Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, nie ulega wątpliwości, że na pewnym etapie ewolucji w życiu gatunku zwanego homo sapiens pojawiły się książki, a troszeczkę później filmy. Jednym z etapów tego kroku w naszych dziejach jest słuchanie audycji literacko-filmowych, takich jak na przykład AWF – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:54] - Dzień dobry wieczór państwu. Jakby to państwu powiedzieć? Za tydzień w Poznaniu ruszają Poznańskie Targi Książki. Myślę, że wszystkie osoby zainteresowane powinny się w tym miejscu znaleźć, jeśli nie fizycznie, to przynajmniej duchowo. A muszę państwu powiedzieć, że ta impreza poznańska, która wystartowała zaledwie kilka lat temu, to jest impreza, która z roku na rok powiększa się i staje się coraz bardziej ciekawa. Ja oczywiście będę na tej imprezie w sobotę i zdam państwu później relację, jak było, ale już się cieszę, bo tam naprawdę trochę to jest bolesne dla portfela, ale intelektualnie człowiek się nakręca po prostu, bo i tak nie jest w stanie kupić tych wszystkich książek, które widzi i które chciałby przeczytać. Ale przynajmniej może wynotować, co by tam na przyszłość należało gdzieś odłożyć albo gdzieś tam zdobyć. To ja w każdym razie żyję tym wydarzeniem, które przypomnę, rusza w przyszły piątek i potrwa do niedzieli. A teraz już tradycyjnie zapraszam na polecanki książkowe. Pierwsza z nich nosi tytuł „Tajemnice istnienia”.
Autorem jest Jacek Wietecki. Dom wydawniczy Rebis sprawił, że ta książka pojawia się na rynku, a książka na rynku od 10 marca. W ogóle wszystkie książki, o których dzisiaj będę mówił, tego 10 marca pojawią się na rynku. „Tajemnica istnienia” to jest eklektyczny zbiór opowieści. Jego bohaterem jest Dyzio. Może to nie jest najlepsze imię dla bohatera, chociaż po lekturze tej książki dochodzę do wniosku, że bohater mógłby się nazywać dowolnie. To i tak byłby interesujący zbiór opowieści. Tak, zbiór opowieści, bo Dyzio jest bohaterem miniopowieści. Zerknijmy zatem, co znajdziemy w zbiorze, o którym mowa. „Matka” – tytuł opowiadania.
Ale matka, która jest bohaterką, obsesyjnie śledzi kochanka swego zmarłego syna. Do śmierci doprowadziło zażycie śmiertelnej dawki jej środków nasennych. A jednak okoliczności śmierci są niejasne. Opowiadanie „Magik”. Ten tytułowy Magik to nowy uczeń szkoły podstawowej, który stara się zyskać akceptację rówieśników za pomocą magicznych sztuczek. Gdy spotyka się z brutalną przemocą otoczenia, ucieka się do niezwykłej formy zemsty. Jest też opowiadanie „Nieciekawa historia”. W obliczu obojętności wszechświata niespełniony artysta podejmuje desperackie próby nawiązania relacji z drugą osobą. Nawiązania tych relacji poprzez zabójstwo, a właściwie samobójstwo z jej ręki. Osobne miejsce zajmują w zbiorze trzy antybaśnie.
Każda z nich przenicowuje i reinterpretuje znane z tradycyjnych baśni motywy, w których dobro ostatecznie triumfuje nad złem. Szlachetni zostają wynagrodzeni, a niegodziwi ukarani. Przypomnę, ten tom nosi tytuł „Tajemnice istnienia”. Autorem jest Jacek Wietecki, wydawcą Dom Wydawniczy Rebis. Data premiery 10 marca. Tegoż 10 marca pojawi się na rynku inny tytuł. „Noc trzydziesta”. Autorka? Tej autorki nie trzeba przedstawiać. Katarzyna Puzyńska, wydawca Prószyński Media.
W deszczowy jesienny poranek w stawie rybnym w okolicach Zalesia odkryte zostaje ciało topielca. Wydaje się, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. Wkrótce jednak wychodzi na jaw, że tydzień wcześniej na pobliskim leśnym parkingu komisarz Iwo Wilkowski odkrył brutalnie okaleczone zwłoki dwójki młodych ludzi. Obrażenia pasują do tych zadawanych wcześniej przez seryjnego mordercę zwanego Amorem. Tyle tylko, że potwornego zabójcę zakochanych zatrzymano 30 lat wcześniej. Czyżby pojawił się naśladowca? A może w latach 90. popełniono błąd i prawdziwy sprawca jest jednak na wolności? Dzięki dziennikarce śledczej Oliwii Bacewicz podkomisarz Michalina Murawska szybko odkrywa, że przerażające wydarzenia z przeszłości mają związek z jej rodziną, a koleżanka, której zaczęła ufać, tak naprawdę zatrudniła się w piaseczyńskiej jednostce po to, by ją Aresztować. Jednak wymykająca się wszelkim schematom podkomisarz Kaja Dalke ukrywa w zanadrzu jeszcze więcej.
Oliwia Bacewicz także nie wyjawiła całej prawdy. Prokurator Grzegorz Hala bardzo chciałby pomóc przyjaciółce rozwikłać zagadkę Amora, lecz on również ma problemy. Tajemnicza przesyłka, którą odkrył w bagażniku swojego Mercedesa, zdaje się pochodzić od grupy przestępczej, którą obecnie rozpracowuje. Czy czwórka śledczych zdąży rozwikłać zagadkę, nim Amor zaatakuje po raz kolejny? A może ten seryjny nigdy nie istniał? „Noc trzydziesta” to kontynuacja bestsellera „Nic takiego”. To seria łącząca elementy thrillera, klasycznego kryminału i powieści z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Przypomnę Katarzyna Puzyńska, „Noc trzydziesta”. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery oczywiście 10 dzień marca.
No i trzecia propozycja na dzisiaj. „Na krwawych skrzydłach”. Autorka Briar Boleyn, Wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery 10 marca. W Akademii Krwawych Skrzydeł krew to potęga, a miłość to niebezpieczna gra. Na nic takiego się nie pisałam. Nazywam się Medra Pendrago, ostatnia z Jeźdźców Smoków, a przynajmniej tak mówią. Zabawne jest to, że nie ma już żadnych smoków. Ani jednego. Nie powstrzymało to wampirów przed uznaniem, że warto mnie schwytać.
Teraz utknęłam w Akademii Krwawych Skrzydeł, w której rządzą wysoko urodzone wampiry, a tacy jak ja, skażeni, jesteśmy dla nich tylko źródłem krwi i pionkami w grze. Ale nawet to nie jest najgorsze, bo oto pojawia się Blake Dark Harrow. Zimny, arogancki i wręcz nieprzyzwoicie przystojny. Dręczy mnie od momentu, gdy się poznaliśmy, a w dodatku zaręczono nas zgodnie z jakimś starożytnym rytuałem. Krwawe Skrzydła to nie tylko szkoła, to pole bitwy. Wysoko urodzeni walczą o władzę. A jeśli jesteś słaby, giniesz. Przypomnę „Na krwawych skrzydłach”, Briar Boleyn, Wydawnictwo Zysk i Spółka. Książka na rynku oczywiście od 10 marca. Proszę państwa, zgodnie z rozkładem jazdy czas na korepetycje filozoficzne.
A dzisiaj w ramach korepetycji filozoficznych porozmawiamy o Jean-Baptiste Vico. Filozofie, który odkrył, że... Wiem, że to na razie zabrzmi dziwnie, ale on odkrył taką oczywistą oczywistość. On odkrył, że historię tworzą ludzie, a szczegóły za chwilę. Wyobraźmy sobie Neapol. Neapol na przełomie XVII i XVIII wieku. Miasto hałaśliwe, pełne kontrastów. Z jednej strony barokowe pałace i uczone dysputy, z drugiej tłumy kupców, marynarzy, rzemieślników. Właśnie tutaj w 1668 roku urodził się człowiek, który próbował zrozumieć nie tylko świat przyrody, lecz także coś znacznie bardziej skomplikowanego — historię ludzkiej cywilizacji. Nazywał się Jean Baptista Vico.
W czasach, gdy wielu filozofów zachwycało się sukcesami matematyki i fizyki, które inspirował René Descartes i rozwijał Isaac Newton, Vico postanowił zadać inne pytanie. Zastanawiał się nie tylko nad tym, jak działa natura, ale przede wszystkim nad tym, jak powstaje świat ludzki. Świat języka, prawa, religii, mitów oraz państwa. Bo przecież istnieją dwie rzeczywistości. Jedna to przyroda, góry, gwiazdy, planety, prawa fizyki. Druga to świat ludzkich instytucji, a więc miasta, religie, prawa, opowieści o bogach. Vico zauważył coś niezwykle prostego, a jednocześnie przełomowego. Te dwie rzeczywistości poznajemy w zupełnie inny sposób. Przyrodę możemy obserwować, mierzyć i opisywać, ale jej nie stworzyliśmy. Natomiast historię, język i kulturę tworzymy my sami.
I właśnie dlatego, twierdził Vico, możemy je naprawdę zrozumieć. Ta intuicja została przez niego wyrażona w krótkiej łacińskiej formule verum factum. Można ją przetłumaczyć bardzo prosto. Prawdziwe jest to, co zostało uczynione. Innymi słowy, człowiek najlepiej rozumie to, co sam stworzył. To zdanie może brzmieć skromnie, ale w rzeczywistości było prawdziwą rewolucją. Oznaczało bowiem, że historia i kultura nie są jakimś chaotycznym zbiorem wydarzeń. Są pewną strukturą, którą można badać tak samo poważnie jak naturę. Najważniejsze dzieło Vico nosi tytuł „Scienza nuova”, czyli nowa nauka. Nie jest to jednak podręcznik w dzisiejszym sensie.
To raczej niezwykła próba zbudowania nauki o cywilizacji. Vico próbował odpowiedzieć na pytanie, czy dzieje ludzkich społeczeństw mają jakiś ukryty porządek. Jego odpowiedź była zaskakująca. Twierdził, że cywilizacje przechodzą przez powtarzające się etapy rozwoju. Najpierw pojawia się epoka bogów. Czas, gdy ludzie tłumaczą świat poprzez mitologię i religię. Natura wydaje się pełna tajemniczych mocy, a piorun czy burza mogą być głosem boskiej woli. Potem przychodzi epoka bohaterów. Świat arystokracji, legend i wielkich postaci. To czas epickich opowieści, takich jak historie o Achillesie czy Heraklesie.
Wreszcie nadchodzi epoka ludzi. Moment, w którym społeczeństwo zaczyna organizować się racjonalnie. Powstają prawa, powstają instytucje, powstają państwa, czasami republiki. Ale historia nie kończy się na tym etapie. Vico uważał, że nadmierna racjonalizacja życia społecznego prowadzi w końcu do kryzysu. Społeczeństwa stają się zbyt indywidualistyczne, zbyt sceptyczne wobec tradycji. I wtedy cykl może zacząć się od nowa. Czy państwu nie przypomina ten cykl czegoś, co bardzo dobrze znacie? Wystarczy dobrze się rozejrzeć. A wszystko to brzmi trochę jak teoria cykli cywilizacyjnych, które później będą proponować inni myśliciele: od historyków kultury po filozofów historii.
Jednym z najbardziej fascynujących elementów myśli Vico było jego podejście do mitologii. Dla wielu uczonych jego epoki mity były po prostu zabawnymi bajkami. Bajkami starożytnych ludów. Vico spojrzał na nie zupełnie inaczej. Uznał, że mity są językiem wczesnej ludzkości. Kiedy ludzie nie mieli jeszcze abstrakcyjnych pojęć, wyrażali swoje doświadczenia poprzez obrazy i opowieści. Bogowie byli więc nie tylko religijnymi postaciami. Byli symbolicznym sposobem opisywania świata. W tym sensie mitologia była dla Vico czymś w rodzaju poetyckiej filozofii pierwszych społeczeństw. Dziś ta intuicja wydaje się niezwykle nowoczesna.
Współczesna antropologia, historia religii czy badania nad kulturą często traktują mity właśnie jako formę symbolicznego myślenia, a nie tylko jako prostą fantazję. Vico był więc jednym z pierwszych filozofów, którzy próbowali zrozumieć kulturę niejako od środka, jako twór ludzkiej wyobraźni i wspólnego doświadczenia. Co ciekawe, przez długi czas jego idee pozostawały niemal niezauważone. Jego styl był trudny, pełen dygresji i erudycyjnych odniesień, a właściwie popisów. Dopiero w XIX i XX wieku zaczęto dostrzegać, jak bardzo Vico wyprzedzał swoją epokę. Wielu badaczy uważa dziś, że Vico był jednym z prekursorów filozofii historii, hermeneutyki oraz nauki o kulturze. Można powiedzieć, że jego myśl zapowiadała pytania, które dopiero później staną się centralne. A więc jak powstają społeczeństwa? Jak rodzi się język? Jak rodzi się kultura?
Jak przechowuje pamięć zbiorową? Ale w myśli Vico jest jeszcze jedna ważna intuicja. Jeśli ludzie tworzą świat społeczny, prawa, instytucje, opowieści, to znaczy, że historia nie jest czymś całkowicie obcym człowiekowi. Jest raczej ogromnym dziełem zbiorowej wyobraźni i działania. To trochę tak, jakby ludzkość od tysięcy lat pisała wspólną księgę. Ona jest pełna konfliktów, pomyłek i odkryć. Tak, Vico próbował tę księgę czytać nie jako kronikę wydarzeń, lecz jako strukturę sensów. Dlatego jego filozofia pozostaje dzisiaj zaskakująco aktualna. W epoce, w której nauka potrafi opisać czarne dziury i cząsteczki elementarne, wciąż stajemy przed pytaniem, które fascynowało Vico. Dlaczego ludzie tworzą takie, a nie inne światy społeczne?
Dlaczego jedne cywilizacje budują republiki, a inne imperia, a jeszcze inne budują skomplikowane systemy religijne? I czy pod tą ogromną różnorodnością nie kryje się jakiś głębszy rytm historii? Vico wierzył, że taki rytm istnieje, choć nie jest on prostym mechanizmem. Historia, jego zdaniem, przypomina raczej wielką opowieść, w której rozum i wyobraźnia splatają się ze sobą. Ludzie budują instytucje, tworzą mity, ustanawiają prawa, a potem sami próbują zrozumieć to, co wcześniej stworzyli. I może właśnie dlatego myśl Vico wciąż inspiruje, bo przypomina, że świat społeczny nie jest tylko zbiorem faktów. Jest także dziełem ludzkiej wyobraźni. A jeśli tak, to poznając historię, w pewnym sensie poznajemy również samych siebie. Tak, proszę państwa, Vico to rzeczywiście postać niezwykła. Postać, którą poznałem, zanim jeszcze zająłem się filozofią na poważnie.
Poznałem przez przypadek w liceum. Trafiła w moje ręce taka niepozorna książeczka. Nie pamiętam już, jak ta seria się nazywała, ale prezentowano w niej właśnie filozofów, w ogóle myślicieli z różnych epok razem z fragmentami ich dzieł. Zacząłem czytać i to było dziwne. Nie rozumiałem wtedy jeszcze wszystkiego, ale było na tyle wciągające, szczególnie omówienie tej myśli, że zapamiętałem. Zapamiętałem i kiedy później, tak jak już wspomniałem, zająłem się filozofią nieco poważniej, to wróciłem do Vico i to naprawdę jest filozof godny uwagi, przynajmniej dla tych, którzy interesują się życiem społecznym, kulturą, tym wszystkim, co nas otacza w codziennym życiu. Proszę państwa, dosyć filozofii, czas na odrobinę literatury. Zapraszam na opowiadanie Przemysława Cichonia „Home sweet home, czyli nie ma to jak w Świnioryjach”. To opowiadanie czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”. Zapraszam.
[19:14] - Przemysław Cichoń, „Home sweet home, czyli nie ma to jak w Świnioryjach”. Część druga: remont, czyli będą kłopoty. Brama była otwarta, jednak nikt nie witał nowego gospodarza. Zaparkował przed domem, wysiadł i poszedł zamknąć bramę. Wracając, spostrzegł za płotem przysadzistego mężczyznę w kufajce i czapce uszatce. Mężczyzna wyraźnie go obserwował i wcale się z tym nie krył. Ryszard postanowił się przywitać. „Dzień dobry, jestem nowym właścicielem.” Miał zamiar się przedstawić, ale dryblas mu przerwał. „Wiem. Graty masz w środku, a klucz mam ja.
Walendziak już dawno na Wyspach, a ten Cyrkowski czy jak mu tam, to cwaniak. Zgarnął prowizję i ma cię w dupie.” „Jak to w...?!” Skontudował się Ryszard. „A no tak, przyjechał tu i wręczył mi klucz. Powiedział, że we czwartek przywiozą graty i mam im otworzyć. Potem się zwinął i tyle go widziałem. W każdym razie gadał, że postawisz flaszkę za przysługę.” Ryszard podszedł bliżej ogrodzenia i wyciągnął dłoń w geście powitania. Tamten uścisnął ją tak mocno, że Ryszardowi ugięły się kolana. „Dziękuję, panie...”. Czekał, aż sąsiad się przedstawi. Zamiast tego facet, trzymając wciąż jego dłoń, przyciągnął do ogrodzenia i scenicznym szeptem spytał: „A flaszkę masz?” Po czym puścił prawie zmiażdżoną dłoń Ryszarda i głośno się roześmiał.
„Żartowałem. Jestem Mundek. Mundek Waśka, od dzisiaj twój sąsiad, a flaszkę postawisz, jak się rozpakujesz. Gdybyś potrzebował pomocy, to wal jak w dym.” Ryszard wypuścił z ulgą powietrze, które już zaczęło go uwierać w płuca. „Dziękuję panie Waśka.” „Jaki panie? Tu nie ma żadnych panów, sami chłopi.” Ponownie się roześmiał. „Mundek jestem i nie waż się Rysiek mówić do mnie panie.” Starał się sobie przypomnieć, czy może już się przedstawiał, ale jak widać treści na wsi rozchodzą się szybko. Już chyba wszyscy wiedzieli, że w domu Walendziaków zamieszka miastowy. No cóż, w jego bloku mieszkało ze 150 rodzin, a on znał zaledwie kilku sąsiadów. Tu widocznie jest inaczej.
Może to i dobrze. Na pewno będzie miał okazję się o tym przekonać. Pootwierał wszystkie okna. Pomimo chłodu na zewnątrz postanowił tu dobrze wywietrzyć. Ściany należy odmalować, tak samo drzwi i to szybko. Pod szopą zostało trochę drewna do pieca. Trzeba będzie zrobić kominek i jakieś ogrzewanie. Piec się rozbierze. No i kuchnia. Meble, płyta indukcyjna i piekarnik.
Zmywarkę sobie odpuści, ale pralka, lodówka, mikrofalówka. Reset. Nowy start, nowe życie, nowe graty. Przecież o to mu właśnie chodziło. Trzeciego dnia o poranku zajechał na podwórko samochód firmy budowlanej z Olsztyna. Troje młodych ludzi pełnych zapału i energii. „Dzień dobry. My w sprawie remontu. Pan jest właścicielem?” Brodaty młodzieniec zwrócił się do Ryszarda. „Tak, to ja do pana dzwoniłem.
Pozwoli pan za mną, pokażę zakres robót. Tak jak mówiłem, zależy mi na czasie. Rozumie pan? Zima idzie.” „Nie ma sprawy, zrobi się” – przytaknął szef ekipy. „Będzie pan zadowolony.” Jeszcze tego samego dnia zaczął się remont. Okazało się, że samo malowanie nie wystarczy. Jak powiedział Jarek, szef specgrupy: „Tynki są w katastrofalnym stanie. Trzeba zbić i położyć gips karton.” A potem dodał: „Nie wiem co z sufitami, ale pewnie trzeba będzie podwiesić nowe, bo stare tylko patrzeć jak polecą.” Zakres robót zaczął się poszerzać. Ryszard zamieszkał na jakiś czas u Waśki. Gertruda widząc co się dzieje zaproponowała mu pokój na poddaszu.
Poznał też najlepszego kumpla Waśki, Waldka Paciaję. Ciekawy człowiek. Waśka opowiadał o nim niestworzone rzeczy. I choć Rysiek traktował te opowieści z przymrużeniem oka, to Waśka za każdym razem zarzekał się, że to szczera prawda. Czas leciał, a remont posuwał się w żółwim tempie. Okazało się, że trzeba wymienić rury. No i elektryka też jest w fatalnym stanie. A jak już wymienia się rury, to można by szambo zlikwidować i zrobić przydomową oczyszczalnię. Tak przynajmniej radzili hydraulicy. W pewnym momencie Rysiek zaczął się zastanawiać, czy nie lepiej by było wybudować nowy dom, niż remontować tę ruderę.
Nie chodziło o koszty. Tym się zbytnio nie przejmował, ale o czas. Zaczęły się przymrozki. Gertruda zapewniała, że może u nich przezimować. Rysiek oczywiście płacił jej czynsz za pokój, ale mimo wszystko głupio mu było tak siedzieć komuś na głowie. I wtedy właśnie nastąpiła katastrofa. „Panie Ryszardzie, z tym domem jest coś nie tak” — oznajmił Jarek z samego rana, kiedy tylko wjechał na posesję. — „Chłopaki twierdzą, że albo ktoś sobie jaja robi, albo w tym domu straszy”. „No co pan, panie Jarku? Chyba nie mówi pan poważnie” — nie dowierzał własnym uszom Rysiek.
