszystko to są bzdury? W najlepszym razie by mnie stamtąd wyrzucili. Opcje gorsze już odważałem. Niepewnym krokiem podszedłem w stronę mikrofonu. „Cóż...”, zacząłem, niemal się jąkając. „Nie spodziewałem się. Państwo wybaczą, ale w sumie trochę jestem przeziębiony i...”. Patrzyli na mnie z uwagą. Czułem, że już się nie wykręcę. Musiałem im coś powiedzieć. „Tak naprawdę to żadne z praw Newtona nigdy nie zostało ponad wszelką wątpliwość udowodnione”, wypaliłem. „One bazują na konstrukcjach teoretycznych. Siła, praca, energia. Tego nikt nigdy nie widział. Nie ma i nigdy nie będzie takiej sytuacji, żeby na ciało nie działała żadna siła. Czyli od samego początku było jasne, że dynamiki udowodnić się nie da. To jest takie uproszczenie, które stworzono w tamtym czasie do ściśle określonych celów”. Dostałem oklaski na stojąco. W zasadzie w ściśle akademickim sensie powiedziałem wyłącznie prawdę. Zlepek oczywistości i ciekawostek, które każdy zrozumiał po swojemu. W ich oczach przyznałem im rację. W swoich zręcznie się wybroniłem. Z drugiej jednak strony, wracając na swoje miejsce, zastanawiałem się mimowolnie, które uprawnienia mogą mi zabrać, jeżeli sprawa wypłynie i ile mnie to będzie kosztować. Nie licząc oczywiście kompromitacji wizerunkowej. Kiedy tak sobie siedziałem i myślałem, na scenę wszedł Walter. Uśmiechnięty brodacz, który przywitał mnie na samym początku. „Moi drodzy, chciałem wam tylko powiedzieć, że pan Cyberjockey zajmie się obsługą techniczną naszego międzysektorowego zlotu za miesiąc. Będzie z tym trochę roboty, ale sądzę, że przy tak otwartym umyśle jakoś da pan sobie radę”. Wracając do domu nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Jak podliczyłem wszystkie zlecenia związane z tym całym zlotem, no to robiła się całkiem niezła sumka. Z drugiej strony ciążyło mi poczucie, że się sprzedałem, że dla doraźnej korzyści zaprzeczyłem podstawowym prawom fizyki. Niby nic tam nie powiedziałem, ale jednak kontekst był oczywisty, a pewnie jeszcze nie raz będą mnie prosić o podobną wypowiedź. I co wtedy? Czy dalej uda mi się zręcznie wymigiwać? A może po kilku takich spotkaniach sam zacznę podejrzewać, że coś z tą rzeczywistością jest nie tak? Wszak od biedy zawsze coś się znajdzie. Była jednak rzecz, która niepokoiła mnie najbardziej ze wszystkich. Jeszcze tego samego dnia moje przeziębienie zniknęło. Szamanka? „Nie, raczej placebo”, uznałem leżąc już w łóżku. „Nie, placebo”, poprawiłem się, aby nie drażnić Wiktora.
[02:26:22] - Wojciech Terlecki, „Boiler room”. Stary mężczyzna przyglądał się świeżo wypastowanej podłodze. Nie był zadowolony z efektu. Ewidentnie powierzchni przydałoby się cyklinowanie, a w kilku miejscach wymiana klepki.Człowiek pokręcił głową ze smutkiem. Sam tego nie zrobi, a ze skromnej nauczycielskiej emerytury nie stać go na sfinansowanie remontu. Jeszcze raz zlustrował swoje 50-metrowe mieszkanie na warszawskiej Ochocie. Było czysto. Mógł spokojnie oczekiwać na wizytę syna Adama z wnukiem. Kilka godzin później rozległ się dzwonek do drzwi. Stary mężczyzna z uśmiechem wpuścił gości do środka. Odkąd ostatnio widzieliśmy się, Tomaszu, bardzo urosłeś – zwrócił się do wnuka. Tak, chłopak wchodzi