Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, czasami niektórym z nas przychodzi w życiu stoczyć walkę z pewnym mniejszym albo większym, mniej lub bardziej upierdliwym gigantem. Czasem na jednej bitwie się nie kończy, ale tę walkę kanał Marka Żelkowskiego Wehikuł Wyobraźni wygrał i z jeszcze lepszym nastrojem możemy rozpocząć kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:55] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór Państwu. Tak jak Marek powiedział, udało się. Dużo w tym zasługi samego Marka, który sprawował pieczę między innymi nad odwołaniami, które się słało do giganta na J. Nie, on jest właściwie na Y, nie na J. W każdym razie udało się i muszę Państwu powiedzieć, że po takiej batalii, nazwijmy ją zwycięską, człowiek ma lepsze samopoczucie i wie, że nie wszystko, co rzecze gigant, musi koniecznie polegać na prawdzie. Tym razem okazało się, że nie do końca gigant miał rację. Przynajmniej ostatnio. Nie drążmy sprawy, bo zaczynam się czuć troszeczkę jak jakiś weteran. Udało się. Cieszmy się.
Na kanał Wehikuł Wyobraźni wróci więcej życia. To nie znaczy, że zniknie Labirynt. Nie, Labirynt również będzie funkcjonował z całą swoją filozoficzną otoczką, a i ten niekomercyjny, archiwalny kanał Przestrzenie Wyobraźni również gdzieś tam będzie w tle pomykał. Proszę Państwa, zaczynamy. Chciałem powiedzieć rutynowe. Niech będzie rutynowe wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji, bo rutynowe w tym wypadku nie oznacza, że ono będzie takie jak zawsze przeciętne, bo przecież za każdym razem jest inne, za każdym razem inny zestaw książek, za każdym razem inny zestaw opowiadań, inny zestaw filmów i tak dalej. Żeby nie gadać, bo już gadam i tak zbyt dużo. Rozpoczynamy. Na początek polecanki książkowe. Zaczynam od klasyka.
Klasyka powieści science fiction, mianowicie Isaac Asimov i „Fantastyczna podróż”. Tym razem wydał ją Rebis. Dom wydawniczy Rebis. Książka będzie na rynku od 24 marca. Cóż to za książka? Czterej mężczyźni i kobieta zmniejszeni do mikroskopijnych rozmiarów wchodzą na pokład zminiaturyzowanego atomowego pojazdu podwodnego i zostają wprowadzeni do tętnicy szyjnej umierającego mężczyzny. Przepływają przez serce, wnikają do ucha wewnętrznego, gdzie mógłby ich zdruzgotać nawet najmniejszy dźwięk i walczą z układem odpornościowym, zmierzając do mózgu, który skrywa cenną i niebezpieczną wiedzę. Ich zadaniem jest dotrzeć do skrzypu krwi i rozbić go promieniami lasera. Stawką są losy całego świata. Powieść tę Isaac Asimov napisał na podstawie scenariusza Harry'ego Kleinera.
To był scenariusz do nagrodzonej w 1967 roku dwoma Oscarami głośnej superprodukcji z Raquel Welch, Stevenem Boydem i Donaldem, i tu będę miał problem, Plesacem w rolach głównych. Przypomnę „Fantastyczna podróż” Isaac Asimov, dom wydawniczy Rebis. Książka na rynku od 24 marca. Dzień później, 25 marca na rynku wydawniczym pojawi się powieść „Odpowiedź kryje się w tobie” Katarzyny Wolwowicz, wydawnictwo Zwierciadło. Aneta Konieczna wiedzie poukładane życie. Ma męża, którego zazdroszczą jej wszystkie kobiety, dorosłą córkę, która właśnie wyjechała na studia i dobrą pracę. A jednak jej życie przepełniają ból i cierpienie. Pewnego dnia wstaje rano, pije kawę, zabiera pieniądze z konta i nikogo nie informując, wyjeżdża na drugi koniec Polski, by zacząć od nowa sama. Monika szuka apartamentu nad morzem. Jest młoda, energiczna i radosna.
Nie da się jej nie lubić. Kiedy poznaje Anetę, między kobietami zawiązuje się przyjaźń. Kupują mieszkania na tym samym osiedlu, żywiąc nadzieję, że dla obu będzie to początek nowej, lepszej przyszłości. Ale czy na pewno? W jednym z nowoczesnych apartamentowców w Dziwnowie dochodzi do zbrodni. Znana influencerka zostaje pozbawiona życia, a sprawa niebezpiecznie przypomina tę, którą nadkomisarz Bożydar Kowalski prowadził 20 lat temu i która dotyczyła zabójstwa jego ukochanej żony. Echa przeszłości nie dają mu spokoju, a niszczący życie nałóg, który kiedyś był jedyną ucieczką od rozpaczy Znowu w niego uderza. Czy pozostawiony we Wrocławiu mąż Anety rzeczywiście jest tak wspaniałym człowiekiem, za jakiego wszyscy go mają? I czy Monika naprawdę pojawiła się w jej życiu przypadkowo? Czy odkrywając, że w kompleksie, w którym obie kupiły apartamenty, mieszka Maksymilian, przed laty podejrzewany o zabójstwo żony, mogą czuć się bezpiecznie?
I jaką tajemnicę skrywa miejsce, na którego terenie wybudowano apartamentowiec? Wyparte wspomnienia, niezawinione krzywdy i walka z bólem przepełniającym serce po stracie, a do tego strach przed tym, co jeszcze może się wydarzyć. Wszystko wskazuje na to, że problemy Anety dopiero się zaczynają. Bestsellerowa pisarka Katarzyna Wolwowicz prezentuje nowy, zaskakujący thriller psychologiczny. A Katarzyna Wolwowicz urodziła się w 1983 roku. Jest magistrem stosunków międzynarodowych i psychologii klinicznej, absolwentką studiów podyplomowych z mediacji. Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości Szklarska Poręba. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański. A ja przypomnę książka „Odpowiedź kryje się w tobie”.
Autorka Katarzyna Wolwowicz, wydawnictwo Zwierciadło. Książka na rynku od 25 marca. Tego samego dnia na rynku pojawi się jeszcze jedna książka. Nosi tytuł trochę szokujący „Niech żyją zwłoki. Sekretne życie ludzi pracujących ze śmiercią”. Autorką jest Małgorzata Węglarz, wydawcą wydawnictwo Pascal. I tak jak mówiłem, książka od 25 marca na rynku. Makabra fascynuje nas od zawsze. Uwielbiamy zaglądać za drzwi prosektoriów. Zaczytujemy się w sekretach zwłok, kości zmarłych.
Profile w mediach społecznościowych, które o nich opowiadają, biją rekordy popularności, a podcasty true crime przyciągają rzesze słuchaczy. Ale czy wiemy, jak to naprawdę wygląda na naszym polskim podwórku? W tej książce zagłębiamy się w świat zmarłych i tych, którzy im towarzyszą. Bez sensacji i powtarzanych od lat bzdur. Otworzymy trupią walizkę na miejscu zbrodni, zanurkujemy w zimną otchłań bezdusznych rzek i przekonamy się, która część ciała człowieka pachnie najgorzej. Porozmawiamy z tymi, których codzienna praca obraca się wokół zwłok i śmierci. Medyków sądowych, laborantów sekcyjnych, nurka zajmującego się poszukiwaniem zwłok i techników kryminalistyki. Postaramy się obalić mity i pokazać, jak ich zawody wyglądają w rzeczywistości. Weźmiemy udział w sekcji zwłok, a na koniec postaramy się odpowiedzieć sobie na pytanie, jak nie umrzeć za wcześnie. Przypomnę, książka nosi tytuł „Niech żyją zwłoki.
Sekretne życie ludzi pracujących ze śmiercią”. Autorka Małgorzata Węglarz, wydawnictwo Pascal. Książka na rynku od 25 marca. Proszę państwa, jest druga połowa miesiąca. Już właściwie żeglujemy w kierunku początku kwietnia. No a skoro tak, to czas na zapowiedzi związane z kwietniowym numerem Nieznanego Świata. Piotr Cielebiaś już czeka. A zatem zaczynamy. Dzień dobry wieczór państwu. Mamy drugą połowę marca.
To proszę państwa wiadomo, że pojawi się na dniach nowy numer Nieznanego Świata. Numer kwietniowy. No to zaczynamy omówienie tego numeru. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[10:38] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Tak, kolejny numer, wiosenny numer, co widać po okładce, a w nim mnóstwo ciekawych rzeczy. Ale zanim przejdziemy do ich omówienia, to wiadomo drodzy Państwo, że zniknęły kioski i często pytacie, gdzie kupić Nieznany Świat. No to odpowiadamy. W markecie chociażby, na stacji benzynowej i w innych miejscach, gdzie można prasę kupić. Ale można też kupić wersję elektroniczną. Można zamówić sobie numery z naszej strony www.nieznany.pl. Pamiętajcie, że polskie rządy, niezależnie od opcji politycznej, bardzo nie lubią naszych rodzimych wydawców i robią wszystko, żeby ich od kilku lat zadusić. Mowa o małych redakcjach.
Nie dajmy się zadusić. Pozostaliśmy jedynym polskim pismem o zjawiskach z pogranicza i bez wsparcia czytelników, czyli państwa, padniemy tak jak padł Czwarty Wymiar świętej pamięci. Także pamiętajcie o tym, sięgając po Nieznany Świat. A ten numer? No cóż, bardzo ciekawy i dedykowany mocno tym, którzy się interesują zjawiskiem UFO i kosmitami. No ale nie tylko oczywiście, bo mamy też tradycyjnie coś wielkanocnego.
[12:00] - Tak, to prawda. I jest artykuł, który mówi o zajączku, a nie tylko o zajączku, w ogóle o wszystkich symbolach, o wszystkich rzeczach, które z Wielkanocą się kojarzą. To jest artykuł sprawdzonej autorki. Piotrze, co słychać w tym artykule?
[12:26] - Tak żeby nie było, że to jest takie wszystko oklepane. Nie jest. Tutaj doktor Bohaczek-Trąbska przygląda się symbolom wielkanocnym, ale nie symbolowi jaja tylko tej części bardziej ssaczej, czyli kwestii baranka i zajączka. I tutaj niespodzianka, bo chociaż mogłoby się wydawać, że to jest sprawa prosta, to nic bardziej mylnego. Baranek tak naprawdę ten symbol może się wywodzić sprzed tysięcy lat z ofiar składanych przez, nazwijmy to, koczownicze ludy Bliskiego Wschodu, które w ten sposób chciały Boga uczcić. I to być może zostało do naszych czasów. Kto wie? Mówię o samym jądrze, o samych korzeniach tego symbolu. Natomiast co do zająca tutaj możliwe, że mamy wkład pogański w Wielkanoc. Wszak tak zwane marczaki, czyli małe zające, to jeden z symboli wiosny.
Może dzisiaj już tak niewielu osobom znany, ale jednak dawniej tak było. Także okazuje się, że jeżeli chodzi o Wielkanoc, mamy mnóstwo historycznych i nie tylko historycznych zagadek. Dosłownie tak jak w przypadku Bożego Narodzenia okazuje się, że to jest równie tajemnicze pod wieloma względami święto, chociaż o tym nie zawsze się pamięta. To ja odbijam piłeczkę, Marku, w tym numerze artykuł Wojciecha Chudzińskiego, bardzo ciekawy, który nas pyta, czy aby na pewno nauka, scjentyzm, materialistyczne podejście są w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania o świecie. Nie o życiu, ale o otaczającym nas świecie, o rzeczywistości. Artykuł bardzo konkretny, bardzo mocno polecany.
[14:18] - Tak, Wojciech Chudziński to jest sprawdzona marka i ten artykuł to jest taka rozbudowana, eseistyczna refleksja nad kondycją współczesnego myślenia. I to zarówno myślenia naukowego, jak i określiłbym to myślenia kulturowego. To jest refleksja osadzona w koncepcji dwóch półkul, która jest dosyć popularna obecnie. Generalnym argumentem tekstu jest takie przekonanie, że współczesna cywilizacja, ta zachodnia cywilizacja znalazła się w stanie dominacji lewej półkuli i tej półkuli rozumianej nie tylko tak dosłownie neurobiologicznie, ale jako pewien styl poznawczy, styl analityczny, redukcjonistyczny tak naprawdę nastawiony na kontrolę, pomiar, użyteczność wszystkiego. Wojciech Chudziński podążając za pewnymi koncepcjami naukowymi, w każdym razie popularnonaukowymi. Nie, to złe określenie. Koncepcjami zbliżonymi nawet do filozofii nauki. Nie odrzuca oczywiście racjonalności. Twierdzi natomiast, że zostały te koncepcje właśnie związane z nauką, ze scjentyzmem troszeczkę zbyt mocno wyabsolutyzowane, przekształcone w rodzaj ideologii, ideologii scjentyzmu właśnie. Ta ideologia sobie rości prawo do wyłączności w dociekaniu prawdy, bo Wojciech Chudziński pokazuje, że sama nauka ma ograniczony zakres i nie pretenduje do wyjaśnienia wszystkiego.
A z kolei jej apologeci traktują naukę jako jedyne źródło prawdy. A to prowadzi do tego, co nazwałem redukcjonizmem, czyli sprowadzania różnych, bardzo czasami złożonych zjawisk, takich jak na przykład świadomość, miłość, sens do prostych mechanizmów. A to się chyba nie da w ten sposób do tego sprowadzić, nie da się zredukować. Cóż, mówiłem o dwóch półkulach, dwóch sposobach widzenia świata, bo to jest kluczowa część artykułu i ona mówi o tym, że prawa półkula postrzega całość, integruje nasze doświadczenia, odpowiada za intuicję, metaforę, wyobraźnię, tworzenie sensów. A lewa półkula, tak ceniona przez wielu, jest analityczna. Ona dzieli rzeczywistość na części. Odpowiada za język, którego używamy, za logikę, za różne operacje o charakterze technicznym. I kiedy pojawia się problem? Wtedy, gdy lewa półkula uzurpuje sobie rolę mistrza w stosunku do półkuli prawej. Wówczas ta nasza rzeczywistość, to wszystko, co nas otacza, zostaje zredukowane do tego, co jest mierzalne i użyteczne.
A przecież nasz świat tak nie wygląda. Nawet nie chcielibyśmy, żeby w ten sposób wyglądał. Myślę, że artykuł Wojciecha Chudzińskiego to nie jest tylko omówienie pewnej koncepcji, która się pojawiła w nauce, ale też szeroka diagnoza cywilizacyjna o tym, że współczesny świat cierpi na nadmiar analizy, a niedobór sensu. Na redukcjonizm, który upraszcza rzeczywistość kosztem głębi tej rzeczywistości. I myślę, że ta sugestia, która pojawia się w artykule, czyli że wyjściem z tego wszystkiego, z tego pata jest odrzucenie, właśnie nie, nie tyle odrzucenie nauki, co ponowne osadzenie jej w szerszym, bardziej integralnym sposobie rozumienia tego, co nas otacza, rozumienia świata. Tekst Wojtka to jest tekst o napięciu pomiędzy kontrolą a rozumieniem, między fragmentem a całością. I o tym jest ten tekst, że bez odzyskania owej równowagi to ta nasza kultura może stracić zdolność uchwycenia tego wszystkiego, co jest naprawdę ważne. Kto wie, najważniejsze może. Piotrze, znowu skoro dzisiaj przyjęliśmy metodę pingpongową, to odbijam piłeczkę. I cóż, Jung i UFO.
Co ty na to?
[19:29] - Ja na to jak najbardziej. W tym numerze bardzo interesujący, bo jakby nie był interesujący, to byśmy o nim nie mówili, artykuł doktora Zbigniewa Bitki, badacza myśli Carla Gustava Junga. W ogóle uważam, że Jung i UFO to jest jeden z najważniejszych tematów dla zrozumienia natury tego fenomenu. Tylko że to jest trudne. To nie jest ekscytujące tak bardzo, jak wiele osób myśli o UFO. Dla wielu to są po prostu kosmici, jakieś spiski. Tutaj mamy zrozumienie na pewnym głębszym poziomie. Bez tego nie zrozumiemy psychologicznej natury, psychologicznego aspektu zjawiska UFO. Nie chodzi mi tutaj o emocje, które ono wywołuje u świadków. Mam na myśli podłoże symboliczne, które oddziałuje na nasze zmysły, na naszą sferę poznawczą, bo UFO się komunikuje też z nami symbolami i ukrytymi treściami w formach tych obiektów, w formach ufonautów.
Nie ma przypadków, to jest wszystko znaczące. Wielu ludzi nie chce tego odczytywać, nie chce się nad tym zastanawiać, bo mają wtłoczone do głowy schematy mówiące, że to są dobrzy albo źli bracia z kosmosu. Temat jest, jak mówiłem, trudny, dla niektórych może zbyt mocno. Może odbiega od tego, do czego są ludzie na serialu „X-Files” wychowani, do czego ci ludzie są przyzwyczajeni. Ale polecam ten artykuł wszystkim i uważam, że na pewno spojrzycie inaczej na fenomen UFO, głębiej. Uważam, że w ufologii za mało uwagi poświęca się Jungowi, a jego poglądy mogłyby rzucić więcej światła na kwestie chociażby wysokiej dziwności. Także polecam naprawdę gorąco. Dodam tylko, że to jest kolejny artykuł doktora Bitki na temat związków Junga ze sferą psi i warto do tych wcześniejszych też zajrzeć. Była dość duża przerwa pomiędzy publikacją kolejnych odsłon, ale doktor Bitka wraca i robi robotę. To ja biorę paletkę, Marku, i odbijam piłeczkę.
W tym numerze jest także twój artykuł oscylujący wokół tematu kosmitów. „Im bardziej zaawansowani, tym mniej widoczni” taki jest jego tytuł. On dotyczy hipotetycznych skal rozwoju cywilizacji pozaziemskich, bo okazuje się, że oprócz tej skali, o której zawsze się prawie mówi, czyli skali stworzonej przez Kardaszowa, mamy też inne, nie mniej ciekawe.
[22:07] - Tak, to prawda. Ja po prostu trochę już miałem dosyć takiego obijania się o skalę Kardaszowa. Kiedyś o niej nawet pisałem w „Nieznanym Świecie”. I wiecie państwo, ona się właściwie pojawia wszędzie. Na YouTubie można tych audycji o skali Kardaszowa spotkać bardzo wiele. Często muszę to powiedzieć, często mówi się, że to skala Kardaszewa. Cały czas ostrzegam, że to jest jednak skala Kardaszowa. Skąd się wziął ten anglicyzm, bo to jest anglicyzm, to gdzieś tam państwo znajdziecie. W każdym razie chodzi o to, że istnieją również inne skale. Ja zająłem się w tym artykule skalą Barrowa.
