Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, za kilka dni święta, ale ja tak sobie myślę, że my to takie małe święto mamy praktycznie co każdy piątek. Oczywiście spotykając się w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski.
[00:41] - Halo, hola Bydgoszcz. Dzień dobry wieczór Państwu. Cieszę się, jeśli znaleźli państwo odrobinę czasu w tym przedświątecznym młynie, aby posłuchać trochę o książkach, trochę o filmach i trochę może o filozofii. Tradycyjnie, jak w każdy piątkowy wieczór zapraszam Państwa na podróż przez fikcję, bo w końcu jesteśmy w Akademii Wszelkiej Fikcji. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Pierwsza z pozycji, które chciałbym Państwu polecić nosi tytuł: „Zostań ze mną”. To jest książka napisana przez dwóch nie byle jakich fachowców. Pierwszym z nich jest Nicholas Sparks, a drugim fachowcem jest M. Night Shyamalan. To nazwisko powinni Państwo kojarzyć, ale bardziej z filmu niż z literatury.
Wydawcą jest wydawnictwo Albatros, a książka będzie miała premierę 28 stycznia przyszłego roku, roku 2026. To jest bestseller „New York Timesa”. To jest najnowsza powieść Nicholasa Sparksa, ale właśnie wspartego przez mistrza filmowego. Tak, bo to jest efekt bezprecedensowej współpracy mistrza romantycznych historii, autora takich bestsellerowych książek jak: „Pamiętnik” czy „List w butelce”. A przecież Shyamalan, scenarzysta, reżyser kasowych thrillerów takich jak: „Szósty zmysł”, „Osada” czy „Zdarzenie”. No to troszeczkę o tym filmie. Wkrótce się zakochasz, Tate. A kiedy to się stanie, twoje życie zmieni się na zawsze. Historia miłosna nasycona tajemnicami życia, śmierci, zawiłych relacji międzyludzkich i tym, co umyka racjonalnemu myśleniu. Nowojorski architekt Tate Donovan przybywa na Cape Cod, aby zaprojektować letni dom dla najlepszego przyjaciela.
Niedawno wypisano go z kliniki psychiatrycznej, gdzie leczył się z głębokiej depresji, ale choć wciąż zmaga się z bólem po stracie ukochanej siostry, ma nadzieję na nowy początek. Pomimo budzącego niepokój wyznania Sylwii na łożu śmierci, że posiada dziedziczny w ich rodzinie dar widzenia duchów, które wciąż przywiązane są do świata żywych, Tate wierzy jedynie w to, co można objąć rozumem. Kiedy jednak zamieszkuje w zabytkowym pensjonacie na Cape Cod, gdzie spotyka piękną młodą kobietę o imieniu Wren, jego przekonanie, że światem rządzą żelazne zasady logiki chwieje się w posadach. Tate i Wren z miejsca łączy więź, jakiej żadne z nich nigdy wcześniej nie doświadczyło. Tate czuje jednak, że coś zagraża ich kruchej i bardzo świeżej relacji. Aby dać im obojgu szansę na szczęśliwą przyszłość, musi poznać tajemniczą przeszłość Wren, zanim będzie za późno. Szukając prawdy, zacznie wątpić w to, co ludzie opowiadają o sobie oraz w prawa rządzące naszym istnieniem, a miłość, którą czuje, zacznie budzić strach. Opowieść o sile naszych emocji, która stawia pytania o naturę miłości i jej granice. Film na podstawie książki w reżyserii Shyamalana pojawi się wkrótce w kinach, a na Booklist można przeczytać taką oto notatkę: „Genialne połączenie romantycznej historii miłosnej w najlepszym stylu Nicholasa Sparksa z wątkami nadprzyrodzonymi, za które cenimy znanego reżysera Shyamalana. Ta tajemnicza i poruszająca romantyczna opowieść uwiedzie rzesze czytelników”.
A przypomnę, ta opowieść nosi tytuł: „Zostań ze mną”. Autorzy Nicholas Sparks i M. Night Shyamalan. Wydawnictwo Albatros, a książka w sklepach, w księgarniach dopiero od 28 stycznia 2026 roku. Druga książka nosi tytuł: „Konkurent”. Autorką jest Diana Brzezińska. Wydawnictwo Otwarte. Książka na rynku też 28 stycznia 2026 roku się pojawi. Teraz rozstrzygnie się wszystko, co zaczęło się w „Wizjonerze”. Trzyletni Łukasz znika z piaskownicy, a cała Polska wstrzymuje oddech.
Uruchomiony zostaje Child Alert. Media nagłaśniają każdy szczegół sprawy, a rodzina chłopca pogrąża się w rozpaczy Wszystko wskazuje na porwanie, ale kolejne tropy prowadzą do prawdy o wiele bardziej mrocznej. Wiele bardziej mrocznej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Śledztwo łączy się z tajemnicą bloga Pana Dociekliwego, który od dawna dręczył Aleksandra i Agatę. W końcu poznają autora mrocznych wpisów. Odkrycie szokuje, ale przynosi też ulgę. Aleksander mierzy się z pytaniami o przyszłość. Agata musi podjąć decyzje, które mogą zmienić jej życie, a prokurator Nabożny dokonać wyborów w życiu osobistym. Sprawa porwania staje się dla całej trójki punktem zwrotnym zawodowo i prywatnie. To ostatnie śledztwo Aleksandra i Agaty i wielki finał serii, w którym łączą się wszystkie wątki.
Zakończenie cyklu zaskoczy nawet najbardziej uważnych czytelników. Kilka słów o autorce. Diana Brzezińska to pisarka, prawniczka, mediatorka, asystentka w Katedrze Studiów nad Bezpieczeństwem Uniwersytetu Szczecińskiego. Autorka, która sprzedała już 100 000 egzemplarzy swoich książek. Miłośniczka wszelkich zagadnień kryminalistycznych, dobrej literatury i jazdy konnej. Od lat biega po sądach, budynkach prokuratur, komisariatach i zakładach karnych, zgłębiając niezliczone śledztwa i badając popełnione w Polsce zabójstwa. Przypomnę, książka nosi tytuł „Konkurent”. Autorką jest Diana Brzezińska. Wydawnictwo Otwarte. Data premiery 28 stycznia.
No i trzecia książka „300 kilometrów miłości”. Autorka Agata Przybyłek, Wydawnictwo Literackie. Książka na rynku nieco wcześniej niż poprzednie, bo od 14 stycznia 2026 roku. Gdy rozum widzi przeszkody, serce znajduje mosty. Gabriel po przeprowadzce do Grzybowa prowadzi spokojne, poukładane życie. Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy podczas spaceru z psem znajduje na plaży różowy notatnik. Okazuje się, że należy on do Laury, nauczycielki z Mazowsza, która co roku przyjeżdża tu, by choć na chwilę odpocząć od obowiązków związanych z opieką nad chorą siostrzenicą i młodszą siostrą. Zaintrygowany zapiskami Laury Gabriel odkrywa, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczał. Niewinna korespondencja między nimi przeradza się w coś głębszego, a spotkania, mimo dzielącej ich odległości, stają się coraz częstsze. Budują więź, której nie sposób zignorować.
Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogli być razem. Kiedy Laura decyduje się wreszcie pójść za głosem serca, stan zdrowia jej siostrzenicy nagle się pogarsza. Rozdarta między miłością a obowiązkami wobec rodziny, zrywa kontakt z ukochanym. Mijają lata, ale zakochani nie potrafią o sobie zapomnieć. Czy ich drogi jeszcze się skrzyżują? Czy los da im kolejną szansę? A może ich uczucie pozostanie jedynie wspomnieniem? Przypomnę tytuł „300 kilometrów miłości”. Autorka Agata Przybyłek. Książka wyszła, a właściwie wyjdzie w Wydawnictwie Literackim.
Data premiery 14 stycznia 2026 roku. Tak jak co miesiąc muszę wygłosić pewną formułę. To nie koniec polecanek, bo przed nami przegląd styczniowego wydania Nieznanego Świata. Serdecznie zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Minął kolejny miesiąc. No i pomimo, że mamy grudzień 2025 roku, zaczynamy omawianie numeru styczniowego Nieznanego Świata. A skoro tak, to bardzo serdecznie witam Piotra Cielebiasia. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[10:42] - Również witam i ciebie, i wszystkich czytelników. Rzeczywiście miesiąc kolejny minął jak z bicza strzelił. Na świecie jeszcze 2025, a w Nieznanym Świecie już 2026. Ukazał się bowiem numer noworoczny, jak to się mówi pod choinkę, ku radości czytelników. Wy też możecie nam sprawić radość decydując się na prenumeratę w roku 2026. Możecie się dowiedzieć o niej więcej w linku podanym pod spodem. Pamiętajcie również, że Nieznany Świat można znaleźć w salonach prasowych, na stanowiskach z gazetami, w supermarketach i małych, i dużych. Mamy także wersję elektroniczną dla tych, którzy wolą czytać na ekranie. Wszystkie odpowiednie linki macie pod spodem.
[11:29] - Proszę państwa, zaczynamy zatem przeglądać styczniowy numer Nieznanego Świata. Przeglądam, przeglądam i trafiam na tytuł, który natychmiast mnie ekscytuje, bo dotyczy czasu. Oblicza czasu.
[11:45] - Czytelnikom Nieznanego Świata nie trzeba tłumaczyć, ponieważ często podejmujemy temat na przykład chińskiego horoskopu czy kalendarza Majów, że różne kręgi kulturowe na świecie w różnym czasie obchodzą Nowy Rok. Dla nas 1 stycznia jest czymś oczywistym, natomiast nie jest oczywistym na przykład dla Persów czy rzeczonych Chińczyków. Nawet jak się przyjrzymy starożytnej Grecji, to zobaczymy, jak tam kompleksowo podchodzono do tematu pod tytułem Nowy Rok. Dodajmy do tego wszystkie reformy kalendarza, różne metody liczenia czasu i zauważymy, że w ramy czasu, który nas tak bardzo goni, trochę sami siebie wkładamy, wtłaczamy. A przecież Marku, nie brak i takich, którzy mówią, że jako taki czas w ogóle nie istnieje. I o tym wszystkim przypomina nam doktor Joanna Bochaczek-Trąbska w tym artykule, o którym wspominasz. Zatem pamiętajcie o tych obliczach czasu, szczególnie o 23:59 najbliższego Sylwestra. Tak, ale czas czasem Marku, a w numerze styczniowym również bardzo ciekawy reportaż twojego autorstwa zatytułowany „Wędrujący kamień”. Ja powiem trzy słowa, a ty powiesz więcej. Chodzi o tak zwany kamień z Kontrewersu, niewielkiej wsi koło Mniowa w Górach Świętokrzyskich.
To tam w drugiej połowie lat 80., w sumie to w okolicach Kontrewersu, odnaleziono kamień z zagadkowymi wizerunkami i pojawiły się, drodzy państwo, kosmiczne teorie. Różne teorie nie z tej ziemi. Od takich, że on przedstawia diabła albo jakieś bóstwo pogańskie, po taką, że mamy do czynienia z jedynym, a może jednym z niewielu w naszym kraju zabytków związanych z bogami z kosmosu. Jest tam nawet wątek indiański. Marku, czego się dowiedziałeś o tym niesamowitym kamieniu?
[13:42] - Przyznam się, że kiedy jechałem w okolice, czyli właśnie w okolice Mniowa, w okolice Kontrewersu, w okolice Kielc i do samych Kielc, to był koniec sierpnia. To był niezwykły dzień, bo miałem takie poczucie, że rzeczywiście dotykam tajemnicy. Ja oczywiście w tym reportażu staram się przedstawić różne aspekty tego problemu, bo się okazuje, że kamień nawet tak zabytkowy i określany mianem najciekawszego albo przynajmniej jednego z najciekawszych znalezisk archeologicznych w Polsce, taki kamień może być również problemem. O szczegółach to przeczytacie państwo w reportażu. A jeśli się to państwu w głowie nie mieści, to macie podobnie jak ja. Mnie się też nie mieściło w głowie, że zabytek tej klasy, tego znaczenia może być problemem. Okazuje się, że może. Ale poza takimi, nazwijmy, obyczajowymi sprawami związanymi z kamieniem, to jest tam szereg różnych hipotez. Piotr o nich wspomniał i te hipotezy niejako przez cały czas wokół kamienia krążą. Ja przedstawiam w reportażu zarówno punkt widzenia naukowców, ludzi zajmujących się geologią i archeologią.
To jest już tylko to. Bez żadnych dodatków kosmicznych jest arcyciekawe. Kiedy dołączam jeszcze pewne relacje znanych państwu świetnie badaczy zjawisk niezwykłych, to się robi bardzo ciekawe. Ale kiedy znalazłem się we wsi Kontrewers, to mówiąc szczerze żuchwa mi opadła, kiedy usłyszałem o pewnych rzeczach. A wcześniej oczywiście byłem jeszcze w Mniowie wspomnianym. To jest siedziba gminy, bo przez długi czas w szklanej piramidzie przed Urzędem Gminy ów kamień był eksponowany. Można go sobie było obejrzeć. Ale teraz już go nie ma. Od roku ponad tego kamienia nie ma w Mniowie. Mniów notabene to jest miejscowość znana właśnie z dwóch rzeczy.
Była znana z tego kamienia i z tego, że urodził się tam Marian Paździoch, a konkretnie aktor, który odtwarzał w serialu „Świat według Kiepskich” Mariana Paździocha, czyli pan Kotys. Jest tam oczywiście upamiętniony, jest tablica i tak dalej. To jest wątek poboczny. Natomiast wiecie państwo, wspomniałem o tym, że już nie można zobaczyć tego kamienia. Już nawet piramida pusta nie została. Już teraz jest placyk pokryty kostką brukową. Widać miejsce, gdzie piramida się znajdowała, bo kostka ma inny kolor. Ale Piotr wspomniał również o Indianach. Tak, bo z jednej strony te wizerunki pokazane na kamieniu, które właśnie ich datowanie jest przeróżne. Mówiono o tym, że to są wizerunki średniowieczne, a później przesunięto to głęboko w przeszłość i tam są spory, ile tysięcy lat wstecz należałoby się cofnąć, żeby dojść do tego, kto te wizerunki stworzył.
Ale przy okazji wyszło, że te wizerunki są podobne do tych, które można znaleźć w Ameryce Północnej, tak zwanych kokopeli. Dzięki mieszkańcowi Kontrewersu, człowiekowi z pasją, który jakby to państwu powiedzieć, prowadzi tam agroturystykę, a jednocześnie jest fascynatem kamienia. Dowiedziałem się jeszcze, że bardzo podobne wizerunki znaleziono na Półwyspie Apenińskim. I tak dalej. Reportaż jest dosyć długi. Myślę, że wciągnie państwa. Taką mam przynajmniej nadzieję. Robiłem, co mogłem. Sprawa wieloaspektowa i myślę, że to jest dobra lektura, na przykład na czas świąteczny.
[17:59] - Ja dodam tylko, że w to lato przejeżdżaliśmy z Adą Edelman przez Mniów właśnie. Zatrzymaliśmy się w poszukiwaniu tego tajemniczego kamienia koło Urzędu Gminy i nie było go. Była odbarwiona kostka, ale kamienia ani widu, ani słychu. Został przeniesiony do muzeum, natomiast można tam o nim przeczytać na tablicy, która jest gdzieś obok. To pamiętam.
[18:25] - Ale ja byłem w Kielcach, byłem w muzeum przy Państwowym Instytucie Geologicznym. Tam ten kamień jest do zobaczenia, macie państwo na wyciągnięcie ręki. Zresztą bardzo kompetentna i fachowa obsługa muzeum. Właściwie wahałem się, kiedy miałem powiedzieć obsługa, bo informacji na temat kamienia udzielała mi pani profesor, więc ważmy słowa. Dowiedziałem się rzeczy naprawdę arcyciekawych. To było dla mnie przeżycie. Wiecie państwo, ja jako człowiek, który reportaże dla różnych czasopism pisze od paru lat, rzadko się daję wciągnąć i coś mnie tak ekscytuje naprawdę mocno. A tutaj naprawdę ta opowieść pani profesor sprawiła, że poczułem, że dotykam jakiejś tajemnicy. Piotrze, tak sobie przeglądam dalej nasz numer styczniowy i widzę tytuł, który jest ci bliski: „UFO i parapsychologia. UFO parapsychiczne”.
[19:39] - Dokładnie tak. Jest to wywiad, który przeprowadził Damian Trela z Joshuą Kacinem, amerykańskim pisarzem, ufologiem i paranormalistą. Takie ciekawe słowo. Kacin ma bardzo oryginalne podejście do tematu. Akcentuje rolę takich aspektów, kwestii jak wierzenia, folklor, jeżeli idzie o bliskie spotkania z UFO. Bo z jakichś przyczyn, i to już zauważył chociażby doktor Jacques Vallée, spotkania z rzekomymi kosmitami powielają pewne schematy, które są obecne chociażby w opowieściach ludowych. Dotyczy to nie tylko uprowadzeń czy wizyt w jakichś cudownych krainach, ale nawet takich dość błahych spraw, jak chociażby częstowanie człowieka jedzeniem przez jakieś istoty magiczne. Miało to miejsce w Emilcinie również, przecież pamiętamy. To się powtarza w bardzo wielu legendach. Kacin dostrzega te drobne wątki, interpretuje to przez pryzmat psychiczno-parapsychiczny.
Widzi w tego rodzaju manifestacjach rodzaj przedstawienia, które rozgrywa się przed świadkiem. On jest autorem wielu książek. Niestety nie są tłumaczone na język polski. Natomiast w tym wywiadzie z Damianem on udziela takiego streszczenia swoich poglądów. Także bardzo gorąco polecam. Natomiast ja odbijam teraz Marku piłeczkę i w numerze styczniowym mamy pierwszy odcinek serii na temat przewodników duchowych, którego autorem jest Piotr Witold Lech. Postać chyba już znana, jeżeli chodzi o kręgi paranormalno-ufologiczne. Pierwszy odcinek poświęcony jest Krysznie, Bogu o skórze w kolorze chmury burzowej, tak się go niekiedy nazywa, ale Piotr nazywa go nauczycielem duchowym. Dlaczego?
[21:33] - Tak, bo tak jak państwu zapowiadaliśmy w ostatnim odcinku, rozpoczynamy ten cykl o przewodnikach duchowych. Piotr Witold Lech przyjął taki klucz do tych przewodników, że co drugi odcinek będzie prezentował jakiegoś mistrza duchowego, przewodnika duchowego z odległych czasów na zmianę z przewodnikami bliższymi nam czasowo. To już państwo sprawdzicie w numerze lutowym. A teraz do Kryszny. W hinduizmie Kryszna jest najwyższą istotą, najwyższym Bogiem. Te opowieści związane z Kryszną mają wymiar filozoficzny i teologiczny. I tu już natrafiamy na ślad tego, dlaczego Piotr Witold Lech zaczyna od Kryszny. Bo warto sobie uświadomić, że kiedy mówimy o przewodnikach duchowych, to kiedy mówimy o tych nieodległych nam, sprawa wydaje się prosta. Jest człowiek, którego słuchają rzesze ludzi, miliony i to jest wtedy proste. Ale uświadommy sobie, że przecież Kryszna to jest Bóg, a jednocześnie ktoś, kto mówił całym rzeszom ludzi przez wieki, jak żyć, jak postępować.
Tym bardziej że hinduizm ma to do siebie, że tam te wcielenia różnego rodzaju, inkarnacje się pojawiają i Kryszna nie był tak daleko od ludzi, jakby to się mogło wydawać. Jak często myślimy o bogach, to jest jakiś taki świat, który jest odległy od nas. Tymczasem Kryszna, nawet same opisy Kryszny mają to do siebie, że różnią się między sobą. I to jest, myślę, dosyć ważne. Tak jak powiedziałeś, chmura burzowa, bo w sanskrycie Kryszna to jest czarny lub ciemny. To właśnie odnosi się do koloru jego skóry. Myślę, że ten pierwszy odcinek jest dobrym wprowadzeniem do cyklu, bo z jednej strony odwołuje się po części do mitologii, do odległej religii i pokazuje, że ten przeskok pomiędzy czymś boskim a czymś ludzkim wcale nie musi być takim krokiem milowym. W sensie, że odległym, że czasami te światy zbliżają się do siebie, są bardzo blisko i okazuje się, że czasami naszym przewodnikiem duchowym może być ktoś, to nie to słowo, ale z panteonu bóstw hinduistycznych. Bardzo ciekawy odcinek, a ten, który pojawi się w następnym miesiącu zaręczam państwu, że będzie równie ciekawy. Chociaż już odwołujący się do czegoś, co jest niejako na wyciągnięcie ręki, bo wszystko sobie można wyszukać w Internecie chociażby.
