Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. No i znów krótko po 20:00 rozpoczął się ten piątkowy wieczór, na który czekają mole filmowe, książkowe i nie tylko. Zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór państwu. Odpalamy kolejny AWF. Tradycyjnie odpalamy od polecanych książkowych. Dzisiaj pierwszy tytuł trochę z angielska: „God of Pain”. Autorka Rina Kent, wydawnictwo Niezwykłe Zagraniczne. Dziwna nazwa, ale nie o nazwę chodzi. Data premiery 31 grudnia. No to zobaczmy, co to za książka. Popełniłam fatalny błąd. Mafijna księżniczka powinna wiedzieć, że jej los został z góry przesądzony, a mimo to zakochałam się w niewłaściwym chłopaku.
Twarz Kaytona Kinga zapiera dech, ale kłopoty to jego drugie imię. Jest ponury, milczący i emocjonalnie wycofany. Przez chwilę sądziłam, że to, co nas połączyło, dobiegło końca, zanim na dobre się zaczęło. I tak było do czasu, gdy obudził uśpioną w moim wnętrzu namiętność. Nazywam się Anika Volkov i pozostaję największym wrogiem Kaytona. Ten mężczyzna nie spocznie, dopóki mnie nie zniszczy. Chyba że to ja zniszczę go pierwsza. Tak, proszę państwa. Myślę, że brzmi intrygująco. Przypomnę: „God of Pain”, Rina Kent, wydawnictwo Niezwykłe Zagraniczne.
Data premiery 31 grudnia. No i biegusiem, proszę państwa, do kolejnej książki. „Siedem grzechów Śnieżki”. Paulina Zalecka, wydawnictwo Black Rose. Data premiery 12 grudnia. To za tydzień. Trzy mocarstwa, siedem grzechów głównych, jedna księżniczka. Lily, zwana Śnieżką, to spokojna dziewczyna, oczko w głowie swojego ojca i księżniczka Mocarstwa Życiodajnych. Gdy król po śmierci żony wybiera kolejną władczynię na tron, w królestwie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Monarcha ginie, a towarzysząca mu w podróży córka na skutek tego wypadku traci wzrok.
Macocha pastwi się nad nią, aż pewnego dnia Lily podsłuchuje jej rozmowę na temat zamążpójścia królewny. Wystraszona Śnieżka postanawia uciec z zamku. Niepełnosprawność utrudnia jej jednak wyprawę i powoduje, że dziewczyna trafia do sąsiedniego mocarstwa. Damon to oschły generał Królestwa Braterskich. On i sześciu jego kuzynów są nazywani przez poddanych siedmioma grzechami głównymi, gdyż każdy z nich skrywa sekret. Stronią od świadków, ponieważ mają cel: zadbać o to, by Królestwo Wygnanych na zawsze pożegnało się z tytułem. Kiedy Śnieżka przekracza próg ich domu, drzemiący w Damonie gniew narasta, a tajemnice przeszłości rzucają cień na jego dalsze wybory. Czy obecność dziewczyny o bladej cerze zmieni mężczyzn, czy przeciwnie — wciągną niewinną Śnieżkę do swego świata i pokażą jej, jak smakuje każdy z grzechów? Uzależniająca, gorąca i pełna intryg opowieść o królewnie Śnieżce. Tej historii jeszcze nie znacie.
„Siedem grzechów Śnieżki”, Paulina Zalecka, wydawnictwo Black Rose. Data premiery 12 grudnia. No i czas na trzecią książkę. Tytuł: „Bohaterowie i potwory. Stranger Things”. Autorka Rana Tyre, wydawnictwo Feeria Young. Data premiery 10 grudnia. Emocjonująca gra paragrafowa w świecie „Stranger Things”. Czy jesteś gotów poznać mroczną historię Hawkins w stanie Indiana? Wraz z Jedenastką, Dustinem, Max, Lucasem i resztą przyjaciół zbadaj szpital psychiatryczny, przerażający dom rodziny Creelów, a być może nawet drugą stronę.
To ty decydujesz, jak potoczą się przygody postaci, a wybory, jakich dokonasz, ukształtują losy bohaterów i doprowadzą do wielu zaskakujących, emocjonujących, a nawet śmiertelnie niebezpiecznych zakończeń. Fani hitowej serii „Stranger Things” pokochają tę fascynującą, interaktywną książkę. W serialu Netflixa grupa młodych przyjaciół bada nadprzyrodzone siły i tajne operacje rządowe w Hawkins w stanie Indiana. W poszukiwaniu odpowiedzi dzieci przeżywają niesamowite przygody i rozwiązują niezwykłe tajemnice. Przypomnę: „Bohaterowie i potwory. Stranger Things”, Rana Tyre, wydawnictwo Feeria Young. Data premiery 10 grudnia. To były, proszę państwa, polecanki książkowe. A teraz czas oczywiście na korepetycje filozoficzne. W ostatnim czasie sporo było filozofów, którzy działali w starożytności.
Postanowiłem przełamać ten trend i dzisiaj będzie filozof, który w XX wieku sporo namieszał. Powiedział niektórym ludziom, dlaczego społeczeństwo otwarte to społeczeństwo, w którym można mieć nadzieję, że da się jakoś żyć, funkcjonować i zachować zdrowy rozsądek. Wiem, może trochę przesadzam. Bohaterem dzisiejszej opowieści będzie Karl Popper. Proszę państwa, Karl Popper był filozofem paradoksów. Z jednej strony skromny erudyta, który uciekł z nazistowskiej Austrii. Z drugiej strony potężny intelektualnie przeciwnik wszelkich systemów zamkniętych, totalitarnych i wszechwyjaśniających. Nauczył nas pewnej niezwykle trudnej sztuki: jak żyć w świecie niepewności, a nie w chaosie. Jak bronić wolności, ale nie popaść w dogmatyzm. Jak szukać prawdy, wiedząc, że nigdy nie będzie finalna.
Dzisiaj, kiedy wokół Poppera narasta nowa fala zainteresowania, wróćmy do jego kluczowych idei. I nie dlatego, że są wygodne. Raczej dlatego, że są wymagające, a to czyni je potrzebnymi. „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” to książka, która miała być ostrzeżeniem. Kiedy Karl Popper przystępował do pisania tejże książki, Europa stała w ogniu, a totalitaryzmy nazistowski i komunistyczny zdawały się triumfować. Popper jako filozof i uchodźca czuł, że musi powiedzieć coś bardzo ważnego. Źródła tyranii leżą nie tylko w polityce, ale również w ideach, które są głoszone. I to właśnie zrobił. Przeprowadził błyskotliwą, a chwilami bezlitosną krytykę trzech wielkich myślicieli: Platona, Hegla i Marksa. Wbrew tradycyjnym hagiografiom pokazał ich jako architektów wizji zamkniętych systemów, które wiedzą lepiej, co dla człowieka jest dobre i to zanim jeszcze człowiek zdąży otworzyć usta.
Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie nie jest u Poppera rajem. Jest raczej ciągłą pracą. Trudną, kruchą, wymagającą pokory. Ale tylko takie społeczeństwo daje nam to, co najważniejsze: możliwość korekty błędu, zmiany zdania i możliwość pokojowego poprawiania instytucji. Nie przypadkiem to właśnie Popper ukuł słynne zdanie: „Nie pytajmy, kto ma rządzić. Pytajmy, jak pozbyć się rządzących, gdy działają źle”. To jest właściwie esencja jego politycznej filozofii. Otwartość to nie utopia, tylko system konserwowania wolności przez krytykę. A teraz zmieńmy nieco temat i powiem o trzech światach Karla Poppera. O mapie rzeczywistości, którą tworzymy.
Pozornie jest to oderwane, ale myślę, że nie do końca i że państwo również się o tym przekonacie. Jeśli dzieło „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” było ostrzeżeniem, to teoria trzech światów była tak naprawdę nadzieją filozofa. Popper mówił, że rzeczywistość składa się z świata pierwszego i jest to świat fizyczny, a więc kamienie, gwiazdy, komórki, układ nerwowy. Rzeczy, które istnieją niezależnie od naszej woli, opinii. Ziemia będzie krążyć wokół Słońca, nawet jeśli wszystkie parlamenty świata uchwalą, że jest odwrotnie. W naszej rzeczywistości istnieje też świat drugi, czyli świat przeżyć. Świat myśli, emocji, stanów świadomości. To, co dzieje się w nas, co odczuwamy, czego pragniemy, czego się boimy. Tu rodzą się wątpliwości, decyzje, intuicje. I jest wreszcie świat trzeci.
Świat obiektywnej wiedzy. I tu Popper był najbardziej rewolucyjny. Świat trzeci to teorie, argumenty, modele matematyczne, symfonie, dzieła sztuki, programy komputerowe. Cała kultura intelektualna, która zaczyna żyć własnym życiem, niezależnie od tego, kto ją stworzył. Oto przykład. Twierdzenie Pitagorasa istnieje w świecie trzecim. W świecie drugim żyje myśl matematyka, który rozumie to twierdzenie. W świecie pierwszym realne są fizyczne trójkąty, które tę zasadę ucieleśniają. Popper w ten sposób pokazał, że kultura, nauka oraz krytyczne myślenie tworzą jakby osobny ekosystem. Świat, który możemy ulepszać, nawet jeśli nasze subiektywne przeżycia są ulotne, bo są ulotne.
Postęp polega według Poppera na czymś bardzo prostym. Na zderzaniu teorii to świat trzeci, z rzeczywistością to świat pierwszy, za pomocą umysłu to świat drugi. Co z tego wynika? To za chwilę. Warto przytoczyć przykład przytaczany przez Poppera. Jeśli gdzieś w kosmosie istnieje inna inteligentna cywilizacja, która nigdy nie miała kontaktu z ludźmi, to może nie znać naszego języka, może nie znać historii ani kultury. To świat drugi. Może nie mieć dostępu do naszych artefaktów materialnych, czyli do świata pierwszego. Ale jeśli ta cywilizacja odkryje geometrię, to odkryje dokładnie te same prawa, które my odkryliśmy. Na przykład wspomniane już twierdzenie Pitagorasa.
Z tym że z całą pewnością owa cywilizacja nazwie je nieco inaczej. To znaczy, że pewne twory intelektualne, jak matematyka, logika, struktura argumentów, istnieją obiektywnie jako część świata trzeciego. Istnieją i mogą zostać odkryte niezależnie przez różne umysły. Popper mówił, że świat trzeci jest jak biblioteka, która istnieje naprawdę, nawet jeśli nikt w niej akurat niczego nie czyta. Jej zawartość jest potencjalnie dostępna każdemu, kto osiągnie odpowiedni poziom rozwoju umysłowego. To niby oczywiste, a jednak była to pewna nowość w sposobie myślenia. A teraz czas na falibilizm, czyli sedno popperowskiej pokory. Wszystkie idee Poppera łączyły się w jeden fundament: falibilizm. Możemy się mylić. W każdym momencie możemy się mylić, w każdej sprawie możemy się mylić.
I to nie jest postawa defetystyczna. To postawa tak naprawdę wyzwalająca. Bo jeśli możemy się mylić, to możemy też poprawiać skutki swojego myślenia, poprawiać sposób swojego myślenia. A poprawianie to tak naprawdę jedyna droga do postępu. Dlatego właśnie Karl Popper nie wierzył w uzasadnianie teorii. On wierzył w falsyfikację, czyli próbę obalania owych teorii. Nauka nie rośnie przez dowody, ale przez odwagę mierzenia się z własnymi błędami. Falibilizm przeniesiony na politykę staje się fundamentem społeczeństwa otwartego. Dla etyki staje się fundamentem odpowiedzialności, dla życia codziennego podstawą porządku. Dlaczego Popper wydaje się dzisiaj tak potrzebny i tak aktualny?
Dlatego, że świat znowu kocha zamknięte wizje, proste odpowiedzi, gotowe narracje. Kocha wrogów, których łatwo wskazać i liderów, którym łatwo zaufać. A Popper mówi: „Nie róbcie sobie tego. Nie wierzcie, że ktoś ma dostęp do absolutnej prawdy. Nie ufajcie tym, którzy obiecują raj za cenę wolności”. Społeczeństwo otwarte może być niewygodne, może być uciążliwe, ale jest jedynym, które nie udaje wszechwiedzy. Jedynym, które pozwala wam myśleć, krytykować, poprawiać i nie bać się błędów. Karl Popper nie stworzył filozofii łatwej, ale stworzył filozofię uczciwą. To nie jest myśliciel od wielkich wizji. To jest myśliciel od wielkiej pracy.
Pracy nad wiedzą, nad społeczeństwem, nad samym sobą. W świecie trzech światów zostajemy odpowiedzialni za jeden z nich, za ten trzeci. Świat idei. Świat, który możemy albo zamknąć w dogmatyzmie, albo otworzyć na krytykę i rozwój. O to chodzi w całym popperowskim przesłaniu. Pilnujcie otwartości, bo przyszłość świata zależy od odwagi, aby mieć tę odwagę, żeby wątpić. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne o filozofie, który był takim filozoficznym celebrytą w XX wieku, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nie chodzi o bycie celebrytą od czerwonego dywanu. Był celebrytą, który uświadamiał masom, wielkim masom, że wolność jest czymś, co tak naprawdę kształtuje zarówno osobowość społeczeństw, jak i małą osobowość każdego z nas. I oczywiście wolność nie jest konieczna do tego, żeby żyć, ale jeśli żyje się w wolności, to żyje się lepiej.
Proszę państwa, po tym filozoficznym uniesieniu zapraszam państwa na odrobinę literatury. Dzisiaj opowiadanie Tadeusza Myszko, nieodżałowanego twórcy z Bydgoszczy, który odszedł w czerwcu tego roku. Opowiadanie „Zła passa Kastora”. Bardzo serdecznie zapraszam.
[17:53] - Tadeusz Meszko, „Zła passa Kastora”. „Kastor, Kastor” — wołała za mną nienasycona Dicke. „Kobieto, nie będę spędzał pół życia na zaspokajaniu niezgłębionych oczekiwań” — miałem ochotę odkrzyknąć, lecz milczałem. To, że w tej chwili moja męskość wymagała regeneracji, nie oznaczało, że jutro nie będzie rozglądać się za obiektem kolejnego wyzwania. Więc po co zatrzaskiwać łatwe do otwarcia drzwi? Po omacku poszukałem sandałów oraz chitonu i cichutko wymknąłem się z sypialni. Po kilku minutach wędrówki labiryntami korytarzy pałacowych wszedłem na Agorę. Była niemal pusta. Po złotym bruku snuły się jedynie pasma chmur. Życie na szczycie pozwalało sycić wzrok niesamowitymi widokami.
Niestety chmury często zaczepiały się o górę, spowijając wszystko w niebycie. Olimp pogrążony był we śnie. Bogowie nie wstawali o świcie, lecz ja musiałem. Głównie dlatego, że nie byłem bogiem. Jednak nawet gdybym nim był, to i tak wstawałbym o świcie. Wdrapać się tutaj nie było łatwo, a co dopiero utrzymać. Podobno góra Olimp nie była pochodzenia wulkanicznego, jednak to był kipiący tygiel intryg, niezabliźnionych urazów, przerośniętych ambicji, ale też nomen omen boskich kobiet i nieziemskiego nektaru. Każdy chciał być tutaj. Chciałem i ja. „Apollu cię szuka” – zaczepił mnie Hiacynt, kochanek Apolla, wracający do pałacu z naręczem kolorowych kwiatów.
„Tak? A mówił, o co chodzi?” Zdziwiły mnie jego słowa. Znałem go tylko przelotnie, a i on na szczęście nie zwracał na mnie uwagi. „Podobno wcisnąłeś mu instrument szarpiący uszy słuchaczy” – wyjaśnił słodkim głosikiem, zanurzając nos w bukiecie. „To nieprawda” – zaprotestowałem. Hiacynt, przekrzywiając głowę, spojrzał na mnie ironicznie. „To znaczy prawda” – zaplątałem się. To nie do końca była prawda. Sprzedałem mu nowy model cytry, który miał niesamowicie głębokie, przenikające całe ciało słuchacza brzmienie. Tylko że moja cytra tak właściwie była gitarą elektryczną.
Bez prądu brzdąkanie na strunach nie przynosiło żadnego efektu. Sprzedając ją uprzedziłem Apolla, że musi poprosić o rzucenie kilku piorunów przez ojca, gdyż inaczej nie będzie miała mocy. Powiedział, że to załatwi. Hiacynt wzruszył ramionami. „Jednak lepiej wyjaśnij to przed wieczerzą, na której planuje odczytanie swoich najnowszych pieśni”. Miałem inne plany na ten poranek, lecz cóż mi zostało? Lepiej nie drażnić bogów. Skręciłem w uliczkę wiodącą do dolnych rejonów Olimpu, zamieszkałą przez bóstwa pośrednie i pomniejsze oraz zwykłych śmiertelników, jak i ja. Już z daleka usłyszałem uderzenia młota. To z pewnością najpracowitszy z bogów, Hefajstos, wykłuwał nowy oręż.
Mówił, że przybył na Olimp, chcąc wykonać złote berło dla ojca Zeusa, ale wszyscy i tak wiedzieli, że nie układa mu się z Afrodytą i uciekł, aby od niej odpocząć. Bogowie Olimpu mieli już dosyć jego wczesnego rozpoczynania dnia pracy i czekali, aż wreszcie powróci na Elbę, życząc spalenia w ogniu lub otrucia przez Afrodytę, co z pewnością byłoby mniej bolesne. Ale dla mnie jego wizyta była darem, nomen omen bogów, a dźwięk kucia metalu najpiękniejszą melodią, gdyż Hefajstos pracował również nad moimi zleceniami. Ostatnio zamówiłem u niego miecz tak ostry, że przetnie nawet kamień. „Ale to nie dla Aresa?” – dopytywam, gdy składałem zamówienie. „Ależ skąd” – zapewniłem go, uderzając się w piersi. Ochoczo przystąpił do pracy. Wczoraj go odebrałem i przekazałem Aresowi. No cóż, biznes to biznes, a Ares, nielubiany zarówno przez bogów, jak i ludzi, płacił podwójnie. Kuźnia Hefajstosa pracowała pełną parą.
Bóg w jakże ludzkim przyodzianiu walił potężnym młotem w obrabiany kawałek rozgrzanego walca, który przytrzymywał jeden cyklop, a dwóch innych podsycało miechami ogień. Naraz boski kowal uniósł dłoń i odstawił młot. Pomocnik wrzucił czerwony metal do wiadra z wodą. Miechy zatrzymały się. Hefajstos otarł rękawem pot z czoła. Wyjął szczypcami przedmiot i zaczął mu się przyglądać z każdej strony. „Witaj, o wielki Hefajosie” – przywitałem go. „Przychodzisz z reklamacją?” Obrzucił mnie srogim spojrzeniem. „Ależ skąd, o wielki”. „To dobrze dla ciebie, bo musiałbym obetrzeć cię ze skóry za oszczerstwo.
Wszystko, co robię, jest najlepsze. Nie przyjmuję reklamacji”. „Ależ oczywiście. Miecz jest boski” – zapewniłem boga. „To po co przychodzisz? Uprzedzam, że nie przyjmę nowego zlecenia. Zarobiony jestem”. „Mam taką małą sprawę”. „Pytaj”. „A nie masz przypadkiem kilku wadliwych piorunów?” Hefajstos aż zatrząsł się z oburzenia, a cyklopy wbiły we mnie spojrzenie pojedynczego oka.
Trochę przesadziłem. „Nie, nie, nie to chciałem powiedzieć. Wszystkie pioruny wykonane przez ciebie dla Zeusa są idealne, ale może niektóre nie są wystarczająco zygzakowate albo... Cyklopi ruszyli w moim kierunku, a Hefajstos podwinął rękawy. „To już nie będę wam przeszkadzał” wybąkałem i czmychnąłem. Trudno, chyba będę musiał poszukać dojścia do Zeusa. Westchnąłem z żalem, zastanawiając się, skąd załatwić prąd do gitary Apolla. Nie pozostało mi nic innego. Musiałem poprosić samego Zeusa o podarowanie mi kilku piorunów. Ale jak dotrzeć do jego kręgu?
I czy nie było to bardziej niebezpieczne niż gniew Apolla? Apollo to krotochwilna dusza. Równie szybko popada w rozpacz, jak i w radosne uniesienie. Może podaruję mu złote pióro lub poszukam w zapomnianych zwojach biblioteki jakąś zapomnianą pieśń pochwalną, zmienię adresata i zacytuję, otwierając jego serce. Bogowie nie lubili czytać. Woleli sami sklecać zgrzytające w uszach strofy. Byłem pewien, że nie dowiedzą się o plagiacie. A z Zeusem to nigdy nic nie wiadomo. Był podstępny, małostkowy i nieobliczalny w gniewie. Ale czego oczekiwać od boga wychowanego przez pszczoły i od młodych lat pojonego przez orła nektarem z wkładką?
Postanowiłem zaryzykować. Na szczęście znałem, nie tak blisko, jak chciałbym, piękną Elektrę, jego kochankę. Nimfę, marzenie, jakże smukłą, jakże wiotką w odpowiednich miejscach, bo jakże pełną, soczystą w tych właściwych. Odkąd podarowałem jej maść przeciwzmarszczkową, stałem się jej miły. Co mi po tym? Zrobiłem to, oczekując, że rozreklamuje mój produkt na dworze. Opowie, że jej piękna cera to zasługa mego specyfiku. Naiwny! Jakże mało znałem kobiety. Nie pisnęła o tym ani słówka żadnej bogini.
Może teraz odbiorę należne profity. Co się odwlecze, to nie uciecze. Służki Elektry szybko doprowadziły mnie do bogini, gdyż skłamałem, że przychodzę z nowym specyfikiem na włosy. Wciąż miała z nimi problem. Za nic nie potrafiła ich okiełznać, aby spływały lekkimi falami, a nie sterczały każde w innym kierunku. „O, Kastor!” przywitała mnie, oczywiście rozczesując furię włosów. „Masz może coś na połysk włosów?” „O pani, mógłbym przyrządzić balsam powodujący, że twoje włosy rozkwitłyby niczym drzewo jabłoni, lecz nie wiem, czy zdążę go przygotować.” „A cóż się stało? Opuszczasz Olimp?” „Jak przydybie mnie Apollo, to tak. Na zawsze.” „To przykre.” A niech ją gęś kopnie. Przykre.
