Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:13] - Szanowni Państwo, rozkład jazdy jest znany. Jazda z archiwami, nie tylko z archiwum ABW. Zaczynamy kolejne spotkanie online w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:43] - Halo. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy kolejne wydanie naszej audycji Akademii Wszelkiej Fikcji. Bez zbędnej zwłoki zatem zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł „Obsesja”. B.A. Paris to autorstwo. Wydawnictwo Albatros. Data premiery 11 lutego 2026. Nic nie będzie miało znaczenia, kiedy cię zabije.
Jakie to uczucie wiedzieć, że umrzesz? W głębi serca musisz sobie zdawać sprawę, że twoja śmierć jest nieuchronna. Czy obsesyjnie zastanawiasz się nad tym, jak to się stanie? Czy użyje rąk, by odebrać ci oddech, czy noża, żeby wykrwawić cię na śmierć? Nell Masters jest przekonana, że ktoś ją śledzi. W drodze do pracy czuje na sobie czyjś wzrok. W biurze odbiera głuche telefony. Pod drzwiami domu znajduje bukiet zwiędłych kwiatów bez bileciku od nieznanego nadawcy. Nell skrywa straszną tajemnicę. Nie zdradziła jej ani swoim nielicznym przyjaciołom, ani mężczyźnie, którego kocha.
Ma więc powód, by oglądać się za siebie. 12 lat wcześniej, kiedy jeszcze nazywała się Elle Nugget, była świadkiem, jak studentka Sanders wsiadła do samochodu nieznajomego. Gdy dziewczyna została znaleziona martwa, Elle obsesyjnie poszukiwała sprawcy. Była przekonana, że zabójcą jest Brett Parker, mężczyzna, którego tego dnia widziała w pobliżu. Jej obsesja na punkcie Bretta doprowadziła do tragedii. Teraz Nell próbuje przekonać samą siebie, że niepokojące uczucie bycia obserwowaną jest tylko wytworem wyobraźni. Bezskutecznie. Najwyraźniej ktoś odkrył jej nową tożsamość i próbuje ją ukarać za błędy przeszłości. Chyba, że w grę wchodzi coś innego, bardziej złowieszczego. „Obsesja” B.A.
Paris, Wydawnictwo Albatros. Data premiery 11 lutego. Druga książka, którą chciałbym Państwu polecić, to jest część cyklu Jacka Piekary. Cyklu „Ja, Inkwizytor”. Dzisiaj mam na myśli tom „Ja, Inkwizytor: Przeklęte kobiety”. Tak jak powiedziałem, autor Jacek Piekara, wydawnictwo Fabryka Słów, a książka na rynku od 30 stycznia, czyli właściwie od dzisiaj. Życie warto poświęcić tylko dla Boga, bo kiedy Bóg woła, to odpowiadam: jestem. Nie patrząc i nie zważając, czy wzywa mnie dla chwały, czy dla męczeństwa. Inkwizytor walczy z pogaństwem i herezją na barbarzyńskiej Rusi. Ludzie chcący wykorzystać Mordimera Maderdina są zbyt liczni i bezwzględni, by Inkwizytor nawet przez chwilę czuł się bezpiecznie.
Umierają idee i marzenia, umierają wrogowie i przyjaciele. Ci, którzy przeżyli, żałują, że również nie umarli, a w ostatecznym efekcie, w tej wszechogarniającej pustce pozostaje miłość do Boga i wierność Świętemu Oficjum. To one wypełniają serce na tyle, by chciało jeszcze bić. Przypomnę: „Ja, Inkwizytor: Przeklęte kobiety”, Jacek Piekara, Wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery 30 stycznia. No i tradycyjnie trzecia książka. Tytuł: „Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?” Autor: Albert Świdziński, Wydawnictwo Literackie, a data premiery 25 lutego. Broń jądrowa najbardziej potrzebna jest państwom słabym, ale mogą ją mieć tylko państwa silne. Jej powstanie zredefiniowało świat stosunków międzynarodowych.
Chociaż użyto jej tylko raz ponad 80 lat temu, to do dzisiaj w jej cieniu decydują się losy państw. Mimo że jest narzędziem ostatecznego zniszczenia, wielu uważa, że jej istnienie przyczyniło się do zachowania pokoju. Rola broni jądrowej w polityce jest ogromna, ale w Polsce nie mówi się o niej prawie wcale. Dlaczego jest tematem tabu? Do czego służy i jak się jej używa? Nie używając jej wcale. Jakie mechanizmy pozwalają dzięki niej odstraszyć agresję, a jakie wymuszać posłuszeństwo? I wreszcie, jak państwa średnie, takie jak Polska, którym zasadniczo broni jądrowej mieć nie wolno, były w stanie ją zdobyć pomimo niechęci sojuszników i wrogów. A kiedy już ją zdobyły, w jaki sposób używały jej, aby osiągnąć swoje cele polityczne i zapewnić sobie bezpieczeństwo? Książka Alberta Świdzińskiego, eksperta od strategii nuklearnej w think tanku Strategy and Future, odpowiada na te wszystkie pytania.
Jest podręcznikiem zdobywania broni jądrowej przez państwa. Wyjaśnia, po co jest im potrzebna, w jaki sposób przejść przez trudny i niebezpieczny proces jej zdobywania oraz jak ją wykorzystywać, kiedy już się ją ma. Jacek Bartosiak napisał o tej książce: „No i stało się. Będziemy mieli nareszcie debatę o polskiej strategii nuklearnej, a to dzięki przełomowej książce Alberta Świdzińskiego. Czas niedebatowania na poziomie wymaganym od polskich elit właśnie się, mam przekonanie, kończy wraz z publikacją książki »Nasza bomba«”. Tak, proszę państwa, tytuł pełny to „Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?” Autor Albert Świdziński, Wydawnictwo Literackie. Data premiery 25 lutego. To teraz tradycyjnie czas na korepetycje filozoficzne. A dzisiaj autor, filozof, o którym chyba wszyscy słyszeli.
Erazm z Rotterdamu i jego sławne dzieło „Pochwała głupoty”. Gdzieś tam każdemu się to o uszy obiło, chociaż nie wszyscy wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. To ja państwa zapraszam. Postaram się krótko, zwięźle i mam nadzieję treściwie opowiedzieć o tym filozofie i jego dziele. Wyobraźmy sobie Europę przełomu XV i XVI wieku. Kontynent jeszcze pachnie średniowieczem, ale w powietrzu czuć już ferment. Drukarskie prasy stukają w Bazylei i w Wenecji. Uniwersytety pękają w szwach, a Kościół potężny, bogaty i pewny siebie coraz bardziej przypomina instytucję, która zapomniała, po co w ogóle powstała. To czas, gdy pobożność miesza się z przesądem, wiara z polityką, a łacina bywa narzędziem dominacji, rzadziej natomiast narzędziem myślenia. I właśnie w tym świecie pojawia się Erazm z Rotterdamu, człowiek, który nie chciał burzyć katedr, ale bardzo chciał otworzyć w nich okna.
Nie był rewolucjonistą w stylu Lutra, nie marzył o stosach ani o rozłamach. Był humanistą, a humanista to ktoś, kto wierzy, że świat można naprawić nie młotem, lecz rozumem, ironią i dobrą książką. Erazm wierzył, że jeśli ludzie zaczną myśleć, to wiele problemów rozwiąże się samoistnie. Urodził się około 1466 roku jako nieślubne dziecko, co w tamtych czasach już na starcie ustawiało człowieka w raczej niekorzystnym położeniu. Wstąpił do klasztoru, ale szybko zrozumiał, że bardziej niż reguła interesuje go sens, a bardziej niż autorytet tekst. Zwłaszcza teksty starożytnych i tekst Ewangelii. I tu zaczyna się coś naprawdę istotnego. Erazm był przekonany, że chrześcijaństwo zagubiło się w komentarzach do komentarzy i komentarzy, że zamiast żywej nauki Jezusa mamy gąszcz scholastycznych sporów. Dlatego też wrócił do źródeł. Dosłownie.
Opracował krytyczne wydanie Nowego Testamentu w języku greckim, zestawiając je z łacińską Wulgatą i pokazując, że przez wieki wkradło się tam do tekstu sporo błędów i przeinaczeń. To było jak powiedzenie: „Sprawdźmy, co naprawdę jest napisane, zanim zaczniemy się na to powoływać”. Erazmowi nie chodziło o podważanie wiary. Wręcz przeciwnie. Chodziło o jej oczyszczenie, o powrót do prostoty i do etyki, do tego, co nazywał philosophia Christi, filozofią Chrystusa. Nie chciał systemu dogmatów. Chciał życia opartego na łagodności, pokorze i rozsądku. Erazm nie znosił fanatyzmu. Żadnego, ani religijnego, ani politycznego, ani też intelektualnego. Gdy Europa zaczęła się dzielić na wrogie obozy katolików i protestantów, on uparcie stał pośrodku i za to oberwał z obu stron.
Jedni uważali go za heretyka, drudzy za tchórza, a on po prostu nie wierzył, że prawda potrzebuje wrzasku. Najlepiej widać to w jego najsłynniejszym dziele, w „Pochwale głupoty”. To tekst, który do dziś czyta się z uśmiechem. I z lekkim dyskomfortem. Głupota przemawia tam własnym głosem i chwali samą siebie, pokazując, jak bardzo rządzi światem, władcami, uczonymi, duchownymi. Erazm wyśmiewa nadętą uczoność, fałszywą pobożność, rytuały pozbawione sensu. Robi to elegancko, bez jadu, ale z ironią. Z ironią, która boli bardziej, niż gdyby Erazm napisał jakiś pamflet. To nie jest śmiech dla śmiechu. To śmiech jako narzędzie filozoficzne.
Erazm wierzył, że człowiek jest istotą, którą można wychować. Że nie jesteśmy z natury ani aniołami, ani demonami, ale tym jesteśmy, co z nami zrobi edukacja, kultura i przykład dawany przez innych. Dlatego tak wielką wagę przywiązywał do nauczania, do języków klasycznych, do literatury. Uważał, że czytanie dobrych tekstów kształtuje charakter. Że Homer, Platon czy Seneka mogą nauczyć nas więcej o człowieku niż tysiąc kazań. Był też Erazm zdecydowanym przeciwnikiem wojny. Pisał, że wojna jest słodka tylko dla tych, którzy jej nie znają. W czasach, gdy konflikty religijne rozrywały Europę, on mówił coś niemal skandalicznego, że chrześcijanie mordujący się nawzajem w imię Chrystusa są tragicznym zaprzeczeniem nauczania Jezusa. Erazm nie stworzył systemu filozoficznego, nie zaproponował wielkiej metafizyki i właśnie dlatego jest tak ważny. Erazm uczył postaw.
Postawy krytycznej, łagodnej, ironicznej, a przy okazji otwartej. Uczył, że rozum i wiara nie muszą być wrogami, że autorytet nie zwalnia z myślenia i że najgroźniejsza głupota to ta, która uważa się za nieomylną. Można powiedzieć, że Erazm był sumieniem epoki przejścia. Stał na moście między średniowieczem a nowoczesnością. Stał i mówił: „Zanim pobiegniecie dalej, zastanówcie się, dokąd i po co biegniecie”. I być może dlatego to, co pisał Erazm z Rotterdamu, do dziś brzmi zaskakująco aktualnie. W świecie pełnym hałasu, radykalizmów i szybkich sądów Erazm wciąż szepcze: „Myśl wolniej, czytaj uważniej. Śmiej się z siebie i nie bądź pewien, że masz absolutną rację”. Bo kultura, jak wiedział to Erazm, zaczyna się tam, gdzie kończy się fanatyzm. Tak, proszę państwa, ja myślę, że Erazm z Rotterdamu to jest filozof na nasze czasy.
Zobaczcie państwo, ile wokół nas wrzasku. Tępego, głupiego wrzasku, który sam siebie karmi w dodatku, bo jak ktoś wrzeszczy, to drugi mu odwrzaskuje. No i później już mamy to, co mamy. Zostawmy to. Jeżeli będziecie mieli państwo ochotę, to sięgnijcie po dzieło Erazma. A „Pochwała głupoty”? Tytuł przewrotny, a dzieło naprawdę zastanawiające. Czas na odrobinę literatury. Opowiadanie Marka Tomasika „Sprostać ludzkim żądzom”.
[16:12] - Marek Tomasik. „Sprostać ludzkim żądzom”. Samo południe. Pustynia w Nevadzie. Początek września. Upał jak nigdy, chciałoby się powiedzieć. Jednakże gorąc jak zwykle. Meteorolodzy zapowiadali od rana piękną, bezchmurną pogodę, lecz od dłuższego czasu nad tym jednym konkretnym miejscem zbierały się ciemne chmury, bynajmniej nie w troposferze. W powietrzu kłębiły się drobiny piachu i kurzu. Wpychał się nachalnie w oczy i uszy.
W rozdziawionych ustach dla niektórych stawał się drugim śniadaniem. Tuman rósł z każdą sekundą, jakby każdy maszerujący człowiek zwiększał jego objętość wielokrotnie. Gdyby wiatr powiał mocniej, niewątpliwie powstałoby coś na kształt burzy piaskowej, która po chwili przykryłaby obiekt militarny znajdujący się w centrum wydarzeń. Nie ulegało wątpliwości, że baza wojskowa jest zewsząd otoczona ciżbą ludzką. W tym momencie nie mogło już z niej nic uciec, chyba że po trupach, a tego starano się unikać za wszelką cenę. Olbrzymia masa ludzka ruszyła, przełamując ogrodzenia, torując sobie drogę za wszelką cenę. Pośród piasku i pyłu miały rozegrać się wydarzenia, które mają zmienić świat. Przynajmniej tak wtedy myślano. Gdzieś prawie w centrum tego szaleństwa, lecz z wiatrem, ktoś mądry o tym pomyślał, czy może przypadkiem, stała furgonetka transmisyjna CCN. Wysłannicy amerykańskiego potentata medialnego relacjonowali wydarzenie na żywo.
„Witamy państwa prosto z centrum tych szokujących wydarzeń” powiedziała do kamery urocza blondynka. Pomimo nieznośnego upału ubrana była w błękitną marynarkę, pod którą miała luźniejszy, już lekko przepocony pod pachami biały podkoszulek z logiem firmy. Przynajmniej tyle pokazywał aparat, gdyż niżej powiewała delikatna spódniczka. W sam raz na ten skwar. Znajdujemy się na pustyni Mojave w stanie Nevada i jesteśmy świadkami szturmu na Strefę 51. Tam za mną unosi się olbrzymia chmura piasku i pyłu. Dziennikarka obróciła się, by wskazać zjawisko za swoimi plecami. Właśnie tam znajduje się osławiona Strefa 51, a ten cały tumult powstał dlatego, że olbrzymia masa ludzka maszeruje czy pędzi w jej stronę. Według wstępnych szacunków zebrało się tutaj ponad milion fanów teorii spiskowych, w tym aktorów, piosenkarek, celebrytów wielu płci. Kobieta obróciła się na powrót frontem do kamery.
Pomysłodawcą całego zamieszania był użytkownik Ćwierkacza o nicku Ivellios, który zaproponował, podobno dla śmiechu, cywilny szturm na bazę po tym, gdy dokonano ujawnienia istnienia kosmitów kilka tygodni temu. Pomysł ten spotkał się z olbrzymim entuzjazmem i teraz jesteśmy świadkami jego ziszczenia. Muszę tutaj nadmienić, że administracja Stanów Zjednoczonych zrobiła wszystko, by zminimalizować straty po stronach i jednostki najemne, dotychczas pilnujące tej bazy, zostały prawie w całości zastąpione żołnierzami amerykańskimi. Oddziały najemników były znane ze swojej bezkompromisowej postawy wobec ludzi, którzy pragnęli poznać tajemnice tejże jednostki. Wielu przypłaciło to życiem. Dziennikarka spojrzała jeszcze raz za siebie, zanim dodała: „Niedługo sami wejdziemy w głąb bazy, by tam nadawać relację”. Oddaję głos do studia. Dla CCN mówiła Barbara Streisand. Godzinę później reporterka przeniosła się na właściwy teren bazy. Próbowała wydobyć z tłumu kogoś chętnego na wywiad, lecz ludzie zachowywali się jak w amoku i niewiele do nich docierało.
Żołnierze w sposób bierny bronili dostępu do placówek. Wiele drzwi było zabarykadowanych, aby jak najdłużej powstrzymywać napastników. Chyba tylko w płonnej nadziei, że komuś się to w końcu znudzi. Wreszcie Barbara znalazła chętnego na rozmowę. Jegomość ubrany cały na czarno w coś, co przypominało lateksowe spodnie oraz długi płaszcz, krótko ostrzyżony, z przeciwsłonecznymi okularami na nosie. Spoglądał w jej stronę i nerwowo przestawał z nogi na nogę. Kogoś jej przypominał, ale nie wiedziała kogo. „Wiadomości CCN” zaczęła. „Czy możemy zająć panu kilka minut?” Nachalnie przystawiła mu mikrofon pod twarz. „Czemu nie?” Odparł, oblizując wargi.
„Czy mógłby pan powiedzieć, co tutaj robi i dlaczego pan postanowił wziąć udział w tym wydarzeniu?” „Jak to co? To chyba oczywiste.” Mężczyzna prawie krzyknął. „Przyjechałem zobaczyć kosmitów. Nie tego Y czy X, który siedzi w ambasadzie, tylko takich, których tu trzymają.” „Jest pan wyjątkowo przekonany, że są tutaj jacykolwiek obcy, ale nie ma na to żadnych dowodów” – wtrąciła dziennikarka, spodziewając się takiego obrotu spraw. „Dowodów jest mnóstwo” – zaprzeczył rozmówca. „Tylko większość ludzi udaje, że ich nie widzi albo są w wymyślny sposób dyskredytowane. Ale oni tu są. I wie pani, kto tu jeszcze jest?” Mężczyzna jednym szarpnięciem ściągnął okulary, ukazując przekrwione oczy z czającym się gdzieś głęboko obłędem. „Mógłby mnie pan oświecić w tej materii?” – stwierdziła Barbara najdelikatniejszym tonem, na jaki się w tej sytuacji mogła zdobyć. Już wiedziała, że zaraz może wydarzyć się coś niedobrego.
„Oni tu są. Widziałem ich” – krzyknął mężczyzna. – „Błogosławiony Neo. Sam Keanu Reeves przybył nas wesprzeć w tym przedsięwzięciu tak, jak obiecywał.” Ręka rozmówcy powędrowała gdzieś w lewo, wskazując jakiś punkt. „A wraz z nim przybyła Święta Trójca. Sam Morfeusz, piękny jak zawsze i cudowna Trinity. Gdyby tu nic nie było, na pewno by nie przyjechali.” Barbarę nagle oświeciło. Już wiedziała, kogo jej przypominał ten przebieraniec. Z jakiego filmu, którego aktora. Przypomniała też sobie, że Keanu Reeves faktycznie obiecywał przybycie.
Być może gdzieś tam jest. Wywiad z nim to byłaby prawdziwa gratka. Tymczasem musiała jak najszybciej zbyć cosplayera, zanim nakręci się na dobre. Miała przygotowanych kilka trików na takie okoliczności i zamierzała właśnie ich użyć, gdy wpadł na nią jakiś człowiek. Mimo że znaleźli z operatorem kawałeczek wolnej przestrzeni dla siebie, to i tak ktoś tego nie zauważył. A być może zrobił celowo. „Przepraszam, ale nie zauważyłem” – burknął otyły mężczyzna. „Nic nie szkodzi. Może porozmawia pan chwilę dla stacji…” Barbara nie zdążyła dokończyć, dla jakiej stacji. Facet zmierzył ją długim spojrzeniem i warknął: „A dla was, kurw, z Foxa nie mam nic do powiedzenia.” I poszedł dalej.
„Ale my nie jesteśmy z Foxa” – krzyknęła dziennikarka, szczerze zdziwiona, lecz jej głos zniknął w gwarze rzeszy ludzi. Odwróciła się do kamery, mówiąc: „Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nas ciągle mylą z Foxem.” Chwilę później rozległ się ogłuszający ryk tłumu. Zdezorientowana reporterka poczuła ukłucie strachu. Co mogło się stać? Nie mogła jednak przestać nadawać. „Podniecony tłum za mną właśnie czegoś dokonał” – ponownie zaczęła relację. – „Jeszcze nie wiemy, co się wydarzyło, ale zaraz zdobędziemy dla państwa informacje”. Wraz z kamerzystą podeszli bliżej ludzi. Próbowała podpytać, kogo się dało, jednakże prawie wszyscy nie wiedzieli, co tak naprawdę się stażyło. W końcu zaczepiła kolejnego cosplayera ubranego w czerwono-niebieskie szaty przypominające kimono do karate.
Jegomość miał też farbowane blond włosy, charakterystycznie użelowane na duże pionowe stożki. Zaczepiony przez Barbarę mężczyzna odpowiedział, szczerząc się szeroko: „Chłopaki w końcu wyłamali drzwi do jakiegoś hangaru. Teraz zacznie się inspekcja”. Jakiś czas później ekipa CCN zrobiła sobie przerwę obiadową. Schowali się w jakimś kącie, by w spokoju zjeść posiłek. W ruch poszły termosy. Folia aluminiowa szeleściła zapamiętale, odkrywając kanapki, których pilnowała. Barbara, operator kamery, dźwiękowiec oraz kierowca, który robił zwykle za tragarza, wymieniali swoje przemyślenia na temat sytuacji, w której się znaleźli. Wtem w powietrzu rozległ się huk wystrzałów z broni. Pracownicy telewizyjni poderwali się na równe nogi.
Po chwili padł następny strzał. Barbara Streisand złapała za mikrofon i skinieniem ręki nakazała kamerzyście pójść za sobą. Reporterka stwierdziła stanowczo, że najpierw trzeba zbadać, co się stało. Posiłek zawsze można zjeść później. Reszta ekipy nie wyglądała na przekonanych co do tego stwierdzenia, jednak to ona tu rządziła. Zaczęli przebijać się we dwójkę przez tłum. Dźwiękowiec miał dołączyć chwilę później, by dopilnować odpowiedniej jakości. Po kilku minutach dotarli do miejsca, z którego słychać było wykrzykiwane rozkazy, groźby i obelgi. Udali się w tamtym kierunku, by po kilkudziesięciu krokach dotrzeć do wyrwy w masie ludzkiej. Reporterom ukazał się mały konwój złożony z czterech żołnierzy, który eskortował jakąś kobietę.
Bronią torowali sobie przejście. Prawdopodobnie po strzałach ostrzegawczych większość ludzi uznała, że lepiej zejść im z drogi. Barbara dała znak, by uruchomić kamerę. Zastąpiła żołnierzom drogę i powiedziała: „Wiadomości CCN. Czy mogę otrzymać komentarz dotyczący użycia broni sprzed kilku minut? Czy panowie brali w tym udział?”. Żołnierze stanęli jak wryci. Spodziewali się walki, szamotaniny z tłumem. Być może będzie trzeba kogoś zastrzelić, ale nie kamery i jakiejś reporterki. Wiedzieli, że będzie telewizja, że będzie dużo telewizji, tylko gdzieś daleko, a nie w samym środku tego cyrku, pośród miliona podekscytowanych ekscentryków.
Przez ich głowy przeleciały niemiłe obrazki, które mogą pójść w świat. „Ee” – zaczął pierwszy zaczepiony żołnierz. – „Tak, oddaliśmy kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze. Nikomu nie stała się krzywda. Mamy rozkaz wyprowadzić tę, ym, kobietę w bezpieczne miejsce”. Dopiero teraz Barbara zwróciła większą uwagę na ochranianego VIP-a. Wcześniej kobieta miała na głowie narzuconą jakąś chustę i nie było widać dobrze twarzy. Teraz materiał zsunął się na barki, odsłaniając jej rysy. Spośród znajdujących się najbliżej ludzi wydobył się syk niedowierzania. Przed dziennikarką stała najprawdziwsza kosmitka.
Barbarę zatkało na moment. Stała jak korek wbity w ziemię, nie mogąc wydobyć z siebie dźwięku. Istota znajdująca się przed nią przypominała człowieka, jednak posiadała oczywiste na pierwszy rzut oka różnice anatomiczne. Przede wszystkim oczy – zdecydowanie większe od homo sapiens, ze złotymi, niemal jarzącymi się tęczówkami, mały nosek, wąskie usta, wystające kości policzkowe i ostro zakończona broda. Obrazu dopełniały bardziej szpiczaste uszy niż u człowieka oraz krótkie, zmierzwione blond włosy. Z otępienia wyrwały reporterkę dźwięki telefonów oraz aparatów cyfrowych, które poszły w ruch tuż po ujawnieniu tożsamości VIP-a. „A jednak to prawda. Cały czas mieliście tu kosmitów” – bardziej stwierdziła niż zapytała Barbara najbliższego żołnierza. Ten skrzywił się, nie wiedząc, co powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek powie, może źle się dla niego skończyć.
„Jak długo ją tu przetrzymywaliście? Czy to jest w ogóle legalne?” Dziennikarka zadawała kolejne pytania żołnierzowi, któremu oczy zaczęły rosnąć z przerażenia. „Ym, ja nie jestem upoważniony do udzielenia takich odpowiedzi” – wydukał w końcu. – „Proszę do rzecznika z tym”. Na jego twarzy odmalowała się ulga. Wyszedł z tej trudnej sytuacji obronną ręką. „Rozumiem. Czy mogę przeprowadzić wywiad z pańską podopieczną?” Chwila spokoju długo nie trwała. Wojak znowu zaczął coś dukać nieskładnie. Barbara kątem oka zauważyła, że kosmitka złapała za ramię jednego żołnierza i coś mu szeptała na ucho.
Jemu też oczy prawie wyszły z orbit. Rozejrzał się nerwowo i w końcu wzruszył ramionami. „Czy ona w ogóle mówi po angielsku?” „Ja, ja nie wiem czy...” – wojskowy jąkał się dalej. „Tak, mówię w waszym języku”. Istota z innej planety zrobiła krok naprzód, zbliżając się do mikrofonu. I chciałam coś powiedzieć. Czy to będzie transmitowane na cały świat? „Na cały świat? Być może. Na pewno wszyscy to zobaczą w Ameryce” – odpowiedziała Barbara.
