[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Zadajmy sobie jedno pytanie, szanowni Państwo, bo istnieją przecież zaduszki, prawda? A ciekawe, czy istnieją przedduszki? Tego się pewnie dzisiaj nie dowiemy, ale w każdym razie zachęcamy do zostania z nami w kolejnym wydaniu AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Tradycyjny dzień dobry, wieczór państwu i tradycyjne stwierdzenie, że zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł „Nic takiego”. Autorka Katarzyna Puzyńska, a zatem postać świetnie znana przez miłośników kryminału. Wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery 6 listopada. Katarzyna Puzyńska powraca z gatunkiem, który pokochały tysiące czytelników i czytelniczek. Podobnie jak bestsellerowa seria o Lipowie, „Nic takiego” łączy w sobie elementy thrillera, klasycznego kryminału, powieści z rozbudowanym wątkiem psychologicznym, a także page-turnera, którego nie da się odłożyć przed poznaniem zakończenia. Prokurator Grzegorz Hala od pewnego czasu dostaje anonimy dotyczące bolesnego wydarzenia sprzed lat. Starał się nigdy nie mieszać życia prywatnego z zawodowym, a jednak wydaje się, że tajemnicze listy związane są ze sprawą, którą właśnie ma zacząć prowadzić. Czyżby pisał je morderca, aby wciągnąć Halę w niebezpieczną grę? W willi w Zalesiu zostaje zabity milioner Tadeusz Bacewicz.
Był śmiertelnie chory, a mimo to brutalnie go zamordowano. Szybko wychodzi na jaw, że mężczyzna planował zmienić zapisy testamentu. Tylko czy powstrzymanie go przed tym było prawdziwym motywem sprawcy? Podkomisarz Michalina Murawska wróciła do jednostki w Piasecznie. Zmusiły ją do tego kłopoty w życiu prywatnym. Ma nadzieję, że rozwiązanie sprawy śmierci Bacewicza pomoże jej w karierze. Czy jednak dopadnie mordercę, mając do pomocy nieprzewidywalną, wymykającą się wszelkim schematom podkomisarz Kaję Dalkę? I czy policjantki mogą zaufać prokuratorowi? A może Hala od początku je oszukuje i sam jest wplątany w to tajemnicze morderstwo? Rozpracowanie zagadki jest tym trudniejsze, że każdy krok policji przewiduje dziennikarka śledcza, córka Bacewicza i utrudnia dochodzenie.
Najwyraźniej ma własny plan i wie więcej, niż można by się spodziewać, choćby na temat niezbyt jasnej przeszłości Murawskiej. To była, proszę państwa, polecanka książki Katarzyny Puzyńskiej „Nic takiego”. Przypomnę: wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery 6 listopada. Kolejna polecanka nosi tytuł „Ołów. Paradoks cnót”. Tu mamy dwóch autorów P.K. Farion i Mateusz Gostyński. Wydawnictwo Rewizja. Data premiery 4 listopada. Artur Konop dostaje kolejny cios od życia, który niemal go nokautuje i silnego mężczyznę zamienia w bezbronne dziecko.
Nocne spotkanie na dachu hotelu zmienia wszystko. Maja Nowicka, ponownie pozostawiona sama sobie, próbuje dowiedzieć się czegoś o strzelaninie i przypadkiem odkrywa kolejne kłamstwo swojego partnera. Wszystko zaczyna się układać w całość. Podejrzenia o każdą ze zbrodni znów krążą wokół jednej osoby, stawiając jej intencje i zachowanie pod wielkim znakiem zapytania. Zdrada jest wręcz namacalna, a niebezpieczeństwo wybija poza skalę. Zwłaszcza w starciu dwóch kobiet, kiedy jedna z nich, z tej, o którą walczą, staje się tą, która ma walczyć. Nieoczekiwane spotkania i zwroty akcji powodują przyspieszenie bicia serca i rzucają zupełnie inne światło na dotychczasowe ustalenia wciąż prowadzonego wielowątkowego śledztwa. To jest ten moment, w którym Nowicka i Konop muszą ślepo sobie zaufać i wzajemnie się prowadzić drogą nieustannie przecinaną pociskami, które symbolizują śmierć, życie, zdradę, wierność, miłość i lojalność. Ale co złego może się stać, skoro osłaniają siebie nawzajem? „Ołów” jest rozwinięciem serii „Paradoks cnót”, historii kryminalnej o zabarwieniu erotycznym, osadzonej w realiach polskiej gangsterki.
Duet Farion i Gostyńskiego jest właśnie tym, czego czytelnicy szukają w literaturze. Połączenie żeńskiej łagodności z męską dosadnością Pozwala na głębsze odczytywanie emocji i zmusza do analizowania rzeczywistości. Autorzy zaznaczają, że w książce nie chodzi wyłącznie o lekką fabułę, lecz także o głębsze przesłanie wyrażone poprzez obnażenie ludzkich uczuć i pragnień. Przypomnę, książka nosi tytuł „Ołów. Paradoks cnót”, autorzy P.K. Farion i Mateusz Gostyński, wydawnictwo Rewizja. Data premiery 4 listopada 2025 roku. No i czas na trzecią polecankę. Nosi tytuł „Zasada Dixon”. Autorką jest Elle Kennedy.
Wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery 4 listopada. Tego lata Diana Dixon ma ręce pełne roboty. Przygotowania do turnieju tańca, dwa etaty i były chłopak, który nie rozumie, że między nimi już naprawdę koniec. Mimo to zawsze znajdzie chwilę, żeby posłać do diabła swojego nowego sąsiada. Shane właśnie wprowadził się do tego samego bloku i najwyraźniej zamierza zaliczyć całą drużynę cheerleaderek, której Diana jest kapitanką. Owszem, jest wysoki, przystojny i gra w hokeja, ale wkroczył na jej teren, a to oznacza jedno: trzeba ustalić zasady. Po pierwsze żadnych imprez. Po drugie zero flirtu z jej koleżankami. Po trzecie i najważniejsze trzymać się z daleka od niej.
Problem w tym, że Shane ma już dosyć bycia w trybie rozstaniowej terapii po zakończeniu długoletniego związku. Kiedy jego była znów pojawia się na horyzoncie, Shane postanawia udawać, że ma nową dziewczynę. A kto lepiej nada się do tej roli niż jego zadziorna sąsiadka? Diana nie zamierza łamać własnych zasad, ale fikcyjny związek to idealna karta przetargowa w wojnie z upartym ex. Wkrótce robi się gorąco, intensywnie i zdecydowanie zbyt prawdziwie. „Zasada Dixon” to drugi tom pełnej namiętności i humoru serii Campus Diaries autorstwa bestsellerowej pisarki New York Timesa Elle Kennedy. Osadzony w tym samym świecie co „Off-Campus” i „ Dare You”. No cóż, proszę państwa, to była polecanka książki „Zasada Dixon” Elle Kennedy, wydawnictwo Zysk i Spółka, a data premiery 4 listopada. No cóż, proszę państwa, nie będzie trudno zgadnąć, że teraz zaczynamy korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof...
Hmm. Właściwie to się należałoby zastanowić, czy to filozof, może bardziej polityk, a może filozof polityki? Taki pierwszy, dawny, ale chyba znaczący, bo do dzisiaj się go cytuje i to bardzo często. Zapraszam zatem. Korepetycje filozoficzne czas zacząć. Wyobraźcie sobie państwo Rzym, pierwszy wiek przed naszą erą. Miasto pełne dymu z domowych palenisk, pełne literatów, pełne armii marszowych i pełne polityków, którzy nie szczędzą sobie inwektyw. W tym hałasie pojawia się człowiek z miejscowości Arpinum, prowincjonalnego miasteczka. Człowiek, który postanawia, że uczyni z łaciny instrument subtelniejszy niż nóż. Nazywał się Marcus Tullius Cicero.
Był prawnikiem z dobrym nosem do retoryki i fatalnym nosem do wyborów politycznych. Przynajmniej jeśli rozpatrywać to w dłuższej perspektywie. Jego kariera? Tradycyjna jak rzymskie prawo. Kwestor, edyl, pretor, wreszcie konsul w 63 roku przed naszą erą. I to jako homo novus, czyli nowy człowiek, ktoś spoza starych rodów. Już samo to było politycznym wyczynem. W czasie tej konsulskiej sesji rozegrała się jedna z jego najsłynniejszych scen. Spacyfikował spisek Katyliny i wygłosił mowy, które do dziś szkoły retoryki traktują jak instrukcję obsługi gniewu obywatelskiego. Cicero miał talent do mówienia rzeczowo i efektownie.
Potrafił rzucić frazą, która natychmiast wchodziła do akcji publicznej. No i frazą, która została zapamiętana przez wieki. O tempora, o mores! O czasy, o obyczaje. I nagle całe forum Rzymu zaczynało się krzywić jak ktoś, kto usłyszał złe wieści. Jego prozatorska finezja ukształtowała łacinę polityczną na całe wieki. Być cycerionaninem to znaczy być elokwentnym, co samo w sobie jest komplementem. Na miarę starożytności przynajmniej. Cicero to nie tylko gladiator słowa. Pisał jak zaklinacz wę-- idei.
Pisał traktaty o retoryce, „De Oratore”, o państwie, „De Republica”. O obowiązkach De Officiis, o bogach De Natura Deorum i mnóstwo listów, które są skarbnicą wiedzy o polityce, życiu prywatnym i obyczajach epoki. Jego literacki repertuar zrobił z filozofii greckiej pojęcie łacińskie. Bez niego byłoby nam trudniej przetłumaczyć wiele pojęć etycznych i politycznych na język Zachodu. Filozoficznie był mieszanką składającą się z myśli neostoików, akademików i odrobiny sceptycyzmu, zależnie od nastroju i politycznej potrzeby. Nie był teoretycznym ascetą, bardziej pragmatykiem moralnym, który chciał, żeby republika działała i żeby ludzie w niej mieli podstawy do godnego życia. Jego De Officiis to praktyczny poradnik, co robić, gdy czujesz, że świat płonie. I do dziś czytany jest jako klasyczny podręcznik cnót obywatelskich. Polityka Cicera, Cycerona to mieszanka odwagi i politycznego pecha. Jako konsul zwalczył spisek Katyliny, co zapewniło mu sławę i co ważniejsze, zapewniło mu też cały legion wrogów.
Jego decyzja o skazaniu i egzekucji spiskowców bez procesu była później źródłem długiego sporu o legalność, no i o moralność takiego czynu. Za to między innymi politycznie dostał po palcach i został na jakiś czas wygnany z Rzymu. W erze wojennych liderów Cezara, Pompejusza, Marka Antoniusza, Cyceron próbował być strażnikiem republikańskich wartości. Niestety republika święciła upadek. Cyceron wspierał stronnictwo optymatów. Flirtował z Pompejuszem. Potem po pierwszej wojnie domowej wrócił do publicznej walki, szczególnie przeciw Markowi Antoniuszowi. Ku własnej zgubie. Jego Filipiki, mowy skierowane przeciw Antoniuszowi były literackim majstersztykiem, ale politycznie pchnęły go na listę proskrypcyjną drugiego triumwiratu. I tak w 43 roku przed naszą erą został zamordowany na rozkaz Antoniusza.
To uśmiercenie było straszne, ale i tragikomiczne jednocześnie. Został ścięty, a jego głowa i ręce wystawione zostały na forum jako trofeum nienawiści politycznej. Oj, brutalna to była epoka. Bardzo brutalna. Największy skarb dla historyka współczesnego? Ewidentnie listy Cycerona do przyjaciół, do żony, do kontrowersyjnych znajomych. To tam znajdziecie państwo nie tylko politykę, ale kłótnie, miłości, rozczarowania i jakieś drobne anegdoty o prymitywnych ludziach, o słabościach. Listy do Atticusa, do brata Quintusa, do Terencji to relacje z pierwszej ręki, które czynią z Cycerona nie mitycznego męża stanu, ale człowieka z charakterem, ale też z lękami i poczuciem humoru. Dlaczego Cyceron fascynuje, a czasami irytuje? No bo był człowiekiem pełnym sprzeczności.
Geniusz retoryczny, ale politycznie mało rozważny człowiek. Moralizator, a zarazem pragmatyk. Zwolennik wolności słowa, który potrafił użyć mowy, by samemu tę wolność ograniczyć. Na przykład w sprawie Katyliny. Jego styl, elokwentny, czasem patetyczny, mógł irytować tych, którzy woleli skromność filozofa nad showmanstwo mówcy. Ale trzeba Cyceronowi oddać jedno: to on stworzył podstawy, z których odczytujemy republikę i prawo. A teraz chyba przyszedł czas na małą, nieco zjadliwą puentę. Cyceron to był taki typ, który potrafił jednocześnie wygrać rozprawę, dopiec przeciwnikowi w mowie i następnego dnia napisać do niego list pełen współczucia. W polityce bywał bohaterem, ale bywał też kozłem ofiarnym. Czasami w tym samym tygodniu.
Gdyby Cyceron miał Twittera, prawdopodobnie miałby milion followersów i drugi milion wrogów, którzy z przyjemnością ustawialiby się w kolejce po jego głowę. Metaforycznie rzecz biorąc oczywiście. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne o Cyceronie. Człowieku, który może mniej zajmował się tą głęboką, głęboką filozofią, rozpatrywaniem bytu, rozpatrywaniem tajemnic tego świata. Ale pasjonowała go polityka. I filozofii polityki poświęcił się bez reszty. Cóż, proszę państwa, to idąc utartym trybem zapraszam państwa na opowiadanie autorstwa Roberta Zawadzkiego. To opowiadanie ukazywało się w ABW numer 79 z października, z 16 października 2020 roku. A więc zapraszam na opowiadanie „Ośrodek Agnus”. Autor: Robert Zawadzki.
[18:30] - Robert Zawadzki „Ośrodek Agnus”. Transkrypcja zapisu z kasety magnetofonowej. Strona A. Słychać trzaski i zgrzyty. Dyktafon działa. Możemy zaczynać. W takim razie musimy zacząć od tego, że Fundacja Agnus nigdy tak naprawdę nie istniała. Czyli niepotrzebnie przyjeżdżałem, tak? Chce mi pan powiedzieć, że to wszystko to tylko jakiś gazetowy wymysł sprzed lat? Mistyfikacja?
Spokojnie. Ależ wy młodzi jesteście narwani. Chodzi mi tylko o to, że taki twór jak Fundacja Agnus nigdy nie figurował w rejestrach. Wiem, bo sprawdzałem to później, a w zasadzie robił to dla mnie ktoś, kto w tamtych czasach zajmował się takimi sprawami od strony prawnej. O to mi chodzi. Nie było więc Fundacji Agnus jako legalnie działającej organizacji. Podejrzewam, ale to tylko moje domysły, że w ogóle nie było żadnych struktur poza ośrodkiem. Ewentualnie ludzie w jakiś sposób powiązani, ale nie żadne zarządy, rady, oddziały czy coś takiego. Ale ośrodek był. Tak.
I tak jak powiedziałeś, pracowałem tam. Długo? Wystarczająco do zamknięcia projektu i ośrodka. A jak się z panem kontaktowali? Czy to pan jakoś ich znalazł? Nie. To oni. Chyba wiedzieli, że wcześniej byłem klawiszem i to dlatego. Jakoś odnaleźli mój numer domowy i ktoś z nich zadzwonił. Spotkaliśmy się w kawiarni na Starym Mieście.
Nie przedstawił się ani nic. Wszystko mi wytłumaczył. Wszystko? To znaczy? Na czym ma polegać moja robota. A na czym miała polegać? Na pilnowaniu ośrodka. Odpowiada pan bardzo lakonicznie. To zadawaj lepsze pytania. To kiedy w takim razie zorientował się pan, że ośrodek jest czymś podejrzanym?
Już wtedy w kawiarni, kiedy tamten wyjaśniał mi moją robotę, od razu dodał, że w ośrodku przeprowadzane są badania, a cały projekt jest tajny. No pewnie nie powiedział tego w ten sposób, ale o to chodziło. A ja skojarzyłem fakt, że jakoś musieli dostać moje dane i zaświtało mi, że to musi być jakiś rządowy projekt. I był? Nie. Nie wiem. Tak jak mówiłem, ta fundacja naprawdę nigdy nie istniała. Można pomyśleć, że ktoś z góry chciał to zatuszować, ale wydaje mi się, że to nie tak. To wszystko poszło od dołu. Ktoś wpadł na pomysł, ale że nie mógł tego robić oficjalnie, to zaszył się głęboko w górach.
No i potrafił zadbać o bezpieczeństwo. W jaki sposób? Tam nie było zasięgu po pierwsze, a po drugie zabrano nam komórki jeszcze przed przyjazdem. No i nikt nie powiedział nam, gdzie będziemy pracować. Po prostu przyjechali po nas wszystkich i zawieźli tam. Tam, czyli gdzie? Kurwa, czuję się jak na przesłuchaniu. Nie wiem gdzie. Gdzieś w górach Bieszczadach chyba. Tak mi się wydaje.
Jechaliśmy w nocy, a ja byłem zmęczony. Później wszystko było kontrolowane i nikt z nas nie urządzał sobie wycieczek po okolicy, ale wiadomo było, że nigdzie w okolicy nie ma żadnego miasta ani niczego w zasadzie, tylko las. A sam ośrodek jak wyglądał? To nie był żaden szpital ani nic z tych rzeczy. Wydaje mi się, że kiedyś to mógł być jakiś hotel czy ośrodek wczasowy, chociaż nie wiem, jak funkcjonował na takim odludziu. Ja bym tam urlopu nie chciał spędzać. W każdym razie wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie i było dobrze utrzymane. Przypominało mi trochę szkołę. Duże pomieszczenia, wszystkie pomalowane na niebiesko, biało, szaro. Stołówka, świetlica.
A jak wyglądał pana dzień pracy? Różnie, zależnie od ich zajęć i mojej zmiany. Kiedy robili coś na powietrzu... No właśnie. Nie powiedziałem o boisku. Było też boisko. No więc kiedy robili coś na powietrzu, to my, znaczy się ochrona czy jak tam zwał, wychodziliśmy z nimi. Tak to dwóch z nas siedziało w stróżówce, dwóch przy kamerach. I tak cały dzień. Na jedzenie wychodził jeden, a potem się podmienialiśmy.
Na noc przychodziła inna zmiana, a po tygodniu zmienialiśmy się i to my robiliśmy nocki. I tak cały czas. Czyli ilu w sumie było strażników? Ośmiu? Tak, coś tam się zmieniało czasem. Ktoś odchodził, ktoś dochodził, ale normalnie było ośmiu. Przyjaźniliście się? Różnie. Lubiłem, mogę powiedzieć, bo on już nie żyje, Marcina. Dogadaliśmy się, bo on był z moich terenów i razem robiliśmy w pudle, ale tam tylko sobie cześć mówiliśmy, bo byliśmy z innych zmian.
Ale tutaj się dogadaliśmy od razu. On mnie poznał i tak się potem dogadaliśmy, żeby większość zmian robić razem. Na co dzień było spokojnie? Jasne. Robota marzeń. Siedzisz i nic nie robisz. Grasz w karty czy co tam chcesz. My dwaj lubiliśmy pokera. Potem nauczyliśmy jeszcze paru i jak druga zmiana przychodziła nas zastąpić, to szliśmy do świetlicy grać na papierosy albo drobne. Raz tak wyszło, że reszta szybko odpadła, ale my dwaj szliśmy równo.
I tak kawa za kawą, rozdanie za rozdaniem, aż do rana, kiedy reszta naszej zmiany powiedziała nam, że już nasza kolej. Cały tydzień potem przesypialiśmy przy kamerach. Ale coś w końcu zwróciło pana uwagę, prawda? Zaniepokoiło, zdziwiło. Już na początku coś mi nie pasowało. Mówili nam, że wszystko jest tajne. Nie mogliśmy się z nikim kontaktować. Zakupy zamawialiśmy, spisywaliśmy na kartkach i dostawaliśmy następnego dnia. Szło się do tego przyzwyczaić. Zwłaszcza, że tak jak mówiłem, sama praca to była bajka, ale dzieciaki traktowali zupełnie inaczej i to właśnie nie grało.
Mówili im, że to obóz rehabilitacyjny i one chyba wierzyły. W sumie miały tam trochę sportu. To mogło przejść, bo one nie były zbyt bystre. Tak mi się wydawało. Może nie opóźnione, ale też nie całkiem normalne. Kojarzyły mi się z autystykami. W rodzinie mieliśmy jednego i właśnie tak się zachowywał jak one. W każdym razie dzieciaki myślały, że są na obozie. Ich rodzice pewnie też, a tamci robili z nimi coś zupełnie innego. Ma pan na myśli eksperymenty?
Nie. To znaczy nie tak jak na filmach na pewno. Tam nie było lekarzy ani medycznego sprzętu. Może oprócz tego, co podłączali im do snu. Ale te wszystkie ich zajęcia nie przypominały normalnej nauki czy rehabilitacji. Wyglądały trochę jak tresura. Tresura? Tak. Tak jak z psami na przykład. Chociaż też nie do końca.
Oni nie zajmowali się nimi nigdy pojedynczo, tylko zawsze całą grupą. Wszystko mieli robić razem, w tym samym czasie. Im, to znaczy personelowi, bardzo na tym zależało. Wszystko było pod to dostosowane. Jedzenie wszyscy dostawali w jednym czasie, nie po kolei, tylko dosłownie wszyscy naraz. Na boisku nigdy nie grali normalnie w piłkę, tylko wszyscy mieli to samo zadanie. Albo biegli, albo rzucali i kopali, ale zawsze wszyscy naraz. Z tym spaniem chyba też o to chodziło. Może pan wyjaśnić? Mieli te maszyny, co pokazywały na monitorach przebieg snu.
Takie zygzaki. Przyczepiali im do głów jakieś elektrody, kable i czekali, aż zasną. To Marcin mi kiedyś powiedział, że słyszał, jak rozmawiali, o co w tym chodzi, że chcą, żeby dzieciaki śniły razem. I to właśnie sprawdzają, czy zasypiają w tym samym momencie, a potem czy razem zaczynają mieć sny i czy wygląda to tak, jakby śniły o tym samym. I? Czy te ćwiczenia dawały takie efekty, na jakie liczyli? Nie wiem, ale wydaje mi się, że przez jakiś czas tak. To wyglądało naprawdę dziwnie, bo dzieciaki potem naprawdę zaczynały robić wszystko razem i to tak równo, że aż nienaturalnie. Na przykład na stołówce wszyscy siadali w jednym momencie, zaczynali jeść i kończyli razem, a potem razem wstawali dokładnie w tym samym momencie. I to same z siebie.
A przecież nawet gdyby ktoś im mówił, kiedy mają to robić, to zawsze byłyby jakieś różnice, tak? A one robiły to same z siebie, identycznie. Na boisku było tak samo równo jak w wojsku. A inne zajęcia? Ciężko mi powiedzieć. Kamery nie były wszędzie. Mieli jeszcze coś takiego, co wyglądało jak medytacja, ale do tamtej sali nie mieliśmy wglądu. To skąd w takim razie wie pan, że to, co tam robili, wyglądało jak medytacja? Ha, masz mnie. Trochę ich podglądaliśmy na obchodach.
