Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Jak zawsze i niezmiennie witamy wszystkich Państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:35] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór Państwu i zaczynamy. Nie ma co przedłużać. Pewno jakąś mowę powinienem wygłosić powitalną, ale ja wiem, przed świętami to tak ciężko. Na święta sobie mowy powitalne zostawię. A teraz jedziemy według rozkładu, czyli zaczynamy od polecanych książkowych. „Uwikłani w układ” to tytuł pierwszej książki. Autorką jest Agnieszka Bruckner. Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery 17 grudnia. Kevin Lange jeszcze na studiach skrycie wzdychał do Weroniki, jednej z najpilniejszych uczennic na roku.
Niestety niefortunny zbieg okoliczności przekreślił ich plany na wspólną przyszłość. A jednak zawarli układ. Jeśli do trzydziestych czwartych urodzin żadne z nich się nie ustatkuje, dadzą sobie drugą szansę. Minęły lata, w trakcie których kontakt tej dwójki się urwał. Obecnie mężczyzna prowadzi z ojcem firmę ochroniarską, a jego kalendarz wypchany jest kolejnymi zadaniami. Niespodziewanie, tuż przed urodzinami Kevina, w mieszkaniu pojawia się Weronika. Kobieta nie przyjechała, by o niego zawalczyć, ale by prosić o pomoc dla młodszej o jedenaście lat siostry Alexis, prześladowanej przez stalkera. Lange przyjmuje nowe zlecenie i wylatuje do Nowego Jorku, licząc, że ochrona młodej modelki oraz wytropienie jej prześladowcy pomogą mu w zdobyciu serca Weroniki. Ale już na samym początku sprawy mocno się komplikują. Okazuje się, że Alexis i Kevin już kiedyś się spotkali.
Jakby tego było mało, teraz zostaną zmuszeni do wspólnego zamieszkania i udawania pary. Proszę Państwa, to była polecanka książki „Uwikłani w układ” Agnieszki Bruckner z wydawnictwa Niezwykłe, a data premiery 17 grudnia. Druga polecanka dotyczy tytułu „Świąteczna ruletka”. Autorka to Paulina Jurga. Wydawnictwo Jak Bóg. Data premiery 17 grudnia. Hazardziści to najlepsi kłamcy. Wie o tym Lina Light. Dla otoczenia dobra żona i świetna matka, która w tajemnicy przed wszystkimi wiedzie podwójne życie. Coraz bardziej zdesperowana, coraz głębiej uwikłana w niekończący się ciąg kłamstw i pożyczek.
Aż w końcu pod wpływem impulsu traci wszystko i staje się dłużniczką niebezpiecznych ludzi. W tym samym czasie mąż stawia jej ultimatum, na które nie może się zgodzić. Przerażona decyduje się na desperacką ucieczkę z dziećmi do Polski, do rodzinnego Śmidla. Nie przypuszcza jednak, że właśnie tam, w świątecznej scenerii miasteczka, nagle pojawi się jej mąż. Ten sam, o którym wszystkim nakłamała i postanowi zawalczyć o ich związek. Tylko czy miłość okaże się silniejsza od nałogu, który nieustannie niweczy ich szanse na wspólną przyszłość? Miasteczko zasypał śnieg, a w pobliskim kościele zwyczajowo ma zostać wystawiona skrzynka życzeń. Czy życzenie Liny się spełni? Czy możliwe jest, że do jej rodzinnego domu powróci magia świąt? Przed nimi dwanaście świątecznych dni.
Dwanaście szans, by odbudować zaufanie, uleczyć rany i sprawdzić, czy miłość potrafi pokonać każdy nałóg. Jedno jest pewne Lina nawet nie przeczuwa, jak bardzo tegoroczne święta zmienią jej życie. A ja przypomnę to była książka, a właściwie polecanka książki „Świąteczna ruletka” Pauliny Jurgi. Wydawnictwo Jak Bóg. Data premiery 18 grudnia. No i teraz coś dla młodszych słuchaczy, chociaż mam świadomość, że to nieprawda, bo kolejna polecanka dotyczy zeszytu komiksowego, a właściwie zeszytów komiksowych z cyklu „Tytus, Romek i A'Tomek”. Ktoś powie: tych zeszytów to żadna nowość. Otóż proszę państwa, błąd, bo na rynku wydawniczym pojawiły się zeszyty. Posłuchajcie Państwo tytułu. „Tytus piratem.
Tytus, Romek i A'Tomek. Zaginione księgi. Księga pierwsza”. Autor oczywiście Henryk Jerzy Chmielewski, wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery to 15 stycznia 2026 roku. Po raz pierwszy w formie zeszytowej i w kolorze przedstawiamy komiksy Papcia Chmiela publikowane w latach 70. na łamach Świata Młodych. Poznaj przygody Tytusa, Romka i Atomka, których w takiej formie nie znajdziesz w klasycznych księgach. Ten wyjątkowy zbiór to podróż do źródeł humoru i wyobraźni, która ukształtowała pokolenia czytelników Dla miłośników komiksu pozycja obowiązkowa. Wiecie, gdzie najlepiej spędzić Boże Narodzenie? Na Wyspie Bożego Narodzenia.
Tytus, Romek i A'tomek byli, sprawdzili i donoszą, że znaleźli tam mnóstwo ciekawych zajęć. Można tam stawić czoło groźnym bandytom, porozmawiać z ptakiem kiwi, znaleźć tajemniczą rakietę kosmiczną, polować na rekiny, uratować rozbitka, odkryć kopalnię zegarków. A kiedy trafiają na porzucony statek piracki, decyzja jest oczywista — przejąć go i zostać piratami. A ja przypomnę to „Tytus piratem. Tytus, Romek i A'tomek. Zaginione księgi. Księga pierwsza." Autor Henryk Jerzy Chmielewski, wydawnictwo Prószyński Media, 15 stycznia 2026. Wtedy ta książeczka pojawi się na rynku. Czytając o tych fragmentach, to jakbyśmy je skądś znali. Okazuje się, że Papcio Chmiel testował najpierw pomysły, które później wykorzystywał w tych już legalnych zeszytach.
Testował pomysły na łamach „Świata Młodych”. Skoro był tom pierwszy, to jeszcze powiem państwu o tomie drugim. Tytuł: „Wyprawa latającą filiżanką. Tytus, Romek i A'tomek. Zaginione księgi. Księga druga.” Autor Henryk Jerzy Chmielewski, wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery to również 15 stycznia 2026 roku. Ledwie Tytus, Romek i A'tomek zdążyli opuścić Wyspę Bożego Narodzenia, a już czeka ich nowa misja. Wygraną w konkursie latającą filiżanką bez Spodka wyruszają do Peru, gdzie Tytus poznaje parę lam, gadatliwą papugę, dalekiego kuzyna, ale również swoją pierwszą miłość. Jakby tego było mało, po powrocie do Polski buduje prototyp słynnego mechanicznego konia Rozalii i przypadkiem zmienia się w liliputa. Cały Tytus.
Przypomnę „Wyprawa latającą filiżanką. Tytus, Romek i A'tomek. Zaginione księgi. Księga druga.” Autor Henryk Jerzy Chmielewski, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 15 stycznia 2026. Proszę państwa, tyle polecanek książkowych na teraz. Ale ja państwa zapewniam, że to jeszcze nie wszystko w dzisiejszej audycji. Będą kolejne polecanki. A teraz zgodnie z rozkładem jazdy czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj kolejny filozof, który już nie jest filozofem starożytnym, że tak się wyrażę.
Mam na myśli Augusta Comte'a, człowieka, który z jednej strony identyfikowany jest z filozofią, z drugiej z socjologią — nauką, która w czasach, kiedy żył, w ogóle jeszcze nie istniała. On niejako zaproponował pewne podejście do badania społeczeństwa. Do dzisiaj mówi się, że Comte był tak naprawdę ojcem socjologii. Ale przejdźmy do korepetycji. August Comte żył w czasach, które można określić czasami po burzy. Francja po Wielkiej Rewolucji Francuskiej była krajem rozdwojonym. Z jednej strony panowała tu euforia związana z tym, co nowe w życiu społecznym, z drugiej panował chaos, przemoc, niepewność politycznych przewrotów i czas rozliczeń. W tym świecie młody August Comte poszukiwał stałości. Stałości, której nie oferowały ani polityka, ani religia, ani przestarzała metafizyka. Uważał, że ludzkość potrzebuje czegoś solidniejszego.
Solidniejszego niż opinie i kaprysy. Ludzkość potrzebuje praw, które da się odkryć, zbadać, uporządkować. Myśl Comte'a ukształtowała się wokół jednej wizji. Świat, społeczeństwo oraz człowiek mogą być badane i rozumiane tak jak prawa przyrody. Comte wprowadził do filozofii prawo trzech stadiów, które opisuje według niego rozwój ludzkiego myślenia. Pierwsze stadium to myślenie teologiczne, kiedy ludzie tłumaczą zjawiska działaniem bogów i duchów. Drugie stadium to myślenie metafizyczne, kiedy rządzi abstrakcja i pojęcia ogólne. I jest wreszcie trzecie stadium — myślenie naukowe, w którym króluje obserwacja, eksperyment i empiryczna wiedza. Dla Comte'a był to nie tylko opis ewolucji intelektualnej człowieka, ale również droga do harmonii społecznej. Jeśli człowiek zrozumie prawa rządzące światem i społeczeństwem, wówczas życie publiczne, moralność oraz polityka mogą opierać się na pewności, a nie na przypadku czy przesądach.
Tak przynajmniej rozumował August Comte. To właśnie w tym duchu powstała socjologia, którą Comte uważał za kulminację swojego projektu. Socjologia w jego ujęciu miała badać społeczeństwo z taką samą rygorystyczną systematycznością Z jaką fizycy badają prawa natury. Każdy człowiek, każda grupa, każda instytucja, wszystko podlegało regułom, które można było odkryć i opisać. W tym sensie Comte był wizjonerem nowoczesnych nauk społecznych, choć jego wizja była jednocześnie utopijna. Społeczeństwo według niego miało stać się organizmem, w którym każda część pełni określoną funkcję, harmonijnie współpracując z resztą. Jednak ten pozytywizm Comta to nie była tylko teoria naukowa. To była również filozofia życia społecznego, taki swoisty projekt moralny. Comte widział, że człowiek potrzebuje rytuałów, symboli, hierarchii wartości, że nie wystarczy sama wiedza, jeśli nie zostanie ona osadzona w życiu społecznym. Dlatego też proponował coś, co nazywał religią ludzkości.
Religią, w której nauka i moralność miały stać się fundamentem życia duchowego. Zamiast kapłanów i bóstw mieli pojawić się liderzy naukowi, a zamiast rytuałów kościelnych obchody poświęcone postępowi i braterstwu. Comte próbował więc pogodzić racjonalność z potrzebą duchowości, porządek z emocją, a wiedzę z moralnością. W tym sensie myśl Comta jest jak most, który łączy epokę oświecenia z nowoczesnością, rewolucję intelektualną z naukowym pragmatyzmem. Jednocześnie Comte stawiał pytania, które pozostają aktualne. Czy społeczeństwo można zbudować wyłącznie w oparciu o wiedzę? Czy nauka, chociaż precyzyjna i przewidywalna, może zastąpić potrzebę metafizyki, moralności oraz czegoś, co można nazwać duchową wspólnotą? Comte nie dawał prostych odpowiedzi, ale uczył patrzeć na świat jak na układ praw, które można odkryć i zrozumieć, a przez to lepiej nim kierować. Życie Augusta Comta, życie osobiste było pełne fascynacji i dramatów. Również odzwierciedlało jego filozofię.
Zmagał się z uczuciami i relacjami, z samotnością intelektualną, a jednocześnie konsekwentnie budował system, który miał przewyższyć jego własne ograniczenia. Obraz życia Comta to obraz życia człowieka, który wierzył, że porządek świata i porządek ludzkiego umysłu mogą iść w parze. August Comte to nie tylko autor teorii. To jest postać symboliczna. W jego wizji ludzkość jest w drodze od chaosu do harmonii, od niepewności do wiedzy, od przesądów do światła nauki. Ale jego myśl przypomina także, że wiedza sama w sobie nie tworzy dobra. Potrzebna jest refleksja, odpowiedzialność i umiejętność życia wśród innych. I może właśnie w tym tkwi najważniejsze przesłanie Augusta Comta, że nauka jest narzędziem porządku, ale dopiero człowiek nadaje temu porządkowi sens. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj o filozofie, no i trochę o socjologu.
O Auguście Comte'cie mówiliśmy. Proszę państwa, to teraz bardzo serdecznie zapraszam na kawałek literatury. Zapraszam na opowiadanie „Dzień, w którym wszystko się zmieniło”. Życzę dobrej zabawy, a opowiadanie w interpretacji Marka Senka.
[16:21] - Marcin Kowal „Dzień, w którym wszystko się zmieniło”. Obok kubka z kawą lata mucha. Czai się na moją średniej wielkości kawę americano. Nie ma pojęcia, że to jednorazowa przyjemność. Za chwilę utopi w niej całe swoje życie. Taki pierwszy i ostatni kofeinowy orgazm. Obserwuję ją, a kiedy zbliża się do krawędzi, odganiam ręką. Jest wkurzona. Bzyczy sfrustrowana i lata niespokojnie. Nie wie, że właśnie darowałem jej kilka dodatkowych dni wrednej egzystencji.
O ile nie trafi wcześniej do innej kawy albo nie zderzy się z łapką na muchy. Może jakiś kot się nią zainteresuje. Los owadów jest tak nieprzewidywalny — mówię sobie w myślach i jednocześnie zastanawiam się, jak długo będę czekał na swoją szarlotkę. Chłopak za ladą ukroił już trójkątny kawałek okrągłego ciasta z gabloty. Teraz pewnie podgrzewa go w piekarniku, a później wyłoży na talerz, dorzucając gałkę lodów waniliowych. Wiem, jak to działa, bo podczas studiów pracowałem w tej kawiarni. Właściciel pozwalał, żeby obsługa zabrała wieczorem do domu to, czego nie kupili klienci. Ciekawe, czy dalej tak robi. Zawsze lubiłem te zapiekane jabłka, ale nie dlatego tu jestem. Przychodzę do tej kawiarni niemal codziennie.
Siadam przy oknie rozciągniętym na całą ścianę. Zamawiam kawę. Czasami, tak jak dzisiaj, skuszę się na ciasto. Otwieram książkę i czytam. To czas dla mnie. Miejsce na przyjemności, które sprawiają, że świat jest o niebo lepszy. Rytuał powtarzam już od miesiąca. Ta godzina każdego dnia pozwala mi zrzucić z siebie ciężar obowiązków, zapomnieć o wymaganiach codziennego życia. Cóż, nie bywam tu tylko dla kawy, ciastka, książki i odpoczynku. Jest coś jeszcze.
Para siedząca obok jest interesująca. Matka z córką? Raczej babcia z wnuczką. Młodsza je sernik czekoladowo-pomarańczowy podawany na zimno. Starsza pije herbatę. Możliwe, że to turystki. Zatrzymały się na chwilę, żeby odpocząć. A może po prostu przyszły porozmawiać jak babcia z wnuczką? Nie wiem. Jak na razie obie milczą.
„Halo” – rozbrzmiewa w moich uszach. „Jest tu kto?” Rozglądam się zaskoczony. Ktoś krzyczy w kawiarni, zagłuszając muzykę sączącą się z głośników ukrytych w rogach pomieszczenia za kwiatami. To dziwne, ale nikt poza mną nie reaguje. „No odezwij się” – głos rozlega się w mojej głowie. Odkładam książkę, której nawet nie zdążyłem jeszcze otworzyć. „Co? Kto?” – odpowiadam, a babcia przy stoliku obok zerka na mnie niepewnie. Chyba ją przestraszyłem. „No nareszcie” – nieznajomy jest zachwycony.
„Nie wiedziałem, że to w ogóle możliwe”. Pozostali klienci kawiarni nie zdradzają zainteresowania głośnymi komentarzami. Moje oczy rozszerzają się ze strachu, a serce przyśpiesza niczym koń na wyścigach. Właśnie zrozumiałem, że chyba nikt poza mną nie słyszy tego głosu. „I dobrze zrozumiałeś” – moja głowa wypowiada nie moje myśli. Regularny do tej pory oddech zaczyna łamać się. Łapię filiżankę z kawą i wypijam spory łyk. Od razu żałuję, że nie posłodziłem jej wcześniej. „Gorzka” – ten ktoś również zwraca na to uwagę. – „Ale jaka dobra.
Dawno już nie piłem porządnej americano”. Muszę się uspokoić. Przekonuję siebie w myślach. Nie działa. Zaczynam mieć mroczki przed oczami. Czarne plamki mrugają przede mną w powietrzu. Pojawiają się i znikają niczym demoniczne świetliki z piekła rodem. Tracę przytomność czy zmysły. „Wszystko w porządku? Dobrze się pan czuje?” – ze stolika obok odzywa się wnuczka.
Jej opiekunka ciągle mnie obserwuje. Obie wyglądają, jakby się martwiły. Ja też się martwię. „Tak, tak” – rzucam odruchowo i zaczynam oddychać głęboko. Wdech, wydech. – „Za dużo kofeiny naraz” – tłumaczę w międzyczasie. „Słucham?” – dziewczynka nie rozumie. „To przez kawę” – wyjaśniam. – „Zaraz mi przejdzie. Zakręciło mi się w głowie”.
Wdech, wydech. Plamki znikają. – „Już mi lepiej. Dziękuję” – i pozwalam tej dwójce wrócić do rozmowy, której wciąż jeszcze nie rozpoczęły. „Miłe dziecko” – stwierdza niewidzialny nieznajomy w mojej głowie. „Jasna cholera!” – krzyczę na głos. W roztargnieniu trącam filiżankę z niedopitą kawą. Krople czarnego płynu lądują na drewnianym stole i na tylnej stronie okładki książki. Tym razem zainteresowanie jest większe. Klienci w kawiarni odwracają się w moją stronę.
„Proszę uważać na słowa, młody człowieku” – reprymenda starszej kobiety ucisza zamieszanie w mojej głowie. Robię się czerwony. „Przepraszam” – odpowiadam. – „Rozlałem kawę” – tłumaczę, zrzucając winę na swoją niestarność. Mina kobiety wyraża wiele. Na szczęście nie mówi już nic więcej. Po chwili zamieszania klienci wracają do swoich rozmów. Zapominają albo ignorują mój wybuch. Taką przynajmniej mam nadzieję. „Ona ma rację” – słyszę, ale staram się nie słuchać.
„Kim jesteś?” – szepczę do siebie. „Nie musisz buczeć pod nosem. Mam dostęp do wszystkich naszych… Tak, naszych myśli. Jestem twoim sumieniem. Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy”. Moja głowa rozbrzmiewa śmiechem, a ja wiem, że nieznajomy cytuje fragment filmu, który oglądałem w kinie wczorajszej nocy. „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”. Głupio mi, że doktorant kulturoznawstwa wybrał się zobaczyć bajkę dla dzieci. Chociaż jako dziecko uwielbiałem komiksy, a film był dobry.
Podobał mi się. Jak widać niektóre sceny towarzyszą mi jeszcze do dzisiaj. Pora postawić sprawę jasno. Zwariowałem. Stało się coś, czego cholernie obawiałem się od zawsze. Znajomi śmiali się, że jeśli będę tak dużo siedział w książkach, to w końcu wyjdzie mi to bokiem. Wyszło głową. Nie, nie zwariowałeś. Dobrze już, dobrze. Koniec żartów.
Posłuchaj, nie jestem twoim sumieniem. To już pewnie wiesz. Mamy jednak coś wspólnego – głowę, a w niej wspomnienia. Bo widzisz, ja to ty, a ty to ja. Tylko że dopiero za jakiś czas. Jestem tobą z przyszłości. Sam dokładnie nie wiem jak odległej. Minuty płyną teraz inaczej. Zlewają się w godziny, dni, tygodnie i miesiące. Policzyć czas wcale nie jest tak prosto.
„Straciłem” – wybąkuję kolejne słowa. Cicho, tak, żebym tylko ja je słyszał. Rozum? Nic nie straciłeś. Tylko skup się i słuchaj. Wszystko jest na swoim miejscu. No, prawie na swoim. Jestem tobą. Tobą za jakieś… – głos przerywa na chwilę – dwa lata.
Tak, tyle już chyba minęło. Jeżeli będzie ci łatwiej, to możesz wziąć do ręki telefon komórkowy i udawać, że z kimś rozmawiasz. Babcia z wnuczką dziwnie nas obserwują. Chyba przestraszyliśmy starszą. Kobieta przy stoliku obok wstaje. „Chodź wnusiu” – mówi. – „Idziemy”. „Jeszcze nie skończyłam ciastka” – żali się dziewczynka. „Skończyłaś” – babcia naciska na nią, zerkając w moją stronę. Wychodzą.
Zostaję sam, siedząc przy oknie. Pozostali klienci pogrążeni są we własnych światach, rozmowach i telefonach. Znajdują się za daleko, żeby słyszeć mruczącego do siebie wariata. Nie zwracają na mnie uwagi. Teraz przynajmniej będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Uśmiecha się głos w mojej głowie. Nie odpowiadam, nie reaguję. Ignoruję go. Zerkam przez szybę i widzę, jak kobieta wyprowadza wnuczkę. Odchodzą, nie oglądając się za siebie.
Moja ręka wędruje w stronę kawy, przesuwając twardą okładkę książki po stoliku. „Jaki to tytuł?” – głos pyta z zaciekawieniem. „Nie wiesz?” – syczę sam do siebie i jednocześnie jestem zły, bo dałem się sprowokować do rozmowy. „Przecież jesteś mną”. „Tak, tak. Ale kiedy zacząłeś czytać książkę, jeszcze mnie w głowie nie miałeś. No powiedz”. Powoli sięgam po przedmiot dyskusji. Odwracam i ustawiam okładkę na wysokości twarzy. „Imigrant na Wyspach” – nieznajome czyta.
– „Jak odnalazłem się w UK”. A no tak, czekaj. O kurde, przypomniałem sobie. Pamiętam, jak siedziałem w tej kawiarni i próbowałem ją czytać. Kojarzę nawet naszą rozmowę. No tak, przecież to wszystko już się wydarzyło. Ja nie mogę. Ale dziwna sprawa. „Mnie to mówisz?” – pytam odruchowo, chociaż nie chcę kontynuować dyskusji. „Książka” – głos ignoruje mój komentarz.
– „Tak. Szkoda, że jej nie skończyłem”. „Jak to? Nie przeczytałeś?” – wypowiadam cicho. Bardzo cicho. – „Zostało mi tylko kilka stron. A skoro jesteś mną za dwa lata…” „Tak, tak” – przerywa mi. – „Sytuacja trochę się skomplikowała. Teraz pamiętam już chyba wszystko. Wiem, co to za dzień.
Dokładnie. To dzisiaj, w którym wszystko się zmieniło. O cholera, trafiłem na sam początek”. „O czym ty mówisz? Jaki początek? Co się zmieniło?” „Nie, stój” – kręcę głową. – „Dobrze. Prosty test. Powiedz, co się za chwilę wydarzy”. „A co ja niby jestem, jakiś kurier z przyszłości?
Podesłać liścik z wynikami Totolotka sprzed dwóch lat? Jak niby miałbym to pamiętać?” „Wystarczy, że powiesz, co stanie się tu i teraz, w kawiarni. Twierdzisz, że pamiętasz nasze spotkanie. Udowodnij, że tak jest i że nie zwariowałem” – nakazuję. „Poczekaj. Czekaj. Czekaj. Czekaj. Która godzina?” Podciągam rękaw brązowej marynarki, odsłaniając staromodny zegarek. Wskazuje 12:33.
„Już wiem. Pamiętam, że spojrzałem na zegarek i wtedy” – głos krzyczy radośnie w mojej głowie – „za chwilę ulicą przejedzie samochód”. Też mi nowina. „Jaki samochód?” „Ale się dopytujesz. BMW”. „W tym mieście połowa samochodów to BMW. Jaki kolor?” „Niebieski. Czerwony. Nie, nie, nie. Jednak niebieski.
Tak, na pewno”. Gapię się w okno. Lada moment wszystko powinno się wyjaśnić. Wyjdzie na jaw. Jestem wariatem czy bohaterem dramatu fantastycznego? Obstawiam, że to pierwsze. I nagle na ulicy pojawia się zadbane, błyszczące czerwone BMW. Mija kawiarnię dość szybko, ale ja widzę je, jakby przejeżdżało w zwolnionym tempie. Kierowca jedną ręką prowadzi samochód, a drugą wcina batonika. Uśmiecha się do siebie samego i znika za zakrętem.
„Czerwone” – mówię do siebie, ale i tak jestem pod wrażeniem. „Dziwne” – odpowiada moja głowa. „Mówiłeś, że będzie niebieskie”. „Mówiłem, że albo jedno, albo drugie. Zapamiętałem niebieskie. Może coś mi się pomyliło”. „Stary, to było dwa lata temu”. „Wystarczy ci taki dowód?” Kiwam głową i powoli dociera do mnie znaczenie tego zrozumienia. Moje myśli krążą wokół wszystkich możliwych rozwiązań nieprawdopodobnej sytuacji. Muszę opanować emocje.
Mam pytania. Wiele pytań. „Co to było?” – reaguję na głośne pipczenie. Sygnał kompletnie nie pasuje do otoczenia. Rozglądam się dookoła. Nikt w kawiarni nie zwraca uwagi na nowy dźwięk. „A to... Ha! To u mnie. Najwidoczniej nasze połączenie rozszerza się.
Ja widzę twój świat, a ty słyszysz mój”. „Mogę zobaczyć przyszłość?” „Wątpię. To chyba tak nie działa. Na twoim miejscu cieszyłbym się, że w ogóle coś usłyszałeś. Chciałeś o coś zapytać?” Znowu to pipczenie rozprasza mnie. Staram się uporządkować myśli. Wszystko po kolei. „Jak to się stało, że za dwa lata będę rozmawiał sam ze sobą z przyszłości?” „No, trochę się zmieniło. Nawet sporo. Powiem szczerze, że sam nie wiem, czy powinienem o tym mówić.