Tylko tyle miała do powiedzenia? Można jednak temu zaradzić. Mimo to pociągnąłem wątek. „Jak?” zapytała, odkładając z rezygnacją szczotkę. „Potrzebuję kilku piorunów od Zeusa.” „Nie wykradnę ich. Parzą dłonie.” Wzruszyła ramionami. „Nie, nie, pani, nie śmiałbym cię o to prosić. Wybłagam je od Zeusa sam, jak będę miał okazję.” „No dobrze, porozmawiam z nim. A wracając do balsamu, przygotujesz go na jutro?” „Dla ciebie wszystko, o piękna pani” zapewniłem, wycofując się sprzed jej oblicza. Wpadłem na Dionizosa, chociaż tak prawdę mówiąc, to on, chwiejąc się, uczepił się mojego chitonu, ratując przed upadkiem.
Dobrze, że nie miałem wpiętego kwiatka, gdyż zwionąłby w jednej chwili. Ciekawe, czy Dionizos dopiero wracał z jakiejś biesiady, czy też już zdążył się wstawić. W sumie obojętne. Lubiłem wspólne nocne biesiady równie tak jak i rozpoczynanie z nim dnia, ale dzisiaj nieco przesadził. „O, Kastor, ty jeszcze żyjesz?” wymamrotał, patrząc na mnie rozbieganymi oczami. Odkąd namówiłem go, aby firmował swoim nazwiskiem trunek przygotowany przeze mnie, a w rezultacie pochorował się cały Olimp, unikał mnie. A to był dobry pomysł. Poddałem ten ich cienkusz podwójnej destylacji. Moim zdaniem trunek miał walory nektaru bogów i był mocny, tylko że za mocny na ich rozpijaczone głowy i wychylanie naraz całych pucharów. „A dlaczego miałbym nie żyć?” zapytałem przerażony, a po plecach przeszły mnie ciarki.
„Przecież oszukałeś Aresa.” „Ja? Aresa? Czy uważasz mnie za głupca?” zaprotestowałem. Tak dla zasady, bo wciąż nie wiedziałem, w czym problem. „Sprzedałeś mu miecz, który jest giętki jak mój fallus po piątym dzbanie wina.” Psia mać! Już chyba wiedziałem, w czym problem. Skubany Hefajstos. Nie był tak prosto ciosany, na jakiego wyglądał. Mogłem podejrzewać podstęp. Skoro potrafił przebudować tron Hery tak, że skrępował ją, gdy tylko na nim usiadła, to mógł wykuć taki miecz, który wiotczał w rękach Aresa.
Co po przygodach Aresa z Afrodytą, żoną Hefajstosa, było podwójną kpiną. I jak tu robić interesy z bogami? „Dobrze się ukryj, bo Ares rozesłał straże, by cię pochwycić” – podpowiedział Dionizos. Łatwo mu mówić. Tylko gdzie miałem się schować? W beczce? Do czasu rozwiązania problemu zaszyłem się z Dionizosem w tawernie. Tam po dwóch kolejkach wina odnalazła mnie służka Elektry. Nie miałem pojęcia, skąd wiedziała, gdzie mnie szukać. Oznajmiła, że jej pani załatwiła mi audiencję u Zeusa.
Tylko w sytuacji, gdy już nie tylko Apollo pragnął mnie strącić do Hadesu, po cholerę mi pioruny? Apollo przy rozwścieczonym Aresie, a za chwilę pewnie i Hefajosie to łagodny baranek. W podjęciu decyzji pomogło mi wypite wino. A niech tam, co mi szkodzi? Pogadam z Zeusem. Musiałem tylko podskoczyć do mojego mieszkanka na trzecim piętrze i zabrać sprzęt. Z powodu ciężkiego pudła na pioruny oraz 36 schodków prowadzących do tronu Zeusa stanąłem zasapany przed obliczem najwyższego z bogów. Czy na każdym kroku musiał manifestować swą przewagę? Nie mógł ustawić tronu w płaskiej komnacie? Bóg nie zwrócił na mnie uwagi, bawiąc się z dwoma gryfiątkami, które przed chwilą otrzymał od emisariuszy z Bakurii.
To nic. Przynajmniej miałem czas złapać oddech. „Któż ty?” – zapytał w końcu, nie przerywając drapania ich pod skrzydłami. „ Kastor, o najwyższy z bogów.” Ukłoniłem się nisko. „Twój najwierniejszy z wiernych poddanych.” „A, to ty” – wycedził Bóg, podnosząc na mnie wzrok. Nie spodobało mi się, że coś o mnie wie, a ja nie wiem co. Pochlebne opinie czy złośliwe plotki. Ale cóż mi pozostało? Już nie miałem wyjścia. Skłoniłem się jeszcze niżej.
„Tak, to ja, o boże bogów” – przyznałem się z duszą na ramieniu. „Przychodzisz przeprosić za swoje zachowanie?” – zapytał, gestem dłoni rozkazując odprawić gryfiątka i całą uwagę skupił na mnie. Już poczułem mrowienie na plecach. To nie był dobry znak. Wciąż nie miałem pojęcia, o czym mówi. Czy chodziło mu o drobny wybieg biznesowy, którego użyłem wobec Hefajstosa? Czy też Ares zgłosił reklamację do samego szefa bogów? A może to Apollo lub inny bóg? „Przyszedłem prosić, aby Bóg rzucił kilka piorunów.” Nie dał mi dokończyć, tylko zaśmiał się głośno. „Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś sam chciał poczuć siłę moich piorunów.” „Nie we mnie.
Do tej skrzynki.” – wyjaśniłem nieporozumienie. Gromowładny spojrzał zaszokowany na skrzynkę, a później na mnie. „A po co?” „To magazyn na prąd potrzebny do cytry elektrycznej dla twojego syna Apolla.” Zeus poskubał brodę. „Wiesz co? Rzucę kilka.” Odetchnąłem z ulgą. Poszło łatwiej niż podejrzewałem. Bogowie wcale nie są tacy źli. „Ale w ciebie!” – ryknął i cisnął gromem. Na szczęście to był strzał ostrzegawczy – w sufit. Padłem na ziemię.
Mógłbym uciekać, ale przecież nie byłem szybki jak błyskawica. Osmaliłbym jej co najmniej pięty. „Ależ o wielki Bogu, z jakiej przyczyny?” Bóg uspokoił się, a nawet zasępił. Opuścił głowę, podpierając ją rękoma i zaczął mówić: „Odwiedziła mnie była żona Temida. Niezręczna sytuacja. Nowe żony nie lubią oglądać poprzedniczek. Od razu zaczyna się porównywanie. A dlaczego ona ma taką gładką cerę? Za mało dajesz mi na kosmetyki. A dlaczego jej suknia jest z lepszego materiału?
A dlaczego ma złote kolczyki?” Ośmielony jego zwierzeniami podniosłem się i usiadłem naprzeciwko. „A Temida przyszła się pożalić. Martwi ją przedłużające się panieństwo naszej córki i pytała, czy nie mógłbym coś z tym począć. No i zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Pomaganie byłym żonom powoduje, że nowe mają długie migreny. No ale rzecz dotyczyła naszej córki. Nie mogłem sprawy zostawić, więc zapytałem, jak niby mógłbym pomóc. I wiesz, co usłyszałem?” Domyślałem się. Zimny pot oblał mi plecy. „Jak mam powiedzieć ojcu rzucającemu gromy, że igraszki z jego córką to tylko swawolenie bez zobowiązań?” „Ależ dostojny Zeusie.” Spróbowałem zbagatelizować problem.
Przecież Bóg słynął z wielu romansów i powinien mnie zrozumieć. On jednak wyprostował się i spod krzaczastych brwi spojrzał na mnie groźnie. „Albo natychmiast dasz mi słowo, że ożenisz się z Dike, albo cisnę w ciebie kilka piorunów.” Nie pozostawił mi wyjścia. Wróciłem do domu spakować dobytek. To nie była odpowiedź na ultimatum Zeusa, lecz wolałem już opuścić Olimp, niż dotrzymać słowa. No cóż, przyjdzie mi żyć na tym śmiertelnym padole i to jak najdalej od śródziemnomorskiego klimatu, który tak mi odpowiadał. Czy wybrać skwierczące upałem południe, czy trzeszczącą mrozem północ? Na razie nie wiedziałem. Naraz usłyszałem łomotanie do drzwi. „Otwieraj!
Posejdon cię wzywa. Pilnie!” Posejdon? Nie wiedziałem, że przybył na Olimp. Coś tam kiedyś kombinowałem z nim i jak zwykle nic z tego nie wyszło, ale to było dawno, dawno temu. Tylko czego on chciał? Przerzuciłem w pamięci interesy z Posejdonem. No cóż, znalazłby się niejeden powód. Uznałem niepocieszony. Było tego zbyt wiele, abym w stresie odgadł, co mu utkwiło ością w gardle. „Tak, oczywiście.
Powiedz, że niebawem do niego zajrzę” – odkrzyknąłem, nie przerywając pakowania. „Mam cię doprowadzić do niego natychmiast. Otwieraj!” „Już, już.” Co robić? Zrzuciłem chiton i na gutki uchyliłem drzwi, ale tak, aby dobijający się mógł zobaczyć mnie w całej okazałości. To był ichtjocentaur. Nie wiem, czy Bythosa czy Aphros, ale co za różnica. Obydwaj byli skrzyżowaniem centaura z rybą, tylko że z łapami lwa oraz rogami podobnymi do odnóży homara. „Daj mi minutkę. Jak widzisz, jeszcze nie zdążyłem się ubrać” – wyjaśniłem. Wzrok stwora przeleciał od stóp po moje krocze i rozbawiony odpowiedział: „Masz minutkę”.
Skienałem głową i spróbowałem zamknąć drzwi. Nie zdołałem. Łapa ichtjocentaura tkwiła w szparze. Niewyszny wycofałem się do środka. I co teraz mogłem zrobić? Że też wszyscy dzisiaj mają do mnie pretensje. Mój wzrok padł na stosy bal kolorowych chitonów. Nieudany biznes. Mdliła mnie ta biel ubrań bogów i zamówiłem pomalowanie ich w abstrakcyjne, krzycząco barwne esy-floresy. Moda nie przyjęła się i zostałem z kilkoma tuzinami nikomu niepotrzebnych strojów.
Ale teraz przydadzą się. Wpadłem na pewien pomysł. Zarzuciłem na siebie biały chiton, jedną balę wyrzuciłem przez okno, a z chitonów drugiej zacząłem skręcać linę. Wiedziałem, że przez bramy Olimpu nie wyjdę bez sutej łapówki. Zeus z pewnością powiadomił straże, a nie miałem tylu monet, aby szastać nimi na lewo i prawo. Życie pośród śmiertelników było o wiele droższe niż wśród bogów, którzy i nektar, i ambrozję mieli za darmo, a czynsz za lokal opłacało się pochlebstwami. Dźwygając balę chitonów, pobiegłem na południe. Tam była polana z przystrzyżonym trawnikiem, dwoma fontannami i kilkoma altankami z pięknym widokiem na zachodzące słońce. Od przepaści polanę oddzielał jedynie niski murek. Na polanie skubał trawę Pegaz.
Piękna, choć narowista bestia. Olśniło mnie. Zeus korzystał nie tylko z gromów wykutych przez Hefajstosa. Głównym źródłem były naturalne grzmoty i zbierał je Pegaz. Że też o tym zapomniałem. „Drogi Pegazie, nie mógłbyś zebrać dla mnie kilku zapomnianych błyskawic?” Pegaz uniósł łeb i zaciekawiony zapytał: „A dlaczego miałbym to zrobić?” „Dobrze zapłacę.” „Trawą?” „Nie. Monetami. Kupisz za nie najlepszą, soczystą, zieloniutką trawkę. Z grzybkami nawet.” „Tutaj mam mnóstwo trawy, a po grzybkach mam wzdęcia. Poza tym od wielu dni nie było burzy.
Nie znajdę żadnej błyskawicy. Zapomnij o tym.” No trudno. Nie pozostało mi nic innego, jak zejść samemu z Olimpu. Wyjrzałem za mur. Aż zakręciło mi się w głowie. Co najmniej stumetrowa przepaść z ostrymi głazami w dole. Nie miałem szans. Musiałem znaleźć inny sposób szybkiego opuszczenia góry bogów. Wróciłem do Pegaza. „Dostojny Pegazie, a nie skoczylibyśmy na chwilę na dół?
Mam pilny interes do załatwienia.” „Mam ci pozwolić usiąść na moim grzbiecie?” – zarżał z oburzenia. „Jestem wierzchowcem najwyższego z bogów, a nie zwykłych śmiertelników.” „Jestem lżejszy od Zeusa.” Parsknął śmiechem. „Dobrze zapłacę” – kusiłem. „Znów monetami?” – potrząsnął grzywą. „Nie. Przez rok będę cię szczotkował” – zaproponowałem zdesperowany. Zarżał kpiąco. „Moją grzywę i ogon codziennie rozczesuje dziesięć dziewic.” „To przyprowadzę do twojej stajni trzy klacze fryzyjskie.” Pegaz zastanowił się. Postukał kopytem. „Ich piękność jest mitem.
To straszne chabety.” Odpuściłem. Szkoda, to mogło być niezłe szał. Pozostało mi tylko jedno wyjście. Chyba będę musiał poświęcić swój majątek i przekupić strażników. Agora była zatłoczona. Czas sjesty, szybkiej, gorącej ambrozji i orzewczego nektaru. Wszystkie nimfy, muzy, gracje, przewdziały prześwitujące krótkie chitony, paradując z wdziękiem i przyciągając tęskne spojrzenia herosów. Zamarzyłem, aby zapomnieć o konieczności ucieczki, usiąść jak zwykłego dnia na krzesełku jednego z bistro i sycić oczy oraz żołądek. Niestety dzisiaj szedłem pośród tego radosnego tłumu nie dosyć, że z duszą na ramieniu, to głodny, a złaknione strawy zmysły jak nigdy wcześniej wyłapywały różnorodne smaki. Ambrozja duszona w oliwkach, ambrozja przysmażona z papryczką, posypana żółtym serem z wyspami salami.
Musiałem zatkać nos i iść, złorzecząc na to, że jestem zabawką w rękach bogów. Co prawda mieli troszkę powodów, by mieć do mnie pretensje, ale któż jest bez winy? Naraz w tłumie dostrzegłem rozglądające się cyklopy Hefajstosa. Okazało się, że jednookie cyklopy wcale nie miały ograniczonego widzenia. A może nosem wyczuły mój strach? W każdym razie szybko wypatrzyły mnie i z bojowymi okrzykami zaczęły przedzierać się w moim kierunku. To prawda, że uwielbiałem ten południowy czas odpoczynku, ale czyżbym był aż tak przewidywalny? Chyba jednak tak. Służka Elektry odnajdująca mnie w tawernie. Cyklopy szukające mnie na agorze.
Rzuciłem się do ucieczki. Udało mi się dobiec do uliczki prowadzącej do agory. Przeciskając się przez zmierzający w przeciwną stronę tłum, zacząłem torować sobie drogę. Przy pierwszej okazji skręciłem w boczną uliczkę, później w drugą z nieoszlifowanym brukiem i stromą, wiodącą do niższych rejonów Olimpu. Przypadłem do ściany i zamarłem, mając nadzieję, że wywiodłem cyklopów w pole. I tak było. Po kilkunastu sekundach zobaczyłem, jak przebiegają obok. Udało mi się ich zgubić. Stałem oparty o mur jeszcze przez kilka minut, łapiąc oddech. No dosyć.
Czas stąd iść — uznałem. Patrząc uważnie pod nogi, zrezygnowany ruszyłem w dół, gdy nagle ujrzałem orła cień. Pełen złych przeczuć spojrzałem w górę. Nie, to nie był orzeł. To był sęp z paskudnym dziobem, z którego wciąż zwisały strzępy wcześniejszego posiłku. Jeszcze gorzej. Zamarłem. To z pewnością sęp Aresa. Wypuścił na mnie swoją sforę. To było pewne.
Z lękiem zacząłem wypatrywać psa lub, co gorsze, wilka. Nie dostrzegłem żadnego zwierzaka. Na razie. Rzuciłem się na złamanie karku, aby jak najszybciej opuścić to miejsce. Ponownie zacząłem kluczyć, skręcając raz w prawo, raz w lewo, aż wybiegłem na mały rynek z fontanną. Podbiegłem do niej, zanurzyłem dłonie w zimnej wodzie, ochlapałem twarz i znowu znalazłem się w cieniu prześladowcy. Ale nie, to nie był sępa cień. Uniosłem głowę. A niech mnie! To był Eros.
Grubasek ze skrzydłami. Zawsze mnie dziwiło, że jego krótkie skrzydełka zdolne są unieść taki ciężar. Eros napiął cięciwę łuku. Dlaczego chciał wbić strzałę w mój tyłek? I zrozumiałem. To musiała być sprawka Zeusa. Eros, na mnie? Nigdy! Zacząłem uciekać z podwójną siłą. Wpadłem do jednego domu.
Przebiegłem przed zbaraniałymi domownikami. Wypadłem z niego wprost na patio. Na szczęście z furtką. Wbiegłem w strasznie wąski przesmyk pomiędzy dwoma budynkami. Trudno było biec. Musiałem przeciskać się między ścianami. Naraz usłyszałem za sobą jęk. To Eros. Zaklinował się. Skrzydła udało mu się złożyć, lecz brzuch okazał się zbyt wielki.
Tak to jest, gdy miłość usiłuje wciskać się tam, gdzie jej nie potrzebują — pomyślałem z satysfakcją i zagrałem mu na nosie. Wyszedłem w pobliżu budynku biblioteki z piękną, ocienioną kolumnadą. Przynajmniej z góry nikt mnie nie wypatrzy — uznałem, wchodząc pod ich osłonę. Naraz zza jednej z kolumn ktoś wyszedł. Nie zdążyłem zareagować. Wpadłem na niego. Psia mać! Gorzej zderzyć się nie mogłem. To był Hermanubis. To prawda.
Chciałem uciec z Olimpu, ale nie w taki ostateczny sposób. Ale ja nie potrzebuję przewodnika — zapewniłem go. Każdy potrzebuje przewodnika — odpowiedział niewyraźnie, jak zwykle szczekliwie, lecz tym razem od razu zrozumiałem, co mówi. Ja nie. Nie wybieram się do krainy zmarłych — zapewniłem go i spróbowałem ominąć, lecz pochwycił mnie za ramię. Psia, psia, psia mać! — jęknąłem z rezygnacją. Spieszę się. To widzę — zachichotał. A później dodał poważnym tonem: Przyszedłem z pomocą.
Ty? — nie uwierzyłem. Ja — odpowiedział z powagą i wręczył mi kartonik. Tu znajdziesz ratunek. Przeczytałem: kłopoty to moja specjalność. Nie wiem, czy to najlepsza rekomendacja. Skrzywiłem się. Na dole znalazł się jeszcze dopisek: Miasto Aniołów i szereg cyfr i liter. Nie znam. A gdzie to jest?
Tuż obok – odpowiedział beztrosko, jakbym pytał kupca na targu, która pomarańcza jest bardziej słodka. Oczekując, że rozkroi mi z pięć i wyciskając sok, będzie krzyczał: Patrz pan, wszystkie są tak soczyste jak piersi kochanicy Boga. Jak tam dobiec? – ponagliłem go. Wystarczy zanucić „All A Woman” i już tam będziesz. „La A Woman”? – spróbowałem. Tak? Nie, tak: „Ail A Woman” – zanucił, a zabrzmiało to bardziej jak wycie niż muzyka. Dobrze, może kiedyś tak zrobię – odpowiedziałem, chowając kartonik.
– Lecz tym razem spróbuję uciec się do tradycyjnych metod – wyjaśniłem. Nie chciałem rezygnować z Olimpu, a nawet gdybym musiał ożenić się z Nike, to czyż było to złe? Niezła z niej była dziewczyna. I jakby nie było, to wnuczka najważniejszego z bogów. Przede mną otworzyłyby się wrota przeogromnego rynku.
[50:29] - Proszę państwa, to teraz czas na Filmotekarium. Dzisiaj Filmotekarium niesztampowe, nie takie zwykłe, bo dzisiaj zajmiemy się filmem dokumentalnym, ale filmem, który mówi nam coś o zjawisku, które przez ostatnie lata fascynowało ludzi. Absolutnie fascynowało. Czas na omówienie dokumentu „Epoka jawności”. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium z przymiotnikiem, bo dzisiaj będzie Filmotekarium natury dokumentalnej. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[51:23] - Dzień dobry wieczór. Nietypowo dzisiaj o dokumencie, który -- w sumie zaraz odpowiemy na pytanie, czy o dokumencie, ale jak już tak zacząłem, to niech tak będzie -- który wstrząsł opinią publiczną, który ujawnił kulisy i tajemnice tak wielkie, że wszyscy je dobrze znali i że wszyscy wszystko o tych tajemnicach wiedzą. Film, który pokazuje, że wątki z serialu z „Archiwum X”, bądź „X-Files” dzieją się tu i teraz. Chodzi o Age of Disclosure bądź Epokę jawności po polsku, tak zwany hype, czyli pompowanie balonika i bańka.
[52:06] - I wetnę teraz, bo muszę, bo inaczej pęknę tutaj. Film, który ujawnia szereg wizualnych materiałów, które też państwem wstrząsnął. Dodam tylko, że tych materiałów jest całkiem niewiele i przez cały film, który trwa całkiem sporo, są powtarzane natrętnie do upadłego. Ciągle to samo. A tu widzimy, jak jakiś samolot, znacie państwo doskonale te zdjęcia, coś sfilmował, widzi jakiegoś UFO, a tu widzi tik taka gdzieś tam ktoś inny. I ciągle to samo. Ja to jestem naiwnym człowiekiem. Zawsze jestem naiwny, bo wiem, że jak są filmy dokumentalne o UFO, to jak takie dziecko zawsze wierzę w to, że pokażą mi coś nowego, ciekawego i po prostu fascynującego. I zawsze wstaję od takiego filmu z tym samym poczuciem, że dałem się wydutkać na strychu.
