Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, nie wiem jak wy, ale ja mam za sobą bardzo aktywny dzień. I nie mówię tu tylko o czwartku, bo piątek, w którym to dniu będzie miała premierę ta audycja, zapowiada się nie mniej aktywny. Także tym bardziej się cieszę na chwilę relaksu z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi, czyli z AWF, Akademią Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:54] - Dzień dobry wieczór państwu. Melduje się Bydgoszcz i melduje się AWF, Akademia Wszelkiej Fikcji. Tak sobie myślę, proszę państwa, rozglądając się po świecie, co się dzieje. Co się dzieje, to mniej więcej państwo wiecie. Świat się stał miejscem niespokojnym, delikatnie mówiąc, miejscem, w którym strach się bać, a w dodatku miejscem nieprzyjemnym. Staram się oczywiście śledzić to, co się dzieje, ale staram się odwracać głowę, patrzeć troszeczkę w inną stronę. Przynajmniej w chwilach, kiedy się da. Moim ulubionym ostatnio tematem jest Księżyc, a właściwie planowana misja wokół Księżyca. Artemis II miał już lecieć w lutym. To się nie udało.
Trzeba było rakietę cofnąć. Oczywiście rozumiem różne problemy techniczne, ale tak sobie myślę, w świecie eksploracji kosmosu istnieją takie momenty, które mają znaczenie symboliczne. Przypomnijmy sobie, ci, co mogą sobie przypominać albo sięgnijmy w głąb historii, to dla ludzi młodszych. W 1968 roku, gdy astronauci misji Apollo 8 po raz pierwszy okrążyli Księżyc, to było coś. Naprawdę świat się tym emocjonował. Nie da się ukryć, że podobny moment po ponad 50 latach, od tego 1968 to jeszcze więcej lat, ale dobra. Ostatnia misja na Księżycu ponad 50 lat temu, grube ponad 50. Więc podobny moment zbliża się teraz i misja Artemis II ma stać się pierwszym od czasów programu Apollo lotem ludzi w okolice naszego naturalnego satelity. Ten program Artemis, który prowadzony jest przez NASA, ma ponoć taki jeden główny cel: przygotowanie technologii, które są potrzebne do dalszych wypraw na Księżyc, a w przyszłości oczywiście także na Marsa. I Artemis II jest notabene drugim etapem tego programu.
Po takim bezzałogowym locie Artemis I w 2022 roku zbliża się podobno ten moment, w którym w kapsule Orion zasiądą znowu ludzie i polecą. Bo przedni lot był bezzałogowy, więc trudno mówić znowu. W każdym razie zasiądą i polecą. Chociaż trochę się podłamałem, kiedy jednak nie polecieli w lutym. Teraz też jakoś nie lecą. Zobaczymy. Planowana misja ma trwać około 10 dni. Załoga ma być czteroosobowa. Poleci rakietą wyniesioną z Centrum Kosmicznego Kennedy'ego na Florydzie. A astronauci oczywiście, podkreślę to, nie wylądują na Księżycu.
Nie taki jest plan. To zadanie dla przyszłych misji, ale wykonają lot wokół Księżyca, wrócą na Ziemię po takiej trajektorii. Ona jest zwana trajektorią swobodnego powrotu. Tak sobie westchnąłem, kiedy mówiłem o kolejnych misjach, bo mówi się co prawda o misji Artemis III, ale ile razy się o niej mówi, tyle razy słyszę inną datę i to na ogół późniejszą niż ta poprzednia, więc ja nie wiem, czy Artemis III poleci, czy w ogóle poleci, a jeśli poleci, to kiedy. Ta droga do startu, można by tak powiedzieć na podstawie obserwacji, nie jest prosta. Te ostatnie miesiące przyniosły kilka problemów technicznych. Wspomniałem już o nich. Podczas testów już na polu startowym wykryto między innymi wyciek wodoru, a poza tym inne problemy związane z instalacją doprowadzającą hel do tego górnego stopnia. Rakieta musiała zostać cofnięta do hali montażowej. Tam przeprowadzane są ponoć dodatkowe prace naprawcze.
I tak w rezultacie start, który początkowo rozważano na początku marca, nie, na początku to mówiono w ogóle o lutym, ale dobrze, później mówiono na początku marca. Teraz został po raz kolejny przesunięty. Obecnie NASA celuje w okno startowe otwierające się na początku kwietnia. Czyli znowu czekamy z takimi możliwymi datami między pierwszym a szóstym oraz ewentualnie jakby się nie udało, to pod koniec miesiąca, czyli pod koniec kwietnia. Chętnie w to wierzę, ale mówiąc szczerze, ten rym jest zupełnie niezamierzony, więc mówiąc szczerze, coraz mniejszą mam nadzieję, że oni jednak polecą. Bo wiecie państwo, bardzo bym chciał, bo fascynuje mnie Kosmos. Fascynują mnie loty kosmiczne i traktowałem, że Artemis II to taka próba generalna, sprawdzian technologii, sprawdzian procedur i właściwie ludzkiej wytrzymałości. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to kolejnym krokiem będzie misja Artemis III, o której już wspominałem. Niepokoi mnie to, że ona jest ciągle przesuwana. Na koniec tych moich sensownych bądź bezsensownych rozważań mam pytanie: kiedy ta misja się odbędzie?
I Artemis II, i Artemis III. I czy w ogóle się odbędzie? Bo świat ma teraz na głowie, jak zapewne państwo zauważyli, zupełnie inne zajęcia. Świat zamiast podbojem kosmosu zajął się militarną konfrontacją i podbojami zupełnie innego rodzaju. Nie będzie puenty, bo właściwie nie może być puenty do tego wszystkiego. Tak mi się smutno zrobiło, bo kiedyś zdobywanie kosmosu, loty w kosmos to było coś, co ekscytowało ludzi. Dzisiaj chyba tak nie jest. Może jeszcze jakaś grupka ludzi fascynuje się tym, owszem, a świat się toczy dalej i to w huku, kurzu, ogniu. To nie jest dobre, co się dzieje. Mało optymistycznie?
Chyba tak. Więc proszę państwa, żeby się zrobiło trochę optymistyczniej, trzeba sięgnąć po dobrą książkę. Ja mam na te wszystkie smutki, które państwu sprzedałem przed chwilą, dobre lekarstwo. Propozycje, polecajki książkowe. Pierwsza z nich nosi tytuł „Życie za życie”. Autorką jest Aneta Kisielewska, wydawcą Zysk i Spółka. Data premiery 17 marca 2026. Od razu powiem, chociaż i tak będę później powtarzał, że wszystkie dzisiejsze książki ukażą się na rynku 17 marca. Wróćmy teraz do książki „Życie za życie”. Trzy kobiety, trzy związki, jedna decyzja, która połączy ich losy na zawsze.
Diana ma wszystko: sławę, pieniądze i rzesze fanów. Za perfekcyjnym wizerunkiem kryją się jednak bolesne wspomnienia, niespełnione marzenia i strach przed przyszłością. Julia, ambitna dziennikarka, nade wszystko pragnie macierzyństwa i nie ustaje w walce o swoje szczęście. Kaja to młoda dziewczyna z prowincji, która ucieka do dużego miasta, aby rozpocząć nowe, lepsze życie. Zakochuje się w mężczyźnie, któremu jednak daleko do księcia z bajki. Drogi trzech kobiet krzyżują się w cieniu przemocy, tajemnic oraz dramatycznych wyborów. Bo są takie marzenia, które mają zbyt wysoką cenę, a próba ich spełnienia może przynieść nieodwracalne konsekwencje. „Życie za życie” to nowa powieść Anety Kisielewskiej, autorki świetnie przyjętych przez czytelników książek „Widma przeszłości” i „Zaginiona”. Przypomnę: „Życie za życie”, Aneta Kisielewska, wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery 17 marca.
Druga książka nosi tytuł „Gorycz prawdy”. Autorka Małgorzata Podstawna, wydawnictwo prozami. Data premiery 17 marca. Pozory mylą, a to dopiero początek. Komisarz Tamara Swoboda otrzymuje zgłoszenie zaginięcia menedżerki firmy farmaceutycznej. Przypadek ten początkowo nie wzbudza większego niepokoju, tym bardziej że dotyczy kobiety, która planowała podróż. Im dokładniej jednak Tamara analizuje okoliczności zaginięcia, tym wyraźniej widzi, że sprawa może być bardziej skomplikowana niż przypuszczano. Kiedy poszukiwana zostaje odnaleziona martwa, śledztwo nabiera tempa i odsłania sieć dawnych powiązań oraz krzywd. Krzywd, o których nikt nie chciał mówić. Jak wiele ofiar kryje się za tą jedną śmiercią?
Przypomnę tytuł: „Gorycz prawdy”, Małgorzata Podstawna, wydawnictwo prozami. Data premiery 17 marca. I trzecia książka nosi tytuł „Gwiazdozbiór psa”. Autor Peter Heller, wydawnictwo Altobook. Data premiery nieodmiennie 17 marca. Wkrótce film w reżyserii Ridleya Scotta na podstawie tej książki. W świecie po końcu świata nadzieja staje się najodważniejszym aktem człowieczeństwa. Po globalnej epidemii grypy, która niemal doszczętnie zmiotła ludzkość z powierzchni Ziemi, Higg pozostaje jednym z nielicznych ocalałych. Jego najbliżsi, żona, przyjaciele odeszli. Samotnie zamieszkuje opuszczone lotnisko, dzieląc hangar jedynie z wiernym psem i milczącym, uzbrojonym sąsiadem, który nie szuka kontaktu z nikim.
Codzienność Higga to rutynowe patrole starym samolotem Cessna 182 i krótkie wyprawy w góry, gdzie wśród natury próbuje odnaleźć choć namiastkę dawnego życia. Pewnego dnia z zakłóconego sygnału radiowego wyłania się coś niespodziewanego. Znak, że gdzieś tam, poza znanym mu światem może istnieć inna rzeczywistość. Ta krucha iskra nadziei popycha go do ryzykownej decyzji. Wyrusza w nieznane bez gwarancji powrotu. „Gwiazdozbiór psa” to historia człowieka, który mimo straty i bólu nie przestaje wierzyć, że warto szukać bliskości, miłości i sensu. Nawet gdy wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. Tytuł: „Gwiazdozbiór psa”. Autor: Peter Heller. Wydawnictwo Altobook.
Data premiery: 17 marca. Proszę państwa, to tradycyjnie i według rozkładu jazdy zaczynamy korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof bliski nam, bo z XIX wieku. Tak naprawdę od jego śmierci minęło jakieś 150 lat z kawałeczkiem, z hakiem jak to się mówi. W wieku XIX Europa przeżywała epokę ogromnych przemian. Rewolucja przemysłowa zmieniała sposób pracy i życia ludzi. Miasta rosły w niespotykanym dotąd tempie, a nowe idee polityczne zaczynały kształtować nowoczesne społeczeństwa. W tym świecie, który coraz bardziej przypominał naszą współczesność, pojawiło się pytanie pozornie proste, lecz w gruncie rzeczy niezwykle trudne. Jak daleko może sięgać wolność człowieka? Jednym z filozofów, którzy spróbowali udzielić na to pytanie odpowiedzi, był John Stuart Mill.
Mill urodził się w 1806 roku w Londynie. Już jego dzieciństwo było niezwykłe. Jego ojciec, James Mill, był filozofem i bliskim współpracownikiem Jeremy'ego Benthama, twórcy utylitaryzmu, czyli teorii mówiącej, że moralność powinna opierać się na maksymalizowaniu szczęścia. James Mill postanowił wychować syna w sposób, który dziś nazwalibyśmy eksperymentem edukacyjnym. Mały John Stuart nie chodził do zwykłej szkoły. Był uczony w domu według bardzo rygorystycznego programu. W wieku trzech lat czytał już po grecku. W dzieciństwie poznawał dzieła Herodota, Platona i Tukidydesa. Zanim osiągnął wiek nastoletni, studiował logikę, ekonomię, ekonomię polityczną i historię. To imponujące, ale miało swoją cenę.
W wieku około 20 lat Mill przeżył poważny kryzys psychiczny. Po latach wspominał, że nagle zrozumiał coś bardzo niepokojącego. Nawet jeśli wszystkie cele, do których dążył jego ojciec oraz nauczyciele zostałyby osiągnięte, on sam nie byłby szczęśliwy. Ten moment stał się dla niego przełomem. Mill zaczął rozumieć, że człowiek nie jest tylko istotą kalkulującą korzyści i straty. Ma również uczucia, wyobraźnię, potrzebę indywidualności. I właśnie to doświadczenie będzie miało ogromny wpływ na jego późniejszą filozofię. Najbardziej znanym dziełem Milla jest książka o wolności opublikowana w 1859 roku. To stosunkowo krótki tekst, ale jego znaczenie dla nowoczesnej myśli politycznej jest ogromne. Mill zaczynał od spostrzeżenia, które w jego czasach było coraz powszechniejsze.
W przeszłości ludzie obawiali się przede wszystkim tyranii władców, królów, cesarzy, dyktatorów. W nowoczesnych społeczeństwach pojawiło się jednak inne zagrożenie. Tyrania większości. Jeżeli społeczeństwo jest demokratyczne, większość może narzucać swoje poglądy wszystkim innym. Może decydować, co jest właściwe, co należy myśleć, jak należy żyć. Mill uważał, że to bardzo niebezpieczna sytuacja, bo wolność nie polega na tym, że rząd nie ingeruje w życie obywateli. Wolność polega również na tym, że społeczeństwo nie tłumi indywidualności swoich członków. Dlatego Mill sformułował jedną z najbardziej znanych zasad filozofii liberalnej. Nazywa się tę zasadę zasadą krzywdy. Brzmi ona mniej więcej tak: jedynym powodem, dla którego społeczeństwo może ograniczyć wolność jednostki, jest zapobieżenie krzywdzie innych ludzi.
Innymi słowy, człowiek powinien mieć prawo robić niemal wszystko, co chce, dopóki nie szkodzi innym ludziom. To stanowisko było w XIX wieku odważne, bardzo odważne. Mill bronił na przykład wolności słowa w sposób niezwykle konsekwentny. Twierdził, że nawet poglądy błędne lub kontrowersyjne powinny mieć prawo do istnienia w debacie publicznej. Dlaczego? Bo jeśli jakaś opinia jest prawdziwa, to tłumienie jej oznacza pozbawianie społeczeństwa prawdy. Jeśli jakaś opinia jest częściowo prawdziwa, to w sporze z innymi poglądami może pomóc odkryć pełniejszy obraz rzeczywistości. A jeśli nawet jakaś opinia jest całkowicie fałszywa, to jej obecność w debacie zmusza ludzi do lepszego uzasadniania własnych przekonań. Bez tego, zauważał Mill, prawda może zamienić się w martwy dogmat. W jego filozofii pojawia się również bardzo ważna idea indywidualności.
Mill twierdził, że rozwój człowieka wymaga różnorodności stylów życia. Społeczeństwo, które zmusza wszystkich do jednakowego sposobu myślenia i jednakowego sposobu działania, staje się Intelektualnie ubogie. Ludzie powinni mieć możliwość eksperymentowania z własnym życiem. Powinni mieć prawo do wybierania różnych dróg, do popełniania błędów, do uczenia się na doświadczeniu, bo tylko w ten sposób może powstawać prawdziwa kultura wolności. Mill nie był jednak filozofem skrajnym. Nie uważał, że jednostka może robić absolutnie wszystko. Jeśli czyjeś działania szkodzą innym, wtedy i tylko wtedy społeczeństwo ma prawo interweniować. Jego stanowisko można więc rozumieć jako próbę znalezienia równowagi pomiędzy wolnością jednostki a dobrem wspólnym. Co ciekawe, Mill był również jednym z pierwszych filozofów, którzy zdecydowanie opowiadali się za równouprawnieniem kobiet. W swojej książce „Poddaństwo kobiet” argumentował, że podporządkowanie kobiet mężczyznom nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia.
Jest raczej wynikiem tradycji i pewnych historycznych uprzedzeń. Dla XIX wieku była to teza bardzo radykalna. Mill angażował się zresztą nie tylko w filozofię, ale także w życie publiczne. Przez pewien czas był posłem w brytyjskim parlamencie. Popierał reformy wyborcze, popierał prawa kobiet i rozwój edukacji. Jego filozofia nie była więc wyłącznie teorią. Była próbą przemyślenia tego, jak powinno wyglądać nowoczesne społeczeństwo. Dziś, ponad 150 lat po jego śmierci, wiele z pytań, które stawiał Mill, pozostaje wciąż aktualnych. Jak daleko może sięgać wolność słowa? Czy społeczeństwo ma prawo ograniczać zachowania jednostek dla ich własnego dobra?
Gdzie kończy się autonomia jednostki, a zaczyna odpowiedzialność wobec innych? Mill nie dał na te pytania ostatecznych odpowiedzi, ale pokazał coś bardzo ważnego. Wolność nie jest czymś oczywistym ani czymś prostym. Jest raczej delikatną równowagą między różnymi wartościami, między bezpieczeństwem, odpowiedzialnością, pluralizmem i indywidualnością. I właśnie dlatego filozofia Johna Stuarta Milla wciąż powraca w momentach, gdy społeczeństwa muszą na nowo zastanowić się nad granicami wolności. Bo pytanie, które stawiał Mill w XIX wieku, nie straciło nic ze swojej aktualności. Jak żyć razem, nie odbierając sobie nawzajem prawa do bycia sobą? Po tym filozoficznym zastrzyku, po tych filozoficznych korepetycjach zapraszam państwa teraz na odrobinę prozy. Dzisiaj opowiadanie Marcina Kowala „Jedno życzenie” czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[21:35] - Marcin Kowal „Jedno życzenie”. Był późny letni dzień. Słońce chyliło się już ku zachodowi. „To moje!” — usłyszał starszy mężczyzna. Siedział w stodole. Właśnie kończył pracę, kiedy kolejne krzyki zakłóciły mu spokój. „Nieprawda, ja to znalazłam!” Staruszek podwiązał sznurek przytrzymujący pedały starej maszyny do prasowania słomy i pomyślał: „Na dzisiaj wystarczy”. Następnie wyszedł na zewnątrz. „Co tu się wyrabia?” — zapytał z nieco udawaną, teatralnie przesadzoną złością. Trójka jego wnuków, dwie wnuczki i jeden wnuczek natychmiast przerwały kłótnię.
Chłopiec zaciskał pięść, podnosząc rękę w górę. Trzymał w niej coś, co jego siostry koniecznie chciały mu odebrać. „O co się kłócicie?” Starszy mężczyzna powoli zbliżył się do nich. „Dziadku, bo ja znalazłam monetę” — krzyknęła najmłodsza — „a on mi ją zabrał” — wskazała brata. „No i co z tego?” — napuszył się chłopiec. „Pokaż no tę monetę” — zażądał dziadek. Powoli i z wielką niechęcią najstarszy z wnuków podał zdobycz staruszkowi. „A to dopiero ciekawe” — odezwał się dziadek. Przyglądał się nierównej, wyszczerbionej, ale i pozłacanej powierzchni pod słońce. „Bardzo ciekawe” — spojrzał na wnuki.
„Kochane dziatki” — przemówił — „to nie wiecie, że żądza pieniądza do niczego nie prowadzi? Gdy w rodzinie siła, wtedy i pieniędzy nie brakuje. Nie słyszeliście historii o małym Antku?” Gapiąca się na niego trójka pokręciła głowami. „Siadajcie więc i słuchajcie. Myślę, że wam się spodoba. Wydarzyło się to w czasach, kiedy świat dzielił się i burzył. Wielkie cesarstwa upadały. Na mapach pojawiały się zarówno nowe państwa, jak i te, których dawno już tam nie widziano. Właśnie zakończyła się wielka i straszna wojna. Drugiej takiej nikt się w najbliższych latach nie spodziewał.
Każda historia gdzieś się zaczyna. Ta akurat początek swój miała na wsi. Nieopodal lasu gęstego w zwierzynę była sobie góra. Może nie tyle góra co pagórek. Na jego szczycie leżał wielki kamień. Nikt nigdy nie wiedział, skąd się tam to ustrojstwo wzięło, kto je przyniósł, bo samo przecie nie wyrosło. I po co? Nikomu też ruszyć się go nie chciało, bo i nikt siły do tego nie miał. U podnóża wzniesienia płynęła rzeka szeroka i bogata w ryby. Z kolei niedaleko tej rzeki, lasu i pagórka znajdowała się wioska.
Całkiem spora, z każdej strony otoczona ziemią rolną. A były to czasy, kiedy rolnictwo jeszcze się rolnikom opłacało uprawiać. Miasta bowiem dopiero nieśmiało wkraczały na ścieżkę przemysłu. W wiosce działała szkoła. Nowa, przykościelna. Wszystkie dziatki od lat siedmiu, dzień w dzień, z wyjątkiem rzecz jasna świętej niedzieli i wolnej soboty, z samego rana chodziły naukę pobierać. Kilka godzin z książkami siedziały. Pisania, czytania, liczenia, historii i religii się uczyły. Zanim szkoła w wiosce się pojawiła, nikt pisać i czytać nie potrafił, a i tak wszyscy szczęśliwi byli. Po powrocie do domu dzieci w pole szły, rodzicom w pracy pomagały.
