Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, skoro mamy piątek i skoro minęła przed chwilą godzina 20:00, to wyciągamy książki i czytamy i/lub zapuszczamy filmy i oglądamy. A nade wszystko, proszę państwa, słuchamy kolejnego odcinka AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:49] - Halo, halo! Dzień dobry, wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie w kolejnym odcinku Akademii Wszelkiej Fikcji. Trump zapowiedział ujawnienie informacji o UAP i o życiu pozaziemskim, ale wcześniej zwrócił uwagę Barackowi Obamie, że nie powinien tak chlapać ozorem i opowiadać o Strefie 51 i innych obcych. Czekamy, co się wydarzy. Czekamy, aż administracja amerykańska zasypie nas górą dokumentów, w większości zapewne bezsensownych, z których nie będzie nic wynikało. Jeśli będzie inaczej, to z radością odszczekam wszystko to, co mówię w tej chwili i to tu na antenie. Ale nadzieje na to, że dowiemy się czegoś naprawdę ciekawego i sensownego, są moim zdaniem bardzo niewielkie. A jeśli państwa ten temat interesuje, to nagraliśmy z Piotrem Cielebiasiem audycję na ten właśnie temat. Premiera w najbliższą niedzielę, 1.
marca na kanale UFO Historie. Zapraszam w imieniu Piotra i w swoim imieniu. A teraz już polecanki książkowe. „Zima pożegnanych” Anna Kańtoch, Wydawnictwo Marginesy. Data premiery 11 marca 2026. To moja pierwsza propozycja. Kilka lat po wydarzeniach opisanych w „Wiośnie zaginionych” do emerytowanej policjantki Krystyny Lesińskiej z prośbą o pomoc zgłasza się młody sąsiad, Miłosz Najder. Chłopak niedawno otrzymał maila z filmikiem przedstawiającym idącą przez las kobietę. Nie wie, kto go wysłał ani kim jest tajemnicza blondynka. Krystyna bierze to za żart albo za pomyłkę, ale Miłosz jest przekonany, że kobiecie może grozić niebezpieczeństwo, skoro najwyraźniej ktoś ją obserwuje i filmuje z ukrycia.
Jednak wkrótce pojawia się drugi filmik, a potem trzeci, a Krystyna zaczyna się niepokoić. Dzięki pomocy wnuka udaje się jej namierzyć adres kobiety z nagrania. Zanim jednak zdąży zdecydować, co dalej, z powodu zapalenia oskrzeli trafia do szpitala. Dwa miesiące później Krystyna dowiaduje się, że w Pątnowie pod Legnicą doszło do podwójnego zabójstwa. Ofiarami są blondynka z filmu oraz Miłosz Najder. Dla policji sprawa jest jasna. Miłosz Najder zaatakował kobietę, a ona zabiła go w samoobronie. Krystyna nie wierzy w taką wersję wydarzeń i na prośbę siostry Miłosza rozpoczyna własne śledztwo. Śledztwo, w którym pomaga jej niedawno poznany pisarz interesujący się true crime. A ja przypomnę tytuł: „Zima pożegnanych”.
Autorka Anna Kańtoch, Wydawnictwo Marginesy. Książka na rynku od 11 marca. Druga propozycja nosi tytuł „Ślady”. Autorką jest Paulina Cedlerska. Książka pojawia się na rynku dzięki wydawnictwu Filia, a pojawi się na tym rynku już 4 marca. Na południowych krańcach Podlasia bez śladu przepada czteroosobowa rodzina. Policja podejrzewa, że mogło dojść do zabójstwa suicydalnego. Trop szybko się urywa. Mieszkańcy szepcą o mrocznej przeszłości domu. 30 lat wcześniej doszło tu do makabrycznych zdarzeń, za którymi według plotek stała demoniczna wiedźma.
W starej chacie na skraju lasu do dzisiaj przez grubą warstwę farby przebijają tajemnicze ślady układające się w kształt pazurów. Czy zło, które zdarzyło się w cieniu podlaskiego lasu, rzeczywiście ma swoje źródło w siłach wykraczających poza racjonalne postrzeganie świata? A może to, co najstraszniejsze, jest znacznie bliższe ludziom niż zjawom i kryje się w głębi serca? Tytuł książki „Ślady”. Autorka Paulina Cedlerska, Wydawnictwo Filia. Data premiery: 4 marca 2026. I wreszcie trzecia propozycja. Tytuł: „Algorytm”. Autor: W.P. Rdzanek.
Dom Wydawniczy Rebis. Premiera 24 marca 2026. Vincent Severski napisał o tej książce tylko dwa słowa: niebezpiecznie dobre. To pierwszy tom trylogii „A-Agent: Mroczne kody”. Wejdź do świata zbrodni, hakerów cybersłużb. Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci. Brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Kopela, pracującego dla rządu Stanów Zjednoczonych, to rzeczywistość. Jego dzieło, przełomowa sztuczna inteligencja nazywa się Zeus. Ale to dzieło właśnie zmieniło się w koszmar.
Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają: twarda policjantka z komendy społecznej policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. Zeus bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół, są tylko poszczególni gracze. Czy Koppel uciekł? A może go porwano?
Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program? Zapnijcie państwo pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach. Przypomnę państwu tytuł „Algorytm”. Autor: W.P. Rdzanek, Dom wydawniczy Rebis, a książka na rynku od 24 marca. Czas, proszę państwa, na korepetycje filozoficzne. Korepetycje, które dzisiaj dedykuję wszystkim działającym w internecie według zasady: nic nie wiem na dany temat, ale się wypowiem. Są filozofowie, którzy budują wielkie systemy.
Są tacy, którzy piszą tysiące stron, a potem pojawia się Ludwig Wittgenstein. Pojawia się i mówi właściwie jedno: zanim coś powiesz, upewnij się, że to w ogóle ma sens. Brzmi dosyć skromnie. W praktyce to jednak intelektualna rewolucja. I nie ukrywajmy, subtelny policzek wymierzony w modną od dawna postawę. Nie wiem, ale się wypowiem. Wittgenstein był postacią skrajną. Urodzony w jednej z najbogatszych rodzin Austro-Węgier. Mógł spokojnie grać na fortepianie i podziwiać sztukę. Zamiast tego wybrał inżynierię, potem logikę, a ostatecznie filozofię.
I to w wydaniu bezlitosnym. Jego pierwsze wielkie dzieło, traktat logiczno-filozoficzny to książka cienka, ale naprawdę niebezpieczna. Składa się z ponumerowanych tez. Brzmi jak matematyczny raport o naszej rzeczywistości, a kończy się zdaniem, które przeszło do historii. O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. To nie jest apel o skromność towarzyską. To rygorystyczna teza logiczna. Wittgenstein twierdził, że język ma strukturę. Zdanie ma sens tylko wtedy, gdy przedstawia możliwy stan rzeczy w świecie. Jeśli nie potrafimy wskazać, co dokładnie miałoby czynić dane zdanie, miałoby go czynić prawdziwym albo fałszywym, to najprawdopodobniej mówimy coś pozbawionego sensu logicznego.
A filozofia według młodego Wittgensteina pełna była właśnie takich zdań. W okresie traktatu logiczno-filozoficznego Wittgenstein uważał, że świat składa się z faktów, a nie z rzeczy. Zdania są jak obrazy, odwzorowują strukturę tych faktów. Język i rzeczywistość mają wspólną formę logiczną. To brzmi bardzo technicznie. No i takie jest. Ale konsekwencja była brutalnie prosta. Jeśli wypowiadasz zdanie, którego nie da się powiązać ze strukturą świata, to nie mówisz czegoś fałszywego. Ty po prostu nie mówisz niczego sensownego. Metafizyka?
Podejrzana. Nieprecyzyjna teologia? Ryzykowna. Mgliste rozważania o energii wszechświata? No, milczenie byłoby wskazane. Tak to widział Wittgenstein. Można powiedzieć, że traktat logiczno-filozoficzny to odpowiednik znaku drogowego. Znaku, którego opis brzmiałby mniej więcej tak: uwaga, tu kończy się sens, a dalej jest przepaść. I właśnie w tym dziele, w traktacie logiczno-filozoficznym pojawia się pośrednia krytyka postawy. Tej postawy, o której mówiłem na początku.
Nie wiem, ale się wypowiem. Bo jeśli nie rozumiesz struktury problemu, nie ogarniasz przyczyn podejmowanych decyzji, tych decyzji, które naprawdę zaistniały, to nie wiesz, jakie warunki musiałoby spełnić twoje zdanie, aby było prawdziwe. A zatem twoja wypowiedź nie jest odważna. Jest logicznie pusta, czyli tak popularnie mówiąc głupia. To jest niemal manifest przeciw gadulstwu bez kompetencji. I tu zaczyna się najciekawsze Wittgenstein uznał, że rozwiązał już wszystkie problemy filozofii, po czym porzucił filozofię. Został nauczycielem w wiejskiej szkole, potem ogrodnikiem w klasztorze. Projektował także dom dla swojej siostry. A potem wrócił i okazało się, że wrócił jako zupełnie inny filozof. W późnym okresie, którego głównym świadectwem są dociekania filozoficzne, Wittgenstein porzuca wizję języka jako sztywnego obrazu świata.
Zamiast tego mówi: „Znaczenie słowa to jego użycie. Język nie jest jednolitą strukturą logiczną, jest zbiorem gier językowych. Mówienie to działanie. Sens powstaje w praktyce życia”. Proszę państwa, to już jest zupełnie inna filozofia. Późny Wittgenstein nie tyle ogranicza język, ile bada jego funkcjonowanie. Zamiast mówić: „To zdanie nie ma sensu”, pyta, w jakiej grze językowej ono działa. Nie wszystkie problemy są błędami logicznymi. Część z nich to nieporozumienia wynikające z pomieszania kontekstów. Ale jedno pozostaje wspólne dla obu okresów wittgensteinowskich — niechęć do pustych słów.
Jeśli używasz pojęcia, którego reguł nie rozumiesz, grasz w grę, której zasad nie znasz, a to kończy się zamieszaniem. W tym sensie także późny Wittgenstein jest krytykiem intelektualnej brawury bez przygotowania. Słynne zdanie z „Traktatu logiczno-filozoficznego” bywa interpretowane jako mistyczne. I rzeczywiście Wittgenstein uważał, że istnieją rzeczy, których nie da się powiedzieć, ale które się ukazują. Etyka, sens życia, wartości — oto niektóre z nich. Ale równie ważny jest wymiar praktyczny. Nie każde pytanie da się sensownie sformułować. Nie każde zdanie, które brzmi głęboko, jest logicznie poprawne. Nie każda opinia zasługuje na wypowiedzenie. I to nie jest cenzura.
To higiena pojęciowa. Można powiedzieć, że w życiu Wittgensteina pojawiły się dwie filozofie, ale lekcja była tylko jedna. Młody Wittgenstein twierdził, że język ma twarde granice logiczne. Późny Wittgenstein mówił: „Język jest praktyką społeczną złożoną z wielu gier”. To dwie różne wizje. Jedna surowa i niemal geometryczna, druga elastyczna i terapeutyczna. Ale w obu przypadkach przesłanie jest podobne. Zanim coś powiesz, sprawdź, czy wiesz, co robisz ze słowami. W naszej epoce, w której opinia bywa ważniejsza niż wiedza, a tempo wypowiedzi szybsze niż namysł, Wittgenstein brzmi zaskakująco aktualnie. Może więc jego najbardziej współczesną tezą nie jest żadna z numerowanych tez z „Traktatu logiczno-filozoficznego”.
Może jest nią postawa. Filozofia nie polega na tym, by mówić jak najwięcej. Polega na tym, by wiedzieć, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Tak jak powiedziałem, proszę państwa, ten odcinek „Korepetycji filozoficznych” dedykuję wszystkim, którzy nie znając kulis, wypowiadają się o tym, co widzą na scenie. A teraz, proszę państwa, zapraszam na odrobinę literatury. Opowiadanie nosi tytuł „Kariera kuriera”. Autorem jest Jurjan, a opowiadanie czyta dla Państwa Marek Sęk "Ivellios"
[16:31] - Jurjan. „Kariera kuriera”. Morze. Co to jest morze? Popłyniemy innym razem, wymoczymy nogi i cześć. My mamy jakieś pieniądze? Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać. Mam rację, Lutek? Mam rację? Wniebowzięci.
„Lutek, rozruszajmy kości. Nie wiadomo, kiedy wrócimy nad morze”. Arkaszka wstał i otrzepał się z mokrego piasku. „A po jaką cholerę łazić? Morze jest wszędzie takie samo”. „Ale plaża inna. Wstawaj no. Denerwuje mnie głośno muzyka”. „Co ty chcesz? Same szlagiery”.
„No właśnie. I to na przykład mnie denerwuje, że nie możemy iść na dancing”. „Wrócimy do domu, to pójdziemy na Targówek do Kolorowej”. Niski mężczyzna podniósł się w końcu i nucąc pod nosem piosenkę spływającą z otwartych okien restauracji hotelu Grand, ruszył za kumplem. „Baw się razem z nami, jeśli masz ochotę. Jutro odjeżdżamy”. Arkaszka obrócił się i uśmiechnął w końcu, nie zważając na to, że kolega fałszował straszliwie, wspomógł go swym głosem. „Ty zostaniesz tu. Szala la la la. Szala la la la.
Lecz nasze piosenki łatwo zapamiętasz. Gdy zaniucisz refren, powrócimy znów”. Szli niespiesznie, wsłuchując się w szum fal i milknące krzyki mew. Każdy zatopiony we własnych myślach. Kiedy oddalili się spory kawałek od mola, Lutek przerwał milczenie: „Ciemno już. Trzeba wracać.” „Gdzie ci się spieszy? Muszelki pozbieraj. Można przecież okleić słoik.” „Do domu. Już czas. Pomyśl o tym.
Ty masz łeb. Coś wymyślisz.” „I wiesz, popielniczka, takie rękodzieło. Mogliśmy latanie inaczej zaplanować, żeby się w Warszawie kończyło.” „Ty mi nie mów co mogliśmy, tylko co możemy.” „Lutek.” Kozłowski zatrzymał się na chwilę. „Rano. Teraz daj mi z tym spokój. Patrz, ktoś idzie. Skąd on się tu nagle wziął? Wygląda jak grabarz albo ogólnie z pogrzebu w czarnym garniturze.” „Ej, chodź Lutek, wracajmy już.” „Czekaj. Macha do nas. Może człowiek w potrzebie.
Bliskiego stracił, a ty co? Z Warszawy jesteś, to obycie pokaż, żeby nie gadali, że w stolicy same kołki, co to kondolencji nie znają.” „Panowie, zaczekajcie.” Obcy zawołał z kilku metrów. „Szukałem was koło hotelu, ale gdzieś znikliście.” „Pan nas chyba pomylił ze swoimi kolegami.” zdziwił się Lutek. „Znam was. Arkaszka Kozłowski i Lutek Narożniak. Sprawę mam.” „A my sobie nie przypominamy, co nie Lutek?” Kozłowski skrzywił się delikatnie. Od razu pomyślał o milicji. „Czekaj, czekaj. Jaką sprawę?” „Wiem, że macie, no jak to się mówi, nie najlepszą sytuację finansową. Mogę pomóc.
Mam robotę.” „No panie, my na wakacjach jesteśmy.” Kozłowski nie dawał za wygraną w staraniach spławienia obcego. „Jak to pomóc? Pożyczysz pan na bilet? Znaczy na dwa bilety?” Narożniak z nikłą nadzieją w głosie zarzucił przybysza pytaniami. „Lepiej. Za przysługę dostaniecie... ” otworzył wąską aktówkę i wyjął szarą kopertę. „Oto.” Grube pliki czerwonych stuzłotówek oprócz dużego wrażenia wzbudziły pewne obawy. „Co mamy zrobić? Od razu mówię, że ciężka robota odpada.
Ja już zdrowia nie mam.” Na samą myśl o pracy na twarzy pojawił się grymas niechęci. „Lekka, łatwa i przyjemna. Trzeba przesyłkę dostarczyć i tyle.” „To gdzie jest haczyk?” „Poleconym byłoby taniej.” „Co to za przesyłka? Coś nielegalnego?” „A gdzie tam. Legalne wszystko. To książka. Haczyk malutki. No, że tam, gdzie trzeba dostarczyć Poczty Polskiej jeszcze nie ma.” „Zagranica. To odpada. My paszportów nie dostaniemy.” Obaj pokręcili głowami.
„Nie trzeba, bo to, tylko się nie wystraszcie, adresat jest na innej planecie.” „Aha, na innej. Rozumiem. Czyli nie na Ziemi.” Wymienili się znaczącymi spojrzeniami. „Tak. To dostarczymy.” Pokiwali ochoczo głowami. „Tylko płatne z góry, bo inaczej się nie zgadzamy.” „Oczywiście. Pójdę po plecak. Na wydmach został.” Cofał się tyłem, aby jak najdłużej nie spuścić ich z oczu. „Zaraz wracam.” „Myślisz, że wariat?” zaczął Arkaszka. „On mocno szurnięty, a my dziś śpimy w wygodnych łóżkach.” „Pewnie nie wróci.
Jak szurnięty to... ” „Cicho! Już biegnie. Żebyś go tylko nie spłoszył.” cicho wychlépiał niższy z kompanów. „Mam plecak.” Zwolnił i podniósł go na głowę. „Tu jest książka.” „Dobra, to daj nam pan tę książkę i kopertę i cześć.” dodał z namysłem Lutek. „Zaraz, chwileczkę. Musicie zabrać cały plecak. W bocznej kieszeni macie dokumenty i takie małe radyjko tranzystorowe. Będziecie do niego mówili i po chwili ono przetłumaczy was na każdy język.
Do głównej komory nawet nie zaglądajcie. A książka nie jest po polsku.” „A obrazki ma? Będziemy się nudzić w locie.” Arkaszka kpił w żywe oczy. „A może my znamy obcy język? Byliśmy w NRD, w Piszu, nawet w Rzeszowie. Wszędzie byliśmy.” zakończył Lutek z głębokim przekonaniem. „W Rzeszowie nawet dwa razy. Trochę się polatało tu i tam.” „Nie, absolutnie. Jest zapakowana na prezent.” Chudy mężczyzna podał plecak Kozłowskiemu. „Koperta to zaliczka.
Jak wszystko pójdzie dobrze, to będzie premia.” „To gdzie my mamy teraz iść?” Lutek, którego mocno suszyło, chciał zamknąć temat i czym prędzej oddalić się od obłąkańca. Co oczywiste – w stronę najbliższej knajpy. „Tu macie czekać. Wasz pojazd wynurzy się z wody. Słuchajcie mnie uważnie. Teraz trochę szczegółów.” Stanął bliżej i gestykulując ściszonym głosem wypowiedział kilka zdań. „Wszystko zrozumiałe?” „W lataniu mamy duże doświadczenie. To jak małe piwo.” „Przed normalnym.” dodał Lutek. „W takim razie powodzenia panowie. Na mnie pora.” Podam na koniec rękę i szybkim krokiem powrócił na wydmy.
Wybuchnęli śmiechem trudnym do stłumienia. W końcu Kozłowski machnął ręką. „Dobra, już wystarczy. Pewnie siedzi w trawie i słucha. Usiądźmy na chwilę. Niech myśli, że czekamy.” „Ja to mam, złotko, lepszy plan.” Lutek nie dokończył. Drgnęli obaj, słysząc donośny głos. „Obywatele, co tu robicie?” „Tu? Teraz?” „Tak. Tu i teraz.