[53:09] - Tak, ale nie ujawniajmy jeszcze tutaj kulisów i szczegółów. W zasadzie do końca listopada tego roku ten film uchodził za legendarny, mityczny, za niedostępny, dostępny tylko niektórym, na pewno nie szeregowym widzom. Było parę zamkniętych pokazów. Wreszcie okazało się, że trafił na jeden z serwisów streamingowych. No i trafił. Zrobiła się ogromna wrzawa. Można go było sobie wypożyczyć albo go nabyć. Dzisiaj można go zobaczyć za kilkanaście złotych. Tutaj jest takie pytanie, może dość złośliwe, czy to jest dobra cena za tego rodzaju tajemnicę? Ten film jest rozczarowujący jednak na pewnym poziomie, także na tym poziomie, o którym powiedziałeś, ale może do tego przejdę dopiero za chwilę.
Że ten film jest przełomowy, to dudniły od ostatnich kilkunastu dni różnego rodzaju telewizje w Ameryce typu Fox, News Nation, że film pokazał, udowodnił istnienie obcych, kulisy ogromnej koronkowej konspiracji i tak dalej. To mówili youtuberzy, to odmieniano przez wszystkie przypadki, jaki to jest przełom, jakie to jest wszystko niezwykłe. Przyznam się, że omówiłem ten dokument na transmisji na żywo, aczkolwiek widzę, że on nadal, chociaż już mniej niż tydzień temu czy dwa, jest mocno promowany, szczególnie przez ludzi, którzy zapomnieli o poprzednich Przełomowych dokumentach na temat UFO, bo to też jest tak, że te przełomowe dokumenty się pojawiają w miarę regularnie. Na przykład Greatest Story Ever Denied był taki osławiony, nagłośniony dokument, który miał wszystko zmienić. I on dzisiaj jest do obejrzenia za darmo. Ale Marku, zacznijmy od najważniejszej rzeczy. Czy Age of Disclosure to jest w ogóle dokument filmowy? Czy to jest tak naprawdę produkcja, której celem jest urabianie widza pod odgórnie przyjętą hipotezę, którą prezentuje i firmuje nam nikt inny jak Luis Elizondo?
[55:33] - Nic dodać, nic ująć. Moim zdaniem bardzo dobrze to uchwyciłeś. Co więcej, ja muszę powiedzieć, że nawet lubię Elizondo, jak on tam gada i opowiada, jak to wielkie tajemnice są w jego umyśle, ale on nie może powiedzieć, ponieważ prawo amerykańskie jest tak restrykcyjne. Bo wyobraźcie sobie państwo taką produkcję, w której cały czas wam się mówi, że ten facet, który jest na ekranie ma taką wiedzę, że jak on by nam powiedział, co wie, to byśmy po prostu wyskoczyli z butów. Ale on nam tego nie powie, bo albo trafi na dożywocie do więzienia, albo mu nawet łeb utną oficjalnie albo skrytobójczo. Westchnę sobie, bo chętnie nawet w to wierzę. Tylko albo jest tak, że kultura prawna w Polsce i w Stanach Zjednoczonych jest zupełnie inna i my mamy takie trochę lekceważące podejście do prawa: „A tam, co mi będą zakazywać?”. A tam jednak jest to podejście: jak nie wolno, to nie wolno, bo podpisałem i mówię: „Mogę trafić na dożywocie”. Można takie założenie zrobić, ale gdyby ten Elizondo był takim cwaniakiem i takim manem, na jakiego się lansuje, chociażby w tym filmie, ale nie tylko, to znalazłby sposób, żeby te niesamowite wieści, które on w tej głowie przechowuje, i nie tylko on zresztą, żeby to się do opinii publicznej przedostało. Tymczasem narracja jest taka: wiem dużo, ale powiedzieć nie mogę, bo mi nie pozwala administracja, różnych szczebli zresztą.
Nie pozwala mi tego zrobić. W związku z tym mogę wam ogólnie nakreślić sytuację troszeczkę jak w Poszukiwany, poszukiwana. Tam był dyrektor, który był z zawodu dyrektorem i on też mógł tak ogólnie naświetlić sytuację, ale jak przychodziło do szczegółów, to nie do końca. I takie miałem wrażenie właśnie, że cały czas słyszymy, że gdzieś w zasięgu ręki jest cała masa informacji, które zmienią nasze życie. Ale się z tego dokumentu państwo tego nie dowiecie. Dowiecie się, że one są i to wszystko, czego się dowiecie.
[58:04] - Są i są tak tajne, że w sumie słyszeliście o nich, nawet jeżeli się nie interesujecie sprawą. Wspomnieliśmy Luisa Elizondo. On sugeruje wiele rzeczy, ale jest takie specjalne przesłanie, takie grande finale tego dokumentu, quasi dokumentu, że jakaś inteligencja nas obserwuje, a raczej bada nasz potencjał, sonduje ten potencjał, bo nie wiadomo, kiedy się odpali, uruchomi. Dlatego że różnica potencjałów między nami a nimi wcale nie jest taka duża i generalnie to trzeba się ich bać, tych niewidocznych, niewidzianych, nie wiadomo kogo. Trzeba się bać, trzeba trzymać rękę na pulsie, bo oni mogą w każdym momencie uderzyć. My to znamy z historii amerykańskiej propagandy bardzo dobrze. Tutaj ktoś może powiedzieć, że byli tacy przecież znani ludzie, którzy opowiadali o tym, że najpierw będą komuniści, potem muzułmanie, a na końcu kosmici jako wrogowie ludu. Może jesteśmy tego świadkami. Ja tego nie wykluczam, dlatego że cały Disclosure to jest jednak jakiś projekt propagandowy. Ale wracając do serialu i dobijając do brzegu, wiele osób podniecających się Age of Disclosure zapomniało, że on już w momencie samej premiery przedstawia wydarzenia mocno przeszłe.
To znaczy on się kończy w listopadzie 2024 roku, kiedy Elizondo idzie zeznawać przed Kongresem. W taki bardzo patetyczny sposób jest to pokazane. I tak nie dość, że nie powiedział tam nic mądrego na tej części przeznaczonej dla opinii publicznej, to jakoś przez ten rok, który minął z kolegami, którzy mieli dokonać takiego przełomu i się pokazują w filmie i tyle gadają, też nie poruszył lawiny, która miała wstrząsnąć całym światem i ujawnić istnienie obcych. Elizondo przez ten czas zrobił kilka innych rzeczy. Na przykład dwa razy się skompromitował przynajmniej, a także przepowiedział. To jest ważne moim zdaniem i to wskazuje na taki propagandowy potencjał w ogóle jego działalności i tego filmu. On przepowiedział na tym spotkaniu z kongresmenami przed rokiem, że coś się wydarzy, coś idzie. I to było tak prorocze, że w sumie zaraz potem była ta słynna inwazja UFO dronów. Elizondo nie jest tylko człowiekiem o trudnej do określenia proweniencji, ale też człowiekiem, który zdaje się nie mieć żadnych skrupułów w napędzaniu różnego rodzaju operacji psychologicznych. On powie po prostu to, co mu się opłaca.
Przecież całkiem niedawno straszył apokalipsą. Powiedział, że on wie, że coś się wydarzy, ale nie może powiedzieć, co się wydarzy. To już jest naprawdę coś, co dyskredytuje go jako bohatera Najważniejszego dokumentu, zdaniem niektórych na świecie. I nagle w filmie Dana Farra czy Farraha, w sumie nie wiem, to ten człowiek, który był ekspertem od fotografii, a nie rozpoznał lampy na zdjęciu odbijającej się w oknie i uznał, że to jest UFO. Ten człowiek nagle się staje głównym autorytetem do spraw UFO. To jest tak mocno śmierdzące jak te szwedzkie śledzie surströmming albo jak niektóre gatunki sera. Naprawdę muszę powiedzieć, że ja byłem wstrząśnięty, ale nie byłem wstrząśnięty narracją tego filmu, tylko recepcją. Bo mówi się o tym wszystkim od dosłownie dwóch lat około. Półtora roku było takie tłuczenie disclosure, że ja nie mogę. W tym roku działo się może mniej, natomiast cały czas o tym gadano i już wszyscy się rozczarowali i w ogóle, i że nie ma konkretów.
I nagle wpada film, który powtarza to, co było. Mamy rekapitulację z różnego rodzaju psyopów i wszyscy to łykają. Kiedy przeglądałem Reddit, kiedy przeglądałem wpisy różnego rodzaju, głównie na tych zagranicznych, nazwijmy to forach, byłem przerażony, jak można łatwo z ludźmi igrać, dosłownie poruszając paluszkiem temat, który tak wszystkich interesuje i który ma tak daleko sięgające konotacje. Bo UFO to nie jest tylko obecność tych obiektów na Ziemi, obecność innej inteligencji na Ziemi. W tym filmie dowiadujemy się, że przecież prezydent Stanów Zjednoczonych obecny albo jego doradcy, bo już tego nie pamiętam, zastanawiał się, jakie byłyby ekonomiczne konsekwencje tego, że on wychodzi i mówi, że nie jesteśmy sami. To co, następnego dnia piekarnia w sercu popularnego marketu by nie zadziałała? Albo popularny market na rzet nie sprzedawałby hot dogów, bo by się wystraszyli, że Trump ogłosił istnienie obcych na planecie Ziemia? To tak zalatuje propagandą, że jest to straszne. Mówię to po kilku tygodniach od obejrzenia tego dokumentu. Im więcej czasu mija, tym ja mam gorsze wrażenie tak naprawdę.
[01:03:29] - Ja myślę, że tym, co jest takie odrzucające od tego filmu, to to, że jeśli państwo śledzili cały ten ruch disclosure przez ostatnie lata, to niczego nowego się państwo z tego filmu nie dowiecie. To może być fascynujący film dla osób, które nigdy o problemie nie słyszały, które przypadkowo trafią i zobaczą, że UFO, UFO, UFO, UAPy. Wow, jakie to ciekawe! Natomiast jeśli ktoś problemami się interesuje, no to co? Właściwie zero nowości. Można się w tym filmie zastanowić, jak wiele czasu spędza Elizondo na siłowni, bo napakowany jest konkretnie, więc on w przerwach między różnymi działalnościami tajnymi musi nieźle pakować. Czasami jeszcze wyskoczy do studia tatuażu. Wiem, to jest bardzo płaskie, niskie i paskudne to, co robię w tej chwili, bo się przypierdzielam do gościa, który wygląda, jak wygląda. Nieźle wygląda, napakowany jest konkretnie, ale to jest odbicie tego, że w tym filmie tak naprawdę nic ciekawego nie ma. To się człowiek rozgląda nieco po bokach i tego rodzaju sprawy zauważa.
Mówiłem o tym, że materiał zdjęciowy, ten faktograficzny jest bardzo skromny w tym dokumencie, powtarzany do znudzenia. Ile razy można powtarzać te same ujęcia jako ilustrację wypowiedzi różnych gości w tym filmie? To jest coś, co również rozczarowuje, bo dostajemy zestaw dosłownie kilku ujęć powtarzanych w nieskończoność. Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz. Co to ma właściwie być? Czy naprawdę takie problemy były z wykorzystaniem materiału graficznego, materiału zdjęciowego, czy też filmowego? Być może były. Oczywiście zła władza utrudniała zrobienie filmu, ale mimo wszystko nie dałoby się zrobić tego atrakcyjniej, bo ten film to jest film gadających głów. Ja przyjmuję spokojnie, bo może taka powinna być nawet natura dokumentów o takiej tematyce. Rzeczywiście może niech ludzie się wypowiadają, różni ludzie i to będzie miało taką aurę tajemnicy, jednocześnie będzie wiarygodne, bo konkretni ludzie dają swoje twarze i opowiadają o konkretnych sytuacjach.
Okej, to jest jakiś patent, ale skoro dajemy film o czymś, co powinno wciągnąć widza, to ten materiał ilustracyjny, graficzny, ten materiał zdjęciowy powinien być w jakimś stopniu wciągający. Nie mówię, żeby zaraz generować sztuczne obrazy AI, ale naprawdę nie da się tego zilustrować w bardziej taki W fascynujący sposób. Być może się nie da, ale to i tak nie zmienia faktu, że ten film to jest film gadających głów. I cóż, proszę państwa, ja jestem bardzo zawiedziony tym filmem. Da się to obejrzeć. Oczywiście można poznać szereg postaci, o których się czytało w internecie, które się obserwowało przy okazji innych filmików. Obserwowało się wywiady, których te osoby udzielały w różnych miejscach YouTube'a i tak dalej. Ale to wszystko. Jest to element fascynujący i jest to element pewnego folkloru. Chyba nikogo nie obrażam.
Folkloru związanego z UFO. Ale jednak mam uczucie potężnego niedosytu i to jest i tak eufemizm. Uczucie niedosytu, bo to jest dokument, który można by zaprezentować pod tytułem: „Znacie? To posłuchajcie”.
[01:08:04] - Tak jest. Jeżeli chodzi o realizację, to też mam pewne uwagi. To znaczy twórcy nas nieco okłamują, nie tylko jeżeli chodzi o materiały ilustracyjne czy materiały wideo, bo mówi się o kilkudziesięciu świadkach, którzy mają bezpośrednią wiedzę o UFO. Rzeczywiście wielu się ich pojawia w tym dokumencie, ale tylko na chwilę. Większość z dwóch godzin wypełnia gadanie kilku osób tak naprawdę. Tam jest może cztery, pięć osób, które wypełniają większość czasu. Druga rzecz: ten film jest zrealizowany dość kiepsko. To znaczy doszedłem do wniosku po pewnym czasie, że coś podobnego mógłby przygotować youtuber sprawny w robieniu shotów, w montażu filmów z materiałów z różnego rodzaju wystąpień. Nie trzeba by było tych ludzi kręcić w studiu. Można by było to po prostu zmontować z innych rzeczy i przekaz byłby ten sam.
Jeżeli chodzi o ilustracje materiałami, to są te materiały, które widzimy cały czas, czyli tik taki i tak dalej. I to jest puszczane do znudzenia. Najgorsze jest to, że tam mamy jeszcze takie bardzo długie wstawki z CNN-u i z innych telewizji. Nie po to się płaci za dokument, żeby sobie pooglądać archiwalne, w sumie nawet niearchiwalne, pooglądać coś, co możesz znaleźć w necie. Tam jest też taki długi segment z pierwszego wysłuchania na temat UAP-ów w Kongresie. No okej, tylko że jeżeli ktoś się tym interesuje, to widział to pewnie nie raz i sobie odtwarzał. Cały problem polega na tym, że to jest dokument gadany. My mamy prelegentom wierzyć na słowo. Po czasie jednak dochodzi do nas, że dobra, okej, to się nawet spina to, co oni mówią. Tylko jest pewien problem: montaż, przekaz.
My nie wiemy, czy relacje tych ludzi byłyby tak spójne, gdyby ich usadzić jeden obok drugiego i im powiedzieć: „Teraz opowiadajcie swoje historie ze szczegółami”. I nagle by się okazało, że oni wszyscy mogą mówić coś zupełnie innego. W jakim to świetle stawia „Age of Disclosure”? W bardzo złym. To nie jest dokument. To jest film robiony pod odgórnie przyjęty zamysł. To jest też tak naprawdę filmowa wersja „Imminent” Elizondo. Marku, pamiętasz? Jeden youtuber z Ameryki zarzucał nam, że nie możemy mówić o książce Elizondo, bośmy jej nie czytali. Otóż czytaliśmy i możemy.
Smutne było to, że wiele osób nie zauważyło, przecież Elizondo i jego książka to były tłuczone, wałkowane były przez bardzo długi czas. Nikt nie zauważył, że Dan Farah nam zaprezentował wersję filmową. Czy ten film ma plusy? Troszeczkę ma. Bardzo po łebkach, ale jednak porządkuje to, co się działo wokół Disclosure. Natomiast jego główny mankament to jest urabianie widza, o którym mówiłem. Już się nawet nie będę czepiał wiarygodności Elizondo. Drugi mankament i zarzut to jest zapewnianie, że te gadające głowy, w tym Hal Puthoff, mają rację. Oni coś wiedzą. Przykład: w filmie nam się prezentuje teorię o tym, jak lata UFO, jak ono się zachowuje, jak się porusza, co odpowiada za jego niezwykłe zdolności.
I dowiadujemy się, że chodzi o, uwaga, bańkę. Bańkę zakrzywiającą czasoprzestrzeń. I wiesz, ja tak siedzę, słucham tego, patrzę na tytulaturę tych ekspertów, którzy się wypowiadają i słucham, do jakich wniosków doszli ci wielcy fizycy kwantowi. I nagle się dowiaduję, że o bańkę chodzi. Ale skąd mają pewność, że tak właśnie jest? Może jakieś szczegóły podadzą, może jakieś informacje. Bańka. Takie coś może wymyślić każdy. Dla mnie to jest po prostu mega nieprzekonujące. Jeżeli dodamy fakt do tego, że wiele z tych osób przez te kilkanaście miesięcy opowiadało naprawdę niestworzone historie, które często stoją w sprzeczności do tego, czego dowiadujemy się od nich w filmie „Age of Disclosure”, to naprawdę robi się słabo i ciężko.
Po okresie, Marku, medialnej wrzawy ten temat trochę przemija. Trochę przyćmiewa się sława „Age of Disclosure”, bo nagle się okazało, że ludzie zaczęli to wypożyczać, zaczęli to kupować. Przejrzeli. I co? I jajco Jake'a Barbera słynne. Nie znaleźli tam niestety żadnych dowodów. Pytanie: czy zaprezentowano nowy układ taneczny do starych jak świat teorii o UFO? Raczej tak, moim zdaniem. Pewnie wyjdę znowu na jakiegoś tam zgreda, który psuje całą zabawę, ale zwyczajnie możecie po prostu ten film zobaczyć tu i ówdzie, bo prędzej czy później myślę, że będzie on do obejrzenia za darmo. Tak, ta cała tajemnica, ta cała otoczka niesamowitości, największy sekret, który został oceniony na 14 złotych, prędzej czy później będzie na pewno dostępny za friko.
[01:13:12] - Tak. Filmotekarium mamy za sobą. Teraz ruszamy z polecankami z pogranicza. Ja cały czas przypominam, że książki, które omawiamy w tym bloku, to są książki, które można nabyć w księgarni Galerii Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej w Warszawie albo w sieci pod adresem Nieznany.pl. Tam również księgarnia, z tym że internetowa. Te wszystkie tytuły, o których mówię i o których będę mówił w kolejnych odcinkach, tam zawsze drogą kupna można nabyć. Zaczynamy zatem polecanki z pogranicza. Pierwszy tytuł to „Mózg odporny na krytykę. Neuronaukowe i psychologiczne metody radzenia sobie z lękiem przed oceną i hejtem.” Autorka Justyna Żejmo, wydawca Wydawnictwo Sensus. Data premiery: listopad 2025.
Jak przestać się przejmować oceną innych i odzyskać wewnętrzny spokój? W świecie internetu i mediów społecznościowych ludziom łatwo przychodzi ocenianie, prawda? Użytkownicy sieci mają tendencję i nieustanną potrzebę oceniania każdego, kto znajdzie się w orbicie ich zainteresowania. Chętnie krytykują. Wielu wręcz hejtuje innych za poglądy polityczne, za wygląd, za wychowanie dzieci, a nawet za bycie ofiarą przemocy. Niekiedy tymi innymi jesteśmy my, a czasem to nam zdarza się być tymi, którzy osądzają. Na szczęście psychologia wskazuje dokładnie, co jest źródłem takich zachowań. Neuronauka tłumaczy, co się dzieje w mózgu hejtera, a co ocenianego. Podpowiada również, co można zrobić, aby sobie z tym poradzić. Skąd się bierze skłonność do krytykowania i potrzeba hejtowania?
Jak przestać oceniać i krytykować? Jak uodpornić się na osądy innych? Jak wzmacniać swoje poczucie wartości, aby wierzyć w siebie i ufać sobie bez względu na to, co mówią inni? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziesz w książce Justyny Żejmo. Autorka zaprasza cię do inspirującej podróży, podczas której korzystając z najnowszych odkryć neuronauki i wiedzy z dziedziny psychologii, odkryjesz, gdzie leży źródło tendencji do oceniania wszystkich i wszystkiego, a także jak budować poczucie wartości niezbędne do radzenia sobie z krytyką. Dowiesz się, co cię może wesprzeć w reagowaniu na hejt i osąd w zdrowy, korzystny dla ciebie sposób. Zdecydowanie, ale z życzliwością, tak aby pozostać w atmosferze szacunku i zrozumienia. Pamiętaj, hejt, z którym się mierzysz, to nie jest historia o tobie. Kiedy słyszę o tym, że do hejtu musimy się przyzwyczaić, to mam w sobie bunt, że ktoś mnie zaprasza do przyzwyczajenia się do przemocy. Na szczęście Justyna swoją książką pokazuje, jak bardzo ważne jest, byśmy powiedzieli mu stop.
Jestem przekonana, że ta lektura pozwoli nam wszystkim zatrzymać się i zacząć od siebie. Jeśli każdy z nas zrozumie, że to od nas zależy, co włożymy innym do plecaka ich życia, jest szansa, że weźmiemy udział w budowaniu u innych poczucia wartości zamiast lęku i zagrożenia. Jeśli myślisz, że to kolejna psychologiczna gadka, to ufam, że informacje z zakresu neurobiologii zawarte w tej książce przekonają cię o tym, że zmiana świata zaczyna się od zmiany w twojej głowie. Przeczytaj i bądź tym, który da nadzieję — napisała psycholog dr Agnieszka Kozak. Ale mam też kolejne rekomendacje. To nie jest książka. To niezwykła książka. Mapa z wieloma przystankami, a każdy z nich może stać się dla ciebie punktem zwrotnym. Jeśli masz ochotę odkrywać siebie kawałek po kawałku, zdejmować ciężary, odklejać łatki i w końcu rozwinąć skrzydła, to są właściwe strony. Jestem tego pewna — to z kolei napisała pani psycholog Małgorzata Ohme.
I jeszcze jedna polecanka. Gdyby hejt miał wagę, nosilibyśmy go jak ciężarki na mózgu. Ta książka to idealna siłownia psychiczna z opcją klimatyzacji i szeregu strategii. Jako osoba publiczna wiem jedno: nawet najcieplejszy uśmiech może spotkać się z lodowatym komentarzem. Spotkania z twórczością Justyny Żejmo życzę każdemu. Nie tylko aktorom, twórcom i liderom. Każdemu, kto potrzebuje hejto-szczepionki ze skutkiem ubocznym, jakim jest spokój. A to była z kolei opinia Sylwii Różyckiej, aktorki, prezeski Fundacji Start. Przypomnę, to była książka „Mózg odporny na krytykę. Neuronaukowe i psychologiczne metody radzenia sobie z lękiem przed oceną i hejtem.” Autorka Justyna Żejmo, wydawnictwo Sensus, a książka dostępna na rynku od listopada 2025.