Chyba o nich wspominałem, co? Wydaje mi się, że niekoniecznie. No to przepisowo powinniśmy robić je co dwie godziny w dzień i co godzinę na nocnej. W dzień nawet się tego trzymaliśmy. Obchód robił zawsze jeden ze stróżówki, jeden z monitoringu. Ten pierwszy obchodził parter, drugi piętro. No i jeśli dzieciaki akurat miały jakieś zajęcia, to czasami kręciliśmy się gdzieś w pobliżu, żeby usłyszeć albo zobaczyć coś ciekawego. Do tej sali od medytacji nie było jak zajrzeć, ale za to dobrze było słychać. Jeden z opiekunów, czy jak ich tam nazwać, mówił głośnym, monotonnym głosem, trochę jak w kościele, a tamci chórem za nim powtarzali. Tylko że to w kółko było to samo.
Takie monotonne, krótkie formułki. Pamięta pan coś z treści? Pamiętam. Gadaliśmy o tym długo z Marcinem. Oni tam powtarzali ciągle rzeczy o powrocie do jedności, zjednoczeniu jednej duszy wszechświata i tego typu rzeczy. Nie wiem, czy to było coś nienormalnego, ale pasowało do reszty. Rozwinie pan? Już mówiłem. Oni wszystko robili razem i chyba na tym właśnie miało to polegać. Nawet ubierali ich tak samo i strzygli zawsze na krótko, na zero prawie.
Czasami naprawdę mnie to niepokoiło. Nie tylko ich zachowanie, ale sam ten wygląd, jak z obozów podczas wojny. To Marcin tak zazwyczaj o nich mówił. I że nawet numerów im nie nadają, tylko chcą, żeby każdy był taki sam. A co z dziećmi? Pasowało im to? Nie buntowały się w żaden sposób? Na początku chyba traktowały to jako zabawę, a później, w miarę jak to wszystko się rozwijało, one już nie zachowywały się tak normalnie. Nie było tak, że spędzały jakiś wolny czas i opowiadały sobie, czy im się podoba, czy nie. Po prostu w tym czasie, kiedy nie było zajęć albo spały, albo siedziały nieruchomo, albo...
Cholera, nie wiem, czy jeszcze coś robiły. To było tak, jakby się wyłączały. Faszerowali je czymś? Cholera wie To by się nawet zgadzało, ale nikt z nas tego nie zobaczył. Mogli dawać im to w jedzeniu, ale tak wprost żadnych leków czy czegoś takiego nie dostawały. To wszy-- Nagranie się urywa. Strona B. To może zaczniemy jeszcze raz od zachowania dzieci. Powiedział pan, że czasem pana niepokoiły. Bo to nie było tak, że stały się tak zwyczajnie otępiałe.
Nadal ćwiczyły na boisku tak samo jak wcześniej. Po prostu były takie wyjałowione, pozbawione woli, indywidualności, jakby nic poza tym, co tamci im kazali, nie było warte wysiłku. Jakby nie szukały już żadnej przyjemności, radości. Myśli pan, że tak miało być? Że taki efekt chcieli uzyskać? Nie wiem, cholera, czy tak miało być. Może wyszło im to przypadkiem jako efekt uboczny, ale tak właśnie było. Skąd mam niby wiedzieć? Byłem cholernym ochroniarzem, nie dyrektorem. A jak pan myśli?
Nie myślę. Przepraszam, jeśli pana uraziłem. Chciałbym przejść teraz do okresu tuż przed zamknięciem ośrodka. Czy działo się coś nietypowego? Oczywiście wiem, że nie był pan we wszystko wtajemniczony, ale zależy mi na pana relacji. Na tym, jak te dni wyglądały z pana perspektywy. Z mojej perspektywy wyglądały jak zbliżająca się burza. Zrobiło się duszno. Nie wiem, czy chodziło o pieniądze, czy o coś poważniejszego, ale to się czuło w całym ośrodku. To, że niedobrze się dzieje.
Wszyscy zrobili się nerwowi i udzieliło się to nawet dzieciakom. Stały się one takie bardziej chaotyczne, nawet agresywne. Ochrona musiała interweniować? Nie, aż do samego końca. Nie kazali nam nawet zwiększyć czujności ani nic. Zresztą pewnie to i tak by nic nie dało. Jak w takim razie wyglądał ten koniec, o którym pan mówił? Dzieci były wtedy na zewnątrz. Ja i Marcin spaliśmy po nocce. Obudził nas dyżurujący przy kamerach.
Wrzeszczał, kazał się ubierać. Nie wiedzieliśmy zupełnie, o co chodzi, ale ubraliśmy się szybko i wybiegliśmy za nim. Dzieciaków nie było na boisku, opiekunów też, ale tamten widział na kamerach, w którą stronę poszli. Dzieci próbowały uciec? Nie, cholera, nie. Znaleźliśmy je nad urwiskiem. Wszystkie. Obok biegali opiekunowie. Wrzeszczeli na nie. Ktoś darł się do telefonu.
Chaos. Burza. A one stały równo, jedno przy drugim, trzymając się za ręce, tyłem do przepaści. Miały zamknięte oczy, ale cały czas coś mówiły. Recytowały. Pamięta pan? Tak, kurwa, pamiętam. To było to samo co wtedy na tych zajęciach. Jedność w wielości. Jedna dusza świata.
Powrót do zjednoczenia. Pieprzone bzdury. Czuje się pan winny? Czuję się wkurwiony, bo wiem, że nikt z tym nic nie zrobił. Nikt nic nie znalazł, nikogo nie zamknął, nie znaleziono żadnych ciał. A przecież coś musiało zostać. Widziałem, jak spadają. Widziałem roztrzaskane ciała, skrawki ubrań na drzewach. W ośrodku też nie znaleziono nic. Żadnych śladów użytkowania, żadnego sprzętu.
Fundacja Agnus nie istnieje. Przerabiałem to już po tamtym artykule. Teraz, nawet jeśli gdzieś to opublikujesz, nikt się tym nie zainteresuje. Zerkną do akt sprzed kilkunastu lat, zobaczą raporty i będą pewni, że to wszystko bzdury, wymysły. I ty też tak myślisz. Ale pewnie chciałeś zabłysnąć mroczną historią w jakimś szmatławcu. To nie tak, proszę pana, ja-- No już! O co chodzi? Mógłby pan na to spojrzeć? Co to?
Zdjęcia stamtąd. Zrobiono je w tym miesiącu. I dlaczego mi je pokazujesz? Są na nich dzieci. Trzaski i szumy do końca nagrania.
[35:01] - No to proszę państwa, teraz czas na świcior filmowy. Zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „13 dni do wakacji”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[35:24] - Dzień dobry wieczór, wszystkich witam.
[35:26] - A dzisiaj przed nami wspaniała polska produkcja o charakterze takim dreszczykowym. No dzieje się na ekranie. No widzicie państwo, tak to się zrobiło, że wyciągają filmowcy polscy wnioski po nieudanym filmie „W lesie dziś nie zaśnie nikt” i po jego jeszcze okropniejszej kontynuacji zebrały się gremia różnego rodzaju, czyli gremia scenarzystów, reżyserów i zaczęły radzić, co zrobić, żeby polskie filmy ocierające się o horror, dreszczowiec i tym podobne stały się wreszcie lepsze. No i góra urodziła mysz. Powiedziałby ktoś złośliwy, ale powstał wspaniały film "13 dni do wakacji". I tak mógłbym jeszcze, proszę państwa, długo mówić, wkręcając państwa ewidentnie, bo cały ten początek służył temu, żeby gdzieś na końcu powiedzieć, że żadnych wniosków polskie kino nie wyciąga z tego, że robi filmy... Nie wiem. Chciałem zastąpić słowo "okropne" jakimś innym, ale nic nie przychodzi mi do głowy. To jest, proszę państwa, film, który ma ambicje. Owszem, on próbuje psychologizować, próbuje różnych zabiegów i to jest, proszę państwa, tak jakby krew w piach.
Po prostu krew w piach. Bo próbuje, ma jakieś tam ambitne pomysły — w zamierzeniu ambitne, od razu się umówmy, bo w wykonaniu to już gorzej. No i co? Dostajemy filmidło, które można obejrzeć, ale powiem tak: chyba będziecie państwo żałowali.
[37:19] - Ja tutaj tak słucham i myślę, co to mu Markowi się 1 listopada pomylił z 1 kwietnia. Nagrywamy to oczywiście kilka dni przed Świętem Zmarłych, a tutaj widzę, że już wytłumaczyłeś, że to wszystko był żart. W dzisiejszym odcinku opowiemy o najnowszym — i tutaj pytajnik — polskim horrorze, kolejnym dziele Bartosza Kowalskiego, autora, ja to myślę, że nie zrobię błędu, jak to powiem, pseudohorrorów dla młodzieży, takich jak rzeczone "W lesie dziś nie zaśnie nikt", który był po prostu filmem totalnie głupim. W Filmotekarium omawialiśmy też inne jego dzieło, "Ciszę nocną", zaś w październiku tego roku na jedną z platform trafił film "13 dni do wakacji". Horror w typie home invasion, gdzie reżyser znowu daje zaskakujący pokaz tego, że nie wie, do czego się zabiera. Powiem ci, Marku, że dawno nie widziałem tak marnego i nawet po prostu głupiego filmu polskiego. Za to samo oberwało się już Kowalskiemu kiedyś, kiedy opowiadaliśmy o "Ciszy nocnej". Czyli okazuje się, że pomiędzy kadrami i pomiędzy ujęciami z tej historii wszystko ulatuje. Sens, jakakolwiek kanwa. Mamy film dla samego filmu.
Coś, co istnieje, bo jest. Coś, co nie ma sensu. Sprawę w "Ciszy nocnej" uratowali utalentowani aktorzy starszego pokolenia. W przypadku "13 dni do wakacji" zaryzykowałbym stwierdzenie, że też aktorzy ratują, chociaż są to aktorzy młodego pokolenia. Choć nie da się ukryć, że niekiedy w ich usta wkładane są dialogi będące na poziomie paradokumentów Okiła Khamidova. Nie mają oni się okazji wykazać, natomiast widzimy pewien potencjał. To jest plus. Cała reszta to niestety moim zdaniem minusy, bo pod względem opowieści mamy w tym przypadku do czynienia z czystym absurdem. Ten film porównałbym do kultowego "The Room", tylko zrobionego za większe pieniądze. Ale również musimy dodać, że pod koniec, przynajmniej ja mam takie wrażenie, Kowalski w ogóle już nie zachowuje żadnych pozorów.
Nie stara się nam połączyć kropek, chce tylko ten film skończyć. Historia jest krwawa, historia jest dramatyczna. Problem w tym, że jest nielogiczna i że to wszystko jest sen zdeprawowanego gimnazjalisty. I w sumie chyba się nie pomylę, że tak powiem. I tyle. Powiem ci, że byłem zniesmaczony tym, co zobaczyłem. Szczególnie dlatego, że to trafia do społeczności międzynarodowej. I pytanie: dlaczego to trafia? To jest po prostu obrazoburcze. Pan Bartosz Kowalski nie ma pojęcia, czym jest horror, czym są slashery.
Wszystkie historie, które on kręci, rozgrywają się w jego głowie i on je rozumie. Natomiast gorzej jest z odbiorcami. Oni po prostu nie wiedzą, o co chodzi. Czyli mamy do czynienia z artystą tak ogromnym, że on chyba wierzy w to, iż telepatycznie widzowie wyczuwają jakieś jego wnioski czy zamiary. No niestety nie. Nie da się z tego filmu ułożyć nic sensownego, chociaż on jest zaskakująco prosty.
[41:06] - Oj, westchnę sobie, bo moim zdaniem trzeba jeszcze powiedzieć, że reżyserem jest Bartosz Kowalski i współscenarzystą również jest Bartosz M. Kowalski. Napisał scenariusz wspólnie z Mirellą Zaradkiewicz. Dlaczego to mówię? Dlatego, że się zamierzam oczywiście przypierdzielić do tego, co zostało nam pokazane. Otóż, proszę państwa, jeśli widzicie albo czytacie, w zależności od formy, w jakiej pochłaniacie historię na ekranie albo w książce, historię, która pod koniec mówi wam, że to wszystko było inaczej, że to po prostu wydawało wam się, to jest przyznanie się scenarzysty albo pisarza do tego, że nie wiedział, jak ten film, jak tę książkę skończyć. Piotr o tym powiedział. I to jest dla mnie typowy ślad tego, że tak się namieszało, tak się nabzdurzyło, że trzeba to było wytłumaczyć taką, wiecie państwo, oniryczną sytuacją. Rozumiem intencje, ale w dalszym ciągu dostrzegam słabość, bo to jest słabość, proszę państwa, kiedy nam się serwuje historię, a później się mówi: "A, żartowałem, to nie tak było". To jest coś niesamowitego.
Poza tym to, co, Piotrze, mówiłeś, nagle mamy jakieś takie slasherowe nawiązania, ale te slasherowe nawiązania, ja nie wiem, czy kogoś są w stanie przestraszyć. Ani razu nie odczułem takiego, wiecie państwo, "łuh". Łał, ale się zrobiło! A tam są sceny, które potencjalnie mogłyby tak zostać sfilmowane, tak zostać pokazane, ale nie zostały. Ja nie wiem, czy to jest kwestia tego, że reżyser ma inny ogląd albo pogląd na to, jak należy tego rodzaju filmy robić, czy też jest to skutek reżyserskiej nieudolności. Nie rozstrzygam tego, po prostu nie wiem. Ale dostajemy, proszę państwa, obraz, który na początku wydawał mi się interesujący. Biję się w pierś, przyznaję do grzechu i więcej czynić tak nie będę. Natomiast na początku wydawało mi się, że coś może z tego być, że to może pożeglować w kierunku, który sprawi, że pod koniec filmu powiem sobie: „Wow, ale było”. Bo tam potencjał był.
Był i się zmył, że tak sobie powiem brutalnie, bo wraz z postępem historii ona zaczyna się rozjeżdżać. Oczywiście końcówka wyjaśnia wszystko. Ona się może rozjeżdżać, może być nielogiczna, głupawa, może być taka, śmaka i owaka. I już. Ja powiem w ten sposób: mamy tam do czynienia z domem, który zamknął biedaków wewnątrz i tam wewnątrz grasuje coś złego albo ktoś, kto jest zły i ich po kolei, jak to w tym gatunku, eliminuje. No i trzeba się bronić. Schematu takich filmów powstało sporo. Każdy z państwa jest w stanie wymienić przynajmniej kilka tytułów i okej, to jeszcze nie jest zarzut. To, że powielamy jakiś schemat, wcale nie musi być oznaką tego, że jest źle. Ale sposób, w jaki to robimy, już jest oznaką tego, czy potrafimy, czy też nie potrafimy.
I moim zdaniem nie potrafimy. Może ja się przypierdzielam, ale niech już będzie, że ja jestem ten zły. Mówiłeś, Piotrze, o aktorach. Ja myślę, że aktorzy to aktorzy. Oni mają odgrywać role, ale dano im arcytrudne zadanie, bo musieli odgrywać postacie, które są mało angażujące. Ja rozumiem, tam jest próba zarysowania psychologii złego młodzieńca, który bawi się uczuciem dziewczyn i musi ponieść zasłużoną karę. W ogóle ci wszyscy młodzi ludzie muszą być źli. I gdybym był, chociaż właściwie jestem, starym zgredem, to bym powiedział: „I dobrze im się stało. Ci młodzi tacy są straszni i musieli ponieść karę, bo nie mieli żadnej refleksji nad tym, jak żyją i ktoś im musiał to uświadomić przed śmiercią”. Ale tak nie powiem, bo motywacje w tym filmie, motywacje młodszego brata, że się tak wyrażę...
Naprawdę? Czy scena z początku filmu, gdzie brat nie lubi starszej siostry albo się z nią totalnie nie zgadza, to jest naprawdę dobra podstawa do tego, żeby później opowiedzieć tę historię, którą opowiada film? Moim zdaniem niekoniecznie, a w każdym razie gdzieś poruszamy się po cienkiej linii wiary i niewiary. U mnie przeważyła ta niewiara. Ja w tę historię po prostu nie wierzę. Ona mi się wydaje totalnie absurdalna. Kompletnie absurdalna. Chociaż tam są próby jakiegoś racjonalizowania. Później jest przebitka z kolegą ze szkoły. Właśnie, główny bohater jest gnębiony również w szkole, ale to jest cichy wojownik.
W dodatku cichy wojownik ze swoim kumplem. I on pokaże światu, jak to wszystko powinno wyglądać. I to, że jest gnojony w szkole i obchodzą się z nim niespecjalnie delikatnie, nic nie znaczy. On ze światem również obchodził się delikatnie nie będzie. Jak ja to mówię, czy państwo nie mają wrażenia, że opowiadam szalenie banalną historię?
[47:35] - Pewnie tak, ale warto dodać tu jeszcze kilka wątków. Mamy rodzeństwo, które mieszka w domu, ale to nie jest zwykły dom. To jest willa w Konstancinie. W tej willi mieszka ojciec z nimi, ale matka odeszła. To też jest ważne. Ale zabawne jest w tym wszystkim to, że my w sumie nie dowiadujemy się, dlaczego odeszła, kim była, co się stało. Czyli jeden z najważniejszych wątków pozostaje nierozwikłany. W sumie jest tylko powiedziane: była matka i tyle. To jest charakterystyczne dla tego filmu. Mamy wrzuconych wiele wątków, wiele postaci, które są nieznaczące, ale Bartosz Kowalski nam wmawia, że to jest bardzo ważne.
„Musicie mi uwierzyć. Jestem tak potężnym artystą, że ja wiem, o co chodzi, ale że wy nie wiecie, to inna sprawa”. Ciekawe jest to, że ojca widzimy tylko z tyłu. Wciela się w niego Cezary Pazura. Złośliwi mówią, że film jest tak zły, że Pazura nie chciał pokazać pazura, znaczy się twarzy. On wyjeżdża szybko na samym początku filmu, córka sobie zaprasza znajomych. Przedtem, jak Marek mówi, kłóci się z bratem, który, i to jest ważne, był znalazcą ciała zamordowanego bezdomnego. Dowiadujemy się, że jakiś seryjny grasuje, że to woźny ze szkoły tego młodzieńca, ten chłopak W sumie to on jest chyba głównym bohaterem filmu. To taki smętny motyl, Marku. On jest taki książę, taki ser pleśniowy, taki w ogóle człowiek bez wyrazu.
Żyje, bo żyje. Oczywiście on ma zadatki na psychopatę, ale jest totalnie bezpłciowy w tym wszystkim. On sobie siedzi na pięterku, jego siostra imprezuje ze znajomymi i nagle się zjawia niespodziewany gość. Tym niespodziewanym gościem jest pewna dziewczyna, która też ma być prawdopodobnie jakimś ważnym elementem w całej układance. Okazuje się, że w sumie nie jest. Potem, jak to bywa w filmach tego rodzaju, bohaterów ubywa w różnych okolicznościach i te okoliczności, Marku, są dla mnie problemem, bo ten film jest momentami bardzo nierealistyczny. Cała akcja się dzieje w zamkniętym domu i on wcale nie jest tak duży, bo my go mamy pokazanego z zewnątrz i od wewnątrz. Nie jest tak duży, nie jest tak wielki, żeby nie było słychać krzyków czy strzałów. Niemniej mamy momentami takie wrażenie, że oni w tym domu się gubią, że nie wiedzą gdzie są, są w jakimś labiryncie. Druga sprawa, w pewnym momencie oczywiście nie wiemy kto poluje i po co poluje.
Wprowadza się postaci tego wspomnianego szalonego woźnego i porzuconej dziewczyny, ale w sumie one nic nie znaczą na sam koniec. Może za dużo zdradziłem teraz, ale ten film jest tak beznadziejny, że chyba nic się nie stanie, jak go nie obejrzycie. Kowalski nas wprowadza w błąd, ale robi to w tak banalny, w tak nieudany sposób, że trudno jest pogodzić się z tym, kiedy ten film się kończy. To znaczy nagle w czasie oglądania mamy wrażenie, że ci dalszoplanowi bohaterowie nagle zyskują awans. To znaczy, że oni nagle się pojawiają i to oni będą odgrywali jakieś znaczące role, znaczące wydarzenia się staną ich udziałem. Tymczasem nie. Oni są, bo mogłoby ich równie dobrze nie być. Są tak naprawdę jakimiś tam epizodycznymi postaciami, które reżyser lansuje nam na niezwykle znaczące. Na koniec się okazuje, że napastnikiem jest nieoczekiwana osoba, a potem się dzieje jeszcze coś nieoczekiwanego i w ogóle to wszystko przestaje już wtedy bawić. Powiem ci, że miałem pewien problem z uwierzeniem w realistyczność tego, co się w tym domu działo, a takie filmy typu home invasion one się jednak na realizmie powinny opierać.
Tymczasem to wszystko jest cienkie jak sik pająka. Odniosłem takie wrażenie, że coś tam się nie pokleiło, że ktoś chciał napisać scenariusz, chciał skopiować pewne wzorce z kina amerykańskiego, ale nie wyszło. Mam też takie wrażenie, że to jest kolejny film Kowalskiego, gdzie on, a to już mówiłem, sam wie, o co chodzi, ale już widz nie wie i musi się domyślać. Tylko to jest największy problem. Tylko że widz niczego nie musi. Nie musi i tak jak ja może uznać ten film za kolejny gniot tego reżysera. I ja nie wiem, czy będę chciał po raz kolejny podchodzić do filmów człowieka, który tworzy takie arcydzieła, bo mnie w tym wszystkim najbardziej nawet nie irytuje sam fakt, że sobie tam takie wypierdy Kowalski kręci, bo nikt nie zabroni nikomu tworzenia kina klasy B czy C. Problemem jest to, że mamy w Polsce tylu utalentowanych filmowców, aktorów również, scenarzystów, którzy się tłuką nie wiadomo gdzie, a nagle wpada on cały na biało na tego Netflixa, robi coś, co jest totalną parówą. Jak się czują ci, którzy mają trochę pojęcia o tym, jak się kręci filmy i o tym, jak się robi kino? Są potraktowani naprawdę bardzo źle.
Nie namawiam do bojkotu filmów Bartosza Kowalskiego, bo one są tak głupie, że one się samozaorują. Chodzi mi tylko o pewną elementarną sprawiedliwość. Jeżeli już są producenci w Polsce, którzy wkładają kasę w jakiś film, to może warto zatrudnić do tego kogoś, kto ma jakieś pojęcie, bo inaczej po raz kolejny otrzymamy dzieło na miarę "W lesie znów nie zaśnie nikt" czy jakoś tak. Och, ale mu pojechałem.
[53:45] - Pojechałeś, pojechałeś. Tylko że powiem w ten sposób: ta koleżanka, czy też ta była dziewczyna chłopaka głównej bohaterki, która jest siostrą głównego bohatera. No wiem, głupie to jest. Ona bardzo spektakularnie ginie, bardzo fajnie ginie tam. Tylko czy trzeba było kręcić ogromną, w sumie jeśli przyrównać do czasu Trwania filmu, sceny właściwie z tą dziewczyną. Oczywiście to pokazywało, jaki w gruncie rzeczy wredny jest chłopak głównej bohaterki. Oczywiście musiała być scena seksu, gdzie młody człowiek wypowiada: „Ależ ty jesteś piękna”. I idą do łóżka. Super. Po prostu byłem zafascynowany tymi scenami i tak dalej.
