Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. W kolejny piątek weekendu początek, jeden z ostatnich piątków października, ale jeszcze nie ostatni. Zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Dzień dobry wieczór państwu, kłaniam się i rozpoczynamy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. I tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwsza dzisiejsza polecanka to ciekawostka, bo książka napisana przez niekłamanego mistrza powieści sensacyjnej, Harlana Cobena, ale towarzyszy mu gwiazda kina, Reese Witherspoon. No i dzięki temu otrzymujemy książkę „Zanim powiesz żegnaj”. Ta książka wydana jest przez wydawnictwo Albatros, a pojawi się na rynku 29 października 2025 roku. Współpraca gwiazd kina i literatury Reese Witherspoon i Harlana Cobena to rzecz niezwykle interesująca. Dwa gorące nazwiska będące synonimami wciągającej fabuły razem w jednym thrillerze, który nie pozwoli wam zasnąć. „Zanim powiesz żegnaj” to suspens na miarę Oscara. Niezłomna kobieta uwięziona w sieci kłamstw, którą sama pomogła stworzyć. Poszukiwanie prawdy, za której ukrycie globalne elity są gotowe wiele zapłacić.
Ucieczka, która jest jedyną szansą na przeżycie. Maggie McCabe zawsze żyła na krawędzi. Tylko człowiek z nerwami ze stali może zostać chirurgiem wojskowym, a tylko geniusz zdobyć w tym zawodzie taką renomę jak ona. Wysoki prestiż nie ochronił jej jednak przed tragedią. Pozbawiona prawa wykonywania zawodu Maggie traci w życiu cel, ale nie zimną krew i pasję. Gdy dotyka dna, z niespodziewanej strony nadchodzi ratunek. Były kolega po fachu, obecnie elitarny chirurg plastyczny, świadczący usługi najbogatszym ludziom na świecie, prosi ją o przysługę. W tajemniczej, zamkniętej klinice ociekającej luksusem i dysponującej najnowszymi technologiami, o których zwykli ludzie jeszcze nawet nie słyszeli, pewien człowiek potrzebuje pomocy. Maggie należy do niewielu lekarzy na świecie, którzy mogą jej udzielić. Zgadza się wkroczyć do świata niewypowiedzianego bogactwa i dotrzymać swojej części umowy.
Kiedy jednak jej pacjent nagle znika bez śladu, Maggie wie, że musi uciekać. Chyba że chce podzielić jego los. Przypomnę, to była polecanka książki „Zanim powiesz żegnaj” autorstwa Harlana Cobena i Reese Witherspoon, wydawnictwo Albatros, a data premiery 29 października. Kolejna polecanka dotyczy książki „Ghost of Halloween”. Autorką jest Layla Faye, wydawnictwo Black Rose, a książka na rynku od 24 października. Trzy mściwe duchy, jedna zdruzgotana kobieta, jedna noc. Harlow nie jest w stanie żyć sama ze sobą po okropnych wydarzeniach Halloween sprzed dwóch lat. Już wtedy w połowie załamana, teraz rozpadła się już całkiem. Jedynym sposobem, aby ruszyć dalej, jest powrót do opuszczonego domu, gdzie wszystko się wydarzyło i zapłacenie najwyższej ceny za swoje grzechy. Jednak dom nie jest pusty.
Trzy żądne zemsty duchy tylko czekają i wieszczą chęć zniszczenia kobiety, która posłała je do diabła. Otrzymują jedną noc wolności i wykorzystują każdą jej sekundę, by wyładować na Harlow swoją wściekłość, udrękę i nienawiść. Ta trójka zadaje cierpienie spaczone przyjemnością, aż każdy jeden sekret zostanie wyciągnięty z wnętrza ich trumien w uświęconych godzinach najciemniejszej z nocy. Po ścianach nawiedzonego domu rozbryzguje się krew. Do czasu, aż krzyki niemoralnej rozkoszy zmywają przeszłe grzechy i okrucieństwa. Ale co się wydarzy, gdy wstanie świt, a wraz z nim zatrzasną się raz na zawsze bramy piekielne? Zasady są jasne. Cierpienie za cierpienie, krew za krew, śmierć za śmierć. To była polecanka książki „Ghost of Halloween” Layli Faye, wydawnictwo Black Rose, a książka już od 23 października. Przepraszam, 24 października na rynku.
I trzecia polecanka. Tytuł „Zapomniana kukiełka”. Autorka Ewa Sobieniewska, wydawnictwo Lira, a książka od 27 października może trafić do państwa rąk. Kiedy zdrada zmienia wszystko, kobieta musi zdecydować, jakiego dokona wyboru. Rok 1745. Osierocona Franciszka, magnacka córka, dostaje szansę na nową rodzinę i lepsze życie. Wkrótce przekona się, że za momenty złudnego szczęścia przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę. Rok 1772. Młodziutka Cecylia zmuszona jest spełnić wolę ojca. Po latach los postawi ją przed dylematem, jak wiele można poświęcić dla miłości trudnej i niedoskonałej.
Rok 1870. Żyjąca na łasce wujostwa Ksymena postanawia zdobyć serce swego dalekiego kuzyna, dziedzica wielkiego majątku. Nie spodziewa się, z jakimi konsekwencjami przyjdzie jej się zmierzyć. Bestsellerowa saga o kilku pokoleniach kobiet i zdradzie, która na zawsze naznaczy ich losy. Historia rywalizacji, zgubnej namiętności i błędów zmieniających bieg wydarzeń. Opowieść o tajemnicach z przeszłości zaklętych w starych legendach, snach oraz w dziejach potomkiń, które zmuszone są dźwigać na barkach nie swojej winy i prostować ścieżki pogmatwane przez przodków, a także przez własne wybory. Tytuł książki „Zapomniana kukiełka". Autorka Ewa Sobieniewska, wydawnictwo Lira, a książka na rynku od 27 października. To były polecanki książkowe, ale ponieważ zbliżamy się do końca miesiąca, oczywistym jest, że teraz pojawią się polecanki prasowe, a konkretnie omówienie nowego listopadowego numeru Nieznanego Świata. Piotr Cielebiaś już peka, zatem zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny miesiąc za nami i kolejny numer Nieznanego Świata przed nami. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:44] - Dzień dobry wieczór. Z tym upływającym czasem i Nieznanym Światem to jest trochę jak z tym memem. Patrz Bożenko, jeszcze numer 11 i 12 Nieznanego Świata i już będzie 2026. Tak jest, nie da się ukryć, czas płynie, ale zostańmy przy tej jedenastce. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, to najważniejsza sprawa na chwilę obecną, czyli prenumerata na rok 2026 jest dostępna. Można ją nabyć. Jest kilka opcji. Odnośnik znajdziecie pod spodem. Wspierając Nieznany Świat przez zakup prenumeraty wspieracie polskie media, polskie media bez zagranicznego kapitału i wspieracie przy okazji nas. A gdzie można kupić numer bieżący, który będziemy omawiać teraz?
Przede wszystkim w salonach prasowych. Trochę ich się tam uchowało jeszcze. I na stanowiskach z prasą w różnego rodzaju marketach, na stacjach benzynowych. Ostatnio widziałem na przykład w markecie na L, który odwiedziłem, że przeniesiono tą wystawkę z prasą w pobliże kas samoobsługowych, ale musicie pamiętać, że to jest w różnych miejscach. Nieznany Świat gdzieś tam zawsze jest. Także szukajcie. I można zamawiać numery zarówno archiwalne, jak i ten bieżący na stronie www.nieznany.pl. A co do numeru 11 to jeszcze tak. Ma się rozumieć, że jak wiele innych numerów, on jest specyficzny. I w tym przypadku, jak się pewnie wielu domyśla, życie po życiu jest takim tematem wiodącym, acz w jego przeróżnych aspektach.
I nie tylko o spotkania z duchami czy przeżycia z pogranicza śmierci chodzi. W tym numerze jest nieco inaczej.
[09:26] - Zanim zaczniemy o tym temacie przewodnim, to może zajrzyjmy do Kroniki Akaszy. A w Kronice Akaszy temat gorący. Od mniej więcej lipca do teraz napisano i nagrano masę filmów na temat 3i Atlas.
[09:45] - 3i Atlas to największa astronomiczna kontrowersja ostatnich lat. Tak na szybko przypomnę, że chodzi o odkryty w lipcu tego roku obiekt pozasłoneczny uznawany za kometę. Natomiast harwardzki uczony Avi Loeb mówi, że są szanse na to, iż mamy do czynienia ze statkiem obcych. Przez kolejne tygodnie, od lata tego roku pojawiały się coraz to nowsze, często bardzo sensacyjne informacje. A to na temat rozmiarów 3i Atlas, a to o różnego rodzaju anomaliach. Ostatnio takim smaczkiem jest brak zdjęć obiecanych przez NASA. Natomiast NASA jest lekko przymknięta wskutek tak zwanego shutdownu. Nie wiem, czy oni z tego już wyszli. Możliwe, że tak, ale zdjęć jak nie było, tak na chwilę obecną nie ma. Pojawiła się teoria, że coś jednak jest na rzeczy i że te zdjęcia się ukrywa umyślnie, bo prawda o 3i Atlas jest przerażająca.
Z drugiej strony, kiedy posłuchamy astronomów, to na chwilę obecną 3i Atlas rozwija ogon. Zapał Aviego Loeba więc słabnie, ale nadal on sugeruje, że ten obiekt będąc za Słońcem może wypuścić sondy. I on ma zamiar te sondy ewentualne gdzieś tam monitorować. Dopiero gdzieś w okolicach świąt Bożego Narodzenia 3i Atlas znajdzie się w punkcie najbliżej Ziemi. To znaczy on nigdy w takim bezpośrednim sąsiedztwie Ziemi nie przeleci, uspokajają naukowcy. Dodam jednak tylko tyle, że 3i Atlas to jest dla Nieznanego Świata trudny temat, ale nie merytorycznie, czy nie, że coś tam próbujemy cenzurować. Chodzi o to, że nasz cykl redakcyjny jest długi, a informacje o tym obiekcie zmieniały się dosłownie kilka razy w ciągu tygodnia nawet. Zatem trudno to nam było ująć w taki zwięzły sposób, bo nie wiedzieliśmy, co się wydarzy za kilka dni czy tygodni, ale na pewno gdzieś w przyszłości opublikujemy jakieś dodatkowe, krótkie podsumowanie tej sprawy, kiedy sobie 3i Atlas w kosmos odleci albo kiedy się jednak okaże, że to są kosmici.
[11:51] - Wertuje Nieznany Świat. I kolejny artykuł, który przykuwa uwagę jest autorstwa Zofii Weaver. Tytuł: „Od sióstr Fox przez Osowieckiego do Jackowskiego". Temat gorący.
[12:06] - No nie wiem, czy taki gorący. Media spirytystyczne, tak należy je rozumieć, chociaż to też tak nie do końca, to jest temat stary jak świat. I tak, i nie, bo właściwie media istniały chyba od początku ludzkości. Mowa nawet o szamanach, którzy się komunikowali ze zmarłymi. Co do autorki: Zofii Weaver przedstawiać nie trzeba. O sylwetce tej badaczki i autorki można przeczytać w numerze z ubiegłego roku, gdzie ukazał się z nią bardzo obszerny wywiad. A w tym nowym artykule przekrojowym Zofia Weaver podnosi kwestię mediumizmu, tego, czym on jest i jak na niego dzisiaj patrzeć. Bo przyznam, że w Polsce, gdzie o parapsychologii się dyskutuje generalnie mało, przez medium rozumiemy kogoś, kto na seansach spirytystycznych robi różne wygibasy czy materializuje zjawy. Natomiast obecnie na Zachodzie medium to taki szerszy termin, nawet bym powiedział, że synonim niekiedy słowa ekstrasens. I pojawia się kwestia Jackowskiego.
Ten udziela w internecie przepowiedni. Jest to oceniane różnie, natomiast dla wielu osób jasnowidz z Człuchowa pozostaje przede wszystkim medium i psychometrą. Zresztą on sam mówił o sobie jako medium. Czy mediumizm jest więc stricte zdolnością do kontaktu z duchami? A może idzie za tym cały szereg innych zjawisk, na przykład podpowiedzi ze świata duchów? Nad tym się autorka zastanawia.
[13:44] - I kolejny temat, który czuję, że jest jednak związany z drugą stroną. Na pewno jest związany. Mam na myśli artykuł Artura Wójtowicza „Czy można połączyć chrześcijaństwo z reinkarnacją?”. A właściwie pierwszy odcinek tych rozważań, które autor snuje.
[14:04] - Artur Wójtowicz to nasz nowy autor. Jest to znany youtuber, teolog, ogólnie człowiek orkiestra i on w swoim artykule, w pierwszej części tego dość kontrowersyjnego tekstu, próbuje nam wyjaśnić, czy można połączyć chrześcijaństwo z reinkarnacją. Powiedzmy od razu, że według Kościoła nie i Kościół to doskonale wie. Natomiast inaczej to wygląda od strony szeregowego wiernego. Magisterium Kościoła mówi, że niektórzy wierni mogą to robić, ale to jest wbrew naukom, wbrew dogmatowi o zmartwychwstaniu, o zbawieniu. Ale przecież nikt nie zabroni katolikowi wierzyć w reinkarnację. Tylko że to jest kwestia jego osobista. Artur przygląda się różnorodnym opiniom, które krążą po internecie, ale także takim eksperckim opiniom wyrażanym w literaturze tematu. Szuka odpowiedzi na pytanie, czy na przykład reinkarnacja była obecna w pierwotnym Kościele. Nie jest to tak, jak wiele osób uważa.
A teraz, Marku, zapachniało mi trochę siarką.
[15:14] - A no tak, bo będziemy mówić o wywiadzie z Krzysztofem Grudnikiem, wywiadzie przeprowadzonym przeze mnie w związku z ukazaniem się książki o LaVeyu. A kim był LaVey? LaVey, zwany Czarnym Papieżem, to był człowiek, założyciel Kościoła Szatana i doktor Grudnik przetłumaczył książkę o tej właśnie postaci, książkę napisaną przez Douga Baarda. Chyba to tak się wymawia. Nie wiem. Draga Baarda. Może tak. W każdym razie przetłumaczył i jest to lektura niezwykle ciekawa, bo nam się często satanizm, Kościół Szatana kojarzy z jakimiś takimi mrocznymi kultami, z rysowaniem pentagramu i tak dalej. Tymczasem Kościół Szatana założony przez LaVeya miał troszeczkę inny charakter, bo LaVey utrzymywał kontakty z możnymi tego świata w tamtym okresie. Może nie z możnymi, z ludźmi kultury.
Artyści tam się pojawiali bardzo często i to był człowiek, który stworzył Kościół Szatana, ale właśnie bez tej otoczki, a w każdym razie miała mniejszą tę otoczkę niż ten satanizm pokazywany bardzo często w jakichś horrorach na przykład. To w ogóle było zjawisko kulturowe. I to tak naprawdę trzeba powiedzieć o tym, że LaVey stworzył coś unikalnego. Naprawdę unikalnego. I powiem, że bardzo dobrze się stało, że książkę przetłumaczył Krzysztof Grudnik. To jest naprawdę specjalista, doktor, który potrafi ten temat ująć tak, to wpływa na tłumaczenie, że naprawdę człowiekowi chce się zgłębiać. Udowodnił to zresztą, pisząc książkę o okultyzmie, a dokładnie nosi ta książka tytuł „Okultyzm i nowoczesność”. Proszę państwa, to jest analiza tego, jak okultyzm oddziaływuje na wszystkie sfery tak szeroko, bardzo pojętej kultury, nie tylko zresztą kultury. Książka niezwykła, ale wróćmy do LaVeya. W tym numerze jest nie tylko wywiad z tłumaczem książki, ale także recenzja z tejże książki.
Piotrze, to ja teraz zapytam ciebie o kolejny tekst. Tekst o tym, że piramidy niekoniecznie były grobowcami.
[17:59] - Tak. Jak mówiłem, piszemy dużo o życiu po życiu i troszeczkę w takim nietypowym kontekście wracamy do tematu piramid jako nie grobowców, tylko, uwaga, czegoś w rodzaju reaktorów chemicznych. Andrzej Butra, doskonale znany z łamów Nieznanego Świata publicysta, podróżnik, pasjonat historii Egiptu zabiera nas na wyprawę śladami teorii i badaczy, którzy twierdzą, że Egipt w oryginale Kem ma dużo wspólnego z Al Chemią, czyli że niektóre piramidy egipskie to wcale nie były grobowce. Były urządzeniami, kadziami wielkimi, takimi reaktorami służącymi do produkcji pewnych chemikaliów i te chemikalia gdzieś tam jeszcze nawet wysączają się czasami spomiędzy kamieni. O co chodzi? To sobie musicie przeczytać. Andrzej podaje różne przykłady, cytuje opinie badaczy, bardzo ciekawe, którzy zajmują się tym fenomenem. Ten artykuł uważam za jeden z kluczowych w tym numerze, szczególnie dla osób, które się interesują zagadkami historii. A poza tym, co w tym 11. numerze Nieznanego Świata?
Jest artykuł o pierwszych Piastach na przykład i ich grobowcach i związanej z tym tajemnicy. Tradycyjnie jest też doktor Piotr Piotrowski i jego działy astronomiczne, a także Igor Witkowski i wiele innych tematów.
[19:27] - Wśród tych wielu innych tematów jest między innymi Filmoteka Nieznanego Świata, a tam Piotr Cielebiaś pisze o horrorze, który w swoim czasie omawialiśmy w Filmotekarium, o horrorze „Oddaj ją”, który pretenduje do miana najlepszego horroru w 2025 roku. I myślę, że całkowicie zasłużenie pretenduje, bo to jest obraz, który robi wrażenie. Dlaczego robi wrażenie? Tu już odsyłam państwa do Filmoteki Nieznanego Świata.
[20:04] - Ten film też się blisko wiąże z tematyką całego numeru, z tematem odchodzenia życia po śmierci. Ale przypominam jeszcze gorąco, drodzy państwo, o prenumeracie. Zamawiajcie, bo taniej w prenumeracie. Przypominam, że Nieznany Świat fizycznie jest dostępny na stanowiskach z prasą, w różnych marketach i salonach prasowych, ale jest też numer elektroniczny. Niektórzy mówią, że tak jest wygodniej. O nim też przypominam. Link do tego znajdziecie pod spodem.
[20:38] - Proszę państwa, to zaczynamy korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof, o którym nie wszyscy słyszeli. Filozof nie taki pierwszoplanowy, ale ważny. A co jeszcze istotne, filozof, który myślę, że wywarł spory nacisk, spory ślad zostawił po prostu w historii filozofii. On jest nie zawsze uświadomiony, bo wiele sławniejszych nazwisk przebiło go, ale to on o pewnych rzeczach mówił może nie jako pierwszy, ale mówił w tak mocny sposób. Jaki to filozof? To się za chwilę okaże. Drodzy państwo, dziś porozmawiamy o człowieku, który miał odwagę powiedzieć coś, co w XVIII wieku brzmiało jak bluźnierstwo, a nawet dzisiaj wywołuje lekkie drgnięcie brwi. Człowiek maszyna? Nie anioł, nie boski projekt, nie wieczna dusza w kruchej powłoce, tylko mechanizm?
Zębatki, sprężyny to w przenośni, a mniej przenośnie płyny ustrojowe i chemia? No tak. Oto Julien Offray de La Mettrie, filozof, lekarz i pierwszy gość, który spróbował rozebrać człowieka na części. Nie w prosektorium oczywiście, ale w swoim umyśle. Zanim jednak zaczniemy filozoficzne przeglądanie wnętrzności, poznajmy bohatera. La Mettrie urodził się w 1709 roku we francuskim Saint-Malo. Chyba to dobrze wymawiam, ale francuski to jest trudny język. Z wykształcenia był lekarzem, co w jego czasach oznaczało, że potrafił przynajmniej odróżnić krew od wina. Studiował w Paryżu, później w Lejdzie i to właśnie tam zaczęła mu świtać myśl: jeśli ciało działa jak mechanizm, to może i umysł jest tylko funkcją owego mechanizmu. A potem przyszła gorączka.
Dosłownie. Podczas jednej z chorób La Mettrie doświadczył halucynacji, dziwnych wahań nastroju, zmian w sposobie myślenia. I wtedy zrozumiał coś, co zmroziło mu krew w żyłach. A może ją podgrzało? Sam nie wiem. Nasze myśli zależą od stanu ciała. Kiedy masz gorączkę, widzisz świat inaczej. Kiedy jesteś głodny, filozofia smakuje jakby gorzej. Kiedy się upijesz, stajesz się poetą przynajmniej przez kwadrans lub dwa, a czasami stajesz się nawet piosenkarzem. Więc o jakiej duszy mówią ci wszyscy, którzy o niej mówią?
Pomyślał La Mettrie. To organizm myśli, a nie duch. Mózg jest jak klawesyn, który sam gra, gdy odpowiednie młoteczki uderzą w odpowiednie struny. W 1747 roku wydał książkę, która wywołała coś w rodzaju osiemnastowiecznego trzęsienia ziemi. Nosiła tytuł „Człowiek maszyna”. To było coś więcej niż prowokacja. To był manifest materializmu. La Mettrie nie mówił, że człowiek działa jak maszyna. On twierdził, że człowiek jest maszyną. Nie ma duszy oddzielonej od ciała, nie ma tajemniczego „ja” zamkniętego w wieży.
Czaszki. Umysł, emocje, sumienie. Wszystko to funkcje biologiczne. Świadomość to nie iskra z nieba, tylko błysk między neuronami. To już akurat jest moja nadinterpretacja, bo La Mettrie o neuronach oczywiście pojęcia nie miał. Można by powiedzieć, że La Mettrie był pierwszym, który napisał instrukcję obsługi człowieka. Choć nie wszyscy byli tym zachwyceni. Kościół dostał spazmów. Filozofowie oburzyli się na bezbożne automaty, a lekarze udawali, że nie znają tego kolegi. La Mettrie uciekł więc z Francji do Holandii, gdzie jego książki również zaczęto palić i to z dużym zapałem.
Potem uciekł więc, jak wielu ludzi w tych czasach, ludzi z odważnymi poglądami, uciekł do Prus na dwór Fryderyka Wielkiego. My, Polacy, nie bardzo lubimy tego władcę. Niemniej jednak życie intelektualne na jego dworze było niezwykle ożywione, więc tam, na tym dworze, wśród wojskowych artystów i filozofów znalazł schronienie. Fryderyk mówił o nim: „To jedyny człowiek, który potrafi śmiać się ze wszystkiego, nawet z własnych przekonań”. No dobrze, ale czym właściwie jest ta jego słynna maszyna? Wyobraźmy sobie, że bierzecie państwo zegarek. Taki stary, nakręcany. Widzicie państwo trybiki, sprężyny, jakieś wahadełka. Kiedy wszystko działa jak trzeba, wskazówki płynnie się poruszają. A teraz weźmy człowieka.
Serce pompuje, płuca tłoczą, mózg przetwarza impulsy. Dla La Mettrie było to dokładnie to samo, tylko może nieco bardziej złożone. Nie ma więc przepaści między człowiekiem a zwierzęciem. Pies, papuga czy człowiek. Wszystko to wersje tej samej maszyny, różniące się stopniem komplikacji. Jeśli nauczymy się dobrze taką machinę rozebrać i zrozumieć, to nie potrzebujemy żadnych dusz, aniołów czy metafizycznych kurtyn. Wystarczy biologia i mechanika. La Mettrie posunął się nawet dalej. Skoro człowiek jest maszyną, to moralność też jest efektem budowy ciała. Dobro i zło to nie uniwersalne wartości, tylko reakcje naszej fizjologii.
Dobre to, co przyjemne i zdrowe. Złe to, co powoduje cierpienie. Filozof nie postulował jednak świata bez etyki, tylko postulował świat bez hipokryzji. Mówił: „Nie udawajmy, że nasze cnoty spadają z nieba. To biologia podpowiada nam, że wolimy ciepło niż zimno, uśmiech niż ból”. La Mettrie miał jeszcze jedną niebezpieczną cechę. Poczucie humoru. Kiedy jego oponenci oskarżali go, że sprowadza człowieka do poziomu zwierzęcia, odpowiadał: „A czy to takie straszne? Zwierzęta nie prowadzą wojen, nie palą czarownic i nie wymyślają podatków”. Był też hedonistą i to bez wstydu.
Uważał, że przyjemność jest nie tylko dozwolona, ale wręcz potrzebna, bo maszyna, która nie smaruje się radością, rdzewieje. Nie znaczyło to jednak, że La Mettrie był płytkim sybarytą. W jego filozofii przyjemność to naturalny regulator życia. Jeśli coś sprawia ci cierpienie, to znak, że system źle działa. I tym właśnie różnił się od późniejszych materialistów. Jego wizja człowieka była mechaniczna, ale ciepła. Maszyna owszem, ale maszyna z uśmiechem. Nie brakowało mu też autoironii. Zmarł, jak głosi anegdota, po zjedzeniu zbyt dużej ilości pasztetu z bażanta. Nie wiadomo, czy to prawda, ale brzmi jak idealna puenta.
Człowiek maszyna zatrzymał się z przejedzenia. Zresztą czyż nie ma w tym jakiegoś głębokiego sensu? Filozof, który głosił, że życie to proces fizjologiczny, kończy, gdy proces zawodzi. Mechanizm się przegrzał, jakby sam filozof chciał zostawić nam praktyczną ilustrację swojej teorii. La Mettrie nie był nihilistą. Przeciwnie. Jego filozofia to hymn na cześć życia takiego, jakim ono jest. Bez anielskich dekoracji, bez udawania, że jesteśmy czymś więcej niż skomplikowanym, myślącym ciałem, ale za to ciałem zdolnym do śmiechu, zdolnym do miłości i ciekawości, czyli do tego wszystkiego, co czyni maszynę piękną. W jego ujęciu człowiek nie jest pomniejszony przez swoją materialność. Wręcz przeciwnie.
Jest cudowny właśnie dlatego, że materia potrafi myśleć. Dzisiaj, gdy patrzymy na roboty z algorytmami i sztuczne sieci neuronowe, La Mettrie nagle przestaje brzmieć jak skandalista. Brzmi raczej jak prekursor neuronauki. To on pierwszy powiedział, że myślenie jest funkcją organizmu. Kiedy dzisiejszy neurolog pokazuje skan mózgu i mówi: „Tu rodzi się emocja, tam powstaje decyzja”. La Mettrie z zaświatów kiwa głową i mruczy: „A nie mówiłem?”. Może więc jego maszyna to nie bluźnierstwo, tylko najwcześniejszy szkic współczesnej biologii człowieka. Maszyna, która śni. Maszyna, która śmieje się. Maszyna, która marzy.
I o ironio, zadaje pytanie, czy rzeczywiście jest maszyną? Bo tak to już jest z wielkimi prowokatorami filozofii. Ich herezje po latach stają się podręcznikami. A La Mettrie, ten wesoły materialista, który lubił wino, pasztet i logikę, pozostaje jednym z tych, którzy mieli odwagę spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Nie jestem aniołem. Ale jeśli maszyna potrafi myśleć o sensie istnienia, to może jednak jest w tym coś boskiego. Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Myślę, że przywołanie tego filozofa to było coś ciekawego. Dla mnie przynajmniej było to ciekawe doświadczenie, kiedy musiałem zbić sobie całą wiedzę w krótki stosunkowo tekst na jego temat. Muszę przyznać, że było to wyzwanie, bo o nim można mówić i mówić. Chociaż podkreślam, to nie jest filozof z pierwszych stron podręczników filozofii.
Tam znajdują się raczej inne nazwiska, ale o La Mettrie warto pamiętać. Naprawdę warto. A teraz kolejny punkt programu. Zapraszam na opowiadanie Karola Matlachowskiego „Histeryczny chichot historii”. To jest opowiadanie, które Marek Sęk przeczytał w ABW nr 80. To dalekie wspomnienia, bo był 30 dzień października 2020 roku. Zapraszam zatem. Karol Matlachowski, „Histeryczny chichot historii”.
[32:18] - Karol Matlachowski, „Histeryczny chichot historii”. Ludu pustyni nastawcie ucha, bowiem będą tu opowiadane stare dzieje. Mamy czwarty rok panowania naszego wodza Abara Złotookiego i jutro rano czekają nas wielkie czyny. Odbieramy naszą własność utraconą przed trzystu laty. Odbieramy miasto na Wielkich Ruinach. Żyliśmy wtedy w pokoju i szczęściu, a ziemia ta, choć surowa i bezlitosna, karmiła nas i obsypywała bogactwami. Władaliśmy niemal całą pustynią, zaczynając od dziwnych lasów na północy po białe skały na południu. Pewnego dnia jednak przybyli obcy w lśniących pancerzach o włosionych twarzach i jasnych oczach. Górowali nad nami wzrostem i swym orężem, jednakże nie szukali z nami zwady. W dwunastym roku panowania ówczesnego wodza, którego zwano Wichsem Piechurem, pozwolono im się osiedlić w południowej części Starych Ruin.