w okres szybkiego wzrostu – przyznał szpakowaty mężczyzna. Zrobiłem nową, przepyszną nalewkę – zaproponował stary człowiek. Dzięki tato, ale przyjechałem samochodem. Na Starą Ochotę samochodem? Już rozumiem, dlaczego tak długo was nie było. Tato, matka Tomka ograniczyłaby mi kontakty z synem, gdyby dowiedziała się, że wożę się komunikacją publiczną. Mężczyzna ze smutkiem pokiwał głową. Miał wrażenie, że w dzisiejszych czasach wszystkie związki kończą się spektakularnymi porażkami. Zresztą jakby się nie układało, i tak jeden z partnerów zostanie sam. Wiedział to z doświadczenia. Przygotowałem spaghetti. Nie takie ze słoika, ale według klasycznego przepisu. Oczywiście, chętnie zjemy. Ale pojedziemy potem do Maka? – zaniepokoił się chłopak. Tak, oczywiście – uśmiechnął się ojciec. W trakcie posiłku, który nie wzbudził entuzjazmu miłośnika fast foodów, porozmawiali na temat zdrowia, ocen chłopaka i rutyny pracy urzędnika administracji usług komunalnych. Tematy szybko się skończyły. Młody człowiek zwiedzał mieszkanie. Zauważył, że komputer dziadka jest tak stary jak jego właściciel i nie pociągnie żadnych gier. Poczuł się cyfrowo wykluczony. Wcześniej musiał przyrzec, że te kilka godzin wytrzyma bez smartfonu. Nie mając żadnej alternatywy, zainteresował się pokaźną biblioteką. Mogę? – zapytał w końcu, sięgając po najbliższy tom. Wszystkie książki były stare i nieciekawie pachniały. Chłopak oglądał ilustracje przedstawiające dziwne istoty i niewyraźne zdjęcia przedstawiające… właściwie to nie wiadomo co. Co to? Dziadek uśmiechnął się, wyraźnie ucieszony pytaniem wnuka. Wiesz, co to jest UFO? Pewnie, dziadku. Oglądałem Star Warsy. To niezupełnie to samo. Chodzi o prawdziwych przybyszów z kosmosu. Prawdziwych – parsknął Adam. Tak prawdziwych. Istoty, które nas odwiedzają od setek tysięcy lat, a szczególnie często pojawiają się w okolicach zamieszkałych przez Anglosasów, najchętniej w pobliżu baz wojskowych. Nieprawda. Dziadek uśmiechnął się triumfalnie. Pierwszą fotografię niezidentyfikowanego obiektu latającego zrobiono w Polsce. Mężczyzna wyjął jedną z książek i sprawnie odnalazł zdjęcie, które zaprezentował chłopcu. To zdjęcie wykonane w 1947 roku w Czaplinie na Pojezierzu Drawskim. Młodzieniec długo wpatrywał się w stronę książki, chcąc zrozumieć, co mu dziadek pokazuje. W końcu zorientował się, że te czarno-białe plamy na pożółkłym papierze mogą coś przedstawiać. Gdzie to UFO? – zapytał nieśmiało. Tutaj – stwierdził starzec, wskazując chudym palcem szary obwarzanek umiejscowiony nad czymś, co zapewne przedstawiało drzewo. Chłopiec spojrzał z niepokojem na ojca. Nie wiedział, czy dziadek Staszek z niego żartuje, czy rzeczywiście uważa, że to coś przedstawia latający pojazd. Tato, proszę, nie zaczynaj. Wystarczy, że ja miałem zryte dzieciństwo. Są liczne dowody. Nie ma żadnych dowodów! – mężczyzna uniósł głos. Wstał i równie sprawnie co jego ojciec wybrał książkę. Na jej okładce znajdował się najbardziej powszechny wizerunek obcego. Istota z dużą głową o wielkich czarnych oczach i długich, chudych kończynach. Przyznasz tato, że tak wyglądają kosmici. Znakomicie! Zatem skorzystamy z naszego spotkania i nasz mały Tomek odbierze