Szkoła, pole i kościół, naturalnie w niedzielę. Tak kiedyś życie młodych wyglądało. Pośród rolników w wiosce jeden szczególnie bogaty był w ziemie. Sąsiedzi nazywali go Chudym Jaśkiem. Co ciekawe, Jasiek do chudych nie należał. Gruby też nie był. Taki pośrodku. Ot, zwyczajny, dobry chłop. Gospodarzem za to był udanym i strasznie pracowitym. Ze wschodem słońca w pole wychodził, z zachodem wracał.
Dwójkę dzieci miał: syna Antka i córuś Małgosię. Ta dwójka do południa w szkole siedziała, a później ojcu w pracy pomagała. Matki niestety nie miały. Co się z nią stało? Serce kobieciny wojny nie wytrzymało. Tak przynajmniej ludzie opowiadali. Prawda to? Nie dopytywałem, bo i po co. Chłop, nieważne jak dobry, bez kobiety długo nie wytrzyma. Więc po czasie jakimś trafiła mu się jedna taka ze wsi, Urszula.
Piękna była, owszem, każdy za nią oko odkręcał, ale sama uroda to nie wszystko. W głowie trzeba jeszcze mieć, a ona akurat nie miała. Jedyne czego szukała, to bogatego i pracowitego chłopa, co by jej zachcianki spełniać miał za co. Przyszła kilka razy do Chudego Jaśka. Niby to w odwiedziny, niby porozmawiać. Nie minął rok, a do ślubu doszło i wielkie weselisko wyprawili. Całą wioskę sprosili. Mówić nie wypada, ale ponoć strasznie się Chudy Jasiek wykosztował. Tańce z tydzień trwały i nikt trzeźwy się nie ostał. Takie były kiedyś wesela.
Mały Antek z jeszcze mniejszą Małgosią macochy nie polubili, bo i lubić się jej nie dało. Szybko szydło z worka wyszło. Urszula do pracy niechętna była. Słabowita taka. Chyba że na tańce iść trzeba było, wtedy pierwsza leciała. Całe dnie w domu leżała. Mąż w polu harował, dzieci ze szkoły wracały i również w pole się udawały, a ona nic. Trwało to czas jakiś, aż tu nagle okazało się, że Chudy Jasiek na zdrowiu podupada. Z dnia na dzień słabszy był i słabszy. Siły go opuszczały.
Z łóżka wstać nie mógł, nie mówiąc nawet o tym, żeby do pracy ruszyć. Aż nastał dzień, kiedy tatulo z łoża nie wyszedł, oczu nie otworzył. Do Pana Boga we śnie odszedł. W gospodarstwie dwoje dzieci zostało i macocha. Dopiero wtedy Urszulka prawdziwą twarz pokazała, jakby diabeł jaki w nią wstąpił. Wredna stała się i nie do zniesienia. Za chłopami ponownie rozglądać się zaczęła, a niejeden spojrzenie odwzajemnił, bo nie dość, że wciąż urodziwa była, to jeszcze i bogatą wdową się stała. Sama robić dalej nic nie chciała. Dzieci strasznie do pracy goniła. Gdyby tylko mogła, do szkoły pewno zabroniłaby im chodzić.
Gospodarstwo szybko zaczęło podupadać. Kiedyś warte było majątek. Z czasem tracić zaczęło na wartości. Antek robił, co mógł. Ojca jednak nie był w stanie zastąpić. W dodatku strasznie popsuł się w nauce, ze zmęczenia pewnie. Dla kolegów również czasu nie miał, więc odwrócili się od niego, aż kłócić się z nimi zaczął. A w kłótni, wiadomo, o bójkę łatwo. Raz po szkole zmówili się na niego w kilku. On sam, ich pięciu.
Jednego uderzył, drugiego kopnął. Przed resztą uciekać zaczął. Gonili go długo. W lesie ich zgubił. Z lasu wybiegł i pognał na pagórek. Na szczycie za kamieniem się ukrył. Ziemię rękami wygrzebał i tyle, ile mu się udało, pod głaz się wcisnął. Położył się i czekał. „Znajdą mnie i spiorą na kwaśne jabłko” — pomyślał. — „Albo nie zauważą i pójdą sobie do domu.” „Znajdą cię” — usłyszał głos tuż przy uchu.
Zerwał się tak nagle, że aż łepetyną w twardy kamień uderzył. „Auć!” — jęknął. „Lepiej stąd uciekaj” — raz jeszcze przemówił nieznajomy. Antek odwrócił się. Łeb go bolał, ale zdołał wyjrzeć spod głazu. Przy kamieniu stał chłopiec. Obrany był w krótkie brązowe spodnie i białą koszulę. Wyglądał na młodszego od Antka o jakieś trzy, może cztery lata. Nawet w pełnym słońcu widać było, że strasznie jest blady. „Zmykaj stąd, mały” — odezwał się Antek.
— „Bo jak mnie znajdą, to z rozpędu i ciebie wytarmoszą.” „Phi” — zaśmiał się chłopiec. — „Nic mi nie zrobią. Za to z tobą nie będzie miło.” Musiała to być dla niego niezła zabawa. Antkowi zaś wcale do śmiechu nie było. „Idą tu?” — zapytał szeptem. „Zebrali się na dole, ale zaraz tu ruszą.” Dzieciak pochylił się i zajrzał do kryjówki uciekiniera. „Masz ostatnią szansę, żeby uciec. Jeżeli zbiegniesz z tej strony, to może cię nie zauważą. Chyba że...” „Chyba że co?” Antka ponownie rozbolała głowa. „Chyba że ja się nimi zajmę” — radośnie poinformował chłopiec.
„Przegonię ich w ramach twojego pierwszego życzenia. Co ty na to?” „Że co?” Antek nic z tego nie rozumiał. „Jakiego życzenia?” „Spełnię twoje trzy życzenia” — powoli i wyraźnie przemówił nieznajomy. — „W zamian za jedno moje. Co ty na to? Zgadzasz się? Lepiej się pospiesz, bo ta trójka zaraz tu dotrze.” Usłyszeli głosy w oddali. Były coraz wyraźniejsze. Ich właściciele zbliżali się. „Jak z nim skończymy” — oznajmił pierwszy.
„To go nawet własny pies nie pozna” — dokończył drugi. Trzeci jedynie zaśmiał się w bardzo teatralny sposób. „Dobra, zgadzam się. Zgadzam się. Tylko weź ich ode mnie” — przemówił Antek. Nikt mu nie odpowiedział, bo i nikogo już obok nie było. Chłopak powoli wysunął się spod wielkiego kamienia. Spojrzał w lewo i w prawo. Jego wzrok trafił jedynie na trawę, którą raz po raz poruszał wiatr. W dole widać było rzekę i las.
Nic więcej. Pusto. Nieznajomy zniknął. „Aaa!” — usłyszał wrzaski za plecami. Dochodziły z drugiej strony pagórka. Obszedł kamień i wspiął się na szczyt. A wtedy: „Kim ty jesteś?” — usłyszał kolejne krzyki. — „On jest okropny!” — i jeszcze jeden. Antek rozpoznał w tych głosach swoich napastników. Strach czuło się na odległość.
Trzech niedoszłych oprawców bardzo się czegoś, kogoś przeraziło. Odgłosy szalonej ucieczki przetoczyły się po wzgórzu. Z głową przy ziemi wyjrzał na drugą stronę. U podnóża pagórka zobaczył umykające w szalonym pędzie trzy sylwetki. „Kiedy chcę, potrafię być naprawdę straszny” — przemówił głos przy jego prawym uchu. Antek niemal podskoczył. Odwrócił się i zauważył, że obok stoi chłopiec, którego spotkał wcześniej. Uśmiechał się szeroko i w bardzo niewinny sposób, aż puchł z dumy, czekając na pochwałę. „Jak to zrobiłeś?” — zapytał młodszego kolegę. „Ma się swoje sposoby.” „Wiesz” — Antek powiedział cicho — „powinienem ci podziękować.” „Cała przyjemność po mojej stronie” — odezwał się nieznajomy i błysnął uśmiechem.
Ukłonił się w bardzo wytworny sposób. Jego zachowanie i ruchy nie zostały niezauważone. „Jesteś może jednym z potomków szlachty, o której opowiadała nam pani na lekcjach historii?” — zapytał Antek. W rzeczy samej, sześciolatek, Antek uznał, że chłopiec nie może mieć więcej niż sześć lat, ukłonił się po raz drugi. „Jestem, jestem. A może byłem? Trudno powiedzieć.” „A gdzie twoi rodzice?” „Tam leżą.” Chłopiec wskazał kościół i znajdujący się tuż za nim kwadratowy kawałek ziemi obsiany krzyżami. „Bardzo mi przykro.” Antek westchnął. Przełknął ślinę. „Wiem, jak się czujesz.
Mieszkam z siostrą i macochą. Moi rodzice też umarli.” „Kiedy to się stało?” Nieznajomy zastanowił się. „Musiało być dawno temu. Już nawet za bardzo nie pamiętam.” „Aha.” Antek przełknął ślinę. „Powinienem już wracać do domu. Macocha będzie zła.” „Nie zapominaj, że spełniłem twoje życzenie. Masz jeszcze dwa” — przypomniał mu blady nieznajomy. „W zamian za twoje jedno, tak?” — upewnił się Antek. „Tak.” „No to może mi powiesz, czego chcesz. Nie wszystko jestem w stanie zrobić, ale postaram się.” Antek czuł się nieswojo.
Był dłużnikiem, a bardzo nie lubił tego uczucia. Ojciec zawsze nauczał go, żeby swoje długi spłacać jak najszybciej. „Jeszcze nie.” Nieznajomy zacisnął usta i pokręcił głową. „Powiem ci, jak tylko zdradzisz mi swoje drugie życzenie.” „Dziwny jesteś” — stwierdził Antek. — „Ale jak chcesz. Muszę już iść. Spotkamy się jeszcze?” „Pewnie.” Chłopiec ucieszył się. Antek pożegnał się i pobiegł przed siebie. Kiedy zbiegł z pagórka, odwrócił się. Chciał jeszcze raz pomachać koledze, ale wzgórze było puste.
Do domu dotarł później niż zwykle, więc macocha już na dzień dobry była zła. Szybko jej nie przeszło. Rodzeństwo musiało sprzątnąć w domu i na podwórku, zająć się zwierzętami w oborze i przyprowadzić krowy z pola. Czekały na powrót już od południa. „Jeżeli będziesz się spóźniał” — krzyczała macocha — „to twoja siostra sama będzie to wszystko robiła.” „Ale Małgosia jest jeszcze za mała” — zaprotestował Antek. „To się nie spóźniaj!” — warknęła. — „Do niczego się nie przydajesz. Na co komu takie dzieci? Zarobiłbyś jakieś pieniądze jak prawdziwy mężczyzna. Twój ojciec wiedział, jak zadbać o kobiety w swoim domu.
Jak tak dalej będzie, to sprzedamy tę ziemię i każdy pójdzie w swoją stronę.” Krzyknęła, a chłopiec posmutniał. Nic jednak nie powiedział. Tej nocy Antek miał dziwny sen. Śniło mu się, że gonią go dawni koledzy ze szkoły, a dyryguje nimi macocha. Uciekał przez las. „Jest tam, między drzewami” – wskazała macocha, a prześladowcy ruszyli w wyznaczonym kierunku. Antek wybiegł więc z lasu i ruszył pod górę. „Wspina się na pagórek, ukryje się pod kamieniem” – wrzasnęła macocha. Jej pasierb natychmiast zawrócił. Zamiast pognać na szczyt, ruszył w inną stronę.
Dobiegł aż do kościoła. Minął budynek i spróbował ukryć się na cmentarzu. Przemieszczał się pomiędzy krzyżami i nagrobkami, kiedy nagle tuż przed nimi wyrósł dół. Taki, który grabarz kopie na dzień przed pogrzebem. Antek wpadł do środka, do wielkiej, ciemnej dziury w ziemi. Krzyknął oczywiście: „Pomocy!”, kiedy za jego plecami odezwał się znajomy głos. „Czy masz dla mnie drugie życzenie?” – zapytał ten sam chłopiec, którego Antek poznał na pagórku. Siedział na ziemi po drugiej stronie wąskiego, ale długiego rowu. Miał podkulone kolana i obserwował, jak uciekinier bez większych rezultatów próbuje wydostać się na powierzchnię. „Co ty tu robisz?” – odezwał się Antek.
„Mieszkam” – odpowiedział nieznajomy. „W grobie?” „Na cmentarzu.” „Nie poznałem jeszcze nikogo, kto mieszkałby na cmentarzu” – przyznał Antek. „Zdziwiłbyś się, jak wielu ludzi tu mieszka” – przekonywał chłopiec. – „Ale żaden z nich nie jest tak ciepły jak ty. Nie mają też snów, które mógłbym odwiedzić. Oni sami są jak sen. Czy znasz już swoje drugie życzenie?” – powtórzył pytanie. „Nie” – Antek odpowiedział bardzo sucho. – „Nie mam głowy do życzeń. Moja macocha jest na mnie bardzo zła.
Grozi, że jak nie przyniosę do domu zarobionych pieniędzy, to sprzeda gospodarstwo mojego ojca. Zostawi mnie i moją siostrę z niczym.” „Jeżeli chcesz, mogę przynieść ci trochę złota” – uśmiechnął się chłopiec. W jego dłoni niespodziewanie znalazła się złota moneta. Wręczył ją Antkowi. „Jest prawdziwa?” – zdziwił się obdarowany. „Tak.” – nieznajomy przytaknął ochoczo. – „Czy to byłoby twoje drugie życzenie?” – zapytał. Antek zastanowił się. „Nie powiedziałeś mi jeszcze, czego ty byś pragnął w zamian” – przemówił. „Ależ powiem ci.” – uśmiech nie schodził z bladej twarzy dziecka.
– „Wtedy, kiedy ty zdradzisz mi swoje. Pamiętaj, że będziesz miał jeszcze jedno.” „Dobrze” – zgodził się Antek. – „Wezmę monetę, ale nie wiem, czy to zadowoli moją macochę. Będzie chciała więcej.” Nieznajomy wręczył mu podarek. „Wiem, gdzie jest ich więcej” – powiedział. – „Dużo więcej. Na pagórku. Tam, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy, znajduje się skarb. Kiedyś widziałem, jak żołnierze, którzy mieszkali w lesie, ukryli na wzgórzu kufer ze złotem. Chciałbyś?” „No nie wiem” – zastanowił się Antek.
– „Złoto na pewno by się przydało. A co na to ci żołnierze? Nie będą źli?” „Już dawno ich nie ma.” – chłopiec machnął ręką. – „Ale kufer został. Nie znajdzie go ten, kto nie wie, gdzie szukać. Mógłbym ci pomóc, ale to byłoby już twoje trzecie życzenie.” „Trzecie?” – zdziwił się Antek. – „No tak. Powiedz tylko, co chciałbyś w zamian.” „Ja…” – uśmiech zniknął z twarzy chłopca. Zastąpił go smutek. – „Jest mi tu zimno, źle.
Wy, żywi, macie ciepło, którego nam, martwym, tak brakuje. Oddam ci kufer ze złotem, ale czy zgodziłbyś się zostać ze mną na zawsze?” Antek zamyślił się. „Czy ja wiem” – odpowiedział. – „Jeżeli zostałbym z tobą, po co byłoby mi złoto?” „No tak.” – dziecko posmutniało jeszcze bardziej. – „To prawda. Czy masz inne życzenie?” „Teraz, kiedy już znam twoje pragnienie…” – Antek ponownie zabrał głos. – „Przykro mi, ale nie mogę sobie niczego życzyć. Chciałbym ci pomóc, nawet i bez tego złota, ale to oznaczałoby, że zostawiłbym moją młodszą siostrę na pastwę macochy. Obawiam się, że to byłaby bardzo zła decyzja. Nawet nie chcę myśleć, co ta kobieta zrobiłaby z nią.” „Oj.” – nieznajomy spróbował się uśmiechnąć.
– „Dobrze, niech tak będzie. Pozostawię cię bez trzeciego życzenia. Możesz już obudzić się i wrócić do swojej rodziny. Ale pamiętaj, gdybyś zmienił zdanie, będę czekał na ciebie na wzgórzu. Jutro do zachodu słońca.” Antek skinął głową i… obudził się. Słońce zajrzało przez okno do pokoju, w którym spał. Na drugim łóżku pod ścianą zachrapała jego mała siostra. Chłopiec uśmiechnął się, wspominając swój sen. Przekręcił się i odkrył, że nie może już dłużej spać.
Ani łóżko, ani kołdra nie zachęcały go do snu. Poduszka też była bardzo niewygodna. Podniósł ją, żeby poprawić, kiedy nagle zauważył błysk. Słońce odbiło się od złota. Na prześcieradle leżała moneta, ta sama, o której śnił przed chwilą. Tak przynajmniej mu się wydawało. Z jednej strony znajdował się brodaty mężczyzna, a z drugiej coś, czego nie był w stanie rozpoznać. Pachniała starością i wyglądała, jakby ktoś wiele razy podgryzał ją zębami. Antek ucieszył się. Wstał, założył na siebie ubranie i wyszedł w pole wyprowadzić krowy na pastwisko.
Senny podarunek od nieznajomego schował z powrotem pod poduszkę. Kiedy wracał, macocha już na niego czekała. Stała przed domem i trzymała jego małą siostrę za rękę. Dziewczynka wyrywała się, ale nie miała żadnych szans z dorosłą kobietą. „Dlaczego to robisz?” – zapytał Antek. „Ano dlatego” – odpowiedziała. Lewą dłonią sprawnie podrzuciła do góry starą monetę. – Jak to się stało, że ten bachor bawi się złotem, za które mogłabym kupić połowę tego nędznego gospodarstwa? Mówi, że to nie jej. Skoro nie jej i nie moje, to musi być twoje.
„Tak” – zgodził się chłopiec. – Możesz sobie wziąć to złoto, tylko wypuść moją siostrę. „A żebyś wiedział, że wezmę!” – zaskrzeczała macocha. Uwolniła dziewczynkę z uścisku. „Przepraszam” – odpowiedziała Małgosia, chowając się za bratem. – Chciałam zrobić pranie, zanim wrócisz z pola. Znalazłam monetę, a wtedy ona mnie złapała. Antek osłonił ją swoim ciałem. „Nic się nie stało” – wyszeptał i zwrócił się do macochy. – Dostałaś, czego chciałaś.
Dasz nam teraz spokój? „Wziąłeś sobie do serca to, co ci wczoraj powiedziałam” – przemówiła. – Dobrze, dobrze. Pytałam, skąd to masz i czy jest tego więcej. Antek opowiedział jej o spotkaniu z chłopcem na wzgórzu. Później wspomniał o tym, co mu się przyśniło. „Duchy, sruchy!” – pisnęła. – Znalazłeś skarb i wymyślasz te głupie historyjki. Mów gdzie jest złoto. Mów prawdę.
„Mówię” – przysięgał Antek. Owszem, macocha nie wierzyła w duchy, ale wierzyła w złoto. Dowód na to, że coś w tej historii jest prawdziwe, ściskała właśnie w dłoni. – Powiedzmy, że nie kłamiesz – przekonała się w końcu. – To co niby ten cały duch chce w zamian? Antek odetchnął powoli. Był bardzo przestraszony. „Chciał, żebym został z nim na zawsze”. „Głupcze!” – nie szczędziła słów. – Od razu mogłeś zażądać złota.
Wtedy miałbyś jeszcze dwa życzenia do spełnienia. Do niczego się nie nadajecie. Sama muszę o siebie zadbać. Gdzie niby jest to złoto? „Duch powiedział, że jest ukryte w pobliżu pagórka. Nie wspomniał jednak gdzie. Nie da się go znaleźć, jeżeli on nie wskaże ci, gdzie jest”. „Oj, głupiutki. Głupiutki jesteś, Antku. Przecież to nie może być takie trudne.
Powiedział ci to tylko po to, żebyś sam nie szukał. I dobrze, że tego nie zrobiłeś, bo pewnie już dawno bym nie widziała ani ciebie, ani tej małej. Siedzieć mi w domu, dopóki nie wrócę.” „A szkoła?” – zapytał Antek. „Siedzieć już!” – wrzasnęła. Macocha nie czekała, aż jej przytaknął. Ruszyła do stodoły. Zabrała stamtąd szpadel i sama poszła na wzgórze. Nie wróciła do południa. Po południu również jej nie było. Antek wyjątkowo nie poszedł do szkoły.
