Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Mamy przez ostatnie parę dni pewną taką odwilż, lekką chyba. Troszeczkę się temperatury podniosły, ale słyszałem, że znowu mają wrócić mrozy, proszę państwa, więc trzeba dołożyć książek. Ale nie do pieca! Książki w rękę i czytamy. Zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji oczywiście, również gorące. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:55] - Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z kolejnym AWF-em. Jak ten czas biegnie. Jeszcze dosłownie niedawno było tuż po Sylwestrze. No co proszę, połowa stycznia. Ja wiem, że narzekanie na szybko upływający czas to jest taki small talk trochę i tak naprawdę nic oryginalnego. No cóż ja poradzę, że to mnie nieustannie zadziwia. Ale jedziemy. Na początek jak zwykle polecanki książkowe. Pierwszy tytuł: „Martwe kwiaty”.
Autorka Marta Reich, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 20 stycznia 2026. Ta zbrodnia byłaby nieprawdopodobna, gdyby nie to, że wydarzyła się naprawdę. Luty 1980 roku. Podczas rutynowego patrolu dwóch pracowników Warszawskich Zakładów Komunalnych dokonuje szokującego odkrycia. W dryfującym po Jeziorku Czerniakowskim pakunku znajdują garnek z odciętą ludzką głową. Wkrótce makabryczne znalezisko zostaje powiązane ze zgłoszeniem zaginięcia Zofii Czajkowskiej, atrakcyjnej 41-letniej pracownicy Telewizji Polskiej, która poprzedniego dnia rano wyszła z domu i zniknęła bez śladu. Kilkadziesiąt godzin później w przechowalni na Dworcu Centralnym zostaje odkryty bagaż z rozczłonkowanym ciałem Zofii. Na zamkniętej walizce morderca położył trzy kwiaty, teraz już zwiędłe: tulipan, żonkil i frezję. Kto mógł pragnąć śmierci eleganckiej, ustosunkowanej, choć przy tym dość przeciętnej kobiety?
Czy była przypadkową ofiarą seryjnego mordercy, czy świadomym celem kogoś, kto dobrze ją znał? Dlaczego zbrodnia miała tak makabryczny przebieg? Porucznik Mirosław Wolski i starsza sierżant Jolanta Derka z Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej prowadzą szeroko zakrojone śledztwo, w którym potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom staje w sprzeczności z politycznym embargo na niewygodne dla władzy informacje. Wreszcie dochodzą do prawdy tak szokującej, że do dziś nie mieści się w głowie tych, którzy dopiero ją poznają. A ja przypomnę, ta książka nosi tytuł „Martwe kwiaty”. Marta Reich, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 20 stycznia 2026. Druga książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł „Szpieg Boga”. Autorem jest Juan Gómez-Jurado, wydawnictwo SQN. Data premiery: 21 stycznia.
Zbliżają się sztandary Króla Piekieł. Rzym, 2 kwietnia 2005 roku. Świat wstrzymuje oddech. Papież Jan Paweł II umiera, a Plac Świętego Piotra zalewa morze wiernych. Wiernych pragnących go pożegnać. W cieniu żałoby rozpoczynają się przygotowania do konklawe. Jednak w samym sercu Watykanu rozgrywa się koszmar. Dwóch kardynałów zostaje brutalnie zamordowanych w rytuale naznaczonym okaleczeniami i przerażającą symboliką religijną. Po ulicach Rzymu grasuje bezlitosny seryjny morderca. Tropem zbrodni rusza inspektor i psychiatra kryminalna Paola Di Canti, lecz śledztwo od początku napotyka mur milczenia.
Watykan nie dopuści, by świat dowiedział się o zabójstwach, a konklawe musi się odbyć. Ojciec Fogler, były amerykański żołnierz i duchowny o tajemniczej przeszłości coś ukrywa, ale jego własny sekret może okazać się jeszcze bardziej niebezpieczny niż morderca. Thriller, który wciąga od pierwszej strony i nie pozwala odetchnąć aż do ostatniego zdania. Mroczne tajemnice Watykanu, psychologiczna gra z mordercą i stawka, która nigdy nie była tak wysoka. Tytuł: „Szpieg Boga”. Autor: Juan Gómez-Jurado, wydawnictwo SQN. Data premiery: 21 stycznia 2026. I trzecia książka. Tytuł: „Mąż i żona”. Autorstwo K.L.
Slater. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 20 stycznia 2026. Bestsellerowa autorka znowu w Polsce. Czasami prawda jest równie niszczycielska, jak kłamstwo. Żona: Jestem w szpitalu po wypadku samochodowym, a policjanci przeszukują mój dom. Czy znajdą apaszkę, która należała do zamordowanej kobiety o miodowych włosach? Kobiety utrzymującej się z pracy na platformie erotycznej. Tej, która zniszczyła moją rodzinę. Mąż: Walczę o życie w szpitalu.
Moja żona właśnie rozmawia z policją i oskarża mnie o zamordowanie kobiety o miodowych włosach. Jej zazdrość i podłe kłamstwa mogą zniszczyć mi życie. Jeśli jednak powiem prawdę, policja zacznie grzebać w przeszłości, a to także mnie pogrąży. Żadne z nich nie mówi całej prawdy. Komu więc uwierzysz? Tytuł książki „Mąż i żona”. Autorstwo K.L. Slater. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 20 stycznia.
Tak, proszę państwa, to były polecanki dzisiaj w takim sensacyjno-thrillerowym nastroju. A ja zawsze staram się dobierać coś, co państwa rozgrzeje. Tak jak Marek mówił o tym państwu na początku, czas jest zimny, nieprzyjemny, dni krótkie, więc trzeba się rozgrzewać. I myślę, że książka, szczególnie mocna książka, to jest coś, co się dobrze sprawdza. A teraz? Teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof, o którym wielu z państwa nie słyszało. Przyznam się państwu, że sam, chociaż z filozofią mam wiele wspólnego, to zaledwie słyszałem o tym filozofie. Tak było jeszcze miesiąc temu. I w pewnym momencie natrafiłem na tę postać i wydała mi się niezwykle ciekawa.
Tym filozofem jest Aleksander z Afrodyzji. No to zapraszam. Proszę państwa, dziś na scenę wchodzi postać szczególna. Aleksander z Afrodyzji. Filozof, który nie wymyślał nowych bogów, nie pisał poetyckich mitów ani nie konstruował kosmicznych wizji, a mimo to odegrał rolę kluczową. Był bowiem tym, którego późna starożytność i całe średniowiecze znały jako komentatora. Gdy mówiono „Arystoteles”, a zaraz potem: „Jak to naprawdę rozumieć?” odpowiedź często brzmiała: „Zapytaj Aleksandra”. Aleksander żył na przełomie II i III wieku naszej ery. Działał w Atenach jako oficjalny nauczyciel filozofii perypatetyckiej, a więc tej związanej z Arystotelesem. Poważne.
Był nie tylko myślicielem, lecz także urzędowym strażnikiem Arystotelesa. Jego zadaniem nie było tworzenie nowego systemu, lecz obrona i rekonstrukcja starego, stworzonego przez Arystotelesa właśnie. Stworzonego w czasach, gdy filozofia grecka była już polem ostrej konkurencji. Platonicy, stoicy, epikurejczycy i różnej maści synkretyści walczyli o dusze i o umysły ludzi. Aleksander miał temperament polemisty, nie krzykacza. Jego styl był chłodny, precyzyjny i co dla niektórych bywało nie do zniesienia, bezlitośnie trzeźwy. Jeśli coś u Arystotelesa było niejasne, Aleksander nie mówił: „To tajemnica bytu”, tylko stwierdzał: „Sprawdźmy definicję”. Jeśli ktoś próbował wprowadzić do filozofii element boskiej magii, on odpowiadał: „Niepotrzebne”. To filozofia bez fajerwerków, ale z bardzo ostrym skalpelem. Aleksander z Afrodyzji najbardziej znany jest z teorii intelektu.
I tu zaczyna się prawdziwa przygoda. Arystoteles zostawił po sobie teksty, które w kwestii umysłu są, najdelikatniej mówiąc, niejednoznaczne. Pojawia się tam intelekt możnościowy, czynny, bierny, aktualny i każdy czytelnik miał prawo czuć się nieco zagubiony. Aleksander postanowił to uporządkować. Jego stanowisko było radykalne. Intelekt czynny nie jest częścią indywidualnej duszy człowieka, nie jest czymś, co nosimy w głowie. Jest raczej kosmiczną zasadą. Zasadą aktualizacji poznania. Czymś, co jest obiektywne, czymś uniwersalnym, działającym na nas, ale nie w nas. Trzeba by nieco jaśniej.
Otóż człowiek myśli dzięki niemu. Dzięki właśnie tej kosmicznej zasadzie aktualizacji. Intelekt czynny. Tak, człowiek myśli dzięki niemu, ale go nie posiada Skoro tak, to po śmierci ciała nie ma mowy o osobistej nieśmiertelności intelektu. Dusza jednostkowa ginie razem z organizmem. Nietrudno zgadnąć, że ta teza zrobiła furorę i to niekoniecznie pozytywną. Dla późniejszych myślicieli chrześcijańskich była to wizja niemal skandaliczna. Filozofia bez osobistego zbawienia, bez nieśmiertelnej duszy, bez metafizycznej nagrody? Aleksander jednak nie mrugał okiem. Twierdził, że filozofia ma mówić to, co wynika z analizy natury, a nie to, co jest pocieszające.
Podobnie bezkompromisowy był w kwestii wolnej woli. W traktacie o przeznaczeniu wystąpił przeciwko stoikom, którzy widzieli świat jako doskonale zdeterminowany mechanizm losu. Aleksander bronił tezy, że człowiek jest autorem swoich czynów, a odpowiedzialność moralna nie jest iluzją. Jeśli wszystko byłoby z góry przesądzone, etyka stałaby się teatrem kukiełek. A Aleksander nie znosił filozofii, która robi z ludzi marionetki w wielkim przedstawieniu. Warto też zauważyć, że Aleksander był jednym z ostatnich wielkich myślicieli starożytności, którzy konsekwentnie oddzielali filozofię od teologii. Bogowie, owszem, mogą istnieć, ale nie są do łatania luk w argumentacji. Jeśli czegoś nie rozumiemy, to znaczy, że musimy lepiej pomyśleć, a nie szybciej się modlić. Dlaczego więc Aleksander z Afrodyzji jest dziś ważny? Bo pokazał, że myślenie drugiego rzędu, komentowanie, porządkowanie, wyjaśnianie może być równie twórcze jak wielkie systemy.
Bez niego Arystoteles byłby znacznie bardziej mglisty, a średniowieczna filozofia islamska i łacińska wyglądałyby zupełnie inaczej. Awicenna, Averroes, Tomasz z Akwinu wszyscy prędzej czy później musieli się zetknąć z Aleksandrem z Afrodyzji. Zetknąć i intelektualnie się z nim zmierzyć. Aleksander nie obiecywał oświecenia, ekstazy ani zbawienia. Oferował coś innego: uczciwość intelektualną. A to, jak wiemy, bywa trudniejsze do przyjęcia niż najbardziej wzniosła metafizyka. Można więc powiedzieć tak: jeśli Archytas, o którym opowiadałem w poprzedniej audycji, uczył nas myśleć o nieskończoności, a Filon próbował połączyć rozum z objawieniem, to Aleksander z Afrodyzji przypominał spokojnie, że zanim polecimy ku niebu, warto sprawdzić, czy argumenty stoją na ziemi. I w tym sensie pozostaje ten filozof zadziwiająco aktualny. Tak, proszę państwa, są rzeczy na niebie i ziemi, o których się, jak chciał Ferdek, fizjologom nie śniło. Filozofom podobno też.
Okazuje się, że od starożytności ci wszyscy filozofowie, którzy stoją w ogromnym szeregu, który staram się państwu przybliżyć co tydzień, wymyślili już chyba wszystko. Trudno jest dzisiaj być oryginalnym. Dlatego pewno nie powstają obecnie żadne systemy filozoficzne. Raczej filozofia w tym nowoczesnym wydaniu odnosi się do rzeczy prawie że codziennych albo sięga naprawdę na wyżyny nauki i tam zdaje się szukać pola, na którym będzie się ta filozofia mogła wykazać. Ale to już zupełnie inna historia. Teraz zapraszam państwa na opowiadanie Bruno Kadyny. To jest długie opowiadanie i nosi bardzo krótki tytuł: „Ona”. A więc zapraszam. Bruno Kadyna, opowiadanie „Ona” czyta Marek Sęk "Ivellios"
[17:08] - Bruno Kadyna, „Ona”. Siedzę w kawiarnianym ogródku, czekam na klienta. Słońce świeci coraz mocniej. Myślę, z kim porozmawiać i czy mi to w ogóle potrzebne. Byłem na warsztatach dziennikarskich, bo to bliskie pisaniu. Tematem był wywiad. Okazało się, że wyczucie potrzebne do prowadzenia wywiadu podobne jest do tego przy pisaniu prozy i do spotkań biznesowych. Poszerzę doświadczenie. Tekst będę potem publikował, więc nie porozmawiam z kimkolwiek. Postać musi być interesująca.
Zostanie bohaterem opowiadania albo powieści, a wywiad stanie się częścią całości. Ze względu na mrówczą pracę, jaką jest pisanie i upływający czas, trzeba z każdego tematu wycisnąć jak najwięcej. Myślałem o którymś z klientów, który odniósł sukces, ale to znowu biznes. To nudne. Potem genialne objawienie: porozmawiam z kimś, kto umiera w hospicjum, żeby jego historia żyła. Ale jestem w takim punkcie X na osi życia, że tylko bym człowieka bardziej zdołował. Moi rodzice się rozwodzą. Mam 38 lat i sam się dziwię, że tak mnie to dotyka. Siedzę pod ścianą. Ogródek jest wewnątrz starego podwórza.
Jeszcze w latach 90. to miejsce żyło innym życiem: rozwrzeszczanymi dzieciakami na trzepaku, krzykami z okien, sikaniem i bójkami w bramie. Wtedy nie dałoby się zrobić tutaj kawiarni i ogródka. Piękny dziś dzień. Słońce świeci nie za mocno, a wręcz idealnie, poszarpane przez liście starej wiśni rosnącej pośrodku. Wydzierają się w niej małe ptaki. Rozglądam się po oknach dookoła. Większość dawno wymieniono na plastikowe, jakby chciano zapomnieć, co kryły tamte w przeszłości. I może by się udało, gdyby nie zamierzchła elewacja. W oknie kawiarni stoi stary gramofon.
W tubie schowany jest współczesny głośnik. Gra delikatna trąbka. Na podwórko wchodzi kobieta. Nie widzę wyraźnie. Patrzę pod słońce. O bruk stukają obcasy. Sylwetka szczupła. Zmierza do narożnego stolika. Widać, że jest w pracy. Nie gap się tak, jełopie.
Pani przyciąga wzrok, choć nie wiem dlaczego. Bluzka, spódnica, buty na obcasie, coś na szyi. Zwykły kobiecy strój biznesowy. Ale jaka petarda kobieta! Wypina lekko kuperek i siada. Torebkę i torbę z laptopem kładzie na krześle obok. Zdejmuje ciemne okulary. Zamawia. Kiedy mówi do kelnerki, mogę przyjrzeć się jej twarzy. Nie jest jakoś specjalnie ładna.
Wydaje się piękna. Siedzi prosto, z dłońmi złożonymi na kolanach. Ma wysoki, cichy, wręcz dziewczęcy, ale pełen powagi głos. Kelnerka odchodzi, a kobieta patrzy mi w oczy. Peszę się. Kiwam głową na przywitanie i szybko odwracam wzrok. Idiota! Ona bez najmniejszej reakcji zajmuje się sobą. Wyciąga laptopa, a ja się gapię. Jak wsuwa smukłą dłoń do torby, jak napinają się ścięgna, kiedy chwyta komputer.
Ramiona wysuwa do przodu, jakby masowała ukochanego. Krzesło pewnie jest zaszczycone, że siedzi na nim taka pupa. Co za kobieta! Jej ruchy mnie hipnotyzują. Nie patrzy na mnie, ale w pewnym momencie przestaje się ruszać. Zamiera. To wiadomość dla mnie. Ups! Odwracam się czerwony jak rolnik na polu latem. Dżentelmen pieprzony.
Pajac. Rugam się, jak mogę. Ona uśmiecha się niezauważalnie. Już punkt druga. Klient powinien być lada chwila. Opieram głowę o rękę jak znudzony uczeń w szkole, żeby się nie odwrócić i na nią nie lampić. Uspokój się. To zwykła kobieta. Zachowujesz się jak debil. Jestem handlowcem i wiele osób decyzyjnych, z którymi się spotykam, to kobiety takie jak ona.
I jakoś nie mam problemu z okiełznaniem. Przez bramę na podwórze wchodzi mężczyzna. Widzę sylwetkę w garniturze. Zapewne pan Jacek. Nie widzieliśmy się wcześniej. Rozmawialiśmy tylko przez telefon. Jest po pięćdziesiątce. Chciał się spotkać na mieście, więc zaproponowałem to miejsce. Klient z polecenia. Bułka z masłem.
Sprzedaż pewna. Staje. Tak to już jest, że dwoje umówionych ze sobą obcych ludzi natychmiast się rozpozna. Choć idąc tu patrzył już na tą panią. Uszanowanie. Ściskam solidną dłoń. Witam. Siadamy. Nic nie mówimy. Gapimy się na nią.
Gdzieś mamy siebie i spotkanie. Niesamowite, jakie to dla nas oczywiste. Kobieta siedzi wyprostowana, plecy wygięte w lekki łuk. Kuperek odstaje, nogi lekko na boku. W butach na bank tkwią piękne stopy. Obie dłonie pomykają po klawiaturze. Jakie piękne stopy! Durniu, ona wcale nie jest piękna. Jest nienachalnej urody. Palce nagle się zatrzymują.
Kobieta nie odrywa wzroku od ekranu, ale się odzywa: „Pomóc w czymś panom?” Dziewczęcy głos jakby rzuca wyzwanie. „Pardon?” – mówi Jacek. Spoglądamy na siebie, a smukłe palce kobiety znów miękko klikają, jakby krople deszczu stukały o liście. „Taa.” Bardziej mruczę, niż mówię. „Taa.” Dokładnie. „Fajne miejsce” – dodaję bez sensu. „Kiedyś tu byłem.” Słyszę swoje i jego słowa, jakby w tle, za tym klikaniem. „Co my tu mieliśmy załatwić?” – pyta cicho. „Jakieś głupoty” – żartuję. Pojawia się kelnerka z kawą dla tej pani.
Jacek się prostuje, gładzi z tyłu siwe włosy. Widzę, jak się chce zaprezentować. Stary kogut. Robi to trochę bezwiednie i eksponuje atrybut. Brzuch mu wylazł. Kelnerka podchodzi do nas. „Dzień dobry, miło pana u nas widzieć. Co podać?” „Panią również miło widzieć. Poproszę kawę z mlekiem” – mówi Jacek. „Oczywiście.
A dla pana coś jeszcze?” – zwraca się do mnie. „Dziękuję.” Kelnerka znika. „I to jest tutaj piękne” – mówię i nie dopytuję chłopa, z jakim mlekiem: zwykłym, sojowym czy kozim, tylko przyniesie z mlekiem. Racja, też nie lubię tłumaczyć. Kobieta już nie klika. Siedzi cicho. Dzięki temu oraz odwróceniu uwagi przez kelnerkę możemy przejść do rzeczy. Jacek opiera się o stolik. Ja się nie ruszam. Przypominam sobie wszystko, co wiem o jego potrzebach.
20 numerów do przeniesienia od pomarańczowego operatora, wirtualna centralka i awaryjny internet do biura. Co ona robi? Czyta chyba. „Włodziech mówił, że może pan zrobić porządek z moimi numerami” – mówi Jacek. Jasne, będzie najklarowniej, jak się da. Chcę zadać pytanie, ale kątem oka widzę, że kobieta się porusza. Pochyla się, dotyka łydkę, lekko ściska. Jacek też to widzi. Patrzymy na siebie, ale skupiamy się na niej. Jak skóra napina się pod naciskiem palców.
Jaka jest sprężysta. Jak świetna musi być w dotyku. Znowu przestajemy rozmawiać. Kurczę, jaka solidarność między nami. Jakie zrozumienie. No co za baba! Ona się prostuje. Nie widzimy, że się uśmiecha. „Co jest dla pana najważniejsze w tym naszym temacie?” – próbuję wznowić rozmowę. Co?
No właśnie. Kobieta zaśmiewa się w głos. Milkniemy i patrzymy na nią z rozdziawionymi gębami jak gamonie. Coś przeczytała czy z nas się śmiała? Ciężko powiedzieć. „Panie, ma działać” – mówi Jacek. Co? Ma działać po prostu. On też jest taki rozmontowany? Kelnerka przynosi dla niego kawę.
„Proszę”. „Dziękuję”. Ogarnij się. U każdego operatora zdarzają się problemy techniczne z obsługą, z naliczaniem opłat. Ważne, żeby mieć kogoś normalnego, kto pomoże – mówię. Racja. Jacek miesza. Biorę łyka. Moja kawa jest już letnia. I tak jest wszędzie, ze wszystkim.
Jak się nie ma znajomości, to ciężko coś załatwić. Albo sprzedadzą lipę – mówię dalej. „Mhm”. Nie ma sensu strzępić języka. Jacek upija odrobinę parującego napoju, a jego gałki znad kubka wyglądają jak na sznurkach. Ona za nie ciągnie w swoją stronę. Teraz kobieta patrzy w telefon. Gdyby trzymała go odrobinę wyżej, pomyślałbym, że robi nam zdjęcia. Śmieje się, skubana. Zwyczajnie drze z nas łacha.
Wlepiamy gały jak cielaki, jak zresetowani w awaryjnym trybie pracy. Co za kobieta, co za kwintesencja. Dopija kawę i się zbiera. Każdy jej ruch jest przemyślany. Kiedy prosi o rachunek i pakuje laptopa, robi to tak lekko i zgrabnie, jakby niczego nie dotykała. Z nienaganną postawą jak posąg bogini. Telefon chowa w torebce, zakłada ciemne okulary, łyczek przed wyjściem i wstaje. Jacek ma już kompletnie w dupie ukrywanie, że na nią nie patrzy. Nawet nogi wziął na bok. Po prostu patrzy na nią jak na monodram w ulicznym teatrze.
Kobieta stoi, zatrzymuje wzrok na bruku w pobliżu jego nóg, niejako pytając: „Co pan sobie wyobraża? Co to ma znaczyć?” On to dostrzega. Unosi szklankę i wyraża uznanie. Zjawiskowa. „Żegnam” – odpowiada kobieta i rusza. Jest jak błyskawica. Przykuwa wzrok, wszystko zmienia, gdziekolwiek się pojawia. „Życzę wszelkiej pomyślności” – dodaje Jacek. A ja jak cielak z otwartą gębą patrzę na jej tyłek i na to, jak stawia kroki. Obcasy stukają o bruk, jakby padały strzały.
Znika w bramie. Długo jeszcze patrzymy w tamtą stronę. To ona. Z nią przeprowadzę wywiad. „Przepraszam na moment” – mówię i się podrywam. Naprzód kolego. Jacek typowo to odczytał. Wybiegam przed bramę na ulicę, rozglądam się, przechodzę na drugą stronę, zaglądam do samochodów. Nigdzie jej nie widzę. „Szlag” – warczę pod nosem.
