[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Piątek, weekendu początek, a więc AWF zaprasza w swoje skromne progi znów. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Aleksander Kiwalios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:34] - Dzień dobry wieczór państwu. Kłaniam się w kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. Na początek dzisiaj może nie najlepsze wiadomości, bo w tym tygodniu dotarła wiadomość o śmierci pisarza science fiction Iana Watsona. Miałem okazję poznać tego autora, poznać go na Sedonconie. Do dzisiaj pamiętam naszą rozmowę na zamku w Nidzicy. Muszę powiedzieć, że to niezwykły człowiek. I nie mówię tego tylko dlatego, że robimy teraz wspomnienie o pisarzu, tylko dlatego, że był naprawdę niezwykły, o czym państwo w tej audycji będziecie mieli okazję się przekonać. Ian Watson należał do tych pisarzy science fiction, którzy właściwie od początku swojej twórczości dosyć konsekwentnie przesuwali granice tego gatunku. I tak mówiąc szczerze, nie w stronę widowiskowości, jak można by się spodziewać, lecz w stronę intelektualnej prowokacji. To autor niemłody, bo urodził się w roku 1943 w Wielkiej Brytanii. Wykształcili go w dziedzinie literatury. Zanim całkowicie później oddał się pisarstwu, przez pewien czas pracował jako nauczyciel. Ta jego akademicka, powiedziałbym, precyzja właściwie została z nim na zawsze, bo jego książki przypominają coś w rodzaju eksperymentów myślowych niż klasyczne fabuły. Zdecydowanie bliżej było mu do Stanisława Lema. Nawet napisał opowiadanie dziejące się w uniwersum Stanisława Lema, ale to już są szczegóły. On debiutował w '73 roku, a jego pierwsza powieść od razu pokazała charakterystyczny styl tego pisarza, bo on łączył lingwistykę, filozofię, spekulacje naukowe w taką jedną całość. Może być tylko jedna. łączył w całość i to była całość niepokojąca. Watson interesował się przede wszystkim granicami ludzkiego poznania. W ten zakres zainteresowań wchodził bardzo często język, bo język według niego był narzędziem kształtującym rzeczywistość, która nas otacza. Był też ten język polem eksperymentu, ale był też możliwością kontaktu z tym, co radykalnie inne, czyli na przykład z obcą inteligencją czy z jakimiś nieznanymi warstwami umysłu człowieka, własnego umysłu. Jego twórczość bardzo często powraca z takim pytaniem, czy człowiek jest w stanie przekroczyć rozmaite ograniczenia narzucone przez własną kulturę, ale i percepcję. To właśnie dlatego książki Watsona bywają wymagającymi książkami. To nie są strzelanki, to nie są jakieś space opery. Nie oferują prostych odpowiedzi. Tam jest raczej intelektualne napięcie. Zmusza do interpretacji, ale też reinterpretacji, czasami bardzo podstawowych pojęć wziętych z języka, z rzeczywistości czy z tożsamości. Powiedziałem, że państwo będziecie mieli okazję się przekonać, bo w rozmowie, którą zaprezentuję w dalszej części audycji, mówimy na przykład o lingwistyce, o tym, jak była dla niego ważna. Ale tak jak powiedziałem, to później. Watson funkcjonował trochę na uboczu głównego nurtu science fiction. On nie budował spektakularnych światów, takich, jakie się buduje na potrzeby różnych przedsięwzięć rozrywkowych. Ale tak od razu trzeba dodać, że jeśli pamiętacie państwo taki film „AI: Sztuczna inteligencja”, to w pisaniu scenariusza do tego filmu Ian Watson brał udział. Więc tutaj naprawdę wielki szacun. Watson demontował bardzo często nasze wyobrażenia o świecie, tym świecie, w którym żyjemy. I w tym sensie ta jego twórczość bliższa jest, już właściwie to wspominałem, bliższa jest filozofii niż takiej klasycznej fantastyce. To jest literatura, która rzadko opowiada historię dla opowiadania historii. Częściej stawia natomiast pytania o granice samego opowiadania, sensu samego opowiadania. Dzisiejszą audycję nazwałem, ale i Iana Watsona nazwałem architektem niepokojących umysłów. Dlaczego? Dlatego, że ten przydomekMoim zdaniem w pełni odpowiada temu, co w twórczości Iana Watsona było najbardziej charakterystyczne. Rozbijmy ten tytuł na części składowe. Dlaczego architekt? Dlatego, że Watson nie był typem pisarza, który prowadzi narrację dla samej narracji, dla opowiadania historii. On nie budował światów dla przygody. On raczej projektował pewne systemy myślowe, tworzył modele świadomości, czasami języka i testował co się stanie jeśli. Więc chyba dlatego architekt. A dlaczego niepokojących? Bo jego pomysły bardzo często destabilizują. Te jego teksty podważają różne intuicje czytelnika. One rozbijają oczywistości. Na przykład czym jest język? Kim my, ludzie jesteśmy? Powiem, że to nie jest taka komfortowa fantastyka. Często pojawia się w niej właśnie dyskomfort poznawczy oraz uczucie, że rzeczywistość nie jest taka, jak się to wydaje na pierwszy rzut oka. Więc pewno dlatego użyłem tego słowa „niepokojących”. Bo słowo niepokojących oddaje klimat jego książek oraz efekt, jaki wywołują. Jakaś dezorientacja, intelektualne napięcie i tym podobne. No i wreszcie dlaczego umysłów? Dlaczego? Bo w twórczości Iana Watsona prawdziwym tematem jest świadomość. Watson nie skupia się na technologii, nie ma u niego jakichś kosmicznych bitew. On skupia się zdecydowanie na strukturze myślenia, na języku jako na tym, co stanowi narzędzie percepcji i na granicach ludzkiej świadomości. To dlatego pojawiło się słowo umysły, a nie na przykład światy czy cywilizacje. A zatem Ian Watson to był architekt niepokojących umysłów. Tak jak mówiłem, w dalszej części audycji zaproszę państwa na wywiad z Ianem, który przeprowadziłem na wspomnianym już zamku w Nidzicy. A teraz? Teraz tradycyjnie czas na polecanki książkowe. Pierwsza książka, którą chciałbym dzisiaj państwu polecić nosi tytuł „Sycylia. Smak południa”. Autorka Karolina Wiszniewska, wydawnictwo Bezdroża. Książka na rynku od 21 kwietnia. „Sycylia. Smak południa” to opowieść o wyspie, której nie da się poznać w biegu ani zamknąć w ramy klasycznego przewodnika. To podróż przez sycylijskie miasta i miasteczka widziane z bliska oczami Karoliny. Od głośnych targów, przez barokowe place, po kuchnie, w których czas zdecydowanie płynie w innym tempie. Autorka zagląda tam, gdzie codzienność splata się z historią, a lokalne smaki przenikają każdy aspekt życia. Są tu opowieści zasłyszane przy stole, lokalne rytuały, kulinarne symbole i miejsca, które nie zawsze trafiają do czołówki wyników wyszukiwania w sieci. To Sycylia, którą się smakuje i rozumie bez pośpiechu, z uważnością na detale oraz kontekst kulturowy. Ta książka nie prowadzi za rękę od atrakcji do atrakcji. Jest raczej zaproszeniem do odkrywania na własną rękę, do czytania między wierszami i spojrzenia głębiej na relacje mieszkańców z ziemią, z jedzeniem, z tradycją i z pamięcią. „Sycylia. Smak południa” to propozycja dla każdego, kto nie tylko łaknie pięknych widoków, ale też poszukuje sensu i chce zrozumieć miejsce, które odwiedza. A ja przypomnę „Sycylia. Smak południa”. Autorka Karolina Wiszniewska, wydawnictwo Bezdroża, a data premiery 21 kwietnia. Druga książka, do lektury której zapraszam, nosi tytuł „Biały dom. Opowiadania bezjakubowe”. Autor? Nie trzeba przedstawiać. Andrzej Pilipiuk, wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery 22 kwietnia. Ciekawość to katalizator rozwoju, który czasem kończy się nad przepaścią. Krętymi ścieżkami pełnymi miejsc kultu i niewolniczych grobów Andrzej Pilipiuk prowadzi nas przez czas i przestrzeń. Doktor Skórzewski śledzi raczkujące początki tajemniczej transfuzji krwi. W podległym Fajum bada starożytne pochówki w poszukiwaniu zaginionego panaceum cenniejszego niż złoto. Dzięki snom i wizjom szamańskim mierzy się z tajemniczą chorobą, która ma swoje początki w Białym Domu. Przeszłość dopada również Roberta Storma, który pobłogosławiony przez ucznia Rasputina musi wypełnić przepowiednię i ruszyć na poszukiwania Trójcy Świętej. To pasjonujący zbiór opowiadań, jeden z tych, do których wraca się po wielokroć. A ja przypomnę tytuł „Biały dom. Opowiadania bezjakubowe”. Autor Andrzej Pilipiuk, wydawnictwo Fabryka Słów. Książka na rynku od 22 kwietnia.Tego samego 22 kwietnia na rynku pojawi się książka „Spadek po mojemu”. Autor Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Nic tak nie łączy jak wielki spadek. W wieku 90 lat umiera Alojzy Stawicki, multimilioner, przedsiębiorca, dobroczyńca, a także, choć nigdy mu tego nie udowodniono, jeden z największych w historii złodziej dzieł sztuki. Według niektórych to właśnie on dokonał kradzieży trzech najcenniejszych obrazów polskich malarzy nazywanych Wielką Trójką Stawickiego. Spadkobiercami fortuny Stawickiego zostają jego dwaj wnukowie, obecnie skłóceni i śmiertelnie na siebie obrażeni. Alojzy nie byłby jednak sobą, gdyby nie przygotował dla braci nieprzyjemnej niespodzianki. Żeby otrzymać spadek, bracia muszą wspólnie rozwiązać zagadkę Wielkiej Trójki Stawickiego. Na domiar złego czas nie jest ich sprzymierzeńcem, a przeszkody zaczynają się mnożyć. Chętnych na obrazy Stawickiego jest bowiem wielu, a wśród nich policja, Kościół, a nawet mafia. Szczególnie zdeterminowana wydaje się zaś komisarz Iga Maurer. A wszystko to obserwują wścibskie media. Czy w tym chaosie cokolwiek można zachować w tajemnicy? I co było prawdziwym celem Alojzego Stawickiego? „Spadek po mojemu” to przewrotna, pełna akcji i błyskotliwych dialogów komedia kryminalna, w której to, co nie powinno się wydarzyć, wydarzy się na pewno. Przypomnę tytuł książki „Spadek po mojemu”. Autor Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Książka na rynku od 22 kwietnia. Proszę państwa, to teraz zgodnie z rozkładem jazdy czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj opowiem państwu o arcybiskupie, który chciał zbawić duszę, a przy okazji napisał podręcznik dla królów. Są filozofowie, którzy zaczynają od metafizyki, od bytu, od nieskończoności, od struktury rzeczywistości. A potem, jeśli starczy im czasu i cierpliwości, schodzą na ziemię do polityki, moralności, wychowania. François Fénelon robi coś dokładnie odwrotnego. Zaczyna od duszy, od Boga, od pytania, jak człowiek ma żyć, żeby nie zgubić siebie. A potem, niemal mimochodem dochodzi do wniosku, że jeśli źle wychowamy króla, to zgubi się całe państwo. I wtedy robi się naprawdę poważnie. Na pierwszy rzut oka Fénelon wygląda jak ktoś, kto powinien być spokojny. Arcybiskup, teolog, człowiek Kościoła, autor pobożnych rozważań. Można by się spodziewać łagodnych kazań, umiarkowanych rad i bezpiecznej ortodoksji. Ale to tylko powierzchnia, bo pod nią kryje się ktoś znacznie bardziej niebezpieczny. Fénelon żyje w czasach Ludwika XIV, króla absolutnego, który z Francji uczynił spektakl władzy. Wersal błyszczy, dwór tańczy, państwo jest scentralizowane jak nigdy wcześniej. I właśnie w tym świecie Fénelon zaczyna mówić rzeczy niewygodne. Zanim jednak przejdziemy do polityki, trzeba zrozumieć jego punkt wyjścia. Bo Fénelon nie jest przede wszystkim myślicielem politycznym. On jest mistykiem, bliskim ideom, które krążą wokół tak zwanej czystej miłości. Koncepcji, że człowiek powinien kochać Boga nie dla nagrody, nie ze strachu przed karą, ale dla samego Boga. Bezinteresownie, całkowicie. To brzmi przepięknie, ale ma też swoje konsekwencje. Bo jeśli naprawdę kochasz Boga w sposób czysty, to przestajesz skupiać się na sobie, na własnych interesach, na własnym sukcesie, na własnym bezpieczeństwie. Wtedy zaczyna się problem, bo cały świat, nie tylko dwór Ludwika XIV, działa dokładnie odwrotnie. Cały świat opiera się na ambicji, na rywalizacji, na pragnieniu władzy. Fénelon patrzy na to i widzi duchową katastrofę. Jego myślenie ma więc bardzo wyraźny kierunek — odejście od egoizmu. Ale nie w sensie banalnym. Nie chodzi o to, żeby być miłym. Chodzi o to, żeby przestać być centrum własnego świata. I to jest wymagające. Właśnie tutaj pojawia się słowo, które w XVII wieku działało jak zapalnik. Kwietyzm. Nie był to żaden egzotyczny margines teologii, lecz ruch, który przynajmniej w oczach jego krytyków pachniał duchową anarchią. Związany przede wszystkim z postacią Miguela de Molinos, głosił ideę całkowitego wyciszenia duszy, rezygnacji z własnej woli i biernego poddania się Bogu. Brzmi dosyć niewinnie, ale tylko do momentu, w którym uświadomimy sobie konsekwencje.Bo jeśli najdoskonalszym stanem człowieka jest całkowita bierność, to po co wysiłek moralny? Po co walka ze sobą? Po co w ogóle jakiekolwiek działanie? Kościół bardzo szybko uznał, że to ścieżka prowadząca w bardzo niebezpiecznym kierunku. François Fénelon nigdy nie był kwietystą w sensie ścisłym. Nie głosił skrajnej bierności, nie odrzucał działania, ale jego idea czystej miłości, miłości całkowicie bezinteresownej, pozbawionej nawet troski o własne zbawienie, znalazła się niepokojąco blisko tej granicy. Zbyt blisko, zwłaszcza dla przeciwników, a przede wszystkim dla niejakiego Bossuet, który dostrzegł w tym nie tyle subtelną mistykę, ile zagrożenie dla całego porządku religijnego. Bo jeśli człowiek przestaje troszczyć się o własne zbawienie, jeśli wyrzeka się nawet pragnienia nagrody, to co zostaje z moralności opartej na odpowiedzialności? Spór był nieunikniony i to nie był już spór akademicki, ale starcie o granice dopuszczalnej duchowości. I nieprzypadkowo idee Fénelona wzbudzają kontrowersje, zwłaszcza gdy zaczyna je stosować nie tylko do życia duchowego, ale i do polityki. Tu pojawia się jego najsłynniejsze dzieło „Przygody Telemacha”. Formalnie jest to powieść, w praktyce traktat polityczny, tylko że w przebraniu. Telemach, syn Odyseusza wędruje, uczy się, obserwuje różne formy rządów, spotyka władców dobrych, spotyka władców złych, mądrych i tyranicznych. A czytelnik, jeśli tylko ma odrobinę przenikliwości, bardzo szybko zaczyna rozumieć, że to nie jest historia o starożytności. To jest historia o Francji i o tym, jak nie powinno się rządzić. Fénelon kreśli wizję władcy, który jest niemal antytezą Ludwika XIV. Król nie powinien być centrum spektaklu, nie powinien żyć w luksusie, nie powinien prowadzić niekończących się wojen. Powinien być sługą. To słowo brzmi dosyć niewinnie, ale w kontekście absolutnej monarchii jest niemal wywrotowe, bo oznacza, że władza nie jest celem. Władza jest odpowiedzialnością. Fénelon idzie jeszcze dalej. Krytykuje nadmierne podatki, które obciążają ludność. Potępia wojny prowadzone dla chwały. Wskazuje, że państwo powinno dbać o dobro wspólne, a nie o splendor władcy. To oczywiście nie jest jeszcze nowoczesna demokracja, którą postuluje, ale to już nie jest też klasyczny absolutyzm. To coś pomiędzy. Coś, co zaczyna pachnieć przyszłością. Nic dziwnego, że poglądy filozofa spotykają się z umiarkowanym entuzjazmem dworu, co jest eufemizmem, bo tak naprawdę nikt nie chce słyszeć o tym, co pisze Fénelon. I Fénelon zostaje odsunięty. Jego wpływy bardzo szybko maleją. Jego dzieła, chociaż czytane, są traktowane z wielką ostrożnością. I tu pojawia się ciekawy paradoks, bo człowiek, który chciał wychować idealnego władcę, sam zostaje odsunięty od realnej władzy. Ale może właśnie dlatego jego myśl jest tak spójna, bo nie jest skażona kompromisem. Warto też zatrzymać się na chwilę przy jego sporze z Jacquesem-Bénigne Bossuet. To starcie dwóch wizji religii. Bossuet reprezentuje ortodoksję, dyscyplinę, porządek. Fénelon bardziej wewnętrzne, mistyczne doświadczenie wiary. Spór dotyczył między innymi czystej miłości i skończył się potępieniem poglądów Fénelona. Potępieniem przez Kościół. A to, to nie były przelewki. To był moment, w którym projekt filozofa zaczął się kruszyć, bo okazało się, że nawet w sferze duchowej nie ma miejsca na zbyt dużą niezależność. A jednak idee Fénelona nie zniknęły. Przeciwnie, zaczęły żyć własnym życiem. Można je odnaleźć później w myśli oświeceniowej, w krytyce absolutyzmu, w przekonaniu, że władza powinna być ograniczona, no i przede wszystkim odpowiedzialna. Ale jest w filozofii Fénelona coś jeszcze, coś bardziej subtelnego. On nie wierzy, że zmiana świata zaczyna się od instytucji. On wierzy, że zaczyna się od wnętrza człowieka. To bardzo wymagające stanowisko, bo oznacza, że nie wystarczy zmienić systemu. Trzeba też zmienić siebie. A to, jak wiadomo, jest bardzo trudne. Można więc spojrzeć na Fénelona jako na myśliciela dwóch poziomów. Z jednej strony duchowość, mistyka, wewnętrzna przemiana, z drugiej polityka, władza, organizacja państwa. I to, co łączy to wszystko, okazuje się jednym przekonaniem. Przekonaniem, które mówi: bez ładu wewnętrznego nie ma ładu zewnętrznego.To niby brzmi jak coś oczywistego, ale tak to brzmi dzisiaj. Natomiast wtedy było zupełnie inaczej. Ale nawet dzisiaj, jeśli te słowa potraktować serio, to okazuje się, że większość problemów politycznych ma swoje źródło w ludzkich namiętnościach, w ambicji, chciwości, strachu. Fenelon chce je wyciszyć. Nie przez przymus, ale przez przemianę. I tu wracamy do punktu wyjścia, do idei czystej miłości. Bo jeśli człowiek przestaje być skupiony na sobie, to inaczej patrzy na władzę, inaczej patrzy na innych ludzi, inaczej patrzy na świat. W sumie piękna idea, ale też nie oszukujmy się, idea mało realistyczna. I może właśnie dlatego Fenelon jest tak ciekawy z punktu widzenia filozofii. Bo Fenelon stoi na granicy między tym, co możliwe, a tym, co pożądane. Jego wizja władcy jest niemal utopijna, jego wizja człowieka wymagająca do granic. A jednak coś w tej wizji przyciąga, bo w świecie, w którym władza często oznacza dominację, a polityka grę interesów, Fenelon przypomina, że można myśleć inaczej. Że król nie musi być słońcem, wokół którego wszystko krąży. Może być kimś, kto świeci, ale nie oślepia. Że człowiek nie musi być niewolnikiem własnych pragnień, może je przekroczyć. A pytanie, które zostaje z nami na końcu, brzmi bardzo znajomo. Czy to jeszcze filozofia, czy już marzenie? A może, jak to bardzo często bywa, i jedno, i drugie? To, proszę państwa, była postać z historii filozofii, która nie jest może za bardzo znana, ale to jest postać, która pozwala żyć marzeniem oraz takim przekonaniem, że polityka nie musi być brudna. Ale to jest stanowisko oderwane od rzeczywistości, bo wystarczy otworzyć jakąkolwiek stronę z informacjami w internecie i już się człowiek z tego idealizmu leczy. Ale czasami dobrze popatrzeć, że ktoś kiedyś patrzył, chociażby na politykę, w sposób taki, jaki dziś się nie patrzy. Ale może kiedyś. Wiem, to chyba jest naiwne. Proszę państwa, o Ayanie Watsonie powiedziałem już dzisiaj dosyć sporo. To bez zbędnej zwłoki zapraszam teraz na wywiad z pisarzem. Myślę, że to będzie pół godziny podróży w absolutnie fantastyczną krainę wyobraźni. Zapraszam. Dzień dobry. Gościem Bibliotekarium jest pisarz Ayaan Watson oraz tłumacz przysięgły pani Magdalena Małek. Chciałbym zapytać, pisarza bardzo często kształtują jego lektury i chciałbym zapytać o te ważne lektury, ważne książki w życiu autora.
[27:54] - In fact, there are quite a lot of classic books for children of quite high quality in Britain, and I realized that I have read hardly any of them.
[28:09] - W Wielkiej Brytanii mamy bardzo dużo klasycznych książek dla dzieci, ale właściwie zorientowałem się, że tak naprawdę prawie żadnej z nich nie czytałem.
[28:18] - I know the titles of the books. I know approximately what happens in the books, but I did not read them as a child.
[28:26] - Znam tytuły, wiem mniej więcej co się w tych książkach dzieje, ale większości z nich wcale nie czytałem jako dziecko.
[28:34] - In my parents' house were quite a lot of books, including a big encyclopedia from the 1930s with beautiful blue leather tooled bindings, art deco style, in its own special little bookcase.
[28:56] - W domu moich rodziców było bardzo dużo książek i między innymi była też bardzo duża encyklopedia wydana w latach 30. XX wieku. Była bardzo piękna, oprawiona w niebieską skórę z tłoczeniami w stylu art deco i mieszkała w swojej skrzynce.
[29:13] - It was called „The Wonderland of Knowledge” in 12 volumes, targeted really at a young audience, and consisting of, for example, four pages with illustrations, sometimes paintings or engravings, the history of Babylon, and then next section for four pages, the wonderful world of butterflies, and then the next section, what are the stars.
[29:47] - Nazywała się „Cudowny świat wiedzy” i miała 12 tomów, i była zdecydowanie skierowana do młodszej publiczności. I w tej encyklopedii byłyby na przykład cztery strony ilustrowane z rysunkami, z obrazami i na przykład cztery strony dotyczyłyby historii Babilonu, a kolejne cztery pięknego świata motyli, a następne dotyczyłyby gwiazd.
[30:12] - I remember using those 12 volumes again and again, happily sitting in a chair, turning over the pages, and often studying the illustrations rather than reading all of the text.
[30:27] - I pamiętam, że bardzo często korzystałem z tych 12 tomów. Siadałem w krześle i czytałem je znowu, i znowu, i znowu. Przewracałem strony, ale też zwracałem dużą uwagę i przyglądałem się ilustracjom raczej niż czytałem tekst.
[30:42] - As regards reading texts, I tended to read books about Africa, adventures in Africa, animals in Africa, about sharks in the sea, about plants in the Amazon jungle, about cacti. And I was formed, I think, more by factual books about natural history, astronomy and botany, rather than fiction for young people.
[31:20] - A jeśli chodzi o faktyczne czytanie, to tak naprawdę chętniej czytałem książki o Afryce, o przygodach w Afryce, o zwierzętach w Afryce, o rekinach w morzu, o roślinach w dżungli amazońskiej, kaktusach. I wydaje mi się, że o wiele bardziej ukształtowały mnie książki, literatura faktu, takie o historii przyrody, o botanice niż fikcja kierowana do młodego czytelnika.
[31:48] - There was a large library in my hometown. I lived on Tyneside near to Newcastle, a port, industrial port with a seaside. And the books in this library, I don't know how they came to be there, but wonderfully, there were new first editions of what are the classic Golden Age novels by Alfred Bester, Isaac Asimov, mixed in with the ordinary fiction by other people.