Okazuje się, że nie wszystko, bo czasami rzecz w tym, żeby odpowiednio zrozumieć przekaz. I myślę, że Piotr Witold Lech, który jest niekłamanym specjalistą od tych klimatów, znakomicie pewne rzeczy tłumaczy. Dlaczego znakomicie? Dlatego, że on je rozumie. Nie mnie zresztą oceniać, ale rozumie to dlatego, że poświęcił temu sporo czasu. To jest człowiek, który ze słuchawkami na uszach słucha audiobooków, pism mędrców duchowych z różnych czasów. I wierzcie mi państwo, wchodzenie w dyskusję z Piotrem Witoldem Lechem jest zawsze przygodą i to przygodą intelektualną na najwyższym poziomie. To nie chodzi o to, że trzeba się pilnować, bo to też oczywiście, żeby nie gadać głupot przy nim, bo się człowiek kompromituje. Ale chodzi też o to, że z prostej rozmowy nagle otrzymujecie państwo pewną głębię, pewien wykład tego, o czym wcześniej nie myśleliście. Tego, co jest fascynujące.
I nagle się otwiera cały nowy świat. To jest dobry tekst, naprawdę dobry i sprzyjający rozmyślaniu.
[26:08] - A w numerze styczniowym jeszcze wiele innych interesujących tekstów. Piszemy na przykład o nowych ustaleniach w sprawie badań nad zjawiskami pamięci z poprzednich wcieleń u dzieci. Piszemy o nowych odkryciach dotyczących piramid w Gizie. Kontynuujemy wątek pomorskich masonów, a także zmiany na Ziemi, które może wywołać Słońce. W numerze noworocznym także stały i wyczekiwany przez wielu element, czyli prognoza astrologiczna dla Polski i świata na 2026, autorstwa oczywiście doktora Piotrowskiego. W tym roku ona nosi tytuł „Co zaoferuje nam Merkury?”. Przypominam o możliwości zakupu prenumeraty Nieznanego Świata na 2026 rok. Przypominam również o wersji elektronicznej. Numer bieżący, jak i numery archiwalne, także te sprzed lat, można nabyć na naszej stronie www.nieznany.pl.
[27:08] - Proszę państwa, to tradycyjnie teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj opowiem o filozofie, który nie przez wszystkich jest kojarzony, który nie jest wymieniany na takiej liście podstawowej, na której znajdziecie państwo na przykład Talesa, na której znajdziecie Epikura, na której znajdziecie innych filozofów, takich, o których każdy słyszał. Bo czy słyszeli państwo o Empedoklesie? Jeśli nie, to zapraszam. Empedokles z Akragas to jedna z najbardziej zagadkowych postaci filozofii przedsokratejskiej. Myśliciel, poeta, lekarz, polityk, a według legend niemal prorok. Żył na Sycylii w V wieku przed naszą erą. Żył w świecie, w którym filozofia nie była jeszcze akademicką dyscypliną. Była raczej sposobem istnienia, funkcjonowania w życiu codziennym. Filozof nie tylko myślał.
Filozof żył swoją doktryną często aż do granic mitu. Empedokles pojawia się w historii myśli jako postać z pogranicza rozumu i wizji. Z jednej strony próbował uporządkować świat przyrody, z drugiej mówił językiem niemalże religijnym. Pełno było w tym języku symboli kosmicznych sił i moralnych dramatów. I właśnie w tym napięciu kryje się jego wyjątkowość. Świat Empedoklesa nie jest ani chaotycznym strumieniem zmian, jak u Heraklita, ani też jednorodną, niezmienną jednią, jak u Parmenidesa. Jest światem złożonym, utkanym z czterech podstawowych elementów: ziemi, wody, powietrza i ognia. To one, wieczne i niezniszczalne, tworzą wszystko, co istnieje. Nic nie powstaje z niczego i nic nie ginie w nicości. Rzeczy jedynie łączą się i rozpadają w różnych konfiguracjach.
W tym sensie Empedokles próbował pogodzić sprzeczność między zmianą a trwałością, która rozdzierała wcześniejszą filozofię. Jednak same żywioły, które wcześniej wymieniłem, nie wystarczają, aby wyjaśnić ruch świata. Dlatego Empedokles wprowadził dwie fundamentalne siły kosmiczne: miłość, philia, i nienawiść, neikos. Miłość łączy, scala, tworzy harmonię świata. Nienawiść dzieli, rozprasza, prowadzi do rozpadu. Cała historia kosmosu to cykl nieustającej walki pomiędzy tymi siłami Walki, ale i równowagi. Świat rodzi się z połączenia różnych żywiołów i ginie w rozproszeniu, po czym proces zaczyna się od nowa. Ta wizja jest głęboko dramatyczna. Kosmos nie zmierza ku jakiemuś ostatecznemu celowi, ani też ku doskonałości. Jest jakby ruchem wahadła, wiecznym powrotem form, które pojawiają się i znikają.
Człowiek nie stoi poza tym procesem. On jest jego częścią. Ludzkie ciało, emocje, myśli podlegają tym samym prawom co gwiazdy i żywioły. Ale Empedokles szedł jeszcze dalej. Jego filozofia nie kończy się na kosmologii. Pojawia się w niej motyw winy, upadku i oczyszczenia. Według niego dusze ludzkie są istotami boskimi, które zostały strącone w świat materii za jakąś dawną przewinę. Życie jest formą wygnania, a kolejne wcielenia próbą powrotu do pierwotnej harmonii. To dlatego Empedokles głosił wegetarianizm. Potępiał przemoc, potępiał też ofiary ze zwierząt.
Według niego zabijając inne istoty dusza pogłębia swój upadek. W tym miejscu filozofia Empedoklesa zaczyna przypominać misterium religijne. Filozof nie jest już tylko obserwatorem świata, lecz kimś, kto zna jego tajemnice i próbuje wskazać drogę do wyzwolenia. Empedokles przedstawiał siebie jako istotę wyjątkową, niemal boską. Kogoś, kto przekroczył granice zwykłej ludzkiej kondycji. Legenda głosi, że rzucił się do wnętrza Etny, aby zniknąć bez śladu i potwierdzić swoją boskość. Niezależnie od prawdy, mit ten idealnie oddaje charakter jego myśli. Empedokles to filozof graniczny. Stał pomiędzy mitem a nauką, między religią a racjonalnością, między poezją a teorią. Jego cztery żywioły przetrwają wieki, stając się fundamentem późniejszej nauki i medycyny.
Jego wizja cyklicznego kosmosu powróci w różnych formach od stoików po nowsze koncepcje kosmologiczne, a jego pytanie o miejsce człowieka w kosmicznym dramacie tak naprawdę pozostaje aktualne do dziś. Bo Empedokles przypomina nam, że świat nie jest tylko mechanizmem, który można opisywać równaniami. Jest także opowieścią o łączeniu i o rozpadzie, o harmonii i konflikcie, i o tęsknocie za utraconą jednością. Być może właśnie dlatego głos Empedoklesa pełen patosu, wizji i filozoficznej odwagi, ten głos wciąż potrafi do nas przemówić. Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne o Empedoklesie, filozofie ciekawym, chociaż mało znanym. Ja zaledwie dotknąłem tego, co o tym filozofie wiemy. Empedokles, naprawdę warto rozszerzyć to, co powiedziałem, ale myślę, że zasygnalizowałem rzeczy najważniejsze w jego filozofii. Proszę państwa, to teraz czas na odrobinę literatury. Zapraszam na opowiadanie Anny Sikorskiej „Rysa na szkle”. To opowiadanie zaczerpnięte jest z audycji ABW.
Audycji, w której prezentowane były nadsyłane przez słuchaczy opowiadania. Zaręczam, że to, które jest przed nami, jest absolutnie fascynujące. Zapraszam.
[35:16] - Anna Sikorska „Rysa na szkle”. Rok 242. Patrzy na kopułę, w której tkwią zamknięte ludziki. Siedzą tam, nie wiedząc o jego istnieniu, a on tak bardzo chce się nimi bawić. Nie rozumie, czemu jest tutaj sam. Sam pod fioletowym niebem, pośród wiecznie zmieniającego się otoczenia. O, tam dzisiaj jest rzeczka, która cuchnie niemiłosiernie. Za chwilę może zapachnieć, wyparować lub zmienić się w wielką górę. Każda zmiana jest niespodziewana, każda ciekawa. Bywa, że się boi, jak wtedy, gdy przychodzą mechaniczni ludzie lub nawet całe maszyny wielkie jak miasta.
Albo te mikroskopijne insekty, których ugryzienie zawsze boli. Czasami boli przed ugryzieniem, czasami w trakcie, ale to dla niego nieistotne. Czas nie jest istotny. Czas się zmienia i to w najbardziej zwariowany i ekscytujący sposób. Chłopiec mieszka poza kopułą. Nie wie jak długo, bo i nie sposób tego zmierzyć. Wcześniej, później. Co za różnica. Dla niego nic się nie zmienia. Nie rośnie, nie starzeje się, ale pamięta.
Pamięta we wszystkich kierunkach czasu, we wszystkich jego prędkościach. Pamięta, jak jest, jak było, jak będzie. I nie pamięta zarazem, bo nie sposób pamiętać wszystkiego. Tak więc zdarzenia nadal go zaskakują i wzbudzają typowy dla dziecka entuzjazm. Brak w tym wszystkim kolejności oprócz jednego wycinka z jego życia. Tego z wewnątrz kopuły. W zamyśleniu podnosi przedmiot przypominający gwóźdź i rysuje wzorek na polu ochronnym otaczającym osadę. Te rysunki żyją własnym życiem. Nigdy nie udaje mu się naszkicować tego samego, czy też znaleźć poprzednich wersji ani przyszłych. Dlatego są tak interesujące.
Nagły ból przeszywa jego kostkę. Przegapił insekta. Odruchowo opiera się o kopułę, by nie upaść i nie przygnieść robala, co spowodowałoby następne ugryzienia. Gwóźdź wbija się głęboko w strukturę przesłony i zostaje tam. Rok 243. „Czas nadejdzie” oznajmił wychudzony człowiek siedzący na chodniku obok kosza na odpady. Nie żebrał. Patrzał przed siebie błędnym wzrokiem. W trzęsących się dłoniach miął zniszczone ubranie. Powtarzał raz za razem: „Czas nadejdzie”.
Przyglądający mu się przez okno kawiarni wysoki mężczyzna o niesfornych brązowych włosach pokiwał ze smutkiem głową. Jego towarzyszka, liska, drobna blondynka zauważyła ten gest i zapytała o powód reakcji. „Znałem go kiedyś” odpowiedział Kento. „Zanim zacząłem pracować na farmie”. „Z Instytutu?” Oriane wpatrywała się w niego dużymi, intensywnie błękitnymi oczami. Wszystko robiła z pełnym zaangażowaniem. Teraz też całą swoją uwagę poświęcała rozmówcy. Ten poczuł się lekko skrępowany. „Tak, to Regedo. Zajmował się naprawami urządzeń.
Kiedyś umyślił sobie sprawdzenie, co można było odzyskać ze starego sprzętu górniczego z kopalni. Poszli chyba w piątkę.” Kento wyraźnie się zawahał. Nie lubił o tym mówić, ale skoro już zaczął, to wypadałoby skończyć. Obiecał sobie, że tym razem nie będzie miał tajemnic przed partnerką. Jeśli Oriane kiedykolwiek nią zostanie. „Coś poszło źle. Tam na zewnątrz czas i przestrzeń igrają z ludzkim umysłem. Podobno zobaczył za wiele. Jakby nie było, wrócił zmieniony i nikt nie był w stanie mu pomóc. Zaczął tracić kontakt z rzeczywistością.
Było coraz gorzej. W końcu sama widzisz” dokończył niezręcznie. Oriane pokiwała głową. Nieśmiało dotknęła jego dłoni. „Cieszę się, że zmieniłeś pracę”. Uśmiechnął się do niej. To nie było dokładnie tak, ale na to wyznanie przyjdzie jeszcze czas. Jeva postanowiła wrócić ze spotkania drogą biegnącą przy samej kopule. Potrzebowała chwili samotności, której nie miała ani w pracy, ani w mikroskopijnym pokoju o cienkich ścianach. Ulica wiodła tuż przy przesłonie, polu siłowo-czasowym otaczającym kolonię.
Po jej drugiej stronie mieściły się zautomatyzowane magazyny. Rzadko kto tędy chodził. Ludzie wciąż pamiętali koszmary kłębiące się na zewnątrz. Główny powód, dla którego zmieniono barwę kopuły z przeźroczystej, lekko opalizującej szarości na mleczną. Teraz sprawiała wrażenie mgły otaczającej osadę. Niespodziewana przeźroczystość przesłony przyciągała wzrok kobiety. Jeva podeszła bliżej i wtedy zauważyła pęknięcie. Znajdowało się niecałe pół metra nad ziemią. Z początku kobieta spanikowała i odskoczyła od kopuły, rozglądając się z trwogą. Gdy nic się nie stało, koniec świata, jaki niewątpliwie musiał nadejść, skoro przesłona została uszkodzona, nie nadszedł.
Odważyła się popatrzeć jeszcze raz. Rysa była niewielka, może pięciocentymetrowa. Wokół niej sformował się przejrzysty krąg o średnicy trzykrotnie większej od uszkodzenia. Zjawisko fascynowało, a zarazem przerażało Jevę. Przez chwilę rozważała poinformowanie o nim władz, ale jakoś nie mogła się na to zdecydować. Zawsze pragnęła mieć jakąś tajemnicę, a przecież nic się nie stanie, jeśli poobserwuje rysę sama przez jakiś czas. Rok 246. Rolnicy pracowali na trzy zmiany, aby podołać zasiewom, nawożeniu i zbiorom przyspieszonych plonów. Farmy kolonii były dumą jej mieszkańców i powodem, dla którego uciszano wszelkie protesty przeciwko nauce opartej na manipulacji czwartym wymiarem. W końcu gdyby rozwój roślin nie odbywał się w strefie zmiennego czasu, nie mieliby szans się wyżywić.
Kento rozejrzał się po wielkiej hali, w której nadzorował pola temporalne, w skrócie zwane na farmach plonotempami. Wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku, tylko mężczyzna nie mógł uchwycić powodu swego niepokoju. Coś usiłowało przedrzeć się do jego świadomości. Coś, na co powinien zwrócić uwagę. Przygryzł wargę, starając się sobie uprzytomnić, co to mogło być. Na nic. Potrząsnął głową i odwrócił się w stronę drzwi, gdy zawył alarm. Spojrzeli po sobie z właśnie przybyłym zmiennikiem i rzucili się biegiem do sektora, z którego dobiegał ryk syreny. Saver zauważył migającą diodę na konsoli i odebrał połączenie. Skrzywił się widząc twarz swojego byłego asystenta Kento.
„Co się dzieje?” – zapytał, przypominając sobie, że tamten pełni teraz funkcję nadzorcy jednej z farm. „Mamy awarię systemu wzrostu. Zboża oscylują.” „Jak szybko?” Kento popatrzył na niego z niechęcią. „Za szybko, by zebrać, zanim przemienią się na powrót w sadzonki albo uschną. Próbowałem dostroić generator, ale to na nic.” „Wyślę kogoś” – zdecydował Saver, a po chwili dodał: „Spróbujcie jednak zbioru.” Rozłączył się, zanim Kento zdążył wygłosić jakąś całkowicie zbędną uwagę. Było źle. Awarie zdarzały się jedna po drugiej i to takie, w których ciężko było dostrzec przyczynę usterki. Ludzie już zaczynali przebąkiwać coś o fluktuacji czasu, o niestabilności tego, co produkowały generatory. Niby nic takiego. Niby wystarczyło zrobić tym urządzeniom przegląd, może coś wymienić, dostroić.
Sęk w tym, że to już nie wystarczało, a na Erithii brakowało i potrzebnych surowców, i precyzyjnych narzędzi, by przeprowadzić gruntowne naprawy. Ponad połowa maszyn została nieodwracalnie uszkodzona. Wytwory tych nadal sprawnych coraz częściej pozostawiały wiele do życzenia. Wszystkie typy pól temporalnych szwankowały. Przechowywane w zatrzymanym czasie maszyny i narzędzia nagle się zużywały lub wracały do formy sprzed obróbki, nieposkładanych elementów czy nawet surowców. Pożywienie psuło się w magazynach lub przejrzewało na farmach albo na odwrót. Zamiast gotowych wypieków odkrywano ziarna, zamiast sałatki warzywnej kiełki. Przyspieszony czas plonotempów pędził jak szalony lub nagle zwalniał. Najgorsze, że fluktuacje nie dotyczyły całych obszarów, na których rozpościerały się wytwory generatorów, a jedynie ich fragmentów. A Saver jako dyrektor instytutu był odpowiedzialny za całokształt badań temporalnych i ich zastosowań, czyli w praktyce za przetrwanie kolonii.
Nie tak miało być. Kiedy ich przodkowie opuścili macierzystą planetę, której uprzedzone i przerażone rządy zakazały eksperymentów z czasem i wybrali małą pogórniczą osadę na swoje nowe miejsce zamieszkania, wszyscy byli zadowoleni. Władze, że się ich pozbyły, naukowcy i ich rodziny, że wreszcie będą mogli rozwinąć skrzydła. Wszelkiej maści technicy, rolnicy i rzemieślnicy, którym nie po drodze było z polityką Korte, że mają gdzie się podziać. Wyruszyli na wynajętym statku. Dotarli. Tyle że po uruchomieniu kolonii, zapewnieniu zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności i połączeniu pola siłowego z temporalnym w celu utworzenia przesłony, naukowcy wrócili do eksperymentowania z czasem na skalę daleko wykraczającą poza to, co robili na Korte. Tutaj nikt ich nie ograniczał. Wróciło stare marzenie o osiągnięciu nieśmiertelności. Rzucili się w wir pracy.
Udane wynalazki wprowadzono w życie, nieudane wyrzucono poza kopułę. Zapomnieli, że nie mają jak naprawić podstawowego sprzętu. Kiedy całe to szaleństwo wymknęło się spod kontroli, wybuchły zamieszki. Rada kolonii przejęła dowodzenie i już nie odpuściła. Saver westchnął i postanowił sam udać się na farmę, by zbadać powód najnowszego kryzysu. Po chwili namysłu aktywował jeden z ostatnich podręcznych generatorów i otoczył się osobistym polem czasowym. Poczuł zawrót głowy. Usiadł na chwilę. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy. Prawie.
Jego organizm spowolnił niemalże do zatrzymania funkcji życiowych. Dziwnie było nie oddychać, a raczej pozwalać, by każdy haust powietrza wędrował do płuc w nieskończoność. Ciało zdawało się być całkowicie pogodzone z nową sytuacją. Tylko mózg się buntował. Podobno ci, którzy nosili osobiste pola do ochrony przed warunkami na zewnątrz, gdy jeszcze na zewnątrz wychodzono, wariowali z czasem, a ich pola nie były aż tak spowolnione. Przywyknie. W końcu to tylko na krótko. Na wszelki wypadek, by móc bezpiecznie badać uszkodzone obszary. Oriane odeszła od ekranu komunikatora z miną wskazującą na poczucie winy. „Zjemy same” – oświadczyła.
„Na farmie mieli awarię i Kento musi dopilnować naprawy.” Widząc rozczarowanie na twarzy gościa, dodała: „Może uda mu się dołączyć do nas przed wieczorem. A na razie masz mnie.” „Przepraszam” – zreflektowała się Trevor. „To ze zdenerwowania. Pierwszy raz cię odwiedzam.” „I zależało ci na spotkaniu z moim mężem, bo był kiedyś naukowcem, a ciebie fascynuje nauka.” Oriane zaśmiała się z sympatią i poklepała przyjaciółkę po ręce. „Nie przejmuj się, nie jest mi przykro. No może trochę, ale to tylko dlatego, że powinnam była cię zaprosić już dawno temu. Oswoiłabyś się z mieszkaniem, poczuła swobodniej i nie stresowałabyś się tak spotkaniem z rolnikiem, który kiedyś tam w poprzednim życiu otarł się o naukę.” Może właśnie mamy szansę nadrobienia tego niedopatrzenia z mojej strony. Rozgość się, porozglądaj, a ja przygotuję coś do przekąszenia. I nie krępuj się. Zaglądaj gdzie chcesz.
Nie mamy tajemnic. Przerwała na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Ależ ja paplam – dodała samokrytycznie. Jewe została sama w małym saloniku. Zamyślona przyglądała się zdjęciom zawieszonym na surowych ścianach. Życie w kolonii było proste. Polegało na ciężkiej pracy i skromnych rozrywkach. Rzadko kto dekorował mieszkadła czymś więcej niż własnoręcznie zrobionymi drobiazgami, ale i mało kto czuł taką potrzebę. Byli dziewiątym pokoleniem wygnańców. Nie znali innego życia.
To, co ich przodkowie zabrali z macierzystej planety, także stanowiło w przeważającej mierze po prostu środki do przeżycia. Na statku przypominającym więzienną krypę nie było miejsca na spędny bagaż. Zajrzyj do sypialni! – krzyknęła z maleńkiej kuchni Oriana. – I powiedz, co myślisz o pledzie. Sama go zrobiłam. Jewe z wahaniem otworzyła drzwi pokoju i omiotła wnętrze spojrzeniem. Na składanym łóżku leżał koc. Piękny, wielobarwny, taki, nad którym jej przyjaciółka spędziła zapewne miesiące, jeśli nie lata, biorąc pod uwagę skąpą dostępność surowców. Ale to nie on przykuł uwagę kobiety, a zdjęcie wiszące nad łóżkiem.