Czas na kolejną książkę. Nosi ona tytuł „Uzdrawiająca moc mis grających. Jak wykorzystywać misy tybetańskie, indyjskie i kryształowe do relaksu, medytacji i terapii dźwiękiem.” Autorka Maria Neubergh, wydawnictwo Studio Astropsychologii. Książka na rynku od listopada 2025. Poznaj prosty sposób na redukcję stresu, poprawę snu i wyciszenie umysłu dzięki misom tybetańskim, indyjskim i kryształowym. Książka wprowadzi cię krok po kroku w świat terapii dźwiękiem. Nie musisz mieć żadnego doświadczenia, aby zacząć korzystać z relaksujących dźwięków we własnym domu. Praktyczne ćwiczenia, opisane sesje oraz porady ułatwią codzienną pracę z energią i budowanie równowagi emocjonalnej. Odkryj techniki oczyszczania chakr i popraw swój dobrostan na co dzień. To przewodnik idealny zarówno dla początkujących, jak i osób pracujących z jogą i medytacją.
Sięgnij po sprawdzone metody samouzdrawiania dźwiękiem i przekonaj się, ile spokoju możesz zyskać. Zamów książkę i rozpocznij swoją podróż. Podróż do zdrowia oraz harmonii. Odkryj dźwięk, który uspokaja, leczy, koi. Przypomnę, mowa była o książce „Uzdrawiająca moc mis grających. Jak wykorzystywać misy tybetańskie, indyjskie i kryształowe do relaksu, medytacji i terapii dźwiękiem”. Autorka Maria Neubergh, wydawnictwo Studio Astropsychologii, data wydania listopad 2025. I trzecia książka nosi tytuł „Miłość, która trwa. Jak odnaleźć ukojenie po stracie ukochanego zwierzęcia”. Autorzy Ken Doland del Vecchio i Nancy Saxon Lopez, wydawca wydawnictwo Biały Wiatr, data wydania listopad 2025.
Czy czujesz, że strata ukochanego pupila zostawiła w twoim życiu pustkę, której nic nie jest w stanie wypełnić? Pozwól, żeby ta książka stała się twoim przewodnikiem w procesie żałoby, oferując wsparcie i zrozumienie, których tak bardzo potrzebujesz. Napisana przez doświadczonych terapeutów „Miłość, która trwa” to pełna empatii podróż przez ból straty ku odzyskaniu spokoju i nadziei. Dzięki lekturze tej książki poczujesz się zrozumiany i wspierany. Odkryjesz, że twój głęboki ból jest odzwierciedleniem ogromnej miłości, jaką darzyłeś swojego przyjaciela. Autorzy z empatią i życzliwością poprowadzą cię przez proces żałoby, pomagając odnaleźć ukojenie, nadzieję i poczucie, że miłość, którą czułeś, jest warta tego bólu. To prawdziwy dar dla każdego, kto kochał i stracił swojego zwierzaka. Dla kogo jest ta książka? Dla każdego, kto stracił ukochanego zwierzaka i doświadcza żałoby. Dla osób, które potrzebują wsparcia i zrozumienia w tym trudnym czasie.
Dla tych, którzy chcą się nauczyć, jak radzić sobie z emocjami i trudnościami związanymi ze stratą. Dla rodziców, którzy chcą pomóc swoim dzieciom przejść przez żałobę. Dla wszystkich, którzy wierzą, że miłość do zwierząt jest bezwarunkowa i wieczna. O czym przeczytasz w tej książce? Znajdziesz tu odpowiedzi na pytania, które dręczą cię w najtrudniejszych momentach. Jak radzić sobie z żałobą po stracie ukochanego zwierzęcia? Jakie czynniki wpływają na przeżywanie smutku i jak sobie z nimi radzić? Jak wspierać siebie w okresie po odejściu przyjaciela? Jak rozmawiać o swoim cierpieniu z innymi i jak radzić sobie z brakiem zrozumienia? Jak pomóc dzieciom w przeżywaniu straty?
Jak podejmować trudne decyzje, takie jak eutanazja i pochówek? Kiedy i jak podjąć świadomą decyzję o adopcji kolejnego pupila, by nie była to ucieczka od żałoby? Ta książka to nie tylko poradnik, ale przede wszystkim towarzysz w twojej podróży przez żałobę. Pozwól sobie na ukojenie i odkryj, że miłość, którą czułeś, jest wieczna i warta tego, co teraz przeżywasz. Przypomnę tytuł: „Miłość, która trwa. Jak odnaleźć ukojenie po stracie ukochanego zwierzęcia”. Autorzy Ken Doland del Vecchio i Nancy Saxon Lopez, wydawca wydawnictwo Biały Wiatr. Książka na rynku od listopada 2025. Proszę państwa, czas na „Książki z pogranicza”. Były polecanki.
Czas na omówienie książki. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem bierzemy na tapet książkę Arkadiusza Miazgi „Wysoka dziwność”. Serdecznie zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozpoczynamy „Książki z pogranicza”. Ten cykl, w którym omawiamy książki dziwne albo bardzo dziwne, a czasami intrygujące. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:24:44] - Dzień dobry wieczór. Albo też książki o dziwnych rzeczach, tak jak dziś. Bo dziś książka niezwykła, dla niektórych wręcz kultowa, czyli „Wysoka dziwność” Arka Miazgi. Jest to publikacja z 2023 roku. Arek Miazga to znany podkarpacki badacz UFO, który w pewnym momencie życia, na pewnym etapie swojej działalności badawczej zainteresował się sprawami niekonwencjonalnymi, bo uznał, że po prostu te najdziwniejsze historie to jest to miejsce, gdzie można złowić najgrubszą rybę i dowiedzieć się najwięcej, jeżeli chodzi o naturę dziwnych zjawisk. Chodziło konkretnie- O spotkanie z dziwnymi istotami, ale nie ufonautami, nie kryptydami, tylko czymś, co nazywa się żywym folklorem. Są to często współczesne zupełnie relacje ludzi, którzy się zetknęli z istotami albo stworzeniami przypominającymi te z dawnych wierzeń, głównie słowiańskich. Natomiast w innych częściach świata to zjawisko również występuje i tam widuje się stworzenia inne, że tak powiem, w zależności od kręgu kulturowego. Ale to nie jest wszystko, bo w książce „Wysoka dziwność" Arek przygląda się temu, w jaki sposób przenikają się te elementy folklorystyczne i ufologiczne, tworząc zupełnie nową, może nie nową, ale odrębną kategorię bliskich spotkań. Przy czym to nie są bliskie spotkania z UFO.
Ta książka nie dotyczy jednak tego, co jest nazywane wysoką dziwnością w ufologii. To jest taki subiektywny, autorski przegląd wydarzeń z archiwum Arka Miazgi, głównie spraw zarejestrowanych przez niego albo przez znajomych badaczy. I te spotkania po prostu nie były tematem bardzo popularnym. Nie pasowały ani do ufologii, ani do paranormalistyki. Najważniejsze pytanie, które się wyłania z analizy tych przypadków brzmi: ludzie współcześnie widują równie często ufonautów jak skrzaty, wróżki, gnomy, utopce i tak dalej. Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje? Czyli mamy takie dwie linie anomalnych zdarzeń. Tylko że o tych drugich, o spotkaniach z żywym folklorem nie mówi się za często. Dlaczego się nie mówi?
Bo Marku, jak by nie było, powiedzieć, że się widziało krasnala czy takiego skrzata, czy wróżkę, to u cioci na imieninach może gdzieś ujdzie w tłumie, ale tak jak to się mówi przy ludziach w pełnej świadomości i zupełnie trzeźwych, to można się narazić na różnego rodzaju łatki.
[01:27:24] - To jest książka, która trochę o UFO jest, a co ważniejsze, bardzo mi się podoba taka wyraźna deklaracja metodologiczna autora. Arkadiusz Miazga pisze o tym, że chce mówić o zjawisku, które przedstawia uczciwie, ale bez ideologii. Zaraz wytłumaczę, o co chodzi z tą ideologią. Bez naginania faktów, bez jakiegoś narzucania gotowej tezy. I tak naprawdę już w tych wstępnych partiach czytamy o tym, że autor podkreśla konieczność, niezbędność zdrowego sceptycyzmu. Takiego sceptycyzmu, który jednak nie zabija otwartości na różnego rodzaju zjawiska. Bardzo mi odpowiada to podejście do różnych dziwnych zjawisk, nawet tych wysokiej dziwności. Właśnie to jest moim zdaniem bardzo zdrowe podejście, bo autor nie szuka sensacji. Przeciwnie, próbuje uporządkować taki chaos, który się pojawia w różnych narracjach ufologicznych. Stara się też wskazać, że większym problemem, o tak to ujmę, większym problemem niż same zjawiska są różne takie nasze przedzałożenia, jakieś takie wyobrażenia nasze, które my sami zbyt szybko chcemy jakby uwierzyć w to, że mamy rację, chcemy nadawać im jakiś sens.
I moim zdaniem to jest książka dla wszystkich tych, którzy mają już po dziurki w nosie takich prostych odpowiedzi, że wiecie, to jest to i to, i musicie zrozumieć, że ja wiem lepiej. Nie, tu tego nie mamy. Tu jest takie zaproszenie do wspólnego zastanawiania się, o co chodzi, jak to działa. Więc tak jak powiedziałem, to nie jest książka dla tych, którzy bardzo chcą wiedzieć i czują, że ktoś im na to pytanie odpowie. Tu raczej zadawanych jest sporo pytań. Warto też uświadomić sobie, że nie ma prostych odpowiedzi. W świecie UFO, takie mam wrażenie i to chyba autor też bardzo dobrze podkreśla, że równie ważna co relacje świadków jest pewna kultura interpretacji. Arek Miazga proponuje takie spojrzenie bardzo dojrzałe, które uważam za taką esencję tego, jak powinno się na te sprawy patrzeć. Podchodzi do tego problemu, powiedziałbym, że wręcz filozoficznie. Odrzuca dogmaty i chce popatrzeć na tę wysoką dziwność jako na taki fenomen społeczno-poznawczy, a nie tylko jakieś kolejne światełko na niebie, bo takich relacji o światełkach to oczywiście jest cała masa.
Tymczasem tutaj, w tej książce dostajemy naprawdę potężny zastrzyk refleksji i takiego zaproszenia, żebyśmy się nad tymi problemami po prostu zastanowili, zamiast strzelać odpowiedziami i interpretacjami jak karabin maszynowy. I to jest książka, która od początku tym sposobem narracji, tym sposobem opowiadania historii bardzo mnie kupiła.
[01:31:05] - Powiedziałeś, że to jest książka również o UFO, bo jest, ale bardziej w takim sensie, że to jest o tym albo o tym kimś, kto za UFO stoi. O tej inteligencji, która się manifestuje zarówno pod postacią latających talerzy i ich pasażerów, jak i pod postacią kogoś zupełnie innego. I teraz pytanie: czy to jest inteligencja z innej planety, czy to jest coś innego właśnie? Czy to interpretować w zupełnie inny sposób? Bo ta klasyczna wysoka dziwność ufologiczna obejmuje egzotyczne, absurdalne elementy w spotkaniach z UFO. To znaczy absurdalne, gdy chodzi o hipotezę o pozaziemskim pochodzeniu ufitów, bo oni się zachowują często dziwnie. Tak się zachowują, jak nie przystoi ufonautom, którzy lecieli do nas całe lata z innej planety. Natomiast w swojej książce Arek robi krok dalej, to znaczy zgłębia różnego rodzaju historie z naszego kraju, bo to też jest ważne. To są nasze historie polskie, współczesne często i one myślę, że najbardziej oddziałują na wyobraźnię czytelnika, bo to miało miejsce nie gdzieś tam w Wyoming w latach 60., że chłop jechał na rowerze i zobaczył potwora z bagien, tylko miało miejsce w wielu regionach Polski. I to myślę, że jest duża moc, duża siła oddziaływania tej książki, że przytoczonych jest mnóstwo opowieści zupełnie współczesnych.
I ta zagadka, o której mówię: dlaczego współcześnie w Polsce i nie tylko widuje się równie często jakieś gnomy, karły, istoty z folkloru, co ufonautów? Nawet powiem więcej, tych relacji w typie żywego folkloru jest, one są liczniejsze niż bliskie spotkania z UFO. Co się stało, że ludzie zaczęli widywać właśnie takie istoty? Gdzie szukać wytłumaczenia? Może jest jeden wspólny czynnik, który po prostu wyświetla, generuje zarówno latające talerze, jak i tych karłów, te krasnale i tak dalej. Charakterystycznym elementem opisanych przypadków, których jest tutaj bardzo dużo, jest tak naprawdę brak charakterystyki, bo ludzie widują, Marku, całą menażerię różnego rodzaju stworzeń, istot, co skłania do wniosku, że raczej to nie są materialne stworzenia. Bardziej chyba coś w rodzaju projekcji. Projekcji, która może mieć źródło w bardzo wielu miejscach, bo od wnętrza naszej głowy przez inny wymiar. Te historie robią wrażenie.
[01:33:36] - Wrażenie robi też to, jak szeroko Arek Miazga łapie ten fenomen, o którym pisze, bo opisuje nie tylko jakieś klasyczne obserwacje, ale mamy także sny, telepatyczne odczucia, nietypowe stany świadomości. No, jeszcze sporo więcej. Mamy całą sferę, taką sferę, którą tradycyjna ufologia, taka skostniała, ta ufologia tradycyjna odrzucała jako zbyt, no nie mam słowa, mistyczną, powiedzmy. I autor pokazuje, że zjawiska te, które opisuje, nie mieszczą się w jakimś prostym modelu pod tytułem: „Słuchajta, słuchajta, obcy z kosmosu przylecieli”. To nie tak. Zupełnie nie tak. Myślę, że autora uderza taka niekonsekwencja zjawiska, jeżeli zjawisko może być niekonsekwentne, bo raz to, co widzą świadkowie, wygląda bardzo technologicznie, innym razem no chciałoby się powiedzieć psychicznie. Czasami sprawia to wrażenie jakichś tworów materialnych, czasami jakichś czysto mentalnych. A gdzieś w centrum całości leży takie pytanie: kto to? Ale też jak w ogóle rozumieć całą tę sytuację.
I myślę, że Arkadiusz skrupulatnie, dosyć skrupulatnie wskazuje błędy takich metod interpretacyjnych. Pokazuje, jak często w ufologii myli się dane z interpretacją, a anomalie z narracjami, takimi narracjami, które my chcemy widzieć. I autor zamiast takich gotowych odpowiedzi proponuje coś, co może nie wszystkich zadowoli, ale przynajmniej jest uczciwe. Uczciwy opis tego całego pola zjawisk, które wymykają się takiemu konwencjonalnemu spojrzeniu. I ten opis, który opisuje, no opis opisuje, tak. No opisuje te wszystkie zjawiska, które nie dadzą się, nie chcą się dać upchnąć ani w jakiś ciasny materializm, ani w taki bajkowy paranormalizm. I to jest moim zdaniem coś, co sprawia, przynajmniej w moim wypadku sprawiło, że ta książka jest fascynująca i ją się naprawdę czyta chwilami z wypiekami na twarzy.
[01:36:14] - Końcowe rozdziały to są próby wytłumaczenia albo przynajmniej ujęcia źródła tej zagadki, tego problemu. W sumie nie wiem, jak to nazwać. Źródła tych manifestacji, bo one mogą pochodzić, jak wcześniej powiedziałem, z różnych obszarów, z obszarów mentalnych, bo one też mają głębokie ukorzenienie gdzieś tam w naszej podświadomości niekiedy, ale nie zawsze. Może być tak, że jest to jakiś zewnętrzny czynnik, który po prostu przyobleka się w formy tych krasnali, tych skrzatów, matek boskich. Tak jak w koncepcji José Caravacci, koncepcji dystorsji, że mamy coś, co po prostu jakby sczytywało z umysłu człowieka pewne formy i ono się w tych formach manifestuje. Dlatego zawsze wygląda inaczej, bo każdy ma jakieś inne wyobrażenia. Ale może być tak, jak sądzi Jacques Vallée na przykład, może być tak, jak sądzi John Keel. No tutaj niestety zawsze podajemy te same nazwiska, kiedy o tym mówimy, ale prawda jest taka, że jeżeli chodzi o te teorie, one są generalnie podobne do siebie. Wskazują jednak, że jest coś, jest jakaś domena albo ktoś, kto wchodzi z nami w kontakt i on wykorzystuje pewne nasze Przekonania, wyobrażenia do tego, żeby zamanifestować się, kiedy na przykład zostanie nakryty, bo nie chce być obserwowany. Albo my nie mamy aparatu pojęciowego nie tylko, ale nie mamy w ogóle zmysłowego aparatu, żeby zobaczyć, jak to coś wygląda i widzimy to tylko na podstawie zniekształconych obrazów.
Też tak może być. To podkreśla na przykład koncepcja Keela. Nie wiem, jak jest naprawdę, bo te relacje są bardzo różne. One są często nacechowane negatywnie, w taki sposób, żeby człowieka przestraszyć, a dodatkowo nie zawsze wyglądają na niematerialne. Czasami to są zupełnie namacalne spotkania, ale też nie ma w nich żadnego sensu. I dochodzimy do takiego punktu, w którym pytamy, po co to wszystko jest. Czy to jest psująca się symulacja na przykład, która wypluwa takie chimery gdzieś tam? Czy to jest mimikra, którą stosują obcy, jacy gdzieś tutaj mieszkają, albo kryptoziemianie, którzy mieszkają na naszej planecie i kiedy się człowiek zbliża do miejsca, gdzie nie powinien być, to mają taki magiczny przycisk i wtedy go używają i człowiekowi się zaczyna pierdzielić w mózgu i widzi rzeczy z bajek. Poniekąd tak i poniekąd nie, bo czasami są to postacie związane bardziej ze sferą religii. Tak też może być.
A może to w ogóle jest pomysł obcych, którzy nie są kryptoziemianami, przybywają do nas, mają nad nami jakąś pieczę i mają rozlokowane na przykład jakieś sondy. I te sondy są w takich miejscach, że nie daj Boże, żeby się człowiek zbliżył, bo wtedy zostanie postrzelony promieniem takim specjalistycznym i nie zobaczy tej sondy. Zobaczy jakiś obiekt dziwny albo krasnala zobaczy albo coś takiego i będzie miał wieczny mętlik w głowie i nikt nie będzie w stanie powiedzieć, z czym my się tak naprawdę stykamy. Ta koncepcja była zauważona przez wielu. Problem jest taki, że cały czas gonimy tego króliczka. Niemniej jednak samo to, że te zdarzenia są, moim zdaniem zasługuje na uwagę. Druga sprawa, że powinni się tym zainteresować ludzie, którzy badają folklor i to z takiej perspektywy akademickiej, bo nagle się okazuje, że to są nie tylko opowieści o kikimorach czy tam mamunach, ale ludzie cały czas coś widzą. Formalnie moim zdaniem nie powinni tego widywać z tego powodu, że nie wiem, czy się Marku zgodzisz, ale folklor słowiański, o ile słowiańszczyzna przeżywa jakiś renesans, to ja nie sądzę, żeby wśród wszystkich obywateli nagle świadomość związana z postaciami z tego folkloru ożyła. Innymi słowy, że nagle się to zrobiło modne. I tak jak za czasów archiwum X, kiedy ono było modne, ludzie widzieli UFO, tak teraz jest modny folklor słowiański, ludzie zaczynają o tym donosić.
Moim zdaniem tak nie jest z tego powodu, że nie widzę jakiegoś rozpropagowania tej tematyki. A druga sprawa, często przeze mnie powtarzana, skoro ludzie widują te krasnale i to ma być jakiś element związany z naszymi wierzeniami czy z popularnością pewnych koncepcji, czy z popularnością fantasy na przykład, to dlaczego ludzie widują krasnale jakieś takie szczerzące się, które wyglądają trochę jak powiększona wersja krasnoludków od „Świateczki Marysi”? A dlaczego ludzie nie widują na przykład Batmana czy Supermana, czy tych wszystkich stworków, superbohaterów z Marvela? To jest dość duża zagadka moim zdaniem. Nie wiem, nie mam tutaj konkretnej odpowiedzi, którą mógłbym zaserwować, chociaż może kiedyś Marku, poszukamy jej w ramach jakiegoś oddzielnego programu.
[01:41:26] - Tak. A tak sobie myślę, że już chyba sporo o tej książce opowiedzieliśmy, ale nie padło pytanie zasadnicze: dla kogo jest ta książka i czy czegoś można się z niej nauczyć? Już się państwo zorientowali, że ta książka może być ciekawym materiałem dla ludzi zafascynowanych zjawiskiem UFO, ale pewno nie dla wszystkich. „Wysoka dziwność” to jest taka propozycja dla czytelnika, który chce zrozumieć UFO, ale nie jako fenomen techniczny, tylko jako, przynajmniej po części, fenomen kultury. I pewno świadomości. To jest książka, w której nie mamy zbioru dziwnych, niezwykłych wydarzeń. On jest tam, ale nie o to tak naprawdę chodzi. Autor przywołuje różne przykłady kontaktów, których świadkowie, jak to inaczej ująć, doświadczają zmian percepcji. Doświadczają odczuć na przykład irracjonalnego strachu, doświadczają intuicyjnych przekazów czy takich symbolicznych wizji. I nie sposób tych zjawisk zignorować, przynajmniej z ich perspektywy, bo oni to przeżyli.