Proszę państwa, czuję się trochę bezradny, bo wiem, że ile bym nie opowiadał, to i tak nie opowiem mizerii tego kina. I wiem, że my się z Piotrem zachowujemy w tej chwili strasznie, ale my już, zdaje się, jesteśmy znani z tego, że się pastwimy nad filmami. Dzisiaj musimy wejść na wyższy poziom, bo pastwienie się nad filmem, który może ma jakieś mankamenty, to jest jedna aktywność, jeden rodzaj aktywności, a pastwienie się nad filmem, który ledwo mu się stykają te sceny, ledwo to się wiąże w jakąś zwartą opowieść, to jest zupełnie inny poziom. My dzisiaj musieliśmy naprawdę wspiąć się na wyżyny z jednej strony dyplomatycznego języka, z drugiej strony jednak analizy czegoś, co poddaje się analizie bardzo niechętnie albo trudno jest to poddać analizie, bo wiecie państwo, to tak jakby z każdego tekstu robić filozofię. Nie da się. Z głupoty się nie da robić filozofii. I podobnie jest tutaj. Ten film to jest film bez właściwości, bo nie angażuje. Mnie naprawdę byli obojętni ci bohaterowie i to ci pierwszoplanowi i drugoplanowi. Naprawdę.
Sposób, w jaki ginęli, w ogóle mnie nie angażował. Naprawdę, uwierzcie mi państwo. Ja wiem, może jestem znieczulony i ta śmierć na ekranie to już w ogóle mnie nie rusza, ale reżyser i scenarzyści nie dali mi szansy polubić tych bohaterów albo ich znienawidzić. To obojętne, bo ten chłopak nie lubił swojej byłej dziewczyny. Potraktował ją brutalnie, bo ona się w nim zakochała, a on w niej nie. Cóż, proszę państwa, zdarza się. Życie jest niesprawiedliwe i ogólnie, jakby to ująć, dosyć wredne. Mamy motyw psychologiczny, owszem. Oczywiście jest to fałszywy motyw psychologiczny, bo zupełnie kto inny jest tym złym w tym filmie. Ale ja mam takie wrażenie, staram się żeglować ku brzegowi już, że dostaliśmy widowisko, które nie klei się.
Piotr to ujął brutalnie i ja to ujmę delikatnie, ale w sumie chodzi nam o to samo. Ono się nie klei, ponieważ reżyser i scenarzysta zarazem oraz jego współscenarzystka udają, że wiedzą, o co chodzi. Ja nie będę udawał. Nie wiem, o co chodzi. Oczywiście cała akcja, jeśli ją prześledzić na poziomie rozumowym, mogę ją państwu opowiedzieć, czego nie zrobię, by minimum takiej niespoilerowatości zachować. Nie opowiem, ale dałbym radę to opowiedzieć. Tylko jakbym państwu opowiadał ten film, jego fabułę, to czułbym się zażenowany, że takie skoki można w ogóle wykonywać, że tego rodzaju ligi basy emocjonalno-scenariuszowe są w ogóle możliwe. Proszę państwa, scena, jak to powiedzieć, żeby nie spoilerować, w której dzieje się pewna scena w garażu, to już pod koniec filmu, to jest kompletna żenada, która w dodatku udaje pewien patos, bo tam się jakieś ognisko pali. Bez szczegółów już. Ale to jest po prostu coś nieprawdopodobnego.
I wtedy się człowiek zastanawia: „Aha, to już wiem”. Po czym następuje taki twist i nagle mówimy: „A to tak to było”. Niesamowite, naprawdę niesamowite, ale niesamowite w jak najgorszym znaczeniu tego słowa. Przychodzi mi do głowy, proszę państwa, taka postać, która w kinie, w reżyserii odgrywała sporą rolę, czyli człowiek, który nakręcił „Klątwę Doliny Węży”, nakręcił „Pilota Pirxa”, jeszcze kilka innych filmów, które są tak złe, że stały się kultowe. Ja mam wrażenie, że reżyser i scenarzysta tego filmu idzie tą samą drogą. Tak jak przyznawana jest nagroda Złotych Węży, tak się nazywa, od tej „Klątwy Doliny Węży”, tak w przyszłości całkiem jest możliwe, że będzie przyznawana nagroda pod nazwą 13 dni do wakacji. A może w lesie dziś nie zaśnie nikt? Sam nie wiem. Bo druga część tego filmu, o którym wspomniałem, wzbiła się na szczyty absurdu, więc może jednak tamten tytuł zostanie. Ale 13 dni do wakacji będzie poważnym pretendentem.
[59:45] - Ja myślę, że jednak Bartosz Kowalski nie ma podejścia do Marka Piestraka z prostego powodu, że filmy Piestraka miały sens. Natomiast filmy Kowalskiego mają sens wizualny, czyli coś, co ma być ze sobą powiązane, jest powiązane tylko gdzieś tam głęboko w jego umyśle. Ja to już powtarzam chyba z trzeci raz, ale dla widza pozostaje zagadką. Nie jest dla mnie przyjemnością, kiedy muszę się domyślać, o co chodzi reżyserowi. I tak naprawdę po raz kolejny, kiedy się dowiadujemy, że cała intryga, te wszystkie brutalne sprawy, które zaszły, były tylko mokrym snem gimnazjalisty, to już naprawdę nie bawi. To jest wyświechtane, panie Kowalski. Mógł pan coś wymyślić lepszego. Ale jest coś jeszcze, Marku, takiego bulwersującego, o czym chcę powiedzieć, bo w tym filmie mamy coś, co w polskim kinie, ale też w przestrzeni takiej popkulturowej jest bardzo widoczne. Widoczne jest w filmie „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, który jest bardzo podobny tak naprawdę pod wieloma względami do tego gniota, o którym dzisiaj mówimy. A więc w dużym skrócie: elita się bawi, a biedniejsi ludzie to patologia i lać na nich.
To jest takie myślenie jak u Wieniawy. Czyli: co tam bieda.
[01:01:01] - To stan umysłu.
[01:01:02] - Stan umysłu, tak. I tutaj jest podobnie, niestety. Czyli widzimy skromny, niedokończony dom, który tak przeraża tego smętnego motyla, głównego bohatera, że on stamtąd ucieka w dość groteskowy sposób. Ale czy on ucieka od tej biedy, czy tam, że go goni morderca, to w sumie nie wiemy. To jest absurd. Ten film jest absurdalny, ale równie absurdalne jest to, że się na takie coś pozwala, że sprowadza się całą dyskusję do tak prostych kwestii, że tutaj mamy elitę, tą w Konstancinie, która jest, bo jest i żyje pełnią życia, natomiast ta reszta nie mają na chleb, to niech ciastka jedzą, prawda? Bulwersujące to jest. To jest obrzydliwe, panie Kowalski, i musi się pan po prostu pogodzić z tym, że to, że ja będę po nim jechał, to nic nie znaczy. Natomiast to się nie nadaje do oglądania. To jest obraźliwe po prostu.
„Głupoty również o tym filmie” — pisze znany Filmwebowy krytyk, bo jak wiecie, my zaglądamy na komentarze w internecie, żeby je porównać zawsze z naszymi opiniami. Bartosz Cz., taki krytyk o nazwisku bardzo elitarnym. I po przeczytaniu kolejnego gniota, wy pierdu, że tak powiem, pana Bartosza Cz. tym razem, nie mam wątpliwości, że recenzje na Filmwebie są pisane na zamówienie. Żaden myślący człowiek po obejrzeniu „13 dni do wakacji”, w sumie nawet nie wiadomo, skąd ten tytuł się bierze, nie uzna tego filmu za normalny i nie uzna twórców za normalnych. Wiele komentujących z ludu, tego pogardzanego ludu natomiast porównuje film pana Kowalskiego do „Trudnych spraw”. Różnica między filmami Marka Piestraka, „Trudnymi sprawami” a filmami pana Kowalskiego jest taka, że one mają jakiś zarysowany kontekst i one często opowiadają jakąś historię. Ba, dziwną historię, ale jednak. U Kowalskiego mamy i tutaj zamilknę. Szczerze, zobaczcie, żebyście nie musieli oglądać filmów tego człowieka po raz kolejny.
[01:03:12] - A ja powiem na koniec tak: nie wkurzajcie państwo nastolatków, bo w pewnym momencie może wyjąć gdzieś z szafy albo spod łóżka kuszę. No i zrobić wam bardzo nieprzyjemną jesień średniowiecza. Z czego? A to się dopiero okaże. Proszę państwa, czas teraz na polecanki z pogranicza. A zatem książki, które można nabyć drogą kupna zarówno w księgarni Galerii Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej w Warszawie. To dla tych wszystkich, którzy w Warszawie mieszkają albo przez Warszawę przejeżdżają, albo w księgarni wysyłkowej Nieznanego Świata. Zapraszam państwa do obu form zakupu. A teraz czas na omówienie tytułów. Pierwszy z nich to „Mowa Zen”.
Autor Alan Watts. Wydawca Wydawnictwo Okultura. Data wydania 15 października 2025 roku. Umysł człowieka nadaje sens życiu, przyglądając się mu przez ramy. Dopiero w ramach pewnych ograniczeń potrafi coś uchwycić. Dobro i zło, sukces i porażkę. To, co ważne i to, co nieważne. Konstruując ramy wyznaczane narodzinami i śmiercią, możemy przeżyć życie, które zdaje się nam być znaczące oraz osiągnąć coś w ten sposób w ograniczonym czasie. Gorzej, gdy wyglądamy poza te ramy, ponieważ nie ma nas przed narodzinami, a po śmierci jesteśmy tylko przelotnym wspomnieniem. W naszym ludzkim społeczeństwie nadajemy porządek istnieniu i komunikujemy się za pomocą ram.
Utożsamiamy się dzięki wąskim ramom odniesień, takim jak to, że jestem człowiekiem białym, mężczyzną, dorosłym, Amerykaninem, profesorem i tak dalej. Wykraczając poza nie ku temu, co nieludzkie, starcze, biologiczne, istniejące, sprawiamy, że nasze ramy tracą na znaczeniu. Podobnie się dzieje, kiedy ich zakres radykalnie się zmniejsza i zaczynamy mówić o tkankach, komórkach, cząsteczkach, atomach, elektronach. Wtedy również wcześniej przyjęte nazwy zaczynają tracić sens. A jednak mała czy duża, każda z tych nazw mających coś identyfikować, w ostateczności odnosi się do ramy. To był fragment książki. A teraz czas na komentarz. „Mowa Zen” Alana Wattsa to pochwała nieszablonowego myślenia. Zachęca do wyglądania poza ustalone ramy rzeczywistości i obcowania z bezpośredniością życia. Watts błyskotliwie i z poczuciem humoru wywraca do góry nogami nasze wyobrażenia o świecie, dzięki czemu tracimy złudzenia, lecz otwieramy się na czary i tajemniczość istnienia.
Lektura jego tekstów pomaga nam zrozumieć, że to, co wydaje nam się oczywiste, wcale takim nie jest, a przed nami jeszcze wiele do odkrycia. Przypomnę, to była polecanka książki „Mowa Zen” Alana Wattsa, wydawnictwo Okultura, a książka na rynku od niedawna, bo od 15 października tego roku. Kolejna polecanka to tytuł „Tajemnice światła. Od tęczy do teleportacji”. Autorem jest Henryk Szydłowski, wydawnictwo Petrus. Książka pojawiła się na rynku w lutym tego roku. Czy światło to fala czy cząstka? Jak fotony mogą nie mieć masy, a jednocześnie przenosić energię? Jakim cudem mogą wirować jednocześnie w dwóch kierunkach i splątywać się na odległość? Książka o świetle, czyli o fotonach, to wyjątkowa podróż w świat zjawisk, które wykraczają poza intuicję i tradycyjne wyobrażenia.
Stanowi ona kontynuację dwóch poprzednich bajek naukowych oraz monografii autora, oferując popularnonaukowy wykład wzbogacony dialogami, które przybliżają skomplikowane zagadnienia w przystępnej formie. Poznajcie Państwo niezwykłe właściwości fotonów. Są jednocześnie falą elektromagnetyczną i cząstką, kwantem. Poruszają się z prędkością światła, której żaden obiekt materialny nie może osiągnąć. Nie istnieje dla nich czas ani przestrzeń, a jednak dostarczają informacji o wszechświecie od atomów po galaktyki. Splątanie kwantowe fotonów otwiera drogę do teleportacji kwantowej. To rewolucyjna technologia, jeśli kiedykolwiek zaistnieje. Książka w przystępny sposób prezentuje osiągnięcia naukowe XX i XXI wieku. Odkrycia, osiągnięcia, które zmieniają nasze spojrzenie na świat. Dzięki licznym kolorowym ilustracjom, urozmaiconej szacie graficznej i jasnym wyjaśnieniom nawet najbardziej złożone koncepcje stają się zrozumiałe i fascynujące.
Zanurzcie się Państwo w tajemniczy świat fotonów. Odkryjcie, jak światło kształtuje nasze rozumienie wszechświata. Przypomnę, to była polecanka książki „Tajemnice światła. Od tęczy do teleportacji”. Autor Henryk Szydłowski, wydawca wydawnictwo Petrus. Książka na rynku od lutego tego roku. I trzecia polecanka nosi tytuł „Odkrywanie obecności Boga. Niedualność pełna oddania”. Autor David Hawkins, wydawca wydawnictwo Virgo, rok wydania 2023. Ścieżka niedualności.
Poddanie się osobistej woli boskiej opatrzności lub sile wyższej jest jednym z najskuteczniejszych sposobów podążania ścieżką duchowego rozwoju. Wymaga jedynie i aż zrzeczenia się kontroli, którą chce sprawować nasze ego. Wewnętrzna droga ma charakter empiryczny, a nie intelektualny. Odbywa się poprzez nasze doświadczenia. Można się spodziewać, że ego będzie stawiać opór i wymyślać wymówki, kontrargumenty i liczne obawy, by utrzymać iluzoryczną kontrolę. Ego wzmocnione jest poprzez duchową pychę, jak również przez pragnienie osiągnięcia konkretnych wyników. Pełna oddania niedualność jest więc dla ego zrobieniem kroku wstecz i porażką, podczas gdy dla naszego duchowego rozwoju jest to zdecydowanie krok naprzód. Co zawiera ta książka? Główne tematy. Ta książka jest czymś w rodzaju mapy drogowej prawdziwego mistyka, który dzieli się swoimi doświadczeniami na duchowej ścieżce.
David Hawkins omawia w tej książce takie zagadnienia jak podstawowe zasady podążania duchową ścieżką, pułapki i przeszkody na ścieżce duchowego rozwoju, wewnętrzna ewolucja percepcji, myślenia i przekonań. W książce jej autor pogłębia wyjaśnienie prawdziwej natury stanu zwanego oświeceniem. Jest to wewnętrzna droga od jaźni do jaźni, a opisy prezentowanych stanów dedykowane są samodzielnemu oświeceniu czytelnika. Ta książka przemówi do tych, którzy oddani są duchowej rzeczywistości prawdy jako bezpośredniej ścieżce do Boga. Geneza książki. Książka ta finalizuje i dokładniej wyjaśnia prawdziwą naturę i esencję stanu zwanego oświeceniem. Jest to przede wszystkim instrukcja obsługi dla poważnych duchowych poszukiwaczy i ujawnia informacje znane jedynie tym, którzy przekroczyli ego, aby osiągnąć boskie urzeczywistnienie. Powstała w celu dostarczenia istotnych informacji niezbędnych do skutecznego podążania ścieżką prowadzącą do oświecenia wraz z praktycznymi wskazówkami i metodami wykorzystania tych informacji w osobistych, wewnętrznych stanach duchowej ewolucji poszukiwacza. To, co zostało przedstawione w tej książce, nie jest filozofią ani metafizyką, pedagogiką czy teologią, lecz kwintesencją podstawowych prawd duchowej rzeczywistości, gdy stają się one coraz bardziej zauważalne i empirycznie zrozumiałe w miarę czynienia postępów na tej ścieżce. Czego dowiesz się z tej książki?
Wskazówki doktora Davida Hawkinsa pomocne będą wszelkim duchowym poszukiwaczom. Dzięki tej książce dowiesz się między innymi, co może być twoim wewnętrznym przewodnikiem w duchowym poszukiwaniu. Co trzeba przekroczyć, żeby osiągnąć spokój? Jak zmienisz się, gdy się zaangażujesz na duchowej ścieżce? Co jest celem duchowej ścieżki i jakie są jej poszczególne etapy? Proszę państwa, to była polecanka książki „Odkrywanie obecności Boga. Niedualność pełna oddania”. Autor David Hawkins, wydawnictwo Virgo. Książka na rynku od 2023 roku. Proszę państwa, zapraszam na sentymentalnik.
Czas mamy taki halloweenowy. Są tacy, którzy kochają to święto-nie święto. Są tacy, którzy go nienawidzą. Nie opowiadając się po żadnej ze stron, namawiam wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, abyśmy się cofnęli kilkadziesiąt lat. Tak, żebyśmy się cofnęli do czasów, kiedy to wszystko wyglądało troszeczkę inaczej. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny sentymentalnik. Dzisiaj będzie poważnie, bo temat jest taki — jak powiem, że poważny, to się wszyscy zaśmieją. Jest taki dosyć refleksyjny.
Witam serdecznie uczestników, czyli Artura Wójtowicza.
[01:14:40] - Witam serdecznie.
[01:14:41] - I oczywiście Piotra Cielebiasia.
[01:14:44] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[01:14:46] - Tak. Powiedziałem, że temat refleksyjny. Temat poważny, bo związany ze Świętem Wszystkich Świętych. W PRL-u to nazywano Świętem Zmarłych, co samo w sobie jest dosyć dziwną nazwą. Ale to już pomińmy. Później do naszej tradycji dosyć niepostrzeżenie wkradła się zupełnie inna tradycja. Halloween. Trochę dzień wcześniejsza, ale jednak. Dobrze kojarzona przez bardzo młodych ludzi, bo można zawsze na wydatkach na cukierki zaoszczędzić. Porozmawiamy dzisiaj o tym, jak to było w PRL-u, w tych dniach listopadowych początku listopada.
To może na początek na rozgrzewkę niejako zapytam, czy panowie jesteście zwolennikami przejmowania tej anglosaskiej tradycji i obchodzenia Halloween? To ja się na początek wypowiem, że mnie osobiście nie przeszkadza, ale entuzjastą nie jestem. Arturze?
[01:15:57] - To znaczy ja powiem szczerze, że ja jestem nawet delikatnie bym powiedział, wrogo nastawiony do Halloween, bo kiedy mamy nasze własne rodzime Dziady, to nie potrzebujemy robić Halloween. Czegoś, co jest robione na pokaz w sposób bardziej, bym powiedział, taki komercyjny. Pewnie o tym będziemy jeszcze mówić, ale całe Święto Zmarłych czy całe Zaduszki miały bardziej wymiar jakiś taki duchowy niż komercyjny, więc do mnie po prostu Halloween kompletnie nie trafia i nawet jestem wrogo nastawiony, że na siłę. Jestem zawsze do wszystkiego wrogo nastawiony, co próbuje się na siłę nam wpychać, a uważam, że Halloween na siłę nam się wpycha i do przedszkoli i do szkół, że my mamy to akceptować tak jak wiele innych rzeczy. Więc jeżeli ktoś tobie coś na siłę wpycha, to bierz nogi szybko za pas. Po prostu.
[01:16:43] - Piotrze?
[01:16:44] - Ja mam podobne zdanie co Artur. Nie podoba mi się to. Szczerze mówiąc uważam, że to jest nieco żenujące nawet kiedy się próbuje gdzieś tam w jakichś szkołach, bo spotykałem się z czymś takim, obchodzić Halloween, bo to nie ma żadnego sensu. Ja powiem też tak: mnie się to święto generalnie podoba, jeżeli oni sobie je tam obchodzą. Bo tak: jest klimatyczne. Ja lubię te klimaty. Jest też dobrą okazją do zarobku dla wielu ludzi. Jest fajnym świętem, żeby się rozerwać. Natomiast kiedy ono jest przenoszone na realia polskie, to jest po prostu papugowanie i kalkowanie pewnych rzeczy. I to mi się nie podoba, dlatego że to jest papugowanie.
Ja byłem świadkiem czegoś takiego, kiedy miałem chyba praktyki w moim byłym liceum. Po prostu trafiłem po iluś latach jako nauczyciel na studiach. Nie nauczyciel pracujący. Na studiach byłem. Trafiłem do tego liceum i byłem przerażony, że oni obchodzą Halloween. A mówię: „Boże, wy się w łeb stuknijcie”. Kazali się dzieciom, cała szkoła się przebierała w Halloween. Rozumiecie? Dla mnie to było chore. To było może nawet nie tyle chore, co było wieśniackie.
Po prostu było wieśniackie. Zgadzam się, że mamy swoje podobne tradycje, których nie szanujemy. I na dobrą sprawę, jeżeli chodzi o charakterystykę święta, to Halloween od kolędy niewiele się różni. Natomiast nie chcę, żebym też wyszedł na jakiegoś wroga nowoczesności czy zaprzańca, ale ja uważam, że po prostu 1. listopada, 2. listopada w naszej tradycji to są zupełnie inne święta, o zupełnie innym charakterze. Po drugie, ponieważ PRL doprowadził do kolapsu związanego z wieloma tradycjami ludowymi, zapomniano wielu rzeczy. I tak naprawdę, gdyby ludzie pamiętali o niektórych tradycjach związanych z Dniem Zadusznym, to by się tym Halloween wcale tak nie podniecali, bo okazało się, że my mamy swoje. Mamy mroczniejsze rzeczy niż te durnowate dynie. Także tak to wygląda z mojej strony.
Natomiast drodzy panowie Jest też taki bardziej komercyjny wymiar. Komercyjny wymiar, tradycyjny wymiar w przypadku Polski, czyli to Święto Zmarłych. Ono jeszcze kilkanaście lat temu, kilkadziesiąt lat temu wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Do sfery humorystycznej przeszły takie podśmiechujki z kobiet, które urządzają rewię mody cmentarną. Mamy te liczne memy i żarty rysunkowe z układania zniczy na grobie. Natomiast kiedyś to wyglądało inaczej. Ja na przykład pamiętam, tak mi się wydaje, że 1 listopad miał bardziej podniosły charakter, bardziej uroczysty charakter niż dzisiaj. Dzisiaj to jest takie szybkie ogarnięcie tych cmentarzy, ciach, ciach, ciach i wszystko. Wydaje mi się, że kiedyś to było głębsze. Może dlatego, że kiedyś cmentarze były po prostu posępniejsze.
Jak ktoś miał bliskich na starym cmentarzu, to się wszystko wiązało z takim nawisem. To było mroczne, to było posępne, szare, a z drugiej strony w pewnym stopniu fascynujące. Dzisiaj ta branża pogrzebowa nieco się zmieniła. Ja nie wiem czemu, ale generalnie lubię Wszystkich Świętych. Lubię Dzień Zaduszny. Może to brzmi dziwnie, ale tak jest. Druga sprawa, że za dziecka nasłuchałem się historii, jak to zmarli mają chodzić po świecie wtedy, jak uczęszczają do kościoła, jak to można ich spotkać. Dlatego może to Halloween na mnie tak nie działa, bo ja od małego wiem, że my mamy swoje, tylko ktoś zrobił coś, że o tym zapomniano. Ale Marku, ja się tutaj rozgadałem, a tu jest jeszcze wiele rzeczy do wspomnienia. Chociażby tak błaha sprawa jak znicze.