Wracam w podwórze. Siadam do stolika. Może często tu przychodzi. „Uciekła?” – pyta Jacek. Przecież wybiegłem zaraz za nią. Powinna być parę kroków przede mną. Takie zawsze znikają tak zgrabnie, jak się tu kokosiła. Patrzę na puste miejsce po niej. „Co to za kobieta?” – pytam. Ładna, ale bez przesady.
Wcale nie powalała. A jednak bardzo silny seksapil i bardzo silna tego świadomość. Przecież ona tu nad wszystkim panowała, szczególnie nad nami, dwoma durniami. Dlatego bez sensu było udawać. Robiła to celowo. Ruchy ciała, dłoni, głowy. Ale żeby tak rozszczepiać atomy? Jak żyć z taką kobietą? Jak miałby szlag nie trafić kogoś, kto ma świadomość, że każdy chłop chce ją zdobyć? Femme fatale.
Takiej nie da się mieć na własność. Takie bywają bardzo samotne. Muszę z nią przeprowadzić wywiad. To jest to. Ona będzie bohaterem. I to jakim! „Przepraszam na chwilę” – mówię i wstaję. Wchodzę do środka. Znajduję kelnerkę. – Przepraszam, mam pytanie.
Czy ta pani, która siedziała na zewnątrz, czasami tu przychodzi? Kelnerka patrzy na mnie podejrzanie. – Jestem pisarzem i handlowcem i chciałbym jej złożyć propozycję współpracy. Proszę tylko kiwnąć, jeśli to stały klient i niczym się nie przejmować. Charyzmą ją, charyzmą. Uśmiecham się serdecznie i puszczam oczko. „Tak, ta pani czasami tu przychodzi”. – Pięknie dziękuję. Dostaniesz duży napiwek, dziewczyno. Uradowany wracam do Jacka ubić interes.
Wciąż o niej myślę. To porąbane. Jestem w tej kawiarni czwarty dzień z rzędu i jej nie spotkałem. Może dlatego, że był weekend, a ona przychodzi w tygodniu. Przynajmniej kelnerka zbała mocno napiwkami. Siedzę przy moim stoliku. Zrobiłem sobie z tej kawiarni biuro. Stoik, przy którym siedziała kobieta, jest moim ulubionym. Umawiam tu możliwie jak najwięcej spotkań, a rano, kiedy jeszcze nikogo nie ma, piszę. O niej.
O tym, jak ją widzę, jaką jest damą. I choćbym miał jej więcej nie spotkać, przyoblekę w ciało. Na początku piszę o prozaicznych sprawach. Takich szczegółowych opisów w gotowym tekście nie ma, ale dzięki temu lepiej ją zobaczę. Jak w różnych sytuacjach poprawia spódnicę, jak stoi w bieliźnie i zakłada rajstopy, w jaki sposób się maluje, jak myje w umywalce włosy. Teraz jest zmęczona po pracy. Dopiero zdjęła buty i umyła ręce. Rozmawia z kimś przez telefon. To nie jest służbowa rozmowa. Może z matką albo z kimś, kto dużo mówi.
Może z koleżanką. Niech rozmawia z matką. To pomoże określić jej nastrój, wprost proporcjonalnie odwrotny do mojego. Rozmowa telefoniczna przebiega rzeczowo. Matka nigdy nie okazywała uczuć. Nie potrafiła. W domu panował chłód, ale i grzeczna atmosfera. Kobieta słucha, jak matka mówi. Siada na kanapie, z ulgą wyciąga nogi na pufie. Jest zgrzana upałem i noszeniem zakupów.
Matka przekazuje bieżące plotki, kulturalnie wypytuje o interesujące rzeczy, a córka patrzy na swoje stopy. Smukłe, wciąż bez haluksów. Pociera jedną o drugą. Rozszerza palce. Marzy o masażu. Sięga po pilota i włącza muzykę. Słyszę chillout. Odzywa się trąbka. Zapożyczam melodię z kawiarni. Jest idealna.
Kobieta zdejmuje nogi z pufa, siada prosto. Po chwili wstaje, podciąga spódnicę i ściąga rajstopy. Co za nogi! Bardziej chodzi o zgrabny ruch niż to, jak wyglądają, ale całość działa na moje ciało. Muszę robić przerwy, odwracać uwagę. Wszak jestem w kawiarni i w pracy. Celowo piszę o intymnych rzeczach. Jeśli będę wiedział, jak się wtedy zachowuje, co z niej wychodzi, kiedy nikt nie patrzy, jak jej ciało odbija myśli, to dam jej bardziej naturalne zachowanie wśród ludzi. Sam będę ją lepiej wiedział. Jesteś zwykłym świętuchem, przyznaj.
Gdy zdejmuje spódnicę, pomaga sobie, kołysząc biodrami. Właśnie. Jaką ma pupę? Dumam chwilę. W kształcie śliwki. Piszę, jak nią kołysze, aż spódnica znajdzie się niżej, jak porusza przy tym ramionami. Jaki ma wyraz twarzy. Siada, składa ubranie i kładzie obok. Zdejmuje biustonosz. Uwolnione piersi kołyszą się pod bluzką.
Czuje ulgę. Ściska jedną, potem drugą, budząc tym bardzo wrażliwe sutki. Była szczupła, ale biust miała spory. Przypominam sobie. Zatrzymuję się. Czy ja mam wchodzić aż tak głęboko? Czy nie naruszę jej prywatności? Pisarz zadaje sobie czasem takie pytania w odniesieniu do nieistniejącej osoby, ale tak właśnie postać literacka nabiera ciała. Przecież chodzi o jej wnętrze. I tak nie oddam słowami tego, co tu wtedy z nami zrobiła.
Literacko za cienki w uszach jestem. Czy ja nie przesadzam? Czy nie odpieprza mi palemkę? Przecież to zwyczajna kobieta. Mogę napisać wszystko przecież. Do tej pory porusza się jak dama. Nienagannie. Wszystko gładko, każdy ruch subtelny i z klasą. Każda rzecz współpracuje jak palce karzeł. Ale w pewnym momencie etykieta wdzięku się załamuje.
Kiedyś musi. W końcu jest sama. Przyciska barkiem telefon do ucha i przyciąga stopę. Od tych butów potwornie cierpią małe palce. Czuje chłód powietrza na rozgrzanych udach i pomiędzy nimi tak wyraźny, że skupia na nim uwagę. Ta pozycja daleka jest od wytwornej, ale ona się nie przejmuje. Jej seksapil jest naturalny. Nie zależy jej wcale, by było widoczne. Ściska palce i śródstopie. Dotyk powietrza w rozgrzanych miejscach daje niesamowitą ulgę.
Zdejmie też majtki. I tak pójdzie pod prysznic. Siada prosto i ściąga bluzkę. Wypadają spod niej piersi. Sutki sterczą dumnie. Opiera się, unosi pupę i zsuwa bieliznę. Pasek materiału wyskakuje spomiędzy pośladków. Kiedy matka mówi, jak jest gorąco, i że cała się poci, córka rozkłada i zadziera nogi, żeby powietrze miało lepszy dostęp. Prysznic będzie cudowny. I ja to wszystko widzę, jakbym stał przed nią.
Koniec telefonicznej rozmowy, ale ona jeszcze nie wstaje. Łapie się za uda, przesuwa po nich dłońmi, chwyta pośladki. Powietrze tak przyjemnie chłodzi. Trąbka rozleniwia. Żaden facet, widząc ją teraz, nie byłby w stanie się nie oblizać i nie paść przed nią na kolana. Ona patrzy w prostokąt światła na podłodze. Wędruje po nim wzrokiem za okno. Ciągnie ją do słońca jak ćmy do żarówki. Szczególnie w taki ciężki dzień jak dzisiaj. Prostuje nogi i rozszerza na boki.
Kiedyś trenowała gimnastykę i robiła pełen szpagat. Wciąż jest nieźle rozciągnięta. Widok jest cudowny. Okej, wystarczy. Czas na pracę. Z żalem żegnam się z tekstem. Nie lubię tak przerywać. To nieprawidłowe, wręcz niezdrowe. Stosunek przerywany. Powinienem pisać, dopóki unosi natchnienie.
I tak może się ulotnić w każdej chwili. A takie przerywanie to zwykła strata dla tekstu, dla spójności i samej historii. Później natchnienie będzie unosić inaczej, już na innej wysokości, na innym wietrze. Dopijam kawę, zbieram graty i idę sobie. Za 20 minut mam spotkanie w Sopocie. Kelnerka wchodzi na podwórze posprzątać po mnie. „Ciao, dziękuję” – wołam spod bramy. – Do widzenia. „Ciao”. Co za pedał.
Uciekam. Jutro znów tu przyjdę. Jeśli nie spotkam tamtej kobiety, przynajmniej zostanie mi zainspirowana nią bohaterka. Ciekawe, jaka jest naprawdę. Najgorsze, że nie będę miał wywiadu. Muszę znaleźć kogoś innego i dać imię tej fikcyjnej. Na niechciane pożądanie najlepsze jest odwrócenie uwagi. Myślę o różnych bzdetach, ale wszystko i tak zmierza ku niej. Z nią jest inaczej niż z innymi bohaterami, tymi opartymi o prawdziwe osoby. Nie miałem dotąd problemu, żeby o nich zapomnieć na czas pracy zarobkowej czy innych zajęć.
Dopiero w przerwie albo w drodze do domu, kiedy dzień zwalnia, fabuła i bohaterowie wracają do głowy mimochodem. No nie zostawi mnie. Cały czas ją widzę. Patrzy na mnie, potem na swoje stopy. Mówi coś, ale nic nie słyszę. Ładnie układa usta. Apetyczne, pełne wargi. Pamiętam dobrze. Nie robi nic nadzwyczajnego, a i tak nie mogę oderwać oczu. Zbliża brodę do ramienia.
Na ułamek sekundy pojawia się ledwie widoczny grymas cierpienia. Pokazuje, jaka jest bezbronna, że potrzebuje opieki i uwagi. Cwaniara. Próbuje mną sterować. Chce czegoś. Ma jakiś cel i na pewno nie jestem nim ja. Dość szokująca to wiedza, ale o dziwo nie boli. Za brzydki i za stary już jesteś, żeby się przejmować. Mimo to jestem w szoku. Ona chce się wydostać z mojej głowy.
Chce się ode mnie uwolnić. Zależy jej, żeby opowieść została opowiedziana, żeby się mogła w niej narodzić, a raczej zostać napisana. Mówię sobie, że to przecież za krótko. Skoro sam jej nie znam, to ona mnie tym bardziej. Dlaczego więc chce uciec? Nie lepiej się wstrzymać? Wiem, że chce ode mnie kompletnego ciała, sposobu poruszania, może czegoś jeszcze. Czym prędzej zaistnieć. Dostała ciało i kształty, jeszcze bez szczegółów, ale najazd kamery dopiero przed nami. Dlaczego ona tak na mnie działa?
Im przecież dopiero będę budował jej osobowość. Na razie mam zarys jej siły. Skąd się wzięła ta niecierpliwość, sto razy silniejsza niż u innych kobiet? Dlaczego nie daje mi spokoju? Chcę wierzyć, że nie ja jej tak przeszkadzam, że śpieszy się z innego powodu. Gwałtownie hamuję. Prawie wjechałem komuś w dupę. Idiota! Ubliżam sobie. Cieszę się.
To odwróciło uwagę od pomysłu, że ona śpieszy się do kogoś innego. Bardzo prawdopodobne, że poszedłbym w tę stronę. Femme fatale. Wszystko jej wina. Ruszam i słyszę w głowie tę durną przyśpiewkę weselną. Ona temu winna. Ona temu winna. Ja się pytam, jakie imię mieć powinna? Jestem już w Dolnym Sopocie. Mijam Grand Hotel.
A co, jeśli ona traktuje mnie jak swojego papcia? Śmieję się, ale tak to wygląda. Z tą różnicą, że do ojca się coś czuje. Czemu robię z niej taką zimną? Przecież jej nie znam. I jeszcze się oszukuję. Jest bardziej pewna siebie niż inni. Przez to trochę władcza. Bardzo dobrze wie, czego chce i dokąd zmierza. Mówię do pani przechodzącej przez pasy.
Milknę. Miałem o niej nie myśleć. Ile czasu nie myślałeś? Ile minęło? Nic nie minęło. Ona temu winna. Kretyn. Jestem na miejscu. Udaje mi się zaparkować pod samą restauracją Palestra. Ładna z zewnątrz, na podeście stoliki.
Za blisko ulicy. Wchodzę do środka. Szału nie będzie, tylko pięć numerów do przeniesienia, ale knajpa pierwszorzędna. Jest klima. Jeśli zaproponuje żarcie, godzę się natychmiast. Wystrój majestatyczny, sądowy, dużo drewna. Podchodzę do baru jak do stołu sędziowskiego na sali. „Dzień dobry panu” – wita obsługa. „Dzień dobry. Ja do pana Zbyszka”.
„Oczywiście. Z kim mam przyjemność?” „Marek Dobrzański”. Siadam w loży, a młody chłopak leci na zaplecze w podskokach. Myśli, że jestem kimś ważnym. Ile daje garnitur, krawat i broda. Powierzchowność jest ważna, szczególnie w pracy. Nie walczę z tym. Wykorzystuję. Ale mnie to wkurza. Co za głupota, że jeden skacze przed drugim jak sługa.
Widzi jak wygląda i w głowie powstaje obraz, wizja. Zupełnie inna osoba. Przecież nieważne kto kim jest, ważne za kogo się uważa. Zawsze to sobie powtarzam, szczególnie w takich sytuacjach jak teraz, żeby mi niepostrzeżenie nie odbiła palemka. Podchodzi kelner. „Czy mogę coś podać?” „Małą czarną, proszę”. Skinął i poszedł. Młody chłopak wraca z zaplecza. Widzę po nim, że już wiem, kim jestem. Zwykłym handlowcem.
Przyjął ignorancką postawę. Pewnie jest zły na siebie, że się tak przejął moją wizytą. Dał nabrać się wyglądem, a okazałem się tylko kolejnym wciskaczem, który będzie się płaszczył przed jego pracodawcą. Zachowanie pracowników nie raz zdradziło charakter szefa. Zbyszek już dawno wie, że tu jestem. Celowo każe mi czekać. Ach, ta gra handlowa. Uwielbiam to. Dostaję kawę, mieszam, upijam. Dobra.
Grzebię w telefonie. Pewnie po chwili rozmowy będę odpalał komputer. Mógłbym zrobić to już teraz i popatrzeć na tekst o niej, ale nie wiem, co Zbyszek odwali. Może będę się zaraz zwijał. Odkładam telefon i wpatruję się w kawę. Znowu pojawia się ona. Pcha się do głowy. Notuję w telefonie. Stoi pod prysznicem. Dotyk letniej wody jest bardzo wyraźny, jakby skóra była podrażniona przez upał.
Staje w rozkroku. Woda inaczej zakręca, spływa w nowych miejscach. Skóra wszędzie jest taka wrażliwa. Kobieta przesuwa dłońmi po głowie i zbiera z tyłu włosy. Są ciemne, długie, zazwyczaj upięte wysoko, jak wtedy w kawiarni. Dzwoni telefon. „Tak, panie Jacku?” Odbieram. Podpisaliśmy umowę i dopinamy bzdety jak poczta głosowa, blokady premium. Uwielbiam robić rzeczy, za które nie ma pieniędzy. Wracam szybko pod prysznic.
Dotyka piersi, unosi je i ściska. Sutki sterczą od czasu, kiedy je obudziła. Zaczyna się śmiać, bo uświadamia sobie, że jest podniecona. Łatwo jej to zignorować na tym poziomie. Bierze myjkę, płyn, namydla się. Nie ma czasu. Jest dziś jeszcze umówiona. „Witam”. Przyszedł właściciel restauracji. Oczywiście się śpieszy.
Będzie nerwowy. Chce mnie napiąć, żebym stracił panowanie i niczego nie kontrolował, tylko się motał i nawielęgocił. Staje. On podaje rękę jak hrabia do całowania. Ściskam porządnie. „Dali panu kawę? Dobrze” – mówi. „Bardzo dobra. Dziękuję”. Siadamy.
„I co mamy? Bo nie mam czasu i T-Mobile ciśnie” – banał. „Zapewne. Jak pan nie ma dziś czasu, możemy się spotkać kiedy indziej” – mówię. Chłop mruży oczy. Clint Eastwood. Chce mnie wystraszyć, ale go wytrąciłem z torów. Mam ochotę się uśmiechnąć, ale nic mi nawet nie dygnie. Spotykam się z tobą drugi raz tylko jeśli nie masz drukarki albo będziesz chciał sprzęt. Jest tu i teraz.
To on ma farta, że tu przyszedłem, nie ja. Musi to wyczytać z moich oczu i mowy ciała. To oczywiście nieprawda. Złudzenie. Gra handlowa. Chłop szybko pęka. „Dobra, mów pan, co masz i zamykajmy temat. Nie mam na to czasu”. „Ma pan pięć numerów do gadania. Coś oprócz tego?” – pytam.
Nic więcej. Sprzęt potrzebny? Bez sprzętu. I prawidłowo. Pytam jeszcze o szczegóły, ile internetu w telefonach, o jakieś dodatkowe usługi i sprzedaję drogo. Z początku jest zdziwiony, że to już, tak szybko, ale głupio mu było odmówić. Po wszystkim z powagą na twarzy gratuluję skinieniem mądrej decyzji i wychodzę. Odpalam silnik i ruszam. Tak jest. Kilometr dalej cieszę się z sukcesu.
Jadę z powrotem do ulubionej kawiarni. Może ją spotkam. Szkoda. Zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek na nią trafię. Co jeśli kelnerka jest cwańsza ode mnie? Może specjalnie powiedziała, że ona tu bywa, żebym przychodził wydawać kasę A tamtą widziała pierwszy raz w życiu. Teraz na to wpadłem. Lepiej późno niż wcale. Mam ochotę pogratulować kelnerce zrobienia mnie w balona, ale słyszę na bruku obcasy. To ona.
Gdzie tam ona. Te kroki są cięższe. Tamta stukała lekko i zabójczo, jakby strzelała z małego kalibru. Pani po czterdziestce siada przy stoliku obok i się uśmiecha. Odwzajemniam uśmiech, witam skinieniem i zajmuję się sobą. Wyciągam telefon i notuję. Suszy włosy, sprząta, przygotowuje szybki obiad. Wszystko nago. W domu może robić, co chce. Jest wolna.
Proszę. Kelnerka przynosi moją kawę. Dziękuję. Patrzę na jej małą twarz. Wcześniej nie zwróciłem uwagi. Pomniejszona mordka. Krępuje ją moje spojrzenie. Szybko odchodzi. Nie wygląda na cwaniarę. Może mówiła prawdę.
Czuję, że ktoś mnie obserwuje. I nie jest to kobieta obok. Patrzę po oknach wyglądających na podwórze. Nikogo nie widzę, ale przecież sporo par oczu musiało mnie przez nie widzieć. Na pewno dla starszych osób to atrakcja obserwować gości kawiarnianego ogródka. Widzę jedną osobę. Tęga pani na trzecim piętrze często siedzi w oknie. Niewiele mnie to obchodzi. Niech sobie patrzą. Odpalam komputer.
Co z tym wywiadem? Chyba to na razie odłożę. Zajmę się kobietą, która chce się wydostać z mojej głowy. Gdybym tylko spotkał pierwowzór. Jak blisko jestem oryginału? Może być tak, jak ją opisałem w upalny dzień. Zmęczona, zgrzana, rozmawiała przez telefon. Tak mogłaby się zachować. To prawdopodobne. Jeśli osobowość tamtej prawdziwej pani okaże się zupełnie inna, to będę miał dwie bohaterki.
Tej w mojej głowie muszę w końcu nadać imię. bladego pojęcia nie mam jakie. Już nawet myślałem, żeby poszukać inspiracji w żywiołach, jak romantyczny nastolatek. W wodzie, wietrze, w ogniu i w klozecie. Jak oddać jej osobowość, charyzmę, kobiecość? Przecież musiałbym być choć trochę kobietą, jakąkolwiek, niekoniecznie pełną sprzeczności. Ona sama może nie rozumieć, dlaczego jest taka. Ciężko jest wytłumaczyć coś naturalnego, tym bardziej piękno. Sam się spotkałem z czymś podobnym ostatnio, kiedy siedziałem kilka dni na dzikiej plaży. Byłem podziwiany za zaradność.
Myślałem, że obaliłem uzasadnienie krępującego podziwu, tłumacząc, że co to za problem, jak się od 25 lat targa żelastwo i całe życie jeździ w dzikie kąty. Ale człowiek, który przechodził obok i zaszedł na kawę, powiedział, że to nie to. Obserwuje mnie, jak się krzątam i słucha, co mówię. I to jest niesamowite. Do dziś tego nie rozumiem, a on nie potrafił wyjaśnić, co takiego niesamowitego jest w pytaniu, czy chce mleko do kawy. Jeśli tylko to, że go zaprosiłem, to co w tym niesamowitego? Przecież to był kaprys. Akurat przechodził i gotowała się woda. Wydało mi się ciekawe zaprosić jegomościa na chwilę rozmowy. Wyglądałem normalnie według przyjętych norm społecznych i survivalowych.
Miałem kompletny strój, zamknięty namiot, czysto wokół, brudne paznokcie i ogorzałe lico. Nie moja wina, że w tych frajerskich czasach to takie rzadkie. Uśmiecham się na wspomnienie weekendu na plaży. I co w tym niesamowitego? Przecież to jest zwyczajne. Za czasów mojego ojca każdy facet potrafił rozbić namiot, rozpalić ogień i wstawić na nim wodę. Nikt się tym nie podniecał. I nagle mnie oświeca. Chciał cię po prostu wydymać na tej plaży i dlatego łechtał. A ja się tu porównuję do niej i wpycham ze swoimi brudnymi girami.
Faceci mogą mieć w ogóle seksapil? Czterdziestka mi się przygląda, uśmiecha. Może robię dziwne miny. Ratuje mnie kelnerka. Przynosi jej kawę. Dalej mogę kontemplować i nie kontrolować twarzy. Łyk kawy i wracam na plażę. Nie ma tam już tego chłopa. Zresztą nie dobierał się do mnie i zachowywał normalnie. Zakochał się i poczuł, że nie odwzajemniam.
Kolejna wersja. Nie mogę jej powstrzymać. Czekał rozmarzony, ale zobaczył, że jestem hetero, a już na pewno, że jest za stary. Parskam śmiechem. Kobieta obok spogląda na mnie. Udaję, że to coś w telefonie. Zamkniesz już tą pisarską mordę? Czuję, że zaraz tej pani dokleję jakąś historię. SMS od mamy odwraca uwagę. Znowu z bzdetami.
Jakieś pretensje, że ojcu coś powiedziałem. A ona jak zwykle jest na uboczu. Szlag mnie z nimi trafi. Wyrzucam to z głowy, bo już dawno na takie wiadomości nie odpisuję. Nawet nie czytam do końca. Niesamowite, niesamowite. Wracam na plażę, robię notatkę. Niesamowite jest chcieć czegoś całe życie, marzyć o tym i nic z tym nie robić, tylko marudzić, że się nie ma. I zazdrościć tym, którym chce się rozwijać. To jest niesamowite.
Tego nie rozumiem. Siada mi nastrój. To przez rodziców i ten ich śmieszny rozwód. Powiedziałem im ostatnio, że mam gdzieś latanie w dwa różne miejsca, żeby się nimi opiekować na starość, czyli już niedługo. Mają ustalić, do kogo będę jeździł rzadziej. „No co?” — zapytałem. Doba ma 24 godziny i zwyczajnie się nie rozdwoję. Fajnie, że to dla nich poważny problem. Może przestaną się wygłupiać. Dopijam kawę.