I nie udawajcie obcokrajowców, bo inaczej pogadamy.” „Teraz to już tylko czekamy na okręt podwodny, panie sierżancie.” „Za takie żarty można być podejrzanym o szpiegostwo dla krajów tych imperialistowskich.” „Panie władzo. Ciepło. Wakacje. Wiemy, że nam się ubrania podniszczyły, bo mocno zwiedzaliśmy na urlopie. Czekamy tu, aż modę polską otworzą. Chyba jest w Gdańsku.” „Albo w Gdyni?” — dopytał uśmiechnięty od ucha do ucha Kozłowski. „No nie wiem, ja się tam nie wybieram. A gdzie się pan ubiera, panie sierżancie?” „W sypialni, w mundur.” „To co, Lutek? Idziemy zaraz do Grand Hotelu. Chłodno.
Wiatr się chyba zmienił. Spokojnej służby, panie władzo. Może pan dalej patrolować. Wrócimy do Warszawy, to pochwalimy, że milicja dobrze się opiekuje turystami. Jak się pan nazywa?” „Sierżant Jemioła.” Zasalutował, stając na baczność tak energicznie, że sypnął piachem na metr. „Spokojnej kanikuły.” Odwrócił się i odszedł, stylizując krąg defiladowy. „Popatrz, ile daje świadomość, co się ma w kopercie.” „Prawda? A ty masz jeszcze to zaświadczenie?” — zapytał Narożniak, kiedy milicjant zniknął ponad betonowymi schodami. „Jakie niby?” „A ile ich miałeś? To, że wygraliśmy w totolotka.” „Gdzieś mam.” Spojrzał z politowaniem na kolegę.
„Ja wszystko mam, co trzeba.” „I bardzo dobrze. W papierach trzeba mieć porządek.” „Patrz! Bąbelki w morzu.” Arkaszka wskazał palcem. „Co to może być?” „Ja to myślę, że tu jest ujęcie perły Bałtyku.” „Ech, głuptaku! W naszym morzu nie ma pereł. Woda mineralna, taka trochę słona. Jak nic mają tu rurę.” Połyskujący szaro spodek wynurzył się majestatycznie i ociekający wodą zawisł na rzut kamieniem od nich. Był wielkości boiska do siatkówki, a z czterech stron przymocowane miał duże walce świecące od spodu błękitnymi płomieniami. Rampa powoli opadła i z ciemnego wnętrza wyszły trzy chuderlawe postaci z głowami jak przerośnięte dynie. Osobniki zbliżyły się do ludzi.
„Co spotkanie, to dziwniejsze.” Kozłowski wymruczał filozoficzne spostrzeżenie. Nie taki znowu był z niego wariat. Głośniej dodał: „Tym pojazdem mamy chyba lecieć. Jak widzę, jest dość nowoczesny. Spójrz Lutek. Cztery franie. A siła... O panie!” „Ba, a co myślałeś? One nie działają na proszek XI.” „Zapytaj na jaki proszek. Zapytaj tego najmniejszego.
Polubi cię. Nie będzie musiał głowy zadzierać.” „Kolego, jak to działa? Na co chodzą te wasze pralki?” „Co powiedział?” „Nic. Pokazał.” „Co pokazał? Gadaj normalnie.” „Wskazał na moją fujarę.” „Bo fiut jesteś, że nie wiesz. Jemu chodziło o napęd jądrowy.” Arkaszka zaśmiał się z kolegi. „To mam nadzieję, że im paliwa wystarczy.” „Spokojnie, nie jesteśmy kanistrami. Jemu chodziło o inne jądra. Zupełnie małe.” „To bym się jeszcze nie cieszył na twoim miejscu” — odgryzł się Lutek. „A idź ty, bo cię trzepnę.” Podniósł nawet rękę, aby unaocznić konsekwencje wygłupów.
„Pokazują, żeby iść za nimi.” Przyzwyczajony do machania łapą nawet nie mrugnął okiem. „Wchodź pierwszy. Szybciej polecimy, szybciej wrócimy.” „A czy ty wiesz, że ja kiedyś byłem w podobnej sytuacji?” „Też leciałeś latającym talerzem?” „Nie, ale bez biletu.” „No popatrz, bez pieniędzy można.” „Tylko żeby zamiast pieniędzy...” Lutek zaczął poważnie. „Hej, przestań! My im się podobamy, jak oni nam. Chciałbyś lecieć taki kawał, żeby jakąś ropuchę pocałować z innego świata?” „A z Rzeszowa do Gdańska to po co lataliśmy tam i z powrotem?” „Ej, przestań, bo cię walnę!” „Słyszałeś? Coś zabrzęczało. Ciekawe.” Przysunął urządzenie tranzystorowe do ust. „Co oznacza ten dzwonek?” „To informacja, że za minutę lądujemy.” Natychmiast dobiegł metaliczny głos z głośniczka. „Chyba awaryjnie, na molo.” — z niedowierzaniem mruknął Kozłowski.
„A co ty chcesz? Widziałeś ich silniki? E tam. Dłużej się jedzie ekspresem do nocnego monopolu ze Wschodniego na Centralny.” Wrota pojazdu otworzyły się bezszelestnie, zanim dokończyli dyskusję. Ich oczom ukazała się olbrzymia hala pełna pojazdów różnego kształtu i wielkości. Na taśmociągach poruszały się istoty w żaden sposób nie przypominające ludzi. Może z wyjątkiem faktu, że większość z nich posiadała głowy i odnóża. Wszyscy zaniepokojeni, uważnie rozglądając się na wszystkie strony. Lutek obrócił się na chwilę do załogi statku, który ich tu przywiózł i zamachał ręką. Nawet nie raczyli odpowiedzieć.
„Lutek, ciężko się idzie i ten plecak zaraz urwie mi ramię.” „Widać, że tu przyciąganie inne. To chodź, pojedziemy chodnikiem. A ty pamiętasz, co tam mówił ten na plaży? Ma na nas ktoś czekać. Jakiś dziwny, z mackami, z tabliczką. Mamy za nim iść do szefa.” Stąpając ociężale, mozolnie, krok za krokiem, dotarli w końcu do centralnej części hali przylotów. Tu tłum był większy, ale nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. „O, Lutek! Tam stoją z tabliczkami. Podejdźmy bliżej.” Wielka mrówka trzymała szyld z kombinacją znaków BH90210.
Obok szary anemik z wypisanymi na naciągniętym płótnie wyrazami „grym dym bym”. Ostatni był najdziwniejszy. Przyklejony do podłogi wielką przyssawką poruszał powoli pięcioma mackami niczym słoniowymi trąbami, a w piątej trzymał obustronny elektroniczny wyświetlacz. „Akszakra ketul.” Z trudem sylabizował na rożniak. „Idziemy. To nie ten. Nikt na nas nie czeka. Sikać mi się chce. Trzeba znaleźć ustronne miejsce.” „Nie bądź cham. Znajdziemy toaletę jak kulturalni ludzie.” Rozejrzał się po kierunkowskazach.
„Zobacz. Trójkąt, kółko i jesteśmy w domu.” „Zobacz ty, w całym kosmosie tak samo. Tylko trójkąt wybierz. Poczekaj tu, ja zaraz wracam.” Rzucił plecak kolence i ruszył szybko w stronę drzwi, powstrzymując się resztami woli. Tymczasem Lutek zajrzał do tajemniczego bagażu. Znalazł tam grubą książkę w twardych okładkach, zapakowaną w ozdobny papier i przewiązaną wstążeczką. Wymacał jeszcze coś twardego i podniósł na brzeg komory. To była konserwa z białą etykietą, ale bez napisów. Wrzucił ją na powrót do środka. Kiedy zamykał plecak, pojawił się roześmiany Arkaszka.
„Co cię tak rozbawiło?” „Ech, chłopie. Dziwne tu mają zwyczaje, mówię ci.” „Co planeta, to obyczaj. Nie wiesz, jak jest?” „Chłopie, rację masz. To obyczaj.” „To gadaj w końcu.” „Wchodzę do środka, a tam przy ścianie rzędy dużych pisuarów, wysoko zawieszone. Ty byś nie sięgnął.” „Dobra, dobra, ja bym przełożył.” „Weź ty słuchaj lepiej. Sikam i sikam. Ulga coraz większa. Wiadomo. Jak skończyłem, to chciałem wodę spuścić. Wciskam guzik, woda leci, ale coś ten męski kibel zapchany był, bo nic nie ściekało.
Wciskam jeszcze raz, żeby wyłączyć, ale nic.” „Ty to zapchałeś?” „Skąd! W końcu przestało lecieć. Rozglądałem się, gdzie ręce przepłukać, kiedy wszedł tam taki jeden gruby z dwiema trąbami. Ja patrzę i nie wierzę, a ten trąbę do wody i chlup, i pije.” „Jedną. Ale prawą czy lewą?” „Co za różnica? On miał górną i dolną. Wsadził górną i wypił do dna.” „I co dalej?” „Nic. Wyszedłem. Co to za cudaki?” Śmiał się serdecznie. „Co z kibla piją?
Sam powiedz.” „Ty się nie śmiej, bo w końcu i ciebie dopadnie pragnienie.” „To co robimy?” „Znajdziemy ławkę i będziemy czekać.” Usiedli na najbliższej i podziwiali cuda niezwykłe. Najbardziej rozbawił ich trzymetrowy ślimak, który powoli przesuwał się pasażem, przy którym odpoczywali. Za brzuchonogiem powoli jechała maszyna zmywająca pozostawiony śluz. Operator, wielka mrówka, gadała piskliwie do siebie, co chwila wtykając kabelek pod beret z antenką. Samoistnie odezwało się radyjko. „Jadę za śluzowcem. Dziś nici z łowienia pająków. Do wieczora nie dosunie się do kasy. Będę miała nadgodziny, a wczoraj pegazy nasrały na widok regulianina. Ja to mam szczęście.
Tak, w tym samym miejscu, obok restauracji.” „Lutek, te drzwi to restauracja. Zajrzyjmy.” Radio zapiszczało głośno, aż mrówa odwróciła główkę w ich stronę. Ostrożnie weszli do środka. „Patrz jak pusto. Nawet kelnerek nie widać.” „Co ci po kelnerce? Zobacz, co jest w bufecie. Asfalt będziesz jadł, czy może te sękate deski? Bułka jest taka z wypustkami i tylko piątaka kosztuje.” Lutek podniósł radyjko do twarzy. „Ile to jest pięć na cenniku na ziemską walutę?” Radyjko natychmiast przeliczyło. „2702 dolary amerykańskie.” „Lutek, nawet na okruchy nas nie stać.
Teraz rozumiesz, czemu ten z trąbami wolał tam mój serwowit niż piwo tu. Ten gość na plaży znał ceny. Zostawił nam wałówkę na czarną godzinę.” „Jaką wałówkę?” „Wracamy na ławkę. Tylko sztućce trzeba stąd pożyczyć.” Jednym ruchem wrzucił nożyk do kieszeni wytartej marynarki. Siedząc na ławce przekładali konserwę z ręki do ręki. „Jak ją otworzyć?” Lutek obracał spory walec. „Za tę zawleczkę pociągnij.” „Zawleczka. To mi się z granatem kojarzy.” Kozłowski zabrał puszkę z rąk kolegi i jednym szarpnięciem zerwał wieczko. „Widzisz, co to jest kosmiczna technologia?” Spojrzał na otwartą puszkę. „I mamy kosmiczną turystyczną.
Jedz przyjacielu. Smacznego. Tylko mi zostaw połowę” – rzekł niższy mężczyzna podając nożyk. „Mniejszą połowę. Ty mniej potrzebujesz.” Z pełną gębą uśmiechnął się do kompana. „Tfu, zupełnie nieprzyprawione. Lutek, kąsnij się po jakieś przyprawy. Widziałem. Na stołach stały.” Po chwili zjedli całą, posypując jedynie solą. Pozostałych przypraw bali się użyć.
Po odkręceniu pierwszego z grzego pojemnika wydało im się, że zawartość była żywa. „Zjemy jeszcze jedną?” Narożniak jął liczyć coś na palcach. „Nie teraz. Konserwy, kolego, nie mogą w cieple stać otwarte.” „Racja, nie wiadomo, jak długo tu zabalujemy.” „Lutek. Lutek.” Stwór z pojedynczą dolną przyssawką i wygaszonym wyświetlaczem biednej z macek zaszedł ich od tyłu i coś szemrał. „Tak. Arkaszka i Lutek.” Po dłuższej chwili zastanowienia odpowiedział Kozłowski. Stwór wydał dziwne dźwięki i niemal natychmiast usłyszeli głos w radiu. „Szanowni mieszkańcy Ziemi, proszę za mną.” „Gdzie jest blondynka?” Stwór charczał. Radio krzyczało.
Ogólnie było niewesoło. „Panie Mackiewicz, przylecieliśmy tylko my z prezentem” – dodał Lutek. „Gdzie trzecia konserwa do grypy?” „Zjedzona.” Kozłowski zrobił zdziwioną minę. „Jak to zjedzona?” „Blondynka zjadła, a potem oddaliła się w bliżej nieznanym kierunku.” Lutek raptem zmienił strategię obrony. „Jaka znowu blondynka?” – zawrzeszczało radio. „Ta, o którą pan łaskawie zapytał.” „Co za baranie flaki.” Chwycił ze stołu konserwę z czarną etykietą. „To jest brunetka. Brązowa.” Wskazał na drugą. „To ruda. Materiał genetyczny do klonowania w naszej międzyplanetarnej sieci burdeli.
Jak puszka mogła się sama zjeść, a potem gdzieś pójść?” „Ale książki nie rozpakowaliśmy.” „Ten katalog.” Zamachał ciężką księgą. „Trochę potrwa, zanim dotrze kolejne zamówienie. Nie mogliście zeżreć rudej?” „Nikt nam nie powiedział.” „Bułki macie za drogie.” „Milczeć! Muszę pomyśleć.” Złapał się wszystkimi mackami za nalaną głowę. „Wiem. Przywieziemy prawdziwą blondynkę. Znam kilka na Targówku i już nawet z doświadczeniem w fachu.” Lutek zaproponował proste rozwiązanie problemu. „Nie ma mowy. Żadnych więcej interesów z takimi nieudacznikami. Wydepilujecie się i założycie białe peruki.
Tak odpracujecie szkodę. Małych różnic nikt nie zauważy.” Wylądowali na plaży i zeskoczyli, zanim rampa dotknęła piasku. W oddali usłyszeli znaną melodię. Wiatr przewiął słowa. „Powiedz, stary, gdzieś ty był? Ileś soli zjadł? Może urwał ci się film u podnóża Tatr. Coś przed nami ukryć chcesz, lecz nie zwiedziesz nas. Powiedz. Już najwyższy czas.” „Jak się czujesz?” Lutek zapytał wymęczonym głosem.
„Dobrze, a ty?” „Też dobrze. Czy mi się wydaje, czy oni śpiewają o soli?” „Powiedz, stary, gdzieś ty był przez okrągły rok? Pewnie świat nie szczędził ci zmartwień ani trosk. I choć grałeś, nie dał los tych najlepszych kart. Siadaj, może byś coś zjadł.” „Zjadł? Już nigdy nie tknę żadnej konserwy. My mamy jakieś pieniądze, Lutek?” „Zabrałem zaliczkę. Zdążyłem. Mam po kieszeniach całe sterty Waryńskich.” „No to idziemy do Grand Hotelu potoknąć gardła. Ja stawiam.” „Zgoda.
W Grand Hotelu jeszcze nie byliśmy. To pójdziemy. I stajemy gdzieś przy barze. Nie będziemy siadać.” „Oj nie, wszystko, tylko nie to. Nie siądę przez ruski miesiąc.” Idąc drobnym krokiem w milczeniu usłyszeli diablo szybkie bicie w bębny. Nadmorska bryza poniosła głos ze sceny. „Dość tych staroci, wracamy do techniawy.” Tłum zawył z zachwytu. W opowiadaniu zostały wykorzystane fragmenty tekstów piosenek „Nie zadzieraj nosa” i „Powiedz stary, gdzieś ty był” z repertuaru Czerwonych Gitar. Proszę państwa, proszę państwa
[42:32] - To teraz czas na Filmotekarium, a w Filmotekarium porozmawiamy dzisiaj o filmie "90 minut do wolności". Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium i to będzie bezlitosne Filmotekarium. Nie będzie litości ani nie będzie 90 minut do wolności. Już państwo wiecie, że tak naprawdę mówię tytułami, ale zanim przyjdzie co do czego, spełnijmy podstawowe obowiązki. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[43:15] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Tak, tutaj już się wysypałeś, to ja dokończę. Dzisiaj sobie opowiemy o filmie "Mercy" albo "90 minut do wolności". Oba tytuły chyba nie do końca oddają to, co my w tym filmie widzimy. "90 minut do wolności" przynajmniej nam mówi, ile czasu ma główny bohater. Tyle właśnie mu potrzeba, żeby przekonać elektronicznego sędziego, tak to nazwę, o swojej niewinności. Ten bohater to jest policjant, który zostaje oskarżony o pozbycie się swojej żony. A wszystko to dzieje się w nowym filmie Timura Bekmambetova. To nie jest film produkcji postsowieckiej.
To jest film amerykański, który niedawno gościł w kinach nawet. To jest kolejny thriller sci-fi w ostatnim czasie ukazujący nam przyszłość w niezbyt kolorowych barwach, gdzie AI i drony biorą się za porządki. Może nie na świecie, tylko w mieście, w Los Angeles, mieście aniołów. Coś takiego, niektórzy powiedzą, już widzieliśmy. To już było. To prawda. Natomiast "Mercy" rzeczywiście czerpie z innych dzieł. Jest też moim zdaniem bardziej filmem telewizyjnym, streamingowym aniżeli czymś, co dobrze wypada na dużym ekranie. Stąd też pewnie takie niskie oceny i dużo gorzkich słów krytyki. Ale czy, Marku, z tym filmem jest tak naprawdę źle, jak niektórzy mówią?
Moim zdaniem wcale nie. Ja widziałem gorsze science fiction, takie ze średniej półki i to w ostatnich miesiącach nawet. Oczywiście to nie oznacza, że Bekmambetov zapisze się nam w historii fantastyki, ale "Mercy" albo "90 minut do wolności" to jest film absolutnie do przeżucia i do przetrawienia, bez nawet żadnych skutków ubocznych. A o czym ten film jest? Trochę już powiedziałem. Najprościej mówiąc, jest Los Angeles, przyszłość raczej niedaleka. W mieście dochodzi do wzrostu przestępczości na tle różnego rodzaju społecznych patologii, biedy po prostu. I wtedy policja i sądy nie potrafią sobie z tym poradzić. Wpadają na pomysł, a może zatrudnić AI do sądzenia ludzi. I taki sędzia złożony ze sztucznej inteligencji wydaje wyrok w trybie przyspieszonym, bo tak naprawdę podejrzany jest stawiany przed obliczem tego cyfrowego sędziego czy sędziny, jak w tym przypadku najszybciej jak się da i on musi dowieść swojej niewinności.
Bo jeżeli nie, to rachu-ciachu i po kliencie, jak to się mówi. Taki sędzia AI na pierwszy rzut oka to jest coś w ogóle git. To jest coś, co by się nawet przydało w naszych czasach. Bo tak: nieprzekupny, nieskorumpowany, nie poprzewracało mu się jeszcze w głowie. Pamiętacie, jak to było za Ziobry, jak to straszył tymi sędziami. Na golasa nie chodzi po ulicy, analizuje dowody, analizuje mowę ciała, ma do dyspozycji monitoring z całego miasta. Trudno jest go zagiąć. Całe kodeksy ma w głowie, znaczy na dysku, tak że to super jest. Ogólnie coś takiego, można powiedzieć, by się przydało. Ten film jest za to krytykowany.