Przez pół wieku żyliśmy w zgodzie, aż pewnego dnia przybyły Długie Uszy. Od początku traktowały nas z pogardą, bo według ich miary nie byliśmy piękni i mądrzy. Nazywali nas goblinami, zielonymi psami i muchami, bo w porównaniu do nich żyliśmy bardzo krótko i ponoć wylęgliśmy się z brudu. Omamili obcych i nakłonili do zdrady. Gdy nastała noc czwartej pełni, zamordowali wodza i jego wojowników. Urządzili straszliwą rzeź, kiedy to ulice Ruin obficie spłynęły krwią ludu pustyni. Blisko osiem tysięcy naszych zostało zabitych w swoich domach. Długie Uszy nie poprzestały na tym. Wraz z Lśniących Pancerzami najeżdżali inne nasze osady. Brali naszych braci i siostry w niewolę.
Polowali na nas jak na piaskowe kózy. Wypędzili nas do Wielkich Skał, gdzie ocaleni założyli trzy wielkie twierdze: Kamienny Strażnik, którym władał klan Dosiadających Waranów, Bitsada rządzona przez Brązowe Poklerze i Wietrzna Warownia należąca do Wędrowców Piasków. Dziesiątki lat żyliśmy z tego, co dały nam góry i pustynia. Rabowaliśmy ludzkie osady i karawany naszych wrogów. Paliliśmy ich posterunki i gromiliśmy patrole. Jednakże nigdy nie udało się nam ubić Długouchego. Każda potyczka z ich udziałem kończyła się masakrą. Długousi byli gibcy i zwinni jak warany. Jeden ich wojownik był wart ośmiu naszych. Smuklejsi od ludzi nosili lekkie pancerze i władali dziwnymi mieczami o krzywych ostrzach.
Z łuków trafiali cele, których inny nie mogłoby trafić. Zapuszczali się nawet na nasze terytoria i mordowali całe obozy. Poległym ucinali nosy i uszy, ścigając się, kto więcej zdobędzie. Tych, którym zezwolili przeżyć, brano w niewolę do miasta na Wielkich Ruinach, gdzie zmuszano ich do wykonywania najochotniejszych prac. Żyliśmy tak wiele lat, marząc o zemście i hartując się w palącym słońcu. W trzecim roku panowania Weka Ospałego zwołano radę wojenną, na której przywódcy z trzech twierdzy radzili, co zrobić. Do Kamiennego Strażnika przybyli Mateczka Eczi od Wędrowców Piasków, Rator Starszy z Dosiadających Waranów i Rugłas Krwawy, wódz Brązowych Poklerzy. Trzy dni i trzy noce próbowano przekonać wodza do podjęcia walki i przeprowadzenia kontrataku. Czwartego dnia Wek dał odpowiedź. Zapadał wieczór, gdy w wielkim namiocie postawionym na dziedzińcu twierdzy Gniewu Przodków ponownie zebrała się rada.
Po uroczystym powitaniu przez gospodarza przybyli zostali napojeni mlekiem z odrobiną krwi wodza. Następnie wystąpił pieśniarz z pieśnią wychwalającą ten dzień i biorących udział w naradzie oraz lamentacje o utraconym mieście, by przypomnieć, po co się tutaj zebrali. Na koniec wystąpił sędziwy szaman Mandżor, by przypomnieć, że duchy patrzą i zebrani tutaj odpowiedzą nie tylko przed swym ludem, ale również przed przodkami, że zebrani tutaj zostali do wyższych celów, a nie dla własnych interesików. Po przemowie namaścił kozim tłuszczem głowy przywódców, by decydowały mądrze. Serca, by intencje były czyste i dłonie, by nie mogli łatwo utrzymać broni. Po jego wyjściu przemówił wódz: „Gadamy tu już tydzień, a wy dalej nie chcecie walczyć” – rozdarł się żylasty wojownik odziany w przepaskę biodrową. Ku zniesmaczeniu obecnych wymachiwał gniewnie trójzębem będącym oznaką jego władzy. „Czyżbyście stracili jaja?” Mateczka Eczi chrząknęła znacząco. Wódz lekko ukłonił się w ramach przeprosin. Wiedział, że mateczce lepiej się nie narażać, mimo że serce miała równie wielkie jak barki.
Górowała muskulaturą nad każdym mężczyzną w namiocie. „Wodzu, my możemy walczyć, ale niech będzie to walka sensowna. Otwarta wojna, której pożądasz, to szaleństwo” – odezwał się cicho Rugas. Długie, czarne włosy i bladozielona skóra opinające wątłe mięśnie nie wskazywały, by ich właściciel był jednym z najbardziej krwiożerczych wojowników ludu pustyni. „Nasz brąz nie sprosta ich żelazu. Są od nas więksi, silniejsi i szybsi. Z zaskoczenia możemy ich sobie wyłapywać, ale w walnej bitwie bez problemu wybiją nas. Przecież Rator i jego ludzie umieją wytwarzać broń z żelaza. Tak się przechwalał na Festiwalu Poległych w zeszłym roku” – warknął wódz, patrząc na siwowłosego mężczyznę z bielmem na prawym oku, który natychmiast odrobinę poszarzał na poznaczonej bliznami twarzy. Od tego czasu powinniśmy mieć dość żelaznej broni, by walczyć.
„Veku, to prawda, bo nasi kowale zbudowali piece zdolne wytopić żelazo” – odezwał się stary wojownik. Jako starszy wiekiem miał przywilej zwracania się do wodza po imieniu. „Ale my nie wydobywamy go. Na tych ziemiach nie ma skąd go wydobywać. Wszystko, co dotychczas wytworzyliśmy, pochodziło z broni i pancerzy, które odebraliśmy trupom i które potem przekuliśmy na własne potrzeby. To zbyt mało, by uzbroić wszystkich z naszego klanu. A tu mowa o 10-tysięcznej armii.” „Kolejna rzecz to długie uszy” – odezwała się mateczka, skubiąc powoli kozi łuciec. „A raczej to, że żaden nie zginął. Niektórzy zaczynają wierzyć, że są nieśmiertelni, że to bogowie, co zstąpili na nasz świat.” Wódz zaklął plugawie. W namiocie było wystarczająco dużo miejsca, by rozpocząć spacer od ściany do ściany.
Uczestnicy narady wiedzieli, że teraz lepiej siedzieć cicho i nie prowokować do podjęcia głupiej decyzji. Minuty mijały, aż w końcu wódz się zatrzymał. „Więc długie uszy to bogowie, bo nikt ich jeszcze nie zabił. To można zrobić. Coś wymyśliłem, ale muszę tylko porozmawiać z…” Posłali wtedy posłańca do staruszka z błękitnej groty, najmądrzejszego wśród naszych szamanów. Niemalże 100 lat chodził on po ziemi i służył już trzeciemu wodzowi swą wiedzą i zdolnościami. Ten zadumał się, gdy usłyszał prośbę rady. „Rzecz, o którą prosicie, wiem, co jest ryzykowna. Wróćcie za dwa dni. Wtedy powiem, czy mogę to zrobić” – rzekł staruszek.
Minęły dwa dni i gdy do groty zawitał posłaniec, usłyszał następującą odpowiedź. Vek zerwał się z posłania, odruchowo dobywając noża o paskudnym, wąskim ostrzu. Zbudził go głośny szelest dobiegający z ciemności w głębi namiotu. Wpatrywał się teraz w to miejsce, zachodząc w głowę, któż mógłby się przemknąć obok jego straży. „Veku, czy ty wiesz, co robisz?” – usłyszał szept. W mroku, niemalże na granicy widoczności, zamajaczył jakiś kształt. „Czcigodny” – skłonił się pokornie wódz. „Wiem, co robię, ale bez twojej pomocy mój plan może się nie udać.” „Nie może, tylko na pewno się nie uda. Nie rozumiesz, jak to działa. Nam, szamanom, nie wolno wykorzystywać duchów przodków do mordu.
A do tego sprowadza się to, co proponujesz. Chcesz, bym zwiódł tutaj jakiegoś długouchego i nasłał na niego duchy, które go zniszczą” – przemówiła ciemność z wyraźną przyganą w głosie. „Nie, spokojnie, czcigodny. Ty nie musisz go zabijać” – pospieszył z wyjaśnieniem Vek. „Pragnę tylko, byś na tego jednego długouchego zesłał sny o zagładzie pewnego miejsca. Resztę wykonamy sami.” „Chcesz zniszczyć osadę na południowym brzegu Starej Sadzawki, mimo że nie ma powodu, by to robić. To miejsce nic nie znaczy. Nie ma tam bogactw. Dlaczego miałbyś się tam pojawić? Moi szamani utrzymują kontakt ze swoimi braćmi, których wzięto do niewoli.
Ci z kolei przewodzą wszystkim naszym braciom i siostrom dzielącym z nimi los niewolnika. Raczej dobrze się orientują w tym, co się dzieje wśród obcych i długouchych. I według nich w tym miejscu ukrywa się ktoś bliski dla niego. Nie wiemy kto, więc dla pewności wytniemy w pień wszystkich w osadzie. Ten długouch jest bardzo popędliwy i pyszny, więc będzie chciał się zemścić. Do czego to doszło, byśmy musieli robić takie rzeczy?” – westchnęła ciemność. „Musimy. Albo oni, albo my” – mruknął ponuro Wuts. „Pomożesz?” „Tak, ale to będzie trudne. Długie Uszy znają potężną magię, a ich umysły różne są od naszych i obcych.
Jeśli coś pójdzie nie tak, z łatwością nas wyśledzą. Dlatego, o czcigodny, proszę oto ciebie jako najbieglejszego z szamanów. Ześlij na Długouchego o imieniu Aymar zły sen. My ześlemy na niego wieczny sen.” Tydzień później Dosiadający Waranów zaatakowali o brzasku i spustoszyli ludzką osadę zwaną Smenoë, wycinając w pień wszystkich jej mieszkańców. Puścili z dymem ich domy i nie zacierając śladów, ruszyli w kierunku starego wąwozu. Musieli się wycofać, bowiem według zwiadowców do miasta zmierzał oddział sześciuset żołnierzy w lśniących pancerzach, którym przewodził miedzianowłosy Długouch. To był Aymar, najmłodszy syn króla Długich Uszów, słynący z okrucieństwa wobec naszych braci i sióstr żyjących w niewoli. Widząc zniszczenia, wielce się rozgniewał i nie bacząc na wzmagający się upał, nakazał ruszyć po śladach zostawionych na piasku. Uciekający mieli około dwóch godzin przewagi i do wąwozu dotarli przed momentem, gdy słońce jest najwyżej na niebie. Wkraczając, dali znak czekającym wojownikom, by szykowali się do walki.
Wastę powoli ostrzył nóż w oczekiwaniu na wroga. Słońce paliło niemiłosiernie i nikłe cienie rzucone przez wyschnięte drzewo ledwie dawały odetchnąć. Doświadczony wojownik cieszył się jednak z tego, że jest tutaj. W namiocie nikt już na niego nie czekał. „Jak pomyślę o tym, jak obcy muszą się gotować w tych swoich świecących zbrojach, to prawie ich żałuję” – odezwał się siedzący obok niego Zanazara z klanu Brązowych Puklerzy. Ten pozwolił sobie zdjąć pancerz i hełm, by nie przegrzać się zbytnio przed walką. „Zamknij się. Za samo takie gadanie Roguas może ci wlepić 20 batów” – odezwał się jego młodszy brat Zygend, polerując z namaszczeniem puklerz. „Nie bój się, nie wlepi. Potrzebuje nas zdrowych i zdolnych do walki, bo nie chciałby uszczuplić swojej pięćsetki ochotników” – zaśmiał się starszy wojownik.
Wastę nie przerywał ostrzenia. Troszkę się denerwował, bo na rozkaz mateczki Eczi miał pod sobą około dwustu wędrowców piasków służących za przynętę dla wroga. Rozłożyli prowizoryczny obóz, by udawać, że zatrzymali się na popas. Dwustu wojowników w skórzanych zbrojach, uzbrojonych w kolczaste pałki, noże, oskardy, czekany, włócznie i oszczepy. Większość z nich była hodowcami waranów, myśliwymi i górnikami. Nie widzieli jeszcze poważnej bitwy na oczy. Jednak na życzenie mateczki byli gotowi służyć za ofiary na ołtarzu wielkiego zwycięstwa. Przez wylot wąwozu wpadł jeździec na waranie pełniący straż na przedpolu. Olbrzymia złota bestia o beczkowatym korpusie z podłużnym pyskiem, chroniona płytami brązu i żelaza na podbrzuszu i bokach, gdzie łuski były najsłabsze, prezentowała się groźnie i dostojnie. Podobnie jak jej właściciel w bogato zdobionym pancerzu i z włócznią o szerokim, ząbkowanym grocie.
„Są. Szykujcie się.” Zmęczeni, zgrzani, ale dyszący żądzą zemsty żołnierze Długouchego weszli w pośpiechu do wąwozu. Będąc w połowie drogi zorientowali się, że wpadli w pułapkę. Nasi szamani zaczęli zaklinać moce ziemi i powietrza. Piaski zaczęły się osuwać i pochłaniać naszych wrogów, a odpadające od ścian wąwozu wielkie głazy płoszyły wierzchowce i miażdżyły ciała, odcinając drogę odwrotu. Rzucili się do przodu byle szybciej, byle tylko uciec z tego piekła. Wąwóz pochłonął trzecią część wrogich sił. Wpadli prosto na przynętę i natychmiast rzucili się do walki, by pomścić swych poległych towarzyszy. W ruch poszły pałki i noże. Oskardy przebijały zbroje, miecze i topory rozcinały ciało.
Grupka straceńców trzymała się dzielnie do momentu ujawnienia się posiłków. Niebo zaroiło się od kamieni i oszczepów. Niejeden z obcych wypluł zęby wybite celnym trafieniem procarza. Błyszczące zbroje wkrótce pokryły się krwią, a ich szeregi zaczęły topnieć. Roguas i jego dzielni wojownicy uderzyli na nich od boków, biorąc wroga w kleszcze. Mateczka Eczi osobiście poprowadziła swe dzieci, by wesprzeć załamującą się linię dzielnych przynęt. Mimo że coraz więcej obcych zaczęło umierać, nie wszystko szło zgodnie z planem. Długouchy wciąż żył i zadawał nam ciężkie straty. Podczas ostrzału nie został nawet draśnięty, a krew, jaka splamiła jego zbroję, należała do naszych wojowników. W chaosie walki zdołał zgromadzić wokół siebie najsilniejszych żołnierzy i wykonał niemożliwy manewr.
Przeszedł do kontrataku, wyrębując sobie drogę w głąb naszych formacji. Nasi chłopcy zaczęli wątpić Strach zajrzał w niektóre serca, aż długouchy stanął przed pewnym młodym wojownikiem z klanu Wędrowców Piasków. Cehar rozejrzał się przerażony. Jego lud ledwo dawał rady. Linia niemal się załamała, a on sam czuł, że jest zbyt młody, by polec w tej bitwie. Obcy umierali powoli, zbyt powoli w przeciwieństwie do nich. Mimo początkowego szoku długouchy zdołał zebrać wokół siebie sporą grupę żołnierzy gotowych wyciąć sobie drogę zapewniającą wyswobodzenie się z potrzasku. Instynktownie uchylił się przed ciosem Buzdygana i skrócił dystans na tyle, by przywalić kolczastą pałką. Krew opryskała zieloną twarz, gdy kolce z obrzydliwym mlaśnięciem wyszły z gardła obcego. Jakieś przeczucie kazało mu odskoczyć w prawo.
Poczuł tylko smagnięcie wiatru na policzku i błyskawicznie obracając się stanął oko w oko z długouchem. Rudy i smukły wyglądał, jakby całe to starcie było mniej męczące od wstania z łoża. Gdyby nie krwawe cętki znaczące srebrzystą kolczugę, Cehar nie powiedziałby, że długouchy brał udział w jakiejkolwiek walce. Na jego oczach dwóch smarkaczy doskoczyło do rudowłosego i niemalże natychmiast padli z rozciętymi gardłami. Ruchy długouchego były niesamowicie szybkie i pełne gracji. Cehar podziwiałby dalej, lecz przeciwnik postanowił zaszczycić go swoją uwagą. Nie zdołał zadać ciosu. Ledwie unikał zabójczych cięć mijających go dosłownie o włos. Atak trwał nieprzerwanie, nie dając młodemu wojownikowi nawet chwili oddechu. Długouchy uśmiechał się drwiąco, przekonany o swym rychłym zwycięstwie.
W końcu jego ostrze dosięgło celu, rozwalając łuk brwiowy Wędrowca Piasków i posyłając go na ziemię. Lewe oko Cehara przestało widzieć, momentalnie zalane krwią. Desperacko próbował odpełznąć, wymachując pałką na oślep. Eimer nonszalancko wybił mu broń z dłoni, uderzając płazem szabli. Wędrowiec Piasków w akcie desperacji rzucił na oślep garścią piachu w długouchego. To go ocaliło. Rudowłosy zrobił krok w tył, odruchowo zasłaniając oczy. Młodzieniec wiedział, że to jego jedyna szansa. Dobył noża i doskoczył do długouchego, który instynktownie postawił zasłonę chroniąc tułów i szyję. Te nie były celem Cehara, bo z impetem wbił ostrze w bok kolana i pociągnął z chrupotem, rozwalając ścięgna i więzadła.
Długouchy zawył i uderzył na oślep głowicą szabli w miejsce, gdzie powinna się znajdować głowa zielonoskórego. Nie trafił i kolano złamało się pod własnym ciężarem, powalając Eimera. Świadkowie tego upadku zawyli z radości, dodając animuszu młodemu wojownikowi. Zranił długouchego. Jego czerwona krew kapała powoli z ostrza noża. Na ten widok jego bracia w boju jakby odzyskali siły i zaatakowali z jeszcze większą zajadłością. Na plecy związanego walką wroga wjechali jeźdźcy waranów, zamykając ich w okrążeniu. Młodemu wojownikowi pozostało tylko dopełnić dzieła. Rzucił piaskiem w twarz długouchego, który machnął na odlew nożem. Zielonoskóry zanurkował pod ostrzem i jednym susem dopadł do wroga, zatapiając ostrze w oczodole aż po rękojeść.
W ogniu tej bitwy narodził się bohater, którego imię wspominamy w opowieściach do dziś. Cehar Pogromca, pierwszy, który pokonał długouchego i który do dnia swej chwalebnej śmierci w bitwie pod Szarymi Kolumnami zabił ich dwudziestu. Tamtego dnia uwierzyliśmy, że to możliwe, by odmienić nasz los. Że choć nasz przeciwnik żyje dłużej od nas i jest znacznie potężniejszy, znacznie szybszy i o wiele lepiej wyszkolony, to jednak możemy go pokonać. Od tamtej bitwy odzyskaliśmy niemalże wszystkie ziemie, prócz jednego najwspanialszego klejnotu. Miasta na Wielkich Ruinach. Dlatego dzisiaj dobrze odpocznijcie. Spędźcie noc z nałożnicami, ucztujcie z braćmi w boju, śpiewajcie i tańczcie. Jutro czekają na was wielkie czyny. Jutro odbijamy miasto.
[54:44] - A ja teraz zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj film „Obecność 4”. Tylko nie zgadzamy się w jego ocenie z Piotrem, co chyba właściwie poprawia albo podnosi atrakcyjność samej recenzji. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Myślę, że to będzie ciekawy Filmotekarium, a film, który omówimy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[55:17] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[55:19] - Film, który omówimy sprawił, że na nowo zacząłem wierzyć, że horror, który straszy jest jeszcze możliwy. Ale spokojnie, to nie jest tak, że wyszedłem zachwycony i wszystko jest och i ach. To jest film, który tak sobie powiem na początek, bo później może będzie milej, ale na początek powiem rzecz niemiłą. On stosuje zgrane chwyty. Bardzo wiele rzeczy, które w tym filmie się pojawia, już gdzieś państwo widzieli. Niemniej jednak ja ten ponad dwugodzinny seans wspominam bardzo dobrze. Kilka razy poczułem naprawdę napięcie, pomimo że to już jest w końcu czwarta część w cyklu i powinienem być uodporniony. A mimo to, to jest film, tak jak już powiedziałem, który odnowił we mnie wiarę, że horrory, które straszą albo podstraszają, użyjmy takiego sformułowania, są jeszcze możliwe.
[56:25] - Dla mnie ten film to było jak ostatnie namaszczenie przed zgonem. I to nie z powodu strachu, tylko nudy. Mówimy dzisiaj o "Obecności 4", czyli właśnie ostatnie namaszczenie i ta żenująca, może nawet nie na miejscu gra słów z mojej strony nie jest przypadkowa. Pojawienie się "Obecności" w kinach zawsze przyciąga uwagę. Czy to "Obecności", czy tych pokrewnych filmów, bo ich tam trochę było, ale chyba nie jest to z racji tego, że zbliża się Halloween i z racji nostalgii za całkiem dobrym pierwszym filmem w tej serii. Przyciąga to uwagę pewnymi chwytami marketingowymi, natomiast w tym przypadku było źle moim zdaniem. Ten film to jest kolejna odsłona przygód samozwańczych demonologów Eda i Lorraine Warrenów, ludzi, którzy byli związani z najsłynniejszymi nawiedzeniami w Stanach Zjednoczonych. Dzięki tym filmom Warrenowie dostali zastrzyk gotówki na pewno też i popularności, ale też wiarygodności, bo z tą wiarygodnością ich w życiu realnym to było bardzo różnie. Film, w ogóle większość tych filmów zwraca uwagę, ale ten też zwrócił uwagę, szczególnie dlatego, że oparty jest o pewne dość głośne wydarzenia w domu państwa Smurlów w Pensylwanii. Jest też jeszcze jedna sprawa.
Pomimo tego, że to już czwarta odsłona, tak naprawdę trzeba liczyć jeszcze te filmy, które są z Warrenami jakoś powiązane. Także ich jest więcej. I to chyba jest koniec w ogóle. Wygląda na to, że to jest ostatni film w uniwersum Warrenów. I pytanie, co się stało, że zdecydowano się chyba, ale to chyba tą serię zakończyć. Czyli tutaj pamiętajcie, że Warrenowie filmowi, a Warrenowie prawdziwi to dwie zupełnie inne sfery są. Wspomina się oczywiście w tym filmie jeszcze o nawiedzonej lalce Anabeli, jakby nam puszczając oko, że tak, jest jeszcze ta seria filmów. Natomiast w tym ostatnim namaszczeniu Warrenowie już jako rodzice dorosłej córki wiodą sobie skromny, spokojny żywot na przedmieściach. Odeszli od egzorcyzmowania i wypędzania duchów, chociaż oni egzorcystami de facto nigdy nie byli. Oni się chwalili, że mają pozwolenie od papieża, co było po prostu bujdą.
Także tam kwestie marketingowo-propagandowe wokół Warrenów odgrywały znaczącą rolę. Ale wróćmy do filmu. Oni sobie tam żyją, udzielają wywiadu, dbają o swoją kolekcję przeklętych przedmiotów, które mają w piwnicy. Z filmu też się dowiadujemy więcej o ich córce i o tym, że ona dysponuje podobnym darem co Lorraine Warren, czyli widzi duchy, zjawy, które przyczepiły się do niej już w niemowlęctwie. I to ma ogromne konsekwencje dla niej i w ogóle dla całego filmu. To jest jedna z płaszczyzn tego obrazu, bo druga rozgrywa się równolegle w domu państwa Smurlów w Pensylwanii, gdzie widzimy dymiące kominy, kopalnie węgla i taką rodzinę mieszkającą w dość ponurym domu, gdzie straszy.
[59:39] - Ten dom, mówiąc szczerze, wyjątkowo paskudny. Jakoś tak tam jest nie dość, że bałagan, to jakoś tak nieprzytulnie w tym domu, ale zostawmy to, to był ich problem. Natomiast tu się Piotrze dzisiaj chyba nie pogodzimy, bo ja uważam, że ten film jest świetnie zagrany. Tam jest kilka ról, które sprawiły, że ja nie nudziłem się. To nawet jak były takie momenty, w których działo się niewiele, bo takie momenty się zdarzają w tym filmie. W końcu dwie godziny 15 minut trzeba czymś wypełnić. Nie zawsze jest to żywa akcja, to jednak muszę przyznać, że aktorzy ci na pierwszym planie są naprawdę nieźli. I tak jak ja jestem dosyć odporny na twórczość, na grę aktorską, to muszę powiedzieć, że tutaj kilka ról mi zaimponowało. Kilka ról sprawiło, że chylę czoła. A wracając jeszcze do tego, co się dzieje na ekranie.
Powiedziałem, że rzeczy niektóre są zgrane, już były tysiąc razy, a mimo to ja wychodzę z założenia, że historia, która tu jest opowiedziana, w jakiś sposób angażuje. Moim zdaniem scenarzyści, tak jak często narzekam na scenarzystów Tutaj odrobili zadanie. I umówmy się od razu, muszę to powiedzieć: to nie jest tak, że ja jakoś jestem ślepo zapatrzony, ale powiem, że ostatnimi czasy, przez ostatnich kilka miesięcy opowiadaliśmy państwu o takiej ilości naprawdę złych filmów, naprawdę złych, że być może ja rzeczywiście byłem tak spragniony jakiegoś widowiska i jakiegoś filmu, który zaangażuje mnie swoją fabułą, że być może sięgnąłem po towar nie pierwszej świeżości. Z tym się zgodzę. Mogę się z tym zgodzić, ale to świadczy w ogóle o kondycji kina, o której moglibyśmy kiedyś porozmawiać, ale to nie teraz. Tyle, tak sobie sięgam pamięcią, od pół roku opowiadaliśmy państwu w przypadku różnego rodzaju horrorów o tym, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Więc jak się trafił film nawet średni, to i tak jest niezły. I tu trochę się uśmiechnę, bo Piotr ma nadzieję, że to ostatni film z serii. Jestem gotowy się założyć, że nie. Dla mnie potwierdzeniem jest ta wizja jednej z głównych bohaterek, która patrzyła w przyszłość i widziała, jak oni będą żyli, jak się będą starzeli i tak dalej.
Tam się otwiera całe spektrum możliwości zarówno dla starszych, jak i dla młodszych, bo przecież córka nie bez przyczyny ma jakieś tam zdolności i ma całkiem sympatycznego chłopaka i tak dalej. Powiem tak: jeśli nawet to nie jest film wybitny, to obejrzyjcie go państwo. Dwie godziny piętnaście minut to jest wyzwanie, przyznaję. Tym bardziej, że wspomniałem o tym i chwilami, tak jak Piotr powiedział, chwilami wieje nudą z ekranu. Mnie to wynagradzała gra aktorska. Nie wiem, czy państwo jesteście czuli na ową grę, ale jakbym miał powiedzieć tak, już kropkę nad i postawić: tak, warto ten film obejrzeć, nawet jeśli wybitny nie jest. Skończyłem.
[01:03:31] - Mocną stroną serii "Obecność" zawsze były kreacje głównej pary aktorów, którzy się wcielali w demonologów, czyli Patricka Wilsona i Very Farmigi. Ciekawe, że Patrick Wilson ma żonę Polkę, bywa często w Polsce. Wilson też grał w serii innych horrorów, ale już mniej takich popularnych. "Insidious", jeden nawet wyreżyserował. Vera Farmiga wbrew takiemu latynoskiemu nazwisku jakby jest de facto Ukrainką. To też jest ciekawe. Oni nadali Warrenom oboje takiego rysu dramatycznego i wiarygodności, bo prawdziwi Warrenowie tak już inaczej wyglądali. Możecie sobie ich zawsze zobaczyć na końcu w tych filmach, kiedy są dodane jakieś wątki związane z rzeczywistym przebiegiem danego zdarzenia. Tu się nie ma przyczepić co do realizacji, co do scenografii. Tylko te filmy już po czwartym razie mnie nie straszą.
Widziałem wszystkie. Brak im trochę klimatu. One są przedobrzone, czego przykładem jest wątek księdza w tej czwartej części, jego tragicznego losu. Może dlatego się zdecydowano to uniwersum formalnie zakończyć na ekranie, chociaż w Ameryce to nigdy nic nie wiadomo i Warrenowie mogą nam niespodziewanie wrócić kiedyś jeszcze, bo nie oszukujmy się, znacie dobrze Hollywood i Amerykę. Jeżeli jest zapotrzebowanie, to film się pojawi. Jeżeli to było ich pożegnanie, to myślę, że było słabe. Może będą kolejne filmy z ich córką w roli głównej. Nie wiem. Szczerze mówiąc nawet mnie to za bardzo nie obchodzi. Z całym szacunkiem tutaj dla Wilsona i Farmigi, ale przewidywalność zabiła tą serię, serię "Obecność".
