Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Jednym skrót AWF kojarzy się z aktywnością fizyczną, innym natomiast z czytelnictwem i słuchaniem ciekawych podcastów, rzecz jasna. Jeśli zaliczacie się Państwo do tej drugiej grupy, choć oczywiście możecie również zaliczać się i do tej pierwszej, bo w sumie czemu nie? To zapraszamy do spędzenia dzisiejszego wieczoru z Akademią Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:49] - Halo, halo! Witam Państwa bardzo serdecznie na kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. Mamy szósty dzień lutego. Proszę, jak ten czas leci. Ale zamiast rozmawiać o pogodzie i upływie czasu, porozmawiajmy o tym, co w audycji AWF najważniejsze, czyli o książkach. Tradycyjnie na początek polecanki. Wjeżdżają właśnie. Pierwszy tytuł, który chciałbym Państwu polecić to "Na południe od nigdzie". Autor Jeffrey Dever, wydawnictwo Prószyński Media. Książka na rynku od 17 lutego.
To piąta część pełnej tajemnic i zwrotów akcji serii o Colterze Shaw. Mistrz zaskakujących zwrotów akcji powraca w znakomitej formie z kolejną przygodą Coltera Shaw. Tym razem łowca nagród mierzy się z żywiołem wody i ściga się z czasem, by odnaleźć rodzinę porwaną przez powódź. Rwąca rzeka przerwała wał, zagrażając miasteczku w północnej Kalifornii. Colter Shaw zostaje wezwany na miejsce przez swoją siostrę Dorion, specjalistkę od reagowania kryzysowego. Liczy się każda minuta. W takich warunkach zaginionym mogło pozostać tylko kilka godzin życia. Jednak niespodziewany atak komplikuje akcję ratunkową. Colter i Dorion zaczynają zadawać sobie pytanie: czy grobla zerwała się samoistnie? Czy ktoś celowo doprowadził do katastrofy?
Muszą nie tylko odnaleźć zaginionych, ale także odkryć prawdę, zanim całe miasteczko zostanie doszczętnie zniszczone wraz ze wszystkimi, którzy tam pozostali. Przypomnę tytuł książki: "Na południe od nigdzie". Jeffrey Dever, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 17 lutego. Druga książka, którą chciałbym Państwu polecić nosi tytuł "Morderstwo w podróży". Autorka Marin Allingham, wydawnictwo Mando. Data premiery: luty 2026. Właścicielka księgarni Flora Steel i przystojny pisarz Jack Carrington wyruszają na urokliwą francuską prowincję, a przy okazji rozwiązują mrożącą krew w żyłach zagadkę. Jack otrzymuje telefon od matki, z którą od dawna nie utrzymywał kontaktu. Sybil prosi go, aby rzucił wszystko i przyjechał do Francji.
Wraz z Florą pakują walizki, marząc o pachnących polach lawendy i świeżo upieczonych croissantach. Dopiero po przyjeździe odkrywają szokującą prawdę. Przyjaciółka Sybil została zamordowana, a ona sama desperacko potrzebuje pomocy. Trop prowadzi do malowniczej wioski na południu Francji. Jednak nawet błękit nieba i cudowne widoki nie przysłonią tego, że w okolicy nie jest bezpiecznie. Tajemnica staje się jeszcze bardziej mroczna, gdy Flora odkrywa, kto był właściwym celem ataku. Podejrzenia kierują się w stronę hrabiego Massima Falconiego, bliskiego przyjaciela Sybil. Jego ukochana córka Allegra, bezwzględny partner biznesowy Pascal i zaborcza była żona mają powody, by pragnąć zemsty. Czy Flora odkryje prawdę i uratuje matkę Jacka? A może kłopoty w raju oznaczają coś znacznie gorszego?
Tytuł książki: "Morderstwo w podróży". Marin Allingham to autorka. Wydawnictwo Mando, a data premiery: 11 dzień lutego. I wreszcie trzecia książka: "Łąki kwitnące purpurą". Autorka Edyta Świętek, wydawnictwo Mando, a data premiery również 11 lutego. To epicka opowieść o miłości i przetrwaniu w cieniu powstającej Nowej Huty. Życie w dynamicznie rozbudowującej się Nowej Hucie to nieustanna walka o godność i odrobinę osobistego szczęścia. Propagandowe hasła blakną szybciej niż farba na murach, a ludzie coraz częściej boją się tych, którzy rządzą codziennością. Kiedy do najmłodszej dzielnicy Krakowa przyjeżdża funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa Edward Marczyk, który pragnie pomścić brata, nad rodzeństwem Szymczaków zbierają się czarne chmury. Spokój, który jeszcze wczoraj był na wyciągnięcie ręki, znika bez śladu.
Bronek nie potrafi zapomnieć o kobiecie, której życie kiedyś ocalił. Choć jego serce wciąż bije dla pielęgniarki z przeszłości, los związał go z pełną ognistego temperamentu Haliną. Jej praca w robotniczym barze Meksyk staje się źródłem małżeńskich kłótni, gniewu i rozczarowań. Julia próbuje się odnaleźć jako samotna matka. Nowe mieszkanie na świeżo wybudowanym osiedlu ma być początkiem lepszego życia. Jednak zamiast ukojenia pojawia się strach. Ktoś ją śledzi. Kim jest tajemniczy mężczyzna i dlaczego zakłóca jej spokój? To opowieść spleciona z tęsknot, niespełnień i nadziei, która potrafi zakwitnąć nawet w najchłodniejszym sercu miasta. Przypomnę tytuł: „Łąki kwitnące purpurą”.
Autorka Edyta Świętek, wydawnictwo Mando. Data premiery 11 dzień lutego 2026. Proszę państwa, proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj autor, którego poza ludźmi bardzo interesującymi się filozofią raczej nikt nie kojarzy. To przejdźmy do rzeczy. Wyobraźmy sobie XII-wieczną Francję. Epokę, która dopiero budzi się z wczesnośredniowiecznej drzemki. W klasztorach przepisywane są księgi. W szkołach katedralnych zaczyna wrzeć intelektualnie, a starożytni autorzy, tacy jak Platon, Boecjusz, Makrobiusz wracają do łask niczym dawno zapomniani nauczyciele. To właśnie w tym świecie pojawia się postać, którą dziś określa się czasem jako Bernard z Tours.
To pisane jest Tours, ale język francuski bywa wymagający. Bernard to był myśliciel związany z kręgiem szkoły w Chartres, o której opowiadałem jakiś czas temu. Bernard z Tours reprezentował nurt średniowiecznego platonizmu. Był też zarazem jednym z tych autorów, którzy próbowali opisać wszechświat językiem jednocześnie filozoficznym i poetyckim. Bernard nie był scholastykiem w takim późniejszym, uniwersyteckim sensie tego słowa. Nie budował systemów tak rygorystycznych jak Tomasz z Akwinu ani nie prowadził logicznych pojedynków na definicje. Jego ambicją było raczej zrozumienie kosmosu jako harmonijnej całości świata, w którym Bóg, natura i człowiek są powiązani subtelną siecią sensów. W jego twórczości filozofia nie przypomina suchego traktatu, bardziej natomiast przypomina alegoryczny poemat, w którym kosmos staje się sceną dramatu rozumu i materii. Najczęściej wiąże się Bernarda z Tours z dziełem Kosmografia, w którym opis stworzenia świata nie jest prostym komentarzem do Księgi Rodzaju. To raczej filozoficzna wizja wszechświata, gdzie pojawiają się personifikacje.
Natura, rozum, materia. Te personifikacje są niczym bohaterowie średniowiecznego misterium. Czytając takie teksty ma się wrażenie, że autor próbuje pogodzić dwie potężne tradycje: chrześcijańską teologię i filozofię platońską. Bóg jest źródłem ładu, ale świat rozwija się według zasad wpisanych w samą naturę rzeczy. Bernard, jak wielu myślicieli szkoły w Chartres, wierzył, że świat materialny nie jest tylko cieniem czy błędem, lecz odbiciem wyższej harmonii. Kosmos nie jest chaosem, jest dziełem rozumu. I w tym sensie jego myślenie przypominało próbę odnalezienia matematycznej muzyki wszechświata. Długo przed tym, zanim nowożytni uczeni zaczęli mówić o prawach fizyki. Natura była dla Bernarda z Tours czymś więcej niż zbiorem rzeczy. Była aktywną zasadą organizującą materię.
Była niemal współpracownikiem Stwórcy. Charakterystyczna dla jego epoki była także fascynacja antykiem. Bernard i jego współcześni uważali się za karły stojące na barkach olbrzymów. Ta słynna metafora przypisywana kręgowi szkoły w Chartres dobrze oddaje ducha tamtych czasów. Starożytni filozofowie byli dla filozofów z Chartres przewodnikami, ale nie autorytetami nieomylnymi. W praktyce oznaczało to odważne eksperymenty intelektualne, próby pogodzenia Platona z Biblią, kosmologii z teologią, a alegorii z racjonalną analizą. Bernard nie traktował filozofii jako zbioru abstrakcyjnych twierdzeń oderwanych od życia. Dla niego poznanie świata było także drogą duchową. Jeśli kosmos jest harmonijny, to człowiek jako jego część powinien dążyć do harmonii wewnętrznej. To przekonanie sprawiało, że teksty Bernarda miały nie tylko wymiar kosmologiczny, ale i etyczny.
Poznanie natury świata pomagało zrozumieć własne miejsce w porządku rzeczy. Jednocześnie myśl Bernarda pozostaje świadectwem epoki przejściowej. Z jednej strony mamy jeszcze alegorie, personifikacje i symbolikę, które dziś mogą wydawać się literacką fantazją. Z drugiej pojawia się już przekonanie, że świat jest racjonalny i poznawalny. Właśnie w tym napięciu między poezją a filozofią tkwi oryginalność Bernarda. On nie pisał podręcznika fizyki ani systematycznej teologii. Pisał wizję świata, w której rozum i wyobraźnia współpracują, zamiast się zwalczać. Dziś jego dzieła mogą wydawać się egzotyczne, pełne alegorycznych postaci i metafor, które wymagają cierpliwości od czytelnika. Ale warto je czytać jako świadectwo momentu, gdy Europa zaczynała na nowo odkrywać starożytność i uczyć się myśleć o świecie w kategoriach porządku, struktury i racjonalności. To jeden z tych autorów, którzy stoją na progu wielkiej przemiany.
Jeszcze średniowieczni w formie, ale już zapowiadający narodziny późniejszej scholastyki i nauki. Bernard z Thouars pozostaje więc symbolem epoki, w której filozofia była jednocześnie poezją kosmosu, ale też próbą jego zrozumienia. Wizja świata Bernarda przypomina nam, że zanim powstały laboratoria i równania, ludzie próbowali opisać wszechświat w sposób narracyjny. Była to opowieść pełna sensu, harmonii i ukrytej logiki. Może właśnie dlatego teksty Bernarda z Thouars nadal fascynują, bo pokazują moment, gdy rozum zaczyna mówić językiem symboli, a symbol powoli ustępuje miejsca analizie. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Filozof mniej znany, ale zaręczam państwu, że jak się człowiek wczyta w to, o czym pisał, to można się zdziwić. Teraz, żeby trochę przełamać ten filozoficzny nastrój, zapraszam państwa na opowiadanie Tadeusza Meszko „Statek, który zatrzymano na granicy”. Tak powiedziałem, że przełamujemy filozoficzne rozważania, przełamujemy filozoficzne refleksje. Właściwie to nie jestem pewien, czy to opowiadanie dokona tego przełamania.
Bo owszem, akcja jest dosyć wartka, ale pytania, i to pytania filozoficzne, gdzieś tam w cieniu się czają. Zapraszam państwa na opowiadanie Tadeusza Meszko „Statek, który zatrzymano na granicy”.
[15:03] - Tadeusz Meszko, „Statek, który zatrzymano na granicy”. Mimo że byłem na urlopie, Penelopa, moja szefowa oddziału w Space Force, w trybie natychmiastowym wezwała mnie do siebie. Penelopa z pewnością nie miała cierpliwości mitycznej żony Odyseusza i wciąż nas poganiała. Nie była też jak szefowa M, zimno analizująca zagrożenie dla agentów z dwoma zerami, a jednak dbająca o swoich ludzi. Ale żeby przerywać mi urlop? Jeden z naszych statków wleciał w galaktykę Karła Wielkiego Psa i raptem bum! Pojawili się przedstawiciele cywilizacji, mówiąc, że jeżeli statek nie opłaci myta, to będzie musiał zawrócić. „Ale dlaczego ja? Zostały mi jeszcze trzy dni urlopu!” – zaprotestowałem, nie dopytując o szczegóły. „Ty już znasz ten statek.
To Geronimo.” Spojrzała na mnie zimnymi, niebieskimi oczami. Wyglądało na to, że specjalnością tego statku były kłopoty. Tego statku i moją. „Szykuj się, zaraz lecisz.” „Ale w czym ja będę mógł pomóc?” Wciąż próbowałem się wymigać. Misje dyplomatyczne nie były naszą specjalnością. Raczej, a nawet z pewnością, były naszą piętą achillesową. My mieliśmy tropić, biegać i strzelać. Dlatego zasugerowałem: „Tam trzeba prawnika”. „A powiedz mi, co prawnicy wiedzą o prawie Związku Galaktycznego z Karła Wielkiego Psa? I gdzie mielibyśmy się odwołać?
To mam przedrzeć się siłą?” „Żadnych aktów agresji.” Spojrzała na mnie z groźną miną. Wiedziałem, że to nie poza. Penelopa potrafiła dopiec każdemu, kto jej się postawił. „To mała galaktyka, ale i tak ma z miliard gwiazd. Nie wiemy, na ilu z nich powstało życie.” No więc przyleciałem. Po zadokowaniu Skocza w hangarze Geronimo od razu kazałem Alopę dokładnie zrelacjonować spotkanie z celnikami. Nie było tego wiele. „Odebrałam tylko komunikat. Długo nie odpowiadali na moje prośby o więcej szczegółów, jakieś podstawy prawne, wymagania dotyczące cła, aż w końcu nadeszła odpowiedź, że nie rozmawiają z automatami i mam obudzić jakiegoś członka załogi. I wtedy wezwałam pański oddział.” – wyjaśniła, wciąż urażona, że potraktowano ją jak szczoteczkę do zębów.
Geronimo był już bardzo daleko od domu. Jeszcze żaden statek nie dotarł tak daleko i o ile nawet nasza Droga Mleczna w dużym stopniu była białą plamą na mapie, to rejonów, w które zawędrował, mapa w ogóle nie obejmowała. A gdyby zechciano zaznaczyć nieco więcej o tych obszarach, to wzorem średniowiecznych skrybów można by na marginesach narysować niesamowite zwierzęta lub podróżnika przebijającego głową sferę poznanego, aby z ciekawością, ale i lękiem podglądać sferę nieznanego. Ja nie byłem jej zbytnio ciekaw. Nie widziałem powodów, dla których miałoby się tam znaleźć coś, czego nie było w naszej galaktyce. Ciekawe byłoby, i o tym marzyłem, dopiero spojrzenie przez okular lupy na wszechświat. Nadistoty z pozycji uczonego badającego odcięty skalpelem plasterek wszechświata. Móc zobaczyć, jak nitki układu nerwowego wypuszczający wici łączą się w punktach węzłowych. Bowiem uważałem, że nasz wszechświat jest jak układ nerwowy człowieka. Co o istocie takiego układu może sądzić pojedyncza komórka nerwowa, choćby tą komórką był nasz Układ Słoneczny.
Żyje sobie spokojnie, w nudzie wielkiej, beztrosko, a tu nagle pierduł. Impuls wstrząsa nią tak, że ledwo odnajduje swoje miejsce. Niczego nie rozumie poza tym, że tego nie lubi, ale później zapomina. Zmarszczki zostają wygładzone i komórka znów żyje sobie spokojnie. Aż tu znów pierduł. Takim punktem była nasza gwiazda z Ziemią. Upadają cywilizacje, budzą się demony, powstają nowe cywilizacje, rodzą nowe potwory, a on niezmiennie trwa i cywilizacje każdego układu gwiezdnego potrafiące zadać pytania: skąd przychodzimy? Dokąd zmierzamy? Jedynie będąc większą strukturą od wszechświata, owym badaczem z lupą bylibyśmy w stanie odnaleźć właściwe miejsce w całości. Odleciałem.
Westchnąłem głęboko, żałując, że nie mogę pofrunąć dalej w spekulacjach. Ale miałem przecież pilny problem do rozwiązania. Musiałem się skupić. Analiza danych karła Wielkiego Psa wskazywała, że galaktyka już od milionów lat jest pożerana przez Drogę Mleczną. Astronomowie podejrzewali, że również wiele gromad kulistych z katalogu NGC należało niegdyś do tej galaktyki, lecz już zostały wchłonięte. To samo czekało i karła Wielkiego Psa. Ta galaktyka nie miała szansy na wygraną w ringu wieczności. W kategoriach galaktycznych była zawodnikiem wagi lekkiej. Dlaczego więc przedstawiciele tej galaktyki nie pozwalali przez nią przelecieć? Była niewielka, ledwo 14 000 lat świetlnych, lecz dla naszego Geronimo zboczenie z kursu i ominięcie jej to i tak dodatkowe setki lat.
Była jakimś węzłem tranzytowym grupy lokalnej galaktyk? Na trójwymiarowej mapie nieba nie znalazłem powodów, aby wszyscy chcieli pchać się przez Wielkiego Psa. To nasza Droga Mleczna znajdowała się w centrum grupy. To my moglibyśmy pobierać myto. Musiałem wytargować układ, który pozwoli nomen omen psim swędem obejść karła Wielkiego Psa. Otrzymałem informację o budowie ciał celników, aby dopasować, na ile to możliwe, warunki panujące na statku do ich potrzeb. Ich planeta była gorętsza, więc kazałem podkręcić o kilka stopni temperaturę i z przyjemnością zmieniłem specjalnie wydrukowany garnitur na koszulę z krótkim rękawem w stylu hawajskim. Podrasowałem również skład atmosfery, zwiększając udział tlenu oraz kryptonu, ale i tak każdy z gości będzie pewnie musiał nosić maskę regulującą proporcje gazów. Więcej nie mogłem zrobić. Grawitację niezbędną głównie dla śpiących kolonizatorów osiągaliśmy za pomocą siły odśrodkowej.