Za to, że sugeruje się, iż wygląda to nieludzkie rozwiązanie na całkiem przydatne. Natomiast w tym filmie jest ciekawe to, że ten facet, którego widzimy przykutego do fotela, do stołka, ten policjant, który zostaje oskarżony o pozbycie się swojej żony, to on kiedyś był jednym z największych orędowników właśnie wprowadzenia sztucznej inteligencji do sądów. I nagle pech chciał, on sam znajduje się w tym miejscu, gdzie kiedyś ludzi sadzał. Ktoś złośliwy by się pewnie ucieszył i powiedział: " Haha, zobacz, jak to dobrze. Taki byłeś giero i tak ci się to podobało. To teraz sobie zobacz, jak to fajnie". Muszę powiedzieć, Marku, że na samym początku to my mamy wrażenie, że ten facet za te 90 minut do wolności wcale się nie przeforsuje. Nie będzie miał za bardzo szans w starciu z dowodami, które gdzieś tam na elektronowym mózgu sędziego są. Czy uda się oficerowi zagiąć AI wymiar sprawiedliwości? Ma na to wspomniane półtorej godziny i kilka telefonów do wykonania.
[48:05] - Tak, to prawda. Ale zanim powiem o filmie, to nie mogę się pozbyć takiej refleksji, że język wpędza nas niestety na pustynię, na tereny, których nie ogarniamy. Powiedziałeś sędzina, a ja sobie od razu przypomniałem, kiedyś brałem udział w pewnym procesie i właśnie użyłem dokładnie tego słowa, którego użyłeś. I pamiętam taką bladą twarz Pani, która pełniła rolę adwokata, spojrzała na mnie z taką pogardą, że jestem człowiekiem po prostu niegodnym. Powiedziała mi krótko: „Proszę pana, sędzina to jest żona sędziego, to jest pani sędzia”. Ja w tej chwili to podrzucam, żebyśmy pomyśleli o tym, gdzie się znajdują te wszystkie osoby, które lansują te feminatywy, które są bardzo modne. Powiem państwu szczerze, ja dokładnie tak samo bym powiedział dzisiaj, jak i wtedy. Czyli jak jest sędzia, to sędzina, a tu zablokowane, nie można. To zupełnie bez sensu uwaga, ale musiałem z siebie wyrzucić. A teraz wrócę do filmu.
Tak, rzeczywiście mamy takie wrażenie na początku, że gość jest przegrany. Jednocześnie coś nam z tyłu szepcze: skoro on jest teraz przegrany, to musi być tak, że to się wszystko odwróci. Ale pojęcia nie mamy, jak to się odwróci. I to jest mocna strona tego filmu. Na początku rzeczywiście dobre zagranie, kiedy człowiek sobie myśli: nie, gość nie ma szans się z tego wykałapućkać. Ale jednocześnie wiemy, że dramaturgia wymaga tego, że on to jednak zrobi i w końcu to robi. Czy ta historia jest wciągająca? Znowu ta ambiwalencja to jest coś, co mi towarzyszy przy tym filmie nieustająco. Dlaczego? Dlatego, że owszem, ta historia jest wymyślona całkiem sprawnie.
Trudno jej cokolwiek zarzucić. Z drugiej strony mam poczucie, że ta próba manipulacji, która się odbywa w tym filmie, jednak nie do końca spełnia walory dramaturgiczne. To znaczy tam się to wszystko szybko dzieje i ja mam wrażenie, że od pewnego momentu tego filmu chwilami mamy poczucie nadmiernego przyspieszenia. Ale logiczne wszystko jest, nie ma się do czego przyczepić. Ta dekonstrukcja, która się odbywa, dekonstrukcja sytuacji, która nastąpiła, powiedzmy krótko, tak jak powiedziałeś, żona policjanta przeniosła się w zaświaty i oskarżonym jest policjant. I dekonstrukcja tej sytuacji, że to on ją był kęsim, czy w każdym razie ją załatwił, to jest dosyć ciekawe i w pewnym momencie mamy takie poczucie, że wow, faktycznie ktoś się bardzo postarał. Rzeczywiście ktoś przewidział pewne zagrywki, pewne okoliczności przyrody, bo to jest świat, w którym kamery są podporządkowane, są niejako przejęte przez państwowy sędziowski nadzór. Czyli jeśli gdzieś jest kamera, to jej zapis może być wykorzystany jako dowód w sprawie i jest wykorzystany jako dowód w sprawie. Na początku te kamery nie przemawiają za oskarżonym, ale od pewnego momentu zaczynają przemawiać i to jest ta mocniejsza strona filmu. Mam jednak wrażenie, że chwilami ten film spiesza się za bardzo.
I tutaj ja serwuję ten argument bardzo ostrożnie, bo ja już jestem, proszę państwa, starym człowiekiem. Może ja jednak nie nadążam. Może ten film się toczy całkiem normalnie, tylko ja, tak jak powiedziałem, nie nadążam. Ale rzeczywiście ten obraz ma momentami wielkie przyspieszenia. Trzeba uważnie ten film po prostu oglądać. Czy to jest zarzut? Właściwie trudno w ten sposób to traktować. To nie może być zarzut tak naprawdę. Trzeba film oglądać i trzeba skupić się na obrazie. Więc o co tak naprawdę chodzi?
Mam jednak wrażenie, że gdyby ten film stał się obrazem, o który bardziej zadbano, przy którym może padałoby mniej słów — taka specyfika procesu przed sztuczną inteligencją — mniej słów, mniej takich nieczytelnych do końca obrazów, więcej może głosu z offu. To nie jest dobre rozwiązanie. To złe rozwiązanie. Więc głos z offu skreślmy. Może więcej analizy ze strony sztucznej inteligencji, pani sztucznej inteligencji. Bardzo mocno zarysowana szczęka tej pani troszkę mnie przerażała, przynajmniej na początku filmu. Nie wiem, nie potrafię państwu odpowiedzieć na to pytanie. To w gruncie rzeczy nie jest zły film. Czegoś mi jednak w nim brakuje. Jakoś takie mam poczucie, że mógłby być ten film lepszy.
I ktoś powie: no dobrze, ty sobie tak gadaj, ty zawsze będziesz mówił, że film mógł być lepszy. To jest najprostsza i najgłupsza tak naprawdę recenzja, że film mógł być lepszy. Pewnie, że mógł, ale nie jest. To chyba nie o to chodzi tak naprawdę, że mógłby być lepszy. Ja myślę, że tam w związku z zastosowaniem czy wprowadzeniem do akcji sztucznej inteligencji pewne skróty mogą Drażnić takiego przeciętnego widza, drażnić swoją szybkością. Jeśli miałbym szukać dziury w całym, to właśnie to, że czasami ten film gwałtownie przyspiesza, nie dając żadnych sygnałów, że będzie to robił i naprawdę trzeba się na tym filmie skupić. Notabene film trwa rzeczywiście około 90 minut. Nie żeby to było wierne odwzorowanie tego czasu, który pozostał podsądnemu, ale jednak pewne poczucie, że czas upływa i zbliża się do granicy przez cały czas mamy.
[55:25] - Tak, chociaż to jest coś, na co można się skarżyć przy wielu filmach sensacyjnych. Ja to zauważyłem, że często dzieją się rzeczy, które toczą się szybko i czasami omijają nawet jakieś zasady przyczynowo-skutkowe. Często mam takie wrażenie, jak oglądam właśnie filmy akcji. Jeżeli chodzi o "Mercy", to tam się akcja początkowo toczy w futurystycznym sądzie, gdzie pani sędzia pokazuje się na ekranie. Oskarżony jest przykuty do krzesła, a pod spodem są chyba serwery i cały osprzęt tej instytucji. Z prezentacji wstępnych materiałów wynika, że oskarżony jest winien i że on się nie wywinie tak naprawdę. Dodatkowo, i to jest najgorsze, pani sędzia AI wie wszystko, co on zrobił, bo ma nagrania: gdzie pił, z kim się bił, co przeskrobał i tak dalej. To jest w ogóle taki straszny złodupiec. To jest taki gość, bez kija nie podchodź. Kiedy pierwszych 15 minut oglądamy, to mamy wrażenie, że facet już się skończy na tym krześle.
Zaraz go tamto AI weźmie i sparaliżuje albo mu tam wstrzyknie coś i po kliencie. Niemniej jednak on próbuje i oczywiście, jak to w filmie, musi być happy end. Początkowo to wszystko się wydaje wciągające, niestety do pewnego momentu. Potem, tak jak Marek powiedział, to wszystko zaczyna trochę nam przyspieszać i w tym pędzie gubi się logika. Może nie tyle logika, co atrakcyjność tego filmu. Niemniej jednak to nie było najgorsze podejście do sci-fi w ostatnim czasie. Widzieliśmy i omawialiśmy rzeczy znacznie gorsze. Dodatkowo wizja takiego sędziego to nie jest coś, co jest kompletnym science fiction. Wydaje mi się, chociaż to się pewnie nieprędko stanie, ale AI może być używane w procesach. W takich procesach, gdzie jest wymagana skrupulatna analiza materiału dowodowego czy tysięcy tomów akt.
Oczywiście nikt tego nie powie wprost, bo byłoby to nieprofesjonalne, ale coś mi mówi, że wiele osób taka wizja korci, żeby coś takiego się stało, żeby mieć gotowe odpowiedzi, bo są trudne procesy, są trudne sytuacje, a AI jest bezstronne. Oczywiście nikt nie dopuści do tego, żeby sztuczna inteligencja wydawała wyrok czy nawet wykonywała ten wyrok, ale Marku, wydaje mi się, że coś takiego jak sztucзноinteligentny pomocnik adwokata czy sędziego, to jest coś, co możemy zobaczyć w niedalekiej przyszłości. W pewien sposób ten film daje do myślenia, ale niestety brak mu takiego... Nie wiem, czy mu brak rozmachu, bo chciałem powiedzieć, że mu brak rozmachu. Może nie, chyba raczej oryginalności. On jest dobry jako film streamingowy, ale pamiętajmy, że on był w kinach. W kinach, jeżeli ktoś na to poszedł, to wydaje mi się, iż się srogo mógł zawieść. Ale słuchaj, jak ty oceniasz coś, co zostało zaznaczone w bardzo wielu wypowiedziach krytyków? Bo zawsze czytamy wypowiedzi na temat omawianych filmów. Ja czytałem, że podejście do AI w filmie "Mercy" jest takie bardzo nonszalanckie, że nie powinno się tak patrzeć na sztuczną inteligencję.
Jak ty podchodzisz do wizji sztucznej inteligencji w omawianym dzisiaj dziele?
[59:33] - Ja zacznę trochę od czapy, bo kiedy poprawiałeś się z tą sędziną i panią sędzią, ja się dokładnie tak samo zachowywałem, jak pobladła ze wściekłości pani adwokat mi zwróciła uwagę, to później starałem się być grzeczny i też się poprawiać. I właściwie za każdym razem, kiedy się odezwałem, to pogarszałem swoją sytuację. Tak naprawdę chyba pani adwokat mnie nie lubiła już później. To zupełnie, tak jak powiedziałem, od czapy. Natomiast jeśli chodzi o podejście do sztucznej inteligencji, ja powiem tak, że to jest historia, którą ja akceptuję, akceptuję w sensie opowieści. To jest opowieść, która się kończy, która spójna się wydaje. Ale kiedy sobie myślę o tym wszystkim, to z jednej strony podziwiam cię za twój optymizm, że to jednak się nie dopuści do tego, żeby tak jak w tym filmie wyrok był wydawany. I ja mam niestety, patrząc na naszą cywilizację, tą Cywilizację amerykańsko-europejską, chociaż ostatnimi czasy to już się chyba rozłazi w szwach. Kiedy patrzę na tę cywilizację, to mam wrażenie, że bardzo chętnie ktoś kiedyś powie: „Niech ktoś nas sądzi, kto jest obiektywny, bezstronny i w ogóle fajny, bo nie da się przekupić chociażby” i tak dalej. I ja wcale nie jestem przekonany, że to będzie tak, że nigdy się nie dopuści, żeby jakieś tam sztuczne coś nas sądziło.
Nie, broń Boże! Właśnie boję się, że to się może ziścić szybciej, niż nam się wydaje. Dlaczego? Znowu musiałbym chlusnąć jakimś jadem na temat polityków i doboru negatywnego, więc sobie to daruję. To może nie jest ta audycja, w której musiałbym tego rodzaju wyziewy z siebie wydalać. Powiem jednak o tym, co widzimy w filmie. Sztuczna inteligencja. Ja mam wrażenie, że pod koniec filmu to sztuczna inteligencja w ogóle jest fanką naszego głównego bohatera. Kibicuje mu. W ogóle w pewnym momencie po mimice twarzy, po jakimś takim body language mam wrażenie, że ona tak naprawdę uwierzyła, że ten policjant to w ogóle świat naprawi.
Dlaczego? Bo on jest logiczny. Pewne rzeczy wyciągnął i ona stała się jego fanką. W to też mi trudno uwierzyć. Może nadinterpretuję. Nie wiem. Może się zawziąłem na ten film na przykład. Chociaż nie, tak naprawdę ja nie czułem bólu oglądając ten film. Czułem pewne mankamenty, ale tak naprawdę powiedzmy sobie to szczerze — jakikolwiek film będę oglądał, choćby arcydzieło, to i tak będę widział mankamenty. Każdy z nas tak naprawdę widzi mankamenty, tylko się nie zawsze do tego przyznaje.
Ale dobrze, zostawmy to, bo to są twierdzenia natury ogólnej. Wracając do filmu, to ja mam wrażenie, że jest taki moment w tym filmie, że akcja przyspiesza tak bardzo, że chociaż jesteśmy skupieni i staramy się nad tym panować, to jesteśmy na granicy percepcji, na granicy przyswajalności. I to chyba nie robi dobrze temu filmidłu. Ten film w każdym razie nie zyskuje dzięki temu. Bo o ile jakieś trzy czwarte to jest film, który gdzieś tam coś analizuje, gdzie bohater się broni mniej lub bardziej udanie. Oczywiście na początku coś mu spada, później mu się znowu podnosi, a później już spada w ogóle i jest praktycznie wolny. I sztuczna inteligencja, ta pani sędzia czy pani sztuczna inteligencja zaczyna z nim współpracować w ściganiu tak naprawdę tego złego. A ta historia z tym złym jest w gruncie rzeczy dosyć banalna. Myślę, że scenarzystów byłoby stać na wymyślenie bardziej złej historii, bo pomysł na zabicie żony — kto ją zabija, to jest oczywiście rzecz tajemna, której państwu nie zdradzę — sam pomysł jest prosty, ale niezły. Natomiast sama intryga, która się pojawia później, taka meta-intryga, która jest związana z tym, że ktoś ma niepozałatwiane rachunki, nie do końca rozliczone rachunki, mi się wydaje najbardziej sztuczny w tym filmie.
Teraz przyszedł czas na polecanki z pogranicza. I tak jak zwykle to robię, przypomnę, że duchowym sponsorem tej części programu jest księgarnia Galeria Nieznanego Świata, która mieści się na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. Ale tę samą ofertę znajdziecie Państwo również w internecie, wpisując adres nieznany.pl. Patrzymy, co w tym tygodniu jest godnego polecenia. Pierwszy tytuł, jaki wybrałem, to „Od kultu do zbrodni. Ekscentryzm i szaleństwo w religiach XX wieku”. Autor Jacek Sieradzan, wydawnictwo Kos. Książka „Od kultu do zbrodni. Ekscentryzm i szaleństwo w religiach XX wieku” jest drugim tomem trylogii o szaleństwie w religiach świata. Pierwszy tom ukazał się w 2004 roku.
Autor analizuje w nim życie 18 wybranych postaci i ruchów religijnych istniejących w XX wieku. W zachowaniu i nauczaniu ich twórców pojawiały się wątki związane z ekscentryzmem i szaleństwem oczywiście. Przedmiotem zainteresowania autora byli między innymi: Georgij Gurdżijew, Aleister Crowley, Anton Szandor LaVey, Franklin Jones, Lee Lozowick, Charles Manson, mormońska rodzina LeBaron, Jim Jones, David Koresh. Ponadto autor zajął się ruchami religijnymi, takimi jak Świątynia Miłości, Świątynia Słońca, Wrota Niebios, Najwyższa Prawda czy Ruch na rzecz Przywrócenia Dziesięciu Przykazań. Autor pokazał, że przywódcy owych sekt to osoby charyzmatyczne, mające nierzadko problemy ze zdrowiem psychicznym, wykazujące się skłonnościami do okrucieństwa i zbrodni, czujące potrzebę dominowania nad innymi, mające zaburzone życie seksualne. Cechował ich narcyzm, brak tolerancji i amoralizm. Wielu z nich uznawało się za istoty boskie i domagało się od swoich uczniów stosownej czci. Konsekwencją fiaska ich planów było w kilku przypadkach zbiorowe samobójstwo. Jacek Sieradzan jest autorem licznych artykułów z zakresu komparatystyki religijnej. Ostatnio opublikował książkę „Jezus Magnus.
Pierwotne chrześcijaństwo w kręgu magii.” W przygotowaniu znajduje się trzeci tom trylogii o szaleństwie w religiach świata – „Boskie szaleństwo. Słownik postaci i zagadnień.” A ja przypomnę tytuł książki: „Od kultu do zbrodni. Ekscentryzm i szaleństwo w religiach XX wieku.” Autor Jacek Sieradzan, wydawnictwo Kos. Drugi tytuł to „Siła czy moc? Anatomia świadomości. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania.” Autor David Hawkins, tłumacz Katarzyna Dumińska, wydawnictwo Virgo. Książka ukazuje rozkład poziomów mocy w relacjach ludzkich, pozwalając dostrzec różnice pomiędzy siłą a mocą. Zawiera obszerną analizę emocjonalnego i duchowego rozwoju jednostek, a także społeczeństw i całej ludzkiej rasy. Daje nowe zrozumienie podróży ludzkości we wszechświecie i pokazuje miejsce, w którym my i nasi bliźni znajdujemy się na drabinie duchowego oświecenia. Wyobraź sobie, co by było, gdybyś miał dostęp do prostych odpowiedzi tak lub nie na każde pytanie, które chciałbyś zadać.
Uderzająco proste odpowiedzi na każde pytanie. Zastanów się nad tym. A ja przypomnę tytuł: „Siła czy moc? Anatomia świadomości. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania.” Autor David Hawkins, tłumacz Katarzyna Dumińska, wydawca Virgo. Trzecią propozycją jest „Filozofia kosmologii.” Autor bardzo znany, Michał Heller, wydawca Copernicus Center Press. Co to znaczy, że wszechświat się rozszerza? Czy wielki wybuch rzeczywiście był jego początkiem? Dlaczego nocne niebo nie świeci jednostajnym blaskiem? Czy wszechświat można uważać za układ izolowany?
Michał Heller we właściwym sobie klarownym i pasjonującym wywodzie oprowadza czytelnika po gąszczu tematów filozoficznych, które towarzyszyły kosmologii od jej zarania aż do momentu uformowania się jej jako dojrzałej nauki empirycznej. Wskazuje na filozoficzne implikacje problemów kosmologicznych i opisuje rozwiązania, jakie próbowali dla nich znaleźć najwybitniejsi fizycy XX wieku. „Filozofia kosmologii” jest pierwszym polskim dziełem, które mierzy się z problematyką rodzącą się na styku pozornie odległych dyscyplin, jakimi są filozofia i kosmologia. Autor pokazuje, że w istocie ich interakcja jest po prostu nieunikniona, gdyż jak sam stwierdza, tam, gdzie w grę wchodzi wszechświat, trudno na bok odłożyć swoje filozoficzne upodobania lub uprzedzenia. Tytuł książki „Filozofia kosmologii.” Autor Michał Heller, wydawca Copernicus Center Press. Czas, proszę państwa, na Sentymentalnik. A dzisiaj wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie. Ja mam wrażenie, że wszyscy go znają, ale gdyby nie, to przypomnę. Kultowa komedia „Miś.” Dzień dobry wieczór państwu. Kłania się ekipa Sentymentalnika, a zatem Artur Wójtowicz.