Jest ogromna przepaść między pierwszą "Obecnością" a kolejnymi częściami i ona po prostu bije po oczach. Ja pamiętam, jakim sukcesem i jakim w ogóle klimatycznym filmem była ta pierwsza "Obecność", chociaż może coś tam przyćmiewa moją opinię, jakaś nostalgia, ale potem było tylko gorzej. Tutaj na przykład, jeżeli przejdziemy do tych Smurlów, u których straszy, to tam straszy duch ze zwierciadła kupionego na pchlim targu. Rodzina jest nękana, dochodzi do różnego rodzaju nietypowych aktywności. One są w filmie przedstawiane w taki sposób mocno przesadzony. To znaczy realnie sprawa Smurlów, ona wywoływała raczej takie sprzeczne, negatywne emocje. Była w ten sposób oceniana, że tutaj jakieś coś dziwnego się dzieje, oni chcą zarobić. Dodatkowo w filmie mamy pokazane to, jak duch zaciska pierścień wokół córki Warrenów, wokół tego księdza. No i finalnie jest to, co zazwyczaj mamy w tego rodzaju filmach, gdzie egzorcysta walczy z demonami nie tylko w "Obecności", ale chociażby w "Egzorcyście papieża". Czyli mamy finalną konfrontację z demonem.
Jak do tego dochodzi, to sobie już zobaczycie. Tyle że tak: to wszystko nie tylko w "Obecności", ale w podobnych filmach przebiega zazwyczaj bardzo schematycznie. Mamy już takie często przesadzone sceny aktywności tych duchów, no bo co tam jeszcze można pokazać, prawda? No i mamy wielki finał w postaci tej bitwy, gdzie już naprawdę się wszystko dzieje. W "Obecności" też było przewidywalne to, że ten duch zawsze się na końcu czepia Lorraine, bo to ona ma te największe właściwości mediumiczne i tak dalej. Tam na końcu to brakuje tylko Godzilli i ognistego deszczu. I niestety muszę to powiedzieć, że tak jak w przypadku wielu innych uniwersów, tutaj my wiemy, czego się spodziewać już Po filmie, który ma numer wyższy niż jeden, obecność przestała szokować. Mnie przynajmniej. Tutaj mamy jeszcze dodatkowy problem tego filmu, bo historia Smurlów jest przedstawiona dość słabo. Tam mamy trzy płaszczyzny, bo mamy jeszcze płaszczyznę związaną z ich córką i z jej przeżyciami, nie tylko z przeżyciami Warrenów.
I to, co powinno nas najbardziej szokować, czyli to demoniczne nawiedzenie w Pensylwanii, było dodatkiem do tego filmu. Jest przedstawiane trochę z doskoku. W sumie nawet w pewnym momencie się zacząłem zastanawiać, co tam się dzieje, po co to w ogóle jest? Nie ma dla mnie w tym filmie zbyt wielkiej dawki grozy. Może dlatego, że już przesyciły mnie pewne schematy. To nie straszy. Nie wiem, może po prostu widziałem tego już za dużo, ale plus zawsze dla pary głównych bohaterów. I szczerze mówiąc ja bym nie chciał, żeby oni znikali z tej przestrzeni horrorowej, bo dobrze się ich ogląda. Oni nie muszą być Warrenami, ale mogą się pojawić jako ktoś inny.
[01:08:24] - Ja sobie nawet wypisałem słabsze i mocniejsze strony tego filmu i to, co sobie wypisałem, teraz państwa z tym zapoznam. Zdecydowanie słabszą stroną tego filmu jest tempo narracji i pewna konstrukcja fabuły. I to nie dlatego, że ja jestem taki mądry, ale przeczytałem sporo recenzji i one też się do tego odwołują, że film się rozwija bardzo powoli, długo się rozkręca i rozkręca i to może być uznane za wadę. Muszę powiedzieć, że ten film jakby miał półtorej godziny albo godzinę czterdzieści, to też by się nic nie stało. Naprawdę by się nic nie stało. Może by tempa nabrał lepszego. Zdecydowanie do słabszych stron zaliczyłbym brak świeżości w motywach horrorowych. I znowu nie jestem odkrywcą. Bardzo wielu krytyków to podkreśla, że film ewidentnie powiela znane chwyty w tym gatunku. Lustra, zjawy, jumpscary się pojawiają właściwie dosyć często.
Nic nowego pod słońcem. Żonglujemy po prostu ogranymi chwytami. Wydaje mi się, że wątki poboczne, postacie drugoplanowe, mówiłem o dobrej grze aktorskiej na pierwszym planie. Ten wątek rodziny Smurlów wydaje mi się po pierwsze słabo rozwinięty. Tam niby się próbuje coś robić, ale ten wątek akurat najmniej mnie wciągnął, chociaż w pewnym momencie on się staje głównym wątkiem. Ale niektóre postacie, które się z tym wątkiem wiążą, słabe to było. A do mocnych stron bym zaliczył jednak atmosferę, chwilami przynajmniej atmosferę i realizację. Zdecydowanie realizację, bo muszę powiedzieć, że budowanie klimatu, chociaż nie zawsze wychodzi, to chwilami jednak bywa interesujące. Technicznie ten film budzi moje mieszane uczucia. Po raz kolejny widziałem wątek z tą bardzo modną w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce zakazaną mielarką do odpadów.
Wiecie państwo, przy zlewozmywaku podłączaną. Tylko się zastanawiałem, czy ona włoży rękę w to, czy nie włoży. Nie włożyła, to od razu państwu mówię. Ale naprawdę te wątki, nawet takie przedmiotowe, czyli mamy zlewozmywak z mielarką czy z młynkiem do mielenia odpadów. Nie, to naprawdę zgrane. Dalej z mocnymi stronami. Już podkreślałem to: postacie i relacje rodzinne. Bo ten film, to też trzeba podkreślić, bardziej niż poprzednie części się skupia na rodzinie Warrenów, na przedstawieniu całej tej rodziny, a właściwie związków. Córka, relacja między bohaterami, czyli ojciec, matka, córka. Pojawia się też potencjalny zięć.
Myślę, że fajnie jest to zrobione, ale mówię, czasami to się rozkręca bardzo powoli. To tyle, jeśli o tych mocnych stronach filmu. Nie powiem nic nowego. Powiem tyle: ja tam jestem zadowolony. Po pół roku posuchy obejrzałem to sobie jednak z pewną przyjemnością. Na bezrybiu i rak ryba. A zgodnie z tradycją teraz nastąpią polecanki z pogranicza. Przypomnę, że polecanki z pogranicza są „sponsorowane" Przez księgarnię Galerię Nieznanego Świata, która mieści się w Warszawie na ulicy Kredytowej. Ale równie dobrze możecie Państwo księgarnię Galerię odnaleźć w sieci. Tam zamawiać.
To właściwie rzecz, którą można robić. Proszę państwa, kiedy sobie ostatnio przeglądałem ofertę, można w tym gąszczu naprawdę się zagubić. Tych książek jest tam tyle, a wszystkie traktują o rzeczach z pogranicza. Zerknijmy na trzy wybrane tytuły. "Sprawa przeciwko rzeczywistości. Dlaczego ewolucja ukryła prawdę przed nami?” To tytuł. Autor Donald Hoffman, wydawnictwo Virgo. Data wydania: pierwsze wydanie z 2025 roku, a więc świeżynka. Książka "Sprawa przeciwko rzeczywistości" to nie tylko próba filozoficznego przewartościowania tego, co uważamy za rzeczywistość. To także śmiałe podejście do ewolucji świadomości i samej natury percepcji, oparte na danych naukowych, matematycznych modelach i eksperymentach.
Pionierskie tematy poruszone w książce: Iluzja obiektywnej rzeczywistości. Hoffman twierdzi, że świat, który postrzegamy naszymi zmysłami, nie jest tym, czym się wydaje. To, co widzimy, słyszymy i czujemy, to nie rzeczywistość sama w sobie, lecz przystosowany ewolucyjnie interfejs użytkownika, który ukrywa prawdę, by zwiększyć nasze szanse na przetrwanie. Teoria mówi: postrzegamy świat nie takim, jakim on jest, lecz takim, który opłaca się widzieć. Zamiast realistycznego obrazu rzeczy dostajemy uproszczony interfejs, jak pulpit komputera z ikonami, który ukrywa złożoność działania systemu. To oszczędza energię i ułatwia reakcję na bodźce. Realizm świadomościowy. Zamiast zakładać, że mózg generuje świadomość, Hoffman proponuje, że to świadomość jest pierwotna, a wszystko, co postrzegamy, w tym mózg, to jedynie jej projekcje. Każda jednostka świadomości działa poprzez swój własny interfejs percepcyjny. Ewolucja a prawda.
Hoffman wykorzystuje matematyczne modele teorii gier ewolucyjnych, aby pokazać, że ewolucja nie faworyzuje postrzegania prawdy, lecz postrzeganie tego, co zwiększa przystosowanie do środowiska. Krytyka realizmu naukowego. Książka uderza w założenie, że istnieje jedna wspólna, obiektywna rzeczywistość, do której nauka stopniowo się zbliża. Hoffman argumentuje, że nawet fizyka kwantowa i współczesne modele nie opisują rzeczywistości, lecz relacje między naszymi doświadczeniami. Nawiązania do fizyki i filozofii Wschodu. Hoffman cytuje fizyków, na przykład Nima Arami Hameda, którzy twierdzą, że czasoprzestrzeń to pojęcie przestarzałe. Porównuje też swoje podejście do buddyjskiej koncepcji świadomości i stanu pośmiertnego, gdzie interfejsy percepcyjne mogą się zrestartować lub zmienić. Cytat przewodni z książki: „Być może pragniesz prawdy, ale jej nie potrzebujesz. Postrzeganie prawdy doprowadziłoby nasz gatunek do wyginięcia.” Dzięki lekturze tej książki zyskasz nową perspektywę na rzeczywistość. Książka rozszerza horyzonty i burzy intuicyjne przekonania o tym, jak działa świat.
Zmusza do refleksji nad tym, co uznajemy za prawdziwe i dlaczego. Lepsze zrozumienie relacji między ewolucją a świadomością. Czytelnik dowiaduje się, jak i dlaczego ewolucja mogła nas okłamywać. To przewraca do góry nogami klasyczne podejście do nauki, psychologii i biologii. Można też zyskać wiedzę opartą na nauce i matematyce, nie tylko filozofii. Hoffman nie poprzestaje na spekulacjach. Prezentuje konkretne modele matematyczne, wyniki eksperymentów i współczesne badania z zakresu neuronauki i informatyki. Tak, to było dosyć obszerne omówienie. Przypomnę tytuł książki: "Sprawa przeciwko rzeczywistości. Dlaczego ewolucja ukryła prawdę przed nami?” Autor Donald Hoffman, wydawnictwo Virgo.
Książka wyszła po raz pierwszy w tym roku, 2025. Kolejna polecanka. Tytuł: "Kwantowy kod zdrowia. Aktywuj procesy zdrowienia na poziomie komórkowym dzięki sile umysłu." Autor Ulrich Warnke, wydawnictwo Studio Astropsychologii. Data wydania: 17 października 2025 roku. Kwantowa energia człowieka jak- Świadomość kształtuje twoją rzeczywistość. Interesuje cię, w jaki sposób kwantowa energia człowieka wpływa na to, że mimo zdrowego trybu życia czasem chorujesz, a medycyna klasyczna nie zawsze znajduje rozwiązanie? Szukasz głębszego zrozumienia, jak umysł, energia i ciało współtworzą twoje doświadczenie? Ta książka zaprasza do fascynującej podróży przez uzdrawianie kwantowe, psychomatykę oraz holistyczne podejście do zdrowia, pokazując, jak świadomie wykorzystać potencjał kwantowej energii człowieka, by odzyskać pełną równowagę. Psychika, energia i ciało.
Nowy paradygmat zdrowienia. Kluczowym przesłaniem książki jest to, że zdrowie i samopoczucie są w dużej mierze rezultatem świadomej pracy z własną psychiką, a przede wszystkim z polem energetycznym. Autor ukazuje, jak intencja, przekonania i emocje oddziałują na ciało aż do poziomu komórkowego. Korzysta z najnowszych odkryć fizyki kwantowej, neuronauki i medycyny alternatywnej. To spojrzenie poszerza tradycyjne rozumienie zdrowia o elementy duchowości i kwantowości, integrując wiedzę z różnych dziedzin. Odpowiedzialność za własne zdrowie, siła sprawczości. Często czujemy się bezradni wobec chorób, szukając pomocy wyłącznie na zewnątrz. Książka przekonuje, że każdy z nas może aktywnie uczestniczyć w procesie zdrowienia nie poprzez rezygnację z profesjonalnej pomocy, lecz poprzez pracę z własną świadomością, ustawienia mentalne oraz programowanie podświadomości. To szansa, aby na nowo odkryć poczucie kontroli nad swoim ciałem i losem. Psychomatyka w praktyce.
Emocje jako klucz do uzdrawiania. Jednym z ważnych elementów tej książki jest ukazanie, jak emocje i nieuświadomione wzorce mentalne wpływają na powstawanie chorób. Autor tłumaczy, dlaczego negatywne myśli i przekonania potrafią sabotować nawet najlepiej prowadzony styl życia, a także jak odwrócić ten proces. Poznasz techniki pracy z emocjami oraz metody, które wspierają zdrowie dzięki zmianie mentalnych nawyków. Medycyna kwantowa: połączenie nauki i duchowości. Książka przedstawia śmiałą próbę połączenia duchowych tradycji z odkryciami fizyki kwantowej. Dowiesz się, jak twoja świadomość i energia mogą wpływać na procesy zachodzące w ciele nie tylko symbolicznie, ale dosłownie na poziomie subatomowym. Autor tworzy pomost między magicznością alternatywnej medycyny a naukową rzetelnością, inspirując do wyjścia poza utarte schematy myślenia. Praktyczne narzędzia. Jak aktywować kwantowy kod zdrowia?
Odkryjesz zestaw konkretnych technik i ćwiczeń, dzięki którym zaprogramujesz ciało i umysł na zdrowienie. Praktyki takie jak wizualizacja, świadome formowanie intencji czy programowanie podświadomości stają się dostępne i zrozumiałe nawet dla osób początkujących. Autor inspiruje, by samodzielnie testować te metody w codzienności i obserwować realne efekty. To propozycja dla osób otwartych na praktyki duchowe, szukających inspiracji w dziedzinie uzdrawiania kwantowego, psychosomatyki i rozwoju świadomości. Przypadnie do gustu każdemu, kto chce poczuć większą moc wpływu na swoje zdrowie i życie oraz zdobyć nowoczesną wiedzę z pogranicza nauki i filozofii. Korzyści z lektury. Co możesz zyskać? Poznasz mechanizmy aktywujące proces zdrowienia od wewnątrz. Nauczysz się rozpoznawać psychosomatyczne przyczyny dolegliwości oraz świadomie kreować rzeczywistość, by wspierać zarówno zdrowie, jak i poczucie sensu. Ta publikacja da ci zestaw narzędzi do pracy nad sobą, niezależnie od poziomu doświadczenia w tematach alternatywnej medycyny czy duchowości.
To jedna z niewielu publikacji, która w inspirujący sposób łączy naukowe know-how, głęboką duchowość i praktyczne wskazówki do zastosowania tu i teraz. Jeśli chcesz wyjść poza ograniczenia tradycyjnej medycyny, zyskać poczucie sprawczości i zacząć świadomie budować swoje zdrowie, ta lektura otworzy przed tobą nowe możliwości. Przekonaj się, jak wiele zależy od ciebie. Zacznij korzystać z kwantowego kodu zdrowia i Aktywuj w sobie potencjał, o którym dotąd mogłeś tylko słyszeć. Przypomnę, to było omówienie książki „Kwantowy Kod Zdrowia. Aktywuj procesy zdrowienia na poziomie komórkowym dzięki sile umysłu”. Autor Ulrich Warnke, wydawca Studio Astropsychologii. Książka na rynku od 17 października 2025 roku. I wreszcie trzecia książka z pogranicza. Tytuł: „Neuromanifestacja.
Odkryj magiczną moc mózgu i osiągnij wszystko, czego pragniesz”. Autor Sabina Brennan, wydawnictwo Illuminatio. Książka na rynku od 2 lipca tego roku. Odkryj magiczną naukę. Naukę spełniania marzeń i kształtowania życia, jakiego pragniesz. W książce psycholożka i neurobiolożka dr Sabina Brennan wykorzystuje najnowsze badania naukowe, by pokazać, że moc urzeczywistniania marzeń drzemie w umyśle każdego z nas. Opierając zasady manifestacji na podstawach naukowych, autorka udowadnia, że nie wymaga ona ślepej wiary ani zaufania do sił wyższych. Zamiast tego wystarczy polegać na zmianie sposobu myślenia i działania oraz nauczyć się, jak wykorzystywać potencjał własnego mózgu. Autorka wykorzystuje wiedzę z zakresu neurobiologii, by podać czytelnikom przystępne codzienne strategie działania. Ta książka nie tylko pomoże ci w określeniu, czego naprawdę chcesz, lecz także nauczy podejmowania przemyślanych działań prowadzących do upragnionej zmiany.
Sprawdź, jak tworzyć najlepszą wersję swojego życia, korzystając ze skutecznych i naukowo potwierdzonych technik. Przypomnę, to było omówienie książki „Neuromanifestacja. Odkryj magiczną moc mózgu i osiągnij wszystko, czego pragniesz”. Autorka Sabina Brennan, wydawnictwo Illuminatio. Książka od lipca tego roku jest do państwa dyspozycji. Proszę państwa, to były książki z pogranicza, a za chwilę książki z pogranicza w wydaniu dyskusyjnym. To znaczy Piotr Cielebiaś czeka po raz kolejny i rozmawiamy o książce „Starożytny Egipt. Anatomia cywilizacji”. Dzień dobry wieczór państwu, witam Piotra Cielebiasia. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:24:57] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich.
[01:25:00] - Dzisiaj mówimy o książce. Trochę się zastanawialiśmy, czy to jest książka z pogranicza. Chyba nie do końca, ale to jest książka, dzięki której późniejsza lektura książek z pogranicza poświęconych na przykład starożytnemu Egiptowi, piramidom jest łatwiejsza. Jest poza tym bardziej wnikliwa i pozwalająca zadawać pytania tymże autorom, którzy w starożytnym Egipcie widzą siedlisko różnych dziwnych sił, dziwnych sytuacji, dziwnych mocy. Mówimy o książce „Starożytny Egipt. Anatomia cywilizacji” Barry'ego Kempa. I wierzcie mi państwo, to jest książka, która napisana jest bardzo lekko, popularnonaukowa, ale jednak pisana przez jednego z czołowych współczesnych egiptologów. To nie jest książka bardzo nowa, bo jej pierwsze wydanie ukazało się w 1989 roku, ale w tym roku na rynku polskim pojawiło się tłumaczenie. I wierzcie państwo, to jest książka, którą się czyta jednym tchem. Oczywiście, jeśli się lubi taką tematykę starożytności.
Od razu powiem, Kemp nie mówi nic o paleoastronautyce ani w sposób zawoalowany, ani wprost. Nie rusza tych tematów. Ale kiedy się tę książkę przeczyta, to już mówiłem, pytania same pojawiają się w głowie.
[01:26:40] - Tak, można przeczytać jednym tchem. Zależy, jakie się ma płuca. Ja tutaj powiem tak: „Egipcie, Egipcie, ty stary rowerze” – pisał Herodot. Oczywiście to żart. Nie pisał czegoś takiego, ale w tym wymyślonym cytacie jest trochę prawdy, bo Egipt był już starożytnością dla kultur antycznych. Pamiętamy słowa z jednego z dialogów Platona, gdzie kapłan egipski z Sais kieruje do Solona takie słowa, że wy, Grecy, jesteście jak dzieci w świetle historii Egiptu. To pisał Platon, ale na pewno się opierał na pewnych wyobrażeniach na temat kraju nad Nilem. I te wyobrażenia żyją sobie do dzisiaj. Same sobie żyją. Legenda Egiptu trwa.
Jest Egipt dla egiptologów, tak jak w tej książce i jest Egipt taki dla ludu. Czyli te wszystkie dziwne teorie. Te dwa Egipty, te dwie wizje nie idą ze sobą w parze i nie musimy wyjaśniać dlaczego. Cały czas są ludzie, w sumie też chyba do nich należę, którzy wierzą, że Egipt starożytny to trochę czubek takiej cywilizacyjnej góry, że coś tam było wstecz, ale sięgającego nie tysiące lat, a nawet dziesiątki tysięcy lat. Dzisiaj jednak w audycji spojrzenie na Egipt z innej perspektywy, ze strony Barry'ego Kempa, zmarłego w ubiegłym roku uczonego, autora książki „Starożytny Egipt. Anatomia cywilizacji”, która jest klasykiem klasyków, jeżeli idzie o temat, także dla studentów. Kemp był bowiem przede wszystkim archeologiem, był akademikiem, miał więc szerokie i specjalistyczne spojrzenie na temat. Ja myślę, że do dzisiaj wiele osób ma jednak problem z określeniem, czym ten Egipt w sumie jest. Bo ten współczesny dzieli nazwę, tylko i aż nazwę z tym starożytnym, ale wspólnego ma zdaniem niektórych niewiele. Jakaś łączność cywilizacyjna jest, ale nie bezpośrednia.
Też nie ukrywajmy, bo jest Egipt dzisiejszy, islamski, był Egipt rzymski, grecki, starożytny. Tylko że on cały czas był. Był, dziwił, momentami przerażał. Kemp w swojej książce pokazuje nam pewne elementy przełomowe w historii tego Egiptu, związane z takimi wewnętrznymi społecznymi przesileniami, które warunkowały kolejne etapy dziejów. Ale były też takie zastrzyki kultur, jak on to mówi, czyli sytuacje, kiedy ten potężny Egipt często wpadał pod czyjegoś buta. On pisze o bardzo wielu rzeczach. Wychodzi od tego, jak się Egipt uformował i jak się kształtowało tamtejsze społeczeństwo w czasach starożytnych oczywiście. Odpowiada też na to pytanie, o którym mówiłem przed chwilą: czy dzisiejszy Egipt i tamten Egipt to jest to samo? To na pewno nie jest. Ale ile jest cukru w cukrze?
Ile jest we współczesnym Egipcie śladów tamtego starożytnego, poza tym, że tam są te zabytki? Sama książka jest potężna i sądzę, że pomimo tego, że jest dość lekka i zawiera w sumie same wnioski, nie sądzę, że to jest dla wszystkich, bo to jest też książka historyczna mająca wiele cech podręcznika. To znaczy styl jest typowy dla takich monografii historycznych, ale tam nie ma tabelek z dokładnymi danymi, które trzeba wykuć na blachę. To są wnioski w większości. To nam ukazuje kulisy funkcjonowania państwa, społeczeństwa, które w pewnym okresie było teokratyczne, jakby nie patrzeć, państwa, gdzie świątynie pełniły rolę ośrodków kultury. Ale jak wspomniałeś, to nie jest książka o piramidach. Osoby, które mają nadzieję na pełną tajemnic publikację o Sfinksie, Gizie i tym, co pod Gizą ostatnio odkryto, to się mogą mocno rozczarować, że to nie idzie w tą stronę, ale jednak warto.
[01:30:44] - Ja powiem coś takiego, że ujął mnie autor już na samym wstępie, kiedy uświadamia potencjalnemu czytelnikowi, że to nie jest tak, jak bardzo często zwykliśmy patrzeć na przykład chociażby właśnie na starożytny Egipt, że tam funkcjonował jakiś naród i tak dalej. Wyjaśnia rzecz oczywistą, kiedy pojawiły się tak naprawdę narody albo to, co było ich pierwociną. Pisze o tym, że Egipt był zupełnie innym miejscem. Rzeczywiście to już skłoniło mnie do tego, żeby po książkę sięgnąć, bo niby to jest rzecz oczywista, ale ktoś zwrócił na to uwagę. Okazuje się, że nieprzypadkowo, bo książka mówi bardzo dużo o pewnej kombinacji różnych czynników, które sprawiły, że ta kultura była zmienna, ale jednak w jakiś sposób trwała, w jakiś sposób jednorodna. A działo się tak według autora poprzez kombinację takich czynników jak ideologia polityczna. To brzmi bardzo mądrze, ale tak naprawdę chodzi o kult faraona i jakiś rodzaj mitu politycznego. Ale uwzględnia autor również istnienie biurokracji. Związany z tym systemem biurokracji był system zaopatrzenia, system pracy, zlecania pracy, wykonywania pracy. Pisze też autor sporo o modelach osadniczych, o technologii funkcjonującej w Egipcie i ekonomii, bo to tak naprawdę idzie w parze.
Ważne jest chyba też to, że autor łączy coś, co jest dla niego istotą badania takich kultur, czyli archeologię, ale także łączy to ze źródłami pisanymi i co ciekawe, a nieczęste w pracach historycznych, z myślą socjologiczną. Dzięki temu dostajemy taki całościowy obraz, a w każdym razie bardzo szeroki obraz systemu społeczno-ekonomicznego, który funkcjonował w Egipcie. To nie jest książka o jakimś przypadkowym zbiorze cudów, czy to kulturowych, czy architektonicznych. Raczej książka, która na wiele spraw bardzo codziennych, chciałoby się powiedzieć banalnych, otwiera oczy. Ale ja specjalnie powiedziałem o tym, że my dzięki tej książce lepiej, nie mówię, że całościowo, ale lepiej potrafimy sobie wyobrazić, jak ten Egipt w różnych okresach funkcjonował. Specjalnie podkreślam w różnych okresach, bo uświadommy sobie to, co Piotr sygnalizował w swojej wypowiedzi. W czasach na przykład Kleopatry, piramidy, te dwa odcinki czasu, czyli powstanie piramid i czasy Kleopatry dzieliła większa odległość czasowa niż Kleopatrę od naszych czasów. To warto sobie uświadomić, żeby zrozumieć, jak trwałym, w jakimś stopniu oczywiście, organizmem było państwo egipskie, starożytne państwo egipskie. To ważne. Oczywiście przez cały ten czas nie było takie samo.
Się zmieniało, ale jednak trzon, pewien zrąb tej kultury przetrwał. Kemp pisze o różnych ważnych sprawach, tak jak właśnie ciągłość i zmiana kulturowa. On to dokładnie widzi. Pisze, tak jak mówiłem, o administracji, o pewnej logice państwa, na przykład logice dotyczącej zaopatrzenia, kontroli pracy. Mówiłem o osadnictwie. Pisze też o miastach. To też osadnictwo, ale o instytucjach związanych z tymże osadnictwem. Dużo poświęca czasu ekonomii, rzemiosłu. Jest nawet analiza, takie studium szczegółowe dotyczące jednego z miast, które powstało w starożytności. Dalej mamy też dzieje, nazwałbym to dziejami zmiany po epoce brązu na tamtym terenie.
I to mieszanie całościowe tego ujęcia teoretycznego z jakimiś lokalnymi przykładami, takimi empirycznymi bardzo przykładami, na przykład system zaopatrzenia państwa albo obsługa świątyń, albo organizacja pracy na budowach. To wszystko sprawia, że łatwiej nam jest to sobie wyobrazić. Ale przecież jeśli zderzymy wiedzę, którą nam Kemp sprzedaje, z tym, co wyczytujemy w innych książkach, tych poświęconych bardziej tajemnicy, rzeczom niesamowitym, to się nagle okazuje, że tę wiedzę od Kempa można próbować zestawiać z tymi opowieściami, które znajdujemy w książkach, nazwijmy tych typowych z pogranicza. I to jest w gruncie rzeczy bardzo ciekawe, bo wiedza jeszcze nikogo nie zabiła, a pozwala stawiać autorom tychże książek z pogranicza ciekawe, czasami niewygodne pytania. Ale pytania mają taką istotę, taką pewną właściwość, że właściwie rzadko wprowadzają nas na manowce, raczej zbliżają nas do pewnej prawdy. I tu jakaś zasługa Kempa w tym wędrowaniu ku prawdzie jest.
[01:36:17] - Tam jest jeszcze taka wzmianka bardzo interesująca, kiedy Kemp opisuje, jak wyglądała nauka u starożytnych Egipcjan i literatura naukowa, traktaty naukowe, powiedzmy. I to absolutnie inaczej niż dziś. Były to takie zbiory haseł i koncepcji. Często wiele rzeczy było nienapisanych, niewyjaśnionych i pozostawało to w domyśle. Także było to kompletne pomieszanie z poplątaniem. To nam pokazuje, że Egipcjanie po prostu inaczej myśleli. Zresztą taka różnica cywilizacyjna jest widoczna chociażby u Herodota, kiedy on opisuje, jak się Egipcjanie zachowują, jak żyją i niektóre zwyczaje, zachowania są dla Greka szokiem. A przecież niektórzy twierdzą, i to zupełnie na serio, że Grecja była cywilizacyjnym przedłużeniem Egiptu. To nie tak, że Egipcjanie założyli Grecję, tylko wiele koncepcji z państwa faraonów było zaczerpniętych, rozwijanych właśnie w starożytnej Grecji. Co jeszcze można tutaj powiedzieć?