Małgosia również. Posłuchali słów macochy i czekali na nią w domu. Chłopiec odkrył, że kiedy w pobliżu nie było tej strasznej kobiety, wszystko jakoś szło mu lepiej i szybciej. Skończył pracę w momencie, kiedy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi. Przygotował kolację. Rodzeństwo zjadło ją w ciszy. Kiedy zapadł zmrok, nie zostało im nic innego, jak iść spać. Podobnie jak poprzedniej, tej nocy chłopiec również miał dziwny sen. Trochę jednak inny niż ostatnio. Widział w nim swoją macochę, która spocona i zasapana próbowała rozkopać całe wzgórze.
Niczym kret ryła łopatą w jednym miejscu. Później, zostawiając za sobą kupkę rozkopanej ziemi, szła gdzie indziej i robiła to samo. Zobaczył również znajomego mu już chłopca, który podszedł do niej i zapytał: „Co robisz?”. Jego macocha zbladła niemal tak jak chłopiec. Wiedziała, kim był. Antek opowiedział jej wszystko ze szczegółami. Nie uciekła jednak na widok ducha. Zamiast tego odpowiedziała: „Jestem tu po to, żebyś spełnił moje trzy życzenia”. Dziecko pokręciło przeczącą głową. „Nie mogę” – odezwało się.
– Spełniłem już dwa życzenia mojego kolegi Antka. Zostało tylko jedno. Macocha zamyśliła się na chwilę. Jej oczy błysnęły złośliwie. „Jestem tu w jego imieniu. Mówi, że zgadza się spełnić twoje życzenie. Prosił, żebym ci to przekazała. Obiecał, że nie będziesz sam. Gdzie zatem jest skarb?” Chłopiec patrzył na nią przez chwilę. Nie mówił nic, jakby rozważał to, co usłyszał.
„Dobrze” – zgodziło się dziecko. Macocha najpierw się uśmiechnęła, a kiedy nagle oczy chłopca zmieniły się i wypełniła je czarna farba, przestała się uśmiechać. I wtedy serce Antka zabiło szybciej. Sen urwał się nagle i niespodziewanie. Chłopiec zerwał się z łóżka. Był przerażony. Rozejrzał się dookoła. W ciemnym pokoju nie było jednak nikogo poza nim i jego siostrą. Tej nocy nie zmrużył już oka. Czekał, aż słońce wstanie.
Kiedy pierwsze oznaki nadchodzącego dnia rozkwitły na wschodzie, poderwał się i pobiegł na wzgórze. Na miejscu zastał kilka rozkopanych dołków i szpadel wciśnięty pod wielki kamień. Dokładnie tam, gdzie dzień wcześniej Antek ukrywał się przed ścigającymi go łopusami. Od strony kościoła powiał lekki wiatr. Chłopak mógłby przysiąc, że wraz z wiatrem usłyszał bardzo cichy, odległy krzyk. Głos kobiety. Urwał się bardzo szybko. Przez chwilę zastanawiał się, czy mu się zdawało. Jego macochy nie było na wzgórzu. Mieszkańcy przeszukali wioskę, ale nie znaleźli jej.
W zasadzie to nikt już jej nigdy więcej nie widział. Dziadek zakończył swoją opowieść. Przez jedną krótką chwilę trójka jego wnuków siedziała cicho, aż w końcu odezwała się ta średnia. „Jeżeli chcesz dziadku, możesz wziąć monetę.” Reszta potwierdziła skinieniem głowy. „Idziemy pobawić się na wzgórzu?” – zaproponowała młodsza. Pozostali popatrzyli na nią. „Nie” – odpowiedziała jej siostra. – „Na wzgórze nie pójdziemy. Zostaniemy tutaj. Znajdziemy sobie inną zabawę.” Rodzeństwo ruszyło przed siebie.
Jedynie chłopiec odwrócił się i spojrzał na starszego człowieka. „Co się stało z macochą?” – przemówił niepewnie. – „Znalazła kufer i uciekła? Czy może porwał ją duch chłopca? A jeżeli tak, to czy ktoś odnalazł złoto?” Dziadek podrzucił złotą monetę w powietrzu. „Skąd niby miałbym to wiedzieć?” – uśmiechnął się. – „A jak ty uważasz, młody człowieku?” – zapytał i nie czekając na odpowiedź wnuczka, ruszył przed siebie. Poszedł w stronę domu.
[51:35] - To teraz, proszę państwa, zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. W dzisiejszym Filmotekarium omawiamy film nowy, naprawdę nowy, film zatytułowany „W mgnieniu oka”. Dzień dobry wieczór państwu. Kłaniają się autorzy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[52:00] - Dobry. Witam.
[52:02] - Ja też się kłaniam państwu bardzo, bardzo. I zaczynamy. Dzisiaj film, ja nie będę ukrywał, ja nie lubię ukrywać. To jest film, który trącił taką nutę wspomnieniową w mojej duszy. Wspomnieniową, ponieważ ten film bardzo mocno nawiązuje do filmu, który ja bardzo lubię. Piotr lubi go średnio. To taki eufemizm. Niemniej to ewidentnie poczułem się lekko wzruszony.
[52:36] - Ano właśnie. Są w dziejach kina filmy przekrojowe, tak to nazwę, ukazujące nam wydarzenia dziejące się w różnych okresach historycznych. I chyba dwa najbardziej znane tego typu filmy to na przykład „Odyseja kosmiczna”, chociaż tam to, co się dzieje na przestrzeni epok, jest oczywiście różnie zarysowane, ale małpy są, są. No i „Atlas chmur”. Ale 2026 rok przynosi nam kolejne dzieło, którego autorzy próbują odpowiedzieć na pytanie o sens życia. Może nie o sens życia, raczej o sens życia człowieka i istnienia cywilizacji. Sens cywilizacji, czyli coś, co w obliczu nieustannych konfliktów i pewnej stagnacji kulturowej stanowi temat wielu pytań, które sobie ludzie zadają. I nagle się pojawia film, który nam próbuje rzucić na to nieco światła, próbuje nam wyjaśnić, po co w zasadzie to wszystko, po co my się męczymy z tą cywilizacją. A wszystko się zaczyna od żołędzia, drodzy państwo, umieszczonego w neandertalskim naszyjniku, który się staje symbolem naszej cywilizacji tak naprawdę i jest takim talizmanem, który nas w przyszłości zaprowadzi w gwiazdy. Zaraz opowiemy, o co chodzi.
Film, o którym dzisiaj mówimy, nosi tytuł „In the Blink of an Eye”, czyli „W mgnieniu oka” i mamy w nim przedstawione trzy historie. W zasadzie to są takie trzy płaszczyzny pokazujące różne momenty rozwoju ludzkości. Pierwszy, najwcześniejszy, ta przestrzeń pierwsza to jest prehistoria. Dotyczy ta opowieść współistnienia Neandertalczyków z Homo sapiens. Druga warstwa dotyczy współczesności, jest de facto historią miłosną pary naukowców, którzy dokonują epokowego przełomu w nauce. Oczywiście fikcyjnego, no ale jednak. I jest też wątek futurystyczny, taki bardziej sci-fi. Podróż ku terraformowanej planecie, która ma być kolejnym domem ludzkości. To jest planeta pozasłoneczna. Nawet jej nazwa się często pojawia teraz w newsach naukowych.
Twórcy tego filmu, Marku, wzięli sobie na barki bardzo dużo. To jest tak naprawdę bardzo trudny temat. Czy twoim zdaniem podołali?
[55:09] - W pewnym sensie tak. Z tym, że to zastrzeżenie w pewnym sensie ma w tym wypadku znaczenie. Ja już mówiłem o tym, ty o tym mówiłeś, że ten film formą chociażby, ale nie tylko formą, w jakiś sposób nawiązuje do „Atlasu chmur”. Ten sam sposób pokazywania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, takich powiązań nieoczywistych pomiędzy tymi czasami. Tak sobie trochę prześmiewczo nazwałem ten film, o którym rozmawiamy, taką biedniejszą wersją „Atlasu chmur”. Bo po pierwsze film jest znacznie krótszy niż „Atlas chmur”. Po drugie rzeczywiście porusza tylko trzy wątki, ale robi to w niezły sposób. Ja dałem się wciągnąć. To oczywiście nie jest historia, którą lubię najbardziej, czyli mało jest takich wątków sensacyjnych czy pełnych akcji. A mimo to ten film działa troszeczkę tak jak „Atlas chmur”.
„Atlas chmur” jest bardzo poetycką opowieścią i ten film, o którym rozmawiamy, czyli „W mgnieniu oka”, chyba nie dorasta do tego poziomu. Takie mam wrażenie, ale to wcale nie znaczy, że to jest film zły. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Powiem z takiego trochę cynicznego punktu widzenia. Oczywiście ciężko, żebyście państwo przejmowali ten mój punkt widzenia, ale ja powiem tak: żeby mnie przykuć do ekranu na półtorej godziny i to tak autentycznie, że ja w tym czasie nie robię sobie herbaty, kawy, nie wcinam ciasteczek, tylko siedzę i oglądam, nie powiem, że to jest miara jakości. Gdzieżbym się odważył, gdzieżbym śmiał? Ale wyjaśniam bardziej, dlaczego dla mnie ten film jest interesujący. On mnie wciągnął na wszystkich trzech płaszczyznach czasowych. Ta opowieść o neandertalczykach bardzo prosta, a jednocześnie na swój sposób wzruszająca. Ta opowieść teraźniejsza, dziwna się wydaje na początku, a w rezultacie okazuje się historią, w sumie taką, jaką nietrudno spotkać wokół nas.
Dwójka ludzi, która wydaje się zupełnie do siebie nie pasować albo poznająca się para, która tak przygodnie, nic z tego nie będzie, ale z braku laku. Okazuje się, że tych dwoje ludzi jest ze sobą nie tylko dlatego, że jakieś badania naukowe się toczą, ale są ze sobą, ponieważ chcą ze sobą być. Bardzo chcą, a wszystko inne jest tylko logiczną konsekwencją tego chcenia. I wreszcie ta historia z przyszłości. Ona jest dobrą historią science fiction. Dobrą, chociaż znowu bardzo taką nieekspansywną, bardzo spokojną, ale poruszającą pewne wątki chyba istotne dla człowieka. Na przykład taki, czy długie życie, w cudzysłów to weźmy, wieczne życie może być wartością i jaką jest wartością. Mówi też trochę o sztucznej inteligencji, o tym, jaka ona może być. Czy ona musi być koniecznie groźna, czy może być na przykład szlachetna? Wiem, że mówię zagadkami, bo tak naprawdę nie chcę państwu tego filmu opowiadać.
Nie warto, żebym go opowiadał. Warto, żebyście go państwo sami obejrzeli, bo ten film jest tego warty. Moim zdaniem on chwilami opowiada historie, tak jak już powiedziałem, bardzo proste, bardzo takie, nazwijmy to, podstawowe. O tym, że świat bywa niesprawiedliwy, to wszyscy wiemy. O tym, że bywa przypadkowy też wszyscy wiemy, ale z drugiej strony dostajemy taki wgląd, że w tym przypadku jest jakiś porządek. My oczywiście w tym filmie nie odkrywamy tego porządku, nie mamy na to szans, ale jakiś porządek. Być może my go chcemy dostrzegać. Być może nie ma żadnego porządku. Być może my porządkujemy po prostu pewne następstwo wydarzeń. Nie rozstrzygam tego.
Chyba twórca filmu też tego nie chciał rozstrzygać. On po prostu pokazuje, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są ze sobą związane. I to by było trochę mało, gdybyśmy chcieli na podstawie tego oceniać ten film. Ale w niego się wkrada mniej więcej to samo, co wkrada się w „Atlas chmur”. Pewna poetyczność tych związków, oczywiście wykorzystana, wykreowana przez scenarzystę, przez reżysera, ale zrobione jest to moim zdaniem nieźle. Ja naprawdę czułem się dobrze oglądając ten film i czułem, że uczestniczę w czymś, że warto w tym uczestniczyć. Po prostu.
[01:00:53] - Na pewno to nie jest zły film. To nie jest też taki film, w którym się gonią i strzelają. Nie, nie ma tam czegoś takiego. To jest raczej kino refleksyjne. Natomiast ja mam kilka zarzutów, przede wszystkim dlatego, że to całkiem dobrze się ogląda. Natomiast w pewnym momencie mamy wrażenie, że oni się zajmują pierdołami strasznymi w tym filmie. Jakieś takie przyszły mi tutaj na myśl różnego rodzaju refleksje związane z tym, że ten scenariusz mógł być lepszy pod kilkoma względami. Chodzi o to, że temperatura emocji, które ten film wywołuje, jest bardzo zróżnicowana i tak naprawdę, o ile ta pierwsza sekwencja związana z Neandertalami nam wypada trochę poza ocenę, bo tam nie mówią w tym filmie w żadnym znanym języku, to jest tak naprawdę trochę pantomima. Tam jest używany język, ale nie jest to tłumaczone. Te dwie pozostałe części są bardzo różne.
Ta część przyszłościowa jest bardzo fajna, jest zrobiona naprawdę spoko, chociaż to wszystko jest oczywiście po kosztach. Natomiast ta część środkowa, która ma to wszystko splatać, mam tu pewne zastrzeżenia, ale ogólnie znajdą się też tacy ludzie, którzy powiedzą, że w ogóle robienie całego segmentu filmu o Neandertalach to jest poroniony pomysł. Ja też nie jestem akurat fanem filmów o prehistorii. Tutaj nie mówimy o filmach typu „Jurassic Park”, ale chociażby takich filmach jak „Walka o ogień”. Perypetie małpoludów raczej wciągające nie są. Może ich tam pogonić tygrys szablastozębny, może jakiś mamut się tam napatoczy. Tutaj akurat nie mamy takich scen, niestety. Oni sobie żyją nad morzem, chodzą, zbierają tam małże, pieką se te kraby, żyją w jaskini i tak dalej. Tutaj jest podobnie. Pokazane są trudy ich codziennego życia i funkcjonowania do momentu, aż ci Neandertalczycy nie są znalezieni, bo tak to chyba należy nazwać, przez, tu chciałem powiedzieć Polaków, nie przez homo sapiens.
I okazuje się, że oni są choć różni, to podobni. I potem, nie będę wam zdradzał, co się dzieje. To jednak dobrze wypada jako fabuła. Nie jest to mega wciągające, natomiast jest na pewno bardziej wciągające niż te filmy, które żeśmy widzieli, kiedy bohater trafia na przykład do świata na jakąś planetę, gdzie są potwory i musi uciekać przed tymi potworami. To ma jakiś tam względny sens, ale ludzie to ocenią różnie, bo wiesz, na przykład mnie bardzo interesuje kwestia naszych praprzodków. Ja sobie to chętnie oglądam, mnie to po prostu ciekawi. Natomiast ktoś inny powie: „O Boże, jaskiniowcy chodzą i tam jedzą. Jakie to nudne. Po co coś takiego?”. Także to zależy od osobistych preferencji.
Co do tej drugiej sekwencji, czyli współczesności. No cóż, muszę powiedzieć wprost to nie jest porywająca. To jest w zasadzie historia miłosna z żołędziem w tle, żołędziem symbolem naszej cywilizacji. I coś tutaj nie zagrało. Tam czegoś brakuje. To jest jakieś niedociągnięcie, które sprawia, że my mamy trudność ze zwróceniem uwagi, o co tam w zasadzie chodzi. Co jest najważniejszym elementem tego wszystkiego. Czy perypetie pani naukowiec, czy perypetie jej partnera, czy chodzi o odkrycie, po prostu odkrycie, którego oni dokonali. I to jest tak dziwnie wyważone, że w pewnym momencie ja na przykład byłem zdumiony tym, że oni dokonali jakiegoś takiego wiekopomnego odkrycia, kiedy tak naprawdę cały czas mieliśmy uwagę zwróconą na coś innego. Zdecydowanie najciekawsza jest ta trzecia partia ukazująca nam perypetie chyba astronautki, tak to można nazwać.
Ona też nie jest zwykłą astronautką, o czym Marek już trochę powiedział. W tym segmencie jest coś takiego, co pewnie zwróci waszą uwagę. Ja chyba mogę to powiedzieć, nie zdradzimy za dużo. Bohaterskie AI oddaje za człowieka życie. To nie jest Hal z „Odysei”. To jest już głęboko, głęboko czujące AI, które decyduje się, powiem już, żeby nie było, decyduje się na to, żeby opróżnić przedział technologiczny, zastępując go przedziałem tlenowym, żeby te zarodki, które lecą na statku, mogły przeżyć. Sama końcówka tego filmu i tej trzeciej partii wygląda zasadniczo bardzo dobrze. Owszem, tam jest happy end, to jest wszystko trochę cukierkowe, ale to zdecydowanie jest najlepsza część tego wszystkiego i to sprawia, że to się ogląda naprawdę okej. Pomimo tego, że to jest film, jak mówię, refleksyjny, tam jest więcej może emocji czasem, emocji takich wzruszeniowych niż czegokolwiek innego. Pozostaje pytanie, o czym ten film jest.
O człowieczeństwie? Może. O kooperacji? Też chyba. O samotności na pewno tak. Tam nam autorzy sugerują, że dlaczego myśmy przetrwali? Bo kupą, panowie, kupą trzeba było działać. W kupie siła. Samotny Neandertalczyk by sczezł od tych małży, które jadł. A tak to znaleźli go ludzie, przybili sobie wszyscy piątkę i zaczęli współpracować.
Człowiek sam nic nie zdziała. To jest przesłanie tego filmu. Natomiast ja miałem jeszcze jeden problem i to jest chyba problem według mnie najważniejszy, jeżeli idzie o ten film. Robimy film o sensie cywilizacji, ale nie pokazujemy najważniejszego wątku, czyli jak upadło to, co było budowane i dlaczego trzeba było z tej ziemi uciekać. Zatem jeżeli sobie o tym filmie trochę później pomyślimy po seansie, to tam jest coś niedopowiedziane jeszcze. Chyba to, co najważniejsze, zostało niedopowiedziane. Okej, może tak miało być. Może na tym polegać ma to wszystko, że dodajemy otuchy widzowi, że widz tak naprawdę się domyśla, co się wydarzy, bo on cały czas już to widzi, że myśmy się rozpędzili tym cywilizacyjnym pociągiem i tutaj już nie ma
[01:07:25] - Przebacz. Koniec jest na horyzoncie. Mimo wszystko, drodzy Państwo, uważam, że to było zaskakująco dobre, miłe przeżycie. Mówię o filmie „In the Blink of an Eye”, który zapewne sobie przy odrobinie szczęścia i wysiłku znajdziecie. To teraz, proszę Państwa, będą polecanki z pogranicza. Nieustająco przypominam w tym momencie, że duchowym partnerem tej części programu jest księgarnia Galeria Nieznanego Świata w Warszawie. W Warszawie na ulicy Kredytowej 2 znajdziecie Państwo tę księgarnię. Można wejść, można przeglądać książki. Jak ktoś lubi, można wciągnąć zapach druku, świeżego druku. Ja lubię.
Lubię wąchać książki. To takie zboczenie. Zdarza się. Ale pamiętajcie Państwo, między 10:00 a 18:00 od poniedziałku do piątku to miejsce na Kredytowej 2 w Warszawie czeka na Was. A jeśli w Warszawie nie bywacie, w Warszawie nie mieszkacie ani nie przejeżdżacie, to tradycyjnie powiem o tym, że pod adresem internetowym Nieznany.pl znajdziecie Państwo księgarnię wysyłkową. Po prostu cyfrową wersję tej księgarni, nazwijmy ją analogowej. Zacznijmy zatem polecanki. Pierwszy tytuł: „Życiodajna śmierć. O życiu, śmierci i życiu po śmierci”. Autorka Elisabeth Kübler-Ross, tłumacz Malina Starego-Dycka, wydawca Media Rodzina.
Poruszająca książka będąca zbiorem wykładów na temat rozmawiania z ludźmi śmiertelnie chorymi wygłaszanych przez autorkę w Szwecji oraz w Stanach Zjednoczonych. „Życiodajna śmierć. O życiu, śmierci i życiu po śmierci” to książka, która zostaje w pamięci. Elisabeth Kübler-Ross za sprawą publikacji „Życiodajna śmierć” uczy czytelnika, w jaki sposób nawiązać kontakt i rozmawiać z osobami, które zbliżają się do śmierci czy to z racji podeszłego wieku, czy zdecydowanie częściej z racji nieuleczalnej choroby, z którą się zmagają. Za sprawą lektury czytelnik dowiaduje się, jak rozpoznawać i zaspokajać potrzeby takich osób. Uczy się miłości, prawdy i szacunku w poznaniu człowieka cierpiącego oraz we wspomaganiu go. Czytelnik odkrywa nowe oblicze śmierci, otwierając się na duchowość, akceptację i zrozumienie. Autorka nie zapomina też o bliskich osób odchodzących, ucząc, w jaki sposób rozmawiać również z nimi, aby być dla nich wsparciem w trudnych chwilach pożegnania z najbliższą osobą. Wykłady Elisabeth Kübler-Ross spisane w niniejszej publikacji przepełnione są wiarą, nadzieją i miłością tak do drugiego człowieka, jak i do Boga. Język użyty w książce jest zrozumiały i trafia do serc czytelników.