Wchodzę do domu i znowu myślę o niej. O co zapytam, jeśli ją spotkam? Czy będzie w stanie mi odpowiedzieć, skąd się bierze jej magnetyzm? Nie sądzę. Jednak zdradzi mi swoje zdanie, pasje i upodobania. Weź się kobieto, daj się odlać! Znowu się pcha. Już mnie to wkurza. No co za postać. Kładę klucze na szafce w przedpokoju, zdejmuję buty i lecę do łazienki.
Muszę w końcu dać jej imię. Który raz już o tym myślę. Zwyczajnie nie czuję się godzien. Wymyślanie imion i nazw nie jest moją mocną stroną. Nie mam pojęcia, czy ma być pospolite, czy wzniosłe. Szlag, jakie jest naprawdę? Idę do dziennego pokoju. Po drodze zabieram komputer. Napiszę o niej, skoro się tak pcha. Rozsiadam się na kanapie.
Właśnie, ile ona może mieć lat? 30. Dobrze wychowana, wykształcona i nastawiona na sukces. Dumna z tego, kim i jaka jest, czego dokonała zawodowo. Więcej niż niejedna czterdziestolatka. Zadowolona ze swojej niebanalności, poczucia wartości, smaku i własnego zdania. Nie potrafi tego ukryć. Dlaczego w ogóle by miała? Najlepsze, że w przeciwieństwie do tych, które jej zazdroszczą i są zawistne, ona jest wyrozumiała dla własnych wad. W pełni ich świadoma akceptuje wszystkie bez cienia kompleksu.
Nawet je wyśmiewa. I to jest siła. Nic na pokaz. Wszystko naturalne. Kobiecość z niej wypływa w sposobie poruszania, mówienia, rzucania spojrzeń. To jest w każdym geście, w każdym oddechu. Upina w łazience włosy, trzyma w górze ramiona. Lubi nieskrępowanie biustu, jego naturalny ruch. Może nie przy sprzątaniu, ale przy układaniu włosów kołyszą się przyjemnie. Nie za mocno, nie za słabo.
Bardzo to lubi. Takie małe spocąko. Teraz ubiera się w sypialni. Ma już na sobie biustonosz. Nie miałem serca opisać, jak pakuje te cuda. Bym się rozpłakał. Zakłada majtki. Nawet tak mało zgrabną czynność wykonuje z wdziękiem, kiedy poprawia z tyłu pasek, a z przodu materiał. Zawieszam się nad tym skrawkiem białej tkaniny, a ona stoi i czeka, jakby wiedziała, że na nią patrzę. Nawet się bardziej prostuje, żeby uwypuklić łono.
Idź dalej. Pora na letnią sukienkę. Zieloną. W niej pójdzie na randkę. Ze mną. Odkładam komputer, przecieram oczy. Jak to ze mną? Wcześniej wiedziałem tylko, że jest dziś z kimś umówiona. Gdyby tylko wiedziała, że ją podglądam. Wie przecież, bo siedzi w mojej głowie, ale widać jej to nie przeszkadza.
Bawi się moim kosztem. Zdaje sobie sprawę, że działa to na jej korzyść, że zrobię dla niej wszystko i ją uwolnię. To nie randka, to spotkanie biznesowe na wyższym poziomie. Kurczę, podejmę wyzwanie. Pora się przebrać, zjeść i cisnąć na siłownię. Wstawiam ryż. Już o niej nie myślę. Już na nią nie patrzę. Postanawiam, że od teraz piszę rzeczowo, bez zbędnych podniet. I będę się stawiał.
Jakie wyzwanie? Nie chcesz jej uwolnić? Chcę, ale się w mordę zakochałem. Śmieję się z siebie. Co za rozważania prowadzę. Już o niej nie myślę. Gdzie torba? Idę do sypialni, a potem do najmniejszego pokoju zaaranżowanego na biuro. Torba treningowa leży przy biurku. Zatrzymuję się.
Nie, to ważne. Z przyjemnością ją uwolnię, ale czy to jej wystarczy? Czy nie będzie mnie chciała wycyckać? Wszystkiego mi zabrać? To w końcu femme fatale. Muszę uważać. Jest zmyślona, głąbie. Myślę chwilę. Tym bardziej może zrobić ze mnie niewolnika. Dlatego od teraz będzie tylko rzeczowo.
Jem przed treningiem tuńczyka z ryżem. Patrzę na żaluzje nieudolnie powstrzymujące słońce. Ona stoi w świetle pod oknem, tyłem do mnie. Wiatr delikatnie podwiewa jej sukienkę, jakby krawiec na koniec prezentował efekt swej pracy. Ma świetne uda. Wygląda młodo. Przecież jest młoda. Do tego wiem, jakie ma majtki i jaki kwiat skrywają. Odwraca głowę i patrzy na mnie. Uśmiecha się.
Podobają mi się jej usta. Muszą świetnie smakować, jak cała ona. Ręce trzymam wzdłuż ciała, jakby w oczekiwaniu. Patrzę na jej szczupłe ramiona i wydaje mi się, że potrzebują ochrony. Mam ochotę je przytulić, wycałować, o wszystkim zapewnić. I jeszcze obrys piersi z boku wpycha się w kąt oka. Ona jest-- trochę ryżu spada mi z łyżki. Z upiętymi w koczek włosami i odkrytymi ramionami jej smukła szyja jest wyeksponowana i wygląda jak dzieło mistrza. Zapłać za nią. I faktycznie wyciągam rękę, ale ona odchodzi i się uśmiecha jak młodziutka dziewczyna.
Siedzę przy stole we wnęce jadalnej z otwartą gębą i w szoku. Przestań o niej rozmyślać. Nic na jawie. Zapisuj tylko. Nie zawieszaj się jak gamoń. Kończę jedzenie wkurzony i z erekcją. Zjeżdżam do hali garażowej. Zapalają się jarzeniówki. Pachnie autami i spalinami. Ktoś przed chwilą wyjeżdżał.
Temu spod piątki tak z rury wali. Idę do samochodu. Dookoła beton i nagle zapachniało łąką, a ona boso stąpa przede mną. Jest lekka jak baletnica, szczególnie z tak upiętymi włosami. Słońce muska jej ramiona i plecy. Kąpiel słoneczna jest dla niej najlepsza. Kobieta zachowuje się inaczej niż w pracy. Jest rozluźniona, a jej twarz promienieje z radości. Jaką ma minę, kiedy oddaje się bez reszty. Zatrzymuję się.
Gdzie ona mieszka, że idzie po trawie? Przecież jesteśmy umówieni w kawiarni. Przecież jeszcze jest czas. Dopiero jadę na trening. Może ma daleko i idzie na DKS. Śmieję się, ale naprawdę mnie to ciekawi. Jesteś zazdrosny? Przestaję o niej myśleć. Później już jej nie widzę. Staram się przypomnieć, co ją otaczało oprócz trawy.
Łąka niedaleko mojej dzikiej plaży. Śmiać mi się chce. Ona naprawdę czyta w moich myślach. Ma przewagę. Tylko niedobrze, że wyszła poza literackie ramy. Przeniosła swoje mieszkanie z Gdyni na łąkę. To możliwość senna, w sumie też pisarska. Myślę. To fantastyka. Jakby mi podpowiedziała.
Słyszę, jak się śmieje głęboko w mojej głowie. Siedzisz w obyczaju i nigdzie więcej. Przecież nawet nie lubisz fantastyki. Chciałbym, żeby już był wieczór. Pragnę porozmawiać z nią w cztery oczy. Stare małżeństwo świerszczy mieszka na wiśni. Siedzą na ławce z sęka przed swoją dziuplą i wygrywają nastrój wieczoru. Jest ciepło. Mam na sobie lekką marynarkę. Płomienie świec pełgają na stolikach, bawią się cieniami w najbliższym otoczeniu.
Wiele okien jest otwartych, palą się w nich światła. Czasami słychać czyjś głos albo telewizor. Moje miejsce jest zajęte przez młodą parę. Nie mam im za złe. Ładnie wyglądają. Z gramofonu znów wydobywa się trąbka, ale tym razem inna. Tomasza Stańko. Pięknie rozleniwia wieczór. Imię kobiety pojawiło się tak po prostu, jakbym znał je od zawsze. Nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy je poznałem.
I bardzo dobrze. Nie muszę wymyślać. Cały czas była Małgorzatą. Już nie przyjdzie. Może się obraziła, że ją zamknąłem w obyczaju. Spodziewałem się tego. Dlatego zabrałem komputer. I skoro mamy małą kosę, dam jej teraz spokój. Piszę o przeszłości. Ile kłopotów seksapil przysporzył jej już w dzieciństwie.
Jak brzydko wobec niej zachował się pan Ecio, sąsiad o gołębim sercu, przed którym uratował ją pies. Jak w szkole średniej się męczyła, spotykając wszędzie masy zboczeńców. Nawet kuzyn ojca okazał się obleśną świnią. Dość. Po co o tym pisać? Teraźniejsza Małgorzata się nie odzywa. Znosi to obnażanie z podniesionym czołem. Nic nie jest w stanie jej zranić. To, co zdradzam, nic nie znaczy. Kilka lat temu stała przy oknie w sali konferencyjnej.
Czekała na klienta. To jej pierwsze poważne negocjacje. I od razu na dużą partię wyrobów hutniczych. Nie chciała być sama, ale dyrektor był w delegacji. Nie było nikogo innego kompetentnego, kto mógłby ją wesprzeć. Prezesura siedziała na Śląsku. Dyrektor powiedział przez telefon, że jest gotowa. Da sobie radę. Wie, że jest twarda i nie opuści ceny, a kontrahent zdecyduje się dla niej. Będzie chciał ją widywać przy każdym zamówieniu.
Na to nie była gotowa. Ten klient robił z nią to samo, co ze mną właściciel restauracji. Kazał jej czekać w tej sali, żeby ją zmiękczyć. Wiedział, że była świeża. Zorientował się, kiedy składała ofertę. Teraz mieli negocjować cenę. Faktura na 400 tysięcy. Wszedł do konferencyjnej przystojny, wysoki brunet w stylu międzywojennym. Była miła jak zawsze, ale chłodna. Kultura osobista na wysokim poziomie, zawsze idealna poza i wszystko niewymuszone, naturalne.
Mężczyzna po drugiej stronie stołu był zdobywcą i złym człowiekiem, nieprzebierającym w środkach do osiągnięcia celu. Przerwał je pytaniem, czy się z nim umówi. Zapadła cisza. Kompletnie się tego nie spodziewała. Była skupiona na biznesie. Odmówiła i próbowała wrócić do tematu, ale jej magnetyzm podkreślony chłodem tylko bardziej podniecił biznesmena. Postawił na szali zlecenie, a kiedy nic to nie dało, stracił panowanie i zwyczajnie nie chciał jej wypuścić z sali. Zaczęła krzyczeć, zmęczona już facetami tego typu, mimo że w związku była tylko z jednym i też okazał się cieciakiem i świnią. Po tym wydarzeniu została zwolniona. Dyrektor wiedział, jak dziewczyna działa na mężczyzn.
Mimo to nie uwierzył w jej wersję. Przesłoniła ją strata 400 000. Uważał, że pewnie przesadnie zareagowała na komplement i rozpętała burzę. Poza tym zero-jedynkowy zarząd chciał jej głowy. Odrywam dłonie od klawiatury. Co jest? Patrzę na swoje dłonie. Nie panuję nad nimi. Prawa dłoń wciska enter parę razy, żeby przeskoczyć kilka linijek niżej. Dłonie zaczynają pisać.
Odwracam głowę, żeby nie patrzeć. Ciekawe co z tego wyjdzie. Rozglądam się. Od patrzenia w ekran podwórze wydaje się czarne jak sadza. Przyzwyczajam oczy. Młoda para przygląda mi się, zamiast zajmować sobą. Peszę ich wzrokiem, ale orientuję się, że odgłos zasuwających po klawiaturze paluchów rujnuje im romantyczny wieczór. Ups, spadam. Dowijam herbatę. Pisać dalej mogę w domu.
Czytam jeszcze, co napisały moje ręce. Dlaczego próbujesz mnie zranić? Gapię się na to zdanie z wytrzeszczonymi gałami i przed szereg wychodzi prawdziwy powód, dlaczego napisałem o jej przeszłości. Gówniarz. Piszę dalej. Nic na to nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że nie pogorszę sprawy. Teraz radzi sobie zupełnie inaczej. Klienci stają się jej niewolnikami. Trzyma ich na dystans, nic o sobie nie mówi, a oni lgną do niej jak namagnesowani.
Jest jak tajemnica, która niesamowicie nęci. Mało który próbuje ją uwieść, tak mocno onieśmiela. Dokładnie tak, jak chce. To celowe. Kobiecość wychodzi z każdego jej ruchu, z każdego skrawka ciała. Ale nie narzuca się, chwilami jakby świadomie powstrzymywana. Skromność jeszcze bardziej ją podkreśla. Mężczyzn oczarowanych jej wdziękiem doprowadza do szału to, co jeszcze skrywa. Do jakich zachowań jest zdolna, co robi, kiedy nikogo nie ma, jaka jest w łóżku z mężczyzną. Wielu syci się nią w myślach, ale nie wiedzą, jaka jest naprawdę.
Jest taka, jak myślą, a może jeszcze bardziej wyustana. Jak jest naprawdę? Myślenie o tym doprowadza do szału i do idiotycznych zachowań. Wtedy jej lodowate reakcje gaszą błyskawicznie choćby najmniejsze oznaki głupoty. Biznes towarzyszy jej od dziecka. Ojciec był wpływowym człowiekiem i kiedy tylko stało się to w Polsce możliwe, został dużym przedsiębiorcą. Robił interesy z ludźmi z wielu krajów. Kiedyś przez jednego kontrahenta z daleka mała Gosia w firmie taty została wyceniona na kwotę, za którą można było postawić dom. Kupiec ze Wschodu gotów był dać więcej i gdyby ojciec jej nie kochał, śmieszne targowanie mogłoby stać się niebezpieczne. Odkładam komputer.
Czuję się dziwnie zawieszony albo obnażony. Jest mi nieswojo. Wstyd. Gówniarz! Powtarzam w myślach. Nalewam sobie whisky i zastanawiam się, jak się zreflektować, jak stworzyć jej olśniewającą osobowość. Zamknąć mordę. Może i tak. Przecież ona ma już wnętrze. Miała, zanim ją poznałem.
Wszystko, co powiem, może być błędne. Wracam do kompa, włączam muzykę. Potężne kawalerskie głośniki zaczynają sączyć delikatną trąbkę i gitarę jazzową. Pięknie pasuje. Patrzę w ekran. Najprościej zapytać, czego chce, skoro i tak mnie słyszy. Chcesz, żebym dalej o tobie pisał? Zamykam oczy i zawieszam dłonie nad klawiaturą. Nie wiem, gdzie uderzą palce, ale przecież mają pamięć. Ona z pewnością wie, jak z niej korzystać.
Palce stukają cztery sekundy. Otwieram oczy i czytam. A czego ty pragniesz? Hmm. Pociągam solidny łyk whisky. Pychota. Dobra whisky nigdy nie zawodzi. Szczególnie wieczorem. Smak pomaga skupić się nad tematem. Krążę wokół jej osobowości.
Co jeszcze dodać? Nie śmiem wchodzić do jej głowy i formułować myśli. Nie wolno. Przecież moja świadomość daleka jest od kobiecej i to jeszcze tak przesiąkniętej seksapilem. Dając jej swoje męskie wyobrażenie tego, jak ona myśli, zwyczajnie bym ją zabił. Dlatego muszę się z nią spotkać tutaj, na Papiesze w kawiarni. Znowu jest ranek. Bezpane ptaszki drą dzioby w liściach wiśni. Kawiarnia jest pusta, nikt nie wygląda z okien. Łatwo mi sobie wyobrazić siebie przy naszym stoliku.
Jestem tu codziennie. Małgorzata wyszła z bramy. Nie każe mi czekać. Ona gra inaczej. Obawiam się, że dopiero poznaję zasady. Ona jest już wytrawnym graczem. Znowu jej nie widzę przez słońce. Nie stuka obcasami. Jest boso? Staję.
Ona się zatrzymuje. Jest niewiele niższa ode mnie. Ma na sobie białą spódnicę w kwiaty i prostą białą bluzkę. Wygląda powalająco. Ten biust, szczupłe ramiona, wąska talia i bose stopy, które nie dotykają bruku. Serce wali mi jak głupie, a w niższych partiach trwa mobilizacja. „Uspokój się. Ty jesteś szefem. Ty ją stworzyłeś”. „Wiesz, że nie” – mówi Małgorzata.
Zamieram. Mam też zatrzymanie akcji serca. Także zapada cisza. Czyta mi w myślach. „Tak. Dlatego polecam uważać”. Piękna, delikatna twarz i tyle w niej władzy. I ten głos dziewczęcy. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem. „Doskonale”.
„Wybornie”. „Jak z tobą rozmawiać, skoro słyszysz wszystko?” „Uczciwie”. Oglądam każdy skrawek jej twarzy. Oprawę oczu, brwi, zgrabny nosek. Zawsze mnie kręciły kobiece dziurki od nosa. Ale ma śliczne. Jakbym patrzył na żywą osobę, a nie postać, którą stworzyłem. Kompletnie nie panuję nad swoim ciałem. Muszę poprawić spodnie, inaczej zegnie mnie w dół i będą jaja. Małgorzata uśmiecha się do mnie.
Dobrze wie, co się ze mną dzieje i świetnie się bawi. „Myśl sobie, co chcesz”. Śmieje się na głos do moich myśli, a ja zaglądam jej głęboko w oczy. Nie po to, żeby próbować odgadnąć, co ma w głowie, ale dlatego, że są piękne. Nie skrywają tajemnicy. One są tajemnicą. Jest w nich zadowolenie, że ma nade mną władzę dużo większą niż ktokolwiek wcześniej. Kiedy przesuwam wzrokiem po jej twarzy, pomaga mi. Obraca delikatnie głowę, żebym lepiej widział. Nie jestem świadomy, że to czysta abstrakcja.
W rzeczywistości tak by się nie zachowała. I jakie czytanie w myślach? To przecież niemożliwe. Tylko że ona uważa inaczej. „Bawi cię to, jak na mnie działasz?” – pytam. „Oczywiście”. „I przyszłaś, wiedząc, że nie zapanuję nad wzrokiem, że będę cię pożerał?” „Skąd wiesz, że mi to nie odpowiada?” „No tak. Już nic nie wiem. Mam wrażenie, że stałaś się kimś, kogo kompletnie nie znam, a im lepiej poznaję, tym bardziej się moja niewiedza pogłębia. Przestałem panować”.
„Nigdy nade mną nie panowałeś” – przerywa. „No tak, przepraszam, źle sformułowałem. Po literacku trochę”. „Bądź tu wieczorem”. Robi dwa kroki w tył. „Idziesz już? Nie wypijemy kawy? Mam do ciebie tyle pytań”. „Wieczorem”. Odchodzi.
Kiedy przez słońce widzę tylko jej sylwetkę, odwraca się i mówi: „Tylko w tej drugiej rzeczywistości”. Wypiłem za dużo whisky. Jestem lekko nawiany. Przed chwilą pociłem się w porannym słońcu. W rzeczywistości jest wieczór. Leżę w łóżku. Nawet taki dziabnięty nie mogę zasnąć. Myślę o jej ostatnich słowach. Pójdę tam i co z tego? Przecież jej nie będzie.
To postać literacka. Nie mam na nią żadnego wpływu, żadnej władzy. Zielonego pojęcia, jak się zachowa i co powie. Może jeszcze jakąś inną rzeczywistość miała na myśli. Nic już nie rozumiem, a jako autor mogę przecież wszystko. Mogłem się z nią ganiać na golasa wśród stolików i wiśni na środku podwórza. Usunąć wszystkie okna dookoła albo nas przenieść gdziekolwiek. Nic nie mogłem zrobić. Ona stworzyła to spotkanie. Sama je napisała moimi palcami.
Zaczynam się zastanawiać, kto tu jest postacią literacką i czy ona mnie teraz słyszy. Gdzie w końcu mieszka jej świadomość? W mojej głowie czy na papieże? Może jeszcze gdzieś indziej. Boli mnie głowa. Nie wyspałem się. Gorąco. Termometr w samochodzie pokazywał 30 stopni. Dobrze, że przy tym stoliku jest cień do 12:00. Wyciągam z torby laptopa, kiedy przychodzi znajoma kelnerka.
„Dzień dobry panu. To co zawsze? Mała czarna?” „Dzień dobry. Dokładnie.” Jakaś dziś pobudzona. „Była tutaj przed chwilą ta pani, o którą pan pytał. Powiedziałam jej o panu.” Przestaję oddychać. „Że co proszę?” Wstaję. Może jeszcze ją złapię. „Jakieś 15 minut temu wyszła” – mówi szybko, żebym z powrotem osadził dupę. Pełen uśmiech na małej twarzyczce dziewczyny wygląda groteskowo.
Odwzajemniam. Uspokój się, Narwańcu. „Powiedziała, że wie, że pan jej szuka” – dodaje. „Że co?” Czuję, jak mi się wszystko rozluźnia. „Pomyślałam, że pan ją już gdzieś spotkał. Dlatego wiedziała. Nie było tak?” „Nie. Tutaj próbuję ją spotkać.” „Nie było jej od tamtego czasu aż do dzisiaj. Może była, ale pani akurat nie było.” „Widziałem tu inną kelnerkę? Nie przypominam sobie.” „Od kilku dni jestem sama, bo jedna koleżanka była chora.
Dziś w końcu mnie zmieni po południu, a druga jest na urlopie za granicą.” Pryknęło zazdrością. „To w końcu pani odpocznie.” „Tak, już mam naprawdę dość.” Tylko się nie rozwijaj. Widzę, że ma ochotę. Nie dziwię się. „Okej, dziękuję pani bardzo za informację. Wypiję kawkę i uciekam.” „A tak, już przynoszę.” Pomrugała szybko i poszła. A ja chcę Małgorzatę. Chwilę szybciej i bym ją spotkał. Nie mogę odżałować, ale i tak w środku czuję dziecięcą radość. Wnętrzności mi się trzęsą.
Kelnerka przynosi kawę. „Ale szybko. Dziękuję” – mówię. Mała twarz się uśmiecha, a ja jeszcze pytam: „Ta pani mówiła coś jeszcze? O dzisiejszym wieczorze na przykład?” „Nie. Tylko, że wie, że pan jej szuka.” „Okej, dziękuję.” Odchodzi. Skąd wie, że jej szukam? Może jeszcze wie, że o niej piszę. Wszystko, co napisałem o Małgorzacie, chociażby wczorajsze spotkanie na papierze, to moje wymysły i świrowanie. Nieważne, jak poważne zadaję pytania i jak mocno wierzę we wszystko, co z nią związane.
W rzeczywistości to bzdury. Najgorsze, że muszę sam siebie o tym przekonywać. To nie świadczy dobrze o mojej kondycji psychicznej. Jeszcze się okaże, że mama miała rację, że mi od tego pisania odbije. Jakby nie było, jakaś musi być prawda o tej kobiecie. Nie wiem przecież, jak w rzeczywistości ma na imię i kim jest. Może to pusta lala, która opanowała sztukę próżności, tworząc piękno ruchu i opakowania. Wiesz, że to nieprawda. I właśnie tego nie rozumiem. Skąd wiem?
