[00:00] - Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym.
[00:05] - Zacząłem widzieć różne światła, różnokolorowe w grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie.
[00:12] - Zagadkowe obiekty.
[00:13] - Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby nad chmurami było jakieś ognisko tego światła. Ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często takie coś zobaczyć.
[00:23] - Tajemnicze istoty.
[00:24] - To była czarna postać, cała cienista. Ja byłam tak przerażona, jak to zobaczyłam. Ja się normalnie trzęsłam ze strachu.
[00:31] - Niezwykłe wizje.
[00:33] - Przestałem być osobą wierzącą, a zostałem osobą posiadającą wiedzę. Ja nie wierzę w to, że jest życie pozagrobowe, tylko ja to wiem, bo tam byłem.
[00:40] - Klątwy.
[00:40] - Jakby na pentagramie taka bestia była. Po tej całej akcji strasznie w życiu zaczęło mi się źle dziać.
[00:47] - Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów.
[00:51] - Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znowu widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę. Widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji. Biegnę i krzyczę do męża: „Strzelaj!”
[01:04] - Mówią Świadkowie w Radiu Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Witam wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia najbliższych dwóch godzin ze mną i ze słuchaczem z okolic Częstochowy, który w ramach obszernej paranormalnej spowiedzi podzieli się relacjami o trudnych do wytłumaczenia zdarzeniach z całego swojego życia oraz historiami pochodzącymi od bliskich mu osób. Usłyszymy dziś opisy obserwacji UFO, zdarzeń dziejących się na innym planie naszej rzeczywistości, włącznie z kontaktami ze zmarłymi, a do tego będzie też całkiem spora dawka żywego folkloru. Przejdźmy zatem do wysłuchania zapisu rozmowy.
[01:50] - Kiedy miałem pięć lat, w '84, bo mam 47. Jestem na podwórku i bawię się w piaskownicy. Taka duża kupa piachu, która została przed domem po budowie domu. '84 lub '85. Ja miałem albo pięć, albo sześć lat. Przed końcem przedszkola to było. I w pewnym momencie ja się odwracam i widzę z boku, nad swoją głową czy z tyłu białą kulę, idealnie białą, matową, o fakturze powierzchni, na której nie ma żadnych znaków szczególnych. Idealnie sferyczna konstrukcja, struktura, średnica gdzieś, nie wiem, ile to mogło być. Rozmawiałem na ten temat z rodzicami potem chyba dwa razy i mama chyba potwierdziła to, że z okna widziała coś przelatującego przez podwórko, bo to było z przodu w ogródku od ulicy. I tak się zdarzyło, że ja zapamiętałem jedną rzecz, że było to dla mnie wręcz zabawne wydarzenie, że jako ten pięcio- bądź sześciolatek zarejestrowałem coś takiego, że ona się okręca wokół mnie po takiej ciasnej spirali i powoli się wznosi, jak gdyby mnie obserwuje, otacza, wznosi się i w pewnym momencie odlatuje, znika.
I to jest takie pierwsze mgliste wydarzenie.
[03:21] - Pamięta pan może jakąś interakcję z tą kulą? W ogóle dochodziło do jakiejś interakcji, czy ona tak po prostu wokół pana sobie latała i poleciała gdzieś?
[03:31] - Mi się wydaje, nie pamiętam tego, bo to jest 42 lata wstecz. Mogłem próbować podskoczyć i ją dotknąć, traktując ją trochę bardziej jak balon, ale ona się nie zachowywała jak balon, bo balon raczej napełniony helem, powietrzem to bardzo powoli się gdzieś unosi, jak jest świeżo gdzieś tam napełniony, ale raczej opada, bo powietrze w balonie, a powietrze na zewnątrz ma tą samą gęstość, więc raczej nie poleciałoby to gdzieś daleko, raczej opadłoby na trawę, a gdyby to był hel, to raczej by to leciało, ale prosto do góry, a nie wykonując sekwencję ruchów takiej przestrzennej sinusoidy, raczej spirali, takim ruchem okrężnym, śrubowym, powoli wznosząc się do góry.
[04:23] - Jakie miały wymiary ta kula? Jakich ona była wymiarów?
[04:26] - Mnie chyba się mój tato zapytał, bo potem żeśmy to poruszyli i ojciec powiedział: „Dziecko, chyba coś trochę zmyślasz. Czy czasem jakiś balon od sąsiadów?” Bo tam było dwóch chłopców. „Czy czasem nie bawiliście się gdzieś nadmuchanym balonem przez płot, przerzucając go?” Ale nie było czegoś takiego ani nikt nie miał w tym czasie urodzin żadnych, żeby jakieś baloniki były. W tamtych czasach to było po prostu rzadkie. Ta kula była średnicy dwa razy większej niż mój wzrost, czy prawie dwa razy większej. Jeśli dziecko pięcio-, sześcioletnie może mieć 90 centymetrów wzrostu, nie wiem, 100 centymetrów czy 105, 110. Nie wiem, ile wtedy mogłem mieć wzrostu. Ona mogła mieć średnicę około dwóch metrów. Metr osiemdziesiąt, dwa metry. Wiem, że była większa ode mnie i tyle, co zapamiętałem, ale to tak mi ginie, jak to się mówi, w pomroce pamięci, bo to jest pierwsze takie zdarzenie tego typu.
I mama mówi: „Wiesz co? Widziałam. To wyglądało jak balon, ale idealna kula”. A ojciec mówi: „No ty następna” i tak próbuje nas trochę wziąć pod ścianę i podważyć to. Ale potem stwierdził: „Może rzeczywiście, jak dwie osoby to widziały i matka, i dziecko, to może coś rzeczywiście jest na rzeczy”. I tak nam przykazał, lekko grożąc palcem do mojej mamy, mówi: „Kochanie, nie mów o tym za dużo, żeby ciebie i dziecka nie wzięli po prostu, że jesteście wariaci”. I ta sytuacja, opisywanie i powracanie do niej przepadło na długie lata. Dopiero potem przy okazji drugiego zdarzenia, które nastąpiło osiem lat później, czyli miałem trzynaście lat. Tutaj będzie ciekawa sytuacja, bo to pamiętam już z dużymi szczegółami, a trzecie zdarzenie to już będzie totalny kosmos. Więc trzy ufologiczne zdarzenia w moim życiu poza innymi, które też sobie wynotowałem, bo takie kalendarium zrobiłem.
Wrócę do nich przy ewentualnej może następnej rozmowie. Ale teraz tak, drugie zdarzenie to było pierwsze zdarzenie typu missing time, bo zgubiłem tam w czasie tego zdarzenia około pięćdziesiąt pięć minut, prawie godzinę czasu. A zaczęło się tak: to były te same wakacje, początek tych samych wakacji, na końcu których był pożar w Kuźni Raciborskiej. Rudy Raciborskie i Kuźnia Raciborska, słynny pożar w roku 1992. I to jest dokładnie rok 1992. Pożar lasów był końcówka sierpnia, bodajże spod kół pociągu była iskra, a to był początek lipca, czyli prawie dwa miesiące wstecz. I to zapamiętałem jako takie zdarzenie graniczne łączące się z tym. Ja byłem w ogóle kiedyś takim skowronkiem. Wstawałem bardzo wcześnie i też bardzo wcześnie kładłem się spać. Miałem bardzo poukładane życie.
Teraz jest troszeczkę inaczej. Bardziej jestem sową, ale nie wiążę tego z tymi wydarzeniami. Wstałem wtedy o godzinie czwartej chyba pięćdziesiąt, czyli ledwo się zrobiło jasno na dworze i mówię: „Pójdę dzisiaj na grzyby, zobaczę”. Takie jeziorka u nas są, wokół których zawsze jest wilgotno i mówię: „Tam na pewno parę grzybów chociaż znajdę”. I żeby się przejść też po lesie. Poszedłem na górę do łazienki, umyłem twarz, ochlapałem się wodą zimną tak na otrzeźwienie na poranek i mówię: „Dobra, zaraz zejdę, zrobię sobie śniadanie i idę do lasu”. Ale coś mnie przyciągnęło z powrotem do pokoju, tam, gdzie miałem swój pokój i spałem na tyłach domu i siadłem na chwilę, jeszcze próbując przeczytać książkę czy jakąś gazetę młodzieżową. Miałem wtedy trzynaście lat skończone. Siadam na łóżku i w pewnym momencie widzę za oknem, że przybliża się jakiś ciemny kształt do okna. Pomyślałem, w ułamkach sekund to się chyba działo, że to może być jakaś wrona, jakiś gołąb, bo sąsiedzi mieli duże stado gołębi i mówię: „To pewno przysiądzie sobie gdzieś tutaj na oknie”, tak jak zawsze.
Ułamki sekund potem znowu jakby mnie coś przywołało i spojrzałem w to okno i od prawej strony nadlatywał obiekt, który wcale ptakiem nie był. To była kula, tym razem ciemna. Podleciała do okna. Okno było podzielone na trzy części. Część środkowa była najszersza, miała szerokość około metra i zatrzymała się na środku od zewnętrznej oczywiście przed szybą. I ja w tym momencie zeskoczyłem z łóżka, wstałem, zrobiłem dwa albo trzy kroki. I teraz się cofnijmy, bo jeszcze jest jeden ważny element. Po przyjściu z łazienki parę minut wcześniej, jak się wybierałem, spojrzałem na zegarek. Duży wyświetlacz mieliśmy. Była godzina czwarta chyba pięćdziesiąt pięć, jak wstałem, piąta jeden albo piąta dwie jak wróciłem z łazienki z góry i potem jest sekwencja spotkania tego obiektu.
On się przybliża do okna i ja go widzę od zewnętrznej. Może był pół metra od szyby, może bliżej. Nie wiem. Ja wstałem, zrobiłem dwa albo trzy kroki i dostałem tak silnym światłem w oczy, że straciłem wzrok i w ogóle widzenie. Całe pole widzenia miałem w czarno-srebrnych rozbłyskach. Tak się spojrzy na słońce i po prostu ma się gdzieś tam na siatkówce wypalony obraz słońca, tylko że w negatywie czarny. I po jakimś czasie to mija. Nie wolno na słońce patrzeć zbyt długo, bo wiadomo, że sobie uszkodzimy wzrok. Tutaj było to samo, tylko że ja gasnącym wzrokiem zarejestrowałem, że to jest poprzeczna wiązka światła i ona zjeżdża w dół po tym uderzeniu mnie w oczy. Tracę widzenie i zdawać by się mogło, że to będzie trwało chwilę.
Kiedy się ocknąłem, stałem w tym samym miejscu i gdy już mi widzenie wróciło, spojrzałem na ten sam wyświetlacz dużego budzika na meblościance. I nie była godzina piąta dwie, piąta trzy, piąta pięć. Dochodziła szósta. Dla mnie to było po prostu ultra dziwne.
[11:07] - A czy w tamtym czasie ktoś z domowników mógł chodzić po domu i ewentualnie zobaczyć, co się z panem działo w tym pokoju?
[11:15] - Tak mi się wydaje, że rodzice to chyba albo jeszcze spali za ścianą, albo ich w ogóle nie było, bo ja się często wybierałem, zanim wszyscy wstali i szedłem na przykład albo na grzyby, albo się gdzieś wybierałem rowerem, żeby pojeździć też nawet. Nie pamiętam, czy wtedy brata nie było, bo brat gdzieś wyjechał na wakacje. Miałem trzynaście, on miał osiemnaście. On był w technikum albo pracował. Prawdopodobnie gdzieś pracował na budowie, bo pomagał też sąsiadom, więc jego nie było na pewno. A rodzice chyba jeszcze spali za ścianą. Na pewno nie byli na nogach. Albo mogło też być tak, że ich w ogóle nie było, bo mogli pojechać do rodziny. Ja też w tamtych czasach zostawałem w domu, żeby się domem zaopiekować. Mogli również pojechać, nie wiem, czy do sanatorium, bo wtedy też się jeździło do wód.
Bardzo często jeździli do takich dwóch znanych kurortów. Zresztą tata był nauczycielem, mama W administracji szkoły pracowała. Ja pamiętam, że chyba wtedy byłem sam i po powrocie rodziców ja im to opisałem. A! I pamiętam jeszcze panie Marku, ja próbowałem podpytać kogoś z sąsiadów, czy czegoś nie widział po tym zdarzeniu.
[12:30] - A czy pojawieniu się tego obiektu towarzyszył jakiś dźwięk czy jakieś inne odczucia?
[12:35] - Ja bym mógł powiedzieć tak: według mnie to była paraliżująca cisza. Ani jakby żadnych dźwięków z zewnątrz, ani wewnątrz domu.
[12:46] - Czyli nastąpiło coś takiego jak w efekcie oz, że całe otoczenie wokół świadka zamiera i cichnie, tak?
[12:53] - I jest po prostu totalne odcięcie dźwiękowe. I ja powiem lepiej, panie Marku, myślałem, że mi się to nie obudzi, ale mi się już włosy podniosły na całym ciele. Teraz mam trzecie wydarzenie. Ale ja panu powiem, sorry, że tak lecę z tym wszystkim, bo ja sobie spisałem już kalendarium moich zdarzeń UFO. Były trzy. Tutaj była zupełna cisza. Dopiero po tym wydarzeniu, po tym błyśnięciu mi przez ten obiekt w oczy, nie wiem, rok, dwa lata po tym zacząłem się interesować w dziewięćdziesiątym chyba czwartym roku dopiero sprawami ufologicznymi. I gdzieś dostałem od znajomych dopiero dwa lata po tym chyba kwartalnik czy miesięcznik „UFO”. Ja mam go w tej chwili.
[13:35] - Kwartalnik to wychodziło tak co trzy miesiące.
[13:38] - Co trzy miesiące. I ja mam chyba dopiero niedawno, bo dwa lata temu czy trzy lata temu. Mój przyjaciel bardzo dobry właśnie z mojego miasta, w którym mieszkam na co dzień na Opolszczyźnie, był antykwariuszem i likwidował swój mały antykwariat. I dostałem tych numerów chyba kilkanaście. Potem się w nich bardzo zaczytywałem, ale to były niedawne czasy dopiero. A wtedy, dwa lata po tym wydarzeniu miałem tylko jeden numer, chyba z dziewięćdziesiątego drugiego roku i tam było chyba o Emilcinie i o Janie Wolskim. A zresztą w mojej miejscowości rodzinnej było to słynne zdarzenie. Pan Józef, 2005 rok i tam badał tę sprawę pan Robert Bernatowicz. I ja opisałem też dodatkowe rok temu, złapałem kontakt z panem Piotrem Cieligasiem i opisałem mu relacje dwóch pań, które były również świadkami tego wydarzenia z mojej miejscowości rodzinnej. Ale zostawiając to wszystko, więc-
[14:42] - Zetknięcie z tym czasopismem „UFO” to był jakby pierwszy pana kontakt z tematyką ufologiczną, tak? Wcześniej pan się nie interesował tymi tematami?
