[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Znowu się za oknem zrobiło troszkę zimno, więc trzeba troszkę podgrzać atmosferę. Najlepiej kolejnym odcinkiem Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, jakoś mam taką ochotę zacząć w ten sposób: co tam panie w astronomii? Dlaczego? Bo ja lubię przeglądać strony, które mówią o najnowszych odkryciach astronomicznych. Zresztą mam pasję, jedną z wielu zresztą. Jeśli państwo tego nie robicie, to wierzcie mi, tych odkryć związanych z astronomią jest naprawdę cała masa. Przeciętny człowiek sobie nawet nie wyobraża, że one płyną szerokim strumieniem. Autentycznie. W każdym tygodniu można znaleźć po kilka doniesień o rzeczach niezwykłych, naprawdę niezwykłych. My zaczynamy o kosmosie wiedzieć naprawdę bardzo dużo. Tak, ale bardzo wielu rzeczy również nie wiemy. Spora część ludzi jest odporna na te moje fascynacje, a część już porzuciła ów zachwyt kosmosem, który był w poprzednich dziesięcioleciach. A wierzcie mi państwo, gdzieś tam daleko rozgrywają się rzeczy naprawdę niezwykłe. Rzeczy, które nie śniły się filozofom. Żeby podać przykład, opowiem państwu dzisiaj o kilku ciekawych obiektach. To nie są żadne rewolucyjne, jak mówiłem wcześniej, doniesienia, ale ciekawe. Otóż niedawno astronomowie odkryli dwa ciekawe obiekty w dwóch różnych częściach kosmosu. Jeden z tych obiektów to supermasywna planeta, drugi brązowy karzeł. I ktoś powie: a co w tym ciekawego? Takich obiektów jest całkiem sporo w bliższym i w dalszym kosmosie. Ale te dwa obiekty, o których powiedziałem, leżą stosunkowo blisko Ziemi i przez lata całe pozostawały niewidoczne dla obserwatorów. Nawet pomimo tej bliskości. Bliskości oczywiście w kosmicznej skali. To teraz o tych odkryciach. Otóż międzynarodowy zespół naukowców z USA i Japonii dokonał tego odkrycia, o którym za chwilę powiem, dzięki połączeniu obserwacji z teleskopu Subaru Telescope oraz danych misji Gaia, a także przeglądu Oasis. Takie zestawienie różnych technologii pozwala nie tylko patrzeć dalej, głębiej w kosmos, ale przede wszystkim pozwala patrzeć dokładniej. I tam, gdzie wcześniej nikt nic nie widział, a może nie zaglądał, tam odkryto te obiekty, o których powiedziałem. Dlaczego one są takie istotne? Powiem tak: zaledwie około 1% gwiazd utrzymuje w swoim bezpośrednim pobliżu tak masywne obiekty, o jakich będzie za chwilę mowa. Pierwszy z tych obiektów to planeta określana albo oznaczona nazwą HIP B, która krąży wokół gwiazdy oddalonej od Ziemi o 271 lat świetlnych. Znajduje się w gwiazdozbiorze Lwa i ma masę, ta planeta oczywiście, niemal 18 razy większą niż masa Jowisza. Naprawdę kawał solidnej planety. Jej orbita jest odległa mniej więcej o tyle od gwiazdy co nasz Neptun. Wcześniej sądzono, że jest znacznie bliższa. Tuż po odkryciu, że jest znacznie ciaśniejsza, ale później to zweryfikowano, kiedy dobrze zbadano ów obiekt. Drugim obiektem, o którym chciałbym powiedzieć, jest brązowy karzeł. On jest określany nazwą HIP 71618 B, tym razem duże B, bo to B poprzednie przy planecie było małe. To jest brązowy karzeł, czyli taka trochę niedorobiona gwiazda. Ciało pośrednie pomiędzy planetą a gwiazdą, mówiąc dokładnie. Ta planeta, ta gwiazda, ten brązowy karzeł ma około 60 mas Jowisza i odległy ten obiekt jest od Ziemi o 169 lat świetlnych, a leży w gwiazdozbiorze Wolarza. Ta gwiazda, do której przynależy ów brązowy karzeł. Jak już powiedziałem, takie obiekty nazywa się nieudanymi gwiazdami, ponieważ zaczynają powstawać jak gwiazdy, ale nie osiągają warunków potrzebnych do rozpoczęcia rozpalenia fuzji jądrowej. Odkrycie tych dwóch ciał niebieskich było naprawdę trudne, ponieważ oba obiekty bardzo słabo świecą. W każdym razie są bardzo słabo widoczne i giną w blasku swoich gwiazd. Tych gwiazd, które okrążają. Przez lata całe, kiedy próbowano badać niebo, problemem nie była tylko technologia, ale też brak takich precyzyjnych wskazówek, a właściwie takiego teoretycznego określenia, gdzie tego rodzaju obiektów należy szukać.Dopiero połączenie danych z różnych źródeł, o którym wspomniałem, pozwoliło takie obiekty, te dwa chociażby, jednoznacznie zidentyfikować. To odkrycie, o którym dzisiaj państwu opowiadam, pokazuje coś bardzo ważnego. We wszechświecie może istnieć znacznie więcej takich różnych ukrytych olbrzymów, niż dotąd sądziliśmy, bo kluczowe okazało się nie tylko lepsze patrzenie, ale też mądrzejsze szukanie tego rodzaju obiektów. Dobrze, że czasami nauka to przyznaje, że nie wie jeszcze wszystkiego i dalej się uczy i czasami odkrywa coś, czego jeszcze na przykład dekadę wcześniej nie wiedziała. Tak jak pisze się w artykułach na temat tych odkryć, o których opowiadam, w przyszłości duże znaczenie dla kolejnych badań może mieć teleskop Nancy Grace Roman Space Telescope, który będzie zdolny po oddaniu wykrywać obiekty miliardy razy słabsze niż ich gwiazdy macierzyste. A to oznacza, że tego rodzaju odkrycia, o jakich dzisiaj wspomniałem, mogą wkrótce sypnąć się i to takim szerokim strumieniem. Pomyślmy sobie, jest gwiazda i coś tam ją okrąża. Blask odbity jest miliardy razy słabszy niż to słońce, niż ta gwiazda, a jednak już z Ziemi da się to wykryć. Innymi słowy, tak bym powiedział, że kosmos się nie zmienił, ale nasza zdolność szukania w tym kosmosie i znajdywania różnych obiektów zmieniła się i to bardzo. Nie wiem jak państwa, ale mnie takie sprawy naprawdę ekscytują. To, że fascynują to jedna sprawa, ale ekscytują. Każde takie odkrycie to jest kolejny krok. Coś więcej wiemy. To nie chodzi o to, że kolejną kulkę gdzieś tam odkryto, tylko że coraz więcej nam to o wszechświecie mówi. I owszem, można powiedzieć tak, coraz więcej wiemy, a za każdym razem tak, jakbyśmy odkrywali, że wiemy coraz więcej, a i tak wiemy bardzo mało. To prawda, ale jedno drugiego nie wyklucza. To, że wiemy mało, nie oznacza, żeby nie szukać. Nie przeczesywać tego nieba, nie znajdować rzeczy, które jak powiedziałem, dla mnie przynajmniej są fascynujące. No tak, tyle pogadanki wstępnej, astronomicznej powiedziałbym. A teraz czas na polecanki. To polecanki książkowe. Pierwsza z dzisiejszych pozycji nosi tytuł „Anonim”. Autorką jest Diana Brzyzińska, wydawcą Wydawnictwo Otwarte, a książka ukaże się na rynku 4 kwietnia. Jedna noc, jedna tajemnica, jeden list, który po 17 latach burzy spokój małej społeczności. Na posterunek trafia anonim z opisem zbrodni sprzed lat. Pobicie, uprowadzenie, rozczłonkowanie i ognisko, nad którym sprawcy mieli piec części ludzkiego ciała. Nikt nie zna nazwiska ofiary, nikt nie chce pamiętać tamtej nocy. A jednak ktoś w końcu pęka. Prokurator Komorowski i policjant Kozłowski ruszają tropem, który przypomina wiejską legendę. Dopóki informacje z podsłuchów, przesłuchań i zeznań nie zaczynają układać się w coś przerażająco wspólnego. Rośnie panika. Ktoś kłamie. Ktoś próbuje ratować swoją rodzinę. Ktoś ukrywa prawdę, która może zniszczyć życie wielu osób. To historia o winie, którą nosi się jak drugą skórę, o kłamstwach, które dojrzewają w ciszy i o zemście, która smakuje gorzej niż strach. Książka nosi tytuł „Anonim”. Autorka Diana Brzyzińska, Wydawnictwo Otwarte. Książka na rynku od 8 kwietnia. Drugi tytuł, który chciałbym dzisiaj zaproponować to „Umbra” albo Ambra, ale chyba „Umbra”. Autorka Katarzyna Małecka, wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery 1 kwietnia. Romans mafijny autorki powieści „Król Południa”. Romans z motywem age gap, czyli różnicy wieku między dwojgiem ludzi, z takim szczególnym odniesieniem do relacji romantycznych. Bailey dorasta w cieniu tragedii. Po stracie rodziców jej życie wypełniają bieda, strach i nieustanna walka o przetrwanie. Mimo trudności trzyma się jedynej osoby, która nigdy jej nie opuszcza. Przyjaciółki. Może na nią liczyć w każdej chwili. Jedna noc, jedna decyzja i jedno spotkanie wystarczą, by znany jej świat przestał istnieć. W dniu 21. urodzin Bailey pozwala uwieść się nieznajomemu mężczyźnie, a skutkiem upojnej nocy okazuje się ciąża. Wkrótce wychodzi na jaw, że ojcem dziecka jest 34-letni Grayson Cole Arden, boss Umbry, bezwzględnej organizacji, przed którą drży całe Las Vegas. A Bailey wie, że ludzie tacy jak on nie lubią niespodzianek. Dziewczyna zostaje wciągnięta w rzeczywistość pełną tajemnic, przemocy i zasad niezrozumiałych, lecz dających szybką lekcję, że w tym świecie nie ma miejsca na słabość.Przypomnę tytuł Umbra. Jednak chyba Ambra. Autorka Katarzyna Małecka, wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery 1 kwietnia. 1 kwietnia ma też premierę inna książka. Książka Moniki Condas I will wait for you. Data premiery tak jak powiedziałem 1 kwietnia, a wydawcą jest Editio Red. Miłość czy zemsta? Angelina Moutier jest dla swych braci całym światem. Dziewczyna żyje w bańce, w której nic nie może jej się stać. Przyzwyczajona do tej sytuacji nie buntuje się, nie protestuje. Do czasu. Jedno spotkanie z wyjątkowym mężczyzną wystarcza, by grzeczną dziewczynkę zamienić w kobietę gotową zerwać wszelkie pęta. Xavier Lafayette zupełnie się nie spodziewał, że wchodząc na teren wroga spotka anioła, że wpadnie w obsesję na punkcie Angeliny i nie będzie potrafił jej zapomnieć. Czy z miłości do niej porzuci myśl o dawno zaplanowanej zemście? Czy przeciwnie wykorzysta tę młodą kobietę do tego, by jej kosztem zniszczyć swojego wroga? Jak daleko jest w stanie się posunąć, by spełnić własne pragnienia? Przypomnę książka nosi tytuł I will wait for you. Monika Condas to autorka, wydawnictwo Editio Red. A książka na rynku od 1 kwietnia. Tak jak co tydzień czas, proszę państwa, na korepetycje filozoficzne. Ciągnę taki cykl, w którym prezentuję filozofów bardzo mało znanych. Dzisiaj kolejny taki filozof, bo bohaterem dzisiejszych korepetycji będzie Ramon Llull, zwany także Rajmundem Llul. To człowiek, który próbował zbudować maszynę do prawdy. Czas na szczegóły. Średniowiecze rzadko kojarzy się z wynalazkami intelektualnymi, które przypominają coś na kształt algorytmu. A jednak gdzieś pomiędzy scholastyką, sporami teologicznymi i kopiowaniem rękopisów pojawia się postać, która wygląda, jakby pomyliła epoki. Ramon Llul. Człowiek, który uwierzył, że myślenie da się uporządkować tak precyzyjnie, że prawda stanie się obliczalna. Cała historia zaczyna się jednak dosyć zwyczajnie. Llul nie rodzi się filozofem. Jest dworzaninem na Majorce, człowiekiem świata, poetą, kimś raczej zanurzonym w życiu niż w abstrakcji. I wtedy, jak to często bywa w średniowiecznych biografiach, następuje zwrot, nawrócenie radykalne. Nie takie, które coś koryguje, ale takie, które wszystko przestawia w życiu. Od tego momentu jego życie zaczyna krążyć wokół jednego celu. Udowodnić prawdy wiary w sposób niepodważalny, nie przez autorytet, nie przez tradycję, ale przez rozum. I tu zaczyna się coś naprawdę osobliwego. Llul dochodzi do wniosku, że problem sporów religijnych polega na tym, że ludzie rozmawiają, ale nie mają wspólnego języka. Chrześcijanin, muzułmanin, Żyd. Każdy operuje innymi założeniami. Każdy zaczyna rozmowę od czegoś, czego drugi nie uznaje. Więc Llul postanawia zrobić coś radykalnego. Znaleźć uniwersalny system, który pozwoli wykazać prawdę niezależnie od tego, kto z kim rozmawia. Nie brzmi to jeszcze aż tak dziwnie, jak będzie brzmiało za chwilę. Dziwnie zaczyna się robić nieco później, bo Llul nie poprzestaje na idei. On chce to zbudować. Tworzy coś, co nazywa Ars Magna, wielką sztuką. System, który opiera się na zestawie podstawowych pojęć: dobro, wielkość, wieczność, potęga, mądrość. Każdemu z nich przypisuje literę, a potem zaczyna je ze sobą łączyć. Dosłownie. Tworzy obracające się koła, na których zapisane są te pojęcia. Koła można zestawiać, obracać, kombinować. W zależności od układu powstają różne zestawienia, a każde z nich ma prowadzić do jakiejś prawdy. To wygląda jak zabawka albo jak dziwna gra. Albo z dzisiejszej perspektywy jak bardzo prymitywny komputer. Bo w gruncie rzeczy o to chodziło. Jeśli mamy skończoną liczbę pojęć i określone reguły ich łączenia, to możemy generować wszystkie możliwe twierdzenia. A jeśli prawda jest wśród nich, to prędzej czy później po prostu się pojawi. Llul nie używa oczywiście słowa algorytm, ale robi coś, co bardzo go przypomina. Próbuje zamienić myślenie w procedurę. To moment, w którym filozofia zaczyna zahaczać o coś, co dziś nazwalibyśmy informatyką. Ale nie chodziło mu o teorię dla samej teorii.Lull miał bardzo konkretny cel. Chciał przekonywać, nawracać, dyskutować z innymi religiami w sposób, który nie opiera się na stwierdzeniu: bo tak jest, tylko na innym, na stwierdzeniu: bo tak wynika. Wyobrażał sobie, że jego metoda będzie działać jak uniwersalny język prawdy, że wystarczy usiąść z kimś przy stole, ustawić odpowiednio koła i pozwolić, by rozum zrobił resztę. To piękna wizja, ale trochę naiwna, bo zakłada, że prawda jest czymś, co można wydobyć z samej struktury pojęć, że jeśli tylko dobrze ustawimy elementy, to wynik będzie nie do podważenia. A przecież problem nie zawsze tkwi w kombinacjach. Czasem tkwi w samych założeniach. Mimo to w pomyśle Lulla jest coś zdumiewająco nowoczesnego. To przekonanie, że myślenie można sformalizować, że istnieje coś takiego jak mechanika rozumu, że zamiast spierać się bez końca, można zbudować system, który sam wygeneruje odpowiedzi. W naszych czasach to brzmi znajomo, bo dokładnie to robi dzisiaj sztuczna inteligencja. Oczywiście Lull nie miał komputerów, miał drewno, pergamin i wyobraźnię, ale kierunek był ten sam: znaleźć sposób, by zautomatyzować dochodzenie do prawdy. Jego życie nie było jednak spokojnym eksperymentem intelektualnym. Podróżował, dyskutował, próbował przekonywać innych. Czasem w miejscach, gdzie takie próby były co najmniej ryzykowne. Według niektórych przekazów zginął właśnie podczas jednej z takich misji. To też ma w sobie pewną ironię. Człowiek, który chciał rozstrzygać spory za pomocą rozumu, trafia w świat, w którym rozum nie zawsze ma ostatnie słowo. A jednak jego projekt nie zniknął. Pozostał jako coś osobliwego. Pomysł, który wyprzedził swoje czasy i jednocześnie nigdy do końca się w nich nie odnalazł. Inspirował późniejszych myślicieli. Pojawił się gdzieś na marginesach historii filozofii, by po wiekach wrócić w zupełnie nowym kontekście. Bo nagle okazuje się, że pytanie Lulla wcale nie było naiwne. Czy można zbudować system, który myśli? Dziś odpowiedź brzmi częściowo tak, ale wraz z tą odpowiedzią wraca też coś, czego Lull być może nie przewidział, że nawet jeśli potrafimy generować twierdzenia, to nadal pozostaje pytanie, które z nich są naprawdę prawdziwe i dlaczego są prawdziwe. I wtedy jego obracające się koła zaczynają wyglądać nie jak relikt średniowiecza, ale jak pierwszy nieśmiały szkic czegoś, co wciąż próbujemy zrozumieć. Tak, dlatego lubię filozofię, ponieważ można w jej historii odnaleźć rzeczy absolutnie fascynujące. Średniowiecze, które kojarzy nam się ze wszystkim, ale nie z budową maszyn. I tu nagle człowiek, który usiłuje zbudować maszynę, cudzysłów, prawdy. Pomysły ludzkie są niezgłębione. A ja teraz państwa zapraszam na odrobinę prozy. Dzisiaj opowiadanie Marka Tomasika „Beta tester”.
