Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w kolejny piątek, krótko po godzinie 20:00. W Radiu Paranormalium zapraszamy na kolejne wydanie AWF, Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Marku. Zaczynamy. Już to kiedyś chyba mówiłem, ale powtórzę: troszeczkę zaczynamy, proszę państwa, popadać w rutynę. Patrzę na rozpiskę dzisiejszego odcinka i znowu to samo. To znaczy książki, książki, książki, filmy. Nie, tego się nie da zmienić. To w końcu jest Akademia Wszelkiej Fikcji. Dawna nazwa też zobowiązuje. Nie, tego nie zmienimy, ale cały czas kombinuję, jak zmienić rozkład poszczególnych części.
Na razie jeszcze nie wpadłem, bo wiecie państwo, rzeczy oczywiste czasami są najtrudniejsze, więc pewnie to jeszcze jakiś czas potrwa. Zaczynamy zatem w takim stałym układzie. Na początek polecanki książkowe, zapowiedzi wydawnicze. Pierwszy tytuł: „Kontury”. Autorem jest Jakub Jarno, Wydawnictwo Literackie. Książka na rynku będzie od 22 października. „Po wojennej zawierusze niknęło wszystko, a przede wszystkim ludzkie losy. Należałam do ludzi, którzy nigdy nie powinni się urodzić. Nie mieli bowiem szansy na to, by nauczyć się żyć. Byłam dzieckiem otchłani, wytworem chaosu, bezpańskim pyłem na gruzach historii.
Po wojnie było nas 15 milionów, w Polsce półtora. 22% całego młodego pokolenia. Ziemie odzyskane, ziemie utracone, a dzieci bezprzymiotnikowe. Kontury to przejmująca opowieść o Wandzie Jeżyńskiej, urodzonej w ostatnich dniach wojny, próbującej okiełznać największy z żywiołów i zawrócić bieg własnego losu. Zdana wyłącznie na siebie, radzić musi sobie w świecie nieprzyjaznym, bezlitosnym i wystawiającym ją na najcięższe próby. Rękę wyciągnął do niej Franek Światło i Urban Sierpiński. Która z nich jest pomocą, a która przekleństwem? Wanda ma przekonać się dopiero po latach. Brakowało mi wszystkiego, nawet dokumentów poświadczających, że się urodziłam, że skądś pochodzę, że ktoś mnie na ten świat przywiódł i z jakiegoś powodu.” To, proszę państwa, była zapowiedź książki „Kontury” Jakuba Jarno. Przypomnę: Wydawnictwo Literackie, a książka na rynku od 22 października.
Kolejna książka to książka o tytule „Zdradzona”. Autorem jest Wojciech Dudka, Wydawnictwo Lira. Książka na rynku od 17 października. Epicka powieść o polskich Kresach i trzech siostrach, które rozdzieliła wojna. Ale czy na zawsze? Latem 1930 roku do dworu państwa Szymańskich w Kutach przyjeżdża kuzyn Antoni Mokrzycki i nikt się nie spodziewa, że jego wizyta wywróci do góry nogami świat trzech sióstr. Żywiołowa Aldona zakochała się do szaleństwa. Stateczna Konstancja zwątpi w swoje małżeństwo z oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza, a młodziutka Łucja zobaczy coś w nurtach Czeremoszu. W 1967 roku na Komendę Milicji Obywatelskiej w Warszawie zostaje przywieziony tajemniczy, utrudzony długą wędrówką włóczęga. Funkcjonariusze nie są w stanie uzyskać od niego żadnych informacji.
Mężczyzna milczy. Tymczasem w Nowym Jorku do psychoterapeutki zgłasza się zakonnica, która po wielu latach chce zrzucić habit. Kobieta zmaga się z traumą II wojny światowej, a jej opowieść przepełniają ból i niepokój. Czy te dwa zdarzenia mogą mieć coś wspólnego z pięknym latem w Kutach w 1930 roku? Wojciech Dudka, autor bestsellerowych powieści o tematyce wojennej, w epicki sposób ukazuje Kresy, krainę zmitologizowaną, lecz wciąż będącą dla wielu elementem narodowej tożsamości. Przyglądając się losom sióstr Szymańskich, snuje także refleksje na temat skomplikowanej sytuacji Polaków, Żydów, Ukraińców i Ormian żyjących przed wojną w Kutach, Stanisławowie oraz we Lwowie. „Zdradzona” to przejmująca, wielowątkowa powieść z elementami grozy, w której napięcie narasta wraz ze zbliżaniem się wybuchu II wojny światowej. Przypomnę tytuł: „Zdradzona”. Autor: Wojciech Dudka, Wydawnictwo Lira. Książka na rynku od 17 października.
I wreszcie trzeci tytuł: „Piekielne miejsce”. Autorka: Anna Wolf, Wydawnictwo Editio Red. Książka na rynku wydawniczym od 21 października. Ona chce być wreszcie wolna. On chce o niej zapomnieć, ale życie ma wobec obojga inne plany. Samantha Baker nie ma zamiaru dłużej godzić się na współpracę z FBI. Wprost z Miami na Florydzie przenosi się wraz z siostrą do małego miasteczka w stanie Montana. Zamierza tu pozostać tak długo, jak to będzie możliwe. Niestety w miejscu, które wybrała, zaczynają się dziać podejrzane rzeczy i nie wszystko jest takie, na jakie wygląda Tymczasem Patrick wciąż jest wściekły na Baker za to, że uciekła bez słowa. Próbuje o niej zapomnieć, ale nie ma pojęcia, że Sam coś przed nim ukryła.
Niespodziewanie zgłaszają się do niego osoby z jej przeszłości. Ludzie, którzy mogą sporo namieszać w ich życiu. Kłopoty bowiem zawsze odnajdują adresy tych dwojga. Ja tylko powiem, że to jest drugi tom tak zwanej piekielnej dylogii. Książka nosi tytuł „Piekielne miejsce”. Autorką jest Anna Wolf, wydawnictwo Editio Red, a książka na rynku od 21 października. Mówiłem o tej rutynie, o tym, że właściwie co tydzień jedziemy utartym kursem. Na szczęście pojawiają się inne książki, nowe książki oraz na przykład nowi bohaterowie „Korepetycji filozoficznych”. Dzisiaj również nowy bohater. Skomplikowana była ta jego filozofia, ale nie aż tak, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
Wiem, że kiedyś, dawno, kiedy poszedłem na studia po raz pierwszy i byłem jeszcze chyba małą dziewczynką albo bardzo małym chłopcem. Dzisiaj to bardzo modne. W każdym razie byłem kimś bardzo małym i nie do końca, kiedy były wykłady z historii filozofii, do końca byłem w stanie pojąć, o co temu filozofowi chodziło. Dzisiaj, kiedy patrzę na samego siebie sprzed lat, to się uśmiecham, bo ta filozofia, o której dzisiaj będzie mowa, jest dosyć prosta. Naprawdę dosyć prosta. Ale jedno jest ważne — trzeba znaleźć osobę, która ją dobrze, poprawnie i prosto wytłumaczy. Cały czas żywię nadzieję, że ja jestem taką osobą i że to, co powiem, jakoś państwu sylwetkę filozofa przybliży. Zobaczymy. Proszę państwa, dzisiaj stanowczo trzeba będzie uruchomić wyobraźnię. Wyobraźcie sobie państwo maleńkie szklane koraliki.
Każdy z nich jest gładki, błyszczący, ale nieprzezroczysty. Nie można do niego zajrzeć, do jego wnętrza, ale każdy z tych koralików ma w środku cały świat. Nie taki świat, który można dotknąć, ale świat widziany z jego własnego kącika. Świat odbity. Każdy koralik widzi świat trochę inaczej. Jeden widzi trochę zielonkawo, inny bardziej żółtawo, jeszcze inny niebiesko, a jeszcze inny widzi go na przykład w rytmie polki. Każdy z koralików pokazuje to samo uniwersum, ale trochę inaczej. Tak jakby każdy człowiek miał własny prywatny sen o rzeczywistości. To zrównanie koralika i człowieka nie jest przypadkowe, zapewniam państwa. Te koraliki to są właśnie monady.
A skoro monady, to już państwo wiecie, że będziemy dzisiaj mówić o Gottfriedzie Wilhelmie Leibnizu. Według tego filozofa i matematyka z XVII wieku najmniejsze cegiełki bytu to właśnie monady. Ale nie są to cegiełki w sensie fizycznym. To nie są atomy, które można by stuknąć młotkiem. Monada to raczej punkt widzenia, wewnętrzny mikrokosmos, który odbija cały wszechświat, tak jak mówiłem, odbija go w sobie. Ale to chyba jeszcze nie jest do końca jasne, o czym tak naprawdę mówię. Zatem zagłębmy się dalej w filozofię Leibniza. Leibniz nie lubił idei, że świat jest tylko zbiorem atomów, czyli jakichś tam martwych kulek odbijających się od siebie jak na stole bilardowym. Uważał, że to zbyt prostackie wyjaśnienie dla tak cudownej rzeczy jak istnienie, jak życie czy jak świadomość. Bo jak z martwych zderzeń atomów miałaby się urodzić myśl, marzenia albo ironia na przykład?
Leibniz wymyślił więc, że świat zbudowany jest z bytów duchowych — monad, które nie są materialne, ale żywe, aktywne, wewnętrznie dynamiczne, bardzo dynamiczne. Każda monada ma własne postrzeganie świata. O tym mówiłem. Leibniz mówił percepcję. A każda monada ma też własne pragnienie zmiany. Leibniz nazywał to apetycją. Monada to jak mała świadomość, mikroskopijny obserwator, który sam z siebie Przeżywa rzeczywistość. A teraz najtrudniejsze i najzabawniejsze zarazem. Słynne zdanie Leibniza, że monady nie mają okien, czyli że żadna nie może zajrzeć do środka drugiej. Wiecie państwo, tak jak ze świadomością człowieka mamy wgląd tylko we własną świadomość.
Czy ta osoba naprzeciwko mnie świadomość ma, posiada? W to muszę już tylko uwierzyć. Jeśli więc monady są jak maleńkie pokoje, to każdy z nich, z tych pokoi ma zasłonięte rolety. W dodatku nie ma drzwi, przez które można wyjść. Więcej! Nie ma też dzwonka, którym można zadzwonić. Nie ma telefonu, przez który można zadzwonić. Nie można też wysłać listu. Nie można nawet mrugnąć do sąsiada. A mimo to świat przecież działa.
Drzewa rosną, jabłka spadają, ludzie się spotykają, psy merdają ogonami. Dzieje się to wszystko wtedy, kiedy naprawdę powinno się dziać. Jak to możliwe, skoro te wszystkie monady są jak komplet samotników w oddzielnych bańkach? Przecież to niemożliwe. Leibniz miał na to, powiedzmy, genialną odpowiedź. Harmonia przedustanowiona. Tak to nazywał. O co chodzi? Bóg to boski zegarmistrz. Na początku świata ustawił wszystkie te monady w taki sposób, że ich wewnętrzne życie zawsze będzie zsynchronizowane.
Nie muszą się komunikować, bo są od początku zaprogramowane w taki sposób, że wszystko do siebie pasuje. To jak milion zegarków, które nigdy się nie spotykają, a mimo to wszystkie pokazują tę samą godzinę. Albo jak para bliźniąt, które nigdy ze sobą nie rozmawiają, ale w tym samym momencie dostają jakiejś takiej ochoty, powiedzmy, na pierogi. A to wszystko, ta synchronizacja odbywa się dlatego, że od początku ich natury są w taki sposób ustawione, że wszystko działa, ale bez potrzeby kontaktu. Bóg jest zatem motorem całego świata. Leibniz powiedział też coś takiego. Bóg zrobił najlepszy możliwy świat, w którym wszystko się zgadza, nawet jeśli żadna monada nie widzi drugiej. Tak, to owo słynne „najlepszy z możliwych światów”, z którego tak szczerze śmiał się Voltaire w „Kandydzie”. Oddajmy dalej głos Leibnizowi. Taka monada jest jak każdy z nas.
Ma swój własny wszechświat, ale wewnątrz. Niektóre monady są bardzo proste. Mają ledwie cień świadomości. Może to być monada odpowiadająca ziarenku piasku. Ona coś tam czuje. Tak sobie to przynajmniej wyobrażał Leibniz. Ale czuje mętnie jak po trzech godzinach snu. Ale są też inne monady. Te są bardziej złożone. Postrzegają świat nieco jaśniej.
To mogą być na przykład rośliny, zwierzęta albo nieco cofnięci w rozwoju ludzie. Ale ci prawdziwi ludzie, których zwykliśmy określać tym mianem. Monady takich osób mają zdolność apercepcji, czyli świadomości samego siebie. To właśnie dlatego potrafimy się zastanawiać nad tym, że się zastanawiamy. Ale uwaga, uwaga! Nie chodzi o to, że w człowieku siedzi jedna monada i steruje ciałem jak pilot dronem. Leibniz myślał raczej, że człowiek to pewna społeczność monad, z których jedna jest najważniejsza. I ona mówi „Tak macie robić. Ja tutaj rządzę”. Leibniz chciał pogodzić ducha z materią, naukę z religią, a logikę z cudownością świata.
Dla niego wszechświat nie był zbiorem klocków Lego, tylko był orkiestrą, w której każdy instrument gra swoją własną partię, ale razem ich dźwięki tworzą cudowną harmonię. Żadna monada nie musi słyszeć drugiej, żeby powstała muzyka, bo partytura została napisana tak doskonale, że wszystko brzmi razem w sposób zachwycający. I domyślać się należy, że to Bóg słucha owej symfonii. Można więc powiedzieć, że monady to niezależne świadomości zsynchronizowane przez kosmicznego kompozytora. A że te monady nie mają okien? Cóż, może to i dobrze, bo gdyby miały, pewnie już dawno zaczęłyby się nawzajem oceniać, lajkować albo unlajkować w internecie. Powtórzmy. Zrekapitulujmy. Monada to duchowa cząstka rzeczywistości, punkt widzenia, a nie fizyczny atom. Każda monada postrzega cały świat, ale zawsze po swojemu.
Monady nie mają okien, czyli nie mogą na siebie wpływać. Ich działania są natomiast zsynchronizowane przez Boga. To ta harmonia przedustanowiona. Prostsze monady są jak senne punkciki świadomości. Bardziej złożone mają pamięć oraz wolę. Człowiek to tak naprawdę zespół monad z monadą nadrzędną, czyli świadomością. Świadomością ja. Świat Leibniza jest więc jak wspaniały balet. Każdy tancerz tańczy sam, tańczy w ciszy, ale z boskiego cudu wynika, że wszyscy poruszają się dokładnie w tym samym rytmie. A jeśli to brzmi zbyt pięknie, by było prawdziwe?
Cóż, sam Leibniz pewnie by się uśmiechnął i powiedział „To i tak najlepsza z możliwych koncepcji”. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Mówiliśmy dzisiaj o Leibnizu. To nie jest łatwa filozofia, ale mam nadzieję, że przynajmniej rzuciłem snop jaśniejszego światła na to, co Leibniz mówił. Dalej to już trzeba studiować samemu. Trzeba wgryźć się w tę filozofię. Ja dałem tylko coś, co można by nazwać podwaliną. Idąc Leibnizem powiedziałbym, że to jest najlepsza z możliwych podwalin. Żarcik taki. A teraz, proszę państwa, czas na odrobinę literatury.
Wiem, że wśród słuchaczy są miłośnicy Twórczości Bruno Kadyny. Mam dla dzisiaj, dla wszystkich tych osób niespodziankę. Z odcinka 81. ABW, czyli Antologii Bibliotekarium Warsztaty. Z tego 81. odcinka z 13 listopada 2020 roku zaprezentujemy opowiadanie Bruno Kadyny „Brzydale”.
[18:43] - Bruno Kadyna „Brzydale”: „Boże, jakaś ty brzydka. Pięknieś się odezwał. Leżymy, patrzymy na siebie. Ja na jej jedynki. Masz te szufle jak do odśnieżania. Musisz przyznać, że po tej nowej paście są bielutkie. Przesuwa po nich językiem. Przyznaję. Tylko na co klaczy takie białe zęby? A na co knurowi brązowe?
Mam żółte zęby od kawy i cygar, bo za rzadko myję. Lubię brąz – mówię. Aż tak? Nie pysków, bo cię trącę ryjem. Chowam się pod kołdrą. Olka jest pełna obaw, bo wie, gdzie z tym ryjem powędruję. Wiadomo gdzie. Tam, gdzie trufle. Nie, nie. Próbuję się wykręcić.
Daj mi już spokój. Jestem pomiędzy jej nogami. Trzymam, żeby ich nie zacisnęła. Już nie fofaf. Mówię, ale ona nie rozumie. Co? Uchyla kołdrę. Już nie schowasz tej dziupli z miodkiem przed misiem. Jakim misiem, dzika świnio? Olka puszcza bąka.
Chyba niechcący. Trufle z miodem muszą poczekać. Muszę uciekać. Ona nie pomaga. Próbuje mnie tam zatrzymać i śmieje się. Paskuda. Wyskakuję spod kołdry i widzę w drzwiach nagiego dziadka Józefa. Dziadek, kurde! – wołam. Próbuję zakręcić dupę.
Sam nie wiem po co. Przecież on sobie stoi z wędliną na wierzchu, bez krępacji. Zwarcie mi się przez was zrobi w mózgu – mówię. Z podniecenia wpierda w nos i na koniec taki widok. Dziadek, gdzie masz majtki? – pyta Ola. Hi hi hi hi hi. Dziadek chichocze i ucieka. Słowo daję, że on tylko udaje i robi nas w balona – mówię. Stało mu trochę, czy mi się wydaje?
Nie wiem. Mam nadzieję, że nie będzie dzisiaj niedobry. Dziadek jest raczej pogodny i beztroski. Odbija mu w dobrym nastroju. Całe szczęście. Kiedy dopisywało mu zdrowie, nie bywał taki wesoły. Tłumaczę jego pogodę ducha tym, że to twardziel. Pracował kawał życia w porcie przy załadunkach, trenował podnoszenie ciężarów i przeżył wojnę. Wciąż ma odłamki pod skórą głowy. Opowiadał kiedyś, jak uciekł z transportu do obozu, jak musiał kombinować, żeby utrzymać przy życiu rodzinę, bo ojca zabili, a on był najstarszy z rodzeństwa.
Był zdolny i zaradny. Przez lata właściciel firmy zajmującej się transportem międzynarodowym. Sprawia wrażenie, jakby nie brakowało mu dawnego życia. Nie przeszkadza ciągłe zapominanie ani to, że nie może poukładać w głowie prostych czynności, jakby z otępienia zrobił beztroskę i mięciutko się w niej wymościł. Czasami tylko się wścieka i jest agresywny. Wtedy próbuje się ze mną bić. Uwielbia Olkę. Obmacuje ją przy każdej okazji, gdy ta tylko się do niego zbliży. Jest tym już tak zmęczona, że wczoraj nawet nie zabrała cycka, kiedy złapał, dopóki nie wytarła stołu. Józek się rozochocił i zaczął gnieść łajdaka przez spodnie od piżamy.
Dziadek codziennie zwiedza mieszkanie, jakby był tu pierwszy raz. Zazwyczaj wpada na jakiś pomysł i coś odwala. Co chwila znajdujemy buty w lodówce albo w śmietniku czy inne rzeczy w miejscach, w których być nie powinny. Poopychane żarcia w szufladach, pewnie na potem. Książki w ubikacji wkurzają mnie najbardziej. Rozpakowane masło często ląduje na pralce. Przepychacz do kibla w kuchennej szafce. Ile razy się gdzieś zesrał i schował to albo się pochwalił. Jestem wdzięczny, że robi to z klasą, a nie rozmazuje po ścianach jak naćpany dopalaczami szczeniak. Grand Józek przyszedł do mnie niedawno ze stolcem w ręku przypominającym devolay i zapytał, gdzie to dać.
Zorientowałem się, że znów jest w robocie, w której nie był od 50 lat i trzeba mu dać wytyczne. Powiedziałem, że świetnie, że pyta i zaprowadziłem do kibla. Zrzut na dostawy małogabarytowe. Pokazałem palcem na muszlę. Część wpadła z pluśnięciem. Ssanie pompy. Spuściłem wodę. Tak jest. Zrozumiał instrukcję majstra. BHP i higiena pracy.
Na koniec pokazałem na jego dłonie i na umywalkę. Oczywiście wzorowo umył ręce. Dzięki tej metodzie skłaniam go do samodzielnych kąpieli i oby udawało się to jak najdłużej. Lubię wchodzić z nim w różne role. Zazwyczaj wpływa to na niego dobrze, ale miewa też skutki uboczne. Po akcji z devolayem mnóstwo drobiazgów wylądowało w kiblu. Fajnie, że z posiłkami nie ma problemu. Niektóre chore osoby plują albo nie jedzą wcale. Dobry apetyt dziadkowi nie minął. Zawsze dużo jadł, przy czym był żylasty i silny, dlatego nie było łatwo go ściągnąć do domu, kiedy nam uciekł.
Udało mu się zwiać kilka razy. Chce odwiedzić dom rodziców, który już nie istnieje. Za pierwszym razem powiedziałem, że już od dawna go nie ma i że bardzo mi przykro. Powiedział, że pieprzę głupoty i chciał się bić. Teraz, ilekroć chce wracać do domu, mówię, że dziś nie możemy, ale pojedziemy jutro. Kolejnego dnia to samo. I tak w kółko. Jego mózg pragnie wrócić do bezpiecznych uczuć z dzieciństwa. To znaczy, że nie jest z nim dobrze i trzeba się szykować na stopniowe pogarszanie. Dwa miesiące temu Józek podarował wszystkie pieniądze, jakie miał.