„Nie żartuję. Zdzichu powiedział, że jak jeszcze raz ktoś mu narzędzia pochowa, to nogi z dupy powyrywa. A Heniek ma nerwy, bo ktoś mu wlazł na świeże kafelki i musi od nowa układać. A przedwczoraj nie wiadomo kto porozkręcał hydraulikom rurki”. „Nie słyszałem. Skąd pan o tym wie, panie Jarku? Hydraulicy mi nic nie mówili”. „Ponoć poskręcali na gotowo i napełnili na próbę. Rano było porozkręcane. Nie chcieli nic mówić, bo podejrzewają, że to pan im na złość z jakiegoś powodu robi”.
„No nie, to niedorzeczne. Kto mógł to zrobić? Przecież tu w okolicy nie ma dzieci, a staremu by się przecież nie chciało takich kawałów robić. Może coś zmyślają”. „Nie wiem, panie Ryszardzie, ale moje chłopaki nie kłamią. Jak mówią, że to sabotaż, to ja im wierzę. Zresztą te kafelki sam widziałem, jakby ktoś specjalnie na każdym stopą stanął, żeby zepsuć”. „To niemożliwe. Zresztą dziś w nocy sam będę pilnował. Zaręczam, że nic się nie stanie.
Proszę się nie martwić i proszę pogadać z chłopakami. Obiecuję, że to się nie powtórzy”. „Dobra, pogadam, ale są wkurzeni, jak nie wiem”. W tym momencie zza budynku wyszedł Zdzichu. „Szefie” — zwrócił się do Jarka. — „Ja pierniczę taką robotę”. „Co się znowu stało?” „Miałem jeszcze cztery worki zaprawy. Jakaś menda wszystkie rozrobiła w tym dużym kalfasie. Teraz to skała i kalfas chyba też do wyrzucenia. Mam tego dosyć”.
„Jak to?” — z niedowierzaniem spytał Rysiek. „A tak to. Chodź pan, zobacz”. Rysiek ruszył za budowlańcem. W sieni faktycznie stał kalfas pełny po brzegi skamieniałej zaprawy. Nie było żadnych śladów, nawet odrobiny rozsypanej zaprawy ani kropli rozlanej wody. Zupełnie jakby ktoś rozrobił to gdzie indziej i przyniósł tutaj napełniony kalfas. Ale to niemożliwe, bo to cztery worki zaprawy. Cztery worki po 25 kilo. Trzeba by było przynajmniej dwóch tęgich chłopów, żeby to zrobić.
„Szefie, gdzie do cholery są moje narzędzia? Wczoraj zostawiłem je umyte przy kranie w tej nowej łazience” — awanturował się już z daleka Heniek, zmierzając w ich kierunku. „Nie zdziwiłbym się, gdyby były w tym kalfasie” — wskazał na skamieniałą zaprawę Zdzichu. „Co, do jasnej cholery? Niech no ja tylko tego gnoja dorwę. Nogi mu z dupy powyrywam” — odgrażał się Heniek. Rysiek stał na progu sieni z otwartymi ustami i próbował zebrać myśli. Kto? Po co? Dlaczego?
Nie miał pojęcia, co tu się dzieje. „Sam pan widzi, coś jest nie tak” — zaczął Jarek. — „Jak pan tego nie wyjaśni, nie będziemy dalej robić. A za narzędzia jak się nie znajdą, będzie pan musiał zapłacić. I za kalfas też. Zaprawa była pańska”. „Oczywiście. Kupię wam nowe narzędzia. Dopłacę za dodatkową pracę, tylko róbcie dalej. Zależy mi na czasie.
Ktoś się pewnie na mnie uwziął i chce mi zaszkodzić. Obiecuję, że to się nie powtórzy. Dziś w nocy sam będę pilnował. Nikt nic nie zepsuje”. Wyjął z portfela 500 złotych i wręczył je Jarkowi. „Niech pan jedzie do Gniewa i kupi nowe narzędzia. Ja zajmę się dochodzeniem, by jak najszybciej to wyjaśnić. Jak nadgonicie, to na koniec tygodnia dostaniecie po dwie stówki ekstra. Okej?” „Okej, tylko musi pan dopilnować, by to się nie powtórzyło”. Waśka wysłuchał spokojnie opowieści Ryśka, po czym odpalił papierosa i głęboko się zaciągnął.
Wypuszczając dym powiedział: „Bez Wali się nie obejdzie”. Wyjął z kieszeni telefon. Wdusił dwójkę. Pod jedynką miał Gertrudę. „Wala, masz chwilę? Mam dla ciebie sprawę. Musisz tu przyjść. Szykuje się niezły pasztet, a już tak dawno nic się nie działo. Okej, czekamy”. Odsunął telefon od twarzy na odległość wyciągniętej ręki i grubym paluchem wdusił czerwoną słuchawkę.
„No, Waldek zaraz tu będzie”. „Ale co on pomoże?” — powątpiewał Rysiek. „Zobaczysz. On jest nieoceniony w takich sprawach. Nie takie zagadki rozpracowywał dla olsztyńskiej policji. Będzie tu za pięć minut. Trzeba będzie się napić. Na trzeźwo ciężko mi się myśli”. To mówiąc, wstał od stołu i podszedł do lodówki. Butelka była dobrze schłodzona.
Postawił ją na stole i wyjął z szafki trzy kryształowe kieliszki na krótkiej nóżce. Wtedy rozległo się dudnienie do drzwi. „No jest! Właź, otwarte!” — krzyknął. Po 15 sekundach do kuchni wpadł zziajany Waldek. „Co się stało? Jaki pasztet? Coś się dzieje?” „Spokojnie, usiądź sobie i napij się kielicha, a Rysiek zaraz ci wszystko opowie.” To mówiąc, Waśka polał do kieliszków z oszonionej butelki i odkręcił słoik z ogórkami. Wypili, a Mundek od razu napełnił kieliszki, by szkło się nie rozeschło. „No to opowiadaj” — zwrócił się do Ryśka Waldek.
Rysiek opowiedział o wszystkim, starając się nie pominąć żadnego szczegółu. Waldek słuchał w skupieniu i nie przerywał aż do końca opowieści, po czym oświadczył: „Wiedziałem, że coś musi być nie tak. To była tylko kwestia czasu.” „O czym ty mówisz?” — dopytywał się zakłopotany Rysiek. „O Walendziaku. Za bardzo mu zależało na sprzedaży. I jeszcze bardziej na czasie. Koniecznie chciał stąd prysnąć i to jak najszybciej. Myślę, że to sprawka Walendziakowej.” „Przecież ona nie żyje” — zauważył Rysiek. „No właśnie. I tu jest problem.” „Jaki problem?
Chcesz powiedzieć, że Walendziakowa wstała z grobu i psoci na budowie?” „Niezupełnie wstała, ale coś w tym rodzaju.” „Nic nie rozumiem. Nie wierzę w duchy.” „Jeszcze nie” — wtrącił Waśka. „Jaja sobie ze mnie robicie.” „Jak zobaczysz, to uwierzysz, człowiecze małej wiary” — podsumował Waldek. „Trzeba się przygotować. Dziś w nocy trzymamy wartę na zmianę. Musimy się upewnić, że to ona. Potem się zastanowimy, co dalej.” „Chłopaki, wy to na poważnie? Przecież to nie ma sensu. Duchy nie istnieją. Ani zombie, ani kosmici.
Rozumiem, że chcecie mnie wkręcić, ale lepiej od razu się przyznajcie, że to wy za tym wszystkim stoicie.” Waldek, nie zwracając w ogóle uwagi na insynuacje Ryśka, kontynuował: „Nie wiem tylko, dlaczego Walendziakowa miałaby uprzykrzać życie Ryśkowi. Czemu w ogóle miałaby naprzykrzać się komukolwiek? Przecież wszystko było jak należy. Przyjęła ostatnie namaszczenie, Kuleczka ją wyspowiadał i zeszła była sobie spokojnie z tego świata. Cóż rak, nie było ratunku. Pochówek też był jak się patrzy. A co do kwiatów...” — zastanawiał się Waldek, mówiąc jakby sam do siebie. Mundek z Ryśkiem przysłuchiwali się temu monologowi. Rysiek z wyrazem totalnego niezrozumienia na twarzy, a Mundek jakby zastanawiał się, co mogło pójść nie tak pół roku temu. Pierwszej nocy nic się nie stało.
Następnej ktoś lub coś zdemolowało łazienkę. Rura odpływowa została wyrwana z posadzki i chłopaki od Jarka musieli coś z tym zrobić. Znów nie było żadnych śladów. Nikt nic nie widział i nie słyszał. Może dlatego, że Waśka wziął na swoją zmianę piersiówkę z okowitką Hieronimusa. Na dworze był przymrozek i biedaczyna chciał się czymś rozgrzać. A trzeba przyznać, że ona potrafi sponiewierać. Znaczy okowitka. Przysnął dosłownie na kilka minut. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Kiedy się obudził, było już po ptokach. Jarek oczywiście nie był zadowolony. Chłopaki też, ale zapewnienia Ryśka, że to już ostatni raz przechyliły szalę na jego stronę. W końcu wzięli się do roboty i wtedy się wszystko wyjaśniło. „Szefie, co ja niby mam z tym zrobić?” — zapytał stojący w drzwiach Heniek. „Ja bym tę rurę bez problemu wymienił, ale chodź pan, zobacz, co się stało. Jak podkułem młotem, żeby do mufy się dostać.” Wszyscy trzej fachowcy udali się do łazienki. Zaraz za nimi zjawili się Rysiek i Waśka. W rogu, bezpośrednio pod umywalką, znajdowała się olbrzymia dziura w posadzce. Była średnicy przynajmniej 50 centymetrów.
Z jej wnętrza zionęła ciemność. „Tu musi być piwnica. Jak będę to kuć, to cały strop może się zawalić” — tłumaczył Heniek. „Trzeba to sprawdzić z drugiej strony” — stwierdził Jarek. „Gdzie jest wejście do piwnicy?” — zwrócił się z pytaniem do gospodarza. „Nie mam pojęcia” — odparł Rysiek, spoglądając pytająco na Mundka. Ten tylko wzruszył ramionami. „Tu w sieni jest jakaś klapa” — dobiegł ich głos Zdzicha. Wszyscy wrócili do sieni. Zdzichu stał nad otwartą klapą z desek i zaglądał do wewnątrz.
„Ciemno. Nie macie latarki?” „Mam. Zaraz przyniosę.” Rysiek pobiegł do samochodu i niebawem wrócił, trzymając w ręku sporą wędkarską latarkę. „Naładowana” — stwierdził i podał ją Zdzichowi. Murarz poświecił w głąb piwnicy i po chwili orzekł: „Wysoko. Nie ma schodów. Dawajcie jakąś drabinę.” Po chwili Waśka wrócił z drabiną zbitą z dwóch okrąglaków i kilku desek. Zdzichu ostrożnie zszedł w głąb piwnicy. „No i co? Widać dziurę?” — spytał Jarek.
„Nie ma żadnej dziury ani drzwi.” To jest tylko ziemianka na kartofle, jakieś trzy na trzy metry. Czyli wejście do piwnicy musi być gdzie indziej – zauważył Rysiek. Niestety, po dokładnym przeszukaniu wszystkich pomieszczeń i obejściu całego budynku od zewnątrz nigdzie nie znaleźli wejścia. Po zlustrowaniu pomieszczenia przez powstały otwór w łazience okazało się, że jest to nieduże pomieszczenie zastawione starymi drewnianymi skrzynkami na owoce. Na jednej ze ścian widać było wyraźnie kontur zamurowanych drzwi. Wtedy zjawił się Waldek. Co się tu wyrabia? – zapytał, stając na progu zatłoczonej łazienki. – Proszę wszystkich o opuszczenie pomieszczenia. Co się stało?
– zaniepokoił się Rysiek. Każ im jechać do domu. Na dziś koniec roboty. Powiedz, że zadzwonisz, jak będą mogli robić dalej. Ale o co chodzi? – dopytywał Rysiek. Wszystko ci wyjaśnię, jak już sobie pójdą. Po 30 minutach i sporym zamieszaniu fachowcy odjechali swoim Volkswagenem. Wszyscy trzej siedzieli więc w Mątkowej kuchni przy stole nakrytym kraciastą ceratą i zastawionym trzema szklankami, butelką wódki i słoikiem ogórków. Wiem, co jest w tej piwnicy – odezwał się Waldek, kiedy wypili pierwszą kolejkę.
– Jeśli wizja się sprawdzi, to wszystko będzie jasne. Miałeś wizję? Od roku ci się to nie zdarzało. Jak? – zdziwił się Waśka. O czym ty mówisz? Co jest tam na dole i dlaczego ktoś zamurował wejście? – Rysiek zwrócił się do Waldka. – Myślałem, że z tymi wizjami to taka ściema. Serio?
Widzisz przyszłość? No, czasami widzę. A co, nie uwierzyłeś Waśce? Ja z wami zwariuję. Sam już nie wiem, w co mam wierzyć. To może mam jeszcze uwierzyć w zombiaki, ufoki i Chrystusa, co łaził po jeziorze? To już twoja sprawa, w co wierzysz. Mamy w końcu wolność wyznania. – Waldek się uśmiechnął. No dobra – odezwał się stanowczo Waśka.
– Gadaj lepiej, co jest w tej zamurowanej piwnicy. Zwłoki. Co? – parsknął Rysiek. Czyje? – zaciekawił się Waśka. – Przecież sam widziałem, jak Walendziakową wkładali do grobu. Bo to nie są zwłoki Walendziakowej. To czyje? Jej matki.
Jak to? Przecież jej matka wyjechała do Australii jakieś 25 lat temu. Na pewno już nie żyje. Masz rację, nie żyje. I to już od 25 lat. Czyli że nie wyjechała? – wtrącił się do rozmowy zdezorientowany Rysiek. No wygląda na to, że nie wyjechała, ale musimy to jeszcze sprawdzić. Dajcie tę latarkę i jakieś narzędzie. Młotek, przecinak czy łom – zakomentował Waldek.
Po 15 minutach byli już wszyscy w niewielkiej piwnicy. Waldek poprzesuwał pod ścianę spróchniałe skrzynki i wskazał Waśce palcem jaśniejszego koloru plamę na betonowej podłodze. Tutaj. Trzeba to rozpieprzyć. Waśka wziął się do roboty. Przecinak już po pierwszym uderzeniu przeszedł gładko przez cienką warstwę zaprawy. Kilka uderzeń młotka załatwiło sprawę. Po krótkiej chwili Waśka zaczął wygrzebywać rękoma piasek spod posadzki. Coś jest – powiedział i wyciągnął z dołka pożółkłą kość piszczelową. Ryśkowi zrobiło się niedobrze.
Omal nie puścił plawia. No to mamy teściową Tadeusza – stwierdził Waśka, wymachując w powietrzu piszczelem. To się ustali, ale jestem prawie pewien, że to jej kości. Dzwonię do Smutkowskiego – skwitował Waldek. Ekipa techników już spakowała graty i właśnie wyjeżdżała z posesji. Na placu stał jeszcze tylko jeden radiowóz, samochód koronera i nieoznakowany samochód służbowy Smutkowskiego. Większość gapiów też już poszła do domów. Słońce chyliło się ku zachodowi. Kości pani Eugenii zostały spakowane do czarnego worka i przeniesione do samochodu. W zasadzie było po sprawie, jednak Rysiek nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Miał wiele pytań, ale z obawy, że wszystko, co brał za bujdy, mogłoby okazać się prawdą, bał się pytać. A miał tu znaleźć spokój i ciszę. Teraz już będzie dobrze – powtarzał sobie w duchu. Dwa tygodnie później Mundek, Waldek, Smutkowski i Rysiek zasiedli przy stoliku w Mątkowej drewutni. Kuchnia była zajęta, ponieważ Gertruda piekła ciasto na doroczny konkurs cukierniczy organizowany z okazji odpustu w świniaryjskiej parafii. No panowie, są wyniki sekcji. To były kości pani Eugenii Paździerz – zaczął Smutkowski. Jak zginęła? – Rysiek nie mógł doczekać się wyjaśnienia całej sprawy. Bezpośrednią przyczyną śmierci było uderzenie w głowę tępym narzędziem.
Czyli to Walendziak ją ukatrupił. Zawsze po gorzale był wyrywny. Przez to często mu pysk obijali, a i kłopoty z prawem miał nieraz. Potem zakopał teściową w piwnicy i opowiedział wszystkim bajeczkę, że wyjechała do Australii – snuł swoją wizję Waśka. To się jeszcze okaże, ale jest to bardzo prawdopodobne. Rozesłaliśmy już list gończy za Tadeuszem Walenciakiem. Okazało się bowiem, że nie ma go w Anglii pod wskazanym adresem. Rozpłynął się jak kamfora. Zastanawiam się tylko, po co Walenciak sprzedał dom i uciekł. Przecież mógł mieszkać tu do śmierci.
Zwłaszcza teraz, kiedy zmarł jedyny świadek. Bo przypuszczam, że jego żona wiedziała i kryła go. Teraz, kiedy odeszła, nie miał powodu obawiać się czegokolwiek.
[43:13] - Pewnie mógłby i do śmierci, ale byłoby to raczej niezbyt długo — wtrącił Waldek. — Myślę, że jednak miał się kogo obawiać.
[43:25] - Niby kogo? — zapytał zdziwiony Smutkowski.
[43:29] - Eugeni Paździerz.
[43:38] - To teraz czas na Filmotekarium. Dzisiaj, proszę państwa, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem polecimy, że tak się wyrażę, klasyka. Ten film, który zaprezentujemy, to może nie jest film wybitny, ale ciekawy. A dlaczego klasyk? Dlaczego go dzisiaj postanowiliśmy zaprezentować? O tym wszystkim opowiemy państwu wspólnie z Piotrem w kolejnym odcinku Filmotekarium. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium, ale jak państwo zapewne zauważyli, to będzie nietypowe Filmotekarium, bo sięgniemy do wspomnień kinowych. Muszę to państwu powiedzieć: myśmy z Piotrem zaplanowali na ten tydzień zupełnie inny film.
Naprawdę. Ale istnieją pewne granice, których umówiliśmy się z Piotrem, nie będziemy przekraczać. Film o małpie chorej na wściekliznę i nieustannej, niekończącej się kąpieli w basenie, która jest skutkiem tej wściekłej małpy. W opisie to on jeszcze jakoś się bronił, ale na ekranie nie bronił się w ogóle. I tak oto stanęliśmy przed sytuacją, że albo będziemy państwu zawracać głowę opowiadaniem o filmie, który po prostu na to nie zasługuje. To jest film, który należy omijać i to szerokim łukiem. Albo zajmiemy się pewną klasyką kina. Kina science fiction w tym wypadku i myślę, że i dla nas, i dla państwa będzie to chyba z większym pożytkiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[45:29] - Dzień dobry wieczór. No tak, nie da się tego lepiej ująć. Mamy ostatnio taką trochę posuchę w kinie, jeżeli chodzi o dobre produkcje. One są, ale musimy jeszcze trochę poczekać, żeby je wszystkie obejrzeć. A tych produkcji gorszych jest znacznie więcej i czasami nie ma sensu o nich mówić. Tak jest z filmem „Primate” o wściekłej małpie. To jest naprawdę złe. W dodatku to jest film o zwierzątkach, a filmy o zwierzątkach jakoś po prostu nie są moim ulubionym gatunkiem. Natomiast szukając inspiracji, Marek wpadł na pewien pomysł i wskazał na film „Saturn 3”. To może nie jest znana wszystkim, ale części na pewno tak, produkcja sci-fi z lat 80.
Z samego początku wyprodukowana w sumie na przełomie lat 70. i 80. z Kirkiem Douglasem, z Farrah Fawcett i jeszcze z jednym znanym aktorem, Keatelem. Tak jak wiele innych filmów fantastycznonaukowych, pierwotnie „Saturn” był zmiażdżony przez krytykę, nawet przez producentów. Ma na koncie Złote Maliny. Krążą różne historie o tym filmie mówiące, że miał być czymś innym, a wyszedł jak wyszedł. To jest coś, co często się o „Saturnie” mówi. On sam jest dość charakterystycznym obrazem ze względu na, dla mnie przede wszystkim, scenografię i on może sprawiać wrażenie niektórymi swoimi elementami, niektórymi, nie wiem, jak to powiedzieć, pewną stylistyką, też niektórymi dekoracjami. Takie wrażenie, że on jest głęboko inspirowany klasyką latami, nie wiem, nawet 50. Ale to jest tylko trochę.
Tego jest niedużo, bo muszę ci Marku powiedzieć, że ten film, chociaż on nie jest arcydziełem, to podobał mi się pod jednym kątem. Dlatego, że niektóre dekoracje, niektóre kostiumy były tak oryginalne, niebanalne niekiedy nawet, że zapamiętałem je i to zapamiętałem w takim dobrym znaczeniu. Bo często w sci-fi jest tak, że ono jest bardzo twórcze. Dzisiaj to widzimy szczególnie, jeżeli są filmy, które się dzieją w kosmosie i w sumie wszystkie wyglądają tak samo. Nie można ich w żaden sposób odróżnić od siebie. Jeżeli chodzi o klimat, o kostiumy, o scenografię, wszystko jest takie samo. „Saturn” jest troszeczkę inny. Na pewno się wyróżnia. I to mi się podobało. Ja takie coś cenię bardzo dlatego, że przenosi nas to w pewien wykreowany świat.