Żeby nie było jak w tych filmach, kiedy bohater podróżuje w czasie i nie może powiedzieć wszystkiego, bo doprowadzi do paradoksu. Chociaż w sumie to już jest paradoks. Fakt, że rozmawiamy, a ja pamiętam naszą pogawędkę. Jeżeli teraz zdradzę ci, co się wydarzy, to możesz chcieć to powstrzymać, a wtedy nie dotrzesz tutaj, gdzie ja jestem teraz i nie zobaczysz wszystkiego, co zobaczyłem. Nie doświadczysz niczego, a to byłaby wielka strata. Uwierz mi. Ameryka Południowa, Azja, Bliski Wschód, Sahara, głębiny oceanu. Straciłbyś wszystko, gdybym wyjawił ci, gdzie teraz jestem”. „Będę podróżował?” Odświeżam zapomniane już marzenia. Wyprawa dookoła świata była jednym z moich celów na studiach.
Nigdy niezrealizowanym. Życie zdusiło wyimaginowane ambicje poprzez wyzwania dnia codziennego. Chciałem odwiedzić wszystkie miejsca opisywane w podręcznikach akademickich, poznać kultury, do których dostęp mieli tylko nieliczni. Bogaci, którzy mogli sobie na to pozwolić. Uśmiecham się do siebie. A więc jednak dokonam tego. Zrobię to w przeciągu dwóch lat. Tak naprawdę to podróżuję dopiero od niedawna. Moje ruchy są odrobinę ograniczone. Wcześniej sytuacja była gorsza.
Musiało minąć trochę czasu, żebym mógł wyrwać się na zewnątrz. „Jestem zamknięty? W więzieniu? W zakładzie dla osób chorych psychicznie?” – zgaduję. To by się nawet zgadzało, skoro już teraz mówię do siebie z przyszłości. „Pudło, kolego” – głos uśmiecha się. Najwidoczniej humor mu dopisuje. „Same zagadki. Nie możesz po prostu powiedzieć...” „Z zagadkami zawsze ciężko sobie radziłem. Widzisz, zastanawiam się nad jednym.
Wypuściłem się ostatnio w podróż dłuższą niż poprzednie i sam już nie wiem, czy jest sens w tym, żeby wracać”. „Wracać na uczelnię?” – przerywam mu. Znowu słyszę śmiech. Nie trafiam z moimi teoriami. „Wracać do siebie” – tłumaczy mój przyszły ja. „To może i głupie, ale po raz pierwszy czuję, że naprawdę żyję. Wiesz, o co mi chodzi. Zobaczyłem już tak dużo, a tak wiele jest jeszcze przede mną. Zacząłem rozważać, czy jest sens wracać do poprzedniego życia. Siedzieć w książkach i czytać o miejscach, których nigdy nie będę miał szansy zobaczyć.
Do tych irytujących obowiązków, do dnia codziennego. I kiedy tak myślałem o przeszłości, nagle usłyszałem ciebie. Bach! I oto zjawiłem się w kawiarni w dniu, w którym wszystko się zmieniło”. „Ciągle o tym mówisz. Co takiego dzisiaj się zmieni?” „No właśnie. Musi być jakiś powód, że trafiłem akurat na ten moment”. Przyszłość zastanawia się nad przeszłością, a ja milczę. „Pana szarlotka” – głos kelnerki zaskakuje mnie. Wyrywa z konwersacji.
Podskakuję na krześle. Kolanem uderzam w stolik. Resztki kawy lądują na podłodze. Filiżance udaje się uniknąć losu swojej zawartości. Chwieje się na krawędzi blatu. Łapię ją ręką, żeby nie spadła. Oj, nie chciałam pana przestraszyć. Dziewczyna przeprasza mnie. Jest piękna. Ma urodę bogini.
Widzę głowę otoczoną falującą burzą zadziornych, rudych włosów. Twarz niewinnie naznaczona piegami i to bursztynowe spojrzenie. Nic się nie stało. Jąkam się. Muszę odchrząknąć. Naprawdę — dodaję z udawaną pewnością w głosie. Chcę zatrzymać kelnerkę przy stoliku jeszcze na chwilę. To nie dla książki ani kawy, ciastka czy odpoczynku przychodzę tu od czterech tygodni, ale dla tej perfekcji, dla tego ideału, który właśnie patrzy na mnie. Każdego dnia siadałem, zamawiałem kawę, otwierałem książkę i zamiast czytać, ukradkiem obserwowałem ją. Nie mam pojęcia, kim jest, ale udało mi się poznać jej imię.
Wczoraj odczytałem je z brązowej plakietki przypiętej do ciemnego stroju kelnerki. Gosia. Nadruk zakończony buźką z uśmiechem. Pewnie dorabia sobie na studia, tak jak i ja dorabiałem jeszcze kilka lat temu. Natychmiast zapominam o ostatnich 10 minutach. Przyszłość może poczekać, a mi tu i teraz jest głupio z powodu plamy na podłodze. Przyniosę panu nową kawę. Słyszę jej głos, trochę rozbawiony, jednocześnie odrobinę zadziorny. Tak, tak, poproszę. I jak ma pani jakąś ścierkę, to przetrę podłogę.
Ależ proszę nie robić sobie problemu, zaraz się tym zajmę. To w końcu ja pana przestraszyłam. Uśmiecha się. Nic w tym rodzaju — odpowiadam. Obserwuję, jak odchodzi. Metalowy dźwięk rozprasza moje osłupienie. Zapomniałem, jak niesamowita jest ta dziewczyna. Przyszły ja milczał podczas tego spotkania. Czułem, że gdzieś tam jest, że cały czas obserwuje moimi oczami. Powiedz, czy za dwa lata dalej będę tutaj przychodził?
— odzywam się. Nie. Słyszę bardzo konkretną odpowiedź. Dlaczego? Bardzo dobre pytanie. Chyba już wiem, jaki jest powód naszej rozmowy. Dlaczego pojawiłem się właśnie tutaj, a nie gdzie indziej. Potrzebowałem tych bursztynowych oczu, żeby coś sobie przypomnieć. Przyszłość zachwyca się przeszłością. Tak, chyba jednak warto rozważyć powrót.
Powiedz — wracam do poprzedniego tematu — czy ona w ogóle kiedyś mnie pozna? Chociaż zapamięta? O tak, myślę, że na pewno. Wryjesz się jej w pamięć. Nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie. Zrobię coś złego? Zaczynam się obawiać. W głowie zapada cisza, jakby ten drugi ja zastanawiał się nad odpowiedzią. Rozmawialiśmy o tym — odzywa się cicho. Jego głos dociera do mnie jakby z drugiej strony ulicy.
Zanika. Nie mogę ci nic doradzić. Powinienem już wracać. Rób, co uważasz za słuszne i cokolwiek się wydarzy, nie martw się. Koniec końców będzie dobrze. Ostatnie zdanie gaśnie w oddali. Wiem, że więcej już go nie usłyszę, a mam jeszcze tyle pytań o uczelnię, świat dookoła, politykę, a przede wszystkim o to, co powinienem teraz zrobić. W którą stronę ruszyć, żeby nie zniszczyć przyszłości? Skoro dzisiaj wszystko ma się zmienić, od czego zacząć? Przepraszam.
Rudowłosa piękność podchodzi ostrożnie. Nie chce drugi raz mnie przestraszyć. Przyniosłam kawę. To na koszt firmy. Patrzę na nią i już wiem, co powinienem zrobić. Jesteś piękna. Wyrażam myśli na głos. Nie wstydzę się. W końcu dzisiaj wszystko się zmieni. Słucham?
Mruga bursztynowymi oczami. Jest zdziwiona. Wiem, że to dziwne, ale chcę to powiedzieć. Podążam dalej raz obraną ścieżką. Zakochałem się w tobie już ponad miesiąc temu. Przychodzę tu codziennie. Bardzo chciałbym, żebyśmy wybrali się gdzieś wieczorem, razem. Na kawę, herbatę, na co będziesz miała ochotę. Miałabym szansę poznać cię lepiej i jednocześnie udowodnić, że nie jestem takim wariatem, za którego pewnie teraz mnie bierzesz. Przełykam ślinę.
Co ty na to? Zgodzisz się? Czas jakby zwalnia. Rozmowy wkoło milkną. Dziewczyna patrzy na mnie. Szuka odpowiednich słów. Czekam. Wszyscy w kawiarni czekają. Obserwują nas bez żadnego skrępowania. Dzisiaj mam to gdzieś.
Przykro mi, ale muszę odmówić. Jej słowa przebijają się przez moje uszy niczym rozpalony metalowy pocisk. Wczoraj zaręczyłam się. Mój narzeczony siedzi tam przy stoliku. Wskazuje chłopaka, który gapi się na mnie z wytrzeszczonymi oczami. Jego ręka z łyżką pełną jasnozielonych lodów właśnie zamarła w połowie drogi do ust. Pistacjowe krople kapią na spodnie. Sprawia wrażenie, jakby tego nie zauważył. Jest bardzo podobny do jednego z moich studentów. Mam ogromną nadzieję, że jestem w błędzie i że to ktoś inny.
Robi mi się sucho w ustach. Fala gorąca uderza w twarz. Palący czerwony kolor rozchodzi się po policzkach. Czuję się źle. Okropnie. Zastanawiam się, co, u licha, tutaj robię. Podnoszę się z krzesła. „Przepraszam” – mruczę pod nosem, wściekły na siebie, na świat, ludzi wkoło i na swoją głupotę. – „Życzę wam wszystkiego najlepszego”. Próbuję ratować sytuację.
Powinienem już iść. Przepycham się obok kelnerki. „Ale nie zjadł pan szarlotki” – zauważa. – „I przyniosłam kawę”. „Dziękuję”. To jedyne, na co w tej chwili mnie stać. Otoczony przez rozbawione spojrzenia, przygnieciony wstydem podchodzę z opuszczoną głową do kasy. Kładę na ladę zdecydowanie za dużo pieniędzy. „Reszty nie trzeba”. Macham ręką, otwieram drzwi i opuszczam to gniazdo upokorzenia.
Im szybciej stąd odfrunę, tym lepiej. Przechodzę przez chodnik i wkraczam na przejście dla pieszych. Kątem oka widzę jakieś zamieszanie. Odwracam się. Bursztynowooka kelnerka macha do mnie przez szybę. Pokazuje coś. Podnosi do góry książkę. Zostawiłem ją na stoliku razem z ciastkiem i kawą. Zatrzymuję się na chwilę, dręczony odruchami. Nie chcę tam wracać.
Nie wiem, co robić. Gapię się na nią i nagle słyszę sygnał, który informuje, że światło zmienia się z zielonego na czerwone. Od tego momentu zaczynam łamać prawo. Nie powinno mnie już być na środku, na ulicy. Zza zakrętu wyjeżdża rozpędzone niebieskie BMW. Drętwieję. Nie mam szans na ucieczkę. Mogę jedynie podnieść rękę w żałosnej próbie osłonięcia głowy. Kierowca zauważa mnie w ostatniej chwili. Hamuje.
Słyszę pisk opon. Za późno. Nie czuję bólu. Moje ciało leci. Uderzam w coś i ląduję na ulicy. Widzę krew rozlaną tuż obok. Czuję zimno. Asfalt jest tak twardy. Słyszę krzyk kobiety. Gdzieś w oddali rozlega się dźwięk syreny.
Widzę ludzi i błyskające światła. Czerwone i niebieskie. Zasypiam. Co chwilę tracę i odzyskuję przytomność. Budzę się w szpitalnym łóżku. Musiało minąć już trochę czasu. Nie wiem, która jest godzina ani który mamy dzień. Dźwięk aparatury medycznej brzmi znajomo. Zamykam oczy. Ponownie zapadam w sen.
Tym razem na dłużej. Śpię i nie mogę się obudzić. Moje ciało nie reaguje na sugestie umysłu. Z początku strasznie się boję. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do nowej sytuacji. Przynajmniej nic mnie już nie boli. Odpoczywam. Czas płynie inaczej. Minuty zlewają się w godziny, godziny w dni, dni w tygodnie. Zdarza się, że słyszę rozmowy prowadzone gdzieś obok.
„Przykro mi” – nieznajomy mężczyzna informuje kogoś na głos. Nie wiem kogo. – „Stan tego pacjenta nie rokuje nic dobrego. Zapadł w śpiączkę, z której nie możemy go wybudzić”. Wszystkie dialogi urywają się nagle, jakby rozmówcy odlatywali gdzieś w dal. Początkowo staram się usłyszeć coś jeszcze, zapamiętać jak najwięcej. Z czasem daję sobie z tym spokój. Przyzwyczajam się do otaczającej mnie ciemności. Dużo rozmyślam, głównie nad tym, co udało mi się do tej pory w życiu osiągnąć. Żałuję tylko jednego.
Chyba nigdy więcej nie zobaczę już tych niesamowicie bursztynowych oczu. No i nie odwiedzę tylu miejsc, w których tak bardzo chciałem się znaleźć. Wspomnienia przelewają się przez moją głowę. Odświeżają pamięć przygniecioną przez bolesne wydarzenia. Przez to wszystko przebija się fragment rozmowy, o której prawie zapomniałem. „Koniec końców będzie dobrze” – przypominam sobie. Powoli rozluźniam się, a umysł ogarnia spokój. W końcu obiecano mi, że będę podróżował. To od czego tu zacząć? Moje myśli krążą po mapie świata.
Może Ameryka Południowa? W wyobraźni rysuję obrazy, które widziałem jedynie na zdjęciach. Brazylia, Argentyna, Chile. O, Chile byłoby fajne. Całym sobą skupiam się na obcym kraju. Nic się nie zmienia. Wciąż leżę w łóżku. To chyba tak nie działa. Muszę nad tym popracować. A więc trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
Trudno. Mam czas. Poczekam.
[48:44] - Proszę państwa, czas na Filmotekarium. Dzisiaj w Filmotekarium tak sobie zawiesiłem się, ponieważ to jest film, który bardzo mnie zawiódł. Bardzo sobie wiele po tym filmie obiecywałem, a jak to ostatnio bywa, dostałem to, co dostałem. Dosyć narzekania. My sobie ponarzekamy z Piotrem wspólnie w ramach Filmotekarium. A zatem Piotr Cielebiaś już czeka. Zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj po obrazie „Uciekinier” z 2025 roku. Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z Filmotekarium.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[49:36] - Witam serdecznie wszystkich. A dzisiaj „Uciekinier”. Ekranizacja powieści Stephena Kinga, chociaż z tego, co pamiętam, napisanej pod pseudonimem. Także remake filmu ze Schwarzeneggerem z końca lat 80. Ciężka sprawa, Marku, z „Uciekinierem”. To jest historia ojca buntownika, który walczy o pieniądze, o przeżycie, i przede wszystkim walczy z systemem. Ta historia osadzona jest w dystopijnej przyszłości, takiej w sumie nieodległej, gdzie media niczym w wielkim cyklu rządzą społeczeństwem. Ta historia, mi się wydaje, jest całkiem fajna, chociaż deczko wyświechtana. Natomiast mam też takie wrażenie, że film pod tytułem „Uciekinier”, ten nowy z 2025 roku, przeszedł bez echa, pomimo że to nie jest produkcja klasy B. Po tym przydługim wstępie oddaję ci, Marku, głos, pytając, czy ty też nie masz takiego wrażenia, że gdzieś ten pociąg pod tytułem „Uciekinier” przejechał nam trochę za cicho.
[50:53] - Mam takie wrażenie, ale zanim o „Uciekinierze” to takie westchnienie ogólne. Nie wiem jak państwo, nie wiem jak ty, Piotrze, ale ja mam takie przerażające wrażenie, że ci wszyscy, którzy wieszczą, że współczesna kultura, popularna kultura jest w stanie kompletnej katastrofy, upadku. Czy oni nie mają racji? Skąd taka moja przychylność dla tego zdania? Otóż spójrzcie państwo na listę filmów takich głośniejszych, które ostatnio ukazały się w przestrzeni kinowo-streamingowej. To w sporej części są remake'i. Mieliśmy remake „Czerwonej Sonii”, ale co ja tu będę wymieniał. Proszę państwa, właściwie ostatnimi czasy mamy remake na remake'u, bo przecież kiedyś robiono złe filmy. Teraz zrobią lepiej. Tylko ja nie wiem, czy z racji wieku, pogłębiającej się jakiejś sklerozy czy starości, ale mam przez cały czas wrażenie, że owszem, ci współcześni twórcy filmów starają się udowodnić, że kiedyś były filmy głupie, a oni zrobią lepsze.
Moim zdaniem udowadniają coś zupełnie przeciwnego. Kiedyś może filmy nie były wybitne, ale były zrobione w sposób rzetelny. Tu mam na myśli chociażby pierwszego „Uciekiniera” ze Schwarzeneggerem. Za chwilę o tym pierwszym i drugim filmie powiem, ale wracam jeszcze do przerwanej myśli. Mamy właściwie za każdym razem dowód na to, że kiedyś filmy były robione jakby porządniej. Całkiem niedawno omawialiśmy „Wojnę światów”, tę nową, bardzo streamingowo nowoczesną. Proszę państwa, to nawet startu nie miało do tej „Wojny światów”, która była z Tomkiem Cruisem, a już w ogóle do jeszcze wcześniejszej, to w ogóle. I nie chodzi mi nawet o to, że im bliżej naszych czasów, tym te remake'i, te filmy mają coraz mniej wspólnego z pierwowzorem, bo jestem w stanie jakoś pogodzić się z tym. Mnie bardziej chodzi o to, że coraz mniej sensu jest w tych wszystkich filmach. A już udowodnienie tezy, że kiedyś robiono filmy głupie, a teraz robi się filmy dobre.
Dlaczego? Dlatego, że teraz działa lepiej cała technika, CGI, to wszystko jest po prostu wspaniałe. Ale przecież filmy to nie jest sama technika. Tam musi być jakiś sens. I o ile w filmie ze Schwarzeneggerem bardzo widać, że scenarzysta wzorował się na książce niejakiego Bachmana, czyli i tak wszyscy wiedzą, że Kinga. Wzorował się, aczkolwiek nie potraktował jej bardzo wiernie. To, proszę państwa, ta nowa ekranizacja „Uciekiniera” ma niewiele wspólnego, poza ogólną ideą, z książką Bachmana. Powiem coś jeszcze. Sama idea tego rodzaju przedstawienia, takiego reality show w ogóle nie jest nowa, bo zanim Bachman King napisał tę swoją powieść „Uciekinier”, która w Polsce po raz pierwszy wyszła już po zmianie systemu w wydawnictwie CIA Books i wtedy na tylnej stronie okładki było napisane, że był też taki film ze Schwarzeneggerem A ja tego filmu nie widziałem, chociaż kasety VHS fruwały wtedy dosyć powszechnie. Akurat na ten film nie trafiłem.
Dużo później, po przeczytaniu książki wreszcie film trafiłem. Oczywiście był gorszy niż książka, tak mi się wtedy wydawało, ale i tak był niezły. Proszę państwa, zanim ta książka Bachmana powstała, wcześniej powstało opowiadanie niejakiego — znacie państwo zapewne wszyscy ci, którzy się interesują science fiction — autora Roberta Sheckleya. On pisuje taką prozę, która wydaje się bardzo lekka, ale jak człowiek dobrze się przyjrzy tym opowiadankom, to się okazuje, że tam jest petarda założona na ogół i to taka dosyć potężna petarda myślowa. Sheckley napisał bardzo podobne opowiadanie. O to samo chodziło, o rodzaj reality show, gdzie tak naprawdę stawką jest śmierć biorących udział. To zostawmy. Pomysł od dawna jest eksploatowany, bo Sheckley był aktywny, jeśli chodzi o pisarstwo od lat 50. i całkiem sporo różnych ciekawych rzeczy napisał, więc Bachman po prostu poszedł po linii najmniejszego oporu i rozbudował pomysł, znacząco go rozbudował. Powstała powieść, a później powstał całkiem niezły film.
Dlaczego ja się tak skupiam na tym, co było? Dlatego, że to, co dostaliśmy w tej chwili, nie dość, że jest luźno oparte na powieści i luźno oparte na pierwowzorze filmowym, to jeszcze niesie ze sobą szereg przesłań, z którymi ja się dosyć mocno nie zgadzam. Oczywiście to ogólne przesłanie, że media zaczynają rządzić, zaczynają wchodzić nam z butami w różne sfery życia, to tak, można się z tym zgodzić. Natomiast tam jest cała warstwa, o której pewno powiem — bo już i tak gadam i gadam — w następnym wejściu, która mnie wręcz odrzuca. Poza tym ten film jest zrobiony bardzo nowocześnie, czyli z wykorzystaniem efektów rozmaitych, a poza tym jakiegoś szybkiego montażu. Wiecie państwo, tak jak się to w tej chwili robi. Całość moim zdaniem wychodzi średnio i naprawdę używam eufemizmów, żeby nie bluznąć tutaj tym, co należy.
[57:14] - Tak. Zanim przejdę do streszczenia, skonkretyzowania i powiedzenia, dlaczego ten nowy „Running Man” nie grzeje, to może dodam tylko, że tam się wszystko dzieje bardzo szybko. To jest film trochę w nawiązaniu do tytułu biegnący i pędzący. Także tam nie będą się nudzić ci, którzy nie lubią zawiłych fabuł. Tam jest wszystko podane na tacy. Nie trzeba się za bardzo domyślać nawet, tylko coś jest nie tak. Może jest winne to, może tak działa na nas fakt, że mamy przesyt takiej tematyki konkursowej w filmach science fiction. Dodajmy, że tutaj reżyserem „Running Mana” jest Edgar Wright, aktor, scenarzysta, który podejmuje się rzeczy, jak się okazuje, bardzo karkołomnej, bo przeniesienie na nowo na ekran filmu z lat 80. wydaje się finalnie niemożliwe. W dużym skrócie mamy ten nowy porządek świata.
Ben Richards, outsider walczący z systemem, postanawia podjąć wyzwanie i wziąć udział w tym śmiertelnie niebezpiecznym wyzwaniu, czymś w rodzaju reality show, gdzie obiektem polowania jest człowiek. Oczywiście niejeden. Wszystko to robi po to, żeby zdobyć lekarstwo dla swojej córki. „Uciekinier” to było typowe kino akcji. Mówię tutaj o tej wersji z 1987 roku. Ten nowy „Uciekinier” jest bardziej dystopijny. Oba filmy były szybkie, natomiast mam wrażenie, że ten ze Schwarzeneggerem miał jakoś więcej sensu. Dużo się tutaj dzieje, natomiast wydaje mi się, że w tym starszym po prostu lepiej odmalowano świat, brutalny świat, w którym przyszło bohaterom żyć. Natomiast tu, w tym nowym widzimy jakąś rzeczywistość, która nas ani nie grzeje, ani nie ziębi. Jest jakoś strasznie średnio.
Muszę powiedzieć, że byłem mocno rozczarowany. Zresztą jestem rozczarowany tymi nowymi filmami science fiction często, bo one nam, odmalowując świat niedalekiej przyszłości, robią to w bardzo oszczędny sposób. Na przykład tutaj też dowiadujemy się, że w świecie przyszłości, gdzie Ben Richards rozpoczyna swoją prywatną batalię, biedni sobie żyją biednie, a bogaci sobie żyją bogato. Oba filmy wyróżnia tempo. Tyle że ten pierwszy film miał Schwarzeneggera, a ten drugi nie ma. I tu się zaczyna poważny problem, bo bohater tego nowego „Uciekiniera”, aktor znany jako Glen Powell — niewiele mi to mówi, szczerze mówiąc — wypada słabo. Wypada mało przekonująco. Owszem, on próbuje grać twardziela i to od samego początku. On nawet nie musi mówić, że jest twardzielem. My to szybko zauważamy.
Daje tego powody na ekranie, często w taki bardzo kuriozalny sposób. Tylko to wychodzi jakoś nieporadnie, bardzo średnio. Może skażenie tym pierwszym „Uciekinierem” sprawiło, że ten nowy wygląda trochę jak fanfik, jak jakaś amatorska produkcja. Coś, co ewidentnie jest piętro niżej od produkcji, która ma prawie 40 lat. Film wypada blado, jest nieciekawy. Może dlatego jakoś tak przeminął, zniknął z pola widzenia. Stał się po prostu jedną z nowości, która wpadła na ekrany i małe i duże. Nie wiem. O ile taka konwencja szybkiego kina akcji wyglądała inaczej w stylistyce lat 80. czy 90., to dzisiaj w nowych warunkach, w nowej odsłonie wygląda po prostu przerażająco.
To nie jest pierwszy przypadek, kiedy coś takiego się dzieje. A tutaj wszystko się rozwleka. W zasadzie kilka minut po przedstawieniu bohaterów już się akcja zaczyna. Już musimy wszystkiemu zasadniczo wierzyć na słowo. Czyli ten film jest nie tylko taki nieporadny, jest taki w ogóle bajkowy. Czekamy na moment końca tego systemu. I jeszcze kiedy on tam przybija piątkę na samym początku z podobnymi freakami, którzy idą do telewizji, tacy nabuzowani, to już wygląda naprawdę bardzo skrótowo, tak jakby ktoś nam postanowił pokazać najważniejsze momenty w historii Bena Richardsa i tego, jak on będzie z tym systemem walczył. Jeszcze kiedy on wchodzi do budynku telewizji, na szczycie którego znajduje się taka duża litera N, to chyba nie jest przypadek, to mamy przynajmniej taką obietnicę, że coś się będzie działo, że dostaniemy show. Tutaj niestety nie ma ani show, ani Schwarzeneggera. Wszystko się niemiłosiernie dłuży.
[01:02:27] - To, za co lubię Piotra, to to, jak delikatnie czasami potrafi się obejść z rzeczami, które chyba nie zasługują na to, żeby być delikatnym. Ja powiem jedno: mówienie o tym, że aktor, główny bohater nie podołał wyzwaniu aktorskiemu i porównywanie go z Arnoldem Schwarzeneggerem, którego przecież nie cenimy za subtelną grę aktorską, za co innego zupełnie cenimy Arnoldzika. Jego gra aktorska zarówno na początku, jak i nieco później była nieco sztywna. To była gra takiego, powiedzmy, czasami drewnianego kloca. Sympatycznego w gruncie rzeczy, ale jego zdolności aktorskie oceniam jako średnie. Być może się nie znam, być może już mi sotówka uderzyła do głowy, ale Arnoldzik wybitnym aktorem nie jest. I teraz, jeśli ktoś zagrał rolę gorzej niż Arnoldzik, to już właściwie szuramy po dnie i to mocno. Ale ja nie o tym. Ja tak naprawdę nie o tym, bo na grze aktorskiej znam się o tyle, o ile albo mi się podoba, albo mi się nie podoba, więc jakimś koneserem nie jestem. Ale obiecałem państwu, że powiem, co mnie tak naprawdę raziło w tym filmie.
