Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, szykujcie półki w domowych biblioteczkach, bowiem nowe książki nadciągają. I nowy film. Ale czy ten film będzie taki wciągający jak te książki? To już mocno zależy od indywidualnych preferencji każdego z oglądających. A póki co zapraszamy po kolejne książki, po kolejne filmy i po kolejne ciekawe spostrzeżenia do Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:00] - Dzień dobry wieczór państwu. Witam w kolejnym AWF. Tak, startujemy. I żeby nie wygłaszać żadnej mowy tronowej na początku, żeby nie mamić państwa jakimiś iluzjami, to zacznijmy od razu od polecanek książkowych. Pierwsza z tych polecanek, pierwszy tytuł to „Zanim wydasz wyrok”. Autorka Catherine Croft, wydawnictwo Mova. Data premiery 28 stycznia 2026 roku. Mroczny i pełen emocji thriller psychologiczny autorki „Dziewczyny z pokoju 12”. To kolejna zaskakująca powieść mistrzyni thrillerów, autorki hitów: „Córeczka”, „Tylko jedno kłamstwo”, „Nie ufaj nikomu”, „Nigdy nie zapomnisz”. Brytyjska autorka Catherine Croft po raz kolejny udowadnia, że potrafi mistrzowsko budować napięcie i mylić tropy aż do ostatniej strony.
„Nie zabiłem twojej matki, ale wiem, kto to zrobił”. Jedno spotkanie wystarczy, by cały świat Chess zawalił się jak domek z kart. Gdy mężczyzna uznany przed laty za mordercę jej matki wraca i twierdzi, że został fałszywie oskarżony, wszystko, w co dotąd wierzyła, przestaje mieć sens. Każdy sekret prowadzi do kolejnego kłamstwa, a prawda, którą odkryje, może okazać się bardziej niebezpieczna niż wszystko, co znała do tej pory. Mistrzowsko skonstruowany thriller pełen napięcia, emocji i rodzinnych intryg. Idealny dla fanów Lisy Jewell, Shari Lapena i B.A. Paris. Opinie czytelników Goodreads: „Uwielbiam! Napięcie jest wyczuwalne od pierwszej strony, a każda scena idealnie buduje niepokój. Musiałam skończyć ten thriller na raz.
Genialny, mrożący krew w żyłach. Rewelacja. Świetnie poprowadzona fabuła i doskonały styl. Książka, którą poleciłabym każdemu miłośnikowi dobrego dreszczowca. Catherine Croft znowu to zrobiła. Tyle zwrotów, tyle podejrzanych, aż do samego końca nie wiadomo, komu można zaufać. Thriller, który naprawdę trzyma w napięciu”. Tytuł tej książki „Zanim wydasz wyrok”. Autorka Catherine Croft, wydawnictwo Mova, a książka na rynku od 28 stycznia 2026 roku. Kolejna książka nosi tytuł „Bestialska historia świata”.
Autorem jest Michał Waleszczyński Lis, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 27 stycznia. „Bestialska historia świata” to zbiór makabrycznych i wstrząsających opowieści o prawdziwych zbrodniach. W trakcie czytania zachwiana zostanie wasza wiara w dobro. W tym zawierającym 19 historii studium zła odwiedzicie mroczne piwnice, obskurne zaułki oraz wypełnione wyciem katowanych pustostany, gdzie dochodziło do niewysłowionych aktów przemocy. Przeczytacie o najobrzydliwszych, najbardziej wynaturzonych i odzierających z godności torturach, jakie jest w stanie zgotować człowiek. Udacie się do położonego w kanadyjskich górach domku, gdzie szalony lider kultu Ant Hill Kids dokonywał makabrycznych zabiegów chirurgicznych na swoich wyznawcach. Wsłuchacie się w krzyk chińskiego tiktokera, który w opuszczonym budynku odkrył basen wypełniony spuchniętymi, zdeformowanymi przez rozkład noworodkami. Spojrzycie w oczy kobiety, która przez wiele lat powoli umierała w swoim domu, a jej pełne bólu i rozpaczy jęki wysłuchiwane były jedynie przez tłuste larwy, które zalęgły się w jej ciele. Zajrzycie także do zatęchłego szpitalnego prosektorium, gdzie odziany w lateksową maskę nekrosadysta znany jako Doktor Gloves ćwiartował noworodki, czyniąc z nich modele do swoich przerażających sesji zdjęciowych.
Usłyszycie, w jaki sposób sicarios z meksykańskich karteli narkotykowych zdejmują skórę z twarzy swoich wrogów. Poznacie kuchnię kanibali, łoża nekrofilów oraz niechlujne laboratoria, w których potwory w kitlach Dokonywały eksperymentów na ludziach. A to tylko niektóre z przystanków tej podróży z samego jądra ciemności. Przypomnę: "Bestialska historia świata". Autor Michał Waleszczyński Lis, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 27 stycznia 2026. I trzeci tytuł na dzisiaj: "Absolucja". Autor Jeff VanderMeer. Wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Data premiery 28 stycznia 2026.
Ta książka to bestseller The New York Times, jedna z najbardziej wyczekiwanych książek roku według tej gazety, ale także według The Washington Post, The New York Magazine, Time, Literary Hub i tak dalej. Ściśle tajne. Istnieje wyraźne i aktualne zagrożenie. Nieprecyzowane, egzystencjalne, potwierdzone poprzez zagadkowe działanie. Jego natura – nieznana. Jednostka inicjująca – nieznana. Priorytet – wysoki. Stary Jim dostaje tajne akta sprzed powstania Strefy X. Materiały sprawiają, że zaczyna podejrzewać centralę o kłamstwa i manipulacje. Z plątaniny obrazów i informacji zaczyna wyłaniać się historia niezidentyfikowanego Łotra.
Ta wychudła, blada istota wydawała się istnieć poza czasem. Ponoć niosła za sobą zapach błyskawicy, a jej krzyk miał oszałamiać. Kim jest Łotr i skąd przybywa? Dlaczego atakuje wszystkich, którzy chcą ingerować w nieokiełznaną naturę terenu nazwanego później Strefą X? Trzy ekspedycje, trzy przestrzenie czasowe i trzy punkty widzenia. Prequel, sequel i uzupełnienie kultowej serii Southern Reach. Prawda jeszcze nigdy nie była tak blisko. A ja przypomnę tytuł: "Absolucja", Jeff VanderMeer, wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Data premiery 28 stycznia 2026. Proszę państwa, zbliża się powoli koniec stycznia, a to jest widoma oznaka tego, że na rynku pojawi się lutowy numer Nieznanego Świata.
Ja państwa teraz zapraszam na omówienie tego numeru. Piotr Cielebiaś już w blokach startowych. Dzień dobry wieczór państwu. Zbliża się koniec stycznia. Chciałoby się powiedzieć: jak ten czas leci, bo przecież niedawno był sylwester, Nowy Rok i te klimaty, a tu zbliża się koniec stycznia. Ale skoro zbliża się koniec stycznia, to pojawia się kolejny numer Nieznanego Świata. Numer lutowy. A skoro mówimy o Nieznanym Świecie i kolejnym numerze, to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[09:37] - Witam państwa. Witaj Marku. Rzeczywiście czas leci. Niedawno było Wszystkich Świętych, a tutaj już Walentynki nam pukają do drzwi. A jak luty, to też lutowy numer Nieznanego Świata. Drugi numer Nieznanego Świata w tym roku, który serdecznie polecamy. Pamiętajcie, wspierając Nieznany Świat wspieracie rozwój polskiego dziennikarstwa, polskiej publicystyki z pogranicza. Zostaliśmy jedynym ośrodkiem, jedyną arką tego typu na rynku, która jeszcze nie została pochłonięta przez obcy kapitał. Także, drodzy państwo, czujemy oddech, ale nie dajemy się. Zanim przejdziemy do opisu, to też druga przypominajka.
Pamiętajcie o tym, gdzie Nieznanego Świata szukać. Brak kiosków oznacza, że trzeba się zaopatrywać w numer na przykład w marketach, na stacjach paliw i gdzie indziej również, bo te stoiska z gazetami można spotkać w wielu miejscach, tylko że trzeba szukać. Dawniej to się szło, mówiło się, co się chce i kioskarz czy kioskarka podawali, a tutaj teraz człowiek sam musi. Ale jeżeli ktoś nie chce szukać, to jest prenumerata. Można sobie też zamówić numer elektroniczny i czytać wtedy na smartfonie. Linki wszystkie macie pod spodem. Powtórzę jeszcze to, co zawsze mówię, ale już odnośnie tego nowego numeru. Wiele wydań Nieznanego Świata w ciągu roku ma swój szczególny charakter. Tak samo jest z dwójką, bo poznajemy wtedy na przykład laureata nagrody certyfikatu Nowe Wzorce Sztuki przeznaczonej dla wyjątkowo wartościowych twórców, często sięgających w swojej sztuce do elementów czy inspiracji związanych ze światem tajemnic, ze światem zjawisk z pogranicza. Generalnie z tym, z czym się Nieznany Świat kojarzy.
A tegorocznym laureatem jest pan Maciej Jeliński. Marku, co możesz o nim powiedzieć?
[11:57] - Najkrócej: fascynująca postać. Ale do rzeczy. W zeszłym roku miałem okazję pojechać do miejscowości Szubin, to niedaleko od Bydgoszczy. A pojechałem tam właśnie, żeby spotkać się z malarzem. I powiem państwu, że z czasem, kiedy jest się przez dłuższy czas dziennikarzem, to człowiek się uodparnia na ekscytację. Ja słabo się zaimpregnowałem, ale jednak się zaimpregnowałem. Muszę powiedzieć, że ta impregnacja na różne ciekawostki i to, co się wokół dzieje ciekawego, tu jednak nie zadziałała. To postać absolutnie fenomenalna. Z jednej strony malarz, który posługuje się techniką kropkową, bardzo podobną do techniki malarskiej Aborygenów australijskich. Z tym że zanim doszło do tego, że on połączył kropki, nomen omen, to historia tego kropkowego malarstwa jest trochę inna.
On tak naprawdę nie wychodził z tego źródła australijskiego. On do niego dołączył w pewnym momencie, bo historia kropkowego malarstwa w jego przypadku jest zupełnie inna. Ale warto sobie też uświadomić, że to malarstwo jest połączone z głęboką refleksją na tematy, które nas w nieznanym świecie niezwykle interesują, a więc na tematy duchowości, na tematy innych światów. Zresztą sam tytuł wywiadu, który w tym numerze się ukazał, czyli że Ziemia jest statkiem kosmicznym, mniej więcej wprowadza nas wszystkich w klimat tego, czym zajmuje się pan Jeliński. Wierzcie mi państwo, jak się jest w jego pracowni, to człowiek ma poczucie, że naprawdę dotyka nieznanego. To jest tak, że patrzymy na obrazy, na których są kosmici. Ewidentnie kosmici. Ale to nie jest takie oczywiste. Ta głęboka filozofia, o której nie jestem państwu w stanie w tej chwili opowiedzieć, dlatego bardzo serdecznie zapraszam do lektury obszernego wywiadu. Myślę, że sam autor najlepiej to wszystko wykłada.
Ale wierzcie mi państwo, ja byłem oczarowany. Dlatego wspomniałem na początku o tej impregnacji. Na nic się ta impregnacja nie zdała. Po raz kolejny to mówię, bo po prostu nagle, po pierwsze znalazłem się w niezwykłym świecie i w niezwykłym klimacie, w niezwykłym odbiorze tego świata. Bo ten świat nasz materialny, taki zwykły, można odbierać niejako na różnych poziomach. I to, co usłyszałem od pana Jelińskiego, było fascynujące. Po prostu fascynujące. Ja nawet nie zagłębiam się tak daleko, żeby cokolwiek oceniać. Prawdziwe, nieprawdziwe. Ale pasja, która przemawiała przez artystę malarza, była niezwykła, a jednocześnie to wszystko połączone, takie z jednej strony senne jak to w malarstwie Aborygenów, bo przecież czas snu, fraza związana z Aborygenami australijskimi, to z jednej strony właśnie czas snu, a z drugiej strony rozważania natury filozoficznej, ewidentnie filozoficznej.
To, co prawda, jest taka filozofia bardzo emocjonalna i bardzo żywiołowa, ale to wcale nie zmienia wartości tej filozofii. Cóż mogę powiedzieć? Zapraszam państwa do lektury wywiadu. Myślę, że będziecie państwo zachwyceni. Tak, Piotrze, ale to oczywiście tylko początek. Początek ciekawych artykułów w Nieznanym Świecie nr 2 2026. Kolejny tekst pana Jacka Wody-Rychwalskiego traktuje o ważnej postaci w naszej historii i w ogóle ważnej postaci w historii astronomii. Nazwisko brzmi znajomo: Kopernik, Mikołaj Kopernik. Tak. Mniemam, że wszyscy znają, jeżeli nie z lekcji, to chociażby z banknotów.
Przynajmniej ci starsi. O Koperniku każde dziecko się uczyło w szkole. Nie wiem, jak teraz. Pewnie też. Natomiast biografia tego polskiego astronoma, jego żywot nie jest często szerzej znany. Tymczasem wiemy o nim dużo, nawet bardzo dużo i to od czasów wczesnych po starość. Oczywiście niektóre z tych informacji to są hipotezy, ale jednak nadal bardzo ciekawe. Kopernik nie tylko wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię, ale zajmował się też wieloma innymi dziedzinami nauki, w tym ekonomią. Nawet miał na koncie kilka skandali. W numerze lutowym pierwszy odcinek publikacji na jego temat.
Dokończenia szukajcie w numerze marcowym. Tak. A teraz czas na taki number one ostatnich miesięcy, a mianowicie na obiekt 3I Atlas. To ty popełniłeś artykuł na temat tego obiektu, a w dodatku związałeś jego przelot przez Układ Słoneczny z Jowiszem. To się, Piotrze, teraz tłumacz. Jeżeli chodzi o Atlasa, to już przerabialiśmy go nie tylko w Nieznanym Świecie, ale też w innych miejscach, gdzie się pojawiamy.
[18:13] - W ubiegłym roku to był naprawdę fascynujący temat. Fascynujący, aż stał się troszeczkę niestrawny później. Ale drodzy państwo, nie myślcie, że to się już skończyło. Nie, są nadal kanały na YouTubie. Są nadal osoby takie jak chociażby Avi Lep, od którego się to wszystko zaczęło, które nadal, jak to się brzydko mówi po nowoczesnemu, farmią, czyli nadal sobie zbijają jakiś tam kapitał czy wyświetlenia na robieniu sensacji wokół „Oumuamua. To już jest na tyle uciążliwe, że trzeba być mocno zafascynowanym, żeby po prostu po raz 151. czytać o niezwykłościach na temat antyogona tego obiektu. Ja jednak w tym przypadku myślę, że trzeba zwracać uwagę na to, co mówią specjaliści, a ci mówią, żeby się za bardzo nie ekscytować. Przynajmniej nie w taki sposób, żeby uznawać wszystko za jakąś anomalię, cud czy nie wiadomo co. Ale w tym numerze lutowym piszemy o tym, że Atlas, który miał zbliżyć się do Ziemi, w sumie nie miał się zbliżyć, tylko miał przelecieć w i tak dużej odległości, który miał przejść koło Słońca.
Miał gdzieś tutaj, w okolicach naszych części Układu Słonecznego coś po sobie zostawić albo się w ogóle zatrzymać, albo jakieś sondy wypuścić. Tymczasem on sobie po prostu poleciał. Nie tylko poleciał, ale też zaczął przypominać coraz bardziej kometę, chociaż bardzo nietypową. Ale jest jeszcze ostatnia deska ratunku dla tych, którzy wierzą, że to jest statek kosmiczny. Dlatego, że wylatując z Układu Słonecznego, on się kieruje w stronę Jowisza. I pojawiła się teoria jakiś czas temu mówiąca, że on w ogóle od początku tam leciał. Myśmy tego nie zauważyli. Myśmy głupi myśleli, że „Oumuamua leci do nas. Gdzie tam! On leci na największą planetę Układu Słonecznego i może ma w tym jakiś cel.
Ma z tym związane jakieś zadanie. Niektóre osoby mogą skojarzyć, że przypomina to bardzo mocno scenariusz filmu, ale nie tylko filmu, także powieści „Odyseja kosmiczna 2010. Film był bardzo fajny i był nowocześniejszy niż „Odyseja kosmiczna 2001”. Nie należy ich mylić. I cóż, w tym filmie mieliśmy taką sytuację, że obcy zabunkrowali się, powiedzmy, na jednym z księżyców Jowisza, a ludzie mieli z tym pewną zagwozdkę i pewien problem. Teraz widzimy, że ten Atlas kieruje się w stronę największej planety Układu Słonecznego. W sumie ma być w okolicach jednego z księżyców Jowisza w marcu tego roku. No i zobaczymy, czy się coś stanie, czy się raczej znowu niestety nic nie stanie.
[21:16] - A historia fascynująca. Przyznam się państwu, że kiedy w zeszłym roku śledziłem „Oumuamua, niby nie dosłownie, tylko śledziłem, co pisuje się o tym w internecie, to nie mogłem pozbyć się tego uczucia fascynacji. Więc jeśli się uda to podtrzymać jeszcze do marca, to nie ma się czym martwić. Natomiast kiedy wertuję „Nieznany Świat, to kolejna fascynująca historia. Damian Trela, czyli znana marka. Człowiek, który na tematy związane z UFO może powiedzieć bardzo dużo. Tym razem pisze o snach, o UFO.
[22:02] - Tak, „Gdy śni się UFO" to fascynujący tekst Damiana Treli, skupiający się na jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów. To znaczy na pytaniu, co łączy bliskie spotkania ze sferą snu. Na pozór ktoś powie: „No nic nie łączy te dwie sfery. Może tam przypuszczenia, że niekiedy kosmici pojawiają się, żeby porwać ludzi nocą, kiedy ci ludzie śpią. Otóż nie chodzi o to. Wiele bliskich spotkań, to znaczy takich przypadków, kiedy ludzie widzą UFO i na przykład pasażerów tych obiektów, rozgrywa się w zmienionej rzeczywistości albo w zaburzonym stanie świadomości. Na przykład ufonauci dokonują różnych rzeczy, przemian, dokonują transformacji form, mogą zakrzywiać czas na przykład. Czasami te bliskie spotkania się wydają po prostu nierzeczywiste, bajkowe, oniryczne. Dzieje się w nich to samo, co często się dzieje w snach. Na przykład jest dość częsta taka sytuacja, że jeden świadek widzi coś, czego nie widzą inni.
Pytanie się rodzi, czy spotykane przez ludzi istoty, które są brane za kosmitów, to są postaci z krwi i kości? A może one są podobne do tych postaci, które spotykamy w snach? Że to są jakieś myślokształty, jakieś tulpy albo forma istnienia, której nie jesteśmy w stanie rozpoznać ani nazwać. Wbrew wszystkiemu te pytania ufolodzy zadają sobie bardzo, bardzo często. Drodzy Państwo, w tym numerze również ciekawy artykuł Alicji Łukawskiej prezentujący nam opowieść ze Związku Radzieckiego, kiedy to w czasie wielkiej wojny ojczyźnianej, jak to oni mówią, Stalin, nie mając już co zrobić i czego się złapać, postawił na syberyjskich szamanów. Szamanów z Tuwy i ich niezwykłe moce. W numerze również Leszek Matela, znany gomanta i radiesteta szuka miejsc mocy na Korsyce. Piotr Witold Lech pisze o Alanie Wattsie plus wiele, wiele innych materiałów, wiele innych artykułów.
[24:17] - Czytajcie, bo warto, drodzy Państwo. Szukajcie Nieznanego Świata na stanowiskach z prasą. Szukajcie też w marketach, na stacjach paliw, tam, gdzie widzicie gazety. Jest też numer elektroniczny. A jeżeli chcecie zamówić numery archiwalne, to wbijajcie na stronę www.nieznany.pl. Tam one będą. Proszę państwa, to teraz zgodnie z rozkładem jazdy – korepetycje filozoficzne. Dzisiaj nie będziemy mówić o żadnym konkretnym filozofie. Porozmawiamy o kolejnej grupie filozofów. Właściwie nie tylko filozofów.