Świat, który wiemy, że nie jest naszym światem. Jest to fantastyka, ale też jest w tym jakiś pewien niepokój. Sama historia również, jeżeli ją ująć skrótowo
[48:32] - Wydaje się z punktu widzenia dzisiejszego człowieka ciekawa. Jest przyszłość, duża część ludzkości przebywa w stacjach poza Ziemią. Na jednej z takich stacji w pobliżu Saturna prowadzą sobie badania Douglas i Fawcett. Oni chyba oboje znają Ziemię tylko z historii. Nigdy na niej nie byli. Nagle pojawia się pewien człowiek, szaleniec, który chce zastąpić jedno z nich robotem najnowszej generacji. A my w dodatku wiemy, że ten szaleniec to zły człowiek jest, bo obserwujemy jako widzowie, że zanim przyleciał na tę małą stację badawczą obsadzoną przez dwoje ludzi, on wcześniej zabił człowieka na takiej dużej stacji, skąd wystartował. Zabił go, przejął częściowo przynajmniej jego tożsamość i wybrał się na stację. Po co się wybrał? O tym jeszcze powiemy.
Natomiast chciałbym podkreślić, że ten film, kiedy się pojawił w Polsce, troszkę minęło, ale na początku lat 80. się pojawił. On był, przynajmniej dla mnie, ale wiem z rozmów, że dla innych oglądaczy również, ciekawostką, bo bohaterka Farah Fawcett była przecież obserwowana przez widzów w Polsce w „Aniołkach Charliego”. Leciał taki serial w czwartki. W miejsce „Kobry” wstawiono „Aniołki Charliego”. Wcześniej oczywiście leciał „Kojak” albo „Columbo”, a później się pojawiły „Aniołki Charliego”. Jednym z tych aniołków była właśnie Fawcett. To już był punkt, zainteresowanie i ciekawe. Ale równie ciekawą postacią był Kirk Douglas. On przez całe lata 70.
właściwie nie pojawiał się w Polsce na ekranach. To nie, że nie produkowano wtedy filmów, że nie występował w filmach, tylko był na niego taki cichy zapis, ponieważ on w swoim czasie trochę przepuścił komunizm przez zęby i to nawet mocno. Po prostu jako wróg jedynego słusznego ustroju nie puszczano filmów z nim. I to po bardzo długim czasie był pierwszy obraz właśnie z Kirkiem Douglasem. To też było ciekawe. Sam film miał oczywiście różne recenzje, miał też recenzje miażdżące, ale na tym rynku trochę wygłodniałym fantastyki naukowej, rynku polskim, to było coś, co się chciało oglądać. Dostajemy w dodatku pewną ciekawą historię, bo ta para, która stacjonuje na tej małej stacyjce badawczej, to są ludzie, których coś wiąże jednak ze sobą. Nie przez przypadek to kobieta i mężczyzna. On jest mocno starszy od niej. Ona, ciężko scharakteryzować.
Z jednej strony jest jego wierną towarzyszką. Cóż, ma innego do roboty, ale jest w jakiś sposób naiwna. Tylko troszkę się waham, czy to jest dobre słowo. Duża różnica wieku jest pomiędzy nimi i ten jej partner bardzo ją fascynuje. Ale z drugiej strony na takiej stacji, na której nie ma nikogo innego i się siedzi latami, a w każdym razie bardzo długo, nudno się zaczyna po pewnym czasie robić. I wizyta tego złego człowieka, który w dodatku przybywa z robotem rozmontowanym, ale jednak robotem, który ma być testowany na stacji, to jest coś ciekawego. On główną bohaterkę Alex fascynuje chociażby tym, że jest, że się pojawił. I to jest dobry start do filmu, ale film bardzo szybko pokazuje mroczną stronę całej sytuacji. My się bardzo szybko dowiadujemy, jaka jest misja tego złego człowieka i obojętnie zresztą, czy przyleciałby zły człowiek, czy ten człowiek, którego on zabił, żeby nie przyleciał, nie wiadomo, jak by się ten eksperyment skończył. Ale w przypadku złego człowieka on się musiał źle skończyć, bo robot, którego zmontował, był przez niego programowany, był przez niego prowadzony za rączkę dzięki takiemu specjalnemu neuronalnemu złączu, ale przez to też przejmował część osobowości tego operatora.
A ta osobowość była mocno zwichrowana. I zaczęły się kłopoty.
[53:46] - Tak, zaczęły się kłopoty i to poważne kłopoty. To jest film, który musicie ocenić sami. Nie ukrywajmy, to też nie jest nóż w wodzie w wersji sci-fi. To też nie jest coś najwyższych lotów. Ten film był mocno krytykowany, ale to też dlatego, że on trafił w swoim czasie na mocnych przeciwników. Niektórzy wręcz zarzucali mu kopiowanie pewnych wzorców. Nie do końca się z tym zgadzam i pomimo, że nie jestem fanem Kirka Douglasa, wręcz go nie lubię po prostu jako aktora i uważam, że on psuł większość filmów, w tej produkcji coś jest. Ona jest taka dziwna, powiem ci, bo jednak to jest czas, kiedy już to sci-fi wchodzi w taką fazę, w której pojawiają się tytuły Wręcz kultowe. Tymczasem „Saturn 3”, ja nie wiem, jak jest statystycznie, ile osób go zna wśród fanów fantastyki naukowej, ile osób go nie zna, dla ilu jest filmem kultowym. Natomiast on dziś wydaje się dziełem proroczym w związku z pytaniami o bunt AI, bunt maszyn.
To jest coś akurat, co jest mocno oklepane. Bardziej interesuje mnie to, jaki był odbiór tego filmu w tamtych latach. Czy pamiętasz, czy to było dość popularne i dlaczego nagle o tym filmie zrobiło się tak cicho?
[55:19] - Powiem ci, Piotrze, tak: z jednej strony łatwo odpowiedzieć na to pytanie, a z drugiej trudno. Ja nie dramatyzuję dlatego, żeby dramatyzować, tylko łatwość polega na tym, że ten film ma mankamenty. Te rozważania nad Hectorem, czyli tą maszyną, tym robotem, który przejmuje mordercze instynkty złego człowieka oraz tak naprawdę jego pożądanie w stosunku do Alex. Oczywiście to jest coś, co przyciąga i tam są nawet, jak na tamte czasy, ta stacja, która jest przedstawiona, to jest dosyć ciekawe. Ale dobrze, jeszcze jeden argument. Jeden z moich kolegów na tym filmie był kilkanaście razy. Chodził na niego, bo nie miał na co innego chodzić, więc chodził na ten film, bo go to w jakiś sposób jarało. Ja aż tak zapalony nie byłem, ale muszę przyznać, że wtedy ta idea połączenia człowieka z maszyną, bo tam z czymś takim mamy do czynienia. Ten mózg, który zasila robota, on częściowo jest biologiczny. W każdym razie takie wrażenie sprawia.
Tam oczywiście to nie jest aż tak proste, ale rzeczywiście robot na tym bazuje. W dodatku w pewnym momencie to się dzieje tak, że on zostaje rozmontowany i Kirk Douglas oskarża tego człowieka o niekompetencję, której zapobiegli. Ale robot jest cwany i później dzięki innym maszynom sam się zmontował. Usunął tak naprawdę złego człowieka, ale to nie był jego główny plan. On tak naprawdę chciał zapanować nad tą stacją i podjął w tym kierunku działania. Ale pytanie było o popularność. Dlatego powiedziałem, że jest łatwo i trudno odpowiedzieć, bo on był bardzo popularny wtedy, kiedy się pojawił, ale nie dlatego, że był taki dobry, tylko dlatego, że w kinach było nic albo w każdym razie niewiele. Ale spojrzyjmy na ten obraz z pewnej perspektywy. Ja muszę powiedzieć, że on owszem, zestarzał się w różnych warstwach, ale jeśli chodzi o główny problem, przedstawiony zresztą bardzo lekko, to nie jest tak, że tu mamy jakieś filozoficzne dzieło o tym, jak niebezpieczne mogą być maszyny, szczególnie maszyny wykonywane w pewnej technologii, która łączy człowieka z maszyną. To jest przedstawione lekko i to śledzimy mimochodem, więc jest okej, ale zostaje coś z tego.
Ta główna tematyka, ty to zresztą Piotrze sygnalizowałeś, ta główna tematyka w ogóle, na ile maszyna, mówiąc bardzo obrazowo i raczej odwołując się do ogólnego obrazu, bo to w końcu czy to tylko maszyna, to jednak coś myślącego, może w sposób koślawy, może taki niedorobiony, ale to coś jednak myślało po swojemu. Trochę ta myśl była skażona tym złym człowiekiem, ale jednak myślało. Zatem umownie mówiąc maszyna, ona usiłuje przejąć kontrolę nie dlatego, że jest zła, chociaż trochę skażona, ale dlatego, że uważa, że zrobi wszystko lepiej, że ona powinna rządzić. To tak naprawdę jest pytanie, które równie dobrze można postawić dzisiaj i ja wiem, ślizgamy się trochę po tej tematyce, ale staram się też za głęboko w treść nie wchodzić. Ale pominąwszy tę warstwę, która się już nieco zestarzała, warto podkreślić, że jak się wejdzie w głąb, to ta tematyka jest zadziwiająco aktualna. Wiem, że dzisiaj się tego nie robi w ten sposób, że pewne koncepcje upadły, ale z drugiej strony czy upadły do końca, skoro dzisiaj idee transhumanistyczne, łączenie biologii ze sztuczną inteligencją, czyli te wszystkie rzeczy, tu mamy złącze neuronalne. A cóż, cały czas mówi się o tym, że trzeba pokonać barierę pomiędzy maszynami, komputerem a mózgiem człowieka i w tym kierunku czynione są bardzo poważne, one są już bardzo zaawansowane, te kroki. Więc jakbym tego nie próbował przedstawić, to rzeczywiście temat jest aktualny.
[01:00:15] - Był i jest, można powiedzieć, bo w obu filmach, które przyćmiły „Saturna”, czyli w „Gwiezdnych Wojnach” i w „Alienie” w serii o xenomorfie temat ten jest podejmowany. On się pojawia też oczywiście w innych filmach, które się rozgrywają w kosmosie i mamy do czynienia z potyczkami między ludźmi i robotami. To nie tylko są filmy, to są też seriale, na przykład „Star Trek”. Dziś "Saturn" nie jest zbyt dobrze pamiętany. Ma jednak grono fanów i jest dość dobrze oceniany, jeżeli chodzi o internet. Jednak nie można mu odmówić tego, że razem z "Odyseją kosmiczną" jest tym filmem, który przestrzega przed problemami powracającymi dzisiaj w związku z buntem maszyn. O zagrożeniach ze strony AI mówi się do znudzenia i my tą narrację znamy. Natomiast teraz się pojawia coś jeszcze, bo całkiem niedawno pojawił się w sieci film, stał się viralem. Tańczące chińskie roboty w tradycyjnym balecie budzą niepokój i pytania, że te niesamowite wyczyny akrobatyczno-taneczne znajdą kiedyś inne zastosowanie. Te roboty nie są stworzone do tego, żeby sobie tańczyć kaza czoka, tylko żeby robić coś innego na polu bitwy.
Troszeczkę przed czymś takim, może nie dosłownie, ale jednak ostrzega nas nie tylko "Saturn 3", ale też wiele innych filmów. I to jest dowód na to, że science fiction ostrzegało. Tak ostrzegało, że myśmy te ostrzeżenia w sumie już przegapili. Nam się wydawało, że to się nigdy nie stanie, a nagle ciach i mamy to. Pytanie, kiedy to wejdzie w formy takie, jakie widzieliśmy chociażby w filmie "Creator", z tego, co pamiętam, albo w innych filmach, gdzie ukazywano kohabitację czy też wręcz współistnienie robotów z ludźmi. Nie wiem, drodzy państwo, czy się porwiecie na "Saturna 3", czy on was nie zanudzi. Pewne plusy ma. Dla mnie, tak jak mówiłem na początku, pewnym plusem jest to, że tam jest pewna stylistyka, której dzisiaj nie uświadczycie. Stylistyka, która dla jednych może się ocierać o kicz, innym może wydawać się jakimś powrotem sentymentalnym do czasów, kiedy się kręciło filmy z fabułą, a dla innych będzie czymś, co powinno, moim zdaniem, charakteryzować science fiction. Często powinno się pokazywać te światy w taki sposób, żebyśmy nie mieli wrażenia, iż to się wszystko dzieje w sterylnych pomieszczeniach, które nie wyróżniają się absolutnie niczym.
Ja właśnie w ten sposób zapamiętałem "Saturna" i może dobrze, abym sobie tego wspomnienia nie psuł.
[01:03:21] - A ja na koniec powiem coś jeszcze. Warto też uwzględnić, planując ewentualne oglądanie tego obrazu, to, że on w charakterystyce, w opisie był ujmowany jako dreszczowiec fantastyczno-naukowy. I tam elementy tego dreszczowca się pojawiają. To jest tak montowane, tak akcja się rozwija, że rzeczywiście elementy, podkreślam elementy dreszczowca się pojawiają. Pewien sposób przedstawiania wydarzeń, pewien sposób nawet pracy kamery sprzyja temu i to jest też jeden z tych elementów, który doradzałbym wziąć pod uwagę przy ewentualnym wyborze. Ten film, moim zdaniem, po latach się broni. I tak jak mówił producent nawet, że na papierze to wyglądało dobrze, a później nie wyszło, to moim zdaniem mocno przesadził. Ale trochę racji miał. Ten film nie jest doskonały, ale się zaczynam już powtarzać. Nie jest doskonały, ale moim zdaniem warto go obejrzeć.
Cóż, proszę państwa, zgodnie z rozkładem jazdy Akademii Wszelkiej Fikcji czas teraz na polecanki z pogranicza. I tradycyjnie już wspomnę, że patronuje tej części AWF Księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Księgarnia Galeria z ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. Tam księgarnia, że tak się wyrażę, analogowa, ale jeśli ktoś w Warszawie nie bywa, nie mieszka, nie przejeżdża, to zapraszam na stronę Nieznany.pl. Tam sieciowe odbicie Księgarni Galerii w pełnej krasie. Tam znajdziecie państwo książki, o których mowa w tej części audycji. Pierwsza z tych książek nosi tytuł "Przechytrzyć diabła. Sekret wolności i sukcesu". Autor Napoleon Hill, tłumacz Ryszard Oślizło, wydawca Studio Astropsychologii. Napoleon Hill, bestsellerowy autor poradników wszech czasów, którego nauki wywarły ogromny wpływ na całe pokolenia ludzi poszukujących sukcesu.
Ten autor napisał wnikliwą i prowokacyjną książkę, tę, o której dzisiaj mówimy, już w 1938 roku. Pozycja ta jednak nie doczekała się wówczas publikacji, ponieważ rodzina i doradcy autora uznali ją za zbyt kontrowersyjną. Dopiero ponad 70 lat później została zręcznie opracowana przez Sharon Lechter z Fundacji Napoleona Hilla i teraz ujrzała światło dzienne. Niniejsza książka ma charakter wywiadu z diabłem. On sam zostaje przechytrzony przez legendarnego guru sukcesu i zrzeka się swoich sekretów dotyczących tajnych metod kontroli, które mogą cię zniszczyć. Napoleon Hill zdradza, gdzie mieszka diabeł Dlaczego istnieje i jak przejmuje kontrolę nad ludzkim umysłem? Co więcej, ujawnia siedem praw dobra, które pozwolą ci go przechytrzyć we własnym życiu i osiągnąć prawdziwy sukces. Celem Hill'a, jak sam mówił, było pomóc otworzyć bramy więzienia, w którym mężczyźni i kobiety zamknęli się na własne życzenie. Ten poradnik właśnie to robi. A ponieważ został napisany w czasach, kiedy świat podnosił się po poważnym krachu finansowym i stał w obliczu globalnego konfliktu, jest ten poradnik zaskakująco aktualny w obecnej rzeczywistości.
Niezwykle fascynująca, prowokująca i inspirująca publikacja podpowie ci, jak stworzyć własną drogę do sukcesu, do harmonii i do spełnienia. Piekielnie wciągająca lektura. Przypomnę „Przechytrzyć diabła. Sekret wolności i sukcesu”. Autor Napoleon Hill, tłumacz Ryszard Oślizło, wydawca Studio Astropsychologii. Druga książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł „Ślady sprzed milionów lat”. Autor Michael Baigent, tłumacz Kamil Kuraszkiewicz, wydawnictwo Amber. Narodziny cywilizacji miały miejsce przed milionami lat. Tak! Odkrycia, które rzucają wyzwanie konwencjonalnej nauce i każą zrewidować dogmaty oficjalnej wiedzy historycznej.
Odcisk buta sprzed 213 milionów lat. Odciśnięte w skale sprzed 100 milionów lat tropy dinozaura i człowieka. Kamienny moździerz sprzed 33 milionów lat. Żelazny gwóźdź sprzed 387 milionów lat. Zastygłe w lawie wulkanicznej ślady stóp człowieka sprzed trzech milionów sześciuset tysięcy lat. Precyzyjnie wykonany drewniany artefakt sprzed pięciuset tysięcy lat. Tych dat nie można pogodzić z przyjętym obrazem naszych dziejów. Jak solidne podstawy ma jednak „naukowa” wizja przeszłości? Ta naukowa w tym wypadku pisana jest w cudzysłowie. Może inteligentne istoty zamieszkiwały Ziemię już przed milionami lat?
Może ludzkość tworzyła w odległej przeszłości cywilizacje, które potem zostały zniszczone przez wielkie kataklizmy? Przypomnę tytuł tej książki „Ślady sprzed milionów lat”. Autor Michael Baigent, tłumacz Kamil Kuraszkiewicz, wydawnictwo Amber. Trzecia książka nosi tytuł „Arkturiańskie objawienia. Czas informacji dla ludzkości”. Autor Ramaatis Mam, tłumacz Anna Burakowska, wydawca Indigo Book. Książka „Arkturiańskie objawienia” stanowi owoc pracy istot kierujących przeznaczeniem cywilizacji istniejącej poza czasem i przestrzenią, które znamy. Tysiące lat temu kierowaliśmy pewnymi aspektami waszej ewolucji. Teraz powróciliśmy, ponieważ czasy się zmieniły i możemy kontaktować się z wami bardziej bezpośrednio. Aby to uczynić, podróżowaliśmy do czasoprzestrzeni, w której wy żyjecie nie w gwiezdnych statkach, ale poprzez kręgi Akaszy waszej galaktyki.
Naszym jedynym celem jest inspirować was, prowadzić i wspierać podczas waszej podróży w kierunku nowego wymiaru ewolucji. Jesteśmy jednymi z inspiratorów nowej ludzkości, a wasza ewolucja i duchowe geny czwartego i piątego wymiaru znajdują się pod naszą jurysdykcją ewolucyjną. Zapraszamy was, byście bez lęku i obaw zanurzyli się głęboko w sobie, aby odkryć swój potencjał i bogactwo. Bogactwo skrywane przez ostatnie tysiąclecia. Oto wielkie wyzwanie, ale też kamień węgielny waszego wzniesienia. Przypomnę tytuł „Arkturiańskie objawienia. Czas informacji dla ludzkości”. Autor Ramaatis Mam, tłumacz Anna Burakowska, wydawca Indigo Book. Skoro, proszę państwa, były polecanki z pogranicza, to dobrze będzie również posłuchać, taką mam przynajmniej nadzieję, książek z pogranicza, a właściwie omówienia jednej z książek z pogranicza. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o książce Hansa Joachima Zimmlera, książce zatytułowanej „Kłamstwo ewolucji”.
Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozpoczynamy opowieść o książce z pogranicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:12:03] - Dobry dobry. Witam wszystkich.
[01:12:06] - Tak. Zaczynamy rozmowę o książce, która mówi o ewolucji, a właściwie mocno neguje to, co w XIX wieku zapodał wszystkim Karol Darwin. Stawia autor dużo znaków zapytania. Naprawdę dużo i moim zdaniem niektóre z tych znaków zapytania obronią się. Obronią się, jeśli w dodatku przeczytamy argumentację. Z kolei inne, hm Mam wrażenie czasami, że argumentacja do książki, przynajmniej część tej argumentacji, trafiła tam troszeczkę od czapy. To sprawia, że ta książka po lekturze pozostawia niedosyt. Pozostawia takie wrażenie, że jednak mieliśmy do czynienia z publicystyką i to taką publicystyką, która ma nas do czegoś przekonać. To nie jest propozycja ani naukowa, ani popularnonaukowa. To jest propozycja, która opowiada się po jednej ze stron i czyni to w sposób przynajmniej częściowo zaangażowany.
Tak na razie na okrągło, ale myślę, że rozwiniemy temat.