Muszę to powiedzieć jakoś delikatnie, bo przecież algorytmy czuwają. No więc może tak: z niewiadomych przyczyn, to jest figura retoryczna, bo ja chyba te przyczyny znam, ale to za chwilę. Z niewiadomych przyczyn jakoś tak się dzieje w tym filmie, że otrzymujemy, chcąc nie chcąc, pochwałę rewolucji jako takiej, a już w ogóle takiej amerykańskiej rewolucji, gdzie pewne grupy społeczne odpowiadają na różne wyzwania i jednoczą się, aby pokonać system. Ja w każdym razie orientuję się, myślę, że się orientuję, skąd się wziął fenomen BLM w Stanach Zjednoczonych. To wszystko opiera się na jakimś takim kuriozalnym przekonaniu, że rewolucjoniści zawsze są dobrzy, że wystarczy rzucić hasło rewolucja i to już jest pozytywne. Że lud, wściekły lud zawsze jest taką zbiorową figurą, która dąży ku czemuś dobremu. To są, proszę państwa, przynajmniej w mojej ocenie, nie wiem jak państwa, ale w mojej ocenie to są kompletne bzdury. Rewolucja zawsze jest potworem. Czasami wybucha w słusznej, czasami może jednak w trochę mniej słusznej sprawie, ale obojętnie w jakiej sprawie wybucha albo może za jaką przyczyną wybucha, to i tak to jest potwór. Każda rewolucja jest potworem i wynoszenie jej pod niebiosa, że przecież każdy, kto walczy z systemem, musi być z zasady dobry, to jest sprowadzenie świata do czerni i bieli.
Tak to wszystko nie wygląda. Czyli troszeczkę tak, jak to państwo znacie z rzeczywistości. Ten jest nasz, więc go lubimy, ten jest nie nasz, więc go nienawidzimy. I nie ma takiej możliwości, żeby w pewnym momencie przyznać, że chociaż ten jest nie nasz, to może ma rację w czymkolwiek. Obojętnie co mówi, nie ma racji z zasady, ponieważ coś mówi. To jest obraz świata, który dostajemy w tym filmie, niestety pod płaszczykiem tego, że jest zła telewizja, ale właściwie ta telewizja to już jest potwór, który niewoli społeczeństwo. Jest coś tak złego, że można odpowiedzieć jakkolwiek, też źle czasami, ale jakkolwiek odpowiemy, to i tak będziemy w grupie dobrych. To naprawdę jest taki punkt widzenia, to jest prymitywizm, level, trudno mi powiedzieć, ale jakiś wybitny level. Po prostu coś, co nie wiem, skąd to się w ogóle bierze. To przekonanie, że wściekły lud ma rację zawsze.
Bo nie na tym polega demokracja, że się robi rewolucję. To zupełnie dwie różne historie. Nie wiem, czy ja w ogóle powinienem to tłumaczyć. Demokracja jest demokracją, a rewolucja rewolucją. Sprowadzenie rewolucji do tego, że jest najwyższą formą demokracji, to jest obłęd. I my w tym filmie ten obłęd otrzymujemy. On nie jest przekazany nam wprost, ale jak się człowiek wpatrzy w to dobrze, to ten przekaz dociera. Czyli: róbta, róbta, buntujta się, buntujta, bo ma ta rację. Trzeba walczyć z systemem, bo system zły jest z zasady. Ja nie mówię, że nie, ja nie mówię, że system jest dobry.
Tylko nie każdy, kto walczy z systemem musi być dobry. To subtelne rozróżnienie należałoby jednak jakoś wyeksponować. Tymczasem w tym filmie tego nie dostajemy. Dostajemy świat czarno-biały, absolutnie czarno-biały, w którym każe się nam wierzyć, że nawet jeśli ci, którzy się buntują przeciw systemowi, są może niekoniecznie kryształowymi postaciami, to znowu eufemizm, bo nie o to mi chodzi, bo nikt z nas nie jest kryształowy. Raczej chodzi mi o to, że to są czasami osoby, z którymi ja bym na przykład toastu nie wzniósł, bo nie wiem, jak by się to skończyło. Coś takiego otrzymujemy w otoczce rewolucyjno-ideologicznej. Trochę mnie to po prostu zbrzydziło. Ja nie lubię takich filmów, które nam upraszczają świat.
[01:08:37] - Dodajmy jeszcze jedną rzecz do tego wszystkiego. Nastąpiło trochę zmęczenie tematyką, jeżeli chodzi o filmy z takiej półki. Mieliśmy „Długi marsz”, mieliśmy „Squid Game”, wcześniej „Igrzyska śmierci”. Tylko w tym roku zaserwowano nam dwie produkcje, powiedzmy konkursowo-kontestowe, gdzie zadaniem uczestników, a jednocześnie głównych bohaterów było przeżyć w jakiejś grze. Dodatkowo przecież jedna z tych pozycji, czyli „Długi marsz” była oparta o Kinga. Tu jest oczywiście bardziej sensacyjnie niż w wymienionym wcześniej filmie i z tempem też jest trochę lepiej, natomiast jest to wszystko mało angażujące. Ja nie wiem, po co wydawać pieniądze na takie filmy jak remake „Uciekiniera”. To, co powiedziałeś o podnoszeniu głowy, że to jest film z naiwnym przekazem. Rzeczywiście coś ostatnio dużo jest tego typu produkcji. Mieliśmy film o francuskich rewolucjonistach z przyszłości przecież, uwięzionych w wirtualnym więzieniu.
Tam też to było dość kuriozalne wszystko. Mamy film z DiCaprio „Jedna bitwa za drugą”. Chciałoby się powiedzieć: i Lenin, takoje ma ladoi. Tylko że to wszystko jest podane w takiej otoczce ciężkostrawnej. Dać wszystkim wszystko i będzie okej. Ja sobie po prostu, Marku, nie wyobrażam, żeby tych wszystkich, nie wiem, czy wyplikać to słowo, które zaraz powiem, ale wszystkich używaczy pewnej substancji, którzy zamieniają się w zombie w Stanach Zjednoczonych i łażą po ulicach, gdyby im nagle zagwarantować wolność i pozwolić na wszystko, co chcą, to byłoby okej, prawda? Z perspektywy widzenia chociażby „Uciekiniera”. Film kuriozalny, film bez sensu, w zasadzie nie wiadomo, po co powstał. Jeżeli chcecie sobie zafundować emocje, to polecam tego „Uciekiniera” z 1987 roku. Czy tu chodzi tylko o przepalanie pieniędzy?
Czy tu chodzi o zaspokajanie ambicji twórców? To jest kolejny raz, kiedy kręci się film nie wiadomo po co. Film, który jest niedoprodukowany, niedorobiony. Natomiast sama główna kreacja, bo w tym filmie oprócz aktora, który nie podołał zadaniu, jest też Josh Brolin, przecież znany aktor. Natomiast liczy się główna postać męska. Facet nie daje rady. Po prostu jest słaby. Jest słabym aktorem, tworząc film z jakimiś ambicjami nie można jednak ryzykować tak dużo i obsadzać kogoś tak nudnego de facto w roli twardziela, niezłomnego rewolucjonisty. Ten facet jest nijaki, ma charyzmę szopa pracza. I to też jest jeden z gwoździ do trumny „Uciekiniera”, tego nowego.
[01:11:49] - A ja zrobię taką klamrę troszeczkę do początku naszej rozmowy, bo dla mnie ten film jest kolejnym dowodem na to, że nasza kultura upada. I ktoś teraz powie: „Znowu takie wieszczenie, głupie gadanie”. Ale proszę państwa, naprawdę zachowajcie spokój i zerknijcie na propozycje filmowe z ostatnich dwóch lat. Zobaczcie, ile tam jest remake'ów, ile tam jest takich prostych powtórek, które wcale nie są proste, bo one zawsze coś muszą zrobić lepiej. Żeby daleko nie szukać, to akurat nie remake, ale znowu wjechał przed chwilą film o Predatorze. Nówka. Jeszcze go wcale nie omawialiśmy i ja nie wiem, czy należałoby go omówić tutaj. Wjechał wcześniej, omawialiśmy serial o obcych, o obcym czy jakkolwiek to ujmiemy. Cały czas zjadamy my jako odbiorcy, ale przede wszystkim twórcy filmów zjadają własny ogon. Cały czas powtarzamy, powtarzamy, nawiązujemy, kręcimy po raz któryś to samo w nadziei, że zrobimy to lepiej.
A efekty tych eksperymentów są takie że na ogół wychodzi gorzej. I teraz pytanie: czy to jest tak, że współczesna kultura, dobrze, nie wchodźmy może w mechanizmy, ale czy ta współczesna kultura naprawdę nie może urodzić żadnych oryginalnych treści i stara się bazować na treściach, które już powstały dawno temu w nadziei, że się odbije i zrobi coś, co będzie wybitne? Ja się boję, że niedługo po raz kolejny nakręci się serial „Kosmos 1999”, tylko on teraz się będzie nazywał „Kosmos 2099” albo coś podobnego. To są rzeczy, których nie należy robić, które są niepotrzebne. Ja naprawdę wolałbym, żeby jeden scenarzysta z drugim usiadł i wymyślił coś naprawdę oryginalnego, bo oryginalne dzieła w tej chwili powstają. Ja naprawdę staram się śledzić rynek prozy fantastycznej, fantastycznonaukowej, horrorowej, zarówno polski, jak i zagraniczny. I wierzcie mi państwo, proza nie ma tego typu problemów. Oczywiście powstaje masa chłamu rozmaitego, ale w dalszym ciągu proza to są dzieła wybitne chwilami. Naprawdę powstają rzeczy, które czasami zatykają. Ale jakoś tak się dzieje, to dla mnie jest kuriozum, że Hollywood, to przysłowiowe Hollywood, bo traktujmy to jako pewien afisz, pewne odzwierciedlenie branży.
To Hollywood w ogóle nie zwraca na te nowe dzieła uwagi, bo są może za trudne, może za bardzo fantastyczne, a może po prostu są zbyt ambitne, bo może starają się nam opowiedzieć o rzeczach, które tak naprawdę słuchacze, czytelnicy, ale oglądacze bardzo chętnie by takie dzieła skonsumowali. To by ich zafascynowało. Tylko problem polega na tym, chyba, to jest wydumana diagnoza, ale problem może polegać na tym, że współcześni scenarzyści filmowi nie są w stanie doskoczyć do poziomu ludzi, którzy piszą książki, których ta fantazja po prostu buzuje i oni naprawdę tworzą rzeczy moim zdaniem wybitne. Tu oczywiście byłby lepszy przykład niż wykład, więc ja mógłbym podać kilka przykładów, ale każdy z państwa znajdzie kilka naprawdę współczesnych dzieł literackich, które aż proszą się o sfilmowanie, bo są z jednej strony ambitne, mówią o czymś, co nas naprawdę gryzie albo będzie gryzło nas za chwilę, a jednocześnie są dziełami, które wciągają również akcją. A Hollywood, to przysłowiowe Hollywood, jakby tego nie widziało. I to mnie zastanawia.
[01:16:27] - Marku, w zapowiedzi tej części, w zapowiedzi dzisiejszego Filmotekarium powiedziałeś o obrazie. To tak trochę chyba obraza, sądząc po waszej recenzji, ten film, prawda?
[01:16:40] - Proszę, jaki język polski bywa czasami perfidny, przewrotny powiedziałbym, ale dzięki za tę uwagę. Rzeczywiście coś takiego się zdarzyło.
[01:16:53] - Jak widać język polski jest bardzo optymalny nie tylko do promptowania w chatbotach i innych narzędziach AI, ale też do nazywania rzeczy po imieniu po prostu.
[01:17:05] - A i gry słów, które proponuje, są naprawdę fascynujące. Ja państwu obiecałem, że jeszcze będą polecanki książkowe. To jest to miejsce, w którym zazwyczaj pojawiają się polecanki z pogranicza, ale z przyczyn tak zwanych niezależnych te najbliższe polecanki ezoteryczne będą za tydzień dopiero. A dzisiaj proponuję w to miejsce kolejną porcję nowości literackich. Oczywiście ja nieustająco zachęcam do odwiedzania księgarni Galerii Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej w Warszawie, ewentualnie odwiedzania sklepu w sieci pod adresem nieznany.pl. Tam bogactwo oferty jest po prostu przygniatające. Tak jak powiedziałem, do polecanek z pogranicza wrócimy za tydzień, a dzisiaj druga porcja polecanek beletrystycznych. Pierwszy tytuł to „Szatańskie tango” i to trudne nazwisko László Krasnahorkai. To się pewno jakoś inaczej czyta, ale mniej więcej oddałem brzmienie.
[01:18:20] - Z tego, co ja się orientuję, to w języku węgierskim, jeśli jest sz, to chyba się to czyta jako s, ale głowy za to nie dam.
[01:18:30] - To brzmiałoby w takim razie Krasnahorkai. Być może. Wydawnictwo Czarne. Data premiery to 21 stycznia 2026 roku. Ponoć jest to najważniejsza powieść w dorobku László Krasnahorkai'ego. Jeszcze odmiana to już w ogóle tragedia. W każdym razie powtórzmy: László Krasnahorkai. Zobaczmy, o czym jest ta powieść. Podupadłej wsi na pustkowiu wegetuje grupa ludzi pozbawionych perspektyw na jakąkolwiek poprawę losu. Rytm ich życia wyznaczają powtarzalna, ciężka praca i wieczorne pijaństwo.
Wszyscy dawno zatracili się w moralnym zepsuciu. I wzajemnej niechęci. Lecz gdy w okolicy pojawia się Irmás, dawny mieszkaniec wioski uważany przez lata za zmarłego, nieoczekiwanie odzyskują wiarę w przyszłość. Nie mając pojęcia, jakie intencje tak naprawdę stoją za powrotem mężczyzny, ulegają złudnej nadziei, niczym zbiorowej halucynacji. Zmartwychwstały z pewnością wypędzi wilgotną ciszę i poprowadzi ich ku lepszemu. Czy rzeczywiście dają się uwieść charyzmatycznemu przybyszowi? Czy może własnej rozpaczy? To przejmująca powieść. To złożone studium zbiorowego obłędu. Bogata w literackie odniesienia i biblijne tropy, pozwala przyjrzeć się mechanizmom społecznej manipulacji i religijnego fanatyzmu.
Ta powieść, nie unikając egzystencjalnej refleksji nad stanem ducha jednostki okradzionej z godności i nadziei, daje jednocześnie niesamowitą historię. Przypomnę: „Szatańskie tango” László Krasnahorkai, Wydawnictwo Czarne, a książka na rynku od 21 stycznia 2026 roku. Kolejna książka nosi tytuł „Uprowadzona dziedziczka”. Autorka Sophie Lark, Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne. Data premiery 31 grudnia 2025 roku. To mroczny romans mafijny. Zamordowali mojego ojca, więc uprowadziłem ich dziedziczkę. Uwięziłem słodką małą baletnicę, aby tańczyła tylko dla mnie. Lessa jest łagodna i niewinna. Nie zasłużyła na taki los, ale tak działa nasz świat.
Wilk zawsze rozszarpuje jagnię, choćby było najłagodniejsze. Zamierzam wykorzystać dziewczynę, aby dokonać zemsty. O ile wcześniej nie ulegnę trawiącemu mnie głodowi. Przypomnę tytuł: „Uprowadzona dziedziczka” Sophie Lark, Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne. Data premiery 31 grudnia 2025 roku. Trzecia książka nosi tytuł „Świat zaginiony. Wyprawa do wnętrza PRL tom pierwszy”. Autorem jest znany pisarz fantastyki Jacek Piekara, Wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery to jakby dzisiaj, czyli 12 grudnia 2025 roku. Nie sądzę, żeby ktoś z państwa biegł do sklepu.
Zresztą mógłby nawet pobiec. Nie sądzę, żeby któryś ze sklepów z książkami był obecnie otwarty, ale zawsze można to nadrobić jutro, czyli 13 grudnia. A sama książka „Świat zaginiony. Wyprawa do wnętrza PRL” to kompendium życia w PRL-u pióra jednego z czołowych polskich pisarzy. Jacek Piekara zabiera czytelników w pasjonującą podróż do zaginionego świata PRL. Niczym wnikliwy etnograf opisuje, jak funkcjonował on w sferze polityki, gospodarki, obyczajów i kultury. Uważnie przypatruje się jego mieszkańcom, ich obrzędom, codziennym kłopotom i radościom. Temu, co jedli, co pili, jak mieszkali, pracowali i jak się bawili, jak się ubierali, jak wychowywali dzieci, jakie oglądali filmy, jakiej słuchali muzyki i jakimi dysponowali technologiami, jak i dokąd podróżowali, co im się podobało, a czego nie znosili. Książka została podzielona na działy tematyczne, a każdy zawiera kilkadziesiąt rozbudowanych haseł opatrzonych ilustracjami i fotografiami. „Świat zaginiony” napisano przystępnym językiem, precyzyjnie tłumacząc zapomniane już dziś pojęcia, tak by lektura była interesująca i w pełni zrozumiała dla pokolenia, które PRL zna tylko z opowieści dziadków czy rodziców.
Pierwszy tom zawiera informacje o życiu politycznym PRL, realiach gospodarczych kraju oraz zwyczajach związanych z jedzeniem i podróżami. A ja przypomnę: „Świat zaginiony. Wyprawa do wnętrza PRL tom pierwszy”. Autor Jacek Piekara, Wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery, tylko przypomnę, była dzisiaj. A zatem droga do księgarni, ale jutro stoi otworem. Tyle polecanek książkowych. A teraz zapraszam państwa na sentymentalnik. Dzisiaj wspólnie z Arturem i Piotrem porozmawiamy o motoryzacji w PRL-u. Nie wiem, jak to państwu powiedzieć, ale zaczynamy kolejne wydanie Sentymentalnika.
Kolejne wydanie trzyosobowe. A zatem dzień dobry wieczór, Arturze.
[01:24:55] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:24:56] - Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:24:58] - Witam panów, witam słuchaczy.
[01:25:01] - Sam nie wiem, czy powinienem sam sobie powiedzieć dzień dobry wieczór. To ja może tak ogólnie. Dzień dobry wieczór raz jeszcze. A spotkaliśmy się dzisiaj, żeby porozmawiać o dawnych czasach, czyli o PRL-u i o ekscytujących sprawach, czyli o motoryzacji, a konkretnie o samochodach, które wtedy ekscytowały i młodych, i starych, w ogóle wszystkich. Bo ja wiem, że sobie to trudno wyobrazić, ale były takie czasy, że ulice całkiem niezłe, nieźle utrzymane, były niemal puste w miastach, a parkingi? Ile się chciało. Można było stanąć w poprzek i nikomu to nie przeszkadzało, bo miejsc było tyle, że spokojnie można było, powtarzam, na skos albo w poprzek, albo jak ktokolwiek chciał, mógł sobie na tym parkingu stanąć. Ja wiem, to jest dzisiaj trudne do wyobrażenia sobie, kiedy czasami miejsca do parkowania szuka się dobrych kilkanaście, w najlepszym wypadku, minut. No tak, ale to były zupełnie inne czasy. Zacznijmy lajtowo.
Jakie były wasze ulubione auta z epoki PRL-u? Jeśli mielibyście wskazać takie najbardziej ukochane, najbardziej podziwiane, to jakie by to było? Arturze.
[01:26:29] - Ja powiem, wydaje mi się, że i tak trzy auta były najpopularniejsze z mojej epoki. Wcześniejszej epoki to pewnie jeszcze bym Warszawę dorzucił, ale najczęściej takie wskazywane ulubione auta PRL-u to są takie trzy klasyki: Fiat 125p, czyli Duży Fiat. To był samochód, który mieliśmy w rodzinie jako drugi nasz samochód i nim jeździłem, nim prowadziłem, jak już prawo jazdy zdałem. Także bardzo miło go wspominam. Bardzo fajny był. Wspominam go za wygląd, za przestrzeń, no i to, że w ogóle on, bym powiedział, wyglądał jak mercedes dla ubogich. Dla wielu w czasach PRL-u to był chyba najbardziej dostojny samochód. Drugi samochód to jest oczywiście Maluch, czyli kaszlak, Fiat 126p. Ja jego pamiętam stąd, że ja na nim zdawałem prawo jazdy na Maluchu ogólnie. Dla jednych był on przekleństwem, dla innych być może to był jakiś taki urok dzieciństwa, bo Maluch dawał wolność, był tani, dostępny, wszędzie dojeżdżał i wszędzie dało się go naprawić.
To jest ta rzecz. A nie wiem, czy w ogóle wiecie, że Maluchem Polacy najdalej dojeżdżali do Portugalii, bo też był kiedyś z tego typu program. No i ten jeden z tych aktorów amerykańskich dostał też Malucha. Kurczę, zapomniałem, od firmy bielsko-białej. Pamiętam twarz, pamiętam ten, ale wypadło mi.
[01:27:54] - Tom Hanks.
[01:27:56] - Tak, Tom Hanks. Twarz pamiętam, wypadło mi z głowy. On też dostał Malucha, ale powiem szczerze, że Maluch był fajny. No i trzeci to samochód moich marzeń. To był pierwszy nasz samochód w rodzinie, ponieważ ja go sobie kupię kiedyś na emeryturze, ale cena jego dochodzi w tej chwili do 30 tysięcy w praktycznie takim dobrym stanie. Chodzi mi o Syrenkę 105. Myśmy mieli Syrenkę 105L, czyli Lux. Ona była kultowa poprzez brzmienie przede wszystkim, bo to zawsze się słyszało to no nie? No i oczywiście poprzez swoją taką toporność. Ona była praktycznie cała spawana, tak jak i Warszawa.
Także ona była wytrzymała na wszelkie, bym powiedział, stłuczki. No ja bym jeszcze chciał sobie kupić nie 105, tylko 104. Gdzie te drzwi miała oczywiście z innej strony otwierane. Dodatkowo skrzynię biegów miała kierownicy. No i z tyłu sobie obowiązkowo kupię takiego pieska, który będzie machał głową jak samochód będzie jechał. No oczywiście dalej pojawiają się na pewno Polonez, Warszawa, Trabant czy Wartburg, czy w ogóle, bym powiedział, kultowa Nysa, ale ta trójka ogólnie, czyli Fiat 125p, Duży Fiat, Maluch 126p, no i Syrena 105, to w mojej ocenie są to trzy takie kultowe auta PRL-u.
[01:29:13] - Piotrze, twój PRL był już troszkę inny. Jakie auta pojawiały się w tym twoim dzieciństwie, w tej twojej dziecięcej wyobraźni, twojej dziecięcej fascynacji?
[01:29:25] - Na pewno był krótszy ten PRL. Pojawiały się auta zarówno osobowe, jak i ciężarowe. Z tego powodu, że dziadek był kierowcą i te zawsze ciężarówki były gdzieś w tle. Ja osobiście pamiętam stary, natomiast tam były też inne, których ja nie pamiętam. Z tymi ciężarówkami to wcale nie było tak fajnie, jak sobie wiele osób to wyobraża. One się po prostu cholernie psuły. To był koszmar. Rzeczy typu wymiana silnika czy skrzyni biegów to był stały element ich użytkowania. To nie było pytanie czy, tylko kiedy to się stanie. Natomiast były też osobówki.
Tutaj to muszę też podzielić na kilka segmentów, bo takie, które zapamiętałem, to jest ich względnie niewiele tak naprawdę, bo za moich czasów to były głównie maluchy i duże fiaty plus polonezy, czyli ta trójka. Syrena się trafiała rzadko. Plus były oczywiście wartburgi i trabanty. Te ostatnie nie należały do moich ulubionych. Wręcz się zastanawiałem, jak można tym się poruszać świadomie, jak można takiego obrzydliwca jednego z drugim kupić i nim jeździć. A jednak były takie osoby i nawet tych osób było sporo. Pamiętam na drogach wiele innych samochodów z demoludów: zastavy, zaporożce. Natomiast takim samochodem, który jakoś władał moją dziecięcą wyobraźnią, była Łada Niva. Z kilku powodów. Po pierwsze wydawała się bardzo fajna i wydawała się inna na tle reszty samochodów.
Ona tak na chłopski rozum pewnie jest autem zupełnie nieekonomicznym na dzisiejsze czasy, ale miała coś w sobie. Przede wszystkim Ładę Nivę posiadał tutaj Instytut Geologiczny, który się niedaleko znajduje Uniwersytetu Warszawskiego. Oni tym jeździli. Ja się nie mogłem nadziwić, jaka to jest maszyna wspaniała. Bo wiecie, nie było jeepów. Jeepy się widziało w telewizji, a tutaj coś takiego. Dodatkowo muszę powiedzieć, że przecież te Łady Nivy, to były też w wersji zabawkowej od tak zwanych Ruskich kupowane i też były zabawką. Także to były takie dwie rzeczy. Następna sprawa: maluch. Z maluchem jakie mam wspomnienia?
Takie, że był bardzo klaustrofobiczny. Jak ktoś jest trochę większy gabarytowo, to z tym maluchem nie może mieć dobrych wspomnień. A ja mam już takie bardziej świadome wspomnienia jako kierowca z Cinquecento, ale o nim dzisiaj nie mówimy. Ale to się jakoś wiąże z tym maluchem jako jego symboliczny następca. Samochód, który wydaje mi się najbardziej nieżenujący, takim, którym bym nawet, szczerze powiem, sobie dzisiaj pojeździł, to jest właśnie Fiat 125. Wydaje się, że to niezła bryka, nawet jak na dzisiejsze standardy. Pamiętam też poloneza, bo mój dziadek miał poloneza, ale to już był ten nowszy polonez. On miał też wcześniejszy. W ogóle dziadek miał mnóstwo tych aut. Mnóstwo.
Ja pamiętam tylko niektóre. On się ich szybko pozbywał, kupował nowe. Nie pamiętam syreny, nie pamiętam Warszawy. Natomiast pamiętam, że miał poloneza. On miał dużo dziwnych aut też. Miał na przykład tarpana, który był okropny. Ja nie wiem, jak to mogło funkcjonować. To było po prostu auto wiadomo, że z blachy. Natomiast jak przypominam sobie tego tarpana, jak on pracował, to tam wszystkie elementy się ruszały niezależnie od siebie. Żuka chyba tylko nie miał i nysy.