Skala Barrowa podchodzi do rzeczywistości zupełnie inaczej niż to zrobił Kardaszow. Otóż John Desmond Barrow to był brytyjski fizyk teoretyczny, ale też kosmolog, który doszedł do wniosku, że owszem, można patrzeć na rzeczywistość, tę kosmiczną rzeczywistość czy też rzeczywistość rozwoju cywilizacji w taki sposób jak Kardaszow, ale można też spojrzeć w głąb. Już wyjaśniam, o co chodzi z tym w głąb. Otóż on zajął się nie energią, którą może pozyskiwać cywilizacja, jak to mamy u Kardaszowa, ale też zajął się czymś bardzo ważnym, czyli sięganiem w głąb materii. Tak, bo im głębiej sięgamy w materię, tym pojawiają się nowe możliwości, rozwojowe możliwości. Bo na początku, nawet dzisiaj jeszcze, ale powiedzmy jeszcze w poprzednich wiekach, byliśmy cywilizacją, która opierała się na tym, co widać. To było ważne i to był ten pierwszy poziom skali Barrowa. A później schodzimy coraz głębiej, czyli najpierw dostrzegamy świat mikrobów Jakichś bakterii, pantofelków, w ogóle tego wszystkiego, co pod prostym mikroskopem optycznym można zauważyć. Ale to przecież nie jest koniec. Później schodzimy coraz bardziej w głąb, do atomów.
Najpierw do cząstek oczywiście, ale później do atomów, później jeszcze głębiej, do cząstek elementarnych. I jaki wniosek wysuwa Barrow konstruując swoją skalę, która składa się aż z siedmiu poziomów? Otóż on mówi o tym, że taka cywilizacja, która naprawdę zapanuje nad materią, nad cząstkami elementarnymi, już naprawdę jest bardzo zaawansowana. Ona może być cywilizacją czarodziejów. To właśnie ona może manipulować materią. Dla takiej cywilizacji to, co dzisiaj się wydaje mało praktyczne, bo już wiemy, że dzięki zaawansowanej fizyce możemy dokonywać transmutacji. Ale jak ktoś pomyśli o tym, jakich energii trzeba, żeby uzyskać złoto na przykład z żelaza, to się za głowę chwyci i to jest absolutnie nieopłacalne. Tylko że my patrzymy na ten proces z naszego obecnego punktu widzenia, wydatków energetycznych, tego, co możemy albo nie możemy zrobić. Barrow mówi o tym, że wraz z rozwojem cywilizacji być może te metody zmiany materii, ta transmutacja może się okazać czymś banalnym, a wtedy zmienia się wszystko. Wtedy zaczynamy panować nie tylko nad materią, ale również na przykład nad czasoprzestrzenią.
Co więcej, z takich ciekawych rzeczy, żeby państwu o wszystkim nie opowiedzieć, co jest w tym artykule, to powiem jeszcze jedną rzecz. Otóż skala Kardaszowa i skala Barrowa nie wykluczają się. One mogą działać równolegle. Co więcej, cywilizacja stosunkowo niezbyt mocno zaawansowana w skali Kardaszowa może być bardzo zaawansowana w skali Barrowa. Co z tego wynika? Wynika z tego, że nie tylko należy poszukiwać w głębokim kosmosie śladów, chociażby megakonstrukcji, co zalecała skala Kardaszowa, ale być może należy poszukiwać innych sygnatur obecności cywilizacji. Ale o tym wszystkim przeczytacie państwo w artykule, który nieskromnie państwu polecam.
[27:13] - Ja również. W numerze znacznie więcej treści, między innymi felietony Krzysztofa Jackowskiego, Igora Witkowskiego. Mamy drugą część artykułu doktora Kościelnego o pandemii, także materiał Leszka Mateli o starowiercach i jeszcze wiele innych tematów. Pamiętajcie, że możecie nas znaleźć na stanowiskach z prasą. Są jeszcze gdzieniegdzie salony prasowe. Tam też jest na pewno „Nieznany Świat”. Pytajcie po prostu, czy jest. Pamiętajcie o wydaniu elektronicznym. Nie wszyscy nadążają z czytaniem prasy, a numer elektroniczny zawsze można mieć przy sobie na komórce. Pamiętajcie o naszej stronie www.nieznany.pl, tam można nabyć numery archiwalne.
Do usłyszenia w kolejnym odcinku.
[28:06] - To teraz czas na korepetycje, korepetycje filozoficzne. Jestem ciekawy, czy słyszeli państwo o takim filozofie, który nazywany był człowiekiem, który myślał inaczej. Nazywał się Siger z Brabancji. Mało znany filozof, ale bardzo ciekawy. Wyobraźmy sobie średniowieczny Paryż, konkretnie XIII wiek. Miasto, które nie przypomina jeszcze stolicy nowoczesnego świata, ale już zaczyna pulsować czymś niezwykłym. Wąskie uliczki, gwar targów, zapach pergaminu i świec, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim sale wykładowe Uniwersytetu Paryskiego, w których rodzi się nowy sposób myślenia. To tutaj filozofia zaczyna być czymś więcej niż komentarzem do wiary. Zaczyna być ryzykiem. I właśnie tutaj pojawia się Siger z Brabancji.
Postać, o której nie da się mówić spokojnie, bo jego historia to nie jest historia systemu filozoficznego. To historia napięcia, które zaczyna pękać. Siger nie był samotnym wizjonerem, nie działał też w próżni. Należał do kręgu myślicieli, którzy czytali Arystotelesa przez pryzmat komentarzy Awerroesa. To ważne, bo właśnie tam, w tej interpretacji kryło się coś naprawdę wybuchowego. Awerroes twierdził, że rozum jest jeden. Jeden i wspólny dla wszystkich ludzi. Nie brzmi to groźnie? Może nie, a jednak to budziło kontrowersje. Bo jeśli intelekt jest jeden, to znaczy, że to, co w nas myśli, nie jest do końca nasze, że indywidualna dusza, ta, która ma być nieśmiertelna i odpowiedzialna za swoje czyny, ta dusza jakby zaczynała się rozmywać.
I w tym miejscu filozofia zaczyna wchodzić w konflikt z teologią, a to nigdy w tamtych czasach nie było bezpieczne. Siger nie był prowokatorem dla samej prowokacji. On po prostu traktował filozofię bardzo poważnie. Jeśli rozum prowadzi do jakiegoś wniosku, to trzeba ten wniosek przyjąć. To po prostu logiczne. Nawet wtedy należy go przyjąć, jeśli ten wniosek nie pasuje do tego, co mówi wiara. I tu rodzi się coś, co później nazwano, może trochę niesprawiedliwie, teorią podwójnej prawdy. Z jednej strony mamy prawdę filozofii, wynik rozumowania, który jest logiczny, konieczny, chciałoby się powiedzieć bezlitosny. Z drugiej mamy prawdę wiary objawioną, przyjętą, zakorzenioną w autorytecie. Czy te dwa porządki mogą być sprzeczne?
Oficjalnie nie, ale w praktyce Siger zdawał się mówić: rozum mówi jedno, wiara drugie i obie te rzeczy istnieją równolegle. To była myśl niebezpieczna, przynajmniej w tamtych czasach. Nie dlatego, że była błędna, ale dlatego, że podważała jedność świata. Bo średniowiecze chciało wierzyć, że rzeczywistość jest spójna, że prawda jest jedna, że Bóg i rozum nie mogą się rozmijać. A tu nagle pojawia się ktoś, kto nawet jeśli nie mówi tego wprost, to pokazuje, że owa spójność może być tylko życzeniem. Nic dziwnego, że zaczęły się problemy. W 1270 roku biskup Paryża Étienne Tempier potępia szereg tez związanych z averroizmem. Kilkanaście lat później, w 1277 roku, lista potępionych twierdzeń staje się jeszcze dłuższa. Atmosfera intelektualna gęstnieje. Filozofia przestaje być grą bezpieczną.
Siger znajduje się w centrum tego napięcia. Nie mamy jego manifestu buntu. Nie krzyczy, nie pisze pamfletów, a jednak jego myśl działa jak rysa na szkle. Niby jest niepozorna, niewielka, ale wystarczy, by cała konstrukcja zaczęła pękać, no i poważnie się chwiać. Bo jeśli rozum może prowadzić do wniosków sprzecznych z wiarą, to co wtedy? Zrezygnować z rozumu? Poprawiać wiarę? A może nauczyć się żyć z tym pęknięciem? Siger nie dawał jednoznacznej odpowiedzi i może właśnie dlatego jego postać jest tak niepokojąca. Jego życie kończy się równie niejasno jak jego filozofia.
Wyjechał do Italii, prawdopodobnie do Orvieto i tam według przekazów zginął. Jedna z wersji mówi o zabójstwie, inna o niemal absurdalnej śmierci zadanej przez sekretarza. Śmierci zadanej piórem. Trudno o bardziej symboliczną scenę. Filozof, który próbował przekroczyć granice myślenia, ginie od narzędzia pisania. Czy to prawda? Nie wiemy, ale pasuje do tej historii i to aż za dobrze. Bo Siger z Brabancji to nie był ktoś, kto staje się postacią podręcznikową. To był człowiek, który stał się momentem w historii. Momentem, w którym Europa zaczyna rozumieć coś niewygodnego, mianowicie, że myślenie naprawdę może prowadzić w miejsca, których nie da się łatwo pogodzić z tym, w co chcemy wierzyć i że czasem problemem nie jest brak odpowiedzi.
Problemem jest to, że odpowiedzi jest zbyt dużo i nie chcą się ze sobą zgodzić. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że Siger przegrał. Został potępiony, jego środowisko zostało rozbite, jego idee uznane za niebezpieczne. Ale można też powiedzieć coś odwrotnego, że to on jako pierwszy naprawdę potraktował serio rozum. To nie było dla niego narzędzie, które potwierdzało to, co już wiemy. To była siła, która może nas zaprowadzić gdziekolwiek, nawet jeśli nie spodoba się to ani teologom, ani nawet nam samym. I być może właśnie dlatego historia Sigera nie brzmi jak zamknięty rozdział. Bo pytanie, które postawił, wciąż powraca, tylko w innych formach. Czy prawda musi być jedna? A jeśli nie, to czy jesteśmy gotowi to przyjąć?
Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne o panu, który namieszał w XIII wieku. Namieszał w myśli i zasugerował, że czasami prawdy mogą być dwie. Ciężko się z tym zgodzić, bo biorąc na logikę prawda bywa jedna, ale jeśli się prześledzi myśl Sigera, to człowiek wie, o co mu chodzi. On nie sugerował tego, że prawdy są dwie, tylko że naprawdę można spoglądać przez pryzmat teologii, filozofii i pewno jeszcze przez kilka innych pryzmatów. I to daje nam ten obraz, dziwny obraz dwóch prawd czy może dwóch stron, z których naprawdę się spogląda. Skończmy już te rozważania filozoficzne. Wszystko dobre coś się jednak kończy w pewnym momencie. Teraz, aby nieco odetchnąć, zapraszam państwa na opowiadanie, którego autorem jest Marek Kolender. Nosi ono tytuł „Wszechotel”. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
Życzę państwu dobrej zabawy.
[37:00] - Marek Kolender, „Wszechotel”. Myślałem, że sobie odpocznę. W końcu nie pojechałem do żadnego dużego kurortu. Nie byłem nad morzem, gdzie trzeba walczyć o każdy skrawek plaży przeciwko imperialistyczno-korporacyjnym plażowiczom z ich złowrogimi parawanami. Nie wybrałem także gór, bo i po co? Żeby mnie na Krupówkach zadeptali? Nie. Ja chciałem po prostu wypocząć. Dlatego zdecydowałem się na zwykły hotel. Tyle że z basenem i sauną.
W takich miejscach można najlepiej odciąć się od zgiełku cywilizacji. Mały ruch, mało gości i mało problemów. Głupi byłem. Nie pomyliłem się bowiem tylko co do ruchu i gości. Na początku wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Wszedłem do holu i powiedziałem: „Dzień dobry”. Hotelowy boy od razu doskoczył do mnie, witając i oferując wszelkie usługi. Wziął bagaże i zaprowadził mnie do mojego pokoju. Znajdował się na drugim piętrze, idealnym. Tam zawsze jest najmniejszy ruch, a i tak wszędzie jest blisko.
Mały sklepik niedaleko oferował produkty w rozsądnych cenach. Nie ukrywam, że zależało mi też na alkoholach, więc zaopatrzyłem się i zapchałem miniaturową lodówkę, która znajdowała się w moim pokoju. Okazało się to niepotrzebne, gdyż hotel oferował również wyżywienie i to wcale nie za jakąś horrendalną dopłatą. To i dopłaciłem. Wieczorem w sali jadalnej spotkałem innych gości. W hotelu nie było ich zbyt wielu, co mnie oczywiście nie zaskoczyło. Zostało to przecież wkalkulowane w plan i zajmowało ważną pozycję na liście największych zalet zatrzymania się w tym miejscu. A jednak, gdy jakiś facet zaprosił mnie do stolika, zgodziłem się bez wahania. Tym bardziej że postawił kolejkę. „A grasz może w cygana?
Nie jest to trudne”. Pokazał mi, jak w to grać. Może nawet celowo zrobił to tak, żeby móc mnie ogrywać. Ale raczej nie, bo i po co, skoro nie graliśmy na pieniądze. „I jak się podoba?” — zagadnął mój towarzysz. — „Nie ma może luksusów, ale też chyba nie jest najgorzej, prawda? Dla mnie wystarczy, że jest spokój. Tutaj akurat spokój można znaleźć. I ukojenie. Trochę jak w grobie, co?” Nie odpowiedziałem.
Uniosłem tylko kieliszek, on zaś poszedł za moim przykładem. Skrzywiłem się i stwierdziłem: „Chociaż wódkę mogliby zmienić. Powiem szefowi. Może następnym razem będzie lepsza”. Mój rozmówca parsknął: „A co, chciałbyś tu wrócić?”. „Czemu nie?” — odpowiedziałem. — „Ostatecznie jest tu to, czego szukam w hotelach. Cisza i spokój”. Parsknął raz jeszcze i napełnił kieliszki. „W tej branży chyba nie ma wielkiej konkurencji, ale zobaczę, co da się zrobić, jeśli chodzi o wódkę”.
Wypił swoją kolejkę i odszedł od stolika, zostawiając mnie samego z talią kart, pustą butelką i napełnionym kieliszkiem. „Trochę to dziwne” — pomyślałem. — „Jeśli w przydrożnych hotelach nie ma konkurencji, to w jakiej branży miałaby niby być?” Czekałem jeszcze chwilę, czy mój rozmówca przypadkiem nie wróci. Przez długi czas nic się nie działo. Ziewnąłem, ułożyłem jego karty i zostawiłem na stoliku. Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Wtedy dostrzegłem, że na podłogę spadła jedna karta. Podniosłem ją i pomyślałem, że nie pasuje do reszty. No bo co to za figura? Jakiś kościotrup?
Rewers się jednak zgadzał, więc włożyłem ją do talii i wyszedłem. Grało się przyjemnie, chociaż wypiłem trochę za dużo. Doszedłem do wniosku, że miałbym trudności z wejściem na drugie piętro, gdyby nie było poręczy. Gdy już się wdrapałem, od razu padłem na łóżko. Nie dotknąłem jeszcze pościeli, a już spałem. O to mogę się założyć. Obudziłem się. Gdy podniosłem się z łóżka, powiedziałem tylko jedno: „Zabijcie mnie, proszę”. Tak, kac był niemały. Nawet się tego nie spodziewałem.
I wiecie co? Nagle przestało mnie boleć. Nie czułem nawet tego kotłowania się w brzuchu. Jeśli faktycznie mnie zabili, to te zaświaty okazały się całkiem przyjemne. Utwierdziłem się w tym, gdy usiadłem w jacuzzi z książką w ręku. No, może była jedna malutka wada. Musiałem chwilę czekać, aż się nagrzeje. Mimo to te zaświaty i tak umiejscowiłbym w którymś z górnych kręgów nieba. I wtedy ziemia zatrzęsła się, a książka wpadła do wody. Wiązanka, która wyrwała mi się z ust, zdecydowanie nie pasowała nawet do najniższych ze wspomnianych kręgów.
Nie wiem, czy po drugiej stronie nie zaoferowano by mi za nią etatu. Wyskoczyłem i owinąłem się ręcznikiem. Ziemia nadal lekko dygotała. Pobiegłem do recepcji. Co się stało? „Piętro minus jeden. Dzieci nieochrzczone oraz sprawiedliwych niewiernych prosimy o opuszczenie hotelu i udanie się do baraków tymczasowych. Życzymy przyjemnego pobytu”. Ciarki przebiegły mi przez plecy. Ale co tu się, do cholery, dzieje?
Nie lubię takich żartów. Zadzwonię do waszego szefa. „Lepiej nie” – stwierdziła recepcjonistka. – „W tych godzinach nie powinno mu się przeszkadzać”. Tak? A co jest niby pilniejszego od klientów? „Ależ on właśnie zajmuje się klientami. Od 14 do 17 przeżuwa Marka Brutusa, a od 17.30 do 19.30 Gajusza Kasjusza”. Nawet nie pomyślałem o tym, jakie to idiotyczne, a tylko spytałem: Ale w takim razie ma chyba czas między 17 a 17.30. „Nie, nie.
Wtedy jest czas na nitkowanie i płukanie zębów. To całkiem spore zęby, więc zajmuje to niemało czasu”. Ale co się dzieje? Usłyszałem głos mojego wczorajszego towarzysza gry. Oni sobie ze mnie żarty stroją – zaskumlałem. – Że niby w piekle? Tak się nie da. Umrzeć najpierw trzeba, a ja żyję. Spójrz na mnie. Ja żyję przecież.
„Ależ spokojnie. Nie jesteś w piekle”. Odetchnąłem jakby z ulgą. „Umrzeć umarłeś, ale nie jesteś w piekle. To dopiero limbus. Już spokojnie. Nie blednij już bardziej niż przystoi trupowi. Nagrzeszyło ci się za życia. Każdemu się może zdarzyć. Ale to nie znaczy jeszcze, że masz mi tu robić coś, co tylko żywi mogą” – zaśmiał się.
– „Chociaż wiesz co? Faktycznie trochę tu duszno”. Zdjął kapelutek, który miał na głowie i powachlował się nim. Zobaczyłem małe rogi i nogi ugięły się pode mną. Ty jesteś... „Mam wiele imion, cały legion można by powiedzieć, ale ty możesz mi mówić Mefisto”. Położył mi rękę na ramieniu, a ja bez czucia osunąłem się na ziemię. „Jak to się w ogóle stało?” – usłyszałem jakiś znajomy głos, który dotarł do mnie, jak gdyby zza mgły, jaka opadła na mój umysł. „Taki blady był, aż martwo wyglądał, panie Sza.” „No, mówiłem już wam tyle razy, że macie mnie nazywać Mefistofelesem. Zresztą cisza teraz.