[22:21] - Marek Tomasik, „Beta tester”. Gdyby ktoś zapytał mnie, jak wyglądała tamta noc, odpowiedziałbym, że piękniejsze są tylko niemieckie dziewczyny. Głupi stereotyp, wiem, ale taka była. Szpetna, brudna, gęsta, niemal namacalna. Próbowałem przebić się przez te ciemne zaułki prawie opustoszałego miasta. Jednak gęstwina mroku, która osiadła w uliczkach, nie zachęcała do podróżowania przez nie. I jeszcze te psy, cholerne kundle. Ujadały okropnie, kryjąc się w cieniu, bojąc się widocznie wyściubić nosa zza bezpiecznego, mrocznego całunu. Też bym się bał, gdybym był psem. Miasto nie przyciągało swoim ponurym wyglądem. Sprawiało wrażenie niedostępnej otchłani, która czekała tylko, żeby cię wessać i pożreć, a potem wypluć. Jeśli w ogóle coś do plucia pozostanie. Jak tu zrobić krok w tą bezdenną szarówę? Pomyślałem, żeby rzucić to w cholerę i zająć się mniej stresującymi zajęciami. Jednak ciekawość pchała mnie do przodu. Ciekawość i pieniądze. Nie żebym się bał tej ciemności, bardziej tego, co może się w niej kryć. Miałem spotkać się z pewnym człowiekiem. Miał informacje, miał wiece. Miał to, czego potrzebowałem. Tak mi się wydawało. Jedynym sposobem, żeby ją otrzymać, było przebicie się przez ten wyludniony, mroczny labirynt ciemnych uliczek, w których mogło czaić się wszystko. Nabrałem powietrza w płuca i westchnąłem głośno. Sięgnąłem do sakwy przy pasie, wyjąłem małe pudełeczko z tytoniem do żucia. Wziąłem troszeczkę i wsadziłem do ust. Żułem przez chwilę, stojąc jak kołek, rozglądając się i zastanawiając, którą drogę obrać na tym skrzyżowaniu. Westchnąłem po raz kolejny. Dobrze, że kupiłem ten tytoń. Dodaje trochę odwagi.Splunąłem na ziemię niczym rasowy kowboj i ruszyłem. Czas na przygodę. Wybrałem jedną z najlepiej oświetlonych uliczek. Cóż, to duża przesada. Po prostu paliła się tam jakaś lampa, rozganiając te egipskie ciemności chociażby w tym jednym parszywym miejscu. Modliłem się tylko, aby ten jeden kaganek, promyczek nadziei nie okazał się zgubny. Nie okazał się. Być może to była właśnie jedyna słuszna droga. Nie wiem. Nie chciałem sprawdzać innych opcji. Ważne, że jedno źródło światła poprowadziło mnie do następnego i następnego. Jakimś cudem trafiłem pod prawidłowy adres. Jegomość imieniem Stefan miał czekać na mnie w jakiejś zapyziałej piwniczce. Swoją drogą, dlaczego nazywał się Stefan? Było dla mnie oczywiste, że to kryptonim. Równie dobrze mógł nazwać się Tomek albo Marek. Stefan? Ciekawy wybór. Będę musiał o to zapytać. Stałem na chodniku, wpatrując się w strome, źle zaprojektowane schody w dół. Najbliższa uliczna lampa ledwie lizała swoim światłem wejście do nory mojego informatora. Splunąłem gdzieś w bok. Postąpiłem naprzód. Już na pierwszym stopniu mało nie wywinąłem orła. W tym cholernym półcieniu, w którym znajdowały się schodki, nie dało się zauważyć dziwnej mazi zdobiącej prawie całą konstrukcję. Przykucnąłem, by sprawdzić, co to takiego. Roztarłem trochę między palcami. Ciemne, śliskie, niezbyt śmierdzące. Dziwna, niespodziewana rzecz. Ktoś się napracował, aby nadać temu miejscu trochę uroku, a takie rzeczy nigdy nie wróżą czegoś dobrego. Powoli zlazłem na sam dół do żelaznych, pordzewiałych drzwi rodem z jakiejś dziadowskiej chłotni. Zapukałem w nie. Powietrze zawibrowało metalicznym dźwiękiem przypominającym rozpadające się Daewoo Espero 2. 10 sekund. Zero reakcji. Kilka razy grzmotnąłem pięścią. Być może nie zostałem usłyszany. Minuta ciszy. Prawie ciszy. Te cholerne kundle. Naprawdę w tym mieście zostały tylko psy? Żadnych szczurów? Jak nie zapomnę, zapytam o to. Najwyraźniej nie chciano mnie wpuścić pomimo zaproszenia. Rzadko kiedy jest to dobry prognostyk. Rzuciłem okiem na najbliższą okolicę. Tuż obok, poniżej poziomu gruntu znajdowało się małe, brudne okienko, przez które przebijała się odrobina światła. Może mógłbym przez nie zajrzeć? Pewnie tak, ale nie chciało mi się robić dodatkowych rygorów. Splunąłem soczyście w jego kierunku. Czas zobaczyć, co potrafię. Odsunąłem się od drzwi, aktywowałem implant adrenalinowy i z całej siły zasunąłem w nie kopa. Metalowe skrzydła z hukiem wleciały do wewnątrz. Wkroczyłem do środka. Pod sufitem migotała bladym światłem nędzna żarówka, która zbliżała się do końca swego żywota. Mimo wszystko rozświetlała to miejsce lepiej niż lampy uliczne tą mieścinę. Ku mojemu rozbawieniu nie byłem już jedyną osobą w tej piwniczce. Przede mną zbierał się z podłogi dziwny jegomość. Nie miał chyba szczęścia. Oberwał którymś skrzydłem. Nie wyglądał mi na komandosa, a tym bardziej na Stefana. Przypominał kogoś, komu należy się porządny wpierdol, ale zawsze mogłem się mylić. Typek rozwiał moje wątpliwości, wyjmując spory nóż z pochwy na udzie i szarżując na mnie, drąc ryja głośniej niż te cholerne psy. Byłem trochę rozczarowany przebiegiem zdarzeń. Miałem nadzieję, że jednak znajdę tu tego Stefana, że ta historia przynajmniej na początku będzie przewidywalna. Trudno się mówi. To będzie dobry moment, by przetestować swoje umiejętności bojowe, które wgrałem sobie do podświadomości tuż przed misją. Nożownik, który się na mnie rzucił, nie okazał się wielkim wyzwaniem. Prawdę powiedziawszy, nie był w ogóle wymagający. Pierwsze dwa ruchy wytrąciły mu broń z ręki. Potem nastąpiła seria precyzyjnych ciosów w punkty witalne przeciwnika, które posłały go permanentnie na podłogę. Nawet się nie zgrzałem. Dobry software. Przez chwilę korciło mnie, żeby przeszukać draba, sprawdzić, czy nie ma przy sobie czegoś interesującego. Machnąłem na to ręką. Jakby nie patrzeć, troszeczkę się spieszyłem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z długiego korytarza idącego w głąb piwnicy. Jak można było się domyślać, był cholernie ciemny, a na samym końcu światełko w tunelu. Bardzo ciekawa analogia. Zaintrygowało mnie to. Brak informatora. Zamiast tego jakiś bojownik pilnujący wejścia. A w pomieszczeniu, które miało być piwnicą tunel. Tunel, który dokądś prowadzi. Ruszyłem w stronę światła, licząc na rozwinięcie tej przygody dalej. Na końcu tunelu znajdowało się niewielkie pomieszczenie, a na jego środku tajemnicze źródło światła. Mroczne koło wypluwające z siebie jasność. Nie powiem, byłem zafrapowany znaleziskiem. Ewidentnie był to portal. Wiem, co mówię. Widziałem w życiu wiele portali, ale takiego jeszcze nie. Brama do innego świata czy wymiaru przypominała czarną dziurę w swojej formie. Powinna nią być, gdyby nie to, że mroczne pożeracze światów nie plują blaskiem naokoło. To, co tam wpadnie, zostaje tam na zawsze. Skąd ten mylący wygląd? Taki paradoksalny.Coś poszło nie tak? Błąd? A może czyjś szał twórczy? Nie wiem, ale muszę zapytać. Sięgnąłem do sakwy przy pasie, wyciągnąłem tytoń, jednocześnie wypluwając resztki z ust w stronę świetlistej konstrukcji. Wsadziłem do ust trochę większy kawałek niż poprzednio. Pożułem chwilę, delektując się smakiem. Nabrałem trochę odwagi, westchnąłem ciężko i zrobiłem krok w czarną dziurę. Wessało mnie niczym wodę w brodziku po odkorowaniu spustu. Pędziłem przez kosmos. Przynajmniej taką miałem nadzieję, że przez kosmos. Szybko pożałowałem, że wziąłem ten tytoń. Nie wiedzieć czemu, tylko on stawiał opór podczas tej podróży. Robił się coraz cięższy jak ołów. Próbował znaleźć własną drogę na zewnątrz, a najkrótsza trasa wiodła przez skórę na końcu żuchwy. Coś tu bardzo poszło nie tak. Szykowałem się już psychicznie na ból związany z rozerwaniem skóry i pewnie też kilku mięśni na twarzy, gdy przyśpieszenie, które mnie ciągnęło, ustało. Upadłem na podłogę. To mogłem stwierdzić organoleptycznie. Poza tym panował cymeryjski mrok, jak to mawiają w Anglii. Żadnego źródła światła. Podniosłem się ostrożnie na nogi i ruszyłem przed siebie. Wyciągniętymi przed siebie rękoma szukałem jakiegoś punktu oparcia. Czegokolwiek. Natknąłem się na ścianę. Metalową ścianę. Opukałem ją dokładnie. Po omacku obszedłem pomieszczenie dookoła. Wypluło mnie w jakimś dziwnym, ciemnym, pustym miejscu. Tylko pod nogami coś trzaskało dziwnym, nieprzyjemnym dźwiękiem. „Czyżby jakiś chory escape room?” — kołatało mi w myślach. Na szczęście moje dywagacje szybko przerwała eksplozja światła z lampy wiszącej pod sufitem. Zmrużyłem oczy, niemal ogłuszony nagłym wybuchem jasności. Po chwili dobiegł mnie głuchy dźwięk odryglowania drzwi. Przesłoniłem ręką blask rzucany przez oświetlenie. Przynajmniej tak mogłem skoncentrować się na otwieranej śluzie. W przejściu pojawiła się sylwetka przypominająca człowieka. Oczy jeszcze nienawykłe do oświetlenia nie pomagały mi w odpowiedniej identyfikacji. „Masz prowiant?” — moich uszu dobiegł słaby, łamany głos postaci stojącej w wejściu. „Wybacz, ale nie planowałem tak długiej podróży dzisiaj” — odpowiedziałem, zastanawiając się nad tym, czy to jakieś wymyślne hasło, o którym nie wiedziałem, czy zwiastun nowego wątku. „To niedobrze” — usłyszałem w odpowiedzi. „Tego jeszcze nie wiem” — mruknąłem niezbyt głośno. — „Czy mogę wyjść z tego pomieszczenia?” Nie usłyszałem repliki. Jegomość natomiast cofnął się i zniknął gdzieś za drzwiami. Uznałem to za pozwolenie. Wyszedłem na zewnątrz do ciasnego korytarza nasuwającego mi na myśl wnętrze łodzi podwodnej. Wzrok już się zaadaptował wystarczająco. Rozejrzałem się. Ten, który ze mną rozmawiał, stał w towarzystwie dwóch innych osobistości. Teraz dopiero zobaczyłem i zrozumiałem. Wyglądali jak świeże zombie dopiero po przemianie. Sucha, pomarszczona skóra dosłownie wisiała na kościach, strzępy ubrań zaś wisiały jak na słabym wieszaku, który miał się zaraz złamać. Z oczodołów pożerały mnie puste, zapadnięte oczy. „Co to za miejsce?” — zapytałem, by przerwać powstałą niezręczną ciszę. „Statek kosmiczny Elenia” — odpowiedział mój pierwszy rozmówca. W głowie zapaliła mi się lampka, skądś znałem tę nazwę. Elenia. „Wiele lat temu zostaliśmy wysłani z misją kolonizacyjną do najbliższego układu, ale wszystko się spieprzyło po drodze”. Nagle wszystko stało się jasne. Elenia. Pierwsza misja kolonizacyjna NASA. To było wiele lat temu. Nie wiadomo, co poszło nie tak, lecz wszyscy wiedzą, że coś się popierniczyło zdrowo. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na łachy, w które ubrane były postacie. Podarte, brudne podkoszulki z logiem NASA i gdzieniegdzie wytartym napisem Elenia. Czyżby całkowicie nowy wątek? A może jest to jakoś połączone ze Stefanem? W końcu portal do tego miejsca był w jego pieprzonej piwnicy. Możliwości jest wiele. Nie będę się nad nimi zastanawiał teraz. „Słuchajcie, nie mam pojęcia, jak tu się znalazłem, ale przypomniałem sobie o waszej misji. To było wieki temu” — zagaiłem. Może dowiem się jakichś szczegółów, które pozwolą mi na zrozumienie, dlaczego jestem akurat tu. „Mieliśmy lecieć w hibernacji 15 lat” — zaczął ten sam ledwo żywy człowiek. Powiem szczerze, że wyglądali, jakby mieli się rozpaść w pył przy byle dotyku. „Na kilka miesięcy przed dotarciem do celu mieliśmy być wybudzeni. I tak się stało. Do tego momentu wszystko było wspaniałe. Wszyscy przeżyli, każdy był w dobrym zdrowiu. Potem sprawdziliśmy, jak daleko jesteśmy od celu. Nie byliśmy wcale. Jesteśmy na jakimś pierdolonym odludziu!” — mężczyzna nagle podniósł głos i wrzasnął. Wcale mu się nie dziwię. Załamał mu się głos, lecz kontynuował opowieść. — „Sprawdziliśmy komputer nawigacyjny i odkryliśmy jakiegoś wirusa. Nie wiem, cholera, co tam się działo.I tuż po opuszczeniu naszego Układu Słonecznego zmieniło kurs statku i nie można go zmienić manualnie. Zawiesił na moment głos. Nie powiem, dobra pauza. 15 lat lecenia chuj wie gdzie. Nic tu nie ma. Najbliższa gwiazda za jakieś 50 lat przy tej prędkości. Jakiś czas temu skończyło nam się pożywienie, mimo że zaczęliśmy je racjonować zaraz po odkryciu usterki. Kto nam to zrobił? W tej chwili nastąpił wywód na temat ówczesnej polityki i polityków. Kto na kogo głosował, kto oszukał, a kto być może nie. O braku odpowiedzialności ludzi u władzy, o rzucaniu marchewek przed naiwnych naukowców, idealistów, których poświęcono w imię w zasadzie nie wiadomo czego. Przynajmniej tak się czuli. Nikt niczego nie wiedział na 100%. Przyznam, że nie spodziewałem się takiej tyrady w tym miejscu. Bardzo ciekawy wątek, jednakże czas na mnie. Bardzo mi przykro, że tak wyszło. Powiedziałem nad wyraz emocjonalnie, bardziej niż zamierzałem. Ale czas na mnie. Muszę się stąd jakoś wyrwać. Zaczekaj — rzuciła kobieta, która do tej pory w ogóle nie brała udziału w rozmowie. Nie mamy już prowiantu. Musieliśmy sobie jakoś poradzić. Nagle w rękach trójki astronautów błysnęły noże. O losie słodki. Już się domyśliłem, jak radziliście sobie do tej pory. W tym samym momencie przypomniałem sobie, że w kaburze na prawym udzie mam pistolet laserowy. Całkiem zapomniałem. Jednym płynnym ruchem sięgnąłem po broń. Pistolet PLTT-244 produkcji rosyjskiej, o dziwo. Kompozytowa rękojeść wykończona mahoniem, twardy, platynowo-tytanowy, podobno niezawodny spust, zamek pozwalający na szybkie, pojedyncze strzały, bateria na kilkanaście śmiercionośnych salw, kadłub z tworzyw sztucznych i długa chromowana lufa kalibru 45, wzorowany na niemieckim lugerze. Swoją drogą, na co komu znajomość kalibru w broni laserowej? Czy większy kaliber zabija bardziej w tym wypadku? Nie wiem, ale tak było napisane w ofercie. Jak również slogan: „Na małe i duże niedogodności”. Kupili mnie tym tekstem, dlatego wziąłem, a teraz chyba są małe niedogodności. Nie dałem szans kosmicznym kanibalom na zbliżenie się do mnie. Moje sprawne palce trzykrotnie nacisnęły spust, a wytrenowana przez lata ręka bezbłędnie wodziła po celach. Po jakiejś sekundzie z małym haczykiem trzy ciała bezwładnie padły na podłogę, wzbudzając głuchy łomot. Gdzieś w okolicach ich serca dymiły niewielkie otwory na wylot. Wsunąłem pistolet z powrotem do kabury. Nie miałem czasu na zastanowienie się, gdy z jednego końca korytarza wysypało się kilku zombie niedobitków. Mimo wszystko wolałem oszczędzać broń i własne siły. Okręciłem się na pięcie i ruszyłem w przeciwnym kierunku. Dotarłem do jakiejś otwartej grodzi. Przeszedłem przez przejście i zaryglowałem drzwi od swojej strony. Ciężko oparłem się o nie. Nasłuchiwałem. Astronauci dopadli do przegrody i próbowali ją otworzyć, bez powodzenia. Usłyszałem stłumione przekleństwa i plany, co zrobią z moją tłustą dupą, jak mnie złapią. Oprócz tego znowu te cholerne psy. Jakim cudem nawet w kosmosie nie mogę się od nich uwolnić? Czy to psychika już mi siada, czy to jakiś błąd? Potrząsnąłem głową. Zobaczyłem Bulaj kilka kroków przede mną. Podszedłem do niego. Zobaczyłem czarną pustkę i po chwili kilka srebrnych nitek tu i ówdzie. Chyba faktycznie jesteśmy w kosmosie. Moje rozważania przerwał hałas dobiegający z otwartej części korytarza. Ujrzałem pięciu wygłodzonych i obdartych ludzi. Każdy uzbrojony w nóż albo łom. Nie wyglądali na chętnych do negocjacji. Stanąłem w rozkroku. Ręka sama powędrowała do kabury. Gładkim jak popa niemowlaka ruchem wysunąłem PLTT-244. Pistolet zapiszczał pięć razy, wyżeglując przed siebie wielobarwny promień śmierci. Nie trzeba było strzelać więcej. Schowałem broń i ruszyłem przed siebie. Minąłem lekko dymiące zwłoki. Po drodze sprawdzałem, czy mogę otworzyć jakieś nowe przejście. Wszystkie były zamknięte na amen. W końcu znalazłem coś, co dało się otworzyć. Odryglowałem właz i pociągnąłem do siebie. Drzwiczki otworzyły się, z sykiem dehermetyzując pomieszczenie. Nagle spłynęła na mnie niesamowita ilość światła. Przesłoniłem oczy ręką, by nie oślepnąć. Potrzebowałem chwili, by przyzwyczaić się do widoku. Na końcu kolejnego korytarza wirował świetlisty portal, dokładnie taki sam, jakim tu trafiłem, tylko jakby bardziej świecący. W przejściu unosiły się małe obłoki pary, dodając pewnego uroku tej scenie. Pomyślałem, że to dobry znak. Ruszyłem przed siebie, mrużąc oczy. Po kilku krokach wydawało mi się, że coś zauważyłem. Jakiś mikroruch, jakby coś spadło, jednak było to zbyt subtelne, bym mógł stwierdzić, czy mi się nie przywidziało. Na wszelki wypadek zwolniłem i ostrożnie zbliżałem się do portalu. Kolejny ruch. Tym razem jakaś duża kropla zdecydowanie dziwnego płynu spadła na podłogę tuż przed moim nosem.Odruchowo sięgnąłem do kabury. PLTT 244 wesoło zapiszczał w troszeczkę dłuższej sekwencji, jakby chciał powiedzieć: „Cześć”. Czerwony promień orząc sufit, zmieniał barwę, przechodząc przez obłoki pary czy cokolwiek to było. Nawet nie spojrzałem, w co strzelam. Machinalnie zrobiłem przy tym krok do tyłu, a potem drugi. Po chwili jakieś paskudne cielsko spadło z sufitu. Nie mam pojęcia, co to za cholerstwo, ale nie wyglądało przyjaźnie. Kontrolnie posłałem drugą wiązkę przez grzbiet nieznanej mi istoty, otwierając ją jak puszkę z makrelą. Ciepła para buchnęła znad truchła. Próbowałem zidentyfikować stwora, ale moja pamięć i wyobraźnia nie chciały pomóc. Zauważyłem, że krew tego kurestwa jest jakimś kwasem, bo podłoga pod nią zaczęła się właśnie roztapiać. Wyplułem resztki tytoniu na parujące plecy. Pokiwałem z uznaniem nad tą ciekawą koncepcją i przeskoczyłem nad ścierwem. Chciałem dostać się już do bramy, jednak po kilku krokach okazało się, że nie mogę już dalej iść. Cofnąłem się o krok i sięgnąłem do sakwy. Wyjąłem cygaro jakiegoś Bolivara. Najdroższe, co mieli w ofercie. Odgryzłem czubek, powąchałem i przypaliłem sobie laserem. Ot, taka ekstrawagancja na zakończenie. Cygaro zwycięstwa, można rzec. Zaciągnąłem się tłustym dymem, wypuściłem z płuc, znowu powąchałem. Niemal czułem uda kubanek, na których rzekomo miały być skręcane w realu. Smakowało wybornie. Zdecydowanie lepiej niż w rzeczywistości. Muszę przyznać, że jak chłopaki poprawią kilka bugów, to będzie zajebista gra.
[44:56] - Czas, proszę państwa, na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem opowiemy państwu o filmie „Good Boy”. Proszę go nie mylić z innym filmem o identycznym tytule, który omawialiśmy jakiś czas temu. Dzisiaj mówimy o filmie „Good Boy” Jana Komasy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. „Filmotekarium” wjeżdża na antenę, a dzisiaj będzie fajne „Filmotekarium”. Przynajmniej dla mnie będzie fajne, bo film, o którym dzisiaj porozmawiamy z Piotrem, to jeden z takich niewielu filmów od dawna, który mnie naprawdę przykuł do kanapy, na której siedziałem i patrzyłem. Nie do końca wierzyłem w to, co widzę, bo to się rozwijało w sposób fascynujący. W dodatku skończyło się bardzo ciekawie. Ale o tym wszystkim państwu opowiemy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[46:06] - Dzień dobry wieczór. Opowiemy albo i nie opowiemy, bo nieelegancko byłoby opowiadać tak dobry, aczkolwiek prosty film. A dzisiaj nowe dzieło Jana Komasy pod tytułem „Good Boy”. Nie mylić z filmem o podobnym tytule, który chyba omawialiśmy kiedyś, który mówi o czymś zupełnie innym.
[46:27] - Tak, opowiadał o piesku, a właściwie o namiastce pieska, a właściwie o człowieku, który robił za pieska. To zupełnie inny film. Ten jest lepszy.
[46:41] - Tak, tamten opowiadał o osobie psiej, chociaż takiej na siłę. A tutaj mamy zupełnie inną opowieść. Aczkolwiek przyznam ci się, że kiedy zobaczyłem poster, to myślałem, że to jest remake tamtego. Na szczęście nie. W każdym razie to jest film zrealizowany w większości chyba przez Polaków, ale dziejący się w Wielkiej Brytanii. Obsada też jest w większości brytyjska. Jeżeli chodzi o główne role, to poza jedną drugoplanową rolą kobiecą. To nie jest horror. Wbrew temu, co można w sieci przeczytać. Przeczytałem też, że to jest ponoć czarna komedia. To też nie jest czarna komedia. Absolutnie. To nawet śmieszne nie jest, ale dobrze, że nie jest. To jest thriller psychologiczny, który porządkowo na samym starcie może nam się wydawać bardzo oklepanym schematem. Otóż jest młody, niegrzeczny chłopak, ćpun po prostu, który pewnego dnia zostaje porwany i uwięziony w rezydencji na prowincji. Widać, że to jest rezydencja ziemiańska, arystokratyczna. Tam mieszka rodzina, która w sumie nie wiadomo, co robi, nie wiadomo, z czego oni żyją, ale są pozory tego, że jest to normalna w miarę rodzina. Ale to są tylko pozory. Szybko się dowiadujemy, że jest inaczej. W pierwszych scenach widzimy, że ten chłopak zostaje porwany, trafia na posłanie do piwnicy, tam jest dokarmiany, nie może się za bardzo ruszyć. Coś, co widzimy w większości podobnych filmów, kiedy mamy do czynienia z osobą porwaną. Rodzina, która go przetrzymuje, składa się z trzech osób, ale możemy się domyślić, że było tych osób więcej. Jest też pomoc domowa. I tu mam taki problem z ustaleniem, czy ta postać jest tam w ogóle potrzebna, czy chciano tą postać rozwinąć jeszcze bardziej, ale chyba się pohamowano i nie wprowadzono tego elementu. Wydaje mi się, że tak mogło być. Od samego początku też mamy wrażenie
[48:58] - Przekonanie, że ten Tommy, ten zgarnięty z londyńskiej ulicy chłopak ma kogoś w tej rodzinie zastąpić. Kogo? Niestety nie dowiemy się do końca, ale tutaj już więcej wam nie powiem. To jest film, który trwa dwie godziny i to się wszystko rozwija powoli. Wiemy, że się coś musi wydarzyć. I się dzieje. Rzeczywiście się dzieje. Jest to z jednej strony takie typowe kino, nie wiem, jak to powiedzieć, eskapistyczne, kiedy on próbuje cały czas uciekać. Za bardzo nie może, bo jest przymocowany do łańcucha. Na początku nam się wydaje, że wszystko jest tak, jak zawsze, czyli jakiś zwichrowany kidnaper, cała rodzinka, jakichś patusów, chociaż bogatych. Są próby ucieczki, wreszcie jest syndrom sztokholmski i tak dalej. Tutaj to było, ale też jest nieco inaczej. Mamy ewidentne wrażenie, że ten chłopak jest resocjalizowany niekiedy brutalnie, a niekiedy na miękko. Oni mu pokazują na przykład jego zachowanie, jego filmy w internecie. Z czasem, kiedy on zdobywa zaufanie tej rodziny i vice versa. Chociaż to też nie jest typ, którego się da łatwo oswoić. On zyskuje większą swobodę w poruszaniu się po domu, ale ciągle jest na łańcuchu.
[50:17] - Tak. Powiem państwu szczerze, że to jest film, który naprawdę przez te dwie godziny może człowieka wbić w fotel albo w kanapę. Proszę państwa, na początku ten młody człowiek porwany wrzeszczy, co zrobi porywaczowi, jak się uwolni. I nie są to rzeczy przyjemne, które on wymienia. Ale my wiemy od początku, że to będzie rozgrywka naprawdę na wysokim poziomie psychologicznym. I nie zawodzimy się. Naprawdę to jest coś, co znowu wrócę do tego swojego powiedzenia, wbija w kanapę. À propos tej pomocy domowej, o której Piotrze powiedziałeś, ja mam takie nieodparte wrażenie, że ona jest potrzebna do jednej rzeczy w tym filmie. To tak trochę, jak rozpatrywałem pisanie scenariusza. Jak się robi drabinki scenariuszowe, to właśnie pod takim kątem patrzy się na różnych bohaterów. I moim zdaniem, może się mylę, ale ta pomoc domowa jest potrzebna tylko i wyłącznie po to, żeby w odpowiednim momencie wyszeptać na ucho porwanemu kod do zamka, który pozwoli mu się w jakiś sposób uwolnić. Innych powodów istnienia tej postaci nie znajduję. Oczywiście poza pewnymi psychologicznymi relacjami, bo rzeczywiście na początku pomoc domowa jest traktowana przez porwanego w sposób paskudny, wyjątkowo paskudny, a w pewnym momencie wywiązuje się pomiędzy nimi, nie wiem, jak to nazwać, jakaś odrobina sympatii. Tak to określmy. I to jest też ciekawe. W ogóle ten film jest ciekawy, bo on pokazuje proces, pokazuje przemianę głównego bohatera i to jest przemiana dosyć radykalna. Ja mam problem z tym filmem, mówiąc szczerze, bo robi się porwanemu rzeczy moim zdaniem straszne. Mimo wszystko. Może przesadzam. Język ma to do siebie, że skłonny jest do przesady. Może nie straszne, ale paskudne to tak. A jednak to paskudne traktowanie młodego człowieka wychodzi mu na dobre. To w finale bardzo dobrze widać, że on nawet zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. On się na naszych oczach zmienia. On, człowiek, który na początku mówi, że on nie czyta. Po co czytać książki? W ogóle bez sensu. Głupie i absolutnie nie. I na naszych oczach on czyta Raya Bradbury'ego. Jeżeli dobrze zauważyłem, to „451 stopni Fahrenheita”, ale mogę się mylić. Potem czyta Aldousa Huxleya, czyli „Nowy wspaniały świat”. Czyta też książki zupełnie nie z tej półki, to znaczy bardziej romansidła. Ale czyta, zaczyna czytać. Co więcej, na początku trochę go to wkurza i robi to po to, żeby się przypodobać swoim porywaczom. A później widzimy, że zaczyna mu to sprawiać przyjemność. I ktoś powie: „Oj, to takie do bólu dydaktyczne. Nauczyli człowieka czytać i stał się lepszy”. Ten film tak nie działa, proszę państwa. To nie jest tani dydaktyzm, to nie jest takie kawoławiczne naprawianie młodego człowieka. To jest bardziej skomplikowane i ja sobie zdaję sprawę, że w naszym omówieniu nie da się tego przedstawić w sposób należyty. Ale wierzcie mi państwo, kiedy ogląda się poszczególne sceny w tym filmie, człowiek ma wrażenie uczestniczenia w procesie. Szukam słowa znowu. Resocjalizacji? Chyba za mocne słowo. W każdym razie w procesie przemiany ten młody człowiek z dosyć agresywnego, współczesnego, bardzo prostego nastolatka, późnego nastolatka przemienia się w człowieka, który zaczyna łapać sygnały. Oczywiście dalej jest młody, dalej buzują w nim emocje, hormony i wszystko w nim buzuje tak naprawdę.Tak naprawdę chce uciec stamtąd, ale chyba z każdym dniem coraz mniej chce stamtąd uciec, chociaż pozostaje konsekwentny. Ucieka. To też jest ciekawe. Ucieka, chociaż mamy wrażenie, że wszystko zmierza ku dobremu, że ta rodzina zaczyna asymilować tego młodego człowieka, a on daje się asymilować. Tam są sceny przedziwne, proszę państwa, przedziwne. A już zakończenie ujęło mnie, naprawdę mnie ujęło, może dlatego, że go nie przewidziałem. Ja lubię filmy, których nie jestem w stanie przewidzieć. Ktoś powie, że to zakończenie, o którym oczywiście państwu nie opowiemy, jest w jakimś tam stopniu dydaktyczne. To powtarza się po raz kolejny to słowo dydaktyczne. Może, ale jest logiczne. Bardzo mocno wynika z tego filmu. Ja nie zdziwiłem się, kiedy główny bohater postąpił tak, jak postąpił. Nie było dysonansu, nie było czegoś takiego, że naciągane głupoty, po prostu indoktrynacja. Nie. Ten film się broni, logicznie się broni, psychologicznie się broni. Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem.