[32:27] - W moim rodzinnym mieście w okolicach Newcastle była bardzo duża biblioteka. To moje miasto znajdowało się na wybrzeżu. Było takim przemysłowym portem. I w tej bibliotece były książki. W jaki sposób one się tam znalazły, to ja do końca nie wiem i dlaczego, ale w bibliotece znajdowały się pierwsze wydania klasycznych powieści ze złotej ery fantastyki, czyli na przykład powieści Asimova, wymieszane ze zwykłymi publikacjami beletrystycznymi.
[32:57] - I was reading adult science fiction by the age of ten, I would say.
[33:04] - Myślę, że około wieku 10 lat zacząłem czytać już dorosłą fantastykę.
[33:08] - And this was much more interesting to me than children's adventure stories, even classic ones.
[33:16] - I to było dla mnie o wiele bardziej interesujące niż przygody dla dzieci. Nawet takie klasyczne.
[33:22] - A czy mógłbym poprosić o jakieś tytuły?
[33:25] - Yes, I remember that in 1956, when I was 13, the BBC Radio produced a dramatization of a novel called "A Voyage to Arcturus" by an author called David Lindsay. And this had a huge effect upon me. It is a very unusual book and was a complete failure when it was published in 1921, but it has been revived and revived.
[34:03] - Tak. Wydaje mi się, że mogę powiedzieć, że w 1956 roku, kiedy miałem 13 lat, BBC Radio wyprodukowało wersję słuchowiskową powieści Davida Lindseya, której tytuł brzmi „Podróż na Arctura”. I właśnie ta książka miała na mnie ogromny wpływ. Jest ona dosyć wyjątkową książką, również dlatego, że wtedy, kiedy została wydana w 1921 roku, okazała się wielką klapą i od tamtej pory wielokrotnie ją wznawiano.
[34:36] - It was dramatized with remarkable, haunting music concrete, evocative noises. And it's about a journey to a distant planet. And the main character experiences different philosophies of life in each successive chapter. And in each chapter he develops new sense organs.
[35:03] - To słuchowisko miało bardzo interesującą muzykę i bardzo dużo dźwięków. A sama książka dotyczy podróży na pewną planetę i bohater w każdym rozdziale tej książki styka się i poznaje inną filozofię życia, inne podejście do życia. I w każdym rozdziale bohater hoduje sobie, wyrasta nowe organy, które służą mu do odbierania rzeczywistości.
[35:30] - New organs of perception which grow out of his head and which make it seem that each philosophy of life is completely correct and the absolute truth. But then at the end of the chapter, his organs of perception are destroyed by violence or by a drink.
[35:50] - Każda taka filozofia sprawiała, że wyrastały mu te organy, na przykład czułki na głowie czy inne podobne. I sprawiało to, że bohater myślał, że każda taka filozofia jest jedyną słuszną, jedyną właściwą, najlepszą, tą prawdziwą. Natomiast na koniec każdego rozdziału w różny sposób te organy odpadały. Zostały usunięte czasem przemocą, czasem przy pomocy jakiegoś napoju.
[36:17] - And that particular philosophy of existence is proved to be false, is thrown aside.
[36:25] - I ta filozofia, którą zapoznaliśmy się w danym rozdziale, jest porzucana i zostawiana na boku.
[36:33] - I heard this on the radio. It lasted three and a half hours one afternoon. I went to the library to try to look among the plays, the theatre section, because it was a play on the radio. Silly me.
[36:51] - Całe to słuchowisko trwało trzy i pół godziny i wysłuchałem je pewnego popołudnia. Następnie poszedłem do biblioteki poszukać tej książki i szukałem w sekcji ze sztukami i z dramatami, ponieważ w taki sposób była ona przedstawiona w radio.
[37:08] - But then after about two weeks, I suddenly thought, bing! It is a dramatization of a novel. And I searched in the library again, and the novel was there.
[37:20] - A dopiero dwa tygodnie później miałem wielkie objawienie i zorientowałem się przecież, że to było słuchowisko na podstawie powieści. Poszedłem z powrotem do biblioteki poszukać i faktycznie książka tam była.
[37:32] - Other things that I was reading at the time from the same library as a schoolboy of 14, 15, were novels by Émile Zola, the French naturalist, lurid novelist, because they seemed, compared with England, to be very exotic and sexy.
[37:56] - Mniej więcej w tym samym wieku, jako uczeń szkolny, tak powiedzmy w wieku 14, 15 lat, czytałem również książki Emila Zoli, tego francuskiego naturalisty, ponieważ w porównaniu z literaturą angielską i Anglią jego twórczość była bardzo egzotyczna.
[38:13] - And also a lot of novels by the English novelist Graham Greene, who was a Catholic. This meant nothing to me because I was not interested in religion very much. But the way in which guilt, for example, affected his characters.
[38:35] - Czytałem również książki Grahama Greene'a, który jest katolikiem i właściwie to mnie za bardzo nie interesowało, ponieważ nie jestem zbytnio zainteresowany religią, ale ciekawiło mnie to, w jaki sposób wina wpływa na zachowanie postaci.
[38:50] - And for me, this produced very interesting characterization. But also the majority of books by Graham Greene, which I read, were set in exotic foreign countries such as Cuba or Vietnam, Mexico, et cetera.
[39:10] - Dla mnie były to bardzo ciekawe rzeczy i ciekawe opisy, ponieważ większość jego książek, które przeczytałem, były osadzone w bardzo egzotycznych miejscach, takich jak Kuba, Wietnam czy Meksyk i tak dalej.
[39:21] - Basically, I was reading anything which was different from where I was and which was a contradiction to where I was.
[39:31] - Właściwie tak naprawdę to czytałem wszystko, co było tylko inne od tego miejsca, gdzie się znajdowałem i co stawało z tym miejscem w kontraście.
[39:40] - Also, I was an only child. There was only me. And my parents lived a kind of socially isolated life. They were communicative enough, but they kept to themselves. They did not go out to parties. They stayed at home.
[40:07] - Byłem jedynym dzieckiem i moi rodzice prowadzili, tak można powiedzieć, takie trochę odizolowane życie. To znaczy byli oczywiście komunikatywni i tak dalej, ale jednak trzymali się siebie. Nie chodzili na imprezy, raczej zostawali w domu.
[40:20] - And within that home, I stayed in my own bedroom and read things.
[40:25] - I w tym właśnie domu ja często spędzałem czas we własnym pokoju i czytałem książki.
[40:30] - So it was probably not a very normal childhood.
[40:34] - Prawdopodobnie można powiedzieć, że to nie było takie typowe dzieciństwo.
[40:38] - But it seemed perfect to me.
[40:40] - Ale dla mnie było ono idealne.
[40:42] - I had nothing to compare it with.
[40:44] - Nie miałem możliwości, by porównać to z innymi wersjami dzieciństwa.
[40:49] - A jakie książki zaczął czytać Ian Watson, kiedy został już pisarzem?
[40:56] - The process of becoming a writer takes quite a long time. I started experimenting with bits of prose and poetry when I was still at school, but I never got very far. I would tend to try to produce the perfect sentence, the perfect paragraph.
[41:18] - Ten proces stawania się pisarzem zajmuje dużo czasu i zacząłem eksperymentować ze słowem, z twórczością nadal jeszcze w szkole. Oczywiście nie doszedłem za bardzo daleko, ale starałem się stworzyć idealne zdanie i idealne akapity.
[41:36] - There's one novel by Albert Camus in which a character is writing a novel, but he only ever writes the first sentence again and again.
[41:48] - Jest taka powieść Alberta Camus, w której główna postać pisze książkę, lecz nigdy nie udaje mu się dojść za daleko, ponieważ pisze ciągle wciąż to samo pierwsze zdanie.
[42:00] - I went to Oxford to study English language and literature. The literature stopped at about 1900, and the language was mainly the study of changes in the sound and grammar.
[42:19] - Poszedłem na studia w Oksfordzie i miałem studiować literaturę i język angielski, ale literatura skończyła się na końcu XIX wieku. Natomiast jeśli chodzi o język, skupialiśmy się bardziej na zmianach w dźwiękach, w języku, w gramatyce.
[42:36] - Instead of being concerned with linguistics, the science. There was nothing about that.
[42:42] - Zamiast zajmować się lingwistyką jako nauką.
[42:47] - So basically I was studying the classics of English literature from Anglo-Saxon times to 1900 because obviously nothing beyond 1900 was any good.
[43:00] - Na studiach zajmowaliśmy się głównie klasyką od czasów anglosaskich do końca XIX wieku, ponieważ rzekomo późniejsze tytuły wcale nie były dobre.
[43:09] - At the same time, behind my back, as it were, I was holding copies of science fiction novels by A. van Vogt, for example.
[43:19] - Jednocześnie za plecami trzymałem egzemplarze książek science fiction autorstwa van Vogta.
[43:26] - When I was a schoolboy, I used to think that compared with English authors with simple names like Jane Austen or Graham Greene, that people whose names were van Vogt and Asimov must be possessors of alien wisdom and of superior states of consciousness.
[43:50] - Jako uczeń myślałem, że w porównaniu z literaturą angielską i z osobami noszącymi tak proste nazwiska jak Jane Austen czy Graham Greene, osoby, które nazywają się van Vogt czy Asimov posiadają jakąś kosmiczną wiedzę i lepszy stan umysłu.
[44:09] - I did write three short novels, really short, about 120 pages, while I was a student at Oxford. One was fairly realistic in a strange way. There were fantasy elements in these and a kind of fantasy sensibility, a flavor of fantasy, not of dragons, but of strangeness.
[44:38] - Sam napisałem trzy książki jeszcze jako student, które były krótkie. Miały jakieś 120 stron i jedna z nich była dosyć realistyczna, ale zawierała elementy fantastyczne i wrażliwość fantastyczną. Takie smaczki raczej niż rzeczy takie jak smoki.
[44:57] - I subsequently destroyed these, unfortunately. This is the impulsive stupidity of youth. Pride. I will do better. I know that if I kept them by now, after 40 or 50 years, I could do something with those books.
[45:14] - I następnie wyrzuciłem je i zniszczyłem, co było w sumie szkoda. To był przejaw mojej impulsywności jako młodzieńca i gdybym je zachował, to teraz, po tych 40 latach mógłbym coś z nimi ciekawego zrobić.
[45:30] - And I was also very interested in experimental fiction. At the time that meant the French new novel, nouveau roman, Alain Robbe-Grillet and such people.
[45:43] - Jednocześnie byłem bardzo zainteresowany prozą eksperymentalną, nową powieścią francuską. Czytałem takich autorów jak Alain Robbe-Grillet, Michel Butor.
[45:56] - These were all published in England by a publisher called John Calder, who introduced the new experimental writings and, for example, plays by Ionesco, the Romanian dramatist, into England around about that time. And I sent one of my little novels to John Calder and it was almost published.
[46:22] - W tym czasie w Anglii wydawnictwo John Calder wypuściło nowe eksperymentalne powieści, na przykład sztuki Ionesco. Mniej więcej w tym samym czasie wysłałem jedną z tych moich powieści do tego wydawnictwa i prawie udało się ją wydać.
[46:42] - It was a very close thing, and they finally decided no, thank God. If they had accepted and published the book, it would have been a disaster for my imagination because I would have tried to continue writing experimental mainstream fiction.
[47:03] - To była bardzo bliska sprawa, ale w końcu zdecydowali się jednak nie wydawać tej książki. I dzięki Bogu, bo gdyby faktycznie ta książka została przyjęta, to by oznaczało śmierć mojej wyobraźni, ponieważ zapewne kontynuowałbym pisanie tych eksperymentalnych kawałków.
[47:21] - Instead of being compelled to write science fiction.
[47:25] - Zamiast zostać zachęcony do pisania science fiction.
[47:29] - As a response, a kind of survival mechanism when I was living and working in Tokyo, a way of mentally coping with future shock.
[47:42] - Jako właściwie odpowiedź, taki mechanizm przetrwania. Mieszkałem w Tokio, starając się poradzić sobie, przygotować się na przyszły szok.
[47:52] - As regards science fiction and fantasy, there are many works which everybody else has read and which I have not read. The same as with children's literature. For example, I have never read "Lord of the Rings" by Tolkien.
[48:09] - A jeśli chodzi o literaturę science fiction i fantasy, jest bardzo dużo książek, które tak jak w przypadku książek dla dzieci wielu ludzi czytało, ale ja akurat nie. I takim przykładem jest na przykład "Władca Pierścieni" Tolkiena, którego nigdy nie czytałem.
[48:25] - One of the reasons for that was that we had to study Anglo-Saxon, the Beowulf poem in Middle English when I was a student and I did not respect or like those works very much at all. And these are an essential part of Tolkien, the Norse languages.sagas, Norse mythology. It's all connected with Tolkien.
[48:55] - Powodem, dla którego nigdy tego nie zrobiłem, jest to, że studiowaliśmy anglosaską literaturę. Zajmowaliśmy się rzeczami takimi jak poemat „Beowulf”, język staroangielski i wcale mi się to tak naprawdę nie podobało. A te elementy są bardzo ważną kwestią dla twórczości Tolkiena i stanowią ważną ich część, tak jak języki nordyckie czy mity nordyckie, czy sagi nordyckie.
[49:22] - Intellectually at the time I was much more French nineteenth century.
[49:26] - Jeśli chodzi o mój stan umysłu, zdecydowanie bliżej było mi do XIX-wiecznej Francji.
[49:32] - I had no interest in Thor, Odin, magic rings, orcs, et cetera, elves, bla, bla, bla. So therefore I was not going to read a thousand pages about these things. Oh, no.
[49:44] - Byłem zupełnie w tym czasie niezainteresowany rzeczami takimi jak Thor, Odyn, runy czy elfy i stwierdziłem, że nie będę inwestował mojego czasu i czytał tysiąca stron o tych tematach.
[49:56] - A co Ian Watson czyta dzisiaj?
[50:00] - I'm in fact carrying the second volume of Ann Leckie's novel, which is called... My bag is here. The answer is in my bag. Now, I'm carrying this one. Oh yeah. „Ancillary Sword”. Ann Leckie will be a guest at the convention which my wife and I organize in the north of Spain.
[50:34] - Mam ze sobą drugi tom książki autorstwa Ann Leckie zatytułowany „Ancillary Sword”.
[50:43] - I'm reading that because I admired very much the first volume and I'm interested in artificial intelligence and the starship is an artificial intelligence.
[50:57] - Czytam ten drugi tom, ponieważ bardzo spodobał mi się pierwszy, a w książce jest obecna sztuczna inteligencja. Właściwie statek jest sztuczną inteligencją.
[51:07] - One reason why this is in my bag is that it does not weigh as heavily as the other book, which I am actually halfway through.
[51:16] - Powód, dla którego właśnie akurat tę książkę mam w swojej torbie, to jest to, że ona jest lżejsza niż druga, którą aktualnie czytam.
[51:24] - The book which I am halfway through, which is a hardback, is called „Don't Sleep, There Are Snakes”.
[51:33] - Książka, którą teraz czytam. Jestem już w połowie. Wydana została w twardej oprawie i jest zatytułowana „Don't Sleep, There Are Snakes”, czyli „Nie śpij, tam są węże”.
[51:44] - It is by a guy called Everett, and it's very controversial with regard to the nature of human language.
[51:54] - Książkę napisał Everett i jest dosyć kontrowersyjna, jeśli chodzi o kwestie związane z charakterem języka ludzkiego.
[52:02] - The author Everett began as an American missionary who was sent by his particular cult or church to the Amazon rainforest to try to understand the language of a particular small tribe.
[52:22] - Autor tej książki, Everett, zaczął swoją karierę jako misjonarz wysłany przez swój kościół do dżungli amazońskiej, aby zajął się analizowaniem języka, aby spróbował go zrozumieć. Języka jednego z małych plemion.
[52:40] - And nobody had previously succeeded in learning their language.
[52:46] - Nikomu wcześniej nie udało się zrozumieć ich języka.
[52:51] - Everett did succeed and published material about the language they call the Pirahã. And the great authority on language, Noam Chomsky, attacked Everett and said that he was a liar.
[53:13] - Everettowi udała się ta sztuka i opublikował swoje materiały o tym języku i został potem zaatakowany przez wielki autorytet lingwistyczny, przez Noama Chomsky'ego, który nazwał Everetta kłamcą.
[53:27] - Unfortunately for Chomsky, other linguists have visited the tribe and said Everett is right.
[53:35] - Na nieszczęście Chomsky'ego inni lingwiści również pojechali i odwiedzili to plemię i powiedzieli, że Everett ma rację.
[53:45] - It would take a long time to explain the reasons why the language of the Pirahã is unique. One thing which happened to Everett is that because the Pirahã live in the present and will only accept something which they have witnessed personally or which their best friend has witnessed. Everett stopped being a missionary and stopped being a Christian, and instead trained himself as a linguist in order to go back there.
[54:20] - Zbyt długo byłoby mówić o tym, jak bardzo unikatowy jest język tego plemienia, ale powiem jedną rzecz. Plemię to żyje w teraźniejszości i akceptuje tylko te rzeczy i te wydarzenia, których doświadczyło osobiście lub te wydarzenia, których doświadczył ich najlepszy przyjaciel. Dlatego Everett porzucił misjonarstwo, porzucił chrześcijaństwo i wyszkolił się na lingwistę tak, aby mógł ponownie do nich wrócić.
[54:53] - The first science fiction novel whichIt was published by me. It was about linguistics and about the theories of Chomsky. And incidentally, also part was set in the Amazon. Coincidence? Featuring a tribe with a strange language. Coincidence?
[55:13] - Pierwsza książka science fiction, którą opublikowałem, zupełnie przypadkowo dotyczyła języka, lingwistyki, Chomsky'ego i była osadzona właśnie w dżungli amazońskiej i opowiadała o plemieniu, które miało bardzo interesujący i dziwny język.
[55:31] - Basically, the uses of linguistics in science fiction were all based upon theories not by Chomsky, but by people called Sapir and Whorf, who considered that the language which a person speaks conditions the way they experience reality.
[55:55] - Większość książek science fiction, które dotyczą lingwistyki, oparta jest na teoriach nie autorstwa Noama Chomsky'ego, lecz na teoriach Sapira i Whorfa, którzy uważali, że język, jaki jest używany przez daną osobę, wpływa na sposób, w jaki odbierają oni rzeczywistość.
[56:15] - Whereas the main idea of Chomsky is that all human languages are related in structure on a deep level.
[56:26] - Natomiast głównym motywem przewodnim teorii Chomsky'ego jest to, że wszystkie języki ludzkie są ze sobą powiązane na bardzo podstawowym i niskim poziomie.
[56:36] - And my first novel called "The Embedding" was about this. And this was published in 1973. Last year there was a wonderful science fiction film called "Arrival", which is about linguistics and aliens, and where they specifically name Sapir and Whorf as the basis of their ideas.
[57:02] - I właśnie moja pierwsza książka dotyczyła kwestii lingwistycznych i ona była opublikowana w 1973 roku. Co więcej, w zeszłym roku premierę miał film fantastyczny zatytułowany „Nowy początek", który opowiadał o lingwistyce i o kosmitach. I właśnie tych dwóch lingwistów, o których wspomniałem wcześniej, byli tam wspomniani.
[57:27] - And Chomsky basically pushed aside the theories of Sapir and Whorf 40 years ago. So my first novel is about this and about the theories of Chomsky.
[57:39] - Chomsky w zasadzie odrzucił teorie tych dwóch pozostałych lingwistów jakieś 40 lat temu, a moja pierwsza książka właśnie o tym opowiadała.
[57:49] - Set in the Amazon rainforest with adventures and excitement.
[57:53] - Osadzona została w dżungli amazońskiej. Jest pełna przygód i ekscytujących rzeczy.
[57:58] - But when I saw "Arrival" which is a wonderful movie, I thought, my God, nothing has changed.
[58:05] - A kiedy zobaczyłem „Nowy początek", tak sobie pomyślałem: o rany, nic się nie zmieniło.
[58:11] - Which is on the one hand, very nice for a writer that your book from 1973 is still topical and the ideas are there in a film in 2017.
[58:26] - I z jednej strony jest to bardzo fajne dla mnie jako pisarza, ponieważ moja książka z 1973 roku nadal jest aktualna i nadal opowiada o tych samych zjawiskach, o których opowiada film wypuszczony na rynek w 2017 roku.
[58:42] - But it's not so good, really, as regards the progress of linguistics.
[58:48] - Ale nie jest to takie korzystne, jeśli chodzi o rozwój lingwistyki.
[58:53] - Dziękuję bardzo za rozmowę.
[58:57] - Proszę państwa, to teraz zapraszam na kolejny odcinek „Filmotekarium". Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „Baw się dobrze i przeżyj". To dziwny film, ale... A reszta już w „Filmotekarium". Dzień dobry wieczór państwu. Czas rozpocząć „Filmotekarium". Dzisiaj w „Filmotekarium" mnie już, proszę państwa, trochę brakuje tych otwarć. Już sam nie wiem, jak mam otwierać „Filmotekarium", bo jak teraz powiem, że dzisiaj będziemy rozmawiali o dziwnym filmie, to państwo już to kilka razy słyszeli. Więc tak naprawdę nie wiem, jak mam zacząć. Może Piotr znajdzie jakiś klucz otwarcia dzisiejszego „Filmotekarium". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[59:58] - Dzień dobry wieczór. Może taki, że dużą zaletą tego filmu jest to, że reżyser jest pochodzenia polskiego i to mu daje pewne fory. Na samym początku wystartował z pewną przewagą, że tak powiem, ale im dalej w las, tym więcej drzew. Nie wiem, co powiedzieć o tym filmie. Zresztą zaraz się dowiecie. On mi pewne inne produkcje przypominał, ale powiem od razu, o co chodzi. Chodzi o film „Baw się dobrze i przeżyj". Co powinniśmy o nim jeszcze wiedzieć, oprócz tego, że wyszedł spod ręki potomka Polaków? Kogoś o korzeniach polskich. On jest określany jako komedia sci-fi. Coś, czego szczerze mówiąc nie lubię. I jest to film pełen zaskakujących zwrotów akcji. Jeżeli się pojawia takie określenie, to też wiedzcie, że nie jest dobrze.Grupka bohaterów w tym filmie stara się przetrwać i wypełnić pewną misję. Zresztą, jak sam tytuł mówi, nielichą misję, bo to jest misja związana z być albo nie być cywilizacji ludzkiej. Szczegóły i stawka znane są w sumie od samego początku. Element zaskoczenia jest ukryty gdzie indziej. Ale dobrze, może uporządkujemy jakoś tę narrację, bo sam film jest mocno nieuporządkowany, jest roztrzepany, przypomina trochę stylowo "Wszystko wszędzie naraz", ale tylko trochę. On przypomina ten film pewnym stylem, poetyką, sposobem narracji. Tyle że "Baw się dobrze i przeżyj" jest pozbawiony takiego rozmachu i polotu, jak w przypadku "Wszystko wszędzie naraz". Co nie oznacza, że to jest film wykonany kiepsko czy biednie. Tu jest wręcz przeciwnie, to jest okej. Od strony realizacyjnej nie brakuje mu niczego. Ale do brzegu, jak to się mówi. W pierwszych scenach widzimy restaurację amerykańską, taką typową z kuchnią, ladą, taki bar szybkiej obsługi trochę. Do tej restauracji wpada kloszard. Ktoś, kto tak wygląda przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ma on na sobie celofanowy płaszcz, jest brudny i mówi, że przybywa z przyszłości, żeby zebrać ekipę do zadania specjalnego. Szanse, że mu się nie uda, nie uda, są ogromne, bo on mówi, że próbował tego już ponad 150 razy czy 160, nie pamiętam. Oczywiście każdego takiego intruza policja by od razu skosiła, ale on ma w ręce coś, co wprowadza wszystkich w głęboki niepokój. To się zaczyna w sposób... Powiem od razu, ten film się zaczyna w ogóle trochę dziwnie i zaczyna się w sposób taki lekko, nie wiem, tutaj mam nawet problem z określeniem, jak on się zaczyna. Po prostu jak zobaczyłem, to już coś mi się wydawało, że nie będzie tak, jakbym chciał, jak sobie wyobrażałem i co nam obiecywano.