Dlaczego nie mogę się zmusić, żeby w tej chwili zrobić z niej faceta czy hipopotama? Obie Małgorzaty mi się mieszają. Ta prawdziwa z tą na papierze. Dlaczego powiedziała kelnerce, że wie o mnie? Nie daje mi to spokoju. Przecież tę, którą napisałem, wymyśliłem sam, bez dwóch zdań. Nikt mi łapami nie pisał. Trochę przegiąłem z tym wczuwaniem się w rolę pisarza. Poza tym wciąż chodzę na ciśnieniu, a to uciska mózg. Stąd nazwa „Ciśnienie”.
Czekam na kobietę, która może okazać się czyjąś żoną, narzeczoną, lesbijką, a nawet jeśli jest heteroseksualną panienką, to przecież najprawdopodobniej będzie miała mnie głęboko w swojej pięknej śliwkowej pupie. Normalnie na ciśnieniu udałbym się do którejś z dwóch aktualnych przyjaciółek. Spędzam z nimi wolne wieczory. Nie znają się oczywiście i co ważne, miesięcznice mają różnie. Tak, wiem, że to seksistowskie i okrutne, ale panie w swych knowaniach są o wiele gorsze. Jak one miały na imię? Naprawdę zapomniałem. Uśmiecham się i w tym poczuciu humoru przychodzi do mnie odpowiedź tak oczywista, że zaczynam się śmiać na głos. Małgorzata się pomyliła. Kelnerka najpewniej coś pokięłbasiła.
A tak się złożyło, że ktoś akurat mówił Małgorzacie, że jej szukał i skojarzyła, słysząc podobne słowa. Może była zamyślona. Kto jej szukał? Wstaję od stolika i wchodzę do chłodnej kawiarni. Znajduję kelnerkę. Zbiera naczynia ze stolika. „Jak tu przyjemnie chłodno” – mówię. „Chodzi klimatyzacja. Chce się pan przesiąść?” „Dziękuję. Mam jeszcze pytanie.
Czy tamta pani na pewno mówiła o mnie?” Wstyd mi się robi. Nie sądziłem, że na głos zabrzmi to tak desperacko. Psychopata. „Powiedziałam, że siedział pan ze starszym od siebie mężczyzną. Od razu wiedziała, że chodzi o pana. Zachowywaliśmy się jak idioci. Powiedziała: ten młodszy w białej koszuli.” „Okej, dziękuję pani bardzo.” Wracam do stolika i zabieram się za pracę. Muszę spróbować odwrócić uwagę, bo zwariuję. Do wieczora całe wieki. „Dziękuję.
Na razie nic więcej” – mówię do kelnerki. Ta jest starsza i przy kości. Ładną ma twarz i bardzo ciemne włosy. Hiszpania. Siedzę tu już dwie i pół godziny. Zdążyłem wypić tyle soku, że dwa razy byłem siku. Nie mam pojęcia, co wyprawiam. Zwyczajnie jestem chory. Jeśli przyjdzie, będzie to czysty przypadek i nawet nie jakiś nadzwyczajny. Skąd wie, że jej szukam?
Przez to pytanie prawdopodobieństwo, że przyjdzie spotkać się ze mną, wzrasta znacznie. A jednak jej nie ma. Nie wspominała, o której będzie godzinie. Powiedziała tylko, że wieczorem. Zerkam na zegarek. Dochodzi dziesiąta. Może czeka na zmierzch. Wyobrażam sobie, że dotyka mnie stopą pod stolikiem. Już pewnie. Muszę się szybko pozbyć tego z głowy, zanim trzyosobowa banda niżej pokapuje się, o co chodzi.
Otwarte tu mają do 11, więc albo Małgorzata pojawi się lada chwila, albo ja jestem kompletnym idiotą, co jest oczywiste, i robię z siebie debila. Wstaję. Mam zamiar stąd iść i więcej nie wracać. Przegiąłem. Wchodzę do środka, płacę i wychodzę na podwórze. Jakaś kobieta stoi obok wiśni. Nie, proszę, niech to będzie ona, bo zwariuję. Ruszam ku niej. Ciężko mi trzymać gnaty w kupie. Czuję coś tu i ówdzie, jakby elektryczność.
Piekące pieszczenie prądem. Już wiem, że ciężko mi będzie panować nad ciałem. Dobrze, że się wysikałem. Nie wyobrażacie sobie, jak wali mi serce, jak wszystko zanadto chce się rozluźnić. Nie wiem, co by się ze mną działo, gdybym nie był handlowcem, nie szkolił się i nie przeczytał stosu książek o tym, jak rozmawiać z ludźmi. Zatrzymuję się metr przed Małgorzatą. Dziś ma włosy rozpuszczone, tylko trochę zebrane po bokach i spięte z tyłu. Letnia wieczorowa sukienka opina ciało. Dekolt ma zakryty. Gołe ramiona trzyma wzdłuż ciała.
Widzę w mroku, jak ładną ma skórę. Wystarczy trochę światła z okien i z kawiarni. Oliwkowa. Nabalsamowała nogi. Co za stopy. Są dokładnie takie, jak opisałem. W sandałach na małym obcasie. Wyobrażam sobie, jak je masuję. Delektuję się ich kształtem i tym, co z nimi robię. A wyraz twarzy Małgorzaty jest nagrodą i bardzo potężnym afrodyzjakiem.
Nie widzę, że się ze mnie śmieje, bo zachowuję się irracjonalnie. Ciągle patrzę na jej stopy. Poruszyła palcami, co jeszcze bardziej przykuwa uwagę. Mógłbym masować długo. Mam siłę w łapskach od targania żelastwa przez lata. Nie gap się. Przesuwam wzrok wyżej. Małgorzata trzyma dłonie na brzuchu. Śliwkowa pupa. Sukienka świetnie podkreśla linię bioder.
Jak świetnie musi wyglądać od tyłu. Patrzę na jej twarz. Śmieje się? Czuję się jak małolat. Zasłużyłem na wyśmianie. Ale co tam, nie przejmuję się. Podziwiam dalej. Stęskniłem się. Jej pełne wargi napięte w uśmiechu wydają się gładkie jak skóra delfina. Dotknąć ich czubkiem języka.
Przygryza dolną. Skubana. Błyskawicznie zasycha mi w gardle. Powietrze podsuwa pod nos jej zapach. O matko! Krew natychmiast zostaje przekierowana. Nie mogę się zdradzić, jak na mnie działa. Jeszcze ten upał. Wiesz, że to nie upał. Wkurza mnie ta skłonność do oszukiwania samego siebie.
Ona z uśmiechem się odzywa. Jej głos nie brzmiał tak dobrze w mojej pamięci. „Wszystko, co pan napisał, to prawda”. Co? Przestaję się wewnętrznie miotać. O co tu chodzi? Przez moment nie jestem pewien, czy siedzę przed kompem i piszę, czy jestem tu naprawdę. „Skąd pani wie, że piszę?” Bierze ramiona do tyłu, a ja walczę, żeby nie patrzeć na jej piersi. „Wiem też, że pan mnie szuka. Już na drugi dzień był pan tutaj.
Jest pan codziennie. Kim pan jest? Przecież się pan nie zakochał”. Ile w jej głosie drwiny, ale wszystko wycofane w cień, w granice grzeczności i dobrego smaku. Słychać tylko, że ma ubaw. „Dlaczego powiedziała pani, że wszystko, co napisałem, to prawda?” „Napisał pan, że jestem piękna. Przecież się z tym zgadzam”. Uśmiech odsłania równe perełki. Drży ze mnie łacha na całego. „Napisałem też, że lubi pani chodzić nago”.
Unosi brew. Uśmiech nie znika. Nie wiem, co się tu dzieje, ale podoba mi się. „Co pan jeszcze napisał?” Przecież pani wie. Przecież siedzi mi pani w głowie i zna każdą myśl. „Czy mogę zapytać o pani imię?” „Edyta”. Myślałem, że się chce przywitać, ale znów trzyma ramiona wzdłuż ciała, jakby na coś czekała. Nie wierzę. Niech pokaże dowód. Dociera do mnie, jakie to niedorzeczne.
Skąd miałaby go wyciągnąć? Ze śliwkowego tyłka? „Proszę się ze mną nie bawić” – mówię. „Skąd by pani wiedziała, że jej szukam, że o pani piszę? Zresztą wiele z tego sama pani napisała. Nie ma więc potrzeby się przegomarzać. Więc jak, Małgorzata?” Na jej twarzy na moment pojawia się zwątpienie, ale szybko wraca spokój, jakby mnie już znała i wiedziała, co zrobię. „Mam na imię Edyta i obserwowałam pana z okna w kuchni. Mieszkam tutaj.” Odwraca się i patrzy na jedno z okien w okolicach drugiego piętra. „Był pan tu już na drugi dzień.
Od razu wiedziałam po co.” Zmacałem ją oczami, a Jacek zbezcześcił. „Musi się pani codziennie użerać z takimi typami, prawda?” – pytam. „Wy byliście kulturalni. Potem się nawet śmiałam.” „Przepraszam, nic nie mogliśmy zrobić. Jest pani jak magnes. Przecież ja tu ledwie stoję.” Ona tego nie komentuje. Patrzę na jej dłonie z jaką gracją gestykuluje. „Wysłałam do pana koleżankę wczoraj. Wpadła do mnie akurat. Pokazałam jej pana z okna i uparła się, żeby zejść tutaj.
Usiadła obok, przy tym stoliku. Czterdziestka.” „Kojarzę. Nie gadałem z nią przecież.” „Powiedziała, że był pan miły. Nawet się pan przywitał.” „Przyjemnie być miłym.” Zaraz mnie szlag trafi. Jak ona na mnie działa! Tak bardzo staram się o tym nie myśleć. Udaję, że nie ma mnie od pasa w dół. Inaczej ona od razu zobaczy, co się ze mną dzieje, bo w swojej głupocie i przez ten upał założyłem cienkie lniane spodnie i luźne bokserki. No debil. „Nie powiedział pan, jak ma na imię.” Uwielbiam jej głos.
„Marek Dobrzański. Jestem handlowcem i piszę opowieści. Tutaj pisałem o pani. Proszę wybaczyć ten wybryk sprzed chwili. Wkręciłem się za mocno w te pisarskie brednie. Jeszcze kelnerka przekazała, że pani wie, że jej szukam. Uwierzyłem we wszystko, co wymyśliłem. Proszę wybaczyć.” „Co pan wymyślił?” – pyta spokojnie i łapie się za ramiona. Już zaczyna, już kokietuje. Specjalnie, żebym się męczył.
Jacek miał rację. To femme fatale. „Dałem pani imię, ciało i zachowanie, ale tylko trochę. Bardzo ogólnie.” Słucha mnie z lekko przekrzywioną głową, jakby dawała mi szyję do podziwiania. Zupełnie jak Małgorzata. Pić mi się chce, jakbym nie wychlał przed chwilą mnóstwa soku. „Ciekawe jakie zachowanie” – odpowiada. Nic nie mówię. Pytała tylko o imię, a ty się tłumaczysz i uzewnętrzniasz. Kobieta na mnie nie patrzy, tylko zerka.
Ale te spojrzenia są jak strzały z lasera. Każdy kolejny rozpuszcza bardziej. Po chwili odzywa się bez cienia nieśmiałości: „Oddychaj i wystarczy.” Leczy mnie z upierdliwego skrępowania. Nie mogę być pipą. Zwalniam oddech i serce. Przypominam sobie, że Małgorzata chciała się ode mnie uwolnić. Jak jest z Edytą? Jestem już całkiem spokojny. Zagram z tobą, kobieto. „Próbowałem napisać, jaka pani jest fizycznie, jak się zachowuje w domu, kiedy nikt nie patrzy.
Opisywałem pani ciało, jak je pani traktuje, dotyka. Jak się pani rozbiera.” „Brzmisz jak zboczeniec.” „I ubiera” – dodaję. „Nie zdążyłem dać pani pełnej osobowości, z czego się bardzo cieszę.” „Dlaczego?” „Kogoś bym stworzył, ale z pewnością nie panią. Inaczej bym tutaj nie czekał. Nawet pani ciało wyobraziłem sobie słabiej niż w rzeczywistości. A wyobraźnię mam bogatą.” Nie wiem dlaczego myślę o jej piersiach. Zupełnie niezamierzenie. Mam nadzieję, że tego nie dostrzegła. Ja za to widzę, jak jej ciało przenika ledwie zauważalny dreszcz zadowolenia. „Po co ten przesadny samokrytycyzm?” – pyta.
„Jest potrzebny.” Wskazuje stolik. „Mamy chwilę na kieliszek wina?” „Mamy.” Pięknie się uśmiecha. Przysuwam jej krzesło i siadam. Robi się ciemno. Płomienie odgrywają coraz większą rolę. Blask ognia skacze po naszych twarzach. Edyta znowu pyta: „Na ile ona mnie przypomina?” „Jeszcze raz proszę wybaczyć. Naprawdę uwierzyłem, że jesteście połączone.” „Jestem jej bardzo ciekawa.” Opiera się i dotyka twarzy. Przez jej dłonie tak ciężko się skupić, powstrzymać się, żeby nie pchać ryja do całowania. „A ja jestem ciekaw pani.
Chciałem przeprowadzić z panią wywiad.” Nie patrzy na mnie. Myśli. Szuka słów. Nie jest dobrze. Za ostro z tą ciekawością. „Długo myślałam, czy zejść do pana. W końcu się zlitowałam.” W dupie mam litość. „Nie będę się już wygłupiał. Wszystkiemu winna pani.” „Wiem” – mówi i prostuje się. Wypina biust.
Zaskakuje mnie. Co za świadomość. „O to chciałem pytać. O pani seksapil.” Tak? Poważnie. Jest pani niesamowita. To trzeba opisać. Na te słowa spuszcza wzrok i milknie. Atmosfera staje się poważna. Mówisz do niej jak każdy inny.
Przepraszam, nie chcę, żeby czuła się pani napastowana. I już rozumiem, dlaczego zeszła. Tak jestem skupiony na jej cielesności, że nic innego do mnie nie dociera. A przecież cały czas słychać to w jej głosie. Ona jest samotna. Jestem świadoma, tak jak pan jest świadomy siebie i swojego wyglądu, jego oddziaływania. Wykorzystuje pan wizerunek w swojej pracy. Mhm. Pociągam łyk wina. Słyszała, o czym rozmawiałem z Jackiem.
Podobnie pański obecny strój ma coś wyrazić. Sięga po kieliszek, a ja przyglądam się jej dłoni. Podziwiam nadgarstek, całe ramię. Dobrze, że siedzimy. Odwróć uwagę. Mój strój jest spowodowany przede wszystkim upałem. Przyznaję, nieprzemyślany. O wiele bardziej interesująca jest pani sukienka. Na pewno pani o tym wiedziała, kiedy ją zakładała. W kontekście samoświadomości.
Puszczam oczko. Idiota! Zamknij się. To silniejsze ode mnie, a ona nie pomaga tym swoim delikatnym głosem. Każda kobieta myśli o wyglądzie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Seksapil można w jakimś stopniu wyszkolić, podrasować, ale tylko jeśli już istnieje. Ja przecież nawet nie jestem ładna. Kiedy mówi, że nie jest ładna, wydaje się jeszcze piękniejsza. Siadaj.
Leżeć. Jest pani piękna ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami i dlatego, że jest pani ich świadoma, nie widać żadnej. Pan Jacek miał rację. Jest pani zjawiskowa. Nie gadaj tak. Nie prorokuj. Wyraźnie ją bawię. Zgrabny ma nosek, ładniutkie dziurki. Pani głos brzmi delikatnie. Wyobrażam sobie, jak bardzo nie potrafi pani udawać faceta.
Co za pomysł. Zgarnia włosy za ucho, a ja się rozpuszczam. Założę się, że nikt pani wcześniej o to nie prosił. Śmieje się i kręci głową. Proszę powiedzieć męskim głosem: „Dawaj buziaka kociaku”. Edyta próbuje przestać się śmiać i dostroić mimikę. Cieszy się, że dobrze się bawi w towarzystwie pajaca. Mięśnie twarzy i usta walczą o ułożenie. W końcu mówi: „Dawaj kociaka, cwaniaku”. Jak chłopiec przed mutacją — komentuję.
I jeszcze przed mutacją? Jakby nie dosłyszała. Pięknie się śmieje i albo pasują jej moje żarty, co byłoby wspaniale, albo jest świetnie wyszkolonym handlowcem i drze ze mnie łacha prosto w gębę, a ja się cieszę. Uwiedzie i porzuci. Femme fatale. Uśmiecham się szerzej. Fajnie potrafi pan rozładować napięcie. Ty potrafisz pewnie lepiej. Każdy ruch jej ciała, dłoni pompuje więcej krwi w organ, nad którym kompletnie już nie panuje. W żadnym razie nie możemy teraz wstać od stolika.
Jeszcze spróbuję odwrócić uwagę, choć wątpię, że to zadziała. Dlaczego zdecydowała się pani do mnie zejść i jeszcze pokazała, że tu mieszka? Przecież moje zachowanie powinno wzbudzić obawę, a nie zaufanie. Uśmiecha się dobrotliwie jak do dziecka, które nic nie rozumie. Tylko że ja już rozumiem i widzę wyraźnie. Tajemnicą jej oczu jest nadzieja. Ona już dłużej nie wytrzyma samotności i chłodu, który ma od dziecka. Miłość. Dobrze panu patrzy z oczu — mówi i uśmiecha się szeroko. Nigdy się pani nie pomyliła?
Miałam takie szczęście. Teraz trzyma złączone dłonie na stole. Są tak blisko mnie. Widziała pani moje oczy z drugiego piętra? Widziałam je za pierwszym razem, kiedy pan mi się przyglądał, choć nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. I proszę mi wierzyć, bardzo dużo widać z drugiego piętra. Mam świetny miniteleskop. Gdyby siedział pan tyłem do okien, mogłabym czytać, co pan napisał. Może to ja powinienem się obawiać. Odrobina strachu nie zaszkodzi.
Mam ochotę ją uściskać. I co pani zobaczyła w moich oczach? — pytam. Entuzjazm i szczerość. Nadzieję na nią. Mam mrowienie w stopach. Nadzieję na szczerość? Tak. Swoją i drugiej osoby. Mylę się?
Ani trochę. I to wystarczyło? Nie pomyślała pani, że jestem jakimś świrem, skoro tak wytrwale na panią czekam? Oczywiście, że pomyślałam. Ale jakoś mocno tu psychopata nie pasuje. Raczej rzadki okaz. Rzadki okaz psychopaty? Pięknie się śmieje. Sam okaz. Będę nalegał, żeby mi to pani wyjaśniła.
Ale jeśli rzadkim okazem jest facet szybko piszący na klawiaturze, to jakich pani zna facetów? Powiem tylko, że między innymi chodzi o wytrwałość. Mogłem się przecież zakochać od pierwszego wejrzenia, bo pani jest bez wątpienia rzadkim okazem. Wtedy wytrwałość i entuzjazm przychodzą same. Zakochał się pan? Poważnie? I co, pajacu? Myślę, że na razie kocham niepoważnie. Gdyby to była inna kobieta i cała jej postać, każde słowo wrzeszczałoby o miłość, to szybciutko dałbym nogę. Edyta trzyma emocje na wodzy, podobnie jak tama masy wody.
Kiedyś już to wiedziałem, ale tym razem nie mam zamiaru uciec. Czyli fantastyka odpowiada. Małgorzata tak do mnie powiedziała. Dotykał jej pan? Cisza zupełnie mnie zaskoczyła. To celowe. Nie daj się zbić z tropu. Jednak ona nie mówi tego do mnie, tylko do ekipy na dole. Chcę być pierwsza. Wpadam.
Nie odpowiadam. Ale by pan chciał? Proszę pamiętać, że znam pana myśli. Mam déjà vu. Powiew wiatru zwilżył lekko jej włosy. Kobieta unosi ramiona i je poprawia, a ja patrzę na jej ramiona, biust i czuję się, jakbym nigdy nie był z kobietą. A ta ma być moją pierwszą. Zadaję to samo pytanie, co Małgorzacie. Jak więc z panią rozmawiać? Uczciwie.
Otwieram gębę. Przypadek. Mówię wolno to, co jeszcze powiedziałem Małgorzacie, co dobrze zapamiętałem. Przestałem panować. Edyta kręci głową z uśmiechem. Nigdy mówi. Nic kompletnie nie rozumiem. Jak ona się dowiedziała? Jednak są połączone? Teraz nie wydaje mi się piękna, tylko zabójcza.
Zupełnie jak trująca roślina. Teraz jest moment, kiedy najmniej mi się podoba. Kiedy powinienem uciec. Ale tego nie robię, bo napięty materiał gaci i spodni wygląda jak namiot cyrkowy. Chcę zapytać, skąd wie, o czym pisałem. Ale to przecież kobieta. Nie mogę zapytać wprost. Czar nie może prysnąć. Jest go zbyt dużo. Dowiem się w inny sposób.
W takim razie nie ma sensu niczego ukrywać. Z niczym czekać mówię. I tak od niej nie ucieknę. Kładzie dłonie na udach. Będę ci pozwalała wcielać myśli w życie, kiedy tylko będzie to możliwe. Kiedy najdzie cię na jakąś myśl ochota? Parafrazuję. Dokładnie. Wyobrażam sobie niesamowite chwile upojenia. Posiadanie tak władczego stworzenia, chociaż przez chwilę.
Edyta opiera się łokciami o stolik, przekrzywia lekko głowę, pokazuje szyję. Jest smukła i tak bardzo kobieca, że mam ochotę ją polizać. Śmiało mówi. Wywołała myśl, którą chciała. Świntucha. Ja myślę, a ona szeroko się uśmiecha. Usłyszałaś? Opieram się o stolik tak samo jak ona i wolno wyciągam dłoń do jej szyi. Edyta zamyka oczy. Co tu się dzieje?
Palce wędrują po skórze, pieszczą włoski. To dopiero abstrakcja. Przesuwam dłoń, a ona otwiera przed nią drogę, jakby już mnie znała. W górę i na kark, żebym palce wplótł we włosy. Ale pachnie. Ściskam lekko kark. Poddaje się. Jest jej przyjemnie. Obdarza mnie większym zaufaniem. W ciemno.
Pod jej zamkniętymi powiekami zbierają się łzy, łzy tęsknoty, nadziei, strachu przed samotnością i przed tym, czy nie jestem kretynem, czy nie popełnia błędu. Ostatni ułamek sekundy, żeby uciec i jej nie skrzywdzić. Nawet o tym nie myślę. Jak mógłbym zawieść takie nadzieje? Jak się nie zakochać w tej kobiecie? Widzę, jak chce się oprzeć na męskiej sile, poddać wizji, że mogłaby codziennie jej ufać. Już zawsze czuć się bezpieczna. W końcu kochana, dziewczęca i niewinna. Noszona na rękach. Zakładam, że słyszy moje myśli.
Spodziewa się, że pocałuję szyję. Nie wyprowadzam jej z błędu i całuję usta. Kiedy ich dotykam wargami, jest zaskoczona, ale się nie wycofuje. Wyborne. A kiedy spotykają się nasze języki, cieszę się niezmiernie, że jest już tak ciemno, bo spodnie nie będą się rzucać w oczy. Do niczego takiego jednak nie dochodzi. Edyta się ode mnie odrywa, jakby się ocknęła z drzemki. Tak mówi się i prostuje. Siedzę kompletnie rozbity, wciąż pochylony i rozmarzony, z potężną erekcją i obśliniony. Że co?
Za moment zamykają. Dziękuję za wino i ciekawy wieczór mówi Edyta i wstaje. Nie wiem, co się dzieje. Spokój, spokój powtarzam sobie, ale w środku się kotłuje. Proszę wybaczyć, że dalej siedzę. Na stojąco wyglądałbym przezabawnie mówię.