„Jasna cholera, pewnie, że cały pieprzony świat to zobaczy” – dodała w myślach. „To powinno wystarczyć, bo mam coś do zakomunikowania” – oznajmiła kosmitka lekko zachrypniętym głosem. – Mam na imię Joela, chociaż tutaj mówią na mnie Lolita. Zupełnie nie wiem dlaczego. Jestem Orionką. Pochodzę z Mintaki, jak tutaj mawiają. I chciałam coś powiedzieć pewnemu miłemu mężczyźnie, który mnie zgwałcił jakąś godzinę temu, że jestem w ciąży. Dziennikarkę zamurowało na kilka sekund. Po raz kolejny. W którymś momencie przebiegła jej przez głowę myśl, że to nieprofesjonalne.
Najbliżej stojące osoby z głośnym sykiem wciągnęły powietrze. Żołnierze jakby stanęli bardziej wyprostowani. Kogoś natchnęło w myślach, żeby zabierać się już stąd. „Ale jak to możliwe?” – wykrztusiła z siebie po chwili Barbara. – Przecież jesteśmy innymi gatunkami, prawda? „Dziewczyno, ja wiem, że jesteście trochę zacofani, ale generalnie w kosmosie panuje zasada, że jeśli coś jest do czegoś podobne, to może się z tym rozmnażać. Z drobnymi wyjątkami oczywiście.” – Joela przybrała na chwilę mentorski ton. Jej wielkie oczy wyrażały przez moment jakby gniew, chociaż cholera wie, czy jej fizjonomię można porównywać do ludzkiej. – W związku z tym chciałam zwrócić się do tego oszusta, który mamił mnie przez kilka minut wspaniałą wizją wspólnej przyszłości gdzieś na końcu świata, gdzie nikt nas nie znajdzie, że powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i wrócić po mnie. U Orionów ciąża trwa zdecydowanie krócej i szybciej dojrzewamy, więc rozwiązanie będzie za kilka tygodni.
„Przepraszam, czy ten napastnik jakoś się przedstawił?” – wtrąciła reporterka, wracając już mentalnie na profesjonalne tory. – Przydałby się jakiś opis, rozpis, cokolwiek przydatnego w ujęciu sprawcy. „Tak, tak, już mówię. On był wysoki, miał piękne, długie, czarne włosy, całkiem przystojny jak na mój gust. Głęboki, charakterystyczny głos, taki uwodzicielski, że od razu zrobiło mi się... No wiesz, mniejsza z tym. Nie pamiętam imienia. Jakoś mi się przedstawił. Juvelios czy jakoś tak. A, i nosił jakieś krótkie czarne szorty oraz niebieską koszulkę.
Bardzo mi przykro, że doszło do takich rzeczy.” Barbarze faktycznie było przykro, ale tylko przez chwilę. Zrozumiała, że musi kuć żelazo, póki gorące. – Joelo, czy możesz nam powiedzieć, skąd w ogóle wzięłaś się na Ziemi? „Oj, to było dawno temu. Nawet nie wiem, jak długo mnie tu trzymali. Byliśmy z chłopakiem na wakacjach. Tyle dziwnych i ciekawych rzeczy słyszeliśmy o tej planecie, że w końcu postanowiliśmy was odwiedzić. Wszystko szło świetnie do momentu, kiedy zepsuł się nasz statek. Michael postanowił go naprawić, a ja poszłam obejrzeć okolicę i wtedy mnie złapano. A ta cholerna łajza, zamiast ruszyć mi z pomocą, to odleciał.
Do domu pewnie.” „To jest bardzo interesujące. A kiedy to było? Od jak dawna cię tu przetrzymywano?” „Nie mam pojęcia. Nie wiem, jaki tu macie teraz rok. Nie wiedziałam, jaki był wtedy. Orionskiego kalendarza też nie posiadam. Mogę zgadywać, że kilka lat ziemskich.” – Joela bezradnie rozłożyła ręce. – Nie powiem, żeby mnie tu źle traktowano. Na początku nie było zbyt kolorowo, ale później było kilka fajnych momentów. Oczy kosmitki na chwilę powędrowały do góry, prawie się wywracając.
Na pewno coś to oznaczało. „Wystarczy już tego. Musimy już iść odeskortować ją w bezpieczne miejsce” – wtrącił się pierwszy mundurowy. Na dźwięk ostatnich słów po tłumie poniosły się zdławione chichoty i nerwowe śmiechy. „Jeszcze chwilę. Czy chciałaby pani coś powiedzieć na sam koniec?” – Barbara podsunęła mikrofon tak blisko twarzy Joeli, że prawie ją uderzyła. Tamta jednak nie przejęła się tym. „Tak. Chciałam powiedzieć, że moje dziecko, nasze dziecko nie może się wychowywać bez ojca. Więc wróć do mnie.
Bądź mężczyzną. Znajdziemy sobie jakiś dom i jak to się u was mówi, uwijemy sobie tam gniazdko.” – Orionka spojrzała na najbliższego żołnierza i spytała: – Mike, w którym stanie dają najlepszy socjal? Mike wzruszył ramionami. „W Kalifornii może.” „To udamy się do Kalifornii i tam zamieszkamy. A tak w ogóle to proszę o azyl i będę dochodzić swego w tutejszych sądach za te wszystkie stracone lata.” „Dobra, starczy tego. Idziemy” – warknął żołnierz stojący przy Barbarze. Złapał Joelę za ramię i pociągnął. – Żegnam – powiedział jeszcze do dziennikarki i kolumna ruszyła dalej. Barbara Streisand odwróciła się w stronę kamery i wypowiedziała słowa, które będą cytowane przez lata na całym świecie. „Jesteście państwo świadkami bezprecedensowego zjawiska.
W Bazie 51 w stanie Nevada faktycznie trzymani są kosmici, a ludzie, którzy tutaj przybyli, nie cofną się nawet przed najohydniejszymi uczynkami. Dla CCN mówiła Barbara Streisand.” Tymczasem w Polsce był późny wieczór. Na antenie Radia Paranormalium wrzało. Uczestnicy programu zebrali się w małym studiu w Bydgoszczy, by śledzić na żywo wydarzenia ze Strefy 51. Brakowało tylko radiowego konferansjera, Czarka Ćwieka Kasandra, który zdalnie obsługiwał audycję ze swojego bunkra w Sosnowcu. „Witamy państwa po krótkiej przerwie” – niemal zaśpiewał swoim charakterystycznym wysokim głosem Czarek. „Za momencik, już za chwilę połączymy się z naszym korespondentem z Ameryki, który powinien być już na miejscu w Strefie 51. Że tak powiem, będziemy mieć relację z pierwszej ręki”. W tym samym czasie w Bydgoszczy gospodarze programu w pośpiechu kończyli kolację, by zaraz wrócić na antenę programu. „Za momencik połączymy się z Chrisem” – ciągnął dalej Ćwiek.
„Wybieram numer i mam nadzieję, że odbierze” – dokończył półżartem, puszczając oko do mikrofonu. Szkoda, że nikt tego nie mógł zobaczyć. Na czacie wybuchła żartobliwa dyskusja, że Chris może nie odebrać zastrzeżonego numeru. „Halo, halo, Chris, czy jesteś z nami?” „Halo, halo, Czarku, czy jesteśmy już na antenie?” Słuchacze internetowi rozgłośni usłyszeli głęboki, czarujący głos Chrisa Mnievina, polskiego imigranta, który wiele lat temu postanowił związać swój żywot ze Stanami Zjednoczonymi. „Tak, już jesteśmy. Chrisie, a czy ty jesteś już na miejscu?” „Tak, jestem” – padła odpowiedź, na którą czekały dziesiątki tysięcy słuchaczy. „To znaczy prawie na miejscu, ponieważ utknąłem w korku”. Gdyby czaty miały własny komunikator głosowy, jakiś syntezator mowy, w tym momencie w głośnikach eksplodowałby gromki śmiech. Jednakże Chris, nie zdając sobie sprawy ze swojej wpadki, kontynuował: „Utknąłem pomiędzy Crystal Springs a Rachel na trasie numer 375. Korek jest olbrzymi.
Z tego, co wiem, ciągnie się przez wiele mil. Wiele aut stoi porzucone na poboczach. Zapewne są to samochody świadków, którzy powinni właśnie teraz szturmować bazę. Zauważyłem tablice rejestracyjne chyba ze wszystkich stanów. Przede mną stoi ktoś z Ohio, a za mną z Nowego Jorku. Widziałem blachę z Waszyngtonu, Maine, Kolorado, a nawet z Alaski”. „Chris, to wspaniale, że widzisz tablice z całego kraju” – wtrącił uprzejmie Paweł Cięcialak, krępy redaktor niezależnego pisma Nieokreślony Glob. „Ale nas interesuje Strefa 51. Powiedz mi, jak daleko jesteś od bazy”. „No, nie jestem w stanie dokładnie określić.
Myślę, że około 20 mil, może więcej”. W tym momencie siedzący w studiu Artur Piesiak, niezależny poszukiwacz prawdy, i Paweł Cięcialak trzasnęli się otwartą dłonią w czoła. Jedynie Hieronim Budyniowski, filozof i pisarz, który akurat w tym momencie stał przy małym stoliczku z kawą, pokręcił głową z wyrazem rezygnacji wymalowanej na twarzy. Kasander pomyślał o błogosławieństwie, jakim jest brak funkcji głosowych na czacie. Po czymś takim ciężko będzie się podnieść, a miało być zupełnie inaczej. „Słuchaj, Chris” – zaczął Artur. „Czy możesz jakoś objechać ten korek, pojechać bokiem, cokolwiek?” Nastąpiła kilkusekundowa cisza. W końcu Chris odpowiedział: „Nie wiem, czy moją Toyotą dam radę się przebić”. „Toyotą jedziesz? Jak masz Hiluxa, to przejedziesz bez problemu” – zauważył Piesiak, który nie wiedzieć czemu miał wrażenie, że właśnie taką Toyotę posiada kolega.
„Nie, nie mam. Mam Priusa. Spróbuję, może się uda”. Informacja o aucie Chrisa wywołała kolejną falę komentarzy na czacie. „Chris, dasz radę. Liczymy na ciebie” – powiedział Cięcialak. „Zadzwonimy za godzinę, a tymczasem porozmawiajmy o ostatnich wydarzeniach związanych ze Strefą 51”. „Najazd na Strefę 51 trwa już od kilku godzin. Oddziały wojska oddelegowane do ochrony obiektu robią, co mogą, by powstrzymać ludzi przed dewastacją tego miejsca” – komentowała na żywo Barbara Strinson, stojąc przed jakimś dużym hangarem. „Za mną widzicie państwo wyłamane drzwi do hangaru, a to jedna z najmniejszych strat mienia.
Entuzjaści teorii spiskowych dopuścili się już gwałtu na kosmitce, pobić funkcjonariuszy. Była też strzelanina. Na szczęście obyło się bez ofiar”. Nagle, nie wiadomo skąd, do dziennikarki podszedł żołnierz. Nachylił się jej do ucha i zaczął szeptać. Barbara, zaskoczona, już miała zrugać wojaka za tą intymność podczas nadawania na żywo. Jednak jedyne, co mogła z siebie wydobyć, to: „Przepraszam, ale że co? Kto?” Im dłużej mundurowy szeptał, tym bardziej rosło zdziwienie oraz ciekawość reporterki. „Dobrze, przeczytam”. Barbara wzięła od żołnierza kartkę papieru.
Spojrzała przelotnie na treść. Chciała o coś dopytać, ale żołnierza już nie było. Znikł tak szybko, jak się pojawił. „Jak widać, sprawy tutaj przyjmują dynamiczny i nieoczekiwany obrót. Właśnie zostałam poproszona przez dowództwo bazy o przeczytanie pewnego ogłoszenia”. Kobieta zrobiła krótką pauzę, przygotowując się do odczytu. Przeszło jej przez myśl, że robienie tego na żywo bez sprawdzenia może nie być dobrym pomysłem. Jednak dowództwo chciało puścić to na żywo, więc musi to być ważne. Wzięła krótki oddech i zaczęła czytać. „Dowództwo bazy zwanej popularnie Strefą 51 uprasza o wszelkie informacje na temat porywacza, który wykradł naszego gościa.
Ze swojego apartamentu został oprowadzony Etejczyk, który gościł u nas od jakiegoś czasu i czekał na transfer do swojej macierzystej planety. Podajemy opis Etejczyka: niski, poniżej trzech stóp wzrostu, może przypominać dużego psa, tylko bez sierści.” Barbara zrobiła mikropauzę, zastanawiając się, jakie przedziwne istoty są tu jeszcze trzymane. „Z twarzy podobny do pekińczyka z bardzo dużymi, wyłupiastymi oczami. Jest dwunożny, w pewnym sensie człekokształtny. Cechy charakterystyczne – bardzo długie palce u dłoni. Posiada niewielkie umiejętności telekinetyczne. Sprawcy porwania są małoletni, prawdopodobnie uciekają na rowerach.” Kobieta spojrzała na moment w stronę kamery, czy operator czasem nie zaczął się śmiać, bo ona ledwo się powstrzymywała. „Prosimy napastników, którzy pozostali jeszcze przy zdrowych zmysłach oraz okolicznych mieszkańców o każdą wiadomość pod numerami telefonów…” Dziennikarka przeczytała trzy numery telefonów. „Za pomoc w ujęciu sprawców czeka nagroda.” Nastąpiła krótka pauza. Reporterka nie wiedziała, jak skomentować ten osobliwy liścik.
Przez kilka sekund, które zdawały się wiecznością, mikrofon wyłapywał tylko ludzką wrzawę niosącą się w powietrzu. W końcu kobieta odezwała się: „Dla CCN mówiła Barbara Streisand”. Tymczasem w studiu w Bydgoszczy z centralą operacyjną w Sosnowcu wykonano kolejne połączenie do Chrisa Mniejwina. „Halo, halo, Chris, czy się słyszymy?” – niemal zaśpiewał swoim wysokim głosem Kasander. „Halo, halo, Cezary, słyszę cię głośno i wyraźnie” – odpowiedział Mniejwina. „Chrisie, przejdźmy od razu do rzeczy. Czy dotarłeś w końcu do Strefy 51?” Ćwiek nie chciał marnować ani chwili po dopadającej już audycji. „Oczywiście. Ze swojego stanowiska widzę już pierwsze ogrodzenie bazy” – odparł Chris z niezmąconą pewnością w głosie. – „Zabawna sytuacja.
Zrobiłem tak, jak sugerowaliście. Wyrwałem się z tego zatwardzenia i ruszyłem pod prąd. Akurat przeciwległy pas był w większości przejezdny i można było trochę nadrobić mil, jednak nie wszystkim się to podobało. Ludzie głośnym trąbieniem kwitowali mój pomysł. Czego się nie robi dla Radia Paranormalium i jego słuchaczy.” „Chris, to gdzie ty w końcu jesteś?” – zapytał Cięcielak, bawiąc się nerwowo łyżeczką w kubku od kawy. „Już mówiłem. Jestem przed bazą” – odparł spokojnie amerykański korespondent. Na czatach powoli rozkręcała się lawina śmieszków. – „A wiecie kogo spotkałem po drodze? Zgadnijcie.
W tym właśnie miejscu.” Chris zrobił małą pauzę, czekając na pytanie „No kogo?”, jednak się nie doczekał, więc sam dokończył. – „Samego Ahmeda Salomona. Tak, proszę państwa, autora debilnych wersetów. Tego samego, którego potrąciłem kiedyś w Nowym Jorku, gdy śpieszyłem się na jego wykład. To znaczy prawie potrąciłem, bo stałem w korku tak samo jak dziś. Ha, ha, co za zbieg okoliczności. I on wtedy wbiegł na maskę mojego samochodu.” „Świetnie, Chris. Znamy tą historię” – przerwał mu Piesiak. – „Ale bardziej nas interesuje co się dzieje w Strefie 51.” „Oczywiście, oczywiście, to jest temat dnia. Najważniejsza sprawa” – przytaknął Mniejwina.
– „Otóż z mojej obecnej pozycji niewiele widać.” „Dobra Chris, mówiłeś, że jesteś pod jakimś ogrodzeniem. To chyba niedaleko” – zauważył Cięcielak. Ludzie na czacie też nie omieszkali zauważyć ogrodzenia. Pierwszego ogrodzenia. Pierwszego z wielu. „Tak, tak. Jednak jakby to powiedzieć…” Na chwilę zapadła cisza w eterze. – „Dziwna sprawa, ale właśnie widzę jakichś ludzi wyjeżdżających z bazy na rowerach. Jadą w naszym kierunku piaszczystą drogą prowadzącą przez wzgórza. Wyglądają, jakby przed czymś uciekali.” „Nie wiem, czy jacyś rowerzyści to jest to, o czym chcieliśmy tutaj usłyszeć” – żachnął się Piesiak.
„Być może coś się stało w bazie. Jakiś wybuch, coś złego. Może dlatego uciekają. Chrisie, słyszałeś coś?” – zapytał Cięcielak, patrząc na Budniowskiego, który sączył kolejną już kawę. „Nie, nie. Niczego takiego nie słyszałem” – odparł Chris. – „Poczekajcie chwilę, może uda mi się z nimi porozmawiać.” Nastąpiła kolejna cisza. Cenne sekundy audycji na żywo rozciągały się do granic możliwości. W audycji radiowej nie ma nic gorszego niż cisza, nawet w internetowym radiu. „Może ktoś ukradł kosmiczne rowery i dlatego uciekają” – próbował zażartować Cezary Ćwiek Kasander.
Jedyne co mu się udało, to wzbudzić kolejną falę żartów na czacie. „Na tych rowerach są jakieś dzieci, nastolatki. Zbliżają się do mnie” – odezwał się w końcu Mniejwina. – „Spróbuję zagadać.” Kolejna cisza, tym razem przerywana niezrozumiałymi okrzykami, które wyłapywał głośnik w telefonie. Po upływie kilkunastu sekund głos Chrisa wrócił na łono wirtualnych fal Radia Paranormalium. Dzieciaki nie chciały ze mną rozmawiać. Powiedziały, że się śpieszą. Co dziwne, jeden z rowerów z przodu miał spory koszyk. Taki na zakupy i siedział tam jakiś pies. Nie zdążyłem się dobrze przyjrzeć, bo owinięty był w jakiś siwy koc.
Spod materiału wystawał tylko kawałek głowy. Nie wiem, jakiś buldog? Bardzo dziwne. „Dobra Chris, nie interesują nas rowery, psy, tylko Strefa 51” – skwitował sytuację Cięciarak. „Także ładuj się do samochodu i jedź dalej”. „Ha, ha, zabawna sytuacja” – odpowiedział mu Chris, lekko zaśmiawszy się. Tym razem jego głos zdradzał lekkie zdenerwowanie. „Pamiętacie, jak wam mówiłem o Ahmedzie Salomonie?” „Tak, pamiętamy” – odpowiedział Paweł. „Tak się złożyło, że próbując się dostać do bazy, jadąc pod prąd, zderzyłem się czołowo z autem Salomona i teraz nie mam czym jechać”. Nagle w słuchawce Chris usłyszał bardzo dziwny, prawie syczący głos.
Nie wiedział, cóż to mogło być. Natomiast ludzie w studiu dobrze wiedzieli, skąd on pochodzi. To Hieronim Budyniowski właśnie zakrztusił się kawą, słysząc ostatnie słowa Chrisa Mniejwina. Nie mogąc sobie poradzić z nagłą reakcją organizmu, wypluł ją na biurko. Przeprosił wszystkich gestem ręki, drugą klepiąc się po torsie. Tymczasem czat oszalał. Dobrze, że to nie jest animacja czy kreskówkowy świat, tylko prawdziwy. W przeciwnym wypadku wszystkie monitory znajdujące się w studiu w Bydgoszczy niewątpliwie pękłyby pod naporem niemego czatowego śmiechu. „Słuchajcie, a Hieronim jest tam z wami? Miał być, a w ogóle się nie odzywa” – zapytał Chris.
„Jest, tylko nie może się odzywać za często” – odpowiedział Cięciarak, spoglądając na Budyniowskiego, który wycierał kawę ze stolika. „Jak by to ująć, Hieronim miał ostatnio nieszczęśliwy wypadek i odzywa się raz na jakiś czas”. „Ciężko mówić z opuchniętą gębą” – pomyślał redaktor nieokreślonego Globu. Prawie wszystkie stacje telewizyjne w USA transmitowały szturm na Strefę 51, także kilka zagranicznych. Wkrótce cały świat dowiedział się o cudach, które się tam znajdowały. Władze amerykańskie zakładały wiele scenariuszy, w tym te najgorsze, które się właśnie rozgrywały. Chcąc nie chcąc, trzeba było szybko zareagować, by uspokoić opinię publiczną, także nowych przyjaciół z kosmosu. W momencie, gdy nad Pentagonem powolutku zachodziło słońce, na dalekim zachodzie, w Nevadzie słońce wisiało jeszcze wysoko i wcale nie prażyło słabiej niż kilka godzin wcześniej. W tym właśnie momencie ruszyła przygotowana wcześniej przez sztab ludzi konferencja prasowa. Sztab Generalny postanowił wyrazić swoją opinię na temat ostatnich wydarzeń na pustyni.
Przed mikrofonem umieszczonym na wysokim, drewnianym, tradycyjnym wręcz postumencie stanął generał armii Jack „Pijący Kur” Mattis, rdzenny Amerykanin. Wysoki, szczupły, czarnowłosy. Na galowym mundurze błyszczały wszystkie ordery, medale, baretki, które uzyskał przez 40 lat służby i kilka wojen, w których brał udział. Nie był bezpośrednio odpowiedzialny za działalność Strefy 51, ale ktoś musiał ponieść odpowiedzialność. Oparł się mocno o krawędzie postumentu i głębokim głosem zaczął czytać z promptera. „Witam szanownych mieszkańców USA. W imieniu Departamentu Obrony oraz prezydenta tego wspaniałego kraju chciałem zakomunikować wszem i wobec, że rząd Stanów Zjednoczonych nigdy nie przetrzymywał żadnej istoty pozaziemskiej wbrew prawu. Wszystkie osoby oraz sprzęt znalazły się tutaj przypadkowo w wyniku wypadków, awarii bądź pechowych zbiegów okoliczności. Nie przetrzymywaliśmy nikogo wbrew woli. Każdej istocie została udzielona należna pomoc oraz schronienie na czas przybycia ekipy ratunkowej bądź innych wysłanników”.
Wśród zgromadzonych dziennikarzy wrzało. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego, próbując przebić się ze swoim pytaniem. Pijający Kur przerwał na moment przemówienie. Gestem obu rąk nakazywał uspokojenie się. Po paru sekundach, gdy harmider nieco przycichł, kontynuował wystąpienie. „Oczywiście, że istnienie przybyszów utajniono. Zrobiono to ze względów bezpieczeństwa zarówno narodowego, jak i światowego. Do dzisiaj nie jesteśmy pewni zamiarów obcych nam istot. Jednakże, powtarzam, nikomu nie stała się krzywda. Wszelkie procedury zostały przeprowadzone za ich zgodą.
Teraz, jeśli nastąpi taka możliwość, wszyscy wrócą do swoich domów”. Przerwał na moment, żeby nabrać więcej powietrza. Okazję wykorzystali dziennikarze, by znowu narobić hałasu, z którego nic nie wynikało. Generał po raz kolejny uciszył zgromadzenie. Po chwili dodał: „A teraz odpowiem na trzy pytania”. Harmider, jaki wybuchł w tym momencie, był zdecydowanie większy niż poprzednio. Wojskowy z rozmysłem wodził po reporterach wzrokiem. W końcu wskazał ciemnoskórą dziennikarkę z Foxa. „Czy może pan powiedzieć, ilu kosmitów jest przetrzymywanych w Strefie 51?” – wypaliła od razu. „To ściśle tajne” – odrzekł Mattis z wielką powagą w głosie.
– „Następne pytanie”. Kolejna wrzawa i wyłoniony Indianin z jakiejś bliżej nieokreślonej stacji. „Od jak dawna przylatują tu istoty z kosmosu i czy incydent z Roswell zdarzył się naprawdę?” – zapytał niemal natychmiast. „Od dawna” – odparł ze stoickim spokojem generał. – „W zasadzie to były dwa pytania, więc na drugie nie odpowiem. Jeszcze jedno”. Tym razem chaos trwał krótko, gdyż Jack upatrzył sobie cel już wcześniej. Wskazał kolejnego Indianina z CCN. Ten zrobił krótką pauzę, zanim zadał pytanie, jakby zastanawiał się, czy warto je zadać. „Jakie technologie pozyskano z kosmicznych wraków?
Czy dzisiejsza technologia jest oparta na obcej architekturze?” „To ściśle tajne” – odpowiedział generał Jack „Pijący Kur” Mattis, po czym dodał: „To wszystko na dziś. Dziękuję za przybycie i niech Chrystus Jehowa błogosławi Amerykę”. Odkręcił się na pięcie i wymaszerował z sali, zostawiając wszystkich z olbrzymim niedosytem. W Bydgoszczy był środek nocy. Paweł Cięcialek i Artur Piesiak siedzieli przy biurku z powiekami na zapałkach. Byli w stanie, w którym kawa już nie chciała pomagać. Obok nich, rozwleczony na fotelu, wesoło drzemał Hieronim Pudyniowski. Jego brzuch równomiernie się unosił i opadał przy każdym wdechu oraz wydechu, a w jednej sapie w nosie pulsował niezdecydowany gil. Nieśmiało próbował wydostać się na zewnątrz, jednakże prawdopodobnie wizja otwartej przestrzeni ostatecznie powstrzymywała go przed wyjściem na świat. Potrzebował dodatkowego bodźca, niczym młody ptak w gnieździe.