Dzisiaj je kojarzymy z... wiadomo, z czym je kojarzymy. Natomiast jeszcze względnie niedawno one wyglądały zupełnie inaczej i muszę powiedzieć wydzielały interesujący zapach, który sprawiał, że kiedy ich się paliło setki, może nawet tysiące, to kiedy się wchodziło na taki cmentarz, to było realnie czuć.
[01:21:09] - To prawda. Piotrze, w ogóle chwała tobie za to, że wspomniałeś ten czas, kiedy odwiedzanie grobów nie odbywało się w charakterze pośpiechu, gonitwy z cmentarza na cmentarz. Tu jeszcze trzeba być tu, tu. Szybko, szybko, szybko. Rzeczywiście było to bardziej odświętne, bardziej może posępne, ale z drugiej strony poważne. To jeśli chodzi o tę warstwę duchową, tę warstwę przeżywania. Ludzie oczywiście, jak zawsze tłoczyli się w różnych miejscach. Wiązało się to z nerwami, ale jednak kiedy stawali przy grobach, było jakoś tak inaczej. Nie do końca pewno opiszę to, jaka jest różnica, ale widzę tę różnicę. To, co dzisiaj się odbywa na cmentarzach.
I nie mówię, że się źle odbywa, ale jest inne, po prostu inne. I nie sądzę, żeby w tym przypadku jakąkolwiek rolę odgrywało to, że wtedy, dawno, dawno temu byłem dzieckiem, a dzisiaj jestem już zupełnie nie dzieckiem. Nie, to chyba nie o to chodzi. Po prostu rzeczywiście zmieniły się pewne zwyczaje, rozluźniły się. Jest jakoś tak bardziej swobodnie, nawet w czasie tych odwiedzin grobów. No dobrze, to się zmieniło. Przyjmijmy to do wiadomości. Natomiast zapytałeś o takie bardzo techniczne sprawy. Rzeczywiście my dzisiaj przyzwyczajeni jesteśmy do tych szklanych zniczy, gdzie wkład się wciska i jest właściwie sprawa załatwiona. W PRL-u, w latach 70.
to nie było takie proste. Naprawdę nie było takie proste, bo ja pamiętam, że jeśli aura była niesprzyjająca, to słabo było w czasie Wszystkich Świętych, bo znicze nie były zakrywane. Bardzo często to były w ogóle świeczki na jakichś takich specjalnych konstrukcjach umieszczane zwykłe proste świeczki. Czasami były to znicze wyglądające zupełnie inaczej niż te nasze, bo to były takie jakby ceramiczne, niskie doniczki wypełnione stearyną z jednym albo z kilkoma knotami. No i to się paliło. Ale wiecie państwo, jak był duży wiatr albo deszcz, to to się paliło jakby słabiej. Czasami na grobach pojawiały się jakieś świeczki ozdobne w postaci kul. Powiem krótko, przynajmniej w moim regionie coś takiego jak znicze całkowicie zakryte były absolutnie nieznane. Ja pamiętam te odwiedziny na cmentarzach. Tam widać było pewną kreatywność ze strony ludzi, którzy wymyślali często różne ciekawe patenty, żeby te znicze, te świeczki, te lampki po prostu się paliły.
I to rzeczywiście było ciekawe. Trochę inaczej też wyglądały sprawy związane z ozdobami kwietnymi grobów. To wszystko było inaczej. Inna była, tu cudzysłów ogromny, ta moda, moda nagrobna. Dzisiaj się wszystko zmieniło. I nie mówię tego po to, żeby na przykład stwierdzić, że kiedyś było lepiej. No nie, było inaczej. Warto sobie uświadomić, że ta różnica istnieje. Powiedziałeś o zapachu i to znowu jest w punkt. Rzeczywiście ja nie jestem chemikiem, nie mam żadnego doświadczenia w tej kwestii.
Ale rzeczywiście uświadomiłeś mi, Piotrze, że cmentarze w Dniu Zadusznym, we Wszystkich Świętych pachniały inaczej. Ta stearyna, czy też to coś, czym były wypełniane znicze, pachniała inaczej. Co więcej, nawet mniej kopciła. Bez przesady. Jeśli był wieczór księżycowy, to jeśli się spojrzało nad cmentarzem, unosiła się chmura, ale mam wrażenie, że w tej chwili unosi się bardziej. Znowu może to są jakieś starcze wspomnienia albo jakieś zwidy, ale takie mam wrażenie. Poza tym dzisiejsze znicze kopcą i śmierdzą po prostu. Wtedy było jakoś inaczej. Takie są moje wspomnienia. Poza tym dla dzieciaka te wspomnienia wiążą się jeszcze z czymś.
Nie wiem, jak jest dzisiaj. Ja tego w moim regionie nie obserwuję, ale za PRL-u miejsca przed cmentarzami to nie były tylko miejsca, w których handlowano kwiatami, wiązankami, zniczami. To były też miejsca, w którym handlowano duperelami dla dzieciaków. Tam można było słodycze nabyć, nawet jakiś rodzaj zabawek. Jojo na pewno można było zdobyć takie na gumce wypełnione trocinami. Przynajmniej tu, gdzie mieszkam. Był też szereg innych zabaweczek. Korkowców nie było. To jedno, co jestem pewien. Przynajmniej u mnie nie było korkowców, ale poza tym były różne zabawki dla dzieciaków.
Nie wiem, czy to było robione świadomie, żeby dzieciaki się czymś zajęły, czy to było robione komercyjnie, bo wiadomo, że trzeba dzieciaki zabrać. Zawsze warto czymś dzieciaki zająć. To takie wspomnienie, że przed cmentarzami był rodzaj targowiska próżności, szczególnie dla dzieciaków, bo dorośli kupowali te rzeczy, które są potrzebne na groby, ale dzieciaki domagały się swojego i coś takiego funkcjonowało. Z takich wspomnień, które mam jeszcze z czasów PRL-u, to to, że rodziny spotykały się bardzo często przy tych grobach. To dzisiaj jeszcze funkcjonuje, ale już coraz rzadziej. Zacząłem zresztą swoją wypowiedź od tego. Dzisiaj odbywa się taki rodzaj tour po różnych cmentarzach, gdzie mamy swoich bliskich i bardzo często jest to takie zaliczanie. Na tym cmentarzu już byliśmy. Teraz jeszcze do wujka, do cioci, do kogoś tam jeszcze. I często nie ma tego charakteru integracyjnego owych świąt, owych dni takich pogrążonych w zadumie.
Rodzina się nie spotyka. Zresztą to różnie bywa, bo jeżeli jesteście państwo na cmentarzach, to widzicie: raz to działa, a raz nie działa.
[01:27:53] - Arturze, jak ty zapamiętałeś 1 listopada?
[01:27:57] - Ja to już chyba więcej nic nie dopowiem do tego, bo bardzo dużo powiedzieliście, ale na pewno kiedyś Święto Zmarłych czy dawniej Dzień Zaduszny wyglądał zupełnie inaczej niż współcześnie. Zarówno atmosfera była inna, jak i ten sposób cały przeżywania, bo dawniej nie było korków, nie było tłumów, nie było jarmarków aż takich przy cmentarzach. Ludzie szli pieszo, spokojnie, często w milczeniu. To, co pamiętam, to przede wszystkim zapach parafiny z tych setek świec, które były na cmentarzach. Nie robiono z tego jakiegoś takiego wydarzenia towarzyskiego jak dziś. Nie chodziło tutaj o pokazanie, kto ma jakiś większy znicz, tylko bardziej to była ta sfera duchowa tutaj, bym powiedział. Jeszcze w ogóle w pierwszej połowie XX wieku, powiem szczerze, w wielu regionach Polski tak naprawdę kultywowano w ogóle dawne obyczaje zaduszne, które miały tak na marginesie swoje korzenie pogańskie, bo zostawiano na stole chleb, wodę i sól dla tych dusz, które tej nocy miały przychodzić w gościnę. Gospodynie bardzo często nie sprzątały po kolacji, żeby te dusze mogły się posilić co nieco. Wierzono w ogóle, że w tę noc nie należy trzaskać drzwiami, nie należy głośno się śmiać. U nas takie zwyczaje były.
Nie należy wylewać wody, żeby tych duchów nie spłoszyć. Co więcej, na niektórych wsiach, nawet na rozstajach dróg zapalano światła albo świece. Po co? Po to, żeby w jakichś opuszczonych miejscach tą drogę duszom rozświetlić. Co więcej, znicze oczywiście, tak jak Marek już tu wspomniał, też były inne niż obecnie. Dziś to jest potężny marketing zniczowy. Można sobie wziąć, kupić jakie się chce. Dawniej były one szklane, często też nawet były znicze robione samodzielnie, bo robiono z puszki. Knotek był z jakiejś waty zrobiony i coś tam robiono parafinę. Często nawet znicze samemu robiono, bo najważniejsze było to takie światełko pamięci, a nie wygląd tego znicza.
Co mi utkwiło w głowie, to po powrocie z cmentarza te rodziny siadały razem przy stole. Często wspominały zmarłych. Opowiadano różne historie o przodkach, różne anegdoty, różne dawne wydarzenia. Tak na marginesie wtedy dzieci bardzo często po raz pierwszy słyszały takie rodzinne dzieje, bo albo w Święto Zmarłych, albo w Boże Narodzenie o tym najczęściej mówiono i dla wielu ludzi był to taki dzień miłości i więzi międzypokoleniowej bardziej, a nie smutku. Tak podsumowując to powiem, że Święto Zmarłych było dawniej bardziej, wydaje mi się mniej widowiskowe, a bardziej duchowe, bo to było święto ciszy, modlitwy, światła i takiej rodzinnej pamięci, a nie jakaś feeria plastikowych lampionów. Bo wspominano nie tylko śmierć, ale też wspominano to życie i więź z tymi wszystkimi, którzy po prostu od nas już odeszli.
[01:30:59] - Ja na przykład pamiętam, kiedy się odwiedzało cmentarze na wsiach takie stare, to jeszcze względnie niedawno, może dwadzieścia kilka lat temu, może trochę więcej, można się było natknąć na takie groby najstarsze, biedne, które nie miały pomników, a były wykładane na przykład jeżyną, śnieguliczką i tym, co ktoś miał. Po prostu na Wszystkich Świętych te groby wyglądały, jakby były zrobione z korali. Pamiętam takie widoki. Co jeszcze pamiętam? Takim fajnym zwyczajem, który tutaj kultywowano, było zapalanie świec na grobach osób, zwykle żołnierzy Września albo żołnierzy z powstań. Zawsze to u mnie z babcią był stały punkt, żeby tych żołnierzy odwiedzić na jednym z cmentarzy. Rzeczywiście to było inne. Ja mam wrażenie, że teraz to święto jest takie szybkie, że ono przechodzi, nawet człowiek nie zauważa, że się idzie na ten cmentarz i koniec. A przedtem ja osobiście wyczuwałem bardziej świąteczny charakter tego wszystkiego. Plus te wszystkie opowieści, że na przykład kościoła się nie zamyka i różne inne sprawy.
Naprawdę lubiłem kiedyś, chyba bardziej niż teraz, to święto. Ja chciałbym jeszcze dodać w miarę ciekawostki, bo w folklorze słowiańskim, takim pierwotnym, Święto Zmarłych występowało cztery razy do roku. Natomiast z biegiem czasu przeniosło się. Przeniosła się jedna część na listopad, czyli te Dziady Jesienne. Natomiast trzeba pamiętać, że w wielu rejonach Polski, na przykład u mnie, ale też w wielu rejonach prawosławnych – w prawosławiu to jest w ogóle święto – zachowała się tradycja odwiedzania grobów na Wielkanoc. Mycia tych grobów, strojenia tych grobów. De facto muszę powiedzieć, że wiele osób u nas tutaj, chociaż to nie jest region prawosławny w ogóle, w Wielkanoc musi iść na cmentarz, bo to jest echo jakiegoś przymusu z tamtych czasów.
[01:33:14] - Ja jeszcze chciałbym wspomnieć o czymś, co w moich czasach było niesłychanie ważne i co niesłychanie przeżywałem. Na wielu cmentarzach, już na pewno w Warszawie raz coś takiego widziałem, ale też tu, powiedzmy, na tych lokalnych, w takich miastach jak Bydgoszcz chociażby, pojawiały się krzyże, pojawiały się lampki przy Katyniu. To był krzyż katyński taki czy inny, czasami bardzo symboliczny, ale się pojawiały i było ich cała masa. To był taki niemy protest, ponieważ o Katyniu nie wolno było mówić w PRL-u, to było absolutnie zakazane. To było absolutne tabu. I ludzie w ten dzień w jakiś sposób pokazywali, co o tym wszystkim sądzą i że nie dadzą się oszukać. I krzyż, najczęściej krzyż z napisem Katyń tonął w powodzi światełek. Ludzie po prostu chcieli o tym pamiętać i to było po prostu widać.
[01:34:23] - Odbijamy teraz w zupełnie inną stronę, w stronę bardziej popkulturową. Porozmawialiśmy o tych elementach związanych z tradycją na Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny. Ale jest też ta druga strona, czyli to Halloween całe, które się kojarzy z tematem strachów, wiedźm, horroru. To mi się akurat podoba. To jest coś, dzięki czemu istnieje na przykład format „Filmotekarium”. Ale Arturze, czy horror, czy wiedźmy, strachy to był popularny wątek w popkulturze PRL-u? Bo patrząc po liczbie polskich horrorów, to chyba raczej nie. Horrory w Polsce powstawały i te telewizyjne i potem pełnometrażowe nawet, ale zazwyczaj to były bardziej filmy grozy, jak kiedyś mówiliśmy z Markiem, omawiając taki czy inny film, aniżeli takie pełnokrwiste horrory w zachodnim rozumieniu. Czy po prostu nie był to popularny temat, bo nie był? Czy raczej był to temat zakazany albo zbyt mocno kojarzący się z Zachodem, albo po prostu niezbyt dobrze widziany również z perspektywy osób wierzących?
[01:35:39] - To prawda, że horror był takim gatunkiem niemal nieobecnym i częściowo, bym powiedział, też podejrzanym ideologicznie w czasach PRL-u, bo władze PRL-u patrzyły na horror i na tematykę grozy z taką dużą rezerwą. Dlaczego? Dlatego, że kojarzono to, po pierwsze, z jakąś dekadencką kulturą Zachodu albo dodatkowo z jakimiś religijnymi przesądami, bo jakieś tam duchy, jakieś tam opętanie, jakieś piekło, jakieś demony. Jak ktoś nie wierzył, to nie wierzył. Trudno, żeby ten, nie? A też patrzono z takim indywidualnym lękiem i taką irracjonalnością, która kłóciły się z tą materialistyczno-naukową, bym powiedział, wizją człowieka, którą propagował swego czasu marksizm. Oficjalna kultura miała być, bym powiedział, rozumna i optymistyczna i pokazywać człowieka, który opanował tą naturę i przesądy. Dlatego też horror, mistycyzm czy nawet ezoteryka były takimi tematami, bym powiedział, niemile widzianymi, zwłaszcza w telewizji i w filmie. Oczywiście pewne elementy grozy pojawiały się. One były raczej, bym powiedział, przefiltrowane przez legendę, przez fantastykę czy przez ludowość.
Na przykład w 1970 roku pojawił się film Janusza Majewskiego „Lokis”. To była taka gotycka historia o człowieku-niedźwiedziu, stylizowana troszeczkę na taki europejski horror romantyczny. Czy mamy z 1983 roku film Marka Piestraka „Wilczyca” o duchu szlachcianki, który wraca po śmierci. To jest troszeczkę utrzymane w konwencji horroru, ale bardziej bym powiedział takiego polskiego historyczno-obyczajowego horroru. W 1985 roku mamy "Medium" Jacka Koprowicza. Taki thriller parapsychologiczny z wątkiem o reinkarnacji. Oczywiście mamy też różne inne filmy Kawalerowicza, jak "Matka Joanna od Aniołów" z 1961 czy z 1959 "Pociąg" Hasa, które nie były horrorami sensu stricto, ale miały bardziej mroczny, niepokojący klimat. Ale klasycznego horroru z potworami, z krwią, z demonami praktycznie nie produkowano. Co ciekawe, wątek strachów przeniósł się raczej do kultury dziecięcej. Tam, gdzie nie budził podejrzeń, bo w serialach i książkach dla młodych odbiorców pojawiały się duchy na wesoło.
Na przykład duchy na wesoło istniały w "Pono sam kodzi gu i templariuszach" czy w "Przygodach profesora Gąbki", czy "Porwaniu Baltazara Gąbki", czy też w pełnej ironii "Akademii pana Kleksa". Tam też były różne postacie czarownic, alchemików, ale to była bardziej groza baśniowa z morałem, a nie prawdziwy horror. Tak naprawdę w czasach PRL-u, jeszcze tylko dokończę, że o Halloween nikt nie słyszał, bo to nie funkcjonowało w polskiej kulturze i zamiast tego mieliśmy wspomniane już Zaduszki czy Wszystkich Świętych. I to było obchodzone na poważnie dopiero po 1989 roku, kiedy otworzyły się granice kultury i kina. Horror w zachodnim stylu i samo Halloween zaczęło zyskiwać popularność. Ale szczerze, paradoksalnie wam powiem, jeśli wracamy do czasu PRL-u, to warto by było dodać, że w tamtych czasach prawdziwy horror był kompletnie gdzie indziej, bo był w cenzurze, w donosach, w inwigilacji. Więc te filmy grozy mogłyby zbyt łatwo stać się metaforą strachu społecznego. Dlatego też pewnie reżyserzy, jeśli chcieli mówić o lęku, robili to w sposób bardziej alegoryczny. Na przykład jak sobie przypomnimy film "Sanatorium pod Klepsydrą". W PRL-u nie było miejsca na taki halloweenowy klimat.
Groza była bardziej zachodnia, zbyt duchowa i zbyt niepraktyczna. Tak bym to podsumował.
[01:39:47] - Właśnie to było dziwne z jednej strony, pomimo tego, że na Zachodzie to święciło triumfy. De facto powiedzmy sobie szczerze, że horror też nie był najwyższą formą sztuki filmowej. To może też budziło wśród polskich filmowców taki trochę wstręt. Natomiast "Wilczyca", "Loki" to są jedne z moich ulubionych horrorów w ogóle na tle wszystkich. Marku, myśmy mówili wielokrotnie o tym, że ten polski horror to jest dziwna rzecz w ogóle do dzisiaj. Tak jest, że te polskie horrory to jest taki trochę biały kruk, trochę kwiatek do kożucha, bo one niby są, a niby ich nie ma. Można je wyliczyć na palcach obu rąk. Dlaczego tak jest twoim zdaniem? Dlaczego ten klimacik Halloween jakoś nie potrafił się u nas przebić do kultury popularnej? Zrozumcie nas, drodzy państwo, że to nie jest tak, że polskich horrorów nie ma, bo one są, one absolutnie są i to nawet są dość stare.
Natomiast nie przybrało to takiej formy jak w kinematografii, chociażby amerykańskiej.
[01:40:53] - Myślę, że część powodów już została podana. Po prostu to nie pasowało ideologii panującej w PRL-u. Jakżesz, jakiś świat po śmierci? Tu materializm, tu socjalizm i inne izmy, a nie jakieś wymysły odnośnie życia po życiu chociażby. Były horrory, o których mówiliśmy, które trochę były kręcone z przymrużeniem oka, trochę tak na wesoło. Może przesadzam, ale w każdym razie naprawdę z takim luzem kręcone. I to są horrory z lat 60., końcówki lat 60. Trochę się tego pojawiło. W latach 70. właściwie o polskich horrorach możemy zapomnieć i to zarówno w kinie, jak i w literaturze.
Oczywiście pojawiały się opowieści grozy sięgające czasów przedwojennych czy nawet XIX-wiecznych. Jedna z oficyn wydawniczych wydawała takie opowieści grozy z różnych krajów. Był gruby tom poświęcony opowieściom grozy rosyjskim. W tej samej serii były opowieści niemieckie, były z dalekiej Japonii. To wszystko było, ale to jakoś pachniało czymś starszym. Jednak to była literatura już trącąca jednak czymś starszym. Natomiast nic nowego w literaturze to już absolutnie. W kinach też właściwie nie. Ratunkiem była czasami telewizja, ale tego było jak na lekarstwo. Ja do dzisiaj pamiętam w latach 70., chyba w 80.
też, ale w 70. funkcjonowało kino nocne, czyli film puszczany o godzinie 23:00 się zaczynał, kończył się gdzieś przed 1:00. I pamiętam, dziecięciem będąc, puszczono jakiś amerykański telewizyjny film. Tytułu to nie pamiętam na pewno. Treść pamiętam tak pi razy oko. Banalna ta treść. Chodziło o to, że pewna para trafia do małego miasteczka w Stanach Zjednoczonych. Więc już pewna sztampa. Do małego miasteczka. I okazuje się, że całe to miasteczko opanowane jest przez pewną sektę i ta sekta robi wszystko, żeby oni nie wyjechali, bo musi ktoś być na ofiarę, którą oni jako satanistyczna sekta muszą złożyć i to właśnie byli ci turyści.
Ja do dziś to pamiętam, ponieważ to był taki rodzynek ni stąd, ni zowąd. Nie wiem, co się komuś w tej telewizji porobiło, ale nagle puszczono taki film w Kinie Nocnym. Wow, jakie to było cudowne! Chociaż dzisiaj wiem, że to był taki produkcyjniak amerykański nakręcony lewą ręką do prawego ucha albo coś takiego. To było słabe, ale było i to było ważne. Pamiętam, z jaką ekscytacją na początku lat 80., w 1981, 1982 rok Telewizja Polska puściła też w Kinie Nocnym bodajże serię Hammer House of Horror. I tam były takie opowieści króciutkie, bo to były filmiki chyba 45-minutowe. Naprawdę dzisiaj, jakby to oceniać, to takie proste historie, ale klimatyczne. Wydawało się, że klimatyczne. To były też w gruncie rzeczy opowieści bardzo proste, ale znowu były, bo tych horrorów absolutnie na lekarstwo.
I powiem tak, mam tutaj taką teorię, może nie spiskową, ale konspiracyjną na pewno. Wydaje mi się, że Halloween dlatego cieszyło się taką popularnością, że kiedy ono wchodziło, to wraz z tym świętem wchodziły do Polski horrory. Pierwszy polski horror, taki z prawdziwego zdarzenia amerykański, pojawił się na początku lat 90. To był „Manitu” Mastertona i od tego się zaczęło. I dlatego, kiedy się zaczęły te nowoczesne opowieści grozy pojawiać, one w kinie, w telewizji pojawiły się wcześniej, bo w latach 80. horrory już były na ekranach telewizorów. Pojawiało się ich trochę i to nawet tych zachodnich, ale to raczej w drugiej połowie lat 80. Ale później weszły książki i nagle zrobiło się klimatycznie. Nagle to święto zaczęło być kojarzone z czymś, co się już zna, bo czyta się horrory. Jeden, drugi, dziesiąty, jeden lepszy, drugi gorszy.
Ale jest, nareszcie jest. I filmy są. I nagle ta bańka pękła i to święto, te obchody trafiły na podatny grunt. Dlatego pewna grupa ludzi zachłysnęła się tym świętem, nawet bez oceny, czy to dobrze, czy źle. To stało się niejako mimo woli, bo po prostu zrobił się odpowiedni klimat do tego. Ja już nie mówię, że zaczęto publikować Kinga. Wcześniej zrobiła to w połowie lat 80. fantastyka i nagle było tego dużo i moim zdaniem stąd te sukcesy Halloween.