lekcję dedukcji i racjonalizmu. Dziadek Stanisław uniósł zaciekawiony gęste brwi i skinął głową. Synku, wiesz kto to Watson? Chłopiec zrobił obrażoną minę. Oczywiście! Kolega Sherlocka Holmesa. Widziałem w serialu. Zatem synu, będę do ciebie się zwracał Watsonie. Dobrze, Sherlocku. Spójrz zatem na ten obrazek. Czy możemy coś powiedzieć o tej istocie? Chłopiec zrobił niepewną minę. No, że dziwnie wygląda i to pewnie ktoś przebrany. Zakładamy, że świadek go widział. Pochodzi z innej planety. Czy możemy coś powiedzieć o miejscu, gdzie żyje? Chłopiec myślał. W końcu stwierdził: Ma duże oczy. Musi tam być ciemno. Zgadza się, Watsonie. A skoro jest ciemno, to zapewne jest i… Zimno – dokończył chłopiec. Tak, Watsonie, tak należałoby sądzić. Ale czy ta istota wygląda na taką, która żyje w zimnie? Nie wiem, tato. Znasz jakieś stworzenia, które żyją w zimnym klimacie? Tak, tato. I jak wyglądają? Mają grube futra. Zgadza się. I są tłuste jak foki. A czy nasz podejrzany jest tłusty? Nie. Chudy jest. To znaczy?To znaczy, że żyje w ciemnym świecie i ciepłym klimacie. W takich warunkach wyewoluował — wtrącił dziadek i uśmiechnął się triumfująco. Adam uśmiechnął się. Widzę, tato, że zaczynasz podchodzić analitycznie do swoich przekonań. Zatem, drogi Watsonie seniorze, na jego planecie jest ciemno i gorąco, tak jak sugeruje to budowa jego ciała. Niestety coś nam się nie zgadza. Istota ta mogłaby mieć duże problemy z przegrzaniem. Ma małe nozdrza i szalenie małe uszy. Istoty żyjące w gorącym klimacie albo chłodzą się uszami, albo tak jak nasi czarni bracia, mają duże i szerokie nozdrza. Nie wiedziałem, że mam tak błyskotliwego syna — uśmiechnął się krzywo dziadek. Może jednak napijesz się mojej nalewki i trochę wyluzujesz. O nie, dosyć się wycierpiałem przez twoje obsesje. Tata nauczyciel historii, pośmiewisko kolegów. Dokończmy to zatem tu i teraz. Jaka grawitacja panuje na planecie tych istot? Podobna do naszej. Od tej chwili gra toczyła się pomiędzy dorosłymi. Głowa jest za duża. W takim razie albo to przekłamanie w relacji świadków, albo grawitacja jest mniejsza, zatem fale dźwiękowe słabiej rozchodziłyby się przy rozrzedzonym powietrzu. I tu pojawia się problem bardzo małych uszu. I wracamy do szparkowatych nozdrzy i wąskiej klatki piersiowej. Może potrzebują mniej powietrza. Takie wielkie mózgi? Tato! — wtrącił junior. Tak. Chcesz coś dodać? Muszę do toalety. Chłopiec opuścił pokój, a mężczyźni zamilkli. Sam widzisz, że te istoty są pełne sprzeczności. Są źle wymyślone. Albo za mało wiemy o świecie. Mam pewne nowe informacje i to wszystko zmieni. Mężczyzna pokiwał z rezygnacją głową. Uprzytomnił sobie, że wiele razy odbywali podobne rozmowy i nigdy nie wygrał z uporem ojca. No to sobie pogadaliśmy, ale teraz muszę odstawić Tomka. A, i musimy jeszcze podjechać do Maca. Syn i ojciec szli ulicami Starej Ochoty. Zima ustępowała i siąpił zimny deszcz, a oni mieli przed sobą jeszcze kilka przecznic, by schronić się w samochodzie. Tato, następnym razem też pójdziemy do dziadka? — zapytał chłopiec, gdy automat zapiął mu pas. Tak, teraz, kiedy wróciliście z matką z Brukseli, chciałbym, żeby cię poznał. Po co? Przecież on zaraz umrze. Mężczyzna