Czekał, aż ktoś go w końcu wypchnie z gniazda. Mimo bardzo późnej pory audycja trwała dalej, lecz jakby troszeczkę ospale. Na czacie pozostali najzagorzalsi entuzjaści. Prawdopodobnie czekali na jakieś wiadomości od Chrisa Mniejwiny. Wśród internautów prym wiódł użytkownik o nicku H2O, który przypuszczalnie zażywał coś więcej niż kawę, by nie usnąć przed końcem transmisji. Wypisywał różne dziwne, czasem obelżywe wręcz rzeczy. Prowokował i pobudzał ludzi do dyskusji. Normalnie dostałby bana za swoje zachowanie, lecz dzisiaj wszystko było dozwolone. Niestety nikt nie wiedział, co się działo w bunkrze Cezarego Ćwiek Kasandra. Milczał od jakiegoś czasu.
Zapewne spał. Wtem w kujawskim studiu rozległ się dźwięk telefonu. Artur oraz Paweł, zaskoczeni, poderwali się ze swoich foteli. Szybko zauważyli na smartfonie nazwisko dzwoniącego – Mniejwina. Podczas gdy Hieronim jedynie głośno chrapnął, tworząc nieprzyjemny szum, który wyłapywał mikrofon. Poruszył się niespokojnie i spał dalej. Cięcialek odebrał połączenie. Powiedział „halo” chrapliwym, łamiącym się głosem. Musiał odchrząknąć, by głos nabrał lepszego wyrazu. „Halo, chłopaki, jesteście tam?” Z aparatu dobiegał głęboki, lecz uniesiony głos Chrisa.
Wydawało się, jakby krzyczał. W tle wyraźnie słychać było wiatr uderzający w mikrofon telefonu i głośne wycie, prawdopodobnie samochodu. „Tak, tak, jesteśmy” – odrzekł Paweł. „Nadal jesteśmy na antenie?” „Tak, tak, na antenie”. „Słuchajcie, mam dobrą wiadomość. Jedziemy do centrum bazy”. Panowie w studiu dopiero po chwili zrozumieli sens tego zdania. Na moment jakby bardziej oprzytomnieli. Popatrzyli na siebie i z uznaniem pokiwali głowami. „Przecież rozwaliłeś samochód” – zauważył po chwili Artur.
„No tak, ale trafiłem na grupę przemiłych panów z Teksasu i zaoferowali mi podwózkę i teraz prujemy ich pickupem do bazy. Będziemy tam za kilka minut, najdalej kilkanaście, ale już stąd widać olbrzymie masy ludzkie kręcące się wszędzie. Wcześniej myślałem, że to ściema z tym milionem ludzi, ale teraz widzę, w jakim błędzie byłem”. „E tam, Chris, nawet w CCN-ie podawali, że przybyło ponad milion ludu” – powiedział Piesiak. – „Dowiedzą, co widzieliśmy oświadczenie z Pentagonu na temat Strefy 51”. „O jasna cholera!” – krzyknął nagle Chris. – „Co to było?” W tło wdarły się anglojęzyczne, bliżej niezrozumiałe dźwięki. „Chris, co się stało?” – zapytał zaintrygowany Cięcialek. „Panowie, panowie, właśnie widziałem latający spodek. Przeleciał tuż nad naszymi głowami.
Na początku nie wiedziałem, co to jest. Miało wiele świateł i śmignęło szybko, ale zauważyłem ten charakterystyczny, okrągły kształt. Wyleciało prosto z bazy. Mówię wam, to żadna ściema”. Im dłużej mówił, tym bardziej łamał mu się głos z podniecenia. „Wszyscy to widzieliśmy. Cała ekipa z pickupa”. „No, to już jest coś” – mruknął Paweł. Klepnął Artura w ramię i powiedział: „Budź Hieronima i jedziemy z tematem”. Atak na Strefę 51 trwał już kilka godzin.
Świat usłyszał już o gwałtach i porwaniach, które miały tam miejsce. Oprócz tego zdarzyło się jeszcze kilka innych incydentów. Obserwujący całą sytuację ambasador Kongresu Galaktycznego IX postanowił w końcu zabrać głos. Zwołał konferencję prasową pod budynek ambasady mieszczący się tymczasowo w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Po kilku minutach pod drzwiami budynku znaleźli się reporterzy największych stacji w kraju. Zupełnie jakby tylko czekali gdzieś w ciemnym zaułku na okazję do przepytania ambasadora. IX wyszedł do nich ubrany w specjalnie skrojony na miarę garnitur. Chciał jak najbardziej upodobnić się do Ziemian, więc zamiast standardowego pozaziemskiego ubrania zdecydował się na tutejsze eleganckie stroje. To, co jemu wydawało się oczywiste ukłonem w stronę Ziemian, większość ludzi uważała za śmieszne. Widok wielkiej szarej głowy, z której wyzierały olbrzymie czarne ślepia wystającej znad kołnierza koszuli, obszytej modnym krawatem i marynarką wcale nie upodabniał go do człowieka.
Dyplomata przywitał się grzecznie z ludźmi. Wąskie usta nuciły własną melodię. Tłumaczeniem zajmował się inteligentny translator, którego używali niemal wszyscy członkowie Kongresu Galaktycznego. „Chciałbym coś powiedzieć” – zaczął po chwili. Wszystkie kamery i mikrofony wycelowane były w niego niczym karabiny snajperskie. „Po pierwsze witam wszystkich ludzi i życzę dobrego dnia. Chciałem odnieść się do sytuacji, którą dzisiaj żyje cały wasz świat, czyli o odkryciach w tak zwanej Strefie 51. Uprzejmie proszę o zwrot wszystkich pojazdów, które należą do Kongresu, a z różnych przyczyn znalazły się w amerykańskiej bazie wojskowej. Proszę też o uwolnienie i odesłanie wszystkich istot pozaziemskich do mojej siedziby celem odesłania ich do ojczystych światów.” Zamilkł na chwilę, jakby zastanawiał się nad kolejnymi zdaniami. „Pokornie proszę także inne kraje o uwolnienie obcych bądź zwrot przedmiotów, jeśli takowe posiadają.
W imieniu naszej nowej przyjaźni, która powinna opierać się na zaufaniu i tolerancji, a nie podstępie i oszustwie.” Zrobił kolejną krótką pauzę. W końcu jego usta poruszyły się, wydając ciche dźwięki, które translator przerabiał na angielski. „Doszły mnie też słuchy, że z tak zwanej Strefy 51 został skradziony tak zwany latający spodek, który rozbił się tutaj przed wielu laty, o czym nie było nam wiadome. Słowa te kieruję do człowieka, który stoi za tą kradzieżą oraz do jego ewentualnych towarzyszy. Maszyna ta jest zardzewiałą skorupą wyklepaną przez amatorów, złomem nienadającym się do użytku. Ten model dawno został już wycofany z użytku ze względu na przestarzałe i korodujące podzespoły. Uszczelka pod głowicą nie trzyma i wywala olej. Świece są prawdopodobnie zabrudzone i nie podają dobrze iskry. Poza tym ma olbrzymi przebieg w latach świetlnych. Być może ktoś cofał licznik, by wyglądał atrakcyjniej.
Stara skrzynia biegów pewnie się zacina i nie wrzuca poprawnie biegów. Jest po dachowaniu. Poduszki dawno eksplodowały. Poklejony zapewne epoksipolem, ledwo się trzyma. Prawdopodobnie spawane progi, zaszpachlowane byle jak. Jednym słowem kupa złomu. Toż to nie przejdzie przeglądu, nie mówiąc już o OC/AC.” Dziennikarze stali jak słupy soli z otwartymi ustami, zastanawiając się, o czym on mówi. Inteligentny translator natomiast szukał fraz, które jak najcelniej mogą ukazać problem pojazdu i znalazł je na polskich forach motoryzacyjnych. Przetłumaczył słowa IX tak, by Ziemianie mogli je zrozumieć jak najlepiej. To był bardzo inteligentny translator.
Nie minęła godzina od ostatniej rozmowy, a Chris znowu dzwonił do Polski z najnowszymi wieściami. W kraju nadwiślańskim zbliżały się godziny wczesnoporanne, a ekipa pozytywnie naładowana ciągle roztrząsała temat latającego spodka. „Halo, chłopaki, jesteście tam?” – zaczął Chris z entuzjazmem w głosie. „Witaj Chris, jesteśmy i nigdzie się nie wybieramy” – odpowiedział mu Cezary Ćwiek-Cassander, który zdążył już powrócić na fale audycji. Paweł z Arturem w tym czasie właśnie się dosiadali do mikrofonu. Piesiak odwrócił się jeszcze i szepnął: „Dwie mi posłuć.” Przy ekspresie do kawy stał Hieronim, który miał zaraz dostarczyć wszystkim kolejnej dawki kofeiny. „Nie uwierzycie, co właśnie widziałem” – kontynuował korespondent z Ameryki. „Dzisiaj uwierzymy we wszystko, Chris” – rzucił Artur, rozsiadając się wygodniej. „Znajduję się właśnie w jakimś hangarze lotniczym. Trzymają tu różne maszyny, najnowsze modele, prototypy, niewidzialne bombowce.” „Jak to niewidzialne?” – wtrącił szybko Paweł, żywo zainteresowany.
„Mają jakiś kamuflaż optyczny?” „Nie. Niewidzialne dla radarów” – odparł Mniejwina. „Najnowsze prototypy, o których tylko plotki chodziły. Żadnych konkretnych zdjęć jeszcze nie było. Mnóstwo ludzi tu je ogląda. Część turystów, że tak powiem, beztrosko sobie po nich hasa ku niezadowoleniu tutejszego personelu, który ciągle ściąga entuzjastów z maszyn. Naprawdę piękne maszyny. Jest na co popatrzeć. Niektóre naprawdę wyglądają jak z filmów sci-fi.” Ciekawe, czy to kolejni następcy legendarnego Blackbirda, a może F117 czy B2. Co prawda jeszcze nie widziałem drugiego spotka, ale kto wie.
„Chris!” – nagle podniósł głos Paweł. – Chciałeś nam tylko o samolotach powiedzieć? „A nie. Zapomniałem na chwilę o meritum w tych pięknych okolicznościach hangarowych. Otóż panowie, widziałem na własne oczy kosmitę.” W studiu zapanowała cisza. Wszyscy popatrzyli po sobie. Hieronim nadal stał przy ekspresie i niemal upuścił kubek z kawą. „Ale takiego szemraka widziałeś?” – pierwszy odezwał się Paweł. „A nie” – szybko odparł Chris. – „Nic z tych rzeczy.
To było jakieś zwierzę. Tak sądzę.” Tropiciele prawdy z Bydgoszczy popatrzyli jeszcze raz po sobie, tym razem z trochę mniejszym entuzjazmem. Chris ciągnął dalej: „Na pewno nie pochodziło z Ziemi. Nie mamy tu niczego podobnego. Było duże, czarne, wielkości bernardyna albo i większe. Miało długi, kościsty ogon zakończony kolcem. Ogólnie ta istota wyglądała na wychudzoną. Nie wiem, może nie karmią tu za dobrze. Żebra na wierzchu i nie tylko. A, i jeszcze jedno.
Miało wielki łeb z krótkim pyskiem i strasznie długą potylicą. Nie wiem, chyba z pół metra miała ta głowa, jak parówka. I ciągle się to pociło.” „No to już jest coś” – zauważył Artur. Nagle ożył też czat, który dogorywał już od jakiegoś czasu, lecz kilkadziesiąt osób ciągle słuchało audycji. „Chłopie, powiedz, że zrobiłeś jakieś zdjęcia?” – zapytał Cię Cielak z nutką nadziei w głosie. „No, nie zdążyłem. Byłem w takim szoku, że zapomniałem o aparacie” – przyznał mniej wina. „Słuchaj Chris, z tego, co mówisz, to to zwierzę nie wyglądało zbyt przyjaźnie” – zasugerował Piesiak, trzymając pod nosem kubek z kawą, gotowy, by w każdej chwili łyknąć życiodajnego płynu. „Panowie, ja się bardzo nie znam na obcych stworzeniach. Trzeba by się zapytać o to jakiegoś ksenobiologa.
Być może mają tu takiego. Jak na mój gust wyglądał groźnie, ale szedł potulnie na smyczy.” „Że co?” – powiedzieli niemal jednocześnie Paweł z Arturem. Hieronim w końcu usiadł na swoim miejscu i też miał ochotę coś powiedzieć, gdyby nie to, że znowu zakrztusił się gorącą kawą. „Stąd właśnie mój telefon. Przez środek hangaru przemaszerował jakiś chłopak prowadząc tego stwora na smyczy, bez kagańca, bez niczego. Trochę się ludzie przestraszyli, ale się nic nie wydarzyło.” „Chris, ogarnij się trochę” – mruknął Cię Cielak. – „Wyjmij aparat od razu, teraz czy co tam masz i trzaskaj zdjęcia. Później się zobaczę, jakie skarby udało ci się uchwycić.” „Już to zrobiłem” – odparł mniej wina, nieznacznie zgrzytając zębami. – „Uwieczniłem już chyba wszystko w tym miejscu. Udam się teraz do innego hangaru, a potem pójdę zwiedzać ośrodki naukowe.
To znaczy te ukryte pod ziemią. Tylko muszę popytać, gdzie one są.” „Popytaj” – powiedział Artur. – „Tam są najlepsze kąski. Może jeszcze coś dla nas zostało. W amerykańskich telewizjach ciągle trąbią o kosmitach, latających spodkach, które gdzieś tam są.” „À propos telewizji” – wciął się Chris. – „Właśnie stoję przy wyjściu z hangaru i widzę jakąś ekipę. Jakaś blondynka z mikrofonem w ręku. Nie wiem, co to za stacja, stąd nie widzę loga. Właśnie jakiś żołnierz do niej podszedł.” Barbara rozładowywała swoją dziennikarską frustrację na kontenerze na śmieci. Jako pierwsza zrobiła wywiad z kosmitą, a właściwie kosmitką.
Przetarła szlak. Po prostu liczyła na więcej, a więcej nie nadchodziło. Nie było więcej obcych ani ciekawych osobistości. Czuła, jakby całe ujawnienie przechodziło jej koło nosa, a ona nie mogła wywęszyć, w którym miejscu dokładnie śmierdzi. Nie weszła do żadnego budynku głębiej niż dwa metry od drzwi. Taki ścisk, a tam, gdzie mogła wejść, nie było niczego ciekawego. Nie wiadomo skąd wyrósł obok niej żołnierz. Prawie podskoczyła do góry z zaskoczenia, gdy zobaczyła go kątem oka. Obróciła się szybko w jego kierunku. Wojak skinął jej głową i mruknął coś pod nosem.
Chyba „proszę pani”. „Co znowu?” – burknęła w jego kierunku. „Chcielibyśmy, żeby pani przeczytała kolejne ostrzeżenie” – odpowiedział żołnierz, podając jej zapisaną karteczkę. Barbara jednym agresywnym ruchem wyrwała kartkę i nie czytając wypaliła: „Znowu mam czytać jakieś bzdury? Myślałam, że mam coś na wyłączność od was, a wy każdej stacji to dajecie.” Mundurowy wzruszył ramionami, zanim odpowiedział: „To nie są bzdury, tylko sprawy bezpieczeństwa narodowego. Oczywiście, że każdy to dostaje, by zwiększyć zasięg wiadomości. Wykradziono niebezpieczny sprzęt i zwierzęta i może dojść do katastrofy przez czyjąś głupotę.” Barbara obrzuciła mundurowego gniewnym wzrokiem i po chwili zaczęła czytać wiadomość. „Dobra, zaraz to nadamy. Znowu jakieś paskudztwo wam znikło.” Żołnierz na te słowa skinął głową i oddalił się. Dziennikarka nakazała odpalenie kamery i przygotowanie się do nagrania, które miało być natychmiast wysłane do centrali.
Poprawiła marynarkę, przeczesała ręką włosy i przeczytała jeszcze raz informację od żołnierza. Kamerzysta na palcach prawej ręki zaczął odliczanie, pokazując jej, ile czasu jej zostało. „Witam państwa prosto z serca Strefy 51. Po raz kolejny zostałam poproszona przez personel bazy o odczytanie wiadomości. Uwaga” – rzuciła okiem na kartkę i zaczęła. „Nieznany napastnik wykradł z ośrodka badawczego obcą, bardzo niebezpieczną istotę. Z postawy może przypominać olbrzymiego psa. Stojąc na dwóch nogach przekracza siedem stóp wzrostu. Posiada czarną, śliską skórę. Wygląda na wychudzonego.
Długi, kościsty ogon oraz bardzo długa głowa przypominająca kiełbaskę. Stwór nie posiada oczu, przynajmniej na poziomie ziemskim, aczkolwiek nie jest ślepy. Jego krew jest silnie toksyczna. Prosi się osobę, która dokonała porwania o jak najszybsze odstawienie istoty z powrotem do bazy. Jest niezwykle niebezpieczna. Ma wszczepiony prototypowy chip ubezwłasnowolniający i tylko dlatego nie wykazuje agresywnych działań. Jednakże nie wiadomo, jak długo urządzenie będzie spełniać swoją rolę. Jeśli ktoś zauważy stworzenie, proszę o natychmiastowy kontakt z bazą bądź policją. Dziękujemy” Barbara skończyła czytać. Na moment zapadła cisza.
Przez głowę przemknęło jej kilka tekstów, które mogłaby w tej chwili wygłosić. Zdecydowała się na jeden. „Jak państwo właśnie usłyszeli, zniknęła kolejna obca istota, tym razem bardzo niebezpieczna. Ludzie, którzy tu przybyli, najwyraźniej nie rozumieją powagi sytuacji i zagrożeń, które mogą uwolnić. Proszę o natychmiastową pomoc w schwytaniu tego złodzieja, jak również zabezpieczeniu zwierzęcia dla naszego wspólnego dobra. Choć zbliża się noc dla CCN ciągle mówiła Barbara Streisand” Cezary Ćwiek Kassander na dwa dni przed terminem najazdu na Strefę 51 spędzał czas w ulubiony dla siebie sposób. Po prostu spał do południa. Tego dnia nie musiał nigdzie iść, do żadnej pracy, szkoły, lekarza, sklepu. Może do sklepu była potrzeba, ale zawsze można pójść po południu. Wylegiwał się w swoim rodzinnym bunkrze w Sosnowcu, który jego dziadkowie otrzymali od państwa zaraz po wojnie.
Jak wszystko w tamtych ponurych czasach było na kartki, a dziadkowie ciężką pracą zasłużyli na kartkę z bunkrem, który miał chronić mieszkańców odradzającego się Sosnowca przed promieniowaniem. Radioaktywnością, która powstała na skutek detonacji pierwszej nazistowskiej bomby atomowej mającej zatrzymać natarcie bolszewików. Nie dane jednak było mu leżakować do tak niegodziwej pory. Około 9:00 rano rozległ się dzwonek przy drzwiach. Cezary właśnie łapał drugi głęboki sen i zdawało mu się, że śni. Po kilkunastu sekundach niesnośnego brzęczenia zdał sobie sprawę, że to dzieje się na jawie. Poderwał się z łóżka i tak jak stał w bokserkach i koszulce, poszedł sprawdzić, kto zakłóca jego ciszę nocną. Spojrzał przez wizjer umieszczony w drzwiach i jego oczom ukazała się znajoma twarz człowieka po pięćdziesiątce z kilkudniowym zarostem upstrzonym lekką siwizną. Zaskoczenie minęło po chwili. Przekręcił dwa zamki, zwolnił blokady i otworzył drzwi.
„Chris, a co ty tu robisz?” – zaczął Cezary. „Witaj, Czarek. Przepraszam, że wpadam niezapowiedziany, ale musisz coś dla mnie zrobić” – odparł mniej wina, wyciągając rękę do przywitania, jednocześnie przechodząc przez próg mieszkania. Ćwiek, nieco zaskoczony, ustąpił z drogi. „A ty ciągle w tym powojennym bunkrze. Przecież dawno już poradzono sobie z tym promieniowaniem. Mógłbyś sobie znaleźć normalne mieszkanie” „To ty przyleciałeś aż z Ameryki, żeby powiedzieć mi, żebym wyprowadził się z rodzinnego bunkra?” – odciął się Czarek. „Nie, nie po to. Sorry, przesadziłem trochę.” Chris wydawał się skruszony. „Słuchaj, przejdę do sedna.
Musisz zwołać chłopaków i odpalić transmisję podczas szturmu na Strefie 51.” „Chris, ale nic nie planujemy” – zaczął Ćwiek. „Przecież to jawna ściema. Nikt na to nie przyjedzie.” „To żadna ściema. Milion ludzi pojutrze tam przybędzie i wjedziemy do bazy, a tam będą same cuda. Dlatego musisz zrobić audycję z chłopakami. Zobaczysz, jak wam się oglądalność zwiększy. Będziecie jedyni w Polsce.” „Zaraz, zaraz” – przerwał Czarek. „A skąd ty wiesz, co będzie, a czego nie?” Chris uśmiechnął się szelmowsko i powiedział: „Bo tam byłem.” Kassander pokiwał głową, przyjmując odpowiedź do wiadomości. Jeszcze się dobrze nie wybudził i chwilę zabrało, zanim dodał dwa do dwóch. „Że co?” – wypalił po chwili.
„Jak to byłeś? Jak to za dwa dni?” „Mówię ci, ja już tam byłem.” Szeroki uśmiech nadal nie znikał z twarzy mniej wina. „Byłem tam i miód, i wino piłem. Mają tam nawet wehikuł czasu i nawet go użyłem.” Gdyby szczęka Cezarego mogła upaść, na pewno narobiłaby sporo hałasu. „Chris, ale z ciebie jajcarz” – parsknął Ćwiek. „Prawie ci uwierzyłem.” Ha, ha. No to patrz. Chris wyjął telefon. Manipulował przy nim palcami przez chwilę. Otworzył galerię zdjęć i wręczył aparat koledze.
Przyjrzyj sobie. Cezary wziął telefon i zaczął oglądać zdjęcia. Im dłużej patrzył, tym bardziej rosły mu oczy. Co chwilę zerkał to na Chrisa, to na telefon. Kurwa, ty nie żartujesz. Tu są jacyś kosmici. Kasander wskazał zdjęcie, energicznie pukając w szybkę telefonu. Ja pierdzielę, ty naprawdę jesteś z przyszłości? Nagle Chris przestał się uśmiechać i z kamienną miną przytaknął twierdząco. Przeniosło mnie tydzień wstecz.
Załatwiłem kilka spraw, które wymagały poprawy i zaraz mam samolot powrotny do Stanów. Dlatego bierz chłopaków za fraki i róbcie audycję. Zobaczysz, jak się wam to opłaci. O jasne, Jozue! – zachłysnął się Czarek. – Nie ma chuja we wsi. Od razu dzwonię i łapię, kogo się da. Dobra, to ja lecę. Tylko nikomu nie mów o tej podróży w czasie, okej, Czarek? Nikomu nie mów.
Gęba na kłódkę. Powiedz im, że będę tam obecny i będę dla was nadawał. Tylko tyle. A ja tymczasem przetestuję sobie znowu ten wehikuł. Tym razem spróbuję polecieć tydzień do przodu.
[01:20:44] - Proszę państwa, no to czas na „Filmotekarium”. A „Filmotekarium” 28 lat później. „No tak, ale już omawialiście panowie ten tytuł” – powie ktoś, kto nas słucha. Owszem, omawialiśmy, ale część pierwszą, bo oto zaraz na początku roku pojawiła się część druga. Wszystko wskazuje na to, że to nie będzie część ostatnia. A zatem zaczyna powstawać pewien fresk filmowy. Myślę, że on jest coraz ciekawszy. No cóż, zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy „Filmotekarium”.
Dzisiaj będzie podróż w przeszłość. No tak, do zeszłego roku. Będziemy wspominać, ale też będziemy mówić o nowym filmie i antycypować film, który się dopiero pojawi. Wiem, mówię zagadkami. Mówię bardzo niejasno, a właściwie dobrze, bo rodzi się rodzaj napięcia. I tradycyjnie dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:21:57] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Dzisiaj rozmawiamy o filmie, marzeniu wszystkich psów i grabarzy. Omawiamy „Świątynię kości”, a więc kolejną odsłonę cyklu „28 lat później”. Tutaj słowo cyklu nie zostało użyte przypadkowo, jeżeli ktoś jeszcze tego filmu nie widział. Zaraz wyjaśnię. Ten film opowiada o zetknięciu ludzkości z czynnikiem zakaźnym wywołującym tak zwany rage, czyli gniew bądź szał. Przypomina to trochę zombie apokalipsę. Powiedziałem, że to jest kolejna odsłona cyklu 28 lat później. Pewnie wiele osób kojarzy film na przykład „28 dni później”.
Natomiast w tym przypadku jest tak, że tutaj na samym końcu drugiej odsłony przecież otrzymujemy zapowiedź, że będzie coś jeszcze przynajmniej jednego, że będzie przynajmniej odsłona trzecia. Także warto to mieć na uwadze. A ta odsłona, o której dzisiaj mówimy, czyli „Świątynia kości”, jest rozwinięciem czegoś, co widzieliśmy w tamtym roku. I teraz tak: co do części poprzedniej, to rozmawialiśmy o niej również. Pewnie będziecie mieli podpięty link i niespecjalnie ona mi przypadła do gustu. Głównie dlatego, że była po prostu nudna. Nudna jako opowieść. To była historia pewnego chłopca, który żył w pewnej społeczności, która funkcjonowała w otoczeniu, chyba można powiedzieć, swego rodzaju zombie. I ta historia była naprawdę nudna. W przeciwieństwie do „28 dni później”, czyli tak jakby pierwowzoru albo prekursora tego uniwersum.