[14:49] - Wcześniej się nie interesowałem, więc pierwsze dwa wydarzenia, które były w moim życiu wcale nie wiązałem tego w ogóle z UFO. Dopiero potem tak zaczęły mi się narracja nadbudowywać, znaczy myślenie, że to mogą być takie zjawiska.
[15:05] - Czy w momencie błyśnięcia tego światła panu w oczy czuł pan coś jeszcze? Czy skończyło się tylko na oślepieniu?
[15:13] - Mi się wydaje, że jakoś znieruchomiałem i to po prostu podziałało na mnie jak takie paraliżujące odrętwienie. Kiedyś rozmawiałem z moją przyjaciółką, która miała może niepodobne zdarzenie, tylko widziała obiekt i mówi tak, że czuła się trochę jakby wszystko wróciło do niej, jakbym się wybudzała po znieczuleniu ogólnoustrojowym po operacji. Ona to porównała do czegoś takiego. Ja nigdy nie byłem w szpitalu, więc nie mogę tego porównać. Jeszcze chciałem trochę opisać fakturę tego obiektu, bo to, co tak szczątkowo jeszcze pamiętam, jak ten obiekt doleciał, to ja sobie przypomniałem. Mówię: „Coś mi świta, że już coś podobnego w życiu miałem”. Ale to był przebłysk sprzed ośmiu lat. Tamten obiekt był biały, o wiele większy, a ten miał fakturę jakby szklanej zielonej dyni, właściwie to spłaszczonej na biegunach kuli, która w środku, jak ona się tuż przed tym błyskiem trochę rozświetliła, trochę się jakby to wnętrze stało ciut jaśniejsze. To miało kolor butelkowej zieleni, takiej ciemnej, wręcz prawie w czerń wpadającej. A kiedy się jakby trochę rozświetliło przed tym daniem tego błysku, to się działo w sekundach, więc jakby w środku ruszał się nie wiem, jakiś mechanizm, nie wiem, coś, co się jakby nie wiem, czy kręciło, czy ruszało.
Jakiś mechanizm w środku musiał być, bo przy tym rozświetleniu się było widać takie jakby poprzeczne przedziałki cienkie, co nadawało mu strukturę taką rzeczywiście, jakby to była dmuchana przez hutnika szkła szklana dynia. Tylko że zielona. Coś takiego dziwnego. No średnica tego obiektu nie wiem, nie przekraczała metra, bo ona nie zajmowała całej szerokości tego środkowego okna, tej środkowej części okna, bo tam były trzy. Wąski lufcik po prawej i środek najszerszy około metra i po lewej stronie takie jakby pośrednie skrzydło okna, też otwierane na bok. To to, co pamiętam, jeśli chodziłoby o fakturę i rozmiary tego obiektu.
[17:32] - To jeszcze mam takie pytanie o pana pozycję w momencie, gdy pan odzyskał świadomość. Czy był pan w takiej samej pozycji jak przed tym błyśnięciem panu światła w oczy?
[17:45] - Mi się wydaje, że cały czas tak. Byłem chyba zwrócony w kierunku okna i potem znajoma, która się zajmowała też reiki, jest medium, powiedziała: „Czy ty próbowałeś hipnozy regresyjnej?” A ja mówię, no nazwijmy ją sobie Bożenka i mówię do niej tak: „Wiesz Bożenko, nie wiem. Boję się gmerać w mojej gdzieś pamięci, nie wiem, psychologicznej gdzieś głębokiej, żeby mi taki specjalista jakiejś krzywdy nie zrobił”. Może to jest troszeczkę stereotypowe myślenie, ale ona mówi tak, bo ta sytuacja kwalifikuje się do tego. I ona mi taką sesję zrobiła, trochę wizualizacyjną z pogłębionym odprężeniem. I mówi: „To ja się może spróbuję troszeczkę zająć tym, żeby szczegóły tego zdarzenia wydobyć”. I ona mi powiedziała jedną rzecz: „Czy pamiętasz oddalenie się tego obiektu od okna? Bo może nie byłeś zupełnie zamrożony”. A ja mówię: „Wiesz co, nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że o wiele szybciej ten obiekt odleciał, niż nadlatywał w kierunku okna”. I to jest jedyne, co mi się udało przypomnieć, wydobyć czy jakoś uwypuklić, bo też mnie to zastanawiało, co to mogło być w ogóle.
I dopiero grubo lata po tym, to jest ponad 10 lat po tym, oglądając fantastyczny film „Władca Pierścieni”, przypomniało mi się, że to wyglądało jak faktura widzących kamieni Saurona. I mówię: to mógł być jakiś zaawansowany obiekt. Dron na pewno nie, bo w tej chwili nawet ten wysyp doniesień, że coś jest paranormalnym obiektem, a potem się w końcu okazuje, że to może być bardzo zaawansowany dron na przykład. I wiele takich teorii czy doniesień obecnie upada, bo technologię mamy o wiele bardziej zaawansowaną. Ale to był, przypominam, rok 1992, początek lipca. I co ciekawe, ja dopiero lata po tym, panie Marku, dotarłem w tych kwartalnikach UFO. Mówię: przegrzebę wszystko, co mam. A mam tych numerów chyba blisko 20, nie wiem, 18 albo 20. I natrafiłem, że w latach 1991, 1992 właśnie w okolicach centralnej Polski były widziane niezbyt duże obiekty typu kulistego czy elipsoidalnego, które zdawały się obserwować czy rejestrować ludzi. Nie wiem, czy tych doniesień było dużo, ale ponoć było wtedy kilka, w tym chyba jedna w okolicach Radomska.
A z okolic Radomska pochodzi mój tato. Nie będę mówił, która dokładnie miejscowość naokoło. Więc to jest centralna Polska, to jest niedaleko od mojej miejscowości rodzinnej. Tylko tyle mogę powiedzieć. Nie wiem, czemu to przypisać, ale do tej pory mnie zastanawia, co to było i co mogło jeszcze ze mną wykonywać, w jakiś sposób mnie skanować, rejestrować moją postać, skoro ja po skończeniu całej tej sekwencji spojrzałem na zegarek i nie wiem, gdzie mi się zapodziało 50 parę minut czasu. Prawie godzina. 5:02, 5:03. Kiedy zszedłem z łazienki na piętrze, wszedłem do pokoju z powrotem i mówię: a wezmę sobie tą książkę, poczytam i ta sekwencja. Więc 5:02, 5:03. Ile ja mogłem tą książkę czy gazetę czytać?
Pół minuty? Minutę? Nie wiem, ale krótko. I potem spotkanie z tym obiektem. Zakończona sekwencja rejestrowania mojej postaci, skanowania, nie wiem czego jeszcze innego. Żadnych znaków widomych na ciele nie miałem, żadnego działania promieniowania. Oprócz tego, że wpadłem w odrętwienie, letarg, z którego się ocknąłem, stojąc praktycznie w tym samym miejscu. Od łóżka do okna było około trzy i pół metra, może cztery przez cały pokój, a ja przemierzyłem ledwo połowę tego dystansu, kiedy dostałem tą wiązką światła w oczy. Jak się już ocknąłem, dochodziła prawie że 6:00. Więc pytanie pozostaje, gdzie te pozostałe 50 parę minut czasu?
Do tej pory nie mam żadnej odpowiedzi właściwie i to mnie zastanawia.
[22:28] - To zdarzenie wygląda tak, jakby ten obiekt lub jakaś siła wyłączyła panu świadomość na czas spotkania z tym obiektem. Można zadać sobie pytanie, po co to się właściwie w taki sposób wydarzyło? I bardzo znamienne mi się wydaje to, że dopiero po wielu latach znalazł pan w popkulturze jakieś odniesienie do czegoś, co wyglądało podobnie do tego obiektu. Wcześniej jakby pana bank pamięci nie posiadał podobnego obiektu, prawda?
[22:58] - Nie, na pewno nie. I dopiero potem w szerokiej popkulturze, kiedy był „Władca Pierścieni” w kinach, 2003, 2004 rok czy 2002, już nie pamiętam. Ponad 10 lat po tym zdarzeniu. Więc to jest ogromna przepaść czasowa. Ja to mam spisane i powiem tak, panie Marku, jeszcze sobie swoje sny spisuję od mniej więcej 19, 20 roku życia, gdzieś prawie od początku studiów. Też mam cały „Sennik” Brulion zapisany paroma ciekawymi przykładami. Sny są tam na różnych poziomach. Kiedyś takie poradnictwo, żeby archetypy i żeby znaczenie symboli sennych wykładać, to mogę się powołać na jedno nazwisko. To jest pan Wojciech Jóźwiak i to jest ta strona Taraka. I tam bardzo ciekawe rzeczy się dowiedziałem, to już jest zupełnie inna kraina.
Sny to jest zupełnie inna kraina. Teraz bym panu przeszedł do może trzeciego wydarzenia, które dla mnie było najmocniejszym akordem, jeśli chodzi o UFO. Na samo wspomnienie już mam włosy na całym ciele podniesione. W 2014, więc 14 plus 8, 22 lata przerwy między wydarzeniem numer dwa jest wydarzenie numer trzy. I nie wiem, czy to będzie Można zaliczyć jako UFO. Bardziej to jest wizyta tajemniczych sypialnianych gości w nocy. Środek zimy 2014 roku. Ja wróciłem po dwóch miesiącach pracy w Holandii, średnio ciężkiej pracy, ale jednak tam trochę nas niezbyt dobrze traktowano i to, co się wydarzy, można śmiało podciągnąć pod dwie kategorie: albo paraliż przysenny, albo wizyta tajemniczych gości. A zaczęło się dokładnie w pierwszą noc po powrocie z wyjazdu do pracy. Noc z 5 na 6 stycznia 2014, godzina między 3:00 a 4:00 nad ranem.
Właściwie to już samego 6 stycznia, czyli to już było po północy. Ja się tyle budzę. Narasta we mnie świadomość, że coś usiadło mi na klatkę piersiową i na brzuch i ja się zaczynam dusić, ale nie wiem, czy mi się to śni, czy też jest to jakieś rzeczywiste stworzenie. Narasta we mnie przerażenie. Otwieram oczy, bo w tym jakby śnie czuję, że jakaś ciemna, ciężka postać się ze mną szamocze i próbuje mnie udusić. Otwieram oczy i widzę przedziwny widok: nade mną w odległości do drzwi, bo wtedy wynajmowałem mieszkanie w dosyć dużej dzielnicy pewnego miasta, w którym mieszkam i stoją w drzwiach. I to dziwne, jakby w otwartych na oścież drzwiach na korytarz stoją dwie potężne postacie. Znaczy szczupłe, ale wysokie. Pierwsza postać, jakby biła od niej energia żeńska i była to postać spokojnie wzrostu 180 centymetrów albo i więcej. I za nią druga taka sama, ale raczej o energii męskiej.
Obydwie postacie dosyć szczupłe, w takich obcisłych kombinezonach opalizujących w kolorze kobaltowym, czyli takim metalicznie niebieskim, metalicznie wręcz granatowym. I na to miały narzucone tunikę jedno i drugie tunikę aż do kostek. Ja dopiero potem sobie uświadomiłem, że to wyglądało, jakby to były obcisłe, nie wiem, lateksowe stroje? Nie wiem. Jakby trochę wyglądały, jakby to było taka, nie wiem, szklana? Nie wiem. Lateksowa powierzchnia, coś błyszczącego, wręcz lekko fosforyzującego w ciemności. Zaraz powiem jeszcze o ich twarzach. Takie trójkątne, takie wręcz trochę zwierzęce. Trójkątna szczęka, ostrzej zarysowany podbródek, tak nie wiem, trapezowato ścięty i zdawało mi się, że mają długie, czarne włosy, ale wszystko zaczesane do tyłu i postacie mają jakby powierzchnia tych postaci, fakturę i tych włosów również, jakby to wszystko było mokre.
Taki połysk po prostu mokrej powierzchni i one się nie ruszają te postacie. No, tutaj pominę jeden aspekt, że próbowały również jakiejś manipulacji przy moim ciele w momencie wybudzania się i się zapytałem ich: „Co mi zrobiliście?” Ale to było bardziej niż pytanie wypowiedziane na głos. To było pytanie wypowiedziane jakby w myślach, telepatycznie przekazane. I uzyskałem odpowiedź: „Chcieliśmy zobaczyć, jak reagujesz.” I potem jakby odzyskuję władzę nad całym ciałem, bo całą tą sekwencję mogłem jakby rejestrować tylko oczami i jakby odzyskuję władzę nad całym ciałem i te postacie znikają. Ja wtedy pamiętam, zerwałem się z łóżka, powłączałem wszystkie światła i jedno co mi się nie zgadza, to pamiętam, że na wieczór kładąc się spać ja drzwi do pokoju na korytarz od pokoju na korytarz zamknąłem. A w czasie tej sekwencji chyba i po sekwencji obecności tych istot drzwi były otwarte. Oświeciłem światła wszystkie, które były możliwe. Miałem chyba dwie lampki nocne i chyba kinkiet. Poświecałem wszystkie światła i od razu wyjrzałem na korytarz. Nikogo nie było.
[28:45] - Bo rozumiem, że te drzwi nie mogły się jakby same z siebie otworzyć, prawda?
[28:49] - Nie. One były zamknięte na klamkę, więc musiałby je ktoś otworzyć z zewnątrz. Ja niekiedy zamykałem się na tam jeszcze był taki zamek, chyba typu Gerda czy Yeti. Już nie wiem. Te zamki, które były w latach 90. montowane jeszcze. Co mogę powiedzieć? Do tej pory nie wiem, co to było, ale skonsultowałem to z moim dobrym przyjacielem, który też w innym mieście zupełnie zajmuje się maszynami takimi jak badania EEG, te wszystkie badania serca, holtery i ma wszystkie chyba te szkolenia. Szpital powiatowy, akurat nie będę mówił w jakiej miejscowości. I on mi opowiedział: „Wiesz co?