Wygląda, jakby się budził”. Jeśli tak w istocie było, to ja żadnej różnicy nie poczułem. W tamtym momencie mogłem nawet uwierzyć, że istotnie nie żyję. „Dobra, dosyć leżakowania” – stwierdził Mefisto. – „Obudź się”. Natychmiast się zerwałem. Oczy paliły mnie niemiłosiernie, a większym bólem okazał się jedynie ten, który odczuwałem w płucach. Czułem się, jakbym oddychał żywym ogniem. Po dłuższej chwili ból ustąpił, a ja trochę się uspokoiłem. Gdzie ja jestem?
„Spójrz za okno” – usłyszałem odpowiedź. Spojrzałem. Nieciekawa okolica, nawet jeśli weźmie się pod uwagę moje wcześniejsze założenie, że ujrzę leśne obszary gdzieś na Podlasiu. Tereny były raczej pustynne. Tyle że pośrodku pustego obszaru stała jedna wielka brama, nad którą widniał szyld z napisem. „Widzisz, i tutaj pojawia się problem” – stwierdził Mefisto. – „Martwi nie mdleją, więc jak się okazuje, jednak żyjesz”. No cóż, dla mnie zdecydowanie nie był to problem. Lubiłem żyć i ani przez chwilę nie wątpiłem, że jeszcze nie nadszedł mój czas. „Nie możesz jednak wejść tutaj, jeśli nie zastosujesz się do znaku.
Cofnąć się już też nie możesz. Za duże koszty, sam rozumiesz”. Dlaczego? „Co dlaczego?” – odpowiedział pytaniem na pytanie. Dlaczego nie mogę wrócić? „Wrócisz, o ile po drodze nie zginiesz. No ale mniejsza.” Co znowu? Jakie mniejsza? Ja chcę przeżyć. „Nieważne.
Ważne jest to, że póki nie obsłużymy wszystkich gości i nie oddamy ich na dalsze miejsca, tak długo nie będziemy mogli cię odstawić. A nie możemy tam wejść, o ile nie zastosujesz się do znaku”. Przeczytałem to, co było tam napisane. „Porzućcie wszelką nadzieję”. Dobra, wyjaśnijcie mi, do cholery, o co w tym wszystkim chodzi. Mefistofeles zrobił jakąś dziwnie zafrasowaną minę. „Słyszałeś może kiedyś o Latającym Holendrze? Kto nie słyszał. No to jesteś na jego odpowiedniku hotelarskim. Odprowadzamy do zaświatów dusze osób zmarłych w hotelach”.
Złapałem się za głowę. Potarłem czoło. Dobra, załóżmy, że nie jest to w 100% bezsensowne. Załóżmy, że to prawda. Ale Holendrem dowodził ktoś, kto kiedyś był człowiekiem. A ty jesteś diabłem. Dlaczego ty rządzisz tutaj? Nie, nie rządzę. Nawet dusze nieczyste potrzebują czasem kilku dni wolnego. Praca w korporacji jest męcząca.
Westchnąłem zrezygnowany. Wiedziałem, że i tak tego nie zrozumiem, więc powiedziałem tylko: „Dobra, idę do jacuzzi.” Tak po prostu? Ludzie też czasem potrzebują wolnego i choćbym nawet miał odpocząć w zaświatach, zrobię to. Do potem. Ruszyłem w stronę drzwi, poprawiając przy tym ręcznik, w który wciąż byłem obleczony. Za plecami usłyszałem chrząknięcie. Coś jeszcze? Znak. Pamiętasz? Ach tak, wszelka nadzieja i te sprawy.
Nie martw się, dawno już porzuciłem jakąkolwiek nadzieję, że moje życie będzie kiedyś normalne. Siedziałem w jacuzzi i piłem drinka. Krwawa Mary. Wygląda na to, że znali się na robocie. Był spokój. Tyle mi wystarczyło. Mogłem być nawet w samym pysku tego ich szefa, gdyby tylko miał w nim wodę i robił przyjemne bąbelki. Wtedy jednak przyszedł Mefisto i musiał wszystko schrzanić. Hej, jesteś pewien, że nie chcesz nic oglądać? To całkiem ciekawe rzeczy i...
Nie. Zrobimy wszystko, żebyś miał o nas dobre zdanie i chciał do nas wrócić. Możemy zaproponować cyrograf w promocyjnej cenie. Wiesz co? Chętnie sprzedałbym duszę za chwilę spokoju, ale do tego wystarczy tylko, żebyś się zamknął. Powiedziałem. Po czym, gdy zdałem sobie sprawę, że jednak rozmawiam z diabłem i nie trzeba wiele, bym w przyszłości miał z nim do czynienia przez całą wieczność, dodałem: Proszę. Dobra, ale wiesz, tutaj akurat w tym kręgu mamy kilku dobrych muzyków. A jakich barmanów! Gdybyś spróbował ich drinków, już nigdy nie tknąłbyś tych lur — stwierdził, łypiąc przy tym na mojego drinka.
Dobra, zagrajmy o to. Rzut monetą. Reszka — idę, orzeł — zostaję. Nie, nie ma mowy. Kiedyś już ktoś u nas dał się na to nabrać. Ty pewnie nie masz monety. Wyjąłem monetę ze spodni, które leżały obok i stwierdziłem: Nie wiedziałem, że nawet w piekle pokutują tak podłe opinie o Polakach. Jeśli jakiś Twardowski raz was wykiwał, to jeszcze nie znaczy, że u nas sami oszuści. Wy przecież też... Dobra, rzucam.
Reszka. Wstawaj i się ubieraj — zakomentował. Idziemy. No nic. Wytarłem się i ubrałem. Chwyciłem swoją monetę. Tak, z drugiej strony też była reszka. Nie wiedziałem, że u diabłów da się doszukać polskich korzeni. W sumie całkiem przyjemnie — stwierdziłem. To znaczy, jeśli nie zwracać uwagi na ten smród zgniłych jaj.
Wiesz, tu się pracuje. Nie, nie ruszaj tego. Wyprostowałem się, ale grzybek, po którego się schylałem, był już w mojej dłoni. Pod żadnym pozorem tego nie zeżrej. Wiem, że wy ludzie macie tam jakieś potrzeby, ale jedzenie, chyba zresztą nie najgorsze, jest też w hotelu. Pomyślałem o mdłych mielonych z wczoraj i uznałem, że mógłbym z tym polemizować. No ale mimo wszystko nie jestem idiotą. Chciałem się tylko przyjrzeć, nie od razu zjeść. Powiedziałem mu o tym. Nie każdy jest taki sprytny — odrzekł.
Kiedyś ten krąg zwiedzał u nas pewien Włoch. No i ugryzł. Halucynacji miał bez liku, a potem jeszcze książkę o tym napisał. Rozumiesz to? Dlaczego zawsze, gdy ktoś nas odwiedzi, musi powstać o tym jakiś poemat czy inny epos? Ruszył w stronę widniejącej przed nami drewnianej konstrukcji, a ja pobiegłem za nim. Hej, ale ty chyba tej wizyty też zaraz nie rozpiszesz, co? Ja? Nie. A zresztą dokąd idziemy?
Do baru. Mówiłem ci przecież. No dobra. Usiedliśmy. Może trochę nie pasował do całej scenerii wokół — spalonej ziemi, kraterów i wspomnianych już grzybków. Nie pasował zaś dlatego, że był to jedyny w miarę bogaty fragment tego miejsca. Wysoki blat, a obok niego wcale nie niższe krzesła wykończone czarną skórą. Z tyłu przed wielkim lustrem stał ogromny regał. Przypominał nieco wyposażenie biblioteki, tyle że tutaj można chyba było znaleźć każdy rodzaj alkoholu. Może oprócz wina, bo jego akurat nie widziałem.
Ta alkoholowa meblościanka miała tak wielkie rozmiary, że aby dostać się do najwyższych półek, trzeba by użyć drabiny. I faktycznie zobaczyłem taką, jak również przygarbioną postać na jej szczycie. Hej, Boruta, nalej nam czegoś dobrego — zawołał Mefisto. W piekle jesteśmy! — odkrzyknęła postać z góry. Czego ty tutaj chcesz dobrego? Drinki mamy zwykle całkiem smaczne. Ach, smaczne. To akurat co innego. Smaczne może i będzie.
Splunął gdzieś na bok, a ja spytałem Mefista: Co mu jest? Trochę za długo przebywał u was w Polsce. No sam spójrz na niego, jaki to ponurak. A to ubranie! Wyszło z mody w XVIII wieku. Maruda okropny. Zaszył się w którymś z nadwiślańskich dworków i nic, tylko chlał wódę. W końcu Lecek się wkurzył i kazał mu wracać. No i nasz przyjemniaczek w żopanie nie zgodził się. Była niezła heca.
Wybuchła wojna domowa i to nie tylko tam u was. Jak to u nas? A no tak, zapomniałem, że nie wiecie, jak to naprawdę wyglądało. Był rok 1830. Polacy szykowali się do walki. Powstańcy chcieli rozpocząć działania później. On wystrzelił i zaczął wojnę. I co? Co, co? Myślisz, że stałby tu przy barze, a wy bylibyście tam, gdzie teraz jesteście, gdyby wygrał?
Szef i tak się zlitował, że Boruta nie skończył gorzej. Dlaczego jest taki zły? Nawet się tym nie przejął, ale gdy dowiedział się, co po powstaniu zrobił car... Oj, dużo się działo. To chyba już nie powinien być taki wkurzony, nie? Teraz, gdy- Zamknij się — syknął na mnie przez zęby. Naprawdę nie domyślasz się, co mogłoby się stać, gdyby się o tym dowiedział? Popatrzyłem na niego smutno. Nie ma hamulców etycznych, prawda? Spojrzał na mnie, jakbym właśnie zapytał, dlaczego lizanie gniazdka elektrycznego jest złym pomysłem.
To przecież diabeł. Oczywiście, że nie ma hamulców moralnych. Trochę to trwało, nim Boruta skończył przygotowywać nam napitek. W tym czasie rozglądałem się po bokach i zastanawiałem, co za chory umysł postanowił umieścić tak luksusowy bar pośrodku niczego. A jeśli nawet nie niczego, to z pewnością apokaliptycznej scenerii. Moje rozmyślania przerwał nasz swojski bies. Ty żeś Polak, prawda? Masz więc to ode mnie według starego przepisu. Najlepszy, jaki piłeś. Powąchałem zawartość kielicha, wziąłem łyk i wykrzywiłem się.
Co to, do cholery, jest? Miód pitny, taki jak dawniej robiono. Przerwał na chwilę. Czekaj, nie mów, że nigdy takiego nie piłeś. Nie męcz go, Boruta. To przecież jakieś stare szczyny. Daj mu coś porządnego. Ma w końcu wakacje. Może mu jeszcze Mickiewicza zaczniesz cytować. 44 i te sprawy.
W sumie bez ciebie prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich wspaniałych dzieł. Nie mieliby swoich wieszczów. Dziady, Kordian. Jesteś poniekąd ich współautorem — stwierdził i uśmiechnął się niewinnie, podczas gdy w oczach barmana zapłonął żywy ogień. Nie no, w sumie całkiem niezłe to jest — stwierdziłem, żeby rozładować napięcie. Mogę prosić o dolewkę? Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Jasne. Odpłynął w stronę butelek z alkoholami, a ja powiedziałem do Mefista: Zbierajmy się powoli, bo to może skończyć się tylko źle. I dobrze — stwierdził Mefistofeles, ale gdy tylko dopiłem następny puchar, zaczęliśmy się zbierać.
Ty, Polak, chodź tutaj, mam coś jeszcze dla ciebie. Podszedłem, a on podał mi jakąś butelkę. Nie martw się, kiedyś się stąd wyrwę, a wtedy będziecie mieć swoje 44. Nie posłuchałem go. Dopiero teraz zacząłem się naprawdę martwić. Jesteśmy — oświadczył Mefistofeles. Gdzie? W ósmym kręgu piekieł. Sporo ciekawych osobowości można tutaj spotkać. Tak?
Chyba kilka ominęliśmy. Tam nie jest aż tak interesująco. Zresztą na przykład w drugim strasznie wieje, a nie chcę, żebyś się przeziębił. A więc witamy w piekle. Krąg ósmy, otchłań ósma. Możesz się rozejrzeć. Ruszyłem przed siebie. Oglądałem płonących ludzi i wyrywane z ciała członki. Widziałem też takich, którzy robili sobie krótkie przerwy, aby zasklepić rany, by tym bardziej bolało ich otwieranie. A wiecie co było najstraszniejsze?
Fakt, że patrzyłem na to wszystko beznamiętnie, bez emocji. Zupełnie jakby- Hej, psst, ty. Hę? — wydukałem i odwróciłem się niepewnie. Moim oczom ukazał się człowiek słusznej postury. Przypalona broda, rany i oparzenia na całym ciele. Nie byłem w stanie zmyć z tej szlachetnej twarzy dumy. Nie miało na to wpływu także to, iż wystawiał głowę z dna płonącego drzewa niczym wyglądająca z podziemi surykatka. Nie tak głośno — odszepnął facet. Chodź tutaj na chwilę.
Posłuchałem go. Czy chciałbyś być nieśmiertelny? Jestem — odpowiedziałem. Nie, nie pytam o duszę. Czy chcesz żyć wiecznie? Bo kiedyś umrzesz, wiesz? Tutaj czy tam, gdzie mi nie było nawet dane spojrzeć. Nie jest to życie. Nie jest to uderzenie słonych kropel morskich o twarz. Zrobiło mi się go żal.
Tak jak w zoo może być żal wielkiego, majestatycznego lwa. Więc chcesz żyć? Hej, mogę się z nim napić? Ciekawie mówi. Mefistofeles spojrzał podejrzliwie. Z nim? Ty wiesz w ogóle, kim on jest? To przecież... Poczułem pociągnięcie za kołnierz i nagle znalazłem się w hotelu. Mój porywacz zabarykadował drzwi i zaczął coś szeptać.
„Co ty, do cholery, robisz?” — spytałem. „Już raz udało mi się stąd wyjść. Zrobię to po raz drugi, chociaż teraz jestem o wiele głębiej.” „Kim jesteś?” „Odyseusz, król Itaki, czasem zwany boskim, chociaż jak się okazało mylnie. Siedzę w tej dziurze za zniszczenie Troi. Wieczne cierpienie za sprawiedliwą zemstę. Ale wiesz co? Warto było.” Mówiąc to, chodził w kółko jak głupi. „Co teraz robisz?” „Myślę. Zwyczajnie się zastanawiam. Kirke, Kalipso...
Przecież musiałem się czegoś dowiedzieć u tych wiedźm.” „Otwierać! Otwierać, kurwa! Obedrę was ze skóry! A dla ciebie już szykujemy miejsce w paszczy szefa. Tak, do ciebie mówię.” Odrzuciłem się od okna i przełknąłem ślinę. Podszedłem do barku. Jak już mam płonąć po wsze czasy, to chociaż ze znieczuleniem. Wyjąłem jedną butelkę i... „Odysie?” „Nie teraz.” „Odysie, mam tu chyba coś ciekawego.” Podszedł z wyraźną niechęcią. „Co to jest?” „Myślę, że to panel sterowania.” „Czyli taki ster?” „Tak, ale...” Jednym ruchem zrzucił wszystkie butelki, odsłaniając panel w pełni.
Więc jednak wieczne męki czekają mnie na trzeźwo. To chyba będzie tak... To, jak zatrzęsło nami od środka i z zewnątrz, wydało mi się wykraczać poza jakąkolwiek myśl i odczucie. Musicie mi więc uwierzyć, że był to prawdziwy przedsmak piekła. Jeśli kiedyś wpadliście w poślizg i uderzyliście w drzewo, zrozumiecie uczucie wielkiej ulgi, jaka następuje po takiej degrengoladzie. Z jednej strony najgorsze się skończyło, z drugiej niekoniecznie zmienia to nasze położenie na lepsze. Spojrzałem przez szybę drzwi wejściowych i ogarnął mnie strach. Całe stado wielkich gadzin przyglądało się naszemu wehikułowi. Technicznie rzecz biorąc, posiadały skrzydła nietoperza, co w niczym nie poprawiało naszej sytuacji. Czy też raczej mojej, ponieważ Odyseusz i tak był już martwy od kilku tysiącleci.
Smoki. Nie wierzyłem, że kiedyś je ujrzę. Głównym tego powodem było to, że one nie powinny istnieć. A jednak ryk, jaki wydawały, i ogień, którym zionęły prosto w niebo, sprawiały wrażenie absolutnie prawdziwych. „Co teraz? Gdzie my jesteśmy?” „Teraz jesteśmy w dupie” — odpowiedział rzeczowo. „Może gdyby je nakarmić albo coś?” Odyseusz posłał mi tylko uśmiech, jakim odpowiada się dziecku, które pragnie przedłużenia wakacji o kilka dodatkowych dni września. Pomimo to ruszyłem do kuchni. Niestety, poszukując przegryzki dla smoków, nie znalazłem nawet jednej lodówki. Były tam za to drzwi.
Wielki szyld „Nieupoważniony wstęp wzbroniony” nie przeszkodził mi w przejściu przez nie, a następnie zejściu po schodach, które wiły się spiralnie w dół. Usłyszałem coś, ale nie wierzyłem własnym uszom. Gdy znów znalazłem się na górze, zastałem Odysa grzebiącego przy aparaturze. „Wygląda na to, że uda nam się jeszcze co najmniej raz przeskoczyć. Nie mam pojęcia, gdzie wylądujemy. Może to być świat żywych albo sam środek pyska Hadesa. Musimy to dobrze przemyśleć.” „Nie uwierzysz, co znalazłem w piwnicy! Mają tam całą fermę kurczaków. Kura na kurze i... puk, puk.” Za drzwiami stał szczerzący zęby Mefistofeles, natomiast na jego ramieniu siedział mały smok, który łasił się doń jak kociak.
Wiedziałem już, iż czart jest pewny, że nas dorwie. „Powiedz mi” — zaczął Odys — „czy wśród tych kur była jakaś czarna?” „Niejedna. Ale dlaczego pytasz?” Nie odezwał się, tylko nacisnął coś bez słowa, a wtedy wszystko wokół tak się zatrzęsło, że omal nie wylądowałem na ziemi. „Leć po nie!” — ryknął Itakijczyk, gdy tylko wylądowaliśmy. „Szybko! Weź, ile uniesiesz i zostaw otwarte drzwi.” Nie spojrzałem nawet, gdzie jesteśmy. Byłem tak zdezorientowany, że od razu zrobiłem to, co mi kazał. Zresztą ten facet miał w sobie coś takiego, że aż chciało się go słuchać. Nie byłem może farmerem, lecz w miarę zgrabnie udało mi się złapać kilka czarnych kurczaków. Dziobały niemiłosiernie, ale nie zwracałem na to uwagi, zakładając, że jeśli uda nam się jakoś stąd wydostać, to tylko przy pomocy genialnego umysłu Odysa.