[56:26] - Tak, ja też. Muszę powiedzieć, że to jest naprawdę kawał fajnego kina. Chociaż jak mówię, jest to film prosty. Jeżeli ktoś oglądał podobne thrillery o kimś porwanym, to wiadomo, one przebiegają zwykle według podobnego scenariusza. Też się nie możemy spodziewać nie wiadomo czego. Mimo wszystko jest to naprawdę dobre. Oczywiście to jest też film taki, który nam otwiera spektrum możliwości, jeżeli chodzi o różne interpretacje. My tutaj nie lubimy rozmawiać w Filmotekarium o głębokiej wymowie, o alegoriach. Tutaj możemy zrobić wyjątek, bo tu się to aż rzuca w oczy. To jest film o takiej trudnej prawdzie. Ten film pokazuje, co się stanie albo co się już stało z młodzieżą w epoce internetu i pokazuje, że czasami trochę dyscypliny się przydaje. Ręka człowieka charakternego, że tak powiem, może dokonać spustoszeń w procesie wychowawczym, natomiast może też nagiąć karku dla dobra tego, któremu ten kark jest naginany. Sam porwany w tym filmie zaczyna z czasem to rozumieć, że przewrotnie porywacze bardziej go szanują niż jego własna rodzina. Ja może zdradzę tutaj ciekawy element. Jego własna matka nie zgłasza jego zaginięcia, bo wydawało jej się, że po prostu nie odbiera telefonu przez tych kilka miesięcy. Nie wiem, czy w kinie nie wykorzystano już jakichś takich motywów, bo tych filmów opierających się o podobny schemat było mnóstwo. Pal sześć. Może i to było, ale dobrze się to ogląda. I jeszcze powiedzmy o aktorach, których na pewno znacie i kojarzycie, przynajmniej niektórych. W roli głównej, w roli porywacza Steven Graham. To jest doskonale znany człowiek, chociażby z głośnego serialu Netflixa. To jest bardzo charakterystyczna postać zresztą. Zobaczycie, będziecie wiedzieli, o kogo chodzi. W roli matki aktorka znana z filmu „Posessor”, o którym żeśmy mówili parę lat temu chyba. Także film ma wiele mocnych stron, także od tej strony nomen omen masło maślane artystycznej. On się porusza po przetartej ścieżce, ale z pewnością nie rozczaruje i ja tutaj daję solidnego plusa.
[58:46] - Tak, to prawda. W zasadzie wiecie państwo, ja lubię takie dysonanse, które się pojawiają, a porywacz, pan domu, właściciel włości, piękny dom, piękne otoczenie tego domu na początku sprawia wrażenie kompletnego pierdoły, w dodatku uwikłanego w trudną sytuację rodzinną. Ale my się bardzo szybko przekonujemy, że to fizis. Znowu powtórzę: pierdoły to jest pozór. Ten facet jest naprawdę silny. On wie, czego chce. Nie jest agresywny. On ma doskonałą świadomość, dokąd dąży i czego chce. Robi to tak naprawdę, to wynika z dramaturgii filmu, robi to dla żony, którą na początku poznajemy jako jakiegoś takiego upiora wręcz. Snuje się po domu, prawie się nie odzywa, a w miarę upływu kolejnych dni, miesięcy, podczas których główny bohater jest więźniem owej posiadłości, ona zaczyna nie tylko mówić. Zaczyna zachowywać się tak jak normalna żona, normalna matka. Przestaje śmierdzieć jakąś patologią, jakąś psychologią i to taką patologiczną psychologią. Nagle to wszystko się normalizuje. To jest, proszę państwa, świetny motyw. To się wszystko na naszych oczach zmienia. A wiecie państwo, jak się obserwuje psychologiczne przemiany, ale dobrze zrobione, nie na zasadzie hollywoodzkiej, czyli łupu cupu robimy psychologię. Nie, tu ta psychologia naprawdę ma znaczenie i jest wiarygodna, a to jest duża zaleta tego filmu. Dla porządku powiem, że ludzie, którzy pasjonują się akcją, czyli ganiają, się strzelają, to zupełnie nie ten adres. Ale jeśli lubicie państwo kino, które was zaangażuje, wciągnieTo być może czeka was naprawdę wspaniały seans, czego państwu bardzo życzę. To jest ten moment podczas programu, podczas Akademii Wszelkiej Fikcji, kiedy pojawiają się polecanki z pogranicza i to moje hasło, że duchowym sponsorem tej części audycji jest księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Księgarnia na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. Tam można odbierać zamówienia w godzinach otwarcia księgarni. Można też buszować po księgarni między 10:00 a 18:00 od poniedziałku do piątku. I tradycyjne hasło: kto do Warszawy się nie wybiera albo w Warszawie nie mieszka, zawsze może zajrzeć na stronę Nieznany.pl. Tam księgarnia internetowa w pełni funkcjonalna i zaopatrzona identycznie. Zaczynamy zatem polecanki z pogranicza. Pierwsza książka nosi tytuł „Biblia w ręku ateisty”. Autorką jest Helena Eilstein, a wydawcą Stapis. „Biblia w ręku ateisty” to ostatnia książka profesor Heleny Eilstein, będąca w pewnym sensie podsumowaniem jej długiego życia. Ma wraz z przypisami blisko 700 stron. Po raz pierwszy praca ta została wydana w niewielkim nakładzie przez Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w 2006 roku i dopiero teraz staje się dostępna dla szerszej publiczności. Książka ta stanowi spojrzenie na Stary Testament bez religijnego namaszczenia, bez cienia szacunku dla religijnych uczuć. To Biblia oglądana wyłącznie przez pryzmat historii i analizowana z punktu widzenia antropologii, ewolucji moralności i wpływu tej kompilacji starożytnych tekstów na poglądy i postawy setek pokoleń. Dla czytelnika, dla którego Biblia nie jest Pismem Świętym, może być uważana za niezwykle cenny składnik naszego dziedzictwa kulturowego, który inspiruje do wartościowych refleksji o charakterze egzystencjalnym lub moralnym, w którym odnajdujemy pierwociny etosu współczesnego humanizmu. Przypomnę państwu tytuł: „Biblia w ręku ateisty”. Autorka Helena Eilstein, wydawca Stapis. Druga książka nosi tytuł „Budda. Portret człowieka przebudzonego”. Autorka Karen Armstrong, wydawca Czarna Owca. Karen Armstrong, autorka bestsellerów poświęconych historii rozmaitych religii w „Buddzie” opisuje postać, której myśli po 2500 latach wciąż poruszają świat. Wielu zna Buddę tylko jako zażywnego, pogodnego mężczyznę z jego ikonicznych wizerunków. Ale kim był naprawdę i w jakim świecie przyszło mu żyć? Co zdołał osiągnąć w ciągu 80 lat, które zrodziły jedną z największych religii świata? Autorka odpowiada na te i wiele innych pytań we wciągającej biografii, łącząc ze sobą historię, filozofię, kulturę i mitologię. Autorka pokazuje fascynujący portret mężczyzny, którego przebudzenie nadal inspiruje miliony. Siddharta zostaje tu ukazany na wielu poziomach: czysto ludzkim i osobistym, a także duchowym, społecznym i historycznym. Armstrong opowiada o życiu człowieka gotowego do największych wyrzeczeń w poszukiwaniu prawdy, odnajdywaniu własnej drogi, dążeniu do kompromisu pomiędzy tradycją a własnymi doświadczeniami i przekonaniami. Na ścieżce, którą Budda dąży, nieraz się potyka i to sprawia, że po tylu latach historia ta nadal ma wymiar uniwersalny. Autorka skupia się również na tle społeczno-gospodarczym życia Buddy. Pokazuje warunki życia na Półwyspie Indyjskim, rozwój ośrodków miejskich, społeczeństwo wędrownych mnichów, a także przemiany cywilizacyjne i religijne zachodzące w Europie i Azji. Podążamy za Siddharthą krok po kroku, dostrzegając w oświeconym nie Boga, ale bliskiego nam człowieka. Tytuł: „Budda. Portret człowieka przebudzonego”. Autorka Karen Armstrong, wydawnictwo Czarna Owca. I trzecia książka nosi tytuł „Bóg w kościołach”. Autor Bert Hellinger, tłumacz Katarzyna Preis-Jastrzębska, wydawca Virgo. Z wieloletnich doświadczeń Berta Hellingera zarówno jako terapeuty, jak i misjonarza wyłoniła się książka, która pokazuje ograniczające wierzenia umacniane przez religię. Znajdziemy tu odkrywcze, uwalniające rozważania na pytania takie jak: w jaki sposób w Kościele jest obecny kult składania ofiar? Co wspólnego ma celibat z kastracją? Czy od chrześcijan nie wymaga się nadal, by nieśli krzyż razem z Jezusem? Jakie zgubne dla nas procesy są wspierane przez wiarę w zbawcze cierpienie? Czy przed poczęciem Marii jej rodzice zostali oczyszczeni z grzechu pierworodnego? Jak ma się sprawa z dziedzictwem Marii, skoro miała męża i kilkoro dzieci?Czy jest to książka obrazoburcza? Przede wszystkim została napisana z miłością i może być przełomowa na tyle, na ile czytelnik będzie otwarty, aby podążyć za autorem w proponowane rozważania. Hellinger, choć proponuje kierunek i podaje przykłady z własnych praktyk, pozostawia nam wiele przestrzeni na indywidualne wglądy. Czytanie tej książki może stać się głębokim procesem weryfikowania naszych przekonań dotyczących Boga i religii oraz niesłużących nam postaw i wyborów wzmacnianych przez religię. Hellinger zastanawia się, jak możemy znieść rozdwojenie między nami a Bogiem i to wszystko, co nas od Boga oddziela. Przypomnę tytuł: „Bóg w kościołach". Autor Bert Hellinger, tłumacz Katarzyna Preis-Jastrzębska, wydawca Virgo. Proszę państwa, to teraz czas na sentymentalnik. Dzisiaj wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o rowerach. O rowerach w PRL-u i nie tylko, ale głównie w PRL-u, bo w PRL-u, proszę państwa, rower miał specjalny status. Dzisiaj rower jest urządzeniem, jest czymś, czego się używa powszechnie. Wydaje się, że jest bardziej popularny niż w czasach PRL-u, ale jest zwykłym przedmiotem. A w czasach mojego dzieciństwa rower to było bardzo często marzenie. Marzenie młodego człowieka, które się bardzo często spełniało. Rower to było coś. Mieć rower i jeździć na rowerze, jak się było takim wczesnym nastolatkiem, to naprawdę był sztos. A zatem, proszę państwa, zapraszam na sentymentalnik. Rowerowy sentymentalnik. Dzień dobry wieczór państwu. Za oknem coraz bardziej czuć wiosnę. Ja wiem, taki wstęp mógłbym zrobić 20, 30 lat temu, bo wtedy wiosna oznaczała jeżdżenie rowerem. Dzisiaj rowerem się jeździ przez cały rok, nawet po głębokim śniegu. To jest norma. Czasy się zmieniły, po prostu zmieniły się mody i wszystko się zmieniło. My dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:09:55] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[01:09:56] - I z Arturem Wójtowiczem. Dzień dobry wieczór.
[01:10:00] - Witam serdecznie.
[01:10:01] - My dzisiaj porozmawiamy o rowerach, a właściwie o, nie wiem, czy to dobre słowo, cykliźmie w PRL-u. Może nie tylko w PRL-u. To był jednak inny czas. I rower też miał zupełnie inną pozycję. Rower dostawało się w bardzo wielu rodzinach, na przykład na tak zwane przyjęcie. To był ważny element takiego zwyczaju, takiej tradycji przyjęciowej. Ale my może nie do końca dzisiaj o tego rodzaju tradycjach. My dzisiaj o rowerach tak ogólnie. Panowie, czy wy jesteście w ogóle cyklistami? Bo to, że byliście cyklistami, to jest dla mnie oczywiste, bo pewne czasy, a wy jesteście w tych czasach zakotwiczeni, rowerami stały. Ale czy dzisiaj jesteście cyklistami, czy też byliście cyklistami? Jakie były w waszych czasach najpopularniejsze rowery? Czy jakieś sentymenty macie do na przykład składaka? Dzisiaj składaki niby też funkcjonują, ale tak powiedzmy w stopniu ekstensywnym. Może zamiast składaków woleliście kolarzówki, półkolarzówki? Górali w PRL-u to raczej nie było. Piotrze, jak to było u ciebie?
[01:11:31] - W PRL-u nie było, ale ja pamiętam, że stały się krzykiem mody, kiedy byłem dzieckiem. No i każdy musiał takiego górala mieć. To oczywiście nie jest ten poziom skomplikowania co dzisiaj i też nie był to taki wydatek jak dzisiaj. Były to zazwyczaj proste konstrukcje, acz solidne. Muszę powiedzieć nie było chyba wtedy takiej chińszczyzny, która szybko się zużywała. Ale tradycją było też to, że dostawało się rower na komunię albo się kupowało po komunii. Ja akurat nie dostałem. Se kupiłem, bo kupiłem, jaki chciałem, ale tych rowerów miałem mnóstwo. Nie pamiętam tych rowerów jako dziecko. Były na pewno jakieś. Składaka na pewno też miałem jako kilkulatek. Pamiętam, że się na nim świetnie jeździło i to był super rower. Niestety, tak jak wiele składaków on się w pewnym momencie zużył i zepsuł. Na tym góralu też przemierzyłem hoho i wincy, jak to się mówi. W sumie to chyba on do dzisiaj nawet gdzieś stoi w piwnicy i przy odrobinie dobrej woli można by go reanimować. Podejrzewam, że byłbym na niego trochę za duży, ale ten mój okres dzieciństwa to jest też czas, kiedy się pojawiają różne inne rowery. BMX-y na przykład, które tak bardzo popularne nie są, dlatego że one były jednak rowerami wyczynowymi. Pamiętam jednak kolegów, którzy BMX-y mieli i jakoś tam na nich jeździli, próbowali, ale to chyba nie było tak przyjemne jak jazda góralem. Oczywiście niektórzy mieli kolarzówki, ale one były raczej przeznaczone tak jak dzisiaj dla osób bardziej wysportowanych. Natomiast cała reszta poruszała sięWłaśnie porusza się takimi rowerami tradycyjnymi albo składakami. Zresztą mam takie wrażenie, że w dawnych czasach cyklistów było więcej. Pytałeś, czy ja jestem cyklistą teraz? Niestety nie. Bierze się to raczej z braku czasu. Jeszcze całkiem niedawno tu i ówdzie sobie postanowiłem podjechać. U nas takie warunki do podróżowania rowerem górskim są. Natomiast w dawnych czasach, co jeszcze mi przychodzi do głowy, to, że bardzo dużo ludzi tymi rowerami poruszało się do pracy, do sklepu. Nie pamiętam, czy to byli cykliści całoroczni. Wydaje mi się, że jednak w przeciwieństwie do tego, co mamy dzisiaj, poruszano się rowerem raczej w okresach ciepłych. Wiadomo wiosna, jesień. Coś, co mi zapadło w pamięci, jeżeli idzie o rowery, to oczywiście też Tour de Pologne, który jeździł tutaj koło nas co jakiś czas. Nie były to wielkie emocje, muszę powiedzieć. Trwało to dosłownie chwilę, natomiast więcej było ceregieli z tym wszystkim, z zamykania dróg i tak dalej. Oni sobie tak tylko przejechali i tyle. Ale rower myślę, że był bardzo ważnym elementem w życiu dzieci z mojego pokolenia. Rower wyznaczał, może nie twój status, ale pozwalał ci się przemieszczać przede wszystkim na mniejsze i większe dystanse i nie byłeś już uwiązany tylko do swojego podwórka, do swojego placu i do swojego miejsca zamieszkania. Mogłeś się wybrać tu i ówdzie, bliżej albo dalej. Im byłeś starszy, tym mogłeś dalej się udawać. Także to było trochę tak jak z samochodem, prawda? Że dawał ci wolność. Potem wchodziły motocykle, skuterki, mopliki, jak zwał, tak zwał. Ale to właśnie od roweru chyba zaczynała się w przypadku większości z nas taka drogowa rzeczywistość. Ja dzisiaj, jeżeli chodzi o rowery, to nie korzystam. Czasami jestem nawet zły na cyklistów, ale broń Boże nie miejcie mi tego za złe, dlatego że ja tutaj widzę różne wyczyny różnych ludzi, głównie takich niedzielnych cyklistów, którzy pomimo tego, że posiadają ścieżki rowerowe, jeżdżą drogami. Wiele przypadków też takich tutaj widzę, to widzę nagminnie w lato, kiedy grupy kolarzy trenują sobie na drodze krajowej na przykład. I miałem taki przypadek kilka lat temu, kiedy sobie jechałem między Złotym Potokiem a Żarkami, a tam cały czas jest droga podobna do litery S. Cały czas są zakręty i w sumie na dystansie kilku kilometrów ja nie byłem w stanie ich wyprzedzić. Ja cały czas za nimi jechałem, bo nie mogłem. Ich było tam kilkunastu i kiedy zacząłbym wyprzedzać, ja znam tą drogę, zacząłbym wyprzedzać, to wiadomo, że bym nie wyprzedził. Prędzej czy później natknąłbym się na jakiś zakręt. Myślałem, że mnie wtedy szlag jasny trafi, muszę powiedzieć. Także drodzy państwo, którzy jeździcie w ten sposób, kolarze, nie róbcie tego, przynajmniej w takich miejscach.
[01:16:49] - Tak sobie pomyślałem, iluż ja takich domorosłych grup kolarskich spotkałem na swoich trasach samochodowych. I jest jakieś w tej chwili poważne spięcie na linii cykliści i nie cykliści, ponieważ ci pierwsi zdaje się uwierzyli w to po pierwsze, że są nieśmiertelni, a po drugie, że coś im się należy więcej. I na przykład kiedy samochód nie przepuści kogoś na pasach, to przestępstwo prawie jest, ale kiedy rowerzysta nie przepuści kogoś na pasach, to normalne. I tak dalej. Nie żebym miał coś przeciwko rowerzystom. Jak w późniejszej części audycji się okaże jestem zagorzałym rowerzystą. Byłem i jestem. Ale czasami koledzy od tych dwóch kółek mam wrażenie, że troszeczkę przesadzają. Arturze, a jak twoje życie rowerowe w PRL-u?
[01:18:00] - Powiem wam, że to jest takie pytanie, które pachnie trochę smarem z łańcucha, takim kurzem z podwórka i wakacjami, które praktycznie nigdy się nie kończyły. Chociaż tu was bardzo zaskoczę. Bardzo was zaskoczę, bo ja nie miałem roweru. To znaczy jako małe dziecko miałem taki mały rowerek, którym sobie brykałem po podwórku, ale potem jak dorosłem, to jeszcze do tego tematu przyjdziemy, nie miałem roweru, dlatego że u nas można było kupić i do sklepu rzucili wtedy może z pięć rowerów czy ileś. Mi nigdy nie kupili. Pamiętam, że ojciec z pracy przyniósł mi kiedyś rower, bo tam jakiś kolega jego wziął taki rower ze Spawał, taki pomarańczowy. Trochę ten rower wyglądał jak taki pan samochodzik, bym powiedział, bo to był taki twór niesamowity i ja próbowałem na nim jeździć na tym większym, ale po prostu chłopacy na osiedlu się śmiali ze mnie, bo co to za wytwór? Przecież to nic niemarkowe, nic nie firmowe, no nie? I to po prostu doprowadziło do tego, że się zniechęciłem, a ten rower poszedł gdzieś w odstawkę. I tak najśmieszniejsze jest to, że pierwszy mój rower w ogóle to ja miałem, jak pojawiłem się tutaj na Śląsku. Kupiłem sobie rower i zjeździłem na rowerze cały ten Śląsk.
[01:19:15] - Mogę wam powiedzieć coś takiego: dla mnie rower w tamtych czasach to było marzenie, bo oglądałem różnych kolegów, którzy jeździli na rowerach. W międzyczasie był jeden rower u mnie w domu. Pamiętam te czasy, kiedy bycie cyklistą w zasadzie nie było modą, ale było stylem życia. To była wolność. Wsiadałeś na rower i nagle ten świat robił ci się troszeczkę większy. Nie miałeś GPS-u, nie miałeś telefonu. Byłeś tylko ty, asfalt i czas, który płynął wolniej. Wydaje mi się, że największą legendą pod blokiem był Składa Kromet Wigry 3. Kto miał Wigry, miał wszystko. Małe kółka, charakterystyczna rama i to uczucie, kiedy składałeś go jak kosmiczny sprzęt. Jeździłeś nim praktycznie wszędzie: do sklepu, nad staw, do kolegi, na drugi koniec miasta. Czasami z kolegą na bagażniku. To druga sprawa. Co było absolutnie niezgodne z przepisami, ale kogo tak naprawdę wtedy to obchodziło? Potem pojawił się inny, prawdziwy rower. Tym prawdziwym rowerem był Romet Jubilat. To była kolarzówka. To było marzenie dla mnie, żeby coś takiego kiedykolwiek mieć. Wąskie opony, cienka rama, kierownica baranek. Człowiek czuł się praktycznie jak zawodowiec, nawet jeśli jechał tylko po bułki. Każdy, wydaje mi się, marzył, żeby chociaż raz poczuć ten moment, kiedy łapiesz prędkość, wiatr zaczyna świszczeć w uszach i nagle nie byłeś dzieciakiem. Byłeś kimś z wyścigu. Były też oczywiście terenówki. Zanim przyszła moda na górale, bo później pojawiły się pierwsze górale, które były cięższe z grubą oponą, niby szutrowe do lasu, ale i tak kończyło się na jeździe po chodniku, na skokach z krawężników. Wydaje mi się, że najlepsze jednak nie były same rowery, tylko to, co się z nimi wiązało. Były wyścigi spod klatki od tego drzewa do tamtego i z powrotem. Były naprawy na ławce z kolegami, kiedy łańcuch spadł po raz dziesiąty. Była pompka, która była pożyczana od sąsiada. Pierwsze tuningowanie, dzwonki, kolorowe owijki, kawałek plastiku przy szprychach, żeby coś tam terkotało troszeczkę bardziej jak motor. I ten moment wieczorem, kiedy wracałeś do domu zmęczony, spocony, z nogami czarnymi od smaru i rower opierałeś o ścianę i wiedziałeś, że jutro znowu nim pojedziesz. Może dalej, może szybciej. Oczywiście dzisiaj rowery są lepsze, są lżejsze. Teraz kupiłem sobie karbonowy, jest dużo lżejszy, dużo szybszy, ale tamte miały w sobie coś, czego nie da się kupić, bo rowery z czasów PRL-u miały przede wszystkim historię i emocje.
[01:22:31] - Tak, jeszcze chciałem dodać, że w PRL-u rowery miały status szczególny, który wyrastał z wcześniejszej epoki, bo mieć rower na wsi na przykład w latach 50., już nie mówię wcześniej, to było naprawdę coś. Pamiętam, jak dziadkowie opowiadali na przykład, jak się uczyli jeździć, jak babcie się uczyły jeździć, to wtedy rower był osiągnięciem cywilizacyjnym nawet można by rzec. Marku, a ty coś pamiętasz w ogóle z takich rzeczy?
[01:23:09] - Ja muszę pamiętać, bo pochodzę z miasta, które w czasach PRL-u było praktycznym monopolistą, jeśli chodzi o produkcję.
[01:23:17] - Policją bym powiedział.