Ja to opowiem znanemu u nas panu doktorowi od neurochirurgii.” I usłyszałem coś takiego: „Te postacie stały jedna za drugą.” Ja mówię tak. I usłyszałem ciekawą troszeczkę, może przyziemną teorię, że jeśli się widzi tych gości tak zwanych sypialnianych, bo to jest na razie jedno, jedyne takie wydarzenie w moim życiu, więcej takich nie miałem, więc nie mam skali porównawczej. I on mi powiedział przez przyjaciela ten pan neurochirurg, że w paraliżu przysennym mózg ludzki płata różne figle, w tym na przykład wisząca przy drzwiach kotara czy stojąca szczotka do zamiatania z długim kijem nagle nabiera kształtów zupełnie futurystyczno-fantastycznych. I nie dość tego, jeszcze ona jest na przykład zwielokrotniona. To ja tak zapytałem Bo mieliśmy tylko jedną rozmowę. Przyjaciel nas skontaktował i zapytałem: „Panie doktorze, czy to nie jest czasem tak, że spoidło wielkie, połączenie między różnymi strukturami mózgu działa tak, że jeśli odcięcie ciała w czasie snu nie zadziała do końca, to zdarza nam się, że kopiemy, zrzucamy z siebie kołdrę, bo coś nam się śni, że ktoś nas goni i biegniemy?” Tak mają zwierzęta. Widziałem już nieraz ruszające się w śnie i machające łapkami kotki czy psiaki u moich znajomych. Jeśli to jest u zwierząt, u ludzi też może być.
[31:13] - Potwierdzam, sam to czasem mam. Ruchy miokloniczne mi się często włączają podczas zasypiania, podczas snu i mnie niestety moje własne ciało czasem budzi.
[31:25] - Zdarza się. Albo na przykład gdzieś mi ręka drgnęła. Ostatnio chyba tak było, że przez sen na fotelu zasnąłem i huknąłem się gdzieś w łokieć. Na całe szczęście siniaka nie było, bo tapicerka dosyć gruba, ale machnąłem ręką w drgawce nerwowej przez sen. Mogę jedno powiedzieć: do wieku sześciu lat albo nawet siedmiu całkiem poważnie lunatykowałem. Chodziłem po domu i to rodzice potwierdzili, że transy lunatyczne miałem do skończenia siedmiu lat na pewno. Potem samoistnie to ustało. Ale naprawdę chodziłem po domu, bo mnie wybudziła potrzeba. Takie rzeczy się zdarzały. I teraz co ja jeszcze powiedziałem?
Z panem doktorem konsultowałem się i on powiedział tak: to jest jego teoria oczywiście, ja nie mówię, że tak jest na pewno, tak może być, że te postacie nocne to jest wolna projekcja i najczęściej to jest nie jedna postać, tylko minimum dwie, a niekiedy i to dokładnie albo ustawione w rzędzie, jak w audytorium, albo ustawione jak matrioszki, jedna za drugą i jedna o głowę, o 30 centymetrów, 40 centymetrów większa następna od tej pierwszej. Czyli pierwsza najmniejsza, druga większa, trzecia największa. U mnie były tylko dwie postacie. I on mówi: „Prawdopodobnie pan miał typowy paraliż przysenny”. Ja mówię: „Nie wiem”. Pierwszy raz to miałem, ale dla mnie to było wręcz przerażające. Przez dobre parę lat po tym, pięć, sześć lat po tym, nie szedłem spać w zupełnie ciemnym pokoju, bo wtedy miałem zupełnie ciemny pokój. Wpadało tylko z ostrego kąta z ulicy, bo mieszkanie było na drugim piętrze dużej willi wynajmowanej w dużym domu u prywatnych właścicieli i tylko z ostrego kąta wpadało światło oświetlające przeciwległą ścianę. Nie tą, przy której spałem i nie tą, przy której bliżej były drzwi na korytarz, tylko właśnie ścianę odległą. I tam tylko cienka wiązka światła z ostrego kąta padała.
Czyli wszystko się rozegrało w części pokoju, która była pogrążona prawie w zupełnej ciemności. To jeśli chodzi o okoliczności tego trzeciego zdarzenia. Nie wiem, czy to można wiązać z epizodem wizyty rzeczywiście jakichś istot, czy bardziej jako paraliż przysenny, ale dla mnie to było przerażające. Jeszcze do tej pory mi się zdarza niekiedy, że włączę światło, mam małą lampkę i ta obawa gdzieś tam trochę jeszcze jest, że ktoś może mnie odwiedzić i znowu może próbować manipulować przy moim ciele czy mnie gdzieś tam poddusić. Wierząc neurologom, podobno paraliż przysenny zaczyna się typowym objawem, jak to mawiano na wsiach kiedyś, atakiem zmory, która próbuje człowieka dusić we śnie. Nie wiem, jak to odebrać, ale to zdarzenie dosyć dla mnie nietypowe.
[34:39] - Gdyby to była wizja senna, to mi się wydaje, że to byłoby chyba bardziej chaotyczne, prawda? A tutaj dosyć takie poukładane.
[34:47] - Bardziej to było poukładane, tak. Panie Marku, bardziej to poukładane. Słuchałem chyba dzisiaj dwóch dłuższych materiałów z pana kanału o panu, który mówił o świadomym śnieniu. I powiem tak: miałem co najmniej sześć epizodów wyjścia poza ciało i naprawdę wyglądało to w takim ciągu, nazwę to ciąg akceleracyjny. Miałem 13 lat, 14, kiedy te spacery nocne się zaczęły naprawdę na dobre. Takie mówię duchowe spacery. Ciało sobie spokojnie leży, ani drgnie, a moja świadomość sobie fajnie spaceruje. I takim zdarzeniem granicznym było, kiedy miałem w czasie jednego roku, to już będzie po tym drugim zdarzeniu z kulą za oknem, która mnie oślepiła i zabrała mi godzinę czasu prawie. W tym roku zmarła mi babcia i w tym roku na jesień po śmierci babci bodajże albo rok później, bo nie pamiętam, w wakacje miałem szkarlatynę. Nie w wakacje miałem, przepraszam, zatrucie jadem kiełbasianym.
I powiedziała mi znajoma osoba, że zatrucie prawie śmiertelne. Mam pozostałości w postaci niedomykalności dwóch zastawek. To jest chyba zastawka mitralna i trójdzielna po badaniach i zastawka tętnicy płucnej całe szczęście jest nienaruszona, bo miałbym problemy z wydolnością, z chodzeniem i z większym wysiłkiem. Nic takiego nie ma. Ale na przykład te wydarzenia, że toksyna botulinowa jednak zdążyła się, zanim mnie odratowano, na tyle wchłonąć, że uszkodziła mi część zastawek i naczyń. I mam częściową niemiarowość rytmu serca w stanie spoczynkowym zdarza się. Czuję, że serce mi się potyka. Jestem też w trakcie diagnostyki, bo jestem tuż przed pięćdziesiątką i powiedziała mi ta osoba, że prawdopodobnie też mógł pewnemu uszkodzeniu ulec układ nerwowy. Ja mówię: „Ale w takim wypadku co z tymi dwoma zdarzeniami? Czy coś przywidzieć mi się nie mogło?” Ja wtedy byłem całkiem zdrowym dzieckiem.
Najpierw miałem te pięć lat i biała kula unosząca się nade mną, bawiącym się w piaskownicy i osiem lat później, kiedy miałem trzynaście. To jest takie graniczne zdarzenie. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. A wracając do tych zdarzeń wyjścia poza ciało, to pierwsze zdarzenie miało może w wieku lat dziewięciu albo dziesięciu, kiedy myślałem, że śnię. Ale ja wyszedłem, mając świadomość, że ciało leży i śpi, a świadomość spaceruje po całym domu. Zajrzałem do sypialni rodziców za ścianą, zajrzałem do pokoju mojego brata, bo już miał oddzielny pokój i zajrzałem do naszego wujka, który miał pokój przy takiej kuchni letniej. I wszyscy sobie spokojnie, smacznie śpią, a ja sobie spaceruję i widzę ich śpiących. I od tego się zaczął ciąg takich zdarzeń, że ja po prostu zacząłem się wprowadzać w ten stan i tuż przed zaśnięciem myślę: „O, żebym dzisiaj sobie znowu poleżał”. A tak to sobie poprzepływam po całym domu, po całym podwórku, do piwnicy, do spiżarni, na strych i potem sobie wrócę. Ja takie spacery sobie uprawiałem przez dobry jeszcze chyba rok.
Nieczęsto to się zdarzało. Wiadomo, że nie co noc, tylko co parę tygodni. Nie wiem, co dwa miesiące takie rzeczy mi się zdarzały i nie wiem, na ile to było świadome, a nie wiem, na ile to było indukowane, generowane zewnętrznie. Raczej chyba nie.
[38:38] - Wydaje mi się, że to takie były spontaniczne wyjścia z ciała. Pan nie był zaznajomiony z tą literaturą związaną z OOBE, prawda?
[38:48] - Nie.
[38:48] - Tylko po prostu w pewnym momencie coś takiego się panu zaczęło dziać. Stwierdził pan, że to fajne i zaczął pan to uprawiać, tak?
[38:56] - Tak. I powiem najlepszą rzecz. Teraz jest połączenie dwóch rzeczywistości, bo podczas jednego z tych, że tak powiem, nocnych spacerów mojej świadomości spotkałem moją prababcię, którą znałem tylko ze zdjęć. Nasz dom po wojnie, dom moich dziadków został zburzony, ale był na tej samej działce i z części materiałów budowlanych moi rodzice zbudowali przynajmniej podpiwniczenie nowego domu, a na resztę musieli wziąć, wyasygnować jakieś środki finansowe, żeby zbudować resztę, dwie kondygnacje do góry, bo te stare materiały ze starego domu babci i dziadka po wyburzeniu, po rozebraniu starczyły tylko na podmurówkę, na piwnicę i na budynek gospodarczy chyba jeszcze z tyłu za domem. I przypomniało mi się, że ja widziałem tam właśnie to miejsce, w którym dom stoi. Tam była kiedyś stajnia, obora, która była też potem rozebrana. Ona była chyba zniszczona w czasie wojny i w ruinie była przez kilkadziesiąt lat chyba po wojnie, bo dom powstał w końcówce lat 70. i początek 80. To był stan wojenny, kiedy moi rodzice budowali dom akurat. I ja spotkałem tam babcię podczas jednego z tych wyjść z ciała, czy można powiedzieć spacerów świadomości.
I babcia nie była taka starsza jak na ostatnich zdjęciach. Znaczy prababcia. Tylko była młodą dziewczyną, ale coś mi mówiło: „To nie jest twoja babcia, to jest twoja prababcia”. I ona ze mną nie rozmawiała, tylko zastałem ją w czasie normalnych gospodarskich obowiązków. W stajni były chyba dwa konie i ona chyba coś im, czy siano jakieś, czy ziarno im nasypywała do żłobu, żeby po prostu mogły coś zjeść. I chyba nalewała im wody do wiadra ze studni, żeby też mogły się napić. I to pamiętam, że zastałem ją przy normalnych obrządkach, tam w obejściu starego domu, którego nie mogłem znać, bo on już był dawno zburzony, rozebrany. I takie potem spacery się zaczęły po mojej miejscowości rodzinnej. To było ciekawe, że wyszedłem raz to było w czasie dnia, niekoniecznie zawsze w czasie nocy. Kiedyś byłem po jakiejś pracy, chyba w polu czy pomocy rodzicom gdzieś w ogródku za domem.
Trzeba było cały gródek chyba czy przekopać, czy wyrwać chwasty. Wróciłem i się na chwilę położyłem i miałem takie samo zdarzenie jak w nocy. Wychodzę z ciała i po prostu wędruję sobie ulicami miasteczka mojego rodzinnego, właściwie dużej wsi. I zawędrowałem do kościoła. I potem sobie pomyślałem, stojąc u stóp kościoła: „Nigdy nie byłem na wieży kościelnej”. I nagle dosłownie przepłynąłem. Nie było żadnego lewitowania. Nagle przepłynąłem dosłownie w ułamku sekundy i ja jestem pod wielkim dzwonem na wieży i podziwiam moje miasteczko rodzinne po prostu z wysokości tej wieży.
[42:09] - Takie, można powiedzieć, klasyczne OOBE czy też przeżycie, o których czasami wspominają też osoby po doświadczeniu bliskim śmierci, że wystarczy o jakimś miejscu, czy też osobie, czy jakimś obiekcie pomyśleć i pstryk, jesteśmy tam.
[42:26] - Tak, to było to samo. I ostatnie, które pamiętam. Mnie się zapytała właśnie moja znajoma, która praktykowała, dalej praktykuje reiki chyba i powiedziała Trochę zrobiła ze mnie gwiazdora. Potem strasznie zeźliłem się na nią, mówiłem do niej: „Bożenko, dlaczego mi to zrobiłaś?” Bo ona mnie przedstawiła swoim znajomym i przyjaciołom, których wtedy było na tej sesji chyba cztery osoby czy pięć, że ja jestem, jak ona mnie określiła, silne medium, tylko że tych zdolności w jakiś sposób nie ćwiczę. Jak jej to powiedziałem, to ona mówi: „Do tej pory ćwiczył tylko wyjścia poza ciało”. Poczułem się jak w jakimś gremium zupełnie tajemniczym. Nie chciałem się tak poczuć i dlatego było mi nieswojo, że nagle próbuje ona ze mnie jakąś taką trochę gwiazdę ezoteryczną zrobić, a ja się tak wcale nie czułem nigdy. Dlaczego tak powiedziałam? Może dlatego, że ostatnie wyjścia poza ciało były takie bardzo spektakularne, bo trzy ostatnie pamiętam dosyć mocno. To było już kilkanaście lat temu.
Od kilkunastu lat nie ćwiczę czy nie pragnę takich rzeczy mieć. Ostatnio, chyba z pół roku temu, zapragnąłem znowu takiego zdarzenia i się zdarzyło. Tylko to był przelot w tym dużym mieście tutaj na Opolszczyźnie. Przeleciałem na drugą stronę. Jest naprzeciwko mnie taki duży plac. Przeleciałem z mojego trzeciego piętra, z klatki schodowej nad ulicą i wylądowałem na środku tego placu. Byłem pozytywnie wręcz zaskoczony, że znowu mi się coś takiego przydarzyło i że znowu mi się coś takiego udało. Ale z tej pierwotnej sekwencji tych wyjść OOBE to miałem przelot nad Arktyką chyba. Nie wiem, czy tundra to była. Wiem, że bardzo niskie drzewa, których tylko gdzieś czubki wystawały znad zawianej śniegiem nawierzchni.
To raczej nie tajga, tylko tundra, bo w tajdze są jeszcze duże, normalnych wymiarów drzewa, a tundra już jest bliżej bieguna i tam te drzewa są karłowate. Więc przelot nad taką powierzchnią mi się przyśnił i chyba nad zamarzniętym jeziorem. Drugie od końca, czyli już przedostatnie, to było coś takiego, że ja lecę, nie wiem, Kanada, może Polska, kraina wielkich jezior. I to była piękna wiosna. Lecę nad jakimś wielkim jeziorem po jego lewej stronie, po prawej stronie ogromne lasy, a pod powierzchnią widzę raz większe, raz mniejsze ryby pływające. Wiem, że zobaczyłem całkiem blisko powierzchni chyba szczupaka polującego na jakąś inną, trochę mniejszą rybę. Więc to pamiętam z tego przedostatniego zdarzenia. A ostatnie to był totalny kosmos. Byłem aż przerażony, bo to było wyskoczenie właściwie nad orbitę i zaobserwowanie krzywizny Ziemi, czyli zobaczenie Ziemi z kosmosu. Może to było częściowo indukowane już takimi doniesieniami jak z kamery z misji, dajmy na to na tej stacji oczywiście orbitalnej, czy to był Mil, czy jakaś tam inna stacja obecnie, co jest na orbicie, okrąża Ziemię.
