[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Wszyscy najedzeni, pełni, ale i tak bardzo głodni. Głodni oczywiście nowych książek i filmów oraz ciekawych dyskusji. Głodnych zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Nie wiem jak państwo, ale ja, kiedy byłem dzieckiem, najbardziej nie lubiłem, kiedy któryś z dorosłych powiedział te oto magiczne słowa: święta, święta i już po świętach. Nie znosiłem tego, ale wypowiadam je dzisiaj bez jakichś specjalnych oporów, bo dni wolnych jeszcze trochę zostało. A zatem świętujmy, nie stresujmy się, a przy okazji zapraszam na kolejne wydanie AWF. Zaczynamy! I jak zwykle zaczynamy od polecanek. Dzisiaj to są polecanki na dosyć odległy czas, bo na marzec 2026 roku. Jest jedna wcześniejsza, ale większość to marzec 2026. Myślę jednak, że książki są na tyle ciekawe, że warto je sobie odnotować razem z datami wydania i spokojnie czekać. Pierwsza propozycja to „72 pory roku.
Kalendarz japoński drogą do odporności psychicznej i siły”. Autorem jest Antonio Antefermo, wydawnictwo Otwarte, a data premiery to 25 marca 2026 roku. To japoński kalendarz podzielony na 72 mikrosezony. Ten kalendarz od wieków pomaga akceptować zmiany i odnajdywać sens w codzienności. Każdy pięciodniowy moment roku przynosi inną lekcję o skupieniu, odporności psychicznej, cierpliwości czy wdzięczności. Lekcja pierwsza: zmiana nie jest zagrożeniem. To naturalny etap każdego cyklu. Lekcja druga: koniec jest początkiem czegoś nowego i potencjalnie wspaniałego. Lekcja trzecia: wybaczaj sobie błędy i akceptuj swoje niedoskonałości. Antonio Antefermo, psycholog wykorzystujący w swojej pracy elementy wschodnich filozofii, pokazuje, jak przestać walczyć z tym, czego nie możemy kontrolować i jak wrócić do równowagi nawet w środku życiowej burzy.
Refleksje, ćwiczenia oraz krótkie haiku pomagają ci zatrzymać się, zacząć głębiej oddychać i codziennie budować swój dobrostan. Odkryj proste sposoby na spokój ducha, odporność psychiczną i przystosowanie się do zmian jako naturalnej części życia. Antonio Antefermo jest psychologiem zafascynowanym kulturą Dalekiego Wschodu i sztukami walki. W ciągu ostatnich 10 lat poświęcił się studiom i promowaniu wiedzy dotyczącej mindfulness, praktyki, której pozytywny wpływ na ciało i umysł został potwierdzony badaniami naukowymi. W swojej pracy terapeutycznej łączy techniki relaksacji, medytacji oraz metody terapii akceptacji i zaangażowania, a także mądrość zen, pomagając pacjentom przezwyciężyć zaburzenia lękowe i towarzysząc im na drodze rozwoju osobistego. Jego profil w sieci, na którym promuje najnowszą wiedzę psychologiczną oraz proste metody samopomocowe, śledzi ponad 150 000 osób. Antefermo jest też autorem bestsellera „Droga samuraja”. A ja przypomnę, książka, o której mówiłem, to „72 pory roku. Kalendarz japoński drogą do odporności psychicznej i siły”. Autor: Antonio Antefermo, wydawnictwo Otwarte, a premiera dopiero 25 marca 2026 roku.
Kolejny tytuł to „To, czego potrzebuję” J. Daniels, wydawnictwo Purple Book. Data premiery: 11 marca 2026 roku. Riley Tennyson nigdy nie uważała się za piękność. Kiedy więc CJ Talley, przystojny policjant, zagaduje ją przy barze podczas wesela jej brata, nie może uwierzyć, że to może być coś poważnego. Spędzoną z nim upojną noc uważa za błąd. Dodatkowo utwierdza się w tym przekonaniu po powrocie z weselnej imprezy, gdy Richard, prawie jej były chłopak, wyznaje, że wciąż darzy ją uczuciem. Dziewczyna postanawia zapomnieć o namiętnych chwilach z policjantem i wieść przykładne życie z chłopakiem. Ale serce i niespodziewane zdarzenia nie pozwalają jej na to. Riley zachowuje się z dystansem wobec CJ-a.
Tylko jak długo może jej się to udawać, gdy mężczyzna śpi w pokoju za ścianą? Przypomnę książka „To, czego potrzebuję” Jaye Daniels, wydawnictwo Purple Book. Data premiery 11 marca 2026 roku. I trzecia propozycja: „Czerń, biel i czerwień. Star Wars. Darth Maul.” To jest, proszę państwa, komiks. Ma więc swoich scenarzystów. To Benjamin Percy, Mark Russell i Greg Pak. Ilustratorzy to Stefano Raffaele, Leonard Kirk, Luca Pizzari i Will Sliney. Tłumaczem na język polski jest Jacek Drewnowski.
Wydawnictwo Story House Egmont. Data premiery 25 luty 2026 roku. Jeden z najbardziej znanych czarnych charakterów w uniwersum Star Wars występuje w opowieściach zilustrowanych w czerni i bieli oraz swojej charakterystycznej czerwieni. Kiedy statek więzienny transportujący członków sekty znanej jako Ostateczne Zaćmienie znika z radarów, Palpatine wysyła Dartha Maula, żeby zbadał tę tajemniczą sprawę. To, co mroczny uczeń znajduje na pokładzie, wygląda niczym z sennych koszmarów. Podczas innej misji w celu podbicia kolonii górniczej niespodziewany opór prowadzi do walki na śmierć i życie, a Maul odbiera jedną ze swoich najcenniejszych lekcji. Choć wydaje się bezgranicznie lojalny wobec swojego mistrza i szczerze wierzy w Sithów, czy nie zmieni zdania podczas podróży na odległy księżyc? Po co Palpatine wysyłał swojego ucznia do prastarego świata? I kto zapłaci cenę za cierpliwość? A ja przypomnę ten komiks nosi tytuł „Czerń, biel i czerwień.
Star Wars. Darth Maul.” Scenarzyści Benjamin Percy, Mark Russell, Greg Pak. Ilustratorzy Stefano Raffaele, Leonard Kirk, Luca Pizzari i Will Sliney. Tłumacz na język polski Jacek Drewnowski. Wydawnictwo Story House Egmont. Data premiery 25 luty 2026 roku. Proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Tak, nie zwalniamy tempa. Dzisiaj ponownie sięgamy do starożytności. Anaksagoras z Klazomenaj w Jonii to postać, która w dziejach filozofii jawi się jak światło w ciemności.
Urodzony w V wieku przed naszą erą, w czasach, gdy Ateny dopiero kształtowały się jako centrum sztuki, demokracji i myśli politycznej. Był człowiekiem, który w chaosie świata odnalazł uporządkowaną logikę. W epoce, w której wyjaśnienia zjawisk naturalnych wciąż czerpały z mitów i boskich arbitralności, Anaksagoras wprowadził ideę rozumu, nous, inteligencji kosmicznej, która kieruje światem i nadaje mu porządek. Jego filozofia jest równocześnie racjonalna i poetycka. Anaksagoras twierdził, że wszystko, co istnieje, składa się z nieskończonej liczby drobnych cząstek, zarodków tak zwanych spermata, które zawierają w sobie elementy wszystkiego. Każda rzecz, każda forma życia, każda gwiazda powstaje z połączenia i podziału tych cząstek. W tym obrazie świata można dostrzec coś niezwykłego. Każda część rzeczywistości nie istnieje sama, lecz w relacji z innymi częściami, a złożoność kosmosu wynika z nieskończonej liczby możliwych kombinacji. Jednak czyste prawo materii nie wystarczało Anaksagorasowi do wyjaśnienia kosmosu. Dlatego wprowadził on nous, rozum, inteligencję, która porządkuje chaos.
To nous inicjuje ruch, który tworzy gwiazdy, planety i życie. Ruch, który pozwala materii przekształcać się w uporządkowane formy. Nous nie jest przy tym Bogiem w tradycyjnym sensie. Nie ingeruje w świat według kaprysu, nie osądza, nie karze. Jest raczej światłem, które oświetla drogę materii, porządkuje ją i nadaje kierunek. W tym sensie Anaksagoras jest pierwszym filozofem, który mówi o rozumie jako prawie kosmicznym, inteligencji wykraczającej poza człowieka, a jednak dostępnej dla rozumnego poznania. Spojrzenie na świat Anaksagorasa miało wymiar praktyczny i moralny. Człowieka uznawał za część porządku świata. Ciało i dusza zbudowane były według niego z tych samych cząstek co wszystko inne. Nie istnieje separacja między człowiekiem a kosmosem, między mikro i makroświatem.
Każde życie, każda decyzja, każda relacja podlega uniwersalnym prawom, a jednocześnie uczestniczy w harmonii większego systemu. To wizja głęboko integrująca. Człowiek nie jest bowiem bytem odrębnym, lecz bytem wplecionym w tkaninę wszechświata. Anaksagoras odszedł od mitologii nie tylko w opisie świata, ale i w podejściu do zjawisk naturalnych. Według niego księżyc odbija światło słońca. Zaćmienia są wynikiem ruchu ciał niebieskich, a nie gniewu bogów. Słońce to ogniste ciało, księżyc ciało materialne, a gwiazdy nie są świecącymi istotami, lecz przedmiotami podlegającymi prawom kosmosu. To były pierwsze próby zrozumienia świata w sposób empiryczny i racjonalny. Zapowiadają naukową rewolucję wiele stuleci później. Jednocześnie filozofia, którą głosił Anaksagoras, zachowywała wymiar niemal mistyczny.
Materia jest nieskończenie podzielna i nieskończenie różnorodna. Każda rzecz zawiera w sobie elementy wszystkiego. W tej wizji można dostrzec kosmiczną jedność i piękno. Świat jest chaosem, ale chaosem uporządkowanym, pełnym wzajemnych zależności i harmonii. To spojrzenie zachęca do pokory. Człowiek jest częścią większej całości i nie może istnieć w oderwaniu od niej. Życie Anaksagorasa było odbiciem jego filozofii. Skazany na wygnanie z Aten za swoje kontrowersyjne idee, znalazł schronienie w Lampsaku, a w tym jego wygnaniu można dostrzec symboliczne znaczenie jego myśli. Prawdziwy rozum nie poddaje się presjom społecznego strachu ani tradycji. Wymaga wolności, by móc działać i oświetlać świat.
Anaksagoras nauczał, że poszukiwanie wiedzy bywa trudne, niekomfortowe, a czasami samotne, ale jest niezbędne, jeśli człowiek chce zrozumieć kosmos i swoje w nim miejsce. Dziedzictwo Anaksagorasa jest trwałe. Idee o nieskończonej podzielności materii i inteligencji kosmicznej wpłynęły na późniejszych myślicieli, od atomistów po filozofów nowożytnych, którzy w różnych formach starali się łączyć świat nauki z refleksją o porządku i sensie życia. Anaksagoras pozostaje symbolem odwagi, odwagi intelektualnej. Świat można badać, można rozumieć, a rozum daje człowiekowi narzędzie do uczestnictwa w kosmicznym porządku. Przesłanie Anaksagorasa pozostaje aktualne. Świat jest możliwy do zrozumienia, ale wymaga od nas wysiłku. Wysiłku poznania. Chaos można uporządkować, jeśli spojrzymy na niego światłem rozumu. A człowiek nie jest samotną wyspą, lecz częścią nieskończonego, fascynującego kosmosu.
I być może w tym tkwi największa siła Anaksagorasa, a właściwie jego filozofii. W przypomnieniu, że rozum może oświetlić nawet najbardziej nieprzeniknione zakamarki rzeczywistości. Może to zrobić, jeśli odważymy się użyć rozumu. Proszę państwa, proszę państwa. Tyle korepetycje filozoficzne. Czas na odrobinę literatury. Dzisiaj chciałbym państwu zaproponować opowiadanie Bruno Kadyny „Nie skacze się w kapciach”. Czyta Marek Sęk "Ivellios". Zapraszam.
[16:34] - Bruno Kadena. Nie skacze się w kapciach. Noc przez łzy jest nieciekawa nawet na dachu. Skacz. Po to tu przyszedłeś — myślę. To najlepsze wyjście. Gadam do siebie, jakbym musiał się w tym utwierdzić, a to przecież oczywiste. Na co czekasz? To trudniejsze, niż myślałem. Może po prostu jestem tchórzem.
Siadam. Muszę być pewien. Zaraz przestaniesz myśleć. Wszystko to i tak przestanie istnieć. Jakie znaczenie ma więc całe rozmyślanie i układanie w głowie? Najważniejsze, żeby chłopcy już tego nie przeżywali. Szybko przeboleją stratę. Szczególnie, że i tak prawie nie ma mnie w domu. Inaczej dawno bym ją zabił. Albo siebie.
I tak sobie siedzę. Czas się zbierać i nie rozwlekać. Już nie myśleć o niczym. Już nie trzeba. Inaczej coś spróbuje mnie powstrzymać. Wstaję. Po prostu to zrobię. Podchodzę do skraju dachu. Co tu robisz, mordo? Słyszę za sobą słowa i się odwracam.
To koleżka. Robi mi się wstyd jak jeszcze nigdy w życiu. Aż w pierwszej chwili mam ochotę się zerwać, żeby skoczyć i uniknąć jego spojrzenia. Ale pojawia się pytanie, co on tutaj robi? Nigdy nie przyjeżdżał bez zapowiedzi. Iza powiedziała, że wyszedłeś. Nie zasłoniłeś wejścia na dach — mówi. Nie gadałem z nim dzisiaj. Wyłania się z dziury. Widzę sylwetkę od pasa w górę.
Ten sam wstyd nie pozwala mi się teraz ruszyć. „Przychodzę się tu przewietrzyć” – kłamię. Spojrzenie Krystiana mówi, że pierwsze słyszy. Nie wyłazi z dziury. Siada na krawędzi włazu. „To może miasto? Jakiś patrol?” – pyta. Robię ku niemu dwa kroki, ale się zatrzymuję. Nie chcę iść. Nie mogę też teraz skoczyć ani nawet pokazać, że chcę to zrobić.
Chce mnie stąd ściągnąć. Znowu muszę grać, że wszystko dobrze. Zmuszać gębę do uśmiechu. Przecież oczy masz czerwone od płaczu. Wszystko widać. „Może nie dzisiaj stary. Nie chcę teraz wchodzić do domu, żeby się ubierać. Dopiero stamtąd spieprzyłem” – mówię. „To dawaj tak jak jesteś. Nie będziemy wysiadać”.
Podejrzewa, że chcę skoczyć. Widać to po nim. „Nie dzisiaj stary. To taka chwila, w której chłop musi zostać sam” – mówię. Patrzy na mnie jak na idiotę. „Co ty wygadujesz za głupoty? Właśnie w takich chwilach chłop nie może być sam. Dawaj, o jakiś McDonald zahaczymy”. Kurde, idź stąd. Nie sądziłem, że wkurzy mnie jego gadanie.