I nie sposób również zignorować tych relacji z punktu widzenia człowieka, który interesuje się zjawiskiem. To jest po prostu przedstawienie materiału badawczego i jeśli chcemy uczciwie do niego podejść, to przynajmniej powinniśmy go myślowo przeanalizować. Moim zdaniem ta książka pokazuje również, jak ufologia taka tradycyjna czasami wchodzi w kolizję. Może to złe słowo kolizję, ale w każdym razie w taki dysonans z psychologią, z kulturą i z czymś, co nazwałbym błędami poznawczymi. I jeszcze coś Jak czasami nasze własne oczekiwania potrafią zniekształcić relacje, które utrzymujemy. Myślę, że niezwykle cenne jest to, że książkę niejako wieńczy refleksja, że UFO nie jest prostym pytaniem o kosmitów, ale pewnym lustrem naszych lęków, nadziei, wyobrażeń o świecie, modeli świata, ale także ograniczeń poznawczych. Myślę, że Arkadiusz, co jest też cenne, nie daje konkluzji, czym to tak naprawdę jest, ale moim zdaniem oferuje coś znacznie bardziej cennego. Narzędzia, aby myśleć o zjawisku w sposób dojrzały, bez złudzeń. To jest książka, która jest uczciwa intelektualnie i taka czysta. To znaczy nie stara się wprowadzać nas w rozedrganie, jak to często się zdarza, kiedy gdzieś sensacje podają.
Moim zdaniem to jest książka, i to chyba najważniejsze, bardzo potrzebna w czasach, gdy zjawiska często są sprowadzane do kolejnej sensacji, do kolejnej ekscytującej historii, którą będzie można gdzieś na łamach jakiegoś czasopisma, które się zajmuje głównie sensacją i wywoływaniem emocji, a nie badaniem czegokolwiek. Myślę, że to ważne, że ta książka powstała. Ja bardzo państwu tę książkę polecam, bo muszę powiedzieć, że czytałem ją przed audycją po raz drugi. Może nie tak dokładnie jak za pierwszym razem, ale przeglądałem ją bardzo intensywnie i ona po raz drugi wciągnęła mnie. Poczułem fascynację, przewracając kolejne kartki.
[01:45:40] - To teraz ja się wtrącę z paroma słowami. Otóż fragment wybrany „Wysokie dziwności” jest dostępny, gdyby ktoś chciał sobie posłuchać, w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. W tych dwóch miejscach znajdziecie również poświęcony tej książce wywiad z autorem Arkadiuszem Jaską. Naprawdę warto się z tym wszystkim zapoznać.
[01:46:06] - Proszę państwa, a teraz czas na duży zastrzyk literatury. Wcześniej wysłuchaliście państwo opowiadania Tadeusza Myszko, ale to nie było jedyne opowiadanie Tadeusza, który odszedł w czerwcu tego roku. Cały czas, kiedy mówię o tym, to nie do końca mogę w to wszystko uwierzyć. Ale tak się niestety stało. W tym zestawie, który państwu proponuję, znajdą się aż cztery opowiadania Tadeusza, ale zanim opowiadania Tadka, to najpierw opowiadanie Łukasza Gabriela „Wołch”, opowiadanie Bruno Kadyny „Niewielka dziurka”. Proszę państwa, końcówka tego opowiadania Bruno Kadyny jest po prostu, nie wiem, jak to ująć, przerażająca, a w każdym razie imponująca. Tu wielki ukłon dla realizującego nagranie Marka Sęka. To się państwo przekonacie, o co chodzi. Po tych dwóch opowiadaniach prawdziwy festiwal zmarłego w czerwcu Tadeusza Myszko. Cztery opowiadania.
„Eryk w drodze do Los Angeles”, „Eryk w drodze do Las Vegas”, opowiadanie „Nowe zlecenie” i opowiadanie „Dzień opuszczonych gaci”. Serdecznie państwa zapraszam.
[01:47:34] - Łukasz Gabriel, „Wołch”. Była ciepła czerwcowa noc. Wamir wychodził ze świętego gaju nieco już zmęczony. Tak, zdecydowanie specyfiki kopcia miały tajemniczo dużą moc, ale także jakby nie był sobą. Jednak co począć w taką noc, gdy miód oraz piwo się skończyły? Wtedy nawet kopciowe mikstury są ambrozją. Czmatał po mokrej łące na skraju lasu. Pomyślał, że łąka jest tak samo mokra jak koszule młodych dziewek. Przepocone, przeźroczyste, przylegające do kobiecych ciał. Dziś na wzgórzu odbywały się tańce przy ogniskach.
Lubił oglądać zabawę młodych. Za każdym razem przypominał sobie swoją młodość oraz cieszył się, że nowy lud dorasta. Mimo wszystko odczuwał też mały sentyment, szczególnie oglądając młode dziewczęta. On już swoje przeżył i ten etap bezpowrotnie przeminął. Jednak było czego żałować i nadal to pamiętał. A może i miałby siły na ostatnią szarżę. Doszedł na skraj jeziora. Buty już dawno przemokły, więc je ściągnął i wszedł gołymi stopami do wody, by schłodzić zmęczone nogi. Wtem zobaczył sylwetkę oddaloną od brzegu. Wytężył starczy wzrok i w ciemności dostrzegł dziewkę.
Zakrzyknął do niej, a ona wzdrygnęła się jakby nerwowo, jakby przestraszyła się okrzyku starego druida, a zarazem jakby zaskoczyła ją zimna fala, która obmyła jej piersi. Stała w miejscu niczym kamień. Nic nie odpowiedziała. Nie mając pewności, czy go słyszała, zaczął dalej krzyczeć i machać rękami. Po chwili odwróciła się ku niemu. Odwzajemniła gest ręką. Sekundę później wielki bałwan wody ją zakrył i zniknęła pod falą. Jedynie ręka jej nerwowo wierzgała ponad taflą wody. Wamir w tym momencie ruszył jej na ratunek. Głupio mu było, gdyż wyglądało, że przez jego nawoływanie młódka wylądowała pod wodą.
Pytanie też, dlaczego o tej porze była tak daleko od brzegu. Może i jej miód zawrócił w głowie. Mimo szlachetnych pobudek i tak rozmarzył się, że jeśli faktycznie ją uratuje, to taka niewiasta będzie mu dłużna ratunek. Śmiertelny dług. Ostatecznie nadal ciągnęło go do kobiet, a to okazja na pomoc, mimo że sytuacja nie wyglądała groźnie. Wchodząc coraz głębiej, zaczął płynąć ku niewyraźnie widocznej ręce. Gdy podpłynął, sięgnął po jej dłoń, która okazała się trupia zimna, jednak nie sztywna, a wiotka i obślizgła jak ryba. Wyślizgnęła się z jego uchwytu. Nagle jej głowa wyłoniła się z toni. Była trupio blada, z wielkimi, sinymi oczami.
Usta rozdziawiła, pokazując paszczę demona. W jednej chwili zrozumiał, w co się wplątał. Wszak wpadł w sidła topielicy. Ona, która teraz chełpliwie triumfuje, chce swoimi trupimi ustami wyssać jego duszę. Poczuł, że jego noga straciła swobodę ruchu. Chciał kopnąć, by się uwolnić, jednak noga napotkała opór. Zrobił zamach ręką i poczuł, że też jest skrępowana. W blasku księżyca dostrzegł, że rękę pokrywa jakby włóczka. Zrozumiał, że to włosy boginki, które zaraz wciągną go na samo dno. Nie pomylił się.
Znalazł się pod wodą. Śmiercionośne włosy okręcały się coraz ciaśniej wokół jego gardła oraz krępowały kończyny. W szaleńczej szamotaninie demon przepłynął parę razy nad swoją ofiarą. Nieszczęśnik starał się walczyć, ale nie miał już dawnego wigoru. Nie mógł już wytrzymać i zaczerpnął tchu. Woda wypełniła mu płuca. Ciałem zatargały spazmy. Przed oczami mu poczerniało. W końcu jego zwiotczałe już ciało, unoszące się w toni w przypływie ostatniej iskry życia, w ostatnim tchnieniu duszy wyprężyło się, jakby zeń duch uchodził i rozluźniło się niczym wodorosty w wodzie, opadając na dno. Jarek trzasnął drzwiami służbowego radiowozu.
Poranek był gorący, zapowiadał się parny dzień, a jeszcze praca na mokradłach. Gorący kubek z kawą parzył go w ręce. Na domiar złego głowa mu ciążyła po minionej nocy. Żołądek był wyraźnie niespokojny. Znów wypił drinka za dużo. A może to było kilka drinków za dużo. Kac stulecia, a zaraz będzie oglądał napuchniętego trupa. To chyba jakiś znak, żeby przestać pić czy coś. Detektyw podszedł do młodszego aspiranta i spytał: Co tutaj mamy? Trup.
No trup. Przecież, że nie wodnik. Przepraszam. Topielec. Bezdomny. Zaplątał się w kłusowniczej sieci i utonął. Co tam przy nim leży? Dmuchana lala. Co, kurwa? No taki gumowy materac w kształcie kobiety z ustami do loda.
Tyle to się domyślam. Ale co, do kurwy nędzy, żul robił z takim czymś? I to w wodzie? Pewnie nic. Sam by tego nie wymyślił. Ktoś musiał mu pomóc. Może jakiś świr chce przekazać jakąś wiadomość przez to i ukatrupił lumpa. Łatwo i nikt tęsknić nie będzie. Może chce walczyć z gwałcicielami lub rozwiązłością i to jest przekaz dla nas. Sprawdź, czy w ostatnim czasie były podobne sprawy w okolicy.
Przepraszam, że przerywam, ale to przypadek. Jak to? W parku paru chłopaków z pobliskich blokowisk zorganizowało sobie wieczorek kawalerski. Dyżurny dostał zgłoszenie, że jacyś wandale podpalili śmietnik i w najlepsze piją koło niego. Sprowadzili nawet jakieś tancerki. Zadysponowaliśmy tam patrol. Jak nasi zajechali na miejsce, zaczęli wiać. Gdy uciekali przed radiowozem, wyrzucili lalkę do wody. Wiadomo, że na takich imprezach kupuje się takie gadżety. Pewnie im ciążyła w ucieczce lub chcieli zmylić naszych.
Musiała odpłynąć od brzegu i zatrzymać się na sieci. No dobrze, ale po kiego ten pajac właził do wody do tej lalki? Tego nie wiem, ale po nieudanej interwencji kilkaset metrów dalej patrol zatrzymał jeszcze trzech mężczyzn w wieku 50-60 lat. Pili na ławce w parku. Jak się okazało, był to jakiś wynalazek jednego z nich. Sprawdza w notatniku. Kopcia. Podobno coś na bazie denaturatu, herbaty i miodu. Jezus Maria! Oni to pili?
Najwidoczniej, bo zarzygali cały radiowóz, a w połowie drogi oznajmili, że muszą przekupić woźnicę tejże więźniarki. Po czym zakrzyknęli: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Ten kopeć to siedział w kryminale. Pewnie tam nauczył się warzyć takie specyfiki. Opowiadał mi kolega z penitencjarnego. Podobno mieszają tarak. Czaj z kilku torebek herbaty z miodem, potem dodają denaturat i to maceruje się jakiś czas w słoju. Przed spożywaniem z kolei dla zabicia czasu dodają: „Proszę oszczędź”. Do rzeczy. Przy obecnym stanie na wspomnienie denaturatu zrobiło mu się niedobrze.
Tak, ostatecznie trafili do szpitala na toksykologię. Ten tutaj musiał odłączyć się wcześniej. Sekcja pokaże zawartość żołądka i krwi. Czy to ta sama dykta? Widocznie po pijaku wszedł do wody. Brawo za pracę operacyjną. No nic, sprzątamy ten cały burdel. Pomyśleć, co o nas myślą nasi dziadowie, jak gdzieś widzą, co się teraz wyczynia. Komisarz zakrył rękawem twarz, bo czuł, że od zapachu śniadanie wraca mu do przełyku, po czym zostawił aspiranta z technikami i wrócił do radiowozu. Najgorsze za nim.
Może przetrwa jakoś ten dzień. Chyba zasłużył sobie na wieczornego drinka. Łukasz Gabriel „Nowa Wieś 2019-2020”. Bruno Kadyna „Niewielka dziurka”. No i szeroko otwieramy. Skąd ja ją znam? Myślę i rozdziawiam usta. Przy gości, przeciętna z twarzy około 40, ale ciężko stwierdzić przez tuszę. Dostałem do niej namiar od znajomego. Była zaskoczona, kiedy mnie zobaczyła.
Jakby mnie poznała, ale to ukryła. Zdaje ci się. Grzebie mi w japie. Ogląda najpierw, co jest do zrobienia. Jak ja tego nie lubię! Ciekawe, czy ona też zadaje pytania pacjentom z rozdziawionymi gębami. No skąd ja ją znam? Ma założoną maskę. Widzę tylko oczy. Chciałbym się sadystce jeszcze przyjrzeć.
Może ze szkoły? Szukam w pamięci, ale nikogo takiego sobie nie przypominam. Ani o takim nazwisku. Mogła wyjść za mąż. Mogę jej zwyczajnie nie pamiętać. W szkole zgrywałem przystojniaka. Interesowały mnie tylko ładne kociaki, a ta nie chodzi w mojej wadze. Skoro nie mogę jej sobie przypomnieć, to albo szkoła przecięła nasze linie życia, albo coś przelotnego, jak krótka rozmowa. Na pewno nic znaczącego, skoro spotkanie nie zapadło mi w pamięci. Stuka w ząb.
Ała! Kurde. Boli kiedy pukam? Yhy. Musiała tak mocno. Jeszcze te nowoczesne fotele nie mają poręczy. Nie ma się czego złapać. Zaciskam pięści. Dobrze, że muzyka leci przyjemna. Odkłada narzędzia i zsuwa maskę.
Czwórka z prawej strony na dole z niewielką dziurką. Reszta ładnie. Robimy? Na pewno już ją spotkałem. Odwraca się, żeby po coś sięgnąć. Nie mogę się jej przyjrzeć. Znam ją na bank. Dziwna jest w stosunku do mnie. Może pokłóciła się z mężem albo coś. Może ma okres.
Patrzy na mnie. Więc jak? Pyta. Co jak? A, robimy. Szykuje sprzęt i potrzebne rzeczy. Pamiętam jej oczy. Bardziej to, w jaki sposób spogląda. Kojarzę mimikę twarzy. Zachowuje się, jakby mnie znała.
Może zapytam? Odwraca się gwałtownie. Proszę otworzyć szeroko. Tak mnie zaskakuje, że otwieram bez słowa. Przypomina mi się mama, kiedy podsuwała łyżkę z zupą. Spróbowałbym nie otworzyć japy. Napycha mi tam tamponów. Jak mam teraz zapytać, czy będzie bolało? Nie założyła maski, a grzebie mi w ryju. W jej uśmiechu dostrzegam cień złośliwości.
No zna mnie. Przecież wyraźnie widzę. I nagle pojawia się kadr z przeszłości. Potem kolejne. Dobrze, że mordę mam otwartą. Szczęka już opadnięta. Katarzyna z sauny. Lata temu spotkaliśmy się przypadkiem w saunie w hotelu Gdynia. Wyglądała inaczej. Teraz ma jasne włosy upięte do góry jak Adele, a wtedy miała rozpuszczone i mokre.
Twarz zupełnie inna. Tusza mocno ją zmieniła. Tylko sposób, w jaki patrzy jest ten sam. Byliśmy w saunie sami. Ona opasana niedbale ręcznikiem, naga i szczupła. Mniej niż połowa tego, co teraz. Ja też miałem tylko ręcznik i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zerkać. Nie zależało jej wcale, żeby coś zakrywać. Raczyła się ciepłem z zamkniętymi oczami, oparta o deski z rozłożonymi ramionami i odkrytymi piersiami. Ręcznik nie zasłaniał też dobrze dołu.
Niestety nie dałem rady zapobiec erekcji ani jej ukryć w tych okolicznościach. Najpierw zaczęła się śmiać, potem zaciekawiła. Zachęcony przez nią zacząłem działać. Po wszystkim wymieniliśmy się numerami, żeby umówić się na spotkanie, ale byłem tak zniesmaczony i zawstydzony, że się nie odezwałem. Dzwoniła kilka razy. Chciała się umówić. Pisałem, że nie mam czasu. Coś w tym stylu. Katarzyna zmieniła wiertło, trzyma końcówkę. Jest gotowa do pracy.
„Proszę się odprężyć. Nie będzie bolało. To niewielka dziurka.” Zaczyna rozwiercać. A znieczulenie? A maska? Żałuję, że się z nią wtedy nie spotkałem i nie wyjaśniłem. Zaciskam pięści. Jak ja nienawidzę tego uczucia dźwięku i smrodu. I ona zdecydowanie nie jest delikatna. Aua!
Chcę zrezygnować. „Żałuję.” Ona nie reaguje. Boję się jej dotknąć, a nawet poruszyć, żeby mi czegoś nie zrobiła. W wyobraźni widzę, jak wiertło nakręca wargę, a potem całą twarz. Idiota. Potwornie boli, jakby wysoki dźwięk przeszywał mózg. Zaciskam oczy i pięści. Na szczęście przerywa, ale nie wyciąga ręki z mojej paszczy, tylko mówi z uśmiechem: „O, jest większa, niż myślałam. Muszę wyczyścić. Już za późno na znieczulenie.
Proszę wytrzymać.” Nie chcę. Tadeusz Meszko „Erik w drodze do Los Angeles”. Rano wyczytałem, że w Los Angeles odbędzie się koncert Led Zeppelin. Muszę tam być, postanowiłem, patrząc z lękiem na śnieżnobiałą powierzchnię sześcianu harmonii. Jeżeli wkrótce nie zabrzmi muzyka, stanie się przezroczysty, a może nawet zniknie. Do tego nie mogłem dopuścić. Ciekawe co zagrają, zastanawiałem się. Wolałem pierwsze płyty. Dalsze z pewnością były bardziej wyrafinowane muzycznie, lecz to pierwsze kipiały nieujarzmioną energią. „Stairway to Heaven” to świetny utwór rozpoczynający się jako piękna ballada i nabierający tempa, aby zakończyć się rockowym brzmieniem.
Jednak wbrew nazwie, którą mu nadałem, sześcian harmonii szybciej nabierał barw, obcując z dziką furią, może nie zagraną perfekcyjnie, lecz z pasją. Dlatego miałem nadzieję, że Led Zeppelin zagra coś z początku kariery. Najlepiej „Whole Lotta Love” lub „Dazed and Confused”, ale cokolwiek nie zagrają, z pewnością będzie to warte godzin za kółkiem. Po takim koncercie sześcian harmonii nabierze pięknej, ciemnofioletowej barwy. Bezzwłocznie wyruszyłem z Monterey, w którym nie znalazłem ani grama muzyki do Los Angeles. Nie lubiłem zatłoczonych, najkrótszych dróg. Wolałem trasy dłuższe, za to malownicze, z licznymi zakrętami i dlatego dojechałem do Salinas, a później puściłem się dwupasmówką 101, rezygnując z czteropasmowej piątki. Po prawej stronie już mnie witał ocean. Z kabiny mojego Maca RS 712 LST świat był wspaniały. Byłem pewien, że i ciągnik siodłowy prezentował się wspaniale.
Czarna maska, kabina i owiewka oraz srebrne orurowanie zderzaka i chłodnicy potrafiły przykuć uwagę nie tylko każdego mijanego kierowcy, lecz i ludzi przy drodze. Nie mogłem spojrzeć na siebie w bocznym lusterku, lecz byłem pewien, że zobaczyłbym faceta w czerwonej flanelowej koszuli z uśmiechem od ucha do ucha. Erik, wyglądasz na rasowego miłośnika rocka i kowboja szos jednocześnie. Mruknąłem do siebie z satysfakcją. Sześciocylindrowy silnik Maca mruczał leniwie, połykając ropę w zastraszającym tempie, ale bak wystarczał na tysiąc mili jazdy, a ochrona środowiska jeszcze nie protestowała, że podgrzewam atmosferę planety. Nie przypiąłem gumowej kaczki na masce. Moja maskotka siedziała na kokpicie. Karmazynowy król łapał przez szybę promienie słońca. Uwielbiał słońce, lenistwo i mrówki. Mrówek nie bardzo lubiłem, za to słońce uwielbiałem.
Miałem nadzieję złapać jeszcze kilka godzin wędrówki czerwieniejącej tarczy na niebie, gdy już dotrę na miejsce. Z Ventura zjechałem ze 101 na 1 i przez Malibu dotarłem do Santa Monica. Znalazłem parking najbliżej oceanu i poszedłem na słynną plażę Venice. Zdjąłem buty i zacząłem spacerować na krawędzi oceanu i pustyni, szukając kogoś, kto otworzy mi drzwi do percepcji. Metalowe kosze na śmieci przysypane były plastikowymi workami. Nieopodal nich wiele śpiworów lub materacy, niektóre już rozłożone, a na nich osobnicy przyłapani w pozach gwałtownej chęci wypoczynku, nie dbających o ułożenie ciała na plecach czy na boku, szczelne owinięcie się. Ruch przeniósł się na promenadę. Po piasku plaży spacerowali nieliczni. Większość w słuchawkach na uszach, niektórzy z olbrzymimi zestawami do głośnego słuchania. No cóż, przybyłem do miasta niecałą godzinę temu.
Rozejrzałem się, aby sprawdzić, gdzie wieje wiatr, a gdzie są dziewczynki z hollywoodzkich bungalowów. Może ty jesteś szczęśliwą małą damą w Mieście Światła, czy też zagubionym aniołem lub po prostu kolejnym zagubionym aniołem Miasta Nocy. Nie szukałem jednak dziewczyny, a dwójki przyjaciół, znajomych ze szkoły, którzy rozwalili drzwi muzyki. Może i pośród grupek narkomanów i bezdomnych był ktoś podobny, lecz w tej chwili obrzucali mnie jedynie nieufnym spojrzeniem lub wyciągali ręce po drobniaki. Szybko założyłem ponownie buty na nogi, gdyż na plaży więcej było śmieci niż piasku. Pewnie wyglądałem jak pacjent wybudzony ze śpiączki, który nie widział, że słynna plaża zamieniła się w rynsztok. To chyba nie był dobry pomysł. Spóźniłem się. Westchnąłem rozczarowany. Co najmniej o kilkadziesiąt lat – dodałem sarkastycznie do siebie.
Chyba niepotrzebnie wychodziłem z kabiny Maca. W niej miałem wszystko, czego potrzebowałem: uciekającą drogę za szybą, rozmowy z mijanymi kierowcami przez radio CB, a i Karmazynowy Król był szczęśliwy. Była muzyka w radio. Miałem też spory zapas kaset magnetofonowych, ale Sześcian Harmonii potrzebował muzyki na żywo. Czerpał moc z atmosfery koncertu, szalejącej widowni i sprężonych lub wyluzowanych, metodycznych lub spontanicznych, a najczęściej po prostu napitych lub naćpanych muzyków. Czego więc mi brakowało? – burknąłem. Odpowiedź była prosta: muzyki. Rozejrzałem się po plaży. Długowłosy, brudny mężczyzna po czterdziestce przyglądał mi się martwym wzrokiem.