Pamiętam tego poloneza jeszcze. Polonez tamten jak na ówczesne czasy, ja byłem mały wtedy, jak on miał to karo chyba, to też się wydawała straszna bryka. Straszna w porównaniu do tego, co było do tej pory, co mieli inni. Bo to jednak wiecie, na wsi to był taki trochę inny świat. Kto tam miał samochód zza granicy? Kto miał jakiegoś tam rzęcha? Pamiętam, że sąsiedzi mieli Toyotę Corollę, która była już wtedy stara, a oni nią jeszcze jeździli chyba ze 20 lat. Auto zupełnie nie do zdarcia to było. Natomiast cała reszta miała jakieś tam te standardy, prawda? Także trudno mi jest wybrać to ulubione auto, bo trzeba powiedzieć, że tak naprawdę w pewnym momencie wszyscy byli skazani na to samo.
A Marku, jak to u ciebie wyglądało?
[01:33:40] - Rozmaicie. W drugiej, trzeciej klasie szkoły podstawowej byłem zafascynowany Fiatem 125p, a szczególnie jego charakterystycznym prędkościomierzem. On miał taki bajerancki w postaci takiej kreski przesuwającej się w prawą stronę czerwonej, która rosła. To było fascynujące dla młodego człowieka. Ten prędkościomierz był genialny. W ogóle wykonanie Fiata 125p na tamte czasy, te gałeczki do podnoszenia czy opuszczania okien, do otwierania drzwi. Wszystko wydawało się takie cudowne, wspaniałe, niezwykłe. Po czym się wydawało takie niezwykłe? Po warszawach. Moja rodzina nie była zmotoryzowana.
Ani mama nie miała prawa jazdy, ani ojciec nie miał prawa jazdy. Prawo jazdy miał wujek, ale się syrenki dorobił stosunkowo późno. Z tej 125p w drugiej połowie lat 70. konkretyzując, a może na przełomie pierwszej i drugiej połowy. Nie do końca istotne. Wrócę do tej Warszawy. Dlaczego powiedziałem, że moja rodzina była niezmotoryzowana? Dlatego, że jednak przemieszczała się samochodami w postaci taksówek. Kiedyś o taksówkach moglibyśmy zrobić osobny sentymentalnik, bo to, co mógłbym opowiedzieć o taksówkach w PRL-u, to jest historia, nawiązując do pewnej piosenki, porno brutalna. Po prostu to, co się odbywało w taksówkach, jak zachowywali się taksówkarze, to jest temat na osobną audycję.
Ale ponieważ troszkę tymi taksówkami jeździliśmy, no to Tak świadomie pamiętam, jeszcze w przedszkolu byłem, to już tymi taksówkami sunąłem i lubiłem niezwykle za chyba monstrualność, bo ja byłem bardzo mały, a ta Warszawa była potężna, miała tę kanapę z przodu. W dodatku w jej oparciu dla tych tylnych pasażerów była taka fajna popielniczka, którą się wysuwało. I tych szczegółów była cała masa. Potężny samochód, duży. Ale nie to mnie fascynowało w Warszawie. W Warszawie najbardziej fascynowała mnie jej starsza siostra. Tak, starsza siostra, czyli Warszawa Garbus. Jak na postoju taksówek stały taksówki, to ja tylko sobie marzyłem, żeby stała ta garbata Warszawa, a nie ta późniejsza, taka bardziej kanciasta. To były czasy, kiedy nie można było sobie wybrać dowolnej taksówki na postoju, tylko myślę, że jakby ktoś spróbował wsiąść do trzeciej albo do czwartej, to wysiadłby ten z pierwszej z jakimś łomem albo z jakąś gasrurką i by nauczył tego wrednego klienta, że się siada do pierwszej taksówki. Ale mówię, to jest temat na osobną audycję.
Natomiast stąd te moje ciche modły, żeby to był garbus. Ponieważ mnie ta Warszawa, chociaż była starsza i może wydać się bardziej toporna, bardziej się podobała. Naprawdę bardziej mi się podobała niż to kanciaste coś. Chociaż i tak lubiłem jeździć tą kanciastą Warszawą, ale wolałem zdecydowanie tę garbatą. Ona mnie, powiem to szczerze, fascynowała swoim wyglądem, swoim wnętrzem. Przede wszystkim była duża i ja dzisiaj tak do końca nie wiem, czy ta fascynacja, to, że była duża, to wynikało z tego, że ja byłem po prostu bardzo mały i bardzo mi to imponowało, czy też były jakieś inne względy. Ale rzeczywiście Warszawy jako taksówki to było coś, co do dzisiaj wspominam. Fiat 125p to było auto luksusowe. Do dzisiaj pamiętam opowieść, którą zasłyszałem w pierwszej klasie podstawówki pewnego kolegi, który jakoś tak się złożyło, że chodził ze mną również do przedszkola i on opowiadał z fascynacją. Miał jakiegoś bogatego ojca.
Nie pamiętam już, czy ojciec był bardziej przy władzy, czy bardziej badylarzem. To nie ma znaczenia. Miał Fiata 125p i ten kolega opowiadał, jak to sunął z ojcem 100 na godzinę po drodze. Wiecie państwo, 100 na godzinę, kto jeździ samochodem, to wie dzisiaj, że to nie jest jakoś specjalnie ekscytująca prędkość. Ale wierzcie mi państwo, te Fiaty 125p jak jechały stówą, to już się to czuło. To były auta z zupełnie jednak innej epoki i w nowoczesnych autach setka naprawdę nie budzi żadnej ekscytacji. A w Fiacie 125p budziło ekscytację, bo nie dość, że się tę prędkość czuło, to jednak to już była tego rodzaju prędkość, w której integralność tego auta zaczynała budzić wątpliwości. Czy ono się na przykład nie rozpadnie? Bo wcześniej to wydawało się zawsze auto luksusowe, mięciutko jadące, w ogóle wspaniałe, ale kiedy dobijało setki i przekraczało tę setkę, to człowiek zaczynał mieć wątpliwości. Zupełnie inna motoryzacja.
[01:39:18] - Tak było. Panowie, jeżeli mówimy o samochodach, którymi jeździliście jako pasażerowie, to co z samochodami, którymi jeździliście jako kierowcy? Ja się tutaj nie mogę zbyt wieloma osiągnięciami pochwalić oprócz malacza i kilku innych prób, ale to wyjątkowo rzadkich, muszę powiedzieć. Ja też nie ukrywam, że ja się motoryzacją nie interesowałem zbytnio i szczerze mówiąc nie interesuję się teraz. Natomiast nabieram takiego sentymentu po prostu do aut, których już nie widać. W moim przypadku dodam tylko tyle, że ja tego malucha to jeszcze pamiętam bardzo długo. Tak naprawdę maluchy to zniknęły względnie niedawno, ale powiem wam, że ja je cały czas teraz widzę, że czasami on gdzieś wyskakuje na ulicę. Ale to wtedy mam wrażenie, że to są jednak fascynaci. To nie są osoby, które po prostu jeżdżą, bo muszą, tylko to są fascynaci, którzy mają takie maluchy. Jeszcze coś mi przyszło do głowy, bo tutaj mówiliśmy o autach osobowych, ale może mało kto pamięta, że w PRL-u także auta ciężarowe niekiedy służyły do celów pasażerskich.
To dziadek mi opowiadał. Zresztą to nawet można czasami zobaczyć gdzieniegdzie na kronikach filmowych, że ludzie podróżowali na pace jakiejś ciężarówki, na przykład jadąc, tutaj strzelam, do kościoła czy na pogrzeb. Pogrzeby się odbywały między innymi w ten sposób, że przewożono ludzi czasami na pace, jeżeli pogoda pozwalała. My sobie nie wyobrażamy dzisiaj, to znaczy my, kto pamięta, to pamięta, ale jak to się mówi, gimby nie znajo, co się działo w tej motoryzacji PRL-owskiej, jak to niekiedy wyglądało. Potem to się wszystko zaczęło bardzo mocno zmieniać. Lata 90. to już pamiętam, wchodzą samochody takie kojarzące się z totalną nowoczesnością typu Skoda Favorit. Wiele tych aut się przewinęło gdzieś tam przez moją świadomość. Dzisiaj do nich wracam z pewnym sentymentem, ale jest dużo kanałów na przykład, które poruszają ten temat. Motobieda, Złomnik.
Tam się zawsze pojawi coś takiego, co jest interesujące. Nie tylko ten żelazny zestaw maluch, fiat i tak dalej. Zresztą powiem szczerze, jeżeli ktoś jest fascynatem, to mógłby nam tutaj opowiedzieć naprawdę bardzo dużo odnośnie kolejnych modeli, kolejnych modyfikacji i tak dalej. My tutaj pewnie dzisiaj brzmimy jak kompletni profani i zostańmy przy tym, powiedzmy o wspomnieniach. Arturze, powiedziałeś już trochę, czym jeździłeś wtedy, a co ci się jeszcze zdarzyło, że tak powiem, jakim rodzynem śmigałeś z tamtego okresu?
[01:41:54] - Wiesz, za kierownicą to ja siedziałem w zasadzie na maluchu zdawałem egzamin na prawo jazdy, później na dużym Fiacie jeździłem. Natomiast powiem może o kilku takich rodzynkach ogólnie, bo wiesz, Warszawa M20 to też moje marzenie, bo jechała jak czołg, paliła jak czołg, ale ona budziła szacunek. Z kolei jeśli weźmiemy sobie na przykład Trabanta, to wiecie, łapki, linki, plastiki to wszystko. Przecież to był plastikowy samochód, a mimo wszystko to jechało. To był przecież silnik dwusów o takim charakterystycznym brzęczeniu komara. Kiedyś swego czasu jeszcze z kolegą jeździłem Wartburgiem 353, czyli krótko mówiąc Wartburg, czyli zemsta Honeckera. Bo z ciężarowych to był Ulbricht. Zemsta Ulbrichta to był Robur z kolei. To mówiono zemsta Ulbrichta na Robura, a z kolei na Wartburga zemsta Honeckera. Wartburg był piekielnie szybki jak na swoje czasy.
On wyprzedzał wszystko, co się ruszało, chyba tylko z wyjątkiem stacji benzynowych. Do tego, jeżeli jeszcze weźmiemy sobie przypomnimy Nysę i Żuka
[01:43:01] - Kto nie jechał, to tego nie zrozumie. Ja tym jechałem, oczywiście nie za kierownicą, ale obok, bo tata pracował w firmie i jak na budowy gdzieś jeździli, to też w Nysie albo w Żuku się jeździło. To były samochody, które miały twarde zawieszenie, miały skrzynię jak od czołgu i do tego miały dobre wrażenia akustyczne, jak w jakiejś maszynowni okrętu. Ale wydaje mi się, że chyba nawet jeżeli ktoś lubił Syrenę, to takim marzeniem była w niewielkim nakładzie wydana, normalnie na ulicach się bardzo rzadko pojawiała, Syrena Sport. To było marzenie. Mało kto widział to na żywo, ale każdy znał tą legendę. Tak na marginesie Syrena Sport to do dziś jest taki samochód widmo PRL-u.
[01:43:47] - Marku, jak to u ciebie było?
[01:43:50] - Rozmaicie. Powiem tak: były dwa rodzaje Wartburgów. Ja nie rozróżniam. Był jeden taki, który wyglądał jak stary amerykański samochód, miał takie wypustki różne i w ogóle był bardzo dziwny. A taki był z prostokątnymi światłami, wydawał się niezwykle nowoczesny. Też dryndał, bo to też był dwusób i to było marne auto, ale wydawało się niezwykle egzotycznie. Szczególnie ta nowsza wersja Wartburga nawet coś takiego miał przy reflektorach, że można było je ustawiać. Takie miał wypustki i takie małe wajchy i można tam coś było regulować przy reflektorach. Wiem, bo próbowałem. Tak wyregulowałem pewnemu gościowi na wczasach te reflektory, że ja nie wiem, czy one w ogóle cokolwiek oświetlały później po tej mojej regulacji.
No cóż, były wajchy, to trzeba było nimi kręcić. À propos Wartburgów wspomniał Artur o Roburze. Mam bardzo osobiste doświadczenie, bo Roburem wysłanym z rozgłośni radiowej tutaj w Bydgoszczy, gdzie pracował mój ojciec, jechałem z Bydgoszczy do Berlina na wycieczkę. Jeszcze widziałem ten mur, bo to był koniec lat 70. Mur wtedy był w rozkwicie, ponury, szary i paskudnie to wyglądało, ale tym Roburem jechało się w sposób przedziwny. Z jednej strony było sporo miejsca w tym Roburze, całkiem spora wycieczka, ale komfort jazdy tam był umowny. W dodatku myśmy wracali po dwóch dniach późną nocą, a właściwie nad ranem z tej wycieczki. Ta wycieczka odbywała się w miesiącach typu listopad, więc ciepło nie było, nawet bardzo nie było. Ten Robur miał ogrzewanie umowne, to znaczy cały ten autobusik marzł tam na potęgę. Ja już dostałem gdzieś tak o trzeciej nad ranem dreszczy, ale takich dreszczy, które usiłowały rozgrzać mój organizm.
Nie udało się to, ale na szczęście dojechaliśmy do domu. To takie moje osobiste wspomnienie o Roburze. To rzeczywiście była zemsta i ja nie wiem czyja, ale-
[01:46:24] - Ulbrichta. Robur to był zemsta Ulbrichta.
[01:46:27] - Tak, ale ktoś musiał się zemścić bardziej osobiście na mojej rodzinie, na ojcu, matce i mnie, skoro tego rodzaju doznania zafundował mi, czyli jazdę do Berlina i z powrotem. Ulbricht nie Ulbricht, nie było fajnie w tym Roburze. Mam wspomnienia związane z Nysą, Żukiem. Może najpierw o Żuku. Żuki to były najczęściej taksówki bagażowe i tam rzeczywiście normą było, że jedna osoba wsiadała z kierowcą w takiej taksówce bagażowej, a druga, jeśli jechała, to siadała na zwykłej ławeczce z tyłu, po prostu desce rozłożonej pomiędzy jedną burtą a drugą i siedziała i jechała. Dzisiaj to ludzie od kontrolowania, czyli policjanci, w ogóle od zasad ruchu dostaliby chyba apopleksji, jakby usłyszeli, że ktoś jedzie na tej pace i w dodatku na ławeczce, bez pasa. Coś nieprawdopodobnego! Ludzie jakoś przeżywali te jazdy. Sam to robiłem. Ale jest jeszcze jedna ciekawa rzecz.
Jeżeli oglądaliście może kiedyś serial „Podróż za jeden uśmiech”, tam też jest taka sytuacja, gdzie studenci wsiadają na pakę chyba Żuka. To była norma. Tak się jeździło. Sam to przeżyłem, bo będąc pod koniec lat 70. na obozie wędrownym, on był wędrowny, ale czasami ten odcinek do przewędrowania był jednak chyba zbyt długi jak na nóżki takiego 14-latka i gdzieś po 20 kilometrach człowiek czuł te swoje nogi bez szczegółów gdzie je czuł, każdy sobie to może wyobrazić. Więc kiedyś złapaliśmy takiego Żuka z paką i cały obóz wędrowny wpakował się Na tę pakę i te pozostałe 10 kilometrów już do schroniska podjechaliśmy i to była norma. To nikogo nie szokowało. Nikt nie ginął drastycznie. Może dlatego, że ruch był mniejszy. Sam nie wiem.
Te czasy minęły. Dzisiaj obostrzenia, dzisiaj to absolutnie niemożliwe. To Żuk. Ale mam też wspomnienia związane z Nysą. Nysa mnie fascynowała, bo to taki mały autobusik. To przynajmniej niektóre wersje Nysy. Mały taki autobusik, sporo siedzeń, fajnie się tym jechało. I proszę państwa, ja sobie wtedy wymyśliłem zupełnie niezależnie, nawet nie wiem, jak na to wpadłem, że z takiej Nysy można by zrobić coś, co dzisiaj nazywa się kamperem. Ja wtedy w życiu nie słyszałem o kamperze, a wpadłem na pomysł, że dałoby się oddzielić te dwa miejsca, może jeszcze jakieś jedno, w których siedzą pasażerowie od drugiej części, gdzie można by nawet jakieś spanko urządzić, może coś jeszcze. I tak na swój prywatny użytek wymyśliłem kampera.
Nie wiedziałem, że to się tak nazywa, ale to w końcu nie jest najważniejsze. To kamper. Ale chyba najbardziej hardcorowym przeżyciem była podróż z Bydgoszczy do Gdańska, do Trójmiasta samochodem marki Zaporożec. Powiedziałem, moja rodzina nie była zmotoryzowana, więc ojciec poprosił swojego dobrego kolegę, żeby nas tam zawiózł. Nie wiem, czy państwo wiecie, jak ten Zaporożec wyglądał. Ja państwu tego szczegółowo nie opiszę. Warto zajrzeć do internetu.
[01:49:59] - Przedziwnie powiem. Przedziwnie.
[01:50:01] - Tak. Przedziwnie. Miał takie dwie kieszenie, wloty powietrza z tyłu.
[01:50:06] - Tam chłodziło. Zresztą ja dodam, że Zaporożec to był jedyny ukraiński samochód, bo nazwa się wzięła od Zaporoża właśnie i ta cała firma potem jeszcze funkcjonowała na Ukrainie. Teraz, w tej chwili to chyba było już przeniesione do Moskwy potem zostało, ale to była jedyna ukraińska marka.
[01:50:23] - Ja tak szybciutko skończę. Ta podróż z Bydgoszczy do Trójmiasta w końcu to nie jest tak wiele kilometrów, 150, 180 może kilometrów, pozostała podróżą niezapomnianą. To ustrojstwo ryczało, jakby dostało jakiejś choroby. Po prostu to było straszne. Ale dojechaliśmy. I jeszcze jedna rzecz. Paradoksalnie albo ten znajomy ojca miał dużo szczęścia, albo to był tak bezpieczny samochód, bo jakiś czas później ten sam samochodzik, który zawiózł nas do Trójmiasta, miał wypadek. Na czym polegał wypadek? Tak, ja to opiszę jak laik, bo jednak do końca przecież nie studiowałem przypadku. Chodziło o to, że jedno z kół zablokowało się, to znaczy przestało się kręcić.
Wyobraźcie sobie państwo, co się dzieje, szczególnie jeśli to jest koło napędowe. Co się dzieje, jak jedno z kół przestaje się kręcić? Samochód zachowuje się dziwnie, najczęściej wypada z drogi i z samochodu wióry zostały, a kierowca przeżył. Ten kolega mojego ojca przeżył w stanie nienaruszonym. Nawet w szpitalu nie był. Samochód nie tylko był do kasacji. On był po prostu, przestał istnieć. Przestał być czymkolwiek, co można by nazwać samochodem, czymś integralnym, jakąś całością. Rozsypał się po prostu w wyniku tego zablokowania koła, a jednak pasażer przeżył. Do dzisiaj się zastanawiam, to już mówiłem, czy miał tyle szczęścia, czy to był tak bezpieczny samochód.
Dodam tylko, że to, co powiedziałem na końcu, to jednak żart.
[01:52:07] - Jeżeli o te żarty chodzi, to motoryzacja w PRL-u to jest oczywiście mnóstwo anegdot. Tu różnego rodzaju przydomki już były wspominane, ale były też takie historie z życia wzięte, legendy miejskie. Kto nie słyszał o tym, że na przykład właściciel Trabanta czy Malucha wsiadł nie do swojego auta, bo pomylił, bo na parkingu stało kilka podobnych. No i kluczyk pasował, wszystko pasowało. Okazało się, że to nie jego auto, ale mógł odjechać. Czy znacie podobne anegdoty jakieś? A może takie z życia wzięte jeszcze jakieś związane z autami z PRL-u, Arturze?
[01:52:42] - Na przykład takie powiedzenie, że kierunkowskaz był na sznurek, bo przykładowo w Trabancie, w Syrenie, no i też w niektórych Wartburgach te linki do kierunkowskazu potrafiły się urwać. No i prawdziwa taka metoda była, że po prostu wystawiasz rękę przez okno i machasz, no nie? Albo jeżeli chodzi o Malucha, no to było takie powiedzenie, że nigdy nie wiesz, ile masz paliwa, bo Maluch miał taki wskaźnik i ten wskaźnik praktycznie żył własnym życiem. W ogóle wielu kierowców trzymało przy sobie taką jakąś listewkę albo drucik, który wkładali do baku, żeby sprawdzić, ile tego paliwa faktycznie jest. Co jest też ciekawe, myśmy mieli Syrenę i tam pokutowało takie stwierdzenie, że istnieje grzanie zimą. No bo w Syrenie nagrzewnica była tak dobra, że potrafiła po prostu nie być podłączona powiem. I bardzo często zimą jechało się w tej Syrenie albo w rękawiczkach, czapkach z jeszcze zamarzniętą szybą, którą otwierało się taką skrobaczką podczas jazdy. Tak jak już powiedziałem, Maluchem Polacy dojeżdżali nawet do Portugalii, ale mówiono, że Maluch to jest samochód na pięć osób, bo takie realne rekordy, które były, to było pięć osób dorosłych plus dwójka dzieci. No a szczerze mówiąc, bagażnik to już w ogóle ten koszmarny bagażnik na dachu w Maluchu był. Co tam, nie wiem, dziesiątki walizek były na tym dachu i oczywiście Maluch jechał, bo jechał wolno, ale jechał, no nie?
Inna taka anegdota, która mi się zawsze kojarzy, to w wyposażeniu każdego kierowcy praktycznie zawsze musiał być młotek, no bo niektóre...
[01:54:21] - ... części w PRL-u montowano taką, bym powiedział, metodą troszeczkę udarową, że jak nie działa, to po prostu uderz młotkiem. I co jest też ciekawe, nie wiem, czy pamiętacie, ale były takie sytuacje dotyczące zamarzających gaźników, gdzie zimą kierowcy ogrzewali gaźnik zapalniczką albo jakąś butelką z gorącej wody. Dziś być może te metody są dosyć absurdalne, ale wtedy one faktycznie funkcjonowały.
[01:54:50] - Tak, to się nazywało kopciuch. Kopciucha się robiło nie tylko do osobówek. Przede wszystkim ja go pamiętam do ciężarówek w mroźne zimy. Dużo było różnych historii, dużo się historii nasłuchałem o tym, jak się coś komuś popsuło w drodze i szczerze mówiąc, zawsze to było wspominane z jakimś uśmiechem. Ale tak na dzisiejsze czasy patrząc, to wyobraźcie sobie, że jedziecie jakimś gruchotem kilkaset kilometrów od domu i wam się psuje to auto. I ani nie macie telefonu, no bo wiadomo. I co wtedy? Wiadomo, takie były czasy, ludzie sobie musieli radzić, ale zobaczcie, wy to wiecie, ale myślę, że dzisiaj dużo młodszych osób nie docenia komfortu, który my dzisiaj mamy w stosunku do tego, co było. Przecież tak naprawdę te auta się często psuły na potęgę. I nie tylko te ciężarówki.
Ta anegdota o tym, ile osób się może zmieścić do malucha, to też jest taka ruchoma anegdota, bo tam padają czasami zastraszające liczby od 18 do 27 osób. Na YouTubie można zobaczyć próby bicia rekordu. Oczywiście bardzo szczupłe osoby się zmieszczą. Dzisiaj maluch, Marku, to mi się wydaje mocno klaustrofobiczny. Ja nie wiem, jak bym się zmieścił, acz muszę ci powiedzieć taką sytuację, którą pamiętam sprzed wielu lat. Ja do liceum chodziłem, pamiętam, stałem na przystanku i maluchem jechał pewien pan. On tutaj mieszkał w okolicy. On już nie żyje. I ten pan był strasznie przy tuszy. On był wielki i był gruby po prostu i miał malucha.
I on jak tym maluchem jechał w lato, i to nie są żarty, ja to widziałem, on sobie jedną rękę wystawiał, żeby mu było chłodno i prawie trzymał praktycznie za próg w tym maluchu i jechał. Jak on z tego wychodził, to nie mam pojęcia. Ten maluch był pełny. Po prostu był pełny, a jednak jeździł i chłop sobie dawał radę i chwała mu za to. Jakieś anegdoty jeszcze?
[01:56:50] - Ja jeszcze może powiem dwie z życia wziętych, bo pamiętam, że za moich czasów w ogóle maluch miał to okrutne trójkątne okienko z przodu, które się inaczej otwierało. Nie przez korbkę, tylko tam się przez taki pihajster otwierało. Ale kiedyś za moich czasów była taka anegdota, był taki dowcip, że firma z Bielska-Białej miała stworzyć malucha dla dresiarzy. I on miał być tak wąski, żeby dresiarz mógł przez dwa okna wystawić łokcie. Natomiast w pewnym momencie zrezygnowali z produkcji tego malucha dlatego, że na tylnej szybie nie mieścił się napis „Pionier". I to była też anegdota właśnie na temat tych maluchów i tego zimnego łokcia do chłodzenia. A druga rzecz, która z życia wzięta jest, to pamiętam, kiedyś rozmawiałem z jakimś księdzem. On opowiadał mi, że za jego czasów oni pojechali na parafię jako klerycy i jeden miał z nich malucha. I chyba tam w siedmiu czy ośmiu wsiedli do tego malucha. Ubili się, ale wsiedli, siedem osób chyba.
I jechali tym maluchem i policjant ich zatrzymał. Policjant ich zatrzymał, patrzy ten maluch taki napakowany. Tam było chyba z siedem osób, siedziało w tym maluchu i chciał im mandat wlepić. A oni mówią, że nie, proszę zrozumieć, my teraz wracamy, bo to jest niedziela. W poniedziałek oni wracali, a dzień wcześniej byli w niedzielę i były Zielone Świątki. I oni mówią: musieliśmy być tam na tej parafii, bo Zielone Świątki były. Ten policjant tak udawał mądrego i tak mówi: chwileczkę, chwileczkę, sprawdzimy. Wziął radiostację i mówi: czy to prawda, że wczoraj były Zielone Świątki? To są dwie anegdoty, które mi się z maluchami kojarzą ogólnie.
[01:58:31] - Marku?