„Nie stary, nie dziś. Chcę zostać sam” – marszczę mordę. „Pieprzysz jak potłuczony. Dawaj, nie ma czasu”. Racja, nie ma. Nie ruszam się. „To ja wchodzę do ciebie, ale jedziemy zaraz i koniec” – mówi. I właśnie podchodzi do mnie. Szlag. „Co chciałeś odwalić gamoniu?” – pyta i wpatruje się we mnie.
Denerwuje mnie to. „Nic” – kłamię. Widzę, co mu chodzi po głowie. Stanął blisko, żeby mnie w razie czego złapać za ramię. Nawet się cieszę, że zauważył, że nie żartuję. Przecież przy nim nie skoczę. Miałby przesrane do końca życia, nawet jeśli o nic by go nie oskarżyli. Nie zapomniałby tej chwili. Niczego dobrego by nie stworzyła. Dość narobiłem syfu.
„Dawaj, siadamy tutaj” – pokazuję miejsce przy kominie. Mamy widok na ogrody sąsiadów i las. „Co chciałeś zrobić?” – pyta. Kurde, musisz? „Nic. Odetchnąć. Przychodzę tu czasem”. „Weź skończ. Wiedziałbym, gdybyś tu przychodził. Na bank choć raz byś stąd do mnie zadzwonił”.
Jaka dedukcja. „Nie złożyło się po prostu, Pałko. Nie przychodzę tu często” – mówię. – „Zobacz, nie mam przy sobie telefonu”. To było przekonujące. „Bo ci niepotrzebny. I buty też”. Spoglądamy na moje gołe stopy. „Lubię chodzić boso” – mówię. „Po papie i smole?” Wie, że od początku pieprzę głupoty.
Dość pajacu. Przecież zrozumie. „Jak skakać w kapciach?” – pytam już normalnym tonem. – „Za dzieciaka marzyłem, że latam jak Superman. Nurkuję i odbijam tuż nad ziemią. A teraz miałbym przeżyć coś takiego ostatni raz przed śmiercią w kapciach?” Ani trochę to nie było zabawne. „I twoje chłopaki cię znajdą z rozpieprzoną czaszką, mózgiem na wierzchu i rozerwanym bebechem”. „Lepiej tak niż wiszącego”. Właśnie przypomniałem sobie o złotym strzale. Robi się słodko w ustach i odjazd.
I będę w jednym kawałku. „I sra, i szcza się w gacie, jak w przypadku każdej innej śmierci. Nie zapominaj o tym. Skąd wiesz, że słodko?” „Nie wiem. Gdzieś słyszałem. Ale ten sposób wygrywa. Zrobię sobie wcześniej lewatywę”. „Weź się lepiej zamknij, bo cię obrzygam”. Zamykam się. Kretyńskie gadanie – przyznaję.
Milczymy chwilę. Potem Krystian pyta: „Zabijesz się z powodu baby? No matko, po co męczysz?” „Mam dość stary” – mówię. – „Nie mogę znieść cierpienia chłopaków. Wpłynie na całe ich życie”. „Ile oni mają lat? Nigdy nie pamiętam”. „Trzy i pięć. To, co się dzieje między mną a Izą, rozdziera im serca i przez to mnie”. „Myślisz, że aż tak to na nich wpływa?
Szczególnie kiedy drzem na siebie mordy, a oni stoją tacy mali, trzymają się za rączki albo przytulają i nic nie rozumieją. Za to przeżywają gigantyczny stres”. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Walczę z tym. „Myślisz, że to jej wina? To moja wina. Nie potrafię nad tym zapanować”. „Nie tylko ty powinieneś nad tym panować. To moja rola, by znaleźć sposób. Kiedy jest afera, mówię sobie, żeby nie odpowiadać, podkulić ogon i dać po sobie jechać do czasu, aż wymyślę, jak to wszystko naprawić.
Najważniejsze to zachować spokój” – mówi Krystian. Głos mi drży. Nie chcę się rozklejać. Chrząkam i mówię niższym tonem. „Potrafię się do tego zmusić tylko do pewnego stopnia. Ale kiedy ona podnosi głos i dolewa jadu, w końcu toksyna zaczyna działać”. „Kobiety jak nikt potrafią świadomie dokręcać śrubkę” – mówi Krystian. Nie wiem, co ja bym zrobił. Pewnie też uciekał. Cieszę się, że mnie rozumie.
Zanim ucieknę albo wybuchnę, proszę, żebyśmy się nie kłócili przy chłopcach. Gdyby ona choć raz poprosiła nawet przez zęby, poszedłbym na to natychmiast. Ciężko się nie odezwać, kiedy baby dokładają do pieca. Gdybym umiał panować nad swoim niewyparzonym ryjem, pewnie i ona nad swoim by zapanowała. Nie wiadomo. Jak zniknę, skończą się problemy. Chłopaki są w takim wieku, że nawet nie będą mnie pamiętać. Myślisz, że będzie im lepiej? Wiesz, co ona będzie o tobie mówić? Postawi mnie w gównianym świetle i o wszystko obwini.
Wymyśli jakąś historię i będzie ją powtarzać, aż uwierzą, że jest prawdziwa – mówię. No właśnie – potwierdza kolega. Mam to w dupie. Nie możesz wyjechać, popracować za granicą? Jakaś Norwegia, Niemcy? – pyta Krystian. Myślałem o tym, ale męczyłbym się strasznie. Tęsknota by mnie dobiła. Na początku. Potem byś przywykł.
Lepiej tak, niż Bartka i Artura pozbawić starego na zawsze. Żadna strata. Słabo żyć ze świadomością, że ojciec się zabił. Pewnie byłoby im wstyd, bo kto się zabija? Tylko świry. Przecież Iza nie przyzna, że się do tego przyczyniła, nawet sama przed sobą. Przypisze ci coś albo wymyśli chorobę psychiczną i na nią wszystko zwali. Dokładnie. To może najpierw spróbujesz wyjechać. Zabić możesz się w każdej chwili i wszędzie, a tak mógłbyś im pomagać, mieć nad nimi jakąś pieczę, być ojcem, chociaż z daleka.
Lepiej tak, niż wcale. Albo po samobójstwie zyskać miano tchórza i wariata. Pamiętaj, show must go on. Życie po tobie będzie toczyć się dalej. To wszystko nieważne. O tym wszystkim już myślałem. To co? Chodźmy stąd – mówi. Jeszcze nie. Źle ci tu?
Przejażdżka lepsza. Śmierć wciąż najlepsza. Opieram głowę o komin. Przez chwilę nic nie mówimy. Całe szczęście. Krystian patrzy na las. Cały czas jest skupiony i jakbym wciąż stał nad krawędzią. To nieprawda, że nie pomyślałem o złotym strzale. Po prostu muszę to zrobić znienacka. Najbardziej boję się, że w połowie drogi w dół zmienię zdanie.
Podobno często się to zdarza. Tylko skąd o tym wiadomo? Lot w dół po złotym strzale trwa o wiele dłużej, a co za tym idzie również żal po zmianie zdania. Muszę więc to zrobić nagle, w największej pewności, bo życie jest jak fala. Raz jest dobrze, a raz źle. To dobrze nie jest na tyle dobre, żeby chcieć żyć, ale dobre na tyle, żeby nie móc się zabić. Więc musi to być odpowiedni moment. Jak skoczę, to skulony, z zaciśniętymi powiekami, czekając na uderzenie i koniec. Dawaj mordo, jedziemy. Szkoda czasu – mówi Krystian.
Na co? Siedzę jak zamurowany. Nie mogę się ruszyć. Nie mam siły, nawet odrobinę prądu. Gdzie cię tak ciśnie jechać? – pytam. Właśnie nie wiem. Po prostu muszę gdzieś pojechać. Nie chce mi się, stary. Potwornie.
Jedź sam. Ja jeszcze chwilę posiedzę i wracam do domu. Nie pękaj. Przecież nie skoczę. Wolę złoty strzał. Krystian się nie śmieje. Żaden taki żart dzisiaj nie wejdzie. Pojadę, jak zejdziesz do domu, choć wolałbym jechać jak najszybciej. Gdzie pojedziesz? – pytam.
Wsiądę do fury i ruszę po prostu. Czuję, że powinieneś jechać ze mną. Co za natręt. Nie dasz mi posiedzieć samemu? – pytam. Nie. Czemu nie zadzwoniłeś, że jedziesz? I tak byś nie odebrał przecież. Dotykam lewej kieszeni, gdzie zawsze trzymam telefon. No tak.
Może to nie przypadek, że zajechałeś – żartuję. Jakbyś siedział na kiblu, to nie byłoby nic nadzwyczajnego. Przecież tylko przyszedłeś się przewietrzyć podobno. No tak, ale jeśli jednak miałem zamiar skoczyć na łeb, to dziwne, że akurat teraz się pojawiłeś. No dziwne – mówi. Po prostu wyszedłem. I taką trasę sobie wymyśliłeś? Jak wsiadłem do samochodu, pomyślałem o tobie. I dzida. Krystian analizuje wszystko, co było wcześniej, że po prostu nabrał ogromnej ochoty, żeby wyjść z domu i wsiąść do auta.
Naprawdę chciałeś się zabić? – pyta. Naprawdę. Ale już tego nie zrobię – kłamię. Teraz nie. Jutro, kurde! Co ty, Freud? Coś taki podejrzliwy? Nie wiem. Wiem, że musimy zejść stąd razem i ruszyć w drogę – mówi wpatrzony w las, a raczej w czarną ścianę, którą przypomina.
Film złapałeś na jeżdżenie. Wkręcił sobie ratowanie. Sam nie wiem, dlaczego mam takie ciśnienie. Jesteś po prostu porąbany – mówię. Musimy szybko stąd zejść i jechać. Co mi tam, odłożę skakanie. I tak nic z tego teraz. Mam na sobie koszulkę, spodnie dresowe i laczki. Nie wchodziłem do domu, choć miałem odruch, żeby wejść i ucałować chłopców. Nie zdążyłem przed wyjściem na dach.
Zjechaliśmy całą Świętojańską. Wcześniej byliśmy na Polance Redłowskiej i bulwarze. Zatrzymaliśmy się pod starym dworcem morskim. Krystian zamknął oczy i głęboko oddychał. Ładnie pachniało wodą morską, choć czasami z portu tak wali, że idzie zdechnąć. O nic nie pytam, a Krystian nic nie mówi. Nie wie, gdzie jechać. Jedzie na czuja. Odwiedzamy lubiane kąty. W każdym Krystian kręci nosem, że to nie tutaj i szukamy dalej.
W końcu wyjechaliśmy z Gdyni. Jesteśmy w Pierwoszynie. Skręcamy w boczną ulicę i dojeżdżamy do końca zabudowań. Jedziemy drogą przez łany zbóż. Pachną dziś przytłaczająco. Potem wjeżdżamy w nabrzeżny pas lasu. Jedziemy na urwisko na Mechelinkach. Dawno tu nie byłem. Nawet się cieszę, ale na pewno jeszcze bardziej mnie zdołuje to miejsce. W taką pogodę nie jest wesołe.
„Myślisz, że to tutaj?” – pytam. Krystian nie odpowiada. Uważa, żeby nie rozwalić zawieszenia. Będzie mnie woził bez sensu i pajacował. Wjeżdżamy na wielkie urwisko porośnięte trawą. Bardzo tu nierówno. Toczymy się wolno wytartymi koleinami. Niebo jest złe. Wiatr wygina drzewa, ale najgroźniej wygląda morze. Krystian odwraca moją uwagę od wody.
„Tam ktoś jest” – mówi. „Właśnie o to chodzi. Tu mieliśmy przyjechać.” „Skąd wiesz?” „Nie wiem. Mam takie przeczucie.” Wytężam wzrok. Przed nami widać ciemny kształt. Terenowy samochód. Tutaj częsty widok, nawet o tej porze. „Zepsujemy komuś randkę” – mówię. „Możliwe, ale musimy tam podjechać.” „Co ty?” Patrzę na niego podejrzanie. Wygląda, jakby nie był sobą.
Wkręca mnie. To pewnie Miras i Marian. Wali prosto na ten samochód. Duży, stary jeep Grand Cherokee. Nie poznaję auta. To żadnego z chłopaków. Chyba że nowy nabytek Mariana. On handluje samochodami. Ustawił się z nimi. Stąd ten pośpiech.
Zapominam, że miałem się zabić. Zatrzymujemy się tuż przed terenówką i świecimy w boczne okna. Wszystko przyciemnione, ale i tak widać zarys męskiej głowy obróconej w naszą stronę. Nie przypomina żadnego z kumpli. Typ właśnie z kimś. „Wysiadamy” – przerywa Krystian. Nie wiem, co się dzieje, ale robię, co mówi. Wysiadamy jednocześnie, a mężczyzna w środku wpada w popłoch. Wypada zza samochodu. Jest ubrany w szary dres.
Co jest? Biegnie do lasu w czerni. „Co to za chłop?” – pytam. „Nie mam pojęcia, ale o niego chodzi.” Z jeepa dobiega dziecięcy głos. „Słyszałeś?” Startuję do auta, obiegam w koło i już widzę, bo typ nie zamknął drzwi. Matko! Na tylnej kanapie leży dziewczynka, jakieś 10 lat. Zaciska oczy i płacze. Stara się nie robić hałasu. Ubrana jest w legginsy i za dużą bluzę.
Ma skrępowane z tyłu ręce. Samochód wygląda i pachnie normalnie. Chyba nie zdążył nic zrobić. Nie chcę nawet zakładać, co zamierzał. Jakby to skończył. Co z nią zrobił? Czuję przypływ niewyobrażalnej wściekłości. Krystiana też bierze. Zaciska pięści i pompuje. Chcę pognać za typem.
„Dzwoń na policję” – mówię. „Masz jakiś koc w aucie? I nóż? Trzeba przeciąć trytkę.” „Tak” – biegnie. Patrzę na dziewczynkę, a miejsce złości zajmuje współczucie i gorycz. Co ona musi czuć? Chcę ją jak najszybciej uspokoić. Robię wszystko, żeby głos mi nie drżał. „Dziewczynko, tamten człowiek uciekł, kiedy nas zobaczył. Pomożemy ci wrócić do mamy.
Już ci uwalniam ręce. Trzeba przeciąć ten pasek. Jak masz na imię?” Odpowiada dopiero, kiedy uwalniam jej ręce. „Zuzia” – wybucha płaczem. Też płaczę i żałuję, że się tak na tym dachu grzebałem.
[35:52] - Proszę państwa, a teraz zapraszam na Filmotekarium. A w Filmotekarium coś, co może państwa przerazić? No nie wiem. W każdym razie my z Piotrem Cielebiasiem omawiamy film „Ręka nad kołyską”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[36:21] - Dzień dobry wieczór. I ja od razu z pytaniem. Marku, czy wszystko, co można było wymyśleć na świecie i w świecie filmu już wymyślono? Czy nie można wymyśleć nic nowego? Od pewnego czasu bowiem, poruszając się po polu horrorów, filmów sci-fi, no i pokrewnych, można odnieść takie wrażenie, że jakoś filmowcy lubują się w tych starych, sprawdzonych schematach i tematach. Powstają remake’i, prequele, sequele
[36:52] - Nowe produkcje ze starymi bohaterami. Patrz: Predator, Obcy, Pennywise i tak dalej. Często powstają nowe odsłony w starych uniwersach, ale przechodzą bez echa. Smętarz dla zwierzaków był, było Dziecko Rosemary. Zniknęły te filmy. Natomiast tutaj znowu mówimy o remake'u Ręce nad kołyską. Coś, co jest może nie do końca remake'iem sensu stricto. Jest inspirowane filmem z roku 1992, ale jednak inspirowane jest. Co to się dzieje z tym Hollywood?