Nie mogłem jednak zmniejszyć tempa wirowania, bo zakłóciłoby to przepływ płynów w hibernatorach. No i dobrze, uznałem. Oni będą przygwożdżeni do podłogi, a ja będę w pełni sił. Psychologiczny atut w negocjacjach. Znalazłem też informację, że mają niebieską krew. W sumie nic dziwnego, bo mimo że arystokraci nie mieli wcale błękitnej krwi, to na Ziemi żyły gatunki używające do transportu tlenku miedzi zamiast żelaza. Może potrzebowali miedzi, pomyślałem. Nie przekazali żadnych informacji o diecie czy etykiecie. Trudno. Będą o suchym pysku, a ja będę popełniał gafy.
Celnicy teleportowali się wprost do centrali. Mieli o wiele lepsze teleportery niż my. Skrzywiłem się z zazdrością. Zmaterializowało się troje. Nie lubiłem granic. Tym bardziej nie lubiłem celników. Przybysze idealnie pasowali do mojego wyobrażenia o nich. Człowiek człowiekowi wilkiem. Widząc ich, przypomniałem sobie sentencję. Byli humanoidami.
Mieli troje oczu, dwa nosy i dwoje uszu oraz szerokie żabie usta. W sumie byli bardzo podobni do nas, zwłaszcza z charakteru, skoro ledwo poznali swoje włości, a od razu postanowili je ogrodzić. Chyba jeden samiec i dwie samice. Oceniłem po wyglądzie delegatów. Przynajmniej z równouprawnieniem płci nie mają kłopotów, bo w prawach swobodnego przemieszczania się wciąż pozostawali na etapie walki o plemienne terytoria, zauważyłem. Jednak liczył się pewnie tylko samiec w środku, w szarym, ascetycznym wdzianku przypominającym smoking. Dwa wystrojone pawie po bokach z pewnością były strażniczkami. Groźne miny, wyprężone piersi i mnóstwo zbędnych dodatków: pióra, frędzle, błyskotki, lampasy. Przedstawili się tak pokręconymi nazwiskami, że od razu nadałem im swoje. Zostali Xsińską, Yksińską i Zetem.
Głos zabrał Zet. „Nim zaczniemy negocjacje, chciałabym...” „Chciałbym.” Zgłosiłem poprawkę do translatora, a gdy zdziwiony Zet spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, wyjaśniłem: „U nas rozróżnia się formy osobowe dla płci.” „Translator to dobrze przetłumaczył. Jestem samicą” – odpowiedział, a właściwie odpowiedziała, oburzona. Teraz ja uniosłem brwi. Zet został Zetką. „Może u was jest inaczej, ale u nas to samiec musi się puszyć, aby przekonać samicę do wpuszczenia jego plemników.” Xsińska i Yksińska, a właściwie X i Y, potwierdzająco pokiwali głowami. „Moje pióra w kapeluszu potrafią zauroczyć każdą samicę” – pochwalił się X. „A wzór moich lampasów wprowadza w erotyczny trans wiele samic” – dodał z dumą Y. Chrząknąłem. Pierwsza gafa.
„Wróćmy do negocjacji.” Wolałem nie komentować ich przechwałek. „Chciałam zapytać, dlaczego powierzacie losy tak wielu przedstawicieli własnego gatunku komputerowi?” – zapytała Zetka. „Nie używacie komputerów?” „Ależ oczywiście, że używamy. Przecież są szybsze od liczydeł, więc dlaczego mielibyśmy z nich rezygnować?” – oburzył się Y. „Tylko do obliczeń?” – dopytywałem. „Z pewnością nie do udawania żywych istot. To niedopuszczalne.” – ostrym tonem zamknął dyskusję X. „Wiemy, że wszystkie istoty żywe na pokładzie tego statku pogrążone są w głębokim śnie. Czy to pacjenci? Transportujecie ich do szpitala i dlatego opiekuje się nimi komputer?” – próbowała złagodzić rozmowę Zetka.
„Nie, nie są chorzy, ale z doświadczenia wiemy, że w podróży trwającej tysiące lat załoga się nie sprawdza, nawet jeżeli pracuje na zmiany. Zawsze dochodzi do jakichś błędów wynikających z kontaktów międzyludzkich ograniczonej liczby osób w zamkniętej przestrzeni. Wybraliśmy wariant, w którym...”, chciałem powiedzieć „sztuczna inteligencja”, na szczęście powstrzymałem się, „komputer nadzoruje lot. To w sumie proste obliczenia, a od sytuacji wyjątkowych, których komputer nie przeliczy, powołaliśmy grupę specjalną. Przylatujemy błyskawicznie dzięki teleportacji i rozwiązujemy problem. To w sumie rozsądne. Ma tylko jeden słaby punkt.” „A jak komputer pokładowy się zawiesi?” – zauważył X. „Dwa słabe punkty” – wtrącił Y. „Wasze komputery są mało precyzyjne, dlatego musicie teleportować się tak daleko od celu. Dużo ryzykujecie, powierzając im nadzór lotu.” „No tak.” Nie miałem ochoty drążyć tematu.
Jeszcze ich obrażę. Musiałbym zwrócić im uwagę, że oni przybyli z miejsca odległego o kilka sekund prędkości światła, a ja z 20 000 lat świetlnych. Przy takich odległościach bezpieczniej jest teleportować się dalej od statku, niż zostać plamą na podłodze. „To jakie są wasze żądania?” „W imieniu Związku Galaktycznego Gromady Wielkiego Psa domagamy się od statku Geronimo wniesienia opłaty celnej.” – rozpoczęła właściwe negocjacje Zetka. „Jako cywilizacja podróżująca przez własną galaktykę chyba jesteście świadomi, że każda galaktyka posiada sferę swoich wpływów i wtargnięcie do niej obiektu tak dużego jak wasz statek na długi czas rozerwie bańkę naszej sfery.” Nie trafił do mnie argument, że naruszymy strukturę ich lilipuciń galaktyki. Jednak nie mogłem użyć w negocjacjach swojej opinii o ich świecie, gdyż poczuliby się urażeni. „Wasza galaktyka i tak zostanie wchłonięta przez naszą Drogę Mleczną.” Zgłosiłem inny kontrargument. Chyba niepotrzebnie. Samce nastroszyły się. Na szczęście samica utemperowała ich krwiożercze zapędy gestem dłoni.
„Słyszeliśmy o waszej ojczystej planecie.” – pokiwała ze smutkiem Zetka. „Tak podgrzaliście jej atmosferę, że teraz musicie szukać nowych domów dla swego potomstwa. Jednak my dbamy nie tylko o dom, w którym mieszkamy, ale można by tak powiedzieć również o swój ogródek.” Uznałem, że translator przetłumaczył to wyśmienicie. „Rozumiem, wolicie dmuchać na zimne.” – pokiwałem ze zrozumieniem głową. „My dbamy o swoje potomstwo.” – nie mógł powstrzymać się od dorzucenia swojej uwagi Y. Kierunek dyskusji zaczął zmierzać w niebezpieczne rejony. Byli zbyt poważni, za bardzo przekonani, że są najwyższą rasą we wszechświecie. „Może pozwolicie nam przelecieć ten pierwszy raz za darmo?” Spróbowałem naruszyć ich zimnowatość z innej strony. „Przekonamy się, że to bezpieczna i szybka trasa i częściej będziemy z niej korzystać. Już odpłatnie.” – dodałem, nie widząc pożądanej reakcji.
„To nie jest szlak turystyczny.” – zaprotestował Y. „Ani skrót do Burger Kinga.” – prychnął X. Chyba znów translator sobie nie poradził. A może w Galaktyce Wielkiego Psa Burger King już założył swoje filie? „Nie chcemy, aby nasza galaktyka stała się autostradą z wieloma pasmami ruchu. Każdy przelot zaburza jej porządek. Wasz statek pozostawi za sobą ślad cieplny, rozdmucha pył galaktyczny. Możemy jednak pogodzić się z tymi szkodami, jeżeli otrzymamy coś w zamian” – dodała ugodowo Zetka. „No dobrze, to ile mamy zapłacić za prawo przelotu? Co chcecie?
Złoto, diamenty, uran?” „To ma być dobroczynny dar” – oznajmiła, ciepło uśmiechając się Zetka. „Możemy nazwać to darem” – wzruszyłem ramionami. – „Opakuję, co tam chcecie w folię z rysunkami kwiatków i przewiążę kolorową wstążką.” Nie zrozumieli żartu. „Nie interesują nas minerały. W naszej galaktyce mamy wszystkie, które są nam potrzebne.” „A to, czego nie mamy, w każdej chwili jest wdmuchiwane w pyle z odległych supernowych” – uzupełniła Zetka. „A miedzi?” – zapytałem z niewinną miną, czekając na zwrot w negocjacjach. Nie nastąpił. „Mamy jej tyle, że wstrzymaliśmy jej wydobycie na większości planet” – rozwiał nadzieje Y. – „Jeżeli wam jej brakuje, to w późniejszym terminie możemy porozmawiać o cenie jej sprzedaży.” „Nie, my też mamy dużo miedzi.” Mój joker zamienił się w blokadę. „To może wymienimy doświadczenia?” – zaproponowałem po chwili milczenia.
„Ile lat istnieje wasz gatunek?” – zapytał rzeczowo Iks. „Od kiedy zeszliśmy z drzew, czy od kiedy wynaleźliśmy koło?” „Odkąd wykorzystujecie energię atomową” – sprecyzował Y. „A, to stare czasy. Będzie już z 600 lat.” „600 tysięcy?” – zapytała z podziwem Zetka. „Nie, 600. Bez zer. Sześć razy po 100 lat.” Zetka skurczyła się jakby ze wstydu, a Y spojrzał na mnie z góry. „My mamy rozum już od 30 tysięcy. Cóż, możecie nam powiedzieć, o czym nie wiemy?” – zapytał z pogardą. Pewnie miał rację.
Chociaż... „No ale nasz gatunek jest bardzo agresywny” – postanowiłem sięgnąć po ostateczne argumenty. – „Tłukliśmy się po głowach już maczugami z kości. Później przeszliśmy na młoty z kamienia, a jeszcze później metalowe. I używaliśmy również noży, mieczy, dzid, a oprócz tego miotaliśmy w siebie strzały oraz kule za pomocą łuków, kusz, strzelb i armat. Nie przedłużając, powiem, że nawet reakcję łańcuchową po rozbiciu atomu wykorzystaliśmy do zniszczenia.” „Tak?” – zainteresował się Iks. „A tak. Byliśmy tak wredni, nieczuli, żądni krwi, że mordowaliśmy przedstawicieli własnego gatunku za to, że mieli inny kolor skóry, że wynosili na tron innych bogów, że mieli inne preferencje seksualne. Masowo, w zorganizowany sposób, nawet za pomocą śmiercionośnego gazu. To były prawdziwe fabryki śmierci.
Nie jestem z tego dumny, ale to prawda. Tacy są ludzie” – przerwałem, zerkając, jakie wrażenie wywoła mój rachunek sumienia w imieniu ludzkości. „My wysadzaliśmy całe planety z miliardami istnień i jesteśmy gotowi to czynić zawsze, gdy wymaga tego nasze poczucie honoru” – skomentował to pyszałkowato Y. „No tak, to chyba was nie przebije” – westchnąłem z rezygnacją. – „To czym ma być ten dar?” „Podarujcie nam to, co macie najcenniejszego” – oznajmiła słodko Zetka. „Ken, masz nowych gości” – z gryzotą przerwała mi Alopé. Wychodziło na to, że za granicą Drogi Mlecznej panuje spory ruch. Ale cóż my wiedzieliśmy? Żyliśmy na peryferiach Grupy Lokalnej i dopiero co wyściubiliśmy nos poza własną galaktykę. Nasi goście nie teleportowali się.
Zaparkowali przed śluzą i czekali na pozwolenie wejścia na pokład. Nie miałem pojęcia, kim są i jakie dary przynoszą, lecz otworzyłem śluzę. Nim doszli do centrali, zdążyłem się im przyjrzeć na podglądach. Było ich dwóch lub dwoje. Wolałem już nie obstawiać płci. Również byli humanoidami i to nawet od dawna znanymi ludziom na Ziemi, dokładniej od czasów Egiptu. Mieli bowiem szakale głowy, ale nieowłosione i bez wystających kłów. A może tylko je spiłowali, bo trudno uwierzyć, aby organizm o tak zbudowanej szczęce przeżywał jedynie trawę. To oni, a nie celnicy, idealnie pasowali do nazwy galaktyki. Może to ich komornicy?
Zląkłem się. Ale przecież nie zdążyliśmy jeszcze ustalić ceny – zaprotestowałem wewnętrznie. „Dotarła do nas informacja, że pański statek ma kłopoty” – zaczął Anubis większy, bo tak nazwałem szakalowatego o wyższym wzroście. – „Odwiedzili was nieprzyjemni goście.” „Nieprzyjemni? Nie. Mogę jednak zgodzić się z określeniem, że z wizytą niezapowiedzianą, nieoczekiwaną i kłopotliwą” – odpowiedziałem tak dyplomatycznie, że aż sam się zdziwiłem, że to potrafię. – „A panowie w jakiej sprawie?” „Rozwiązywania problemów” – odpowiedział z uśmiechem Anubis mniejszy. „A, to miłe” – zbaraniałem. A jak! Reprezentujemy kancelarię prawną IN oraz PW Universe Law and Justice specjalizującą się w prawie celnym – wyjaśnił Anubis Większy.
Dobrze, że nim straż graniczna Gromady Wielkiego Psa weszła na pokład statku, minęło tyle czasu. Zdążyliśmy przeanalizować ich żądania i ustawić strategię obronną – dodał Anubis Mniejszy. Anubis Większy spojrzał na Anubis Mniejszego z góry z taką pogardą, że skarcony wycofał się o krok. Tak? – zapytałem zaszokowany, chociaż nie powinienem się temu dziwić. Na Ziemi na miejsce wypadku też często pierwszy przyjeżdżał adwokat od odszkodowań, a nie karetka pogotowia. W świetle prawa międzygalaktycznego działania Straży Granicznej Karła Wielkiego Psa są nielegalne – podjął rozmowę Anubis Większy. Jeżeli Ziemia zgłosi ich szantaż wobec statku, będziemy mogli wystąpić do Trybunału Grupy Lokalnych Galaktyk o odszkodowania. Jak tylko podpisze pan nam pełnomocnictwo, zajmiemy się sprawą. A gdzie jest siedziba tego trybunału?
– zainteresował mnie inny problem. Na Perksysie w Galaktyce Andromedy – odpowiedział niedbale, jakbym w centrum miasta pytał o najbliższy bank lub aptekę. No tak – westchnąłem z żalem, gdyż Alobe podpowiedziała mi, że to dwa i pół miliona lat świetlnych od nas. Odszkodowanie? Nie, to zbędne. Nie będziemy składać wniosku o odszkodowanie. Wystarczy, że przelecimy przez Galaktykę Karła Wielkiego Psa. Ale to niemożliwe – wyjaśnił, krzywiąc się Anubis Mniejszy. Jak to? Przecież mówicie, że ich działania są nielegalne.
To prawda, ale nie mamy prawa wtrącać się w ich sprawy bez podstaw. Dopiero wniesienie pozwu pozwoli nam przedstawić sprawę przed trybunałem. Moja niechęć do prawników, jak się okazuje podobnych hien w całym wszechświecie, była większa niż do celników i wzięła górę nad dyplomatyczną ostrożnością. Nie – odpowiedziałem zdecydowanie. Przepraszam, co „nie”? Nie wniesiemy zawiadomienia. I tutaj chciałem dodać kilka zdań na temat prawników, lecz ugryzłem się w język. W końcu to nie była moja prywatna wojenka, a w grę wchodziła przyszłość kolonizatorów na Geronimo, a może i całej ludzkości. Zależy nam jedynie na przedostaniu się na drugą stronę tej galaktyki. Spróbowałem spokojnie wyjaśnić powód odmowy.
Wniesienie skargi wstrzyma to na długie lata, więc zapłacimy myto. I później wystąpicie o odszkodowanie? – podchwycił mniejszy z prawników. Nie chciałem zaprzeczać wprost, ale też nie miałem ochoty tego potwierdzać. Wybrałem szeroki uśmiech. Rozumiem. Sprytne. Z uznaniem pokiwał głową, a szczęka zaczęła mu lekko drżeć. Miałem wrażenie, że za chwilę zaszczeka z radości. Zostawimy panu pikacz – powiedział większy, wyciągając dłoń z białą kulką wielkości obiadu z kurczaka.
Nawet kolor miała podobny. Wziąłem ją delikatnie w dłoń, obym ich kiedyś nie pomylił. Proszę mocno ścisnąć, gdy przelecicie już przez Gromadę Wielkiego Psa. Bez zwłoki wystąpimy o rekompensatę za niesłusznie pobrane myto. Nie omieszkam tak zrobić. Zapłacimy, przelecimy i zgniatamy kulkę. Dokładnie tak – odpowiedział z zadowoleniem większy. Ukłonili się i wyszli. Szkoda, że na pożegnanie nie mogłem wypalić do nich z blastera albo choćby z historycznej głośnej dwururki. Od razu poczułbym się lepiej.
Chyba zabrałem złe lektury – stwierdziłem, przeglądając zabrane tym razem książki. Winnetou tu nie pomoże. Celnicy nie byli podłymi niebieskimi twarzami, a zaprawionymi w dyplomatycznych gierkach urzędasami. Powinienem zabrać ze sobą sagę „Pieśni lodu i ognia” George'a Martina, ale nigdy nie zmusiłem się, aby przeczytać choćby drugi tom, nie mówiąc o kolejnych. Za dużo tam było intryg, knowań, krwi dla efektu i efektów bez celu. Szkoda. Teraz to doświadczenie przydałoby się – westchnąłem. Naraz Alobe zaanonsowała przybycie celników. Nim zdążyłem się ogarnąć, już byli, ale tylko jeden – celniczka Zetka. Jej mina wskazywała, że chce udzielić mi dobrej rady, lecz nie jest pewna, czy jestem gotów ją przyjąć.
Już chciałem jej pomóc, mówiąc: „Proszę bardzo, śmiało, posłucham każdej podpowiedzi”, gdy naraz dostrzegła trzymaną przeze mnie książkę i całą uwagę przeniosła na nią. A co ty robisz? – zapytała. Czytam. Z tego przedmiotu? Tak, to książka. Ta już ma ze 100 lat. I działa? – zapytała ze zdumieniem. Żartowała?