[01:46:21] - Arturze, a kiedy po raz pierwszy Halloween pojawiło się w twojej świadomości? Kiedy je po raz pierwszy świadomie odebrałeś? Czy twoim zdaniem przeszczepianie tego na polski grunt jest już nie do zatrzymania? Że po prostu za dwie, trzy dekady to nie tylko będzie moda, ale to będzie stały element naszej tradycji.
[01:46:47] - Pierwszy kontakt Polaków z Halloween to jest koniec lat 80., 90. Oczywiście istniał taki film, który nosił tytuł „Halloween” Johna Carpentera z 1978 roku, ale pierwszy, z którym ja się zetknąłem, takim horrorowatym, to przede wszystkim „Koszmar z ulicy Wiązów” z Freddy Kruegerem z 1984 roku. I te filmy dotarły do Polski dopiero po upadku cenzury, czyli po 1989 roku. Oczywiście one wcześniej funkcjonowały gdzieś w drugim obiegu, w formie kaset VHS, które sprowadzano z Zachodu. Natomiast w kinach i w telewizji to święto tak naprawdę pojawiło się symbolicznie w latach 90. razem z otwarciem na ten zachodni repertuar. Natomiast pierwsze w ogóle artykuły o Halloween w prasie datuje się mniej więcej na okres od 1992 do 1995 roku. Wtedy też pisano z taką mieszanką ciekawości, z mieszanką nieufności, często z dopiskiem, że to jest jakaś nowa moda, która przychodzi zza oceanu. To prawda jest, że dla wielu krytyków, zwłaszcza w latach 90., Halloween było symbolem takiej mcdonaldyzacji, bym powiedział, mcdonaldyzacji kultury. Takie kopiowanie Zachodu.
Święto, które sprowadzono głównie przez różne szkoły językowe, przez centra handlowe, a nie przez tradycję. Więc zamiast modlitwy i refleksji pojawiały się dynie, przebrania, cukierki. To było tak naprawdę pewne spłycenie pamięci o zmarłych. Ale z drugiej strony młodsze pokolenia potraktowały Halloween jako takie święto zabawy, wyobraźni, radości i jesieni. Tylko to jest to, co powiedziałeś na samym początku, Piotrku. To jest takie kalkowanie, takie bezmyślne, durne kalkowanie, że będziemy mieli cukiereczki w kształcie pająka albo w kształcie trupiej czaszki. I ktoś nie myśli kompletnie o tym i robi sobie kpiny ze śmierci albo z czegoś. Przynajmniej w mojej ocenie tak to jest. Polska tradycja, może bardziej słowiańska tradycja, znała te obrzędy zaduszne dużo wcześniej niż świat poznał amerykańskie Halloween. Bo mówiłem już na początku o Dziadach, kiedy był ten obrzęd przywoływania i karmienia dusz przodków.
Mickiewicz już o tym przecież pisał. Sprawiano to wszystko nocą, ogniem, jedzeniem, wspomnieniami, modlitwami. Tam był też charakter mistyczny, ale też i wspólnotowy. Więc były Dziady, byli kolędnicy, bo oczywiście kolędnicy zimową porą chodzili po wsiach. Oni też tam byli przebrani za diabła, anioła czy króla Heroda. To też było takie oswajanie społeczeństwa z grozą, bym powiedział. Po wojnie, a szczególnie w PRL-u zatarły się korzenie starych polskich obrzędów i Zaduszki stały się ściśle katolickim dniem modlitwy, a ludowe wierzenia uznane były za zabawę. Kiedy przyszło Halloween, przyjęło się na pustym miejscu dawnej tradycji, bo młodzi ludzie nieuczeni byli tej kultury ani tradycji i szukali rytuału, który pozwoli im zabawowo, ale też symbolicznie przeżyć kontakt z tym, co jest tajemnicze. Halloween nie jest złem Zachodu, ale jest odbiciem tego, co my sami kiedyś mieliśmy, tylko zapomnieliśmy. Polska, jak powiedziałem na samym początku, nie potrzebuje kopiować cudzej kultury, bo wystarczy odkryć na nowo nasze polskie, słowiańskie Dziady w wersji współczesnej, mądrej i pięknej.
[01:50:33] - Marku, to samo pytanie.
[01:50:35] - Świadomie to nie pamiętam. Myślę, że ponieważ oglądałem nałogowo filmy, to z samym pojęciem i świętem zetknąłem się za pomocą filmu już tutaj przywoływanego. On zresztą miał kolejne części, bo w 1981 roku nakręcono część drugą i tak dalej. Te części się kręci do dzisiaj. W 2022 roku powstała część ostatnia, chociaż ona miała w tytule coś takiego, że to koniec historii albo zakończenie. Z doświadczenia wiemy, że nawet jak coś jest zakończeniem, to i tak, jeśli się będzie opłacało, będzie jeszcze zakończenie zakończenia i tak dalej. Wydaje mi się, że wtedy za pomocą kina zetknąłem się z Halloween, ale wydawało mi się to tak nieprzystające do polskiej tradycji, że potraktowałem to tak: kultury są różne. Amerykanie bawią się w ten sposób. To chyba w Polsce nie przejdzie. Okazuje się, że przeszło i że stało się częścią, nie wiem, czy to można już nazwać tradycją, ale pewnego roku obrzędowego bardzo nowoczesnego Polaka, który w Halloween się bawi.
I ja nie mam z tym problemu, że się bawi w Halloween, ale problem mam z jednym. Artur o tym mówił właściwie. Kiedy próbuje się wypchnąć jedno święto za pomocą drugiego. Kiedy mówi się: „Patrzcie, my tutaj mamy taki luz. Podchodzimy do śmierci, do tych wszystkich strachów w sposób wyluzowany. Cukierek albo psikus. Będzie tak zabawnie”. A następnego dnia ma być poważnie i mówi się: „Zobaczcie, ci chodzą, się smęcą, smucą, bez sensu. Zabawa ma być, nieustająca zabawa”. I jeśli tak ludzie to zestawiają, to wtedy mnie to razi.
Natomiast jeśli ktoś uważa, że to jest dobra zabawa i jeśli w ogóle jest wciągnięty, wkręcony w kulturę horroru, bo to jest element kultury horroru. Fakt, że święto może było wcześniej niż same horrory. Nie wiem, tego nie badałem. Nieistotne to zresztą. W każdym razie, jeśli wkręci się w kulturę horroru, to nie ma problemu. Tylko powtórzę, żeby jedna uroczystość, jedno święto zabawne, roześmiane nie wypierało tego drugiego, zadumanego, poważnego, bo to chyba się nie godzi. Chyba nie warto tego robić. Zresztą to jest wbrew temu, skoro tłumaczy nam się, że nie możemy być zamknięci na inne tradycje. Dobrze, nie bądźmy zamknięci, ale nie dajmy też innym ludziom, żeby zamykali się na tradycje, które są w przypadku naszego kraju bardzo długie. I nie dajmy sobie wmówić, że te nasze są gorsze, a tamte ze Stanów Zjednoczonych, z Europy są lepsze, bo są bardziej nowoczesne, wyluzowane.
To chyba nie tak. Proszę państwa, czas na literacki odjazd. Dzisiaj opowiadania z ABW numer 79. Pierwsze opowiadanie już państwo słyszeli we wcześniejszej części audycji, a teraz czas na kolejne. To audycja z 16 października 2020 roku, a zatem ponad pięć lat. Proszę, jak ten czas leci. Dzisiaj w zestawie mam dla państwa opowiadanie „Obrońca” Tomasza Andrzejewskiego, „Technologia czasu” Marka Myszograja, „Pan Hamish i doktor Kluszke” Mai Podolskiej, „Ben Griffin, szeryf z El Paso” Piotra Niwy oraz „Pechowe zauroczenie” Kamili Ciołko-Borkowskiej. Zapraszam i życzę dobrej zabawy.
[01:55:12] - Tomasz Andrzejewski, „Obrońca”. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie, prawie jak rzeczywistość. Archibald był niemalże pewien, iż tym razem trafił do fantazji, jak określano w jego fachu szczęśliwe sny. Mimo wszystko jednak przed przeskoczeniem do kolejnego marzenia musiał najpierw odnaleźć śniącego i zeskanować go
[01:55:36] - Takie miał wytyczne. Choć kroczył wypełnioną gwarnym tłumem alejką w wesołym miasteczku, odszukanie tej jednej konkretnej osoby było stosunkowo proste. Iluzje fikcyjnych postaci ludzkich stworzonych w umyśle pogrążonej we śnie osoby zawsze posiadały rozmyte kontury, podczas gdy ona sama wyróżniała się wyraźną sylwetką. Archibald znalazł śniącego tuż obok diabelskiego młynu. Właśnie kupował on dla siebie watę cukrową. Tym razem przybrał postać białego chłopca w wieku około ośmiu lat. Oczywiście nie oznaczało to, że był nim również w świecie realnym. Tak naprawdę mógł się różnić od niego dosłownie wszystkim, poczynając od wieku, na płci i rasie kończąc. Jednakże dla Archibalda, pogromcy mar, nie miało to żadnego znaczenia. Zintegrowany z przenośnym komputerem na lewym nadgarstku mężczyzny skaner wykonał swą robotę w ciągu niecałych trzech sekund, po czym ogłosił głośnym piknięciem wynik negatywny.
Akurat tego konkretnego śniącego nie dręczą tej nocy żadne koszmary. Nietypowy hałas zwrócił uwagę chłopca, który odwrócił głowę w stronę Archibalda. Na jego widok otworzył szeroko oczy i trudno mu się z tego powodu dziwić. Postać wysokiego, barczystego mężczyzny w szczelnie zakrywającym całą powierzchnię ciała ciężkim bojowym pancerzu musiała budzić respekt. „Jak się bawisz, mały?” – zapytał Archie pogodnym tonem. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął dłoń i poklepał go przyjaźnie po głowie. Przeszło 90% wszystkich naszych snów zapominamy natychmiast po przebudzeniu. To jeden z podstawowych faktów, jakie pogromcy mar dowiadują się na szkoleniu teoretycznym. Tak też więc szansa, że śniący zapamięta to dziwne spotkanie była raczej niewielka. Pogromca nie miał tu już nic więcej do roboty.
Archibald dał o tym sygnał do centrali poprzez wypisanie krótkiej wiadomości tekstowej na swym minikomputerze. Chwilę później nastąpił przeskok do mentalnej próżni. Wesołe miasteczko w jednej krótkiej sekundzie znalazło się gdzieś daleko za nim. Przybrało kształt jednego z milionów połyskujących w bezkresnej ciemności punkcików, z których każdy przedstawiał odrębny sen. Wybór kolejnego marzenia był zawsze losowy. Ani Archibald, ani jego przełożeni w centrali nie posiadali na to najmniejszego wpływu. Od niespełna 10 lat Agencja Straży Snów obejmowała swym zasięgiem wszystkich ludzi na całym globie, nawet tych żyjących bardzo daleko od wielkich metropolii, w sercu leśnej głuszy bądź na pustkowiach. Mimo iż liczba aktywnych pogromców mar bezustannie rośnie, jeszcze długo nie będą oni w stanie ochronić każdego z 12 miliardów mieszkańców Ziemi drugiej dekady XXII wieku. Podróż przez mentalną próżnię trwała przez kilka kolejnych minut. Wreszcie Archibald stanął na wybrukowanej parkowej alejce pośród starych wiązów.
Biegła ona w linii prostej aż do zamkniętej stalowej bramy, za którą majaczyły zarysy szarych, utrapionych budynków. Była późna jesień. Zachmurzone niebo, pozbawione liści drzewa, padający deszcz oraz wszechobecne chłodne kolory ostrzegały o potencjalnym zagrożeniu. Już sama obecność mar sprawiała, iż sen stawał się ponury i mroczny. Archibald wyjął pistolet z kabury. Załadowane do magazynka plazmowe pociski mogły jednak co najwyżej zranić demona. Podobnie było z niewielkimi granatami, które każdy pogromca miał na wyposażeniu, albowiem według obecnego stanu naszej wiedzy te tajemnicze istoty są nieśmiertelne. Rozejrzawszy się, dostrzegł za sobą stary dziecięcy wózek stojący bez żadnej opieki. Dzieliło go od niego około 10 metrów. Przebął ten dystans nerwowym truchtem, po czym zajrzał do wnętrza.
W środku leżał mały chłopczyk, który na widok pogromcy rozpłakał się rzewnymi łzami. To zjawisko było cokolwiek osobliwe. Śniący wyjątkowo rzadko przyjmowali postać niemowląt. Archie użył skanera, który pokazał wynik pozytywny. Teraz posiadał już niepodważalny dowód, iż tę osobę mara wytypowała na swą kolejną ofiarę. Jeden z większych problemów podczas obrony śniących stanowiło przekonanie ich do współpracy. Zmysły ludzi pogrążonych w marzeniach działały jedynie połowicznie. Często nie rozumiały one, jakie informacje pragnie się im przekazać i to nawet w przypadkach, gdy znali używany przez pogromcę język. Akurat teraz poszło łatwo. Wystarczyło tylko, że Archibald wyciągnął rozhisteryzowane niemowlę z wózeczka i przytulił je prawą ręką do piersi.
Wolną dłonią wciąż kurczowo ściskał kolbę pistoletu, szykując się na nadejście mary. Do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, czym dokładnie są te istoty ani skąd się wzięły. Wiadomo jedynie, iż pojawienie się pierwszej z nich zaobserwowano 27 stycznia roku 2103, ledwie 7 miesięcy po opracowaniu technologii umożliwiającej przesyłanie bytów materialnych do marzeń sennych. Choć mary nie posiadały żadnej możliwości fizycznego skrzywdzenia śniących, mogły zrobić coś znacznie gorszego, mianowicie przejąć nad nimi całkowitą kontrolę. Człowiek zdominowany przez jedno z tych tajemniczych stworzeń traci wszelkie cechy powiązane z empatią. Nie odczuwa współczucia, strachu, wyrzutów sumienia i jest zdolny do dokonywania najgorszych czynów tylko dla rozrywki kontrolującego go demona. Do roku 2111 ataki mar stały się prawdziwą plagą, której ofiarą padło przeszło 15% całej populacji Ziemi. Dlatego właśnie kraje ONZ powołały do istnienia Agencję Straży Snów, międzynarodową komórkę mającą na celu szkolenie pogromców mar oraz wysyłanie ich do walki z tajemniczym przeciwnikiem. Archibald czekał, cały trzęsąc się z nerwów. Na czoło wystąpiły mu liczne krople potu, które spływając w dół wpadały mu do oczu.
Czuł wyraźnie spowodowane tym nieprzyjemne szczypanie. Gdyby nie pancerz, bez znaki dawałyby mu się również wilgoć kropel deszczu oraz ziąb pochmurnego dnia. W przeciwieństwie do dosłownie wszystkiego, co go teraz otaczało, pozostawał istotą materialną. Każdą zadaną mu w pojedynku marę odczuje na własnej skórze. Jeśli mara go zabije, umrze naprawdę. Nagle coś się zaczęło dziać. Parkowa brama gwałtownie rozwarła się na oścież, pchnięta od zewnątrz jakąś nadludzką siłą, a widoczne tuż za nią ruiny głośno popękały jak figurki z kryształu. Rozdzierające je czarne szczeliny pęzły w błyskawicznym tempie po niebie i ziemi, w krótkim czasie ogarniając całą iluzję. Zaraz potem wszystko się rozpadło. Drzewa, chmury, chodnik, wszystko w zasięgu wzroku zostało roztrzaskane na malutkie kolorowe szkiełka oddalające się od siebie z zawrotną prędkością.
To podstawowa forma ataku mar w walce z pogromcami. Rozbicie snu. Pozbawiony twardego gruntu Archibald zaczął spadać w bezkresną pustkę. Pod jego stopami rozciągała się absolutna ciemność, z góry zaś padał oślepiający blask. Wokół panowała przyjemna cisza. Nawet postać śniącego przestała płakać. Mara zaatakowała od dołu tak, aby przeciwnik nie dostrzegł jej skrzydlatego cienia. Pierwszym cięciem szponów próbowała odciąć pogromcy obydwie nogi. Przypominające swym kształtem zakrzywione miecze pazury z okrutnym dla uszu piskiem otarły się o płyty pancerza na wierzchniej stronie udy, rzeźbiąc nań głębokie rysy. Nie zadały jednak żadnej rany.
Przynajmniej jeszcze nie tym razem. Archibald skierował lufę pistoletu pionowo w dół i pociągnął za cyngiel. Nie widział napastnika, lecz dzięki towarzyszącemu wystrzałowi krótkiemu rozbłyskowi purpurowego światła miało to się zmienić. Mara uniosła się nieco na lewo pod pogromcą w odległości około półtorej metra. Wielka jak samochód posiadała intensywnie czarną skórę pokrytą długimi, oblepionymi brudnym śluzem kolcami. Z masywnego garbu na grzbiecie wyrastały jej dwie pary błoniastych skrzydeł o poszarpanych krawędziach. Ogromna krokodyla paszcza pełna ostrych zębów budziła grozę w równym stopniu co muskularne łapy. Jednakże w całej tej przerażającej sylwetce najbardziej zwracały na siebie uwagę oczy. Oczy rozmiarów dorodnych pomarańczy płonące jasną czerwienią. Jedynie uderzając w któryś z tych dwóch punktów można było zadać marze cierpienie, przeganiając ją tym samym ze snu.
Archie wypalił jeszcze czterokrotnie, za każdym razem chybiając dosłownie o włos. Pociski jedynie ześlizgiwały się po twardym ciele kreatury, nie robiąc im przy tym najmniejszej krzywdy. Tymczasem mara przypuściła drugi atak. Z pomocą skrzydeł wyrwała się do góry, by następnie zadać cios zaciśniętą pięścią w przedramię dzierżącej pistolet ręki. Na skutek uderzenia pancerz w tym miejscu tylko nieznacznie wygiął się do wewnątrz, za to kość pękła boleśnie tuż poniżej łokcia. Broń wysunęła się pogromcy z dłoni i odleciała w górę w stronę lśniącego na biało sklepienia. Nim Archibald zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, potwór rozwarł pysk, chwytając mężczyznę w pasie, a potem całą swą mocą zacisnął szczęki. Zęby przebiły osłonę, szarpały skórę i mięśnie, rozrywały wnętrzności. Sytuacja zaczynała się robić kryzysowa. Zdesperowany Archie postawił więc wszystko na jedną kartę.
Wypuścił z objęć postać małego śniącego. Znacznie lżejsze od zakutego w zbroję wojownika maleństwo podążyło tą samą drogą co pistolet plazmowy. Nic mu nie będzie, byleby tylko pozostał poza zasięgiem mary. Podniecona smakiem prawdziwej krwi bestia popełniła poważny błąd. Wystawiła swoje oczy na atak. Prawe z nich znajdowało się teraz bliżej niż na wyciągnięcie ręki od ciężko rannego Archibalda. Ten nie tracił czasu. Odpiął jeden z wiszących mu u piersi granatów, po czym wyciągnął z niego zawleczkę zębami. Następnie zebrał wszystkie siły, które mu pozostały i z impetem wepchnął ładunek wybuchowy w gałkę oczną paskudy. Ranna mara nieco poluzowała uścisk, aczkolwiek pogromca wciąż był uwięziony.
Gęsty, kleisty płyn wyciekał wartkim strumieniem z rozłupanego oka potwora, wydzielając przy tym okropny odór. Archibald wstrzymał oddech, odliczając w myślach sekundy, które pozostały do eksplozji. Trzy, dwie, jedna. Fioletowa poświata rozbłysła wewnątrz wielkiego czarnego łba na kilka milisekund przed tym, nim detonacja rozłupała marze czaszkę. Drobne kawałki kości rozbryznęły się na wszystkie strony, groźne niczym odłamki szrapnela. Teraz widać było jej mózg, ciemnofioletowy i galaretowaty. Pogromca znajdował się zbyt blisko wybuchu, aby wyjść z niego bez szwanku. Fala uderzeniowa urwała mu prawą rękę. Jego nogi trzymały się tułowia jedynie na cienkich paskach mięśni, a z dziury w brzuchu obficie wypływały trzewia. Tym niemniej odniósł zwycięstwo.
Mara rozpłynęła się w powietrzu, tym samym opuszczając iluzję. Śniący został ocalony. Naszpikowany elektroniką pancerz pogromcy wykrył zanik funkcji życiowych nosiciela i automatycznie zawiadomił centralę, a ta rozpoczęła proces wyciągania Archibalda ze snu. Nierealny świat wokół rozmył się, ściemniał. Z grubsza podobnie wyglądały naturalne efekty opuszczania marzenia. Szkopuł w tym, iż przyszły one o wiele za wcześnie. Dopiero teraz do mężczyzny dotarło, że umiera. Ostatnie myśli, jakie zaprzątały jego umysł, krążyły wokół jednego pytania: w obronie kogo poległ? Najprawdopodobniej jakiegoś młodego człowieka, nawet dziecka, na którego czekało całe pełne dobra życie. Aczkolwiek równie dobrze mógłby być to konający, przykuty do łóżka starzec, mający przed sobą jeszcze raptem kilka dni czekania na łaskawą śmierć albo nawet zwykły zwyrodnialec lata temu skazany na dożywocie za okrutne zbrodnie.
Archibald nigdy nie poznał odpowiedzi, choć może to i lepiej. Marek Myszograj „Technologia czasu”. Trzy śmigłowce typu Apache poruszały się szykiem uderzeniowym zwanym eszelon. Pochylone dziobami w dół penetrowały miejskie zgliszcza. Powietrze unosiło zapachy bitwy. Smród prochu i pyłu z gruzowisk bił po nosie młodego żołnierza. Wsparty o ścianę zrujnowanego budynku uniósł głowę ku górze. Pierwszy z Apache przemknął tuż nad nim. Kolejny leciał kilkanaście metrów dalej, cofnięty w stosunku do pierwszego. Zaś trzeci ze śmigłowców był na tyle oddalony, że mężczyzna postanowił zaryzykować.
Poderwał się do biegu. Pochylony przemknął na przeciwną stronę ulicy. Był blisko celu. Powinien zdążyć. Przystanął na rogu budynku. Wychylił się, aby ocenić sytuację. Czysto. Wystarczy przebiec około 50 metrów i będzie prawie na miejscu. Wziął głębszy oddech i ruszył. Pośród gruzu po obu stronach ulicy zniszczone budynki resztkami sił utrzymywały równowagę.
Mężczyzna biegł do przodu. Jakiś czas temu pokonywał tę samą drogę w przeciwnym kierunku. Wówczas miasto tętniło życiem. Po ulicach przemieszczały się wolnym tempem auta, rowery i motocykle. Sielski obrazek jak ze znanej gry, w której można kraść samochody. Nie miał wówczas broni. Ta czekała na niego w punkcie werbunkowym. Coś go skusiło. Popularna gra komputerowa skłoniła go, by zatrzymać nadjeżdżający pojazd. Stanął na środku drogi, machając na szkolny autobus.
Na tym skończyły się podobieństwa do tej znanej gry. W środku gromada dzieci przyglądała mu się nieufnie. Po krótkiej przejażdżce wyskoczył kilka przecznic dalej. W punkcie werbunkowym otrzymał zadanie. Broni jednak nie dostał. Musiał ją zdobyć. Nie chciał ryzykować zatrzymania przez policję. Tak jak w pewnym filmie postanowił przebyć drogę pieszo. Życie to jednak nie scenariusz filmowy. Ono ma własne zasady.