Może to było tak indukowane, bo to już były te czasy, gdzie te zdjęcia już trochę krążyły w sieci czy były pokazywane w telewizji. To takie ostatnie. Ale ciekawe doświadczenie, na pewno bardzo ekscytujące jako sen, można powiedzieć.
[46:02] - Można zadać sobie zawsze pytanie w takich przypadkach, czy to naprawdę był tylko sen, czy też może coś więcej.
[46:08] - Właśnie. To jest ciekawe. Tego już nie chciałbym przedłużać może, panie Marku, ale miałem jedno zdarzenie, właściwie dwa zdarzenia koło siebie, oddalone może o dwa lata albo trzy, bo to jest trzecia grupa zdarzeń. Bo sobie napisałem kalendarium zdarzeń UFO i kalendarium zdarzeń pozostałych, a tu mam 11 pozycji. Nie będę pana gdzieś tam zarzucał tym, ale ja miałem jedno zdarzenie, które ruszyło mnie w kierunku opisania tego i jak sobie przypomniałem, to już wiele lat temu, to mam spisane, ale przypomniał mi to jeszcze swoim, nie wiem, czy podcastem, czy jednym z wideo pan Piotr Cielebiaś. Więc te ufologiczne rzeczy opisałem mu i on się odezwał właśnie w kierunku tego, żeby zapytać o tą sprawę z 2005 roku w mojej miejscowości, gdzie pan Józef zobaczył najpierw podobno pięć, a potem tylko dwie czy jedna postać pomarańczowa na jego polu. I to był wrzesień 2005 roku. Badał tą sprawę również dowódca Nautilusa, czyli Robert Bernatowicz. Tu nie będę specjalnie komentował, ale znam z tych kilkunastu świadków, z których nie wszyscy się ujawnili, ja znam dwie osoby osobiście i to są znajomi moich rodziców. Jedna z tych pań jeszcze żyje.
Nie wiem, czy pan Józef jeszcze żyje, czy nie, ale zostawiając to na boku, mogę powiedzieć tylko tyle: tam się na pewno coś na tym polu wydarzyło i nietypowość tego zjawiska była taka, że jeśli chodzi o jeden do jednego, to najpierw takie samo zdarzenie miało miejsce w Brazylii, chyba w 1999 czy 2001 roku, 2005 w Polsce i 2008 albo 2009 chyba w Japonii albo w Korei. Już nie pamiętam. Wiem, że gdzieś w Azji Dalekowschodniej. Tylko tyle. A tutaj, niedaleko tego miejsca, gdzie to się wydarzyło, też działy się różne rzeczy i niecały kilometr, półtora od tego miejsca jest taki zaklęty trójkąt w lasach. Tam było takie bagnisko. Nazwy nie będę, bo to jest bardzo piękne, urokliwe miejsce z jednej strony. Tam było kiedyś pięć jeziorek, które sukcesywnie w ciągu ostatnich 40 lat wysychały i jak na razie otwartej tafli jeziornej, wolnej wodzie na powierzchni jest tylko jedno jeziorko wypełnione wodą. Reszta jest wyschnięta. I otóż co się zdarzyło?
Znowu się cofamy. 2000 albo 2001 rok. I kiedy ja się wybierałem na grzyby, tym razem zabrałem ze sobą moją koleżankę. To była wnuczka naszej sąsiadki i ona się ze mną wybrała na te grzyby. 5:30 pamiętam jak dzisiaj. Wyszliśmy o 5:30. Po godzinie byliśmy na miejscu. Ja mówię: „Jest moja droga sucho, więc pójdziemy w jedno jedyne mokre miejsce w tych lasach wokół tych pięciu dawnych jeziorek”, bo to był taki podmokły teren i nie wiem, w którym miejscu zrobiliśmy błąd, bo już po godzinie chodzenia po lesie, prawie od razu, jak żeśmy dotarli na miejsce, straciliśmy orientację w lesie. W ogóle nie poznawaliśmy lasu, a ja tam byłem dziesiątki razy wcześniej. Ona była oczywiście rzadziej i prawdopodobnie okrążając to największe jeziorko albo wpadliśmy, jak to mówią specjaliści w pętlę błędu, czyli tak zwane jakby leśne licho nas dorwało i nam zmieszało po prostu kierunki.
Nie mogliśmy wyjść i trafiliśmy zamiast do głównej drogi, to nas skręciło, że tak powiem. Poszliśmy w kierunku tego mszaru, tego niebezpiecznego terenu, tych pozostałych czterech jeziorek. I tam kręciliśmy się w kółko przez prawie pięć godzin. Ja wpadłem w bagno, byłem prawie po pas umazany w brudnej, stojącej wodzie, że tak powiem, w jakichś glonach, jakiejś rzęsie wodnej. I ta koleżanka mi też podawała rękę, stojąc na skarpie, żeby mnie wyciągnąć stamtąd, bo ja miałem wrażenie, że bagno mnie wciąga, więc też było takie niezbyt przyjemne to zdarzenie. Po tych czterech godzinach, prawdopodobnie nieświadomie, jeśli wierzyć w takie licho leśne, natury tego zjawiska nie znam, ale zdarzyło mi się to trzy razy. Tylko że dwa razy sam wyszedłem, bo trafiłem na tą właściwą drogę. A tym jednym razem było to naprawdę zdarzenie prawie tragiczne, bo to jakby zagubienie w lesie minęło chyba dopiero wtedy, kiedy ja przemoczoną koszulkę zdjąłem i w ogóle się chyba od pasa w górę się rozebrałem, bo też zresztą było gorąco, a poza tym byłem przemoczony od dołu. No to od dołu się rozbierał nie będę, ale koszulkę chociaż zdjąłem i prawdopodobnie dopiero gdzieś po przerzuceniu tej koszulki przez ramię zaczęliśmy powoli trafiać na właściwe jakieś tam szlaki i powoli wyszliśmy z tego obszaru. I to było naprawdę dla mnie, jeśli chodzi o las, to było traumatyczne przeżycie.
[51:22] - Pięć godzin błądziliście po lesie i przez ten czas nikogo nie napotkaliście po drodze, tak?
[51:28] - I nikogo nie napotkaliśmy. Nikogo nie było. Spotkaliśmy chyba tylko, nie wiem, czy to było stado saren chyba i jakiegoś lisa. I to pamiętam, że zwierzęta, no mogę potwierdzić dopiero po latach. Nie lubię tego rodzaju kina i znowu będzie nawiązanie do popkultury, ale znowu po latach. Lars von Trier ma takie psychodeliczne kino i chyba w jednym z jego filmów taka scena jest, tylko jakby ta rzeczywistość, którą odbieramy, jest nagle dziwnie wykręcona, jakoś zniekształcona. I tam jak te zwierzęta nas mijały, tam bodajże nie wiem, czy jeszcze nie był borsuk, bo tam były na pewno, nie było dzików, ale były sarny. Tych saren było nie wiem, cztery, pięć. Lis był jeden dorosły osobnik i chyba borsuk. A te wszystkie stworzenia to był taki jakby ich matecznik.
To bagnisko, ten mszar taki, który po prostu z podmokłymi jeziorkami, które nie do końca wyschły gdzieś pod kożuchem traw i mchów jest jeszcze dosyć dużo tej wody, gdzie niewłaściwie nie stojąc na kępie traw się wpadnie i naprawdę można zostać przez to bagno wciągniętym. Bo tam zresztą takie doniesienia były, że tam przez ostatnie, nie wiem, kilka setek lat, no to ileś ludzi zginęło na tym obszarze, więc no to taki dobry fragment lasu to nie był dla kogoś, kto oczywiście super zna. No ja znałem to duże, najbliższe brzegu do tej drogi głównej działu leśnego, to znałem tylko to największe jeziorko, które ma średnicę około stu metrów. Więcej ono tam nie ma i pozostałych jeziorek za bardzo nie znałem. Wiedziałem, że należy z jednej czy z drugiej strony to jeziorko obejść na jego obrzeżach, nawet w czasach suchych trochę grzybów się znajdzie i potem się wychodzi do głównej drogi. Do tej samej, z której się zaczęło po prostu tą wędrówkę, okrążanie tego jeziorka. A w czasie tego, jak żeśmy się zagubili na tym mszarze i zobaczyliśmy te poszczególne zwierzęta. One miały wrażenie po prostu też takiej ciszy, że jakbyśmy wpadli w zupełnie inną rzeczywistość, że ten las jakby nas nie chce i w tym akurat konkretnym miejscu jakbyśmy byli intruzem, jakbyśmy byli tam trochę nieproszonymi gośćmi. Takie miałem wrażenie. Koleżanka była wtedy też przerażona i jak żeśmy wyszli, mieliśmy po drodze zebrane, no każdy miał po pełnym koszyku grzybów jeszcze napchane gdzieś tam do jakaś czy torba papierowa, czy reklamówka, gdyby nagle się zdarzyło coś więcej.
Taka jakby trochę klęska urodzaju. Tutaj niby naokoło wszystkich lasów jest sucho, grzybów nie ma, a w tym jednym miejscu jest ich mnóstwo. Wychodzimy i po prostu mamy pełne, nie wiem, kosze. Ona jeden, ja drugi. Jeszcze jakaś dodatkowa reklamówka, bo zawsze się coś brało, gdyby się coś znalazło więcej. I nagle mamy wszystkie torby, koszyki mamy pełne grzybów, ale jest godzina przepraszam, razem z zajściem i z wyjściem z lasu to jest godzina plus te pięć godzin błądzenia po lesie to jest siedem godzin. No 5:30 plus 7 to jest 12:30-13:00. Żeśmy wrócili przed godziną pierwszą do domu i jedna rodzina i druga była zdziwiona, co my tak długo żeśmy robili w lesie. Oczywiście były tam też takie można powiedzieć podśmiechujki, że pewno mamy romans i wiadomo, jakie rzeczy żeśmy w lesie robili z koleżanką, gdzie w życiu nic nas nie połączyło ani wcześniej, ani później. I to jest takie najbardziej z tych zdarzeń, można powiedzieć, zagubienia się w lesie.
Pozostałe dwa akurat wyszedłem sam, też błądziłem gdzieś godzinę, półtorej do dwóch, ale wyszedłem sam. To były zdarzenia późniejsze, ale to pierwsze było dla mnie traumatyczne.
[55:20] - No taki klasyczny, można powiedzieć, przypadek spotkania z błędem. Popełniliście błąd i dopadł was błąd.
[55:27] - Tak, tak. Ja powiem może to ostatnie zdarzenie, które miało miejsce 10 lat temu, bo moje ostatnie zagubienie, bo ja w tym lesie teraz już nie bywam za bardzo, panie Marku, bo rzadko zaglądam do wioski rodzinnej. Teraz raz na miesiąc ze względu na sprawy rodzinne. Mama jest bardzo ciężko chora i tato się nią opiekuje, więc zajeżdżam raz w miesiącu, niekiedy dwa razy. Ze względu na obowiązki zawodowe bywam tam bardzo rzadko, ale wybrałem się do lasu w noc świętojańską w 2000, nie wiem, nie więcej 12 lat wstecz. 2014 to był chyba albo jeszcze wcześniej 2013. Przepraszam. To będzie 13 lat wstecz. I wybrałem się za późno, chociaż w czerwcu jest to pora względnie wczesna, bo dzień najdłuższy, to o 21:00 z minutami dopiero słońce zachodzi, a ja się tam wybrałem o 17:50 przed 18:00. No i można powiedzieć się na tym samym lesie przejechałem.
Zgubiłem się w tym samym miejscu koło tych jeziorek. Tylko że poszedłem drogą i tym razem pomyliła mi się plątanina dróg. Proszę sobie wyobrazić, że nie wyszedłem na głównej drodze na tym dziale leśnym, tylko dwa albo trzy działy leśne dalej i wyszedłem, niech pan sobie wyobrazi, po tym błądzeniu trzy i pół, czterogodzinnym wyszedłem chyba sześć kilometrów dalej, dwie wioski za moją miejscowością. Byłem w szoku, że las potrafił mnie tak zmylić, że wyszedłem w miejscu, którego kompletnie nie znam. Ale całe szczęście już nie było to miejsce podmokłe, tylko wyszedłem w zupełnie innej wiosce i trafiłem do głównej drogi wojewódzkiej łączącej Częstochowę z innym miastem.
[57:20] - No szczególnie, że to był taki las, który pan przecież znał jak własną kieszeń, prawda?
[57:26] - Tak, tak. Zwłaszcza te bliskie działy leśne, bo tam jest pierwszy, drugi, trzeci, czwarty dział leśny. Do czwartego działu leśnego znam ten las jak własną kieszeń, bo te działy leśne są dosyć duże i tam są też działki leśne, takie prywatne, bo moi rodzice też mają po rodzicach mojej mamy też prawie hektarową działkę leśną i tam często robiliśmy pikniki. Po prostu jest też miejsce na ognisko, też taki kamienny krąg, żeby się z brzegu lasu, żeby się nie zapaliło nic. No i zawsze jak się robiło grilla, można powiedzieć w lesie, to zawsze zabezpieczone czterema, pięcioma wiaderkami wody. Gdyby nie daj Boże jakaś tam iskra daleko strzeliła z tego ogniska, to żeby się nic nie zapaliło, żeby można było szybko zagasić. Zresztą nigdy nie robiliśmy tych ognisk, kiedy są zakazy wejścia do lasu, to wiadomo. Ale pierwszy i drugi dział leśny, gdzie jest działka naszych dziadków, którą żeśmy odziedziczyli, to tutaj znaliśmy ten las naprawdę bardzo dobrze. I tutaj nigdy się nikt nie zgubił. Ale właśnie te działy leśne powyżej czwarty, piąty i te dalsze działy leśne, które głęboko idą w las i okalają te jeziorka.