To byli ludzie, którzy stali troszeczkę na granicy pomiędzy filozofią, wiarą, może nawet mitologią. Ta grupa to gnostycy. Proszę państwa, gnostycy to tacy goście ze starożytności, ale tej nieco bliższej nam starożytności, którzy patrzyli na świat i mówili: „Nie, coś tu zdecydowanie nie gra”. Kiedy inni filozofowie próbowali wyjaśniać kosmos przez rozum, proporcje, zasady, gnostycy spoglądali na rzeczywistość jak na źle złożony mebel z instrukcją w obcym języku. Ich zdaniem świat był efektem ewidentnej pomyłki, jakiegoś niedopatrzenia albo wręcz kosmicznej katastrofy. A człowiek to istota uwięziona w materii niczym motyl w jakimś słoiku po dżemie. Gnostycy nie byli jedną szkołą ani zwartym ruchem. Gnostycy tworzyli raczej archipelag sekt, wspólnot i nauczycieli, mistrzów, z których każdy miał własną wersję opowieści o tym, co poszło nie tak na początku istnienia. Łączyło ich jedno: przekonanie, że prawda o świecie nie jest dostępna wszystkim, a tylko tym nielicznym, którzy posiedli gnozę, czyli szczególny rodzaj wiedzy. I nie chodziło o wiedzę z książek, lecz o wiedzę objawioną, wewnętrzną, inicjacyjną.
Taką, która nie daje dyplomu, ale daje poczucie, że już się wie. W centrum myślenia gnostyków znajdowało się dramatyczne rozdarcie rzeczywistości. Istniała sfera najwyższa, doskonała, duchowa, nieosiągalna dla zwykłego poznania oraz sfera niższa, cięższa, chaotyczna i podejrzana. Ta druga sfera to świat, który znamy aż za dobrze. Świat z bólem, śmiercią, chorobami i podatkami. A gnostyk patrzył na to wszystko i mówił: „To nie może pochodzić od najwyższego dobra”. W efekcie odpowiedzialność za stworzenie świata spadała na byty pośrednie, niedoskonałe, zbuntowane albo po prostu nieudolne. Tu na scenę wkracza barwna galeria postaci nadkosmicznych. Hierarchie duchowych emanacji, stopnie pośrednie między absolutem, Bogiem a materią. Istoty rodzące kolejne istoty w łańcuchu coraz większego oddalenia od pierwotnej doskonałości.
Nie był to jakiś suchy schemat metafizyczny, lecz rozbuchana, kosmiczna opowieść, w której dramat, upadek i błąd miały niemal fabularny charakter. Historia świata była dla gnostyków historią awarii. W tym miejscu warto przywołać Plotyna, o którym opowiadałem już jakiś czas temu. Plotyn bowiem poruszał się po niemal tym samym metafizycznym krajobrazie, ale dochodził do zupełnie innych wniosków. On również mówił o jedni, o stopniowym oddalaniu się bytów od źródła i o hierarchii istnienia, lecz nie widział w tym katastrofy. Dla Plotyna świat nie był skutkiem błędu ani dziełem wrogiej mocy, lecz koniecznym cieniem dobra. Mniej doskonałym, ale wciąż sensownym miejscem. Nic dziwnego, że Plotyn poświęcił całe traktaty polemice z gnostykami, zarzucając im, że zamiast filozofii uprawiają mitologiczną fantazję i przy okazji gardzą kosmosem, który chociaż jest być może niedoskonały, to pozostaje wyrazem porządku, a nie pomyłki. W wizji gnostyków człowiek nie był jednak całkowicie stracony. Wręcz przeciwnie.
W niektórych ludziach miała tkwić iskra pochodząca z wyższej rzeczywistości. Obcy element w nieprzyjaznym świecie. Tacy ludzie byli jak pasażerowie, którzy znaleźli się w złym pociągu, ale zachowali bilet powrotny. Zadaniem życia nie było więc według gnostyków doskonalenie świata ani moralna poprawa społeczeństwa, lecz przebudzenie, uświadomienie sobie własnego pochodzenia i obcości. Wobec materii. Nic dziwnego, że gnostycy czytali święte teksty w sposób symboliczny i wieloznaczny. Dosłowność była dla nich pułapką. Każda opowieść miała według nich drugie dno, a czasem trzecie i czwarte. Postacie, wydarzenia i przykazania stawały się znakami ukrytych procesów kosmicznych. To, co dla zwykłego wiernego było historią zbawienia, dla gnostyka było szyfrem.
Z chrześcijaństwem relacja ta była napięta od samego początku. Z jednej strony pojawiała się postać Zbawiciela jako wysłannika wyższej rzeczywistości, przynoszącego wiedzę wyzwalającą. Z drugiej, gnostyckie rozumienie świata, ciała i sensu historii radykalnie różniło się od chrześcijańskiego. Tam, gdzie chrześcijaństwo widziało stworzenie jako dobro, gnostycy widzieli problem. Tam, gdzie Kościół głosił wiarę dostępną wszystkim, oni mówili o elitarnej wiedzy. Konflikt był więc nieunikniony. Dlatego gnostycyzm przegrał. Przegrał instytucjonalnie, ale wygrał kulturowo. Jako herezja został potępiony, lecz jako styl myślenia powracał nieustannie w średniowiecznych ruchach, tak zwanych ruchach dualistycznych, w nowożytnych mitach o ukrytej prawdzie, a nawet we współczesnych narracjach science fiction, gdzie świat okazuje się symulacją, więzieniem albo błędem w kodzie. Można powiedzieć, że gnostycy byli pierwszymi filozofami podejrzeń.
Nie ufali światu, nie ufali oczywistościom i nie ufali temu, co wszyscy wiedzą. Jednak ich błąd polegał być może na tym, że zamiast ostrożnego sceptycyzmu wybrali mitologiczną nadprodukcję. Ale ich intuicja, że rzeczywistość może nie być taka, jaką widzimy, pozostaje niepokojąco żywa do dzisiaj. I właśnie dlatego warto o nich pamiętać. Bo gnostyk to ktoś, kto patrzy na kosmos i pyta nie, jak on działa, lecz dlaczego to w ogóle tak wygląda. A to pytanie, nawet jeśli prowadzi czasem na manowce, bywa początkiem najciekawszych historii myśli. To, proszę państwa, była krótka opowieść o gnostycyzmie, o gnostykach. Ciekawa historia myśli. Ciekawe były poszczególne ruchy w ramach tego większego ruchu. Warto o tym poczytać, bo przejawów gnostycyzmu w historii europejskiej było całkiem sporo.
Nie da się wszystkiego omówić w krótkich korepetycjach filozoficznych, ale bardzo państwu polecam różnego rodzaju książki na ten temat, różnego rodzaju artykuły. To naprawdę były fascynujące ruchy i to, o czym mówiłem na końcu, o tym podobieństwie do dzisiejszych ludzi, którzy ciągle są podejrzliwi i ciągle są zwolennikami teorii, nazwijmy je alternatywne. Do teorii alternatywnych są przywiązani. To właśnie gdzieś jest to dalekie echo gnostycyzmu. Okej, to teraz zapraszam państwa na opowiadanie Tadeusza Myszko zatytułowane „Kasjan w szpitalu dla świrniętych”. Ja nie wiem, czy to jest poprawny politycznie tytuł, bo w tej chwili poprawność polityczna zatacza coraz większe kręgi i nie wiem, czy przypadkowo już nie należy tak mówić. Zapewne chyba, bo być może w jakiś sposób się naznacza owych świrniętych. Ja jednak pochodzę z czasów, kiedy pewne rzeczy nazywało się w sposób prosty, bez naznaczania jakimś takim piętnem. To było po prostu określenie takie jak każde inne. Zdaje się, że Tadeusz Meszko wychodził z bardzo podobnego założenia.
A teraz już zapraszam na opowiadanie. Pyta Marek Sęk "Ivellios".
[35:12] - Tadeusz Meszko. „Kasjan w szpitalu dla świrniętych”. Pies Baskervillów dzisiaj oszalał. Wściekał się od rana, nie pozwalając żadnemu pacjentowi przejść spokojnie obok niego, a nawet podbiegał do przechodzących obok ściany i też ich obszczekiwał. Nasz pies Baskervillów nie był podobny do literackiego wzorca. To był mały piesek maści brązowo-żółtej z dużymi uszami, lecz ducha miał tak bojowego, że wszyscy ustępowali mu z drogi, jakby był smokiem. Był łasuchem, ale nie dał się przekupić smakołykami rzuconymi pod stół. Zjadał je oczywiście, jednak chwilę później potrafił cię z jazgotem obszczekać. I dlatego nazwaliśmy go psem Baskervillów. Jednak mi udało się go rozgryźć.
Poznałem jego największą słabość, sprawiającą, że był uległy. Miałem podobnego psiaka i dobrze wiedziałem, jak złamać jego nieufność. Bez bata czy krzyku sprawić, że uważał mnie za swojego pana. Na którego widok z radości zaczyna łasić się i machać ogonem, przymykać oczy i podstawiać głowę tak, abym go drapał za uchem. Lecz dzisiaj nawet mnie przywitał szczekaniem. Co jest psinko? Dlaczego szczekasz na Kasjana, swojego przyjaciela? Hau hau hau! Próbował mi wyjaśnić. „No tak, tak” powiedziałem ze zrozumieniem i do niego, i do siebie.
Jednak nie miałem pojęcia, co go zaniepokoiło. Może wstał lewą łapą. Kogoś obcego mogłaby zdziwić moja rozmowa z psem, ale zapewniam, że nikt z obecnych nie przyjął tego jako nietypowe zachowanie. Byli świadkami o wiele bardziej niebywałych rzeczy. No i sami byli odlotowi. Byłem bowiem jednym z pacjentów szpitala psychiatrycznego, a przynajmniej większość pensjonariuszy mówiła, że to wariatkowo. Takie współczesne, mimo że trafili do nas bogowie sumeryjscy, nie wspominając o Bogu czy też bogach, bowiem mieliśmy ich aż trzech, a każdy pisany był z dużej litery. To była prawdziwa trójca w jednej postaci. Nie taki tam Bóg właściwy, jego Duch i Syn Jezus. To było trzech Bogów, każdy z innej historii.
Pierwszy był Bogiem rajskim. Taki współczesny hipis. Tylko że strasznie nie lubił, jak ktokolwiek próbował cokolwiek zmienić, a tym bardziej, uchowaj Boże, niszczyć jego raju. Drugi był Bogiem przedpotopowym. Tego lepiej było obchodzić z daleka. Wkurwiony był nieustannie. Trzeci był Bogiem na emeryturze. Już go nic nie interesowało. Chciał jedynie znaleźć zastępcę, który przejąłby jego zadania. Słuchając tych trzech bogów, należałoby się cieszyć, że zamknęli ich w psychiatryku.
Ale wracając do natury moich spekulacji, gdzie nas zamknięto. Zwolennicy wariatkowa mówili więc, że to taki otwarty pensjonat dla psychicznie chorych. Ja tak nie uważałem, gdyż ten pensjonat to było olbrzymie nic, zawieszone w bieli, bez granic. Coś było jedynie w sferach pacjentów, bowiem każdy z pensjonariuszy miał swoją prywatną sferę. Przemieszczała się wraz z nim, doprowadzając do częstych kolizji. Jakiś artyści by pozazdrościli, a astronomowie nigdy nie przewidzieli. Ale nie wszyscy chcieli dzielić się swoimi sferami. Wtedy otaczała ich pustka. Nie warto było zatrzymywać się przy osobie z pustą sferą. Cóż bowiem miałbyś znaleźć w niczym?
Mówi się, że każdy żyje w innym świecie. To prawda. Lecz nieprawdą jest to, że taki świat, nawet spełniony do najmniejszego szczegółu, często zagracony drobiazgami, tak iż trudno zrozumieć zasady jego porządku, nam wystarcza. Z pewnością nie. Z chęcią podglądamy światy drugich, choćby po to, aby uznać je za obrzydliwe, wulgarne, prymitywne, zbyt idealne lub naszkicowane jedynie w zarysie, pełne białych plam. Dopiero wtedy czujemy się spełnieni. Jesteśmy szczęśliwi, że być może sfery innych są niekiedy bardziej barwne, szalone lub też nudne do obłędu. To jedynie nasz świat jest idealny. Z ulgą zamykamy się w nim ciasnym, zatęchłym, pełnym zasuszonych zwłok, porzuconych ideałów, niezrealizowanych marzeń. Więc jeżeli nawet każdy mógł przebywać we własnej sferze, to trudno byłoby nazwać ten zakład otwartym.
Nie mogliśmy z niego wyjść na lody czy piwo, ale oni przez to określenie rozumieli, że było to wariatkowo bez lekarzy, przynajmniej takich w białych kitlach, ze stetoskopem na szyi, przeglądających kartoteki pacjentów i mówiących kościstej siostrze w rogowych okularach, którymi specyfikami ma nas naszprycować. To było możliwe, musiałem przyznać. Tak więc nie mogłem zdecydowanie zaprzeczyć teorii, że byliśmy wariatami w szpitalu psychiatrycznym. Nie pasował mi tylko jeden szczegół. Nie, to nie był szczegół. To była podstawowa wątpliwość. Otóż nikt nie pamiętał swojego wcześniejszego życia. Uważałem to za co najmniej dziwne. W przypadku trzech bogów to jeszcze można było wyjaśnić. Przedtem nie było nic.
Ale już pozostali bogowie, ci sumeryjscy, egipscy czy greccy? Przecież oni mieli ojców, innych bogów, a ich matki często były ludzkimi brankami. Ale dobrze, zostawiam bogów czy Bogów, żeby nikt mi nie mówił, że obrażam uczucia religijne. Ale czy ktoś mi odpowie, jak to wyjaśnić w przypadku tych wszystkich Aleksandrów Wielkich, Napoleonów, Stalinów czy Hitlerów? Z dziesiątkami Supermanów, Batmanów, X-Menów i setką innych cudacznych, niezwykłych, wyjątkowych postaci z książek, filmów i komiksów. Chyba jedynie ja pamiętałem swoją przeszłość. Pamiętałem choćby, że uwielbiałem jeździć na rowerze i ze szczegółami widziałem pokonywaną trasę, a czasami była to wysoka grań ze zboczem stromo opadającym w morze, z wyrytym w pamięć widokiem fal w dole, zajadle usiłujących po mnie sięgnąć, z wściekłości zraszających mnie chmurą słonych kropel. A o psiaku podobnym do psa Baskerville'ów już wspominałem. I podobnych wspomnień były całe pęki, a każde było moje własne. Jakże nieliterackie, niefilmowe.
Owszem, pensjonariusze też wspominali przeszłość, ale jedynie literacką lub historyczną przebranych przez nich osobowości. Ale i tak ich wspomnienia były zbyt podręcznikowe, zbyt zgodne ze wzorcem, czasem ze szczegółami uwiarygadniającymi prawdziwość, ale tylko z tymi zdradzonymi przez autorów tekstów, które można było poznać ze słów powieści lub – w przypadku postaci historycznych – odtworzonymi na podstawie wykopalisk czy odnalezionych w zakurzonych archiwach. I ogromnymi lukami w pozostałych pominiętych przez autorów, zagubionych przez historyków okresach życia. Nic własnego, żadnych indywidualnych wspomnień. Tak jakby wymazano ich prawdziwe życie i wtłoczono życie fikcyjne. Widziałem dwie możliwości: albo rzeczywiście byli bogami, postaciami obdarzonymi supermocami, albo tak mocno utożsamili się z fałszywym życiem, że wyrzucili pamięć sprzed wejścia w ich skóry. Pierwszy wariant był nierealny, choćby dlatego, że nie mogło być trzech jedynych prawdziwych bogów. Prawdziwy więc mógł być wariant drugi i to naprawdę byli wariaci, a to miejsce – szpitalem psychiatrycznym. I z powodu pamięci własnej, niepoznanej w książce, filmie czy komiksie lub grze, jeszcze do niedawna podejrzewałem, że to ja jestem lekarzem. Takim ukrytym, którego się nie podejrzewa.
To było sprytne posunięcie. Każdy pacjent odruchowo sztywnieje, widząc kitel lekarza i nic też z niego nie wydusisz. A kropli cytryny przecież nie możesz użyć, chcąc otworzyć ich skorupy. Albo też widząc, że ktoś go wreszcie słucha, totalnie odlatuje i wywala szaleństwo do ostatniego neuronu ukrytego w labiryncie mózgu, grając wybraną przez siebie rolę, jakby był na scenie czy stadionie, a widzowie nie mieli lurnetek. Wszystko przerysowane, ponadwymiarowe. Co innego jednak, gdy pensjonariusz wariatkowa rozmawia z innym jego bywalcem. Nie musi udawać normalnego, ale też nie ma potrzeby, aby grać szalonego. „Czy ten szaleniec mnie zrozumie?” – myśli, gdyż każdy uważał, że tylko on jest normalny, a wszyscy inni rzeczywiście byli wariatami. On tu przecież trafił przez pomyłkę lub wpakowała go zawistna rodzina, chcąc za jego życie przejąć majątek. Ale ja lubiłem słuchać.
Byłem traktowany jak swój. Ich sfery każdy mógł zobaczyć, lecz tego, co było ukryte wewnątrz – niewielu. Ja wiedziałem o wszystkim, co się tu działo. Znałem tajemnice każdego z towarzyszy niedoli, gdyż nie bałem się wejść w ich sfery. Wchodziłem w nie, jeżeli nawet z lękiem czy tylko zwykłą niechęcią, to bez pokazywania, że coś mi nie pasuje, że jej nie lubię, boję się, mdli mnie, że lepiej, by ją zwinęli jak zapisaną złymi słowami kartkę papieru i wyrzucili, a może nawet spalili. Robiłem to, aby wiedzieli, że nie lękam się ich stref, że są dla mnie równie normalne jak dla nich i nie muszą jej zwijać przede mną. Więc bez skrępowania, że to nie wypada, że poczuję się onieśmielony, że naruszą moją prywatność, witali mnie, pusząc się swoją sferą. Mogłoby się wydawać, że sfera Supermana powinna być największa. Ale nie. To nie była sfera Clarka Kenta z czasów pracy w redakcji w Daily Planet.
Nie była to nawet sfera z pierwszych lat na farmie – własny pokój z plakatem Ziemi na ścianie i widokiem pola kukurydzy zza małego okna na poddaszu. To była ściśnięta do niemożliwości sfera jego kolebki, w której umieścili go rodzice z Kryptona. Ale niemowlak urósł i już dorosły facet ledwo się w niej mieścił. Zbolały Superman wciąż biadolił: „Jestem pewien, że Batman podłożył gdzieś kryptonit. Nie może znieść, że jestem większym od niego bohaterem. Pomożesz mi go znaleźć? Czuję się coraz słabszy, że nie mogę latać. Ale to i tak jest tu za nisko. Ale ostatnio nie mogę nawet wstać z łóżka”. Największe ego i strefę miał Gonzales Brixton.
Nikt go nie znał, nikt nie pamiętał, czy zdobył sławę. Nikt poza mną. To była gwiazdka jednego sezonu, ale tylko jednego. Wygrał w show „Fujara Roku”. Chociaż widziałem jego triumf, mając 15 lat, a było to z 30 lat temu, jednak w naszym szpitalu on wciąż miał 18. Gdy wtedy go oglądałem, zazdrościłem mu, a później zacząłem go nienawidzić. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego taki dzban o manierach wygłodniałego prosiaka, a właściwie knura, może się podobać dziewczynom ze szkoły. Po latach zapomniałem o nim. Teraz przypominał mi stare żale. Z nim nie miałem o czym rozmawiać.
Jego ego przesłaniało każdą rozsądną dyskusję czy nawet zwykłą, będącą pretekstem do głębszej rozmowy, wymianę opinii. Na stwierdzenie: „Chyba będzie dzisiaj padać”, odpowiadał: „Moje włosy nie znoszą wilgoci. Skręcają się wtedy w korkociąg i każdy mi się przygląda, nie zauważając mojego klasycznego profilu twarzy”. Z tych powodów był chyba jedynym wariatem, którego próbowałem omijać szerokim łukiem. Próbowałem, lecz przeważnie bezskutecznie. Nawet gdy myłeś zęby, jego sfera wciskała ci się w gębę. Natomiast najbardziej tragiczna była sfera żołnierza z czasów piekła w Verdun. Chyba, bo była trochę niekonsekwentna. Niekiedy pasowała do pierwszej, a innym razem do drugiej wojny światowej. Ale czy to ważne?
Po prostu wciąż był na jakiejś wojnie. Patryk chował się skulony w najciemniejszym kącie, w rogu pomiędzy oknem a drzwiami. Miał z 14 lat i był, a właściwie mógłby być ciekawskim świata nastolatkiem z łobuzerskim uśmiechem i setką pomysłów na psikusy co sekundę. Jednak on wybrał ucieczkę, zamknięcie się w skorupie lęków. To nie był jego wybór. Byłem pewien. Przecież nikt sam z siebie nie wybiera takiego losu. Zatem musiało stać się jakieś traumatyczne wydarzenie, wypadek na ulicy lub śmierć na raka bliskiej osoby. Ale mogła to być również przeczytana książka lub wojenne wspomnienia dziadka. Podobne wydarzenie spowodowało, że na świat zaczął patrzeć jak na pole bitewne.