[01:58:33] - Tych anegdot całkiem sporo. Ja może jeszcze na chwilę do malucha. Maluch to było auto, które przeżyłem. To znaczy kiedyś miałem malucha i to jeszcze nie tego odpalanego kluczykiem, tylko maluch w starszej wersji miał takie dwie wajchy gdzieś tam w pobliżu drążka zmiany biegów i jedna z tych wajch służyła do odpalania. Ciągnęło się to po prostu w górę i maluch wtedy kaszlał, kaszlał, kaszlał i zaskakiwał. Tylko trzeba było pamiętać o jednym. Maluch miał ssanie. Trzeba było najpierw wcześniej tą drugą dźwigienkę podnieść, żeby ta mieszanka była odpowiednia i później pamiętać, że po jakimś czasie trzeba powoli tą dźwigienkę było opuszczać. Zatem było to auto wymagające jednak pewnej czujności, bo nie można było zapomnieć o tym ssaniu, ponieważ konsekwencje były Przykre, ale maluch to było też auto, w którym notorycznie psuły się światła. Tam była płytka w tylnych światłach, która regularnie miała przebicie i na przykład włączaliście państwo kierunkowskaz, a migała lampka od stopu czy pozycyjna, już nie pamiętam.
I tam różne cuda się z tymi lampami działy. Kiedyś to było tak, że stanąłem na parkingu i facet biegnie do mnie: „Panie, panie, pan ma źle światło”. No to cóż, wziąłem, odkręciłem światło. Pan mi poradził, żebym tam troszeczkę papierkiem przetarł. Ja nawet nie wiem, skąd miałem papierek ścierny w tym samochodzie. Dzisiaj pewne rzeczy się zacierają. Miałem papierek ścierny, przetarłem płytkę i nagle światła były jak nowo narodzone. W ogóle o maluchu, o jego naprawach. Ja jestem antytalentem, jeśli chodzi o naprawy maluchów, a jednak radziłem sobie. Kiedy stanął mi kiedyś w drodze, to go naprawiłem po prostu.
Nie będę opowiadał szczegółów, ale silnik malucha był na tyle prosty, że nawet ktoś taki jak ja, całkowicie odporny na wiedzę, dalej sobie państwo dopowiedzcie, odporny na wiedzę motoryzacyjną był go w stanie naprawić. O jednej rzeczy trzeba było pamiętać. W maluchu bardzo często psuł się rozrusznik. Nie odskakiwał i później brzęczało, brzęczało. Trzeba było mieć kijek, trzeba było tam pchnąć w odpowiednie miejsce, odskakiwała ta wajcha i już rozrusznik nie pracował jednocześnie, ale i tak on dosyć szybko się niszczył przy takim użytkowaniu. Warto powiedzieć jeszcze, to może nie jest anegdota, ale w PRL-u trzeba było być człowiekiem czujnym, jeśli chodzi o stacje benzynowe, ponieważ to nie było tak, że każda stacja, rzut kamieniem i następna stacja. Było tak, że jak się wyjeżdżało z Bydgoszczy i jechało na przykład do Warszawy, to trzeba było być naprawdę dobrze zorientowanym, gdzie są stacje. W dużych miastach to oczywiste, że kilka takich stacji było, ale ja tylko przypomnę, że pomiędzy Bydgoszczą a Warszawą na przykład jest jedno naprawdę duże miasto, czyli Toruń, po 50 kilometrach, a potem są miasta niewielkie typu Lipno, typu Sierpc, typu Płońsk. I trzeba było być naprawdę czujnym i wiedzieć, ile ma się tego paliwa w baku, bo jak się tego nie pilnowało, to konsekwencje były oczywiste po prostu. Z Fiatem 126p i z dowcipami wiąże się takie moje wspomnienie.
Otóż władza w PRL-u, ponieważ wiedziała, co daje ludziom, czyli tego Fiata 126p, który miał zmotoryzować Polskę i zrobił to, ale jednocześnie był autem, powiedzmy delikatnie, niedoskonałym, to żeby go dobrze marketingowo, wtedy w ogóle nie było takiego pojęcia marketingowo, ale żeby go dobrze rozpowszechnić, wyszedł tomik w olbrzymim nakładzie, tomik dowcipów o Fiacie 126p. Były tam dowcipy różnej jakości, z tych najmarniejszych: Dlaczego Fiatów 126p nie maluje się na przykład na czerwono? Żeby ktoś nie pomyślał, że straż pożarna ma młode. To były tej klasy dowcipy, ale były. Była cała książeczka na temat Fiata 126p, tej wspaniałej produkcji motoryzacyjnej PRL-u.
[02:03:22] - Tak, pewnie jak sięgniemy głębiej, odkryjemy lepsze historie jeszcze. Różne historie, może nie lepsze, a takie pokazujące, jak to wyglądało. Może nasi słuchacze mają jakieś opowieści rodzinne związane z tym, co się działo, bo oczywiście to nie ograniczało się tylko do aut z tej najsłynniejszej grupy. Różne rzeczy też się działy z tymi mniej popularnymi, typu Zastava, typu Skoda i tak dalej. Ale panowie, tak już na koniec, jakie były plusy, a jakie minusy tych retro samochodów? Bo dużym plusem było to, o czym Marek mówił. Pewna prostota konstrukcyjna. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że dzisiaj z byle usterką sobie w skomplikowanym aucie nowym nie poradzisz tak naprawdę. Musisz iść do serwisu, musisz iść do mechanika. A wszyscy pamiętamy, jak to wyglądało w maluchu na przykład.
Rynek był zawalony częściami, były nawet różnego rodzaju modyfikacje, konstrukcje. To się chyba nazywało turbinka Kowalskiego, jeżeli dobrze pamiętam. Czyli takie usprawnienia tego malucha różnego rodzaju. I jakie były jeszcze plusy dodatnie i jakie były plusy ujemne, Marku, tamtej motoryzacji?
[02:04:43] - Muszę powiedzieć, że jeden z tych plusów wymieniłeś. To były proste konstrukcje, konstrukcje gaźnikowe, żadnych wtrysków, żadnych tam cudów. Gaźnik to było proste, ale skuteczne rozwiązanie, czasami wkurzające, ale ja jeszcze się załapałem na samochody gaźnikowe. To były moje pierwsze samochody. Dało się z tym żyć. Wtrysk najpierw jednopunktowy, później inne. To już była inna szkoła jazdy i tak jak powiedziałeś, tego się już nie da przy pomocy- Pewnej zmyślności naprawić. Cóż, jeśli chodzi o plusy i dodatnie ujemne, to myślę, że ta motoryzacja budziła więcej radości. Samochód w rodzinie PRL-owskiej to było wydarzenie. Naprawdę było wydarzenie.
Dzisiaj to jest pewna powszedniość. Jeden samochód, drugi samochód, oczywiste, kolejny i tak dalej. Wtedy w rodzinie to było święto. Jak ktoś miał samochód, ktoś kupił na giełdzie, wylosował, mógł nabyć, to było coś. Poza tym dla niektórych samochody w PRL-u miały jeszcze jeden plus. Kiedy człowiek go kupił, dostał na talon, tak naprawdę kupił na talon, bo talon to było prawo do kupienia samochodu, żebyśmy mieli pełną jasność, to kiedy wyjeżdżał za bramę serwisu, w którym kupił, to ten samochód zyskiwał na wartości. Dzisiaj się to może wydać absurdalne. Dzisiaj, kiedy wyjeżdżamy z salonu, to on w momencie przekroczenia bramy już traci na wartości, a wtedy zyskiwał. Wtedy człowiek, który mógł samochód nabyć, stawał się ni stąd, ni zowąd bogaczem. I to była zastanawiająca, nieco wesoła charakterystyka tej motoryzacji PRL.
Ale to już odeszło.
[02:06:43] - Arturze?
[02:06:45] - Wiele rzeczy już powiedzieliście. Ta prosta konstrukcja polegała na tym, że naprawiasz to auto sam, nawet pod blokiem. A spróbuj w dzisiejszych czasach wymienić żarówkę w Citroenie. To graniczy z cudem. W wielu firmach z wymianą żarówki musisz jechać do serwisu. Przede wszystkim były tanie części, bo trafiało się zawsze na coś albo od ruskiego, albo od znajomego, albo gdzieś z giełdy. Wtedy były bardzo popularne giełdy samochodowe zresztą. Dodatkowym plusem było to, że każdy z tych samochodów miał wyjątkowy klimat, bo każdy miał swoją duszę i miał swój charakter. Co więcej, niska prędkość była równoznaczna z wysoką emocją, bo 80 kilometrów na godzinę to było już przeżycie, bo ten samochód aż się trząsł cały. 100 kilometrów na godzinę to już w ogóle była ekstaza, a 120 to był jakiś taki odważny eksperyment.
Co więcej, plusem na pewno była taka uniwersalność, bo auta służyły do wszystkiego. Do podróży, do przeprowadzek, do przewożenia ziemniaków, do zakupów w Pewexie, do jeżdżenia po weselach. Praktycznie do wszystkiego one były użyteczne. Natomiast minusem tych samochodów była przede wszystkim, wydaje mi się, awaryjność, bo czasami częściej się stało, niż się jechało. Niska jakość wykonania tych samochodów, bo czasami w niektórych samochodach malowanie ich odbywało się wałkiem. Na pewno było słabe zabezpieczenie antykorozyjne, dlatego niektórzy lubili trabanty, bo one były z plastiku i nie rdzewiały. Natomiast w tych innych samochodach rdzewiało praktycznie wszystko. Progi, podłoga, nadkola, nawet czasami klamki rdzewiały. Minusem też na pewno była ta potężna przepaść technologiczna pod względem nas, blokiem wschodnim a Zachodem, bo te auta z RFN-u czy Francji wyglądały jak samochody z innego świata. Minusem był brak mocy, dlatego że jeżeli górka miała wystarczy 5%, to już czasami było naprawdę nie lada wyzwanie, żeby tym samochodem się tam wdrapać na tą górkę.
I przede wszystkim minusem było w niektórych przypadkach gigantyczne spalanie, bo na przykład taki Wartburg albo taka Warszawa potrafiły czasami łyknąć 12-14 litrów jak nic na setkę. I to były minusy. Ale ja na przykład mówię, ja na emeryturze chcę kupić sobie syrenkę. Nie oznacza to, że będę nią wszędzie jeździł, bo bym zbankrutował, ale czasami myślę, że mówię, obowiązkowo kupić taką syrenkę, gdzie ta gałka do biegów byłaby taka z pleksy na końcu, z takim samochodzikiem tandetnym. I z tyłu na tylną szybę ten pies z tą kiwającą głową. To jest moje takie marzenie i mój plan na emeryturę, mimo wszystko.
[02:09:26] - Proszę państwa, i tak nieuchronnie dobrnęliśmy do końca dzisiejszego sentymentalnika. Ja sobie zdaję sprawę, że Artur, Piotr i ja właściwie naruszyliśmy temat. Nie jesteśmy w stanie go wyczerpać. Można by taki apel właściwie, który już tu częściowo padł, żebyście państwo à propos motoryzacji być może jeszcze podsunęli jakieś tematy szczegółowe. Ja sobie na przykład przypominam, że mistrzem rdzewienia, Artur powiedział przed chwilą o tym rdzewieniu, to mistrzem rdzewienia było auto z dalekiej Rumunii. Dacia po prostu rdzewiała w oczach. Naprawdę, to co się działo z Dacią, to było rdzewienie na czas. Nie powiedzieliśmy dzisiaj właściwie nic o Wołgach. To były auta, znowu pamiętam dwa modele tej Wołgi. Jedno takie właśnie bardzo amerykańskie jak z lat 50.
A później była inna, nowsza Wołga. Obie te Wołgi miały swoje tajemnice, swoje jakieś takie ciekawe zakamarki, tak bym to ujął. Ale dobrze, nie będę się rozpędzał. Chodzi o to, żebyście państwo być może zaproponowali jeszcze jakiś appendix do dzisiejszego odcinka, jakieś uzupełnienie, którym można by jeszcze jakieś tematy dotyczące PRL-owskiej motoryzacji poruszyć. A teraz już pięknie dziękuję, Arturze.
[02:11:03] - Dzięki ogromne.
[02:11:04] - Pięknie dziękuję, Piotrze.
[02:11:05] - Również wielkie dzięki.
[02:11:07] - No i proszę państwa, do usłyszenia w kolejnym sentymentalniku. Proszę państwa, zgodnie ze zwyczajem, który się już jakoś utarł od pewnego czasu, to jest ten moment, kiedy zapraszam państwa na spory Trwający około półtorej godziny dzisiaj kącik literacki. Opowiadania, które dzisiaj są zaprezentowane, oczywiście pochodzą z audycji ABW, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty sprzed wielu lat, a zaprezentujemy dzisiaj opowiadania Karola Matlachowskiego „Ślubując normę", Kamili Ciołko-Borkowskiej „Przyjaźń w czasach zarazy", Hanny Leyer „Wigilia kuriera", Kamila Burego to opowiadanie „Pisarz przyszłości" i opowiadanie „Prawda", którego autorem jest Marek Kolender. Serdecznie państwa zapraszam.
[02:12:10] - Karol Matlachowski „Ślubując normę": „Facet miał ewidentnie ściśnięte gardło” – pomyślał komisarz Pastuszka, patrząc na zwłoki. Było to spore niedopowiedzenie. Sztuczna dłoń zmieniła krtań mężczyzny w krwawą mięzkę wyciekającą spomiędzy kurczowo zaciśniętych palców. Gdyby nie to, sprawa wyglądałaby na zwykły wypadek z zakrztuszeniem lub otruciem w Rollingównej. Robert zmarszczył brwi. Od tygodnia miał spokój. Tylko dwie kradzieże motocykli do łatwego wyjaśnienia. A tu bez ostrzeżenia taka zagadka. Ostatnie śledztwo dotyczące morderstwa prowadził jakieś pięć lat przed wielkim przełomem, więc trochę zardzewiał, jeśli chodzi o ten dział policyjnego rzemiosła. „Kogo tutaj mamy?” – zapytał aspiranta Patyka, będącego wcześniej na miejscu zdarzenia.
„Ofiara to Sebastian Lotawiec, lat 40. Bardzo bogata kartoteka. Można wręcz powiedzieć, że był stałym gościem na komendzie w Bytomiu” – pośpieszył z wyjaśnieniem blondyn w czerwonych lenonkach i krzykliwym bakłażanowym garniturze. „Dwa miesiące temu go wypuścili ze sztumą”. „Pewno mieli z nim wesoło.” Jeszcze raz rzucił okiem na zwłoki. Kawał chłopa, co najmniej dwa metry wzrostu, sto kilo wagi i ramię niczym u kulomiota, ale nawet ono nie potrafiło oderwać mechanicznej ręki, gdy ta przywarła do gardła. „Patolog widział zwłoki?” „Widział. Nic więcej niż sami widzimy, nie powiedział, ale dla pewności sprawdzi, czy gościa nie otruto. Ale mała szansa, żeby jakaś toksyna wywołała taki efekt. A i przy okazji, Robert...” „No?” „Kazał ci przypomnieć, że dalej wisisz mu stówkę.” Komisarz usiadł na jedynym wolnym krześle.
Jak przystało na mieszkanie robotnika kontraktowego AgroChemii S.A., umeblowanie było bardzo spartańskie. Dwa krzesła, stolik z laptopem, przy którym biedził się jakiś technik, sofa nakryta musztardowym kocem. Szare ściany naznaczone tu i ówdzie malowniczym zaciekiem. Wysoki standard mieszkaniowy dla klasy robotniczej w roku 2086. Komisarz nawet nie chciał zaglądać do łazienki i kuchni. Niech młody się wykaże i idzie pokopać w tym syfie. „A gdzie on jest?” „Na dachu. Na fajka poszedł.” Komisarz ciężko westchnął. Urok pracy w państwowej służbie, gdzie płacą za mało, więc zostają najgorsi albo, co rzadsze, ideowi. Jako najwyższy stopniem musiał postarać się sprawić pozory, że zachowano choćby pozorny profesjonalizm.
„Sprawdźcie dokładnie całe mieszkanie jeszcze raz. Może ktoś mu jednak pomógł odejść ze świata. Sąsiedzi coś widzieli?” „Nic. Tylko ci spod ósemki. Zaraz, jak im tam... ” Podrapał się po głowie patyk. „Mrowce. Jan i Dorota. Usłyszeli, jak denat się tłucze i charcze o pomoc, więc jako jedyni ruszyli dupy, by pomóc. Facet wyważył drzwi i próbował zablokować sztuczną kończynę, a kobieta próbowała ją odłączyć warunkowo, co się nie udało, więc wezwała karetkę i policję.” „Dobra, to dopilnuj, żeby tutaj wszystko było załatwione jak należy, a doktorowi Kozikowi powiedz, że stówkę dostanie po sekcji zwłok.
Ja pójdę przepytać tych Mrowców.” Robert był zaciekawiony. Generalnie w mieście obowiązywała zasada, że dopóki coś się nie dzieje w twoim mieszkaniu, to każdy ma to w głębokim poważaniu. A tutaj nagle dwie osoby się wyłamują ze schematu. „Jeszcze osiem i może nawet będzie się tutaj dało żyć” – pomyślał ponuro komisarz, stając przed białymi drzwiami. Zapukał i po chwili otworzyła mu drzwi pulchna dziewczyna o dziwnych, wielobarwnych włosach. „Komisarz Robert Pastuszka, Komenda Powiatowa Policji w Pszczynie. Chciałbym zadać parę pytań w sprawie dzisiejszego zgonu.” Bez słowa wpuściła go do środka. Mieszkanie nieco mniej ubogie i znacznie czystsze. W szarym salonie znalazło się miejsce dla wersalki, dwóch foteli, stolika i telewizora pamiętającego czasy, kiedy HD wcale nie było standardem. Usiedli oboje naprzeciwko niego.
Wielki, zwalisty mężczyzna ze wszczepami wizyjnymi w miejscu oczu i kobieta, która jak teraz zauważył, zamiast włosów miała wielobarwne włókna z syntetyków zmieniające kolor. Robert postanowił przełamać lody. Tytułem wstępu: rozmowa ta jest nagrywana, a moja pozycja geolokalizacyjna i funkcje życiowe rejestrowane i przesyłane do centrali. W przypadku zaniku sygnału na ten adres zostanie wysłany oddział prewencyjny. Wszystko zgodnie z rozporządzeniem MSWiA z dnia 23 lutego 2077 roku dotyczącym lokalizowania zaginionych funkcjonariuszy. Czy niniejsze oświadczenie jest zrozumiałe? Tak. Odpowiedzieli oboje jednocześnie. Dobrze. Na początek proszę opowiedzieć o całej sytuacji od początku.
Opowiadaliśmy już temu w fikuśnym garniturku — burknął mężczyzna. Robert czuł się nieco nieswojo patrząc na niego. Szczep był starej daty, bo zajmował większość oczodołu i przypominał taflę czarnego szkła zmąconą drobną siatką heksagonalnych wzorków. Śledczemu przypominały oczy jakiegoś monstrualnego owada, który dla mipoznaki ubierał znoszone dresy i założył ludzką skórę. Wiem, ale chciałbym, byście to jeszcze raz opowiedzieli. Może zapomnieliście wspomnieć o jakimś detalu, który może być kluczowy — odpowiedział gładko policjant. Jan może i by się jeszcze pokłócił, ale uprzedziła go Dorota, łapiąc go za dłoń. Koło 19:00 akurat zbieraliśmy się do oglądania „Spalonej”. Miała lekko zachrypnięty, twardy głos. Jej włosy nagle zmieniły kolor z granatu na popiół.
Usłyszeliśmy nagle, jak ktoś na korytarzu mocno rąbnął w drzwi, ale nie w nasze. Początkowo uznaliśmy, że Sebek znowu ma jakieś dziwne odpały. Dziwne odpały, kurwa mać! Znowu pewnie przyjął kielicha albo dwa — parsknął Jan, krzywiąc się pogardliwie. Sebek? Znaczy, był waszym bliskim znajomym? Nie, małżonka mówi tak o wszystkich swoich pacjentach. Kaziu, Stasiu, Maciuś — wyjaśnił, machając niedbale ręką Jan. Widząc zdziwione spojrzenie gliniarza, szybko dodał: Jest pielęgniarką w punkcie opatrunkowym w agrochemii. Miesiąc temu przyjęto go za zwykłego robola i wylądował u niej dwa albo trzy razy.
W końcu kazano mi mieć na niego oko, czy nie próbuje bumelować albo kraść leki z sanitarki. Dosłownie — pomyślał Robert, patrząc w te owadzie ślepia. Jest pan tam ochroniarzem? Tak. Dziwiliśmy się wszyscy, że przyjęli chłopa, i to z taką kartoteką. Ale to ponoć firma teraz wprowadziła jakiś program pomocy dla zresocjalizowanych w powrocie do społeczeństwa. Dać robotę i mieszkanie i liczyć, że delikwent nie opierdoli hali, jak nikt nie będzie patrzał albo- Wracając do tematu — szybko wpadła mu w słowo Dorota. Przepraszam najmocniej. Mąż jeszcze niezbyt wierzy w resocjalizację. Robert wzruszył ramionami na znak, że nie chowa urazy.
Blisko 50 lat pracy w mundurówce skutecznie nauczyło go podobnego braku wiary. Normalnie byśmy to olali, bo w tym bloku średnio raz w tygodniu ktoś się upija i robi burdy. Ale nagle zaczął tak strasznie krzyczeć i charczeć. Nie mogłam tego tak zostawić. Musieliśmy coś zrobić. Z popiołu kolor przeszedł do akwamaryny, zieleni i skończył na srebrze. Mąż pobiegł do jego mieszkania, ale drzwi były zamknięte na klucz, więc je wyważył. Ja w tym czasie wezwałem erkę. Facet rzucał się po podłodze i próbował oderwać tą protezę, to próbowałem mu pomóc. Równie dobrze mógłbym wyrywać betonowy słup, tak mocno chwycił.
Sploty mięśniowe tak się zaciśniły, że nie szło nawet szpilki wcisnąć. Wydarłem się na żonę, żeby pomogła odłączyć tą rękę. Jak? — zapytał od niechcenia Robert. W kwestiach techniki wszczepów był więcej niż dyletantem, z czego jednak był bardzo dumny. Każdy model wszczepu ma moduł pozwalający na szybkie odłączenie kończyny. Najczęściej jest to panel z przełącznikiem na spodzie ramienia. Sebek miał wszczep firmy Glass Detirof wersja 8, więc panel do odcięcia powinien się znajdować bliżej pachy — wyjaśniła Dorota, a jej włosy na moment błysnęły czerwienią. Ale on w ogóle tego przełącznika nie miał. Pracowałam sześć lat w klinice cybernetycznej, więc trochę takich rzeczy się naoglądałam.
Mogliśmy tylko patrzeć, jak się dusi. Komisarz podrapał się po nosie. Bardzo państwo pomogli. Oczywiście będą musieli to państwo jeszcze raz powtórzyć na komendzie, ale o tym powiadomimy w stosownym czasie, jak będzie coś więcej wiadomo. Póki co dziękuję za rozmowę. Wychodząc, mruknął życzenie miłej nocy. W mieszkaniu ofiary dalej krzątali się technicy i Patyk, ale widać było, że raczej już kończą zmianę. Panie komisarzu, zabezpieczono laptopa ofiary, ale prócz pornoli i nielegalnego oprogramowania rozrywkowego nie ma na nim nic ciekawego. Lokum ofiary czyste, nic, do czego można by się przyczepić. Zwłoki zaraz zabiorą do kostnicy.
W porządku. Kiwnął głową Robert. Mareczek, powiedz mi, masz coś ważnego do zrobienia dzisiejszej nocy? Nie? To fajnie. Więc dowiesz się wszystkiego o tej sztucznej rączce z naciskiem na to, skąd ją ma, gdzie mu ją zrobili, co ona potrafi. Sprawdzisz listy A i B z rejestru biorców Ministerstwa Zdrowia i czy facet jest tam zarejestrowany. To trochę dziwne, że ma taki kawał blachy zamiast ręki, nie śmierdząc przy tym groszem. Jak już to zrobisz, oddaj ją i laptopa cudakom z cybernetycznego. Niech oni się z tym pomęczą.
Sprawdzamy możliwość zdalnego zabójstwa? Tak Ja idę do domu i nie ważcie się mnie budzić przed dziesiątą. O 12:00 do gabinetu z napisem R. Pastuszka i M. Patyk wmaszerował dostojnie komisarz. Szary garnitur, niebieska koszula i prążkowany niebieski krawat bardziej upodabniały go do emerytowanego urzędnika bankowego niż gliniarza z wydziału kryminalnego, z czego Robert był bardzo zadowolony. „Po cholerę ty jeszcze przychodzisz do roboty?” – burknął Marek, patrząc na niego ponuro. – „Od czterech lat powinieneś siedzieć na emeryturze i chodzić do kościółka na rano, a nie babrać się w tym syfie. Tak kochasz tę robotę?” „Nie, jeszcze mniej kocham siedzieć samemu w mieszkaniu, gdzie nikt na mnie nie czeka” – westchnął Robert. Ta rozmowa powtarzała się co tydzień od trzech lat, kiedy to zaczął pracować z Patykiem.
– „A póki płacą takie mierne pieniądze, to nikogo lepszego tu nie zatrudnią, więc co roku proszą mnie, bym został. Przynajmniej jak w końcu odejdę na garnuszek ZUS-u, to będę miał troszkę lepsze świadczenia od tych, co szli wcześniej”. „Ale ty masz już ponad siedem dyszek na karku”. „A wyniki mam lepsze od młodych. I nie mówię tu o sprawnościówce, bo od szybkiego biegania mam takiego kabana jak ty. Do tego zresztą się bardzo dobrze nadajesz. Gorzej z myśleniem, ale to problem wszystkich was młodych”. „Kurwa, dziadek, nie zaczynaj”. „Co nie zaczynaj? Myśli kadet jeden z drugim, jak napcha do głowy chipów z wiedzą kryminalistyczną i chuj wie jaką, oczy sen zastąpi lunetą snajperską, podrasuje rączki i nóżki, to może zgrywać wielkiego detektywa, pogromcę zbrodni, glinę ostatecznego.
Odebrać mu to, to będzie z niego zwykły frajer bez jakiejkolwiek wiedzy i z kawałkiem chromowanej blachy jako kikuty”. „Ja nie mam i radzisz sobie tylko dlatego, że cię ciągnę za uszy. Nie wpakowałeś w siebie żadnego okablowania i tylko dlatego wyciągnąłem cię z komisariatu w Pawłowicach. A za sam ubiór powinieneś znowu tam wrócić. Co to za okulary?” Kłótnię przerwał dzwoniący telefon. Aspirant szybko wykorzystał okazję do przerwania kłótni, odbierając go. Jednak im dłużej słuchał osoby po drugiej stronie, tym bardziej smętniał. Robert wyczuwał, że to będzie kolejny pracowity dzień. W końcu młodszy mężczyzna odłożył słuchawkę. „Kolejna sprawa dla nas”.