przełknął ślinę. Nie wiedział, co powiedzieć. Chciałbym, żeby zostawił ci mieszkanie. Nie chcę. Tam śmierdzi. Stary człowiek włączył laptopa, wszedł do sieci i połączył się z serwerem, na którym mógł spotkać kolegów. Zalogował się na zakodowany kanał. „Mamy informacje przechwycone przez Chińczyków” — głosił wpis jednego ze znajomych. Obcy pojawią się na pustyni w Argentynie. „To pewne?” — zapytał ktoś. Chinole przechwyciły ich sygnały i rozszyfrowali. Stanisław śledził postępy chińskiego programu kosmicznego. Trochę im nawet kibicował. Amerykanie szykowali się do budowy baz na Marsie, a Azjaci instalowali infrastrukturę na Księżycu. Taki nowy wyścig kosmiczny był korzystny dla rozwoju ludzkości. Skąd wiemy, że to nie lipa? — wystukał Stanisław na klawiaturze. To informacja od naszego zaufanego współpracownika. Ktoś od nas powinien tam się pojawić, by to udokumentować, nie dać się uciszyć i ostatecznie przekonać mugoli. Stanisław westchnął. Tak bardzo pragnął, by jego syn przekonał się, że stary ojciec nie jest wariatem, że jego pasja ma sens i zanim skończy swoje życie, przedstawi mu dowody istnienia cywilizacji pozaziemskich. Wiedział przecież tak wiele i tak mało. Kiedy to będzie? — zapytał. Nie ma pewnych informacji, chociaż pewnie niedługo. W tej chwili pojawił się komunikat przeznaczony tylko dla Staszka. Z tego, co pamiętam, jesteś historykiem? — zapytał Omen, jeden z administratorów. Tak, byłym nauczycielem. Nasz informator sugeruje, że będzie to w okrągłą rocznicę pierwszego udokumentowanego kontaktu. Pomyśl o tym. Rozmowa na kanale ogólnym nie kleiła się i wkrótce wszyscy wrócili do swoich spraw. Stary człowiek szykował się do snu. Nie musiał się nigdzie spieszyć. Jutro też będzie dzień. Nie dospał jednak w spokoju do rana. W głębi umysłu objawiła mu się wizja ognistych rydwanów i przerażonego, skromnie ubranego starego człowieka z długą brodą. Księga Ezechiela — wyszeptał i otworzył oczy. Gdyby był młody, to zapewne zerwałby się z łóżka, ale teraz musiał ostrożnie wstać, a i tak każdy ruch sprawiał mu ból. Zapalił światło, podszedł do swojej biblioteki i wybrał oprawioną w czarną skórę książkę. Znalazł odpowiedni fragment. Trzydziestego roku, czwartego miesiąca, piątego dnia tego miesiąca, gdy znajdowałem się pośród wygnańców nad rzeką Kebar, stało się, że otworzyły się niebiosa i ujrzałem Bożą wizję. To musiało być to.Każdy wiedział, że to najdokładniej opisany i najstarszy przypadek bliskich spotkań trzeciego stopnia. Co więcej, inżynier Joseph F. Blumrich z NASA wykonał projekt opisanego przez proroka statku kosmicznego z uwzględnieniem pomysłu na amortyzatory teleskopowe. Stanisław obliczył, kiedy mogła powstać ta relacja. Wyszło, że w tym roku może minąć 2500 lat od tamtych wydarzeń. Ćwierć tysiąca lat. Ziemskich lat. To może mieć znaczenie. To znaczyłoby, że kosmici mogą przybyć na Ziemię już za niecałe trzy tygodnie. Podszedł do komputera i wysłał wiadomość do znajomego. „5 kwietnia tego roku.” „Gdzie?” „Pustynia Atakama, Chile” nadeszła odpowiedź. Nazajutrz lista dyskusyjna huczała. Okazało się, że wszyscy będą trzymać kciuki za kogoś, kto zdecyduje się na wyprawę do Ameryki Południowej. Jednak