[01:49:58] - Nie patrzę na nią. Nie mogę. Słyszę, jak się śmieje. Okrutna femme fatale. Rozumiem doskonale. Wyśpiewuje prawie. Jutro o 8:00 tutaj? Pytam. Nie. O wiele szybciej.
Będę czekać za chwilę w drugiej rzeczywistości. Opada mi szczęka, a ona odchodzi. Zostaję zupełnie rozwalony. Chyba nawet organy mam poprzestawiane. Oprócz jednego. Ten jeden niezłomnie żąda swego. Ona temu winna. Ona temu winna. Zamknij mordę! Patrzę w okno na drugim piętrze.
Nie zapala się światło, nic nie widać, ale ona tam jest. Czeka na ubaw. Już nie mogę dłużej zwlekać. Już zamykają. Przyciskam spodkiem banknot i pochylony umykam. Nigdy nie byłem tak podekscytowany i nie spieszyłem się na randkę. Edyta przecież już czeka. Czy Małgorzata. Koniec. Teraz zapraszam państwa na Filmotekarium.
Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o kolejnym filmie kręconym z rąsi. Cóż to oznacza? Za chwilę się państwo przekonacie. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Dzisiaj będzie tak bardzo naturalnie. Chciałoby się naturalnie, ale ten gatunek czy też podgatunek filmowy takiego udawania, że kręcimy coś z ręki, stał się od pewnego czasu bardzo popularny. I dzisiaj o takim filmie będziemy rozmawiali. A będziemy rozmawiali wspólnie z Piotrem Cielebiasiem.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:52:24] - Witam serdecznie. Dzisiaj będzie nie tylko naturalnie, ale wręcz surowo. Film minimalistyczny. Taki film, jakie się kręciło kiedyś w pandemii. Rozmawiamy dzisiaj o „Raw File”, czyli surowy plik, surowy materiał. To jest film, który zyskał sławę z kilku powodów. Wy się może potem zastanowicie, dlaczego my bierzemy na tapet coś takiego. Jest parę powodów. Po pierwsze można znaleźć takie informacje, że ten film nie miał w ogóle budżetu, że powstał za psie pieniądze. Jakiś budżet musiał mieć, ale powstał za dosłownie grosze przy wykorzystaniu mało albo średnio profesjonalnej kamery, a aktorami byli znajomi twórców, czyli Aarona Dobsona i Christophera Satclifa.
Film, o którym dzisiaj mówimy, to jest coś w typie found footage, czyli kręcony film z perspektywy uczestnika wydarzeń z tak zwanej rąsi. Ja takie filmy z jakiegoś powodu lubię, chociaż powiedzmy sobie szczerze, one nie zawsze są dobre. Czy „Raw File” jest filmem dobrym, a przynajmniej zjadliwym? O tym sobie za sekundę powiemy. Aczkolwiek ja się już wysypę z pewną oceną i muszę powiedzieć, że jak na produkcję zupełnie amatorską, to jest to naprawdę dobre. A widziałem już wiele filmów z podobnego podgatunku czy gatunku, które były nie do obejrzenia. I tutaj jest jeszcze jedna nietypowa rzecz z tą produkcją, drodzy państwo, bo możecie ją sobie znaleźć na YouTubie. To się rzadko dzieje. Ona jest dostępna na YouTubie w pełnym wymiarze. Można się tam z nią zapoznać.
Cała akcja tego filmu, jak to bywa w podobnych produkcjach, rozgrywa się w pewnym określonym miejscu. To znaczy nie przenosi się ta akcja za bardzo. Znałem już filmy typu found footage, gdzie wszystko się działo na przykład w jednym domu. Pamiętacie „Paranormal Activity” na przykład. Ale w przypadku chociażby „Blair Witch Project” to się już rozgrywało na trasie pewnej wędrówki. Tutaj mamy scenerię w postaci pewnego dużego budynku mieszkalnego, do którego przybywają nasi bohaterowie, czyli pewna dziennikarka śledcza, tak to nazwijmy, kamerzysta oraz ktoś, kto jest w tym budynku konsjerżem, czyli tak jakby dozorco-recepcjonistą. Jak sobie zobaczymy, jest to pan ubrany bardzo elegancko, który wie wszystko o tym budynku. Siedzi sobie na takiej bardzo eleganckiej cieciówce. Wszystko wie prawdopodobnie o tym, kto gdzie mieszka, kto kiedy wraca i tak dalej. Dlaczego oni się tam znajdują w tym budynku?
Wszystko z powodu pewnej tajemniczej śmierci. A potem dzieją się rzeczy niezwykłe. Tylko czy ten film, pomimo tych wielu nietypowych cech, jest naprawdę tak dobry, jak niektórzy mówią? Bo w internecie możemy znaleźć bardzo pochlebne opinie na jego temat. To znaczy nie takie, że to jest coś, jak mówi Boss: top of the top. To jest gdzieś tak w połowie stawki, natomiast zdaniem wielu jest dobre. O swoich wnioskach powiem, Marku, za chwilę. Ten budynek, w którym to się dzieje. Czy on jest przerażający? Czy on żyje własnym życiem?
Otóż, drodzy państwo, nie do końca. Na pierwszy rzut oka jest to po prostu wieżowiec mieszkalny, bardzo monotonny, taki, w którym Jeden sąsiad nie zna drugiego.
[01:56:18] - To prawda, ale ja jeszcze do tego konsjerża, czyli ciecia. Dobrze to ująłeś. Pan cieć nawet kible sprząta w garniturze. Jest pewna specyfika i pewien koloryt, przy którym się nawet uśmiechnąłem. Jeszcze jedno uzupełnienie to raw czy raw, czy jak to się wymawia, Piotrze, jak się to wymawia? Raw?
[01:56:49] - Raw.
[01:56:50] - Raw. Ponieważ nie znam się na tym, to się będę teraz wymądrzał. To jest też jedno z możliwych rozszerzeń plików, więc zależy, kto obsługuje taką kamerę. Jaka firma obsługuje taką kamerę. To jest jedno z rozszerzeń. To być może też jest ślad, a być może to tłumaczenie surowe też się nadaje. Nieistotne. Powiem państwu, że nieistotne. Dla mnie w tym filmie dosyć istotne z kolei jest to, i to przeżyłem tak naprawdę najbardziej, że my powoli pogrążamy się w strefie dyskomfortu. Otóż na początku, kiedy ta ekipa trafia do tego wieżowca, to mamy poczucie takiej sterylności.
Tam jest wszystko bardzo cywilizowane. To może nie jest rezydencja dla bardzo bogatych ludzi, raczej coś takiego, gdzie można się zahaczyć za niewielkie pieniądze, ale jednak pieniądze. To też nie jest żaden slums. Takie mieszkanie dla ludzi raczej gorzej sytuowanych. I oni sobie tam mieszkają, pochodzą z różnych stron świata i sobie mieszkają. Ale jednak ten budynek jest w jakiś sposób, nie mam lepszego słowa, więc powiem sterylny. On jest czysty, pełno tam światła. Jest sprzątany. Ten konsjerż stara się bardzo. I w toku filmu ten budynek zamienia się w jakiś straszliwy labirynt.
Zastanawiam się, czy słowo straszliwy. Niech zostanie. Niech zostanie słowo straszliwy, bo jednak zamienia się ten nowoczesny dom, chociaż podobno stary, ale jednak nowoczesny, zamienia się w miejsce jak najbardziej nieprzyjazne dla człowieka. Jak najbardziej odstraszające, w którym dzieją się rzeczy różne, niesamowite, demoniczne. Gdzie zapętla się czas, gdzie zapętla się przestrzeń. W pewnym momencie bohaterowie na przykład nie mogą zejść niżej. Idą klatką schodową, taką awaryjną i właściwie ciągle są bodajże na szóstym piętrze. Z szóstego schodzą na szóste i potem znowu na szóste i na szóste i na szóste. To oczywiście jest takie przerysowane, ale z drugiej strony mamy takie poczucie, że działają siły wrogie, bardzo wrogie człowiekowi. Ten film ma drugą jeszcze zaletę, która przez niektórych może zostać uznana, że to niekoniecznie jest zaleta, bo my pod koniec filmu wiemy tylko troszkę więcej niż na początku.
Tam nie liczcie państwo, że się wszystko wyjaśni. Tam się sporo wyjaśnia, sporo rzeczy się klaruje, ale nadzieja na to, że skończymy oglądanie filmu i już wszystko będziemy wiedzieć, jest płonna. My odchodzimy przy napisach z takim poczuciem, że obserwowaliśmy coś, co nie do końca się tłumaczy. I to też w gruncie rzeczy jest jedna z zalet tego filmu. Poza tym, proszę państwa, dochodzę do wniosku, że w tej chwili efekty specjalne, przypomnę to, co mówił Piotr, film praktycznie bezbudżetowy albo z budżetem na poziomie bardzo amatorskim, ma efekty, te specjalne efekty a la demoniczne efekty, na niezłym poziomie. Pewno można zrobić to lepiej, ale nie rażą. Wręcz przeciwnie, chwilami nawet zastanawiają. W związku z tym jakiś tam szacun. Państwo dokładnie wiecie, szczególnie ci, którzy słuchają naszych audycji od dawna, że ja nie jestem fanem takich filmów udających filmy robione z rąsi. To jakoś nie jest moja poetyka, ale jeśli mam być szczery, to ten film przynajmniej chwilami jakoś przyciągał i jakoś sprawiał, że chciałem oglądać dalej.
Jak na gościa, który nie gustuje w tego rodzaju twórczości, to proszę państwa bardzo dużo.
[02:01:49] - Są też mankamenty oczywiście, bo o ile ten budynek nam przypomina taki labirynt, to musimy też dołożyć do tego trochę wyobraźni. Pamiętajmy jednak, że to jest materiał surowy. Powiedziałem, że takie filmy się kręciło w czasach pandemii. No i powiedziałem to nieprzypadkowo, bo jakby nie było, chociaż oni kursują po tym całym wieżowcu, to z piwnic, to na samą górę, to jednak się wszystko dzieje w jednym miejscu. Tutaj przestrzenie się lekko zmieniają, ale bohaterowie operują na terenie jednego budynku w dość monotonnej scenerii. I tutaj pierwszy minus: ta sceneria w pewnym momencie nas zaczyna nieco nużyć. To znaczy może gdyby to nie był found footage, gdyby to był film fabularny w stuprocentowym znaczeniu, to byśmy mieli jakieś zabiegi artystyczne, które by nam w jakiś sposób eksponowały charakter labiryntu, charakter klatki, z której nie ma ucieczki. Tutaj tego nie ma. To znaczy możemy to dostrzec, ale musimy się wczuć mocno w to, co się tam dzieje. Ja mam też Marku taki zarzut, że o ile w przypadku głównego bohatera, którym jest chyba ten konsjerż siedzący sobie tam na cieciówce.
Dodajmy, że ten budynek, chociaż jak oni mówią, jest nienowy i chociaż nie jest luksusowy, to na nasze warunki on jest całkiem okej. Także tutaj trzeba powiedzieć, że wygląda okej i jest spoko. W przypadku tego konsjerża, takiego anioła Stanisława XXI wieku nie widać gry aktorskiej. Zachowanie tego faceta na ekranie nie różni się za bardzo od zachowania normalnego człowieka. I to jest dobre. To jest plus. Natomiast mamy tam też główną bohaterkę, która jest taka szara, nudna i antypatyczna. I to jest ogromny minus tego filmu, bo ona się wtapia w te szare, beżowe ściany. Ona jest nieprzyciągająca w ogóle. I to muszę powiedzieć, jest duży mankament sprawiający, że osobiście po pewnym czasie zacząłem się na tym filmie lekko nudzić.
To jest jedna sprawa. Na pewno ten film byłby lepszy, gdyby te elementy poprawiono. Ale z drugiej strony przecież sam powiedziałem, iż aktorami byli amatorzy, znajomi twórców. Niemniej na tle innych filmów tego typu nie jest źle. Dodajmy, że od pewnego czasu nie mamy zbyt wiele filmów fabularnych. Nie mamy w czym wybierać, także nie jesteśmy za bardzo wybredni. Dodatkowo jeden plus: ten film jest za darmo. Mogą sobie go zobaczyć wszyscy. Przypominam, on jest dostępny na YouTubie. Teraz się tak zastanawiam.
Gdyby dodać do tego jakąś lekko artystyczną operację kamerą, gdyby wprowadzić przestrzenie, które się nazywa w internecie liminalnymi, to ten film byłby na pewno dużo lepszy. Tak to mamy troszeczkę gonitwę po korytarzach. On jest tak jak wskazuje tytuł surowy, ale można było oszukać troszeczkę tą konwencję, ten gatunek, wprowadzić pewne przełamujące elementy. Ja muszę się przyznać, bardzo lubię filmy tego typu. Dlaczego je lubię? Z kilku powodów. Jeden z nich to jest realizm, względny realizm. W wielu przypadkach rzeczywiście one wyglądają tak, jakby się to działo w rzeczywistości. Oczywiście są też takie, w których aktorzy przesadzają i wszystko idzie w złą stronę. Natomiast te filmy też dużo wybaczają.
To znaczy realizując film typu found footage można ukryć potknięcia realizacyjne, można ukryć kiepskie scenariusze, kiepskie efekty i kiepską grę aktorską. To wszystko można zrzucić na karb po prostu tego, co się na ekranie dzieje. Często te filmy są jednak dość zaskakujące i tak naprawdę one są bardzo wymagające od twórców, bo aktorzy muszą się postarać, aby samą grą, bez muzyki, bez operowania kamerą wprowadzić nam elementy grozy. Minusem natomiast filmów typu found footage jest to, że często moim zdaniem jest w nich za dużo ciemności, za dużo mroku, za dużo potrząsania kamerą i za dużo darcia się. Oni po prostu często uciekają, krzyczą, biegną. To akurat mi się nie podoba, aczkolwiek jest bardzo częstym elementem. Dodam tylko, że czasami definicję found footage się rozszerza na filmy, które jednak są tylko częściowo kręcone z rąsi. To znaczy do nich się dokłada jakieś elementy albo jakieś ujęcia z innej strony, z innej perspektywy, ale to nam nadal podpada pod ten gatunek, czy ten raczej podgatunek. Czy "Raw File" to jest coś, co nam redefiniuje to pole, ten gatunek czy ten podgatunek? Moim zdaniem nie.
Natomiast pokazuje nam ten film i jego twórcy, że można zrobić produkcję tanią i dobrą minimalnymi kosztami. Dodatkowo można na tej produkcji zarobić, bo ona w sumie jest czasami lepsza od horrorów i to takich, w których obsadzano aktorów zawodowych, jakie się pojawiły na streamingach w ostatnim czasie. Mówię tu chociażby o tej nowej "Wojnie światów".
[02:07:57] - No tak, zdecydowanie tak. Natomiast uwaga, uwaga, teraz będzie żart absolutnie niepoprawny politycznie. Powiedziałeś o głównej bohaterce. No cóż, Piotrze, mam duże podejrzenie, że po prostu jeden z producentów, może też realizatorów, bardzo sympatyzował po prostu z tą panią i dlatego ona, a nie ktoś inny. Okrutny jestem, wiem, a pewno nawet niespecjalnie poprawny politycznie. Trudno. Muszę to wziąć na klatę. Ale chciałem powiedzieć coś. Kiedy mi ta pani zaimponowała? Kiedy wyciągnęła tę kosmiczną armatę.
Naprawdę, proszę państwa, w pewnym momencie pani, która wydaje się niby dziennikarką, niby kimś takim, kto zbiera informacje, stara się czegoś dociec, ma kamerzystę, szuka czegoś. Zacząłem mieć nawet takie podejrzenia, że może ona coś z policją, może ze służbami. Wszystko jest możliwe i w pewnym momencie, w sytuacji zagrożenia, pani wyciąga pistolet i ten pistolet jest po prostu: wow! Dawno nie widziałem takiej armaty, jaką posługuje się ta pani. Jak ona zapewnia, pistolet jest absolutnie legalny, zarejestrowany i tak dalej. Być może, ale robi wrażenie. Później zresztą skutki użycia również robią wrażenie. To à propos takich impresji. Natomiast ja mam wrażenie, że ten film się toczy. Rzeczywiście ganiają się po piętrach.
Pewien taki załomek korytarza czy zaułek jest dosyć charakterystyczny. Okej, oni się tam włóczą jeden, drugi, trzeci raz, ale w pewnym momencie jest coś takiego, że zaczyna dziać się zbyt wiele. Po prostu to nie chodzi o to, że coś się dzieje szybko, bo w tego rodzaju filmach wszystko dzieje się zbyt szybko. Nie mamy tego operowania kamerą i trzeba bardzo mocno patrzeć w ekran, bo jak nam coś umknie, to już nie wróci. To nie będzie żadnej retrospekcji, nic nie będzie. Jak nam coś ucieknie, to umarł w butach. Albo trzeba cofnąć film, albo się przynajmniej domyślać, co tam się wydarzyło. To jest pewien problem, bo duże skupienie, a przy okazji trzeba mocno się skupić na tym, co się dzieje na ekranie. Niby to tak powinno być przy filmach, ale ten film nie odpuszcza, ponieważ rzeczywiście w pewnym momencie akcja się zagęszcza, tam się dużo dzieje i dzieje się bardzo intensywnie, więc jest duża szansa, że się państwo zgubicie. Na szczęście YouTube daje możliwość cofnięcia się i obejrzenia sceny jeszcze raz.
To uważam jednak za pewną słabość tego filmu, a może w ogóle całego podgatunku, że tu naprawdę nie ma miejsca na to, żeby nie uważać przy takim „hollywoodzkim” obrazie. Możecie sobie państwo, nawet jak to jest jakiś taki bardzo rozwlekły obraz, wyjść do kuchni, zrobić sobie herbatę i tak naprawdę wiele nie ucieknie wam. W tym filmie absolutnie nie. Albo oglądacie ten film, nawet nie mrugacie za dużo, albo może sobie należy darować. Przesadzam oczywiście, ale świadomie. Po prostu uprzedzam o tym, że trzeba ten film oglądać bardzo uważnie albo naprawdę sobie go darować, bo jeśli za dużo będziecie państwo tymi oczami mrugać, mogą wam uciec kluczowe sceny i zgubicie się po prostu. Coś będzie biegało po ekranie, ale wy już nie będziecie wiedzieli, jaki jest sens tego biegania. I tak dosyć natrętnie, ale jeszcze raz wrócę do efektów specjalnych, ponieważ one, nie przesadzajmy, to nie było coś niesamowitego, ale mnie po prostu zastanawia to, że dzisiaj efekty specjalne naprawdę spłynęły, zeszły pod strzechy, bo myślę, że ludzie odpowiedzialni za powstanie tego filmu nie mają się czego wstydzić. Zresztą nie spodziewajcie się państwo Bóg wie czego. To są bardzo proste efekty, ale jednak zrobione przyzwoicie.
Ja sobie cenię, że ktoś, kto oferuje mi ten film, postanowił zadbać o tego rodzaju szczegóły. Nie daje mi jakiejś kosmicznej sieczki, czegoś, co mam uwierzyć, że jest efektem specjalnym. Tu jest to zrobione na przyzwoitym poziomie, naprawdę przyzwoitym. I już państwo słyszycie, że chyba jest tak naprawdę najważniejsza rzecz, która mi z tego filmu została. Ja chyba nie jestem fanem zarówno tego podgatunku, jak i tego obrazu. On mi w kilku miejscach zaimponował. To oczywiste. Słyszeliście państwo, o czym mówiłem, ale jednak jako całość ja chyba bym nie wrócił do tego filmu. Nie chciałbym go oglądać po raz kolejny, ale jeśli państwo nie widzieliście, to ten pierwszy raz możecie sobie państwo zupełnie spokojnie zafundować. Czas, proszę państwa, na polecanki z pogranicza.
Tradycyjnie przypomnę, że to są polecanki „sponsorowane”, a w każdym razie patronuje tej inicjatywie księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Przypomnę: Warszawa, ulica Kredytowa. A jeśli ktoś z daleka od Warszawy mieszka, to zawsze może wejść na stronę nieznany.pl i tam cała księgarnia jest do państwa dyspozycji. Wystarczy zamawiać. Pierwszą książką, którą chciałbym dzisiaj polecić, jest książka Igora Witkowskiego i Mirosława Grudnia. Tytuł: „Prawdziwe cele ludzkości i nowe spojrzenie na jej ewolucję”. Wydawnictwo Wis2. Książka pojawiła się na rynku w lutym 2021 roku. Książka ta jest ciekawym rozwinięciem publikacji „Przemiany na Ziemi jako wrota do przyszłości”. Składa się ona z dwóch części.
Pierwsza opisuje wyzwania stojące przed ludzkością, od których zależy polepszenie jej losu. Wyzwania te opisane są przez skonfrontowanie czytelnika z rzadko uświadamianymi obciążeniami, irracjonalnymi archaizmami, które nie tylko blokują drogę ku lepszej przyszłości, ale zdradzają też obciążenie rzeczywistością mentalną z odległych epok, pozornie tylko przezwyciężonego dziedzictwa archaicznego. Powiązanie tego z częścią drugą tej książki, obie są w jednym tomie, stanowi rozdział poświęcony najnowszym odkryciom burzącym wiele wyobrażeń. Dotyczą one dziedziczenia podświadomości zbiorowej, czyli dziedziczenia rzeczywistości psychicznej. Udowodnienie tego dziedziczenia każe inaczej niż dotychczas spojrzeć na całą ewolucję ludzkości. Autorzy przedstawili tę ewolucję jako odwieczną walkę dwóch przeciwstawnych nurtów: rozwojowego, powiązanego ze świadomością oraz regresywnego, powiązanego z podświadomością. Wspomniane odkrycia pozwalają bowiem potraktować tę walkę jako tę samą, którą ludzkość toczy obecnie z tymi samymi, w gruncie rzeczy, obciążeniami, wciąż dziedzicznymi. Jeśli to spojrzenie, które ma szansę okazać się ciekawe, bo w książce tej przedstawiono wiele faktów i odkryć, które w naszym kraju nie były jeszcze w ogóle opisywane. Są to szczegóły, które zwyczajnie umykały uwadze badaczy, jeśli nie widzieli oni dziejów człowieka w ramach takiego mechanizmu. To nowatorskie podejście znacznie ułatwia zrozumienie reguł rządzących przewartościowaniami percepcji, czyli zrozumienie procesu obecnego.
Innymi słowy, przedstawiona w tej książce perspektywa wpisuje obecne przemiany w odwieczny proces potraktowany jako proces wciąż trwający. Jest to o tyle wartościowe, że przed wkroczeniem na wyższy poziom egzystencji ludzkość musi uświadomić sobie i na poziomie mentalnym pokonać swe wpółzwierzęce obciążenia. Nadszedł czas, gdy społeczeństwo musi wprowadzić inne kryteria i motywacje, bo opieranie ewolucji cywilizacji na ewolucyjnie ukształtowanych instynktach, a więc zwierzęcych, by ją zabiło. Jest to najtrudniejszy, ale też najważniejszy moment w rozwoju każdego gatunku myślącego, który w taki sposób nie był jeszcze nigdy przedstawiany. Przypomnę państwu tytuł: „Prawdziwe cele ludzkości i nowe spojrzenie na jej ewolucję”. Autorzy: Igor Witkowski i Mirosław Grudzień. Wydawnictwo Wis2. Data premiery to był luty 2021 roku. Druga książka gdzieś blisko stoi koło pierwszej. Jej autorem jest bowiem Igor Witkowski.