I tak w starciu z ulicznym gangiem stracił buty. Z baru, gdzie sprzedawano ohydne hamburgery, wyleciał przez drzwi wyjściowe. Po prostu wypieprzyli go. Nie szło mu i już miał obawy, czy zdoła wykonać zadanie. Gdy dotarł do punktu werbunkowego, przywitano go cmoknięciem politowania. Nie wierzyli mu, że może przejść misję i nikt nie zamierzał z nim wyruszać. Musiał poczekać, aż zbierze się jakiś zespół, który go weźmie. Skorzystał z chwili okazji. Miał przy sobie nieco kruszcu tak na wszelki wypadek i wydał go na pokój rozkoszy. „Witaj gołąbku” – przywitała go długonoga brunetka.
„Nowicjusz?” Podeszła bliżej, by położyć dłoń na jego policzku. „Który to masz, gołąbeczku, poziom?” „Pierwszy” – odpowiedział, obejmując ją w pasie. „A który to twój raz na tym poziomie, że taki szybki jesteś?” „Drugi”. „Wpadłeś, gołąbeczku. Teraz zawsze będziesz wracać tylko do mnie”. Pocałowała go. Raz, drugi. Za trzecim wsadziła język w jego usta. Po gorącym pocałunku chciał się jej lepiej przyjrzeć. Dłonią odgarnął włosy.
„Co to?” – zapytał, dotykając jej blizny nad lewym okiem. „Uderzyłam się w szefkę” – odparła z uśmiechem. Podobała mu się. Dodatkowo uśmiech ukazał na jej policzkach dwa śliczne dołeczki, a blizna nad okiem dodawała tylko atrakcyjności. „Wygląda raczej jak od cięcia szablą”. Nic na to nie odparła. Zakryła bliznę, spuszczając na nią kruczoczarne włosy. Irytowała go i pociągała jednocześnie. Obrócił ją gwałtownie tyłem do siebie. Spróbował powąchać jej skórę na karku.
Nic nie poczuł. Żałował, że nie skorzystał z opcji pozyskania umiejętności zapachu. Owszem, raz jeden otrzymał bonus jako próbkę możliwości. W pamięci pozostały jedynie miłe doznania, których w tym momencie brakowało. Dwa dni spędzone z brunetką naznaczoną blizną nad lewym okiem dały mu awans do poziomu drugiego. Opuszczając pokój rozkoszy czuł ukojenie. Ponadto dwa dni tam to zaledwie pół godziny tu. Dołączył w końcu do grupy uderzeniowej. Trzy godziny później w pełnym uzbrojeniu nacierali na wroga. „Ruszać się!
Ruszać! Tyralierą! Osłaniaj!” Po kilku chwilach ostrzału nie było kogo osłaniać. Nie było komu formować tyraliery, a tym bardziej ruszać się. Został tylko on. Wziął nogi za pas i wykonał żołnierskie w tył na odwrót. Stojąc teraz w ruinie budynku dostrzegł nadzieję. Drzwi, choć nadpalone, nadal były na swoim miejscu. Jeszcze raz rozejrzał się wokoło. Cisza.
Ruszył w ich stronę. Tych kilka kroków było zawsze najniebezpieczniejszymi. Dobrze pamiętał sytuację ze starego zamku. Uczestniczył w podobnej bitwie. Wówczas jego obóz również poniósł porażkę. Tylko wtedy, zamiast przez zrujnowane miasto przedzierał się przez lasy i mokradła. Już był w zamku przed drzwiach, już ręką sięgał po klamkę. „Ej, dupku!” Usłyszał za sobą kobiecy głos. Nie posiadał wówczas poziomu rozkoszy seksualnych. Zareagował zwyczajnie – jak wojownik.
Gdy się odwrócił, poczuł ostry ból w piersi. Kuszniczka jednym strzałem wyeliminowała go z gry. Teraz nikt nie krzyknął w jego kierunku. Otworzył drzwi i śmiało wszedł do środka. W pokoju grała muzyka. Zrzucił klamoty na podłogę i osadził dupsko w fotelu. Obok na stoliku czekała na powrót bohatera butelka whisky. Chwycił po nią, odkręcił i pociągnął porządnie z gwinta. Coś mu nie pasowało. Zastanawiał się, dlaczego na pewne rzeczy musi zapracować, zasłużyć.
Potrafi kreować otoczenie, zmieniać je i ingerować w ciągi zdarzeń, jednak nie ma wpływu na samego siebie. Coś się nie zgadzało. Rozmyślania niemal natychmiast przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości. Niechętnie, ale wstał i podszedł z butelką do biurka. „Witaj Beto” – odczytał na monitorze komputera. „Witaj” – odpisał, sadowiąc się na krześle. „Cieszę się, że wróciłeś cały i zdrowy do pokoju. Zauważyłem również, że korzystasz z nowych możliwości.” „Co masz na myśli, zarządco?” – odpisał. „Myślę o tej kobiecie z blizną. Wpadła ci w oko.” Mężczyzna zastanawiał się, co odpisać.
Upił nieco whisky i wystukał na klawiaturze odpowiedź. „Tak, była tego warta. A tobie nakopię do dupy, jak się tylko spotkamy.” „Hehe, nawet nie wiesz, jaki zabawny jesteś. Nie ma takich technicznych możliwości, ale za marzenia nie karzę. Próbuj.” Po kilkukrotnym mrugnięciu kursora zarządca pisał dalej. „Uzyskałeś pełnoletność. Poza tym zapracowałeś na czerpanie przyjemności. Beto, mam dla ciebie zadanie. Po jego wykonaniu otrzymasz kolejny poziom na zmysły. Zainteresowany?” Mężczyzna wziął kilka głębszych z gwinta.
„Tak, jestem zainteresowany” – odpisał i nie odrywając wzroku od monitora, wychylił butelkę, wypijając ją do dna. „Masz doskonałe zdolności matematyczne. Chciałbym, abyś napisał pewien program. Dostaniesz możliwość przeżycia jeszcze raz tego, co już przeżyłeś. W zamian standardowo otrzymasz nowy poziom doznań zmysłowych. Musisz określić czas i miejsce startu. Miej świadomość, że później wszystko się zmieni.” „Zapach. Chcę czuć zapach” – odpisał od razu. „Zatem nie marnuj czasu. Jak będziesz gotów, ruszaj w drogę.” „Jestem gotów.
Program już napisałem.” „Doskonale. Jeszcze mi podziękujesz za to, jakim cię stworzyłem.” „Chętnie dałbym ci w mordę i na tym poprzestańmy z podziękowaniami. Chcę poczuć zapach jej skóry.” Odsunął się od komputera. Z komody wyciągnął flakonik z płynem niwelującym trucizny, który powinien również podziałać na alkohol. Upił łyczek. Rozchodząca się fala ciepła postawiła go na nogi. Z szafy wyjął ekwipunek. Zarzucił zbroję, chwycił miecz i wybiegł z pokoju. Zadanie miał ułatwione. To było load game z jego utraconego poziomu.
Olał drużynę i wyrwał do przodu. Zebrał najważniejsze skarby i artefakty. W kilku chwilach zaliczył misję. Zarządca dotrzymał umowy. Zapach lasu i mokradeł uderzył w nozdrza. Pamiętał o zasadzce w zamku przed drzwiami do pokoju. Postanowił zaryzykować. Wykona unik, jak bełt będzie w locie. Wszystko dokładnie obliczył. W zamkowych korytarzach pachniało strawą.
To go nieco rozproszyło, ale wyskoczył na schody, udając się ku górze. Zauważył drzwi. Za chwilę krzyknie w jego kierunku. Chwytając za klamkę, poczuł zapach, który przeszedł mu w pięty. Instynktownie wyczuł kobietę. Cudownie pachniała. „Ej, dupku!” – usłyszał za sobą. Cały plan legł w gruzach. Zareagował nie jak wojownik, lecz jak mężczyzna. Gdy się odwrócił, poczuł ostry ból w piersi.
Najpierw spojrzał na ranę i wbity w nią bełt. Uniósł wzrok w jej kierunku. Odgarniała włosy z twarzy. Zrozumiał, kim była, gdy nad jej lewym okiem dostrzegł znajomą bliznę. Maja Podolska, „Pan Hamish i doktor Pluschke”. Tak samo jak nienawidzę podmiejskich autobusów, nie znoszę latać samolotem. Przerażają mnie lotniskowe procedury, kontrole i prześwietlania bagaży. Pytania, skąd jadę i dokąd się udaję, czy wiozę jakieś płyny, laptopy, bomby i maczety i w ogóle – po co mnie wypchana sroka? Nie chcę rozstawać się z moją walizką, bo nie przeżyłabym jej utraty. Ani nie chcę nikomu pokazywać mojego paszportu, bo…
bo nie. Ale nie mogę się buntować, więc pokornie zdejmuję buty i pasek. Pozwalam się obmacywać, a gdy mała żarówka zaświeci oskarżycielsko, przepraszam za kilka głupich monet zapomnianych w kieszeni. Cierpię, gdy staję się mimowolnym składnikiem mętnej masy ludzkiej, rozlewającej się powoli po korytarzach i znikającej w ogromnych wnętrzach samolotów. Niczym na autopilocie przechodzę przez kontrolę paszportową, a potem już tylko daję się zagonić do swojego miejsca w samolocie oznaczonego cyfrą i liczbą, cholernie niewygodnego – nigdy w miejscu, które by mi pasowało. I zawsze obok niewłaściwej osoby. Do tej pory pocieszałam się, że inwestycja w słuchawki była najlepiej wydaną kasą w całym roku. Jednak tym razem spotkał mnie okrutny zawód, gdy padła mi bateria w komórce. Siedziałam zakleszczona pasem bezpieczeństwa w fotelu samolotu, zupełnie bezbronna wobec kakofonii dźwięków atakujących mnie z każdej strony. Ze złością wrzuciłam zdradziecki telefon i słuchawki do torby wsuniętej pod siedzeniem przede mną.
Moje nerwowe ruchy wywołały zainteresowanie siedzącego obok mężczyzny. Jakby mało nieszczęść spotkało mnie do tej pory. „Czy wszystko w porządku?” – zapytał uprzejmie. Był już stary. Miał siwe, przerzedzone włosy, wełniany sweter w romby i brązowe spodnie zaprasowane w kant. Pachniał mdląco lawendą i anyżkiem. Dlaczego ja zawsze muszę mieć do czynienia ze starcami? Pomyślałam, że to będzie bardzo długi lot. „Tak, w porządku, dziękuję” – odparłam grzecznie. Samolot właśnie odrywał się od ziemi.
Ciśnienie zatkało mi uszy, a żołądek zacisnął się ze strachu. Bezwiednie sięgnęłam do podłokietnika między moim a jego fotelem, ale zamiast na plastik natrafiłam na dłoń mężczyzny – suchą i pomarszczoną, jakby była pokryta złuszczoną skórą węża. „Przepraszam, nie chciałam. Ja…” – próbowałam coś powiedzieć, ale nie słyszałam swojego głosu i czułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie. „Spokojnie, proszę się nie bać. Zaraz wejdziemy na nasz poziom lotu. Proszę otworzyć usta i zatkać uszy. Już lecimy. Jest dobrze.” Mówił do mnie jak do dziecka, które nigdy wcześniej nie leciało samolotem. Miał cichy, zachrypnięty głos – dokładnie taki, jakim mówią bardzo starzy ludzie.
Trzymał mnie za rękę i chociaż normalnie nie znoszę takich poufałości, tym razem przyniosło mi to ulgę. „Dziękuję. Nie wiem, co się stało. Przepraszam.” „To się zdarza. Proszę się nie przejmować. Niech się pani poczęstuje. Bardzo proszę.” Uśmiechnął się i wyciągnął w moim kierunku małe pudełeczko z czarnymi cukierkami. Wzięłam jeden z nich i za chwilę tego pożałowałam. Lawenda i anyżek na moim języku wywołały odruch wymiotny, który z trudem opanowałam. Wytarłam usta i niezauważenie wyplułam cukierka do chustki.
„Nazywam się Gerard Pluschke. Miło mi, że spędzimy ten lot razem.” Wyciągnął swoją starczą dłoń w moim kierunku i nie miałam innego wyjścia, jak tylko ją uścisnąć i podjąć rozmowę. „Jestem Grace. Po prostu Grace. Mnie również jest bardzo miło” – wymamrotałam, dyskretnie chowając za siebie dłoń. Wytarłam ją w spodnie, udając, że drapię się po udzie. „Czy była już pani w Szkocji? To bardzo ciekawe miejsce, zupełnie inne niż reszta świata.” Zaczęło się. Dziadek już się rozkręcał. Zaraz wyciągnie album ze zdjęciami i będę musiała podziwiać jego wnuki i prawnuki.
Kurwa, ja to mam szczęście. „Nie, nie byłam tam nigdy wcześniej” – odparłam zgodnie z prawdą. „Ja byłem dawno temu. Poznałem kiedyś niezwykłego człowieka, który tam spędził całe swoje życie i właśnie lecę na jego pogrzeb. Choć nasze drogi rozeszły się bezpowrotnie, to pisywaliśmy do siebie regularnie przez ostatnie 35 lat. Doprawdy niesamowita osoba.” Poprawił się na fotelu, a ja już wiedziałam, że będę musiała wysłuchać całej historii, starając się, żeby nie zasnąć w trakcie. Jednak gdy zaczął mówić, poczułam, że to nie będzie kolejna bełkotliwa opowiastka starego pierdoły, jakich słyszałam dotąd tysiące. Z każdym jego słowem czułam coraz silniejszy niepokój, choć nie wiedziałam jeszcze, skąd się brał. „Całe dorosłe życie pracowałem jako psychiatra. Byłem również biegłym sądowym, a moją specjalizacją były przestępstwa popełniane w stanie ograniczonej poczytalności, głównie morderstwa.
To brzmi strasznie i proszę mi wierzyć, że słyszałem wiele okropnych historii i poznałem ludzi, którzy popełnili ohydne zbrodnie nawet wobec tych, którym ślubowali miłość i troskę. Pana Hamisha poznałem w podobnych okolicznościach i on był najciekawszym ze wszystkich moich pacjentów. Niestety do dziś nie wiem, jak wytłumaczyć objawy. Moi koledzy po fachu stwierdzili, że to niezwykły przypadek schizofrenii krótkotrwałej. Nie wierzę w to. Pan Hamish zachowywał się normalnie przez cały przebieg śledztwa, obserwacji i pobyt w szpitalu. Spędziłem całe lata, próbując znaleźć rozwiązanie tej zagadki, ale nie udało się. A teraz pan Hamish nie żyje i jego tajemnica już nigdy się nie wyjaśni. Doktor Pluschke smutno spojrzał na swoje ręce, które leżały nieruchomo na kolanach i przez krótki moment przypominały mi szpony jakiegoś drapieżnego ptaszyska. A właściwie to co on zmalował ten pan Hamish?
Zapytałam zaintrygowana. Jego historia zaczęła się od tego, że pewnego dnia ocknął się w jakimś hotelu, nie mając pojęcia, skąd się w nim wziął. Tak jakby nagle dopadł go atak amnezji. To chyba najgorsze z możliwych przebudzeń. Przetarł zaspane oczy i usiadł na łóżku, rozglądając się po pokoju. Z naprzeciwka patrzył na niego nagi mężczyzna o potarganych włosach i głupim wyrazie twarzy. Boże, przecież to ja! Pomyślał tak, jak pomyślałby każdy na jego miejscu. Monstrualne lustro zawieszone na wprost niego powiększało pokój, w którym i tak wszystko było ogromne. Łóżko, skórzane fotele i okna.
Zawstydzony swoją nagością otulił się kołdrą i podszedł do okna. Miasto zbudziło się już na dobre. Wszyscy zdawali się mieć jakiś cel, do którego zdążali i tylko on nie był na swoim miejscu. Ogłupiały i bezbronny, w obcym pokoju, w jakimś nieznanym hotelu, z dala od domu. Skulił się i mocniej owinął kołdrą. Pomyślał, że musi jak najszybciej wrócić do siebie i przypomnieć sobie przebieg wczorajszej nocy. Niestety, gdy dotarł do domu, poczuł się bardzo słabo. Z trudem otworzył drzwi i gdy tylko zamknął je za sobą, osunął się na podłogę w przedpokoju. Potem było już coraz gorzej. Dostał wysokiej gorączki, a po niej pojawił się ostry ból brzucha, po którym nastąpiły niekończące się wymioty.
Pan Hamish był przerażony. Nadal nie przypomniał sobie poprzedniej doby, a objawy zatrucia wzmagały jego niepokój. Skurcze żołądka niemal pozbawiały go przytomności. Siedział na podłodze łazienki z głową zwisającą nad muszlą klozetową i czuł, że kolejnego ataku nie zniesie. Nie miał już czym wymiotować. Nie pamiętał nawet, jak długo tu siedział. Wspomnienia wracały do niego w strzępach, nagle pojawiających się chaotycznych obrazach, bez żadnego ładu i składu. Powtarzała się w nich dziwna kobieta o czarnych, prostych włosach i mrocznym spojrzeniu. Filiżanki z kawą, ostre promienie światła i ciepło rozchodzące się po całym ciele, jakiego nie doznał nigdy wcześniej. Próbował chwytać te strzępy, zatrzymać je i przyjrzeć się im dokładnie, ale żaden z nich nie zostawał w jego głowie dłużej niż błysk.
W końcu wyczerpany wymiotami położył się na podłodze, uspokojony myślą, że przynajmniej jest to jego własna łazienka, a nie jakaś obca w dziwnym hotelu, o którym nigdy wcześniej nie słyszał i nawet nie zapamiętał jego nazwy. Zasnął w okamgnieniu. Pewnie popił z kumplami i film mu się urwał. Próbowałam zbagatelizować te straszne objawy. Może ta historia wcale nie jest taka przerażająca, jak doktor Pluschke chciałby, żeby była. To by było najprostsze wyjaśnienie. Problem w tym, że żaden z jego znajomych nie potwierdził, że spotkali się dzień wcześniej. A proszę mi wierzyć, że szkocka policja przeprowadziła śledztwo bardzo dokładnie i nie pominęli żadnej osoby. Nikt go nie widział, nikt z nim nie rozmawiał, nikt nie miał pojęcia, co działo się z panem Hamishem przez cały dzień i noc. Na domiar złego, oprócz objawów zatrucia doszły inne.
Kto wie, czy nie bardziej niepokojące. Nagle poczuł, że nie leżał już na zimnej posadzce, ale na miękkim materacu. Czyjaś dłoń delikatnie gładziła go po głowie, a każde muśnięcie było jak ciepły kompres na zdrętwiałym z zimna ciele. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak spokojnie i lekko, może nawet szczęśliwie. Próbował sięgać pamięcią wstecz najdalej jak to możliwe, szukając podobnej chwili, aż znalazł ją na samym początku wszystkiego, gdy jako zwinięty w kłębek embrion rósł w łonie matki. Oddałby wszystko, byle wrócić do tego momentu i znów móc pławić się w cieple wód płodowych, bezpiecznie ukryty przed światem pod warstwami matczynych powłok brzusznych. To był najpiękniejszy sen ze wszystkich kiedykolwiek śnionych przez pana Hamisha. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Ciepła dłoń zniknęła i natychmiast zrobiło się zimno i niewygodnie. Wciąż leżał na podłodze łazienki, nagi i wyczerpany, z dziurami w pamięci i gardłem zdartym od wymiotów.
Zwalczył pokusę, by zignorować dzwoniący telefon i kontynuować piękny sen. Z trudem otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Telefon stał na stoliku w przedpokoju, bo musi pani wiedzieć, droga Grace, że to nie były jeszcze czasy telefonów komórkowych. Doczołgał się do przedpokoju i sięgnął po słuchawkę. Oczywiście, jak to bywa w takich momentach, gdy tylko udało mu się przyłożyć ją do ucha, dzwoniący w końcu zrezygnował. Mógłby wreszcie położyć się do łóżka i odpocząć, ale rzut oka na leżący obok telefonu kalendarz sprawił, że natychmiast się obudził. Już wiedział, że nieodebrane połączenie zwiastuje konsekwencje o wiele poważniejsze, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Musi natychmiast wziąć się w garść i doprowadzić do porządku. Tajemnica ostatniego weekendu – hotel, czarnowłosa kobieta i dziwne sny – przestały mieć nagle znaczenie. Musiał szybko wymyśleć, jak wytłumaczyć żonie, że zapomniał o jej powrocie z sanatorium.
A więc była też żona. Oczywiście! Żona pana Hamisha miała na imię Adela i była dość specyficzną osobą. Jedną z tych kobiet, które w młodości są uważane za ślicznotki pełne uroku i powabu. Utrzymują się w tym stanie do momentu zamążpójścia, gdy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle zmieniają się w pospolite hetery. Tyją, brzydną, a ich powab zamienia się w toporność nie do pojęcia. Nie lubią innych kobiet, nie tolerują rodziny męża, nie chcą mieć dzieci i wydaje się, że ich jedynym celem jest uprzykrzanie życia wszystkim dookoła. Taka była Adela. Na nieszczęście biednego Hamisha. Tego dnia, gdy tylko dotarła do domu, rozpoczęła drobiazgowe śledztwo.
Wystarczyło jej zaledwie pół godziny, żeby Hamishowi zdawało się, że przesłuchuje go już całą dobę, a co gorsza, nic nie zapowiadało, że zaraz skończy. Nie ufała mu za grosz. Nie znosiła, gdy cokolwiek działo się bez jej wiedzy. „Jak to nie pamiętasz? Jak można nie pamiętać, co się jadło dzień wcześniej?” – darła się nad głową męża, zupełnie ignorując, że biedak ledwo trzymał się w pionie z osłabienia. „Nie pamiętam. Już ci mówiłem” – powtórzył słabym głosem nie wiadomo który raz. Wyrzuty sumienia dokuczały mu coraz mniej, ustępując miejsca złości na żonę, na jej świdrujące spojrzenie, którym go prześwietlała, na ton głosu i opór, z jakim próbowała wyciągnąć z niego informacje. Drażnił go kolor jej szminki i zapach słodkich perfum, którymi spryskała się dziś wyjątkowo obficie. Żałował, że nie jest w stanie niczego sobie przypomnieć.
Już dawno by jej wszystko wyznał, żeby tylko mieć ją z głowy, żeby wreszcie dała mu spokój. Poczuł, że znowu zbiera mu się na mdłości i wstał od stołu. „A ty dokąd? Nie skończyliśmy rozmawiać!” – wrzasnęła za nim oburzona Adela. Klęcząc przed muszlą klozetową pożałował, że uciekł do łazienki. Chciałby zobaczyć minę żony, gdyby zamiast do toalety wypuścił pawia w jej kierunku. „Umówiłam cię do doktora Kramera na poniedziałek. To się musi skończyć. Im szybciej, tym lepiej.” Wyraz obrzydzenia na twarzy Arletki rozwiał nadzieję, że choć raz zrobiła coś z troski o niego. Niestety dla pana Hamisha wizyta u doktora tylko wprowadziła większy zamęt w jego skołowanej głowie.