[01:23:19] - Tak, monopolistą praktycznym. Czasami zdarzały się jakieś takie z importu, ale tak naprawdę Romet to była potęga w PRL-u. Tych różnych modeli tłukł ten zakład naprawdę sporo. Ja zaczynałem swoją karierę rowerową od takiego, mówiło się na to bobik, chociaż mój rower nie miał na imię Bobik, ale był bobikopodobny. Oczywiście najpierw miał dokręcone dwa dodatkowe kółka, takie, które pozwalały utrzymywać równowagę. Było też jeżdżenie z kijem. To znaczy wujek w pocie czoła biegnący za mną, bo ja już jeździłem coraz szybciej i trzeba było naprawdę nieźle pobiegać. Zdarzyło się tak, że w pewnym momencie mnie nie utrzymał, a ja pojechałem. Kiedy się zorientowałem, to się natychmiast przewróciłem, ale przejechałem tak naprawdę kilkadziesiąt metrów w poczuciu, że wujek trzyma, więc wszystko jest w porządku. To był mój pierwszy rower. Później pojawił się rower składak o imieniu czy też o nazwie Karat. To było ciężkie rowerzysko i ono nic nie miało, bo w tamtych czasach marzyło się, żeby rower miał coś, żeby miał lampkę z dynamem, z jakąś kręciołką, żeby coś w nim było ekstra, a on nie miał nic ekstra. Nic absolutnie. Później staraniem mojego dziadka pojawiły się lampki i przednia, i tylna, a później to ja sobie jeszcze dokupiłem i już miałem dwie przednie i trzy tylne. Wszystko ciągnęło z tego dynama jednego. To było szaleństwo, ale działało.
[01:25:20] - Ale marzeniem moim było, kiedy zobaczyłem, że istnieją też składaki. Mówiło się wtedy z przerzutkami. Raczej biegi były, ale dobrze. Przerzutka i taki rower, żeby miał biegi, że raz się jedzie łatwiej, raz jedzie się trudniej. Ale to oczywiście, wiecie państwo, idea tych biegów jest w sumie bardzo wygodna. I pod górkę inaczej, i z górki inaczej, i na równym inaczej. I to było moje marzenie. Ono się nigdy nie zrealizowało. Żaden ze składaków, którymi jeździłem, niestety nie miał takiego ustrojstwa. Patrzyłem z zazdrością na mojego imiennika, kolegę Marka. Nie pamiętam, to się chyba jakiś Sokół Lux nazywało, ale mogę to mylić. Niestety nie pamiętam. Pamiętam, że były inne rowery, takie ciężkie. Nazywały się Flamingi. To Wigry 3, o którym była mowa. Ale tych rowerów była naprawdę cała masa. Kiedy miałem tego swojego Karata, to marzyłem o tym, żeby mieć taką półkolarzówkę, bo to były tak zwane półkolarzówki. Mój kolega mieszkający na tym samym piętrze w wieżowcu, w którym mieszkałem, miał taką półkolarzówkę. Ona była pomarańczowa. Cudowna była. Wtedy śniłem po nocach, żeby mieć coś takiego. Ale nie miałem. Jeździłem tym Karatem i ja byłem wtedy młodym fanatykiem, bo ja sezon rozpoczynałem na początku marca. Było zimno, jak to się mówi, jak cholera. I ludzie wtedy, kiedy ja jeździłem tym rowerem, to były czasy, kiedy się ludzie za mną oglądali. No młody wariat, jest marzec i zimno, plucha, czasami śnieg, a on jeździ rowerem. Muszę powiedzieć, że czułem się wtedy tak, wiecie państwo, jakbym goło biegł przez osiedle. Tak patrzono na mnie. Autentyczny wariat. Sezon kończyłem gdzieś w listopadzie. To też nie było normalne. Ludzie tak długo nie jeździli, przynajmniej w mieście. Więc byłem młodym fanatykiem. To marzenie o tym, żeby mieć rower bardziej wypasiony zaowocowało tym, że w '80 roku, to był specyficzny rok. Przepraszam, w '81. To jeszcze gorzej, bo nic nie było na rynku. Kupiłem sobie za ciężko zapracowane pieniądze moich rodziców, nie ukrywajmy tego, ale za sporą sumę kupiłem sobie rower Wagant. To był wtedy turystyczny rower. On miał masę bajerów. Nie dość, że miał biegi z przodu i biegi z tyłu i w ogóle masę różnych wyposażenia. Był dosyć solidny. Zmieniłem mu tylko kierownicę, bo ja też marzyłem, żeby mieć takie baranie rogi, a nie zwykłą kierownicę, więc kupiłem. Znowu to kosztowało trochę kasy, bo kupić sobie takie coś, to było jednak związane ze sporym wydatkiem, ale zmieniłem mu kierownicę i w następnym roku ruszyłem w wielką podróż. O tej podróży jeszcze opowiem, ale jeszcze troszeczkę o tych czasach PRL-owskich i o tym, jak się jeździło. Otóż kiedy kupiłem tego Waganta, to ja, uwierzcie państwo, polowałem na niego przez miesiąc, bo w Bydgoszczy na Starym Mieście był sklep firmowy firmy Romet i tam można było różne rowery kupić. Tylko że przychodziły te rowery, przyjeżdżały właściwie w liczbie sztuk Wagantów trzy, a innych rowerów czasami dwie sztuki albo jedna. I to było wszystko. I do następnego tygodnia. Gdzie te rowery się podziewały? Tego nie wiem. Może nawet nie chcę wiedzieć. I kilka razy mi się nie udało. Już byłem blisko, już witałem się z gąską i zupa. Nic, nie udało się. I następny. I pewnego dnia to się wiązało z tym, że od momentu otwarcia sklepu krążyłem w okolicach, kto zna Bydgoszcz, hali targowej. Krążyłem i patrzyłem, czy przyjeżdża jakiś samochód, co by te rowery przywiózł. Był. Jest. To wpadłem do tego sklepu, a my tu musimy dokonać przyjęcia towaru. Ale ja już chcę tego, chcę koniecznie. Już w pewnym momencie byłem tam tak zwanym stałym klientem, a w każdym razie niekoniecznie ukochanym klientem, bo byłem, powiedzmy, takim szesnasto-, siedemnastolatkiem mniej więcej. I wiecie, jak się taki człowiek zachowuje. Jak coś bardzo chce mieć, to bywa mało przyjemny i w dodatku upierdliwy. To ja właśnie taki byłem. Ale w pewnym momencie, pod koniec wakacji w '81 roku udało mi się. Dostałem. Był. Był cudowny, wspaniały. Miał takie hamulce ręczne, które to nie były te hamulce ręczne, które są teraz. Wystarczyło, że popadało trochę deszczu i one już nie działały, bo się ślizgały po prostu na obręczach. Więc kiedyś, chcąc skręcić, pojechałem prosto i to w ruchu miejskim. Na szczęście ruch miejski był wtedy troszeczkę mniej intensywny, więc to wszystko wydawało się cudowne, a w gruncie rzeczy cudowne nie było. W dodatku łańcuch, bo jak to w PRL-u, proszę państwa, wszystko było cudowne i wspaniałe z tym, że nic nie działało tak, jak należy. Wagant wspaniale się prezentował, natomiast miał jeden feler. Jego łańcuch, te ogniwa były po prostu zbyt ciasno skute i w połączeniu z przerzutką dawało to efekt taki, że jakby łańcuch przeskakiwał.I nie mogłem się pozbyć marzenia o tym, żeby dokupić łańcuch i go wymienić. Muszę powiedzieć, że dzisiaj to nie byłby żaden problem. Wtedy to był problem kosmiczny, po prostu kosmiczny, więc przez długi czas się to nie udawało. To był mój kolejny rower i ja z tym rowerem naprawdę zwiedziłem sporo. Chciałoby się powiedzieć świata. Może nie świata, ale Polski to na pewno. Panowie, a oprócz tych popularnych rowerów istniał cały zestaw modeli dla ludzi, dla których rower pełnił znaczącą funkcję. Na przykład to byli ludzie, którzy należeli do sekcji kolarskich. Miałem takiego kolegę, pamiętam jego historię, bo miał rower z klubu wynajęty, w każdym razie powierzony mu. I to był rower absolutnie cudowny. Te jego oponki, on się chyba Jaguar nazywał, ale tu też głowy nie daję. Cudowny to był rower, leciutki, bo Wagant swoje ważył. Wagant ważył 17 kilo. Miał wzmocniony bagażnik do sakw rowerowych, można było zabrać cały majątek na ten bagażnik i ruszać w Polskę. Co zresztą zrobiłem. Ale ten Jaguar był cudownym rowerem. On optycznie wyglądał wspaniale. Zakochałem się po prostu. I ten kolega, to był taki rower, o którym marzyłem, ale wiedziałem, że profani nie dostają. Trzeba być sportowcem i on był sportowcem. Skutecznie mnie zniechęcił do bycia kolarzem, jak opowiedział mi, że te baranie rogi rowerów kolarskich były zabezpieczone na końcu takimi wkładkami. One najczęściej były drewniane wtedy i bardzo często kolarze sobie to zdejmowali. Kolega opowiedział, jak to sobie podczas kraksy jeden z jego kumpli wbił tę rurkę od tych baranich rogów bardzo głęboko w jamę brzuszną. Od razu powiem dla tych wszystkich mniej odpornych, że uratowano go, przeżył i wszystko się skończyło dobrze, ale i tak można było zadziałać. Wrócę do pytania. Pamiętacie te rowery już nie takie Wigry i nie takie Popularki, tylko jakieś takie modele, które były znaczniejsze. W ogóle jak, panowie, wyglądało życie cyklisty w PRL-u? Trochę już o tym była mowa, to dorzućmy kilka dodatkowych anegdot. Arturze.
[01:34:11] - Powiem coś takiego może, bo ty akurat żyłeś w rowerowej stolicy PRL-u, bym powiedział. Chociaż teraz ja też się wahałem, czy nie kupić Rometa, żeby wesprzeć polską firmę. I właśnie ty mi przypomniałeś o Wagancie. Ale koniec końców kupiłem inny rower, który jest troszkę karbonowy. Wiesz co, powiem wam tak, że ja się troszeczkę nawet pod nosem uśmiecham. Bo wtedy, w czasach PRL-u rower to nie był sprzęt do rekreacji. To był środek życia. Oczywiście były tam legendy, bo taką legendą przede wszystkim był Romet Wigry 3 czy też po prostu Romet Jubilat. Istniała cała plejada modeli, które dziś brzmią, jak bym zaczął wymieniać takie nazwy z innej epoki, ale wtedy one były codziennością, bo był na przykład Romet Komar. To był taki pół Romet, pół marzenie o motoryzacji. W ogóle kto go miał, to był królem ulicy. Był też Romet Ogar. To też był ciekawy. To był już bardziej poważny sprzęt, ale wielu zaczynało właśnie od tych pedałów. Był Romet Pelikan. To był taki bardziej młodzieżowy, lekki, pierwszy prawdziwy rower dla wielu chłopaków. Pelikana się miało, u mnie na osiedlu mieli. I był też bardzo fajny, bardziej dostojny Romet Gazela. To był taki elegancki, bardziej damka dla kobiet albo dla starszych użytkowników. I oczywiście była nieśmiertelna Ukraina. Rower Ukraina, który był ciężki jak czołg, nie do zdarcia. To był rower, który jeździł dekadami. Pytanie jest inne. Powiem wam czy życie cyklisty, bo my tak mówimy o cyklistach, czy życie cyklisty z czasów PRL-u było takie praktycznie jak dziś? Nie. Mi się wydaje, że było zupełnie inne, bo dzisiaj rower to jest hobby, to jest fitness, to jest styl życia. Natomiast wtedy rower to była konieczność, bo człowiek jechał rowerem do pracy. Dlaczego? Dlatego, że do tej pracy miał czasami kilkanaście kilometrów. Jechał do sklepu, bo pamiętam, że się na tą kierownicę wieszało siatki i ciężko było jechać, bo z jednej strony kierownicy była jedna siatka, z drugiej czasami druga reklamówka, było ciężko jechać. Jechało się na działkę, bo niejednego się widziało. Wtedy działki były też bardzo popularne i do tego roweru były przywiązane jakieś narzędzia, które były przytoczone do ramy. I też czasami się jeździło do rodziny, bo autobusy wtedy nie zawsze jeździły, a w ogóle samochód był wtedy luksusem. Wtedy nie było ścieżek rowerowych, nie było kasków, nie było odblasków tak jak dziś. Po prostu była droga, był piach, czasami był bruk. I przede wszystkim była ogromna ostrożność. A mimo tego wszystkiego wydaje mi się, że ludzie na tych rowerach jeździli wszędzie. Ja pamiętam takie obrazki przed oczami, które dziś wyglądają albo może nie wyglądają, a bardziej bym powiedział, wydają się naprawdę nieprawdopodobne. Bo ojciec z dzieckiem na ramie, drugi dzieciak na bagażniku, torby z zakupami wisiały po bokach.Jeszcze mimo wszystko ten rower się jakoś toczył i nie było narzekania. Naprawy, serwisy. Przecież wtedy wszystko robiło się praktycznie samemu, bo dętkę łatało się dziesiąty raz. Łańcuch był skracany kombinerkami, hamulce były robione na oko. Nie było serwisów. Był sąsiad, który się znał. Ale w tym wszystkim też była jedna rzecz, której wydaje mi się, że dzisiaj troszeczkę brakuje, bo wtedy była prostota i radość z drogi. Tutaj nie chodziło o rekordy albo sprzęt za kilka tysięcy. Chodziło o to, żeby dojechać i jeszcze dobrze się bawić po drodze. Dzisiaj każdy ma karbon, amortyzację, aplikację. Wtedy miałeś wiatr we włosach, skrzypiący łańcuch i poczucie, że jedziesz, bo musisz. Ale też trochę dlatego, że jedziesz, bo to szczerze mówiąc kochasz. I wydaje mi się, że być może dlatego te stare rowery wciąż dzisiaj gdzieś stoją w piwnicach nie jako złom, tylko jako kawałek historii, kawałek życia.
[01:38:57] - Piotrze, a co ty mógłbyś powiedzieć o tych rowerach specjalnych? Może to określenie nieco na wyrost. W każdym razie o tych innych rowerach niż te najbardziej popularne składaki.
[01:39:12] - Ja mam wrażenie, że większość rowerów, na których jeździli starsi, które pamiętam, to były rowery radzieckie. Oprócz Ukrainy był jeszcze białoruski rower, nie pamiętam nazwy. Były też radzieckie składaki. To była Kama, ale one były inne. One były wizualnie inne. One były bardziej masywne. Jeszcze był Ural. Kiedy się patrzy na te radzieckie rowery, one są wizualnie inne. Ładne są. Coś w nich takiego było. Ale te nasze były trochę sprytniejsze. Jak się patrzy na te ruskie składaki, to one dość toporne były. Myślę, że niektórzy mieli z nimi różne przygody. Pamiętam bardzo rzadkie tandemy. Pamiętam też rowery trzykołowe. Do dzisiaj zresztą widzę takiego trzykołowca. Nie pamiętam, to chyba też radziecki jest. Taki dziadek sobie jeździ. Tych rowerów było mnóstwo. Ale mam takie wrażenie, że jak starsi jeździli do roboty czy gdzieś, mężczyźni, to właśnie na tych radzieckich. Kobiety to też było różnie. U nas jest z jednej strony łatwo jeździć na rowerze dzisiaj na górskim. Natomiast tutaj na Jurze jazda rowerem sprawia pewne kłopoty, bo jak w każdym terenie tego typu, nagle macie fajnie z górki, ale za chwilę macie pod górkę. I w tamtych czasach, kiedy przerzutek nie było, to wiadomo lepiej rowerem niż bez, ale to jednak było ciężko. Pamiętam również, kiedy wchodziła moda na górale, a to już mówiłem na samym początku. Wtedy się zaczęło coś, co trwa do dzisiaj. Niekończąca się pogoń za różnymi usprawnieniami. A wśród tych usprawnień rowerów było coś, o czym mówiliście, czyli ozdoby. Ale te ozdoby były czasami odpustowe, taka chińszczyzna. Wkładało się w szprychy, nie wiem nawet, jak to nazwać. Takie kulki, takie korale. I oczywiście jeżeli się było dzieckiem, to obowiązkowym elementem do kupienia sobie, ale to trzeba było być małym dzieckiem, był wiatrak, ale to musiałeś być bardzo mały, bo to było dla dziecka. Natomiast później mogłeś sobie kupić lusterko, zamontować, mieć lusterko i też szpanować. Ważnym elementem dla dzieci były trąbki, były dzwonki różnego rodzaju. Zresztą do dzisiaj elementy bardzo ważne. Natomiast są osoby, które chociażby kolekcjonują dzwonki rowerowe i dopiero kiedy sobie przejrzymy te zbiory, to widać jaki to jest szmat czasu tak naprawdę, jeżeli chodzi o rowery i ich związek z rozwojem cywilizacji w XX wieku. Nie bójmy się tego powiedzieć. Co jeszcze można było do tego roweru podpiąć? Większość rzeczy żeście wymienili. I dla ludzi, którzy mieszkali trochę na uboczu, pod miastem czy na wsi, ważnym elementem był bagażnik, na który można było coś przypiąć. Natomiast były też kosze oczywiście. Plus taka sytuacja często spotykana, że trzeba było wziąć torby na rower i niestety prowadzić. Drodzy państwo, dzisiaj się już chyba tego nie widzi tak często, jak to było widywane jeszcze kilkanaście lat temu. Teraz rower pełni funkcje czysto rekreacyjne, aczkolwiek nadal są chyba takie miejsca w Polsce, gdzie to jest sprawa życia lub śmierci nie mieć rowera. Panowie, myśmy tutaj wspominali Uraly, Ukrainy i tak dalej. Ale czy macie jakieś własne historie kolarskie, które przeszły do legendy waszej rodzinnej albo są przez was wspominane? Arturze, ty mówiłeś, że kiedy się osiedliłeś na Śląsku, to zacząłeś go zwiedzać. Czy przydarzyło ci się wtedy coś szczególnie interesującego albo zabawnego?
[01:43:31] - Ja ci powiem, że bardzo się cieszyłem, że jak przyjechałem na Śląsk, to kupiłem pierwszy rower. Tak naprawdę kupiłem pierwszy, bo faktycznie pierwszy to był taki mój mały rowerek. Potem razem z bratem mieliśmy rower. Potem był ten obrzydliwy pomarańczowy spawany rower, który ojciec załatwił. Absolutnie nie mówię niczego złego, jeśli chodzi o mojego tatę, bo on na pewno chciał dobrze, bo wtedy w ogóle nie można było mieć roweru albo gdzieś go w sklepie dostać. Prawda była taka, że tata starał się, jak tylko mógł, więc znalazł gdzieś od kogoś w pracy i go przyniósł. Tyle tylko, że mówię ten dziwny twór, bo to byłby taki rowerowy odpowiednik Pana Samochodzika, jakby ktoś go w dzisiejszych czasach zrobił i zobaczył, bo autentycznie na osiedlu się śmiali ze mnie, że ja czymś takim w ogóle jeździłem. Natomiast bardzo się cieszyłem, jak przyszedłem na Śląsk, bo zacząłem jeździć i zwiedzać te wszystkie miasta. Zamieszkałem wtedy w Bytomiu. Z Bytomia do Piekar jeździłem, do Siemianowic Śląskich, do Chorzowa też kawałek. Zresztą teraz też jest sytuacja, że wziąłem sobie za taki punkt honoru, że jadę co roku pewien etap i chcę dojechać do Hiszpanii tą drogą Via Regia, którą stworzył, wybudował Kazimierz Wielki na południu. Wyruszyłem sobie z Krakowa. Pierwszy etap z Krakowa na Śląsk zrobiłem jednego roku, potem ze Śląska do Opola, potem z Opola do Wrocławia i w tym roku mam już zaplanowane i zbieram ekipę, jak ktoś jest chętny, że z Wrocławia do Zgorzelca, żeby do granicy dojechać. Też bardzo ciekawie. To jest, powiem wam szczerze, fantastyczna wyprawa, dlatego że jadąc zauważam, jak różnoraka jest Polska, jaka inna jest Polska. Kompletnie inna jest ta Małopolska z Krakowem, gdzie jest ten Ojców, jak się jedzie na rowerze. Całkiem inny jest Górny Śląsk, Opolszczyzna w ogóle rolnicza. Człowiek tak patrzy i zjeżdża tą całą Polskę. To jest taki pewien zachwyt. Mi na przykład rower daje wolność i to jest ten okres czasu, gdzie dwa, trzy dni wtedy ten etap sobie robię, jadę, odpoczywam psychicznie, odkorkowuję się i też zmagam się ze sobą, dlatego że jak już człowiek ma ponad 50 lat, to już też nie jest tak, jakby się wydawało, że młody napaleniec jedzie. Wbrew pozorom ta droga, którą wybudował Kazimierz Wielki albo kazał wybudować, która jest od Krakowa aż do Zgorzelca, to ona idzie opłotkami, bo ona nie idzie tak jak szosa idzie, tylko opłotkami i się okazuje, że ona ma ponad 1000 kilometrów w sumie, więc to jest kawał drogi, szmat drogi. Oczywiście to są najwspanialsze przygody moje w tej chwili. Natomiast wtedy, kiedy byłem dzieckiem, to tak jak mówię, oczywiście rower był dla mnie kwestią zazdrości. Wiem, że niektórzy dostawali rowery na komunię. Niektórzy dostawali te zegarki elektroniczne z melodyjkami. To już była gorsza sprawa, ale były takie czarne zegarki elektroniczne, badziewne. Po tym można było poznać, że ktoś był u pierwszej komunii, bo miał ten zegarek albo miał rower ogólnie, ale bardzo ciężko było kupić w ogóle rower. Jeżeli ktoś miał jakiegoś takiego pięknego Rometa Jubilata albo śmigał na takim błyszczącym Pelikanie Romecie, to było to coś niesamowitego. Ja niestety troszkę jako dziecko się zraziłem do jeżdżenia na rowerze, bo po pierwsze nie miałem roweru, a zawsze marzyłem o takiej kolarzówce, którą widziałem u mnie na osiedlu. Jeden chłopak miał kolarzówkę i nią śmigał między tymi blokami. Ja się urodziłem na Wielkiej Płydzie w Płocku, więc to było też moje marzenie. Natomiast ja nie miałem takiego roweru, na jaki było mnie stać albo jaki można było kupić, bo wtedy bardzo ciężko było w ogóle dostać rower. Chociaż z drugiej strony myślę, że ten obrzydliwiec rower, taki pan samochodzikowy, też miał swój urok. Dlaczego? Dlatego, że jak on był taki brzydki, to nim jeździło się bez strachu. Jeździło się i nie myślało się, że się porysuje lakier. Skakało się z krawężników, bo on i tak był już po przejściach. Wszystko można było naprawiać samemu i można było się uczyć sprytu i kombinowania. Zresztą też na nim przeżywało się pierwsze wywrotki, pierwsze wyścigi, pierwsze ucieczki. Po prostu gdzieś uciekało się dalej niż wolno. Znam wiele osób, co się wstydzili tych swoich pierwszych rowerów różnych złomowanych albo jakichś innych, ale dzisiaj, po latach oni twierdzą, że te ich rowery były po prostu idealnym sprzętem, bym powiedział. Być może to jest tak, że te niedoskonałe rzeczy, te trochę krzywe, trochę wstydliwe, ale one są tak naprawdę prawdziwe. I wiecie co? Wydaje mi się, że dziś, gdyby ktoś zobaczył taki dziwny pospawany rower gdzieś pod ścianą, myślę, że pewnie by się uśmiechnął, bo dzisiaj jako człowiek starszy patrzę na to wszystko inaczej. To już nie jest obciach, to jest kawał mojej historii i mnie już by jako dorosłego człowieka nie raziło to, że ktoś się śmieje, że ja taki rower mam. Natomiast jako dziecko to wiadomo, że człowiek był bardzo wyczulony. Człowiek patrzył, czy jego rower nie skrzypi, żeby ktoś się nie śmiał, że ten rower skrzypi albo coś takiego. Ogólnie ja powiem, że ja pomimo swojego wieku w tej chwili jestem w takim etapie przeżywania mojego życia rowerowego pomimo moich lat, w przeciwieństwie do tych dziecięcych lat.