Gdybym wiedział, że to zrobi, zabrałbym mu i napił się z nim za to wódki. „Ciekawe, czy dziadkowi zaszkodziłby alkohol?” — pytam, zakładając spodnie. „Znieczuliłoby go i tylko by nabazkudził”. Uśmiecham się do niej. Nastawiamy się na nowy dzień. „Fajnie, że jesteś przy mnie, freaku” — mówię. „Fajnie, że jesteś ze mną, brzydalu”. Podjęliśmy decyzję, że pierwsze lata małżeństwa poświęcimy dziadkowi. Zrobił dla innych tak wiele, że powinien dostać medal. Piątka jego dzieci ustaliła, że dom rodziców dostanie ten, kto się nim zaopiekuje.
Nikt nie chciał, to się zgłosiliśmy. Dla nas to duża sprawa zająć się Grand Józkiem. I kto nie marzy o domu z ogrodem? Tylko moja mama odwiedza ojca. Reszta ma gdzieś, od kiedy choroba przybrała na sile. Tłumaczą, że dziadka już nie ma. Wygodne usprawiedliwienie. Tylko że nic nie zmienia. Nawet jeśli ich ojciec pojawia się rzadko, to nie zniknęło jego ciało. Straszne, co robi z człowiekiem ta choroba i jak obnaża serca bliskich.
Minęło pół roku. Rozumiem już, co czują ludzie, którzy opiekują się podobnie chorymi. Dlaczego puszczają im nerwy. Chociaż my z dziadkiem nie mamy takich problemów jak niektórzy. Zazwyczaj jest luz. Dziadek lubi na przykład patrzeć, jak pracuję. Dla niego komputer to czarna magia. Siedzi jak zaciekawione dziecko i czasami zadaje pytania, a ja mu odpowiadam, że teraz jesteśmy w banku, zaraz potem w urzędzie, a on się zachwyca. Zaczynamy nowy dzień. Wchodzę do pokoju Józka.
Siedzi na łóżku wyprostowany i ubrany w piżamę. Przed chwilą machał do nas fajfusem. „Wiedziałeś, że ja przyjdę. Inaczej byś się nie ubrał, co?” „Nie”. Rozglądam się po pokoju za czymś podejrzanym i patrzę na niego, a on dodaje: „Kobitka dubiasta musi być. Prekrasny”. Popatrzył w kierunku drzwi. Chodzi mu o Olkę. „Ta je brzydka, ale ma dobrą dupę”. Zgadzam się.
Dziadka ulubione przezwisko Olki. Dobra dupa. „Ty ją znasz? Ona mieszka niedaleko?” — pyta jak co dzień. „Bliżej niż myślisz, dziadek. Jemy śniadanie?” „We francuskiej kuśka długo nie stoi”. „O czym ty mówisz?” „Bu, bu, bu, bu, bu, bu, bu”. Słowo daję. Mam wrażenie, że robi mnie w bambuko. Mówi normalnie i nagle bach, leci dobra dupa albo jakieś zdanie z kosmosu kompletnie niepasujące do rozmowy.
Albo bu, bu, bu. Podskakują sflaczałe poliki. „Byłeś kiedyś we Francji, dziadek?” „Francuskie rogaliki i dobre dupy” — omiótł dłonią głowę. Nie ma co ciągnąć tej rozmowy. „Ładna dziś pogoda” — mówię. „Zjemy śniadanie w ogrodzie. Poczujesz się jak w ogródku francuskiej restauracji. Świeże rogaliki albo bagietki to byłoby coś”. „Dobra dupa”. „Tak jest.
Będzie i ta”. Olka leży w wyrze. „Jemy śniadanie w ogrodzie, zasrańcu” — mówię. „Kto taki?” — pyta obrażonym tonem. „Myślałaś, że zapomnę to nieczyste zagranie pod kołdrą, freaku? Ty nie jesteś dobra dupa, tylko śmierdząca. Mam ci tam zrobić strefę zakazaną? Kwarantannę na jakiś czas?” „Nie, błagam, nie” — wierzchem dłoni dotyka teatralnie czoła. „Nie pozbawiaj mnie tej rozkoszy, mój panie. Nie przeżyję”.
„Pieprznięta”. „Okaż łaskę. Niech to będzie jeden dzień”. „Niech będzie” — rżnę twardziela jak dziecko nieświadome, co się za moment stanie, że sam się ukarałem. Olka na gołą dupę ubiera kuse spodenki sportowe, które tak uwielbiam. Szczególnie ściągać je z tego rozgrzanego tyłka. Już teraz nie mogę oderwać wzroku i zamknąć japy, a jeszcze nie wyszliśmy z pokoju. Jeszcze nie zaczęła kręcić tyłeczkiem w ogrodzie, niby bezwiednie, beztrosko skakać jak nastolatka, bujać się wysoko na huśtawce. Wszystko specjalnie, żeby mnie szlag trafił. „Brzydki, złośliwy orangutan” — mruczę pod nosem.
Udaje, że nie słyszy. „Idę ubrać Grand Józka” — mówię. „Zrobię śniadanie”. Dziadek ma ochotę iść do ogrodu, bo współpracuje przy ubieraniu. Zakłada luźno koszulkę i spodnie dresowe. „Powiem ci, że dzisiaj dobra dupa jest wyjątkowo dobra. Załatwiłem ci” — mówię. Grand Józek wierci się wyraźnie ożywiony. To będzie ciekawe śniadanie – dodaję. Czekamy z dziadkiem, aż Ola przyniesie jedzenie.
Niebo jest czyste, słońce wysusza ziemię bezlitośnie. Oby nie zabrakło wody. Siedzimy na tarasie pod zadaszeniem. Jest cicho i przyjemnie. Dziadek nic nie mówi. Jest spokojny. Przeżywa coś w środku. „Brzdäle” – wylazł dzieciak sąsiadów. Od jakiegoś czasu nas wyzywa. Powtarza po starych pewnie.
„Brzdäle” – wrzasnął jak ptak jakiś. No, nie jesteśmy urodziwi. „Morda, kundlu!” – dziadek krzyczy na całe gardło. Dziadek, cicho. To tylko dziecko. Ola idzie. Moja brzydula pojawia się na tarasie. Stawia pokaźną tacę na stole. „Dobra dupa” – mówi Józek. „Dokładnie” – przyznaję.
Ola pochyla się nad stołem. Założyła koszulkę z dużym dekoltem. Nie ma stanika. „Proszę. Jajeczniczka na bociusiu” – mówi i rozstawia talerze. Zdejmuje z tacy imbryk z herbatą i filiżanki. Dziadkowi wpatrzonemu w cycuchy podryguje lewa noga, jakby siedział w kącie na wiejskiej zabawie i podobała mu się muzyka. „Brzydka gęba, dobra dupa” – mruczy pod nosem. „Dziadek, bądź miły” – mówię. Nalewam nam herbaty.
Olka odchodzi. „Nie jesz z nami?” – pytam. „Nie jestem głodna. Skaczę przez ogród jak sprężynka.” – kręci tyłeczkiem. Oliwkowa skóra nóg lśni od balsamu. Celem jest huśtawka. Tak myślałem. Olka siada na plecionym siedzeniu i odrywa nogi od ziemi. Z jej perspektywy musimy wyglądać jak tych dwóch dziadków na balkonie w Muppetach, wpatrzeni w nią jak psiaki w boczek. Dziadka hipnotyzują jej błyszczące w słońcu nogi.
Nie trafia widelcem do ust i jajecznica spada z pacnięciem na stół. „Czy towarzystwo Grandioska mnie postarza, frikuś?” – pytam. „Zdecydowanie.” „Wiedziałem. Dziadek, jedz ładnie. Dziś sobota. Po śniadaniu odpoczniemy, wypijemy kawę i zabierzemy się za ćwiczenia.” „Dobra dupa” – mówi dziadek. Olka się uśmiecha. „Na bank poćwiczy z nami” – mówię. „Nie wstawaj, dziadek.” Już skończył śniadanie. Już chce poćwiczyć z Olką.
Powstrzymuję go i wkładam widelec do ręki. „Skończmy najpierw śniadanie” – mówię. Olka się buja i nęci, a kiedy Józek nie patrzy, rozchyla nogi. Nic nie widać z tak daleka i ma spodenki, ale to przekaz do mojej wyobraźni. „Brzdäle, brzdäle!” – znów ten dzieciak. „Bubububu” – hyhy. „Cicho, dziadek” – mówię. „Bububu” – woła dzieciak. „Morda, kundlu!” Dziadek, to tylko dziecko. Przeprosiłbym sąsiadów za Józka, ale najwyraźniej nazywają nas brzdakami przy dzieciaku i pozwalają nas wyzywać, więc mam to w nosie.
Chociaż może by się zastanowili nad sobą, gdybyśmy zrobili pierwszy krok. Gówniarz sobie poszedł. Czas na gimnastykę na trawie. Olka jak Chodakowska, ale brzydsza i z większą dupą, pokazuje przed nami. My za nią powtarzamy. Wypina nam dupsko przed oczami i nie zdaje sobie sprawy, że przegięła. Nie ma majtek i widać jej psiochę, kiedy się pochyla, a niżej w tle dyndają piersi, bo duża koszulka luźno zwisa i niczego nie zasłania. Dobrze, że sąsiedzi jej tutaj nie widzą, tylko trochę mnie i dziadka. Grandjozek ślini się i pochyla pokracznie. Nieudolnie naśladuje Olkę, byle tylko patrzeć.
I fajka mu stoi. Tak na 60%, oceniając w ruchu i przez spodnie. „Kończymy gimnastykę” – mówię. „Co ty? Dopiero rozgrzewka.” – Olka się rozpromienia. „Wszystko ci widać, pasztecie.” „Dobra dupa.” „Prawda, dziadek?” – Olka się cieszy. Rozbawiona babsko patrzy na moje krocze i na zgiętego dziadka, który próbuje ściągnąć spodnie. „A teraz Grandjozek cię wygrzmoci” – mówię. Olka się śmieje i ucieka do domu, a ja powstrzymuję dziadka i podciągam mu portki z powrotem. Nie podoba mu się to.
Wyrywa się i unosi pięści. „Wstawaj, wstawaj, mówię” – krzyczy. Zaczynam się śmiać. Co za obrazek. U mnie erekcja opada. U chorego na Alzheimera dziadka ma się dobrze. I bić się mamy. Ja 30 lat, on 150. No, nie będziemy tu teraz walczyć o babę. Leć, dziadek, za nią.
Ustępuję pola. Oficjalnie się odsuwam. Wolę, żeby robił porutę w domu. Dziadek się nie waha. Pędzi do środka. Zboczaniec pokraka. Ciekawe, jaką by miał minę, gdyby się teraz zobaczył jako dwudziestolatek. Idę za nim. Obronię przygłupa, czyli dobrą dupę. Dziadek ma resztki dawnej krzepy i mogłaby mieć kłopoty.
W przedpokoju mijamy duże lustro. Grandjozek się zatrzymuje. „Znajdź se inną babę” – drze się do swojego odbicia. „I wy też.” Teraz do mnie i do mojego odbicia. „Dziadek, co ty na to, żebyśmy pojechali do domu?” – pytam. Muszę go uspokoić, odwrócić uwagę. Potem coś wymyślę. „Tera nie trza.” Idzie do naszej sypialni. Szuka Olki. Nie ma jej tam.
Zamknęła się w łazience. Jestem pierwszy pod drzwiami. „Ona je tam?” – pyta Józek. Ściska przez spodnie fajfusa. „Tak. Po niej ja wchodzę” – mówię. Może powinno być mi przykro, że dziadek już prawie nie jest sobą, ale wiem, jaki był. Chwilami miałby z siebie ubaw. „Wchodź do niej tera, ja poczekam” – mówi. Tak by było najlepiej.
W końcu to ja powinienem się dobrać do dobrej dupy. „No wchodź” – mówi i idzie do swojego pokoju. Dziwne to było. Czekam i chcę zajrzeć, czy czegoś nie wykombinował. Usiadł na łóżku i patrzy w okno. Może właśnie żeby coś zaplanować. Wydaje się, że będzie tak chwilę siedział. Idę do kibla. „Friku, otwórz, to ja” – pukam. Olka mnie wpuszcza i zaraz wraca do malowania szpetnego ryja, czy co tam robi przed lustrem przy umywalce.
„Co z Józkiem?” – pyta. Siadam na zamkniętym klopie. Wraca świeżutkie wspomnienie, jak wypinała dupsko w ogrodzie. „Siedzi w pokoju, kontempluje stójkę” – mówię. „Zobaczysz, on cię kiedyś przyuważy wypiętą, jak wycierasz podłogę czy coś, ściągnie ci gacie i wydyma.” „Poradzę sobie. A co z twoją?” – pyta Olka. „Z czym moją?” „Stójką.” „Rozładuję.” „Tutaj? Teraz?” „A kiedy, frikuś?” Już klęczę za nią i zsuwam jej spodenki. Kiedy jestem w połowie pupy, ona to przerywa. „A co ze strefą zakazaną?” – pyta.
W pierwszym odruchu na wspomnienie porannego wraknięcia dupy mrużę przed nią oczy, gotowy się uchylić. „Dzisiaj nic z tego” – dodaje i podciąga spodenki z powrotem. Udaje mi się tylko cmoknąć tam, gdzie się kończy rowek. „Nie no, co ty, poważnie?” – pytam. „Sam powiedziałeś, że dziś kwarantanna. Dziękuję ci, że tylko dzisiaj. Dłużej bym nie wytrzymała.” Sadystka. Przecież nie ma jeszcze południa. Trzeba błagać. Zwalniam.
Ułaskawiam. „Friku, niegodna jestem twej łaski. Zasłużyłam. Nie mogą kary cofnąć nawet twoje słowa.” Zaraz mnie tu szlag trafi. „Dotknij berła. Będziesz zwolniona z kwarantanny.” Olka ucieka z łazienki, kiedy ściągam gacie. „No weź.” Zostaję sam jak ta pała. Siedzę chwilę i wychodzę. Co innego zrobić? Czekać, aż skończy się kwarantanna.
Dobrze, zrobię jej cygaro i kawę. Najpierw idę sprawdzić, co u Józka. Jak tam dziadek? O, siedzi przy stole ubranym w swój najlepszy dwurzędowy garnitur. Noga założona na nogę. Założył nawet buty. Twarz poważna, a wzrok wolny od choroby. Tak się przynajmniej wydaje. „Pozwolisz, młody?” Obraca w palcach jedno z moich cygar. Zachowuje się jak w klubie dżentelmena.
„Jasne, częstuj się.” Prosta rola, ale jaka przekonująca. „Napiłbyś się do tego whisky?” – pytam. „Możesz nalać szklaneczkę.” Olka pojawia się w drzwiach. „Chyba mu nie nalejesz?” – pyta. Dziadek pokazuje cygarem na kanapę. „Dobrze, żeś przyszła, młoda. Siadaj” – mówi. Olka siada zaciekawiona, a ja tuż obok. Przecież nie pójdę i mu nie naleję. „Tylko ręce przy sobie” – szepcze do mnie paskuda.
Dziadek patrzy na nas dobrodusznym wzrokiem. Brakuje tylko kapelusza i modny strój prawdziwego międzywojennego warszawiaka gotowy. „Brzydale jesteście, słowo daję, ale najpiękniejsze” – mówi i uśmiecha się szeroko. „Ty też już nie jesteś Alain Delon” – mówię. „Miło się zrobiło. Czas na prawdę” – mówi Józek. „Jaką prawdę?” – pytam. „Wybacz umizgi, młoda.” – Puszcza do Olki oczko. – „Naprawdę świetna dupa. I co żem pomacał, to moje.” „No wiesz co?” – Ola udaje oburzenie.
Dziadek zawiesza się na chwilę. O czym mówił? „Prawdę” – podpowiadam. „Powiem prawdę, o co chodzi. Udaję chorobę. Jej, jej, jej, jej... No powiedz, młody.” Jestem zdziwiony. Jest jej świadomy? „Nie wiem, co chcesz powiedzieć” – mówię. „Stopień nie taki.” Szuka słów.
„Stadium” – domyślam się. „Racja. Nie takie stadium, jak wam funduję.” Olka siedzi przymurowana do wersalki. Nie wiem, o czym myśli. Może o tym, o czym ja. Czy to prawda, czy ściema? Dziadek jest przekonujący. Wydaje się kumać, co gada. Gdyby to była jakaś rola, nie byłoby tak składnie. To, co mówi dalej, rozwiewa wątpliwości.
Uśmiecha się do nas serdecznie i prawdziwie jak do dzieci. Jak nigdy wcześniej. Wpada mi do głowy pomysł, że on jest świadomy tego, co zazwyczaj robi, ale nad tym nie panuje i nie może przestać. Nie może też wyrazić, co czuje w środku. Ale teraz, w ostatnim rozbłysku zjadanej osobowości wszystko nam powie, a potem gwałtownie mu się pogorszy. „To ja się odbijam w lustrze” – mówi. – „Gadam głupoty, paplam bez sensu. Nie chcę się bić z tobą, młody. Nie bój się. Ale zapasy dobre dla sportu.” – Puszcza oczko.
– Domu rodziców dawno nie ma. Wiem to wszystko, ale gadałem o nim, bo popytałem, jak się choruje potem, jakie są zachowania. Najtrudniejsze z gównem było. Wybaczcie mi, ale było konieczne dla wiarygodności. Dla sprawdzenia. „A jakże” – mówię. – „Sprawdzenia czego?” Nie wierzę, że przez pół roku udawał. „Żeby sobie pomacać” – Olkę wypala. Chciała się przy tym złapać za cycki, ale się opamiętała, żeby nie zwrócić na nie uwagi. „Musiałem wiedzieć, jakie ludzie jesteście.” – Mruży oczy.
Uciekły mu myśli. – Jakie ludzie jesteście... Jakie? „Z jakiej gliny” – podpowiadam. „Tak jest. Z łaczy dobra.” „Tylko po co dziadek? Chcemy być dla ciebie dobrzy w każdej sytuacji. Musiałeś sprawdzać, jacy będziemy dla ciebie później? Bez sensu.” – Zawiesza się. Wciąż mam wrażenie, że zaraz coś odwali.
Że to tylko projekcja chorej głowy. „Dziadek, po co nas sprawdzałeś?” – pyta Ola. „Co sprawdzałem?” „Dlaczego sprawdzałeś, jacy będziemy dla ciebie później?” „Nie chodzi o mnie. Chodzi o to, czy zrobię cię jak trza. Już wiem, że tak. Idź młody, nalej tej whisky. Zapalim po cygarku.” – Jest tak przekonujący, że wstaję. „Tylko nie w domu” – mówi Ola. „Nikt nie może słyszeć, o czym mowa. Wytrzymasz smrodu” – mówi dziadek.
„Ty też chcesz whisky?” – pytam żonkę. „Nalej” „Zuch baba. Z dobrą dupą.” – Józek puszcza do niej oczko. „No wiesz.” – Ola się uśmiecha, ale jest zdezorientowana. Nic nie rozumiem, ale chętnie się dowiem. Stawiam, że zaraz mu odwali. Idę do naszego pokoju po whisky, cygaro dla siebie, obcinarkę i długie zapałki. Wracam. Józek siedzi jak siedział. Noga założona na nogę.
Buja nią sobie i patrzy na Olkę. Dziewczyna trzyma ramiona w pozycji zamkniętej. Trochę się boi tej nieznanej dotąd pewności siebie. Stawiam na stole szklanki i szykuję cygaro dla dziadka. Zapalam zapałkę i mu podaję. Zbliża ją do cygara bez cienia oznak chorobowego świrowania. Nawet ręce mu się nie trzęsą zbytnio. Pufa jak lokomotywa. Widzę, że nie raz palił. Nie miałem o tym pojęcia.
„Dobre?” – pytam. „Dobre.” Pierwszy raz widzę taki luz u niego. W żadnej roli tego nie było. Nawet kiedy był zdrowy. Lubił samotność. Zawsze małomówny, ciągle spięty, cały czas na czymś skupiony. „Niosę ciężar przez życie” – mówi dziadek. – W czasie wojny działalim w podziemiu. Pod koniec dużo się działo, ale wszystko się pomieszało jedno z drugim. W głowie pomieszało.
– Zapada cisza. Tylko zegar tyka. W górę płyną strużki dymu z naszych cygar. „I co dalej?” – pytam. „Co?” „Co się pomieszało?” „Co pomieszało?” – pyta Grand Józek. Wydaje się zdezorientowany. „Dziadek, o jakim ciężarze mówiłeś?” – pyta Ola. „Ciężaru się nie zapomina. Czuć go, dopóki nie zrzucisz” – mówi. Cisza.
Znowu się zawiesza. Wytrzeszcza oczy na dywan. Na przestrzeń za nim. „Co to za ciężar?” – pytam. Ocknął się. „Ta. Pod koniec wojny, jak pracowałem w porcie, udało się zamienić papiery i wyrolować Niemca. Trzy wagony z obozu Stutthof zamiast na statek trafiły na bocznicę w krzaki. Dla nas do rozebrania. Trzy wagony starych łachów poszły zamiast tego.” – Przerywa.