[01:03:24] - Tak, ja mam problem z tym filmem, dlatego że on mi się podobał, ale nie od razu. Uważam, że on jest bardzo źle promowany i bardzo źle sprzedawany. Ja tu sobie wyłożę dla państwa taką swoją autorską wizję tego filmu. Być może ja się potężnie mylę, to wybaczcie państwo, ja po prostu na ten film tak patrzę. Troszkę zadziałało moje takie jakieś zainteresowanie filozofią, bo podszedłem do tego filmu trochę jak do koła hermeneutycznego, a w tym kole to wiadomo, nie rozumiecie państwo części i chcecie zrozumieć całość, więc musicie zrozumieć całość, żeby zrozumieć części. To taka parafraza koła hermeneutycznego. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że ja na początku ten film oglądałem zgodnie z tym, co miałem w zapowiedzi, że facet przybywa z przyszłości. Zresztą on bardzo dekoracjami i samym sobą przypomina film "12 małp". To pewno zamierzone podobieństwo, że się zjawia w takim stroju i w ogóle tak dziwnie wygląda. I oglądałem. Tak, przybywa z przyszłości, ma jakąś misję i to coraz bardziej dziwne było i głupie. W ogóle ten film jest specyficznie realizowany, specyficznie są sceny podawane, przedstawiane poszczególne osoby, które w tej akcji biorą udział. Więc tak oglądałem, oglądałem i czułem się coraz bardziej oszukany, coraz bardziej zniesmaczony. Co to jest w ogóle? Bez sensu. Ale konsekwentnie dotrwałem do końca i kiedy dotrwałem do końca, zacząłem rozumieć poszczególne części tego filmu. I myślę, że ten film jest źle promowany. To nie jest film o przybyszu z przyszłości. To jest film o tym, że wszyscy uczestniczymy w wielkiej grze komputerowej, może nawet nie komputerowej. Wszyscy żyjemy w symulacji. Tu się czasami zjawiają takie szalone osoby. Czy wyglądają jak kloszard w takim przezroczystym wdzianku? Tego nie wiem, ale zjawiają się i mają do wykonania misje, tak jak my wykonujemy misje w różnego rodzaju grach, w które gramy na komputerach. Czasami w starszych wersjach tych gier spotykaliśmy bossa. Trzeba go było na końcu pokonać, bo inaczej gra nie była zakończona. Podobnie jest tutaj. Wszystko tak przybiega. Końcówka tego filmu wyraźnie świadczy o tym, właśnie nie tylko końcówka. Końcówka świadczy o tym, że to nie jest nasz świat, ale też w tak zwanym międzyczasie poszczególne części tego filmu wyraźnie pokazują, że ten świat, który my obserwujemy na ekranie, tylko udaje nasz świat. Bo przecież tam w tych dekoracjach, które świetnie znamy, nagle się pojawiają takie myki związane, ktoś napisał nawet o tym, że jakby wyciągnięte z serialu "Black Mirror". A więc mamy kopię dziecka, które zostało zabite w szkole w strzelaninie, taką cyfrową kopię. Mamy też wersję klonowaną, ale mamy wersję cyfrową. Mamy kilka takich gadżetów, które są rzeczywiście wyciągnięte z filmu "Black Mirror".Ale one kompletnie nie pasują do tego zestawu. W dodatku mamy tam takie rzeczy, jak znajdujemy w grach, szczególnie w tych starszych. Nagle się pojawia jakieś przejście z tej restauracji, pojawiają się dziwne gadżety, pojawiają się dziwne zachowania rzeczywistości, jakieś szczury, jakieś koty. Nie chcę opowiadać za bardzo tego filmu. Dla mnie wniosek był jeden po drugiej sesji, którą sobie zafundowałem tego filmu. To jest film o tym, że żyjemy w symulacji, że przebywają tu gracze i świetnie się bawią. Zresztą sam tytuł zdaje się to sugerować i to, co się dzieje z głównym bohaterem, z tym kloszardem w przezroczystym wydzianku też zdaje się sugerować. On się w pewnym momencie orientuje, nie będę spoilerował, że coś nie teges i się z tego świata wymiksowuje. Jeszcze jeden ślad znalazłem. Gdyby to był podróżnik w czasie, to on nie mógłby się cofać ponad 100 razy bez konsekwencji. To co? To poprzednie cofnięcie znikało? Jeśli się pojawiał w naszej rzeczywistości, to kolejne pojawienie nie niwelowałoby tego wcześniejszego pojawienia, a zatem działał mechanizm jakby żywcem wyjęty z gry. My do gry możemy wchodzić nieskończoną ilość razy i za każdym razem jesteśmy tam jakby po raz pierwszy. I powiem państwu, że ten film oglądany z tej perspektywy, którą starałem się państwu przedstawić, wygląda znacznie lepiej, znacznie logiczniej, niż kiedy posługujemy się tym wprowadzeniem, które rozpowszechnia dystrybutor.
[01:09:10] - Tak, coś z tym filmem jest, nie wiem, coś tam jest takiego, że gdyby nie to, co powiedziałeś i o czym też miałem wspomnieć, to bym go pewnie zjechał. Natomiast rzeczywiście odniesienie do hipotezy, że rzeczywistości mogą być tak naprawdę czymś podobnym do gier, to pewnie ten film by był niewarty uwagi. Tylko że w tym scenariuszu to nie jest tak do końca jasno wyłożone, żeby przeciętny widz, który ten film konsumuje, szybko to pojął. Aczkolwiek tak naprawdę już na samym początku mamy jakieś wskazówki, bo de facto zaczyna się to wszystko od misji. Finał tej misji polega na dotarciu do bossa, tak naprawdę do domu, w którym wbudowany jest Bóg AI i w zasadzie to wszystko wygląda jak gra. I jak wspomniałeś, w międzyczasie poznajemy szczegóły z życia bohaterów wybranych do tej grupy. Oni sobie żyją w świecie zdominowanym przez technologię. Tutaj mamy kilka segmentów. Jeden o nauczycielach, którzy wywołują apokalipsę zombie uczniów wpatrzonych w telefony. Mamy dziewczynę uczuloną na technologię. Mamy kobietę, której sklonowano syna. Każdy z nich ma jakieś, jak to z bohaterami bywa, słabości, ale każdy z nich ma też pewne cechy szczególne, które pozwolą mu przejść przez tą grę. Ta gra niekiedy rządzi się prawami, które są zupełnie nieoczekiwane. Może się stać coś, możesz zostać zaskoczony, ale nie wiesz czym, prawda? Nie będziemy tutaj wam zdradzać szczegółów, bo odebralibyśmy wam pewnie radość z tego filmu albo też mękę. Jest jeszcze druga płaszczyzna, taka symboliczna, filozoficzna, mówiąca nam, że pchamy się w kierunku cyfrowej destrukcji, przy czym nie trzeba do tego boskiego AI. Po prostu ludzie się sami wygłupią i zgłupieją. Jest to więc też film z przekazem i ja myślę, że troszeczkę, kiedy uderzono w ten gong pod tytułem AI, czy też uzależnienie od komórek, cyberuzależnienie, bo tam też jest kwestia TikToka, brain rotów poruszona, to myślę, że to troszeczkę oderwało uwagę od tego, o czym powiedziałeś, czyli od tej drugiej albo nawet trzeciej płaszczyzny mówiącej, że to jest specyficzny świat. W niektórych scenach ten przekaz z tym, że ludzkość się samounicestwi poprzez uzależnienie od różnego rodzaju gadżetów, jest chyba zbyt mocno wysunięty. To jest na pewno film specyficzny. To wszystko jest okej, tylko ja mam, nie wiem, czy to są zarzuty, pewne obiekcje co do wykonania, bo wszystko jest okej, wszystko jest fajnie. To nie jest biedny film, to nie jest lichy film. Tylko że on po pierwsze jest trochę za długi. Niektóre sceny się toczą i toczą. W niektórych scenach się łapiemy na tym, że one są absurdalnie przedłużone. Ale to może też w jakiś sposób koresponduje z hipotezą gry, że ktoś nie gra na tyle umiejętnie, że przegapia coś, co ma wpływ na dalszy tok, prawda? Tym bohaterom też się absurdalnie nie spieszy w tej grze. Oni są osadzeni w takim wirtualnym świecie, który też podziwiają i to w pewien sposób wpływa na ich zachowanie. Zmierzają do tego domu na samym końcu, do tego zamku, jak w Mario. Oni mają różne dziwne przygodyTylko powiem ci, że po pewnym czasie, po tych dwóch godzinach to zaczyna troszeczkę męczyć. Ten film momentami jest bardzo zapętlony, jest trochę odtwórczy. Czasami oglądamy sceny, które już widzieliśmy i które nie robią takiego wrażenia. To znaczy może na Amerykanach robią. Oni się boją zombie, rekinów. W tym filmie rekinów nie ma, ale są inne potwory. Może to na kogoś działa. Może to musiało być, żeby zapewnić oglądalność, ale nie wiem. Wszystko jest okej, ale ja mam takie wrażenie, że ten film momentami jest męczący i to w taki negatywny, czasami infantylny sposób. I to się nie tyczy scenariusza, tylko to się tyczy, powiem ci, konstrukcji postaci trochę. I co jest zaskakujące, bo my rzadko narzekamy na poziom gry. Znaczy ja rzadko narzekam, często mówię, że aktorzy ratują film, ale tu mi się wydaje, że było na odwrót, że oni go dodatkowo trochę pogrążyli. Nie wiem, czy swoją interpretacją tych postaci, czy po prostu tym, że oni ten film spłycili. On mógłby być ciekawszy. Nie musiałby być super poważny jak "Matrix", ale wyszło trochę tak, jak w jakiejś komedyjce z lat 90. Ja miałem takie wrażenie. Mówię o finale, czyli "Baw się dobrze i przeżyj". To jest opowieść wieloaspektowa o konfrontacji z AI, o zagrożeniach płynących z cybertechnologii. My wiemy, to jest temat już dzisiaj oklepany, może nawet wymęczony. Nie każdego zainteresuje, dlatego są te inne płaszczyzny. Natomiast ten humorek zaprezentowany przez twórców stał po prostu nie na moim poziomie. Dla mnie to nie było zabawne i może nawet nie za bardzo błyskotliwe. Wraz z tym, że film jest przedłużony, to sprawiło, że moje podejście do niego jest takie, jak słyszycie.
[01:15:12] - A ja powiem coś jeszcze à propos zachwytów, a zaraz przejdę do niezachwytów. Jeśli chodzi o zachwyty, to właśnie ten humorek dla mnie był też charakterystyczny dla humorku graczy. Ja poznałem trochę to środowisko, patrzyłem na to środowisko trochę z zewnątrz, trochę tak jak do jeża podchodziłem nawet. I tam humor jest specyficzny. Tam, że cię zabiją w kolejnej partii albo coś tam. Humory są czasami w wykonaniu graczy, powiedzmy, przeraźne albo pszennoburaczane. To mi nie przeszkadza. Ja lubię prostacki humor, ale zwracam uwagę, że tak może być, że być może te humorki serwowane w tym filmie, zgadzam się, zdecydowanie za długim, to absolutna racja, że on mógłby być troszkę krótszy, to by mu tylko dobrze zrobiło. Ale te humorki serwowane są właśnie trochę w takim klimacie growym, że tak się wyrażę. Bo człowiek, kiedy ma zabić kolejnego bossa albo coś ma zrobić, to umówmy się, poziom refleksji wówczas nie sięga filozofii. Nawet źle by się działo, gdyby sięgał tej filozofii. Raczej jest bardzo praktyczny i bardzo prosty. Tak to określę. To mi się wpisuje w pewną logikę świata. Natomiast racja, Piotrze, że ten film, jakby to powiedzieć... Owszem, ja rozumiem, że jego poszatkowanie, te różne sceny, to też ma budować nastrój growy, że pewne elementy, które się pojawiają, również mają tę narrację wzmacniać. Ale może nawet powiem tak, że nawet ta drewniana gra chwilami aktorów się wywodzi z tego, że gracze to są zwykli ludzie, prości i oni wcale nie muszą być wybitnymi aktorami, nie muszą być wybitnymi osobowościami. Oni mają uratować growy świat. Może z tego się to wywodzi, więc to by było bardzo konsekwentne dzieło. A jednak, tu się z tobą zgodzę w pełni, coś w tym filmie gniecie, coś nas, za przeproszeniem, uwiera w tyłek, bo ja nie wiem, czy nie dałoby się jednak bez wydziwiania, bez cudowania zrobić filmu, który miałby to samo przesłanie, niekoniecznie oczywiste. Tak jak starałem się to państwu pokazać, że ten film można odczytać na różne sposoby. Nie wiem, który jest właściwy. Ja sobie ukułem taką, a nie inną teorię, bo jestem przywiązany do teorii symulacji i jakoś ona mnie kręci i dlatego tak ten film odczytuję. Być może można go odczytać zupełnie inaczej, ale wszystko okej. Tylko bardzo poważnie się zastanawiam, czy tego filmu nie dałoby się zrobić jednak inaczej. Mniej kombinowania, więcej prostych scen, wcale nie oczywistych, bo siła tego filmu owszem, polega na tym, że te sceny są czasami jakby zawieszone. Nie wiadomo po co są niektóre sceny. To się później układa, ale w rezultacie my dostajemy dzieło, które nie porywa nas, bo jaDoceniając pewien kunszt scenarzystów i reżysera, doceniając to wszystko, to jednak jakbym powiedział, że się świetnie na tym filmie bawiłem, to bym państwa okłamał. Wcale tak nie było. Ja po prostu przywiązałem się do pewnej wizji i pod tym kątem obejrzałem ten film drugi raz i wszystko mi się zgadzało. Ale jakbym miał powiedzieć: ten film mnie porwał tak do końca, to chyba nie. Ale z względów filmowych czysto nie porwał mnie. Myślę, że dałoby się ten film zrobić bardziej, Piotr powiedział Matrix. Dobry pomysł. Bardziej matrixowo, czyli bardziej wciągająco, akcyjnie, bo tu akcji oczywiście jest dużo i ona czasami jest absurdalna. Okej, wszystko gra i buczy, ale te przedłużane sceny. Być może rzeczywiście, tak jak Piotr to sugerował, gracze bywają niedoskonali. Wszystko okej. Tylko ponad dwie godziny to już jest jednak wyzwanie. Grubo ponad dwie godziny od razu dodajmy. To jest jednak wyzwanie. Nie jestem pewien, czy tak należało to zrobić. Więc kiedy miałbym powiedzieć, czy ten film polecam, czy nie polecam. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Być może z tego wszystkiego, co my tu dzisiaj z Piotrem mówimy, państwo sami sobie ukulają obraz i sami zdecydują, czy wejść w tę grę, czy w nią nie wchodzić. To zgodnie z tradycją czas na polecanki z pogranicza. I co ja w tej chwili powiem? Powiem, że tej części programu patronuje duchowo księgarnia Galeria Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. Księgarnia czynna od poniedziałku do piątku, od 10:00 do 18:00. Tam można buszować wśród papierowych książek. A kto w Warszawie nie mieszka, do Warszawy nie przyjeżdża, zapraszam na stronę Nieznany.pl. Tam pełna oferta książkowa. A ja na dzisiaj przygotowałem następujące książki. Pierwsza: „Czy chrześcijanin może być buddystą?” Autor Jacek Konarski, wydawca Kos. Lektura tej książki wyzwala z lęków, które często towarzyszą chrześcijanom w refleksji na temat buddyzmu oraz utwierdza w przekonaniu, że można być chrześcijaninem, a jednocześnie w jakimś stopniu buddystą. A fakt ten wcale nie musi świadczyć o jakimś zagubieniu w sferze religijnej. Wręcz przeciwnie. Autor w prosty i przekonujący sposób podpowiada, jak poukładać elementy wiedzy religioznawczej, aby mogły służyć pogłębieniu chrześcijańskiej świadomości religijnej. Bóg w tej książce nie jest jakimś dalekim nieznajomym, lecz bardzo bliskim przyjacielem, z którym autor spontanicznie dzieli się wszystkim, z czego składa się jego życie. Prosta argumentacja daje do zrozumienia, że można Go odnaleźć w każdym aspekcie życia. Nadzieję budzi również sposób mówienia o piekle. Chociaż autor daleki jest od myśli, że niebo można osiągnąć tanim kosztem albo otrzymać je wręcz za darmo, książka ta jest również świadectwem tego, że o ważnych sprawach można mówić nie tylko z powagą, lecz także z humorem. Przypomnę tytuł: „Czy chrześcijanin może być buddystą?” Autor Jacek Konarski, wydawca Kos. Druga książka nosi tytuł: „Elementarna filozofia nowoczesnego Różokrzyża”. Autor Jan van Rijckenborgh, a wydawca Rosenkreuz Pers. Nasze rozumienie spraw duchowych jest często poważnie zniekształcone. Zniekształcone przez postrzeganie i uwarunkowania natury ja. W elementarnej filozofii nowoczesnego Różokrzyża autor usiłuje przebić się przez te uwarunkowania, pozwalając nam spojrzeć na rzeczywistość stojącą za nimi tak, jak to jest widoczne z punktu widzenia wyższego, boskiego ja, którego proces zmartwychwstania jest nauczany w szkole Złotego Różokrzyża. Przypomnę państwu tytuł: „Elementarna filozofia nowoczesnego Różokrzyża”. Autor Jan van Rijckenborgh, wydawca Rosenkreuz Pers. Trzecia książka, którą dla państwa przygotowałem, wyszła w serii Biblioteka Apokryfów. Ta książka nosi tytuł: „Ewangelia Filipa”. Wydawca Purana. Ewangelia Filipa, tak jak Ewangelia Tomasza, należy do tekstów apokryficznych napisanych w języku koptyjskim. Odkrywano je począwszy od roku 1945 w grotach Nag Hammadi w górnym Egipcie. Ta ewangelia gnostycka z III wieku, prawdopodobnie pełniąca rolę ówczesnego katechizmu dla wtajemniczonych, wydaje się oryginalnym świadectwem życia i nauczania Chrystusa w jego czasach. Jako tekst przypisywany jednemu z najbliższych uczniów Jezusa pozwala być może odkryć jego bardziej ludzką postać.Charakteryzującą się dużą swobodą wypowiedzi i zachowania w stosunku do otaczających go mężczyzn i kobiet. Szczególnego znaczenia nabiera osoba Marii Magdaleny, towarzyszki Mistrza oraz inicjalny charakter ich związku i uosabiany przezeń obraz powrotu do pierwotnej jedności pierwiastków męskiego i żeńskiego. A ja przypomnę: ta książka to Ewangelia Filipa, wydawca Purana. W tej samej serii, czyli w Bibliotece Apokryfów wydawnictwa Purana, dostępna jest również Ewangelia Marii Magdaleny. Piotr rzekł do Marii: „Nauczyciel miłował cię inaczej niż pozostałe kobiety. Powtórz nam słowa, które ci powiedział i co nie jest nam znane”. Od odkrycia manuskryptów z Nag Hammadi corpus Ewangelii wzbogacił się o fascynujące teksty przypisywane Tomaszowi, Filipowi, a nawet Piotrowi. Wśród nich Ewangelia Marii jest jedynym tekstem, za którego autora uznaje się kobietę. Spisana około roku 150. jest cennym świadectwem pierwotnego chrześcijaństwa. Tradycji, do której prowadzi nas przekład ortodoksyjnego teologa i filozofa Jeana Yves'a Leloupa. Miriam z Magdali, inaczej Maria Magdalena, kobieta będąca pierwszym świadkiem zmartwychwstania, przekazuje w niej tajemne nauki objawione jej w widzeniu. Grzesznica z Ewangelii kanonicznych ukazuje się tu jako bliska przyjaciółka Jezusa, której zawierzono słowa nieznane nawet apostołom. Przypomnę: Ewangelia Marii Magdaleny, wydawnictwo Purana, seria Biblioteka Apokryfów. Czas, proszę państwa, na sentymentalnik. Cóż ja mogę powiedzieć? Może takie hasło: czarnobylskie wspominki. Zapraszam. Dzisiaj wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem na takie wspominki czarnobylskie sobie pozwolimy. Dzień dobry wieczór państwu. I cyk! Kolejny odcinek sentymentalnika wjeżdża na YouTube'a. Mam wrażenie, że kogoś zacytowałem, ale domyślcie się państwo kogo. A dzisiejszy odcinek sentymentalnika poprowadzę wspólnie z Arturem Wójtowiczem. Dzień dobry wieczór.
[01:28:01] - Witam serdecznie.
[01:28:02] - I oczywiście z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór.
[01:28:06] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Radość z tego powodu aż promieniuje. We mnie nie tylko.
[01:28:15] - Tak, to w sumie słusznie, ponieważ dzisiejszy temat będzie promieniotwórczy, bo proszę państwa, porozmawiamy — w związku z rocznicą zbliżającą się — o Czarnobylu, o pamiętnym roku, w którym to był sobie wyleciał w powietrze ten Czarnobyl. Zaczynamy zatem. Panowie, jak w ogóle wspominacie tamten czas? Jak to było? Gdzie wtedy byliście? Co robiliście i jak dotarły do was wiadomości o tym, że coś tam w tym Czarnobylu się wydarzyło? Pamiętacie może, jak informowały o tym media? Powiedzcie coś. Arturze.
[01:29:05] - Ja powiem na początek może ciekawostkę. Kiedyś może sobie z Piotrem o tym pogadamy u niego na kanale, jeżeli będzie zainteresowany. Ale właśnie kwestia Czarnobylu rzekomo była przepowiadana w ogóle w Apokalipsie. To jest ciekawe, dlatego że — to tak na wstępie — Czarnobyl, czyli czarna bela, a czarna bela po ukraińsku to piołun, prawda? W związku z tym w Apokalipsie jest napisane, że wystrzeli piołun, zaleje jedną trzecią część świata i będzie katastrofa. Ale wówczas, wtedy, kiedy to było wiosną 1986 roku, bo tak to pamiętam troszeczkę przez mgłę, było coś w tym, bym powiedział, takiego niepokojącego. Coś, co gdzieś potrafi wrócić takim jednym obrazem albo jednym zdaniem, bo wszystko zaczęło się od takiej ciszy. W ogóle my, z tego, co kojarzę, to zostaliśmy jako Polska powiadomieni o tym wybuchu Czarnobylu przez Szwedów. W ogóle to też była taka ciekawa sprawa z tego, co pamiętam, bo kiedy doszło do tej katastrofy w Czarnobylu, ludzie bardzo długo nic nie widzieli, a w Polsce, w tych realiach PRL-u, to informacje nie płynęły tak jak dzisiaj. Nie było internetu, nie było natychmiastowych komunikatów, było radio, była telewizja. Przede wszystkim była kontrola tego, co się mówi i kiedy się mówi. Więc te pierwsze sygnały docierały bardziej, bym powiedział, pocztą pantoflową niż oficjalnie. Bo ktoś coś tam usłyszał, ktoś miał rodzinę bliżej Wschodu, ktoś wspominał o jakiejś awarii. Ale to wszystko było takie, bym powiedział, niejasne i bardziej rozmyte. Dopiero po czasie, kiedy te komunikaty się pojawiły, te komunikaty też były, z tego, co pamiętam, bardzo krótkie, bardzo uspokajające, bardzo zachowawcze, bez jakichś szczegółów, bez dramatyzmu. Wielu ludzi wspomina, ale ja też wspominam, bym powiedział, charakterystyczny taki moment, kiedy zaczęto mówić o piciu płynu Lugola. Nam kazano pić jodynę. To już w ogóle było chrystwo nie z tej ziemi.Pamiętam, ale była kwestia płynu Lugola. To był taki nagły, masowy odruch. Były kolejki, była nerwowość. Rodzice, którzy prowadzili dzieci do punktów, gdzie ten specyfik dziwny podawano. Nikt tak naprawdę do końca nie tłumaczył, dlaczego powinniśmy ten płyn Lugola pijać albo tą jodynę, bo pamiętam, że my u nas chodziliśmy do apteki, żeby jodynę brać. Ale każdy czuł, że coś jest po prostu nie tak. Najdziwniejsze było chyba, w tamtym okresie czasu dla mnie jako dla dziecka, takie rozdwojenie rzeczywistości. Bo z jednej strony w mediach był ton bardzo spokojny, niemal uspokajający, z drugiej u ludzi rósł niepokój. Były pytania retoryczne, bo nie było na nie odpowiedzi. Nie wiadomo było, czy można wyjść na dwór. Patrzcie! Wtedy mogliśmy wychodzić na dwór, a jak była pseudopandemia, to nie. Więc czy można było wyjść na dwór? W ogóle jak deszcz pada, były dyskusje, czy jak deszcz pada, to ten deszcz jest bezpieczny. To też jest ciekawe. Pytania były, czy to jedzenie w ogóle nie jest przypadkiem skażone? To były konkretne lęki, ale jednocześnie brakowało jasnych informacji. Dopiero z czasem do nas, do Polski zaczęły docierać pełniejsze obrazy tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Ta skala katastrofy, ewakuacja miasta Prypeć, dramat ludzi, którzy znaleźli się najbliżej wybuchu. Wtedy wiele osób poczuło coś na kształt zawodu czy gniewu, że ta prawda była tak długo dozowana. Ja po latach byłem na Ukrainie i też nie tylko w Czarnobylu byłem i rozmawiałem z tymi ludźmi dalej. Ile osób zmarło zaraz na samym początku, to była po prostu tragedia. Dzisiaj oczywiście z perspektywy lat tamten czas wspominam jako taki moment, w którym pękła pewna iluzja bezpieczeństwa, bo się po prostu okazało, że to zagrożenie może gdzieś nagle przyjść, może być niewidzialne, a jednocześnie będąc niewidzialnym jest ono ogromne. I że ta informacja albo brak informacji potrafi być równie ważny jak to samo wydarzenie. Ja powiem tak, może tutaj nie wspominam tego z nostalgią, ale bardziej wspominam ten okres czasu z refleksją i z cichym pytaniem, które wydaje mi się, że wiele osób wtedy sobie zadawało. To pytanie jest takie: ile jeszcze rzeczy dzieje się gdzieś obok nas, o których my po prostu nie wiemy?
