Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Kolejny piątek, weekendu początek. Minęła przed chwilą godzina 20:00 na antenie Radia Paranormalium, a to oznacza, że czas najwyższy spotkać się ponownie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest znani gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:36] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny piątek i kolejny AWF. Zaczynamy tradycyjnie. Ja już chyba muszę zmienić ten początek, bo mam wrażenie, że co tydzień powtarzam to samo. Trzeba by jakieś zmiany wprowadzić. Ale dzisiaj jeszcze powtórzę. Tradycyjnie zaczynamy, czyli od polecanych książkowych. Przypominam, że od poprzedniej audycji w każdym wydaniu piątkowym mamy dwa bloki polecankowe. Pierwszy jest ogólnoliteracki, raczej nawiązuje do literatury pięknej oraz rzeczy reportażowych.
Dzisiaj akurat nie będą reportażowe i tylko piękne, ale będą też... To niespodzianka. A drugi blok polecankowy po Filmotekarium dotyczy książek z pogranicza. Książek, które są dostępne chociażby w księgarni Galerii Nieznanego Świata, zarówno w wersji internetowej na stronie nieznany.pl. Tam sobie Państwo możecie do internetowej księgarni zajrzeć, księgarni galerii, ale możecie państwo ci, którzy mieszkają w Warszawie albo akurat przejazdem w Warszawie są, to od poniedziałku do piątku możecie państwo w wersji analogowej zwiedzić księgarnię, poszperać po półkach. To jest naprawdę duże przeżycie, bo księgarnia jest duża i tę księgarnię, nie waham się, można po prostu zwiedzać. Tam jest do przeglądania naprawdę masa książek, do czego państwa namawiam. Między 10:00 a 18:00 od poniedziałku do piątku podwoje księgarni galerii stoją przed państwem otworem. Ale zacznijmy od polecanki książkowej związanej z literaturą piękną. Zacznę od książki zatytułowanej „Katabaza”.
Autorką jest Rebecca F. Kuang. Wydawca to Fabryka Słów Spółka z o.o., a data premiery 24 września. W ogóle wszystkie książki, które dzisiaj państwu polecę w tym bloku, będą na rynku od 24 września. Ja i tak to będę powtarzał, ale dla porządku. 24 września pojawia się książka „Katabaza”. Alice Low miała cel stać się najbystrzejszym umysłem w dziedzinie magii analitycznej, wyrzec się miłości, przyjaźni, snu, poświęcić wszystko, by móc pracować z Jacobem Grimmesem, największym magiem swoich czasów. I wszystko szło zgodnie z planem do chwili, w której profesor ginie w wypadku, a Alice zostaje sama z nieskończoną wiedzą, nieukończoną rozprawą i bez żadnych szans na przyszłość. Więc robi to, co wydaje się niemożliwe. Schodzi do piekła, żeby go stamtąd wyciągnąć.
Towarzyszy jej Peter Murdoch, przystojny, utalentowany, nienaganny. Ulubieniec wydziału, największy rywal. To nie jest podróż do wnętrza Ziemi. To zejście w najciemniejsze rejony obsesji, lojalności i akademickiej zależności. W kręgach piekła nie czekają demony z rogami. Czekają grzesznicy i pytania, które nie mają właściwych odpowiedzi. To nie jest historia o pięknie wiedzy, sile rozumu czy triumfie woli. To opowieść o dziewczynie, która zdecydowała się wejść do piekła. A piekło to nie tylko miejsce. Przypomnę tytuł książki „Katabaza”.
Autorka Rebecca F. Kuang, wydawnictwo Fabryka Słów, a premiera, przypomnę 24 września. Tego samego dnia na rynku pojawi się książka Oślizgłem Marki „Wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych”. Autorem tej pozycji jest Piotr Tarczyński, wydawnictwo Znak Litera Nova. A datę to już państwo znacie. „Chcę, żebyś znalazł mi odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, kto zabił JFK? Po drugie, czy UFO istnieje? — powiedział prezydent Bill Clinton do zastępcy prokuratora generalnego Webstera Hubbela.
Kto stał za zatopieniem Titanica? W jakim celu CIA podawała LSD wojskowym i więźniom? Dlaczego Jackie Kennedy tylko w Dallas dostała czerwone róże, choć wszędzie indziej otrzymywała żółte? Przypadek? Nie sądzę. Jedyna w swoim rodzaju pasjonująca podróż przez historię Stanów Zjednoczonych, ukazaną przez pryzmat teorii spiskowych, na których został zbudowany ten kraj. Amerykanista i historyk, współtwórca popularnego i nagradzanego podcastu amerykańskiego Piotr Tarczyński wnikliwie analizuje bardziej i mniej popularne teorie spiskowe. Od Iluminatów, przez Watergate po QAnon i pokazuje, jak nierozłącznie związane są z nimi kultura i popkultura. Z erudycją i humorem opowiada o tym, jak przy pomocy nierealnych scenariuszy Amerykanie tłumaczą sobie rzeczywistość. Przypomnę, to była zapowiedź książki „Oślizgłe macki wiadomej siły.
Historia Ameryki w teoriach spiskowych." Książka autorstwa Piotra Tarczyńskiego. Wydawcą jest Znak Litera Nova, a data pokazania się książki na rynku: 24 września. I również 24 września książka, na którą czekało bardzo wiele osób. Książka Kena Folletta „Krąg czasu”. Wydawnictwo Albatros. A datę już Państwo znacie. Najnowsza powieść mistrza prozy historycznej, autora bestsellerowych epickich cyklów „Filary ziemi” i „Stulecie”. Ken Follett rekonstruuje historię powstania jednej z najbardziej zagadkowych budowli na Ziemi: megalitycznego kręgu Stonehenge. Kopacz krzemienia o nieprzeciętnych zdolnościach, Seth, ma wyjątkowy talent do znajdowania złóż krzemienia. W letnim upale przemierza wielkie równiny, by wziąć udział w uroczystościach letniego przesilenia oznajmiających nastanie nowego roku.
Seth ma nadzieję sprzedać na jarmarku kamień, który wydobył i odszukać Nin, dziewczynę, którą skrycie kocha. Jej rodzina żyje w dobrobycie, więc dla Setha związek z nią to szansa na ucieczkę od prymitywnego ojca i braci, z którymi mieszka w małej pasterskiej społeczności. Kapłanka, która wierzy w niemożliwe. Joyita, siostra Nin, jest kapłanką i wizjonerką z niezrównanymi zdolnościami przywódczymi. Jako dziecko w zachwycie podziwiała ceremonię nocy przesilenia letniego i marzyła o cudownym nowym pomniku wzniesionym z największych kamieni na świecie. Jednak pośród wzgórz i lasów Wielkich Równin czuje się już niepokój i nadchodzące kłopoty. Pomnik, który stanie się fundamentem cywilizacji. Wizja Joy o wielkim kamiennym kręgu wzniesionym przez podzielone plemiona Równin zainspiruje Setha i stanie się dziełem ich życia. Ale gdy susza pustoszy ziemię, rośnie nieufność między pasterzami, rolnikami i mieszkańcami lasów, a pierwszy akt zwierzęcej przemocy prowadzi do otwartej wojny. To była zapowiedź książki Kena Folletta „Krąg czasu”.
Wydawnictwo Albatros. Data wydania, data pojawienia się na rynku wydawniczym: 24 września. No tak, to już zapowiedzi, polecanki książkowe mamy za sobą. To teraz będą oczywiście korepetycje filozoficzne. A dzisiaj w korepetycjach porozmawiamy o ludziach, którzy określani są mianem cyników. To dzisiaj kojarzy się nie najlepiej, bo jak ktoś jest cyniczny, to chyba go czasami nie lubimy. Ja Państwu proponuję sięgnąć do źródła, skąd się cynicy i cynizm wzięli. Wyobraźcie sobie Państwo człowieka, który odrzuca garnitury, smartfony, media społecznościowe i mówi: „Nie potrzebuję tego, żeby być szczęśliwym.” A teraz pomnóżcie to razy 10, dodajcie psa i beczkę zamiast mieszkania. No i macie cynika. Dlaczego psa i dlaczego beczkę?
O tym za chwilę. Cynicy to jedna z najbardziej barwnych szkół starożytnej filozofii, a ich najwybitniejszym bohaterem był Diogenes z Synopy. To właśnie on mieszkał w słynnej beczce, a ściślej mówiąc w wielkiej amforze. Włóczył się po Atenach, robił psikusy Platonowi i kpił z Aleksandra Wielkiego. W skrócie mistrz w sztuce tego, jak żyć inaczej i jak męczyć, a właściwie robić psikusy innym ludziom. A skoro wspomniałem już o psikusach i Platonie, przytoczę taką oto sytuację. Platon zdefiniował człowieka jako zwierzę dwunożne, pozbawione piór. Diogenes przyniósł do akademii oskubanego koguta i triumfalnie oświadczył: „Oto platoński człowiek.” Publiczność ryczała ze śmiechu, a Platon musiał doprecyzować definicję, dodając: „Z szerokimi paznokciami.” Skąd wzięła się nazwa cynicy? Kynikoi znaczy dosłownie psi ludzie. I rzeczywiście cynicy byli jak psy.
Czasami bezczelni, wierni naturze, czasem szczekający na konwenanse, a czasem po prostu robiący swoje na środku placu. Dla Greków pies był symbolem bezwstydnej naturalności i odwagi, a cynicy traktowali to jako Komplement. Co głosili cynicy? Ich filozofia jest pozornie prosta. Żyj zgodnie z naturą. Odrzuć to, co sztuczne, niepotrzebne, napompowane. Nie przywiązuj się do bogactwa, sławy czy opinii innych. Bądź wolny w prostocie. Krótko mówiąc, im mniej potrzebujesz, tym trudniej cię złamać. Diogenes lubił powtarzać, że bogaty człowiek potrzebuje wielu rzeczy, a mędrzec prawie żadnej.
Kiedy zobaczył chłopca pijącego wodę z dłoni, wyrzucił swój kubek, mówiąc: „Jeszcze jeden luksus mniej”. Platon podobno nazywał Diogenesa oszalałym Sokratesem. Dlaczego? Bo cynicy robili to, co Sokrates. Zadawali trudne pytania, kpili z przyjętych norm, ale robili to radykalnie i ostentacyjnie. To była filozofia performansu, happening uliczny. Sprawiło to, że pozostała po nich masa anegdot. Ot, taka pierwsza z brzegu. Kiedy Aleksander Wielki podszedł do Diogenesa i zapytał: „Czego byś ode mnie chciał?” Filozof odpowiedział: „Zasłaniasz mi słońce. Odejdź.” To chyba jedyny przypadek w historii, gdy ktoś zbył imperatora, tak jak zbywa się komiwojażera.
Łatwo pomyśleć, że cynicy byli zwykłymi ekscentrykami, ale to za mało. Ich radykalizm miał cel. Chcieli pokazać, że kultura często robi z nas niewolników. Uczy nas wstydu wobec rzeczy naturalnych: jedzenia, ciała, potrzeb fizjologicznych, a gloryfikuje to, co sztuczne i puste: moda, status, dworskie maniery. Cynicy pytali, kto tu jest naprawdę szalony. Ten, kto mieszka w beczce i je cebulę, czy ten, kto sprzedaje wolność za złote sandały? Chociaż cynicy nie tworzyli systemów filozoficznych, bo po co? System to też rodzaj luksusu. Ich duch przetrwał. Inspirowali stoików, chrześcijańskich ascetyków i wszystkich, którzy twierdzą: mniej znaczy więcej.
W pewnym sensie to oni są patronami minimalizmu, ruchów alternatywnych i każdej formy radykalnej autentyczności. Niekiedy mówi się, że cynicy byli pierwszymi stand-uperami filozofii. Chodzili po rynku, opowiadali złośliwe anegdoty i wyśmiewali hipokryzję władzy. Z tą różnicą, że ich żarty były narzędziem życia, a nie tylko rozrywką. A jaka z tego wszystkiego płynie lekcja dla nas, ludzi współczesnych? Cynicy uczą, że wolność zaczyna się od wewnętrznej niezależności. Jeśli potrafisz śmiać się z tego, co inni uważają za poważne, nadęte, to nikt nie zdoła cię złamać. Jeśli masz odwagę nazywać rzeczy po imieniu, nie musisz nikomu schlebiać. A jeśli nie chcesz od razu mieszkać w beczce, możesz zacząć od drobnej praktyki. Wyrzuć jeden zbędny gadżet i zobacz, czy czujesz się lżejszy.
Kto wie, może Diogenes przyklasnąłby ci zza jakiejś beczki. Cynicy byli niewygodni, czasami skandaliczni, ale w swojej psiej szczerości pokazali coś, co do dziś brzmi świeżo, że wolność to nie przywilej bogaczy ani dar władców. Wolność to umiejętność powiedzenia światu: mam mniej, niż myślisz, a dzięki temu mam więcej, niż kiedykolwiek mogłeś mi dać. I tyle, proszę państwa, o cynikach. To będzie płaskie i bardzo belferskie, co powiem, ale rzeczywiście ten styl życia, ten styl podejścia do rzeczywistości może fascynować i może być jednak pewnym wzorem dla nas wszystkich. Nie mówię, że należy stosować to tak radykalnie jak oni, ale zauważmy, że człowiek współczesny rzeczywiście niemal tapla się w różnego rodzaju gadżetach. One wszystkie są tak strasznie nam potrzebne, a kiedy przychodzi jakiś kryzys, to się okazuje, że połowa z nich nie jest potrzebna do niczego. Ale dobra, oszczędzę państwu już tej mowy, bo sami państwo wiecie najlepiej, jak jest. Teraz po tych filozoficznych klimatach zapraszam państwa na czystą rozrywkę. Opowiadanie ze złotego wieku science fiction.
Opowiadanie Leigh Brackett „Cytadela martwych statków”. To opowiadanie w interpretacji Marka Sęka „Ivelliosa” ukazało się po raz pierwszy w „AWW” nr 98 z 16 lipca 2021 roku. Całkiem sporo czasu upłynęło. Zresztą nie będę Państwu opowiadał, o czym jest opowiadanie. Po prostu posłuchajcie. Zapraszam.
[18:12] - Leigh Brackett „Cytadela martwych statków”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Część pierwsza. Roy Campbell obudził się z potężnym bólem głowy. Natychmiast, całkowicie instynktownie i na ślepo, jego ciało rzuciło się do pulpitu za sterami. Dopiero kiedy zamiast w niego, uderzył rękoma w gładką, twardą polepę z błota na ścianie, uświadomił sobie, że nie znajduje się już na statku oraz że straż nie ściga go, ostrzeliwując jego pojazd gęstym ogniem swojej śmiertelnie niebezpiecznej broni. Oparł się o ścianę. Pot obficie zraszał mu ciężko poruszające się piersi. W końcu w jego coraz bardziej rozbudzonych oczach pojawiło się przypomnienie. Jego ciało ponownie przeszył dreszcz ostrych zwrotów statku pod spokojnymi ruchami jego dłoni na sterach.
Poczuł to niemal tak wyraźnie, jakby ta walka ciągle jeszcze trwała. Rozpamiętywał cienkie jak ołówek płomienie chłoszczące pośród nocy, szukające go, pragnące jego życia. Przypominał sobie krótką modlitwę, która plątała mu się gdzieś po zakamarkach pamięci, kiedy z taką biegłością walczył na granicy krańcowego ryzyka, aby umknąć nieustępliwym prześladowcom. Następny okres w jego pamięci był jednak nieco zamglony po tym, gdy wyładowanie z działa laserowego rzuciło statkiem jak niesionym na wietrze liściem, a jego głowa uderzyła z całej siły w pulpit sterowniczy. Dalej pamiętał tylko niewyraźnie te niesamowicie długie minuty, kiedy ścigał się z pogonią, uciekając w bezpieczne miejsce i później ciągnące się godziny, w trakcie których jedyną rzeczą we wszechświecie, której pragnął, była możliwość zaśnięcia. Opadł z powrotem na łóżko z rozpiętej na ramie skóry, a z ust wyrwało mu się coś pośredniego między śmiechem i przekleństwem. Nadal się obficie pocił, a jego żelazne ciało skręcało się niespokojnie. Znalazł jakiegoś papierosa, przypalił go za drugim razem i siedział nieruchomo, nasłuchując, jak stopniowo zwalnia rytm bicia jego serca. Dopiero wtedy zaczął się zastanawiać, co go obudziło. Była noc, głęboka noc wenusjańska, ciemnobłękitna w kolorze indygo.
Przez otwarte drzwi chaty Campbell widział drzewa licha kołyszące się lekko na gorącym, wolnym wietrzyku. Wydawało się, jakby to cała noc się kołysała, jak jakaś ciemna niebieska zasłona. Przez długi czas było zupełnie cicho, poza odległymi wrzaskami jakichś bagiennych zwierząt w gorączce pogoni za zdobyczą. Potem, ostro i brutalnie gwałcąc niebieską ciszę, zaczął bić bęben. Jego dźwięk spowodował, że serce Campbella podskoczyło. Nie był może jakiś bardzo głośny, ale słychać w nim było mocną, twardą, barbarzyńską nutę. Coś równie pierwotnego jak same bagna i równie jak one obcego. Nieważne, ile czasu człowiek na nich żył. Bębnienie ustało. Drugie, być może trzecie wprowadzenie do rytuału.
Pierwsze musiało go obudzić. Campbell wpatrywał się w otwór drzwiowy zwężonymi, ciemnymi oczyma. Tym razem spędził z Kraylenami tylko dwa dni i większość tego czasu przespał. Teraz jednak, pomimo całego swojego wyczerpania wyczuwał, że we wsi coś jest nie tak. Coś musi być nie tak, bardzo nie tak, kiedy bębny huczą w taki sposób podczas parnej, gorącej nocy. Naciągnął na nogi swoje krótkie czarne buty i wyszedł z chaty na dwór. We wiosce nie było widać żadnego ruchu. Strzechy chat delikatnie szeleściły na wolno powiewającym wietrzyku i to była jedyna oznaka życia. Campbell skręcił na ścieżkę prowadzącą pod szepczącymi drzewami licha. Nie miał na sobie nic poza obcisłymi czarnymi spodniami od kombinezonu kosmicznego, a gorący wiatr muskał i pieścił jego gołą skórę jak dotyk delikatnych dłoni.
Wypełnił całe płuca miękkim powietrzem. Powietrze pachniało ciepłą, stojącą wodą, rosnącymi zielonymi roślinami i wolnością. Przede wszystkim wolnością. To było jedyne miejsce we wszechświecie, w którym człowiek mógł nadal odpowiadać sam za siebie i czuć się człowiekiem. Bęben ponownie podjął swój rytm, dolatujący jak bicie gniewnego serca ludzkiego z głębi indygowych ciemności nocy. Tym razem nie przerywał. Campbell wzdrygnął się lekko. Drzewa zaczynały już rzednąć, odsłaniając kopiasty, ciemny wzgórek. Był on oświetlony przez gorące promienie płonących strąków licha. Słodki, oleisty dym unosił się kłębami w konary drzew.