Tak. Niestety szybko zmieniłem co do niego zdanie, bo jak nazwać geniuszem kogoś, kto rozbił butelkę i powstałym w ten sposób tak zwanym tulipanem zaczął kaleczyć ptaki? „Co ty wyprawiasz?” Nie odpowiedział nic, tylko otworzył drzwi. Wziął w ręce kury i wyrzucił je na zewnątrz. „Odbiło ci? Czy ty...?” „Krew czarnej kury. Mówi ci to coś? Nie? Dusze przez nie szaleją. Są ci posłuszne przez pewien czas.
Mam z tym już pewne doświadczenie, więc...” „Ale po co?” „A co byś powiedział na mały burdel w środku piekła?” Już wiedziałem, o czym mówi. Wiedziałem, bo ujrzałem to na własne oczy. Wszelkie dusze potępione rozbiegły się, jakby rażono je piorunem. Jedne goniły nieszczęsne kurczaki, inne zaś przed nimi uciekały. Piekielni strażnicy wyglądali na mocno skonfundowanych. „Trzymaj.” Odyseusz podał mi rękojeść noża. Mieczy raczej próżno byłoby szukać w tych odmętach. Ze względu na ich kształt, ma się rozumieć. Chwyciłem i schowałem ostrze za pas. „Co chcesz teraz zrobić?” „Biec.” Zamierzałem się zaśmiać, lecz wtedy on nieoczekiwanie pognał do przodu.
Pobiegłem za nim, ile sił w nogach. Diabły nie próbowały nam nawet przeszkodzić. Pędziliśmy więc przez ten burdel co tchu, nie zatrzymując się ani na moment. „Spójrz!” — ryknął nagle Odys. Też to zobaczyłem. Bramy piekieł, a nad nimi napis: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie.” Czy może raczej: „Ślino chwoto rzutkie, wy jaźniano chlew szcześduszo.” Bo najwyraźniej nikomu nie chciało się zrobić drugiej tablicy dla wychodzących, więc przeświecały tylko litery odwróconego hasła. Najprawdopodobniej nikt po prostu nie zakładał, że ktokolwiek stąd kiedykolwiek wyjdzie. I chociaż nie porzuciliśmy wszelkiej nadziei, to jednak szybko musieliśmy ją zweryfikować. Miało to bezpośredni związek z trójgłowym dobermanem pilnującym bramy. „Mam was, sukinsyny.” — dobiegł mnie zza pleców znajomy głos.
Aż dostałem drgawek. „Nawet nie wyobrażacie sobie bólu, który wam zadam, gdy was złapię.” Mimo wszystko nie zwolniłem kroku, a nawet zauważyłem coś, co dało mi nową nadzieję. Było to niedoszłe danie główne gości mojego hotelu. Czarna kura. Rzuciłem się na nią i poderżnąłem jej gardło. „Hej, szatanie, łap!” „Tyle razy mówiłem, że jestem Mefis...” — „...tofeles” — chciał zapewne dokończyć. Trudno powiedzieć, bo tę wypowiedź przerwała maskotka całego piekła, a dokładniej lewy pysk potwora, który chcąc pochwycić kurczaka, uwięził Mefista. Przebiegłem przez wrota. „Odysie, jesteśmy wolni. Co teraz?” Odyseusz zrobił jeszcze jeden krok i odbił się od ściany.
Mefistofeles już zaczął powoli wyłazić z pyska bestii. „Teraz” — wydyszał ekskról Itaki — „odejdziesz stąd jak najszybciej i będziesz nadal żył. A ja? Zobaczymy. I tak już jestem przeklęty. Może napiję się jeszcze trochę krwi koguciej czy psiej, jeden czort.” Odwrócił się i wydobył nóż, mierząc nim w kierunku szarżującego demona. Ale mnie już tam nie było i nie mam zamiaru tam wrócić. Od tego czasu wakacje spędzam zwykle w dużo większych hotelach. Gołębiewski jest może drogi i oblegany przez gości, ale jego właściciel to zwyczajny człowiek, nie żaden diabeł. No dobrze, w najgorszym wypadku członek zakonu Illuminati.
Proszę państwa, czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj nówka. Film, który w oryginalnym tytule ma taki tytuł, że strach go wymawiać tutaj na YouTubie, ponieważ „War Machine”, tak, to prawda, po polsku ma tytuł bezpieczniejszy. Ja już dostałem małej obsesji właśnie z powodu tego, co YouTube wymyśla i czego zakazuje. Dobrze wiedzieć, że cenzury nie ma. Najwyżej ten film potraktują z buta. Ale tak, „War Machine” po polsku, jak zwykle świetnie przetłumaczone i bardzo wiernie, czyli „Maszyna do zabijania”. Takich mamy ludzi od tytułów. Ja nie wiem, czy trzeba było koniecznie ten tytuł nieco zmieniać. A co siedzi w środku, czyli w tym filmie?
Proszę państwa, zapraszam. Zapraszam wspólnie z Piotrem Cielebiasiem opowiemy państwu to i owo. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek „Filmotekarium” niniejszym rozpoczynamy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:12:11] - Dzień dobry wieczór, Marku. Co my dzisiaj za film mamy, to ja nawet nie chcę myśleć o nim. Mówimy o nim dlatego, że on jest trochę blisko związany z tematyką, która była wałkowana, do już, że tak powiem, tutaj nie dokończę może, do znudzenia. „Tree of Life”, po prostu. Jest pewien element.
[01:12:34] - A ja ci przerwę, przepraszam. Tytułem ostrzeżenia, żeby nam nie zaaresztowali filmu, to powiedzmy sobie od razu, że on w tytule ma pewne słowo na W, którego YouTube nie lubi i niszczy, i prześladuje. W związku z tym my państwa uprzedzamy, że nie będziemy używać. Tytuł sobie państwo znajdziecie na miniaturce. W każdym razie drugą częścią tytułu jest „Maszyna”, ale ta pierwsza to sobie odpuśćmy. Już się zamykam.
[01:13:06] - Tak. Moglibyśmy sobie go przemilczeć, bo to jest po prostu jeden z wielu podobnych filmów, które się ukazały. Po pierwsze, on jest dostępny dla wielu osób, które są abonentami platformy na N. To po drugie, a po trzecie są osoby, które mają odnośnie tego filmu coś pozytywnego do powiedzenia. On się ukazał, moim zdaniem, trochę Marku za późno, bo gdyby się ukazał na przykład na jesieni ubiegłego roku, to wtedy jeszcze trochę ludzi się jarało tematem 3I Atlas, niektórzy nawet rzekomą inwazją. Pamiętamy, co o tym mówiono, a mówiono bardzo dużo, że Atlas leci i się rozczłonkuje, że może nas zainfekuje, że może będziemy mieli nalot jakichś kosmicznych stworów albo robotów, albo w ogóle sąd. Tymczasem Atlas sobie poleciał. On pewnie gdzieś dynda koło Jowisza i niedługo będzie się oddalał. I on nas tak trochę już ani ziębi, ani parzy z naciskiem na to, że nas bardziej ziębi. Gdyby ten film ukazał się kilka miesięcy temu, myślę, że mógłby się wstrzelić.
Natomiast teraz on pozostaje zwyczajnie kolejnym sci-fi. I jeszcze jest druga sprawa, o której muszę powiedzieć. Kolejna opowiastka o bohaterskich amerykańskich żołnierzach to jest. Kolejna opowieść, gdzie napakowani supermeni ratują świat i ona gdyby się ukazała tych kilka miesięcy temu, to może by to nie kłuło tak w oczy jak kłuje teraz. Oczywiście-
[01:14:49] - Oj tak.
[01:14:50] - To są żołnierze niezniszczalni, przepełnieni traumami. Oni płaczą w środku. Oni są w ogóle nieszczęśliwi, bo muszą być żołnierzami. I oni potem ratują świat, jak to zwykle bywa i stawiają czoło zagrożeniu nie z tego świata. Ja mam trochę takich filmów dość. Naoglądałem się już bajek o Amerykanach i na chwilę obecną trochę już mdli taka narracja. Aczkolwiek tutaj może nie jest aż tak bardzo źle, bo de facto tematem filmu jest stwór, w zasadzie maszyna, wroga ludzkości. Historia generalnie jest bardzo prosta. Mamy głównego bohatera, weterana straumatyzowanego przez Talibów. A co on tam robił u tych Talibów, to nie pytajcie.
Widocznie był i tyle. To nie to, że on tam sam poszedł. Oni go straumatyzowali, bo są z natury źli, jak to Talibowie. I straumatyzowany, nieszczęśliwy zostaje wyznaczony do kolejnej misji. Misji, której przebieg będziemy oglądać mniej więcej Marku od 40. chyba minuty i będziemy to oglądać do przysłowiowego porzygu. Przepraszam za brzydkie słowo, przepraszam, że tak powiedziałem, ale po prostu od tej 40. minuty mniej więcej widzimy jak Transformers z kosmosu goni amerykańskich żołnierzy, ewentualnie to oni go gonią i uciekają. Ktoś powie: ten film to de facto jest taki trochę odwrócony „Predator”. Tak, bardzo jest dużo porównań do „Predatora”, ale tylko takich schematycznych.
Nie wiem, tak jak powiedziałem, to jest moja subiektywna ocena, bo są tacy, którzy bawili się przy tym filmie jakoś, że on się okazał tak de facto prosty i tak widowiskowy, bo jest widowiskowy, że oni go kupili. Ja tego nie kupiłem. To nie jest kino, które mnie jara i rajcuje, ale rzeczywiście jako taki odmóżdżacz weekendowo-wieczorny, jako takie kino, na którym się nie myśli, tylko na które się patrzy czasami jednym okiem, to może i jeszcze ujdzie, ale szczerze mówiąc wydaje mi się, że przestrzelili. I gdyby film z machine w tytule ukazał się w październiku czy w listopadzie, kiedy była największa wrzawa medialna wokół Aviego Leva i Atlasa, to by wyszli na tym znacznie lepiej.
[01:17:26] - Powiem tak, znalazłem też polski tytuł i polski tytuł jest bezpieczniejszy, bo to jest „Maszyna do zabijania”. À propos przekładów tytułów, ale akurat dobrze się stało. Powiem tak: jedyną atrakcją w tym filmie, ale też atrakcją, powiedzmy takiego średniego poziomu, jest odtwórca głównej roli, bo ja go świetnie znam z serii filmów z serialu o Jacku Reacherze. Wiecie państwo, pewne klimaty, człowiek nimi nasiąknął. Ja poprzez książki. Lubię po prostu książki Lee Childa. A ten aktor, który tu odtwarza główną rolę o imieniu Alan, on również w tym serialu właśnie o Jacku Reacherze gra. I tu niestety wpadł w taką sobie produkcję, moim zdaniem dosyć marną, bo nie powiedziałeś Piotrze, to ja to powiem, że on tak w misję wyrusza, ale nie dlatego, że chce, tylko że musi, bo wspólnie z bratem w tym Afganistanie sobie wymyślili, że dostaną się do Rangersów, czyli do takiej grupy dosyć elitarnej, która w armii amerykańskiej odgrywa sporą rolę, bo zawsze łapie przyczółki chociażby. I tak sobie to obiecali. Brat niestety nie doczekał, a główny bohater się obwinia.
Jak to w amerykańskim filmie musi mieć jakąś traumę, więc tu ma traumę, że nie pomógł na tyle, ile mógł albo na ile... Właściwie nie chcę opowiadać, więc na tyle, na ile mógł nie pomógł, tylko pomógł trochę mniej. I zgłasza się na kurs Rangersów, na którym głównie się odpada i odpada, i odpada, ale on nie odpada. I w końcu takie ostateczne sprawdzenie to jest taka misja w terenie, którą muszą odbyć większym oddziałem. On dowodzi tym oddziałem. To zostało mniej więcej nakreślone. I powiem państwu tak Film od początku nie wygląda dobrze, ale jeszcze do momentu, kiedy powiedziałeś „Transformers” to dobre określenie. Do pewnego momentu, kiedy film jest w miarę realistyczny, to on się mieści w takich amerykańskich produkcyjniakach wojskowych. Czyli jak powiedziałeś: straumatyzowany żołnierz bardzo czegoś chce, chce coś osiągnąć. Tam mu przyświecają nie tylko Bóg, Honor i Ojczyzna, ale jeszcze różne inne idee i ideały czy co tam sobie ktoś wymyśli.
Jest twardym facetem, kule się go nie imają i w ogóle fajnie jest. Mniej więcej takich filmów są dziesiątki, jeśli nie setki. Ale jeszcze do tego momentu, kiedy pojawia się „Transformers”, to wszystko się zmienia, bo do tego pojawienia się jeszcze można było mówić sobie: „A, takie filmidło. Da się obejrzeć. Bez ekscytacji, ale jednak”. Natomiast „Transformers” jak się pojawia, a to bardzo zły „Transformers” jest, zaczyna być tak sobie. Mnie się to przestało podobać, bo ten „Transformers” jakiś taki jest prawie zabawkowy, powiedziałbym. Słabe są według mnie te efekty, ale ja się nie znam, więc mogło mi się po prostu nie podobać. Według mnie emocji jest naprawdę na lekarstwo w tym filmie. Ja doskonale wiedziałem, że większość oddziału będzie miała problemy i że musi być jakieś takie ostateczne końcowe wejście głównego bohatera.
I ono oczywiście jest. Jest bohaterskie i nawiązuje zresztą do początku filmu. Powiem tak: ten film jest tak sztampowy, że przewidzenie, co będzie dalej, naprawdę nie nastręczy państwu żadnych problemów. Tam cienia jakiejś kreatywności nie ma. Nawet ten „Transformers” powiedzieć, że on czymś zaskakuje, to naprawdę duża przesada by była. Jedyne, co tam było ciekawe, to tak naprawdę z ręką na sercu muszę powiedzieć, kiedy główny bohater ogląda w telewizji taką animację, podczas której omawiana jest sytuacja, że właśnie do Ziemi zbliża się coś takiego atlasopodobnego. Chociaż to, co akurat się zbliżało, bardziej przypominało omuamua, bo też było podłużne i się w dodatku rozpadło. Państwo domyślają się, jak się rozpadło, a później pojawia się „Transformers” na Ziemi, a później się okazuje, że nie jeden. Już państwo wiecie wszystko, ponieważ film nie odbiega od schematów, więc już państwo wiecie tak naprawdę wszystko. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby zrobić taki film, bo on teoretycznie miałby szansę, tylko powiem tak: trochę serca by trzeba było włożyć i w scenariusz, a później w realizację tego.
Naprawdę, jeśli dostajemy film, który jest odmóżdżaczem typowym, niczym nie zaskakuje, a w dodatku moim zdaniem jest zrobiony technicznie tak sobie, to moim zdaniem to jest doskonały przepis na to, żeby wtopić kasę.
[01:23:13] - Tak. Mówiąc „oni”, mówię o tych, którzy kręcą filmy dla streamingu, bo oni się chyba trochę wystraszyli w tym roku „Złotymi Malinami” dla „Wojny światów”, która była po prostu koszmarnie zła. To jest troszeczkę lepsze, bo tam się coś dzieje w tym filmie, natomiast tak naprawdę on nie odbiega scenariuszowo od filmów klasy C chyba, bo na tym poziomie opowiadania jakiejś historii to jest po prostu kiepskie. To nawet nie jest jakieś. Tylko że pamiętajmy o tym, że oni tam myślą trochę inaczej. Filmy streamingowe rządzą się swoimi prawami. Są tam takie zapychacze typowe, to jest po pierwsze. I są tam takie filmy, ja kiedyś o tym czytałem, że oni kręcą z jednej strony filmy, które mogą być oglądane bez wizji, że na przykład sobie coś robisz na chacie, chodzisz i tam leci ci film i ty nie musisz go widzieć, żeby wiedzieć, co się dzieje. Ale czytałem też o tym, że są robione filmy, które trochę mają przyciągać uwagę ludzi, którzy grają w gry, i że są takie filmy. Kiedyś mówiliśmy tutaj nawet o takim, pamiętasz, to był taki film, gdzie nie było praktycznie żadnych mówionych kwestii, jakieś dziewczynie tam kosmita prześladował.
To tak, jakby się gameplay oglądało albo intro z gry. I tutaj jest trochę tak samo. Tak jakbyś oglądał po prostu grę na ekranie. Masz wrażenie, że to jest niedopracowane. Masz wrażenie, że to nawet jako na film jest słabe, ale oglądasz, bo jesteś przyzwyczajony do oglądania podobnych rzeczy na YouTubie. I ponoć tak to działa, że oni eksperymentują z różnymi rzeczami, bo dla mnie to tak naprawdę są pieniądze wyrzucone w błoto i to totalnie w błoto. Ja się dziwię, że takie dzieła w ogóle powstają. Zresztą myśmy mieli zalew kiepskiego science fiction naprawdę w ostatnich latach, ale to pod względem realizacyjnym nie jest najgorsze. Natomiast jeżeli chodzi o samą historię, to nie wiem, czy może być coś prostszego, prawda? Dla mnie to jest strata czasu, ale są tacy, którzy, jak powiedziałem, akceptują takie odmóżdżacze, mogą je nawet szanować z jakiegoś powodu.
I to, co dla mnie jest stratą czasu, dla kogoś będzie filmem do zrelaksowania się na przykład. W takich filmach sztampowych, schematycznych zakończenia czasami bywają nieoczywiste. Tutaj też można powiedzieć, że jest taki element, ale to sobie już zobaczycie. Jeżeli chodzi o to nawiązanie do Atlasa, to też mi się wydaje, że przespano po prostu najlepszy moment. Może zbyt późno się zabrali do robienia tego filmu, bo tak naprawdę, kiedy ten film wchodzi do dystrybucji, to o Atlasie już mało kto pamięta. On już jest gdzieś tam daleko, tylko jacyś epigonni na YouTubie rozprawiają na ten temat. Podsumowując, mnie ten film razi i mnie nudzi po prostu. Ale są tacy, co go skonsumują. To jest tak jak z każdym daniem. Problem w tym, że przez kilkadziesiąt minut, od mniej więcej 40.
minuty, tak pi razy oko, dzieje się w sumie to samo. To tak, jakbyście oglądali relację z jazdy rowerem na przykład. A przypomnijmy, że ten film trwa godzinę pięćdziesiąt. To jest naprawdę dużo.