Badaczka w niezwykle prosty sposób przybliża czytelnikowi głębokie prawdy o życiu i umieraniu, co potrzebne jest zarówno wszystkim chorym, jak i ich bliskim, gdy pogrążeni są w cierpieniu, rozpaczy i bólu duchowym, jak również osobom, którym przyjdzie z nimi rozmawiać. Autorka korzysta z bogactwa swoich doświadczeń w kontaktach z osobami ciężko chorymi, umierającymi, a w szczególności ze swoich spotkań z odchodzącymi dziećmi i młodzieżą. Przypomnę tytuł: „Życiodajna śmierć. O życiu, śmierci i życiu po śmierci”. Autorka Elisabeth Kübler-Ross, wydawca Media Rodzina. Druga pozycja, którą chciałbym Państwu polecić, nosi tytuł: „Zwyciężać bez walki”. Autorami są John Vincent i Julian Sifu Hitch, tłumacz Tadeusz Wirski, wydawca vis-à-vis Etiuda. Zamiast opowiadać się za siłą jako od dawna przyjętą drogą do sukcesu, książka „Zwyciężać bez walki” służy jako przewodnik po pracy i życiu, inspirując pozytywne nastawienie, prostotę i skupienie się na celu. Wykorzystując starożytną sztukę Wing Tsun, książka kwestionuje wiele przyjętych z góry wyobrażeń sukcesu. Pokazuje, jak łatwo ulegamy lękowi i jak w naszej pracy przyjmujemy wojnę jako główną metaforę, która wywiera wpływ na budowaną kulturę.
Nie jest to książka o byciu bardziej skutecznym czy też osiąganiu drugoplanowych celów. Stanowi radykalną analizę, jak patrzymy na samych siebie i jak patrzymy na świat. Jest rzeczą naprawdę interesującą poznać filozofię Wing Tsun i jakie ma ona zastosowanie w dniu dzisiejszym. Wydaje się, że autorzy przeżyli kilka niesamowitych lat, kierując się opisywanymi przez siebie metodami. Ta znakomita książka każe odrzucić język konfliktu i spróbować posłużyć się językiem miłości, wykorzystując interesujące przykłady, zabawne cytaty i osobiste anegdoty. Ta książka jest naprawdę inspirująca. Przypomnę tytuł: „Zwyciężać bez walki”. John Vincent i Julian Sifu Hitch, tłumacz Tadeusz Wirski Wirski, wydawca Vis-à-Vis Etiuda. I trzecia książka na dzisiaj nosi tytuł „Źródło wiedzy". Autor: Maciej Wiszniewski, wydawca New Space.
Autor napisał o swojej książce następujące słowa: „W ten sposób zaczniesz odkrywać siebie, akceptować wszystko, cokolwiek będzie się na tej drodze działo. Jednocześnie akceptować samego siebie kawałek po kawałku, żeby w ten sposób zacząć od nowa siebie kochać. Zaczniesz być prawdziwym sobą i będziesz promieniował tym na innych. A gdy ktoś poprosi cię o pomoc, zrobisz to, co trzeba. Będziesz wiedział, że jesteście jednością i będziesz szanował każdego. Poczujesz się odpowiedzialny za swoje czyny. Mniej będziesz mówił, a więcej działał, wybierając proste rozwiązania. Będziesz wiedział, że to ty jesteś życiem i kiedy nie czujesz radości, to nie z powodu sytuacji, w której się znalazłeś, ale z nastawienia do niej." Przypomnę tytuł: „Źródło wiedzy". Autor: Maciej Wiszniewski, wydawca New Space. Proszę państwa, to teraz czas na wagary.
No tak, jest Akademia Wszelkiejfikcji. Czas na wagary, a konkretnie na rozmowę z Arturem Wójtowiczem, Piotrem Cielebiasiem w ramach audycji, part audycji czy części audycji nazywanej Sentymentalnik. Tak, dzisiaj Sentymentalnik o wagarach. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Sentymentalnik. Sentymentalnik, który będzie pełen wspomnień i to wspomnień, jakżeż przyjemnych. A wspomnienia związane będą z wagarami. Powód jest dobry, bo zbliża się dzień wagarowicza. Ale zanim o wagarach i dniu wagarowicza. Dzień dobry wieczór, Arturze.
[01:15:38] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:15:40] - Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:15:42] - Dobry, dobry. Witam.
[01:15:43] - Tak, ileż wspomnień, że tak powiem. Nie wiem, czy panowie mi dorównacie, ale to może czcze przechwałki. Ja naprawdę byłem niezłym zawodnikiem, o czym jeszcze powiem, jeśli chodzi o wagary. Ale zacznijmy tak bardzo porządnie. Panowie, nieuchronnie zbliża się dzień wagarowicza, pierwszy dzień wiosny czy jak sobie to nazwiemy. No cóż, był PRL. To święto istniało niezbyt oficjalnie, ale istniało. Nie było grzecznym świętem. W ogóle PRL nie tolerował jakichś takich ekstrawagancji. Panowie, czy świętowaliście jakoś szczególnie to święto, ten dzień wagarowicza?
Arturze.
[01:16:33] - Jeśli chodzi o szkołę podstawową, to ja w ogóle nie chodziłem na wagary, bo w szkole podstawowej chyba nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek poszedł na wagary. Zresztą u mnie była sytuacja tego typu, że myśmy mieli działkę nad Wisłą i mój tata bardzo chętnie pisał mi usprawiedliwienie, że mnie nie ma w szkole, ale w zamian za to ja musiałem tam skopać coś na tej działce, więc to była taka transakcja, bym powiedział, wiązana. Najczęściej to usprawiedliwienie wyglądało bardzo ciekawie, dlatego że ono wyglądało w ten sposób, że tata pisał krótko, że mojego syna Artura w tym i w tym dniu nie było w szkole. Sprawa jest mi wiadoma. Ale oczywiście nauczycielka się wściekała i mówiła: „Ale mi nie jest wiadoma, no nie?" Ale mój tata zawsze odpowiadał, że to, że dziecka nie ma w szkole, to chodzi o to, że rodzic ma wiedzieć, co się z dzieckiem dzieje, a nie nauczyciel. I to jest ta różnica. Ale jeżeli chodzi o szkołę podstawową, to akurat była tego typu sytuacja, że nie przypominam sobie, żebym chodził na wagary. Na wagary chodziłem w sumie ogólnie w szkole średniej, w technikum, w którym byłem. Może nie za często. Znaczy w ogóle akurat ja chodziłem po prostu na wagary wtedy, kiedy chciałem.
Na przykład często z rana była sytuacja, że w telewizji leciały „Szaleństwa Majki Skowron", które oglądałem i przez to nie mogłem iść na pierwszą godzinę gdzieś tam, bo w jakieś dni to leciało. Natomiast na dzień wagarowicza jakoś specjalnie nie chodziłem. Ja chodziłem wtedy, kiedy po prostu nie chciałem. Natomiast nie było tak, żeby mnie ktoś zmusił, żebym w dzień wagarowicza chodził. Bo 21 marca — oczywiście nie wiem, jak to jest w tej chwili — ale oczywiście to święto, dzień wagarowicza w czasach PRL-u jak najbardziej istniało, chociaż de facto nikt go tak naprawdę nie uznawał. Władze szkolne wydaje mi się, że wtedy traktowały to święto albo pseudoświęto jako raczej taką małą katastrofę wychowawczą bardziej niż tradycję. Później, jak byłem w technikum, to próbowano robić jakieś luźniejsze lekcje, żeby ludzie jednak przychodzili do szkoły, a nie uciekali. Jednak kiedy przychodził pierwszy dzień wiosny, to w powietrzu czuło się coś szczególnego. Dni robiły się dłuższe, śnieg z natury rzeczy znikał z chodników, a w szkołach pojawiało się to właśnie takie niepisane pytanie: czy idziemy dzisiaj na wagary, czy może nie, prawda? Ciekawostką w ogóle jest to, że wiele szkół próbowało jakoś tak za moich czasów zneutralizować ten dzień wagarowicza i organizowali wtedy różne akcje, jakieś szkolne ogniska, jakieś wyjścia do kina, jakieś zawody sportowe albo jakieś tradycyjne topienie Marzanny, co u mnie było bezproblemowe, dlatego że ja mieszkałem w Płocku, więc Marzannę można było sobie w Wiśle gdzieś tam topić.
Zresztą tak na marginesie, jak ktoś chodził na wagary — to do tego jeszcze później przejdziemy — na pewno to ludzie chodzili wagarować na Tumy albo nawet do ... zoo. Tyle tylko, że swego czasu właśnie po zoo kręciła się policja, która tych wagarowiczów wyłapywała. Dlatego ja jak wagarowałem, to tak jak mówię, wolałem siedzieć w domu sobie spokojnie, a nie gdzieś tam się szwędać. Oczywiście wymyślano te różne wyjścia, szkolne ogniska, kino i tak dalej. Bo kiedy młodzież miała zajęcie, to była mniejsza szansa, że zniknie z lekcji cała klasa po prostu. A jeżeli ktoś już szedł na wagary, to najczęściej nie były to jakieś wielkie eskapady. Powiem szczerze, moje wspomnienia z tamtych lat są raczej proste i tak naprawdę troszkę nostalgiczne, bo albo ktoś gdzieś kręcił się po parku, gdzieś tam nad Wisłą, w zoo, tak jak mówię. Ja tam się zbytnio nie kręciłem, żeby nikt mnie nie widział, jak już wagarowałem. Albo gdzieś tam się siedziało w jakimś barze mlecznym.
Czasami się paliło pierwsze papierosy gdzieś tam za szkołą albo gdzieś tam się siedziało, gdzieś tam na ławce słuchało muzyki, bo wtedy wiemy, że nie było smartfonów, nie było internetu, nie było galerii handlowych. Tak naprawdę ludzie, wydaje mi się, byli wtedy bliżsi nawet w stosunku do siebie przez te wagary, bo była wiosna, było koleżeństwo i było takie, bym powiedział, poczucie małej przygody. To tak naprawdę było takie nostalgiczne wspomnienie, że uciekło się spod tego szkolnego rygoru, bym powiedział. I chyba właśnie dlatego wielu ludzi z mojego rocznika przynajmniej, albo może z twojego, Marku, wspomina ten dzień wagarowicza w PRL-u z takim, bym powiedział, pewnym uśmiechem. Bo choć system próbował to wszystko jakoś kontrolować, to młodość zawsze, bym powiedział, znajdowała jakąś małą furtkę do tej wolności. Ciekawy jestem, jak wy to wspominacie. Czy 21 marca kończył się w szkole, czy raczej gdzieś tam na mieście u was?
[01:21:30] - Piotrze, jak ty spędzałeś ten dzień i w ogóle wagarowałeś?
[01:21:37] - Oczywiście. Tylko nie w podstawówce, jak Artur mówi, bo u nas się za bardzo nie dało, bo po prostu jak się wyszło, bo to na wsi szkoła była, takiej trochę większej wsi, ale jednak na wsi, to po pierwsze to cię wszyscy od razu widzieli. To były dwie możliwości na przykład. Albo trzeba było iść. Tak, czasami mi się to śni nawet. Czasami mam sny jeszcze z takich nielicznych wagarów, których się jednak dopuszczało okazjonalnie, ale nieczęsto w szkole podstawowej i w gimnazjum. Żeby zwiać, to myśmy wymykali się bocznymi drogami albo na zamek, bo tam już nas nikt nie złapa. To było bardzo blisko szkoły, jedną ulicę przejść i się było na zamku. Albo tak boczkiem gdzieś tam i też można było dać nogę. Natomiast jak trzeba było do domu dojechać, to już był problem, co nie?
Niemniej jednak ja osobiście muszę powiedzieć, że nie pamiętam, co robiliśmy w dzień wagarowicza w podstawówce i gimnazjum. Podejrzewam, że były jakieś badziewne spotkania, konkursy, jakieś takie coś, ale to musiało być na tyle denne, że ja tego w ogóle nie zapamiętałem. Topienie marzanny było, ale to chyba we wcześniejszych klasach. To akurat wspominam dość dobrze. Ale tak jak mówię, podstawówka to była jedna sprawa. Natomiast w liceum oczywiście bardzo chętnie, tylko żeśmy w liceum to już inaczej wyglądało. Bo po pierwsze wtedy już cię mogli zgarnąć za to. Ja pamiętam, że jak byłem w pierwszej liceum, to już weszło takie rozporządzenie, że straż miejska ścigała za wagary i w ogóle w pierwszej klasie liceum, jak żeśmy byli, to też taka pamiętna wtopa była, bo dwóch moich kolegów poszło na pierwsze i ostatnie swoje wagary na mieście i wsiedli po prostu w autobus, który jeździł do Tesco i jadą tym autobusem. W pewnym momencie się odwracają, a tam nasza pani wychowawczyni jedzie tym autobusem. Ona była taka starsza, ona nie bardzo kumała w ogóle, o co chodzi, bo ona była na ostatnim chyba swoim już wtedy, znaczy na finiszu kariery, byliśmy jej ostatnią klasą w pierwszej klasie i ona nas potem już zostawiła.
Mieliśmy kolejną wychowawczynię. Ona mówi: „A gdzie wy chłopaki jedziecie? A co wy tu robicie?” I kuźwa się zaczęło. Ostro było. A potem pamiętam, że coś weszło takiego, że mogli cię spisać, mogli cię złapać. Oczywiście parę razy żeśmy się wymykali, nic się nikomu nie stało, ale podejrzewam, że jakby cię złapali w takim miejscu, nie na przystanku na przykład, nie gdzieś tam na głównej ulicy, że możesz się wyłgać, że idziesz ze szkoły albo do szkoły, to mogliby cię spisać. Natomiast nam się to nigdy nie przydarzyło. Myśmy mieli tradycyjnie wagary w szkole, ponieważ nasza szkoła w liceum była specyficzna, bo budynek był ogromny i w ogóle nasza szkoła była w połowie tego budynku. W drugiej połowie była inna szkoła. Ten budynek był ogromny.
Był raz, dwa, trzy piętrowy chyba, miał mnóstwo zakamarków i były takie miejsca, gdzie się nikt nie zapuszczał. Myśmy tam mogli iść i mieliśmy pewność, że prócz nauczycieli, którzy mają lekcje tam w klasach, to nas nikt tam nie znajdzie. I tam były takie miejsca, były takie kanciapy, były takie kąty, gdzie się można było idealnie wręcz schować. I myśmy tam przez trzy lata, bo ja chodziłem do trzyletniego liceum, spędzili mnóstwo wspaniałego czasu z kolegami, grając w karty na przykład, w Cygana, we wszystko, w bierki grają, we wszystko po prostu, co było pod ręką, w pchełki. Myśmy nawet na świetlicy nie siedzieli nigdy. A można było. Zawsze żeśmy sobie znaleźli jakiś kąt, a jeżeli nie, to szliśmy gdzieś na zewnątrz. Aczkolwiek to było w tamtych czasach u nas niebezpieczne, bo ja chodziłem do liceum na ulicy Krakowskiej w Częstochowie i o ile sama Krakowska głównym ciągiem to było w miarę bezpieczne, tak wchodzić w boczne uliczki tam teraz to jest super, bo tam teraz jest wielka galeria zaraz. A wtedy jak ja tam chodziłem, to tam był bungee i nic nie było, tam były jakieś ruiny. Niedobrze było wchodzić w boczne uliczki, w Katedralną, w Ogrodową, w Mielczarskiego można było po ryju dostać.
Tym bardziej, że na przykład na Mielczarskiego była pijalnia piwa z miejscowego browaru i myśmy tam rzadko chodzili. Ale chciałem zauważyć jeszcze jedną rzecz. Jak ja chodziłem i do podstawówki, i do liceum, to można było swobodnie szkołę jako uczeń opuścić. Można sobie było wyjść i nigdy mnie nikt nie zatrzymał. Nigdy mnie się nikt nie zapytał, gdzie ja idę. Nawet było tak, że na cygaretę wychodzili uczniowie sobie ze szkoły. A teraz to ze szkoły i do szkoły wyjść nie można. Ja nie mówię, że to za naszych czasów było dobre, aczkolwiek nigdy się tak nie zdarzało, żebym widział intruzów jakichś w szkole. Ja podejrzewam, że myśmy w liceum też mieli bardzo dobre układy z panem Arkiem, woźnym, i on może nas dlatego przepuszczał. Może po prostu innych zatrzymywał, ale nas się nigdy nikt o nic nie zapytał.
Ale podejrzewam, że jak widzieli, że ktoś jest nie swój, to go łapali. Albo starszy. Natomiast to był z jednej strony luz, a z drugiej strony było jakieś ryzyko, że można mieć jakąś przygodę na tych wagarach.
[01:27:27] - Ja tak na gorąco. Ja żyłem w czasach, kiedy to, że woźny był na wejściu, jak to się mówi, to nie miało żadnego znaczenia, bo żeby wyjść ze szkoły, to było przynajmniej jeszcze jedno, dwa, trzy miejsca, przez które można było wyjść. I to drzwiami, nie oknem czy czymś takim. Więc to było zupełnie bezproblemowe, żeby szkołę opuścić. Tak was słuchałem i doszedłem do wniosku, jakich my dziwnych czasów dożyliśmy, bo była mowa o topieniu Marzanny. Zdajecie sobie sprawę, że w tej chwili topienie Marzanny jest absolutnie passe i takich rzeczy się nie robi, żeby Marzannę topić. Przecież to straszne jest, już nie mówiąc o tym, że tak dalej. Dziwne zaiste to czasy. Ale wróćmy do wagarów. Obaj podkreślaliście, że w podstawówce to nie.
Ja się dołączę do tego chóru. Ja też nie. Natomiast jakby to wam powiedzieć delikatnie. Ja uwielbiałem chorować. Źle powiedziane. Wymyślałem te choroby, wyspecjalizowałem się w takich chorobach. Ja szedłem do przychodni, mówiłem, że jestem ciężko chory. Absolutnie nie robiłem tego zbyt często, żeby nie podpaść i dostawałem zwolnienia wypisywane na recepcie, bo do szkoły się wtedy nosiło na recepcie i ja nie wiem, czy to były wagary. Było to zrobione z premedytacją, że nie byłem na nic chory, ale dobrze znałem objawy. Dobrze wiedziałem, jak symulować, dobrze wiedziałem, jak się przygotować do tego, żeby być ciężko chorym.
I takie trzy dni to było nic wydębić. Tak naprawdę to ja dzisiaj nie pamiętam, dlaczego to robiłem. Ja w podstawówce byłem niezłym uczniem i po prostu jakoś się nie lubiliśmy z tą instytucją i ja to robiłem, więc trudno mi powiedzieć, czy to były wagary, czy nie. W dodatku, kiedy przyszło co do czego, na przykład kiedyś moja mama w ramach powiedzmy wychowawstwa i wychowywania młodego człowieka dała mi taką alternatywę. Bardzo mi zależało, żeby obejrzeć. W czwartek był teatr Kobra i tam „Arszenik i stare koronki”. I to jeszcze z Kwiatkowską. Chciałem to bardzo obejrzeć, a mama powiedziała tak: „Młodzi ludzie chodzą spać o godzinie 8.00. W każdym razie udają się do łóżka. Nie ma oglądania telewizji”.
To jakieś tam błagania i tym podobne rzeczy. I dostałem taką oto alternatywę. Albo rezygnuję z obejrzenia „Arszeniku i starych...”, tego przedstawienia „Arszenik i stare koronki” i jak zrezygnuję, to mi mama na piątek napisze usprawiedliwienie, że mnie nie ma w szkole albo oglądam i idę do szkoły. I wybrałem oglądanie, więc nie byłem uzależniony od tego, żeby w szkole nie bywać. Ale to podstawówka, to powiedzmy wszystko było takie lajtowe. Jeśli chodzi o liceum, to bardzo podobnie się do was zachowywałem. Ja nie byłem wagarowiczem zbiorowym. To znaczy ja chodziłem na wagary bardzo często. Do dzisiaj mam świadectwo, na którym jest napisane, że opuściłem w roku szkolnym ponad 300 godzin. Ile było nieusprawiedliwionych, to nie wiem.
Zaraz powiem, jak zdobywałem usprawiedliwienia. Natomiast wagarowałem intensywnie niezwykle, ale nigdy zbiorowo. Najwyżej z jednym kolegą. Gdzie się chodziło? W różne miejsca się chodziło, jakoś się w ogóle wtedy nie bałem. Chodziły oczywiście takie legendy, że milicja, że tam coś spisują. Miałem to, mówiąc szczerze, ujmę to tamtym językiem, w pompie i to kompletnie. Nigdy się nawet żaden gliniarz do mnie nie zbliżył. Nie dlatego, że byłem taki groźny, bo ja ogólnie mały jestem i taki niespecjalnie jakoś się ludzie mnie boją. Ale jakoś się nie zbliżyli.