Spoza drzew można było dostrzec ciemne rozbłyski na wodzie, ale bliżej widać było inne rozbłyski. Jaśniejsze, bardziej dzikie, bardziej niebezpieczne. Rozbłyski oczu ludzi, milczących ludzi stojących kręgiem wokół wzgórka. Pośrodku kręgu na kopcu siedział mały człowiek. Jego skóra miała jasnobiały, aż niebieskawy połysk chłodnego mleka. Ubrany był w kilt z opalizujących łusek. Twarz człowieka sugerowała w subtelny sposób gadzi wygląd, szeroka w kościach policzkowych i zwężająca się pod spodem. Grzebień ze wspaniałych piór, to nie były tak naprawdę pióra, ale były do nich tak bardzo podobne, że Campbell nie był w stanie o nich myśleć inaczej, rozpoczynał się tuż ponad linią brwi i biegł bez przerwy przez głowę i dalej wzdłuż kręgosłupa, aż do talii. W tej chwili wszystkie stały nastroszone, połyskując w świetle ognisk. Między kolanami pieszczotliwie trzymał bęben.
Gdy go dotykał, przestawał to być tak po prostu bęben. Kiedy śpiewał i uderzał w niego, zmieniał się on w jego własne, przepełnione nienawiścią serce. Campbell zatrzymał się tuż za kręgiem. Jego nerwy, ciągle napięte z powodu nieomal fatalnie zakończonego spotkania ze strażą kosmiczną, ukłuły go lekkimi, piekącymi igiełkami. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Mały człowiek zakołysał się lekko, spoglądając do góry w unoszący się dym. Oczy miał na wpół zamknięte. Bęben był częścią jego samego i częścią tej ciemnobłękitnej nocy. Był również częścią Campbella, hucząc echem w jego krwi. To było serce bagien, szlochające z nienawiści i ogromnego gniewu, który był równie widoczny, nagi i prosty jak Adam w dniu stworzenia.
Campbell musiał wykonać jakiś mimowolny ruch, ponieważ jeden z mężczyzn stojących u podnóża wzgórka odwrócił głowę i go zobaczył. Był wysoki i smukły, a jego grzebień cechował się czystą bielą, oznaką wieku. Odwrócił się i podszedł do Campbella, spoglądając na niego opalizującymi oczyma. Blask ognia rzeźbił twarz ziemianina ostrymi cieniami. Jej szczupłe, twarde, rysujące się kości, wysoki łuk nosa, który był kiedyś złamany, nie został prosto złożony. Zgorzkniałe usta. Campbell spytał go w ojczystym, płynnym wenusjańskim: „Co się dzieje, ojcze?” Oczy Krylena opadły na nagą pierś ziemianina. Porastały ją czarne włosy, a pod nimi widać było zawiłą plątaninę srebrnych i intensywnie niebieskich kresek, delikatnie wytatuowanych z wyjątkową zręcznością. Biały grzebień starego człowieka skinął, wskazując do przodu. Campbell odwrócił się i poszedł z powrotem ścieżką.
Wiatr i drzewa licha. Gorąca niebieska noc wypełniona rytmem gniewu i nienawiści małego człowieka z bębnem. Żaden z nich się nie odezwał, dopóki nie znaleźli się z powrotem w chacie. Campbell zapalił przydymioną lampę. Stary Krylen wciągnął głęboki, powolny oddech. „Mój prawie synu” – powiedział. – „To ostatni raz, kiedy mogę udzielić ci schronienia. Kiedy będziesz już mógł, musisz stąd odejść i nigdy więcej nie wracać.” Campbell wpatrywał się w niego. „Ojcze, ale dlaczego?” Stary człowiek rozłożył bezradnie swoje niebieskobiałe ręce. Ton jego głosu był bardzo ciężki.
„Ponieważ my, Kryleni, mamy przestać być.” Campbell nic nie odpowiadał niemal przez minutę. Usiadł na skórzanym łóżku polowym i przeczesał palcami swoje czarne włosy. „Opowiedz mi, ojcze.” – powiedział spokojnym, ponurym głosem. Biały grzebień Krylena zmarszczył się w świetle lampy. „To nie jest twoja walka.” Campbell wstał. „Posłuchaj. Uratowaliście mi życie więcej razy, niż jestem to w stanie zliczyć. Przyjęliście mnie jako jednego ze swoich. Byłem tutaj bardziej szczęśliwy niż gdziekolwiek. No dobrze, to sobie odpuśćmy.
Ale nie mów mi, że to nie jest moja walka.” Blada, trójkątna, stara twarz uśmiechnęła się, ale biały grzebień pokręcił się przecząco. „Nie, tak naprawdę to nie jest żadna walka. To tylko śmierć. Jesteśmy wymierającym szczepem, po prostu resztką starej Wenus. Co za różnica, czy zginiemy teraz, czy później?” Campbell zapalił papierosa szybkimi, ostrymi ruchami. Jego głos zabrzmiał bardzo twardo. „Powiedz mi, ojcze. Wszystko i szybko.” Opalizujące oczy napotkały jego spojrzenie. „Lepiej nie będzie mówić.” „Powiedziałem, powiedz mi.” „No dobrze.” – stary człowiek głęboko westchnął. – „Pomimo wszystko powinieneś jednak wiedzieć.
Czy pamiętasz graniczne miasto Lee?” „Pamiętam je.” – białe zęby Campbella błysnęły w uśmieszku. – „Pamiętam każdy brudny kamień, jaki można tam znaleźć. Od przewodów pomp, aż po samą górę. Najlepsze miejsce na trzech planetach, żeby ukryć każdy gorący towar.” Przerwał, nagle czując zakłopotanie. Krylen łagodnie stwierdził: „To są twoje sprawy, mój synu. Bardzo długo cię tutaj nie było. Lee się zmieniło. Rząd Koalicji Terwenusjańskiej przejął je i zmienił w centrum administracyjne prowincji Tehara.” Na wzmiankę o rządzie koalicji oczy Campbella nabrały gorącego, twardego blasku. Powiedział jednak tylko: „Mów dalej.” Twarz starego człowieka wyglądała teraz, jakby była wyrzeźbiona z marmuru, a jego głos zrobił się sztywny i jakby odległy. „Na bagnach pojawili się pewni ludzie.
Teraz zaś przysłano nam wiadomość. Zdaje się, że tutaj na bagnach jest węgiel, ropa naftowa i pewne minerały cenne dla ludzi. Chcą osuszyć bagna na obszarze wielu mil i będą na nich pracować.” Campbell wypuścił dym z płuc bardzo powoli. „No dobrze, a co się stanie z wami?” Krylen odwrócił się i stanął w wejściu obramowany ciemnoniebieskim prostokątem nocy. Odległy bęben łkał i krzyczał. Było gorąco, a jednak każda kropla potu na ciele Campbella zrobiła się zimna. Głos starego człowieka był cichy i pulsował gniewem, zupełnie jak bęben. Campbell musiał natężyć uszy, żeby go dosłyszeć. „Zabiorą nas stąd i umieszczą w obozach w wielkich miastach. W małych grupach, tak żebyśmy byli podzieleni i rozbici.
Mnóstwo ludzi będzie płacić za to, żeby nas obejrzeć. Dziwne pozostałości starej Wenus. Będą płacić za nasze umiejętności w leczeniu skórami Leshem, za pisanie naszej dziwnej muzyki, za tatuowanie. Staniemy się bogaci.” Campbell rzucił papierosa i przydepnął go na brudnej podłodze. Węzły żył sterczały mu na czole, a na jego twarzy pojawił się wyraz bezwzględności. Stary mężczyzna wyszeptał: „Prędzej umrzemy.” Minęło dużo czasu, zanim którykolwiek z nich przerwał milczenie. Rytm bębna ucichł, ale jego echo ciągle tętniło w pulsie Campbella. Wpatrywał się w pokryte żyłami grzbiety rozłożonych dłoni oraz w kolana. Przełknął ślinę, ponieważ ciągle miał opuchniętą i obolałą szyję. W końcu zapytał: „A nie moglibyście wycofać się dalej w głąb bagien?” Stary Kraylen odparł, nie ruszając się z miejsca.
Nadal stał w wejściu, przyglądając się, jak drzewa kołyszą się na lekkim, wolnym wietrzyku. „Tam żyją nachali. Poza tym tam nie ma czystej wody ani ziemi do uprawy plonów. Nie jesteśmy zjadaczami jaszczurek.” „Widziałem już takie rzeczy” – posępnie stwierdził Campbell. Na Ziemi, na Marsie, na Merkurym, na księżycach Jowisza i Saturna. Mali ludzie wyrzuceni ze swoich domów, rabowani ze swojego stylu życia, wykorzystywani przez gapiących się z otwartą gębą idiotów w centrach handlowych. Mali ludzie, których nie obchodził postęp ani zarabianie pieniędzy. Mali ludzie, którzy chcieli tylko żyć, oddychać oraz żeby zostawiono ich w spokoju. Zerwał się na nogi dzikim, gwałtownym skokiem i rzucił tykwą z wodą, która rozbiła się w kącie. Potem usiadł z powrotem.
Wzdrygnął się. Stary Kraylen odwrócił się do niego. „Mali ludzie tacy jak ty, mój synu?” Campbell wzruszył ramionami. „Może. Pracowaliśmy na naszej farmie od 300 lat. Mój ojciec nie chciał jej sprzedać, a więc wzięli go i wywłaszczyli. Teraz nasza ziemia jest pod wodą, a tama zasila cholernie wielką kupę fabryk.” „Bardzo mi przykro.” Campbell podniósł wzrok, a jego twarz złagodniała. „Nigdy tego nie potrafiłem zrozumieć” – powiedział. – „Wy tutaj jesteście najbardziej przestrzegającymi prawa obywatelami, jakich kiedykolwiek widziałem. Nie lubicie też obcych.
A jednak, kiedy przyplątałem się do was z pościgiem na plecach i zły jak bagienny smok, to wy…” – przerwał. Prawdopodobnie to podekscytowanie związało mu gardło w węzeł, który czuł obecnie. Dym z lampy użądlił go w oczy. Zamrugał i pochylił się, żeby skorygować płomień. „Byłeś ranny, mój synu i miałeś kłopoty. Twój spór z policją nie był sprawą nikogo z nas. Każdemu byśmy pomogli. A potem, kiedy dostałeś gorączki i twoja kontrola nad sobą zniknęła, okazało się, że nie tylko twoje ciało potrzebuje pomocy. Daliśmy ci, co tylko mogliśmy.” „Taa.” – ochryple stwierdził Campbell. Nie powiedział tego na głos, ale dobrze wiedział, że to, co mu dali Krayleni, uchroniło go przed kompletnym odbiciem pod sufitem.
A teraz Krayleni mieli pójść drogą innych słomek zmiatanych przez wielką miotłę postępu. Nic nie mogło tego powstrzymać. Ziemskie imperium przewalało się przez wszystkie planety, budując, handlując, przewalając się przez dzieje, zwyczaje i rasy, żeby zarabiać pieniądze i tworzyć lśniącą stalową klatkę efektywności. Klatkę, w której owieczki mogły żyć całkiem szczęśliwie, dobrze odżywione i zasobne. Ale on, Campbell, nie był owieczką. Próbował takiego życia, ale nie był w stanie beczeć zgodnie w jednym chórze. A więc musiał zostać wilkiem bardzo niepokojącym całe stado. Wkrótce nie będzie już żadnego miejsca w całym Układzie Słonecznym, gdzie człowiek będzie mógł stać na własnych nogach i swobodnie oddychać. Poczuł duszność. Podniósł się i stanął w wejściu, obserwując poruszające się drzewa w gorącym, ciemnobłękitnym mroku.
Drzewa tutaj znikną. Zastąpią je odwierty i kopalnie, żużel, sadza i stukot maszyn oraz ludzie w spramionych potem i smarem koszulkach, pracujący w dzień i w noc, żeby zarabiać, rozwijać się, produkować. Usta Campbella wykrzywiły się, zgorzkniałe i sardoniczne. Powiedział cichym głosem: „Boże, pomóż nieproduktywnym.” Stary Kraylen wymamrotał: „Co się stało z tymi innymi, mój synu?” Szczupłe ramiona Campbella opadły. „Część z nich umarła, część się podporządkowała. Reszta…” – odwrócił się tak nagle, że stary człowiek cofnął się lekko. W ciemnych oczach Campbella pojawiło się światło, a jego twarz gwałtownie się ożywiła. – „Reszta” – oznajmił niewzruszonym głosem – „odeszła na romany.” Potem zaczął opowiadać. Pośpiesznie przemierzając chatę pełnymi napięcia nerwowymi krokami, próbował przypomnieć sobie rzeczy, o których kiedyś słyszał, a którymi nie był w tamtych czasach zainteresowany. Kiedy skończył, Kraylen odparł: „To byłoby lepsze.
Absolutnie lepsze, ale…” – rozłożył swoje długie, blade ręce, a jego biały grzebień opadł. – „Ale nie ma na to czasu. Ludzie rządu przybędą tutaj za trzy dni, żeby nas zabrać. Taki był podany limit czasu.” A ponieważ my nigdzie nie pójdziemy. Campbell pomyślał o tym, co się stało z buntowniczymi plemionami. Poczuł mdłości, ale zmusił się do zachowania niewzruszonego głosu. Miejmy nadzieję, że jeszcze jest czas, ojcze. Romany jest obecnie na orbicie Wenus. Nieomal się o nią rozbiłem, kiedy tu leciałem. W każdym razie ja mam zamiar spróbować.
Jeżeli mi się nie uda, no cóż, zwódźcie ich tak długo, jak tylko się da. Pamiętając rytm bębna i sposób, w jaki wyglądali mężczyźni, nie wierzył, żeby trwało to zbyt długo. Naciągnął na siebie luźną koszulę z zielonej jedwabnej pajęczej przędzy, przerzucił przez jedno ramię pas z ciężkim pistoletem igłowym i tą samą ręką wziął swoją czarną tunikę. Położył drugą rękę na ramieniu Kraylena i uśmiechnął się. Zajmiemy się tym, ojcze. W opalizujących oczach starego człowieka pojawił się cień. Żałuję, że nie udało mi się ciebie powstrzymać. Dla nas to jest i tak beznadziejne. A ty jesteś gorący. Czy nie tak brzmi to słowo?
Campbell uśmiechnął się. Gorący. — Potwierdził. — Dokładnie właśnie tak. Ja wręcz parzę. Koalicja robi się strasznie zła, kiedy ktoś im sypie piasek w tryby i to jeszcze w tak widowiskowy sposób jak ja. Ale jestem do tego przyzwyczajony. Na dworze zaczynało się już lekko przejaśniać. Stary człowiek powiedział cicho: Niech bogowie będą z tobą, mój synu. Campbell wyszedł, myśląc sobie, że chyba będzie ich potrzebował.
Był już pełny dzień, kiedy dotarł do swojego ukrytego statku, gładkiego, podrasowanego Fitzsotherna, który był w stanie prześcignąć niemal wszystko, co latało w kosmosie. Zatrzymał się na krótko we włazie do śluzy powietrznej, spoglądając na parną zieloność lasu drzew liche pod perłowo-szarym niebem i białą smugę mgiełki owijającą się wokół jego szczupłej talii. Spędził dłuższy czas nad swoimi mapami, karmiąc komputery statku liczbami. Kiedy w końcu otrzymał ustawienia, które go zadowalały, uniósł swojego Fitzsotherna w górę na cichutko pomrukujących śmigłach i poleciał w bok, nisko nad głębokimi obszarami bagien. Poczuł się znacznie lepiej, trzymając w rękach ster statku. Kontra patrolu ponad głębokimi bagnami była cieniutka, ale za to bardziej czujna. Nerwy Campbella były więc napięte niemal do granic ostateczności. Osiągnęły je, kiedy podszedł bliżej do miejsca, w którym musiał rozpocząć przeskok na nocną stronę planety. Sięgał właśnie do włącznika napędu, kiedy na panelu wskaźników zaczęło nagle błyskać małe czerwone światełko. Ktoś w tej chwili namierzał go promieniem detektora i Campbell był absolutnie pewny, że ten ktoś leciał łodzią patrolu.
Część druga. Co do wenusjańskiej atmosfery była pewna osobliwa rzecz. Nie da się przez nią prowadzić obserwacji na bardzo długim zasięgu, nawet przy pomocy infra promieni. Intensywność wiązki, którego trafiła, wskazywała, że statek patrolu jest ciągle w dużej odległości od niego i prawdopodobnie nie nabrał jeszcze żadnych podejrzeń, chociaż statki zabłąkane nad bagna były raczej rzadkością. Za jakąś minutę gliniarz powinien wezwać go do podania informacji, robiąc zbłąkanej owieczce masaż przy pomocy swoich detektorów masy. Campbellowi nie wydawało się, że powinien na to czekać. Walnięciem w klawisz włączył silniki rakietowe, dusząc ich moc, dopóki nie rozgrzeją się dysze. Nawet przytłumione miały potężną siłę. Fitzsothern śmignął w górę błyskawiczną spiralą. Czerwone światełko zamigotało, zgasło, a następnie rozbłysło ponownie.
Ten gliniarz był dobry w operowaniu tym swoim promieniem. Campbell zwiększył dopływ paliwa. Czerwone światełko znowu zgasło, ale łódź patrolu wysłała już wszystkie wiązki promieni, jakie miała, rozstawiając je w istną sieć do połowu. Kolejny z nich trafił Fitzsotherna, zgubił go, trafił ponownie i tym razem już nie popuścił. Campbell poczuł nagle silne szarpnięcie całego ciała. Promień ścigający — stwierdził. — A więc tak sobie to wymyśliłeś, przyjacielu. Silniki rakietowe do tej pory naprawdę już się rozgrzały. Zostawił więc sprawę w ich rękach. Fitzsothern zawisł na ułamek sekundy, a jego potrójnie łączony kadłub zadrżał tak, że Campbellowi aż zadzwoniły zęby.
Potem wyrwał się, pędząc do góry, przerywając się przez sieć promieni. Campbell sterował nim, używając silników manewrowych zarówno na lewej burcie, jak i na sterburcie. Statek dziko rzucał się i podskakiwał. Gliniarz nie miał czasu, aby w którymkolwiek punkcie skupić na nim pełną moc, a niższe moce były dla Fitzsotherna wyłącznie lekkim kłopotem i niczym więcej. Campbell wzniósł się ponad statek patrolu, zrobił zwrot w przeciwnym kierunku w stosunku do tego, w którym zamierzał lecieć dalej. Zawisł w ciasnej spirali, dopóki nie upewnił się, że jest już czysty, a potem zanurkował z powrotem. Łódź patrolu nie spodziewała się, że zawróci. Jej pilot koncentrował się na obszarze, w którym Campbell zniknął, a nie na tym, gdzie rzeczywiście był. Campbell wyszczerzył zęby w uśmiechu, otworzył przepustnicę na pełny gaz i uciekł, klucząc poza krzewiznę planety na spotkanie pędzącego w jego kierunku cienia nocy. Nie spotkał już żadnych innych statków.