[01:26:52] - Tak. Ja przeczytałem na Filmwebie recenzję Łukasza Budnika i moim zdaniem jej tytuł oddaje znakomicie to wszystko, o czym mówimy. "Reacher kontra Predator". Dokładnie to. Ale w tej recenzji, ją specjalnie przywołuję, zaniepokoiło mnie coś. Otóż recenzent pisze o tym, że ma głębokie podejrzenie, że rzecz będzie kontynuowana. Tam jest niestety — podkreślę to — w tym filmie coś takiego, taki element, który pozwala myśleć o tej ewentualności poważnie. Z przestrachem, ale poważnie. Skonstruowany świat, pracowicie przez scenarzystę, pozwoli, proszę państwa, nakręcić jeszcze wiele odcinków. Tylko zasada jest taka: skoro z całkiem niezłego filmu "Predator" kręcono kolejne części i one na ogół nie były udane, to jak z filmu, który dzisiaj omawiamy, nakręci się kolejne części i one nie będą udane, to ja po prostu mam koszmary, zaczynam mieć koszmary na jawie, co z tego wyjdzie.
Chciałbym natomiast, żeby rzecz się odwróciła, na zasadzie takiego chichotu, że coś może pójść inaczej, żeby następne części były lepsze. Ten film, tak jak to powiedział Piotr, jest pod każdym względem słaby. I to tyle. I nie ma co mnożyć słów. To, proszę państwa, czas na kolejne polecanki, tym razem polecanki z pogranicza. I tak jak to zawsze mówię w tym miejscu, takim duchowym patronem tej części Akademii Wszelkiej Fikcji jest księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Księgarnia Galeria, która mieści się w Warszawie na ulicy Kredytowej 2. Czynna ta księgarnia od poniedziałku do piątku, od 10 do 18. Tam państwa serdecznie zapraszam. Ewentualnie jeśli nie macie państwo planów wyjazdowych, podróżniczych w kierunku Warszawy albo w Warszawie nie mieszkacie, to zapraszam na stronę nieznany.pl.
Tam internetowe odwzorowanie księgarni Galerii, równie bogato zaopatrzone, bo to ten sam magazyn, proszę państwa. Zaczynamy polecanki z pogranicza. Pierwsza z książek nosi tytuł: "Zakodowane przesłania starożytnych". Jej autorem jest Igor Witkowski, wydawnictwo Wis2. Książka ukazuje głównie starożytną wiedzę zakodowaną dla przyszłych pokoleń w postaci wymiarów budowli, odległości pomiędzy nimi, stałych, matematycznych i tym podobnych. Wiele miejsca poświęcono metodom obróbki i budowy, które niejednokrotnie są niemożliwe do powtórzenia nawet dzisiaj. Pod tym względem książka jest prawdziwym ewenementem, opierając się w części na własnych badaniach autora. Niemniej ważna jest też zawarta w niej bardzo szczegółowa analiza danych zawartych w piramidach. I to nie tylko egipskich. Przypomnę: "Zakodowane przesłania starożytnych", autor Igor Witkowski, wydawnictwo Wis2.
Druga książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł: "Zaświaty za kulisami. Pismo automatyczno-intuicyjne z pełną świadomością". Autor Piotr Arkadiusz Kociszewski, wydawnictwo Kos. Fundacja Feniksa powstała po to, aby pośredniczyć w kontaktach istot z wielu różnych wymiarów i aby dzięki tym kontaktom ludzkość zrozumiała wreszcie, że stanowi jedność nie tylko w obrębie fizycznej Ziemi, ale że również jest częścią światów duchowych oraz innych galaktyk należących do naszego wszechświata. W momencie, gdy uświadomimy sobie i przyjmiemy tę prawdę, wejdziemy w obszar zastrzeżony wyłącznie dla wysoko rozwiniętych cywilizacji. Czy pozwolisz nam zrobić ten krok? To zależy również od ciebie, drogi czytelniku. Przypomnę tytuł: "Zaświaty za kulisami. Pismo automatyczno-intuicyjne z pełną świadomością". Autor Piotr Arkadiusz Kociszewski, wydawnictwo COS.
I trzecia książka na dzisiaj: „Zbuduj swój drugi mózg". Autor Tiago Forte, wydawnictwo Mando. Po raz pierwszy w historii możemy sięgać do wiedzy w każdej chwili, z każdego miejsca na świecie. Nigdy nie było lepszego czasu na naukę i doskonalenie się. Jednak zamiast wchodzić na szczyty swoich możliwości, często czujemy, że toniemy pod nieustannym napływem informacji. Do tego nasza pamięć bywa ograniczona i niedoskonała. Czy jest więc sposób na skuteczne przechowywanie informacji? Tiago Forte, ekspert w dziedzinie osobistej produktywności, pokazuje, jak w prosty sposób można stworzyć swój system zarządzania wiedzą, zwany inaczej drugim mózgiem. To nic innego jak pewnego rodzaju wysyłanie wiadomości do samego siebie, po którą sięgasz dopiero w tym momencie, gdy jest ci potrzebna. Dzięki cyfrowym narzędziom z naszego codziennego otoczenia i proponowanym technikom poprawisz swoją pamięć, zwiększysz produktywność i wykorzystasz twórczy potencjał w swoim życiu.
Książka „Zbuduj swój drugi mózg" autorstwa Tiago Forte to prawdziwy fenomen, po który sięgają czytelnicy na całym świecie. Przetłumaczona na 17 języków i dostępna w 21 krajach na całym świecie. Przypomnę tytuł: „Zbuduj swój drugi mózg". Autor Tiago Forte, wydawnictwo Mando. I przypomnę: Księgarnia Galeria Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie, od poniedziałku do piątku, 10:00-18:00. I jeszcze ten prosty adres, który otwiera księgarnię internetową: nieznany.pl. Były „Książki z pogranicza: polecanki", to czas na „Książki z pogranicza: omówienia". Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy książkę Victora Stefana Farkasa „Poza granicami wyobraźni". Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu.
„Książki z pogranicza". Ileż my tych książek już omówiliśmy. A teraz następna. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:34:24] - Dzień dobry wieczór. To ja może od razu powiem, co dzisiaj będziemy omawiać, bo dzisiaj jest autor, którego jeszcze nie było, a który chyba jest przez wiele osób dobrze wspominany, a na pewno jest pamiętany, a myśmy go do tej pory troszeczkę pomijali. Chodzi o Victora Stefana Farkasa, austriackiego arystokratę ponoć, prawdopodobnie węgierskiego pochodzenia, dziennikarza, pisarza sci-fi i ponoć osobistego przyjaciela Dänikena. To jest ważne. Farkas zmarł w 2011 roku, pozostawiwszy po sobie bogaty dorobek w postaci książek, i to różnych książek. Działał też trochę w internecie. Możecie znaleźć jego bardzo krótki biogram na Wikipedii niemieckojęzycznej, ale w naszym kraju on jest znany głównie z publikacji na temat zjawisk z pogranicza. I te książki Farkasa były dość popularne i chyba dość poczytne. To znaczy, może tutaj wpływa akurat troszkę mój sentyment z tamtych lat, bo ja pamiętam, że one mi się podobały, dlatego że były oryginalne. Może też były dobrze przetłumaczone i były takie potoczyste.
To był tak naprawdę taki trochę Däniken piszący o sprawach psi, bo styl Farkasa do stylu Dänikena, do narracji uprawianej przez Szwajcara jest dość podobny. Muszę powiedzieć, że te książki wtedy lubiłem. Jak jest dzisiaj? Dzisiaj trochę moje gusta może się nie zmieniły. Zmieniło się podejście do tego, jak niektóre tematy są przedstawiane. Ale potraktujmy książki Farkasa, tę książkę, o której dzisiaj mówimy, od strony po prostu takiej często konsumenckiej. Mieliśmy wiele publikacji na temat zjawisk psi, na temat tajemnic świata i one były bardzo różne. Farkas łączy w sobie cechy kilku autorów. Od Charlesa Forta po wspomnianego Dänikena. Te jego książki wyróżniały się dość oryginalną konstrukcją, niebanalnością i w miarę świeżym podejściem do niektórych spraw.
On się tam odnosił do zjawisk paranormalnych, ale robił to wszystko nie w taki sposób lekko nudziarski, tylko gawędziarski bardziej. To może wszystkim nie pasować dzisiaj, ale pamiętajmy, że to były czasy wcześniejsze, to były lata wcześniejsze. Ktoś powie: „To są tylko opowieści". Okej, ale z nich jest uformowana narracja. Narracja, która prowadzi nas do określonego punktu, określonego wniosku na temat natury naszej rzeczywistości. Ja powiem tak: to jest też taki typ literatury, przy którym można intelektualnie odsapnąć, nie męczyć się jakimiś deliberacjami na temat kwantowej natury rzeczywistości, ale po prostu poczytać o zagadkach, które wszyscy lubią. Można się po prostu odmóżdżyć. Czy to jest więc literatura wagonowa? Marek może nam zaraz powie. Może trochę i tak.
Natomiast Farkas na pewno się zalicza do grona autorów, których ja uznałem za dobrych, którzy byli w naszym kraju wydawani I o których wielu mówiliśmy tak naprawdę. To byli tacy autorzy jak chociażby Wilson. Farkas nie miał może dużego parcia w kierunku scjentyzmu, ale tworzył książki w pewien sposób wciągające. On był po prostu chyba świadom tego, że już mnóstwo rzeczy na ten temat powiedziano, napisano, że niektóre z tych opowieści są tak naprawdę przemielone już bardzo wiele razy, ale cały czas da się zabrać czytelnika w nową podróż po starej ścieżce. I ja to tak widzę.
[01:38:32] - A ja powiem, że ktoś ma naprawdę niezłe pióro. Nie wiem, czy to sam Wiktor Farkas, czy też tłumacz, który spolszczył książkę, ale któryś z nich naprawdę potrafi pisać. Podejrzewam, że to autor. Dlaczego? Dlatego, że jego książka jest całkiem zgrabnie skonstruowana. Bo ta książka ma charakter taki eseistyczno-popularny. Zdecydowanie nurt zajmujący się zjawiskami anomalnymi, paranormalnymi, granicami ludzkiego poznania. I trochę się to odbywa na takiej zasadzie, że autor gromadzi liczne przykłady dziwnych zdarzeń. Takich zdarzeń, które jego zdaniem podważają takie potoczne rozumienie rzeczywistości. Ta książka dzieli się właściwie na trzy główne części.
Mamy zatem zjawiska niewytłumaczalne w świecie materii, na przykład różne takie zaczarowane przedmioty, anomalie czasu, dziwne zdarzenia wokół dzieł sztuki. To pierwszy element. Druga część to zagadki związane z istotami żywymi, szczególnie z człowiekiem. A więc na przykład hipotezy o niezależności świadomości od mózgu. To zresztą bardzo bliska mi tematyka. Niezwykłe zdolności ludzi i zwierząt. I trzeci taki boks, w którym coś znajdujemy ciekawego, to spekulacje filozoficzne i kosmologiczne, które dotyczą natury naszej rzeczywistości. Gdybym miał powiedzieć, co jest głównym problemem książki, to chyba pytanie o granice poznania. Czy rzeczywistość jest taka, jak opisuje ją nauka na przykład? Czy też istnieją zjawiska wykraczające poza znane prawa natury?
Wreszcie, czy świadomość może funkcjonować niezależnie od materii? I autor próbuje zasugerować, że świat może być znacznie bardziej tajemniczy, niż nam się to wydaje tak na co dzień i że nasza wiedza naukowa obejmuje zaledwie fragment rzeczywistości, w której żyjemy. Pod względem merytorycznym ta książka ma wartość popularyzatorską. Zdecydowanie nie jest to żadne dzieło naukowe. Ja bym tego nie umieszczał w bibliografii, raczej poszukałbym źródeł, z których korzystał autor. Ale są zdecydowanie pozytywne strony, bo autor przywołuje liczne przykłady z literatury popularnonaukowej, z folkloru, przytacza też relacje świadków. Próbuje też, co jest moim zdaniem cenne, zestawiać różne hipotezy dotyczące natury rzeczywistości. Stawia pytania takie, które lubię, pytania filozoficzne o status wiedzy naukowej i o to, co nazwałbym ograniczeniami poznania. Mam wątpliwości co do sposobu argumentacji, bo to jest sposób argumentacji, który nazwałbym eseistycznym, spekulatywnym. Więc autor trochę za często traktuje pojedyncze relacje lub jakieś nawet takie wzmianki o charakterze anegdotycznym, traktuje to jako punkt wyjścia do szerokich uogólnień.
Więc tu ktoś, kto przyzwyczajony jest do książek twardo odwołujących się na przykład do nauki, może się lekko krzywić. Nie mamy w tej książce jakiejś systematycznej analizy źródeł, ale paradoksalnie, jakbym to nie ja mówił, to chyba dobrze, że tego nie ma, bo dzięki temu ta książka jest potoczysta. I to jest książka, która skłania do rozważań, do rozmyślań. My ją odkładamy i zaczynamy myśleć o tym, o czym napisał autor, nie zawsze się z nim zgadzając, ale ta książka w nas zostaje, przynajmniej na jakiś czas. Nawet pomimo tego, że autor nie stosuje jakiejś rygorystycznej weryfikacji danych, że często operuje bardziej sugestią i pewną taką retoryką tajemnicy niż takimi rzetelnymi faktami. Mnie to tak bardzo w lekturze nie przeszkadzało, bo powtarzam, ja miałem później jak Sztyrlitz materiał do przemyślenia. Nie zawsze dochodziłem do podobnych wniosków jak autor, ale to jednak autor zachęcił mnie do tych przemyśleń. Więc myślę, że ta inspiracja intelektualna, prowokowanie do pytań to jest ogromna zaleta tej książki.
[01:43:37] - No tak. Z drugiej strony wiesz, ktoś, kto jest bardziej wciągnięty w te tematy, uzna, że to jest książka warta niewiele. Ale my mówimy dzisiaj o publikacji, która wywodzi się z czasów bardzo sentymentalnych, kiedy myśmy nie mieli jeszcze dostępu do tak bogatej literatury jak teraz. Dzisiaj sobie wchodzicie na pewien serwis na A, klikacie i możecie mieć każdą książkę tak naprawdę. A wtedy to jednak było trudne. No ale cóż z tego, kiedy- Tak naprawdę można mieć wszystkie książki, można przetrzepać cały internet i informacja jednak dzisiaj nadal jest w cenie. Powiedziałeś, jak ta książka się dzieli. Mnie ten podział wydawał się trochę luźny. Ja traktuję tą publikację bardziej jako coś rozrywkowego, coś, o czym trudno mówić w sposób przekrojowy, bo to jest zestaw różnego rodzaju opowieści o nieznanym, od natury świadomości po nawiedzenia, doppelgängery i tak dalej. Narracyjnie i stylistycznie bardzo tutaj widać inspiracje Dänikenem.
Mamy więc mnóstwo wątków, trochę skakania po tematach, wplątywanie różnego rodzaju niesamowitych teorii i wyciąganie nieoczywistych wniosków. Podobnie jak Dänikena, to się czyta szybko i może to jest nawet nieco bardziej wciągające niż dzieła wspomnianego pisarza, które cały czas powtarzały jedne i te same wnioski. Tutaj Farkas ma większe pole do popisu, bo tematyka, po której on się porusza, jest szersza. Däniken jednak cały czas się odbijał od ścian. Ale mam też takie wrażenie, że mówiąc o tej książce, cały czas bierzemy udział w burzy mózgów. I to jest tak samo, jak kiedy opowiadaliśmy o Dänikenie. Można to lubić, ale trzeba też wiedzieć, iż świadomie musimy podchodzić do wyboru lektury. Ta książka Farkasa w życiu współczesnego człowieka chyba niewiele zmieni. Natomiast tak jak powiedziałem na początku, mam z nią związane dobre wspomnienia. Pamiętam, że ona jak na swój czas była naprawdę ciekawą lekturą i myślę, że już kiedyś nawiązywaliśmy do tego problemu czy tematu.
Ona nawet dzisiaj, jeżeli byłaby podzielona, przeredagowana, toby się nadawała jako doskonałe czytadło internetowe. Czyli to jest taki styl pisania, taka narracja, która jest nieśmiertelna, jeżeli się dobrze ją zajawi. Czy to jest aktualne do dzisiaj? Kolejne pytanie, które sobie stawiamy w naszym cyklu. I tak, i nie. Niektóre kwestie się nie przeterminowały, natomiast są takie sprawy, które poszły nieco dalej, jeżeli chodzi o ich interpretację, szczególnie te związane z życiem po śmierci. Raczej może nie z życiem po śmierci, ale z NDE. Także drodzy państwo, piszcie, jeżeli pamiętacie książkę Farkasa, tą czy inną. Tak jak mówię, nie wiem, czy dzisiaj mnie tak na sentymenty wzięło, czy jakoś jestem bardziej oklapły i nie krytykuję tak jak zazwyczaj, ale wydaje mi się, że zapamiętałem to na tyle dobrze, że do dziś mam jakiś sentyment związany z tym autorem.
[01:47:19] - W poprzednim wejściu chwaliłem książkę, nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział również o pewnych jej słabościach. Taką najważniejszą słabością jest brak selekcji materiału. Krytycznej selekcji chciałoby się powiedzieć, bo oprócz interesujących zagadnień pojawiają się historie o charakterze powiedziałbym sensacyjnym, a już najbardziej denerwowały mnie te fragmenty, które były trudne do zweryfikowania. To nigdy moim zdaniem książce za dobrze nie robi. Poza tym autor trochę miesza różne poziomy dyskursu. Mamy zatem fakty, hipotezy, spekulacje filozoficzne, mamy wreszcie relacje świadków i to wszystko jest przedstawiane na właściwie podobnym poziomie wiarygodności. Coś tu nie pykło tak do końca. Poza tym, może to jest moje subiektywne wrażenie, ale chwilami miałem takie poczucie, że książka jest w niedostateczny sposób oparta o literaturę naukową czy też popularnonaukową. Wiem, że moja pierwsza korektorka mojej pierwszej pracy wylałaby na mnie kubeł pomyj za to sformułowanie, że coś było oparte na czymś. Nie znosiła tego zwrotu.
Podobno słusznie nawet. Nieważne. Powiem tak, że to niedostateczne oparcie w literaturze naukowej czy też popularnonaukowej przejawia się tym, że wiele tez nie jest popartych badaniami, wskazaniem badań albo rzetelnymi źródłami. Autor trochę chyba za często korzysta z czegoś, co nazwałbym retoryką tajemnicy. On często sugeruje istnienie różnych ukrytych sił lub niewyjaśnionych mechanizmów. I to jest nawet fajne, tylko że później nie dostajemy żadnych metod sprawdzenia tego, o czym autor pisze. Myślę, że ta książka „Poza granicami wyobraźni" to jest książka z pogranicza publicystyki popularnonaukowej i literatury paranormalnej. I taką główną wartością, miałem mówić krytycznie, ale powiem o wartościach, jest to, o czym już mówiłem: pobudzanie ciekawości, pobudzanie refleksji nad granicami wiedzy i nad naturą rzeczywistości. Jeśli tę książkę zapamiętam, to właśnie z tego pobudzania i z tych refleksji. I nadciąga, proszę państwa, część literacka w wersji rozszerzonej.