Tytuł: „Dlaczego religie muszą ustąpić miejsca wyższej duchowości. Część I”. Ta książka pojawiła się na rynku we wrześniu 2025 roku. Wydawnictwo oczywiście Wis2. Książka ta przedstawia dodatkowe argumenty tłumaczące, dlaczego dotychczasowe religie czeka śmierć. Jest to przede wszystkim pokazanie rozwoju duszy, czyli duchowości przyszłości jako odwrotności religii dotychczasowych. Nie chodzi tu jednak tylko o to, że w religiach miejsca na ewolucję duszy i ewolucję psychiczną w ogóle nie ma, ale bardziej o ukazanie pełnej siły blokowania rozwoju wewnętrznego ludzi przez religię na przykładach szokujących i nowych. W świetle tych nieznanych szerzej informacji religie jawią się wręcz jako najsilniejszy znany mechanizm wciągnięcia ludzi w przeszłość. Ważną zaletą tej książki jest też pokazanie, o jak niewiarygodnie odległą przeszłość tutaj chodzi. Najnowsze odkrycia pozwalają mówić tu o kilkuset tysiącach lat, o ciągłości motywów w tak niewiarygodnie długim przedziale czasu.
Książka ukazuje nam prawdę o mechanizmach blokowania rozwoju, jakiej ludzie wciąż sobie nie uświadamiają. Książka ukazuje nam prawdę o mechanizmach blokowania rozwoju, jakiej ludzie wciąż sobie jeszcze nie uświadamiają. Autentycznie nowe podłoże ewolucji naszego gatunku. Zrozumienie praw rządzących tym zablokowaniem jest konieczne przed budową lepszego świata, przed otwarciem wrót przyszłości. Przypomnę, książka nosi tytuł: „Dlaczego religie muszą ustąpić miejsca wyższej duchowości. Część I”. Autor: Igor Witkowski. Wydawnictwo Wis2. Data wydania: wrzesień 2025 roku. I na koniec książka „Podróże w nieznane”.
Autor Bruce Moen, tłumacz Dorota Konieczka. Data wydania: maj 2019 roku. Wydawnictwo Galaktyka. Czym różni się nasza ignorancja, która zmusza nas do życia w strachu przed śmiercią, od ignorancji naszych przodków, która nakazywała im wierzyć, że Ziemia jest płaska? Bruce Moen poznał w Instytucie Monroe techniki ułatwiające podróże poza ciałem. Jak pisze w książce, jest zwyczajnym człowiekiem, więc wykształcenie umiejętności poruszania się w wielowymiarowej rzeczywistości nie było dla niego łatwe. Jako inżynier stworzył więc własne techniki pracy z umysłem, ułatwiające przenoszenie się do światów tam na co dzień niedostępnych. Poznanie OBE pozwala zrozumieć, co dzieje się z naszą świadomością, gdy kończymy ziemską egzystencję. Daje to zupełnie nowe spojrzenie na proces życia i proces umierania. „Podróż w nieznane” to kontynuacja pionierskich podróży poza ciałem, dalekich podróży i najdalszej podróży Roberta Monroe.
„Podróże w nieznane” to jest tytuł tej książki. Autor Bruce Moen, tłumaczka Dorota Konieczka. Data wydania: maj 2019 roku. Wydawnictwo Galaktyka. To, proszę państwa, były polecanki książkowe, polecanki z pogranicza. A teraz czas na sentymentalnik. Czas jest, proszę państwa, zimowy, feryjny, że tak powiem. Właśnie się będą ferie niedługo zaczynały, więc feryjny i trochę teleferyjny. Tylko że już teleferii nie ma. Ja państwa zapraszam na sentymentalnik o feriach zimowych i teleferiach.
A przed państwem Artur Wójtowicz, Piotr Cielebiaś, no i ja ze swoją nieskromną osobą. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Sentymentalnik. Znowu sięgniemy w tak zwane odległe czasy, a dzisiaj sięgniemy... Wiecie państwo, okazja jest znakomita, bo zbliżają się ferie zimowe. Zerkniemy, jak to było na feriach w okresie PRL-u. Pięknie witam Artura Wójtowicza.
[02:23:35] - Witam serdecznie wszystkich.
[02:23:37] - Równie pięknie witam Piotra Cielebiasia.
[02:23:41] - Również witam, pozdrawiam.
[02:23:43] - I startujemy. Panowie, kiedyś wszystko było lepsze. To powinno być właściwie dewizą tego programu. Ale nie popadajmy w przesady. Były ferie zimowe. W PRL-u one były o tyle inne, że tak jak ja pamiętam i kiedy mnie ferie obowiązywały, to były jedne ferie dla całej Polski w tym samym terminie. W związku z tym to sporo zmieniało. Co zmieniało, to powiemy. Ale ferie były inne nie tylko z powodu terminu, z kilku innych powodów, o których pewno porozmawiamy również. Takie pytanie na rozgrzewkę, panowie: z czym się wam kojarzą zimowe ferie?
Czy macie jakieś konkretne, szczególne wspomnienia związane z feriami? Arturze.
[02:24:39] - Widzisz, Marku, ja ci powiem coś takiego. Dwa dni temu chyba był „Dziennik” w telewizji i tam spadł śnieg. I chodzili, pytali różnych ludzi, jak oni się w tej zimie dzisiejszej odnajdują. I bardzo podobała mi się jedna babka, taka starsza, bo ona podeszła i powiedziała otwarcie: „To jest śnieg? Panie, to jest popelina. Ja przeżyłam zimę stulecia”. To ty, Marku, też razem ze mną, bo to był chyba 1978, 1979. Zima stulecia. To mówi: „Wtedy to był śnieg. Wtedy do pierwszego piętra był śnieg”.
I tak faktycznie było. Przede wszystkim z czym mi się kojarzą ferie zimowe? Ferie zimowe mi się kojarzą z śniegiem, którego dziś akurat mamy jeszcze, ale niejednokrotnie jest coraz mniej na ferie zimowe. I to jest niestety bardzo przykre. Wtedy akurat za moich czasów czy za naszych czasów, faktycznie u mnie na osiedlu była wybudowana taka potężna góra, z której można było zjeżdżać sankami. Taki slalom można było robić, a te brzegi były z takich opon starych powkopywanych, więc żeby ktoś tam z tego toru nie wypadł, to mógł sobie spokojnie zjechać. Ale to było fantastyczne, że rada osiedla czy rada dzielnicy wpadła na pomysł, żeby coś takiego dla dzieciaków zrobić, żeby dzieciaki mogły się bawić w te ferie zimowe. I słusznie tu zauważasz, że wtedy ferie zimowe były w całej Polsce w jednym terminie. Z czym mi się kojarzą? Przede wszystkim z wyjazdami w góry.
Oczywiście ja tam na nartach nie jeździłem, bo byłem dzieckiem. W ogóle to było dla mnie jakoś tam bardzo odległe, ale z lepieniem bałwana, z kuligami czy nawet z ogniskiem w zimie, bo czy sanki, czy te bitwy na śnieżki, czy jazda na sankach po różnych stromych pagórkach naprawdę pobudzały wyobraźnię. I tak naprawdę najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że po powrocie ze śniegu w domu czekała na ciebie herbatka, kakao albo jakieś tam czytanie książek czy oglądanie filmów w bardzo fajnym, przytulnym pokoju. Kojarzą mi się ferie zimowe przede wszystkim ze wspólnymi zabawami, z grami planszowymi, ze spacerami na tym mroźnym i świeżym powietrzu, z rodziną czy z przyjaciółmi. No właśnie, bałwan. Bałwan, który był niejednokrotnie bardzo zaskakującym gościem, bo ktoś ulepił bałwana, a rano jak słońce przyszło, to słońce robiło mu dziurę w brzuchu i on wyglądał tak, jakby oddychał. Albo był kulig w trybie ekstremalnym, bo sankami się zjeżdżało z bardzo stromego wzgórza. Pamiętam, że się po Płocku chodziło i się szukało jak największych gór, żeby to była jak największa frajda, żeby z różnych miejsc można było zjeżdżać. Część dzieci zawsze wtedy wylądowała gdzieś w zaspie, niektóre zresztą w kałuży pod nią. Potem przede wszystkim zimowy pokaz mody, bo ubierano się na taką cebulę.
Często jeden z drugim wyglądał jak taka chodząca kanapka. Dalej ta bitwa na śnieżki, o której wspominałem, że była jakaś śnieżna pułapka, ktoś wpadł w jakąś dziurę, trzeba było go wykopać. Czy w końcu przede wszystkim ja jako dziecko, kiedy miałem to pierwsze spotkanie z lodowiskiem, gdzie bardzo ciężko było za komuny dostać łyżwy. Tata załatwił dla mojego brata łyżwy hokejówki, dla mnie nie było już hokejówek, gdzieś skombinował łyżwy figurówki do jazdy figurowej. Ale człowiek wtedy się fantastycznie brał, uczył jeździć na tych łyżwach. Chociaż mnie łyżwy zawsze, szczerze wam powiem, wkurzały, bo noga była tak sztywno tam włożona, że mnie to tak uwierało, że koniec świata. Ale to pierwsze spotkanie z lodowiskiem było fantastyczne. Czy to, co powiedziałem w końcu, nawet próbowaliśmy niejednokrotnie rozpalać ognisko w śniegu, bo to też było ciekawe. Już nie wspomnę o zaginionych rękawicach, bo to było klasyczne. Ktoś zgubił rękawicę, a po tygodniu ona gdzieś znalazła się w tym śnieżnym bałwanie gdzieś na środku podwórka.
Zresztą ja nie pamiętam, ile par rękawic musiałem kupować, bo te rękawice były zawsze mokre, bo one nie były takie jak teraz. One były jakieś wełniane, niewełniane, z włóczki, więc zawsze jak rzucaliśmy się śnieżkami, to te rękawice potem po zabawie lądowały na kaloryferze. Ale wtedy, powiem wam szczerze, czuć było tą zimę i czekało się na tą zimę. A w tej chwili w mojej ocenie często jest tak, że Boże Narodzenie jest bez śniegu i to jest niestety trochę przykre. Szkoda mi tamtych wakacji, bo chętnie bym do nich wrócił.
[02:29:33] - Piotrze, a jak było u ciebie z wakacjami zimowymi?
[02:29:38] - Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności mam bardzo dużo wspomnień związanych z feriami zimowymi jako dziecko. Nie wiem dlaczego. Chyba dlatego, że to był taki bardzo miły czas, jakby nie było i taka przerwa dobrze człowiekowi robiła. Pamiętam to takie rozpasanie się wizją dwóch tygodni wolnego. I pamiętam też smuteczek ogarniający, kiedy trzeba było iść do szkoły, kiedy ferie dobiegały końca. Nie chciało się do tej szkoły wracać. Oj nie, dzisiaj dzieci chyba już nie doceniają tak bardzo ferii z powodu długiej przerwy świątecznej, czasem do 7 stycznia, ale dawniej to się do szkoły szło zaraz po Nowym Roku i tyle. Człowiek czekał na te ferie. Można się było oderwać od nauki, od szkoły, bo tą szkołę nie zawsze się lubiło. Ona często też już denerwowała.
Pamiętam oczywiście też te zabawy na śniegu, o ile on był, bo nie był zawsze albo był, a nie nadawał się do niczego, bo był suchy. Plus oczywiście zawsze na ferie była, kiedy byłem dzieckiem, jakaś oferta telewizyjna, o której będziemy zaraz mówić. Zatem ferie były trochę jak urlop dla dzieciaka i naprawdę z okresu podstawówki, takiej wczesnej podstawówki pamiętam z nich bardzo wiele szczegółów. Nawet chyba pamiętam jakoś więcej z tych ferii niż ze świąt z jakiegoś powodu. Nie wiem, dlaczego mi tak zapadły w pamięć. Marku, a jak to było u ciebie?
[02:31:19] - Zacznę od tego, że à propos tej przerwy świątecznej, PRL to były siermiężne czasy i ja pamiętam jeden taki rok, kiedy w Sylwestra byłem w szkole i to był normalny dzień nauki. Byłem nawet zaskoczony, że to dzisiaj już będzie to przejście do nowego roku. Dzieci inaczej troszeczkę odczuwają czas, ale dzięki temu zapamiętałem, że ja byłem totalnie zdziwiony. To już naprawdę? To było coś takiego, że PRL nie szafował tymi dniami wolnymi. Więc masz rację Piotrze, ta długa przerwa dwutygodniowa to było coś, o czym się marzyło. Ja pamiętam, że w czasie świąt właściwie myślałem głównie o feriach, że będzie ten cudowny czas, w którym będzie można troszeczkę odsapnąć. Nie tymi słowami. Gdybym je dokładnie przytoczył, to one, nawet te ze szkoły podstawowej, nie do końca nadawałyby się na antenę. Szkoły nie lubiło się.
To jest taki wiek, że nie darzy się szkoły szczególnym poważaniem, ani też szczególnie się za szkołą nie tęskni, więc ja za nią nie tęskniłem absolutnie. I to cieszenie się na tak zwane ferie, właśnie zimowe ferie miało w sobie coś takiego niesamowitego, bo rzeczywiście człowiek myślał, ile wtedy zrobi i jakie zabawy dzikie będzie urządzał. Ile rzeczy obejrzy w telewizji. Bo tak jak powiedziałeś, Piotrze, ta oferta na czas feryjny była jednak podkręcona pod młodego widza. Dzisiaj to już nie ma sensu, bo wtedy, kiedy wakacje zimowe były w jednym terminie, uruchamiano pasmo Teleferii. Dzisiaj ileś cykli teleferiiowych by było, a w dodatku część, jakby ten program w Teleferiach był w miarę atrakcyjny, to część szłaby na wagary, żeby sobie Teleferię obejrzeć. Marzenie ściętej głowy. Zresztą dzisiaj nawet nie wiem, czy dzisiaj ktoś by oglądał Teleferię. Oferta jest tak wielka, że chyba nie cieszyłyby się zainteresowaniem. Ale wróćmy do PRL-u.
Rzeczywiście ferie wtedy, jak sięgnę pamięcią, może nie zawsze, ale rzeczywiście śnieg był. Jedne chyba były takie ferie, które absolutnie śniegu nie miały w latach 70. To pamiętam. A tak różnie było. Raz było tego śniegu więcej, raz mniej, a raz jak w zimę stulecia. Zresztą w zimę stulecia to było tak, że ponieważ ogłoszono dodatkową przerwę, to później te ferie zabrano, więc to lipa była potworna. Ale to takie wspomnienia. W każdym razie myślę, że miały w sobie wtedy ferie jakąś taką magię, której rzeczywiście dzisiaj nie mają. Może dlatego, że tego wolnego w szkole było mniej i to już mówiliśmy. Może też dlatego, że ta szkoła rzeczywiście była jakimś takim miejscem, nie chcę powiedzieć opresyjnym, ale przed którym czuło się pewien lęk.
Ja chciałbym dzisiaj zobaczyć dzieciaka, który się boi szkoły. Ja wiem oczywiście, psychologowie szkolni i wszystkie traumy i wszystkie nerwice i tak dalej. Być może. Ale dzisiejsza szkoła to naprawdę jest lajcik w porównaniu z tym, co się odpierniczało w latach 70. I z przesłuchów, a konkretnie od mojej siostry wiem, że również w latach 80.
[02:35:31] - Tak. Muszę ci powiedzieć, że pamiętam jakieś ferie, kiedy one już były rozkładane na Polskę i pamiętam, że właśnie było tak, że Teleferie były emitowane właśnie dla tych, co mieli. Czyli one występowały przez bardzo długi czas. To też jest interesujące, ale teraz może do Marka pytanie znowu, bo Artur nam już trochę o tym opowiedział. Jak ten śnieg był, jak się nadawał, to co można było robić na tym świeżym powietrzu? Jak dzisiejsze zimowe zabawy dzieci różnią się od tych sprzed kilkudziesięciu lat? Bo powiem wam tak, może to też nie będzie zbyt dobrze przyjęte, co za chwilę wygłoszę, natomiast kiedy oglądam teraz telewizję czy czytam internet, to widzę, że wiele rzeczy, które kiedyś uchodziły, dzisiaj jest uznawanych za głupie albo mega niebezpieczne. Na przykład kuligi, jazda na sankach czy coś. Dzisiaj to już strażaków się pokazuje, ekspertów się pokazuje. Ja to rozumiem, bo rzeczywiście nie można przesadzać, ale myślę, że kiedyś to te zabawy były bardziej hardkorowe.
Jeżeli chodzi o dwór tak zwany, nie tylko w zimę. Marku, czy masz jakieś wspomnienia szczególne, związane z feryjnymi aktywnościami na śniegu?
[02:36:48] - Mam. Mnie zawsze ciągnęło w kierunku sportów ekstremalnych. Ty, Piotrze, masz dobrze, bo w twoich okolicach jest sporo górek, a w Bydgoszczy tych górek nie ma tak dużo. To znaczy jak są, to są daleko. Jak są, to są rzeczywiście ekstremalne i nie do zjeżdżania, bo po prostu są w terenie miejskim. Nikt po drodze nie będzie zjeżdżał, więc górek trzeba było szukać. I na osiedlu, na którym mieszkałem, górek takich solidnych nie było. Była jedna usypana w szkole. No ale nie, po takiej górce... Tam dziewczyny zjeżdżały, a prawdziwi mężczyźni z szóstej klasy szukali, powiedzmy, takich mocniejszych przeżyć.
I ukochaną górką tych wszystkich, którzy w młodym wieku lubili porcję adrenaliny, była górka, która była nasypem drogowego wiaduktu nad torami. Tylko problem polegał na tym, że tam się zjeżdżało po tym nasypie. I cóż, tam przyjeżdżała często policja, bo nasyp ma to do siebie, że nie lubi tego rodzaju aktywności, nawet jak on jest dobrze utwardzony. W sensie bardzo dobrze ubity, pokryty trawą i w ogóle utwardzony. Ten grunt jest tam odpowiednio zagęszczony, to i tak nie lubi. I policja na tę górkę przyjeżdżała bardzo często, żeby wyłapywać tych młodych ludzi i głównie ich straszyć. Kolegium dla rodziców. Kto dzisiaj wie, co to jest kolegium? Ale kolegium dla rodziców albo że w ogóle zabiorą na komisariat i straszne rzeczy będą. I zapamiętałem, ta górka była naprawdę ekstremalna w tym sensie, że ona miała duży stopień nachylenia.
Tam się naprawdę zapylało na tych sankach konkretnie. Ale co jakiś czas podjeżdżał radiowóz. Byli dosyć uparci ci gliniarze, milicjanci i podjeżdżali. I wtedy było tak, że wszyscy zjeżdżali. Nawet jak podjeżdżał radiowóz, to wszyscy rzucali się na stok I zjeżdżali. I tam zaraz był las i uciekali z tymi sankami i z tym wszystkim, na czym zjeżdżali do tego lasu. A to był zagajnik właściwie. Oczywiście żaden milicjant nie pofatygował się, nie miał zamiaru, bo najpierw by musiał po tej górce zjechać. Nie gonił. Ale ja, uciekając przez ten ciemny zagajnik — pamiętam taką jedną ucieczkę — wymyśliłem sobie, że jak będę uciekał w całej takiej bandzie, to jak oni gdzieś tam się zaczają, to nas mogą wszystkich wyłapać.
I taki byłem wredny i podstępny, że się oddaliłem od tej grupy ucieczkowej i wybrałem swoją indywidualną trasę w nadziei, że po takiego jednego misia się nikt nie pofatyguje, natomiast całą grupę mogą kiedyś odstrzelić. To takie fantazje bardzo młodego człowieka, który miał bardzo, bardzo bujną wyobraźnię. To tyle, jeśli chodzi o zjeżdżanie na sankach. Ale ja powiem o jeszcze jednej rzeczy, bo Piotrze, wspomniałeś o tych ekspertach, którzy się wypowiadają, żeby broń Boże nie jeździć na przykład na zbiornikach wodnych. I racja, racja, rzeczywiście. Ale jak sobie przypomnę, to w czasach PRL-u takiej wielkiej pokusy, przynajmniej tu, gdzie mieszkam, nie było, żeby po zbiornikach wodnych jeździć, chociaż takowe były, ponieważ w co drugiej szkole woźny usypywał małą taką bandę z piasku na boisku i wylewał tam wodę i było lodowisko. W związku z tym w co drugiej, no może w co trzeciej szkole było lodowisko. W związku z tym nie było absolutnie żadnego problemu. Jeśli ktoś miał taką fantazję, miał taką ochotę, umiał jeździć na łyżwach, to nie było żadnego problemu. Pokażcie mi państwo dzisiaj takie lodowiska robione przy szkołach.
No mowy nie ma, bo licznik wody, bo to, bo tamto. Są oczywiście w większych miastach sztuczne lodowiska. Jest w Bydgoszczy Torbyt. Kiedyś też był Torbyt, tylko w innym miejscu. Duże lodowisko i tam tłumy rzeczywiście też waliły, ale jak ktoś nie chciał za tę przyjemność płacić, to szedł do szkoły i nic nie płacił i wyjeździł się po kokardę. No i tym się troszeczkę różnią te czasy dzisiejsze od tego, co było kiedyś. Tak, to jeśli chodzi o tak zwane sporty zimowe. Ja jeszcze uprawiałem sporty zimowe, które jakby to określić? Nie wiem, jak je określić. Ja po prostu lubiłem, jak spadł śnieg i najlepiej taki po kolana ruszać w las.
Tuż koło mojego osiedla jest las. Był las. Nie jest specjalnie gęsty, w sensie groźny i jakiś taki, w którym można zabłądzić. Całe młode osiedle biegało do lasu, raczej biegało latem, ale ja lubiłem zimą. Lubiłem się w tym śniegu kopać, lubiłem spacery, a miałem psa, wyżła niemieckiego gładkowłosego, więc to był świetny kompan do spacerów i ja po tym śniegu myk, myk i z tym psem hasaliśmy. Wracałem na ogół przemoczony i to kompletnie. No bo jak jest śnieg, to trzeba się w nim pokulać między innymi. Ale jakoś żyłem. Nic mi się nie stało, nie zapadałem na jakieś ciężkie choroby. Nie wiem.
Tak wspominam sporty w czasie ferii zimowych.
[02:42:55] - Ja tu nic nie dodam oryginalnego. Był taki żelazny zestaw aktywności na świeżym powietrzu. U nas paradoksalnie, chociaż tych górek jest mnóstwo, problemem często były kamienie na przykład i jak było mało śniegu, to się nie dało jeździć, bo po prostu wszędzie były kamienie i można było sobie krzywdę zrobić. Pamiętam różnego rodzaju skocznie i tego typu rzeczy. Natomiast paradoksalnie, pomimo tej obfitości wzniesień mieliśmy problem, dlatego że wszystko było zarośnięte i trudno było znaleźć takie gołe wzgórze. Arturze, pamiętasz może jeszcze jakąś przygodę, jakiś przypadek z tych zabaw feryjnych, który ci szczególnie utkwił w pamięci?