[01:49:51] - To ja myślę, że czeka nas teraz tutaj historia o pewnej wyprawie bardzo dalekiej pewnego Marka z Bydgoszczy.
[01:49:57] - Tak, to prawda, bo już wiecie państwo, że w '81 roku w wakacje, właściwie pod koniec wakacji kupiłem Waganta. Jak już miałem rower turystyczny, co się zowie z pełnym osprzętem, ze wzmocnieniami i w ogóle, to trzeba było ruszyć w wielką wyprawę. I w '82 roku, przypomnę stan wojenny, ale na wakacje on był jakoś zawieszony. Problem był inny. I ja w tym '82 roku nie byłem jeszcze pełnoletni, bo w wakacje to ja miałem niepełne 18 lat, bo ja jestem grudniowy człowiek. I jakżeż mam tu ruszyć w Polskę? Na szczęście mój kolega był już pełnoletni i to się tak oficjalnie nazywało. Wtedy w ogóle podejście było inne. Rodzice nie mieli wątpliwości, że takiego prawie osiemnastolatka trzeba by jednak na wyprawę puścić, bo ja po prostu żyłem tym wszystkim. I dzisiaj to pewno byłby jakiś problem formalno-prawny. Wtedy nie było. Skoro kolega jest dorosły, to jedźcie. Pojechaliśmy. Ruszyliśmy, o ile dobrze pamiętam, w połowie lipca i to była wyprawa, co się zowie, bo ruszyliśmy z Bydgoszczy przez Toruń, Sierpc, Ciechanów. To się chyba Maków Mazowiecki nazywa. Później była Ostróda, Łomża albo odwrotnie. Nigdy nie pamiętam. Później był Pisz, Orzysz, Mikołajki, Olsztyn, Iława, Grudziądz, Świecie, Bydgoszcz. Jak ktoś sobie tę trasę wyrysuje na mapie, to naprawdę są setki kilometrów. Zresztą mieliśmy taki dłuższy popas w Mikołajkach. Tam rzeczywiście dłużej przebywaliśmy, regenerowaliśmy siły. I proszę państwa, ja podchodzę do tej wyprawy bardzo sentymentalnie. Oczywiście wtedy to był wyczyn. Chcieliśmy bardzo i mieliśmy namiot i pedałowaliśmy. Wtedy rozbicie namiotu byle gdzie nie było żadnym problemem. Dzisiaj to już są problemy. Polska się tak zmieniła. Właśnie na takich przykładach widać to najlepiej, jak zmieniła się Polska tak wizualnie wokół szosy, jak się wszystko zmieniło, ale jak się zmieniła też pod względem różnych zwyczajów. Palenie ognisk, rozbijanie namiotów to wszystko dzisiaj. Dzisiaj to zaraz przyjeżdża policja albo jakieś inne rzeczy się dzieją, mniej lub bardziej sympatyczne, na ogół mniej sympatyczne. Wtedy to była norma. Nikt się takimi rzeczami jak dwóch chłopaków, którzy jadą rowerami i rozbijają namiot w lesie, oczywiście tam akurat ognisk nie paliliśmy z rozsądku, ale nikt się tym nie interesował po prostu. Jak jadą, to znaczy się mogą i już po prostu. A to była wyprawa pełna nie tylko tych wyczynów rowerowych, ale też różnych takich rzeczy, które młody człowiek chce przeżyć. Sprawdzenie się, ile mogę przejechać, jak szybko mogę jechać. To związane z rowerami. Rower ważący, mówiłem, że wagon ważył około 17 kilo, ale do tego cały dobytek trzeba było zabrać, bo o namiocie już mówiłem, ale '82 rok nic nie ma w sklepach praktycznie, więc jakieś puszki. Wiem, że w takiej puszce po farbie to było w handlu normalnie. Puszka, która była przeznaczona teoretycznie do farby. W niej był dżem morelowy albo udający morelowy. I taka puszka to było bardzo energetyczne, bo jak się jedzie rowerem, dużo się spala i trzeba tę energię uzupełniać. Więc mieliśmy puszkę po farbie z dżemem morelowym. Mieliśmy też jakąś potężną dawkę miodu, masę jakichś różnych puszek, słoików. To wszystko waży. Jak się to załadowało do tych sakw rowerowych, które po boku Waganta zwisały i u mnie, i u kolegi, to był naprawdę ciężar. Ten rower, te 17 kilo Waganta plus ten majątek do przeżycia, plus moja osoba. Nigdy nie byłem zbyt ciężki, ale to wszystko razem ważyło. I jak się ten rower rozpędziło, to trwało długo. To naprawdę śmigał ten rower. Po prostu fizyka. I wiecie państwo, mówiłem o tych zmianach, zmianach obyczajowych. Ludzie się traktowali wtedy troszeczkę inaczej. Chyba lepiej, mimo wszystko lepiej, ale też takie doświadczenia związane na przykład z tym, że postanowiliśmy się gdzieś w okolicach Ciechanowa, przed Ciechanowem, w takiej wiejskiej pijalni piwa napić piwa. To wtedy, wiecie państwo, to wtedy było wydarzenie i dla mojego kolegi, i dla mnie. Wypiliśmy piwo i później w takim poczuciu, że jednak dokonaliśmy wykroczenia, to później przez wiele kilometrów prowadziliśmy rowery, żeby nie było, że nadużywamy swoich uprawnień rowerowych i popełniamy w gruncie rzeczy wykroczenie. Więc prowadziliśmy. Tacy byliśmy porządni. Ale podczas tej jazdy zdarzyło się na przykład kupić mleko prosto od krowy. Siedziała babuleńka przy drodze i sprzedawała mleko. Kupiliśmy to mleko.Wypiliśmy je z przyjemnością. Problemy pojawiły się następnego dnia rano. To były problemy gastryczne, dosyć drastyczne, ale to wszystko się dało przeżyć. Jazda ciemną nocą do Mikołajek z okolic Piszu, gdzie mijaliśmy wymarłe mazurskie wsie. Wsie, w których nie było ani jednego człowieka. Przesadzam. Była jedna chata, w której się świeciło coś w oknach. Chcieliśmy zapytać o drogę, ale nikt nam nie otworzył. Się wcale nie dziwię, bo jak pusta wioska, w której nikogo nie ma i jest jedna chata, ja bym chyba też nie otworzył. W dodatku w celach, właściwie nie wiem, w jakich celach opowiadaliśmy sobie straszne historie. Przecież to normalne. Jak się jedzie przez las ciemną nocą, gdzieś zbliża się 23:00, bo jakoś tak się nam omsknął termin. Jak się zbliża 23:00, jest ciemno i nieprzyjemnie, bo las wokoło, to opowiadanie sobie strasznych historii, powiem państwu, bywa praktyczne. Dlaczego? Ponieważ im więcej tych historii było, tym my szybciej jechaliśmy po tej drodze, bo coraz bardziej się baliśmy. Dotarliśmy w ten sposób do Mikołajek. Na rynku w Mikołajkach, kto zna dzisiejsze Mikołajki, to nie wie, jak one wyglądały wtedy. To było bardzo proste miasteczko i na rynku w Mikołajkach, gdzieś w okolicach 24:00 jedliśmy kolację. Wyciągnęliśmy swoje puszki, na ławeczce wsuwaliśmy kolację. Jak już zjedliśmy kolację, to poszliśmy szukać jakiegoś miejsca, żeby rozbić namiot. Jeżeli kojarzycie państwo topografię Mikołajek, to tam, gdzie dzisiaj stoi Hotel Gołębiewski nad linią brzegową. Tam rozbiliśmy sobie namiot. Dzisiaj to miejsce, nawet jak chciałbym je odwiedzić i zobaczyć, gdzie byłem, jak to było, jest niedostępne. Byłem tam kiedyś, próbowałem. Nie udało mi się, bo moloch hotelowy zajął ten teren. Trochę szkoda. Ogniska, wieczorne ogniska, pieczenie ziemniaków, zafrasowanie chłopa, który posadził ziemniaki przy dróżce, przy której wszyscy mieszkający w namiotach przy brzegu chodzili i wszyscy mu te ziemniaki wykopywali, bo coś trzeba było piec w tych ogniskach. Szliśmy kiedyś z kolegą i właśnie stał ten chłop, patrzył na te zorane swoje pole, ale zorane przez turystów takie połacie. Całe place były ogromne wykopanych ziemniaków, bo kiedy my byliśmy, był sierpień. One były jeszcze nie do końca dobre, a to w niczym nie przeszkadzało. Naprawdę, wierzcie mi państwo, jak się jest na takiej wyprawie, to nic w niczym nie przeszkadza, więc drapał się po głowie i mówił sobie, że już nigdy w życiu. Już nie pamiętam, co mówił, że coś posadzi innego, ale ziemniaków, to on tu na pewno nie posadzi. I takich historii ja bym mógł państwu sprzedawać jeszcze bardzo wiele. Natomiast chodzi o to, że ta wyprawa rowerowa to było coś takiego, co ja wspominam w swoim prywatnym pamiętniczku. Wspominam jako taką wyprawę inicjacyjną, która pozwalała dorosnąć. Rzeczywiście było tak, że w tym bezpiecznym stosunkowo PRL-u, gdzie człowiek kicał sobie w roku szkolnym do liceum i wszystko było takie niby spokojne, nagle rzucony z własnej woli na taką wyprawę. Powiedzmy sobie szczerze, to przecież nie była wyprawa do źródeł Amazonki. To była prosta wyprawa na Mazury, rowerowa, ale jednak pozwalała jakoś szybciej dorosnąć. I z tego względu ja rower wspominam bardzo dobrze. To było coś, co pozwoliło inaczej spojrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość, ale też na to, co się zbliżało nieuchronnie, czyli na dorosłość. Proszę państwa, takich wspomnień pewno moglibyśmy jeszcze posnuć trochę i trochę. Cóż, rowery mają to do siebie, że zarówno w tym dawnym PRL-u, jak i dzisiaj sprawiają frajdę. Pozwalają otworzyć głowę, o czym mówiłem przed chwilą, ale też otworzyć świat, poczuć się wolnym. W dalszym ciągu wystarczy ruszyć w trasę i człowiek czuje się wolny. Cóż, każdy z państwa pewno jakieś wspomnienia rowerowe ma. Piszcie państwo pod filmem, to zawsze mile widziane. Pięknie dziękuję dzisiaj współprowadzącym. Arturze, pięknie dziękuję.
[02:00:46] - Dzięki ogromne.
[02:00:48] - I Piotrze, tobie również piękne dzięki.
[02:00:50] - Również dziękuję. Pozdrawiam. Piszcie, jeżeli macie jakieś niesamowite historie rowerowe.
[02:00:56] - Do usłyszenia.
[02:01:02] - To teraz jeszcze po tym sentymentalniku słowo ode mnie. Otóż nie pozdrawiam samochodziarzy, którzy trąbią na prawidłowo jadącego rowerzystę, na przykład na mnie za sam fakt pojawienia się na drodze, akurat na ich kawałku asfaltu. Nie pozdrawiam.
[02:01:23] - To ja się dołączę do tych niepozdrowień, ponieważ to jest pospolite przestępstwo. Ja wiem, że taki rowerzysta może kogoś wkurzać. Cóż, ale zdaje się, nie chciałbym być złym prorokiem, ale zdaje się, że rowerzysta ma takie samo prawo do korzystania z drogi jak ten człowiek, który sunie samochodem. Co innegoJeśli obok jest ścieżka rowerowa, ale czasami jej nie ma, bo my nie jesteśmy Holandią.
[02:01:57] - A wiesz Marku, kolarze szosowi jeżdżący na szosówkach mają pewne całkiem konkretne powody, żeby jednak mimo dostępności ścieżki rowerowej korzystać z asfaltu.
[02:02:08] - To już jest zupełnie-
[02:02:09] - Zobaczmy, z czego są w wielu przypadkach zrobione te ścieżki rowerowe u nas. Z kostki chodnikowej na przykład. Nawet jadąc czymś takim rowerem z amortyzacją, to można poczuć ból pewnej części ciała.
[02:02:25] - Tak, to już jest chyba rozdziew między praktyką a teorią. Bo w teorii te ścieżki rowerowe powinny ułatwiać jazdę. I tak jak Ivellios powiedział, nie zawsze tak jest. Czasami ścieżka rowerowa nadaje się, co by nie powiedzieć, jest do tego, na czym siedzi siodełko. Odwrotnie, kto siedzi na siodełku. Podobno nie ma pomyłek, są tylko freudowskie pomyłki. Jestem ciekaw, o czym ta moja pomyłka sprzed chwili mogłaby świadczyć. Chyba nie chcę się zastanawiać.
[02:03:09] - A ja się wolę nie zastanawiać, dlaczego niektórzy samochodziarze dosyć agresywnie reagują w ogóle na sam fakt pojawienia się rowerzystów na drodze, a jeszcze bardziej agresywnie reagują na pojawienie się kolarza, mimo właśnie dostępności ścieżki rowerowej. Weźmy temat do niekończących się dyskusji w sekcjach komentarzy na społecznościówkach właściwie, bo kolarze też mają taki powód, że bezpieczeństwo chociażby. Dosyć szybko da się na takim rowerze jeździć, da się rozwinąć bardzo wysoką prędkość stosunkowo łatwo. Także to też sprawia jeżdżenie czymś takim po ścieżce rowerowej, nawet dobrze zrobionej, z poprawnego materiału, stwarza zagrożenie dla innych rowerzystów też, a przede wszystkim stwarza zagrożenie dla świętych krów pieszych, którzy traktują ścieżki rowerowe jak przedłużenie chodnika. Także jest cały szereg różnych naprawdę przeróżnych powodów, dla których jednak bezpieczniej, żeby się szosowiec poruszał asfaltem. Ale co to samochodziarzy obchodzi, prawda?
[02:04:27] - Tak, ja sam jestem samochodziarzem, ale jednak przez sentyment do roweru traktuję rowerzystów, mam nadzieję, że tak to odbierają, w sposób kulturalny, a nawet przesadnie ostrożny. Chociaż żeby tak odrobinę dziegciu, to ostatnio byłem świadkiem sytuacji, kiedy ja stanąłem przed przejściem, a jadący za mną rowerzysta prawie wjechał w ludzi. Ale to powiedzmy tak jak bywają chamidła za kierownicą tą okrągłą w samochodzie, tak czasami bywają też ludzie i ludziska.
[02:05:09] - To nie był rowerzysta, Marku. To był pedalarz.
[02:05:13] - I tym optymistycznym akcentem rzeczywiście chyba najlepiej podsumowaliśmy naszą rozmowę. Tak, muszę to zapamiętać. Dobre określenie. A ja teraz państwa zapraszam na odrobinę prozy. Dzisiaj trzy opowiadania. Pierwsze z nich Wojciecha Terleckiego „Requiem aeternam”. Drugie opowiadanie napisał Julian. Nosi tytuł „Wiwisekcja” i to jest opowiadanie napisane specjalnie na 50. wydanie audycji ABW. Bo te opowiadania, które słyszycie państwo w Akademii Wszelkiej Fikcji, to są opowiadania, które dawno, dawno temu, ale nie w odległej galaktyce, były zamieszczane w audycji ABW, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty. I ta audycja miała grubo ponad setkę odcinków i na 50., trudno mówić urodziny, na 50. wydanie Julian napisał „Wiwisekcję”. To jest opowiadanie drugie i wreszcie opowiadanie trzecie autorstwa Pawła Tymańskiego „Cienki śpiew”. Zapraszam.
[02:06:32] - Wojciech Terlecki „Requiem aeternam”. Paweł. Mężczyzna siedział na betonowej podłodze, oparty o brudną ścianę. Ocenił ilość płynu w butelce. Miał mieszane uczucia. Z jednej strony coś jeszcze zostało. Ostatni łyk, może dwa. Z drugiej to strasznie mało. Nie wiadomo, kiedy będzie więcej. Uczucie straty przeważyło. Odczuł wielki smutek. Trzeba się napić. Wychylił butelkę, ale organizm zaprotestował. Protestował od wielu lat, więc nauczył się go pacyfikować. Wódka przeczekała w ustach pierwsze skurcze żołądka. Pomiędzy jednym a drugim ruszyła w dół przełykiem. Napiął mięśnie. Byle nie rzygnąć — pomyślał i przez chwilę miał jakiś cel w życiu. Piotr. Ojciec Piotr trzymał dłonie na otwartej, oprawionej w czarną skórę księdze. Nie próbował jej czytać. Mocne szkła okularów pozwoliły mu dostrzec litery przytkniętego do nosa tekstu.
[02:07:50] - To dzieło znał na pamięć. Na wpół leżąc, wyobrażał sobie, jak stoi przed ołtarzem, jak łamie chleb i pije wino. Nucił pieśni chóru gregoriańskiego bardziej w myślach niż głosem. Płuca nie miały już siły i by zachować świadomość, musiał zaczerpnąć tlen z maski. Ostatnią mszę odprawił kilkanaście lat temu. Dziękował Bogu za fundusze, które udało się zebrać na noclegowanie dla ubogich. To było jego ostatnie dzieło. Potem zapadł na zdrowiu i wycofał się z aktywnego życia. Paweł. Przyjęło się. Teraz czekał na ukłucie w boku. Płacz zabijanych ostatnich komórek wątroby. Reszta ich kuzynów była martwa i spoczywała w tłuszczowych grobowcach. Mordowanie zaczęło się kilkadziesiąt lat temu, kiedy Paweł był młody i dobrze się zapowiadał. Skończył studia i kumpel kumpla załatwił mu pracę u stryja. Nikt w tej firmie nie czuł się pewnie na zajmowanym stanowisku, ale płacili dobrze i niepokój można było zalać najlepszym alkoholem. I nie tylko zalać. Można było wciągnąć, palić, wsmarować i zapodać. Paweł nie robił niczego, z czego mógł być dumny. Chodził do pracy, zdając sobie sprawę, że tworzy iluzję. Zasiadał przed swoim SSP – stanowiskiem symulowania pracy i czekał do 17:00. O tej godzinie analizował, kto z ważniejszych od niego już wyszedł i czy wypadało mu opuścić budynek. Do końca nie był pewny, czy wybrał właściwy moment. W drodze do domu należało się z kimś spotkać i coś wypić. Nie zasnąłby, gdyby nie dyżurna połówka czekająca w kuchennej szafce. Piotr. Piotr był szczęśliwy. Przyjaciel udzielił mu posługi ostatniego namaszczenia. Gotowy był na spotkanie z Panem. W oczekiwaniu na ten zaszczyt wspominał młodość i pracę w Sudanie przy budowie studni. Rozpamiętywał, ile pracy kosztowało go napisanie podręcznika wyjaśniającego młodym ludziom katechizm Kościoła katolickiego. Ileż to dusz skierował do Boga. Tyle zrobił dobra, a ze złych uczynków wyspowiadał się i szczerze żałował. W końcu nadszedł ten moment. Paweł. Zabrakło jakiegoś białka, które miało podtrzymać ważne reakcje chemiczne. Od tej pory rozpoczęło się umieranie. Paweł zwinął się z bólu. Miał wrażenie, że ogień pali mu trzewia. Żołądek w proteście pozbył się zawartości. Mięśnie targane chaotycznymi impulsami nerwowymi drgały w nieskoordynowany sposób. Niektóre skurczyły się i nie odpuszczały, powodując nienaturalne skręcenie ciała. Zanim serce pozbawione dostaw potasu zakończyło pracę, mózg postanowił się wyłączyć. Nie było tu już nic do roboty. Piotr. Brakowało tchu. Ojciec Piotr wyobraził sobie, że stoi na wzgórzu i czuje powiew wiatru. Ktoś schłodził mu twarz zimnym kompresem. Słyszał stłumione głosy, ale słów nie rozumiał. Jeszcze tylko kilka szarpnięć przeponą i rozpoczął podróż na dno oceanu, ku ciemności. Paweł. Cierpienie ustąpiło. Ciszę przerywał regularny, pulsujący dźwięk. Głęboki, basowy odgłos dobywał się ze źródła światła. Gdzieś tam był wielki elektron. Byt wieczny i obojętny. „Om. Om. Om” – zdawał się mówić. W życiu piękne są tylko chwile. Bezsensowne cierpienie. Od tej chwili nie będzie więcej bólu. Słowa zapowiedziały wieczny odpoczynek, dosłownie bez światłocienia. Piotr. Na dnie studni dostrzegł światło i usłyszał powtarzający się głęboki ton. Nie tego się spodziewał. Czyżby wszystko, czego dokonał, nie miało sensu? Czyżby zakład Pascala to zwykły sofizmat, a on właśnie przegrał? „Om. Om. Om. Jesteś tak pyszny. Uważasz, że powinieneś żyć wiecznie. Dlaczego ktokolwiek z was miałby żyć wiecznie? W jakim celu? Wieczne odpoczywanie raczę ci dać, panie”. Wiwisekcja. 10 maja 2019 roku, godzina 23:10. Postanowiłem w jakiś sposób uczcić 50. ABW. To audycja, która jest zwyczajnie niezbędna. Gdyby nie było panów Marka i Wiktora, trzeba byłoby ich wymyśleć i przymusić do pracy. Może audycja jeszcze nie jest masowa, ale za to bardzo głęboko wpływa na tych, którzy stawiają pierwsze pisarskie kroki. Wiem, co piszę. PrezentPomysł wykluł się sam i sam nie wiem, co z tego wyniknie, ale wiadomo, że darowanemu koniu... i tak dalej. Przy okazji 50. dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do jubileuszu. Nie sposób nie wymienić tu Marka Sęka i Weliosa, który zdzierając głos robi nie tylko dobrą robotę, ale coraz lepszą. Pozdrawiam także wszystkich autorów. Miło mi, że jestem pośród was jako jeden z wielu w stajni ABW. 11 maja 2019 roku, 21:08. Doszedłem do budynku, w którym mieszkam. Machinalnie wbijam kod domofonu. Jestem zmęczony ciężkim dniem. Fajnie, że o 19:47 słońce jeszcze odbija się od górnych okien okolicznego wieżowca. Tabliczka zmienia kolor z czerwonego na zielony. Migają diody LED. Słyszę cichy, modulowany dźwięk. Znak, że mogę otworzyć drzwi. Otwieram, ale nie wchodzę. To mały cud. Robię to średnio kilka razy dziennie, a jeszcze 50 lat temu to byłaby fantastyka. Domofony już były, ale migające diody, dźwięki, panel dotykowy. Przypominam sobie to, co pisałem i nagrywałem w pierwszym felietonie do „Bibliotekarium” o tym, że w latach 20. w domach były lampowe radia i patefony z tubą i że na gramofony elektryczne trzeba było jeszcze poczekać. Wpada mi pomysł do głowy: a gdyby tak napisać opowiadanie SF z perspektywy autora z roku 1900? Będę opisywał świat w roku 2022. Ktoś na to kiedyś wpadł? Z pewnością niejeden. Ale co tam, mogę wyważyć otwarte drzwi. Jeszcze nie mam pomysłu na szkielet opowiadania, ale podstawa pomysłu jest. Czuję, że wyjdzie nieźle. Minęły trzy kwadranse. Jedząc obiadokolację myślałem chwilę o najnowszym projekcie. To temat na mocny warsztat. Stworzyć świat oczami autora z roku 1900 to dla mnie duże wyzwanie. Trochę przerost formy i włożonej pracy nad treścią, ale klamka zapadła. Kości zostały rzucone. Raz na wozie, raz w nawozie. Jutro pomyślę nad szkieletem. Znajdę chwilę około południa między kanapką a kawą. 12 maja 2019 roku, 6:05. Obudziłem się i wstałem bez żalu, bo wiedziałem, że już nie zasnę. Mam kilka godzin do wyjścia do pracy, popiszę więc. Myślę nad opowiadaniem. Wpadłem na pomysł, żeby głównym bohaterem była kobieta. Nigdy nie pisałem z perspektywy bohaterki kobiety. To jest dodatkowe wyzwanie, być może bardzo trudne, ale może nie tylko to. Także autor to będzie autorka. Spojrzę na świat oczami kobiety i stworzę główną bohaterkę kobietą. Skoro pisarki mogą opowiadać o przygodach mężczyzn. Przygotowuję się do stworzenia tła. Pomaga Wikipedia. Ściągnąłem trochę informacji na temat techniki i odkryć naukowych w latach 1879-1901. Taki przedział czasu wystarczy. Jest tam o wynalezieniu baterii litowo-kadmowych, pierwszym okręcie podwodnym w marynarce Wielkiej Brytanii, rozwijają się tramwaje, pierwszy lot braci Wright. Jest coś o pierwszej wystawie samochodów w USA, badaniach nad promieniowaniem gamma, odkryciu przyczyny magnetyzmu Ziemi. Jeszcze trochę historii i będę mógł budować scenerię opowiadania. Swoją drogą jestem zaskoczony, że właśnie powstają podwaliny teorii kwantowej stworzonej przez Maxa Plancka. Intuicja podpowiadała, że to było trochę później, gdzieś w okresie międzywojennym. Mam mgliste wyobrażenie o kobiecie, głównej bohaterce, ale nie mam pojęcia, w co ją wplątać. Widocznie to jeszcze nie ten czas. 16 maja 2019 roku, godzina 18:30. W końcu chwila, aby usiąść i pomyśleć nad fabułą. Mam w głowie zarys historii. Na oko opowiadanie na 15, 20 kilo znaków brutto. Czuję się nieco schizofrenicznie, opisując tę samą historię z dwóch stron. Opowiadam historię kobiety i historię opowiadania o kobiecie. Od teraz te dwa teksty będą się przenikać. 