Wyszedł z gabinetu i wsiadł do auta. Siedział w nim nieruchomo, wciąż powtarzając w myślach, co usłyszał od lekarza. Rozumiał każde z poszczególnych słów. Nie był przecież idiotą, ale ułożone w sentencje, w jedno zdanie rzucone przez lekarza jakby od niechcenia, niczym nietrafiony żart, nagle traciły sens i stawały się tylko natrętnym dźwiękiem w jego głowie. „Dziwna sprawa. Gdyby był pan kobietą, to nie miałbym najmniejszych wątpliwości, że to wczesna ciąża. No ale przecież to niemożliwe, nieprawdaż? Więc muszę pana wysłać na badania. Proszę, oto skierowanie. Zapraszam za tydzień z wynikami.
Przez ten czas proszę pamiętać o ścisłej diecie. Żadnego alkoholu, kawy, napojów gazowanych. W recepcji dostanie pan wydruk z moimi zleceniami. W razie jakichkolwiek problemów proszę dzwonić. Ukłony dla małżonki.” Gdyby był pan kobietą, wczesna ciąża. Hamish powtarzał słowa, które pozornie do siebie pasowały, ale wciąż nie tworzyły logicznej całości. Z pewnością nie w odniesieniu do jego osoby. Czuł się jak ryba wyrzucona na brzeg. Zrobiło mu się duszno. Nagle zaczęło brakować powietrza, a krople potu pokryły mu czoło i skronie.
Do tego ciągle bolał go brzuch. Nie mógł się jednak ruszyć, by włączyć klimatyzację albo chociaż otworzyć okno. Co powie żonie? Czy ta dziwna kobieta z jego snów ma z tym cokolwiek wspólnego? Może powinien wrócić do hotelu i spróbować przypomnieć sobie, co wydarzyło się tamtej nocy. „Kobieta. Wczesna ciąża” – powtórzyłam zamyślona. Historia zmierzała w jakimś dziwnym kierunku, a ja byłam coraz bardziej zaintrygowana. To brzmiało jak zwykły żart, ale pan Hamish nie był w nastroju do żartów. Nie wyjawił lekarzowi wszystkich niepokojących go objawów.
Nie wspomniał nawet słowem o snach, w których zdawało mu się, że wraca do hotelu. O kobiecie, która stawała się coraz bliższa i za którą zaczynał, no cóż, jakkolwiek głupio to zabrzmi, tęsknić. Nie rozumiał, co wyczynia się w jego głowie i dlaczego nieświadomość płata mu tak okrutne figle. Zapamiętał, że kobieta miała przyjemny, niski głos, a jej śmiech był zadziwiająco cichy, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi. Jednak nie sposób było ją przeoczyć w tłumie. Wysoka, szeroka w ramionach, solidnie osadzona na mocnych nogach, niczym wyciosana z drewna przez rzemieślnika. Jej twarz też była wyciosana, kanciasta, o ostrych rysach, z grubą linią ciemnych brwi i niepokojącym meszkiem nad górną wargą. W innej garderobie mogłaby uchodzić za mężczyznę i mimo że nie przypominała w niczym kobiet, za którymi pan Hamish oglądał się na ulicy, czuł się w jej towarzystwie lepiej niż z kimkolwiek wcześniej. Był pewien, że nigdy nie zwróciłaby mu uwagi, że za dużo pije albo je jak prostak. „Słuchaj, dajmy sobie spokój z tą kawą.
Nie napiłbyś się piwa?” – rzuciła nagle swobodnie, a on pożałował, że nie spotkał jej 10 lat wcześniej, zanim Adela wtargnęła w jego życie. Patrzył, jak biała piana powoli wypełnia kufel. Niemal czuł cierpki smak na języku, gdy nagle poczuł ostre skurcze w brzuchu. Ciąża. W ułamku sekundy zniknęły kufle, bar i ciemnowłosa kobieta. Znowu mu się przyśniła, podczas gdy cały czas leżał w łóżku z pochrapującą Adelą obok. Ostrożnie, by jej nie obudzić, wstał i poszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi najciszej, jak mógł. Wyjął z kieszeni szlafroka trzy tekturowe pudełeczka i ułożył je na umywalce. Wiedział, że to głupie, ale nie umiał się powstrzymać. Nie zamierzał czekać ani jednego dnia dłużej.
Natychmiast musiał pozbyć się tego absurdu ze swojego życia. Coś złego się z nim działo. Bóle brzucha nie mijały. Wciąż miał mdłości. Na szczęście przestał wymiotować. Oczywiście nie wierzył, że mógłby być w ciąży, ale potrzebował dowodu, żeby skończyć z tą paranoją. Szybko rozerwał opakowanie i wyjął test. Już za chwilę wszystko powinno być jasne. Pół godziny później nadal nic nie było jasne, choć zużył wszystkie trzy testy. Niebieskie kreski skakały mu przed oczami.
Wciąż było ich za dużo. Po dwie w maleńkich okienkach, a przecież powinna być tylko jedna. Zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Zastanawiał się, czy coś źle zrobił. Może nie powinien obsikiwać trzech testów jednocześnie, tylko poczekać i zrobić to jeszcze raz rano? A może na stacjach benzynowych sprzedają testy ciążowe? Mógłby się po cichu wymknąć z domu i dokupić więcej. Pomyślał, że skoro mają w ofercie prezerwatywy, to i testy powinni sprzedawać. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki test może być potrzebny. Zwłaszcza że kondomy nigdy nie były stuprocentowo pewnym zabezpieczeniem przed ciążą.
No tak, tego... Poczułam, że moja twarz zaczyna płonąć ze wstydu. Nie przywykłam do tak swobodnego dyskutowania o kondomach, zwłaszcza z nieznajomymi. Do tego tak starymi. Nie takie dialogi prowadziłam dotąd ze staruchami, więc swoboda doktora Pluschke wytrąciła mnie z równowagi. Na szczęście on tego nie zauważył. Zupełnie nieświadomy mojego zażenowania kontynuował opowieść w najlepsze. Pan Hamish był przerażony, wręcz na granicy histerii. Krążył po łazience, jak nieprzymierzając lew w klatce, gdy nagle zatrzymał się i spojrzał w duże lustro wiszące nad umywalką. „Zaraz, ale właściwie to jakim cudem ja miałbym zajść w tą ciążę?” – zapytał sam siebie.
No tak, to chyba najważniejsze pytanie. Jak facet miałby to zrobić? – prawie krzyknęłam. Doktor Pluschke spojrzał na mnie z tajemniczym uśmiechem. Zdawało mi się, że jakiś niedobry cień przesunął się po jego twarzy. Przez ułamek sekundy nie był tym miłym i dobrotliwym staruszkiem, ale kimś zupełnie obcym, przerażającym. Nie zwróciłam na to uwagi. Pomyślałam, że to złudzenie. Jego opowieść wciągnęła mnie i chciałam, żeby już dobrnął do końca. Zaszedł w tą ciążę czy nie?
Proszę słuchać dalej. Gdy Adela pojechała w odwiedziny do swojej matki, pan Hamish postanowił znaleźć ten tajemniczy hotel. Długo kluczył po okolicy. Nie znał adresu, nie pamiętał, jak tam trafił. Przecież po tamtej nocy po prostu wsiadł do auta i odjechał. No ale wreszcie mu się udało. Nigdy nie domyśliłby się, że w takim skromnym budynku, szczelnie otoczonym wysokimi tujami mieścił się hotel. Stawiałby raczej na jeden z tych prywatnych domów starców dla emerytowanych oficerów albo dyskretnych klinik medycyny plastycznej, w których znane z telewizji twarze są poprawiane, podciągane albo pompowane botoksem. Niewidoczne od ulicy wejście, brak rzucającego się w oczy szyldu. Zdawało się, że hotel został zaprojektowany specjalnie dla tych, którzy unikają zostawiania po sobie jakichkolwiek śladów.
Mógł tu trafić jedynie z nią. Tą dziwną kobietą. Postanowił, że musi ją odnaleźć, dowiedzieć się, jak się poznali i czy jest choć cień szansy na to, by mogli przenieść tę znajomość do realnego świata. Siedział w aucie i obserwował wejście do hotelu. Nie działo się nic. Nikt nie wchodził ani nie wychodził. Powoli zapadał zmrok i Hamish poczuł znużenie. Nagle ktoś dotknął jego dłoni. To była ona. Ciemnowłosa kobieta siedziała tuż obok.
Nigdy wcześniej nie byli tak blisko siebie. Przynajmniej on nie pamiętał takiej sytuacji. Chciał jej zadać tak wiele pytań, ale ona tylko położyła palec na ustach i wysiadła z samochodu, dając mu znak, by podążył za nią. Szedł jak zahipnotyzowany. Nieoczekiwanie znaleźli się w hotelu i pan Hamish rozpoznał hol, recepcję i schody. Po chwili weszli do pokoju z ogromnym łóżkiem, fotelami i wielkim lustrem na ścianie. Tym samym, w którym ocknął się tamtego ranka. „Tak się cieszę, że jesteś” – krzyknął. Wyciągnął ręce w jej stronę, ale zanim zdążył ją objąć, poczuł uderzenie w głowę i upadł na łóżko. Ocknął się w ciemności.
Siedział w samochodzie zaparkowanym pod jego i Adeli mieszkaniem, a na kolanach leżał list i jakiś przedmiot zawinięty w aksamit. Bolała go głowa i chciało mu się pić. Znowu nie pamiętał, co się z nim działo przez ostatnie godziny. W końcu włączył światło w aucie i rozerwał kopertę. „Dostałeś ode mnie największy dar. Chroń go przed złymi ludźmi, którzy będą chcieli ci go odebrać.” A w aksamitnym woreczku znalazł nieduży srebrny sztylet. A od kogo był ten list? – zapytałam. Nie był podpisany. Co gorsza, o liście zeznawał tylko pan Hamish.
Nikt go później nie widział. Nie udało się go nigdy odnaleźć, choć policja przeszukała całe mieszkanie i samochód. Kamień w wodę. Ale to było później. Tymczasem, jak zeznał, dowlókł się do mieszkania, zażył proszek przeciwbólowy, który natychmiast zwrócił i położył się do łóżka. Cały czas myślał o kobiecie i liście. Był pewien, że tym cennym darem jest ich wspólne dziecko. W końcu zasnął, najpierw chowając list i sztylet pod poduszkę. To jego wersja. Niestety sąsiedzi zeznawali coś zupełnie innego.
Mówili o trzaskaniu drzwiami, krzykach i przekleństwach, a potem ciszy, jakby pan Hamish rzeczywiście zasnął. Ranek przyniósł makabryczne odkrycie. Obudził się w łóżku, a obok niego leżała Adela z poderżniętym gardłem, w którym nadal tkwił srebrny sztylet. Jak to? Zabił ją? Ale dlaczego? Nie przewidziałam takiego zakończenia. Myślałam, że go po prostu zamknęli w wariatkowie. Ale żeby zarżnąć żonę we śnie? Patrzyłam na doktora Pluschke i nie wiedziałam, czy ze mnie drwi, czy mówi prawdę.
Nagle samolot wpadł w turbulencje i zaczęło nim szarpać na wszystkie strony. Zrobiło mi się niedobrze i z ulgą przyjęłam szarą papierową torbę od stewardesy. Moje wymiociny miały podejrzanie fioletowy kolor i anyżkowy zapach, ale w tamtej chwili nie zwróciłam na to uwagi. Poczułam senność i nie wiedzieć kiedy zasnęłam z głową na ramieniu doktora Pluschke. Ocknęłam się, gdy tylko czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Nie zauważyłam nawet, że już wylądowaliśmy. Doktor Pluschke już wysiadł. W samolocie byłam tylko ja i miłe stewardesy, które sprzątały śmieci spomiędzy siedzeń. Szybko złapałam kurtkę, owinęłam się szalikiem i wyszłam na płytę lotniska. Jeszcze tylko kilka godzin w autobusie i dotrę do celu mojej podróży.
Czekając na walizkę zobaczyłam doktora zmierzającego raźnym krokiem do wyjścia. Złapałam bagaż i pobiegłam za nim. Nie dokończył opowiadania. Niech chociaż powie, czy złapano zabójcę żony pana Hamisha. Ale był zbyt daleko przede mną. Straciłam go z oczu i po prostu zniknął. Stałam bezradnie pośród wszystkich podróżnych biegnących w różnych kierunkach, a każdy dokładnie znał cel, do którego zmierzał i tylko ja jedna wydawałam się być zupełnie nie na miejscu. I wtedy usłyszałam za plecami cichy, niski głos. Odwróciłam się i ujrzałam wysoką kobietę o ciemnych, prostych włosach, grubych czarnych brwiach, niemal zrośniętych pośrodku czoła. Coś jakby ciemny meszek pokrywało jej górną wargę.
Stała przede mną i uśmiechała się przyjacielsko. „Hej, może masz ochotę na filiżankę kawy?” Piotr Niwa „Dan Griffin, szeryf El Paso” Na zachód od rzeki Pecos, przez północne, górzyste tereny pustyni Chihuahua pędził jeździec odziany cały w czerń. Kopyta jego czarnego konia ciężko uderzały o twardą ziemię pustyni. Jeździec wydawał się nie dostrzegać pędzących w jego kierunku wilków teksańskich. Dzień drogi na południu od El Paso pod drzewem dogorywał mężczyzna o siwych już włosach. Wbity w lewy bark nóż wydawał się coraz cięższy. Usta mężczyzny były popękane. Próbował zwilżyć je, oblizując czasami, ale był na tyle odwodniony, że nie miał śliny w ustach. Z wysiłkiem przewracał oczami. Głowa bolała coraz bardziej.
W ręku trzymał złamaną indiańską strzałę, którą wyszarpał z nogi. Mężczyzna przypomniał sobie ostatnie spojrzenie swojej Elizy. Jej piękne brązowe oczy. Spojrzenie wydawało się takie życzliwe i pełne miłości. Poprosiła go, żeby odpuścił. Nie chciała zemsty. Do miasta wjechał mężczyzna o wielu bliznach. Ludzie oglądali się za nim, coś sobie wyjaśniali. Ów mężczyzna wzbudził poruszenie wśród mieszkańców swoją osobą. Jednak to nikogo nie powinno zdziwić, bo gdy do miasta wjeżdżał sam Kanibal z Kentucky, to osoby, które jeszcze o tym nie wiedziały, czuły niepokój.
Kanibal zatrzymał się przed budynkiem poczty. Zostawił konia i wszedł do środka. Dzwonek umocowany nad drzwiami zadzwonił. Przy biurku siedziała kobieta, która coś przepisywała. „Muszę wysłać telegram.” Kobieta podniosła głowę i popatrzyła na nieznajomego. „Witam pana” – zaczęła. – „Jaka treść telegramu?” Mężczyzna chwycił pióro i kartkę z biurka. Zaczął coś pisać. W tym samym momencie do środka wszedł zastępca szeryfa. „Witaj, Billy.” Popatrzył na kobietę przy biurku.
„Nie ma Billy'ego?” „Wyszedł do pastora. Zastępuje go James.” – Uśmiechnęła się. „Przyszedł do mnie list.” Popatrzył na nieznajomego. „Czy my się kiedyś spotkaliśmy? Wygląda pan znajomo.” „Niemożliwe” – odcharknął. – „Skoro jeszcze żyjesz.” Zastępca szeryfa przyjżał się mężczyźnie. Rozpoznał go. „Kanibal z Kentucky. Poznaję cię. Nazywasz się Boone Helm, ścigany listem gończym wydanym przez sąd w Kentucky.” James sięga powoli po rewolwer.
„Bystrzak z ciebie” – odpowiedział Kanibal, nie odrywając wzroku od kartki. „W imieniu szeryfa El Paso zatrzymuję cię. Poddaj się.” James jedną rękę trzyma w pogotowiu nad rewolwerem, a drugą sięga po kajdanki przymocowane z tyłu pasa. „Nie radzę ci tego. Mogę wystrzelić.” – Uśmiechnął się obleśnie do kobiety naprzeciwko. „Poddaj się, Boone.” James chwycił rewolwer i odciągnął kurek. Kliknięcie usłyszał Kanibal. Zareagował błyskawicznie. Zastępca szeryfa nie zdążył zareagować, bo nabój przedziurawił mu głowę, rozbryzgując się na ścianie za nim. Kobieta poderwała się od biurka.
Zaczęła krzyczeć. Nie mogła oderwać wzroku od leżącego na ziemi ciała. Kanibal z Kentucky podał jej kartkę z wiadomością. „Nadaj to telegramem, suko. Przestań drzeć mordę. Nie chcesz chyba dołączyć do niego.” Wymierzył rewolwerem w kobietę i wskazał skinieniem głowy trupa. Siwy mężczyzna wykrwawiał się pod drzewem dzień drogi od El Paso. Zdążył już zapomnieć o pragnieniu i suchości w ustach. Przypomniał sobie jednak, że nie pościelił łóżka, jak wychodził z domu. Nie nakarmił też psa.
Dobiła go jednak ostatnia myśl. Jego ukochana. Przed budynkiem poczty zebrali się ludzie zaciekawieni strzałem. Przybiegł też szeryf ze swoją grupą tak zwanych pomocników. Zapytał właściciela hotelu, który sąsiadował z budynkiem poczty, co się stało. Ten przekazał szeryfowi tylko, że usłyszał strzał, ale inny mieszkaniec zrelacjonował, że widział, jak do środka wchodzi jakiś bandyta z bliznami. Szeryf wydał rozkaz dwóm swoim chłopakom, żeby zakradli się przed drzwi poczty. „Nieuprzejmie zaczynać od strzałów, kolego” – krzyknął. „Lubisz, jak jest o tobie głośno?” – zapytał sarkastycznie, ale nie usłyszał od razu odpowiedzi. Nadeszła dopiero po chwili ciszy.
„Niespecjalnie. Właściwie chciałem tylko nadać telegram.” „Umiesz gadać. Może i myśleć. Wyrzuć rewolwer przez okno i wyjdź z budynku.” „Nie mogę. Nie nadałem jeszcze telegramu, kolego.” Szeryf usłyszał odpowiedź. Kobiecie trzęsły się ręce. Wstukiwała kolejne litery wiadomości. Bała się, ale nie oderwała oczu od klawiszy maszyny. Pomimo przybycia szeryfa przestępca nie oderwał od niej oczu. Szeryf dał znać swoim chłopakom, żeby weszli do budynku, a sam próbował odciągnąć uwagę nieznajomego.
„Z kim mam przyjemność? Przedstaw się, bo po głosie cię nie poznaję.” „Abraham Lincoln.” – Usłyszał w odpowiedzi. „Wydawało mi się, że prezydent już nie żyje. W takim razie wyrzuć rewolwer, Abrahamie, przez okno.” Rewolwer wyleciał przez okno, rozbijając szybę i upadł na piach przed pocztą. Szeryf skinął głową do chłopaków, żeby zaatakowali. Ci wskoczyli do środka. Przez moment nie było nic słychać, ale po chwili rozległy się strzały. Pierwszy, drugi, trzeci. Ze środka zaczął się wyczołgiwać jeden mężczyzna. „Kanibal” – wydusił ostatkiem sił.
Drzwi się uchyliły. Padł czwarty strzał, który rozwalił głowę czołgającego się mężczyzny. Jeździec na czarnym koniu pędził przez pustynne tereny Chihuahua. Martwe wilki teksańskie zostawił daleko za sobą. Kaptur, pomimo niewyobrażalnie dużej prędkości, nie spadał z jego głowy. Można było poznać, że przyświeca mu jakiś cel, który podziela również jego koń. „Kanibal? Kanibal z Kentucky? Czyżby sam Boone Helm?” – usłyszał bandyta z ulicy. „We własnej osobie, szeryfie” – wykrzyczał.
„Wysłałaś, suko?” – zapytał kobietę. „T-t-t-t-tak” – wyjąkała. „To wrzuć do torby, co tam masz w kasie i pokaż tylne wyjście.” Podniósł leżący na ziemi worek, wysypał papiery i rzucił kobiecie na biurko. Przerażona zrobiła, co kazał. Opróżniła kasę. Po chwili podążyli do wyjścia. Kiedy jeszcze był świadomy, siwy mężczyzna skrył się w cieniu drzewa, ale od kilku godzin nie ruszał się z miejsca. Słońce przypiekało jego twarz i szyję. Powoli przestawał odczuwać ból. Czuł, że bliski już koniec.
Opadła mu głowa. Na zewnątrz było duszno. Próby wietrzenia domu mogły tylko pogorszyć sytuację, ale małżeństwu to nie przeszkadzało. Wydawać by się mogło, że nawet nie odczuwali wysokiej temperatury. Kobieta opatrywała ranę na głowie męża. Mężczyzna spadł z konia, próbując zaimponować żonie jazdą na stojąco. Teraz wpatrywali się w siebie z uśmiechem. Tego samego dnia wieczorem kobieta wyszła przed dom, gdy usłyszała ryk bydła. Podeszła zbyt blisko ogrodzenia. Nie zauważyła czających się na nią wilków.
Zaatakowały. Z pianą w pysku drapały i gryzły bezbronną kobietę. Mąż zaraz wybiegł z domu ze strzelbą. Strzały spłoszyły zwierzęta. Zabrał kobietę do domu. Robił, co mógł, opatrując wszystkie rany, tamując cieknącą krew. Chciał pędzić do miasta po doktora, ale żona go wstrzymała. Zapewniła go, że będzie dobrze. Kazała zaszyć rany. Ledwo przytomna podpowiadała mężowi, co ma robić.
Była silną kobietą. Mąż zrobił, co mógł. Wiedział, że będzie dobrze, bo tak go zapewniła. Potem zamknęła oczy. Do budynku poczty pierwszy wbiegł młody chłopak. Rozejrzał się. Ciała Jamesa i małego Johna leżały na podłodze, ale nikogo więcej nie było. Nagle padł kolejny strzał. Do budynku wbiegł szeryf. „Al?
Al?” „Tutaj” – usłyszał wołanie młodego z tyłu budynku. Siwy mężczyzna ocknął się pod drzewem. Wydawało mu się, że słyszy tętent kopyt. Pomoc? Zrobiło mu się bardzo zimno. Szeryf wbiegł na zaplecze poczty. Zamarł, gdy zobaczył leżącą w drzwiach osobę. Łzy pojawiły mu się w oczach. Doskoczył do postrzelonej kobiety. „Nie, nie, kochanie.
Co ty tu robiłaś?” „Przepraszam cię, Ben. Chciałam wysłać wiadomość do twoich rodziców, że niedługo się zjawiemy u nich.” Kaszlnęła i wypluła krew na próg. „Billy poprosił mnie, żebym chwilę go zastąpiła, bo musiał wyjść do pastora.” „Co on ci zrobił? Ty krwawisz. Nie możesz umrzeć.” „Spokojnie, Ben.” Znowu wypluła krew. „Będzie dobrze. Nakarm, proszę, naszego psa i dbaj o porządek w domu.” „Nie. Nie mów mi tego. Nie żegnaj się.” Powieki kobiety zamknęły się. „Elise.” Przyciskał ranę z całych sił.
„Będzie dobrze. Tak jak wtedy z wilkami, pamiętasz? Tylko nie popisuj się już i nie wskakuj na konia. Nie chcę, żebyś się mścił.” Mężczyzna rozpłakał się. „Do zobaczenia, kochanie” – wypowiedziała cicho i odeszła. Szeryf pędził przez pustynię śladami swojego pomocnika, który ruszył w pogoń za mordercą. Kurz, jaki się unosił, mieszał się ze łzami w oczach. To był jedyny raz, kiedy nie mógł posłuchać żony. Przed zapadnięciem nocy minął go koń jego pomocnika, a wkrótce on sam minął jego ciało. Ziemia zdążyła już wchłonąć krew towarzysza.