„Czy to dzisiaj?” – zawsze pytał, gdy mnie widział. Biedak wciąż tkwił w tym okopie. Śmierdziało uryną, rzegowinami i śmiercią. Słychać było świst kul i grzmot ostrzału artyleryjskiego. Księżyc był zasnuty dymem, a niebo wciąż przecinały świetlne serie z karabinów maszynowych, gdyż w jego okopie wciąż była noc. Ale dzisiaj chyba czekał na D-Day. Nie powinien chować się w okopie, a raczej na łodzi. Ale może go ktoś wcześniej przestraszył i uciekł w najbardziej nieprzyjazne miejsce. Nie, jeszcze nie. Pokręciłem ze smutkiem głową.
Kiedy będzie dzisiaj? W tych chwilach znikała jego piegowata twarz, zmieniając go w niewiele starszego, gdzieś tak 20-latka. Jednak o twarzy starca, który przeżył 23 przeprowadzki, rozwód z trzema żonami, wychowanie siedmiorga urwisów oraz wycofanie z produkcji komputerów Atari. Żołnierze i cywile giną codziennie. Czy dowództwo nie rozumie, że każdy dzień zwłoki to większe straty? Może jutro będzie dzisiaj. Próbowałem go uspokoić. „Myślisz?” – poderwał się z nadzieją. Świetliste paciorki pocisków zamieniły się w wielobarwne fajerwerki, lecz zaraz oklapł. Jeden z pocisków wybuchł blisko okopu i obsypał nas gradem piasku.
„Chciałbym, aby tak było. Broń nieustannie czyszczę. Ćwiczę też pompki, skakanie, wciskanie. Jestem gotów na dzisiaj.” „Ćwicz, ale na dzisiaj poczekaj do jutra.” „Ale nie mogę trenować strzelania. Boję się, że wyszedłem z wprawy. Jak jutro nie będzie dzisiaj i pojutrze nie będzie dzisiaj, to nie wiem, czy będę w stanie celnie strzelać.” Bardzo lubiłem sferę Louise. Louise nie ujawniała swojej sfery przed wszystkimi. Większość widziała ją jako nastolatkę wiecznie chodzącą w roboczym kombinezonie rozdartym ostrymi narzędziami, poplamionym smarami. Na twarzy też miała ślady smaru, a rozrzucone w nieładzie włosy zawiązywała w kok, aby nie przeszkadzały jej w pracy. Początkowo ja też nie wiedziałem jej sfery.
Wydawało mi się, że żyje w świecie majsterkowiczów, mechaników lub wynalazców perpetuum mobile. Jednak gdy poznałem Louise bliżej, gdy zostały przełamane lody nieufności, to była już zupełnie inna historia. Jej sfera eksplodowała jak nasz wszechświat. Stawała się tak rozległa, że nawet na horyzoncie nie było widać sfer innych pacjentów. A w jej sferze najważniejszy był nieco pokraczny, lecz jakże piękny samochodzik Garbi. Wciąż go naprawiała, udoskonalała, szykując do mającego się rozegrać wyścigu. Często zabierała mnie na treningi. Bez lęku pędziłem z nią serpentynami, czując powiew wolności we włosach. Czasami gnaliśmy długimi tunelami z lampami u góry co kilkanaście metrów, które mijaliśmy z taką prędkością, że świat zaczynał mi migotać tak jak w stroboskopie, przyprawiając o ból głowy. Inny ból głowy, prawdę mówiąc lęk, wywoływało u mnie ściganie się ulicami miasta.
Nie rozumiałem jej fascynacji do zegarków. Zbierała je namiętnie i każdego nowego pacjenta wypytywała, czy ma zegarek. Ale zegarki były rzadkością. Nawet jeżeli ktoś je posiadał, to go nie nosił, a trzymał zamknięty w szkatułce lub gablocie. W zależności od tego, czy była to pamiątka rodzinna, czy też trofeum w kolekcji. Gdy ją pytałem, skąd u niej ta pasja, odpowiadała, że z każdego zegarka można wycisnąć trochę czasu, który może pomóc wygrać jej wyścig. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób, ale przynajmniej było to logiczne, choć nieco surrealistyczne wyjaśnienie. Lubiłem też, co oczywiste, sferę psa Baskerville'ów. Chciałbym powiedzieć, że jego sfera była prosta. Ot, udźce obgryzione jako pnie drzew, a kości przedramienia z kostkami dłoni jako gałęzie, nieustannie targane hałaśliwym wiatrem.
Całość w czerni lub co najmniej w głębokich cieniach z ostrymi plamami czerwieni. Ale nie mogłem tego powiedzieć, gdyż tak nie było. Po pierwsze jego sfera była barwna, głównie w tonacji żółtej i zielonej. Dużo też było błękitu, ale nie był to zimny świat. To była łąka z bezchmurnym sklepieniem nieba, a na tej łące mnóstwo piłek. Nie tylko żółtych, chociaż tych było najwięcej, ale też zielonych o ciemniejszym odcieniu od trawy i niebieskich. Jasnoniebieskich jak niebo, na którym przepływają białe baranki chmur. Było też trochę piłek czerwonych, wszystkie z zamszową skórką, nie tak startą jak te żółte czy zielone, czy czerwone. Bowiem pies Baskerville'ów nimi najchętniej się bawił, a właściwie wymuszał zabawę. Gdy wchodziłeś w jego sferę, a on cię lubił, chwytał jedną z piłek do pyska, podchodził do ciebie i opuszczał ją pod twoje nogi, czekając z cichą prośbą, aż je rzucisz.
Na łące jego sfery leżały też pluszaki: misie, pingwiny, lwy, żyrafy i ropuchy. Gdy był już zmęczony aportowaniem, odchodził. Padał na trawę z rozwartą paszczą i wywalonym jęzorem, a gdy już złapał oddech, ucinał sobie drzemkę, zawsze podkładając pod głowę lub trzymając kurczowo przednimi łapami maskotkę. Wiele zabawek nosiło ślady jego miłości. A to miały oberwane uszko, a to postrzępioną nóżkę. Sfera psa Baskerville'ów była niewielka. Może dlatego tak często udawało mu się zaskoczyć pensjonariuszy, wyskoczyć znienacka, obszczekać lub złapać za kostkę. Lecz strefy niektórych pacjentów były tak rozległe, że trudno było przed nimi uciec. To były ich sfery. I ja miałem sferę, a właściwie kilkanaście sfer, gdyż zmieniały się zależnie od mojego nastroju.
Raz była to sfera Dzikiego Zachodu, salonów z wystraszonym pianistą, wylewną prostytutką, szulerem o zimnym spojrzeniu, innym razem dżungla Tarzana z małpami, tygrysami i słoniami albo sfera okrutnych piratów łupiących statek. A ja raz byłem piratem, a innym razem dzielnym marynarzem lub nawet majtkiem broniącym czci damy. Miałem takich sfer bez liku i nie potrafiłem zdecydować, która najbardziej mi odpowiada i złapać się jej. Trzymać mocno, powtarzając: to moja prywatna sfera. Przyjaciół zapraszam, wrogom wara od niej. Tak właściwie to poza tym, że każdy z nas żył w świecie własnej sfery, to nie wiem, dlaczego uważano nas za wariatów. Owszem, wielu tak bardzo zżyło się z artystycznym, czy raczej komercyjnym bądź rzemieślniczym wizerunkiem, że zapomnieli o własnym. Ale przecież to nie było szaleństwo nakazujące zamykać nas w izolacji. A może to była klinika odwykowa? Człowiek może uzależnić się od wszystkiego.
To jedyny pewnik. Czy aż tak bardzo potrzebowaliśmy do życia podniety? Czy bez niej położylibyśmy się na łące i patrząc w niebo, powiedzielibyśmy: oglądając obłoczki, poczekam sobie tutaj na śmierć i bez alkoholu we krwi, dymu w płucach, neurotoksyn w mózgu, by ograniczyć się do najbardziej popularnych, nie mielibyśmy celu do życia? Nałóg to siła napędzająca motywację. Niektóre uzależnienia, jak nałóg pracy, jedzenia, miłości fizycznej, ale i tej duchowej, czytania, czystości ciała i duszy, pouczania innych, hazardowego obstawiania, pasji grania sportowego, komputerowego, kradzieży drobnych i większych były naszą codziennością. Wpływały na nasze osiągnięcia, porażki, ale i na stan zdrowia. Nie w takim stopniu jak picie, palenie, branie narkotyków, które zawsze prowadziły do przedwczesnej śmierci, ale często też ją ściągały. I na te wszystkie namiętności, fascynacje czy sposoby ucieczki wymyślono zakłady odwykowe, w których specjaliści uzależnieni od tych samych lub jeszcze gorszych nałogów dostawali pieniądze za to, że wybijali innym z głowy chęć podążania za pokusami. Czy bez tych wzmacniaczy idei, marzeń, tęsknot ludzkość cokolwiek by osiągnęła? I znów wróciło do mnie pytanie, co ja tu robię.
Nie miałem żadnych nałogów, a przynajmniej nie pamiętałem ich. A tak właściwie to żaden z pensjonariuszy, może troszkę stukniętych, nie miał nałogów. Więc z czego miano nas wyleczyć? Co było wspólnym, niewidocznym dla mnie nałogiem tych wszystkich osób? Może nie byłem lekarzem, a pacjentem, który zgubił swoją sferę, a w takim razie musiałem ją odnaleźć. A jeżeli nie było to możliwe, gdyż zaginęła w niepamięci, rozwiał ją wiatr pożądania lub złości, to musiałem zbudować nową. Czułem, że będę przy tym miał wiele pracy, lecz to nic. Lubiłem wyzwania.
[01:00:36] - Proszę państwa, no to czas na Filmotekarium. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o kolejnym filmie z uniwersum Predatorskiego. Tak, Predator. Ja na razie tylko tyle. Nie będę państwu zdradzał tego, o czym mamy zamiar porozmawiać w Filmotekarium, ale wierzcie mi państwo, warto posłuchać. Dzień dobry wieczór państwu. Tradycyjne dzień dobry wieczór. Startujemy z Filmotekarium. Oj, dzisiaj, proszę państwa, będzie grubo. Oj grubo, bo też film, bo też uniwersum, w które się zagłębimy, ma kilkudziesięcioletnią tradycję i sam nie wiem, jak to skomentować.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:01:32] - Dzień dobry wieczór. Najlepiej to chyba w ogóle nie komentować, ale musimy coś nagrać. Drodzy państwo, kiedyś, już dość dawno temu, zapowiadaliśmy wam cykl pod tytułem Upadek wielkich serii. Seri filmowych oczywiście. I chyba dzisiaj pierwsza, choć nie do końca świadomie zrealizowana odsłona. „Predator: Badlands”, bądź „Predator: Strefa zagrożenia” po polsku, to jest horror sci-fi z 2025 roku, przy którym fani starego „Predatora”, pierwszych dwóch odsłon tej serii, mogą dostać jednocześnie rozwolnienia, obstrukcji i wysypki. I nie powiem jeszcze czego. Mogą oślepnąć.
[01:02:20] - I depresji mogą dostać. I mogą dostać ataku śmiechu i w ogóle różne niespodziewane zjawiska mogą się wydarzyć.
[01:02:29] - Tak, to jest film pełen zwrotów akcji, niesamowity. Żartuję. To jest kolejna produkcja osadzona w uniwersum Yautja, bądź Yautja, w zależności jak kto wymawia. To znaczy Predatorów. To jest siódma już produkcja, jak nas informuje internet. I myślę, Marku, że to jest chyba o pięć, cztery produkcji za dużo. Tak się składa, że ja oglądałem większość produkcji z Predatorem i to był błąd. Największe wrażenie robi na mnie ten najstarszy i chyba nie przestanie. Ale zanim przejdziemy do wniosków, to powiedzmy parę słów o „Badlands”, bo to jest zupełnie inna historia niż ten „Predator”, z którym wszyscy tą serię kojarzą. Tam się pojawia Dek, kosmita i reprezentant wspomnianego gatunku, który po konflikcie rodzinnym trafia na planetę Gina.
To nie jest Ziemia. Yautja, jakby ktoś nie wiedział, czy Yautja to są te nieprzyjemne stwory. Z jednym z nich walczył Schwarzenegger. One są nieprzyjemne z wyglądu generalnie, z zachowania też nie bardzo. Ten gatunek wywyższa wojowników, ceni sobie brutalność. Oni się zajmują generalnie polowaniami. Jak ktoś jest osadzony w tym uniwersum, to wie. A ten Dek to jest taki odszczepieniec. To jest taki, może nie do końca pacyfista, ale on jest bardzo ludzki. I tutaj jest pierwszy ząb, bo o ile Predatorzy to są humanoidzi, ale jednak o takich cechach potwornych, przerażających.
Sami sobie przypomnijcie, drodzy państwo, jaki przerażający był ten moment, kiedy Predator ściąga maskę. Dla mnie osobiście to był jeden z najbardziej wstrząsających momentów dzieciństwa. On na mnie dzisiaj nie robi już takiego wrażenia, ale wtedy robił ogromne. A tutaj ten Dek nie nosi maski. Wygląda pokracznie, wręcz śmiesznie. Wygląda jak taki Smerf po bardzo ciężkim urazie twarzy. Ma łagodniejsze rysy niż te potwory z wcześniejszych filmów. I on jest bardzo ludzki. On od początku w zasadzie wydaje się trochę człowiekiem, zachowuje się jak człowiek, ma te same emocje. I to jest właśnie gra już od początku z widzem.
On przybywa na tą planetę, by zgładzić tutejszego smoka i naprawić swoje relacje rodzinne. Oczywiście to pozwoliłoby mu odzyskać szacunek klanu jego ojca i tak dalej. Dorobiona jest taka historyjka do tego. I niespodziewanie Dek wplątuje się w intrygę pełną humoru i niespodziewanych przygód. A kiedy słyszycie po raz drugi ode mnie w tym programie takie słowa, to znaczy, że nie jest dobrze z tym filmem. I to jest kilkadziesiąt minut, Marku, męczarni. Nie wiem, czy to było robione umyślnie, czy oni sobie zdawali sprawę, co z tego wyjdzie. Wyszła totalna kaszana. Według mnie to jest film dla dzieci. Oczywiście nie można go tak określić świadomie, bo tam się dużo przemocy jednak zawiera, ale ja go oglądając, co zresztą powiedziałeś poza anteną, miałem wrażenie, że oglądam kolejną produkcję Disneya.
[01:06:33] - To prawda, coś z tym filmem jest nie tak. To taka zasłona dymna, którą stosuję, bo z nim wszystko jest nie tak. Piotr powiedział o pierwszym filmie z tego uniwersum. Proszę państwa Naprawdę minimalnymi środkami. To był tani film, ten ze Schwarzeneggerem. Osiągnięto grozę, absolutną grozę. Dzisiaj może już tak mocno to nie działa, ale jednak kiedy się ten film oglądało, on wzbudzał emocje. Pamiętam te lata 80., ten seans w kinie, to naprawdę było coś. Ja naprawdę współczuję wszystkim, których ten film, o którym dzisiaj mówimy, wzbudzi prawdziwe emocje. To jest film, nie wiem do czego to porównać.
Do "Shreka", Piotr to powiedział też poza anteną, że to bardziej do "Shreka" jest podobne. Nawet się osioł pojawia. Nie będę zdradzał co i jak, i jakie są zależności, ale się nawet taki pączek pojawia, który pełni tam rolę podobną do osła w "Shreku". I w ogóle to jest bajka. To jest bajka niezwykle brutalna, w której się pewna brutalność pojawia niemal na każdym kroku, ale jednak bajka. Magic, magic, magic. Praktycznie rzecz biorąc przez cały czas, nawet kiedy już jesteśmy w bazie, którą zorganizowała złowroga korporacja, to wszystko jest nierzeczywiste. Te mechy, które tam występują, po prostu wiecie państwo, konia z rzędem, kto by w to wszystko uwierzył. Kiedy się porównuje tę dosyć prostą historię opowiedzianą w latach 80. do tej niezwykle zakręconej, pogmatwanej, przekręconej i w ogóle historii, to tamta wygrywa.
To jest historia, która nawet do nas mruga okiem, bo ten pączek i ten potwór i tak dalej. Tam mają być też momenty, Piotr powiedział, że to jest śmiesznie bardzo. Jest śmiesznie, bo w pewnym momencie niejaki pączek opluwa głównego bohatera, tego predatora i on go nie zabija na miejscu, bo mu pewien android, a właściwie androidka wyjaśnia, dlaczego go opluł i on to przyjmuje. Co więcej, okazuje się, że to oplucie miało kluczowe znaczenie i tak dalej. Nie wiem, czy państwo już czujecie pewną bezsensowność tej historii. Bezsensowność nie polega na tym, że się te rzeczy nie łączą, bo o to scenarzyści zadbali. Ta historia na pewnym poziomie jest logiczna, wynikowa. To wszystko się toczy, tylko nie wiadomo dlaczego się toczy i po co się toczy, i czemu to wszystko ma służyć tak naprawdę. W dodatku z pewnym żalem muszę powiedzieć, że koniec filmu zapowiada kolejną część. Przynajmniej takie mam wrażenie.
Zapowiada kolejną część, zatem będziemy się jeszcze musieli troszeczkę pomęczyć w tym uniwersum i jeśli to będzie na tym samym poziomie, a przypuszczam, że będzie, to dalej będziemy mieli taką, nie wiem, jak utworzyć odpowiednie słowo, disneyzację tego uniwersum, czyli uniwersum brutalnego. Mam na końcu języka słowo prawdziwego, bo film ze Schwarzeneggerem był oczywiście filmem fantastyczno-naukowym, ale jednak miał pozory prawdziwości. Można było w tę historię uwierzyć. Czy w tę historię, o której dzisiaj rozmawiamy, można uwierzyć? Skoro się czytuje w tej chwili namiętnie różnego rodzaju prozę young adult umieszczoną w uniwersach fantasy, to we wszystko można uwierzyć, ale jakoś tak niechętnie podchodzę, bo to już nie jest ten predator co dawniej. I to być może jest objaw starości albo konserwatyzmu, albo jednego i drugiego. Ale jednak muszę powiedzieć, że ta disneyzacja predatora wyrywa mu wszystkie kły. I może nie bez przyczyny główny bohater, czyli właśnie predator, tego jednego kła nie ma albo ma go niekompletny. To może był taki znak, który puszcza się do widzów, żeby zrozumieli, że to już nie jest na poważnie. To już jest reinterpretacja, to już jest przepoczwarzenie, to już jest wszystko, ale nie prawdziwy predator.
[01:11:58] - To jest taki predator, że można ze słowa predator zabrać pierwsze "r". Mniej więcej tak to wygląda. Nie będę mówił, bo niepolitycznie to by było.
[01:12:13] - Algorytm czuwa w końcu.
[01:12:15] - Tak. To jest taki Shreko-Avataro-Predator tak naprawdę. Generalnie coś dla młodszej widowni albo głupszej po prostu widowni. Film miejscami przypomina też gameplay. To jest coś, o czym już mówiłem, że teraz się robi takie filmy, które przypominają gry, jakby ktoś grę oglądał. Coś, co może poruszyć starszych natomiast to jest nawiązanie do Weyland-Yutani. Ale to jest wszystko. Za pewien plus mogę uznać próbę podejścia do stworzenia wyimaginowanej fauny i flory. Na tej obcej planecie, na którą ta istota, ten Deck trafia. On tam sam oczywiście nie jest.
To jest ciekawe też do pewnego stopnia, bo w pewnym momencie już te stwory są bardzo fantastyczne. Za wielki minus uznaję wprowadzenie tego kotopodobnego stworzenia, które się włóczy za predatorem. Tutaj już twórcy Star Wars mieli nauczkę, kiedy wprowadzili takiego wkurzającego stworka z długimi uszami. Tu jest podobnie. Dlatego też powiedziałem, że ten film przypomina trochę Shreka, bo jest jeden wielki, silny koleś, potwór, jest gadatliwy android i coś à la Kot w butach. Ta ekipa wygląda kiepsko, bardzo kiepsko i po jakimś czasie ludzie normalni odpadną od tego filmu. Dodatkowo on się dłuży, zaczyna się dłużyć w pewnym momencie bieganie po planecie, gdzie jest pełno stworów i niebezpiecznych roślin. Po pewnym czasie też już się nudzi, może by się coś wydarzyło. Do horroru sci-fi, jakim był Predator ze Schwarzeneggerem nie ma to absolutnie podjazdu. Może te kolejne odsłony niektóre na przykład Predator 2, chociaż gorszy był, bo był, ale był jednak też filmem mocno niepokojącym.