[01:13:30] - Tak. Druga sprawa, że się ma wrażenie, iż czyta się Dünikena. Nim zacznę i przejdę dalej, to w duchu tej książki mogę powiedzieć, drodzy państwo, że jeżeli ktoś nie zostawi łapki pod tym filmem, to od małpy pochodzi. Pewnie autor tej książki by się wziął i sfilcował ze stresu, że w ogóle się dopuszcza taką myśl. Drodzy państwo, dyskusja o ewolucji to tak naprawdę dyskusja o historii idei, ale nie tutaj. Można by o ewolucji dyskutować godzinami, a jeżeli dodamy do tego jakąś podbudowę biologiczną, to pewnie by się to przekształciło w doby tak naprawdę. Niemniej są tacy, którzy bez względu na to, ile by się do nich nie mówiło o teorii ewolucji, będą jej zażartymi wrogami, takimi jak właśnie Hans Joachim Zillmer, niemiecki przedsiębiorca, biznesmen i pisarz znany z negowania obowiązujących teorii naukowych. Oczywiście takiego podejścia do życia mu nikt zabronić nie może, jeżeli oczywiście robi to z głową. A tutaj jest pewien problem, bo jeżeli się ktoś czuje na siłach podejmować się dyskusji z tak ogromnym tematem, jakim jest ewolucja, to okej. Tylko że to jest temat multidyscyplinarny jednak i jeżeli ktoś już to robi, to chyba powinien przedstawić jakieś argumenty w pigułce, które będzie potem rozwijał.
Ta książka się zaczyna bardzo naukowo i nim przechodzimy do sedna, mówię, że zaczyna się, wstęp jest bardzo naukowy. Mamy tabelkę z chronologią epok geologicznych i tak dalej. Możemy się wtedy już uprzedzić, że to będzie tak naukowo i w ogóle, albo nie uprzedzić, albo mile rozczarować, że będzie jednak na poważnie i skrupulatnie, i metodycznie. Niestety nie. Ta książka Zillmera to jest połączenie „Zakazanej archeologii” Michaela Cremo z dziełami Dünikena. Dla niektórych to dobrze wróży, dla innych niekoniecznie. I myślę, że jednak dla tej książki jako całości jest źle. Po prostu jest źle. Przebijając się przez kolejne rozdziały, które noszą bardzo sugestywne tytuły, na przykład „Zamieszanie z kośćmi” czy „Neandertalska pomyłka”, powoli poznajemy podstawy poglądów Zillmera co do ewolucji i pochodzenia człowieka, a one są dość wywrotowe. Generalnie sama książka została wydana w 2005 roku i szukając informacji o tym autorze, możemy się natknąć na przykład na takie, które sugerują, że on dzisiaj jest zwolennikiem teorii paleastronautycznej i uznaje, że homo sapiens powstał za pośrednictwem ingerencji wyższej inteligencji z innych planet.
Książka ta ukazuje jednak jego wcześniejsze dociekania i ona jest, chciałoby się powiedzieć multidyscyplinarna, ale tak naprawdę to jest groch z kapustą. Tam mamy i wątki paleastronautyczne, i takie z zakazanej archeologii, i z paleontologii, i antropologii. I to nas ma wszystko przekonać, że Darwin się mylił, jak to można powiedzieć. Marku, czy ty tam znalazłeś ogon w tej książce? Czy nie zgubiłeś się w tej argumentacji tak jak ja?
[01:16:59] - Trochę się gubiłem, bo tak jak powiedziałeś, bardzo szerokiego pola dotyczy książka. Myśmy chyba jeszcze od początku audycji nie wymienili jej tytułu. To wymienię: „Kłamstwo ewolucji”. Myślę, że tytuł jest tak zaangażowany, że treść bardzo dobrze odpowiada temu, co znajdziecie państwo między okładkami. A cóż znajdziecie? To jest, proszę państwa, polemiczna publikacja wymierzona, tak, myślę, że to jest najlepsze sformułowanie, wymierzona w teorię ewolucji w takim jej darwinowskim czy też neodarwinowskim kształcie. Autor stawia kilka bardzo poważnych tez. Ja je sobie tutaj wynotowałem bardzo hasłowo, ale chodzi mniej więcej o to, że tak zwana makroewolucja, czyli przemiana jednych grup organizmów w inne, na przykład gadów w ptaki czy małp w ludzi, nie została udowodniona. To jest jedna z tez stawianych przez autora. Dalej, datowania geologiczne i paleoantropologiczne są w wielu przypadkach błędne albo zmanipulowane.
To kolejna teza. Część znalezisk, tych kopalnych znalezisk była fałszowana, ewentualnie błędnie interpretowana, a historia Ziemi jest znacznie krótsza niż przyjmuje to współczesna geologia. Tu się zacząłem trochę niepokoić. Dalej, katastroficzne wydarzenia, zwłaszcza takie jak potop, szczególnie ten potop z interpretacji biblijnej, te katastroficzne wydarzenia tłumaczą właściwie według autora większość zjawisk geologicznych, z którymi mamy do czynienia na Ziemi. Cóż, mam takie wrażenie, że autor łączy bardzo wiele wątków, bo mamy krytykę paleoantropologii, czyli neandertalczyk, datowanie szczątków ludzkich. O tym państwo poczytacie. Mamy krytykę geologii historycznej, a więc tej trzeciorzędowej, tej geologii dotyczącej epok geologicznych. Dostało się też datowaniu raf koralowych. Ten wiek bywa kwestionowany. Dalej, autor snuje też tezę o współistnieniu ludzi i dinozaurów.
Nie chodzi o to, czy ja w to wierzę, czy nie wierzę, czy ja popieram te tezy, czy nie. Po prostu je przytaczam. Niektóre mi się wydają mocniejsze, niektóre słabsze. Mamy też sugestię takiej indoktrynacji ewolucjonistycznej w nauce i w mediach. I tu na przykład przyznałbym autorowi rację, bo zauważam, że jest taka tendencja, żeby trzymać się twardo ewolucji i jakakolwiek próba dyskusji, nawet czyniona z pozycji niesłusznych czy powiedzmy z pozycji wątpliwych, to może lepsze określenie, bo czy są słuszne, czy niesłuszne pozycje, to sam bym się zastanawiał, ale z takich, powiedzmy, mocno kwestionując, nie jest podejmowana przez naukę, przez bardzo sporą część nauki, przedstawicieli nauki. Po prostu my tu wiemy swoje, jest ewolucja i koniec. Tu się trochę autor słusznie przyczepia do tego. Podsumowując, ta książka ma charakter demaskatorski. Tak, bo za wszelką cenę stara się pokazać różnego rodzaju przekręty, szwindle, które się gdzieś tam w świecie nauki odbywają, a w związku z tym to wpływa na ogólny odbiór tego, jak można postrzegać teorię ewolucji i w ogóle dzieje geologiczne Ziemi. Więc książka ma charakter demaskatorski.
Autor przedstawia się jako ktoś, kto, cudzysłów, odsłania kulisy naukowego establishmentu, jaki on jest tak naprawdę zły, niedobry i oszukańczy. Przyznam się państwu, że ta walka, którą toczy autor, jednocześnie obudowując to wszystko masą różnych argumentów, różnej jakości tak naprawdę, ja o tym pewno jeszcze powiem, ale te argumenty czasami są silne, a czasami po prostu słabiutkie.
[01:21:32] - Tak, tutaj ten argument o tej agitce ewolucyjnej jest w pewnym sensie słuszny. Przyjmuje się to jako pewnik, ale z drugiej strony to pewnie jest prosty temat, tak? Który można wytłumaczyć w kilku krokach i też nie przekona się niedowiarków, bo ewolucji po prostu nie widać gołym okiem. Nie można jej też doświadczyć chyba. Oczywiście szanuję dyskusję, albo inaczej może nie dyskusję, tylko podważanie teorii ewolucji, ale tylko jeżeli ktoś wie, co mówi i jeżeli ma jakieś argumenty, bo to rzeczywiście nas wprowadza na pola alternatywne, ale takie, które trzeba traktować poważnie. Natomiast często jest tak, że mówiąc o tym, ludzie nie za bardzo wiedzą, o czym mowa. I powtarzam to raz jeszcze, kiedy się zabiera głos w tej sprawie, trzeba być ekspertem od bardzo drobnych spraw, szczególnie od biologii. A Zillmer chyba nie jest. Trudno mi powiedzieć, od czego on jest ekspertem, bo w tej książce jest wszystko. Może nie tak, że wszystko, ale naprawdę jest duży ładunek tego, co znajdziecie u Dänikena.
Druga sprawa jest taka, że ta książka trochę lat na karku już ma, a w świecie antropologii, paleontologii, tej nauki o człowieku generalnie dużo się zmienia. Zmieniło się też wiele, jeżeli chodzi o podejście do neandertalczyków na przykład. I ona już muszę powiedzieć, niekiedy nie jest po prostu aktualna. Ja się zmęczyłem tą książką. Autor często, i to jest w ogóle chyba taki najgłówniejszy zarzut, że on tam bardzo często się odnosi do kwestii, które wygrzebał gdzieś w prasie czy nawet w tabloidach. I to jest element już jakiejś tam narracji w tym wszystkim. No fajnie, to są często prowokacyjne koncepcje, krzykliwe nagłówki, ale to wszystko tak naprawdę. Czyli on robi podobnie jak Däniken. Mamy toczoną jakąś dyskusję na kontrowersyjny temat, ale cały czas odbiegamy od takiego naukowego sedna, które miałoby nas przekonać. To jest cały czas skakanie po prostu po różnego rodzaju hasłach.
To jest też ten chaos. Cecha tej książki to jest chaos, takie potężne przeskoki, bo od luk w drzewie rozwoju ssaków przeskakujemy do dziedziczenia karłowatości, a potem mamy na przykład ślady wielkiego potopu i tak dalej. To nam pokazuje, że chyba Zillmann chciał być naśladowcą Dänikena. Nie wiem, jak mu to wyszło. Nie wiem, czy jest popularnym autorem w swoim kraju. Jeżeli do tego dodamy takie analizy na chłopski rozum, porównania antropologiczne na zasadzie bo tak, bo ktoś tak wygląda, ktoś ma taki kształt głowy czy nosa, no to tak jest, to myślę, że mamy pełen obraz katastrofy. To jest dzisiaj wyzwanie ta książka, muszę powiedzieć. On wzorem Dänikena stawia pytania, zasypuje nas wątpliwościami, ale to chyba nie jest ta liga. I to już pod koniec mi się zdawało takim totalnym szaleństwem, nieuporządkowanym, wręcz momentami bezwartościowym bełkotem, ukazującym chyba też bałagan w głowie autora. Bo przecież jeżeli się chce atakować tą teorię ewolucji, no to trzeba sobie to wszystko jakoś chyba uporządkować.
Marku, a czy ty się spotkałeś kiedyś z jakimiś autorami, badaczami, którzy byli to w stanie robić lepiej niż Zillmann?
[01:25:06] - Tu mnie troszeczkę zastrzeliłeś, bo nie jestem przygotowany tak, żeby sypnąć w tej chwili nazwiskami ani tytułami. Ale owszem, powiem, czego mi brakuje, a co było w tamtych książkach, których nie zmaterializuję w sensie tytułowym. Otóż tamte książki miały pewien logiczny wywód. On był mniej lub bardziej logiczny i mniej lub bardziej przekonujący. Tak jak w tego rodzaju tematach. Myślę, że nie chodzi o to, żeby kogokolwiek przekonać, tylko żeby zasiać wątpliwość. A ta wątpliwość, przynajmniej u mnie, pojawia się wtedy, kiedy dostaję pewien wywód logiczny, mniej lub bardziej, ale który składa się z pewnych pięter i możemy podążać. Jedno wynika z drugiego. Tymczasem w tej książce argumentacja ma charakter retoryczny, ale w najgorszym znaczeniu tego słowa. To nie jest retoryka elegancka, wynikająca i tak dalej.
To jest retoryka: „Powiem bardzo dużo”. To nie tak. Poza tym ta retoryka ma charakter selektywny. Ale dobrze. Ja powiem jeszcze tak, że ta książka ma też swoje mocne formalne strony. Na przykład autor przywołuje konkretne nazwiska, konkretne instytucje, konkretne artykuły prasowe. Można zatem sprawdzić autora, doszukać, jak to było naprawdę, więc to już jest pewien plus. Mocną stroną, przynajmniej ja uznaję to za mocną stronę, to jest odwoływanie się do realnych przypadków, do realnych błędów, do realnych nadużyć, do skandali związanych z datowaniem. I to jest okej. Dalej autor wykorzystuje różne istniejące w nauce spory, różne niepewności, na przykład pojawiające się od czasu do czasu rewizje chronologii, jakieś zmiany w interpretacji skamieniałości.
I to jest też okej, bo to są znowu konkretne przypadki. Można się do nich odwołać, można sprawdzić, jak to było. I tyle mniej więcej dobrego. Natomiast ja zauważam w książce dosyć poważne słabości metodologiczne, bo mamy uogólnianie jednostkowych przypadków na cały system naukowy i to jest nie fair. Mamy mieszanie korekty naukowej. To jest taki normalny proces w nauce. Nauka, przynajmniej ta, która jest prowadzona w porządny sposób, potrafi czasami powiedzieć: „Myliliśmy się”. Naukowcy potrafią powiedzieć i to jest okej. Tymczasem u autora ta korekta naukowa łączy się jakoś tak płynnie z tezą o globalnym oszustwie. Dalej mamy pewien brak proporcji, takie odnoszę wrażenie, w podawaniu różnych faktów, różnych przypadków, bo pewne marginalne anomalie są przedstawiane jako takie anomalie, które wręcz obalają cały paradygmat dotyczący teorii ewolucji.
Nie zawsze to jest przekonujące. Dalej mamy też wnioskowanie typu: jeśli datowanie, powiedzmy X, było błędne, to zatem cała genealogia, właściwie cała geochronologia, to chyba tak należałoby nazwać, jest fałszywa. Trochę naciągane. Mamy też przypadek taki rozpełzający się w książce. Nie umawia autor kontrargumentów, które są wytaczane przeciwko jego tezom, bo przecież takie też są. Pewna uczciwość wymagałaby, żeby to przytoczyć, żeby się zmierzyć z tymi argumentami. Tego nie ma tak naprawdę. Autor często posługuje się w ogóle takim schematem: istnieje jakaś nieścisłość, oficjalna nauka zatem się myli, czyli teoria ewolucji jest pseudonauką. Naprawdę tak się tego nie robi. Ciężko traktować tego rodzaju proces wynikowy, który zaprezentowałem przed chwilą jako poważny.
To nie jest dedukcja naukowa, to jest jakieś retoryczne rozszerzanie tezy. I powiem tak: ta książka ma szereg niedopracowań i słabości. Tam są nawet problemy logiczne. Na przykład mamy błąd fałszywej alternatywy, który mniej więcej tak wygląda: albo ewolucja jest całkowicie prawdziwa, albo całkowicie fałszywa. Przepraszam bardzo, ale to już nie wytrzymuje krytyki po prostu. Bo ja zakładam na przykład, będąc w sporze intelektualnym z autorem, że może wcale tak nie jest, że może trochę jest prawdziwa, a trochę nie jest prawdziwa. Tego autor w ogóle nie uwzględnia. Jest czarne i białe. Dalej tam się pojawia argument na przykład z niewiedzy. Jeśli coś nie jest do końca wyjaśnione, to znaczy, że oficjalna teoria jest błędna.
Nie, tak to też nie działa. Mamy też dosyć selektywne cytowanie w tej książce. To też jest słabe. Mamy przypadki łączenia ze sobą niepowiązanych zjawisk, przypadki błędnych datowań, rewizji geologicznych, lokalnych jakichś anomalii, katastrof klimatycznych. To wszystko jest składane w jedną narrację o tym, że jest globalny spisek Nauki. Poza tym ten ton polemiczny właściwie mi nie przeszkadza, ale on jest nieustannie polemiczny i nieustannie polemizuje ze wszystkim. I sugeruje, że to jest systemowe ukrywanie prawdy, że to jest indoktrynacja społeczeństwa. Tu akurat może bym się nawet zgodził, że w dodatku całe środowisko naukowe świadomie wszystko fałszuje. I powiem szczerze, to co powiedziałem przed chwilą sprawia, że ta książka jest mniej wiarygodna, ponieważ ten zarzut spisku wymagałby bardzo mocnych dowodów, a ta książka ich nie dostarcza w taki systemowy sposób. Bo nie jest problemem rzucić oskarżenie, że jest spisek.
Być może nawet on jest, tylko po poważnym autorze oczekiwałbym, że on ten spisek naukowy odnośnie tego, że lansowana jest teoria ewolucji, wyświetli, pokaże i wtedy będę wiedział, że rzeczywiście kombinują. Proszę państwa, tradycyjnie na koniec spora dawka literatury, spora dawka opowiadań. Kolejno Hanna Leyer „Szambonurek”, Joachim Wałęga „Spoglądajka”, Tomasz Fąs „CajberDżokej i psychoterapia”, Kamila Ciołko-Borkowska „Niemrawa wizja przyszłości”. I na koniec Marek Myszograj „Fatalny rozrachunek”. Zapraszam.
[01:32:57] - Hanna Leyer „Szambonurek”: Jestem szambonurkiem. Nie, nie chciałem nim zostać od dziecka. Prawdopodobnie też nikt z mojego otoczenia nawet nie wpadłby na to, że ten bądź co bądź niegłupi chłopaczek będzie w przyszłości parał się taką profesją. W czasach młodości nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby zarabiać w taki sposób. To nie tak, że nie miałem innego pomysłu na życie. Po prostu będąc świeżo upieczonym absolwentem uniwersytetu, brutalnie zderzyłem się z rzeczywistością. Początkowo chciałem zrobić coś dla innych. Uśmiechacie się teraz pod nosem. Wiem o tym. Uwierzcie, że w chłonnym i pełnym zapału umyśle młodego człowieka zalęgła się myśl: ludzie tego potrzebują.
Ja z kolei dysponowałem odpowiednimi zasobami, aby zaoferować im moje usługi. Jak już wspomniałem, byłem pełen entuzjazmu. Byłem też niegłupi i to pozwoliło mi rozkręcić się na dobre. Wypalenie w tym zawodzie przychodzi niezmiernie szybko. Codzienna styczność z całym tym syfem jest trudna do zniesienia już po kilku dniach. Wchodzicie do tego śmiesznego, okrągłego czegoś, a później brniecie coraz głębiej i już nie ma sensu tego zmieniać. Ostatecznie przygotowaliście się na to. Tak wam się przynajmniej wydawało. Uciążliwy jest nie tylko stały kontakt z ludzkimi ekskrementami. Wybaczcie wyrażenie.
I tak jestem delikatny. Samo paradowanie w tym kuriozalnym stroju, nierzadko przy 30-stopniowym upale, daje się we znaki. Cóż poradzić, takie wymogi. Sama praca jest szalenie uciążliwa. Grzęźniesz w tych obrzydliwościach po to, żeby ludziom pomóc. Starasz się. Ciągle ktoś przeszkadza, patrzą ci na ręce, a ty mimo wszystko starasz się dzielnie robić swoje. Jeszcze psy się potrafią doczepić, że kradniesz całe to ich gówno. Koszmar. Wiecie co jeszcze jest straszne?
Tak naprawdę trzeba babrać się w tym wszystkim samemu. Uwierzcie, że w tej pracy nikt nie rozmawia z wami normalnie. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak to wpływa na życie osobiste. Pomijając brak czasu, kiedy grzęźnie się pod natłokiem wezwań, przychodzi prędzej czy później moment, kiedy własna żona odsuwa się, bo po prostu się brzydzi. Chciałaby być jak najdalej od całego tego paskudztwa. Kto by nie chciał? Przynajmniej za dzielne trwanie w tej robocie otrzymuje się sowite wynagrodzenie, nawet jeśli odwala się wszystko po łebkach. Bo jak wobec wszystkich przytoczonych okoliczności można pracować normalnie? Zapłata musi się zgadzać. Ludzie mogą się wściekać, złorzeczyć, ale nigdy nie schodzimy ze stawki.
Inaczej to się po prostu nie opłaca. A teraz wybaczcie, ale muszę wracać do roboty. Znowu czegoś ode mnie chcą. Panie ministrze, telefon do pana.
[01:36:18] - Joachim Wałęga „Spoglądajka”: Odkąd pamiętam panowała tu pustka. Wielkie miasto bez żywej duszy, która ukształtowałaby jego charakter. Jedynie masywy przerośniętych budowli rosnące same z siebie, niczym wielgachne grzyby po kwaśnym deszczu. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, skąd się brały tak nagle, będąc równocześnie architektonicznym ideałem, do których tak długo nikt nie dążył, lecz od kolorytu tępych przemyśleń powstrzymywała mnie świadomość, że ja przecież nigdy nie istniałem. Jeśli kogoś nie ma, skąd ten ktoś miałby brać wnioski do racjonalnych refleksji? Z własnego niebytu? Przechadzałem się więc skonsternowany po alejkach, zbrojowniach, prywatnych mieszkaniach, pałacowych ogrodach, piwniczkach, lotniskach, domach publicznych, tajnych bazach wojskowych, kawiarniach, rowach melioracyjnych. Sięgnąłem po parasol, by przypomnieć sobie, że od kilku dni trwała ulewna burza. Jak zwykle nie zauważyłem, że na mnie padało. Nie odczuwałem nawet przeszywających mą skórę piorunów, mimo ich usilnych starań, by przykuć mą uwagę.