Jak powiedziałem, to nie jest książka dla zwolenników Dänikena. To jest książka historyczna. Informacji o tajemnicach tam nie znajdziemy. Fascynujące natomiast jest to, że ten Egipt, nomen omen, cały czas fascynuje i to od lat. Zamiast wiedzieć więcej, okazuje się, ale to też zależy, kogo słuchamy, wiemy coraz mniej. Mam też wrażenie, że my nie dostajemy często konkretnych informacji o tym Egipcie. To znaczy, w ogóle to jest chyba taki paradoks nauki w dzisiejszych czasach, że ona jest niekomunikatywna. Tak samo to było widoczne z „III Atlas”, że ludzie sobie coś myśleli, powstała wrzawa w internecie i tylko niektórzy naukowcy zdecydowali się z wielką łaską zabrać głos. I z egiptologią jest podobnie. Te informacje sobie gdzieś krążą, pewnie w jakichś periodykach, a reszta jest puszczona w samopas.
No i potem pastwią się ci naukowcy, jacy to ci poszukiwacze sensacji głupi. Coś tutaj nie gra, ewidentnie, moim zdaniem, jeżeli chodzi o tą komunikację. Także tu nie będzie opowieści o Sfinksie, Atlantydzie, ale ciągle słyszymy o jakichś tam nowych odkryciach, o tajemniczym obiekcie zlokalizowanym w Hawarze. Oczywiście o tych podziemiach w okolicach Sfinksa i piramid w Gizie i wielu innych rzeczach. Ale książka Kempa to jest zupełnie inne spojrzenie. Czy konwencjonalne? Na pewno. Czy jedyne słuszne? Nie wiem. Chyba nie.
Ale po prostu zanim zaczniemy wierzyć, że kosmici zbudowali piramidy, warto odhaczyć sobie tą pozycję na temat tej zupełnie przyziemnej strony funkcjonowania starożytnego Egiptu.
[01:39:06] - Ważne jest moim zdaniem jeszcze to, że tak jak powiedziałeś, Kemp nie wpisuje się w ten nurt obrażania się na społeczeństwo, obrażania się na zwykłych ludzi. On raczej wyciąga rękę i pokazuje: spójrzcie, było dziwnie czasami, a czasami bardzo racjonalnie. To, co powiedziałeś o Grecji. W końcu Pitagoras skądś zaczerpnął pewne idee i są mocne argumenty za tym, że właśnie zaczerpnął je z Egiptu. Ale nie czas i nie miejsce, żeby w tej chwili o Pitagorasie. Natomiast warto jeszcze na koniec powiedzieć jedną ważną rzecz. Wiele chwaliłem, mówiłem o pewnych szczegółach, które Kemp opisuje, ale kiedy Kemp wyciąga wnioski, kiedy stara się zbudować pewną teorię dotyczącą społeczeństwa, funkcjonowania tego społeczeństwa, to on pewne rzeczy upraszcza. Z tym że widać, że robi to celowo, aby zbudować spójną teorię. I czytelnik zgłębiając tę pracę powinien traktować ją jako taką szeroką ramę, w ramach tej ramy ma nastąpić wyjaśnienie. I oczywiście, jeśli chce się zgłębiać jakieś sprawy szczegółowe, to już trzeba zejść o poziom niżej.
Kemp po prostu daje nam narzędzie takie bardzo, bardzo wielofunkcyjne. Ale powiem, że to jest książka, pomimo braku tych fascynujących opowieści o piramidach, o sfinksach i podziemiach, to jest książka, która jest w stanie wciągnąć czytelnika. I kiedy mówiłem o tym czytaniu tak na jednym wdechu czy wydechu, to już nieważne. Tak, rzeczywiście gruba książka, ale wierzcie mi państwo, jeśli lubicie te tematy, to ona może sprawić, że poczujecie, że musicie tę książkę po prostu jak najszybciej skończyć. Proszę państwa. I na koniec powieść, która już na antenie tej audycji, nie wiem, czy pod tą nazwą, być może to jeszcze było Bibliotekarium, ale już się pojawiała, bo ona pierwszy raz w ogóle się pojawiła w ABW numer 84 z grudnia, a konkretnie z 25 grudnia 2020 roku. Ta powieść nosi tytuł „Podróż na Marsa”. Autorem jest André Laurie. To pseudonim, ale wiecie państwo, powtarzam tę powieść, ponieważ ona na swój sposób mnie fascynuje. To jest tak urocza ramotka.
Książka stara. Ona wyszła w Polsce przed wojną tylko raz. Jeszcze miała tytuł taki dziki, jakby niegramatyczny: „Podróż na Mars”. Już go spolszczyliśmy trochę: „Podróż na Marsa”. A książka jest dziwna, ale jednocześnie fascynująca, bo jesteśmy na Marsie, dziwnym Marsie. Cóż ja będę państwu opowiadał? Zapraszam. Czyta Marek Sęk. Życzę państwu dobrej zabawy. To nie będzie krótka zabawa, bo to jest w końcu powieść, a właściwie minipowieść.
Ale wszyscy, którzy lubią starszą literaturę, taką troszeczkę pociągającą myszką, będą zadowoleni. Przypomnę, André Laurie, „Podróż na Marsa”.
[01:42:43] - Pascal Grossin pod pseudonimem André Laurie, „Podróż na Marsa”. Wydanie pierwsze w języku francuskim, 1895 rok. Pierwsze wydanie polskie 1920. Tłumaczenie: Marian Twardnicki. Rozdział pierwszy: Podróż na Marsa. Nazywam się Henryk Brideau. Mieszkam w Paryżu przy ulicy Lilas, zajmując się praktyką lekarską. Mam lat 28 i urodziłem się w Beuil w departamencie Oise. Przysięgam, że będę mówił bez nienawiści i trwogi i powiem jedynie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Zaprzyjaźniłem się z Azaphem Challange przed jakimiś 10 laty.
Poznaliśmy się w restauracji de la Source, kiedyśmy obaj byli na drugim roku medycyny. Zdaje mi się, że pochodził z Ameryki. W każdym razie wiem z całą pewnością, że przybył do Paryża z Nowego Jorku. Co do tego nie mogę nic bliższego jednak powiedzieć, gdyż nie zadawałem memu przyjacielowi nietaktownych pytań, a nie znałem jego dalszej lub bliższej rodziny. Mój przyjaciel musiał posiadać znaczny majątek, sądząc z tego przepychu, jakim był otoczony w swym pawilonie przy ulicy Świętego Wilhelma. Pawilon ten znajdował się w końcu wielkiego ogrodu i został wydzierżawiony przez mego przyjaciela na przeciąg 18 lat. Azaphe zbudował sobie w nim małe obserwatorium astronomiczne, w którym spędzał często całe noce, badając gwiazdy. Trzeba bowiem państwu wiedzieć, że jego pragnienie wiedzy nie miało granic i umysł jego równie interesował się naukami ścisłymi, jak i fizjologią i histologią. Powodowany dziwactwem mieszkał sam w swym pawilonie bez sługi lub jakiegoś bliskiego towarzysza, przyjmując u siebie jedynie najbliższych przyjaciół. Codziennie jadał śniadanie w pobliskiej kawiarni pomiędzy 11:00 a 12:00.
W tym czasie przychodziła do jego mieszkania posługaczka, która doprowadzała je do porządku. Starając się nie spotykać ze swoją służącą, Challange pozostawiał zawsze na kominku kilka drobnych monet niezbędnych na wydatki domowe. Zapewniał mnie też niejednokrotnie, że jedynie w Paryżu udało mu się urzeczywistnić podobny ideał życia domowego. Była to jedna z przyczyn, które w połączeniu z łatwością, z jaką udawało mu się w Paryżu zaspokoić swój głód wiedzy, pobudziły go do obrania sobie tego miasta za stałe miejsce pobytu. Było nas pięciu czy sześciu ludzi, z którymi Azaphe utrzymywał bliższe stosunki i którzy stanowili jego zwykłą partię w domino. Wszystkim nam znany był jego bardzo spokojny i nieromantyczny sposób życia. W stosunku do kobiet zwykł był nawet wyrażać pewną pogardę, która niekiedy przybierała dość przykry charakter. Mawiał, że kobiety są stworzeniami niższego rzędu, niezdolnymi do większego wysiłku i poważnego traktowania nauki. Kiedy powstało zagadnienie o dopuszczeniu kobiet do szpitali w charakterze pomocników lekarzy, to Azaphe znalazł się w liście najzagorzalszych przeciwników tego projektu. Szacunek, jakim Challange darzył profesora Charcot, wzrósł ogromnie po egzaminie, w czasie którego profesor ten oszołomił i zmieszał swym słynnym konceptem kobietę lekarza, która broniła swej rozprawy doktorskiej przed szeregiem profesorów.
Azaphe pilnie odwiedzał klinikę Salpêtrière i chętnie nawet zezwalał na czynienie na nim różnych doświadczeń fizjologicznych. Tu rozpoczyna się najistotniejsza część mego zeznania i na szczęście wszystko, co powiem, mogą potwierdzić liczni świadkowie. Azaphe Challange nie tylko że namiętnie interesował się wszystkim, co miało styczność z hipnotyzmem, ale sam był medium ogromnie odpowiednim do doświadczeń hipnotycznych. Chcę przez to powiedzieć, że ogromnie łatwo poddawał się sugestii i wyróżniał się wyjątkową wrażliwością na hipnozę i można go było uśpić bez najmniejszej trudności i wtedy ujawniał on nadzwyczajne właściwości. Należał do rodzaju osób, które będąc zahipnotyzowane, zachowują pełnię przytomności. Osoby tego rodzaju są wielką rzadkością i posiadają zadziwiającą zdolność rozdwajania osobowości. Podczas sztucznego snu jedno ja żyje w dalszym ciągu życiem rozumnego stworzenia, to jest myśli, działa, mówi jak w normalnym stanie wtedy, kiedy drugie ja, sobowtór, jeśli chcecie, zachowuje się jak istota zupełnie bierna i pozbawiona woli. Nie wiem, czy wyraziłem się dostatecznie jasno i byłoby może dobrze, gdybym przytoczył przykład dla wyjaśnienia tego zjawiska. Rzecz wydarzyła się pewnego dnia rankiem w przedpokoju tej małej sali, w której zbierali się słuchacze profesora Charcot. Przybyliśmy do kliniki Salpêtrière zbyt późno i dlatego nie braliśmy udziału w przeglądzie chorych, oczekując na profesora W towarzystwie pięciu czy sześciu innych studentów, którzy podobnie jak my spóźnili się na wykład, a Azaphë siedział przede mną na krześle, plecami zwrócone do mnie.
Przyszła mi wtedy nagle do głowy myśl, czy udałoby mi się go zahipnotyzować z tyłu, trzymając rozpostarte ręce z odległości pięciu, sześciu centymetrów od jego głowy. Na tych próbach minęły jakie dwie minuty. Nagle Azaphë wyprostował się, odrzucił głowę na poręcz krzesła i powiedział tonem lekkiej wymówki: „Mało jest w tym mądrego, co pan tam robi”. „Dobrze” – odpowiedziałem, nie przypuszczając nawet, że jest już uśpiony. Pozwoliłem sobie na tę niewielką rozrywkę, aby skrócić nasze oczekiwanie. „Toteż radzę panu pospieszyć się, bo profesor już zbliża się” – odpowiedział Azaphë z wysiłkiem, który wstrząsnął jego ciałem. Dopiero teraz zrozumiałem, że jest w transie. „Skąd pan wie o tym, że profesor się zbliża?” – spytałem. „Po prostu widzę go. Znajduje się teraz we wschodnim skrzydle gmachu, na końcu korytarza oznaczonego literą B i właśnie teraz zstępuje ze schodów”.
Byłem zdumiony tą odpowiedzią, nie wiedząc, co o tym sądzić. Czy Azaphë drwi ze mnie, czy też naprawdę widzi profesora, którego dzieliło od nas kilka budynków i około 30 ścian. Chciałem dokładnie sprawdzić to zjawisko. „Zatem twierdzi pan, że go pan widzi. Cóż wobec tego trzyma w ręku?” „Książkę. Dzieło doktora McKenzie. A oto teraz pokazuje 117. stronicę swemu tymczasowemu pomocnikowi N.” „Jest pan tego pewny?” „Oczywiście. W tej chwili właśnie oddaje książkę do rąk N. i wyciąga z kieszeni list z czarną pieczątką.
Otwiera kopertę i czyta list z wyrazem zdziwienia. Teraz przechodzi przez podwórko. Wchodzi do pawilonu. Otóż i on sam”. Rzeczywiście, odgłosy licznych kroków i głośnej rozmowy zwiastowały zbliżanie się profesora. Ledwo zdążyłem dmuchnąć Azaphowi na czubek głowy, aby go zbudzić, gdy drzwi się otwarły i wszedł profesor. Doktor Charcot trzymał w ręku list z czarną obwódką, a jego pomocnik N. właśnie zamknął książkę, która była – tak jak Azaphë powiedział – dziełem McKenzie, co łatwo mogłem sprawdzić, kiedy pomocnik profesora przechodził obok mnie. Spojrzałem na Charlot. Był już zupełnie przytomny i patrzył na mnie z uśmiechem.
„A co? A nie mówiłem panu?” – dodał, aby zakończyć incydent. Ludzie nieznający się na hipnotyzmie nie znajdą nic nadzwyczajnego być może w tej anegdocie, którą wybrałem z tysiąca podobnych. Ale w rzeczywistości jest to wprost bezprzykładny wypadek i co się mnie tyczy, to w życiu swoim nigdy nie udało mi się spotkać innego człowieka, który by przechodząc od snu do jawy i odwrotnie, zupełnie zachował przytomność i pamięć. Jako człowiek nauki wzdragam się nieco mówić tu o tej przesadzie, w jaką z łatwością wpadał Azaphë, kiedy zdarzyło mu się opowiadać o swych zdolnościach medialnych, ale moje opowiadanie byłoby niekompletne, gdybym nie powiedział i o tym. Zapewniał – nie myślcie bynajmniej, że się tym chwalił. Trzeba było być z nim na bardzo przyjacielskiej stopie, aby zdecydował się mówić o swych wrażeniach, że niekiedy w czasie snu hipnotycznego wyraźnie rozróżniał rozdwojenie swojej osobowości, tak że w rzeczywistości było wtedy dwóch Azaphów. Jeden rzeczywisty, ziemski, śpiący w miejscu, gdzie go zastał sen hipnotyczny, drugi zaś niematerialny, przezroczysty, nieważki. Był jakby odbiciem ziemskiego Azapha w lustrze. Ten drugi Azaphë przenosił się w przestrzeń, oddzielając się od swojego ziemskiego pierwowzoru, z równą łatwością pokonując odległość, jak i wszelkie przeszkody, które na drodze swej wędrówki napotykał.
Temu rozdwojeniu swego ja zawdzięczał Azaphë, według swego zdania, możność jasnowidzenia. Nie ma chyba potrzeby dodawać, że nie ręczę osobiście za prawdziwość tego wyjaśnienia. Dodam nawet, że według mego zdania to wyjaśnienie niczego właściwie nie wyjaśnia i że mój rozum nigdy nie zgodzi się na możliwość podobnego rozdwojenia, ze stuprocentową pewnością nie dowiodą mi jego istnienia. Moi dawni przyjaciele i nauczyciele dobrze wiedzą, jakie mam w tych sprawach poglądy. Jeśli wspominam tu o tej teorii Azapha, to jedynie dlatego, że w warunkach, jakie się wytworzyły, jest to moim obowiązkiem. Wszyscy, którzy mieli możność stykania się z Azaphem, wiedzą, że odznaczał się miękkim charakterem i niezwykłą uprzejmością. Chętnie pozwalał na czynienie z nim różnych doświadczeń i nawet sam starał się wynaleźć nowe rodzaje eksperymentów, aby wspólnie ze mną badać swe nadzwyczajne zdolności. Najdziwniejszą jednak ze wszystkich rzeczy była jego zdolność zapadania w trans drogą samohipnozy. Zdolność, którą odznaczają się bardzo nieliczne media i którą udało się, o ile wiem, zaobserwować zaledwie u dwóch czy trzech osób. Wystarczyłoby, Azaphë zechciał tylko, a zasypiał natychmiast i budził się o ściśle z góry przez siebie oznaczonej godzinie.
Nie tracił przy tym zupełnie przytomności i nabywał zdolności jasnowidzenia. Ostatnio staraliśmy się razem z Azaphem wyjaśnić wpływ, jaki mają na jego mózg rozmaite trucizny spożywane przezeń w różnych dozach. Co się tyczy wyglądu zewnętrznego, to Azaphë, jak to mogliśmy sami zauważyć, wyróżniał się prawdziwie atletyczną budową ciała, a jego łagodne oczy harmonizowały doskonale ze szczerą i otwartą twarzą, która gdy się uśmiechał, jaśniała blaskiem wspaniałych zębów. A teraz po tym niewielkim wstępie przystąpię bezpośrednio do tego, co stanowi istotę mojego opowiadania. Przed mniej więcej dziesięciu dniami, około godziny piątej po południu, przechodziłem przez podwórze Instytutu, gdy nagle spotkałem Asafa Challonge, który jak mi się zdawało, był w stanie silnego zdenerwowania. „Mój przyjacielu” — powiedział, biorąc mnie pod rękę. — „Właśnie byłem obecny przy czytaniu memoriału Schiaparelliego, który odkrył kanały na Marsie. Jest to rzecz nadzwyczaj interesująca i nowa, ale niestety tak niekompletna. Pomyśl tylko: zrobiono kolosalny krok naprzód w poznaniu sąsiedniej planety, ale mimo to przejdzie jeszcze bardzo wiele lat, zanim uda się nam nawiązać kontakt z mieszkańcami Marsa drogą sygnalizacji świetlnej. Znajduję, że jest to haniebne dla ziemskiej ludzkości.
Czy nie zgadzasz się z moim zdaniem?” „Jak to? Znamy Marsa już prawie równie dobrze jak nasze pięć palców. Wiadoma jest nam jego masa, gęstość, grawitacja na jego powierzchni. Wiemy, że są tam morza i cały szereg kontynentów wzdłuż równika. Na Marsie jest atmosfera podobna do naszej ziemskiej. Dwa księżyce, lody podbiegunowe topniejące wiosną i znów powracające jesienią. Rok na Marsie jest dwa razy dłuższy od naszego, ale pory roku są takie same jak na Ziemi. Wiemy, że warunki życia na Marsie są bardzo podobne do tych, jakie mamy na Ziemi i dlatego, jeśli chcemy być zupełnie logiczni, musimy przypuszczać, że mieszkańcy Marsa są zupełnie lub bardzo do nas podobni. A jeśli dodamy do tego wszystkiego jeszcze i odkrycie uczynione ostatnio na jego powierzchni, weź pod uwagę tą prawidłową i symetryczną sieć, która widocznie jest dziełem rąk ludzkich, a którą z braku lepszego określenia nazywamy kanałami, choć rozmiary ich wydają się wprost gigantyczne z naszego ziemskiego punktu widzenia. A po tym wszystkim proponują nam, abyśmy uspokoili się i siedzieli ze złożonymi rękami, zadowalając się tymi skąpymi wiadomościami.
Nie, panowie. Słuchaj, mój przyjacielu, ten stan oburza mnie, a wobec tego, że udało mi się złapać cię, to podam ci projekt, jaki zrodził się w mojej głowie.” Asafe był widocznie wzburzony i starałem się nie przeszkadzać mu w swobodnym wypowiadaniu swych myśli. „Mam straszne pragnienie” — ciągnął dalej — „I chętnie wypiję szklaneczkę absyntu, co jak wiesz, rzadko mi się przytrafia. Przejdźmy się do Café Régence. Będzie nam tam wygodniej porozmawiać.” Przybywszy do kawiarni zażądaliśmy napoi chłodzących, ale wbrew memu oczekiwaniu Asafe nie wrócił już do tematu, który tak go wzburzył przed kilku minutami. Widać było, że jest całkowicie pochłonięty swymi myślami i z roztargnieniem dzielił się ze mną wrażeniami z ostatniej premiery teatralnej i posiedzenia parlamentu. „Gdzie dzisiaj jesz kolację?” — spytał mnie nagle. — „Jeśli chcesz, spędzimy razem wieczór. Będę ci mógł także zademonstrować kilka nowych, ciekawych rzeczy.” Zgodnie z życzeniem Challonge zjedliśmy obiad i około godziny ósmej wieczór, paląc świetne cygaro, z wolna poszliśmy w kierunku domu Asafa przy ulicy Świętego Wilhelma. W gabinecie oczekiwały na nas miękkie fotele, w których też natychmiast zagłębiliśmy się.
„Teraz nadszedł już czas, abym cię wtajemniczył w mój projekt” — odezwał się Asafe. — „Wiesz, że kazałem zbudować sobie kopułę, w której znajduje się teleskop zupełnie zdatny do przeprowadzenia obserwacji astronomicznych. Jeśli chcesz zobaczyć Marsa w całej jego krasie, to korzystaj z okazji. Mars znajduje się od nas w możliwie najbliższej odległości, co zdarza się raz na 17 lat. Nie masz, jak widzę, ochoty ruszać się z miejsca. Myślisz, żeś dostatecznie poznał naszego sąsiada we wszechświecie? Niechże tak będzie. To nieważne. Najważniejszym jest to, abyś spełnił ściśle to, o co cię będę prosił. Wiedz zatem, kochany doktorku, że postanowiłem natychmiast udać się na Marsa i nie zmienię swego zamiaru.
Mam nadzieję, że nie zechcesz odmówić mi swej pomocy w tej wyprawie.” „Wtedy tylko będę mógł dać ci określoną odpowiedź, jeśli będziesz łaskaw wyjaśnić mi, na czym ma polegać moja pomoc.” — odpowiedziałem z pewnym rozdrażnieniem, gdyż zdawało mi się, że mój przyjaciel miał zamiar zadrwić ze mnie. „Znasz doskonale moje zdolności hipnotyczne, ale na pewno nie wiesz, bo ukrywałem to przed tobą starannie, że niewielka dawka zastrzyknięta morfiny podwaja, a nawet zwiększa czterokrotnie moją zdolność poddawania się sugestii w czasie transu. W tych wszystkich wypadkach, w których tak zachwycałeś się moim jasnowidzeniem, byłem właśnie pod wpływem morfiny. Otóż zrobię sobie dwa lub trzy zastrzyki, po czym zapalę cygaro, aby dać czas morfinie na działanie. Za kwadrans rozpoczniemy doświadczenie. To jest uśpisz mnie ze zwykłą swą maestrią, a kiedy popadnę już w trans, to powiesz mi po prostu: Asafie, porzuć ziemię. Niech ją porzuci ta nieuchwytna, nieważka część twojego ja, która stanowi jakby niewidoczną kopię ziemskiego Asafa, dla której nie masz ani odległości, ani przeszkody. Udaj się na Marsa, korzystając z jednego z tych promieni światła, jakie nam posyła. Rozwiąż zagadkę tajemniczych kanałów, które niepokoją tyle ziemskich umysłów, a potem wróć do nas, kiedy nadejdzie czas i opowiedz nam to, co ci się uda zobaczyć. Jak ci się podoba mój pomysł?” „W każdym razie wydaje mi się dość oryginalny” — odpowiedziałem.
— „Pytanie tylko, jakie przyniesie wyniki.” „To już moja sprawa” — odpowiedział Asafe z najpoważniejszym wyrazem twarzy. — „Dostaniemy tą drogą wiadomości o Marsie, jakich nam teraz brak. Rzecz jest jasna jak dzień. Możemy to łatwo sprawdzić i będziemy mieli wtedy sumienie zupełnie czyste. Odpowiedziałem, wstając, aby uśpić Asafa siedmiu czy ośmiu ruchami, jak to często zwykłem robić. Poczekaj chwilkę! – wykrzyknął. Bądźmy systematyczni. Daj mi czas zastrzyknąć sobie morfinę oraz powiedzieć kilka słów o tym, jak ma się wszystko odbyć. Mówiąc to, wydobył ze swej kieszeni niewielki futerał z przyrządami chirurgicznymi.
Wyjął z niego wszystko niezbędne do zastrzyku morfiny i zrobił sobie dwa lub trzy ukłucia w rękę. Czy rozumiesz dobrze – ciągnął, zapalając drugie cygaro – że mamy dokonać eksperymentu, który jest niezwykły? Mars nie znajduje się na końcu ulicy Świętego Wilhelma i nawet posuwając się z szybkością światła, nie liczę, abym się w kilka minut tam dostał. Podróż zajmie bardzo dużo czasu, a przecież i po przybyciu na miejsce muszę się rozpatrzyć w sytuacji. Na całość doświadczenia potrzeba będzie według mego zdania około 20 godzin. I jeśli tylko zgodzisz się na to, mój drogi przyjacielu – w tym miejscu przemówię głosem dziecka, które prosi o coś. Jeśli tylko zgodzisz się na to, to zostawisz mnie w zupełnym spokoju. Potem, jak mnie uśpisz, dając mi jedynie rozkazy, które zawczasu zapiszę, aby uniknąć pomyłek. Zgasisz lampę, opuścisz moje mieszkanie, przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku, jak czynię zawsze sam, kiedy chcę, aby mi nie przeszkadzano i nie będziesz się mną więcej zajmował w ciągu, powiedzmy, 23 godzin. Jutro o siódmej wieczór wrócisz, poddasz mnie szczegółowemu badaniu i obudzisz mnie, skoro ci podam wszystkie szczegóły mojej podróży.
Potem pójdziemy wspólnie na obiad. Cóż mogłem powiedzieć na ten program? Tyle razy urządzaliśmy z Szelanżem najdziewaczniejsze eksperymenty i zawsze się nam udawały. Nie miałem żadnego powodu odmówić mu swej pomocy w tej nowej jego fantazji. Prostym kiwnięciem głowy wyraziłem zgodę na jego prośbę. Przewidzieliśmy wszystko do najdrobniejszych szczegółów. Asafa doprowadził swoją ostrożność do tego, że własnoręcznie napisał na kawałku kartonu: wyjechałem na dwa dni. Nie trzeba sprzątać mieszkania i powiesił kartkę na drzwiach wejściowych. Sformułował także starannie rozkazy, jakie miałem mu dać, kiedy zapadnie w sen hipnotyczny. Zresztą podam państwu dosłownie to, co napisał własnoręcznie na kartce.
Znalazłem ją na tym samym miejscu na stole, gdzie zostawiłem ją, wykonawszy wszystkie zlecenia Asafa. Dołączę ją do mego opowiadania. Wszystko odbyło się tak, jak ustaliliśmy to z Szelanż. Asafa wygodnie usadowił się w klubowym fotelu na wprost swego teleskopu. Uśpiłem go jak zwykle z wielką łatwością. Musiałem jedynie nieco poprawić jego pozę, aby budząc się, nie odczuł fizycznego zmęczenia. Po czym wolno zacząłem zadawać mu pytania zawczasu przez niego napisane. Asafie, czy mnie słyszysz? Tak, mój kochany doktorze. Już rozpocząłem swą podróż.
Czy chcesz pozostać w tym położeniu do jutra? Tak, mój przyjacielu. Zatem idę do domu. Do widzenia, mój drogi Asafie. Śpij spokojnie i szczęśliwej podróży. Po tej rozmowie zgasiłem lampę, cicho opuściłem pokój, zamknąłem drzwi, przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku i udałem się do swego mieszkania. Byłoby kłamstwem, jeśli bym starał się wmówić w was, drodzy czytelnicy, że spokojnie przespałem tę noc, a na drugi ranek nie miałem ochoty pójść i popatrzeć, co robi Asafa. Nie będę twierdził, że nie odczuwałem niepokoju, a w każdym razie choćby ciekawości, ale zobowiązałem się do przestrzegania pewnego programu. Obiecałem, że przed wieczorem nie zajrzę do mieszkania Szelanża i zdecydowałem za wszelką cenę dotrzymać mej obietnicy. Na pewno też dotrzymałbym jej, gdyby mi na to starczyło sił.
Ale muszę być otwartym i szczerym. O szóstej wieczór nie wystarczyło mi już cierpliwości. Owładnęła mną straszna chęć dowiedzenia się o wynikach tego eksperymentu, godnego uwagi ze względu na całkowitą swą nowość i zdecydowałem się na skrócenie o całą godzinę czasu, jaki dzielił mnie od oznaczonego terminu. Wszedłszy do gabinetu Asafa, przekonałem się, że od dnia wczorajszego nie nastąpiły w pokoju żadne zmiany. Szelanż ani na jotę nie zmienił swej pozy w krześle. Oddech jego był równy i zupełnie spokojny, a puls normalny. Spojrzałem na zegar i mimo całej niecierpliwości dopiero wtedy podszedłem do Asafa, kiedy wybiła siódma godzina. Czy słyszysz mnie? Zwróciłem się do niego, ściskając równocześnie jego kciuki w swych rękach. Ciało jego drgnęło, niespokojnie poruszył się na fotelu, mrucząc słowa bez związku i widocznie nie miał ochoty odpowiadać na moje pytania, ale nastawałem na to tonem rozkazującym, do którego należy zawsze uciekać w podobnych wypadkach i Asafa zdecydował się wreszcie przemówić.