To były dwa zupełnie inne filmy. Myśmy tam w tej audycji wszystko opowiedzieli. Dodajmy, że film był nudny, jeżeli chodzi o tą poprzednią część. Natomiast świat przedstawiony to jest inna sprawa. I tutaj też może zaraz dwa słowa padną. W „Świątyni kości” mamy przedstawioną historię doktora Kelsona i ossuarium, czyli tytułowej Świątyni Kości. Doktora Kelsona nie należy mylić ze słynnym Coulsonem, ale to już inna sprawa. Ale oprócz niego mamy też gang szatanistów, jak mówiła moja zaprzyjaźniona katechetka. W sumie nie zaprzyjaźniona, ale jedyna, którą znałem, któremu przewodzi Lord Jimmy Crystal i który to zakon, która to grupa jest złożona z innych Jimmych, także w wersji żeńskiej. Z czasem drogi doktora Kulsona chciałoby się powiedzieć i Jimmych się przecinają, prowadząc do spektakularnego rockandrollowego finału.
I tutaj chciałoby się powiedzieć: oh yeah! No rzeczywiście działo się pod koniec. Film ten rozpoczynają jednak sceny sielskie, które mogłyby się spodobać miłośnikom kryptozoologii, Marku. Bo otóż doktora Kelsona odwiedza ktoś, kto na pierwszy rzut oka wygląda jak małpa, jak Bigfoot. A to jest człowiek. W rzeczywistości to jest samiec alfa, obrośnięty. Tutaj bym użył cytatu z "Misia", ale to chyba by nie przeszło. Mogłoby zostać uznane za obraźliwe. To jest nowy pan terenów, na których doktor żyje. Ten zarośnięty, zakażony człowiek o potężnym, sami zobaczycie czym, egzystuje i odwiedza tego doktora, który ma mu do zaoferowania - i tu słowo, którego się nie powinno używać - pewną substancję, która wprowadza Samsona, jak ten stwór się nazywa, w bajkowy nastrój, przywołując go jednocześnie do człowieczeństwa z odmętów zakażenia czymś, co wywołuje rage.
Historia jak historia, w postapokaliptycznym świecie się dziejąca. Dodajmy jeszcze jedną rzecz. To nie jest tak, że cały świat został opanowany przez zombie. Ten czynnik opanował Europę między innymi, ale to Wielka Brytania ma chyba najbardziej przerąbane w tym wszystkim. Drodzy państwo i drogi Marku, po tej sielskiej scenie, może nie tak do końca sielskiej, przypominającej obłaskawianie jakiegoś goryla, rozpoczyna nam się opowieść przedziwna. Opowieść, która ma finał równie przedziwny, co spektakularny. I opowieść, która wywołała gorącą dyskusję w internecie. Zdaniem niektórych "Świątynia kości" to film mistrzowski. A jak jest twoim zdaniem?
[01:26:58] - To jest temat rzeka. Zanim powiem, jak jest moim zdaniem, to jeszcze kilka słów. Moim zdaniem z tego świata przedstawionego wynika, że to rzeczywiście Wielka Brytania odczuwa tę apokalipsę zombie, czy też pseudo zombie. Jak zwał, tak zwał, bo pamiętasz, tam był taki żołnierz, którego łódź się rozbiła czy też zatonęła i on przybył z Francji i we Francji jest całkiem normalnie. On nawet dziewczynę swoją miał, ale nie mógł do niej SMS-a wysłać w pierwszej części. Także Wielka Brytania ponosi jakąś karę. Za co, to się sami państwo domyślcie. Zostawmy to. To są wątki, które nie są specjalnie interesujące. Powiem tak, że ta część jest na swój sposób fascynująca, ale trzeba przetrwać pierwsze pół godziny, bo być może to jest moje indywidualne odczucie.
Ja przez pierwsze pół godziny walczyłem, żeby może przyspieszyć albo coś zrobić. Nudziło mi się, ale w pewnym momencie rzeczywiście film zaskoczył i wtedy już się zaczyna robić naprawdę interesująco, bo początek jest taki, pamiętacie państwo, pierwsza część kończyła się tym, że nasz dzielny chłopak Spikey zostaje uratowany przez dziwnych ludzi. Nie wiadomo, czy oni są sympatyczni, czy nie. Już w drugiej części wiemy, że są średnio sympatyczni, ale w tej pierwszej jeszcze tego nie było wiadomo. Tu w drugiej części dowiadujemy się, że ta grupa jest w gruncie rzeczy kompletnie porąbana, a jej przywódca psychopata pierwszej wody. Ludzie chodzą, mordują, robią rzeczy dziwne, a wszystko to w atmosferze sekty. Sekty, jak Piotr powiedział, satanistycznej ewidentnie, a w ogóle pomieszanie różnych narracji. Jak to łączył umysł przywódcy tego nie wiem, ale jest to przedstawione dosyć przekonująco. I to mamy na początku. I to, mówiąc szczerze, taka orgia brutalności, orgia pewnych elementów, które tak naprawdę chyba częściej budzą obrzydzenie, ale nie obrzydzenie takie jak to w filmach o zombie, tylko obrzydzenie, do czego może posunąć się człowiek.
Uświadamiamy sobie, że bycie sukinkotem, mówię delikatnie, bo algorytm czuwa, jest właściwie banalne. I o tym się przekonujemy zaraz na początku. Wszystko jest banalne. W przebitkach pojawia się doktor, który za pomocą substancji na M zmieniającej świadomość, obłaskawia niejakiego Samsona Alfę. Człowieka, który pomimo że jest kwintesencją potwora, to gdzieś tak na marginesie na początku, a później coraz bardziej budzi zainteresowanie, przynajmniej zainteresowanie. I doktor to wykorzystuje. Staram się nie opowiadać, ale zainteresować. Więc doktor w tej świątyni, którą znacie państwo z pierwszej części, bo tam trafiła matka Spikeya, którą doktor miał uratować, ale nie zdołał jej uratować, bo współczesna medycyna nie byłaby w stanie tej kobiety uratować. Wracamy do miejsc, które znamy z pierwszej części. To jest mocne w tym filmie.
Bardzo szybko orientujemy się, że zdaje się wszystko wskazywać na to, iż to nie jest koniec, że rzeczywiście będzie przynajmniej jeszcze jedna część, a może jeszcze kolejne. Bo pewne wątki się urywają. Żeby nie opowiadać, to w pewnym momencie ta sekta wywołuje w enklawie, w której żyją ludzie, pandemonium swoiste i tam pojawia się obraz, że coś będzie kontynuowane. Nie wiemy jeszcze co i do końca filmu nie dowiadujemy się, a zatem będzie przynajmniej jeszcze jedna część. Wiem, nie lubicie państwo tego, kiedy nie opowiadam do końca, ale wybaczcie, w końcu mamy ten film polecać, a nie opowiadać. Zatem jest ciekawie. Po pierwszych 30 minutach naprawdę zaczyna się robić ciekawie. Później to rośnie i tak jak Piotr powiedział, jest tak, że finał tego filmu jest fascynujący. Ja się już nie mogłem oderwać tak naprawdę. Żałowałem, że licznik minut ewidentnie wskazuje na to, że nie dowiem się o wszystkich tajemnicach, o których chciałbym się dowiedzieć.
Trudno. Powiem państwu tak, że kiedy oglądałem ten film, z jednej strony była we mnie fascynacja, ale z drugiej takie głębokie przekonanie, że dostajemy opowieść rozłożoną przynajmniej na trzy pełnometrażowe filmy. Ja rozumiem, że w ten sposób robi się pieniądze, ale zastanawiam się bardzo poważnie nad tym, czy nie należało wzorem Camerona zrobić długaśnego trzygodzinnego filmu, który opowie nam epicką historię. Czy należało rozbijać to na trzy części? Teraz pewno będziemy czekać na część trzecią z pół roku minimum, jak nie rok. Może się dowiemy, może się nie dowiemy i tak dalej. Moim zdaniem z punktu widzenia widza to nie jest najlepsza metoda. Oczywiście to jest metoda, żeby kosić kasę. Tylko we mnie się kłócą pewne spostrzeżenia. Czy ważniejsze jest to, żeby kosić kasę, czy to, żeby opowiedzieć historię?
Ja zdecydowanie wolałbym, żeby historia została opowiedziana. Tym bardziej że ta historia w stosunku do pierwszej części zaczyna być coraz ciekawsza. Zmierzamy ku czemuś. Właśnie, ku czemu? Albo to będzie coś, co okaże się wybitne, albo to będzie wielka klapa. Nie chcę tego przewidywać w tej chwili. Ta historia robi się epicka. Naprawdę robi się epicka. Po pierwszej części nie było tego widać. W tej chwili, po drugiej części widać, że ona się robi epicka.
Ale na koniec, ponieważ już mówię i mówię, powiem tak: ta druga część bywa ciekawa, ale ona cierpi na syndrom części środkowej. Wiecie państwo, jak jest środkowa część jakiejś serii, to ona zawsze ma problem ze sobą, ze swoją — ja nie wiem, czy film może mieć tożsamość, ale użyjmy takiej protezy — ze swoją tożsamością. Pamiętacie państwo „Gwiezdne wojny”? Mieliśmy najpierw „Nową nadzieję”, a później była druga część „Imperium kontratakuje”. Super, ale i tak wszyscy czekali na końcówkę, czyli na „Powrót Jedi”. Tu jest trochę podobnie. To jest interesujące, to jest coraz bardziej interesujące, ale i tak będę czekał na kolejną część.
[01:35:22] - Tak, ja też. Dodajmy, że to jest historia, która jest dość prosta i pomimo tego, że Ralph Fiennes nam w pewnym momencie daje pokaz możliwości i tam jest istna kiełbasa z dymem na wodzie. I nie pomyliłem się. Tak, powiedziałem kiełbasa z dymem na wodzie. Jeżeli ktoś wie, z jakiego programu to pochodzi, to piszcie w komentarzach. Ale jest popis rockandrollowo-sceniczny, którego by się nie powstydził zespół niejeden. To mimo wszystko jest prosta historia, nawet bardzo prosta i muszę powiedzieć, że ten film mógłby być serialem i byłoby chyba lepiej. A tak to jest trochę ryzykownie, bo jednak trzeba naprawdę dużych fanów danej produkcji, danego uniwersum, danej franczyzy, jak to tam mówią w Ameryce, żeby ściągać raz za razem ludzi do kina. Ja myślę, że 28 lat później to jeszcze nie jest taki produkt, który by za każdym razem ściągał miliony. Myślę, że to jest jednak dość ryzykowny eksperyment z ich strony i chyba dużo lepiej by sobie poradził serial, bo można byłoby wiele rzeczy opowiedzieć.
Dlatego też staramy się nie mówić wam za dużo o tej sprawie. Też mam taki problem ze „Świątynią kości”, że tutaj ten wątek tak zwanych zombie jest trochę zepchnięty na drugi plan. Wyeksponowana jest postać doktora idealisty oraz tego piekielnego Jimmy'ego i jego bandy. I wzorem krytyków z Filmwebu mógłbym się rozpływać nad wielowarstwowymi znaczeniami i symboliką zakodowaną w tym filmie, ale nie lubię tego i ogólnie to nigdy nie przyświecało temu programowi. Jego założenie jest takie, żeby mówić o historiach, które są przedstawiane w kinie. Jeżeli chodzi o historię w "Świątyni kości", to jest prosta. To jest zwyczajnie konfrontacja dwóch oryginałów. To jest opowieść surrealistyczna, udramatyzowana. Powiem ci, że to jest też coś, co mogłoby być dobrą sztuką. To się da przenieść w warunki teatralne, ponieważ ta opowieść nas wyrywa ze świata zombie, a to on nas powinien najbardziej przerażać.
To mi się podobało. Ja nie mówię, że to był zły film. To był film bardzo dobry, tylko że tą opowieść można by osadzić w dowolnych realiach i ona by też miała sens. To jest po prostu uniwersalny schemat pewien. Ogląda się to bardzo dobrze, ale powiem coś kontrowersyjnego, Marku. Moim zdaniem to nie jest wcale zasługa wciągającej fabuły, tylko z jednej strony tej uniwersalności historii oraz doskonałych aktorów wcielających się w główne role. Jako film to jest dobre. To nie jest świetne. To się da obejrzeć. To jest na pewno film inny niż te, które żeśmy omawiali nawet na tle ostatnich miesięcy.
Oczywiście najwięcej uwagi przyciągnie ten finalny rockowy popis Fiennesa na koniec. Tyle że jako horror, nawet jako thriller i jako opowieść, coś tu kuleje. To nie ma takiego ogromnego potencjału. To jest fajne, to się da obejrzeć, to nawet można zapamiętać. Podobnie miałem z innymi filmami, ale to też nie wyrywa mnie z trampków. Tak można najlepiej powiedzieć. Widzowie są oczarowani efektami wizualnymi, ale jak się tą historię rozbierze na czynniki pierwsze, na przykład po kilku dniach czy tygodniach od obejrzenia tego filmu, to jest różnie. To nie jest majstersztyk, choć mówię: to jest naprawdę dobry film, tylko że też nie dla wszystkich. I po tej odsłonie na sam koniec mamy ewidentną zapowiedź kolejnej. Powracam do tego, co powiedziałem na samym początku, że odnoszę wrażenie, że "28 lat później" to jest taki filmoserial.
To znaczy on by się zarówno sprawdził w zupełnie innym formacie, na przykład w streamingu i może nawet by sobie lepiej poradził. Bo tutaj otrzymujemy opowieść, która jest jednak upakowana do tych 90 ponad minut, a i tak jest okej, ale można by przecież to wszystko rozbudować i wskazać, jak bardzo ten świat, w którym oni się poruszają, jest na przykład niebezpieczny. Ja mam wrażenie, że to nie jest w pełni, prócz tych kilku ataków zombie, nam wyeksponowane, pokazane. Wreszcie można by tą całą historię o zombie pominąć i osadzić to naprawdę w dowolnych ramach, w dowolnym świecie fantastycznym i też by było dobre. Na koniec takie moje osobiste wrażenie z tego wszystkiego. Ja nie chcę po raz kolejny mówić, że coś mi się nie podoba, bo ktoś powie, że Piotr znowu będzie narzekał. Nie. Podobało mi się, tylko że jak to się zjawi w kinach za rok, to ja będę tylko pamiętał prawdopodobnie ten ognisty występ Fiennesa, tą bandę Jimmych, ale szczegóły tego uniwersum mogą mi umknąć. Wracam do tego, co powiedziałem. Nie wiem, czy to jest na tyle oddziałujący na wyobraźnię świat, aby twórcy mogli dokonywać takich eksperymentów.
Bo jednak powiedzmy sobie szczerze: historie z zombie to jest coś mocno wyświechtanego. To jest fajne, to się świetnie ogląda, tylko czy to porywa?
[01:41:40] - Piotrze, ja myślę, że chyba twórcy filmu odkryli to, że historie o zombie są niezłe i one się nieźle sprzedają, ale jeśli się nie doda czegoś ekstra, to może się nie udać. I dlatego dostajemy historię środkową, chyba środkową, która zombie spycha na dalszy plan. Tu jest rozgrywka znacznie ważniejsza, a właściwie kilka rozgrywek. Mamy historię pana doktora i jego konfrontacji z ewidentnym wariatem, przywódcą sekty. I powiem, że ten wątek mnie zafascynował. Element konfrontacji nawiązujący do Nowego Testamentu. Wiecie państwo, świetnie jest to zrobione, naprawdę. Ja rzadko się ekscytuję pozytywnie. Raczej wiecie państwo z kolejnych wydań „Filmotekarium", że raczej ekscytuję się negatywnie. To powiem państwu, że ta scena, te sceny odwołujące, to lepsze słowo, odwołujące się do Nowego Testamentu, które się rozgrywają w tym filmie, dla mnie niesamowite to jest po prostu.
Niesamowite. Z jednej strony inteligencja doktora, z drugiej strony zafiksowanie przywódcy, a z obu stron są osoby inteligentne. Czyli to nie jest tak, że spotyka się Osoba inteligentna z kretynem? Nie, to by było zbyt proste. Tu to ma inny wymiar i ta rozgrywka jest porywająca. To jest jeden element. Powtórzę, ten film cierpi niestety na syndrom części środkowej. To się nie da wyeliminować i to jest z jednej strony słabość, ale z drugiej strony coś, co zachęca, żeby za jakiś czas sięgnąć po kolejną część. I Piotr ma rację. Filmy kinowe mają to do siebie, że po wielu miesiącach zapominamy w szczegółach, o co tam chodziło.
Ale być może to jest model marketingowy, żebyśmy jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz wrócili do tamtych filmów, żeby móc spokojnie śledzić kolejną część. Jeśli tak jest, to gratuluję perfidii twórcom całej serii. Chyba się udało. Tym bardziej, że Piotr ma rację. Ta pierwsza część wprowadzała nas w pewien świat 28 lat później i ona była mniej lub bardziej porywająca. Pozwólcie państwo, że tak to określę, żeby nie było jednoznacznie, ale pominąwszy pierwsze pół godziny, będę taki zasadniczy i będę się upierał, to ta druga część naprawdę wzbija się na dobry poziom. I teraz mamy taką sytuację, że kiedyś się pojawi kolejna część i oczekiwania będą rozbuchane. I nie chciałbym być w skórze twórców trzeciej części, którzy nie spełnią oczekiwań widzów, bo oczekiwania po tej drugiej części są rozbuchane. A czy się uda? Trudno mi powiedzieć.
Zapowiedzi są ciekawe. Zaraz na początku filmu ucieczka kobiety w ciąży, ucieczka z tego pandemonium przemocy. To jest zapowiedź czegoś, co się wydarzy. Końcówka filmu, kiedy ktoś ucieka przed kimś. Znowu nie będę opowiadał. To jest zapowiedź kolejnej części. Tam ponownie wejdziemy w ten świat. Będzie ciekawie, ale czy będzie tak, żebyśmy omawiając trzecią część absolutnie państwu to polecali? Nie wiem. Naprawdę.
Druga część bardzo wysoko zawiesiła poprzeczkę. To jest niebezpieczne. To jest ewidentnie obiecujące i życzyłbym państwu oraz sobie, oraz Piotrowi oczywiście, przepraszam, żebyśmy naprawdę dostali film, który sprosta naszym oczekiwaniom. Ale to, tak jak powiedziałem, jest niebezpieczne. Jeśli ktoś już dobrze opanował rozkład jazdy Akademii Wszelkiej Fikcji, to wie dokładnie, co teraz nastąpi. Teraz polecanki z pogranicza oczywiście, nieodmiennie wspierane przez księgarnię Galerię Nieznanego Świata. Przypomnę, w Warszawie na ulicy Kredytowej 2 znajdziecie państwo miejsce niezwykłe. Księgarnię, a zresztą nie tylko księgarnię, bo tam poza książkami można nabyć szereg innych ciekawych rzeczy, takich jak preparaty, które pomagają w różnych kłopotach zdrowotnych, a jeszcze masę innych ciekawych rzeczy. Kto jest gotowy, kto odwiedza Warszawę, kto w Warszawie mieszka, polecam wizytę na ulicy Kredytowej od poniedziałku do piątku, od 10 do 18. Tam znajdziecie państwo książki, o których za chwilę powiem.
Ważna informacja: kto do Warszawy nie przyjeżdża, kto w Warszawie nie mieszka, stroniczka nieznany.pl i tam się otworzy przed państwem całe bogactwo oferowane przez księgarnię Galerię.
[01:48:04] - Zanim, Marku, zaczniesz te polecajki z księgarni Nieznanego Świata, to ja jeszcze taką uwagę dam, bo księgarnia działa tak, jak już Marek mówił, i w internecie, i stacjonarnie. Może się czasami zdarzyć, że w przypadku, gdy stacjonarnie jakiś nakład książki się wyczerpie, może się zdarzyć coś takiego, że baza danych internetowa nie zdąży się zaktualizować, zanim ktoś na tą samą książkę złoży kolejne zamówienie. Także bywa, że na niektóre książki zamawiane drogą internetową trzeba troszeczkę dłużej poczekać. Wiem to, bo tutaj czasami takie uwagi dostaję od klientów, którzy znaleźli księgarnię Nieznanego Świata na przykład przez Ceneo, że trzeba trochę dłużej czekać i dlatego trzeba ująć parę gwiazdek w ocenie. Tak niestety czasami się zdarza. Tak bywa, gdy sklep działa i stacjonarnie, i internetowo.
[01:49:04] - Tak, ale wierzcie mi państwo, warto to miejsce w realu odwiedzić, bo to jest miejsce ze swoim klimatem.
[01:49:14] - A to, co teraz powiedziałem, to też taka dobra wiadomość, bo to świadczy o tym, że czytelnictwo, przynajmniej w naszej bańce, że tak to powiem, tematycznej, nie umarło jeszcze.
[01:49:26] - O, jak najbardziej. Cóż, wzmóżmy zatem to czytelnictwo. Dzisiaj, tak jak zawsze, trzy książki. Pierwsza z tych książek nosi tytuł: „Doświadczanie rzeczywistości. Na drodze do oświecenia”. Autor David Hawkins, tłumacz Henryk Smagacz, wydawca Virgo. Zrozumienie prawdziwej natury ego przyspiesza postęp duchowy. Ono nie jest wrogiem, którego trzeba atakować albo pokonać. Nie jest też złem, które należy przezwyciężyć. Skąd wiedzieć, czy zmierzamy we właściwym kierunku na drodze osobistego rozwoju?
Autor, który doświadczył wysokich stanów świadomości, wyprowadza nas z dualistycznej percepcji. Demaskuje najpowszechniejsze błędy postrzegania i ukryte mechanizmy ego. We wprowadzeniu do książki napisanym przez autora czytamy: „»Doświadczanie rzeczywistości. Na drodze do oświecenia« to trzeci tom trylogii o ewolucji ludzkiej świadomości, zawierającej obserwacje z naszych badań nad świadomością, jak również wynikające z osobistego doświadczenia. W pierwszej książce zatytułowanej »Siła czy moc?« w zarysie przedstawiona została możliwa do zweryfikowania mapa poziomów świadomości i po raz pierwszy w historii ukazany został sposób, jak odróżnić prawdę od fałszu, tym samym przezwyciężając najpoważniejszą wrodzoną ułomność ludzkiego umysłu. »Siła czy moc?« dotyczyła głównie poziomów świadomości większości ludzi. Są to poziomy wznoszące się do wysokich zakresów 500, często określanych jako poziom świętych. Druga książka, »Oko w oko z jaźnią«, dotyczyła poziomów świadomości od 600 do około 850. W całej ludzkiej historii, w wielu tradycjach te poziomy uważano za sferę oświeconych nauczycieli duchowych. Ta książka, trzecia książka, kończy opis ewolucji ludzkiej świadomości od poziomów 800 do szczytowego jej doświadczenia na poziomie 1000.
Poziomy, który historycznie rzecz biorąc określa maksymalny zakres rozwoju ludzkiej świadomości. To jest poziom świadomości mistyków. Tutaj prawda pochodzi wyłącznie z doświadczenia radykalnej subiektywności, subiektywności boskiego objawienia. Materiał do tej książki zebrany został z wykładów, rozpraw i dialogów z uczniami, gośćmi i poszukiwaczami duchowymi z całego świata. Poszukiwaczami wywodzącymi się z różnych środowisk duchowych i religijnych, mających świadomość na różnym poziomie. Odniesienia do innych duchowych rozpraw albo nauczycieli są stosunkowo nieliczne, ponieważ materiał jest całościowy i wystarczający sam w sobie. To nie jest tekst teologiczny, który zwyczajowo dla celów akademickich zawiera liczne szczegółowe odniesienia. Zamiast tego czytelnikowi głównie zostawia się odnajdywanie powiązań z literaturą przedmiotu. Dlatego sanskrycka, chrześcijańska czy wedyjska terminologia została ograniczona do absolutnego minimum.” A ja przypomnę ta książka, którą państwu przedstawiłem, nosi tytuł: „Doświadczanie rzeczywistości. Na drodze do oświecenia”.
Autor David Hawkins, tłumacz Henryk Smagacz, wydawnictwo Virgo. Druga książka nosi tytuł: „Wędrówka dusz. Tajemnice życia po życiu”. Autor Michael Newton, tłumacz Magdalena Wysmyk, wydawca Illuminatio. Ta książka to międzynarodowy bestseller. Ponad 600 000 sprzedanych egzemplarzy. To pierwsza tak wnikliwa i ważna książka odkrywająca tajemnicę nieśmiertelności ludzkiej duszy. Co czeka nas pomiędzy nowymi wcieleniami? Doktor Michael Newton (1931-2016), doświadczony hipnoterapeuta, autor bestsellerowych książek na temat życia po życiu. W „Wędrówce dusz” przedstawia niezwykłe historie swoich 29 pacjentów.
Osoby te pod wpływem głębokiej hipnozy zdołały sięgnąć pamięcią do wspomnień z życia po śmierci, po poprzednich wcieleniach. Dzięki ich relacjom zawartym w tej książce znajdziesz odpowiedzi na pytania, które od zawsze zadaje sobie człowiek. Czy ludzka dusza jest nieśmiertelna? Co czujemy w chwili śmierci i tuż po niej? Kim są duchowi przewodnicy? Dlaczego nasze dusze są przypisane do konkretnych grup? Czym kierujemy się przy wyborze nowego ciała na Ziemi? Czym różnią się dusze na różnych poziomach rozwoju — początkującym, średnio zaawansowanym i zaawansowanym? Jak i gdzie rozpoznać bratnią duszę na Ziemi? Jaki jest sens życia?
„Wędrówka dusz” to książka, która zmienia życie oraz pomaga zrozumieć cel naszego istnienia na Ziemi. Przypomnę: „Wędrówka dusz. Tajemnice życia po życiu”. Autor Michael Newton, Magdalena Wysmyk to tłumacz, a wydawcą jest Illuminatio. I trzecia książka "Psychotronika. Współczesna nauka o świadomości". Autorka Danuta Adamska-Rutkowska, wydawca Studio Astropsychologii. Dzięki tej książce poznasz wyniki badań naukowców z całego świata dotyczące zjawisk paranormalnych, takich jak telepatia, teleportacja, lewitacja i wiele innych. Ich rezultaty z pewnością cię zaskoczą. Ogromna ilość przeprowadzonych badań potwierdza, że takie zjawiska są nie tylko powszechne, ale i całkowicie normalne.