[01:37:35] - Na swojej drodze minąłem wielu przechodniów. Każdy z nich tylko mruczał pod nosem: „Trawa nie urośnie bez buta, który ją zdepcze. Piasek na pustyni różni się od tego na plaży w równym stopniu co żaby od ropuch. Każdego dnia powinno się pić dwa litry wody, po czym zagryzać ją butelkowym plastikiem, by uchronić przyszłe pokolenia od tysięcy lat rozkładu”. Nie odzywałem się do nich. Nie warto silić się na odwagę, gdy wokół nikogo nie widać ani nie słychać. Wnet spostrzegłem, że przez cały ten czas otaczała mnie łąka. Lśniąca jesienna czerwień oślepiała mnie zewsząd, jednak nie dałem za wygraną. Nadal skrupulatnie przypominałem sobie, gdzie schowałem buty. Alojzy wiedział, co należało zrobić.
Jego przyjacielskie rady służyły mi od małego. Dobrze, że napomknął o trawie, aczkolwiek nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo pragnęła, by ją nieustannie deptano. Widocznie masochistyczne zapędy odziedziczyliśmy po roślinach. Głucha cisza towarzyszyła mi w momencie, gdy przeprowadzaliśmy się z okolicznej wioski. Niczego nie pamiętałem z dzieciństwa. Owej ciszy również. Jednak już wtedy mój zaciekły wróg Alojzy nad wszystkim czuwał. On zawsze dążył do tego, bym zniknął. Jak dobrze, że akurat się minęliśmy, przechodząc ulicami tego wielkiego miasta. Tylko on specjalizował się w dziedzinie trawy i butów, lecz skrycie pasjonował się nieistnieniem, co znacznie bardziej mi imponowało.
W dzieciństwie uwielbiałem nie istnieć, choć nikomu o tym nie wspominałem. „Stój, łobuzie! Dokąd ci tak spieszno?” – krzyknął wartownik, wyskoczywszy zza tulipana. – „Czy nie zdajesz sobie sprawy, że w myśl kodeksu prawnego nie masz racji bytu? Takie wykroczenia podlegają pod pochwałę. Myślę, że wolałbyś je nie usłyszeć z ust wuja Alojzego”. „O nie, tylko nie wuj Alojzy. Błagam, panie władzo, ja wszystko inne mogę, byle nie Alojzy. Wszystko, zapewniam”. Rzewnie zapłakałem, wspominając komplementy, jakie Alojzy niegdyś mi prawił.
Podtrzymywały mnie na duchu, co sprawiało mi niemały dylemat. Celowo przecież wmawiałem sobie, że nic nie znaczę, by w to uwierzyć, a on niszczył cały mój trud. Z nim nie było dyskusji. On by tylko podawał pomocną dłoń. Wielce dobroduszny. Co mi po niej? „Skoro zapewniasz wszystko, to powiedz mi proszę, bananowy chłopcze, jak twoi rodzice dorobili się tak pokaźnego majątku?” – odparł z szelmowskim uśmiechem na twarzy, byle mnie zagiąć. Nie spodziewał się wcale, że przygotowałem mistrzowski unik. „Otóż zdradzę ci ich sekret. Pustynny piasek sprzedawali wyłącznie żabom, zaś ten z plaży przydzielali ropuchom” – skwitowałem z przekąsem.
W ten sposób ukazywali społeczeństwu obydwie zagwozdki przyrodnicze, jednocześnie stając się mentorami pasjonatów ekologii. Wartownik zdębiał z wrażenia. Byłem przekonany, że nie znajdzie kolejnej wymówki i zejdzie mi z drogi. Uratowałem się z opresji, jak na w pełni samodzielnego siedemdziesięciolatka przystało. Wreszcie jednak przemówił znów: „Nie zaprzeczę, masz rację, lecz nie uwzględniłeś nader istotnego szczegółu”. Jego nagły przypływ entuzjazmu mnie strwożył, lecz przez myśl by mi nie przeszło, jak ciężką artylerię za moment wytoczy. „Kochany mój Anachromie, a co z butelkami?” Zbladłem. Tego bowiem nie dało się podważyć. Wypiwszy dwulitrową butlę wody, nie posiliłem się jej opakowaniem. Spojrzałem na dłonie z przerażeniem.
Trzymałem w nich dowód zbrodni. Dwie kanciaste nakrętki. Po plastiku ani śladu. Musiał wypaść gdzieś po drodze. „Ja, ja... ” – chrząknąłem zakłopotany jak nigdy dotąd. – „Ja te nakrętki znieistnieję razem z całym miastem, panie władzo. Do cna”. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje. Liczyłem, że co najmniej pozwoli mi spróbować.
„Skoroś taki umiejętny, to znieistniej mi, proszę i nakrętki i miasto. A najlepiej do tego obleśnego tulipana, by wielce szanowny pan Szanciaraż przestał zza niego wyskakiwać i straszyć niewinne dzieci”. Znienacka wtargnął nie kto inny, jak sam wuj Alojzy. „Wuj Alojzy?” – krzyknęliśmy chórem wraz z wartownikiem, który najwyraźniej nazywał się Szanciaraż. Zabawnie się złożyło, bo wielce przepadałem za szantami. Słuchając ich zero znikało z mojego wieku, czyniąc go ledwie siódemką. Z nieznanych przyczyn w jego obecności działo się tak samo. „A kogo niby się spodziewaliście pośrodku pustyni? Przyznam, daleko zaszliście”. Rozejrzałem się wokół.
Wartownika nie było. Zamiast niego stał farmer w dziurawej koszuli i krótkich brązowych spodenkach. Dopiero w tym momencie zauważyłem, że czerwień łąki zawarta była w niezmierzonym piasku nadciągającym z czterech stron świata. „Widzisz, Anachromie, twoi rodzice bardzo mądrze postępowali, zaopatrując lokalne żaby w otaczające nas piaskowe złża”. Alojzy chrząknął z uznaniem. Ropuchy nie zasługiwały. Nie zasługiwały, bo co? Farmer wycedził zza zębów w przypływie nieobliczalnego gniewu. Bo co, pytam? Widzisz.
Aluzy wcale się nie przejął. To przez nie plastik rozkłada się tysiącleciami. One się o niego troszczą jak o własne kijanki, bo w zamian oferuje im schronienie. W swym uporze są samolubniejsze niż my, rasa ludzka, bo to nie one go produkują. Kto niby dał im prawo decydować o tym, co my tworzymy? Przez chwilę zamilkł, gładząc się po gęstej brodzie, po czym odparł: Anachron dokonał czynu wręcz przełomowego, wyrzucając plastikową butelkę w miejsce, którego ropuchy nie zasiedliły. Pokazał im, że nie każdy plastik zdołają uratować, przywracając decyzyjną swobodę nam, ludziom. Zamknąłem oczy, wsłuchując się w jego słowa. On uczynił to po raz kolejny. Znowu mnie wychwalał, odbierając doszczętnie nadzieję, że kiedykolwiek przestanę znaczyć.
Gdy ucichł resztkami samodestrukcyjnej siły, zdobyłem się, by spojrzeć prawdzie w oczy. Byłem sam. Nic się nie zdarzyło. Od początku do końca. Spoglądam po dziś dzień. Jej oczy to zaiste najpiękniejszy widok. Styczeń 2019 roku. Tomasz Fąs, CajberDżokej i psychoterapia. Kontrowersyjny duchowny, biznesmen i przestępca znany pod pseudonimem Peon od dłuższego czasu wymyka się służbom mundurowym. Jest on podejrzewany o wiele przestępstw, w tym uprowadzenie równie kontrowersyjnego CajberDżokeja.
Płaskoziemców zapewniają, że w ich przypadku nie może być mowy o... Został znaleziony w jednej z komór wirtualnych opuszczonego centrum nowego Kościoła Egoteistów. Inżynier cybernetyk dochodzi do siebie w prywatnym ośrodku rehabilitacyjnym dla osób o obniżonym poziomie zdrowia psychicznego. Beznamiętnie patrzę się w przestrzeń, oczekując, że nadejdą odpowiedzi. Co jakiś czas przeżuwam dostarczane posiłki. Z przyzwyczajenia macham rękami w powietrzu, ale rzeczywistość nie reaguje. Wszystko, co oglądam na co dzień wydaje mi się jakieś wyblakłe, pozbawione tekstur i w zbyt niskiej rozdzielczości. Nie to co obrazy w komorze wirtualnej. Świat jest zdecydowanie niedopracowany. Ktoś go wyprodukował po kosztach, po najmniejszej linii oporu.
Zlecił początkującemu grafikowi i myślał, że nikt nie zauważy. Jak pan ma właściwie na imię? CajberDżokej będzie całkiem w porządku. Nie chce się pan przedstawić? Nie. Dlaczego? Proszę nie traktować tego osobiście. To wyłącznie z troski o moje bezpieczeństwo. Chodzi oczywiście głównie o aspekty sieciowe. Ciekawe.
Nasi specjaliści od zabezpieczeń jakoś nie mają takich oporów. Najwyraźniej nie są dobrymi specjalistami. Nie lubię tego terapeuty. Z pewnością nie jest tak mądry, jak mu się wydaje. Gówno rozumie z tego, co do niego mówię i recytuje wyuczone regułki. Z drugiej strony jedyna alternatywa to oddanie się pod opiekę automatu psychologicznego. Oficjalnie automaty są w tej robocie dużo skuteczniejsze niż ludzie. Nie wiem, jak to zostało zmierzone. Czy w ogóle można liczbowo ocenić skuteczność psychoterapii? To musi być grubszy szwindel.
Ze mną jest dodatkowo ten problem, że mam jakieś pojęcie o technologii. Człowiek, który wie, na czym polegają numery iluzjonisty, nie będzie się dobrze bawił na ich pokazie. Zauważyłem, że przy każdej okazji próbuje pan złapać mnie za rękę. Dlaczego? Ja... Może mówmy sobie po imieniu. Tak będzie prościej. Chciałem to zaproponować poprzednio, ale nie podałeś mi swojego. No tak, prawda. To znaczy, mówiąc po imieniu miałem na myśli na ty.
To powiesz, o co chodzi z tą ręką? Widzisz, taki nawyk. Kilka mi ich zostało po wyjściu z komory. Tak jakbym wszystko chciał sprawdzić dotykiem, czy aby na pewno jest prawdziwe. Sugerujesz, że ja nie jestem? Jesteś. Już mówiłem. To nawyk. Za oknem ośrodka rozpościera się morskie wybrzeże. Nie jestem pewien, czy jest tam naprawdę, czy to tylko okienna animacja.
Nie pozwalają wychodzić i odebrali mi wszystkie urządzenia, które mogłyby pomóc to sprawdzić. Przez chwilę miałem wrażenie, że jakaś postać czai się za horyzontem. Czyżby? Powiedzieli mi, że Peon wciąż się ukrywa. Gdyby chciał mnie zabić, miał na to już kilka okazji. A więc kto? Sanitariusz powiedział, że dziś rano próbowałeś zastawić okno szafą. Możesz mi to wytłumaczyć? Nieważne. To było głupie.
Wiesz, że to nie jest prawdziwy widok? Umieściliśmy na tych oknach ekrany trójwymiarowe czy coś takiego. Myślałem, że znasz się na takich sprawach lepiej ode mnie. A więc jednak animacja. Czyli gdzie właściwie jesteśmy? Przywieziono mnie chyba niezbyt przytomnego. W centrum strefy mieszkalnej, jeśli chcesz wiedzieć. Nasze ściany są dobrze wyciszone. Tak było zdecydowanie taniej i prościej niż stawiać ośrodek nad morzem. Z różnych względów.
A właściwie czemu tu trafiłem? Czemu nie jestem podpięty do jakiegoś automatu? Prawdopodobnie wybrałeś taką opcję w pakiecie ubezpieczenia medycznego. Przy okazji trochę się przyjrzeliśmy twojej kartotece. Zdaje się, że pod swoim prawdziwym nazwiskiem masz na koncie kilka poważnych przestępstw. Czy nie dlatego ukrywasz się pod pseudonimem? Chyba mnie z kimś pomyliłeś. Dalsze wpatrywanie się w okno traci sens. Ale w cóż innego mógłbym się jeszcze wpatrywać, skoro zabrali mi nawet zegarek? Tak bardzo przyzwyczaiłem się do bodźców i rozrywek interaktywnych.
Ich brak odczuwam niemal jako fizyczny ból. Byłoby to nawet zabawne, gdyby tak mnie nie wkurwiało. Kilka razy sugerowałeś, że uwięzienie w komorze wirtualnej, którego doświadczyłeś, nie było przeżyciem jednoznacznie negatywnym. Czy dobrze zrozumiałem? Mógłbyś to jakoś uzasadnić? To raczej trudno wyjaśnić. Oczywiście byłem tam uwięziony, ale w pewnym momencie zacząłem też szukać pozytywnych stron. Można powiedzieć, że się wciągnąłem. Ostatecznie to jest urządzenie rozrywkowe. Z tego, co mówiłeś, zrozumiałem, że byłeś w stanie uwolnić się dużo wcześniej.
Czy tak? To było teoretycznie możliwe. Mogłem na przykład wywołać awarię któregoś z czujników i zobaczyć, jak system zareaguje. Po kilku próbach powinien się zresetować i otworzyć. Chyba. Ale nie podjąłeś takich prób. Wiesz, że Peon rozpylał tam jakieś gazy? Z jednej strony one były psychoaktywne. Czułem się jakiś taki ospały, zniechęcony do wychodzenia. Poza tym to mogła być mieszanka łatwopalna.
Nie chciałem ryzykować wybuchu. Sprawdziliśmy tę kwestię dosyć dokładnie. W komorze, w której byłeś uwięziony, nie znaleziono żadnej instalacji gazowej. Peon mógł tam oczywiście coś rozpylić, ale wszystkie dowody wskazują, że uciekł zaraz po twoim zamknięciu. Coraz bardziej podejrzliwie patrzę na posiłki i codzienną porcję leków. Drażni mnie, że nie mogę sprawdzić ich składu. Tak wiele rzeczy nagle wymknęło się spod kontroli. To mówisz, że co właściwie dawała ci ta komora? Poczucie władzy? Nie, to nie tak.
Już mówiłem. Ona była rodzajem rozrywki. Naprawdę czułem się tam otumaniony. Jesteś pewien, że nie było żadnych gazów? Może efekt utrzymywał się dłużej. A jedzenie? Przecież urządzenie wydawało posiłki. Na pewno był tam ktoś, kto mi je zatruwał. Jakiś automat. Dlaczego nic nie mówisz, do cholery?
Powoli wszystko układa mi się w spójną całość. To musi być kolejny element planu Peona. On chce, żebym tutaj zwariował do reszty i tyle. Cały ten ośrodek i terapeuta. W ogóle gdzie są inni pacjenci? Czemu żadnego nie spotkałem? I co robi ta paprotka w rogu pokoju? Nie przypominam sobie, żebym wcześniej ją tutaj widział. Dotykam liścia. Prawdziwa.
Znowu mamy u ciebie sporo sprzątania, Cyber. Powiesz mi, czemu rozsypałeś ziemię z doniczki? Szukałem czegoś. Naprawdę? Wydaje ci się, że jesteś podsłuchiwany? A nie jestem? Oczywiście pokoje pacjentów mają monitoring, podobnie jak cały ośrodek. To standard wymagany ustawowo. Ale co konkretnie mielibyśmy ukrywać w doniczce? No nie wiem.
Może na przykład rozpylacz. Nie śpię. Nie mogę zasnąć. Jakaś muzyka? Relaksacyjna? Czy zawsze mi ją tutaj puszczali? Ktoś chyba sporo pogłośnił. Mają już te działania dobrze przećwiczone. Ciekawe, ilu tu było przede mną. Mam wrażenie, że jesteś dzisiaj nerwowy.
Czy wszystko w porządku? Już ty dobrze wiesz, o co chodzi. Ta muzyka. To było naprawdę nieźle pomyślane. Chyba nie całkiem rozumiem. Może włączyłeś radio przez przypadek. Zdaje się, że w łóżku masz odbiornik. Och, zamknij się. Zamknij się, błagam. Czy naprawdę sądzisz, że jestem aż tak niedorozwinięty?
Cóż, z tego, co widzę, trudno nam będzie się dziś porozumieć. Być może trzeba będzie na jakiś czas zwiększyć dawkę środków. Wymierzyłem cios tak szybko, że w ogóle nie miał szansy zareagować. A jednak zdążył się uchylić. Cholerny, pieprzony stolik. Leżałem na ziemi. Dlaczego? W zasadzie to nigdy nie udało mi się ostatecznie dotknąć tego człowieka. Czyżby jednak...? Nie, to niemożliwe.
Jest zdecydowanie zbyt realny. Pamiętam. Dłuższą chwilę refleksji przerwało wtargnięcie sanitariuszy z kaftanem. Teraz leżę unieruchomiony. Cisza wdziera się do głowy i wypełnia przestrzeń. Drażni bardziej niż muzyka. Znów tracę rachubę czasu. Do pomieszczenia wszedł ktoś z personelu, a zaraz za nim kilka bardziej znajomych postaci. Cyber Jockey? Ma pan odwiedziny.
Próbuje coś powiedzieć, ale najwidoczniej mam z tym problem. To na pewno przez te ich leki. To był Wolter, przedstawiciel dwuwymiarowców. Wcześniej uważałem ich za podejrzaną sektę. Głosili niedorzeczne pomysły, że cała rzeczywistość jest wyłącznie wirtualną kreacją płaskiego świata. Jednak teraz, jeżeli dobrze się nad tym zastanowić... Wreszcie udało mi się pana znaleźć. Przyznam, że nie było to łatwe. Załatwiłem już wszystkie formalności. Od teraz przechodzi pan pod naszą opiekę.
No, chyba że ma pan coś przeciwko temu. Nadal nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa. Kamila Ciąko-Borkowska: „Niemrawa wizja przyszłości”. Michał delikatnie uchylił stare, zniszczone drzwi. Spoconą dłonią ujął szorstką od kurzu klamkę. Przełknął ślinę i nieśmiało przekroczył próg mieszkania. Głęboko wciągnął powietrze. Pachniało stęchlizną, kulkami na mole i dymem. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że to dym tytoniowy. „Dzień dobry” – powiedział niepewnie, starając się ukryć zdenerwowanie.
Rozejrzał się dookoła, jednak półmrok panujący w pomieszczeniu nie pozwalał na dostrzeżenie wielu szczegółów. Stał w przedpokoju. Nie miał pojęcia, co dalej powinien zrobić. Pierwszy raz w życiu był u wróżki. Nagle wiszące w przejściu do pokoju koraliki poruszyły się. Pomiędzy sznurkami błyszczących iskierek pojawiła się ona – przygarbiona i pomarszczona staruszka. „Dzień dobry. Wejdźcie.” Machnęła ręką w jego stronę, nakazując iść za sobą. W ciszy skierował się za kobietą. Szła powoli, szurając butami.
Rozglądał się dyskretnie, jednak pokój rozświetlały tylko porozstawiane gdzieniegdzie świece. Usiadł na wskazanym taborecie. Przed nim stał stół nakryty koronkowym obrusem. Na blacie stał trzyramienny świecznik oblepiony woskiem i szklana kula. „Co chciałby wiedzieć?” – zachrypiała babcia. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jej głos brzmiał, jakby przez ostatnie 10 lat wypalała trzy paczki papierosów dziennie. Byłoby to o tyle dziwne, że od dekady palenie tytoniu było nielegalne. Można było za to trafić za kratki bez możliwości zawieszenia kary. Prawdopodobnie robiła to nielegalnie. Wytarł spocone dłonie o spodnie.
„Chciałem spytać o przyszłość. Muszę wiedzieć, czy to, co robię, ma sens.” „A co ty, kochareczku, takiego robisz?” „Jestem pisarzem, ale naszły mnie ostatnio wątpliwości. Nie wydałem nic od ponad roku i niestety wygasła mi licencja.” „Masz pieniądze?” – zapytała wróżka. Dobrze wiedziała, że przedstawiciele tego zawodu z reguły nie śmierdzą groszem. Kiwnął jedynie głową. Jego ostatnie książki sprzedawały się na tyle dobrze, że mógł pozwolić sobie czasem na jakieś fanaberie. Kobieta usiadła na fotelu, który stał po przeciwnej stronie stołu. Trzykrotnie stuknęła w szklaną kulę znajdującą się na środku blatu. Atrybut wróżki rozbłysł mdłym światłem. Po chwili zauważył logo przedstawiające czarownicę na miotle, które rozmyło się bardzo szybko.
Zdziwiony spojrzał na staruszkę. „Mam oryginalny sprzęt, na licencji.” Pomruczała coś jeszcze pod nosem. Bezmyślnie przyglądał się wzorom, które wyświetlały się wewnątrz kuli. Zaczął mrugać. Tak niewielki ekran jest niezdrowy dla oczu. Tego był pewien. Nagle z plątaniny szlaczków, twarzy i liter zaczął wyłaniać się obraz. Zmrużył oczy i zobaczył samego siebie. „Patrzy” – wyszeptała babcia, spoglądając na klienta. „Nie tu patrzy.