Chyba nie. Ograniczyłem więc odpowiedź do minimum. Tak, dlaczego miałaby nie działać? Dobry sprzęt produkujecie – zauważyła z uznaniem. I dbacie o ekologię. My też przestawiliśmy się z produkcji krótkotrwałego sprzętu na wieczny – dodała. Uniosłem w górę brwi. Czy powiedzieć, że to urządzenie nie przechowuje żadnych danych na temat użytkownika, nie ma oprogramowania śledzącego, nie zabiera plików cookies i nie serwuje reklam? Może tego nie zrozumieć – uznałem. Bez słowa podałem jej książkę.
Przeglądała się jej ze zdziwieniem, a wręcz osłupiała, gdy zobaczyła, że ma kartki. A dlaczego środek jest taki poszatkowany? To są kartki, a na każdej z nich ukryta jest inna informacja. Jaka? – dopytywała podekscytowana. Różna. To są opowieści o życiu ciekawych ludzi. A do czego to służy? To archaiczna forma rozrywki. Jak się to obsługuje?
Wziąłem książkę z powrotem, rozłożyłem i pokazałem palcem linijkę tekstu. Tutaj jest zapisana informacja o niesamowitych przygodach bohatera aresztowanego w czasie uroczystości zaręczynowych z ukochaną. Bez rozprawy sądowej zostaje uwięziony na wyspie. Tam poznaje... Nie mów, nie mów, co będzie dalej – zaprotestowała. A jak ją odczytujesz? Normalnie, oczami. Co? Rozpoznajemy pojedyncze znaki i łączymy je w słowa, zdania, podążając od góry, od skrajnego po lewej po ostatni po prawej. Później odczytujemy znaki w linijce poniżej i tak do końca strony.
Wtedy przenosimy wzrok na następną stronę. I tak dalej, i tak dalej, aż do końca – wyjaśniałem, kartkując książkę, a jej oczy podążały chciwie za kartkami. I tylko tak można poznać treść opowieści? Niektórzy czytają odwrotnie, od prawej do lewej. Zależy, skąd pochodzisz. Tego już nie zrozumiała. Przybyła pani, żeby mi coś powiedzieć – zmieniłem temat. Przez chwilę zastanawiała się. Nieważne – odpowiedziała niedbale. Mogę spróbować poczytać?
Trzeba znać alfabet. Nauczę się – wzruszyła beztrosko ramionami. Dlaczego nie? – stwierdziłem i w kwadrans przekazałem jej podstawy czytania. Resztę powinien załatwić translator. Dopiero gdy teleportowała się, zabierając hrabiego Monte Christo, przypomniałem sobie, że w końcu nie zapytałem, w jakim celu przybyła. Może chciała podpowiedzieć, czym ludzkość ma zapłacić za przelot przez ich galaktykę. Psia mać! – wkurzyłem się. Przez te książki znów zapomniałem o ważnych sprawach.
Tym razem komunikat Alopę o odwiedzinach kolejnego gościa przełapał mnie w toalecie. Trzeba będzie zgłosić centrali konieczność zainstalowania dodatkowych barier – stwierdziłem, podciągając spodnie. Tłoczno na pokładzie pana statku – przywitał mnie osobnik z chytrym uśmiechem, podobny do dużego szopa, lecz z krótko ostrzyżonym futrem, w kowbojskim kapeluszu i skórzanym pasie z kaburami na broń. Dobrze, że nie ułożył nóg w butach z ostrogami na konsoli. Zmełłem przekleństwo, widząc, jak się rozpanoszył. Właśnie to samo chciałem powiedzieć. Co pan tu robi i kim, do cholery, pan jest? Szop uśmiechnął się wylewnie. Witam, jestem Lotorek Prosennide. Kłamie – poinformowała mnie Alopę.
Jego nazwisko to przekształcona nazwa gatunkowa szopów pracz. A co pan tu robi? – pominąłem to kłamstewko. Dla mnie i tak był szopem. Przejrzałem wasz manifest pokładowy i nie wiem, czego się czepiają ci celnicy Wściekłego Psa. Przecież nie wieziecie tu niczego wartościowego. Spodobało mi się jego określenie galaktyki celników, ale w myślach zrogałem Alopę za udostępnienie danych. Poza ciałami kolonizatorów nic. To prawda. To żaden towar.
Mogliście je wyprodukować na miejscu. Biorąc pod uwagę czas podróży, poczekania już po wylądowaniu, aż dorosną, nie byłoby wielkim opóźnieniem i niepotrzebny byłby tak duży statek. Miał rację, ale jak wytłumaczyć to ludziom na Ziemi? Hej, słuchajcie, zaraz was zabijemy, ale wcześniej od każdego pobierzemy plemniki i jajeczka i wyprodukujemy was w odległym świecie. Prawda, że to wspaniałe? Będziecie mieli, a przynajmniej wasze DNA będzie miało nowe, wspaniałe życie z klauzulą możliwości popełniania błędów aż do osiągnięcia pełnoletności. To jak? Popełnicie samobójstwo czy mamy was zabić? Nie chciało mi się wyjaśniać tej kwestii moralnej szopowi, więc ponownie zapytałem: z jakiego powodu traci pan mój czas? Szop przygryzł sztywne wąsiska.
Chcę pomóc. W negocjacjach? – skrzywił się. W obejściu problemu. Prawnie? – mruknąłem zniechęcony. Szop Lotorek zrobił duże oczy. Skądże. I zaraz uśmiechnął się, odprężył. Skutecznie i taniej.
Ja też odetchnąłem z ulgą. Przedwcześnie. Z celnikami Wściekłych Psów nie ma żartów. Niecały miesiąc temu anihilowali statek Gorboli. Znasz Gorboli? Nie znałem. To ci powiem, że może i lepiej, że ich nie poznaliście. To wyjątkowo paskudna rasa. Ohydne maszkarony, łuski zamiast głów, ogon, którym wywijają jak maczugą. Brudne, na 10 centymetrów długie pazury.
Od razu widać, że nie znają się na żartach. I co się stało? – przerwałem mu. Ścigali dwa transportowce Miklaków. Tych to z pewnością nie znacie, ale warto ich poznać. Nieliczna populacja zamieszkująca kilka gazowych olbrzymów. Spojrzałem na niego zdumiony. Życie na gazowym gigancie? Chyba odebrał mój gest jako pytanie. Nie, nie powiem ci, gdzie jest.
Jeżeli chcecie poznać lokalizację ich planet, musicie mi odpalić prowizję od przyszłych kontraktów z nimi, bo musisz wiedzieć, że wytwarzają najlepszy pepiteż. Ponownie uniosłem brwi. Też nie znasz? To co wy wiecie? To taki narkotyk, bezpieczny. A jaki po nim odlot! Jak dobijemy transakcji, dorzucę ci po cichu 10 działek. Co ty na to? Spojrzał z nadzieją na mnie. Wzruszyłem ramionami.
Na chwilę zmarkotniał, lecz zaraz podjął temat. No więc garbole, goniąc za miklakami, przekroczyli granicę Wściekłych Psów. Oczywiście namierzył ich patrol graniczny. Kazali mu spadać, mówiąc, że to misja policyjna, że gonią przemytników. Ale Wściekłe Psy też nie znają się na żartach. Po dwukrotnym ostrzeżeniu, musisz wiedzieć, że uważają, że trzykrotne powtarzanie czegoś to już głupota, wypalili z dział kwantujących i w jednej chwili stadki gorboli rozpadły się na cząstki elementarne. Nie znałem dział kwantujących, ale z opisu działania wynikało, że lepiej spełnić żądania celników. No a transportowce miklaków? Też ich wyparowali? — zapytałem.
Nie. Dlaczego? Garbole idioci... Nie wiedzieli idioci, że miklaki mieli stałą kartę tranzytową. Popyt na pepiteż jest olbrzymi. Miklaki po zniżce sprzedają go wszystkim cywilizacjom Wściekłego Psa. Uznałem, że to cenna informacja do negocjacji. Może i z nami podpiszą podobną umowę. Mamy koniak, szampana, ouzo, no i księżycówkę, nie wspominając o zwykłej wódzie. Najlepsze trunki w całej Drodze Mlecznej.
A ile miałaby kosztować twoja pomoc? Szop zatarł energicznie dłońmi. Tanio, jak za darmo. Za jedną tonę wagi statku — kilogram złota. Przynajmniej przemytnik nie wydziwiał — uznałem. Gdy jednak przeliczyłem wagę, zmarkotniałem. Drogo. Szop Lotrek poruszył nerwowo wąsiskami. Na dobrą współpracę mogę dać 10% bonifikatę. Fajnie byłoby, gdybym dostał prowizję od wytargowanej wagi złota — pomyślałem.
Do końca życia nie musiałbym pracować, wypoczywając w saunach na Wenus. A jak chcesz ominąć patrole celników Wściekłego Psa? — pozostała ostatnia kwestia do wyjaśnienia. To proste. Przerzucę wasz statek przez ucho igielne. Przez co? To chyba wina translatora. Nie wiem, jak to przetłumaczyć. To proszę opisać. Nie jestem naukowcem.
Po prostu skorzystamy ze skrótu. A, tunel czasoprzestrzenny. A co z tym ma wspólnego czas? Nie, to zwykły tunel. Coś jak wstęga Möbiusa. Chyba nie wstęga, ale zostawmy ten temat. Racja. Ważne, że ominiecie punkty kontrolne i znajdziecie się po drugiej stronie galaktyki. To brzmiało zbyt cudownie. A to bezpieczne?
50% gwarancja — odpowiedział z dumą. Ja nie znalazłem powodów do zadowolenia. Tylko pół na pół? — jęknąłem. To spróbujcie przedrzeć się bez mojej pomocy — warknął urażony. Gwarantuję, że będziecie mieli 0% szans. Muszę to przemyśleć — odpowiedziałem pojednawczo. Ale o czym tu myśleć? — najeżył się. Nie oszukuję.
Płacisz dopiero po udanym przerzuceniu przez galaktykę. To był jakiś argument. Skonsultować — spróbowałem powiedzieć to delikatniej. A, to co innego — odprężył się. Rozumiem. Ja już nie mam szefów nad sobą, ale pamiętam, jak to jest. Poczekam. Tutaj chce pan czekać? A gdzie? Celnicy Wściekłego Psa zaraz przylecą na drugą turę rozmów.
Wąsiska szopa zadrgały nerwowo. No to znikam — oznajmił i wyszedł nietyszny. Troje galaktycznych celników zjawiło się, a ja nie miałem pomysłu, czym ludzkość mogłaby opłacić myto. Konsultacje z Ziemią jedynie zagmatwały sprawę. Dajmy im kilka obrazów Leonarda da Vinci. Możemy też dorzucić parę rzeźb Michała Anioła — podpowiadał pierwszy konsultant. Albo potraktujmy ich bombkami termojądrowymi — sugerował wojskowy. Skoro ich samce zachowują się jak samice, to może pokażemy im kilka kolekcji Christiana Diora, Yves Saint Laurenta lub Niny Ricci? To stare kolekcje. Jak złapią się na haczyk mody, będziemy mieli czym płacić za kolejne przeloty — proponował drugi.
Albo potraktujmy ich bombkami termojądrowymi — nie ustawał forsować swojego projektu wojskowy. A czy cywilizacje Gromady Wielkiego Psa mają łyżki do butów albo zatyczki do uszu? A okulary przeciwsłoneczne? A wyciskacz do pasty do zębów? Pewnie też nie mają przyrządu do odmierzania makaronu, wycieraczek do luster, parasolek z kubkiem na kawę. Mamy tyle genialnych wynalazków. Powinni jeszcze dopłacić — oznajmił trzeci. Wojskowy już otwierał usta. Tak, wiem, potraktujmy ich bombkami termojądrowymi — nie dałem mu wejść w słowo. Skinął z zadowoleniem głową.
W końcu Penelopa przerwała naradę i oznajmiła: „Ken, wierzę w ciebie”. To było miłe. „Zrób to, co uważasz za słuszne”. To już była zwykła spychologia. W rezultacie bez żadnego pomysłu stałem przed celnikami. Zetka przyniosła książkę. Chciałem ją odebrać, lecz przytuliła do siebie, jakby to był skarb. „Jak książka?” — uczepiłem się pretekstu, aby odwlec chwilę porażki. Celnicy wymienili spojrzenia między sobą. „To najbardziej prymitywna forma rozrywki, jaką poznaliśmy” — rozpoczął Y.
Mogłem się tego spodziewać. „Mówiłem, że to zapomniana metoda. Od 200 lat nie drukujemy już książek”. „Szkoda” — westchnęła z żalem Zetka. Chyba na nią spojrzałem z rozdziawioną gębą, bo aż lekko się zaśmiała. „Tak prostego, ograniczonego w formie sposobu przekazu informacji jeszcze nie znaliśmy. Ale jest on równocześnie tak głęboki, pozwalający na własne przemyślenia w trakcie lektury, jak i wzniecający dyskusje po, że jesteśmy zdumieni” — wyjaśniła. „Tak”. Słuchałem w milczeniu. Wolałem jej nie przerywać.
Niech w końcu za coś pochwalą ludzi. „Dużo masz jeszcze tych książek?” — zapytał równie zaciekawionym tonem Iks. „A co? Możemy się dogadać w sprawie opłaty celnej” — rzucił Y. Spojrzałem z niedowierzaniem na Zetkę. Skinęła potwierdzająco głową. I tak za przygody hrabiego Monte Christo, Winnetou oraz Wiedźmina uzyskałem dla ludzkości wieczne prawo przelotu przez karła Wielkiego Psa. Wieczność to przereklamowane słowo. Nie ma wieczności. Chyba że mamy na myśli brak upływu czasu w zerze bezwzględnym, kiedy zamiera ruch nie tylko elektronów, ale i kwarków i nic się nie zmienia.
Czy taki stan będzie trwał jedną bilionową sekundę, czy bilion lat, to dla uwięzionych w niebycie sił będzie to wieczność. Znów troszkę odleciałem. Coś ostatnio za często miałem skłonności do odlotów. Skrzywiłem się. Wystarczyło uznać, że ludzkość będzie mogła swobodnie podróżować, dopóki nie wchłonie jej Droga Mleczna. Ale to z pewnością nie wydarzy się podczas mojego dyżuru. I tak napiszę w raporcie — zdecydowałem. Ale najpierw spróbuję udobruchać Alopę. Niech wie, że ludzie cenią sztuczną inteligencję. Lepiej, aby pilnowała stadku w przekonaniu własnej wartości, a nie urażona.
[57:01] - No a teraz, proszę państwa, czas na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj opowiadamy... Tak się uśmiecham pod nosem, bo temat Grenlandii to bardzo modny ostatnio temat. No to my idziemy za ciosem. Film nosi tytuł „Greenland 2”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[57:34] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich. Tym razem ozięble, bo dzisiaj mówimy o zimnych krajach.
[57:42] - O Grenlandii mówimy. I wiesz, Piotrze, tak ci się wcinam na początku, ale muszę to powiedzieć, bo jak już państwo wiecie, jak czegoś nie powiem, to pęknę. Ja jestem jednak człowiekiem wielkiej wiary. Okazuje się. Nie podejrzewałbym się nigdy, bo ja nieustannie daję się nabierać na jeden ograny, oklepany numer. Otóż ja doskonale wiem, że kontynuacje w 99% przypadków są zawsze gorsze niż pierwowzór. Ja to wiem, nikt mnie nie musi przekonywać. A jednak z uporem maniaka za każdym razem, kiedy się pojawia jakaś kontynuacja czegoś tam, jakiegoś filmu, to ja z jakąś taką naiwną wiarą biegnę i oglądam. Jeśli to jest film, to oglądam film z nadzieją, że tym razem będzie inaczej. No i jak to bywa w takich przypadkach, na ogół nie jest inaczej.
No i cóż, w tym przypadku reguła się potwierdza. Druga część „Greenlandu” nie jest lepsza od pierwszej. Zdecydowanie.
[59:00] - Tak, ale to już bywa w ten sposób. Nasz dzisiejszy film to „Greenland 2: Migration”. Katastroficzne postapo, jeżeli w ogóle taki gatunek istnieje. Jeżeli nie, to go właśnie wymyśliłem. Film opowiada o exodusie ludzi z miejsca, w którym się zabunkrowali po wielkiej katastrofie, po tym, jak Ziemię spotkała wielka kosmiczna katastrofa. Film wstrzelił się w okres zainteresowania Grenlandią ze względu na roszczenia Trumpa. Być może-
[59:38] - Teraz właśnie wiemy, dlaczego on tę Grenlandię chce dla siebie.
[59:43] - Tak. Być może wiele osób uznaje, że jakimś tam drugim czy trzeciorzędnym celem Trumpa jest zabranie sobie tej wyspy na potrzeby przyszłych siedlisk ludzkich. Kto wie? O filmie możemy powiedzieć jeszcze tyle
[59:59] - Skoro to jest dwójka, to jak Marek mówi, musiała być jedynka, która była jakościowo lepsza. Może niektórzy z was tego filmu nie kojarzą, bo dzisiaj filmy katastroficzne nie są tak mocno nagłaśniane jak kiedyś. Pamiętasz, był czas, kiedy tego rodzaju kino, znaczy to jest film katastroficzny, to jest takie katastroficzne post-apo w zasadzie. Takie filmy kiedyś budziły więcej uwagi. Dzisiaj jest ich dużo i one trochę czasami przemykają. Powiem ci, co tu dużo mówić, myśmy wiele rzeczy już przerabiali. Są ciekawe wątki w scenariuszu. Dodatkowo są takie wątki w tym filmie, tylko że niestety to są wątki, które będą kojarzyli ludzie zainteresowani tematami, jakimi my się zajmujemy, czyli różnego rodzaju teoriami z pogranicza albo teoriami fantastycznymi. Po pierwsze na Ziemi panuje chaos, który jest wynikiem impaktu komety pozasłonecznej, międzygwiezdnej, czyli czegoś takiego jak 3I Atlas, o którym przecież całkiem niedawno tyle się mówiło. Przez jakiś czas Atlas praktycznie nie schodził z nagłówków, jeżeli idzie o środowiska alternatywne.