Z pewnością są miejsca, w których czujesz się dobrze, a w innych tracisz nastrój i siły. To oznacza, że jesteś dobrym radiestetą, a twoje reakcje są uzasadnione i prawdziwe. Możesz też mieć prorocze sny i nie lekceważyć otrzymanych w nich informacji. Czas, byś poznał i inne ciekawe fenomeny oraz zrozumiał ich działanie. Przypomnę: "Psychotronika. Współczesna nauka o świadomości". Autor Danuta Adamska-Rutkowska. Wydawcą jest studio Astropsychologii. Czy pamiętacie państwo taką melodyjkę? Ona w latach 90.
przyciągała ludzi do telewizorów. Można było usłyszeć tylko fragmencik i już się wiedziało, że czeka nas niesamowita przygoda. A melodyjka pochodziła z serialu "Z Archiwum X". I dzisiaj w sentymentalniku wspólnie z Piotrem Cielebiasiem o tym serialu i o tym, jak działał, porozmawiamy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy sentymentalnik, a dzisiaj będzie sentymentalnik bardzo niezwykły, bardzo nie z tego świata. Bardzo taki z archiwum X. No i to jest istota rzeczy. A skoro tak, to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:57:57] - Dzień dobry wieczór. Tutaj bym wygwizdał to intro do "X-Files", ale niestety nie umiem gwizdać. Ale wszyscy wiecie, o co chodzi, drodzy państwo. U wielu z was ta muzyka ciągle w uszach pobrzmiewa. Poruszamy dzisiaj temat niesamowicie szeroki. Może od razu powiem, o czym będziemy mówić, bo to jest serial wielosezonowy plus produkcje kinowe. Także dzisiaj opowiemy raczej chyba o naszych subiektywnych opiniach na temat serialu "Z Archiwum X", emitowanego u nas, jeżeli dobrze pamiętam, od mniej więcej drugiej połowy lat 90. Pamiętajmy też o tym, że "X-Files" miało liczne offshoty w postaci pokrewnych produkcji. Może nie tak bardzo liczne. Tutaj wchodzą w grę nomen omen gry, inne seriale i wspomniane filmy.
Jest to też serial, który zdaniem niektórych zredefiniował, a nawet ukształtował podejście społeczeństwa do takich tematów jak UFO, jak abdukcje, jak spiski związane z UFO. To, co się teraz dzieje na naszych oczach czy kontakty na linii obcy-rząd. Serial miał wielu fanów, wiele wątków jest nadal aktualnych do dzisiaj. Przecież przypomnijcie sobie to, co mówiono, kiedy się pojawił David Grusch i inni. Tam wspominano często, że to, co oni mówią, to jest wspomnienie różnych wątków właśnie z "X-Files". I o tych własnych odczuciach, o przeżyciach związanych z tym serialem sobie dzisiaj opowiemy. Ale pozwól, Marku, że zacznę. A zacznę w ten sposób, że byłem dużym fanem tego serialu, szczególnie tych odcinków jednotematycznych. I to się chyba dzisiaj pojawi też w naszych wspomnieniach związanych z Mulderem i Scully. Najbardziej mi się podobały po prostu odcinki poświęcone jednemu tematowi, czyli takiemu, który się dał zamknąć w tych kilkudziesięciu minutach.
Agent Mulder i agentka Scully stali się też postaciami ikonicznymi dla lat 90. i wczesnych 2000. I tak jest poniekąd do dziś. Wiele osób ma związanych z nimi wspomnienia różne. Ale muszę powiedzieć coś, bo pęknę. Zanim Mulder się stał Mulderem z CIA, to David Duchovny wcielał się w postać agentki Denise. Tak, wcielał się w postać kobiecą w serialu "Twin Peaks", który w zasadzie był do serialu "Z Archiwum X" bardzo podobny pod kilkoma względami. Mieliśmy jednostkę do spraw zadań paranormalnych. W tle mieliśmy projekt Blue Book, istoty z innego wymiaru. Mieliśmy opętania, CIA, przestępstwa różnego rodzaju.
Tyle że "Twin Peaks" był bardziej zakręcony, był inaczej skonstruowany, a konstrukcja fabularna "X-Files" była bardziej dla zwykłego widza, takiego nieangażującego się. Mogłeś obejrzeć jeden odcinek i wciągnęło cię. Bo to była jakaś historia jedna. "Twin Peaks" było rozciągnięte bardzo. Także te odcinki jednotematyczne poświęcone jakimś zagadkom były bardzo ciekawe. Ale był też wątek główny w postaci tej osobistej walki Muldera o prawdę W tle mieliśmy różnego rodzaju spiski, konspiracje smutnych panów, ojcostwo Muldera, potem jego związek ze Scully i tak dalej. Niestety, wbrew temu, co pewnie wiele osób sądzi, ja jestem bardziej z teamu Twin Peaks niż z teamu X-Files, jeżeli miałbym się określić. Co jeszcze pamiętam? Że jako dziecko czekało się na te odcinki. Z tym, że niekiedy był klops, bo bywały też odcinki bardzo kiepskie.
Wtedy, kiedy ten serial zmierzał w stronę jakichś tam spisków, nie do końca wyjaśnionych historii, to już nie budził u mnie takiej radości. To mnie wtedy trochę nudziło. Może nawet nie wszystkie rzeczy wtedy rozumiałem, ale wolałem te historie, kiedy był jakiś potwór, jakaś sprawa, jakiś duch, coś takiego, co budziło emocje. Ale ogromnym atutem dla Z archiwum X, ale też dla Twin Peaks było to, że to były bardzo dobre czasy dla telewizji, po pierwsze. Jeszcze internet nie był tak rozpropagowany. Świetni aktorzy. I muzyka. Muzyka, szczególnie intro z czołówki, w obu przypadkach świetne, ale w przypadku Z archiwum X przeszywające, przejmujące. Nawet teraz, po latach, kiedy tak naprawdę mnie się wiele rzeczy osłuchuje i mnie się wiele prędko nudzi, to kiedy słyszę tą muzykę Marka Snowa z serialu, to mam ciarki. To jest nieśmiertelne.
To jest świetne. Ja myślę, że jedynym z atutów, może nawet kluczem do sukcesu tego serialu była ta muzyka. Muzyka plus mistrzowska naprawdę czołówka. To jest niepowtarzalne. To jest świetne, nawet jak na tamte lata.
[02:03:50] - Tak, to prawda. Ta muzyka była magiczna. Ona mnie przyciągała. Mogłem być w innej części domu, a jak słyszałem, to natychmiast się zjawiałem. Oczywiście sytuacja czysto teoretyczna, bo meldowałem się przed ekranem telewizora dokładnie wtedy, kiedy rozpoczynał się kolejny odcinek Z archiwum X. Zatem czysta teoria. Ale powiem tak: to był serial, który ja z kolei trochę inaczej postrzegałem niż ty, Piotrze. Ja oczywiście fascynowałem się tymi pojedynczymi odcinkami, w którym coś się rozgrywało, ale mnie fascynowała ta metahistoria, która toczyła się ponad odcinkami, ponad sezonami, ponad tym wszystkim. Historia kontaktu, historia obcych, historia czegoś, co nie do końca jest dopowiedziane. To jest absolutny Meisterstück.
Ja wiem, że dzisiaj w świecie, w którym tego rodzaju zabiegi stosowane są niemal powszechnie, to już nie budzi większych emocji. Nie, to nie ma żadnego wrażenia. Ale wtedy, kiedy ten film się pojawił na ekranach telewizorów, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy odrobinę później w Polsce, to mimo wszystko było wydarzenie. Było wydarzenie, bo oczywiście różne ciekawe odcinki, różne ciekawe monstra, które się pojawiały. Tak, ciekawe, ale ta metahistoria ponadsezonowa związana z obcymi, związana... Właśnie, żebyście państwo powiedzieli, z czym tak naprawdę ta tajemnica, ta atmosfera, chciałoby się powiedzieć duszna, ale ja nie wiem, czy ona była duszna. Ona była ekscytująca, przede wszystkim ekscytująca. To było coś, co wspominam z ekscytacją. To dlatego, kiedy zaczęła się ukazywać seria miniksiążeczek Z archiwum X, to kupowałem to bez mrugnięcia okiem. Ta wersja fabularyzowana była taka sobie, ale zostawmy, bo poświęcamy dzisiaj nasz odcinek jednak wersji serialowej.
Piotrze, ja takie mam pytanie, w sumie bardzo proste: dlaczego Z archiwum X tak silnie oddziaływało na wyobraźnię widzów lat 90.? Co sprawiało, że ten serial był tak naprawdę czymś więcej niż produkcją telewizyjną? On był właściwie czymś, co było takim minilaboratorium rzeczy niezwykłych. Może to jest nadinterpretacja, ale jeśli gdzieś tam, w którymś z komercyjnych przekaziorów pojawiała się audycja poświęcona UFO, poświęcona rzeczom niezwykłym, to to miało mniej więcej taką samą wartość jak Z archiwum X, jak serial, w sumie fabularny serial, ale jednak Serial, który angażował ludzi. Czy to zatem była kolejna produkcja telewizyjna, czy to było coś, co przekraczało tę prostą definicję produkcji telewizyjnej?
[02:07:57] - Ja myślę, że to były dobre czasy dla telewizji. To jest jedna rzecz. Druga sprawa, że strzelono w pewne okienko. Ja nie rozstrzygałbym dzisiaj, co było pierwsze kura czy jajko, „Twin Peaks” czy „X-Files”, jeżeli chodzi o pomysły, bo wydaje mi się, że jednak na dzisiejsze czasy bardziej wizjonerskim serialem jest „Twin Peaks”, ale pewna formuła, pewna potoczystość fabuły i też szybkie tempo. Ja sobie odświeżyłem kilka lat temu „X-Files” w telewizji, leciały gdzieś na jakimś kanale. Ja zawsze rano miałem czas, włączałem ten serial i rzeczywiście było tak, jak mówisz, że po latach miałem zupełnie inne doznania, wrażenia niż jako dziecko. Jako dziecko podobały mi się historie, że tam był duch, potwór, jakieś akcje się działy. A po drugie ja byłem wtedy oczarowany tą tajemnicą. Po latach, kiedy się trochę dedukowałem w kwestii ufologicznej, szczerze mówiąc nawet nie wiem, czy „X-Files” miał na mnie jakiś ogromny wpływ. Wydaje mi się, że nie do końca.
W każdym razie, kiedy się porozglądałem po tym polu, poczytałem, zaznajomiłem się z wieloma sprawami, to trochę ten czar prysł. Po pierwsze wydawało mi się, że ten serial się rozgrywa bardzo szybko, że te odcinki są mega szybkie. Ja to zapamiętałem, kiedy się człowiek konfrontował jako dziecko z tym odcinkiem, czekał cały tydzień, to, że to było długie, że to się człowiek delektował, że tajemnica się rozwijała. A tutaj żeś siadł i masz te 45 minut plus, minus czasami i koniec. To było dla mnie zaskoczenie. Pamiętałem coś zupełnie innego, ale też zacząłem doceniać tą główną historię, tą główną narrację, która tam była. Tyle że trzeba było być uważnym i trzeba było to wszystko rozpatrywać z dalszej perspektywy. Dużym minusem tego serialu było to, że on został przewałkowany, że pojawiło się tak wiele odcinków i w pewnym momencie zaczął zjadać własny ogon. I to jest też rzecz charakterystyczna dla tego rodzaju produkcji. Coś, co okazało się niezwykle popularne, coś, co przyciągnęło uwagę, automatycznie musiało być przedłużane w tamtym czasie, że musiały być kolejne odsłony i czasami wymyślano różnego rodzaju zwroty akcji, a takowe były w „X-Files”, żeby przyciągnąć tych widzów.
Wykorzystywano czasami te techniki pejoratywnie określane jako jumping the shark, czyli wymyślano coś zupełnie od czapy. To sprawiało, że tacy bardziej widzowie nastawieni na, nie wiem, jak to powiedzieć teraz, tradycyjny odbiór strasznej historii w postaci horroru trochę się już później do „X-Files” zdystansowali, bo tam się naprawdę działy już pod koniec różne rzeczy. Moim zdaniem tak to wyglądało. Jeden z takich seriali, który ja naprawdę dobrze zapamiętałem, jeden z takich seriali, który został zrealizowany dla społeczności międzynarodowej. Niestety też jeden z takich seriali, który stał się ofiarą własnego sukcesu. Pamiętam niestety też złe strony z „Archiwum X”, których nie łagodzi muzyka Marca Snowa ani para głównych bohaterów. I niestety powiem ci, że generalnie, kiedy wracam czasami sobie do jakichś pojedynczych odcinków, to ja dostrzegam wtedy coś, co czasami widzę, kiedy słucham piosenki, która była hitem siedem, 13 lat temu na przykład, że tam są pewne archaizmy w tym serialu, że on jednak dzisiaj wydaje mi się nie to, że zły, ale wolę wracać wspomnieniami, czasem nawet do tego, co z serialu zapamiętałem, niż go oglądać kolejny raz. To jest rzecz bardzo charakterystyczna w ogóle dla wielu rzeczy, wielu produkcji, o których mówimy w ramach Sentymentalnika.
[02:12:53] - A ja powiem tak, będę truć, będę filozofować, bo myślę, że z „Archiwum X” trafiło taki moment różni poznawczej. Otóż mamy lata 90., ich początek. Skończyła się zimna wojna, a co więcej, Fukuyama wieści koniec historii. To wszystko wisi w powietrzu. Ale gdzieś tak naprawdę ja jako człowiek, który był już dojrzały, czułem, że nie wszystko jest zakończone, nie wszystko jest wyrównane, nie wszystko się zakończyło. Owszem, Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zniknął. Ale tylko z mapy znikną. Konsekwencje państwo znacie, ale wtedy nie pojawiło się żadne nowe przekonujące wyjaśnienie świata. My tak naprawdę wtedy zostaliśmy z pytaniem: skoro to już nie oni, to kto? A może co?
I „Z Archiwum X” weszło dokładnie w taką szczelinę poznawczą. Ono nie proponowało żadnej nowej ideologii, tylko pewien nowy, dla niektórych przynajmniej, tryb myślenia. Podejrzliwość jako podstawa egzystencjalna, podejrzliwość jako coś, co jest z nami związane. Tak naprawdę do dzisiaj możemy powiedzieć, że ludzie bardzo często tę postawę reprezentują. A serial mówił wprost: świat jest większy, dziwniejszy i przede wszystkim mniej uczciwy niż nam to wmówiono. I tak naprawdę nikt nie trzyma ręki na pulsie. To wszystko są bajki, to są złudzenia. I dla mnie to był rodzaj pewnej intelektualnej inicjacji. Miałem wrażenie, że oglądam coś, co może nawet nie do końca powinno być pokazywane w telewizji o stałej porze, bo w końcu były tajemnice. To w końcu były rzeczy niesłychane.
W dodatku pewna specyfika kręcenia serialu była taka, że mieliśmy wrażenie, iż to jest coś na pograniczu dokumentu, horroru, science fiction, czasami politycznego thrillera. I ja miałem przynajmniej wtedy takie wrażenie, że telewizja, to, co pokazuje telewizja, przestało być bezpieczne. Z jednej strony mieliśmy dyskomfort, z drugiej taką potrzebę, takie łaknienie tajemnicy. I tu pytanie, jak twoim zdaniem, Piotrze, ten serial kształtował pewien sposób myślenia na przykład o UFO, o teoriach spiskowych, o władzy, a przy okazji o nauce? I dlaczego tak wielu widzów uważało, że to jest coś niesamowitego? To jest pierwszy kontakt z tematami niezwykłymi, z tematami odjechanymi i w poważnej formie.
[02:16:39] - Do tamtej pory funkcjonowało to tylko w sferze pogłosek. To, że CIA w tym przypadku zajmuje się tematem UFO. Dzisiaj wiemy, że interesowali się tym bardzo. Nawet swego czasu udostępnili archiwum przypadków czy spraw, którymi się zajmowali. Jak było naprawdę? Nie wiemy. Dlaczego ten serial kształtował opinię. Są tacy, którzy powiedzą, że idąc za jednym z, nie wiem, czy to jest whistleblower, czy to jest po prostu jakiś nawrócony agent, bodajże John Ramirez, który powiedział, że „X-Files” jest na faktach, że przynajmniej część tych pierwszych odcinków została napisana na podstawie historii, które się wydarzyły, które zostały zaczerpnięte z opowieści ludzi, którzy się zajmowali przypadkami niezwykłymi, pracują w CIA. To jest pierwsza rzecz. Wiele osób było zainteresowanych jeszcze w momencie, kiedy „Z Archiwum X” wchodziło do realizacji sprawą Majestic 12.
Pojawiała się postać Boba Lazara na przełomie lat 80. i 90. Czyli pewne tematy, które są osią serialu, zostały zajawione w świecie realnym. Tylko że nie było wtedy internetu. Pewne rzeczy się rozchodziły zupełnie innymi drogami. I to dlatego dzisiaj wiele osób kojarzy, że to wszystko było na odwrót. W rzeczywistości twórcy serialu korzystali albo opierali się o rzeczy, które już funkcjonowały w wyobraźni masowej. Oni to wszystko rozpowszechnili, nagłośnili, rozeszło się pewne echo. Stąd też takie przekonanie, że serial rozpowszechnił wiele teorii spiskowych, stereotypów, mitów. Rzeczywiście tak było.
Oczywiście mówimy tutaj tylko o widzach amerykańskich, którzy bardzo sobie często do serca biorą to, co zobaczą w filmie. Ja nie sądzę, żeby odbiorcy europejscy podchodzili do „X-Files” tak jak podchodzili Amerykanie. Natomiast wrażenie za oceanem było zupełnie inne. My też pamiętajmy o jednej rzeczy, kiedy my rozmawiamy o serialach czy produkcjach amerykańskich, to tam recepcja jest zupełnie inna i ona się opiera również w pewnym sensie o wyniki marketingowe. Czyli często dobrze jest skłamać, dobrze jest nagiąć prawdę, byleby tylko odnieść sukces. Serial balansował na krawędzi fikcji i faktu tak naprawdę. Dotykał tematów, które, bo to jeszcze się musimy cofnąć do momentu, kiedy pojawiło się Roswell, dotykał tematów, które mniej więcej od 20 lat wstecz zaczęły, nim się „Z Archiwum X” pojawiło, fascynować Osoby zainteresowane teoriami spiskowymi, zainteresowane ufologią. I oni się po prostu wstrzelili. Wstrzelili się z dobrą narracją, bo tak jak mówię, było „Twin Peaks”, które było bardzo podobne, tylko że nieco inaczej prezentowało całą historię. W sposób trochę bardziej zawiły, było bardziej momentami serialem obyczajowym, a tutaj ktoś odkrył, jak odnieść sukces.
Nawet zobacz, dziwna jest sprawa, że ci agenci, główni bohaterowie serialu, grają tak beznamiętnie. Z całym szacunkiem, ale nie można powiedzieć, że aktorsko Gillian Anderson i David Duchovny wznoszą się na szczyty możliwości aktorskich. Ten serial jako opowieść jest zimny. Podkreśliłeś przed chwilą, że miało się momentami wrażenie, że się ogląda coś w stylu dzisiejszych paradokumentów, „Trudnych spraw” na przykład, że oni odgrywają jakąś scenę, która się mogła rozegrać. Natomiast sukces tego serialu był oszałamiający. Wiele osób zaczęło interesować się sprawami z pogranicza, zaczęło interesować się ufologią. Wiele osób też zaczęło, i to jest fakt, drodzy państwo, na przykład w Wielkiej Brytanii obwinia się serial „X-Files” za nagły napływ albo masowy napływ relacji o UFO. Kiedy pojawił się pierwszy sezon i odniósł ogromny sukces, nagle ludzie zaczęli zgłaszać różnego rodzaju dziwne sprawy. To ciekawe z punktu widzenia nauk społecznych. Także może kiedyś ktoś zbada, w jaki sposób serial przyczynił się do rozpowszechnienia pewnych teorii, które my dzisiaj odnajdujemy znowu, na przykład analizując wypowiedzi ludzi związanych z ruchem disclosure.
Bo rzeczywiście tak jest, że słuchając chociażby Gruscha, słuchając reszty, mam jakieś reminiscencje. Mam wrażenie, że kiedyś to słyszałem i tam staje mi przed oczyma postać Muldera właśnie. I pytanie: kto tutaj nas robi pod włos? Czy przypadkiem ruch disclosure nie wykorzystuje czegoś, co zostało mistrzowsko zaszczepione w ludziach właśnie przez ten serial? Z całym szacunkiem do jego twórców i przede wszystkim do głównych bohaterów.
[02:22:46] - Bardzo być może. Ja mam takie wrażenie, że „Z Archiwum X” to był taki pierwszy serial, w którym UFO, spiski, spiski władzy, nauka i jej przekręty, to wszystko po raz pierwszy zostało wrzucone na poważnie. Na poważnie i tak bez zmrużenia oka, tylko wiecie, rozumiecie, może być tak i może być całkiem niefajnie. Dla bardzo wielu widzów „Z Archiwum X” to był pierwszy kontakt z tymi tematami i taki pierwszy kontakt w formie niekarykaturalnej. Bo uświadommy sobie, że wcześniej UFO oznaczało jakieś niewyjaśnione zjawiska, jakiegoś lektora z zaświatów, jakieś tabloidy, jakieś tanie science fiction. A tu nagle dostajemy serial, w którym Mulder to jest facet w jakimś stopniu obsesyjny, ale inteligentny, oczytany, operujący pewną archiwalną wiedzą, operujący dokumentami, odwoływaniami się do dokumentów, do pewnych wydarzeń, raportami. Jego partnerka, Scully, to już jest naukowiec z krwi i kości. To żadna tam wariatka, jakaś obsesjonatka. Nie, to ktoś, kto uczciwie, w sposób naukowy, zgodny z paradygmatem próbuje bronić racjonalizmu. Myślę, że najważniejsze było to, że ten serial był w jakimś stopniu uczciwy.
On nie ośmieszał żadnej ze stron. Z jednej strony nauka nie była wszechmocna, ale wiara nie była głupia. Spisek nie był bajką. On raczej żeglował w stronę hipotezy roboczej. Dla pokolenia wychowanego na szacunku do instytucji różnego rodzaju, naukowych czy rządowych, to był rodzaj szoku, bo „Z Archiwum X” uczyło, że władza niekoniecznie musi być kompetentna. Ale to wcale nie oznacza, że ta niekompetentna władza może być jednak potężna. Ten serial mówił nam również o tym, że nauka nie ma dostępu do wszystkiego, do całego spektrum naszej rzeczywistości. Prawda według tego serialu nie jest równo rozłożona, tylko ma charakter warstwowy. Ona jest ukryta i doszukiwanie się pewnych sensów to jest rodzaj archeologii poszukiwań. To moim zdaniem był serial, który bardzo wiele nas uczył.
To był serial, który uczył nas przede wszystkim myślenia podejrzliwego. I ja tego nie mówię jako żart. Myślenie podejrzliwe, myślenie sceptyczne to jest ten rodzaj myślenia, który ja sobie bardzo cenię. Bo podejrzliwość nie oznacza jakiegoś paranoicznego podejścia do rzeczywistości. Powiedziałbym wręcz przeciwnie. Podejrzliwość to jest coś zdrowego, coś, co nas kieruje w stronę prawdy, jakkolwiek będziemy rozumieli pojęcie prawda. Ta różnica pomiędzy paranoją a podejrzliwością jest naprawdę bardzo duża, ogromna. I to jest coś, co zapamiętałem z kolejnych sezonów „Archiwum X”. Wtedy chyba zrozumiałem, że tajemnica, podejrzliwość to nie zawsze musi oznaczać, że jesteśmy jakoś zaburzeni. Piotrze, ale warto też zapytać o taką rzecz: w jaki sposób serial „Archiwum X” wpisał się w realne lęki, fascynacje tamtych czasów?
W końcu mieliśmy do czynienia z końcem zimnej wojny. Właśnie się zimna wojna skończyła. Pozostała nieufność wobec instytucji, pozostała nieufność wobec rozwoju technologii. Z jednej strony mieliśmy poczucie, że otwiera się coś nowego, a z drugiej strony doskonale czuliśmy, że to jest koniec wielkich narracji.
[02:28:02] - Tak, ale powiem ci jeszcze coś takiego, że przecież pełna rozciągłość czasowa produkcji „X-Files” to są lata 1993–2018. Tyle że ten ostatni kanoniczny sezon wyemitowano w roku 2002. Potem były powroty, raczej nieudane, takie, gdzie już aktualizowano trochę wizję świata. Ja pamiętam te nowe edycje już, gdzie pokazywano zagrożenia związane z AI. Ale zauważmy, że ta seria kończy się w roku 2002. To jest rok po atakach z 11 września i nie wiem, czy wyeksploatowano już wszystkie pomysły przez te prawie 10 lat, czy też nie wiedziano, jak nadać temu nową formę. Bo rzeczywiście „Archiwum X” bazowało na pewnych amerykańskich lękach, które są tak naprawdę obecne do dzisiaj. Zobacz, tam była mowa o Kennedym, tam była mowa o UFO, Roswell. To były lata jeszcze 90. A dzisiaj, może nie dzisiaj, ale rok temu, w roku 2025 my się dowiadujemy, że ci sami Amerykanie powołują oficjalnie komisje śledcze na temat zabójstwa Kennedy'ego, na temat UFO, robiąc przy tym ogromny raban, straszne mecyje.