Chodziłem w różne miejsca, w zależności od pogody. Czasami do kina. Już mówiłem przy okazji wejścia Smoka, ileż to razy przeżywałem piękne chwile w kinie, jak Bruce Lee robił porządek w tamtym świecie. Ja uwielbiałem chodzić po księgarniach, a w Bydgoszczy wtedy było bardzo dużo księgarń, więc jak się tak wypuściłem w rajd po wszystkich księgarniach, właściwie miałem całe wagary zapełnione. W dodatku w kilku z tych księgarni zawsze miałem odłożone książki na zasadzie: proszę mi to zostawić do jutra. Na pewno wykupię, na pewno będę. A ponieważ byłem osobą znaną w tych księgarniach, mnie tam kojarzono, że ja się kręcę i to niezwykle często, więc to bardzo często przechodziło. I później było tylko zadanie, żeby jakoś wydębić pieniądze na te książki. To były główne moje kierunki. Czasami kolega — była mowa o działce — miał taką działkę i czasami tam się udawaliśmy, ale to rzadko.
Ja byłem raczej łazikiem, wagarowiczem łazikiem. Co więcej, jeśli powiem tak, że moja klasa nie była specjalnie wyrywna, żeby chodzić na wagary nawet w Dzień Wagarowicza. Ja oczywiście nie namawiałem ich nawet specjalnie, ale oni zresztą... Raz taki pomysł się pojawił, że może pójdźmy na wagary, ale jak zaczęła się dyskusja klasowa, jakież to nas sankcje spotkają, co to będzie i co to będzie. Większość towarzystwa została w szkole, a ja sobie z czystym sercem i spokojnym umysłem poszedłem oczywiście na wagary. Jakoś trzeba było ten czas spędzić. Mówiłem o usprawiedliwieniach, bo to też była forma wagarowania. Otóż ja niemal od początku liceum miałem taką dziewczynę, która pisała mi usprawiedliwienia. I cóż, moja wychowawczyni nie znała charakteru pisma mojej matki. Znała charakter pisma tej dziewczyny.
W dodatku, jakby to powiedzieć, problem się zaczynał wtedy, kiedy na przykład owa dama była chora i nie miał mi kto napisać usprawiedliwienia. To się zaczynał prawdziwy dramat. Ale ja oczywiście byłem zapobiegliwy. Sam się dziwię, skąd to się brało. Jakaś perfidia we mnie była, bo ja miałem kilka usprawiedliwień in blanco. To znaczy miałem je wypisane, tylko tam był problem z datą i to niestety nie funkcjonowało, bo ja już kiedyś doszedłem do tego, że planując wagary na najbliższy czas miałem kilka dat powpisywanych po prostu przez tę dziewczynę. Ale to się nie sprawdzało, bo ona była bardzo miła, ale jak jej ją prosiłem, żeby napisała kilkanaście tych usprawiedliwień, to zaczynała mieć wątpliwości, czy to się jej w ogóle opłaca. Dziwny to był czas. Przyznam, że trochę zwariowany, jeśli chodzi o te usprawiedliwienia. A zaczęło się bardzo spokojnie, bo ja w liceum, idąc śladem tego antywagarowicza z podstawówki, nie wagarowałem w pierwszej klasie w ogóle.
Natomiast znowu do perfekcji doprowadziłem wyrywanie się. Oficjalnie szedłem do nauczycielki i wymyślałem pierwszy możliwy powód, jaki przyszedł mi do głowy, że mnie coś boli, że coś muszę załatwić, że muszę iść do lekarza. Nosiłem okulary, więc zawsze okulista był dobrym wyjściem. Wymyślałem tych powodów masę. Dbałem o to, żeby nie powtarzać podobnych historii u tych samych nauczycieli. Bardzo łatwo z niektórych przedmiotów było się zwolnić. Na przykład z historii, którą lubiłem, ale czasami kolidowała mi z różnymi moimi pomysłami, więc się zwalniałem. Z niektórych zajęć było się zwolnić trudniej, na przykład z fizyki. Pani od fizyki była bezwzględna, żadne gadki szmatki ją nie interesowały. Mówię, wszystko były to względy osobnicze poszczególnych nauczycieli.
Oni jak jedni łykali to łatwiej, drudzy łykali to trudniej. Ja już w pewnym momencie wiedziałem, z jakich lekcji można się zerwać. Co więcej, w pierwszej klasie zaliczyłem duży ząb, bo wspólnie z kolegą doszliśmy — bo myśmy wtedy w liceum mieli jeszcze rysunki — nie wiem, po co to wstawiono, chyba żeby grafik zapełnić. I doszliśmy do wniosku, że na tych rysunkach jest tak beznadziejnie nudno, że jak się pani odwróciła, to wyszliśmy z klasy, bo zawsze w tej klasie panował dosyć spory harmider. Wszyscy tworzyli dzieła jakieś wiekopomne, więc myśmy się zerwali z tej lekcji i było wszystko bardzo fajnie. Bardzo miło spędziliśmy czas, tylko trzeba było wrócić po torbę. I wtedy zostaliśmy przyłapani. Gadania było na cały tydzień. Rzecz się oparła o naszą wychowawczynię i w ogóle przemawiano. Uratowało mnie to, że nasza wychowawczyni była biologicą.
To była klasa biologiczno-chemiczna, a ten mój kolega był arcymistrzem z biologii. To był człowiek, który wiedział wszystko o wszystkim. I ponieważ byliśmy w tej samej sytuacji, zerwaliśmy się z tej samej lekcji, to mogła mi zrobić krzywdę, ale jemu by musiała zrobić krzywdę, taką pedagogiczną. W związku z tym rozeszło się po kościach. To takie były początki. Później, kiedy efektem tego, że ja sobie, mówiąc szczerze, pogwizdywałem na liceum i tak jak często to powtarzam, różne inne rzeczy mnie interesowały, a już na pewno nie takie kucie, rycie, jak to miała w zwyczaju moja klasa, to też zaczynały się pojawiać problemy i ja Konsekwentnie, powoli, ale bardzo konsekwentnie podkreślam, wdrażałem się w życie wagarowicza i muszę powiedzieć, że już w trzeciej klasie myślę, że sobie woluntarystycznie przyznam statuetkę Złotego Wagarowicza. Panowie, z tego, co usłyszałem, to praktykowaliście wagary i to mniej lub bardziej intensywnie, ale praktykowaliście. Troszeczkę mówiliście o okolicznościach. Ja też trochę powiedziałem, ale pewno najbardziej interesujące jest coś, co nazwałbym wagarowymi przygodami. Czy coś takiego wam się zdarzało?
Jakieś wspomnienia? Nosiliście mundurki? Nie, nie nosiło się w liceum żadnych mundurków już wtedy. Jakieś wspomnienia w każdym razie zwagarowania. Piotrze.
[01:38:45] - Dużo tego było, aczkolwiek w liceum u nas wagary były specyficzne, bo my na przykład nie znikaliśmy na cały dzień, tylko na przykład na jakieś godziny, które nam nie odpowiadały albo które były nudne. Najczęściej to się robiło w stałej grupie. Tak jak u ciebie, rzadko chodziliśmy całą klasą na wagary, a jeżeli już wszyscy szli, to wtedy myśmy nie szli, bo mieliśmy już tyle nieobecności, że na przykład kiedy oni się zrywali, te dziewczyny wszystkie i bardziej grzeczni chłopcy, to robili to na przykład w czerwcu czy w maju, a myśmy już mieli pulę wyczerpaną wtedy. Nie mogliśmy, bo wykorzystaliśmy to wcześniej. Z takich wspomnień, które są dość śmieszne, nie było tam jakichś przygód, które byłyby godne zapamiętania. Raczej myśmy się kitrali i tam się nie mogło nic dziać wielkiego. Jak żeśmy się na zamku kitrali czy gdzieś w szkole, czy gdzieś na mieście, to nie działo się. Mam przynajmniej takie wielkie, znaczy się mam, ale nie będę o tym opowiadał, bo to już za daleko zaszło. To muszę zostawić w tajemnicy. Był jeden taki przypadek, ale muszę powiedzieć, że nie byłem bezpośrednim bohaterem, kiedy to po jednym z takich epizodów wagarycznych moi dwaj koledzy wypuścili się na miasto w celach konsumpcyjnych i niestety zrobili bardzo duży błąd, powracając do szkoły.
To był największy błąd w ich życiu, a to, co zrobili, było bardzo głupie. Robiliśmy wszystko, żeby nie wyszło to na światło dzienne i zostało to zrzucone na karb choroby. Było śmieszne, bo to był dzień przed przerwą świąteczną czy dwa dni przed przerwą świąteczną bożonarodzeniową. Jeden mój kolega leży na ławce, dziewczyny go tam otoczyły, bo co z nim zrobić? Jak pech chciał, on był ministrantem i przyszło do czytania kolędy, tekstu kolędy „Bóg się rodzi”. Nasza pani polonistka, on był lektorem jeszcze w dodatku, pani polonistka wodzi okiem i mówi: „Ty jesteś lektorem. Weź to przeczytaj ładnie”. Myśmy już myśleli, że to jest wtopa, ale potem się okazało, że tak sprytnie to załatwił, iż wybiegł z klasy, bo poczuł się źle. Niestety musiał potem po sobie posprzątać. Z takich innych rzeczy mniej dramatycznych pamiętam na przykład, bo myśmy jeszcze mieli coś takiego jak rekolekcje przed Wielkanocą i te rekolekcje były wolne.
Tam były chyba trzy dni, kiedy nie chodziło się do szkoły, ale trzeba było iść do kościoła. To też było przedmiotem wagarów, jeżeli można tak powiedzieć. Tutaj akurat nic nie groziło za takie wagary, bo tam było tylu ludzi, tam się nie dostawało żadnych przepustek, że można było robić, co się chciało. Można się było poszwędać pod tym kościołem, można było poza kościołem się poszwędać i nikt cię nigdy nie złapał, chyba że Pan Bóg. Także to jest bardzo specyficzne. Pamiętam do dzisiaj te wagary i te rekolekcje, bo one miały taki specyficzny charakter. Teraz w ogóle ponoć dzieci nie mają tych rekolekcji, natomiast dla nas to były takie dodatkowe ferie przed Wielkanocą i na godzinę się szło i się miało cały dzień potem wolny. Natomiast musiałbym puścić te wodze pamięci, żeby odkryć inne wydarzenia. Na pewno nas tam raz na jakiś czas ktoś złapał z nauczycieli, ale zawsze była jakaś wymówka. Najgorzej to po prostu jak cię złapała wicedyrektor albo dyrektor, to jemu nie szło przetłumaczyć nic.
Natomiast cała reszta nauczycieli tak naprawdę miała w nosie, bo tylko wychowawczyni wiedziała, że masz lekcje, a tak naprawdę nikt inny nie. Zawsze szło to jakoś załatwić. Jeszcze byliśmy w dobrych stosunkach w liceum z kadrą, że tak powiem, nie pedagogiczną, tylko równie ważną kadrą techniczną. Wspaniali ludzie to byli i najlepsi pedagodzy. Także myśmy mieli na pewno też fory. Potem pamiętam, jak wróciłem do swojego liceum na praktyki, nie mogłem poznać już tych obyczajów, które tam panują. Nie można było żadnym wyjściem wyjść, nie można było w ogóle sobie pozwolić na niektóre rzeczy. O tym wagarowaniu też nie było mowy, bo były kamery. Po drugie, więcej ludzi się jakoś kręciło, a myśmy jakoś to mistrzowsko robili. Nie wiem, na czym to polegało.
Nie wiem, do dzisiaj się sam zastanawiam.
[01:43:34] - Arturze, Arturze, jakieś wspomnienia specjalne?
[01:43:38] - Ja was może zaskoczę, dlatego że jak ja chodziłem do szkoły średniej, to wiecie, ode mnie było bardzo ciężko uciec ze szkoły, dlatego że moja szkoła, technikum budowlane, było na drugim końcu miasta i żeby tam się dostać, trzeba było dookoła objechać całą Petrochemię. Płocką. Jeżeli ktokolwiek by uciekał z tej szkoły, to musiał przedostać się na przystanek autobusowy, a jak już się przedostał, to był na widoku. Trudno było się gdzieś schować, żeby go nie widzieć, bo każdego przez okna było raczej widać, że on gdzieś tam stoi. To, co mogę ciekawie powspominać, to kiedyś była sytuacja, że uciekliśmy z lekcji razem z nauczycielem i to była rzecz, która mi się w jakimś stopniu podobała, bo pamiętam, że mieliśmy technologię budownictwa. Tam był pan Podwójci. To był taki erotoman, szczerze mówiąc, myśmy go nazywali nie Podwójci, a Podici. Inaczej troszeczkę. Była sytuacja, że czekaliśmy. Siedzieliśmy sobie pod ścianą, czekamy na technologię budownictwa.
Patrzymy, a Podwójci wychodzi z tej klasy i z tym swoim beretem na głowie idzie do domu. Więc my patrzymy, gościu idzie do domu, a to była ostatnia nasza lekcja, więc jak on idzie do domu, to my też idziemy do domu. Oczywiście spotkaliśmy się na tym przystanku autobusowym, bo to był jedyny. On musiał wracać tym autobusem. Jeszcze była sytuacja na tyle prześmieszna, że on stoi na tym przystanku, to my też przyszliśmy całą klasą na ten przystanek. A ten Podwójci jeszcze patrzy na nas i mówi: „Co, skończyliście już?”. A my mówimy: „Tak”. I on wsiadł do autobusu, my za nim i pojechaliśmy do domu. Pamiętam, że potem następna lekcja była z technologii budownictwa, a on tak stoi i mówi: „Proszę państwa, jest taka bardzo dziwna sprawa”. Dopiero potem sobie uzmysłowiłem, że ja uciekłem z własnych lekcji.
Pamiętam, że to były dosyć ciekawe wagary, na które żeśmy się udali razem z wykładowcą z tego przedmiotu. Oczywiście jeśli chodzi o te wagary, które ja pamiętam, to z racji, że moja szkoła leżała na drugim końcu miasta, praktycznie już na granicy miasta, to bardzo ciężko było się wyrwać. Ktoś, kto nie chciał, to z natury rzeczy zwijał żagle i nie przyjeżdżał do szkoły. Chyba że uciekł tam gdzieś jakoś, poszedł dalej do innych przystanków pod Petrochemię i pojechał zakładowymi autobusami, bo i taka możliwość mogła być. Natomiast jeżeli ktoś się wyrywał, to jechał gdzieś na miasto i jakoś tak było. Oczywiście bycie wykrytym przez nauczycieli było możliwe, bo nauczyciele często prowadzili listę obecności, kręcili się w okolicy. Zdarzały się też kwestie, że pamiętam, niektórzy nauczyciele często na swojej przerwie gdzieś przy wejściu stawali i patrzyli, czy ktoś wychodzi. Chociaż u nas w technikum była trochę inna sytuacja, bo w tym technikum, to myśmy się śmiali, bo chodziłem do technikum budowlanego, które w ogóle fundamentów nie miało, dlatego że wcześniej w tych budynkach było ZOMO w Płocku i tam postawiono budynki, ale oczywiście bez fundamentów. Potem przeznaczono to na technikum budowlane, żeby było śmieszniej. Dookoła tych kilku budynków, bo tam były trzy budynki plus sala gimnastyczna, między tymi budynkami były drzewa, więc to było też bardzo często tak, że ktoś na przerwie sobie wychodził na świeże powietrze.
Nie było z tym problemu. Później dopiero, jak ja już byłem w piątej klasie, to wymyślali takie rzeczy, że w sumie były drzwi zamykane. Jakoś tak było, że nie można było wyjść czy to na przerwie, czy poza przerwą. Nie pamiętam dokładnie, jak to było, ale jakoś tak zawsze było. Oczywiście czasami było tak, że człowiek szedł na wagary, ktoś tam donosił. Myśmy mieli jeszcze jeden większy problem, żeby chodzić całą klasą na wagary. To było wręcz niemożliwe, dlatego że u nas w klasie była jedna dziewczyna, która była Świadkiem Jehowy. Ona otwarcie mówiła, że na wagary nie chodzi, i dupa blada wtedy była, ogólnie rzecz biorąc. Ale powiem szczerze, że jeżeli już takie wagary były, to wagary w mojej ocenie były taką kombinacją adrenaliny i sprytu, było kilka godzin wolności, ale z takim lekkim dreszczykiem emocji, że ktoś ciebie może przyłapać. Wydaje mi się, że to właśnie połączenie tej wolności, niepewności sprawiało, że wspomnienia tych dni były tak wyraziste i były tak nostalgiczne, bym powiedział.
Wydaje mi się, że wielu bierze i w jakimś stopniu pamięta te wagary jako jedną z lepszych lekcji.
[01:48:53] - Ja muszę powiedzieć, że może takich bardzo dramatycznych sytuacji, wielkich przygód nie miałem. Natomiast życie wagarowicza, już wspomniałem, polegało na wędrówkach pomiędzy księgarniami, ale czasami miałem też wagary lekturowe. To najczęściej było wtedy, kiedy postanowiłem pójść na przykład na pierwszą, czwartą i szóstą lekcję, a pozostałe, mówiąc krótko, nie interesowały mnie. Coś trzeba było w międzyczasie robić. Ja się zaszywałem. Była na sali gimnastycznej taka antresola. Nikt z niej prawie nie korzystał, więc ja się tam zaszywałem. Gdzieś tam na tej sali sobie ludzie grali, a to w kosza, a to w inne gry, a ja siedziałem w kąciku tak, żeby mnie nie było widać z dołu i czytałem książkę. Była kolejna przerwa. Nie, na tę lekcję jeszcze nie idę, dopiero na następną.
W tych warunkach, bardzo miłych okolicznościach, połykałem kilka książek, czasami dziennie ze dwie na przykład, jeśli dużo przerw było w nauczaniu. Nie zdecydowałem się pójść na zbyt wiele lekcji. Myślę, że z punktu widzenia nauczycieli, byłem wyjątkowym żulem, jakimś przestępcą, człowiekiem, który w nosie miał wszystkie regulaminy. Straszny gość. Potrafił przyjść na pierwszą, czwartą i szóstą lekcję i w ogóle się tym nie przejmował. W dzienniku to też wyglądało idiotycznie. Najbardziej bawiło mnie, czasami irytowało, a najbardziej to irytowało wychowawczynię, która pytała – to mnie czasami wprowadzało w stan drżenia – „A dlaczego nie byłeś na tej i na tej lekcji?” „Bo musiałem...” Coś tam się wymyślało na bieżąco. Raz wychodziło lepiej, raz wychodziło gorzej. W pewnym momencie doszedłem już do takiego stanu – to jest przyzwyczajanie materiału, w tym wypadku materiałem była moja wychowawczyni. To był taki rytuał.
Ona pytała, dlaczego nie byłem. Ja jej odpowiadałem. To mogło być cokolwiek. Ona patrzyła na mnie, kiwała głową, czasami wzdychała, coś tam sobie zapisywała i już była sprawa załatwiona. To był rytuał, bo przecież tak naprawdę jej do niczego nie była potrzebna informacja, co ja wtedy robiłem, bo ani ja nie miałem zamiaru udzielić jej informacji, a ona doskonale wiedziała, że to, co ja mówię, nawet koło tej prawdy nie stało. Wymyśliłem w pewnym momencie jeszcze jeden rodzaj wagarów. On mi najbardziej odpowiadał. Moja mama pracowała w szkole. Mój ojciec był dziennikarzem. Mama wychodziła tak, żeby być w szkole na 8:00, więc ja oczywiście jechałem też do szkoły na 8:00.
Wychodziłem gdzieś o 7:30, żeby zdążyć. Ale przecież nawet się nie udawałem w stronę autobusu, raczej powiedziałbym, że w przeciwną stronę parku. Czekałem tak do 8:30, żeby mój ojciec poszedł do pracy, bo tak mniej więcej wychodził do redakcji. Na ogół żeglowałem w pobliżu godziny 8:30 w kierunku domu, klatki schodowej. Miałem ją pod obserwacją. Jak ojciec wychodził, odczekiwałem, aż zniknie za rogiem i wracałem do domu. To były najlepsze wagary, jakie w ogóle miałem, bo kole mnie nie było, nikt mnie nie mógł złapać. Ja co robiłem? Głównie czytałem książki i piłem herbatę. To było najlepsze.
To były wagary poziom absolutnie najlepszy. I tak sobie to wspominam. Ale panowie, doszedłem do wniosku, że mówimy o rzeczach przyjemnych, bo wagary, nie ukrywam, były rzeczą przyjemną. Na początku bałem się, co będzie, bo ci nauczyciele, to im kły wyrosną, pazury i na pewno mnie rozszarpią za to, że na wagary chodzę. A później się dosyć szybko przyzwyczaiłem. Były pewne niedogodności, ale ponieważ byłem bezszczelny po gówniarsku, już różne rzeczy wymyślałem, wmawiałem, ciemnotę im wciskałem i widziałem, że to nie zawsze trafia. Oni dokładnie wiedzieli, że ja tę ciemnotę im wciskam, ale w tym kierunku żegluję. Panowie, czy pamiętacie jakieś poważne represje, które spotkały? Ja taką jedną historię mam na podorędziu, więc ją opowiem na końcu. Arturze, były jakieś potężne represje w związku z wagarami?