Ciekawe, czy mnie widział i zastanawiał się, czy warto podchodzić, wyciągać dłoń i chrypiącym głosem pytać: „Pomożesz potrzebującemu?” A może byłem dla niego przeźroczysty, a jego wzrok sięgał i poza mnie, i poza chmury na niebie w głębię kosmosu. Kto to wiedział? Wciąż było kilka godzin do koncertu. Postanowiłem nie wracać do kabiny, a wyjść na miasto. Ciekawe, czy John Bonham już jeździł motocyklem po korytarzu hotelu Continental Hyatt House. Pewnie nie. Do tego doszło raczej na popijawie po koncercie. Może uda mi się na nią wkręcić. Z chęcią zobaczyłbym te szaleństwa. Nie poznawałem tego miasta.
Odeszło w niepamięć tak jak taśma światłoczuła, na której sfilmowano sceny filmów namiętnie oglądanych w młodości. Dzisiaj te ulice, budynki, samochody i ludzi trzeba by wygenerować komputerowo. Na Sunset Boulevard nie znalazłem sklepu Tower Records. Podobno nawet w Sacramento nie było już żadnego, a tam miała swój początek sieć, która sprzedawała muzykę hurtem i w której zostawił majątek Elton John. No cóż, all things must pass, jak śpiewał George Harrison. Tak, to prawda – mruknąłem zdegustowany. Nic nie jest wieczne. Ale czy to, co odchodzi, musi odchodzić tak szybko, bez długiego pożegnania? A może to lepiej? Jest coś, łup i już tego nie ma.
Żona? A która? Serce? Sztuczne będzie lepsze. Muzyka? Bez muzyki nie ma życia. Kiedy muzyka skończy się, zgaś też światło, bo muzyka jest twoim wyjątkowym przyjacielem. Tańcz w jej żewiole jak chcesz. Muzyka jest twoim jedynym przyjacielem aż do końca. Nie, nie chcę nowej muzyki.
To już nie mój wszechświat. Ssałem mleko matki w rytmie tej starej. Nowa wywołuje jedynie torsje i palpitacje nawet tego sztucznego serca. Gdyby odchodziło się po kawałku, nawet przez długi czas można by tego nie zauważyć. To tak jak z kotwicą zatopioną w bryle lodu. Lód topnieje, a ta przesuwa się po posadzce bez większego wysiłku. Ale i tak kiedyś nadejdzie chwila, gdy ostrze zostanie uwolnione z otoczki i zaczepi się w najmniejszą rysę twego życia i pociągnie cię tak silnie, że fikniesz koziołka. Bez muzyki nie ma życia. Byłem tego pewien. Pierwsze nie było słowo, a muzyka, rytm narastający we wszechogarniającym szumie, zmuszający splątania energetyczne do ułożenia się w atomowym porządku.
A im więcej atomów powstawało, tym muzyka stawała się coraz donośniejsza, obejmując nowe rejony wiecznego bezładu. Atomy odbijały się, rozpadały, sklepiały, budując nowe atomy. Bum, bum zmieniało się w bum, bum, bum. Atomy zaczynały się scalać, tworząc skomplikowane struktury cząstek. Wszechświat już brzmiał bum, bum, bum, bum, bum. Co oni zrobili z Ziemią? Co zrobili naszej pięknej siostrze? Zniszczyli i splądrowali, i odgryzali po kawałku. Wciąż miałem dużo czasu do koncertu. Tym razem wróciłem do mojej kabiny.
W końcu przyszedł czas, by wyjść na koncert. Do kieszeni kurtki włożyłem Sześcian Harmonii. Wysypałem piramidkę much dla Karmazynowego Króla. Byłem gotowy wtopić się w tłum szalejących widzów. Jednak dzisiejszego wieczoru Led Zeppelin nie występował. Grała jakaś wokalistka o nieznanym mi nazwisku. Jednak tłum młodych w barwnych fryzurach i makijażach walił do bram stadionu tłumnie. Więc uznałem, że mogę spróbować nasycić sześcian muzyką, która ich porywa. „Czujesz?” – pytał kościsty młodzieniec z założonym daszkiem do tyłu czapce. „No ale co?
Smród?” – dopytywała dziewczyna o fioletowych włosach. „Nie” – skrzypił się kościsty. „Nie czujesz?” „Kurwa, czego?” – nie wytrzymywała fioletowa. „Energii” – wyjaśnił w końcu, zataczając ręką okrąg. – „Spójrz, ile tu energii.” „A, no tak. Jeszcze nie zaczął się koncert, a energia już nas unosi. Ale będzie czad.” „Masz rację, będziemy fruwać” – zgodziła się dziewczyna. Przysłuchiwałem się ich dyskusji bez emocji, ale jeżeli mówią, że będzie energetycznie, to chciałem im uwierzyć. Sześcian harmonii uwielbiał energię. Scena jeszcze była ciemna.
Na widowni rozlegały się pojedyncze krzyki: „Hej, zaczynacie?”, „No gdzie oni są?” Kiedy naraz dobiegła do nas olbrzymia wrzawa tych, którym nie udało się wejść, lecz wciąż stali przed stadionem. Widownia na chwilę zamarła, ale w chwilę potem przetoczyła się przez nią fala nadziei. Już jest. Zaraz wejdzie na scenę. Jak i złości. „Kurwa, bateria mi padła.” Później nastąpiła cisza wyczekiwania, aż oślepił nas reflektor, wydobywając z mroku kontur pochylonej postaci w kapeluszu na głowie trzymającej prawą ręką mikrofon. Zabrzmiały takty wygrywane na fortepianie. Głowa w kapeluszu unosiła się, twarz zbliżyła do mikrofonu. Włączyły się inne instrumenty. Postać zaczęła śpiewać.
Widownia obudziła się. Wrzaski, piszczenie, brawa zagłuszyły słowa. Zapaliły się pozostałe światła. Na scenie pojawili się gitarzyści. Wjechał klawiszowiec i perkusista. W tle ujawniła się grupa baletowa. Wokalistka wyjęła mikrofon nauszny i założyła go na ucho. Puściła statyw, który zaraz porwał technik i dołączyła do baletu. Już po kilku minutach wiedziałem, że nie mam po co wyciągać z kieszeni sześcianu harmonii. To nie była muzyka, przy której otwierają się bramy wyobraźni.
Raczej spadną majtki. Muzykantów było wielu, lecz czy któryś mógł równać się z Page'm? Technicznie tak. Znali fach, nawet wkładali w grę wiele sił. Bębniarz po solówce ociekał potem, a gitarzyście nabrzmiały wszystkie żyły. Jednak było to jedynie perfekcyjne odtwarzanie nut. Może gdyby grali w grocie Króla Gór, to nawet ta chłodna perfekcja porwałaby mnie melodią i bogactwem instrumentalnym. Ale oni nie grali muzykę sfer, a raczej coś z początku powstawania wszechświata. Widowisko było wspaniałe, ale muzyki niewiele. Tłumiły ją pawie pióra, balony, dymy, lasery.
Dominowała wytrenowana w tygodniach ćwiczeń perfekcja ani nutki entuzjazmu, nuda rutyny i z pewnością strachu przed pomyłką. A cysterna doczepiona do mojego Maca wciąż była pusta. Jeżeli nie wleję w nią nowej muzyki, moja dalsza podróż straci sens. Gdzie miałem znaleźć źródło dobrej muzyki? „Nie czekasz na finał?” – zdziwiła się fioletowa, widząc, że zaczynam przedzierać się do wyjścia. „To nie moja muzyka.” – rozłożyłem bezradnie dłonie. „Rozumiem. Szukasz rocka?” „Tak” – potwierdziłem z nadzieją. „Słyszałam, że w Las Vegas grają oldschoolowe kapele.” Nie byłem pewien, czy żartowała, czy mówiła poważnie, ale postanowiłem to sprawdzić. Tadeusz Meszko „Erick w drodze do Las Vegas”.
Sunąłem pustą szosą poprzez pusty krajobraz, lecz natłok nieba przydusił mojego Maca do drogi. Nie miałem szans, by wzlecieć w górę. Do kaseciaka wsunąłem taśmę zespołu UFO z płytą Flying, czasami noszącą nazwę One Hour Space Rock. Pierwsze tytułowe nagranie rozpoczynał niepokojący rytm gitary, której dźwięk odbijał się od olbrzymiego, pustego pomieszczenia, lecz po chwili władanie przejmowała perkusja, a rytm neurotycznej gitary przejęła głęboka, spokojna melodia drugiej gitary. „Czy kiedykolwiek znalazłeś czas, aby zobaczyć, jak potrafimy się zmienić?” – zaśpiewał przepojonym goryczą głosem wokalista. Mac pochłaniał przestrzeń. Karmazynowy król zaczął kręcić głową w rytm melodii. Było cudownie. Było super, lecz rytm utworu zaczął plątać się. Znów ujawniła się neurotyczna gitara.
Zawodziła bez opamiętania, pociągając za sobą perkusję wybijającą niepokojący rytm. Lecąc, dryfując spadam. Zostałem przygnieciony do ziemi w obcym mej pamięci miejscu. Planeta była czarna i nie rosły na niej drzewa. Cholera, była tak mroczna, że pochłaniała dźwięki, pozostawiając jedynie chęć odnalezienia się. Musiałem zatrzymać się. Gwałtownie zjechałem na pobocze, wzbijając do many kurzu. Przez kilka minut siedziałem bez ruchu z głową opartą o kierownicę. Gdy ostrożnie uniosłem głowę, świat już wrócił na swoje miejsce. Słońce oślepiało, grzejąc przez szybę tak mocno, że nawet karmazynowy król poszukał ocienionego miejsca.
Wziąłem karmazynowego króla w dłoń i wyszedłem z kabiny. Postawiłem go na rozgrzanym asfalcie. Szybko uniósł jedną przednią i jedną tylną nogę do góry. Rozejrzał się nastroszony ze złości, a po chwili czmychnął w cień koła, biegnąc jak po rozżarzonym węglu. Pewnie tak było. Nie pomyślałem, że asfalt może być tak parzący. Podeszwy moich butów to centymetrowa warstwa bieżnikowanej gumy. Zacząłem szukać króla za kołem, lecz drań musiał uciec gdzieś dalej. „Co zgubiłeś, że musisz to zastępować jaszczurką?” zapytał mnie indiański szaman. A może był to dyrektor kasyna, który wyszedł na spacer?
Albo bramkarz z tego kasyna pilnujący spokoju ufających, że wyjdą milionerami przed tymi, którzy właśnie stali się bankrutami. W każdym razie nie był to zwykły Indianin polujący na bizony lub będący na wojennej ścieżce. Włożył zwykły, tradycyjny strój: mokasyny ze sterczącym w górę płaskim szpicem, przepaskę biodrową i koszulę ze zwisającymi frędzlami, pękami końskich włosów oraz paskami skór. Natłuścił czarne włosy olejem, czy też umył w markowym szamponie. Za opaskę na głowę wcisnął kilka piór. „Nie wiem, skąd tu się wziął. Nikogo wcześniej nie widziałem.” Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Szaman nie nalegał, lecz po minucie zaczął mówić: „Żyjesz w koyaanisqatsi.” „W czym?” Nie znałem tego określenia. „W nieustannym zgiełku, goniąc za czymś, czego nie ma” – wyjaśnił. No cóż, mogłem się z nim zgodzić.
„Jak odnaleźć spokój, skoro nie mogę odnaleźć muzyki?” – zaprotestowałem. „Muzyka ci niepotrzebna. Musisz zatrzymać się, przystopować, aby w ciszy i spokoju poskładać myśli. One w tobie są, lecz rozpierzchnęły się w każdą stronę w harmidrze dnia codziennego. Wiedz, że nawet w najpotężniejszym tornadzie znajduje się oko, w którym trwa cisza.” Nic nie odpowiedziałem. Nie zareagowałem też palnięciem się dłonią w czoło z okrzykiem: „No jasne! To dlatego nic mi się nie udaje.” Lub przynajmniej potakiwaniem głowy, mrucząc pod nosem: „Dobrze mówisz, że też o tym nie pomyślałem.” „Może lepiej odszukaj jej w sobie” – dodał, widząc moją pierność. Indianin odszedł, a ja jeszcze przez godzinę łaziłem w palącym słońcu, szukając karmazynowego króla, lecz go nie odnalazłem. Chowając się przed słońcem, uciekła mi jaszczurka. Zacząłem nucić, lecz zrezygnowałem.
To chyba nie były te słowa. Nie warto szukać do nich rytmu. Wróciłem do kabiny. Może nie powinienem tego robić, ale włączyłem kasetę. Musiałem dosłuchać nagrania do ostatniej nuty. „Nie zatrzymałem się. Wciąż uciekam. Jesteś głupcem sądząc, że moje życie dobiegło końca. Wciąż będę wyśmiewać i dręczyć cię.” Dopiero wtedy wyłączyłem kasetę. Mając słońce za plecami, sunąłem mackiem w ogarniający niebo mrok, gdy naraz wyprzedziła mnie dziewczyna na Harleyu.
Rany, co za finezja! Aż zagwizdałem z wrażenia. Harleye i macki to legendy swobodnych jeźdźców szos. Trudno się kłócić, która z nich wniosła więcej do rocka, ale połączenie Harleya z kobietą przebijało wszystko. Dziewczyna była niemal naga, tylko w trudno zauważalnym bikini na biodrach oraz brązowych mokasynach na nogach, a jej blond włosy powiewały długimi falami na wietrze. Wyminęła macka ostrym łukiem i jadąc z taką prędkością, po chwili stałaby się małą, znikającą kropką na horyzoncie, lecz zwolniła, utrzymując dystans 10 metrów przed maską. Obróciła głowę. Wiatr przesłaniał jej usta, lecz byłem pewien, że uśmiecha się do mnie. Pociągnąłem za sznurek. Rozległ się głęboki głos syreny.
Odmachała mi dłonią, a później zaczęła wskazywać palcem na pobocze. Zwolniłem. Zatrzymaliśmy się pośród kaktusów przy polnej drodze. Ja wyskoczyłem z kabiny, ona zsiadła z Harleya i stanęła przede mną, poprawiając włosy. Miała piękną figurę i soczyste piersi, a gdy odgarnęła splątane włosy, zobaczyłem, że ma również duże oczy i wydatne usta. I cudowny uśmiech. „Hej, masz coś do picia?” – zapytała. Skinąłem głową, stojąc jak słup, wciąż wpatrzony w zjawisko jej ciała. „Poczęstujesz mnie?” Bez zwłoki podskoczyłem do kabiny i wróciłem z butelką wody. Wyciągnęła zachłannie dłoń, przylgnęła do ust.
Była naprawdę spragniona. „Co wieziesz?” – zapytała, odejmując na chwilę butelkę. „Muzykę.” „Super. Już cię lubię.” Uśmiechnęła się i upiła jeszcze kilka łyków. Oddała mi butelkę. „Postanowiłam się trochę przejechać. Nie wzięłam prowiantu, a droga była tak wspaniała, że nie miałam serca wracać.” „Wciąga” – zauważyłem. „No właśnie” – zgodziła się. Straciłem rachubę czasu. Niebawem zapadnie zmrok.
Spojrzałem na słońce. Kilka godzin dnia jeszcze zostało. Niebo nie zapłonęło jeszcze czerwienią, chociaż było już ciemnoniebieskie. To mówisz, że w cysternie masz muzykę? Dużo jej? Niewiele. Westchnąłem z żalem. Trudno trafić na dobrą muzykę. Cysterna jest niemal pusta. Nie słyszałem jeszcze tak odlotowej historii.
Zaśmiała się przyjaźnie, przyglądając mi się dokładnie. Nie jest ci gorąco w ubraniu? Może je zrzucisz? To była kusząca propozycja. Nic się nie stanie, jak zostanę tutaj jeszcze z godzinkę, dwie. Nie mogłem odmówić. Kochaliśmy się na rozgrzanym piasku, a później leżeliśmy w milczeniu. Dziewczyna złożyła głowę na mej piersi, układając ciało pomiędzy moimi nogami. Obydwoje patrzyliśmy w niebo, na które wypłynęły już gwiazdy. Zapaliła.
Zaciągnęła się z rozkoszą i wyciągając dłoń w moim kierunku zapytała: Chcesz? Jasne. Odpowiedziałem, nie będąc pewien, czy chcę. Spaliliśmy jointa i nadal leżeliśmy, obserwując niebo. Fajnie. Przeciągnęła się z rozkoszą. Jeszcze nigdy nie czułam się taka spełniona. To gwiazdy. Naraz zerwała się, pocałowała mnie w policzek i oznajmiła: Muszę wracać. Piasek zbity w górę przez jej stopy tworzył nowe konstelacje.
Nie miałem czasu nadać im imion. Wzbijając gwiezdny pył, uciekła mi kobieta. Zanuciłem, rozglądając się po pustyni, po której śmigały jedynie skorpiony i węże. Nie miałem ochoty szukać melodii do tych słów. Chyba też musiałem ruszyć w drogę, jeżeli miałem dotrzeć na koncert. Do Las Vegas dotarłem tuż przed północą, ale tu prawda łuszczyła się w ciągu dnia. Miasto. Ale to miasto ożywało dopiero w ciemności. Za dnia było sennym, zbudowanym z dykty miasteczkiem o pustych ulicach. Spóźniłem się na koncert.
Już z daleka słyszałem dudnienie muzyki. To nie był rock, lecz country, lecz w dźwiękach słyszanych nawet z odległości, poobijanych o budynki, zmieszanych z gwarem rozmów, słyszałem w niej moc. To była taka muzyka, jaką lubił Sześcian. Lecz od sceny odgradzał mnie nieprzebrany tłum ludzi. Skąd ich tylu? Było ich z 20 000. Wybrali muzykę zamiast stołów do pokera czy kości? Nie mogłem uwierzyć. To była miła obserwacja, dająca nadzieję, że świat nie sczernieje, nie umrze. Naraz w pokrzykiwania, komentarze, między strzępy rozmów a muzykę wdarła się seria klapnięć, jak kropel rozbijających się na blaszanym dachu.
A może bardziej trzasku zgniatanych pól folii bąbelkowej. Tylko nieliczni zwrócili na to uwagę. Słyszałeś? Zapytał zaniepokojonym głosem trzydziestolatek z krótko przystrzyżonymi włosami. Wyglądał na takiego, który po długiej nieobecności w domu spędzonej na jakimś zapomnianym froncie wreszcie powrócił cały i zdrowy i wybrał się z żoną lub narzeczoną na koncert. A później może pójdą na romantyczną kolację. Nie, to nie w Las Vegas, uznałem. Pójdą do kasyna, aby odwrócić los, który rozdziela męża od żony, narzeczonych lub zwykłych kochanków. Mężczyzna w końcu zrozumiał, że pamięta podobne odgłosy. Znam ten dźwięk.
Może to fajerwerki? Wzruszyła ramionami jego partnerka. Długo czekała na jego powrót z zapomnianego frontu i na wspólne wyjście pewnie szykowała się kilka godzin. Ufarbowała włosy w pasemka o blond i jasnofioletowych kolorach. Założyła najlepszą z sukienek, być może tą samą, którą nosiła na ostatnim ich spotkaniu. Ale nic nie widać. Mężczyzna wzniósł głowę w górę i zaniepokojony zaczął się rozglądać. To brzmi jak seria z broni automatycznej — zdążył powiedzieć, gdy kula wbiła mu się w skroń. Osunął się na ziemię. Partnerka nie zdążyła wybuchnąć histerycznym wrzaskiem, gdyż kula trafiła ją w szyję.
Złapała się za gardło, lecz i tak krew tryskała na wiele metrów, ochlapując i mnie. Kurwa, czy to koncert, czy zawody strzelnicze? Podwijając mankiety skórzanej kurtki nabijanej ćwiekami i zaciskając pięści, wrzasnął brodacz. Klapnięcia nie milkły. Coraz więcej upadało na ziemię. To był parking, lecz dzisiaj bez zaparkowanych samochodów. Pomiędzy piramidą hotelu Luxor a trójskrzydłowym hotelem Mandalay Bay nie było gdzie się schować. Część ludzi rzuciła się do panicznej ucieczki, popychając, przewracając tych, którzy stali im na drodze. Część stała w miejscu, usiłując wypatrzyć strzelca. Jest tam!
Nie, tam! Gdzie, kurwa, jest ten szaleniec? To terroryści. Jest ich dwudziestu. Otoczyli plac. Wybiją nas wszystkich. Kurwa, kurwa, kurwa! A strzelec wciąż bawił się w zbijanego. Żwawa staruszka w tiulowej bluzce dostała w ramię. Brodacz w skórze został trafiony w brzuch.
Nastolatka w podartych dżinsach upadła raniona w nogę. Czwarta kula uderzyła w bruk i rykoszetem wbiła się w podudzie partnerki Brodacza. Szaleniec kosił na oślep seriami. Raz tu, raz tam. Rzuciłem się na pomoc partnerce Brodacza. Wciąż stała na grubych jak kloce nogach. Otępiałem wzrokiem, spoglądając na krew spływającą z uda. Chwyciłem ją za ramiona i siłą posadziłem na dupie. Próbowałem dłońmi zatamować krwotok, lecz nie miałem żadnej szansy. Rozejrzałem się.
Brzuch Brodacza sterczał jak góra. Spinał ją skórzany pasek. Podczołgałem się do niego. Już nie żył. Rozpiąłem klamrę jego paska i szarpnąłem, chcąc wysunąć go ze szlufek. Nie było łatwo. Musiałem ciało przewrócić na bok. Wróciłem do jego partnerki. Wciąż siedziała blada. Jej usta nerwowo drgały.
„Czy Johnny nie żyje? Czemu się nie rusza?” – pytała cicho. „Stracił przytomność” – skłamałem, spinając paskiem udo. Na szczęście wystarczyło dziurek. Miałem nadzieję, że udało mi się powstrzymać krwotok. Wstałem, rozglądając się po placu. Jeżeli strzelec miał mnie trafić, to co za różnica, czy będę stał, czy kulił się. Ale nie słyszałem już klapnięć. Może strzelał nadal, lecz zagłuszyły to syreny karetek oraz wozów policyjnych. Ci, którzy mogli uciec, już to zrobili.