To w ogóle nie wiem, co myśleli twórcy wprowadzając te istoty do zupełnie innej narracji, takiej bajkowej, słodkiej. Ludzie, do czego to doszło? Mieliśmy potem jeszcze przecież inne filmy, które miały być na poważnie. Był Predator z 2018 roku i był potem też ten film Prey, kiedy próbowano historię przenieść w przeszłość. Obydwa oglądałem. One były lepsze od tego, co otrzymujemy teraz, natomiast też nie były jakieś super dobre. Myślę, że jeżeli chodzi o to uniwersum, to jest wyraźny krok wstecz albo też próba monetyzacji, próba zbicia jakiegoś kapitału. Ktoś powie, że dobra, może w ten sposób chcą przedstawić Predatorów młodszemu pokoleniu. Wydaje mi się, że nie. Ja też mam wrażenie, że jeżeli chodzi o tego bohatera, o to uniwersum, powtarzam po raz kolejny to słowo, to one są już niestety martwe.
Może lepiej tego nie ruszać. Może niech to sobie zostanie jako historia, bo Marku, ja mam wrażenie, że Predatora jest trochę trudniej rozruszać na ekranie niż Aliena, niż Obcego, bo jakkolwiek by nie było, wszystkie filmy, które powstały w obu tych seriach, one są mocno przewidywalne. Cokolwiek się nie wydarzy w filmie, gdzie jest ksenomorf albo gdzie jest predator, to zawsze się kończy tak samo. Mamy konfrontację bohatera z jakimś potworem. Tu jest trochę inaczej akurat, z trudnym przeciwnikiem. Mnie wystarcza absolutnie to, co zrobił Arnold. Przedłużanie tych uniwersów, odcinanie kuponów naprawdę robi tylko gorzej. Mam wrażenie, że absolutnie ani w przypadku filmów z ksenomorfem, ani w przypadku filmów z predatorem nie robi się historii. To są produkcje, które zostaną zapomniane. W przypadku Badlands to nam pokazuje, że dotarło to w pewien sposób do końca i może nie ma co ożywiać tego trupa.
To jest tak, jak robienie w Polsce kolejnych odsłon Lalki albo Nocy i dni. Można, ale po co? Każda seria prędzej czy później się kończy, bo przemijają pokolenia, dla których te serie były kultowe i nie da się na siłę tych nowych zafascynować czymś, co jest dla nich zupełnie obce. Dlatego, że i Predator, i Alien one wyrosły. Wyrosły może nie, one zafascynowały ludzi z zupełnie innych powodów, niż to się wydaje współczesnym producentom filmów do pojęcia. Chodzi mi o to, że po prostu dzisiejsi młodzi ludzie już tego nie kupują. Ich nie zainteresuje to, że to jest ten predator. Dla nich to jest kolejny stworek. Dodatkowo już na sam koniec, bo trochę za dużo gadam. W Badlands okropnie mnie drażni ten drętwy humorek.
Drętwy humorek, który mieliśmy obecny w wielu innych produkcjach. Kiedy mamy taką grupę bohaterów, którzy razem się turlają przez film i oni sobie tam często dyskutują, docinają. To jest bardzo słabe. To już nie jest śmieszne w żaden sposób i myślę, że pod tym względem już producenci dotarli do pewnego końca. Ja już poza Badlands, Marku, naprawdę nie widzę możliwości rozruszania tego uniwersum. Szkoda z jednej strony, ale lepiej chyba zachować dobre wspomnienia o tym, co było naprawdę wartościowe, czyli o filmie z Arnoldzikiem.
[01:18:31] - Proszę państwa, ja żeby zdołować już kompletnie ten film, to sobie wymyśliłem taką oto frazę. Jeśli pamiętacie państwo film Alien versus Predator, to to jest ten film, który tak był zmieszany z błotem, to to jest dzieło wybitne na tle filmu, który omawiamy dzisiaj. Absolutnie wybitne i absolutnie nieprzewidywalne. I w ogóle wiecie państwo, to arcydzieło kinematografii Żartuję oczywiście, ale na tle to tak właśnie wypada. Ja nie do końca, Piotrze, się z tobą zgadzam. Zgadzam się, że pokolenia przemijają i że to kolejny stworek. Tylko że twórcy nie ułatwiają nowym pokoleniom wciągnięcia takich postaci jak Predator do zbiorowej świadomości. Bo jak się infantylizuje postacie w nadziei, że to trafi do szerokiego grona odbiorców, to popełnia się ogromny błąd. To jest takie gdybanie oczywiście, że gdyby ten prawdziwy Predator powstał dzisiaj, oczywiście z całym przeniesieniem możliwości kina, więc on by wyglądał troszeczkę inaczej i miał takiego współczesnego Arnoldzika i był oparty na bardzo prostym scenariuszu. Bo jeśli się porówna scenariusz Predatora oryginalnego i tego, o którym dzisiaj mówimy, to to jest niebo a ziemia.
Oryginalny Predator miał bardzo prosty scenariusz. Ten ma scenariusz rozbudowany, wykoślawiony i wykombinowany w kosmos. I co? I nic, absolutnie nic, a w dodatku jest zinfantylizowany. Bo gdyby współczesnemu pokoleniu pokazać film na poważnie, bez tego ględzenia, o którym ty, Piotrze, wspomniałeś, bez tych zabiegów infantylizujących, to ja myślę, że byłaby szansa wciągnąć młodych, współczesnych oglądaczy, ludzi zafascynowanych kinem, opowieściami z dalekich światów. Byłaby szansa wciągnąć ich w to uniwersum, ale nie produktem, który tylko przypomina Predatora. I to też nie do końca, bo tak jak powiedziałeś, ten Predator wygląda jakby sympatyczniej, bo on miał wyglądać sympatyczniej w tym filmie, bo widz miał się z nim identyfikować, przynajmniej częściowo. Trudno się było identyfikować z Predatorem, który był przeciwnikiem Arnoldzika, ale z tym jak najbardziej. W dodatku my mu jeszcze kibicujemy, bo jego problemy rodzinne odgrywają sporą rolę. Dostajemy, proszę państwa, coś, czego państwu nie życzę, żebyście to obejrzeli.
Ale jeśli musicie się w tym uniwersum pogrążyć, to proszę bardzo, ale robicie to absolutnie na swoją odpowiedzialność. Jeśli natomiast jesteście widzami z tak zwanego starszego pokolenia, do którego ja się zaliczam, jeśli nie chcecie sobie państwo zrujnować wizji, którą mieliście po obejrzeniu tych pierwszych „Predatorów”, pierwszych dwóch przynajmniej, to absolutnie tego filmu nie oglądajcie. Absolutnie nie. Nie ma po co. Zmarnowany czas. Absolutnie to jest film nie wiadomo do kogo adresowany. Do starych oglądaczy? Na pewno nie. Do nowych? Nie wiem.
To jest właśnie ten problem, o którym wspomniał Piotr. Trudno ten film pokazać siedmiolatkowi, bo zbyt wiele flaków się po tym ekranie przemieszcza, ale pokazanie go osiemnastolatkowi to już jest duże ryzyko, że nas po prostu wyśmieje. I tym mało optymistycznym akcentem ja zdecydowanie kończę i nie polecam. Czas, proszę państwa, zatem na polecanki z pogranicza. Ja przypomnę nieustająco tę część naszej audycji Akademii Wszelkiej Fikcji, cudzysłów sponsoruje Księgarnia Galeria Nieznanego Świata, ulica Kredytowa w Warszawie. Tam państwo tę księgarnię-galerię odnajdziecie. Jeśli nie zamierzacie jej szukać, bo nie mieszkacie w Warszawie, to zapraszam na stronę nieznany.pl. Tam oferta tejże księgarni jest wyświetlana, można zamawiać, a zatem jest jakieś wyjście. No to cóż, proszę państwa, startujemy z polecankami z pogranicza. Pierwsza książka, którą wybrałem, nosi tytuł „Potęga teraźniejszości”.
Autorem jest nie byle kto – Eckhart Tolle. Tłumaczem jest Michał Kłobukowski. Książkę wydało wydawnictwo Galaktyka. Przez dwa lata mały człowiek przesiadywał na ławce w parku. Ludzie mijali go pogrążeni we własnych myślach. Pewnego dnia ktoś zadał mu pytanie. W następnych tygodniach coraz więcej ludzi przychodziło i stawiało mu pytania. Po pewnym czasie rozniosła się wieść, że ten człowiek jest kimś niezwykłym. Kimś, kto odkrył coś, co sprawia, że życie nabiera sensu, staje się pełnią. Ta historia wydarzyła się naprawdę, a jej bohater nazywa się Eckhart Tolle.
Jego pierwsza książka, „Potęga teraźniejszości”, uczyniła go sławnym na całym świecie. Wojciech Eichelberger napisał o tej książce: „To mądra, serdecznie i uczciwie napisana książka. Książka dla ludzi poszukujących odpowiedzi na najważniejsze z dręczących nas pytań i wątpliwości. Autor ze znawstwem i cierpliwością najpierw zachęca nas do wyruszenia w drogę, a potem prowadzi nią czytelnika na spotkanie z nim samym. I o dziwo, ta droga wcale nie wydaje się trudna”. I nikogo nie wyklucza. Iść nią może każdy. Nigdy nie dość takich książek. Z kolei ojciec Jan Bereza z Opactwa Benedyktynów w Lubiniu stwierdził: „Jest to książka nie tyle mówiąca o oświeceniu, co prowadząca do oświecenia. Adresowana do tych, którzy nie tylko chcą się dowiedzieć czegoś o poszukiwaniu prawdziwego ja, ale do tych, którzy pragną je odnaleźć.
Można ją polecić każdemu, kto wkracza na duchową ścieżkę i potrzebuje przewodnika.” Proszę państwa, to była polecanka książki „Potęga teraźniejszości”. Autor Eckhart Tolle, tłumacz Michał Kobukowski, a książkę wydało wydawnictwo Galaktyka. Druga polecanka nosi tytuł: „Fizyka cudów. Materializując świadomość”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Karolina Bochenek, wydawca Studio Astropsychologii. Richard Bartlett, odkrywca matrycy energetycznej, powraca w książce, która w telegraficznym skrócie jest podręcznikiem z zostawania cudotwórcą. Każdy z nas ma w sobie potencjał niezbędny do czynienia cudów. Czas go odkryć. To, co nazywamy cudami, jest bowiem naturalną możliwością naszego organizmu. Są czymś, co w nas tkwi, ale potrzebujemy impulsu, by nauczyć się z tego korzystać.
Czy chciałbyś, podobnie jak autor, uleczyć swe ciało z przewlekłej choroby w naprawdę krótkim czasie? A może wolałbyś siłą woli ulżyć w cierpieniu bliskiej ci osobie? Masz na to niepowtarzalną szansę. Poznaj naukowe uzasadnienie wydarzeń, które klasyfikujemy jako coś niezwykłego i cudownego. W fizyce cudów odnajdziesz przypadki zupełnie przeciętnych osób, które niespodziewanie odkrywały w sobie potężną leczniczą moc. Osób, które w mgnieniu oka rozprawiały się z poważnymi chorobami wyłącznie dzięki sile własnej woli. Od zatkanych zatok po dziedziczne schorzenia. Wszystko jest błahostką, gdy przeciwstawisz temu potęgę swojego umysłu. Połącz najnowsze odkrycia naukowców, filozofię Wschodu i energetykę czakr, by zostać cudotwórcą w pełnym tego słowa znaczeniu. A ja przypomnę tytuł: „Fizyka cudów.
Materializując świadomość”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Karolina Bochenek, wydawca Studio Astropsychologii. No i ostatnia polecanka na dzisiaj. Autor Igor Witkowski. Tytuł: „Nazistowskie poszukiwania wiedzy tajemnej”. Wydawca VIS 2. Jest to kolejna po książce „Wewelsburg. Nazistowski okultyzm i nowa religia” kolejna odsłona ezoterycznej historii Trzeciej Rzeszy. Autor opisał poszukiwania tybetańskich manuskryptów, Graala, Arki Przymierza, Włóczni Przeznaczenia, Szambali, ale również niekonwencjonalnej technologii czy dojść do legendarnego świata podziemnego. Wszystko to było przez nazistów traktowane jako ezoteryczne klucze do władzy nad światem.
Ważny jest również rozdział poświęcony Viktorowi Schaubergerowi, kontrowersyjnemu wynalazcy oraz obszerny rozdział opisujący działania realizowane na Antarktydzie. Swoistą mroczną ciekawostką jest rozdział opisujący próby stworzenia nadczłowieka, dający naprawdę unikalny wgląd w patologię nazistowskiej psychiki. Przypomnę tytuł książki: „Nazistowskie poszukiwania wiedzy tajemnej”. Autor Igor Witkowski, wydawnictwo VIS 2. Proszę państwa, czas na MAUP-ę, czyli książki z pogranicza. Dzisiaj, proszę państwa, poczuliśmy się z Piotrem zobowiązani. Odszedł niedawno Däniken. Däniken, który właściwie wydawało się, że jest z nami od zawsze. Odszedł, a ponieważ ukazała się niedawno w Polsce jedna z jego książek, to myślę, iż to jest dobra okazja, żeby o Dänikenie wspomnieć, a przy okazji opowiedzieć o jego książce. Bardzo serdecznie zapraszam na kolejną część, kolejny odcinek „Książek z pogranicza”.
Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejną część cyklu, który ciągnie się już i ciągnie od ho ho, kto wie jakiego czasu, ale w dalszym ciągu nie zapowiada się, aby miał się skończyć w najbliższym czasie. Dzisiaj książka z pogranicza zatytułowana: „Bogowie nigdy nas nie opuścili”. Autorem jest Erich von Däniken. To nie jest przypadek, proszę państwa. Doskonale państwo wiecie, że autor tej książki niedawnymi czasy opuścił ten padół łez. No i cóż, myślę, że jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia książka, warta jest tego, żeby ją omówić. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:31:13] - Dzień dobry, wieczór. No tak, świętej pamięci Erich von Däniken zrobił na świecie niemałe poruszenie znowu, bo umarł i od pewnego czasu różne portale, fora, publikatory o nim piszą. Na przykład napisał o nim niedawno Sławomir Sierakowski z Krytyki Politycznej. Krytyka Polityczna to wypuściła, podejrzewam, to wyszło spod pióra tego ancymona.
[01:31:45] - Proszę państwa, to, co za chwilę zacytuję Piotr naprawdę jest genialne w swej głupocie.
[01:31:54] - Do tego może przejdziemy na końcu, kiedy będziemy omawiać echa twórczości Dänikena. Natomiast okazuje się, że Krytyka Polityczna, nawet nie skupiając się tak bardzo na tym, co Däniken głosił i tym, kiedy się mylił, zarzuciła mu przede wszystkim rasizm i ksenofobię, ale do tego jeszcze dojdziemy. Däniken zmarł 10 stycznia tego roku w wieku blisko 91 lat. Tyle by skończył w kwietniu. O tym autorze mówiliśmy bardzo wiele. Przerabialiśmy ostatnio książkę „Prorok przeszłości”, a wcześniej inne książki, mówiąc o ich niewątpliwych plusach i minusach. Nie tylko książek, ale w ogóle tak zwanej dänikenozy, czyli przekonania, że zostaliśmy odwiedzeni przez bogów z kosmosu i że trzeba przyjmować to jako pewnik. Ja nie mówię, że Däniken nie miał niekiedy racji, ale na tego autora trzeba patrzeć szerzej. Nasi stali słuchacze wiedzą, o czym mówimy. Dodatkowo, kiedy po śmierci Dänikena w wielu miejscach przypomniano jego życiorys, zwracano uwagę nie tylko na jego nienowoczesne poglądy, ale też na kilka mało chlubnych rozdziałów, o których opowiedziałem na swoim lajcie.
Nie chodzi tutaj wcale o pobyt w więzieniu. To się może przydarzyć każdemu i to nie miało nic wspólnego z jego działalnością pisarską, chociaż on potem próbował takie wrażenie robić, mówiąc, że te pieniądze się upłynniały, bo on chciał jeździć po świecie. Pieniądze, które zachabrusił. Chodzi raczej o zapomniane wątki związane z tym, kto Dänikena wyprodukował, wypromował, bo on się wcale nie wziął znikąd. Tak naprawdę ten autor jest, zdaniem niektórych, dzieckiem, produktem, wytworem Wilhelma Uttermanna, dawnego nazistowskiego dziennikarza, który potem pracował w dużych wydawnictwach, potem promował pisarzy, potem zarabiał na literaturze popularnej. Na pewno Däniken był jego jednym z najciekawszych odkryć. Ale po latach, Marku, to chyba nie ma już większego znaczenia, bo to się tyczyło głównie pierwszej książki Dänikena, która na Zachodzie nosiła tytuł „Rydwany bogów”, u nas „Wspomnienia z przyszłości”. Däniken potem produkuje kilkadziesiąt książek, tłumaczony jest na wiele języków. Mówi się, że trzydzieści kilka. Książek sprzedanych ma w przydziale, to też nie wiadomo w sumie, mówi się 50, 70 milionów egzemplarzy.
Są to książki bardzo różne, co już wiemy, nastawione na różnego czytelnika, choć też nie ukrywajmy, książki powtarzalne. To mu się zarzuca. Powtarzalne też są dlatego, że nie jest tajemnicą, że dziedzina, po której on się porusza, czyli paleonautyka, jest wąska. Tam napływ nowości nie jest zbyt wartki. Po prostu niewiele się dzieje przez te dziesięciolecia. W sumie pisze cały czas o tym samym albo analizuje te same sprawy. Pomimo tych mankamentów Dänikena nie da się ukryć, że on odcisnął piętno na życiu, na zainteresowaniu wielu osób, głównie wskutek swojej przystępności i dostępności. Ale to tak wszystko na marginesie. O wielu z tych sprawach mówiliśmy. Kiedy mowa była u nas i nie tylko u nas o Dänikenie, często się pojawiały pytania, jak on się odnosi do tematyki UFO, bliskich spotkań, ufonautów i tak dalej.
Bo paleokontakt wiadomo, był. Bogowie z kosmosu byli, ale przecież potem cały czas było bardzo widoczne zjawisko, które bardzo blisko się z tym wszystkim wiązało. W przeszłości obcy wtrącali się w nasze sprawy nawet bardzo. A co potem? Co obecnie? Książka, o której mówimy, to jest jedna z tych, gdzie szwajcarski pisarz, który dawniej odżegnywał się od zainteresowania UFO, odnosi się do tego problemu i odnosi się do tak zwanego planu obcych, alien agendy. Jest to, Marku, lektura, nie ukrywam, ciężka i problematyczna. Dlaczego? Z kilku powodów. O ile Däniken zwykle ciągnie kilka srok za ogon w swoich publikacjach, to tutaj tych srok ciągnie 101 przynajmniej.
I to w pewnym momencie, niedługo po wstępie rozjeżdża nam się w różne strony. Czym przekonuje cię wizja zjawiska UFO, wizja współczesnych kontaktów, którą ten autor przedstawił w książce „Bogowie nigdy nas nie opuścili”? Dodajmy, że to jest książka, która ukazała się na polskim rynku względnie niedawno.
[01:37:02] - Powiem tak, że owszem, on nawiązuje do zjawiska współczesnego, ale cała książka tak naprawdę po raz kolejny, enty jest wsparciem i rozwinięciem tej koncepcji, która była na początku, czyli Koncepcji paleokontaktu, kontaktu starożytnych cywilizacji z istotami pozaziemskimi. Däniken dosyć konsekwentnie buduje taką wizję świata, w której historia ludzkości nie jest jakimś zamkniętym procesem. Jest elementem znacznie szerszego, powiedziałbym, kosmicznego planu. Ale powiem jeszcze jedną rzecz. Ta książka zaczyna się dosyć dziwnie, bo pojawia się taka rozbudowana literacka opowieść o tajemniczym świetlnym zjawisku i rzekomym kontakcie z ludźmi przyszłości. Ten fabularny wstęp, ewidentnie fabularny, fabularyzowany pełni, moim zdaniem, funkcję takiego symbolicznego wprowadzenia do tematu głównego, to znaczy do tematu istnienia inteligencji, która przekształca nasze aktualne rozumienie czasu, przestrzeni, technologii. Mam wrażenie, że Däniken celowo na początku książki zaciera granicę między literaturą, beletrystyką a publicystyką. To jest taki rodzaj przygotowania nas, czytelników, na jakieś dalsze, śmielsze tezy, które się w tej książce pojawią. W kolejnych rozdziałach von Däniken przechodzi do rozważań, które oparte są na analizie mitów, tekstów religijnych, jakichś zabytków archeologicznych, ale też dołącza do tego to, o czym wspomniał Piotr, czyli współczesne relacje dotyczące UFO. I autor twierdzi, że starożytne budowle, takie jak piramidy chociażby, czy jakieś monumentalne konstrukcje w Ameryce Południowej, nie mogły powstać bez wsparcia zaawansowanej technologii.