Był w sporej odległości od szlaków handlowych i poruszał się tak szybko, że jedynie ślepym trafem ktoś mógłby go spostrzec. Miał nadzieję, że patrol poluje na niego większymi siłami gdzieś z tyłu, tam, gdzie go zgubili. Miał też nadzieję, że polowanie to zajmie ich na dłuższy czas. Wkrótce ruszył do góry wolniej i na przytłumionych silnikach wydostając się ponad atmosferę. Jego czarny statek wtopił się w niemożliwy do odróżnienia sposób w czarny cień planety. Zwolnił jeszcze bardziej tak, aby tylko równoważyć przyciąganie Wenus i skradał się powoli w stronę określonego punktu zaznaczonego na swoich mapach. Gdzieś w pobliżu przeszła łódź patrolu zewnętrznego, ale zbyt daleko, aby w jakikolwiek sposób się tym przejmować. Campbell zapalił papierosa rozedrganymi rękoma. Zdążył wypalić zaledwie jedną czwartą, kiedy w przestrzeni kosmicznej pojawił się obiekt, na który czekał. Infrapromień jego łodzi pokazywał go zupełnie wyraźnie.
Była to olbrzymia masa w kształcie okrągłej płyty o średnicy około mili, zbudowana z trzech warstw statków kosmicznych. Potężne, starodawne, pordzewiałe, pokryte bliznami ład jednostki, które zakończyły już swój żywot, ale nie zostały przez wojska pogrzebane, zespawano razem w jedną stałą masę, łącząc je kilometrami rur prowadzących do wnętrza ich zwłok. Wcześniej, kiedy Campbell widywał tę konstrukcję, zazwyczaj zbyt mocno się spieszył, aby zrobić coś więcej. Przekląć ją, że staje mu na drodze. Teraz pomyślał sobie, że to chyba najbardziej osamotniona, zapomniana przez Boga kupa rupieci, która wręcz wprawiała go w zdumienie, dlaczego ludzie w ogóle zadali sobie trud, żeby ją powołać i utrzymywać przy życiu. Dotknął ręką przepustnicy, poddając się pokusie, żeby wrócić na bagna. Potem jednak pomyślał o tym, co się ma tam wydarzyć i cofnął rękę. „Niech to diabli” — powiedział do siebie. „Równie dobrze mogę już zajrzeć do środka.” Nic nie wiedział o organizacji wewnętrznej Romany. Dzięki komu mogło to wszystko działać i w jaki sposób?
Wiedział tylko, że Romany nie kocha koalicji. Ale czy będą oni mieli ochotę przygarnąć kryminalistę, było już zupełnie inną sprawą. Nie byłoby wcale takie dziwne, gdyby przekazano im zdjęcia Roya Campbella i powiedziano, aby na niego uważali. Jeżeli pomyśli się o rozmiarach nagrody wyznaczonej za niego, Campbell zaczynał żałować, że jest aż tak bardzo sławny. Romany przypominało mu staromodną, okrągłą łapkę na myszy. Kiedy już znajdzie się w środku, wcale nie będzie łatwo wydostać się na zewnątrz. „Do wszystkich beczek zjałczałego dziegciu!” — warknął nagle. — „I dlaczego to niby nastawiam swoją głowę dla jakiejś bandy na wpół ludzkich bagiennych włóczęgów?” Nie odpowiedział sobie na to pytanie. Przednia krawędź Romany pędziła ostrzem w jego kierunku. W części kadłubów paliły się światła, w większości w najwyższej warstwie.
Campbell sięgnął po radio. Musiał skontaktować się z grubymi rybami. Nikt inny nie mógł dać mu tego, co potrzebował. Żeby to zrobić, musiał podejść grzecznie do drzwi frontowych i zaanonsować swoje przybycie. Potem instrukcja podawała potrzebną mu falę. Zaczął kręcić tarczami i pokrętłami, przeklinając fakt, że bardzo spociły mu się ręce. Statek kosmiczny Czarna Gwiazda wzywa Romany. Wzywam Romany. Ekran przed nim rozbłysnął, zamigotał i rozjaśnił się. Romany potwierdza odbiór.
Kim jesteś i czego chcesz? Na ekranie Campbella pojawił się jeszcze dosyć młody mężczyzna. Taksil — pomyślał — z jakiegoś merkuryjańskiego zadupia. Był chyba nowoczarny i przystojny. Wyglądał tak, jakby widok Campbella podziałał na niego jak nieświeże piwo. Campbell powiedział: Serdeczny z pana gość, nieprawdaż? Nazywam się Thomas Black. Jestem kupcem z Terry i chciałbym dostać się na pokład. To wymaga specjalnego pozwolenia. Taa?
No dobrze. Proszę połączyć mnie ze swoim szefem. Taksil wyglądał teraz tak, jakby niespodziewanie powąchał coś, co od dosyć długiego czasu było już martwe. Może chodzi panu o Erana Maca, przewodniczącego Rady? Być może o niego — przyznał Campbell. Jeżeli reszta Cyganów była podobna do tego, z pewnością nie spodoba im się pomysł przyjęcia obcych. No cóż, nie mógł ich za to winić. Obraz na ekranie rozmył się. Trwało to przez parę chwil, tak że Campbell zdążył wypalić w tym czasie trzy papierosy i wyczerpać swoje bogate słownictwo. Potem ekran nagle się rozjaśnił.
Eran Mac. To brzmiało z marsjańska, ale człowiek znajdujący się na ekranie z pewnością nie był Marsjaninem. Był Ziemianinem o twarzy przypominającej granitowy klin w ramie składającej się w całości z wystających kości i dziwacznych kątów. Miał cienkie, bladorude, kręcone włosy, usta również cienkie. Nawet jego oczy też były cienkie, niemal szparki, bladoniebieskie, pozbawione rzęs. Campbell natychmiast poczuł, że go nie lubi. Nazywam się Thredrick — powiedział Ziemianin. Jego głos też był cienki. Dało się w nim wyczuć lekki ton przypominający odgłos chodzenia po zimnym żwirze. — Jestem głównym zwierzchnikiem Ziemian.
Panie Black, dlaczego chciałby pan u nas wylądować? Przynoszę wiadomość od ludu Krilenów z Wenus. Oni potrzebują pomocy. Oczy Thredricka zrobiły się, jeżeli w ogóle było to możliwe, jeszcze cieńsze i jeszcze bardziej blade. Pomocy? Tak. Pomocy. Campbella uderzyło nagłe podejrzenie wywołane przez coś, co jak zauważył, przemknęło przez granitową twarz Treadrica, kiedy powiedział „Krailenów”. Mówił dalej bardzo powoli. Rusza na nich koalicja.
Jak rozumiem, wy z Romany pomagacie innym w podobnych przypadkach. Zapanowała krótka chwila pełnej napięcia ciszy. „Bardzo mi przykro” – oświadczył Treadric. „Nic nie możemy zrobić.” Ciemna twarz Campbella stężała. „Ale dlaczego nie? Pomogliście przecież ludowi Sheniet na Ganimedesie i Drylanderom na Marsie. Przecież po to właśnie istnieje Romany, nieprawdaż? Jako miejsce schronienia dla ludów w podobnej sytuacji.” „Jako Latnik nie wie pan o wielu rzeczach. W tej chwili nie możemy pomóc nikomu. Przykro mi, panie Black.
Proszę zabrać stąd statek.” Obraz na ekranie zniknął. Campbell wpatrywał się w niego z mordem w oczach. „Przykro ci? Niech mnie diabli, jeżeli jest ci przykro. A w każdym razie, co się tutaj dzieje?” Wyciągnął z gniewem rękę do nadajnika. I wtedy właśnie, zupełnie nagle na ekranie pojawił się spoglądający na niego Taxil. Nieprzyjazny wygląd zniknął. Zastąpił go gniew, ale nie był to gniew skierowany na Campbella. Taxil odezwał się do niego przyciszonym, pośpiesznym głosem: „Czy nie kłamie pan, że przyleciał pan do nas od Krailenów?” „Nie, nie kłamię.” Rozpiął koszulę, żeby pokazać mu swój tatuaż. „Wredne śmierdziele.
Black, niech pan wycofa statek, a potem podejdzie do jednego z zewnętrznych kadłubów w najniższej warstwie. W niektórych rurach znajdzie pan alarmowe włazy. Proszę wejść do środka i poczekać.” W jego ciemnych oczach pojawił się dziki błysk. „Jest jeszcze wśród nas paru ludzi, którzy nadal uważają Romany za miejsce schronienia.” Campbell wycofał statek. Po nerwach przebiegały mu malutkie, mrowiące szarpnięcia. Na coś tutaj wpadł. Na coś dużego i brzydkiego. Wskazywał na to pewien ton w głosie Taxila. Cienki, żwirowaty pan Treadric też coś przed nim skrywał. Coś ważnego, związanego z Krailenami.
Dlaczego właśnie Kraileni, najmniej ważne z nieważnych ludów na Wenus? Kłopoty na Romany. Na Romany, cygańskim świecie niezbyt mile widzianych dzieci Układu Słonecznego. Sprawa pozostająca ściśle w rodzinie. Jaki interes miałby mieć wróg publiczny o niskim numerze i wysokiej cenie za jego głowę w mieszaniu się do czegoś takiego? Potem pomyślał o bębnie wybijającym rytm w ciemnobłękitnej, indygowej nocy oraz o starym człowieku przyglądającym się drzewom licha, kołyszącym się na lekkim, gorącym wietrzyku. Roy Campbell określił siebie samego jednym, krótkim, gorzkim słowem. Głęboko westchnął i sięgnął szczupłymi, brązowymi dłońmi do sterów. Wkrótce pod osłoną infrapola podszedł do antycznego transportowca znajdującego się na brzegu najniższej warstwy, scalonego z otaczającymi go innymi wrakami przy pomocy odcinków dwunastostopowej rury. W jednej z rur widać było właz otwierany ręcznie przy pomocy koła.
Fitzsothern podkradł się do rury z maksymalną delikatnością i starannością. Dotknął jej łagodnie, wyrzucił magnetyczne chwytaki oraz samoprzysysające się kołnierze i zawisł koło niej. Śluza powietrzna położona była dokładnie na wprost luku. Campbell wstał. Był równie nerwowy i rozdrażniony jak buszujący kocur. Z wielką uwagą zapiął wokół swoich szczupłych bioder pas z ciężkim pistoletem. Potem wszedł do śluzy powietrznej. Z nadzwyczajną starannością sprawdził chwytaki i kołnierze. Koło włazu było obsunięte w zagłębienie. Wyciągnął je i obrócił, nie dotykając lodowato zimnego metalu.
Za włazem znajdowała się prymitywna, beczkowata śluza. Campbell przeciągnął językiem po suchych wargach, wzruszył ramionami i wgramolił się do środka. Po przejściu przez śluzę znalazł się w jakimś miejscu, w którym panowała ciemność, choć oko wykol. Powietrze było rzadkie i aż parzyło z zimna. Campbell wzdrygnął się w swojej jedwabnej koszuli. Położył dłoń na rękojeści broni i oddalił się na dwa ostrożne kroki od wybrzuszenia śluzy, żałując jak diabli, że znalazł się w tym miejscu. Zimne, zielone światło buchnęło gdzieś za nim, zdawałoby się znikąd. Na wpół się obrócił z błyskawicznie wydobytą bronią w ręku, ale nie miał szansy, aby zdążyć z niej wystrzelić. Coś smagnęło go z góry w centrum nerwowe na boku szyi. Jego ciało po prostu w jednej chwili przestało istnieć.
Upadł na twarz i leżał tam, walcząc ze wszystkich sił, aby się poruszyć, w efekcie czego uzyskał jedynie lekki skurcz mięśni. Poczuł mgliście, że ktoś go obrócił. Zamrugał, oślepiony płynącym z góry zielonym światłem i usłyszał głęboki, miękki głos mężczyzny, który odezwał się do niego z rozciągającej się za tym blaskiem ciemności. „Skąd ci to przyszło do głowy, że mogłoby ci to ujść bezkarnie?” Campbell musiał trzykrotnie spróbować, zanim udało mu się odpowiedzieć. „Ale co?” Przeszpiegi. Czy Trederick naprawdę wyobraża sobie, że jesteśmy dziećmi? Nie mam zielonego pojęcia. Tym razem mówienie poszło mu dużo łatwiej. Jego ciało znowu zaczęło się pojawiać jak coś na ekranie telewizyjnym. Próbował zacisnąć palce.
Nie działało to jakoś bardzo dobrze, ale to i tak nie miało znaczenia. Jego broń zniknęła. Coś poruszyło się za światłem. Męskie ciało, olbrzymia, poznaczona supłami mięśni postać w kolorze ciemnego brązu. Ze straszliwym spokojem tygrysa człowiek przyklękał koło niego. Ćwieki ponabijane na jego skórzanym kińcie zabrzęczały delikatnie. Podstawę jego szyi ochraniał zdobiony klejnotami kołnierz z jakiegoś czerwonawego metalu. Kamienie miały złowrogi pobłysk. Głęboki, miękki głos powiedział: „Kim jesteś?” Campbell próbował zmusić powracające życie, aby szybciej napływało do jego ciała. Twarz człowieka skrywała się w cieniu.
Campbell popatrzył do góry porywczym, pełnym furii wzrokiem i udało mu się osiągnąć wyraźny ruch w kierunku podniesienia się. Klęczący gigant położył na nim swoją prawą rękę. Odbijało się na niej zielone światło. Wzrok Campbella przesunął się w dół po ręce aż do jego gardła. Jego twarz zmieniła się w ciężką, nieregularną maskę, jakby wyciętą z czarnego drewna. Ręka była silnie, pięknie umięśniona, ale w miejscu, w którym powinna znajdować się broń, można było dostrzec skórzane paski i hak z wypolerowanego marsjańskiego brązu. Campbell już wiedział, co go uderzyło. Cienka, twarda trzebizna haka, znacznie twardsza niż krawędź jakiejkolwiek dłoni. Czubek haka kłuł go teraz w gardło, tuż obok tętnicy po lewej stronie szyi. Mężczyzna delikatnie oznajmił: „Leż spokojnie, mały człowieczku.
Leż i odpowiadaj na pytania.” Campbell leżał więc nieruchomo. Nie pozostawało mu nic innego, co można by w tej sytuacji zrobić. Powiedział: „Nazywam się Thomas Black, jeżeli w czymkolwiek może to pomóc. A ty kim jesteś? Co ci powiedział Trederick? Co masz zrobić? Odczep się w końcu ode mnie. O co ci chodzi?” Jeżeli ten Taxil miał rozesłać wieści o jego pojawieniu się, to lepiej by było, żeby się pospieszył. Campbell zdecydował się podjąć ryzyko. Ten facet z hakiem nie wydawał się kochać Trederrica.
„Czarny chłopak w kajucie radiowej kazał mi wejść na pokład i czekać. On też wyglądał na nieźle wkurzonego na Trederrica, tak samo jak i ja. To chyba robi z nas wszystkich dobrych kumpli, co nie?” „Łżesz, mały człowieczku.” W głębokim głosie brzmiała spokojna pewność. „Wysłano cię tu na przeszpiegi. Odpowiadaj!” Czubek haka dołożył do tego ostatniego słowa swój wykrzyknik. Campbell skrzywił się. Wolał, żeby ten tuman nie nazywał go małym człowieczkiem. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek czuł się równie beznadziejnie wystraszony. Odparł tylko: „Gdzie ty masz, do diabła, oczy, człowieku? Ja nie kłamię.
Sprawdź to u Taxila. On ci powie.” „I zdradzić go Trederickowi? Jesteś wyjątkowo niezdarny, mały człowieczku.” Hak wbił się odrobinę głębiej. Szyja Campbella zaczęła krwawić. Pod innymi względami czuł się już całkiem dobrze. Zastanawiał się nad szansami kopnięcia tego faceta w krocze, zanim jego hak rozerwie mu gardło. Próbował trochę się odsunąć, ale nie pozwalała na to ściana rury. Nagle, zupełnie niespodziewanie, spoza zielonego światła odezwał się głos kobiety. Campbell aż podskoczył. Nawet nie przyszło mu na myśl, że ktoś jeszcze może tutaj być.
Teraz jednak było oczywiste, że ktoś musiał trzymać światło. Głos powiedział: „Zaczekaj, Mara. Zard właśnie próbuje się ze mną połączyć.” To był czysty, niski głos. Miał w sobie jakiś melodyjny ton. Campbell pokochałby go, nawet gdyby brzmiał jak zwykły rechot, ale dzięki temu jego nerwy rozdźwięczały się czystą ekstazą. Hak cofnął się z dziury, którą wydziobał w jego szyi, ale nie odsunął się zupełnie. Campbell uniósł nieco głowę. Dolna krawędź plamy zielonego światła rozlewała się na przestrzeni stóp w sandałach. Widoczne ponad nimi gołe białe nogi były równie piękne jak głos, w ten sam silny, czysty sposób. Zapadło dłuższe milczenie.
Mara, człowiek z hakiem, odwrócił częściowo twarz w stronę światła. Była niemal prostokątna, pokryta bliznami i równie twarda jak wykuta z brązu. Osadzone w niej oczy miały kolor przydymionego bursztynu i układały się lekko skośnie pod opadającą grzywą płowych włosów. Po dłuższym czasie kobieta odezwała się ponownie. Tym razem jej głos zabrzmiał zupełnie inaczej. Był pełen gniewu, który to gniew powodował, że jej słowa wibrowały i tętniły tak jak bęben Krelenów. „Ziemianin mówi prawdę, Mara. Rzeczywiście przysłano go z Zardy. On przyleciał tutaj w sprawie Krelenów.” Wielki mężczyzna, marsjański Drylander, Campbell oceniał, że gdzieś z okolic Kersch, zerwał się na nogi i to szybko. „Krelenów!
Poprosił o pomoc dla nich, a Trederick go odesłał.” Światło przysunęło się bliżej. Ale to jeszcze nie wszystko Mara. Trendrick dowiedział się o nas. Stary Ekla wygadał. Już na nas czekają na statku. Część trzecia. Mara odwrócił się do niego. W jego oczach widać było zielonkawy, dziki błysk jak u lwa na polowaniu. Powiedział: „Bardzo przepraszam, mały człowieku.” Campbell był już na nogach, w miarę spokojny. „Nie ma co nad tym debatować” – stwierdził kwaśno.
– „Naturalna pomyłka.” Popatrzył na hak, otarł krew z szyi i poczuł się słabo. Dodał jeszcze: „Nazywam się Black. Thomas Black.” „A może jednak Campbell?” – spytał go kobiecy głos. – „A dokładniej mówiąc Roy Campbell.” Zmrużył oczy w stronę światła, nic nie odpowiadając. Kobieta powtórzyła: „Nazywa się pan Roy Campbell. Stosunkowo niedawno była u nas straż, polując na pana. Zostawili nam pana zdjęcie.” Wzruszył ramionami. „W porządku, jestem Roy Campbell.” „To” – zauważył miękko Mara – „całkiem sporo zmienia.” Mógł to rozumieć w niemal dowolny sposób. Jego hak lekko zabłysnął w zielonym świetle. „Mamy tutaj na Romany duży problem.