Dzisiaj przed nami trzy opowiadania: „Ostatnia dyspensacja zająca Anatola” autorstwa Juriana, „Cyber i rzeczy skomplikowane” autorstwa Tomasza Fąsa oraz „Krzyś i Tomek” autorstwa Krzysztofa Lutowskiego. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Zapraszam. Życzę miłej rozrywki.
[01:50:50] - Jurian: „Ostatnia dyspensacja zająca Anatola”. Część pierwsza: „Zajączek i jaja Wielkiej Nocy”. Po zimnych miesiącach wielkimi krokami zbliżała się wiosna. Zajączek rozpoznał to po odcisku buta. Był tylko jeden w całej okolicy, więc to musiały być naprawdę wielkie kroki. Drugim argumentem na potwierdzenie tezy było spostrzeżenie, że od jakiegoś czasu sam wykazywał większą ruchliwość. Widać olej stawowy odtajał, więc tylko czekać, aż stopnieją śniegi. Zajączek zaprosił gości na święta. Nikt z przyjaciół nie śmiał odmówić. Przewidzieli widocznie, że niebawem olej będzie jeszcze rzadszy i należało zawczasu przygotować się do tego problemu.
Co najmniej dyplomatycznie. Od dawna planował zorganizować świąteczny konkurs. Zabawa miała polegać na stukaniu się jajkami. Wygrywał właściciel najtwardszej skorupki. Kto przegrywał, musiał wykupić się fantem. Oczywiste było, że jak sama nazwa wskazywała, miały to być prezenty dla niego. Na zająca, pod zająca, dla zająca. Wszystko brzmiało podobnie. Najważniejszy był rezultat. Zając Anatol zabrał się do roboty.
Pod łóżkiem, gdzie przechowywał skarby wszelakie, które mogły się kiedyś przydać, znalazł dużą metalową kulę. Potencjalnie niezbędne przedmioty przechowywał w całej mieszkalnej norze i to, że pierwsze kicnięcia skierował pod łóżko, nie oznaczało, że miał zajęczą intuicję. Prawdę mówiąc, nie miał nawet zajęczej wargi, ale za to świetną pamięć i był pamiętliwy. Bardziej nawet to drugie. Zawdzięczał te zalety sporemu zestawowi lamp elektronowych wymontowanych ze starych urządzeń, głównie z aparatów radiowych z początków XX wieku. Lampy szumiały cicho, chyba że Anatol zdecydował się pomyśleć. Głośne brzęczenie z reguły miało opłakane skutki, ale i jedną zaletę. Niestety tylko zimą. Kiedy zmarzł, nieborak zaczynał się zastanawiać, co było pierwsze: on, kura czy wszechświat. To była idealna zagadka na rozgrzewkę.
Kiedyś w największe mrozy zdecydował się pomyśleć nad sensem istnienia innych myślących i mało nie spalił torfowiska. Ocenił wielkość kuli. Była w porządku. Z szafki nocnej wytargał wielkie kowadło, którego nadal używał jako przycisku do papieru. Do toaletowego. Z powodu braku kanalizacji musiał te niepotrzebne gdzieś składować. Kowadło jako prasa nadawało się idealnie. Rozpoczął obróbkę. Tłukł kulą tak długo, aż nabrała jajowatego kształtu. Fakt, że trwało to tydzień bez przerwy, nie zniechęcił go.
Co jakiś czas z tyłu garnka stanowiącego osłonę sztucznego mózgu wzmagał się szmer. Właśnie z tyłu znajdowały się dwie lampy odpowiedzialne za wyobraźnię. Anatol, kiedy nudziło mu się walenie stalową łapką, wyobrażał sobie stertę nagród, jaką wygra w wielkim konkursie świątecznym. Kolejny tydzień szlifował jajo papierem ściernym, który wcześniej dojrzewał pod kowadłem. Trzeba umieć sobie radzić – konstatował. Jajo wyglądało coraz lepiej. Tylko robota strasznie zapyliła mieszkanie. Osiągnął piorunujący efekt. Zdecydował, że nie będzie używał farby, a gościom nakłamie, że jajko maznął srebrzanką. W tym samym czasie zmartwieni zaproszeniem mieszkańcy lasu przygotowywali prezenty.
Z dzikim strachem wymieniali się pomysłami, w jaki sposób osłabić swoje konkursowe pisanki. Nie mieli złudzeń, że pierwsze zbyt twarde jajo zakończy spotkanie rzezią. Dla utrzymania dobrosąsiedzkich stosunków ryzykowali od lat. Złomiarz, jak niektórzy mieszkańcy lasu pogardliwie nazywali zajączka, nic nie pamiętał. Jak głosiła wieść kniejna, działo się tak za sprawą nadpalonego gniazda lampy pamięci długotrwałej. Jeśli wszyscy goście przeżyją rywalizację, będzie to dla nich naprawdę wielka noc. Część druga: Zajączek i opera leśna. Nad ranem usłyszał hałas. Jednym ruchem przesunął przęsło mostu, które zasłaniało wylot nory. Przęsło to podarunek od zespołu inżynierów budujących przeprawę na pobliskiej rzece.
Wreszcie czwarta ekipa specjalistów zrobiła mu prezent. W dodatku dopiero po odkryciu tej trzeciej. Hałas musiał oznaczać zmianę. Kilka razy kiwnął z chrzęstem w stronę łąki. Coś tam stało. Przypominało wielki grill na trójnogu, stąd tylko różnicą, że w tym dymiło się od spodu. Zielone jeże wyskakiwały z każdego otworu tego niby-grilla i oddalały się na bezpieczną odległość. Obok koloru różniły się od jeży, jakie znał tym, że każdy miał plecak nadziany na igły. Wycieczka – pomyślał. Przypomniał sobie, jak bawili się kiedyś ze zwierzętami w nielegalne przekraczanie granicy.
On stanowił oddział specjalny, jego przyjaciele – nielegalnych. Znana zabawa w imigrantów i celników. „Będę musiał skrzyknąć brygadę i powtórzyć rozrywkę” – pomyślał z rozrzewnieniem. – „Jak tylko odnowi się ich populacja.” Mając doświadczenie, wyłapał powolne jeże w kilka chwil i zamknął w komórce. Codziennie wybierał tuzin i wstawiał w nie sprężynki. Po ponad miesiącu całe zgrupowanie było w wersji nakręcanej. Wszystkie przed zmianą napędu pokazywały na niebo. Po 128 zrozumiał, że stamtąd przyleciały. Jeże ufoki albo jeże. Nie miał pewności, jak tam się to pisze.
Ufoków było bardzo dużo. Kazał im siadać w półkolu wokół siebie i dyrygował niby chórem. To było dopiero wstępne szkolenie. „Ale zima będzie nasza” – powtarzał. Wszystkie gadały jednym tonem. Wziął więc zagięte kombinerki i niektórym nastroił struny głosowe. Skrzeczały po tym zabiegu koszmarnie, ale Anatolowi się to podobało. Część zupełnie przestała śpiewać. Otwierali swe pionowe usta, ale bezdźwięcznie. Przypomniał sobie nocne dyskusje ze złapanymi rybami.
Fakt, nikt się nie przekrzykiwał. Przynajmniej był porządek. Cokolwiek nie powiedział, ryby potwierdzały powolnym mruganiem powiek, a często otwierały pyszczki, jakby zdziwione chciały powiedzieć: „O!”. Po wielu debatach zrozumiał, że ryby to nie najlepsze partnerki do rozmów. Są głupie i nie znają życia. Ciągle zaskoczone, cokolwiek im nie powiedział. Dla tych niemych ufoków zrobił kilka prostych instrumentów. Talerze z pokrywek garnków, trójkąty z pręta zbrojeniowego. Posiadał go z odległych czasów, kiedy postanowił się dozbroić. Z gazrurki wykonał dudy, a akordeon z dwóch starych klawiatur komputerowych i niedźwiedzich płuc.
Zmęczony ciągłym nakręcaniem sprężyn nauczył ufoki, gdzie mają kluczyk. Podstaw musztry i stamtąd nakręcały się same. Zimą wprowadził je do domu. Chór jako większy zajął salon, orkiestra mniejszy pokój. Od tej pory Anatol miał dwie izby pełne artystów. Zielonych jeży w ilości na około 500, plus on sam, blaszany dyrygent. Śpiewali mu jak nakręceni, tak jak sobie życzył. Artyści, którym nie musiał płacić. Nie lubił płacenia, szczególnie płacenia bez sensu. Część trzecia: Zajączek i dendrologia na poziomie.
W lesie zapanował pomór. Zając, będąc niesławnych rozmiarów, a to z powodu ograniczonych funduszy jego konstruktora, nad wyraz nie cierpiał wysokości w każdej postaci. Poczynając od dużych wysokości po tytuł jego wysokość. Problem tkwił też w tym, że Anatolowi na bakier było z nieograniczoną wolnością. Z tego powodu ptaki uważał za wrogów publicznych i zapisał je na krótkiej czarnej liście na wysokim, drugim miejscu. Na pierwszym niezmiennie znajdowała się cała reszta mieszkańców lasu. W koronach drzew zagnieździły się szkodniki. Anatol, jako że znał się na wszystkim, był więc także znakomitym dendrologiem. Rozmyślając o przetrwaniu zagajnika, rozżarzył lampy w głowie. Musiał wytępić wredne owady.
Tylko jak je dopaść? Problem był poważny, a rozwiązanie nie chciało urodzić się w głowie. Układanie się z ptaszydłami, które mieszkały na gałęziach, nie wchodziło w rachubę. Szybko podzielił uwagę. Myślał i myślał. Myjąc drucianą szczotką zęby z hartowanej nierdzewki, brzęczała pod obtrapaną emalią, kiedy popijał olej z naci marchewki. Także w trakcie kąpieli w odrdzewiaczu. Opracowywał plan punkt po punkcie. Po zachodzie słońca projekt był gotów. Anatol zwołał sporą brygadę bobrów i zlecił, żeby ścinały wszystko, jak leci.
I leciało. Co kilka minut polaną wstrząsał dreszcz. Zwierzęta próbowały protestować, ale Anatol był głuchy na ich prośby. Jako wytwór nowej technologii miał możliwość odłączenia słuchu na dowolnie długi czas albo odwrotnie – wyostrzenia. Kiedyś nawet usłyszał, całkiem przypadkiem, nadstawiając uszy zrobione z rozciętej gaśnicy samochodowej, że jest nowym wytworem lasu. A może leśnym nowotworem? Brzmiało podobnie i cieszyło zająca, że jego wrodzone nowatorstwo rzadko, ale bywało docenione. Teraz, kiedy drzewa leżały pokotem, Anatol mógł zabrać się za diagnostykę. Z wielką księgą leśnych pasożytów w łapce ostrożnie stąpał między gałęziami. Wielka księga to była gruba przesada, ponieważ była cienka, kartki w większości wydarte.
Wykorzystywał publikację, kiedy projektował ultralekkie samoloty dla dżdżownic. Musiał odchudzić te obłe grubasy. Niewielka nośność konstrukcji pozwalała pilotować dopiero, kiedy podzielił dżdżownice na pojedyncze segmenty. W sumie wyszło dobrze, bo do testów zgłosił się tylko jeden robak. Podobno z dużymi problemami rodzinnymi. Eskadra rannych pilotów skończyła marnie. Z samolotów porywał je szpak jeszcze w locie. Ptak tak się wyspecjalizował w karmieniu się jego pilotami, że zając postanowił przestawić się na drony. Złapane wrony pokrywał sosnową żywicą, nadawał numer i puszczał z okolicznego pagórka. Drony przeraźliwie krakały przez dwa pierwsze dni.
Później zrezygnowane spuszczały główki. Drażniło to Anatola, bo dla wszystkich konstruktorów maszyn latających jest oczywiste, że aerodynamika jest najważniejsza. Zwyczajny kijek wepchnięty przez dziób załatwiał sprawę. Proste metody były genialne. W leksykonie pozostały jedynie hasła na literki P i S. Zając dokładnie sprawdzał każdy listek igłę. Zdrowymi drzewami zupełnie się nie przejmował. Znany z głębokiej empatii walczył o zdrowie najbardziej poszkodowanych. Jak się okazało, nadjedzonych przez Poprocha i Strzygonię. Jakiego spustoszenia może dokonać taki duet potrafi wyobrazić sobie tylko ktoś z elektronową wyobraźnią.
Część czwarta: Zajączek i inżynieria żubrowa. Zajączek, stojąc w centralnym punkcie polany, przeciągnął się, aż zajęczały wręgi szkieletu. Zajęczenie od czasu do czasu to chyba jedyne, co łączyło Anatola z zającami. Lampy rozżarzyły się mocniej. Moja kraina piękna, ale nienowoczesna. Aby dojść do rzeki, muszę przedzierać się przez chaszcze. Kiedy wydaje mi się, że ścieżka jest już widoczna – dumał, nie zdradzając emocji mimiką – zarastała na nowo. Wystarczył deszcz i kilka słonecznych dni. Droga szybkiego ruchu. To jest coś.
Widział to oczami wyobraźni, dodatkową parą zamontowaną do wewnątrz głowy. Kilka szybkich ruchów i byłby nad brzegiem. Podobnie w przeciwnym kierunku, w stronę leśniczówki. Zawahał się. Jednak nie. Leśniczy będzie przełaził zbyt często. Wystarczy w stronę rzeki. Zawezwał Heńka i Gustawa. Dwa najcięższe żubry w lesie. Stawiły się bez zbędnej zwłoki.
Anatol rozpoczął szkolenie. Pokazywał zwierzętom zdjęcie wielkiego spychacza Komatsu. Przyglądały się przekrwionymi oczami, bez cienia zrozumienia. Przerzucał w stronę miesięcznika Lymesz, ale nic nie działało. Wielkie głowy, ale jakby puste – doszedł do wniosku. Nie tędy droga do drogi. Możliwe, że bodźce zbyt słabe. Umówił się z żubrami na kolejny ranek. Obserwował, jak wracając łamały zarośla. O, to to!
Tego mi było trzeba. Uśmiechnął się w wyobraźni, bo gruba blacha policzków nie pozwalała na więcej. O wschodzie Anatol z pietyzmem zdjął portret ze ściany. Oczyścił go z kurzu zmiotką z lisiego ogona pożyczonego od rudego cwaniaczka Filipa, jak to się mówi, na jakiś czas. Teraz obraz był wyraźniejszy. Minister nagi w szyszaku jeno, a w zakrwawionych dłoniach dzierżył maczugę oblepioną krwią i piórami bażantów. Starodawne słownictwo wpadało między lampy zawsze, kiedy przyglądał się tej pobrożdżonej twarzy. Żubry kręciły się już po polanie. Zawołał je i przywiązał do najgrubszego drzewa. Ustawił odpowiednio i kazał stać bez ruchu.
Wrócił z portretem i przystawił pod ślepia. Żubry zierzyły się na grzbietach. Poczęły parskać i wierzgać, przerażone śmiertelnie. Anatol, warcząc dla pogłębienia trwogi, zbliżał i oddalał obraz, aż drzewo, dąb pięćsetletni, zaczęło niebezpiecznie trzeszczeć. Zając, nie ryzykując katastrofy, machnął szablą i przeciął postronki krępujące żubry. Szablę wykonał niegdyś, ostrząc największy resor ciężarówki. Usłyszał, że szabla, żeby być szablą z prawdziwego zdarzenia, musi posiadać wygiętą głownię, więc resor wydawał się idealnym materiałem. Żubry z przerażeniem skoczyły w zarośla. Łamiąc wszystko po drodze, utworzyły piękną przecinkę. Jeszcze kilka zabiegów biegowego plętowania i droga gotowa.
Pokiwał garnkiem z zachwytem. Portret takiego ministra to skarb najcenniejszy. Część piąta: Zajączek i sen o glorii. Prądy błądziły po ledwie żarzących się lampach elektronowych tak długo, aż przypadkowe wizje ułożyły się w dość spójny ciąg wydarzeń. Dość opowiedzieć, że po ciężkich perypetiach zając Anatol wyśnił, że stoi w oknie wielkiego apartamentowca. Widział jak na dłoni swą polanę i okoliczne knieje. Ogarnęło go poczucie wielkości tak silne, że aż uniósł aluminiowe powieki wykonane ze starych łyżek, które to w zamierzchłej przeszłości z baru mlecznego Apis wyniósł sam konstruktor. Tak, to tragiczna prawda. Zając Anatol składał się wyłącznie z elementów gwizdniętych, zakombinowanych, zaiwanionych, a w ostatecznej ostateczności załatwionych. Zlepek minionego systemu.
Przebudzenie było bolesne. Wybiegł z ciemnej i wilgotnej nory, nawet bez przecierania piaskiem rdzawych wykwitów, które pojawiały się po każdej nocy. Rozejrzał się, stojąc na skraju polany. Jego uwagę zwróciła srebrna, 16-metrowa sosna syberyjska albo świerk. Tego akurat nie był pewien. „Moja wieża – rozmarzył się – musi być wyższa od tego drzewa. I okratowane okna, żebym przypadkiem nie wypadł”, postanowił. A skoro postanowił, od razu zabrał się do roboty. Poinformował polne myszki, aby wśród mieszkańców lasu i okolic rozgłosiły informację, że Anatol poszukuje specjalisty od wysokich inwestycji. W zamian obiecał, że na miesiąc zaprzestanie zalewać betonem wejścia do ich norek.
Żartował tak sobie z nimi od lat. One też podchodziły do życia na luzie i śmiały się z tych dowcipów, szczególnie schwytane. W myślach postanowił, że od dziś wszystkie otwory na polanie będzie traktował jako wyjścia, a o nich niczego nie obiecywał. Myszki w euforii rozbiegły się po okolicy. Już dwa dni później do dębowych drzwi jego nory zapukał obcy jegomość. Schludnie ubrany borsuk przedstawił się jako specjalista Gerard. Szybko się dogadali, mimo że Gerard mówił dziwnie, ale przynajmniej słuchał całkiem normalnie. Kiedy liście poczęły opadać, Anatol trafił na newsa. Przypadek, pomyślałby ktoś inny, ale zajączek wiedział, że nie ma przypadków. Leśniczy miał przesympatyczny zwyczaj pozostawiania prasy w gęstwinie.