Znacie to państwo? Oczywiście, że znacie. No to posłuchajcie. Dalej pojawiają się opisy bogów w Biblii, mitologii sumeryjskiej czy hinduskiej na przykład, i przytoczone relacje przypominają relacje z kontaktu z istotami dysponującymi maszynami latającymi i bronią, którą uznalibyśmy za taką broń, która jeszcze ludziom dostępna nie jest. I zaraz potem pojawiają się opisy współczesnych zjawisk UFO oraz relacje wojskowych pilotów, które świadczyć mają o tym, że Ziemia jest nadal obserwowana. Całość, jak się to wszystko poskłada, prowadzi nas do tego tytułowego wniosku, że bogowie nie tylko istnieli dawno temu, ale też nigdy nie opuścili ludzkości. A ta ich obecność ma właściwie kluczowe znaczenie zarówno dla naszej przeszłości, teraźniejszości, ale, co chyba najważniejsze, przyszłości.
[01:41:02] - Tak. Däniken stwierdza, że obcy nas obserwują, ale kontaktu to oni za bardzo nie chcą, bo się boją chaosu, który mógłby na Ziemi zapanować w wielu dziedzinach życia, głównie na polu religijnym. I tutaj Däniken strasznie upraszcza. Pokazuje nam to swoje najgorsze oblicze jako autor. Na przykład stwierdza tak sobie, że na pewno, na 100% papież ogłosiłby, że obcy to demony. On po prostu by wyszedł i ogłosił, bo Däniken to wie. Tyle żeśmy przerobili tego tematu, Marku, w ostatnich kilkunastu miesiącach, że wiemy, że nie bardzo. Watykan mądrzejszy jest, niż się Erichowi wydawało i chyba nawet wie więcej o tym zjawisku niż on sam. Pisze także Däniken o grupach ludzi, którzy mogliby kolokwialnie ogarnąć kontakt. To byłyby wybitne jednostki rozumiejące powagę sytuacji.
Bo z przywódcami mocarstw to obcy nie będą gadać, bo wiadomo, Ziemia nie ma konkretnej reprezentacji politycznej, z ONZ-em to wiadomo, jak jest. Teraz Trump robi drugi ONZ, no i kosmici mają po prostu zagwozdkę. Obcy gdzieś siedzą, patrzą się, jak ta nasza cywilizacja się toczy i upada. I w książce Däniken tak naprawdę nie daje nam żadnych rozwiązań. On powtarza takie stereotypowe wnioski: obcy się nie kontaktują, bo nie mogą, bo nie chcą, bo jesteśmy ich dziećmi. Tu by był chaos i wszyscy by umarli. Chłop pisał od 50 lat o tym, że obcy są, a teraz pisze, że ich ślady są wszędzie, że oni nas ukształtowali, naszą religię, nasze myślenie. A teraz pisze, że oni nie chcą, bo oni nie mogą, bo to, bo tamto. To po co żeś pisał te książki, skoro się boją? To oni się boją czy się nie boją w sumie?
Wtedy się nie bali, dzisiaj się boją. Powiem ci tak, chyba jedna z gorszych książek Dänikena to jest. On się rozpędza, bierze szturmem bastion pod tytułem upadek religii, upadek społeczeństw i tak dalej, a potem sobie odpuszcza i przechodzi do zupełnie innej narracji, już takiej bardzo chaotycznej. Mówię, że tam jest pokazana najgorsza strona Dänikenozy. Tak, bo on na przykład bierze sobie Fatimę i mówi: „Tam była manifestacja UFO dla 70 tysięcy ludzi, na 100%”. Tak, bo tak. Nie ma dyskusji z Dänikenem. Nie tylko tutaj. Ta książka, o której mowa, ujawnia wiele innych mankamentów jego narracji, jego słabości intelektualnej w konfrontacji z niektórymi tematami. To nam pokazuje, jaki był płytki.
Wiem, że się niektórzy mogą oburzyć, ale tak jest. Jeżeli on coś uznaje, że jest czarne, to jest czarne i tyle. Jeżeli białe to białe. Nie ma odcieni szarości. Mnie po jakimś czasie, kiedy sobie przypominamy książki Dänikena, ten styl i ta jego taktyka, że on tylko zadaje pytania, on tylko mówi, jak mogło być, mnie to po pewnym czasie zaczyna męczyć i mierzić, bo na takim zadawaniu pytań można dojechać do samego końca. Zrzuca się z siebie całą odpowiedzialność za cokolwiek, prawda? A z drugiej strony mówi się, jest tak i tak. Ale jeżeli są jakieś problemy, to on tylko pytania zadawał. Jest taki youtuber w Polsce, który, jak mi wyjaśniono, analizuje różne dziwne tematy, różne trudne tematy, także te z pogranicza. I on to analizuje w takiej humorystycznej formie, żeby nikt nie wiedział, kiedy on analizuje coś na poważnie albo na niepoważnie i nikt nie wie, czy żartuje, czy nie żartuje.
W taki sposób, nie opowiadając się po żadnej ze stron, zrzuca z siebie odpowiedzialność za cokolwiek, za ewentualne pomyłki. Däniken robił to całe życie. Wiem, że dla niektórych to jest zamach na ukochanego autora, ale pamiętajcie państwo o jednym: Däniken u nas był Dänikenem wyobrażonym. Był takim, jak on siebie rysował w książkach. Nie znaliśmy go z telewizji, w której występował, nie znaliśmy go z programów innych niż „Starożytni kosmici” i kilku innych podobnych, najczęściej emitowanych we fragmentach gdzieś w innych programach typu „Nie do wiary”. My go znamy tylko z dobrej strony. A jest też Däniken prawdziwy. I zauważyłem z wielką przykrością, że wielu tych, którzy napisali peany na jego cześć, używało jego taktyki. Jeżeli coś jest czarne, to jest czarne. Jeżeli białe jest białe.
Nie. Erich von Däniken był jak my wszyscy w odcieniach szarości, a co najważniejsze on nigdy tego nie wykluczał i sam miał do siebie duży dystans. Ja nie mówię tego, żeby się zamachnąć na tą postać. Ja tylko mówię, jak niewielkie wyobrażenie czasami mają ludzie, którzy są twórcami internetowymi, bo naprawdę taki festiwal niewiedzy, jaki zobaczyłem po śmierci Dänikena, zdarza się rzadko. I to nam pokazuje, że jednak pomimo tego, że tkwimy w globalnej wiosce i mamy dostęp do informacji, sprzedaje się tylko to, co jest emocjonalne. Przy całym szacunku dla tego autora, kiedy on z musu zaczął penetrować temat pod tytułem „Alien Agenda”, okazało się, że nie był w stanie tego zrobić. To się okazało mało porywające. Wypalił się po prostu tak, jakby nie miał w ogóle pojęcia, o czym mówi. Ale to jest jedna sprawa, bo wiesz, Däniken Dänikenem, wiadomo, naukowcy przez całe dziesięciolecia wytykali mu to, że jest nienaukowy. Ja jednak uważam, że na kilku przynajmniej polach mógł pociągnąć dyskusję na poważnie i byłyby problemy z odpowiedzią na niektóre pytania.
Däniken podchodził do wszystkiego en masse. Kiedy pisał swoje książki, trudno było czasami złapać myśl, dlatego że przeskakiwano z tematu na temat, tematu na temat, pytania, próby odpowiedzi, tu jakieś hipotezy. To wszystko się gdzieś gubiło. Ale jakby wybrać z tej mieszaniny kilka tematów, zawsze by się można było pokusić o dyskusję z naukowcami. Tymczasem on z naukowcami to wiesz, on tylko mówił, że on się potyczkuje z nimi, ale to wszystko było dla PR-u tak naprawdę. Nic się nie sprzedaje lepiej niż robienie wokół siebie szumu. I Däniken robił to mistrzowsko. Ale rozśmieszyło mnie to, że byli ludzie, dajmy na to ktoś z Krytyki Politycznej, być może sam Sławomir Sierakowski, którzy nie tyle zwrócili uwagę na to, co Däniken stworzył, nie tyle zwrócili uwagę na to, gdzie się mylił, gdzie nawet mógł umyślnie sprzedawać nieprawdę, tylko na to, że Däniken był rasistą. Rasistą i kim on tam jeszcze, Marku, był? Bo tam padło kilka epitetów, że on przede wszystkim nie był autorem, który manipulował może czasem wyobrażeniami, ale okazuje się, że najważniejsze to, że ten Erich był rasistą.
I muszę powiedzieć, że w książce, o której dzisiaj mówimy, też tam na samym końcu jest trochę mocno pojechane po tym, co uśmiechniętym, nowoczesnym bardzo się nie podoba. Inaczej, im się to bardzo nie podoba, a bardzo im się nie podoba to, co świętej pamięci Däniken tam napisał. Tylko że to już nie ma nic wspólnego z dyskusją na temat bogów z kosmosu ani obcych.
[01:49:15] - Dokładnie tak to odbieram. Litościwie nie będę się rozwodził o tym wpisie z Krytyki Politycznej Znajdźcie sobie Państwo, oceńcie sami. Myślę, że to będzie terapia wstrząsowa, przynajmniej dla niektórych. Ja natomiast jeszcze nawiążę do tego, o czym powiedziałeś, Piotrze, bo przez te wiele dziesiątków lat Erich von Däniken nauczył się ważnej sztuki. Takie jest moje zdanie po lekturze książki. Nauczył się sztuki manipulacji albo elementów sztuki manipulacji, bo ta książka napisana jest takim sugestywnym językiem, takim językiem emocjonalnie angażującym. Jest ten język bardzo pewny siebie, często kategoryczny wręcz, a to sprawia, że dosyć szybko czytelnik może przyjąć taki pogląd, że tezy wygłaszane przez autora czy też pisane przez autora są po prostu oczywiste. Oczywiste i logiczne. W dodatku, jak się dorzuci do tej pewności siebie cytaty z wojskowych, naukowców, astronautów, polityków, to wszystko po to, żeby uwiarygodnić przekaz, to, proszę państwa, otrzymujemy coś, co po prostu musi nas wciągnąć. Z drugiej strony myślę, że warto zauważyć, że ta sztuka manipulacji polega między innymi na tym, że autor bardzo często przechodzi od faktów do daleko idących hipotez i robi to niejako w jednym zdaniu czasami i ciężko jest to oddzielić.
I on tego zdecydowanie nie rozdziela. To, co jest potwierdzone naukowo od własnych interpretacji, to się zlewa w jeden ciąg narracyjny, i to może zostać przeoczone po prostu. Poza tym ta manipulacja, o której wspomniałem w przypadku Dänikena, polega między innymi na tym, że on pomija różne alternatywne, bardziej przyziemne wyjaśnienia zjawisk, o których pisze, tych wszystkich niezwykłych zjawisk archeologicznych i historycznych. To też jest ważny ślad, na który warto zwrócić uwagę. Dalej. Von Däniken chętnie podważa autorytet tej oficjalnej nauki. Bardzo często sugeruje, że naukowcy boją się prawdy albo celowo ją ukrywają. I znowu, ja sam mógłbym się pod taką tezą, może niekoniecznie tą dänikenowską, ale pod taką tezą, że naukowcy rzeczywiście zachowują się nie fair w stosunku do nas, nienaukowców. Ale to jeszcze wcale nie oznacza, że podpisałbym się pod tym, co pisze Däniken. To, co powiedziałem, to oskarżanie naukowców jest moim zdaniem takim zabiegiem retorycznym, który w naszych czasach jest niezwykle skuteczny.
Jednak jak człowiek o tym pomyśli, to jest to zabieg problematyczny, bo zabieg, który nie opiera się na żadnych dowodach, ale na podejrzeniach, domysłach i emocjach. Trzeba przyznać jednocześnie, że von Däniken zachowuje taką wewnętrzną spójność logiczną tego, co pisze. Ja nie mówię, że to jest prawda albo że to należy sczytywać jako jakieś dzieło jedyne w swoim rodzaju i absolutnie pewne. Nie. Ja tylko mówię o wewnętrznej logice tekstu. Jestem może na nią przeczulony, ale ta logika wewnętrzna jest. Ta wizja świata, którą prezentuje autor, jest konsekwentna, absolutnie konsekwentna, w dodatku rozwijana cały czas w jednym kierunku od dziesiątków lat. I naprawdę konsekwencji to akurat von Dänikenowi nie można odmówić. To nie jest argumentacja naukowa w takim ścisłym sensie znaczenia tego zwrotu, ale raczej to jest argumentacja publicystyczna, taka próba reinterpretacji historii archeologii, no i w ogóle tego wszystkiego, o czym von Däniken pisze. Ale jaki jest cel tego?
Otóż to, moim zdaniem, ma prowokować. Ktoś powie: „No tak, prowokować, ale do czego?” Możecie się państwo nie spodziewać tego, co powiem, ale to jest pewna wartość tej książki, bo von Däniken, moim zdaniem, prowokuje do samodzielnego myślenia. To nie zawsze będzie zgodne z tym, co sobie von Däniken wymarzył albo to niezgodne z tym, co głosił, ale już sam fakt, że zaczynamy rozważać zarówno te jego tezy, jak i tezy przeciwne, jakąś wartością z mojego punktu widzenia jest. Proszę państwa, według rozkładu jazdy, czyli czas na opowiadania, czas na prozę. Dzisiaj dwa krótkie opowiadania Krzysztofa Lutowskiego. Jedno się nazywa, proszę państwa, bardzo niecenzuralnie. Ja nie wiem, czy YouTube się nie zdenerwują, więc tak sobie wymruczę trochę, że ten tytuł to jest „Przechnięcie Ewo”. Drugi tytuł natomiast Jest bardzo cool, spokojny. Sarenka i jeleń. Jakby w opozycji trochę te dwa krótkie teksty.
Będzie też tekst dłuższy, znacznie dłuższy. Nosi on tytuł „Gość w dom, Bóg w dom", a autorem jest Marek Tomasik. Bardzo serdecznie państwa zapraszam na tę odrobinkę prozy, a czyta, jak niemal zawsze Marek Sęk "Ivellios".
[01:56:01] - Krzysztof Lutowski, Przepiździejewo. Trzynastoletni chłopcy Rychu i Banek paśli na łące należącej do pobliskich PGR-ów prywatną krowę. Ich ojciec Alfons był w PGR-ach księgowym. Stąd chłopcy mieli przywilej wypasania krowy na państwowej łące. Niedaleko stał pług. W pobliskiej wsi Waldowo milicjantem był głupi Waldek, którego nazwiska nikt dziś nie pamięta. Miejscowi, dla których był pośmiewiskiem, nazywali go Gagarin. Gagarin jeździł na WFM-ce w kasku i goglach, który ludziom skojarzył się z ruskim kosmonautą. Ksywka ta przylgnęła do głupiego Waldka na stałe. Waldek Gagarin jeździł po wsiach na swojej szalonej milicyjnej WFM-ce i wkurwiał ludzi.
Tych samych, którzy śmieli mu się w twarz, ale za plecami. Od pługa, który stał przez noc zepsuty na polu niedaleko gdzie Rychu i Banek wypasali krowę, zaginęły koła. Koła do takiego pługa były wielkie i ciężkie. Trzeba nie lada sił, by unieść je z pola i przejść pieszo kilka kilometrów. Jednak głupi Gagarin, prowadząc szeroko zakrojone śledztwo, skojarzył zaginięcie kół z chłopcami. Przyjechał na motorze do Przepiździejewa, do domu Alfonsa, księgowego z PGR-u. Zaszedł na podwórko, gdzie krzątał się Alfons. Panie Alfonsie, pańskie dzieciaki ukradły koła od pługa. Od jakiego pługa? A od tego, co stał zepsuty na polu tam, gdzie krowę wczoraj paśli.
Ty głupi baranie! Jak takie dzieciaki mogłyby unieść takie ciężkie koła? I na co im te koła? Tyś jest głupi baran. No, no, panie Alfonsie, trochę szacunku dla władzy. Ja ci baranie dam szacunek dla władzy! Odrzekł księgowy, który bywał nazbyt porywczy. Kijem pogonił Gagarina, który uciekał w popłochu w kierunku WFM-ki zaparkowanej przed chałupą. Spierdalał, aż się kurzyło. Przed domem księgowego, który stał przy szosie na Rzempulno, był przystanek PKS-u, przy którym czekała grupka ludzi.
Widząc niecodzienną scenkę milicjanta uciekającego w popłochu przed facetem z kijem, śmiali się głośno. Głupi milicjant Gagarin zwiał przed kijem na milicyjnym motorze. Księgowy Alfons odgrażał się wściekły i machał kijem tak długo, aż motor zniknął z oczu. Ludziska wsiadli do PKS-u rozbawieni jak rzadko. Wesoła historia poszła w świat. Następnego dnia Alfons z samego rana opowiedział o zdarzeniu swemu przełożonemu. A dobrze zrobiłeś. To głupek jeden. Nic się nie martw. W razie co włos ci z głowy nie spadnie.
I chlapnęli po małym, aby to uczcić. Waldek Gagarin, upokorzony do cna, nie opowiedział nikomu o zdarzeniu. Wystarczyło mu, że tylu ludzi widziało, jak ucieka przed kijem. Po pracy, jak nieraz wraz z kumplem Semo chlali na posterunku wódę. Gagarin pił i myślał, jak zemścić się na księgowym. Ale zanim wymyślił cokolwiek, tak się schlali, że postanowili się przewietrzyć. Dwaj najebani milicjanci mknęli szosą, przecinając powietrze z wrzaskiem motoru. Gagarin za kierownicą, a jego kumpel wczepiony w niego, by nie spaść. Waldek, kurwa, zwolnij! A chuj.
Gagarin dodał gazu. Oni, panie władzo, przed tym zakrętem przyspieszyli, zamiast zwolnić. Jebli w to drzewo, aż porobili koziołki. Z daleka było widać, że nie będzie co z nich zbierać. Zaznawali chłopi, co pracowali na polu, z którego dobrze było widać gwałtowny koniec Gagarina i jego bezimiennego kompana. Działo się to w głębokim PRL-u, na wsi, w roku 1965. Krzysztof Lutowski, Sarenka i jeleń. Był przepiękny lipcowy poranek pełen słońca. Wstaliśmy bardzo wcześnie, by skorzystać z faktu, że nasz kolega wypił z nami poprzedniego wieczora kilka piwek i zostawił malucha na parkingu. Zostawił też kluczyki, byśmy mogli rano gdzieś się przejechać.
Zamierzał odebrać auto wieczorem. Wstaliśmy o 6:00 rano, by około 7:00 być już w czarnym bajeranckim samochodziku i pędzić przed siebie z włosami targanymi przez wiatr. Atmosfera między nami była przesiąknięta seksem do granic możliwości Być może nie uwierzycie. Miałem 19 lat i od roku mieszkałem sam w ogromnym 100-metrowym mieszkaniu po babci. Od kilku dni przebywała u mnie na wakacjach moja nowa dziewczyna, którą poznałem dwa miesiące wcześniej po wieczorku poezji. Byliśmy zapatrzeni w siebie i kochaliśmy się co najmniej dwa razy dziennie. I teraz też zamierzaliśmy się gdzieś kochać. Właściwie to zaczęliśmy już w maluchu. Pieściliśmy się po intymnych miejscach, tak to grzecznie nazwijmy, jadąc drogą krajową. Zmierzaliśmy do dzikiego kąpieliska kilkanaście kilometrów od miasta.
Gdy zjechaliśmy z krajówki na podrzędną drogę, którą trzeba było jechać jeszcze ze trzy kilometry, ona w maluchu zaczęła mi robić loda, kiedy prowadziłem. Cudowne lato. Wyraźnie zwolniłem i spoglądałem w lusterko, czy facet jadący za nami czegoś się nie domyśla, ale widocznie nie zajarzył, że jeszcze przed chwilą na siedzeniu obok kierowcy siedziała dziewczyna, a teraz jej nie widać. Cudowne lato. W taki oto przyjemny sposób dojechaliśmy do jeziorka i zatrzymaliśmy się przy dzikiej plaży. Była 8:00 rano. O tej porze nie było jeszcze ludożerki. Wiele się nie zastanawiając, wskoczyliśmy do jeziora, gdzie znów się zabawialiśmy pracowitymi dłońmi pod wodą, całując się namiętnie. Po krótkim czasie tych pieszczot usłyszeliśmy ryk motocykla. Przyjechało dwóch kolesi.