Wojnę domową. Zanim ona się zakończy, będą ginąć ludzie, a być może nawet już to się dzieje. Jak widzisz swoje miejsce w tej sytuacji?” „A skąd mam to wiedzieć? Koalicja rusza na Kryllenów. Jestem im coś winien. Tak więc przyleciałem tutaj szukać pomocy. Pomocy!” „Tak, otrzyma ją pan” – powiedziała kobieta. – „Jakoś ją pan otrzyma, jeżeli komukolwiek z nas uda się przeżyć.” Campbell uniósł swoje ciemne brwi. „W każdym bądź razie, co się tutaj dzieje?” Niski głos kobiety odezwał się śpiewnie, odbijając się echem od ścian rury. „Dawno, dawno temu było sobie parę statków.
Starych statków wypełnionych ludźmi, którzy nie mieli domów. Ludzi niewiele znaczących, dryfujących w swoim życiu, zarabiających na nie dzięki sprzedaży swoich dziwacznych wyrobów rzemieślniczych w portach kosmicznych. Ludzi, których przeklinano jako zagrożenie dla żeglugi i którym nie ufano, uważając ich za złodziei. Być może nawet byli oni złodziejami, ale było im również zimno. Byli głodni i urażeni.” Przerwała na chwilę, a potem podjęła dalej: „Po pewnym czasie statki zaczęły się jednoczyć. Dzięki temu było im łatwiej. Mogły razem dzielić żywność i paliwo, komunikować się między sobą, wymieniać rozmaite idee. Kosmos nie był już taki samotny. Coraz więcej statków gromadziło się razem. Wkrótce było ich naprawdę mnóstwo.
Nowa planeta, niemal. Nazwali to Romany po jednym z wędrownych ludów z Ziemi, ponieważ oni również byli Cyganami na swój własny sposób.” Dokończyła: „Trzymali się swojego własnego stylu życia. Handlowali z hałaśliwymi, depczącymi po sobie ludźmi zamieszkującymi planety, z których oni zostali wygnani, ponieważ byli do tego zmuszeni, ale nienawidzili ich i sami byli znienawidzeni, tak jak to zawsze było w przypadku Cyganów. To nie było łatwe życie, ale przynajmniej byli wolni. Jak długo mieli swoją wolność, mogli osiągnąć wszystko. I zawsze, wszędzie, w całym Układzie Słonecznym, jeżeli jakieś małe, zagubione plamie połykane było przez wielkich i potrzebowało pomocy, Romany wyruszało, aby mu tej pomocy udzielić.” Jej głos przycichł. Campbellowi ponownie przypomniał się bęben Kryllenów, gniewnie śpiewający podczas ciemnobłękitnej nocy. „Taka była wiara Romany” – wyszeptała cichym głosem. – „Zawsze pomagać, zawsze udzielać schronienia małym ludziom, którzy nie potrafili przystosować się do postępu, którzy chcieli jedynie umrzeć w godności i pokoju. A teraz...” „A teraz” – otrzeźwiającym tonem dokończył Mara – „mamy wojnę domową.” Campbell wciągnął głęboki, niepewny oddech.
Głos kobiety huczał mu w głowie, a gardło miał mocno ściśnięte. Powiedział tylko: „Trendrick?” Mara skinął głową. „Tak, Trendrick. Ale tu chodzi o coś więcej. Gdyby to był tylko problem Trendricka, nie byłoby aż tak bardzo źle.” Pogładził się zakrzywionym brzegiem swojego haka po pokrytym bliznami podbródku, a oczy zapłonęły mu jak płomienie świec. „Romany starzeje się i robi się miękkie. Oto jest prawdziwy problem. Rozkład. W przeciwnym razie Trendrick już dawno temu zostałby wykopany w kosmos. W radzie zasiadają starzy ludzie, Campbell.
Myślą bardziej o swojej wygodzie niż o... No cóż.” „Tak, wiem. Jakie jest więc stanowisko Trendricka?” „Nie wiem. To dziwny człowiek. Wyślizguje się z każdego uścisku jak piskorz. Czasami wydaje mi się, że on pracuje dla Koalicji.” Campbell rzucił groźne spojrzenie. „To może być prawda. Wy, Cyganie, macie mnóstwo dzikich talentów i ludzi o pewnych unikatowych umiejętnościach. Paru z nich już kiedyś spotkałem. Człowiek, który zdobyłby nad nimi kontrolę, mógłby tylko siedzieć i liczyć kasę.
Koalicji też by się to podobało.” Kobieta dodała gorzkim głosem: „No i zawsze mogliby zrobić z nas cyrk objazdowy. Wycieczki z ogromną liczbą atrakcji.” To taka wspaniała osobliwość. Przekrój przez życie zaginionego świata. „Tredrick to silny człowiek” – mówił dalej Mara. – Eran Mark jest przewodniczącym rady, ale on robi tylko to, co każe mu Tredrick. Idea jest taka, że Romany ma się osiedlić w jednym miejscu i przestać pakować się w kłopoty z Koalicją Planetarną. Możemy otrzymać regularne orbity, mieć regularny handel i tak dalej. „Innymi słowy” – sucho stwierdził Campbell – „przestać być Romany.” „Zrozumiałeś. Mamy zostać zwierzaczkami domowymi, dziwowiskiem, atrakcją turystyczną, źródłem sutych dochodów.” Znów dziki rozbłysk na haku. „Przeklętym cyrkiem.” „I Tredrick, o ile dobrze załapałem, zdecydował, że wy, wasz bunt, zagrażacie przyszłości Romany i postanowił wziąć was pod swój twardy but.” „Dokładnie.” Żółte oczy Maraha były jasne i twarde.
Śmiało odpowiadały na spojrzenie Campbella. Campbell pomyślał o czekającym na zewnątrz szpic Sotornie oraz o wszystkich tych samotnych regionach kosmosu, do których mógł on nim polecieć. Było przecież tyle statków Koalicji do obrabowania, parę przeżartych zgnilizną miejsc, w których można było wydać łupy. Wszystko, co musiał zrobić, to tylko wyjść stąd. Słyszał jednak ciągle głos kobiety z dźwięczącą w nim nutą podobną do śpiewu gniewnego bębna. Również także głos starego człowieka, szepczący: „Mali ludzie tacy jak ty, mój synu.” To zabawne, jak długo człowiek może być sam i w ogóle o to nie dbać, a potem nagle wpaść na zupełnie obcych ludzi i nigdy więcej nie móc już znieść samotności. To jest samotności w sercu. Wiedzieć, że obchodziło go to jak jasna cholera. Właśnie tak było w przypadku Krylenów. Tak samo było również i teraz.
Campbell wzruszył ramionami. „Pokręcę się trochę tutaj po okolicy.” Potem dodał jeszcze z irytacją: „Siostro, na miłość boską, czy może pani zabrać to światło z moich oczu?” Odsunęła się, kierując snop światła w dół. „Nazywam się Stella Moore.” Wyszczerzył zęby w uśmiechu. „Przepraszam. A więc, pomimo wszystko, ma pani twarz.” Twarz nie była piękna. Była blada, w kształcie serca, obramowana masą rozwichrzonych, czarnych włosów. Pod ciemnozłotymi brwiami, które nigdy nie widziały szczypczyków, znajdowały się szare, podłużne oczy, a jeszcze niżej czerwone, ponure usta. Kiedy się uśmiechała, zęby miała białe i nierówne. Od razu mu się spodobały. Czerwień jej ponurych warg była ich naturalnym kolorem.
Miała na sobie krótką tunikę w kolorze gruntokaju, a widoczne pod nią ciało było długie i dobrze zbudowane. Jej ręce i szyję cechowała biel perły. Mara cicho powiedział: „Skontaktuj się z Zardem. Każ mu przełączyć system PA na szeroko otwarty i powiedz mu, że teraz zabieramy statek, żeby przywieźć Krylenów.” Stella stała zupełnie nieruchomo. Jej szare oczy przyjęły niesamowity, odległy wygląd i Campbell lekko zadrżał. Dosyć często widywał telepatów w różnych zapadłych dziurach układu, ale nigdy nie wydawało mu się to normalne. „Zrobione” – wkrótce oznajmiła dziewczyna i ponownie stała się człowiekiem. Zielone światło zgasło. „Energia” – wyjaśniła. – „Poza tym nie będziemy go potrzebować.
Proszę mi podać swoją rękę, panie Campbell.” Zrobił to natychmiast z najwyższą gorliwością. „Moi przyjaciele” – zaproponował – „generalnie mówią do mnie Roy.” Roześmiała się w odpowiedzi i ruszyli w drogę, poruszając się szybko i pewnie w czarnej, lodowato zimnej ciemności. Statek, do którego zmierzali, jak się okazało, znajdował się wyżej, na drugim poziomie, w pobliżu kwater mieszkalnych. Tu na dole umieszczona była cała maszyneria, która utrzymywała Romany przy życiu. Ogrzewanie, oświetlenie, woda, powietrze, systemy chłodzenia i wiele kadłubów statków przeznaczonych na magazyny. Trzecia warstwa była ogromną farmą hydroponiczną, na której rosły zboża na ziarno, owoce i warzywa dostarczające żywności dla tysięcy zamieszkujących Romany ludzi. Przepychając się przez rury i częściowo rozebrane kadłuby statków pachnące workami, suszonymi roślinami i olejem, Campbell uzupełniał swoje luki w wiedzy. Przywódcy buntowniczego elementu zebrali się tutaj na dole na potajemne spotkanie. Mara i dziewczyna właśnie z niego wracali, kiedy na nich wpadł Campbell. Podjęta została decyzja o ratowaniu Krylenów niezależnie od tego, co się wydarzy.
Wiedzieli o sytuacji Krylenów na długo wcześniej, zanim dowiedział się o niej Campbell. Cyganie handlujący w Lee przynieśli im wiadomości. Teraz więc Kryleni stali się symbolem, o który ze śmiertelną zażartością starły się oba punkty widzenia. Przypominając sobie szczupłą, surową twarz Tredricka, Campbell zastanawiał się z niepokojem, jak wielu z nich będzie ciągle żyło, kiedy uda im się zabrać stąd ten statek. Stopniowo zaczęły docierać do niego urywane, rytmiczne uderzenia i szczeknięcia niosące się po metalowych ścianach. „Młotki” – przyciszonym głosem poinformowała go Stella. – Ludzie z młotami, nietownicami i spawarkami nieustannie walczą z rdzą i starością, aby utrzymać Romany przy życiu. Każdy skrawek tego świata został kiedyś przez kogoś uznany za bezużyteczny śmieć i odzyskany przez nas z odpadków. – Jej głos jeszcze bardziej przycichł. – Włączając w to również i ludzi.
Campbell odparł: „W obecnych czasach wyrzuca się na śmietnik naprawdę piękne rzeczy”. Zrozumiała, o co mu chodzi. Nawet leciutko się uśmiechnęła. – Ja urodziłam się na Romany, ale na Ziemi jest wielu ludzi, którzy nie mogą sobie znaleźć miejsca w domu. – Wiem. Campbell przypomniał sobie farmę swojego ojca, nad polami której rozciągał się błękit zimnej wody zamiast nieba. – A Tredrick? – On również urodził się tutaj, ale w nim jest jakaś skaza. – Złapała głęboki oddech z nagłym, ostrym krzykiem. – Mara!
Mara! To Zard. Zatrzymali się. Campbellowi pod szczęką zaczął łomotać puls serca. Stella wyszeptała: „On nie żyje. Czułem, jak mnie wzywa, ale już nie żyje. Próbował nas ostrzec.” Mara stwierdził ponurym tonem: „A więc Tredrick go dostał. Prawdopodobnie musieli go zabić, kiedy próbował uciec z kabiny radiowej.” „Był bardzo przerażony” – cicho powiedziała Stella. – Tredrick coś przygotował. On chciał nas ostrzec.
Mara chrząknął. – Campbell, trzymaj swój pistolet w gotowości. Teraz wchodzimy na górę. Weszli na górę po drewnianej drabinie. Nagle zrobiło się gorąco. Campbell pomyślał, że pewnie Romany znalazła się z powrotem w pełnym słońcu. Marsjanin bardzo powoli otworzył znajdującą się na górze klapę. Młody, dźwięczny głos zawołał śpiewnie na zewnątrz: „Wszystko w porządku!” Za klapą zebrała się spora grupa ludzi. Czterech czy pięciu potężnych, młodych, barbarzyńskich paniki z Wenus stało, uśmiechając się szeroko koło dwóch związanych i drzemiących sobie słodko Ziemian. Campbell powiódł wzrokiem obok nich.
Powietrze było nieruchome i gorące, z wiszącą w nim zasłoną parnej mgiełki. Podłoga pokryta była omszałą ziemią poznaczoną kałużami ciepłej wody. Były również drzewa licha pokryte skraplającą się parą i zielone w perłowym świetle, które ciągle przebijało się przez zmrok w kolorze indygo. Mgłą i drzewami licha poruszał powolny, gorący powiew wiatru. Pachniał ciepłą, zastałą wodą, bujnie rosnącą zielenią i wolnością. Campbell wziął długi, głęboki oddech. Oczy kłuły go i żyły w karku bolały jak diabli. Wiedział, że to jest tylko zamknięty kadłub martwego statku, zaś ponad perłowo-szarą mgłą znajduje się żelazne niebo. Ale tu pachniało wolnością. Powiedział tylko: „Na co czekamy?” Mara roześmiał się, podobnie jak i młodzi Wenusjanie.
Barbarzyńcy idący w bój i śmiejący się na jego perspektywę. W szarych oczach Stelli nadal płonął porywczy płomień, a jej wargi były krwisto-pomarańczowe i drżały. Campbell ucałował je. On również roześmiał się miękko i powiedział: „No dobrze, Cyganie, chodźmy.” I poszli przez siedem statków kwartału Wenusjan. Z powodu Kraylenów większość Wenusjan była z buntownikami, ale nawet pomimo tego unosiły się gniewne głosy i pięści, a w paru przypadkach również i broń, w wyniku czego doszło do rozlewu krwi. Przyłączyli się do nich kolejni gorącogłowi młodzi ludzie oraz przesadziści mali nomadzi z wyżyn, którzy potrafili rozmawiać ze swoimi zwierzętami i trzech wężowatych, czwororękich pełzaczy z bagien Loharii. Wkrótce dotarli do ogromnego, opróżnionego transportowca na krawędzi kwartału Wenusjan. W pobliżu leżało na stosach mnóstwo rozmaitych towarów czekających na załadowanie przez rząd śluz powietrznych na mniejsze statki handlowe. Mara stanął. Klejnoty na jego kołnierzu rzucały groźne błyski w świetle słonecznym wlewającym się przez na wpół przysłonięte porty widokowe, zaś pozostali napływali i zbierali się za nim.
Stali w wąskiej galerii na wpół drogi wzdłuż jej wewnętrznej ściany. Campbell popatrzył na dół. Na drabinkach i na poziomie dwa balkony niżej zebrało się wielu ludzi. Ponury, gniewny tłum ludzi z Ziemi, z Wenus, z Marsa, z Merkurego oraz z księżyców Jowisza i Saturna. Ludzie, niemal ludzie i prawdziwe potworności, milczący i obserwujący w gorącym świetle. Tu i tam świeciły się grzebienie szkarłatnych wypustek, gdzie indziej odblask wijących się pokrytych łuskami czarnych pleców, a ponad głowami złowieszcze błyski światła na powoli poruszających się mackach. W pewnej chwili jakieś stworzenie wyglądające jak ogromny niebieski pająk z dziecięcą twarzą wydało z siebie ostry, nieziemski wrzask. „Zdrajca! Zdrajca!” Cała stłoczona masa ludzi na drabinach i galeriach poruszyła się jak niesamowity dywan falujący w porywie wiatru. Pędzący szmer ich ruchu, ich oddechów oraz ich gniewu przeszył nerwy Campbella igiełkami ognia.
Gniew. Gniew płynący z bębna Krailenów, z głosu Stelli oraz z żółtych oczu Maraha. Gniew podobnie pierwotny i gorący jak światło słońca. Gniew małych ludzi wzbierający do wielkich rozmiarów. Ze znajdującego się niżej pokładu odezwał się jakiś głos, zimny, czysty i bez śladu drżenia. „Nie chcemy żadnych kłopotów. Wróćcie spokojnie do swoich kwartałów.” „Kraileni!” Nazwa ta uderzyła jak grzmot wyrzucona z tych wszystkich gniewnych gardeł, spadając prosto na wychudzoną, wyprostowaną postać stojącą przed kręgiem straży Ziemian pilnującej śluz z gotową do strzału bronią. Cienka ruda głowa Trederica nawet odrobinę nie odchyliła się od pionu. „Los Krailenów nie leży już obecnie w naszych rękach. Udzielali schronienia niebezpiecznemu przestępcy i teraz właśnie są więzieni w Lee, aby odpowiedzieć za swoje czyny.” Roy Campbell chwycił za znajdującą się przed nim żelazną barierkę.
Wydawało mu się, że niemal jest w stanie zobaczyć jasny płomień zimnej satysfakcji w oczach Trederica, pomimo całej odległości, jaka go od niego dzieliła. Cienki, spokojny głos przebił się przez bębenki jego uszu z okrutną bezosobowością skalpela chirurga. „Ten przestępca, Roy Campbell, jest teraz na Romany. Straż jest już w drodze do nas. Przez pamięć bezpieczeństwa waszych rodzin dla przyszłości Romany radzę wam nie ukrywać go dłużej ani pomagać mu w ucieczce.” Część czwarta. Campbell stał w miejscu, nie poruszając się ani nic nie mówiąc, a jego twarda, ciemna twarz, porysowana i martwa wyglądała jak wyrzeźbiona ze starego drewna. Jak gdyby z wielkiej odległości usłyszał wściekłe przekleństwo zduszone przez Maraha, szybkie sapnięcie Stelli łapiącej głębiej powietrze, nagłe westchnienia i szmery pośród tłumu, który nie był już tak do końca pewny, co chce zrobić. Ale jedyne, co widział, to blada, łagodna twarz starego człowieka uśmiechającego się w ciepłym niebieskim zmroku i brudne, obskurne kamienie Lee. Gdzieś z okolicy kręgu uzbrojonych ludzi doleciał kolejny głos. Campbell odbierał go jedynie niewielką częścią swojego umysłu.
Stary głos, suchy i szeleszczący, pełen wielkiej godności i wielkiego bólu. „Moje dzieci” – oświadczył wszystkim. – „Zachowajcie cierpliwość. Miejcie wiarę, że my, wasi przywódcy, mamy na sercu wyłącznie dobro Romany.” Campbell popatrzył martwymi, pociemniałymi oczyma na stojącego obok Trederica mówcę. Był to mały człowiek w szatach z białego futra. Marsjanin z okolicy jednego z miast polarnych. Kruchy, czarnooki, poważny i delikatny, ale jednocześnie pełen siły. „Przypomnijcie sobie głód i niepewność, jakie cierpieliśmy. Teraz mamy szansę na bezpieczeństwo i pokój. Kiedy przybędzie straż, nie sprawiajcie im żadnych problemów.