Gazety częściowo nadawały się do czytania. Najtrudniej było rozpoznać literki w centralnie wydrukowanych artykułach. Tym razem zainteresowało go coś na samym brzegu strzępka. Zdjęcie przedstawiało dwie wielkie wieże płonące jak pochodnie. Przerażony delikatnie odłożył ciężką i sztywną szpatę, by szybkimi kwitnięciami wrócić do nory i przemyśleć sytuację. Wieże nie były bezpiecznym lokum. W tak wysoki budynek łatwo mógł trafić samolot, a w moją norę – zastanowił się chwilę – co najwyżej okręt podziemny. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, zrezygnował z realizacji marzenia. Przywołał borsuka i go odwołał. Wytłumaczył dość mętnie, że wszystko, co do tej pory mówił i obiecywał, to były żarty.
Na koniec dodał, że dziwi się, albowiem borsuk, niby taki specjalista zza rzeki, a nie zrozumiał dowcipu. Widać nie tylko dziwnie gadał, ale i słuchał. Borsuk kręcił się jeszcze jakiś czas po polanie z dwoma kumplami, ale niczego nie wskórał. Tymczasem wystraszony Anatol w zamkniętej na głucho norze dumał, jak się uchronić przed okrętem podziemnym pełnym obcych zza horyzontów, z pewnością zakażonych pierwotniakami. „Wiem, jak uszczęśliwić polanę i staram się każdego dnia. Gdzie należny szacunek? Gdzie miejsce w historii? Nastały niebezpieczne czasy. Ech – westchnął metalicznie. – Kiedyś było inaczej.
Wysypiałem się bezstresowo do samego południa.” Tomasz Fąs, „Cyber i rzeczy skomplikowane”. Mrożące krew w żyłach odkrycie w kościele egoteistów. Na terenie prywatnej posiadłości znajdowało się kilkanaście osób trwale przetrzymywanych wewnątrz zaawansowanych technicznie komór wirtualnych. Przewodniczący organizacji twierdzi, że wszystko to miało na celu wyłącznie stymulację procesów stwórczych. Członkowie organizacji wierzą, że ze swej natury są bogami, zaś nowoczesna technika pomaga jedynie obudzić ich naturalną wszechmoc. Ofiarami organizacji zajęła się opieka społeczna, jednak część z nich stanowczo sprzeciwiła się powrotowi do rzeczywistości. Ocaleni wykazują objawy typowe dla odstawienia substancji psychoaktywnych. Z nieoficjalnych źródeł dowiadujemy się, że w sprawę mógł być zamieszany kontrowersyjny inżynier znany szerzej opinii publicznej jako Cyber Jockey. Cieszy się rosnącą popularnością wśród odbiorców. Oprogramowanie to generuje tak zwane videobooki, czyli animacje powstające symultanicznie na podstawie dowolnego dostarczonego tekstu.
Cyber Jockey, prezes firmy Vibo, zapewnia, że już niedługo dostępne będą kolejne wersje programu, dające użytkownikom możliwość jeszcze większej immersji z treścią książek, których nie muszą już nawet czytać. Po raz kolejny skompromitował się wypowiedziami podważającymi klasyczną fizykę newtonowską. Zdaniem inżyniera cybernetyka praw dynamiki nie da się ponad wszelką wątpliwość potwierdzić i są one jedynie zbiorem założeń przedstawiających świat w sposób bardzo uproszczony. Na światło dzienne wychodzą także nowe informacje odnośnie powiązań pomiędzy Cyber Jockeyem a zyskującą coraz większą popularność sektą dwuwymiarowców, podważającą prawdziwość świata, jaki znamy na co dzień. Niezależni komentatorzy zwracają uwagę, że inżynier całkiem zręcznie przekłada swoją wątpliwą popularność na dochody i może wcale nie być tak głupi, jak nam się wydaje. A już po przerwie zapraszamy państwa na pierwszy odcinek drugiego sezonu wielkiego show Kubusia Fatalisty. Tym razem gościem programu będzie bardzo ostatnio popularny, choć niezbyt pozytywnie oceniany bohater sieci i okolic, samozwańczy specjalista od wszystkiego i pogromca dynamiki klasycznej – Cyber Joker. Tłum na sali wył. Kilka osób wykrzykiwało, żebym wypierdalał albo się powiesił. Rzucali w scenę kawałkami czegoś kleistego i kolorowego.
Ochrona podeszła do kogoś. Chyba znaleźli przy nim broń. Dwie osoby zostały wyprowadzone. „Nieźle się zaczyna” – pomyślałem. Pośrodku sali siedział niewysoki człowieczek o rudych włosach i wybitnie cyniczno-krytycznym wyrazie twarzy. Skojarzył mi się z jakimś leprechonem. Nieopodal niego stało krzesło przygotowane dla mnie. „CJ? Będę ci tak mówił, żeby było krócej. Przynajmniej się nikomu nie pomyli z Jokerem.
Kim ty, kurwa, jesteś? Jeszcze do niedawna w ogóle o tobie nie słyszałem, a teraz wyskakujesz mi ze wszystkich mediów. Aż boję się otworzyć lodówkę.” „Cóż, tak ściśle mówiąc, to inżynierem cybernetykiem. Nie sądzę, abyś był w stanie zrozumieć cokolwiek więcej.” „I na studiach cię nauczyli, że Ziemia jest płaska?” Rozległy się salwy śmiechu. Ochrona rozstawiła wokół sceny przezroczyste bariery ochronne z wytrzymałego, ale niemal niewidzialnego tworzywa. Dlatego też kilku co mniej rozgarniętych próbowało podbiec do mnie i wyrazić swoje niezadowolenie. Patrzenie, jak rozbijają sobie nosy o te ściany było nawet trochę zabawne. W coraz lepszym humorze kontynuowałem rozmowę. „Ziemia jest oczywiście okrągła. Jak zapewne wiesz, można to już dzisiaj zobaczyć za pomocą dziecięcej zabawki z kamerką.
Podobnie jak ślady naszych dawnych lądowań na Księżycu. Chociaż oczywiście zawsze będą osoby upierające się, że rzecz stojąca przed nimi nie istnieje. I co im kto zrobi?” „Osoby takie jak ty?” „A do czego konkretnie pijesz?” „O, właśnie. A ty pijesz? Mieliśmy takie pytanie od widza.” „Pytasz o alkohol? Chyba że masz coś ciekawszego do powiedzenia.” „A powiem ci, że raczej rzadko. Uparcie przekonuje się nas, że dzisiejsze trunki produkowane wyłącznie przemysłowo są zdrowsze, lepsze, bardziej ekologicznie i równie smaczne jak kiedyś. Mam co do tego wątpliwość. Chodzi mi nawet po głowie pomysł, żeby na przekór wszystkim wrócić do upraw roślin w celach spożywczych i, jak by to powiedzieć, rekreacyjnych.” „Żartujesz? To dopiero byłby towar luksusowy.
À propos, zdaje się, że ty ostatnio całkiem nieźle zarabiasz.” „Nie narzekam.” „I powiedz mi, jak to się stało?” Jeden z widzów, najwyraźniej bardzo wysportowany i chyba z jakimś rodzajem mechanizmu wspomagającego mięśnie, przeskoczył nad barierkami. Wykonał podwójne salto w powietrzu i wylądował zaraz obok sceny. Ochrona natychmiast podbiegła i powaliła osobnika na ziemię. Jego oczy promieniały nienawiścią, a z ręki wypadło coś na kształt improwizowanego noża. „Jest co najmniej kilka powodów” – kontynuowałem nieco zmieszany. „Cyber, kurwa, ty po prostu zawodowo wkurzasz ludzi!” „Wydaje mi się, że raczej bawię. Domyślam się, że rozmawiamy o tych popularnych nagraniach.” „Dokładnie tak. Opowiadasz tam jakieś niestworzone brednie. Co masz do Newtona?” „No właśnie. Osoby takie jak ty, nie umniejszając...
Po prawdzie, to nie ma czego umniejszać, ale wróćmy. Otóż oglądacie sobie te moje nagrania i myślicie: Boże, co za debil! Od razu czujecie się lepiej, bo jakiś niby inżynier jest głupi, a wy mądrzy. Dowcip polega na tym, że ja tam nie powiedziałem niczego, co by się kłóciło z wiedzą podręcznikową. Śmiejecie się z własnej głupoty.” „W podręcznikach piszą, że Newton się mylił?” „Chyba w twoich. No dobrze, zostawmy ten temat.” „Czekaj, miałeś mi powiedzieć, skąd nagle masz tyle kasy. Za wygłaszanie bredni ci płacą?” „Poniekąd też. Wystarczyło odpowiednio wcześnie oznaczyć we wszystkich nagraniach mój wizerunek. Wielu ludzi tak robi. Wówczas, jeśli udowodnią swoje prawa, mogą sobie życzyć, żeby materiały były odpowiednio cenzurowane lub usunięte.
Ja zrobiłem nieco inaczej. Zgłosiłem roszczenie do niewielkich opłat za każdą emisję. Na tyle małych, aby wszystkim stronom się to opłacało, a mój wniosek przeszedł automatycznie w systemie. Wy odpalacie filmiki i leci kasa. Nabiliście już tyle wyświetleń, że tylko z tego mógłbym żyć całkiem nieźle.” „To po co ci był cały ten pozew? Dla jaj?” „Powoli i od początku. Najpierw była aplikacja, która pozwalała na wirtualne znieważanie i okaleczanie mojej podobizny.” „Którą zresztą sam zrobiłeś.” „I za rozsądną cenę sprzedawałem. Nie zmienia to jednak faktu, że była ona karygodnym naruszeniem zasad, wyrządzającym mi głębokie szkody moralne i wizerunkowe.” „CJ, ty pozwałeś sam siebie.” „Jak zapewne wiesz, większa część naszego sądownictwa to system cyfrowy działający całkowicie automatycznie. Przy wystarczającym poziomie złożoności akt i obudowania sprawy w pośrednie podmioty prawne Pozwanie samego siebie jest jak najbardziej możliwe. Niemożliwe było natomiast, żebym sam sobie wypłacił odszkodowanie, dlatego pieniądze dostałem z funduszy systemowych, zaś karą z uwagi na brak wcześniejszych przewinień była wyłącznie nagana i udział w programie przemocowej profilaktyki.
I to jest wszystko legalne? Co nie jest zabronione, to jest dozwolone. Niemniej po moim przypadku rzecz stała się na tyle głośna, że pewnie to w końcu naprawią. Jak widzisz – same korzyści. Ale nie żyjesz tylko z tego. Co to, kurwa, są wideobooki? Żebyś zrozumiał, to powiem: show-biznes. Nad nami rozległa się eksplozja. Jedna z lamp i kilka odłamków gruzu spadło na widownię, a zaraz za nimi powoli, jakby unoszony wiatrem, frunął sztandar z napisem „Cyber wypierdalaj”. Sanitariusze zajęli się rannymi, a ekipa techniczna natychmiast przyjrzała się osłabionemu fragmentowi sufitu, wysyłając tam roboty naprawcze.
Na gospodarzu programu wyraźnie nie robiło to szczególnego wrażenia. Cyber, ty gnoisz literaturę. Nie wstyd ci? Bzdura. Ja ją uprzystępniam dla takich kubusiów jak ty. Literatura to zawsze był tak naprawdę tylko i wyłącznie show-biznes. Autorzy, którzy tego nie rozumieją, zwykle piszą jakieś wzniosłe bzdury. Nikt tego potem nie rozumie, a oni się podniecają, że ich sztuka taka niekomercyjna, ponadczasowa. Są też książki, które kiedyś czytało się dobrze, ale język ulega już zmianom. Twój język chyba się już wywrócił na drugą stronę od tego pieprzenia.
Och, zapewniam, że mogę tak jeszcze długo. Gdybym, załóżmy, chciał zapisać naszą rozmowę dla czytelników sprzed wielu lat, musiałbym używać innych słów niż my tu rzeczywiście wypowiadamy. Zapis dosłowny byłby dla nich zlepkiem wulgaryzmów z kompletnie niezrozumiałym bełkotem. Nie żeby to twoje show było czymś więcej tak naprawdę, ale jednak. Dobra, co z tymi wideobookami? No nic. Zmieniamy dowolne teksty w obrazy i animacje. Możesz sobie kupić program i robić takie rzeczy sam w domu. Animacje 2D? Toż to też już jest jakiś relikt.
Tak jest nadal najprościej i najtaniej. Opcje wielowymiarowe i wirtualne z czasem zostaną dodane w wersji premium. I ludzie to kupują? Zdziwisz się, ale tak. Łatwy i przyjemny kontakt z klasyką literatury dla wielu wydaje się atrakcyjny. Zawsze to coś nowego. Co ciekawe, mój dawny wspólnik, który wolał pozostać anonimowy, przeszedł z tym pomysłem do branży porno i jemu tam się jakoś nie powodzi zbyt dobrze. Wiesz, system bazuje jednak w pewnym stopniu na skrótach i symbolicznych uproszczeniach. Przy przedstawieniu literatury to jest jak najbardziej dopuszczalne. Miłośnicy porno oczekują maksymalnego autentyzmu.
O, właśnie. Komory wirtualne. Czy ty czasem nie masz też czegoś wspólnego z egoteistami? Korzystając z okazji chciałbym złożyć kondolencje wszystkim rodzinom ofiar. To prawda. Wykonywałem kiedyś drobne zlecenia dla tej organizacji. Gdybym wiedział, czym dokładnie się zajmują, z pewnością bym się na to nie zgodził. „Okej, to by było na tyle” – zabrzmiało zewsząd i znikąd. Scena powoli się obniżyła. Widownia, ekipa, gospodarz programu oraz cały wystrój pomieszczenia rozpłynęli się w powietrzu, jak na hologramy przystało, zaś moim oczom ukazało się wnętrze profesjonalnej komory wirtualnej.
Przez uchylone właz weszli przedstawiciele egoteistów. „Znakomicie” – odezwał się Peon, przewodniczący zgromadzenia. „Jutro puszczamy to jako transmisję na żywo”. „Na pewno?” – zapytałem z powątpiewaniem. „W sumie to jakby krytycznie was tutaj...”. „Och, ależ jak najbardziej. Proszę się o to nie martwić, panie Cyber. To są rzeczy skomplikowane. Alkohol i narkotyki przez wieki pokazywano w negatywnym świetle, a mimo to chętnych nie brakowało. Myślę, że i nowi lokatorzy do moich komór będą walić drzwiami i oknami”.
Uśmiechnąłem się i wyszedłem. Gdzieś nieopodal na ścianie żółkł ze starości plakat zapowiadający kolejny dzień kongresu futurologicznego. Krzysztof Ludowski „Krzyś i Tomek”. Krzyś. Krzyś ma pięć lat. Mieszka z babcią, rodzicami i ciocią z wujem, którzy jeszcze nie mają dzieci, a wtedy jeszcze nikt nie wie, czy będą je mieli. Rodzice pracują w Eltrze i Transbucie. Wujek studiuje. Ciocia uczy się i pracuje. Babcia na rencie po dziadku.
Krzyś chodzi do przedszkola. Dzisiaj nie poszedł. Czasami babcia pozwala mu zostać w domu. Zdarzało się to dość rzadko, ale dziś się zdarzyło. W nocy nie mógł zasnąć, a kiedy zasnął, to od razu się obudził i było rano. Trzeba było iść do przedszkola. Krzyś protestował i robił wszystko, żeby do przedszkola nie pójść. Miał nieodparte wrażenie, że dosłownie przed chwilą zasnął, że spał ledwo pięć minut. Czasami tak się zdarza, że człowiek zasypia i budzi się natychmiast, a minęło osiem godzin. Mogą to być dwie rzeczy: albo to tylko takie wrażenie, albo sen to jakiś inny świat, w którym się przebywało, a tam płynie inny czas albo stoi w miejscu.
Babcia zlitowała się nad Krzysiem i mógł pospać jeszcze, a nawet w ogóle się nie budzić, bo nie ma nic lepszego dla dziecka jak zdrowy, długi sen. Krzyś siedział na ławeczce w podwórku kamienicy odgrodzonej betonowym murem i starą bramą z blachy zamkniętą na kłódkę. Podwórko miało jakieś 150 metrów kwadratowych. W jego lewym rogu stała rozwalająca się szopa, gdzie grasowały szczury i stał stary motor. Krzyś siedział na ławeczce pod oknami, obok wyjścia na klatkę schodową i do piwnicy. Machał sobie nóżkami i się nudził. Obracał w dłoniach kilka niewielkich płytek z elektrycznymi podzespołami. Rozmyślał o przedszkolu, o swoim koledze Tomku. Zna go właściwie z przedszkola. Trzymają się razem.
Tomek imponuje mu bardzo wprawnym układaniem z drewnianych klocków Wież Eiffla i Babel sięgających czasem dwóch metrów, a także nowymi kapciami. Też nie lubi tej Aśki, która jest obrzydliwa, kiedy wciąga do buzi smarki cieknące jej z nosa. Pani wiele razy zwracała jej uwagę, a ona wciąż to robi. Niedawno, gdy rozmyślał przed zaśnięciem o Tomku i wieży, jaką razem ułożyli z klocków, dotarła do niego dziwna myśl. Czuł ją raczej i nie potrafił zrozumieć, co ze sobą niesie. Jego umysł doświadczał obecności czegoś nowego, co można było czuć, ale nie objąć rozumem. Chodziło o rzecz prozaiczną, dlatego też bardziej odczuwalną. Krzyś za zamkniętymi oczami oglądał obrazki z życia Tomkowej rodziny. Ludzi, których nigdy nie widział naprawdę. To było jednak jakieś prawdziwe życie, bo tak precyzyjne, że Krzyś mógł obejrzeć różne sytuacje, poczuć emocje, skomplikowane powiązania matczyne, ojcowskie, babcine w rodzinie Tomka.
Nie umiał tego powiązać, ale obrazy fascynowały go. Najbardziej dziwiło go, co rodzice Tomka robią w sypialni. Te dziwne wygibasy, gimnastyka, zabawki. Długo się temu przyglądał wczoraj w nocy przy zamkniętych oczach, a kiedy wreszcie zasnął, to obudził się natychmiast i było już rano. Krzyś poczuł się dziwnie na wspomnienie tych wszystkich nowych doznań, których doświadczał w nocy. Coś do niego docierało, a teraz Krzyś musiał nauczyć się z tym żyć. Krzyś wsadził sobie elektryczne płytki do majtek i zaczął chodzić po podwórku. Płytki przyjemnie uwierały i kłuły. Krzyś spacerował i odczuwał. Nie wiedział, dlaczego włożył je w majtki, jednak jakiś instynkt tak właśnie kazał mu zrobić.