[02:43:42] - Marek tutaj pokazywał takie spektakularne miejsca w Bydgoszczy. Jak ktoś słucha nas, kto jest z Płocka albo to będzie też pewnie wiedział. Ja pamiętam, że u nas zawsze nas przestrzegali, bo było wielu szaleńców, którzy chcieli jeździć na łyżwach. A gdzie jest najlepsze lodowisko? Najlepsze lodowisko jest na Wiśle przecież, prawda? Więc zawsze co roku były dyskusje, że ktoś tam wpadł, że jakaś dziura była, bo tam oczywiście daleko, to nikt tam nie wyjeżdżał na Wisłę, ale chociaż przy brzegu to się chciało tam stanąć, no nie? Tylko że to przy brzegu to też już jest głęboko, jeśli chodzi o Płock. Natomiast jeśli chodzi o sanki, to myśmy zawsze chodzili na Parowę, bo Parowa dla mnie czy w lecie, czy w zimie była taka bardzo dzika. Tam były różne drzewa, tam były kiedyś jakieś ogródki działkowe, potem nikt tych ogródków działkowych tam nie opiekował się nimi, więc tam można było poszaleć. Tam można było sobie swoje królestwo zrobić w lecie, gdzieś tam w te drzewa, konary włazić i jakieś domki czy kluby sobie robić, na których się z kumplami człowiek spotykał.
Natomiast w zimie to tam też było sporo właśnie miejsca albo na saneczki, żeby zjeżdżać, albo żeby po prostu się rzucać śnieżkami, bo był to taki dosyć ciekawy, fajny, dziki teren. Natomiast tak jak powiedziałeś, że ja to, co pamiętam z feriami, to pamiętam jedną rzecz, że jak było za zimno, co w tej chwili jest chyba niewyobrażalne w szkołach Żeby było, ale za moich czasów, bo ja jeszcze jestem z tej epoki, gdzie pierwsza i ostatnia sobota były pracujące, natomiast później dopiero zrobiono, że cały weekend był wolny. Natomiast wielokrotnie jak było za zimno, to była sytuacja, był taki nawet przepis, bo mama płaciła u mnie pięć złotych za mleko w szkole, prawda? Więc jak była zima, to w zimę dzieciaki dostawały obowiązkowo kubek mleka. Ten kubek mleka kosztował pięć złotych wtedy, pamiętam. No i się człowiek zapisywał i codziennie ten kubek mleka gorącego w tej szkole dostawał. Natomiast jeśli chodzi o te ferie, bo jeszcze o tych zimach, to akurat nie tyle o ferie, ile o zimie co powiem, to coś takiego, że pamiętam, że jak czasami było za zimno, to właśnie zamykano szkołę. Myśmy zawsze czekali, czy w tej zimie będzie aż za zimno, czy nie będzie aż za zimno, bo jeżeli tam było minus ileś, nie pamiętam, to był obowiązek, że szkołę trzeba było zamknąć i myśmy siedzieli w domach wtedy. Ale za to musieliśmy właśnie odrabiać to w soboty i wtedy w soboty chodziliśmy bardzo często. W którąś jedną czy drugą sobotę jeszcze dodatkowo się chodziło do szkoły, żeby odrobić te lekcje, gdzie ta szkoła była zamknięta.
Ale pamiętam, że zawsze to było dla nas takie niesamowite marzenie, żeby w tym roku było za zimno, bo wtedy jak będzie za zimno, to na parę dni zamkną szkołę i pomimo tego, że są ferie zimowe, to będzie jeszcze parę dni dodatkowych, takich jakby ferii. To była frajda i był naprawdę taki rarytas dla nas.
[02:46:45] - Nieodłącznym takim elementem ferii były teleferie. Panowie, co z ofertą TV? Jak mówię, słowo teleferie weszło do takiego telewizyjnego slangu, bym powiedział. Czy w PRL-u telewizja jakoś szczególnie dbała o uczniów, o młodych, rozpieszczając ich programami? Bo ja na przykład w latach 90. i na początku 2000, samym początku, to pamiętam, że w czasie teleferii emitowano seriale i to były często seriale fantastyczne dla dzieci i młodzieży. To była na przykład „Tajemnica Sagali”, to było coś pokrewnego. Tych seriali nakręcono wtedy sporo i one, muszę powiedzieć, naprawdę były niezłe. One często, i to było charakterystyczne, powstawały w kooperacji polsko-niemieckiej. Ale też muszę powiedzieć, że już ten okres, o jakim wspomniałem, czyli początek lat 2000 i końcówka 90., to jest czas, kiedy się grało w ferie w gry, jak nie na tych konsolach zwanych popularnie grami telewizyjnymi, to też na komputerze tak naprawdę.
I to sprawiło, że w pewnym momencie mam czarną plamę, jeżeli chodzi o ferie. Dlaczego? Dlatego, że się po prostu przegrało te ferie w tą czy w inną grę. Pamiętam taki przypadek, kiedy grałem, ja już może nie będę wymieniał, ale pamiętam tytuły niektórych gier, które wtedy szły i jakoś umykała mi już wtedy niestety ta oferta telewizyjna. Teraz to Marku nawet nie wiem, czy coś takiego jak teleferie istnieje, czy to w ogóle miałoby jakiś sens. Wydaje mi się, że by nie miało. Ale co możesz powiedzieć o teleferiach w PRL-u?
[02:48:31] - Ja o ofercie telewizyjnej powiem dosyć sporo. Nie tylko o teleferiach, ale zacznijmy od teleferii. Rzeczywiście teleferie to było wydarzenie. Zawsze się zaczynały o dziewiątej. W związku z tym można było spać do dziewiątej, z czego nie ukrywam, korzystałem. Bo chodziło się też później spać. Ale te teleferie. One na ogół, pewno to nie była reguła, ale na ogół tych lat, które pamiętam, składały się z dwóch części. Pierwsza część to była taka część studyjna, w której na przykład w jednym roku brał udział Wojciech Pijanowski i były dwa zespoły, które przerabiały taką bardzo prostą grę zatytułowaną „Gęś”, typową planszówkę, gdzie się przebierało, wybierało pionki i maszerowało pionkami po planszy. I to była nudna gra, tak naprawdę w dodatku losowa.
I w ciągu dwóch tygodni dwa zespoły tę grę przerobiły na grę planszową, ale zupełnie inną w charakterze, mniej losową. Taką grę, którą się odbywało na planszy przypominającej szachownicę. To było w jakiś sposób twórcze, chociaż i tak wtedy chyba nie potrafiłem tego docenić, bo i tak czekałem zawsze na jakiś film, który po tej części studyjnej następował. To były różne seriale dla młodzieży, ale wtedy, w latach 70. ta oferta była jednak ograniczona. Ale były i na to się też czekało. Rozmaite. I te, które paradowały w „Ekranie z Bradkiem” i jakieś inne wyciągnięte. Pamiętam, że tam takie seriale jak te „Wakacje z duchami”, chociaż one latem, ale na teleferie były dobre. I kilka innych seriali, które pewno już nawet w tym cyklu omawialiśmy, pojawiało się w teleferiach.
Ale pamiętam też takie teleferie, które w tej części studyjnej zajmowały się nauką i pokazywały różne eksperymenty na granicy chemii i kilku innych nauk. To z teleferii dowiedziałem się jako uczeń podstawówki, że było zadanie dla zespołu, żeby do butelki wtłoczyć jajko. Butelka była po śmietanie, ale jednak jajko nie przechodziło, a przy następnym wydaniu teleferii
[02:51:11] - Zespół wpadł albo podpowiedziano mu, że wystarczy odpowiednio skorupkę jajeczną rozpuścić i jajko się wtedy do butelki wepchnie. W tym wydaniu Teleferii było sporo eksperymentów, jeśli nie nazwę je naukowymi, to popularnonaukowymi na poziomie podstawówki. Ale jednak to było coś, co przykuwało uwagę. Bardzo dobrze wspominam akurat tamtą edycję Teleferii z zagadkami, nazwijmy je naukowymi. Jeśli chodzi o moje wspomnienia z Teleferii, one zawsze były za krótkie, bo od 9:00, jakby się dobrze policzyło, to gdzieś o godzinie 10:30 one się już kończyły i trzeba się było pożegnać z telewizją, bo albo było wyłączenie programu, czyli przerwa w emisji, albo akurat był emitowany telewizyjny Uniwersytet Rolniczy, co zupełnie nie ekscytowało młodych ludzi. Wiadomo, że telewizor był wyłączany, ale to nie była jedyna oferta w czasie ferii. Otóż ja sobie przypominam, nie wiem, ile było emisji, bo tego nie sprawdziłem. Ja w mojej pamięci odnotowałem cztery. To na pewno. Być może było więcej.
Popołudniami w ferie był Telewizyjny Festiwal Widowisk Lalkowych dla Dzieci. Pamiętam to. Przez całe dwa tygodnie wszystkie teatry lalkowe z Polski miały okazję do pokazania swoich przedstawień. One były później oceniane przez jury, nazwijmy to profesjonalne, ale i tak najważniejsza nagroda była od widzów. Można było głosować na poszczególne przedstawienia, które były emitowane. Później rozstrzygnięcie było coś koło Wielkiejnocy zawsze. Wręczano nagrodę poszczególnym teatrom. To była wielka dłoń. Na jednym z palców tej sztucznej dłoni była nasadzona kulka. To wyglądało jak bardzo prosta kukiełka.
Motorem napędowym tego telewizyjnego Festiwalu Widowisk Lalkowych dla Dzieci, tak to się mniej więcej nazywało, był Jan Wilkowski. To człowiek instytucja, człowiek, który funkcjonował w Białymstoku. Tam była filia uczelni warszawskiej. To był człowiek, który pisał sztuki dla dzieci, między innymi „Tymoteusz Rymcimci”. Nie wiem, czy to jest postać jeszcze rozpoznawalna wśród dzieci. Myślę, że nie, ale przynajmniej dwie sztuki kojarzę. „Tymoteusz Rymcimci wśród ptaków” i „Tymoteusz Rymcimci...”. Chyba to „Piesio” się nazywało albo jakoś tak. Dwa przedstawienia. Naprawdę to pokazywało, że oferta teatrów dla dzieci była potężna w PRL-u.
Proszę państwa, ja nie pamiętam, co prawda, bo to był czas głębokiego PRL-u, czy te przedstawienia były emitowane również w soboty, ale jeśli nawet nie były, to mamy 10 przedstawień w ciągu całych ferii i z tej oferty wybierało się później to najwspanialsze, najlepsze przedstawienie. Ja do dziś niektóre z tych przedstawień pamiętam. Problem na tym polega, że nie pamiętam może tytułów, ale treść pamiętam. Pamiętam takie przedstawienie o małym tygrysie, któremu starszyzna tygrysów odebrała paski. Albo pamiętam takie przedstawienie o latającym wiatraku i wiele innych. Naprawdę wtedy dla dzieci, nie wiem, czy dzisiaj to w ogóle dałoby się przenieść, ale wtedy dla dzieciaków to było niesamowite przeżycie i ten festiwal cieszył się ogromną popularnością. Do telewizji przychodziło setki tysięcy głosów w tym plebiscycie. Wspomnienie Jana Wilkowskiego, który przy tym wszystkim się kręcił, zawsze prowadził, zawsze robił dla tych dzieciaków wprowadzenie do sztuki. On omawiał, oczywiście bez silenia się na żadne mądre gadanie, bo to by do dzieciaków nie docierało. On w sposób odpowiedni dla tych dzieciaków przybliżał to, co za chwilę przeżyją.
W pewnym momencie pojawił się nawet taki towarzysz Wilkowskiego. To był duch teatru. Nazywał się Melpomenek. Więc widzicie państwo, wtedy był jakiś pomysł na robienie telewizji, na to, żeby młodych ludzi przyciągnąć i nie przyciągnąć dlatego, że wypada albo dlatego, że coś trzeba z tymi gówniarzami zrobić. Tylko dzieciaki naprawdę z podwórek spływały w odpowiednim momencie. Chociaż place zabaw były oświetlone, można się było bawić. Te lodowiska również, ale wszyscy popylali do domu, bo był Telewizyjny Festiwal Widowisk Lalkowych dla Dzieci. Czy coś w ogóle takiego dzisiaj funkcjonuje? Absolutnie nie. I może dlatego tak mi jest żal tamtych czasów.
[02:56:54] - Ja osobiście nie pamiętam, czy była jakaś forma studyjna w czasie Teleferii. Podejrzewam, że była i że to wiązało się z jakimiś popularnymi wtedy programami typu „Kulfon i Monika” albo „Tik Tak”. Natomiast później to już miało taką formę, że po prostu puszczano
[02:57:12] - Jeżeli nie bajki, to filmy i to było na tyle. Arturze, co ty pamiętasz z Teleferii?
[02:57:18] - Jeśli chodzi o Teleferie, to się bardzo różni ta kwestia telewizyjna z dzisiejszymi feriami zimowymi, bo dzisiaj dzieci mają YouTube, Netflixa, gry komputerowe, TikToka i wszystko inne. A wtedy telewizja miała jeden albo dwa kanały. Były filmy i bajki, głównie zresztą bajki polskie i radzieckie. Pamiętam, że w tamtych czasach sporo było filmów z ZSRR. To przede wszystkim. Oczywiście jeśli chodzi o to, jak tu Marek słusznie zauważył, to się zaczynało o 9, a kończyło chyba o 11:30. Nie pamiętam dokładnie. Natomiast bajki, które się pojawiały czy filmy animowane „Reksio”, „Olek i Lolek”, „Miś Uszatek”, czasami kreskówki z zagranicy były. Natomiast jeśli chodzi o filmy familijne i przygodowe, to oczywiście była „Akademia pana Kleksa” czy „Podróż za jeden uśmiech” – to też pokazywano. Czasami zdarzały się też w Teleferiach quizy czy jakieś audycje, w których młodzi mogli brać udział.
Na przykład można było wtedy przesyłać rysunki albo odpowiadać na pytania. To też jest bardzo ciekawe. Bardzo dużo było takich programów ukierunkowanych na dzieci i młodzież, bo to wszystko było tak ustawione, co by nie mówić o tej telewizji z czasów PRL-u, to ona nie była taka, co mieliła mózgi non stop. W tej chwili w telewizji zawsze można oglądać jak nie to, to powtórki, przejść na 50 innych kanałów i tak dalej. Wtedy były dwa kanały, więc godziny emisji były tak ustawione, żeby dzieci mogły oglądać czy rano, czy w ciągu dnia. Natomiast też pojawiały się tematyczne serie, bo było na przykład kilka odcinków z jednej bajki albo filmu przygodowego pod rząd, żeby można było tą fabułę śledzić przez te całe ferie. Co więcej, zdarzały się powtórki hitów czy nawet starsze filmy, te seriale były emitowane specjalnie w ferie i dzieci czekały na to, bo jeżeli ktoś nie zdążył czegoś obejrzeć wcześniej, to miał czas w ferie zimowe, żeby to nadrobić. Czasami, tak jak powiedziałem, programy miały charakter nie tylko rozrywkowy, ale również i edukacyjny. Były programy o zwierzętach, o przyrodzie, o geografii, o historii. Także na pewno człowiek się nie nudził.
A z racji tego, że te kanały były tylko dwa, to człowiek siedział i czekał na te Teleferie. Siedział, czekał na te Teleferie, oglądał i dopiero jak się skończyły gdzieś tak w okolicach 11, to wtedy szedł na sanki, czy wtedy wychodził na dwór i miał ten czas. Ja zresztą przede wszystkim pamiętam, że dla mnie ferie to był magiczny czas spotkań z dziadkami, bo pamiętam, że bardzo często całe ferie spędzałem z dziadkami. Oni mieszkali na drugim końcu Płocka, więc tam chodziłem. Tam akurat jeśli chodzi o Teleferie, to bardzo rzadko oglądałem telewizor, bo oni rzadko telewizor włączali, ale dla mnie największą atrakcją było to, że pomimo, że tam nie było niczego praktycznie, bo była nie za specjalna chatynka, ale była niesamowita atmosfera. Oczywiście też podłączano telewizję, Teleferie były, u nich też oglądałem czasami, ale tam była niesamowita atmosfera. Właśnie tej atmosfery mi w tej chwili najbardziej brakuje i na Wigilii mi brakuje, i w jakieś ferie czy w wakacje tego czasu spędzanego właśnie z moimi dziadkami.
[03:00:59] - Ja jeszcze dodam, że przypomniałeś mi Arturze to, że ja się po prostu w czasie ferii wynosiłem do dziadków właśnie. Ostentacyjnie żegnałem się z rodzicami i nie było mnie. Ponieważ u dziadków był luz. Było po prostu jak u dziadków. Telewizja do oporu, kiedy tylko chciałem. Wyjścia też do oporu, kiedy tylko chciałem. Tak, czas feryjny to był czas u dziadków i to też chciałbym podkreślić. Pewno to dosyć charakterystyczne dla tamtych czasów, bo rodzice w pracy. Nikt nie jest samobójcą, żeby szczególnie takiego bardzo młodego nastolatka, 11, 12-latka zostawiać w domu bez opieki, bo to by się mogło naprawdę źle skończyć. Jak sobie przypomnę niektóre swoje pomysły, to aż cud, że się jakaś tragedia nie wydarzyła.
Dziadkowie z jednej strony na dużo pozwalali, z drugiej te najgłupsze pomysły wybijali z głowy. Ale chciałbym powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy z oferty telewizyjnej związanej z Teleferiami. Otóż podczas jednych z Teleferii publikowano, emitowano taki serial nie serial. To właściwie była seria filmów produkcji czeskiej, które dzisiaj próbuję upolować i na razie mi się nie udało. Ja wymienię tytuły: „Tuba pełna piany” to taki pastisz. W ogóle to były filmy będące pastiszami kina gangsterskiego, ale dla dzieciaków. Więc to była „Tuba pełna piany”, „Klatka pełna ptaków” i „Walizka pełna złota”. Typowy czeski humor, świetnie zrobiony. Już wtedy mnie to bawiło, a dzisiaj myślę, że też by mnie bawiło, gdybym miał szansę do tego filmu dotrzeć. Jak na razie nie udało mi się.
Odnotowuję jego istnienie, ich istnienie, bo to trzy części, ale gdzieś tam na Filmanie, na innych portalach zajmujących się filmami one są Ale żeby tak usiąść i obejrzeć, to jeszcze mi się nie udało. Ale drążę temat i pewno w końcu mi się uda. To były te trzy filmy, które już tak po prostu z tytułów i z absurdalnego humoru, takiego na poziomie dzieciaków – więc to też jest Meisterstück, żeby z jednej strony serwować humor nieco abstrakcyjny, ale dostosowany do wieku dziecięcego. Naprawdę mistrzostwo świata. I myślę, że my dzisiaj używając takiej frazy „czeski film”, chyba nie do końca odzwierciedlamy rzeczywistość. Bo to prawda, czeskie filmy były czasami szalone. Sam nie wiem, czy postawić cudzysłów, czy nie, ale były też filmy, które były absolutnymi perełkami. I te trzy, które wymieniłem: „Tuba pełna pianek”, „Klatka pełna ptaków” i „Walizka pełna złota”. Szukajcie państwo. Mam nadzieję, że to się tak bardzo nie zestarzało i że w dalszym ciągu śmieszy.
[03:04:28] - Ja pamiętam z ferii, ale to chyba z wakacji bardziej, taki czeski film, serial „Ranczo pod zieloną siódemką” i to było bardzo zabawne. Polecam mocno. Panowie, my tutaj mówimy o czasach młodszych nastoletnich albo o czasach dzieciństwa. A co w ferie robili licealiści? Warto dodać, że w 1974 roku próbowano wprowadzić trzecie ferie – ferie jesienne, ale nic z tego nie wyszło. Tylko że tutaj nie chodziło o odpoczynek, ale po prostu zagranie uczniów do roboty, bo to były ferie pracujące, tak jakby praktyki. A jeżeli już mówimy o robocie, to na przykład mnie, jeżeli idzie o liceum i ferie, to się bardzo brzydki zwyczaj kojarzył. Chociaż lubiłem liceum, ale ten zwyczaj był brzydki – zadawanie przez niektórych nauczycieli jakichś tam wypracowań czy prac na ten czas i to było według mnie bardzo nie w porządku i to powinna osoba, która to wymyśliła, jakoś odpokutować. Na przykład 25 lat więzienia albo 1000 złotych grzywny. To była przygnenka dla mnie.
To nie był człowiekiem taki nauczyciel, który zadawał jakieś wypracowanie czy jakiś projekt na ferie. Taki człowiek się powinien leczyć. Innych rzeczy nie pamiętam. Dlaczego? Dlatego, że po prostu im człowiek był starszy, tym więcej czasu spędzał przy kompie. Arturze, jak to było z tymi feriami w okresie nastoletnim?
[03:05:57] - A widzisz, to jeszcze byłeś w tych czasach, gdzie ty miałeś kompa w czasie ferii. Bo ja dopiero pierwszy komputer... Znaczy nie, oczywiście koledzy mieli, jeśli chodzi o te komputery w formie IBM-ów, bo ja tam miałem akurat jeszcze Atari swego czasu, to akurat będąc w technikum, to mogłem sobie grać w te gierki na Atari albo coś z tego typu. Ale oczywiście wiadomo, że wtedy wiele rzeczy robiły zakłady pracy i oczywiście jak myśmy byli dziećmi, to dla dzieci były organizowane różne kolonie w czasie wakacji, natomiast dla starszych dzieci to były organizowane różne zimowiska, bo też zakłady pracy miały ośrodki różne w różnych miejscach. Ja akurat jeździłem tylko na kolonie, nie jeździłem na zimowiska żadne i nigdy w życiu nie byłem na żadnym zimowisku, ale na przykład wiem, że moi koledzy jeździli z technikum na przykład gdzieś tam, przynajmniej w tych początkowych klasach, że gdzieś tam w góry na narty jeździli i ferie były oczywiście organizowane w różnych też ośrodkach sportowych, czy też w różnych sanatoriach przez różne szkoły, związki sportowe czy różne organizacje typu PTTK. Potem dodatkowo to jest też prawda, że niektórzy, ponieważ akurat ja mogę powiedzieć przez pryzmat tych ludzi, których ja widziałem, będąc dzieckiem, a oni już byli w szkołach średnich, bo w momencie, kiedy ja byłem w szkole średniej, w technikum, to już rzeczywistość była kompletnie inna, bo to już całkowicie inne przemiany były, bo to już praktycznie nie kwestia PRL-u, tylko to już jest po PRL-u. Ale w czasie PRL-u wiem, że na przykład starsi uczniowie czasami nawet i dorabiali podczas ferii, dorabiali w różnych sklepach jako kolporterzy gazet swego czasu czy w gastronomii. Dla niektórych w ogóle ferie zimowe też były na swój sposób taką okazją do uzbierania pieniędzy na wyjazd, na sprzęt zimowy czy na jakieś drobne przyjemności. Natomiast później, kiedy ja już byłem załóżmy w szkole średniej, to tak naprawdę te ferie się spędzało ze znajomymi, czasami w większych grupach, czasami się wspólnie chodziło na lodowisko, do kina czy gdzieś tam do jakichś pobliskich klubów młodzieżowych. Oczywiście wtedy też był więcej czasu, bo mówię, jak byłem dzieckiem w podstawówce, to królowały śnieżki i sanki.
Natomiast w szkole średniej to już bardziej był czas na czytanie książek czy na naukę języków, czy na jakieś tam majsterkowanie, modelarstwo, czy takie rozwijanie własnych, innych pasji. Przynajmniej ja w ten sposób pamiętam ferie z czasów mojej szkoły średniej. Oczywiście też były te teleferie, ale ten wybór był już znacznie większy wtedy, bo wtedy człowiek oglądał filmy fabularne, seriale przygodowe czy jakieś seriale obyczajowe. Natomiast też pamiętam, że za moich czasów to wtedy, jak ja byłem w technikum, to wchodziły rozmaite audycje muzyczne, które były bardziej dla tych uczniów szkół średnich. Wtedy człowiek się już bardziej muzyką interesował. Tylko mówię, akurat moja szkoła średnia to już nie są czasy PRL-u, prawda? To już jest poperelowska sprawa.