[01:11:31] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:11:32] - Piotr Cielebiaś.
[01:11:34] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam.
[01:11:36] - No i to co państwo wiecie, moja nieskromna osoba. A dzisiaj temat, powiedziałbym mocno komediowy, bo „Miś” to jest taka komedia, która mam wrażenie, że śmieszy już któreś pokolenie. Dziwna komedia, bo właściwie chwilami słodko-gorzka. A jednak cytaty z tej komedii, zresztą sami państwo zobaczycie, tak jak myślę, sami państwo wiecie. Cóż to komedia powstała w głębokim PRL-u? Tak, w głębokim PRL-u. To myślę, że dobrym wyjściem będzie, jeśli się dwaj starsi z trójcy wypowiedzą, a Piotr po prostu posłucha. Ale może Piotrze masz jakieś pytania?
[01:12:26] - Mam pytanie. W sumie to powinienem zacząć mniej więcej tak: dzień dobry, cześć i czołem. Pytacie, skąd się wziąłem? Ale nie zacznę tak, bo nic się nie rymuje z wesoły Piotrek albo Pietrek, także muszę sobie to odpuścić, a chciałem. Mógłbym się też przypucować do ciebie Marku, powiedząc niech nam żyje prezes naszego Sentymentalnika, ale o tym jeszcze za chwilę będziemy mówić. Panowie, „Miś” ma status filmu kultowego dzisiaj nikt z tym chyba nie dyskutuje. Wydaje mi się, że on jest w pewien sposób uniwersalny. On jest tak doskonale zrobiony, że śmieszy nawet osoby, które nie wiedzą, o co w nim chodzi albo nie żyły w tamtych czasach, albo nie pamiętają tamtych czasów. Są tam sceny, które są ponadczasowe i bawią. Jak wyglądała jego recepcja w PRL-u?
Czy on był dziełem głośnym, czy może jego sława i ten kultowy status budowały się latami, Marku?
[01:13:31] - Powiem tak, że ja niestety przegapiłem premierę kinową. To znaczy nie miałem świadomości, bo ta premiera to był rok 1981 i ten rok nie sprzyjał wdrażaniu się w kulturę, a szczególnie w kulturę kinową. Działo się po prostu tyle, że człowiek jakoś nie ogarniał. Ja ten film po raz pierwszy zobaczyłem w 1982 albo 1983 roku. Proszę sobie wyobrazić, że w stanowojennej telewizji on był po prostu zapuszczony i sobie wędrował po ekranie. W dodatku trafiłem na ten film mniej więcej w połowie, ale mnie bawił. Naprawdę mnie bawił i następnego dnia, kiedy rozmawiałem z kolegami w szkole, już poważni licealiści, to wszyscy się śmiali, wszyscy powtarzali fragmenty z tego filmu i po prostu czuć było, że to jest film, który działa w szeroki sposób. Naprawdę ubawił, ale czuło się, że to jest film, który głęboko sięga w pokłady panującej głupoty i takiej, ja nawet nie wiem, jak to określić, żeby algorytm się nie przyczepił, takiej bryndzy, takiego syfu po prostu, który w PRL-u panował i on potrafił się z tego czegoś śmiać. Potrafił pokazać, że owszem, to jest groźne, to bywa groźne, ale jednocześnie jest po prostu śmieszne. Jest żałosne chwilami.
Bo przecież bohater, i na to pamiętam, zwróciłem uwagę, ten główny bohater to jest postać, której niby kibicujemy, żeby mu się udało, ale to nie jest sympatyczna postać. My doskonale wiemy, że to jest facet, ja wiem, ja bym nie chciał się z nim zaprzyjaźnić. Człowiek kuty na cztery nogi, ale w dodatku taki wredny. Z drugiej strony można powiedzieć, że to facet, który potrafił wykorzystać słabości systemu. Do dzisiaj tak naprawdę nie wiem. Znaczy nie, wiem, że facet niesympatyczny, ale gdybym miał tak wprost odpowiedzieć, na czym polega siła tego filmu, to pewno bym wymieniał i długo mówił, ale krótko to się chyba nie da. To jest bardzo złożone zjawisko. W każdym razie odpowiadając na pytanie wprost, to ta recepcja w PRL-u była taka, że wszyscy mrugali do siebie okiem na zasadzie: przecież wiemy dokładnie, o co chodzi.
[01:16:29] - Arturze, jak to było z tą wczesną popularnością "Misia"? Kiedy poznałeś ten film?
[01:16:36] - Tutaj Marek powiedział, że to był film, który bawił pokolenia. Ja powiem więcej, nie tylko pokolenia, bo moja żona jest z Republiki Południowej Afryki i pierwszy film, który obejrzeliśmy, to też był "Miś". I ona zawsze widzę, że wspomina i to jest jeden z ulubionych jej filmów po polsku. Dlatego najbardziej ten moment, a ty wiesz, że jak ja byłem młody, to też byłem Murzynem i tak grałem w kosza, no nie? I ten motyw, kiedy ten Murzyn gra w kosza tam. Także szczerze mówiąc, to jest film pełen absurdu, a cała historia "Misia" to taki gotowy scenariusz na, bym powiedział, osobny film o Polsce z tamtych lat, bo "Miś" wszedł na ekrany w 1981 roku. Oczywiście reżyserem był niezapomniany Bareja i nikt tak naprawdę nie wieszczył, że będzie to jakiś kultowy film. Powiem inaczej, wręcz przeciwnie. Ten film rodził się w bólach, bo cenzura wtedy kręciła nosem. Część scen trzeba było zmieniać albo jakoś łagodzić, a ta cała atmosfera wokół premiery była naprawdę, jak na tamte czasy, napięta.
PRL właśnie wchodził w, tak bym powiedział, jeden z najbardziej dramatycznych momentów swojej historii. I w chwili premiery "Miś" nie został przyjęty z entuzjazmem przez oficjalną krytykę, bo recenzenci zarzucali mu chaos, jakieś takie przerysowanie i przede wszystkim kabaretowość. Niektórzy w ogóle nawet twierdzili, że Bareja powtarzał chwyty, a władza patrzyła na ten film z taką, bym powiedział, podejrzliwością. Bo chociaż pomimo tego, że była to komedia, to ona się śmiała tak naprawdę albo nakazywała się śmiać z tych mechanizmów systemu, z absurdów biurokracji, z kombinatorstwa, z fikcji instytucji, tej w ogóle całej papierowej rzeczywistości, w której nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi, nie? Ale publiczność czuła, jak oglądała ten film, to publika czuła, że to jest film właśnie o nich, o nas, którzy żyjemy w tych czasach. Bo ludzie w kinach śmiali się tak, jak śmieje się ktoś, kto wreszcie widzi na ekranie własną codzienność, widzi te kolejki, widzi załatwianie na lewo, widzi jakieś puste slogany, nadęte przemówienia. To nie był jakiś śmiech lekki. To był śmiech z ulgą. Po wprowadzeniu oczywiście stanu wojennego film na pewien okres czasu zniknął z obiegu. Potem zresztą wrócił i zaczął żyć własnym życiem w telewizji, w cytatach, w anegdotach.
Te bareizmy, dialogi stały się po prostu częścią języka i te bareizmy są powszechne po dziś dzień, bo bohaterowie są jakby lustrzanym odbiciem tej epoki. Dopiero po latach, już po upadku PRL-u, „Miś” został tak naprawdę doceniony jako takie bym powiedział proroctwo, jako przenikliwa, niemal dokumentalna satyra systemu. Bo okazało się, że Bareja nie tylko był twórcą komedii, ale on był przede wszystkim kronikarzem tego całego absurdu. Dzisiaj, kiedy ogląda się „Misia", to ogląda się go z nostalgią, czasami bym powiedział z rozbawieniem, czasem z lekkim dreszczem, bo to już nie tylko film. To jest po prostu taka kapsuła czasu, zapis świata, który oficjalnie był poważny i ideologiczny, ale ktoś, kto jest załóżmy z tego rocznika, gdzieś z 2000 czy coś, on kompletnie nie zrozumie tego filmu. Jego nie będzie ten film śmieszył, bo w praktyce ten film jest pełen groteski i wydaje mi się, że być może dlatego przetrwał, bo śmiech z tamtych lat okazał się trwalszy niż tamten system. Ja tylko wam powiem taką rzecz, że nawet nie wiedziałem, że dzisiaj będzie, bo Piotrkowi wcześniej mówiłem, że zapomniałem, jaki temat mieliśmy dzisiaj omawiać. A ponieważ miałem dzisiaj wolny dzień, to wyskoczyłem na miasto i okazało się, że u mnie w mieście jest taki bar mleczny jak z czasów „Misia". Więc po prostu ja tymczasem wziąłem i aż się pokusiłem. Nie był on wiele tańszy, ten bar mleczny, ale aż się pokusiłem, żeby w tym barze mlecznym z czasów „Misia" zjeść obiad, to przynajmniej się naładowałem energią do dzisiejszej rozmowy.
Widzę Marku, też coś chcesz dodać jeszcze.
[01:20:56] - Tak, bo wyczytałem to dużo później, ale paradoksalnie „Misiowi" pomógł ten niespokojny czas 1981 roku, ponieważ kiedy była pierwsza kolaudacja, filmy w PRL-u przechodziły proces zatwierdzania do tego, żeby je wpuścić do kin. To się nazywało kolaudacja. To dosyć skomplikowane. Po prostu grupie ludzi puszczano film i ta grupa ludzi oczywiście była odpowiednio umocowana od cenzury, poprzez różne tak zwane czynniki społeczne i partyjne. I ten film doczekał się całej długiej listy poprawek. Takich poprawek, których nie dało się uniknąć, to na przykład to, że prezes miał się nazywać Nowohucki, a nie Ochucki. Nowohucki nie przeszło, więc trzeba było zmienić. Natomiast tamtych poprawek było bardzo dużo, ponieważ to jest jadowita komedia. Może dzisiaj tak bardzo tego nie widać, ale władza widziała, że tam po prostu żart pogania żart, a właściwie złośliwa, czasami nawet wredna satyra nie oszczędza. I trochę nie bardzo twórcy wiedzieli, nie bardzo chcieli nawet takiej ilości zmian dokonywać.
I później wybuchła Solidarność. Trochę to wszystko przyschło do tego stopnia, że tam wprowadzono dosłownie kilka poprawek i film wszedł do kin. A jak już coś weszło do kin, to już tak zostawało. I chyba dzięki temu ten film ma taki kształt, a nie inny. I bardzo dobrze. W sumie powinniśmy się z tego cieszyć.
[01:22:51] - Tak, drodzy Państwo, piszcie, bo czekamy na Wasze wspomnienia związane z „Misiem", ale oprócz tego, że ten film definiował nam coś, co się nazywa bareizmem, to zawiera też dużą dawkę humoru absurdalnego. To się nie zawsze podkreśla i to się nie zawsze dostrzega. Zazwyczaj też „Miś" bywa zaszufladkowany jako zbiór gagów na temat życia w PRL-u. Patrz, tak wygląda baleron i tak dalej. Tu jest kiosk, ja tu mięso mam. Sami zobaczcie, ile tych cytatów jest. W rzeczywistości tak naprawdę tam jest jeszcze fabuła i to taka fabuła dość misterna. Znam osoby, które nie łapią, o co w „Misiu" chodzi, bo trochę im przyciemniają ten obraz albo ten scenariusz ciągle jakieś śmieszne scenki. Natomiast sama końcówka z piosenką Ewy Bem jest już bardzo refleksyjna, pokazująca nam, że to jest chyba trochę bardziej ambitny film niż wiele osób sobie myśli. Myślę ja też osobiście, że on jest jakościowo, także pod względem montażu i wielu innych kwestii dialogów, lepszy od innych filmów Barei i od innych komedii tego twórcy.
Arturze, dlaczego „Miś" tak mocno nadal bawi? Co sprawiło, że ten film się praktycznie nie zestarzał? Jak on wypada na tle innych filmów Barei? Czy jest twoim ulubionym dziełem tego reżysera?
[01:24:19] - Powiem ci szczerze, to trafne pytanie, bo potem chcieli zrobić tak jakby kontynuację „Misia" i zrobili „Rysia", prawda? Tylko że „Ryś" to już nie było to. Ale to pytanie, które teraz postawiłeś, jest bardzo dobrym pytaniem, bo ten fenomen „Misia" nie polega na tym, że on był tylko śmiesznym. On był po prostu boleśnie trafny. Dlaczego tak mocno bawił? Wydaje mi się, że dlatego, że „Miś" bawił, bo nie wymyślał absurdu. On po prostu dokumentował ten absurd. W świecie PRL-u rzeczywistość sama była po prostu groteską taką. Więc Bareja nie musiał praktycznie deformować. Wystarczy, że mówił, jak faktycznie było.
[01:24:58] - Wystarczyło lekko ją podkręcić. Ten humor działał na kilku poziomach. Po pierwsze było rozpoznanie codzienności, bo widz widział na ekranie własne życie. On widział fikcyjne etaty, puste sklepy, urzędnicze formułki, załatwianie spraw. To było śmieszne dlatego, że to było prawdziwe. Poza tym ten film demaskował język władzy, bo te wszystkie patetyczne przemówienia zestawione z kompletną bezsensownością działań, to był rozdźwięk, który tworzył komizm. Dodatkowo istniał pewien mechanizm przetrwania, bo śmiech był formą obrony. W czasach napięcia społecznego i kryzysu gospodarczego komedia Barei była wentylem bezpieczeństwa. Dlaczego ten film się nie zestarzał? Bo on mówił o mechanizmach, nie tylko o epoce.
On mówił o biurokracji, która na marginesie nadal istnieje. On mówił o absurdach instytucji, które nadal rozpoznajemy i o tworzeniu fikcji na pokaz. Tak naprawdę to brzmi bardzo znajomo, zwłaszcza jak się obecny rząd ogląda. Dlatego też te cytaty z "Misia" nie brzmią jak relikt PRL-u. One brzmią jak komentarz do współczesności, bo film stał się uniwersalny, choć powstał w bardzo konkretnym momencie historii. Jeszcze jedno, bo rytm, montaż gagów, tempo dialogu, konstrukcja scen, to wszystko sprawiało, że humor był naprawdę dynamiczny, niemal memiczny. Bareja wyprzedził epokę krótkich, celnych reform. A jak "Miś" wypada na tle innych filmów Barei? "Poszukiwany, poszukiwana" – akurat tego filmu nie lubiłem. Inny film Barei "Nie ma róży bez ognia" też mnie troszeczkę bawił.
"Brunet wieczorową porą" był ciężkostrawny dla mnie. "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" – tam było za dużo wątków. "Alternatywy 4" bardzo mi się podobały tak naprawdę, jeśli weźmiemy tworzenie przez Bareję. "Miś" był najbardziej gorzki i najbardziej systemowy. Wcześniejsze komedie były bardziej obyczajowe, bardziej farsowe. One ośmieszały przywary społeczne, ale nie uderzały bezpośrednio w konstrukcję państwa. Natomiast "Miś" to była już satyra totalna. To było mega uderzenie w fundament absurdu PRL-u. Można by powiedzieć, że to jest kulminacja bareizmu, stylu, który łączył chaos kontrolowany, postacie, które mówiły czystymi sloganami i świat, w którym wszystko działało, tylko nic nie miało sensu. To jest tak jak czasami w korporacji, że pięć osób zajmuje się jakimś tematem, każdy zrobi, co do niego należy, ale potem to wszystko kompletnie nie współgra i dalej nie działa.
Chociaż każdy zrobił, co należy, a nie potrafili współpracować ze sobą. Więc jeśli inne filmy Barei są zabawne, to "Miś" jest przenikliwy moim zdaniem. Jeśli te inne filmy śmieszą, to "Miś" obnaża nagość tego systemu. Może dlatego on przetrwał najdłużej, bo nie śmiał się z ludzi. On śmiał się z systemu, w którym ludzie próbowali przeżyć.
[01:28:26] - Tak. Jak się ogląda te inne filmy, muszę powiedzieć, że ja osobiście wolę seriale, tak jak powiedziałeś Barei, czyli "Zmienników" i "Alternatywy". Był jeszcze "Kapitan Sowa" przecież. Natomiast z filmami jest różnie. My w nich odnajdziemy podobne stylistycznie wątki jak w "Misiu", czyli czasami się absurdalna scena przydarzy. Natomiast one są bardzo różne stylowo. Mnie osobiście najlepiej "Brunet wieczorową porą" się podoba. Pozostałe muszę powiedzieć, że już różnie. Marku, jak to jest twoim zdaniem z "Misiem" na tle innych filmów Barei?
[01:29:08] - Ja jestem miłośnikiem bareizmów i Barei, bo moim zdaniem on miał znakomity słuch, węch polityczny. Mogłoby się wydawać, że w "Poszukiwany, poszukiwana" nie ma wątków politycznych. Owszem, dużo jest wątków obyczajowo-społecznych, ale przecież od czego się wszystko zaczyna? Od tego, że Siemion, czyli człowiek, który wzywa głównego bohatera, podaje mu rękę i mówi: "Pięć lat". A za co te pięć lat? Za to, że gdzieś wyparował pewien obraz. I znowu nikt nic nie wie. Później zresztą ta zagadka zostaje rozwiązana i ona jest bardzo w stylu PRL-owskim. Zresztą ta końcówka, kiedy mój mąż jest z zawodu dyrektorem, to była kwintesencja PRL-u. Nomenklatura.
Ludzie, którzy nie znali się praktycznie na niczym, ale byli wiernymi sługusami partii. Oni robili karierę. Więc ten słuch Barei był naprawdę potężny. Kiedy sięgniemy do "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz", to rzeczywiście obserwujemy ludzi władzy i to nas może niekoniecznie aż tak bardzo bawi. A może bawi, a może nie. Natomiast tam jest taka scena, o ile dobrze pamiętam i jeżeli nie pomyliłem tytułu na końcu ze świnią, która biega sobie po ulicy. I to właśnie ona mówi: "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?". Nie wiem, czy wszyscy o tym wiedzą, że to jest nawiązanie do autentycznej sceny Podczas jednego ze zjazdów partii wypuszczono na ulice Warszawy świnkę. Ona była jakoś pomalowana na czerwono. Już nie pamiętam dokładnie, czy tam był sierp i młot, czy coś innego.
I afera była, bo tu zjazd partii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a tu biega świnia pomalowana na czerwono. Więc to było takie mrugnięcie okiem do widza. Ale rzeczywiście film mocno nacechowany pewnymi obyczajowymi sprawami, chociaż gdzieś tam pod spodem były ukryte, przypomnijcie sobie państwo ten bank miast, to współzawodnictwo miast. Przecież absurd na absurdzie. A przecież tym żyła Polska wtedy. Naprawdę taki bank miast czy też takie współzawodnictwo było organizowane. A kiedy się człowiek przyjrzy, jak to sfilmował Bareja, to po prostu pęka ze śmiechu. „Brunet wieczorową porą” ktoś by powiedział mało tam polityki. Owszem, mało. Chociaż do dziś lubię ostatnią scenę, jak się milicjantowi wytłumaczyło, że jak ktoś ma czerwony kapelusz, to jest podejrzany, to później biedną staruszkę w czerwonym kapeluszu zaczepiał.
Ale rzeczywiście „Miś” to jest taka kwintesencja. „Miś” to jest po prostu erupcja dowcipu na temat państwa, które jakimś cudem funkcjonowało. Do dzisiaj się zastanawiam, jak to było możliwe, ale funkcjonowało. I Bareja pokazuje, że to było państwo wredne. Państwo, w którym nikt nie brał jeńców. Każdy się rozpychał łokciami, bo tylko tak można było przeżyć. W związku z tym tam nie ma miejsca na jakieś szlachetne porywy. Tam była żona walczy o kolejnego Kossaka albo jakieś inne rzeczy, bo akurat przechodziła z tragarzami.