17 maja 2019 roku, 7:15. Dziś wolny dzień. Ruszę z opowiadaniem. Wczoraj wieczorem stworzyłem ramy fabuły. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Jurian, rok 2022. Jeden. Szarość za oknem, ta w głowie jeszcze bardziej przygnębiająca. Szary dzień, miesiąc, rok. Każda chwila podobna do poprzedniej. Już nie wierzę, aby cokolwiek mogło się zmienić w moim życiu. Podobno wszystko rodzi się w naszym umyśle. Z rozsądku chyba muszę się nauczyć doceniać chwile. To lepsze. Nadzieja, że i szczęścia można się nauczyć. Tak, pierwsza lekcja. Zdecydowanie jeszcze nie dziś. Zaraz do pracy. Już jestem spóźniona. Jedyny ratunek to prif. Wyjrzałam przez okno. Może padać. Bure chmury. Dopiłam letnią kawę i szybkim krokiem poszłam w stronę windy.Pojazd czekał na dachu. Wrzuciłam żetony i usiadłam wygodnie. O tej porze nie tak łatwo włączyć się do ruchu. Po kilku minutach zwolniła się główna szyna. W końcu znak z rdzawym oporem przekręcił się i ukazała się zielona tablica ze strzałką w lewo. Drążek steru przesunęłam w nakazanym kierunku. Zapaliła się wyblakła lampka kontrolna. Nieomylny znak, że zwrotnica ustawiona prawidłowo. Wcisnęłam starter. Prif ruszył. Miałam kilka minut dla siebie. W bezmyślnym odrętwieniu obserwowałam ludzi wiszących na linach. Robili coś przy sterowcach podtrzymujących torowiska. Wynajęty pojazd pędził dwa razy szybciej niż tramwaj i nie zatrzymywał się na przystankach. Wyjęłam zegarek z kieszonki. Powinnam być o czasie. Starałam się nie patrzeć przez okna w dół. Reklamy na sterowcach. Wszędzie ich pełno. Cała jaskrawość życia. Sieć sklepów Reynoldsa to światowa jakość. Loteria Beau Monde. Rozbij pulę 2022 roku. Czytałam machinalnie wielkie napisy podwieszone wokół szyny. Trochę jak lot samolotem, którym nigdy nie leciałam. Tunelowa kolej żelazna jest cztery razy tańsza i chyba tyle razy wolniejsza, ale bardziej dopasowana do mojej kieszeni. Ponad 100 metrów nad ziemią. Koła trafiające na łączenia szyny miarowo stukały. W dole widać było ulice pełne malutkich ludzi, miniaturowe wagoniki tramwajów. Zbliżałam się do kolejnego rozjazdu. Dźwignia w prawo. Znałam już trasę, ale zaraz po zmianie pracy błądziłam. Bezsensowne jeżdżenie kosztowało pół dniówki i upokarzające tłumaczenie w biurze. Plan zawsze leżał w skrytce pod siedzeniem, ale te wszystkie symbole na mapach nie były stworzone dla mnie. Wreszcie cel podróży. Dach budynku chłodociągów miejskich. Biurowiec był niższy od okolicznych, dlatego na szczycie dobudowali wieżę przystankową. Miałam szczęście. Winda czekała na wysokości ażurowego peronu. Podbiłam kartę pracy przy górnym wejściu dwie minuty przed czasem. Nie musiałabym się tak spieszyć, gdyby nie huczne party gdzieś niedaleko w moim apartamentowcu. Może w końcu ktoś to zgłosi. Muzyka dudniła do późnej nocy. Kiedy ucichła, zasnęłam tak twardo, że nie usłyszałam pierwszego dzwonka budzika. Na szczęście to nowoczesny zegar. Dzwonił co kwadrans, aż wstałam i go wyłączyłam. Pierwsza, którą zobaczyłam, to przyjaciółka Luisa. „Słyszałaś już?” Stanęła naprzeciw, nie pozwalając przejść dalej. „Trąbią na każdym drucie.” „Zaspałam. Znów zabawa u sąsiadów. Rano nie włączałam radia.” „Kilka ofiar śmiertelnych. Pękł syntetyk między chłodziarką a główną rurą. Wyciekło sporo amoniaku na klatkę schodową, akurat kiedy ludzie wychodzili z windy. W szpitalach wielu zatrutych. Cały budynek jest już odcięty od chłodziwa. Pozostali ewakuowani.” „Komisja?” Zapytałam, choć byłam pewna, że bez niej się nie obędzie. „Ile ofiar? Wiadomo, są ofiary, jest komisja. Już jest powołana i jadą na miejsce. Póki co trzy, ale kilka w ciężkim stanie.” Usiadłam przy biurku i rozważałam rysunki magistrali chłodociągu projektowanego dla nowo budowanego obiektu. Nie potrafiłam się skupić. Niby spokojna na zewnątrz, ale w środku poszarpana nerwami. Ofiary. Będzie komisja. Będą grzebać. Znajdą winnych. Muszą kogoś znaleźć, inaczej byliby niepotrzebni. Jestem trzecia w kolejce. Pierwsza to ekipa budowlana, potem konserwatorzy od utrzymania ruchu. Mam nadzieję, że to do nich się przyczepią. Inaczej po mnie. Te cholerne plastikowe rury. Decyzja odgórna. Nigdy nie miałam do nich zaufania, ale od dwóch lat na projektach są moje podpisy. Z biegiem minut praca mnie pochłonęła. Nie zwracałam uwagi na innych. Podeszła Luisa. „Mario, słuchaj, a może po pracy wyskoczymy do centrum odreagować zły dzień?” „Dziś?” Spojrzałam na nią jak na półprzezroczystą postać, nadal z myślami krążącymi wokół katastrofy. „Nie, za rok. Ale chciałam się umówić wcześniej.” Skrzywiła się, widząc, jak beznadziejny jest ze mną kontakt. „Wiesz... Tak. Chyba tak. Może poprawi mi się nastrój.” „Powinniśmy coś kupić, spełnić drogi kaprys. Mi to zawsze pomaga.” „Kup. Poczekam. Mam ochotę przejść się do galerii.” „Do której?” Zapytała, zerkając na witryny sklepowe. „Obojętnie. Ostatnio nie byłam w żadnej. Może być sztuki współczesnej. Jest najbliżej.” „Co ty widzisz w tych bazgrołach? Rozumiem stare obrazy.” Uśmiechnęła się życzliwie. „Ale w porządku, pójdę ze względu na ciebie.” „Właśnie o to chodzi, że widzę, co chcę. To kwestia wyobraźni.” Wyszłyśmy na otwartą przestrzeń.Mocno wiało. Na szczęście przestało siąpić. Ludzie gromadami stali na przystankach z gazetami w rękach. Inni rozmawiali przez radia. Zawsze wydawało mi się dziwne, że przechodnie wolą kontakt ze sztucznym światem niż z żywą osobą. Bo czym jest mówienie do mikrofonu? Głos w słuchawkach albo gazeta. Rzędy czarnych znaków na białym tle. Czarno-biały świat. Mój, przynajmniej odmalowany w odcieniach szarości. Nie rozmawiali ze sobą. Dziś mało kto decydował się na wymianę zdań z obcym. Dokąd to wszystko doprowadzi? Ustawą zarządu miasta we wszystkich placówkach kultury obowiązuje zasada wolnego wstępu przez pierwszą godzinę. Przeczytałam głośno ogłoszenie wiszące na drzwiach. „Niewiele to pomoże. Społeczeństwo ma ciekawsze rozrywki” — skwitowała przyjaciółka. „Tłumacz mi te nowe dzieła” — zmieniła temat. W Galerii Sztuki Współczesnej było niemal pusto. „To nie o to chodzi. Powinnaś widzieć to, co podpowie ci wyobraźnia. Już mówiłam. Jeśli będę ci tłumaczyła, nie zrozumiesz, dlaczego lubię tu przychodzić.” „W porządku. Obraz trzeci mazgaje.” „A ja coś widzę, ale nie powiem. Może tylko dwa zdania. Te cztery linie, te jaskrawożółte układają się w prostokąt i w połączeniu z tłem ja coś widzę.” „Jeśli to wszystko, co widzisz, mogłabym namalować całą serię z kwadratem, trójkątem i kołem w rolach głównych.” „Każdy jest inny. To nie takie proste. Trzeba mieć talent. Jeden artysta, a każdy obraz niepowtarzalny.” „Wszystko jest proste, a najbardziej pani jasne włosy. Gdybym miał talent, z pewnością poprosiłbym, żeby mi pani pozowała w czarnej sukni dla mocnego kontrastu.” Podskoczyłam, jakby poraził mnie prąd albo bardziej, jakbym w powietrzu wyczuła amoniak. Obróciłam się, żeby ujrzeć właściciela aksamitnego głosu o obcym akcencie. Wyższy ode mnie o pół głowy. Z moim wzrostem nie byłam do tego przyzwyczajona. Stał, uśmiechając się subtelnie. Przeglądał mi się chwilę i delikatnie przechylił kryształowy kielich, ledwie zwilżając wargi szkarłatnym winem. „Lubi pani nowoczesne malarstwo?” Jego wygląd, może bardziej sposób bycia i mówienia zrobiły na mnie wrażenie. Na tyle silne, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. „Tak, ale nie znam się na nim. Odbieram je, że tak powiem, bardziej sercem niż umysłem.” „Bo tu i nie ma czego rozumieć. Każdy widzi, co chce. Na przykład te żółte. Dla mnie to rury, układ zamknięty, każda kolejna cieńsza, aby na koniec połączyć się z początkiem.” „Niech pan nie wspomina o rurach. Proszę. Właśnie po to tu przyszłam, żeby o nich nie myśleć.” Momentalnie powróciły poranne wspomnienia. Zadrżałam. „Przepraszam. Nie sądziłem, że rury mogą być powodem rozgniewania. Zżera mnie ciekawość, jak korozja... No właśnie. Ale jako osoba taktowna zamykam temat. Porozmawiajmy o niczym nieskrępowanym oceanie.” „To ja przepraszam. To w związku z moją pracą. Już wszystko w porządku.” „Mario, nie będę przeszkadzała w rozmowach o sztuce. Muszę oddalić się w pewne miejsce. Będę za kilka minut.” „Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Lars Stene.” „Maria Lange, a to moja przyjaciółka Louisa Grets.” Delikatnie uścisnął rękę. Wyobraźnią odczułam siłę jego dłoni. „Ocean to temat zbyt obszerny, żeby omówić go na stojąco” — rozpoczął, kiedy tylko odeszła Louisa. „Zapraszam panią na kolację. Pani wybiera miejsce. Mam pomysł. Zamówimy dokładnie to, co lubimy najbardziej i zamienimy się. W ten sposób poznamy się lepiej.” „W zasadzie miałyśmy wracać.” Intrygował mnie. Korciło, żeby spędzić z nim trochę czasu, ale nie wypadało reagować ze zbyt widocznym entuzjazmem. „Nie może pani odmówić. Czułbym się nieopisanie zawiedziony.” „Rozumiem, ale przyjaciółka...” „Przyjaciółka pójdzie z nami, jeśli będzie miała ochotę, ale zje to, co sobie zamówi. Bo to, o czym mówiłem, to gra dla dwojga.” „Już jestem, ale przyszłam się tylko pożegnać. Muszę wracać” — stanowczo poinformowała Louisa. „Zaczekaj. Jest plan, aby razem wybrać się na kolację. Jeśli ty się zgodzisz, ja także ulegnę namowom pana Larsa.” W duchu liczyłam, że się zgodzi. W ostatniej chwili opanowałam się, żeby gestem albo miną dać znak Louisie. Lars tymczasem przyglądał się dialogowi ze spokojem. Dopił wino i oddał lampkę przechodzącemu kelnerowi. „Widzę to inaczej. Tobie najbardziej potrzebna jest odmiana. Dziś pan Lars zamiast książki. Ja muszę wracać. Miłego wieczoru.” „Liczyłam na towarzystwo koleżanki. Mnie samej trochę niezręcznie. Nie znam pana.” „Cóż niezręcznego jest w jedzeniu? Robimy to od zarania dziejów. Liczę na pani dobry gust. Jestem jedynie po lekkim śniadaniu i o tej porze już bardzo głodny.”Może ma pan rację. Mamy XXI wiek. Zaprowadzę pana do Blue Ocean. Odebrałaś w końcu. Nareszcie! Przepraszam. Brałam prysznic i usłyszałam brzęczyk dopiero jak wyszłam. Gdzie jesteś? W parku, niedaleko mieszkania. Siedzę na ławce i wiem, że jak wstanę, to na powrót wpadnę w szarą rzeczywistość. Opowiadaj jak było. Czekaj. Nośna zmieniła ton. Jest tu ktoś? Halo, fala zajęta. Proszę opuścić częstotliwość — dodała przyjaciółka. Może mi się zdawało. No to mów. Słuchaj, to niesamowity mężczyzna. Mówię ci, taki słodki. Pochodzi z Norwegii, ale dziś ma kilka apartamentów w różnych krajach. To fabrykant. Zresztą nie tylko on. Ma dwie starsze siostry i brata i wszyscy mają własne fabryki. Każda produkuje coś innego, jak mówił, żeby nie konkurować w rodzinie. To rozsądne podejście. A czym on się zajmuje? Podstawowy profil to produkcja kotłów wysokociśnieniowych i rozdzielni kondensatu dla gastronomii i prywatnych odbiorców. Jego kuchnie parowe są też u nas, w sklepie z wyposażeniem technicznym apartamentów. Chyba nawet widziałam tę markę. WTA to branża z przyszłością. Jest jeszcze dużo kuchni opalanych węglem i ropą, szczególnie na prowincji. Tak. Rozmawialiśmy i patrzyliśmy sobie w oczy. Było cudownie. Luiza, on jest taki słodki. Mówił, że podoba mu się, że mam takie jasne włosy, bo dziś wszystkie rasy są już wymieszane i trudno znaleźć kogoś, kto tak pięknie się wyróżnia. Podoba mu się. Jest wspaniały. Ale cię wzięło. Kobieto! Rano nie wiedziałaś o jego istnieniu. No to co? A jeśli ci powiem, że czekałam na niego całe życie? Tak to czuję. Dobrze, w porządku. Nie krytykuję, tylko trochę się dziwię, że się tak rozpędziłaś. Trzeba było iść z nami, to byś się nie dziwiła — powiedziałam, zanim ugryzłam się w język. Bo gdyby zainteresował się Luizą? Jest dwa lata młodsza i bardziej pozaokrąglana. Gdzie poszliście? Przyjaciółka zmieniła temat. Do Blue Ocean. Mieliśmy zrobić taką zabawę, że on ulubione danie zamówi dla mnie, a ja dla niego. I wiesz co? Rozmarzyłam się na chwilę. On jest prawdziwym dżentelmenem. Bo nie zamówił ci zupy dnia? Zaśmiała się z własnego dowcipu. Tylko ona. Weź mnie nie denerwuj. Wyobraź sobie, że kelnerka się pomyliła. Widocznie jakaś nowa. Przyniosła zupełnie inne danie. Wszystko było nie tak. Kazał jej wymienić? Właśnie nie. Powiedział: „Trudno, że takie rzeczy się zdarzają. Ważne, żeby było smaczne”. Prosiłam, żeby jej nie zrugał, a on, całkiem spokojny, na koniec dał jej jeszcze napiwek. I to jaki! Masz jakieś plany z nim związane? Zaproponował kolejne spotkanie? Umówiliście się? To dzieje się tak szybko. Oczywiście, żeby tylko. Zaproponował mi wspólne wakacje. Mówił coś o safari w Afryce albo o dwóch tygodniach w jednym z podwodnych ośrodków relaksacyjnych. Oszalałaś? Powinnaś być bardziej ostrożna. Pomyślałaś o tym, że musiałabyś wystąpić o pauzę w pracy? Nie boisz się, że ktoś wskoczy na twoje miejsce? Zagrzebiesz się na stanowisku projektanta na lata. Wszystko mi jedno. On może odmienić mój los na zawsze. Nie na lata. Do końca życia. Teraz wyjeżdża do Ameryki Południowej podpisać jakieś kontrakty, ale wraca za miesiąc i od razu zabiera mnie na wakacje. Trochę krótka znajomość jak na wspólny wyjazd, a długo na podpisanie tego kontraktu. W głosie przyjaciółki kolejny raz wyczułam powściągliwość w ocenie sytuacji. Już postanowiłam. Nagle straciłam ochotę na zwierzenia. Bateria może mi się zaraz skończyć, dlatego mówię skrótowo. Nie zaprosił mnie na wspólny wyjazd, ale dawał do zrozumienia, że jedzie sam i byłoby wspaniale wspólnie przeżyć wielką przygodę. Opowiadał też, że bierze udział w projekcie. Nie bardzo rozumiałam, o czym mówi. Jakieś pojazdy poruszane dzięki magnetyzmowi Ziemi. Wiesz, jak dwa magnesy z jednej strony się przyciągają, z drugiej odpychają. Prosto z Ameryki Południowej leci prywatnym samolotem. Tak, nie przesłyszałaś się. Prywatnym samolotem do uniwersytetu w Dallas. Uczelnia ma nowoczesne laboratoria, a Lars ma tam udziały. Podobno prace są zaawansowane i ludzie za kilka lat będą mogli latać na inne planety. Pięknie. Historia jak z bajki. Żeby ci się udało. Ale wiesz, co sądzę. Ja w porównaniu do niego jestem taka nic nieznacząca. Sygnalizowała mi ostatnią uwagę. Wiesz, teraz pomyślałam, że jemu chciałabym urodzić dzieci. Myślisz, że może mu na tym zależeć? Tylko mu o tym nie mów. Na razie nie poruszaj tematu. No przecież wiem. Tak pytam tylko ciebie. To by dopiero była mało zręczna sztuczka. Być bezpłodną i wystraszyć ciążą. Ech, ale ty głupia jesteś — męski głos wtrącił się do rozmowy. Mówiłam, że ktoś tu jest. Fala zajęta. Chyba jakaś kultura powinna obowiązywać. Patrz, słuchał nas ten dewiant cały czas. Nie masz swojego życia? Luiza także podniosła głos. Głupszej baby dawno nie słyszałem — powiedział znudzonym, niewyraźnym głosem. — Życie cię jeszcze nauczy. Zmieniamy na ustaloną! — krzyknęła Luisa.Zdjęłam plecak i wyjęłam radio. Lokalny cham. Rękami trzęsącymi się ze zdenerwowania ustawiałam cyferki na kolejnych pokrętłach. Siedem, osiem, siedem, dwa. Trochę potrwa, zanim nas namierzy. „Halo” Usłyszałam głosy. Ktoś rozmawiał. „Fala zajęta. Prywatna rozmowa”. „Tak, oczywiście”. Przeszłam o jeden zakres wyżej. Znów obce głosy. Na szczęście kolejny był wolny. „Pięć dwa osiem siedem dwa zero. Zgłaszam się”. Wypowiedziałam kilka razy swój numer radiofoniczny. „Jestem, jestem. Musiałem poskakać po kanałach”. „Tu chyba pusto. W zasadzie to weszłem, żeby się pożegnać. Zaraz padnie bateria. Jutro z rana muszę wymienić”. „Piękna historia. Pogadamy na przerwie w pracy”. „Niech ci się przyśni”. 17 maja 2019 roku, 15:15. Powstał pierwszy rozdział. Lekko, bez bólu. Na dziś wystarczy pisania. Wiem, że jeśli się przeforsuję, nie usiądę do klawiatury przez kilka dni. Pisaniem nie można się przejeść. Potrzebny głód. To on daje chęć i pomysły. Przynajmniej ja tak mam. Wracam do opowiadania, jak tylko znajdę wolną godzinę. 