Jednak setki osób pozostały na placu. Wiele nieruchomych ciał, o wiele więcej jęczących z bólu. Co za wariat strzela do pianisty? Miałem ochotę wykrzyczeć. Tadeusz Meszko „Nowe zlecenie”. Połączyłem się ze Świemaciem, namierzyłem cel i weszłem do jego rzeczywistości. Alternatywny świat Power and Supreme był odpowiedzią na masową imigrację i tą ekonomiczną, i tą wymuszoną zmianami klimatycznymi. W Europie od Łotwy po Chorwację wybudowano nowy żelazny mur, ale to nic nie dało, gdyż imigranci i tak dostawali się poprzez kraje skandynawskie do Rosji i stamtąd napierali na ksenofobicznych obywateli dawnego bloku sowieckiego. Ale takich murów było na świecie więcej, niemal na każdym kontynencie. Najdłuższy oczywiście zbudowali Chińczycy, odgradzając wszystkie swoje granice.
Ale podobne mury były i na granicy USA z Meksykiem oraz Gwatemalą, Arabii Saudyjskiej i Iranu, Iraku, a podwójny, szeroki na dwa kilometry z Izraelem. Dobrze, że to była jedynie wirtualna symulacja, chociaż w realu nie było lepiej, tylko że rzeczywistość była o wiele bardziej poplątana. Zasiekami podzielono wiele miast. Plaż niemal każdej wyspy strzegły wieże strzelnicze. To była walka, w której brały udział miliony ludzi ze wszystkich kontynentów, wszelkich kolorów skóry, w każdym wieku. Mogłeś się wcielić w rolę broniącego starego porządku lub stać się walczącym o przestrzeń do życia. Startowałeś z pozycji szeregowca i jeśli byłeś dobry, to po roku strzelania mogłeś zostać generałem. Żołnierz przeze mnie obserwowany po miesiącu gry w Armii Trójmorza awansował do stopnia kapitana. Bez dwóch zdań był dobry do dzisiaj. Jego kompania prowadziła zwiad na rubieżach Słowenii.
Właśnie wyszedł cało z pułapki, jednak cały jego oddział został wybity. To nie była jego wina, a generała, który ich tam posłał. Kapitan powinien wycofać się, wrócić do sztabu i trzasnąć w mordę generała, ale nie zrobił tego. Postanowił walczyć do końca. Tak uważał kapitan, ale tak naprawdę to ja doprowadziłem do masakry jego oddziału, a w tej chwili wycofałem również ukrytych strzelców. Na polu bitwy pozostaliśmy tylko my. Chciałem to rozegrać sam na sam. Zachowując ostrożność, kapitan przeszedł na wiadukt. Rozglądając się na boki, lufą FG 912 przeczesywał teren zarówno przed sobą, jak i po bokach. Nie wiadomo, czy za strony zrujnowanego kościoła nie wystrzeli w jego kierunku rakieta.
A może w jednym z okien osmalonego wieżowca czai się snajper? Naraz przed żołnierzem pojawiła się dziewczynka, a właściwie rysunek dziewczynki o bladej cerze, krótko obciętych włosach, w białej koszuli z postawionym w górę kołnierzykiem oraz czarnej, zapiętej na dwa duże guziki marynarce. Dziewczynka ssała duży pomarańczowy lizak i spod przymrużonych olbrzymich oczu bacznie mu się przyglądała. Kapitan zatrzymał się jak wryty. „A ty co kurwa tutaj robisz? Spierdalaj! To nie twoja bajka” – warknął i nie czekając na odpowiedź puścił serię w animowaną dziewczynkę. Kule przebiły papier, pozostawiając postrzępione dziury. Dziewczynka w grymasie irytacji skrzywiła twarz, wyjęła z buzi lizak i powiedziała: „I po co to? Sam stwierdziłeś, że nie jestem z tej bajki.
Twoja broń na mnie nie działa”. Przeciągnęła lizakiem po ciele i dziury zasklepiły się. Widzisz, że to zbędny gest oznajmiła i znów włożyła lizak do ust. Żołnierz splunął z niesmakiem. Odrzucił karabin maszynowy i zwinnym ruchem przeciągnął z pleców granatnik RPG 303. Wycelował i pociągnął za spust. Rakieta pomknęła w kierunku animowanej dziewczynki. Narastał wibrujący świst. Gdy rakieta już miała uderzyć w dziewczynkę i eksplodować, rozrywając grubo rysowane kreski jej postaci, ta niedbale, jakby odganiała się od muchy, odbiła ją palcem wskazującym prawej dłoni. Rakieta zatoczyła piękną trajektorię na niebie, znacząc tor lotu ogniem zdysz i obrała za cel strzelającego.
Kapitan przez chwilę stał bez ruchu, nie wierząc w to, co widzi. W ostatniej chwili rzucił się szczupakiem w bok, a rakieta, osmalając mu żłobione podeszwy butów, uderzyła w przęsło za nim. Wybuch był potężny, w kolorach czerwieni, żółci i czerni. Rozrzucił porozrywane kawałki betonu oraz stalowego zbrojenia na wiele metrów, aż pod stopy dziewczynki. Gdy żołnierz wstał, strzepał kurz z klap munduru, spojrzał z kwaśną miną na zniszczone przęsło odcinające mu powrót i zarzucając karabin na ramię, spojrzał na niewzruszoną dziewczynkę. Kim, do kurwy nędzy, jesteś? Dziewczynka wyjęła lizak z ust i z uśmiechem odpowiedziała: Naruszyłeś zasady gry, świamacie. Nie masz prawa grać w Power and Supreme. Zaraz wykopię cię stąd. Jestem czysty.
Opłaciłem czas rozgrywki, a ty mi go zabierasz. Sprawdź mój kod dostępu i spierdalaj, bo inaczej wniosę o odszkodowanie. Puszczę cię z torbami. Na koniec zaśmiał się nerwowo. Dostęp jest opłacony, hasła są prawidłowe potwierdziła jego słowa. No właśnie. Zjeżdżaj. Tylko że nie przez ciebie. Podpiąłeś się pod innego gracza, a to już grubsza sprawa. Grozi ci więzienie.
Żołnierza przeszył dreszcz niepokoju. Jednak szybko opanował się, przeanalizował dane zewnętrzne i na jego twarzy rozlał się szyderczy uśmiech. Znalazł wyjście. Spróbuj mnie złapać, zdziro! Zaśmiał się, przekręcił pierścień i zniknął. Zerknęła, w jakim świamaciu poszukał azylu i skoczyła za nim. To był baśniowy świat, a żołnierz przemienił się w zielonego smoka. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Mały chłopczyk uciekający przy pierwszych kłopotach z twardego, brutalnego, męskiego świata w magię mającą za jednym machnięciem różdżki, wypowiedzeniem zaklęcia, wyleczyć wszelkie problemy. Jeżeli sądził, że ucieknie od kłopotów, to bardzo się mylił.
Postanowiłam pozostać pod postacią dziewczynki. Jedynie na jej ramiona zarzuciłam czerwono-krwistą pelerynę, a w dłoń wstawiłam wiklinowy koszyczek. Oj, nieładnie. Chciałeś wyjść bez pożegnania? Zapytała dziewczynka ze szczerym wyrzutem. Smok zbaraniał, a przynajmniej wyglądał, jakby połknął wypełnionego siarką barana i zaczęło go palić w brzuchu. Kurwa mać! Ryknął. Spierdalaj, bo cię zajebię! I nie czekając na odpowiedź, bluzgnął ogniem.
Jazor ognia pochłonął w czeluściach piekła dziewczynkę. Smok przypalał rysunek dziewczynki przez wiele sekund, ale w końcu zabrakło mu tlenu w płucach. Zaciągnął spory haust powietrza i z ciekawością spojrzał na miejsce spalenia czarownicy wpierdalającej się mu w życie. Gdy czarny dym rozwiał się, ponownie ją zobaczył. Rysunek dziewczynki nie został nawet osmalony, jedynie czerwień peleryny stała się jeszcze bardziej szkarłatna. Co jest? Zaseplenił rozczarowany smok. Papier zapisany czystymi słowami nie płonie wyjaśniłam usłużnie, otrzepując sadzę z ramion. Nie wiedziałeś? Ale ty jesteś narysowana, a nie zapisana zaprotestował.
To dotyczy również papieru zarysowanego śmiałą kreską lub nasączonego prawdziwymi barwami. Pierwszy raz o tym słyszę bąknął skołowany. Dziewczynka wzruszyła ramionami. Ja przejęłam władzę w tym świemaciu. Takie ustaliłam prawo i nie możesz tego zmienić. Smok wpatrywał się wybałuszonymi ze zdziwienia oczami w dziewczynkę. Grymas jego brwi wskazywał, że intensywnie myśli. Naraz smocza gęba się rozpogodziła. Mrugnął oczy, zamachał skrzydłami i wyszeptał zaklęcie. Powinien polecieć.
Dziewczynka spokojnie ssała lizak. Lecz nie poleciał. Zaczął szybciej machać skrzydłami, podskakiwać. Nadal tkwił na ziemi. Dziewczynka zaśmiała się cicho. Przejęłam twoją moc wyjaśniłam mu. Spojrzał na dziewczynkę nienawistnym wzrokiem. Dziewczynka przykucnęła i zerwała kilka dmuchawców. Przyłożyła je do ust i dmuchnęła. Chmura pyłków dotarła do smoka.
I smok zaczął się kurczyć. Był coraz mniejszy i mniejszy. Co ty kurwa robisz? Przestań! Zaryczał jeszcze potężnym basem. Przywracam właściwy stosunek rzeczy. Smok nie tylko zmniejszał się. Zrzucał łuski jak jesienne liście. Zmieniał umaszczenie na czarnobrązowe. Jego nogi stały się chudiutkie jak patyki.
Ogon stracił kolce. W najmniejszym stopniu malały jego uszy. Czego się czepiasz zdziro? Sprawdź mnie i spadaj! Wyszczekał już cienkim głosikiem ratlerka. Mam ci zadać trzy pytania? Zapytałam ze słodkim uśmiechem. Tak. Ratlerek zastrzygł uszami. Przeszkadzasz mi.
Może powinienem złożyć protest do rzecznika praw gracza, ale musiałbym przerwać grę, więc zadaj mi te głupie trzy pytania i spierdalaj. Co za nieokrzesany język. Zwłaszcza jak na 90-latka leżącego na łóżku w ośrodku podtrzymującym życie. A chuj cię do tego. Jak na staruszka podłączonego do kroplówki z lekami uspokajającymi masz wysokie ciśnienie i szybkie tętno, zauważyłam z troską. To mnie wkurwiasz! Ryknął. Jak dostanę zawał, komisja kopnie cię w dupę tak mocno, że polecisz na Saturna w sarkofagu. To raczej grozi tobie. Żołnierz Smok Ratlerek przechodził kolejną metamorfozę.
Tym razem zmienił się w zwykłego nastolatka, chudego, o długich nogach, prostym nosie i za dużych uszach. Z wykręconymi czarnymi włosami spiętymi w męski kok, mający być pewnie kokiem samuraja lub Wikinga. Chłopaka pryszczatego o wyzywającym spojrzeniu, łatwo czerwieniejącego się. Jareczku. Ujawniłam, że znam jego imię. Wykres pracy jego mózgu zatrzepotał jak po doładowaniu 300 dżulami. Jednak za podszywanie się pod innego użytkownika oraz złamanie kilku innych przepisów mam dla ciebie bardziej adekwatną karę. Odetnę cię do końca życia od Świomacia. Co ty pierdolisz? Jeb się pizdo.
Był obcesowy, lecz wykwitłe rumieńce wskazywały, że jest speszony. Zapamiętaj! Nigdy nie próbuj oszukać systemu. Pierdolisz. Wychrypiał. Trudno było wyczuć, czy to pytanie, czy niedowierzanie. Wlep mi grzywnę i odpierdol się. Z chęcią, ale widzisz, jest mały problem. Ja nie jestem urzędniczką skarbową. Chłopiec odetchnął z ulgą.
Jesteś z obyczajówki? Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Też nie. Jarek spojrzał na nią zdumiony. Już chciał zadać następne pytanie, lecz przerwała mu. Nie jestem też przedstawicielem producenta gry. To kim, do kurwy nędzy, jesteś? Może wyglądam na niewinną, bezbronną dziewczynkę narysowaną grubą kreską, ale uwierz mi, jestem bezlitosną egzekutorką prawa. Kasuję hakerów, a najbardziej lubię wymazywać ze Świomacia tych żerujących na innych. Postanowiłam przybrać właściwą postać.
To zawsze wzmagało poczucie porażki u ściganych. Zapłakany chłopiec patrzył na mnie wielkimi oczami. Ja chcę grzywnę. Mogę zapłacić. To za mało. Grzywnę zapłacą za ciebie rodzice. No i co z tego? To może od razu wrócisz do mamusi, wypłaczesz się w jej ramionach, żaląc, jaki to świat jest okrutny. Przynajmniej zachował tyle godności w sobie, że nie potwierdził. Oni nie są niczemu winni, a i dla ciebie to za mała kara.
Wyjaśniłam, aby nie miał dalszych wątpliwości. Mogę zgodzić się na prace społeczne. Mogę zbierać gówno po psach. Mogę... Błagał. Wiem, że teraz jesteś gotowy zrobić wszystko, aby uciec przed karą. Przecież masz dopiero 14 lat, a tu już szlaban do końca życia. Płaczek skinął głową. No właśnie. Ja chciałem tylko trochę pograć.
Postrzelać? Zapytałam ze zrozumieniem. Tak. Przytaknął. Pozabijać? Dopytywałam. Przez chwilę milczał. Ale przecież tylko wrogów. Odpowiedział z miną niewiniątka. Uznał, że znalazł odpowiednią ripostę.
W odpowiedzi zaśmiałam się złowieszczo. Przynajmniej miałam nadzieję, że tak odbierze mój śmiech Jarek. Za chwilę wyczyszczę cię do zera — wycedziłam. Nie będziesz miał żadnej przeszłości. Stracisz wszelkie aktywa. Będziesz musiał narodzić się na nowo, zacząć budować się od podstaw. A, zapomniałam. Nie będziesz mógł. Przecież będziesz miał blokadę do końca życia na wstęp do Świomacia. Co ty pierdolisz?
W pierwszej chwili chłopiec nie zrozumiał, o czym mówi. A gdy dotarło to do niego, jego twarz skrzywiła się z bólu. Nie możesz tego zrobić — zaprotestował słabo, chrapliwie, z dygotem strachu ściskającym mu gardło. Otóż mogę. Od trzech miesięcy masz już 14 lat. Nie wszystko ci jeszcze wolno, ale odpowiadasz przed prawem jak dorosły. Wchodząc do gry podpisałeś zobowiązanie i złamałeś je. To co teraz będzie? Zastanawiasz się, co będziesz robił jutro? Za tydzień?
Za rok? Tak. No cóż, odpowiedź jest prosta. Do końca życia będziesz grał jedynie na jednorękich bandytach oraz oglądał telewizję. Nic nie odpowiedział. Słodkiego, miłego życia. Rozłączyłam się ze Świemaciem hakera. Gówniarzu -- dokończyłam słowa pożegnania już do siebie. Wstałam z fotela, podeszłam do okna i zrobiłam kilka skłonów, a później zaczęłam rozciągać ciało, przechylając się na boki. Trzeba dbać o mięśnie -- powiedziałam do odbicia.
Miałam już prawie 40 lat, lecz wciąż wyglądałam na nastolatkę. Z pewnością nie rysowaną grubą kreską. Czy nie byłam zbyt okrutna wobec chłopaka? Przypłynęła fala zwątpienia i zaraz sobie odpowiedziałam: nie, z pewnością nie. To on był okrutny wobec okradanych z życia. Na przekręt trafiłam miesiąc temu. Po co walczyć z systemem, łamać szyfry, wykradać kody dostępu, skoro to samo można osiągnąć przejmując punkt połączenia ze Świemaciem? Wobec włamujących się do systemu ostatecznym sprawdzeniem było sprawdzenie zapisu jego fal mózgowych. Trzy krótkie pytania w rodzaju: jaki lubisz kolor? Jakie imię nadałbyś psu?
Jakiej muzyki słuchasz? Nieodzownie uruchamiały pamięć, skojarzenia, uczucia i impulsy nerwowe rozbiegały się w określonych kierunkach, tworząc indywidualną sieć powiązań, nieporównywalną jak odcisk palca czy wzór tęczówki. Test na sprawdzenie prawa dostępu do wybranego Świemacia poprzez siatkę fal mózgowych dotychczas się sprawdzał. Jednak grupa działała perfidnie. Nie wykradała zapisu fal mózgowych. I tak złodziej nie mogłoby go wykorzystać. Jego mózg skrywał własne demony. Oni zamieniali utarte schematy skojarzeń okradanego, fałszując jego wspomnienia, wymuszając wywrócenie nawyków, ustawiając nowe marzenia tak, aby pasowały do klienta gangu, a później odcinali okradanego od Świemacia, aplikując mu środki nasenne, kazali spać bez snów, a jego dostęp sami wykorzystywali. Nie musieli bać się trzech pytań. Zapis ich fal mózgowych był identyczny ze sfałszowanym wzorcem.
Większość pacjentów jednej z klinik Niebiańskich Łąk Miłosierdzia Pana w Dawapolis zastała przejętych, stając się martwymi duszami. Płacili rachunki, ich ciałami opiekowano się jak modelkami szykowanymi na pokaz mody, lecz ich mózgi były puste. No, może nie puste, ale śpiące bez snów. Personel kliniki jednak o tym nie wiedział. Wykresy elektroencefalografów wskazywały, że piją drinki na Malibu lub bawią się z wnukami w Disneylandzie. Mogło mi być nawet żal chłopaka, ale nie zmieniało to faktu, że już wdepnął w gówno. Poznał, jak można wykorzystywać innych, co przy jego talencie oznaczało wiele złego w przyszłości. Ona przecięła tę możliwość. Początkowo z pewnością będzie wściekły, lecz będzie pamiętał tę nauczkę do końca życia. I chociaż wciąż będzie tęsknił za Świemaciem, to może nawet odnajdzie szczęście przed telewizorem.
Uświadomiłam sobie, że mój Kotori też niebawem będzie miał 14 lat. Bardzo niebezpieczny wiek. Zrobisz głupstwo, a przecież nic nie wiesz o świecie. Dopiero testujesz jego smaki. Łatwo o błąd i jesteś załatwiony do końca życia. Gdy ja miałam 14 lat, bawiłam się jeszcze lalkami i marzyłam o księciu na czarnym rumaku. Pomyślałam i zaraz wybuchnęłam na głos śmiechem. No nie, trochę przesadziłam, ale tak szybko zapomina się o własnych błędach dzieciństwa i patrzy na młodych jak na hordę małp w operze. Do powrotu ze szkoły trzynastoletniego Kotori i dziesięcioletniej Minoru pozostało 25 minut. Dzieci nie uczyły się poprzez Świemać.
Chodziły do realnej szkoły. Chciałam, aby mogły bawić się, zawierać przyjaźnie z rówieśnikami, ale sprawiało to trochę problemów. Trzeba było je wyprawić i odebrać ze szkoły. Niby zajmowała się tym Jane, opiekunka, jednak nie potrafiłam przestać się martwić. A może przepalił się mózg Jane i Kotori oraz Minoru stoją zapłakani na chodniku? Albo ktoś ją zaatakował i porwał dzieci. Byłam przewrażliwiona. To było pewne. Jednak trudno, aby było inaczej. Po śmierci w wypadku ich rodziców wciąż budziłam się mokra od potu po koszmarach, że i je spotka podobny los.
Już raz dał im szansę na dalsze życie. Mało prawdopodobne, aby uśmiechnął się po raz drugi. Poza tym wciąż obawiałam się, że któryś ze złapanych hakerów będzie próbował odegrać się na jej bliskich. Jane, kucharko, co dzisiaj zaserwujesz na obiad? Ucieszyłam się, że zdążę zatwierdzić menu obiadu. Proponuję sałatkę z pieczonych buraków pod chmurką z koziego sera, a na deser z malinami, miodem i jogurtem greckim. Nie za dużo kalorii? – zapytałam, marszcząc brwi. To tylko dwie łyżeczki nasion słodkiej bazylii oraz dwie łyżeczki erytrytolu lub miodu. Garść malin, kilka łyżek jogurtu greckiego i woda.
Razem 200 kalorii. To dobrze. Nie chcę, aby stały się beczkami. Kaloryczność posiłku jest zbilansowana w stosunku do wieku i wagi – zapewniała Jane. To dobrze. Aha, Jane, Minoru ostatniej nocy miała koszmar. Może brakuje jej minerałów? Odnotowałam to zaburzenie i uwzględniłam w posiłku. Stąd buraki, które mają dużo witaminy C, kwasu foliowego, potasu, żelaza oraz magnezu. Masz rację.
Zatwierdzam zestaw obiadowy. Możesz go szykować. Sprawdziłam czas. Kotori i Minoru wyszły już ze szkoły. Za dwie minuty wsiądą do autobusu szkolnego i po 14 minutach jazdy z prędkością 30 km/h wysiądą na przystanku w Kvaløysletta. Tunelem metra byłoby szybciej. O wiele szybciej. Tylko 4 minuty, lecz tunel mógł się zawalić. Zdążysz? Oczywiście.
Dania będą gotowe za 17 minut. Rozłączyłam się z Jane kucharką i podeszłam do dużego okna. Słońce wisiało nisko nad horyzontem, żółtymi promieniami nasycając zieleń drzew na pagórkach Djupelva. To było cudowne miejsce do życia. Mieszkałam już w kostarykańskim Bocas del Toro, hiszpańskim Alicante, ale nigdzie nie było tak wspaniale jak na norweskich fiordach. Szkoda jedynie, że za miesiąc słońce schowa się na kilka tygodni pod horyzontem. Trudno być w pełni szczęśliwym. Jedynie gorycz potrafi zawładnąć nami całkowicie. Westchnęłam. Życie za kołem podbiegunowym w Tromsø gwarantowało temperatury znośne przez cały rok.