Uczucie było przyjemne. Nie wiedział dlaczego, ale było przyjemne. Przez chwilę poczuł się jak dziewczynka, choć wcale nie wiedział, jak się czują dziewczynki. Jednak poczuł się dziewczynką i to wiedział. Wiedział także, że nie powinien tak robić, choć nikt nigdy nie powiedział mu, że to złe. Nie miał pojęcia dlaczego, ale wiedział, że powinien wyjąć płytki z majtek, że nikt nie powinien go na tym przyłapać. Troszeczkę jakby przestraszony wyciągnął je w końcu i wyrzucił do kubła na śmieci. Usiadł z powrotem na ławeczce i zastanawiał się, dlaczego czuł się jak dziewczynka. Dlaczego kłucie i uwieranie było przyjemne na tyle, że nie przeszkadzało mu, a wręcz było pożądane. Kiedy i tak nie znalazł odpowiedzi, podniósł z ziemi uwaloną w piasku starą rakietę do tenisa i zaczął wykonywać takie ruchy, jakby grał na gitarze.
Zamknął oczy. Dał się ponieść fantazji, że stoi przed tłumem słuchaczy, którzy są zachwyceni. Usłyszał muzykę, zapowiedź jego koncertu. W wyobraźni szczególnie przedłużał moment prezentacji osiągnięć, zasług i tego, jaki jest wspaniały. Potem zaczął śpiewać. Śpiewał poważnie, nawet rzewnie. Śpiewał jakieś słowa bez znaczeń, choć rozróżniał pojedyncze wyrazy. Jego śpiew i gra na gitarze stawały się coraz bardziej żywiołowe, coraz bardziej porywające, wzbudzające skrajne emocje. Ożywiał się rytm i pieśń porywała do działania, do życia. Wreszcie zaczął biegać w tańcu po podwórku jak po scenie i coraz bardziej szarpać strunę swego nieistniejącego instrumentu.
Tomek. Tomek był zwyczajnym chłopcem. Tak się przynajmniej wydawało. Jednak jego rodzina nie była tak do końca normalna. To dziwne, że chłopiec rozwijał się w przewidywalny sposób, jak inne dzieci, nawet przewyższając je stopniem inteligencji, postępów w rozumieniu świata i nierobieniu siusiu w pościel. Rodzice chłopca nie byli szczęśliwi. Starali się to skrzętnie ukrywać przed znajomymi, sąsiadami. Nie ukrywali tego jednak przed swym jedynym synem. Ten jednak rósł zdrowo, jakby wbrew rodzicom. Przynajmniej fizycznie.
Psychicznie też nie odbiegał od normy, choć przejawiał czasem nieco inne zachowania. Bywał agresywny, co często sygnalizowała jego mamie pani w przedszkolu. Mama natomiast biła czasem Tomka za to, że przynosi jej wstyd. Ale te wybryki nie były raczej niebezpieczne. Ot, troszkę nadpobudliwy, energiczny chłopiec. Tomek bał się matki bardziej niż ojca. Matka bowiem miała tendencję do wyżywania się na chłopcu za swe krzywdy, spieprzone życie, nieszczęśliwą miłość. Chłopiec nie rozumiał tego, co się dzieje w jego rodzinie. Był zbyt mały, aby wyciągnąć wnioski. Zresztą nie widział nigdy niczego innego, więc skąd miałby cokolwiek rozumieć?
Może gdyby podejrzewał, to uciekłby z domu, ale i na to był jeszcze za mały. Nie wiedział, o co kłócą się rodzice. Patrzył tylko. Był świadkiem wydarzeń jak to, które miało miejsce dzisiaj. Ojciec przyprowadził go po pracy z przedszkola do domu. Matka dała jeść, nalała zupy do talerza. Ojciec chodził po kuchni milczący. Nagle rodzice zaczęli rozmawiać podniesionym głosem. Tomek jadł zupę, która była dobra. Smakowała mu, więc nawet nie przysłuchiwał się kłótni, która robiła się coraz bardziej ożywiona.
Nigdy nie wiedział, dlaczego rodzice się kłócą, a kłócili się codziennie. Nigdy nie wiedział o co. Nawet nie przyszło mu do głowy, aby tego dociekać. Przecież nie było w tym nic, czemu należałoby się dziwić i roztrząsać. Nagle Tomek podskoczył na krześle, aż łyżka wypadła mu z rąk i wpadła do zupy, rozchlapując ciecz na białym obrusie. Matka rzuciła w ojca wielką szpulą białej jak na ironię nici. Po prostu rzuciła tym, co miała pod ręką. Gdyby to był nóż, to rzuciłaby nim. Ojciec uchylił się w porę i wielka szpula nie uderzyła w głowę, lecz w szklaną szybę drzwi, rozbijając ją i lądując w przedpokoju na wazonie z kwiatami, które matka zawsze lubiła i trzymała w wielu miejscach domu. „Ty jesteś pojebana!” Ojciec w takich chwilach mówił to z przejęciem, ze strachem i mimo siły wyrazu tego, co mówił, chciał raczej zażegnać konflikt i jeśli wytrzymywał nerwowo, to oddalał się pospiesznie do drugiego pokoju.
Matka leżała na podłodze, oparta o łóżko i trzęsła się w drgawkach. Brała wtedy krople chyba na serce albo na uspokojenie i po jakimś czasie dochodziła do siebie. Tym razem nie zdążyła, gdyż ojciec wrócił do pokoju. Stanął w otwartych drzwiach. „A teraz się trzęsie, idiotka.” Matka leżała, ale trzęsła się już coraz mniej. „Idiotka z pojebanego domu. Twoja matka też się tak trzęsła.” „Ty skurwysynu, ty skurwysynu” — powtarzała matka. „Moja matka nie była kurwą. Może twoja?” Ojciec dolewał oliwy do ognia. „Ty gnoju skurwysyński.
Ta kobieta tyle ci dała, ty chamie.” Ojciec podbiegł wściekły do matki z zaciśniętymi pięściami. Złapał ją za włosy i ściągnął do parteru. Leżała teraz na dywanie, rozciągnięta na całą długość. Ojciec puścił jej włosy, jakby się opamiętał. Stał nad nią, jakby zastanawiał się, co robi. Po chwili kopnął ją trzy razy w plecy. Nie za mocno, jakby nie chcąc za bardzo zrobić jej krzywdy. Później wyszedł, a matka trzęsła się jeszcze długo. Tomek krzyczał i płakał. Teraz dopiero przestał.
Podbiegł do matki, przytulił ją i pocieszał, że wszystko będzie dobrze, że mamusiu, już spokojnie. Im matka bardziej się trzęsła, tym mocniej ją przytulał i nic nie rozumiał. „Aaa! Co się drzesz?” — zezłościł się Krzyś na Tomka, który wbiegł na podwórko, wrzeszcząc i biegając jak oszalały. Tomek zatrzymał się i zamknął, ale za moment z krzykiem na ustach podniósł leżące w piasku kij i podbiegł do ogrodzenia. Okładał je tak długo, aż patyk się złamał i wisiał na włosku jak na żyłce wędki. „Chodźmy na ulicę” — powiedział do Krzyśka, rzucając ze złością patyk ponad betonowe ogrodzenie. „Nie wolno mi chodzić na ulicę.” „Co ty, co ci nie wolno? Jesteś w naszej bandzie czy nie? My się nikogo nie boimy, nawet ulicy.” „Moja babcia mnie dzisiaj nie wypuściła.
Zwiałem jej” — pochwalił się Krzyś. „Ja, ja. Ty zwiałeś” — powątpiewał Tomek. „Jesteś za cienki” — prowokował. „A ty za głupi” — odciął się Krzyś obrażony. „To jak, idziesz mięczaku?” Krzyś zamyślił się. Trochę się obawiał pójść z Tomkiem, gdyż rzeczywiście miał dziś zabronione nie tylko wychodzenie na ulicę, co oczywiste, ale i z domu. Kiedy ciocia z wujkiem wyszli, miał zapowiedziane, że nie może nigdzie wychodzić i ma zostać z babcią, która nie czuła się najlepiej. Jednak Krzyś chciał koniecznie wyjść, pobawić się. Ale babcia była nieugięta.
Krzyś nie rozumiał, dlaczego miałby siedzieć w domu i nie może wyjść sobie na podwórko, które przecież nie było nigdzie daleko, lecz dokładnie pod oknami. Jeżeli babcia obawiała się o niego, to i tak mogła mieć go cały czas na oku. Tak więc Krzyś postawił się i skorzystał ze swego nowego odkrycia. Mianowicie spostrzegł, że zamek zasuwkowy przy drzwiach dawał się otworzyć od wewnątrz bez pomocy klucza, po prostu przekręcając. Wypróbował to w praktyce i drzwi rzeczywiście dały się otworzyć. Ucieszył się. Babcia jednak stała już w drzwiach do przedpokoju, kuląc się wpół i trzymając za brzuch. „Co robisz, cholero?” „Ja chcę iść na podwórko.” „Zostań w domu, powiedziałam.” Babcia miała coraz straszniejszy grymas bólu na twarzy. Krzyś przeżywał rozterki, ale w podjęciu decyzji, jaką podjąłby grzeczny chłopiec, przeszkadzało mu to, że choć usilnie się starał, to nie mógł wytłumaczyć sobie w żaden sposób, dlaczego zakazano mu podwórka, które przecież nie było żadną ulicą ani niczym wielkim. Przecież babcia i tak będzie patrzyła przez okno.
Postanowił więc pójść. Zamknął za sobą drzwi i zbiegł szybko po schodach. Teraz miał kolejny dylemat, ponieważ wiedział, że nadużył swojej wolności bodaj po raz pierwszy na tak dużą skalę. Jeszcze nigdy sam nie otworzył drzwi i sprzeciwiając się woli starszego, nie wyszedł na podwórko. Wyprawa na ulicę byłaby kolejnym poważnym nadużyciem, zważywszy, że babcia nie będzie go widziała i domyśli się, gdzie poszedł. Ale poszedł. Przeważyła chęć zaznania czegoś zakazanego, a także pokazania Tomkowi, że nie jest mięczakiem. W końcu byli w jednej bandzie i należało wykazać się odwagą, a wyjście z bezpiecznego, ogrodzonego podwórka na ruchliwą ulicę miasta to już było coś. Niedawno przecież zdawał egzamin na członka bandy wraz z trzema kolegami z przedszkola. Każdy z nich musiał wejść na podwórko domu, co stoi blisko przedszkola, przeskakując ogrodzenie i samemu niezauważonym obejść dom dookoła, a potem wrócić do chłopaków z jakimś trofeum.
Aby wykazać się niepospolitą odwagą i zaimponować kolegom, zgłosił się na ochotnika jako pierwszy. I dobrze, bo faktycznie zrobił wrażenie, a Tomek powiedział, że zrobi go swoim zastępcą, co było niemałym wyróżnieniem. Aż wyprostował się z dumy. A było tak: podkradł się do ogrodzenia i widząc drogę wolną, zbytnio się nie wahając, bo przecież kilka metrów dalej za krzakami podglądali go koledzy, przelazł przez siatkę. Po drugiej stronie przykucnął. Tu już trzeba było być ostrożniejszym. To już nie przelewki, tylko twarda męska gra. Prawie na kuckach podszedł kilka metrów i schował się za kupą gruzu. Następnie podbiegł szybko do szopy i przylgnął do jej ściany. Kątem oka dojrzał biegnącego w jego kierunku mężczyznę z kijem czy jakimś pasem w ręku.
Rzucił się do przodu i prawie na oślep uciekł ile sił w nogach do miejsca, w którym szopa boczną ścianą przystawała do ogrodzenia, pozostawiając pół metra miejsca, gdzie Krzyś mógł się wślizgnąć. Znajdowało się tam zwałowisko niepotrzebnych rzeczy, po których jak po równi pochyłej dziecko mogło szybko znaleźć się przy ogrodzeniu. Chwycił stamtąd starą paletę do tenisa jako trofeum. Wszystko to trwało może razem kilka sekund. Organizm chłopca wchłonął całą magiczną moc inicjacji, ogniskując każdy nerw i mięsień na zadaniu. Jednakże lekkie potknięcie, jeden nieznaczny błąd przy próbie skoku spowodował, że zamiast sprawnie przeskoczyć ogrodzenie, wyrżnął twarzą i barkiem w ziemię. Ale szybko się podniósł, lekko skulony i chwiejnym krokiem, zaskoczony, oszołomiony i poturbowany, pokuśtykał truchtem do parku, który okalał przedszkole, żeby się gdzieś oddalić i schować. Tomek, kiedy znaleźli się na ulicy, zaczął strasznie się drzeć i biegać po chodniku, choć obok mknęły rozpędzone samochody po głównej arterii miasta. Krzyś przestraszył się, że Tomkowi coś się stało, bo biegł jak oszalały na samotne kobiety w wieku jego matki i w ostatnim momencie uskakiwał, a te krzyczały i wygrażały mu pięścią. Nagle Tomek wskoczył przed nadjeżdżający samochód.
Kierowca gwałtownie zahamował. On w ostatnim momencie uskoczył i pobiegł w kierunku drzwi do ich kamienicy, a Krzyś za nim. W drzwi wbiegli jednocześnie w bezpardonowej walce o pierwszeństwo schronienia. Te otwarły się z hukiem, wyrywając z podłogi zasuwę lewego skrzydła. Rozwarły się na oścież i ledwo się zmieścili, kiedy obie części drzwi uderzone z impetem w ścianę na powrót się zamykały. Tomek, odbity od jednej z nich, popchnął Krzyśka rękoma, próbując utrzymać równowagę i obaj runęli jak podcięci na dechę klatki schodowej. Szybko się podnieśli, biegiem dostali na podwórko przez drzwi z przeciwległej strony budynku. Wdrapali się na szopę, z szopy na wysoki mur, który dawał się tam przeskoczyć, a po drugiej stronie ogrodzenia stał gospodarczy budynek, na którego dach zeskoczyli i w ten sposób schowali się za murem i struchleli w zupełnej ciszy. Serca biły im, jakby miały wyskoczyć. Włosy jeżyły się na głowie i całym ciele, pobudzone krążeniem krwi, powietrzem i adrenaliną, która rozpierała chłopców od środka.
Siedzieli tak wiele minut, ale choć nadwyrężali wyostrzone zmysły, to wyglądało na to, że kierowcy nie chciało się ich szukać. Przez dłuższy czas nie usłyszeli nic, co mogłoby na to wskazać. Dopiero teraz odważyli się odezwać. Krzyś nie chciał się wcześniej odzywać do Tomka, bojąc się jego reakcji, kiedy był jeszcze podniecony niebezpieczeństwem. Bał się, że znowu zacznie coś krzyczeć albo śmiać się, jak już nieraz bywało. Nie wierzył w jego zdrowy rozsądek, zrównoważenie. Tomek również milczał jak zaklęty. Aż do tej chwili. „Odbiło ci?” — zapytał Krzyś. „Stary, to dopiero jest prawdziwa banda.
Nie chcesz rządzić na ulicy?” „No chcę, ale mogli nas złapać”. „No właśnie. W tym prawdziwa zabawa, a nie jakieś głupoty, zabawy w pachty i jakieś przyjmowanie nowych członków. Po zastępcy szefa można spodziewać się dużo więcej odwagi”. „Wcale się nie boję, ale po co to robić?” „Jak to po co? Żeby pokazać, że się niczego nie boisz”. Mój zastępca musi być odważny. Jak nie zrobisz tego co ja, to wybiorę sobie innego kumpla. Postawił sprawę jasno. Krzyś nie wiedział, co robić.
Z jednej strony rzeczywiście się bał, a z drugiej jego chłopięca, rycerska dusza wyrosła na czytanych przez mamę baśniach podsuwała wizję wielkiej przygody. Właśnie miał okazję do bohaterskiego, wymagającego wielkiego męstwa czynu. Odwaga, opanowanie, duma. Myślisz, że się boję? Tak właśnie myślę. To źle myślisz. Udowodnij to. No to chodźmy. Ale stój blisko mnie, bo nie chcę, żebyś miał łatwiej uciekać. Dobra, dla mnie to żaden problem.
Jam Zbyszko z Bogdańca. Niczego się nie boję – powiedział Krzyś, natchniony obejrzanymi niedawno „Krzyżakami”. Poszli ostrożnie na ulicę przez klatkę schodową kamienicy, jak dostawcy alkoholu podczas prohibicji. Ostatnio był taki film, który Krzyś oglądał przez szparę w drzwiach do pokoju rodziców. Stali blisko krawężnika. Właśnie pędził jakiś zagraniczny, szybki wóz należący do śródmiejskiego cinkciarza, który wracał nadziany utargiem przez wciąż rosnący kurs dolara. W myślach przeliczał gotówkę. Żyłka hazardzisty wyostrzyła mu rysy i zmysły. Spory zarobek, jak wygrana na loterii, zelektryzował żądze cielesnych rozkoszy. Chciał dziś zabrać dziewczynę, którą niedawno poznał na imprezę do lokalu i zaszaleć.
Wydać trochę i pokochać się z młodą w cieniu drzew w podmiejskim parku. Pijani i chętni. Chciał w końcu zaspokoić pragnienia, a forsa wypychająca kieszeń marynarki na owłosionej piersi zapowiadała pełny sukces. Facet miał ciemne okulary, brodę na całej twarzy i lokowaną czuprynę. Wybałuszył oczy, kiedy zobaczył małego chłopca sprawiającego wrażenie, jakby chciał wskoczyć wprost pod samochód. Zwolnił tylko trochę, bo przecież to było bez sensu. Chłopcy bawią się czasem w różne głupoty. Sam się czasem tak bawił, jak był w ich wieku. Ale gdy był już pewien, że chłopiec to zrobi i zaczął hamować, nagle ten drugi, który stał tuż za nim, minimalnie przyspieszył ruch kolegi i pchnął go o ułamek sekundy wcześniej. Nawet niezbyt mocno.
To wystarczyło, by stracił równowagę. Cinkciarz ostro hamował, ale prędkość miał jeszcze sporą. Wszystko przez to, że nie chciał uwierzyć, że to naprawdę może się stać. Z dużym impetem uderzył chłopca, zanim ten zdążył się sam przewrócić. Samochód stanął w poprzek jezdni, a Krzyś turlając się po asfalcie, jeszcze przytomny, odbił się na jakieś 10 metrów lekko w bok na chodnik, uderzając po drodze głową w metalowy kosz na śmieci. Jak później stwierdził lekarz, właśnie to go zabiło.
[02:47:58] - Cóż, proszę państwa, mam nadzieję, że się podobało. To jest ten moment, w którym pięknie się z państwem żegnam, dziękując za dzisiejsze spotkanie. Życzę miłego weekendu, a najpierw dobrej nocy. No i proszę państwa, tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejny odcinek „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Zapraszam i do usłyszenia.
[02:48:24] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium: UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.