Rozejdźcie się w spokoju do swoich kwartałów.” „Problemy?” W gorącym, nieruchomym powietrzu zahuczał głos Maraha. Wszystkie twarze zebranych na dole ludzi uniosły się w stronę balkonu. Campbell zauważył, że Trederic gorączkowo drgnął i zaczął rozmawiać z jednym ze strażników. Strażnik gdzieś odszedł, ale niezbyt szybko. Campbell zaklął pod nosem, a jego serce zaczęło ponownie bić szybko i mocno. Mara, brązowy tytan z porywczym błyskiem w oku, grzmiał dalej: „Ty, Eranie Mak, Marsjaninie. Czy zapomniałeś już o Kesh, Balakar i wodospadach Tambojna? Czy masz zamiar pełzać do stóp Koalicji jak Sindar jedynie dla kości, jakie ci rzucą? A ty, Tredericu, posłuchaj. Sprzedałeś nas.
Od kiedy to wzywa się Latników, aby mieszali się w sprawy Romany?” Zimny głos Trederica był absolutnie spokojny. „Kraileni są poza waszym zasięgiem, Mara. Bunt nic wam nie da. Czy chcecie mieć krew na rękach?” „Oto moja ręka” – delikatnie odparł Mara. Jego haka zatoczył groźny łuk, błyszcząc w gorącym powietrzu. – „Jeśli jest na niej jakaś krew, to tylko moja własna, którą rozlała Koalicja, kiedy szeryf graniczny obciął mi prawą rękę za uniesienie jej przeciw niemu.” Tłum poruszył się i zamruczał. Campbell powiedział szybko: „Trederic ma rację, ale ciągle jest jeszcze szansa, jeżeli tylko będziecie chcieli ją podjąć.” Stella Moore położyła dłoń na ramieniu Maraha. „Jaka?” Trederic nadal udawał, że nie widzi Campbella, jak również, że nie było żadnych ludzi skradających się w ciemnych tunelach, aby go schwytać. „To będzie oznaczało kłopoty. To może oznaczać śmierć lub więzienie.
To szansa jedna na milion. Lepiej zostawcie mnie w spokoju i zapomnijcie o wszystkim.” Czubek haka Maraha ukłuł go pod brodą. „Mów szybko, mały człowieczku.” „Okej. Każ im, żeby się uspokoili, a potem wydostań mnie stąd. I to szybko.” Ludzie Trederica wiedzieli, w jaki sposób zajść ich od tyłu. Ponadto wielu Cyganów, którzy nie byli z Tredericiem, przyłączyło się do polowania na latnika. Nie chcieli kłopotów ze Strażą. Campbell przedzierał się na ślepo przez labirynt ciemnych, zatęchłych przejść, trzymając rękę Stelli i walcząc z myślą o zbliżających się z pełną szybkością statkach Straży. Próbując przedostać się przez Romanę do jego statku, kilkanaście razy niemal zostali schwytani. Polowanie to wydawało się stanowić ujście uczuć kotłujących się w Romanie.
Campbell pomyślał sobie, że wolałby już nigdy więcej nie być ścigany. I właśnie wtedy, tuż ponad miejscem, w którym znajdował się jego statek, wpadli w pułapkę. Znajdowali się w kwartale saturniańskim, w kadłubie poświęconym dla uchodźców z Tytana. Działały w nim urządzenia chłodzące. Nagie skały pokrywał śnieg migoczący w niesamowitym świetle jak ciemne tęcze. „Jaskinie” – powiedziała Stella. – „To baraki”. Wszędzie wokół nich setkami ech rozbrzmiewała wrzawa głosów, tupotu stóp, stukotów i brzęków metalowych przedmiotów o oblodzoną skałę. Biegli ze wszystkich sił, ciężko oddychając. Minęli jakieś niskie klify i skalne występy, a następnie dobiegli do jaskiń z płonącymi w nich dziwnymi niebieskofioletowymi ogniami.
W wejściach jaskiń siedziały jakieś stworzenia. Były niewielkie, mniej więcej antropoidalne, blade jak śmierć i sprawiały nieprzyjemne, gumiaste wrażenie. Były zupełnie nagie, a ich pojedyncze oczy wyraźnie fosforyzowały. Mara przyklęknął przed nimi. „Mali Ojcowie, prosimy was o schronienie w imię wolności.” Krzyki i odgłosy stóp robiły się coraz bliższe. Na czole Campbella pojawił się pot. Jedno z białych stworzeń lekko skinęło głową. „Żadnych zakłóceń” – wyszeptało. – „Nie chcemy żadnych zakłóceń naszych myśli. Możecie uzyskać schronienie, aby powstrzymać ten obrzydliwy hałas.” „Dziękuję ci, Mały Ojcze.” Mara zanurkował do jaskini, a pozostali tuż za nim.
Campbell ostro warknął: „Przyjdą tu naszym tropem i nas zabiją.” Ponure wargi Stelli uniosły się w wilczym uśmiechu. „Nie. Popatrz.” Jaskinie, fioletowe ognie – to wszystko nagle zniknęło. Otoczyła ich dziwaczna ciemność, a Campbell poczuł lekkie elektryczne mrowienie przebiegające mu przez skórę. Drgnął, a dziewczyna wyszeptała: „Telekineza. Zbudowali mur wokół miejsca, w którym w tej chwili jesteśmy. Z zewnątrz wygląda on jak zwykła ściana skalna zamykająca jaskinię.” Mara poruszył się. Metalowe ozdobne ćwieki na jego kilcie leciutko zabrzęczały. „Jak te świnie już sobie pójdą, to z tego kadłuba jest trap prowadzący na dół do rury, przy której zacumowany jest twój statek. Powiedz nam teraz, jaki jest twój plan.” Campbell roześmiał się krótko i gorzko.
„Plan, do diabła. To jest hazard przeciwko zatrzymującemu się kołu rulety i jesteście głupcami, jeżeli chcecie na to postawić.” „A jeżeli nie będziemy chcieli?” „Ja lecę niezależnie od tego. Kraileni... No cóż, jestem im coś winien. Opowiedz nam o swoim planie.” Opowiedział im szybkimi, nerwowymi zdaniami, przegłuszał za chroniącą ich ścianą myśli pochodzących z tych obcych mózgów. Mara roześmiał się delikatnie. „Na bogów, mały człowieczku, powinieneś być Keshī.” „Mogę wymyślić całą masę rzeczy, które powinny być czymś innym, niż są” – kwaśno odparł Campbell. – „Hej, znika nasza ściana.” Zostali tam nie dłużej niż cztery minuty. Na tyle długo tylko, aby rozejrzeć się dookoła i ruszyć w dalszą drogę. Nadal mogli jeszcze zdążyć przed przylotem Straży.
Zdążyli w ostatniej chwili. Ich odlot nie mógłby być lepiej zgrany w czasie. Campbell wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, z delikatną precyzją sterując mocą pracy silników. Nie miał nawet teoretycznych szans. Wydawało mu się, że szanse Cyganów na przejście przez to wszystko są jeszcze mniejsze. Ale Kraileni nie będą gnili w zagrodach niewolniczych Li z powodu Roya Campbella. A przynajmniej nie dopóki Roy Campbell pozostawał przy życiu i mógł coś w tej sprawie wymyślić. A to oczywiście mogło oznaczać niezbyt długo. Pomknął Fitzsothernem z dużą szybkością w kierunku nocnej strony Wenus, pozostając przez cały czas na widoku i z zduszoną mocą silników. Statki Straży, dziewięć szybkich łodzi patrolowych, rzuciły się za nim w pogoń, pozostawiając Romanę w spokoju.
Nie było sensu, aby się tam zatrzymywać. Ten smukły, czarny statek był niemożliwy do pomylenia, tak samo, jak nie budziło wątpliwości, czyje ręce spoczywają na jego sterach. Campbell uderzył palcami w klawisze odpalające kolejne silniki i Fitzsothern zamruczał pod nim jak kot. Przez jakąś sekundę nie był w stanie wyraźnie widzieć przez zasnuwającą oczy wilgotną mgiełkę. „Przepraszam cię bardzo, stary druhu” – powiedział. – „Ale to musi odbyć się w taki sposób.” To był wspaniały pościg. Statki straży użyły wszystkich sztuczek, jakie znały ich załogi, a znały one ich naprawdę mnóstwo. Campbell siedział pochylony nad klawiszami, spocony jak mysz, a jego ciemna twarz zastygła w uśmiechu, w którym nie było nawet śladu wesołości. Tylko jego dłonie poruszały się z nerwową delikatnością i szybkością. I tylko dzięki statkowi udało mu się osiągnąć swój cel.
Zarzucali na niego promienie ściągające, a on przełamywał ich działanie. Próbowali go otoczyć, a on im się wymykał. To smukłe ostrze mocy, ten niewielki margines przewagi szybkości wyciągnęły Roya Campbella z sytuacji, która na pierwszy rzut oka wyglądała na błyskawiczną, łatwą stopę. Dostał się w końcu do cienia, a wtedy straż zaczęła się bać, że im ucieknie, co skutkowało z ich strony złością i gniewem. Już nie próbowali go schwytać. Odbezpieczyli swoje blastery i zabrali się do roboty. Campbell oddychał teraz głęboko przez zaciśnięte zęby. Jego ciemna skóra błyszczała od potu, ciasno opinając kości, wypukłości mięśni i splecionych żył. Celowo nieznacznie zwolnił. Wzdłuż portów na sterburcie błysnęło wyładowanie energii.
Zwolnił jeszcze bardziej i skręcił, ale tylko odrobinkę. Fitzsothern był pod jego rękoma jak żywa istota. Nic nie powiedział, kiedy następne wyładowanie uderzyło w statek. Nawet nie zaklął. Nie zauważył, że płacze, dopóki nie poczuł soli na wargach. Wydostał się z fotela pilota, po czym wypowiedział tylko dwa słowa: „Ty Judaszu”. Na skutek ostatniego strzału wybuchł pulpit sterowniczy. Eksplozja odrzuciła go do tyłu przez cały kokpit, poronionego i poparzonego od topiących się metalowych elementów. Jakoś udało mu się pozbierać na nogi i ruszył korytarzem do przedziału śluzy. Z policzka mocno mu ciekła krew, ale nie zwracał na to uwagi.
Zdawało mu się, że czuje, jak statek umiera pod jego stopami. Przyrządy zostały zniszczone. Fitzsothern leciał dalej po szalonej, niekontrolowanej spirali rozrywającej płyty jego pancerza na kawałki. Wcisnął się do swojego skafandra. To był specjalnie przygotowany egzemplarz, czarny aż po sam hełm, ze specjalnym plecakowatym silnikiem rakietowym, nielegalnie podrasowanym. Miał tylko nadzieję, że jego dłonie nie zostały poparzone zbyt mocno. Statek brutalnie zatrzymał się w miejscu, rzucając nim mocno o gródź. Promienie ściągające. Wczepił się w dźwignię włazu ze zwierzęcym kwileniem wzbierającym w gardle. Oby tylko nie zwymiotował wewnątrz hełmu.
Właz otworzył się. Powietrze wyrzuciło go na zewnątrz w czarną jak atrament przestrzeń kosmiczną. Malutki, wydłużony jak włócznia płomień silnika plecakowego rozbłysnął tylko na chwilkę i zgasł, umykając uwadze ścigających pośród gorejących ogni wraku. Campbell unosił się zupełnie bez ruchu w poczernionym skafandrze. Statki straży przemknęły obok niego, szarpiąc Fitzsothernem jak marlinem na wędce przy pomocy swoich promieni ściągających. Campbell zamknął oczy i przeklinał ich powoli i bez śladu emocji, dopóki knebel w gardle nie zdusił jego słów. Dał im czas, aby odlecieli nieco dalej. Potem nacisnął wyzwalacz silnika rakietowego, zmierzając prosto w dół w kierunku okrytych całunem ciemności bagien prowincji Tehara. Nie zachował żadnych wyraźnych wspomnień z tego lotu w dół. Ponad nim rozbłysnął ogień statku kosmicznego kierującego się w stronę Lee.
Pozostało mu jeszcze nadal mniej więcej osiem godzin ciemności nad bagnami. W końcu wylądował na polanie. Był niemal pewien, że wiedział o tym jedynie on. Korzystał z tego miejsca już wcześniej, kiedy miał jakiś towar do przechowania w Lee i nie był pewien, kto właśnie rządzi w mieście. Nauczył się, aby w tego typu sprawach być bardzo ostrożnym. Stał tam już jakiś statek, niewielki handlowiec międzyksiężycowego typu. Gapił się na niego, nie mogąc tak do końca uwierzyć, że tam był. Potem dosłownie w ostatniej chwili zdjął z głowy hełm. Kiedy świat przestał kręcić się jak na karuzeli, ocknął się, leżąc z głową na łonie Stelli. Zmieniła swoją tunikę na czystą czerń ludzi kosmosu i dzięki temu jej twarz wyglądała na jeszcze bardziej białą i piękniejszą w otoczce jej czarnych włosów.
Wargi dziewczyny nadal wyglądały ponuro i były czerwone. Campbell usiadł i pocałował je. Od razu poczuł się dużo lepiej. Niedobrze, ale uznał, że jakoś przeżyje. Stella roześmiała się i stwierdziła: „No dobrze, widać, że wracasz do siebie”. Campbell odparł: „Siostrzyczko, jesteś najlepszym lekarstwem na wszystkie te lękliwości”. W ciemnobłękitnym zmroku nagle zmaterializowała się obok niego dłoń, którą rozpoznał jako należącą do Maraha. Trzymała ona płaską flaszkę. Campbell chętnie ją przyjął. Wkrótce lodowata martwota otaczająca jego żołądek zaczęła z wolna odtajać i był w stanie lepiej spojrzeć na cały bieg spraw.
Wstał na nogi raczej niepewnie i zaczął szukać po kieszeniach papierosa. Koszula została z niego w większości zdmuchnięta przez wybuch, a reszta spalona na popiół. Ręce bolały go jak diabli. Stella dała mu dymka i podała ogień. Zaciągnął się z wdzięcznością i oznajmił: „No dobra dzieciaki, czy wszyscy gotowi?” I wszyscy byli. Tak więc Campbell rozpoczął akcję. Na początek opróżnił do końca płaską flaszkę i z zadowoleniem zauważył, że jego organizm działa już na najwyższych obrotach. Poczuł się swobodny, odprężony i gotów na wszystko. Miał tylko nadzieję, że alkohol nie zużyje się za szybko. Przez okoliczne, gęsto zarośnięte pagórki, bagna, zagłębienia terenu porośnięte trzcinami oraz drzewami licha prowadziła ścieżka.
Tylko Campbell, który ją sam wydeptał, był w stanie nią poprowadzić. Przypominając sobie swoje błądzenie na ślepo po labiryncie Romany, poczuł się z tego zadowolony. Oznajmił z niekłamaną satysfakcją: „Uważajcie, żeby się nie poślizgnąć. Jak wam się udało wydostać z Romany?” Mara odpowiedział mu krótkim, ponurym śmiechem. Romany podczas tej pogoni za tobą stało się jednym wielkim domem wariatów. Niektórzy z chłopców o co bardziej gorących głowach rozpoczęli na tym tle pomniejsze wojenki z policją. Trendrick musiał wykorzystać większość swoich ludzi do zapewnienia porządku. Poza tym oczywiście wydawało mu się, że pobił nas na głowę w sprawie Krejlenów. „Było tylko czterech ludzi pilnujących śluz” – dodała Stella. Zajęli się nimi Mara i czterech chłopców Paniki.
Campbell przypomniał sobie statek kosmiczny pędzący w kierunku Lee. Opowiedział im o nim. To mógł być Trendrick lecący tam, aby osobiście nadzorować naszą klęskę. Klęska. Oczywiście spowodowane to było tym, że był lekko wstawiony, ale nie wydawało mu się, aby ktoś mógł go pokonać tej nocy. Roześmiał się głośno. W odpowiedzi na ten śmiech coś z ciemnobłękitnej nocy zburzyło spokój jego myśli. Coś tak nieokreślenie słodkiego i delikatnego, że zachciało mu się płakać, a potem wstrząsnęło nim z głęboką, ukrytą i stalową siłą w środku. Campbell obejrzał się do tyłu przez ramię. Pomyślał sobie: „Niech mnie diabli, jeżeli to w ogóle możliwe jest do zrobienia, to ci ludzie to zrobią.” Tuż za nim podążała Stella.
Dalej szedł szczupły mały człowieczek z czterema rękoma. Nie nosił żadnego ubrania. Okrywało go tylko jego własne białe futro, a głowę wieńczyła mu korona z pierzastych antenek. Nawet w niebieskich ciemnościach nocy antenki i oczy mężczyzny płonęły jaskrawym szkarłatem. Pochodził z Kallisto, zaś w czworgu swoich rękach dźwigał jakiś przedmiot z grubsza przypominający harfę. Tyle że miała ona podwójny zestaw strun na skos w obie strony. Jeżeli była to harfa, o której opowiadano, Campbell wolałby, żeby nigdy nie zagrała ona przeciwko niemu. Mara zamykał tyły, kołysząc się z nogi na nogę bez żadnego szacunku dla dźwiganego przez siebie brzemienia. Nad jego nagim ramieniem Campbell widział spokojną, białą twarz Baraki z Tytana, jednego z małych ojców, którzy uratowali ich przed pościgiem. Wielkie ciało Marsjanina opasywały macki niesionej istoty wyglądające jak białe liny.
Czwórka Cyganów i wróg publiczny. Piątka niewiele znaczących szarych ludzi przeciwko koalicji terwenusjańskiej. To nie miało sensu. Gorący, powolny podmuch poruszył drzewami licha. Campbell odetchnął nim głęboko i wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. Gdzie to jest? Zastanawiał się przez chwilę i podszedł, aby w pewnym miejscu rozchylić plątaninę gałęzi. Za nią znajdował się wyłożony kamieniami tunel. Drogie dzieci, teraz pójdziemy tędy. Zróbcie się grzecznie za rączki i bądźcie cichutko jak małe myszki.
Złapał swoją lewą ręką dłoń Stelli, ponieważ należała ona do Stelli nie myślał, żeby miała ona coś przeciwko temu. W prawej ręce natomiast trzymał pistolet. Część piąta. Prowadził ich szybko i cicho, nieużywanym już odgałęzieniem starego systemu irygacyjnego, który tak często wykorzystywał w przeszłości do swoich własnych celów. Po pewnym czasie zeszli na niższy poziom do właściwego systemu odprowadzającego wodę. Kiedy padały deszcze, kanały były pełne wody. Teraz sączyła się nimi jedynie niewielka strużka. Brnęli w zupełnych ciemnościach. Ominęli stację pomp, korzystając z bocznego tunelu używanego niegdyś jako chłodnia przez zapobiegliwych biznesmenów z Lee, a potem znaleźli strome, śliskie schody prowadzące w górę. „Ostrożnie” – szepnął Campbell.