„Jak źle jest?” – zapytał komisarz, drapiąc się po głowie. „Wyłowili jakąś nastolatkę z Pszczynki, niedaleko tego mostku na Tkackiej. Wszystko wskazuje, że prawdopodobnie sama tam wpadła”. „Dobra, jedziemy tam. Przy okazji mi opowiesz, co ustaliłeś”. Dobra, więc facet stracił rękę po tym, jak napadł na jakiś spożywczak, bo podczas akcji patrolu policji jakiś kadet spanikował i mu ją odstrzelił. Pięć lat wyroku przebimbał w zakładzie karnym w Sztumie i to bez ręki. Potem wychodzi z paki i 24 kwietnia 2086 roku dokonuje wpisu w rejestrze B wśród ludzi dobrowolnie poddających się zmianom cyberchirurgicznym. Zgłasza posiadanie protezy Glass Detyrowa wersja 8 o numerze seryjnym 320003958746, co zatwierdza osobiście lekarz przeprowadzający operację, czyli doktor Jakub Burski. Ta proteza nie jest jednak typowa, ponieważ zostały zmodyfikowane sploty mięśniowe i zwiększono siłę zgniatania.
Dodatkowo usunięto możliwość awaryjnego odłączenia. Nawet wcisnęli jakiś programator. „Co to jest, kurwa, programator?” „Moduł pozwalający automatyzować pracę wszczepu niezależnie od działań nosiciela za pomocą specjalnego programu” – westchnął poirytowany Patyk. – „Dla ręki będzie to wkręcanie żarówek, wbijanie gwoździ, kręcenie zaworem, masaż, onanizm czy inna prosta, powtarzalna czynność. Ściągasz program, odpalasz i w tym czasie robisz sobie inną rzecz, podczas gdy ręka...”. „Dobra, dość”. Na twarzy Roberta pojawiło się obrzydzenie. „Co on miał wgranego w tym programatorze? Tylko nie mów, że...”. „Spokojnie.
Tin Can, który automatyzował siłę zgniatania w dłoni. Spece z cybertechnicznego będą się nad tym biedzić. Dobrze, że tutaj będzie inaczej. Zwykłe, proste samobójstwo. Dzień dobry, doktorze Kozik. Co? Jak to usmażony mózg?” Komisarz Pastuszka oczekiwał przed gabinetem głównej inżynier wydziału cybertechniki. Nie lubił tego miejsca, bo w odróżnieniu od reszty komendy to wyglądało jakby żywcem wyciągnięte z jakiegoś starego psychiatryka. Białe ściany z bladożółtą lamperią okute żelazem, niedbale pomalowane na biało drzwi i zakratowane okna. Technicy w piwnicach komendy mieli lepszy wystrój korytarza niż ona.
Pracując ponad 30 lat w wydziale przestępstw gospodarczych i urzędniczych troszkę go ominęła cała ta rewolucja związana z wielkim przełomem. Tam trzeba było tylko kopać w tonach dokumentów, zeznań, tabelek, wykazów, zestawień, decyzji, formularzy, zawiadomień i innych papierków, więc inwestowanie we wszczepy nie było konieczne. Bardziej liczyła się benedyktyńska cierpliwość i dobra pamięć. W końcu zza drzwi dobiegło zduszone: „Proszę wejść”, wyrywające komisarza z zadumy. Niepewnie wkroczył do tego zupełnie obcego świata. Rzędy szafek zawalone metalowymi częściami, pełne kabli i złączy z wkrętami, śrubkami walającymi się po plastikowym biurku. Najwięcej miejsca zajmowało małe centrum dowodzenia złożone z 15 monitorów obsługiwanych za pomocą kilku klawiatur i paneli dotykowych. Pracowała przy nim drobna, rudowłosa kobieta z roboczymi goglami na nosie. Robert lekko skrzywił się na jej widok. Miała w sobie więcej okablowania i stali niż ciała.
„Dzień dobry, doktor Szafronowo.” „Darujmy sobie tytuły, Robercie. Mów mi Kornelia. Tak będzie szybciej.” Bezpośredniość. Komisarz nie znosił tego zjawiska, zwłaszcza w wykonaniu młodszych osób. Nawet cudowne dzieci polskiej cyberkryminalistyki powinny zachować trochę powściągliwości i czekać, aż to starsza osoba zaproponuje przejście na ty. „Dobrze. Ponoć coś odkryliście w tym implancie od lotawca.” „Nie tylko w nim. We wszczepach neuromnemonicznych od topielicy było to samo” – przerwała, widząc, że komisarz nie łapie. „Neuromnemoniczne. Wspierające pamięć i przechowujące dodatkową wiedzę i umiejętności z jakiegoś zakresu.
Rozumiem podeszły wiek, ale to wie teraz każde dziecko.” „Jak widzisz, dzieckiem przestałem być dawno temu i jakoś nie musiałem mieć tego żelastwa w głowie, żeby funkcjonować.” Kobieta przez moment wyglądała na śmiertelnie urażoną, ale szybko się opanowała. „Obie ofiary zabił wirus.” Komisarz przez chwilę milczał. „W sensie taki komputerowy jak Michelangelo albo Klez?” „Prymitywne przykłady, ale tak, coś podobnego do nich. Ten jest jednak znacznie groźniejszy. To połączenie bomby logicznej... ”Machnęła ręką poirytowana. „Dobra, powiem to prościej. To ciągle mutujące paskudztwo uruchamiające się w zależności od spełnienia określonych warunków i środowiska, w jakim się znalazło, a które jest bardzo zaraźliwe i polegające na głupocie potencjalnego nosiciela.” „Jak to złapali?” Komisarz był lekko zszokowany. „W pierwszym wypadku przez programator, w drugim przez niesprawdzony set z wiedzą dotyczącą chemii organicznej. Pobrali z niesprawdzonego źródła oprogramowanie, w którym ukrył się wirus.
Reszta jest już znana. U lotawcę w kodzie wirusa było wpisane polecenie, żeby w przypadku kontaktu z szyją lub innym witalnym punktem zacząć zaciskać. Tylko tyle. W przypadku tej biednej dziewczyny wszczep nie może obsługiwać więcej niż czterech setów naraz. Po przekroczeniu tej liczby implant zaczyna się przegrzewać. U niej odpaliło wszystkie 28 setów naraz. Nic dziwnego, że próbowała wszystkiego, żeby się schłodzić.” Robert ukrył na chwilę twarz w dłoni. Przypuszczał, że sprawa będzie nietypowa, ale to przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania. „Trzeba to zgłosić do ministerstwa. I to póki są tylko te dwie ofiary, bo skoro to fruwa sobie po całej sieci, to kwestią czasu będzie wybuch epidemii.” Kornelia kiwnęła głową w parodii uznania dla szybkości pomyślunku.
„Już zgłosiliśmy. Ofiar jest więcej. Monitorujemy sieć i policyjne wydziały cybertechniczne z Wiednia, Mińska, Omska, Zhengzhou i Monterrey zgłosiły łącznie 10 zgonów podobnych do naszych.” Robert spojrzał ponuro na doktor Szafronową. „Meksykanie już rozpracowują tego szkodnika. Przygotowują program skanujący, żeby go wykrywać, gdy jeszcze jest zakamuflowany. My za to odkryliśmy, kto go stworzył. Facet użył pewnego fragmentu kodu o jeden raz za dużo, co jest jak podpis. W Polsce jest tylko trójka ludzi, którzy mogliby napisać takie złośliwe gówno i na nasze szczęście tylko jeden z nich jest na wolności.” „Kto to jest?” „Facet ma pseudonim Plague Doctor. Ostatni raz łączył się z siecią w kobiórze na ulicy Gorgorowa 24.” Pokój przesłuchań przypominał izolatkę dla umysłowo chorych. Obite materiałem ściany, drzwi bez klamek, bez okien.
Gumowy stół i krzesła, na których unieruchamiało się plastikową uprzężą oskarżonego. Wszystko, żeby przesłuchiwany nie wpadł na jakiś głupi pomysł i przy okazji nie próbował go zrealizować. W przypadku Filipa Gałuszki alias Plague Doctor była to daleko posunięta przezorność. Zachowywał się zbyt spokojnie. Siedział ubrany w biały kombinezon z dziwnym, pustym wyrazem na szczurowatej twarzy. Szare oczy spokojnie utkwił w prowadzącym przesłuchanie komisarzu. „No dobra, pan Filip Gałuszka, lat 29, zamieszkały w kobiórze przy ulicy Gorgorowa 24. Zatrudniony w agrochemii na stanowisku Senior Defensive Systems Breacher. Zgadza się?” Kiwnięcie głową. Na wstępie wymienię przestępstwa, za które został pan zatrzymany.
Mamy tak: po pierwsze, wypuszczenie do sieci szkodliwego oprogramowania. Po drugie, spowodowanie w wyniku śmierci 134 000 osób w 48 krajach i to w ciągu 40 godzin. Liczba zgonów póki co dalej rośnie, choć w pana przypadku raczej to niewiele zmienia. Po trzecie, zabójstwo czterech funkcjonariuszy podczas próby przeprowadzenia aresztowania w miejscu zamieszkania. Po czwarte, zniszczenie nieruchomości przy ulicy Gorogorowa 24 poprzez detonację nielegalnych materiałów wybuchowych. Po piąte, szkoda na mieniu publicznym i prywatnym spowodowana wybuchem, wyceniona na co najmniej 100 000 złotych. Po szóste, zacieranie śladów i niszczenie dowodów. Komisarz skończył odczytywać listę. Facet wciąż był nieporuszony. Prokuratura się zastanawia, co dopisać do listy: cyber-, czy też bioterroryzm.
Dodatkowo osiem państw wystąpiło o możliwość przeprowadzenia twojego procesu u siebie. Jak na niecałe dwa dni to osiągnął pan naprawdę imponujący wynik. Znów ściana milczenia. Robert zaczynał się lekko irytować. Pytanie o przyznanie się do winy zadam tylko proforma. Dowodów jest dość, żebyś resztę życia spędził w sztumie. A dodam tylko jeszcze, że nie odzyskaliśmy danych z komputera, który uległ zniszczeniu. Spokojnie, to nic wielkiego. Nasi ludzie zapewniają, że i tak wyciągną z tego złomu, co będzie trzeba. Podejrzany był niczym posąg.
Niewzruszony, obojętny. Chłopie, nie odstrzeliliśmy cię, mimo że wykończyłeś tym wybuchem naprawdę porządnych gliniarzy. Spokojnie sobie obserwowałeś wybuch z szopy. Ta ręka, która wylądowała na szybie twojego wozu należała do mojego kolegi Marka. Nie uciekałeś, nawet się nie wyrywałeś, kiedy cię skuwaliśmy. To jest jedyna rzecz, która przemawia na twoją korzyść, póki co – warknął na niego Robert, coraz bardziej poirytowany. Stracił wtedy dobrego podwładnego, co samo w sobie było wystarczająco irytujące. No dalej, daj mi jeszcze jakiś powód, żebym mógł prokuraturze zgłosić, jak pięknie poszedłeś na współpracę, że powiedziałeś, jak wyleczyć to cholerstwo albo kto cię do tego zmusił. Bo kartotekę masz wzorową. Ciężko uwierzyć, by taki szary obywatel mógł sam z siebie wywinąć takie skurwysyństwo.
Filip parsknął śmiechem. Komisarz nie dowierzał. Słyszał i widział wyjącego ze śmiechu śmiecia, który wykończył masę ludzi i uważa to za doskonały dowcip. Dziadek, chuja ode mnie usłyszysz, ale żeby cię pocieszyć, to powiem tylko, że listę będziesz musiał troszkę rozszerzyć. Nim mnie dopadliście, powysyłałem w sieć więcej moich cudanek. Prawdziwą paczuszkę pełną skarbów, przy której tego wirusa będziecie uważać za popierdółkę. Komisarz wybiegł z pokoju przesłuchań. Chciał zawiadomić przełożonych obserwujących przesłuchanie, żeby kto inny zabrał się za tego świra. Gdy opuścił pomieszczenie, dobiegło go zawodzenie syren. Kamila Ciok-Borkowska, „Przyjaźń w czasach zarazy”.
Waldek powoli usiadł przy stole. Podrapał się w tył łysiejącej głowy i westchnął głośno. „Ogórki są, kiełbasa jest, bielonę zrobiła” – wyliczał na głos. Rozejrzał się po kuchni. Otworzył lodówkę i zawiedziony zamknął ją z impetem. „Jadźka, gdzie cię poniosło?” W odpowiedzi usłyszał trzaśnięcie drzwiami od łazienki. W korytarzu pojawiła się zaniedbana, drobna kobieta. W ręku trzymała szmatę. Spojrzała na męża, następnie na zastawiony stół i znów na męża. „Łazienkę sprzątam.
Czego chciałeś?” „Gdzie jest flaszka?” „Ostatnią wychlałeś wczoraj z Mietkiem.” „Nic już nie ma? Jadźka, na pewno masz zapas” – z pretensją w głosie odezwał się mężczyzna. „Zapasów bimbru na czarną godzinę nie robię.” Kobieta stawała się coraz bardziej zirytowana. „Bo ty tylko makaron, konserwy i srajtaśmę. Nie martwisz się o to, co najważniejsze.” „Tomasik mieszka za płotem. Idź po zapasy. Droga wolna.” Jadwiga mocniej zacisnęła dłoń, w której trzymała szmatę. „Nie mogę. Kwarantanna przecież. Milicja łazi po krzakach” – nieudolnie tłumaczył się Waldek.
„Wszyscy mamy kwarantannę, debilu, a milicji już od wieków nie ma.” Kobieta podniosła głos. Nie dane im było jednak dokończyć wymiany zdań. Usłyszeli donośne pukanie. Jadwiga prychnęła jedynie. Postukała się palcem w czoło, pokazując mężowi, co o nim myśli i skierowała się w stronę łazienki. Nie zostawi roboty w połowie. Jedyną osobą, która mogła pukać, był sąsiad, a temu pijakowi niech otworzy jej pijak. Idąc, rzucała pod nosem obelżywe inwektywy kierowane w stronę męża. Waldek wzruszył jedynie ramionami. Od dawna był przekonany, że całkowita abstynencja zaszkodziła jego żonie.
Przez takie zachowanie odbiło jej całkowicie i zrobiła się jędzowata. „Nie umie się baba zrelaksować” — mruczał, otwierając drzwi. Zgodnie z przewidywaniami na zewnątrz stał Mietek. Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Ściągnął z głowy brudny i mocno sponiewierany kaszkiet i drugą ręką uścisnął dłoń gospodarza. Nie odzywając się, wszedł z sieni do kuchni. „Okoliczność nieradosna, jednak przyniosłem prezent” — powiedział z uśmiechem gość, sięgając za pazuchę. — „Świeżutki.” Mietek z pietyzmem ułożył na stole kawałek boczku. Rozerwał folię, w którą owinął prezent i razem z parą wodną po kuchni rozszedł się zapach pieczonego mięsa. Obydwaj zamlaskali, a Waldek spojrzał w stronę łazienki, sprawdzając, czy małżonka nie poczuła aromatu mięsa.
„Mocno łażą?” Gospodarz starał się bezszelestnie wyjąć deskę do krojenia i nóż. „Dwóch widziałem. Łażą po wsi, jakby robaki mieli. Bo wiesz, Mieciu, stypa bez bimberku to nie stypa. A Jadźka mówi, że nie mamy już żadnych zapasów.” „Spokojnie, sąsiedzie, spokojnie.” W celu podkreślenia tego, co mówił, Mietek położył Waldkowi rękę na ramieniu. Ponownie odchylił połę znoszonej marynarki w kratkę i zza paska wyciągnął butelkę. Uśmiechnęli się do siebie obaj, jednak gość uniósł dłoń, pokazując, że jeszcze nie skończył. Zza drugiej poły wyjął następną butelkę, a z kieszeni wytartych spodni kolejną. „Myślę, że tyle starczy.” „Na dwóch starczy.” Gospodarz ujął dwie butelki, by schować je do lodówki. W końcu ciepła wódka nie nadaje się do picia.
„Przynajmniej tyle mogę zrobić. Straciłeś, Walduś, najlepszego przyjaciela. Przez tę cholerną zarazę Jadźka nie pozwoliła mi jechać z nim do miasta.” Waldek uniósł dłoń zaciśniętą w pięść i pogroził nią w kierunku łazienki. „Myślisz, że dałoby się go uratować?” „Nie takie rzeczy medycyna robiła.” Waldek z namaszczeniem rozlał płyn do kieliszków. „W telewizorze pokazywali, że jednemu to nawet nową twarz przeszczepili. Od umarlaka. No to za wieczny odpoczynek, Mietek.” „Niech spoczywa w pokoju” — odpowiedział sąsiad, pospiesznie wykonując znak krzyża, by za chwilę opróżnić kieliszek i zagryźć mielonym, które Jadwiga usmażyła na niedzielny obiad. Czas upływał mężczyznom na sentymentalnych wspominkach, nie zawsze związanych z nieboszczykiem. Przez większość wieczoru wspominali czasy, gdy można było spokojnie spacerować. Policjanci nie pałętali się po wsi w maskach, goglach i tych swoich pomarańczowo-białych uniformach.
Piękne to były czasy, gdy można było wypić we własnym ogródku, zdrzemnąć się pod jabłonką i pogadać z Tomasikiem przez płot. „W telewizorze mówią, że jeszcze pół roku i wrócimy do normalnego życia.” „I co z tego?” Waldek był wściekły. „Dla niektórych już za późno.” „Za późno” — powtórzył Mietek, na moment zwieszając głowę. „No, Walduś, polej. Na wieczny odpoczynek.” Kiedy druga butelka została opróżniona, a Waldek postanowił zaintonować pieśń w intencji nieboszczyka, do kuchni weszła Jadwiga. Przyjrzała się chłopom i miała wielką ochotę obydwu wyrzucić z domu. Jednak przyzwyczaiła się już do takich sytuacji. Stały się dla niej całkiem normalne. Zasłoniła tylko okno w kuchni, żeby sąsiedzi potem nie gadali. W telewizji mówili, że alkohol osłabia odporność i nie zaleca się w obecnej sytuacji nadużywać go.
Kobieta starała się stosować do wszelkich porad, jakie słyszała. Zależało jej na życiu, jednak nie mogła przekonać męża do abstynencji. Doszło do tego, że po cichu liczyła, iż w końcu wirus go zainfekuje razem z nieznośnym sąsiadem i w końcu będzie miała święty spokój. Jak na złość miesiące kwarantanny mijały, a ci dwaj mieli się wyśmienicie. Nawet katar się ich nie imał. „Co tu się wyprawia?” — zapytała, zerkając na resztkę mielonych przeznaczonych na niedzielny obiad i w połowie zjedzony boczek niewiadomego pochodzenia. — „Co to za mięso? Przecież trzeba oszczędzać. W sklepach pustki.” Kobieta zaczęła zbierać jedzenie ze stołu. Jeśli zjedzą wszystko teraz, następny dzień nie zapowiadał się kolorowo.
Będą musieli jeść chleb z masłem. Jej mąż zerwał się i zaczął odstawiać z powrotem na miejsce zabierane przez nią produkty. „Jadźka, zostaw! To stypa po największym przyjacielu.” Po dwóch butelkach bimbru Mietek poczuł się na tyle odważnie, by przeciwstawić się gospodyni. Zawsze potulnie się jej słuchał i wykonywał wszystkie polecenia. Przez całe życie był kawalerem i kobiety wzbudzały w nim przerażenie, nawet jeśli były cudzymi żonami. Teraz był w stanie bronić racji kompana. „Ot, dwóch pijaków. Pies nam zdechł, to jeszcze nie powód, by zżerać całe zapasy w tych ciężkich czasach.” Skąd macie ten boczek? Wędzony do tego.
Spojrzała na męża z wyrzutem. Kradziony. Boże, jaki wstyd! Wyciągnęła rękę, by zabrać deskę z mięsem i nóż. Jednak jej mąż był szybszy. Odsunął wszystko na koniec stołu i odepchnął kobietę, aż ta uderzyła się biodrem o blat kredensu, z którego farba schodziła płatami. Jadwiga krzyknęła z bólu. Nie zważając na kontuzję podeszła do stołu, odsuwając męża. Świadomość postnej niedzieli motywowała ją do działania. W tej chwili zostało jej bronić jedynie tych resztek mięsa.
Nie zauważyła, kiedy Waldek chwycił nóż i z wściekłością wypisaną na twarzy oraz okrzykiem, którego nie zrozumiała, rzucił się na nią. Nóż był ostry. Myślała, że udało się jej uchylić przed ciosem, jednak po sekundzie zauważyła na ścianie purpurowe wzory, niczym powstające na jej oczach graffiti. Jednak się nie udało. Z rozciętej tętnicy szyjnej tryskała cienką strużką krew. Przerażona kobieta chwyciła ścierkę i próbowała zadamować krwawienie. Resztkami sił wybiegła z domu w ciemną noc, zostawiając za sobą czerwone ślady stóp. Waldek z trudem podniósł się z podłogi, wrzucił nóż do zlewu, odkręcił butelkę i wlał kolejkę. No Mieciu, to za wieczne spoczywanie. Za wieczne.
Hanna Layer „Wigilia kuriera": Zbudziłem się przed alarmem budzika. Było ponuro, chociaż nie czarno. Nieprzyjemna, ciemna szarość sączyła się przez szparę między zasłonami. Jeszcze ten cholerny dźwięk. Mogłem jedynie wracać wspomnieniem do tamtego wieczoru nad jeziorem, kiedy zdawało mi się, że bęblenie deszczu o szyby to najpiękniejszy odgłos na świecie. Poczułem, jak mięśnie wiotczeją mi w błogim półśnie. Ktoś pogłaskał mnie po policzku, kiedy nagle cholerny budzik! Metaliczna melodia brutalnie wyrwała mnie z krótkiego odprężenia. Dawniej lubiłem ten kawałek i sądziłem, że dobrze będzie zaczynać nim dzień. To był potworny błąd.
Na utwór mojego ulubionego zespołu zacząłem reagować niemal alergicznie. Rzuciłem się do telefonu, prawie spadając z łóżka, bo muzyka stawała się coraz głośniejsza. Stop! Dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Jedynym moim marzeniem w tej chwili był powrót do łóżka. Niechętnie powlokłem się do łazienki, żeby wykonać te same, powtarzające się każdego dnia czynności. Potem kuchnia. Jak zwykle nie miałem czasu na śniadanie, tylko zrobiłem szybko kilka kanapek do pracy. Przedsionek. Jeszcze na chwilę łazienka.
Czyżbym już zaczynał mieć męskie problemy wieku średniego? W końcu porwałem szybko kurtkę i pospiesznie wyszedłem z mieszkania. Tak rozpoczęła się moja Wigilia. Nie do pozazdroszczenia, prawda? Niedawno odrzucono projekt ustawy, która miała uczynić ten dzień wolnym od pracy. A dlaczego? Oczywiście dla wielu przedsiębiorców byłby to straszny problem, gdyby nie mogli uzyskać w ten dzień przychodów. Jeszcze większą tragedią dla wielu ludzi zdawała się niemożność zrobienia zakupów. Pieprzone społeczeństwo dobrobytu. Stałem na przystanku chyba jakieś 20 minut.
Wpakowałem się z trudem do magnetramwaju pełnego ludzi. Cholerne korki. Mogłem to przewidzieć. Całe mnóstwo pracowników spieszyło się na poranną zmianę, a dodatkowo jeszcze kupa klientów ciągnęła, żeby zrobić świąteczne zakupy na ostatnią chwilę. To po prostu niesłychane. Nie pomogło to, że i tak coraz więcej osób zamawiało towary do miejsca zamieszkania. Ci, którzy woleli odwiedzić sklepy osobiście, musieli oczywiście korzystać z prywatnych środków transportu, bo komunikacja publiczna jest przecież dla plebsu. To, że ten plebs musiał przez to wlec się w korkach poprzez zapchane obwodnice, nikogo nie obchodziło. Swoją drogą to niewiarygodne, że pomimo tak rozwiniętej technologii środków transportu, infrastruktura pozostawała niezmiennie w opłakanym stanie. Kierowcy pieklili się w swoich nowoczesnych autach, ale woleli płacić bajorskie sumy za prywatne gadżety, niż dołożyć choćby złotówkę do samorządowego budżetu.
Wszyscy i tak narzekali na zbyt wysokie podatki. Zatopiony w tych ponurych przemyśleniach starałem się nie zwracać uwagi na kaszlących wokół pasażerów. Ktoś za mną kichał tak gwałtownie, że kilkakrotnie walnął czołem w moje ramię. Starałem się odsunąć jak mogłem, lecz mimo szczupłej sylwetki ledwo mieściłem się pomiędzy nim a szeregiem foteli zajmowanych w większości przez starszych, schorowanych ludzi. Zacząłem się pocić. Z wysiłkiem sięgnąłem do zapięcia kurtki, żeby nieco rozluźnić otulający mnie szczelnie materiał. Pojazd zatrzymał się gwałtownie i w końcu wpadłem na owego jegomościa, który ponownie kichając upadł na podłogę. Klnąc i złorzecząc, na czym świat stoi, podniósł się z wysiłkiem, odrzucając moją próbę pomocy Do której zresztą zmusiłem się z grzeczności. Wreszcie wysiadłem pospiesznie przed siedzibą firmy. Schody.
Szatnia. Kawy nie zdążyłem. Segregacja przesyłek. Uśmiechnąłem się do kolegów krzywo. Dobrze, że w poprzednich dniach nie zostawiłem żadnej roboty na później. Zapowiadał się ciężki dzień, a jeszcze ten cholerny deszcz jak na złość nie przestawał padać. Na szczęście miałem wprawę i z rozkładem towarów uporałem się szybko. Po chwili mogłem już ruszać w trasę. Ulokowałem się niewygodnie na siodełku elektroweru. Brzęk nie chciał odpalić.
Po prostu niewiarygodne. Oczywiście nie mogli zainwestować w lepszy sprzęt, bo po co? Niech się pracownicy martwią tym, żeby zmieścić się w terminie. Puściłem wiązankę, której nie powstydziłby się żaden budowlaniec. Za czwartym razem aparatura zadziałała prawidłowo. Nareszcie. Wyruszyłem już mocno poirytowany przy akompaniamencie deszczu uderzającego coraz szybciej w plastikowe zadaszenie. Dzień dobry. Kurier. Odpowiedział mi tylko brzęk towarzyszący otwieraniu furtki.