Tam działy się kiedyś, że tak powiem, cuda i tam na tych bagnach zresztą były legendy, że niejeden się potopił. Więc to były lata jeszcze w 40. Teraz te jeziorka wysychają, więc jest o wiele bezpieczniej. No to ostatnie jeziorko też w zastraszającym tempie wysycha i za niedługo po nich nie będzie śladu. Aczkolwiek prawdopodobnie w tym trójkącie, czy raczej pentagramie bym powiedział bermudzkim, no może czai się ten właśnie błąd, jak to mówią niektórzy licho leśne. No już nie będę dołączał, że z drugiej strony tej samej miejscowości na polach ponoć jeszcze przed II wojną światową grasowała południca, jak to mówią niektórzy. I jak kogoś dopadła, no to też nie było za ciekawie w tym miejscu. Teraz w tej miejscowości jest to takie jakby w dwóch miejscach grasowała. I raz kiedyś zaszedłem. To było z 15 lat temu na groby moich dziadków, właśnie babci i dziadka, tych wcześniej wspomnianych.
I to było równiutko w południe. Postanowiliśmy zajrzeć na groby, czy tam ktoś kwiatków. Pelargonie były posadzone w dwóch skrzynkach i były postawione na grobie i trzeba było to codziennie czy co drugi dzień przyjść i podlać. I dopadła nas czy spotkała, ale prawie że napadła nas nieznajoma kobieta, która akurat zobaczyła mnie i moją mamę chodzących po cmentarzu, bo tych grobów jest kilka i uczepiła się ręki i zaczęła nam bardzo dziękować, że nas spotkała. A ja się pytam: „Ale dlaczego pani taka jest przerażona?” A ona tak mówi: „Panie, to pan nie wiesz. Pan jesteś młody chłopak, to pan może nie wiesz, ale tu kiedyś mi powiedziała moja mama i moja babcia, że zanim ten cmentarz założono, grasowała tu południca. Jak kogoś dopadła, to go zdrowo przetrzepała.” No taki trochę żywy ludowy folklor. Ale ja słyszałem o tym również w Księżym Polu, które jest może niecały kilometr, ale gdzieś 800 metrów dalej za tym cmentarzem i podobno tam za to były odwiedziny tych złych, jak to się mówiło o błoczników czy planetników, że jak ktoś pracował w polu, a na przykład nie dał garści świeżo zżętego ziarna takiemu planetnikowi, bo oni byli dzieleni jakby przez ten bestiariusz, jakby staropolski, że są planetnicy czy obłocznicy dobrzy i źli. I trzeba było im wtedy dać albo garść ziarna, albo rozpylić, rozdmuchnąć garść mąki czy okruchów chleba na wiatr, żeby ich udobruchać, bo to jest taka podobno trochę legenda. Jak ktoś tego nie zrobił, to nagle się robiła burza i zawierucha i zboże mogło być wytłuczone nagłym gradem.
Podobno takie rzeczy się zdarzały, a ludzie wracający z tego pola po takiej nawałnicy ponoć, to jeszcze była kongresówka, bo te tereny przechodziły z rąk pruskich do rosyjskich. To było pogranicze zaboru pruskiego i rosyjskiego wtedy. Więc ci, którzy wrócili z tego księżego pola po takiej nawałnicy, po takim ataku odchodzili od zmysłów ponoć. Tam jeszcze taka legenda była, ale to już akurat nie dotyczy bezpośrednio mnie. Ja się zastanawiam, bo gdzieś to się po prostu łączy chyba, tak mi się wydaje. Już ostatniego nie będę poruszał, bo tego jest dużo, panie Marku. Jeszcze miałem najbardziej chyba jedno było pozytywne, że babcia się w godzinie śmierci pojawiła i dała znać o sobie mojej mamie i mi. To była teściowa mojej mamy, czyli mama mojego taty. To była ta babcia.
[01:02:17] - Krótko mówiąc monicja. Tak się nazywa takie sytuacje, kiedy zmarły daje znać bliskim, że odchodzi.
[01:02:24] - Tak, babcia mi się przyśniła ten tydzień przed odejściem. Trzy razy mi się śniła. Przyśniła mi się osobno trumna, osobno sama babcia i osobno kilkanaście świec, które okalały ją na marach, na katafalku po prostu jak trumna była wystawiona. Oczywiście głowa wyżej, nogi niżej. To jeszcze były te czasy, początek lat 90., kiedy się modliło, odprawiało różańce w ogóle przez całą noc, czy nawet półtora, dwa dni, kiedy ciało oczekiwało na pogrzeb. Babcia była po ciężkich operacjach narządów wewnętrznych, bo miała duże problemy zdrowotne od pewnego czasu swojego życia. I mi się przyśniła dokładnie babcia w tej sukni, w której zostanie piękna, bordowa, wręcz balowa suknia. I ona sobie życzyła w tej sukni być pochowaną i w tej została pochowana. Ja nawet nie znałem woli rodziny, czyli siostry mojego taty, młodszej cioci, że taka jest wola babci. Ale przyśniło mi się to na prawie tydzień przed śmiercią i dokładnie w takiej sukni, w trumnie.
[01:03:29] - To też jest chyba z tego, co kojarzę, jakaś nazwa, taka, powiedzmy fachowa, zjawa kryzysowa.
[01:03:35] - Chyba tak. Tak, chyba ten termin był u pana Piotra Cielebiaśa, chyba tak to było nazywane. Ale miałem jeszcze dwa, to już będą dwa ostatnie zdarzenia. Powiem panu, że odsunięte w czasie bardzo dużo od siebie. Pojawienia się, bo to była babcia i babcia bardzo pozytywnie się pojawiła i bardzo pozytywnie się zaznaczyła u nas w kuchni, jakby niewidzialna postać siadła na taborecie. Szczęknięcie dębowego, ciężkiego progu w kuchni, który zawsze skrzypiał, jak się na niego stanęło. Chrząknięcie, odgłos kroków i usiądnięcie. Babcia była dosyć masywną, dużą osobą. Gdzieś mojego wzrostu metr osiemdziesiąt, nawet może więcej, metr osiemdziesiąt pięć nawet może miała. Zawsze mi się wydawała potężną postacią.
Taką też była. I właśnie po tych wszystkich zjawiskach dźwiękowych nagle rozlega się, można powiedzieć, chrząknięcie i zaraz zaskrzypiał taboret, na którym babcia jak przyjeżdżała do nas, zawsze siadała w kuchni i rozmawiała z moją mamą. I do tego mieszany zapach ciasta. To jeszcze nie były, że tak powiem, omamy czy wrażenia dźwiękowe, czy słuchowe, ale też i zapachowe. I to było ciekawe, że jak ona weszła, ta cała sekwencja się rozegrała w październikowy wieczór, to jeszcze perfumy, które babcia używała i zapach ciasta drożdżowego albo z wiśnią, albo z truskawką i szarlotka, bo te dwa albo trzy rodzaje ciasta jak żeśmy przyjeżdżali do babci, to zawsze piekła. I ja wracam. To jest obłęd, panie Marku. My przyjeżdżamy po śmierci babci, bo telegram jest następnego dnia rano. Ciocia do nas pisze. Jeszcze wtedy się telegramy pisało i to była depesza czy telegram?
91. rok. No chyba raczej telegramy. I jest telegram: „Mama zmarła. Przyjeżdżajcie”. Znaczy: „Nasza mama i babcia zmarła. Przyjeżdżajcie. Pogrzeb będzie w poniedziałek”. Babcia zmarła w piątek. W sobotę przyszedł telegram.
Niedziela, drugi dzień oczekiwania na trzeci dzień po śmierci pogrzeb dokładnie w poniedziałek. I to pamiętam.
[01:05:50] - Te zapachy to było takie coś, po czym wasza świadomość bardzo łatwo rozpoznała, od kogo one mogą pochodzić, prawda?
[01:05:57] - Zidentyfikowane, panie Marku, tak, dokładnie. I ostatnie co powiem, bo to było pozytywne spotkanie z osobą zmarłą, bo to z rodziny. A teraz panu opiszę szybko. Ja byłem na mieszkaniu tutaj, w tym mieście, gdzie mieszkam na Opolszczyźnie. Wynajmowałem w bardzo pięknej, stylowej kamienicy jeszcze jako student, gdzieś na drugim roku studiów chyba byłem. Nie na trzecim, przepraszam. U takiej bardzo fajnej pani, która też pochodziła z moich stron rodzinnych i właściwie traktowała mnie trochę jak syna. Nie znałem tajemnicy tego mieszkania, która mi się objawiła po paru miesiącach mieszkania tam. Proszę sobie wyobrazić ja wynajmuję od grudnia. Ja wynajmowałem u niej od grudnia chyba 2001 roku do czerwca 2002.
I właśnie w czerwcu, na początku czerwca 2002 roku to miało miejsce. Ta moja pani wynajmująca też mieszkała w drugim końcu mieszkania, więc kuchnię mieliśmy jakby wspólną i ona poszła na zakupy poranne. A ja w tym czasie miałem się wybrać na zajęcia. Może już był tydzień zaliczeniowy, nie pamiętam. Może trochę stresów już miałem, ale to nie ma związku z tym, co się za chwilę wydarzy. Zrobiłem sobie śniadanie. Pamiętam jak dzisiaj: dwie paróweczki, dwie bułki, dwa jajka na miękko i zaczynam jeść to śniadanko. Jestem w połowie i nagle widzę, że równo zaścielone łóżko ugina się i słyszę damskie chrząknięcie. Czuję obecność starszej osoby, bo owionął mnie taki zapach ciała starszej osoby. Wiadomo, że starsze osoby mają troszeczkę spowolnioną chemię, więc też pachną inaczej niż my młodsi.
Ja wyskoczyłem stamtąd jak oparzony do kuchni. Zamknąłem za sobą drzwi. Nie wiem, ile to trwało, czy pół godziny, czy 40 minut. Zacząłem odmawiać wszystkie modlitwy, jakie były możliwe za zmarłych. Chyba różaniec też, cały pacierz, wszystko, co się dało. Nie wiem, czy po pół godzinie, czy po 40 minutach wraca właścicielka mieszkania wynajmująca mi pokój z zakupami i mówi: „A co ty dziecko takie jesteś blady, jakbyś ducha zobaczył?” Ja mówię: „No właśnie prawie zobaczyłem, bo ktoś mnie odwiedził. Proszę mi powiedzieć, kto umarł w moim pokoju”. Ona próbowała troszeczkę uciekać od odpowiedzi na to pytanie: „Co ty dziecko opowiadasz?” i tym podobne. Ja powiedziałem: „Niech pani nie ściemnia, bo wiem, że ktoś starszy w tym pokoju mieszkał i zmarł. Kto to był?
Bo mnie przed chwilą właśnie odwiedził. Dlatego jestem taki wstrząśnięty”. Ona mówi: „No dobra, dziecko, skłamałam ci. Tam mieszkała moja mama”. „Kiedy zmarła?” — zapytałem się. Ona powiedziała: „Trzy lata temu”. Ja mówię, wydusiłem z siebie: „Jakieś sprawy macie chyba niezałatwione tutaj, że ona wraca”. Zapytałem się jej bodajże: „Kiedy rocznica śmierci?” Ona mówi: „Chyba że dzisiaj, albo że jutro”. Nie pamiętam tego dokładnie. Wiem, że z mojego nawet stypendium naukowego, które wtedy miałem na studiach, dołożyłem się chyba 30 czy 50 złotych do intencji mszalnej.
Nie wiem, czy to ustało, czy ona się tam jeszcze pojawiała, ale ja się wyprowadziłem stamtąd krótko po tym, bo byłem wręcz przerażony, że mieszkam w pokoju po osobie zmarłej. Dowiedziałem się tylko tyle, że ona dożyła całkiem sędziwego wieku, ta starsza pani, że miała prawie chyba 90 lat. Właścicielka wyjawiła, że chyba się kłóci, czy handryczą się razem z jej młodszą siostrą o to mieszkanie w tej starej kamienicy. Jakieś sprawy testamentowe, dziedziczenie, coś takiego, ale już nie dopytywałem dokładnie, więc wiedziałem, że tam jest coś na rzeczy. Ona powiedziała tylko tak trochę na odchodne: „Ale zdziwiło mnie dziecko, że ona się pojawiła w swoim pokoju, bo ona nie zmarła tam. Miała drugi swój pokoik na poddaszu, na strychu i tam w bamboszkach siedziała sobie, rozwiązywała krzyżóweczki, czytała gazety, czytała książki. Tam miała swoją lampkę i ona zmarła tam w pokoiku na strychu”. A ja mówię: „Czy czasem nie odwiedzała pani po śmierci tutaj w tym mieszkaniu?” Mówi: „Nie, ale dwa razy albo trzy razy słyszałam chyba kroki na strychu, bo ten pokoik był nad kuchnią”. Ja mówię: „Czyli jednak bywała tutaj po swojej śmierci”. Taka historia, można powiedzieć, miejska.
[01:10:46] - Miejska historia, ale taka dosyć, muszę powiedzieć, ciekawa. Skoro ona większość czasu spędzała w tym pokoiku piętro wyżej, to co by ją musiało przyciągnąć, żeby odwiedzić tamten pokój niżej, prawda?
[01:11:02] - Tak. Ja powiem tą ostatnią rzecz bardzo podobnie wstrząsającą. To był 2016. To był 2001. 15 lat później mam zdarzenie podobne i to było ostatnie z tego ciągu zdarzeń. Czyli druga i ostatnia osoba niespokrewniona, która mi się pojawiła po śmierci. Ja już grubo po studiach, pracując, wynajmowałem w zupełnie innej dzielnicy, takiej zresztą malowniczej, pokój również poddaszowy. To jedno nas łączy, że to był pokój poddaszowy. Na najwyższych kondygnacjach to było. Właściciele mi powiedzieli, że mój pokój nie jest wyposażony w telewizor, a studentka, która mieszkała, dzieliła to poddasze ze mną, bo mieliśmy wspólną kuchnię, wyprowadziła się i zanim się wprowadzi nowa studentka po wakacjach, to ten pokój jest wolny z telewizorem i mogę sobie do niego wchodzić i na przykład tam wiadomości obejrzeć albo coś.
Ten pokój ma się wietrzyć cały czas, bo ona paliła jakieś kadzidełka. Chcieli przed tą następną wynajmującą ten pokój wywietrzyć porządnie. Proszę sobie wyobrazić, że lipcowe wczesne popołudnie. W końcu korytarza przy moim pokoju była nasza wspólna kuchenka i przez całą długość korytarza widzę te drzwi do tego drugiego pokoju otwarte na oścież i powiewa firanka, biała firanka. W pewnym momencie na tle tej firanki przechodzi długi, wysoki, czarny cień. Znaczy czarny, taki jakby ciemna smuga z prawej strony pokoju na lewą stronę. Wrażenie było piorunujące. Jadłem chyba wtedy obiad. Nie skończyłem jeść tego obiadu. Uciekłem do pokoju i nie wiem, jak długo siedziałem.