[37:31] - Ja nieodmiennie mam nadzieję, że jednak wszystkiego nie wymyślono, a w każdym razie da się opowiedzieć historie, które wciągają. Paradoksalnie, nie będę zdradzał tytułów, ale takie historie na przykład ostatnio znalazłem w uniwersum polskich filmów. Co prawda nie w tej tematyce, o której mówimy w Filmotekarium, ale jednak da się historie wciągające i w jakiś sposób świeże opowiedzieć. Natomiast ja rzeczywiście obserwuję to zjawisko i od jakiegoś czasu o tym zjawisku mówimy, o tej powtarzalności. Ja do tych tytułów, które podałeś, dorzucę jeszcze Czerwoną Sonię. To był wielki zawód, naprawdę. Dlatego często o tym mówię. Wielki zawód, bo film z lat 80. nie był dobry. Naprawdę nie był dobry, ale to, co nam zaprezentowano -- z dobrą muzyką był notabene, bardzo dobry kompozytor.
Ale to, co nam zaprezentowano ostatnio, to dramat jakiś, proszę państwa, dramat absolutny. Zatem to nie jest dobry sposób na robienie filmów, które przyciągają ludzi. Czyli powtarzamy. Ja nie wiem, skąd to się bierze. Dlaczego ostatnimi czasy to umowne Hollywood poszło w kierunku: powtarzamy. Nie tworzymy albo bardzo rzadko tworzymy coś naprawdę nowego. To są naprawdę rzeczy dziwne, przedziwne, powiedziałbym. Czy nie starcza pary, czy też rynek, ten scenariuszowy rynek, być może filmowy, opanowali ludzie, jadąc Bułhakowem, nie pierwszej świeżości scenarzyści, którzy wiedzą doskonale, jak napisać scenariusz. To wiedzą znakomicie, tylko nie wiedzą, co w tym scenariuszu umieścić. Są technicznie sprawni, tylko pomysłów nie mają.
A ci, co mają pomysły, zajmują się czymś innym. Nie wiem. Można teorie snuć rozmaite. Trochę szkoda czasu, żebyśmy taką w sumie jałową publicystykę radiową uprawiali. To niech się nad tym zastanawiają inni. Ale zjawisko jest ewidentne. I ten film jest dosyć poprawnie zrobiony. Nie nudzi się człowiek na nim, ale też na ekscytację specjalnie nie liczcie państwo. On jest poprawnie zrobiony, jego się nawet dobrze śledzi. Te proporcje w filmie niezbędne są zachowane.
Tam nie ma takich momentów dłużyzn, znacznych dłużyzn, tak to powiedzmy. On jest dosyć przewidywalny. Może nie do końca, ale jednak przewidywalny. No i co? Dawniej to by się powiedziało, że średniak. A tymczasem na tle tego wszystkiego, o czym mówił Piotr, o czym mówiłem ja, to zaczyna wyrastać na całkiem przyzwoity film. Posucha jest, proszę państwa, straszliwa.
[40:49] - Ta posucha się chyba wiąże z tym, że następuje przejście z kin, z sali kinowych do streamingów i potrzebne są filmy w większej liczbie i potrzebne są filmy w miarę tanie. I to chyba się z tego bierze. Natomiast to nie jest też powiedziane, że zawsze wśród tych streamingowych filmów są gnioty, bo często się to da oglądać, bo to jest po to zrobione. Ja tylko dodam jeszcze, że Hollywood Hollywoodem, oni tam mają z czego kopiować, natomiast u nas to chyba już wchodzi w jakąś totalną farmazonię to, co się dzieje z odtwarzaniem produkcji, bo chyba mamy dwie nowe Lalki Prusa w przygotowaniu. Mieliśmy już drugiego Znachora, ja czekam na Czterech Pancernych, chociaż to oczywiście będzie niemożliwe, ale nie zdziwiłbym się, jakby były. Wracamy do Rąk nad kołyską. Co się tam dzieje? Poznajemy panią prawnik, która jest w ciąży i spotyka pewną dziewczynę na konsultacjach. Kiedy się rodzi dziecko, ona sobie o tej kobiecie przypomina. One się spotykają znowu.
Ta młoda ma rękę do dzieci, jak to się mówi i wkrótce dostaje szansę, żeby zamieszkać sobie u pani prawnik Kaitlyn i jej pochodzącego z Meksyku męża. To jest naprawdę dom duży. Ona dostaje swoją część domu. I tak jak w filmach o nianiach często bywa, takich filmach z dreszczykiem, szybko się orientujemy, że ta nowo zatrudniona imieniem Polly musi mieć jakąś mroczną stronę. Zresztą ona tak trochę wygląda, jakby tą stronę miała albo nie mówi o sobie pełnej prawdy. Szybko to się staje jasne, bo skoro już wtarabaniła się do tego domu, to musi się tam coś odbyć, jakieś dymy muszą być. No i ta Polly zaczyna brutalną grę z panią domu. To ją trochę podtruwa, to podważa jej poczytalność, to w oczach dzieci ją umniejsza, że tak powiem. Orientujemy się szybko, że to jest zrobione po coś. Ale to jest film z tak zwanym plot twistem na końcu.
I tam na końcu jest jeszcze jeden fikołek, dzięki któremu sprawę poznajemy w zupełnie innym świetle. W tym filmie żadna z bohaterek nie jest normalna. Obydwie mają swoje tajemnice. Problem jest w tym, że kiedy te tajemnice nam wychodzą na światło dzienne, to już nie czujemy ekscytacji, nie czujemy się zaskoczeni. My wam nie opowiemy, co się tam dzieje. Finał jest nieco udziwniony, ale zamiast fajerwerków otrzymujemy coś, co nas w ogóle nie to, że nie obchodzi, ale ja się czułem, Marku, rozczarowany.
[43:45] - Tak, to jest element rozczarowania pod koniec, bo ten koniec niespecjalnie zaskakuje. Tam jest wyjaśnienie. Oczywiście musimy retrospekcję odbyć i tak dalej. Czy ciebie, Piotrze, ta retrospekcja przekonała? Jakoś nie bardzo się czułem przekonany. Wiem, że musiała być i trzeba się było do tego odwołać, ale czy to podniosło dramatyzm tego filmu?
[44:09] - Nie, w ogóle muszę powiedzieć.
[44:11] - Właśnie. Powiem ci tak: ja w chwilach, kiedy robiło się trochę nudniej, podziwiałem na przykład ten dom. Dom, w którym mieszka główna bohaterka i później też ta druga główna bohaterka. Dom architektonicznie robił wrażenie. Muszę przyznać, że chciałbym w czymś takim zamieszkać. Może wnętrze trochę chłodne, ale jednak klasa tej architektury na mnie robiła wrażenie. Już z tego, co mówię, widzicie państwo, że ten film ma różne strony, od tej filmowej po poznawczą. W każdym razie nie do końca chyba o to chodziło twórcom filmu, żebym ja się domem zachwycał. To chyba jednak jest rodzaj porażki. Ale wróćmy do filmu.
Jest dramatycznie, wydaje się dramatycznie, ale ja mam jeszcze jeden problem. Te wszystkie twisty, które się tam pojawiają, są mało zaskakujące. Ja doskonale wiedziałem, że kilka z nich się musi odbyć. Ta konfrontacja pomiędzy obiema paniami, dziećmi, mężem jest jakoś tak zbudowana w tym filmie, że człowiek doskonale wie, że w którymś momencie pewne rzeczy muszą po prostu nastąpić i one następują. Na szczęście jest to całkiem nieźle zrobione pod względem technicznym, zatem nie ma takich momentów, że człowiek mówi: „Niech się to skończy wreszcie. Musimy to obejrzeć do końca, ale niech się to skończy”. Aż tak źle nie jest, co nie znaczy, że jest dobrze.
[46:02] - Tak, ale obejrzeć się da. Miejmy świadomość, podkreślam znowu, że w erze streamingów wiele się zmieniło. Mniej jest dobrych kinówek. Może kiedyś dojdzie do sytuacji, że będą się pojawiać na streamingach małe arcydzieła filmowe i tanie w dodatku. Czasami te filmy są jednak nawet dobre. Można zawiesić oko, takie czasozabijacze. Myślę, że „Ręce nad kołyską” nie są jakąś anomalią taką, że oczy bolą. One się wpasowują w nurt filmów o tajemnicach rodzinnych, gdzie z biegiem czasu nic się nie okazuje takim, na jakie wygląda. Mieliśmy też całkiem niedawno inny film, całkiem podobny. On się nazywał „Dobra amerykańska rodzina” albo coś takiego, mówiący o parze, która adoptowała dziewczynkę z byłego ZSRR i oni zaczęli podejrzewać, że ona jest tak naprawdę osobą dorosłą.
Historia dobrze znana z horroru dość sławnego, ale doczekała się też wersji serialowej. Natomiast co do „Rąk nad kołyską” to jest jeszcze coś, o czym muszę wspomnieć. Otóż te filmy streamingowe w Ameryce muszą być dopasowywane społecznie, jak to się mówi, żeby nikogo nie obrazić.
[47:20] - O rany! Tak.
[47:23] - Zatem mamy upychane, gdzie się da, mniejszości na przykład. Nie to, żebym coś miał przeciwko temu. Natomiast jak człowiek oglądał horrory o bogatych ludziach, to się przyzwyczaił, że to są jednak Amerykanie. A tutaj nasza pani prawnik to jest Amerykanka, wiadomo, z klasy średniej. Może ona nie prezentuje jeszcze aspiracji wyższych, ale wyszła za mąż za Meksykanina z klasy pracującej i nawet jest między nimi taka wizualna różnica trochę. Czyli mamy mezalians. I dodatkowo dowiadujemy się, jakby to było bardzo ważne, że ta pani prawnik miała w przyszłości związek z kobietą. Bo nie mogło być inaczej. Ale jej się potem odmieniło i wyszła za Meksykanina. Nie wiem, na ile to jest dodawane świadomie i czy to akurat musiało tam być jako element wymuszony społecznie.
Natomiast to tak pasuje trochę jak kwiatek do kożucha. To znaczy nie to, że ja się czepiam, że jej mąż jest z Meksyku, co mnie to obchodzi w sumie. Tylko że tak: mam wrażenie, że ten film trochę przez to kuleje, że jest element, który do tej historii nie to, że nie pasuje, bo dlaczego ma nie pasować? Tylko że jakoś to tak wychodzi Poślawie. Taka poczuć jest gdzieś zaburzona. Takie mam wrażenie.
[49:04] - W dodatku dodajmy, że druga główna bohaterka, ta, która jest wcieleniem zła, też jest trochę inna, raczej romansowo do kobiet nastawiona. I znowu to nie o to chodzi, proszę państwa, żebyśmy się czepiali tego, że mniejszości są na świecie. Tylko jak się ogląda streamingowe filmy, to można dojść do wniosku, że mniejszości stały się większością. Stały się czymś, co po prostu jest powszechne. Chyba nie. Skoro to są mniejszości, to są mniejszości. To znaczy, że to jest, nie ma się na co oburzać, taki jest świat. Ale czynienie z mniejszości większości to już jest odważne, naprawdę odważne. I ten przysłowiowy Hollywood, czy też streamingowy Hollywood, wziął to na klatę. Nie wiem, czy słusznie, ale nie rozdrabniajmy się.
To są elementy dekoracji. Tak naprawdę nie ma nad czym rozdzierać szat. Natomiast mnie cały czas dręczy w jakiś sposób jednak wtórność tego filmu. Ten film, powtarzam, Piotr mówił, ja mówiłem, da się obejrzeć. On jest nawet sprawnie zrobiony. O sprawności świadczy to, że się człowiek przy nim nie nudzi. Naprawdę w obecnych czasach obejrzenie filmu, przy którym człowiek nie ma ochoty przewinąć troszeczkę do przodu, to już jest jakiś sukces. Ale jak sobie człowiek o tym filmie myśli, to sobie mówi: „Tak, minęły prawie dwie godziny. Obejrzałem, ale czy coś mnie w tym filmie zaskoczyło? No nie, nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło.
Historia jak historia. Znacie, to posłuchajcie czy też obejrzyjcie. Ale czy z tego coś wynika? Czy z tej końcówki mocno poplątanej coś wynika? No nie. Taki sobie wiecie państwo, horrorek, nawet nie horrorek. Opowieść z dreszczykiem o tym, jak ludzie potrafią być mściwi chociażby albo jak pamiętliwi potrafią być. No i co? To i tak wiemy. Dramatyczność tej historii moim zdaniem stoi pod znakiem zapytania, chociaż na początku miałem nadzieję, że dostaniemy historię nie głębszą, nie oczekujmy głębi po filmach, które są filmami rozrywkowymi, ale dostaniemy historię, nie wiem, czy bardziej poplątaną.
Nie, chyba nie tęsknię za poplątanymi historiami. Raczej, że dostaniemy historię nieoczywistą. To jest chyba dobre rozwiązanie, dobry klucz. Jakiś czas temu omawialiśmy dla państwa film o obcych, którzy przybyli na Ziemię. Tam wszystko szło pewnym utartym torem, aż na końcu było pewne zaskoczenie. Była rzecz nieoczywista. Nie żeby tam jakieś odkrycie nowego pierwiastka czy jakieś przełomowe odkrycie nastąpiło w tym filmie, ale jednak jakiś element zaskoczenia był. Tutaj w „Rękach nad kołyską” tego zaskoczenia takiego na miarę, żebyśmy nagle powiedzieli sobie: „Ło! Ale było”, nie ma czegoś takiego. Absolutnie nie ma.
[52:33] - Tak. A myślę, że on mógł być jeszcze bardziej zaskakujący. A to zaskoczenie jest tak jak strzał z petardy. „Ręce nad kołyską” 2025, luźno powiązane z filmem z lat 90. Powtarzam chyba piąty raz, nie są złą produkcją. To jest raczej film psychologiczny, może thriller. Chyba mogli sobie jednak pozwolić twórcy na nieco większą dawkę dreszczy i scen, które nie są tak przewidywalne, ale całość tworzy taki jakiś obraz, film do obejrzenia i myślę, że w przyszłości będziemy, i to nie z chęci, tylko z musu, omawiać takich produkcji więcej. Bo kino się zmieniło. Zmieni się pewnie jeszcze. Wejdzie do tego AI i widzom przyjdzie się przyglądać, a dziwować, jak to się mówi.