Pociąga cygaro i popija whisky. Znowu nie podejmuje wątku z powrotem, tylko gapi się na Olkę. „I co z tymi wagonami?” – pyta Ola. „To komendant obozu Paul Werner Hoppe wysłał wagony. Miały iść do Argentyny. Okradł SS. Chciał uciec bogaty bandyta.” – Znowu zawiecha. Tym razem czekamy. Może sam zaskoczy. Pijamy i palimy w ciszy.
Dziadek tylko pod naciskiem, po prośbach opowiadał, co przeżył w czasie wojny. Wszyscy wiedzieli, że o wielu rzeczach nie mówił. Nie wiadomo, ile historii zje choroba. Przepadną na zawsze. Ile już przepadło. „To się ten Hoppe zdziwił w tej Argentynie” – mówię. „Nie zdążył. Statek nie dopłynął do Argentyny, kiedy złapali tego mordercę. Chciałbym zobaczyć jego gębę, jak się o łachach dowiedział.” „Myślisz, że się dowiedział?” „To bydlę wyszło z więzienia po kilkunastu latach. Zmarł w 74.
w Niemczech. Na pewno wiedział.” – Nagle zmienia temat. Tego gnoja sąsiadów, co się wydziera, trzeba uciszyć. Złąć szczeniakowi w końcu skórę. I co było w tych wagonach? – pyta Ola. Łachy. W tych, które zdobyliście. Józek pociąga cygaro, popija whisky i znów się zawiesza, ale tylko żeby zebrać myśli. We trzech rozbierali my wagony po trochu.
Ostatni wagon rozbierałem sam, bo Władkę zabili, a Henryka aresztowali, a potem też zabili. Mieliśmy rozkaz ukryć zdobycze, a potem przekazać dowódcy. Tak zrobiłem. Ukryłem, ale potem wszystko się rozpadło i nie było komu przekazać. A przed Ruskimi trzeba było ukryć, bo wywozili do siebie, co się dało i jeszcze by zabili, żeby zatrzeć ślady. Wstaje, prostuje plecy, dopija whisky i patrzy na nas. Dziadek, ty jesteś prawdziwy grand Józek – mówię. Chodźta. Wychodzi z pokoju. Idziemy za nim do piwnicy, do jednego z pomieszczeń, gdzie ma swój warsztat.
Samotnię, w której przesiedział tysiące godzin. Babcię przez to szlag trafiał, ale lubiła mieć wszystko od razu naprawione. Teraz Józek spędza tam godzinę, dwie dziennie i kręci się w pobliżu z ręką w kieszeni, gdzie spoczywa klucz. Warsztat jest mały. Mieści się tu tylko wielkie biurko, krzesło i blaszany regał. Dorobione półki, wieszaki to o wiele za mało. Gratty piętrzą się pod sufit. Pomieszczenie nimi zarosło. Dziadek nie wchodzi, tylko pokazuje palcem i mówi do mnie: Właź pod biurko. Włażę, jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało.
Odsuń dywanik. Tam je pokrywa betonowa w żelaznej ramie. Widzę. Dziadek sięga po mały łom i mi podaje. Tym podważ. Niewygodnie pod tym biurkiem i pokrywa nie jest lekka. Nie miałem o niej pojęcia. Moi rodzice chyba też nie. Dziadek wybudował dom po wojnie i to pomieszczenie od początku jest tylko jego. Moim oczom ukazuje się ciemnozielona drewniana skrzynia z wielką swastyką na wierzchu.
Na niej leży coś zawinięte w szary materiał. Sięgam po to i po kształcie i ciężarze wydaje mi się, że to pistolet w kaburze. Daj to. Józek wyciąga rękę. Wyciągnij skrzynię. Ciężka. Muszę się zaprzeć, żeby ją wydostać ze skrytki, a potem jeszcze wygrabolić spod biurka. Na stół. Pokazuje starczy palec. Stawiam.
Zasapałem się. Dziadek wyciąga skobel zamka. Zawiasy skrzypią. Pokrywa się otwiera. Dwa kilo każda – mówi. Nigdy wcześniej Olce i mnie nie zrobiły się tak duże oczy na widok czegokolwiek. W skrzyni leżą obok siebie jak śledzie cztery dwukilowe sztaby złota, na każdym wybita swastyka, a pod nią słowa Deutsche Reichsbank zwei Kilo Feingold 999 i osiem dziesiątych. To połowa. Cztery poszły na dobro przez lata. Te czekają od dawna na was.
Patrzę na wyraz twarzy Olki. Co się teraz musi dziać w jej czaszce? Sam jestem w szoku i dławię pchające się wybuchy radości. Możecie wziąć trochę, żeby nie czuć się źle, odpędzić głupie myśli – dodaje dziadek. Trochę? To nie wszystko dla nas? Patrzę na niego pytająco. Uśmiecha się serdecznie. Brzydale jesteście, ale najpiękniejsze – mówi. Wiem, że zrobicie dobrze.
To złoto z cierpienia. Trzeba je wydać na dobro. Teraz macie te komputery, to łatwo znajdziecie gdzie pomóc. Robiłem, co mogłem. Szukałem, żeby wykorzystać słusznie i mieć spokojne sumienie. Po cichu, żeby nie było wiadomo kto. Raz podpisałem, że pomogli pomordowani. Taka prawda. Ja tylko pośredniczę. A teraz wy będziecie.
Po to nas sprawdzałeś? – pyta Ola. Ta. Jesteście dobrzy ludzie. Musiałem być pewien. Nie myślałeś, żeby to oddać jakiejś instytucji albo fundacji? Nikomu nie ufaj. Złodziejem może się stać ten, co wcześniej nie kradł. To muszą być sprawdzone, uczciwe ludzie. Dla siebie brałem tylko kiedy była bieda.
Ile trza do przeżycia, żeby dzieciaki nie głodowały. Wy spłaćcie długi, hipotekę, remontujcie w chałupie co musicie i żyjcie spokojnie. Ale pamiętajcie, że przekazuję to na wasze sumienia. Nie zapominajcie, kto właściciel prawowity, mimo że nie może tym rozporządzać. Ciekawe z ilu istnień to złoto – pytam. Nikt się nie doliczy. Choppy ukradł i zatuszował. Najprawdopodobniej jest tak, jak myślę, że to przetopiona biżuteria, pamiątki, obrączki ślubne, złote zęby zamordowanych, niewinnych ludzi. Zapada cisza. W natłoku myśli wypływa jedna.
Co tam jest zawinięte? Pokazuje na przedmiot w jego ręku, który leżał w skrzyni. To Luger z pełnym magazynkiem. Odwija i pokazuje charakterystyczny niemiecki pistolet w idealnym stanie. Skąd go masz? – pytam. Nie odpowiada. Zawija z powrotem. Na razie niech leży. Potem się pomyśli, co z nim – mówi.
Zamykam skrzynię. „Działa?” – pyta Ola. „Regularnie czyszczony i smarowany. Chowaj młody na miejsce.” Chowam wszystko z powrotem. Przez resztę dnia mało rozmawiamy. Głównie rozmyślamy. Szczególnie ja i Olka. Kompletnie nie wiemy, jak ugryźć temat. Jak spieniężyć złoto, nie wzbudzając podejrzeń. Odebraliby nam zaraz, gdyby się dowiedzieli.
Grandiuska zapytam, jak to zrobił. Nawet nie zauważyliśmy, że już go nie pilnujemy. Jest u siebie w pokoju. Siedzi przy stole z długopisem w ręce. Otwiera notatnik. Z gramofonu leci stara muzyka. Inna płyta od tej, którą zazwyczaj każe sobie puszczać. „Dziadek, a jak sprzedawałeś złoto?” – pytam. „Złoto? Złoto...” – zawiecha.
„Dziadek, a ty nie miałeś przyjechać innym razem?” Józek dziwnie na mnie patrzy. Marszczy czoło. „Gdzie jest babcia? Oni nie przyjadą zaraz?” „Babcia? Kto ma przyjechać?” – pytam. Zorientował się, że coś jest nie tak. Babcia nie żyje już pięć lat. „Co chciałeś?” – pyta. „Jak sprzedawałeś złoto?” „U znajomego jubilera. Dawno nie żyje.
Znajdź kogoś, kto nie będzie pytał. Za każdym razem to samo złoto, ta sama próba. Może się domyślić, że to z czegoś większego. W warsztacie mam małą piłkę, tygiel złotniczy i palnik z butlą. Tnij po kawałku, zbieraj opiłki i przetop w gluta. Niech nikt nie widzi, że to od sztaby.” „Jasne. Dzięki. Wszystko dobrze, dziadek?” Spogląda na mnie, jakby nie wiedział, o co mi chodzi. Oczywiście wie. „Nic mi nie jest, młody.” Skupia się na notatniku.
Chce, żebym już poszedł. Patrzę na niego przez moment. Chwila normalności wystarczyła, żebym zapomniał, że jest chory. Zjedliśmy razem obiad. Dziadek nie był rozmowny. Poprosił o jeszcze jedno cygaro, szklankę whisky i poszedł do ogrodu. Patrzyłem z okna, jak siedzi na ławce. Wciąż w garniturze, z nogą założoną na nogę, raczył się cygarem i whisky. Zrobiłem mu zdjęcie i poszedłem do komputera, nieświadomy, że widziałem go ostatni raz w życiu. Idę do niego później, ale go nie ma.
Na stole leży kartka. Mam co do niej dziwne przeczucie, dlatego olewam ją na razie i szukam Grandiuska. „Freaku, dziadek zniknął.” „Może jest w swoim warsztacie?” „Nie ma. Zostawił na stole jakąś kartkę.” „Co tam jest?” „Nie patrzyłem.” „Jesteś niepoważny.” Olka idzie do pokoju dziadka. Bierze kartkę ze stołu. Ola i Kuba. Nie jestem wylewny. Nie umiem. Cholera z tym. Brzydale jesteście, ale najpiękniejsze.
Mądrze rozporządzajcie złotem. Ono nie jest nasze. Trzeba je spożytkować na dobro. Jestem pewien, że tak zrobicie. Ze mną już koniec. Do końca żywota muszę zostać sobą, i to właśnie się kończy. Za nic się nie zamienię w to, co udawałem. Wybaczcie jeszcze raz szczeniaki te wygłupy. Nie szukajcie mnie. Dawno wszystko zaplanowane.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy. Bywajcie. J. Zegar tyka w ciszy. Nie zatrzyma się jak my. Jemu jest wszystko jedno, co się dzieje. Ola trzyma się za usta i płacze. Ja wychodzę. Idę do warsztatu dziadka i włożę pod biurko. Odsuwam dywanik i podważam pokrywę.
Lugera nie ma. Tak myślałem.
[59:46] - Proszę państwa, ja pamiętam, że kiedy skończyła się emisja opowiadania w ABW, to zapytałem szanownych współprowadzących, czyli Wiktora Żwikiewicza i Tomasza Fąsa, czy już pozbierali szczęki z podłogi. To naprawdę niezłe opowiadanie. Ale jedziemy dalej. Czas na Filmotekarium. A dzisiaj w Filmotekarium serial „Potwór: Historia Eda Geina”. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:00:23] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj będzie mroczny serial kanibalistyczno-nekro... Tutaj nie powiem, bo by nas od razu chyba ucięło. Cóż tu dużo mówić. Potwór z tego Eda Geina.
[01:00:42] - Tak, to potwór był. Ale muszę powiedzieć, że dawno już nie widziałem tak dobrego serialu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie miał zastrzeżeń. O tych zastrzeżeniach powiem, bo one dotyczą głównie ostatniego odcinka i nie dotyczą wykonania, bo w tym serialu na moje oko, które nie jest okiem fachowca, ja to zawsze podkreślam, to na moje oko w tym serialu pod względem wizualnym, aktorskim wszystko gra. Natomiast ostatni odcinek trochę mi się naraził, ale być może nie jestem wyrazicielem ogółu, a nawet na pewno nie jestem. Naraził mi się trochę ze względu na swoją wymowę. Wrócę jednak do początku tego, co mówiłem. Otóż wydaje mi się, że to jest bardzo dobry serial. Ja w każdym razie dawno nie widziałem serialu, który by mnie tak zaangażował. Przyznaję, że na początku miałem z tym serialem problem, bo co tu wiele mówić.
On z racji tematyki bywa obrzydliwy, po prostu tragicznie obrzydliwy. Tam widzimy kondycję ludzką od tej najsłabszej strony. Piotr już częściowo wspominał, jaką postacią był Ed. To wszystko mamy okazję obserwować. To, jak on działa, jak niewinny jest tak naprawdę w sensie bycia takim dziwnym tworem, który nie wszystko rejestruje chyba i jest połączeniem potwora i dziecka. To jest film wstrząsający, naprawdę wstrząsający, a jeszcze inteligentnie zrobiony. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo połączenie postaci Eda z perełkami kinowymi i książkowymi z popkultury, takimi perełkami jak „Psychoza" Hitchcocka. Mówię o filmie, chociaż kiedyś również książka się pojawiła, ale „Psychoza", później „Teksańska masakra piłą łańcuchową" i wreszcie książka i film Harrisa, chyba nic nie pomyliłem, w każdym razie „Milczenie owiec". To są naprawdę rzeczy wielkie. Mam na myśli dzieła popkultury, ale wielkie jest też to połączenie postaci potwora.
Wierzcie mi państwo, czuje się tę potworność, właśnie wyłazi do nas z ekranu, więc czuje się tę potworność i połączenie postaci potwora z popkulturą. Taką trochę beztroską, realizującą różne marzenia oraz ambicje twórców tejże popkultury. Tu mamy Hitchcocka, mamy autora „Milczenia owiec". To jest w gruncie rzeczy wstrząsające. Ale się rozgadałem. Piotra do głosu nie dopuszczam.
[01:03:42] - Właśnie, ja już dużo filmów widziałem i powiem ci, że ten film mnie nie wstrząsnął za bardzo. Nie wiem, z jakich powodów. Jednym z tych powodów jest na pewno to, że ja kiedyś mocno się interesowałem polskimi przypadkami tego typu, które jakoś mnie bardziej wstrząsają. I pamiętam postać Edmunda Kolanowskiego, który robił to samo w Polsce. Może takie przygotowanie po prostu trochę już sprawiło, że ten Gein wydał mi się mniej straszny w tym wszystkim.
[01:04:15] - Przerwę ci, Piotrze. Co prawda za szybko przerywam, ale niech już będzie. Nie znam postaci, którą wymieniłeś, ale dla mnie nie tyle było wstrząsające to, co on robił, te wszystkie morderstwa, te wszystkie seksualne nadużycia, tak to określmy. Nie to było dla mnie wstrząsające, ale połączenie, wspomniałem o tym, połączenie potwora z dzieckiem, to już było coś, co mną mocno ruszyło.
[01:04:47] - Tak. I o tym jest pewna dyskusja w internecie od niedawna. Ten film, nie wiem kiedy on tam wszedł na Netflixa, niedawno. Jest dyskusja, ona się ciągnie do tej pory. Czy wolno robić z takiej osoby, z mordercy seryjnego osobę, jakby nie było, pełną wdzięku i uroku, bo tak Gein jest prezentowany w tym filmie. Ale dobrze, to przejdźmy może, kim on był. Był bezcześcicielem, jak to się mówi, hieną cmentarną, kanibalem zdaniem niektórych, z Plainfield, Wisconsin. Serial trafił na wspomnianą wcześniej platformę. Był mocno popularny. Nie wiem, on tam pewnie w topce jest do teraz.
Wywołał kontrowersje niemałe. Mówiono o tym idealizowaniu mordercy, może bardziej ufajnianiu jego. Idealizowaniu to chyba nie, ale sprawianiu, że on w sumie wygląda tak, jakby się pod koniec życia trochę nawrócił, ogarnął i w ogóle może nie był temu wszystkiemu winny w stu procentach. Na końcu to już nie wiemy, co tam się dzieje.
[01:05:51] - Piotrze, przepraszam, znowu przerywam, ale to widać dzisiaj tak będzie, bo ten film po prostu poruszył. O tym właśnie mówiłem. Ostatni odcinek dla mnie jest absolutnie trudny do przyjęcia, bo tak właśnie jest, jak powiedziałeś, robi się z niego tam w sumie fajnego gościa, który chyba już wszystko zrozumiał. Te sceny symboliczne jego odchodzenia, gdzie się pojawiają postacie, które jego fascynowały, a przede wszystkim takie, dla których on był bożyszczem. To wszystko jest ciężkostrawne. Ten ostatni odcinek naprawdę trochę chyba przegina pałkę. Zapomniałem powiedzieć, że tam jest jeszcze informacja, być może prawdziwa, że Teda Bundy'ego to właśnie Ed pomógł ująć, bo on rozpracował go przynajmniej mentalnie i tak dalej. Ale ten ostatni odcinek, nie chcę nadużywać słów, że to skandal. Nie, nawet tak tego nie odebrałem, ale miałem dysonans. Czy aby na pewno nie jest to stąpanie po bagnach i nie jest to robienie, umówmy się, z potwora robienie kogoś fajnego, bo aktor jest świetny.
Aktor rzeczywiście w scenach groźnych jest groźny, ale potrafi też być ujmującym i to zarówno w młodości, jak i w starości, bo właściwie śledzimy całe życie Eda, więc potrafi być naprawdę ujmujący, sympatyczny. Ale czasami jak się odezwie, to ciarki przez człowieka przechodzą. I właśnie to, co powiedziałeś, Piotrze, mam wątpliwości. Ostatni odcinek absolutnie jeszcze sam sobie nie odpowiedziałem na to pytanie, jak powinno być.
[01:07:32] - Tak. Ja w ogóle mam taki pomysł, żebyśmy może odszukali tą książkę o Kolanowskim i w duchu dyskusji o serialu „Potwór" omówili ją. Natomiast jest też drugi zarzut wobec tego serialu, o którym powiedziałeś, czyli ta opara absurdu. Ja nie wiem, czy to jest tylko w ostatnim odcinku, bo to chyba się też rozciąga na przedostatni. Może jeszcze wcześniej. W momencie, kiedy się kończy jego mordercza historia, to się rozpoczyna mniej więcej takie już zagrywki psychologiczno-horoszczańskie. Muszę to powiedzieć, Marku, bo jak to ty mówisz, pęknę za chwilę. Ten film miał być o seryjnym zabójcy z USA. Natomiast pod koniec mamy scenę typu chłop w cyckonoszu łączy się przez duchowy telefon z nazistowską zbrodniarką. Tak, tak to jest w tym serialu.
Przepraszam, musiałem to powiedzieć, bo inaczej by mnie rozerwało, ale coś tutaj komuś nie zagrało. Ja się tam nie czepiam. Wolność wyrazu i w ogóle. Ale zastanawiam się, czy nie można było zrobić po prostu serialu o małym, dusznym miasteczku na prowincji w Stanach Zjednoczonych, gdzie grasuje seryjny morderca i czy trzeba było dorabiać do tego tą całą dziwaczną dziwność, która była na końcu?
[01:08:51] - Wiesz, Piotrze, to jak on pokazuje swoje fiksum dyrdum, ujmę to tak banalnie, to jeszcze mnie nie raziło. To, że on się łączył przez duchowy telefon radiostacji właściwie ze zbrodniarką z Buchenwaldu. Komiks nosił tytuł "Suka z Buchenwaldu". To pokazuje po prostu, w jakim stopniu ten człowiek był w choroszczańskich klimatach. Natomiast mnie najbardziej martwiło to ocieplanie wizerunku, które się już ewidentnie, być może rzeczywiście w przedostatnim zaczyna pojawiać, ale w ostatnim to już mamy po prostu sceny symboliczne. Przypomnij sobie, kiedy on idzie przez korytarz, a tam się te wszystkie postacie pojawiają. To jest niby kres jego życia, ale mamy jakbyśmy oglądali sceny z końca życia jakiegoś bohatera. Wszyscy mu hołd oddają. To jest wszystko porąbane. Mówię to w kontekście filmu czy serialu, którego pierwsze odcinki, pierwsze sześć to na pewno, naprawdę potrafiły pokazać bestię, pokazać człowieka, który wyprawia rzeczy trudne do opisania i do wyobrażenia.
A już na YouTubie to szczególnie, bo zaraz jakiś algorytm wskoczy i porozstawia nas po kątach. Co więcej, chciałem jeszcze powiedzieć, że nawet ta część, w której zmienia się już pielęgniarka i on oczyma duszy widzi, jak ją morduje i właściwie jesteśmy zaangażowani w to, a następnego dnia wychodzi z pokoju i okazuje się, że ona żyje, że to wszystko było w jego wyobraźni. A żeby było jeszcze śmieszniej, to później jest ta kobieta, którą w wyobraźni zamordował piłą łańcuchową, to jest później jego najlepsza przyjaciółka, która najbardziej go rozumie, która przekazuje mu wiadomość taką, którą przekazują najbliżsi, taką ostateczną wiadomość. I to wszystko tworzy jakiś taki miks, który mnie jest ciężko ogarnąć. Ale podtrzymuję to, co powiedziałem na początku. Dawno nie widziałem tak angażującego filmu.