Nic nowego pod słońcem. Dlatego „Archiwum X” należy oceniać z szerszej perspektywy. To nie jest tak, że to był fajny serial. Nie wiem, albo on kodował ludzi, albo po prostu oni mają tam od x lat wgrane w głowę pewne schematy, pewne programy i chodzą jak w tym kołowrotku. Bo ja też nie ukrywam, że recepcja i emocje wzbudzane przez ten serial w Europie i w Polsce były zupełnie inne od emocji, które były rozbudzane tam. My Ameryki do końca nie rozumiemy w Polsce, chociaż nam się tak wydaje, bo żeśmy obejrzeli kilka seriali. My, żeby się wtopić w tamten mindset, jak to się mówi, to musielibyśmy odbyć głębokie studia kulturowe i folklorystyczne. I mam takie wrażenie, że my nie do końca żeśmy ten serial wtedy rozumieli. Myśmy wychwytywali z tego pewne elementy, które nam się wydawały znajome. Ale wiesz, w latach 90.
dla masowego polskiego odbiorcy, mówię dla masowego, nie dla takiego, który się tym interesował, to takie tematy jak „Majestic”, jak „Bob Lazar”, jak „Strefa 51” to była czarna magia. I to też stanowiło o sile tego serialu, bo po pewnym czasie niektórzy ludzie mogli dojść do wniosku: „Zaraz, zaraz, ja to przecież już wtedy o tym słyszałem w tym i w tym serialu”. Mówiąc o historii „Archiwum X”, musimy się mocno doedukować, jak wyglądała historia niektórych teorii spiskowych i miejskich legend, żeby nie wpaść w pewną pułapkę. Także to jest temat tak naprawdę głębszy, niż się komukolwiek może wydawać, że ten serial odciska mocne piętno tak naprawdę na tym wszystkim, o czym my na naszych kanałach mówimy. Bo niejednokrotnie też podkreślamy, że w temacie UFO, w temacie obcych istnieją takie sfery, które są mocno, bardzo utrwalone i, nie wiem, czy jest takie słowo, ustereotypizowane. Czyli przyjęło się myśleć tak a tak na temat kosmitów, przyjęło się myśleć tak a tak na temat pewnych teorii spiskowych, bo tak. Bo tak. Bo ktoś to kiedyś zaszczepił, bo gdzieś to poszło, bo wielu ludzi tak myśli, bo tak kiedyś powiedziano, a nikt nie wie, skąd te hipotezy się wywodzą. Nie wiem, jak wiele z nich się wywodzi z serialu „Archiwum X”. Mnie się wydaje, że one były powtarzane jednak przez twórców, tyle że powtarzane z takim efektem, że właśnie dzięki temu serialowi niektóre wierzenia, niektóre stereotypy zostały utrwalone.
Sam powiedz. Pojawia się temat Majestic, pojawia się temat Boba Lazara. I o tym jest mowa w czasopismach niszowych, poświęconych UFO. Na obrzeżach mainstreamu to jest, ale tak naprawdę nikt by o tym po kilku latach nie pamiętał. A potem się pojawia serial. Serial oglądany przez zapewne miliony w całej Polsce, dlatego że to były czasy, kiedy nie mieliśmy jednak takiego wyboru, jeżeli chodzi o kanały telewizyjne. Plus to był jednak hit tamtego okresu i to właśnie „X-Files” jest takim pudłem rezonansowym dla teorii spiskowych różnego rodzaju. Chociaż tutaj ja bym nie postrzegał tych teorii spiskowych z takiego negatywnego punktu. To są pewne koncepcje. To są pewne scenariusze.
To są pewne wyobrażenia, które zostały wykorzystane. A czy tam był jakiś zamysł w tym, jak wierzą niektórzy zwolennicy teorii spiskowych, czy nie był, to już nie mnie rozsądzać. Na pewno efekt tego pudła rezonansowego, tego głośnika, tego utrwalacza w przypadku serialu nastąpił. Tyle że myśmy go odczytywali na pewno zupełnie inaczej niż oni tam za oceanem.
[02:33:58] - Ja myślę, że ten serial był absolutnie idealnym lustrem epoki przejściowej. Mieliśmy koniec zimnej wojny, zniknął wróg zewnętrzny, a więc ten lęk towarzyszy naszej cywilizacji właściwie bez przerwy. On się musiał przemieścić niejako do środka. A zatem zaczęliśmy zwracać uwagę na agencje, korporacje, na rząd, na deep state. Wtedy jeszcze nie było pojęcia deep state, ale na coś, co odpowiadało deep state. To pojęcie stało się modne znacznie później. Ten serial pokazuje również nieufność wobec instytucji. Bo znacznie wcześniej mieliśmy Watergate, mieliśmy Iran-Contra, mieliśmy eksperymenty CIA. To wszystko było w obiegu, a „Z Archiwum X” nagle nam to pokazywało mniej lub bardziej dokładnie. Ale „Archiwum X” nie wymyślało paranoi.
Ten serial porządkował jakieś nasze realne wątpliwości, nasze realne podejrzenia. Wtedy, kiedy startował serial „Z Archiwum X”, to internet właściwie raczkował. W sensie takim powszechnym to on dla Polaków właściwie nie istniał, ale ten serial był pełen archiwów, pełen danych, nośników, jakichś tajnych serwerów. To była taka popkulturowa opowieść o świecie, w którym prawda istnieje, ale to jest prawda rozproszona, to jest prawda filtrowana. To był czas, kiedy właściwie wielkie narracje schodziły na dalszy plan. Nie było jakiejś jednej wielkiej opowieści o świecie, a „Z Archiwum X” mówiło: jest wiele sprzecznych teorii, sprzecznych podejrzeń. Żadna z tych teorii nie domyka obrazu całości. To była ta sfera, która mnie bardzo przyciągała do tego serialu. To był serial na swój sposób postmodernistyczny. Może wtedy tego tak nie nazywano, ale dzisiaj z perspektywy tak to oceniam.
Serial postmodernistyczny pokazujący nam wieloaspektowość tego wszystkiego, co nas otacza. Piotrze, minęło wiele lat od czasu, kiedy się pojawił pierwszy sezon. Dlaczego po tych latach „Z Archiwum X” nadal rezonuje, nadal przyciąga wielu oglądaczy? Co to mówi o nas, skoro dzisiaj wracamy do tych samych pytań, które były aktualne bardzo dawno temu? Co to nam mówi o naszych autorytetach, o granicach poznania, o tym wszystkim, co zamykamy często takim bardzo wygodnym określeniem teorie spiskowe?
[02:37:34] - To może mówić nam o tym, że ktoś bardzo dobrze, w sposób niemal mistrzowski zaprojektował temat pod tytułem UFO jako odwracacz uwagi od różnego typu spraw. Od jakich? To się możecie dowiedzieć z naszych kanałów. Nie będę tego teraz rozwijał. To z perspektywy sceptycznej, jak rezonuje „Z Archiwum X”, może również świadczyć o tym, że po prostu sama tematyka alien agenda, spiski wokół UFO Obcy kontaktujący się z rządem, katastrof i tak dalej. Ona została wymyślona i utrwalana. A ponieważ to jest tak nośne i tak fascynujące, to jest co jakiś czas odświeżane. Musimy powiedzieć jedną rzecz, że minęło sporo czasu, kiedy się nie działo w ufologii zbyt wiele od momentu, kiedy święciło triumfy „Z Archiwum X", do czasu, gdy doszło do renesansu ruchu disclosure. Także może po prostu minęło trochę lat, minęło pokolenie, które na nowo odkrywa pewne rzeczy. Ja w takim rozkroku stoję, jak to się mówi brzydko, jeżeli chodzi o ten serial, bo ja go lubię.
Ja rozumiem jego oddziaływanie kulturowe, rozumiem jego fenomen. Rozumiem Muldera, Scully jako ikony popkultury, ale z perspektywy osoby, która zajmuje się tematem UFO i która zajmuje się równocześnie, bo przecież nie da się tego rozdzielić, tematem tak zwanego UFO folkloru, wierzeń na temat obcych, tego, jak to się kształtowało przez lata, to oceniam jednak oddziaływanie tego serialu lekko negatywnie, dlatego że on utrwalał tylko pewne stereotypy, które wynikały nie wiadomo skąd. Jak wiele osób dzisiaj jest pewnych, że wydarzyło się Roswell w oparciu tylko o to, że kiedyś oglądało serial, który się dobrze kojarzy, a nie bierze pod uwagę tych różnych aspektów, o których piszą osoby stawiające sprawy katastrofy z 1947 roku w zupełnie innym świetle. Takie osoby jak chociażby Kevin Randle. Tych pierwszych osób kojarzących Muldera i Scully i Roswell jest oczywiście więcej, dlatego że po prostu siła oddziaływania serialu jako fenomenu popkultury była większa. To jest trudny temat, bo są osoby, które mogą uznać, że my dokonujemy pewnego rodzaju zamachu na świętość w postaci „Z Archiwum X". Coś, co dla niektórych może być swego rodzaju fundamentem, kamieniem węgielnym, jeżeli chodzi o UFO bądź UFO folklor. Ja nie jestem w stanie wydać jednoznacznego wyroku w tej kwestii. Jedno jest pewne, to jest temat nadal fascynujący i kiedy mówimy o serialu „Z Archiwum X", automatycznie wracamy do lat 90. Zaczynamy sobie zadawać pytania takie, które zadajemy sobie teraz.
Są osoby, które twierdzą, że projekt disclosure, czyli ujawnienia, jest po to, żeby stopniowo ludzi przyzwyczajać do tego, że obcy istnieją, że kontaktują się, że są wraki obiektów UFO i tak dalej. No i zobaczcie, 30 lat temu mówiono zupełnie to samo, co próbuje się wkładać ludziom do głowy dzisiaj. To już samo z siebie jest podejrzane. Poszukiwanie odpowiedzi nie poszło ani o krok w przód od czasów, kiedy tych odpowiedzi starał się udzielić Mulder. Zatem albo tkwimy w jakiejś myślowej pułapce, albo też temat, o którym mowa, jest regularnie wykorzystywany przez różne ośrodki do określonych celów związanych z inżynierią społeczną. Niestety przypadek serialu „Z Archiwum X" dobitnie nam to pokazuje, że tak właśnie jest. Rok 2023 i wystąpienie Gruscha. Rok 1993, początek tego serialu. To jest 30 lat. 30 lat, kiedy de facto nic się nie zmieniło.
Cały czas czaruje się ludzi tymi samymi historiami. Tyle że Muldera i Scully ratuje to, że to nie było naprawdę. Nie było naprawdę, ale ile było osób wierzących, że oni mówią o rzeczach realnych? I teraz pytanie za 100 punktów: w jaki sposób ludzie związani z tym, co dzisiaj nazywa się, co określamy ruchem disclosure, czerpią z tego samego źródła? Ja nie chcę powiedzieć, że oni czerpią z serialu „Z Archiwum X", ale czerpią z tego samego scenariusza, z tej samej tematyki, bo to jest jawnie widoczne. Warto tutaj jeszcze zwrócić uwagę na pewną rzecz, która nam przemknęła koło nosa, a o której wspominałeś. Otóż serial „Z Archiwum X” to jest też tak zwane franchise, czyli coś, co wokół tego serialu narosło. Na Zachodzie pojawiały się różnego rodzaju produkty związane ze Scully i Mulderem. To znaczy gry i książki wtedy, bo co innego. My w Polsce może tego tak bardzo nie odczuliśmy albo nie pamiętamy, natomiast na pewno swego rodzaju fenomenem była gra.
Gra bardzo charakterystyczna, opierająca się o serial. I były książki, o których mówiłeś i to były książki, które się ukazywały w więcej niż jednym wydawnictwie z tego, co pamiętam. Jedno z wydawnictw wydało serię książek opartych o kolejne odcinki. To były takie książeczki z cytatem przewodnim z tego filmu, czyli „Prawda leży gdzieś daleko", ale one były króciutkie. Natomiast mieliśmy też, z tego, co pamiętam, pełnoprawne powieści, na przykład „Przeciwciała". I to były historie osadzone w uniwersum „X-Files”. Te książki krążą dzisiaj po antykwariatach Ale nie są chyba towarem chodliwym. Ja mam takie wrażenie, że one w ogóle zostały zapomniane. Podobnie jak książki z uniwersum Aliena, Obcego, czyli Xenomorfa. Też ci powiem, że pomimo wszystko, pomimo tego, że byłem stałym gościem kiosków księgarni w tamtym czasie, kiedy serial święcił triumfy, to te książki o przygodach Scully i Muldera, one mi się wtedy nie rzucały w oczy.
Nie wiem dlaczego. Czy ze względu na ograniczoną dystrybucję, czy dlatego, że one były jakoś tak umiejscowione na tych półkach, że nie potrafiłem na to trafić. A czytałbym. Powiem ci, że bym czytał. Dzisiaj? Nie wiem.
[02:45:07] - Ja powiem tak: ja te książki kupowałem głównie w Taniej Książce. A zatem coś nie grało z dystrybucją, bo w normalnych księgarniach nie trafiałem, a w Taniej Książce i owszem. Ale ja się skupię na czymś innym. Dlaczego nadal „Archiwum X” rezonuje z naszymi czasami? To się wydaje szalone. Serial, który powstał 30 lat temu, a jednak jakoś tam porusza pewne struny, które w nas grają i odsłaniają pewne tajemnice. Ja myślę, że dlatego, że pewne pytania się nie zdezaktualizowały. Jeśli coś się zdezaktualizowało, to dekoracje. Ale jeśli spojrzymy na sprawę UFO, UAP, no to owszem, właśnie UFO zmieniło nazwę na UAP. Spiski, a właściwie ich opisy przeniosły się z prasy do internetu.
Zaufanie do instytucji tak naprawdę jest jeszcze niższe niż wtedy, kiedy powstawał serial. Nauka znów znalazła się w ogniu sporów. Wiecie państwo, SARS-CoV-2, sztuczna inteligencja, zmiany klimatu, czy jakkolwiek to nazwiemy, to wszystko są rzeczy, które w dalszym ciągu ekscytują ludzi, sprawiają, że są niespokojni. Sprawiają te tematy, że nic nie jest oczywiste. I nagle okazuje się, że wracamy do Muldera, do Scully. Nie z nostalgii, ale z potrzeby intelektualnej, bo oni wszyscy reprezentują coś, czego tak naprawdę dramatycznie nam brakuje. Mamy pewien spór, który się pojawia w sieci. Mamy sprawy, które ekscytują ludzi, bo „Z Archiwum X” nie mówiło: „Uwierz w to, co ci przedstawiamy”. Mówiło: „Szukaj. Nie wierz we wszystko, co ci dostarczamy.
Raczej szukaj”. Myślę, że to jest ważne dziedzictwo tego serialu. A fakt, że dziś znów zadajemy te same pytania, które zostały postawione 30 lat temu, to świadczy, ja wiem? W gruncie rzeczy o naszej naiwności. Chyba naiwności. Tylko problem prawdy, władzy, granic poznania, naprawdę ten problem nie został rozwiązany ani w tym serialu, ani teraz. On został tylko przykryty kolejnymi warstwami narracji. No i cóż, jeśli słyszymy to hasło z serialu: „Prawda jest gdzieś tam”, to możemy się tylko zadumać, ale tak naprawdę czy my coś więcej w stanie jesteśmy dopisać do serialu? Chyba nie. Chyba w dalszym ciągu możemy się podpisać pod listą pytań.
Piotrze, takim centralnym elementem, który jest ważny dla serialu, jest to, jak go zapamiętaliśmy. Bo w końcu jesteśmy w Sentymentalniku. Więc na koniec: jak zapamiętałeś serial „Z Archiwum X”?
[02:48:48] - Ja już trochę powiedziałem, jak go zapamiętałem. Z dwóch perspektyw mogę to określić. Jako młody odbiorca, jako dziecko zapamiętałem go na pewno inaczej. Przede wszystkim wtedy kładłem nacisk na straszne historie, na opowieści, które mnie przerażały, na potwory, stwory, wizerunki UFO. Po latach doceniłem to, co określiłeś jako metahistoria. Po latach też jestem w stanie, może nie docenić, ale zwrócić uwagę na popkulturowe oddziaływanie. Albo inaczej, obecność i znaczenie tego serialu w popkulturze plus jego potencjał. I tu powiem więcej: mitotwórczy. Aczkolwiek nie mitotwórczy. Uzasadniłem wcześniej, że „Z Archiwum X” było tak naprawdę pewnym pudłem rezonansowym, pewnym głośnikiem dla różnego rodzaju teorii.
Ja nie potrafię określić jednoznacznie, czy ten serial dzisiaj oceniam na plus, czy na minus. W latach, kiedy on święcił triumfy, kiedy go oglądałem, to się oglądało świetnie, na to się czekało i to dostarczało niesamowitych emocji. Chłonęło się to tak jak wiele innych rzeczy, o których mówimy w Sentymentalniku. Ale dziś mam wrażenie zupełnie inne. Ale czy one się liczą? Chyba się liczy to, co zapamiętałem. Świadomie dziś nie wróciłbym. Do X-Files. Jeżeli już, to z perspektywy badawczej, szukając analogii do tego, co dzisiaj jest rozpowszechniane w internecie, kiedy się mówi o fenomenie UAP, disclosure i tak dalej, bo to w sumie jest to samo. Ale on dzisiaj nie dostarczyłby mi takiej radości.
To jest tak, jakby się oglądało filmy z lat 30., „Casablancę”. To już było. Myślę, że to jest fenomen naszych czasów, że to, co myśmy dobrze zapamiętali, jest cały czas uzupełniane o nowe produkcje, które mają nam dostarczyć równie dużą dawkę emocji. Pamiętajmy, że serial X-Files nie był jedyny. Pojawiło się wiele innych, takich, które próbowały naśladować jego popularność. „Fringe”, „Czynnik Psi”. Było też wiele innych. Był taki o Roswell, to się chyba nazywało „Dark Sky”, „Ciemne niebo”, oraz takie, które nie zrobiły furory. Ale o nich się jednak nie mówi, ich się nie pamięta. To Mulder i Scully cały czas są tymi postaciami, które gdzieś tam w pamięci zbiorowej, chociaż może nie zbiorowej, bo popełniamy chyba dzisiaj pewien błąd.
Mówimy z perspektywy osób, które te postaci znają. Ale Marku, myśmy sobie nie zadali podstawowego pytania, bo ten serial wrócił w pewnym momencie. Nie pamiętam kiedy, po 2015 roku na pewno. Może to był 2016, może 2017, może 2018 rok, ale wtedy pamiętali go tylko ci ludzie, którzy sobie dobrze utrwalili oryginał. Ja myślę, że dla dzisiejszych widzów to już jest antyk. To mogą oglądać koneserzy. Mówię oczywiście o tym nowym, młodym pokoleniu. Jak wiele rzeczy, o których mówimy w Sentymentalniku, to jest osadzone w pamięci pewnych grup, pewnych pokoleń. Natomiast powiedzmy jasno, nie wydaje mi się, żeby Mulder i Scully oddziaływali na ludzi urodzonych później, na pokolenie Z na przykład. Popularność tego serialu zakończyła się po 11 września, z różnych powodów, czyli po 2001 roku.
Koniec kanonicznego cyklu to jest 2002 rok. Późniejsze reanimacje nie przynoszą efektów. Także zapowiedź z 2023 roku nie dochodzi do skutku, że będziemy mieli nowe z archiwum X. I wydaje mi się, że tylko osoby, które w wieku nastu czy 10 lat śledziły ten serial do 2002 roku, mogą coś o nim powiedzieć. Dla reszty to jest chyba czarna magia i tajemnica, tak jak wiele spraw, które ten serial poruszał. Cóż, X-Files, fenomen nie tylko telewizyjny, może trochę kinowy, ale w mniejszej roli, ale też fenomen socjologiczny, drodzy państwo. Jestem bardzo ciekaw, jak wy żeście go zapamiętali.
[02:53:51] - Proszę państwa, to teraz czas na kolejny literacki odcinek naszej audycji, to znaczy część literacką tej audycji. Zapraszam państwa, i tu mam problem, bo teoretycznie powinienem powiedzieć, że na dwa teksty, ale to nie są dwa teksty. Jakby to przedstawić? No więc dobrze. Marek Tomasik napisał dwa teksty. Pierwszy z nich, krótki, nosi tytuł „Gdy pomysłów aż nadto”. A drugi tekst, który wydaje się odpowiedzią na tekst pierwszy, to jest właściwie zbiór krótszych tekstów zebranych pod wspólnym tytułem „Niewielkie opowieści”. Ja już nie będę przytaczał tytułów wszystkich tych niewielkich opowieści, ale wierzcie mi państwo, to jest naprawdę udany serial. Serial z krótkimi opowieściami. A zatem zapraszam.
Na początek „Gdy pomysłów aż nadto”, a potem „Niewielkie opowieści”. Autor Marek Tomasik. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[02:55:07] - Marek Tomasik, „Gdy pomysłów aż nadto”. „To będzie hit, mówię ci. Uważaj. Gościu wchodzi do tawerny, podbija do kontuaru, a tam jakieś lokalne łańcy. Zaczepiają go i robi się rozpierdol. Albo wchodzi do tawerny, ta sama sytuacja, ale goście ustępują i wychodzą na zewnątrz. Bohater wychodzi napity i najedzony, a tam już na niego czekają i znowu rozpierdol. Albo wchodzi do karczmy i tam jakąś babkę próbują zgwałcić i ją ratuje. I znowu rozpierdol. Mówię ci, tego jeszcze nie było.
Rozentuzjazmowany pisarz próbował streścić przyjacielowi najnowszy pomysł na swoją opowieść. Tenże z koncentracją w oczach słuchał uważnie, coraz częściej przytakując głową. Siedzieli we dwójkę w pokoju tego pierwszego, racząc się brązowym trunkiem. Rozumiesz, gościu nawet nie musi wchodzić do tego przybytku. Już przed wejściem może zrobić jatkę, a potem se wejść na piwko. Albo wchodzi do środka, a tam czarownica rzuca czary i dawaj ją w obroty. Albo wbija do karczmy, a tam same wampiry czy coś. O, to jest dobre. Muszę sobie zapamiętać.
[02:56:29] - I wiesz, i robi rozpierdol. „Ale dlaczego wszystko musi zaczynać się od karczmy?” – wtrącił przyjaciel. – „Nie możesz zacząć akcji od jakiegoś innego miejsca? Wiesz, karczma trochę oklepana chyba jest.” Literat dostał niekontrolowanego wytrzeszczu, po czym odpowiedział jak najbardziej szczerze: „Przecież w karczmie zaczynają się wszystkie najlepsze przygody. Najlepsze książki się tam zaczynają.” „Aha, to wymień jakieś, bo ja nie mogę sobie przypomnieć.” „No, była ta saga o tych, no wiesz, tamtych… Nie pamiętam tytułu dokładnie.” Twórca próbował przeczesać zakamarki swojej pamięci w poszukiwaniu odpowiedniego tytułu, ale niestety liczba lektur, które kiedyś przyswoił, nie była zbyt imponująca. „Była ta saga »Krwawa masakra w karczmie« 1, 2 i 3. Świetna trylogia. I jeszcze te »Kroniki zaginionego paragonu«. Też supersprawa.” „Aha” – przyjaciel przytaknął, próbując ukryć, że nie słyszał o żadnym z tych tytułów.
– „Ale wiesz, mistrzu, możesz być trochę oryginalny i zacząć akcję gdzie indziej. A do tawerny zawsze można trafić później.” „Nie no, chłopie, od karczmy trzeba zacząć. Od tego paskudnego przybytku. Im gorszy, brudny i zapadnięty, tym lepiej. Wiesz, krzywe ryje, niechętne spojrzenia spode łba, brudne kufle, ponętne kelnerki, trzeszcząca stara podłoga, pajęczyny w narożnikach sali. Klimat, gościu, klimat.” Mistrz pióra wydawał się nieugięty w swojej koncepcji. „A ja myślę, że powinieneś postawić na oryginalność.” „No dobra, a to gdzie mam zacząć akcję?” „Wszędzie, mistrzu. Na przykład nad morzem. Na jakimś statku można zacząć fabułę.” „Morze. Dobry pomysł, ale to musiałby być duży statek, żeby tam jakąś karczmę zmieścić” – zauważył literat.
Jego druh pacnął się otwartą dłonią w czoło, słysząc tę uwagę. „Nie, nie musi. Na samym statku może być. W porcie można zacząć. W zamku jakimś, w jaskini, w lesie, w górach, nad rzeką, na rynku, w mieście, w lochach, gdziekolwiek. Może w samolocie.” „Nie, samolot odpada. To musi być średniowiecze. Wiesz, miecz i magia, te klimaty.” „No dobra, mistrzu, już ci podsunąłem sporo tropów. Naprawdę nie musisz się ograniczać do tej budy.” „Może i masz rację. Przemyślę to jeszcze raz.” Pisarz pociągnął łyk ze szklaneczki, krzywiąc się lekko po fakcie.
„A co cię tak najarało na tę powieść? Wcześniej nie miałeś takiego parcia” – zapytał kamrat, samemu sięgając po trunek. „A daj spokój. Wysłałem swoje najlepsze opowiadanie tym dwóm baranom z Bydgoszczu, tym starym tetrykom, co jednemu już całkiem zęby wypadły ze starości, a drugiego przy życiu to chyba butla z tlenem tylko utrzymuje.” „No i co? Mów dalej.” „No przecież mówię. Wysłałem im »Śmierć w Sankt Petersburgu«, a oni się tam przyczepili do paru słów na końcu. Niby dobre, niby fajne, jakieś tam świeże podejście, ale na końcu to mogłem inaczej napisać. Ja im dam. Tam wszystko było fantastycznie. Cud, miód i orzeszki.
Było tak dobrze, że jakbym dał to do literackiego Nobla, to bym od razu dostał trzy – za styl, fabułę i całokształt. A tym baranom coś nie przypasowało. To teraz im napiszę. Zobaczysz.” Pisarz nakręcał się coraz bardziej. Zaczął się kręcić na fotelu i machać rękami. „Zobaczysz, takiego bestsellera im teraz napiszę. Ten pomysł – samo złoto. Zobaczysz, będą srać pod siebie, żebym to u nich wydał. W kolejce się będą redakcje do mnie ustawiać. Zobaczysz.