[53:31] - Tak sobie patrzę w to, co mam tutaj napisane o dzisiejszej audycji i widzę, że czas na polecanki z pogranicza. To, proszę państwa, zaczynamy. Tylko przypomnę, że patronuje tym polecankom księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Przypomnę Warszawa, ulica Kredytowa. To dla tych, którzy lubią kupować w księgarni, dotykać książek. Ale dla tych wszystkich, którzy w Warszawie bywają rzadko albo po prostu cenią sobie kupowanie w sieci, wystarczy wejść na stronę nieznany.pl, kliknąć w odpowiednią zakładkę, na przykład książki i już możecie państwo dokonywać zakupów ile tylko zechcecie. Zaczynamy zatem polecanki z pogranicza. Pierwszy tytuł to „Tarot Bułhakowa. Od głupca do mistrza”. Autorką jest Ada Edelman, wydawnictwo Kos Spółka Cywilna.
Ta książka była wydana w 2017 roku w marcu i jest w dalszym ciągu dostępna w księgarni Galerii, a zatem warto skorzystać. Ada Edelman to znana tarocistka i medium oraz miłośniczka prozy Bułhakowa. Autorka prezentuje niezwykłą interpretację powieści „Mistrz i Małgorzata”. Interpretację opartą na gruncie ezoterycznym, z całym bogactwem znaczeń i symboli właściwym tej dziedzinie. Analizując tekst przekonuje, że formy, którymi posługuje się Bułhakow współgrają z obrazami ludzkich archetypów w tarocie i w astrologii. W powieści Korowiew mówi do Małgorzaty: „Ani trochę nie przesadzę, jeśli wspomnę o dziwacznie tasowanej talii kart". Czy miał na myśli karty tarota? Ada Edelman udowadnia, że tak. A ja przypomnę książka nosi tytuł „Tarot Bułhakowa. Od głupca do mistrza".
Autorka Ada Edelman, wydawnictwo Kos Spółka Cywilna. Data wydania marzec 2017 roku. Druga książka nosi tytuł „Podróże do życia po śmierci". Autorem jest Bruce Moen, tłumaczką Dorota Konieczka. Wydawca to wydawnictwo Limbus, a książka pojawiła się na rynku w październiku 2019 roku. Co dzieje się z nami po drugiej stronie życia? Autor, badając świat życia po śmierci, ponownie przedstawia nam dowody na to, że śmierć fizyczna jest jedynie krótkim zdarzeniem dla naszej wiecznej świadomości. Za pomocą przełomowych technik Moen projektuje siebie samego poza ciało i podróżuje poza śmierć w nowe dziedziny życia. Jego podróże dają mu wiedzę dostępną jedynie dla tych, którzy zdolni są wychodzić poza ciało. Wraz z Moenem odbędziesz podróż do jądra Ziemi.
Zrozumiesz, na czym naprawdę polega astrologia, a nawet nawiążesz kontakt z istotami spoza Ziemi. Jeszcze bardziej fascynujący i zdumiewający jest jednak obraz społeczeństwa dusz, jaki przedstawia Moen, a także jego badania światów niefizycznych oraz coraz większe zrozumienie tego, czego doświadczył i zobaczył. Przeczytaj „Podróże do życia po śmierci” i odkryj wraz z Brucem naturę kosmosu oraz naszego w nim miejsca. Przypomnę „Podróże do życia po śmierci”. Autor Bruce Moen, tłumacz Dorota Konieczka, wydawnictwo Limbus. Książka wyszła w październiku 2019 roku. Miesiąc wcześniej pojawiła się inna książka tego autora „Podróż poza wszelkie wątpliwości". Autor tak jak mówiłem Bruce Moen, tłumacz ponownie Dorota Konieczka, wydawnictwo Limbus. Z tym że wrzesień 2019 roku. Większość z nas spodziewa się, że wizyta w świecie zmarłych jest podróżą w jedną stronę, odbywaną tylko raz.
Ta pewność nie jest udziałem Bruce'a Moena. Dowiedz się, czego doświadczył Bruce w czasie swoich podróży do świata niefizycznego. Moen podjął się zdumiewającego zadania. Przekazuje zmarłym informacje i pomaga iść dalej, wykorzystując podczas tak zwanych odzyskań to, czego nauczył się dzięki programowi Linia życia prowadzonemu przez Instytut Monroe. Moen opowiada o początkach tych podróży i swoim sceptycyzmie w pierwszej książce z serii Podróże w nieznane. Teraz z kolei zabiera nas na naukę samodzielnego latania. Pomoc udzielana zagubionym duszom przekonała Moena, że świat życia po śmierci istnieje naprawdę i że możemy nawiązać z nim kontakt, zaznaczyć go na mapach i podróżować przez niego. Ośmiel się towarzyszyć nieustraszonemu badaczowi światów niefizycznych i podąż za nim poza granice strachu, poza wszelkie wątpliwości. A ja przypomnę tytuł książki „Podróż poza wszelkie wątpliwości". Autor Bruce Moen, tłumacz Dorota Konieczka, wydawnictwo Limbus, wrzesień 2019 roku.
Proszę państwa, ponieważ były polecanki z pogranicza, czas na książki z pogranicza. Piotr Cielebiaś już czeka. A zatem rozmawiamy dzisiaj o tomiku „Nostradamus i inne przepowiednie". Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Czas na książki z pogranicza. A skoro tak, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[59:47] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam. Dzisiaj wielki powrót do efemerycznego, ale bardzo ciekawego, przynajmniej częściowo czasopisma Fenomen. Przypomnijmy ten periodyk Bellony, który wychodził w formie takiej nietypowej, bo w formie zeszytów, a niektórzy by powiedzieli książek. Wcześniej mówiliśmy o UFO. Opowiedzieliśmy też trochę, czym był Fenomen i jak długo utrzymał się na rynku. A dzisiaj omówimy część pod tytułem Nostradamus i inne przepowiednie. To jest cudo wydane w 1999 roku.
[01:00:24] - Tak. Nosi numer cztery. I cóż, proszę państwa, kiedy rozmawialiśmy przed audycją, Piotr powiedział moim zdaniem kluczowe zdanie dla całej dzisiejszej audycji. Niezgodność produktu z opisem. Coś w tym jest, bo kiedy się przegląda, no to ma się uczucie niedosytu albo źle wykonanej pracy.
[01:00:53] - Tak, to jest dość zaskakujące, dlatego że poprzednie numery Fenomenu były ogólnie rzecz biorąc ciekawe i dobre, a to jest jedno ze słabszych wydań, dotyczące jednak bardzo tkliwego i popularnego tematu. I to też nie jest tak, że mówimy o czymś złym i chcemy to zjechać. Nie, dlatego że, drodzy państwo, to nam ukazuje pewne mechanizmy obecne nie tylko w naszej psychice, ale w życiu społecznym. No bo w 1990 roku Nostradamus i przepowiednie to była naprawdę gorąca sprawa. Wszyscy wiemy dlaczego. Spodziewano się końca świata roku 2000, pluskwy milenijnej i tak dalej. I jeśli ludzie zwracali uwagę na przepowiednie, to Nostradamus był gdzieś zawsze na pierwszym miejscu. Ja pamiętam do dzisiaj, że wychodziły książki na temat Nostradamusa wtedy, tak samo jak przed 2012 rokiem. A Nostradamus sam to człowiek zagadka do dzisiaj, niestety. Znaczy stety, niestety.
Nie wiemy nawet, czy był jasnowidzem, czy był profetą jakimś, czy był astrologiem. Skąd on w ogóle brał te wizje? To nie jest wyjaśnione do dziś. Natomiast jakimś dziwnym zrządzeniem losu, ponad ćwierć wieku później, po wydaniu tego zeszytu, Michel de Nostredame nadal jest, Marku, na topie. Nadal trenduje w Google'ach. Szczególnie pod koniec roku, w tym okresie, w którym teraz jesteśmy. Nadal straszy. Nadal przyciąga uwagę. Chyba tego się nikt nie spodziewał w 1999 roku.
[01:02:29] - Ale muszę powiedzieć, że jakieś plusy dodatnie tej książeczki jednak są. Otóż w tej części poświęconej Nostradamusowi każdy może zobaczyć, na czym polega fenomen centurii Nostradamusa. Otóż ja się posłużę przykładem dotyczącym zamachu na Kennedy'ego, czyli prezydenta Kennedy'ego i później jego brata. Wyciągnięty jest pewien fragment z tych pism Nostradamusa, który ma ilustrować owe zamachy. I tam państwo w języku francuskim oraz polskim doskonale widzicie, jak ogólne są te przepowiednie i że tak naprawdę można je dopasować do wszystkiego. W tym wypadku akurat do zamachu na prezydenta Kennedy'ego i jego brata. Ale kiedy przeczytacie państwo ten tekst, to taki uśmiech myślę, że się pojawi. Może nie u wszystkich, ale u części czytelników pojawi się taki uśmiech. Właściwie ogólność, pewne niedopowiedzenie jest tak widoczne i tak człowiek się przekonuje, że ten fenomen Nostradamusa wiąże się z tym, że najczęściej odnajduje się te przepowiednie już po fakcie. Po fakcie wtedy dobrze widać: „O, tu przewidział”.
Ale może on akurat nie to przewidział. Tam jest wiele innych przykładów związanych na przykład z II wojną światową, z bombowcami, z nalotami bombowymi i tak dalej. Jest to na swój sposób fascynujące, interesujące, ale jednak przynajmniej mnie pokazało, że te centurie osławione to jest jednak poziom ogólności taki, że mnie jest trudno zająć takie twarde stanowisko, czy Nostradamus widział przyszłość, czy też pisał rzeczy, które mu się, tu postawmy cudzysłów, wydawały. A skoro mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, to wierzcie mi państwo, życie społeczne, polityczne, w ogóle życie naszej planety jest tak bogate, że wcześniej czy później każdy fragment, każda linijka da się dopasować do jakiegoś wydarzenia. Ja nie mówię tego po to, żeby dyskredytować Nostradamusa. Daleki jestem od tego, ale pewna nauka, przynajmniej z tej części książeczki płynie, przynajmniej dla mnie.
[01:05:19] - Jasnowidzenie to jest ogólnie bardzo poważny temat, ale też trudny, o czym się przekonałem prowadząc audycje na żywo, w których analizuję przepowiednie bardzo różne i z różnych okresów. Powiem wprost, nie ma dwóch takich samych jasnowidzów, nie ma dwóch takich samych przypadków. Jest za to w przypadku chyba każdego spora dawka legend i stereotypów. Życie wielu jasnowidzów to jest trochę tak, jak żywot świętego. Tam jest dużo bajania, a często nie wiemy, co jest prawdą, a co jest legendą. I po latach zauważam, że ludzie po prostu chcą wierzyć w słowa jasnowidzów, nawet jeżeli nic nie jest jasne, tak jak w przypadku Nostradamusa. W ogóle to trzeba powiedzieć, że chyba nie ma takich jasnowidzów, którzy by powiedzieli konkretne rzeczy, czyli to i to. Raczej zawsze jest tak, że jest otwarta furtka do jakichś tam domyślunków, nawet w przypadku osób tak szanowanych, jak chociażby ojciec Klimuszko. Publikacja, o której tu mowa, cechuje się tym, że mamy pewną niezgodność produktu z opisem, bo niby o Nostradamusie, a tam o tym Nostradamusie nie ma za dużo. Tym bardziej, że można o nim pisać i pisać.
Ale przywołuje nam ona również kilka mniej znanych postaci, głównie mediów, dzisiaj już takich nawet totalnie zapomnianych. Sam Nostradamus natomiast zasługiwałby na bardziej rozbudowaną publikację. Dodatkowo interpretacja czterowierszy, które pomimo tego, że mają tam jakieś ciekawe fragmenty, ale tego jest mnóstwo. To jest 10 centurii w sumie, w innych wydaniach trochę więcej. One są niejasne, nieczytelne w większości. Jeżeli się ktoś z tym zetknął, to wie. Dodatkowo tłumaczyłem, na czym polega problem z polskimi wydaniami. One są niekiedy nawet wierszowane. Czyli mamy przekład z przekładu i jeszcze mamy potem dodatkową próbę zrobienia z tego wierszyka. I pierwotny sens nam gdzieś umyka.
Zatem u Nostradamusa te czołowe wydarzenia, czołowe postaci, bo tam też takie czołowe postaci są Można po prostu dopasować do każdych czasów, tak jak historię o antychryście. Czyli tymi złodupcami w przypadku Nostradamusa mógł być zarówno Adolf Malarz z wąsem, mógł być Józef Słońce Narodów, mógł być Napoleon, może być Trump, może być Donald Tusk nawet. Do wyboru, do koloru. I chociaż, jak mówię, niektóre interpretacje są ciekawe i są nawet tacy, którzy wierzą, że złamali kod Nostradamusa, chociaż ja w to nie wierzę, że tacy ludzie są, to nie da się dużo o nim powiedzieć. I to trzeba na każdym kroku podkreślać, że to jest tylko i wyłącznie interpretacja plus duża dawka legend, jeżeli chodzi o biografię. Natomiast nieco inna sytuacja jest z Edgarem Cayce, który też w tej książce jest omówiony trochę. On nam pokazuje inną formę jasnowidzenia w ogóle. Znaczy możliwe, że Nostradamus też tak przepowiadał. Natomiast o Cayce wiemy więcej, bo to jest osoba żyjąca w XX wieku. On się wprowadzał w transy, udzielał odpowiedzi swoim klientom na przeróżne tematy, także takie związane ze zdrowiem, z biznesem.
Ale do dzisiaj się pamięta jego głównie przepowiednie dla świata. Kogo tam obchodzi przepowiednia, że kobiecie z Minnesoty powiedział, co ma zrobić z zębem, który ją boli? Nie. Najbardziej interesuje wszystkich to, co Cayce miał do powiedzenia na przykład o Atlantydzie, o Komnacie Zapisków. To jest szczególnie gorący temat w związku z tymi odkryciami pod Gizą. I kiedy się przyjrzymy Cayce'emu, to zobaczymy, że on jest podobny do bardzo wielu współczesnych jasnowidzów, takich jak chociażby Jackowski czy Irlmaier, czy Klimuszko, bo on oprócz tego, że został zapamiętany jako jasnowidz, profeta, to jeszcze zajmował się psychometrią. Czyli przychodzili do niego klienci z określonymi pytaniami odnośnie niekoniecznie przyszłości, nawet zupełnej teraźniejszości. I on poprzez te swoje kontakty zaświatowe udzielał odpowiedzi.
[01:09:36] - Ja mówiąc szczerze, kiedy zastanawiałem się, jak dla państwa omówimy ten numer „Fenomenu”, to zastanawiałem się, jaki klucz zastosować. Bo co? Będziemy państwu opowiadać historie kilkunastu jasnowidzów, bo tylu mniej więcej można znaleźć w tym tomiku? Nie, to nie ma sensu. Poznajcie je państwo sami, bo muszę przyznać, że te historie bywają fascynujące. Ale wiecie państwo, Piotr powiedział, ja też o tym mówiłem, o tej niezgodności produktu z opisem. Bo każdemu z tych jasnowidzów, czy to Nostradamusowi, Cayce'emu, ale i tym mniej znanym można by poświęcić tom, i to znacznie grubszy niż ten tom „Fenomenu”. Myślę, że ten tomik może być dobrym punktem wyjścia. My często podkreślamy, że różne publikacje mogą być dobrym punktem wyjścia. To też jest dobry punkt wyjścia do tego, żeby poszukiwać, żeby zgłębiać historie, przepowiednie poszczególnych jasnowidzów.