Nie chciałem stamtąd wyjść. Że mi się takie zdarzenia przydarzają i to chyba wtedy skonsultowałem z jeszcze żyjącą żoną. Okazało się, to był ojciec właściciela tego budynku Oni też, podobnie jak moi rodzice w latach 80., wybudowali tę willę. To był dom właściwie nawet nie dwurodzinny, tylko trójrodzinny, bo był parter, pierwsze piętro i drugie piętro. Także był trzykondygnacyjny budynek przeznaczony, że na każdym piętrze mieszka inna rodzina, czyli rodzice z jednym z synów, bo ich chyba było dwóch. Właściciel tego domu miał jeszcze siostrę i ten dom był przeznaczony, że wszyscy będą w tym domu wspólnie mieszkać. Potem jednak się porozjeżdżali. Oni zaczęli ten dom, te wyższe kondygnacje wynajmować, to poddasze, a na parterze nadal mieszkała żona ojca tego właściciela, czyli matka właściciela budynku. Taka starsza babcia. I ja właśnie z nią potem to skonsultowałem i wprost ją zapytałem.
Nazwiemy ją sobie pani Aniela. Mówię: „Pani Anielu, czy mąż po śmierci do pani przychodził? Bo wiem, że to już jest 30 lat, jak on nie żyje”. „Ano tak, zdarzyło mi się, że mi się przyśnił albo coś w tym rodzaju”. A ja mówię tak: „A gdzie mąż zmarł?” I ona sama powiedziała: „No jak to gdzie dziecko? No w tym pokoju na samej górze”. Ja mówię: „Ale którym? Bo ja wynajmuję po prawej stronie”. „Nie” – ona mówi – „ten pokój po lewej, od frontu. Po wybudowaniu było parę tygodni.
On się położył w porze obiadowej i powiedział, żeby go aż do obiadu nie budzić. I potem młodszy z synów poszedł i zobaczył, że ojciec nie żyje. I on w tym pokoju zmarł. W tym pokoju po lewej stronie”.
[01:14:53] - Można powiedzieć nie obudził się i już tam został w jakimś sensie.
[01:14:57] - Tak, nie obudził się i jakby tam też trochę został. Ale dlaczego tam wrócił? To jest takie, że pojawia mi się poza babcią. To było pozytywne spotkanie, bo i zapachy przywołane i to wszystko. I wiedzieliśmy, że babcia jest w ciężkim stanie po wypisaniu ze szpitala na własną prośbę i że może w każdej chwili zakończyć żywot. Nie wiedzieliśmy, że to będzie właściwie dwa tygodnie po czy półtora tygodnia po wypisaniu ze szpitala. Ale te dwa pozostałe, jak ja to nazywam, pojawy czy pojawienia się osób zmarłych, niespokrewnionych były dla mnie wstrząsające. A ja teraz pracuję na ochronie w takim dużym obiekcie. I powiem panu jedną rzecz, panie Marku, że nauczyłem się przez cztery lata całego obiektu. To jest szkło, metal i beton, bardzo stylizowany, rewitalizacyjny, loftowy budynek.
I można powiedzieć, że jak się siedzi wieczorem, wiem, jak pracuje szkło, wiem, jaka jest rozszerzalność, jakie dźwięki wydaje kurczące się szkło, metal i nawet beton. Takie głuche, bardzo niskie chrumknięcia. Ja to wszystko znam. W czasie największych mrozów to wiadomo, że się wszystkie materiały kurczą. W czasie wielkich upałów, które być może nastaną dużych temperatur, to wszystko się rozszerza, więc inaczej pracuje. Ale są jeszcze inne rodzaje dźwięków, które mnie w jakiś sposób, nie mogę powiedzieć, że przyrównywana trochę może do świrów, do czubków siostra Faustyna, że do niej w tym filmie biograficznym przychodziły te dusze. Ja nie mam żadnej choroby psychicznej. Miałem trochę obniżony nastrój przez parę lat, kiedy miałem złą passę w życiu, ale tego nie można byłoby nazwać specjalnie jakąś depresją, bo nie musiałem się żadnymi tabletkami, niczym leczyć. Z obniżonego nastroju wyszedłem sam. Ale powiem, że w tym budynku, który miał kiedyś zupełnie inne przeznaczenie, tam był duży zakład produkcyjny jeszcze za czasów pruskich, niemieckich i tam po prostu iluś robotników zginęło i to jeszcze przed II wojną światową.
Potem zakład zmienił, ten budynek zmienił przeznaczenie. Była zupełnie inna można powiedzieć typ działalności, ale też obfitujący w to, że ileś tam osób też zginęło przy pracy. I jeden z kolegów powiedział: „Czy ty się nie boisz tutaj w tym budynku siedzieć?” Ja mówię: „Mój drogi, jak się mam bać, skoro mi już się parę rzeczy wydarzało takich, że jakieś byty, można powiedzieć z tamtej strony zaznaczają swoją obecność?” I można powiedzieć tak: w tym budynku jakby ktoś miał powiedzieć, że w jakimś budynku straszy, to z pełną świadomością mogę powiedzieć dla osób, które nie są obeznane z taką obecnością, to straszy. Ale ja już się do tego zdążyłem przyzwyczaić, że poza szczęknięciami szkła kurczącego się, rozszerzającego się tak samo szczęknięcia rozszerzającego się kurczącego metalu czy betonu, żelazobetonu są jeszcze inne zdarzenia i to najczęściej ma miejsce o poranku. Wieczorem raczej nie, ale to jest o poranku godziny nie wiem, trzecia, czwarta od strony budynku, która nie jest narażona na promienie słoneczne, żeby się nagle metal, szkło rozszerzały nagle pod wpływem nagrzewającej się powierzchni zwiększającej temperaturę. Ja mam puknięcia w okno w dyżurce ochrony i to jest jednocześnie puknięcie w szklane okno i w metalowe drzwi od wewnętrznej. I to następuje, te stuki one są typowo antropogeniczne, jakby jakaś obecność się zaznaczała. To nie jest często, ale to jest, panie Marku, z raz na dwa miesiące, niekiedy raz w miesiącu. Ale to jest wtedy tych stuknięć jest kilka. Trochę dziwne, trochę straszne Ale nic poza tym się więcej nie dzieje.
[01:19:12] - Ja pamiętam, że kiedyś czytałem, a nawet tłumaczyłem artykuł o, jak to określili autorzy, naukowym dowodzie na istnienie poltergeista, że przeanalizowano jakieś nagrania takich właśnie stuków, jak pan opisuje i porównano to z odgłosami na przykład pracujących mebli, jakichś innych takich rzeczy. I się okazało, że te stuki w ogóle wizualnie, jak się je wrzuci do edytora dźwięku i się spojrzy na tą falę dźwiękową, to ona inaczej się zaczyna.
[01:19:43] - Kompletnie tak.
[01:19:45] - Że nie jest od razu głośna i tylko cichnie, tylko narasta przez jakiś krótki moment na początku.
[01:19:53] - Tak. I to jest taka sekwencja narastająca, takie tu tu tu tu tu. I potem po prostu cichnie. Jest druga sekwencja chwilę po tym dosłownie. Najpierw jak gdyby w szybę z przodu dyżurki, to inaczej jest stuknięcie, jak gdyby w szybę. Ono jest trochę bardziej głuche, bardziej matowe. A to w drzwi, można powiedzieć, pancerne do dyżurki ochrony to jest zupełnie inne stuknięcie w metal, a stuknięcie w ten. Tym bardziej że ja odpoczywając wieczorem, no niekiedy tam trzeba sobie nastawić. Oczywiście czuwamy całą noc, ale nastawia się budzik na te czterdzieści minut, godzinę, dajmy na to, czy trzydzieści minut i żeby nie przysypiać cały czas, tylko żeby jednak się co jakiś czas po prostu gdzieś tam przebudzić i czuwać cały czas. No to jak ja chwilę gdzieś głowę skłonię na fotelu, no to głowę mam tuż przy tych metalowych drzwiach wewnętrznych i po prostu patrzę cały czas gdzieś tam w kamery, nawet jak się przebudzę.
I nieraz się zdarzyło, że te stuknięcia w drzwi, bo to stuknięcie w okno, dyżurka jest duża, sześć czy siedem metrów w drugą stronę. To mnie nie zdziwi, że tam coś stuknęło, bo niekiedy przy wichurze jakieś niesiony patyk, gałązka czy coś innego też stuknęło, to się tym za bardzo może nie przejmuję, ale że to następuje, jakby te stuki są w parach, że to jest najpierw szyba daleko ode mnie, bo sześć czy siedem metrów przez całą dyżurkę, która jest długa i przy samych drzwi, przy których mam właściwie głowę, to jest metr ode mnie. I to jest zastanawiające. Na koniec sobie zostawiłem taki, to już tak zostawiając to, bo to może być poltergeist, może być coś innego, nie wiem, ale nic poza tym się więcej nie dzieje. Nie jestem przez to w jakiś sposób zastraszony i powoli trudno powiedzieć, że można się przyzwyczaić do takiej nie wiem, czy obecności, czy do takiej manifestacji czegoś, co w tym miejscu gdzieś tam może sobie istnieje, żyje, ale nie szkodzi w żaden sposób. Może niekiedy w sprzyjających okolicznościach przyrody może trochę człowieka przerazić czy trochę zastraszyć, jeśli jest nagle wyrwany z lekkiego w jakimś półśnie. A na koniec panu powiem, panie Marku, taką rzecz, że pracowałem kiedyś w księgowości przed tą moją ostatnią teraz pracą. Miałem u moich przyjaciół duże biuro rachunkowe i w takim trochę starym, trochę odnowionym budynku. I to było na parterze tego budynku i tam była obecność żeńska. I to był duch kobiety, który pojawiał się nie fizycznie, ale znowu zaznaczał się, można powiedzieć, dla niektórych to byłoby straszne, ale my wiedzieliśmy, że ona nie jest szkodliwa.
Kobieta, która tam kiedyś musiała w tym, to biuro było chyba kiedyś mieszkaniem, było lokalem mieszkalnym, chyba dosyć duże, bo prawie sto metrów. I ona się zaznaczała w taki sposób, że jak siedzieliśmy długo nad dokumentami i trzeba było księgować tam faktury, wyliczać podatek, oczywiście dochodówka, VAT, przed dwudziestym to wszyscy gonią w piętkę. Wiadomo, że księgowi to nie śpią i my żeśmy tam wpisywali. Zostawaliśmy niekiedy aż do północy, a jak były jakieś newralgiczne takie sytuacje, że trzeba było coś nagle jeszcze policzyć, były te tarcze, nie tarcze, kiedy był COVID, bo to było w latach, kiedy właśnie mieliśmy COVID i siedzieliśmy w biurze tylko we dwie albo we trzy osoby. No to klasycznie można powiedzieć godzina duchów, pod którą można podciągnąć, niekoniecznie trzeba. Godzina pierwsza w nocy bądź między pierwszą a drugą. Niekiedy było też tuż po dwunastej. I nagle tak trzy kinkiety. Dwie były na ścianie jakby wejściowej do biura od wewnętrznej oczywiście, my tam siedzimy w środku i na tej krótszej ścianie był trzeci kinkiet. Drzwi były uchylone do przedsionka, a z przedsionka na dwór to już był taki tylko mały ganek.
I proszę sobie wyobrazić, że najpierw zaczęły migać wszystkie żarówki we wszystkich kinkietach. To były krótkie sekwencje mignięć. Można to złożyć na karb tego, że może były skoki napięcia w sieci, ale to nie miało jakichś zasad regularności. I nagle te światełka wszystkie przygasały. Potem żarówki wracały do normalnego swojego trybu świecenia, a drzwi z przedsionka, jak były lekko uchylone tylko na pięć, sześć centymetrów, tak nagle niewidzialną siłą pchnięte otwierały się praktycznie na oścież. No, dla osób niezaznajomionych ze zjawiskiem to przepraszam, można powiedzieć gacie pełne. A ja mówiłem tylko do mojej szefowej, jednocześnie bardzo dobrej przyjaciółki. Mówię: „Moja kochana, pani domu przyszła znowu nas odwiedzić”. I do tej pory zadajemy sobie pytanie, kto to był. Dotarliśmy do tego tylko, że za czasów pruskich jeszcze, czyli przed drugą wojną światową, mieszkała tam dosyć liczna niemiecka rodzina.
I to musiał być ktoś z tej rodziny. Nie wiem, zastorka rodu. Nie wiem. Babcia. Ktoś, kto był kiedyś właścicielem tego domu, tej kamienicy. Nie wiem, kto to mógł być dokładnie, ale że się utrzymała ta obecność tutaj tak długo, to byłem zadziwiony po prostu.
[01:25:11] - Zakładając, że to rzeczywiście jakaś istota, trzymając wytłumaczenie paranormalne, można powiedzieć, że te momenty zanikania światła to są takie chwile, kiedy ta istota pobierała sobie z nich energię, żeby się zamanifestować.
[01:25:29] - Możliwe. Ja powiem tak, że mieliśmy w biurze koleżankę, o której wiedzieliśmy, że jak jej to opowiemy, to był też trochę strach, bo to była osoba taka, nie będę mówił brzydko, z jednej strony mocno związana z Kościołem i rozmodlona, a z drugiej strony wszystkich, czy większość ludzi, którzy próbowali jej opowiedzieć o rzeczach niewyjaśnionych, niezbadanych, to wrzucała do jednego worka z wariatami. Więc akurat my między sobą, pozostali pracownicy w biurze i szefowa, opowiadaliśmy sobie o tym. Wiadomo, rozmowy cichły, żeby nasza koleżanka, nazwijmy ją roboczo Ania, się o tym nie dowiedziała, bo mogłaby newralgicznie zareagować. To jest dla mnie kolejny przykład z osób niespokrewnionych. Najpierw babcia, potem te dwie osoby niespokrewnione, które mi się gdzieś pojawiły na przestrzeni lat. Ostatnio to było cztery lata temu. Ostatni raz nie tyle, że widziałem, migające światło widziałem, ale nie manifestowała się dźwiękowo w żaden sposób. A te drzwi to zadawaliśmy sobie my między sobą pytanie, świadkowie tych wydarzeń. Ja się pytam szefowej: „Powiedz mi, moja droga, czy tutaj jakiś jest przewiew powietrza?
Zewnętrzne drzwi?” Bo tam jeszcze taka była weranda oczywiście na podwyższonym parterze za plecami szefowej. Ona mówi: „Moje drzwi na werandę zamknięte, drzwi do przedsionka zamknięte, okna pozamykane. Ruchu powietrza nie ma”. Ona mówi tak: „To nie jest ruch powietrza. Ono się po prostu tak manifestuje. Przechadza się po swoim dawnym mieszkaniu”. A jak dawno zmarła? Ja słyszałem, że takie nieodprowadzone obecności mogą się utrzymywać długo przywiązane do swoich dawnych ścian, mebli, jakiejś części mieszkania. Nie wiem, jak to można dokładnie określić, ale słyszałem, że te obecności, które się manifestują, to prosta zasada: wyrzucić czy pozbyć się wszystkich rzeczy. Ale to było dziwne, bo układ mieszkania może był taki sam jak układ biura, ale dawnych mebli nie było, więc ona nie miałaby się czego trzymać.