Przebiję tych wszystkich Julianów, Wąsów, Sronsów, Szczurograjów, Cichacza, wszystkich starych pryków, co już się nachapali. Zobaczysz. A kim oni, kurwa, są, żeby mi wytykać takie rzeczy? Słyszał ktoś o nich? Rozkurwię tym całe te ich warsztaty. Zobaczysz.” „A no, z chęcią bym zobaczył, kolego” – rzucił druh, wychylając szklaneczkę do końca. – „Dobry ten szajs. Szkoda, że już tylko z przemytu takie rzeczy.” „A no, dobrodziejstwo eurokołchozu” – przytaknął niedoszły noblista. – „Po piwnicach trzeba się chować albo od jakichś ciemnych typów kupować.” „Mistrzu, a imię już masz dla swojego bohatera?” „Tak, chciałem go nazwać Gerald. Myślałem, żeby go zrobić na łowcę po…” „Czekaj, czekaj” – przerwał mu przyjaciel.
– „Gerald? Ja to już gdzieś słyszałem albo widziałem. Nie, chyba czytałem kiedyś książkę, gdzie był jakiś Gerald, ale to za gówniarza było. Nie pamiętam, ale to chyba było całkiem fajne. Jakieś starocie.” „No to co, że było? 50 lat temu coś było, to nie znaczy, że teraz nie może być.” „No nie wiem. Ja bym zmienił jednak. Na wszelki wypadek, żeby ktoś się nie przypieprzył o prawa autorskie. Wiesz, a to ciężka sprawa jest.” Faktycznie. Pomyślę nad zmianą.
Wiesz, mistrzu, musisz więcej czytać, to nie będziesz wpadać w takie błędy — rzucił pół żartem kolega. Aj tam. — Prozaik machnął ręką. — Co mam czytać? Ja tu pisarzem zostaję, a nie czytaczem. Pisać, pisać, a nie czytać. Okej. — Przyjaciel próbował ukryć zdziwioną minę, szukając czegoś na ścianie za nim. — Dobra mistrzu, spadam do domu. Samemu może coś tam zgrobnę.
Dobra chłopie, jak mus, to mus. — Dobry znajomy podniósł się zza swojego siedzenia. Uścisnęli sobie dłonie. Literat odprowadził go do drzwi. Ale przemyśl sobie, co ci mówiłem — rzucił na odchodne kolega. Przemyślę, przemyślę. — Pisarz wrócił do swojego pokoju. Dolał sobie pół szklanki bimbru i usiadł przed monitorem. Upił trochę. Wyprowadził komputer z trybu uśpienia i włączył edytor tekstu.
— Czas zacząć ten cholerny bestseller. — Mruknął do siebie. Zaczął pisać. — Gerald wszedł do karczmy. Na plecach miał miecz, a w ręku gitarę. Albo nie, kuźwa, będę oryginalny. Saksofon. Marek Tomasik, „Niewielkie opowieści”. Ja Picasso, la admiration. Jeszcze tylko jedno pociągnięcie pędzlem i będzie gotowe.
Mężczyzna pociągnął zlepionym od farby włosiem po płaskiej powierzchni. Picassixie, pociągnięcie czym? — zapytał kolega stojący obok, obserwujący powstanie monumentalnego dzieła. Pędzlem. Nazwałem to pędzel. — Picassix pomachał przedmiotem przed nosem przyjaciela. — Myślę, że może być. Co ty na to, Miletalesie? Miletales cofnął się o dwa kroki, by w świetle pochodni obejrzeć dzieło Picassixa. Machnął ręką, by ten odsunął się trochę i nie zasłaniał widoku.
Przyjrzał się dokładnie każdej postaci i zwierzęciu namalowanej nowatorską techniką przyjaciela. Dzieło prezentowało się znakomicie. Każdy detal wypieszczony, postacie wyraziste, zwierzyna jakby w ruchu. To będzie dzieło, które przetrwa wieki. Będą o nim rozprawiać na całym świecie. Zaiste wspaniałe, Picassixie. Bardzo podoba mi się, jak uchwyciłeś ruch postaci i reszty istot. Jest bardzo dynamicznie. Te byki — wspaniałe, choć muszę przyznać, że konie trochę workowate wyszły. Ale reszta wspaniała.
Ręka mi się omsknęła i linia taka wyszła. Długo nad tym myślałeś? Jakich kolorów użyć? W jakie formy oblec dzieło? Trochę tak. — Picassix wyjął ze skórzanej sakiewki przy pasie wykałaczkę z grubej rybiej ości. Wsadził ją do ust i zaczął miętolić wargami. — Rozważałem pewne formy geometryczne, aczkolwiek uznałem, że będzie to zbyt abstrakcyjne w odbiorze. Skoncentrowałem się na naturalistycznym przekazie zarówno w kolorze, jak i kształcie. Tudzież rozważałem zdecydowanie większe użycie różu, fioletu, żółci.
Jednakże podążanie w stronę absurdalizmu wydaje mi się nieodpowiednie, szczególnie gdy chcę osiągnąć znacznie ważniejszy cel niż samo bazgranie. Ale po co to wszystko, Picassixie? Nie najemy się tymi malunkami — zauważył słusznie Miletales. To dla naszych przodków, by mogli nas wspominać — odrzekł artysta. Potomków chyba. Przodków. Nie, o potomków ci chodzi. Przodków właśnie uwieczniłeś na całą wieczność. Picassix zafrapował się na chwilę. Masz rację.
Nie wiem dlaczego, ale ciągle mi się mylą te pojęcia. A tak z innego dzbana. Widziałeś gdzieś Zenisława? Markotnego? Tak. Ciekawe, co nasz muzykant by powiedział na twoje dzieło. Też jestem ciekaw. Szczególnie, że od momentu, gdy zaczął zajadać te grzybki z lasu, nie jest już sobą. Tak. Jak na niego patrzę, to aż odechciewa się do tego lasu wchodzić.
Co te grzyby robią z mózgiem? Miletales sięgnął ręką pod skórę tygrysa, którą przepasana miał biodra. Po chwili wyjął ją i zaczął grzebać sobie w nosie. Co robisz? — rzucił zdziwiony Picassix. — A, jaja mnie swędziały — odparł beztrosko Miletales. Wysmarkał coś z nosa. Okej, to co? Pokażemy współplemieńcom moją kompozycję? — zaproponował artysta.
Dobra, dawaj. Wychodzimy z tej jaskini. Przyjaciele ruszyli w stronę wyjścia groty. Ledwie po kilku krokach Picassix obrócił się na pięcie i rzucił się do pomalowanej ściany. — Czekaj chwilę, jeszcze tylko się oznaczę. — Dopadł kamiennej misy, w której trzymał czerwoną farbę. Wsadził w nią prawą rękę, wymieszał dobrze i tak owaloną dłonią przywalił płasko w kamień obok żubrów. Powstał piękny odcisk. — Teraz możemy iść. — Krzyknął zadowolony.
Rzeczy ważne i ważniejsze. — Po kiego chuja ciągniemy ten kamień przez tyle czasu? — pomruknął Picassix do Miletalesa. Obaj razem z kilkoma innymi współplemieńcami ciągnęli za grube sznury, które oplatały megalityczny głaz. Przed nimi w pocie czoła kolejna grupa wlekła swój kamień. Za nimi sytuacja wyglądała podobnie. „Ja też nie wiem towarzyszu, ale kapłan tak kazał, to ciągniemy” – odparł, ciężko dysząc, Miletales. „A wiadomo, że jak kapłan każe, to się nie dyskutuje.” „A pierdolę to. Nie będę zapierdalał tyle czasu za damski chuj.” Artysta rzucił swój sznur na ziemię. Koledzy z drużyny ciągnącej ten kamień przystanęli, jednak żaden nie odrzucił liny.
„Pikasixie, uspokój się, wytrzymaj do września i będzie fajrant” – rzucił stojący niedaleko Broneus, sędziwy już nauczyciel w plemieniu. „Sam se to ciągaj do końca lata. Ja już mam dość tej farsy” – nie dawał za wygraną malarz. Złapał się za sumiastego wąsa, którego niedawno zapuścił i począł go nerwowo szarpać. Sąsiednie grupy odpowiedzialne za własne głazy także się zatrzymały, zaciekawione nagłymi krzykami. Nadzorujący z pewnej odległości kapłan śpieszył już sprawdzić, dlaczego przerwano pracę. Wszak przerwa dopiero za godzinę. „Co się dzieje? Zasłabł ktoś? Dlaczego nie ciągniecie?” – pytał duchowny.
Niewysoki, łysawy mężczyzna. Na głowie od lat nosił czaszkę żubra, która miała symbolizować jego pozycję. „Tak. Ja zaraz zasłabnę!” – wrzasnął Pikasix. – „Mam już dosyć tej roboty. Komu to potrzebne?” „Jak to komu?” – na twarzy kapłana malowało się autentyczne zdziwienie. – „Przecież wam tłumaczyłem, że potężny Omłamła przemówił do mnie we śnie i nakazał zbudowanie potężnego kręgu z kamieni, by mógł nas pobłogosławić swym błogosławieństwem.” „Kto taki? Nie znam człowieka.” Artysta bezradnie rozłożył ręce. Spojrzał pytająco na Miletalesa. Tenże odparł: „Ja też pierwsze słyszę.
A wy, panowie?” – zwrócił się do najbliżej stojących ludzi. W powietrzu uniósł się pomruk świadomej negacji. „Nie będziemy tyle targać dla jakiegoś przygłupa, co na oczy nikt go nie widział” – powiedział ktoś z tyłu cichutko, jednak na tyle głośno, żeby usłyszał go herold Omłamła. Ludzie zaczęli się schodzić i zbijać gromadę. Zauważył to Pikasix i wygłosił tyradę: „Dobrze powiedziane, panowie. Koniec tej męki pańskiej. Dłużej tak nie można pracować. Popatrzcie na te ręce. Całe pozdzierane. Jak ja teraz będę malował?” Malarz wyciągnął dłonie ku gawiedzi, ukazując krwawiące rany.
Współplemieńcy smutnie kiwali głowami, rozumiejąc jego ból. Przecież wszyscy mieli okaleczone dłonie. „Dłużej tak nie można. Jedzenie słabe, godziny pracy za długie, przerwy za krótkie, opieka medyczna żadna. Koniec z tym wyzyskiem” – darł się coraz głośniej. – „Żądam powołania wolnych związków zawodowych. My tu musimy mieć swoje prawa.” Po zebranym tłumie przebiegł głośny pomruk aprobaty. „Popieram. Trzeba ustanowić jakieś humanitarne zasady” – powiedział Miletales. – „Związek musi powstać, ale wcześniej trzeba poprawić wyżywienie.
Nie da się tak ciężko pracować o samej zupie na ościach robionej.” „Tak, dokładnie. Żądamy więcej mięsa” – krzyknął ktoś z końcowych rzędów. Nie bardzo można było zlokalizować przyszłego związkowca. „Więcej mięsa, więcej protein” – zawtórował mu ktoś z naprzeciwka. „Żeby była siła, musi być białko. Muszą być kalorie” – krzykną niski, tłuściutki plemieniec. „I co jeszcze? Może gołe baby wam podstawić?” – warknął hierarcha, szczerze oburzony żądaniami. Tłum radośnie przytaknął na jego propozycję. Zaraz pojawiły się nawet bardziej osobiste preferencje.
„Wracać do roboty, a Omłamła was wynagrodzi.” „Nie ma chuja. Koniec tego wyzysku. Żądamy sprawiedliwości.” Pikasix uniósł pięść do góry, potrząsając nią groźnie. „Sprawiedliwości i prawa.” Pomruk aprobaty przebiegł przez tłum. „Prawa nie. Lewa” – wtrącił szybko Miletales. „Jak to prawa nie?” „No nie. Przypomnij sobie, co robisz prawą ręką. Lepiej lewą.” W powietrzu znowu uniósł się pomruk aprobaty. „No faktycznie.” Pikasix przytaknął.
„Żądamy sprawiedliwości i lewa.” „Tak!” – krzyknął uradowany tłum. – „Sprawiedliwości i lewa.” „O, Zenisław.” – Miletales zauważył ekscentrycznego kolegę, który zaczynał odchodzić od zbiegowiska. – „Zenisław, powiedz nam, co o tym sądzisz.” Zenisław Markotny zatrzymał się w pół kroku. Po chwili odwrócił się do ludzi. Wszyscy czekali w napięciu, co powie ich wieszcz grzybem natchniony. „Często, przyjacielu, narzędzia piekła prawdę nam podają, aby nas w zgubne sieci wplątać. Łudzą duszę pozorem słuszności, aby nas zepchnąć w przepaść następstw.” – wyrecytował jakby z pamięci Markotny. Odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę, zostawiając ludzi z tą jakże głęboką refleksją, której nikt nie zrozumiał. „No, Zenio widzę w formie” – mruknął Broneus. „A ktoś cię pytał o zdanie?” – żachnął się Pikasix.
„Zenio prawdę powiedział. Nie damy sobie w kulki lecieć.” Tu i teraz ogłaszam powstanie Wolnego Związku Zawodowego. Zawodowego Związku Zawodowego Jednomyślność. Tłum głośno zawtórował. Jednomyślność. Ej, lepiej pasuje kolektywność — wtrącił Miletales. Tłum podchwycił: kolektywność. Może być i kolektywność — krzyknął artysta. — A teraz panowie, organizujemy strajk, dopóki do buty nie zagwarantują nam tego, co się należy. Tak!
— krzyknęli uradowani ludzie. Ci, którzy stali najbliżej, złapali Pikasixa za nogi i podnieśli go do góry. Niesiony na rękach zakomenderował strajk okupacyjny w miejscu budowy megalitu. Końskie zaloty. Dwaj mężczyźni ubrani w skóry zwierząt skradali się pośród wysokiej trawy. W oddali słychać było dziewczęcy szczebiot. Podkradali się możliwie najciszej. Jeden z nich, starszy, doświadczony życiem, mógłby być ojcem drugiego, ale nim nie był. Łączyła ich więź przyjaźni oraz wspólne zainteresowania. Docierali do krawędzi małej skarpy, za którą znajdował się niewielki staw.
Przycupnęli w ciszy na skraju, zasłaniając się ostatnimi kępami wysokiej trawy. Wtem starszy z nich zauważył współplemieńca leżącego tuż przy nich. Podparty na własnych łokciach wpatrywał się w niebo. W ustach miętolił kawałek trzciny. O, Zenisław. Nie spodziewałem się tu ciebie — powiedział cicho mężczyzna. — Co ty tu robisz? Zenisław powiódł mętnym wzrokiem po znajomym człowieku i po chwili odpowiedział: Czekam na wiatr, co rozgoni te szczecińskie kurwy z Pogoni. Dwaj przybysze spojrzeli zdziwieni na siebie. Nie wiedząc, o co chodzi, wzruszyli ramionami.
Dobra, Zenio, już nie przeszkadzam — szepnął starszy. Odwrócił się do młodszego plemienia. Masturbanixie, wybrałeś sobie już kobietę? Jeszcze nie. Młodzian pokręcił głową. Ciągle się zastanawiam. Mam dwa typy, ale nie umiem zdecydować. Chłopcze, nawet nie wiesz, jak ja cię rozumiem. Dzisiejszy wybór zdecyduje o twoim przyszłym życiu. Wybór odpowiedniej kobiety jest chyba najistotniejszym wyborem na tej krótkiej drodze, którą zwiemy życiem.
Jeśli wybierzesz dobrze, ułatwi ci żywot. Jeśli źle, cóż, na pewno utrudni życie, a z całą pewnością mocno skróci. Rozumiem, Miletalesie — przytaknął człowiek, który ledwie przekroczył próg dorosłości. Jak mawia Pikasiix: z babą źle, bez baby jeszcze gorzej. Na pewno jest w tym jakaś mądrość — odparł cicho Miletales. Nie chcę cię popędzać, ale nie możemy tu siedzieć do wieczora. Wiem, wiem. Powiedz mi chociaż, które dziewuchy przykuły twoją uwagę. Wiesz, spodobała mi się taka ruda, ale wiesz, jak mawiają: rudy to... Fałszywy?
— wtrącił Miletales. Nie przejmuj się tym, co ludzie gadają. Aczkolwiek znam matkę tej rudej i powiem ci, że franca zapluta jak cholera. Słowa prawdy chyba w życiu nie powiedziała, a jej chłop męczennik jakiś. Świętym go powinni obwołać. Masturbanix uśmiechnął się na te słowa. No i jest jeszcze ta czarnowłosa. Ta też mi się podoba. Ach, dobry gust masz, chłopcze. Ma piękne, mocne włosy, a silne włosy to teraz podstawa.
No i że tak powiem, ma czym oddychać. Dziecku nie zabraknie pożywienia, także tego nie poganiam, ale decyduj. Masturbanix pokiwał głową z zadumą wypisaną na twarzy. Siedzieli w ciszy przez jakiś czas. Zenisław obok wyglądał, jakby odleciał gdzieś nie tylko duchem, ale i ciałem. W końcu adorator odezwał się. Zdecydowałem. Mam tylko nadzieję, że dobrze. Bardzo dobrze. Miletales poklepał młodego przyjaciela po plecach.
Pamiętaj, co ci mówiłem. Musisz się podkraść i zaatakować w ostatniej chwili. Jeśli cię zobaczą za wcześnie, możesz nie dogonić. Podlatujesz, walisz pałką w łeb. Tylko nie za mocno i nie za lekko, bo albo zabijesz, albo ci ucieknie. Te cholernice mają twardy łeb. No i jak już padnie, to łapiesz za włosy i ciągniesz do jaskini. Jak się przebudzi, to uzgodnicie sprawy. Jak będzie potrzeba, to sporządzimy intercynzę. Ktoś zapamięta.
A teraz powodzenia. Adorator skinął głową i oddalił się powoli od starszego kolegi. Przedzierał się przez zarośla wzdłuż skarpy. Starał się poruszać jak najciszej, by nie spłoszyć ofiary. Przyczaił się w najniższym punkcie rozpadliny. Naprzeciw niego beztrosko opryskiwały się wodą półnagie cztery dziewczęta. Poczekał na moment, w którym niewiasty będą odwrócone plecami do niego. Nie musiał długo czekać. Błyskawicznie zsunął się po piaszczystej ściance. Podbiegł schylony do największej kępy trawy.
Padł przy niej na ziemię. W ręce ściskał maczugę luźno owiniętą na końcu grubymi skórami. Obserwował dłuższą chwilę nadal niczego niespodziewające się dziewczęta. Pojawił się dogodny moment do ataku. Poderwał się na nogi i w kilkunastu długich susach był już przy sadzawce. Ktoś usłyszał szelest trawy. Odwrócił się. Krzyknął. Jednak dla czarnowłosej było już za późno. Zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje, otrzymała cios w głowę.
Padła nieprzytomna na brzegu stawu. Reszta białogłów uciekła, wrzeszcząc okropnie. Młodzieniec sprawdził, czy jego oblubienica żyje. Oddychała ciężko, lecz równo. Złapał więc ją za włosy i zaczął ciągnąć do jaskini, a do pokonania był kawałek drogi. Na skraju skarpy stał wyprostowany Milethales. Bił brawo. „Świetnie ci poszło, Masturbanixie. Pierwszorzędne zaloty, co nie Zynio?” Zenisław, podróżujący dotąd mentalnie po rubieżach rzeczywistości, powrócił na chwilę do tego świata, by okrasić przyjaciela swą mądrością. „Miłość, przyjacielu, to dym, co z parą westchnień się unosi.
To żar, co w oku szczęśliwego płynie.” „Tak, Zyniu, pięknie to ująłeś” – skomentował Milethales, przecierając zamzawione ze szczęścia oczy. Myśli przewodnie. „Piękną mamy dziś pogodę, Milethalesie” – powiedział Pikasix, dłubiąc w zębach swoją ulubioną wykałaczką z rybich ości. Półleżeli w trawie, podpierając się łokciami. Kontemplowali rzeczywistość. „Zaiste. Pięknie dzisiaj słońce grzeje. Lekki wiaterek. Aż chce się żyć” – przyznał przyjaciel, miętoląc w ustach kawałek łodygi trzciny. „Jakaż to szkoda, że codziennie nie ma takiej pogody.
Wtedy wszystko staje się lepsze.” „Zgadzam się. Taki dzień jak dzisiaj rzuca promyk nadziei na ciężki nasz żywot.” „Słusznie prawisz, Milethalesie. Takie dni przywracają w człowieku siłę, by walczyć o lepsze jutro.” „Tak, dokładnie. Ciężki nasz żywot.” „Tak, ciężki.” Kamraci zamilkli na dłuższą chwilę, każdy z osobna rozmyślając nad ulotnością tej chwili, jak również żywota. „Nasza egzystencja niestety nie jest usłana różami” – przerwał ciszę Milethales. „Każdy dzień to walka o przetrwanie.” „Doskonale cię rozumiem, kolego” – przytaknął Pikasix. „Możemy mieć tylko nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.” Znowu zapadła cisza, przerywana tylko cichym trzaskiem trzciny przygryzanej zębami oraz mlaskaniem ust miętolących wykałaczkę. „Powiem ci, druhu, że nie wiem, czy będzie lepiej” – zaczął malarz artysta. „Jak patrzę na dzisiejszą młodzież, to poważnie się zastanawiam, do jakiego końca zmierza nasza cywilizacja.” „Przesadzasz, Pikasixie.” „No nie wiem. Popatrz, co ci młodzi ludzie wyczyniają.
Taka głupota i lekkomyślność.” „A my byliśmy inni” – zauważył Milethales. „Jakbyśmy tak cofnęli się do czasów naszej młodości, myślę, że też narobiliśmy dużo głupot.” „Może masz rację. Aczkolwiek nie mogę sobie za wiele przypomnieć.” „Ja też.” Umilkli na moment. Zwrócili uwagę na dziwny obiekt poruszający się z dużą prędkością po niebie. Po kilku uderzeniach serca obiekt znikł za horyzontem. „Ciężki nasz żywot” – westchnął Milethales. Pikasix przytaknął, rozumiejąc wagę tego stwierdzenia. „Codzienna walka o pokarm. Nie ma lekko. Chcesz mieć siły?
Musisz upolować coś tłustego i mięsnego. Białko, kalorie, witaminy. Trzeba się czaić, robić długie podchody, mieć jakąś broń, którą notabene też trzeba umieć wykonać. Nawet jeśli wszystko opanujemy i przygotujemy, nadal może jakiś tygrys z długimi zębami wyskoczyć z krzaków i po zawodach.” „Tak już jest, niestety” – mruknął artysta. „Mało tego, jak jeden czy dwa dni nie zjesz, to jeszcze nie ma tragedii. Weź nie pij przez tyle czasu. To jest dopiero tragedia. Najważniejsze to znaleźć źródło wody. Czystej jakieś, niezasranej.” „Słusznie prawisz, Pikasixie. Woda i jedzenie bogate w białko to podstawa naszej diety.
A jeszcze może trafić się zarobaczone mięso. Wtedy dopiero są problemy. Od biedy można żreć jagody czy inne zielone cholerstwa, ale powiedzmy sobie szczerze, na takiej diecie długo nie zajedziemy.” „Zgadzam się. Owoce jeżyny to miły dodatek do jadłospisu, ale takiego żubra nie zastąpią.” „À propos żubra. Podjąłeś bardzo ważną kwestię. Ze zwierzyny mamy skóry, a ze skóry mamy ubrania i przenośne jaskinie można wydziergać. Bez tego ciężko przetrwać, gdy nadejdzie zima.” „Tak, Milethalesie, masz rację. Na północy zimy są bardzo srogie. Ponoć śnieg leży przez cały rok. Dobrze, że u nas jest cieplej.
Zwierzyny pod dostatkiem. Nie trzeba się często przenosić, a tam podobno mają też zwierzęta jeszcze większe od naszych żubrów.” Jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, Pikasixie. Dobrze, że nauczyliśmy się krzesać ogień. Strach pomyśleć, gdzie byśmy byli w rozwoju bez tego wynalazku. Tak, ogień. A nasi przodkowie musieli sobie radzić bez tego. Musieli. Zamilkli, obserwując tajemnicze światło mknące bezgłośnie po niebie. Westchnęli cicho, gdy znikło za horyzontem. Za ich plecami rozległ się szelest trawy.
Odwrócili głowy, by sprawdzić, co jest tego powodem. Zenisław przechadzał się w pobliżu, wodząc mętnym wzrokiem po okolicy. „Hej Zenio, co robisz?” – zawołał Pikasix. Zenisław spojrzał na znajomego. Świdrował go wzrokiem przez chwilę, szukając jakiegoś niewidzialnego punktu. „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Wóz nurza się w zieloność, jak łódka brodzi. Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijam koralowe ostrowy bożanów łany” – odpowiedział, po czym zabrał się w sobie znanym kierunku. Towarzysze popatrzyli na siebie zdziwieni. „Powiem ci, że podziwiam trochę Zenisława” – powiedział Miletales.
– „Zawsze ma jakąś mądrą odpowiedź.” Pikasix wybałuszył ze zdziwienia oczy. W końcu rzucił krótkie: „Aha.” Znowu nastała cisza pełna zadumy. Towarzysze pogrążyli się w zadumie, rozważając wypowiedziane słowa. „Ciężki nasz żywot” – powiedział Pikasix. „Ciężki” – przytaknął Miletales. „Pomijając aprowizację i pokrewne tematy, mamy szczęście, że żyjemy.” „Mamy. Popatrz, jak trudno jest doczekać wieku dorosłego. Co trzecie, czwarte dziecko dożywa czasu, kiedy nauczy się chodzić. A te, które dotrwają, znowu może zmóc choroba albo lew, albo spadnie z drzewa, albo się skaleczy i się wda trucizna.” „Dużo jest zagrożeń dla młodych” – zgodził się Miletales. – „Kobiety też nie przeżywają porodów, a to rodzi deficyt płodnych samic.