Zatrzymał się na wąskim podejściu do drzwi i stał, nasłuchując. Kallistianin wyszeptał z lekkim rozbawieniem: „Tam na zewnątrz nikogo nie ma.” Antenki nad uszami. Campbell uśmiechnął się i znalazł ukrytą dźwignię. „W Lee jest pełno takich miejsc” – powiedział. Ci chłopcy mają w zwyczaju prowadzić swoje małe wojenki tak po prostu dla zabawy, a każdy sprytny gość ma parę mysich dziur, w których może się ukryć. Mapy idą po bardzo wysokich cenach. Wyszli w bardzo głębokiej i bardzo ciemnej piwnicy. Panowała w niej kompletna pustka i spokój. Campbell poczuł lekki smutek. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy u Maka Marsjanina było najbardziej oblężonym złodziejskim rynkiem w Li i człowiek mógł obejrzeć tu nawet walki.
Uśmiechnął się tylko gorzko i poprowadził grupę schodami do góry. Wkrótce wyglądali z okna na zewnątrz, obserwując z góry główną bramę, główny plac i niewolnicze więzienie Li. Otaczające je ulice były puste, budynki w większości ciemne. Koalicja z pewnością kazała je opróżnić, kiedy przejęła władzę nad miastem. Sprawiało to strasznie przygnębiające wrażenie. Campbell wskazał ręką. Komitet powitalny. Trendrik musiał co najmniej przesłać informację przez radio. Założyłbym się o dwie dychy, że wyruszył za nimi osobiście. Brama była zalana potokami światła rozlewającymi się na szerokim obszarze i kręciło się wokół niej całe mnóstwo groźnie wyglądających ludzi z ciężkimi karabinami głowiami.
Wprowadzone ostatnimi czasy ładunki znieczulające pozwalały na bardzo efektywny ostrzał bez wyrządzania trwałych szkód. W okolicach więzienia dla niewolników widać było kolejne światła i więcej ludzi. Campbell nie był w stanie niczego więcej zobaczyć przez wysokie kamienne ściany więzienia. Jakieś niewyraźne ruchy, od czasu do czasu rozbłyski światła na jaskrawych grzebieniach. Wiedział, że to tam właśnie powinni znajdować się Krajleni. To było jedyne miejsce w Li, gdzie można było uwięzić dużą liczbę ludzi i mieć gwarancję, że stamtąd nie uciekną. Ponura, ciemna twarz Campbella przybrała bezlitosny wyraz. „No dobrze” – powiedział. – „Idziemy.” W dół po kamiennych schodach zeszli do wyjścia. Szybki oddech Stelli w gorących ciemnościach, rytmiczne pobrzękiwanie ćwieków na kilcie Maraha.
Campbell zauważył, że oczy harfisty Scalisto robią się coraz bardziej czerwone i gniewne. Uświadomił sobie, że cały jest spocony. Zapomniał już o swoich oparzeniach. Stella otworzyła ciężkie, wyłożone stalową blachą drzwi. Po cichu, powoli Barachii wyszeptał: „Połóż mnie na podłodze”. Mara umieścił go delikatnie na kamieniach podłogi. Mały ojciec ułożył się na niej sam, rozkładając macki wokół swojego białego, gumiastego ciała. Jego jedyne oko płonęło zimną fosforescencją. Wyszeptał: „Teraz”. Harfiarz Scalisto podszedł do drzwi.
Odblask światła na chwilę oświetlił jego, jego białe futro i szkarłatny grzebień, obco wyglądającą harfę oraz świecące gniewne oczy. W pewnej chwili zniknął, zaś z zupełnej pustki doleciał do nich śpiew harfy. Przez na wpół otworzone drzwi Campbell wyraźnie widział, co się dzieje na placu i koło bramy. W rozlewającej się na dworze powodzi światła na kamiennym bruku nie było widać, aby cokolwiek chociaż drgnęło. A jednak z tego miejsca płynęła muzyka. Strażnicy. W jasnym świetle Campbell widział nawet błysk zaskoczenia w gałkach ich oczu. Nie było jednak niczego, do czego mogliby strzelać. Głos harfy stał się częścią nocy, całkowicie w nią otulony i nieuchwytny. Campbell zadrżał.
Puls krwi huczał mu na szyi jak uderzający młot. Do jego uszu dotarł głos Stelli jak lekki podmuch oddechu napływający gdzieś z ciemności. To Barachii osłania go przy pomocy myśli. Ściana mocy, która wykrzywia bieg światła. Krawędź słabiutkiej, jaśniejszej plamy dotknęła jej policzka, czerni jej włosów. Mara przykucnął za nią zupełnie bez ruchu. Jego hak lekko błyszczał w ciemności, zakrzywiony i okrutny. Dostawali jedynie słabym odbiciem, echem muzyki wysyłanej przez harfę. Callistianin kierował jej pieśń na zewnątrz budynku. Campbell czuł, jak muzyka rozpływa się wszędzie i drży, mieszając się z gorącym, powolnym wietrzykiem i ciemnobłękitnym indygowym niebem.
To była jakaś sztuczka oparta na drganiach strun. Diaboliczne wciskanie nut prosto do mózgu, równie naturalne, jak wyczucie palców, ich ruchów i kontroli nad nimi. Coś w tych krzyżujących się w obie strony strunach ocierało jedne o drugie pod cudownymi uderzeniami dłoni czterech zręcznych rąk. Dla niego było to jednak jak magia. „Harfa boga Dagda” – wyszeptała Stella, zaś irlandzka muzyka brzmiąca w jej głosie była starsza niż sam czas. Siedzący w Campbellu Szkot natychmiast na nią odpowiedział. Gdzieś na dworze jakiś człowiek ciężko zaklął, jak ktoś wciągany w sen i jednocześnie obawiający się w niego zapaść. Czyjaś broń wystrzeliła z ostrym, klaszczącym trzaskiem. Niektórzy ze strażników upadli na ziemię. Harfa śpiewała coraz głośniej, hucząc echem odbijającym się od szarych kamieni.
Była powolnym powiewem wiatru, gorącem, głęboką niebieską nocą. Była snem. Reflektory zalewały blaskiem puste kamienie, a strażnicy spali. Barachii westchnął, zadrżał i zamknął swoje oko. Campbell zobaczył nagle stojącego na środku placu harfiarza Scalisto z wyprostowanym szkarłatnym grzebieniem, wygrywającego na strunach ostatnie nuty swojej pieśni. Campbell wyprostował się, wciągając powietrze z urywanym jękiem. Mara podniósł Baraki z podłogi. Mały ojciec był zupełnie bezwładny, jak wyczerpane dziecko. Oczy Stelli błyszczały i wyglądały dziwnie. Campbell ruszył na zewnątrz pod ich czujnym spojrzeniem.
Droga przez plac zdawała się trwać wieczność w milczeniu i oślepiającym blasku świateł. Campbell pomyślał sobie, że harfa była niezłą bronią. Nie przyciągała niczyjej uwagi, ponieważ każdy, kto ją usłyszał, natychmiast zasypiał. Odrzucił do tyłu trzy ciężkie słupy z bramy więzienia dla niewolników. Ból poparzonych palców wyrwał Campbella z tego dziwacznego nastroju, w który wprowadziło go granie na harfie i jego celtycka krew. Ponownie zaczął jasno myśleć. „Pośpieszcie się!” – warknął na Krylenów. – „Szybko, chodźcie tutaj.” Zaczęli wylewać się przez bramę. Mężczyźni, kobiety z niemowlętami, małe dzieci. Ich grzebienie połyskiwały w ponurej poświacie.
Campbell wskazał na Maraka. – „Idźcie za nim.” Rozpoznali go. Próbowali z nim rozmawiać, ale w odpowiedzi zaczął ich poganiać, głośno przeklinając. Wtedy odezwał się stary człowiek: „Mój synu.” Campbell popatrzył na niego, a potem spuścił wzrok i wpatrywał się w kamienny bruk. – „Na miłość boską, ojcze, pośpieszcie się.” Dłoń Krylena dotknęła delikatnie jego ramienia. Uniósł ponownie oczy i uśmiechnął się. Zupełnie nic nie wiedział. – „Zabierajcie się stąd, do diabła. Słyszycie?” Ktoś znalazł przełącznik i najbliżej położone światła zgasły. Ręka dotknęła ponownie jego ramienia i zniknęła.
Pokręcił szaleńczo głową. Kryleni uciekali całą gromadą w stronę domu. Wtedy nagle Mara krzyknął. Na plac wbiegli jacyś ludzie. Było ich ośmiu do dziesięciu. Prawdopodobnie ochroniarze tęgiego, siwowłosego człowieka, który ich prowadził. Obok siwowłosego człowieka przebiegł Threndrik, główny zwierzchnik kwartału ziemian na Romany. Widać było, że są zaskoczeni. Nie spodziewali się tego, co zastali na placu. Doświadczone w wielu bojach oko Campbella natychmiast to zauważyło.
Prawdopodobnie robili rutynowy obchód i po prostu przypadkowo natknęli się na tę ucieczkę. Campbell wystrzelił z biodra. Igły ze środkiem znieczulającym obsypały gęstym prysznicem zwartą grupę przybyszy. Dwóch z nich upadło bezwładnie. Pozostali rozproszyli się, przywierając płasko do ziemi. Campbell żałował, że nie miał czasu zastrzelić świateł na bramie, ale przynajmniej cienie utrudniały celowanie. Pochylił się i zaczął biec, pilnując tyłów rzędu Krylenów. Stella pod osłoną drzwi metodycznie kładła na nieprzyjacielu ścianę igieł. Campbell wyszczerzył zęby w uśmiechu. Niektórzy z Krylenów dostali i trzeba było ich nieść.
To spowolniło przebieg całej akcji. Broń Campbella kliknęła. Pusta. Wepchnął klip kolejnego magazynka, przeklinając poparzone palce. Pocisk zaświstał, przelatując koło niego na tyle blisko, aby poruszyć mu włosy. Ponownie wystrzelił, pokrywając cały sektor, w którym leżeli nowo przybyli ludzie. Żałował, że nie mógł odstrzelić łba Threndrikowi. Kryleni znikali wewnątrz domu. Mara i Kalistianin wpadli do niego jako pierwsi, prowadząc pozostałych za sobą. Campbell jęknął.
To, czego potrzebowali, to szybkość. Szybkość. Jakieś dziecko, które w pośpiechu oddzieliło się od swojej matki, uklękło na kamieniach i zaczęło krzyczeć. Campbell złapał je w biegu i mknął dalej. Ogień nieprzyjaciela zaczął słabnąć. Stella zrobiła dobrą robotę. Ostatni z Krylenów zniknęli za drzwiami. Campbell popędził do góry po schodkach. Stella również podniosła się na nogi i stała, uśmiechając się do niego. Jej oczy jaśniały.
Już na wpół schowali się w drzwiach, kiedy zimny głos za ich plecami powiedział: „Moja broń załadowana jest śmiercionośnymi igłami. Lepiej będzie, jeżeli się zatrzymacie.” Campbell powoli się odwrócił. Jego twarz wyglądała jak drewniana maska. U stóp schodków stał Threndrik. Musiał przekraść się gdzieś dookoła placu, w miejsce, gdzie ściany budynków rzucały głębokie cienie. – „Zrzuć swoją broń, Campbell. I ty, Stello More.” Campbell rzucił pistolet. Threndrik może i blefował co do tych igieł, ale błąd w tej fazie rozgrywki byłby po prostu fatalny. Broń Stelli zaklekotała obok niego. Nic się nie odezwała, ale na jej twarzy widać było chłodną chęć mordu.
Threndrik oznajmił bez wahania: „Równie dobrze możesz ich zawołać z powrotem, Campbell. To ty byłeś ich przywódcą, ale już nie wyprowadzisz ich stąd.” To zabawne – pomyślał sobie Campbell – w jaki sposób głos człowieka może być tak zimny, kiedy w jego oczach płonie tak szaleńczy ogień. Powiedział ponurym głosem: „Okej, Threndrik, wygrałeś. Ale jaki cel stoi za tym wszystkim?” Cała twarz Threndrika, za wyjątkiem jego dzikich oczu, wyglądała, jakby była wycięta z granitu. – „Urodziłem się na Romany. Zamarzałem i głodowałem w tych zgniłych kadłubach. Nienawidziłem tego. Nienawidziłem tej ciemności, samotności, niepewności jutra. Ale kiedy ośmieliłem się powiedzieć, że tego nienawidzę, dostawałem w skórę. Wszyscy inni uważali, że to jest tego warte.
Ja nie. Mówili o wolności, ale dla mnie Romany była więzieniem. Chciałem się rozwijać, ale tłamszono mnie tam w środku. Wtedy oświeciła mnie pewna idea. Przerwał na moment. Gdybym mógł rządzić Romany i podpisać traktat z Koalicją, miałbym pieniądze i władzę. Mógłbym też naprawić sytuację tak, by żadne dziecko już nigdy nie musiało dorastać w taki sposób – w zimnie, głodzie i strachu. Trederick uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było ani wesołości, ani miękkości. Mara sprzeciwił mi się i wtedy Krajleni stali się istotną kwestią. To dobra okoliczność.
Koalicja może zająć się Marachem i resztą z was, która była w to zamieszana. Mam więc teraz oczyszczoną drogę. Stella odparła spokojnie między zaciśniętymi zębami: „Cyganie nigdy nie wybaczą ci oddania ludzi z Romany Latnikom. Będzie wojna.” Trederick trzeźwo pokiwał głową. Żadna wielka zmiana nie może dokonać się bez przelewu krwi. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale Romany będzie dużo szczęśliwsza. My nie chcemy być szczęśliwi. My chcemy być tylko wolni. Campbell przerwał jej ze zmęczeniem. Stello, weź dzieciaka, dobrze?
Podał jej małego Krajlena, obecnie już oklapłego i spokojnego. Popatrzyła na niego natychmiastowym wzrostem czujności. Miał szeroko rozstawione stopy, ale stał niepewnie, a głowa opadała mu na dół. Wzięła od niego dziecko. Kolana Campbella ugięły się. Jedna z poparzonych rąk w porozrywanym zielonym rękawie uniosła się do góry, żeby przykryć twarz. Druga szukała po omacku oparcia o ścianę. Opadł jakby na zwolnionym filmie na kolana. Wyciągnięta po omacku ręka opadła na broń pod nogami Stelli. Jednym szybkim ruchem Campbell złapał ją, cisnął i wyrzucił całe swoje ciało jej śladem.
Rzucona broń chybiła, ale przeleciała na tyle blisko twarzy Trederrica, że spowodowała ruch jego ręki. Mimowolne zachwianie równowagi mięśni całego ciała zniszczyło jego kontrolę nad celnością strzału. Ładunek przeszedł koło Campbella, trafiając w ścianę. Opadli razem na kamienne podłoże. Campbell złapał Trederrica za nadgarstek, zdając sobie sprawę, że nie zdoła go utrzymać. Puścił go więc jedną ręką i walnął bez opamiętania łokciem do tyłu prosto w twarz. Pistolet ponownie wystrzelił bez żadnych szkód. Trederick jęknął. Jego ręka wyraźnie osłabła. Campbell uderzył ją od góry i przycisnął ją kolanem.
Druga pięść Trederrica obijała jego i tak już wcześniej obolałe ciało. Campbell uderzył pięścią w twarz Trederrica. Zrobił to dwa razy, płacząc oraz przeklinając, ponieważ nagle poczuł się za słaby, aby unieść ponownie rękę. Trederick krwawił, ale daleki był od utraty przytomności. Jego broń ponownie zaczęła się unosić. Nie miał już zbyt wiele siły, ale wystarczająco dużo. Campbell zacisnął zęby. Nie był w stanie nawet dojrzeć Trederrica, ale jeszcze raz się zamachnął. Nie wiedział, czy go trafił, czy nie. Coś zabrzęczało mu koło głowy.
Nie można nawet powiedzieć, że to usłyszał. Bardziej należy mówić tutaj o wrażeniu. Ale było w tym coś dziwnego, coś śmiertelnego. Trederick nie wydawał żadnych dźwięków. Campbell nagle się zorientował, że jego przeciwnik jest martwy. Wstał bardzo powoli, trzęsąc się i czując zimno. W drzwiach stał harwiarz z Callisto. Opuszczał właśnie ręce, a jego oczy płonęły jak żywe węgle. Nic się nie odezwał. Podobnie jak Stella.
Ale ona śmiała się, zaś dziecko poruszyło się i pisnęło w jej ramionach. Campbell podszedł do niej. Ona popatrzyła na niego dziwnymi oczyma i wyszeptała: „Wezwałam go swoim umysłem. Wiedziałam, że będzie zmuszony zabić.” Objął jej twarz obydwiema dłońmi. Posłuchaj, Stello. Musisz teraz poprowadzić ich z powrotem. Będziesz musiała dotknąć mojego umysłu swoim i pozwolić mi, abym w ten sposób pokierował tobą do statku. Jej oczy ostro się rozszerzyły. Ale ty również możesz lecieć razem z nami. On przecież nie żyje.
Teraz jesteś wolny. Nie. Czuł, jak jej gardło drży mu pod dłońmi. Krew w jej żyłach mocno pulsowała, tak samo jak i w jego. Szorstko stwierdził: Wy głupcy. Czy myślicie, że oni pozwolą wam odlecieć po tym wszystkim? Pomieszaliście szyki Koalicji. Nie mogą sobie pozwolić na to, aby wyjść na głupców. Muszą mieć jakiegoś kozła ofiarnego. Kogoś, kto pozwoli im zachować twarz.
Po chwili dorzucił: Romany, jak do tej pory, jest poza planetarną kontrolą. Uruchomcie swoje holowniki i odciągnijcie ją od zewnętrznych części układu. Uciekajcie nawet poza Saturna, jeżeli będzie trzeba. Callistianina nikt nie widział. W ogóle nikt nie widział nikogo poza mną, Krajlenami i jakąś niemożliwą do zidentyfikowania osobą na ganku przed drzwiami. To jest nikt poza Trederriciem, ale on już nie będzie mówił. Czy rozumiesz? Rozumiała, ale nadal się przeciwko temu buntowała. Jej ponure wargi były pełne gniewu, a oczy świeciły nie tylko od łez, ale również wyzywająco. „Ale co z tobą, Roy?” Wypuścił jej twarz z rąk.
„Do diabła z tobą, kobieto. Jeżeli ukryję się na Romany, wciągnę was pod jurysdykcję straży. Ja również znajdę się w pułapce, a ostatnia szansa Romany na pozostanie na wolności zniknie bez śladu.” Odparła z uporem: „Ale możesz przecież uciec. Mamy statki.” „Och, pewnie. Ale my mamy Krajlenów. Nie zdołacie ich ukryć. Koalicja będzie przeszukiwać Romany. Będą zadawać pytania. Mówiłem ci przecież, że muszą mieć jakiegoś kozła ofiarnego.” Czuł się już naprawdę słabo. Miał nadzieję, że zdoła utrzymać się na nogach.