Skutki uderzenia w filmie tego obiektu w Ziemię są nie tylko takie typowe dla katastrofy kosmicznej, ale również pojawia się tam opad radioaktywny, pojawiają się burze magnetyczne, nieustanne trzęsienie ziemi i wszystko, co najgorsze dla naszej cywilizacji i dla tych biednych niedobitków również. Bo problem się pojawia, kiedy ci ocaleli ludzie w takiej arce, w bunkrze muszą stamtąd uciekać, bo to ich siedlisko się zaczyna kruszyć, psuć. Ten film w pewnym momencie staje się filmem drogi ukazującym albo próbującym raczej pokazać, jak wielkich spustoszeń dokonała na Ziemi kosmiczna katastrofa. Przy czym jeżeli ktoś się spodziewa spektakularnego widowiska, to prawdopodobnie to, co zobaczy w trailerze, to będzie wszystko, czego się może spodziewać. Ja mam z tym filmem dość duży problem, dlatego że powiem ci, że o ile pomysł mi się podoba, bo ja go wcale nie uważam za niemożliwy. To jest coś, co może się wydarzyć. To jest coś, co przecież całkiem jeszcze niedawno zaprzątało głowę osób zajmujących się różnego rodzaju teoriami spiskowymi. Ale przecież katastrofy kosmiczne dzisiaj dla wielu to już jest coś, co nie stanowi tematu tabu. Coś, co prawdopodobnie zatrzymało już w rozbiegu naszą cywilizację kiedyś, bardzo dawno, ale jednak. Nie mówiąc już o katastrofach we wcześniejszych epokach geologicznych.
Także temat jest fajny, tylko zawsze jeżeli chodzi o filmy post-apo czy filmy katastroficzne, to jest jakieś „ale”. Marku, czytałem dużo opinii na temat „Greenland 2” i tam są tacy, którzy bardzo mocno skarżą się na pewne niedociągnięcia. A ponieważ jesteś niedociągnięciożercą, to się zapytam o to, czy tam znalazłeś coś albo raczej wyłuskałeś coś, co wprawiło cię we wściekłość jako człowieka, który bardzo lubi pisanie historii i bardzo lubi tworzenie scenariuszy.
[01:03:36] - Oczywiście, że tak, ale to nie było takie trudne, ponieważ jeśli się porówna część pierwszą, wtedy jeszcze nie była pierwszą, tylko była jedyną, z tą drugą odsłoną historii, to od razu widać, na czym to polega. Otóż pierwsza część to była dosyć zwarta historia o tym, jak świat się wali, a rodzina: ojciec, matka i syn, chory syn starają się przetrwać w tym świecie i to się w dodatku udaje. Komu zepsułem zabawę, kto nie oglądał części pierwszej, bardzo przepraszam, ale myślę, że do wybaczenia. Ta historia jest w miarę ciągła. To też jest powieść drogi, ale takiej drogi z odrobiną sensacji, a nawet nie tylko z odrobiną. Więc tam jest napięcie, w przeciwieństwie do części drugiej, gdzie ja tego napięcia po prostu nie widzę. Poza tym z racji tego, że pewne rzeczy trudno się w filmie przedstawia, są tutaj dziury. Trudno je nazwać scenariuszowymi. To są bardziej dziury narracyjne, bo jak oni odpływają z tej Grenlandii, to żeby Atlantyk przepłynąć i dotrzeć do Wysp Brytyjskich, to trzeba kilku dni. Jak to przedstawić?
Bo taką łodzią ratunkową, która jest zabudowana, płyną wraz z grupą innych osób. Wiecie państwo, jak sobie wyobraziłem, jak wyglądała ta podróż w dużej ciasnocie z małym silniczkiem, ale pyrkali w stronę Europy. Jak sobie wyobraziłem, jak to wyglądało od kuchni, od życia, czyli jedzenie, ale też potrzeby fizjologiczne i tak dalej, to to jest mało widowiskowe tak naprawdę, taka podróż z Grenlandii do Europy, na Wyspy Brytyjskie przynajmniej. Więc tu jest cięcie, oni wypływają, a później dopływają. Takich cięć jest zresztą kilka i to moim zdaniem źle wpływa na pewną ciągłość, na pewną potoczystość tego filmu. Owszem, tam są Pewne momenty, które pobudzają wyobraźnię. Dla mnie takim momentem był kanał La Manche, a właściwie jego brak, kiedy oni jadą, bo to jest suche, więc jadą sobie przez ten kanał La Manche samochodem i w pewnym momencie napotykają na pęknięcie w ziemi. Olbrzymie pęknięcie. Trzeba przez nie przejść. To już sobie państwo obejrzycie.
To jest w miarę widowiskowe. Później docierają w okolice Calais we Francji, czy byłego Calais. Tam się też sporo dzieje. Później znowu oni się dowiadują, że gdzieś tam jest wokół tego miejsca upadku tej największej części komety toczy się wojna, bo to miejsce upadku jest jakimś miejscem specjalnym. W niektórych przekazach jawi się jako miejsce wybrane, wyznaczone, specjalne, jakoś tak w sposób niemal boski oznaczone. Weźmy w duży cudzysłów to wszystko. I jeszcze dochodzi dramat rodzinny, bo pan, który w poprzedniej części ratował całą rodzinę, teraz jest lekko niedomagający. A jeszcze się pojawia jeden wątek związany z rodziną, którą spotykają właśnie w Calais. I znowu jest dziura, bo jak oni podróżują nomen omen w kierunku tej dziury wyłupanej przez kometę, to też jest dziura narracyjna. Gdzieś tam się żołnierze pojawiają.
Jakiś ogromny bałagan panuje w tym filmie i taki brak, moim zdaniem, nie wiem, czy umiejętności, po prostu brak przykucia uwagi widza. Ja łapałem się na tym, że to mnie po prostu nie wciąga. Mój umysł podzielił ten film na takie części: odtąd dotąd, odtąd do tamtąd i tak dalej. Wiecie państwo, poza tym jest tak, że jak ja zobaczyłem to zakończenie i ja nie wiem, czy to jest nowy rodzaj mistyki, czy to jest nowy rodzaj kina, które ma nas uspokoić, że będzie dobrze, bo gdzieś tam jednak są może nie tylko sztuczne raje, ale i raje prawdziwe. I tak dalej. Już z tego, co mówię, wnioskujecie państwo, że to jest historia, nawiązując do pytania Piotra, która moim nieskromnym zdaniem jest źle opowiedziana. Jest opowiedziana pospiesznie, bo trzeba gonić króliczka i jak to byłaby historia z kolei rozwleczona na trzy godziny, to byłoby nie do oglądania. Być może byłoby więcej takich elementów łączących fabułę. Ta narracja byłaby bardziej potoczysta, ale ja nie wiem, czy to cokolwiek by zmieniło. Moim zdaniem grzech pierworodny tego filmu polega na tym, że droga jest zbyt długa z tej Grenlandii do południowej części Francji.
Zbyt daleko jest i oni to wszystko przebywają w miarę szybko. I to nie wciąga. Mamy jakieś takie obrazki z tego świata, który jest już po katastrofie i to wiele lat, bo ten syn zdołał już trochę podrosnąć, bo w końcu tam siedzieli w tym bunkrze. Pierwsza część się kończy tak, jakby oni już z tych bunkrów mieli wychodzić, a się okazuje w drugiej, że wcale tak nie halo było i że tam jeszcze były niespodzianki, których w pierwszej części nie zapowiedziano, a w drugiej się przekonujemy, że oni w tych bunkrach jeszcze siedzieli długo. Stąd się wzięła choroba głównego bohatera i tak dalej, i komplikacje. Ale powiem państwu szczerze, o ile pierwsza część to była rzecz zwarta i taka, którą chciało się śledzić, to tutaj mamy szereg wspomnianych już dziur fabularnych. W związku z tym my się słabo angażujemy w losy tego, bo oni z jakichś niewiadomych przyczyn, ja pomijam szczegóły, więc dla nas będą niewiadome te przyczyny. Oni z jakimś takim dzikim uporem w kierunku tej dziury w ziemi wyłupanej przez kometę podążają z taką jakąś tępą nadzieją. Nie do końca to rozumiem, ale rozumiem, że trzeba było film nakręcić.
[01:10:56] - Tak, ten film jest krótki jak na taką opowieść, bo on ma trochę ponad półtorej godziny. Ja powrócę do tematyki filmów katastroficznych. Niektórzy powiedzą, że tutaj katastrofa jest w domyśle. My tam już widzimy obraz po, czyli post apo. Ale jakby nie było, ten wątek tam jest i troszeczkę już tego jest dużo. Ja mam takie wrażenie, że dużo żeśmy tego omówili, dużo żeśmy o tym rozmawiali i obejrzeli. Temat katastrof stał się bardzo bliski w mediach. Katastrofa klimatyczna, katastrofa słoneczna, solarna, katastrofa zdrowotna, medyczna. Tego jest mnóstwo. Już wszędzie to słyszymy, aczkolwiek będą tacy, których to rusza, prawda?
Ja mam tylko wrażenie, że po prostu takich filmów nam przybywa i to nie tylko takich wysokobudżetowych, ale też takich zrealizowanych za grosze, jak to się mówi.
[01:11:58] - Powiem ci jeszcze jedną rzecz, która w tej chwili przyszła mi do głowy, dlatego pozwoliłem sobie wtrącić się. Otóż mam nieodparte wrażenie, że świat z pierwszej części, świat, który się rozpada na naszych oczach. Mamy przecież początek filmu, który jest Obrazem naszego świata. Główny bohater pracuje na budowie. Wszystko jest normalne i ten świat na naszych oczach zaczyna się rozpadać. I to jest przekonujące, a w każdym razie wciągające i angażujące. Natomiast świat już po rozpadzie, w którym my śledzimy kolejną wersję tego, jak będzie strasznie, kolejną wersję, tu cudzysłów ogromny, "Mad Maxa", czyli jak będzie po. Wiecie państwo, można w to wierzyć albo nie. Mnie na przykład ta wersja przyszłości zaangażowała w sposób słaby. Ona nie była mocna, ona miała różne obrazy, na przykład to miasto, gdzie oni dosłownie wpływają prawie do tego miasta.
Mogło być. Czy to czymś zaskakuje? Moim zdaniem niczym. Więc pierwszy film był po prostu taki, że skłonny byłem w to uwierzyć, a drugi może tak być, ale czy na pewno?
[01:13:19] - Tutaj poruszasz rzecz bardzo ważną, bo my mówiąc o tego rodzaju filmach w Filmotekarium zazwyczaj zwracamy uwagę na pewien mankament. On się pojawia często, nie zawsze, ale pamiętam, że przynajmniej kilka razy w ostatnich kilku miesiącach odnośnie podobnych filmów takie zarzuty były. Bo często pomysł na film i zamysły i ambicje twórców są większe niż możliwości. Wtedy taki film formalnie przedstawia nam pewną opowieść dziejącą się w świecie postapokaliptycznym, ale ten film równocześnie jest taki przegadany, kameralny, taki, gdzie musimy na słowo uwierzyć, że się świat zawalił, bo nie ma pieniędzy na scenografię czy na efekty specjalne. Przykładów jest mnóstwo. Omawialiśmy taki film francuski o więźniach w przyszłości i tam też przedstawiono świat w sumie niedalekiej przyszłości i wyglądał fatalnie. Musieliśmy na słowo uwierzyć, że to nie jest nasz świat, tylko jakoś tam lekko zmieniony. Także i w przypadku "Grenlandii" jest ten problem. Momentami ten film jest przegadany, po prostu dzieje się w monotonnej scenerii. Sama fabuła, o czym już mówiłeś, nie jest na tyle zaskakująca, abyśmy przysiedli na tyłku i zdumieli się i powiedzieli: "O rany, ale akcja!".
Aczkolwiek ten film ma jakieś elementy dramatyczne. Trzyma w niepewności co do happy endu. Tyle że momentami to, co tam widzimy na ekranie w postaci tych cięć, skrótów, które w domyśle nam mówią, że coś tam się wydarzyło, ileś czasu upłynęło, są ogromnym mankamentem. Czegoś takiego się robić nie powinno, myślę, dlatego, że to odbiera jakąkolwiek wiarygodność. Oczywiście były gorsze filmy postapo. Były i nawet próbowaliśmy tutaj do nich podchodzić, ale powiem ci, że los bohaterów tego filmu jest mi obojętny. Nie wiem dlaczego oglądając tą "Grenlandię" miałem jakieś flashbacki z filmu "Obi, oba. Koniec cywilizacji". Chyba się po prostu mi skojarzyło z tym bunkrem, w którym tam oni siedzieli w tym filmie polskim. Ja sobie zadałem takie pytanie, że czasami nie trzeba dużo pokazać, żeby film był znośny, dobry.
Trzeba tego widza zaangażować. Ten film nie angażuje, znaczy może mnie nie zaangażował. I teraz najważniejsze chyba pytanie: czy to jest kino? Bo wiemy, że ono nie jest ambitne, ale czy to jest takie kino, które sobie można włączyć w sobotę czy w niedzielę przed południem dla przyjemności i dla odmóżdżenia. I niestety bym dyskutował, bo "Grenlandia" nie dostarcza nam zbyt dużo emocji, zbyt dużo powodów do zastanowienia i niestety powiem ci, że nie dostarcza też dużo przyjemności, nawet gdy się to ogląda jednym okiem w weekend. To nie jest film do oglądania, to nie jest film do spania. To nie jest coś, co robi wrażenie. Kontra drugiej części może. Może po prostu już jest za dużo tego rodzaju opowieści. Za dużo i ciągle producenci nie biorą sobie tego do serca, nie uświadamiają sobie tego, że wiele takich historii już było, że może trzeba wykazać się jakąś inwencją, a nie porywać się od razu na przedstawienie całego świata, który jest zrujnowany przez, w tym wypadku, katastrofę kosmiczną.
Nie wiem. Muszę powiedzieć, że ten film absolutnie nie przypadł mi z jakichś powodów do gustu. Momentami miałem wrażenie oglądania filmu telewizyjnego w ogóle takiego, wiesz, w starym stylu, jakie były w latach dwutysięcznych. To wszystko razem sprawia, że nie udało im się chyba wstrzelić z tym filmem w moment, kiedy znowu była mowa o Grenlandii za sprawą Trumpa. A jakie jest wasze zdanie? Oczywiście czekam na komentarze. Pamiętajcie, że to tylko są nasze wnioski.
[01:17:38] - Tak, tyle o filmie. To teraz czas na polecanki z pogranicza. Nieustannie przypominam, że takim duchowym sponsorem tej części audycji jest księgarnia Galeria Nieznany Świat. Przypomnę też, że mieści się w Warszawie na ulicy Kredytowej 2. Tam można potuptać i zanurzyć się w świecie książek. Tych książek jest tam naprawdę przeogromna ilość. Można tam spędzić długie godziny. A jeśli ktoś w Warszawie nie bywa albo się nie wybiera, to zawsze można wejść na stronę Nieznany.pl I oferta jest dokładnie ta sama. Można za pośrednictwem poczty, za pośrednictwem kuriera zaopatrzyć się w odpowiedni tytuł. Proszę państwa, zaczynamy Polecanki z pogranicza.
Pierwszy tytuł to „Świadomość wielowymiarowa w świetle badań naukowych”. Autor, a właściwie autorka to Danuta Adamska-Rutkowska, wydawca Studio Astropsychologii. Czy wiesz, że istnieją inne rzeczywistości, których nie widzimy? Dzięki tej książce poznasz te niedostrzegalne elementy, których istnienie udowodniono naukowo. Autorka zaprasza do przekraczania granic, przełamywania bariery czasu, przestrzeni i materii. Omawia anomalne zjawiska jak teleportacja, podróże w czasie, w przeszłość, jak i w przyszłość. Przybliża również bardzo tajemnicze przeżycia, jakimi są doświadczenia poza ciałem. Podkreśla rolę świadomości oraz podaje przykłady rozwoju duchowych form istnienia w różnych wymiarach. W tej książce znajdziesz również charakterystykę rzadko opisywanych zjawisk jak jałowe nieba i różne obszary piekieł. Dowiesz się, czym jest reinkarnacja i jaki ma na ciebie wpływ pamięć poprzednich wcieleń.
Zajrzyj za zasłonę czasu i przestrzeni. Przypomnę tytuł: „Świadomość wielowymiarowa w świetle badań naukowych”. Autorka Danuta Adamska-Rutkowska, wydawca Studio Astropsychologii. Drugi tytuł, który przygotowałem na dzisiaj to „Technika uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości”. Autor David Hawkins, tłumacz Anna Rutkowska, wydawca Virgo. Doktor David Hawkins, amerykański psychiatra, który odniósł imponujące sukcesy terapeutyczne, wyjaśnia w książce, dlaczego tak modne obecnie wyrażanie uczuć wcale nie pomaga sobie z nimi radzić i proponuje zupełnie nowe podejście do tematu, które stosował zarówno w pracy z pacjentami, jak i we własnym życiu. Autor krok po kroku opisuje technikę uwalniania. Prostą i skuteczną metodę, która pozwala uwolnić się od negatywnych emocji i stanów umysłu. Uwolnić się, by w pełni cieszyć się miłością, powodzeniem, zdrowiem i szczęściem.
Książka zawiera praktyczne wskazówki, jak poradzić sobie samodzielnie z apatią, smutkiem, żalem, strachem, żądzą czy gniewem. Pokazuje anatomię emocji w uzdrawianiu przeszłości. Uczy poddawania negatywnych myśli oraz budowania pozytywnych uczuć. Powinien przeczytać ją każdy, kto poważnie traktuje własny rozwój. Czy należysz do osób, które próbowały już wszystkiego, by osiągnąć szczęście? Do tych, którzy niestrudzenie poszukują i sprawdzają kolejne metody, biorą udział w coraz to nowych szkoleniach rozwoju osobistego? Medytujesz? Intonujesz mantry? Jesteś ześrodkowany? Uczysz się NLP?
Próbujesz samorealizacji? Ćwiczysz wizualizację? Studiujesz psychologię? Ćwiczysz jogę, taniec, kickboxing? Przechodzisz kolonoterapię, dietę i uprawiasz aerobik? Nosisz amulety? Pijesz chińskie zioła? Oczyszczasz się? Jedziesz do Indii? Znajdujesz nowego guru?
Uwalniasz doświadczenia poprzednich wcieleń? Piszesz afirmacje? Robisz mapę marzeń? Poddajesz się regresji hipnotycznej? Zamawiasz analizę horoskopu? Praktykujesz tantrę? Oczyszczasz swoją aurę? Wisisz głową w dół. Co jeszcze? Jeszcze ze trzy strony tej fantastycznej wyliczanki, bo autor wie, że intuicyjnie wyczuwamy, że gdzieś tam jest ostateczna odpowiedź.