18 maja 2019 roku, godzina 9:02. Jest kawa i otwarty plik opowiadania, a to nieomylny znak, że powstano nowe akapity. Zastanawiałem się nad fabułą. To, co napisałem, to wprowadzenie. Przedstawiłem kobietę, jej życie i problemy w świecie przyszłości wyobrażonym przez autora z perspektywy roku 1900. Miałem niejasne poczucie, że za dużo nurtu obyczajowego, a za mało fantastyki. Po chwili zrozumiałem, że i czytelnik musi się postawić na realia przełomu wieków. Wtedy sztafaż nabiera kolorów, bo z perspektywy roku 2019 to tylko kosmetyczne zmiany. Postanowiłem trochę ubarwić drugi rozdział. Do dzieła! Dwa. Nie tak wyobrażałam sobie podróż okrętem podwodnym. Jakże inaczej takie wycieczki wyglądały w Baedekerach. Wielkie pancerne okna, przez które szczęśliwi ludzie obserwowali rafy koralowe, tysiące pastelowych ryb, a szczęściarze przepływającego rekina albo płaszczkę. Tu ciasna kajuta, prawie bez sprzętów i żadnego najmniejszego bullaya. Siedziałam z książką w ręku, ale nie mogłam skoncentrować się na czytaniu. Podróż w jedną stronę planowana była na trzy doby. Lars miał swoją kabinę i nieczęsto mnie odwiedzał. Jedliśmy wspólnie posiłki wraz z kapitanem i oficerami, potem znikał na długie godziny. Twierdził z uśmiechem, że to ja mam urlop, a on musi pracować. Białe stalowe drzwi zabębniły głucho. W końcu Lars – przeleciało w myślach. „Proszę”. „Jestem. Wybacz. Musiałem posiedzieć nad dokumentami”. „Nareszcie. Przyznam, że trochę się wynudziłam”. „Wynagrodzę ci to w ośrodku. Zaraz po powrocie mam audiencję w Kongresie Emisariuszy Narodowych. To bardzo ważne spotkanie. Zabiegałem o nie od roku. Te papiery... Musiałem się przygotować”. „Rozumiem. Ale obiecujesz, że teraz już będziesz miał dla nas czas?” „Oczywiście. Zrobiłem to, co najpilniejsze”. „Dziwny ten okręt. Wielki, a do dyspozycji mamy dwie kajuty, łazienkę i wąski korytarz do mesy oficerskiej”. „Tak jest na okrętach badawczych. Większość pomieszczeń zajmuje aparatura. Wolę to niż tłum pstrokatą ubranych turystów”. „Zaskakujące. Kiedy widziałem tego kolosa w doku, przypominał stalowy sterowiec odwrócony gondolą do góry. Nic nie widać. Czuję się jak w puszce”. Miałam nieodparte wrażenie, że chce uniknąć tematu, że czuje przez skórę, dokąd zmierzam. „Ach, o to chodzi. Teraz i tak nie byłoby co oglądać. Płyniemy 200 metrów pod powierzchnią. Tu jest zupełnie ciemno”. „Lars, nie żałujesz?” Przełamałam się w końcu i drżącym głosem wyartykułowałam pytanie. Znalazłam odwagę, żeby narazić się na usłyszenie tego, czego najbardziej się obawiałam. „Kobiecej imaginacji?” „Tego, że płyniemy razem. Że mnie zabrałeś”. „Ależ absolutnie, kochanie. Skąd ci to przyszło do głowy?” „Czasem mam takie wrażenie... Dziwnie się zachowujesz. Nie potrafię określić dokładnie. To sposób bycia. Inny niż kiedyś”. „To z pewnością dlatego, że jestem przemęczony. Prowadzenie fabryki i tak wielu dodatkowych projektów zobowiązuje. Nie mogę zawieść innych. Ale to się powoli będzie zmieniało na lepsze od tej chwili. Chcesz, to zaprowadzę cię do sterówki”. „A co tam jest ciekawego?” „Zobaczysz, jak nawiguje się okrętem. Pokażę ci omniskop. Niestety nie będziesz mogła przez niego popatrzeć, bo jesteśmy zbyt głęboko”. „Już teraz czy przed kolacją? Kiedy dokładnie dopłyniemy?” „Z tego, co mówił kapitan Ryan, dziś w nocy, między pierwszą a drugą”. „Jestem ciekawa, jak tam będzie. Nigdy nie byłam pod wodą. To znaczy wiem, że jestem. Chodziło mi o podwodny ośrodek”. „Proponuję zwiedzić sterówkę. Potem kolacja, a po kolacji zamówię szampana”.Nie ma sensu iść spać na cztery godziny. To dobrze. Potrzebuję kwadrans i możemy iść. Szumiało mi w głowie. Na stoliku nocnym stały dwie opróżnione butelki. Korek trzeciej wystrzelił o północy, aby uczcić nowy, wspólny dzień. Lars obejmował mnie czule i ciągle coś mówił. Gadał jak nakręcony i żartował. Cały on. A ja uśmiechałam się co jakiś czas, ukrywając mdłości, aby nie zepsuć uroczej atmosfery. Nadchodziły ostatnie minuty rejsu. Pragnęłam doczekać punktu docelowego w jego ramionach. Spoważniał nagle. Opowiadał szeptem, co dokładnie wydarzy się za chwilę. Stalowe cygaro dopłynie do wrót śluzy. Ta będzie się rozchylała coraz szerzej. Wielkie ciśnienie. Z kadłuba wysunie się sonda. Cały okręt ruszy do przodu. Zacznie się wsuwać powoli i ostrożnie, coraz głębiej, aby w końcu cały wpłynąć aż po granicę wąskiego basenu portowego. Wtedy obydwoje zarzucimy cumy. Jęknęłam tylko cicho. Było dokładnie tak, jak mówił. Cudownie. Obudziło mnie jaskrawe światło. Potworna biel. Chciałam zamknąć oczy, odwrócić głowę, ale nie wiedziałam... Zapomniałam, jak to zrobić. Ręce zniknęły. Napłynęła fala przerażenia. Umarłam? Co się ze mną dzieje? Oczy powoli przyzwyczajały się do blasku. Mógł to być żar południowego słońca, gdyby nie bladoniebieski odcień. Coś się poruszyło. Rozmyte obrazy. To łzy. Patrzyłam przez zamszowiate oczy. Powieki nadal nie dawały się zamknąć. Ludzki kształt pochylił się nade mną, nad brzuchem. Przeraźliwie chudy, wysoki, z białymi włosami. Cały biały. Wszyscy biali. Wszystko białe. Ludzi było więcej. Nie byłam w stanie ich zliczyć. Gdzie byłam? Kim są? Chciałam krzyczeć. Najlepiej wyrwać się i uciec do Larsa. Gdzie on jest? Lars, błagam, zrób coś. Leżałam chyba. Nie byłam już pewna niczego. Coś ze mną zrobili, wbrew mojej woli. Cokolwiek. Nie zgadzałam się. Zwierzęcy strach paraliżował myśli, a tylko one pozostały. Stali wokół nóg i bioder. Pociągła twarz pochyliła się nad moją. Mały nos, koścista fizjonomia rozbita na kawałki i posklejana w pośpiechu. Spojrzał mi w oczy. Przyglądał się chwilę, bez emocji. Chudą ręką zbliżył węża z różową miseczką na końcu. Poczułam dziwny, słodki zapach. Światła powoli przygasały, jak w kinie. Jak w kinie! Lars! Jaki dziwny film. Prześwietlony. Podniosłam ciężkie powieki. Jednocześnie zaatakowały ból głowy i wspomnienie koszmaru. Podniosłam rękę i delikatnie dotknęłam twarzy. To tylko sen. I szampan. Dwie, trzy butelki? W życiu tyle nie wypiłam i nigdy nie wypiję. Tego byłam pewna. Podniosłam się na łokciu. Lars był pewnie u siebie. Zasady zasadami, ale tu już mógł wynająć wspólny apartament. Zresztą miejsce, w którym przebywałam, bardziej przypominało salę szpitalną niż wygodnie urządzony salon. Czułam zmęczenie tak duże, że odechciało mi się podmorskich przygód. Może wakacje zacznę od jutra. Opadłam głową na poduszkę. Zdecydowanie od jutra. Lars wszedł bez pukania. Wstałaś już? Jak się spało? Świetnie, tylko głowa mnie boli. Szampan? Ja też nie czułem się najlepiej. Przeszło po mocnej kawie. Chodził z kąta w kąt jak rozdrażniony tygrys. Czy coś się stało? Nic, nic – odpowiedział machinalnie. No przecież widzę. Opowiadaj. Dostałem radiogram. Pali się magazyn przyfabryczny. To będzie mnie drogo kosztowało. Prócz tego wszystko w porządku – dodał z przekąsem. Kochanie, nie martw się. Oczywiście, to tylko pieniądze. Odzyskam trochę z ubezpieczenia. Co teraz? Co zamierzasz zrobić? Uświadomiłem sobie, że jeszcze dziś obsługa na powrót przeniesie garaże do okrętu Hervé Dragonfish. Są trzy wyjścia: zostajemy razem, wracam tylko ja lub obydwoje. Pierwsza opcja jest bardzo nieodpowiedzialna, ostatnia dolegliwa dla ciebie. Zostań więc. Wrócisz okrętem, który dostarcza zapasy. Mogłabyś odpocząć tu tydzień. Nie, absolutnie. Bałabym się tu zostać bez ciebie. Wiesz, nie myśl, że jestem taka głupiutka i wierzę w zabobony, ale miałam sen. Okropny. Oby nie był proroczy. Co ci się śniło? Tonem głosu okazywał zwiększone zainteresowanie. Biała sala i jacyś ludzie, bardzo szczupli. Byłam przerażona, bo nie mogłam się ruszyć. Wołałam cię przez sen. Szampan. A może nie, tutaj jest inny skład atmosfery.Ciśnienie także się różni od normalnego. Takie sny, a nawet halucynacje to na okrętach częste przypadki. Bardzo się bałam. Chciało mi się płakać na samo wspomnienie. Nie przejmuj się. Poproszę obsługę o jakieś tabletki na sen. Będziesz spała jak dziecko. Nie, nie zostanę. Wracam z tobą. A niech to. Urządziłem ci wakacje życia. Przepraszam, że tak wyszło. Trzy. Czy to zatrucie, czy uczulenie? Co powoduje mdłości i zgagę? Kawa. Zbyt dużo kofeiny, stąd mdłości i rozdrażnienie. Trzy kawy w pracy i popołudniówka w domu. Rozregulowałem w końcu żołądek. Schowałam puszkę. Luiza lubi białe wino. Zaskoczona własnym roztargnieniem na powrót wyjęłam puszkę. Przecież to ja nie chcę pić kawy, nie ona. Wino swoją drogą, jak będziemy miały ochotę. Usłyszałam gong windy i podbiegłam do drzwi. Luiza uśmiechnęła się na mój widok. Przybyło babskie wsparcie. Cześć. Dziękuję, że przyszłaś. Muszę się wygadać. Dobrze, tylko się rozbiorę. Była pełna energii. Właśnie na to liczyłam. Czego się napijesz? Zrobiłam ciasto. Dziś nie liczymy kalorii. Kawę i trochę mleka. Co ja gadam? Przecież wiesz, jaką piję. Już robię. Weszłam do kuchni i głośno ciągnęłam monolog. Wiesz, godzinę temu dowiedziałam się, że mama jest w szpitalu. Niedobrze. To może chcesz tam jechać? Pojadę z tobą, jeśli sobie życzysz. Najważniejsze, co się stało? W jakim jest stanie? Lekarze jeszcze nic nie wiedzą. Rozmawiałam jedynie z przełożoną. Zamierzam zajechać do niej przed pracą. Przy okazji sama odwiedzę gabinet. To ja zaraz uciekam. Musisz wstać z samego rana. To mało istotne, czy się wyśpię, czy nie. Jesteś mi potrzebna teraz, natychmiast. Z każdym zdaniem głos łamał mi się bardziej. Tak. Spojrzała zaniepokojona, jednoznacznie oceniając mój kiepski stan psychiczny. Oszukał mnie. Próbowałam go odnaleźć, bo nie wiedziałam, czy mnie zostawił, czy coś mu się stało. Jaka ja głupia byłam. Nigdzie śladu. Oszukał mnie. Tylko nie rozumiem dlaczego. Rozpłakałam się. Łkając próbowałam mówić, aby wyrzucić z głębi jak najwięcej. Już go nie ma. Koniec. Ale dlaczego? Czy ktoś mi to powie? Luiza wyciągnęła ręce, przygarnęła moje trzęsące się ciało i mocno przycisnęła do siebie. Jak się czujesz, mamo? Starałam się nie okazywać zmartwienia. Podeszłam do łóżka. Już lepiej, dużo lepiej — mówiłam słabym głosem. Wyglądała kilka lat starzej. Wystarczyły dwa dni choroby w ciężkiej, szpitalnej atmosferze. Podłączona do aparatów, których przeznaczenia nie znałam, leżała bezradna, ale spokojna. Co ci jest? Co cię boli? Nie wiedziałam, jak z nią rozmawiać. Ukryłam informację, że lekarze mają wstępną diagnozę. Jakaś bliżej nieokreślona przypadłość neurologiczna. Nic nie boli. Przewróciłam się i potłukłam tylko troszkę. W głowie się zakręciło. Jeden raz. Wypuszczą cię niedługo. Muszą tylko porobić wszystkie badania. Wczoraj się dowiedziałam, że tu jesteś, ale było zbyt późno na odwiedziny. Dziękuję, że przyszłaś. Nic dla ciebie nie zabrałam z domu. Nie wiedziałam, czego potrzebujesz. Powiedz to jutro przyniosę. Ręczniki, ubrania? Tu mi wszystko dali. Opiekuje się mną pielęgniarka. W zasadzie to siostra zakonna, starsza, bardzo miła. Może w mieszkaniu coś trzeba zrobić to podjadę. Córeczko, kwiaty, ale przedwczoraj podlewałam. To chyba nie uschną do piątku. Sądzisz, że mnie wypiszą? Nie wiem, mamo. Nie martw się o kwiaty. Zdrowie najważniejsze. Jak będzie trzeba to podleję. W szafce obok tej chłodziarki jest butelka z nawozem. Trzeba z nawozem, bo mało ziemi mają. Nie przesadziłam na wiosnę. Jakoś zapomniałam. Dobrze z nawozem. Myślałam o czymś zupełnie innym. Ona chyba też. Milczałyśmy chwilę. Powiedz mi, co takiego strasznego zrobił ci mój ojciec, że nigdy nie powiedziałaś o nim ani słowa? Odwróciła głowę, kiedy dotarł do niej sens słów. Ciągnęłam temat dalej. Kiedy byłam mała, kilka razy cię pytałam. Pamiętam to. Udawałaś, że nie słyszysz. Teraz robisz tak samo. Chcę wiedzieć. Chyba zasługuję na prawdę, nawet najgorszą. Dlaczego? Tu nie ma o czym mówić. Jeśli mi nie powiesz teraz, być może nigdy się nie dowiem. To dla mnie ważne. Kto jest moim ojcem? Przyparta do muru w końcu otworzyła usta. Wcześniej nigdy się to nie zdarzyło. Musiałam ją w jakiś sposób nakłonić, może poruszyć sumienie. Nie dręcz mnie. Kiedyś może porozmawiamy. Nie teraz.Powiedz proszę. Właśnie się dowiedziałam. Jestem w ciąży. A wiesz dobrze... Spojrzała mi w oczy skupionym, badawczym wzrokiem. Uchyliła usta. Miałem wrażenie, że chciała o coś zapytać, ale tylko z goryczą wymalowaną na pomarszczonej twarzy, powoli, z dezaprobatą pokręciła głową. Po krótkiej chwili nagłym impulsem spojrzała w moją stronę i powoli wyszeptała: Dziecko, ty chyba nie masz ojca. Po jej policzku spłynęła łza. Miałam nadzieję. Wybacz. Powinnam bardziej cię chronić. Ukryć. Milczała przez chwilę, zbierając myśli. Teraz ty. Ty musisz to przerwać. Miało być więcej informacji na temat powstawania opowiadania, ale kiedy wpadłem w rytm, zapominałem, że jest jeszcze druga strona medalu. Jestem bardzo ciekaw opinii redaktorów i słuchaczy. Czy tekst jest tylko nieudolnie stylizowany, czy faktycznie w kobiecym stylu? Cokolwiek to znaczy, bo pisałem intuicyjnie. Czy ma klimat i odpowiednio poprowadzoną fabułę? Dziękuję Robertowi Zawadzkiemu, który był pierwszym recenzentem tego opowiadania, za celne uwagi, z których skwapliwie skorzystałem. Pozdrawiam. Paweł Tymański, Cienki śleń. Trzeba przyznać, że lipiec obdarował nas piękną pogodą. Ostatnio nie miałem dużo szczęścia w pracy, więc musiałem połasić się na trochę nadgodzin. W taki słoneczny dzień jak dziś nie miałem nic przeciwko. Udałem się na spacer. Lubię spacerować. Zazwyczaj, kiedy muszę szybko coś dorobić, wybieram się na przechadzki po parkach w okolicy jakiegoś liceum albo uczelni. Najłatwiej coś trafić przy szkołach artystycznych. Tam z reguły kręci się sporo mniejszych lub większych talentów. Jak zapewne część z was zdążyła się już domyślić, mój zawód nie jest powszechnie praktykowany. Właściwie to nic się o nim nie mówi i każdy z nas dokłada wszelkich starań, by zachować owy status quo. Nie mam pojęcia, ilu nas w ogóle jest. Wydaje mi się, że coś koło tuzina. Czemu? A kiń go wie. Tuzin po prostu ładnie pasuje, jak na moje. Dla nienazwanego pracuję od jakichś 30 lat i nie mam na co narzekać. Może tylko na to, że o rekrutacji nie usłyszałem trochę wcześniej. Bo widzicie, od trzech dekad nie postarzałem się ani o jeden dzień. Szkoda tylko, że już wtedy byłem, powiedzmy, bliżej pięćdziesiątki. Zaczęło się od tragedii. Straciłem najbliższą mi osobę. Piękna zielonooka Jadźka odeszła, mając zaledwie 11 lat. Tylko ją kochałem. Ona, w przeciwieństwie do innych, nie oceniała mnie po groteskowym wyglądzie. Nie interesowało ją, ile zarabiam i jak się noszę. Pewnego dnia przyszedłem do domu i zobaczyłem jej sztywne, martwe ciało na podłodze w dużym pokoju. Tuląc do siebie małą główkę, wrzeszczałem jak wariat, życząc sobie, by to nie była prawda. Chciałem, żeby ożyła w moich ramionach. Jakiś obcy facet wszedł do mojego mieszkania. Nic dziwnego, bo wrzeszczałem jak wariat, a drzwi zostawiłem na oścież. Podszedł do mnie i klęknął obok. Wtedy nie miałem nawet pojęcia, co się wokół mnie dzieje. „Kochasz ją” — stwierdził. W odpowiedzi tylko wyłem jak rozwścieczony piton. „Mogę ci pomóc, jeśli tego tylko chcesz. Przywrócę jej życie” — rzekł do mnie głosem miękkim jak wacik kosmetyczny. Nie rozumiałem, o co chodzi temu człowiekowi. Spojrzałem zaczerwienionymi oczyma prosto w twarz nieznajomego. Niby kurwa jak to zrobisz? „Nie ma potrzeby na nie uprzejmości. Uspokój się, Zbyszku”. Jak Boga kochałem kiedyś tam, wyrzuciłbym łysego pizdusia na zbity pysk, ale jeden fakt powstrzymał mnie przed tym czynem. Gość nie otwierał ust, kiedy do mnie mówił. „Łysy pizduś to wciąż nieuprzejme określenie” — zwrócił mi uwagę. Jego usta nawet nie drgnęły. Albo był bardzo dobrym brzuchomówcą, albo... Zaraz! Przecież nie powiedziałem tego na głos. „Otóż to. Uspokój się, Zbyszku, a wszystko będzie dobrze. Porozmawiajmy”. Po prostu oniemiałem. „Przychodzę do ciebie z propozycją. Mogę uzdrowić twoją Jadźkę, ale za pewną cenę. Potrzebuję twojej esencji, twojej wyjątkowości. Coś, co wychodzi ci nadspodziewanie dobrze”. Jakie wyjątkowości? Co ty, panie, pieprzysz? „Proszę cię, uspokój się”. Jestem tylko pieprzonym księgowym. Nie wiem, jak mam ci pomóc. Jak chcesz, wypełnię twoje zeznanie podatkowe. To akurat mi wychodzi. Nieznajomy przymknął oczy. Powieki całe mu drżały i po krótkiej chwili spojrzał się na mnie z szerokim uśmiechem. „Blisko, ale musimy mieć pewność. Czy w zamian za naszą pomoc oferuje pan swą wiedzę i umiejętności w zakresie księgowości?” Tak, cokolwiek.Czyli chce pan przehandlować swój talent w zamian za spełnienie jego życzenia? Co? Jaki talent? Tak. Rób, co musisz, jeśli jej pomożesz. Wybornie. Proszę się odsunąć. Łysol nachylił się nad ciałem Jadźki. Położył dłonie na jej brzuszku. Spod palców zaczęło błyszczeć dziwne fioletowawe światło. Zamknął oczy i zamruczał coś, tym razem za pomocą ust. Patrzyłem na to wszystko zdziwiony jak nigdy w życiu. Po chwili główka Jadźki zaczęła się delikatnie podnosić. Otworzyła te śliczne, duże zielone oczęta i wstała. Moja Jadźka żyła. Zobaczyła, co się dzieje dookoła niej i przestraszona czmychnęła czym prędzej, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Szok zamienił mnie w słup soli, a szczęką prawie uderzyłem o brudny dywan. „I po sprawie” – rzekł przybysz. – „Teraz jeszcze pana talent.” Z tymi słowy położył mi dłonie na łbie i to samo fioletowe światło lekko oślepiło mnie na chwilę. Poczułem tylko dziwne łaskotanie na skórze głowy. Nieznajomy przestał macać mnie po czaszce i zobaczyłem dziwny grymas na jego twarzy. Coś jakby zaciekawienie zmieszane z niedowierzaniem. Łysol ponownie zamknął oczy, tym razem na dłużej. Powieki latały mu jeszcze mocniej niż poprzednio. Głowa impulsywnie przekrzywiała się to na lewo, to na prawo. Później spojrzał na mnie i z tym gładkim uśmieszkiem przyklejonym do mordy powiedział: „Panie Zbyszku, wymiana przebiegła doskonale. Jest jednak jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym z panem poruszyć.” Czyli? „Jeśli dobrze mi wiadomo, w mojej branży pojawił się jeden wakat. Czy byłby pan zainteresowany zmianą zawodu?” Co? Tak po prostu? Znaczy nie, dziękuję. Chcę sprawdzić, co jest z moją Jadźką. „Rozumiem. Jeśli pan chce, możemy przełożyć naszą rozmowę.” Tak, przełóżmy. Odwróciłem się. Jadźka. Jadziu. „Jak już będzie pan gotowy, proszę. To moja wizytówka.” Tak, tak. Dziękuję – powiedziałem, nie zaszczycając kartonika spojrzeniem. Jadziu! Znalazłem biedaczkę skuloną pod łóżkiem. Z ciemności wyłowiłem tylko parę świecących oczu, które nerwowo rozglądały się dookoła. Ona naprawdę żyła. Na rany boskie. Żyła. Postanowiłem, że dam jej trochę czasu na oswojenie się z nowym stanem rzeczy. Sam potrzebowałem czasu, by przetrawić niedawne wydarzenia. Co to był za typ? Jak on w ogóle uzdrowił moją biedną Jadźkę? Może miałem nierówno pod sufitem i Jadzia wcale nie była martwa, a on wykorzystał to, żeby... No właśnie, żeby co? Pomacać mnie po głowie i błysnąć latarką w oczy? Coś nie dawało mi spokoju. Cała ta sytuacja była nieźle popierdolona. Ale Jadźka nie żyła. A teraz? Zrobiłem sobie drinka i wychyliłem go na raz. Drugi wszedł równie szybko. Z trzecim w dłoni usiadłem na fotelu, próbując jakoś racjonalnie wyjaśnić dzisiejsze zajście. Na nic nie wpadłem. Po jakichś dwóch godzinach intensywnego myślenia poddałem się i poszedłem do kuchni. Otworzyłem puszkę mielonki i nałożyłem trochę na mały talerzyk. Jadzia musiała już się uspokoić, bo kiedy odwróciłem się, by położyć talerz na ziemi, zobaczyłem, jak siedzi koło mnie, machając ogonem w oczekiwaniu na mięsko. Jej czarniutka sierść lśniła jak zawsze. Wyczekujące zielone oczy ze zwężonymi w szparki źrenicami błyszczały, a wibrysy nastroszyła lekko do przodu. Położyłem przed nią talerz. Z zapałem dopadła do drobno rozdziabanego mięsa. Głaskałem ją, kiedy tak jadła z zapałem. Skupiona na mielonce odpowiedziała kilkoma niepewnymi mruknięciami. Co tu właściwie się stało? Ta myśl nie dawała mi spokoju. Dopiero po dłuższym czasie i nie bez trudu przekonałem samego siebie, że nie warto rozmyślać nad czymś, czego i tak sam nie pojmę. Wiem, co myślicie. Mały, nieco grubszy starszy facet mieszkający sam, mający kota jako jedyną miłość. Może brzmi to żałośnie. No dobra, z całą pewnością brzmi to bardzo żałośnie, ale czy czasem jeden taki gość nie rządzi całym pieprzonym krajem? Następnego dnia miałem w pracy spore problemy. Nie mogłem się skupić na najprostszych rzeczach. Zazwyczaj działam automatycznie, nie myśląc o tym, co robię. Ale teraz to wszystko było jak rozbrajanie bomby. Nie wiedziałem, co gdzie wpisać, co dodać, co odjąć. Miałem w mózgu kaszkę i zestresowałem się nielicho. Ktoś otworzył drzwi mojego pokoju. „Zbyniu, będziesz miał papiery pana Margockiego przed południem?” Marcin zapytał w progu. – „Co ci jest? Wszystko dobrze?” – dodał, widząc moją bladą twarz. Ja... Tak. Znaczy nie. Nie wiem. „Co jest? Ziadnąłeś sobie coś przed pracą i nie dałeś nawet znać? Nieładnie.”Nie, to nie to. Ja jakoś dziwnie się czuję. To do lekarza trzeba było iść, a nie do roboty. Byłem skuwany, zrobiło mi się słabo. Hej, Zbyszek! Marcin wytrącił mnie z kolejnego zamroczenia. Idź lepiej do domu i się prześpij – dodał z autentycznym zmartwieniem. Wiesz, chyba tak będę musiał. Kiedy tylko wyszedłem z budynku, moje zamroczenie minęło. Przypomniałem sobie, co mówił wczoraj ten łysielec. Chciał mnie pozbawić czegoś, w czym jestem dobry, a w mojej robocie byłem najlepszy. Lubiłem ją, a teraz zaczęła mnie przerażać. Kurwa. Wróciłem do domu i nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Jadźka przywitała mnie przy drzwiach, chcąc wymknąć się na klatkę schodową. Uniemożliwiłem jej ucieczkę i zamknąłem drzwi. Było mi gorąco. Postanowiłem, że przewietrzę mieszkanie. Z braku jakichkolwiek zadań wziąłem do ręki gazetę i usadowiłem się wygodnie w fotelu. Może jeden dzień wolnego nie jest taki zły. Przeglądałem krajowe nowinki i kompletnie skupiony na gazecie nie zauważyłem, jak Jadźka czai się na ptaka, który podleciał na nasz balkon. Przeklęty instynkt łowiecki nakazał mojej kici rzucić się na ptaszysko, ale skrzydlaty szczur był szybszy i odleciał z balkonowej poręczy. Jadźka zaś przeleciała nad nią i jak czarny futrzany kamień runęła w dół. Zerwałem się o wiele za późno. Wychyliłem się