Na monitor.” Rozejrzał się po pokoju, nie rozumiejąc nic z tego, co usłyszał. Kobieta wstała z fotela, poprawiła garb, który zsunął się na prawą stronę i uklękła obok stołu. „Cholerne USB.” Marudziłem, wstając powoli. Mówiłam na przeglądzie, że coś nie łączy. Wyśmiał mnie smarkacz jeden, to rzuciłem na niego urok impotencji. Ze mną się nie zadziera. Teraz powinno działać. Patrzaj pan. Usiadła powoli na swoim miejscu i obydwoje spojrzeli na czterdziestocalowy telewizor wiszący na ścianie. Michał siedział w ciasnym korytarzu, gdzie królował brudny odcień szarości, a petenci siadali na krzesłach, które były pomazane i poobklejane w miejscach, gdzie pękał plastik.
Był ostatnim oczekującym tego dnia. W dłoniach trzymał papierową teczkę, na której starannie wykaligrafowane zostały jego imię i nazwisko. Cały czas przyglądał się drzwiom, na których widniała plakietka „Komisja Artystyczna. Petentów przyjmuje się od poniedziałku do środy w godzinach od 22:00 do 23:30. Obowiązują godziny ustalone telefonicznie”. Przy najmniejszym dźwięku napinał się, a w jego oczach widać było panikę. W końcu drzwi uchyliły się i stanęła w nich siwowłosa kobieta z mocno zaciśniętymi ustami. Zbladł jeszcze bardziej i spojrzał na nią z przerażeniem. Zapraszam. Jej słowa przeczyły wyrazowi twarzy.
Przepuściła młodego człowieka i skierowała się ku siedzącej pod ścianą trzyosobowej komisji. Wskazała mu krzesło samotnie stojące naprzeciw urzędników, a sama usadowiła się nieopodal przed komputerem. Czuł, że dłonie pocą mu się, a w gardle zaschło. Z lękiem przyglądał się ludziom siedzącym za stołem. Wszyscy zajęci byli przeglądaniem zawartości teczek z jego nazwiskiem. W końcu po dłuższej chwili, która dla petenta wydawała się nieznośnie długa, mężczyzna siedzący pośrodku chrząknął znacząco i spojrzał przed siebie, lekko zsuwając okulary z nosa. Nie widzę podania o przedłużenie licencji. Jego głos brzmiał jak grom podczas burzy. Składałem. Michał zaczął niepewnie.
Razem z zestawem dokumentów. W dokumentach nie ma żadnego wniosku. Czy panie widziały podanie tego pana? Zwrócił się do kobiet siedzących po obu jego stronach. Obie wyglądały jak siostry siedzącej z boku asystentki. W odpowiedzi na pytanie pokiwały jedynie przecząco głowami, zajęte studiowaniem zawartości teczek. Bez podania nie będziemy w stanie aktualizować koncesji pisarskiej. Zdawało się, że przewodniczący za moment uderzy pięścią w stół. Michał skulił się wystraszony. Nie wiedział, jak powinien się w tej sytuacji zachować.
W końcu zebrał się na odwagę. Mam podanie przy sobie. Przełknął ślinę. W trzech egzemplarzach. To czemu nic pan nie mówi? Z pretensją w głosie odezwała się urzędniczka z prawej strony. Pani Marysiu. Sekretarka zerwała się z krzesła i podeszła do młodego człowieka. Bez słowa wyciągnęła rękę w jego stronę. Dopiero po chwili domyślił się, że ma jej dać wspomniane druki urzędowe.
Mając je w ręku, skierowała się z powrotem na swoje miejsce, gdzie na każdym z egzemplarzy przybiła po dwie pieczątki, a następnie złożyła zamaszysty podpis. Dopiero gdy skończyła, podała zaakceptowane papiery pracownikom urzędu. Skupili się oni od razu na treści wniosku, jakby szukając błędu, który odeśle pisarza z powrotem do domu. Nie znajdując takowego, pokiwali jedynie głowami. Dlaczego przez rok nie wydał pan żadnej książki? Odezwała się w końcu kobieta z lewej strony. Nagle się panu przypomniało, że jest pan pisarzem? Nie. Młody człowiek zaprzeczył cicho. Autokorekta zajęła mi więcej czasu, niż myślałem.
Czyli to nie jest dobra książka, skoro tyle czasu ją pan poprawiał. Gdyby napisał ją pan od początku tak, jak trzeba... Nie, nie – przerwał jej pisarz. W trakcie pisania postanowiłem pozmieniać wątki. To nie znaczy, że to zła książka. To bardzo dobra książka. Zamilkł, widząc, że wszyscy patrzą na niego z wyrzutem. Poczuł, jak na policzkach pojawia się rumieniec. Zrozumiał, że swoją postawą może zniweczyć marzenia o kolejnej książce. Wyszedł pan w słowo urzędnikowi państwowemu.
Sekretarka zwróciła mu uwagę. Następnego upomnienia nie będzie. Proszę pamiętać, że za ten występek grozi kara zawieszenia w prawach twórcy na lat pięć z wpisem do akt. Możliwość wykreślenia wpisu następuje dopiero po 10 latach. Zrozumiano? Zmieszany i wystraszony pokiwał jedynie głową. Wytarł spocone dłonie o spodnie i głęboko wciągnął powietrze. Kilkukrotnie zamrugał powiekami, modląc się w duchu, by nikt nie zwrócił uwagi na zaszklone oczy. Czy możemy kontynuować? Tak.
Przepraszam. Z tego, co widzę, to pisze pan książki zawierające treści o charakterze wywrotowym. Kobieta po prawej skrzywiła się. Co to za tytuły? „Śmierć kłamcy”, „Kamieniem w winowajcę”, „Cmentarzysko wyrzutków”. Albo proszę, ostatnia – „Kto widział złodzieja?” Brzmią jak teksty buntujące przeciw władzy. Czy czytała pani choć jedną z moich książek? Nie. Po co? Pytam pana.
Jeśli uznam, że nie podoba mi się odpowiedź, zwrócimy się do krytyka literackiego, który zostanie powołany z urzędu, aby przyjrzeć się pańskiej twórczości. Piszę kryminały, ale nieszkodliwe. Nie mają wydźwięku antypaństwowego. Nie zawieram w moich książkach nic, co znajduje się na liście treści zakazanych. Trzy głowy poruszyły się z aprobatą. Wszyscy wiedzieli przecież, że każdy z artystów składający podanie o licencję jest dokładnie prześwietlany. Wydział Kontroli Praworządności Obywateli sprawdza nie tylko twórczość, ale i życie prywatne twórcy. No cóż. Siedzący pośrodku mężczyzna podrapał się w łysą czaszkę. Jaki jest tytuł najnowszej książki?
„Dolina wisielców”. Michał chrząknął. Zdał sobie sprawę, że tytuły jego książek nie przemawiają na jego korzyść. Rozumiem, że nie wysyła jej pan jeszcze do wydawnictw. Nie mam licencji, więc byłoby to nielegalne. Tak, ma pan rację. Proszę przybliżyć radzie treść książki. Przełknął ślinę. Trenował w domu opowieść o fabule tysiąc razy. Wiedział, że źle dobrane słowa mogą skreślić szanse na pisanie.
To historia chłopaka, który po śmierci rodziców zamieszkał z dziadkami. Niedługo po jego przybyciu mieszkańcy zaczynają znajdywać swoich bliskich, martwych, wiszących na drzewach w parku. Giną tylko dorośli mężczyźni. Główny bohater zostaje oskarżony, a w trakcie śledztwa okazuje się, że komendant policji jest skorumpowany i szuka kogoś, kogo można bezkarnie wrobić, ponieważ wszystkie zgony to efekt testowania nowej broni przez naukowców pracujących na uniwersytecie. Brzmi interesująco. Urzędnik wpisał uwagę do dokumentów. Jednak nie wyda pan tej książki. Jej treść może spowodować niezadowolenie społeczeństwa z aktualnych prac Ministerstwa Obrony. Ale to przecież fikcja literacka. Czytelnicy to wiedzą.
Młody pisarz miał wrażenie, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Fikcja czy nie, pani Marysiu, wpisze pani, że „Dolina wisielców” nie ma prawa ukazać się drukiem. W pokoju słychać było miarowe stukanie klawiatury. W końcu drukarka wypluła dokument w trzech egzemplarzach, który znalazł się w papierowych teczkach oraz w systemie. Zdawał sobie więc sprawę, że nie ma szans na wydanie książki, nad którą pracował prawie dwa lata. Miał jedynie nadzieję, że pomimo nieciekawej sytuacji dostanie pozwolenie na pisanie. Ma jeszcze zbiór opowiadań, które napisał w międzyczasie. A licencja? Zapytał prawie szeptem. Licencję dostanie pan — przewodniczący spojrzał w dokumenty — na pięć lat.
Myślę, że to dobry czas. Poprzednie były na półtora roku. Nie będziemy pana tak bez przerwy ganiać. Dziękuję. Michał wstał niepewnie. Zachwiał się delikatnie, jednak szybko złapał równowagę. Wyszedł, nie oglądając się za siebie. Spojrzał na zegarek. Późno. Musi się spieszyć, żeby być w domu przed godziną policyjną.
Miał ochotę na kielicha, jednak o tej porze nie kupi i tak żadnego alkoholu. Zostają mu prywatne zapasy, z których skorzysta zaraz po zamknięciu drzwi wejściowych do mieszkania. Włączył muzykę, jednak nie za głośno. Nie chciał nalotu policji obyczajowej. Jeszcze tego by brakowało. Co za chory kraj, żeby tak upodlać artystów. Wyłączył główne światło i włączył lampkę nocną. Kiedy kończył trzecią szklankę napoju alkoholowego, który zresztą kupił nielegalnie od sąsiada z parteru, usłyszał pukanie do drzwi. Spojrzał na zegarek. Druga.
W takich chwilach jak ta żałował, że nie posiada w drzwiach judasza. Lekko uchylił drzwi. W progu stała kobieta koło pięćdziesiątki, którą skądś kojarzył. Po trzech szklankach wódki nie był w stanie przypomnieć sobie skąd. W milczeniu wpuścił gościa do środka. Na trzeźwo nie popełniłby tego błędu. Dzień dobry, panie Michale. Pan wybaczy, że niepokoję. Dzień dobry. Czy my się znamy?
Patrzył na kobietę zaskoczony. Anna Zaorska, starszy referent w Urzędzie do spraw Kultury. A, lewa strona. Słucham? Zdawała się nie rozumieć. Pani siedziała po lewej stronie. Tak, to ja. Uśmiechnęła się nieznacznie. Czy możemy usiąść? Przyszłam w sprawie „Doliny wisielców”.
Dobrze. Zapraszam. Nie mamy o czym rozmawiać. Przecież książka jest bez prawa do wydania. W kraju, panie Michale. Rozejrzała się po nader skromnie urządzonym pokoju. Pod oknem stało biurko z komputerem, drukarką oraz krzesło, z którego schodziła farba. Na środku pokoju stał fotel, niewielki stolik kawowy oraz kanapa, na której leżały koc i poduszka. Wszędzie walały się książki i wydruki rozdziałów książek, które aktualnie pisał młody twórca. W aneksie kuchennym panował bałagan, jakiego nie powstydziłby się żaden szanujący się kawaler.
Urzędniczka skończyła lustrować mieszkanie i ponownie spojrzała na gospodarza, który wskazał jej fotel. Usiadła. Nie rozumiem. Podrapał się po brodzie. „Dobrze, wyjaśnię.” Uśmiechnęła się przyjaźnie, gdy siadał na kanapie. „Jestem nieoficjalnym członkiem stowarzyszenia Pisarze Wygnani znajdującego się w Australii. Oficjalnym być nie mogę z wiadomych przyczyn.” „Jest pani tajnym kontaktem?” Zainteresował się jak dziecko. „Można to tak nazwać. Dzięki pracy w komisji jestem w stanie rekomendować stowarzyszeniu naprawdę dobrych autorów i dobre teksty. Niestety ukazują się one za granicą i po angielsku.
Dopiero potem tłumaczone są i wchodzą na nasz rynek. Niestety pisarz pisze je pod pseudonimem. Rozumie pan?” Pokiwał głową. Rozejrzał się w poszukiwaniu szklanki. Nigdzie nie mógł jej zlokalizować. Wydął usta, zastanawiając się nad słowami, które właśnie usłyszał. Takie wydanie byłoby nielegalne. Gdyby go złapali, wylądowałby w więzieniu bez procesu i szansy na obronę. „Rozumiem, że może się pan wahać, jednak gwarantuję, że nic panu nie grozi. Żadnego z naszych autorów jeszcze nie złapali.
Staramy się tworzyć takie sztuczne biogramy, żeby brzmiały wystarczająco wiarygodnie. Dodatkowo wydajemy w kraju, który się najbardziej kojarzy z treścią opowieści. Naprawdę 100% pewności.” „Czy ja wiem?” Michał zdawał się nieprzekonany. „Nie oczekuję, że zgodzi się pan od razu. Czy mogłabym prosić o wersję powieści? Przesłałabym do stowarzyszenia.” Po chwili wahania, które było widać w jego postawie, niepewnie wyciągnął rękę po pendrive'a. Z ociąganiem włączył komputer i przegrał ostatnią wersję historii. Oddał nośnik pamięci i ponownie usiadł na kanapie. Kobieta schowała niewielki przedmiot w torebce, pożegnała się i obiecując nawiązać kontakt w najbliższym czasie, wyszła. Patrzył na nią i nie mógł zrozumieć, jakim cudem w szpilkach nie robi hałasu na klatce schodowej.
Zamknął drzwi i postanowił iść spać. Rano obudziło go walenie do drzwi. Kiedy przeklinając sąsiada z dołu za jego wódkę z buraków, zwlókł się z kanapy, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje ani jaka jest pora dnia. Jak wstał, czyli w samych majtkach, skierował się w stronę drzwi. Żałował, że pierwszych kroków nie zrobił do łazienki. Kiedy przekręcił klucz, drzwi otworzyły się i do mieszkania wpadło czterech policjantów z patrolu obyczajowego w kominiarkach. Rzucili się na niego i w mgnieniu oka znalazł się na ziemi, przygnieciony przez cztery potężne ciała. W końcu zakuli go w kajdanki i podnieśli. Kiedy wisiał w powietrzu, trzymany w żelaznym uścisku przez dwóch przedstawicieli prawa, do mieszkania wszedł przewodniczący komisji artystycznej. Był jednocześnie komendantem policji obyczajowej.
Michał patrzył na niego wystraszony. Nagle poczuł, że jego pęcherz nie wytrzymał. Widział obrzydzenie w oczach urzędnika. „No, no.” Dowódca wyciągnął zdjęcie, na którym widać było wczorajsze spotkanie Michała z Zaorską. Podszedł bliżej, starając się nie wdepnąć w kałużę moczu i pokazał zdjęcie tak, aby przestępca mógł je obejrzeć. „Jest pan aresztowany za próbę działalności przeciwko krajowi. Spędzi pan 15 lat w więzieniu, a licencję stracił pan dożywotnio.” W tym momencie na monitorze nastała ciemność. Cisza dźwięczała w uszach. Młody człowiek zasłonił z przerażeniem oczy dłońmi. Chciało mu się płakać i krzyczeć.
Najlepiej teraz i najlepiej jednocześnie. „To nieciekawa ta pańska przyszłość.” Babcia w końcu przerwała ciszę, stukając palcami o blat stołu. „Co ja mam w takim razie zrobić?” Zapytał desperacko. „Pani się zna na tych rzeczach. Niech mi pani doradzi, błagam.” „No nie wiem. Może przestać się wygłupiać i zająć się czymś pożytecznym.” „Niby czym mógłbym się zająć? Przecież nawet studia skończyłem z twórczego rozwoju.” „Panie!” Zirytowała się wróżka. „Jestem tylko wróżką. 45 euro się należy.” Pierwsze, co zrobił po wyjściu z budynku, to skierował się do marketu budowlanego. Póki pamiętał, kupił wszystkie niezbędne rzeczy do zamontowania judasza w drzwiach.
Bez przerwy myślał, jak wybrnąć z tego ambarasu, w który się niewątpliwie wkręcił. Musi zdobyć licencję. Nie ma innego wyjścia. W domu rzucił wszystko na podłogę i sięgnął za kanapę po butelkę schowaną na czarną godzinę. Bez dwóch zdań takowa właśnie nadeszła. Włączył komputer z mocnym postanowieniem przygotowania się do spotkania z komisją. Nie da się zaskoczyć. O nie! Kiedy przekonywał sam siebie, że będzie dobrze, usłyszał pukanie. Powoli na palcach podszedł i lekko ujął klamkę.
Uchylił drzwi i wyjrzał przez szparę. „Tak?” Zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy. „Dzień dobry.” W progu stała kobieta koło pięćdziesiątki. Uśmiechała się przyjaźnie, a w ręku trzymała jakiś papier. „O nie!” Krzyknął przerażony. „Nie ze mną te numery. Zgłoszę wasze nielegalne działania na policję. Niczego od was nie chcę.” Z trzaskiem zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku. Rozdygotany podbiegł do kuchni i wypił na raz zawartość szklanki.
Po drugiej stronie drzwi stała zdziwiona kobieta. „Policję?” – wyszeptała tylko. Po co godziła się na tę pracę? Chciała tylko dorobić, a tu jak nie podrywacze, to furiaci. Powoli odwróciła się i skierowała ku schodom na wyższe piętro. Westchnęła nad swoim losem, chowając do torebki informację o podwyżce czynszu. Marek Myszograj „Fatalny rozrachunek”. Słoneczna niedziela. W taką pogodę jak ta wrocławskie zoo przyciąga tłumy ludzi. Jest południe.
Mężczyzna z plecakiem wyróżnia się na tle odwiedzających. Zdecydowaną większość stanowią rodziny z dziećmi. Ojcowie gimnastykują się, starając uchwycić jak najlepsze fotki. A to żyrafa polizała rękę dziecka, to zaś małpa zrobiła głupią minę, a to słoń zesrał się za dziesięciu. Mniejszą, choć równie liczną grupę stanowią zakochane pary. Spacerują za rękę, pod ramię lub przesiadując w cieniu na ławkach wtulają się, zapominając o bożym świecie. Idący mężczyzna myślał zupełnie o czymś innym. Obserwował kątem oka beztroskie sceny i miał cichą nadzieję, że wypatrzy tego skurwysyna. Wyróżniał się od pozostałych tym, że szedł sam. Od głównego wejścia miał spory kawałek drogi do przebycia.
Kierował się w stronę budynku terrarium. Zastanawiał się, jak to zrobi. Czy się bał? Nie. Strach był mu w tej chwili obcy. Mężczyzna z plecakiem minął wybieg lemurów, przy którym stali azjatyccy turyści. Obserwowali zwierzęta poprzez obraz wyświetlany na ekranach tabletów. Minął ich i skierował się do toalety, która to znajdowała się w niewielkiej odległości od terrarium. Chwilę później obco brzmiące słowa wystrzeliły po okolicy. „Soko, mite, mite!” – krzyknął jeden z Japończyków.
– „Tam! Patrzcie, patrzcie!” – wskazywał palcem na mężczyznę opuszczającego toaletę. Kilkanaście tabletów i telefonów komórkowych skierowało uwagę na maszerującego w ich kierunku człowieka. Był niemal nagi. Jedyne okrycie stanowiły dwie tekturki zawieszone sznurkiem na szyi. Przysłaniały one przyrodzenie oraz w niewielkim stopniu pośladki. Kobiety, nieco spłoszone, skryły się za plecami swoich samurajów. Gdy ich minął, nieco już śmielej wychyliły się, zakrywając usta, a przy tym zawstydzenie. Azjatyccy turyści, mimo szoku, nie przestali nagrywać niezwykłej sceny z oddalającym się mężczyzną. Sposób, w jaki szedł sprawiał, że tylnia tektura kołysząc się odsłaniała na przemian to lewy, to prawy pośladek, zaś napis na tekturce brzmiał: „Jestem gównem”.
W tym samym momencie pierwsze filmiki z nagusem spacerującym przez zoo pojawiły się w sieci. Godzinę później były już internetowym hitem. „Ostroń. Przemysław Ostroń” – wysylabizował policjant w mundurze. – „Tak. Myślałeś, że nikt cię nie zauważy? W ogóle co ty sobie chłopcze myślałeś?” – odłożył dowód osobisty zatrzymanego i dodał: „Wiesz, że masz przesrane. Gówno mnie obchodzi, czy się przyznasz”. Spojrzał w wystraszone oczy młodego mężczyzny, nabrał powietrza w płuca i ryknął: „Masz przesrane! Mieliśmy takich jak ty.
I wiesz co, szczeniaku?” – zrobił krótką pauzę, po czym nie uzyskując odpowiedzi, kontynuował, stukając palcem wskazującym blat biurka. – „Tacy jak ty, gnoje bez kultury, wychowania i szacunku wychodzą stąd po 24 godzinach zupełnie innymi ludźmi. Jak mamusia z tatusiem nie potrafią takich jak ty wychować, to my zrobimy to z przyjemnością”. Do pokoju przesłuchań weszło dwóch policjantów po cywilnemu. Starszy komisarz Rafał Aorski rozsiadł się na zdezelowanym krześle. Spojrzał na zatrzymanego, a następnie zapytał umundurowanego kolegę: „Co tam Staszku, zaczął sypać, czy trzeba jemu najpierw sypnąć?”. „Na razie nic. Dopiero zaczęliśmy.” – przesunął dowód osobisty w kierunku ochroniarza. – „Nazywa się Przemysław Ostroń. Zatrzymał go patrol w parku.