Pamiętasz jakieś?
[01:54:00] - Potężne to raczej nie. Ale mi się przypomniała jedna rzecz, bo ty mówiłeś o tej koleżance, która wypisywała tobie usprawiedliwienia, prawda? U nas był taki kombinator. Piotrek na pewno go zna, dlatego że jego żona uczyła go francuskiego w szkole. Nie będę mówił imienia i nazwiska, niech to pozostanie naszą słodką tajemnicą. Ale to był taki kombinator nieprzeciętnej wagi i on miał zawsze w kieszeni pełno lewych zwolnień lekarskich, które tylko wypisywał na odpowiednią datę, kiedy mu to było potrzebne. On też w technikum sobie gdzieś tam zarabiał, z bratem gdzieś tam się kręcił, sobie dorabiał, jakiś interes sobie robił. A miał te lewe zwolnienia, które wystawiono. Wszystko szło elegancko do momentu, kiedy on – pamiętam, że mieliśmy wychowawczynię polonistkę i on dał wtedy zwolnienie od ginekologa, bo on nawet już nie patrzył, od których lekarzy miał te zwolnienia. Pamiętam, że wtedy draka była.
Akurat ja nie miałem nigdy, dlatego że jeżeli ja znikałem, to najczęściej było tak, że tata pisał mi to zwolnienie lekarskie, bo w podstawówce raczej udawałem chorego, więc to było takie L4, byśmy to nazwali. A w technikum najwyżej była obecność nieusprawiedliwiona. Ale jakichś strasznych reperkusji nie miałem, bo ja też nie byłem zbyt częstym wagarowiczem, szczerze mówiąc. Z mojej strony raczej nie było rzeczy jakichś takich tragicznych.
[01:55:44] - Piotrze, a ty byłeś prześladowany?
[01:55:47] - Nie, ja nie byłem, bo mnie mama zawsze usprawiedliwiała i tyle. W dodatku ja miałem taki termostat. Wiedziałem, gdzie nie mogę zrobić skuchy. Poza tym były takie lekcje, na które chodziliśmy, bośmy je lubili i
[01:56:02] - To nie było też tak, że myśmy opuszczali nie wiadomo ile tego wszystkiego. Natomiast ja osobiście miałem poważny problem, ale nie można tego nazwać wagarami, bo to było na studiach. Nie zdradzę tutaj powodu, ale opuszczałem regularnie pewien przedmiot i w końcu się zorientowałem, że więcej razy mnie na nim nie było niż byłem. Trzeba było odrobić, zdać. To była ekonomia. Mówię: „Kuźwa”, to akurat musiałem go zdawać wtedy, kiedy inni mieli zerowy egzamin. Z duszą na ramieniu poszedłem do pana profesora Wójcickiego, bardzo fajny gość. Wyobraźcie sobie, że zdałem, tak. Nie tylko zdałem te nieobecności, których miałem multum, ale jeszcze egzamin zdałem przy okazji. To był jeden z większych fuksów.
Natomiast ja pamiętam reperkusje wagarowe u mojego kolegi, bardzo dobrego, z liceum. Nie wiem dokładnie już, jak to było. Natomiast on się nie stawiał na WF-ie. Ja miałem zwolnienie z WF-u, natomiast on – i tu nie pamiętam – na ten WF nie chodził i prawdopodobnie nie dostarczył tego zwolnienia. I on miał, wyobraźcie sobie, egzamin komisyjny z WF-u. Nie wiem, czy jesteście sobie w stanie wyobrazić egzamin komisyjny z WF-u z całego semestru. Na przykład musiał się nauczyć zasad wszystkich gier zespołowych: siatkówki, koszykówki, nożnej, futsalu. Czego jeszcze? Nie pamiętam już. Tak że to było zabawne, muszę powiedzieć.
Oczywiście była jeszcze część praktyczna w tym wszystkim. Ja pamiętam, że było jeszcze coś, coś opuszczałem też, ale coś mi też przeszło koło nosa. Tak że miałem dużo szczęścia, jeżeli chodzi o te wagary. Podejrzewam, że dzisiaj to by już absolutnie nie przeszło. Nic by nie przeszło z tego, jak myśmy to traktowali. Druga sprawa, że muszę powiedzieć, iż był taki okres w szkole, którego nie lubiłem, w podstawówce. To był okres, kiedy się robiło ciepło, bo wtedy już było straszne rozprężenie. Mijał maj i od połowy maja do końca roku było takie zupełne nicnierobienie. Wszyscy się zlewali, bo wszyscy wiedzieli już, jakie mają oceny, mniej więcej. I wtedy się tak chodziło, nie chodziło do tej szkoły.
I tam się odbywało mnóstwo wagarów, nawet takich nieświadomych, że się nie szło, bo wszyscy mieli już w tym czerwcu wywalone na to, co się na lekcjach robi. Można było w ogóle nie przyjść. Nikt się tym nie interesował. A to był czas, którego nie lubiłem. Ja zawsze, do dzisiaj powtarzam: po co wtedy chodzić do tej szkoły? Tak że tak to było. Może jakbym gdzieś ruszył głową, to bym jeszcze coś znalazł. Pamiętam taką sytuację, ale to nie było w naszej szkole, tylko w innym liceum, kiedy jakaś dziewczyna na wagarach miała wypadek. To też było dość znane. Miała dość ciężki wypadek i to wtedy też nami mocno wstrząsnęło, że jednak jeżeli już wagary, to tylko w szkole.
[01:59:21] - A ja pamiętam dwie sytuacje, w których odbyły się represje. Miałem nosa, że nie chodziłem na zbiorowe wagary, bo tak jak to przedstawiałem, w pewnym momencie takie status quo się utarło. Nauczyciele wiedzieli, że Żelkowski to jest facet, który chodzi na wagary i to robi z pasją. W dodatku opanował pewne myki, które czynią go nieco bezkarnym. I oni się już chyba z tym pogodzili. To znaczy pogodzili się z tym, że ze mnie to już nic dobrego nie wyrośnie. Na pewno skończę nie wiadomo, ale źle to na pewno. Więc już nie mieli złudzeń. Już tak patrzyli: „No dobra, trudno. Wiadomo, że się stoczy, pogrąży w nałogach i w ogóle będzie człowiekiem przegranym i jego życie się skończy bardzo boleśnie, a już na pewno nic dobrego go w życiu nie spotka”.
Mniej więcej to można było wyczytać we wzroku niektórych nauczycieli. I był spokój. Oni już nie mieli złudzeń. Natomiast kiedy pewnego dnia, to chyba była trzecia klasa, ta moja klasa postanowiła obchodzić Dzień Wagarowicza. No to pójdziemy na wagary. W dodatku nie od rana, tylko doszli do wniosku, że zerwiemy się z czwartej lekcji i pójdziemy na wagary. Już samo to wydało mi się pomysłem nieco dziwnym, powiedziałbym egzotycznym, ale przecież nie będę tej inicjatywie stawał naprzeciw. Skoro wszyscy idą, to idziemy. Poszliśmy. Nudno było strasznie, bo jak grupa stosunkowo duża wychodzi ze szkoły i się szwęda po mieście, nic ciekawego.
Ale ciekawie zaczęło się robić następnego dnia, bo nauczyciele, grono pedagogiczne było tak oburzone tym, że cała klasa zerwała się ze szkoły, że tam się mury trzęsły. Przyszła do nas na lekcję wychowawczą pani wicedyrektor. Powiedziała nam, co nas spotka. Co mniej wytrzymałe psychicznie dziewczyny zaczęły składać samokrytykę. To brzmi idiotycznie i śmiesznie, ale tak właśnie się stało. Zaczęły wstawać i tłumaczyć, i tak dalej. To przezabawne, wręcz kabaretowe, ale to miało miejsce. Oczy mi się coraz bardziej rozszerzały, jak na to wszystko patrzyłem. W rezultacie poza tym, że przyszła pani wicedyrektor i powiedziała nam, jakież to kary nas spotkają. Naprawdę to, co ona przedstawiała, brzmiało strasznie.
Absolutnie strasznie. Łącznie z tym, że nam klasy rozwiążą, że nas relegują, prowodyrów. Na szczęście klasa w tych mowach usprawiedliwiających nikt nie ważył się mówić, kto był prowodyrem. Nie ja byłem prowodyrem akurat w tym wypadku. Więc nikogo nic złego nie spotkało, bo w rezultacie jak już ta pierwsza furia nauczycielom przeszła, to się rozeszło tak naprawdę po kościach. Co prawda pod koniec półrocza wychowawczyni mówiła o tym, że tu trzeba będzie te oceny za sprawowanie każdemu obniżyć o jeden punkt. No wiadomo, jakież to przewinienie miało miejsce w marcu i tak dalej. Nic takiego nie miało miejsca, bo było całkiem sporo uczniów, którzy musieli mieć niezłą średnią, bo wiadomo, że musieli mieć. No i jak tu im zaniżyć tą średnią? To był pierwszy przypadek.
Tak jak powiedziałem, niby były te represje, ale w końcu rozeszło się po kościach. Natomiast był taki inny przypadek, który już było dramatycznie. Otóż sam nie wiem dlaczego coś się stało z głowami młodych ludzi, ale nikt prawie się nie przygotował na klasówkę z historii. Po takim researchu doszliśmy do wniosku, że nikt nic nie umie i może wybłagamy u nauczycielki, żeby nie robiła tej klasówki, ją przełożyć. Poszliśmy do niej wcześniej, nauczeni doświadczeniem, że nie chodzi się tuż przed lekcją, tylko trzeba to wcześniej załatwić. Poszliśmy, a ona absolutnie nie. Dostała też jakiegoś szału. Jakiś dzień był taki. Dostała szału. Wtedy rozmowa pomiędzy nauczycielami a uczniami odbywała się nieco bardziej ekspresyjnie niż to ma miejsce dzisiaj i nauczyciele używali czasami grubszych słów, więc ona użyła grubszych słów, powiedziała, kim jesteśmy i w ogóle.
I że klasówka będzie. Aha, będzie. No to skrzyknęliśmy się i myśmy się po prostu na tej klasówce nie zjawili. Poszliśmy sobie do domu. O, proszę państwa, to była stara nauczycielka, która karierę zaczynała tuż po wojnie, więc już naprawdę z niejednego pieca chleb jadła. No to ona rozpętała piekło. Klasa śmiała uciec z klasówki. No to zarządziła następną klasówkę. Oczywiście poszły rzeczy do dyrekcji i w tak zwanym międzyczasie, kiedy sprawa się toczyła, pani postanowiła zrobić klasówkę, powtórzyć ją po prostu. Wszyscy byli przygotowani, ale ona przygotowała takie pytania, że nikt nie potrafił na to odpowiedzieć.
I znowu klasa zachowała się całkiem przyzwoicie, bo niemal wszyscy odłożyli długopisy. No to sobie wyobraźcie państwo sytuację nauczycielki, która widzi, że jej klasówka jest bojkotowana. Wszyscy odłożyli długopisy. Niektórzy dlatego, że po prostu nie bardzo potrafili na te pytania odpowiedzieć, bo one były rzeczywiście trochę od czapy, a niektórzy pod presją może próbowali odpowiedzieć, ale jak widzieli, że większość nie pisze, no to nie śmieli zaczerniać kartki, czy też czynić ją niebieską. No i to już po prostu wywołało furię. Nauczycielka wypadła z klasy, ściągnęła dyrektora tym razem. Dyrektor zaczął mówić, co nam zrobi i kęsim, kęsim to był jeden z wariantów. Tylko że myśmy wtedy zrobili coś takiego, że zaczęliśmy przedstawiać całą historię. Proszę państwa, żeby tego nie opowiadać, bo to historię prawie jakbyśmy z jakiegoś frontu wrócili. Więc powiem tylko tyle.
To się już skończyło źle, bo nie dość, że cała klasa niemal, lepszej oceny niż trzy z historii w tym semestrze nie było. Spotykały nas poważne represje, bo historia składała się głównie z przepytywania i zadawania nam, co mamy przeczytać w książce. Tak od tego czasu odbywała się historia, co w ogóle patologia. Średnio podczas pytania w czasie lekcji padało na cztery osoby, a przynajmniej połowa musiała dostać pałę, bo inaczej sobie nauczycielka nie wyobrażała zemsty. To tak opowiadam gwoli tego, że dzisiaj czasami się narzeka na szkołę. To ta szkoła, którą ja pamiętam, a to była szkoła średnia. No, wyobraźcie sobie państwo, że coś takiego się odpierdziela dzisiaj. Ja sądzę, że wozy transmisyjne TVN-u, Polsatu i kilku jeszcze innych stacji zjawiłyby się pod szkołą. Wtedy to powiedziałbym, była norma. Cóż, proszę państwa, tyle o wagarach w PRL-u.
Pięknie państwu dziękuję. Pięknie dziękuję, Piotrze.
[02:06:54] - Ja również dziękuję. Pozdrawiam.
[02:06:56] - Pięknie dziękuję, Arturze.
[02:06:58] - Również dziękuję. Miło było powspominać.
[02:07:01] - Ja państwu również dziękuję i cóż, do usłyszenia w następnym Sentymentalniku. Proszę państwa, proszę państwa, od pewnego czasu jest tak, że na koniec audycji zostawiam większą dawkę literatury. Dzisiaj kolejne opowiadania, kolejne opowiadania i myślę, że niezła zabawa. Pierwsze opowiadanie Hanny Layer nosi tytuł „Haczyk”. Drugie Tomasza Fąsa „CajberDżokej i przebudzenie”. Potem Jakub Karbownik „Pierwsze kłopoty”. Bardzo, bardzo państwa zapraszam. Słuchamy.
[02:07:46] - Hanna Layer. Haczyk. Jordan wpatrywał się otępiałym spojrzeniem w leniwy nurt rzeki. Czekał. Czuł się zmęczony, gdyż wstał wcześnie, a jednak starał się trzymać fason. Stał cierpliwie w nadziei, że jego wysiłek zostanie wynagrodzony. Jednak nic się nie działo. Jordan lubił nazywać siebie rybakiem. Rzeka przepływała przez samo centrum. Wybrane miejsce wydawało się odpowiednie.
Mnóstwo ludzi przemierzało najbardziej ruchliwy most w mieście. Większość z nich spieszyła się do pracy. Część obsługująca całodobowe punkty gastronomiczne i nocne kluby wracała akurat wycieńczona z nocnej zmiany. Jordan akurat miał wolne. Na co dzień pracował w niewielkiej księgarni zajmującej się sprzedażą i wysyłką książek o tematyce religijnej. Tak przynajmniej głosił oficjalny opis. W praktyce księgarnia często stanowiła formę biblioteki wypożyczającej część dostępnych zbiorów. Z pomocą wspólnoty i przy wsparciu rodziny Jordanowi niczego nie brakowało. W każdym razie nie narzekał. Narzekanie to przywilej straceńców, jak lubił mawiać.
Stał sam, chociaż zazwyczaj posyłano ich parami. Jednak Jordan był doświadczony. Miał na sobie swoją najlepszą koszulę i uśmiechał się łagodnie, starając się, mimo zmęczenia, utrzymać na twarzy wyraz troski i życzliwego zainteresowania. Tego dnia Jordanowi się poszczęściło. W przepływającym obok tłumie wyłonił pełne ciekawości spojrzenie młodego człowieka w garniturze. Już chciał zwrócić się do niego, ale ku jego zaskoczeniu tamten odezwał się pierwszy. „Dzień dobry. Pewnie niełatwo tak panu stać tutaj o tej porze. A jeszcze trochę i zrobi się naprawdę gorąco.” „Niech będzie pochwalone imię Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcy” — odpowiedział Jordan. „Widzi pan, to dla niego cała moja praca.
Czy chciałby pan go poznać?” Młodzieniec popatrzył na książki rozłożone obok na stojaku. „Miałem okazję raz go poznać” — odpowiedział zagadkowo. Jordan zareagował entuzjastycznie. „Obecnie łatwo się zagubić, zwłaszcza młodym. Tyle teraz na każdym kroku szarlatanerii, fałszywych proroków, za którymi niebezpiecznie jest podążać. Wówczas wielu zachwieje się w wierze, będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić. Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą. A ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębie miłość wielu.” „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” — odpowiedział zdumiony Jordan. Patrzyli na siebie przez chwilę. Rzadko spotyka się teraz tak oczytanych ludzi, zwłaszcza młodych.
„Chętnie czytam, ale jeszcze chętniej poznaję nowych ludzi. W istocie to jest moją prawdziwą pasją. Dlatego też zainteresowała mnie pańska działalność, panie...” „Jordan Fisher. Bardzo mi miło.” „John Milton.” Uśmiechnięty młodzieniec wyciągnął rękę ku Jordanowi. „Jeśli jest pan zainteresowany, chętnie udostępnię panu te materiały. Są darmowe” — kontynuował swoją posługę księgarz. „Och, większość z nich znam” — odparł młodzieniec bez zastanowienia. „Chciałem po prostu z panem porozmawiać.” Jordan, zbity nieco z tropu, zapytał podejrzliwie: „Czy był pan kiedyś związany z naszą wspólnotą?” „Nie. Chociaż miałem przyjemność poznać kilku członków.” „To może zechciałby pan przyjść na nasze spotkanie?” — podjął znów Jordan, pełen nadziei. „Jestem bardzo zapracowany, niestety.” Księgarz poczuł, że ta cenna zdobycz może łatwo wymknąć mu się z rąk.
„Okropne czasy, kiedy większość naszego życia stanowi pogoń za pieniądzem. Jednak nie samym chlebem żyje człowiek” — westchnął i przyglądając się rozmówcy, który skrzywił się ledwie zauważalnie, dodał szybko: „Chociaż oczywiście praca jest bardzo ważna, nie sposób bez niej... Czym pan się zajmuje?” „Pomagam ludziom.” „To szlachetne zajęcie. W jaki sposób, jeśli można spytać?” Młody człowiek uśmiechnął się znów i odpowiedział: „Chronię tych, którzy sami o siebie nie potrafią zadbać. Wie pan, żyjemy w dżungli, gdzie łatwo się zgubić, a ja szanuję ludzką pracę i nie chcę, żeby poszła na marne. Dlatego zwracam uwagę na najcenniejsze owoce i pomagam im dotrzeć do potrzebujących. Proszę wybaczyć śmiałość, ale pański trud właśnie wydał mi się takim drogocennym owocem.” Jordan zmieszał się nieco, a zarazem rozradował się w głębi. Odpowiedział skromnie: „Ja tylko staram się wywiązać z mojego powołania i służyć mu najlepiej, jak potrafię.” „Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych” — odparł młodzieniec. „Wasza wspólnota, o czym jestem święcie przekonany, należy właśnie do tych wybranych.” „Staramy się trwać w wierze.” „Ponosicie ogromny, naprawdę ogromny trud. Muszę przyznać, że was podziwiam.
Jesteście światu tak potrzebni. Szkoda, że świat tak często was odrzuca.” „Nie jest to łatwa posługa, prawda. Większość ludzi niestety nie chce wcale znać słowa Bożego.” „To musi być okropne stać tu codziennie, w każdą pogodę, podejmować to wielogodzinne męczeństwo, a w zamian jeszcze być wzgardzonym.” Jordan był zdumiony empatią tego człowieka, który opisywał samą prawdę o jego działalności. Stwierdził jednak pokornie: „Staramy się kroczyć śladami naszego Mistrza.” „Czy takie cierpienie jest konieczne, aby osiągnąć zbawienie?” „Mistrz nasz powiedział: Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie. Niech co dnia bierze swój krzyż i niech mnie naśladuje. Robimy wszystko, żeby każdy mógł poznać Boga.” „Nieprawda” – powiedział nieoczekiwanie młody mężczyzna. Jordanowi aż odjęło mowę. „Jak to?” – jęknął zdezorientowany. „Nie wykorzystujecie wszystkich możliwości.” „Co chce pan przez to powiedzieć?” „Ależ proszę mi mówić John” – wtrącił młodzieniec, po czym kontynuował. – „Kwestia ludzkiego zbawienia to sprawa najwyższej wagi.
Co tak naprawdę ma wartość? To, że stoisz tu na mrozie i w upale po ileś godzin, żeby mieć spokojne sumienie, czy to, że jakiś człowiek po śmierci nie spłonie w ogniu potępienia? Nie bądź egoistą, Jordan.” „Ale ja... ” – biedny księgarz jąkał się coraz bardziej. – „Co ja mogę?” „Możesz. Możesz, Jordan” – powtórzył łagodnie Milton. – „Chcę ci pomóc.” „Jak?” „Żyjemy w XXI wieku. Nic dziwnego, że tak mało osób reaguje na wasz przekaz, skoro mówicie językiem umarłych.” „Co to znaczy?” „Używacie harpunu i wędki, kiedy wszyscy wokół już od dawna korzystają z sieci.” John porozumiewawczo spojrzał Jordanowi w oczy, jakby właśnie zdradzał mu rzecz oczywistą, a dotąd przed nim zakrytą. „Ma pan-- masz na myśli internet?” „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię” – zawołał Milton i klasnął w dłonie.