za poręcz. W dole zobaczyłem tylko nieruchomy punkt na betonowym placu. W starciu z dziewiątym piętrem Jadźka nie miała szans. Teraz z perspektywy czasu mogę rzec tylko jedno: pierdolony sierściuch. Przehandlowałem jedyną rzecz, w której byłem dobry i którą lubiłem za kota, który na własne życzenie zabił się już następnego dnia. Historia mojego życia. Próbowałem wrócić do pracy. A jakże! Niestety moje kompetencje zawodowe plasowały się mniej więcej jak u neurochirurga alkoholika. Na dodatek z Parkinsonem. Jakoś parę dni później w ręce wpadła mi wizytówka od łysego znachora. Stwierdziłem, że i tak nie mam nic do stracenia. No i w taki właśnie sposób znaleźliśmy się tutaj, spacerując w pięknym lipcowym słońcu. W okolicach Akademii Sztuk Pięknych nie wpadłem na nic godnego uwagi. Wydaje się, że z każdym dziesięcioleciem zasób talentów topnieje jak masło na patelni. Niby wciąż tyle samo, ale wszystko to takie ciekłe, rozlazłe i płytkie. Skłoniłbym się ku zadumie, czy to nie ja po prostu się starzeję, ale A – ja nie potrafię się starzeć i B – mam wbudowany miernik talentów, więc dane są potwierdzone i weryfikowane. Chodziłem tak jeszcze dłuższy czas, przeczesując różne grupki. Spotkałem tych, którzy muszą coś osiągnąć, bo ich rodzice odnieśli sukces. Takich, co zapisali się tu tylko, by poimprezować i zaliczyć jak najwięcej lasek lub gości. Było też kilku samotników, którzy mieli nadzieję, że znajdą tu bliźniacze dusze, ale przeważającą większość reprezentowało stowarzyszenie tych, którzy przyszli tu tylko po to, żeby po prostu skończyć jakąś uczelnię. Potem będą projektować loga lub plakaty korporacyjne, albo wezmą się za grę w jakichś pożałowania godnych paradokumentalnych gównach. A może po prostu utalentowane roczniki kończyły dziś zajęcia wcześniej? Wtedy coś złapałem. Słodki, waniliowy zapach dojrzewającego talentu. Miał aromat dobrze zapowiadającej się przyszłości. Podążyłem za nim do źródła. Za bramami uczelni stał przystanek autobusowy. Tam mógł być skryty talent. Z odległości nie wiedziałem, czy ktokolwiek znajduje się na przystanku, ale miałem dobre przeczucie. Podszedłem bliżej i oczom mym ukazała się nosicielka. Bez dwóch zdań to musiała być ona. Miała krótkie, nastroszone, kruczoczarne włosy, ustylizowane ni to na punka, ni tego hermafrodyty z Tokio Hotel. Pulchną, ale nie grubą twarz miała wypudrowaną niemal do bieli. Oczy pociągnięte czarnym tuszem i cieniem do powiek rozmazane były od łez. Wyglądała jak nieudolne naśladownictwo zespołu Kiss. Abstrahując od wyglądu mrocznej, skrzywdzonej pandy, talent woniał dookoła niej, szukając ujścia. Życzenie było niemal namacalne. Nie trzeba było tu osoby z moim doświadczeniem, żeby poznać, iż dziewczyna oddałaby wiele, by odgonić troski. Pytanie jak wiele? Podszedłem do niej i by nie tracić czasu, od razu zagadnąłem: cóż takiego się stało, młoda damo? Popatrzyła na mnie zaczerwienionymi oczyma. Z początku nieufnie. Potem, taksując moją ziemniaczaną budowę, odparła opryskliwie, jak tylko nastolatki to potrafią. Po prostu miałam nadzieję, że stare zboki mnie tu nie znajdą. Podciągnęła nosem. Najwyraźniej się myliłam. Taki ze mnie zbok jak z wykastrowanego szczeniaka. Roześmiałem się. Według mnie całkiem autentycznie. Śmiało powiedz, o co chodzi. Może będę w stanie ci pomóc. SorkiNie uzewnętrzniam się obcym. A może niesłusznie? Podałem jej chusteczkę. Nie mam zamiaru cię osądzać. Czasem lepiej wyrzucić coś z siebie, nim to zje cię od środka. Prędzej dam się temu zeżreć, wyrzygać i zeżreć jeszcze raz, niż opowiem o prywatnych sprawach nieznajomemu zbokowi. Co, znudziły się trudne sprawy w telewizji i postanowił pan teraz nękać ludzi na ulicach? Odczułem, że tylko zgrywa pozę wyszczekanej. Tak, jestem starym, beznadziejnym oblechem. Zrozumiałem. Nie musisz już wymyślać. Chcę tylko pogadać. Uwierz mi, że cokolwiek cię trapi, mogę ci pomóc. Usiadłem obok dziewczyny, jednak nie na tyle blisko, by czuła się skrępowana. Ee, nie, dzięki. Westchnąłem głęboko, odchyliłem głowę do tyłu i przymrużyłem oczy, wypuszczając nici jaśni. Posłuchaj, Martuniu. Nie lubię, jak tak do mnie... Zaraz. Skąd wiesz, jak mam na imię? Wiem dużo więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Marta Jaśmińska, 21 lat, studentka trzeciego roku. Boję się. Nie ma czego, zapewniam. Podoba mi się twój esej. Marginalizowanie emocji we współczesnych popkulturach. Zgadzam się niemal z każdym zdaniem. Dostaniesz za niego cztery mniej. Mam dość. Idę. Poczekaj jeszcze chwilę. Wyjrzyj w lewo na skrzyżowaniu. Widzisz te auta? One... Dlaczego się nie ruszają? Stworzyłem wokół nas małą pętlę czasową tak, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać i żebyś wiedziała, że nie żartuję mówiąc, że jestem w stanie pomóc. Dziewczyna przez pewien czas obserwowała zamrożony ruch uliczny w nadziei, że coś się poruszy. Ale jak pan to zrobił? Mam swoje sposoby. A teraz porozmawiajmy o tobie. Widzę, że coś cię trapi, dziecino. O co chodzi? Nic. Naprawdę. To taka głupota. Nic ważnego. Nic ważnego, powiadasz? A na moje widzi mi się, że to nie do końca tak, jak mówisz. Cierpisz i widać to na pierwszy rzut oka. Nachyliłem się i konfidencjonalnym szeptem dodałem: nawet nie musiałem wchodzić do twojej głowy. Dziewczyna obrzuciła mnie wystraszonym i niedowierzającym spojrzeniem. Może trochę przeholowałem. Spokojnie, zgrywam się, ale potrafię sporo. Jak zdążyłaś zapewne zauważyć. Problemy ze szkołą? Pokręciła głową. Z rodziną? To samo. Z chłopakiem? Nie zaprzeczyła, a rumieniec, jaki wykwitł na jej policzkach, musiał być iście czerwony, ponieważ udało mi się go zauważyć mimo kilogramów białego pudru. A więc miłość. Ach, ta niespokojna miłość. Ktoś cię zranił, zdradził czy po prostu nie zauważa twojego istnienia? To trzecie. Powiedziała cichutko. To nie będzie wymagało nawet dużego wysiłku. Jeśli uważasz, że to ten jedyny i pragniesz tego z całego serca, to sprawę możesz uważać za wygraną. Spojrzała na mnie szklistymi oczyma, które były tak rozmazane jak pociągnięcia pędzla w krzyku. Widziałem, że już przestaje się mnie bać. Teraz jej umysł zasnuła kotara możliwych do spełnienia marzeń, które są na wyciągnięcie ręki. Potrzebowałem tylko jednej szczypty, by doprawić w niej pewność. Musi wiedzieć, że nie nabijam ją w butelkę. Sięgnąłem do jej umysłu. Było bardzo kolorowe, o kształtach, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Ciekawe. Wbrew jej zewnętrznej aparycji w środku było bardzo miło. Chodzi o Pawła Brzykowskiego? Jej oczy zdawały się wystrzelić jak dwa dojrzałe pryszcze. Była we mnie wpatrzona sarnim wzrokiem z taką nadzieją, że zachciało mi się śmiać, ale powstrzymałem się, jak na profesjonalistę przystało. Skąd pan...? Oj, nie bądź taka zdziwiona. Mówiłem ci, że potrafię parę rzeczy. Mogę go dla ciebie zdobyć bez problemu. Uśmiech dziewczyny rozszerzył się od ucha do ucha. Ale ty będziesz musiała mi też coś dać. Ile? Moja droga, nie ubliżaj mi. Nie robię tego dla pieniędzy. Potrzebuję czegoś znacznie cenniejszego. Czego? Zapytała zniecierpliwiona. Powiedz mi, w czym jesteś dobra. Co sprawia ci radość? Ja nie wiem. Tylko nie to. Rzuciłem w myślach. Ja maluję. Lubię malować. Powiedziała nieśmiało. Alleluja! Mamy ją. No i właśnie tego będę od ciebie potrzebował. Czy byłabyś w stanie wymienić swój malarski talent w zamian za ukochanego? Myślę, że tak. Kocham się w nim od początku studiów. Dałabym wszystko, żeby z nim być. Daj mi chwilę. Muszę się skupić. Znaleźliśmy jego mieszkanie. Razem z mopędą stanęliśmy pod blokiem nowobogackiego osiedla.Dzięki Bogu niematerialny byt nie musi chodzić po schodach i włamywać się przez drzwi. Wypuszczając astrala podleciałem na trzecie piętro pod okno jego pokoju. Z początku myślałem, że chłopak dostał ataku epilepsji. Miał oczy wywrócone do góry, a całe ciało podrygiwało dziwnie. Zmartwiłem się, bo żeby dostać talent dziewczyny wypadało, aby jej miłość żyła. Wleciałem przez okno i w mig pojąłem, o co chodziło. Chłopak nie miał żadnego ataku. Był zdrowy w 100%. Po prostu zastałem go, jak turlał dropsa przed ekranem komputera. Bezwstydnik nawet nie zasłonił rolety. Moja radość niestety nie mogła trwać długo, bo zobaczyłem, do czego ten cieśla strugał kłodę. Wiecie, astral nie posiada żołądka jako takiego, ale pewne odczucia pozostają mimo braku fizycznych części ciała. Lekkie śniadanko, które wciągnąłem ledwo kilka godzin temu, zaciążyło, jakby odlane było z ołowiu. Na ekranie dwóch wielkich trabów odzianych w błyszczące lateksy robiło sobie nawzajem mało przyjemne rzeczy, przynajmniej według mojej miary przyjemności. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam tu zamiaru nikogo oceniać. Cholerna poprawność polityczna, ale znacznie komplikuje to moje zadanie. Jeżeli był to jednorazowy eksperyment pawełka, to problem może okazać się do przejścia. Ale jeśli takie zabawy należą do jego stałego menu, to nici z umowy. Z wielką niechęcią i obawą przed tym, co ujrzę, musiałem zapuścić żurawia do jego psyche. I tak jak myślałem, w środku było tylko więcej pejczy, nagich stylistów i chęć walki o równe nadtraktowanie. Gdzie ta dziewucha miała głowę? Niby potrafię poprzestawiać kilka styków w mózgownicy, ale przeprogramowanie czyjejś seksualności nigdy nie wychodzi. To tak jak z hipnozą. Możesz kogoś wprowadzić w trans, kazać mu robić z siebie durnia ku uciesze gawiedzi, ale zahipnotyzowana osoba nigdy nie zrobi czegoś, co jest sprzeczne z jej wartościami. I tu dochodzimy do transakcji. Nie mogę zaoferować życzenia, jeśli wiem, że w niedługim czasie przestanie działać, o ile w ogóle zadziała. To coś w rodzaju gwarancji. Mówcie, co chcecie, ale mój pracodawca jest całkiem uczciwy. Nie to co ten rysowany przez Kościół Szatan i jego kontrakty, które zawierają więcej kruczków niż kredyt hipoteczny. Z ulgą wróciłem do swojego miłego, kwadratowego ciała. Otworzyłem oczy i z głębokim westchnieniem zwróciłem się do gotyckiej pandy: „Jednak trochę przeceniłem swoje umiejętności.” „Czyli że co?” — zapytała zbita z tropu. „Nie uda mi się aż tak namącić mu w głowie.” Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, jak źle mogła to odebrać. „Ale to nie twoja wina” — dodałem pospiesznie. „Tu chodzi o niego. On ma nieco inne gusta.” „Czyli nawet magia nie sprawi, że będzie mnie chciał?” — zapytała skruszona. „Nie o to chodzi. On gra dla innej drużyny.” „Co?” „Jest fanem czerwonego Power Rangera. Lubi opiekać kiełbaski. Na miłość boską, on jest gejem.” „Gejem?” — nie dowierzała. „I to takim mocniejszym. W stylu błękitnej ostrygi.” „Hę?” „Lepiej będzie, jak sama zobaczysz.” Położyłem dłoń na ramieniu mrocznej pandy i wyciągnąłem jej jaźń na zewnątrz. Dziewucha miała prawdziwe problemy z samoakceptacją. Jej projekcja prezentowała drobniutką, długowłosą dziewczynkę o promienistym uśmiechu. Takie zaprzeczanie samej sobie doprowadzi ją do głębokich problemów psychicznych. Biedactwo. Zrobiło mi się jej żal. Powędrowaliśmy do mieszkania, które odwiedziłem wcześniej. Dziewczynka potwierdziła, że chodzi o tego konkretnego chłopaka, a jej aura zaróżowiła się, rozsyłając zapach polnych kwiatów. Zakochała się nie na żarty. „Przygotuj się na to, co zaraz zobaczysz” — ostrzegłem. Stworzyłem pętlę podobną do tej na przystanku, by móc trochę pomanipulować linią czasu. Jak na przewijanej kasecie wideo, jeśli ktoś jeszcze wie, co to takiego, zobaczyliśmy Pawła cofającego się do pokoju, zasiadającego przed pecetem i z portkami przy kostkach. Reszty opisu wam oszczędzę. Projekcja dziewczyny przybrała szaro-zielony kolor. Odczułem zapach miesięcznej kanapki wyciąganej z plecaka upchniętego na dnie szafy. Cofnąłem nas do świata fizycznego, pamiętając o zniszczeniu pętli w mieszkaniu Pawła. Musiałem zrobić jeszcze jedną rzecz, zanim pozwoliłem wrócić dziewczynie do siebie. Ustawiłem astrala przed jej własnym ciałem. „Widzisz to?” — zapytałem. Dziewczynka skinęła niechętnie, niemal z obrzydzeniem. „Nie musisz się jej bać. Ona nie zrobi ci krzywdy.” Spojrzała nieufnie na bezwładne, czarno-białe ciało. „Powiedzieć ci tajemnicę?” — zagadnąłem szeptem, nachylając się do ucha małej projekcji. Ta powoli skinęła głową. „Ona boi się ciebie bardziej niż ty jej. Dlatego wygląda tak smutno. Daję głowę, że jak ją przytulisz, to obie poczujecie się lepiej i się polubicie. Śmiało.”Spróbuj. Obiecuję, że nic ci się nie stanie. Delikatnie popchnąłem astral w stronę ciała. Z początku stawiała drobne, zachowawcze kroczki, ale w końcu rozwarła ramiona i przytuliła swój fizyczny odpowiednik. Dałem im chwilę i scaliłem ducha z ciałem. Wskoczyłem w swój biologiczny kwadrat i zobaczyłem, jak Panda wraca do świadomości. Moja ingerencja w jej samoakceptację na pewno nie zażegnała problemu, ale mogła stać się niezłym punktem zapalnym. Miejmy nadzieję. Zarzuciłem na nią kotarę niepamięci, wymazałem fascynację tyczącą geja sadomaso i zdjąłem pętlę. Dojrzałem nikły uśmiech, kiedy się wybudzała. Był ciepły, w odróżnieniu od jej lodowatej kreacji. Wstałem z ławki i ruszyłem w swoją stronę. Kilkanaście minut później coś mnie uderzyło z mocą ojcowskiego pasa. Straciłem ten talent, ale może nie wszystko jeszcze przepadło. Wróciłem na Podgórną i stanąłem przed klatką Pawła. Przymknąłem oczy, wypuszczając nić. Tak jak mi się zdawało, talent nie był może tak wielki jak w przypadku dziewczyny, ale na dobrą fuchę się nadawał. Śpiew. Któż by się spodziewał? Obawiałem się, i to nie licho, ale bądź co bądź musiałem zbadać jego pragnienie. Moje obawy były słuszne. Wzdrygnąłem się, wracając do ciała, a przez cały sześcian mojej inkubatory przeszły drgawki. Mimo wszystko nacisnąłem siódemkę na domofonie. Będąc w umyśle chłopaka rzuciło mi się wspomnienie z castingu do nowej wersji „Idola”. Ułatwiłem sobie robotę, mówiąc, że jestem posadowym wysłannikiem i chcę omówić warunki dalszych etapów. Nie minęła sekunda, a brzęczenie otworzyło mi drogę na klatkę schodową. Ten podstępek pozwolił mi upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze zyskałem żywe zainteresowanie. Po drugie ułatwiłem mu identyfikację swojego talentu. Prostą iluzją zmieniłem nieco moją aparycję. Chciałem wpasować się w jego gust. „Nie rozumiem, o czym pan mówi” – powiedział po chwili, gdy przeszedłem z pustej gadaniny do interesów. „No wiesz, tak jak Faust, Ghost Rider i takie tam. Tylko bez walenia w rogi przy wykonywaniu umowy.” „I mam uwierzyć, że – otaksował mnie wzrokiem – pan jest wysłannikiem jakiejś dziwnej siły, która spełni moje najskrytsze życzenia? Ha, ha, ha, ha, ha.” – Parsknął śmiechem. – „Na pana już chyba pora. Szpitalowi nie zgadza się spis pacjentów.” – Wstał, wskazując dłonią drzwi. Nie chciałem tego robić. Naprawdę nie chciałem, ale nie miałem innego wyjścia. „Siadaj na tej ciasnej dupce, mała kurewko albo sprawię, że tatusiowe klapsy będziesz wspominał jak delikatną bryzę.” Jeszcze obleśny uśmiech. Musiałem się do tego zmusić, choć czułem obrzydzenie do samego siebie. Chłopak pokraśniał na twarzy i powoli, posłusznie usiadł na miejsce, demonstrując swoją uległość. „Musisz wiedzieć, że znam wszystkie twoje sekrety. Wiem, o czym myślisz.” Przeszły mnie ciarki, bo naprawdę wiedziałem, co ślizgało mu się po głowie. „I mogę zaaranżować wiele rzeczy. W zamian chcę tylko jednego – twojego talentu.” „Mam jedno marzenie.” „Chcesz przeżyć wielką przygodę, poczuć, że żyjesz, ale nie w, powiedzmy, tradycyjnym stylu.” Skinął głową. „Zapewniam, że mogę załatwić ci przygodę twojego życia. otrzesz się o śmierć i zweryfikujesz życie na nowo.” Nachyliłem się nad chłopakiem. „Będzie bolało. Będzie bardzo bolało.” Ujrzałem, jak jego czoło perli się od zimnego potu. „Im wystarczy, że przestanę śpiewać?” – zapytał, a szpiczasta chrząstka krtani wędrowała mu to w górę, to w dół. Bingo! Mamy zwycięzcę. Teraz tylko finalizujemy transakcję i mam spokój na resztę dnia. „Tylko tyle” – przyznałem. „Okej, co teraz?” Wyciągnąłem umowę. Był to kawałek białego płótna. Rozwinąłem go na stole, wygładziłem i po chwili na materiale wyłoniły się wybrzuszenia, ukazując treść umowy. Wcale nie było takiej konieczności, ale trochę dramaturgii jeszcze nikomu nie zaszkodziło, choć w tym przypadku akurat mogło zaszkodzić. Ale miał to na własne życzenie. „Nie musisz się spieszyć z podpisywaniem. Przeczytaj uważnie.” „Mam tylko jedną prośbę” – powiedział nieśmiale. – „Chciałbym w miarę możliwości zachować anonimowość.” „Nie ma najmniejszego problemu. Mogę przerobić twój wygląd. Zrobimy z ciebie jakiegoś Amerykańca, powiedzmy 36-letniego przeciętnego bruneta. Dostaniesz nową tożsamość.” Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni i wyciągnąłem kopertę z brązowego papieru. W środku zmaterializowałem dokumenty na fałszywe nazwisko. Paweł otworzył kopertę i sprawdził dowód osobisty. „Jestem z Florydy. Nieźle. Kim Gorton? Czy to nie jest damskie imię?”A jaką to robi różnicę? To sztuczna tożsamość. Wzruszyłem ramionami. Jednak mogłeś zrobić mnie trochę ładniejszego – powiedział, patrząc krytycznie na zdjęcie z dokumentu. Mamy umowę czy nie? Urwałem dywagacje, chcąc się wynieść jak najprędzej. Tak, tak. To co mam teraz zrobić? Naciąć żyłę, dać sobie wypalić jakieś piętno na przedramieniu czy co? Wystarczy odcisk kciuka pod dzisiejszą datą. Wskazałem miejsce na umowie. Chłopak przycisnął palec we wskazanym miejscu i z fascynacją patrzył, jaki ślad zostawił na teksturze materiału. Nieźle. Taa. Teraz trochę więcej o twojej przygodzie. Przeniesiemy cię na Florydę, jak już się możesz spodziewać. Na miejscu spotkasz się z niejakim Garfieldem Morganem. Garth jest starym złodziejaszkiem i planuje swój ostatni wielki skok na pewną posiadłość. Pomożesz mu. I to wszystko? Mam się włamać do czyjegoś domu ze starszym gościem? Wejście będzie pestką. Zobaczysz, czy tak łatwo uda ci się stamtąd uciec. Błysk w oku. Powiem tylko jedno – nie budź starego wilka. Nie rozumiem. O, zrozumiesz. Włamujecie się do rezydencji Harry'ego Harringtona. Gość w pewnych kręgach ma ksywkę The Wolfman. Pozwoliłem sobie na parszywy uśmiech, tym razem nie bez przyjemności. Okej, zobaczymy co z tego będzie – rzekł nie do końca przekonany. A kiedy mam przestać śpiewać? Czy będę mógł chociaż nucić pod prysznicem? – rzucił, siląc się na nonszalancję. Spróbuj. O radości, iskro Boga w kwiecie... Nie dokończył pierwszego wersu, słysząc, jak mija się z dźwiękami. Spróbował jeszcze raz i drugi. Złapał się za gardło i rozkaszlał. Zaszklone oczy wyrażały głębokie zdziwienie. Rozłożyłem ręce w geście bezradności. Ja, ja nie mogę śpiewać. Oj, jeszcze będziesz śpiewał. Uwierz mi, będziesz śpiewał bardzo cieniutko. Posłowie. Wydaje mi się, że to opowiadanie zasługuje na małe „co autor miał na myśli”. Otóż całość, jak zapewne się domyślacie, jest totalną fikcją literacką. Jednak w kwestii życzenia Pawełka było ono zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Aby uzmysłowić sobie ogrom przygody, jaką na Florydzie przeżył nasz bohater, sugeruję wygooglować „złodziej Kim Gordon”. Zdjęcie da wam obraz prawdziwego Wolfmana, a wzrok włamywacza odpowie na pytanie, dlaczego nie warto budzić śpiącego wilka. Post scriptum. Uważajcie z marzeniami. Serio. Cóż, proszę państwa, to było ostatnie wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji w marcu. Nieustająco zapraszam na kolejne wydania. Za tydzień będzie następne. Pięknie państwu dziękuję za dzisiaj. Życzę dobrej nocy, fajnego weekendu i do usłyszenia. Wszystkiego dobrego.
[03:36:44] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a w audycji jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.