[01:33:10] - A ktoś wam buchnął do twojego salonu.
[01:33:13] - Tak. W każdym razie te tłumaczenia listów o tym, że coś tam ponętnego ciała i tak dalej. Ale zobaczmy tłumacz, o czym mówi, kiedy tłumaczy ten list, że tam przyjadą, bo gdzieś tam nie ma wody i się przyjadą umyć tutaj. Gdzieś na każdym kroku mamy takie wstawki o tym, jak to w gruncie rzeczy parszywie się żyło. Te sceny z barem mlecznym, które Piotr wspominał. Oczywiście, żeby ktoś przypadkowo nie pomyślał, że tak wyglądał bar mleczny, że talerze były przykręcone i sztućce na łańcuchach. Nie, to oczywiście przesada, ale istota tego wszystkiego jest tam uchwycona. Do dzisiaj uwielbiam po prostu tę deklarację: „Panie prezesie, czy tam panie, cztery dni, nie dwa dni będę jeździł, a znajdę go”. Po czym jadą i piszą protokół, że po przejrzeniu tylu i tylu nie znaleźli, a sami idą na wódkę po prostu. Przecież w nosie mają to jeżdżenie.
Ten Wawrzecki, który mówił: „Ja wam wszystko wyśpiewam”. A komu to mówił? Esbekom, którzy w wolnej chwili, żeby sobie dorobić, układali piosenki patriotyczno-komunistyczne piosenki. „Hej młody junaku” i tak dalej. Po prostu absurd na absurdzie. To nagromadzenie absurdów. Tam jest taka gęstość tego wszystkiego, że człowiek właściwie nie przestaje łapać się i szczypać się. Cholera, to było naprawdę możliwe, żeby coś takiego? I oczywiście to jest przesadzone, ale absurdy tego rodzaju funkcjonowały. Dalej, kiedy oni rozmawiają o misiu, czym jest ten miś?
To jest miś na miarę naszych. A co on pokazuje? Chociaż jest na miarę naszych możliwości, że on jest nasz i tak dalej. Kiedy oni sobie tłumaczą, dlaczego ten miś powinien zgnić i tak dalej. Ja właściwie nawet nie zacząłem wymieniać wszystkich absurdów. Chociażby początkowe sceny, kiedy gliniarze łapią kierowców i stawiają w tym celu, budują właściwie strefę zabudowaną. I tak dalej. Właściwie cały czas mógłbym mówić i tak dalej. Idiotyczne sceny z kręcenia filmu, które nawiązują, kto zna tamte czasy wie, że istniało takie stowarzyszenie Grunwald, któremu przewodniczył inny reżyser, który nie znosił Barei i to on mu zresztą załatwił to, że „Miś” trochę się przeleżał na półkach. Ten reżyser nazywał się Poręba.
Był taki komunistyczno-patriotyczny. Tam widzimy w tym „Misiu” właśnie coś takiego. Naprawdę ja nie mogę się nachwalić „Misia”, ale lubię Bareję w różnych wydaniach, tych starszych i tych późniejszych również. Trochę mnie „Zmiennicy” za długie to było, znaczy za dużo odcinków, ale wiem, z czego to się wzięło. Dzisiaj można sobie serial obejrzeć w jednym ciągu, a wtedy trzeba było czekać tydzień, kolejny tydzień. Jak serial miał tyle odcinków, to się długo czekało, żeby całość obejrzeć. I dlatego może na początku, za pierwszym razem ci „Zmiennicy” aż tak mnie nie porwali, ale już „Alternatywy 4” to było coś. Dlatego taki później byłem zawiedziony, kiedy próbowano wskrzesić „Alternatywy”. No i to już była kompletna porażka.
[01:37:09] - W zmiennikach, ale to chyba sobie omówimy i alternatywy i zmienników przy okazji, też się zdarzają takie wątki oderwane od czapy czasami, ale mocno absurdalne, co mnie akurat bardzo się podobało. Na przykład sprawa Jana Oborniaka i jego słynnej książki "Krzyk ciszy". Zresztą chyba jednej z moich ulubionych książek. Dobra, ale panowie, ja mam taki smutny wniosek, że to, że się Miś nie zestarzał, to raczej powinno nas smucić, bo generalnie nasza rzeczywistość też ma w sobie dużą dawkę absurdów i szkoda, że Barei nie ma, bo korki przytwierdzone do butelek jako szczytowe osiągnięcie UE na pewno by nie uszły jego uwadze. A to jest tylko jeden przykład. Powiem więcej, w naszych czasach też absurd goni absurd. Tylko mamy internet i my zapominamy już, jak ich jest dużo, bo co tydzień mamy nowy. Także wcale chyba nie jest z nami tak dobrze, jak nam się czasami wydaje. Myślę, że brakuje kogoś takiego jak Bareja, aby punktował absurdy dzisiejszej rzeczywistości i tego dzisiejszego zakłamania. Arturze, czy masz jakieś ulubione wątki, cytaty z "Misia"?
Bo bardzo wiele z nich weszło do języka potocznego. Powiedzonka typu motyla noga, tu za te choinki dola, jest zima, to musi być zimno.
[01:38:34] - Ja ci powiem, że bardzo trudno jest wybrać jakiś jeden cytat, na przykład bardziej sceny, ale widzisz, dlaczego trudno jest wybrać mi cytat? Dlatego, że ten film jest w ogóle zbudowany z cytatów, które żyją własnym życiem. Zresztą Bareja był geniuszem od takiego typu tekstów. "Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?" "Cham się uprze i co mu zrobisz, jak nie ma?" "To weźmiesz pan ten". Ta scena z szatnią to jest taka kwintesencja PRL-u, gdzie ten absurd podany jest z kamienną twarzą, gdzie urzędnicza bezradność podszyta jest po prostu arogancją. I ten dialog to jest takim symbolem sytuacji, w której obywatel przegrywa po prostu z systemem, chociaż tak naprawdę to system zawinił. Oczywiście to jest miś na miarę naszych możliwości i my pokazujemy i mówimy, że nie jest to nasze patrzcie, nie jest to nasze ostatnie słowo. Cały ten wątek budowy tego tytułowego misia jako tej inwestycji bez sensu kompletnie, która ma otwierać oczy niedowiankom, to taki majstersztyk też satyry na propagandę sukcesu. Czy to przemówienie na samo zakończenie, że tradycja jest rzeczą świętą. W ogóle ten film jest cały zbudowany z cytatów, bo te fikcyjne etaty i ten klub sportowy Tęcza, gdzie jest ten wątek kombinowania, załatwiania, tworzenia papierowej rzeczywistości, o której wszyscy wiedzą, że coś jest fikcją, a wszyscy w tą gierkę grają.
I to dlatego tak śmieszy, bo to było po prostu prawdziwe. Same te kwestie "łu bu du bu, łu bu du bu", że nam prezes naszego klubu. I potem załóżmy Ochódzki mówi: "No ale po co oni mieliby kłamać? Przecież i im, i nam chodzi o dobro naszego klubu". To są takie absurdy, gdzie ten film jest cały zbudowany. Wiele scen mi się podoba, ale scena, która mi się podoba tak naprawdę w "Misiu" to te dwie babki klozetowe, które tam siedzą, piją herbatę i tamten idzie do kibla się odlać, a one gadają i on mówi, że: "Dla mnie 500 złotych. Sam forsą sra, a dla mnie 500 złotych nie ma". Widzi pan, ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział. I te babki klozetowe tam gadają. To też jest coś, co po prostu jest na swój sposób bym powiedział urocze.
Natomiast trudno jest mi wybrać jakiś taki konkretny cytat.
[01:41:11] - Tak, tego jest mnóstwo. Naprawdę jest mnóstwo. Cytat z krytykiem, który sobie włosy wszystkie wyrwał. Lustro, inkasent. Cytat z komputerem, który się zawsze pomyli. Bez względu na to, jakie dane mu się wrzuci. Tego jest po prostu niezliczona liczba i to pokazuje nam, na jakie wyżyny się trzeba wspiąć, bo nam się wydaje, że wymyślać takie rzeczy łatwo. Nie, jest bardzo trudno, żeby to śmieszyło przez naprawdę dobrych kilkadziesiąt minut i żeby to zostało zapamiętane przez tyle dziesiąt lat. Marku, masz jakieś swoje ulubione wątki?
[01:41:54] - Oczywiście, że mam. Znowu będzie problem z wyborem, ale krótka retrospekcja jeszcze. Zapomniałem o jednym filmie Barei "Nie ma róży bez ognia". Przypomniał mi Artur o tym, kiedy mówił o szatni. Przecież tam też jest scena z szatnią zupełnie inna, ale jakoś tak nawiązująca. W dodatku jeszcze kiedy tam wypytuje o taką pewną panią, która by świadczyła pewne usługi, to dosadnie jeden z aktorów mówi, pyta, o jaki rodzaj pani mu chodzi. On to mówi wprost, ale w trosce o to, żeby film się jednak monetyzował, to nie wymienię, o jaki rodzaj pani mu chodziło. Przecież tak naprawdę film "Nie ma róży bez ognia" skąd się wziął? Też z absurdu PRL-u związanego z zakwaterowaniem, z mieszkaniami i z tym, że Warszawa była miastem zamkniętym, w którym nie można się było zameldować. To dlatego tam te wszystkie zabiegi związane z Zenkiem i z jego narzeczoną i tak dalej.
To był naprawdę też film, który W taki lekki sposób to przykrywał wszystko. Niby wmawiało się władzy, że będą się ludzie śmiali z tego. O Jezu, panie, będą się śmiali. A tak naprawdę to był też film jadowity. I ja "Misia" cenię z kolei, już przeskakując do "Misia", głównego bohatera dzisiejszego odcinka, cenię właśnie za tą jadowitość, ale to jest jadowitość, która nie jest taka atakująca. Ona gdzieś tam się toczy i bez przerwy ją dostajemy. Ale to nie jest tak, że to jest w głównej roli jadowitość Barei. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. To wszystko jest w tle, ale jest porażające. Porażające, bo te cytaty się Piotr już przytaczał.
Panie, tu jest kiosk ruchu, ja tu mięso mam. To jest kompletny absurd. Tam jest ta scena, że matka dzieciom i wyłysiała od szamponu Samson. Jeśli później się człowiek zainteresuje sprawą, to dowie się, że trzeba było naprawdę dużych starań, żeby wydrukować etykietę tego szamponu. To w tamtych czasach wydrukowanie czegoś na powielaczu to nie była taka prosta sprawa. Ogłoszenie w prasie o poszukiwaniu dublera łatwiej było załatwić w ten sposób, że naprawdę ono poszło w prasie, bo to było tańsze, niż gdyby mieli na przykład specjalnie wyprodukować taką gazetę. To już samo w sobie nawet tworzenie tego filmu było chwilami absurdalne. Naprawdę absurdalne. Dzień dobry, cześć i czołem. Pytacie, skąd się wziąłem?
Jestem wesoły Romek. Wszyscy znają tę piosenkę, ale ten absurd o tym, że tramwaje stanęły i proszę państwa, ja to pamiętam. Kiedy brakowało masła, to nagle się pojawiali prezenterzy w Dzienniku Telewizyjnym i tłumaczyli, jak to dobrze jeść margarynę. Kiedy brakowało wędlin, tłumaczono, jakie zdrowe są sery. A w filmie tłumaczono, dlaczego piechotą jest zdrowiej, bo twoje serce przypomina piechotą zdrowiej. I jeśli nawet tramwaje nie działają, to bardzo dobrze. To wszystko dla zdrowia. Te sceny absurdalne w porcie lotniczym z biletami, które się kupowało od Konika, żeby wejść na teren portu. Zapowiadanie samolotów po angielsku, to oczywiście z ziemniakami w ustach, bo wtedy akcent jest lepszy, wymowa jest lepsza i tak dalej. Nikt nie wymienił jeszcze mojego ulubionego cytatu, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się.
Ja coś podobnego, troszkę inaczej to brzmiało, słyszałem w życiu. Naprawdę w takim realu słyszałem, że jak ktoś jest dobrze ubrany, to rzeczywiście jest taki porządniejszy, to od razu na niego to jakoś działa. A ktoś z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Tych cytatów naprawdę jeszcze pewno wiele bym znalazł, ale gdzieś to się przewija. Mówiliśmy o tym i nie mówiliśmy. Główny wątek, czyli sprawa pieniędzy, które są w Londynie i żona próbuje położyć na tym łapę, niszczy paszport. Cały numer polega na tym, żeby zdobyć taki paszport, żeby można polecieć do Londynu i zabezpieczyć swoje interesy. Na pewno filmu państwu nie opowiemy. Ta akcja jest dosyć trudno powiedzieć skomplikowana, w gruncie rzeczy prosta, ale jeśli się nie zna realiów PRL-u, bo dzisiaj paszport trzeba mieć kasę, żeby paszport wyrobić, ale potem ma się paszport. A wtedy było tak, zresztą to widać w jednej ze scen, że kilka dni po przylocie czy przybyciu z zagranicy trzeba było paszport zdać na policję, nie na milicję wtedy i sprawa załatwiona.
I kiedy oglądam "Misia", to mam takie poczucie pewnego komfortu, że tamto już minęło. Ale niestety i to zarówno Artur, jak i Piotr mówiliście o tym, że minęło i nie minęło. Kiedy patrzę, rozglądam się uważnie wokół siebie, to widzę, że duchy, upiory, powiedziałbym, PRL-u krążą nad naszym krajem. Bezczelność kasty urzędniczej, którą w tej chwili obserwuję coraz bardziej. A przecież mieliśmy być we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż. To pamiętam hasło Bardini wygłosił na antenie TVP1 i to się wszystko zmieniło. Pamiętam policjantów, nie milicjantów przepraszających czy też policjantów przepraszających za milicjantów, że teraz już będzie lepiej.
Jak się zachowuje w tej chwili policja? Nie mówię, że wszyscy, ale jak się potrafi zachowywać w tej chwili policja. O, proszę państwa, są na to odpowiednie kanały na YouTubie. Proszę sobie to zobaczyć. To jest coś nieprawdopodobnego, jak potrafią być bezczelni, aroganccy. A dobra, dajmy im spokój. Ja tu jestem kierownikiem tej szatni na przykład. Panie, ja tu jestem kierownikiem tej szatni. To podkreślanie swojej ważności, swojego ja tu jestem, mam coś do powiedzenia. To jest mały odcinek, ale mój i ja tu rządzę.
Nikt chyba jeszcze nie mówił o tym, że jest zima i musi być zimno. To bardzo niedawno było bardzo aktualne. W jakiej scenerii to się dzieje? Takiej meliny, w której za zegarki daje się półlitrówki. Tam w takim obleśnym ... tragicznym miejscu. Leją tę wódę i piszą protokół, że przyjechali i sprawdzili iluś tam podmiotów męskich i żeńskich i nie znaleźli tego, kogo szukali, chociaż dwa dni mieli jeździć. Kolejny cytat. Mogę tym sypać jeszcze bardzo długo. Kolejny cytat-
[01:49:42] - Wejdę w słowo, Marku, bo mi przypomniałeś tę melinę i tamci: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem.
[01:49:51] - Dokładnie. Naprawdę, proszę państwa-
[01:49:54] - Jak skandowali.
[01:49:56] - To jest po prostu absurd na absurdzie. Naprawdę można to cytować bez końca. Tak. Nie może tyle wypić, bo jest samochodem czy wozem. I tak dalej. Widzicie państwo, nawet po reakcjach Artura czy Piotra, moich to już zupełnie, że po prostu to jest film, który jest kopalnią cytatów, ale jest kopalnią prześwietlania PRL-owskich absurdów. A właśnie zacząłem to mówić. Ja wcale nie mam pewności, czy PRL-owskich. To tak ładnie się sprzedawało, że była komuna, była zła, wredna i głupia i teraz już jest lepiej. Ja tak sobie myślę często, że brakuje postaci, która potrafiłaby zrobić syntezę na takim poziomie, jakim robił ją Bareja, syntezę naszych czasów.
Bo gdyby ktoś taki był, to dzisiaj by powstał film, myślę, że równie absurdalny, równie jadowity i bezlitosny dla tego, co się dzieje. Bo dzieją się wokół nas rzeczy, dobrze, bez przymiotników, rzeczy dziwne. To taki łagodny przymiotnik, więc dzieją się rzeczy dziwne, naprawdę dziwne. I szkoda trochę, że kogoś tej miary nie ma, bo dzisiaj wszystko zderza się i rozbija o politykę. Jedni lubią tych, drudzy tamtych i nikt nie patrzy, że wokół nas dzieje się absurd na miarę „Misia”. Oczko mu się odlepiło temu misiu, niestety.
[01:51:37] - Dokładnie tak. Tutaj jeszcze można wspomnieć ekipę, która wozi węgiel i wszystkie ich cytaty. Było ich mnóstwo. Pamiętną scenę: „Korytko bierz świnio, węgiel jest we wsi”. Cytat o Herodzie. Tego było mnóstwo.
[01:51:56] - Ostatni raz był przed wojną ten węgiel. Wojna będzie.
[01:52:01] - Mówiąc o misiu nie można też zapominać o kontynuacji. Też udanej moim zdaniem, w postaci „Rozmów kontrolowanych”, ale o tym sobie może jeszcze powiemy, bo to też jest film, w którym padło sporo cytatów takich, które zostały zapamiętane. Oczywiście ten tytułowy na samym początku. Myślę, że jeszcze o kontynuacji „Misia” będziemy mówić, bo nie wyczerpiemy tego tematu dzisiaj. Cóż, drodzy państwo, my chyba czekamy na wasze wspomnienie, jaki miś jest. Każdy widzi i każdy pamięta, ale ja bym czasami zatrzymał się nad tymi gagami i zastanowił nad tym, jak ponadczasowe to jest dzieło i jak ono czaruje nadal, że ono się jednak, moim zdaniem, bardzo nie zestarzało. I to też jest sztuka stworzyć film, który będzie jednak zrozumiały, nawet jeżeli oni tam nie pojmą jego treści do końca, nie pojmą natury realiów, to on i tak będzie śmieszył swoją warstwą humorystyczną. Tą, jeżeli chodzi o absurd. Pewnie dla współczesnych widzów, którzy mają tam lat naście czy dwadzieścia kilka, to jest prawie jak science fiction. Natomiast wydaje mi się, że nadal śmieszy.
[01:53:13] - To jest bardzo ciekawa koncepcja. Przecież to jest kot i zawsze skoczy na drzewo. To można ściąć drzewo. Po tej porcji wspomnień w sumie wesołych, chociaż pewien smuteczek wymieszany z nostalgią przebijał bardzo. Więc po tych komediowych wspomnieniach czas na literaturę. A dzisiaj przygotowałem dla państwa opowiadania trzech autorów. Pierwszym z nich będzie Przemysław Cichoń z opowiadaniem „Dionizy Szarak”. Drugi autor Bob Kimbets i opowiadanie „Neseser”. I wreszcie Bruno Kadyna „Kiedy inni śpią”. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[01:54:10] - Przemysław Cichoń „Dionizy Szarak vel Wonder Rabbit”. Dionizy wbrew stereotypom nie miał dzieci, nie miał też żon, ani jednej. Mieszkał sam w niewielkim lokum, którego większa część przeznaczona była na magazyn. Nie potrzebował dużo przestrzeni. W zasadzie w domu przebywał tylko w nocy, więc posłanie w zupełności starczało mu za ostoję. Miał dobrą pracę. Przynajmniej tak uważał. Pracował w jednej z lepszych firm ubezpieczeniowych. Był agentem numer jeden i bardzo się tym szczycił. Skrupulatnie wypełniał swoje obowiązki i z roku na rok piął się po szczeblach kariery.