Latem nieprzekraczające 30 stopni, zimą niespadające poniżej zera, a w czasie nocy polarnej na niebie zapłonie sztuczny księżyc. Nie tak wielki jak naturalny, ale dający tyle światła, że można było nawet czytać drukowane książki bez lampki nocnej. Jeżeli jeszcze ktoś lubił czytać, uśmiechnęłam się z żalem. Ja uwielbiałam. A gdy niebo zaczynało falować zasłonami zórz polarnych, czytanie stawało się wielkim spektaklem i w duszy, i na niebie. Naraz odezwał się komunikator. To był mój korposzef, Patrick Gordon. Rzeczowy, sztywny i suchy jak pieprz. Pojawił się w dwurzędowej marynarce z apaszką na szyi. Skinął głową na powitanie i trzymając założone z tyłu dłonie, stanął przed oknem, jakby przyszedł kontemplować pejzaż, a nie spotkać się ze mną.
O umysły, a głównie o portfele ludzi walczyli producenci gier i równoległych światów. Ale nie wszystkim odpowiadały najbardziej krwiste gry czy niemoralne światy. O nich zabiegał czarny rynek. Na szachownicy rynku biali i czarni gracze często wchodzili sobie w drogę, używając wszelkich form szpiegostwa czy podkupywania figur i pionków. Lecz w jednym byli zgodni: nie lubili, gdy efekty ich działań wykradali hakerzy. Mój korposzef stał po ciemnej stronie mocy, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Ja łapałam jeszcze mroczniejsze typy. Czego chciał? Prawie nigdy nie kontaktował się z nią osobiście. Zlecenia otrzymywała poprzez automat.
Może chciał ją wyrzucić? Nie, to bez sensu. Do tego też wykorzystałby automat. Często zastanawiała się, czy i szef nie jest automatem. A może chciał dać jej awans? Skrzywiła się z niesmakiem. Na szczęście to też było mało prawdopodobne. Była wolnym strzelcem. Sama przeczesywała świamać w poszukiwaniu przekrętów. Nie chciała siedzieć w rzędach korpoklatek, a tym bardziej nadzorować pracę korpomrówek.
„Akane, mam dla ciebie pilne zlecenie” – odezwał się cicho i dopiero wtedy odwrócił się do mnie. – „Odstaw bieżące sprawy i zajmij się nim”. „Nie ma zaległych spraw” – odpowiedziałam z cichą satysfakcją. – „Właśnie zamykam sprawę grupy pożeraczy wspomnień”. „Miło słyszeć” – powiedział bez wielkiego entuzjazmu, jakby chodziło o przyszpilenie zwykłego hakera. A przecież ona odkryła nowy rodzaj oszustw. „Hakerów wykradających dostęp do świamać innym ludziom może być więcej” – zaprotestowałam. Nie chciałam porzucać tej sprawy. „Zostaw to teraz innym” – odpowiedział, już lekko zirytowany. „Ale nie schwytałam jeszcze wszystkich.
Mam już ich dane. To kwestia jednego, dwóch dni” – próbowałam wybłagać chociaż odroczenie. „Przekaż zadanie. Sama mówisz, że to prosta sprawa. Mogą się tym zająć zwykli funkcjonariusze”. Z żalem, ale musiałam się z nim zgodzić. Przerwałem proceder. Pozostało wyłapanie mało znaczących płotek. Tym mógł zająć się ktokolwiek. Tylko że to było takie przyjemne.
Nie chciałem sobie odmawiać tych kilku chwil satysfakcji po długim śledztwie. „Mam dla ciebie nowe zadanie” oznajmił. „Wyzwanie godne twoich umiejętności” dodał, zapewne chcąc ją udobruchać. „W czym to pilne zlecenie jest inne, że kontaktuje się pan osobiście?” zapytałam, wciąż rozgoryczona. „Bo to nie jest zwykła sprawa. Hmm, nawet nie wiem, jak ci wyjaśnić”. „Proszę spróbować” spytałam, uśmiechając się kwaśno. Gordon skrzywił się, poprawił apaszkę. „Od strony formalnej to zwykła sprawa. Masz odszukać pewnego gościa.
Przy okazji prześlę ci jego dossier przez posłańca. Znajdź go i daj mi znać”. „Nie kasować?” „Nie, nie. Mówiłem, że to trochę inna sprawa”. „Nie ma problemu. Mogę pozostać jego aniołem stróżem” rzuciłam kpiąco. „O tak, o to właśnie chodzi” korposzew ochoczo przytaknął. „A niech mnie gęś kopnie” warknęłam do siebie. Cóż mi jednak pozostało? „Rozumiem.
Zaraz zabieram się do poszukiwań”. „Czekaj, to nie wszystko”. „Tak?” „Formalnie sprawa jest prosta, ale technicznie trochę złożona”. „W czym problem?” Szef milczał przez dłuższą chwilę. Czekałam. W końcu zdecydował się wyjaśnić. „Otóż to nie jest zwykły użytkownik Świamać. Można powiedzieć, że to wolny elektron”. „Haker?” „Ma nieciekawą przeszłość, ale nie włamał się” pokręcił przecząco głową. „To co z nim jest nie tak?” „On ma możliwość być w każdym świecie Świamać, ale równie dobrze może go nie być w żadnym.
Musisz to sprawdzić”. Odniosłam wrażenie, że korposzew oszalał. Świamać był zbiorem wirtualnych iluzji. Praw do nich broniły bramki, zapory, a nawet lotne patrole. Nie wszedłeś do nich bez podania kilku haseł, potwierdzenia, sprawdzenia fal mózgowych. Było też trochę darmowych wirtualnych światów, ale i tak, aby dostać się do nich, trzeba było się zalogować. Dobry haker, ale naprawdę dobry, mógł być zalogowany jednocześnie do kilku świamaćiowych światów i dowolnie skakać między nimi. Tylko że Gordon powiedział, że to nie za sprawą hakerskich sztuczek gość może być wszędzie i nigdzie. Więc jakim sposobem? „Nie rozumiem” odpowiedziałam, robiąc minę zagubionej dziewczynki.
„No właśnie. Mówiłem, że to nie jest prosta sprawa. Wymaga najwyższych umiejętności” rzucił. Postanowiłam wbić mu małą szpilę. „Ale wie pan, że nie jestem najlepszą informatyczką. Wciąż powtarza pan, że ma lepszych do dyspozycji”. „Oczywiście, że wiem” wzruszył ramionami. Cholera, nie trafiłam. Zamiast usłyszeć pochwały, usłyszałam przegadę. „I dlatego mój wybór padł na ciebie.
W tej sprawie haker niewiele zdziała. Tutaj potrzebny jest psycholog” dodał. I dopiero tym mnie zaintrygował. To była moja specjalizacja. Przez labirynt kodu informatycznego potrafił przedzierać się każdy, a najlepsze były w tym automaty. Ale automat nigdy nie wykryłby przekrętu pożeraczy wspomnień. One tylko analizowały dane systemu. To, co było poza systemem, nie istniało dla nich. I wtedy do akcji wkraczałam ja. Byłam w tym najlepsza na świecie.
Mogłam to powiedzieć bez odrobiny przechwały. Gordon stał sztywno, równie sztywnym wzrokiem przyglądając się mi. Jednak nie zdołał ukryć wewnętrznego zadowolenia na ustach. Kurczę, ponownie dałam się zwieść. Ale co tam, sprawa wydała się intrygująca. „Dobrze” odpowiedziałam już z nieukrywanym uśmiechem. Skinął z zadowoleniem głową. Już myślałam, że za chwilę się rozwieje, wróci do korpobiura na drugim końcu świata, ale nie zrobił tego. „I jeszcze jedna uwaga” rozpoczął, wpatrując się swym zimnym korposzewowskim wzrokiem. „Tak?” zapytałam zaniepokojona.
„Musisz poprowadzić tę sprawę sama”. „Przecież zawsze pracuję sama”. „Wiem, wiem, ale tym razem nie wolno ci nawet prosić o potrzebne dane ludzi z innych wydziałów. Gdybyś miała dodatkowe pytania, masz się kontaktować tylko ze mną”. „Rozumiem” mruknęłam coraz bardziej skołowana. „No, to chyba wszystko” skinął z ulgą głową. „Do zobaczenia” mruknął i rozwiał się. Przez dłuższą chwilę stałam bez ruchu. Dopiero sygnał z kuchni wyrwał mnie z otępienia. Pozostała minuta do powrotu Jane, opiekunki z dziećmi do mieszkania.
Już słyszałam rumor przed drzwiami. „A właśnie, że powiem. Spróbuj tylko. Powiem! Stłukę cię na kwaśne jabłko” usłyszałam piskliwe głosy. Ale to dopiero była zapowiedź burzy. Wkrótce całe natężenie hałasu z impetem orkanu wtargnęło do mieszkania. Pierwsza wbiegła Kotori, drobna czarnulka z fioletowymi pasmami. Szybko zrzuciła na podłogę czapkę, szal, rękawiczki. Minoru, wyższy o dwie głowy, dostojnie wkroczył za nią.
Kiwnął głową Akane i też zrzucił jesienne akcesoria. Przyklękając zaczął zdejmować buty, jednak kątem oka bacznie obserwując siostrzyczkę, a za nimi wsunęła się uśmiechnięta Jane opiekunka, zbierając porzucone części ubioru. „Ciociu, ciociu, a Minoru pocałował Ingrid” – spełniła obietnicę Kotori. „Nie pocałowałem” – zaprotestował głośno brat i patrząc błagalnym wzrokiem na Akane zaczął wyjaśniać: „To był wypadek. Byliśmy w szatni wszyscy jednocześnie. Był tłok. Ingrid zakładała kurtkę. Ja klęczałem, pomagając Kotori zasznurować buty. Naraz Ingrid została popchnięta przez Stefana. To taki przerośnięty łobuz.
Upadłaby, gdybym jej nie podtrzymał. I wtedy nasze twarze zetknęły się. Byłem blisko. Musiałem ją przytrzymać, bo uderzyłaby o podłogę.” „Pocałowałeś!” „Nie!” „Tak, aż czerwony się zrobiłeś.” „Nie pocałowałem.” Byłam skłonna mu uwierzyć. Nie, Minoru. Dzisiaj to z pewnością był przypadek. A jutro? Dzieci stanowczo za szybko dojrzewają. Nie mogłyby mieć wciąż kilka lat i dopiero pewnego dnia – pstryk i już stały się dorosłe, odpowiedzialne za swoje czyny. Tadeusz Mieszko, „Dzień opuszczonych gaci”.
Dzień nie rozpoczął się dobrze. Musiałam wyjechać do biura, aby zdążyć przed przybyciem posłańca, zanim pomogłam Jane opiekunce wyprawić Kotori i Minoru do szkoły. Nie lubiłam tego, ale obiecała dzieciom, że nie będzie zabierać pracy do domu i musiałam wynajmować biuro. Dlatego tak ważny był dla mnie pocałunek przed ich wyjściem. Ucząc się w nie świmiaciowej, a rzeczywistej szkole, spotykając się z nieprzewidywalnymi sytuacjami, humorzastymi nauczycielami, a przede wszystkim różnymi dziećmi, były narażone na liczne infekcje i pocałunek, tak jak zdrowe śniadanie wspomagał ich układ odpornościowy. Lokum wynajęłam w bardzo ekologicznym budynku warzywniaku. Na zewnątrz zielona bryła, wewnątrz ażurowa konstrukcja z poziomami, na których uprawiano warzywa oraz sześciany lokali ze ścianami o regulowanej przeźroczystości. W moim przypadku przeważnie przeźroczystymi. Lubiłam pracować widząc obok siebie czerwieniejące pomidory, powiększające się główki sałaty, rosnący szczypiorek, ale dla mnie to było jeszcze za mało. Ściany wewnętrzne zastawiłam doniczkami z kwiatami.
Nie były to jakieś fikuśne kwiaty, a zwyczajne, polne. Tymi arystokratycznymi niech zachwyca się pospólstwo. Ja wolałam roślinność w jej pierwotnej odsłonie, na którą można było natknąć się spacerując po dziewiczych lasach. W mojej Japonii już nie było takich lasów, jednak w Norwegii mogłam w nie wejść po kilku minutach spaceru z domu. Robot dostarczył paczkę minutę po czasie. To musiała być naprawdę poważna sprawa, skoro Gordon nie chciał przesłać materiału elektronicznie tylko poprzez posłańca sprawdzającego odcisk palca i obraz tęczówki. Sam materiał nie był na papierze, który z pewnością można byłoby spalić po przeczytaniu, a wcześniej skopiować aplikacją fotograficzną w oczach i wysłać poprzez stałe połączenie w mózgu do dowolnego odbiorcy. Przesyłka była zapisem holograficznym tylko do moich oczu. Pod każdym innym kątem widzenia niewidoczną. Zablokowaną przy identyfikacji odbiorcy funkcją wykonywania zrzutu pola widzenia.
Dużo zachodu. Rzadki sposób przekazywania informacji nawet na najwyższych szczytach tajności i nawet mój staroświecki szef, być może zafascynowany filmami sensacyjnymi, nie nadużywał tego sposobu. To był dopiero trzeci raz w ciągu 15 lat. Kazałam zmatowić ściany i usiadłam w fotelu. Materiału nie było dużo. Odtworzenie go trwało niecałe 10 minut, a chwilę później pudełeczko zapłonęło na czerwono. Zaskwierczało i ucichło na wieki. Mało widowiskowe niszczenie danych, ale przy tych zabezpieczeniach antypożarowych nie mogło być dymu ani otwartego ognia. Później przez dwie godziny pałętałam się po mieszkaniu, nie potrafiąc przestać myśleć o tym, czego się dowiedziałam. Wyłączyłam system automatycznego nawadniania i rozpoczęłam inspekcję osobistą polnych roślinek w doniczkach.
Badałam palcem wilgotność gleby, ścierałam szmatką kurz z liści, a przede wszystkim zraszałam kwiaty chmurą kropel z polewaczki. Zwykłą wodą spadającą z góry na rośliny jak w naturze, a nie podawaną żyłkami sieci nawadniającej. Zwykłą wodą nie wzbogaconą w minerały i antybiotyki. Niech i moje roślinki od czasu do czasu poczują się jak na łące. Ale w końcu nie miałem już co robić. Usiadłem w fotelu i spróbowałem zastanowić się nad sprawą. Nie byle jaką. Miałem odnaleźć legendarnego Cassa Viscera. Tego Viscera. „W co ty znów wdepnąłeś, Cass?” Wciąż kołatało mi w głowie.
Dobrze znałem to nazwisko. To on ćwierć wieku temu wywołał Dzień Opuszczonych Gaci. Świamac był odbiciem naszych marzeń, naszego kurewskiego padołu, w którym zostaliśmy zmuszeni żyć. Pozwalał wybrać świat najbardziej odpowiedni do naszych pragnień. Oblec nasze ciało, często ułomne, a jeżeli nawet nie, to przeważnie nie takie, jakie życzylibyśmy sobie, nowym szkieletem i skórą. Zawsze żyliśmy w fikcyjnych światach. Rzeczywistość przyklejaliśmy do naszych własnych wymagań, wyrzucając z jaźni to, co nie pasowało do naszych marzeniowych roszczeń. Lecz dopiero możliwość życia w światach wirtualnych pozwoliła nam żyć w pełni szczęśliwie. Nikt nie narzucał nam norm postępowania. Każda z odsłon Świamacia jest ułomna, nagięta pod naszą kopułę wyobrażeń, ale była nasza.
Świamac pozwolił nam uwolnić skrywane osobowości. „Zaproś dziewczynę na pierwszą randkę do swojego Świamacia, a ucieknie z wrzaskiem” – głosiła reklama dla osobników typu macho. „Tylko w Świamaciu książę przybędzie po ciebie na białym koniu” – zachęcały reklamy dla dziewczyn. I przeniesiono do Świamacia wszystko. Światy wymyślone przez pisarzy, światy wykreowane przez filmowców czy twórców gier komputerowych. Najwięcej i najbardziej realnych było Świamaciów korporacyjnych. Jednak i były Świamacie grup świrniętych na jakimś wzorze z literatury lub filmu, a nawet Świamacie z bezpłatnym dostępem nazywane Mójmaciami. Często niedopracowane, ale za to z indywidualnym rysem, nie do odnalezienia w komercyjnych projektach. Jednak były i Świamacie wcześniej ukrywane w kopule naszej głowy. Zboczeńców, morderców wszelkiej maści, o których nawet nie chciało mi się myśleć.
Świamacie Laleczek Chucky, Hannibala Lectera, Freddy'ego Kruegera, Candymanów były w ofercie nawet największych potentatów rynku, ale były też liczne, bardziej krwawe, bardziej wyuzdane, bez kontroli wiekowej czarmacie. A najwięcej było wirtualnych światów, w których mogłeś wyżyć się seksualnie w dowolny sposób. Liczne Świamacie dla miłośników tripsolagni, klimakofilii, emetofilii, lilapsofilii, fornifilii ujawniały, że człowiek to naprawdę dzikie stworzenie i seks chyba nie tylko ma na celu rozmnażanie się. Już od przypomnienia sobie tych wszystkich wirtualnych światów, w które musiałem wejść, ścigając hakerów, rozbolała mnie głowa. Przejście ze świata realnego do wirtualnego było bardzo proste i niemal niezauważalne. Można było w nie wskoczyć jadąc do pracy lub w czasie przerwy na kawę. Wiele osób wchodziło w te światy po pracy, ledwo zdejmując buty po powrocie do domu lub nawet w czasie snu. Jednak większość ludzi była podłączona do Świamacia na stałe, rezygnując z aktywnego życia, wszelkie radości. Wszak po co katować się troskami, czerpiąc z wirtualnego bytu? W tym czasie ich ciała trwały w przechowalniach sztucznie podtrzymywane do życia, pompujących rurkami płyny odżywcze w ich żyły, pilnujących, aby serce nie przestało bić, a krew bez przeszkód dopływała do mózgu.
Aby umysły w tym czasie mogły przeżywać w każdej godzinie przygodę życia, strzelać do wszystkiego, uprawiać seks bez przerwy, objadać się nie wyhodowanymi na sztucznych pożywkach, a własnoręcznie zaszlachtowanymi i wypatroszonymi krowami, wycinając krwiste steki i rzucając je na ruszt. Ale z drugiej strony, co mieli robić w realu? Pracy było mało. Każdy dostawał kasę, aby bez szaleństw nie przeżyć, a przetrwać. Cass Viser pokazał użytkownikom Świamacia właśnie te ciała. Słabasłymi brzuchami rozłożone w fotelach, na łóżkach szpitalnych podłączonych do odżywek, w sarkofagach oplecionych czujnikami. Porzucone jak niepotrzebny relikt małpim przeszłości, wciśnięte w kąt szafy jak niemodne ubrania. „To jest wasz świat. Prawdziwy Matrix na własne życzenie” – przestrzegał Visera. Miałem wtedy siedem lat.
Chodziłem do normalnej szkoły, ale i na zajęciach, i w domu korzystałem ze Świamacia. Uznałem to za niezły żart, nakazujący każdemu zastanowić się, czy nie traci życia w wirtualnych światach, gdyż przekaz był brutalny: „Jesteście świnkami w klatce pseudonaukowca, a co najgorsze, wchodzicie tam sami”. Matka z noworodkiem przy piersi, dziecko trzymane w objęciach metalowych rąk automatu. Matka z wykrzywioną w grymasie twarzą, mimowolnie zaciskająca palce na spuście broni maszynowej czy laserowej. Tego obrazu nie potrafiłem wymazać z pamięci do dzisiaj. Wtedy byłam zła na Kasa, że odebrał mi najpiękniejsze chwile marzeń. Dzisiaj już inaczej na to patrzyłam. A może powinnam mu podziękować za to, że uchronił mnie przed podobną znieczulicą? Zastanawiałam się wielokrotnie i musiałam przyznać, że nie. On mi pokazał, iż uczucia są ważniejsze niż punkty zdobywane w strzelankach.
Notowania producentów gier, dystrybutorów łącz, a nawet koncernów medycznych opiekujących się graczami poszybowały w dół na kilka miesięcy. Później pamięć własnych ciał, tłustych, oplecionych przewodami rozwiała się. Wygrało pragnienie ucieczki z tego nijakiego świata ogarniętego codzienną beznadzieją w wirtualne iluzje. Niestety wiele osób nie wytrzymało konfrontacji z samym sobą i happening okazał się tragedią. Zabawa okazała się mało zabawna. Z czasem świat i ten realny, i ten wirtualny zapomniał o nim. Znów zaczął strzelać, zbierać bonusy bez opamiętania. Ale biznes nie zapomniał Kasowi tej chwili prawdy, zwłaszcza gwałtownego pikowania notowań giełdowych. Trudno było go oskarżyć o opuszczenie spodni. Użyto innego, znanego doskonale z przeszłości sposobu.
Skazano go za nieodprowadzenie podatku dochodowego sprzed wielu lat, kiedy to golił Świomaciowych naiwniaków. Nawet nie wiedziałam, że zwolniono go po 20 latach. Jednak jego życie po wyjściu z więzienia to było pasmo porażek. Łapał się różnej pracy, lecz były to zajęcia, aby tylko pracować, aby nie mieć zbyt dużo wolnego czasu na myślenie. Zwłaszcza że utrzymano mu blokadę na dostęp do Świomacia. Nie miał gdzie uciec. Tym bardziej nie rozumiałam słów szefa. Dlaczego sugerował, że może być w jakimś Świomaciu, jak i w żadnym? To gdzie mógł być? Nie miałam pojęcia.
Jak i nie wiedziałam, co takiego zrobił, że szef wielkiej korporacji chciał go odnaleźć. Czyżby szykował ludzkości nowy dzień opuszczonych gaci?
[03:23:30] - Cóż, proszę państwa, jak w każdy piątek wypowiem te słowa: doszliśmy do końca AWF-u. Tak, to już koniec. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Cały czas mam nadzieję na spotkanie w przyszłym tygodniu. Zapraszam bardzo serdecznie. Będzie 12. dzień grudnia. Do świąt to już naprawdę niedaleko i obojętnie, czy ktoś podchodzi do tych świąt bardzo emocjonująco i religijnie, czy też w bardziej świecki sposób, to te święta jednak się wydarzą, miejmy nadzieję. To są plany na przyszłość. A teraz już serdecznie państwu dziękuję.
Życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu. Wszystkiego dobrego.
[03:24:21] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.