Ja jeszcze na chwilę wrócę do Nostradamusa, bo z tymi tłumaczeniami to jest w ogóle problem. Jeśli ktoś kiedyś analizował strukturę języka albo właściwie języków, to wie doskonale, jak trudne jest przełożenie nawet bardzo prostych treści z języka na język. Ja naprawdę nie demonizuję tego, ale czasami w języku są pewne naleciałości kulturowe, które dana osoba z danej kultury rozumie w mig, w lot, a przy przełożeniu one gdzieś znikają i już stają się nieczytelne. Taką dobrą, bardzo popularną ilustracją jest filmik, który dzisiaj widziałem w internecie. Z pochodzenia Koreanka tłumaczy, że mamy w języku polskim takie powiedzonko „palce lizać”, które oznacza, że coś jest niezwykle smaczne. I mówi, że analogiczne określenie jest w języku koreańskim „palce lizać”, tylko zupełnie co innego oznacza. A mianowicie jak ktoś jest rozrzutny i wydaje pieniądze i zostaje bez pieniędzy, to nie ma co jeść i wtedy pozostaje mu już tylko palce lizać. Zobaczcie państwo, ten sam zwrot, a znaczenie, oznaczenie tego jest zupełnie, skrajnie inne. A zatem przy tłumaczeniach należy bardzo uważać. I ja zawsze mam wątpliwości, a czasami żal do siebie, że nie mam talentu do języków.
Język francuski to jest w ogóle magia dla mnie. Absolutna magia. Chętnie słucham, ale nic nie rozumiem. Zatem należy uważać z tymi tłumaczeniami, bo to może nas wieść na manowce. Taka moja refleksja właśnie z tego spotkania z Nostradamusem, bo tak jak powiedziałem, tu są przytoczone teksty w języku francuskim i polskim. To oczywiście jest możliwość weryfikacji, jeśli ktoś zna język. Ale zawsze uważajmy przy tłumaczeniach.
[01:12:59] - Tak, tam jest jeszcze taki problem, że tutaj wejdą nam puryści Nostradamusowi i powiedzą, że to jest współczesna francuszczyzna na przykład, a on pisał w języku zupełnie innym i że to, co tam otrzymujemy, to już jest jakaś papka, jakaś przemielona wersja. Także tutaj się nie dojdzie końca. Natomiast publikacje na temat jasnowidzów w ogóle, nie tylko Nostradamusa, nadal się cieszą ogromną popularnością, szczególnie pod koniec grudnia. One są zawsze obarczone błędami i wypaczeniami, szczególnie w mediach głównego nurtu. Kiedy jest mowa o Wandze czy o Nostradamusie i tym, że przewidział coś na przykład na 2026 rok. Nie mógł przewidzieć, bo w centuriach daty padają skrajnie rzadko, chyba kilka razy w sumie i nigdy to nie jest 2026, natomiast był 1999. I to już samo w sobie zwracało uwagę. Czasami niestety nie wiadomo, skąd się przepowiednie biorą w przypadku różnego rodzaju innych jasnowidzów niż Nostradamus, bo Nostradamus jednak zostawił swoje księgi. Inni jasnowidze czasami zostawiali, ale na inny temat i krążą jakieś przypisywane im przepowiednie, natomiast one są trudne do zweryfikowania, bo mają na przykład kilka wersji. Ciekawe to jest, że pomimo tego, że minęło ćwierć wieku, nadal trzymamy się tak mocno tego Nostradamusa i wydaje mi się, że ta jego kariera potrwa jeszcze dobrych kilka lat.
[01:14:28] - Podsumowując, proszę państwa, to nie jest najlepszy z tomików z serii „Fenomen”. Troszkę byłem zawiedziony lekturą, ale nie przesadzajmy. Tak jak już mówiłem, to jest dobry punkt wyjścia, naprawdę. Jeśli ktoś nie interesował się wcześniej tematem albo był on mu nie do końca bliski, to jeśli przeczyta ten tomik, to być może załapie bakcyla i sięgnie po kolejne tomy poświęcone poszczególnym jasnowidzom. I to jest chyba dobry kierunek. Tak, proszę państwa, czas na długą część literacką. Dzisiaj zaprezentuję sporo opowiadań. Po kolei: Jacek Fleiszfresser, dwa opowiadania. Pierwsze z nich nosi tytuł „Krata”, drugie „Szczęściarz”. Potem Przemysław Podoliński, „W jedną stronę”.
Następnie Tadeusz Meszko, „Żniwiarz u krawca”. Kolejnym autorem jest Tomasz Fąs z opowiadaniem „Obywatlo”. Później Jakub Karbownik, „Światy równoległe”. Jur Jan, „Okwite Cycki w służbie poetów”. Marek Tomasik, „Ognista robota”. Piotr Prokopowicz, „Ciemne chmury”. I jeszcze raz Marek Tomasik, „Szacunek”. Serdecznie państwa zapraszam do słuchania, a wszystkie opowiadania czyta Marek Sęk "Ivellios".
[01:16:14] - Jacek Fleiszfresser, „Krata”: „Kwarantanna!” — wydarł się znajomy skądś człowiek, wbiegając do budynku urzędu. Ochroniarz Andrzej poprawił okulary i podniósł wzrok znad krzyżówki. Toż to Hieronim Kalinowski. Poznał go po pięciu sekundach. „A nie tu idź, tu!” — wydarł się, jakby miał się zaraz skończyć świat. Kalinowski oparł się o lodę portierni i z trudem łapał oddech. „Hirku, a któż tu idzie?” Ten otarł pot z czoła i chrapliwie wycharczał: „Zarażeni. Trzeba zamknąć budynek.” Obejrzał się dookoła opłakanym wzrokiem i niczym pijany zając czmychnął na górę do swojego pokoju. Motyla noga! Andrzej przestał panować nad dobrymi manierami i złapał za telefon.
Musiał porozmawiać z przełożonym, bo wiedział, że z tą śmiertelną epidemią nie było żartu. Procedura ochrony budynku nie pozwalała mu na taką samowolę. W telefonie jednak panowała śmiertelna cisza. Wcześniej nasłuchał się w mediach o objawach i śmiertelnych skutkach i nie mógł sobie pozwolić na zgon. Gdyby nie podało się w ciągu godziny antybiotyku, zarażony człowiek umierał w strasznych konwulsjach i cierpieniu, więc wyskoczył przez blat i szybko wyszedł przed budynek. Na głównej ulicy powoli kolebał się tłum. „Ludzie! Nie widzieliście gdzieś zarażonych?” — krzyknął do nich. Na jego zawołanie tłum przestał się kołysać i zastygł w bezruchu. Z bezwolnej masy wyszła do niego piękna jak poranek dziewoja.
Miała duże, piękne, błękitne, acz podkrążone i troszkę przygaszone oczy, pełne zmysłowe piersi, biodra do rodzenia dzieci i zgrabne nogi. Andrzej spojrzał na nią podejrzliwie, gdyż była golutka jak święta turecka i miała wygolone łono. Wskazała go ręką, z której wystawały rurki po kroplówce. Chciała coś powiedzieć, ale przeszkadzał jej aparat intubacyjny, więc z jej gardła wydobyło się jedynie charczenie. To zarażona! Uciekła ze szpitala. Dotarło wreszcie do niego. Zrobił krok w tył i pobiegł do budynku. Tłum podążył za nim. Dopadł do pierwszych drzwi i szarpnął.
Były zamknięte na głucho. Drewniane, solidne. Nikt i nic ich nie otworzy. Chyba że wybuch. Jeszcze raz szarpnął i był pewien, że nimi nikt nie wejdzie. Obejrzał się za siebie. Piękna blondynka była jakieś 10 kroków od niego. Tak blisko, a jednak daleko. Pozostali zarażeni szli za nią krok za krokiem. Pobiegł do drugich drzwi i wpadł na swojego szefa, Wacława Kosę.
Odbił się od niego i upadł na tyłek na beton. Horda była tuż-tuż. „Jezu! Z drogi!” Poderwał się i na czworaka wpadł do środka. Koza stał zdziwiony. Zaniemówił, gdy Andrzej blokował drzwi wejściowe.
[01:19:35] - Co tu się-- Szef odzyskał głos, ale po to tylko, żeby zamilknąć. Ze zdziwieniem patrzył, jak goła dziewczyna rozpłaszczyła się na oszklonych drzwiach. Andrzej też zamarł, wpatrzony w dwa duże cuda. Fascynacja nie trwała za długo, bo ta zaczęła uderzać czołem w drzwi, a tłum z tyłu zaczął na nie napierać. Razem z krwawą miazgą jej twarzy pojawiły się spękania na szybie. O kurwa! Koza oniemiał. Krata! Kurwa, Stefan! Opuszczaj kratę!
– ryknął Andrzej do kolegi, który akurat wracał z przerwy, którą zrobił sobie w bufecie. Szefie, o co chodzi? Stefan wreszcie dotarł do lady i także zaniemówił z przerażenia. Krata! Andrzej w podskokach pobiegł do ich pokoiku za portiernią i przekręcił czerwoną wajchę. Stary mechanizm zaskoczył i stalowa krata powoli zaczęła opuszczać się, żeby zablokować dostęp do budynku. Zabezpieczenie było używane co najmniej raz w roku, kiedy to związkowcy cyklicznie próbowali coś ugrać. Była to konstrukcja z początku lat 80., kiedy to całe tabuny protestujących wdarły się do środka, uciekając przed plutonami ZOMO. Korytarze Urzędu Wojewódzkiego, bo to mieściło się kiedyś w budynku, spłynęły krwią solidarnościowców i potem pałujących. Wraz z wymianą wykładzin i malowaniem zniszczonych ścian w centrali zadecydowano o zamontowaniu stalowej, opuszczanej kraty.
Szyba pękła nad zamkiem, a tłum napierając zmiażdżył piękność. Jej głowa oddzieliła się od korpusu i potoczyła pod nogi Kosy. Stefan! Wciągaj Kozę! Stefan Baran otrząsnął się z zaskoczenia i razem z Andrzejem wyciągnął Wacława do środka. Gdy zarażeni wdarli się do środka, dolne pręty kraty znalazły się w kamiennych leżach w podłodze. Usiedli w trójkę pod ścianą, z daleka od jedynej bariery, jaka chroniła ich przed zarazą. Tłum w milczeniu napierał na stalowe kute pręty. Te trzeszczały, lekko się odkształciły, ale wytrzymały. Na pobliskich schodach ktoś zbiegał.
Zatrzymał się parę stopni nad poziomem zero. Andrzej wstał z trudem. Jeszcze mu się nogi trzęsły. Ach, to ty Hirek. Uratowałeś nas. Co ty masz na głowie? Hieronim zawinął sobie sweter dookoła ust i nosa. Często mówił niezrozumiale. Nie zbliżaj się do mnie. Ten idiota mnie zaraził.
Radość na twarzy Andrzeja zamieniła się w przerażenie. Nie martw się. Łyknąłem już odpowiednie leki. Starczyło też dla Alojzego. Hieronim wolno zszedł do ochroniarzy. Odsuńcie się lepiej od tych zombiaków, bo dawkę antybiotyków mam jeszcze tylko dla jednej osoby. Trzeba zabezpieczyć tylne wejście i dziedziniec – oznajmił Koza beznamiętnie. O kurwa! – ryknął Baran. Stefan, zamykasz wejście.
Hirek, pomóż mi z bramą – rozkazał Andrzej. Ble! Uff! Ach! – zaproponował przyciśnięty do kraty głodny Jan Kowalski, bo był tak bardzo głodny. Jacek Fleiszfresser, „Szczęściarz”. Całe życie miałem szczęście. W domu, przedszkolu, szkole i w pracy. W życiu osobistym różnie bywało, ale zawsze zdobywałem tą, którą chciałem i potem z łatwością się z tego wykręcałem. Czepka przy mych narodzinach nikt nie spostrzegł, ale i tak ksywa Lucky Luki, czyli szczęśliwy Łukasz do mnie jak przylgnęła, to nie chciała odkleić się.
Nawet gdy trafiłem w sam środek zabójczej zarazy, inni chorowali, a ja nie. Kolejno padali koledzy z pracy, sąsiedzi. Najpierw krew z nosa, oczu i uszu, a na końcu szczękościsk i konwulsje z głupim wyrazem twarzy. Trafiłem na kwarantannę. Przesiedziałem ponad tydzień w foliowym tunelu i nie miałem co robić. W zasadzie miałem, bo zamknęli ze mną całą drużynę cheerleaderek. Po trzech dniach miałem dosyć ich akrobacji na moim łóżku. Na szczęście, a to mnie nie odstępowało, miały one masę lateksowych zabezpieczeń, więc wszystko obyło się bez większych zobowiązań i ryzyka. Miałem fart, bo akurat lekarz, który stwierdził, że nic mi nie jest w tajemnicy, powiedział mi, że byłem ostatnią osobą z miasta, jaką wypuszczono. Resztę zarażonych z całą feralną infrastrukturą zrównano z ziemią przy pomocy bomb tlenowych.
Mieszkańcy myśleli, że zrzucane są dla nich lekarstwa. Zamiast tego na spadochronie z samolotu spadło 10 gigantycznych ładunków konwencjonalnych. Każda miała moc bomby użytej w Hiroszimie i zrównały tereny objęte krwotoczną gorączką z ziemią. Do domu rodzinnego dotarłem po trzech dniach. Wszyscy witali się ze mną, jakby widzieli trupa. Zapewniłem ich, że nic mi nie jest i że nie stanowię dla nich zagrożenia. Wszyscy uciekli oprócz dziadziusia, który i tak nie mógł, bo siedział na wózku. Zresztą było mu wszystko jedno, bo kilka lat wcześniej zameldował się na planecie Alzheimer. Zawsze kochałem tego starego spoczeńca. Jako jedynego z familii mnie poznawał i przy mnie nie chciało mu się wpadać w starczy stupor.
Poszliśmy na spacer do parku. Był jeden feler, bo myślał, że mam wciąż 10 lat, ale nie przeszkadzało mi to. Nawet wtedy, gdy byłem smarkiem, pokazywał mi zabronione dla dzieci świerszczyki. Lecz jak urosły mi włosy tam i tu, to dobry dziadunio w tajemnicy zaprowadził mnie do sympatycznego domu, gdzie Adela, 45-letnia, tłustawa, tleniona blondyna uczyniła ze mnie mężczyznę. Zajęło jej to 30 sekund, ale ja, chociaż tyle lat minęło, gdy dochodzę, wciąż mam ją przed oczami. Kochałem tego starca. Nie wahałem się ani chwili, gdy poprosił mnie o obranie dla siebie jabłka. Gdy później czytałem o zarazie, domyśliłem się, gdzie popełniłem błąd. Musiałem dotknąć miąższu paznokciem, a tylko tam według badań mogły się zachować przetrwalniki wirusa. W nocy pojechałem do siebie i nie wiedziałem, że dziadunia znaleziono rano na podłodze.