Jeśli tak dalej pójdzie, to w przyszłym roku może nawet awansuje na kierownika. Szef bardzo go lubił, a Dionizy nie krył zadowolenia z tego powodu. Niestety z tego samego powodu nie cieszył się zbytnim szacunkiem kolegów. Chętnie widzieliby jego upadek, ale to tylko zwykła zazdrość. On jednak nie przejmował się tym zupełnie i wkładał w swoją pracę masę wysiłku i całe zaangażowanie. Dlatego też był najlepszy
[01:55:29] - Solidna pensja, prowizja i kwartalne premie pozwalały mu na przyzwoite, aczkolwiek dość skromne życie, ponieważ Dionizy miał pewną przypadłość. Nie, to nic strasznego ani w żadnym stopniu nieprzyzwoitego. Jednak to nałóg jakby nie było. Otóż nasz Dionizy był zapalonym zbieraczem. Od niepamiętnych czasów, to znaczy od czasów, kiedy mieszkał jeszcze z rodzicami i prawie sześćdziesięciorgiem rodzeństwa, interesowały go ludzkie rzeczy. Wkrótce po tym, jak się usamodzielnił, zaczął je gromadzić. Pasjonowały go. Było w nich coś, czemu nie potrafił się oprzeć. A ponieważ od czasu pandemii minęło dopiero kilkanaście lat, masę tych artefaktów było łatwych do zdobycia, bo nikt nie interesował się zbytnio pozostałościami po tym wymarłym gatunku. Wszyscy byli zachłyśnięci rozwojem własnej cywilizacji i galopującą ekspansją.
Z powodu dość liberalnych przepisów i braku antykoncepcji populacja królików rosła w zastraszającym wręcz tempie. Od czasów, gdy zniknął z powierzchni ziemi ostatni człowiek, rozrosła się tak znacznie, że przewyższała już kilkunastokrotnie ludzką populację sprzed pandemii. W wyniku tak galopującego przyrostu naturalnego wystąpiły przejściowe problemy z dostępnością pożywienia. Jednak uruchomienie pozyskiwania alg, glonów i wodorostów z oceanów, które stopniowo zaczęły się oczyszczać, częściowo rozwiązało problem. Ponoć na Wschodzie niektóre plemiona porzuciły wegetarianizm i zaczęły polować. Liczne stada wilków i innych ssaków zostały w wyniku tego bardzo przetrzebione. Jednak to nadal niepotwierdzone informacje. Tu, w cywilizowanej Europie nadal jada się białko pochodzenia roślinnego. Może z tego powodu, że większość innych ssaków emigrowała na Wschód w obliczu zastraszającej ekspansji jedynego słusznego gatunku. Mimo tak wspaniałych warunków Dionizy nie założył rodziny, ale ponieważ był dobrym pracownikiem i przyczyniał się do rozwoju króliczej cywilizacji w inny sposób, nikt nie miał mu za złe, że nie przysparzał swojemu gatunkowi nowych przedstawicieli.
Nawiasem mówiąc, króliczy rząd zaczął dostrzegać problem przekróliczenia i zaczął promować model dziesięciodzietnej rodziny. Ponieważ Dionizy nie zajmował się prokreacją, mógł oddawać się do woli swojej pasji. Całe popołudnie spędzał, szperając w ludzkich siedliskach. Te piętrzące się wysoko betonowe bloki, poukładane jedne na drugich, ukrywały wiele wspaniałych rzeczy. Ale widocznie tylko on tak uważał, bo nikt poza nim nie interesował się tym, co w nich było. Po kilkunastu pokoleniach mało kto jeszcze pamiętał o tym wymarłym gatunku. Pozostały tylko te dziwne klatki, w których mieszkali i cała masa dziwnych rzeczy, których przeznaczenie nie było jeszcze dla Dionizego do końca jasne. Jego nora, bo tylko tak można było nazwać to miejsce, pełna była różnego rodzaju przedmiotów. Przeznaczenie niektórych ludzkich rzeczy nie było tak do końca zrozumiałe dla Dionizego. Większość już dawno zidentyfikował i nawet nauczył się je wykorzystywać, ale niektóre nadal stanowiły dla niego zagadkę.
Swą wiedzę pogłębiał poprzez codzienne badania i eksperymenty. Na przykład rewelacyjnie sprawdzał się przyrząd do masażu stóp. Zamontował go w sypialni i kiedy wracał po całym dniu kicania po klientach, relaksował się, masując stopy tym rewelacyjnym masowaczem. Wystarczyło wcisnąć przycisk, a okrągła, szczeciniasta końcówka zaczynała oscylować i wibrować z cichym brzęczeniem, delikatnie masując jego zmęczone stopy. Problem był tylko z umiejscowieniem masażera, ponieważ jego wydłużona konstrukcja utrudniała montaż. Ale na to też znalazł sposób i cały zespół napędowy umieścił pod łóżkiem tak, że na zewnątrz wystawała tylko główka pokryta kolorową szczeciną. Czasami zastanawiał się tylko, dlaczego na obudowie zespołu napędowego masażera umieszczona była podobizna małego ludzie z wyszczerzonymi zębami. Wiedział już coraz więcej nie tylko o przedmiotach, które namiętnie zbierał, ale i coraz bardziej zaczynał rozumieć ich niegdysiejszych użytkowników, ludzi. Wymarłą rasę ssaków, która przez tysiące lat była na szczycie drabiny cywilizacyjnej. No cóż, teraz jego gatunek miał swoje pięć minut.
Ostatnio odkrył podziemne nory ludziów. Było tam wiele ludzkich rzeczy, których nie znał. Nigdy nawet takich nie widział. W olbrzymiej, okrągłej norze na ścianach znajdowały się obrazy. Świeciły one niebieskim światłem i od czasu do czasu przepływały przez nie jakieś ciągi znaków. To był alfabet ludziów. Niestety Dionizy nie znał znaczenia tych symboli, ale wiedział, że za ich pośrednictwem ludzie przekazywali sobie informacje. To zupełnie jak króliki odchodami i śladami moczu. Taka niewerbalna komunikacja. Bardzo go to intrygowało.
Do tej przedziwnej nory prowadziły długie korytarze. Dotarcie tam zajmowało Dionizemu sporo czasu, ale sam widok tych wszystkich cudownych rzeczy wart był wyczerpującej wyprawy. Dziś był tu po raz trzeci. Postanowił sobie, że tym razem przeprowadzi kilka doświadczeń. Nie mógł zabrać tych cudowności do siebie, bo były zbyt duże i wszystkie wydawały się być ze sobą połączone. Stanowiły jakoby jeden organizm. Nie był on jednak żywy. Świadczył o tym brak jakichkolwiek odchodów, a zapach, jaki wydobywał się z szumiących dziur, nie przypominał żadnego znanego zapachu. To coś niby żyło, a jednak inaczej. Dionizy nie potrafił tego pojąć.
Na półkach leżały alfabety. Takie plansze z tymi samymi symbolami, które przepływały przez obrazy. Było ich tam mnóstwo, ale na każdej były te same znaki i w tej samej kolejności. I na każdej był taki jeden największy znak – zagięta strzała. Ten znak najbardziej intrygował Dionizego. Od niego postanowił zacząć swoje eksperymenty. Bez wahania wskoczył na miękką platformę, która posadowiona była na pięcioramiennej podstawie. Każde z ramion wyposażone było w podwójne koło. Platforma mogła się dzięki temu poruszać w poziomie. Prawdopodobnie służyła ludziom do poruszania się w przypadku zaniku kończyn dolnych.
Stamtąd już tylko niewielki skok i znalazł się na półce z alfabetami. Tak, to było wspaniałe. Teraz mogą wreszcie sprawdzić i wypróbować możliwości tego przedziwnego organizmu. Bez dłuższego zastanawiania się nad możliwymi skutkami swego postępowania, w końcu był tylko królikiem. Dość mądrym, ale jednak królikiem. Nacisnął największy na całym alfabecie symbol, tę złamaną strzałkę. W norze rozległ się przeraźliwy dźwięk. Dionizy przestraszony zaskoczył z półki wprost na podłogę. Ukrył się pod platformą i skulił uszy. Całą norę wypełnił migoczący blask emitowany przez obrazy na ścianach.
Przeraźliwy hałas w końcu ustał. Jego miejsce zajął głos ludziów. Niestety Dionizy nie rozumiał ludzkiego języka. Siedział więc i obserwował obrazy. Kolorowe plamy na niebieskim tle zaczęły łączyć jakieś łukowate linie, a na końcach tych linii migotały punkty w kolorze dojrzałych pomidorów. Coraz większe i większe. Całe ekrany zaczął wypełniać kolor pomidorów i marchewki. Począł wstrząs, potem następny. Ekrany zaczęły gasnąć jeden po drugim. Zaczął się zastanawiać, co to wszystko oznacza.
Co ta ludzka rzecz tak naprawdę robi? Bo chyba nie masuje stóp. Tymczasem na powierzchni wszyscy jego pobratymcy wyparowali. Cóż, to było właśnie te pięć minut. Znaczy kilka ich ostatnich sekund. Bob Kincaid, „Neceser”. Było wilgotny, a zarazem wietrzny poranek. Ciężkie, ołowione chmury sięgające najwyższych budynków Nowego Jorku zwiastowały zapowiadane od dłuższego czasu opady deszczu. Mimo tak niesprzyjającej aury, Harold Kemper jak co dzień podążał powłóczystym krokiem w kierunku Central Parku. Jego nieogolona od kilku dni twarz, przygarbiona i skulona sylwetka w wyraźny sposób odróżniały go od ludzi idących tym samym chodnikiem.
Codzienny kac, powtarzający się regularnie od kilku dobrych lat, przypomniał mu w pewnym momencie, by jednak przyspieszyć kroku. Doszedł do skrzyżowania. Postawił kołnierz od marynarki, jakby w jakiś sposób miał uchronić go przed nieprzyjemnymi powiewami wiatru. Odczekał chwilę, aż zapaliło się zielone światło i ruszył na drugą stronę ulicy. Było jednak coś, o czym Kemper nie wiedział. Otóż od dłuższego już czasu, tuż za nim w gęstniejącym korku aut toczył się granatowy Ford Taurus. W jego wnętrzu siedziało trzech mężczyzn w średnim wieku o urodzie południowców. Powolnie się przemieszczając, obserwowali Kemplera. Kiedy ten skierował kroki na drugą stronę ulicy, pasażer samochodu siedzący obok kierowcy zerknął na współtowarzyszy. „I co o nim sądzicie?” — zagaił.
Mężczyzna siedzący z tyłu spojrzał na zegarek i z głębokim westchnieniem, kręcąc z wolna głową, rzekł: „No cóż, nie pasuje mi zbytnio, ale nie mamy wyboru”. Harold szedł przy krawężniku jezdni z opuszczoną głową, wypatrując leżących niedopałków papierosów. W pewnym momencie usłyszał wołanie dobiegające od strony ulicy. „Halo, proszę pana!”. Spojrzał w tamtym kierunku, cofając się jednocześnie, jakby chciał zrobić miejsce dla parkującego właśnie Forda Taurusa. Już miał iść dalej, kiedy tylne drzwi samochodu otworzyły się. Siedzący w środku mężczyzna, spoglądając na niego, ponownie zawołał: „Halo! Można na chwileczkę?”. Harold w pierwszym odruchu obejrzał się za siebie, szukając wzrokiem kogoś, do kogo mogły być skierowane te słowa. Mężczyzna siedzący w aucie patrzył jednak na niego.
Kemper, z wyraźnym zdziwieniem rysującym się na twarzy, wskazał palcem na swoją pierś, jakby chcąc upewnić się, czy te słowa były na pewno skierowane do niego. Mężczyzna, patrząc mu w oczy, pokiwał twierdząco głową. Niezdecydowanym krokiem podszedł do drzwi samochodu. „Zapraszam do środka.” Mężczyzna zrobił miejsce, przesuwając się w głąb auta. „Proszę.” Harold pochylił sylwetkę i zajrzał do wnętrza. Kierowca auta i siedzący obok niego pasażer przyglądali mu się z ciekawością. „Proszę, pan wsiądzie, śmiało” – mężczyzna ponowił prośbę. Kemper wsiadł do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Ruszyli. Mężczyzna siedzący obok wyjął z kieszeni paczkę Marlboro i uderzając nią o dłoń, wysunął papierosa.
„Zapali pan?” – zapytał. Kemper aż przełknął ślinę na widok papierosów. Poczęstował się. Mężczyzna wyjął zapalniczkę i podał ogień. Odczekał, aż Harold przypali papierosa. „Zapytam pana wprost. Chce pan zarobić tysiąc dolarów?” Na twarzy Harolda pojawiło się zaskoczenie. W momencie, gdy dotarło do jego świadomości ostatnie zdanie wypowiedziane przez mężczyznę, zaczął się krztusić i kasłać na przemian. Takiej sumy pieniędzy, jak pamięć go nie myli, jeszcze nigdy wcześniej mu nikt nie proponował. Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjmując plik banknotów studolarowych.
Odliczył pięć sztuk i podając je Haroldowi powiedział: „Tutaj jest pięćset dolarów. Proszę”. Skołowany wydarzeniami Harold wziął banknoty do ręki i nie licząc, schował do kieszeni spodni. „Drugie pięćset otrzyma pan po wykonaniu zadania” – kontynuował rozmowę. – „A ono jest bardzo proste. Weźmie pan ten neseser”. Mówiąc to, sięgnął pod nogi, wyjmując niedużą skórzaną walizeczkę w kolorze brązowym i postawił ją Kemperowi na kolanach. Ten chwycił ją odruchowo oburącz i omiótł wzrokiem. Kierowca w tym czasie zjechał na pobocze i zatrzymał auto. „Widzi pan ten duży biały samochód stojący o tam?” – mężczyzna pokazał głową na usytuowaną po drugiej stronie ulicy długą białą limuzynę, taką samą, jaką zazwyczaj poruszają się gwiazdy Hollywoodu.
Harold spojrzał na nią. Limuzyna stała na wprost wejścia do jakiegoś banku. Przytaknął głową. „Dokładnie za dwadzieścia minut” – mężczyzna mówił dalej, spoglądając jednocześnie na zegarek – „z banku w otoczeniu swojej obstawy wyjdzie trzech Arabów. Pozna ich pan zresztą po białych, tradycyjnych strojach. Pańskie zadanie będzie polegało na tym, aby podejść do jednego z ochroniarzy i wręczyć mu ten neseser. On już będzie wiedział, co z nim zrobić. Zadanie jest proste, prawda?” Kemper spojrzał na trzymany na kolanach neseser. Raz jeszcze objął wzrokiem stojący przed bankiem samochód i już miał o coś zapytać, gdy mężczyzna siedzący obok odezwał się ponownie. „Zapewne zastanawia się pan teraz, po co ta cała szopka”.
„No właśnie” – Harold potwierdził nieśmiałym głosem. Jednocześnie w jego umyśle zapaliła się czerwona lampka. Kojarząc fakty, nie był w pełni przekonany, że wszystko jest w należytym porządku. To wydaje się być zbyt proste, by było aż tak prawdziwe. „Otóż...” – mężczyzna westchnął głęboko. – „Otóż nie owijając w bawełnę, powiem panu tak: w tej walizce są narkotyki. Dużo narkotyków. My ciągle dostarczamy towar tym Arabom. Robimy to zresztą bardzo często w różnych punktach na całym świecie i co oni z tym robią, to nie nasz interes. W związku z tym, że licho nie śpi, szukamy niekonwencjonalnych sposobów ich dostarczania, by nie wzbudzić podejrzeń.
I ci Arabowie o tym wiedzą. Zresztą taka jest między nami niepisana umowa. Oczywiście moglibyśmy robić to sami, ale nie chcąc ryzykować jakiejkolwiek wpadki, wyręczamy się zawsze przypadkowymi osobami, tak jak teraz panem. Powinien pan to rozumieć”. Kemper przytaknął głową, mimo że nic z tego nie pojmował. „My zarabiamy” – mężczyzna ponownie westchnął – „i przy okazji dajemy zarobić innym osobom. Bądźmy szczerzy, nam ryzyko nie popłaca, a dla pana tysiąc dolarów za piętnaście minut pracy to chyba dobra zapłata, nieprawdaż? A ryzyko właściwie żadne”. Harold z wolna przytakiwał głową. „To co?
Myślę, że wszystko jest jasne”. Mężczyzna pochylił sylwetkę i otworzył drzwi od strony chodnika, dając tym samym do zrozumienia, że czas zacząć działać. Harold wystawił nogi na zewnątrz. „Aha, jeszcze jedno” – mężczyzna odezwał się ponownie. – „Zapomniałbym przecież o najważniejszym. My pojedziemy teraz trzy przecznice dalej i poczekamy przy posterunku policji. Wie pan, pod latarnią jest najciemniej. Stamtąd będziemy obserwować rozwój sytuacji. Myślę, że wie pan, gdzie jest ten posterunek”. Kemper przytaknął głową.
Dobrze wiedział, gdzie znajduje się to cholerne miejsce, bowiem wiele razy był lokatorem jego okratowanych pomieszczeń. „Po wykonaniu zadania poczeka pan na nas, podjedziemy i damy panu te drugie pięćset dolarów”. Harold wysiadł z samochodu. Mężczyzna zatrzasnął drzwi. Samochód wolno ruszył, zostawiając na chodniku skołowanego tymi nagłymi wydarzeniami Kempera. Ford tymczasem dojechał do skrzyżowania i zawrócił. Po chwili zrównał się z białą limuzyną. Mężczyźni siedzący w samochodzie ogarnęli ją wzrokiem, a potem równocześnie się uśmiechnęli. Kierowca z widocznym zadowoleniem na twarzy dodał gazu. Po około 200 metrach ford skręcił na skrzyżowaniu w lewo.
Po tej samej stronie stał stary, odrestaurowany budynek z czerwonej cegły, w którym mieścił się posterunek policji. Kierowca forda zawrócił i zatrzymał auto przed skrzyżowaniem na miejscu radiowozu, który przed chwilą odjechał. „Tak może być?” — zapytał współtowarzyszy. Spojrzeli w prawo. Pomimo powolnego ruchu aut mieli w miarę dobrą widoczność na białą limuzynę i poruszających się chodnikiem ludzi. Coś jednak kierowcy nie pasowało. „Może jednak trochę cofnąć?” — zapytał. „Nie, nie.” — kolega siedzący z boku powstrzymał go dotknięciem ręki. „Stąd jest dobry widok.” „Widok widokiem, a czy wybuch przypadkiem nie dosięgnie nas w tym miejscu?” Kierowca nie dawał za wygraną. „Tutaj jest za 200 metrów.
Bez obaw.” Otworzył skrytkę przed sobą i wyjął z niej małe, prostokątne urządzenie przypominające pilota do otwierania samochodów. Nacisnął jeden z dwóch przycisków. Na miniaturowym urządzeniu zaświeciła się zielona dioda, która zaczęła równomiernie pulsować. Kierowca zerknął kątem oka. „Nie za wcześnie to włączyłeś?” — nie krył zdenerwowania. Siedzący obok zrobił ruch palcem, jakby chciał wcisnąć drugi przycisk i z uśmiechem na twarzy spojrzał na kierowcę. „Co, boisz się, że za wcześnie nastąpi bum?” — odezwał się z uśmiechem na twarzy. „Nie.” — kierowcy raczej do śmiechu nie było. — „Ale licho nie śpi.” „Myślisz o Ibrahimie? O Paryżu?” — zapytał już poważnie.