Prawdopodobnie to właśnie on, bo nikogo innego nie było. Wszystko się zgadza. Wiek, wzrost, ciemna kurtka i sposób poruszania. Wiesz, Rafał, nie mamy innego. Sprawa jest. No sam wiesz. Jak nie znajdziemy sprawcy, to burmistrz da po dupie komendantowi. Musimy załatwić to sprawnie, powiedziałbym profesjonalnie.” – komisarz poklepał umundurowanego kolegę po ramieniu, a następnie odparł, starając się go uspokoić: „Staszek, spokojnie, zaraz to załatwimy.” – wyciągnął z kieszeni kurtki paralizator, położył go na biurku i spojrzał na zatrzymanego. – „Młody, przyznajesz się?” „Proszę pana” – niepewnie, z lękiem zaczął chłopak. – „Ja naprawdę nie wiem, o co chodzi.” „Kurwa, nie mamy czasu!
Andrzejku.” – komisarz Aorski machnął w kierunku trzeciego kolegi. Stojący dotąd za plecami przesłuchiwanego zareagował błyskawicznie. Jego dłonie od czasów szkolnych wygrywały wszelkie walki na rękę. Były ogromne. Objęły niczym jabłko delikatnie tył głowy przesłuchiwanego, po czym jednym szybkim ruchem trzasnęły o blat biurka. Trwało to sekundę i ta sama ręka, nie zwalniając uścisku, wróciła wraz z głową chłopca ku górze na poprzednie miejsce. Komisarz Aorski uwielbiał ten moment. Podziwiał młodszego stopniem barczystego kolegę. Nigdy nie trzeba mu było dwa razy powtarzać, tłumaczyć. Wiedział, co sprawia przyjemność komisarzowi.
Czerwona plama rozlała się po bluzie. Nos był zmiażdżony. Kajdanki nie pozwalały na otarcie krwi. Sytuacja wydawała się beznadziejna, a to miał być dopiero początek. „Stasiu, zorganizujesz nam kawki?” To nie było pytanie, a raczej polecenie Aorskiego. „Weź po drodze sprawdź, proszę, czy protokół jest gotowy”. Umundurowany policjant bez słowa opuścił pokój przesłuchań. No i zostaliśmy sami. To, co tam w parku zrobiłeś, to był wielki błąd. No ale my ciebie nauczymy, jak nie popełniać błędów.
Mówiąc to, kiwnął w stronę barczystego kolegi, który pozostawał za plecami chłopaka. Osiłek schwycił chłopaka od tyłu i uniósł go do pozycji stojącej. „Masz prawo zachować milczenie” — powiedział jakby sam do siebie Aorski, po czym zadał pierwszy cios z pięści w brzuch. „Masz prawo do adwokata”. Następne uderzenie z drugiej ręki było nieco słabsze, ale po trzecim ciosie Aorski się rozkręcił. Zaczął tańcować niczym bokser przed workiem na treningu. Przeskakiwał z nogi na nogę, uderzając naprzemiennie raz szybką, krótką serią, to w odstępach silniejszych ciosów. Andrzejek dobrze trzymał. Chłopak pod gradem ciosów nawet nie drgnął. Z każdym uderzeniem wydawał z siebie stłumione jęknięcia, plując przy tym krwią zmieszaną ze śliną.
Podłoga pod stopami Aorskiego robiła się niebezpiecznie śliska. Komisarz, czując to, przerwał na chwilę. Spojrzał na efekt pracy, po czym cofnął się nieco i z całej siły wymierzył kopniaka w krocze zatrzymanego. Aorski potrzebował chwili, by złapać oddech. Ściągnął kurtkę i zawiesił ją na oparciu krzesła. „Puść go, Andrzejku”. Dryblas rozluźnił uchwyt. Chłopak bezwładnie osunął się na podłogę. Ciężko dyszał, a raczej charczał. Ktoś kopał od zewnątrz w drzwi.
Dryblas odwrócił się na pięcie i je otworzył. Do pokoju przesłuchań wszedł ponownie umundurowany policjant. Postawił dwie kawy na biurko i spojrzał z politowaniem na pobitego chłopaka. Ten, kaszląc, próbował unieść się do pozycji klęczącej. „Masz papiery, Staszku?” — zapytał komisarz kolegę. „Tak” — odpowiadając, sięgnął po teczkę, którą miał pod pachą. „Są gotowe. Wystarczy je podpisać” — odparł, rzucając teczkę obok szklanek z kawą. „Nie będę wam przeszkadzać. Załatwcie to, bo komendant się niecierpliwi.
Burmistrz jest u niego”. Gdy umundurowany policjant wyszedł, Aorski zwrócił się do klęczącego chłopaka: „Słyszałeś? Wystarczy, że podpiszesz. Odpoczniesz w celi, a jutro ładnie potwierdzisz zeznania prokuratorów. Wszystkim nam będzie lżej”. „Ja nic nie zrobiłem” — odparł, unosząc się z klęczek. „Kurwa!” — Aorski chwycił po paralizator. — „Nie słuchasz, co mówię”. Odbezpieczył go i wycelował w chłopaka. „Nie, proszę”.
Komisarz, nie zwracając uwagi na błaganie, wycelował czerwonym punktem lasera w tors i nacisnął spust. Paralizator odległościowy wystrzelił dwie elektrody. Prąd w swojej naturze działa nienaturalnie na układ mięśniowy. W czasie dwóch sekund porażenia powoduje wstrząs, silny ból i skurcz mięśni. Po trzech następuje oszołomienie i wstrząs psychiczny, po pięciu zaś człowiek traci całkowitą orientację. Aorski odliczył do siedmiu, nim zwolnił spust. Komisarz, kierowany doświadczeniem, wiedział, że ma kilka minut. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki po papierosy. Wyciągnął jednego. Dryblas automatycznie użyczył mu ognia, za co Aorski wyraził wdzięczność, unosząc nieznacznie dłoń.
Następnie w dwóch krokach podszedł do niewielkiego stolika ustawionego pod ścianą. Wziął z niego popielniczkę i wrócił do biurka, by przed nim usiąść. Zaciągnął się dymem, upił łyk kawy i chwycił po przygotowany raport z przesłuchania. „Andrzejku, zrobisz porządek?” Komisarz lubił wydawać w ten sposób polecenia. Formułował tak postawione pytanie, by odbierać je jako żądanie. Dryblas usłużnie wyciągnął elektrody z ciała nieruchomego chłopaka i zajął się paralizatorem. Aorski w tym czasie, paląc papierosa, zaczął śledzić sporządzony raport. I tak był już podenerwowany. Z każdą chwilą stawał się jednak jeszcze bardziej nabuzowany. Po chwili usłyszał charczenie chłopaka.
„Ty skurwysynu!” — mówiąc to, poderwał się i wymierzył kilka kopniaków wprost w twarz chłopaka. Plama krwi rozlała się po podłodze. Ktoś zastukał w drzwi. Dryblas pilnujący procedury przesłuchania uchylił je. Stał w nich ten sam umundurowany policjant, który wcześniej przyniósł kawę i protokół przesłuchania. „Mamy mały problem” – powiedział, wchodząc do pomieszczenia. „To nie ten. Złapali właściwego. W zasadzie od razu się przyznał.” Aorski przewrócił oczyma. „Co z nim?” Umundurowany skinął w stronę leżącego chłopaka.
„Kurwa mać, tyle roboty na marne. Jeszcze trochę i bym go miał.” Aorski podrapał się po głowie i zapytał: „Staszku, mamy kogoś na dołku? Noska.” „Noska” – powtórzył w zamyśleniu komisarz. „Zatem damy tego tu na dołek. Niech posiedzi z tym starym oprychem. Jak coś, to winę za zły stan zdrowia można zawsze zrzucić na Noska.” Mówiąc to, spojrzał na leżącego chłopaka. „Andrzejku, pomożesz mu?” Ponownie zadał to jedno z pytań, które tak naprawdę było poleceniem. Po chwili dryblas wyprowadzał poobijanego Ostronia. Przerzucił jego lewą rękę na ramię i wlekł go tak przez labirynt korytarzy, schodami do celi, gdzie siedział Nosek. Młody Ostroń był świadom celu podróży.
Nie miał siły na stawianie oporu, prośby czy wyjaśnienia. Z jednej strony dziękował Bogu, że to koniec, z drugiej zaś... Nosek nie zawsze był Noskiem. Od dawien dawna wzbudzał postrach i pewien szacunek. Pierwszy zadymiarz na osiedlu. Wszyscy go znali. Zazwyczaj omijało się go szerokim łukiem. Byli i tacy, którzy pod sklepem postawili mu browara, odważniejsi zaś pijali z nim wódę. Takie imprezy zawsze kończyły się zadymą. Któregoś razu Nosek przesadził.
Młody Ostroń nie pamiętał tego wydarzenia, jednak historię znał dobrze. To było dawno, jeszcze jak jego ojciec żył, a ojca też już w zasadzie nie pamięta. Nosek któregoś razu przesadził z ilością wypitej wódy i włączył mu się agresor. Tak to niektórzy mają, a on w szczególności. Nadużywając gościnności w jednej z melin, powybijał zęby kilku chłopom, a jedynej kobiecie powyrywał włosy. To był błąd. Ówczesne środowisko pękło. Postanowiono dać chamowi nauczkę. Dorwali go, jak nocą wracał chwiejnym krokiem do domu. Otoczyli go w bramie kamienicy.
Każdy trzymał kawał dobrej sztachety. W jednej chwili eksplodował potężny ładunek emocjonalny. Dostał konkretny łomot. Mężczyźni nie żałowali ciosów. To miała być lekcja, kara i przestroga jednocześnie. Na koniec ktoś wyciągnął nóż. Nikt nie protestował. Ostrze jednym sprawnym ruchem odcięło kawał nosa. Od tamtego czasu jego twarz stała się wizytówką dzielnicy. Twarz człowieka bez nosa.
To właśnie wtedy zyskał ów przydomek – Nosek. Matki straszyły nim dzieci. „Jak się nie będziesz uczyć...” albo częstsze: „Bądź grzeczny, bo inaczej to będziesz taki sam, jak ten pan bez nosa.” Oj, skutkowało. Małe karakany od razu truchlały. Większe dzieciaki próbowały swojej odwagi, rzucając kamieniami w straszydło. Ale gdy ten, szczerząc zęby, odwracał się, to każdy i tak wiał na widok zombiaka bez nosa. Przemek wychowywał się na micie Noska. Teraz, już jako dorosły chłopak, nie powinien się obawiać starego pryka. Nie powinien, a jednak noc na dołku z Noskiem to niezbyt ciekawa perspektywa. Policjant zwany przez komisarza Andrzejkiem wepchnął Ostronia do celi.
Dryblas nie miał ochoty przyglądać się szpetnej twarzy Noska ani na to, co może się za chwilę wydarzyć. Po prostu zamknął drzwi i wrócił na dalszą służbę. Ostroń wrzucony do środka nie zdołał utrzymać równowagi. Nie miał sił i runął u stóp upiora. Przemek widział go nie raz, nie dwa w akcji. Ten tutaj siedzący stwór potrafił dać po mordzie. Chłopak zląkł się, że może zostać rozpoznany. Przecież on też, będąc dzieckiem, ciskał w niego kamieniami. „Nie bój się młody” – warknął. „Nieźle cię obili, chłopcze” – dodał z upiornym uśmiechem.
„Nie bój się” – powtórzył i dodał: „Ten Aorski to kawał skurwysyna. Wyżywa się na słabych i niewinnych. Na więcej go nie stać.” Mówiąc to, chwycił po koc i rzucił nim w kąt. „Prześpij się, odpocznij.” „Dziękuję panu” – powiedział ze łzami w oczach. Chłopak nie wierzył własnym uszom. Ten stary menel, upiór i postrach całej okolicy. On spojrzał na niego i go zrozumiał. Ostroń doznał takiego szoku niczym pies, który zamiast za przewinienie zostać jak zwykle skarconym, daruje mu się i głaszcze, współczując. Na dzisiaj miał dość. Zbyt wiele przeszedł.
Ułożył się na podłodze, wtulił obolałą głowę w koc i usnął. „Przemysław Ostroń!” – ktoś krzyknął. „No młody, wychodzisz. Ruszaj się.” Chłopak uniósł wzrok. Obolały, z trudem się pozbierał. Wychodząc, przystanął. „Do widzenia.” Ich spojrzenia spotkały się. Wystarczyło tych kilka sekund, aby zrozumieć to coś. To była ta chwila, w której czujesz, jakbyście się znali od dawien dawna. Zobaczył w twarzy pozbawionej nosa nie bandziora, nie postrach ulicy, lecz po prostu człowieka.
„I dziękuję panu” – szczerze dodał, wychodząc. W domu nie spodziewał się hucznego powitania. W przedpokoju zauważył czyjeś buty. Męskie. Matka po wypadku ojca się zmieniła. Dziadkowie opowiadali, że kiedyś była inną kobietą. Potrafiła zadbać o dom, o rodzinę, a przede wszystkim szanowała się. Przytłoczyły ją problemy, codzienność i samotność. W zasadzie odkąd pamięta, matka sprowadzała obcych facetów. Z początku nazywała ich wujkami, później przyjaciółmi, aż w końcu przestała ich mu przedstawiać.
Liczył się dla niej alkohol, seks, MDMA, czyli po prostu ekstazy i inne palone, wciągane oraz łykane świństwa. Syn był zbędnym dodatkiem do życia. Zrozumiał to, mając około 10 lat, może szybciej. Chował się w starej, podpiwniczonej komórce na dworze. Podobno ojciec w niej kiedyś majstrował. Było tam światło, a zimą można było napalić w starym piecyku zwanym kozą. Taka oaza na gorsze chwile, jakich było zbyt wiele. Przemek przeszedł obok otwartych drzwi pokoju matki. Leżała naga z nogą przerzuconą przez jakiegoś faceta. Nic nowego.
Tym razem coś go dodatkowo zabolało. Potrzebował pomocy i zrozumienia. Przypomniał mu się Nosek. Ten stary dziad z celi wydał mu się w tym momencie jeszcze bliższy. W łazience pod prysznicem przeżył gehennę. Szlochał i płakał. Czuł się sponiewierany, niesprawiedliwie potraktowany. Starał się wyrzucić z pamięci koszmar paralizatora i tego bydlaka, co go kopał. Za co? Szedł spokojnie przez park do domu.
Nic nie zrobił. Nikt go nie pytał, jak było naprawdę. Komu miał się wyżalić? Dziadkom? Wpadną w lament, ale i tak mu nie pomogą. Nie jest już zresztą dzieckiem. Sam może rozwiązywać własne problemy. Ten bydlak potraktował go jak worek treningowy. Kumplom powiedzieć, co się stało? I co mu dadzą?
Skręta na pocieszenie? Poklepią, mówiąc, by się nie martwił? Nie. On sam musi sobie z tym poradzić. Chwycił za telefon. „Artur, jest sprawa”. „No siema, co tam?” – usłyszał beztroskie pytanie kumpla ze szkoły. „Załatwisz mi coś?” – przełknął ślinę, by się nie rozkleić. – „Mam mały problem”. Spojrzał w sufit, próbując skupić myśli.
Leżał w pokoju na łóżku, rozmawiając przez telefon. Przetarł podbite oko, z którego ściekała łza. „Artur?” Zamilkł i zapadła dłuższa cisza. „Przemo, wszystko w porządku?” „Tak. A właściwie nie bardzo.” Ponownie przełknął ślinę. „Twój stary był kiedyś komendantem policji.” Wziął głębszy oddech i dodał: „Potrzebowałbym kilku informacji. Załatwisz mi je?” Mózg człowieka można podzielić na trzy obszary. Pierwszy – pień mózgu, tak zwany mózg gadzi, który od razu decyduje o reakcji na sytuację. Sprowadza się ona do ataku lub ucieczki. Drugi obszar, zwany układem limbicznym, odpowiada za emocje wywołane na przykład strachem, traumą, szokiem.
Trzeci, ostatni to kora nowa. Pozwala na przeanalizowanie danych, logiczne myślenie i podjęcie decyzji. Ważne, aby wszystkie obszary działały razem. Przemek, aby uświadomić sobie to, czego oczekuje, potrzebował kilku dni. To był przełom, tak jak przy upadku z konia. Ostroń zdecydował, że podniesie się i dosiądzie ponownie tego konia i zrobi to po swojemu. Był gotów do gry, której reguły sam wyznaczy. Nagły początek lata zaskoczył Polskę falą gorąca. Naród spragniony ciepła nie spodziewał się, że wiosny w tym roku nie będzie. Skok temperatury z około 10 stopni Celsjusza do ponad 30 powalał dosłownie z nóg.
Młody Ostroń olał maturę. Jego ambitnym planem było jak najszybciej ukończyć szkołę i zawinąć się na Zachód za dobrze płatną robotą. Uwierzył, że gdzieś tam jest lepiej, łatwiej i normalniej. W tej chwili miał coś ważniejszego do załatwienia. Rozłożył kilka narzędzi na chodniku i grzebał śrubokrętem przy skuterze. Było gorąco, zbyt gorąco na prawdziwą naprawę. Tak naprawdę interesował go dom po przeciwnej stronie ulicy. Przemek odczekał, aż tamten wyjedzie. Gdy jego auto opuściło posesję, spokojnie, bez nerwów spakował zawiniątko z narzędziami pod siedzisko i przepchnął skuter bliżej obserwowanego domu. Oparł maszynę o ogrodzenie i po chwili nacisnął dzwonek do drzwi.
Ding dong, ding dong. „Kurewsko elegancki” – pomyślał. Drzwi otworzyła kobieta ubrana w żakiet. Blondynka z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. „Dzień dobry. Nazywam się Przemysław Ostroń” – przedstawił się uprzejmie. – „Ja do pana Rafała Orskiego.” „Dzień dobry” – odparła, ściągając okulary. – „Męża nie ma.” Mówiąc to, przyglądała mu się podejrzliwie. „Proszę się nie obawiać.” – uśmiechnął się, wskazując na swoją posiniaczoną twarz. Już nie boli.
To tylko tak źle wygląda. Kobieta nadal milczała. Obserwowała go. Proszę pani, ja właśnie do pani męża. Gdyby nie pani mąż, to mogłoby mnie w ogóle tu nie być. Kilka dni temu wracałem przez park i parę pijanych napadło na mnie. Sama pani widzi, że nie wyglądam jak Pudzian. Nie miałem szans. To pani mąż mnie uratował. Chciałem mu osobiście podziękować.
Kobieta przygryzła oprawę okularów i jeszcze raz obrzuciła chłopca wzrokiem z dołu do góry. Męża nie ma. Jest w pracy. A jak właściwie dowiedziałeś się, że mąż tutaj mieszka? Kolega pani męża, pan Andrzej mi powiedział. Taki wysoki, ogromny, chłop jak dąb. W porządku policjant. Zresztą tak jak pani mąż. Ostroń przypomniał sobie łapska Andrzejka. Jedną dłonią objął jego tył głowy i cisnął o stół.
To wówczas pociekła pierwsza krew. Do tej pory oddycha przez usta. Kobieta dostrzegła coś na twarzy Przemka. Jakiś żal, a może ogromny ból. Oj, nie przejmuj się. Nie rozmawiamy z mężem o jego pracy powiedziała, wyciągając dłoń w jego kierunku. Mąż mi nie opowiada o tym, czym się zajmuje. Kciukiem starła łzę z policzka chłopca. Wejdź. Otwierając szerzej drzwi, zaprosiła do środka.
Wypijemy herbatę i opowiesz mi wszystko raz jeszcze jak to było. Ostroń ze skruszoną miną, lecz bez oporów przestąpił próg domu. Po dwóch godzinach chłopak wkradł się w łaski żony Aorskiego. Wypił herbatkę, spróbował sernika i opowiadał jej o życiu. Naturalnie nie mógł przyznać, że matka zmienia facetów jak rękawiczki. Nie mówił jej o zmarnowanym dzieciństwie, o ucieczkach do szopki ojca i nie wyznał prawdy o jej mężu sadyście. Kłamał. Łgał jak z nut o bardzo dobrych wynikach w nauce. Mamił, jak to rodzice żyją w harmonii i pokładają w nim nadzieje. Udawał ogromną sympatię i podziw dla jej męża.
Tymi ostatnimi informacjami była nieco zaskoczona, jednak na tyle przejęła się historią Przemka, że postanowiła, aby został na obiad. Początkowo nie chciał. Nie tak to zaplanował. Zmienił zdanie, gdy ujrzał ją. O niej Artur mu nic nie powiedział. Cześć mamo! Wpadła do domu jak grom z jasnego nieba. Rzucając plecak na podłogę, zatrzymała się nagle. Spostrzegła, że w domu siedzi jakiś nieznajomy, rozmawiając w salonie z jej mamą. Witaj Alicjo — przywitała ją żona komisarza.