Uczyłem się nieco stenografii jeszcze wówczas, gdy byłem studentem szkoły medycznej i doskonale władam nią dla własnej potrzeby. Pozwoliło mi to dosłownie zapisać opowieść mego przyjaciela i w tej postaci przekazuję ją wam, drodzy czytelnicy. Rozdział drugi. Opowieść Asafa. Mój przyjacielu, wierz mi, że muszę skoncentrować całą swoją odwagę, aby dotrzymać danego ci słowa i podzielić się z tobą swymi wrażeniami. Tak mi tu dobrze i Ziemia ukazuje mi się stąd w całej swej nędzy. Ale cóż mam zrobić? Żądasz i jestem posłuszny. Podróż moja skończyła się szczęśliwie i trwała według moich obliczeń dwie godziny i 27 minut. Osiągnąwszy wyższe warstwy atmosfery, poczułem niejakie niedomaganie, zawrót głowy i duszności.
Była chwila, kiedy cierpienie opanowało mnie i mogłem się porównać z karpiem, którego wyniesiono z wody. Ale wszystko to minęło dość szybko i wkrótce osiągnąłem przestrzeń absolutnej pustki, w której nie ma mowy o niewolniczych warunkach bytu ziemskiego. Pierś moja przestała oddychać, serce bić, puls zatrzymał się. Korzystając z usług promienia słonecznego, moje wewnętrzne ja zrzuciło z siebie więzy niewoli materialnej i unosiło się coraz wyżej i wyżej. W dole u moich nóg widniała ogromna kula ziemska, której wypukłość można już było zauważyć, ale z ledwością odróżniałem niewyraźne linie kontynentów, lody polarne i blaski nieprawidłowych form, które były morzami. Ponad moją głową Mars ruszył z wolna. Początkowo wydawał się nie większym od pomarańczy, potem osiągnął wielkość arbuza i wreszcie swoimi rozmiarami zaczął przypominać dynię. Ale oto ogarnia mnie straszne zmęczenie. Zmysły tępieją i tracę przytomność. Kiedy wraca mi przytomność, czuję, że jestem pogrążony w obcej dla mnie atmosferze.
Czyste i pachnące powietrze ochładza moje rozpalone czoło. Czuję, że podtrzymuje mnie jakieś miękkie i przezroczyste ciało, pełne tajemniczego półświatła. To jutrzenka cudnego dnia rozpoczynającego się na drugiej planecie. Tak, zbliżam się. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Zbliżam się do Marsa. Jakże uroczysta jest ta chwila. Chwilę wpatruję się w sklepienie niebios, na ciemnym tle których tysiączne światy świecą tajemniczym blaskiem. Odwróciwszy głowę zobaczyłem cudowną planetę, która błyszczała na niebie jak ogromny brylant. Poznałem naszą Ziemię.
Niewypowiedziane wzruszenie ogarnęło mnie na widok promienistej gwiazdy, na której rozpoczął się mój byt. Po czym wzrok swój skierowałem na Marsa. Obydwa jego księżyce widoczne były ponad horyzontem i wydawały mi się ogromne, gdyż znajdowałem się w ich pobliżu. Na niebieskim tle nieba podobne były do olbrzymich kół białych i pełnych blasku. Noc już minęła i słońce unosiło się nad horyzontem. Obydwa księżyce bladły coraz bardziej i wkrótce znikły zupełnie. Gwiazdy gasły jedna za drugą, a ja zbliżałem się coraz bardziej do powierzchni Marsa, który wyglądał teraz jak ogromna kula zakrywająca nad mą głową prawie całe niebo. Jeszcze minuta i osiągnąłem cel swej podróży. Zawrotna szybkość, z jaką posuwałem się w czasie swej podróży, zwiększyła się jeszcze i uczucie strachu nie do opisania, jakie ogarnęło mnie, zmusiło do zamknięcia oczu. Wyciągnąłem ręce przed siebie, aby zaczepić się o cośkolwiek, a nogi poczęły poruszać się jak u człowieka tonącego i ciężko spadłem na ziemię, czyli raczej na Marsa.
Byłem tak ogłuszony upadkiem, że długo leżałem nieprzytomny. Ocknąwszy się z omdlenia chciałem wstać, ale ku wielkiemu swemu niezadowoleniu przekonałem się, że było to rzeczą prawie niemożliwą. Upadłem tak nieszczęśliwie, że lewa noga została przygnieciona ciężarem mego własnego ciała. Trudno mi było zorientować się, czy jest złamana, czy po prostu tylko zwichnięta, ale w każdym razie przy najmniejszym poruszeniu odczuwałem w niej ból bardzo dotkliwy. Sytuacja moja była dość głupia. Odbyłem bardzo ryzykowną podróż, aby zgłębić tajemnice wszechświata, a zamiast tego leżałem bez ruchu w miejscu, gdzie wypadło mi spaść na powierzchnię Marsa. Byłem wściekły i muszę przyznać, że wyładowywałem niezadowolenie w wyrażeniach, które miały dużo wspólnego z przekleństwami. Nie sądź mnie jednak zbyt surowo. Po pierwsze byłem zły, a w gniewie człowiek rzadko namyśla się nad doborem słów. A po drugie przecież mieszkańcy Marsa nie byli i tak w stanie zrozumieć tego, com mówił.
Dlatego też nie ryzykowałem, że obrażę czyjąś delikatność, dając upust gniotącej mnie złości. I rzeczywiście po tym wybuchu doznałem uczucia wielkiej ulgi. Byłem co prawda skazany na bezruch, ale nic nie przeszkadzało mi obracać głową i obejrzeć dokładnie okolicę, co też pośpieszyłem zrobić. Już poprzednio, zbliżając się do Marsa, zauważyłem, że kontynenty jego nie były morzami, a tworzyły szeroki pas wokół równika planety. Pozostała przestrzeń w dół i w górę od równika zajęta była przez morza. Na równiku grunt wydawał mi się znacznie płodniejszy, ale pod biegunem błyszczały lody podobne do olbrzymich luster. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności upadłem na ląd. Z drżeniem myślałem o tym, co by się ze mną stało, gdybym spadł głową w dół do jednego z tych wielkich oceanów. Krew stygnie mi w żyłach na samą myśl o tym. Cudowne lato panowało na tej półkuli Marsa, na którą upadłem.
Nigdy jednak nie przypuściłbym nawet, że tutejsze powietrze okaże się dla mnie tak odpowiednie i przyjemne. Rzeczywiście Mars znajduje się na takiej odległości od Słońca, że mogłem oczekiwać chłodów nawet podczas lata. Myślałem, że blade promienie słońca, jakie tu dochodzą, nie przynoszą z sobą żadnego ciepła, że chłód stąd wynikły fatalnie odbije się na stanie roślinności i że dlatego znajdę na Marsie jedynie nędzne mchy i liszaje. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast tego, obracając głowę, ujrzałem wokół pole złotego zboża, łąki pokryte soczystą zieloną trawą, wspaniałe stuletnie drzewa, które dumnie wznosiły swe korony ku niebu. Wiedząc o tym, że Mars otrzymuje zaledwie połowę tego ciepła, jakie przypada w udziale Ziemi, zdumiałem się na widok tej wspaniałej roślinności. Przypatrując się uważniej przedmiotom, zauważyłem, że na Marsie były one otoczone jakby różową mgiełką, z czego wywnioskowałem, że atmosfera tutejsza posiada dziwną właściwość zatrzymywania czerwonych promieni słonecznych, co nadaje powietrzu niezwykłą miękkość i ratuje Mars od chłodu, jaki powinien by tu panować, zważywszy wielkie oddalenie od Słońca. Podczas gdy napawał się cudownym obrazem otaczającej mnie natury, z tyłu za mną rozległ się plusk wody, co zmusiło mnie do odwrócenia głowy. Zdziwienie moje nie miało granic, kiedym zauważył, że nawadnianie pól odbywało się przy pomocy dowcipnego systemu pomp działających automatycznie w zależności od wzniesienia słońca ponad horyzontem. Gdy promienie słońca zbyt silnie nagrzewały kran regulujący działanie pomp, kran przekręcał się samoczynnie, otwierał i drobny deszcz spadał na spragnioną wilgoci roślinność. Wywnioskowałem z tego, że w dni mgliste i deszczowe kran nie nagrzewał się, pompy nie działały i roślinność polna zadowalała się naturalnym deszczem.
W ten sposób nawadnianie działało automatycznie, nie wymagając specjalnego nadzoru. Zachwycała mnie ta pomysłowość i ze smutkiem przypominałem sobie, jak to u nas, na dalekiej rodzinnej ziemi dozorcy polewają ulice w dnie deszczowe, a siedzą z olimpijskim spokojem, założywszy ręce w dnie upalne i pełne kurzu. Przypuszczałem przeto, że mieszkańcy Marsa wyprzedzili nas znacznie, przynajmniej w dziedzinie nawadniania. Nagle z lewej strony rozległy się ciche dźwięki: szt, szt, szt, które przypominały brzęczenie wielkiego bąka. Szybko odwróciwszy głowę w stronę dźwięków, wpadłem w głębokie zdumienie widoku, jaki przedstawił się mym oczom. Wielka kosa stalowa, ostrze której błyszczało w słońcu jak lustro, posuwała się sama wzdłuż pola. Niewidzialna siła wprawiała w prawdziwy ruch kosę tak, że u nóg jej, mówię u nóg, gdyż maszyna ta posuwała się niczym żywa istota, tworzyła się złocista bruzda ze skoszonych kłosów. Kłosy podcięte przy samym korzeniu lekko opadały na ziemię. Przypuszczam, że za kosiarką posuwała się jakaś inna, niewidoczna maszyna, gdyż w kilka chwil później niespodziewanie pojawił się piękny snop związany starannie. Kosiarka zaś posuwała się bez przerwy naprzód, wykonywując swe harmonijne ruchy i wydając dźwięk, który zwrócił moją uwagę.
Ale dlaczego słońce tak silnie nagrzewa moje plecy? Odwracam się mimo silnego bólu w nodze i ze zdziwienia pozostaję dłuższą chwilę z otwartymi ustami. Blisko miejsca, gdzie upadłem, stał piec ogromnych rozmiarów, naładowany opałem, który teraz właśnie zapalił się dzięki całemu skomplikowanemu systemowi szkieł zapalających, które koncentrowały na nim ciepło słoneczne. Pókim się zapytywał w duchu, do czego mógłby służyć podobny piec, okazała się zza niego jakaś wysoka maszyna, która chwytała świeżo zżęte snopy i wymłóciwszy ziarno, zmęła je na mąkę, którą przesyłała do następnej maszyny. Ta z kolei rozrabiała z mąki ciasto, z którego wytwarzała bardzo apetyczne bułeczki. Bułeczki wskakiwały niczym na komendę na blachy, wraz z którymi znikły we wnętrzu pieca piekarskiego, skąd pojawiały się już całkowicie gotowe do spożycia. Kimże byli ci ludzie, którzy umieli zaprzęgać w ten sposób do pracy siły przyrody? Pytałem się pełen zdumienia. Kiedy pieczywo było już gotowe, usłyszałem szum jakiejś nowej maszyny. Rozwarł się otwór w piecu, z którego poczęły się sypać złociste bułki do wielkich koszów, oczekujących jakby z niecierpliwością na swój ładunek.
Było około godziny siódmej rano, licząc według naszego ziemskiego sposobu i uważałem, że ludzie, którzy w podobnie cudowny sposób potrafią piec swój chleb, zjawią się niezawodnie, aby wykorzystać płody swej wynalazczości. Opanowała mnie niecierpliwość zobaczenia i usłyszenia tych ludzi. Jakiż jest ich wygląd? Czy są do nas podobni? Czy zrozumieją mnie? Jak mnie przywitają? Wszystko, co dotąd widziałem, mówiło, że są ludźmi cywilizowanymi. Byłem szalenie zniecierpliwiony długim wyczekiwaniem na denerwujące pytania, jakie cisnęły mi się do głowy. Ale mieszkańcy Marsa nie lubią trudzić się zbytecznie. Kiedy wszystkie kosze zostały napełnione pieczywem, zaczęły się posuwać po torze, którego dotąd nie zauważyłem i z szybkością strzały znikły za grupą wielkich drzew, najwidoczniej ukrywających przed mym wzrokiem najbliższe miasto.
Co za rozczarowanie. Ze złością pomyślałem, że widocznie przerażę tutaj samotnie do dnia sądu ostatecznego. Ponure myśli błądziły po mej głowie, a przyjemny zapach gorącego chleba przypominał mi, że od wczoraj wieczór nie miałem nic w ustach. A prócz tego, z braku apetytu ledwie skosztowałem coś niecoś podczas wczorajszego obiadu. Toteż chętnie bym znalazł coś do zjedzenia. Pochodzący z jakiegoś wielkiego, dziwnej formy przedmiotu, który się w powietrzu nade mną unosił. Nigdy nie miałem się za tchórza, ale zjawienie się cienia wywołało wstrząs. Dziwne uczucie owładnęło mną i odczułem strach tak silny, że wywołało to nawet moje zdziwienie. Cóż to mogło znaczyć? Kto rzucał ten cień i dlaczego wywołał on we mnie uczucie dziwnego strachu?
Czy był to ptak, czy obłok? Ale czy był sens denerwować się tak silnie, gdyby nawet był to wielki orzeł? Przecież nie porwie mnie w swych szponach, jak nie. Zresztą strach, jaki mnie ogarnął, nie miał charakteru czysto fizycznego. Był to raczej jakiś paraliż mózgu, który boi się zobaczyć. Zobaczyć co? Jakiś ogromny i wstrętny przedmiot, na widok którego zmrozi mnie przerażenie i umrę z wrażenia. Ale zanim miałem podnieść wzrok na tajemniczy przedmiot, postanowiłem uspokoić i przeczekać, aby serce przestało silnie bić w mych piersiach. Cień znieruchomiał. Stworzenie wiszące nade mną w powietrzu posiadało dwa wielkie skrzydła, o kształcie których mogłem sądzić z cienia widniejącego na piasku.
Nagle usłyszałem szelest tkaniny jedwabnej. Ono zaczęło opuszczać się na ziemię i zatrzymało się o kilka kroków ode mnie. Przemogłem się. Mężnie spojrzałem w górę i oniemiałem ze zdziwienia i zachwytu. Stworzenie, które stało nade mną, tak było podobne do naszego ziemskiego wyobrażenia anioła, które często oglądamy jako dzieci, że przyszło mi natychmiast do głowy, czym się aby nie pomylił i zamiast na Marsa nie trafił do nieba. Owego nieba, które tak mnie pociągało w moim dzieciństwie. Z trudnością udało mi się opanować i doprowadzić do jakiejś równowagi moje zdolności umysłowe. To jest widocznie mieszkanka Marsa i wszyscy mieszkańcy planety mają skrzydła. Oto wszystko. Uspokajałem się w myśli.
Do diabła! Oto są szczęśliwcy, którzy naprawdę mogą pochwalić się swoją organizacją. Myśląc o tym z zachwytem, patrzałem na piękną istotę zamieszkującą nieznane krainy. Była to młoda dziewczyna mogąca mieć około 20 lat. Zgrabna i czysta. Białe, szerokie ubranie z miękkiej i giętkiej tkaniny opadało wykwintnymi fałdami. Z lekka skłoniła swą główkę w moją stronę, tak, że mogłem zobaczyć jej cudną, boskiej piękności twarzyczkę. Wspaniałe blond włosy błyszczały wokół jej białego czoła, a rysy twarzy przypominały starożytną boginię. Na pięknych ustach nie znać było nawet śladu uśmiechu, tak, żem się poczuł nieswojo pod spokojnym i poważnym wejrzeniem jej pięknych oczu, czystych i chłodnych jak woda górskiego potoku. Biała wstążka, jaką miała przewiązane czoło, podtrzymywała jedwabiste loki.
Za plecami cudnego zjawiska srebrzystym blaskiem trzepotały dwa ogromne białe skrzydła. Nie wytrzymałem jej wzroku i opuściłem oczy, co jednak nie przeszkodziło mi zauważyć cudownej barwy jej ciała, a ubranie rozcięte z boku prawie do kolan pozwalało mi widzieć nóżkę, na widok której bladły by wszystkie ziemskie Wenery. Naprawdę była to cudowna mieszanina Wenery, Diany, anioła i kwitnącej młodości. Była to istota niezwykła, przepiękna, boska. Opierając się jedną ręką na złotej lasce, spoglądała na mnie poważnym, obojętnym i trochę dumnym wzrokiem, w którym przebijała zaledwie odrobina ciekawości. „Kim pan jest?” — spytała wreszcie. Ku wielkiemu swemu zdumieniu doskonale ją zrozumiałem, choć przemówiła do mnie obcym językiem. Podczas gdy starałem się zdać sobie sprawę z tego dziwnego zjawiska, Marsjanka powtórzyła swe pytanie nieco głośniej po francusku, po angielsku, po hiszpańsku i jeszcze w kilku ziemskich językach. Milczałem jak osioł upojony muzyką jej srebrnego głosu. Często potem żałowałem, że od pierwszej chwili zaprezentowałem się w tak niepochlebnym świetle.
Wyobraź mnie sobie z otwartymi szeroko ustami, wywróconymi oczami, bez ruchu jak kłoda leżącego na ziemi. Miałem na pewno dość głupią minę, nie mówiąc już o tym, że nasz ziemski ubiór wydał mi się w tej chwili okropnie kosy i szpetny. Moje krótko ostrzyżone włosy, mój kostium w kratę, moje szerokie kamasze, wszystko pokryte kurzem, który powstał przy moim upadku. Słowem, muszę przyznać, że wrażenie, jakie mogłem uczynić na mojej nieznajomej, nie mogło być korzystne. Nigdy jednak przecież nie mogłem się oskarżać na swą powierzchowność. A jeśli wierzyć mojej mamce, to zadziwiałem cały świat swą pięknością od pierwszej chwili owego szczęśliwego dnia, kiedym ujrzał światło dzienne. Ale w porównaniu z podobnie cudną istotą sam wydawałem się sobie jakimś nieszczęsnym i wstrętnym stworzeniem. W tej chwili byłbym chętnie zapadł się pod ziemię i wobec tego nie zdziwisz się, gdy powiem, że w dalszym ciągu milczałem jak zaklęty. Znudzona najwidoczniej tym milczeniem cudna córka Marsa zbliżyła się do mnie i bez żadnej ceremonii dotknęła mego podbródka swoją złotą laseczką, co zmusiło mnie do podniesienia nieco głowy. „Czy pan jest niemy?” — spytała w języku, w jakim zadała mi już swe pierwsze pytanie.
Języku, który był mi obcy, a jednocześnie zupełnie zrozumiały. Zachwyt pozbawił mnie możności mówienia. Wykrzyknąłem w zapale szczerości, uśmiechając się mile. „Aha” — odpowiedziała spokojnie. „Skąd to pan przybywa?” „Wprost z Ziemi” — odpowiedziałem z udaną obojętnością, myśląc, że zdziwi ją tym. A więc wreszcie udało się im znaleźć środki do nawiązania kontaktu z nami. Spokojnie spytała piękna Marsjanka. „Im nic nie udało się znaleźć” – wykrzyknąłem gorąco. – To ja z doktorem Brideau odważyliśmy się zrobić doświadczenie, o którym szerzej opowiadać nie byłoby teraz na miejscu. Hipnotyzm należy do nowych nauk.
„Nowych?” – przerwała Marsjanka, podnosząc brwi, co nadało jej oczom wyrażenie najwyższej pogardy. – To już kilkaset tysiącleci, odkąd już nie zajmujemy się hipnotyzmem. Możesz sobie wyobrazić, jak głupią minę zrobiłem przy tej uwadze. – Dlaczego pan leży? – ciągnęła swe badanie. – Chciałbym bardzo wstać, ale nie mogę. Przeciw losowi nic nie można zrobić. Upadłem tak nieszczęśliwie, że zwichnąłem, a może i złamałem nogę i boli mnie teraz okropnie. Aj! – wykrzyknąłem nagle, zagryzłszy wargi, ale starając się wywołać na swej twarzy uśmiech męczennika.
Nie traciłem jeszcze nadziei na wzruszenie jej serca swym wielkim cierpieniem, które znosiłem po bohatersku. – Naprawdę nie bardzo to przyjemne, ale co robić? Trzeba przystosować się do okoliczności – odpowiedziałem z udaną wesołością. – A po cóż znosić cierpienia? – spytała chłodno. – Po co? Czy nie umie pan uniknąć cierpień? Szczerze mówiąc nie. A pani? – spytałem tonem, który mnie samemu wydał się nieco za ostry.
Przyznam, że zaczynała mnie drażnić zimna krew, z jaką odnosiła się do moich cierpień i, nie boję się nazwać rzeczy po imieniu, do bohaterstwa, z jakim je znosiłem. – Wystarczy, abym zechciała, a cierpienia nie będą dla mnie istniały – spokojnie odpowiedziała piękna Marsjanka, zbliżając do ust piękną kryształową gwizdawkę, która wisiała u jej pasa. Następnie oparła się wdzięcznie na swej złotej lasce, nie mówiąc ani słowa. Widocznie oczekiwała na coś. Jej obojętność drażniła moją ambicję. Nie mogłem jednak odmówić sobie przyjemności, by chociaż ukradkiem nie napawać się jej wspaniałą pięknością. Ale gdybym nawet patrzył jej wprost w oczy, nawet wtedy nie wywołałbym jej zmieszania. Zachowywała się tak, jakby zupełnie zapomniała o moim istnieniu. Po pewnym czasie nad moją głową rozległ się szum skrzydeł. Szybko spojrzałem w górę i zobaczyłem wspaniałe stworzenie, które szybko leciało na swych ogromnych, rozpostartych skrzydłach.
Jego cztery łapy skurczone były pod tułowiem, a poziomo sterczący ogon odgrywał rolę steru. Zwierzę wylądowało obok nas i z powagą zbliżyło się do młodej dziewczyny. Dopiero teraz zauważyłem, że był to pies z rodzaju naszych dogów, ale większy i ładniejszy. Był z lekka złotwawej maści i zdawało się mi, że białe skrzydła psa były przyczepione do grzbietu za pomocą pewnego rodzaju lekkiej uprzęży. W zębach trzymał niewielką szkatułkę, którą wręczył dziewczynie. Piękna Marsjanka pogłaskała psa i zbliżywszy się do mnie, podała mi maść, którą wyjęła ze szkatułki. – To połączenie różnych lekarstw. Jest wynikiem prac naszych najmędrszych starców – powiedziała mi. – Potrzyj pan swoją nogę. Za minutę będziesz zdrów.
Byłem bardzo zakłopotany. Czyżbym miał zdejmować buty w obecności młodej dziewczyny? Widocznie zakłopotanie wyraźnie odbiło się na mojej twarzy, gdyż młoda dziewczyna spytała mnie otwarcie: „Czy nie krępuje pana?” Po czym odwróciła się ode mnie i pewnymi krokami oddaliła się w stronę grupy drzew, za którą znikła w towarzystwie swego psa. Raczej zerwałem, niż zdjąłem but i skarpetkę. Zakasawszy spodnie zacząłem z gorączkowym pośpiechem wcierać maść. Była ona zielonkawego koloru i wydawała bardzo przyjemny zapach, a w działaniu okazała się po prostu cudowną. Zgodnie z tym, co mówiła piękna nieznajoma, wystarczyło kilka minut, aby opuchlizna zeszła, zaczerwienienie ustąpiło i noga przestała mi dolegać. Skoczyłem na równe nogi i szybko włożywszy z powrotem but, pędem pobiegłem w ślad za moją cudną wybawczynią. Udało mi się dogonić ją przy zakręcie do lasu. Moje pierwotne przypuszczenia potwierdziły się całkowicie, gdyż w niedalekiej odległości od lasu widać było miasto, które na pierwszy rzut oka zdumiało mnie swymi rozmiarami.
Ale lepiej przyjrzawszy się widokowi, jaki rozpościerał się przed mymi oczyma, przekonałem się, że swój wielki wygląd miasto to zawdzięczało zręcznemu rozplanowaniu. Poszczególne ogromne domy o przepięknej architekturze ginęły w otaczających je ogrodach, które nadawały im charakter will ukrytych w gęstym lesie. Dym i wyziewy fabryk nie zatruwały powietrza wielkiego miasta. Wesołe gaje i płodne pola ciągnęły się do samych murów miasta i zlewały się z jego ogrodami. Podziwiając oprawne pola, na próżno szukałem na nich robotników zajętych pracą. Nigdzie ich nie było i za człowieka pracowały maszyny pięknego wyglądu i doskonałe w pomyśle i wykonaniu. Gdzieniegdzie widać było stada zwierząt domowych, ale i one nie pracowały, a spokojnie pasły się na zielonych łąkach. Na nasze spotkanie biegł piękny gniady koń. Przyszło mi do głowy, że może on stratować młodą dziewczynę swymi kopytami i dlatego rzuciłem się naprzód, aby zastawić ją swym ciałem. Ale moje bohaterstwo na nic się nie zdało, gdyż koń podszedł spokojnie do dziewczyny, wyciągając łeb w oczekiwaniu pieszczoty Po czym poszedł z nią przyjacielsko wąchając jej włosy.
W zachowaniu się konia i psa było tak mało cech zwierzęcych, że raczej przypominały bliskich przyjaciół dziewczyny. Idąc za nią zdążyłem zauważyć, że pola poprzecinane były we wszystkich kierunkach kanałami wyłożonymi marmurem, po którym płynęła krystalicznie przeźroczysta woda. Kiedy zbliżałem się do Marsa, zdumiał mnie absolutny brak na nim rzek i gór. Skądże pochodziła ta bieżąca woda? Dałem sobie słowo, że zbadam tą tajemnicę podczas dalszego pobytu na Marsie. Tymczasem w mózgu moim rodziły się coraz to nowe pytania. Czy tutejsi mieszkańcy noszą jakieś imiona i czy nie będzie niedelikatnością, jeżeli poproszę panią, aby łaskawie powiedziała mi swoje imię? Zwróciłem się z pytaniem do pięknej nieznajomej. Niedelikatnością? Bynajmniej, mój panie.
Nazywam się Akolea. Rozdział trzeci. Akolea. Przepraszam, ale jakim językiem przemawia pani do mnie? Jeśli się nie mylę, to jest jakiś dialekt starofrancuskiego języka. Spytałem po chwili milczenia. Cieszy mnie bardzo, że nawet na Marsie język Voltaire'a, Rousseau i... Niechże pan nie trudzi się dalszym wyliczaniem. Przerwała piękna Akolea. Nie mówię po francusku.
Pani nie mówi po francusku? Powtórzyłem w zdumieniu. Ale w takim razie jak mam wyjaśnić fakt, że panią świetnie rozumiem? To w żadnym razie nie zależy od pana i przypuszczam, że całkowita pańska wiedza lingwistyczna polega na znajomości francuskiego, do którego można by dodać kilka źle nauczonych słów angielskich i słabe wspomnienie łaciny. Zresztą jeśli by pan nawet władał językami jak Max Müller, a on znał ich, zdaje się około tysiąca, to i to na nic by się panu nie zdało, gdybyśmy odznaczali się takim zacofaniem jak wy. Ale koniec końcem, odpowiedziałem z niedowierzaniem, słyszę panią i rozumiem, a ponieważ w żadnym razie nie mogę pochwalić się znajomością języka używanego na Marsie, więc trudno mi zrozumieć. Rzeczywiście? W takim razie spróbuj pan powtórzyć choćby jedno zdanie z tych, które teraz wymawiam. Ale przecież to jest takie proste. Ile tylko pani zapragnie.
Ale niech pan najpierw spróbuje, a dopiero potem zapewnia mnie. Żądanie to wydało mi się dziecinne, ale grzeczność wymagała, abym przystał na nie i spróbowałem wymówić najpoprawniej ostatnie słowo, które powiedziała moja towarzyszka. Ale gdzie tam. Zdawało mi się, że je jeszcze słyszę, a w samej rzeczy wyleciało już z mej pamięci. Co za roztargnienie. Być może, że winną jest moja chwilowa głuchota. Ale nie, przecież zupełnie wyraźnie słyszałem jej ostatnie zdanie i pamiętam dokładnie jego sens, ale żadnego słowa nie zatrzymałem w pamięci. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś inne słowo słyszane przeze mnie dawniej, ale i to mi się nie powiodło. Moje zmieszanie równe było zdumieniu. W takim razie, rozpocząłem, nietrudno mi powtórzyć to, o czym mówiliśmy z panią.