Portret małego chłopca. I jak? Podoba ci się moje dzieło? Oriana pojawiła się za plecami Jewe. Ta tylko pokiwała głową. Niesamowite – wyszeptała. Autorka koca natychmiast się rozpromieniła, biorąc komentarz za komplement pod adresem swojego wyrobu. Wiedziałam, że ci się spodoba! – wykrzyknęła. – A teraz chodź.
Obiad gotowy. Idę. Jewe ociągała się przez chwilę. Czy to twój synek? – zapytała w końcu. Oriana spoważniała. Nie – zaprzeczyła. – To chłopczyk Kento. Umarł kilka lat temu. W drodze do domu Jewe zastanawiała się, jak wybrnąć z zaistniałej sytuacji.
Ze względu na chłopca nie zdecydowała się na powiedzenie przyjaciółce o rysie. Bała się, że Oriana źle przyjmie rewelację, szczególnie gdy wspomni o swoim najnowszym odkryciu. Myślami wróciła do wspomnień związanych z uszkodzeniem kopuły. Zdały jej się teraz wytworem własnego, może nie najzdrowszego umysłu, bo przecież nie mogły być prawdą. Zachodziła patrzeć na rysę co jakiś czas. Z początku nie było wiele do oglądania. Ot, zwykłe uszkodzenie, jak na szybie. Jewe odważyła się dotknąć przesłony w miejscu pęknięcia i nie wyczuła niczego pod palcami. Bariera była tak samo gładka jak wszędzie. Jewe uznała rysę za rysunek.
Taki, który się powiększał. Bardzo powoli i kobieta z początku myślała, że to tylko jej wyobraźnia wielobrzmia uszkodzenie, ale w końcu wpadła na pomysł przeprowadzania regularnych pomiarów. Okazało się, że rysa rzeczywiście rośnie, a wraz z nią powiększa się transparentny obszar przesłony. Jewe zaczęła oglądać świat na zewnątrz. Był cudowny, taki zmienny i kolorowy. Patrzyła na niego jak przez dziurkę od klucza. Gdyby ktoś zapytał, co w nim ciekawego, nie umiałaby jednoznacznie odpowiedzieć. Czasem gapiła się na brunatny piasek, czasem na płynącą wodę, innym razem na burzę czy powoli wyłaniające się góry. Zawirowania powietrza tworzyły przepiękne wzory. Czasem nawet widziała maszyny i ludzi przy pracy albo same mechanizmy, pordzewiałe i zniszczone.
Kiedy indziej grunt zdawał się gotować, a z gazowych bąbli wydobywała się para. Pola kukurydzy płynęły w poprzek krajobrazu, dojrzewając po drodze. Maszyny składały i rozkładały się przed jej oczami. Jewe znała większość obserwowanych zjawisk wyłącznie z materiałów na temat macierzystej planety. Wiedziała też, że niegdyś na Eritii działała kopalnia, którą przy dobrej widoczności mogła ujrzeć na horyzoncie. W momentach, gdy kopalnia tam była, bo czasem znikała. Kobieta nie dziwiła się niczemu. Wierzyła, że obrazy, które widzi, to jakaś funkcja przesłony aktywowana przez uszkodzenie i cieszyła się nimi, bo urozmaicały jej nudne życie. Nic dziwnego, że za taką też uznała postać może pięcioletniego dziecka, które pewnego dnia ujrzała po drugiej stronie. Chłopiec widocznie też ją zauważył.
Bawił się przedziwnymi przedmiotami, a gdy podchodziła bliżej, on też przesuwał się do przesłony i zaczynał rysować na niej obrazki. Śliczne, całkowicie abstrakcyjne, a jednocześnie będące odwzorowaniem świata poza kopułą. Mogła na nie patrzeć godzinami. Gdy była smutna, dzieciak skakał i robił miny, dopóki się nie rozchmurzyła. Czasem zastanawiała się, czemu nikt inny nie dostrzegł jeszcze rysy. Przecież nie była aż tak dobrze ukryta. Co prawda transporty w tej części miasta odbywały się głównie automatycznie, a ludzie nauczyli się omijać przesłonę wzrokiem, ale jednak. Teraz zrozumiała, że to wszystko musiało odgrywać się wyłącznie w jej umyśle. Przecież nie mogła zobaczyć na zewnątrz syna Kento. Przemieszcza się w bańce osobistego czasu.
Jest stały. Czas wokół się zmienia. On jednak nie potrzebuje oddychać, jeść czy wydalać. Istnieje w kokonie swojego prywatnego, niezmiennego, zatrzymanego w miejscu czasu, w iście dopasowanym do skóry kokonie. Nie wie o tym. Może bawić się wszystkim wokół, ale nic nie wpływa na niego oprócz tych małych insektów, które od czasu do czasu go podgryzają. Znowu obserwuje kobietę wewnątrz kopuły. Zabawna jest, smutna lub zachwycona. Jedyna osoba, która podchodzi blisko i go widzi. Inni zdają się ślepi na świat na zewnątrz, a i ona dostrzega go tylko poprzez przesłonę w miejscu uszkodzenia, jakby gwóźdź tkwiący w polu czasowym pozwalał jej na to.
Lubi ją, dlatego rozwesela ją, gdy jest smutna i rysuje dla niej, a ona się cieszy. „Jak poszło spotkanie z radą?” — zapytał Evarr, jeden z najbliższych współpracowników Saveera, gdy ten pojawił się w laboratorium. Krzywy uśmiech wypłynął na chwilę na twarz dyrektora. „Zobaczymy” — odparł, potrząsając głową. „Przyjęli nasz raport bez marudzenia i zgodzili się przesunąć kilka generatorów z sektora przemysłowego na farmy”. „O, to dobrze” — ucieszyła się Letke, najmłodsza z zespołu badającego anomalie w polach czasowych. Szef rzucił jej zmęczone spojrzenie. „Byłoby dobrze, gdyby jednocześnie nie postanowili przyspieszyć procesu transformacji planety bez względu na chaos czasowy panujący na zewnątrz. Nie rozumieją, że rezultaty mogą okazać się fatalne”. Wszyscy pomilczeli przez chwilę.
„Macie coś dla mnie?” — rzucił w końcu Saveera. „Mamy” — odparła zasępiona Letke. „Wiemy, czym są te zakłócenia. Te wiry w polach temporalnych. I raczej nie powoduje ich awaria generatorów”. „To nasi strażnicy” — kontynuował za nią Evarr. „Te same maleństwa, które od kilkuset lat siedzą na zewnątrz i starają się zeżreć cały ten bałagan wywalony za przesłonę”. „Skąd one się tu wzięły?” — zdziwił się szef. „Mieliśmy jakieś kopie?” „Rzecz w tym, że nie. Co gorsze, nie jesteśmy w stanie wyodrębnić momentu, w którym pola zostały zainfekowane.
Te robale wgryzają się w czas we wszystkich kierunkach. Mogły się tu zjawić dawno temu albo jeszcze nie dotarły. Ratuje nas jedynie to, że nie poruszają się w przestrzeni, ale zarazem to wyklucza ich przemieszczanie. Czyli nie wiemy, skąd się wzięły. Może to nawet proces samoistny. Jesteśmy w kropce”. „Co się dzieje po wyłączeniu pól?” „Znikają i wracają po włączeniu”. Saveera pomyślał przez chwilę. „Trzeba będzie przenieść generatory i zacząć wszystko od nowa na nieskażonych terenach”. Letke pokręciła głową.
„Jeszcze nie” — powiedziała zdecydowanie. „Musimy najpierw znaleźć źródło i odkryć sposób, w jaki się przenoszą, a najlepiej jedno i drugie. Inaczej możemy zainfekować całą dostępną nam przestrzeń. Na razie tworzymy mapę wszystkich pól, uwzględniając trasę tych przenośnych od roku przed wystąpieniem pierwszych anomalii. Wiem, że to sporo czasu, ale lepiej dmuchać na zimne”. Rok 247. Nie mogąc dłużej milczeć w sprawie coraz szybciej rozprzestrzeniającego się pęknięcia, Jewe zwierzyła się przyjaciółce i jej mężowi. Nie wspomniała jedynie o chłopcu. Nadal uważała go za wytwór swojego umysłu. Nie była nawet pewna, gdy chodziło o uszkodzenie, ale nie potrafiła już milczeć.
Jeśli wariowała, to lepiej wyznać to przed Orianne niż przed terapeutą. A jeśli zjawisko istniało, Jewe miała przeczucie, że rysa mogła znacząco wpływać na awarie, które stały się codziennością kolonii i że powinna była wyznać swój sekret dawno temu. Informacja zaintrygowała Kento na tyle, że pobiegła we wskazaną przez kobietę lokalizację, by na własne oczy zobaczyć pęknięcie na przesłonie. Jednak to dopiero wizyta w miejscu uszkodzenia przeraziła go. Dostrzegł tam bowiem dziecko, może pięcioletnie, stojące na zewnątrz kopuły i rysujące jakieś zawijasy w polu ochronnym. Dziecko na zewnątrz wyglądające jak jego syn. Martwy od kilkunastu lat syn. Majaki. Kento wściekły wpadł do biura Saveera i zwyzywał go od bezdusznych dzieciobójców. Na szczęście powstrzymał się od rękoczynów i tylko wpatrywał się w naukowca, opierając całym ciężarem ciała na jego biurku, ciężko dysząc z wysiłku i wzburzenia.
„Co z nim zrobiłeś?” – wysyczał. – „Co zrobiłeś z Aaronem?” „Nic szczególnego.” „Jak to nic szczególnego? Spaliłeś go? Przeznaczyłeś na kompost jak wszystkich innych, którzy umarli?” Sajver milczał. Nie chciał wyjawić zdesperowanemu ojcu prawdy. Nie wtedy i nie teraz, ale chyba nie miał wyjścia. „Odpowiadaj!” – zażądał Kento. „Dobrze, ale musisz coś zrozumieć. Aaron był chory, umierający. Zrobiliśmy dla niego wszystko, co mogliśmy.
A ty zrobiłeś więcej. Otoczyłeś go polem temporalnym, by zatrzymać postęp choroby. Rozumiałem to wtedy, rozumiem teraz, ale było już za późno. Twój syn nie żył, a ja nie byłem w stanie ani spalić, ani skompostować jego zwłok. Generator można wyłączyć tylko od wewnątrz pola. Nie zostawiłeś mi wyjścia. Musiałem pozbyć się ciała jak wszystkich eksperymentów czasowych. Na zewnątrz.” Kento oddychał ciężko. Tamta desperacka próba ratowania Aarona, zastosowania pola temporalnego na człowieku, na dodatek nieautoryzowana, kosztowała go karierę naukową i o mało nie wysłała na samo dno. A teraz dowiadywał się, że jego syn nawet po śmierci nie zaznał spokoju.
„A więc to prawda” – wyszeptał. – „Nie zwariowałem. Chodź” – dodał trzęsącym się głosem. – „Pokażę ci, co zrobiłeś.” Kiedy dotarli na miejsce, na zewnątrz żadnego dziecka oczywiście nie było. Za to była rysa, teraz rozrośnięta do kształtu pająka, doskonale widoczna jak pęknięcie na szkle. Sajver przyjrzał jej się bliżej. Wysłał Kento po instrumenty, po czym przystąpił do badań. Nie znalazł nic. Pole ochronne zachowywało się jak zwykle. Pęknięcie nie istniało, a jednak je widział.
Czyżby było tylko jedną z fluktuacji? Sprawdził dzienniki swoich poprzedników. Tak, wysłali za przesłonę dość strażników, maleńkich robaczków, by nic nie przedostało się do wewnątrz. Z drugiej strony dziwne rzeczy działy się przecież od kilku lat w kopule. Czy to pęknięcie tutaj mogło być za nie odpowiedzialne? I skąd to domniemane dziecko po drugiej stronie przesłony? Czyżby Kento miał omamy? Wyrzuty sumienia po tym, co stało się z jego synkiem? Teraz, po tylu latach? Kopuła przyciąga.
Jest ciekawostką nie tylko dlatego, że nie może do niej wejść, ale i dlatego, że wewnątrz czas płynie liniowo i ze stałą prędkością. Obserwuje jej mieszkańców jak egzotyczne zwierzęta w terrarium. W jakiś instynktowny sposób wie, że nawet gdyby mógł, nie powinien tam wchodzić. Zresztą po co? Ma cały świat dla siebie. Cały świat i cały czas tego świata. Zwichrowany, jaki jest, ale jego. Gdyby tylko nie te insekty. Mnożą się i coraz częściej go gąsają, intensywniej w pobliżu kopuły, jakby chciały go od niej odgonić. Postanawia je zignorować.
Czas i tak za chwilę się zmieni i przynajmniej na trochę znikną. Wraca do tworzenia rysunków na kopule. Udaje mu się nakreślić wyjątkowo zawiły wzór, gdy nagle zauważa wewnątrz człowieka, który mu się przypatruje. Widzi go tak jak tamta pani. Na dodatek Aaron go zna. Kiedyś, jeszcze w kopule, ten pan często odwiedzał tatę. Chłopiec macha do znajomego, wystawia język, fika koziołka. Mężczyzna wygląda na wystraszonego, ale i zafascynowanego. Aaron przykłada dłonie do przesłony, potem rozpłaszcza na niej twarz. Człowiek po drugiej stronie wygląda teraz tak zabawnie z wielkimi, wybałuszonymi oczami i na wpół otwartymi ustami.
Chłopiec decyduje, że to niezły obrazek do odwzorowania na kopule. Zaczyna przesuwać palce po powierzchni, a mężczyzna podchodzi bliżej i stara się odwzorować jego ruchy. Nie widzi rysunku? Akurat ten moment wybierają sobie insekty, by powrócić i ukąsić Aarona w kostkę, potem w łydkę. Odwraca się gwałtownie, by odgonić je wolną ręką. Chwieje się i przewraca wprost na przesłonę. Jego dłoń z sykiem zagłębia się w osłabioną przez głoś strefę ochronną, napotykając po drugiej stronie rękę nieznajomego otoczoną własnym polem czasowym. Dwa obszary stykają się pośrodku powstałej wcześniej rysy i niwelują w tym miejscu na chwilę przesłonę. Na wystarczająco długą chwilę, by Aaron prześlizgnął się do środka, a wraz z nim kilkanaście insektów. Chłopiec upada w ramiona mężczyzny.
Ten delikatnie stawia go na ziemi. „Co do...?” zaczął Saaver, ale wtedy jego wzrok padł na miejsce, gdzie pola jego i chłopca się zetknęły. Zbladł. Bez słów wskazał na zawirowania na swoim i chłopca ubraniu. I nie tylko na ubraniu. Aaron pokiwał główką i się uśmiechnął. „Robaki” — wyjaśnił, dumny, że wie więcej niż dorosły. „Czasem gryzą.” Saaver podniósł jednego. Insekt nie ruszał się. Położył go w innym miejscu.
Zamrugał zdziwiony. „Nie, niemożliwe.” A może? Chwycił następnego, który siedział samotnie na jego nadgarstku. Upuścił go w połowie przedramienia. A jednak. Teraz były dwa, identyczne jak w zakłóceniach w polach temporalnych. Mali strażnicy stworzeni z czasu i z pomocą czasu, przetransportowani spoza przesłony przez chłopca, który od dawna powinien nie żyć. Saavera ogarnęło przerażenie. Nie mógł już cofnąć tego, co się stało, ale mógł zapobiec dalszej infekcji. „Tylko ja i chłopiec” — wyszeptał.
„Zdejmę pole i wszystko będzie po staremu. Nie, nie będzie. Od kiedy noszę to cholerstwo? Zabrałem robale wszędzie, dokąd poszedłem.” Sięgnął do komunikatora i przekazał Evarowi polecenie, by dodać do mapy pól czasowych trasy, którymi sam się poruszał od ponad roku, czyli od chwili, gdy wdział pole. Miał nadzieję, że uda im się znaleźć miejsce, w którym nigdy nie był, do którego nie dotarły żarłoczne insekty i przenieść tam farmy. Rozłączył się. Spojrzał z żalem na chłopczyka. „Chcesz, żeby przestały gryźć?” Mały pokiwał głową z entuzjazmem. Saaver wskazał na niewielkie pudełko zawieszone na pasku spodni chłopca. „Naciśnij ten przycisk.” Wracający z przyrządami kendo usłyszał to i krzyknął, ale było już za późno.
Aaron dezaktywował pole czasowe. Natychmiast osłabł i osunął się wprost w objęcia ojca. „Tata” — wyszeptał chłopiec i zamknął oczy. Jego czas dobiegł końca. Koniec. Styczeń 2020 roku. Proszę państwa, to ja teraz zapraszam na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka i będziemy omawiali film „Astronauta”. Mała przestroga: filmów o tym tytule jest naprawdę sporo, więc szukajcie państwo „Astronauty” z 2025 roku. Zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Czas rozpocząć Filmotekarium. A skoro tak, to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:10:51] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Dzisiaj w Filmotekarium film pod tytułem „Astronaut”. To jest produkcja z wątkiem pozaziemskim, a ponieważ obiecaliśmy, że będziemy, w miarę możliwości oczywiście, mówić o wszystkich filmach, gdzie się pojawiają kosmici bądź obcy i że będziemy je omawiać z automatu — oczywiście mówię o nowościach — no to jest nowy film z 2025 roku. Film w sumie w nie najgorszej obsadzie, z Lawrencem Fishburnem. Muszę przyznać, że bardzo lubię tego aktora, chociaż ostatnio mi się zdaje, że łapie chyba wszystkie role. Widzieliśmy go ostatnio na przykład w „Wiedźminie”, ale to chyba w sumie nieźle, że chłop gra, a nie siedzi i czeka co mu MOPS da. Choć nie wiem, czy w ogóle jest MOPS na przykład.
[01:11:44] - A może ma kredyt do spłacenia na przykład jakiś.
[01:11:48] - Może jest HOPS, Hollywoodzki Ośrodek Opieki Społecznej, ale pewnie ma pod opieką wielu innych aktorów. Ten film jest prezentowany jako horror science fiction, natomiast ja mam z nim dwa problemy. Po pierwsze to jest produkcja, która służy do oglądania, nie do opowiadania. I zastanawiałem się, co o niej powiedzieć, żeby po pierwsze nie zdradzić, bo to też jest bardzo prosta historia, a po drugie, no właśnie, ta prostota. Prostota, która staje się przekleństwem tego filmu, moim zdaniem na samym końcu. No ale nim tam dojdziemy, to Marku, oddaję ci głos. Jak ci się podobał „Astronauta”? Nie mylić tutaj z innymi filmami o podobnym tytule, bo jest ich sporo.
[01:12:37] - Tak, to prawda, jest ich sporo. Nawet film francuski jest, też bardzo dziwny, o facecie, który postanowił sobie w garażu wybudować rakietę kosmiczną i co więcej, to mu się udaje. Ale to zupełnie inna historia. Wróćmy do tej. Powiem tak: to jest historia, która się toczy na zasadzie takiej, że nie ma spektakularnej akcji. No powiedzmy tak, początek możemy opowiedzieć. Widzimy akcję, kiedy lecą śmigłowce i chodzi o to, że na oceanie wylądowała kapsuła. Wróciła astronautka. Wróciła astronautka trochę pokiereszowana ta kapsuła, trochę zniszczona, ona też troszkę jakby-
[01:13:28] - W nie najlepszej formie wróciła. Okej, ale żyje. Najpierw trafia do szpitala, a później trafia do ośrodka, do willi w pobliżu Waszyngtonu. Takie odludne miejsce, ponoć bardzo niedaleko samego Waszyngtonu, ale sprawia wrażenie głuszy kompletnej, oddzielonej od świata lasami, wzgórzami i czym tam popadnie. Ale willa komfortowa jak najbardziej. I tu jest pierwsza rzecz, która mnie zadziwiała. Z jakiegoś powodu ta główna bohaterka jest pozostawiana sama sobie. To znaczy tam wpadają do niej ludzie, codziennie rano mają wpadać, żeby ją przebadać, przećwiczyć i w ogóle. W każdym razie wpadają, a później się ewakuują, a ona zostaje sama ze swoimi myślami, przeżyciami i czymś jeszcze, o czym państwu oczywiście nie opowiem. I tak to się toczy.
I dalej oczywiście też już nic nie opowiem. Powiem tak: oglądałem to sobie bez bólu, ale też bez ekscytacji. Do tego stopnia bez ekscytacji, że straciłem czujność. Przestałem o tym filmie myśleć z takim wyprzedzeniem, bo ja lubię się bawić w ten sposób. To taka gra, co będzie dalej. Chwaląc się, często przewiduję. A tutaj straciłem czujność ewidentnie i nie domyśliłem się końca. Do dzisiaj się zastanawiam, czy miałem szansę, czy gdybym się skupił i gdybym łapał te sygnały, które są przesyłane do widza co jakiś czas, czy byłbym w stanie rozszyfrować, o co tak naprawdę chodzi. Bo jest pewna przewrotka w tym filmie na końcu. Przewrotka, która budzi moje wątpliwości, ale o tych wątpliwościach jeszcze powiem później.