Przeszedłem krótką alejką, nad którą rozpościerały się ażurowe pergole pokryte obecnie gdzieniegdzie resztkami wyschniętych gałęzi. Drzwi otworzył mi zaspany, otyły jegomość w kapciach. Dzień dobry — przywitał mnie, ziewając. To dla mnie czy dla żony? Dla pana — odpowiedziałem, wręczając mu sporej wielkości paczkę i jarzący się zieloną ramką daktylometr. Przykładając kciuk do urządzenia zagadnął jakby od niechcenia: Wie pan, stawiam teraz drugi garaż, ale z tymi fachowcami... Oddał mi ekranik i podrapał się po głowie. No tak, to kłopot. W święta wszyscy chcą mieć wolne — zauważyłem nie bez ironii, starając się jednak z grzeczności powiedzieć cokolwiek. Otóż to.
Otóż to — przytaknął entuzjastycznie. Do zarabiania to każdy, ale do pracy to już nie ma komu. A pan zna może jakichś godnych polecenia murarzy? Nie — odparłem z lekkim niedowierzaniem, po czym wypaliłem szybko: Ale za jakiś czas może będę lepiej zorientowany, bo zamierzam na mojego mercedesa zrobić sobie drugie stanowisko z przeszklonym dachem. Wie pan, lubię sobie popatrzeć na gwiazdy, pomarzyć. Omal nie parsknąłem, gdy gospodarz znów nie wyczuł sarkazmu. Ach, romantyk z pana. Uśmiechnął się i jakby pogroził mi palcem. A zatem proszę dać znać następnym razem. Oczywiście.
Do widzenia. Wesołych świąt. Wesołych. Ludzie są niewiarygodni — pomyślałem i wróciłem do mojego pojazdu. Kto tam? Usłyszałem wołanie przypominające stadionowe wycie. Kurier! — odkrzyknąłem, trochę przedrzeźniając gospodarza, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Widok, jaki zastałem w progu, przyprawił mnie prawie o odruch wymiotny. Szybko odwróciłem wzrok, z ulgą wbijając go w odrapaną i brudną ścianę klatki schodowej.
Facet stanął przede mną w czymś w rodzaju zbyt krótkiego szlafroka, który nie całkiem zasłaniał mu przyrodzenie. Jakby tego było mało, z wnętrza mieszkania dobiegał odór mieszaniny potu, tytoniu i starego tłuszczu, a z ust mojego rozmówcy ziała woń bez wątpienia regularnie spożywanego alkoholu. Przefaszzm, śrś, jesień — wysapał mi prosto w twarz. Proszę przyłożyć kciuk — powiedziałem na jednym wydechu, wciąż patrząc w bok. Cieszyłem się, że nie muszę zbierać od niego podpisu, jak dawniej bywało. Zadanie, które przed nim postawiłem, na szczęście nie okazało się zbyt skomplikowane. Dziękuję — wypaliłem na odchodnym i spróbowałem oddalić się pospiesznie. Spróbowałem, ponieważ jegomość nie omieszkał zawołać jeszcze: Te, panie listonosz, moszna lewczki! Dziękuję. Spieszę się.
Praca — wyrzuciłem z siebie. Połknąłem powtarzane zazwyczaj w takich sytuacjach „może następnym razem”. Wychodząc na podwórze, odetchnąłem głęboko. Jezu, no co? Zapytałem w myślach. Patrzę, a tam ten pies. Ja pierdolę. Nikt nie pomyślał, żeby kundla zamknąć albo przynajmniej zrobić wyższe ogrodzenie. Ogromny łeb zwisał pomiędzy dwoma wielkimi łapami wyrastającymi tuż zza płotu. Tak wsparty rozglądał się to w prawo, to w lewo, a gdy tylko mnie dostrzegł, w całej okolicy rozległo się donośne ujadanie.
Tak, to był ten adres. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. On na mnie, nie przestając szczekać, a ja na niego. To musiała być jakaś kara. Może wszystko przez to, że w wieku czterech lat dręczyłem kury. Tak, to musiało być to. Kto teraz widział kury nawet na wsi? Co też mi w ogóle przychodziło do głowy? Otrząsnąłem się, gdy zobaczyłem, jak zamknięta furtka zaczyna trząść się niebezpiecznie. Spoglądałem na łunę zmierzchu wyzierającą między paskudnymi nowoczesnymi zabudowaniami.
Jedynie jarzący się kolorowymi światłami most nad rzeką stanowił harmonijny układ z resztkami naturalnego krajobrazu. Czułem się trochę jak postać w grze komputerowej. Zaliczałem kolejne lokalizacje. Biegałem od drzwi do drzwi, aż przebłyski wirtualnej rzeczywistości, w której przyjmowałem nowe zadania jako paladyn, przeplatały się w mojej głowie z realizowanymi zleceniami. Jeszcze trochę i powinienem zdążyć. Na kolacji miała być połowa mojej rodziny. Miałem tylko nadzieję, że nie zasnę z nosem w barszczu. Nie byłaby to śmierć godna wojownika. Stawałem się jedną z ogrodowych rzeźb. Nogi zalane betonem.
To pewne. Boże mój, za co? Szara kurtyna deszczu zapadła ponownie tuż za moimi plecami. Jakoś tak nie było... Tak się cieszę, że możemy znów posiedzieć nad jeziorem, ale co za gruba ryba wychodzi z tej mętnej wody? Mówię do pana! Zachwiałem się lekko. Na szczęście w porę oprzytomniałem, niemal wpadłem na stojącego w drzwiach klienta. Przepraszam. Przesyłka do pana.
Spojrzał na mnie nieufnie, jak gdybym zamierzał podrzucić mu coś podejrzanego w przyniesionym przeze mnie pakunku. Niczego nie zamawiałem. Pan Radosław Dyl? Tak, to ja. Na zleceniu wyraźnie widnieje pański adres i pańskie nazwisko. Nie wiem dokładnie, co zawiera przesyłka. Wiadomo mi jedynie, że to jakiś sprzęt gospodarstwa domowego. Podsunąłem mu sporą paczkę, na której widniały dane. Przez dłuższą chwilę mierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Nagle w jego oczach pojawił się przebłysk olśnienia, a zaraz potem twarz przybrała wyraz bezbrzeżnego zdumienia.
Czy przybył pan z przyszłości? Słucham? Tym razem to ja popatrzyłem na niego zaskoczony. Pan jest z tej firmy 2 Steps Ahead? Uśmiechnąłem się z ulgą. No tak. Proszę pana, ja jestem tylko kurierem, ale przyjmujemy od nich przesyłki. A więc przybył pan z przyszłości! Niemal wykrzyknął jegomość, wybałuszając na mnie oczy. Nie, proszę pana.
Ależ tak. Tam jest napisane, że stosują najnowsze technologie w celu błyskawicznej realizacji zamówień. Podróże w czasie. Westchnąłem bezgłośnie. Trafił mi się trudny przypadek. Proszę pana, nie da się przenieść w czasie człowieka ani nawet żadnego przedmiotu. Tylko niewielkiej objętości informacja może zostać przesłana w ten sposób. Dlatego zamówienia są wysyłane w przyszłość, żeby skrócić czas oczekiwania. Patrzył na mnie z bezrozumnym niedowierzaniem, co wyglądało komicznie w połączeniu z jego pełną pewności siebie postawą. Stał z założonymi rękami i spoglądał na mnie jak na fantazjujące dziecko.
A skąd niby pan to wszystko może wiedzieć? Kończyłem humanistykę czwartej generacji. Odparłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Przez myśl jak strzała po raz kolejny przemknęła mi niewesoła refleksja. Trzeba było iść na politechnikę. Co? Zapytał. A co to jest? Miałem powoli dosyć. Oczywiście inżynier protez dentystycznych nie musiał interesować się nowinkami z dziedziny nauki, które miały niewiele wspólnego z jego zawodem.
Wystarczyło mu od czasu do czasu zapoznawać się z nowymi technikami odbudowy szkliwa i robić swoje, żeby zarabiać w jeden dzień tyle, ile mnie udawało się ledwie zyskać przez miesiąc ciężkiej harówki. Kierunek studiów mało popularny. Dorzuciłem, widząc, jak łypie na mnie z powątpiewaniem. No i czego tam uczą? Komunikacji tempodystalnej, cyberempatologii, praktycznego zastosowania powiązań sferycznych. Urwałem, widząc wciąż ten sam bezrozumny, a zarazem lekko kpiący wyraz twarzy mojego rozmówcy. Ale nie będę teraz pana zanudzał. Poproszę tylko o zaznaczenie odbioru. Podsunąłem mu daktylometr, ale facet zignorował go i niemal wyrwał mi pakunek, po czym zabrał się za otwieranie go. Przecież chyba mam prawo upewnić się, czy to rzeczywiście moje zamówienie.
Ależ oczywiście, proszę bardzo. Starałem się trzymać nerwy na wodzy. Byłem już porządnie wykończony, a jeszcze pod koniec dnia trafił mi się ten upierdliwiec. Cierpliwie czekałem, aż otworzy karton i wyjmie z niego upragnione urządzenie. Myślałem już o tym, jak dobrze będzie lada chwila wrócić do bazy i zająć się rozliczaniem, kiedy nagle... To nie to. Jego poirytowany głos dotarł do mnie ze zdwojoną siłą. Jak to? Wypaliłem bezradnie. Miał być żółty ekspres.
Nie zielony. Żona lubi żonkile. Rozumiem. Złożył pan zamówienie na żółty? Spróbowałem się upewnić. W ogóle nie zdążyłem jeszcze złożyć zamówienia — obruszył się. To zmienia postać rzeczy. Podrapałem się po głowie. W duchu złorzeczyłem losowi, że wpakował mnie w ten cholerny bańcel. Powtarzam, że miał być żółty.
Proszę sobie zobaczyć. Odsunął się nieznacznie, robiąc mi przejście i nieznoszącym sprzeciwu gestem zaprosił mnie do środka. Na stole w salonie leżał otwarty laptop. Na ekranie istotnie widniała otwarta witryna Two Steps Ahead. Kursor znajdował się wyraźnie na tle żółtego ekspresu do kawy. Przeciągnąłem palcami po opadających ze zmęczenia powiekach. Co to w ogóle za firma? Reklamowali się błyskawiczną dostawą, więc zakładałem, że nie będzie problemu z zamówieniem w Wigilię. A tu coś takiego — perorował podniesionym głosem. Proszę to zabrać i wymienić jeszcze dzisiaj.
Zdębiałem. Proszę pana — zacząłem ostrożnie. Ja jestem tylko kurierem. Nie pracuję w tej firmie. Po chwili naszła mnie pewna myśl. Podszedłem do rozpakowanego kartonu i wyjąłem z niej niewielką, cienką tabliczkę. Proszę spojrzeć. Tutaj jest dokładny opis produktu wraz z pańskim elektronicznym podpisem. Facet prawie wyrwał mi z rąk dowód zamówienia i uważnie go przestudiował, po czym spojrzał na mnie z wściekłością. Oszuści!
Nie będę płacić za coś, czego nie zamawiałem. Proszę to natychmiast zwrócić. Proszę pana, obawiam się, że- A co mnie obchodzą pańskie obawy? Wie pan, która godzina? Zaraz będzie wieczór, a ja nie mam nawet nic dla żony. Niestety wiedziałem, która godzina. Na dworze już od dobrej godziny było ciemno. Bardzo mi przykro. Jedyne, co mogę jeszcze dzisiaj zrobić, to przyjąć pisemną reklamację. Niestety nie dotrze ona już dzisiaj.
To jakaś kpina. Złożę skargę. Złorzeczenia posypały się najpierw pod adresem rzeczonego przedsiębiorstwa, następnie pod adresem firmy, w której pracowałem. Spróbowałem ponownie wyjaśnić sytuację. Z tego, co sam mi pan pokazał, zamówienie nie zostało jeszcze złożone. A to, które było, które będzie dostarczone... Zamotałem się. To miało być moje zamówienie. Podsunął mi pod nos laptopa z wciąż widniejącym na ekranie żółtym urządzeniem. Kiedy pochyliłem się nad nim ponownie, nagle gwałtownie odsunął komputer.
O nie! Już ja wiem, co kombinujesz. Ja wiem, co chciałem zamówić. Wara mi od klawiatury. Tego już było za wiele. Bez słowa odwróciłem się i ruszyłem do wyjścia. Poczyniłem błyskawiczne postanowienie, by zamiast zamaszystego walnięcia faceta pięścią w nos, porządnie trzasnąć drzwiami. Nagle uchyliły się same i stanęła przede mną wysoka kobieta około czterdziestki. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko. O, dzień dobry, tak długo pan dzisiaj pracuje?
— zagadnęła. Nie zdążyłem odpowiedzieć, kiedy dostrzegła coś ponad moim ramieniem i zawołała: Och, Grzegorz, jaki ty jesteś kochany! To ten ekspres, o którym Ada mówiła. W dodatku zielony, dokładnie taki, jak chciałam. Skąd wiedziałeś? Spóźniłem się. Zignorowałem karcące spojrzenia dziadków i nie przeżegnawszy się, usiadłem do stołu. Burzliwe dyskusje ominęły narożnik, w którym siedzieliśmy z Anią. Ze słabym uśmiechem przemilczałem grad pytań o ślub i dzieci. Wszystkich ciekawskich zainteresowanych moją pracą bezlitośnie gromiłem spojrzeniem.
Nareszcie sami. Słuchałem jednym uchem jej życzeń. Nie przez nieuwagę. Szeptała. No i wiesz, żeby ten rok był lepszy niż poprzedni. Spojrzałem na jej śliczną, naiwną buzię. Kochanie, przecież wiesz. Naprawdę nie zmienia się nic. Kamil Bury, „Pisarz przyszłości”. Konrad chciał zostać pisarzem.
Mówił sobie, że debiut będzie najtrudniejszy. Wszak większość sławnych pisarzy na początku była odrzucona przez wydawców, a potem, gdy w końcu ich kariera stała przed nimi otworem, wszyscy wielcy wydawcy, którzy odrzucili ich propozycje, pluli sobie w brodę. Jednak prawda była taka, że Konrad więcej pił niż pisał. Albo inaczej, jak sam zwykł mówić, pisał w myśl słów Hemingwaya: „Pisz pijany, poprawiaj na trzeźwo”. Jednak Konrad nie był Stephenem Kingiem i niezbyt mu się to udawało. Mimo to wciąż się starał. Pisał i pisał, zapijając słowa podłym bourbonem. Aż pewnego dnia wydarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego życie. Był maj, przed godziną 10:00. Konrad siedział w ogrodzie i zamiast pisać, zastanawiał się, czy nie walnąć sobie drinka na rozbudzenie.
Co prawda postanowił sobie nie pić przed obiadem, tyle że nie miał weny do pisania, a pokusa była silna. Gdy już miał wstawać od klawiatury, znikąd pojawił się przed nim człowiek w garniturze. Konrad był pewien, że to nie pijacki majak ani jego wyobraźnia, chociaż przez bardzo krótką chwilę przemknęło mu to przez myśl. Był zdecydowanie trzeźwy. Dzisiaj wyjątkowo nawet nie miał kaca. Po prostu ktoś wszedł do jego ogródka porośniętego samosianymi kwiatami i zmącił jego spokój. Przez niego nie dało się pisać, choć i tak pewnie napisałby raptem kilka zdań, które potem od razu by skasował. Facet w garniturze wyglądał na trzydzieści parę lat. Nienagannie ogolona twarz nie wyrażała nic. „Co pan tu robi?” Zapytał gniewnie Konrad, jednocześnie zdziwiony i zdenerwowany tą sytuacją.
Mężczyzna podrapał się po głowie. Chyba przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. W końcu odezwał się, odpowiadając pytaniem na pytanie: „Czy pan Konrad Zalewski?” „Tak, to ja. Ale co pan robi tutaj?” „Przybywam z przyszłości” odpowiedział nieproszony gość z niezachwianą powagą w głosie. Niedoszły pisarz popatrzył na niego krytycznie. „Słucham?” Zapytał z niepewnością, czy dobrze zrozumiał nieznajomego, który poprawił czarny krawat i powtórzył już z większą pewnością siebie: „Przybywam z przyszłości. Nasza organizacja ma za zadanie dbać o dobro Ziemi w czasie i przestrzeni.” Konrad nic z tego nie zrozumiał, ale że jego umysł był otwarty na wszystkie koncepcje i pomysły, starał się nie wykluczać żadnej możliwości. Jednak mimo to miał mętlik w głowie. Aby zyskać czas na przemyślenia, powtórzył za przybyszem: „Organizacja?” Nieznajomy westchnął ciężko i odpowiedział, jakby cała sytuacja była oczywista: „Nasza organizacja podróżuje w czasie i zapobiega wypadkom, które mogłyby doprowadzić do zniszczenia naszej planety.” „Nie rozumiem. Oglądał pan 'Terminatora'?” „Tak.” „Więc ja przybywam z przyszłości i...
Nie rozumiem” przerwał przybyszowi pisarz, w końcu rozumiejąc i zastanawiając się, czy to wszystko to nie głupi żart. „Dlaczego przychodzisz właśnie do mnie?” „Nie może pan napisać tej książki.” „Jak to?” „Za kilkanaście lat przeczyta ją pewien fanatyk i zainspirowany tą lekturą doprowadzi do trzeciej wojny światowej, która zniszczy świat.” „Ale ja jeszcze nie wiem, o czym napiszę” odparł bez zastanowienia i z rozbrajającą szczerością Konrad. „Pańska powieść science fiction o podboju planety Wenus i perypetiach kapitana floty Ivana Izydora Rainhorna, pełna dylematów moralnych i odniesień do obecnej rzeczywistości i natury ludzkiej sprawi, że w roku 2125 kanclerz pewnego upadającego państwa odpali głowicę atomową, która zapoczątkuje wojnę nuklearną i koniec świata.” „Ivan Izydor Rainhorn. Co za świetne imię” pomyślał Konrad. „Że też do tej pory na nie nie wpadłem. Poza tym może faktycznie mógłbym spróbować sił w science fiction.” „Dlatego nie może pan napisać tej książki.” „Ale ja przecież nie miałem zamiaru pisać nic takiego. Moja książka to miał być kryminał z krwi i kości, bez żadnych podróży w kosmos i innej fantastyki.” „Mam ze sobą egzemplarz pana książki i to zdecydowanie nie jest kryminał. Nie możesz pisać dla dobra ludzkości. Pańska książka zniszczy świat.” Nieznajomy błagalnie popatrzył na Konrada, mimowolnie przechodząc na ty, a on już wszystko rozumiał i wiedział, co trzeba zrobić. „Rozumiem” odparł.
„To dobrze. Warto poświęcić własną karierę na ratowanie ludzkości.” „Oczywiście. Nie ma nic ważniejszego niż ludzkość.” Konrad uśmiechnął się od ucha do ucha. „Może napije się pan kawy?” „Chętnie. I tak będę musiał poczekać na przeniesienie do moich czasów.” „Doskonale. Zapraszam do kuchni.” Konrad poprowadził gościa do swojego mieszkania i nastawił wodę w czajniku. „Proszę się rozgościć. Zaraz wracam.” Mężczyzna w garniturze usiadł na kuchennym krześle, Konrad zaś udał się do sąsiedniego pokoju. Przybysz z przyszłości myślał o tym, jak tym razem łatwo udało się przekonać kogoś do zmiany swojej decyzji. Był z siebie dumny.
Ba! Był wręcz pewny, że za to zlecenie dostanie premię. Jego rozmyślania przerwała wiązka śrutu ze strzelby Konrada, która dobitnie i raz na zawsze przerwała wszystkie jego myśli, przy okazji rozsmarowując mu mózg na pobliskiej ścianie. Pisarz zaś po oddaniu strzału przeszukał jego torbę i znalazł tam książkę ze swoim nazwiskiem jako autora. Czytał ją do późnej nocy i wiedział, że chce, by jego książki wyglądały właśnie tak. By porywały, zmuszały do działania, wzbudzały śmiech i głębokie przemyślenia. Chciał, aby zapadały w pamięć i sprawiały radość czytelnikom. Właśnie tak, jak ta książka, którą właśnie trzymał w dłoniach. Gdy skończył czytać bladym świtem, wiedział, że do zrobienia zostały mu już tylko dwie rzeczy: zakopać ciało i przepisać jej treść.
[03:18:02] - To teraz wypadałoby, żebym chyba ja zaczął. To jest takie prawdziwe opowiadanie. Znowu dobrze oddana psychika, nie wiem czy wszystkich, ale bardzo wielu osób piszących, że choćby świat miał zginąć, to i tak się pokażę, bo mogę. Bo czemu nie? I coś jest. Psychologia pewna w tym właśnie jest, że osoby piszące często tak się zachowują. Już nie chcę wchodzić głęboko. Wszyscy państwo słyszeli jak. To, że on zabija tego z przyszłości to jest pikuś, ale to, że on nie pomry na jego ostrzeżenia i tak jest gotowy zaryzykować, bo tak się zachwycił teoretycznie swoją własną powieścią. Zresztą jak on ją przepisuje, to tak wynika, jakby on jeszcze nie dorósł do tej własnej swojej powieści.
Mamy przy okazji paradoks czasowy i tak dalej, ale nie o to chodzi. Ale w gruncie rzeczy w krótkim utworze znowu pokazane jest to, od czego zacząłem, czyli psychika osób tworzących. A to nie jest fajne miejsce ta psychika, to tak powiem ogólnie bardzo. I to świata z psychiką.
[03:19:23] - Właśnie zacząłem na nowo patrzeć na siebie jako na potwora. O jeno jasna. Myślałem, że jestem taki piękny i szlachetny, a tu nagle się okazuje, że potwór. Różnie to akurat bywa, bo są ludzie, którzy w ogóle mają wynosy, czy są pisarzami, czy nie są pisarzami i czy mają rację, czy nie mają racji. Właśnie najgorzej to jest to, jak ktoś się zapowie się i uzna, że jest już genialny i że świat powinien paść przed nim na kolana. No bo.
[03:20:00] - Ten motyw jest z tego cyklu filmów „Terminator”, że przychodzą ci mordercy z przyszłości i się okazuje, że jakby sami trochę stwarzają to, czy też tego swojego tam głównego oponenta, bo ktoś, który właśnie zasiewają te technologie, które potem się przyczyniają do ekspansji. Także też ten motyw paradoksu czasowego gdzieś tam z klasyki. Tak to okej wszystko powiedzieliście.
[03:20:26] - Ja coś jeszcze powiem, bo za bardzo chwalebna się robi ta audycja. W sensie chwalimy się.
[03:20:33] - Tak, się cieszymy, żeśmy się odważyli.
[03:20:36] - Tak, że się chwalimy. To ja coś powiem na koniec. Ja na miejscu autora uważnie przeczytałbym trzy ostatnie zdania, bo tam nie gra podmiot z orzeczeniem, szczególnie w ostatnim zdaniu. Podmiot, który tam jest, nie do końca znajdujemy w poprzednich zdaniach, żeby do niego nawiązywać. Po prostu rzecz do przejrzenia. To banalna z punktu widzenia redakcyjnego sprawa, ale jednak na takie niuanse warto zwracać uwagę. My się oczywiście redakcją zajmiemy, natomiast dla wiedzy samego autora warto te trzy ostatnie zdania przejrzeć pod tym kątem, bo to nie do końca spiknęło się ze sobą, ale to i tak nie zmienia obrazu całości. Otóż panowie, jedźmy dalej. Następne opowiadanie to jest opowiadanie „Last Christmas” Marka Tomasika.
[03:21:41] - Marek Tomasik, „Last Christmas”. 24 grudzień, wigilia Bożego Narodzenia. Malutka wieś na południowym wschodzie Mazowsza. W okolicach godziny 17.00 rodzina Nowaków zasiadła do ostatniej wieczerzy. Jak co roku ustawili duży stół na środku salonu i nakryli go zgodnie z tradycją. Pod białym obrusem leżały spore ilości siana, a przedpotopowa kryształowa zastawa migotała, odbijając mocne światło z żyrandola. Resztę dopełniły ceramiczne talerze i wazy. Prezent ślubny gospodarzy. Głowa rodziny, Józef Nowak, powiódł wzrokiem po zebranej rodzinie. Swojej matce Genowefie, żonie Danucie, synu Piotrze i córce Martynie.
Gdy skupił uwagę wszystkich na swojej osobie, skinął głową, dając znak do rozpoczęcia święta. Uczynili znak krzyża i odmówili modlitwę „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario” i tyle. W tym roku krócej niż zwykle. Stali przez dłuższą chwilę nad stołem zastawionym tradycyjnymi dwunastoma potrawami. Było barszcz z uszkami, kapusta z grochem, pierogi z kapustą, kompot ze śliwek, karp w galarecie oraz kilka innych. Tak pokaźnej wieczerzy ten dom jeszcze nie widział, choć nie brakowało im niczego. Oczywiście pozostawiono jedno wolne miejsce przy stole, jak nakazywała tradycja. „Gdyby dziadek żył, toby powiedział, że starcy, rybo, kapusta, kompot i racuchy. Za resztę robiłyby sól, cukier, pieprz i tak dalej” pomyślał Józef Nowak. Lepiej dla niego, że nie dożył dzisiejszych czasów.
„No stary, pismo weź” mruknęła małżonka, trącając męża łokciem. Machinalnie sięgnął po wolumin. Otworzył na zaznaczonej wcześniej stronie. „W ogóle jest sens?” szepnął pod nosem Piotr. „Co tam mruczysz, Pioter?” syknęła babcia, patrząc z ukosa. „Ewangelio według świętego Mateusza. Narodziny Jezusa” zaczął czytać ojciec najpoprawniej, jak potrafił. „I na co nam to było?” pomyślała Martyna. Gospodarz szybko uwinął się z przeczytaniem fragmentu Biblii, który wszyscy doskonale znali. Odszedł od stołu, by odłożyć Pismo Święte na półkę.
Powrócił z opłatkiem wielkości koperty. Zbliżył się do małżonki. Wyciągnął ku niej rękę z symboliczną Eucharystią. Ścisnęła ją palcami prawej dłoni, nie łamiąc jej jeszcze. Zadarła głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy. Czekała na słowa męża. Te przez dłuższą chwilę nie nadchodziły. „Słuchaj Danka” zaczął w końcu Józef. „Najlepszego chyba. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć.” „Tobie też, stary” mruknęła Danuta, odłamując swoją część.