Dlaczego jednak nie możemy jej znaleźć? Nie rozumiemy istoty problemu. Oto dlaczego nie możemy znaleźć odpowiedzi. Może jest ona niezwykle prosta i dlatego właśnie jej nie dostrzegamy. Może za bardzo polegamy na swoich przekonaniach i jesteśmy ślepi na to, co oczywiste. A ja przypomnę tytuł: „Technika uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości”. Autor David Hawkins, tłumacz Anna Rutkowska, wydawca Virgo. Trzeci tytuł, który przygotowałem to „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”.
Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland, wydawca Studio Astropsychologii. Matryca energetyczna to energia, która potrafi uwolnić siły tkwiące w każdym z nas, także w tobie. Otwórz się na nie, a uzdrowisz siebie i swoje życie. Wystarczy, że połączysz łagodny dotyk i skupioną myśl, a wydobyta energia stanie się ukojeniem dla ciała i umysłu. Autor i jednocześnie odkrywca tej techniki, doktor kręgarstwa i neuropatii po raz pierwszy wykorzystał ją do uzdrawiania swojego syna, któremu nie pomagały żadne inne sposoby leczenia. Matrycę energetyczną można tłumaczyć w oparciu o fizykę kwantową, której głównym założeniem jest jedność człowieka ze wszechświatem i nierozerwalne złączenie tajemniczą energią zwaną polem energii punktu zerowego. To potężne i nowatorskie narzędzie, które przynosi natychmiastowe efekty, nawet jeśli masz pewne wątpliwości. Wystarczy, że poddasz się działaniu energii, a na pewno doświadczysz jej skutków. Moc matrycy energetycznej to łatwy dostęp do uzdrawiania tkwiącego w twoich dłoniach. Jeśli się na nią otworzysz, to zmieni się twój sposób postrzegania świata i odbiór wszelkich doświadczeń.
Przypomnę tytuł: „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland, wydawca Studio Astropsychologii. Proszę państwa, były polecanki z pogranicza. Czas na „Książki z pogranicza”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy dzieło, które jest dziełem monumentalnym. „Historia magii”. Historia, która powstała w wieku XIX. Autorem jest Eliphas Levi, a szczegóły to już w „Książkach z pogranicza”. Zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek serii „Książki z pogranicza”. A dzisiaj klasyk nad klasykami. Książka, która, jak powiem, że pokolenia się na niej wychowały, to absolutnie nie przesadzę. Ale zacznijmy tak, jak należy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:25:55] - Dzień dobry wieczór. To ja już nie będę przedłużał. Powiem, że chodzi o „Historię magii” Eliphasa Leviego. Książkę, o której się mówi, że odpowiada za coś, co obserwujemy falowo od wielu dekad i co czasami też nam się daje we znaki, czyli za odrodzenie zainteresowania magią, okultyzmem i tak dalej. Chociaż pewnie gdyby Eliphas Levi zobaczył, co dzieje się w świecie ezoterycznym dzisiaj, jakie są teorie, to by się za brodę złapał i powiedział: „O kurde, nie brałem tego pod uwagę”. W czasach jego wiele rzeczy pojmowano jeszcze w sposób staroświecki. Dzisiaj to wszystko jest kwantowe. Dzisiaj wszędzie jest świadomość. Dużo się zmieniło, jeżeli chodzi o tę dziedzinę. Natomiast mam też problem z tą książką, bo porywamy się na coś, co jest trudno omówić, bo to jest tak, jakbyśmy chcieli opowiedzieć historię powszechną średniowiecza, Manteufla albo którąkolwiek historię powszechną obojętnie którego wieku.
„Historia magii” Eliphasa Leviego to oczywiście jest dzieło, które każdy miłośnik okultyzmu, ezoteryki i nawet zjawisk z pogranicza powinien znać i powinien mieć pod ręką, by zrozumieć, skąd się wzięły pewne obecne współczesne idee, poglądy i tak dalej, bo one nie wzięły się znikąd, one skądś wyrosły. Ta książka w sposób momentami skrótowy, ale jednak ukazuje nam korzenie współczesnych wierzeń, korzenie czegoś, co się określa często mianem zachodniej tradycji ezoterycznej. Dodajmy też ważną rzecz, bo ja tutaj mówię o magii i nagle wspominam o zjawiskach z pogranicza. Mało kto wie i zdaje sobie sprawę z tego, że na pewnym etapie dziejów zjawiska, które my dzisiaj nazywamy paranormalnymi, które wiążemy z parapsychologią, one razem z okultyzmem i z magią tak naprawdę należały do jednej sfery. One się oddzieliły w zasadzie dość późno, a Eliphas Levi przedstawia nam to wszystko w sposób z jednej strony syntetyczny, ale kiedy zagłębiamy się w to dzieło, to mamy momentami wrażenie niedosytu. Sam Eliphas, postać niezwykle znana, jeżeli chodzi o wspomniane kręgi, daje nam również do zrozumienia coś, że pod terminem magia, dzisiaj już mocno zdegradowanym, kryło się przed lata coś, co potem zaczęło funkcjonować jako oddzielne dziedziny nie tylko nauki, ale też jako teologia, filozofia, metafizyka plus wspomniane dziedziny z pogranicza. Innymi słowy, w przeszłości ludzie zdawali sobie doskonale sprawę z istnienia pewnej ukrytej, niewidocznej sfery życia. Mówili o tym samym, o czym dzisiaj się mówi, chociaż niektórych pojęć nie znali. Nie znali pojęcia świadomości w takim rozumieniu, jak mówimy o tym my, czyli jako własności mózgu, być może połączonej z szerszymi układami wszechświata. Ale okazuje się, że magia, o której Eliphas Levi mówi, nie wiązała się tylko z tym, z czym się powszechnie magię dzisiaj kojarzy, czyli z jakimiś zaklęciami, rytuałami czy zabobonami, ale wiązała się z poszukiwaniem tajemnic bytu i Boga.
Ta książka jest gruba. Podzielona jest na liczne rozdziały, które nas prowadzą od antyku przez magię wschodnią, zaratusztriańską, hinduską. Oczywiście jest mowa o hermetyzmie, neoplatonizm, piramidy, symbolika magiczna, dziesiątki innych tematów. To wszystko razem ukazuje nam różne strony tego, co on w innym dziele nazywa teorią magii. Oczywiście jest tam miejsce również na postaci, na różnego rodzaju zjawiska kojarzone z tą sferą. I pomimo tego, że mamy do czynienia z dziełem, które pochodzi z XIX wieku, to dla wielu osób Które się interesują tymi tematami. Książka okaże się zaskakująco aktualna, także atrakcyjna, ponieważ ona nam pokazuje, skąd się wiele rzeczy wzięło i wiele wierzeń. Ponadto jest pisana dość przystępnym językiem, pomimo tego, że ma na karku sporo lat. Tyle że Marku tak: czy to jest książka naukowa? Bo my dostajemy wiadomość, że to jest historia magii.
Tak na serio to nie jest ani książka historyczna, ani książka w 100% o magii i o tym, jak się kształtowało myślenie magiczne i czym w ogóle magiczne myślenie jest. Według mnie to jest książka o ukrytej stronie życia, o tym, co jakbym musiał, to bym określił mianem dziedzin tajemnych, wiedzy tajemnej. Czyli podchodząc do tej książki, pamiętając, że ona jest leciwa, musimy też zostawić gdzieś za sobą albo zawiesić na chwilę na kołku niektóre aspekty myślenia. Eliphas Levi przynajmniej do niektórych zagadnień podchodzi w sposób dość liberalny, dość odważny i niekiedy porządkuje tą historię magii, ale też niekiedy wprowadza pewien chaos.
[01:31:41] - Wprowadza ten chaos, bo można dużo o tej książce powiedzieć, ale z całą pewnością nie jest to dzieło absolutnie bezstronne. To nie jest taka historia, która okiem niezależnego badacza coś się śledzi, śledzi się jakieś zjawisko. Bo historia magii Léviego to jest rzecz monumentalna. Piotr to powiedział. Grube dzieło, zależy od wydania. Ja mam blisko 400 stron, dosyć drobno zapisanych. To jest właściwie 400 stron pewnej kompozycji, w której śledzimy dzieje idei, tych idei magicznych, okultystycznych i robimy to tak, jak Piotr to sygnalizował, od starożytności po epokę nowożytną. Nowożytną oczywiście dla Léviego. Autor był mistykiem i okultystą dziewiętnastowiecznym. I tak jak powiedziałem, to nie jest konstrukcja bezstronna, to nie jest opracowanie stricte naukowe.
Raczej to jest dzieło subiektywne. Momentami da się wyczuć zaangażowanie w spojrzeniu na magię. To jest dla Léviego zjawisko z jednej strony kulturowo-duchowe, ale od razu orientujemy się, że nie tylko kulturowo-duchowe. I tak Lévi sięga do religii Egiptu, do religii Grecji, do tradycji Kabały, do średniowiecznych misteriów chrześcijańskich. Mamy też alchemię, wolnomularstwo. Tak naprawdę pokazuje nam autor różnego rodzaju praktyki magiczne, wierzenia ezoteryczne, to wszystko, co tworzyło, co można by nazwać intelektualną tkanką zachodniej cywilizacji, ale nie tylko zachodniej, bo i bliskowschodniej. Tych rozdziałów, jeżeli dobrze liczę, jest siedem. To siedem ksiąg, które układają się w sposób oczywiście chronologiczny, od najwcześniejszych form magii, religii, poprzez wpływy. I to bardzo mnie zainteresowało. Wpływy pitagorejskie, bo państwo kojarzycie pitagorejczyków, Pitagorasa.
To jednak filozof, szlachectwo zobowiązuje. Ale ja doskonale pamiętałem, że pitagorejczycy to jednak była sekta. Ludzie mocno zaangażowani w różne ciemne sprawy ówczesnego świata, ciemne i magiczne sprawy ówczesnego świata. Więc to bardzo mnie przyciągnęło. Dalej mamy też legendy z czasów Karola Wielkiego, ale jest mowa o mesmeryźmie, magnetyźmie, takich zjawiskach, które kojarzą już się bardziej nowocześnie. Ważne jest chyba to, że Lévi nie ogranicza się do suchych faktów ani suchych analiz. On wręcz, to mnie trochę zaskoczyło, przeplata tę swoją narrację anegdotami, opowieściami na przykład o fakirach spotykanych przez brytyjskich kolonialistów. Są tam legendy o arystokratach, okultystach, o procesach inkwizycyjnych, o różnych prądach ezoterycznych XIX stulecia. I trochę dzięki temu ta historia magii nam się jawi jako taka nie tylko panorama magiczna, ale też panorama antropologiczna. My się bardzo dużo o człowieku różnych epok dowiadujemy.
To jest rodzaj takiego pamiętnika intelektualnego, który poprzez zjawisko magii, ale tej bardzo szeroko pojętej, tak jak Piotr o tym mówił, śledzi dzieje europejskiej i nie tylko, europejskiej kultury. A w dodatku w tym wszystkim nie mamy magii jako przesądu, ale jest to traktowane jako rodzaj tajemnej nauki, rodzaj kontaktu z siłami przyrody, ale też kontaktu z ludzkim duchem. I muszę państwu powiedzieć, że ta książka, chociaż już trąci myszką, XIX wiek to już naprawdę dawno było, to to jest książka, która Chwilami przynajmniej naprawdę potrafi wciągnąć. Co prawda miałem natychmiastowy odruch, że jak przeczytałem coś ciekawego, o czym wcześniej nie słyszałem, to natychmiast sprawdzałem, na ile to jest potwierdzone, czy odnotowane w różnych innych źródłach. Ale to tylko sprzyja zgłębianiu tego, o czym autor pisze.
[01:36:56] - Tak, książka jest pod względem tematycznym bardzo kompleksowa. O takich pozycjach się trudno opowiada. Sami rozumiecie dlaczego. To tak jakby opowiedzieć leksykon albo encyklopedię. Chociaż oczywiście książka Lévi'ego nie ma takich zapędów. Niektórych może razić to, że on pisze miejscami takim językiem o pewnych sprawach, jakby znał sytuację, wiedział jak było. Pamiętajmy, to nie jest historia badacza dociekliwego. To jest historia badacza, który powiedzmy, że wie. Aczkolwiek to też nie jest pozycja sekciarska. Nie bądźmy tutaj znowu aż tak bardzo krytyczni, jeżeli chodzi o Lévi'ego.
Powiem tak: przeglądałem dużo książek o tej tematyce z XIX wieku, z początku wieku XX. One często wcale nie są takie złe, jak nam się mogłoby wydawać. One są niekiedy może trochę nudniejsze niż dzisiejsze książki, ale pod wieloma względami są zaskakująco aktualne. Akurat Lévi pisze często o historii zamierzchłej, ale pamiętajcie, on tam zahacza również o zjawiska, które my dzisiaj kojarzymy z parapsychologią. To jest interesujące. Co jeszcze możemy powiedzieć? Autor miał wykształcenie kościelne, to znaczy miał być księdzem pierwotnie. Jak widzimy, zajął się czymś innym, ale widać tutaj pewne przygotowanie filozoficzne w tym wszystkim. Jeżeli chodzi o minusy, to niektóre rozdziały mogą się wydawać niedostatecznie rozwinięte. Chociażby te związane z masonerią, które pewnie dzisiaj by interesowały wiele osób.
Podobnie jest z innymi tematami. Takie hasła jak kabała, niektóre biografie. To wszystko jest zasygnalizowane, ale trzeba to zgłębiać potem na własną rękę. Ale dobrze, że jest zasygnalizowane. Dobrze, że było. Wtedy ludzie wiedzieli, czego szukać. Niemniej ta książka daje nam solidne podstawy, jeżeli chodzi o pewne zagadnienia dzisiaj kojarzone z sferami alternatywnymi. Tak jak wcześniej mówiłem, przez setki lat do narodzin nowoczesnej parapsychologii niektóre zjawiska z zakresu ESP, postrzegania pozazmysłowego wchodziły właśnie w skład okultyzmu czy magii. Mediumizm postrzegany z dzisiejszej perspektywy dawniej pewnie byłby uznawany za rodzaj nekromancji. Channelingi czy też na przykład glosolalia uznawane byłyby za magię enochiańską.
Zatem dużo się zmieniło w naszym postrzeganiu pewnych zjawisk, także tego świata za zasłoną. Niemniej jednak on zawsze był i ludzie na niego zwracali uwagę. Mało osób zdaje sobie z tego, drodzy państwo, sprawę. Ale Éliphas Lévi, „Historia magii” to jest coś, co osobiście polecam.
[01:40:09] - Warto też pamiętać, że Lévi korzysta z rozmaitych źródeł. To, co mnie uderzyło, to to, że trudno jest odmówić autorowi pewnej konsekwencji. On te rozmaite źródła interpretuje poprzez pryzmat własnej filozofii okultystycznej, a to z kolei powoduje, że ta książka przypomina pewną systematyzację symboli czy też wierzeń, a nie klasyczne, suche, historyczne dzieło. On nakłada na te wszystkie historyczne przekazy swoją nakładkę, swoje kategorie myślenia. I trochę mamy tam takich sytuacji, gdzie mamy do jednego kociołka wrzucony hermetyzm, kabałę, teozofię, starożytne rytuały, religie narracyjne i dostajemy pewien obraz, w którym magia jest emanacją, continuum pewnej duchowej tradycji, ludzkiej tradycji. Ludzki rodzaj wyemanował coś takiego jak magia, a teraz się w tej magii nurza. I to jest naprawdę ciekawe, bo analizy Lévi'ego często nas prowadzą do syntezy religii i ezoteryki. On na przykład to wszystko widzi zarówno w Kabale, ale i w chrześcijaństwie, a nawet w alchemii widzi elementy tej samej transcendentnej prawdy. I to właściwie nie jest dalekie od tego, co dzisiaj można usłyszeć na ezoterycznych salonach. On oczywiście to interpretuje we własnym języku, metafizycznym języku, ale w gruncie rzeczy to podejście sprawia, że chwilami ta książka, i tu ulubione moje słowo, bywa fascynująca intelektualnie.
Ona nie wymaga stałej gotowości do bycia krytycznym, do analizy źródeł. To było moje przyzwyczajenie, że sprawdzałem, ale w gruncie rzeczy to jest przystępna analiza tego, co było kiedyś. Myślę, że ta historia magii ma szansę przypaść do gustu współczesnemu czytelnikowi, nie tylko pasjonatowi ezoteryki czy okultyzmu. Ona jest często bardzo przystępna. To duża zaleta tej książki. I cóż ja mogę powiedzieć, żeby nie skłamać? Ja też ją bardzo państwu polecam. To może nie jest źródło, z którego należy czerpać wszelkie informacje, ale z całą pewnością jest to pewien system drogowskazów ustawionych tak, że mamy szansę zgłębić pewne bardzo szerokie zjawisko i to zgłębić w sposób dosyć kompleksowy. I za to chociażby autorowi należy się chwała. Teraz, proszę państwa, czas na duży kącik literacki, czyli opowiadania.
Dzisiaj przygotowałem cztery. Autorem pierwszego jest Julian. Nosi to opowiadanie tytuł „Czerwony ogórek”. Drugie opowiadanie napisał Marek Myszograj. Nosi tytuł „Świąteczne spotkanie”. Trzecie opowiadanie Przemysław Podoliński. Tytuł: „Ostatnie pragnienia”. I wreszcie czwarte Przemysław Cichoń „Home sweet home”. Dodam, że to ostatnie opowiadanie jest z cyklu świnio ryjskiego. Zapraszam państwa bardzo serdecznie.
Myślę, że porcja niezłej literackiej zabawy przed nami.
[01:44:30] - Julian. „Czerwony ogórek”. Potworny ból przywrócił mnie do świadomości. Uniosłem głowę. Światło przygasało długimi falami. Żarówka? Nie, to chyba oczy zachodziły mrokiem. Trzewia. Tępy ból na przemian z ostrym kłuciem. Odłączona pamięć nie pozwalała odtworzyć przyczyny, dla której leżałem w łazience.
Byłem cały mokry. Głowa opadła na zimną terakotę. Skuliłem się do pozycji embrionalnej. Pomogło na tyle, żeby móc złożyć fakty w prostą myśl. Jest bardzo źle. Potrzebuję ratunku. Desperacko uchwyciłem framugi i skoncentrowałem wszystkie siły witalne, aby się podnieść. Zadziałał instynkt życia. Postępowałem według jego poleceń z pominięciem logiki półkul. Trzymając się ściany, małymi krokami zmierzałem do pierwszego ustalonego celu.