[03:09:18] - Marku?
[03:09:19] - No cóż, ja będę niepoprawny politycznie w tej chwili. To znaczy rzeczywiście takie zjawisko, o którym Piotrze mówiłeś, czyli próba wtryniania na ferie a to wypracowań, a to lektur, szczególnie paskudnych i opasłych. To była norma. Rzeczywiście w liceum po prostu się nauczyciele lubowali. Ty powiedziałeś o dożywociu. Ja nie wiem, czy jeszcze przed tym dożywociem nie powinno być jakiejś sesji tortur i to wyjątkowo bolesnych. Ale wracając do ferii. Oczywiście oni próbowali coś zadawać, jakieś wypracowania albo lektury, na przykład „Nad Niemnem”. Ja nie wiem, czy akurat „Nad Niemnem” wtedy wypadało. To nie o to chodzi.
To chodzi o poziom atrakcyjności danej lektury. Chociaż wszystkich, którzy „Nad Niemnem” lubią i po prostu są rozmiłowani w tej lekturze od razu przepraszam, ja nie jestem rozmiłowany, ale ja to miałem tak parlamentarnie mówiąc głęboko w pompie to miałem. Ponieważ ferie w czasach licealnych to był dla mnie czas lektury, ale tego, co ja lubiłem. A zatem ponieważ ja na ogół na święta od Mikołaja dostawałem stosy książek. Część z tych książek sam sobie kupowałem. Więc ja lektur miałem na całe ferie i ja swoje ferie zimowe, licealne pamiętam jako nieustające pasmo lekturowe. Ja potrafiłem po dwie książki dziennie czytać. Science fiction to oczywiście było i to od takiego lżejszego science fiction po bardzo ciężkie science fiction typu na przykład Stanisław Lem. Ja wtedy, w tym czasie dwutygodniowym, zjadałem nieprawdopodobne ilości książek. Spędzałem ten czas głównie na lekturze.
A zatem specjalnie się nie ruszałem. Nie biegałem już na lodowisko. Nie. To był czas rozpasanej, nieustannej lektury z przerwami na jedzenie. I naprawdę. A te zadane lektury? No niech mi to nauczyciele, spora część ich już nie żyje, wybaczą, ale cóż. No nie, nie czytałem lektur zadanych, bo nie miałem nawet takiego pomysłu nawet nie miałem, żeby to czytać, ponieważ ja miałem lektur po kokardę. Miałem tych lektur naprawdę sporo i to były lektury fascynujące. W związku z tym to, co było serwowane przez szkołę nie, nie, w ogóle nie.
Czasami jeszcze w ramach przerwy takiej między jedną książką a drugą biegałem do kina. Tylko kino w czasach PRL-u miało jedną wadę. Jak ktoś się bardzo zawziął, to dosyć szybko nie miał na co chodzić do kina, ponieważ repertuar zmieniał się dosyć rzadko. Kin było co prawda znacznie więcej, jeśli chodzi o sztuki. To znaczy w całej Bydgoszczy na przykład było ze dwadzieścia kin to lekko. No ale jak się człowiek dobrze spiął, to już gdzieś pod koniec ferii nie miał czego oglądać. No bo na niektóre filmy go nie wpuszczali. Było kilka takich kin, że można się było przemknąć, ale były też takie kina, w których takie przepraszam, tu znowu będę jakby niepoprawny politycznie, ale takie babochłopy tylko czekały na takich podrostków z lekko zarysowanym wąsem, którzy mają nadzieję, że im się uda na film dla dorosłych. Ale się nie udawało. To były takie cerbery, które cyk i zwracałeś bilet w kasie.
Nie było szansy. Ale tak, to rzeczywiście druga z rozrywek feryjnych w czasach licealnych to namiętne chodzenie do kina. Było tak, że chodziłem czasami dwa razy dziennie do tego kina. No i pamiętam też, że były takie filmy. Jeden z nich to „Wejście smoka”. Ja na tym filmie byłem naprawdę nieskończoną ilość razy. Film jest prosty, ktoś powiedziałby nawet prymitywny, ale coś mnie do tego filmu ciągnęło. Bardzo mnie do niego ciągnęło i konsekwentnie na ten film chodziłem między innymi w czasie ferii. Proszę państwa, proszę państwa, cóż, wspomnień cała lawina się wysypała dzisiaj. Wspomnień, które z czasem ferii zimowych się wiążą.
Ja myślę, że jeśli państwo dotrwali do tego miejsca audycji, to już się państwu nasunęły wasze własne wspomnienia, o których chętnie poczytamy, bo cały czas jestem przekonany, że tematu nie byliśmy w stanie wyczerpać, więc chętnie poczytamy, czym jeszcze młodzież oraz dzieciaki w czasie ferii były zajęte. Były podekscytowane. Po prostu to było życie, które dla tych dzieciaków w ciągu tych dwóch tygodni rozkwitało. Ja to pamiętam. Przepraszam za pewien patos, ale rzeczywiście to było tak. Szkoła, szkoła, szkoła. Dwa tygodnie wolności, o której dzisiaj sobie chyba nie jest w stanie nikt tego wyobrazić. Absolutna wolność. I później znowu szkoła, szkoła, szkoła. To było straszne.
Ale te dwa tygodnie To był absolutny rarytas. Proszę państwa, a dzisiaj już prozy nie będzie. Co nie znaczy, że kończymy audycję. Zapraszam państwa na kącik poetycki, ale wszyscy ci, którzy nie lubią poezji ckliwej, romantycznej i jakiej tam jeszcze, niech może od razu nie wyłączają audycji. Dajcie państwo szansę, bo autor zestawu poematów, które państwo za chwilę usłyszycie, Łukasz Wodyński, który zresztą czyta te poematy. Proszę państwa, to jest głęboka dźwiękowa podróż w głąb współczesnego człowieka. I to nie jest podróż, która odsłania najpiękniejsze cechy tegoż człowieka. Wędrujemy gdzieś w kierunku ludzkich pragnień, potrzeb, a czasami instynktów. I tu już wiadomo, że bywa czasami mrocznie. Naprawdę pięknie państwa zapraszam.
Łukasz Wodyński, zestaw poematów czyta autor, a wszystko to na podkładzie muzyki Rafała Iwańskiego i Bogusława Raca. Zapraszam. To może być uczta dla duszy.
[03:17:07] - Uniwersum. Gwiazdy w ciszy gasnące. Okruchy planet w niepewności wiszące. Czarna otchłań marzeń, niedokonanych zdarzeń. A w środku stary Bóg trzymający wszechświat u swych stóp. Wszystko, co stać się mogło. Wszystko, co stać się chciało, lecz nie stało. Ciało puste, dryfujące przez fale namiętności. Niespełnione, samotne i zagubione. Doszczętnie porzucone.
Wydane na pożarcie bestiom władzy, chciwości i pazerności. Strzępy wspomnień. Chwile radości. Moment uniesienia i wieczność cierpienia. Samotność. Istoty z głęboko skrytymi pragnieniami, przebiegające obok, patrząc pustymi spojrzeniami. Niezdolne do czucia, niezdolne do miłości. Upośledzone obsesją niezależności, wielkości. Monumenty odarte ze swojej wzniosłości, drążone przez czas. Kruszejące i zapomniane.
Możliwość zmiany, cierpliwie wyczekująca za rogiem. Rządza uwagi, parząca jak ogień. Do granic napięta obojętność. I wiążąca wszystko ciemność. Hipokryzjo. Nigdy nikogo za głupca nie miałem, póki swej głupoty nie dowiódł. Sam skrywając naiwność, mam światłość, mądrość i dobroć. Hipokryzji pielęgnuję zalążek. Łudzę bezinteresownością. Mamię własnych dobrych uczynków mocno wygórowanym mniemaniem.
Płacę za komplementy wysoką stawkę. Towarzystwo fałszy aprobaty. Zazdrość płynąca pod skórą. Spojrzenia radosne, łechcące. Ja sam nieprawdziwy, nieżywy, sztuczny, nadęty Odpowiadam na każdą przychylność. Wzrastam od komplementów. Uśmiecham z wyszczerzoną gębą i odpowiadam: „Dziękuję, proszę coś jeszcze.” Człowiek. Plątanina żył i tętnic. Stada drobnych naczynek. Doskonała precyzja mięśni i tkanek przyczepionych do kości.
Paleta pierwiastków. Abstrakcyjne plamy w przekrojach. Mięzadła i stawy. Przyjemności ośrodki. Układ zbędne uczucia trawiący. Kręgosłup bagaż doświadczeń niosący. Zimny kalkulacji dotyk. Słuch czujny na wszelkie obelgi. Wzrok rześki i jak pazur ostry. Umysł nietrwały i lotny.
Dźwięk głosu rezonujący długo jeszcze w przestrzeni i obraz wyryty na zawsze w pamięci. Dualizm. Sterylność wody w kałuży. Fala, której spokój nie zburzy. Czystość kropli absyntu. Rytm falujących na wietrze hiacyntów. Nienawiść pozbawiona złości. Dom, w którym nikt nie zagości. Przyjemność okupiona cierpieniem. Witalność tryskająca zmęczeniem.
Uśmiechu ponurość. Żelaza kruchość. Palców krzywizny. Zdrowej skóry blizny. Mięso obgryzione do kości. W dumie poczucie skromności. Z choroby przyjemność. W rozłące jedność. Przytłaczający ciężar niewinności. Naiwność wielkości mądrości.
Absurdu potęga. Z kamienia wstęga. Przewrotność miła i wrogość zażyła. Daremność. Skromności surowa siła. Wierności niewdzięczna odpowiedź. Zdrady ślad niezmazany. Skruchy chęć bez znaczenia. Bezradności przypływ piłujący. Gniewu mocy potęga.
Herezji szczytna intencja. Przebaczenia przytłaczająca daremność. Uśmiech nic nieznaczący. Zamiaru tajemniczość skryta. Nowego celu nieznany kierunek. Strach wewnątrz drzemiący. Otwartości świeżość przyjazna. Dobroci akt niepotrzebny. Zachwytu przypływ poezji. Porównania sens zgubny.
Poszukiwane treści znaczenie. Odpowiedź pytająca: co dalej? Postmodern. Wirtualne narodziny. Wirtualne godziny. Wirtualne przeżycie. Wirtualne nadużycie. Wirtualny seks. Wirtualny ex. Wirtualna zdrada.
Wirtualna porada. Wirtualny hejt. Wirtualny szejk. Wirtualne skąpstwo. Wirtualne łakomstwo. Wirtualne uzależnienie. Wirtualne leczenie. Wirtualne cierpienie. Wirtualne odstępstwo. Wirtualne przestępstwo.
Realne więzienie. Kara. Szara wolność nie do przyjęcia. Wirtualna przestrzeń. Wirtualny więzień. Samobójstwo. Destrukcja. Error. Alt Ctrl Delete. Alt Ctrl Delete.
Alt Ctrl Delete. Dorosłość. Skrzydeł iluzji trzepot. Bohaterów z dzieciństwa brak nagły. Urok dawnych marzeń pochowany. Sens zbyt głęboko zakopany. Przejmujące moralitety wyssane z bajek. Koło epitetów krążące nade mną jak wrony. Treści przesadność wszelakiej. Gąszcz sensów.
Symboli wołających skupienia. Gdzie jest zabawa? Gdzie chęć? Nic nie pojmuję. Tylko świata radości porzuconego żałuję. Zrozumienia powagi spraw. Obowiązek przykry czeka. Dojrzałość, powiadasz? Dziękuję. Wolę dzieckiem w środku pozostać.
Cieszyć się i radować wolnością. Pięknem i pasją gry nazywanej namiętnie życiem. Lekcja z krótkiej podróży. Przywitać nieskromnie istnienia poczucie. Nauczyć pewności w chodzeniu. Usypać fortecę przekonań i zburzyć. Przyswoić codzienność. Wykształcić ucieczki sposoby. Przygarnąć samotność. Wędrować bez celu.
Odnaleźć pustyni granice. Zmęczoną swą twarz do piasku ciepłego przytulić. Zajrzeć pod kamień, by niechęć pochować. Znaleźć najprostszą ścieżkę do domu. Nakarmić łagodność. Nieobecności nadrobić. Wypaczeć przyjaciół. Dokończyć milczeniem wysłane rozmowy. Ocalić od zapomnienia sekundy, minuty, godziny. W kochance zatopić się czule.
Doświadczyć spełnienia. Odetchnąć wolnością. Wrogów od progu przywitać. Pojednać z szacunkiem i wyrzec wilków obłudy. Doświadczać na nowo i kochać szaleńczo. Być szczerym do bólu, prawdziwym w swej pracy. Nie zawsze przekonującym, skutecznym. Rozwiązać całą podróży zagadkę. A kiedy owacje ustaną, pożegnać się i zejść cicho ze sceny. By oddać nieswoją należność.
Czas pożyczony na moment. Pamięć. Czysty jak biel kartek papieru niezapisanych. Przejrzysty jak szkło wypolerowane przez mistrza. Wolny od wątpliwości, przystanków, wyborów. Cel jasny podróży. Póki mnie sen błogi znienacka nie znuży. I znów nie zapomnę, czego chciałem, co sobie zaplanowałem. Póki na mej pamięci nie powstanie rysa, nie zacznie pękać, burząc klarowność powierzchni. Wtedy pośpiesznie przewinę po klatkach całe życie do tego momentu.
Lecz przypomnieć powodu nie zdołam. I znów plany uciekły. Gdzie? Nie wiadomo. Czystość. Klarowność. Nowy porządek. Nic więcej. Osiągając już wszystko, nie mam niczego. Zostawiając swą wolę w pościeli, pozbywam się resztek z wczorajszego stołu.
Wyzbywam dumy posiadania. Patrzę na pusty horyzont, nie pragnąc nic więcej. Słuchając, jak wiatr niesie po polach zbezczeszczone kawałki mej wiary. Jak chłoszcze nimi po kłosach. Jak szumi i gwiżdże w eterze. Unosi mą grzywę w porywie. Dostojność. Prezencja żebraka. Dłonie wytarte od żalu. Nie mam niczego.
Stopy nagie, brudne od ziemi. Ciało wolne od szmat ciężaru. Oczy pełne, głębokie. Usta rozchylone w grymasie. Głowa zadarta wysoko. Dreszcze przechodzą po skórze. Kropla wolności spływa po karku. Teraz mam wszystko, nie mając niczego. Niepokój. Chirurgiczna precyzja zdarzeń.
Paraliżujący atak na zmysły. Pożoga wszelkich marzeń. Mechanizm rwący wszystko na strzępy. Krążąca po głowie lawina myśli wydzierających spokój jak sępy. Gniewem toczona padlina trawiąca głęboko zapadłe fragmenty. Ekspansja współczucia dla siebie samego przemierzająca poruszone odmęty. Upojona widokiem raju utraconego. Żalu szybkość reakcji. W przestrzeni czasu nakreślonego płytkim oddechem frakcji gęstego tlenu wydzielonego. Jak kwiat bezbronny, jak rana otwarty sączę myśl topniejącą od siebie.
Zbieram pokruszone kawałki. Przesuwam jak chmury po niebie. Szybkim ruchem sklejam z powrotem, a niepokój zostawiam na potem. Sekunda. Chwila z tysiąca. Tafla uczuć pleśniejąca. W wylewanego gniewu szerokich strumieniach. Odmęty skamlących krzyków, szeptów i szmerów. Szarpanina ciszy. Harmonia wbijających się w myśl igieł spokoju.
Piękno rozpostartych na wietrze skrzydeł motyla. Mleczna woń kosmosu. Lekkość esencji atomu. Radość z powrotu do domu. Jeszcze jedna chwila w przestrzeni świadomości. Purpura godności. Podróż krótsza od drogi. Demagogia jak sztylet ciągnąca po gardle. Uścisk pomarszczonych dłoni do wieczności wyciąganych. I świerszcze cykające w eterze uwerturę spokoju niezmąconą.
Metamorfoza. W świeżości zieleni skrywam swój wzrok dziki. W płodności natury przepychu zarastają ścieżki skaz na mej duszy wczorajszej. Dokąd stąd zajdę? Dokąd udam dalej? W pyszności nosem kręcę. Zastanawiam gdzie byłem, gdzie jestem i nie wiem. Wody głębokość mierzę, zanim po czubek zatopię się głowę. By odbić od dna czeluści. Wypłynąć z czystym sumieniem.
Nie myśleć o wczoraj. Poddać radości. Okrucieństwo zostawię za drzwiami. Włożę do miski. Poczekam na deszcz gęsty. Po rzęsach płynący. By wypłukał nowotwór szaleństwa. By uspokoił spętane zwierzę. Kroczę po nowej ścieżce ogłady. Nie wiedząc, czy dalej na pewno dam radę być takim, jakiego siebie już zapomniałem.
Czy będę w stanie wytrzymać, udawać kogoś, kim jestem? Biegnąc przez las iglasty po drodze mijam zwierzęta dzikie, jak ja kiedyś. Przed chwilą. Dawniej. Czekają ukryte, gotowe, by rzucić się na mnie. Znów wystawiam swe kły i pazury, by wbić je zgrabnie. Monolog wieczorny. W wieczności nie ma nic ciekawego. Dlaczego? To wartość niewiadoma.
A kto ją ma? Może czasy nieskończone. Niepoliczalne w ludzkim znaczeniu. Zrozumieniu? Prawda będąca odwieczną zagadką. Kto? Gdzie? Jak? Po co? Dla architekta niestrudzone pytania.
Pozostawione do dziś z dozą wahania. Nikt nigdy nie widział postaci jego. Skąd zatem wiadomo, że jest? To przypuszczenie, lecz trudno o lepszy test. Co mamy? Miliardy badań, lecz wiary nie damy, ponieważ przyczyny wszechrzeczy nie znamy. Więc po co ta sprzeczność? By poznać się bardziej i nie zanudzić w oczekiwaniu na wieczność. Trucizna. Wychodzę z ogrodu.
Dzień za plecami zostawiam. Otwieram drzwi. Wsłuchuję w zegara bicie. W nocne psa ujadanie. Księżyc wpada do środka. Czyszczę swe ciało. Obmywam dokładnie. Zęby szczotkuję ze śmieszności drobin. Wychodzę z łazienki pachnący i świeży. Kładę do łóżka.
Zasypiam czysty na wierzchu, lecz brudny od środka, usmolony milionem pocałunków zazdrosnych. Unoszony egocentryzmu językiem. Obrażony śmiertelnie na bliskich. Smolista maź pychy zasypia wraz ze mną, aby gdy wstanę o świcie, znów truć od środka. Przesyt. Za dużo słabości. Za mało mądrości. Za dużo rozmów. Za mało milczenia. Za dużo jedzenia.
Za mało myślenia. Za dużo głupoty. Za mało cnoty. Za dużo owacji. Za mało celebracji. Za dużo lubieżności. Za mało bliskości. Za dużo rozproszenia. Za mało skupienia. Za głośno, by usłyszeć własne potrzeby.
Za cicho, by cudze przywdziewać. Za mocno, by nic nie czuć. Za słabo, by ból poczuć. Za późno, by odejść. Za wcześnie, by wrócić. Za daleko, by dotrzeć. Za blisko, by ruszyć. Za dobrze, by kończyć. Zbyt źle, by zaczynać. Obojętność.
Gwar ludzi w dusznym powietrzu. W ustach metaliczny posmak absurdu. Gorycz wody nalanej do kubka. Gardło obciążone kofeiny porcją niedopitą nerwowo. Wijący przebłysk. Co robię? Sos wymęczonych papierów na biurku. Tysiące słów w maile spisanych. Twór niepojęty, dziwny. Pasożyt zimny i zagadkowy.
Lecz ja nie mam rozumieć. Mam pracować, cieszyć nagrodą. Pracować, by nie pozwolić dać innym być lepszym i bardziej bystrym, skuteczniejszym i szybszym. Tracę już siły. Do krzesła uwiązany, w gąszcz spraw uwikłany, z poczucia siebie wyssany. Oczy klejące. Padam przy biurku i nikt w tym hałasie nie zauważa jednego truchła przy biurku. Konkluzja. Dłonie klaszczą. Dłonie głaszczą.
Dłonie pieszczą. Dłonie mieszczą. Usta mówią. Usta plują. Usta cieszą. Usta peszą. Umysł buduje. Umysł knuje. Umysł błyszczy. Umysł niszczy.
Oczy widzą. Oczy płyną. Oczy marzą. Oczy płaczą. Serce czuje. Serce kłuje. Serce bije. Serce kryje głębię, pustkę, szarość, kolor. Nie ma. Jest.
Nie będzie. Było. Zawsze. Wszystko. Nadaremne są wysiłki względem czasu miary. On i tak rdzą pokryje wszelkie szlachetne zamiary. Ignorancja. Słońce wysoko, dumnie tańczy na niebie. Drzewa szumią skrytością i tajemnicą cichą. Ryby wyskakują z wody na moment, by zobaczyć kawałek świata, który przemija nade nimi.
Trawy sycą się płaszczem, harmonią spokoju zdobionym. Migotliwość jeziora rozcina człowiek płynący chciwością. Znudzony czasem, który przemierzył. Zapomniał zabrać ze sobą szacunku dla wody, dla nieba, dla roślin i zwierząt. Nie ukłonił się słońcu, które ogrzewa jego skórę grubą, by nie zmarzł od wiatru zimna. Nie uszanował dzikości miejsca, gdzie wcześniej polował natrętnie, gdzie sidła zostawiał głupoty. Nie zostawił niczego dla innych. Nie zobaczą już piękna, nie poczują wiatru. Powietrze skażone, ryby zatrute. Zwierząt już nie ma.
Las wycięty. Tylko woda wciąż kwitnie pienistym szlamem barwiona na żółto. Pożegnanie. Sekundę przed przebudzeniem otwieram oczy na zapomnienie. By wyrzucić resztkę zszarganych uczuć z przeszłości, wrzeszczących uwagi, wyrwanych z podświadomości. Sekundę przed przebudzeniem składam dłonie w obronie, prosząc o łaskę bycia potrzebnym. Pochylam w ukłonie, by utracić samotności poczucie zgorzkniałe. Sekundę przed przebudzeniem otwieram duszę na mgnienie, by zrzucić garby wolności, stać nieprzezroczystym dla tłumu. Skierować spojrzenie obojętności. Tańczyć.
Zachwycić. Nie zmarnieć. Sekundę przed przebudzeniem podarowuję ciału łaknienie. Bym żebrać więcej nie musiał o pożądanie gaszonej wciąż wiary w dobroć, czułość i szczerość. Zostawiam gorycz poczucia, że nic już nie czeka na krańcu. Sekundę przed przebudzeniem zamykam usta milczeniem, głodny miłości, której tak mało żałośnie w tlenie, w oddechu, na smyczy, w kagańcu. Której wszyscy szukają żarłocznie w pozorach, w dystyngowanym szaleństwa tańcu. Sekundę przed przebudzeniem wyzwalam wzruszenia pragnienie. Zadławiony obojętności szczodrością. Za późno.
Opuszczam to miejsce. Idę gdzieś dalej zaświecić swym blaskiem.
[04:00:55] - Proszę państwa, no i cóż, teraz już naprawdę koniec audycji. Ale za tydzień wrócimy. Taką mamy przynajmniej nadzieję, że świat się nie skończy i będzie nam dane wrócić. A zatem ja państwa już dzisiaj serdecznie na tę kolejną audycję AWF zapraszam. To za tydzień. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, życzę dobrego weekendu, dobrego tygodnia w ogóle życzę. Pięknie państwu dziękuję i do usłyszenia.
[04:01:29] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.