[01:11:12] - Tak, na pewno takim był. Platforma N na N, bo to już i tak nazwę powiedziałem, ale no cóż, wystarczy. Pienięży zainteresowanie różnego rodzaju freakami i seryjnymi zabójcami. Kiedyś to mnie bardziej interesowało w kontekście polskim. Muszę powiedzieć, że przestało mnie interesować jakoś zwyczajnie. Nie znam też za bardzo postaci Geina. Nie wiem, ile tam było prawdy w tym wszystkim. Momentami oglądało się to dobrze, natomiast też zadawałem sobie i pewnie wszyscy sobie zadawali pytanie, jak on to wszystko mógł robić i nie zostać w ogóle zauważony. Kolanowski też robił i wielu innych swoją drogą tak samo, także przy odrobinie szczęścia może. Może to było możliwe.
Nie wiem. Po prostu nie znam tej jego historii. Szczerze mówiąc naoglądałem się już i mi się chyba odechciało ją poznawać. Jeżeli ktoś nie wie w ogóle o co chodzi, no to żyje sobie na prowincji w Wisconsin upośledzony chłopak. Rodzina jest pochodzenia niemieckiego. Tłamszony jest przez matkę strasznie. Jest zwyrodnialcem. Wyrasta na zwyrodnialca. Hienę cmentarną. Wykopuje zwłoki, a cały czas-
[01:12:21] - Seksualnego dewianta przy okazji też.
[01:12:24] - Tak. A cały czas jest przez miasteczko postrzegany jako taki dobroduszny, niewinny chłopak. Tyle, co wyczytałem na Wikipedii, no to się zgadzało. Pewnie są bardziej szczegółowe opracowania na jego temat. Niestety nie wiem. Jeżeli ktoś ma takie informacje, niech napisze w komentarzu. Widzimy tego Geina w postaci wygładzonej, ugrzecznionej, takiego uczesanego, ładnego, który ma w domu po prostu kaplicę cmentarną. Gorzej, on tam ma całą kolekcję trupów i fragmentów talizmanów różnego rodzaju. I szczerze mówiąc to się jakoś tam ogląda. Może po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja.
Natomiast tak jak mówię, mnie by chyba bardziej odpowiadała taka filmowa opowieść o tym miasteczku niż o tym, co się w głowie Geina działo. Ja miałem takie wrażenie, że w momencie, kiedy w serialu oni go złapali, to ten serial się zasadniczo skończył i trzeba było dorobić te trzy odcinki jakoś. A kiedy facet siedzi w zakładzie zamkniętym, no to co on tam może porabiać? Będą pokazywać, jak w gierki gra z innymi? No nie. Dlatego to jest takie trochę już potem odcinanie kuponów według mnie. No i jest ta dyskusja. Dyskusja, która może miała wybuchnąć, bo to zrobione zostało po coś, żeby o tym filmie dyskutowano, żeby był popularny, żeby go oglądano i tak dalej, no bo o to przecież chodzi. No i jest takie twierdzenie z niektórych kręgów, że idealizuje się, tłumaczy się, broni się tego Geina, czym się wbija gwoździe do trumny naszej cywilizacji. No bo dzisiaj bronimy Geina, a ja słyszałem nieco wcześniej niż się ten serial ukazał już takie głosy, że tam Omar Khwitki to też był ofiarą systemu i w ogóle już pewien dziennikarz to robi.
Zresztą jest możliwe, że Wampir z Zagłębia został wrobiony. No ale to jest dłuższa sprawa. Ale chyba takim bardzo bohaterem on nie był. Ja tylko przypomnę, że mój wujek był sąsiadem Chwitskich. Ja dobrze znam tą historię. Sąsiadem vis-à-vis, nie tam jakimś dalekim. Czyli zaraz możemy dojść do takiego wniosku, że będziemy bronili. Wiesz, to jest taka Nawet nie wiem, jak to nazwać. Dopisywanie erraty do zamkniętych historii stało się popularne, bo te historie były dobre, są stare, to dopiszmy erratę do Emilcina, dopiszmy do Malfickiego, dopiszmy do Eda Geina. Nie wiem, czy to ma sens.
Opowiadanie starych historii na nowo z jakimiś twistami. Dlatego, że można tą historię wypaczyć i wypaczyć mózgi ludzi przy okazji. Bo wszystko de facto da się podważyć. Tam, gdzie jest jakieś śledztwo, zawsze można powiedzieć: ktoś się uwziął, kogoś wyrobili albo zahipnotyzowali i tak dalej. Ja to tak widzę. Według mnie ta cała wrzawa wokół filmu została zaplanowana po to, żeby o nim mówiono, żeby on wstrząsał, bo to była taka historia, która miała wstrząsnąć. Można to było pokazać inaczej. Tylko że mam takie wrażenie, iż w momencie, kiedy go łapią, ten serial się de facto kończy. To, co obserwujemy potem, to już takie psychologiczne tere-fere.
[01:15:46] - Wiesz co, powiem ci tak: ja aż tak na to nie patrzę, bo mnie wydaje się, że pozostałe odcinki były nakręcone też, żeby nam wszystkim uświadomić, że to tak właśnie jest, że nawet z potwora można zrobić bohatera. I być może nawet ten ostatni odcinek, na który tak narzekałem, jest zrobiony po to, żeby nam uświadomić, że my mamy taką tendencję, że jeśli minie sporo lat i ten ktoś już jest bezsilny, jest skazany na system, trudno nazwać go penitencjarny, ale na system zamknięty, w tym wypadku szpital dla psychicznie chorych, czy jakkolwiek się to nazywa, to my mamy taką naturalną tendencję do idealizowania, do wyszukiwania choćby iskry dobra. Czyli na przykład pomógł ująć Teda Bundiego. Coś tam jeszcze zrobił, coś wskazał, coś podpowiedział. A właściwie to się stał dobrym człowiekiem, sympatycznym, ciepłym i w ogóle. Może ten serial ma nam to uświadomić, że kilkadziesiąt lat temu to był potwór, z którego popkultura zrobiła najpierw bohatera za pośrednictwem filmów i książek, które wcześniej wymieniłem, bo one garściami czerpały z historii Eda. A potem przecież te listy, które do niego przychodzą od osób mniej lub bardziej zaburzonych. Nie sądzę, żeby to był wymysł. Akurat nie w tym przypadku, ale w przypadku wielu innych seryjnych morderców miałem okazję oglądać takie programy, w których o tym mówiono, że były te osoby zasypywane powodzią listów dosłownie od ludzi. W przypadku mężczyzn to były głównie kobiety zafascynowane postaciami, co tu wiele mówić, seryjnych morderców.
A jednak ta korespondencja była przytłaczająca pod względem ciężaru i objętości. Więc to nie jest kompletny wymysł. To po prostu tak funkcjonuje i być może to też ten serial miał nam coś takiego pokazać. Ja w ogóle chciałbym też powiedzieć, że ta odsłona potwora to jest trzecia odsłona. Historia Eda Geina to tak naprawdę trzeci sezon serialu, który w pierwszym bodajże sezonie mówił o historii Jeffrey'a Dahmera, a później była to historia pewnych braci. Ja pamiętam, jak oni się nazywali. Nie wiem, nie pamiętam. W Polsce to nie były postacie zbyt popularne. Wyleciało mi w tej chwili z głowy. Powiem tak, że to jest taka oznaka tego, że temat żywe.
Skoro się kręci trzeci sezon, w każdym sezonie opowiada się o seryjnym mordercy, mordercach, to znaczy, że jest duże zapotrzebowanie. Sam się śmieję, jak to mówię, ale jakieś takie parcie jest, żeby tego rodzaju seriale powstawały. To też jest oznaka tego, że w naszym świecie tego rodzaju postacie zwyrodnialców, morderców, to są postacie takiej masowej wyobraźni. Ja wiem, że oglądając ten serial spora część ludzi mówi: „fuj, paskudztwo”, ale oglądają. To też pokazuje, gdzie jesteśmy. Ja nie mówię, że nie powinniśmy oglądać, ale fascynacja oraz pewien, nie właśnie się tego powiedzieć, pewien artystyczny pazur w tym serialu, bo tam poszczególne sceny są kręcone nieprawdopodobnie, z nieprawdopodobnym artyzmem, niech będzie, a w każdym razie z pomysłowością. Może artyzmem to już bym przesadził, ale z pomysłowością. Pamiętasz, Piotrze, tam jest taka scena, kiedy on przebiera się za kobietę, bo on bardzo lubi się przebierać za kobietę, a do drzwi tego domu puka szeryf, policja po prostu. Kiedy on się błyskawicznie przebiera, przecież gną się znowu z kobiety w mężczyznę, poczciwego Eda, którego nikt początkowo poważnie nie traktował. To jest świetna scena.
Takich scen jest kilka w tym serialu, które naprawdę poruszają. I dla mnie jeszcze poruszająca była ta jego przyjaciółka z młodości, która odwiedza go też w ostatnim odcinku. Ona jest przecież tak samo odklejona od rzeczywistości, mordercza, chora jak Ed. Jedyna różnica, że ona tych swoich fantazji, tego, co jej się tam w głowie lęgnie, nie realizuje, nie wprowadza w życie. Ale to ona również mogłaby być seryjną morderczynią w tym przypadku. To jest taka postać, która niepokoi. Ja cały czas czekałem, czy nie wydarzy się w związku z jej pojawianiem się na ekranie coś absolutnie twistowego, co odwróci wszystko do góry nogami. Dobrze dobrani aktorzy. Powtarzam, Ed naprawdę to jest aktor, który ma twarz niezwykle plastyczną, która się zmienia. Raz go nienawidzimy, raz mówimy sobie: sympatyczny ten Ed.
Co prawda zwyrodnialec, ale potrafi być sympatyczny. Podobnie jest z tą dziewczyną. Ona nie jest brzydka, ale jest w niej coś takiego chłodnego, strasznego, przerażającego. Już to, co mówię, świadczy o tym, że obsada aktorska w serialu jest, moim zdaniem przynajmniej, niezła.
[01:21:33] - Tak. Temat jest specyficzny, bo to są tematy horrorowe, które wkraczają nagle w taki przekaz. Kanibalizm, hieny cmentarne to nie jest coś, o czym się mówi cały czas. My myśląc o kanibalach, myślimy gdzieś o Papui Nowej Gwinei, a tu się okazuje, że różne dziwne rzeczy w naszym społeczeństwie się dzieją. To mnie zawsze fascynowało i przerażało jednocześnie, kiedy się interesowałem podobnymi przypadkami w Polsce. Powstał w Polsce film "Anna i wampir", również opowiadający o pościgu za seryjnym mordercą. Tam były podobne nuty. To była zupełnie inna historia, ale to też wciągało. Myślę, że takie historie po prostu wciągają. Chociaż nie znam historii Geina i nie wiem, czy chce mi się na chwilę obecną ją poznawać, ale wydaje mi się, że po takiej pobieżnej analizie tego, co było na Wikipedii, mam takie wrażenie, że on w filmie jest trochę za młody.
Ta historia jego prawdziwa może wyglądać... Nie wiem, Marku, czy ty ją poznawałeś równocześnie?
[01:22:47] - Nie studiowałem jej na pewno. Przeczytałem kilka artykułów w sieci i to wszystko. Więc trudno to nazwać jakimś uczciwym studiowaniem.
[01:22:57] - I nie wiem, na ile to, co jest w tym serialu, odzwierciedla to, co wydarzyło się naprawdę. Mogą być jakieś drobne różnice, które mają kolosalne znaczenie dla historii. Może są wśród naszych słuchaczy tacy, którzy się specjalizują w tego typu tematach i będą w stanie to nam powiedzieć. Wydaje mi się, że on jest trochę za młody w tym filmie, bo zgodnie z danymi, kiedy on się dopuszczał tych najgorszych czynów, to on był między czterdziestką a pięćdziesiątką. Tutaj jest trochę młodszy na oko, miły, wzbudzający litość, natomiast aktor jest wizualnie podobny do niego bardzo również. I tyle. W sumie to nie jest serial, który jest jednoznaczny. To jest najdziwniejsze w tym wszystkim, że do niego można początkowo mieć nastawienie negatywne, kiedy się go obejrzy w całości, na przykład w ciągu dwóch, trzech posiedzeń. Można mieć takie podejście: przesadzili. Natomiast im on się będzie w naszej pamięci bardziej odkładał, cementował, to wyrażenie myślę, że jest lepsze.
Myślę, że to jest jeden z ciekawszych seriali. Ciekawszych, choć bardzo niejednoznacznych. Ciekawe jest to, Marku, że on jest wielopoziomowy i myślę, że ktoś gdzieś tam w tych całych Netflixach szuka patentu, jak ludzi poruszać, żeby kolejny serial był serialem, o którym się gada i przekaz jest tak niejednoznaczny i uderza w twój mózg na tak wielu polach, że ty nie wiesz, jak zareagować, ale jednoznacznie dostarcza ci to pewnej radości. To są takie techniki hakowania umysłu i przyciągania uwagi stosowane w internecie, które myślę, że gdzieś tam w tle pobrzmiewają, kiedy ten scenariusz piszą, ale i bardzo dobrze. Przecież chodzi o to, żeby widz miał z tego jakiś szpas, mówiąc po niemiecku.
[01:24:44] - Wiesz, Piotrze, kiedy mówisz o wieku Eda Geina, on rocznik 1906. Rzeczywiście po wojnie, 40. lata i przełom 40. i 50. to jest dokładnie ten wiek, o którym wspomniałeś. On żył do pierwszej połowy lat 80. Nie pamiętam już roku, w którym zmarł, więc tu się niby wszystko zgadza, natomiast ta fizis jego jest może za młoda w niektórych momentach, może go nie docharakteryzowali, bo znowu oglądamy aktora, który musi zagrać młodego Eda oraz Eda już staruszka po siedemdziesiątce. To jest jakieś zadanie aktorskie poważne, bardzo poważne. I on chyba z niego wychodzi całkiem nieźle. To jest nieźle zagrane.
Nic mądrzejszego niż to, co powtarzam od początku, już chyba nie powiem. To jest angażujący serial. Mnie przynajmniej mocno zaangażował. Troszkę było tak, że muszę się do tego przyznać, chociaż serial był o mordercy, zwyrodnialcu, to ciężko mi się robiło przerwy i najchętniej obejrzałbym serial w jednym ciągu. Nie dało się tego zrobić, bo odcinki są takie konkretne. Każdy trwa około godziny, plus minus kilka minut, więc jest co oglądać. Te osiem części to, wiecie państwo, dniówka pęka, więc nie dało się w moim przypadku obejrzeć tego za jednym razem. Zawsze kiedy musiałem robić sobie przerwę, to miałem takie poczucie, żeby jak najszybciej wrócić i oglądać to dalej. Prawie hipnotyczna jakaś taka aura wokół tego serialu się roztacza. Proszę państwa, od kilku tygodni w tym mniej więcej miejscu pojawiają się polecanki książek z pogranicza.
Polecanki z księgarni Galerii Nieznanego Świata. Z ulicy Kredytowej. Tę księgarnię znajdziecie Państwo zupełnie swobodnie również w sieci pod adresem Nieznany.pl. A wszyscy ci, którzy w Warszawie mieszkają bądź przyjeżdżają, przebywają czasowo, zapraszani są na ulicę Kredytową od poniedziałku do piątku. Spójrzmy, jakie książki na dzisiaj przygotowała księgarnia. Pierwsza z nich nosi tytuł „Język cudów. Naucz się rozmawiać ze zwierzętami”. Autorką jest Amelia Kinkade, wydawcą Wydawnictwo Biały Wiatr. Pierwsze wydanie w Polsce ukazało się w 2016 roku, a teraz właśnie, na dniach, jak to się mówi, ukazał się dodruk. Porozumiewanie się ze zwierzętami umożliwia stworzenie głębszej relacji z naszymi futrzastymi przyjaciółmi i daje szansę na uwolnienie się od bólu i strachu dzięki dostrojeniu się do ich radosnych wibracji.
Amelia Kinkade, ekspert w dziedzinie rozmów ze zwierzętami, wyjaśnia mechanizm działania tej płynącej prosto z serca relacji. Amelia stanowczo twierdzi, że porozumiewanie się ze zwierzętami nie jest wyjątkowym darem, ale umiejętnością, która obejmuje nauczenie się wykorzystywania wszystkich naszych zmysłów w celu zrozumienia płynących informacji. Zdolności telepatii można nauczyć się tak samo, jak gry na pianinie, skrzypcach czy jak jazdy na nartach. To pewna forma sztuki podobna do malowania czy baletu w tym sensie, że wymaga od nas cichej dyscypliny oraz cierpliwości. Czy zwierzęta mogą zmienić cię do tego stopnia, że uwolnisz się od nowotworu, depresji czy jakiejś innej choroby? Czy pomogą ci wyzbyć się frustracji, złości i winy? Czy potrafią przyciągnąć cię do swej rzeczywistości, w której radość jest tak wielka, że przyćmiewa każde ludzkie cierpienie? Czy chcesz nauczyć się od nich, jak zapomnieć o swojej przeszłości? Czy twój pupil jest w stanie wewnętrznie cię uzdrowić? Tak.
Twój pies, kot czy inny zwierzęcy przyjaciel może wibrować z dużo większą częstotliwością niż ty. Jeśli tylko otworzysz się na nią, twój pies może cię rozweselić, kot uspokoić, a koń poprawić widoki na przyszłość. Zależnie od tego, jak bardzo pragniesz takiego uzdrowienia i zharmonizowania się z jego energią. Amelia Kinkade to międzynarodowy mówca, wizjonerka, aktywistka na rzecz ochrony przyrody i autorka książkowych bestsellerów. Na całym świecie naucza sztuki komunikacji międzygatunkowej, łącząc swoje nauczanie z najnowszymi odkryciami z dziedziny fizyki kwantowej. Jest założycielką stowarzyszenia Arkangel, organizacji non profit, która wspiera wychowanie dzieci w Afryce w taki sposób, aby nie wyrastały na kłusowników. Jej pasją jest praca z białymi lwami, gepardami, tygrysami, pingwinami i rekinami, a także słoniami oraz wspieranie organizacji charytatywnych na całym świecie. Książka Amelii dostępna jest w 32 krajach na świecie. A przypomnę, ta książka nosi tytuł „Język cudów. Naucz się rozmawiać ze zwierzętami”.
Autorka Amelia Kinkade, Wydawnictwo Biały Wiatr. I tak jak mówiłem, książka była po raz pierwszy na rynku w 2016 roku i ostatnio ukazało się wznowienie, a właściwie dodruk. Druga książka z pogranicza nosi tytuł „Kwantowa inteligencja. Siedem kroków do oświecenia. Aktywuj kod duchowej przemiany i wejdź na wyższy poziom świadomości umysłu”. Autorką jest Kim Chestney. Wydawca Studio Astropsychologii. Data wydania, proszę państwa, absolutna nowość, 10 października tego roku. Odkryj, jak połączyć naukę z duchowością i rozbudzić swoją intuicję dzięki praktycznym ćwiczeniom oraz siedmiu kluczom oświecenia. Ta książka pokazuje, jak najnowsze odkrycia z zakresu fizyki kwantowej mogą przełożyć się na twoją codzienną świadomość i lepsze decyzje.
Znajdziesz tu konkretne narzędzia do pracy nad sobą, rozwijania kwantowej inteligencji oraz przełamywania ograniczających schematów myślenia. Nauczysz się rozumieć siebie głębiej i żyć bardziej w zgodzie ze swoimi wewnętrznymi potrzebami. Jeśli cenisz rozwój osobisty i szukasz inspiracji popartej zarówno nauką, jak i praktyką duchową, ta książka jest właśnie dla ciebie. To lektura dla tych, którzy chcą świadomie żyć, rozwijać się i sięgać po narzędzia, które rzeczywiście działają. Otwórz się na nowe spojrzenie, w którym intuicja i nauka wspólnie tworzą podwaliny do lepszego, pełniejszego życia. Przekonaj się, jak siedem kluczy oświecenia pomoże ci przełamać bariery, sięgnąć po spokój wewnętrzny i doświadczyć głębokiej osobistej transformacji. Zainwestuj w swój rozwój i pozwól sobie na transformację. Sięgnij po pełnię swojego potencjału. Ja przypomnę. „Kwantowa inteligencja.
Siedem kroków do oświecenia. Aktywuj kod duchowej przemiany i wejdź na wyższy poziom świadomości umysłu”. To tytuł. Autorka Kim Chestney, wydawca Studio Astropsychologii, a książka na rynku od 10 października 2025 roku. Absolutna nowość. I wreszcie trzeci tytuł: „Numerologiczny plan duszy. Odkryj duchową mapę swojego prawdziwego życia. Wzorce karmiczne, ukryte cele i talenty”. Autor Nicholas David Gunn, Studio Astropsychologii to wydawca, a książka na rynku od 28 lutego tego roku. Numerologia karmiczna odkrywa tajemnice twojego planu duszy, ukazując wzorce wpływające na relacje, rozwój osobisty i świadomość.
Książka pomaga zrozumieć kontrakt duszy, wskazuje mapę duszy oraz symbole prowadzące do harmonii. Dowiesz się, jak pokonać przeszkody, odkryć ukryte talenty i wykorzystać je, by świadomie kształtować swoją przyszłość. Numerologia duszy to klucz do zrozumienia siebie i życia w zgodzie z duchowym przeznaczeniem. Poznaj praktyczne narzędzia transformacji, które pomogą ci świadomie kształtować twoją przyszłość. Numerologia. Liczby, które odsłonią przeznaczenie twojej duszy. Przypomnę: „Numerologiczny plan duszy. Odkryj duchową mapę swojego prawdziwego życia. Wzorce karmiczne, ukryte cele i talenty”. Nicholas David Gunn, autor, wydawca Studio Astropsychologii.