Więc to jest film, co do którego nie mam czystej, klarownej opinii. To znaczy, to jest film, który obejrzałem i nie bolało, ale też żeby to był film, który mnie wciągnął, porwał i w ogóle podekscytował, to też nie mogę powiedzieć. Moim zdaniem dobrze odrobiona lekcja pisania scenariusza i realizacji filmu. Bez przesady, ale jednak całkiem. Z pewną ciekawą propozycją, która nie jest często spotykana czy to w literaturze, czy w filmografii wszelkiego rodzaju. Więc jakaś przyjemność z oglądania tego filmu może być, ale do dzisiaj biję się z myślami, czy to jest moje chciejstwo. Ja już tak mam, że czasami jak się zawieszę, że coś może nie jest tak złe, jak sobie myślałem na początku, to już mi czasami wystarcza, żeby stwierdzić, że skoro to nie jest takie złe, to może nawet dobre jest. Nie wiem. Chętnie ciebie, Piotrze, posłucham.
[01:16:34] - Ja muszę powiedzieć, że znam wiele podobnych filmów. Dodajmy jeszcze jedną rzecz. Ta astronautka ląduje w oceanie, twardo ląduje, odczuwa potem cały czas tego skutki i są na tyle dotkliwe, że ona nie wie, czy będzie mogła uczestniczyć w dalszych misjach. Tam po drodze ma jeszcze jakieś problemy rodzinne. Trafia do tego ośrodka, o którym Marek mówił, gdzie jest monitorowana, ma tam wypoczywać. No i de facto widzowie wypoczywają przez pewien czas z nią, bo się niewiele dzieje. Aż do pewnego momentu. Szybko się jednak orientujemy, że z bohaterką coś jest nie tak. Ma takiego siniaka na ręce, który się powiększa i powiększa. I niestety w pewnym momencie się włącza przewidywalność w tym filmie.
Możemy dojść do wniosku na podstawie tego, co już widzieliśmy w innych produkcjach, że kiedy astronauta powraca z kosmosu, to czasami ma ze sobą jakiegoś niechcianego pasażera. Początkowo myślimy, że właśnie o to chodzi. Na koniec okazuje się, że jednak nie do końca o to chodzi, ale niestety zaskoczenia nie ma. Ten scenariusz, że astronauta przywozi niechcianego pasażera z kosmosu, znamy chociażby ze „Sputnika”, z filmu „Żona astronauty”, trochę zapomnianego, ale całkiem dobrego. Tutaj nie idzie to w tą stronę. Natomiast potem mamy zakończenie. Dodać należy, że tam pojawia się Laurence Fishburne w roli bardzo wysokiej rangi wojskowego na jakiegoś oficjela strasznego i ta astronautka jest jego przybraną córką. I to będzie miało duże znaczenie pod koniec tego filmu. I tutaj nie wiem, Marku, czy się ugryźć w język, czy się nie ugryźć, dlatego że o ile to wszystko jest okej, to się ogląda dobrze, bo to jest, jak powiedziałeś, dobrze odrobiona lekcja. Nie ma się do czego przyczepić pod względem, powiedzmy, realizacyjnym.
To jest film do oglądania. Problem się zaczyna wtedy, kiedy wkraczają ci obcy i się dowiadujemy, jaki jest związek między nimi a naszą bohaterką. I to jest związek bardzo bliski, ale jest problem. Wizerunek, wygląd zewnętrzny tych obcych. Oni wyglądają po prostu kiepsko, wręcz żałośnie. Doszedłem do wniosku, że czasami w filmie lepiej czegoś nie pokazać niż pokazać źle. Tutaj jest właśnie tak. Co więcej, ci obcy nasuwają nam jakieś skojarzenia z produkcjami Disneya, generalnie z filmami dla dzieci. Oni tak wyglądają bajkowo. No i film jest popsuty już dla mnie.
Końcówka odsłania nam jego mankamenty. Może nie tyle, jeżeli chodzi o efekt końcowy, bo Wszystko prócz tych bajkowych istot jest w sumie okej, natomiast sama ta historia mogłaby być lepsza, mogłaby być mroczniejsza na przykład. A tak, to powiem ci, że zacząłem się zastanawiać, czy to rzeczywiście jest horror sci-fi, czy to nie jest coś, co gdzieś tam leżało sobie na półce z filmami dla młodzieży, bo nie jest to zaskakujące, nie jest to mroczne, nie jest to na pewno horrorowe. To jest też jeden z tych przypadków, kiedy prostota szkodzi filmowi, bo można by niektóre rzeczy pokazać w nieco inny sposób, w taki sposób, który by widza trochę zaskoczył, a tutaj nie czuję się ani zaskoczony, ani dopieszczony wyglądem tych obcych. Powinienem przecież mieć jakieś ciarki, kiedy na nich patrzę. Jest naprawdę źle. Trochę żałuję, że zmarnowano pewien potencjał tkwiący w tym filmie, bo ten potencjał był. To nie jest coś, co wypadło reżyserowi spod ogona. Coś nie wyszło. Nie to, żebym tego nie polecał, bo to jest takie kino, które pewnie dobrze będzie się oglądało w święta, prawda?
Niezobowiązujące, niestraszne, niekwaśne, takie trochę rodzinne, ale nie wiem, czy dorosłe osoby będą ukontentowane tym, co zobaczą.
[01:20:54] - Ja mam takie przemyślenia, że ci obcy myślę, że według reżysera, może scenarzystów, mieli być tak dziwni, że wyglądają trochę jak świecidełka na choince albo coś takiego. Dobra, tobie Piotrze nie pasowało. Mnie właściwie na pewno nie pasowało, ale komuś może będzie pasować, że ci obcy tacy dziwni są. Natomiast w tym filmie, niejako bez komentarza, zaszyta jest pewna historia, która budzi moje wątpliwości. I ta historia dotyczy moralności. Ja nie wiem, czy obcy mają moralność. Na pewno jakąś swoją mają, ale tam dostajemy historię, w której tworzy się pewne byty. Tak, już muszę pojechać filozofią, żeby za dużo nie zdradzić. Tworzy się pewne byty, które mają trochę sztuczny charakter i przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Po prostu się taki byt kasuje, bo już jest niepotrzebny.
Zapewne nie do końca, ale jednak trochę się go kasuje. Nagle ktoś odkrywa, że świat wygląda inaczej i w ogóle wszystko wygląda inaczej. To jest pewien problem, który jakby go głębiej przemyśleć, to starczyłby zapewne na cały nowy film i może to byłby film za bardzo przefajnowany, zbyt filozoficzny, ale tam ten problem jest. Okazuje się, że my oczywiście całym sercem z bohaterami, w tym wypadku z obcymi, ale jednak jest jakaś skaza na tych obcych, filmowych obcych, bo oni zrobili coś, co nie jest fajne. Tak to określę. Cały czas się gryzę w język. Nie jest to fajne, co zrobili. Oczywiście wyższa racja za tym stała i oczywiście były powody, żeby tak zrobić. Niemniej jednak przedłużanie pewnej sytuacji, a tu ewidentnie mamy dowody, że sytuację przedłużono, to mocno nawet, to przedłużanie takiej sytuacji chyba nie jest w porządku wobec wszystkich biorących udział w tej historii, ale to już jest problem obcych tak naprawdę, bo podjęli taką decyzję, a nie inną. Jak widzicie państwo i Piotr, i ja nie opowiadamy, a właściwie bardzo mało opowiadamy z fabuły, bo chyba państwo powinni obejrzeć ten film, a skoro tak, to chyba nie ma sensu zdradzać tego, co najważniejsze.
Niemniej jednak wątpliwościami podzielić się muszę, bo te wątpliwości we mnie zostały. Ale ja mam też wątpliwości, które sygnalizowałem poprzednio, żeby mi ktoś odpowiedział, dlaczego ta bohaterka główna spędza całe dnie sama. Ja być może jestem nieuważnym widzem. To też jest możliwe, ale ja odpowiedzi tak de facto w filmie nie znalazłem. Kto wpadł na pomysł, że astronautka, której życie było zagrożone, która wyszła ze szpitala, która przechodzi coś w rodzaju rekonwalescencji, zostaje na większość doby sama w pustym domu i w pustce, bo to jest teren, który jest bezludny absolutnie. Jaki to ma cel? I teraz pytanie. Oczywiście ja troszkę znam odpowiedź, bo powód jest taki, że czegoś się dowiadujemy o tym ojcu, o Fishburnie, który jest bardzo poważnym generałem i okazuje się, że on ma swój chytry plan. Ale to, że główna bohaterka nie zadała pytania tatusiowi, przybranemu, bo przybranemu, ale tatusiowi oraz pozostałej obsłudze, jaki sens ma to, co się dzieje, to ja już się troszeczkę dziwię, bo to, że tatuś miał plan to w porządku, ale że córeczka nie zadała prostego pytania, to już chyba w porządku nie jest, jeśli chodzi o widza i koncepcję scenariuszową.
[01:25:31] - Tak, tutaj pewnie gdybyśmy się pochylili nad tym filmem, byłoby więcej luk. Pomimo wszystko ogląda się to całkiem nieźle. Jak powiedziałem na początku, filmy z udziałem obcych traktujemy priorytetowo w związku z tym, że UFO, obcy stanowią obiekt naszych zainteresowań. Ciekawi mnie to, Marku, czym się kierowali twórcy w tym filmie, że przedstawili tych obcych tak, a nie inaczej. Bo jednak wydaje mi się, że kiedy ktoś kręci film na temat obcych, to powinien też wymyśleć jakieś takie ich formy, które by ludźmi wstrząsały albo które by nawiązywały przynajmniej do tego, co tkwi gdzieś głęboko w nas samych albo w popkulturze. Tymczasem tutaj ani to nie są szaraki, ani to nie są zwierzęta, ani to nawet ksenomorfa nie przypomina. Jeżeli coś przypomina, to jakieś postaci z bajek Disneya. Nie rozumiem intencji twórców, którzy porywając się na horror sci-fi dają nam na końcu coś, co przypomina fusy po „Avatarze”. Tak to chyba można nazwać. Oglądaliśmy i omawialiśmy wcześniej, nie pamiętam kiedy, na pewno kilka miesięcy temu podobny film, kiedy jakaś para zamknęła obcego w szopie i ten stworek, który był tam wygenerowany wyglądał źle.
Natomiast tu jest jeszcze gorzej i zastanawiam się, co się dzieje, że w epoce, kiedy graficy mają możliwość tworzenia ultrarealistycznych postaci z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, nagle pojawia nam się coś takiego w filmie, który de facto mógł być dobry. Tutaj trochę więcej napięcia, trochę mniej cudowania, trochę mniej pokazywania bardzo bajkowych istot i byłoby całkiem nieźle, tylko tutaj czegoś zabrakło. Ale jakby wam się bardzo w święta nudziło i mielibyście ochotę na coś, co może nie jest bardzo straszne, co nie zawiera w sobie scen brutalnych, to możecie sięgnąć po astronautę, raczej astronautkę, ale silnych emocji nie gwarantuję.
[01:28:09] - Ja na koniec tak cię, Piotrze, słuchałem i uświadomiłem sobie, że gdyby ci obcy byli przedstawieni jakoś bardzo strasznie, brutalnie, jakieś takie ksenomorfy, coś strasznego by biegało po tym ekranie, to efekt końcowy pewnej intrygi, która była u Knuta, byłby jeszcze lepszy, bo bardziej wprowadzałby w błąd ludzi oglądających. Bo przekonanie o tym, że jest strasznie, że jest potwornie, że jest niebezpiecznie, że to już wszystko na włosku wisi, a już życie bohaterki to na pewno, byłoby jeszcze większe. Tymczasem my dostajemy takie, nie wiem, jak to określić, choinki. W dodatku ci obcy mają na sobie takie światełka. Trochę kpię w tej chwili, ale takie punkty świetlne i trochę wyglądają ci obcy, jakby się zaplątali — tak bardzo świątecznie teraz jest — w taki sznur lampek ledowych na choinkę i już zostali. Z tym że wszyscy generalnie ci obcy tak wyglądają. To jest tak, jak Piotr powiedział: ani to straszne, to na pewno nie. A właśnie kiedy Piotr to mówił, to tak mi przyszło do głowy, że gdyby oni wyglądali koszmarnie jakoś, to efekt byłby lepszy i tym bardziej nie rozumiem, dlaczego zrobiono to tak, a nie inaczej. Ale może państwo znajdziecie rozwiązanie mojego problemu oraz kilku innych. Może państwu się ten film będzie podobał znacznie bardziej niż nam, ale zgadzam się z Piotrem.
To jest film, który spokojnie można obejrzeć. Nie będzie bolało. Proszę państwa, czas na polecanki z pogranicza. A zatem zaczynamy. Pierwsza książka nosi tytuł „Wszechistnienie”. Autorką jest Anna Głowacz. Wydawnictwo, oj, mam problemy z przeczytaniem, Yria. Data wydania: listopad 2025 roku. Ta Yria pisane jest przez Y na początku i nie ma H na końcu. Tak myślę, że nie ma.
W świecie, w którym nawet miłość zdaje się nieuchwytna, pojęcie jedności staje się całkiem nieosiągalne. Czym tak naprawdę jest dusza? Z jakich przestrzeni pochodzi? Czy prawdą jest, że jest częścią czegoś większego? Jak wybiera wcielenie? Jak wcielenia te wpływają na siebie podczas inkarnacji? Czy mogą się wzajemnie przenikać? Jak wiele zależy od duszy, a ile spoczywa na barkach istoty, którą dusza postanowiła się wcielić? Czy jedna dusza może zmienić rzeczywistość całej planety i uratować ją? Jakie dary wybierze dla siebie, by wypełnić swoje przeznaczenie?
Ile bratnich dusz pójdzie wraz z nią, by ją wesprzeć? Co czuje dusza, gdy spotka samą siebie na planie doświadczania? Tak wiele pytań, a odpowiedź jest jedna, ukryta we wszechistnieniu, w jedności, gdzie przeszłość splata się z przyszłością i tworzy nieskończoność. Czy i ty staniesz się jego częścią? Wszystkiemu z boku przygląda się Stwórca. On już wie, co wybierzesz. Zawsze wie. Jedna dusza, dziewięć wcieleń i wspólna misja uratowania Terry i wszystkich cywilizacji, które na niej żyją. Czy przeznaczenie pozwoli, by dla planety zawiał wiatr zmiany? Wszystko jest możliwe, dopóki bije serce.
Twoje serce. Przypomnę tytuł: „Wscheistnienie”. Autorka Anna Głowacz, wydawnictwo Iria, listopad 2025 roku. Wtedy ta książka pojawiła się na rynku. Druga książka, którą chciałbym Państwu polecić w imieniu księgarni Galerii Nieznanego Świata. Przypomnę Warszawa, ulica Kredytowa. To dla tych, którzy chcieliby odwiedzić to niezwykłe miejsce. Ewentualnie adres internetowy Nieznany.pl. Tam pełen wybór książek. A my teraz do drugiej książki.
Jej tytuł: „Co radzą zioła? Domowa samopomoc na powszechne dolegliwości”. Tom drugi. Autor Bartosz Jemioła. Data wydania listopad 2025 roku. Wydawnictwo Biały Wiatr. „Co radzą zioła?” tom drugi to kontynuacja fascynującej podróży przez świat roślinnych sprzymierzeńców naszego zdrowia. Ceniony farmaceuta, terapeuta medycyny chińskiej ponownie dzieli się swoją bezcenną wiedzą, oferując kompleksowy przewodnik po domowej ziołowej samopomocy. Dwa segmenty znane z pierwszego tomu „Z kuchni” i „Co radzą zioła?” opisują zastosowanie powszechnie znanych surowców roślinnych i substancji w częstych dolegliwościach. Tym razem jest to kaszel, katar, naświetlenie oczu, nerwobóle, nudności i wymioty, omdlenie, oparzenia termiczne i słoneczne, opryszczka, owsiki, poparzenie pokrzywą i ugryzienie przez mrówki, przejedzenie świąteczne, przeziębianie i przeciążenie mięśni.
Segment „Z kuchni” bazuje na domowych sposobach niejednokrotnie stosowanych jeszcze przez nasze babcie. Proste, szybkie i skuteczne, a jednocześnie o dużym zakresie bezpieczeństwa. Sposoby te traktowane jako swoista pierwsza pomoc w różnych przypadkach pozwalają przetrwać do czasu uzyskania bardziej specjalistycznej pomocy medycznej. W segmencie „Co radzą zioła?” przedstawione są konkretne przykłady preparatów lub mieszanek ziołowych, którymi we własnym zakresie można wspomagać leczenie różnych dolegliwości. Tom drugi wzbogacony został o trzy niezwykle ważne, przydatne elementy. W tak kompleksowej formie nie znajdziecie ich Państwo nigdzie indziej w dostępnej literaturze. Te nowości to opisy kolejnych kilkudziesięciu roślin w zakresie działań niepożądanych, przeciwwskazań oraz w kontekście ich interakcji z lekami, ograniczenie i kompensacja działań niepożądanych chemioterapii przy użyciu surowców roślinnych i bezpieczeństwo stosowania ziół w czasie ciąży i okresie karmienia piersią. Niezależnie od tego, czy jesteś doświadczonym miłośnikiem ziołolecznictwa, czy dopiero zaczynasz swoją przygodę z naturalnymi metodami dbania o zdrowie, ta książka dostarczy Ci praktycznej i rzetelnej wiedzy do bezpiecznego i skutecznego wykorzystania mocy ziół. Pozwól, żeby natura wspierała Twoje zdrowie. Odkryj, co naprawdę potrafią rośliny.
Dla kogo jest ta książka? Dla osób szukających szybkiej, bezpiecznej pierwszej pomocy domowej, prostych, sprawdzonych metod z użyciem powszechnych produktów kuchennych, ale i dla tych, którzy chcą samodzielnie wspomagać leczenie konkretnych dolegliwości. Gotowe propozycje preparatów i mieszanek ziołowych. Dla rodziców i opiekunów szukających bezpiecznych sposobów na typowe problemy dzieci, na przykład opryszczka, owsiki, oparzenia, przeziębienia. Dla osób cierpiących na częste dolegliwości domowe: kaszel, katar, nerwobóle, nudności, omdlenia, oparzenia termiczne oraz słoneczne, bóle mięśni po przeciążeniu czy przejedzenie. Dla osób przyjmujących leki chcących poznać możliwe interakcje ziołowo-lekowe i uniknąć związanych z tym niebezpieczeństw. Dla pacjentów onkologicznych oraz ich opiekunów zainteresowanych ograniczeniem i kompensacją działań niepożądanych chemioterapii za pomocą surowców roślinnych. Oczywiście po konsultacji z lekarzem. Dla kobiet w ciąży i karmiących szukających rzetelnej informacji o bezpieczeństwie stosowania ziół w tych okresach. Dla początkujących adeptów fitoterapii potrzebujących praktycznego, przejrzystego przewodnika krok po kroku.
Dla zaawansowanych miłośników ziół chcących poszerzyć wiedzę o kolejne surowce, przeciwwskazania i działania niepożądane. Dla farmaceutów, terapeutów i osób zawodowo związanych ze zdrowiem. Jako praktyczne źródło informacji o preparatach ziołowych i ich interakcjach. Dla osób ceniących połączenie tradycji z naukowym podejściem, chcących bezpiecznie korzystać z naturalnych metod wspierania zdrowia. Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Praktyczne rozwiązania. Natychmiastowe, łatwe do zastosowania metody z kuchni oraz konkretne receptury ziołowe. Bezpieczeństwo. Szczegółowe informacje o przeciwwskazaniach, działaniach niepożądanych i interakcjach z lekami. Specjalistyczne tematy.
Rozdziały o bezpieczeństwie w ciąży i karmieniu oraz o kompensacji skutków chemioterapii. Autorytet autora. Wiedza poparta doświadczeniem farmaceuty, fitoterapeuty i terapeuty medycyny chińskiej. Uniwersalność. Użyteczna zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych czytelników oraz profesjonalistów. Przydatność w praktyce. Kompendium, które można mieć pod ręką w sytuacjach domowych i podczas wyjazdów. Przypomnę, mówiłem o książce „Co radzą zioła? Domowa samopomoc na powszechne dolegliwości. Tom drugi”.
Autor Bartosz Jemioła. Data wydania listopad 2025 roku, wydawnictwo Biały Wiatr. No i czas na trzecią książkę. Jej tytuł: „Nie jesteś sam. Przekazy Anioła Dobrobytu i Kryona dla budzących się i przebudzonych”. Barbara Zgorzyńska to autorka. Data wydania maj 2025 roku. Wydawnictwo Poligraf. Ja już w jednym z wydań naszej audycji mówiłem o tej książce, ale ponieważ pojawiły się pytania i pojawiły się różne, powiedzmy, uwagi, postanowiłem, że jeszcze raz o tej książce opowiem. Co pisze autorka?