Przygarbiona zwykle i ociężała Genowefa nagle odzyskała wigor i błyskawicznie znalazła się przy swoim synu, wyciągając rękę do przełamania. „Zdrówka matul” — wycedził Józek. „Zdrowia, zdrowia, dużo pieniędzy, pociechy z dziecioków.” — zaskrzeczała babina. „Naprawdę, matka?” — przerwał jej syn w połowie zdania. „Pieniądze już nam do niczego niepotrzebne. A z dziecioki, żeby w wasze duszyczki chociaż zbawienia doznały.” — powiedziała matka do swych dzieci, łamiąc się z nimi opłatkiem. „Nawzajem, mamo.” — cicho odpowiedziały, po czym zwróciły się do siebie. „Żeby chociaż nie bolało.” — rzekł smutnym tonem Piotr do swej siostry. Martyna parsknęła lekko, doceniając życzenie. „Żeby chociaż nie bolało.” — powtórzyła.
W międzyczasie babcia dotarła do wnucząt. „No, Pioter, zdrówka! Dobrych ocen na tych twoich studiach.” — wymamrotała starowinka. „Babcia, już mi się oceny do niczego nie przydadzo.” — stwierdził wnuczek. „A tam. Martynka, tobie tyż dużo zdrówka, żebyś se chłopa dobrego znalazła, oceny poprawiła.” „Babciu.” — przerwała jej wnuczka. „Chyba zapomniałaś, co się dzieje.” „Oj tam, oj tam. Dobrego życzyć nie można?” „Można.” — zgodziła się Martyna. „Tylko to już nie ma...” „Znaczenia.” — dokończył Piotr. Do akcji wkroczył ojciec, składając dzieciom krótkie życzenia, by się nie bały.
Po chwili zasiadli do wigilijnego stołu. Przeżegnali się wszyscy jeszcze raz i w ciszy zabrali się do kosztowania potraw. Po zaspokojeniu pierwszego głodu Józef wlepił wzrok w syna. Chwilę zajęło, zanim złapali kontakt wzrokowy. „Młody. Kielicha?” — zaproponował rodzic. Piotr wzruszył ramionami. „W sumie czemu nie?” „Stary, weź się opanuj trochę.” — rzuciła Danuta. „Co? Dorosły jest.
A tera i tak wsio jedno.” Sięgnął pod blat po flaszkę, którą ukrył przy stołowej nodze, gdy nikt nie patrzył. Nie wiadomo skąd wyczarował też dwa kieliszki. Pięćdziesiątki. „Józwa!” — warknęła babcia, widząc, na co się zanosi. „Nie będziesz mi tu chlał przy święcie.” „A co za różnica tera?” Józek postawił kieliszek przed sobą, a drugi przed synem na miękkiej górce z siana, które leżało tradycyjnie pod obrusem na świątecznym stole. „Dziadek by ci dał wódka na Wigilii.” „Dziadek by już dawno pod stołem leżał najebany, jakby żył.” — odburknął gospodarz. Przechylił butelkę. Przeźroczysty płyn spłynął do szklanego naczynka, od razu pozbawiając go równowagi. Zawartość wylała się na biały materiał. Zmiął przekleństwo w ustach.
Pomyślał o ojcu, który nigdy nie wylewał za kołnierz. Nawet kiedy był już stary i schorowany, lekarz zabronił mu odstawiać wódę. Pięćdziesiąt albo sto codziennie. Tak powiedział. „Jeśli chce pan jeszcze pożyć.” „Stary, co ty robisz?” — rzuciła żona, bardziej stwierdzając, niż pytając. „Żeś musiał tyle siana napchać?” — stary rzekł do syna. Postawił kieliszek na równiejszej powierzchni i nalał wódki. Potem sobie. „No to chlup.” Obaj wychylili zawartość. Józef wypuścił gryzące powietrze z ust.
Piotr natomiast odkaszlnął lekko, powstrzymując się od czegoś poważniejszego. Przepili kompotem. „Tato, coś ty kupił?” — zapytał syn. „Żołądkowa Gorzka. W sklepie nie było nic lepszego.” „Próbowaliśta już rybę?” — zaskrzeczała Genowefa. „Matuli wyszła całkiem, całkiem w tym roku.” „Naprawdę dobra.” — potwierdziła Martyna, dzióbiąc bez przekonania rzeczoną potrawę na talerzu. „Na drugonóżka?” — zaproponował rodziciel, trzęsąc lekko butelką. W odpowiedzi otrzymał skinienie głowy. Rozlał następną kolejkę. Na dłuższą chwilę zapadło milczenie, przerywane tylko dźwiękiem sztućców uderzających w talerze.
W ciszy wypili na drugą nogę, chuchając lekko, raczej nie delektując się smakiem. W tych właśnie momentach zadumy przez głowy biesiadników przelatywały dziesiątki myśli dotyczących najbliższych godzin. Smętnie przeżuwali kolejne kęsy, wbijając wzrok w zastawę. „Pamiętasz młody, jak dziadek trawę wypalał za stodołą?” — rzucił nagle ojciec. Dzieci parsknęły cicho. Na ustach małżonki pojawił się kwaśny uśmiech. Babcia fuknęła tylko i sięgnęła po kolejną potrawę. Wszyscy dobrze pamiętali wyczyny dziadka bimbrownika. Przez dziesięciolecia pędził całkiem dobry samogon, sprzedając okolicznym pijaczkom. Niestety, im był starszy, tym miał większe problemy z pamięcią.
We wsi chętnych na jego wynalazki było kilku i nie zawsze byli skorzy do zapłaty, więc senior próbował chować towar w różnych dziwnych miejscach, o których zupełnie jak wiewiórka zapominał po jakimś czasie. To było kilka lat temu, w lato. Trawa na łące rosła wysoko, niekoszona od kilku tygodni. Dziadek stwierdził, że to będzie dobre miejsce na schowek, więc ukrył tam większą część zapasów. Po tygodniu czy dwóch wpadł na pomysł użyźnienia gleby poprzez wypalenie spieczonej słońcem trawy. Pomysł dość popularny w okolicy, jednakże opłakany w skutkach. Gdy ogień dotarł do butelek, wydarł się spod kontroli człowieka i zagroził okolicznym budynkom. Musiała interweniować straż pożarna. Skończyło się ustawową grzywną i wstydem na całą wieś. „Dobrze, że Geńka już nie ma” – mruknęła babka.
Nie za głośno, ale na tyle, żeby wszyscy ją usłyszeli. „On już tam z Jezuskiem siedzi. Pan Bóg go zabrał wcześniej. To wszystko karo za grzechy.” „Za jakie grzechy, babciu?” – wtrąciła nagle Martyna. – „To nie ma z tym nic wspólnego.” „Jo nie wiem, czy dziadek to akurat z Jezusem siedzi” – dorzucił swoje Józef. Po prawdzie babcia też tego nie wiedziała. Z Eugeniusza był kawał cholernika i nieraz dał się we znaki zarówno dzieciom, jak i Genowefie. Po cichu liczyła, że będzie czekał na nią w niebie, ale gdzieś w głębi siebie coś podpowiadało jej, że go tam nie spotka. Oczywiście jej nieskalana dusza na pewno zasiądzie przy Zbawicielu. To nie ulegało dla niej wątpliwości.
„Może komuś z racuchów?” – nagle wyskoczyła z tym Danuta, podnosząc talerz z daniem. Nie było chętnych oprócz babci. Wzięła jednego. Nastała kolejna cisza. Wspomnienie o dziadku nakierowało myśli dzieci na niezbyt przyjemne wątki o tych, którzy już odeszli. Piotr pomyślał o swojej dziewczynie, z którą powinien się spotkać po wigilii, a najlepiej zjeść razem z nią. Jednak odeszła miesiąc temu. Nie wytrzymała psychicznie oczekiwania na koniec. Miał ochotę zrobić to samo, lecz wizja ogni piekielnych smagających przez wieczność jego duszę skutecznie odwiodła go od tego pomysłu. Martyna miała podobne myśli.
Wróciła pamięcią do kilku koleżanek i kolegów z klasy. Oni także zdecydowali się na przedwczesne zakończenie żywota. Pomyślała o swoim chłopaku. Chciałaby z nim spędzić te ostatnie chwile. Jednak ten zapragnął wycisnąć z życia tyle, ile się da. Głęboko zakorzeniona religijność nie pozwoliła jej spełnić jego oczekiwań. Skończyło się bolesnym rozstaniem. On natomiast swawoli, z kim popadnie. „Stary, o cym myślis?” – po dłuższym okresie milczenie przerwała gospodyni. Gospodarz trzymał od jakiegoś czasu w ręku pusty kieliszek i zawzięcie się w niego wpatrywał.
Kilka sekund zabrało mu zrozumienie, że zwrócono się do niego z pytaniem. „Co jo?” – chrząknął, przy okazji przełykając ślinę. – „Myśla, dlaczego Dudka na mundial nie wzięły.” „Co?” – jęknęła Danuta, robiąc dziwne gesty rękoma. Dzieci parsknęły cicho. – „W tokiej chwili o piłce myślisz?” „A o cym mom myślić?” – żachnął się Józef. – „To som ważnie sprawy. Przynojmniej dla mnie.” „Oj, stary, stary, kiedy ty wreszcie zmądrzejesz?” Zrezygnowana małżonka pokręciła głową. Być może nigdy – pomyślała głowa rodziny. Już na takie rzeczy za późno. Nagle do głowy przyszła mu niespodziewana idea.
Chyba jedynym plusem obecnej sytuacji jest to, że nie będzie musiał dłużej spłacać kredytu zaciągniętego na rolę. Te łachudry z banku nie dostaną już ani grosza więcej. W duchu zapytał sam siebie, dlaczego wcześniej nie zaprzestał spłaty. Mógł oszczędzić kilka tysięcy. Mógł zaszaleć przez ostatnie tygodnie. Zamiast tego wszystko, co zostało, poszło na wigilię. Chyba jednak Danka ma rację. „Słyszeliśta, że wczoraj ta z dołu, za Łaniakowa, się powiesiła?” – wypaliła nagle jak z moździerza Danuta. „Mamo!” – podniosła głos Martyna. – „Mówisz o takich rzeczach przy wigilii?” „No co?
Należało się cholernicy. Kobity we wsi nazad robiły zakłady, która pierwszo kojtnie. Łona czy Kaliciakowa.” „To nie jest zbyt dobry temat na święta, mamo” – odezwał się Piotr. – „Tak kpić z ludzkiej tragedii.” „Tak tylko mówia.” – Matrona wzruszyła ramionami, nie widząc niczego zdrożnego w tym. – „Dziecioki pewnie się cieszą, że im matka taki prezent pod choinka sprawiła.” „Jo pier-” Józef walnął otwartą dłonią w stół. Siano pod obrusem znacznie zamortyzowało uderzenie. „Upanuj się, kobito!” Małżonka spojrzała na niego wzrokiem, jakby nie wiedziała, o co mu chodzi. Wzruszyła lewym barkiem i poczęła dziobać w talerzu. Józef posłał jej karcące spojrzenie i pokręcił głową. Złapał za flaszkę i polał następną kolejkę.
Wypili duszkiem. „Wszyscy pojedli?” – zapytał ojciec, odkładając kubek z kompotem, którym popił wódkę. Powiódł wzrokiem po biesiadnikach. Zobaczył kilka wzruszeń ramion i niezdecydowanych min. „Jeszcze barszczyku nie próbowałam” – zaskrzeczała Genowefa. Podniosła się z krzesła i delikatnie trzęsącą ręką sięgnęła po czerpak, który tkwił w wazie z potrawą. „Matuli naleję.” Danuta błyskawicznie rzuciła się do naczynia. Podniosła go zręcznie i przeniosła w pobliże głębokiego talerza seniorki. Ta klepnęła ciężko na siedzenie, oczekując na ruch synowej. Nalała jej jedną chochlę, po czym nabrała drugą i pytająco spojrzała na nią.
Babuleńka zachęcająco kiwnęła głową. „Jeszcze trochę gęstego” – mruknęła staruszka, gdy Danuta chciała odstawić wazę. Ta posłusznie wyłapała kilka uszek i dolała do talerza. „Matko, uwożę, bo jeszcze piękniej od tego borstu” – rzucił żartobliwie jej syn. „Jak ciebie jeszcze nie rozsadziło, to mnie też nie powinno” – odpowiedziała mu Genowefa chwilę później, oblizując usta. – „Jak to ma być ostatnia wieczerza, to moga i się przeżreć.” Wszyscy zarechotali na te słowa. „Może matula kielicha by też chciała?” Józef złapał za butelkę, zachęcająco potrząsając nią. „Już Geniek zo mnie wsydźko wychlał. Więcej nie potrzebuja” – odparła babcia, nie odrywając się od talerza. Jej syn wzruszył ramionami i odstawił alkohol na stół.
Przez chwilę panował spokój, przerywany jedynie siorbaniem babci delektującej się barszczem. Prawie wszyscy nasycili swój głód i pragnienie. Pozostała ponad połowa żołądkowej gorzkiej, ale nikt się nie kwapił, by ją dokończyć. Józefowi pomysł napicia się wydawał się przed Wigilią bardzo dobry. Teraz, po paru kieliszkach dochodził do wniosku, że się mylił. „Może zaśpiewamy jaką kolędę?” – zaproponowała nagle Danuta. Wszyscy popatrzyli na nią zdumionym wzrokiem. Wszyscy oprócz seniorki, która oparła łyżkę o talerz i zaintonowała skrzekliwie: Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpisz Niedołżyta? Powiedzcież nam, trzej królowie. Danuta dołączyła do śpiewu, poprawiając nieco słowa.
Zaśpiewały jeszcze kilka linijek, lecz widząc, że nikt więcej nie chce dołączyć do chórku, kolęda zgasła samoistnie. „Teraz bardziej pasowałaby »Wśród nocnej ciszy«” – rzucił smutno Piotr. „Wśród nocnej ciszy…” – zaczęła Genowefa. „Babka, babka” – wtrącił Józef, gestykulując uspokajająco ręką. – „Może już storcy tych kolęd. Może w telewizorze co będzie. Może coś się zmieniło.” Wstał od stołu, podszedł do meblościanki, gdzie leżał pilot. Wziął go i włączył plazmę wiszącą na ścianie. „Józwa, już byś poczekał trochę z tym pudłem” – mruknęła żona. „Może co powiedzą w wiadomościach” – odpowiedział Józef, wracając na swoje miejsce.
Przez jakiś czas skakał po kanałach, szukając czegoś interesującego. Przez moment mignęła ulubiona telenowela Danuty. Odruchowo chciała krzyknąć, by zatrzymał się tam i dał obejrzeć. Jednakże od razu zrozumiała bezcelowość swojej prośby. Do tej pory odsuwała od siebie czarne myśli, lecz w tym właśnie momencie ogarnęło ją przygnębienie. Zdała sobie sprawę, jak bardzo będzie brakować jej tych głupich seriali. Nigdy nie dowie się, kto jest ojcem Rosality. Czy Manuela jest w ciąży z Luisem, czy tylko oszukuje i kim naprawdę jest Jose – mężczyzną czy kobietą. Przez chwilę zastanowiła się, czy w miejscu, dokąd wszyscy się udadzą, będzie to miało jakiekolwiek znaczenie. „O!
Wiadomości” – zauważył Piotr. „Tata, zostaw tu.” Ojciec przez chwilę rozważał, czy szukać informacji na innych kanałach, gdyż tego nie darzył szczególną sympatią, ale po paru sekundach odpuścił. Przyciszył nieco, gdyż w jego uznaniu było za głośno i odłożył pilota na stół. Zauważył, że program prowadzi chyba weteranka stacji. Najwidoczniej nie było już chętnych, by kontynuować to dzieło w tych ostatnich godzinach. Wszyscy słyszeli o fali samobójstw nie tylko w telewizji – na całym świecie, a ci, którzy nie chcieli odejść wcześniej, ciągle żywili jakąś nadzieję. Po prostu rzucili robotę w cholerę. Prezenterka właśnie uspokajała widownię, mówiąc o znacznym zmniejszeniu liczby przestępstw i samobójstw. Przynajmniej w Polsce. W innych regionach świata bywało różnie.
Głośnym echem rozeszła się sprawa holenderskiego prezentera, który niedawno zabił się na wizji Poprzednio żegnając się z widzami i światem jako takim. W prawym górnym rogu ekranu widniał zegar odliczający czas do zagłady. Zostało ledwie kilkanaście godzin. Dziennikarka nie omieszkała przypominać o tym co pięć minut. Zwróciła też uwagę na bogaczy, którzy wybudowali podziemne schrony i mają nadzieję tam przetrwać, by może kiedyś odbudować ludzkość. Piotr pomyślał, że tonący brzytwy się chwyta. Wszystkie programy pseudonaukowe, które oglądał, były zgodne. Po Europie nic nie zostanie, a potem szlag trafi resztę świata. Po kilkunastu godzinach z planety ma zostać jedynie sucha skorupa bez wody i powietrza. Nagle przerwano transmisję wiadomości, by nadać na żywo coś, co działo się w centrum Warszawy, gdzieś na Starówce.
Wielka kula błękitnego światła pojawiła się znikąd i lewitowała nad powierzchnią ulicy. Od czasu do czasu strzelały z niej groźne błyskawice, dewastując okolicę. Okoliczni mieszkańcy stanęli w oknach bądź wyszli na ulicę, obserwując anomalię. Po kilku minutach obiekt eksplodował, wzbudzając silną falę uderzeniową. Szyby z okolicznych budynków spadły na bruk z wielkim hukiem, nie czyniąc prawie nikomu szkody. Po kuli pozostał wypalony krąg, a w centrum stała jakaś postać. Operatora kamery i prezentera dzieliło od nieznanego osobnika jakieś 100 metrów. Ciągłe przybliżanie obrazu i wyostrzanie nie przynosiło pożądanych skutków. Postanowili podejść jak najbliżej. Zbliżającym się ludziom ukazał się przedziwny widok.
Nieznajomy humanoid nosił na sobie coś w rodzaju skafandra, kombinezonu, a może zbroi. Trudno określić, czym było to odzienie. Nie ulegało natomiast wątpliwości, iż na pewno wyprzedzało tą epokę. Przedziwny hełm skrywał oblicze przybysza. Nie sposób stwierdzić, czy to człowiek, czy ktoś inny. Gdy przedstawiciele telewizji zbliżyli się na odległość kilkunastu metrów do nieznajomego, ten w końcu zwrócił na nich uwagę. Do tej pory klikał zapamiętale w coś, co przypominało mały wyświetlacz zamontowany na lewym przedramieniu. Zaprzestał tej czynności i obrócił się w stronę kamery. „Witajcie ziemianie, witajcie Polacy.” Z kombinezonu wydobył się dziwny, nieprzyjemny, elektroniczny głos. Dziennikarza i operatora wryło w ziemię.
Tajemnicza postać zrobiła kilka kroków w ich stronę. „Mam dla was dwie wiadomości. Radujcie się.” Przybysz rozłożył ręce na boki i uniósł je w górę, jakby celebrował jakąś mszę. „Po pierwsze asteroida Apophis nie uderzy jutro w okolice tego miasta.” Ludziom słuchającym tego przekazu serce nagle zabiło mocniej. Niektórym jakby wielki kamień spadł z niego. Czy ten dziwny jegomość jest zwiastunem dobrej nowiny? Czy świat jednak się nie skończy? Siedzący przy wigilijnym stole Piotr pomyślał nie po raz pierwszy, dlaczego ta cholerna skała musi walnąć akurat w Polskę, a nie gdzieś indziej. W ocean albo w Ruskich. Dlaczego Amerykanie niczego nie zrobili, by powstrzymać katastrofę, jak to zwykle mają w zwyczaju się przechwalać?
Wyłgali się mówiąc, że próbowali i nic nie da się zrobić. „Po drugie, drodzy Ziemianie” — kontynuował egzotyczny gość, patrząc na swój wyświetlacz na przedramieniu — „asteroida uderzy w was za dokładnie 13 minut, a ja przybywam z przyszłości, by to obejrzeć.” Marek Kolender, „Prawda”. Tomasz zasiadł do komputera i otworzył plik. Nosił on tytuł „Prawda”. Przesunął stronę tytułową, potem następną, na której widniał cytat: „A czymże jest prawda? — pytał Piłat. Człowiek szukał odpowiedzi, lecz Syn Człowieczy milczał wtedy.” Tomasz jednak chciał przemówić. Tworzył historie od lat. Dawno wyrobił już owe legendarne 10 000 godzin wymaganych do mistrzostwa, a jednak nie czuł tego w sobie. Pisał proste historie.
Na początku fantastykę, potem jednak uznał, że kryminały są bardziej dochodowe. I choć trwało to tak długo, nie czuł żadnej misji. Pisząc dla pieniędzy czuł, jakby sprzedał ideały młodzieńcze, a także zdradził piękno. Zdradził? Nie. Gorzej. Zgwałcił. I było tak aż do tego jasnego czerwcowego dnia, gdy jak Hesse obudził się pisarzem. Już nie człowiekiem piszącym, lecz właśnie pisarzem. Ecce author.
I mimo że od tego czasu nie napisał nawet linijki, chociażby jednego słowa, którego by później nie skreślił, to nigdy w takim stopniu nie czuł się artystą. W końcu wiedział, że coś może zostać po nim na dłużej niż książki na wyprzedaży w Biedronce, Kauflandzie czy też innym ołtarzu konsumpcjonizmu. Siedział więc przed ekranem i zastanawiał się nad wszystkim. Dosłownie wszystkim. Chciał znaleźć jego esencję, a potem nadać jej dokładnie określony kształt, który opisałby literami ułożonymi w słowa. Czasem pisał kilka linijek. Później jednak zdawał sobie sprawę, że mogą one nie być prawdą, że nie są prawdą albo że kategorycznie nią być nie mogą. I tak dzień w dzień zadawał sobie pytanie: czymże jest prawda? Pewnego dnia, podczas pracy nad swym opus magnum, poczuł zimny powiew. Jego kości przejął ziąb, ale to dusza zadygotała.
Spojrzał za siebie, ale w tym malutkim pomieszczeniu nic się nie zmieniło. Nadal było ciasne i tylko delikatnie, subtelnie oświetlone. Wrócił więc do ekranu, który wzywał go do obowiązków związanych z jego powołaniem, ale też przy tym odpychał, gdyż jego światło uświadamiało mu przez to prześwietlenie duszy w Full HD, jak mało wie, jak jest słaby, malutki wobec wszechrzeczy. Teraz jednak, gdy już chciał dotknąć palcami klawiszy, czy też może tak sobie wmawiał, zauważył kątem oka, że ktoś stanął tuż przy nim. „Tomasz O.?” – zapytał ów ktoś. Pisarz był zbyt zdziwiony, że ktoś mu towarzyszy, by zadać sobie pytanie: co tu robi ktoś obcy? I tylko powoli skinął głową. „Podobno szukasz prawdy.” „A ty?” – odezwał się w końcu pisarz. – „Kim jesteś? Skąd ty tu…” „Również szukam prawdy.
Szukam jej od dawna” – poinformował homo incognito. – „Nie jestem tu z żadnego miejsca ani żadnego czasu. Towarzyszę ludziom już od zarania dziejów. Gdy pierwszy z was spojrzał na afrykańskie wzgórze i pomyślał, co może być za nim, a także gdy pierwszy raz namalowano niewyraźne sylwetki w jaskiniach. Teraz jednak przybywam do twego miejsca i twego czasu z przyszłości. Mam coś dla ciebie.” I wręczył Tomaszowi książkę. Na okładce widniał napis: „Prawda”. Pisarz drżącymi rękoma otworzył opasły almanach i przewrócił kartkę z cytatem. Następna strona była pusta. I następna.
I jeszcze kolejna. Przerzucał je jak w transie. Był zaskoczony i zasmucony. Chciał znaleźć prawdę. Nie znalazł ich wewnątrz. Wszędzie była tylko biel. Wreszcie w końcu doszedł do końca. Na samym końcu widniały jakieś szlaczki. „Wiesz, co to jest?” Głos postaci rozchodził się po pokoju jak echo. Przygłuszona pamiątka czasów, które dawno już przeminęły.
Tomasz nie odpowiedział i tylko wpatrywał się w te dziwne linie. „Człowiek, którym może kiedyś się staniesz, napisał to na łożu śmierci” – ogłosił odwieczny poszukiwacz prawdy, towarzysz ludzkości. „Co głosi ten napis?” – spytał pisarz. „Szukajcie jej. Ja nie podołałem.” Na chwilę zapadła cisza. Na bardzo długą chwilę, przynajmniej dla Tomasza. Próbował rozgryźć tajemnicę wszechrzeczy, cel i porządek, a także coś więcej w ten jeden konkretny, a przy tym tak wyjątkowy moment. Próbował więc w minutę dokonać tego, co jak widać nie udało mu się przez całe życie. Mimo tego i tak się starał. Czuł, że może już nigdy nie spotkać tego kogoś.
Swojego niewoszonego, lecz najmilszego gościa. Ten zaś wydawał mu się kluczem do odpowiedzi. „A jeśli to droga jest prawdą?” Dziwny człowiek milczał przez dłuższą chwilę. „Szukaj dalej” – rzekł. – „Choć z tą odpowiedzią jesteś już na pewno bliżej, gdyż będziesz szukać.” I ruszył w stronę niczego. „Czekaj!” – zawołał pisarz. – „A piękno? Czy pisarz nie powinien szukać piękna?” „Prawda jest piękna” – odparła postać i zniknęła. Tomasz od tego czasu szukał prawdy. Czytał wiele.
Pisał dzień w dzień, jednak zwykle zostawiał to, co napisał. Nie kreślił i nie wysyłał tego wszystkiego w bezkresnicości. Zdawał sobie sprawę, że nie jest to prawda. Chciał jednak, by każde jego dzieło, każdy rozdział, akapit, wiersz, a nawet każde kolejne słowo było jej bliższe. Chodził do pracy. Nie była ona szczególnie związana z pisaniem, jednak i w niej starał się szukać prawdy. Szukał jej zawsze i wszędzie. W końcu był pisarzem. Opowiadanie dedykuję Tomaszowi Fąsowi jako odpowiedź na felieton z audycji Bibliotekarium z dnia 8 listopada Anno Domini 2019.
[03:54:16] - Tak, proszę państwa, to jest ten moment, kiedy wygłoszę sakramentalne: „I to już wszystko na dzisiaj”. Bardzo serdecznie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i tradycyjnie, nieodmiennie i jak zawsze zapraszam za tydzień w piątek. Odpalimy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. A dzisiaj już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu no i do usłyszenia.
[03:54:46] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.