Książka na rynku od lutego tego roku. To, proszę państwa, były polecanki „Książek z pogranicza”. A teraz wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o jednej z „Książek z pogranicza”. Książce, która ukazała się niemal 20 lat temu. Książce Andy Collins „Przepowiednie dla świata. Wizje jasnowidzów i mediów świeckich”. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy „Książki z pogranicza”. Skoro liczba mnoga, zaczynamy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:34:57] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj książka o tym, co tygryski i tygrysice lubią najbardziej: o przepowiedniach, czyli czymś, co w polskim internecie cieszy się ogromną popularnością. Popularność przepowiedni w naszym kraju jest ogromna od wielu wieków. O tym za chwilę powiem. Książka dziwna, autor jeszcze dziwniejszy, wydawnictwo sobie odpuszczę. Kim jest Andy Collins, Marku? Bo to nie jest Andrew Collins, który jest znanym autorem, badaczem historii nieznanej, tylko Andy. Andy, pisarz bardzo płodny, specjalista w zakresie jasnowidzenia, proroków, przepowiedni końca świata, apokalipsy, dnia sądu, Taintoi i w ogóle tego wszystkiego, co się wiąże z nagłym końcem świata. Problem w tym, że nie wiadomo, czy chłop w ogóle istnieje. Tak zacznijmy.
[01:36:00] - Istnieć to pewno istnieje, tylko niekoniecznie pod tym nazwiskiem i pod tym imieniem. Ja mam takie mocne przekonanie, aczkolwiek nie graniczące z pewnością, że Andy Collins to jest pseudonim jakiegoś polskiego autora. Pewne przesłanki na to wskazują. Jedną z tych przesłanek jest wydawnictwo, w którym ta książka się ukazała po raz pierwszy, mianowicie Wydawnictwo Wideograf. Tam jeszcze z jakimś dopiskiem, ale Wideograf generalnie, czyli wydawnictwo z południa Polski. Gdzieś, jak kojarzę, kiedyś miało siedzibę koło Stadionu Chorzowskiego. I to wydawnictwo raczej publikuje polskich autorów. Z wyjątkami oczywiście, zawsze są wyjątki. Natomiast są jeszcze inne przesłanki. Otóż w wydaniu, które mam, nie ma tytułu oryginału.
Z tym copyrightem też jest jakoś tak dziwnie. Nie, że coś nie w porządku, tylko trudno cokolwiek z tego wywnioskować. Zatem takie przyjąłem założenie, że to jednak jakiś pseudonim. Trochę poszukałem, potrzepałem sieć, ale nie udało się niczego potwierdzić. Nie wiem, czy to jest tłumaczenie z angielskiego. Nie sądzę. Z jakiegoś innego języka również nie sądzę. Może to jest jakieś opracowanie zbiorowe, na przykład jakieś tłumaczenie zbioru tekstów, tak jak w przypadku fenomenu tych książeczek, czasopism. Może podobna zasada. Nie znalazłem autora oryginału, żeby funkcjonował gdzieś w infosferze, gdzieś w sieci.
Nie, znaczy funkcjonuje w tych tytułach, o których możemy powiedzieć, ale nic więcej o autorze nie wiadomo. A to zawsze jest przesłanka, żeby mieć wątpliwości, nie z autorstwem, tylko jak z samą postacią. Ale powiedzmy sobie, dzieło żyje w sposób osobny od autora. Proponuję te poszukiwania porzucić, bo chyba donikąd nas nie doprowadzą. Podsumowując, może nie podsumowując, bo już autorem się nie zajmujmy. Mówiąc o książce, to warto powiedzieć, że to jest rodzaj takiej antologii skupiającej przepowiednie, a właściwie omówienia przepowiedni z różnych stron świata i od różnych ludzi te przepowiednie pochodzą. Sam podział książki też jest taki trochę niejednoznaczny, bo ja na początku sądziłem, kiedy przeglądałem spis treści, że to jest zrobione według takiego klucza, że są pewne zagadnienia, czyli na przykład wielkie ostrzeżenie, czas apokalipsy, trzecia wojna światowa, trzy dni ciemności, czasy ucisku, że pod tymi hasłami przytaczane są Przepowiednie różnych znanych i mniej znanych, nazwijmy, lokalnych przepowiadaczy, jasnowidzów. To niby działa, ale są też odstępstwa od tej reguły. Oczywiście są przyszłe losy narodów, ale mamy tam też na przykład wstawkę o Nostradamusie i mamy właściwie przewalcowanego Nostradamusa z jego centuriami i tak dalej. Książka, która bardzo syntetycznie, jeśli ktoś nie lubi czytać opasłych tomów, to ona w taki syntetyczny sposób omawia poszczególne jasnowidzenia, proroctwa i tak dalej.
Ale jak to bywa przy skrótach albo przy omówieniach, coś ginie. To znaczy, kiedy mamy jakieś jasnowidzenie omówione niemalże w punktach, a w każdym razie krótkim tekstem podsumowane, to siłą rzeczy spłycane są pewne zagadnienia i to jest chyba spora wada tej książki.
[01:40:11] - Tak. Ja dodam, albo inaczej, dokończę myśl sprzed chwili. Jasnowidze w Polsce są bardzo popularni, są częścią naszej kultury, nawet powiem. Klimuszko, Sowiecki, wszyscy inni, no i oczywiście Jackowski. Ale ta fascynacja sięga głębiej, jeszcze czasów zaborów, kiedy te przepowiednie krążyły. Tutaj oczywiście Tęgoborska i te wszystkie inne. Krążyły one potem też w 20-leciu międzywojennym, w czasie wojny, po wojnie. Polska więc jasnowidzami stoi. Gdybym miał podać inny kraj, gdzie te przepowiednie są równie popularne, to na pewno Rosja i Ukraina pewnie też. To jest jakaś taka specyfika tych narodów.
Chociaż też trzeba powiedzieć, że ta fascynacja w Rosji jest zupełnie inna, innymi osobami i innymi sferami niż w przypadku Polski. Rosjanie sobie wierzą w przepowiednie świętych starców, którzy gdzieś zawsze, jakoś tak dziwnie jest, mówią, że ta Rosja wygra. Od wielu lat również jest tak, bo to się nie zaczęło od Andy'ego Collinsa, sięga to czasów wcześniejszych. To zainteresowanie jasnowidzami zauważyły wydawnictwa, które nam serwują różnorodne publikacje na ich temat. Często niestety książki o jasnowidzach się przeterminowują, a pojawiają się w okresach, kiedy na świecie się dzieją niesamowite rzeczy. Ja pamiętam, że w czasie ataków na World Trade Center, później, znaczy się po nich, mieliśmy cały wysyp książek tego typu. Ja pamiętam, odwiedzałem wtedy księgarnię taką na rogu w Pierwszej Alei w Częstochowie. Było tego dużo. To była taka literatura wagonowa. W większości to jest już zapomniane.
Powiedzieliśmy o autorze, który może jest, może nie jest, może jest kobietą nawet, a ma na imię Andy. Nie mylcie go z Andrew Collinsem. Dwie zupełnie inne osoby. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że on napisał książkę o przepowiedniach w Polsce. Także ja nie wiem, czy jakiś zagraniczny autor był na tyle gramotny, żeby coś takiego zrobić. I tutaj chyba się wysypała cała prawda na jego temat. Zatem mamy zagraniczniaka jakiegoś tam farbowanego. Dostajemy też rozstrzał tematyczny, o których powiedziałeś, a także duże zróżnicowanie, jeżeli idzie o te przywołane postaci. Ale tak jest w każdej publikacji tego rodzaju. Oprócz tych najsłynniejszych postaci wałkowanych mamy też takie, które mogą się wydawać mniej znane.
Niekoniecznie są to jasnowidze. To są różnej maści profeci, media, ludzie widzący przyszłość. Zakres tematyczny też, tak jak w większości książek tego typu. Zresztą zapomnieliśmy powiedzieć, że to jest książka, której się opowiedzieć zasadniczo nie da, bo byśmy musieli powiedzieć coś o każdej z tych postaci. Nie da się. Możemy jakoś to zbiorczo ująć, po prostu stwierdzić, że zainteresowanie jasnowidzami jest, było i będzie, czy to w książkach, czy w internecie. Natomiast ja też, kiedy się patrzę na ten fenomen, na popularność jasnowidzów w różnych krajach, na to, jak działają oni dzisiaj, to dochodzę do wniosku, że to jednak jest bardziej związane z kulturą aniżeli z parapsychologią. Także z wierzeniami jest związane, choć muszę zaznaczyć, że prekognicja moim zdaniem występuje, jest bardzo interesującym zjawiskiem, natomiast nigdy nie objawia się w takiej formie, w jakiej się objawiać miała u tych wielkich mediów, profetów, jasnowidzów. Czyli jeżeli ludzie mają jakieś przebłyski przyszłości, to najczęściej są to bardzo drobne rzeczy, bardzo błahe rzeczy. Czasem się zdarza coś mocniejszego, ale rzadko kiedy jest tak, że mamy do czynienia z aż tak bardzo rozciągniętymi, kompleksowymi wizjami.
Także ja na to patrzę bardziej jako na pewne wytwory kultury niż na coś rzeczywistego.
[01:44:07] - Poza tym ta książka jest napisana ku pokrzepieniu serc. Ja zacytuję ostatni akapit wstępu Pocieszające jest też to, że Polska otrzymała obietnicę wyjścia z zawieruchy dziejów obronną ręką, o czym, szanowny czytelniku, możesz przeczytać w mojej książce. I tu następuje reklama kolejnego tytułu. Jeśli chodzi o autora, to wysypuje go też bibliografia książki. To w większości są autorzy polscy. Nawet widzę tutaj Zbigniewa Przybylaka z Bydgoszczy. Książka z 1990 roku. Powiem tak: bibliografia świadczy o tym, że książka i niektóre pozycje w tej bibliografii, że książka, o której dzisiaj mówimy, to jest książka kompilacyjna. Zebranych zostało ileś dzieł i napisana została praca zbiorcza. Dosyć chyba sumiennie, ale bez porywów.
To znaczy ja zawsze cenię prace kompilacyjne, bo one w jakiś sposób ułatwiają zapoznanie się z tematem. Takie zbiorcze zapoznanie się z tematem. Natomiast trzeba mieć świadomość, że to może być tylko wstęp. My dosyć często mówimy państwu w tym cyklu o książkach, które są punktem wyjścia. Jeśli ktoś niespecjalnie dotąd cenił różnego rodzaju jasnowidzenia, przepowiednie, to być może po lekturze tej książki poczuje się na tyle zafrapowany, że sięgnie po jakieś bardziej poważne, monograficzne tytuły dotyczące poszczególnych postaci. A są tu postacie, tak jak Piotr powiedział, jak ja wcześniej mówiłem, wielkie i małe, bo jacyś lokalni zupełnie przepowiadacze przyszłości, ale pojawiają się też nazwiska wielkie, znane bardzo dobrze. Edgar Cayce na przykład. Tak rzucam w tej chwili, nie chcę spalić czegoś i powiedzieć coś, czego nie ma, ale mamy kilka innych nazwisk, takich, które są dobrze kojarzone. Już mówiłem o Nostradamusie. Tak teraz spoglądam, bo zapomniałem jeszcze powiedzieć.
Na przykład mamy w takim dziale „Przyszłe losy narodów”. Przyszłe jak przyszłe, ale mamy opowiedziane losy Atlantydów i Lemurian. I tak dalej. Mówię, książka kompilacyjna, ale to nie jest przytyk i to nie jest zarzut, tylko pokazanie, że jeśli ktoś już tematyką się interesuje, zna ją jako tako, to może sobie tę książkę spokojnie pominąć, bo nie znajdzie tu rzeczy, które go zaskoczą. Jeśli ktoś z tematem nie jest obeznany, dopiero zaczyna swoją drogę, to może być dobry początek.
[01:47:04] - Tak. Jeżeli chodzi o wizjonerów, to jest też taki problem działający na minus. Otóż bardzo często, co widać w internecie, ich przepowiednie się dopasowuje do danych czasu. Mówiłem, że jak się coś wielkiego na świecie wydarzyło w postaci ataków na WTC i tego, co było potem, to mieliśmy nagłe zainteresowanie tym, co będzie później. Pamiętam książki o tym, jak interpretowano Nostradamusa i tak dalej. Dodatkowo co rok, gdzieś tak w styczniu dowiadujemy się na przykład, co na dane 12 miesięcy przepowiada Wanga czy Nostradamus. Nostradamus nie podaje dat, a ci pismacy zazwyczaj jakoś są w stanie je odczytać. Przepowiednie są też reinterpretowane w duchu nowych odkryć i wydarzeń, zauważcie. Antychryst z bin Ladena staje się Trumpem albo Muskiem, albo Putinem. Znamię bestii się przekształca w czipów, wszczepów, w szczepionki i AI, sztuczną inteligencję.
Gwiazda Piołun staje się wybuchającym Słońcem albo trzy Atlas i tak dalej. Możemy dojść do wniosku, że koniec świata został dawno zaprojektowany, a my sobie tylko tak żyjemy, bo musimy, żeby dojść do punktu, w którym się to wszystko ostatecznie zawali. Nie wiem, czy tworzenie takich książek ma sens. Leksykon z przepowiedniami jasnowidzów okej, tylko jest jeden podstawowy problem. Często się okazuje, że przepowiednie danego ekstrasensa to jest coś skopiowanego z kopii z wcześniejszych kopii i nie wiadomo skąd to wszystko pochodzi. A nawet jak są książki, to często są robione tak, żeby troszeczkę dobarwić tą rzeczywistość. Identycznie jest z przepowiedniami biblijnymi, których interpretacja się ciągle zmienia i w pewnym momencie sobie zdajemy sprawę, że ludzkość usilnie chce w te przepowiednie wierzyć, bo nie może się pogodzić z niepewnością, z tym ciągłym chaosem, lekkim burdelikiem, który mamy ciągle w dziejach. I po to są przepowiednie i mają służyć pokrzepieniu serc. Chociaż jak się w nie wczytamy, to chyba za bardzo nie pokrzepiają.
[01:49:00] - Tak. Poza tym lektura tej książki, umówmy się wydanej już jakiś czas temu, szukam teraz gorączkowo, w którym to roku wyszło. W 2007. To właśnie pokazuje lektura to zjawisko, o którym powiedział Piotr, że coś, co wydawało się oczywistością w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, już dzisiaj minęło. Już nie jest oczywistością, już trzeba to reinterpretować i to na takim tytule, który liczy już niemal 20 lat. Doskonale widać to zjawisko, o którym Piotr wspomniał, że mus jest rozumieć te rzeczy, które tam są napisane troszeczkę inaczej. Trzeba to dostosować, bo się nie wydarzyło, ale przecież może się wydarzyć tylko w nowych okolicznościach przyrody. To też jest taki dobry punkt wyjścia do refleksji o tym, że jasnowidzenie jasnowidzeniem, przepowiednie przepowiedniami, ale sztuka interpretacji to jest coś, co odgrywa przy tych zjawiskach niesłychanie ważną rolę. I my nigdy, prawie nigdy nie będziemy pewni, czy dobrze odczytujemy owe przepowiednie, bo one mają to do siebie, że są na ogół niejednoznaczne. A jeśli już są jednoznaczne, no to właśnie Zjawisko, o którym powiedział Piotr, o którym ja tu teraz chwilę wspomniałem.
Można dokonać reinterpretacji, że tamto, co się wydawało, to jeszcze nie było to. To, co jest przepowiedziane, dopiero będzie. I w ten sposób to się może toczyć jeszcze bardzo długo. I to chyba tyle. Podtrzymuję swoje zdanie, że to jest książka dla początkujących. Ludzie, którzy gdzieś tam już otarli się o temat, chyba sobie mogą tę książkę po prostu darować. Proszę państwa, czas na kolejną porcję literatury. Z ABW nr 86, to było wydanie z 22 stycznia 2021 roku, przygotowałem aż trzy opowieści. Pierwsza z nich, autorstwa Marka Tomasika, nosi tytuł „Szansa jedna na milion”. Autorem drugiej jest Przemysław Podoliński.
Nosi ta opowieść tytuł „Waga intencji”. I wreszcie autor, który też ma rzesze zagorzałych wielbicieli, przynajmniej w czasach ABW tak właśnie było, Krzysztof Lutowski. Opowiadanie zatytułowane „Miłość to piekielny pies”.
[01:51:50] - Marek Tomasik „Szansa jedna na milion”. Czy mądrym jest zamykanie ludzi w ciasnych metalowych puszkach i wysyłanie ich w zimny, niegościnny kosmos, gdzie byle kamyk może zakończyć życie załogi? Gdzie błędy w nawigacji mogą skończyć się wewnątrz gorejących słońc bądź czarnych dziur? Odpowiedź wydaje się być prosta, a jednak różne cywilizacje uskuteczniają tą metodę od setek, niektóre nawet od tysięcy lat. Zabawnym jest, że prymitywna myśl technologiczna kwituje próbę międzygwiazdnej penetracji kosmosu z początką grubym pancerzem. Prostymi stopami oraz grubością próbowano zastąpić niedostatki technologii, odgrodzić się od zimnej pustki jak najgrubszą warstwą, nie przepuścić niechcianych gości, którzy czyhają w ciemności na niczego nieświadomych odkrywców. Szybko okazało się, że podróżując z olbrzymią prędkością, żaden pancerz nie uchroni cię przed spotkaniem z kamykiem, który czekał sobie spokojnie w próżni miliony, a może i miliardy lat. Lata mijały, myśl techniczna postępowała. Burty statków kosmicznych z dekady na dekadę stawały się coraz cieńsze. Napotkano nowe cywilizacje.
Stare zdecydowały się pomóc. W końcu odległość między pustką a ciepłym wnętrzem pojazdu zmniejszyła się nawet do dwóch centymetrów. Całą pracę brały na siebie generatory tarcz energetycznych, osłon, pól deflekcyjnych. Różnie na to mówiono. Ludzkość mogła w spokoju przemierzać próżnię, chociażby po to, żeby ukraść kolejne plany technologii, którymi kosmiczni sąsiedzi nie chcieli się podzielić. Manta bezgłośnie przedzierała się przez pustkę kosmosu. Statek leciał już szóstą godzinę i był dopiero w połowie podróży. Dwuosobowa załoga spokojnie wypoczywała w swoich kajutach, ufna w niezawodność pojazdu. Niestety w głębokiej przestrzeni nigdy nie jest się bezpiecznym. Huk eksplozji rozszedł się po pokładzie.
Czerwone światła wypełniły swoim blaskiem pomieszczenia do wtóru z okropnym, wgryzającym się w czaszkę dźwiękiem alarmu. Pierwszy w kokpicie znalazł się zastępca kapitana. Chwilę potem wpadła wyrwana ze snu dowódczyni i zarazem właściciel statku. „Panie Miyagi, raport sytuacyjny” — krzyknęła kobieta, siadając na fotelu pilota. „Wygląda na to, że oberwaliśmy czymś podczas lotu, psze panienko.” „Merde, a kupiłam nowiuśkie mapy. Uszkodzenia?” „Mamy wyciek chłodziwa, psze panienko. Duży wyciek. Poważne uszkodzenia poszycia przy lewym silniku.” Miyagi sprawdził coś na swojej konsolacie, po czym wydukał: „Prawdopodobnie istniejemy dzięki temu, że osłony jeszcze się trzymają. Zalecam wyjście z nadświetlnej, zanim skończy się chłodziwo bądź trafi nas po raz drugi.” „Zatem wychodzimy” — westchnęła kapitan, pociągając za dźwignię napędu nadświetlnego. Rozmazana biało-czarna papka znajdująca się na dziobowych wizjerach ustąpiła stabilnemu mrokowi kosmosu.
„Panie Miyagi, gdzie jesteśmy?” „Proszę poczekać chwilę, psze panienko. Rozpoczynam skanowanie.” Pierwszy oficer w pośpiechu wystukiwał komendy na klawiaturze. „Wygląda na to, że znajdujemy się w jakimś układzie planetarnym.” „Tres bien” — ucieszyła się pani kapitan. „Tyle dobrego, że wyszliśmy z nadświetlnej w jakimś układzie, a nie na jakimś pustkowiu z dala od czegokolwiek. Skanuj dalej, a ja pójdę się przebrać. I nie zapomnij odciąć dopływu chłodziwa.” „Tak jest, psze panienko. Już to zrobiłem.” Miyagi dalej zbierał informacje o systemie. Kapitan udała się do kajuty. Kilka minut zabrało jej nałożenie na siebie kombinezonu eksploracyjnego OP01/22G. Grawitacyjne buty, mikroukłady grzewcze, niewielki zapas tlenu i kilka innych bajerów znajdowały się w zestawie, który umożliwiał przeżycie w próżni przez jakiś czas.
Nie założyła hełmu. Nie był teraz potrzebny. Całkiem długi warkocz kasztanowych włosów puściła wzdłuż pleców. Wróciła do kokpitu, zwanego czasem żartobliwie mostkiem. „Bardzo dobry wybór, psze panienko” — skomentował Miyagi, patrząc na strój. „Przezorny zawsze ubezpieczony.” Dowódczyni usiadła na fotelu. Co tam wyniuchałeś sensorami? Wygląda na to, że znajdujemy się w układzie planetarnym podobnym do ziemskiego, przepanienko. Sześć planet obiega masywną gwiazdę. Jedna z planet wygląda obiecująco.