„W centrum mojego zainteresowania jest człowiek, jego energetyka i rozwój duchowy oraz uzdrawianie ciała fizycznego jako efekt pracy nad sobą przy wsparciu sił wyższych. W 2006 roku została wydana moja książka pod tytułem »Rozświetlanie siebie i świata«”. To były słowa Barbary Zgorzyńskiej, autorki książki. „Nie jesteś sam” to książka dla ciebie. Pokaże ci, jak mimo zewnętrznego, niezbyt przyjaznego świata chaosu i różnych zawirowań można żyć w poczuciu bezpieczeństwa i spokoju, odczuwać radość, doceniać wszelkie pozytywy i wzrastać. Jest to swoisty poradnik dla człowieka egzystującego w trudnym, ale znaczącym czasie, który ukazuje sposoby zmieniania na lepsze swojego życia i naszej rzeczywistości. „Nie jesteś sam” to zbiór przekazów od naszych przyjaciół: Anioła Dobrobytu, przedstawiciela sił boskich i Kryona, reprezentanta sił kosmicznych, którzy podają nam podstawową wiedzę o świecie, praktyczne sposoby rozwiązywania naszych ziemskich problemów, wyjaśnienie pewnych zjawisk oraz możliwość nowego spojrzenia na siebie i na życie, na wszechświat. Przypomnę, mowa była o książce „Nie jesteś sam. Przekazy Anioła Dobrobytu i Kryona dla budzących się i przebudzonych”. Barbara Zgorzyńska to autorka.
Data wydania maj 2025. Wydawnictwo Poligraf. Tyle, proszę państwa, polecanek z pogranicza. Ja nieustająco przypominam o księgarni Galerii Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej w Warszawie albo pod adresem internetowym Nieznany.pl. A teraz, proszę państwa, przeniesiemy się troszeczkę w czasie. Zapraszam państwa na sentymentalnik. Hasłem wywoławczym dzisiejszego wydania będą święta w PRL-u, a wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem postaramy się państwu tamte odległe czasy przybliżyć. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny sentymentalnik. Dzisiaj będzie taki bardzo nastrojowy sentymentalnik, ale zanim co do czego bardzo serdecznie witam gości.
Artur Wójtowicz.
[01:42:17] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:42:19] - Piotr Cielebiaś.
[01:42:21] - Witam świątecznie. Witam też panów.
[01:42:24] - No i moja nieskromna osoba. A porozmawiamy dzisiaj o świętach. O świętach w PRL-u. Może nie tylko w PRL-u, ale o świętach tych, które były, były, były dawno. No to na dobry początek, panowie, z czym się wam kojarzą święta? Te dawne święta? A jeśli już, to Boże Narodzenie czy Wielkanoc? Które to były te ulubione święta, Arturze?
[01:42:56] - Wydaje mi się, że to pytanie Boże Narodzenie czy Wielkanoc to od wieków dzieli ludzi. Ja powiem takie moje prywatne doświadczenie. Mi się wydaje po prostu, że do Wielkanocy trzeba dorosnąć, bo jako dziecko to zawsze uwielbiałem Boże Narodzenie. Wiadomo, śnieg, choinka, rodzina, wszystko ekstra. Prezenty pod choinką, prawda? Natomiast Wielkanoc to akurat liturgia w kościele dłuższa dosyć i w związku z tym to tak się wszystko dłużyło. Ale tak mi się wydaje, że jak człowiek dostanie od życia parę kopniaków i im jest starszy, tym bardziej docenia Wielkanoc. Ale z czym mi się w ogóle te święta kojarzą? Jeśli chodzi o święta Bożego Narodzenia, do tego jeszcze sobie później dojdziemy To przede wszystkim z rodziną, z domem, z ciepłem i również z takim światłem w ciemności. I to w sensie dosłownym i tak samo w sensie symbolicznym.
Boże Narodzenie kojarzy mi się z dzieciństwem, z kolędami, z zapachem choinki, cynamonu, bo to często czuć zawsze w okresie Bożego Narodzenia. Przede wszystkim też z taką ciszą w nocy i z czymś bardzo ludzkim. Natomiast jeśli chodzi o Wielkanoc, to jest to już bardziej taki wydźwięk teologiczny dla mnie. Kwestii zwycięstwa życia nad śmiercią i kwestii takiego wewnętrznego zmartwychwstania, podnoszenia się z upadków, z sensem cierpienia, sensem widzenia, gdzie to cierpienie jest i po co ono w ogóle jest, z tą nadzieją po drugiej stronie. Ale mówię, Boże Narodzenie jest takie luźniejsze. Wielkanoc ma dla mnie ogólnie taki inny wymiar, troszkę teologiczny wymiar. Natomiast pytanie, które zadałeś: które są ulubione? Tak jak powiedziałem, to wszystko zależy od etapu życia, bo Boże Narodzenie jest bardziej emocjonalne i ci ludzie, którzy są bardziej emocjonalni, częściej wybierają Boże Narodzenie, bo to jest blisko serca, blisko rodziny, blisko wspomnień. Zresztą ja też jestem takim człowiekiem bardzo nostalgicznym. Mnie Boże Narodzenie kojarzy się właśnie z dziadkami, gdzie w tej chwili jeszcze moja babcia żyje, Bogu dzięki, ma 94 lata.
Ten cały stół, te 12 potraw. Różne wigilie spędzałem, bo przez jakiś czas mieszkałem w Szwajcarii. Ta szwajcarska Wigilia kompletnie się nie umywa do polskiej. Tam nie ma 12 potraw. Tam po prostu jest jeden dobry obiad i to jest dla mnie żałosne. Tam nie ma tego smaku świąt, powiem szczerze. Natomiast oczywiście Wielkanoc, tak jak powiedziałem, jest bardziej taka duchowa i teologiczna. Wiecie co? W teologii mówi się coś takiego, że Boże Narodzenie porusza serca, natomiast Wielkanoc po prostu zbawia. Tak to ładnie brzmi teologicznie.
Myślę, że to wszystko zależy od konkretnego etapu w życiu człowieka. Do Wielkanocy, moim zdaniem, trzeba dorosnąć, a Boże Narodzenie jest wspaniałe.
[01:45:55] - Piotrze, a tobie z czym kojarzą się święta? Głównie się kojarzą.
[01:46:01] - Na początku odpowiem: czy Wielkanoc, czy Boże Narodzenie? Oczywiście, że Boże Narodzenie z kilku przyczyn. Po pierwsze bardzo lubię zimę. Lubię krótkie dnie. Mnie to nie przytłacza. Mógłbym tak cały rok. Po drugie, ta atmosfera blichtrowo-bombkowo-brokatowa bardziej do mnie przemawia. I najważniejsze, myślę, na Wielkanoc ma się tylko święta w niedzielę i w poniedziałek Dyngus. A tutaj jak się dobrze ustawisz w grudniu, to masz nawet dwa tygodnie świętowania. Jak jeszcze wprowadzili Trzech Króli to ło ho ho.
To do mnie przemawia przede wszystkim. Po drugie, to jest taki przegub czasowy, nowy rok, takie rozprężenie. Czuć to rozprężenie bardzo. Myślę, że te święta zimowe są bardziej relaksujące. Dlatego stanowczo je wolę. I muszę powiedzieć, że one mają też taki uniwersalny charakter. To znaczy, czy ktoś wierzy w narodzenie Jezusa, czy nie wierzy, to takie święto i tak mu się należy, dlatego że ono wyrasta nie tylko z korzeni chrześcijańskich, ale też z tych korzeni, które błędnie nazywa się pogańskimi. Także moim zdaniem nie mogą się bulwersować ci, którzy się bulwersują, kiedy ktoś mówi, że nie wierzy, a obchodzi święta, bo on może to robić, dlatego, że to są moim zdaniem takie uniwersalne obchody. Natomiast z czym one mi się kojarzą? Z tym spowolnieniem, o którym mówię, z wrzuceniem na luz.
Chociaż też przyznam, że ja się w święta nudzę bardziej niż w same święta, niż 25 i 26. Podobają mi się dni przedświąteczne i poświąteczne, czyli te porządki, przygotowania. Potem jakoś tak jest po tych świętach jeszcze luźniej. Ja cały czas w sumie coś robię i trudno mi nic nie robić w czasie świąt. To jest dla mnie takie trochę przytłaczające. Oczywiście jedzenie, jakieś tam potrawy, goście. Ale dzisiaj tych gości jakoś mniej. Wspomnienia też wracają. Wspomnienia ważna rzecz. Myślę też i chyba o tym dzisiaj będziemy mówić, że ogólnie dawniej te święta odczuwało się trochę inaczej.
Nie wiem, z czym się to wiąże. Może spróbujemy na to odpowiedzieć. Ale Marku, skoro my żeśmy powiedzieli, to teraz ty. Twoja kolej. Z czym ci się kojarzą i które wolisz? Te, co będą teraz, czy te wiosenne?
[01:48:25] - Moja odpowiedź nie będzie taka prosta, bo ja, jeśli chodzi o święta, mam ambiwalentne odczucia. Już tłumaczę dlaczego. Ponieważ bardzo lubię Boże Narodzenie, ale wigilijna wieczerza to nie jest wieczerza dla mnie. Dlaczego? Od dzieciństwa cierpiałem, bo są grzyby, ryby i w ogóle rzeczy, których ja nie jadam po prostu. Więc ja tak naprawdę mocno cierpiałem od dzieciństwa na Wigilii, bo właściwie nie miałem co jeść. Tamtego karpia wsuwali, jakieś zupy, które dla mnie są niejadalne. Może poza taką zupą z suszu, ale to zależy od regionu. Suszu owocowego oczywiście. I tak dalej.
Pod względem kulinarnym to ja zdecydowanie wolę Wielkanoc, bo po okresie postu mamy jednak wypasione śniadanie w niedzielę i jest super. Więc kulinarnie niekoniecznie gustuję w Bożym Narodzeniu, a właściwie w Wigilii. Natomiast jeśli chodzi o wspomnienia i taki ogólny nastrój, to zdecydowanie wolę Boże Narodzenie. Chociaż wiem, że teologicznie to wyższość świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia jest oczywista. Natomiast Natomiast rzeczywiście odgrywają sporą rolę wspomnienia te z dzieciństwa i tam każdy z nas właściwie chyba ulokował takie światełko. To dzieciństwo i te prezenty pod choinką znajdowane. Ja zresztą byłem dzieciakiem rozpuszczanym przez babcię i rodziców, więc tych prezentów pod choinką dla mnie było całe kopy. Ja już później nie wiedziałem, czym się mam bawić. To w tym okresie, kiedy były zabawki, a w późniejszym nieco okresie, kiedy w grę wchodziły książki, to ja taką dobrą półkę miałem po każdej takiej choinkowej imprezie. To à propos znowu tych dobrych wspomnień.
Czyli mówię, te ambiwalentne uczucia ewidentnie są, bo tak: jedzenie średnio, ale za to te prezenty. I jeszcze jedna rzecz, o której chyba muszę powiedzieć. Od jakiegoś czasu, nie wiem, czy to z racji wieku, czy to z jakichś innych powodów, o których pewno porozmawiamy, ale święta cieszą mnie jakby mniej. Nie wiem, może gdzieś ze mnie to dziecko wyparowało. Może te święta stały się zbyt oczywiste, zbyt takie rytualne bardziej. Czyli to musi być tyle potraw, ale to wszystko w biegu, w pędzie. Święta dla dziecka wyglądają inaczej. Może też z tego to się bierze. Dla dzieciaka święta są właściwie bezbolesne, bo nie bierze udziału w myciu okien, sprzątaniu czy w jakichś innych przygotowaniach. Raczej niecierpliwie czeka na ten moment, kiedy będzie wieczerza wigilijna, a potem będą prezenty.
Trochę tak dzieciaki na to patrzą, a później człowiek staje się dorosły i czar pryska. Tak jak pryskał wtedy, kiedy młody bardzo człowiek dowiadywał się, że ten Święty Mikołaj to może niekoniecznie prawdziwy, tylko raczej przebierany i tak dalej. To był pierwszy ząb, który się pojawiał. A później to takie święta i już, i tyle. Jakoś nie ma we mnie entuzjazmu ostatnimi czasy, w ostatnich latach, kiedy zbliżają się święta.
[01:52:21] - Coś w tym jest. Muszę powiedzieć, we mnie też jakoś nie ma. To znaczy tak, nie to, żebym się nie cieszył, bo można sobie przysiąść na zadku, ale jakoś tak wydaje mi się, że to trochę inaczej wyglądało, jak się było małym. Coś tutaj jest w tym, co mówisz. Człowiek się bardziej cieszył. Może wielu rzeczy też nie rozumiał. Natomiast dzisiaj tak: przyjdą goście do ciebie w święta. O Boże, przyszli obezrzeć, niech sobie pójdą. A jak byłeś mały, to żeś się cieszył. Goście nie przyjdą, to jest źle, bo nikt mnie nie lubi.
I tak to wygląda. Ja nawet zaczynam rozumieć tych, którzy w te święta gdzieś wyjeżdżają albo po prostu wyjeżdżają sobie połazić gdzieś, bo w tym roku to będzie bardzo widoczne. Będą cztery dni w sumie pod rząd, w tym sobota. To znaczy pęknie już, pęknie już. Będzie można Potop zobaczyć chyba z pięć razy. Potop na pewno będzie w telewizji. Zresztą zaraz będziemy o tym mówić, co w telewizji można było dawniej obejrzeć, jeżeli chodzi o święta. Ale do brzegu. Wracamy do tematu. Panowie, święta w PRL-u.
Takie druciane choinki, pogoń za produktami spożywczymi, rzadkie frykasy na stole. Arturze, jakie trzy rzeczy tak najbardziej?
[01:53:40] - Ja powiem tak: czy Potop będzie, czy nie będzie, to nie wiem, ale „Kevin sam w domu” z pewnością.
[01:53:46] - Tak, o Kevinie zaraz powiemy, ale jakie trzy rzeczy?
[01:53:49] - „Kevin sam w domu” z pewnością. Takie trzy główne różnice, które ja widzę między starymi świętami w PRL-u a obecnymi świętami Bożego Narodzenia, to po pierwsze na pewno kwestia religii, dlatego że dawniej była tolerowana prywatnie, dzisiaj jest obecna publicznie. To są inne rzeczy, bo w PRL-u religia była wypychana do sfery prywatnej. W mediach państwowych była cisza o Bożym Narodzeniu, o Wielkanocy. O tym się nie mówiło. Zamiast świąt mówiło się przerwa zimowa, święto wiosny. Załóżmy, uczestnictwo w pasterce czy gdzieś w rezurekcjach to było w ogóle za PRL-u takim aktem odwagi, a zwłaszcza jeśli ktoś był jakimś urzędnikiem albo nauczycielem. Natomiast dzisiaj te święta religijne są jawne i obecne, są w przestrzeni publicznej, są transmisje w telewizji czy mszy, czy w internecie. Politycy jawnie składają sobie te życzenia świąteczne. Różnica była taka, że wiara była w PRL-u po cichu.
Dziś jest legalna i oficjalna, przynajmniej u nas. Bo jak dostaję kartki od głów koronowanych, powiem wam z Danii i ze Skandynawii, to te kartki świąteczne są żałosne, dlatego że na tych kartkach świątecznych nie ma prawa być ani Jezusa, ani krzyża, ani szopka, ani nic innego. Na przykład są dzieci jeżdżące na łyżwach i z okazji świąt zimowych, żeby nikt się nie obraził. Tak to ładnie wygląda. Czyli pierwsza różnica moim zdaniem to ta religia, którą ja widzę. Druga różnica to stół. Stół wigilijny. Bo braki i kombinowanie kontra nadmiar i wybór, bym powiedział. W PRL-u były chroniczne niedobory. Były niedobory na mięso, na jakieś cytrusy.
Czekolada to w ogóle był luksus. A bombonierki jak się pojawiały, te beczułki, to to była jazda nie z tej ziemi. Jak ktoś dostał i się miało na święta, to już w ogóle było. Karp bardzo często pływał w wannie. To też jest taka sytuacja za czasów PRL-u. Teraz, w tej chwili w ogóle prawie nie można zabić karpia albo żywego kupić. To też jest sztuka w tej chwili. Święta były czasem takiego, bym powiedział, magazynowania i załatwiania potraw było mniej, ale one były, powiedziałbym, bardziej odświętne. Natomiast dzisiaj? Dzisiaj wszystko jest dostępne od ręki.
Dzisiaj jest egzotyka, catering, gotowce, wszystko sobie można zamówić. Paradoksalnie mniej czasu jest na wspólne gotowanie. Wcześniej ta Wigilia łączyła ludzi. Ludzie przygotowywali tę wieczerzę wigilijną. Dzisiaj mogą sobie wszystko zamówić. Ludzi jest mniej, rzeczy jest więcej. To jest kolosalna różnica. Dlatego uważam, że kiedyś w ogóle święta w PRL-u Bożego Narodzenia były wyczekiwane. Natomiast dzisiaj po prostu są zaliczane. I to jest moje zdanie takie prywatne.
Natomiast trzecia kwestia to bym powiedział, taka trzecia różnica to wydaje mi się, że chodzi tutaj o atmosferę. Bo bardzo prosto, w czasach PRL-u święta Bożego Narodzenia były ucieczką od systemu. Dom był jakąś taką swoistą enklawą wolności. Były kolędy, był opłatek, były rozmowy bez podsłuchu — tak to powiem, bo czasami w PRL-u nie wiadomo, gdzie ten podsłuch był — i było silne poczucie wspólnoty. Ci ludzie byli bliżej siebie. A tutaj wracając do tego, że za dziecka inaczej to się oglądało. Tak, bo dziecko inaczej postrzega czas przede wszystkim niż człowiek dorosły. Człowiek dorosły wie, że będą święta, święta i po świętach idzie do roboty, a dziecko po prostu inaczej do tego podchodziło. Natomiast dzisiaj istnieje, bym powiedział, presja perfekcji. Prezenty, dekoracje, social media.
Jest tempo, jest stres, czy zdążę. Częściej te święta są indywidualne niż wspólnotowe. Ludzie na przykład nawet nie przygotowują wieczerzy wigilijnej, tylko jadą gdzieś, żeby mieć gotową Wigilię. Oni nawet nie przygotowują tej wieczerzy i oni nawet nie są z rodziną. Oni jadą na Wigilię, gdzie im przygotują Wigilię i kompletnie z obcymi ludźmi siedzą na przykład. Powiem tak podsumowując to wtedy, w czasach PRL-u, moim zdaniem święta chroniły przed światem. Natomiast dzisiaj bardzo często jest tak, że to świat bardzo często wchodzi w te święta. W PRL-u było wszystkiego mniej, ale było to głębsze. Natomiast dzisiaj jest wszystkiego więcej, ale jest to dużo płytsze.
[01:58:23] - Dzisiaj to nawet jest trudno powiedzieć, czym te święta się mają odróżnić, bo to nie tylko w PRL-u, ale w latach 90. przecież też było tak, że nie na wszystko było zawsze człowieka stać. A teraz tak ma się to wszystko na co dzień tak naprawdę. Czym te święta się odróżniają oprócz tych potraw tradycyjnych? W sumie to tak naprawdę tylko choinką i tym, że jest trochę wolnego. Ale Marku, wracamy do pytania, bo te święta w PRL-u były charakterystyczne. Choinki były charakterystyczne, za moich czasów też były charakterystyczne. Wyglądały po prostu jak przemielona stara gałąź. One były oczywiście często sztuczne, ale to były takie patyki wzbogacane plastikiem. Były bombki.
W ogóle ponoć bombki z PRL-u są dzisiaj bardzo w cenie. Była ta pogoń za produktami spożywczymi. Jakie trzy rzeczy według ciebie najbardziej cechowały Boże Narodzenie w PRL-u? Co zapamiętałeś najbardziej? Nie tylko w tej sferze, powiedzmy materialno-spożywczej, ale tej też duchowej.
[01:59:30] - Ale jednak zacznę od materialno-spożywczej. No cóż, ja mam takie głębokie poczucie, że święta Bożego Narodzenia, wcześniej Wigilia w PRL-u to był niedostatek. O tym była już mowa, ale to miało swoje złe, co oczywiste, strony, bo niedostatek to zawsze jest coś, co człowieka uwiera i co mu doskwiera. Ale paradoksalnie z tego niedostatku brała się przynajmniej część radości, takiej dziecięcej chociażby. No bo naprawdę ja wiem, że dzisiaj to brzmi jak bajka o żelaznym wilku, ale naprawdę było tak, że pomarańcze kubańskie czy nie kubańskie, ale pojawiały się tuż przed świętami. No i się polowało na te pomarańcze. Ja może nie polowałem, bardziej to znam z opowieści, ale jednak. Przed świętami w sklepach z mięsem pojawiały się też takie lepsze wędliny. Takie wędliny, których na co dzień nie było, bo władza wiedziała, że trzeba ludowi zapewnić na te święta, żeby były tam jakieś takie bardziej wykwintne potrawy na tym stole. I wtedy przypomina mi się zaraz cytat z filmu „Miś”: „Patrz synku, tak wygląda baleron”.
Bo pewne wędliny oglądało się tylko w czasie świątecznym. To jest taka sprawa właśnie z niedoboru, bo pewne produkty w innych okresach roku może nie były niedostępne, ale było je trudniej upolować. Może tak to ujmijmy. A już naprawdę było tak, że pomarańcze pojawiały się sezonowo. Nie były dostępne przez cały rok, tak jak w tej chwili. Dzisiaj człowiek może sobie nakupować cytrusów, ale one nie będą go tak cieszyły jak te cytrusy, które pojawiały się tuż przed świętami. To dzisiaj trudno jest właściwie zrelacjonować, opisać, bo ktoś, kto tego nie przeżył, to wzruszy ramionami na to, co mówię. No bo jak? Ale o co chodzi? W ogóle bez sensu.