Co do tego nie spieram się, ale nie w tym rzecz. Pytam pana, czy jest pan w stanie powtórzyć moje słowa? No, choćby te, które teraz wymawiam. Nie, nie mogę. Odpowiedziałem zawstydzony. Ale czy nie byłaby pani tak dobra wyjaśnić mi tego cudu? Już bardzo, bardzo dawno, z dumą odpowiedziała Akolea, dzieci Marsa pozbyły się tego nędznego bełkotu, który wy, mieszkańcy Ziemi nazywacie językami. Odkryliśmy jedną z najważniejszych tajemnic wszechświata i rozumiemy język, jakim przemawia wszechświat. Nasza nauka zrozumiała język stanowiący cząstkę każdego bytu. Nasza nauka uwolniła nas od musu mówienia żargonami odpowiadającymi tym lub innym istotom.
Ale mimo to rozumieją nas wszystkie żyjące istoty. Będę równie dobrze zrozumiana na Saturnie, jak i na Jupiterze. Słowem na każdej planecie naszego systemu słonecznego. Zresztą o słuszności moich słów miał pan osobiście sposobność przekonać się. Zdumiewające! Wykrzyknąłem mimo chęci ukrycia swego entuzjazmu, do czego skłaniała mnie zbytni adoma pięknej Marsjanki i jej nieukrywana lekceważenie, w którym było mało pochlebnego dla mnie. A czy można nauczyć się tego języka nie mając zaszczytu należeć do mieszkańców Marsa? Wątpię w to. Odpowiedziała Akolea, przy czym jej jasne i chłodne spojrzenie przesunęło się po moim ciele. Zdaje mi się, że nie jest pan specjalnie obdarzony zdolnościami lingwistycznymi.
Otóż masz. A ja przecież tak byłem dumny z tego, że mam silnie rozwiniętą trzecią bruzdę w przedniej części mózgu. Nie mogłem też powstrzymać się, aby się nieco nie pochwalić. Bardzo mi przykro, ale wątpię, czy pani ma rację. Zacząłem. Oprócz mego ojczystego języka znam jeszcze i to nawet biegle angielski, niemiecki, włoski i hiszpański. A co się tyczy łaciny, to ta nie tak znów wywietrzała mi z głowy, jak to pani była łaskawa zauważyć, nie mówiąc już o grece. Przerwała mi z lekceważącą miną. Trzeba przyznać, że pańskie zasoby nie są zbyt obfite. A jednak na Ziemi pańskie umiejętności uważane są za coś nadzwyczajnego.
Wiem, że pana uważają tam za uczonego. Co? Zawołałem ze zdziwieniem, czując jednocześnie, że moje rozdrażnienie zaczyna mijać. Czyżbym miał szczęście być pani znany? Wiem, że pan się nazywa Azafén Shalanash. Odpowiedziała Akolea z takim wyrazem, że od razu usunęła wszystkie podejrzenia o samochwalstwie. Bacznie śledzimy pracę wszystkich astronomów mieszkających na planetach naszego systemu słonecznego. A więc pani zajmuje się astronomią. Mój ojciec jest jednym z najsłynniejszych naszych astronomów, a ja od dawna już jestem jego pomocnicą. Usłyszawszy te słowa, zapomniałem o swym rozdrażnieniu i zapytałem z ciekawością właściwą każdemu człowiekowi oddanemu pracy naukowej: czy może mi pani powiedzieć, czy satelita naszej Ziemi jest zamieszkały?
Zagadnienie to wywołuje u nas liczne spory naukowe. Co do mnie osobiście, to skłonny bym był rozstrzygnąć to zagadnienie w sensie raczej negatywnym. Po pierwsze — rozrzedzona atmosfera. Dowody pańskie są niewątpliwie bardzo przekonywujące. Niemniej jednak Księżyc jest zamieszkały. Mieszkańcy Księżyca nie bardzo interesują się wyrokami waszych uczonych, a żyją sobie i oddychają na swój sposób. Wszystkie wasze błędy pochodzą z tej nietolerancji, która kwitnie u was na Ziemi i od której winien był uwolnić się człowiek poświęcający się szlachetnej nauce astronomii. Obraźliwe słowa tego pięknego anioła ogromnie mnie zmieszały, ale wspomniawszy o współczuciu, z jakim się odnosiła do moich niedawnych cierpień, odważyłem się zapytać: przypuszczam tedy, że pani widziała we mnie kolegę astronoma i że tylko tej okoliczności zawdzięczam pomoc, jakiej mi pani niedawno udzieliła. Bynajmniej. Ład i porządek panują na Marsie i nie mogłam pozwolić, aby w posiadłościach mego ojca cokolwiek mogło pozostawać połamane lub zniszczone.
Tego tylko brakowało. Naprzód uważano mnie za dzikusa, a teraz odnoszą się do mnie niczym do jakiegoś tam krzesła, które wymaga naprawy. A więc — ciągnąłem, nie będąc w stanie strawić pogardy, z jaką ta piękność się do mnie odnosiła — nie chce pani widzieć we mnie kolegi? Kolegi? — powtórzyła. — Czy możliwe jest u was zbratanie się przedsiębiorcy i niewykwalifikowanego robotnika? Robotnika — powtórzyłem w myśli, odczuwając silne oburzenie. — Czy pani zapomina o wielkich dziełach, którychśmy na Ziemi dokonali? A może pani, córa Marsa, posiada mniej wiedzy, niż przypuszczałem? Niechże pan wymieni te dzieła — powiedziała sucho.
— Wykorzystaliśmy siłę pary — zacząłem z zapałem. — Zawładnęli elektrycznością, więzili pioruny i ujarzmili siły przyrody. Zważyliśmy Słońce i określili jego skład. Fotografujemy waszego Marsa i... A czy udało wam się usunąć cierpienie z waszego życia? — z godnością zapytała Akolea. — Czy udało się wam uchronić ciało od niszczącego działania czasu? Czy udało się wam, mówiąc słowami jednego z waszych mędrców, choćby o cal podwyższyć wasz wzrost? Zdaje mi się, że rozwiązaliście raczej odwrotne zagadnienie i wzrostu sobie ujęli. Milczałem.
Czy się udało wam usunąć ze swego życia cierpienie? — nastawała Akolea. Nie udało nam się w zupełności rozwiązać tego zagadnienia — odpowiedziałem pod przymusem. — Niemniej jednak mamy środki znieczulające. Doskonałe są te wasze środki. Na przykład morsina, powie pan. Ależ to znaczy jedno zło naprawiać drugim. Może się pan jeszcze pochwali trującym chloroformem. A czy możecie istnieć, nie uciekając się do mordowania biednych zwierząt? Boże mój — pomyślałem.
— A tom ci się dostał między jaroszów. Tylko tej niespodzianki mi brakowało. A właśnie teraz z taką chciwością rzuciłbym się na porządny befsztyk. Muszę przyznać się, żeśmy tego jeszcze nie osiągnęli — ciągnąłem dalej głośno. — Ale prawdę mówiąc, czy pani nie zauważa, że silne muskuły i różowe policzki możliwe są tylko... A czy w porównaniu z panem wyglądam anemicznie? Niemniej jednak raz na zawsze zabroniliśmy tej wstrętnej rzezi. Ale nie skończyliśmy jeszcze. Przed chwilą chwalił się pan, żeście ujarzmili siły przyrody. Czy umiecie latać?
Na to odpowiedziałem: trzeba mieć skrzydła, a natura zapomniała nas właśnie obdarzyć tą ozdobą. A więc pan myśli, że nasze skrzydła wyrastają nam z pleców? — zapytała Akolea i po twarzy jej prześlizgnął się cień uśmiechu, który mi się wydał boskim. Jak to? — zawołałem z kolei, wpadając w prawdziwy zachwyt. — Czyżby ta przepiękna ozdoba była dziełem waszej sztuki? Poczułem ogromną ulgę na myśl, że ta piękna, a nierozmowna osoba nie była swego rodzaju cudownym ptakiem, uccel divino, jak mówił Dante. Ale jej skrzydła nadal wprawiały mnie w zmieszanie. Co za dziwne pytanie — odpowiedziała. Ubieramy te skrzydła, gdy udajemy się w drogę i nie są one tak brzydkie, jak wasze parasole i płaszcze deszczowe, a za to daleko pożyteczniejsze od nich i doskonale chronią nas przed niepogodą.
Ale do rzeczy. Śmiał pan przeprowadzić porównanie między Marsem a Ziemią. Niech więc pan sam siebie wini, jeżeli skutki pańskiego zuchwalstwa nie będą panu zbyt przyjemne. Co mi pan powie, jeżeli zapytam, dlaczego na Ziemi obok piękna istnieją cielesne potworności i tak często zatruwają wam życie? I nadal prowadziła badania niczym sędzia śledczy. Ale ten spór zaczął mnie wprawiać w rozpacz. Nie mogłem spokojnie znosić tej pogardy, która całymi potokami lała się na moją biedną Ziemię, podczas gdy moje do niej przywiązanie wzrastało z każdą chwilą. Na próżno szukałem jakiegokolwiek poważnego argumentu, który by zmusił tę arogancką osobę do milczenia. Na nieszczęście ona miała słuszność, a dowodem tego były owe cuda, które widziałem przed jej przybyciem i te doskonałości, których uosobieniem była moja piękna przeciwniczka. W każdym jednak razie zbytnio już nadużywała swej wyższości.
„Pan nie odpowiada?” – zapytała ironicznie. Wydało mi się, być może było to tylko złudzenie, że jej spojrzenie prześlizgujące się po mnie wyrażało niezbyt pochlebne mniemanie o mojej powierzchowności. Już przedtem powiedziałem, że nie mogę skarżyć się na swą powierzchowność. Niech pani nie myśli, że opieram się wyłącznie na świadectwie mej starej mamki, o której już pani wspominałem. Ta dobra staruszka uważa mnie za pięknego mężczyznę i chętnie opowiada o tym każdemu, kto ma czas jej posłuchać. A prawdę mówiąc, proszę mi wierzyć, że tylko konieczność zmusza mnie do zrobienia tego wyznania. Moja mamka nie jest jedyną osobą podzielającą to mniemanie. Mówiąc szczerze, pośród wszystkich swoich przyjaciół cieszę się reputacją człowieka, który może się szczycić swą powierzchownością. I teraz właśnie przyszło mi na myśl, by zręcznym nawiasem ocalić cześć mieszkańców Ziemi. „Niech pani nie sądzi o mieszkańcach Ziemi na podstawie tego marnego wzoru, który pani widzi przed sobą i który pośród swoich współobywateli zajmuje jedno z ostatnich miejsc” – powiedziałem, z powodzeniem grając rolę nader uniżoną.
„Proszę zaniechać tych podstępów i nie wplątywać się jeszcze bardziej. Bez najmniejszej względności” – odpowiedziała Akolea. „Proszę pamiętać, że przez nasze teleskopy widzimy was tak wyraźnie, jak wy przez swoje lornetki widzicie Sarę Bernard, kiedy raczy grywać przed wami. No dosyć” – ciągnęła z pewną wspaniałomyślnością. – „Pozostawmy to zagadnienie. Szanuję te uczucia, które panu każą bronić Ziemi i dobrze rozumiem, że panu nieprzyjemnie należeć do rasy garbusów, kulawych i karłów.” „A czy na Marsie nie ma takich nieszczęśliwców?” – zawołałem, chociaż ogarnął mnie mimowolny zachwyt. „Mars od dawna już pożegnał się z potwornością we wszystkich jej przejawach. I niech się pan zgodzi ze mną, że przede wszystkim od tego należy zaczynać, bo cóż znaczy życie pozbawione piękna?” „Łatwo powiedzieć” – odpowiedziałem z niechęcią. – „Siebie samego przerobić nie można, a i potwór chce żyć.” „Nie widzę w tym żadnej konieczności” – odpowiedziała najzupełniej poważnie. Te słowa, pełne arystokratycznej wzgardy dla istot niższych, wywarły na mnie tak ujemne wrażenie, że nawet ta, która je wypowiedziała, wydała mi się mniej czarującą niż przedtem.
„Czy nie zarządza pani przypadkiem, abyśmy jak Spartanie rzucali w przepaść tych, którzy rodzą się z ułomnościami cielesnymi? Bardzo dziękuję. Tak wysokiego stopnia cywilizacji dotychczas nie zdołaliśmy osiągnąć.” „Wątpię, czy na Marsie znajdzie się zwolennik takiego okrucieństwa” – odpowiedziała Akolea. Jej te słowa uczyniły ją w moich oczach piękniejszą niż przedtem. – „Pan mnie nie rozumie. Mówię nie o niszczeniu zła, ale o zapobieganiu mu.” „Ale czy istnieją środki po temu?” „Znaleźliśmy je.” Słowa te dały mi trochę do myślenia. Przecież to jakieś królestwo doskonałości. Ani chorób, ani brzydoty, ani jakichkolwiek nieporządków. Ale może właśnie dzięki swej doskonałości życie na tej planecie jest nieinteresujące? Ta myśl dodała mi odwagi i moja biedna, brzydka, ośmieszona Ziemia wydała mi się stokrotnie milszą od tego raju, w którym wszystko było wymierzone i przewidziane.
I to ja z kolei podjąłem śledztwo. „A więc Mars” – powiedziałem – „zamieszkany jest tylko przez pięknych mężczyzn i piękne kobiety.” „Bez wątpienia.” „I mówiąc szczerze, pani nie uważają za cudowne zjawisko.” „Wiem, że u was na Ziemi zwykło się mówić kobietom takie płaskie komplementy” – powiedziała Akolea, zarumieniwszy się z lekka, co zresztą uczyniło jej twarzyczkę jeszcze bardziej uroczą. „Jak to?” – zawołałem, czując, że po trosze zaczynam brać górę. – „Czyż u was na Marsie nie ma zwyczaju mówienia damom komplementów?” „U nas uprzejmość pojmuje się inaczej.” „Ale w takim razie musicie nudzić się śmiertelnie.” Akolea spojrzała na mnie z niezadowoleniem. „Proszę mi wybaczyć natręctwo” – ciągnąłem dalej – „ale to stanowi dla mnie zagadnienie pierwszorzędnej wagi. A więc pani twierdzi, że na Marsie wszystkie kobiety są jednakowo piękne?” „Tak myślę.” „Ta jednostajność musi być nużąca” – oświadczyłem zdecydowanym tonem. „Opinia ta dowodzi pańskiej ignorancji.” „Niech pani powie raczej, że brzmi w niej głos proroczego ostrzeżenia” – odpowiedziałem z zapałem. – „Wasze życie musi być śmiertelnie nudne. Nie ma w nim ani braków, ani niepokoju, ani oczekiwań, nadziei czy współzawodnictwa. A instynkt mi powiada, że nie ma i cienia tego, co my nazywamy flirtem.” „Mój panie” – przerwała Akolea, widocznie tracąc swą pewność.
– „Nie ścierpię, by w mojej obecności mówiono o naszej planecie bez szacunku.” Ale trudno już było powstrzymać mnie. Jakkolwiek nieznaczny był mój pierwszy sukces, dodał mi przecież śmiałości i argument, którego szukałem na próżno, nieoczekiwanie stanął przed oczyma mej myśli. „Marsjanie nie osiągnęli doskonałości” – powiedziałem z przekonaniem. – „I my Ziemianie niewiele mamy im do zazdroszczenia.” Powiem więcej, Mars powinien uchylić czoła przed geniuszem Ziemi. Nam bowiem udało się rozwiązać jedno z tych zagadnień, przed którymi cofnęła się wasza dumna nauka. „Cóż pan chce przez to powiedzieć?” — zapytała Akolea swym poprzednim, pełnym wyższości tonem, w którym jednak dawało się odczuć pewne zaniepokojenie. W głosie moim bowiem brzmiał nieukrywany triumf. Ja zaś już z góry syciłem się swoim zwycięstwem i nie spieszyłem odkryć swych kart. Ależ to jasne, tylko ślepy może tego nie wiedzieć. „Ja także nie widzę” — odpowiedziała z widoczną urazą.
Zacznijmy od tego, że Ziemia jest większa od Marsa. „Czyż w tym streszcza się cała wasza wyższość?” — zapytała, wahając się między bojaźnią a pogardą. — „A ja myślałam, że pan mi powie coś naprawdę godnego uwagi. Czyż nie wie pan, że jedna uncja dobrze zorganizowanego mózgu ma większą wartość niż cała wasza planeta, jakiekolwiek by były jej zamiary?” Nie przeczę, ale nasz drogi niekształtny glob ze swymi kaloszami i deszczochronami, rzeziami i klęskami, ze swymi garbatymi i pozbawionymi skrzydeł mieszkańcami, jednym słowem cała nasza Ziemia stanowi planetę, na której życie niegodne chyba tej pogardy, którą pani okazuje mi łaskawie. I gotówem założyć się, że gdyby się pani udało w ten czy inny sposób dostać na Ziemię, za nic w świecie nie chciała by pani jej opuścić. „Pan chyba drwi ze mnie” — odparła tonem, w którym brzmiało cierpienie. — „Jeżeliście rzeczywiście rozwiązali jedno z tych zagadnień, z którymi się na próżno zmagamy, niech mi pan powie od razu, nie zmuszając mnie do dalszego oczekiwania.” Powiem krótko: udało mi się dostać na Marsa. Niech pani powie prawdę, ileż to razy na próżno posyłaliście waszych argonautów na Ziemię, i jeżeli wam się nie udało wydostać z waszego ciasnego więzienia, mimo wszystkie zalety, o których tyle mówicie i które zresztą rzucają się w oczy, to złóżcież przynajmniej dar podziwu geniuszowi ludzkiemu, który tego czynu umiał dokonać. Spodziewam się, że pani nie będzie we mnie wmawiała, jakoby ta podróż nie wydała się wam interesująca i że tylko dlatego nie zwiedziliście Ziemi, którą jednak badacie tak dokładnie. Jeżeli zaś nie jesteście w stanie dostać się na Ziemię, to i wszyscy wasi sąsiedzi w przestworzach międzyplanetarnych są wam niedostępni.
A skoro nam udało się doprowadzić do końca przedsięwzięcie, o które rozbiły się wszystkie wasze usiłowania, to… W zapale argumentacji niemalże nie zważałem na Akoleę. Spojrzawszy jednak na jej twarzyczkę, zatrzymałem się zmieszany widokiem skutków mej małej zemsty. Widocznie potrąciłem o jej słabą stronę. Czoło mej uroczej przeciwniczki zachmurzyło się, źrenice błyszczały ukrytym ogniem, a rumieniec oburzenia pokrywał jej delikatne policzki. Jakem to już powiedział, nieco ożywienia, choćby i gniewnego, nie zawadzało, i chociaż Akolea w tej chwili odnosiła się do mnie z niechęcią, w duszy mej obudził się artysta i mimo woli zachwycałem się tą nową pięknością, którą wzruszenie nadało tej boskiej twarzy. Z mych entuzjastycznych słów nietrudno wnioskować, że właściwie leżałem już u stóp uroczej córy Marsa i że mogła ona rozporządzać mną jak swoim niewolnikiem, chociaż we wzajemnym naszym stosunku nie było ani cienia uprzejmości, a uczucia odzwierciedlające się na jej przepięknym obliczu nie miały nic wspólnego z przychylnością. Możecie sobie wyobrazić, co się działo ze mną, gdy surowy wyraz jej twarzy zmienił się nieoczekiwanie. Komuż nie zdarzyło się obserwować tej cudnej chwili, kiedy to promień słoneczny niespodziewanie rozjaśni jakiś las ponury lub zagra na foni smętnionej? Niejeden poeta opiewał tą chwilę, której urok jednako jest dla wszystkich śmiertelników dostępny.
Któż jednak podejmie się opisać tą zmianę, która zaszła w Akolei, kiedy zachwycający uśmiech rozjaśnił rysy jej twarzy, jej dziecięco czyste czoło, jej błyszczące oczy, jej oślepiająco białe ząbki? Kto opisze ten czar niezmierny, którym tchnęła w tej chwili cała jej istota? Przed chwilą zdawała się gniewnym aniołem śmierci, teraz jej piękne oblicze wyrażało jedynie dobroć nieskończoną. „Poddaję się” — powiedziała. — „Bądźmy przyjaciółmi.” Dla Marsjan nauka stoi na pierwszym planie. To ich bogini wszechwładna. I to dziecię urocze, zupełnie szczerze, choć nie bez smutku, przyznawało się do porażki. Wiedzieć albo nie wiedzieć uważane jest na Marsie za równie fatalne, jak być albo nie być. I takie tutaj panuje poważanie dla nauki, że od razu stanąłem na równej stopie z Akoleą, skoro przypomniałem jej, że udało się nam rozstrzygnąć jedno z tych wielkich zagadnień naukowych, z którymi oni na próżno się borykają. Po prawdzie nie tak to łatwo dostać się z jednej planety na drugą, ale chociaż i spodziewałem się trochę podnieść w oczach Akolei, to jednak wcale nie oczekiwałem tak zupełnej przemiany mej byłej nieprzyjaciółki.
„Powinnam pana przeprosić” — powiedziała z czarującą pokorą, z którą jej było stokroć bardziej do twarzy niż z poprzednim wyrazem dumnej nieprzystępności. — „Postępowałam z panem w sposób niegodny. Jakże bym śmiała patrzeć z góry na człowieka, który dokonał tak wielkiego wynalazku? Ja, która w wieku lat 20 nie dałam nauce nic nowego.” Zabawne mi się wydało to rozgoryczenie, którego doświadczała ta piękna dziewczyna na myśl, że wyprzedzono ją na polu tych mało ponętnych umiejętności, którymi tak mało interesują się u nas jej rówieśnice. Ale wbrew wzbierającemu we mnie śmiechowi starałem się trochę pocieszyć biedną Akoleę. Czyż warto zresztą wspominać, że moje uczucia względem niej, uczucia, o których mówiłem przed chwilą, wzmogły się jeszcze bardziej, odkąd na jej twarzy zjawił się promienny uśmiech. Jeszcze chwila, a ofiarowałbym jej swą rękę i serce, ale powstrzymała mię resztka dawnej ostrożności. Po pierwsze, w tej chwili mało bym podobny do przystojnego konkurenta. Po drugie zaś każdy doświadczony podróżnik wie dobrze, że różne narody najbardziej różnią się od siebie właśnie obyczajami przedmałżeńskimi. Któż zresztą mógł mi ręczyć, że córy Marsa nie korzystają z prawa własnowolnego wyboru i publicznego o nim ogłaszania?
A wreszcie taka dzielna osoba jak Akolea może wcale nie ma zamiaru krępować się więzami hymena. Jednym słowem, po krótkim wahaniu zapytałem po prostu: „A więc skorośmy zawarli pokój, czy nie przedstawi mnie pani swym rodzicom?” „Owszem” – odpowiedziała, widocznie zaprzątnięta jeszcze jakąś myślą. „Ale w takim razie musimy się pospieszyć.” Nie mogłem powstrzymać się od zapytania, czy to daleko. Zmęczenie dawało mi się we znaki. Nie obawiam się pieszych spacerów i z moim czułankiem zwiedziłem całą Francję, przy czym na przemian nosiliśmy siebie nawzajem. Ale to była dziecięca zabawka w porównaniu z tą podróżą, której właśnie dokonałem. „Nie, niedaleko” – odpowiedziała. „Zaledwie jakieś 12 kilometrów.” „12 kilometrów? Spory kawałek drogi.” „Ech, to nic. Jednym zamachem skrzydeł.” „Ależ ja ich nie mam.” „Już ja się panem zaopiekuję.” Zawołała swego psa.
Dała mu jak przedtem jakiś rozkaz i po chwili zwierzę wróciło, przynosząc parę skrzydeł. „Czy potrafi je pan ubrać?” „Wątpię” – odpowiedziałem obłudnie. Cała rzecz w tym, że chciało mi się przypatrzeć, jak piękna i dumna Akolea zabierze się do usługiwania mi. „Pokażę panu, jak się to robi” – powiedziała uprzejmie. Skrzydła te ubierało się jak palto. Ciężar ich był zupełnie nieodczuwalny. „A co dalej?” – zapytałem. „Teraz pozostaje tylko pofrunąć.” I zaczęła unosić się w powietrzu. Poszedłem za jej przykładem. Było to rozkoszne i daleko bardziej interesujące niż którykolwiek ze znanych mi sportów.
Początkowo gnębiła mię trochę myśl, że chyba wyglądam bardzo śmiesznie w powietrzu, lecz uciecha, jakiej mi dostarczył nowy sport, zmusiła mię zapomnieć o tym. I kiedy Akolea, niczym gołąbek, opuściła się na ziemię przed złotą kratą jakiegoś przedziwnego ogrodu, pożałowałem nawet, że nasza podróż trwała tak mało. Najwyżej kwadrans. Rozdział czwarty: Sam na sam. Widniejąca w oddali willa ze wszech stron była okrążona parkiem i wszędzie rozpościerały się kwiaty, których zapach był tak silny, że mnie niemal oszołomił. Zdawało mi się, że nie będę w stanie oddychać tym cudownym aromatem, a jednocześnie piękno otaczającego mnie kwiecia wycisnęło mi z oczu mimowolne łzy. Akolea spojrzała na mnie z uśmiechem. „Trzeba przyznać” – powiedziała – „że dzieci Ziemi są nader słabymi istotami. Bledną od bólu, omdlewają od silnego zapachu, a czasem jak mięczak lub roślina apatycznie przyjmują rozkosz i cierpienie. Do czegoż tedy służy wam rozum?
My wyciągamy z niego korzyści i opanowujemy siły przyrody. Chyba zgodzi się pan, że bardziej niż wy zasługujemy na miano królów wszechświata.” Nie próbowałem nawet przeczyć jej, bo głęboko byłem przekonany o słuszności jej twierdzenia i potężnym wysiłkiem woli otrząsnąłem się z oszołomienia, które mną owładnęło i w ślad za młodą dziewczyną pewnym krokiem wszedłem na taras. Dom, do którego mnie wprowadziła, był zbudowany z przeźroczystego marmuru. Jego barwa, biała i różowa, przedstawiała takie samo urocze połączenie, jakie widniało na twarzyczce mej cudnej przewodniczki. Drzwi wejściowe zrobione ze złota o różnych odcieniach wydały mi się szczytem sztuki cyzelerskiej. W przejściu udało mi się zauważyć, że na tych drzwiach wyobrażony był szereg scen z dziejów świata i z dziejów sztuki, która na Marsie tyle wspaniałych zwycięstw odniosła. Ale Akolea nie dała mi czasu na podziwianie siedziby, która pośród zieleni ogrodu wyglądała jak soczysty, dojrzały owoc spoczywający na mżystym, miękkim podłożu. Szybko poprowadziła mnie przez obszerną salę ozdobioną kosztownymi metalami i różnobarwnymi marmurami. Posadzkę pokrywały tutaj dywany, w porównaniu z którymi najwspanialsze dzieła Wschodu wydawałyby się bezbarwnymi i bezwartościowymi łachmanami. Wielkie okna udrapowane były portierami z jakiejś ciężkiej, a zarazem gibkiej tkaniny, która różnorodnością swych barw harmonizowała z rozległością otaczających nas ścian.
Tuż obok tej wspaniałej sali znajdowała się inna, o mniejszych wymiarach, która, jak mi się wydawało, była przeznaczona dla Akolei. Drzwi wiodące do tej sali zrobione były ze srebra, a ściany migotały jak perły. Zamiast jakichkolwiek ozdób na posadzce pokrytej cienkim kobiercem stały duże doniczki bladozielonego koloru, w których wspaniale rozwijały się rzadkie rośliny. Na lekkich, wykwintnych meblach leżały jedwabne poduszki pokryte jedwabiem, którego delikatne, przyćmione barwy przyjemnie pieściły wzrok widza. Na ścianie przeciwległej do drzwi wejściowych wisiał portret młodej dziewczyny, odznaczający się tak uderzającym, gotów bym nawet powiedzieć, takim przerażającym podobieństwem, że cofnąłem się i nie mogłem powstrzymać się od głośnego okrzyku. Gdyby Akolea nie znajdowała się obok mnie, gotów byłbym przysiąc, że to ona stoi tam w owalnej ramie pobłyskującej krawędziami diamentów. To było życie, samo życie i zdawało się, że pierś dziewczyny podnosi się z lekka, że nieodczuwalny wietrzyk pieszczotliwie igra jej włosami. A ten wilgotny blask jej oczu, jakiż pędzel mogłoby go oddać? A wokół tego czarodziejskiego zjawiska powietrze płynęło tak naturalnie, jak nie potrafił jeszcze wyobrazić żaden z największych malarzów ziemskich. Na widok mego zmieszania Akolea znowu się uśmiechnęła.