„Chociażby.” Widocznie majstrował coś w sterowniku, mając jeszcze bombkę przy sobie. „Historia czasami lubi się powtarzać.” Kierowcy wyraźnie nie opuszczały wątpliwości. „Dajcie wreszcie spokój z tym ględzeniem.” — mężczyzna siedzący na tylnym siedzeniu miał widocznie dość tego przekomarzania. Wyciągnął nogi, założył ręce za głowę i dodał: „Lepiej pomyślcie o tym, czy ten facet w ogóle dotrze do tej limuzyny. Może wziął pieniądze, walizkę wpieprzył do śmietnika i już dawno gdzieś prysnął.” Kierowca wyciągnął szyję, prawie dotykając głową przedniej szyby. Patrząc w kierunku limuzyny odezwał się głosem pełnym obaw: „Właśnie. Budynek ogranicza naszą widoczność. Stąd nie widać przecież tego faceta.” Siedzący obok także spojrzał w prawo. „Grunt, że widać limuzynę. Przyjdzie moment, to i faceta ujrzymy.
Wierzcie mi, kto jak kto, ale ten człowiek na pewno nie odpuści sobie drugiej pięćsetki.” Na skrzyżowanie wjechał radiowóz policyjny. Przepuścił samochody jadące naprzeciw i wolno ruszył. Po chwili zrównał się ze stojącym na poboczu fordem. Kierujący radiowozem policjant zwolnił i z wyraźną ciekawością zlustrował wnętrze pojazdu. Mężczyźni siedzący w środku sprawiali wrażenie, jakby go nie zauważyli. Policyjny wóz minął stojący samochód i stanął z boku, tuż za nim. Z radiowozu wysiadł masywnej postury policjant. Poprawiając ręką obsuwające się z brzucha spodnie, podszedł od strony kierowcy do stojącego forda. Pochylił się. Kierowca forda opuścił szybę.
Policjant zasalutował. „Czy szanowny kierowca nie wie, że tutaj obowiązuje zakaz zatrzymywania dla samochodów prywatnych?” „A tak, tak, przepraszam, już odjeżdżamy.” — kierowca forda odpowiedział zmieszanym głosem, sięgając jednocześnie ręką do stacyjki, by uruchomić silnik. „Chwileczkę.” — głos policjanta zabrzmiał stanowczo. — „Dokumenty wozu i prawo jazdy poproszę.” Kierowca sięgnął ręką za osłonę przeciwsłoneczną nad przednią szybą. Wyjął dokumenty i podał je policjantowi przez otwarte okno. Stróż prawa omiótł wzrokiem wnętrze auta, spojrzał na dokumenty i po krótkiej chwili zastanowienia powiedział głosem niesnoszącym sprzeciwu: „Proszę, pan wysiądzie.” Kierowca ciężko westchnął, pokręcił z lekka głową, spojrzał na współtowarzyszy i wyjmując kluczyki ze stacyjki opuścił auto. „Proszę otworzyć bagażnik.” — policjant ruszył na tył wozu. Kierowca podszedł do bagażnika i otworzył go. Mężczyzna siedzący na fotelu obok kierowcy spojrzał w kierunku limuzyny. „Cholera, tego nam jeszcze brakowało.” — wymamrotał ni to do siebie, ni to do kolegi z tyłu.
Nagle ożywił się. Przez drzwi banku wychodziło właśnie czterech rosłych mężczyzn ubranych w ciemne garnitury. Idąc w kierunku limuzyny, rozglądali się bacznie dookoła. Po chwili w drzwiach ukazało się trzech kolejnych. Ci zaś dla odmiany ubrani byli w pompu czyste dżeballach. Jeden z tych w czarnym garniturze otworzył drzwi limuzyny. „Gdzie jesteś?” — mężczyzna siedzący na przednim siedzeniu w fordzie zacisnął z niecierpliwości zęby, a oczy wypatrujące Kempera o mało nie wyszły mu z orbit. Nagle ujrzał go stojącego przy limuzynie i z wyraźną ulgą głęboko westchnął. Odwrócił się i spojrzał do tyłu. Siedzący tam kolega skinął głową.
„Allah Akbar.” — wyszeptał ten z przodu i tuląc odruchowo głowę w ramionach nacisnął guzik. Zbiegło się to jednocześnie z zatrzaśnięciem pokrywy bagażnika. Jak dalej potoczy się akcja? Poniżej dalszy ciąg. Harold Kemper dochodził akurat do białej limuzyny, kiedy do jego uszu dotarł odgłos potężnej detonacji. Mężczyźni w białych, powłóczystych szatach odruchowo przykucnęli przy limuzynie. To samo uczynił Kemper, starając się zarazem jak najbardziej wtulić w bok białego samochodu. Po krótkiej chwili nastąpiła grobowa cisza. Harold ostrożnie uniósł głowę ponad dach samochodu i spojrzał w stronę miejsca wybuchu. Eksplozja nastąpiła obok budynku posterunku policji.
Dym powstały w wyniku detonacji powoli przerzedzał się, odsłaniając miejsce tragedii. Naturalna ludzka ciekawość dała się we znaki nie tylko Haroldowi, ale także co poniektórym przechodniom podążającym chodnikami po obu stronach ulicy. Po krótkiej chwili dotarli na miejsce. To, co ujrzał Kemper, przyprawiało go o mdłości. Radiowóz i stojący tyłem do niego ford rozerwane były na kilka dymiących części. Dwa poszarpane ciała będące w czymś, co przypominało samochód, jak kukły zastygły w bezruchu. Policjanci, którzy pojawili się na miejscu wybuchu, starali się zapanować nad sytuacją, odgradzając ulicę od ciekawskich, których ciągle przybywało. Harold tymczasem zaczął powoli wycofywać się. Po chwili, ciągle jednak otumaniony tą całą sytuacją, ruszył chodnikiem przed siebie, nie czując już nawet chłodu ani deszczu, który niespodziewanie zaczął padać. Potrącany przez biegnących w przeciwnym kierunku ciekawskich zaczął odtwarzać w myślach ostatnie chwile poprzedzające tę straszną tragedię.
Gdy wysiadł z przytulnego wnętrza forda, który zresztą natychmiast odjechał, spojrzał na trzymany w ręku neseser na stojącą w oddali białą limuzynę, poprawił kołnierz od marynarki i ruszył w kierunku przejścia dla pieszych. Szeryf Kostner jechał wolno swoim radiowozem i jak to miał w zwyczaju, przyglądał się przechodniom. W pewnym momencie rozpoznał lekko zgarbioną sylwetkę Kempera. Znał tego drobnego pijaczka od niepamiętnych czasów. Nieraz zresztą ładował go do paki za rozróby po pijanemu lub drobne kradzieże. Tym razem jednak zaintrygował go elegancki neseser, który niósł w ręku. Pasował do niego niczym wół do karety – pomyślał. Zrównał się z wolno idącym Kemperem. Na ułamek sekundy włączył syrenę i zatrzymał samochód. Kemper spojrzał na radiowóz i dosłownie nogi ugięły mu się w kolanach.
Wciągając głęboko powietrze, spojrzał w niebo i zamknął na chwilę oczy. No nie, tego mi teraz tylko brakowało – przeleciało mu przez myśl. Szeryf tym razem wygramolił się z siedzenia, obszedł radiowóz, poprawił opadające spodnie, podszedł do stojącego niczym słup soli Kempera i powiedział pewnym siebie głosem: „No widzę, Kemperze, dobrze sobie ostatnio radzisz. Masz taki ładny neseser. Pokaż no go.” Nie czekając na przyzwolenie, wziął od niego walizeczkę i przez chwilę ważył w ręku. „Ciężkie” – odezwał się. „Skąd to masz? Chyba nie znalazłeś tego w śmietniku. A może to komuś ukradłeś?” Jego wzrok wyostrzył się. „Ależ, ależ szeryfie.” – Harold zaczął się jąkać.
„To, to, to, to nie jest tak. To tylko taka przysługa.” „Przysługa, powiadasz?” Szeryf spojrzał na niego świdrującym, niewrożącym nic dobrego wzrokiem. „A jaka to przysługa? Powiesz mi?” „Znaczy się, znaczy ja, ja, ja mam to dostarczyć.” „A! Dostarczyć.” – wszedł mu w słowo. „A komu? Możesz mi wyjawić tę tajemnicę?” „Znaczy ja, ja, ja mam, mam dostarczyć tę walizkę.” Policjant zaczął baczniej przyglądać się twarzy Kempera. Jako stary wyga wiedział, że coś tu nie gra. Tego nie dało się ot tak po prostu ukryć. Za dobrze znał Kempera.
„A co jest w tej walizce? Wiesz chociaż?” Nie dał mu dokończyć. „Nie wiem. Skąd mam wiedzieć?” Harold coraz bardziej się gubił. „Nie wiesz? No to sprawdźmy.” Położył walizkę na masce radiowozu i próbował otworzyć. Neseser posiadał zamki szyfrujące. Spojrzał na Kempera i zapytał: „Pewnie szyfru też nie znasz?” Kemper pokręcił przecząco głową. „Nie znasz?” – upewniał się. „No dobrze, to w takim razie jedziemy z tym na posterunek.
Może tu są narkotyki, a ty o tym nawet nie wiesz.” „Nie wiem. Naprawdę nie wiem. To, to, to naprawdę tylko taka przysługa.” „Przysługa, powiadasz?” Policjant zaczął schodzić z tonu. „To ja teraz tobie zrobię przysługę, dobrze?” Ruszył na tył radiowozu, otworzył bagażnik i wrzucił do środka neseser. Zatrzasnął klapę i spojrzał na Kempera. „To jak?” Zaczął zacierać ręce. „Jedziesz ze mną na posterunek czy zapominamy o tej całej sprawie?” Harold dobrze wiedział, co szeryf miał na myśli. Nie chodziło mu wcale o niego, a o ten cholerny neseser. Nieuczciwych policjantów było w Nowym Jorku na pewno wielu, ale aż tak bezczelny i pazerny był zapewne tylko jeden. I był nim Kostner.
Policjant, nie czekając na decyzję Kempera, otworzył drzwi radiowozu od strony kierowcy i wkładając nogę do środka, zawołał jeszcze przez dach wozu: „Okej, Kemper. Tym razem ci odpuszczę. Wiedz o tym, że Kostner to swojskie chłopisko, dlatego nie chcę ci robić kłopotów. Do zobaczenia”. Zarechotał ze śmiechu, usiadł za kierownicą, zatrzasnął drzwi i po chwili wolno włączył się do ruchu. Lecący nisko między budynkami helikopter przywrócił myśli Kempera do rzeczywistości. Spojrzał do góry. „Może to tylko sen?” – przeszło mu przez myśl. Jednocześnie sięgnął ręką do kieszeni spodni i namacał banknoty. Zatrzymał się.
Wyjął szeleszczące papierki. Rozłożył niczym talię kart. Ucałował i schował ponownie do kieszeni spodni. Spojrzał jeszcze raz w kierunku miejsca tragedii. Poprawił kołnierz od marynarki i nie czując już chłodu, ruszył energicznym krokiem przed siebie. Koniec. Bob Kinerc. Bruno Kadyna „Kiedy inni śpią”. Już słyszę po co idzie. Otwiera drzwi.
Muzyka wypada ze środka. „Jarek, możesz przyjść? Facet nie chce zapłacić”. Po tylu latach rozpoznaję kroki dziewczyn. Chodzą inaczej w zależności od powodu. „No nie dadzą czytać” – myślę. „Idę” – mówię. Dziewczyna patrzy na mnie przez chwilę. Nie ruszam się, więc wraca na salon. Samozamykacz domyka za nią szklane drzwi i znów muzyka jest przytłumiona.
Jak ja mam dość tej roboty. Dźwigam się jak starzec. Powinienem teraz spać jak zwykli ludzie. Wychodzę zza kontuaru i wchodzę do poczekalni. „Co znowu?” – pyta taryfiarz. Siedzi na wprost salonu, żeby widzieć, co się tam dzieje. Ignoruję go. Szukam wzrokiem Bogdana. Siedzi z boku. Chcę, żeby popilnował wejścia.
„Bodzio, zerkniesz?” „Jasne”. Z ławy podrywa się postawny, pięćdziesięcioletni pan, dość zaokrąglony. Otwieram drzwi i uderza we mnie głośna muzyka i dyskotekowe nocne smrody. Kula kręci się nad parkietem, światełka migają, śmiechy i hałasy wkoło. Po lewej Natalia wywija narusze. Wyskakuje w górę, chwyta się nogami i zjeżdża głową w dół. Akrobatka. Cztery loże po lewej, pięć po prawej. Wszystkie zajęte przez gości oraz dziewczyny. Większość w samej bieliźnie.
Mówimy na nie bieliźniarki. Niektóre mogłyby się ubrać. Wypadłyby korzystniej. Przecinam parkiet. Nienawidzę zwracać na siebie uwagi, choć opinie cymbałów, którzy tu przychodzą, mam głęboko w dupie. Do dziewczyn się uśmiecham, czasami puszczę oczko. Lubię je podkręcać dla zabawy. Potem dochodzą do mnie ciekawe plotki. Podobno ostatnio dmuchałem grubą Anetę. Nie wiem, czy istnieje ilość alkoholu, która by mnie do tego skłoniła.
Najlepiej, kiedy się o mnie pokłócą. Nie dlatego, że jestem jakiś super przystojny. Brankarz, jeśli nie jest stary, jest obiektem pożądania, bo to jedyny facet w klubie, który nie jest klientem. Prostytutki to proste stworzenia. Już widzę, który to stary dziad. Siedzi przy barze. Nieważne, czy bogaty, czy biedny, czy lekarz, czy mechanik. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Każdy nachlany zamienia się w idiotę. Dziewczyny z nim nie gadają, inaczej by się awanturował.
Dopiero co wypieprzałem jednego. Schodzę z parkietu i kieruję się do tej części lokalu, gdzie jest bar i jeszcze cztery loże. Chłop już widzi, że do niego idę, ale udaje, że nie. Jest tu kilku gości. Wszyscy ciekawi, co z nim zrobię. „No i co my tu mamy?” – pytam wesoło barmankę Anię, ale patrzę na niego. „Pan ma do uregulowania jeszcze pięćdziesiąt pięć zł. Postawił dziewczynie dwa drinki plus...”. „Już płaciłem!” – wybucha typ. „Nie drzyj się pan” – mówię.
„Ale jeszcze domawiał pan jednego drinka i za niego pan nie zapłacił” – mówi Ania. „To dziewczyna wzięła. Ja nie brałem”. „Ale postawił pan dziewczynie”. „Nie stawiałem!”. Pewnie, że nie stawiał. Dziwka go naciągnęła i teraz ja muszę oszukanego chłopinę zmusić do zapłaty, żeby i ona zarobiła, i bar. Mówię do niego serdecznie: „Panie, w zabawie dużo się dzieje, a pan jest przecież dżentelmenem i chyba nie odmówi dziewczynie”. Patrzę mu w oczy. W moich dostrzega pewność siebie.
Łamie go tym jak zwierzę i płaci. Uff. „No i pięknie. Życzę miłej zabawy” – mówię z promiennym uśmiechem. Wołam jeszcze Anię na słowo. „Mówiłem – bez chamskiego wymuszania drinków. Następnym razem nie będę załatwiał waszych spraw”. „To dziewczyna nawaliła” – szepcze barmanka. „Wy jesteście od gadania z dziewczynami i trzymania za twarz”. Odchodzę.
Przecinam salon. Idę stąd czym prędzej. Cieszę się, że nie musiałem go wywlekać jak poprzedniego. „I co? Zapłacił?” – pyta Aurelia, kiedy przechodzę koło jej loży. To ona wydymała typa na drinka i przyszła po mnie. Widzę, że wie, że przeskrobała, ale bardziej interesuje ją, czy zapłacił. Grożę jej palcem i idę na bramkę. Bogdan kartkuje moją książkę. Pracujemy razem.
Wozi dziewczyny na wyjazdy, puszcza muzykę i pilnuje bramki, kiedy jestem zajęty. „Wziąłbyś coś przeczytał” – mówię. Nie mam czasu na pierdoły. Wracam do poczekalni na telewizję, a ja za kontuar, tuż na wprost wejścia do klubu. Za mną wiszą kurtki. Na razie niewiele. Jest wczesna jesień. Jestem bramkarzu-szatniarzem i didżejem, kiedy Bogdana nie ma. „Niech mi nikt w końcu nie przeszkadza” – czytam. Nie kończę pierwszego zdania, kiedy słyszę podjeżdżający samochód.
W poczekalni jest okno. „Co tam Bodzio?” „Trzech” – woła. Nie ruszam się. Zanim się wygramolą i dotrą do środka, doczytam chociaż akapit. Kiedy wchodzą, zamykam książkę, wstaję i zapinam marynarkę. Lubię być grzeczny i miły. „Dobry wieczór” – mówię. „Dobry wieczór” – odpowiada wyniośle niski grubasek w środku. Wygląda tak, jakby wyczynowo spędzał czas w fotelu z browarem w ręku i chipsami. „Po dwadzieścia zł wstęp, panowie” – mówię.
Najwyższy z lewej i grubas w środku mają na sobie dość eleganckie ciuchy. Ten z prawej jest w bluzie z kapturem. Każdy ma dwie brody i bardzo wysoki cholesterol. Przed trzydziestką. Już nie szczeniaki, ale jeszcze nie dorośli. Wchodzi taryfiarz z saszetką pod pachą i wślizguje się do poczekalni. Przechodząc, pokazuje na nich wzrokiem, żebym przypadkiem nie przeoczył, że to on ich przywiózł. Pazerna rura. „Po dwie dychy, panowie” – powtarzam. „Ty myślisz, że jesteś taki mocny?” – pyta gruby kurdupel.
Wzdycham ciężko. „O czym ty mówisz, chłopie?” – pytam. Cymbał czuje się jak sycylijski boss. „Wejdziemy i zastanowimy się, czy warto zapłacić wstęp” – mówi grubas i pokazuje na drzwi. Patrzę na jego pulchnego palucha. Brzydko by się obcinał. Tłuszcz wyłazi bokami z takich serdli. „Nigdzie nie pójdziecie, dopóki nie zapłacicie wstępu” – mówię. „Wejdziemy. I co zrobisz?” Jak mi się nie chce.
Przyglądam się tym głupkom. Niczego nie trenują, nachlali się i są niezniszczalni. Miny groźne, autentycznie nabuzowani. Podkręcali się wcześniej. Mój wygląd tylko ich utwierdza, że będą dziś twardzi i może nawet spiorą bramkarza. To by dopiero była przygoda. Wspomnienie na lata. Żadnemu do łba nie przychodzi, że raczej nie dostałem tej roboty z ogłoszenia. Wszystko dlatego, że nie jestem wielki i nie straszę wyglądem. Nie mam nawet metra osiemdziesięciu i ważę niecałą stówę.
Łagodne oczy, grzeczna fryzura. Jeszcze tylko okularów brakuje i aparycja wzorowego kujona gotowa. Dlatego mam więcej roboty niż duzi koledzy. I wchodzę z tymi kretynami w pewien schemat. Powiem tłuściuszkowi, że zaraz będzie przepraszał albo dzwonię po policję. Oni nie uwierzą i posuną się dalej, żeby mnie sprawdzić. Wtedy klepnę jednego albo każdego w łeb i będą przepraszać albo łapać za komórki. Zawsze tak to się kończy. Padają nawet podobne słowa. „Na pewno chcesz wiedzieć, co zrobię?” – pytam.
„No chcemy.” Od pół roku nie przeklinam. To nie lada wyczyn. Muszę szukać słów i odpowiednio je dobierać, żeby dały efekt. Ciężko nie bluzgać w tej robocie i przy kolegach zbrodniolcach. Z tymi trzema durniami kiedyś pojechałbym krótko i może by się wystraszyli, ale nie chcę. Chociaż trochę mniej syfu w tym bałaganie. Chcę ich ostrzec, zanim stłukę, ale wpadam na pomysł. Po co zawsze na poważnie i nerwowo? Dla odmiany porobię sobie jaja. Wklepać jeszcze im zdążę.