My próbowaliśmy sobie to jakoś zracjonalizować, ale nie wiem, czego mogłaby się trzymać tutaj. I mi powiedziała sąsiadka z naprzeciwka w tej samej kamienicy: „Niekoniecznie tak musi być, że ona się trzyma mebli. Tam była stara, kilkudziesięcioletnia palma, która rosła za czasów może nie pruskich, bo to byłoby zbyt późno. Rośliny tyle nie żyją, nawet jak są dobrze utrzymywane. Że ona mogła być uczepiona energetycznie tej rośliny i że to mogła być postać raczej z pierwszych lat powojennych, bo część rodzin jeszcze niemieckich, które sprzed wojny tu mieszkały, nie zawsze zostały eksportowane czy deportowane w głąb nowego państwa niemieckiego utworzonego po ładzie jałtańskim. Także mi się wydaje, że to mogła być postać z końcówki lat 40. bądź 50. O ile 70 lat może być hodowana jedna palma. One są długowieczne, ale nie wiem, czy aż tyle. Skończyłem przyrodniczy kierunek, ale powiem, że byłoby to ewenementem, że ktoś ma tak długo żyjącą w doniczce palmę.
Ona była w przedsionku. Tam przedsionek był też taki ogromny. Kwadratowa donica, a w niej rzeczywiście była i palma, i jukka. Obydwa drzewka mogły mieć z 50, 60 lat, ale nie więcej. Więc to jest jedyny trop, który mógłby łączyć energetycznie tą panią z tym dawnym wnętrzem, że ona wraca tylko przez tą jedną roślinę. To jest jedyna próba racjonalnego wytłumaczenia.
[01:29:43] - Tu jest bardzo duże pole do różnych takich spekulacji zahaczających o tematy paranormalne również. Może też być tak, że po prostu jakieś sytuacje z przeszłości, które się ponagrywały na jakimś innym planie rzeczywistości, po prostu się w tym miejscu odtwarzają. Tylko pytanie, czy taka sytuacja byłaby w stanie też powodować jakieś efekty w postaci zanikania światła, prawda?
[01:30:08] - Tak, bo ja panu powiem, panie Marku, tych sekwencji... Ja tam pracowałem u mojej przyjaciółki, bo była zwiększona praca. My żeśmy tam wtedy te tarcze antycovidowe, pomocowe dla firm rozliczali i niekiedy trzeba było dla takiej firmy przeliczyć wszystko dokładnie, te okresy, czy ta tarcza będzie się należała, czy też nie. I rzeczywiście siedzieliśmy do 1:00 w nocy, a niekiedy nawet i do 2:00, bo to trzeba było na dany termin zdążyć. Wiadomo, że terminowość jest najważniejsza. I te sekwencje z pojawianiem się, to miganie światła, to otwieranie się tych drzwi, oczywiście bezgłośne. Z początku trochę dreszczyk emocji był, nawet trochę się mogę podśmiewywać, bo szefowa mi powiedziała: „Naoliwiś te drzwi, bo jak ona znowu wejdzie i one mi delikatnie, cienko zaskrzypią, to ja, przepraszam, zrobię pod siebie”. Ja mówię: „Dobrze, to już naoliwię te drzwi” i wziąłem taki specjalny smar chyba do łańcuchów do rowerów, taki w sprayu. I to dawało radę po prostu, że te drzwi były ciągle naoliwione, te zawiasy. Drzwi takie drewniane, może niezbyt ciężkie, ale tych sekwencji było nie wiem, z 10, może nawet więcej.
Jak się niekiedy do nocy zostawało, to było Widome i znajome, że ona się prędzej czy później pojawi. Było nas niekiedy dwoje, niekiedy troje. Wracaliśmy, bo tym bardziej biuro było na obrzeżach dużego miasta i dojechać autobusem żadnym w nocy już nie można było, więc trzeba było z tych obrzeży, trochę straszno, trochę śmieszno, ale wracać na piechotę. Jeśli ja musiałem siedzieć nad papierami dłużej, a szefowa kończyła szybciej, to ja wręcz parę razy nocowałem tam. Był taki tapczanik rozkładany i ja po prostu nocowałem w biurze parę razy. Potem trochę śmialiśmy się, bo szefowa wraca o poranku i mówi: "o której skończyłeś?" Ja mówię: „W pół do trzeciej”. „Jest godzina, pożal się Boże, 7:30. Wstawaj!” I znowu do pracy się siadało, do dokumentów. Śniadanko się szybko zjadło, bo był niedaleko sklep. Potem też się dopytywała: "i co, w dalszej części nocy miałeś towarzystwo?" A ja mówię: „Nie, zupełnie było spokojnie”.
Także nie bałem się w zupełności. Żeby zakończyć, bo już jest godzina śmierci papieża, jak ja widzę, panie Marku, 21:37.
[01:32:27] - Tak, papieżowa godzina.
[01:32:30] - Papieżowa godzina, nie papierowa. I zakończę tematem ostatnim, który mi się zdarzył. Przypomniało mi się to, na liście mam pozycję numer siedem chyba. W wieku lat 15 miałem zdarzenie jeszcze takie. To było właściwie zagubienie w czasie i to się wpisuje w te zagubienia w lesie. Ale to było pojawienie się przed moimi oczami rzeczywistości kompletnie innej, której nie było w miejscu, które doskonale znam. Powiem panu tak: jest niedaleko miejscowości mojej rodzinnej, nie wiem, czy ujawniać, tak zwana szkoła specjalna, czyli specjalny ośrodek szkolno-wychowawczy. Nie będę mówił, w której miejscowości. Ja tam spędziłem swoje pierwsze cztery lata dzieciństwa. Przepływa tam rzeczka.
Od niej odchodzi kanał zasilający stawy. To już jest wystarczająco dużo, że można zawęzić krąg i będzie wiadomo, koło którego ośrodka takie stawy są, bo to jest niedaleko. Proszę sobie wyobrazić, ja to miejsce znałem, będąc tam dziesiątki razy, będąc dzieckiem do nawet wieku 14, 15 lat, kiedy to się wydarzyło. To były wakacje albo między moją siódmą i ósmą klasą, albo między ósmą klasą a rozpoczęciem nauki w szkole średniej. Ja tam bardzo często jeździłem na rowerze. Okrążałem ten ośrodek, zajeżdżałem od tyłu. Tam prowadziła taka ścieżka od administracji. Tam taki malutki był pałacyk, taki dworek i z tyłu ta ścieżka prowadziła do tego kanału łączącego. Nad kanałem była kładka, a za kładką skarpa. Trzeba było się trochę tam wdrapać, przejść na drugą stronę i tam był zagajnik.
Zanim się jeszcze doszło do tych stawów. Niski lasek chyba i polanka. Nie było tam żadnych zabudowań. Dopiero 150 metrów dalej są dawne czworaki, takie jak w filmie „Noce i dnie”, że pan na folwarku mieszka w dworku, a jego służba mieszka w biednych domkach ileś set metrów od dworu. I tam było tak samo. Ale między tymi budynkami jest ten kanał i właśnie cała parcela tego lasu za tym kanałem. Na tej parceli nie stało nic. Ja tam byłem dziesiątki razy i któregoś słonecznego popołudnia zajeżdżam tam, przechodzę z tym rowerem na drugą stronę tego kanału, na tą niezbyt wysoką skarpę i co ja widzę? Jest tam leśniczówka, jest tam gajówka, leśniczówka, domek myśliwski. I co jest ciekawe, opowieść znowu będzie nawiązanie po latach.
Mi się przypomniało to zdarzenie, wie pan kiedy? Właśnie książka mi to przypomniała. Może pan czytał kiedyś „Czarny pająk. Opowieści niesamowite” i tam jest opowieść o przeklętym mieście, właściwie przeklętej wsi, która zapadła się pod ziemię ze względu na to, że odszczepiła się od Kościoła i nie chciała uznać celibatu czy jakichś reform kościelnych. Papież podobno rzucił klątwę na to miasto, a opowieść miała tytuł „Germelshausen”. To jest z takiego niemieckiego zbioru opowieści niesamowitych. Ja to czytałem dopiero po skończeniu studiów, sześć albo siedem lat po tym wydarzeniu. Może nawet więcej, może nawet 10. Wracając do tego wydarzenia, ja przechodzę na drugą stronę tego kanału i widzę domek myśliwski, gajówkę, leśniczówkę. Jest jeden znak szczególny.
Na frontonie jest napis, nazwa tego domku: Kaczenica. Ja od razu, jak wróciłem stamtąd, to znaczy teraz ta sekwencja będzie taka trochę jak w „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, który też oglądałem po tym dopiero wydarzeniu, grubo po tym wydarzeniu. Ja miałem wrażenie znieruchomienia, kompletnego wyciszenia całej przyrody. Jakiś taki wewnętrzny głos: „zobacz, co to”. Taki jakby wewnętrzny dialog, a z drugiej strony: „nie zbliżaj się”. Nie wiem, ile to trwało. Być może to był drugi epizod missing time, czyli zagubionego czasu. Nie wiem, ile to trwało. Musiało trochę trwać, bo ja się chyba mojej mamy zapytałem po powrocie: „Mamo, ile mnie nie było?” „Dziecko, co ty się mnie o takie rzeczy pytasz? To ty nie wiesz, ile na dworze spędzasz czasu?” A ja mówię: „Mamo, nie wiem, co się wydarzyło.” Ale coś dziwnego mi się przydarzyło.
Ja to rodzicom opowiedziałem wtedy raz i o dziwo tym razem mama mnie osłuchnęła i powiedziała: „Nie gadaj o tym zbyt szeroko”. A ojciec się tak zdumiał i namyślał i powiedział: „No, są rzeczy, których się filozofom nie śniło”. I niedaleko od tego miejsca mój ojciec miał zdarzenie, może niepodobne, ale jakaś postać. On pracował w tej szkole, wracał ze szkoły do domu. Dom nauczyciela od szkoły był oddalony 150–200 metrów, więcej nie. I wracał i mówi, tak pamiętam: jedyny duży liść klonu, bo tam chyba klony też rosły. Duży liść klonu, zeschnięty jesienią po betonowej alejce szurał za nim w taki dziwny sposób, jakby ktoś w rytm kroków za nim szurał tym liściem po alejce. Te miejsca są ze sobą oddalone może o 400 metrów. Tam przy tej szkole też się działy różne trochę niezbyt takie, można powiedzieć, niesamowite, raczej niewyjaśnione rzeczy. Ale jak mojemu tacie opowiedziałem, to on właśnie opowiedział mi pierwszą ze swoich takich historii, że gonił mnie liść.
Ten liść i jego szuranie po podłożu udawało ludzkie kroki. I wtedy mi tata po raz pierwszy powiedział, że czytał taką opowieść. Mam tę encyklopedię zjawisk paranormalnych właśnie od tego mojego przyjaciela antykwariusza i tam jest to opisane. Też po latach to przeczytałem. To, co mi ojciec opowiedział wtedy, że był przypadek angielskiej wsi, którą bardzo dobrze znało dwóch chłopców i nagle jakby zostali wrzuceni w inną rzeczywistość. Strumień pośrodku wsi był jednym, jedynym punktem odniesienia, ale mostek już był inny. Nie było szyb w oknach, domy były zupełnie inne. Jak w tej opowieści „Germalshausen” z minuty na minutę atmosfera gęstnieje i okazuje się, że po prostu oni są w zupełnie innej rzeczywistości. Nie wiem, 500, 800 lat wcześniej, jak oni opisali pewnemu specjaliście, jak wyglądała ta wioska, to miejsce, to on powiedział: „Błąd czasowy cofnął was o tysiąc lat”. To było wstrząsające.
Ja się zapytałem po latach, czy ktoś pamięta. Ojciec koleżanki mojej mamy mieszkający w tej sąsiedniej wsi, ten ośrodek jest na końcu tej wsi, a wieś jest ogromna i on mieszka może 800 metrów, niecały kilometr od tego miejsca. I dotarłem do jednego człowieka, który powiedział: „Tak, sto kilkadziesiąt lat temu tam była chyba gajówka, leśniczówka, domek myśliwski i że on należał do tych panów folwarku”. Ale czy naprawdę się nazywał Kaczenica? Nie wiem. Może dlatego, że tam na tych stawach też dosyć dużo było kaczek. Może strzelali do tych kaczek i może to był taki punkt wypadowy, że po prostu jedziemy strzelać kaczki, bo jest zapotrzebowanie do dworu na trup, dziczyznę. Kaczki się wtedy jadało trochę jak kurczaki obecnie, więc może to przebłysk z tej rzeczywistości sto kilkadziesiąt lat wstecz.
[01:40:59] - Całkiem możliwe. Kojarzy mi się taka historia, którą kiedyś wrzucałem na kanał Nieznanego Świata z takiej rubryki Dotknięcie Nieznanego. Zdarzenie wyglądało tak, że pewna kobieta w latach 60. trafiła do wsi, której wygląd zapamiętała. Trochę czasu tam spędziła i potem próbowała do tej wsi wrócić, a się okazało, że wszystko spalone. I co się okazało? Ta wieś rzeczywiście istniała, ale spłonęła wiele lat wcześniej.
[01:41:27] - Tak. Ja powiem, panie Marku, a kończąc to, bo mojej najlepszej przyjaciółce to opowiedziałem, jak mi się przypomniało te parę lat temu, po przeczytaniu tego „Opowieści Niesamowitych”, tego opowiadania „Germalshausen”, to ja mówię ona mieszka w jednym z największych miast w Polsce, ale daleko ode mnie. Ja jej mówię: „Co byś zrobiła na moim miejscu?” I ona mówi: „Mam nadzieję, że nie dotknąłeś murów tego domku ani nie wszedłeś do środka”. Ja mówię: „Nie, bo miałem tak jakby dwa wewnętrzne głosy. Jeden z ciekawości mnie tam ciągnął. Wejdź, zajrzyj, sprawdź co to. A z drugiej strony przecież jeszcze wczoraj czy przedwczoraj, czy dwa dni temu, tydzień wcześniej tego domku tu nie było. Przecież takiego domku nie buduje się w jeden dzień albo w tydzień”. I zwyciężyła ta opcja, że nie podszedłem do tego. I pamiętam jedną rzecz, trochę jak w „Balladzie o głupim Jasiu” Kaczmarskiego.