To byłaby ta pierwsza rzecz, ten niedobór, który paradoksalnie budował nastrój tych świąt. Może nie sam nastrój, ale to oczekiwanie, czy się uda upolować, czy się nie uda, czy będzie, czy nie będzie. To było coś, co moim zdaniem wyróżnia święta w PRL-u. Czy to dobrze? Nie wiem, ale fakt jest faktem. Druga sprawa to znowu kojarzy się z tym, że dzisiaj jest wszystko, a wtedy czekało się na prezenty
[02:02:14] - Jak ja sobie przypomnę, jakie człowiek w dzieciństwie miał marzenia. Proszę państwa, a to o jakimś konkretnym samochodzie albo o jakimś konkretnym, na przykład żeby to była betoniarka i miał taką ulubioną wyoglądaną na wystawach w sklepach. I człowiek się zastanawiał, czy ona będzie, czy nie będzie. Bo też podaż tych produktów była taka sobie. Tego nie było tyle. Dzisiaj trudno, żeby dziecko wymarzyło sobie coś konkretnego, bo prędzej go zasypie lawina prezentów, niż on dostanie to, co sobie konkretnie wymarzył. To dziwne, ale sam się w tej chwili zastanawiam, kiedy to wszystko mówię, że czasami z niedoboru może płynąć szczęście. Dla mnie to jest paradoks, który może nie odkryłem teraz, ale on mnie nieustająco zadziwia. I trzecia rzecz, o której, czy druga, już sam się zgubiłem w tej chwili, ale wspomniał o tym Artur. Te rozmowy przy stole.
Ja naprawdę pamiętam te Wigilie, które się przekształcały w rozmowy, w dyskusje, ale nie takie jak w tej chwili, że się rodzina pokłóci i nie może na siebie patrzeć, tylko wtedy naprawdę rozmawiano. Ja tak prawie gdzieś tak na granicy, ale pamiętam Wigilię w 1970 roku, tuż po wydarzeniach w Gdańsku. Ja nie wiedziałem, o co chodzi, ale moi rodzice z moimi dziadkami bardzo poważnie rozmawiali. Babcia mnie wywabiła z tego pokoju. Poszedłem się bawić świeżo otrzymanymi zabawkami, więc wszystko było naturalne, ale czasami wpadałem i widziałem, że tamta dyskusja była bardzo poważna. Oni się nie kłócili, oni bardzo poważnie rozmawiali. Ale też pamiętam inne Wigilie mojego dzieciństwa, kiedy przy stole spotykała się rodzina i była tam rozmowa, a nie kłótnia. Nie takie wyrzekanie: „A ty lubisz tych, a ja lubię tych, to ja cię nienawidzę” albo „Ty głupi jesteś, a ja jestem mądry, bo ja wiem, kogo mam lubić” i tak dalej. Nie, to wyglądało troszeczkę inaczej. Chyba za tym trochę tęsknię.
Za tym, że ludzie potrafili ze sobą rozmawiać. A może ja to idealizuję? Sam nie wiem. Pewny tego nie będę, ale coś w tym było. I nie mogę jeszcze nie powiedzieć o tym, o czym już właściwie mówiłem. A o tych zabawkach muszę jeszcze powiedzieć, bo one były bardzo istotną częścią mojego życia, bo te zabawki później się przeradzały w historie. Dzisiaj bardzo często jest tak, że dzieci dostają zabawki, cieszą się, a później te zabawki lądują w kącie, bo wszystko się nudzi. Ja pamiętam, że zabawki, które się znajdowały pod choinką, one długo były ze mną. Całe święta to już tam nie mówię. To były historie, które dzięki tym zabawkom, dzięki tym prezentom, które tam się znalazły, budowało się.
Właściwie przez całe święta do Nowego Roku bawiłem się tym, co było nowe i pojawiały się nowe historie. Może ja w ogóle miałem tendencję do budowania historii, więc to było dla mnie w jakiś sposób naturalne, ale rzeczywiście nowe święta, nowa Wigilia to były nowe historie, które gdzieś tam się w tej mojej głowie lęgły, a zabawki tylko pomagały te historie materializować.
[02:05:55] - Ja tylko wejdę ci w słowo Marku, bo ty powiedziałeś o tych pomarańczach, bo pomarańcze były zawsze z Kuby, a bodajże arbuzy z Bułgarii. Ale pamiętam jako dziecko, jak zawsze w telewizji zapowiadano, że statki z pomarańczami już wypłynęły. I ci wszyscy, co czekali na Wigilię, to ogólnie czekali i śledzili, czy te statki dopłyną na czas. To jest takie moje ciekawe wspomnienie z dzieciństwa, wam powiem.
[02:06:24] - Dużo można opowiadać. Myślę, że każdy ma jakieś swoje historie związane z tymi dawnymi świętami. Ja pamiętam coś takiego na przykład u mojej babci, że na Wigilię przychodził sąsiad, który był starym kawalerem i on się opiekował. Znaczy nie to, że się opiekował, ale czasami przyjeżdżały do niego z domu dziecka dzieci jego siostry, która zmarła i on po prostu czasami je gościł. I oni też wszyscy przychodzili na Wigilię do babci. I to było normalne. Nie to, że ktoś z tego jakieś tam mycyje robił. Nie, przychodzili po prostu i po prostu było. I dla mnie to było z dzisiejszej perspektywy wyjątkowe, bo dzisiaj ludzie są bardziej zamknięci niż byli kiedyś. Tak mi się wydaje.
Marku, coś chciałeś tutaj dodać?
[02:07:10] - Tak, bo to prawda. Dzisiaj jest tak, że co prawda w niektórych domach stawiany jest ten pusty talerz, ale wszyscy domownicy modlą się, żeby broń Boże nikt nie zapukał do tych drzwi, bo przyjdzie jakiś obcy, zepsuje taką świetną uroczystość. To też trochę smutne, ale jeszcze muszę coś dopowiedzieć. To zresztą się już przewinęło, chociaż nie tak mocno. Rzeczywiście te ozdoby choinkowe w PRL-u były inne. Też były inne. Też były bombki. Dzisiaj często bombki są plastikowe, wtedy zawsze były szklane. Lampki wtedy były rarytasem. Ja jeszcze pamiętam takie klipsy, w których wstawiało się świeczki.
Już tego nie pamiętam, żeby te świeczki na choince były, ale ponoć były, bo opowiadano mi historię, że jak byłem malutki, miałem półtora roku. Nie, ja musiałem mieć nie półtora, trochę ponad rok. To choinka, było na niej tak zwane anielskie włosie. To nie były te sreberka, tylko anielskie włosie. To było jakby z takiego celofanu. Piękne to było, ale bardzo palne. I to płonęło błyskawicznie. I to się zajęło na choince. I nie było. Wiem, że babcia mnie chwyciła na ręce, że się przestraszę, jak ta choinka płonęła, bo właściwie nie tyle płonęła, co buchnęła i się skończyło.
Mnie to bardzo rozbawiło. Ja się podobno zacząłem głośno śmiać, bo bardzo mi się podobała ta płonąca choinka. Wrócę jeszcze do bombek i do lampek. Bombki były w różnych kształtach. Pamiętam bombkę, bardzo mi się podobała u wujka, w kształcie starego zamku. Była też bombka z lejem, z dziurką. To też była wtedy rzadkość. Pamiętam lampki zrobione przez mojego wujka, w które się wkręcało takie żaróweczki. Te żaróweczki mnie fascynowały, bo tam były na przykład: żaróweczka w kształcie muchomorka, żaróweczka w kształcie Jacka i Agatki. Tam były jeszcze różne kształty.
Były oczywiście takie szyszkowe, kolorowe kształty, ale były też właśnie te figurki w postaci tych żaróweczek. Były pasjonujące. Naprawdę to było coś pięknego. Zawsze czekałem na ten moment, kiedy te lampki zostaną na choince rozwieszone i będę mógł Jacka i Agatkę oglądać. I właśnie te inne postacie, które w postaci żaróweczek się pojawiały. A bombki to naprawdę – ja się wcale nie dziwię, że wspominaliście o tym, że one są w cenie – bo bombki wtedy szklane, ale przepiękne. I to była norma. Dzisiaj szklane bombki są drogie, a plastikowe są tanie, można je nabyć. Czasami nawet dobrze udają takie szklane bombki, ale to jednak nie jest to. Nawet to, że się czasami taką bombkę stłukło, też miało jakiś swój urok.
A może ja po prostu idealizuję.
[02:10:34] - Te bombki to jest jedna rzecz. One też się dość obsypywały z brokatu. Dzisiaj są w cenie, ale zauważyłem – w sumie nawet nie wiem, jak to określić – że były takie ozdoby w kształcie – to był późny PRL – pajacyków. One były robione po prostu z odpadów, z obłosionych drucików, nie wiem, jak to nazwać, wyciorów. Były formowane w różne postaci. Teraz widzę, że nawet są takie instalacje świąteczne w wersji makro gdzieś w miastach, gdzie takie postaci są: zajączki, pajacyki. Widząc to, przypomniałem sobie, że rzeczywiście takie coś było. To było bardzo badziewne tak naprawdę, ale rzeczywiście bardzo przypominało święta w tamtym okresie. Panowie, co z prezentami? Bo ja pamiętam na przykład te lata 90.
wczesne – też one były mało kolorowe, ale jednak święta zawsze były na bogato, także w kwestii prezentów. Im byłem starszy, tym większy był wybór. Natomiast zalały nas te zabawki z Chin, a po prostu kiedy byłem duży już, to przestało mnie to interesować, kiedy ten wybór zwiększył się. Pewnie dzisiejsze dzieci nie odbierają tego w taki sposób, jak my żeśmy to odbierali, co Marku zresztą podkreśliłeś. Arturze, jak to było z tymi podarkami? Kto je przynosił? Ja nie pamiętam, żeby u mnie mówiono o Mikołaju. U mnie Mikołaj był 18 grudnia. Natomiast ja z takim Mikołajem Świętym też się zetknąłem dość późno, kiedy zaczęły pojawiać się takie różne ozdoby z tym Mikołajem, takim coca-colowym, w takiej amerykańskiej wersji. On wtedy gdzieś wkroczył do mojego życia, natomiast wcześniej nie.
Prezenty się dostawało pod choinkę. Nie było Mikołaja na 100%. Jak to wyglądało? I jeszcze druga rzecz, bardzo ważna: kwestia rozrywkowa w święta. Oprócz tych posiadówek przy stole, co można było zobaczyć w TV? Jaki był repertuar? Czy były jakieś szczególne atrakcje w Telewizji Polskiej?
[02:12:48] - Ja powiem może w ten sposób, że jeśli chodzi o prezenty – bo ja to podzielę na dwie części: jedna część to prezenty, a druga telewizja – prezenty moim zdaniem w czasach PRL-u były skromne. Często to były nawet prezenty zdobyczne, bym powiedział. W przypadku tych prezentów liczyła się pomysłowość, a nie wartość. Co ciekawe, ja pamiętam coś takiego – jakie znajdowałem prezenty pod choinką – że ktoś dostawał na przykład czekoladę, książkę albo książkę i czekoladę, albo książkę i pomarańczę. Jedną pomarańczę na przykład. Dzisiaj ktoś by powiedział: „O co chodzi? Przecież pomarańcze to leżą na stole”. Ale wtedy to, że pod choinką ktoś dostał jedną pomarańczę plus książkę, to była w ogóle niesamowita rzecz. Prezenty takie typowe za moich czasów to skarpety, rękawiczki. Jak już w ogóle ktoś dostał coś z Pewexu, to był już w ogóle kompletny luksus.
Czasami było tak, że nawet były prezenty na całą rodzinę, a nie na każdego z osobna, jak to jest w tej chwili. A tutaj zahaczyłeś o tą kwestię, kto te prezenty przynosił, Piotrze. Ja jak przyszedłem na Śląsk i powiedziałem – w ogóle ja akurat też jestem jedyną osobą chyba w tym mieście, który posiada dwie pierwsze komunie, to znaczy pierwszą komunię świętą i drugą komunię świętą, bo jestem z Płocka i w Płocku była taka tradycja średniowieczna i przywilej średniowieczny, że można było robić drugą komunię świętą. Do tej pory diecezja płocka jest jedyną diecezją, w której wszyscy mają dwie komunie: pierwszą, drugą, a dopiero potem bierzmowanie. Po co o tym mówię? Dlatego, że oczywiście jak przyszedłem na Śląsk i mówiłem, że Mikołaj przynosi coś pod choinkę, to ze mnie się śmiano. „No bo jak Mikołaj? Przecież Mikołaj na Mikołajki jest. To co, on robi drugie tournée? On wraca?
Przecież on już poszedł”. To tak naprawdę zależy, w którym regionie kto przynosi. To jest bardzo regionalne.
[02:14:37] - Mikołaj jest na przykład na Mazowszu, w Małopolsce, na Podlasiu. W ogóle w czasach PRL-u to był bardzo lansowany Dziadek Mróz. Ale ten Dziadek Mróz się jakoś tam nie przyjął. Mnie z kolei śmieszyło bardzo, jak miałem kolegę z Wielkopolski, z poznańskiego. Wielkopolska, Kujawy, bo tam przynosił Gwiazdor. Ja sobie słucham: jaki Gwiazdor? Co to Presley tam przychodzi, czy kto to? Okazuje się, że Gwiazdor to był ten, który właśnie w tym orszaku kolędników niósł jako pierwszy tą gwiazdę. On często też nawet przychodził. To też jest śmieszne.
U nas na przykład jak ktoś był niegrzeczny, to dawano rózgę pod choinkę, a na Śląsku jakiś brudny węgiel przynajmniej. W niektórych częściach Śląska czy w niektórych częściach Małopolski aniołek przynosi te prezenty. To jest taka też ciekawa tradycja, bardzo kościelna, która mocno przetrzymała pomimo czasów PRL-u, że na Małopolsce i na Śląsku, w niektórych częściach Śląska, tego austriackiego zwłaszcza, to aniołek przynosi prezenty. Na przykład w Śląsku Cieszyńskim tak samo Dzieciątko Jezus przynosi czy na południu. Co też jest ciekawe, kiedy te prezenty są dawane. To też jest bardzo ciekawa sprawa, bo u mnie zawsze była sytuacja na Mazowszu, że była pierwsza gwiazdka, była wieczerza wigilijna i jak zjedliśmy wieczerzę wigilijną, to były prezenty. Natomiast na przykład na Śląsku Cieszyńskim czy na południu Polski ogólnie daje się te prezenty po północy, po pasterce. Tak samo jak z tym talerzem pustym, gdzie w niektórych częściach Polski to jest dla gościa, który ma przyjść, zbłąkanego jakiegoś, a na przykład na Pomorzu to jest dla ostatniej osoby z rodziny, która zmarła, bo ci ludzie wierzą, że ta osoba, która ostatnio zmarła, też sobie jeszcze przyszła na tą Wigilię. Oczywiście, tak jak powiedziałem, w czasach PRL-u lansowany był mocno Dziad Maroz, Dziadek Mróz, zwłaszcza to ZSRR przychodziło. Ciekawe jest też w ogóle, powiem wam, że we Włoszech prezenty nie rozdaje się pod choinkę, tylko 6 stycznia.
Trzech Króli, Befana przynosi zawsze te prezenty. Natomiast na przykład w niektórych krajach, czy w RPA, czy w Stanach Zjednoczonych prezenty przynosi Santa Claus i on przynosi prezenty nie w Wigilię, a na Boże Narodzenie. To też jest ciekawe. U mnie przynosił to zawsze Mikołaj. Na pewno. Druga sprawa, co można było oglądać w czasach PRL-u? To zależy, w którym okresie mojego życia, bo najpierw był jeden kanał w polskiej telewizji, potem dwa kanały, była jedynka i dwójka i na tym koniec. Zresztą myśmy mieli na początku takiego starego czarno-białego Neptuna. Potem jak żeśmy się dorobili, to z Rosji, z ZSRR, nie z Rosji, przywieziono Elektrona, bo Rubiny to paliły się, więc lepsze były Elektrony podobno. Ale powiem wam szczerze coś takiego, że to, co różniło wówczas telewizję świąteczną od dzisiejszej, to wówczas telewizja w święta była wydarzeniem, a dzisiaj jest po prostu tłem.
Dawniej w PRL-u to całe rodziny siedziały i oglądały te filmy. Czy przy stole wigilijnym rozmawiano, czy potem oglądano to wszystko, co można było zobaczyć. Od 1990 roku to na pewno już Kevina, który sam w domu był, bo on na każde święta był. Ale przede wszystkim za moich czasów to latały czechosłowackie bajki. Na bank byli „Czterej pancerni i pies”, na bank była „Stawka większa niż życie”. Jeszcze swego czasu różne radzieckie filmy familijne, bo to też jeszcze swego czasu one były bardzo popularne. A jeśli chodzi o kabarety, które się wówczas pojawiały, to na pewno był Kabaret Starszych Panów czy Kabaret Dudek. Kolędy czy kolędowanie w telewizji było naprawdę bardzo rzadko i bardzo ostrożnie, tak bym powiedział. A dla dzieci na pewno była kwestia związana z Misiem Uszatkiem, z Reksiem, z Bolkiem i Lolkiem. Czego nie było w porównaniu do dzisiaj?
Na pewno nie było pasterki w telewizji. Na pewno nie było reklam w telewizji. Na pewno nie było takich świątecznych maratonów, tylko się czekało, co takiego ciekawego będzie w te święta. Nie takie świąteczne maratony mielone jak dzisiaj są codziennie. Nie było tej takiej komercyjnej świątecznej otoczki. To moim zdaniem to jest coś, co różniło tamtejszą telewizję i to, co się wówczas oglądało, a czego nie ma załóżmy dzisiaj. Dzisiaj jest bardzo dużo komercji w tym wszystkim. Wtedy byli ludzie moim zdaniem, a dzisiaj jest dużo komercji.
[02:19:14] - Ja muszę powiedzieć, że nie pamiętam, co można było obejrzeć w telewizji na święta. Wydaje mi się, że puszczano w moich czasach jakieś lepsze filmy dla dzieci. I oczywiście wszedł chyba w latach 90. Znaczy wszedł do kin na pewno. Natomiast nie pamiętam, kiedy ten nieszczęsny Kevin stał się tradycją polsatowską. Tradycją, którą mało rozumiem, muszę powiedzieć. Natomiast osobiście uważam Polsat za telewizję dla wieśniaków, także nie będę tutaj komentował tego. Kevin jako film był spoko. To był film z czasów, kiedy jeszcze robiono filmy, które się dało oglądać. Natomiast robienie z tego jakiejś świeckiej tradycji uważam za dość kiepskie szczerze mówiąc.
Były na pewno w telewizji jakieś pełnometrażówki animowane, ale wydaje mi się, że najbardziej to zapamiętałem ten rzeczony „Potop” na samym początku. Nie wiem dlaczego, ale właśnie wydawało mi się, że jak były święta, to musiał być „Potop”. Chyba dlatego, że był najdłuższy. I telewizja mogła sobie łatwo ramówkę wypełnić. Kmicic, Babinić, to wszystko kilka godzin mieli z głowy. Marku, jak to było u ciebie? Co było w TV? Co zwracało twoją uwagę? Co było w TV, to co u wszystkich, ale co zwracało twoją uwagę? I przede wszystkim kto przynosił te prezenty?
Gwiazdor, Mikołaj czy po prostu przynosiło się samo pod choinkę?
[02:20:36] - Jeszcze może jedno zdanie powiem, co mi się teraz przypomniało. W święta Bożego Narodzenia była One różniły się dobranockami od pozostałych dni, dlatego, że zawsze w ciągu roku dobranocka trwała 10 minut, a w niedzielę pół godziny. Natomiast w święta Bożego Narodzenia te dobranocki zawsze były półgodzinne.
[02:20:56] - Tak. A jeśli chodzi o to, kto przynosił prezenty? Ja od początku byłem w takim dysonansie. Od początku, kiedy kojarzę. Też mi się to nie zgadzało, że Mikołaj jest szóstego i później jeszcze robi powtórkę, drugie tournée. Trochę takie dziwne. Bardzo chętnie zresztą to akceptowałem. Powiedziałbym nawet, że z młodzieńczym entuzjazmem. Ale też, ponieważ żyję na styku kilku krain, między innymi wspomniane Kujawy, ale gdzieś tu kawałek do Pomorza i trochę Wielkopolski. W związku z tym część rodziny była przekonana, że rzeczywiście tych prezentów nie przynosi święty Mikołaj, tylko Gwiazdor właśnie.
I ja się z tym na co dzień stykałem. Może nie na co dzień, ale w tych czasach świątecznych to właśnie myślałem, czy to Gwiazdor, czy to Mikołaj. I tak tym swoim dziecięcym rozumkiem próbowałem rozstrzygnąć, jaka jest zależność pomiędzy tymi postaciami. Czy może któryś się pod któregoś podszywa? Jak to w ogóle wygląda? Później ta kwestia zeszła na dalszy plan, więc tak to wyglądało. Prezenty były zaraz po wieczerzy wigilijnej. Nie mówię, bo dzieci robiły wszystko, żeby ta wieczerza nie trwała zbyt długo, bo wiadomo, prezenty rzecz najważniejsza. I trochę tak to zapamiętałem. Natomiast jeśli chodzi o telewizję, to ja to pamiętam troszeczkę inaczej niż Artur, bo ja pamiętam, że władza w PRL-u.