Klatka schodowa. Gdybym przygodę zakończył na półpiętrze, ktoś musiałby się w końcu o mnie potknąć. W domu bezszansne ocalenie. Rześkie jesienne powietrze pomogło zebrać się w sobie. Czy zamknąłem mieszkanie? Nieistotne. Gdzie telefon? Kluczyki? Nie, nie jestem w stanie prowadzić. Miałem nadzieję natknąć się na kogoś w drodze na przystanek.
Wisząca mgła i najmniejszego podmuchu wiatru. Szedłem ostrożnie, aby nie stracić równowagi. Przeszywający ból nie ustępował. Pusto. Poproszę o pomoc każdego, jak tylko... Ale nigdzie żywego ducha. Mijana ławka kusiła. Nie mogę. Nie wstanę. Jeszcze kilka minut.
Czy to możliwe, żeby echo kroków odbijało się od kamieniczek? Żyją tylko buty. One mnie niosą przez zatrzymany kadr. Stuk, stuk. Metaliczny zgrzyt, niczym końskie kopyta na bruku. Kolejne ukłucie przegoniło myślowe samosiejki. W samotności opadłem na plastikową ławę. Pozostało czekać na komunikacyjne zbawienie. Ciche szuranie po lewej. Z głową, męką przygwożdżoną do kolan, zerknąłem z ukosa.
Ktoś szedł. Wysoki, chudy, w jednym bucie i z skarpetą ściągniętą do połowy. Zbliżał się konsekwentnie. Kulał mozolnie, z dziwnie wykręconym tułowiem i bezwładnie wiszącymi rękami. Usiadł na skraju ławki. Źle oceniłem jego wygląd. Odziany w poprzecierane i ubłocone palto. „Pomóż mi, muszę do szpitala” wyszeptałem błagalnym tonem. Nieważne, kim był, mógł poratować w potrzebie. „Zaraz będzie autobus” odpowiedział zamyślony i zawiesił wzrok na nieokreślonym punkcie mgły otulającej miasto.
Traciłem siły, głowa opadła bezwładnie. Ból rozdzierał falami. Charczałem cicho. Warkot silnika uświadomił mi, że muszę się spieszyć. Podniosłem głowę. Dziwnie stary autobus. Wszystko jedno. Drzwi otworzyły się z głośnym syknięciem. Zebrałem siły. Poczekają.
Widzą, że idę. Przecież robię, co mogę. Trzy metalowe schodki i ławka z drewnianymi szczeblami. Padłem ociężale. Kolejny atak na chwilę przyćmił obserwowany świat. Tylko kilka osób – zanudzonych, zamyślonych, a może zmęczonych. Silnik na wolnych obrotach pracował nierówno. Chrome brzmienie przebijało się przez obu osłony silnika, odwróconą wannę, obłożoną pikowaną kremową dermą. Syknęło i drzwi zatrzasnęły się z nieprzyjemnym trzaskiem. Obroty silnika wzrosły, a mgła za oknami zaczęła migotać z coraz większą częstotliwością.
W końcu błyski zlały się w jednolitą szarość. Ja, proszę pana, mieszkam na Zamkowej. Pan też? Mężczyzna o rzadkich, siwych włosach zapytał z dużym zainteresowaniem. Nie, ale w okolicy. Ze zbolałą miną dodałem z rozpędu: obok, na Rycerskiej. A to wspaniale. Bardzo się cieszę. Uśmiechał się nadal, chyba usatysfakcjonowany odpowiedzią. Obroty spadły.
Motor ponownie miarowo zabrumił. Przez otwarte drzwi wpadło trochę świeżego powietrza z nieprzyjemną nutą spalenizny. Przyglądałem się, marząc, ażeby już być na miejscu. Fasada budynku ze sporymi liszajami odrapanego tynku. Żelazny szyld śrubami przykręcony do muru. Krawiectwo damskie. Kulebiak i synowie. Znałem to miejsce. Znałem ten budynek. Gdzie zniknął pleksiglasowy przystanek?
Zastąpił go dziwny słupek z blaszanym A w kółku. Stoimy w tym samym miejscu? Może tylko w podobnym. Do środka wszedł żołnierz. Śmierdziało od niego zjełczałym potem i gnującymi liśćmi. Podziurawiony mundur dymił w kilku miejscach. Poczułem zapach krwi. Panie kierowco, zlituj się, jedźmy już! Zawołał ktoś z końca pojazdu. Musimy poczekać.
Jeszcze jeden. No, idzie. Odpowiedział bez emocji. Wychyliłem głowę, na ile pozwolił strach. Nie chciałem sprowokować ponownego rozdzierania trzewi. Trudno było coś dostrzec w wilgotnych oparach. Czyjeś dłonie uczepiły się uchwytu drzwi dokładnie wtedy, kiedy zacząłem na powrót prostować szyję. Brudne ręce ofiarnie wciągały resztę ciała schodek po schodku. Palce chwytały wszystkiego, co było w zasięgu. Oczekiwany pasażer, także wojak, zalegał na podłodze.
Postrzępione kikuty krwawiły powyżej nieistniejących kolan, zawisając w wejściu nad najwyższym stopniem. Nie miałem sił ani pomysłu, jak mu pomóc. Nikt się nie ruszył. Ranny coś szeptał. Wytężyłem słuch. Jak dobrze, jak dobrze. Ja, proszę pana, mieszkam na Zamkowej. Pan też? Dziadek ponowił pytanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że wyuczoną frazą zagaja kogoś innego.
Myliłem się. Pytał mnie z niegasnącym uśmiechem. Nie, na Rycerskiej — powtórzyłem z zaschniętym gardłem. A to wspaniale. Bardzo się cieszę. Oparłem się o twarde listwy. Silnik zagulgotał. Z pragnienia zrobiło mi się słabo. Pić, pić. Dajcie wody — powiedziałem najgłośniej, jak potrafiłem.
Reakcja kierowcy była natychmiastowa. Wstał i podszedł do mnie, pozostawiając autobus swemu losowi. Chcesz pić? — spytał zaskoczony po dłuższej chwili lustrowania mojej osoby. Tak, mam sucho w gardle. Słabo mi. Nie mogę ci pomóc. Rozejrzał się po pasażerach. Proszę przygotować przeglądy. Za chwilę przybędzie kontroler.
Część pasażerów odetchnęła z ulgą. Starsza pani z bocznej ławki spojrzała w moim kierunku. Nieśmiało, niepewnie, chyba zawstydzona samym pomysłem zaczepienia obcego mężczyzny. Tak długo czekałam na autobus — zaczęła z przejęciem. — Już myślałam, że spóźnię się na pięćdziesiąte urodziny córki. Ja, proszę pana, mieszkam na Zamkowej. Pan też? Dobiegło z drugiej strony. Tak. Zrezygnowałem z pogłębionego tłumaczenia.
A to wspaniale. Bardzo się cieszę. Kontrolera dostrzegłem na przystanku, zanim syknęła sfatygowana pneumatyka. Człowiek o beznamiętnym wyrazie twarzy, skupiony na własnych myślach. Od razu przeszedł na tył pojazdu. Słyszałem szepty, ciche pytania. Ktoś zapłakał. Zbliżał się z każdą chwilą. Nie miałem biletu. Położył kościstą dłoń na głowę dziadka z Zamkowej.
Zrobiłeś duże postępy. Uśmiechnął się ciepło. To dobrze. Dziękuję. To świetna wiadomość. Zapleśniały umysł cudownie ostrowiał. Tym razem bardziej się postarałem. Odpoczniesz i wrócisz. Przed tobą jeszcze wiele pracy. Sędziwy jegomość pokiwał głową z pełnym zrozumieniem.
Byłem następny. Kanar spojrzał mi w oczy i się rozpromienił. Poczułem mrowienie, kiedy żylasta dłoń dotknęła czaszki. Poderwał ją, zanim zdążyłem uciec wzrokiem. Z grymasem niezadowolenia zwrócił się do szofera. Mamy jednego pomyleńca. Musisz się zatrzymać. Kiedy? Dobiegło zza kierownicy. Teraz.
Już. Wysadzisz go na byle przystanku czy pomiędzy? Muszę do szpitala. Nie mam biletu. Przepraszam. Próbowałem ratować sytuację. Nie wyrzucajcie. Jestem chory. Strasznie boli w środku. Nie ma wyjścia.
Poleży trochę gdziekolwiek i będzie gotów. Zabierzesz go kolejnym kursem. Może zabiorę go z powrotem i pomogę wysiąść w jego punkcie. Po co? Zresztą, jak chcesz. Wyczerpał temat i przyklęknął do leżącego żołnierza. W amoku bólu nawet nie starałem się czegokolwiek zrozumieć. Czułem, jak autobus i moja gehenna wymykają się na krótkie chwile omdleń, aby powracać na nieskończenie długie sekundy męczarni. Kiedy trzeźwość umysłu powróciła na dłużej, zorientowałem się, że byłem jedynym pasażerem. Światła za oknami poczęły migotać z coraz mniejszą częstością.
Brum, brum. Basowy warkot silnika, który każdym dźwiękiem oznajmiał, że nadszedł czas na odpoczynek w warsztacie, zwiastował kolejny przystanek. Syknięcie. Drzwi złożyły się w harmonijki. Podszedł kierowca. W ogóle nie powinieneś wsiadać. Przesuń się na skraj siedzenia. Pomogę ci wstać. Podtrzymywany ostrożnie stawiałem kroki na schodkach z ryflowanej blachy zachlapanej krzepnącą krwią. Dwójka dzieci podniosła się z ławki przystanku.
Musicie poczekać. Kierowca jednym gestem dłoni odebrał im nadzieję. To nie jest wasz kurs. Uwolniony z uchwytu wykonałem trzy koślawe kroki i runąłem na stertę zaschłych liści. Wraca. Mamy go. Młody człowiek w jaskrawopomarańczowym uniformie wzniósł zacieśniętą dłoń z kciukiem uniesionym do góry. No rzesz, w końcu. 40 minut. Drugi wyglądał na zmęczonego.
Zapraszamy, zapraszamy. Nade mną połyskiwały torebki z kolorowymi płynami. Przeciągałem spojrzenie po rurkach podłączonych do przedramion. Ból był do wytrzymania, ale bałem się drgnąć. Mógł wrócić. W uszy wbił się sygnał syreny. Zakołysało na nierównościach. Marek Myszograj, „Świąteczne spotkanie”. Tato, usiądź tutaj wygodnie. W tle pobrzmiewała kolęda „Cicha noc”.
Starszy mężczyzna posłusznie spoczął na wskazanym miejscu. Przeżegnał się przed suto zastawionym stołem i spojrzał po zebranych. Jego prawą stronę zajmował najstarszy z wnuków, obok zaś młodszy. Dalej było wolne miejsce dla synowej, która w tej chwili wniosła do pokoju naczynie z barszczem. Naprzeciw siedział jego syn. Lewą stronę zajmowali rodzice synowej, a pomiędzy nimi i starcem przygotowane było wolne miejsce. W zasadzie było to miejsce dla niespodziewanego gościa, a tak naprawdę dodatkowa zastawa miała przypominać bliskich. Tych, którzy odeszli z tego świata. Spojrzał na pusty talerz obok. Odruchowo chciał dotknąć dłoni ukochanej żony.
Nikt nie zwracał uwagi na niego, to i nikt nie zauważył, jak wytarł łzę spod oka. Nie chciał się dzielić żalem i mimo tak wielu osób czuł pustkę. Po przeciwnej stronie stołu mężczyzna nakładał pierogi na talerz. Nie zwracał uwagi na ojca. Rozmawiał z teściami. Wszystko dobrze? Synowa zainteresowała się starcem. Po tych słowach na krótką chwilę każdy zwrócił uwagę w jego kierunku. Ten jedynie skinął głową i sytuacja automatycznie powróciła do normy. Synowa jednak wstała.
Wzięła półmisek z pierogami, by podejść dyskretnie i nałożyć teściowi na talerz. Ten ponownie skinął głową, tym razem z wdzięczności. Kiedy prezenty? Zapytał jeden z wnuków. Dzieciak dłubał przy tym widelcem w talerzu i wyglądał na wyraźnie znudzonego. On nic nie kupił. Spojrzał na puste krzesło obok. Kiedyś prezentami zajmowała się żona. Wziął głębszy oddech i sprawdził, czy nie zapomniał portfela. Jest – pomyślał nieco spokojniej.
Dam im po 100 złotych. Niech się uczą oszczędzać, poznawać wartość pieniądza. Może kiedyś pójdą w ślady ojca i dziadka. Przeniósł wzrok z wnuków na syna. Mój Boże, moje dziecko. Historia po tylu latach zatoczyła krąg. Kto by wówczas pomyślał, że zostaniesz chirurgiem. Ile to już ludzi uratowałeś. Ba, w zasadzie to dzięki nerce tego zwyrodnialca. Przypomniał sobie tamten wyjątkowo mroźny dzień.
Mimo że był ordynatorem, to pełnił wówczas dyżur w szpitalu. Jego syn miał wcześniej dializę. To nie mogło być inaczej. Wiedział, że tą Wigilię zapamiętają na długo. Żona przywiozła na oddział skromną kolację i już mieli dzielić się opłatkiem. Do sali chorych wpadła pielęgniarka. Panie doktorze, jest dawca! Gdzieś na obrzeżach miasta polną drogą szedł z wolna starzec z siwą brodą. Ubrany w długi srebrny kożuch, na nogach zaś ciepłe walonki. Co chwilę przystawał, wspierając się na długim kiju.
Wydawało się, że wyznacza granicę. Świt przed nim był mokry i pokryty błotem. Za nim zaś szalała śnieżyca, rozsypując biały puch po okolicy. Co kilka kroków starzec zatrzymywał się i oglądał za siebie. Był zadowolony, szczęśliwy. Przy każdym takim postoju wyciągał z wewnętrznej kieszeni kożucha flaszeczkę i brał po łyczku. Przy kolejnym takim postoju coś usłyszał. Najpierw takie delikatne, ciche dryń, dryń, dryń. Odwrócił się, wytężył wzrok i – „A niech to!” – powiedział sam do siebie. Dźwięki dzwonków wyraźnie się zbliżały.
Dryń, dryń, dryń. Zaprzęg z ogromnymi saniami dogonił go i zatrzymał się obok. Wielka, okrągła głowa w czerwonej czapce i z równie siwą brodą wychyliła się, by spojrzeć z góry na starca. „Zdrawstwujtzie, ho, ho, ho!” „Zdrawstwujtzie” – odpowiedział wsparty o kij. „A dokąd to tak idziecie?” „Na zachód idę. Chciało nam w Polsce trochę nosa zmrozić.” Po chwili obaj rozmawiali, siedząc w wygodnych saniach. Starzec sięgnął do wewnętrznej kieszeni srebrnego płaszcza i wyciągnął flaszeczkę z samogonem. „Spasiba, Nikolaju.” Mówiąc to, podał butelkę gospodarzowi. „Nie masz za co dziękować. W taką pogodę to psa nie wygonisz na dwór.” „No, ale jak to u was powiadają, Bóg dał ręce po to, aby brać.” Śmiało chwycił butelkę.
Wziął porządnie dwa łyki i chuchnął w czerwony rękaw. „Mocna. U nas na Wschodzie mówią, że lepiej umrzeć z pijaństwa niż z nudów.” – odparł gość, po czym również upił z gwinta. „Stary dziadu, powiedz, po co tak naprawdę leziesz w tym kierunku?” „Mam zadanie.” „Od niego?” – zapytał Nikolaj, wskazując palcem niebo. Starzec skinieniem głowy przytaknął i kontynuował. „Tak, z samej góry. Mam dobrze zmrozić drogi w wielkim mieście. A ty nadal bawisz się w rozłożenie prezentów?” „Tak. Nie mogę odpuścić. Tylko jeden prezent mnie martwi.
Ten z góry kazał mi dać pewnemu chłopcu coś, czego tak naprawdę nie mam. Ale chyba wiem, na czym polega jego plan. Zdaje się, że będziesz musiał mi pomóc.” Po tych słowach wypili po kolejce i jeden starzec zagadał do drugiego: „Do trzydziestki grzała żona, po trzydziestce wódka, a teraz nawet piec nas nie ogrzeje.” Na co tamten, kładąc butelkę, odpowiedział: „Częstować można, ale zmuszać nie wolno.” Obaj się uśmiali, wypili po kolejce i tak w dobrym nastroju zmierzali do wielkiego miasta. W Warszawie 24 grudnia tego pamiętnego roku zrobiło się okrutnie zimno. Mróz nagle wjechał ze wschodu i skuł lodem ulice. Funkcjonariusz Służb Bezpieczeństwa zmierzał nowiutkim polonezem na nocną zmianę. Uwielbiał pracę śledczego. Miał duże doświadczenie i perspektywy awansu. Ze względu na obowiązki służbowe często zostawał po godzinach. Przesłuchanie trwało niekiedy do 15 godzin.
Przez cały ten czas podejrzany był przez niego wyzywany, lżony i poniżany. Służba dla kraju dawała mu dużo satysfakcji. Nie wiedział jednak, że tym razem Gwiazdka Betlejemska wyznaczyła mu inną drogę. Na skrzyżowaniu wpadł w poślizg. Koła straciły przyczepność z oblodzoną nawierzchnią. Funkcjonariusz nie był doświadczonym kierowcą, a tylni napęd pogorszył tylko jego próbę manewru. Z impetem uderzył czołowo w solidną metalową latarnię. Brak zapiętych pasów i szybkie upnięcie głowy o kierownicę. Huk i cisza. Nieopodal dwaj starcy klasnęli w dłonie.
Ten w srebrnym kożuchu wyciągnął flaszeczkę. Drugi sięgnął po słuchawkę zamontowaną w desce rozdzielczej sań. „Halo, pogotowie. Chciałem zgłosić wypadek.” Przemysław Podoliński, „Ostatnie pragnienia”. Parter. Wchodziliśmy, nie będąc pewni, czego się spodziewać. Wnętrze budynku tonęło w mroku, a jedyne źródło światła stanowiły nasze latarki. Licznik Geigera trzeszczał cichutko, zwiastując obecność skażonych. Zwróciłem wzrok ku braciom. Ich skafandry, podobnie jak mój, były stare i sfatygowane, ale na lepszy sprzęt nie mieliśmy co liczyć.