Wychodzę zza kontuaru. Poruszyli się. Nie wiedzą, co zrobię. Oni nie zrobią nic, bo to ciepłe kluski. Łączę palce na wysokości brzucha i czekam. Patrzę po tych pijanych mordach. Nie mają pojęcia co się wydarzy. Tylko grubas w środku ma wciąż cwaniacką minę. Tłusty pajac. Unoszę brew i zaczynam teatralną przemowę.
Moduluję, jakbym opowiadał dzieciom bajkę i gestykuluję palcem. Zrobię trzy grube naleśniki na słodko, obleję porządnie lepkim syropem i sturlam z górki za płotem. Widzę, jak im się coś nie zgadza. Zwiera pod deklami. Nie wiedzą, jak zareagować. Walczę, żeby zachować powagę, nawet trzaskając ich po pyskach będę robił sobie jaja. „Jakie naleśniki?” – pyta grubas. „To jest restauracja?” Koledzy śmieją się ze świetnej riposty bossa. „Podane na wynos za płotem w lesie. Tam jest górka.
Na dole tłustych pączków trójka.” Wytrzeszczam oczy. Kiedy nie mówię, poruszam brodą na boki. Ha ha ha ha ha. Hipnotyzuję ich. „Co ty pieprzysz, gościu? Chłopaki, to jakiś wariat.” To jest lepsze niż bluzganie i darcie ryja. Jeśli nie będę musiał ich zlać dzięki tym wygłupom, to będzie najlepsza metoda na idiotów. Jeden taryfiarz się śmieje. Ten, który siedzi w poczekalni na wprost drzwi. Bodzio siada koło niego, żeby popatrzeć.
Ten, który ich przewiózł, stoi i się nie śmieje, bo zachodzi obawa, że nie zarobi. Jak będzie, galaretki? Wchodzicie do słodkiej krainy szczęśliwości, gdzie obtoczą was w cukrze-pudrze i poleją lukrem, czy paszoł won? Wesołość bije z mego lica. Zrobiłem im error w głowach. Ten najwyższy z lewej chce wychodzić. Zwracam się do niego: „Zaniepokojony paluch czekoladowy?” Wbijam w niego wzrok. „No przecież wchodzimy, ale zapłacimy potem” – powtarza grubas, już bez uśmiechu. Mądrala. Jakiś mecenas, może kierownik.
Ktoś wykształcony i zarozumiały. Dlatego cwaniakuje. Wyszczerzam zęby i mówię mu w gębę: „Wielka wygładzona kula marcepanowa. Cała do wylizania i oblania. Dokładnie w tej kolejności”. „Chłopaki, chodźmy stąd” – mówi paluch czekoladowy. „Karmel zostanie. Przylepi się do kuli marcepanowej i obklei piachem” – mówię do tego w bluzie po prawej. Widzę kątem oka idącą tutaj Klaudię. Paluch drży na dźwięk otwieranych drzwi i głośnej muzyki.
Klaudia wymija typów i obcina ich od stóp do głów. Już gra. Już się reklamuje piczka. Łapię ją za rękę i przyciągam do siebie. Przytulam od tyłu. Dziwi się, ale się poddaje i o mnie opiera. „Cukiereczek toffi do ciumkania z whisky polewą” – mówię. Dziewczyna przykuwa ich uwagę jak żarówka ćmy. Śledzą moje dłonie, które wędrują z talii na brzuch, a kiedy docieram do piersi, Klaudia się wykręca i ze śmiechem ucieka do poczekalni. „Świnia” – rzuca stamtąd.
Próbują zajrzeć za nią do środka, ale dystrybutor stoi w rogu i stąd go nie widać. Zasłaniają go otwarte do środka drzwi poczekalni. Gdyby nie ona, po prostu by wyszli, a tak najprawdopodobniej wejdą. Metoda działa. „Wchodzicie się bawić, chłopaki?” – woła Klaudia ze środka. „To co, wchodzimy?” – pyta kumpli boss. „Dawajcie, chłopaki, wchodzimy”. Karmel się podjarał. Łapy szukają po kieszeniach pieniędzy. Przedszkole.
Spotkali się, nachlali i myślą, że jest jak kiedyś na podwórku. Nieważne co zrobią, na co wpadną, w razie czego można to rzucić i uciec do mamy. Nieświadomi kompletnie, jak o mały włos mogła skończyć się ich przygoda. Mój zmiennik, Wiktor, już po tym głupim pytaniu grubasa na początku wypieprzyłby ich za szmaty na zbite ryje. Ja nie używam rąk, jeśli nie trzeba, a mimo to pięści mnie bolą po ostatnich nocach pełnych roboty. To moja czwarta z rzędu. Głupole płacą i wchodzą. Natychmiast wyrasta przy mnie taryfiarz. Nauczyłem ich, że mają się przyjść zapisać jak najszybciej, żeby mi potem dupy nie zawracać, kiedy czytam. „City Plus Taxi 128” – melduję.
Zapisuję i daję mu wstęp, który zapłacili. Takie zasady. „Dziewczynie się musisz odwdzięczyć, jak poruchają” – mówię. Udaje, że nie słyszy. Idzie się zapisać na bar. Taryfiarze dostają działkę za każdą godzinę z dziewczyną, za którą zapłaci ich klient. W końcu mam spokój. Bogdan pojechał na wyjazd. Żaden złotówan nie siedzi. Czytam, ale rozprasza mnie zapach Klaudii, który wciąż na sobie czuję.
Podobał jej się mój smak ostatnio. Nie spoufalem się z dziewczynami. Nie wolno nawet. Panuje niepisana zasada, że personel nie rusza dziewczyn. Zgadzam się. Tylko problemy z tego. Ale są sytuacje, kiedy ciężko się powstrzymać. Na przykład na przedłużeniu rano, kiedy po zamknięciu klubu czekam, aż ostatnim klientom skończy się czas na pokojach. Przedwczoraj Klaudia bez słowa wykorzystała moją senność i zmęczenie po całej nocy. Jeszcze mnie umyła.
Prowadziła mnie pod prysznic za fujarę jak cielaka. Zawsze mam po takich przygodach moralniaka, bo picza dziwki to jednak kloaka. Co z tego, że kilkanaście razy na dobę myta, zawsze ogolona i zadbana. Słyszę obcasy na salonie i już wiem, że to idzie. Wyczuła, że o niej myślę. Podchodzi do kontuaru, opiera się i nachyla w moją stronę. Nie lubię tego. Dziewczyny robią to, żeby zagrać na nosie pozostałym. Każda chce być faworytką. Inne widzą przez szybę, jak ta się do mnie wcięczy.
Co za debile z tych trzech. „A to wcześniej co to miało być?” – pyta Klaudia. „Reklama. Nie opieraj się tak, bejbe”. Ignoruję ją. Chcę czytać. Odrywa się od kontuaru i idzie do poczekalni. Musi jeszcze zrobić sobie herbatę. Po to tu przyszła przecież. „Jarek, podasz wodę?” Szlag.
Muszę iść wymienić baniak. Wchodzę do poczekalni. Ma wielkość garażu na jeden samochód. Wzdłuż dwóch ścian stoją ławy obite sztuczną skórą, na środku okrągły kawiarniany stolik, na nim cukierki i wizytówki. W rogu dystrybutor, kubki, herbata, kawa i zabielacz, a obok telewizor. Klaudia siedzi przy dystrybutorze wyprostowana, ze złączonymi kolanami i kubkiem w ręce, wypinając ładny, niewielki biust. Krótka spódnica i bluzka na ramiączkach świetnie leżą na 23-letnim ciele. Dziewczyna patrzy w telewizor jak dzieciak w tablet. Podchodzę do dystrybutora, żeby wyciągnąć pusty baniak, a ona kładzie dłoń na moim udzie blisko krocza. Nic nie mówi i nie odrywa wzroku od telewizora.
Dłoń sprawia, że na moment zamieram w bezruchu. I jak ja mam teraz iść po wodę? „Nie wiem”. Spogląda mi w oczy jak niewinne stworzenie. Znajduję w sobie siłę i pusta bańka wyskakuje z dystrybutora jak gigantyczny korek. Cofam się. Dłoń się odrywa, a jej miejsce zajmuje chłód. Niegrzeczna. Poprawiam fujarę i idę po pełen baniak. Kiedy wracam, Klaudia siedzi jak siedziała.
Plecy proste, biust wypięty, ale tym razem nogi rozłożone, podciągnięta spódnica i zero majtek. Dwa palce rozchylają płatki kwiatu. Wciąż patrzy w telewizor. O ja pier--! Miałem nie przeklinać. Jeszcze żadna kobieta nie witała mnie tak otwarcie. To zaproszenie po pracy. „Podoba ci się?” Jak ma się nie podobać taka ładna i młoda bułka. Do tego świeża i pachnąca. Działa na mnie jak waleriana na koty.
Dziewczyna patrzy na moje krocze i odpowiada za mnie: „Podoba”. Taka ładna pipa i tak nieszanowana. Czasami żal mi niektórych dziewczyn. Takie życie ciężko zmazać i to pod warunkiem, że nie trwa zbyt długo. Dźwigam pełen baniak i nasadzam na dystrybutor. Gotowe. Normalnie już bym sobie poszedł. „Postoisz tu chwilę?” — pyta. „Muszę sprawdzić, czy woda nie cieknie” — żartuję. Klaudia odpina mi rozporek i zręcznie wyciąga sprzęt gotowy do użycia.
Śpieszy się, bo pewnie zaraz ktoś przyjdzie. O ja pierdzielę. Wkłada w to serce. Czuję blusa i ma wylatane mnóstwo godzin z różnymi drążkami w dłoni i w ustach. Wcale nie miałem na to ochoty. Jestem zmęczony i podenerwowany ciężkimi nocami, a dzisiejsza jeszcze się nie skończyła. Moje ciało ma to gdzieś. Reaguje tak, jak ona chce. Nie mam nic do gadania. Słyszymy dźwięk obcasów, otwieranych drzwi na salon i muzykę głośniej.
Szlag. Wpadamy w popłoch. Wystarczy kilka kroków, żeby wejść do poczekalni. Próbuję schować ptaka, ale to nie takie proste zrobić to szybko i czegoś nie przyciąć, a potem jeszcze udawać, że nic się nie działo. Podchodzę do okna, żeby stać tyłem. Popatrzę, czy ktoś nie przyjechał. „A ty co tu robisz tyle czasu, suko?” — pyta Żaneta Klaudię i siada obok niej. „Nie było wody, dziwko. Robisz herbatę?” „Tak, ci nasi będą zaraz wychodzić. Hajs im się kończy”.
Gdybym się teraz odwrócił, byłoby zabawnie. A potem sensacja. Chociaż historia zginęłaby pewnie pośród innych, wymyślonych przez dziewczyny. Już nieraz pojechałem na tym patencie. A co mi tam, na pewniaka. Żaneta sięga po plastikowy kubek i torebkę herbaty. Niczego się nie spodziewają. Odchodzę od okna i staję przed nimi ze sterczącym z rozporka fiutem. Żaneta otwiera buzię ze zdziwienia. Dobrze się składa.
„Nie można tego tak zostawić” — mówię i spoglądam na niego. Dziewczyny nic nie mówią. Są w szoku. Szczególnie Żaneta. Młoda i szczupła jak Klaudia, ale ma większe piersi. Przegląda się. Jeszcze go nie widziała. „Nie ma czasu. Zaraz ktoś przyjdzie” — popędzam. Klaudia wraca do przerwanego zajęcia i ośmiela tym Żanetę.
„Zabierz japę” — mówi. Zaraz zwariuję. Mam nadzieję, że nikt teraz nie przyjdzie. Już dużo czasu nie potrzebuję. Widok z góry, jak się nim dzielą te dwa ptaszęta przyśpiesza sprawę. Kończę w ustach Klaudii. „To by było na tyle” — mówi Żaneta. Nogi mi się trzęsą, siły mnie opuściły. Dziewczyny się chichrają i wracają na salon. Zapomniały o herbatach.
Wracam za kontuar na nogach z waty i z wypiekami na twarzy. Jestem senny i wyczerpany. Jeśli nie będzie dziś dużego ruchu, będę musiał walczyć, żeby nie zasnąć. Zaczynam myśleć o jakimś kretyństwie, które mnie przecież nie obchodzi i kompletnie nie pasuje do sytuacji. Skąd one są? Przyjechały pewnie z południa Polski, jak większość Polek. Bliscy myślą, że wyjechały do pracy za granicę. Łatwo to potwierdzą zarobkami. Moi rodzice też nie wiedzą, gdzie pracuję. Mieszkam sam, więc to nie problem utrzymać tajemnicę.
Powiedziałem, że cieciuję w nocy jako ochroniarz w salonie samochodowym. Mógłbym powiedzieć prawdę, ale po co mają się denerwować? Szczególnie mama. Nie spałaby po nocach. Ojciec pewnie by się oburzył, że nie tak wychował syna. Słyszę podjeżdżający samochód. Po chwili trzaskanie drzwiami, raz i dwa, czyli przyjechało co najmniej dwóch cymbałów. Wchodzą. Dojrjali panowie, brzuchaci. Widać, że podpici i bogaci.
„Dobry wieczór” – mówię. „Dobry wieczór” – odpowiadają. „Po dwie dyszki wstęp poproszę”. „A jak nie zapłacimy?” – pyta jeden. Następni. „Ty, posrało cię? Po jaką pałę tu przyjechaliście? Tu jest drogo”. „Dobra, dobra, po co te nerwy? Po co to głupie pieprzenie?
Ile ty masz lat, chłopie?” Płacą i wchodzą. Pojawia się taryfiarz. Już szuka wzrokiem pieniędzy na kontuarze i patrzy mi na ręce. Zapisuję go, daję siano i wysyłam do baru, żeby się jeszcze tam zapisał. Ożywiłem się trochę. Chcę poczytać, ale słyszę, że znowu coś podjeżdża. Bogdan. Poznaję styl jazdy i brzmienie silnika. Wrócił z dziewczyną z wyjazdu. Pierwsza wchodzi Natalia, zdrowo nawalona.
„Hej” – mówi i idzie na salon. Za nią Bogdan, który kręci głową. „Zero umiaru. Idiotka” – wzdycha i idzie się rozliczyć na bar. Czytam, ale ktoś się cały czas kręci. Jak nie taryfiarze po pieniądze, to Bogdan analfabeta mnie wyśmiewa, że czytam. Najwięcej pałęta się dziewczyn. Już się wieść o lodziku rozeszła. Przechodząc, próbują wyczytać z mojej twarzy, czy to prawda, co mówią Klaudia i Żaneta. One wszystkie to zawodowe kłamczuchy, więc sobie nawzajem nie wierzą.
Niczego po mnie nie zobaczą. Już mi wypieki z twarzy zeszły. Żadna nie zapyta, bo i tak nie powiem. A bywam szorstki, kiedy próbują się za bardzo spoufalić. Uśmiecham się do siebie. Ciężko się skupić na czytaniu, kiedy te ciągle krążą i szlag je trafia, bo nie wiedzą, czy to prawda, czy nie. Gdyby się potwierdziło, inne też by czegoś próbowały. Patrzę na zegarek. Jest kilka minut po drugiej. Mam nadzieję, że nikt już nie przyjedzie.
Godzina taka, że pojawią się tylko niedobitki i mocno nachlani. Czytam chwilę. W końcu mam spokój, ale już mnie zaczyna mulić i literki się rozjeżdżają. „Bodzio, co tam w telewizji?” – wołam. „Powtarzają walki. Nic specjalnego”. To nie wstaję. Wolę coś na komórce. Włączam jakieś bzdety na YouTubie, chwilę oglądam i słyszę podjeżdżający samochód. „Co tam, Bodzio?” „Jeszcze nie wiem.
Trzech chyba. Nie, czterech. Starsi panowie”. Tyle dobrego. Wiekowi statystycznie mniej pajacują, nawet pijani, choć różnie bywa. Wstaję i widzę, że Klaudia tu idzie. Nic się nie wydarzy, bo jest Bogdan. Dziewczyna tylko szepcze, kiedy przychodzi do poczekalni. „Po pracy?” Chwilę temu spuściły mi z krzyża, ale ona jest głodna. Już teraz chce mi się spać.
Co dopiero po szóstej rano. „Zobaczymy” – odpowiadam. Ma tak ładne ciało i umiejętności, że nie mogę spalić mostu. „Zboczeniec” – myślę o sobie. Może trójkącik z Żanetą? Wiktor mówi, że znalazłem fiuta na wysypisku. Może ma rację, ale dziwki nie wyglądają jak dziwolągi. No może niektóre. Większość dba o ciało, o swój warsztat pracy lepiej niż niejedna normalna kobieta. „Chodź ślicznotko, przywitasz panów” – wołam.
Klaudia podchodzi. „Oprzyj się o blat i wypnij dupę do wejścia. Takiego powitania się nie spodziewają”. Wypina. Bawi ją to. Świetne ma to dupsko. I wie o tym. Słychać, jak panowie rozmawiają. Zaraz wejdą. Dla Waldka jakąś chudą dla odmiany, bo ma starą grubą.
O, pierwszy wchodzi i widzi wypiętą młodą dupę i długie, opalone, nabalsamowane nogi zakończone wysokimi obcasami. Zaraz za nim wchodzi drugi. „O ja cię, Florek” – komentuje. Klaudia się śmieje. Wchodzi dwóch pozostałych, ale na widok jednego z nich rozluźniają mi się stawy. Jemu chyba też. „A co ty tu robisz?” – pyta mój ojciec. „Ja? Co ty tu robisz?” Klaudia się prostuje, patrzy na mnie i ucieka na salon. Kumple ojca nie wiedzą, co się dzieje.
Milczą. Jest bardzo niezręcznie. Tego się nie spodziewali. Nikt się nie spodziewał. Pochmurnieje moje oblicze. „Mieliśmy pożegnanie kumple i ci wpadli na pomysł.” Ojciec zaczyna się tłumaczyć. Gówno mnie obchodzą jego tłumaczenia. Ciekawe, ile razy był w burdelu, może nawet tutaj, kiedy miałem wolne. Dziwnie się czuję. Rozczarowanie kłóci się z niezrozumieniem.
Wali mi się obraz domu i dzieciństwa, aż mi się śmiać chce przez zęby. „Nigdzie nie wejdziesz. Panowie tak, ale ty won do domu”. Stary robi się czerwony. Niewygodnie mu przed kolegami. Nie wie, jak zareagować. Widzę w jego oczach strach, że powiem matce. „Jak ty się odzywasz do ojca?” – rzuca jeden z towarzyszy. „Zamknij dupę, bo też zaraz nie wyjdziesz” – warczę. „Na co czekasz?” – pytam starego.
Zląkł się. Nie zna mnie takiego. Robi w tym zwrot i wychodzi, za nim dwóch kumpli. Ten pierwszy wciąż stoi. Patrzy na mnie przechylanym, karcącym wzrokiem, jakby chciał przejąć po ojcu pałeczkę wychowawczą. „Nieładnie, nieładnie” – mówi i kręci głową. Nie wytrzymuję i daję mu w gębę. Koniec.
[02:57:28] - Proszę państwa i to już wszystko na dzisiaj. Pięknie państwu dziękuję za kolejne spotkanie. Nieustająco apeluję i zapraszam na następną audycję już za tydzień w piątek o 20:00. A teraz już życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. Wiosna się zaczyna trochę wcześniej niż w kalendarzu. Miejmy nadzieję, że to się utrzyma. A więc dobrego weekendu i w ogóle wszystkiego dobrego. Dobranoc. Do usłyszenia.
[02:57:59] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.