Dobrze pamiętam czasy '74 i powyżej, jeśli chodzi o telewizję. Otóż ja już kiedyś wspominałem w jednej z audycji. Miałem kolegę, który na każde święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc brał program telewizyjny, który był drukowany chociażby w codziennych gazetach, bo były tylko dwa programy, więc problem z głowy i podkreślał sobie, co chce obejrzeć. I to czasami wyglądało tak, że jak się kończyło coś w jednym programie, to zaczynało się w drugim. Były na ogół świetne filmy, były amerykańskie kreskówki, czyli Kaczor Donald i w ogóle to uniwersum. I to się oglądało z wypiekami na twarzy. Były też filmy science fiction. To oczywiście było bardzo w polu mojego zainteresowania. Było dużo różnych ofert, właśnie kabaretowych. Program był wypełniony, ale to nie dlatego, żeby lud się cieszył, tylko chodziło między innymi o to, żeby w takich domach powstawały niewielkie konflikty.
Dlaczego? Bo dzieciak chciał oglądać kolejny film, kolejne coś tam, a tu trzeba do kościoła. Więc awantury były. Z relacji moich kolegów wiem, że były i trzeba było dokonywać dramatycznego wyboru, na którą godzinę się pójdzie na mszę, bo coś trzeba będzie odpuścić, a tam właściwie telewizja huczała. Nie w jednym, to w drugim programie coś było. Jakżesz to opuścić? Więc o to właśnie władzy chodziło między innymi. Ona nawet jak była dobra ta władza, to bywała perfidna po prostu. I te małe konflikty się pojawiały, bo wiadomo, dzieciak się buntował. Gdzie on ma iść do kościoła, jak tu film leci i taki film, co on marzy, żeby go obejrzeć, on do kościoła będzie szedł.
Trochę inaczej dzieciaki na to patrzyły. Więc ja zapamiętałem tego kolegę. Ja często podglądałem u niego, bo on nosił ten program telewizyjny ze sobą do szkoły i pokazywał, co jest. Wow! Często gazety drukowały program na święta nieco wcześniej, żeby się można było przygotować do tego odbioru telewizyjnego. Więc normalnie gazety drukowały tygodniowy program w wydaniu takim sobotnio-niedzielnym, kiedy tam się odpowiednio dni nie stykały, to w każdym razie program świąteczny pojawiał się odpowiednio wcześniej. To nawet reklamowano, że w danym wydaniu jest program telewizyjny na święta. I to była pożądana rzecz. Jak już powiedziałem, kolega podkreślał. Właściwie wszystko było tam podkreślone, bo naprawdę dbała telewizja, dbały władze o to, żeby program był na full wypełniony i to do późna.
Wtedy pamiętajmy, telewizja kończyła się dosyć szybko i w 70. i w 80. latach czasami docierało to do godziny 11, czyli 23. W soboty było kino nocne, więc to trwało trochę dłużej, ale telewizja raczej się kończyła o takiej średnio późnej porze. Natomiast w święta czasami zaszaleli i coś tam ciekawego puścili. Ja zapamiętałem ze świąt właśnie im później, tym bardziej te maratony oglądania różnych rzeczy. Byłem takim telemaniakiem, ale wtedy wszyscy byli telemaniakami. Do dzisiaj pamiętacie, skoro już był przytaczany Kevin, to przecież tam pada taka kwestia, że telewizja jest całym jego życiem. Dla nas też ta świąteczna telewizja była całym życiem świątecznym, bo tam naprawdę były perełki, nawet filmy sensacyjne i to amerykańskie. To mus było oglądać!
[02:26:43] - Ciekawe to było. Muszę przyznać, że pamiętam, były rysunkowe, nie tylko amerykańskie z tego uniwersum Kaczora Donalda i kolegów. Pamiętam gdzieś w drugiej połowie lat 70., jak przez mgłę co prawda, taką kreskówkę z uniwersum Asterixa i Obeliksa, ale już tego taki pewien nie jestem.
[02:27:11] - Panowie, ostatnie pytanie: co było w tamtych świętach, czego nie ma w dzisiejszych? I tutaj jest kilka szkół myślenia. Jedna mówi, że w zasadzie to one się niczym nie różniły, tylko że byli inni ludzie. Byli dziadkowie, byli rodzice. No i był ten klimat, którego dzisiaj niestety już niektórzy nie mają. Druga sprawa, że człowiek się cieszył z byle czego. Dzisiaj też są tacy, którzy się skarżą na konsumpcyjny wymiar świąt, że w marketach Boże Narodzenie zaczyna się tak naprawdę po Wszystkich Świętych. Gdzieś w Lidlu uprzątają znicze i wjeżdża półka z niemieckimi piernikami na przykład. Inni powiedzą jeszcze, że dzisiejsza młodzież nie zna niedoborów i nie wiedzą, co to jest szynka na święta albo Myszka Miki na święta i oni nigdy tego nie skumają tak naprawdę. Gdybyście panowie mieli wybrać coś z tego wora, z tego miszmaszu, który podałem, a może dodać coś jeszcze, to co by to było, Arturze?
[02:28:13] - Ja powiem szybciutko jedną rzecz, bo rozmawialiśmy o tym, kto gdzie prezenty roznosi. Jeszcze tylko dodam jedną rzecz. Ja dopiero się na Śląsku spotkałem z czymś takim, że w ogóle są prezenty pod choinkę i są prezenty na zajączka, bo przecież u mnie namaz zawsze w życiu na Wielkanoc nikt prezentów nie dawał, a na Śląsku spotkałem się z czymś takim, że były prezenty na zajączka. To jest pierwsza rzecz. I drugą rzecz jeszcze wam powiem coś takiego. Wydaje mi się, że tamtych świąt nie da się dziś odtworzyć. Dlaczego? Dlatego, że zniknęły warunki, które je przede wszystkim tworzyły. Dzisiaj wielu rzeczy już nie ma, dlatego że wówczas nie było tyle techniki, nie było internetu, nie było komórek, nie było social mediów. Telewizor był włączany kilka godzin dziennie.
I dlatego byli ludzie. Ludzie rozmawiali, ludzie byli bliżej siebie. Nikt nie wyskakiwał z wiadomościami, z reklamami i z alertami przykładowo. Zwłaszcza ja jestem z Płocka, często było tak, że w Petrochemii zabrakło prądu. Jak ściągnęli prąd, to z połowy miasta i ta Wigilia była przy świeczkach. To też była ciekawa sprawa. Dzisiaj tego nikt po prostu nie pamięta takich rzeczy. Wydaje mi się, że dawniej była cisza, której dzisiaj po prostu nie da rady wytworzyć. Dzisiaj weźcie popatrzcie na stół wigilijny. Jak przychodzą ludzie, siedzą przy stole, nawet przyjadą do rodziny i siedzą z komórką i odpisują SMS-y.
To jest kompletnie inna rzeczywistość, kompletnie inny świat. Dawniej wydaje mi się, że było autentyczne poczucie wspólnoty. To poczucie wspólnoty nie było zaaranżowane. Dawniej większość ludzi miała, nazwijmy to, podobnie mało, więc potrafili się cieszyć naprawdę z wielu rzeczy. Prezenty były skromne, ale wspólne. To jest ważne. Dzisiaj mamy porównywanie kto gdzie był, kto co dostał. Są zdjęcia zamiast rozmów. Dawniej się mówiło, dawniej się rozmawiało przy stole wigilijnym, opowiadało się, była atmosfera. Tak samo jak często mówimy, że dawniej się czytało książki, bo można było pobudzić wyobraźnię.
A dzisiaj co? A dzisiaj się wyciąga komórkę i się mówi: „Czekajcie, ja wam pokażę, gdzie byłem”. Także nie było konkurencji dawniej na idealne święta. To jest też ciekawe. Wydaje mi się, że święta dawniej były taką kulminacją wysiłku. Natomiast dzisiaj, tak jak powiedziałem, już wszystko jest od ręki i radość była, powiedzmy sobie szczerze, proporcjonalna do trudności. Święta były takim azylem przed systemem, bo to była taka przestrzeń naszej wolności, naszej rodziny, której nikt nie potrafił nam rozbić albo zniszczyć. Dzisiaj jest inaczej. Święta nie muszą już praktycznie od niczego chronić. No i druga taka sprawa jeszcze był ten smak rzadkości dawniej.
To, co mówiliśmy wcześniej: pomarańcza, która była wydarzeniem, na którą się czekało, czekolada, która była luksusem. Prezent, który był symbolem pamięci. Dzisiaj wszystko jest jak zawsze, nic nie smakuje od święta, bym powiedział. Zniknęła taka magia rzadkości. Ja powiem tak: tamte święta być może były uboższe materialnie, ale za to miały jakieś bogatsze znaczenie. I na zakończenie, żeby potem wam nie przerywać, powiem tylko jedną taką rzecz, na którą wiele osób nie zwraca uwagi, a myślę, że to doskonale podsumowuje ten temat. Nie wiem, czy kojarzycie, wszyscy słuchający i wy, Piotrze, Marku, że co roku zawsze często w telewizji pokazywało się, jak królowa brytyjska Elżbieta składała życzenia, prawda? I oczywiście życzenia po angielsku Bożego Narodzenia brzmią Merry Christmas, prawda? Natomiast nie wiem, czy zwróciliście uwagę na fakt, że to, co teraz powiem, będzie doskonałym podsumowaniem tego punktu, o którym mówimy. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na fakt, że Elżbieta II nigdy w życiu w telewizji nie mówiła Merry Christmas.
Elżbieta mówiła zawsze Happy Christmas. I teraz podstawowe pytanie: dlaczego Elżbieta nigdy nie mówiła po angielsku Merry Christmas, tylko Happy Christmas? Z bardzo prostej przyczyny. Dlatego że słowo merry w języku angielskim oczywiście oznacza, że coś jest radosnego, coś jest wesołego, coś jest dobrego, prawda? Ale słowo merry po angielsku oznacza również podchmielony, podpity. I chodziło o to, żeby nie mówić Że zachęcam do alkoholu, żeby te święta były podpite. A dzisiaj często nawet alkohol króluje w święta, w Wigilię przy stole, czego dawniej nie było, co było dawniej niedopuszczalne. Ale to już inna sprawa. To jako ciekawostkę z Elką powiedziałem.
[02:33:07] - Marku?
[02:33:08] - Cóż, ponieważ już sporo było przez Artura poruszonych kwestii dotyczących spraw ogólnoludzkich, tak to określmy, to ja się skupię na wspomnieniach. Częściowo już o nich mówiłem. Co było przy tamtych świętach, a nie ma teraz. Nigdy nie dostawałem tylu książek, ile dostawałem, jak byłem nastolatkiem. Naprawdę byłem zakopany w książkach, bo już w pewnym momencie zabawki mi przeszły i naprawdę kto mógł, to kupował mi książki. W ogóle cała rodzina sobie ustalała, co mi kupią i ja zostawałem po Wigilii z naręczem książek. I jak sobie pomyślałem, że ja to teraz będę czytał, to mnie jakaś głupawka ogarniała ze szczęścia. Ile to przede mną wzruszeń. Dzisiaj już tylu książek nie dostaję, ale to też wiąże się z tym, o czym mówiliśmy. W każdym momencie mogę sobie książkę kupić i nie ma też we mnie tej radości odkrywania nowych światów.
Ona gdzieś tam, ta radość jest ukryta, ale nie jest tak intensywna. To też się wiąże prawdopodobnie z przemijaniem, z wiekiem. Wtedy wszystko było nowe, bo tak niewiele o świecie się wiedziało, a teraz troszkę wie się więcej. Nie powiem, że wszystko, ale jakoś mniej radości, książek mniej i w ogóle schyłkowo. Powiem więcej. To, co w tej chwili mówię, mówię zupełnie świadomie, bo chciałem jeszcze poruszyć coś takiego, że dla dzieci być może święta w dalszym ciągu są radosne, pełne tajemnicy, a w każdym razie sporo jest w tej tajemnicy. Ale myślę, że dla osób starszych te współczesne święta mają w sobie dozę jakiegoś smutku. Może przesadzam, smutku, może nostalgii za tym, co było, a już nie ma. I one trochę zmieniają wymiar, bo kiedyś była ta radość, a teraz mam wrażenie, rozmawiając ze znajomymi, z rodziną, że ta nuta nostalgii, ta nuta smuteczku, tak to określmy, gdzieś w każdym z nas dorosłych funkcjonuje. Nie wiem, to mnie nie napawa optymizmem.
Czy to będą święta Bożego Narodzenia, czy Wielkanoc. Prędzej człowiek myśli o tym, że minie kilka dni i znowu trzeba będzie coś robić, 100% normy wykonywać. I ten magiczny czas ma swoje granice. Dla dzieci nie ma tych granic, wszystko trwa dłużej. To się wiąże oczywiście z odczuwaniem czasu, ale też z pewnym brakiem kłopotów, beztroską charakterystyczną dla dzieci. I myślę, że spora część z nas za tą beztroską, za tym czasem beztroski, świątecznym czasem beztroski trochę go wspomina, trochę tęskni za nim. Piotrze, a jak to u ciebie?
[02:36:19] - Coś w tym jest. Masz rację. Ja już swoje powiedziałem. Myślę, że charakterystyczne jest to, że się rozmawia w czasie posiadówek przy stole o ludziach, którzy byli, a ich nie ma. Poza tym muszę się zgodzić ze wszystkim, co tutaj padło. To inne odczuwanie czasu, kiedy się było małym. To czekanie, te zaskoczenia różnego rodzaju, cieszenie się z różnych rzeczy. Jak sobie tak przypominam, to jednak też pamiętam dorosłych jako dziecko, którzy świętowali. I szczerze wam powiem, że oni też inaczej wtedy do tego podchodzili. Także myślę, że tutaj klucz do całej zagadki kryje się właśnie w wieku.
Natomiast zgadzam się też z tym, co powiedziałeś, że jest duża różnica w odczuwaniu tych świąt. Nie wiem, jak to zmienić w przypadku swoich. Nie wiem, co można by poprawić, żeby one były bardziej dogłębne. Nie chodzi tylko o przeżycia duchowe, tylko chodzi o to, żeby nie wstać i nie zorientować się za chwilę, jak to w tym przysłowiu, że święta, święta i po świętach, tylko jakoś je odróżnić, zapamiętać. Nie wiem, nie stanę w kropce, muszę powiedzieć. Rzeczywiście, tak jak powiedzieliście, święta się dzisiaj odbębnia. Są na pewno inne niż były, ale pewnie za x lat to pokolenie, które dzisiaj jest dziećmi, powie to samo, że za naszych czasów to było git. Tylko że oni mogą mieć gorzej, bo w przyszłości ta sztuczna inteligencja, ten Elon Musk, ten nowy porządek świata mogą wywrócić to wszystko do góry nogami. A może tych świąt już nie będzie za jakiś czas, na co Artur zwrócił uwagę. Nie wiem.
Drodzy państwo, tutaj chyba jest dobry moment, żeby zaapelować o komentarze, jak to jest w waszym przypadku. Czy zgadzacie się z tym, co żeśmy tutaj powiedzieli? A może zbytnio ten sentymentalizm nam dzisiaj wszedł.
[02:38:35] - Proszę państwa, miło jest sobie powspominać. Ale jedźmy dalej. Zapraszam państwa teraz na blok literacki. To będą opowiadania niezmiennie z audycji ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Już odległe czasy, bo rok 2020. Dawno to było, ale opowiadania ręczne to państwu nie zestarzały się. A dzisiaj zestaw poważny. Tych opowiadań, tak sobie liczę: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem opowiadań. Całkiem sporo. Pierwsze z nich napisał Marcin Kowal.
Nosi ono tytuł „9:28”. A potem pojawią się teksty Hanny Layer „Archipelagi nieba” oraz drugi tekst tej autorki „Diabelska biblioteka”. Tekst Tomasza Fąsa „Internet od rzeczy”. Opowiadanie Jurijana „Księżycowi ludzie”. Tekst Roberta Zawadzkiego „Co pan robi całymi dniami?” I jeszcze tekst Jakuba Karbownika o tytule, który już padł w dzisiejszej audycji, ale zobaczymy inne spojrzenie na „Diabelską bibliotekę”. Bardzo serdecznie państwa zapraszam i miłej zabawy.
[02:39:58] - Marcin Kowal „9:28”. Była godzina 9:28, kiedy rozryczałem się jak dziecko. Zaspany, czerwony jak burak, stałem akurat na przystanku i czekałem, aż pojawi się autobus miejski. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja nie miałem pojęcia, dlaczego płaczę. Wlepiałem oczy w telefon komórkowy z nadzieją, że nikt z postronnych nie zwróci na mnie uwagi. Niestety każdy zauważył ten jednoosobowy cyrk. Na krótką chwilę stałem się atrakcją w życiu przypadkowo zebranej grupy osób. Dorosły, ryczący facet. Nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło. Ostatni raz pewnie płakałem w podstawówce, kiedy dostałem łomot od jakiegoś szczyla z klasy.
Albo kiedy ojciec tłukł mnie pasem za wydumane zbrodnie, których w jego mniemaniu się dopuściłem. A to za kradzież kasy z portfela, której ukraść nie mogłem, bo kasy nigdy nie miał, a to za rozlaną na dywanie farbę, której rozlać też nie miałem jak, bo mnie nie było. A to po prostu tak dla zasady. Wtedy owszem, płakałem. Te czasy jednak minęły. Nie byłem już dzieckiem, tylko mężczyzną. Dlaczego więc nagle i zupełnie bez powodu rozryczałem się na przystanku? „To pewnie reakcja organizmu na niespodziewany wysiłek” – przyszło mi do głowy. Przed chwilą gnałem jak głupi, bo aplikacja w telefonie pokazała mi, że autobus, którym odjeżdżam do pracy, stał właśnie na przystanku, a ja miałem jeszcze ze 200 metrów przed sobą. Uzbrojony w torbę wypakowaną podręcznikami i ze ściśniętym pod pachą laptopem pognałem przed siebie.
Przy każdym kroku kolana i stopy trzeszczały w proteście. Jestem człowiekiem, który nie oszczędza na jedzeniu, o czym mój brzuch mógłby zaświadczyć w każdym momencie. Nie tylko zresztą brzuch. Otaczali mnie ludzie życzliwi, którzy na wypadek, gdybym sam zapomniał, zawsze gotowi byli przypomnieć mi, jak wielki jestem. Taki na przykład ojciec ze swoim oklepanym powiedzeniem: „Synek, ważysz odrobinę za dużo. Nie żrej tyle”. No dobra, mam nadwagę. No i co z tego? W domu wszyscy mają z nią problem. Rodzina grubasów mówi mi, że jestem gruby.
Czyli ryczałem na przystanku, bo byłem gruby? „Nie sądzę” – pomyślałem. Z otyłością już dawno się pogodziłem, a i dystans nie był na tyle duży, żeby wycisnąć z organizmu łzy rozpaczy. Kiedyś zresztą próbowałem biegać dla sportu. Ktoś powiedział mi, że to genialny sposób na zrzucenie wagi. Po miesiącu zarzynania się odpuściłem sobie. Bieganie zastąpiłem papierosami. Są wygodniejsze i według tego, co ludzie piszą na forach internetowych, też można od nich schudnąć. Z tym ostatnim nie byłbym taki pewny. Palę od roku, a efektów nie widać.
Poczekam jeszcze trochę. Kolejny strumień łez przerwał rozważania na temat wyższości papierosów nad bieganiem. Ponownie zacząłem szukać racjonalnej przyczyny niestabilności emocjonalnej. Może winna była aplikacja w telefonie. Okłamała mnie. Prawdę powiedziawszy okłamałem się sam. Kiedy dopadłem ten zawiały przystanek, okazało się, że wcześniej sprawdziłem autobus po drugiej stronie ulicy, czyli ten, który powinienem mieć w głębokim poważaniu, bo jechał w przeciwnym kierunku. Właściwy pojazd uciekł 10 minut wcześniej. Płakałem, bo spóźnię się do pracy? Musiałbym być bardzo poważnie zaburzony, żeby ryczeć z tego powodu.
Starłem łzy z policzka. Od razu popłynęły nowe. Na dodatek zacząłem szlochać. Co się kurwa ze mną dzieje? Jeżeli pojawię się w robocie w takim stanie, wszyscy pomyślą, że zwariowałem. Telefon wciąż wskazywał 9:28. Zawiesił się na tej godzinie. Liczby wydały mi się znajome. No tak! Zrozumiałem dziwny zbieg okoliczności.
9 wrzesień. A 28 września matka wydała mnie na świat. Ojciec upił się wtedy ponoć z radości. I dlatego się rozkleiłem? Jakie to głupie – pomyślałem. Telefon uporczywie trzymał się jednej i tej samej godziny. Nagle kawałek plastiku zawibrował, trzęsąc się cały z podniecenia. Zegar zniknął z ekranu. Zastąpiły go dwie wielkie słuchawki. Jedna zielona, druga czerwona.
Dzwoniła moja siostra. Dziwne, nie rozmawialiśmy już prawie rok – uświadomiłem sobie. Krystian? – zapytała głosem suchym jak papier do ścierania. No a kto inny? – wkurzyłem się. Wybrała najgorszy z możliwych momentów, żeby pogadać. Masz chwilę? – odezwała się. Niestety nie odstraszył jej mój zły humor.