Rada przystani wydawała dobrej jakości ekwipunek tylko niezarażonym przy okazji oficjalnych misji. My musieliśmy sami sobie radzić. Sprawdzaliśmy ostrożnie kolejne pomieszczenia, nie opuszczając luf karabinów nawet na moment. Kręgi światła ukazywały pełne zacieków i pleśni ściany oraz sufit, a także połamane krzesła, spróchniałe biurka czy pobite monitory. Pozostałości po normalnym życiu. Pierwsze piętro. Natknęliśmy się na szkielet człowieka. Porozrzucane kości bielały w blasku latarki. Czaszka szczerzyła upiornie wybrakowane uzębienie. Ścisnąłem mocniej karabin.
Przedmiot, który w tamtej chwili był dla mnie niczym krzyż w rękach egzorcysty. Licznik Geigera trzeszczał coraz głośniej. Wzmogliśmy czujność. Drugie piętro. Raven wrzasnął i wystrzelił salwę pocisków w stronę mknącego cienia. Nie czekając, poszliśmy z Pierrem w jego ślady. Huk serii dudnił w uszach. Skażony w końcu został trafiony. Padł na podłogę, po czym natychmiast wstał. Kuśtykał jednak niezgrabnie, ciągnąc za sobą ciemną smugę krwi.
Raven oddał ostatni strzał. Przez okna wpełzał pierwszy blask świtu. Trzecie piętro. Strzelaliśmy na oślep, otoczeni przez watahę potworów wyjących opętańczo. Pył zdziurawionych ścian wirował w snopach światła. Raven rzucił granat błyskowy, który eksplodując oślepił nadciągające maszkary. Pierre przerwał serię. Kątem oka obserwowałem go, jak drżącymi dłońmi próbuje wymienić magazynek. Po chwili jeden ze skażonych przemknął obok mnie i skoczył. Poczułem bryzg gorącej krwi uderzającej w kombinezon.
Odwróciłem się i rozstrzelałem mutanta, wrzeszcząc przy tym z całych sił. Z mojego brata pozostał jedynie mokry strzęp, a kolejne potwory już parły ku nam. Nie miałem czasu na płacz. Wydawało się jednak, że za każdego zabitego pojawiają się trzy następne. Zupełnie jak łby hydry – pomyślałem. Powyginane nieruchome cielska zalegały na podłodze, deptane wciąż pazurzastymi łapami. Wiedziałem, że amunicja mi się kończy. Nagle poczułem zupełne zobojętnienie. Przecież i tak już od dłuższego czasu czekaliśmy na nadejście śmierci. Tylko Marii było mi szkoda.
„Schowaj się za stolikiem” – usłyszałem w słuchawce. Rozejrzałem się i dostrzegłem mebel. Natychmiast pobiegłem i skryłem się za tą lichą barykadą. Zrozumiałem, że mój brat miał broń, o której nam nie powiedział. Odruchowo spojrzałem na licznik Geigera, który przestał trzeszczeć już wcześniej, wychodząc poza skalę promieniowania. Wystawiłem głowę, obserwując Ravena zza zakrwawionej szybki hełmu. Ten ruszył na potwory, rycząc wściekle. Skażeni obskoczyli go, szarpiąc kombinezon, rozrywając ciało. Kotłowanina zdeformowanych ciałek pochłonęła drugiego z moich braci. Nic już nie mogłem zrobić.
Po chwili między ciemnymi sylwetkami rozbłysło światło. Padłem skulony na ziemię. Huknęło potężnie. Wstrząs targnął murami. Tynk posypał się z sufitu. Usłyszałem trzask. Podłoga zaczęła się zapadać. Pozostało mieć jedynie nadzieję, że nie skończę pochowany w gruzach. Kiedy odważyłem się wstać, w miejscu większej części podłogi ziała dziura sięgająca parteru. W dole unosił się pył, przesłaniając bezkształtną masę gruzowiska.
Podniosłem wzrok na schody, które szczęśliwie pozostały nienaruszone. Mogłem więc dotrzeć na ostatnie piętro. Osada 625 X przez 37. Przystań. Wpatrywałem się w uradowaną twarz Marii, jakby próbowała poczuć swego synka przez zimne szkło ramki. W tej jednej chwili wyglądała jak dawniej, nawet pomimo faktu, że burza loków ustąpiła miejsca łysinie. „Nie wiem, jak mam się odwdzięczyć” – zaszlochała. Jednak w szlochu tym wyczułem radość z namiastki obecności syna. „Nie spodziewałam się, że zdołacie je znaleźć. Tak w ogóle gdzie są Raven i Pierre?
Im też chciałabym podziękować”. „Mieli wartę, a przecież wiesz, że dezynfekcja musi potrwać. Ja jestem po służbie, więc mogłem przyjść wcześniej” – odparłem, chowając oczy za grzywką w nadziei, że siostra nie dostrzeże mojego zakłopotania i przygnębienia. Pochłaniał ją jednak widok synka, toteż nie zwróciła już na mnie uwagi. Poczułem ulgę, że była do pewnego stopnia świadoma, co ostatnio zdarzało się coraz rzadziej. Choroba wykańczała ją w zastraszającym tempie, ale przynajmniej mogła znowu spojrzeć na roześmianą buzię swego dziecka. W świecie, gdzie życie nie ma sensu, warto nadać go chociaż śmierci, prawda? Bo trudno mówić o celu egzystencji, gdy trwa się w zbiorowej dogorywalni, czekając na nadejście nieuniknionego. Przytulała zdjęcie, gdy kilka dni później zamykałem jej powieki. Poczułem ukłucie zazdrości, że nie była samotna w ostatnich chwilach, bowiem ja nie mogłem na to liczyć.
Podczas pogrzebu niejednokrotnie pytano mnie, czy było warto poświęcić życie dwóch ludzi za fanaberie umierającej kobiety. U jednych wybrzmiewał zarzut, u drugich troska. Każdego zbywałem milczeniem. Skoro musieli pytać i tak by nie zrozumieli. Rubieże Kontynentu Północnego. Brodałem w śniegu otoczony strzelistymi szczytami. Czułem się coraz słabszy. Straciłem nadzieję, że dotrę na samą górę. Fizyczna zapaść zirytowała mnie. Jeszcze dwa tygodnie temu taka wędrówka nie stanowiłaby dla mnie wyzwania.
Musiałem się jednak z tym pogodzić. Usiadłem na oblodzonej skale i zdjąłem hełm. Zapach mroźnego powietrza spowodował zawrót głowy. Był zupełnie różny od śmierdzącej duchoty podziemnej osady. Wpatrywałem się w ciemne zbocza gór pokryte białymi łatami, na zasnute szarymi obłokami niebo i na ptaki szybujące pomiędzy jednym a drugim. Poczułem namiastkę wolności, której tak bardzo pragnąłem, do której tęskniłem, odkąd zostaliśmy zepchnięci na margines świata. Wiatr połaskotał mnie po twarzy i bezwłosej głowie. Przeszył skafander zimnem, cudownym zimnem. Zamknąłem oczy i nabrałem w płuca wspaniałe, orzeźwiające powietrze. Po chwili rozległ się charakterystyczny trzask licznika Geigera.
Przemysław Cichoń, „Home sweet home, czyli pewnego razu w Świnioryjach.” Część trzecia. W Kozi Róg. Minęły święta. Zimy nadal nikt nie wiedział. Może w tym roku wjechała do Alice Springs. Tam podobno odnaleziono Walendziaka. Teraz trwa właśnie proces jego ekstradycji. Okazuje się, że nie grzeszył jednak zbytnią inteligencją, jak twierdzili co niektórzy mieszkańcy Świniaryjów. Zwłaszcza wśród męskiej części społeczeństwa wsi Walendziak stał się bohaterem po tym, jak wyszło na jaw, że załatwił teściową i wymknął się wymiarowi sprawiedliwości. Zaczęto opowiadać o nim przeróżne historie.
Jednak większość z nich to były kompletne brednie. Właściwie to wszystkie. Teraz, kiedy okazało się, że w dwa miesiące policja namierzyła go w Australii i doprowadziła do jego aresztowania, wszystkie się zdewaluowały. Gdyby był taki bystry, jak o nim mówiono, to uciekłby do Emiratów albo do Peru czy na Dominikanę. Ale Walendziak, stary idiota, myślał, że jak wyjedzie na drugi koniec świata, to sprawiedliwość go nie dosięgnie. Jak widać się pomylił. Pewnie jego ekstradycja trochę potrwa. W tym czasie gorączka już minie i wszyscy zapomną o całej sprawie, ale póki co za sklepem wrzało. Waldek zrobił zakupy i wziął sobie perełkę. „Cześć chłopaki” – przywitał się podniesionym głosem, by przebić się przez gwar.
Kilku chłopów gorączkowo dyskutowało. Tematem była oczywiście ekstradycja Walendziaka. „Aż się wierzyć nie chce” – zaczął właśnie Wojtek Smolarz. „Mnie już trzeci miesiąc ktoś kozy kradnie. Zgłaszam na policję i za każdym razem nic. Przyjadą, popatrzą, popytają. Gapią się na mnie jak na głupka, a Walendziaka tak od razu na drugim końcu świata dorwali.” „Interpol” – wtrącił się Waldek. – „Dorwał go Interpol, a do tego z Australią mamy od 98 umowy ekstradycyjną. Walendziak o tym chyba nie wiedział, uciekając właśnie tam.” „Waldek Walendziak to był szczwany lis” – odezwał się Kawka. – „Musowo ktoś na niego doniósł.
Psy same by nie wpadły na ten pomysł, żeby go tam szukać” – dodał i wymownie spojrzał na Waldka. Reszta też zwróciła oczy na pacioję i zapadła taka niezręczna cisza. Waldkowi zrobiło się nieswojo, ale nie miał zamiaru się tłumaczyć. Na szczęście w tym momencie za sklep wtoczył się Mundek Waśka, trzymając w ręce odkręconą dwusetkę czystej, a z kieszeni jego kufajki wystawały po obu stronach smukłe szyjki czarnej perły. „No coście się tak nagle przymknęli, jakby wam kto kołki w dupę powtykał? Walendziak to frajer. Wiem coś o tym. Przez 60 lat był moim sąsiadem. Jak tylko po gorzale dostawał białej gorączki, to do bicia się rwał. Starą swoją też tłukł, bo ona mu nie oddała.
Babski bokser. Tfu! A jak komu w knajpie przyłożył, to mu przeważnie tak mordę obili, że tydzień na oczy nie patrzył, a do tego jeszcze go psiarnia zwijała i kilka miesięcy w areszcie kiblował. Taki z niego chojrak i bohater. A jak chcecie nadal prostymi nosami oddychać, to odpierdzielcie się od wali. No chyba, że którego bardzo zęby swędzą.” Kiedy Waśka skończył swój przydługi monolog, za sklepem naprawdę zapadła głucha cisza. Słychać było dosłownie jak PKS na końcowym w Gniewie wykręca. „No dobra, ja tam do Waldka nic nie mam, tylko powiedzcie mi, czemu gliny nic nie robią w sprawie moich kóz. Już siedem sztuk mi zginęło.” – ponownie spytał Smolorz, który był tu chyba najmłodszy z całego towarzystwa. „Kogo obchodzą twoje kozy?” – zapytał Cypis lekceważącym tonem.
– „Myślisz, że policja nie ma nic innego do roboty, tylko liczyć bobki twoich kóz? Pilnuj ich lepiej, to ci nie będą ginąć. Zresztą nie wiem, po co komu twoje kozy.” Waldek przysłuchiwał się sprzeczce, popijając z Waśką po setuni i przepijając perełką. „Myślisz, że nie pilnowałem? Kiedyś cały dzień na pastwisku spędziłem.” „I co?” – rzucił Cypis. „No nic. Zasnąłem i jak się obudziłem wieczorem, to znów jednej brakowało.” „Jakbyś nie żłopał tyle piwska, to byś nie zasnął.” Roześmiał się Cypis, a z nim reszta. „Tego dnia nawet kropelki” – zarzekał się Smolorz. „To znaczy nic nie widziałeś, nie słyszałeś niczego i nie znalazłeś żadnych śladów?” – rzeczowo spytał Waldek. „Zupełnie nic.
Przeliczyłem tylko kozy i okazało się, że jednej brakuje. Sary właśnie.” „Słyszeliście? Ona miała na imię Sara. Brałeś ją w gumowcach?” – zaczął rechotać Cypis, już coraz bardziej podpity. Wojtek coraz bardziej się peszył. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, a cała gawiedź zaczęła sobie na nim używać. „To była twoja faworyta? Piękna Sara” – wtórował Cypisowi Kawka, zanosząc się śmiechem. Na to dźwignął się Waśka. Uniósł do góry dłoń zaciśniętą w pięść.
„Zamknąć ryje, cieniasy. Takie z was chojraki? Niech jeszcze który słowo powie, a nie ręczę za siebie. Że was w domu kobiety sztorcują, to na biednym Wojtku się będziecie wyżywać? On jeden w Świniaryjach ma ochotę coś robić. Zakasał rękawy i uczciwie chciał zapracować na życie. Wy potraficie tylko narzekać i wyciągać łapy po zasiłek. Jazda mi stąd, jak nie umiecie się kulturalnie napić jak ludzie. Wypierniczać mi! I to zaraz, bo jak z nerw wyjdę...”.
Po minucie za sklepem zostali tylko Waldek, Mondek, Wojtek i rower Kawki. Czmychając w pośpiechu, zapomniał swej Ukrainy. To nic. Już nieraz parkowała tu przez noc. Jednak nikt jej nie chciał kraść. W przeciwieństwie do Wojtkowych koz. „Dzięki Waśka” – odezwał się nieśmiało Wojtek. „Pozwolicie, że postawię po setuni?” „Masz tu dwie dychy. Dołóż i weź 0,7. Będzie ekonomiczniej.” Wojtek wziął od Waldka banknot i zniknął za winklem.
„Ta sprawa mi śmierdzi” – odezwał się do kumpla Waldek. „Masz rację. To dziwne” – zgodził się Waśka. „Dziwne? To nieprawdopodobne. A wiesz dlaczego? Dlatego, że u nas tylko Smolarz hoduje kozy. Nikt inny we wsi nie ma kozy. Nawet jednej.” „I co z tego?” „Wszyscy to wiedzą. Wszyscy kupują u Smolorza mleko.
Z Gnijewa też przyjeżdżają. Co w tym dziwnego?” „Ano to, że nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby kraść mu te kozy. Gdyby chciał sprzedawać mleko jak Smolarz, to sprawa by się zaraz rypła. A na mięso to raczej...”. „Masz rację. A może to wilki?” „Wilki czy inne drapieżniki zostawiłyby jakieś ślady, a sam Wojtek mówił, że nie znalazł żadnych śladów.” „Niby tak. Masz rację.” „Ty to kurczę, zawsze masz rację. Dlatego właśnie uważam, że to mało prawdopodobne, by ktoś je kradł.” Wojtek właśnie wrócił, trzymając w jednej ręce butelczynę wyborowej, a w drugiej colę. „Wziąłem też przepitkę.” To mówiąc, postawił butelki na rampie, a z kieszeni wyjął trzy jednorazowe plastikowe kubki, po czym odkręcił butelkę i nalał po sporej porcji. Zapowiadało się na dłuższą dyskusję, zwłaszcza że Waldek napalił się na tę sprawę jak szczerbaty na suchary.
To było widać. Brakowało mu zajęcia. Wojtek, który nagle nabrał entuzjazmu, opowiedział wszystko, co pamiętał ze szczegółami i pokładając nadzieję w Waldku, oświadczył: „Liczę na to, że ty jako specjalista w kryminalistyce i do tego jasnowidz na pewno wyjaśnisz, co dzieje się z moimi kozami. Może to jakaś klątwa albo kosmici.” Po tej wypowiedzi Wojtka Waśka stwierdził, że najwyższy czas wracać do domu. Zwłaszcza że Gertruda pewnie już dawno wróciła z próby chóru i na pewno się martwi nieobecnością męża. Jutro też jest dzień, a dzisiejszy najwyraźniej się kończył, zwłaszcza dla Wojtka. Nazajutrz wczesnym rankiem. „Waldek! Waldek!” Przed furtką stał Wojtek, zaś z drugiej jej strony ujadały cztery niebie owczarki. „Waldek!” – próbował przekrzyczeć psy Smolarz.
Waldek co prawda już nie spał, ale słuchał muzyki, więc niekoniecznie docierały do niego krzyki zza furtki. Jednak ujadanie psów coraz bardziej wdzierało się do jego świadomości, zwłaszcza w momentach, kiedy orkiestra grała piano. Zirytowany zakłóceniami wcisnął pauzę na pilocie. Carmen zamilkła w pół słowa. Podszedł do okna, by zobaczyć, co się tam u licha dzieje. Zobaczywszy Wojtka, wyszedł przed dom i zawołał psy. Grzecznie przybiegły. Zagonił je za wewnętrzne ogrodzenie i poszedł wpuścić gościa. „Co się stało?” „Wyobraź sobie, znowu mi kozę ukradli. Ja tak dalej nie dam rady.
Nie wiem, czy dzwonić po gliny, ale pewnie nie ma sensu. Ty jesteś moją jedyną nadzieją.” „Dobra, chodź, pogadamy.” Usiedli przy stole. Waldek wyjął z lodówki butelkę i nabaczony słoik ogórków. Smolarz naprawdę sprawiał wrażenie pogubionego. Był jakiś roztrzęsiony i nie mógł się skoncentrować. Rozglądał się chaotycznie po pokoju. Dopiero po chwili skupił się na Waldku. „Waldek, ja cię bardzo przepraszam, ale ja już tego nie zniosę. Mój biznes wisi na włosku. Jeszcze trochę i będę musiał się zadłużać, żeby przeżyć.
Najlepsze sztuki mi ukradli. Jest dobry zbyt. Mam zamówienia, ale nie mam na tyle mleka. Zostało mi kilka sztuk i nie wydoję więcej. Klienci odchodzą. Bankrutuję. Policja mnie olewa. Nie ma żadnych śladów. Myślą, że chcę wyłudzić ubezpieczenie, a ja przecież nawet nie mam ubezpieczenia.” „Dobrze, Wojtuś, uspokój się. Pomyślmy.