Miał również nadzieję, że nie zrobi nic hańbiącego. Odwrócił się od niej, spoglądając na plac. Niektórzy ze strażników zaczynali się już poruszać. „Czy w końcu pójdziesz sobie?” – powiedział. „Czy w końcu zabierzesz się stąd, do diabła?” Położyła na nim dłoń. „Roy.” Szarpnął się i odsunął się od niej. Jego ciemna twarz zastygła w masce zdenerwowania i okrucieństwa. „Czy naprawdę musisz robić to jeszcze trudniejszym? Czy myślisz, że ja chcę zgnić na Fobosie w tych ich śmierdzących kopalniach z kajdanami na nogach?” Odwrócił się do niej, spoglądając na nią wyzywająco dzikimi oczyma. „W jaki inny sposób Romany miałoby nadal pozostać wolne?
Nie możecie bawić się w ten sposób w kotka i myszkę z potężnymi ludźmi. Dostaną od tego szaleństwa. Obejdą jakoś prawo i uwiążą was do ziemi. Ktoś musi nieść ideę Romany po całym układzie słonecznym. Ktoś musi rozpętać taką kampanię wśród ludzi, że spowoduje ona, iż wielkie, głupie społeczeństwo usiądzie i trochę pomyśli. Jeżeli będziecie mieli za sobą opinię publiczną, będziecie bezpieczni.” Uśmiechnął się do niej. „Ja jestem wyśmienitym newsem. Jestem w końcu Roy Campbell. Mogę rozchlapać ten wasz cały mały, nędzny bajzel na wszystkie strony, nadając mu takiego blasku, że wielkie, głupie społeczeństwo nie pozwoli tknąć włoska na waszych małych główkach. Jeżeli chcecie, to możecie mi potem postawić za to posąg w sali rady.
Czy teraz już, na miłość boską, pójdziesz sobie stąd?” Nie płakała. W jej szarych oczach płonęło światło. „Jesteś cudowny, Roy. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak jesteś cudowny.” Po jej słowach poczuł zażenowanie. „Bzdury. W życiu przestępcy nie można oczekiwać, że uda się uchodzić karze przez wieczność. Poza tym jestem starym wygą. Znam różne okrężne ścieżki. Mam trochę forsy zaoszczędzonej na taką chwilę. Nie będę długo tam siedział.” „Mam nadzieję, że nie” – odparła.
„Och, Roy, to takie głupie. Dlaczego Ziemianie muszą zmieniać wszystko, co wpadnie im w ręce?” Popatrzył na Trederica leżącego na kamiennym bruku. Jego wypowiadane powoli słowa zabrzmiały ponuro. „Oni budują, Stello. Kiedy skończą, będą mieli duże, silne, prosperujące imperium rozciągające się na cały Układ Słoneczny, a ludzie żyjący w tym imperium będą szczęśliwi. Ale zanim coś zacznie się budować, trzeba wyrównać cały teren, usunąć rzeczy, które stoją na zawadzie. My jesteśmy takimi właśnie rzeczami. Pniakami po drzewach i skałami wyrastającymi na drodze, których nie można odmienić. Oni budują, oni się rozwijają. Nie możesz tego powstrzymać.
Na koniec to będzie naprawdę coś dobrego, jak sądzę. Ale w tej chwili dla nas... ” Urwał. Szorstko popchnął ją do środka i zaczął zamykać wyłożone stalą drzwi. „Teraz już naprawdę musicie iść.” Było ciemno i gorąco. Dziecko Krajlenów pisnęło cicho. Czuł blisko siebie ciało Stelli. Znalazł jej wargi i pocałował ją. Powiedział: „No to na razie. A co do tego posągu, to lepiej poczekajcie, dopóki nie wrócę, żeby do niego pozować.” Jego głos zmienił się w pełen tęsknoty szept.
„Wrócę” – obiecał jej uroczyście.
[02:08:37] - Czas teraz, proszę państwa, na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy film „Side”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:08:53] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzień dobry wieczór wszystkim. Powiem tak: po serii głośnych i kasowych filmów omawianych w tym cyklu przychodzi wreszcie czas na coś mniej znanego. Ale ja powiem od razu, żebyście nie uciekali. Teraz to będzie pewnie wyłapywane przez YouTube'a i trzeba będzie dać takie tagi. Proszę państwa: reinkarnacja, dusze, cykl narodzin i śmierci, splątanie duszy i czasu. Mały Marcinek. No nie, może jego nie ma, ale o tym jest ten film. Karmiczne pętle. To wszystko gdzieś łączy się, pląta się
[02:09:31] - Przejawia się w filmie "Site", o którym dzisiaj mówimy.
[02:09:35] - Tak. W dodatku te tematy, o których powiedziałeś, za wszelką cenę reżyser, ale też scenarzysta oczywiście, usiłowali w to wszystko wprasować jeszcze naukę i nawet technologię, bo w pewnym momencie, bardzo szybko zresztą obserwujemy, że to wszystko, o czym powiedziałeś, ma też takie umocowanie technologiczno-techniczne, że tutaj wielka maszyna i coś tam się dzieje z tą maszyną. Właściwie nie wiem, czy to nawet maszyna tak do końca. Ale jakieś coś, musi być zawsze jakieś coś, co sprawia, że się różne dziwne rzeczy dzieją. I w tym filmie dzieją się różne dziwne rzeczy. Z tym że, Piotrze, ja mam nieodparte albo się mówi nieprzeparte, nieważne jak się mówi, w każdym razie mam wrażenie, że ten film, jednym z głównych powodów jego powstania było powiedzenie ludziom Zachodu o tym, że Japończycy mieli swoją jednostkę, która prowadziła nieludzkie eksperymenty na tubylcach. Mam na myśli chińskich tubylców, ale nie tylko, bo z tego, co później się dowiedziałem, to ta jednostka również robiła eksperymenty nawet na jeńcach z państw zachodnich. I w ogóle było strasznie, bo oni tam broń chemiczną, broń biologiczną próbowali, robili to przy użyciu na przykład na takim polu były pale jak te indiańskie pale. Przywiązywano do nich ludzi i rażono na przykład amunicją z jakimś preparatem chemicznym albo jakimś biologicznym preparatem i obserwowano wręcz w sposób statystyczny, jak ów preparat działa. Ja pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej jednostce, był początek lat 80.
i oczywiście nie słyszałem o tej jednostce w polskich mass mediach, a w audycji BBC z Londynu. Tam o tym procederze, o tej jednostce usłyszałem po raz pierwszy. I tu nagle temat do mnie wrócił. I mam naprawdę, tak jak zacząłem tę wypowiedź, nieprzeparte wrażenie, że jednym z głównych powodów powstania tego filmu była chęć pokazania tej nieludzkiej jednostki. Ale oczywiście też jest to, o czym powiedział Piotr. Te splątania, te dusze, ta powtarzalność albo brak powtarzalności. Sam nie wiem, co byłoby lepsze, że właściwie można w jakiś sposób zmieniać pewne rzeczy, które się odbyły czy które się odbywają. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko bardzo fajnie, bo my to wszystko niby rozumiemy, a w każdym razie udajemy, że rozumiemy, coś tam do nas przenika. Natomiast jeśli chodzi o mechanizm, jeśli chodzi o to, jak to się wszystko odbywa i na ile to wszystko da się wbudować na przykład w science fiction.
A może to jednak nie jest science fiction? Może to bardziej jest jednak fantazja i tu należałoby dodać jakiś przymiotnik. Tego nie wiemy, bo te tłumaczenia są dosyć mętne. Jak się słucha tych wyjaśnień czy też pseudowyjaśnień, to ma się wrażenie jednak takiego pseudonaukowego bełkotu.
[02:13:12] - Tak, ale jeżeli ktoś szuka filmu z wątkami reinkarnacyjnymi, to jest coś, co pewnie mu się spodoba. Nie wiem, czy się spodoba. Na pewno to jest coś, na co warto zwrócić uwagę. W centrum tkwi tajemnica pewnej placówki, o której mówiłeś i tutaj już można się zorientować, z czym będziemy mieli do czynienia. Z tajnymi eksperymentami, między innymi z czasem. I to wszystko ujawnia nam pewne głębsze prawdy. O tym jeszcze za chwilę powiemy. W filmie poznamy Neila, głównego bohatera, który podczas inspekcji takiej placówki tajnej, byłej amerykańskiej ze swoim szefem doznaje przeżycia z pogranicza. Ta sytuacja wywraca jego życie do góry nogami, a wizje, które go nachodzą czy jak to tam nazwać, de facto doprowadzają do wypadku, w rezultacie którego jego syn niemal traci wzrok. I tutaj bardzo ważny punkt w tym filmie.
Na początek też nakreślmy kilka rzeczy jasno. Tak, to jest jeden z tych filmów o paradoksach czasu. Tak, tu są nakreślone różnego rodzaju paradoksy i one stanowią główną oś tego filmu. To jest też kino niezależne. To nie jest horror, chociaż oglądając różnego rodzaju materiały w internecie, fotosy, bo nie wiem, czy trailery powstały, można zobaczyć takie sceny, które horror mogą przypominać. Natomiast nie, horror to nie jest. Tylko że tak. Mam takie wrażenie, oglądnąwszy wiele innych filmów na temat tych czasowych zapętleń, że opowiadanie o połączeniu dusz, o tych burzach, wichrach czasowych, o paradoksach łączących przeszłość z teraźniejszością i z przyszłością to jest bardzo trudne zadanie dla filmowców. Im prostszy film, im prostsza historia, tym lepiej czasami. Ja nie wiem, Marku, czy ty pamiętasz, jak omawialiśmy taki film amerykański też w sumie to było kino niezależne, nie głównego nurtu, kiedy para małżonków zagubiła się nad jeziorem i nie potrafiła znaleźć wyjścia.
Okazało się, że rzeczywiście czas ich pochłonął. I to był niesamowicie prosty film, acz wciągający. Natomiast- Tutaj jest jeden problem. Ten film "Side" to jest taki film, gdzie twórcy chcieli chyba za dużo dobrego i za dużo mądrego wcisnąć do jednej produkcji.
[02:15:49] - Tak, zdecydowanie. Dlatego w pewnym momencie mamy uczucie, że nic nie rozumiemy, bo są jakieś tłumaczenia, ale te tłumaczenia są dosyć ograniczone, jeśli chodzi o objętość, ale też są takie nieostre. To nie jest film, w którym dostaniecie państwo proste wyjaśnienie tego, co się dzieje, bo takiego prostego wyjaśnienia tak naprawdę nie ma. Ten film może kogoś zachwycić dziwnością, bo dziwnie tam naprawdę jest. Ja natomiast zachwyciłem się średnio i to jest pewien eufemizm, jednak zachwyciłem się średnio, ponieważ ja lubię jasne sytuacje. Albo oglądamy film, ja tak przynajmniej sądzę, oglądam film o naturze symbolicznej, gdzie obraz przekazuje mi pewne informacje i ja sobie z tego buduję pewien świat. To nie jest taki film, chociaż chwilami ma ambicje tego rodzaju. Albo dostaję historię jasną, prostą. Może na początku nie być prosta, ale w pewnym momencie dostaję dosyć proste wyjaśnienie. Dobrze, że wspomniałeś ten film, bo tam to wyjaśnienie jest dosyć proste.
Okej, wszystko rozumiemy, wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce i już jesteśmy gotowi do podsumowań tego filmu. Tu jest problem, bo niby jakieś wyjaśnienie jest o tej łączności, że czasy się ze sobą łączą. Ale wiecie państwo co? Jeżeli wspomnicie sobie taki film Wachowskich, już sam nie wiem, czy to bracia, czy siostry. W każdym razie wspomnicie państwo taki film "Atlas chmur". Tam też nie mówi się wprost, o co chodzi, ale artyzm tamtego filmu, pewne elementy, które rzeczywiście wskakują na swoje miejsce, to jest nieporównywalne. I tamten film i ten, który omawiamy dzisiaj, nie mówią wprost. Mówią tak naokoło, ale tam to wszystko wskakuje na miejsce. A ja mam wrażenie, że w filmie "Side" nie do końca to na miejsce wskakuje. My mamy namiastkę wyjaśnień, układamy sobie historię tak, że pewna opowieść z lat II wojny światowej łączy się z tym, co się wydarzyło w latach 70.
i tym, co się wydarza współcześnie. To sobie jakoś układamy, ale ja mam wrażenie, że układamy, a przynajmniej ja tak to robiłem, układałem to sobie na siłę troszeczkę. Ja nie lubię takiej sytuacji, bo albo obraz do mnie przemawia w jednej, albo w drugiej wspomnianej przeze mnie formule, albo zaczynam patrzeć na ten film dosyć podejrzliwie.
[02:18:46] - Oczywiście "Atlas chmur" to jest film, który od razu przychodzi na myśl, kiedy oglądamy "Side". No dobra, ale o tym za chwilę. Takie scenariusze nie mogą się obyć bez kilku rzeczy. Na przykład bez postaci szalonego naukowca, bez sytuacji, którą się próbuje odwrócić przez te pętle czasowe. Mamy też oczywiście maszyny zakrzywiające, że tak powiem, czyli te wszystkie urządzenia do podróży w czasie. Także to jest z jednej strony film skomplikowany, z drugiej strony też taki łatwy do przejrzenia go, w jaki sposób jest on skonstruowany. Aczkolwiek rzeczywiście momentami nie wiadomo, o co chodzi z tego prostego powodu, że on jest trochę przeciągnięty. To jest jedna rzecz. Jest za długi, a ponadto gdyby on może też miał jakieś walory, nie chciałbym powiedzieć artystyczne, ale po prostu gdyby nieco innych aktorów dobrano, takich bardziej konkretnych, takich, którzy potrafią nam stworzyć klimat, też byłoby inaczej. Ten film mógłby nie mieć sensu nawet, a dobrze by się oglądało.
"Side" się ogląda źle, niestety. To jest film, który rzeczywiście może być uznany za kino niezależne. On aspiruje gdzieś tam do głównego nurtu, wykorzystuje trudne wątki, to automatycznie się klasyfikuje jako kino niezależne, ale jest nudny. Nudny i ciężki. To też nie jest tak, że nie sięgano do tych tematów typu pętle czasowe i paradoksy czasów w kinie głównonurtowym. Oczywiście, że sięgano. "Side" wykorzystuje to, co widzieliśmy w "Looperze" i przede wszystkim tą swoją filozofię gdzieś tam, nie mówię, że on czerpie, ale ona gdzieś tam się ociera o "Atlas chmur", który mi się osobiście nie podobał. Tylko tak: czy te wszystkie elementy, tajne testy, reinkarnacje, problemy damsko-męskie, problem choroby dziecka, czy to wszystko się da połączyć w coś zjadliwego? Moim zdaniem można to zrobić, ale takie wątki, takie tematy de facto, czyli reinkarnacja, paradoksy czasowe to jest ciężkie. To jest ciężkie i wymagające nie tylko dla twórców, ale też dla widzów.
Owszem, jeżeli chodzi o paradoksy czasowe, mieliśmy mnóstwo filmów. Łatwo utknąć w ich gąszczu, co sprawia, że trzeba często ruszyć głową. Jeżeli chodzi o film o jakimś podłożu duchowym, to tutaj jest bardzo łatwo przesadzić z ckliwością. Bardzo łatwo jest się otrzeć o kicz, o miałkość jakąś intelektualną. I tam gdzieś ten "Side" utknął niestety, bo Twórcy tego filmu zrobili błąd. Po prostu przedobrzyli. Do tej ciężkiej mieszanki tego wszystkiego dodali historię człowieka, która też jest dość ciężka, jest nieangażująca. Pomimo tych haseł: tajna placówka, tajne testy, reinkarnacja. Słowa klucze nie tworzą nam filmu. Nie udało się, moim zdaniem, z tego stworzyć historii na tyle absorbującej, przekonującej, abym uznał: tak, to było fajne, to było super.
[02:22:16] - No niestety. Niestety tak. Mam takie wrażenie, że jeśli próbować by coś dobrego powiedzieć o tym filmie, to mam coś na podorędziu. Otóż podobało mi się ze względów takich czysto filmowych to, co jest pod koniec. Wybrnięcie z tej sytuacji z okresu II wojny światowej. Nie będę państwu tego opowiadał, bo jednak w tym filmie jakaś tajemnica musi pozostać, ale to, co się dzieje w tym obozie, w którym testowano różne bronie, Japończycy to robili, to jest ciekawe, w jaki sposób ten obóz funkcjonował i co się tam ciekawego stało. Tak naprawdę, jeśli mam być szczery, to była chyba jedna z niewielu rzeczy, która mnie w tym filmie zaangażowała. Na krótko, bo na krótko, ale jednak zaangażowała. I to właściwie wszystko, bo te wszystkie fikołki z technologią, z reinkarnacją. Powtarzam, to jest do przyjęcia przy zawieszeniu pewnej niewiary.
Takie bardzo popularne w tej chwili sformułowanie, zawieszenie niewiary. No dobrze, niech będzie. Więc przy zawieszeniu niewiary ten film da się łyknąć i da się powiedzieć: no tak, okej, w porządku. Ale trzeba jednak coś tam, jak powiedziałem, zawiesić. Nie lubię takich filmów. Niech to będzie coś, co zaangażuje. Ja się w tym filmie słabo angażowałem. Czekałem, mówiąc szczerze. To jest jeden z tych filmów, przy których czeka się, żeby się skończyło. Ja rzadko przerywam oglądanie filmów, więc tu też nie przerwałem.
I chyba dobrze. Ta historia się jakoś zamyka, ale jak to przeczytałem na jednej z recenzji, takie tam filozoficzne, tu pada słowo ogólnie uznawane za wulgarne. Nie ma co lepiej obejrzeć. I tu pada, już zostawię jaki film. Też nie gustuję, bo to raczej nawiązanie do superbohaterów i jedno i drugie jakoś niespecjalnie mnie angażuje. Więc ten film, zresztą tak jak czytałem też inne komentarze, on nie cieszył się specjalną popularnością wśród oglądających, bo ja myślę, że widzowie obojętnie jakie kino lubią i jak bardzo są zaangażowani w sztukę filmową, to jednak wyczuwają coś, co nazwałbym, ale wezmę to w cudzysłów, fałszem. A w tym filmie chwilami takim fałszem zaciąga. To znaczy, mamy wrażenie, że to jest historia, która chwilami jest nieszczera. Dlaczego nieszczera? Dlatego, że trzeba było ulepić z tego historię, która się zamyka.
W związku z tym te zawieszenia niewiary to zmuszanie widza, żeby po prostu uwierzył w koncepcję scenariusza, czyli scenarzysty i w koncepcję reżyserską. To niedobrze się kończy. Jeśli musimy na siłę uwierzyć reżyserowi, bo on tak mówi, ale nie czujemy tego, że ta dziwność wynika z historii, która jest opowiadana na ekranie, tylko ta dziwność, reżyser ją niejako nam narzuca i mówi, co powinniśmy na jej temat myśleć, to to jest nieudany eksperyment i moim zdaniem film „Sight” nie jest historią udaną. Aczkolwiek, to może już ode mnie na koniec, naprawdę omawialiśmy tu, w tym kąciku filmowym znacznie gorsze filmy. Więc ja nie wiem, czy państwu ta dzisiejsza nasza recenzja, czy też to omówienie, raczej trzymajmy się słowa omówienie, to nasze omówienie państwu pomogło, czy nie pomogło. Ja mam wrażenie, że kończycie słuchać tej naszej oceny i wiecie równie mało jak na początku. Ale nie przejmujcie się państwo, bo ja przypuszczam, że i Piotr, i ja też nie potrafimy, czujecie to zresztą państwo, do końca się opowiedzieć. Ja się opowiem tylko tyle, że ja bym nie robił sobie powtórki.