[01:34:09] - Piotrze, czy ty masz jakieś refleksje czarnobylskie?
[01:34:15] - Oczywiście, że mam. Pytałeś, gdzie żeśmy byli wtedy. Ja nie byłem jeszcze za bardzo. Ja miałem dopiero być za kilka tygodni. Osobiście nie pamiętam wydarzeń w Czarnobylu, ale muszę powiedzieć, że Czarnobyl zawsze nad nami wisiał. To był jeden z głównych strachów mojego dzieciństwa. Coś, czego się realnie bałem jako dziecko, bo wszyscy o tym mówili. Dużo się o tym mówiło, o tym się słyszało doktora. Prawdopodobnie lekarze ciągle musieli o tym gadać, bo jakaś taka panika była. Nasiąkłem tym jako dziecko. O wpływie Czarnobyla mówiono dużo jeszcze na początku lat 90., kiedy ja to pamiętam. A potem się pojawiły książki, filmy, reportaże. Ale tak zupełnie współcześnie, kiedy nam przypomniano tą historię, najpierw się pojawiły dokumenty, pamiętam, gdzieś w okolicach lat 2000. Potem się pojawiły seriale, filmy dokumentalne, niedokumentalne, fabularne albo paradokumentalne. O tym się dzisiaj już mówi mniej wszystkim. Jeżeli się opowiada, to mam takie wrażenie, że właśnie o tych likwidatorach, o tym, jak to było niebezpieczne. Ale nie mówi się o tym, jak to ludzie przeżywali. Może z powodu tego, że nie było widać tego zagrożenia i ludzie to przeżywali specyficznie. Dodam tylko, że takim drugim straszydłem w tamtych latach była dziura ozonowa, od której też żeśmy mieli wszyscy umrzeć. Myślę, że do dzisiaj są ludzie lekko przewrażliwieni na temat Czarnobyla. Mówię o tym starszym pokoleniu. Przecież ta legenda o żółtym czy zielonym pyłku, który pojawia się na wiosnę na parapetach i bywa przecież nazywany czarnobylem, też się nie wzięła znikąd. Ale tak, wisiał ten Czarnobyl. Myślę, że wiele osób nie jest świadomych, jak on bardzo wisi. Jeżeli chodzi o osoby z mojego pokolenia, które mają problemy na przykład z tarczycą i to są problemy niekiedy bardzo duże. Ja sam znam osobę, i to chłopaka, który ma z tym ogromne problemy. Przecież to jest choroba głównie kojarzona z kobietami, prawda? Tak mi się wydaje. Także ten Czarnobyl gdzieś tam jest cały czas. Mówi się o nim, ale myślę, że gdyby to wszystko się rozegrało dzisiaj, to miałoby dużo bardziej daleko idące skutki społeczne. Przede wszystkim ludzie by bardziej panikowali, takie mam wrażenie. Pojawiłoby się mnóstwo teorii spiskowych. Zresztą o teoriach spiskowych za chwilę będziemy mówić. Także ja to pamiętam z takiej specyficznej perspektywy jako jeszcze nieświadomy uczestnik tego typu zdarzeń, ale też taki uczestnik, który potem przez bardzo długi czas słyszał o skutkach tego Czarnobyla. Nawet sobie przecież w tych pierwszych latach życia człowiek nie wyobrażał, o co w tym chodzi. Ja do teraz na przykład, kiedy o tym słyszę, to mam lekkie ciarki. Może one dzisiaj nie występują już tak jak kiedyś, ale był czas, pamiętamJako dziecko, kiedy słyszałem słowo Czarnobyl, się bałem, bo nie wiedziałem, co się tam stało do końca. Miałem może kilka lat. Pamiętam do tej pory, że wyobrażałem sobie, że to było coś niesamowicie brudnego. To pamiętam. Coś takiego absolutnie. Co się strasznie źle kojarzyło. Gdzieś pomiędzy piekłem a gabinetem doktorskim. Pamiętam, takie miałem wrażenia. Marku, a jak to było u ciebie? Gdzie cię zastał Czarnobyl?
[01:38:00] - Właśnie. Mam masę wspomnień z tym związanych. Niektóre są dziwne, bo ta katastrofa, żeby historycznie to umieścić, zdarzyła się między 25 a 26, gdzieś w nocy, może bardziej 25 albo 26 dniu kwietnia. Tego nie wiem. Natomiast ja w tym czasie byłem uczniem pierwszej klasy szkoły pomaturalnej. Jeszcze wtedy nie byłem na studiach. Było tak, że szkoła pomaturalna była dwuletnia, ja po roku zrezygnowałem z jej usług i to była właśnie końcówka tego pierwszego roku. I tak było dziwnie w PRL-u, że pomimo, że była szkoła pomaturalna, to obowiązkowym przedmiotem dla tych uczniów, bo byłem jednak uczniem, było przysposobienie obronne. I mniej więcej, już nie pamiętam, 25, 26, może 27, trzeba by sprawdzić daty dzienne, ale gdzieś bardzo w okolicach tego była lekcja przysposobienia obronnego. I wtedy moja klasa otrzymała znak, bo akurat bawiliśmy się miernikami, czujnikami, jak to się tam nazywa, miernikami Geigera. I proszę mnie dobrze zrozumieć, te mierniki nic nie wykryły, ale w pewnym momencie na lekcji zaczęły wyć przeraźliwie. One trzeszczą, tak naprawdę trzeszczą, ale miały tam jeszcze jakiś taki moduł wycia, więc zaczęły wyć. I od razu uprzedzam, to nie było wykrycie tego, że coś tam w Czarnobylu pierdyknęło i że takie promieniowanie było. To był przypadek, ale jakże znamienny przypadek. Dziwny przypadek, tak jakby te przedmioty chciały nas ostrzec. Ja oczywiście daleki jestem od antropomorfizowania przedmiotów, które chciały nas ostrzec. To tak bardziej, żeby było obrazowo mówię, ale taki sygnał, taki znak otrzymaliśmy. I jakież było moje zdziwienie. Ja wtedy byłem namiętnym słuchaczem BBC z Londynu. Gdzieś tak się zaczynała audycja o godzinie 21:30 i zaczęło się bodajże tego samego dnia, kiedy te liczniki tak sobie trzeszczały i wyły. Zaczęła się audycja i zaczęła się tak niewinnie. Tam był serwis informacyjny na początku i w tym serwisie powiedziano, Artur mówił o Szwedach, że szwedzkie różne badawcze instytucje donoszą o wzmożonym promieniowaniu, o jakiejś chmurze i nie wiadomo skąd ta chmura jest, ale oni przypuszczają, że ona napłynęła znad Związku Radzieckiego. Takie to było nieostre, ale było. Zameldowałem o tym swoim rodzicom, żeby byli uprzedzeni. Traktowałem to jako taką ciekawostkę, bo było też tak, że różne komunikaty napływały z ZSRR i człowiek nie zawsze się tym przejmował. Ale następnego dnia te komunikaty już były bardziej konkretne, a zaraz potem zaczęły się przepychać te wiadomości jednak do oficjalnych przekaziorów. I tak to się zaczęło, tak to zapamiętałem. Więc ja się dowiedziałem o tym, że coś tam pierdyknęło, dowiedziałem się z BBC, z Londynu. Nie zapomnę do dzisiaj, jest to jakieś dla mnie takie dziwne, nie chcę przesadzać w przymiotnikach, ale dziwne to trzeszczenie i to wycie tych czujników na lekcji przysposobienia obronnego. Mam na to świadków, bo grono moich znajomych również chodziło do tej szkoły. Do dzisiaj to wszyscy pamiętamy i wszyscy stwierdzamy, że to było naprawdę bardzo dziwne. Tak to pamiętam. A później jeszcze pamiętam, że ta świadomość była różna, bo przecież jak powiedziałem, że przełom 25, 26 dnia kwietnia, to zaraz potem był 1 maja. A 1 maja w PRL-u to mus było, przynajmniej dla niektórych, iść na pochód pierwszomajowy. Słowo mus jest tu adekwatne, bo w niektórych miejscach to było naprawdę pod naciskiem robione i ludzi wypędzono na te pochody. I pamiętam taką opowieść koleżanki mojego ojca, która mówiła, też nie wiem, jaka była tego przyczyna, że miała na sobie jakąś bluzkę ze sztucznego. W każdym razie były tam jakieś włókna sztuczne w tym wszystkim i ona po tym pochodzie pierwszomajowym zmieniła kolor. Więc tak naprawdę to ja nie wiem, czy ja już wjeżdżam na teren legend miejskich, czy to była prawda. Tego nie wiem, nie weryfikowałem tego. Mój ojciec zresztą też nie, ale poszła taka opowieść.... że pani, która uczestniczyła w pochodzie pierwszomajowym, kolor jej bluzki nieco się zmienił. Takich opowieści, tego rodzaju mniej lub bardziej dziwnych, było w tamtym czasie całkiem sporo. Ja nie wszystkie już dzisiaj pamiętam, ale było ich naprawdę trochę. Na przykład po kilku latach dowiedziałem się, że jeden z sąsiadów, który miał taką małą szklarenkę w ogródku, ale już było ciepło, więc on tę szklarenkę otwierał i tam miał pomidory. Ona miała nie tylko otwierane drzwi, ale podnoszone szyby, które można było tak, jak w oknach dachowych, klapnąć. To się mówiło, że się klapnęło i w związku z tym to powietrze, ten ewentualny opad spadał na te pomidory. A sąsiad był maniakiem pomidorów i wcinał je, jakiś czas potem oczywiście, bo one jeszcze czerwone nie były. Wcinał te pomidory namiętnie. I nie dożył końca 1986 roku. Tak go coś zjadło nieprzyjemnego. Sami państwo wiecie co. To znowu trudno oddzielić prawdę od fikcji, czy też opowieść narracyjną od tego, co się naprawdę wydarzyło. Tego nie wiem. Raczej powtarzam to, w czym byłem zanurzony. Te opowieści, w których byłem zanurzony.
[01:45:10] - To ja może przejmę pałeczkę, bo niektórych rzeczy nie pamiętam. Mogę je tylko powiedzieć z innych źródeł. To jest w ogóle fascynujący temat. Może kiedyś powrócimy do teorii spiskowych oraz różnego rodzaju miejskich legend towarzyszących Czarnobylowi, ale takich legend zza wschodniej granicy. Powiedzieliśmy, że to zagrożenie nie było widoczne, że ono przerażało bardziej od strony opowieści. Zatem jakie były zachowania ludności w PRL-u wobec Czarnobyla? Czy było widać panikę? Co mówiły media? Czy media tą panikę próbowały eskalować? To chyba nie, ale czy niechcący eskalowały? Ja, jak powiedziałem, wiele lat później widziałem, obserwowałem jako dziecko niepokój co do Czarnobyla, taki realny. Oczywiście myślę w oparciu o to, czego byliśmy świadkami, chociażby w czasie tak zwanej pandemii. Myślę, że zachowania ludzi mogły być bardzo różne i różne mogły być też sposoby zapobiegania skutkom wybuchu w Czarnobylu. Myślę, że wiele osób też sobie nie zdawało sprawy z powagi sytuacji. Marku, pamiętasz może jakieś szczególne komunikaty, szczególne zachowania ludzi w tamtym okresie, tuż po wybuchu?
[01:46:40] - Komunikaty pamiętam i to takie wredne komunikaty, bo na przykład rzecznik prasowy rządu, Jerzy Urban, w ogóle mówił, że to wszystko było luz, w ogóle nic nam nie grozi, wszystko jest gites i wspaniale i w ogóle się nie ma czym przejmować. Wtedy pamiętam magiczne słowo, ile to bekereli wymierzyli i jak to się przekłada na zagrożenie. I oczywiście zagrożenia nie było, bo przecież trzeba było na te pochody pierwszomajowe iść. Ale, co dziwne, przecież w tamtym czasie odbywał się, zaraz na początku maja, Wyścig Pokoju. W 1986 roku Wyścig Pokoju, kolarski wyścig. On pierwotnie, w takich moich dziecięcych czasach, to był wyścig na terenie trzech państw: Czechosłowacji, bo wtedy jeszcze istniała, Polski i NRD. Ale w 1986 roku bodajże po raz drugi zorganizowano na terenie czterech państw, bo trzy wcześniej wymienione i jeszcze Związek Radziecki. Tak starano się dokooptować. I co najgorsze, właśnie w pobliżu Czarnobyla, bo w końcu te miasta ukraińskie, w których wyścig się odbywał, siłą rzeczy leżały blisko Czarnobyla i nikt się niczym nie przejmował. Był jakiś komunikat, że którzyś kolarze z jakichś państw odmówili udziału na terenie Ukrainy w wyścigu, czyli tak naprawdę zrezygnowali z wyścigu w ogóle. Tak na marginesie przyszło mi do głowy, że warto by kiedyś przy okazji, skoro mówiliśmy już o rowerach, to i o Wyścigu Pokoju porozmawiać, bo dzisiaj chyba mało kto zdaje sobie sprawę, jak potężna to była impreza i jak oddziaływała na masową wyobraźnię, na młodych ludzi i tak dalej. Zostawmy, bo to nie temat na dzisiaj, ale ten wyścig zorganizowano i też się nikt tym nie przejmował. Co więcej, jak później się dowiedziałem, podejmowano świadome ryzyko. Wszyscy wiedzieli, że ten opad jest, szczególnie tam na terenie Ukrainy, i że to na pewno na zdrowie nikomu nie wyjdzie, a mimo wszystko w celach propagandowych: „Widzicie, rozumiecie, nic się nie dzieje, tu nawet kolarze jeżdżą”. Zorganizowano ten wyścig właśnie tam. To pokazuje, jak zakłamanym i wrednym w gruncie rzeczy ustrojem była komuna. Ta umowna komuna oczywiście, ten socjalizm realny, który przerabialiśmy, bo tam nie liczył się człowiek tak naprawdę. Chociaż dzisiaj niektórzy mówią, że wtedy było lepiej, bo człowiek się liczył. On się tak samo nie liczyłTu adekwatne słowo. Tak samo nie liczył jak dzisiaj. Nikt się tym nie przejmował. Chodziło o cele propagandowe i to było widać. Pamiętam jeszcze, à propos zachowań ludności, bardzo szybko pojawiła się informacja najpierw szemrana, później, o ile dobrze pamiętam, potwierdzona nawet w jakichś przekaziorach, żeby nie jeść czarnej porzeczki, że ona jakoś kumuluje w sobie i tak dalej. Ja się o tym dowiedziałem gdzieś pocztą pantoflową i pamiętam jak dzisiaj, to już kilka miesięcy potem jechałem, zdałem egzaminy na studia i jechałem do ojca i siostry, do takiej miejscowości wypoczynkowej. Jechałem PKS-em i tam sobie kobitki szemrały, żeby broń Boże tej czarnej porzeczki w czekoladzie nie kupować, bo to wszystko skażone, nic nie jeść i tak dalej. Słuchałem, uszy miałem jak radary. No i zapamiętałem. Długi czas owej czarnej porzeczki po prostu nie ruszałem. Nie wiem, czy słusznie, czy nie. To nie ma większego znaczenia. Bardziej opisuję w tej chwili stan emocji i stan umysłu w tamtym czasie. Człowiek łowił te wszystkie informacje dotyczące potencjalnych zagrożeń. Mówiono, żeby sałaty broń Boże nie jeść i w ogóle nie korzystać z przydomowego ogródka, bo to na zdrowie może nie wyjść. Ta historia, o której mówiłem wcześniej z pomidorami, w jakiś sposób może o tym świadczyć, może nie. Trudno powiedzieć. W każdym razie te zachowania wtedy porównałbym trochę do tego, co się działo przy C19, bo było bardzo podobnie pod pewnym względem. Oczywiście wpuszczano wtedy ludzi do lasu, a nawet nakłaniano, żeby żyć normalnie, ale z drugiej strony poziom szemranej propagandy, takiego buntu ludzi cichego, że na przykład skoro mamy iść na pochód, komuna się wtedy waliła, to nie wszyscy tych przymusów słuchali. Bardzo skromny był ten pochód. Zresztą i w ogóle pochody w tamtym roku były skromne, bo część ludzi wolała siedzieć w domu niż iść na pochód, nawet jeśli coś im tam groziło. Nie przesadzajmy, w 1986 roku to już ci panowie z czerwonymi legitymacjami mogli nadmuchać wszystkim, ale tam zawsze były próby odgrażania się. Więc znowu to taki był skutek, że część ludzi po prostu na ten pochód nie poszła, bo miała to dokładnie w nosie. Tak sobie o tym myślę. I to był dziwny czas. Naprawdę bardzo dziwny.
[01:52:54] - Arturze, ty coś pamiętasz jeszcze szczególnego?
[01:52:58] - Ja pamiętam, bo ja jestem dziecko Petrochemii z Płocka, prawda? Także tak jak tutaj wspomniałeś o tej sałacie, to mi się przypomniała kwestia, że właśnie jak te wszystkie kwestie chemiczne są, to rośliny jadalne, zwłaszcza zielone, bardzo pochłaniają to wszystko. I dlatego między Płockiem a Petrochemią, Petrochemia oczywiście też jest w Płocku, ale na skraju zrobiona była taka parowa i tam wtedy wpadli na pomysł, że skoro jest ta parowa, to ta parowa będzie genialnie odgradzać ludzi od Petrochemii, w razie gdyby była jakaś katastrofa albo coś. Oczywiście potem z biegiem czasu była też katastrofa w Płocku, bo Petrochemia się paliła, akurat ja byłem świadkiem tego, ale zrobiono, żeby to był taki teren zielony, niby trawą obsadzili wszystko, żeby to w razie czego te zanieczyszczenia wchłaniało. Fantastycznie. Tylko problem polegał na tym, że te miejsca rozdano ludziom jako działki, prawda? No i ludzie sobie tam działeczki zrobili, kapustkę, sałatkę, wszystko. To genialnie wchłaniało wszystko, co z Petrochemii. Ale tutaj powiem szczerze coś takiego, że rozmowa na temat, jakie były zachowania ludności w czasach PRL-u wydaje mi się, że to jest bardziej skomplikowane niż proste, bo nie można tego tak stawiać na granicy panika, brak paniki, bo w realiach PRL-u te reakcje ludzi były naprawdę w mojej ocenie stłumione, rozproszone, często też opóźnione, dlatego że nie było w ogóle rzetelnej informacji na samym początku, tuż po tym, jak ta katastrofa w Czarnobylu się zdarzyła, to nie było widać jakiejś otwartej paniki, bo ludzie nie do końca wiedzieli, o co chodzi. Mi się wydaje, że tak jak w przypadku tego całego Srowida byłaby sytuacja taka, że gdyby wyłączyć telewizję i radioodbiorniki, to ludzie też by się tym zbytnio nie przejęli, no nie? Wydaje mi się, że głównie to było dlatego, że większość społeczeństwa po prostu nie wiedziała, co się stało. No i media niewiele o tym mówiły. Jeżeli już nawet mówiły, to mówiły uspokajająco. No i to życie na pierwszy rzut oka toczyło się normalnie, bo ludzie chodzili do pracy, dzieci gdzieś tam się bawiły na dworze. To, co już wspomniałeś, Marku, odbywały się te pochody pierwszomajowe, ale pod powierzchnią zaczynało się, szczerze mówiąc, robić coś zupełnie innego, bo najpierw pojawiał się niepokój, taki cichy, taki rozchodzący się szeptem. Ludzie przekazywali sobie te informacje z drugiej ręki, że gdzieś coś tam wybuchło, że jakaś chmura idzie ze Wschodu, że może to być niebezpieczne. To nie była jakaś panika w stylu tłumów na ulicach, ale bardziej to narastało takie poczucie świadomości, że coś jest po prostu ukrywane.Wydaje mi się, że prawdziwą zmianą nastrojów był moment, kiedy zaczęto podawać dzieciom płyn Lugola. U mnie nie było płynu Lugola, bo jego było niezbyt wiele. Nie dla wszystkich go starczało i nas zmuszano do tego, żebyśmy pili na łyżkach stołowych jodynę, bo to rzekomo miało pomagać. Nagle to, co było plotką, a było okrzykliwe jak nie wiem, stało się realne. Pojawiły się kolejki do aptek. Właśnie u nas, przynajmniej na Mazowszu, po tą jodynę dziwną. Była nerwowość. Były pytania retoryczne bez odpowiedzi. Rodzice działali instynktownie. Jeśli kazano podać, to znaczy, że zagrożenie istnieje. To był chyba najbliższy moment zbiorowego napięcia, jaki wtedy, w tym okresie czasu wystąpił, bo w codziennym życiu widać były różne reakcje. Dla mnie też, pamiętam, była ta sytuacja, że mówiono cały czas, że trzeba unikać deszczu, bo powietrze jest skażone. Jeżeli będzie deszcz, to będzie też skażony, więc jak był deszcz, to się nie wychodziło. Chociaż ja lubiłem na deszczu przebywać na dworze, ale w tym przypadku nie wolno było wychodzić na dwór, jak był deszcz. Byli też tacy, co przemywali owoce. Potem była sytuacja też ciekawej propagandy, bo niektórzy w ogóle nie pili świeżego mleka. To też było ciekawe, bo krowy jadły tą radioaktywną trawę. Co innego wam powiem, że jeżeli nad polem przechodzą druty z wysokim napięciem, to krowa nigdy w życiu nie zje trawy spod drutu z wysokim napięciem. Ale wtedy tłumaczono, że krowa je właśnie to mleko. Potem pojawiła się teoria, że picie mleka prowadzi do białaczki. To też była ciekawa sprawa. Z tego, co pamiętam, najpierw mówiono, że picie mleka jest zdrowe. Nawet myśmy pięć złotych w szkole płacili, żeby pić ten ciepły kubek mleka, a potem twierdzono, że to mleko daje białaczkę. To była inna teoria. Też mówiono, żeby prosto z pola niczego nie jadać. Tak naprawdę część ludzi bagatelizowała tą sprawę. Troszeczkę z przekory, bo twierdzili, że komuna kłamie, troszkę z przyzwyczajenia do życia w ciągłej niepewności. Wydaje mi się, że też nie brakowało czegoś takiego, co było charakterystyczne dla tamtych czasów, bo w Polsce zawsze istniała jakaś ironia, jakiś czarny humor, więc były żarty o świeceniu w nocy, o mutacjach. Krążyły też po zakładach, po szkołach różne dowcipy z tego, co pamiętam. To był taki sposób radzenia sobie z tym lękiem, kiedy nie dało się tego lęku nazwać wprost. Wydaje mi się, że społeczeństwo PRL-u było już przyzwyczajone do tego, że oficjalne komunikaty nie zawsze pokrywały się z rzeczywistością i dlatego zamiast gwałtownej paniki pojawiała się taka bardziej mieszanka nieufności, kombinowania, cichego przystosowania. Szczerze mówiąc, krótko powiem, nie było scen z filmów katastroficznych, prawda? Nie było masowej ucieczki, chaosu na ulicach. Wydaje mi się, że było coś bardziej subtelnego, może nawet bardziej przejmującego, bo ten strach narastał. Ludzie tłumili ten strach. Tłumili dlatego, że nie mieli pełnej wiedzy ani realnego wpływu na tą całą sytuację.