Ale najpierw się napijmy.” Wojtek drżącą ręką uniósł szklaneczkę do ust i wychylił jednym haustem. Zagryzł ogórkiem i wlepił oczy w Waldka. „Musimy kilka rzeczy ustalić” – kontynuował Waldek. Jak to? Ja myślałem, że ty już wiesz, kto mi te kozy podprowadza. Przecież jasnowidzem jesteś. No widzisz, Wojtuś, to nie jest takie proste. Nieraz owszem, mam wizję, ale nieraz muszę się dobrze przyłożyć, żeby rozwikłać zagadkę. To ty taki bardziej Sherlock Holmes jesteś. Coś w tym rodzaju.
Czytałeś Conan Doyle'a? Kogo? Nieważne. Musimy ustalić fakty. Czy aby ostatnio nie zalazłeś komu za skórę? A może ktoś ci groził? Musimy ustalić motyw. Jakiś miesiąc temu Cypis się mnie czepiał za sklepem, ale on się wszystkich czepia, jak wypije. Chciał na piwo pożyczyć. To mu powiedziałem, co o nim myślę.
Chciałem mi nawet przyłożyć, ale był za bardzo napruty. Zmyłem się, zanim zdążył się z rampy podnieść. Zresztą pewnie by i tak nie trafił. Ja tam nie lubię mieć wrogów. Zawsze wolę ustąpić i mieć święty spokój. No tak, dla świętego spokoju Cygan dał się powiesić – powiedział pod nosem Waldek. Tak to nie mam żadnych wrogów. Nikomu krzywdy nie zrobiłem – zarzekał się smolarz. A ile ci tych kóz zginęło? Teraz to już dziewięć.
I co? Znów nic nie wiedziałeś? Gdzie trzymasz te kozy? Chodzą sobie luzem po podwórku. Póki nie ma śniegu, to sobie coś tam skubią. Na noc zamykam w obórce. Furtka na skobel zamknięta, a wrota podparte drągiem od zewnątrz. A nic więcej ci z obejścia nie zginęło? Nie, nic nie zauważyłem. Dobra, czyli tę ostatnią to ci z obórki podprowadzili, tak?
Nie wiem. Zagoniłem wieczorem do obórki, ale nie jestem pewny, czy były wszystkie, bo trochę mi ta wódka, co to my ją za sklepem wypili, w głowę weszła, a na koncie już miałem dwa piwka. Poza tym ciemno już było. Ale rano wszystko było zamknięte jak wieczorem. Żadnych śladów, jak zawsze. Wiesz co? Idź do domu. Za jakąś godzinkę wpadnę do ciebie z Waśką i przyjrzymy się tej obórce i w ogóle. Może coś przeoczyłeś. Wypili jeszcze po jednym na rozchodniaczka i Wojtek poszedł do domu, jak polecił mu Waldek.
Waldek zaś czym prędzej udał się do Waśki. Mundek właśnie grzebał coś przy ciągniku. O, dobrze, że jesteś – ucieszył się na widok przyjaciela. Potrzeba mi fachowca. Z dechu i za chiny nie chcę odpalić. Akumulator sprawdziłem, ale rozrusznik nie kręci. Dobra, pokaż. Waldek wsadził rękę w okolice rozrusznika i poruszał kablami. Spróbuj teraz. Mundek wsiadł do kabiny i nacisnął przycisk rozruchu.
Rozrusznik jęknął i obrócił wałem. W efekcie silnik zaskoczył. Maszyna po chwili weszła na obroty i wyrzuciła w niebo chmurę czarnego dymu. Ty to Wala jesteś fachura. Dzięki. Co zrobiłeś? Masz luźne przewody. Musisz styki oczyścić, podokręcać i po sprawie. A teraz ty musisz mi pomóc. Niestety oględziny obórki smolarza nie wniosły do dochodzenia nic nowego.
Nie było śladów włamania, a inne ślady były skutecznie zadeptane przez kozy i ich właściciela. Dopiero następny dzień przyniósł coś, co mogło posunąć śledztwo do przodu. Otóż przed południem zadzwonił do Waldka Zarębski, ten ornitolog z Wygnanka. Przez telefon powiedział tylko tyle, że dzieją się dziwne rzeczy i że będzie dobrze, jak Waldek do niego wpadnie. Najlepiej jeszcze dzisiaj. W głosie Zarębskiego można było wyczuć zaniepokojenie, jednak nie chciał nic więcej powiedzieć. Jak pan przyjdzie, to wszystko wyjaśnię. Na pewno to pana zainteresuje. Zarębski rozłączył się. Fuchs nie miał już kondycji na takie spacery.
Waldek więc zabrał Lokiego. Loki był samcem alfa tej watahy. Był największy i pozostałe dwa uznawały jego pozycję. Była też suka Hana, ale ona była indywidualistką i zawsze chadzała tam, gdzie sama chciała. Przeważnie było to w przeciwnym kierunku, niż chciał Waldek. Loki był dość ułożony. Znaczy się co prawda nie szedł przy nodze, ale trzymał się w zasięgu wzroku i przybiegał na wezwanie. Spacer zajął im dobre pół godziny. Dochodząc do zabudowań, Waldek zawołał Lokiego i przypiął do obroży grubą smycz z parcionego paska. Pierwsze, co wydało mu się dziwne, to to, że dochodząc do ogrodzenia nie usłyszał szczekania.
Czyżby Zarębski wyszedł z psem na spacer? Rozejrzał się dookoła. Pchnął furtkę. Nie była zamknięta i wszedł na podwórko. W tym momencie w drzwiach domu stanął gospodarz w uniformie moro i ze sztucerem w ręku. Dzień dobry – przywitał się Waldek, a Loki zaszczekał dwa razy na powitanie. Dzień dobry – odpowiedział Zarębski. Cieszę się, że pan przyszedł. Musi pan coś zobaczyć. Gospodarz zamknął drzwi na klucz i zarzucając na ramię pasek od sztucera, ruszył w stronę Waldka.
Tylko niech pan psa nie spuszcza ze smyczy – poradził Waldkowi. No właśnie, a gdzie pański pies? Później panu wyjaśnię. Teraz chodźmy. Otworzył furtkę i przepuścił Waldka przodem. Ruszyli ścieżką w stronę lasu. Zarębski ze sztucerem gotowym do strzału prowadził. Waldek z Lakiem na krótkiej smyczy szli tuż za nim. Ścieżka pięła się lekko w górę. Po 10 minutach marszu byli na miejscu.
Na szczycie niewielkiego wzniesienia porośniętego sosnowym lasem, między drzewami leżało truchło sarny. Było zmasakrowane przez jakiegoś drapieżnika. To wilki? – zapytał Waldek. „Niech się pan przyjrzy” – odparł Zarębski i podszedł bliżej padliny. – „Niech pan patrzy. To nie są rany zadane zębami wilka.” Waldek podszedł i przyglądał się, choć nie za bardzo się na tym znał. Dla niego było to po prostu martwe zwierzę. „Widzi pan te rany na brzuchu? To nie są rany zadane zębami.
Powłoki brzuszne zostały rozerwane czymś tępym. A te otwory?” – wskazał na dwa otwory w boku zwierzęcia. „To po kulach?” – zapytał Waldek. „Nie, raczej po rogach. Ta sarna została rozerwana rogami. I właśnie to jest dziwne. A jeśli chodzi o mojego psa, to nie mam pewności, co się z nim stało. Dalej na północ, za tym wzniesieniem, znalazłem dwa martwe wilki. Mają identyczne rany, a nawet gorsze. Oszczędzę panu tego widoku.
Ich truchła są rozwleczone na sporym obszarze. Mój pies właśnie tam poczuł jakiś ślad i poszedł w las. Do tej pory nie wrócił. Nie wiem, co się z nim stało. W dolince, gdzie znalazłem wilki, płynie niewielki strumyk. Nad nim, na miękkiej ziemi znalazłem dziwne tropy. Ślady racic, podobne do tropów sarny czy jelenia, ale mniejsze i jakby trochę zniekształcone.” „Czy to mogą być ślady kozy?” „Myślę, że tak” – odparł po krótkim zastanowieniu Zarębski. „Ale skąd tu koza? To nie Podhale. Kozic u nas nie ma.
Chyba że chodzi panu o kozę domową.” „Właśnie o taką mi chodzi” – sprecyzował Waldek. „A ile mogło być tych kóz według pana?” „Nie wiem. Może kilka. Minimum trzy, może cztery. Ale nadal nie rozumiem, jak kozy mogły tak zmasakrować dwa wilki. To niemożliwe.” „A skąd w ogóle pomysł, że to kozy?” „Mam pewne podejrzenia. A jeśli to naprawdę były kozy, to może być ich dziewięć.” „Skąd pan to wie?” – dopytywał ornitolog. „W ostatnim czasie jednemu znajomemu zginęło z hodowli dziewięć kóz.” Nagle gdzieś w oddali dało się słyszeć skowyt wilka albo jakiegoś innego zwierza. Waldek nie był pewien, ale nie było to istotne, bo w tej właśnie chwili poprzez krzaki przebiegło coś, łamiąc gałęzie i szeleszcząc suchymi liśćmi. Jednak nie zdążyli się dokładnie przyjrzeć, ponieważ zwierzę poruszało się bardzo szybko i momentalnie zniknęło w zaroślach.
Jeszcze tylko przez chwilę słychać było tętent kopyt i szelest listowia. Potem wszystko ucichło. „Co to było?” – spytał Waldek. „Nie wiem, ale chyba sarna albo jakaś superszybka koza.” Luckin zaczął ujadać i szarpać się na smyczy. „Niech go pan dobrze trzyma. Na własne oczy widziałem te wilki, większe od niego, rozerwane dosłownie na kawałeczki. Lepiej wracajmy. Mam w domu buteleczkę 18-letniej Chivas Regal. Dobrze nam zrobi, jak myślę.” „W takim razie wracajmy. Dobrej whisky nigdy nie odmawiam.
Chętnie się z panem napiję” – przystał na propozycję Waldek. Na kominku trzaskał ogień, a izbę wypełniało miłe ciepło. Siedzieli przy stoliku, sącząc bursztynowy, szlachetny trunek z kryształowych szklaneczek. Rozmawiali o tym, co się stało w lesie i snuli teorie, cóż mogło do tego doprowadzić. Niewiele przed północą Waldek wrócił do domu. Nazajutrz wybrał się do sklepu. Nie żeby czegoś potrzebował. Owszem, może potrzebował, ale bynajmniej nie ze sklepu. To miejsce było nieocenioną skarbnicą informacji każdego kalibru i na każdy temat. Jeśli coś działo się w wiosce, to pierwsze newsy można było usłyszeć właśnie tu.
Waldek nie mylił się co do tematów dzisiejszych dyskusji zasklepowych. Kiedy zawitał na tylnej rampie, Walaszczyk wygłaszał właśnie swoją przerywaną tyradę. „Nieć, kuwa, nie obiam. Dzwoniłem na gliny, a ony mie odesłali do leśnika we gminie. Wczora znalazłem moją Mućkę. Wilki mi ją poszarpały, a te skuwiele nawet nie chcieli przyjechać. Oni się nie zajmują takimi sprawami. Jakby mi somsiad głowę odstrzelił, to może, ale wikami to oni się nie zajmują.” Walaszczyk miał dość sporą wadę wymowy, a do tego się trochę jąkał. Pożyczył kiedyś pieniądze od nieodpowiednich ludzi i nie miał z czego oddać. Termin minął i dla przykładu zezowali Walaszczykowi twarz w takim stopniu, że dopiero po trzeciej operacji wymówił pierwsze słowo.
Do dziś boją się go dzieci. Jego gęba przypomina twarz Quasimodo. Waldek przysłuchiwał się uważnie temu, co z trudem artykułował Walaszczyk. Sącząc przy tym czarną perłę ze smukłej butelki, próbował wychwycić sens jego wypowiedzi. Właśnie w tym momencie za sklep weszli Mundek i Rysiek. „Cześć Wala!” – przywitał się entuzjastycznie Waśka. „Cześć! A co wy tak parami?” „No wiesz, byliśmy wczoraj z Ryśkiem na rybach. No i tak jakoś nas dziś suszy.” „I co, brały?” „No brały, ale pod to co się siusia.” „Czyli jak zwykle.” „No tak. Z was rybok jak z koziej dupy trąba.
Lepiej posłuchajcie, co się we wsi wyrabia. Walaszczykowi wilki krowę zjadły. Strach do lasu wchodzić.” „Nie może być. Wilki zaatakowały krowę?” Musiała być ich cała wataha — zdziwił się Waśka. — Najpierw kozy, teraz krowa. On tak twierdzi. Ja też mu nie wierzę. To znaczy, że to ma coś wspólnego z tymi zaginionymi kozami? — spytał zdezorientowany Rysiek. Myślę, że tak.
Co prawda Walaszczyk znalazł swoją krowę w kawałkach, ale jednak znalazł, a kóz do tej pory nikt nie widział — wyjaśnił Waldek. W tym momencie wyjechał zza winkla na swej Ukrainie Kawka.
[02:38:44] - Chłopy! Wojna będzie. Ja pierdzielę. Wojna!
[02:38:48] - Co ty pieprzysz, Kawka? Czegoś ty się znowu napił?
[02:38:52] - Mówię wam, będzie wojna. Wojsko ciągnie na Wygnanko.
[02:38:57] - Jakie wojsko? — spytał rzeczowo Waldek.
[02:39:00] - Nasze polskie. Jadą polnymi drogami.
[02:39:04] - Dużo?
[02:39:05] - Kilkanaście samochodów i dwa transportery opancerzone.
[02:39:09] - W tym momencie dało się słyszeć z oddali narastające wycie policyjnych syren. Kolumna kilku uprzywilejowanych pojazdów przejechała po chwili obok sklepu. Jechali w stronę Wygnanka. Coś było na rzeczy. Dobra Waśka, odpalaj golfa i jedziemy zobaczyć co się stało — zakomenderował Waldek. Razem z Ryśkiem załadowali się do Waśkowego grata i ruszyli w ślad za kolumną policji. Nie dojechali jednak daleko. Zaraz za granicą wsi droga była zablokowana. Dwa radiowozy ustawione w poprzek drogi całkowicie blokowały przejazd, a uzbrojeni w długą broń policjanci nie mieli zamiaru przepuszczać kogokolwiek. Proszę zawrócić.
Droga zamknięta — odezwał się donośnym głosem potężny funkcjonariusz w kamizelce kuloodpornej z napisem BOA. Waśka nie miał zamiaru z nim dyskutować. Był po dwóch piwkach, a prawo jazdy było mu potrzebne choćby po to, by wozić Gertrudę do marketa co piątek. Rysiek z Waldkiem pewnie mieli masę pytań, ale nie udało im się ich zadać, bo Waśka energicznie zawrócił i pognał z powrotem do Świnioryjów, nerwowo spoglądając w lusterko. Na szczęście nikt ich nie ścigał. Nazajutrz w miejscowej świetlicy zorganizowano zebranie, na którym sołtys Hieronimus, wybrany niedawno na trzecią kadencję, ogłosił oficjalny komunikat przesłany mailowo z powiatu. W związku z rozprzestrzeniającą się epidemią afrykańskiego pomoru świń, w skrócie ASF, wojewódzki lekarz weterynarii w porozumieniu z Powiatowym Centrum Kryzysowym, w oparciu o rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi w sprawie wprowadzenia na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej programu mającego na celu wczesne wykrycie zakażeń wirusem wywołującym ASF i poszerzenie wiedzy na temat tej choroby oraz jej zwalczania, postanowił wystąpić o pomoc w odstrzale kilkudziesięciu sztuk dzików zarażonych wirusem ASF. Do tego zadania wojewoda warmińsko-mazurski, w porozumieniu z Ministerstwem Obrony, powołał specjalną grupę myśliwych oraz ochotników rekrutujących się z Wojsk Ochrony Terytorialnej kraju. Operacje odstrzału zwierząt, ze względu na coraz bardziej aktywne środowiska ekologiczne, zabezpieczać będą siły policyjne. Prosi się mieszkańców o niewchodzenie do lasu podczas trwania akcji.
To chyba tyle istotnych informacji — zakończył oficjalny komunikat sołtys. Taa, pomór-sromór — skomentował Waśka. — Myślę, że to ściema. Tu chodzi jak nic o te Wojtkowe kozy. Pewnie masz rację — przyznał Waldek. A ty, Rysiek, co o tym sądzisz? No wiesz, przeprowadziłem się tutaj, bo myślałem, że to najspokojniejsze miejsce na ziemi, ale jak do tej pory nie mogę tego potwierdzić. To, co mi się tu przydarza, przechodzi moje wyobrażenia o spokojnym życiu na prowincji. No weź poczekaj, jak się zrobi ciepło, zabierzemy cię z Waśką nad Czarcie Jeziorko. Widziałeś kiedyś nimfy czy strzygi?
— z przekąsem spytał Waldek. Jaja sobie robicie, prawda? Nabijacie mnie w butelkę. Mam rację? — próbował upewnić się Rysiek. Jasne — odparł Waśka swym niskim głosem. — Tam właśnie widzieliśmy wielką stopę. Miałem nawet zdjęcia, ale Wala przez przypadek je skasował. Waśka spojrzał z wyrzutem na Waldka. No cóż, skoro już wszystko jasne, to możemy się czegoś napić — zaproponował Waldek.
Co jasne? Nic nie jest jasne. Co z tymi kozami? Przecież z tym ASF to jakaś ściema. Chyba nie daliście się nabrać — protestował Rysiek. Proponuję u Ryśka — dodał Waśka. W najbliższym czasie Smolorz dostał odszkodowanie za swoje kozy. Okazało się bowiem, że gmina dysponuje specjalnym funduszem. Z tego też funduszu odszkodowanie dostał Walaszczyk za Mućkę. Zdarzenia potraktowano jako szkody wyrządzone przez dziką zwierzynę i całą sprawę zamieciono pod dywan.
Jednak Rysiek nie dał się do końca przekonać. Może to i dobrze, bo niebawem miało go spotkać jeszcze wiele przygód, które diametralnie zmienią jego wyobrażenie o spokojnym życiu w zabitej dechami dziurze.
[02:43:58] - Tak, proszę państwa, i to już wszystko w dzisiejszej audycji. Kolejny odcinek Akademii Wszelkiej Fikcji niniejszym się zakończył. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Tradycyjnie przypominam o następnym, o następnym piątku, o następnej Akademii Wszelkiej Fikcji. I cóż, a teraz życzę państwu spokojnego weekendu, dobrej nocy i do usłyszenia.
[02:44:29] - A mówił to do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.