„A więc mój portret podoba się panu?” — zapytała. Rzeczywiście, tego dnia wyglądała mnie brzydko. Mój ojciec potrafił wybrać odpowiednią chwilę. „Pani ojciec?” „Tak. To jego dzieło. Gotowa założyć się, że zgaduję pańskie myśli. O Boże, jakiż to wielki kolorysta! Jakież to wróżki przyrządzały farby, w których zamaczał swój genialny pędzel? Jacy wielcy malarze zamieszkują pośród Marsjan? A więc niechże się pan dowie, kochany Asafie, że tu nie ma mowy o malarstwie.
Przed jakimiś sześciu tysiącami lat zeszli ze sceny ostatni malarze. Dlaczego? Ależ po prostu dlatego, że jednemu z naszych przodków udało się unieruchomić i utrwalić w zwierciadle odbicie w takim stanie, w jakim się ono wytworzyło. Nasi artyści musieli porzucić swe pędzle, mimo że między dawnymi malarzami były wybitne talenty. Ale od owego odkrycia żadna Marsjanka nie powierzyłaby swej piękności jakiemuś tam niezgrabnemu pęczkowi szczeciny. Czyż można przecież porównać najpiękniejsze dzieła malarstwa z tą doskonałością w odtwarzaniu przedmiotów? — dodała, ukazując portret swą śnieżnobiałą rączką. — Gdybym stanęła obok niego, nigdy byś pan nie odróżnił obrazu od oryginału. Doskonale rozumiem smutek, który pana ogarnia na myśl, że wasze ziemskie sztuki piękne znajdują się w stanie nader prymitywnym. Ale niech pan pomyśli, że najpiękniejsze malowidło jest rzeczą pozbawioną życia.
Artyści pracowali tyle wieków, a do czego doprowadziły ich trudy? Jeśli malarz chce osnuć rysy twarzy miękkim, przeźroczystym cieniem, pod którym czułoby się płynącą krew i drganie wrażliwej skóry, ucieka się do pomocy szkaradnej mieszaniny smoły z cuchnącym olejem. Mając do rozporządzenia jedynie martwe farby, staracie się oddać blask ludzkiego ciała, złocisty puszek aksamitnej skóry, ogień płynący w oczach lub jedwabistą miękkość falujących loków. Czyż to nie szaleństwo? Od dawna już wyzwoliliśmy się od tej niewdzięcznej pracy i w naszych zwierciadłach utrwalamy schwytane życie z jego atmosferą i otoczeniem. Oto dlaczego mój portret podoba się panu i będzie podobał nawet po upływie wielu wieków, kiedy już to znikome ciało rozpadnie się na swoje części składowe.” Ze zdziwieniem słuchałem słów Akolei, wpatrując się w jej portret, którego oczy tak dużo mówiły memu sercu i zdawało mi się, że te piękne usta otwierają się z lekka. Rzęsy drgają czasem. Na portrecie Akolea była przedstawiona w czarnej, prawie zupełnie przeźroczystej sukni i jej złociste włosy spływały po ciemnej tkaninie niczym potoki najczystszego miodu. Mimo tego chciałem nieco podreperować reputację mej biednej ziemi. „I my mamy fotografie” — powiedziałem sucho.
„No tak, to pierwszy krok ku ulepszeniu” — odrzekła spokojnie. — „Warto by tylko wiedzieć, kiedy będą poczynione dalsze postępy w tym kierunku.” W głębi duszy zupełnie zgadzałem się z Akoleą. „Mówiła mi pani o swym ojcu” — ciągnąłem po chwili milczenia. — „Czy będę miał zaszczyt być mu przedstawiony?” Nie bez ukrytego zamiaru odwróciłem rozmowę od drażliwego tematu dotyczącego stosunkowej godności naszych planet. „Ależ owszem. Tylko że to będzie zależało od tego, czy on już powrócił. Jeżeli się nie mylę, znajduje się teraz na drugim końcu świata.” „Jeśli się pani nie myli? A więc pani nie jest tego pewna?” „Skądże mam o tym wiedzieć? On nie ma zwyczaju powiadamiać mnie o swych zamiarach. Zresztą ja sama dopiero dziś rano powróciłam z podróży.” „A czy długo potrwa podróż pani ojca?” „To zależne od wielu okoliczności.
Jeżeli spodoba mu się pobyt u naszych antypodów, to powróci nieprędko.” „I nie powiadomi o tym swojej rodziny? Nie żegna się z nią uprzednio?” „A czy nie ma prawa robić, co mu się podoba?” — zapytała z kolei Akolea i w głosie jej brzmiało tak szczere zdziwienie, że uważałem za bezpożyteczne dyskutować z nią dłużej. „Widocznie wasze życie rodzinne ogromnie różni się od naszego ziemskiego” — odrzekłem z pokorą. — „Pozwolę sobie zapytać, czy ma pani rodzeństwo?” „Mam siedemnastu braci” — spokojnie odpowiedziała Akolea. — „Ale za to ani jednej siostry.” „Jestem jedynaczką i najpiękniejszym kwiatem z całego bukietu” — zawołałem, siląc się na komplement. — „Jakżeż oni muszą rozpieszczać panią. Jak dogadzać.” „Rozpieszczać?” — powtórzyła z wyrazem pogardliwego zdziwienia. „Cóż w tym dziwnego? Jedna jedyna siostra wśród tylu chłopaków. Muszą chyba patrzeć na panią jak na delikatny kwiatek, drogocenną zabawkę, istotę godną czci i gorącej miłości.” — dodałem czułym tonem.
Spodziewałem się, że ta czarująca dziewczyna zrozumie nareszcie, jak pełne było moje serce tych uczuć, które umyślnie przypisywałem jej licznym braciom. Ale Akolei nie bardzo spodobało się moje odezwanie. „Chciałabym widzieć kogoś, kto by śmiał patrzeć na mnie jak na zabawkę” — powiedziała ostro. Zamilkłem, widząc, że rozmowa jej się nie podoba. „A pani matka?” — zapytałem pokornie. — „Spodziewam się, że będę miał zaszczyt ją zobaczyć.” „Nie wiem” — krótko odpowiedziała Akolea. Znowu musiałem zamilknąć i chcąc nie chcąc całkowicie oddać się rozkoszy, jaką stanowiła kontemplacja mej uroczej gospodyni. Usiadła na stosie poduszek i z roztargnieniem głaskała po głowie swego wielkiego psa, który położył pysk na kolanach swej rozkazodawczyni i z miłością wpatrywał się w jej oczy. Jakże chętnie zająłbym miejsce tego psa. „Można by pomyśleć, że ten pies rozumie panią” – zauważyłem niezdecydowanie, patrząc na tą przeciwną grupę.
– „Doprawdy, wydaje się, jakby ten pies rozmawiał z panią.” „A czy to niemożliwe?” – zapytała Akolea i jej różowe chrapki zadrgały lekko. – „Czy mamy zasklepić się w dumnej ignorancji i wyobrażać sobie, że zwierzęta, to bydło, jak je z pogardą nazywacie, nie są w stanie zrozumieć człowieka? Czyż możecie wątpić, że zwierzęta mają swój własny język, za pomocą którego porozumiewają się między sobą? A czy wy sami na waszej politowania godnej Ziemi na każdym kroku nie doznajecie trudności, gdy wam wypada zetknąć się z cudzoziemcami, którzy nie znają waszego języka? A przecież wszyscy razem należycie do mieszkańców tej samej planety, grającej rolę ziarnka piasku w niezmierzonej przestrzeni. I wy śmiecie czynić rozum swym wyłącznym przywilejem. Sam rozsądek, z którego tak dumni jesteście, zdawałby się niejasnym przejawem instynktu w porównaniu z rozumem najwyższym, który według wszelkiego prawdopodobieństwa z ironią spogląda na wasze próżne usiłowania. Niech mi pan wierzy, niech pan nie pogardza zwierzętami. Zarówno jak i wy są one przejawem tego samego życia. Mają też same skłonności, też same potrzeby, te same namiętności, co i wy.
Warciście jedni drugich. Jeśli dla pana, mieszkańca innej planety, zrozumiały jest mój język, to dlaczego moja umiejętność nie miałaby mi dać możliwości rozmawiania z psem, który należy do moich najważniejszych przyjaciół?” Przyznam się, że nie bez rozgoryczenia ujrzałem się na równym poziomie ze zwierzęciem, ale bojąc się, że rozgniewam porywczą Akoleę, zręcznie zmieniłem temat rozmowy. „Biorąc pod uwagę wasz szacunek dla bydła, dla zwierząt” – poprawiłem szybko – „przypuszczam, że na Marsie nie spożywa się mięsa.” „Spożywać mięso?” – z przerażeniem zawołała Akolea. – „Już samo pytanie dowodzi, że jest pan obywatelem planety, której mieszkańcy pożerają się nawzajem.” „Przepraszam, to bynajmniej nie odnosi się do wszystkich. Być może jacyś tam dzicy…” „A dlaczego na waszej planecie istnieją jeszcze dzikie plemiona? Dlaczego nie udało się wam ucywilizować tych dzikich? I mimo tego razem z nimi od wieków jesteście zamknięci w ruchomym więzieniu. Wydajecie mi się tak godni politowania, gdy pomyślę, że na Ziemi są jeszcze obszary zupełnie przez ludzi nieznane. Cóż więc dziwnego, że przy takim zacofaniu nie zdołaliście podzielić się z dzikimi światłem, a raczej słabym migotem waszej wiedzy? Jeżeli nawet nie wszyscy mieszkańcy Ziemi oddają się ludożerstwu, to za to mordują się nawzajem.
I jedno warte drugiego.” „Piękna Akoleo” – zawołałem z sympatią. – „Pani zapomina o słowie.” „Takim tonem niech pan ze mną nie mówi” – przerwała. – „Nie znoszę tego.” „Piękna gaznodziejko, niechże mi pani pozwoli spytać przynajmniej, o ile Marsjanie zdołali zastosować w życiu codziennym to braterstwo, które tak głośno proklamujecie.” „To hasło nie jest dla nas pustym dźwiękiem i jego istota głęboko wrosła w nasze serca. Czyż nie zrozumiałe samo przez się, że mieszkańcy tej samej planety winni być braćmi między sobą? Jaki sens mają wasze dziwaczne podziały na cesarstwa, królestwa, narodowości? My wszyscy dążymy do szczęścia i udoskonalenia całego naszego starego, kochanego Marsa. Tajemne moce wyznaczyły mu miejsce w nieskończonej przestrzeni i pewna jestem, że mamy rozliczne obowiązki zarówno w stosunku do naszych przodków, jak i do naszych potomków, i winniśmy w miarę możności pomnażać sumę odziedziczonej wiedzy i całe swe siły skierować ku poznaniu wielkiej tajemnicy świata. Każdy dzień, każda godzina przybliża nas do tego wielkiego celu.” „Niech pani pozwoli, a co będziecie robić, gdy osiągniecie wszechwiedzę?” – zapytałem ironicznie. „Nie obawiamy się tego” – odpowiedziała z lekkim odcieniem smętku. – „Niestety, w życiu wszechświata odgrywamy rolę nie przyczyn, lecz skutków i dlatego nigdy nie osiągniemy granic poznania.” Śmieszyło mnie nieco, że młoda i piękna dziewczyna trapi się o podobne sprawy, ale grzeczność nie pozwoliła mi rozwodzić się nad tym tematem, ponieważ Akolea zdawała się być głęboko zasmucona na myśl, że ona sama stanowi li tylko skutek.
„Jeżeli nie używacie zwierząt na strawę, to na cóż wam one?” – zapytałem nieostrożnie. Przyznam, że nieprzyjemne skurcze, które odczuwałem w żołądku, były główną przyczyną tego dyplomatycznego zapytania. Spodziewałem się, że w ten sposób przypomnę mej eterycznej towarzyszce, że bynajmniej nie jestem wolny od tak prozaicznego cierpienia jak głód. Ale Akolea zupełnie inaczej pojęła moje pytanie. „Pyta pan, do czego nam służą zwierzęta” – powiedziała chłodno. – „A po cóż wy sami istniejecie na świecie?” „No, to już zupełnie inna kwestia.” „Ach tak, zapomniałam, że wy na Ziemi służycie za mięso armatnie. Toż to ta sama więź, ten sam cel, który wyznaczacie zwierzętom.” W każdym razie trudno was oskarżać o stronniczość. Ależ na koniec, co wy tutaj jadacie? — ciągnąłem, stopniowo wpadając w rozpacz. Jak widać, pańską myśl zaprząta jedynie troska o jadło — odpowiedziała z widocznym wstrętem.
— Niech pan wie, że w naszych oczach pożywienie nie gra pierwszorzędnej roli i nie cieszy się takim poszanowaniem, jakim wy je otaczacie na Ziemi. Uważamy, że to funkcja bardzo podrzędna, smutna konieczność naszego organizmu. Jednym słowem sprawa, o której nie warto tyle się rozwodzić. Jeżeli pan odczuwa nieprzezwyciężoną potrzebę jedzenia, to proszę otworzyć te drzwi, a w sąsiedniej sali znajdzie pan różne potrawy, które z naddatkiem zaspokoją pański apetyt. Nie podejmuję się towarzyszyć panu. U nas bowiem przyjętem jest jeść bez świadków pobocznych. Pośpieszyłem skorzystać z danego mi zezwolenia i otworzywszy jedne ze srebrnych drzwi, znalazłem się w maleńkiej jadalni, bardzo prosto umeblowanej. Jedyną jej ozdobą była wyszukana czystość. Potrawy rozstawione były na marmurowym stole i przykryte złotymi kloszami. Większość tych dań była mi zupełnie nieznana.
Niektóre z nich okazały się gorące, inne zimne, ale wszystkie były przygotowane po mistrzowsku. Zdawało mi się, że jem dziczyznę i niezwykle soczystą wieprzowinę. I chociaż upewniony przez Akoleę, że Marsjanie nie używają mięsnego pożywienia, nie mogłem sobie zdać sprawy ze składu tych potraw. Chleb przygotowany rano w mojej obecności okazał się doskonałego smaku. Pod ręką znajdowały się i chłodzące napoje, i wspaniałe wina najszacowniejszego wieku. Jednym słowem zauważyłem, że wbrew dumnej pogardzie, z którą Akolea mówiła o pożywieniu, obywatele Marsa cieszyli się takim wspaniałym menu, jakie na Ziemi dostępne jest tylko niewielu wybrańcom losu. Zaspokoiwszy głód, umyłem ręce i twarz w pachnącej wodzie i pośpieszyłem na powrót do pięknej Akolei i nie mogłem przy tym nie wyrazić zadowolenia, jakiego mi dostarczyło moje samotne śniadanie. Ach tak — powiedziała z roztargnieniem. — Nasi chemicy znają się na rzeczy. Nie rozumiem pani.
Zapewne zastanowiło pana pochodzenie tych potraw, których pan właśnie próbował. Owszem, pytanie to zajmowało mię ciągle i biorąc pod uwagę wasz wstręt do mięsnego pożywienia, nie, nie śmiem myśleć, że ta potrawa jest zwierzęcego pochodzenia. I słusznie. Nasi przodkowie nauczyli nas hodowli grzybów mięsnych, a raczej grzybów mających smak mięsa. Hodujemy je w cieplarniach, które może pokażę panu kiedyś. Nasi ojcowie, mężowie i bracia są wielkimi amatorami tych grzybów. I muszę przyznać, że i u nas, podobnie jak na Ziemi, mężczyźni mają smak bardziej wulgarny niż kobiety. Co do mnie i mojej matki, to nawet do ust nie bierzemy tych grzybów mięsnych i zadowalamy się wspaniałymi owocami naszych drzew. I rzeczywiście, patrząc na tę piękną dziewczynę, każdy by chętnie przypuścił, że żywi się ona jedynie zapachem kwiatów, nie uciekając się do bardziej materialnego i grubszego pożywienia. Może pytanie moje przykrzyło się pani Akoleo?
— zapytałem po chwili milczenia. O nie — odpowiedziała ze zwykłym swoim boskim uśmiechem. — Wręcz przeciwnie, rozmowa z panem podoba mi się ogromnie. Jakże wdzięczny jestem pani — zawołałem z uśmiechem. Moja ignorancja ciążyła mi niezmiernie i odczuwałem głębokie poniżenie, porównywując się do cudownych mieszkańców tej uprzywilejowanej planety. W takim razie — ciągnąłem — niech mi pani wyjawi, w jaki sposób unikacie wojen. Nie będę już mówił pani o sławie ni ambicji, ale niech się pani zgodzi, że wszędzie, gdzie ścierają się dwaj ludzie, silniejszy siada na kark słabszemu, który rzecz prosta oburza się na taką poufałość i sprawa kończy się bójką. Wszystko to odnosi się do mieszkańców Ziemi. Wojny wybuchają głównie pod wpływem chciwości i drapieżnych instynktów, które pobudzają narody do zawładnięcia swych sąsiadów. Nam, mieszkańcom Marsa, nieznane są te niskie namiętności.
Być może kiedyś, przed milionami lat, dawniej jeszcze nim na Ziemi zjawili się jej pierwsi mieszkańcy, w tej może prastarej epoce i nasi przodkowie bywali ofiarami tych barbarzyńskich instynktów, których wam dotychczas nie udało się okiełznać. Co do nas, to nauka od niepamiętnych czasów uwolniła mieszkańców Marsa od tych wszystkich przykrości. Chciwość i skąpstwo są dla nas nie do pomyślenia, ponieważ wynaleźliśmy sposób robienia złota. Czyż to możliwe? Niech pan zwróci uwagę na nasze drzwi, ogrodzenie ogrodu, sprzęt domowy i tak dalej. Gdyby nam przyszła fantazja budowania domów z czystego złota i srebra, nie byłoby do tego najmniejszej przeszkody. W naszych oczach te metale i kamienie, które u was noszą nazwę drogocennych, u nas są bezwartościowe. Dlatego też nie nosimy żadnych ozdób i piękno jakiegoś skromnego kwiatka przekładamy ponad blask diamentu. I rzeczywiście, od samego początku uderzała mię prostota ubioru mej rozmówczyni. Już za dawnych czasów powiedział ktoś, że nasze ozdoby służą jeno do ukrycia braków fizycznych.
Akolea nie miała nic do ukrywania i przepiękne linie jej ciała dumnie i śmiało rysowały się pod lekką, wiotką tkaniną, z której było zrobione jej ubranie. W przemyśle — mówiła dalej — przy budowie fabryk i okrętów zazwyczaj używamy złota tam, gdzie wy stosujecie żelazo i drzewo. Nie znamy ubóstwa, ponieważ wszystko potrzebne do życia wyrabia się u nas przy pomocy maszyn i w ogromnej ilości. Dlatego też nie ma wśród nas wojen międzynarodowych, nienawiści klasowej ani walk wewnętrznych. Powiedziałem już panu, że wszyscy mieszkańcy Marsa stanowią jedną wielką narodowość. Każdy z nas widzi w swoim bliźnim brata równego mu urodzeniem, co, rzecz prosta, niemożliwym czyni jakiekolwiek wojny. Prawda, i my uznajemy arystokrację, ale jej wyższość polega wyłącznie na piękności i talencie. Wszyscy mamy wspólnych przodków i życie winniśmy tej pierwszej parze, od której pochodzi nasza rasa. Chociaż przyznam szczerze, nie udało się nam jeszcze wyjaśnić naszego stopniowego rozwoju. Niemniej jednak nikomu z nas nie wpadłoby do głowy uważać swe pochodzenie za szlachetniejsze od innych współobywateli.
Szanujemy naszych poprzedników i odczuwamy zrozumiałą dumę, jeśli któryś z naszych najbliższych czy przodków wsławił się w ten czy inny sposób, ale każdy z nas wie, że po upływie określonego szeregu pokoleń wszystkie znakomitości stają się wspólnymi przodkami całego rodu ludzkiego. Jedynie wyższość geniusza lub czarującej piękności... A więc jednak nie wszyscy odznaczają się jednakowym stopniem piękności? Zawołałem, nie będąc w stanie ukryć swego triumfu. Niewątpliwie. Nie znamy potworności w istotnym tego słowa znaczeniu, ale co się tyczy piękności, to rzecz prosta, może ona osiągać różne szczeble doskonałości. A więc moje przypuszczenia nie były błędne — powiedziałem z naciskiem, spoglądając na Akoleę. Jest to jedyna wyższość, którą uznajemy — ciągnęła Akolea, widocznie nie zwracając uwagi na moje słowa. Ale tej wyższości nie otrzymuje się w dziedzictwie, jak to zresztą sami dobrze wiecie. Jeżeli jakiś człowiek odznacza się wybitnym rozumem, siłą fizyczną, męstwem, pięknością i tym podobne, to z tego bynajmniej nie wynika, że jego dzieci na pewno odziedziczą wszystkie jego przymioty.
Oddajemy takiemu człowiekowi cześć należytą, ale wcale nie życzymy sobie, aby on i jego potomkowie stali się naszymi władcami. Wszyscyśmy się urodzili wolnymi i nie szczędząc życia jak jeden człowiek, powstanie byśmy przeciw wszelkiej próbie nałożenia na nas niewolniczych łańcuchów. Mimo woli przypomniała mi się nasza ziemska historia i poczułem zmieszanie i pokorę wobec młodej dziewczyny żywiącej tak wzniosłe uczucia. Ale jeżeli nie ma wśród was biednych, w jaki sposób znajdujecie potrzebnych wam robotników? — zapytałem z wahaniem. Potrzeba jest matką wynalazku — odrzekła Akolea z uśmiechem. Przypuszczalnie zauważył pan, że nie ma u nas rolników. Podobnież nie ma u nas robotników fabrycznych i służby domowej. Rzecz w tym, że wszystkie prace wykonywane są przez maszyny i nasi najznakomitsi uczeni uważają za swój obowiązek zastosowywać w przemyśle coraz to nowe ulepszenia. Raz do roku w każdym mieście odbywa się spotkanie, które wyznacza skład rady miejskiej.
Prawo to bynajmniej nie jest gorsze od waszych wyborów. Każdemu z członków rady porucza się na czas dłuższy lub krótszy nadzór nad tym lub innym działem gospodarki miejskiej. Jeden zawiaduje zaopatrzeniem ludności, inny żeglugą, trzecim budownictwem i tak dalej. Ponieważ te czasowe obowiązki nie są żadnym ciężarem, wszyscy z jednakowym zapałem pracują dla dobra ogólnego. Ale — przerwałem — jeśli nie ma u was ani sztuk pięknych, ani wojny, ani polityki, ani powszechnej walki o byt, walki, która nawiasem powiedziawszy, zrodziła tyle dzieł wybitnych. Jeżeli tego wszystkiego u was nie ma, to pozwoli pani zapytać, w czym się dla was zawiera główny sens życia? Lekki cień prześlizgnął się po czystym czole Akolei. Mamy naukę — odpowiedziała tonem, który mi się wydał niepozbawiony jakiegoś smutku. Czyż nie jest ona nieskończenie rozległym polem, na którym przez całe życie można walczyć z powodzeniem? Ale co robią kobiety?
Czyż kobiety nie są obdarzone takim samym rozumem jak mężczyźni? Albo być może należy pan do tych ludzi, którzy uważają, że kobiety winne się interesować tylko głupstewkami i całe życie spędzać w pokoju dziecięcym. U nas myśli się inaczej i dlatego w naszych zebraniach prawodawczych i naradach kobiety biorą udział na równi z mężczyznami. W tym roku matce mojej powierzono opracowanie projektu prawa normującego transport towarowy. À propos, droga Akoleo — powiedziałem z pewnym zakłopotaniem — upłynęło już kilka godzin, jak rozmawiam z panią. Może się już pan znudził. Co za dziwne przypuszczenie. Ale w takim razie nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć. Być może, że w pani oczach to głupstwo, ale widzi pani, już tak długo jesteśmy sam na sam, a mam chyba prawo uważać się za młodego człowieka. Byłbym w rozpaczy, gdyby z mego powodu powstały jakieś nieprzyjemne pogłoski.
Ale kto by tu miał sobie pozwolić na coś podobnego? — ze szczerym zdziwieniem zapytała Akolea. Spoglądała na mnie z ciekawością, podczas gdy ja bezskutecznie starałem się wyjaśnić jej, że mój pobyt mógłby być dla niej kompromitujący. No, doprawdy nie wiem. Ale pani matka albo pani bracia? A cóż im do tego? Jak to? Zdaje mi się, że to samo przez się zrozumiałe. Pan im zupełnie nie przeszkadza, a jako mój gość może pan być u mnie póty, póki się będzie panu podobało. Czy pan zamierza może uważać mnie za jakąś Turczynkę?
Taka niewinność wydała mi się wreszcie podejrzana. Szybko spojrzałem na Akoleę, spodziewając się wyczytać z jej twarzy jakąkolwiek ukrytą myśl, ale w jej świetlistych oczach i w całym jej obliczu było tyle niewinności i czystości, że zawstydziłem się swych podejrzeń. Proszę mi wybaczyć, powiedziałem ze wzruszeniem, ale rozmawiałem z panią, mając na widoku nasz ziemski punkt widzenia. U nas młoda dziewczyna nie mogłaby postępować tak swobodnie, nie dostarczając trawy złośliwym plotkom. Młoda dziewczyna? — powtórzyła Akolea, robiąc widoczny wysiłek, aby choć trochę mnie zrozumieć. — A więc młodemu mężczyźnie wszystko u was wolno? Przecież, odrzekłem z uśmiechem, że młody mężczyzna nie potrzebuje się obawiać tych przykrości, które grożą młodej dziewczynie. Akolea słuchała mnie uważnie i poważnie. Być może nie wytrzymuje to surowej krytyki, ale u nas młodzi mężczyźni są na tyle swobodni w swym postępowaniu, o ile młode dziewczęta skrępowane najprzeróżniejszymi „nie wypada”.
I dlatego, droga Akoleo, zwróciłem pani uwagę na tą okoliczność. Młoda mieszkanka Marsa zamyśliła się na chwilę, a później szybko spojrzała mi w twarz, mówiąc: zdaje mi się, że pana w pewnej mierze interesuje moja rodzina, prawda? Nie mylę się? Proszę mi wybaczyć, że przedtem o tym nie pomyślałam, ale u nas każdy człowiek przywykły jest do samodzielności. Każdy wybiera sobie przyjaciół i znajomych według osobistych upodobań, tak że nawet na myśl nie wpadło mi przedstawić pana swoim rodzicom, gdybym nie zauważyła wyraźnego życzenia. Niewątpliwie, zawołałem. Życzyłbym sobie wejść do tego domu, nie łamiąc powszechnie przyjętych obyczajów. No, jeśli tylko o to chodzi, to pan może być spokojny, ponieważ dostał się pan do naszego domu za moim przyzwoleniem. Chodźmy jednak. Jeśli pan chce, może się pan zobaczyć z moją matką, która zdaje się jest w domu.
Akolea wstała i skierowała się ku drzwiom przeciwległym tym, przez które byśmy weszli. Pośpieszyłem w ślad za nią i poszliśmy przez szereg sal, których urządzenie, oryginalność i przepych. Wreszcie weszliśmy do obszernej komnaty, widocznie należącej do paradnych apartamentów. Ściany były tutaj z różowego marmuru odznaczającego się miękkością i ciepłem karnacji. Wszystko odpowiadało tu wymaganiom komfortu, począwszy od dywanów, w których tonęła noga, obić wyszywanych złotem i miękkich, wygodnych foteli, skończywszy na różowej kryształowej kopule, śmiało rozpiętej nad całą komnatą. Natychmiast też zauważyłem w niej około tuzina chłopców, w których łatwo było poznać część licznego rodzeństwa mej młodej przyjaciółki. Najstarszy wyglądał na jakie dwadzieścia lat, a wszyscy, podobnie jak siostra, odznaczali się wybitną pięknością. Rozkoszowałem się ich wdziękiem i wykwintną budową ciała, ale jednocześnie w myśli oskarżałem ich o brak wychowania. Młodzieńcy bowiem zwrócili na mnie tak mało uwagi, jak gdyby przez salę przeleciała mucha. Niektórzy z nich mieli na sobie krótkie, jasne bluzy, ale wzrok mój mimo woli zatrzymał się na dwóch młodzieńcach odzianych w czerwone, przylegające trykoty.
Przywiązali oni do swych nóg maleńkie skrzydełka, podobne do tych, którymi zazwyczaj obdarzamy Merkurego, posła bogów. Zrodziło się we mnie podejrzenie, że jakiś młody obywatel Marsa, spadłszy na Ziemię, posłużył Grekom jako pierwowzór tego boga pięknego a bystronogiego. Czy bierzecie udział w biegach? — Mimochodem zapytała Akolea. Tak, odpowiedział młodszy z braci. W zawodach z dziewczętami z Lokeria. No, ale musimy się śpieszyć, dodał, bo inaczej spóźnimy się na wyznaczoną godzinę. I obaj wybiegli z komnaty niczym dwa młode jelenie. Przyznam się, że do głębi dotknął mnie ten brak uwagi, z jakim się do mnie odnoszono. Nie miałem jednak prawa wyrażenia jakiegokolwiek niezadowolenia i posłusznie szedłem w ślad za moją przewodniczką, która przeprowadziła mnie wreszcie do pięknego pokoju, gdzie wszystko było wykładane jakąś masą podobną do kości słoniowej.