ochotników nie było. Nikt nie stwierdził tego wprost, ale czuć było sceptycyzm wobec wyliczeń Stanisława. On też był sceptyczny, ale wiedział, że szansa, chociaż mała, może minąć bezpowrotnie. Długo starał się namówić kogoś do tej wyprawy. W końcu zdecydowano, że w przyszłym roku społeczność kogoś tam wyśle. Zorganizuje się zbiórki, weźmie urlopy, a może uda się pojechać większą grupą. Wspólna wyprawa to był znakomity pomysł. Trzeba to będzie przegadać. Staszek zamknął klapę komputera i sięgnął po butelkę nalewki. Oszacował koszt wyprawy. Nawet gdyby udało się zorganizować wszystko po najniższych kosztach, to i tak była to znaczna suma. Zresztą ze swoim zdrowiem umarłby po drodze. Ta wizja go rozbawiła. Wyobraził sobie młodą stewardesę, która zastanawia się, co zrobić ze staruszkiem, który nie daje oznak życia. „No i sprawa się rypła” poskarżył się Staszek administratorowi Omenowi. „Niekoniecznie” przyszła odpowiedź. Jeden z naszych młodych przyjaciół dokładnie zaplanował wyprawę do Chile. Pracuje w banku, więc znalazł pomysł na finansowanie. On sam nie może pojechać. Praca, hipoteka, małe dziecko. Zaproponował to mi. Staszek patrzył, jak kursor miga, świadcząc o tym, że kolega z sieci coś pisze, a potem kasuje. W końcu pojawiła się wiadomość. On nie wie, że od 12 lat nie ruszam się z łóżka. Sclerosis multiplex. Bardzo mi przykro. Staszku, może zatem ty. Jesteś chyba najbardziej zaangażowany w sprawę. Mam 78 lat. To żaden powód. Chętnie wziąłbym twoje lata za możliwość poruszania się. Skromna emerytura, która nie starcza na życie. Jeżeli jesteś zdecydowany, to przyjdzie do ciebie ten młody kolega i porozmawiacie. Stanisław długo nie odpisywał. W końcu napisał: dobrze, niech przyjdzie. Następnego dnia w drzwiach stanął Jakub, młody, elegancko ubrany, krępawy blondyn. Od razu dostrzegł bibliotekę. Stanisław z uśmiechem patrzył, jak chłopak ze znawstwem przegląda książki. Pierwszy polski Daniken! Zachwycił się trzymanym tomem. Niestety nie mamy dużo czasu. Mam nadzieję, że po pana powrocie będę mógł pogrzebać w tym skarbcu. O ile się wybiorę. A to niepostanowione? Zdziwił się chłopak. Zarezerwowałem lot. Kolega obiecał pomoc załatwić sprawy wizowe. Czeka tylko na dane. Stanisław zaniemówił. A co z pieniędzmi? To żaden problem. Hipoteka tego mieszkania jest czysta i dostępna. Zrobimy odwrotny kredyt z bardzo dużą wypłatą początkową. To załatwi sprawę. Otworzył teczkę i wyciągnął dokumenty. Mężczyźni długo siedzieli nad papierami. Jakub wszystko tłumaczył. Stanisław martwił się sprawami spadkowymi. Chciał zadzwonić do syna. Świetnie. Rozumiem, że syn jest wtajemniczony w sprawę. Po przejęciu spadku będzie musiał przez jakiś czas spłacać ten kredyt. Będzie musiał. Jakub spojrzał na starego człowieka zaniepokojonym wzrokiem. No oczywiście, że nie będzie musiał. Będzie mógł pozostawić nieruchomość bankowi i odebrać niewykorzystane środki z hipoteki. To chyba uczciwe. Stanisław uspokojony skinął głową i podpisał papiery. Dzięki. Będziemy w kontakcie. Na miejscu czekać będzie przewodnik, zapewniona opieka medyczna. Proszę zdać relację. Przewodnik będzie wyposażony w odpowiedni sprzęt do rejestrowania zdarzeń. Udowodnimy światu istnienie