[01:59:28] - Marku?
[01:59:29] - Ja powiem jeszcze jedną rzecz, że paniki rzeczywiście nie było, ale była poczta pantoflowa. Nie wiem, jak to inaczej nazwać, bo niby oficjalnie nie było wiadomo, tak nie do końca. Niby Urban mówił, niby „Dziennik” coś mówił, niby to BBC nadawało, ale informacja szerzyła się jak pożar na suchym stepie. Ludzie wiedzieli. Tylko to była wiedza charakterystyczna, zupełnie inna niż w przypadku COVID-19, bo ludzie byli wówczas bardzo praktyczni. Chłonęli informacje, wyciągali wnioski i jak była informacja, żeby tego nie robić, tamtego nie robić, to tego nie robili. I nie dlatego, że wierzyli we wszystko, tylko dlatego, że nauczyli się w komunie żyjąc, że lepiej być ostrożnym, lepiej nie kusić losu, lepiej nie wyrywać się do przodu. I to działało. Z takich rzeczy, które pamiętam z tamtych czasów, to na przykład w Bydgoszczy nie było masowej akcji wypijania płynu Lugola przez dzieci. Była i nie była, bo to znowu jest dosyć charakterystyczne. Otóż najpierw pojawiła się informacja, że przed szpitalem MSWiA, to chyba tak się wtedy nazywało, chyba dzisiaj też się tak nazywa. Czyli tak mówiąc krótko, przed policyjnym szpitalem, milicyjnym. Wtedy była milicja. Milicyjnym szpitalem ustawiały się kolejki i to były kolejki oczywiście partyjniaków i wszystkich ludzi związanych z władzą, a właściwie tam przyprowadzali swoje dzieci. Ile w tym prawdy nie wiem, ale wiem jedno: ta plotka miała swoje reperkusje. Jak poszła ta plotka, że dzieci partyjnych piły płyn Lugola, to natychmiast ludzie uruchomili akcję, żeby zdobywać płyn Lugola i poić nim swoje dzieci.Oraz oczywiście środek zastępczy w postaci... Oj, wyleciało mi z głowy. Uleciało. Skleroza, wiek, po prostu wiek. Skoro pamiętam Czarnobyl. Jodynę. Też serwowano tę jodynę, ale ludzie praktycznie to wykorzystali. Skoro komuchy poją swoje dzieci jodem, to my też. I to było masowe. Po prostu ludzie wyciągali wnioski. To była taka charakterystyczna dla komuny formacja umysłowa polegająca na tym, żeby działać praktycznie. Polak wtedy był nie do zniszczenia, ponieważ był właśnie praktyczny. On wyciągał wnioski. Najpierw bardzo uważnie obserwował, co się wokół niego dzieje i wyciągał wnioski. To pamiętam z tamtych czasów, wtedy nie wiedziałem, że to jest budujące, ale dzisiaj z perspektywy patrzę, to było budujące. Wtedy to społeczeństwo było nie do rozwalenia, nie do utłuczenia. Po prostu była pewna nomen omen solidarność. Ale to nie o związek chodzi, tylko ludzie bez względu na to, czy byli bardziej po stronie komuny, czy gdzieś tam w zupełnie innych kierunkach, byli jednak jakoś ze sobą związani, byli jakoś w stosunku do siebie życzliwi. Nie bezkrytycznie. Nie, nie róbmy jakiejś krainy miłości, ale byli bardzo życzliwi wobec siebie. Dzielili się informacją, byli gotowi pomóc, byli gotowi wskazać, gdzie na przykład ten płyn można dostać i jak to załatwić, jak to dawkować. Ta informacja płynęła. To coś, co dzisiaj w ogóle chyba nie funkcjonuje. Takie mam jeszcze wspomnienia.
[02:03:55] - Tutaj powiedzieliście o tych porzeczkach, o różnego rodzaju artykułach żywieniowych, które były niebezpieczne. Ja to też pamiętam. Ja pamiętam też na przykład, że unikano bardzo produktów kupowanych od tak zwanych Ruski na bazarach. Byli ludzie, którzy to kupowali, bo wiadomo, w okresie transformacji to był bardzo popularny cel na bazarach. Na przykład u mnie. Natomiast była bardzo duża nieufność. Pamiętam, że wszystko myto. Jeżeli coś od nich kupione, latarkę czy coś, to myto. Strasznie to pamiętam, to może był rok 1990, 1991, coś koło tego. Strasznie mi to utkwiło w pamięci, że to jest jakieś takie fe, nieczyste to jest, że nie ruszać. Były też historie niesamowite na temat Czarnobyla, ale takie, które ocierały się o paranormalia nawet. Słynna opowieść o UFO w Czarnobylu, później, ale to już dużo później, opowieść o Mothmanie w Czarnobylu. I zupełnie w naszych czasach, już w XXI wieku wchodzą filmy dokumentalne, paradokumentalne i fabularne, które nam pokazują Czarnobyl od tej strony prawdziwej, tej najstraszniejszej, bo z bliska. Mamy zdjęcia z wnętrza sarkofagu. Mamy wreszcie teraz już wycieczki do Czarnobyla, ale ja pamiętam, że dla mnie osobiście takim największym szokiem związanym z tym miejscem, z tamtym wydarzeniem, to nie był żaden film, nie był żaden dokument, to była książka Swietłany Aleksijewicz. To było dla mnie szokujące. Rozchodziły się różne teorie. Powiem ci, Marku, że pamiętam na przykład tą o zmianie koloru ubrania, chociaż ja ją wyhaczyłem jeszcze w czasie spotkań z UFO, które miały miejsce w Związku Radzieckim. Tam też, kiedy mówiono, że widziano UFO, to często na przykład firanka czy sukienka, czy koszula zmieniały kolor. To jest ciekawe, ale czy krążyły jeszcze jakieś inne opowieści? Takie już bardzo, że tak powiem, odjechane. Arturze, pamiętasz coś?
[02:06:18] - Powiem ci szczerze, że te miejskie legendy, które gdzieś tam się pojawiały, wydaje mi się, że były jednym z najbardziej żywych części tamtych wspomnień. Bo w czasach PRL-u, kiedy oficjalnie informacje, bym powiedział, były nawet skąpe i jakieś opóźnione, tą naturalną przestrzeń wypełniały różne przecieki, różne półprawdy, różne historie, które narastały z dnia na dzień. Bo po katastrofie w Czarnobylu ludzie zaczęli sobie różne rzeczy opowiadać, które dziś nazwalibyśmy po prostu miejskimi legendami. Ale wtedy one brzmiały całkiem naprawdę wiarygodnie, bo brakowało jakiegokolwiek punktu odniesienia. Na przykład właśnie to, co ja mówię. Krążyły u nas opowieści o tym radioaktywnym deszczu. Mówiono, że te pierwsze opady po awarii były najbardziej niebezpieczne, że one parzą skórę, że zostawiają ślady na skórze. Dzieciom zakazywano w ogóle wychodzenia na dwór. Wtedy, jeśli ktoś wrócił przemoczony, od razu musiał się myć i zmieniać ubranie. Ile w tym było prawdy, a ile wyobraźni? Wydaje mi się, że trudno jest to rozdzielić. Były też takie historie o skażonym jedzeniu, to, co mówiłem odnośnie tego mleka. Mleko to w ogóle był symbol zagrożenia wtedy, to powiem szczerze. Mówiono, że świeże mleko ze wsi jest kompletnie najgorsze, a te warzywa ze wsi to ciągną całe promieniowanie z ziemi. Przynajmniej zwłaszcza najgorsze były te, które nie były na zewnątrz, tylko była taka pietruszka biedna albo taka marchewka, bo ona wyciąga
[02:07:59] - Te promieniowanie z ziemi. Niektórzy w ogóle przestawali kupować pewne produkty, inni z kolei robili zapasy z tego, co uznawali za bezpieczne. To była taka, bym powiedział, oddolna strategia przetrwania, troszeczkę intuicyjna, troszeczkę podszyta strachem. I oczywiście były też najbardziej sugestywne opowieści wtedy, mówiono w ogóle o mutacjach, że ludzie się z dwoma głowami rodzą w Czarnobylu, że gdzieś urodziły się zdeformowane zwierzęta, że ktoś widział jakieś dziwne rośliny. Dzieci kompletnie chore się wtedy miały rodzić. Te historie naprawdę działały na wyobraźnię najmocniej, bo dotykały przyszłości, czegoś, czego nie dało się sprawdzić tu i teraz. Jeżeli ktoś miał jakąkolwiek nawet, pamiętam, najmniejszą deformację, na przykład ucho krzywe miał, to trudno powiedzieć, że to było w formie żartu, ale często mówiono, że to jest dziecko po Czarnobylu. Coś takiego było. Krążyły też takie przecieki z wojska albo od jakiegoś znajomego lekarza. Ktoś stwierdził, że ma pewne informacje. Te pewne informacje są takie, że jest gorzej niż mówią, że ta chmura rzekomo przeszła nad pół Polski, a na wschodzie to już w ogóle kompletnie jest tragedia. Takie przekazy miały szczególną siłę, bo wydawały się pochodzić z bardziej wiarygodnych źródeł, nawet jeśli często były kompletnie zniekształcone. Wiecie co? Polacy mają taką tendencję, że nawet jeżeli była II wojna światowa i był Pawełek i rozstrzeliwali Polaków i wieszali, to Polacy sobie robili jaja i malowali po murach w dużej mierze. I tak samo podobnie było w przypadku Czarnobyla. W czasie Czarnobyla był naprawdę czarny humor. Opowiadano różne żarty o świeceniu w ciemności. Pamiętam, ktoś gadał taką rzecz, że jakiś facet miał trzecią rękę do pracy, bo ileś procent normy trzeba wyrobić. Z tego, co pamiętam. Oczywiście były żarty, że rachunki spadną za prąd, bo po co ma być ten prąd, skoro my sami świecimy. To mogło brzmieć jakoś dziwnie, ale wydaje mi się, że śmiech był wtedy jednym ze sposobów radzenia sobie z tym całym napięciem. Z dzisiejszej perspektywy czasów widać, że te wszystkie historie były próbą wypełnienia pustki informacyjnej, więc ludzie potrzebowali zrozumieć, co się dzieje. A skoro nie dostawali jasnych odpowiedzi, to stworzyli je sami z różnych kawałków, które gdzieś usłyszeli, z informacji, z własnych lęków. Może właśnie to jest chyba najbardziej charakterystyczne, że nie tylko same plotki, ale oczywiście ta atmosfera mogła robić nie tyle plotki, co sama atmosfera robiła tak naprawdę inną kompletnie rzeczywistość w tamtym czasie.
[02:11:16] - To niesamowite opowieści o kilkumetrowych grzybach czy świecących psach utrzymywały się jeszcze długo. Zresztą do dzisiaj Czarnobyl gości gdzieś w tym obiegu informacyjnym. Tam czytamy, że są jeszcze ludzie, którzy mieszkają. Duży problem był z psami przecież w tamtych okolicach i tak dalej. Ale Marku, czy były jakieś odjechane teorie jeszcze, które pamiętasz?
[02:11:42] - Ja powiem z pewną skruchą, że nie za dużo tych odjechanych teorii pamiętam. Dlaczego? Dlatego, że ja wtedy, tak jak powiedziałem, byłem w czasie, kiedy kułem do egzaminów na studia. Później zdałem egzaminy na studia. Byłem, jak to się mówi, młody i miałem w pompie. Cały świat mógłby się zawalić, najważniejsze było to, że zdałem na studia i w ogóle mam wakacje. Taki był stan umysłu. Nie powiem, że akurat jestem z tego dumny, ale tak to wtedy czułem. Piekło to inni. Wszystko, co złe, to oczywiście mnie nie dotyczyło wtedy i nie chciałem. Dzisiaj analizując od strony psychologii, to chyba nie chciałem wchodzić w to głębiej. Odcinałem. Czysta psychologia. Odciąłem pewne informacje. Byłem, tak jak reszta społeczeństwa, bardzo praktyczny. Wiedziałem, czego nie robić. Może nawet z zapasem albo z marginesem i nie robiłem tego. Ale poza tym, jak to młody człowiek, chciałem żyć i korzystać z życia. W związku z tym jakoś naprawdę niespecjalnie wgłębiałem się w temat. Wiedziałem, że to wszystko wina komuny, że to wszystko ruskie, że to wszystko musi pierdyknąć. A jeszcze wtedy bardzo modne było to, że... Modne. Bardzo nośne było to, że przecież Ruskie budują nam elektrownię w Żarnowcu. To było dla mnie ważne i na przykład gotowy byłem przeciwko temu protestować, ale to, że tam coś było w lipcu, w sierpniu, to co się zdarzyło pod koniec kwietnia, to była już historia. Przynajmniej dla mnie. Więc stąd, powiedzmy, mała refleksja nad tym wszystkim, co się wydarzało. Ale ty, Piotrze, powiedziałeś o książkach, w ogóle o tym, co wyczytałeś. Muszę powiedzieć, że najlepsze podsumowanie tego, jak dziwnie jest w Czarnobylu teraz albo całkiem niedawno
[02:14:05] - Przeczytałem w opowiadaniu autora, który dosyć często pojawiał się najpierw w audycji, którą prowadziłem z Wiktorem: Antologia Bibliotekarium Warsztaty, czyli ABW. Dzisiaj funkcjonuje w Radiu Paranormalium audycja AWF, czyli Akademia Wszelkiej Fikcji i tam pojawia się dosyć często autor, który ukrywa się pod pseudonimem Jurjan. On wydał książkę z opowiadaniami science fiction i wśród tych opowiadań znalazło się jedno opowiadanie, które nie było science fiction. Ja byłem redaktorem tego tomu w wydawnictwie i ja dobierałem te opowiadania i zdecydowałem się dobrać opowiadanie, które nie było opowiadaniem science fiction, ale tak świetnie pasowało do całego zestawu opowiadań z różnych stron wszechświata, z różnych dziwnych miejsc. To było opowiadanie absolutnie realistyczne, z wizyty w Czarnobylu grupy, powiedzmy, nielegalnej wycieczki do Czarnobyla już w XXI wieku, gdzie oni tam się kręcą. I to jest absolutnie realistyczne opowiadanie, ale jego nastrój i jego sceny brzmiały tak, jakbyśmy czytali jakieś opowiadanie postapo. Świadomie zdecydowałem, że zupełnie niesciencefictionowe opowiadanie znalazło się w zbiorze science fiction. To świadczy o tym, jak dziwnym miejscem był Czarnobyl, jak dziwnym miejscem jest Czarnobyl, jak on gdzieś odhaczył się — przynajmniej w moim umyśle — odhaczył się bardzo mocno i tak naprawdę nie da się tego wyrugować. On będzie zawsze, dla mnie przynajmniej, synonimem tragedii, ale z drugiej strony czegoś dziwnego, czegoś, co jest niemal fantastyczne, a przyszło do nas ot tak sobie w 1986 roku. Tak po prostu zameldowało się i powiedziało: „Oto jestem. Katastrofa, potężna katastrofa z nieobliczalnymi skutkami”. Jakoś tak to we mnie siedzi. Bardziej obrazowo nie potrafię tego opisać. Proszę państwa, cóż, tyle o Czarnobylu. To były wspomnienia weteranów oraz wspomnienia Piotra, który, muszę powiedzieć, kiedy mówił o latach 90. na początku, to ja już w ogóle wtedy takiej refleksji na temat poczernobylowy nie miałem. Albo to świadczy o tym, że byłem radosnym, młodzieńczym głupkiem, albo po prostu tak mocny był mechanizm wyparcia. U mnie przynajmniej. Ale cóż, myślę, że ten sentymentalnik o Czarnobylu powstał. To z mojego punktu widzenia bardzo ważne. Pięknie dziękuję Arturze za dzisiejszą audycję.
[02:17:32] - Dzięki ogromne.
[02:17:34] - Tobie, Piotrze, również dzięki.
[02:17:37] - Dzięki. I słuchaczy zachęcam do tego, żeby dzielili się swoimi wspomnieniami albo opowieściami niesamowitymi.
[02:17:46] - I cóż, proszę państwa, do usłyszenia w kolejnym sentymentalniku. No i czas, proszę państwa, tradycyjny czas na odrobinę literatury. Dzisiaj sporo opowiadań, bo zaczynamy opowiadaniem Jurjana „Powrót”, później opowiadanie Tomasza Fąsa „Cyberchokej i demokracja”. Później Jurjan „Języki obce”. Następnie Marek Tomasik „Gorączka w mieście”. Paweł Užva „Niezapowiedziany gość”, a na koniec Maja Podolska „Pan i pani Brown”. Serdecznie zapraszam. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[02:18:37] - Jurjan. „Powrót”. Zbliżał się koniec tułaczki. Dom był w zasięgu ręki. Ręki? Bez wad przyzwyczajenia. Czułem. Widziałem go nawet. W dolinie pośród łańcuchów strzelistych gór. Radość zalewała mnie falami energii. Miałem jej pod dostatkiem, bo wreszcie nauczyłem się przerabiać nawet te najgorsze emocje na wibracje pozwalające trwać i tworzyć. Kosztowało to wiele wysiłku. Krążyłem wokół, obserwując jednocześnie wnętrze Cichej Przystani i okolice wokół niej. Świat niezwykle realny, twardy w dotyku, pachnący czym zapragnę i wypełniony ukochaną muzyką. Właśnie z tego względu wielbiłem siebie. Czerpałem z jej dźwiękowej różnorodności. Innych pomniejszych powodów nie było zbyt wiele. Planeta na powrót kurczyła się. Pozornie, bo to ja rosłem, a powinno być odwrotnie. Chciałem wejść do mego domu, poczuć radość całości, przywitać się i połączyć. Widziałem zieloną kulę z każdej strony naraz. Była moja i przeze mnie powołana do istnienia. Tylko jedna w bezgranicznym obszarze bezprzestrzeni, stworzona z mojej najczystszej energii.Przeszywająca mnie zewnętrzna siła nie pozwalała powrócić w pełni. Zaskoczony walczyłem, będąc tuż, tuż na granicy światów. Falowanie obrazu, migotanie i drgania zniekształcały ponadzmysłową percepcję. Czym innym jest uwięzienie w trójwymiarowej przestrzeni, a zupełnie innym przerabianie każdej minionej chwili w zaciszu miejsca, które zostało ku temu stworzone. Nigdy wcześniej powrót nie był tak trudny, a ja natychmiast potrzebowałem eonów spokoju. Idąc korytarzem referowałem profesorowi podstawowe ustalenia. Środek nocy. Powietrze było czyste i rześkie. Efekt wieczornej ulewy. Profesor co chwilę przecierał dłonią zaspaną twarz i kiwał głową, nie okazując zaskoczenia. Znałem go od lat. Taki typ człowieka, a może i wiek. Trudno zadziwić kogoś z jego doświadczeniem. „Najpierw do bufetu” – wypowiedział słowa, patrząc przed siebie. „Nieczynny o tej porze” – zaoponowałem. „Nie zdążyłem w domu. Niech więc będzie kawa z tego ustrojstwa na monety. Nie mam wyboru. Nie obudzę się bez kofeiny.” „Będzie świetny materiał dydaktyczny” – ciągnąłem temat. – „Szkoda, że musimy się spieszyć. Za kilka godzin mielibyśmy i film, i aulę pełną studentów.” Obserwowałem, jak profesor główkował, aby rozgryźć znaczenie piktogramów naklejonych na obudowie automatu. „Proszę, niech pan to załatwi. Normalnie nie korzystam z takiej maszynerii. Espresso z mlekiem bez cukru.” Zrezygnowany usiadł przy stoliku. To niesłychany zbieg okoliczności. Wróciłem do nocnej rozmowy. „Niechże pan łaskawie przypomni, bo przez telefon nic nie zrozumiałem. Byłem jeszcze w półśnie.” Ostrożnie, samymi ustami próbował uszczknąć z kubka pierwszy łyk gorącego naparu. „Na sali mamy trzy ofiary wypadku komunikacyjnego, dwie martwe i jedną podłączoną pod płuco-serce. Plan jest taki, żeby przeszczepić serce i wątrobę.” „Dobrze, ale po co te zwłoki? Rozumiem, że mamy pozytywną informację z centrum transplantologii i są organy.” „Mamy zgodę na przeszczep z tych martwych na operacyjnej. Zespół właśnie pobiera organy. Od jednego serce, od drugiego wątrobę.” „Wysyłają to w Polskę?” – zapytał zamyślony. „Nie. I tu jest ten niesamowity przypadek. One idą do przeszczepu u nas.” „Jak u nas?” Podniósł na mnie wzrok. Oczy drgnęły, co chyba oznaczało, że powrócił do pełnej uwagi. „No właśnie. Poltransplant udzielił zgody. Ofiary mają tę samą grupę krwi i dużą zgodność genetyczną.” „To rodzina?” „Całkowicie obcy ludzie. Imigrant z Iranu czy tam z Iraku. Drugi to doktor. Ktoś z UW, historyk prawa. I ten trzeci, biorca. Nie wiemy jeszcze, kim jest. Ma serce przebite sporym odłamkiem blachy. Wątroba wisi na włosku, ale to akurat na własne życzenie.” „Przyczyna inna niż wypadek?” „Tak. Alkohol i narkotyki, a ostatnio leki. Nie pożyłby zbyt długo bez wymiany.” „Czemu nie pobieramy od jednego?” „Ten doktor ma zdewastowane serce, ale lepszą wątrobę. Dlatego od dwóch.” „Który jest nosicielem HIV?” „Biorca. Ten ostatni o nieustalonych danych.” „I mówi pan, że są sobie obcy i cała trójka o dużej zgodności. To faktycznie ciekawe. Jakie ma szanse?” „Z nowym sercem i wątrobą dobre rokowania, jeśli wszystko pójdzie tak, jak powinno. Oceniając według wyników, ma silny organizm, na ile może mieć z wirusem i dużo szczęścia. Uciekał ratownikom kilka razy. Reanimacja trwała przy wraku i w czasie transportu śmigłowcem. Nie odpuścili. To chłopaki z naszego wydziału. Skończyli kilka lat temu.” „Sądzi pan, że powinniśmy przyspieszyć z metodą CRSPR przez CES9?” Profesor zmienił temat. „Przygotowania planowo powinny potrwać jeszcze kilka tygodni, ale w zasadzie już dziś mamy wszystko, czego potrzebujemy do edit singerów. Jeśli się uda, to wyleczymy z HIV pierwsi w Polsce. Gdzie nawet w naszej części Europy. Warto spróbować.” „Postanowione. Niech pobiorą zakażoną krew.” Mój dom skurczył się i zniknął. Poczułem, że wciąga mnie trójwymiarowa pułapka. Narosło okropne uczucie skrępowania, wciskanie w stalowy pancerz. Nic nie mogłem zrobić. To prawo istniejące od zawsze. Wracałem do ciał. Widocznie co najmniej jedno przeżyło. Coś poszło nie tak. Miałem uwolnić się od wszystkich w jednej chwili i zakończyć pobyt na ziemi. Czułem bliskość istoty, do której miałem zostać wepchnięty. Nie byłem gotowy. Z obrzydzeniem krążyłem coraz bliżej, starając się odwrócić fazę i zablokować połączenie. Trwało to chwilę, ale na dłuższą metę nie mogło być patentem na zwyciężenie podstawowej reguły wszechświata. Ciało żyje. Jesteś z nim związany. Na dobre i na złe. Do końca. Zauważyłem zmianę. Obślizgłe, wilgotne wnętrze składało się z obcych sobie składników. Złożyli je z kawałków i ponownie obudzili do życia. Nikt ich o to nie prosił.Przyniosłbym flachę. Kupiłem już nawet na stypę, ale widzę, że jeszcze nie pora. Tak, nie wypij sam. Chciałbym spróbować, jak smakuje pogrzebówka. Podobno wypadek miałeś chwilę po telefonie ode mnie. Nic nie pamiętam. Naciągnięte mięśnie szyi nie pozwalały poruszyć głową. Mówili w wiadomościach. Jakiś debil wjechał na autostradę pod prąd, pewnie pijany. Ten debil nie pił. Mam jego wątrobę. Co ty gadasz? No to do czegoś się przydał. Kargul, ale z ciebie twardy skurwiel. Pokręcił głową z niedowierzaniem, przypominając sobie urywki z telewizji. Połatali mnie grubo, z tego, co wiem. Wybudzili, a teraz dwa razy dziennie dają w kroplówce coś przeciwbólowego. Jak przestaje działać, to wszystko mnie napierdala. Jak sprawy? Dobrze się ułożyło. Nie stresuj się tym. Mówili coś, kiedy wyjdziesz? Kilka tygodni. Zamyśliłem się. Bobas. Mam nowe życie. Muszę coś przemeblować. Podobno nagły wypadek, tragiczny, tak działa na ludzi. Zmieniają się. Co chcesz zmieniać? Daj spokój. Ogarniesz się, jak dojdziesz do siebie. Trochę o tym myślałem. Chcę się wykręcić z biznesu. Pomóż mi. Słaby pomysł. Czym się zajmiesz? Będziesz kucharzem czy walił wkły na bramce? Jeszcze nie wiem. Cokolwiek. Mam sporo kasy. Wiem. Nagła myśl trafiła w sedno. Otworzy mały sklepik muzyczny z winylami. Chłopaki tego nie zrozumieją. Dlatego chcę, żebyś mi pomógł. Nie wysypię się, jeśli o to ci chodzi. Domyślam się, bo inaczej po co mieliby cię szczyć? Powiedz im, że jak mnie odwiedzałeś, to nie można się było ze mną dogadać, że mnie całkiem pojebało od czasu tego wypadku. Coś czuję, że bez kitu tak jest. Trochę chyba jest. Mam dziwne myśli. Wcześniej tak nie było. I te pieprzone koszmary. Jakie koszmary? Co noc śni mi się pustynia. Pustynia? No tak. Wydmy. Piasek. To twój nowy zapas w klepsydrze. I tego się trzymaj. Podniósł się z krzesła i wskazał na drzwi. Będę leciał. Tomasz Fons „Cyberjockey i demokracja”. Gruby, lekko zachrypnięty głos wykonawcy muzyki lokalnej od kilku godzin produkował się w sieciowym radynku ku chwale konserwatywnych wartości. Co jakiś czas przerywał mu popularny prezenter, przypominając, jaki to ważny dzień dzisiaj mamy i jak cały sektor liczy właśnie na mnie, abym o właściwej porze kliknął w ikonkę głosu upodmiotowienia pracowników korporacji informacyjnych dominującego w regionie zrzeszenia konserwatystów. Tego dnia bowiem odbywał się plebiscyt na lokalnych administratorów sieciowych. W zasadzie co chwilę były jakieś plebiscyty. Ten chyba jednak z jakiegoś powodu był ważniejszy od innych. Nie za bardzo wiedziałem dlaczego. Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Chyba zbierało się na deszcz. Wieczorem miałem spotkać się ze znajomym na drugim końcu sektora, więc pomyślałem, że dla zdrowia i niewielkiej oszczędności dobrze będzie przejść się na piechotę. Po kilku dniach siedzenia w pracowni pomiędzy maszynami multimedialnymi powiew świeżego powietrza wywoływał u mnie dziwne poczucie jakby odrealnienia. Komunikator zegarkowy bombardował co rusz to bardziej zdesperowanymi głosami społeczności lokalnej. Korporacjoniści mają już przeszło 40% poparcia. Jak można być tak głupim? To są ludzie bez mózgu. Wiadomo, mózgi ostatnio podrożały. Choroby psychiczne się mnożą. Sami na siebie ześlą zagładę w ten sposób i cały sektor pogrążą. To już jest normalnie apokalipsa. Nie przeszedłem stu metrów, kiedy zaczepił mnie młody człowiek o wielokolorowych włosach postawionych w błyszczące czuby. Precz z korporacją! Ta, pewnie, precz — odparłem dla świętego spokoju. Stary, jeszcze nie jest za późno. Musisz koniecznie kliknąć w autentycznych antagonistów. Niby czemu? No chyba nie jesteś aż tak głupi. Ogrzali się. Korporacjoniści cię przekupili. A nie, niestety. Właściwie to ostatnio w ogóle nie najlepiej u mnie z kasą — dodałem na wypadek, gdyby chciał jeszcze jakichś datków. Bo wszędzie są czarne koszule, wszędzie! Korporacjoniści udają, że z nimi walczą, a oni zgarniają całą kasę. Twoją kasę, kumasz? Nie chciało mi się z nim dalej dyskutować. Machnąłem ręką i poszedłem w swoją stronę. Coś tam jeszcze za mną wykrzykiwał, że jestem ignorant, prostak i chomik. Nie wiem czemu chomik. Chyba takie sobie wymyślili określenie na zwolenników opcji dominującej i w ogóle wszystkich, którzy nie chcieli im przytakiwać. Po drodze trafiłem jeszcze na grupę manifestacyjnie maszerujących zwolenników absolutnej dyscypliny, wielką trójwymiarową animację technokratów — jedynej realnej opozycji oraz kompletnie pijanego rzecznika ruchu autonomii jednorożców agitującego, by kozom i psom rasy pudel przyznać pełne prawa obywatelskie.Zdaje się, że właśnie wśród takich stworzeń liczyli na największe poparcie. Na placu w centrum sektora wyznaczono już specjalne miejsce dla osób pragnących się otruć, okaleczyć lub podpalić w geście protestu przeciw wynikom plebiscytu. Czekała też pomoc medyczna finansowana z budżetu lokalnego na wypadek, gdyby ktoś sobie zażyczył jej udziału. Wszak sektor po rozstrzygnięciu plebiscytu miał nie być już tym samym sektorem i nie można było zmuszać obywateli do dalszego życia w tych warunkach. Zdaje się, że pierwszy samobójca już leżał. Nie chciał nawet czekać na oficjalne wyniki. A może to był tylko pijak? Wolałem za blisko nie podchodzić. Z braku lepszych pomysłów kliknąłem jeszcze od niechcenia w komunikator, żeby oddał głos automatycznie, bazując na moich wcześniejszych wyborach i preferencjach. Nawet nie sprawdzałem, co mu tam ostatecznie z tego wyszło. Wreszcie, porządnie już wymęczony, dotarłem do domu kolegi. „A powiedz” — zapytałem od progu — „orientujesz się może, o czym właściwie decydują ci administratorzy sieciowi, których dzisiaj wybieramy? Takie wszyscy robią zamieszanie.” „Och, ależ zupełnie o niczym. Sieć już od dawna administruje się automatycznie, bez udziału techników. Na wszelki wypadek usunięto w ogóle interfejs użytkownika, żeby jakiś idiota z wolnych wyborów niczego tam nie zepsuł.” „To dlaczego nie zlikwidowali stanowisk, tylko cały czas robią szopki? Nie szkoda nerwów? Co jakiś czas ktoś o tym mówi, ale jakoś się to nie przebija. W zasadzie to administratorzy sami musieliby zdecydować, że nie są już potrzebni.” „A wiesz, to jednak całkiem niezłe wynagrodzenie.” Jurjan. Języki obce. W sali na szczęście było chłodno. Cicho buczały klimatyzatory doraźnie zainstalowane nad drzwiami. Czekałem cierpliwie, aż członkowie komisji porozkładają skoroszyty i notatniki. Wszedłem do pomieszczenia razem z nimi. Byłem dziś jedynym przesłuchiwanym. „Szanowne panie, jesteśmy gotowi.” Przewodniczący wychylił głowę, sprawdzając, czy nie było sprzeciwu. „Nie chcąc tracić panów drogocennego czasu, postanowiłem, że będziemy się przedstawiać w momencie zadawania pytań. Pierwszego o głos poproszę księdza profesora Antoniego Balińskiego. Profesor jest teologiem i filozofem, wykładowcą w Katolickiej Akademii Teologicznej we Wrocławiu.” „Dziękuję, ale może — ściszył głos — najpierw uzupełnijmy podstawowe dane w ankiecie.” „Tak, ma profesor słuszność. Musimy zachowywać standardy. Przypominam, że przesłuchanie jest zapisywane urządzeniem rejestrującym dźwięk i obraz. Poprosimy pana o imię i nazwisko.” „Harold Storm.” „Rok urodzenia?” „1958. Lipiec.” „Tylko rok. Sam rok.” „Dobrze. A gdzie?” „W Puławach. Wszystkie informacje mamy sprawdzone i uzupełnione. Teraz ze spokojną głową przekazuję głos profesorowi Balińskiemu.” „Dziękuję. Czy jest pan osobą wierzącą?” „Tak. Wyznania rzymskokatolickiego.” „Od kiedy?” „Od pięciu lat. Od kiedy przytrafiła się choroba.” „A wcześniej?” „Byłem ateistą.” „Co spowodowało tak fundamentalną zmianę postawy?” „Jestem... Przepraszam, ta kamera trochę mnie rozprasza. To się często zdarza.” „Za chwilę pan o niej zapomni” — z życzliwym uśmiechem wyjaśnił psycholog. „Rewolucja w głowie, ciąg zdarzeń, choroba, śmierć kliniczna, która była jej wynikiem, a bezpośrednią przyczyną zmiany poglądów, spotkanie z aniołami i odwiedziny w piekle.” „Jak pan to zapamiętał?” „Jako bardzo realistyczne doświadczenie. Byłem w świecie, który był równie realny jak ten pokój. Widziałem przerażające sceny, ale także odczułem wielką miłość istot, które na co dzień nazywamy aniołami.” „Bał się pan?” „To zależało od moich przewodników. Chronili mnie przed strachem i emocjami strąconych do piekła. Czasem, kiedy chcieli, abym poczuł tragizm ich położenia, można powiedzieć, że zmniejszali ochronę, uprzedzając mnie o tym. Uchylali rąbek prawdy. Tak, wtedy się bałem.” „Co dokładnie spowodowało w panu zmianę?” „Zrozumiałem, czym jest prawda, wiara i człowieczeństwo. Widziałem obrazy, różne sceny z mego życia. Doświadczyłem przerażenia i fal miłości, jakich nie miałem okazji poczuć w świecie fizycznym. Skrajne doznania. To z mojej strony tyle na tę chwilę.” „Świetnie. Głos przekażę może w kolejności tak jak panowie siedzą. Pan Edmund Rackiewicz, biofizyk, profesor i wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. Proszę bardzo.” „Dziękuję. Naszym zadaniem jest zdobycie materiału do analiz. Ich celem jest odpowiedź na pytanie, czy wizje, których doznają ludzie w stanie śmierci klinicznej, to zewnętrzna rzeczywistość, czy wytwór niedotlenionego mózgu. Bardzo proszę o precyzyjne odpowiedzi. Czasem jedno słowo za dużo lub zbyt mało może wypaczyć naszą ocenę zjawiska. Czy spostrzegł pan, żeby postaci z wizji zachowywały się lub poruszały niezgodnie ze znanymi nam zasadami fizyki?” „Bardzo przepraszam” — wtrącił się jeden z duchownych. „Chyba nie powinniśmy nazywać tego wizją. W ten sposób wywiera pan presję na świadku, presję własnego światopoglądu.” „Może ustalmy, że będziemy nazywać to rzeczywistością” — dodał drugi ubrany w sutannę.Nie godzę się na taką nomenklaturę. Czym jest to, co widział świadek, dopiero będziemy ustalać. Dobrze więc. Spojrzał wreszcie na przesłuchiwanego. Proszę odpowiedzieć. Chyba że mam powtórzyć pytanie? Nie trzeba. Zacznę od postaci w piekle. Głównie leżały lub siedziały z opuszczonymi głowami. Wyglądały na wyczerpane, ale wiele razy widziałem rzeczy, które w naszym świecie nie mogłyby się wydarzyć. Na przykład gorejące ciała. Kiedy były już mocno zwęglone, ogień wygasał. Czułem zapach spalonych ciał. Słyszałem krzyki. Anioł przewodnik poinformował mnie, że winowajca będzie odczuwał ból aż do całkowitego wyleczenia. Wtedy otrzyma jeden dzień uwolnienia, ale nie będzie to łaska. W piekle nie istnieje takie pojęcie. Ma przypomnieć sobie, jakim błogosławieństwem jest brak bólu i proces zaczyna się od nowa. Można powiedzieć, że to pierwszy przykład, bo normalnie człowiek spalony w pożarze umiera. Byłem świadkiem... W wielu miejscach widziałem kłębowiska ciał kąsanych przez węże. Jadowite węże. Nikt nie przeżyje kąsania przez wieczność. Charakterystyczne było także to, że moi aniołowie i ja nie poruszaliśmy się, chodząc nogami. Raczej płynęliśmy odrobinę nad ziemią. To chyba wszystkie najbardziej jaskrawe różnice. Mówił pan, że odprowadzali pana aniołowie w roli przewodników. Skąd pan wie, że to byli aniołowie? Czy tak się przedstawili? Nie musieli. Czułem, że to anioły. Biła od nich miłość. Wyglądali jak aniołowie. Trudno mi to wyjaśnić. Po prostu wiem. Bardzo proszę opisać ich dokładniej. Świetliste postaci ze złożonymi skrzydłami i może to najmniej istotne, ale mieli szlachetne rysy twarzy. Czy wie pan, kim jestem z wykształcenia i czym się zajmuję? Przedstawił się pan jako biofizyk. Tak. A gdyby na moim miejscu siedział zawodowy aktor, dobrze przygotowany aktor, czy sądzi pan, że wykryłby pan taką manipulację? Nie rozumiem. Nie wiem. Sztorm rozglądał się bezradnie po twarzach, szukając podpowiedzi. Szanowny panie profesorze, to chwyt poniżej pasa. Bardzo proszę – zaoponował duchowny. Czy widział pan też demony? Oczywiście. Ubrane na czarno w zwachmaniałe stroje. Brudni i śmierdzący. Robili różne dziwne grymasy. Uśmiech, bo często udawali ten wyraz twarzy, to był wyszczerz pogardliwy i sadystyczny. Wyglądali szczególnie odrażająco, kiedy obrzydliwie się oblizywali długimi jęzorami. Proszę określić zapach. Spalenizny, zgnilizny i bliżej nieokreślonego wodoru kwaśnego. Taki kwaśny pot. Dziękuję. To na razie wszystko. Jeżeli nadal w kolejności, to teraz chyba ja, tak? Przewodniczący skinął głową w stronę lekarza. Sam się przedstawię. Jacek Murkow, doktor nauk medycznych o specjalizacji anestezjologia. Mam tylko dwa pytania. Czy w pana bliskiej rodzinie występowały przypadki chorób psychicznych lub nerwowych? Nie, nie znam. Nikt się nie leczył. A czy pomimo braku leczenia uważa pan, że ktoś powinien się zdiagnozować? Raczej nie. Nie przypominam sobie sytuacji, w której podważałbym zdrowie psychiczne kogokolwiek z mojej rodziny. Jeżeli sięga pan po książki lub decyduje się na obejrzenie filmu, jakie gatunki lubi pan najbardziej? Z racji zawodu i wykształcenia w kierunku historii sztuki staram się wybierać takie, które poszerzą moją wiedzę. Tak więc książki historyczne, monografie, pozycje popularnonaukowe z wielu dziedzin, ale głównie kultura i sztuka, dziś także religijne. Ogólnie pojęta fantastyka? Nie, nie! Aż uniósł dłonie w geście protestu. Absolutnie odpada. Tymczasem ostatnie pytanie: czy będąc w tamtym miejscu realnie lub pozornie dowiedział się pan czegoś, czego wcześniej pan nie wiedział? Wiedza naukowa lub fakty, które nie były panu znane, a dziś są możliwe do weryfikacji? Wiele prawd o sobie samym i o tym, że niebo i piekło istnieje realnie. Nie był pan przecież w niebie. Tak, to prawda. Tylko w piekle. Więc nie powinien pan twierdzić kategorycznie, że niebo istnieje. To na zasadzie sztywnego przełożenia. Jeśli część tego, co mówili, udało mi się potwierdzić, to nie mam powodu uznawać, że pozostałe informacje są kłamstwem. Rozumiem, ale dociekliwość badacza nie pozwala mi zaakceptować pana ostatniej odpowiedzi. Nauka tak nie działa. Umówmy się, że o niebie nie będziemy dyskutować. Dziękuję i oddaję głos. Chwileczkę – odezwał się przewodniczący. Proponuję kwadrans przerwy. Kawa, toaleta, ważny telefon. Każdy może wybrać dwa z wymienionych. Cenił swoje poczucie humoru. Nachylony nad obrusem uśmiechnął się, dotykając językiem czubka nosa i zatrzasnął sporej wielkości notatnik. Dłuższą chwilę schodzili po betonowych schodach oświetlonych piwnicznymi lampami, których klosze chroniła plecionka z grubego drutu. Na ścianach spękana glazura. Przed tobą najgorsze. Te trzy sale. Tu będziesz miał najwięcej roboty. Same marchewki. Wskazał palcem na leżącego mężczyznę. Weteran. Jest tu od pięciu lat. Podobno jakiś profesor.Jeszcze jeden w kolejce do podcierania dupy i przewalania po materacu. Za długo poleżą na jednym boku, to im skóra gnije i wtedy ciebie będą się czepiać. Po wypadku? Można tak powiedzieć. W lesie zderzył się z kleszczem. Zapalenie opon mózgowych. Podobno pod czaszką ma galaretkę. Takie samo świństwo jak u ciebie. Tylko ty tym ciągle smarkasz, a on magazynuje. Ale dlaczego w piwnicy? Mają klimę, trochę starych gratów do monitorowania funkcji, normalną obsługę, czyli mnie i ciebie. Okien i tak nie potrzebują. Ile czasu tu pracujesz? Chyba wszystko o nich wiesz. Za długo, żeby pamiętać. Powiem ci, co myślę. Ty nie zagrzejesz miejsca jako salowy. Za miękki jesteś, a to paskudna robota. Uśmiechnął się z pobłażaniem, długim językiem oblizując górną wargę. Posłowie. Postanowiłem wykorzystać internet do wymyślenia, a w zasadzie narzucenia sobie losowego tematu na opowiadanie. To ma być dla mnie sprawdzian. Jeśli uznam, że zdałem, tekst prześlę do ABW. Szybka odpowiedź na pytanie: czy można wymyślić coś i napisać na dowolny temat? Tak, wiem, że można. Ale czy ja potrafię? Długość opowiadania ograniczona ze względu na brak czasu. Wpisałem w przeglądarkę hasło „niesamowite”. Z założenia przeskoczyłem do pierwszego wyniku na dziesiątej stronie. Niestety Telewizja Republika. Spojrzałem na tekst. Może nie będzie tak źle. Niesłychane świadectwo. Ateistyczny profesor odwiedził piekło i... Zobacz! Ta historia stanowi jasny dowód na to, że ateizm, bycie ateistą nie posiada żadnego umocowania w nauce i życiu. Howard Storm był jednym z nich, ale kiedy doświadczył osobistego spotkania z piekłem, nawrócił się i doznał prawdziwego przebudzenia. Profesor Howard Storm urodził się w 1946 roku w stanie Massachusetts. Przez 20 lat był profesorem sztuki na Uniwersytecie Northern Kentucky. Jako ateista był przekonany, że śmierć jest definitywnym końcem istnienia człowieka. Do momentu, jak sam doznał ciężkiej choroby i śmierci klinicznej w 1985 roku. Wtedy zrozumiał, czym tak naprawdę jest prawda, życie i człowieczeństwo. Największa telewizja katolicka na świecie EWTN wiosną 2003 roku wielokrotnie powtarzała wywiad z profesorem Howardem Stormem o jego doświadczeniu. Posłuchaj i ty. Marek Tomasik „Gorączka w mieście”. Od rana słońce mocno grzało. Odebrałem wieść kodowaną od agencji mej kochanej. Wolny dzień mieć miałem. Na smartfonie swym odkodowałem. Na imprezie balowałem. Towar dostarczono. Adres podany, silnie strzeżony. Czas na odzyskanie. Krótki maksymalnie. Nie wiem, jak to zrobię, panie. Pięknie. Super. Wyśmienicie. Na imprezie cosplayowej wieść mnie ta zastała. W Mandaloriana kostium przyodziany stoję cały potem zlany. Duszno, ciasno. Boże drogi, cholera jasna. Szturmować wieżowiec mi kazano, a ja w tym cholerstwie. Aczkolwiek takie przebranie w zasadzie na misję takową się nadaje. Szkoda tylko, że tektura i plastiki słabo wyjdą w starciu z przeciwnika bronią. Mógłbym przebrać się na nowo, ale jebać, tak będzie czadowo. I ten hełm cholerny, wielki, szybka przyciemniana. Dobrze, że coś widać. Duszno. Gorąc. O Jezusie! Wyszedłem na zewnątrz z tej przytulnej, klimatyzowanej hali. Na dworze gorąc, skwar, upał. Lato w pełni. Słońce za zenitem, a mi pół miasta do przejechania. Pojechałbym swoją furą, gdyby nie to, że w warsztacie stoi. Może jakaś taksa się zatrzyma. Nic nie widać, nic nie słychać. O, akurat autobus zajechał na przystanek. Chyba zmierzam w dobrą stronę. Wsiądę do niego. Pośpiech wszak wskazany. Duszno. Upał. O Jezusie! Wlazłem do środka. Ludzi pełno. Ścisk okrutny. Wszystkie głowy patrzą na mnie. Widać nigdy nie widzieli Mandaloriana w rynsztunku pełnym. To teraz zobaczą, jak prezentuje się okazale. Stanąłem gdzieś przy rurce jakiejś. Jedziemy dalej. Co ja bym dał za mokrą szmatę na głowę. Jadę ściśnięty jak makrela w tym dziadostwie starym. O Jezusie! Zajechałem przed wieżowiec. Wysokim był cholernie. Pomyślałem, jakby zacząć akcję. Wejść jak taran i narobić syfu, czy kombinacji użyć mych najlepszych? Postawiłem na to drugie. Wkroczyłem do środka. Teren duży, pusty. Trzech strażników. Straszą metalowykrywacze. Recepcja na końcu, windy obok. Bułka z masłem. Dwudzieste piąte piętro celem mej podróży. Kamer pewnie pełno. Mam nadzieję, że dam radę. Ruszyłem przez bramki metalowe. Ochrona spięła się niemiłosiernie. Nie zapiszczałem. Nie było powodów. Blaster wiszący w kaburze na udzie tylko plastikowy był w swojej naturze. Straż odetchnęła. Machnąłem plakietką fikcyjnej agencji najbliższemu typowi. Ja do prezesa — przez hełm sapnąłem. Trochę zdrętwiał nasz kolega. Pod przykrywką działem wielką.Na inteligencję tutaj nie liczyłem. Co najwyżej na mięśnie baczyłem. Odstąpili wcale szybko. Podbiłem do recepcji. Tam czekała na mnie brunetka. Całkiem niezła zresztą. Rozpiętą koszulę miała. Duszno. Upał. Boże drogi. Sknery na klimatyzacji oszczędzali. Ciekło ze mnie jak z rynny po monsunie. Ładna pani zza biurka zapytała o powody mej wizyty. Jakąś głupotę jej opowiedziałem. Chciała dowodów. Plakietkę nędzną dałem. Popatrzyła podejrzliwie. Zapytała, czy Sheridan leży w Montanie, czy w Wyoming. Co ja? Mapa? Jezus Maria! Nawinąłem jej makaron na uszy. Zestaw kłamcy numer trzy ruszył. Łykała wszystko jak pelikan młody. Rozmowa się kleiła. Ochrona więc ostygła. Nagle dziewczyna weszła w jakieś szczegóły. Coś o swoim życiu trękotała. O Wyoming, o Montanie. Z kim tam była, kogo nie lubiła. Z tego wszystkiego najciekawsze miała plamy na pulpicie. Duszno, sucho w gębie. O Jezusie! Pożegnałem się uprzejmie. Na 27. piętro pozwolenie dano. Jakoś niżej sam zejdę. Wparowałem do windy. Zauważyłem kamerę. Trudno, mówię sobie. Po kieszeniach