Myślano, że rozbił sobie nos na twardej klepce. Zawieźli go do szpitala, gdzie do wieczora nie ostała się już żywa dusza. Zaproszony byłem na 11:00 na drugie śniadanie. Uroczystość z okazji mojego cudownego powrotu. Spóźniłem się kwadrans i zdążyłem na ostatnie konwulsje cioci Ireny. Popatrzyła się na mnie skarżącym wzrokiem i kaszlnęła we mnie spienioną krwią. Potem wpadła twarzą w wazę z bulionem. Reszta rodziny już była po drugiej stronie. Zastygli na wieczność. Może jakby nie wywieźli dziadunia do szpitala, może zaraza zniknęłaby razem z płonącym domem rodzinnym.
Jednak syreny karetek i wozów policji oraz biegnący zakrwawieni ludzie powiedzieli mi jedno: czas uciekać, bo szczęście może zaraz się skończyć. Umyłem się szybko, zerwałem z siebie brudne szmaty, zabrałem kosztowności z sejfu rodzinnego, spakowałem w plecak wszelkie zapasy i zdobyłem kluczyki do vana rodziców. W pobliskich górach mieli chatkę. Tam przeczekam czasy zarazy. Gdy mijałem rogatki miasta, zza horyzontu nadleciały bombowce. Dodałem gazu. Ja to jednak mam szczęście. Przemysław Podoliński „W jedną stronę”. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Usiądź i posłuchaj.
Zaczęło się pewnego letniego popołudnia. Po pogrzebie ojca uciekłem przed stypą w swoje ulubione miejsce nad jeziorem. Wiedziałem, że matka chciałaby mieć mnie przy sobie, ale nie zamierzałem słuchać wymuszonych kondolencji i bzdurnych zapewnień w stylu: pamiętajcie, że zawsze możecie na nas liczyć. Siedziałem więc na piaszczystym brzegu, gapiąc się w falującą wodę odbijającą promienie słońca. Bawiłem się nożem sprężynowym. Nawiedziło mnie wspomnienie, jak dostałem go od ojca, który powiedział wtedy: miej go zawsze przy sobie. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Posłuchałem rady. Słyszałem śpiew ptaków i szum liści. Gdzieniegdzie cykały świerszcze.
Wilgotna bryza chłodziła skórę. Jeszcze parę dni wcześniej w tym miejscu łowiliśmy z ojcem ryby, rozmawiając na różne tematy. On był jedyną osobą, której towarzystwo mi nie przeszkadzało. Przeważnie. Wtedy dotarło do mnie, że już go nie zobaczę. Poczułem zawroty głowy wywołane nagłym przypływem emocji. Ległem na ciepły piasek i zamknąłem oczy, próbując uspokoić oddech. Błądziłem w ciemnościach. Szedłem, stawiając krok za krokiem. Wodziłem przed sobą dłońmi, jednakże natrafiałem na pustkę.
W oddali pojawiła się prostokątna obwódka zielonego światła. Ruszyłem ku niej. Marsz stał się jakby łatwiejszy, mimo że pod nogami wciąż miałem jedynie nieprzeniknioną czerń. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem, że blask okala drzwi. Oparłem na nich palce. Poczułem zimną, gładką powierzchnię, która ustąpiła pod naciskiem. Zmrużyłem oczy rażony jaskrawą zielenią. Gdy uniosłem powieki, była już noc. Wiatr zanikł. Świerszcze umilkły.
Na niebie połyskiwały gwiazdy do spółki z księżycem, wyciągając z mroku niewyraźne kontury lasów. Woda znieruchomiała. Na jej powierzchni dryfowały bliżej nieokreślone kształty. Pamiętam, że było w tej scenerii coś obcego. Zupełnie jakbym nagle pojawił się w innym miejscu, choć pozornie niewiele uległo zmianie. Trudno wytłumaczyć, co mam na myśli. Trzeba to przeżyć, by zrozumieć. Wstałem i rozejrzałem się niepewnie. Przy brzegu leżała dziecięca czapeczka do połowy zanożona w wodzie. Podniosłem ją i zbliżyłem do twarzy, by móc obejrzeć.
Mimo mroku widziałem, że była żółta, pełna przebarwień i częściowo pokryta glonami. Od oględzin oderwało mnie pulsowanie jaskrawozielonego światła. Przebijało się spomiędzy tataraków gdzieś dalej, niczym miniaturowa latarnia ustawiona na wodzie. Odrzuciłem czapeczkę i skierowałem się w tamtą stronę. Pociemniało jeszcze bardziej. Poruszałem się powoli, uważając, żeby o coś nie zaczepić. Niebawem stałem na wprost niezwykłego światła. Wysoka przybrzeżna roślinność zasłaniała jego źródło. Zdjąłem więc buty i skarpety, po czym wszedłem do wody. Chłodna wilgoć ogarnęła moje stopy.
Ostrożnie stawiałem kroki, uważając, by nie skaleczyć się o ostre liście. Dno opadało coraz niżej. Pożałowałem, że nie zdjąłem spodenek. Wreszcie zanurzony do pasa wysunąłem się przed linię tataraków. W tym samym momencie oślepił mnie kolejny błysk. Chwilę zajęło mi przywyknięcie na powrót do mroku nocy. Wśród ciemności widziałem delikatne zielone migotanie. Emanowało z gniazda dużego, wyglądającego na łabędzie i wciąż przybierało na intensywności. Jednak to nie gniazdo świeciło samo w sobie, a leżący w nim przedmiot przywodzący na myśl jajo nieco większe od kurzego. Chwyciłem świecący owal, więżąc kolejny rozbłysk w dłoniach.
Łuna przeniknęła ciało jak papier, ukazując zazielenioną siatkę żył i cienie kości. Gdy rozwarłem palce, tajemniczy przedmiot przygasał. Dostrzegłem na nim łamaną linię pęknięcia wydłużającą się powoli, rozgałęziającą w coraz nowych kierunkach. W końcu skorupka pękła, a jej drobne fragmenty spadły do wody. Na moich dłoniach pozostała kula o konsystencji plasteliny. Rzeżyła się fluorescencyjną zielenią. Im dłużej przyglądałem się temu czemuś, tym większe ogarniało mnie zdziwienie. Ta substancja, bo tak chyba trzeba to nazwać, zmieniała formę. Najpierw nieco się spłaszczyła, następnie zaczęła wykształcać kolejne narządy. Nos, uszy, usta.
Nie minęło wiele czasu, a patrzyłem na miniaturkę ludzkiej głowy o rozmazanych rysach twarzy. Powieki podniosły się, a wargi rozchyliły. Z pustych jeszcze oczodołów spłynęło coś przypominającego łzy. Twarz nabierała charakterystycznych rysów, zmieniając się co chwilę w inną. Widziałem męskie, kobiece, stare, młode. Zadziwiający pokaz pochłonął mnie bez reszty. Wreszcie miniaturowa łysa głowa zamknęła usta. Miała nisko osadzone oczy, cienkie brwi i wąskie wargi. Wpatrywała się we mnie zielonkawymi źrenicami okolonymi niebieskimi tęczówkami. Trwało to jakiś czas, więc dobrze ją zapamiętałem.
Po chwili oblicze zniknęło. Rozpłynęło się w lśniący pył, niczym piasek przesypywany na wietrze, który uleciał ku niebu. Drobinki zawisły nade mną. Ich migotanie oświetliło akwen. Wówczas zobaczyłem, czym były niewyraźne kształty dryfujące dalej. Najbliżej mnie znajdowało się ciało chłopca. Napuchło i zsiniało od przebywania w wodzie. Roztaczało wokół siebie mdlącą woń, której przed chwilą jeszcze nie czułem. Ułożone było nienaturalnie na plecach. Być może zahaczyło o jakąś gałąź.
Na głowie miało czapkę. Przysiągłbym, że tą samą, którą zostawiłem na brzegu. Wlepiałem wzrok w jego twarz. Przyglądał mi się nieruchomo, jakby oczekując odpowiedzi, których nie potrafiłem udzielić. Za nim unosiły się kolejne ciała, jedne w ubraniach, inne bez. Za to wszystkie dziecięce. Zacząłem przeć ku brzegowi ile sił. Woda stawiała opór. Potknąłem się i upadłem, rozchlapując błyszczące krople. Na czworakach dopadłem trawiastego gruntu.
Chciałem wstać i uciekać dalej, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Kiedy obudziłem się w szpitalu, opowiedziałem o tym, co zobaczyłem. Matka, która znalazła mnie nad jeziorem, nie dostrzegła jednak niczego niezwykłego, więc nikt się tym nie zainteresował. Czułem się całkiem dobrze. Lekarze przebąkiwali, że dostałem ataku epilepsji, prawdopodobnie z powodu nadmiaru emocji, ale chyba sami w to nie wierzyli. Tak czy siak, niebawem wypisano mnie do domu. Nie wróciłem jednak do dawnego życia. Zacząłem miewać sny odtwarzające przeżycie znad jeziora. Ani się obejrzałem, kiedy stały się normą.
Nie minęło wiele czasu, a doszły nowe atrakcje. Bywały momenty w ciągu dnia, kiedy rozbrzmiewały mi w głowie dziesiątki wymieszanych ze sobą piskliwych szeptów i żaden z nich nie należał do osób w moim otoczeniu. Nie potrafiłem nawet rozróżnić poszczególnych słów. Niekiedy zdarzało mi się widzieć trupio bladego chłopca w poplamionej żółtej czapeczce. Patrzył na mnie pytająco, by zaraz zniknąć. Przez jakiś czas próbowałem z tym walczyć, wyprzeć myśl, że postradałem zmysły. Jednak w końcu zrozumiałem, że sam sobie nie poradzę. Ile jeszcze bezsennych nocy mógł znieść wyczerpany organizm? Wreszcie pewnego ranka podjąłem decyzję i umówiłem się na wizytę w miejscowym ośrodku. Termin ustalono na dwa dni później.
Zrezygnowałem z taksówki. Dzień był piękny, a niebawem miałem dobrowolnie zgodzić się na zamknięcie w pokoju bez klamek. Ruch był niewielki. Czteropiętrowe kolorowe bloki stały prostopadle do ulicy. Chodnik wyznaczały dwa rzędy drzew, chyba grabów. Zobaczyłem, że z naprzeciwka ktoś idzie. Znów usłyszałem szepty w głowie. Poczułem zawód, że nawet podczas ostatniego spaceru nie zaznam spokoju. Tym razem było jednak inaczej. Piskliwe głosy zrównały się rytmem, by w końcu przemówić wspólnie.
Nie miałem wątpliwości co do treści przekazu. Pomści. Osobą zbliżającą się ku mnie był mężczyzna. Szedł zamyślony, błądził wzrokiem w oddali. Przypatrzyłem się dokładnie jego twarzy i aż przystanąłem z wrażenia. Miał nisko osadzone niebieskie oczy, cienkie brwi i wąskie usta. Promienie słońca odbijały się od łysej głowy. Najwyraźniej zauważył, że go obserwuję i odwzajemnił spojrzenie. Świat zaczął wirować. Chłopiec w żółtej czapeczce leżał związany na zimnej podłodze.
Jego pierś unosiła się i opadała bardzo powoli. Ciało było nagie, okaleczone w wielu miejscach. Na zakurzony policzku widziałem linię pozostawioną przez łzy. Tuż obok stał on. Podciągnął spodnie i zapiął pasek. Uśmiechał się przy tym z satysfakcją. „Wszystko w porządku?” – powiedział, chwytając mnie za ramię. „Kręci mi się w głowie.” „Strasznie pan blady. Proszę iść ze mną. Mieszkam niedaleko.” Pokiwałem głową.
W kieszeni spodni czułem ciężar noża. Ewa siedziała, zaciskając dłonie na żebrach kaloryfera. Bała się poruszyć. Nieznajomy zakończył opowieść. Grzebał teraz między ustawionymi na półce książkami. Przynajmniej tak wnioskowała ze słyszanego szelestu. Widoczność ograniczała się jedynie do zarysu kształtów. „Resztę historii znasz” – dopowiedział. „Przykro mi, że musiałaś przy tym być. Nie chciałem mieszać w to innych.” Zwróciła wzrok na leżącego obok męża.
Był w tej chwili bezkształtną czarną masą, rzuconym w kąt tobołkiem. „Jest!” – krzyknął mężczyzna. Ewa aż podskoczyła. „Żółta czapeczka. To zdjęcie stanowić będzie dowód. Musisz je zobaczyć i powiedzieć mi, czy znasz to dziecko.” Z rozpaczą uświadomiła sobie, że ten psychopata zbliża się do niej. Na całym ciele czuła zimne dreszcze. Pstryk. Wnętrze rozjaśniło światło. Ewa odruchowo spojrzała w kierunku zwłok.
Jej mąż leżał na plecach. Oczy miał szeroko otwarte, jakby dziwił się, że nie żyje. Bordowe plamy pokrywały jego koszulkę. Nieznajomy kucnął przy niej. Ich twarze znalazły się blisko siebie. Wówczas mężczyzna podetknął jej zdjęcie przedstawiające chłopca na oko ośmioletniego, w białej koszulce, dżinsowych szortach i żółtej czapeczce na głowie. „Znasz go?” Ewa przyjrzała się fotografii. Strach nie pozwolił jednak wykrztusić choć słowa. Nieznajomy najwyraźniej wyczytał odpowiedź w jej oczach. Albo tak mu się wydawało.
Na klatce schodowej wybrzmiał dźwięk kroków. Mężczyzna wstał i obrócił się w stronę drzwi wejściowych. „Powiedz im wszystko, dobrze?” – powiedział, wyciągając nóż z kieszeni. Ostrze wyskoczyło z metalicznym trzaskiem. Przyłożył je do szyi i przeciągnął w poprzek gardła. Ciemna ciecz trysnęła na dywan. Drzwi pękły z trzaskiem. Pomieszczenie napełniło się dymem. Policjanci wbiegli, krzycząc. Nieznajomy leżał nieruchomo.
Ciemna kałuża rosła na podłodze wokół niego. Zgnieciona fotografia wystawała z zaciśniętej dłoni. Tadeusz Myszko „Żniwiarz u krawca”. Ścięcie głowy toporem bolało o wiele bardziej niż cięcie mieczem – stwierdziłem, próbując rozruszać bolący kark. Ledwo mogłem poruszyć głową, a krtań paliła mnie, jakbym wczoraj wypił ze dwie beczki okowity. To była barbarzyńska broń. Obym już więcej nie trafił na wikingów. Nie spałem na szczęście ani na słomie, ale i nie w łóżku, przytulony do tyłka żony. A szkoda. Spałem chyba w pracowni krawieckiej, bo raczej nie w teatralnej czy filmowej.