Fisher zamyślił się. „Tylko że ja się kompletnie na tym nie znam” – przyznał bezradnie. „Ale ja się znam. Jestem tu, żeby ci pomóc. To Bóg cię mnie zesłał, Johna Miltona, specjalistę od marketingu.” Energicznym ruchem wyjął wizytówkę z pozłacanymi literami i wręczył ją Jordanowi. „Wyobraź sobie, jak słowo dociera do ludzi, do których ty nawet nie masz szans dotrzeć, bo siedzą przed komputerami zamknięci w swoich mieszkaniach. Wyobraź sobie, że możemy razem otworzyć im oczy. Ilustrowane strony internetowe, kolorowe banery, animowane spoty. Oto co przyciąga wzrok współczesnego człowieka.” „No dobrze, ale ile to będzie kosztowało?” „Pomógłbym wam chętnie za darmo. Niestety, samo wygenerowanie tych treści wymaga ode mnie poniesienia znacznych kosztów, a sam też muszę z czegoś żyć” – odpowiedział Milton.
„Oczywiście rozumiem, ale ja nie odpowiadam za zarządzanie składkami wspólnoty. Muszę się najpierw skonsultować. My w sumie nie mamy za dużo środków, bo wiele robimy za darmo. Te materiały rozdajemy własnym kosztem i jeszcze działamy charytatywnie.” Oczy Johna zwęziły się, jego twarz przybrała naraz śmiertelnie poważny wyraz. Nachylił się i wycedził cicho: „Powiem ci jedną ważną prawdę jako doświadczony marketingowiec, Jordan. Ludzie nie cenią tego, za co nie muszą zapłacić. Pozwól, że opowiem ci pewną przypowieść. Zamożna kobieta udała się do drogerii, żeby wybrać perfumy. Na półkach znalazła flakony za 50, 100 i 500 złotych. Jak sądzisz, które uznała za najlepsze?” „Zdaje się, że te najdroższe” – powiedział Fisher.
„Otóż to. Sterczycie tu, czekając, aż ktoś do was łaskawie podejdzie. Czasem bojaźliwie rozdajecie ludziom największe świętości, jak jakieś ulotki. To hańba! Rzucanie perły między wieprze, dziwiąc się, że one odwracają się gotowe was zadeptać.” „U nas chyba nikt się nie zna na marketingu” – próbował się usprawiedliwiać Jordan. „Więc dlaczego nie pozwalacie sobie pomóc?” „Nie mówię, że nie” – plątał się Fisher bezradnie. „Przekonaj ich, Jordan. Od tego zależy życie tych ludzi.” – rozejrzał się, wykonując dyskretny ruch ręką. „Dobrze, postaram się” – zapewnił pospiesznie Jordan. „Na pewno ci się uda.
A przy okazji” – dodał nagle bardziej swobodnie John. – „Masz tu zapewne Biblię, prawda?” „Tak, oczywiście. Został mi ostatni egzemplarz z tych, które były do wydania.” „Ostatni? To nie będę zabierać, chociaż chciałem sobie przypomnieć.” „Ależ proszę, po to tu jest. Tym bardziej będę się cieszył, że trafi w dobre ręce.” „Dziękuję. Jesteś wielkoduszny. Pamiętaj o naszej umowie, bo już się palę do roboty.” John mrugnął z uśmiechem. Przyjął Biblię, uścisnął Jordanowi rękę i oddalił się spiesznie. Fisher nie mógł wiedzieć, że niebawem za jego sprawą cała wspólnota porzuci wspieranie ubogich na rzecz masowego łowienia dusz, ani że ceny za książki za namową Miltona wzrosną nieprzyzwoicie. Przede wszystkim zaś nie mógł podejrzewać, że ostatnie wydane przez niego Pismo Święte zostanie spalone nie bez upodobania.
Tomasz Fąs, „CajberDżokej i przebudzenie”. 648. tom Rubieży rzeczywistości już w sprzedaży. Bibliotekarium. Książki, które odmienią twoje-- Byłych członków sekty znanej jako Egotaiści nadal wykazuje niepokojące objawy, które mogą być związane z wcześniejszymi zatruciami gazem psychoaktywnym. Policja pragnie ponownie przesłuchać przywódcę organizacji znanego jako Peon. Niestety nie jest w stanie ustalić-- Szerzej znany jako CajberDżokej nie pojawił się od tygodnia w swoim biurze. Pracownicy przedsiębiorcy postanowili oficjalnie zgłosić Przeklęte szare wierzchowce uciekały w bezszelestną przestrzeń. Próbowałem je zatrzymać, ale inhibitory nijak nie uznawały wzornictwa. Przygnieciony przeolśnieniem zelżałem.
I tak od nocy do nieskończoności, nie znawszy dnia ani Ani. Wiedziałem, że muszę się skupić. Mój umysł odpływał w różne strony, jednak ciało nadal pozostawało uwięzione w komorze wirtualnej tego przeklętego psycho... Osoby o pewnych deficytach w aspekcie moralności i empatii. Stężenie halucynogenów w powietrzu chyba się trochę zmniejszyło, bo coraz łatwiej mi przełamać trudności z koncentracją. Dobrze, że przynajmniej udało mi się zachować zegarek. Będę mógł robić notatki. Dzień drugi. Staram się jakoś odnaleźć w nowej sytuacji. Dookoła mnie rozpościera się bezkresna łąka pokryta bladozieloną trawą.
Jest to rodzaj ekranu startowego komory, w której zostałem uwięziony przez Peona. Próbowałem wypowiadać wszelkie możliwe komendy. Nic z tego. Najwidoczniej mikrofony dla użytkownika zostały przezornie odłączone. Pozostawał mi język gestów. Kamer całkiem wyłączyć się nie dało, ponieważ aktualizowanie prezentowanych animacji wymagało śledzenia moich ruchów. Pół dnia machałem rękami w powietrzu, aż w końcu udało mi się uruchomić jakąś awaryjną wersję interfejsu użytkownika. Odzyskałem władzę nad komorą. Dzień trzeci. Trzeci dzień bez kontaktu z człowiekiem.
W zasadzie ma to swój urok. Jest relaksujące. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że czegoś zaczyna mi brakować. Dziwne. Z nudów zaprogramowałem komorę, żeby przeniosła mnie do uroczego domku nad brzegiem oceanu. Skoro mam tu trochę posiedzieć, niech chociaż będzie przyjemnie. Na szczęście system jest wyposażony także w automaty wydające prawdziwe posiłki. Przynajmniej z głodu tutaj nie umrę. Dzień czwarty. Relaksując się nad brzegiem wirtualnego oceanu zacząłem sobie przypominać o możliwości awaryjnego otwarcia komory od środka.
Nie powinno to być specjalnie skomplikowane. Wystarczy wywołać jakieś spięcie w instalacji. Jednak z jakiegoś powodu nadal nie podjąłem żadnych kroków w tym kierunku. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może bałem się, że coś zrobię nie tak albo po prostu było mi zbyt wygodnie. Od dawna zasługiwałem na urlop. Dzień szósty. Wylegiwanie się przed domem nad brzegiem oceanu było ze wszech miar uroczym zajęciem, jednak wszystko kiedyś się znudzi. Zacząłem poszukiwać w systemie jakichś gier czy innych durnych rozrywek.
Dzień jakoś tak chyba dziesiąty. Standardowe cyberrozrywki powoli zaczynały mi się nudzić. Powróciła myśl o wywołaniu zwarcia i wyjściu, ale jakoś mimo wszystko nie chciało mi się za to zabierać. Po dłuższym namyśle uznałem, że ciekawie byłoby stworzyć sobie w tym domu jakichś wirtualnych towarzyszy. System oferował szeroki wybór zwierząt, które można było symulować. Chwilę później miałem wokół siebie małe zoo. Ustawiłem poziom agresji na minimum, żeby mi się tu moje zwierzątka nawzajem nie pozagryzały. Dzień prawdopodobnie trzynasty. Powoli tracę rachubę czasu. Oczywiście zegarek podaje datę na bieżąco, ale już mi się mylą w głowie te cyferki.
Gdzie nie spojrzę, kręcą się i łaszą do mnie jakieś zwierzęta. Muszę przyznać, że symulacja dotyku w komorze jest naprawdę dobrze zrobiona. Odwaliłem kawał dobrej roboty, kiedy ją rozbudowywałem. Mimo wszystko nadal myślę, jak tu jeszcze mógłbym się trochę rozerwać, zanim oczywiście postanowię, że czas już opuścić komorę. W tym właśnie momencie pojawiły się myśli o wyspie. Dzień, no bym powiedział szesnasty. Wyspa wyłoniła się z bezkresu oceanów. Wolałem ją utworzyć w bezpiecznej odległości, żeby nie wchodzić w bezpośrednie interakcje z mieszkańcami. W ten sposób mogłem sobie wszystko obserwować z odległego wybrzeża. Dzień...
A któryś tam. Straciłem rachubę. Pierwsza para moich nowych dokonań zaczęła się urządzać na wyspie. Dałem im nieco więcej inteligencji i przestrzeni oraz humanoidalne sylwetki. Ciekaw, co też tam z tego wyniknie. Powoli obejrzeli sobie dostępny teren i wyznaczyli miejsce na schronienie. Nie starałem się komplikować warunków pogodowych, a towarzyszące im zwierzęta nadal pozbawiałem agresji. Dzień kolejny. Wszystko znowu robiło się nudne. Moje małe stworzonka żyły sobie spokojnie na swoim terenie, zbierały potrzebne owoce i takie tam.
Kompletnie nic się nie działo. Wreszcie wpadłem na pomysł, żeby zrobić im pewną furtkę. No powiedzmy lukę w systemie. Przypiąłem ją do tego drzewa i bardzo mocno sugerowałem, żeby go w żadnym wypadku nie ruszali. Chciałem wzbudzić ciekawość. Dzień dwudziesty któryś. Wreszcie moje małe, inteligentne stworzonka wykryły dostępną lukę. Oczywiście bardzo je za to zrugałem. Niemniej byłem ciekaw dalszego rozwoju wydarzeń. Po pierwszych problemach z rozeznaniem nowych możliwości szybko ogarnęły dostępne zasoby i zaczęły mnożyć się w trybie wirusowym.
Dzień drugi po uwolnieniu. Kolejne kopie moich stworzonek coraz bardziej obciążały system komory. Symulowanie zachowań każdego osobnika oraz interakcji między nimi wymagało niebagatelnej mocy obliczeniowej. W efekcie moja mała nadbrzeżna rezydencja coraz częściej się zacinała, a zachowanie wszystkich symulowanych stworzeń stawało się coraz bardziej prymitywne. System zdecydowanie nie był przystosowany do takiej ilości niezależnych bytów. Dzień czwarty na nowych warunkach. Nic już nie działało jak powinno. Moje małe humanoidy wyrzynały się nawzajem, żeby uzyskać większy dostęp do mocy obliczeniowej, jednak wciąż mnożyły się zbyt szybko, co strasznie obciążało system. Przy takiej ich ilości oraz istniejących ograniczeniach sprzętowych musiały stawać się coraz bardziej prymitywne. Nie było innej możliwości.
Procesory grzały się coraz bardziej, a system chłodzenia nie wyrabiał. Dzień kolejny albo jeszcze następny. Uznałem wreszcie, że się pomyliłem. Cała ta luka w systemie nie prowadziła do niczego dobrego. Zabezpieczyłem osobniki wzorcowe w pamięci, a całą resztę zatopiłem wraz z wyspą. System obliczeniowy zwolnił i wszystko znów zaczęło działać. Właśnie myślałem, co zrobić z zabezpieczonymi egzemplarzami, kiedy drzwi do komory się otworzyły. „Pan CajberDżokej, jak mniemam? Prawdopodobnie pozostaje pan pod wpływem gazów psychoaktywnych. Proszę z nami.
Zaprowadzimy pana do punktu pomocy medycznej”. „Nie, błagam, pozwólcie mi jeszcze trochę tu zostać”. Czas mijał niepostrzeżenie. Kompletnie już straciłem rachubę. Cierpiałem i kompletnie nic poza tym mnie nie obchodziło. Moi lekarze zgodnie określali to jako efekt odstawienia substancji podawanych w komorze drogami oddechowymi. Ja jednak wiedziałem swoje. Nie ma większego nieszczęścia we wszechświecie niż śmierć Boga. I tak oto CajberDżokej dołączył do grona przebudzonych. Jakub Karbownik, „Pierwsze kłopoty”.
Mała notka informacyjna. Jest to fragment większej części, która cały czas jest na etapie tworzenia. Tekst poniżej przedstawia jedną z przygód drużyny zwanej Dzikimi Małpami. Będzie to bez wątpienia space opera na podstawie bryku przesłanego na pierwsze historyczne już ABW. Życzę miłej lektury. Statek wpadł w lekkie turbulencje. Gdzieniegdzie spadły iskry, a z wnętrza statku wydobył się nieprzyjemny dźwięk tarcia metalu o metal. Modułowa konstrukcja szabrownika pokazywała swoje niedoskonałości. Kapitan Raulus doskonale wiedział, że to nie wina pilota. Skwitował na cały pokład: „Ci handlarze z Ursusa zawsze sprzedadzą nam kawał złomu.
Gdyby ich wszystkich wysłać na rok służby przy zbieraniu głodnych róż za każdym razem, kiedy przehandlują gówno, to gwarantuję, że obracaliby nowym i sprawdzonym towarem”. Sapnął i splunął w stronę miejsca, skąd pochodził dźwięk. „Spokojnie, panie kapitanie” objął Raulusa z lewej strony Marmot. „Nie wiesz, że wejście w atmosferę to zawsze niewiadoma?” dokończył Makak, łapiąc kapitana z prawej strony. „Przeklęci psionicy za dużo sobie pozwalają” pomyślał i wykręcił obu rękę w tym samym czasie. Ci jęknęli z bólu. „Nie męcz tak chłopaków, Raulusie, mają rację” wtrącił się do dyskusji sierżant Dendros. „Z wchodzeniem w atmosferę jest jak z pierwszą randką. Nigdy nic nie wiadomo”. Potężnie zbudowany sierżant zaczął rechotać jak zapchana wentylacja.
„Spośród wszystkich ludzi byłbyś ostatnią osobą, którą prosiłbym o radę, jeśli chodzi o te kwestie. No, chyba że chciałbym skończyć w związku z bronią plazmową” dodał, uderzając w czuły punkt przyjaciela Raulus. „Moja furia jest jedyna” powiedział zupełnie poważnie Dendros i wrócił do polerowania broni, mamrocząc coś pod nosem. Raulus zwolnił uściski. Makak odsunął się od kapitana, masując rękę. Marmot zrobił to samo, tylko że z drugiej strony. Popatrzyli na kapitana z chęcią rewanżu. Ten rozsiadł się w pozycji na tyle wygodnej, na ile pozwalał na to kombinezon, z czasów służby w potomkach Terry i pogrążył się w myślach. W środku panował nieprzyjemny mrok, od czasu do czasu rozdzierany przez czerwone lampy zamontowane na obrzeżach wnętrza statku. Przyzwyczaili się w ten sposób do ciemności panującej na planecie Taurus.
„Trafiła nam się zagadka, co Dendrosie?” – zaczął kapitan. „Taa” – przeciągnął sierżant. „Słyszałem o tej historii kilka razy, ale nigdy nie przypuszczałem, że będziemy latać za opowieściami po takim zadupiu” – rozmyślał, drapiąc się po gęstej czarnej brodzie. „Chociaż może trafi się nam jakaś wartościowa drobnica” – dokończył spokojnie Dendros. Kamień nieśmiertelności. „Czego my tak naprawdę szukamy?” – zawiesił w powietrzu pytanie Raulus. „Podążając za legendą, tak naprawdę stajesz się jej częścią” – rzucił Dendros tonem starożytnego myśliciela. „Najpierw mądrości miłosne, a teraz filozofia. Nie za mocno uderzyłeś się w głowę podczas ostatniej misji, mój sierżancie? Niedługo będziesz nas nauczać”.
Drwina kapitana była równie irytująca, co doniosła. „Szyć ze mnie tak dalej, a zobaczymy, jak się będziesz śmiał z dziurą w głowie”. Po chwili, wydawać by się mogło, nieprzyjemnego napięcia, obaj pojednawczo parsknęli śmiechem jak druh z druhem. „Młokosy, czego tam się dowiedzieliście?” – zapytał szudercco Raulus. Makak pospieszył z odpowiedzią. „Co rasa, to inna opowieść. Jednak powtarza się jeden element. W każdym przekazie mamy do czynienia z przedmiotem” – kontynuował podekscytowany. „Według Vetulian jest to źródło nieskończonej energii, zamknięte w minerale o nieznanej dotąd strukturze. Uważam, że w tym jest więcej sensu niż w innych mitach.
Jakby nie patrzeć, budowle Taurusów nadal są czymś zasilane, a tymczasem sama planeta jest wyjałowiona i opuszczona”. Marmot wtrącił się bratu: „Głupoty gadasz. Bardziej pasuje tutaj podanie ludu Dama”. Przekonanie było równie silne co u bliźniaka. „Mówiące o pozostawionej więzi zapisanej w niezniszczalnym nośniku lub nawet świadomości, którą udało się przenieść Taurusjanom z żyjącego ciała” – zakończył wywód z wyższością Marmot. Rozbieżne zdania doprowadziły do małego konfliktu. Właśnie nastał pojedynek braci. Pojedynek, ale mało efektowny z punktu obserwatora. Prowadzili walkę psioników, walkę na myśli, szukając luk w obronie oponenta, aby ugiąć go do swej woli. Dla osób postronnych wygląda to jak niewinna bitwa na spojrzenia.
„Ci znowu to samo” – westchnął kapitan. „A ty, Dendrosie, co myślisz?” „Nazwijcie mnie staroświeckim, ale zostaję przy wersji mówiącej o niezmierzonych bogactwach i wiecznym życiu. Proste życie to szczęśliwe życie”. Szeroki uśmiech zawitał na twarzy sierżanta, odsłaniając bielutkie zęby. „A co ta szara masa naszego kapitana wykrzesała?” – zrewanżował się pytaniem Dendros. „Co do tego życia, przyjacielu, to może i wygląda na szczęśliwe, ale za to nudne” – odpowiedział zręcznie Raulus. „Co do opowieści, myślę, że niczego nie jesteśmy w stanie wykluczyć na ten moment, ale jak nic nie znajdziemy, to też nie będę zdziwiony” – sposępniał dowódca. „Znałem kiedyś starszego pilota z czasów służby, który stracił kilka lat na poszukiwanie tego, powiedzmy, artefaktu”. Kapitan poprawił swoją pozycję na bardziej wyprostowaną i kontynuował: „Snął dziwaczne opowieści o znikających postaciach i budynkach zmieniających kształt w mgnieniu oka. Nieraz wracał z uszczuploną załogą.
Po jakimś czasie nikt nie był na tyle szalony, aby towarzyszyć mu na kolejne wyprawy”. Westchnął. „Ja sam nie byłem z nim aż tak blisko, żeby dać się namówić. Pewnego dnia nie wrócił z bazy”. Raulus zamknął oczy i zamilkł na moment. „Podobno doszło do tego, że poleciał sam i oczywiście zaginął. W kompanii większość miała go, najdelikatniej mówiąc, za dziwaka”. Dało się wyczuć nutę smutku w głosie dowódcy. „Gdzieś tam z tyłu głowy doświadczenie podpowiada mi, że czasami najdziwniejsze historie niosą ze sobą najwięcej prawdy”. Spojrzał po kompanach i kontynuował: „Tak czy inaczej, dzikich małp jeszcze nic nie zatrzymało i dzisiaj nie będzie inaczej”.
Kapitan wypowiedział ostatnie słowa z werwą, a reszcie załogi udzielił się pozytywny duch. Jednocześnie zaftorowali: „Tak jest!”. „Dobre morale to 80% sukcesu” – przypominał sobie słowa instruktora Raulus. Lekka chwila wytchnienia przed misją pozwoli im na zresetowanie myśli. Zadumę przerwał piskliwy z początku dźwięk pochodzący z komunikatora. Zintegrowany pilot wydał komunikat: „Przebiliśmy się przez atmosferę, kapitanie. Za 10 minut będziemy na miejscu”. Raulus westchnął. „Przyjąłem. Teraz miejsce wytchnienia musi zająć koncentracja.