Jedwabista tkanina pokrywająca ściany i meble była koloru blado błękitnego i pobłyskiwała złotymi nićmi. W tym pokoju znajdowała się matka Akolei, kobieta olśniewającej piękności, mimo swego dojrzałego wieku. Na pierwszy rzut oka wydała mi się piękniejszą nawet od swej córki, w której ruchach było mniej majestatycznego wdzięku. Jej wzrok spokojny a dumny tak mnie zmieszał, że stałem przed nią, czerwieniąc się jak uczniak. Matka i córka ogromnie były do siebie podobne. Ten sam wysoki wzrost, wykwintna budowa ciała, wdzięczne zachowanie się, bladoróżowe zabarwienie twarzy i takie same wspaniałe złociste włosy, które jednak u matki z lekka srebrzyły się na skroniach. Piękna kobieta siedziała na krześle z kości słoniowej, wyłożonym błękitnymi poduszkami i zagłębiała się w studiowaniu wielkiego, pokrytego cyframi arkusza. Okrągły stół zrobiony był z polerowanego srebra i opierał się na nóżkach o wykwintnym zarysie. W pierwszej chwili matka Akolei nie zwróciła uwagi na nasze wejście i nadal zatapiała się w obliczeniach, przypuszczalnie niełatwych, sądząc z wyglądu zapisanego arkusza. Wreszcie podniosła głowę i na widok córki twarz jej rozjaśnił łagodny uśmiech.
Kochana Akoleo, wróciłaś więc ze swej podróży – powiedziała niskim, a wdzięcznym głosem. – A ja myślałam, że to potrwa jeszcze z kilka tygodni. Takie były moje zamiary – odpowiedziało dziewczę. – Ale dzisiaj rano przelatywałam nad naszym miastem i zachciało mi się wpaść tutaj na minutkę, czego zresztą nie żałuję teraz, bo przy tej okazji spotkałam pana Asafa Szelange, który właśnie przybył do nas z Ziemi i ogromnie zainteresował mnie swoją rozmową. Rzeczywiście? – powiedziała Eturnea i dopiero teraz zwróciła na mnie spojrzenie swych ciemnoniebieskich, podobnych do dwóch szafirów oczu, jeszcze bardziej podkreślających białość tego pięknego oblicza. Doprawdy, to ogromnie ciekawe. Winszuję ci, Akoleo, tego szczęśliwego spotkania. Spodziewam się, że po ukończeniu mych zajęć poświęci mi pan kilka chwil i opowie o swojej podróży. Jeżeli będzie pan rozporządzał wolnym czasem, to sprawi mi pan wielką przyjemność.
Ależ proszę pani! – zawołałem z galanterią. – Jestem na pani usługi i doprawdy nie wiem, jak mam pani podziękować za okazaną mi gościnność. Zdawało mi się, że przy tych słowach piękna twarz Eturnei wyrażała łagodne zdziwienie. Na różanych usteczkach Akolei zjawił się lekki uśmieszek. Pan Szelange w żaden sposób nie może pojąć, że jest moim gościem i za wszelką cenę chce otrzymać twoje zezwolenie, mateczko. Ależ bez wątpienia – rzekła Eturnea – że chętnie bym dała zezwolenie, gdyby go było potrzeba. Ale proszę pana, córka moja korzysta z nieograniczonej swobody. Może pan być zupełnie spokojny. Nikt jej tego za złe nie weźmie.
Strzeżemy tutaj wolności osobistej i żaden stopień pokrewieństwa nie daje nam prawa mieszać się do spraw istoty rozumnej, wyrosłej już z dzieciństwa. I ja, i mój mąż widzimy w naszej córce istotę równą nam pod wszelkimi względami. Nasi rodzice traktowali nas z tego samego punktu widzenia. Jedyne moje pragnienie – z czułością dodała Eturnea – streszcza się z tym, by moja córka kochała mnie tak mocno, jak ja ją kocham. I zamieniły między sobą przyjazne spojrzenie, w którym jaśnieło wzajemne i silne przywiązanie, dodające ciepła tych dwóch przepięknych kobiet. A więc do widzenia – powiedziała Eturnea, wdzięcznie skinąwszy mi głową. – Mam nadzieję, że zobaczę się z panem, jeżeli pan dłużej u nas zabawi. W silnym zmieszaniu wybąkałem w odpowiedzi parę niepowiązanych słów i odszedłem w ślad za Akoleą, która skierowała się ku wyjściu. Przeszliśmy razem przez cały dom i doszliśmy do cieplarni, w której rosły grzyby mięsne. Oczekujące mnie widowisko było rzeczywiście cudowne.
Grzyby uderzały przede wszystkim różnorodnością swych kształtów, rozmiarów i barw. Tu i tam widniały grzyby różowe, smakiem przypominające łososinę. Obok nich wznosiły się grzyby mlecznobiałe, których plasterki niewiele się różniły od soczystego mięsa kurcząt. Wieprzowina, baranina, cielęcina, bażanty, dziczyzna i najprzeróżniejsze ryby miały swoich przedstawicieli w tym dziwnym królestwie roślinnym. Jak potwornie wyglądałyby nasze rzeźnie i jatki, gdybyśmy je postawili obok tej świetlistej, wspaniałej cieplarni, w której nie było i cienia znanych nam potoków krwi, cuchnących miazmatów i nieszczęsnych zwierząt drżących w przedśmiertnym strachu. Zamiast tych wszystkich potworności tylko pociśnięcie gwizdka niewidzialnej maszyny i w tej samej chwili błyszczące ostrze stalowe odcinało potrzebną ilość pożywienia, które za pomocą rynny komunikacyjnej szybko spadało do kuchni, gdzie strawę przygotowano w idealnych warunkach higienicznych dzięki dowcipnemu systemowi kół zębatych i pasów transmisyjnych. Urządzenia gospodarcze tego domu uderzyły mnie daleko bardziej niż jego wnętrza mieszkalne, odznaczające się takim wykwintem i przepychem. Wszelkie te rozliczne maszyny były tak umiejętnie rozstawione, wszystko było tak proste, a zarazem tak wygodne, że mimo woli zapytywałem się, dlaczego nam, ziemianom, nie przyszło do głowy w taki właśnie sposób położyć kres naszemu bezładowi domowemu i raz na zawsze rozstrzygnąć od dawna już drażliwą kwestię służby domowej. A tutaj połapałem się, zważywszy, że podobne urządzenia dostępne są tylko dla tych, którzy jak Marsjanie wynaleźli kamień filozoficzny. Jednocześnie pomyślałem, że jeżeli Akolea zgodzi się udzielić mi tej tajemnicy naukowej, mój powrót na Ziemię będzie powitany z entuzjazmem.
Ale na myśl o powrocie poczułem, że lodowy zawrót chwycił mnie za serce. Porzucić Akoleę, rozstać się z tym cudownym dziewczęciem, które pozwoliło mi stanąć z nią na równej stopie i nawet zajrzeć w swe życie duchowe, i po zaznajomieniu się z tą boską istotą powrócić do towarzystwa wąskogłowych kumoszek wypchanych idiotycznymi poglądami kwitnącymi na naszej planecie. Nie! Raczej śmierć, najstraszliwsza śmierć u stóp czarującej Akolei, jeżeli nie pozwoli na zawsze ze sobą pozostać, chociażby na tych prawach, co i jej wielki pies. Rozstać się z nią, żyć bez niej potem, wiedząc o jej istnieniu. Nie, to przypuszczenie tak bezsensowne, że doprawdy nie warto go zbijać. Rozdział piąty. Sprawozdanie doktora. Zaniepokoił mnie ton, jakim Asaph wygłosił swe ostatnie słowa. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć go w takim wzburzeniu.
Dziwiła mnie także okoliczność, że ani słowem nie wspominał o tych słynnych kanałach na Marsie, które go tak zajmowały przed kilkoma dniami zaledwie i których zbadanie było nawet głównym celem jego podróży. Na wszelki wypadek pomyślałem: warto by skierować jego myśl na to zagadnienie. „A co pan powie o tych słynnych kanałach?” — zapytałem głośno. — „Jakoś milczy pan o nich. Spodziewam się, że wreszcie udało się panu rozstrzygnąć to zagadnienie i że mógłby pan powiadomić mnie o istotnym znaczeniu tych dziwnych urządzeń.” „Pan interesuje się kanałami?” — odpowiedział, a twarz jego wyrażała nieukrywaną pogardę. — „Ależ to takie proste. Trzeba odznaczać się tą głęboką ignorancją, która tak jest właściwa mizernym karłom ziemskim, by nie móc rozwiązać tego zagadnienia drogą zwykłej indukcji. Wystarczyła mi krótka przechadzka, by pod kierownictwem Acolei przeniknąć tę tajemnicę.” „Czy pan nie uważa” — powiedziała, zwracając się do mnie — „że właśnie teraz warto by odetchnąć świeżym powietrzem wyżyn?” „Jakich wyżyn? Przecież gór u was nie ma zupełnie.” „Obecnie tak. Dawniej było inaczej.
Nasze góry w ciągu długiego szeregu wieków rozpadały się po trosze, póki wreszcie powierzchnia Marsa nie przyjęła charakteru nizinnego. Ale to bynajmniej nam nie przeszkodzi odetchnąć powietrzem wyższych warstw atmosfery. Chodźmy na taras. Ze względu na nieumiejętność obchodzenia się ze skrzydłami nie chciałabym pana narażać na niebezpieczeństwo związane ze wzlotem na znaczną wysokość. Będzie daleko lepiej, jeżeli pan postawi swą nogę na mojej. W ten sposób.” „Ależ nigdy się nie odważę uczynić coś podobnego.” „No niech pan robi to, co panu każę” — odpowiedziało dziewczę tonem nieznoszącym oporu. Koniuszkami palców oparła się na mym ramieniu i podczas gdy ja drżącą ręką obejmowałem jej talię, rozległ się szelest jedwabnej tkaniny, rozpostarły się białośnieżne skrzydła i Acolea poniosła mnie w dziedzinę promiennego wietrzyku. Nie panowałem nad sobą. W jakimże ludzkim języku znaleźć słowa zdolne wyrazić miotające mną uczucia? Co się dzieje ze mną?
Czy nie znajduję się we władzy jakiegoś serafina? A może osiągnąłem te granice, za którymi zaczyna się wielka tajemnica? Cóż to za walc fantastyczny unoszący mię w swoim wichrze? Nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa, wydać dźwięku i cały oddałem się we władzę tych anielskich skrzydeł, które mię cicho usypiały swoim miarowym kołysaniem. Czasem lekki aromat falą przepływał od rozwiewających się włosów bogini i upajał mnie. Byłem olśniony jej pięknością i chciwie dopatrywałem się wzajemności w jej oczach cudownych. O, jeśli to sen, niechaj na wieki zostanę jeńcem tego czarodziejskiego widziadła. Niczego nie ma już dla mnie na świecie. Widzę i kocham tylko ją, Acoleę. Użyłem, zdaje się, wyrazu miłość, ale czy któremukolwiek ze śmiertelnych udało się doświadczyć uczuć podobnych do tych, jakie opajały mię w tej chwili?
Nie wiem, jak długo to trwało. Utraciłem poczucie przestrzeni i czasu i tylko głos Acolei mógł się wyrwać z tego stanu ekstazy. „Asaphie, zdaje się, że pan śpi. Rzucam nieśmiałe spojrzenie w dół i widzę, że unosimy się nad rozległymi równinami, niby aksamitnym kobiercem pokrytymi jasnozieloną murawą. Fantastyczne drzew tu i tam rozrzucone po polach ubarwionych nieznanym mi kwieciem, które woń aż do nas zalatuje. Miejscowość rozciągająca się pod naszymi nogami wygląda jak olbrzymia mapa. Wokół widnieją tylko równiny. Pagórka ani jednego. Gdzieniegdzie teren przybiera charakter falisty, ale należy przypuszczać, że tutaj interweniowała sztuka. Cały kraj pocięty w kratkę prostymi i symetrycznymi liniami wychodzącymi z jednego punktu wspólnego.
To owe słynne kanały, które jak promienie pajęczyny wychodzą z jeziora centralnego o brzegach obmurowanych marmurem. Woda tego jeziora i tych kanałów świeci w słońcu oślepiającym blaskiem.” „Kanały, to kanały!” — zawołałem jakby ze snu przebudzony. — „Nareszcie udało mi się zobaczyć te kanały Marsa, z powodu których astronomowie toczą takie gorące spory. Poznam teraz ich istotne przeznaczenie. Acoleo, czy będzie pani tak dobra objaśnić mnie, o co tutaj chodzi?” Dopiero teraz opanowałem się ostatecznie i spojrzałem w oczy mej powietrznej współpodróżniczki. Czy to możliwe? Czy mi się zdawało, że po twarzy Acolei szybko prześliznął się wyraz czułości? O tak, teraz nie wątpię. Cała istota moja zadrżała z radości, gdy oczy Acolei przychylnie odpowiedziały na moje płomienne spojrzenie. „Wiadomo panu zapewne” — powiedziała swym dźwięcznym głosem — „że Mars jest starszy i mniejszy od Ziemi.
Nasza planeta stygnęła bardzo szybko, co zupełnie zrozumiałe, jeżeli przyjąć pod uwagę jej nieznaczną wartość i objętość. Dlatego to wygasły wewnętrzne ognie Marsa, wbrew temu, co można zaobserwować, a raczej przypuszczać we wnętrzu Ziemi.” To wyjaśnia także, dlaczego na Marsie woda i ląd zajmują prawie jednakowe obszary. Z tego samego powodu nie ma u nas żadnych wzniesień. Góry istniejące niegdyś w starożytności stopniowo zwietrzały, rozsypały się i materiał, z którego były zbudowane, zapełnił doliny i zagłębienia zajęte przez morza. W takich warunkach, rzecz prosta, nie do pomyślenia jest istnienie rzek podobnych do tych, które na Ziemi płyną z zboczów gór. Brak słodkiej wody zgubnie by się odbił na wszystkich naszych zasiewach, gdybyśmy rzek nie zastąpili sztucznymi kanałami o szerokości 5 do 6 kilometrów. Upłynęło już 50 lat, odkąd wasi astronomowie gorąco zainteresowali się tymi urządzeniami, których istotnego przeznaczenia w żaden sposób nie mogą się doszukać. Nieraz śmiech nas ogarnia na widok tych rozpaczliwych, lecz próżnych usiłowań. Zapyta mię pan może, skąd się bierze woda płynąca w tych kanałach? Ma ona dwojakie pochodzenie.
Obfite deszcze nie padają u nas na próżno. Ich wodę starannie zachowujemy w sztucznych jeziorach. Z drugiej strony woda morska przesącza się do ziemi, co daje nam możność stałego korzystania ze źródeł podziemnych. Potężne maszyny, wobec których wasze motory wydałyby się zabawką dziecięcą, dzień i noc zajęte są podnoszeniem, destylacją i oczyszczaniem wody najróżniejszego pochodzenia. Pod tym względem jesteśmy bardzo wymagający, ponieważ od dawna dowiedziono, że na całym świecie nie ma nic groźniejszego niż brudna woda. Wy, ziemianie, z czasem przyjdziecie do tego samego przekonania i w waszym gospodarstwie domowym będziecie używali jedynie wody destylowanej. Dziwi mię nawet, że dotychczas nie zbudowaliście sobie życia zgodnie z wymaganiami nauki, lecz nadal jakby nic połykacie całe kolonie bakterii i mikrobów, których pełno w wodzie. Wszystkim tym interesowałbym się namiętnie, jak i 24 godziny przedtem. Dlaczego teraz muszę wyznać samemu sobie, że wszystko to stało mi się najzupełniej obojętne? Widzę tylko Akoleę i ta zadziwiająca istota stała się jedynym przedmiotem moich myśli.
Próżno staram się określić to wrażenie, które ona na mnie wywiera. Z jednej strony wydaje mi się tak praktyczna, tak współczesna, tak mężczyzną, jeżeli można tak się wyrazić, ale z drugiej strony tyle w niej kobiecości, tyle wzniosłości. Czym ona jest właściwie? Boginią, niebieską pończoszką, czy też zwykłą ziemską kobietą? Jej spojrzenie jest tak jasne i czyste, że nie może być w nim ani cienia obłudy. Szczerością, niemożliwą do naśladowania szczerością, tchnie całe jej oblicze. A tymczasem jej boskie czoło niekiedy cień lekki okrywa. Jakiż smutek może zamącać spokój tej eterycznej istoty? Jaka troska ciąży na jej sercu? Czy nie znudzenie?
Nie śmiem rozmawiać z nią o tych sprawach, a jednocześnie zapytuję siebie, czy piękność Akolei musi zniknąć z czasem? Czy śmierć i jej nie oszczędzi? Czy i tutaj króluje śmierć, która ziemię zamienia w olbrzymie, unoszące się w przestrzeniach cmentarzysko? Myśl ta kazała mi zadrżeć i ręka moja jeszcze silniej objęła smukłe stępo dziewczęcia. „Akoleo — powiedziałem. — Czy śmierć i do was także zagląda? Wydaje mi się, że jesteście stworzeni dla nieśmiertelności. Byłoby to tylko zwykłą sprawiedliwością względem istoty tak doskonałej jak pani”. Nasz zgon nie jest podobny do tej śmierci, którą wy znacie na Ziemi. Gdy wybije oznaczona godzina, ciała nasze w mgnieniu oka zmieniają się w niewidzialne gazy i życie gaśnie jak zdmuchnięty płomień świecy.
Porzucamy ten świat bez cierpienia i nie pozostawiamy za sobą nieprzyjemnych śladów. Ale choć nauka jeszcze nie jest w stanie uczynić nas nieśmiertelnymi, w zamian za to daje nam ona możność przerywania biegu naszego życia na dłuższy czy krótszy okres czasu. Możemy dobrowolnie zapadać w sen kataleptyczny, który niekiedy trwa przez kilka wieków. Budząc się w oznaczonym czasie, pozostajemy w tymże wieku, w którym nastąpiło przerwanie biegu naszego życia. Później zaś życie nasze biegnie swoją zwykłą koleją. Innymi słowy, każdy z nas może dowolnie dzielić tę ilość życia, którą otrzymuje w udziale przy urodzeniu. Jeden duszkiem wychyla cały kielich swego życia, inny zaś woli je pić łykami oddzielonymi wiekowymi okresami snu. W ten sposób wielu mieszkańców Marsa zaznajamia się ze swymi dalekimi przodkami. Co do mnie, to ja sama w swoim dzieciństwie widziałam jednego z naszych pradziadów, znakomitego uczonego, który żył i działał przed pięciu wiekami. Pogrążył się on wówczas w sen kataleptyczny, mając 85 lat.
Obudziwszy się, zdążył się jeszcze nacieszyć szczęściem licznych potomków i postępami, które nauka poczyniła w okresie jego długiego snu. Po czym szczęśliwy starzec spokojnie zasnął na zawsze. Łatwo może sobie pan wyobrazić skutki wynikające z tego nieprzerwanego łańcucha tradycji, obserwacji i wiedzy. Być może, że w tym właśnie zawiera się najważniejszy nasz wynalazek, który pociągnął za sobą inne ulepszenia i odkrycia. W ten sposób uwolnieni jesteśmy od konieczności każdorazowego zaczynania od nowa i życie każdego pokolenia zaznacza się wybitnymi postępami nauki. Nasza historia nigdy nie była świadkiem pogromu kwitnących cywilizacji, których miejsce zajmowałoby zupełne barbarzyństwo, jak to było u was na Ziemi. Proszę tylko pomyśleć, na jakich wyżynach stanęłaby wasza wiedza, gdyby Egipcjanie i Chaldejczycy znali naszą tajemnicę i w ten sposób mogli przekazać wam swoje wiadomości. W takich warunkach na pewno nie wyróżnilibyście się obecną waszą ignorancją. Czyż nie udało im się zgłębić zagadnień, które teraz musicie badać na nowo i w których jeszcze tak mało się orientujecie? Nastąpiło chwilowe milczenie, po czym Acoleo ciągnęła dalej, ale głosem zaledwie dosłyszalnym.
„Zdaje się, że i ja wkrótce zapragnę pogrążyć się w wielki sen, który trwać będzie osiem lub dziewięć wieków. Być może w chwili mego przebudzenia Marsjanie będą już wiedzieli wszystko, co dzisiaj ukryte przed nami. Jaki to będzie radosny dzień w moim życiu.” „Acoleo!” — zawołałem, czując, że serce moje napełnia się miłością ku niej. — „Co się stanie ze mną, jeżeli ty mnie porzucisz? Czy nie mógłbym się razem z tobą pogrążyć w wielki sen?” Asaf zamilkł znowu, a mnie zaniepokoiło to podniecenie, które go ogarnęło. Obawiałem się, że weźmie udział w jakimś szalonym przedsięwzięciu i mówiąc otwarcie, uważałem, że czas już na obiad. Ze względu na to uważałem za właściwe przypomnieć memu przyjacielowi o wymaganiach powszedniego życia ziemskiego. „Mój drogi” — odezwałem się, spoglądając na zegarek. — „Czy nie znudziłeś się już podróżą po przestrzeniach międzyplanetarnych? Czy nie czas już wrócić na Ziemię?
Wkrótce wybije dziewiąta, a ja mam wilczy apetyt. Doprawdy, posłuchaj mej rady i pozwól mi obudzić ciebie. Nie spóźnimy się za bardzo i u Feyot znajdziemy jeszcze znośny kawałek smażonej wieprzowiny.” „Nie! Tak mi tu dobrze, że zamierzam pozostać na Marsie” — odrzekł Asaf zdecydowanym tonem. „Ależ to szaleństwo! Nie możesz przecież do końca świata pozostawać w tym stanie. Gotów em założyć się, że jesteś okropnie głodny, mimo swego śniadania chemicznego. No, dosyć. Skończmy z tym i obudzę cię.” Uważałem za swój obowiązek wykonać potrzebne do tego ruchy rąk, ale śpiący łagodnym gestem dał mi do zrozumienia, żebym jeszcze zaczekał. Wyraz jego twarzy przypominał ów stan ekstazy, do którego dochodzą zwariowani miłośnicy muzyki, kiedy im się zdarzy usłyszeć swoich ulubionych kompozytorów.
Poczekałem jeszcze kilka minut, potem znowu rozpocząłem działania zaczepne. „Asafie, mój przyjacielu, czas już porzucić te głupstwa” — powiedziałem przekonywująco. Tym razem na twarzy śpiącego pojawiło się nieukrywane rozdrażnienie. „Mój drogi Brideau, dosyć tych żartów. Zostawisz mnie w spokoju, czy nie?” — powiedział ostrym tonem. — „Strzeż się. Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, bo zrobię ci brzydki kawał, co mocno zaszkodzi twojej praktyce lekarskiej.” Doskonale pamiętam, że te właśnie słowa wygłoszone były przez Asafa. Utrwaliły się one w mojej pamięci, ponieważ stały w zupełnym przeciwieństwie do zwykłego tonu mego przyjaciela. Nic więc dziwnego, że zatrzymałem się pośrodku pokoju z ustami otwartymi ze zdziwienia. Apetyt mój rósł coraz bardziej.
Nie chciało mi się jednak robić przykrości temu biedakowi i dlatego zdecydowałem poczekać jeszcze kilka minut, a tymczasem wziąłem się do poszukiwań, spodziewając się znaleźć gdziekolwiek kawałek cukru lub czekolady. Skierowałem się do stołowego i otwieram kredens, ale ku memu wielkiemu rozczarowaniu stwierdzam, że jest on od góry do dołu zapełniony książkami. W sąsiednim pokoju znajdowała się szafa wpuszczona w ścianę. Otwieram drzwiczki i na jej półkach znajduję znowu same książki. Ani okruszyny chleba, ani kawałka czekolady, ani kropli jakiegokolwiek napoju. Mieszkanie tego młodego kapłana nauki stanowiło istne królestwo głodu. Po takim niepowodzeniu powróciłem do gabinetu mego przyjaciela ze zdecydowanym zamiarem. „Słuchaj, Asafie, te żarty trwają już zbyt długo” — powiedziałem głosem nakazującym, jakim trzeba mówić do osobnika zahipnotyzowanego. — „Bądź łaskaw natychmiast się obudzić i pozostawić w spokoju uczoną pannę Acoleę.” „Porzucić Acoleę? Nie, za nic!
Zostaję na Marsie. To już sprawa zdecydowana” — odpowiedział śpiący jakimś dziwnym, zagrobowym głosem. — „Żegnaj mi, Brideau. Ziemia wydaje mi się tak głupia.” Po tych słowach nastąpiło głębokie westchnienie. Nie troszcząc się o to, dmuchnąłem śpiącemu w oczy i wykonałem przed nim wszystkie potrzebne manipulacje, ale wszystko to nie wywarło na nim pożądanego działania. Zazwyczaj można było Asafa obudzić jednym słowem, lekkim dmuchnięciem lub szybkimi ruchami ręki. Tym razem jednak, nie wiadomo dlaczego, coraz głębiej i głębiej pogrążał się w sen, który się upodabniał do katalepsji. Nagle zauważyłem, że twarz mego przyjaciela stała się blada jak wosk, całe ciało jak gdyby skostniałe od zimna. Przykładam do jego warg lusterko, ale jego powierzchnia nie wykazuje najmniejszych śladów oddechu. Wówczas ogarnęło mną przerażenie.
Zaczynam szybko stosować wszelkie możliwe środki, aby Asafa przywrócić do życia. Nacieram go energicznie, zwilżam skronie wodą kolońską, na pierś kładę wezygatorię, stosuję sztuczne oddychanie. Wszystko na próżno. Muszę wreszcie poddać się strasznej oczywistości. Azaphale wypełnił swą groźbę i umarł na rękach. Na próżno starałem się przywołać do życia ciało bez ducha. Resztę znacie. Zawiadomiłem o zdarzeniu komisariat policyjny i uciekłem się do pomocy moich kolegów. Zgodzili się oni ze mną, że Azaphale zginął bezpowrotnie, ale jak zawsze poróżnili się co do przyczyn jego śmierci. Co do mnie, szanowni panowie, to wolę zachować ostrożność, mówiąc o zgonie mego przyjaciela.
Gotów em raczej wyznać, że nie rozumiem całej sprawy. Gdyby jednak zmuszono mię do wypowiedzenia się w sensie zdecydowanym, to twierdziłbym raczej, że Azaphale Charlain nie umarł. Proszę zwrócić uwagę na okoliczność, że minęło już osiem dni, a tymczasem na ciele nie dają się zauważyć jakiekolwiek oznaki trupiego rozkładu. Przyjaciel mój nadal pozostaje w tymże stanie, w którym się znajdował, wypowiadając swe ostatnie słowa. I chociaż stan ten zbliżony jest do śmierci, nie jest przecież z nią identyczny. Proszę zauważyć, że zesztywnienie członków dotychczas jeszcze nie znikło, że białka oczu pozostały zupełnie czyste i że na wargach nie występuje charakterystyczny nalot. Oto dlaczego przychylam się do mniemania, że mamy tu do czynienia z rzadkim wypadkiem katalepsji, którego objawy dotychczas jeszcze nie są ustalone przez naukę. Czy będziemy kiedykolwiek świadkami ożywienia tego mniemanego trupa? To już inna sprawa. Być może żaden z nas, ni naszych dzieci, nawet wnuków naszych, nie będzie świadkiem tego przebudzenia.
Jeżeli Azaphale powiedział prawdę, a nie ma podstaw do podejrzenia, że kłamstwem jest to wszystko, co powiedział podczas snu hipnotycznego, to bardzo możliwe, że myślowo zasnął na kilka wieków obok tej, którą pokochał tak nieoczekiwanie. On śpi i z czasem się obudzi. Życzę mu, by obudził się w świecie piękniejszym niż nasz, bardziej oświeconym, bardziej naukowym. Szanowni panowie, ponieważ mam zaszczyt należenia do narady w sprawie pogrzebu Azapha wobec możliwości jego prawdopodobnego obudzenia się, to powiem otwarcie, że ciało mego przyjaciela najlepiej by zachować w witrynie muzeum anatomicznego, w której także złożymy arkusz pergaminu z opisem tego dziwnego wypadku. Koniec.
[03:59:26] - Proszę państwa, proszę państwa. Cóż, pięknie państwu dziękuję, bo to już koniec. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę dobrego weekendu, a najpierw dobrej nocy. I cóż, kontaktujemy się, widzimy nie. Słyszymy, słyszymy się w następny piątek. Bardzo serdecznie zapraszam na kolejne wydanie AWF, Akademii Wszelkiej Fikcji. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[03:59:53] - A mówi to sobie do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.