Ten morderca zabrał mu wszystko, strzelając do żony, towarzyszy. Miał już tylko jeden cel. Chciał widzieć, jak wilki teksańskie rozszarpują ciało kanibala z Kentucky. Koń to rozumiał. Pędził, uderzając ciężko o twardą ziemię pustyni Chihuahua. Wreszcie na horyzoncie ukazał mu się morderca. Stał pod drzewem i czekał na szeryfa. Szeryf podjechał bliżej i zeskoczył z konia. Wyciągnął rewolwer i wymierzył w bandytę. „Myślałem, że własnoręcznie wymierzysz na mnie sprawiedliwość, a ty idziesz na skróty?
Zastrzelisz mnie? Czy to nie za proste?” – ignorancko zapytał kanibal. „Proste? Zamordowałeś moich ludzi i moją żonę, bydlaku! Nie mam hamulców, żeby zrobić to z tobą.” „To była twoja żona? Jeśli ci to poprawi humor, to przyznam, że nie kierowały mną jakieś wyższe pobudki. Strzelałem jak do zwykłego worka ziemniaków.” Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Szeryf nie wytrzymał. Cisnął rewolwerem przed siebie i rzucił się z pięściami na kanibala z Kentucky. Nie zauważył niestety Indianina kryjącego się za drzewem.
Nie przewidział, że Boon Helm może go podejść. Indianin skoczył na szeryfa z nożem. Zdezorientowany szeryf nie zdążył się obronić. Wbito mu nóż w lewy bark. Z drugiej strony zaatakował kanibal, powalając mężczyznę uderzeniem w głowę. Uchwyt rewolweru rozciął szeryfowi czoło. „Bierz, Czerwony, konia naszego stróża prawa w El Paso.” Popatrzył na leżącego mężczyznę. „Jemu już się nie przyda.” Indianin pobiegł za koniem. Wskoczył na zwierzę i chwycił za grzywę. Czekał.
Kanibal wyciągnął rękę w jego kierunku i nie patrząc, chwycił rzucaną strzałę. Przykucnął następnie obok szeryfa oszołomionego uderzeniem. I tak się kończy zabawa z Kanibalem z Kentucky. Teraz ty to będziesz zdychał pod tym drzewem, a ja wrócę sobie do twojego miasta. Najem się i pochędożę. Wbił mu strzałę w nogę. Ty skurwielu! Wyjęczał, ale za to dostał kolejny raz w gębę. Gdy otworzył oczy, nikogo już nie było. Siwy mężczyzna z dziurawą nogą i wbitym nożem w lewy bark otworzył ciężko oczy.
Usłyszał sapanie konia. Przed nim stał jeździec ubrany w czerń. Kaptur musiał rzucać cień, bo mężczyzna nie dostrzegł twarzy. Jeździec zszedł z konia. Kim jesteś? Zapytał, ale nieznajomy stał bez odpowiedzi. Przyjechałeś mi pomóc? Spóźniłeś się. To moje ostatnie chwile. Nieznajomy przemówił niskim głosem.
Zgadza się. Ostatnie. Przyjechałem po ciebie, Benny Griffin, szeryfie z El Paso. Moja żona. Miasto to już tylko sny przeszłości. Poszukuję snów, a takie jak twoje są najcenniejsze. Miłość, nienawiść, zemsta i bezsilność. Podszedł do konia i wyciągnął przypiętą do juków kosę. Byłeś wspaniałym człowiekiem. A Kanibal?
Jego też wkrótce odwiedzę. Żegnaj, Benny Griffinie, szeryfie z El Paso. Szeryf musiał zobaczyć coś przed ścięciem śmierci, bo uśmiechnął się. Może kogoś rozpoznał. Jeździec w czerni wskoczył na konia i popędził przez pustynię. Kopyta czarnego rumaka ciężko uderzały o twardą ziemię pustyni. Pędził w poszukiwaniu następnych snów. Kamila Ciołko-Borkowska, "Pechowe zauroczenie". Tłum elegancko ubranych ludzi peszył ją za każdym razem tak samo. Za chwilę będzie musiała stanąć przed nimi i w blasku fleszy zaprosić do środka.
Wewnątrz wisiały jej prace, a darmowe przekąski i wino przyciągały niczym magnes. Cieszyło ją, że z wystawy na wystawę wino jest coraz gorszej jakości. Nie żeby kurator żałował na nią pieniędzy. Tajemnicą poliszynela było, że im lepsza wystawa, tym gorsze serwowano wino. Stała więc, słuchając rozmów zaproszonych gości i uśmiechała się sztucznie. W końcu przyszedł czas na nią. Z rumieńcami na twarzy Klara z ekscytacją opowiadała o swoich pracach. Większość gości słuchała jej z uwagą. Jednak jeden mężczyzna, w pewnym oddaleniu od grupy słuchaczy, przyglądał się wnikliwie płótnom. Po części oficjalnej przyszedł czas na uściski, gratulacje i zapoznawanie nowych ludzi, których i tak pewnie nie zapamięta.
Patrząc na tłok podczas wernisażu można było odnieść wrażenie, że mieszkańcy Warszawy to maniacy malarstwa. Ciekawiło ją, ilu z tych pasjonatów sztuki przyszło tu dla darmowego cateringu. Nie bawiła się dobrze na spędach tego typu. Były dla niej stratą czasu, który mogła spędzić malując. Zdawała sobie jednak sprawę, jak ważne dla jej kariery jest pokazywanie się ludziom. Kiedy mając już serdecznie dość nowych szpilek, stała w kącie, rozglądając się za krzesłem, podszedł do niej Jacenty Malinowski, najlepszy kurator, na jakiego mogła trafić. W duchu przeklinała się za to, że zdecydowała się przyjść tutaj w nowych butach. Z przyklejonym uśmiechem kiwała głową. Przez ból, jaki powodowały niewygodne buty nie zwracała uwagi na to, co mówił Jacenty. Musiała jednak choć na moment skupić się na rozmowie.
Bała się, że nieświadomie zgodzi się na coś, czego potem będzie żałować. Pamięta pani zapewne – mówił podekscytowany – jak wspominałem, że nawiązałem współpracę z pewnym przedsiębiorcą? Ma pan na myśli tego tajemniczego sponsora? W odpowiedzi jedynie pokiwał głową. Chciałbym go pani przedstawić. Niezwykle interesująca osobowość. Lekko ujął ją pod rękę i razem skierowali się w stronę krańca sali, gdzie tyłem do nich stał wysoki mężczyzna. Ten sam, który podczas jej wystąpienia przyglądał się pracom. Większość gości skupiła się wokół stołu z przekąskami. Nieznajomy stał samotnie, z uwagą spoglądając na jeden z obrazów.
Zdając sobie sprawę, jak ważnym jest poznanie sponsora, dała się poprowadzić w najdalszy kąt galerii. Z bólu zaciskała zęby, a pięści ściskała tak mocno, że paznokcie wżynały się jej w skórę. Tak bardzo marzyła o tym, żeby zrzucić w końcu te przeklęte buty. Oto nasza gwiazda – głośno powiedział kurator. Nieznajomy odwrócił się. Spojrzał na nią z uśmiechem, jakby zobaczył starego przyjaciela. Pewnie wyciągnął dłoń w jej stronę. Resztkami sił starała się utrzymać taką pozycję, by stopy bolały jak najmniej. Uścisnęła chłodną dłoń i zerknęła na nieznajomego. Dobry wieczór, pani Klaro.
Herman Dunkie. Wiele o pani słyszałem. Klara Kossak-Ścibiszówna. Jestem wdzięczna za wsparcie. Nigdy nie lubiła płaszczyć się przed sponsorami. Powinna zająć się malowaniem, a nie dziękowaniem za ufundowanie średniej jakości wina na wernisaż. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, co wypada, a czego nie wypada mówić podczas takich rozmów. Najczęściej uśmiechała się głupio i kiwała głową na potwierdzenie słów Jacentego. Tym razem jednak nie mogła przestać przyglądać się mężczyźnie. Coś w jego twarzy wzbudzało jej fascynację.
Tak wielką, że miała nieodpartą ochotę posadzić go na środku pokoju, a potem spędzić godziny przy sztaludze, portretując. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby poza malowaniem zajmowali się też czymś innym, ale ten fakt ukryła nawet przed samą sobą. Trzymała więc chłodną dłoń, przyglądając się intrygującej twarzy. Mężczyzna lekko wysunął dłoń z uścisku. Podziękował Jacentemu za przedstawienie mu Klary i ujmując ją za łokieć, skierował się wraz z nią w stronę kanapy ustawionej pod ścianą. „Widzę, że pani cierpi. Proszę, niech pani usiądzie.” Kiedy usiadła, klękając przed nią, zdjął z jej umęczonych stóp te przeklęte, niewygodne szpilki. Odetchnęła z ulgą, dziękując niebiosom za tego człowieka. Nigdy by się nie odważyła zdjąć buty przed końcem imprezy. Chłód posadzki przyniósł ulgę i pozwolił jej zebrać myśli na tyle, by móc prowadzić logiczną rozmowę.
Przynajmniej tak się jej zdawało. Przeogromna siła kazała jej przyglądać się tej wręcz nienaturalnie bladej twarzy o smutnych oczach. „Te obrazy.” Herman zatoczył ręką koło. „Te obrazy, pani Klaro, są przepiękne. Widać w nich głębię, jakby zaczarowywała pani marzenia senne pędzlem na płótnie. To wielki talent.” Usiadł tuż przy niej. „Jeszcze nikt tak tego nie ujął” – odparła zawstydzona. Nie pojmowała wewnętrznej potrzeby bycia bliską tego człowieka. Przecież poznała go dopiero przed momentem. Nie potrafiła określić, co w jego twarzy tak ją fascynowało.
Lekkość rozmowy, jaką prowadzili, była dla niej kolejnym szokiem. Zawsze miała problemy w kontaktach z ludźmi. Była introwertyczką, do tego chorobliwie nieśmiałą. Herman, jakby nie zauważał jej speszenia, rozmawiał z nią, jakby znali się od lat. Ona natomiast udzielała się jak nigdy dotąd. Podczas tej rozmowy doprowadził do tego, że po raz pierwszy w dorosłym życiu śmiała się publicznie. Odkąd weszła w wiek dojrzewania i zaczęła malować, świat i zupełnie normalne zachowania przestały być jej udziałem, przez co bardzo często nie potrafiła odnaleźć się w życiu. Każdy kontakt z ludźmi był dla niej dużym przeżyciem. A tu proszę, rozmawiała z łatwością, jakiej zawsze zazdrościła innym. Nie myślała nawet, że tak potrafi.
W końcu galeria opustoszała. Gości zastąpiła ekipa sprzątająca, która sprawnie ogarniała powstały bałagan. Kiedy postanowili opuścić budynek, westchnęła ciężko, sięgając po buty. Powrót do domu będzie bolesny. Herman delikatnie odebrał jej niewygodne szpilki. „Nie wygłupiaj się, możesz iść boso.” W odpowiedzi pokiwała jedynie głową. Bez obcasów sięgała mu jedynie do ramienia. Chłodne płyty chodnikowe sprowadziły jej myśli na ziemię. Nie rozumiała tego, co działo się z nią w obecności tego mężczyzny. Żałowała, że podczas spaceru nie mogła patrzeć mu w oczy.
Czuła, że coś ją przyciąga do tego człowieka. Coś tak silnego, że odczuwała wręcz fizyczną potrzebę utrzymywania kontaktu wzrokowego. Odprowadził ją do domu, pożegnał się i delikatnie uścisnął dłoń na pożegnanie. W duchu liczyła na coś więcej, choćby na cmoknięcie w policzek. Jednak próbowała nie okazywać rozczarowania. „Odezwę się jutro” – obiecał na do widzenia. Spojrzał na zegarek. „Jest późno i jesteś już zmęczona. Do jutra zatem” – odpowiedziała, szukając klucza w torebce. Gdy zamknęła za sobą drzwi wynajmowanego mieszkania, rzuciła buty pod ścianę i nie mogła przestać patrzeć na dłoń.
Miała wrażenie, że płonie od dotyku mężczyzny. Nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie na niej zrobił. Myśl o nim nie opuszczała jej nawet pod prysznicem ani w łóżku, gdzie przewracała się z boku na bok, by w końcu zapaść w niespokojny sen. Rano czuła się okropnie. Patrząc w lustro, stwierdziła, że Herman miał rację. Nadal była zmęczona. Nie nadawała się dziś do kontaktów z kimkolwiek. „Musi odpocząć. Może jakieś śniadanie?” – powiedziała sama do siebie, otwierając lodówkę. „Moja droga, masz do wyboru pasztet i parówkę.
Co byś chciała?” Przełykając resztki parówki, wzięła filiżankę z kawą i skierowała się do pokoju, który był jej pracownią oraz sypialnią w jednym. Łyknęła kawy, włączyła muzykę i zapatrzyła się na niedokończony obraz. Ostatnio wydawał jej się w porządku, jednak w tej chwili wszystko było do poprawki. Próbowała malować, jednak nie mogła się skupić. Jej myśli wciąż wędrowały w kierunku mężczyzny o hipnotyzującej twarzy. Usiadła więc naprzeciw sztalugi i popijając kawę, zatopiła się w myślach o minionym wieczorze. Telefon milczał. Dopiero koło południa uświadomiła sobie, że przecież nie podała mu numeru. „No cóż, brawo Klaro, brawo. Zniknęło ci z horyzontu niezłe ciacho.” Kiedy następnego dnia zadzwonił obcy numer, odebrała nieśpiesznie.
Gdy jednak usłyszała w słuchawce: „Dzień dobry”, zdawało się jej, że serce przyspieszyło niczym japoński Shinkansen. Musiała usiąść z wrażenia. „Halo, jesteś tam?” – usłyszała pytanie. „Tak, jestem.” Czuła, jak się rumieni. „Dzwonię dziś tak, jak obiecałem. Masz ochotę na kolację?” „Teraz?” – zapytała nieprzytomnie, zdając sobie sprawę, że straciła poczucie czasu. „W południe raczej nie jadam kolacji. Wolałbym wieczorem” – zaśmiał się rozmówca. „No tak, logiczne. Jasne, może być wieczorem” – jąkała się.
„Przyjechać po ciebie czy spotkamy się na miejscu?” „Tak.” „Co tak?” „Przyjechać? Przyjadę. Będę o 20:00.” Od tej chwili w mieszkaniu trwało szalone poruszanie. Klara jak zwykle nie mogła zdecydować, w co się ubrać. Nie posiadała zawrotnej ilości ubrań, jednak wypróbowanie jedynie połowy możliwych kombinacji zajęło wiele godzin. Kiedy uznała, że jest gotowa, postanowiła sprawdzić, która godzina. 15:00. Usiadła i zerkając co chwilę na zegar błagała wskazówki, by poruszały się szybciej. Siedząc naprzeciwko Hermana w przyjemnej restauracji, nie mogła przestać się uśmiechać. Mężczyzna był fascynujący, a to, w jaki sposób się wysławiał, powodowało, że czuła ciarki na kręgosłupie.
Dopiero po dłuższym przyglądaniu się rozmówcy dotarło do niej, że ten ma dziwną wadę zgryzu. Jego specyficzny sposób mówienia spowodowany był faktem, iż mężczyzna miał lekko wysunięte do przodu górne trójki. Jednak nie był to szkopuł w porównaniu do pozytywów, jakie w nim znajdowała. Z zainteresowaniem słuchał, jak opowiadała o swojej pasji i o etapach tworzenia. Zadawał pytania. Rozmawiali. Idealny facet. „A czym ty się zajmujesz?” – zapytała, gdy dolewał jej szampana. „Takie tam nudne cyferki.” – wzruszył ramionami. „Chyba nie lubisz swojej pracy.
Nie chcesz o niej mówić?” „O pracy w czasie wolnym nie powinno się rozmawiać.” – odstawił butelkę do kubełka z lodem. „To powiedz chociaż, czym się zajmujesz.” „Ale nie będziesz się śmiała?” – spojrzał na nią uważnie. „Obiecuję.” – uniosła prawą dłoń jak do przysięgi. „Jestem zafascynowany mitycznymi stworzeniami.” – spoglądał na nią badawczo. „Harpie, sfinksy, potwór z Loch Ness i wampiry?” Uśmiechnięty pokiwał głową. Wiedziała przecież, że ludzie mają różne koniki. Zainteresowanie dziwami tego typu nie napawało lękiem. Budziło wręcz w niej delikatny dreszczyk zainteresowania. „A masz jakąś ciekawostkę, nie wiem, na przykład o wampirach?” „Jaką ciekawostkę?” – nie ukrywał zainteresowania tematem. „Taką, której świat nie zna.” „Niech pomyślę.
Mam.” – tu zrobił pauzę. „Wampiry nie śpią.” „Jak to nie śpią? A trumny?” – zdziwiła się na poważnie. „Wampirom odebrany został dar snu. Poszukują go więc u żywych. Nie śpią. Ukrywają się przed słońcem w trumnach. Przecież nie będą wisieć do góry nogami pod sufitem jak nietoperze.” „Fakt” – potwierdziła, popijając z kieliszka. „Zresztą niektóre wykształciły mechanizmy obronne i nie muszą ukrywać się przed słońcem, a sen nie jest im potrzebny. Nie męczą się jak ludzie.
Nie muszą więc odpoczywać.” Słuchała go z prawdziwym zainteresowaniem. Pięknie opowiadał. I ten jego głos. Po kolejnym spotkaniu i po kilku lampkach wyśmienitego wina była gotowa zaprosić Hermana do siebie. Podczas tego spotkania dziwił ją fakt, że mężczyzna w przeciwieństwie do niej nie próbował nawiązać bliższego kontaktu. Wręcz tego unikał, jakby się jej bał. Nie próbował jej dotknąć w jakikolwiek sposób. Uznała więc, że jest bardzo nieśmiały i poczeka, ile będzie musiała. W końcu jest na co. Jakie było jej zdziwienie, gdy na pożegnanie znów uścisnął jej dłoń i odszedł, obiecując zadzwonić.
W całym swoim życiu nie miała wielu mężczyzn. Jej introwertyzm nie pomagał, jednak jeszcze nigdy nie miała do czynienia z takim przypadkiem. Czy to ten sławetny zagrożony wyginięciem gatunek zwany dżentelmenem? Spotykali się na mieście. Zawsze był nad wyraz uprzejmy. Czasami wchodził na herbatę czy kawę do jej mieszkania. Nieraz nawet robiło się zmysłowo. Jednak Herman zawsze wracał na noc do domu. Raz, jedyny raz pocałował ją w rękę. Po tym zdarzeniu nie mogła spać, a rano zadzwoniła, żeby zaprosić go do siebie na kolację.
Miała dwa dni na przygotowanie mieszkania, jedzenia i przede wszystkim siebie. Musi w końcu zrealizować marzenia, które bez ustanku krążą w głowie, nie pozwalając jej pracować. Pragnęła tego. To było tak silne pragnienie, że stawało się fizycznie odczuwalne. Nocami prawie nie spała, jakby zabrał jej sen. Przypominała sobie wtedy, co mówił jej o wampirach. Chyba nie staje się wampirem. Zresztą nie pragnęła krwi. Pragnęła jego. Jego całego, fizycznie i do utraty przytomności.
Na sztaludze stał zaczęty obraz. Planowała malować staruszkę nad talią kart, a póki co ma akt. Kobieta i mężczyzna wirujący w powietrzu. Westchnęła i wzięła się za tworzenie listy zakupów. Ubrana w kupioną specjalnie na tę okazję sukienkę przyglądała się efektowi końcowemu swojej pracy. Uznała, że jest dobrze. Nienawidziła chodzić po sklepach, więc wycieczka w poszukiwaniu czegoś na dzisiejszy wieczór została zaplanowana tak, by spędzić jak najmniej czasu na mieście. Niestety nie posiadała też żadnej przyjaciółki, która powiedziałaby jej, czy wygląda dobrze, czy lepiej zdjąć to, co przymierzyła. Musiała liczyć na siebie. Miała nadzieję, że wygląda tak, jak powinna.
Spryskała się perfumami, podeszła do stołu i poprawiła koszyk z pieczywem. Ktoś zapukał do drzwi. W progu stał on. Miała wrażenie, że Herman jest skrępowany. Stał dłuższą chwilę, nie wiedząc, co robić. Jej mieszkanie było nader skromne. Nie ma co się oszukiwać. Nie zarabiała tyle, żeby wynająć coś lepszego. „Zapraszam, wchodź” powiedziała przyjaźnie. Mięśnie twarzy mężczyzny nieco się rozluźniły i uśmiechając się nieśmiało, wszedł do środka, wręczając gospodyni kwiaty i butelkę wina.
„Czy ja ci już wspominałem, że masz tu bardzo przytulnie?” „Tak” uśmiechnęła się szeroko. „Za każdym razem, gdy tylko przekraczałeś ten próg”. „Staram się jak mogę” odparła, wkładając kwiaty do wazonu. „Wyglądasz przepięknie”. „Dziękuję”. W końcu usiedli do stołu. Przytłumione światło. Cicha, romantyczna muzyka. Musi się udać. W końcu usłyszała swój ulubiony kawałek.
Saksofon z lekka rozbrzmiewał w pokoju. Przymknęła oczy. „Masz ochotę zatańczyć?” Zapytał nagle. „Oczywiście. Lubię ten utwór”. „Widzę”. Objął ją lekko. Poczuła, jak przesuwa dłoń po jej plecach. Uśmiechnęła się lekko. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Jej serce waliło w piersi jak oszalałe. Poruszali się w rytm melodii. Powoli. Spojrzała mu w oczy, a on pochylił się i poczuła jego usta na swoich. To był magiczny moment. Gdyby mogła, wtuliłaby się w niego jeszcze bardziej. Jednak to było chyba niemożliwe. Nagle poczuła ból. Ugryzł ją. Syknęła.
Poczuła w ustach metaliczny smak krwi. Napięła się na moment. To była jej krew. Czując jego dłonie gładzące plecy, rozluźniła się ponownie. Pachniała uwodzicielsko. Jednak to nie perfumy, a ona sama. Poruszała się tak zmysłowo. Nie mógł się oprzeć. Musiał spróbować. Pochylił się i namiętnie ją pocałował.
Kiedy rozpływała się w jego ramionach, ugryzł ją w dolną wargę. Nie przerywając tańca, który ją rozluźniał, językiem zlizał z jej ust kroplę krwi. Zamruczał, co spodobało się Klarze. „Wyśmienita” wyszeptał, przytulając ją jeszcze mocniej.
[03:24:47] - No cóż, proszę państwa, pięć opowiadań za nami. To widomy znak, że kończymy audycję. Jutro czas pełen jazdy samochodem, przynajmniej dla mnie. I w ogóle pełen zamieszania. Bo 1. listopada to jest taki moment, w którym wydaje się, że cała Polska wyrusza w trasę, wyrusza na cmentarze. W części to jest oczywiście prawda. A zatem dobrej nocy państwu życzę spokojnej, wyśpijcie się, bo jutro pewne wyzwania przed wami. Tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Pięknie państwu dziękuję.
Dobranoc.
[03:25:33] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.