Widząc, że tych dwóch tarabani się do wody, w dodatku słysząc rzucone przez jednego z nich: „Ej, nie gryźcie się tam, ha ha ha.” Wyszliśmy z wody, zabraliśmy nasz kocyk i wkroczyliśmy do lasu. Las był przepiękny i cichy w upalnej lipcowej pogodzie. Listki jaśniały w słońcu, migocząc blaskiem. Nie odeszliśmy zbyt daleko, bo nie przyszliśmy tu na spacer. Za bardzo nam się chciało nas. Rozłożyliśmy kocyk na trawce 100, a może 200 metrów od ściany lasu. Od tego momentu nie interesowało nas zbyt wiele z otoczenia. Kochaliśmy się namiętnie, nadzy i młodzi w lesie. Ona odleciała kompletnie nie otwierając oczu, kiedy ciupciałem ją od tyłu. Sam byłem mniej odważny i nieco się rozglądałem, zwłaszcza, że miejsce było nazbyt odkryte czy niezbyt zakryte.
Nagle, nie wierząc oczom, pięć metrów na wprost zobaczyłem sarenkę, która wpatrywała się w nasze kochanie. Przestałem posuwać i nachylając się nad dziewczyną szepnąłem jej do ucha: „Spójrz, sarenka na nas patrzy.” I sarenka uciekła. Wróciliśmy rozbawieni do rozkosznych zajęć, którym się oddawaliśmy. Rżnąłem ją tak, że bałem się, czy nie zrobię jakiejś krzywdy, a ona kwiliła z coraz większym entuzjazmem. Patrzę, a w tym samym miejscu, gdzie wcześniej sarenka, wyrósł duży, dostojny jeleń. Prawdziwy byk z imponującym porożem. Stał i patrzył. Nie był tak płochliwy jak sarenka, która uciekła po kilku sekundach. Ten wojerysta, panie, gapił się dobre pół minuty. Początkowo zamarliśmy i patrzyliśmy na niego złączeni.
Po kilkunastu sekundach, patrząc zwierzęciu prosto w oczy, powoli poruszyłem się w niej. Jeleń gapił się, jakby go zamurowało. Wyglądał jak sztuczny. Właśnie dochodziłem jak dziki zwierz, gdy zwierz prychnął i dał nura w las. Cudowne, dzikie lato. Marek Tomasik „Gość w dom, bunk w dom”. Magdalena wróciła właśnie ze szkoły. Chodziła do czwartej klasy podstawówki. Przyprowadziła ze sobą koleżankę z klasy, Amelkę. Mieszkała kilka domów dalej, więc często do siebie wpadały po szkole.
Bawiły się przez jakiś czas lalkami, by potem przejść do bardziej wartościowych i rozwojowych zajęć. Zabawa w sklep. Amelka jak zwykle chciała być sprzedawczynią. Z jakichś bliżej nieokreślonych powodów sądziła, że jest to najlepszy zawód na świecie. Magdalena natomiast nigdy nie protestowała zbyt długo. Często widziała się w roli osoby, którą stać na porządne zakupy. Rozrywkami nie zajmowały się zwykle dłużej niż godzinę, półtorej. Pod koniec zabawy wróciła mama Magdaleny, Julia. Przywitała się z dziewczynkami, porozmawiała chwilę o szkolnych sprawach, po czym udała się do kuchni przygotować obiad. Amelka poczuła, że czas na nią.
Pożegnała się i wróciła do domu. Magdalena wyjęła zeszyty z plecaka i przejrzała je pod kątem prac domowych. Spojrzała na jutrzejszy plan lekcji. Sprawdziła, czy jest coś zadane na jutro. Okazało się, że jest. Spakowała się znowu i wyszła z salonu do swojego pokoju. Rada, nie rada. Trzeba było się tym zająć. Mimo młodego wieku wyznawała zasadę: lepiej odrobić lekcje od razu, niż później ścigać się z czasem. Wzięła się do pracy.
Gdzieś po pół godzinie mama zawołała ją na obiad. Julia razem z córką zmówiła krótką modlitwę dziękczynną, zanim zaczęli jeść. Po posiłku dziewczynka wróciła do lekcji. Do zrobienia była matematyka, przyroda oraz język polski. Bite dwie godziny z głowy. Matka w tym czasie zajęła się sprzątaniem. Odstawiła też posiłek dla męża, gotowy do odgrzania, kiedy wróci z pracy. Przybycie ojca Rafała zeszło się w czasie ze skończeniem pracy domowej. Przywitał się z dziewczynami, umył ręce i zasiadł do właśnie odgrzanego posiłku. Magdalena w tym czasie włączyła 40-calową plazmę w salonie.
Przeskoczyła na kanały z bajkami, szukając czegoś ciekawego do obejrzenia. Animowane opowieści z gąbką żyjącą gdzieś pod wodą albo latające dziewczynki z mocami Supermana nie należały do jej faworytów. W końcu przełączyła na kanał przyrodniczy. Leciało coś o tygrysach bengalskich. Dziewczynka lubiła koty, a tygrys przypominał jej przerośniętego kolorowego Pusia, domowego sierściucha. Oglądała więc z uwagą. Po posiłku podszedł do niej ojciec. Przysiadł na kanapie obok, pytając, co ogląda. Obejrzał razem z nią kilka minut programu, lecz miał własne plany. Przeprosił córkę i przełączył na wiadomości.
Dziewczynka nie protestowała. Program w zasadzie już się kończył. Popatrzyła chwilę, na czym tata skupia taką uwagę. Nie bardzo mogła zrozumieć, co jest takiego interesującego w tych wiadomościach. Pan albo pani siedząca przed kamerą zawsze mówiła o jakichś dziwnych rzeczach. Często czytali z kartki, a informacje przekazywane widzom rzadko kiedy były miłe. Ciągle ktoś ginął, jakieś wypadki, coś się spaliło, gdzieś spadał samolot. I ci politycy – zawsze się kłócili o sprawy, których jeszcze nie rozumiała. Jednym słowem – strata czasu. Wiedziała, że z telewizji dzisiaj nici.
Wróciła do swojego pokoju, by tam się pobawić, a przed snem poczytać trochę lektury szkolnej. Tymczasem Rafał czuł potrzebę zachłyśnięcia się kulturą. Na jednym z kanałów wypatrzył horror puszczany o 22:00. Podejrzał, o czym jest film – o jakiejś dziewczynce zaklętej w kasecie wideo wychodzącej z telewizora, by mordować ludzi. Zapowiadało się ciekawie. Czekając na seans, zajął się rutynowymi rzeczami, takimi jak toaleta, przegląd wyników sportowych. Julia kładła się wcześniej, gdyż wcześniej wstawała do pracy. Spytała męża, czy idzie spać razem z nią. Udzielił odmownej odpowiedzi. Dzisiaj na pierwszym miejscu był film.
Widowisko skończyło się chwilę po północy. Było więcej śmiechu niż strachu. Rafałowi najbardziej podobał się moment wychodzenia z telewizora. „Szkoda, że się nie wywaliła na tą swoją paskudną mordę” – powiedział sam do siebie. U nas sama nuda. Takie rzeczy tylko na filmach. Dlaczego nikt taki do nas nie wpadnie na podwieczorek? Mogła być kupa śmiechu. Wyłączył telewizor, przeciągnął się i poszedł do sypialni. Gdy wychodził z salonu, lampa zaczęła migać, jakby dochodziło do jakiegoś zwarcia.
Przystanął na chwilę, oceniając sytuację. W końcu wzruszył ramionami i wyłączył oświetlenie. Zrobił krok za ściankę dzielącą salon od korytarza. Usłyszał dźwięk przypominający włączanie telewizora. Po kilku sekundach nasłuchiwania dziwnego brzęczenia wychylił się, zaglądając do salonu. Telewizor był taki, jakim go zostawił – wyłączony. Ponownie wzruszył ramionami i poszedł do sypialni rzucić się w objęcia Morfeusza. „Jasna cholera!” – usłyszała Magdalena gdzieś za ścianą. Z trudem uniosła ciężkie powieki. Spojrzała na budzik stojący na szafce nocnej.
6:45. Za chwilę do jej pokoju wpadła matka ubrana w koszulę nocną. „Madziu, nie wiem dlaczego, ale budzik mi nie zadzwonił. Jestem cholernie spóźniona do pracy” – powiedziała Julia, stojąc w otwartych na oścież drzwiach. „Nie mam czasu zrobić ci kanapek. Położyłam 10 złotych na blacie w kuchni. Coś sobie kupisz w sklepiku. Muszę lecieć. Pa.” Zamknęła drzwi i pobiegła się ubrać. Magdalena przez chwilę rozmyślała nad nowinami.
Spojrzała jeszcze raz na budzik. Nie ma sensu znowu się kłaść. Zaraz zadzwoniłby jej budzik. Wygramoliła się z łóżka, ubrała, wzięła tornister i poszła do kuchni. Znalazła pieniądze od mamy. W międzyczasie Julia, biegając po mieszkaniu, wstawiła wodę na herbatę w czajniku elektrycznym. Krzyknęła do męża, żeby zrobił córce herbatę i wyleciała na dwór do pracy. Rafał pojawił się za moment w kuchni. W tym czasie czajnik wyłączył się dwa razy, nie gotując wody. Zauważyła to Madzia i za każdym razem włączała go z powrotem.
Za trzecim razem woda się zagotowała. Zwróciła uwagę ojcu, że chyba sprzęt się psuje. „Coś się chyba dzieje z instalacją” – mruknął Rafał. „Jak wrócę z pracy, to zajrzę do skrzynek, czy coś się nie popierniczyło.” Przygotował córce na szybko jakieś jedzenie. Zjadła trochę bez marudzenia. Wypiła herbatę, pożegnała się z ojcem, wzięła plecak, wyszła na dwór na autobus do szkoły. Rafał siedział jeszcze chwilę, sącząc poranną kawę, przygryzając czymś do śniadania. W końcu zamknął dom i ruszył do pracy. Julia wróciła po południu z pracy. Jak zwykle zastała córkę odrabiającą lekcje, kiedy Amelia nie przychodziła.
Przywitała się i stanęła chwilę w zadumie, obserwując dziewczynkę. Po raz kolejny nie mogła się nadziwić, jaką zaradną i pracowitą pociechę ma w domu. Nie trzeba było jej wozić do szkoły ani za bardzo pilnować. Dom można było zamykać na cztery spusty. Najczęściej to Magdalena pierwsza do niego wracała i nie trzeba było się martwić, że może puścić go z dymem. W szkole też radziła sobie doskonale. Istny skarb. Poszła do kuchni zająć się przygotowaniem obiadu. Postawiła garnek z wodą na płycie indukcyjnej, ustawiła odpowiednią temperaturę, wsypała trochę soli do środka, a potem wrzuciła ryż w saszetkach. Dzisiaj miało być coś à la chińszczyzna.
Zajęła się przygotowywaniem sosu. Przez kilka minut kroiła, tarła i mieszała różne rzeczy, aż wszystko wylądowało w jednym garnczku. Wzięła naczynie. Mieszając wszystko drewnianą łyżką, zajrzała do córki w salonie. „Były jakieś oceny?” – zapytała. „Dostałam trzy piątki za pracę domową.” Dziewczynka wyraźnie była zadowolona z siebie. „Trzy piątki? Bardzo ładnie, córciu. Jak dobrze pójdzie, za kwadrans będzie obiad” – oznajmiła mama i wróciła do kuchni. Wyjęła talerze, rozłożyła je, przygotowała coś do picia.
Rzuciła okiem na ryż. Jeszcze trochę czasu potrzebował. Po kilku minutach usłyszała wołanie z salonu. Poszła sprawdzić, o co chodzi. „Mama, nie mogę zrozumieć tego zadania.” Magda pokazała zeszyt z ćwiczeniami. Matematyka. To było coś, w czym Julia była dobra, ale wszystkiego człowiek nie pamięta. Z czasem zapomina się różne rzeczy. Kilka minut zajęło jej wyjaśnienie zadania. Nie było trudne.
Po prostu trzeba było sobie przypomnieć co nieco. „Jasna cholera, obiad!” – niemal wydarła się, gdy przypomniała sobie o ryżu. Pobiegła do kuchni. W garnku prawie nie było już wody, a ryż był rozmiękły i kleisty. Zaklęła cicho pod nosem. Wszystko szlag trafił. Spojrzała na wyświetlacz płyty, a tam widniała prawie dwa razy większa cyfra, niż ustawiła wcześniej. Nie powinno tak być. Wylała zawartość garnka do zlewu, umyła go pobieżnie i wstawiła ponownie ryż. Ustawiła właściwą temperaturę.
Poinformowała córkę, że obiad się spóźni. Tym razem przypilnowała płytę, czy nie wykręci jakiegoś numeru. Rafał wrócił przed wieczorem z pracy. Przywitał się ze wszystkimi. Żona odgrzewała kilkukrotnie ryż w mikrofali, gdyż ta postanowiła się zbuntować i wyłączała się często po chwili. Sos prawie przypalił się na patelni. Mimo to mężczyzna zjadł ze smakiem. Nie był wybredny, tylko głodny. Umył się, przebrał. Jednym słowem – rutyna.
„Dobrze, że nie było dużo roboty w pracy” – zaczęła Julia. – „Spóźniłam się prawie godzinę. Gdyby trafił się jakiś zapieprz, to chyba by mnie wyrzucili albo jakąś naganę dali.” „No wiesz, urządzenia się psują” – powiedział Rafał. – „Wczoraj były jakieś dziwne przepięcia. Może się przez to popsuło.” „No to może byś tak sprawdził, co?” „No ale jak?” – rozłożył bezradnie ręce. – „Zajrzę do skrzynki, może coś tam będzie widać.” Rafał poszedł do skrzynki elektrycznej schowanej w małej kanciapie pod schodami. Za nim podreptała Julia. Magdalena siedziała w salonie i przeglądała zeszyty, czy jeszcze coś powinna odrobić. Tata tymczasem wszedł do pomieszczenia pod schodami. Skrzynka wisiała vis-à-vis drzwi.
Zapalił światło. Sfatygowana żarówka zamigotała leniwie, dając blade oświetlenie. Otworzył rozdzielnię i spojrzał krytycznie na bezpieczniki. W tym samym czasie strzeliła żarówka pod schodami. Rafał odruchowo odskoczył, zasłaniając głowę, niemal wpadając na małżonkę. „Cholera jasna, już miała swoje lata, ale żeby tak?” – żachnął się. „To ja pójdę po latarkę” – mruknęła Julia. Jak powiedziała, tak zrobiła. Dziwnym trafem na trasie jej przemarszu zaczęło migać oświetlenie. Wręczyła urządzenie mężowi.
Działało bez zarzutu. Magdalena tymczasem przeglądała podręcznik od przyrody. Interesowały ją fragmenty poświęcone zwierzętom, a w szczególności zdjęcia i obrazki. Z oddali dobiegały zniekształcone głosy rodziców. Nagle żyrandol pod sufitem zamrugał, jakby mu było słabo. Dziewczynka spojrzała zaciekawiona do góry. Przez chwilę wpatrywała się w lampę. Odwróciła wzrok w kierunku wyjścia z salonu. Rodzice nadal zażarcie dyskutowali o czymś. Żarówki nagle dały z siebie jakby jedną trzecią mocy wyjściowej.
Zrobiło się trochę ciemniej. Włączony telewizor przestał brzęczeć. Pojawił się biały szum oraz bielutki ekran. Mleczny obraz zaczynał śnieżyć. Przykuło to uwagę dziecka. Nie miała pojęcia, co się właśnie dzieje. Tata powiedział, że to jakaś awaria prądu, więc pewnie nie ma się czym martwić. W ułamku sekundy na białej ścianie plazmy pojawiły się dwie ciemne plamy przypominające oczy. Zaczęły się zwężać delikatnie. Madzia poczuła gęsią skórkę na całym ciele Takiego programu jeszcze nie widziała i nieszczególnie jej się podobał.
Z głośników telewizora narastało złowieszcze buczenie. „Może po jakiegoś elektryka zadzwonimy. Niech fachowiec rzuci na to okiem” – powiedziała Julia, wchodząc do salonu przed Rafałem. Magdalena prawie podskoczyła na sofie na dźwięk głosu matki. – Zapytam chłopaków z pracy, czy mogą kogoś polecić, bo ten pijaczyna, który nam robił instalację, na pewno coś spierdzielił. Madzia popatrzyła na telewizor, potem na żyrandol. W ułamku sekundy wszystko wróciło do normy. Wodziła przez chwilę oczami po tych dwóch przedmiotach. „Coś się musiało popsuć w elektryce i teraz wszystko działa jak szalone, Madzia” – powiedział tata, tak jakby to miało wszystko wyjaśnić. Dziewczynka wzruszyła ramionami i wróciła do lektury.
Przez cały wieczór działy się istne cuda. Światła migały od czasu do czasu. Telewizor sam zmieniał kanały co jakiś czas. Nie było w tym żadnego schematu. Inne urządzenia elektryczne wyłączały się, kiedy chciały. Był problem, żeby zrobić choćby głupią herbatę. Rodzice zaczęli coraz głośniej sarkać na zaistniałą sytuację. Przestrzegli córkę, żeby uważała na to, z czego korzysta. W nocy sytuacja się uspokoiła. Jednak gdzieś po 5:00 rano budzik Julii zaczął drzeć się głośniej, niż chyba ustawienia pozwalały, budząc wszystkich domowników.
Starym powoli nerwy puszczały. Przez moment Julia chciała przeklęte urządzenie wyrzucić przez okno. Powstrzymała się w ostatniej chwili. Przy śniadaniu rozpoczęły się kolejne tańce. Dobre 15 minut zajęło zrobienie czegokolwiek ciepłego do picia, nie mówiąc już o jedzeniu. Wszyscy opuścili dom w kiepskich humorach. Po południu nie było lepiej. Przygotowanie obiadu było nie lada wyczynem. Albo się coś przypalało, albo nie dogotowało. W końcu Rafał zamówił jedzenie przez telefon.
Przynajmniej takie można było zjeść w spokoju. O obejrzeniu telewizji można było pomarzyć. Ciepła woda w prysznicu czasem się wyłączała, dając pole do oratorskich manewrów użytkowników. Od czasu do czasu w mieszkaniu pojawiały się dziwne odgłosy. Rodzicom poczęły chodzić po głowie kuriozalne myśli. Tylko Magdalena wyglądała, jakby się tym wszystkim zbytnio nie przejmowała. Było upierdliwie, aczkolwiek nadal mogła odrobić lekcje i pobawić się. Poza tym zawsze mogła pójść do Amelki. Kolejny poranek podobny do poprzedniego. Tym razem budziki w ogóle nie zadzwoniły.
Julia, znowu spóźniona, wyleciała prawie bez słowa do pracy. Śniadanie prawie nie zaistniało. Magdalena ponownie dostała pieniądze na zakupy w szkolnym sklepiku. W całym tym chaosie zaistniał promyk nadziei. Przed wieczorem miał pojawić się elektryk. Rzekomo fachowiec pierwszej wody. Po powrocie Madzi ze szkoły oraz Julii z pracy zamówili jedzenie przez telefon. Po krótkim sprawdzeniu urządzeń pozostała tylko taka możliwość. Mimo wszystko odmówiono modlitwę dziękczynną. Mąż i ojciec w jednym wrócił później z przygotowanym na wynos tak zwanym Chińczykiem.
Zdążył zjeść, gdy zaświergotał dzwonek do drzwi. Poszedł sprawdzić, kto dobijał się do domu. Okazało się, że to umówiony wcześniej elektryk. Średniego wzrostu pan z wąsem i brzuszkiem. Ubrany w ogrodniczki i kraciastą koszulę wparował do środka, witając się z Rafałem. W ręku trzymał walizkę z narzędziami. „Przepraszam, że tak późno, ale tak wyszło” – powiedział. – Dobrze, że idzie już wiosna i dnia przybywa. „W rzeczy samej” – przytaknął Rafał. – To gdzie pacjent?
Gospodarz nie zrozumiał, o co chodzi i zrobił zdziwioną minę. „Skrzynka” – podpowiedział elektryk. – Ach, skrzynka. Już prowadzę. Tata Magdy zaprowadził fachowca do pacjenta. W międzyczasie pojawiła się Julia. Przywitała się i obserwowała zza drzwi robotę. Na wszelki wypadek gotowa udzielić swoich jakże cennych rad. „Dzisiaj tylko posprawdzam probówką i paroma innymi gadżetami, jak wygląda sytuacja” – oznajmił fachowiec. – Jak będzie źle, wtedy pomyślimy, co z tym zrobić.