Czego chcesz? – wypaliłem. Od czasu, kiedy wyprowadziłem się z domu, nie mieliśmy najlepszych relacji. Ojca przed chwilą zabrało pogotowie. Miał zawał – poinformowała mnie. Zaniemówiłem. Przestałem płakać. Hanna Layer, „Archipelagi nieba”. No kurwa, ja pierdolę, co ja tutaj robię na tej pierdolonej bezludnej wyspie? A mam w dupie, że nie tak zaczyna się list.
Nie wiem, jaka jest cholerna kurewska data. Muszę się uspokoić. Wdech i wyde-- no kurwa, nie! Tu się nie da uspokoić. Codziennie do żarcia to samo. Dzień w dzień te obmierzłe krewetki. Tfu! Co za paskudztwo. Mleko kokosowe. Rzygam mlekiem kokosowym.
Tu w ogóle nie ma gdzie się ruszyć. Jak sram rano, to wieczorem wpadam we własne gówno. Oka nie mogę zmrużyć, tak tu śmierdzi. Najgorszy ze wszystkiego jest ten pieprzony teleskop. Narzędzie tortur. Milion razy obiecywałem sobie, gdzie tam, żeby tylko milion. Przysięgałem na wszystkie bezeceństwa, że więcej w niego nie spojrzę. No ale jak tu nie spojrzeć, jak wokół ciągle to samo. A tam? A tam nie.
Siedzą sobie skurwiele na dokładnie takich samych małych gównianych wyspach. Tak, na takich samych paskudnych kupach piachu. Tylko że na jednych są krewetki, a na innych kraby. Na jednych jest mleko kokosowe, a na innych soczyste owoce. Te obrzydliwe, nędzne kreatury pływają sobie swoimi żałosnymi łódeczkami między jedną wyspą a drugą i o! Mają, czego dusza zapragnie. Och, sąsiedzie, jak nie masz, to pożyczę ci mleczka, a rybki może połowimy. Tfu! Może by tak chcieli ze mną się powymieniać. Figa!
Nie będę się układać z motłochem. To moja wyspa, moja prywatna. Sam sobie jestem królem i nikt mi nie wmówi, że ma być inaczej. A teraz wrzucę ten kolejny list do morza tylko po to, żeby popatrzeć jak płonie. A wiesz czemu, żałosna gnido? A dlatego, że to cholerne kurewskie morze ognia. Aniołowie popatrzyli po sobie. Wiesz co? Ja znam regulamin, ale może jednak pozwólmy mu puścić jeden taki list, co? Niech płynie.
Może masz rację. Skoro na ziemi nie mają takiego teleskopu, to chociaż poczytają sobie o archipelagach nieba. Hanna Layer, „Diabelska biblioteka”. Był piękny, słoneczny dzień, prawdopodobnie jakaś niedziela, bo tata akurat odpoczywał. Ewa kręciła się po ogrodzie, chłonąc zapach wiosny i słuchając śpiewu ptaków. Nagle znalazła dziwny przedmiot. O, a co to takiego? – usłyszała głos, który nie był jej głosem. Jest to kto? – zapytała odważnie.
Ja jestem, który... Zająknął się przybysz, którego nagle zapiekły usta. Kim jesteś? – spytała znów. Jestem wielkim interpretatorem. A co to takiego? – jak echo powtórzyła zasłyszane pytanie, wskazując na leżący przedmiot. To jest moje... – interpretator ugryzł się w swój podwójny język. To jest, dziecko drogie, najwspanialsze i jedyne źródło wszelkiej wiedzy.
W rzeczy samej księga poznania dobra i zła. Oczy Ewy rozszerzyły się jak dwa fiołkowe spodki. O, a to nam nie wolno tego czytać. Tak? A kto zabronił? – dociekał interpretator. Tatuś zabronił, bo my jeszcze nie możemy czytać i jakbyśmy sami próbowali, to by nam się mogło przydarzyć coś złego. Złego? – parsknął interpretator, rozkoszując się tym słowem. Ależ dziecko drogie, czy kiedy przytrafiło się komu coś złego Skądże znowu.
Twój tatuś tak powiedział, bo nie chce, żebyście byli tacy mądrzy jak on. Ewa popatrzyła podejrzliwie na nieznajomego. Tatuś mówił, że to niebezpieczne i że nie umiemy jeszcze czytać. A poza tym nie wolno mi rozmawiać z obcymi. Dziecinko, ja się przedstawiłem, więc żaden ze mnie obcy – zauważył przebiegle interpretator. A jak tobie na imię, dziecinko? Ewa. Jak ślicznie. Dziecinko, to nieprawda, że nie umiecie czytać. Tam są napisane różne złe rzeczy o waszym tatusiu i on bardzo nie chce, żebyście się o tym dowiedzieli.
Jakie złe rzeczy? – przestraszyła się Ewa. Tatuś nie jest taki dobry jak wam się wydaje. Tatuś czasem robi krzywdę dzieciom. Jak uzna, że dzieci są niegrzeczne, to je na przykład topi. To nieprawda! – zawołała Ewa, a jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Sama zobacz. Interpretator podetknął pod jej mały nosek opasły tom. Otworzyła na pierwszej stronie.
No to co tam jest napisane? – zachęcił interpretator. Bi-biblia – przeczytała na głos Ewa. No i widzisz, dziecinko, umiesz czytać. A teraz wybacz. Wzywają mnie sprawy niecierpiące zwłoki. Interpretator z upodobaniem oblizał wargi i zniknął tak nagle, jak się pojawił. Przypadkiem w to samo miejsce zawędrował Adaś, który także korzystał z pięknej pogody. Kim jesteś? – zapytał, widząc przepiękną kobietę o pełnych piersiach i bujnych włosach.
To ja, Ewa – odparła kobieta melodyjnym głosem. Urosłaś? – spytał Adaś, szeroko otwierając buzię ze zdziwienia. Tak, Adasiu, urosłam – szepnęła tajemniczo. Podejdź tu i zobacz, co znalazłam. O, a co to takiego? Usiądź mi na kolanach. Przeczytam ci bajkę. Tomasz Fąs, Internet od rzeczy. Ja wam mówię, to narzędzie szatana!
– krzyczał dziadek z drugiego pokoju. Za moich czasów komputer to był komputer. Osobne urządzenie. Kto wymyślił, żeby to ustrojstwo mogło sterować całym domem? Patryk, zupełnie nic sobie z dziadkowych mądrości nie robiąc, dalej wprowadzał brata w podstawy programowania. Kiedyś, dawno temu było trudniej. Informatycy musieli pisać ogromnie dużo kodu, żeby najprostsze urządzenie mogło działać. Czasem nawet liczyli wszystko w systemie dwójkowym i szesnastkowym. Ty już tak pewnie nie umiesz. Mówili nam na matematyce, ale to jest tylko dla chętnych.
Mały Kazio wydawał się średnio zainteresowany tematem. Skupiał się, żeby nie zawieść Patryka, choć wolałby już oglądać kreskówki. Teraz mamy język wysokiego poziomu i biblioteki. Jak znajdziesz odpowiednią bibliotekę, to wszystko da się napisać w kilku linijkach. O, zobacz, tu mam biblioteki kulinarne. Ładuję jedną, wpisuję komendę ciasteczka z parametrem czekoladowe. Nie minęło pięć minut, a urządzenie gastronomiczne wysunęło tackę brązowych wypieków. Kazio pobiegł spróbować, jak smakują. I co? Nie wiem.
Chyba trochę za gorzkie. O widzisz, na to nie mamy wpływu. Jeżeli korzystasz z gotowej biblioteki, to jesteś zdany na umiejętności jej twórcy. Nie da się wszystkiego programować od podstaw, więc musimy komuś zaufać, nawet jeżeli w ten sposób nie wiemy, co naprawdę się dzieje w programie. Dopóki nie umiesz edytować bibliotek, musisz korzystać tylko z naprawdę sprawdzonych źródeł. No wiesz, tak na wszelki wypadek. Zobacz, tu masz biblioteki do prania, tu do ogrzewania i klimatyzacji, a tutaj do telewizora w salonie. Dobra już, wystarczy na dzisiaj – wtrącił się dziadek. Weźcie lepiej wyklikajcie nam obiad. Taki według starego programu, a nie jakieś cuda.
Nie tak szybko. Skończyły się białka – przerwał Patryk, przeglądając spiżarnię. Jak zamówię, to będą na jutro. Czyli pewnie trzeba się przejść po zakupy. No dobrze, to ja się ubieram. Kaziu, poczekaj tu na nas, zaraz wrócimy. Kiedy znów weszli do mieszkania, było w nim ciemno. Ciemno i gorąco. Klimatyzator grzał, telewizor dymił, wszystkie lampy były przepalone, a z głośników wydobywało się coś na kształt jęku potępieńczego. Przerażony Kazio w rogu korytarza krzyczał przez łzy: Myślałem, że to będą kreskówki.
Myślałem, że to będą kreskówki. Na głównym ekranie widniała informacja, że załadowano Bibliotekę Babilońską, natomiast ścianę w salonie ozdabiał napis Mane Tekel Fares. Julian. Księżycowi ludzie. Otworzyłem oczy. Odruchowo stuknąłem w szybkę przyłbicy. Pył obsypał się ukazując szarą równinę i rozgwieżdżone niebo. Mundek. Znałem jedynie swoje imię. Poza tym w głowie kompletna pustka i wynikająca z niej dezorientacja.
Stałem. Obok mnie leżał duży błękitny neseser. Chwyciłem go za boczny uchwyt i powoli ruszyłem, sam nie wiem czemu, właśnie w stronę odległych gór. Marsz trwał długo. Co jakiś czas odnajdywałem przedmioty częściowo zagrzebane w szarym regolicie. Cieszyło mnie to niezmiernie, że z biegiem czasu bagaż stawał się coraz cięższy. Nieustannie walczyłem z kółkami walizy, złośliwie grzęznącymi w pyle. Intuicyjnie tłumaczyłem sobie, że wszystko, co odnalazłem, może się kiedyś przydać. Do osady dotarłem skrajnie wyczerpany. Padłem na kolana i płakałem jak niemowlak z bólu, nieokreślonego żalu i radości spotkania innych ludzi.
Pośród gromady znaleźli się tacy, którzy się mną zaopiekowali i pomogli stanąć na nogi. Czas mijał. Dzień za dniem mieszkańcy księżycowej wioski zajmowali się swoimi sprawami. Jedni drążyli jaskinie w strzelistych górach. Ktoś utrwalał fantastyczne wizje, mozolnie kując w wielkich blokach skalnych. Byli i tacy, którzy lepili garnce z księżycowego pyłu i własnej śliny. Po jakimś czasie i ja odnalazłem powołanie, zajęcie pożyteczne i dochodowe zarazem. Otworzyłem niewielki warsztat, w którym naprawiałem kombinezony mieszkańców osady. Skafandry przecierały się z biegiem lat, często zapychały się filtry przeciwpyłowe. Z czasem stałem się głównym specjalistą w swojej dziedzinie.
Interes świetnie się kręcił. Życie płynęło spokojnym nurtem. Poznałem niezwykłą piękność, córkę kopacza księżycowego drewna i zamieszkałem z nią w funkcjonalnej jaskini. Inni chyba zazdrościli nam idylli, a my... Cóż, pierwsi na liście jako szczęśliwi małżonkowie czekaliśmy na pojawienie się w wiosce kolejnego obywatela. W wolnych chwilach wypatrywaliśmy meteorytów uderzających w szary miał. Wierzyliśmy, że w końcu dojrzymy go na bezkresnych księżycowych równinach. Cud narodzin nowego, wspaniałego człowieka. Od zarania dziejów z pyłu matki i kinezy ojca. Zastanawiałem się całkiem poważnie nad wykuciem dodatkowej izby, aby nie dać się zaskoczyć, kiedy rodzina się powiększy.
Szczególnie, jeśli przybędzie parka, a to się czasem zdarzało. W każdą miesiączkę zbieraliśmy się na placu posłuchać, co ma do przekazania nasz przyjaciel, z zawodu orator. Przypominał nam, jak żyć, co wolno, a co jest bardzo źle widziane w naszej społeczności. Ustalone zasady, jasne cele. Tak oto wiedliśmy życie, odkąd sięga pamięć przodków. Dochowywanie tradycji i umacnianie wiary były naszą jedyną opoką w trudnych chwilach. Życie toczyłoby się stabilnie, gdyby nie mały zgrzyt. Na skale opodal liturgicznego placu przesiadał czasem brodaty obdartus. Taki, co to nie miał nawet własnej walizki. Wykrzykiwał bluźniercze historie.
Kłamał bez żenady, że po drugiej stronie księżyca można ujrzeć nasz dom, błękitną planetę, którą jakoby widział na własne oczy. Mieszkańcy z reguły podchodzili bez emocji do jego bajań. Tylko czasem co bardziej krewki nazywał go szaleńcem, rzucił kamieniem lub nawet strącił z kamiennego piedestału. Nie pochwalałem takich zachowań, ale byłem w stanie je zrozumieć. W szaleństwie starca było coś bardzo niepokojącego. Po latach walki o lepsze jutro poczęły mnie męczyć niedorzeczne wątpliwości. Co oznaczają naszywki zawsze umieszczone na lewym ramieniu kombinezonu? Czy replikator pokarmu także stworzył Stwórca z okruchów skał? Wyrywałem ze wstrętem plugawe myśli, zanim zakiełkowały na dobre. Przecież na wszystko miałem gotowe odpowiedzi.
A to dzięki wsparciu rodziny, mądrości oratora i tajemnic wiary zapisanych w świętej księdze pokładowej. Nieprzyzwoite pytania. Te zgubne w następstwach podszepty sił zła. Dopadają człowieka, gdy z wiekiem rdzewieje stalowy kręgosłup moralności. Wątpliwości strącają nas w otchłań z wiecznej drogi do obiecanych świetlistych jaskiń o tysiącu natlenionych komnat. W najwyższym stopniu skoncentrowałem uwagę. Kolejny kombinezon był mocno przetarty na kolanie. Robert Zawadzki. Co pan robi całymi dniami? Co robię całe dnie?
Znalazłem sobie zajęcie, które stało się dla mnie ważne, chociaż to z pozoru banał. Oglądam ściany. Nie mają tapety, nie są pomalowane. Poetycko można by je nazwać nagimi i w ich przypadku wydaje się to nawet bardziej uzasadnione niż w przypadku gładkich powierzchni, do których zazwyczaj używa się tego określenia. Ściany celi naprawdę są nagie, ponieważ posiadają setki nierówności, wybrzuszeń i szczelin. Dokładnie tak, jak nagie ludzkie ciało. Godziny, które codziennie spędzam na obserwacji tych ubytków i wyżłobień sprawiły, że odnalazłem w nich już setki ludzkich i nieludzkich kształtów. Które, niczym odkrywca lub astronom, nazwałem wybranymi przez siebie nazwami. Zaczynając od całości. Ściana to moje niebo.
Tego prawdziwego nie widziałem już bardzo dawno, ale mój substytut ma nad nim właśnie tę przewagę, że zostało w całości odkryte i opisane przeze mnie. Oczywiście opisane w głowie. Nie daliby mi długopisu. Baliby się, że coś sobie zrobię. Nie mogę mieć nawet paska. Ale wracając do ściany – było co odkrywać. Całe konstelacje, każda ze swoją własną mitologią, całe archipelagi ściennego nieba. Znam je na pamięć i mogę opisywać tak, jakbyśmy oboje teraz tam byli. Zresztą prosiłem naczelnika o przeprowadzenie widzenia na miejscu, ale się nie zgodził. W sali widzeń czuję się jakoś tak dziwnie.
Ale wracając do tematu – uruchom wyobraźnię, a ja będę opowiadał. Nierówności na ścianie układają się w gwiazdozbiory, symbole rzeczy, które są dla mnie ważne albo są nadal. Nad łóżkiem moja gwiazdeczka – Marilyn. Twarz lekko zarysowana, ale włosy spływają falującymi szczelinami, które z bliska widać nawet po zgaszeniu światła. Kiedy zasypiam, przysuwam się do ściany i wyobrażam sobie, że słyszę cichutki głos śpiewający „I wanna be loved by you.” Czasami wyobrażam sobie też, że to nie twarz Marilyn, tylko mojej żony. Ale przejdźmy dalej. Wyżej mam dwie lekko odchylone od poziomu bruzdy. To most, a nad nim to małe wgłębienie to samochód. Znasz Blues Brothers? To stamtąd.
Most właśnie zaczyna się otwierać, ale Elwood wciska gaz i przeskakują samochodem na drugą stronę rzeki. To ojciec pokazał mi ten film. Oglądaliśmy go razem z milion razy. Pamiętam, jak zawsze śmiał się głośno podczas sceny w restauracji albo tej po pierwszym koncercie. Wiesz, o której mówię. Cholera, czyli jednak nie znasz. No w każdym razie Blues Brothers grają koncert, a po jego zakończeniu przychodzi właściciel tego miejsca, gdzie grali, tej knajpy. No i mówi, że za występ należy im się 200 dolarów, ale piwa w trakcie wypili za 300. Uwielbiałem ten film. Uwielbiałem Johna Belushiego.
Dalej uwielbiam. Ojciec zmarł niedawno. Nie byłem na pogrzebie. Chyba rozumiesz czemu. A obok jest Jack Daniels. O, tam w rogu koło kibla butelka Jacka jak w mordę strzelił. Czy lubiłem sobie golnąć? Jasne, że lubiłem. Kto nie lubi? Ale o co ci chodzi?
Szukasz sensacji, dziennikarzyku? Lubisz wyciągać brudy? Taka praca? No ale jak już zacząłem gadać, to może dasz mi skończyć. Bo ja tu mam całe niebo. Mówiłem przecież. Same gwiazdy. Jest Bogart, Elvis, John Wayne. Nie, nie możemy zmienić tematu. Cholera, wiedziałem, że tak będzie.
Zawsze tak jest. Przychodzicie, udajecie miłych i eleganckich, nie wiem jakich jeszcze, a w końcu wszyscy chcecie tego samego. Dlaczego zabiłeś? Co wtedy czułeś? Czy gdybyś mógł cofnąć czas? Bla, bla, bla. Chcielibyście usłyszeć, że mnie to podnieca albo że właśnie nie, nic nie czuję. Chcielibyście zboczeńca albo psychopatę. Nie normalnego człowieka, bo lubicie wierzyć, że tutaj nie ma normalnych ludzi. Są zwierzęta, potwory.
Koniec widzenia. Nie będę mówić o żadnym morderstwie. O niczym nie będę mówić. Spieprzaj stąd! No już! Spierdalaj! Jakub Karbownik „Diabelska biblioteka”. W najciemniejszej czeluści piekieł znajdowała się iście piekielna biblioteka, gdzie wszystkie utwory, jakie się w niej znajdowały, miały złe zakończenie. Młody czort pierwszy raz odwiedził to miejsce po namowach kolegi. O dziwo, owa biblioteka bardzo przypominała tą ziemską.
Ostatnio nawet powstał tu kącik filmografii, gdzie na przykład omawiano między innymi wspaniały ostatni sezon „Gry o tron”. Młody czort jednak zauważył, że jest jeszcze jedno pomieszczenie odgrodzone i zamknięte na kłódkę. „Co tam się znajduje?” – zapytał demona ekspedienta. Ten niechętnie oderwał się od czytania i bez odwracania wzroku od książki odpowiedział: „Zbiór ksiąg zakazanych. Nie radzę tam się kręcić” – ostrzegał. „Dobrze, dobrze” – odpowiedział młody czort, dyskretnie podbierając kłębek kluczy z lady. Parę godzin później. „Alarm! Alarm!” – wykrzykiwała ochrona składająca się z goblinów. „Ktoś włamał się do zbioru ksiąg zakazanych.” Niektórzy, słysząc to, zrobili znak odwróconego krzyża.
Ekspedient prędko podniósł się i szukał kluczy, które jak mógłby przysiąc leżały na blacie. „A to czort jeden!” — wrzasnął i podbiegł do strażników. Niewielki kapitan ochrony przełknął ślinę, kiedy stanął przed nim demon i niechętnie powiedział: „Zginęła jedna książka”. „Jaka? Co zginęło?” — domagał się odpowiedzi. Tytuł nie chciał przejść przez gardło strażnika, ale pod wpływem presji wydusił: „Kubuś Puchatek”. Cała biblioteka zamarła. Proszę państwa, tradycyjnie powiem, że niniejszym ogłaszam zakończenie kolejnego wydania „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Takie wydanie przedświąteczne, zatem do tradycyjnego zaproszenia na przyszły piątek dołączam świąteczne życzenia. Niech każdy spędzi te święta tak, jak sobie wymarzył.
Niech każdy przeżyje te święta, jak uważa za stosowne. Życzę państwu wszystkiego dobrego. A teraz spontanicznie i operacyjnie życzę państwu dobrej nocy, spokojnego weekendu. Powtórzę, zapraszam w przyszłym tygodniu. W piątek, w drugi dzień świąt meldujemy się u państwa o godzinie 20:00. Wszystkiego dobrego. Pozdrawiam.
[03:11:02] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Emisję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.