Jeśli stracimy wszystkie, to koniec plemienia. Musimy szanować te, co mamy.” „Musimy” – przytaknął malarz. Powstałą ciszę przerywały tylko ptasie trele. Miletales wypluł resztki trzciny. Rozejrzał się w poszukiwaniu nowej rozrywki. Wtedy zauważył nadciągającą potężnie zbudowaną czarnowłosą kobietę. Owinięta w tygrysie futro szła szybko, robiąc przy tym dużo hałasu. W ręku trzymała maczugę. Minę miała srogą. Rozglądała się dookoła.
W pewnym momencie dostrzegła Miletalesa. Uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech. „Tutaj są moje gołąbeczki” – zawołała, gdy się zbliżyła na odległość kilku kroków. „Witaj, kochanie. Widzę, że wcześnie wróciłaś dzisiaj” – rzucił Miletales. „Miałam szczęście w polowaniu. A wy co tutaj robicie?” „A tak rozmyślamy o życiu” – odpowiedział jej Pikasix. – „Ciężki nasz żywot.” „O życiu rozmyślacie? Jak wam ciężko, gołąbeczki?” – mruknęła kobieta lekką nutką jadu w głosie.
„No tak. Tyle pracy, mało udogodnień.” „Tyle pracy? Za mało udogodnień?” Kobieta mocniej ścisnęła maczugę. – „A marsz mi do domu, nierobie jebany!” – wrzasnęła, zamachując się bronią. Miletales w ostatniej chwili odturlał się przed uderzeniem. „To ja sobie żyły wypruwam, żebyście mieli co jeść. Dźwigam całą drogę tego jelenia, a w domu co widzę?” Machnęła drugi raz. Tym razem celnie. Miletales dostał w plecy, kiedy zrywał się na nogi. Wygiął się w łuk niczym łuk.
Wrzasnął głośno i odskoczył na bezpieczny dystans. Pikasix już dawno stał z rękoma uniesionymi do góry. „Mariola, za co to?” – wymamrotał Miletales ze łzami w oczach. „Za co się jeszcze pytasz?” Mariola ruszyła na partnera. – „Taskam zwierzynę do domu, a w środku co? Gówno! Nie ma komu odskórować i wypatroszyć. A ty gdzie? Na trawce sobie leżysz, nierobie pieprzony. Ja ci pokażę ciężki żywot.” Miletales biegł już przez łąkę, trzymając się jedną ręką za plecy.
Mariola ruszyła w pościg za nim. Zwiedziony odgłosami Zenisław przybył na miejsce awantury. „No i widzisz, co się narobiło, Zeniu?” – rzucił Pikasix. – „Skaranie boskie z tymi babami. Nawet pokontemplować nie pozwolą.” „To źle, że miłość, obraz łagodności, szorstka i władcza jest w rzeczywistości” – odpowiedział markotny, patrząc zamglonymi oczyma w niebo. Rewolucjonista. Był ciepły letni poranek okraszony lekkim wiaterkiem. Miletales kręcił się niecierpliwie przy kilku równo wyciosanych pieńkach, które robiły za jego warsztat. Leżały na nich różnorakie narzędzia, których używał do swojej wizjonerskiej pracy. Był jedyną osobą odpowiedzialną za rozwój techniczny plemienia.
Przed nim nikt nawet nie znał takiego słowa, nie mówiąc już o jego przewrotnym znaczeniu. Miał genialny umysł. Zza niewielkiego wzniesienia wyłoniła się znajoma sylwetka Pikasixa. Szedł nieśpiesznym krokiem, grzebiąc prawą ręką pod futrzaną opaską na biodrach. „No, jesteś wreszcie” – powiedział Milethales, gdy zbliżył się przyjaciel. „No jestem, jestem, więc o co chodzi?” „Chciałem ci pokazać swój ostatni wynalazek, a raczej koncept wynalazku, bo jeszcze niczego nie stworzyłem.” Pikasiiks pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie po raz pierwszy jego przyjaciel chwalił się swoimi osiągnięciami. „Popatrz i pomyśl, jakie znamy kształty” – zaczął Milethales. „No różne znamy chyba, nie?” „No tak, ale jakie dokładnie? Dobra, patrz.” Wynalazca podniósł z jednego pieńka kamienny grot strzały.
„Jaki to ma kształt?” „No trójkątny czy jakoś tak.” „Tak. Trójkąt. Nauczyliśmy się robić takie rzeczy, waląc jeden kamień o drugi. Trójkątny kształt nadaje ostrości, dlatego przydaje się nam to do polowania.” Mężczyzna wodził palcem po ostrych krawędziach grotu. „Gdyby kształt był inny, niewiele byśmy zdziałali. A teraz popatrz tu.” Odłożył grot na miejsce i wskazał palcem na inny pieniek, gdzie leżał kwadratowy kawałek mięsa. „Co widzisz?” „No mięso chyba” – rzucił Pikasiiks. „No ale jaki ma kształt?” „No kwadratowy, co nie?” „Tak, dokładnie. Kwadrat. Do czego nam się przydaje kwadrat?
W zasadzie to niewiele ma zastosowań jak dotąd, trochę obronnych.” Milethales podrapał się po głowie, myśląc nad zastosowaniami. „No, mniejsza o kwadrat. Patrz teraz.” Złapał za kamienny nóż leżący obok. Zaczął wykrawać boki mięsa, tworząc okrąg. Pikasiiks złapał się lewą ręką za bok. Prawą oparł na niej, łapiąc się dłonią za podbródek. Przyjął postawę myśliciela. „Spójrz teraz, przyjacielu. Wyszła mi nowa figura. To jest nowy wynalazek.” „Świetnie” – powiedział Pikasiiks, lekko kiwając z uznaniem głową.
„Nazwałeś już tę formę?” „Nie, jeszcze nie.” „Przypomina mi to okry, jakąś owalną rzecz” – zauważył artysta. „Jest takie, takie...” „Okrągłe?” – bardziej spytał, niż stwierdził wynalazca. „Tak, to dobre określenie. Okrągłe. Ale co dalej?” „No tu mam pewien koncept. Muszę wykuć taki okrąg z kamienia” – powiedział Milethales. „Z kamienia?” – zdziwił się Pikasiiks. „No a z czego innego? Znasz jakiś inny plastyczny i trwały surowiec?” „No z drewna?” „Wynalazca zamyślił się na dłuższą chwilę. Drewno mogłoby być, ale trzeba by ściąć jakieś duże drzewo, a to zabrałoby dużo czasu.
Potem obróbka. Nie, z kamienia będzie szybciej.” „Dobra, a jak już zrobisz te okręgi, to co dalej?” – dociekał malarz. „No właśnie. Zamierzam zrobić takie dwa z dziurą w środku. W tą dziurę wepchnę jakąś drewnianą belkę czy coś. Połączę okręgi ze sobą. Myślę, że to będzie się mogło ruszać przy użyciu niewielkiej siły.” „O, bardzo ciekawe. A do czego się to przyda?” „No wiesz, do czegoś na pewno.” Milethales złapał się obiema rękami za bujną czoprynę, myśląc zawzięcie. Po chwili puścił włosy i dodał: „Nie wiem, kurna. Na razie mam to.
Musisz mi takie trudne pytania zadawać? Coś się wymyśli, coś się zrobi.” Znów złapał się za zlepione czarne loki. Zaczął je czochrać zawzięcie. „Na tą belkę mogę rzucić jakieś mniejsze beleczki, powiązać ze sobą. Zrobi się taka platforma jak stół. Będzie można coś na to rzucić. Nie będzie trzeba już dźwigać zwierzyny z polowania!” – wykrzyknął w nagłym olśnieniu. „Zrobię jeszcze jakąś długą belkę do ciągnięcia. To zrewolucjonizuje nasze życie. Od teraz będzie dużo łatwiejsze” – ciągnął rozemocjonowany.
„Widzisz? Nowy kształt, nowe przeznaczenie. Tyle możliwości.” „No nie wiem, Milethalesie. A na kwadratach byś tego nie zrobił?” Wynalazca popatrzył podejrzliwie na przyjaciela. „Wiesz, trochę słabo by się obracało na kwadratach.” „Aha, nie no, tak tylko pytam. Nie żebym się znał czy coś.” Nie wiadomo skąd nadszedł Zenisław. Machnął ręką na przywitanie. „Zenio, chodź, zobacz, co wymyślił nasz geniusz” – zawołał Pikasiiks. Markotny podszedł do znajomych, gdzie artysta wskazał mięsny kształt okręgu. „O, widzę, że wymyśliłeś koło.
Najwyższy czas” – rzucił Zenisław i poszedł w swoją stronę. Mowa przodków. Zmierzch nieuchronnie zbliżał się powolnymi krokami nad plemienną jaskinią. Przed wejściem do niej zbierali się współplemieńcy, którzy nie udali się na wielkie polowanie. Buchało świeże ognisko, wesoło wyrzucając w powietrze spopielone resztki. Mile Tales, prowodyr tego zamieszania, krzątał się przy bukłakach z wymyślonym przedjeni napojem. Jak zwykle nie odstępował go Pikasiiks. „Jakiś nowy wynalazek, Mile Talesie?” — spytał, patrząc na bukłaki. „Tak. Przez przypadek otrzymałem całkowicie nowy napój, który przewraca mądrość przodków” — odparł wynalazca.
„Zaprezentuję go dzisiaj wszystkim chętnym.” „Brzmi intrygująco.” Zaciekawiony Pikasiiks podniósł jeden z mniejszych skórzanych naczyń. Odkorkował je i powąchał. „Pachnie dosyć dziwnie, jakby się coś zepsuło.” „Ach, nie zważaj na zapach. Najważniejszy jest smak i działanie.” Mile Tales machnął lekceważąco ręką i zabrał bukłak przyjacielowi. Pociągnął z niego duży łyk. „Sam spróbuj.” Pikasiiks, ciekaw najnowszego odkrycia, także wziął mały łyczek. Skrzywił się lekko, gdy poczuł wyraźnie gorzki smak, a po chwili lekką, słodką nutę. „Co to za pióroństwo?” — rzucił, krzywiąc się. „Z czego to zrobiłeś?” „Z tych czerwonych gron, których pełno w lato na zboczu.” „Z zielonych chyba.” „Nie. Zielone są na początku, a gdy dojrzeją, stają się czerwone.” „Nie wiem.
Rzadko tam chodzę. Wydawało mi się, że są tylko zielone.” Malarz wzruszył ramionami i pociągnął kolejny łyk. „Widzisz, przyjacielu, wycisnąłem sok z czerwonych gron. Razem z Mariolą zebraliśmy tego sporo i wlaliśmy tego soku w bukłaki. Jeden gdzieś mi się zapodział i odkryłem go po kilku cyklach księżyca. Nie pachniało dobrze. Smakowało, jak smakuje, ale pić mi się chciało, to wypiłem. Nie rozchorowałem się, ale jakie cuda dzieją się po większej ilości?” „No nie wiem. Mam nadzieję, że nie dostanę zgagi” — stwierdził Pikasiiks. „Patrz, Pikas.
Zenisław nawet przyszedł.” Mile Tales wskazał ruchem głowy kierunek. Przy ognisku na drewnianym balu przysiadł Markotny. Pod pachą trzymał skórzany bębenek. „Dobra, czas rozpocząć eksperyment.” Wynalazca wyszedł w stronę zebranej gawiedzi. „Przyjaciele, zebraliśmy się tutaj, byście mogli być świadkami przełomowego wynalazku, jakim jest mój eliksir przodków.” Uniósł do góry bukłak trzymany w ręce. „Nie zważajcie na zapach czy smak. Należy wypić całkiem dużo, żeby poczuć efekty, a są zaiste cudowne. Kto pierwszy?” Uniosło się kilka chętnych rąk. Rozdał zainteresowanym po skórzanym naczyniu. Ludzie wypili nieznany płyn, w większości krzywiąc się przy tym.
Mile Tales podszedł do Zenisława, podsuwając pod nos bukłak. „Spróbujesz trochę?” „Nie, dziękuję, prowadzę” — powiedział muzykant, odsuwając lekko ręką naczynie od siebie. „Nic nie czuję. To w ogóle działa?” — żachnął się Broneus, który siedział nieopodal. „Tak, tylko trzeba sporo wypić i poczekać. Może przez ten czas byś nam coś zagrał.” Mile Tales zwrócił się do Zynia. Ten odpowiedział, rytmicznie uderzając w bębenek, tworząc nowy motyw muzyczny. Gawiedź, podchwytując melodię, zaczęła kiwać głowami w rytm muzyki. Impreza zaczęła się rozkręcać. Ludzie zajęli się rozmową.
Ci, którzy wypili za dużo eliksiru Mile Talesa, ruszyli w dziki pląs wokół ogniska. Opróżniono prawie wszystkie bukłaki. Zapadła ciemność, rozświetlona jedynie wesołe trzaskającym ogniem. I wtedy stały się rzeczy niemożliwe. „Aueue uuu eee uuu” — zaczął Broneus, smętnie kiwając głową. „Ouu aaa noo eee uuu” — odpowiedział mu ktoś siedzący obok. „Aoo noo eee” — wtrącił ktoś inny. „Cud, cud!” — krzyknął Pikasiiks. „To naprawdę działa. Mówią językiem naszych przodków.” „Skąd wiesz?” — zapytał Mile Tales, zdziwiony wiedzą przyjaciela.
„Dziadek dziadka mojego dziadka opowiadał mi, że jego dziadek mawiał, że tak wyglądała mowa przodków.” „Wow! Szkoda, że ja nie miałem takiego dziadka. Wszyscy szybko odchodzą w mojej rodzinie.” Wynalazca pociągnął dużego łyka z ostatniego bukłaku z eliksirem. „Dawaj i mi! Też chcę mówić językami.” Pikas wyrwał zachłannie pojemnik z rąk przyjaciela i wypił całą zawartość. Wśród ludzi zebranych wokół ogniska słychać było tylko mowę przodków. Nawet Zenisław, który nie wypił ani grama, posługiwał się nią biegle. Jackson swoich czasów. Przy ognisku po raz kolejny zebrała się grupa ludzi. Wspominali cudowny napój Mile Talesa, jaki miał zbawienny wpływ na umysły członków plemienia.
Niektórzy twierdzili nawet, że mieli kontakt z niebiańskim bytem, Omuaμua. Jedyną wadą był potężny ból głowy następnego ranka. Część współplemieńców postanowiła wytworzyć więcej. Poprosili autora receptury o wyjawienie tajemnic produkcji. Tenże zgodził się wspaniałomyślnie. Jednakże trzeba było czekać do następnego lata na czerwone grona. Ludzie pobudzeni kreatywnością postanowili stworzyć napitek z innych owoców czy warzyw. Ktoś nawet próbował wydestylować krew zwierząt. Na zasadzie: skoro sok z gron jest płynem, krew przecież też. Co może pójść nie tak?
Wszystkie próby zakończyły się fiaskiem. Ludzie zauważyli, że przysiadł się też Zenisław Markotny. Przyniósł ze sobą swój najlepszy bębenek obszyty świetnie wyprawioną kozią skórą. „Zynio, zagraj nam coś. Coś fajnego. Widzę, że dzisiaj grzybków nie było. Dawaj!” – zawołał Pikasix, przebijając się przez gwar rozmów. Zynio tylko pokiwał głową. Skoncentrował się i zaczął rytmicznie uderzać w bębenek. Grał coś nowego.
Nowy utwór, nowa kompozycja. Gawiedź powoli się uciszała, by posłuchać melodii. „Żyłeś przez tyle dni. Autograf mu dałeś, by odjechać i znów się spotkać z nim. Dosięgło cię aż pięć kul, by zadać śmiertelny ból” – zaczął śpiewać Zenisław. „Buuu, weź tylko nie to” – krzyknął Pikasix. „Bez takich, bez takich smutków. Coś weselczego dawaj, coś pod nóżkę.” Zynio przerwał występ i zwiesił głowę. Po chwili zagrał żywszą melodię. Współplemieńcy zaczęli rytmicznie kiwać głowami.
„Odkąd zobaczyłem ciebie nie mogę jeść, nie mogę spać. Jak do tego doszło? Nie wiem. Miłość o sobie dała znać. Co poradzić mogę na to, że miłość przyszła właśnie dziś? Że w sercu mym jest lato, a w moich myślach jesteś ty. Przez twe oczy, te oczy zielone, oszalałem.” „Buuu, daj spokój.” Pikasix znowu przerwał występ. Zaczął też gwizdać doniośle przez palce. „Jakie oczy zielone? No jakie?
Widziałeś gdzieś tu kogoś z takimi oczami? Same brązowe i niebieskie. Weź coś lepszego, coś pod nóżkę.” Milethales, który siedział obok, szturchnął kolegę. „Weź trochę zluzuj, daj mu spokój” – powiedział cicho. Zenisław znowu zwiesił głowę. Zamknął oczy. Koncentrował się dłuższą chwilę. W końcu sobie przypomniał czy wymyślił, nie wiadomo. Uderzył kilka razy na próbę w bębenek. Zadowolił się tym, co usłyszał.
Począł rytmicznie oklepywać instrument. Po chwili dodał rytmiczny przytop w ziemię. „Słyszysz to? To jest to. Nasz hicior.” Pikasix szturchnął Milethalesa łokciem. Publika podchwyciła rytm. Zaczęli tupać bosymi stopami o ziemię jak jeden mąż, by płynnie spuentować uderzenia pojedynczym klaśnięciem. Zenisław nadawał rytmu. Plemieńcy pilnie go przestrzegali. Jednolita melodia niosła się od ogniska.
Teraz wszyscy tylko czekali na śpiew. W końcu markotny zaintonował słowa, a wraz z nim wszyscy ludzie. „We will, we will rock you.” Zagraniczne kontakty. „Proszę pana, proszę pana.” Milethales zajęty projektem nadstawił uszu, próbując zlokalizować, skąd pochodzi wołanie. Nie musiał długo szukać. Zza małego pagórka wybiegło małe dziecko, ubrane tylko w skórzaną przepaskę na biodrze. „Proszę pana, pan Pikasix potrzebuje pomocy z nieznajomym.” Chłopczyk wyrzucił z siebie jednym tchem. „Z nieznajomym?” – zafrapował się Milethales. „Prowadź dziecko.” Dzieciak pobiegł z powrotem. Wynalazca ruszył w ślad za nim.
Biegli przez dłuższy czas, oddalając się znacznie od jaskini. W końcu na horyzoncie zamajaczyły dwie postacie. Biegli prosto na nie. Po dłuższej chwili dotarli na miejsce. Pikasix tłumaczył coś zawzięcie postaci stojącej obok. Trochę niższy mężczyzna o szerokich barach, dużym nosie, ściętym czole i masywnym łuku brwiowym. Cały odziany był w rozmaite skóry, a w ręku trzymał solidną dzidę. Wyglądał podobnie do plemieńców Milethalesa, ale też inaczej. Niby podobny, a jednak inny. „Mówię ci, człowieku, że nie wiem, o co kaman” – powiedział Pikasix, rozkładając ręce.
„Was” – odpowiedział piskliwym głosikiem nieznajomy. „Ich habe mich verlaufen.” „Milethales. Dobrze, że jesteś.” – Pikas zwrócił się do przybyłego kolegi. „Jakiś cudzoziemiec się tu zaplątał. Ni cholery nie rozumiem, co do mnie gada.” „No, ja też.” – rzucił zasapany Milethales. „Potrzebuję chwili.” „Wo ist Cromanon?” – zapytał nieznajomy. „Spricht hier jemand Neandertal?” „Kuźwa, o co mu chodzi?” Pikas spojrzał uważnym wzrokiem na przyjaciela. „Nie mam pojęcia. Może kogoś szuka.” „Cromanon. Wo ist?” – zapytał po raz kolejny cudzoziemiec.
„Cromanon?” – wyszeptał pod nosem Milethales. „Słyszałem o tym miejscu. Pikas. Koleś chyba chce dostać się do Cromanon.” „Do tej dziury? Przecież to kawał drogi stąd.” „Panie, na północ trzeba iść.” – Milethales wskazał ręką kierunek. „Ty. To nie tam. Północ jest tam.” – Pikasix wskazał inny kierunek. „Co ty gadasz? Dobrze pokazuję.” Krótką chwilę zabrało przyjaciołom dojście, gdzie w końcu jest ta północ.
W trakcie ustalania pozycji słońca Pikasix zauważył postać wychodzącą z lasu nieopodal. „Młody, leć po Zenisława. On się zna na językach.” Malarz wskazał dziecko człowieka idącego niespiesznie w stronę plemiennej jaskini. Chłopczyk wystrzelił jak z procy. „A może on przychodzi z Cromagnon i coś tam się stało złego i przyszedł nas ostrzec?” — głośno pomyślał Milethales. — Mam nadzieję, że Zenisław coś więcej z tego załapie. „Entschuldigung, ich verstehe nicht” — odezwał się nieznajomy. — „Bitte, wo ist Cromagnon? Ist das weit von hier?” Nie no chłopie, nic nie kumam. Cromagnon jest tam.
Picassix wskazał poprawny kierunek. Cromagnon. Dortin. Cudzoziemiec wskazał w tą samą stronę. Odpowiedziały mu kiwające twierdząco głowy. Mężczyzna stwierdził więc, że wie już wszystko. Odwrócił się i ruszył przed siebie. Hola, hola, panie, proszę poczekać! Milethales podbiegł, zatrzymując cudzoziemca. Obcokrajowiec nie wiedział, dlaczego powstrzymują go przed odejściem.
Picassix na migi przekazał mu, by poczekał na muzykanta. Zaczekali więc na przybycie Zenisława. Ten jak zwykle po wizycie w lesie oczy zasnute miał już mgłą. Jego umysł dryfował gdzieś w innych wymiarach. Zeniu, pan z daleka przyszedł i o coś się pyta, ale dobrze nie rozumiemy — zaczął Picassix. — Może byś coś zagadał? Cudzoziemiec spojrzał podejrzliwie na nowego przybysza, po czym się odezwał: „Entschuldigung, wie komme ich zum Cromagnon?” „Willst feine Knabe du mit mir gehn? Meine Töchter sollen dich warten schon. Meine Töchter führen dein nächtlichen rein und wiegen und tanzen und singen dich ein” — nagle wypalił markotny. Przybysz wybałuszył oczy ze zdziwienia.
Pokręcił tylko głową i powiedział: „Vielen Dank für die Einladung, aber…” Wskazał poprzedni kierunek. Cromagnon? Cromagnon — potwierdzili dwaj przyjaciele. Coś się kończy, coś się zaczyna. Kiedy Picassix przyszedł do przyjaciela, ten kończył pracę nad swoim wynalazkiem: transporterem rzeczy na kołach. Kamienne koła połączone ze sobą drewnianą belką. Na szczycie położył platformę z mniejszych gałęzi powiązanych konopnym sznurem. Milethales zastanawiał się teraz, jak połączyć jedno z drugim tak, żeby się nie rozpadło po kilku krokach. Widzę, że dzieło nabiera kształtów — rzucił Picassix. Tak.
Jeszcze muszę znaleźć sposób na połączenie tych dwóch ustrojstw i będzie cacy. Niesamowite. Stoimy na progu nowej ery. Zaiste. Popatrz, Picassie, ile udało nam się osiągnąć do tej pory. Mam wspaniałą kulturę, pełną symboliki, rytuałów, piękną muzykę, w której przoduje nasz wielbiciel grzybków. Tak, tak, nawet udało się postawić ten pieprzony krąg z kamieni — wtrącił Picas. — Teraz paru oszołomów może wzywać tego Oumuamua. A niech se robią, co chcą. Nikomu tym nie szkodzą, póki co.
Zresztą kapłan siedzi i patrzy tylko w te gwiazdy, szukając tego jego Oumuamua. Słusznie zauważyłeś, druhu. Religijny rozkwit. Świat przestaje być zlepkiem przesądów i domysłów. Pojawił się w końcu ktoś odpowiedzialny za ten bajzel. Ja nie wiem, czy on tam jest odpowiedzialny, ale Zenisław coś pewnie wie na ten temat. Prawda, Zeniu? Zenisław właśnie przechodził obok dwójki znajomych, gdy został zaczepiony. Zmienił kierunek przemieszczania, by stanąć przy nich. Jego wzrok był lekko zamglony.
„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” — wymamrotał muzykant w stronę malarza. Widzisz, Picas, dodajesz ludziom otuchy — powiedział Milethales, powstrzymując się przed śmiechem. No tego to się nie spodziewałem. Picassix podrapał się po czuprynie, szukając stosownej repliki. Zeniu, jak widzisz nasz świat? — zaczął Milethales. Ja sądzę, że znajdujemy się w przełomowym momencie historii. Kultura i religia rozkwita, technologia się rozwija. Jeszcze niedawno wszystko targaliśmy na naszych plecach, a kiedy uda mi się skończyć tą rzecz — wskazał na transporter rzeczy — to nie będziemy musieli już się tak męczyć. Będziemy mogli transportować mięso, skóry czy cokolwiek na tej platformie.
To jest rewolucja. Mało tego, sztuka w formie malarstwa nigdy nie miała się tak dobrze. Picassix poklepał się po piersi, dając wszystkim do zrozumienia, czyja to wina. Moje malunki wyprzedzają epokę. Gdybym tylko znalazł jakiegoś ucznia z potencjałem podobnym do mojego. No i jeszcze twój napój. Cudowny wynalazek. Tak, tak. Pozwala mówić językami. Wynalazca pokiwał głową, przyjmując zamyśloną minę.
Ciekawe, jaki będzie nasz świat za 100 pokoleń. Za 200 pokoleń. Ile zostanie z tego, co osiągnęliśmy? Ile będzie nowych rzeczy? Gówno, kości i kamienie — wtrącił nagle Zenisław. Co? — Picassix i Milethales powiedzieli jednocześnie. Pytasz się, co zostanie w przyszłości po nas. Odpowiadam: gówno, kości i kamienie. A i jeszcze twoje bohomazy w jaskini.
[03:57:25] - Proszę państwa, i to jest ten moment, kiedy mówię to, co zawsze. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w kolejnej Akademii Wszelkiej Fikcji. Życzę państwu dobrej nocy, wspaniałego weekendu i nieodmiennie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Dobranoc.
[03:57:53] - A mówił to chyba do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.