Komputer jeszcze nie dopasował układów gwiazd, więc nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy. To lecimy na tę obiecującą planetę. Kapitan sięgnęła do interaktywnego wyświetlacza, na którym pojawił się aktualny system planetarny. Wybrała cel podróży i włączyła autopilota. Mamy kilka godzin na przemyślenia. Mam nadzieję, że się nie rozlecimy po drodze. Szanse na to są niewielkie, przepanienko. Tak? A jakie były szanse, że walnie w nas kamień w nadświetlnej, a raczej my w niego? – pomyślała.
Miyagi zawiesił się na chwilę, po czym odpowiedział: W skali procentowej bardzo małe. Jednakże biorąc pod uwagę statystykę wypadków, szanse wzrastają niewspółmiernie, przepanienko. Kapitan westchnęła, łapiąc się za głowę. Po co ja się pytałam? Miyagi, źle odczytawszy sytuację, kontynuował. Natomiast szanse na wypadek taki jak nasz i wylądowanie w układzie, w którym znajduje się planeta zdatna do życia... Cóż, na to szanse są jeszcze mniejsze, przepanienko. Putain! – kobieta zerwała się z fotela. – Przestań mi wreszcie tu przepanienkować.
Mówiłam ci, jak mnie to wkurza. Ależ panienko Wiktorio Gomeau, szacunek do mistrza jest mi odgórnie zaprogramowany. Wiktoria podeszła do Miyagiego, wystawiając groźnie palec wskazujący w jego stronę. To się odprogramuj albo wymyśl coś innego – warknęła, pukając palcem w jego metalowe czoło. Przed tym wszystkim byłeś znacznie bardziej taktowny. Idę coś zjeść i się położyć. Zawołaj mnie, jak dolecimy. Tak jest, prze... Tak jest. Wiktoria udała się do swojej kajuty.
Wyjęła z lodówko-spiżarki żelazną rację podróżniczą. Dietetyczno-energetyczny cud bioinżynierii. Co prawda niezbyt smaczny, ale podczas tak odludnych podróży nie można było narzekać. Gdy się nasyciła, usiadła przy komputerze zamontowanym w jednej ze ścian. Sprawdziła jeszcze raz uszkodzenia statku oraz aktualną pozycję Manty. Zegar wskazywał jeszcze trzygodzinny lot. Rzuciła się na koję. Przez chwilę szukała wzrokiem jakiegoś zajęcia. Uwagę przyciągnęła książka o ksenoarcheologii autorstwa wybitnego autorytetu w tej dziedzinie, Justyniana Odrębskiego. Sięgnęła po nią i zaczęła przeglądać.
Znała ją prawie na pamięć. Na studiach czytała dziesiątki razy. Poszukała większych fragmentów, które jeszcze nie wryły się w umysł. Po krótkim przerzucaniu kartek znalazła kilka intrygujących akapitów i zaczęła czytać. Po kilkunastu minutach lektury zmorzył ją sen. Pani kapitan, jest tam pani? Panienko Wiktorio, proszę się odezwać. Ze snu wyrwał ją głos Miyagiego dobiegający z głośnika w kajucie. Co się dzieje? – jęknęła zdezorientowana, podnosząc się z koi.
Dotarliśmy do celu, pani kapitan. Jesteśmy właśnie na orbicie planety. Już idę. Wiktoria ruszyła w stronę kokpitu. Nie musiała iść daleko. Odblokowała drzwi i już znajdowała się na miejscu. Usiadła szybko na kapitańskim fotelu i w pośpiechu sprawdziła ekrany. Skład atmosfery podobny do ziemskiej. Troszeczkę więcej tlenu. O, grawitacja o 10% większa.
Jest woda, tlen, temperatura. Idealne miejsce. Panie Miyagi, wiemy już, co to za układ? Jesteśmy w systemie Mobius, a to jest planeta Mobius 2. Ponadto znalazłem bardzo ciekawe miejsce do lądowania w strefie równikowej. Wygląda na nienaturalną formację. Wstępne skany wskazują na znaczną ilość żelaza oraz betonu. Innymi słowy, znajdują się tam jakieś ruiny. Nie, żartujesz chyba. Wiktorię przytkało na moment z wrażenia.
Czegoś takiego nie mogła się spodziewać nawet w najśmielszych snach. Czy mam obrać kurs na tę osobliwość? Pewnie, że tak! – krzyknęła podekscytowana. Miyagi wklepał kilka komend do komputera i złapał za stery statku. To będzie znacznie lepsze niż wykopaliska, na które lecieliśmy. La vache – pomyślała. Pchamy się na oficjalne stanowisko, a tu przypadkiem pod nosem kosmiczne ruiny. Pojedyncze. Może jakiś zapomniany grobowiec, może zupełnie nowa cywilizacja.
La vache, ale jestem podniecona. Za chwilę wejdziemy w atmosferę. Proszę się przypiąć, prze... pani kapitan. Wiktorii nie trzeba było powtarzać dwa razy. Od razu przypięła się pasami bezpieczeństwa. Wrzuciła na jeden z ekranów obliczenia i trajektorię przebicia przez atmosferę. Miyagi pewnie ściskał stery i zaczął podejście do lądowania. Gładko wprowadził statek w termosferę. Maszyna zaczęła się lekko trząść.
Na dziobowych wizjerach pojawiły się płomienie rozpychane przez pole siłowe statku. Gdyby nie ono, niewątpliwie ogień i tarcie doprowadziłyby do powiększenia dziury w poszyciu, a w konsekwencji rozpadu statku. W końcu przedarli się na bezpieczną wysokość. Miyagi wyrównał lot. Cel podróży znajdował się kilkaset kilometrów dalej. Pilot jednostajnie obniżał pułap, aż przebili się przez gęstą warstwę chmur unoszącą się w okolicy. Wow – westchnęła Wiktoria, widząc przed sobą jednolicie zielony krajobraz. „Rajski ogród. Wygląda cudownie. Muszę przeprowadzić dokładniejsze skany.
Nie mogę się doczekać, kiedy wylądujemy.” Mówiąc to, zaczęła wklepywać kolejne komendy na konsoli. Lot do celu trwał kilka minut. Na miejscu Miyagi wypatrzył sporą polanę niedaleko ruin, na której bezpiecznie posadził maszynę. Wiktoria błyskawicznie wyswobodziła się z pasów. Złapała za hełm. Nałożyła go. Dziarskim krokiem udała się w stronę włazu do ładowni znajdującego się na tyłach mostka. Jednym guzikiem otworzyła pokrywę. Błyskawicznie zjechała po malutkiej drabince. Wyjście ze statku umieszczone było na dziobie, tuż pod siedzeniami pilotów.
Wiktoria już po chwili opuszczała trap wiodący do dziewiczego świata – przynajmniej z jej punktu widzenia. Wyskoczyła na zewnątrz, nie czekając na zakończenie działania mechanizmu. Popędziła w stronę uszkodzenia pojazdu. Wyłom po kolizji z jakimś małym obiektem znajdował się pod lewym skrzydłem. „Merde!” – zaklęła, patrząc na półmetrową wyrwę w poszyciu. Oprócz wierzchniej osłony termicznej wyrwało spory kawałek hydrauliki manty. Z głębokiej rany statku zwisała rozcięta w poprzek elastyczna rura dostarczająca chłodziwo. Po chwili pojawił się Miyagi. „Nie wygląda to dobrze, panienko Gomo. Mieliśmy dużo szczęścia.” „Myślisz?” – odparła z nutką sarkazmu.
„Tak duże uszkodzenie mogło doprowadzić do rozpadu statku. Nawet podczas przechodzenia przez atmosferę mogło dojść do katastrofy. Dobrze, że tarcze wytrzymały. Moglibyśmy tego nie przeżyć. To znaczy – ja bym przeżył. Przynajmniej w większości. W końcu teraz jestem istotą syntetyczną.” „Weź już skończ” – wtrąciła Wiktoria, wyraźnie poirytowana. „Nie mamy czym tego połatać.” „Prawda. Nasze zastawy naprawcze nie pokryją takiego uszkodzenia. Musimy wysłać sygnał SOS.” „Jeszcze nie teraz.
Najpierw obejrzyjmy ruiny.” „A czy to koliduje z akcją ratowniczą?” „Ech.” – Wiktoria oparła ręce o biodra. Spuściła głowę i pokręciła z rezygnacją. – „Że też muszę tłumaczyć ci takie rzeczy.” „Nie musi panienka. Doskonale zrozumiałem aluzję.” „No to chodźmy.” – ruszyła dziarsko w stronę ruin. – „Trochę czuć tą grawitację. Idzie się jak po bieżni na dwójce.” „Ja nie odczuwam takiego problemu.” – stwierdził Miyagi, stąpając pewnie po gruncie. Wiktoria puściła uwagę mimo uszu. W całości pochłonięta była teraz odkrywaniem nieznanego. W końcu znalezione, niekradzione. – „Przebadałeś już powietrze?
Można tu normalnie oddychać?” „Badania wykazały 25% zawartość tlenu. Nie wykryto drobnoustrojów ani bakterii. Mimo wszystko zalecam ostrożność.” „Trochę dziwnie się chodzi w tym kombinezonie po normalnej planecie, ale póki co nie będę ryzykować. Patrz, budowla jest tuż tuż.” – wskazała palcem wyłaniający się zza drzew budynek. Ruiny przypominały masywny prostokąt przyozdobiony po bokach czymś w rodzaju bastilli. Kiedy wyszli zza linii drzew, ogrom budowli ukazał się w pełni. Ciągnął się co najmniej przez kilkaset metrów. Z wrażenia oczy urosły jej do rozmiarów małych spodków do kawy. – „Może to jakiś grobowiec starożytnego króla albo kapłana.” – rzuciła podniesionym głosem, w którym pobrzmiewała nutka podniecenia. – „Popatrz na tą oszczędną architekturę.
Kanciasta, no może trochę obła bryła, ustrzona tymi dziwnymi wieżami. Przypomina mi to trochę postmodernizm arabski, ale też kulturę Bejkanów z X, może XII wieku. Budowali wtedy podobne konstrukcje, ale tam było sporo płaskorzeźb, a tu nie ma nic. Gołe ściany.” „Być może dlatego, że to nie jest kultura Bejkanów.” – stwierdził zaczepnie Miyagi. „Dzięki, Sherlocku. Już się tego domyśliłam.” – Wiktoria przyspieszyła kroku. Powstrzymywała się, żeby nie pobiec jak mała dziewczynka na widok długo wyczekiwanej zabawki. Kiedy zbliżyła się dostatecznie blisko frontowej ściany, zauważyła coś przypominającego napisy. Stara farba złuszczyła się od słońca, niemal wyblakła. – „Spójrz!” – zawołała.
– „Tu były jakieś znaki, napisy, litery.” – podeszła bliżej. Dotknęła zniszczonych znaków. Część farby razem z kawałkiem elewacji rozsypała się pod palcami. – „La vache!” – zaklęła cicho. – „Te znaki coś mi przypominają. Faliste zawijasy, zaokrąglenia. Alfabet Morkanów. Ale cała ta architektura nie pasuje. Bardziej przypomina to ziemskie pismo. Ale gdyby byli tu ludzie, to byśmy o tym wiedzieli, prawda?” „Bardzo słuszna uwaga, prz-, panienko.” – mruknął Miyagi, który podszedł do najbliższego betonowego gruzowiska.
Złapał za coś wystającego i szarpnął swoimi potężnymi czterema ramionami, odsłaniając wejście do budynku. Małe, wyglądające na stalowe drzwi. Wiktoria natychmiast podbiegła obejrzeć znalezisko. „Wow, znalazłeś wejście.” – zaszczebiotała niemal jak mała dziewczynka. Wskazała na coś palcem. – „Popatrz tu. Konsola numeryczna. Rozpracujemy hasło i będzie można wejść.” – przyjrzała się bliżej prostokątnemu urządzeniu, na którym znajdowało się 15 przycisków. – „Nie mam pojęcia, co za cywilizacja stworzyła to miejsce. Litery przypominają alfabet arabski.” Tutaj widzę coś, co przypomina cyfry arabskie, ale farba też starła się bardzo mocno.
Ciężko powiedzieć. Z drugiej strony Morkananie używali podobnych znaków, ale cała ta architektura jest niepodobna do niczego. Zasępiła się na chwilę, wpatrując się w klawiaturę. Musimy się jakoś dostać do środka. Pomyśl, jakie skarby mogą być w środku. Może natrafiliśmy na ślady jakiejś protocywilizacji, która nie istnieje od tysięcy lat albo dłużej. Ależ mamy dzisiaj szczęście. Tak, na pewno na to jakieś szanse są – wtrącił Miyagi. Zupełnie jak na starych filmach. Przedzierasz się przez dżunglę i nieoczekiwanie natrafiasz na starożytne ruiny.
Skarby, pułapki, mumie. Cudownie! Ekscytacja Viktorii wydawała się rosnąć z sekundy na sekundę. Pan Miyagi stanął bliżej panienki Gomo. Górne prawe ramię wyciągnął ku urządzeniu. Palec wskazujący rozszczepił się nagle, ukazując nowoczesną wtyczkę USB w wersji 14. Wepchnął ją w malutki otwór na dole obudowy. Zakurzony starożytny wyświetlacz ożył na moment, by po chwili zapalić się na zielono. Wejście obok z sykiem otworzyło się. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w stronę starego mentora.
To nie jest żaden pieprzony grobowiec? – zapytała z nutką niedowierzania i złości w głosie. To magazyn firmy North Arabic Corporation, który miał zaopatrywać przyszłe placówki wydobywcze. Jednakże firma splajtowała 40 lat temu, w zasadzie tuż po wybudowaniu tego miejsca. Viktoria stanęła jak wryta. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Z pewnością też nie takiego znaleziska gdzieś na peryferiach galaktyki. Odkąd wiedziałeś? W zasadzie po zejściu ze statku otrzymałem wszelkie możliwe informacje. Przemysław Podoliński „Waga intencji”.
Weszli pod baldachim utworzony z koron sosen i świerków. Gustaw odetchnął z ulgą. Cień powitał z prawdziwą wdzięcznością. Miał dosyć rozgrzanych hal. Wielkie ciągniki jechały wolno, sycząc, skrzypiąc i wypuszczając kłęby pary. Każdy z nich miał swoją naczepę. Pierwszą wypełniał węgiel i z niej umoroceni sadzą robotnicy dokładali do kotłów toczących się ślamazarnie maszyn. Pozostałe były czymś na wzór stalowych skrzyń na kołach. Duże, podłużne, o grubych ścianach i z drzwiami zamkniętymi na kłódkę. Stromy podjazd dawał się wszystkim bez znaki.
Żołnierze, zwykle roześmiani i gadatliwi, teraz oddychali ciężko, spoglądając niepewnie na skarpy wznoszące się po dwóch stronach drogi. Pokonali stromiznę i wyjechali na płaską drogę. Wąwóz wydawał się ciągnąć bez końca. Gustaw poprawił kaburę wiszącą u pasa. Szeregowcy ściskali strzępy niczym lampy w ciemnej jaskini. Byli poddenerwowani. Rozumiem dlaczego. Wszyscy słyszeli pogłoski o grasujących w okolicy partyzantach. Co prawda dowództwo zwiększyło obstawę transportu o kilku kadetów, ale Gustaw uważał, że to nie wystarczy, choć po prawdzie to, co on mógł wiedzieć. Stopień kaprala uzyskał nie oddawszy nawet strzału.
Jego narzeczoną była córka generała, więc mógł liczyć na specjalne traktowanie. Szczęście jednak wyczerpało się, gdy wybranka przyłapała go z inną. Niedługo po tym zajściu otrzymał rozkaz poprowadzenia konwoju. I tak miał dużo szczęścia. Spodziewał się, że generał pośle go gdzieś, skąd nie będzie szansy na powrót. Nagle cały korowód stanął. Nim Gustaw zdążył się zdziwić, wybrzmiał huk. Ze szczytów skarp sypnęły świszczące kule. Pociski uderzały z brzękiem w stal, przeszywały ciała żołnierzy. Trafieni padali z jękiem.
Kapral zanurkował pod jedną z naczep. Wyjął pistolet z kabury i obserwował plątaninę nóg wokół. Strzały mieszały się z krzykami. Ktoś upadł naprzeciw niego. Martwa twarz kadeta patrzyła z wyrzutem. Ginęli i inni. Gustaw ukrył twarz w ramionach. Niedługo wszystko ustało. No panowie, otwieramy puszki – krzyknął ktoś po chwili ciszy. Kapral uniósł głowę i zaczął się rozglądać.
Widział poobdzierane buty depczące trupy. Ktoś coś mówił. Ktoś się śmiał. Tu jest jeden – usłyszał za sobą. W jednej chwili ogarnął go chłód. Zacisnął powieki, jak gdyby miało to sprawić, że stanie się niewidzialny. Silna dłoń chwyciła go za stopę i przeciągnęła w tył. Gustaw otworzył oczy. Stało przed nim dwóch mężczyzn. Ludzie lasu – pomyślał.
Partyzanci. Jeden był niewysoki, miał wąską twarz i bliznę na głowie. Drugi, zdecydowanie wyższy, mógł pochwalić się gęstą czarną brodą. Gustaw nie stawiał oporu. Podniósł się powoli i wyjął pistolet z kabury. Upuścił go na piaszczystą drogę. Co z nim zrobić? – mruknął partyzant o wąskiej twarzy. Jak to co? – odparł pytaniem brodacz.
Zlikwidować. Gustaw chciał krzyczeć, uciekać, walczyć. Nie zdołał. Ciało odmówiło posłuszeństwa. Szedł wpatrzony w drogę, prowadzony pod ramię przez partyzanta. Minęli naczepę, którą za pomocą łomu próbowała otworzyć dwójka młodych chłopaków. Zostawili ich za sobą, gdy nagle rozległ się szczęk metalu. O kurwa, patrzcie! – pisnął jeden z dzieciaków. Partyzant zwolnił, szarpnął jeńca za ramię.
Stanęli. Gdy Gustaw się odwrócił, zobaczył, że wszyscy wlepiają wzrok w otwartą naczepę. „Więzień” – rzucił drugi chłopak. „Nieprzytomny. Może to jeden z naszych.” „Zabieramy go” – krzyknął brodacz, wychodząc zza wozu. „A ty, cichy” – dodał, patrząc w stronę Gustawa. – „Pośpiesz się. Zabieramy co nasze i znikamy.” Kapral poczuł na czole zimną lufę pistoletu. Zaraz było po wszystkim. Gdy się obudził, czuł przyjemne ciepło.
Płomienie ogniska szumiały cicho, tworząc wyspę światła wśród czarnej toni nocy. Zastanawiał się, gdzie jest. Pamiętał czyjeś głosy i śmiechy. Odnosił wrażenie, że wrócił do świata, który opuścił dawno temu. Bał się, że to sen, a w rzeczywistości leży na podłodze wilgotnej celi. „Odpoczywaj” – szepnął uspokajająco ktoś siedzący obok. Słysząc obcy głos, przestraszył się, że znów zabierają go na badania. Chciał uciec przed kolejną dawką bólu, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. „Śpij” – powtórzył nieznajomy. Miał wąską twarz i ciemne oczy.
„Jak ci na imię?” „Alex.” – padła ledwo słyszalna odpowiedź. „Śpij, Alex. Jesteś już wolny.” „Przez lata byłeś przetrzymywany w zamknięciu i prowadzono na tobie badania. Nie masz jednak pojęcia dokąd i dlaczego chcieli cię przewieźć. Dobrze rozumiem?” Mężczyzna o bujnej brodzie świdrował Alexa wzrokiem. „Dobrze pan rozumie” – odparł chłopak, trąc bliznę nad lewym okiem. „Dobrze rozumie pan dowódca Brodaty.” – poprawił mężczyzna. – „I cóż teraz poczniesz, chłopcze?” Alex sam się nad tym zastanawiał, ale najwyraźniej decyzja nie do końca należała do niego. Pozwolił sobie jednak na ostrożną sugestię. „Może proszę przyjąć mnie do oddziału, panie dowódco Brodaty.” „A co jeśli, psia mać, jesteś cesarskim szpiclem?” Chłopak wzruszył bezradnie ramionami, bo i nic nie przychodziło mu do głowy.
Rozumiał dowódcę i nie dziwił się jego podejrzeniom. „Mówię prawdę” – odparł. – „Pamiętam, że miałem bliskich, ale nie wiem, kim byli i gdzie teraz przebywają. Nie mam więc dokąd wracać. Zemsty na cesarstwie też nie szukam, ale chciałbym wesprzeć waszą sprawę, choćby z wdzięczności za ratunek.” „My walczymy o naszą ojczyznę. Ryzykujemy życiem, psia mać. Mogą nas ubić w każdej chwili, rozumiesz?” „Więc w najgorszym razie zostanę martwym bohaterem.” – uśmiechnął się Alex. Brodaty ściągnął brwi. Po chwili odwzajemnił uśmiech. „A niech tam.” – stwierdził.