obcych. Uścisnęli sobie dłonie i młodzieniec opuścił mieszkanie. Następnego dnia kurier dostarczył niezbędne dokumenty. Został jeden dzień. Pustynia nie była taka, jak spodziewał się podróżnik. Było chłodno i wiał nieprzyjemny wiatr. Przed wjazdem na bezdroża przewodnik odbył długą rozmowę z patrolem miejscowej policji. Funkcjonariusze najwyraźniej nie chcieli pozwolić im jechać dalej.Jednak Fernando Mellez, jak przedstawił się Metys, przekonał ich za pomocą zwitku banknotów. Stanisław nie rozumiał po hiszpańsku, jednak z gestów wyczytał, że zarówno Metys, jak i policjanci potwierdzili, że nigdy się nie widzieli, po czym pojazdy pojechały w różne strony. Był późny wieczór 14 kwietnia, gdy samochód zatrzymał się przy stoku niezbyt dużego wzniesienia. To tam chciał pan dotrzeć. Przewodnik wskazał na wyświetlacz urządzenia GPS. Trzeba iść kawałek pieszo, ale droga jest dość niewygodna. W pół godziny senior dotrze. Starzec owinięty kocem z wełny lamy powoli wdrapywał się na szczyt. Ścieżkę oświetlała czołówka. Kamery GoPro rejestrowały drogę. Stanął na szczycie i patrzył w rozgwieżdżone niebo. Widok zapierał dech w piersiach. Przez chwilę mogłoby się wydawać, że to nieruchomy obraz. Jednak po chwili dało się dostrzec poruszające się obiekty, satelity i spalające się w atmosferze kawałki skał. To samo co zawsze. Starzec zwątpił, czy będzie miał szansę zobaczyć coś niezwykłego, spotkać przedstawicieli obcej cywilizacji, ale wcale go to nie zasmuciło. Jeżeli nic się nie wydarzy, to po prostu wróci do kraju. Miał za sobą ciekawą przygodę, podróż życia. Zwiedził San Clemente oraz Valle del Quí, główne punkty traktu ufologicznego. Kupił trochę pamiątek dla wnuka. Spotkał przedstawiciela chilijskiego Komitetu do spraw Studiów nad Fenomenami Anomalii Latających, któremu na kolacji opowiedział o polskich doświadczeniach z UFO. Trochę go niepokoiło, że mieszkał w eleganckich apartamentach i jadał w dobrych restauracjach, ale przewodnik zarządzający budżetem wyjaśnił, że to po znajomości i mają duże rabaty. Mężczyzna zmarzł. Sięgnął po butelkę nalewki chroniącej przed chłodem i kątem oka dostrzegł ruch. Wydawało się, że okoliczne skały zmieniły kształt i przybrały postać ludzką. Istoty, pozbywszy się kamuflażu, otoczyły mężczyznę. Poznał ich. Niewątpliwie nie byli to ludzie, ale w istnienie tego gatunku obcych nie wierzył. Uderzenie w tył głowy sprawiło, że gwiazdy zgasły i nie dane mu było przedefiniować światopoglądu. Adam po miesiącu od wyjazdu ojca zaczął się niepokoić. Komórka nie odpowiadała, ale nie było w tym nic dziwnego. Tata nie przejmował się tym, by była naładowana, a w obcym kraju mógł ją po prostu zgubić. Po dwóch miesiącach zgłosił na policji zawiadomienie o zaginięciu. Gdy jednak zaznaczył, że poszukiwany zapewne przebywa poza Polską, kazano mu skontaktować się z organizatorem wyjazdu. Adam wiedział tyle, że jakaś fundacja ufologiczna zaprosiła Stanisława na wyprawę do Chile. Tak tę sprawę przedstawił ojciec. Okazało się, że żadna z organizacji skupiających badaczy niezidentyfikowanych obiektów latających nie ma dość środków, by kupić paluszki na spotkania, nie mówiąc o zagranicznych wyprawach. Adam poważnie się