W tym momencie zamigotała nowa żarówka pod schodami. – O, wygląda, że jednak coś się dzieje. Magdalena przebywała w salonie. Nie słyszała dokładnie rozmowy przy rozdzielni. Zajęta była czytaniem lektury szkolnej „Skrzyni. Władcy piorunów”. Dochodziła właśnie do bardzo ciekawego momentu, kiedy zgasły wszystkie światła. Przez moment nic nie wiedziała. „Kochanie, przez jakiś czas będzie ciemno, dopóki pan nie posprawdza kabelków” – z korytarza dobiegł głos mamy. Przyjęła informację do wiadomości.
Zastanowiła się, co z tym zrobić. Nie mogła już kontynuować czytania. Włączyć plazmy też nie mogła. Wypadało czekać, aż coś się stanie. I stało się. Telewizor sam się włączył. Nie wiedzieć czemu śnieżył jak za komuny, czego nie mogła wiedzieć, a z głośników dobiegał dziwny szum. Na ten widok Magdę ogarnął niewielki lęk, taki w sam raz dla małej dziewuszki. Po chwili doszła do wniosku, że to pewnie wina elektryka. Uspokoiła się nieco.
Na ekranie pojawiły się dwie jajowate czarne plamy. Przykuły uwagę dziewczynki. Szum w głośnikach narastał. Dziewczynka pomyślała, że pójdzie do mamy powiedzieć o telewizorze. „Buuu” dobiegło z głośników. Magdalena aż podskoczyła na sofie. „Kto to powiedział?” Rzuciła w powietrze, rozglądając się. „Buuu” „Kto tu jest? To nie jest śmieszne.” „Buuu” „To nie jest śmieszne. Idę do mamy.” Madzia podniosła się lekko roztrzęsiona.
„Oj tam, siedź, pogadajmy.” Usłyszała dziwny głos dobiegający od strony plazmy. Dziewczynka usiadła, wpatrując się uważnie w odbiornik. „Kim jesteś?” Zapytała nieśmiało. „Jestem, który jestem” odpowiedział jej głos. Magdalena zastanowiła się chwilę nad tymi słowami. „Czyli kim?” „No, jestem, który jestem.” „Nie rozumiem.” „Jak to nie rozumiesz?” Oburzył się głos. „Niczego was tam w szkołach nie uczą?” „No, ale ja nie wiem, co to znaczy.” W głośnikach zaszumiało dziwnie. „Trudno się mówi.” „Ale pan tam jest w telewizorze?” Po chwili ciszy Madzia odważyła się na pytanie. „Tak.” „Ale dlaczego?” „Bo tylko tutaj mam, jak to mówicie, okno na świat.” Dziecko było zdezorientowane. Przeszło jej przez myśl, czy to nie jest jakiś głupi żart.
Tylko kogo? „Jak pan ma na imię?” „Moje imię w waszym języku jest zbyt długie i skomplikowane. Niczego nie zrozumiesz, dziecko.” „Aha, czyli jakie?” Magdalena nie dała się zbyć. W głośnikach coś zabrzęczało. „Mikanatana Zakatsukuleanandal.” „Mika, Mikana.” Dziewczynka próbowała powtórzyć. Zrezygnowała po chwili i wypaliła: „Mogę panu mówić Michał?” „Ech, możesz.” „Może pan powiedzieć, co robi w telewizorze?” Magdalena otrząsnęła się już z pierwszego szoku spowodowanego wizytą dziwnego gościa. „Siedzę sobie.” „Ale tak w środku?” „Można tak powiedzieć.” Zapanowała cisza. Dziewczynka rozmyślała nad informacjami, które pozyskała. Michał chyba też nad czymś myślał. „Panie Michale, jest pan demonem?” Zapytała Madzia.
Z głośników dobiegło coś, co mogło przypominać śmiech. „Demony nie istnieją. Jesteśmy tylko my.” „Aha.” Dziecko pokiwało głową, akceptując odpowiedź. „To jest pan aniołkiem?” „Nie ma aniołków. Jesteśmy tylko my.” „To znaczy kto?” Magdalena bardzo chciała wiedzieć, kim są my. „My. To znaczy nazwa naszej rasy. Nic ci nie powie.” Na chwilę zapadła cisza. Potem pojawiło się brzęczenie. „Powiedzmy, że pochodzę z innego wymiaru.” Madzia nie bardzo wiedziała, czym jest inny wymiar.
Jeszcze dobrze nie rozumiała tego konceptu. Podskórnie jednak czuła, że rozmawia z cudzoziemcem. „Ale jak pan się znalazł w telewizorze?” „Przez przypadek, niestety.” Szum zmógł się na chwilę. „Ale jak to przez przypadek?” „Byłem nieostrożny. Obserwowałem wasz świat przez chwilę. Byłem w pobliżu, kiedy poczułem wezwanie. Z czystej ciekawości sprawdziłem, kto wołał. Chciałem popatrzeć tylko na chwilę. Zbliżyłem się za bardzo, by zawrócić. Wylądowałem tutaj.
Teraz nie mam dosyć siły, by wrócić do siebie.” Nagle włączyło się oświetlenie w salonie. „Tata powiedział, że instalacja się psuje i przez to nie można nawet herbaty zrobić” powiedziała z wyrzutem. „Coś ty! Przecież to świetna zabawa.” „Madziu, z kim rozmawiasz?” Z korytarza dobiegł głos matki. Za chwilę pojawiła się na progu dużego pokoju. „Z panem Michałem” bez zastanowienia odpowiedziała dziewczynka. Julia zdziwiona rozejrzała się po pokoju. „Nikogo tu nie widzę.” Magdalena spojrzała na odbiornik telewizyjny. Czarny monitor nie dawał śladu życia. „Z nikim, mamo.” „Okej.
Nasz fachura twierdzi, że instalacja jest sprawna i nie wie, skąd biorą się te atrakcje. Być może gdzieś wilgoć dostała się do kabli i daje o sobie znać. Ciężko powiedzieć.” „Mamo, ja nie wiem, czy tu wilgoć jest winna.” Zawygowykowała Madzia, wpatrując się w telewizor. „Któż to wie. Idę zrobić coś do picia.” Julia wyszła do kuchni. Tym razem urządzenia zadziałały bez zarzutu. Przynajmniej przez godzinę. Następnego ranka budzik Julii nie zadzwonił. Wyglądał, jakby umarł. Nie dawał znaku życia.
Jednak była przygotowana na taką sytuację. Natomiast urządzenie Magdaleny działało bez zarzutu. O wyznaczonej porze rozległ się niemiły dla ucha dźwięk. Matka przygotowała śniadanie dla wszystkich i wyszła do pracy. Wydawało się, że sprzęty kuchenne zawiesiły strajk, przynajmniej z rana. Po południu, gdy wszyscy byli już w domu, Rafał postanowił pooglądać telewizję. Madzia w tym czasie kręciła się bez większego celu po mieszkaniu, rozmyślając nad wydarzeniami z poprzedniego wieczoru. W odbiorniku brzęczały jakieś wiadomości. Wreszcie można było odetchnąć. Na razie wszystko działało bez zarzutu.
Sytuacja zmieniła się w momencie, w którym dziewczynka wkroczyła do salonu. Usiadła przy ojcu, popatrzyła na program. Jakie nieszczęścia dzisiaj spotkały świat? Nagle plazma zgasła. Pan domu, zdumiony, w połowie klątwy ugryzł się w język, spoglądając z łkosa na córkę. Wziął pilota do ręki i uruchomił odbiornik telewizyjny jeszcze raz. Minęła może minuta. Zgasł ponownie. „Co jest do kur…” mruknął do siebie ojciec. Nacisnął przycisk power jeszcze raz.
Telewizor ponownie rozbłysł kolorami oraz dźwiękami, po czym znowu zgasł. Mężczyzna zmiął przekleństwo w ustach. Dziewczynka zaczynała podejrzewać, co może wydarzyć się za chwilę. „Rafał!” – z oddali dobiegło wołanie małżonki. „Co?” – odkrzyknął małżonek z lekkim nerwem w głosie. „Chodź tu. Znowu coś się zaczyna pieprzyć” – usłyszał w odpowiedzi. Zaklął cicho. Podniósł się z kanapy i podszedł do żony. Po kilku sekundach zgasło światło w salonie.
Na telewizorze pojawiła się biała, śnieżąca ściana, potem czarne owale przypominające oczy. „Wreszcie sobie poszedł” – dobiegło z głośników. Dziecko dygnęło lekko na dźwięk tych słów. „Pan Michał?” – spytała nieśmiało i z obawą w głosie. „We własnej osobie, jeśli można tak powiedzieć”. „To dobrze. Przez chwilę myślałam, że ktoś inny mógł przyjść”. „A kto niby? Jestem tylko ja, niestety”. „Ale jak pan to robi, że siedzi tam w środku?” „Hmm, jakby ci to wytłumaczyć?
Powiedzmy, że tylko tego typu urządzenia są w stanie utrzymać moje ciało w jednym miejscu. Pamiętasz, jak mówiłem ci wczoraj o innych wymiarach?” „Aha” – dziewczynka przytaknęła. Nadal nie rozumiała, co to są te inne wymiary. Próbowała sprawdzić w bibliotece, jednak definicja niewiele jej wytłumaczyła. „Tam, skąd pochodzę, przestrzeń i czas istnieje na zupełnie innych zasadach. Tutaj macie tyle kolorów. Nie żeby u mnie nie było. Jednak postrzeganie świata przez to urządzenie, zamknięcie wszystkiego w trzech wymiarach jest jednocześnie klaustrofobiczne i prostackie, ale też cudowne na swój sposób. Rozumiesz, dziecko?” „Aha” – Magda pokiwała głową. Nie zrozumiała ani słowa.
No, może poza prostackie i cudowne. „Nasz świat nie jest zamknięty w tych ramach” – gość kontynuował swój wywód, ufając inteligencji rozmówcy. – „Jesteśmy w wielu miejscach naraz, choć miejsce jest jedno. Smakujemy nasz świat całą swoją istotą. Nasze ciała są jednocześnie uszami, oczami, językiem, nosem. Mamy moc czynić. Jednak od dawna nie czynimy. A tutaj reguły są z góry narzucone. Nie mogę być jednocześnie wzrokiem i słuchem, choć te wasze urządzenia pośrednio umożliwiają mi to”. „Nadal nie rozumiem, jak pan to robi” – rzuciła bezradnie.
– „Jak się tam można zmieścić?” „Och, dziecko, źle to rozumiesz. Ja nie mam ciała takiego jak ty. Jestem czymś w rodzaju energii. Przynajmniej w tym wymiarze. Nie posiadam kości, mięsa, krwi tak jak ty. Jestem czystą-- A co to za stworzenie?” – pan Michał zawołał pełnym ekscytacji elektronicznym głosem. „To jest Pusio” – powiedziała Madzia, gładząc po głowie kota, który właśnie dumnie wkroczył do pokoju i wskoczył na kolana dziewczynki. – „Mój kotek”. „Kotek. Co za wspaniała istota!” Magdalena dalej głaskała zwierzątko, a ono odwdzięczyło się na swój koci sposób.
Wystartowało mruczenie. „Co za ruchy. Taka gracja i ta skóra taka pełna włosów o cudownej barwie. A jak pięknie mówi ten dźwięk. Fenomenalne wibracje. Opowiedz mi o tym stworzeniu” – istota z telewizora była autentycznie zafascynowana stworzeniem. „To jest kot. Nazwałam go Pusio. Ma już dwa latka i jest strasznym łobuzem”. „Jest niegrzeczny?” „Tak.
Nigdy nie przychodzi, kiedy go wołam. Przewraca różne rzeczy. W tamtym tygodniu stłukł szklankę” – sapnęła Magdalena, mocno tarłosząc kota po głowie. Zwierzęciu jak najbardziej pasowała taka forma kary. „Zaiste niegrzeczny kotek, niepokorny”. A teraz co robi? Nie wiem. Koty chyba lubią, kiedy się je głaszcze, jak teraz. Kot właśnie rozciągnął się na całą swoją długość, co chwilę wystawiając i chowając pazury. Jaka szkoda, że nie mogę go dotknąć.
Dziecko, powiedz mi, dużo macie takich stworzeń na tym świecie? Kotków? Kotków jest dużo chyba, ale nie wszystkie są takie jak Pusio. Są różne gatunki. Duże, małe kotki różnego koloru. Naprawdę? Dziecko, możesz mi pokazać więcej? Jestem Magdalena. Zwróciłem w końcu uwagę gościowi. Ach, to twoje imię.
To jak? Pokażesz mi więcej? Zobaczę, co się da zrobić. Mówię ci Rafał, w tym domu zaczyna się dziać coś dziwnego. Z oddali dobiegał głos Julii. Odgłosy kroków narastały. Przesadzasz. To tylko jakieś zwarcie. Odpowiedział małżonek. Jak tam Madzia?
Powiedział, wchodząc do salonu. Telewizor był wyłączony. Dobrze. Odpowiedziała córka, głaszcząc rozanielonego Pusia. Następny dzień był podobny do poprzedniego. Część urządzeń działała, część nie. Przynajmniej udało się zrobić śniadanie. Po południu Magdalena przyszła do domu z koleżanką. Bawiły się beztrosko przez jakiś czas, myśląc cały czas o tajemniczym gościu mieszkającym w telewizorze. Rozmyślała nad tym, czy podzielić się tymi informacjami z Amelką.
Potem przybyła Julia. Zabrała się za robienie obiadu. Miał być makaron z jakimś sosem. Płyta indukcyjna, o dziwo, nie ogłaszała strajku. Przynajmniej na razie. W międzyczasie zadzwoniła do koleżanki, aby pożalić się na sytuację z ostatnich dni. Jako że była obrotną kobietą, starała się pogodzić rozmowę telefoniczną z przyrządzeniem posiłku. Gdzieś w połowie przygotowania obiadu Amelka postanowiła pójść do domu. Madzia wyjęła zeszyty, by odrobić lekcje w salonie. Jej mama nadawała w kuchni na tyle głośno, że wszystko słyszała.
Dowiedziała się o jej całkiem uzasadnionych lękach. Zwierzyła się koleżance ze swoich przeczuć. Miała wrażenie, że dom jest nawiedzony. Być może jakiś zmarły niedawno krewny postanowił ich straszyć z powodu jakiejś chowanej urazy, o której nie miała pojęcia. Z czasem Julia przedstawiała coraz śmielsze teorie spiskowe. Wciągnęła się w rozmowę na tyle mocno, że zapomniała o gotującym się makaronie. Zaklęła pod nosem, gdy sobie o tym przypomniała. Rzuciła się do garnka, myśląc o kolejnym zmarnowanym posiłku i stracie czasu. Ku jej zdziwieniu okazało się, że kuchenka nie podgrzewała naczynia od jakiegoś czasu. Spróbowała makaronu.
Był taki, jak powinien. Odetchnęła z ulgą. Choć raz coś się zepsuło wtedy, kiedy powinno. Pożegnała się ze znajomą i wróciła do przygotowania posiłku. Gdy zapadał zmrok, odpoczywającego przed telewizorem Rafała wygnała kolejna awaria. W garażu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wraz z małżonką udali się na miejsce, by zaradzić problemowi. Magdalena w tym czasie zeszła ze swojego pokoju do salonu, trzymając pod pachą opasłą książkę. Odbiornik telewizyjny nadawał program, który zostawił ojciec. Kiedy dziewczynka przysiadła na kanapie, obraz się zniekształcił.
Pojawiły się dobrze jej znane czarne oczy. Z głośników wydobył się znajomy głos. Witaj Magdaleno. Cześć. Odparła mała latorośl. Masz coś dla mnie? Mam. Ale czy to pan zrobił teraz coś w garażu? Zapytała, spodziewając się odpowiedzi, jaka nadejdzie. Tak.
Odparł głos z telewizora. Ale dlaczego? Nie możemy powiedzieć mamie i tacie, że pan tutaj zamieszkał? Nie, nie możemy. Oczy nagle zmieniły wyraz na trochę bardziej złowieszczy. Widzisz dziecko, z tego, co zauważyłem, dorośli mają tendencję do komplikowania rzeczy prostych, niektórych nie rozumieją. Więc co masz dla mnie? Przyniosłem książkę o kotach. Wypożyczyłem z biblioteki „Świat kotów”. Dziewczynka złapała za tom i skierowała go w stronę telewizora.
Nie wiem tylko, czy pan coś widzi w ten sposób. Widzę, ale podejdź trochę bliżej. Ta maszyna słabo się sprawdza jako okno na świat. Magdalena podeszła na odległość dwóch kroków od plazmy. Przekartkowała księgę i zwróciła ją w stronę monitora. Tutaj jest dobrze, Magdo. Widzę wszystkie szczegóły. Dobrze, więc tutaj są koty perskie. Mają taką dłuższą sierść od Pusia. Madzia zaczęła pokaz.
Przekartkowywała książkę prawie od początku, pokazując zdjęcia zwierząt oraz czytając krótką notkę na ich temat. Odbiorca tychże fotografii wydawał się zachwycony. Co chwilę komentował porcję kocich obrazów. Po kilkunastu minutach takiej demonstracji skończyły się koty domowe. Z garażu czasem słychać było jedynie stłumione przekleństwa. Dziewczynka przeszła do prezentacji trochę większych osobników. A tutaj jest tygrys Tygrys bengalski. Bardzo groźny i duży, większy od człowieka. Niesamowity. Teraz mi mówisz, że są większe kotki i nie mieszkają z ludźmi?
Nie, te są dzikie. Mieszkają w lesie gdzieś daleko. Jak wiele jest takich dużych istot? Nie wiem. To znaczy samych tygrysów jest kilka rodzajów, ale są jeszcze inne duże koty. Dużo chyba. Julia miała już dosyć elektrycznego szału, który odbywał się w garażu. Pomimo naciśnięcia odpowiednich wyłączników w tablicy rozdzielczej, oświetlenie nadal wariowało, jak również automatyczna brama garażu. Matka Magdaleny postanowiła sprawdzić, co dzieje się z jej pociechą. Czy te dziwne przypadki nie przeniosły się czasem do pokoi?
Przeszło jej przez myśl, że żaden duch nie ma takiej mocy sprawczej. Prędzej demon. Ale o tym wolała nie myśleć. Na nogach miała ciepłe, miękkie bambosze, które zagłuszały kroki. Idąc przez korytarz usłyszała obcy głos dobiegający z salonu, a potem Magdalena. Już chciała zawołać do córki, z kim rozmawia, ale ugryzła się w język. Cicho podeszła do wejścia dużego pokoju. Delikatnie wyjrzała zza rogu. Zobaczyła swoją córkę klęczącą przed telewizorem z jakąś dużą książką w rękach, a na monitorze marzył biały obraz i dwie czarne poziome łzy przypominające oczy. A tu jest tygrys syberyjski.
Dziewczynka pokazywała coś w książce. „Bardzo ładny, podobny do poprzedniego. Nie widzę dużych różnic” – odpowiedział jej głos z odbiornika. Julia zastanawiała się przez chwilę, co robi jej dziecko przed telewizorem. Teraz otrzymała odpowiedź. Wszystkie włosy zjeżyły się na jej ciele. Dziewczynka przewróciła kartkę i zaczęła czytać. A tu jest irbis śnieżny, taki kot z Azji, ale mniejszy trochę. „Piękny, a jaki długi i puszysty ogon. Cudowny” – skomentował obcy głos.
Julia chciała krzyczeć. Spełniły się jej najgorsze obawy. W ostatniej chwili zakryła usta ręką. Wycofując się w głąb korytarza, przeżegnała się trzy razy. Tak na wszelki wypadek. Najciszej, jak mogła, poszła do swojego męża. Rafał. Rafał! Diabeł jest w naszym salonie. Kobieta użyła najgłośniejszego szeptu, na jaki mogła się zdobyć.
„Kobieto, kur..., co ty bredzisz?” – żachnął się mąż. Zamknij się i chodź ze mną, to sam zobaczysz – powiedziała dobrze znanym tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nasza córka siedzi przed telewizorem i pokazuje mu obrazki tygrysów, a ktoś z telewizora jej odpowiada. Mówię ci, że demon opętał ten dom. „Ja pierdolę, co ty pieprzysz, Julka?” Rafał złapał się za głowę, słysząc te niedorzeczności. Jaki znowu demon? Czy ciebie całkiem po-- Nie zdążył dokończyć, kiedy małżonka złapała go za kołnierz i pociągnęła do drzwi. Tylko cicho, na paluszkach, żeby nie usłyszeli. Przyłożyła palec do ust. Rafał dał za wygraną i po cichu podreptali do salonu.