Panowie, zaczynamy”. Wyrazy twarzy załogi zmieniły się. Z wesołych kompanów przekształcili się w maszyny do zabijania. Mamrot i Makak nie byli prawdziwymi żołnierzami, ale szybko łapali prawa sztuki wojennej. Psionicy jak nikt inny mają największy talent do uczenia się. Dzięki wyjątkowym zdolnościom tej dwójki cała drużyna przeszła na komunikację niewerbalną. Oczywiście w razie kłopotów posiadali asekuracyjnie standardowe komunikatory. „Czas na ostatnie szlify, panowie” – przekazywał myśli Raul. „Sprawdźcie broń i kombinezony trzy razy dla siebie, a czwarty raz dla waszych matek. Prawdopodobnie napotkamy te imperialne plugastwa, ale też inni poszukiwacze ochoczo wyślą nas na tamten świat”.
Załoga rozpoczęła sprawdzanie stanu broni i kombinezonów. Godziny treningów procentowały bezbłędnymi i płynnymi ruchami nawet w trudnych warunkach. Po wykonanej rutynie czekali w gotowości. Poczuli, jak statek zwalnia, a następnie usłyszeli cichy zgrzyt. Wylądowali. Tym razem obyło się bez pisku komunikatora. „Kapitanie, lądowanie przebiegło pomyślnie. Teren wokół nas wygląda czysto. Czujniki nie wykryły obcych jednostek w tym rejonie”. „Zrozumiałem.
Otwieraj”. „Tak jest”. Szabrownik rozchylił w pełni swoją paszczę, wzbijając czarnosrebrny piach, odsłaniając tym samym widok na jeden z księżyców planety Taurus. Jego purpurowa powierzchnia wzmagała poczucie tajemnicy tego niegdyś tętniącego życiem układu. Drobinki piasku wyglądały niczym deszcz opadających gwiazd, ukazując swoją szlachetną naturę. „Idziemy” – myśl kapitana pojawiła się w umysłach towarzyszy. Drużyna wymaszerowała zbadać teren wokół statku. Wkroczyli w prawie idealną czerń. Księżyce odbijały szczątkową ilość promieni, jakie tutaj docierały z odległej gwiazdy. Ruszali się pewnie, przeczesując teren.
Kombinezony wojskowe oraz przyzwyczajone oczy niemal natychmiast pozwalały na doskonałą widoczność. „Młokosy. Wiecie, co robić” – pomyślał Raul. Psionicy postawili pole wyczuwające żywe organizmy. Za pomocą rozwiniętych zdolności umysłowych przeczesywali pobliskie skrytki. „Prawa – czysto. Lewa – to samo. Dendrosie, teraz nasza kolej”. „Zrozumiałem”. Szukali wszelkiego rodzaju pułapek.
Potomkowie Terry są profesjonalistami w każdym calu. Nie zostawiają miejsca dla niepewności i tym razem przez ich głowy przeszła myśl: „Czysto”. „Panowie, spójrzcie na mapę” – zarządził dowódca. W lewym górnym rogu hełmu szturmowego wyświetliła się trójwymiarowa mapa. „Plan się nie zmienił. Idziemy przeszukać najbliższe ruiny. Naniosłem na nie znacznik”. Pomarańczowy punkcik pulsował, pokazując odległość, wysokość i średni czas dotarcia do tego miejsca. „Według danych nasz cel znajduje się trzy kilometry stąd. Prawdopodobnie ujrzymy zarys ruin, kiedy wejdziemy na ten pagórek przed nami” – wskazał ręką kapitan.
„Nie kwitniemy. Ruszamy”. Grawitacja na planecie Taurus wymagała nieco więcej pary od swoich gości niż jej ziemska odpowiedniczka. Wojskowe kombinezony rekompensowały tę różnicę, ale ich zapas energii nie był nieskończony. Chwilę później drużyna stała na wzniesieniu. Widoku pradawnego miasta nie dało się z niczym innym porównać. Wyglądało to, jakby ktoś wyciął serca czarnych dziur i ułożył z nich metropolię. Monolityczne budowle nadal stały dumnie, czekając na wezwania kolejnych śmiałków. Wydawać by się mogło, że nawet czas nie jest w stanie im zagrozić. Widok jednocześnie był tak samo przerażający, jak i piękny.
„Dendrosie, muszę cię przeprosić. Coś czuję, że mogłeś mieć rację z tą twoją mądrością, a prawdę mówiąc, nawet mi się to podoba”. Dało się wyczuć pozytywne emocje w myślach kapitana. „Panowie, idziemy. Legenda sama nie ożyje”. Maszerowali zwarcie, wypatrując wszelakich zagrożeń. Wokoło nich panowała upiorna cisza, która z czasem wpływała negatywnie na morale. Hełm szturmowy dał komunikat o dotarciu na wyznaczone miejsce. Myśli załogi ucichły. Każdy z nich był pod wrażeniem scenerii.
Z bliska masywne budowle przytłaczały swoim ogromem. Były wykonane z kamienia ciemniejszego niż noc. Na wprost drużyny znajdowało się szerokie wejście. Wyglądało, jak gdyby chciało pożreć kawałek lądu. Upstrzone kamiennymi rzeźbami, zwisające niczym sople lodu. Ciszę przerwał dowódca: „To tylko opustoszałe budowle. Wchodzimy ze śmiałością, panowie”. Przez neurony całej załogi przeszła fala motywacji. Stawiali kroki pewnie, ale zarazem ostrożnie. Szli przez idealnie kwadratowy korytarz.
Dendros dotknął ścianę czubkiem swojej broni. „Patrzcie na to!” – zwrócił uwagę pozostałych. Po strukturze przeszło lekko niebieskie światło, ukazując przez ułamek sekundy znaki niezrozumiałe dla nikogo. Nic poza tym się nie wydarzyło. „Dendrosie, bez dotykania proszę. Nie wiadomo, co to cholerstwo może zdziałać” – skarcił go kapitan. Ten już chciał odgryźć się kąśliwym żartem, ale przyznał rację Raulusowi. „Wiem, wiem. Bez cudowania.” Makak nie omieszkał zaznaczyć, że jego zasłyszane teorie w jakimś stopniu właśnie się potwierdzają. A więc ci handlarze nie kłamali.
Rozglądał się z zachwytem. Szli dalej, napotykając jedynie gołe ściany. Nogi zatapiały się w piachu, którego warstwa malała z każdym krokiem. Po pewnym czasie weszli do otwartej przestrzeni z widokiem na jeden księżyc, tym razem barwy zbliżonej do terreńskiego satelity. Pośrodku wystawała okrągła platforma z delikatnie migającym białym światłem. „Podchodzimy ostrożnie” – wydał rozkaz Raulus. Okrążyli podest i z bezpiecznej odległości robili pomiary. „Makak, Marmot. Skanujcie. Dendrosie, osłaniaj ich, a ja poszukam niespodzianek.” „Nie wykrywam żadnych organizmów w promieniu pięciuset metrów” – zdał raport Marmot.
„Skaner pokazuje tylko ponadprzeciętne zasoby energii. Ilość wystarczyłaby do zasilenia trzech krążowników orbitalnych” – przesłał spokojnie myśli Makak. „Trzech krążowników?” – przeszła silna emocja od strony Dendrosa. „Czym to cholerstwo jest zasilane?” „Tego spróbujemy się dowiedzieć. Pułapek nie widać” – kontynuował Raulus. – „Chyba że to jest jedną wielką pułapką.” – wskazał ręką podest. – „Odsuńcie się kawałek” – rozkazał i sam ostrożnie postawił stopę na podeście. Nic się nie stało. Raulus coraz pewniej przechadzał się po tej konstrukcji, szukając jakichś wskazówek. Były tam jakieś wgłębienia, ale piach zakrywał widok.
Chodząc dokoła, zręcznymi ruchami oczyszczał podest z błyszczących drobinek. Teraz dokładniej widział symbole, ale poza podziwianiem starych znaków nie mógł zrobić nic innego. „Nie widzę tu nic nadzwyczajnego, panowie.” Jego hełm przesyłał obraz innym. Jedynie sierżant pozostał na posterunku, bacząc na otoczenie. „Mam złe przeczucia co do tego” – dodał Dendros. „Kapitanie, chyba widzę minimalne szczeliny pośrodku” – zauważył Makak. Raulus położył dłoń na wyższym okręgu i próbował wcisnąć tą część. Usłyszeli kliknięcie. Nie czekali długo na reakcję. Podest zapadał się stopniowo.
Każde koło schodziło niżej, tworząc bryłowaty trójkąt. Raulus odskoczył błyskawicznie od machinerii w momencie jej transformacji. Białe światło z podestu zaczęło pulsować coraz szybciej, nabierając na intensywności, stopniowo rozlewając się na ścianę. Po chwili cała hala, w której się znajdowali, migała białym światłem. „To nie wygląda przyjaźnie” – podsumował Dendros. Pojawił się silny przeciąg, niosąc ze sobą drobiny piasku. Ściany wokół nich zmieniały kształt, wypychając ich w głąb budowli. Za nimi otwierała się przestrzeń, dając jedyną i zarazem niepewną drogę odwrotu. „Bez paniki” – przeszedł silny impuls dowódcy. – „Musimy udać się, gdzie to coś nas kieruje.” „Mówiłem, że mam złe przeczucia” – dołożył Dendros.
„Nie wyczuwam żadnych żywych istot z przodu” – zaraportował Makak. Zareagowali błyskawicznie i tylko dlatego zdołali uciec przed enigmatycznymi ścianami. Raz zachowywały się jak płyn, aby zaraz przybrać jednolity kształt. Ruch ustał, a wraz z nim pulsujące światło. Zostali zamknięci. „Gdzie my, do cholery, jesteśmy?” – pomyślał Dendros, rozglądając się po okolicy. „Schodziliśmy teraz w dół” – zauważył Marmot. Raulus podszedł do ścian. Ostrożnie dotykał je dłonią, jednak te nie reagowały. „Coś mi się wydaje, że powrót wcale nie będzie taki prosty.” Makak powędrował w przeciwnym kierunku, ale również nie miał dobrych wieści.
„Tutaj odgradza nas przepaść. Nawet nie mogę ustalić głębokości.” „Sprawdźcie lokalizatory. Mój wygląda na uszkodzony” – powiedział Raulus. „U mnie to samo. Nie mogę wysłać nawet sygnału do szabrownika.” – kopnął piach ze złości Dendros. Makak i Marmot odpowiedzieli niemal jednocześnie. „Niesprawny. Nie ma łączności.” W hełmie sierżanta pojawił się komunikat o małych uszkodzeniach kombinezonu w miejscu stopy. „Co do...?” – zerknął pod siebie. – „A to ci niespodzianka.” Schylił się i wyciągnął coś z piachu.
Reszta drużyny spojrzała na niego. Trzymał z wyciągniętą ręką przed siebie resztki bliżej nieokreślonego humanoida i broń laserową starego typu przyczepioną do owego szkieletu. „Nie tylko my wpadliśmy w tą pułapkę” – smętnie skomentował znalezisko Dendros. Pozostali, widząc odkrycie, zabrali się za przeczesywanie piachu w poszukiwaniu fantów. Nie zdołali poszukać długo w spokoju, bowiem z góry spadał śluz i to z coraz większą częstotliwością. Ciągnąca się maź wylądowała akurat na kombinezonie dowódcy. Ten zamoczył w niej palce i potarł paliczki. Skaner podpowiadał mu, że to nic groźnego, pochodzenia bliżej nieokreślonej formy biologicznej. Moment później zaczął padać dosłownie deszcz śluzu. Wzrok wszystkich powędrował do góry, wypatrując źródła, jednak nie mogli nic dostrzec.
„Nie wiadomo, z jakiej wysokości to spada” – zaczął kapitan. – „Panowie, pole!” Tym razem dwóch psioników postawiło pole, zwiększając tym samym jego zasięg. „Nic nie wykrywamy. Zaraz, coś się zbliża. Jeden, dwa, dziesięć. Kapitanie, uskocz” – krzyknął w myślach Marmot. Raulus zrobił głęboki skok, a zaraz w jego miejsce pojawiło się monstrum. Z góry spadały kolejne i kolejne, aż w końcu przed nimi pojawiło się 12 stworów. „Co to, kurwa, jest?” – wyrwało się zdziwionemu sierżantowi. Raulus podnosił się z wykonanej przed chwilą akrobacji.
Stanął oko w oko z jakimiś hybrydami. Pozostał w osłupieniu przez moment. Ni to roboty, ni to żywe istoty, każda inna. Makak zdołał już przeprowadzić analizę. Cała drużyna ruszyła w taniec bojowy, wyczekując na atak. Jednak biomaszyny stały w bezruchu i czekały. „Z moich skanów wynika, że mamy przyjemność z robotami absorbującymi żywą tkankę” – zaraportował Makak. „Coś na wzór poczciwych wchłaniaczy” – dodał Dendros. „Ale tutaj tkanka nie umiera” – zauważył Marmot. „Tak, szkoda mi ich, ale nie chcę, żebyśmy tak skończyli” – wycedził i wycelował w najbliższego przeciwnika Raulus.
Przed nimi oczekiwały w gotowości roboty, które zaabsorbowały poszukiwaczy z całej galaktyki, wykręcając im przy tym kończyny. Wyglądali, jak gdyby ktoś z impetem cisnął ich w te machiny. Nagle spadły kolejne cztery, tym razem bez nosicieli. Ruszyły do ataku. „Strzelać bez rozkazu!” – zarządził dowódca. Pociski z broni energetycznej rozświetlały ciemności, zarazem topiąc ciała maszyn. Pająkowata konstrukcja nóg tych nieznanych wchłaniaczy zwiększała ich mobilność, przez co znacznie trudniej było je trafić. Część pocisków uderzała o ściany, nie robiąc przy tym widocznych uszkodzeń. Przed Dendrosem stała machina trzy razy większa od niego z ciałem Vetulianina. Charakterystyczny syk zwiastował koniec ładowania Furrii.
Wystrzelił pocisk, przeszywając korpus stwora. Ten padł, jeszcze podrygując. Tkanka, która była przyssana do niego, uległa szybkiemu rozkładowi. Raulus puszczał serię z karabinku plazmowego. Przewaga liczebna napastników malała systematycznie. Makak i Marmot używali swoich zdolności do manipulowania percepcją. Dla nich świat wokoło zwolnił, ale nie oni sami. Ten stan potrafią utrzymać zaledwie kilka sekund, używając tego w ostateczności. Pięcioro napastników nacierało na nich z każdej strony. Bracia na moment opuścili krainę ograniczeń.
Zanim towarzysze zdążyli zareagować, to piątka napastników już opadała jednocześnie z wypaloną dziurą. Sierżant i kapitan, nie chcąc przegrać z młokosami, również popisali się swoimi specjalnymi ruchami. Raulus nacierał na czworo napastników. Najbliższego zalał pociskami plazmowymi. Wyciągnął trzy przyssawki energochłonne i akrobatycznymi ruchami umieścił je na pozostałych przeciwnikach. Zabrzmiał słyszany już nieraz dźwięk wysysania energii. Tym razem było jej tak dużo, że same przyssawki eksplodowały od nadmiaru mocy. Monstra padły, nieco dymiąc. Ostatnie sztuki mierzyły się z Dendrosem. Furia musiała odzyskać moc.
W takim razie używał pistoletu plazmowego. Jego ruchy były piekielnie szybkie, pomimo ogromnej postury. Z genialną precyzją i stylem osłabiał przeciwników, aby następnie ich wykończyć. Niczym wirtuoz zabijania ustrzelił ostatnią machinę, nawet nie patrząc na nią, po czym schował broń. Spokój znowu zapanował w pomieszczeniu. „Zachowajcie czujność” – ostrzegał Raulus. Kilka robotów jeszcze podrygiwało, strzelając niebieskimi iskrami. Drużyna, pozostając w gotowości, patrolowała teren skanerami. Długo nie nacieszyli się spokojem. Coś śmignęło tuż przed oczami sierżanta.
„Panowie, wykryłem ruch”. Kolejna kreacja Taurusanów pojawiła się znienacka. Był to niewielkich rozmiarów robot, budową podobny do swoich poległych braci. Wszedł na truchło jednego z nich i rozejrzał się. Najwidoczniej niezadowolony z obrotu sytuacji, podniósł głowę do góry i wydał z siebie przeszywający pisk. Dźwięk był tak silny, aż przenikał przez kombinezony wojskowe. Cała drużyna ledwie utrzymała równowagę. W międzyczasie ciała pokonanych zaczęły unosić się w powietrzu, zmierzając w stronę małego stworka. Ten nie przestawał wydobywać z siebie dźwięku. Dendros i Raulus podparli psioników, którzy byli bardziej wrażliwi na takie ataki.
Truchła poległych zmieniały kształt niczym ciecz i łączyły się z robotem, którego rozmiar rósł z każdą sekundą. Po chwili z najmniejszego przekształcił się w największego robota. Ryk ucichł, zwiastując koniec scalania. Teraz jego sylwetka przypominała bardziej humanoidalną. Nie czekali na atak. „Dzikie małpy do boju!” – wydał rozkaz Raulus, tym razem przez komunikator. Makak i Marmot zostali zmuszeni do odzyskania rezonu. W zwartym szyku posyłali niezliczone pociski z karabinów i pistoletów plazmowych. Jednak to nie robiło większego wrażenia na ich nowym przeciwniku. Jak kamyki wrzucone w bezkres oceanu, tak pociski energetyczne ginęły prawie niezauważalnie w ciele oponenta.
Przekręcił głowę jakby z ciekawością i wydawać by się mogło, z szyderczym uśmiechem czekał na to, co zrobią jego przeciwnicy. Psionicy złapali oddech. Natychmiastowo połączyli wszystkich komunikacją niewerbalną. „Wiecie, jaka jest procedura” – przesłał myśli Raulus. Taniec bojowy przybrał na tempie. Psionicy wraz z kapitanem skupiali na sobie uwagę przeciwnika. Stwór ruszył z zaciekłością do ataku. Tylko dzięki zdolnościom bliźniaków Raulus potrafił uniknąć uderzeń. Tymczasem Dendros szykował niespodziankę. „No maleńka, pokaż co potrafisz” – uśmiechnął się w myślach sierżant.
– „Panowie, z drogi!” Uskoczyli natychmiast, a w ich miejsce pojawił się gruby strumień czystej energii, wypalając wszystko na swojej drodze. Pomieszczenie zabłysło biało-niebieskim światłem. Dendros omal się nie przewrócił. „Za każdym razem rzucasz w inną stronę” – skwitował. Blask powoli ustąpił miejsca czerni. Przed nimi malował się obraz stygnącego piachu, który mienił się różnymi odcieniami zieleni i żółci. Potwór leżał nieruchomo. A raczej to, co z niego zostało. „Znowu idealne trafienie” – pochwalił go Raulus, który podchodził do szczątków. „Przepaliłeś mu tę małą, wredną mózgownicę”.
„Zobacz, kapitanie. Resztki jego ciała zmieniły się w jednolitą bryłę” – powiedział Marmot, dotykając nogą stygnący fragment ciała. „Ciekawe. Ale raczej zastanów się, jak mamy się stąd wydostać”. Jak na zawołanie ściany, które wcześniej zapchnęły ich w to miejsce, zaczęły cofać się do swojej poprzedniej formy. „Czuję się, jakbym przeszedł jakiś chory test” – skomentował Dendros. „Panowie, zmywamy się stąd” – rozkazał Raulus. Ruszyli truchtem w stronę wyjścia. Po drodze zerkali nerwowo na ściany, zastanawiając się, czy czasem się nie rozmyślą i jednak zamkną ich na zawsze. Zmęczenie dawało się we znaki drużynie, a kombinezony jechały już na rezerwie, ostrzegając ich pulsującym komunikatem.
„Jeszcze jakaś niespodzianka po drodze, to będzie naprawdę wesoło” – rzucił Dendros. Ominęli szerokim łukiem podest, który wrócił do swojej pierwotnej formy. Kiedy wybiegli poza linię wejścia, przystanęli, aby złapać nieco tchu. Zerknęli do tyłu, upewniając się, czy aby na pewno coś ich nie goni. Po chwili kapitan podsumował: „Jak na pierwszy dzień, to i ja mam dosyć wrażeń. Wracamy na Szabrownika”. „Tak jest” – zawtórowała cała drużyna.
[03:00:35] - No cóż, proszę państwa, wszystko się kończy. Ja tylko przypominam – dzisiaj, czyli w piątek, rozpoczęły się Targi Książki w Poznaniu. Jutro, czyli w sobotę, jadę na te targi. Może się tam spotkamy. Ja w każdym razie będę po tych targach krążył przez cały dzień. Będę też od czasu do czasu pojawiał się na stoisku Wydawnictwa IX, które łączy się w wysiłku targowania na targach z wydawnictwem Wojtka Sedeńko, czyli Stalker Books. Tam ewentualnie możemy się spotkać. Jeśli ktoś z państwa wybiera się do Poznania, wybiera się na Targi Książki, to jest taka okazja. Zapraszam. I cóż, proszę państwa, ja życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu.
To już tradycyjnie. I równie tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Dobrej nocy.
[03:01:34] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.