Uznałem, przeglądając się galerii porozwieszanych strojów, jak i dziewczynom zszywającym z zacięciem ręcznie barwne materiały. Maszyn do szycia, nawet takich na nożny pedał nie zauważyłem. Chyba nadal tkwiłem w średniowieczu. Zza okna dobiegało pokrzykiwanie: „Gorące podpłomyki, podpłomyki prosto z pieca” oraz „Kwas chlebowy, mocny, gorzki kwas chlebowy”. Słychać też było uderzenia młota o kowadło. Podkuwano konia czy wyklepywano miecz? Na parapecie wygrzewały się trzy koty, ale nie było pośród nich czarnego z białą łatką. Dlaczego mnie opuściłeś, Mruku? Zatęskniłem za nim. Podnieś pan dłonie — zadysponował facet z fryzurą ściętą sierpem tuż przy czaszce, machając mi przed oczami olbrzymimi nożycami zawieszonymi na sznurku na piersi.
Co jest? Od razu chce mi ściąć głowę? A gdzie gra wstępna? Goń się! Czego chcesz? — wychrypiałem, przyciskając kurczowo ramiona do ciała. Chcę cię zmierzyć, idioto. Pokazał na trzymaną w dłoniach miarę. A po chuja? Obwieś za zgrzytą zębami.
Chuja ci nie mogę mierzyć. Ale nie martw się, zostawię zapas w kroku na dwa żołędzie. Co? Kurwa! Człowieku, przychodzisz do mnie, mistrza Adamusa, zamykasz surdut i spodnie, a teraz mówisz, że go nie potrzebujesz? Marnujesz mój czas. Przegapię przez ciebie koniunkcję Dolnojowisza. Co? O czym ty gadasz? Był naprawdę wściekły, ale stłumił złość i zaczął mi tłumaczyć, jakbym miał osiem lat.
Koniunkcja to taka pozycja planety, która daje możliwość zaobserwowania jej na powierzchni Słońca. To wyjątkowa chwila — zakończył z ekscytacją. Zdziwił mnie. Czy już wiedział, że to Słońce stoi, a Ziemia gania naokoło? Pewnie jeszcze nie. To były prymitywne czasy. Kim ty jesteś? Astrologiem? — zapytałem z lekką kpiną. Astronomem — zazgrzytał w odpowiedzi.
Trochę mnie zaskoczył, ale nie pozwoliłem zrobić z siebie idioty. A jaka jest różnica? Astrolog znając twój wzrost mógłby zgadywać, jak ułożenie planet wpłynęło na wielkość twojego przyrodzenia. Astronom natomiast skomentowałby to spokojnie: „są gwiezdne olbrzymy i są karły” — wyjaśnił z dziwną drwiną mistrz Adamus. Spróbowałem nie przyjmować jego aluzji do siebie. Skutek ten sam — mruknąłem z irytacją. Patrzycie w niebo, a później przestrzegacie nas przed złymi rzeczami. Adamus pokiwał ze zrozumieniem głową. W tym punkcie muszę się z tobą zgodzić. Lecz astronom ostrzega cię przed fizyczną możliwością nabicia guza, a astrolog przed złośliwością jakiegoś boga, który cisnął w ciebie kamieniem.
Nie widzę różnicy. Jeżeli to kamień wycelowany w moją głowę, to i tak trzaśnie mnie po łbie. Już wolę wyjaśnienie, że to wina wkurzonego boga. No właśnie, a zastanawiałeś się, dlaczego kamienie spadają z nieba? — zapytał z kąśliwym uśmiechem krawiec, czy też astronom. A co miałby zrobić? Poleci ponad chmury. I...? — dopytywałem głupio. I nic.
Nie miałem pojęcia, czego się tak czepia szczegółów, ale nie chciałem go urazić. Coś świtało mi w głowie, że skądś znam tego krawca-astronoma i być może był jakiś ważny powód, że pojawiłem się u niego. Spadnie. No właśnie — odetchnął z ulgą. Tym bardziej nie widzę sensu, aby zaprzątać sobie tym głowę. A ja i owszem, próbuję zrozumieć, dlaczego kamienie zawsze spadają. Dlaczego planety krążą wokół Słońca, a Księżyc wciąż kręci się wokół Ziemi. I co, dowiedziałeś się? — zapytałem z kpiną. Człowieku, co ty wiesz o fizyce?
Miałem ochotę mu wygarnąć kilka prawd oczywistych, o których średniowiecznym kmiotkom się nie śniło. Co prawda współcześni gówniarze też niewiele wiedzieli, ale przynajmniej mogli to sprawdzić w Wikipedii. Przyszło mi do głowy i jak zwykle nie wiedziałem skąd. Jeszcze nie wiem, ale dowiem się — odpowiedział krawiec-astronom. Ja też chciałbym odpowiedzieć sobie na pytanie, co ja tutaj robię, lecz dzisiaj nie miałem żadnego pomysłu. A może obetnie mi głowę nożycami? Może tak będzie. Wzruszyłem ramionami, chcąc to powiedzieć. A może nie. Lecz krawiec-astronom rąbnął pięścią w stół i wykrzyknął: Wiem, że Ziemia okrąża Słońce, a nie odwrotnie.
I co z tego? — zapytałem zaczepnie. I tak wstaję o poranku, a kładę się spać po zmroku. Może dla twojego wieśniaczego życia niczego to nie zmienia, ale wiedz, że to zmienia wszystko. Zamęt słowny. To nic nie znaczy. Ponownie wzruszyłem ramionami. Wyjaśnienia krawca-astronoma nie przekonywały mnie. Astronom spojrzał na mnie z pogardą. Byłem pewien, że tym wzrokiem spoglądał na mnie astronom, a nie krawiec.
Niektórym myślenie nie jest potrzebne. To prawda — mruknął, ciskając kredą o stół. I tak zetną mi głowę. Machnąłem ręką zrezygnowany. Zetną głowę? A dlaczegóż to? — wybąkał zdziwiony krawiec, aż przysiadając z wrażenia na stołku. E tam, co tu gadać. I ja przysiadłem. Ależ człowieku, mają ci ściąć głowę, a ty mówisz, że to nieważne?
I tak rano będzie siedzieć mocno na moim karku. Tylko uczucie, gdy mi spada, gdy widzę swoje ciało upadające w ściernisko i nic nie mogę zrobić, nie jest najprzyjemniejsze. No ja myślę. Bąknął zbity z pantałyku krawiec, patrząc na mnie przerażony. Przyłożył dłoń do karku, mocno pomasował szyję, jakby chciał się upewnić, czy jego głowa wciąż tam tkwi. „Uważasz, że to, co cię spotyka, jest przepowiedziane przez bogów?” — zapytał po chwili. „A jak mam inaczej wytłumaczyć to, że każdego dnia ścina mi głowę jakiś przygłup w lśniącej zbroi?” „Wszystko ma swoją przyczynę” — zaczął mówić krawiec, lecz przerwałem mu. „Spadające z karku głowy też?” Przez chwilę milczał. „To rzeczywiście niepojęte. Ale powtórzę, nie jestem astrologiem wyjaśniającym twój los miejscem i czasem urodzenia.” „To jak inaczej to wytłumaczysz?” Krawiec skulił się w sobie.
„Nie mam pojęcia. Pierwszy raz o czymś podobnym słyszę. Umiem przykroić jedynie materię tego świata, choćby były to bele materiałów czy nawet obiekty na niebie. Je rozumiem. Wiem, dlaczego słońce wschodzi. Wiem i dlaczego zachodzi. Wiem, dlaczego księżyc raz wygląda na sytego, a za tydzień głodny, a za kolejny tydzień umiera. Niewiele mogę powiedzieć o pochodzeniu gwiazd. Nie znam ich końca, a nawet porządku rzeczy, które je tam rozrzuciły. Ale z całą pewnością wiem: porządek poza naszym rozumieniem, który tak często zwiemy boską interwencją, jest jedynie porządkiem fizycznym, którego praw jeszcze nie znamy” — zakończył.
Spojrzał na kradę, podniósł miarę i z nadzieją zapytał: „To co? Pozwolisz mi się zmierzyć?” „Ale po co?” — skrzywiłem się. „Nie wiem. To ty zamówiłeś strój.” „Ja?” „Tak, ty. Nawet zaliczkę dałeś.” „Ja dałem zaliczkę? Ale dlaczego miałbym to zrobić?” „Coś bełkotałeś o weselisku.” Zastanowiłem się. Wesele? Chyba nie moje. O ile nic się nie zmieniło, przecież miałem połowicę. Krawiec, tym bardziej astronom, w niczym mi nie mógł pomóc.
Już chciałem opuścić pracownię mistrza Adamusa, rezygnując z uszycia surduta, gdy naraz rozległo się głośne stukanie do drzwi. „Klient chyba wali obcasem” — zaśmiałem się. „Nie. Rękojeścią szpady” — wyjaśnił pobladły krawiec. „Niezadowolony klient? Uciąłeś mu jaja?” „Stój bez ruchu”. Nie słuchał, co mówię. Zarzucił na moje barki jakiś różowy materiał, jakbym był meblem do przykrycia i rozejrzał się w panice po pracowni. „Już, już otwieram” — krzyknął głośno w stronę drzwi. Nie uspokoił gościa.
Stukanie stało się jeszcze bardziej natarczywe. „I nic nie mów o ścinaniu głów” — szepnął do mnie, po czym poczłapał do drzwi. Do pracowni wtargnęło sześciu zbirów najgorszego sortu. W czerwonych płaszczach z kapturami, ze szpadami w dłoniach i złością na twarzach. Coś mi mówiło, że nie powinienem mieć do nich zaufania. Przewodził im zakonnik o twarzy mokrego szczura. „Zaraz, zaraz” — zastanowiłem się. Już go widziałem, uświadomiłem sobie. No tak, to on był tym wieśniakiem, który nie pasował do pozostałych. No ale w tej sytuacji w bordowej kiecce odnalazł się doskonale, musiałem przyznać.
„A co wy, kurwa, tutaj robicie?” Nie mogłem powstrzymać się od okrzyku zdumienia. „Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji” — wykrzyknął z satysfakcją mokry szczur. Szwaczki zastygły z uniesionymi igłami. Jedna ukłuła się w palec. Cicho syknęła z bólu. Szczur od razu zwrócił twarz w jej kierunku. „Cisza! Milczeć i nie ruszać się.” Trafiłem do skeczu Monty Pythona czy gry Assassin's Creed? Bo jak na prawdziwych inkwizytorów wyglądali zbyt groteskowo. Ale kto wie?
Czasami ironia satyryka nie dorasta temu, co dzieje się naprawdę. Koń senatorem? Nie, skądże, to zbyt daleko idący pomysł. „Kim jesteś?” — warknął szczur, podchodząc do mnie. „Kasper.” „Nie pytam, jak masz na imię, tylko kim jesteś. Co tu robisz?” „Biorę mu miarę na surdut” — wyjaśnił krawiec. Szczur spojrzał na mnie z niechęcią. „Znikaj stąd, zanim zmienię zdanie” — wycedził, krzywiąc gębę. „Nie zniknę, dopóki nie zatniesz mi głowy.” Miałem ochotę odpowiedzieć, lecz na szczęście zamilkłem. Na szczęście inkwizytor nie czekał na moją odpowiedź.
Zaczął chodzić naokoło mistrza krawieckiego, szukając chyba dziury w całym. Znalazł. „Podobno nie wierzysz w Boga.” „Skądże. Ufam, że istnieje porządek ponad nami.” Jęknąłem w duchu: oj, krawcu astronomie, wybrałeś najgorszą linię obrony. „Jesteś niewierzącym.” „Powtarzasz się, człeku. Już mówiłem. Głęboko wierzę w naukę. Wiem też, że istnieje porządek poza naszym zrozumieniem, który tak często zwiemy boską interwencją, ale który jest jedynie porządkiem fizycznym. Czego chcecie od mistrza Adamusa?” Nie mogłem dopuścić, aby zaprowadzili go na stos. A on uparcie się na niego opakował.
„Nie podobasz mi się, amigos” – wycedził Mokry Szczur, wolno podchodząc do mnie. – Od początku mi się nie podobałeś – dodał. „Sam siebie nie lubię” – spróbowałem zażartować. Jeszcze tego brakowało, żeby zamiast tracić głowę, miałbym spłonąć. Inkwizytor też nie zrozumiał żartu. „Brać go!” – krzyknął, przykładając mi koniec ostrza do gardygi. Z trudem przełknąłem ślinę. Dwóch czerwonych stróżów Boga zaczęło mnie otaczać. Mistrz Adamus ruchem głowy wskazywał mi okno. Rzuciłem barwnym materiałem w stronę napastników i pognałem do okna.
Po długiej chwili spadania grzmotnąłem o ziemię. Psia mać! Ci astronomowie. Mistrz nie uprzedził mnie, że jego pracownia znajduje się na pierwszym piętrze. Zerknąłem w górę. Mokry szczur już wydawał dyspozycje, aby mnie ścigać. Rozejrzałem się. Największy ruch panował w pracowni kowala, czy raczej płatnerza, bo zobaczyłem wiele mieczy, kolczug, hełmów wystawionych na straganie. Rzuciłem się do środka, w mrok, zastanawiając się, czy nie pochwycić jednego z mieczy. Tylko po co?
I tak nie miałem pojęcia o fechtunku. Nie wiem, co się stało, ale naraz moja głowa ześlizgnęła mi się z karku. Tomasz Fąs, „Obywatlo”. Był to dzień, w którym Obywatlo chciało wyrazić sprzeciw. Aby tego dokonać, udał się na manifestację, gdzie mogło spotkać wiele innych Obywatli, również nacechowanych stosunkiem negatywnym. Podczas manifestacji zaprezentowano najnowsze transparenty firmy Wolna Wola z serii Anarchia i Destrukcjonizm, dumnie prezentujące symbole braku poparcia: smutne emotikony, kciuki w dół, znaki zakazu, a nawet kukiełki na maleńkich szubienicach. Niezadowolone Obywatlo mogło sobie wyobrażać na tych szubienicach inne wybrane Obywatla. Była w tej kwestii całkowita dowolność. Siły porządkowe dopilnowały, by wszystko przebiegało dokładnie zgodnie z planem. Tym bardziej że niedaleko, w tych samych godzinach miała odbywać się manifestacja poparcia.
Nie można było dopuścić do konfrontacji pomiędzy uczestnikami obu tych wydarzeń. Mimo niewątpliwego sukcesu manifestacji Obywatlo wróciło do domu niepocieszone. Coś było nie tak. Domowy system wyczuł to od razu. Obywatlo bardzo kochało swój system. Żyło z nim, odkąd tylko pamiętało. System wychowywał Obywatlo, karmił je, zaspokajał wszystkie potrzeby poznawcze i regularnie implikował środki stabilizacji nastroju. Indywidualnie dobrany pokaz multimedialny o wymowie motywacyjnej jakoś nie podziałał na Obywatlo budująco. Dwukrotnie przerwały go ankiety z pytaniami o opinię. Obywatlo odpowiedziało, że jest przeciw i nadal czuło się przygnębione.
System zaproponował szeroki wybór praktyk religijnych w atrakcyjnych cenach. Obywatlo zrezygnowało. Już wiele czasu minęło, odkąd zostało usamodzielnione, a tego rodzaju rozrywki wydawały mu się dziecinne. Z młodości często korzystało ze zbawień lub oświeceń. Zdążyło się nimi znudzić. Obywatlo zdecydowało, że dalsze życie nie ma dla niego sensu. Poprosiło o likwidację. System starał się podawać kontrargumenty, jednak nic nie mógł zrobić. Wtem oficjalny komunikat ogłosił, że manifestacja sprzeciwu została rozpatrzona pozytywnie. Już niedługo może nastąpić zmiana.