grzebię. Znalazłem nagrodę mą stanową. Jaja niezłe. Nie pisnęła wcześniej. Uniosłem trochę hełm do góry, pociągnąłem dynksu z grubej rury. Nektar bogów, destylat nieskazany. Coraz mocniejsze walę trunki, lecz denaturat jest jeszcze dla innych ludzi. Tak nisko zniżać się nie muszę, chociaż tutaj znajdę chłodu odrobinę. W gardle gryzie. Lekki stres odchodzi. Duszno, parno, ale w gębie dobrze. Boże drogi. Wysiadłem na wyznaczonym piętrze. Szukać schodów zacząłem. Winda mi już nie pomoże. Jakiś ochroniarz się przypieprzył. Kim ja jestem i co ja tu robię? Wyłożyłem sprawę jak Szekspira na anglistyce. Łyknął wszystko. Dał mi spokój, ale jeszcze spytał, czy mam ogień. Duszno, gorąc, a pocałuj ty mnie w... Gościa w złości ogłuszyłem. Przy klatce schodowej właśnie byłem. Ciało na schody wciągnąłem i pistolet mu zabrałem. Dobry sprzęt tu mają. Glock 17. Zawsze taki chciałem. Zszedłem z łatwością dwa poziomy niżej. Tam niespodzianka. Drzwi na kartę magnetyczną mocno zapieczętowane. Węszyłem wcześniej takie trudności, ale skąd tu wziąć wihajster, by dostać się do tych włości? Może z kopa by otworzyć. Pewnie jakiś alarm tutaj mają. Eh, parno, coraz suszej w gębie. O Jezusie! Wróciłem się do koleżki ze schodów. Przeszukałem go pod kątem plastikowej karty. Znowu zawód mnie ogarnął. Pierwszy, że tak dzisiaj parno. Drugi, że tak trudno będzie przedmiot zgarnąć. Wróciłem do drzwi. Oparłem się o nie smutno. Rozmyślałem nad tym, co dalej będzie. Chyba nic dobrego. Pipisz będzie. Wtem jakieś kroki usłyszałem. Zza wrót zamkniętych dochodziły. Raz kozie śmierć, ryzykować będę — pomyślałem. Zapukałem głośno. Raz, drugi, trzeci. Jakiś głos niski posłyszałem. Mówię, że karty zapomniałem. Drzwi po chwili się otwierają. Boże drogi, duszno. Upał. Kto tu wchodzi? Wystrzeliłem jak pocisk z procy. Dwoma ciosami gościa w ciemność posłałem. Rozejrzałem się dookoła. Jeszcze cicho wszędzie, jeszcze głucho wszędzie. Podszedłem do korytarza załamania. Wychyliłem łeb swoń głupi, by rekonesans zrobić niedługi. Trzech gości przy drzwiach stróżowało. Waga lekka, krótka broń wisiała. Jak na przedmiot znacznej wartości przeceniają swoje możliwości. Wypadłem zza winkla. Oddałem trzy strzały. Trzy głowy krwią eksplodowały. Wsadziłem palec za kołnierz. Na siłę poluzować chciałem. Sucho w gębie. Znowu się napić trzeba będzie. Podbiegłem do ciał. Przeszukałem. Jakieś karty magnetyczne w ręce dostałem. Przyłożyłem do czytnika. Zielone światło do mnie zamrugało. Drzwi nie drgnęły mimo tego wcale. Kodu jeszcze potrzebowały. Jezus słodki! A myślałem, że już wszystko dobrze będzie. Miałem krótką chwilę do namysłu. Mawiają, że pierwszy pomysł jest najlepszy. Wystrzeliłem cały magazynek w urządzenie numeryczne. Liczyć na coś chciałem? Na cud chyba co najwyżej. Cud się zdarzył. Zbitek stali i szkła pancernego rozszedł się na boki. Wkroczyłem do środka, swój cel namierzając. Błękitny sześcian. Kryształ jakiś na postumencie zostawiony. Ktoś krzyknął. Ktoś przebiegł obok mnie. Dostał w łeb. Padł nieprzytomny. Na białym kitlu czerwone plamy wykwitały. Ktoś darł się jeszcze. Jakiś cios wymierzyłem. O Jezusie! Zgrzałem się jeszcze. Zaraz ledwo dychać będę. Omiotłem wzrokiem pomieszczenie. Część kryształu, tesseraktem zwany, pokruszona, rozpuszczona była. W fionkach błękitem przed oczyma mi majaczył. Jak mi w bazie powiedzieli, przypadłości me wyleczyć tym chcieli. Złapałem za jedną. Hełm uniosłem, duszkiem wychyliłem. Smakowało to nijako. Chyba się nie rozchoruję.Targnęło mną zawzięcie, w kiszkach zaburczało, jednak najgorsze się nie stało. Bączka tylko wypuściłem. Szkło rozwaliłem. Nic więcej nie poczułem. Cholerstwo chyba nie skutkuje. Sięgnąłem po piersiówkę. Tylko to lekarstwo. Jezu drogi. Tesseract do jakiegoś wora spakowałem. Myślałem, że to gówno ciekawsze będzie. Na korytarzu wzburzone głosy już słyszałem. Dokąd uciec? Wystrzelać sobie przejście? Okna biurowca przykuły mą uwagę. Brawury popis dać chciałem. Chyba nie. Jeszcze pożyć trochę chęć miałem. Wtem wyrzutnik liny w kącie wypatrzyłem. Taki przedmiot tutaj sobie leży? Dziwne to, nie spodziewałem się takich rzeczy. Krzesło w okno poleciało. Sporą pajęczynę uzyskałem. Posłałem drugie, trzecie. Wiatr przez dziurę dmuchnął we mnie. Dobry Boże, trochę chłodniej będzie. Wystrzeliłem linę w dach sąsiedni. Po mojej stronie do jakiegoś słupa przywiązałem. W kieszeni dymne kulki wymacałem. Nigdzie się bez takich nie poruszam. Zboczenie zawodowe. Chuj. Wszystko wyrzucam. Pod osłoną dymu po linie zjeżdżam. Za mną broń terkocze strasznie. Już po chwili na budynku wylądowałem. Na finał tej komedii nie czekałem. Wbiłem się na ostatnie piętro. Szybko w głowie obliczyłem. Lepiej windą zjechać. Szybciej chyba będzie. Tyłem budynku się wymknąłem. Obławy uniknąłem. Biegnąc zgrzałem się okrutnie. Potem drogę swą znaczyłem. Boże drogi. Wieczór w domu, zimny prysznic, butelka w dłoni. Zrobiło się chłodniej. Wreszcie założyłem luźne spodnie. Mandalorian płoną gdzieś po drodze. W wiadomościach o napadzie mówią sroce. Jak to dobrze, że minął już ten dzień cholerny. Jutro do biura, do roboty. Oddać ten kryształ cholerny. Dobrze. Boże miłosierny. Paweł Łużwa. Niezapowiedziany gość. Opowiadanie nagrodzone w konkursie Rubieże rzeczywistości. Lucyfer. „Zostaw ją!” Do wybielonego czarnoskórego mężczyzny dobierającego się do białej laski podszedł człowiek w czarnym garniturze i lekko go odepchnął. „Bo inaczej, mój kochany, pożegnasz się z tym lokalem na stałe, a i nosa ci przetrę.” Roześmiał mu się prosto w twarz. Intruz przerażony pognał w głąb pomieszczenia. „Bardzo dziękuję, panie L.” powiedziała blondynka do eleganta. „Czy mogę pana o coś zapytać?” „Ależ proszę.” Jej wybawiciel poprawił okulary przeciwsłoneczne i uśmiechnął się szarmanckim uśmiechem, z którego słynął ponoć zarówno w niebie, jak i w piekle. „Pytaj śmiało, kochana.” „Mogłabym dzisiaj skończyć nieco wcześniej, proszę pana?” Spytała lekko zarumieniona. „A masz jakiś ważny powód, Jess?” „Jimmy dziś po mnie wpadnie. Planujemy romantyczny wieczór we dwoje.” Odparła. „Mogę?” „Na randkę? Ależ proszę bardzo.” Uśmiechnął się życzliwie pracodawca. „A wyjść wcześniej?” Spytała lekko zmieszana. „To również” dorzucił, gdy naraz w jego kieszeni zaczął wibrować telefon. Zaniepokoił się, że to dzwoni szef. „Słucham?” Przyłożył telefon do ucha i opuścił lokal. „Siemaneczko mordo” zadudnił głos po drugiej stronie połączenia. „Jak tam ci dzionek leci, Lucek?” „Jezu, to ty?” Spytał, ruszając w stronę willi swego pracodawcy, gdyż miał mu do przekazania kilka rzeczy. Zastanawiał się również, czy mógłby tej swojej pracownicy załatwić awans do nieba, czy to byłoby już powyżej jego kwalifikacji. „A kto inny mógłby dzwonić, brachu? Powiesz mi wreszcie, jak tam u ciebie leci?” Roześmiał się rozmówca. „Bardzo dobrze. A czemu pytasz?” „Bo moglibyśmy dzisiaj zrealizować nasz plan.” „Jesteś tego pewny?” Spytał zdumiony pan L. „Im prędzej, tym lepiej. Ja już z tym człowiekiem zaczynam powoli dostawać pierdolca.” „A co ci zrobił?” Roześmiał się Lucek. „Toś ciągle pierdoli, że szatan podjebał mu ulubieńca.” Diabeł. Łysy mężczyzna w idealnie dobranym pod charakter czarnym szlafroku siedział przy blacie i polewał whisky, gdy do jego willi wbił pan L. „Co się stało?” Machnął ręką i odrobina zawartości butelki wylała się na gazetę z dość ciekawym, jak sądził, artykułem. „Diabeł pozywa Boga o zniesławienie. L kurwa, ja to zamierzałem przeczytać.” Wskazał na zadrukowane szpalty. „Sprawa jest, panie gospodarzu.” Rzucił przybysz, podchodząc zasapany, jakby przebiegł cały maraton. „Jaka?” Łysy, niezadowolony, cisnął gazetę do śmietnika. „Gościa będziesz miał.” Wysapał L. „A kogo tu przywiało?” „Boga.” Odpowiedział, tym razem nieco głośniej. „Co? Możesz to powtórzyć? A czego ten idiota ode mnie chce i skąd w ogóle wiesz, że ma się tu pojawić?” „Rozmowę miałem.” „Z tym kmiotem?” „No niekoniecznie. Wiem jednak, że chce cię odwiedzić.” Pan L postanowił sobie klapnąć na krzesło. „Ty! Kto ci kurwa pozwolił usiąść?” L chciał się podnieść, ale szatan jedynie roześmiał się i postawił przed nim kieliszek.Napij się ze mną i powiedz wreszcie, kto tam do ciebie dzwonił. — Polał mu whiskey. O sobie również nie zapomniał. — No Jezus. Jezus dzwonił. — To oni się pogodzili? — zapytał zdziwiony Szatan. — Wy też w sumie byście mogli. — Hola, hola! — rzucił gromkim głosem Łysy. — A co on ci takiego zrobił? — Ten skurwysyn wszystkim rozpowiadał, że oglądam My Little Pony. — Wielka mi zniewaga — roześmiał się pan L. — Wypierdalaj! Gospodarz wyrwał mu kieliszek z dłoni i opróżnił go jednym haustem. Bóg. — Daleko jeszcze? — zapytał starszy brunet z gęstą brodą i w białej koszuli, grzejący tylne miejsce w aucie. — Daleko? — O Boże, z tobą to kurde jak z dzieckiem — rzucił oburzony kierowca. — No ale... — Jakie ale? — walnął ręką w kierownicę. — Ja to chociaż nie wożę ludzi cholera wie gdzie. — Patrzcie, patrzcie. Tatuś stworzył świat, a nie wie, gdzie jest. — Bardzo śmieszne, Jezu. — No ale taka jest prawda. Popatrz, jedziemy kurczę w gości do kogoś, a ty kurde w samych gaciach. No weź wiochy nie rób, coś se chociaż wyczaruj. — A co, mam się w garniaku jak ty pocić? Bardziej przystoi. — Taa, do tego diabelskiego popaprańca w garniturze, jeszcze czego! — Noż ja pierdolę. — Ponownie walnął dłonią w kierownicę szofer. — Ojciec, gdzie się podziała twoja kultura? Ty myślisz, że wszystko kręci się wokół ciebie? — Jeśli chodzi o tego posrańca, to jak najbardziej. — No ja nie wierzę. Zaczynam w ciebie wątpić, Boże. — Koniec dyskusji. Włączyć ci coś do słuchania? — Michela. — Wiesz którego. — Coś ty się tak tego typa uczepił? — Bo gościu dobrze śpiewa. No ale jak nie masz — rzucił po chwili zniecierpliwiony — to daj piciu. — Co? — Wódy daj. — Tutaj? — A masz z tym jakiś problem? — Chcesz, żeby mnie posadzili? — Za co niby? Przecież to ja chcę pić, nie ty. — Nie. — No weź daj. — Wyciągnął w jego stronę ręce. — Zabieraj te łapy. — Jezus próbował odepchnąć jego paluchy od swojej głowy. — Spokojnie, synuś — usiłował uspokoić go ojciec. — To zamknij się. Musisz tyle chlać? Przez twoje picie tylko kłopoty mamy. Jak na zawołanie samochód wpadł w poślizg i jak to się mówi, przypierdolił w drzewo. Kierowca uderzył głową o kierownicę. Walnął solidnie i z nosa buchnęła mu krew. — Synuś, żyjesz? — Pasażer potrząsnął pechowca za ramię. — Wstawaj. Po chwili wysiadł z pojazdu i zaczął krzyczeć: — Jezu, Jezu, nie rób mi tego. Nie odchodź. Bóg otworzył przednie drzwi samochodu, gdy zobaczył, że spod maski zaczyna unosić się dym. Następnie wyciągnął swego syna zza kierownicy i odsunął go jak najdalej od auta. Potem było wielkie bum! Niebiański maybach wyleciał w powietrze, a Bóg zadzwonił pod ostatni numer, pod jaki telefonował jego syn. Potrzebował natychmiastowej pomocy. Jezus. — Halo? — Jezus zrzucił z siebie koc. — Jest tu ktoś? — Usiadł i rozejrzał się po pokoju. — No bez jaj. — Złapał się za głowę, widząc fioletowe ściany pomieszczenia, w którym go zamknięto. — Hehe. — Do pokoju wszedł pan L. ze szklanką wody. — Widzę, że odżyłeś wariacie. — Nie narzekam — odpowiedział Jezus. — Tylko gdzie są moje gacie, lucek? — A po co ci one w burdelu? — roześmiał się pan L. — A tak na poważnie, to twojemu ojcu je dałem. Początkowo nie chciał ich włożyć, ale wiesz, perswazja robi swoje. — Coś ty gonga mu strzelił? — spytał lekko przerażony Jezus. — Nie — roześmiał się pan L. — Zobacz lepiej, co zrobiłeś ze swoją marynarką. — Wskazał mu czerwoną plamę na ubraniu wiszącym na oparciu krzesła. — Pięknie, ale wybierze się. — A co tam u starych? Pogodzili się już? — Na razie grają w kości. — Przecież Bóg nie gra w kości — rzucił z emfazą Jezus. — A kto ci takich bzdetów naopowiadał? — Halo! — Machnął mu ręką przed twarzą. — Bóg to mój stary. — A no tak — zgodził się pan L., jakby sobie to właśnie przypomniał. — No ale dobra, a w co tam grają? Przecież oni... Oni bez nas to się nawzajem pozabijają. — Trzeba pójść i zobaczyć. Po chwili byli już w drodze do willi Szatana. Jezus trzymał flaszkę. Czuł, że teraz to on musi się czegoś napić. Pan L. narzucił na niego jakiś szlafrok, żeby nie szedł w samych majtach. Ponoć nie wypada. — Myślałeś kiedyś o przejęciu władzy w niebie? — zapytał pan L., jakby od niechcenia. — Pogrzało cię? — A co ty byś już chciał zagrzać miejsce na piekielnym tronie? — No troszkę. — I jak? Gdzie ta twoja korona i łysa głowa? — roześmiał się Jezus. — No nie zacząłem, bo wiesz, zbyt ryzykowne. A ty czemu się w to nie bawiłeś? — Jeszcze tego mi brakuje, żeby mnie drugi raz ukrzyżowali. — Ty patrz! — krzyknął pan L., wskazując okno. — Pa, jak się obściskują. Chyba się pogodzili. Po chwili Bóg z Diabłem razem wymaszerowali z willi.„Gdzie moja nagroda?” zapytał Bóg. Wraz z jego pytaniem coś eksplodowało. Wszyscy zobaczyli na horyzoncie ognistą łunę. „Jezus Maria!” – krzyknął przerażony pan L. – „Burdel mi się pali.” „Ej, no” – oburzył się Jezus. – „Zostaw moją matkę w spokoju. Lucyfer, ty mi tylko nie mów, że tam jest moja nagroda.” Ten już go jednak nie słuchał. Biegiem ruszył w kierunku ognia. Tymczasem w oddali pojawił się nagle uciekający zakapturzony mężczyzna. Lucek rozpoznał w nim chłopaka Jessici, który podobno nie mógł ścierpieć tego, w jaki sposób zarabia jego ukochana. „Lucyfer, ty piekielny pomiocie. Spytałem się ciebie o coś” – odezwał się twardo Bóg. – „Powiedz mi, że tam nie było mojego muzyka.” „A co to ma do rzeczy? Ja przez tego idiotę mogę stracić pracę, bo ten twój cały piosenkarz chciał mi dziś rano tancerkę zgwałcić. Ta kurwa pożaliła się swojemu facetowi, a on mi kurwa podpalił lokal. No ja pierdolę!” „Wiś mi to.” Bóg złapał pana L. za frak i uniósł do góry. – „Ty pizda jesteś. Niealfons. Nie umiesz upilnować zwykłego burdelu.” „Hola, hola.” – zdenerwował się diabeł i wyrwał Jezusowi flaszkę, z którą ten przywędrował. – „Ty stwórczy kutafonie.” Już po chwili butelka pierdyknęła w głowę Boga, a ten lekko zamroczony poleciał jak długi przed siebie. Lucyfer odsunął się od leżącego Stwórcy, wytrzepał swój garnitur, po czym przesunął dłonią po twarzy. „Kurde, śliwa będzie. Co z nim robimy?” – spytał, wskazując leżącego na ziemi brodacza. „Odpocznie trochę, a ja tymczasem przejmę stery w niebie.” – roześmiał się Chrystus. „Przecież wcześniej mówiłeś coś innego.” – zdziwił się pan L. – „Masz już jakiegoś zastępcę?” „Pietra.” – odparł Jezus i pstryknął palcami. Bóg zniknął. „Nie mogłeś zrobić tego wcześniej?” – spytał diabeł. „Zapomniałem. A tymczasem ja chyba też muszę już lecieć, bo Piotrek sobie sam w niebie nie poradzi.” Nowy niebiański władca pożegnał się ze wszystkimi, a następnie ponownie pstryknął palcami i także zniknął. „To już koniec naszego spotkania.” – zauważył z ulgą diabeł. „Na szczęście chyba tak.” „Mówiłem ci, że z tym głupkiem nie da się dogadać.” „Myślałem, że...” „Nieważne, co myślałeś. To już koniec.” Maja Podolska, „Pan i pani Brown”. Opowiadanie nagrodzone w konkursie Rubieże rzeczywistości. Dzień pierwszy. Kierowcy autobusów kursujących po angielskiej prowincji to chyba jakaś specjalnie przeszkolona banda z piekła rodem. Kto to słyszał tak popierdalać po zdecydowanie za wąskich i zakrętach jednopasmówkach. Nie zwalniają nawet na ostrych zakrętach, a gdy ujrzą nadjeżdżający z przeciwka samochód, to wręcz dodają gazu. Ze dwa razy wyrwał mi się krzyk przerażenia na widok ciężarówki tuż przed przednią szybą autobusu i słowo daję, że zamiast przeprosin usłyszałem tylko dobywający się zza kierownicy zadowolony charkot. Dobrze, że nie jadłem od dwóch dni, bo jak nic skończyłoby się pawiem. Ulżyło mi dopiero, gdy wreszcie wysiadłam. Autobus odjechał, a ja zostałam sama z moją wielką walizką. Sam, samiuśki, na samogwałt. Skąd ten cytat? Gdzie ja to słyszałam? Wszystko jedno. I tak sobie nie przypomnę. Ale właśnie tak czułam się, stercząc samotnie na pustej drodze. Od wąskiej asfaltowej szosy, którą przyjechałam, odchodziła przecznica dużo węższa, piaszczysta, wzdłuż której rosły wysokie drzewa. Ich gołe konary wyginały się i trzeszczały, jakby zaraz miały pęknąć pod naporem wilgotnego, listopadowego wiatru. Wzięłam głęboki oddech i poczułam, że oddycham wodą. Oby zdążyć przed deszczem. Zmierzch zdążył już zabarwić całą okolicę na szaro i chyba tylko mój czerwony szalik był jedynym żywym kolorem w zasięgu wzroku. Rozejrzałam się, szukając jakiejkolwiek wskazówki, szyldu, czegoś, co wskazałoby mi drogę do celu. Znalazłam tylko jeden: przybity do drzewa drogowskaz rozmiaru pocztówki z informacją, że hotel Slaughters Inn – three mile. Ktoś musiał go przymocować do pnia bardzo dawno temu, bo drzewo zdążyło sporo urosnąć i musiałam zadzierać głowę, żeby coś odczytać. Zawiązałam mocniej szal, bo wiatr stał się nagle nieznośnie zimny i ciągnąc za sobą walizkę, ruszyłam drogą w kierunku celu. Już po chwili przestałam odczuwać zimno, choć wiatr nie dawał za wygraną i szarpał mną bez litości. Walizka z każdym krokiem stawała się cięższa. Małe kółka ciągle zapadały się w piasku. Strużki potu zaczęły mi płynąć po plecach, ale nie brałam pod uwagę tego, żeby się zatrzymać. Pragnęłam jak najszybciej dotrzeć do hotelu, najlepiej zanim wieczorne ciemności opadną na drogę, której końca wciąż nie było widać. Wreszcie stanęłam przed celem mojej długiej podróży. Oto Slaughters Inn w całej swojej ponurej okazałości, tak bardzo niepodobny do zdjęć z reklam. Stary budynek swe lata świetności miał już dawno za sobą. Kamienna elewacja pokryła się warstwą brudnego osadu, a z dachu zwieszał się gruby, bury mech. „Spleśniały” – pomyślałam i otrząsnęłam się z obrzydzenia. Nie ma mowy, żebym poczuła się tutaj jak w domu, o czym przekonywał mnie pracownik agencji pracy z Salisbury.Spleśniały budynek, szyld wiszący na słowo honoru, zdziczałe krzewy i zachwaszczone trawniki. Boże, żeby chociaż bieżącą wodę mieli! Ale nie ma co wybrzydzać. W tym momencie wygląd hotelu nie miał żadnego znaczenia. Grunt, że dotarłam do miejsca, gdzie nikt mnie nie będzie szukał. Tylko to się liczyło. Do pokoju odprowadziła mnie milcząca kobieta, która wyglądała, jakbym ją obudziła z głębokiego snu. Otworzyła mi drzwi i od razu ulotniła się, burcząc coś pod nosem. Nie przejęłam się tym ani trochę. Nie z takimi dziwakami już miałam do czynienia. Zostałam sama i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przytulny, mały pokój z ciepłymi kaloryferami, a do tego własna łazienka z gorącą wodą i osobistym kibelkiem. Kiedy ja ostatnio w takich luksusach mieszkałam? Moczyłam się w wannie tak długo, aż się cała pomarszczyłam. Musiałam mieć pewność, że moja skóra i włosy są czyste, nieskazitelnie. Tak jak moje nowe życie, które właśnie zaczęłam. Zanim poszłam spać, ukryłam walizkę pod łóżkiem, drzwi zamknęłam na klucz i podstawiłam krzesło pod klamkę. Sprawdziłam okno. Potem, zanim położyłam się do łóżka, stanęłam przed lustrem i spojrzałam na zupełnie nową osobę. Witaj Grace. Miło cię poznać. Dzień drugi. Spałam do południa. Pierwszy raz od wielu tygodni obudziłam się wyspana, choć koszmary skutecznie wyrywały mnie ze snu kilka razy. Jednak uspokojona ciszą, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam, znów zapadałam w sen aż do następnego koszmaru. Obudziłam się głodna jak nigdy w życiu. Przez dwa dni podróży nawet nie myślałam o jedzeniu, ale teraz, gdy poczułam się bezpieczniej, żołądek przypomniał o sobie bardzo głośnym burczeniem. Szybko się ubrałam i wyjrzałam na korytarz. Wczoraj wieczorem zupełnie nie zwróciłam uwagi na wystrój hotelu, za to teraz mogłam go podziwiać w pełnej krasie. Wykładziny dywanowe w czerwono-żółto-brązowe zawijasy ciągnęły się przez cały korytarz i schody. Ściany zaś pokrywały tapety w brązowo-czarno-beżowe romby. Kolory i wzory przeraźliwie gryzły się ze sobą i musiałam zatrzymać się, by przetrzeć oczy z nadzieją, że przywykną do tych szokujących zestawień. Dopiero po chwili mogłam ruszyć