– „Przyjmuję cię warunkowo. Jak się spiszesz, zostaniesz na stałe. Umiesz chociaż strzelać?” „Tak jest, panie dowódco.” Brodaty słuchał sprawozdania niewysokiego partyzanta o chudej twarzy. „Podsumowując, stwierdzam, że nasz nowy nabytek nie wygląda podejrzanie. Mimo wszystko zalecam ostrożność. Trzymali go w jednostce 617, a tam raczej nie przywożą ludzi zwyczajnych.” „W naszym fachu nie ma miejsca na ostrożność.” – mruknął dowódca. – „Zresztą obserwowałeś go przez ostatnie dwa tygodnie. Gdyby coś kombinował, to już byśmy wiedzieli.” „Jeśli mogę.” – odchrząknął partyzant, masując bliznę z prawej strony głowy. – „Dlaczego zdecydowałeś się go przyjąć?” „Jest nas coraz mniej. Muszę skądś brać ludzi.” „Ale czy można zaufać akurat jemu?
To może być agent.” „Komuś, psia mać, trzeba zaufać. O tobie też różnie mówili po... Sam wiesz po czym. Ale ja cię nie skreśliłem.” „Tyle że mnie znasz od lat.” „To niczego nie zmienia. A tak w ogóle czego ty ode mnie chcesz?” „Żebyś dał mi wolną rękę. Chcę mieć chłopaka blisko siebie na wszelki wypadek.” Brodaty przyglądał się rozmówcy z zaciekawieniem. Nie zdołał jednak niczego wyczytać w jego beznamiętnym spojrzeniu. „Zgoda.” – odparł wreszcie. – „Byle nie przeszkodziło ci to w wykonywaniu rozkazów.” Maszerowali halą, z dala od większych dróg. Pęrcie wydeptana przez pasterzy wiła się ku szczytom.
Wiał wiatr. Pomimo początkowych trudności Alex już bez trudu dotrzymywał kroku partyzantom. Gawędził wesoło z innymi, chłonąc widoki, które wciąż mu się nie opatrzyły. „Stop!” – krzyknął dowódca, wyciągając zza pazuchy mapę. – „Chwila przerwy.” Zanim Alex usiadł, dostrzegł mężczyznę o wąskiej twarzy, na którego głowie znajdował się pozbawiony włosów pas skóry. Najwyraźniej pamiątka po ranie. Chłopak bez zastanowienia podszedł bliżej. „Można?” – zapytał. Partyzant nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami.
Siedział, koncentrując całą swoją uwagę na źdźble trawy. Alex spoczął obok. „Nie wiem, czy mnie pamiętasz, ale chciałem podziękować za to, że czuwałeś przy mnie, kiedy mnie odbiliście. Później cię z nami nie było, więc nie miałem okazji.” „Mhm.” „Może przeszkadzam?” – bąknął chłopak z irytacją. „Lepiej nie gadaj z nim, młody” – odezwał się ktoś znad ich głów. Alex uniósł wzrok i ujrzał wielkoluda o szarych włosach. Za nim z założonymi rękami stał wysoki chudzielec. Dużego wołali Siwy, drugiego Gawron. „Tak. Lepiej posłuchaj starszego kolegi, Siwego” – potwierdził Gawron.
„No” – dodał wielkolud. „Znajomość z nim nie prowadzi do niczego dobrego.” Partyzant o wąskiej twarzy nawet nie drgnął. Można by pomyśleć, że śpi z otwartymi oczami. Alex zezłościł się, ale tym razem na Siwego i Gawrona. Bo co to za bohaterstwo – dwóch na jednego. „Odwalcie się” – warknął. – „Tacy jesteście mocni to…” „Stul mordę!” – przerwał mu Gawron. – „Gówno wiesz. A ten tu podobno łazi gdzieś po nocach, nic nikomu nie mówi, a Brodaty ufa mu jak głupi. Tak dał się omotać.
A ty najwyraźniej jesteś kretynem, skoro podważasz decyzje dowódcy.” Alex zerknął w stronę dowódcy. Ten wraz z dwoma innymi partyzantami stał tyłem do nich, wpatrując się w mapę. Siwy i Gawron zbliżali się z niebezpiecznym błyskiem w oczach. „Spokój” – mruknął milczący dotąd partyzant. – „Nie ma o co się kłić.” Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, z ust Brodatego padł rozkaz o przygotowaniu do wymarszu. „Nie spuszczę cię z oka” – warknął Siwy, odwracając się do towarzysza Alexa. – „Będę za tobą chodził jak cień.” Chłopak odetchnął z ulgą, widząc, jak dwójka natrętów oddala się po swoje rzeczy. „Narobiłeś sobie wrogów, młody” – odezwał się partyzant, narzucając plecak na ramiona. – „I po co?” „Jak to po co? Zachowali się jak ostatni durnie.” Po chwili dowódca dał sygnał do wymarszu.
Ruszyli w luźnym szyku. „A jak w ogóle masz na imię?” – zapytał Alex, zrównując się z partyzantem. „My nie mamy imion, tylko pseudonimy.” „A to czemu?” „Dla bezpieczeństwa. Jak cię złapią, nikogo nie wydasz.” „A ja zachodziłem w głowę, skąd te dziwaczne imiona. To jak cię nazywać?” „Cichy.” „No tak” – prychnął chłopak. – „Mogłem się domyślić. A o co ci tam” – wskazał na Siwego i Gawrona – „mają do ciebie pretensje? Zginął ktoś im bliski. Uważają, że to moja wina.” Zza skalnych szczytów wychynęły ciemne chmury. Nad halą rozległ się głuchy pomruk.
Stawiali ostrożne kroki. Deszcz zacinał w twarzy. Wiatr pchał ku zboczu. Szli wąską półką, śliską od spływającego z góry błota. Alex próbował trzymać się jak najbliżej skalistej ściany. Przęgi błyskawic co raz przeszywały niebo przy akompaniamencie głośnego huku. Od czarnego zarysu lasu dzieliło ich nie więcej niż 200 kroków. Jednak w tej chwili odległość ta wydawała się znacznie większa. Ktoś za Alexem wrzasnął rozpaczliwie. Zaraz zagłuszył go grzmot.
Chłopak widział tylko, jak ciemna sylwetka spada na piargę i znika za zasłoną deszczu. Wtedy poczuł, że stopa ześlizguje mu się i trafia na pustkę. Stracił równowagę. Z całych sił ścisnął skalny wyrostek przed sobą. Palce zsunęły się jednak z mokrej powierzchni. Serce podeszło mu do gardła. Poczuł, jak ktoś chwyta go za rękę i przyciąga do siebie. Alex na powrót przywarł do skały. Nogi mu drżały. Ruszył jednak dalej.
Nie mógł czekać. Wszyscy chcieli czym prędzej znaleźć się na stabilnym gruncie. „Dzięki za to tam na urwisku” – odezwał się Alex, pociągając długi łyk z kubka. Cichy skinął głową, wpatrując się w ognisko. Milczeli. Płonące polana trzaskały co chwilę. Z lasu dobiegały ciche szmery. Na ich głowy od czasu do czasu spadały krople. „Opowiesz mi, co się stało? Z tym, kto rzekomo przez ciebie nie żyje?” Cichy westchnął.
Podrapał się w bliznę i zaczął mówić. „Gawron i Siwy to bracia. Wiedziałeś? Mieli jeszcze siostrę, która w przeciwieństwie do nich była kompetentna i zdyscyplinowana. Brodaty przydzielił mi ją do pomocy przy zwiadzie. Nie chciałem, ale się uparł.” Alex przechylił kubek, wytrącając do gardła ostatnie krople piwa. Cichy kontynuował: „Podczas zwiadu nie wszystko poszło po naszej myśli. Trafiliśmy na osadę. Tam jakiś cesarski zabierał się za młodą dziewczynę. Oczywiście wbrew jej woli.
Nie potrafiliśmy przejść obok. Przymierzyłem i pociągnąłem za spust. Skurwiel dostał. Zaraz z chałup wypadli kolejni i ruszyli w naszą stronę.” Zrobił pauzę i na chwilę przymknął oczy. Ból po tamtych wydarzeniach najwyraźniej wciąż był świeży. „Biegliśmy” – podjął na nowo. – „Niestety Ala, bo tak miała na imię siostra Siwego i Gawrona, dostała. Chciałem jej pomóc, jednak było ich zbyt wielu. Wciąż do mnie strzelali. Musiałem uciekać.
Na pamiątkę została mi tylko ta swędząca blizna.” Rozgrzane polano strzeliło głośno iskrami. „Ocknąłem się w lesie. Wiedziałem, dokąd wyruszył mój oddział, więc po kilku dniach udało mi się go dogonić. Gawron z Siwym uznali mnie winnym. Twierdzą, że posłużyłem się ich siostrą, by ratować własną skórę. Podejrzewają mnie o zdradę. Ech, powinienem był zginąć razem z nią. Gdyby wiedzieli... Głos uwiązł mu w gardle. Cichy splunął w ogień.
„Nie twoja wina” – powiedział Aleks, bo tylko to przyszło mu do głowy. – „Chciałeś dobrze.” „Intencje gówno znaczą. Liczy się efekt. Każdy ci to powie. Masz szczęście, jeśli możesz naprawić, co schrzaniłeś. Ale zwykle jest za późno. Trzeba z tym żyć.” Cichy zamilkł. Aleks również się nie odezwał, bo i co mógłby powiedzieć? Siedzieli wpatrzeni w płomienie i wsłuchani w ciszę. „Mam człowieka, który sprzeda nam prowiant i drugiego, który zapewni transport” – powiedział Brodaty do zgromadzonych przed nim partyzantów.
– „Potrzebuję jeszcze tylko ochotników.” „Ja pójdę” – bez wahania odparł Cichy, wysuwając się z grupy. „W porządku. Ktoś jeszcze?” „Ja!” – krzyknął Siwy ku zdumieniu wszystkich. „I ja” – zawtórował mu Gawron. „W porządku. Trzech wystarczy” – powiedział dowodca. „Też chcę iść.” – wyrwał się Aleks. – „Silny jestem. Przydam się.” „Niech będzie” – odrzekł Brodaty. – „Ochotnicy, przejdźcie ze mną do namiotu.
Dam wam pieniądze i wszystko objaśnię. Reszta – rozejść się.” Wieś Wachen była obsztonym domkami górali wzniesieniem, na szczycie którego znajdował się drewniany kościółek. W promieniu wielu mil nie rosło ani jedno drzewo. „Uff, ależ grzeje. Nawet wiatr nie pomaga” – marudził Aleks. „Sam zgłosiłeś się na ochotnika” – odparł Cichy, poprawiając kaburę z pistoletem wiszącą u pasa. – „Nie narzekaj.” Szli piaszczystą ścieżką, mijając stada pasących się owiec. U podnóża wzniesienia, między pierwszymi zabudowaniami przemknęły dziecięce sylwetki. Wyglądało na to, że nie stacjonuje tu żaden oddział cesarskich. „Ech, znowu będziemy żreć sery i suszoną baraninę.” Głos Siwego dobiegał zza pleców Cichego i Aleksa.
„Może będą mieli gorzałkę?” – zasugerował Gawron. „Aha, już ci tam dadzą. Pazerne kutasiny. Zawsze chowają co najlepsze.” Bracia ostentacyjnie kroczyli kilka kroków z tyłu. Obaj wzięli strzelby, które teraz wisiały na ich ramionach. Chłopak odruchowo namacał rękojeść swojej broni wetkniętej za pasek. Pamiętał o podejrzeniach Siwego względem Cichego. Kto wie, do czego mogło dojść. Cała czwórka minęła pierwsze domy. Dzieciaki gapiły się na partyzantów z rozdziawionymi buziami.
Ich rodzice i dziadkowie wyglądali zza płotów. Cichy poprowadził pozostałą trójkę do jednego z większych gospodarstw we wsi, tuż przy kościółku. Tam przywitał ich mężczyzna o kręconych, rudych włosach. Usłyszawszy, że partyzanci chcieliby prosić go o pomoc w przetransportowaniu zapasów, rozpoczął negocjacje. Porozumienie nastąpiło dość szybko. Cichy zapłacił. Mężczyzna zaprzągł konia do wozu i niebawem wszyscy wyruszyli po prowiant. Zatrzymali się naprzeciw starego ogrodzenia na samym końcu wsi. Za spróchniałymi sztachetami znajdował się niewielki dom kryty strzechą, taki jak większość w Wachen. Na zewnątrz nie było nikogo.
Partyzanci zeskoczyli z wozu. Rudowłosy woźnica został na miejscu. Cichy zawołał: „Halo, gospodarzu!” Po chwili zza drzwi wyszedł przygarbiony starszy mężczyzna. Przypatrywał się podejrzliwie przybyszom, mieląc coś w ustach. „Partyzanty” – stwierdził. – „Czego tu szukają, a?” „Prowiantu nam trzeba” – odparł Cichy. – „Podobno macie coś do sprzedania.” „Ano mam cosik w spiżarce. Sera trochę, suszone mięso się znajdzie i warzywa.” „A gorzałka?” – zapytał Siwy z nadzieją. „A gorzałki nimo.” „Noż kurwa, wiedziałem.” „Jak wam źle, to idźta gdzie indziej.” „Dobra, już” – wtrącił się Cichy. – „Pokaż, co masz.” „Zgoda.
Chodźta do środka.” „Aleks, poczekaj.” – Cichy zatrzymał chłopaka przy wejściu. – „Skocz, powiedz woźnicy, żeby czekał cierpliwie, bo negocjacje mogą chwilę potrwać.” Chłopak przytaknął i pobiegł w stronę rudowłosego chłopa. Pozostali partyzanci zniknęli wewnątrz chałupy. Gdy Aleks zmierzał z powrotem ku drzwiom, rozległ się kobiecy wrzask. Padły dwa strzały. Chłopak stanął jak wryty. Słyszał, że woźnica poruszył się niespokojnie. Nagle z wejścia wypadł Cichy. W dłoni ściskał pistolet. „Kurwa, zwariowali” – rzucił zdyszany.
Zaraz wybiegli bracia. Na ich twarzach malowała się wściekłość. Mierzyli strzelbami w Cichego. Przerażony Aleks rozpaczliwie myślał, jak zażegnać konflikt. Nagle wszystko wokół przyoblekła czerwień. Świat zaczął wirować, rozmywając się w plamę krwi. Aleks czuł na sobie ciężkie spojrzenie dowódcy. Cichy tymczasem zdawał relację. „Weszliśmy do środka z gospodarzem. Ja, Siwy i Gawron.
Aleks na mój rozkaz miał przekazać woźnicy, że negocjacje mogą się przeciągnąć. Siwy zobaczył gorzałkę na stole i wpadł w szał. Powiedział, że skurwysyny żałują nam wódki, a my tu za ojczyznę własne dupy nadstawiamy. Uderzył gospodarza kolbą strzelby i gdy ten leżał, strzelił mu w twarz. Wtedy z drugiego pokoju wypadła kobieta, pewnie żona chłopa. Wrzasnęła, a Gawron wypalił do niej bez zastanowienia. Uciekłem na zewnątrz. Myślałem, że będzie po nas. Krzaczaste brwi Brodatego ściągnęły się. Milczał.
Nie było rady – kontynuował Cichy. Musieliśmy się ratować. Siwy i Gawron nie słuchali. Wpadli w szał. Zresztą woźnica poświadczy. Wywołany chłop potrząsnął rudymi lokami, potakując. Dowódca chrząknął. I wtedy ich zabiliście – podsumował. W samoobronie. Masz coś do dodania?
– zwrócił się do Aleksa. Nie. Psia mać. Źle się stało. Chłopi mogą wysłać za nami cesarskich. Jedyna pociecha w tym, że mamy prowiant. Brodaty zawiesił głos. Podrapał swą czarną szczecinę. Westchnął. Dobra – powiedział.
Znikajcie mi z oczu. Muszę pomyśleć. Na razie nikomu nie gadać o tym, co zaszło. Cichy i Aleks skinęli głowami, a następnie odeszli zgodnie z rozkazem. Woźnica został z Brodatym. Woźnica nic nie powie? – zapytał Aleks. Bądź spokojny. Zająłem się tym. Weszli między drzewa.
Kolczaste gałęzie sosen zwisały między brązowymi pniami. Naprawdę zabiłem Siwego i Gawrona? – zapytał chłopak, gdy wystarczająco oddalili się od dowódcy. Na jego twarzy malowała się troska. Niczego nie pamiętasz? – odparł pytaniem Cichy. Tylko tyle, że wybiegłeś z domu, a potem wszystko zrobiło się czerwone. Więcej nic. Partyzant uchylił się przed zwisającą gałęzią. Straciłeś panowanie nad sobą.
Niektórzy mają taką przypadłość. Spokojnie, to nic takiego. Ja już wiem, czego się spodziewać. Mimo wszystko lepiej, żeby Brodaty nie wiedział. Cholera, nie chciałem ich zabić. Nieistotne, czy chciałeś, czy nie, a efekt jest przede wszystkim taki, że uratowałeś mi skórę. Aleks pokiwał głową, ale minę miał nietęgą. Rozchmurz się. Naprawdę odbiło im. Bóg jeden wie, co by z nami było, gdyby nie ty.
Mogliby zdemolować całą wieś. Dziękuję przyjacielu – odrzekł Aleks, patrząc Cichemu w oczy. Ten odpowiedział uśmiechem, choć dziwnie smutnym. Ciężar w pęcherzu wyrwał Aleksa ze snu. Zaczynało świtać. Ku swojemu zdziwieniu chłopak zauważył, że Cichego nie ma na swoim materacu. Ognisko dogasało. Aleks odszedł w las za potrzebą, a gdy wrócił, ułożył kilka szczap na gorącym żarze. Jego przyjaciel nadal się nie zjawił. Chłopak uznał jednak, że nie ma o co się martwić i opadł na plecy z westchnieniem.
Patrzył między korony drzew, gdy nagle wszystko zaczęła spowijać czerwień. Krzyk pełen bólu wyrwał Brodatego ze snu. W porannej szarówce nie było wiele widać. Gęsta mgła dodatkowo utrudniała rozeznanie się w sytuacji. Dowódca chwycił strzelbę i wstał, rozglądając się czujnie. W pobliżu nie było nikogo. Gdzieś na skraju widoczności przemknął niewyraźny cień. Cisza pozostawała jednak niezmącona. Naraz huknęło. Dźwięk spłoszył stado wron.
Ptaki odleciały ponad wierzchołki drzew, trzepocząc skrzydłami i skrzecząc. Brodaty aż się skulił. Trwał w bezruchu dłuższą chwilę. Gęsta zasłona wilgoci nie pozwalała mu dostrzec wiele. Po chwili zauważył dwie rozmazane sylwetki kroczące ostrożnie jedna za drugą, które przywodziły na myśl bociany szukające przysmaków na podmokłej łące. Wartownicy – pomyślał. Wciąż panowała cisza. Chciał krzyknąć, zebrać wszystkich przy sobie, ale usłyszał kolejny wrzask. Odwrócił się. Coś przebiegło na skraju widoczności.
Mocniej ścisnął broń. Rozglądał się gwałtownie. Wartownicy, których wcześniej widział, gdzieś zniknęli. Oddział! Do mnie! Pełen rozpaczy krzyk rozniósł się wokół. Brodaty w napięciu czekał na swoich ludzi. Nikt nie przyszedł. Psia mać. Jest tu kto?
Z szarej zasłony spomiędzy pni wyłoniła się postać. Zbliżała się wolno. Przerażony Brodaty uniósł lufę strzelby. Palec spoczął na spuście. Kto tam? Brak odpowiedzi. Kto idzie? Stój! Postać była coraz bliżej. Brodaty dostrzegł demoniczną twarz.
Małe oczka o poziomych źrenicach, płaskie, szerokie zęby szczerzące się spomiędzy warg oraz zakrzywiony, kostny szpigulec w miejscu prawej dłoni. I blizna nad lewym okiem. Aleks? – szepnął Brodaty. Nie uzyskał odpowiedzi. Chłopak, a raczej to, w co się zmienił, przykucnęło i skoczyło wprost na dowódcę. Ten strzelił. Kula przemknęła obok nacierającej maszkary. Ponownie pociągnął za spust. Alex nie zwolnił.
Był coraz bliżej. Szpikulec przebił pierś brodatego. Krew skapywała z ramienia Alexa. Dowódca rozpaczliwie spróbował nabrać tchu. Gdy ostrze wysunęło się z jego ciała, brodaty upadł twarzą na wilgotny mech. Rana pulsowała bólem. Ciało ogarnął chłód. Powieki zaczęły mu opadać. Alex ocknął się. Zmrużył porażone słońcem oczy.
Przed nim na kamieniu siedział Cichy. Szmer strumyka mieszał się z szelestem poruszonych wiatrem gałęzi. „Co się stało?” — wydukał chłopak. „Znów urwał ci się film” — odparł partyzant. W dłoni ściskał niewielki kamień. „Co się stało?” — powtórzył Alex. Nie uzyskawszy odpowiedzi, wstał. Z niepokojem obserwował nieruchome oblicze Cichego. „Wszyscy są martwi. Zabiłem ich” — odrzekł wreszcie partyzant.
„Ty?” „Ja. Twoimi rękoma.” Myśli chłopaka rozpierzchły się jak kury uciekające przed lisem. „Nie rozumiem.” Cichy westchnął. Cisnął kamień do potoku i zaczął mówić. „To” — palcem wskazał bezwłosy pasek na głowie — „nie jest rana postrzałowa. Cesarscy wszczepili mi magiczny przekaźnik, dzięki któremu mogłem cię kontrolować.” „Co?” „Tak, Alex. Pamiętasz, skąd masz swoją bliznę? Pewnie nie, więc ci powiem. W tym miejscu wszczepili ci odbiornik myśli, czy jak oni to tam zwą.” Zagubienie chłopaka tylko się pogłębiało. Nie był w stanie pojąć, o czym Cichy mówi.