Obywatlo było szczęśliwe. Okazało się, że ma rację. Wygrało. Po pełnym wrażeń dniu mogło wreszcie spokojnie iść spać, aby przygotować się na kolejny dzień. Był to dzień, w którym Obywatlo chciało wyrazić sprzeciw. Jakub Karbownik, „Światy równoległe”. Dwóch naukowców wpatrywało się w niebo, gdzie raz na 10 lat ukazywał się świat podobny do naszego. „Zobacz, Stefan, pewnie tam mają lepiej” – powiedział z nutą romantyzmu Szczepan. – Pomyśl tylko o ich wierzeniach, sztuce i nauce. Ile rzeczy moglibyśmy nauczyć się od siebie?
– odpowiedział z entuzjazmem Stefan. – Być może mają brakujące elementy do tej całej układanki życia – rzucił pytanie Szczepan. – Może, może. Miejmy nadzieję, że kiedyś do nich dotrzemy – dodał kompan. – Albo oni do nas. W przyszłości. Nasi prapradziadowie marzyli o tej chwili i nareszcie, dzięki wspólnemu wysiłkowi zapisujemy nową kartę w historii. Historii kontaktu ze światem równoległym – prowadził transmisję komentator. Cały świat wpatrywał się w ten przełomowy moment. W końcu zobaczymy się z tymi po drugiej stronie.
Jaką mają kulturę, wierzenia, naukę, architekturę? Odpowiedzi na te pytanie mieliśmy poznać już niebawem. Drodzy widzowie, właśnie połączyliśmy się z naszym kapitanem. W imieniu wszystkich zadam mu pierwsze pytanie: jak tam jest? Zakłócenia. Poprawcie łączność. „Jak tam jest?” – powtórzył realizator. Po chwili ciszy padł komentarz: „Kurwa, tak samo.” Julian obświecę cycki w służbie poetów. Od kwadransa z coraz większą nerwowością wciskałem przycisk „następny”. Do zbadania pozostał jeszcze jeden, ale z niewyjaśnionych przyczyn nie wchodził do gabinetu.
W końcu mocno poirytowany wybrałem na holofonie numer działu technicznego. Od razu pojawiła się twarz technika. Witam, coś jest nie tak. Kontynuowałem bez ceregieli. Wciskam przycisk „następny”, ale ostatni się nie pojawia, a zaraz kończę robotę. Dzień dobry panie doktorze. Zaraz sprawdzę na kamerach. Jeszcze chwileczkę. O, to to. Widzę już tablicę informacyjną.
Proszę teraz wcisnąć. Włączył pan? Tak. I co? System padł. Tablica się nie rozświetla. Dziś tego nie naprawimy. Korytarz musi być sterylny, a widzę, że jeden jeszcze siedzi na kółku. To co mam zrobić? Uchylić okienko i normalnie zawołać.
Mam krzyknąć tak po prostu? Tak głosowo. „Następny proszę” albo „Można wejść” powinno zadziałać, a jutro to naprawimy i wszystko wróci do normy. W porządku, dziękuję. Rozłączyłem się. Następny proszę. Wszedł, zanim zdążyłem na powrót zareglować okienko z poliwęglanu o dwucentymetrowej grubości. Jak się czujesz? Szybko przeszedłem do standardowych pytań. Miewam się nader szybko.
Uniosłem nieco głowę. Zrozumiałem, że dziś nie skończę roboty jak człowiek. Powiedz mi, kim jesteś? Fabrycznie nowiutkim, wspaniałym nibyczłowiekiem, nierozpoznawalnie lipnym. Skrzywiłem się skonfundowany. Odpowiadał cokolwiek niby z sensem, ale jakoś bełkotliwie. Dla pewności zadałem ostatnie pytanie kontrolne pierwszego stopnia. Zacytuj trzy podstawowe prawa robotów z kodeksu Asimova. Ukaz początkowy: nibyczłowiek za nic w świecie nie ma prawa pokarać śmiertelnika, choćby nawet tylko za sprawą odpuszczenia sobie czynu zezwolić, ażeby śmiertelnik pokosztował uszczerbku. Ukaz środkowy: nibyczłowiek powinien pokornie wprowadzać dezyderaty śmiertelnika, pod warunkiem, że nie tkwią w antagonizmie do początkowego zapisu.
Ukaz ostateczny: nibyczłowiek podlega konieczności chuchania i dmuchania na postać własną pod warunkiem, że wymieniona zasada nie tkwi w antagonizmie do rekordu początkowego bądź środkowego. Wyjdź na korytarz i czekaj na decyzję. Kiedy tylko zasunęły się za nim drzwi, wybrałem numer szefa produkcji. Waldek, mamy psychola. Cześć. Co się porobiło? Mam modela, który gada bez ładu i składu. Niby logicznie, ale wiesz, jakby mu styki popaliło. Na początek prześlij jego numer. Chwilę.
Dobra, mam. Sprawdzę w systemie. W porządku, to czekam. Ukradkiem spojrzałem na zegarek. Trzy minuty temu powinienem stąd wyjść. Ożeż ty w mordę. I to cała seria od samego rana. Ten trafił pierwszy na kontrolę jakości. Jutro będzie afera. Co jest?
Mówże w końcu konkretnie. Ktoś się pomylił i wgrał na twardo zamiast klasycznego słownik synonimów. Pięknie. Na twardo to już nic się nie da zrobić. Ktoś za to beknie. Sprawdzę, kto był na zmianie. No nieźle. Kto dał dupy? Domyślałem się, że reperkusje za taki numerek będą bolesne. Aldona, ta blondyna z wielkimi cyckami.
Kojarzysz która? Pewnie, że wiem. Psiakrew. Szkoda dziewczyny. Jakie szkoda? Wcisnął ją na nasz wydział jakiś pomarszczony miłośnik balonów z zarządu. Wcześniej była kucharką w stołówce zakładowej. Co więc robić? Do cholery. Bezwiednie podrapałem się po brodzie.
Mam. Dzwonię do Edka z marketingu. On ma łeb. Może jeszcze będzie w biurze. Po dłuższej chwili ukazała się wymęczona twarz specjalisty od reklamy. Szczegółowo opisałem problem. I co ty na to? Spytałem na koniec. Patrzył tępo, nieobecnym wzrokiem, majestrując rękami poza zasięgiem holofonu. Nagle schylił się na kilka sekund i ponownie ukazał twarz, tym razem rozświetloną szerokim uśmiechem.
Resztki białego proszku oprószały jedną z dziurek nosa. Może kupią go ci głuchoniemi. Taki mam pomysł. Wtrącił się podekscytowany Waldemar. Nie, nie. Już wiem. Podniesiemy cenę o kilka procent i wystawimy całą serię. Edek gadał jak nakręcony. Jako modele przygotowane specjalnie dla poetów. Dograjcie im rymy, a ja pomyślę nad promocją.
I mordy w kubeł. Marek Tomasik "Ognista robota". "A jeśli dziś spłonie wszystko" zanudził pod nosem Hans. Zajrzał przez małą szybkę w drzwiach. Pomachał wszystkim, szeroko uśmiechając się. "Chciałbym spłonąć z tobą. Ogień wspina się na nieba szczyt" nucił dalej. Odskoczył od wejścia i prawie tanecznym ruchem podszedł do skomplikowanej aparatury, którą obsługiwał. "Ojcze, wezwij ich. Stań przy mnie i patrz." Pokręcił jednym z wielu pokręteł, potem kolejnym.
"Jak na zboczu góry wstaje ognisty świt." Poruszył kolejny kurek. Skoczył po chwili do tyłu, robiąc zgrabny piruet. "A jeśli śmierć przyjdzie nocą" pociągnął za dwie dźwignie. "Chciałbym zginąć z tobą." Spojrzał na liczniki wskazujące ciśnienie. Wszystko działało jak należy. Uśmiechnięty podśpiewywał dalej. "Kielich wina wznieść ostatni raz." Zrobił dwa kroki, stając przy głównych zaworach. "Ojcze, wezwij ich. Stań przy mnie i patrz." Rozkręcił jeden z zaworów. Wskazówka na zegarze poszybowała w górę.
Przestał kręcić, gdy doszła do spodziewanej wartości. "Jak na zboczu góry wstaje ognisty świt." Pociągnął za jedną z dźwigni, otwierając wlot powietrza. "A śmierć spadnie z nieba i nie zostawi nic." Klasnął w ręce, robiąc przy tym pełny obrót. Złapał mocno za kolejną wajchę. Ścisnął ją mocno i delikatnie zaczął opuszczać. "Widzę ogień drążący skały." Zaśpiewał teraz już głośniej. "Widzę ogień trawiący las." Zza drzwi dobiegły go przytłumione głosy. "Widzę ogień, co pożera duszę i kości też" dodał od siebie. Puścił dźwignię, by pociągnąć bardziej za przepustnicę powietrza. "Podmuch ognia, który zgasić życie w nas chce." Zwiększył dawkę powietrza.
"Ale proszę, nie zapomnij o mnie." W tym momencie otworzyły się boczne drzwi i wszedł Jurgen. "Jak idzie?" Zapytał, wybijając Hansa z rytmu. Miał ochotę zaśpiewać kolejną zwrotkę, ale kolega zdekoncentrował go tym nagłym wtargnięciem. "Już prawie." "To dobrze, bo już czeka kolejna dwudziestka" stwierdził Jurgen. "Niech jeszcze poczekają." Hans nie lubił się spieszyć z robotą. Lubił wykonywać ją perfekcyjnie jak w podręczniku. "Wpuścisz ich dopiero jak się kości spopielą. Niespopielone kości ciężko się sprząta, a tak będą same prochy." "W porządku. To zawołaj, jak będzie można. Popilnuję ich do tego czasu." Jurgen zatrzasnął za sobą drzwi.
"Ech" westchnął Hans. "Na czym ja to? A!" Odchrząknął, przełknął ślinę i zaintonował: "A jeśli polegną bracia, klęskę przyjmę ja." Piotr Prokopowicz "Ciemne chmury". Ptak. Ryba. Motyl. Kamień. Góra. Żaba. Gdzie najłatwiej to zobaczyć?
Jak myślicie? Lubię oglądać niebo w słoneczny dzień. Najlepiej schować się w zaroślach. Wtedy nikt nie przeszkadza. Bywa jednak, że odnajduje mnie tu Rufus. Ale on jest mądry i rozumie. Czasem nawet opowie coś ciekawego. Wtedy siedzimy tak tu sobie razem, schowani przed natrętami. Snujemy rozmowy o świecie nad nami. Najwyżej żyją ptaki.
Niektóre są niebezpieczne. Lepiej, żeby cię nie wypatrzyły. Wierz mi. Na szczęście one żyją wśród chmur. Zazdroszczę im. Podobno można się rozpędzić i wyskoczyć w górę na tyle, by dotknąć nieba. Rufus już nieraz tego próbował. Tak mi mówił. Gdy był wysoko, blisko nieba, cały świat wyglądał inaczej. Ja mu wierzę.
Pytałem, czy dotknął chmur. Gdyby chciał mnie oszukać, powiedziałby, że dotknął. Ale on mówi, że nie. Dlatego mu wierzę. Sam kiedyś się rozpędzę i skoczę. Podobno tam wysoko chmury są jeszcze piękniejsze. Jednak nie wszystkie. Czasem nadpływają mroczne chmury, szare lub brązowe. To są chmury fałszywych demonów. Oni żyją tam jak na wyspach.
Przywożą zatrute jedzenie. Za każdym razem, gdy przylatują, ktoś z mieszkańców okolic znika. Rufus mówił, że spróbuje kiedyś zaatakować te demony. Wystarczy wyskoczyć wysoko i uderzyć. No nie wiem. Chyba to nie będzie takie proste. O, widzę Rufusa. Poluje? Dziwnie się zachowuje. Chyba bierze rozpęd.
Nie! Skąd wzięła się ta mroczna chmura demonów? Rozumiem. Rufus chce ich zaatakować. Czy to rozpęd, czy może klątwa demonów? Za bardzo kiwa się na boki, ale mimo to unosi się w górę w zawrotnym tempie. Czemu ma taki przerażony wzrok? Muszę mu pomóc. Zaatakuję ich razem z Rufusem. Łódka omal się nie wywróciła, gdy dziadek Kacper szarpał się z wędką.
Zwrócił się do chłopca siedzącego na ławce: „Robuś, przygotuj podbier...”. W tym momencie tuż obok ryby zaczepionej na haczyku wyskoczył w górę kolejny okaz i szczęśliwym trafem wylądował między burtami. „Ha, ha!” Chłopiec zaśmiał się głośno. „Dziadku, musimy częściej tu przypływać. Ryby same wskakują do łódki.”
[02:15:06] - Marek Tomasiak, „Szacunek”.
[02:15:10] - Słuchaj synek, to powiedz mi, jak to z nią było? Zapytał ojciec, zaciągając się potem papierosem. Ale tato, co z kim było? Odpowiedział syn, również zaciągając się papierosem. Już ty dobrze wiesz, synek. Tato wciągnął dym do płuc. Po chwili go wypuścił. Wiesz, że ja cię szanuję. Naprawdę. Ale w końcu mógłbyś się przyznać, jak to z nią było.
Tata, no weź. Nadal nie wiem, o którą ci chodzi. Mruknął syn, strzepując palcem pył z papierosa. Nie ściemniaj mi tu, synek. Ojciec znowu się zaciągnął. O tą Marię czy Magdę mi chodzi. Nie pamiętam dokładnie, jak miała. Było z nią, no wiesz, ten teges. Tata, no weź, przecież dobrze wiesz. No nie wiem właśnie.
Ciebie nigdy nie widziałem. Wszystko i wszystkich widzę, ale ciebie nigdy. Rodziciel przyssał się mocniej do filtra, dopalając papierosa. Rzucił kiepa pod buta i przydeptał go. Wiesz, że cię szanuję. Nie oceniam, ale wiesz, ludzie gadają.
[02:16:36] - Proszę państwa, to już koniec dzisiejszej świątecznej jeszcze, ale trochę już poświątecznej audycji Akademia Wszelkiej Fikcji. Tak jak mówiłem, na szczęście dni wolne jeszcze przed nami. Potem jeszcze Sylwester, Nowy Rok i w ogóle lubię ten czas, ale on się zawsze skończy zbyt szybko. Szkoda. No ale cóż, życzę państwu wszystkiego dobrego. Wspomnę o tym, że nasze następne spotkanie w przyszłym roku dopiero albo już, bo to za tydzień, więc bardzo serdecznie zapraszam w przyszły piątek, a teraz już wszystkiego dobrego na po świętach, na weekend. Dobrej nocy to na za chwilę i w ogóle wszystkiego, wszystkiego naj w Nowym Roku. Nieustannie mam nadzieję, że on będzie lepszy niż ten, który minął. Tego przynajmniej wszyscy byśmy sobie życzyli. Do usłyszenia.
[02:17:39] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.