I spojrzałem się za siebie i znowu zwróciłem głowę w kierunku tego domku i już go nie było. Jakby w kierunku tego może nie strumienia, tylko kanału łączącego stawy z tą rzeczką. Nie wiem, ile to mogło trwać. Może coś mnie uwagę odciągnęło, może celowo. I potem się zwróciłem znowu w tym samym kierunku i coś takiego, takie mentalne: uszczypnę się, może sen minie. No i wszystko prysło i po prostu nie wiem, co mnie wtedy spotkało, ale jakby wyziew, objaw innej rzeczywistości sprzed stu, stu kilkudziesięciu lat i tego typu zdarzenie, takie trochę zagubienie w czasie czy objawienie innej rzeczywistości, która kiedyś tu funkcjonowała, ale w zupełnie innym czasie później, czyli w moim czasie życia, to było to zdarzenie jedno tego rodzaju. Listę mam wyczerpaną, można powiedzieć, panie Marku, ale mam chyba wszystko opowiedziane, bo już mi się więcej nic nie przypomniało. Przy okazji tego, pod wpływem pana programów, można powiedzieć, czy tam podcastów, to po prostu mówię, a spiszę sobie te wszystkie moje rzeczy, które mi się dziwne wydarzyły i Już kartkę mam zapisaną całą i sobie włożę do mojego sennika, bo z tych snów, które miałem nieciekawe, mniej czy bardziej, to we śnie miałem również w mojej miejscowości rodzinnej, że mi się przyśniło wzgórze świątynne. To jest bardziej jak déjà vu we śnie. To jest kompletnie kategoria odklejona już zupełnie według mnie.
To próbowałem konsultować z naszym lokalnym historykiem z mojej miejscowości. On powiedział tylko tyle, po amerykańsku: maybe. Wszystko możliwe, bo mi się przyśnił nie tyle kamienny krąg, ale wzgórze świątynne pradawnego pogańskiego bóstwa, które podobno w mojej rodzinnej miejscowości, tam gdzie jest miejsce starej studni na rynku, tam podobno był jakiś, jak to mówiono achram, aśram.
[01:44:26] - Aśram z tego, co kojarzę.
[01:44:28] - Aśram. Tak, dokładnie, bo nie było wtedy zabudowań żadnych, była tylko mała osada naokoło tego miejsca świętego. A ten ryneczek jest na wzgórzu, na tak zwanym kopcu okalanym z trzech stron oprócz wschodu. Od północy, zachodu i południa jest okalany przez wody naszej lokalnej rzeczki, wtedy o wiele więcej wody niosącej. Tam było tych bagnisk naokoło dużo, więc naturalnie wybrano to miejsce jako naturalną obronę przez bagna. Tak to wyglądało.
[01:45:04] - Co tam było, to już chyba nie dojdziemy, bo niestety wysłannicy religii nam narzuconej gdzieś z okolic Rzymu dosyć dużo tych pogańskich miejsc, miejsc obrzędów niszczyli bardzo aktywnie. Także już nie dojdziemy, czy rzeczywiście tam coś było, czy to tylko jakaś taka wizja senna, prawda?
[01:45:26] - Możemy tylko sobie wyobrażać, że jak z Piotrem Cielebiasiem powiedziała pani Ada Edelman, bo niekiedy też na jej kanał zaglądam, to powiedziała: „Skoro wiele pięknych obecnie miejsc, tych tak zwanych maryjnych, miało zupełnie inną, też potężną aurę w dawnych wiekach, to znaczy, że musiało być to naprawdę coś wielkiego, że próbowano to nowym kultem przykryć za pomocą również i ognia, i miecza”. Osobna historia jest z Jasną Górą, której nie będę opowiadał, która to, co się wydarzyło za czasów Ludwika Węgierskiego, czyli kuzyna naszego Kazimierza Wielkiego. W jak niepiękny i krwawy sposób ustalano czy posadawiano tam i utwierdzano nowy kult na Starej Górze, która wtedy prawdopodobnie nosiła miano Lednicy bądź Ledznicy od bogini Ledy. Więc tam się różne rzeczy działy. Jasna Góra nie zawsze była Jasną Górą, panie Marku. Tak można powiedzieć.
[01:46:30] - Taki paradoks.
[01:46:31] - Taki paradoks. Niekoniecznie była Jasną Górą.
[01:46:36] - Taka nam wyszła dzisiaj fajna paranormalna spowiedź. Fajna jak fajna. Te przeżycia z początku, z pierwszej części audycji, tej rozmowy, troszkę było to takie mrożące krew w żyłach dla osoby słuchającej na pewno, a co dopiero dla pana z tym skanowaniem przez ten obiekt.
[01:46:56] - To było dla mnie pierwsze takie zamrożenie, można powiedzieć, z tą leśniczówką. Mogę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu miałem coś takiego. Ale jeśli chodzi o zagubienie w czasie... O, właśnie przypomniało mi się. Ja się wtedy mojej mamy zapytałem. Ona się zdziwiła: „Dziecko, to ty nie wiesz, ile spędzasz czasu na wolnym powietrzu? Gdzie byłeś rowerem?” Ja mówię: „Mamuś, nie wiem, o której ja wyjechałem”. Tam na tą wioskę z mojej wioski się jedzie, tam jest pięć kilometrów. Pół godziny to człowiek się nie stara za bardzo, więc to było dwadzieścia parę minut. Na miejscu byłem na pewno po pół godzinie, więc jeśli wyjechałem 15:30, a wróciłem o 17:00 z minutami, to znowu mogło być to zagubienie mniej więcej godzinne.
Nie wiem, ile w tym letargu, nie wiem, jak to nazwać, zapatrzeniu się na tą leśniczówkę, ile mogłem trwać w tym stanie. Nie wiem, jakie są ramy czasowe takich zjawisk, bo o tych dwóch chłopcach w tej angielskiej wiosce to było podobno, że trwało to kilka godzin, a tutaj góra mogło być godzinę, nie wiem, 20, godzinę 30. Wiem, że wróciłem. Potem mama mi chyba powiedziała: „Przecież tuż po Teleexpressie już byłeś w domu”. A ja mówię: „Aha, bo ja po obiedzie wyjechałem”. Teleexpress o 17:00 równej, 17:15 się kończył. To pamiętam wtedy. A potem jeszcze jeździłem u nas po wiosce, więc razem nie było mnie tam półtorej godziny. Nie, więcej. Co ja mówię?
Mniej, nie więcej. Razem cała sekwencja mogła być 45 minut maksymalnie, ale nie wiem, czy to był kolejny missing time, czy to było kolejne zagubienie w czasie. Wiem, że byłem zapatrzony w tą leśniczówkę i do tej pory nie wiem, co to mogło być. Jakby się dało robić zdjęcia, to może by coś wyszło. Ale to człowiek nie myśli w takich chwilach, co to się mogło w ogóle wydarzyć, że się takie coś pojawiło.
[01:49:00] - Szczególnie gdy leśniczówka czy jakiś inny obiekt, który nam nagle wyrasta w miejscu, w którym go wcześniej nie było, równie szybko znika.
[01:49:07] - W ogóle tam nie było nic, panie Marku, tam była polanka. Jak się przechodzi tym traktem przez ten kanał, to jest wąska ścieżka. Ile ona może mieć pół metra szerokości to maksimum, wydeptana przez ludzi wtedy. Teraz ona zarosła, bo wszyscy siedzą w smartfonach i tam nikt prawie nie chodzi. Ja tam byłem cztery lata temu i to miejsce się praktycznie nie zmieniło, tylko bardziej pokrzywami zarosło, bardziej drzewa urosły i to wszystko. Zagajniczek, który tam były młode sosenki, brzozy, wierzby, jakieś inne drzewka, które były jeszcze niskie, miały po 20, 30 lat, to teraz to już są ogromne drzewa i tam jest już całkiem potężny i ciemny las. Ale po drugiej stronie, lewą stroną tego kompleksu, małego skrawka leśnego, szła droga dalej w kierunku tej wsi, tyłami tej wsi, potem na pola wychodziła. I to jest ciekawe, że ta polanka to było takie rozszerzenie tej drogi i trochę wgłębienie w tym lesie. I można powiedzieć, że polanka nie nosiła znamion, że tam coś kiedyś stało. A właśnie wtedy ojciec koleżanki mojej mamy z pracy powiedział: „Tak, właśnie dziecko.
Tam, co jest taka trochę wyleżana trawa, tam nic nie chce rosnąć, tylko są chwasty i pokrzywy, wydaje się, że jest polanka trochę pozarastane, to tam właśnie mogło to coś stać”. Ale to chyba tylko pan z folwarku miał swój domek myśliwski i tam ze znajomymi urządzali sobie strzelania do kaczek, do dzikiego ptactwa. I stąd może też nawiązywała do tego nazwa tej gajówki, leśniczówki. Tylko tyle mogę powiedzieć. Wreszcie po raz pierwszy mogłem komuś jednemu opowiedzieć wszystkie te opowieści.
[01:51:00] - Pan jest kolejnym, którego wysłuchanie audycji „Mówią Świadkowie” zachęciło do podzielenia się swoimi historiami. Ludzie słuchają i taka klapka się w głowie otwiera, że: „Hej, nie jestem sam ze swoim przeżyciem. Też ktoś inny coś podobnego przeżył”.
[01:51:18] - Nie będę mówił jeszcze, bo to już wspominałem kiedyś, jak byłem z wycieczką szkolną, było jeszcze jedno wydarzenie, ale to już jest inna sytuacja, że coś takiego jak licho leśne czy niewidzialny władca tego terenu. A to już mogę ujawnić, bo to mówiłem u pana Piotra Cielebiasia, napisałem swego czasu jednego maila, bo roztrząsał te jurajskie tajemnice. To jest kilkadziesiąt kilometrów od mojej wioski rodzinnej, to można ujawnić. To jest strażnica w Przewodziszowicach. I tu można powiedzieć, bo chodziłem do szkoły średniej w Żarkach, a strażnica jest rzut beretem od Żarek. Byliśmy z klasą na ognisku pod tą skałą. Rozpaliliśmy ognisko, było pieczenie kiełbasek. I teraz będzie dziwna sekwencja zdarzeń. Bardzo szybko. Jest nas 30-osobowa klasa, a ognisko zaczyna nie tyle sypać iskrami, strzelać sękami z drewna, można powiedzieć na dosyć duże odległości.
Dwie czy trzy osoby miały tymi rozżarzonymi sęczkami popalone bluzy i swetry, bo to było późne lato, wczesna jesień, gdzieś wrzesień, chyba końcówka. Krótko po tej sekwencji przez przypadek niby jedna koleżanka drugiej wsadza do oka, ciężko ją kalecząc, rozżarzony kawałek patyka z kiełbasą. To jest dopiero ciekawostka. A o tym miejscu Piotr Cielebiaś mówił, że tam się różne dziwne rzeczy działy, że parę doniesień tam było. I ja mam też tam osobiste doświadczenie z moją klasą. Tylko to był 1994 rok.
[01:53:03] - Dosyć nieciekawa sytuacja, muszę powiedzieć. Tak jakby Leszy się zbuntował.
[01:53:08] - Tak, jakby nasza obecność, zwłaszcza dużo ludzi, była mu nie na rękę. Coś takiego. Suliszowice są niedaleko Czattachowa, a w Czattachowie wiadomo, co się dzieje. Już nie będę komentował. Na tych terenach się dzieje dużo. W samych Żarkach zresztą też się działo parę ciekawych sytuacji. Jak to mówił Piotr Cielebiaś, od Myszkowa na wschód, a właściwie na północny wschód, w kierunku moich stron rodzinnych, to jest, jak to mówią, pas startowy czarownic i czarowników, jak mówią legendy lokalne. Także tam się ciekawe rzeczy działy.
[01:53:47] - I to już wszystkie historie przekazane przez naszego dzisiejszego rozmówcę. Jak zwykle zachęcam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach pod tą audycją. A jeśli sami przeżyliście coś nietypowego i chcielibyście o tym opowiedzieć, zapraszam do kontaktu. Zapowiedzi kolejnych audycji, pełne archiwum podcastów do pobrania w MP3 oraz całą masę innych interesujących materiałów znajdziecie Państwo na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl. Co się tyczy podcastów, to cały czas pracuję nad dodawaniem transkrypcji do kolejnych audycji. W chwili obecnej już ponad 2000 plików jest opatrzonych transkrypcją, a w kolejce czekają następne. Warto również zajrzeć i udzielać się na forum Radia Paranormalium pod adresem forum.paranormalium.pl, gdzie możecie bez skrępowania dyskutować z dala od cenzorskich macek wielkich serwisów społecznościowych, nie tylko zresztą na tematy paranormalne. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po najnowszy numer „Nieznanego Świata”, w którym jak zawsze znajdziecie masę interesujących tematów z zakresu parapsychologii i esoteryki. Polecam również Państwa uwadze kanał czasopisma na YouTube, a miłośników dobrych książek zapraszam do odwiedzenia sklepu internetowego www.nieznany.pl. Jest to księgarnia „Nieznanego Świata” w wydaniu internetowym.
Zachęcam również do zasubskrybowania kanałów Ady Edelman „Biuro Duchów”, Piotra Cielebiasia „UFO Historie”, Kamila Nizio „Przeboodzenie”, pisane przez dwa „o”, oraz Marka Żelkowskiego „Wehikuł Wyobraźni”, których autorzy poruszają cały szereg interesujących tematów, w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium. Mówił do Państwa Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium – paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.
[01:55:54] - Tych z państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Oto nasze numery telefonów. Stacjonarny 32 746 00 08. 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. 530 620 493. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, istnieje możliwość wysłania SMS-a lub nagrania wiadomości głosowej. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych bądź z zagranicy prosimy ponadto o podanie głosowo numeru, na który mamy oddzwonić. Z każdym z państwa umawiamy się na rozmowę indywidualnie.
W razie wykorzystania zapisu rozmowy, w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu. Czekamy również na państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl. radio@paranormalium.pl. Można również skorzystać z zakładki „Kontakt” na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl. www.paranormalium.pl. Wszystkim naszym rozmówcom i korespondentom gwarantujemy pełną anonimowość. Sięgnij już dziś po „Nieznany Świat”. Najstarsze polskie czasopismo poruszające tematy z pogranicza nauki, artykuły o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej i nie tylko. „Nieznany Świat” — miesięcznik dostępny w punktach prasowych na terenie całej Polski oraz w wersji elektronicznej na platformie nexto.pl. Nieograniczona przestrzeń do nieskrępowanej dyskusji na tematy paranormalne, ezoteryczne i nie tylko.
Forum Radia Paranormalium. Dołącz do nas na forum.paranormalium.pl