„Jak to? Po co to wszystko?” — wyszeptał. „Zacznę od tego, że nie jesteś zwyczajną osobą. Zmieniasz swoją postać. Nie wiem, skąd to potrafisz i dlaczego. Ja dzięki wszczepowi wnikam w twój umysł. Mogę wywołać przemianę i cię kontrolować. To wszystko, co mi powiedzieli.” „Jestem potworem.” „Pamiętasz, co mówiłem ci o siostrze Gawrona i Siwego?” Cichy zignorował słowa Alexa. „Historię, którą ode mnie usłyszałeś, to w większości prawda, ale nie do końca. Ona żyje.
Jest w cesarskiej niewoli. Złapali nas wtedy. W zamian za jej wolność rozkazali mi zniszczyć nasz oddział.” Alex milczał. Powinien czuć wściekłość, ale serce wypełniał mu tylko smutek. „Konwój, w którym cię wieziono, był podstawiony. Badali twój umysł, więc znali cię doskonale. Wiedzieli, że będziesz chciał przystać do partyzantów. Ja natomiast nie miałem wątpliwości, że Brodaty się nad tobą zlituje. Miał dobre serce. Biedny idiota.” „Po co mi o tym mówisz?” — zapytał Alex.
„Uważam, że zasługujesz na prawdę. Chociaż tyle mogłem dla ciebie zrobić, zanim znów cię zamkną. Może z tą wiedzą uda ci się kiedyś uciec.” Chłopak wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. „Czyli zabiłeś również Gawrona i Siwego?” — stwierdził ponuro. — „W samoobronie? Czy miałeś inny powód?” „Siwy ciągle mnie obserwował. To było kłopotliwe. Ostatniej nocy miałem odebrać rozkaz od cesarskich. Nie mogłem ryzykować, że coś pójdzie nie tak. Gospodarza i jego żonę wykorzystałem jako pretekst.
Nie wpadłem na inne rozwiązanie.” „To po jaką cholerę tyle zwlekałeś? Nie mogłeś wykończyć wszystkich od razu?” „Realizowałem tylko rozkazy. Nie wiem, dlaczego kazali mi czekać. Sądzę, że chcieli poznać sposoby naszych działań. W końcu na obszarze Cesarstwa istnieją jeszcze inne partyzanckie bojówki.” Za Cichym plusnął srebrzysty pstrąg. „Pamiętasz, jak mówiłeś, że liczy się tylko skutek?” — zapytał Alex. — „Bez względu na intencje stałeś się mordercą. Czy uważasz, że dzięki temu odzyskasz Alę? Nie. Straciłeś ją tak czy siak.
Ona nie wybaczy ci tego, co zrobiłeś. Zabiłeś jej braci, do cholery! Wiesz, spaliłbym dla niej cały świat” — odparł smutno. — „Jeśli mnie przeklnie, trudno. Jej życie jest najważniejsze.” W lesie rozległ się warkot silników. „Nadjeżdżają” — mruknął Cichy. — „Bywaj, Alex. Wiedz, że mi przykro.” Zasłona czerwieni zakryła oczy chłopaka. „Oby pozwolili wam żyć” — zdążył szepnąć, nim stracił przytomność. Krzysztof Lutowski „Miłość to piekielny pies”.
Rok taki to a taki. Więzień taki to a taki. Areszt taki i taki. Rysuje się Bukowski. Odwiedza Bajara. Na widzeniu w pierdlu. Początkowo go nie poznałem. Ot, jakiś obleśny dziad ubrany jak wieśniak. Siedział przy stoliku w pokoju widzeń, do którego wprowadził mnie klawisz. Usiadłem zdziwiony naprzeciwko.
Odezwał się po dłuższej chwili, którą spędziliśmy na patrzeniu sobie w oczy. „Pamiętasz, jak spotkaliśmy się w knajpie?” — zarechotał i wtedy natychmiast go rozpoznałem. To był Charles Bukowski. Spotkaliśmy się kiedyś w knajpie w Londynie, zupełnie niechcący. Sam nie wiem, jak do tego doszło. Spotkaliśmy się z Charlesem podczas jednego z moich okresów manii, kiedy zalany w sztok puściłem się w Londyn po którymś z moich spotkań autorskich. Odbyło się to, jak na wielki Londyn, w banalnej okolicy Victoria Station. Mieszkałem przez pół roku w Londynie. Często lądowałem w okolicach Victorii i włóczyłem się pijany po ulicach. Wchodziłem do przypadkowych knajpek.
Raz wszedłem na mszę jakiegoś egzotycznego kościoła chrześcijańskiego pełnego czarnoskórych, gdzie byłem jedynym białym. Ale porzucając tę skądinąd ciekawą dygresję, zapamiętam ją do jakiegoś innego opowiadania, wrócę do baru, przy którym siedziałem obok Bukowskiego na Victoria Station w Londku. W jednym z pubów tamtego wieczora spotkałem Charlesa po tym, jak wcześniej spotkałem arabskich muzułmanów w tradycyjnych strojach na East Ham, gdzie owi pilnowali Koranu, skąd później ruszyłem metrem do pierwszej strefy. Zamieniwszy ze mną słowo, uznali, że nie mam żadnego nielegalnego Koranu i przestali się interesować. A ja miałem kontrabandę — whisky za pazuchą. Gdyby się zorientowali, pewnie dostałbym wpierdol czy coś. Ale ich przechytrzyłem i metrem pojechałem do Victorii. Tę dygresję również notuję do jakiegoś innego opowiadania. A było to tak. Siedziałem przy barze i wszedł facet, który wyglądał jak Charles Bukowski.
Był równie napierdolony jak ja. Usiadł przy barze, dwa puste krzesła ode mnie i w niewybrednych słowach zamówił wino. „Ee, bufetowy! Podaj mi do wafla jakieś najtańsze białe wino.” Barman postawił wytrenowanym ruchem kieliszek na barze przed nieprzyjemnym facetem i nalał odmierzoną oczami porcję. „Zostaw butelkę” — nakazał Charles. Barman wykonał polecenie, rzucając na gościa spojrzenie spode łba. Nie dziwię mu się. Też bym nie polubiał takiego gbura, gdybym nie wiedział, kim jest. Facet popijał i rozglądał się po lokalu. Na mnie spojrzał kilka razy, bo siedziałem najbliżej, a on ewidentnie szukał zaczepki lub towarzystwa.
Też piłem wino, czerwone. Miałem butelkę w połowie opróżnioną. Nasze spojrzenia zbiegły się. „Co gościu, zalewasz się z jakiegoś konkretnego powodu?” — zaczepił mnie. „Niespecjalnie. A pan, panie Bukowski?” „Też nie. Po prostu lubię. Ale skąd znasz moje prawdziwe nazwisko?” „Przecież wyglądasz jak Bukowski. Też jestem pisarzem. Znam innych pisarzy, zwłaszcza takich sławnych jak pan.” „No zgadza się.
Wyglądam jak Bukowski, ale jest jedno ale. Ja przecież nie żyję od lat.” Uśmiechnął się tylko jednym kącikiem ust, tak że wyglądało to ironicznie. „Widocznie żyjesz, Charles, skoro tu jesteś.” Ten chwilę się zastanowił. „No tak, to logiczne.” Ewidentnie się zadumał. „Dobra, nieważne. Więc też jesteś pisarzem?” „Tak, jestem Christopher Bajer. Moje książki były tłumaczone na angielski. Może czytałeś?” „A, oczywiście, że czytałem. Naprawdę jesteś ten Bajer?” — zaciekawił się. „W rzeczy samej, Charles, to ja.” Ucieszyłem się, że mnie rozpoznał i zna moją twórczość.
„To są świetne powieści. Kawał literatury, Chris. Zawsze chciałem z tobą o tym pogadać. Wspaniały zbieg okoliczności, że się tak spotykamy nafazowani.” „Rzeczywiście, miło pogadać z kimś, kto też jest pisarzem.” „Wiesz co, Bajer? Tobie mogę powiedzieć. Tak naprawdę piję, bo popełniam w ten sposób samobójstwo na raty. Ale jakoś nie mogę umrzeć. Teraz już jestem dość stary, więc nie chlam dużo. Ale był w moim życiu czas, kiedy najlepszym sposobem na popełnienie samobójstwa było dla mnie nietrzeźwieć. Pewnego razu, gdy doszedłem do siebie, świeciło słońce, a ja leżałem pod łóżkiem.
Wyczołgałem się i stwierdziłem, że nie mogę się podnieść. Najpierw spróbowałem na kolana, a potem na nogi. Miałem rozcięty podbródek i obdarte ze skóry kostki na rękach. To nic takiego. Budziłem się już w o wiele gorszych stanach i w o wiele gorszych miejscach. Rozejrzałem się po pokoju. Wszystko w drzazgach, obsmarowane i poplamione krwią. Potrzaskane lampy, krzesła, komoda, fotele, łóżko, popielniczki. Zniszczone, zdemolowane, zrujnowane, bez sensu, bez ładu i składu.” „Tak, wiem, Charles. Znam z grubsza twoją biografię.
Lubię twoje książki. Ty znasz życie.” „Ty, Bajer, też chyba wiesz, o co w tym chodzi. Ale dość spijania sobie nektaru z dziubków. Powiedz coś o miłości.” „Ty mówiłeś, że miłość jest jak piekielny pies. Miałeś rację. Miłość potrafi nas wystrzelić zarówno w kosmos, jak i do piekła.” Nic więcej nie pamiętam. To było trzecie wino, a wcześniej kilka piw i nieco wódki. Kojarzę jeszcze, że Charles gdzieś w bramie poza barem dociągnął wino z butelki do dna i bez ostrzeżenia rozbił mi ją na głowie. „To żebyś wiedział, kto jest większym pisarzem” — krzyczał mój pisarski ziom. „Tak, rozjebałeś mi wtedy butelkę na łbie, ty literacki chuju, i zostawiłeś nieprzytomnego.” — Wzburzyłem się głośno, aż zaniepokojeni klawisze spojrzeli w naszym kierunku.
Szybko się uspokoiłem. Nie chciałem kłopotów. „Zapomnij o tym. Jesteśmy pisarzami, nam wolno więcej.” — Uśmiechał się przyjaźnie Charles. „No fakt. Nigdy się za to na ciebie nie gniewałem. Jestem dumny, że właśnie mnie taki gość jak ty jebnął butelką bez łeb, jak mawiała moja babcia Agnieszka z Promberga. Ale jak ty się tu w ogóle znalazłeś? Opowiadaj.” A jakoś. Nie rozkminiaj tego.
Po prostu jestem. Jak tylko dowiedziałem się z gazet, że cię zapuszkowali, pomyślałem, że trzeba cię odwiedzić. Cóż, też lubię twoją prozę. Dla twoich książek, psycholu, nauczyłem się polskiego, by czytać w oryginale. Pamiętam, że na pożegnanie walnąłem cię tą butelką. Naprawdę przepraszam. Zawsze tak robię młodszym pisarzom po pijaku. Biję ich w łeb butelką. To taki intymny gest. Muszę ci się też przyznać, że jak już byłeś nieprzytomny, to kopnąłem cię jeszcze w ryj z buta.
Sorry. Też jestem jebnięty. Powinieneś mnie zrozumieć. Tak naprawdę zrobiłem to z miłości. Tyle że to miłość patologiczna. Wiem, że to zrozumiesz, Chris. Rozumiem Charles. Kop mnie w ryj ilekroć zechcesz. Domyśliłem się, że mnie kopałeś. Miałem złamany nos i byłem cały we krwi.
Ale schlebiasz mi, że się u mnie pojawiłeś. Dzięki. Przyjechałeś pogadać? Tak. Czasem dobrze pogadać z kimś, z kim się człek rozumie. Nie mieszkasz już w Londynie? Nie. Teraz mieszkam w Fordonie. Mam tam nową dupę i chciałem być bliżej ciebie. Będziesz mnie odwiedzał częściej?
Zobaczymy, jak nam się będzie gadać. Ale ja nie jestem już tym pisarzem sprzed lat. Dziś jestem wrakiem. W dodatku, jak widzisz, siedzę w pierdlu i nie wiem nawet, kiedy mnie wypuszczą. W Polsce mogą mnie trzymać latami bez wyroku w tak zwanym areszcie wydobywczym. Szkoda, że się nie napijemy. Uwielbiam pić. Chuj mnie obchodzi polityka. Nie daję rady, gdy pojawia się polityka. Zajebałbym własnoręcznie wszystkich polityków.
Dlatego rozumiem twój zamiar, za który tu jesteś. Ale też mam za małą broń jak ty. Znaczy mam tylko pióro. Właściwie maszynę do pisania. Dawniej pisałem i wysyłałem do pism wiersze pisane na żywca. Nie robiłem nawet ich kopii. Pojebane, co? Jak mnie wypuszczą, to natychmiast, Charles, idziemy do najbliższej knajpy, choćby miała być najbardziej obskurną, prymitywną mordownią. O tak. Jesteś teraz, Bajer, prawdziwym pustelnikiem, co?
Czytałem, że trzymają cię w izolatce. Tak. Nie wiem, dlaczego uważają, że jestem niebezpieczny. Chyba chodzi o moje książki, ale nie mogę dociec, co ja tam napisałem, że się tak boją. Tak, Bajer. Sam kiedyś byłem pustelnikiem, może nawet nadal nim jestem. Ludzie myślą, że pustelnicy to wariaci i kto wie, czy nie mają racji. Zobacz, ty jesteś prawdziwym wariatem. Ja właściwie też. E tam.
Ty, Charles, jesteś całkiem racjonalny. Zobacz, przez co ja muszę przechodzić. Zaczynałem mieć w dupie, że odwiedził mnie sam Bukowski. Co on może wiedzieć o tym, co przechodzę? Przyszedł pooglądać małpę w klatce. No i sam powiedział, że ma dupę w Fordonie, więc jest tu dla niej, nie dla mnie. Swoją drogą niezły numer. Bukowski w Fordonie. Hehe. Mieszka w bloku na czwartym piętrze na Tatrzańskim i rucha tam dupę z Fordonu.
Kiedy tylko pomyślałem, że mam gdzieś tego całego Bukowskiego, ten nagle odpłynął, a na jego miejscu pojawiła się matka. Nic z tego nie rozumiem, skurwysynie. Już ci matko mówiłem, że nie mogę być skurwysynem, bo ty musiałabyś być kurwą, a nie jesteś. Dobra kobita z ciebie. Nie mów tak więcej, bo to nie ma sensu. Odpowiedziałem znudzony jak mops. Przygotowałem paczkę z wałówką i papierosami. Mówi już, jakby wszystko było wporzo, choć nie padły wcześniej żadne słowa, które mogłyby wyprostować tę nieprzyjemną sytuację na wporzo. Są tam książki, które chciałeś. Nie wiem, dlaczego zgadzam się przynosić ci książki.
To przez nie jesteś takim pojebem. Następnie coś jakby zaiskrzyło w mojej głowie, aż zabolało i włączyło mi się takie silne poczucie déjà vu. O tak. A więc teraz jesteś pustelnikiem, Bajer. Słyszałem, że zamknęli cię w izolatce. Tak. Nie wiem, dlaczego oni się tak mnie boją. To chyba ma związek z moimi książkami, Charles. Ale nijak nie mogę dociec, co ja takiego tam nawypisywałem, że uznali, iż jestem niebezpieczny. Ja nie jestem groźny, raczej żałosny.
Ludzie uważają pustelników za wariatów i chyba mają rację. Ty przecież jesteś najprawdziwszym wariatem, więc może o to chodzi, Bajer. Nie wiem. Naprawdę nie wiem, Charles. Mój zniszczony umysł nic już nie ogarnia. Piszesz, Bajer, czy nie piszesz? Coś tam pisałem, zanim mnie przyskrzynili. Taką odjechaną prozę poetycką. Tylko się nie śmiej. Wiem, że proza poetycka dla rasowego prozaika to obciach, ale ja już nie mogę nic innego pisać.
Tylko ja ją rozumiem. Nikt inny nie chce tego czytać, Charles. Jestem teraz maksymalnie niszowy. Prawdziwy indyk. Tutaj boją się dać mi nawet ołówek. Mówią, że wbiję go sobie w gardło, połknąwszy przedtem rysę papieru dla pewności, że jeśli się nie wykrwawię, to chociaż się zadławię. A ja bym pisał, bo mam taki nawyk. Jakoś zacząłem mieć w dupie, że to sam Bukowski mnie odwiedził. Im bardziej miałem w dupie Bukowskiego, tym bardziej ten się rozpływał w powietrzu, a mnie ogarniał lodowaty, przejmujący nihilizm. Charles tymczasem rozpłynął się na dobre, a zamiast niego przy stoliku pojawiła się matka.
„No widzisz, kompletnie nie rozumiem, co do mnie mówisz, skurwysynu. Jak mogłeś być taki obcesowy? Przygotowałam paczkę z wałówą. Nie zjedz wszystkiego od razu. Oszczędzaj, bo mam mało pieniędzy. Ja muszę już iść. Trzeba jeszcze odwiedzić twojego brata. Ten przynajmniej nie ma takich odlotów.” „Przyniosłaś też książki, o które prosiłem?” „Tak, są w paczce. Nie wiem, dlaczego zgadzam się przynosić ci te książki. To przez nie oszalałeś.” „Nie, no już przestań.
Przestań pierdolić wariatko, bo oszaleję.” „Ach, ja nie mogę oszaleć. Już jestem od lat pojebany.” „To może chuj mnie strzeli. Czy coś równie przekonywującego.” Wróciłem do celi. Miałem ze sobą paczkę, ale nie otwierałem jej. Posiedziałem chwilę i pomyślałem o malarstwie. O znanych obrazach, które widziałem w National Gallery na Trafalgar Square w Londku. Uwielbiałem tam zaglądać, zwłaszcza że wstęp był za darmo. Często mnie wyrzucali, bo byłem zbyt nawalony i robiłem zdjęcia smartfonem, co było zakazane. Charles znów się pojawił, kiedy patrzyłem przez brudne okna z kratami. Znów to iskrzenie w głowie i narzucające się poczucie déjà vu.
Najpierw pojawiły się drewniane sztalugi, a potem on, czyli Charles. „Żaden ze mnie malarz, dlatego piję wino, patrząc się w rozłożone sztalugi. Drewno mnie uspokaja. Normalnie pijąc wino, tobym pewnie szalał. A jak patrzę na drewno sztalug, to się uspokajam i nie mam ochoty dymić. Spróbuj tego, bajer.” „Tak, tak, Charles. Jak mnie wypuszczą, to spróbuję wszystkiego. Nawet tego.” Teraz to już miałem strasznie w dupie tego całego Bukowskiego. Nudził mnie. Jak wszystko.
Wiem, wiem. To moja wina. Moja wina. Moja bardzo wielka wina. Biję się w pierś. Bukowski jest zajebisty, dlatego pojawia się w tej historii. Jednak zrobiło mi się niewymownie głupio, gdy po powrocie do celi zacząłem przeglądać książki, które przyniosła mi matka. Nie mogłem prosić o zbyt wiele, gdyż paczka była ograniczona wagowo. Zamówiłem więc tylko kilka, a wśród nich książki Bukowskiego. Myślałem, że matka nie czyta książek.
Dotąd znajdowałem u niej wyłącznie harlequiny. Raczej nic sensownego nie czytała. Dawno temu mieliśmy w rodzinnej biblioteczce jakąś książkę bydgoskiego pisarza Andrzeja Klawitera, którego córkę poznałem wiele lat później i jego samego również. Był to jakiś romans w bydgoskich realiach. Nie chciało mi się go przeczytać, ale matka na pewno to zrobiła. Pamiętam też, że kiedyś w tak zwanym barku meblościanki znalazłem powieść pornograficzną, którą łyknąłem z wypiekami w kilka godzin, bo wiedziałem, że muszę ją odłożyć, zanim matka wróci z pracy. W jednej z tych książek Charlesa, które przyniosła matka, znalazłem zakładkę założoną w trzech czwartych tekstu. Matka przeczytała zatem prawie całą powieść Bukowskiego. Wow! Zakładką był święty obrazek, taki jak rozdają księża po kolędzie.
Przedstawiał świętego Krzysztofa, patrona kierowców. Zacząłem czytać w zaznaczonym miejscu. O jasne diabli! Struchlałem. To niemożliwe. A jednak stało czarnym na białym. Bukowski pisał w czytanej przeze mnie książce napisanej tak dawno temu, że ten bajer to chyba jednak musi być jakiś chuj, bo podczas odwiedzin sprawiał wrażenie, że ma go kompletnie w dupie. Jak to możliwe? Charles, przepraszam. To tylko złudzenie.
To efekt tej pojebanej choroby. Wybacz. Naprawdę nie chciałem. Ale jedno stało się dla mnie jasne. To, o czym napisał Bukowski i gdzie skończyła czytać matka. To on sprawił, że matka nazwała mnie skurwysynem.
[03:02:59] - Proszę państwa, proszę państwa. No i właśnie dobrnęliśmy do końca dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Polecam się na przyszłość, a już na pewno polecam się na następny tydzień, na kolejny piątek. Bardzo serdecznie zapraszam. A teraz już wszystkiego dobrego, dobrej nocy, miłego weekendu i do usłyszenia.
[03:03:23] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.