dalej, ale to nie był koniec niespodzianek. Na wszystkich ścianach korytarzy wisiało mnóstwo wypchanych zwierzęcych łbów. Jelenie, sarny, zebra, a nawet dzik. Na półpiętrze natknęłam się na postument z ogromną zakurzoną sową z rozłożonymi do lotu skrzydłami. W szklanych gablotach wzdłuż schodów usychały smutne rzędy wyblakłych motyli przyszpilonych do płóciennego tła. Może zniosłabym te psychodeliczne wzory na ścianach i podłogach, ale martwych zwierząt nie lubię. Nie, nigdy się do nich nie przyzwyczaję. Na parterze znalazłam recepcję. Tu pomiędzy rogami o różnych kształtach i rozmiarach wisiały portrety jakichś smutnych dziadków o świdrującym, wścibskim wzroku. Nie polubimy się chyba. Patrzą, jakby znali wszystkie moje sekrety. Są też dobre nowiny. W recepcji nie zauważyłam komputera. Doskonale. Nie ma komputera, czyli nie ma internetu. Jestem bezpieczna. Zamiast terminala na blacie leżała ogromna księga meldunkowa gości i kałamarz z białym piórem. O rany, ktoś tu ma fantazję! Obok księgi stał też przykurzony kryształowy wazon z wielkim bukietem suchych róż, kiedyś chyba czerwonych. Z góry, przybity do ściany, zerkał szklanym, brudnym okiem dorodny łoś o porożu pokrytym warstwą kurzu i pajęczyn. „Dzień dobry, Grace”. Czyjś głos wyrwał mnie z zadumy. Rozejrzałam się po pustym holu. Kin diabł? I wtedy go zobaczyłam. Ubrany był na biało, z wielką białą czapką na głowie. Stał w otwartych drzwiach i machał mi na powitanie. Zza jego pleców dochodził tak rozkoszny zapach smażonego bekonu, jajek i świeżych tostów, mocnej kawy i owsianki, że aż zakręciło mi się w głowie. Już za chwilę siedziałam za stołem w kuchni i opychałam się największym osiągnięciem kuchni angielskiej: full English breakfast. A przy okazji poznałam moich nowych kolegów z pracy. Ten na biało ubrany to kucharz, Francuz, brzydki jak noc. Przedstawił się, ale nie zrozumiałam imienia, bo zagapiłam się na jego ogromnego, ropnego pryszcza przy nosie. Co za okaz! Z miejsca go przechrzciłam na Quasimodo. Jak ten popapraniec z takiej jednej książki. No wypisz, wymaluj. Jest też kobieta, Węgierka. To ona mnie zaprowadziła do pokoju wczoraj wieczorem. Może mieć tyle lat co ja albo dużo więcej. Zależy, czy stoi przodem, czy tyłem do rozmówcy. Ma na imię Irena. Wysoka, szczupła blondyna o bujnych lokach, szarej, pomarszczonej cerze nałogowej palaczki i zadziwiająco białych zębach. Pomaga Quasimodo w kuchni, głównie przy myciu garów. Jak trzeba, podaje też gościom do stołu, czyli za kelnerkę robi. To ciekawe, bo po angielsku raczej dobrze nie mówi. Francuz zresztą też nie. W sumie ja też ledwo łukam, ale co trzeba, to rozumiem. No i właściciele hotelu, pan i pani Brown. Pojawili się w momencie, gdy dopychałam się francuskim rogalikiem z pomarańczową marmoladą i prawie udławiłam się na ich widok.Nigdy nie widziałem kogoś tak niesamowitego jak ci dwoje. Pan i pani Brown są bardzo, ale to bardzo starzy. Pani Brown ma elegancko ułożone włosy, ufarbowane na kasztanowy kolor, torebkę ze skóry krokodyla na krótkiej rączce, zegarek Cartiera i komplet pereł w uszach i na szyi. Razem z pierścionkami i złotą bransoletą to będzie jakieś 10 tysięcy funtów. Trzyma się kurczowo ramienia pana Browna i bez przerwy uśmiecha do wszystkich łagodnie i przyjacielsko. Chyba przyjacielsko, bo nie można niczego wyczytać z jej oczu ukrytych za ciemnymi okularami. Trochę mnie rozkojarzyły te okulary. Zwłaszcza, że za oknami nadal panoszył się szaro zgniły listopad i nie było najmniejszego ryzyka, że choć jeden promień słońca przebije się przez ciężkie chmury. Podczas gdy ja wyginałam się w pensjonarskich ukłonach, pan Brown patrzył na mnie uważnie, wzrokiem identycznym jak ci dziadkowie z portretów. Z całego towarzystwa, które poznałem tego dnia, był on zdecydowanie najciekawszą osobą. Na czole wyhodował ogromnego guza wyglądającego jak druga głowa albo jakiś utrącony róg. Być może z powodu ciężaru tego rogu, czy też narośli, ciągle przekrzywiał głowę w prawo i zerkał spode łba. Nie mogłam się skupić na niczym innym. Zdawało mi się, że za chwilę głowa mu odpadnie i potoczy się pod moje nogi. Pan Brown ubrany był w ciemnogranatową marynarkę z dwoma rzędami złotych guzików, białą koszulę i czarne spodnie. Pod szyją zawiązał sobie fikuśną apaszkę, czy też szalik. Normalnie jakby wyszedł wprost ze starego filmu. Miał taki sam zegarek jak żona, ale męski model. Duży sygnet z brylantem i kluczyki z breloczkiem Bentleya. Nie zdołałem policzyć na szybko, ile w tym momencie byłby wart pan Brown. „Moja droga Grace, do twoich obowiązków należeć będzie sprzątanie pokoi, pranie pościeli, magiel i ewentualnie pomoc Irenie w serwisie. Czy to ci odpowiada?” — zapytał, z trudem utrzymując głowę w pionie. „Tak, proszę pana. Dziękuję” — odpowiedziałam i znowu grzecznie dyknęłam. Uścisnęłam jego kościstą, suchą dłoń, a potem patrzyłam, jak razem z panią Brown, wciąż przyklejoną do jego ramienia, wychodzą z hotelu w akompaniamencie szelestu jej długiej, ciężkiej sukni. Dzień piąty. Okazało się, że ta Irena to spoko babka. Wszystko mi pokazała, gdzie szczotki, szmaty, klucze do pokoi i pralnia. Ponieważ pan i pani Brown wyjechali gdzieś na weekend, mieliśmy hotel tylko dla siebie. Znaczy dla naszej trójki, bo Irena i Quasimodo też mieszkają w służbowych pokojach na tym samym piętrze co ja. No i z okazji mojego przyjazdu urządzili mi imprezę powitalną. Quasimodo upiekł ciasto, nawet jadalne, ale jak Irena podała gulasz własnej roboty, to klękajcie narody. Co za smak! Nie mogłam nachwalić się tego gulaszu, aż mnie ręce rozbolały, bo słów angielskich mi zabrakło. W ogóle nasze rozmowy do łatwych nie należą. Że też udało mi się trafić takich dwoje kompanów, co nie mówią w żadnym normalnym języku. W moim poprzednim miejscu pracy był... A zresztą nieważne, nie ma co do tego wracać. Okazało się, że nowi znajomi lubią wypić. Nie ma sprawy, ja też nie odmawiam. Niestety, musiałem pod koniec imprezy przywołać Quasimodo do porządku, bo mu się wzrok rozmaślił, a łapy zaczęły niebezpiecznie wędrować w stronę moich piersi. Odruchowo walnęłam go z liścia. Nawet nie za mocno, ale wystarczająco, żeby się ocknął. Przez chwilę siedział naburmuszony z płonącym ryjem, ale zaraz mu przeszło. No już chyba wolałabym z tą Ireną zgrzeszyć, niż dać mu się dotknąć. Dalsza część imprezy przebiegała bez zakłóceń. Z tego, co próbowali opowiedzieć o hotelu, udało mi się zrozumieć, że to będzie praca lżejsza niż sen. Gości tu nie ma nieraz całymi tygodniami. Restauracja raczej też stoi pusta. Raz na jakiś czas pojawi się jakiś zbłąkany gość, który po kilku nocach znika. Hotel należy do rodziny pana i pani Brown od zawsze. Mieszkają na parterze w osobnym skrzydle budynku. Nikt tam nie ma wstępu. Ze wszystkich 10 pokoi w hotelu gościom udostępnia się dziewięć. Jeden z nich, ten z numerem 10, jest zawsze zamknięty i tylko specjalni goście mogą się w nim zatrzymywać. To ciekawe. W piwnicy pod hotelem mam swoje własne biuro, czyli pralnię, magiel i składzik bielizny. Są tam też inne pomieszczenia, ale nikomu nie wolno do nich wchodzić. Najbardziej intryguje mnie, co kryje się za ciężkimi metalowymi drzwiami, do których klucze ma tylko pan Brown. Pytałam Irenę, czy wie coś więcej o tym pokoju. Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby nie mogła się zdecydować, czy jest na mnie zła, czy się czegoś boi i tylko pokręciła głową. Nie szkodzi. Prędzej czy później i tak tam zajrzę. Pytanie tylko kiedy. Słowo daję. Podoba mi się tu coraz bardziej. Dzień dziesiąty. Zdążyłam się już przyzwyczaić do sennej atmosfery hotelu, spokoju i ciszy. Z nudów zaczęłam nawet sprzątać te wszystkie miejsca, które nie widziały szmaty i szczotki od wieków. Na pierwszy plan poszedł łoś.Jak mu wypolerowałam oczka i odkurzyłam rogi, to zaraz wypiękniał. Okazało się też, że sowa z półpiętra ma piękne biało-żółte pióra na skrzydłach. Nie mówiąc już o motylach, które wcale nie spłowiały tak bardzo, jak myślałam. Przez grubą warstwę brudu na gablotkach nie było ich po prostu widać. W jadalni na kominku odkryłam najpiękniejszy chyba okaz w całej kolekcji wypchanych zwierząt: srokę siedzącą na kawałku gałęzi. Z zawadiacko przekrzywionym łebkiem zerka czarnymi jak peronki oczami w stronę stołów, jakby chciała ocenić, kto ma ile błyskotek na sobie i ile mogą być warte. Polubiłam ją od razu. Chyba pierwszy raz w życiu nie czuję udręki, wstając rano do pracy. Ba, nawet cieszę się i myślę sobie po cichu, jakie niespodzianki jeszcze odkryję. Pan i pani Brown przeważnie siedzą u siebie w apartamencie albo wychodzą na spacer dookoła hotelu. Czasem wyjeżdżają gdzieś swoim wielkim czarnym Bentleyem, ale nie wiem gdzie ani kiedy wracają. Zachowują się bardzo cicho, jakby nie chcieli, żeby ktokolwiek ich widział lub słyszał. Uwielbiam ich za to coraz bardziej. Dzień 14. Jestem tu już dwa tygodnie. Jest mi coraz lepiej. Praktycznie nie wychodzę na zewnątrz, bo i po co? Listopad rozkręcił się na dobre. Wieczory zapadają coraz wcześniej. Nie brakuje mi zapachu zbutwiałych liści i mokrych butów, więc w moim pokoju zasłaniam kwiecistą zasłonką okno i udaję, że jest wiosna. Quasimodo i Irena nie narzucają mi swojego towarzystwa. Najwyraźniej oni też nie przepadają za ludźmi. Widzimy się wieczorem na kolacji w kuchni i to w zasadzie nasze jedyne regularne spotkania. Aż do dziś, bo właśnie tuż przed kolacją wydarzyło się coś niezwykłego. Zadzwonił telefon. Ja nawet nie zauważyłam, że na biurku stoi jakiś telefon. Pewnie dlatego, że jakoś tam jeszcze nie dotarłam z moją szmatką i szczotkami. No ale jest i zadzwonił. Normalnie w każdym hotelu telefon dzwoni chyba dość często, ale nie w Slaughter's Inn. Stanęliśmy jak wryci w drzwiach do kuchni, nasłuchując terkotania i gapiąc się na siebie wyczekująco. Nikt nie odważył się podejść do recepcji, żeby podnieść słuchawkę. Nagle, nie wiadomo skąd, zmaterializował się pan Brown, który jak gdyby nigdy nic odebrał telefon i przez chwilę rozmawiał z kimś po drugiej stronie kabla. Gdy skończył rozmowę, odłożył słuchawkę na metalowe widełki i zapisał coś w malutkim notesiku. Spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się szeroko. „Proszę państwa, zabieramy się do roboty. To będzie bardzo pracowity tydzień” – wykrzyknął, zacierając kościste dłonie. „Coś się stało?” – zapytała Irena, nieoczekiwanie łapiąc mnie za rękę. „Przyjeżdżają specjalni goście, a do tego szykuje się przyjęcie”. Pan Brown był tak uradowany, że chyba zapomniał o trzymaniu głowy w pionie, więc ta znowu przechyliła się na prawą stronę. „1:0 dla głowy. Przynajmniej na razie” – pomyślałam. Przy kolacji Irena wytłumaczyła mi, że goście specjalni zatrzymują się w pokoju numer 10. Nie wolno im przeszkadzać. Nawet jedzenie zostawia się pod drzwiami na specjalnym wózku. Dowiedziałam się też, że na ostatnie piętro można wjechać windą ukrytą za ciężką bordową kotarą tuż obok recepcji. I może nawet przejedziemy się na górę, o ile pan i pani Brown wyjadą z hotelu na przejażdżkę. No i przyjęcie. Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że będzie to zwykła impreza, jakieś imieniny, urodziny czy inna bibka. Niestety nie zgadłam. W Slaughter's Inn odbywają się przeważnie stypy. Przeważnie, czyli wyłącznie. O kurwa, a tak się cieszyłam. Napatrzyłam się na stypy w poprzednim miejscu pracy. Nie było tam innych imprez, nie było innych okazji do świętowania. Za to stypy mieliśmy co tydzień. Zresztą nieważne, wszystko mi jedno, byle nie płakali. Dzień 17. No i przyjechali goście specjalni. Pan i pani Smith. Przedziwna para, jakby dobrali się na zasadzie przeciwieństw. On wyglądał jak stary niedźwiedź. Kiedyś pewnie ryży, a dziś wypłowiały na głowie i okazałych bokobrodach. Pod długim, ciężkim płaszczem kryły się warstwy tweedów, wełnianych swetrów, flaneli i bawełny, zaś na głowie miał włóczkowatą czapkę stanowiącą komplet z długim szalikiem, którym omotał sobie szyję. Brakowało tylko rękawiczek z jednym palcem dyndających na sznurku z rękawów płaszcza. Tymczasem pani Smith wyglądała, jakby urwała się z zupełnie innej bajki. Malutka, bardzo drobna, o lśniących czarnych włosach upiętych w elegancki kok i smutnym spojrzeniu małych czarnych oczu. Zupełnie jak moja sroczka z jadalni. Tyle że w jej spojrzeniu pozostał tylko szklany blask i nic więcej. Zamiast ciężkich tweedów ubrana była w długi szmaragdowy płaszcz haftowany w kolorowe kwiaty na kołnierzu i mankietach, a wokół szyi owinęła jedwabny szal w kolorze starego złota. Wyglądała jak egzotyczny ptak, który swoją nieoczekiwaną obecnością odsłonił brzydotę holu i recepcji.I pana Smitha. Chyba nie czuła się najlepiej, bo pan Smith niemal wniósł ją do recepcji, obejmując czule w pasie, jakby bał się, że zaraz się przewróci. Pan i pani Brown osobiście ich przywitali w recepcji. Wyglądali bardzo elegancko. Pani Brown nic nie mówiła, tylko uśmiechała się łagodnie, ukryta za ciemnymi szkłami okularów. Zaś pan Brown trzymał głowę prosto przez cały czas i był niezwykle czarujący. Zamienili kilka cichych zdań, a potem cała czwórka odjechała windą na ostatnie piętro. Powinnam siedzieć w swoim pokoju, bo pan Brown nie życzył sobie obecności pracowników podczas powitania gości, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie schować się na półpiętrze i przez tralki balustrady obserwować przyjazd pana i pani Smith. O ile to było ich prawdziwe nazwisko. Coś mi się nie zgadzało, nie pasowało, ale nie mogłam rozkminić co. Na pewno chodziło o panią Smith, ale przecież nigdy wcześniej jej nie spotkałam. Więc czemu miałam nieodparte wrażenie, że jest w niej coś znajomego? To uczucie popsuło mi humor na resztę wieczoru. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam w moim nowym życiu, było jakiekolwiek wspomnienie z przeszłości. Wróciłam do pokoju i wyciągnęłam walizkę spod łóżka. Na szczęście wszystko znajdowało się na swoim miejscu, nieruszone i bezpieczne. Przynajmniej na razie. Dzień 20. Niby mamy tylko dwoje ludzi w hotelu, a zamieszanie jest takie, jakbyśmy gościli reprezentację Gruzji w rugby. Pan i pani Brown nie ruszają się z budynku na krok. Nawet przestali chodzić na swoje spacery po ogrodzie. Pan Brown krąży niespokojnie między recepcją a kuchnią, jakby czekał na kogoś lub na coś. Mamrocze coś do siebie, ale milknie, gdy pojawi się któreś z nas. Quasimodo codziennie przygotowuje śniadanie, obiady i kolacje, które Irena dostarcza na górę pod drzwi pokoju numer 10. Potem ja sprzątam wózek z ledwo tkniętym jedzeniem i zastanawiam się, o co chodzi. Pytałam Irenę, ale ta tylko uśmiechnęła się tajemniczo i pokręciła głową. Nie chce gadać, to nie. Quasimodo nie zapytam, bo jeszcze mnie źle zrozumie i znowu będę musiała mu przyłożyć. Dowiem się tak czy inaczej. Pana i pani Smith nie widziałam od dnia ich przyjazdu. Nie wyglądali na nowożeńców, a nasz hotel jest chyba ostatnim miejscem na ziemi, gdzie ktokolwiek chciałby spędzać namiętny miesiąc miodowy. I ciągle nie dawało mi spokoju wspomnienie smutnych oczu pani Smith. Nadaremno próbowałam sobie przypomnieć, gdzie ja już te oczy widziałam. Dziś zdarzyło się coś dziwnego. Zeszłam na dół do mojego biura, żeby poskładać pranie. Usiadłam sobie na workach z poskładanymi już pościelami i sama nie wiem, kiedy usnęłam. Obudził mnie głos pana Browna. „A więc to już? Zaraz tam będę. Nie mamy czasu do stracenia”. Wyjrzałam przez niedomknięte drzwi i ujrzałam pana Browna, który pędził po schodach na górę. Metalowe drzwi zostawił otwarte. Nie mogłam się powstrzymać. Dla niektórych ludzi przestrzeganie zasad jest trudniejsze niż dla ogółu. Ja od zawsze miałam z tym problem. Dlatego właśnie... Ale nieważne, bo już po chwili znalazłam się za metalowymi drzwiami w nieskazitelnie białym pokoju i czułam, jak przerażenie odbiera mi mowę. Wzdłuż ścian, na wysokich regałach stały ogromne słoje wypełnione jakimś przezroczystym płynem. Pływały w nich oczy, serca, mózgi i inne narządy. W kącie stała kamienna wanna z białym proszkiem, a na środku pokoju, o Jezusie Maryjo, metalowa leżanka albo raczej stół operacyjny i niewielki stolik z najdziwniejszymi nożami, jakie widziałam w życiu. Ale najstraszniejszy był metalowy stelaż, który wyglądał jak dziwny wieszak na ubrania albo niedokończony mały manekin. Zrobiło mi się niedobrze i prawie przewróciłam się o stolik z nożami. Wtedy usłyszałam kroki na schodach. Uciekłam w ostatniej chwili. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi biura, rozległ się głos pana Browna: „Potrzebujemy więcej soli. Projekt będzie gotów za dwa tygodnie”. A potem usłyszałam, jak przekręca klucz w zamku metalowych drzwi i wraca na górę. Dzień 35. Chyba zmieniłam zdanie na temat angielskich kierowców autobusów z prowincji. Siedząc w ostatnim rzędzie na siedzeniu przy oknie nie myślałam już o wypadkach, ale wręcz cieszyłam się, że tak pędzimy na złamanie karku. Hotel Slaughters Inn został już daleko z tyłu, a ja wciąż bałam się odwłocić. Wszystko przez tą cholerną stypę i przez to, że zamiast siedzieć w pokoju, jak kazał pan Brown, znowu zaczaiłam się za balustradą schodów, żeby sobie popatrzeć. Irena w czarnej sukience i białym fartuszku trzymała wielką srebrną tacę z kieliszkami szampana. Pan i pani Brown, ubrani bardzo elegancko, stali na wprost drzwi wejściowych, oczekując na przybycie gości. Obok nich stał pan Smith w długim czarnym surducie, radośnie uśmiechnięty i zacierający ręce. Gdzie się podziała pani Smith? I wtedy przypomniałam sobie, gdzie widziałam takie smutne oczy i poczułam na plecach zimny pot. Bo to było w domu opieki dla staruszków, gdzie pracowałam przed przybyciem do hotelu. I ci, którzy patrzyli tak smutno, zazwyczaj umierali w ciągu najbliższych godzin. Jak mogłam o tym zapomnieć?Wciąż przecież mam pamiątki po nich ukryte na dnie mojej walizki. Moje małe skarby, jedyne cenne rzeczy w nic niewartym życiu. Patrzyli takim smutnym wzrokiem, gdy pakowałam sobie w kieszenie niepotrzebne im już drobiazgi i nic nie mówili. Bo i co tu powiedzieć? I tam, na tych schodach dotarło do mnie, że pani Smith ma właśnie takie oczy jak ktoś, komu nie pozostało już zbyt wiele życia przed sobą. Czyżby ta stypa była dla niej? I wtedy zaczęli schodzić się goście. Starzy i młodzi, pięknie ubrani i radośnie uśmiechnięci. Kobiety i mężczyźni. Zauważyłam nawet dwoje dzieci. Wchodzili po cichu, bez słowa powitania, jedni kiwając lekko głowami w stronę pana i pani Brown, inni podając rękę panu Smithowi. Niektórzy wyglądali bardzo dziwnie, ale z tej odległości nie mogłam się im dokładnie przyjrzeć. Mieli w sobie coś nienaturalnego, jakby byli nie z tego świata. Przybywało ich coraz więcej i więcej, aż z tacy Ireny zniknęły w końcu wszystkie kieliszki. Wtedy pan Brown zaklaskał i odsunął bordową kotarę, za którą otworzyły się drzwi windy. Siedziałam na wprost i miałam doskonały widok. Chciałam krzyczeć, ale moje dłonie odruchowo zatkały mi usta. Nie wierzyłam własnym oczom. Z windy wyjechał wózek inwalidzki pchany przez Quasimodo. Na wózku siedziała pani Smith z czarującym uśmiechem na pięknej twarzy. W jej czarnych oczach nie było już smutku, jedynie szklany blask odbitego światła lamp. Przypominała mi moją ulubioną sroczkę. Nie czekałam na koniec imprezy. Uciekłam do swojego pokoju i szybko się spakowałam. O świcie, gdy wszyscy jeszcze spali, wymknęłam się z hotelu i złapałam pierwszy autobus. Znowu uciekałam, ale tym razem nie byłam sama. Obok mnie siedziała sroczka i zdawało mi się, że w jej szklanych oczach dostrzegam krótki błysk szczęścia.
[03:41:26] - Cóż, proszę państwa, teraz to już pozostało mi tylko zaprosić państwa na przyszły tydzień. Jak zawsze w piątek zameldujemy się wspólnie z Ivelliossem na antenie Radia Paranormalium. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, fajnego weekendu i cóż, wszystkiego dobrego.
[03:41:49] - A mówił do słuchu do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.