Z daleka słychać było jakąś rozmowę. Julia gestem nakazała mężowi, by wyjrzał zza rogu. Wzruszył ramionami i zrobił to, o co prosiła. Zobaczył tę samą dziwną scenę, której była świadkiem jego druga połówka. A tu jest leopard indyjski. To też w Azji – powiedziała Magdalena, wskazując jakiś obrazek. „Ależ cudowne stworzenie, piękna sierść, aż chce się pogłaskać” – odpowiedział obcy głos z telewizora. – Masz tam coś jeszcze? Rafałowi szczęka opadła bardzo nisko. Dobrze, że nie była to żadna animacja czy kreskówka, bo musiałby ją zbierać z podłogi.
Dopiero pokazałam ci pół książki. Jeszcze dużo zostało. Chyba dzisiaj wszystkiego nie zobaczysz – powiedziała Madzia, krytycznie przyglądając się tomowi. Julia pociągnęła męża za rękaw. Odeszli w głąb korytarza. Mówiłam ci, że jakieś diabelstwo nas nawiedziło. To nie chciałeś wierzyć – powiedziała. Nie mam bladego pojęcia, o co tu chodzi. Złapał się za głowę. Przez umysł przechodziły mu teraz różne pomysły.
Może to jakiś pedofil się włamał przez internet czy coś? Mężczyzna próbował choć trochę zracjonalizować szalone teorie żony. Co? Przecież nie masz kamery w telewizorze. Internetu też nie ma. Kobieta przeżegnała się jeszcze raz. Trzeba to jakoś przerwać. Jutro jedziemy na weekend do mojej mamy i tam pomyślimy, co z tym zrobić. Rafał pokiwał tylko głową. W tym momencie uznał, że nie jest to najgorszy pomysł.
W końcu rodzina Julii mieszkała najbliżej. Panie Michale, a nie może pan sam wszystko obejrzeć w telewizji? – stwierdziła Madzia, wpatrując się w ekran. Hmm, ale że niby jak? No przecież jest już pan w telewizorze, a tam są programy o zwierzętach – słusznie zauważyła dziewczynka. – Nie może pan tam jakoś podejrzeć czy coś? Słuszna uwaga. Nawet o tym nie pomyślałem. Nagle biały obraz z czarnymi plamami znikł. Pojawił się poprzedni kanał.
Po chwili się zmienił. Obraz zaczął przeskakiwać w szaleńczym tempie po programach, aż zatrzymał się na National Geographic. Akurat nadawano fascynujący film o życiu mrówek. Nagle u góry ekranu pojawiły się znajome czarne oczy. „Dzięki mała, to faktycznie działa. Teraz mogę jeszcze lepiej zrozumieć ten świat.” „Magda, co tam porabiasz?” Głos ojca dobiegał z korytarza. Czarne plamy momentalnie znikły z monitora. Rafał wszedł do pokoju. „Czemu siedzisz tak blisko telewizora?” „Tak jakoś. Chciałam się lepiej przyjrzeć.” Niewinne kłamstwo dziewczynki utwierdziło Rafała w tym, że trzeba stąd się zabierać jak najszybciej.
„Madziu, idź proszę do pokoju. Jutro pojedziemy do babci z samego rana, także się wyśpij dobrze.” „O! Do babci Marioli?” Magdalena szczerze ucieszyła się z tej informacji. „Tak, do babci Marioli. A teraz sio.” Ojciec pomachał ręką, przynaglając do opuszczenia pomieszczenia. Kiedy córka poszła do swojego pokoju, Rafał ciągle wpatrywał się w telewizor. Serce biło mu bardzo szybko. Czekał na znak, czy coś się stanie, czy ten dziwny głos reaguje tylko na córkę. Podeszła do niego Julia i szepnęła: „Chodź do sypialni, tam się naradzimy. Nie tutaj.” Następnego dnia z samego rana cała rodzina wzięła najpotrzebniejsze rzeczy, w tym kota, i zapakowała się w samochód.
Ruszyła w odwiedziny do teściowej Rafała. Julia zadzwoniła tuż przed wyjazdem, by uprzedzić dłuższy pobyt. Babcia była zadowolona. Na miejscu rodzice nie owijali w bawełnę i od razu przeszli do przepytywania córki. Magdalena, zaniepokojona złością, z początku nie chciała mówić o panu Michale, jednak po kilku minutach opowieści o demonach, opętaniach, siłach nieczystych dała za wygraną i powiedziała wszystko, co wiedziała o istocie z telewizora. Rodzice nie wyglądali na zachwyconych ani uspokojonych jej opowieścią. Rafał natychmiast podjął pewne kroki zaradcze. Włączył laptopa, którego zabrał ze sobą i zaczął przeczesywać internet w poszukiwaniu jakichkolwiek odpowiedzi. Julia na swój sposób uderzyła w modlitwę. Teściowa z teściem wtrącili swoje trzy grosze i dołączyli do córki.
Po kilku godzinach znaleźli rozwiązanie swojego problemu, a przynajmniej tak im się wydawało. Po weekendzie spędzonym na rozważaniach i modlitwie w niedzielę wieczór pełni obaw wrócili do domu. Wszystko wyglądało tak, jak zostawili. Światło nie migotało, urządzenia elektryczne działały jak potrzeba. Sytuacja wyglądała, jakby nic się nie wydarzyło. Troszeczkę uspokojeni rodzice zajęli się własnymi sprawami. W którymś momencie tego pięknego wieczoru Rafał udał się pod prysznic, a Julia gdzieś zniknęła za sobie tylko znaną potrzebą. Magdalena w tym czasie szła z kuchni do swego pokoju ze szklanką gorącej herbaty w dłoni. Przechodząc obok salonu usłyszała ściszone, lecz wyraźne: „Psst”. O mało nie rozlała zawartości szklanki na siebie.
Opanowała się szybko. Uroniła tylko kilka kropel. Kolejne „Psst”. Weszła do dużego pokoju. Na śnieżącym telewizorze pojawiły się już znajome czarne plamy. „Dziewczynko, co się stało? Czemu mnie unikasz?” W głosie można było wyczuć mieszankę smutku i zdziwienia. „Rodzice zakazali mi z panem rozmawiać” – odpowiedziała szczerze Magdalena. „Powiedzieli, że jest pan demonem i mam się trzymać od telewizora z daleka.” „Co za bzdury.” Brzmienie głosu zmieniło się na bardziej nerwowe. „Mówiłem ci, że nie jestem żadnym demonem.
Co za nonsens! Trudno. Mleko się rozlało. Kiedy cię nie było, widziałem tyle cudownych rzeczy.” „Nie wiem, czy pan jest demonem, czy nie, ale powinnam się trzymać z daleka” – przerwała mu dziewczynka. „Tata powiedział, że demony opętują ludzi i każą im robić brzydkie rzeczy.” „Dziecko, drogie dziecko.” Głos zrobił się trochę cieplejszy. „Nikt z nas nie potrafi opętywać ludzi. No prawie. To znaczy, jeśli mam być szczery, możemy zaszczepić pewną myśl, ideę w czyimś umyśle i to wszystko. Było kilku kretynów, którzy dla zabawy to robili, ale ja nie zamierzam. To jest głupie, a w waszym świecie jest tyle wspaniałości.
Wiedziałaś, że grzbietolot amerykański, taka żaba, hoduje młode na swoich plecach i tam wykluwają się pod skórą?” „Nie, nie wiedziałam. Ale ja muszę już iść. Rodzice mogą przyjść w każdej chwili, a nie chcę, żeby mnie jakoś ukarali. Dobranoc” – rzuciła Magdalena i poszła do swojego pokoju, zostawiając telewizor samemu sobie. Czarne plamy na obrazie przybrały nagle dziwny kształt jakby smutnych, łzawiących oczu, po czym odbiornik się wyłączył. Następnego ranka Madzia udała się do szkoły. Tym razem nie zauważono znaczących anomalii elektrycznych. Po szkole zaprosiła Amelkę do siebie. Zamierzała podzielić się z nią swoją tajemnicą mimo ostrzeżeń rodziców, lecz na to musiała poczekać do wieczora. Przynajmniej tak się jej wydawało.
Jej ojciec przyszedł z pracy tuż po Julii. Jak powiedział, musiał wrócić wcześniej, by przypilnować pewne sprawy. Po obiedzie dziewczynki wróciły do zabawy w salonie, a rodzice zachowywali się dziwnie, ciągle szepcząc do siebie. W pewnym momencie Magda przypomniała sobie o czymś. Pobiegła do swojego pokoju, zostawiając koleżankę w dużym pokoju. W tym samym momencie rozległ się odgłos dzwonka do drzwi. Rodzice Magdaleny widocznie czekali na jakiegoś gościa. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ruszyli do drzwi. W wejściu stał wysoki, niezbyt ładny, łysiejący mężczyzna. Na twarzy czaił się twardy, kilkudniowy zarost.
Ubrany był w krótki czarny płaszcz oraz równie czarną sutannę bez koloratki. Kolorytu dopełniały ciemne, nieźle wypastowane pantofle. W lewej ręku trzymał sporej wielkości brązową walizkę. „Rafał i Julia, jeśli dobrze trafiłem?” — mężczyzna odezwał się na widok rodziców. „Tak” — potwierdził Rafał, kiwając razem z małżonką głowami. „Dobrze, zacznijmy od razu.” Facet w czerni przestąpił próg, roztrącając małżonków. „Nazywam się Jędrzej Odrzywąż. Jak już wiecie, jestem wykwalifikowanym egzorcystą.” Położył walizkę na blacie najbliższej szafeczki. Otworzył ją i wyjął półlitrową butelkę z szeroką szyjką oraz kropidło. Zaciekawiona Amelia wyszła na korytarz zobaczyć gościa.
Natychmiast dostrzegł ją egzorcysta. W odkorkowaną butelkę wsadził kropidło i ruszył w jej stronę. Pogromca zła, likwidator pokus, tępiciel strachu. Ten, który wygania. Inkwizytor z bożej łaski — przynajmniej tak miał napisane na swojej stronie internetowej — zaczął pracę. Rzucił się na dziewczynkę, łapiąc ją za ramię. Drugą ręką zaczął okładać kropidłem, drąc się okropnie: „Szatan cię opętał dziecko! Wyrzeknij się go! Wyrzeknij!” „Niech mnie pan zostawi!” — krzyknęła zszokowana Amelia, próbując się wyrwać z uścisku. „Szatan cię opętał.
Wyrzeknij się zła. Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio contra nequitiam.” Inkwizytor z bożej łaski kontynuował wypędzanie zła z dziecięcego ciała. Rodzice stali jakby sparaliżowani, obserwując tą scenę. Pierwsza z letargu wyrwała się Julia. Podbiegła do Jędrzeja i złapała go za ramię trzymające dziewczynę. „To nie jest nasza córka. Niech ją pan zostawi!” — krzyknęła prosto w ucho kaznodziei. Egzorcysta puścił Amelię, która się rozpłakała na całego. Na jego twarzy malowało się zdziwienie. „Jak to nie?
To kto to jest?” — zapytał, odsuwając się od dziecka. „To jest koleżanka naszej córki. Przyszła się pobawić” — odpowiedziała Julia. Potem skierowała swoje słowa do płaczącej Amelki: „Amelia, idź już do domu. Przepraszam cię za tę sytuację, ale musimy tu coś załatwić.” Amelii nie trzeba było dwa razy powtarzać. Popędziła do drzwi, szybko założyła buty, złapała za kurtkę i pobiegła do siebie. „To gdzie jest wasza córka?” — Odrzywąż zapytał niepewnym głosem. „No właśnie. Była w salonie” — rzuciła Julia, rozglądając się po pomieszczeniu. „Ale po co ona panu?
Przecież to nie o nią chodzi” — wtrącił Rafał, łapiąc nagle, że coś się nie zgadza. Magdalena tymczasem, zwiedziona rabanem, który powstał, całą sytuację obserwowała z szczytu schodów. Troszeczkę się przestraszyła człowieka wyglądającego jak ksiądz. Zrozumiała już, po co tu przyszedł i co chciał zrobić. „Magda, tu jesteś. Zejdź na dół” — powiedziała Julia, kiedy zauważyła córkę. „Mamusiu, co się dzieje?” Magda powoli zaczęła schodzić w dół. „Więc to jest wasza córka?” — zapytał Jędrzej, maczając kropidło w butelce. „Tak, to jest Magdalena, o której wspominał mąż w mailu. Nasza córka, która-„ „Na pewno?” — Odrzywąż przerwał Julii w dokończeniu zdania.
„Tak, na pewno” — żachnęła się kobieta. Spod nosa inkwizytora wyrwało się ciche: „Dobrze. Podejdź dziecko. Czy wiesz, dlaczego tu jestem?” „Hmm, chyba tak” — odpowiedziała dziewczynka. „Na mocy udzielonej mi przez Stolicę Apostolską przybyłem, by wypędzić z ciebie demona” — podniósł głos kaznodzieja, zamachując się kropidłem. „Ale ona nie jest…” — zaczął Rafał, lecz nie było dane mu skończyć zdania. „Wyrzeknij się diabła, dziecko!” — krzyknął gość, skrapiając dziewczynkę zapewne wodą święconą. „Wyrzeknij się!” Nagle egzorcysta zaintonował modlitwę w nieznanym języku: „Abund mash mayo. Net kadasz szmuk. Tet malt kuk.
Nerła sibilo nok.” „Ale dlaczego mi pan to robi?” — wrzasnęła Magdalena, zakrywając głowę przed nadlatującymi kroplami, robiąc przy tym krok do tyłu. „Dlatego, że szatan cię, kurwa, opętał, dziecko.” Dziewczynka stanęła jak wryta. Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć, aż w końcu wydukała: „Mnie opę-” „Szatan cię, kurwa, opętał. Wyganiam cię. Wyrzeknij się zła.” W kaznodziei narastał Boży gniew. Rodzice stali jak sparaliżowani przez moment. Z chwilowego otępienia wyrwał się ojciec. Niech pan zostawi córkę, ona tu- Proszę się nie wpierdalać! – warknął inkwizytor, nie spuszczając dziecka z oczu. – Przyganiam cię, diable wcielony.
Wypierdalaj! Non possumus! Wypierdalaj! Mężczyzna nadal zapamiętale młócił kropidłem w stronę dziecka. Magdalena rozpłakała się. Odwróciła się i chciała uciec do swojego pokoju. Silne ramię egzorcysty powstrzymało ją przed tym. Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum, adveniat regnum tuum. Zostawisz ją wreszcie, ty nędzna namiastko człowieczeństwa. Nagle z salonu dobiegł ogłuszający dźwięk słów.
Nikt się tego nie spodziewał. Aż podskoczyli z wrażenia. To, to właśnie on – powiedziała cicho Julia, wskazując palcem duży pokój. Jędrzej Odżywąż puścił Magdalenę i cicho na paluszkach podszedł do salonowego wejścia. Zajrzał do środka, gdzie ukazała mu się czterdziestocalowa plazma wyświetlająca biały obraz z wielkimi czarnymi plamami przypominającymi oczy. Idź sobie stąd, człowieku. Nie jesteś tu potrzebny. Głos z telewizora powrócił do normalnego tonu. O kur-- Kaznodzieja znowu podskoczył. Przeżegnał się zaraz po tym.
Razem z nim rodzice dziewczynki. Odejdź, demonie. Egzorcysta zdał sobie sprawę, że to nie będą proste egzorcyzmy. Wszyscy weszli do dużego pokoju, a Jędrzej Odżywąż wylał całą zawartość butelki na odbiornik telewizyjny. Obraz zamigotał, ściągnął się w dziwne figury. Coś trzasnęło. Poszedł dym. Wyświetlacz zgasł. Moja plazma! Rafał złapał się za włosy na głowie, jakby chciał je wyrwać.
Nie ma się czym przejmować. Wypędzenie demona jest bezcenne – skwitował sytuację pogromca zła. – A teraz trzeba oczyścić jeszcze dziewczynkę. Jak to? Demon jeszcze nie odszedł? Julia była szczerze zaniepokojona. Czułym wzrokiem spojrzała na córkę, która przerażona zaczęła się cofać. Diabeł jest związany z dzieckiem. Egzorcysta krytycznie przyjrzał się butelce. Skończyła mi się woda święcona.
Będę musiał użyć świętych olejków. To trochę bolało. Z głośników telewizora wydobył się naznaczony bólem głos. Prawie wszyscy zadrżeli, nie spodziewając się dalszych atrakcji ze strony odbiornika. Tylko Magdalena lekko się uśmiechnęła. Zgiń! Przepadnij, nieczysta siło! Zaklinam cię, wypierdalaj! – zaintonował Jędrzej Odżywąż, czyniąc znak krzyża w powietrzu i kilka innych, mniej znanych fijasów. Na ekranie pojawiło się zniekształcone oblicze pana Michała.
Naprawdę nie rozumiem, skąd taka nagła nienawiść do mnie. Woda święcona nie działa. Ewidentnie najpierw trzeba oczyścić dziewczynkę z grzechu. Odżywąż powtórzył swoje przemyślenia. Potrzebuję oddzielnego pomieszczenia, gdzie będę mógł przeprowadzić rytuał natarcia świętych olejków w ciało związane ze złem. Co? Jednocześnie rodzicom wyrwało się z gardeł. Co pan sugeruje? – dodał Rafał, nabierając podejrzeń co do intencji kaznodziei. Magdalena zrozumiała tylko, że obcy pan chce jej coś zrobić.
Dziecko musi zostać namaszczone, by zło już nie mogło do niego sięgnąć – odparł z przekonaniem w głosie Jędrzej. Ale co to oznacza? Julia chciała więcej informacji, zanim wyraziłaby zgodę. Wiecie co? Z głośników wydobył się dobrze znany głos obcego. Wy, ludzie, macie niesamowity dar odbierania niewinności tam, gdzie nie jest to potrzebne. Zamknij się, kreaturo! Wracaj do piekła, skąd wylazłeś – warknął kaznodzieja. Idę po walizkę. Odżywąż wyszedł z salonu.
Na ekranie zmienił się obraz. Czarne plamy przybrały kształt dużych łez. Żegnaj, dziecko. Plamy powoli zaczęły zanikać. Pamiętaj, że nigdy nie chciałem waszej krzywdy. Do pomieszczenia wparował egzorcysta, w lewej ręku trzymając walizkę. To gdzie możemy zacząć rytuał? Nigdzie. Odchodzę. Opuszczam ten dom.
Wygrałeś. Z telewizora wydobyły się ostatnie dźwięki, po czym obraz okrył się ciemnością. Tak po prostu? Inkwizytor wydawał się rozczarowany. Halo, demonie, nie udawaj, że poszedłeś sobie. Odpowiedziała mu tylko cisza. Dla pewności powinienem przeprowadzić ten święty obrządek. Nie wydaje mi się. Rafał stanął przy córce, zasłaniając ją własnym ciałem. Myślę, że to już koniec problemów.
Ze złem nigdy nie wiadomo. To może być przebiegłe oszustwo. Egzorcysta nie dawał za wygraną. Telewizor wydawał się martwy na amen. O Jezu, mam nadzieję, że to naprawdę koniec. Julia przeżegnała się. Myślę, że należą się panu podziękowania. Oj, jestem jedynie pokornym sługą Bożym. Kaznodzieja wpatrywał się w czarny ekran, czekając na jakiś znak, który nie nadchodził. Jeśli zaś chodzi o podziękowania, przyjmę każdą darowiznę.
Co łaska. No tak, za walkę ze złem należy się wynagrodzenie stwierdziła Julia. Tak, 300 zł będzie i ze stówkę za dojazd. Jakby nie patrzeć, musiałem pół Polski przejechać. Egzorcysta otrzymał swoje wynagrodzenie, podziękował i opuścił posesję. Rodzice nerwowo wyczekiwali końca dnia, modląc się w duchu, by ten koszmar faktycznie się skończył. Tego dnia ani następnego nie wydarzyło się już nic, co choćby w najmniejszym stopniu zwiastowało powrót demona. Najmniej szczęśliwa była Magdalena, która pomimo przestrog poczuła dziwną więź z przybyszem. Z czymś nienaturalnym, prawie magicznym, niemal bajkowym. Czas mijał, przeskakiwał z miesiąca na miesiąc, a w pamięci dziewczynki zacierał się obraz przybysza z innego wymiaru, by w końcu zniknąć zupełnie.
Czasem tylko w sypialni Madzi migotało światło.
[03:09:50] - Cóż, proszę państwa, to jest ten moment, kiedy mówię, że dzisiejszy AWF niniejszym się skończył był. Bardzo serdecznie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Bardzo liczę na to, że za tydzień również się spotkamy. A tymczasem życzę państwu dobrej nocy, pięknego, wspaniałego, chociaż mroźnego weekendu. No i cóż, do usłyszenia w przyszłym tygodniu, w piątek.
[03:10:24] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.