— Mamy gościa. Poznajcie się. Przemku, to Alicja, nasza córka. Alicjo, to Przemek, którego uratował twój ojciec. Gdyby nie twój tata, to kto wie, co mogłoby się stać z takim sympatycznym młodym człowiekiem. Przemek chciał podziękować twojemu ojcu za, można śmiało powiedzieć, za ocalenie. Dziewczyna, nieco sparaliżowana, podeszła w stronę chłopca. Spojrzała na jego siną i opuchniętą twarz i coś jej w tym nieznajomym zaimponowało. Alicja — przywitała się, wyciągając rękę. Chłopak, choć obolały, odzyskał siły, by unieść cztery litery i również się przywitać.
Przemek, miło mi i przepraszam za to. Wskazał z grymasem podobnym do uśmiechu na swoją twarz. Chwycił jej dłoń i poczuł przyjemne ciepło między nogami. Delikatna kobieca dłoń. Przełamał się i spojrzał jej w oczy. Przepraszam za to niespodziewane najście, ale musiałem spotkać się z twoim ojcem. Coś było z nią nie tak. Jej oczy, choć piękne, to spojrzenie miała podobne do Aorskiego. Jej rysy twarzy również przypominały mu komisarza. Zawiedziony nie mógł dłużej i puścił jej rękę.
Po kolejnej godzinie siedzieli w dobrych nastrojach przy stole. Żona Aorskiego przygotowała obiad. Młode ziemniaki z koperkiem, pachnące kotlety i surówkę z ogórków. Kobiety jadły, obserwując chłopca. Widziały, że mu smakuje. Starały się spożywać posiłek na tyle wolno, aby nie zakończyć przed gościem. Dziękuję. Naprawdę pyszny domowy obiad. Jeśli mogę pomóc, to chętnie posprzątam. O nie, młody człowieku — sprzeciwiła się Aorska.
— Jesteś naszym gościem. Poza tym u nas w domu goście to wyjątkowa rzadkość. Gdy pani domu zajęta była uprzątaniem, pojawił się jej mąż. Kochanie, wróciłem. Ale cudne zapachy. Na zewnątrz już czuć, że coś dobrego dzisiaj mamy na obiad. Aorski wszedł głębiej do salonu i stanął jak wryty. Kochanie, niespodzianka! Aorska wyszła naprzeciw mężowi z kuchni. Była wyraźnie zadowolona.
Żywiciela domu przywitała niczym króla. Jestem z ciebie dumna. Mówiąc to, spojrzała ze sztucznym uśmiechem na męża. Uratowałeś go — wskazała na Przemka. — Przyszedł, aby osobiście tobie podziękować. Chodź Alicjo, dajmy chłopcom kilka minut. Mężczyźni zostali sami. Aorski niepewnie zbliżył się do posiniaczonego chłopca. Co ty tu, kurwa, robisz? Chyba pana żona już wyjaśniła.
Przyszedłem osobiście wyrazić swoją wdzięczność. Aorski słuchał ze zdumieniem. Jak wracałem tamtego felernego dnia do domu przez park, to uratował mnie pan. Inaczej mógłbym zginąć z rąk tych złoczyńców. Chłopak uśmiechnął się szyderczo i kontynuował. Ale wtedy zjawił się pan, dzielny policjant z paralizatorem. Zatem jestem i dziękuję uprzejmie za uratowanie życia. Chciałbym się naturalnie odwdzięczyć. Nie wiem, co kombinujesz gnoju, ale obiecuję ci, że masz przejebane. Proszę się uspokoić.
Co kurwa? Uniósł nieco ściszony głos. Uspokoić? Przylazłeś do mojego domu. Wpierdalasz obiad z moją żoną. Co ty sobie myślisz gnoju? Myślę, że zabiorę pana córkę teraz na pyszne lody. Aorski nie wytrzymał. Zbliżył się do chłopaka, ale w tym momencie do salonu weszła jego żona. Jeszcze raz serdecznie dziękuję panu.
Pozwoli pan, że w ramach podziękowania zabiorę Alicję na dobre lody. Niedaleko stąd stoi taka niewielka budka. Spojrzał pytająco na komisarza, po czym skierował wzrok na panią Aorską. Przy skuterze zawsze mam dwa kaski. W taki upał będzie to chwila wytchnienia. Tam i z powrotem. Bez wygłupów. Zresztą nie potrafiłbym zrobić czegoś nieprzewidywalnego. Rafał — wtrąciła się Aorska. Niech jadą.
Są młodzi. Alicja z wielką przyjemnością zajęła miejsce pasażera. Ubrana w krótką spódniczkę wyglądała na mocno podekscytowaną. To była dla niej zupełna nowość. Proszę się nie martwić, za godzinę jesteśmy z powrotem — rzucił w kierunku Aorskich, odpalając skuter. Katarzyna z uśmiechem patrzyła na miłego chłopaka oraz na córkę, która obejmowała od tyłu Przemka. Aorski stał w drzwiach domu obok żony. Nie wierzył w to, co się właśnie działo na jego oczach. Zawsze miał kontrolę. W pracy i w domu był panem sytuacji.
Ten szczeniak w bezczelny sposób wszedł do jego domu, jadł jego obiad, a teraz odjeżdżał z jego córką. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak ograć. Obiecał sobie, że dorwie gnojka. Z wielką przyjemnością wyceluje paralizator w jego krocze i naciśnie spust. Miał ogromną ochotę sprzedać kilka kopniaków szczeniakowi. Oj, nie żałowałby sobie. Obejmując żonę oczyma wyobraźni widział, jak okłada ścierwo pałką, wykręca ręce, słyszy trzask łamanych nadgarstków. Uważajcie na siebie — krzyknął, gdy ruszali. Wyglądasz na szczęśliwego. Co cię tak bawi?
— zapytała Aorska. Mamy dorastającą córkę — odparł, słysząc w wyobraźni słodkie charczenie podduszonego szczeniaka. Cieszę się, że los podsunął nam tak dobrze ułożonego chłopaka. Mam nadzieję również, że jeszcze wpadnie na herbatę. Mówiąc to, przepuścił żonę, by weszła pierwsza do domu. Moja herbata będzie ci smakować, skurwielu. Pomyślał, jak to dobrze będzie oblać jebane gówno wrzątkiem. Minęło kilka tygodni. Przemkowi zeszły siniaki, a Aorski spuścił z tonu. Chłopak często bywał w domu policjanta.
Codziennie po kilka razy. Wkupił się w łaski pani domu. Przychodził z kwiatami, wykombinowaną porcją ciasta, a skradzionym piwem dla starego. Raz nawet przyniósł brandy w tak zwanym podziękowaniu za uratowanie życia. Butelkę dobrego Araratu wartą cztery stowy załatwił mu kumpel, który otrzymał w zamian obietnicę przysługi. Weźmiesz mnie w końcu do siebie? — zapytała Alicja. Spojrzał na nią i chwilę się zastanowił. To skomplikowane — odparł, nieco się odsuwając. Tłumaczyłem ci.
To ma być niespodzianka. Przemek poprawił włosy dziewczyny. Jej ojciec pełnił służbę, zaś matka miała fitness. Wykorzystywali każdą taką okazję, aby zaspokoić młodzieńczy popęd. Leżeli obydwoje w łóżku Alicji. Nadzy, bez skrępowania obserwowali się nawzajem. Przemek był zadowolony. Udało mu się wejść w butach do tej rodziny. Matka Alicji karmiła go. Jej ojciec chyba z poczucia winy sypnął czasami groszem, a sama Alicja zakochała się w nim po uszy.
Każdy normalny człowiek odpuściłby, ciesząc się z łaskawego losu. Nie Przemek. Nie był w pełni szczęśliwy. Czuł niedosyt i nie zamierzał na tym poprzestać. Paliłaś zioło? Alicja spojrzała na niego zaskoczona. Nie, a ciebie co wzięło? Pytam, bo teraz wszyscy palą. A ty paliłeś? No wiesz, z kumplami zdarzało się.
Poza tym słyszałem, że po zielsku seks jest lepszy. A bez tego gówna źle ci? Nie o to chodzi. Tak zapytałem. Ziarno, jakie Przemek zasiał, zaczęło powoli kiełkować. Alicja po rozmowach z koleżankami, przemyśleniach za i przeciw zapragnęła w końcu spróbować. Owszem, miała obawy. Wszystko do tej pory toczyło się w szaleńczym tempie. Związek z Przemkiem, akceptacja rodziców. Zakochała się.
Ufała mu. Czuła, że nie jest jej w stanie skrzywdzić. Dlaczego nie miałaby spróbować zapalić? Zaciągnij się i powoli wpuść dym do płuc. Przemek skombinował woreczek z zielskiem od kumpla. Tego samego, który mu wcześniej załatwił flaszkę brandy za pewną przysługę. Tym razem było podobnie. Kumpel okazał się niezawodny, a woreczek syto nabity. Rodzice Alicji bawili się na zabawie andrzejkowej. Młodzi mieli dom dla siebie.
Na razie dwa buchy ci wystarczą. Przemek nie chciał od razu ujarać dziewczyny. Na to był czas. Spojrzał na nią. Siedziała na kuchennym blacie, machając stopami. Chwycił jej kolano i przesunął dłoń ku górze. Ta się jednak roześmiała. Musiał chwilę odczekać, bo jej napad dobrego humoru wyhamował jego zamiary. Chłopak napełnił usta dymem i zbliżył je następnie do ust dziewczyny. Ta instynktownie otworzyła swoje, pozwalając, by dym wpełzł jej do środka.
Przemek nie przestawał. Zaciągnął się drugi raz, by powtórzyć manewr. Tym razem wypuścił dym w usta Alicji, po czym powieścił je delikatnie językiem. Pomogło. Alicja przestała się śmiać. Skupiła uwagę na Przemku. Objęła jego szyję rękoma, a stopami przycisnęła do siebie. Gryzła go w usta, lizała. Czuła głód pożądania. Miała ochotę poszaleć.
Doznawała czegoś, czego jeszcze do tej pory nie przeżyła. Po dwóch stosunkach, choć syto najedzona, to wciąż głodna, Alicja usłyszała propozycję. Przemek spojrzał jej w oczy i upewnił się, że jest na tyle świadoma, aby go zrozumieć. Właściwie to nie było pytanie, czy też forma stanowczego polecenia. Zabrzmiało to niczym spontaniczny pomysł. „Pojedziemy poznać moich rodziców”. Nie była do końca świadoma tego, co ją może czekać. W normalnych warunkach przygotowałaby się przynajmniej dwa dni wcześniej i że ogólnie byłby to przecież dla niej stresujący moment. Ale teraz, gdy objawy po marihuanie dały jej odprężenie i beztroskość, zgodziła się bez zastanowienia. Alicja czuła się znakomicie.
Obejmowała w pasie od tyłu Przemka. Jechali skuterem do jego rodziców bez kasków. Dziewczynie wiatr rozwiewał włosy. Miała wrażenie, że powietrze zmieniło gęstość. Choć poruszali się zaledwie 50 kilometrów na godzinę, to czuła się, jakby pędzili przez głębię oceanu. Podróż zakończyła się na obskurnym podwórku przed kamienicą Przemka. Chłopak od razu zgasił motor. „Chodź, muszę go schować”. Alicja nie spodziewała się widoku poobdzieranej elewacji, brudnych okien i pordzewiałego trzepaka do dywanów. Podwórze po kilku krokach stało się ciasne i kręte.
Szła za Przemkiem. Szopki, baraki oraz komórki tworzyły cichy i zarazem obcy labirynt. Zatrzymał się i oparł skuter na nóżce. „Spokojnie, wyluzuj” — uśmiechnął się w jej kierunku. — „Tylko go schowam”. Otworzył drzwi do jednej z komórek i wprowadził motor. Alicja stała na zewnątrz, zerkając do środka. Chciała już iść. „Wejdź na chwilę”. Mówiąc to, zapalił wewnątrz światło.
„Weźmiemy tylko po małym buchu” — zachęcił ją, wyciągając skręta. Katarzyna Aurska wstała od stołu. Miała już dość i chciała do domu. Idąc w stronę toalety spojrzała na parkiet. Jej mąż wywijał z jakąś dziunią. Dobrze się bawił. Wytańcował wszystkie kobiety, zapominając oczywiście o żonie. Zresztą to już było normą. Sylwester, potańcówki, wesela wyglądały podobnie. On mógł bawić się z każdą, ale gdyby ktoś poprosił ją do tańca, pewnie zakończyłoby się upomnieniem albo daniem komuś w mordę.
Taki już był ten Rafał, pies ogrodnika. Stała przed lustrem, myjąc dłonie. W oddali słychać było przytłumione dźwięki i krzyk z sali. „Jesteś szalona. Zawsze nią byłaś”. Coś ją zakłuło. Zgięła się wpół, chwytając za brzuch. To nie był ból z powodu jakiejś niedolegliwości. Znała to uczucie. Coś, co siedziało w jej brzuchu, chciało przekazać nie najlepszą wiadomość.
Pierwszy raz doświadczyła tego, gdy umarła matka. Wówczas pracowała jeszcze w urzędzie. Narobiła niezłego zamieszania. Drugi raz to było, jak Alicja jako dziecko spadła ze schodów. Dostała bólu i tego dziwnego uczucia na krótko przed tym zdarzeniem. Chwilę później oboje leżeli na podłodze. Mała Alicja u stop schodów, a ona zaś sparaliżowana w sypialni na górze. Teraz było podobnie. Ból i zawroty głowy ułożyły ciało Katarzyny pod umywalką. Coś złego miało się wydarzyć.
Nie wiedziała tylko co i komu. Nie mogła również zareagować. Musiała przeczekać. Alicja weszła do środka. Pachniało tu tak, jak w jakimś warsztacie, benzyną i smarami. Przemek odpalił skręta, zaciągnął się i podał Alicji. „Pal do końca, nie żałuj sobie” — powiedział z uśmiechem. Dziewczyna zapomniała o celu podróży. Zioło było ważniejsze. Kłęby dymu wypełniły szopkę.
Przemek w dwóch krokach zamknął drzwi od wewnątrz. Z kieszeni wyciągnął woreczek z tabletkami. „Weź jeszcze to”. Wyciągnął jedną pastylkę i podał Alicji. „Po niej będziesz swobodnie rozmawiać i nikt się nie zorientuje, że paliłaś”. Alicja posłusznie wzięła tabletkę i wsadziła ją do ust. Przełknęła. Chwilę później Przemek udawał, że robi coś przy skuterze. Nie zwracał uwagi na dziewczynę. Ta stała tępo.
W końcu wyprostował się i podszedł do niej. Spojrzał Alicji w oczy. Była ujarana na maksa. Chwycił ją i przyciągnął do siebie. Nie protestowała. Mógł z nią właściwie wszystko zrobić. Szarpnął za włosy i odsunął do tyłu. Drugą zaś ręką z całej siły uderzył w twarz. Zszokowana spojrzała tępo na niego. Przemek dostrzegł w niej coś, co go zawsze irytowało.
Odbicie jej ojca, podobieństwo oczu, rysy twarzy i ten nos. Wierna kopia starego Aorskiego. Nabrał obrzydzenia do dziewczyny. Trzymając ją za włosy, zaczął ją bić. Nie protestowała, nie krzyczała. Tabletka i zielsko paraliżowało. Przemek odepchnął ją na regały. Zapadł w dziki trans. Szybkim ruchem otworzył klapę w podłodze. Chwycił Alicję za nogę i schodząc do piwnicy wciągnął dziewczynę na dół.
Podjęła próbę ucieczki. Bezradnie uniosła się i wspięła na schodek. Przemek kontrolował jednak każdą sekundę. Przydepnął jej dłoń. Krzyknęła z bólu. Docisnął mocniej, po czym kopnął ją w twarz. Leżała na podłodze. Zbliżył się do niej. Był zadowolony. Potrzebował się zemścić, a właśnie na ten moment długo czekał.
Zbyt długo. Zaplanował każdy szczegół. Z uśmiechem na twarzy spojrzał na zegarek. Dochodziła 19:00. „Zaraz przyjedzie niespodzianka” — powiedział, nachylając się do jej ucha. Szlochała. Gdy chwycił jej ręce, drgała. Z ust zaś ciekła krew zmieszana ze śliną. Spojrzał na nią z udawanym politowaniem. „O, nieładnie.
Taka laska, a tak się umazała.” Kawałkiem starej szmaty wytarł jej twarz. Patrzyła tępo w niego. Broda jej się trzęsła. Nie spodobało się to Przemkowi. Za chwilę miał przyjść on, a ta jest w takim nienadającym się stanie. Wyciągnął skręta, odpalił go i wciągnął dym do ust. Nie zaciągnął się. Zawartość wdmuchnął w Alicję, przyciskając usta do jej ust. Nie protestowała. Była ujarmiona, a przy tym posłuszna.
Coś zabrzęczało Przemkowi w kieszeni. Telefon. Odczytał wiadomość. „Jestem. Otwórz.” „Czekaj tu na mnie” — warknął do dziewczyny. W kilku susach wskoczył na górę i wpuścił kumpla do środka. Na dół zaś zeszli już obaj. „Jak? Zadowolony?” „Stary, jest okej” — uśmiechnął się, po czym dodał: „Lubię takie.” „Alicjo, ściągnij bluzkę” — polecił Przemek. — „Teraz stanik.” Odczekał, aż posłusznie wykonała polecenie.
— „I co? Nie mów, że nie satysfakcjonuje.” — zadał pytanie w kierunku kumpla. — „Pytam się ciebie o coś. Mam nadzieję, że wyrównuje to nasze rachunki. Jest twoja. Korzystaj.” Przemek wyciągnął telefon. Włączył funkcję aparatu. Pierwsze zdjęcie wykonał, jak kumpel położył ręce na niewielkie, jędrne cycki. Męskie dłonie, cycki i posłuszna mina Alicji. Druga fotka przedstawiała Alicję, jak rozkłada nogi.
Miała na sobie spódniczkę, ale była już bez majtek. Trzecie, jak kumpel ją posuwa. Kilka zdjęć później pieprzył ją, dusząc jednocześnie. Komisarz Aorski zapalił papierosa i spojrzał na zdjęcia. Przeglądał kilka fotografii. Każda z nich przedstawiała zamordowaną młodą dziewczynę. Tak na oko była w wieku jego córki. „Kurewski świat, Andrzejku” — powiedział do prowadzącego samochód kolegi. „Kurewski, szefie.” Zmierzali do domu ofiary. Czekało na nich trudne zadanie.
Należało w obecności rodziców przeszukać pokój i rzeczy osobiste ofiary. Nie spodziewali się znaleźć czegoś konkretnego. Takie były procedury. „Szefie, ma pan ochotę na kawę?” Aorski nie odpowiedział. Jego telefon zasygnalizował odebranie wiadomości. To, co zobaczył na ekranie, zmroziło mu krew w żyłach. Przeglądał nadesłane fotki z Alicją. Był sparaliżowany. Na ostatnim zdjęciu siedziała naga, uwiązana na krześle. Miała zaklejone usta i otępiały wzrok.
Tekst poniżej oznajmiał: „Panie Aorski, córka prosi o pomoc.” „Zrób coś, do jasnej cholery!” — krzyczała do męża. — „Przecież, kurwa, jesteś w zjebanej policji.” — opluła go, wrzeszcząc mu w twarz. — „Kurwa, zrób coś!” — płacząc, uderzała go bezsilnie. Aorski stał pośrodku kuchni, pozwalając przyjmować ciosy. Nic nie mówił. Wszystko, co miał do powiedzenia, powiedział żonie w dniu wczorajszym. Choć niechętnie, pokazał również nadesłane zdjęcia. Mijał drugi dzień, a po Alicji ślad praktycznie zaginął. Również Przemek był nieuchwytny. Stary gliniarz miał gorzką pigułę do przełknięcia, a najgorsze miało dopiero nadejść.
Usiadł na krześle. „Kochanie, musimy poczekać.” Mówiąc to, spuścił wzrok. „Najlepsi ludzie robią, co mogą. Znajdą ją.” Aorska nie chciała tego słuchać. Spojrzała na męża, po czym pierwszy raz w życiu role się odwróciły. Wzięła potężny zamach i uderzyła go z całej siły w twarz. Po kilku dniach sytuacja nadal była beznadziejna. Poszukiwania utkwiły w martwym punkcie, a Orscy otrzymali dziesiątki zdjęć z córką. Oglądali je w niemej ciszy i z przerażeniem. Ich świat się zawalił.
Któregoś sobotniego wieczoru Aorski otrzymał wiadomość. Odczytał ją, po czym przekazał telefon żonie. Byli gotowi na wszystko, na każde poświęcenie. „Zrób to” – powiedziała, oddając telefon. Spojrzał raz jeszcze na treść wiadomości. „Przygotuj kawał tektury z napisem: jestem gównem. Jutro zawiesisz ją sobie na szyję i przespacerujesz się nago przez wrocławskie zoo. Po powrocie do domu córka już będzie czekać.”
[03:10:52] - Proszę państwa, proszę państwa, no cóż. I tak po raz kolejny, enty, enty, enty, dobrnęliśmy do finału. Akademia Wszelkiej Fikcji na dzisiaj niniejszym zamyka podwoje. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie w dzisiejszym odcinku. Pozdrawiam, życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i tradycyjnie już zapraszam za tydzień. I przypominam to, o czym mówiłem na początku audycji. Za tydzień rozpoczynają się targi książki w Poznaniu. Ja tam będę, a jeśli państwo możecie, to spróbujcie się tam również wybrać. Pozdrawiam.
[03:11:33] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.