zaniepokoił. Urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych bezradnie rozłożył ręce i zasugerował kontakt z fundacjami poszukującymi zaginionych. Musiało minąć pięć lat, zanim sąd uznał Stanisława za zmarłego. Adam razem z synem planującym rozpocząć studia w Warszawie zgłosił się po spadek. Niestety okazało się, że mieszkanie na Starej Ochocie ma poważnie obciążoną hipotekę. Pulchny blondyn długo objaśniał, jakie to koszty generowały niespłacany kredyt. Odsetki, odsetki karne, odsetki od niespłaconych odsetek. W końcu zasugerował, że przyjęcie spadku wiązałoby się z dużym obciążeniem dla spadkobiercy i zasugerował, że jeżeli bank przejmie nieruchomość, weźmie na siebie wszystkie koszty i łaskawie wpisze je sobie w straty. Adam przyjrzał się liczbom. Nie był głupi. Miał własne kredyty, a walka o nieruchomość poważnie obciążyłaby jego dochody. Mogłoby to spowodować długi alimentacyjne, a za to szło się prosto do więzienia. Podpisał odpowiednie papiery i ruszył do drzwi. A, jeszcze jedno. Tam jest pokaźna biblioteka, którą bank nie jest zainteresowany i chętnie przekaże spadkobiercom. Mężczyzna poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Chwilę stał i rozważał odpowiedź. „W dupę ją sobie wsadźcie” warknął i wyszedł. Boiler room wypełniony był szumem rozmów. W ciemnej hali rzędy monitorów oślepiały skupione twarze agentów. Wśród nich przechadzali się bladzi liderzy sprzedaży. Nadzorowali sektory i dopingowali pracowników prowadzących mniej lub bardziej emocjonalne rozmowy. Ci mniej doświadczeni sprzedawali różne przedmioty. Ci z długim stażem, potrafiący utrzymać zainteresowanie rozmówcy, oferowali usługi bankowe lub specjalistyczne instrumenty finansowe. Gdy udawało się sfinalizować transakcję, telemarketerzy przybijali sobie piątki. Kiedy klient nie dał się przekonać, poklepywali się po ramieniu w geście wsparcia. Wiedzieli, że bez względu na to, co się działo, targety muszą zostać osiągnięte. Niektórzy z pracowników robili wybitne wyniki. W nagrodę mogli przedefilować przez środek hali nago, tak jak ich natura stworzyła. I oto szedł on.Kolecy wiatowali na stojąco. Nie był już podobny do grubawego blondyna. W bursztynowych oczach z cienkimi, pionowymi źrenicami dało się dostrzec radość i triumf. Pokryte łuskami ciało mieniło się odcieniami zieleni i błękitu. Był piękny i dumny. Zdobył wynik. Pozyskał dla swojego ludu kolejny obiekt. Zasłużył na zaszczyt ukazania się w swojej prawdziwej formie. Potem wrócił do pracy. Kolejny miękki i różowy czekał, by go dojechać.
[02:51:41] - Proszę państwa, to by było na tyle. Kolejny odcinek Akademii Wszelkiej Fikcji niniejszym uznaję za zakończony, ale pomyślcie państwo, jeszcze dwa dni majówki. Krótka ta majówka w tym roku, nie ma co ukrywać. Chciałem państwa jakoś zmotywować, ale pomyślałem, że kiedy w piątek kończę audycję, to zawsze są dwa wolne dni przed nami. Co prawda dzisiaj był wolny dzień, ale ta majówka wyjątkowo krótka w tym roku. Nic na to nie poradzę. Życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu. I cóż, słyszymy się za tydzień w piątek o 20:00. Pozdrawiam. Wszystkiego dobrego.
[02:52:29] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.