[02:26:56] - O nie. Ale nawiążę tu do czegoś jeszcze ważnego, bo jestem zawsze bardzo ciekaw opinii widzów, komentarzy po prostu widzów, bo one pokazują, w jaki sposób film jest odbierany przez bardzo zróżnicowane społeczeństwo. Od razu możemy powiedzieć, że coś się komuś będzie podobało, coś nie, bo każdy szuka czegoś innego, a „Sight” ma opinie skrajne. One polegają na tym, że jest wąska grupa ludzi, którzy uznają to za arcydzieło. Nie mówię tutaj o jakichś tam quasi czy pseudorecenzentach z Filmwebu, którzy się naczytali książek o sztuce filmowej i potem wciskają nam jakieś popeliny. Mówię o opiniach zwykłych ludzi, którzy mówią, czy się film podobał, czy nie, czy dostarczył rozrywki. Moim zdaniem „Sight” nie dostarcza tej rozrywki, pomimo że główny bohater to jest typ takiego badassa, jak to się mówi. Film gdzieś utknął na linii między przygodą i melancholią. I to też widać w ocenach. Niektórzy piszą, że to jest totalne łajno.
Inni natomiast doceniają bardzo głębokie wartości wewnętrzne, te karmiczne zasady, prawo czasu i tego typu sprawy. Może jedno, co was skłoni do przynajmniej rzucenia okiem na side, to w jaki sposób to wszystko jest pokazane wizualnie. Bo to też jest pokazane wizualnie. A jeszcze, co jest ciekawe, to właśnie że jak wspomniałeś, ty byś nie obejrzał, ale są takie komentarze, które mówią, że żeby ten film zrozumieć, trzeba go obejrzeć jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz. To jest stanowczo za dużo. Stanowczo, bo o ile on się odnosi do pewnych gorących czy interesujących kwestii, to aż tak bardzo nie jest atrakcyjne, żeby go oglądać drugi raz, żeby się z tym wszystkim zderzać. I to nie dotyczy tylko jego. „Atlasu chmur” też bym drugi raz nie oglądał. Reasumując, to nie jest najgorsze. To nie jest najgorsze z najgorszych.
Rzeczywiście były dużo gorsze filmy omawiane, ale na pewno nie jest genialne i na pewno nie jest przełomowe. Film ten jest deczko za długi. Natomiast plusem też jest to, że podejmuje tematy, które w kinie nie goszczą zbyt często.
[02:29:13] - A to ja na koniec jeszcze nie na temat. Wybaczcie państwo, ale coś jeszcze o tym „Atlasie chmur”, który Piotr tak troszeczkę zdystansował się od niego. Otóż ja czekałem na film „Atlas chmur” dlatego, że znam książkę. Książka jest zupełnie inna, bardzo mocno odbiega od filmu. To właściwie są dwa różne dzieła, ale pewna nić, taka ogólna, rzeczywiście przebija się do filmu i ja się dałem porwać tym historiom, które są opowiadane. Ta historia też ta związana z czasem w „Atlasie chmur”. Te historie nie do końca mnie interesowały, natomiast z czasem wszedłem w tę narrację i jakoś to sobie pogodziłem. Ale powiem państwu jeszcze tytułem anegdoty, że najbardziej lubię z filmu „Atlas chmur” tę scenę, kiedy na dachu odbywa się przyjęcie. I tam jest taki poeta, który właśnie wydał tomik. O ile dobrze pamiętam, ten tomik nosił tytuł „W ryja”.
I tak się tam przechwala, przechwala i coś się z nim później stało. Nie zdradzę tego państwu, ale wierzcie mi państwo, dla tej jednej sceny ja bardzo chętnie jeszcze sobie zrepetuję „Atlas chmur”. No to nadszedł czas na „Książki z pogranicza” w wersji polecankowej. To, co zapowiadałem na początku audycji. Przypomnę Księgarnia Galeria Nieznanego Świata w wersji wysyłkowej, trzeba wpisać adres nieznany.pl, a w wersji analogowej, jeśli ktoś mieszka w Warszawie albo akurat w Warszawie przebywa, to zapraszam na ulicę Kredytową 2. Od poniedziałku do piątku, od 10 do 18. Jedziemy zatem z polecankami. Pierwszy tytuł: „OOBE. Życie realnym mitem”. Autor Robert Noble, wydawca Instytut Roberta Noble, a data premiery to był 4 sierpnia tego roku, a więc nówka tak naprawdę.
Czy to, co nazywasz życiem, rzeczywiście nim jest? A może dopiero wtedy, gdy odrzucisz wszystko, czego cię nauczono, zaczynasz żyć naprawdę? „OOBE. Życie realnym mitem” to najnowsza książka Roberta Noble. Autora, który nie opowiada historii, ale dzieli się własną drogą. To kontynuacja jego opowieści o świecie czarowników, pełna realnych doświadczeń, spotkań, śnienia i konfrontacji z tym, co niewidzialne, a jednocześnie fundamentalnie prawdziwe. To książka o świadomości. Nie tej teoretycznej, ale przeżywanej. O codzienności, która okazuje się magiczna, kiedy zaczynasz ją widzieć z innego poziomu. O relacjach, które stają się lekcjami.
O wiedzy, którą trzeba nie tylko poznać, ale nią żyć. Autor zabiera czytelnika w podróż przez przestrzenie snu i jawy, przez pytania, które burzą pozory i prowadzą do wewnętrznego przebudzenia. To zapis drogi czarownika, który nie udaje, że zna odpowiedzi, ale widzi więcej i nie boi się mówić o tym, co wielu przemilcza. To książka mocy dla tych, którzy nie chcą już być cudzym mitem. Przypomnę: „OOBE. Życie realnym mitem”. Autor Robert Noble, wydawca Instytut Roberta Noble. Data premiery: 4 sierpnia 2025 roku. Kolejny tytuł to „Obcy wśród nas. Pozaziemska geopolityka, która ustala nowy porządek świata”.
Autor Konrad Bartkiewicz, wydawca Wydawnictwo Kobiece, dawniej Illuminatio. Data wydania: 26 marca tego roku. Książka „Obcy wśród nas” stanowi wnikliwe studium jednego z najbardziej fascynujących pytań współczesności. Czy jesteśmy jedyną inteligentną formą życia w kosmosie? Autor, bazując na ponad 20-letnich poszukiwaniach prawdy, łączy naukową precyzję z analizą społeczną i polityczną. Jak sam podkreśla Podchodzę sceptycznie zarówno do teorii spiskowych, jak i do każdej nowej hipotezy naukowej. Moim celem było obiektywne zbadanie fenomenu UFO z perspektywy naukowej, politycznej i psychospołecznej. Konrad Bartkiewicz bada, czy kontakt z obcymi to realne zjawisko, czy może narzędzie manipulacji mające na celu kontrolowanie społeczeństw. Rozważa kluczowe kwestie: kim jesteśmy w obliczu ogromu wszechświata? Jaką rolę odgrywamy jako gatunek?
I jaki wpływ mogłyby mieć zaawansowane cywilizacje na naszą politykę, kulturę i psychologię? Zwraca uwagę, że mimo ogromnego zainteresowania tematem UFO, wciąż jest on marginalizowany i często wyśmiewany. Autor pyta, dlaczego rządy oficjalnie nie prowadzą badań nad tym zjawiskiem. A może badania są tajne, by uniknąć ogólnego chaosu? „Obcy wśród nas” to inspirująca intelektualna podróż, która rozjaśnia jedno z najbardziej zagadkowych zjawisk współczesności. Autor podejmuje próbę zrozumienia, dlaczego w dobie rozwiniętej technologii nadal brak spójnych interpretacji tego fenomenu. Uważa, że lekceważenie tematu UFO oraz możliwości istnienia pozaziemskich cywilizacji prowadzi do dezinformacji i spowolnienia rozwoju społecznego. Ta książka jest obowiązkową lekturą dla każdego, kto chce lepiej zrozumieć zjawisko UFO i jego potencjalne konsekwencje. Napisana w sposób przystępny, zachęca zarówno nowicjuszy, jak i pasjonatów do spojrzenia na temat z nowej perspektywy. Autor odpowiada na trudne pytania i inspiruje do refleksji nad tym, co może kryć się poza granicami naszej planety i wyobraźni.
Konrad Bartkiewicz to badacz i pasjonat obserwacji niezidentyfikowanych obiektów powietrznych. Od dwóch dekad systematycznie prowadzi obserwacje nieba. Absolwent Wydziału Prawa i Prawa Kanonicznego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jego zainteresowania naukowe obejmują lotnictwo wojskowe i cywilne, astronomię, paleoastronautykę, fizykę teoretyczną, religioznawstwo oraz robotykę związaną ze sztuczną inteligencją. Bartkiewicz jest autorem publikacji z zakresu prawa, prawa administracyjnego oraz artykułów dotyczących współczesnej ufologii i paleoastronautyki. Swoje pasje łączy z interdyscyplinarnym podejściem do zagadnień związanych z eksploracją nieznanego, co czyni go cenionym popularyzatorem wiedzy na temat zjawisk niewyjaśnionych. To ja teraz przypomnę tytuł książki „Obcy wśród nas. Pozaziemska geopolityka, która ustala nowy porządek świata”. Autor Konrad Bartkiewicz, wydawca Wydawnictwo Kobiece, dawniej Illuminatio. Data premiery 26 marca 2025 roku.
Cały czas do nabycia w księgarni Galerii Nieznanego Świata. I wreszcie trzecia książka. Książka, która u jednych wzbudzi entuzjazm, u innych zastanowienie i sceptycyzm. Niemniej jednak książka, którą bardzo warto przeczytać. „Symulacja. Wyjście z ukrytego programu, który więzi ludzi”. Autor, którego nie trzeba przedstawiać. David Icke. Wydawca Wydawnictwo Kobiece, dawniej Illuminatio. Data premiery 30 lipca tego roku, a więc też w sumie nówka.
Czy rzeczywistość, którą znasz jest prawdziwa? A może to tylko perfekcyjnie zaprojektowana iluzja? David Icke, autor przełomowych książek, takich jak „Pułapka Iluzji”, „Największy sekret” i „Ludzka Raso. Powstań z kolan”, powraca z prawdopodobnie najbardziej bezkompromisowym i odkrywczym dziełem w swojej karierze. W „Symulacji” Icke stawia odważną tezę: świat to zaawansowany program stworzony po to, by kontrolować, ograniczać i odcinać ludzkość od jej prawdziwej natury. Wszystko, co uznajemy za rzeczywiste, od ciała fizycznego po społeczne konstrukty i emocjonalne mechanizmy, wszystko może być tylko częścią matrycy, która programuje nasze doświadczenie. Książka nie tylko demaskuje strukturę tego cyfrowego więzienia, ale też pokazuje, jak się z niego wydostać poprzez świadomość, samopoznanie i przebudzenie duchowe. Icke łączy lata własnych badań i odkryć, wiedzę ezoteryczną i intuicyjne wglądy, tworząc szokująco spójną wizję ukrytej rzeczywistości. Jeśli czujesz, że świat, który widzisz, to tylko fasada, jeśli podejrzewasz, że coś większego dzieje się za kulisami naszej egzystencji, jeśli jesteś gotów wyrwać się z iluzji, ta pozycja jest dla ciebie. Post scriptum.
Nawet jeśli nie zgodzisz się ze wszystkim, o czym pisze Icke, ta książka zmusi cię do myślenia. A może otworzy oczy? Przypomnę tytuł. „Symulacja. Wyjście z ukrytego programu, który więzi ludzi”. Autor David Icke, wydawca Wydawnictwo Kobiece, dawniej Illuminatio. Data wydania 30 lipca tego roku. Tak, proszę państwa, księgarnia Galeria Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie do państwa dyspozycji analogowo od poniedziałku do piątku między 10:00 a 18:00. A każdy, kto korzysta, lubi robić zakupy w sieci, no to nieznany.pl i tam możecie państwo drogą kupna nabyć chociażby te książki, o których dzisiaj mówiłem. To teraz, żeby troszeczkę odetchnąć, krótkie opowiadanko z ABW z 24 września 2021 roku.
To było ABW numer 103. Proponuję państwu Bruno Kadynę w dwóch wersjach, to znaczy w dwóch wydaniach. Bruno Kadyna jako autor i Bruno Kadyna jako czytający opowiadanie. A tytuł opowiadania „Maciek i kurczaczek”.
[02:41:18] - „Maciek i kurczaczek”. „Nie rób im krzywdy, synek” — wołam zza fortepianu. Brzdąc nie ma jeszcze wyczucia. Ciągnie koty za ogon, podnosi za szyję. „Nie robi tego specjalnie” — mówi Karina. „Nie mówię, że robi specjalnie, ale nie może ich krzywdzić.” „Wołasz do niego tak, jakby robił to celowo, a on jeszcze nie rozumie.” Żona podchodzi do małego i pokazuje, jak obchodzić się z dwoma kociakami. Jestem wyczulony na krzywdę zwierząt, bo w jego wieku byłem okrutnikiem i widzę po nim, że sprawia mu przyjemność, kiedy je straszę albo jak nadepnie któremuś na ogon. A może tak mi się tylko wydaje? Jednak po chwili, kiedy tylko zaczynam grać, kotki wychodzą spod fotela, a mały skacze z kanapy na podłogę i ląduje tuż obok nich, a te wpadają w panikę. „Synek!” — wołam.
„No co ty robisz? Mówiłem ci, żebyś ich nie straszył.” „On tylko chce się bawić i nie wie, że one się boją” — mówi Karina. „Synek, kotki boją się, kiedy przy nich skaczesz, krzyczysz im do uszu albo machasz rączkami przed mordkami” — mówię. „Przestań” — mówi do mnie Karina. „Co przestać?” „Tak się odzywać.” Mam wrażenie, że mam dwójkę dzieci, jedno mniej rozumne od drugiego. „Nie widzisz, że one się boją tych jego zabaw?” — pytam. „Krzyczysz na niego, warczysz.” Karina zaczyna po mnie jechać. Wychodzę z salonu. Nie słucham, bo krew mnie zalewa. Odechciało mi się grać.
Sam nie wiem, ze mną jest coś nie tak, czy to jej brakuje współczucia. Przecież nie krzyczałem. Może nie słyszałem sam siebie? Nie potrafię mu zwrócić uwagi? Jak zareagować na gwałtowne zachowanie małego? Szeptem? Może głośniej grać? A może chodzi o coś zupełnie innego? Ale przecież kobieta nie powie wprost. Gdy się odzywam, zaczyna mnie strofować, jakbym nie miał prawa wychowywać syna.
Mam z nią walczyć o to prawo? Przecież to chore. Jestem w kuchni. Karina jest zła, że ją zignorowałem. Zaraz to okaże. Słyszę, że nadchodzi. „Dziękuję ci bardzo za brak--” Przerywam jej. „Nie akceptuję twojego podważania mojej roli i proszę, żebyś przestała to robić. I nie uważam, żebym źle się odezwał do małego.” Ona dalej swoje: „Szacunku. Jak ma być między nami dobrze, kiedy ty--” „O czym ty mówisz?” „Mówię o twoim podejściu.” „Ja mówiłem o kotach.
Nie może ich męczyć.” Nie ma tematu kotów i okrucieństwa Szymka ani tego, że ona podważa moją rolę ojca. Ważne jest tylko to, że w ogóle się odezwałem. Ręce opadają. „No pięknie. Wydzieraj się. Właśnie o tym mówię. Ty tylko--” Teraz zacznie wymyślać, jaki jestem do niczego. Nie będę tego słuchał. Znowu jej przerywam. „Jak ma być między nami dobrze, jeśli ciągle wygadujesz bzdury na mój temat?
Powiedz w końcu, proszę, o co tak naprawdę chodzi.” „To nie są bzdury.” „Nie jest bzdurą twoje gadanie, że jestem alkoholikiem, ilekroć otworzę piwo? Albo że bardziej kocham grę na fortepianie niż was? Prawdą jest, że mam prawo własnemu dziecku zwrócić uwagę, a ty powinnaś mnie wspierać, a nie podważać przy nim moje zdanie.” Biorę piwo i wychodzę do ogrodu, bo rośnie we mnie poziom bezsilności i frustracji wywołującej marzenie o porzuceniu ich w cholerę. I zabiorę ze sobą koty, bo oboje je zamęczą. Może jestem przewrażliwiony na punkcie tych kociaków. Mam czterdzieści lat, a wciąż prześladuje mnie kot Maciek, którego męczyłem okropnie, kiedy byłem w Szymka wieku. I mały żółty kurczaczek, którego zabiłem szpadlem podczas pobytu u dziadków na wsi. Goniłem go w jednym celu. Nie mogę tego zapomnieć. Nie rozumiem, jak mogłem to zrobić.
Nie pamiętam, żebym męczył potem inne zwierzęta, a zawsze mieliśmy koty i psy. Dlaczego to zrobiłem? Byłem ciekaw? Chciałem poczuć wyższość, władzę? Opowiadałem o tym Karinie, a ona tylko się ze mnie śmiała. Nie zrobiło to na niej wrażenia. Nie pozwolę, żeby Szymek popełniał moje błędy. Nie chcę, żeby potem żałował i pamiętał całe życie jak ja. Tylko jak mu to wybić z głowy, kiedy Karina na to nie pozwala? Jeśli odpuszczę, mały w końcu im coś zrobi.
Kładę się na hamaku i piję piwo. Nie chce mi się główkować, jak się z nią dogadać. Nic jej nie obchodzi, tylko własne negatywne emocje. Jakby sprawiało jej przyjemność pławienie się w nich i wylewanie na mnie. Próbowałem spokojnych rozmów, żeby zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje, ale ona nie chce rozmawiać, tylko kąsać. Każdą pozytywną rzecz zamienia w coś złego. Próbowałem uspakajania muzyką, ale ona nie lubi mojej gry, a nic jej tak nie wkurza jak skoczne staccato. Do niedawna wpieniałem się i pozwalałem, żeby wyprowadzała mnie z równowagi. Ale krzyk to najgorsze, co mogę robić i zszargane nerwy odbijają się na muzyce, bo mięśnie sztywnieją i przenoszą na fortepian złą energię. Ciągłe myślenie, co się z nią stało, do niczego nie prowadzi.
Muszę skupić się na bezpieczeństwie kociaków i wychowaniu synka na wrażliwego człowieka. Spać mi się zachciało. Lekki wiatr kołysze hamakiem. Szkoda, że lato już mija. Ogród to jedyne spokojne miejsce. Zabierałbym tu kotki, gdyby nie ruchliwa ulica przed domem. Wpadam na pomysł. Wyciągam telefon i dzwonię do Karola, Sierściucha. Koleżki, który jest największym przyjacielem i obrońcą zwierząt, jakiego znam. Nienawidzi za to ludzi.
Wiem o grupie ochrony zwierząt, którą stworzył. Mści się brutalnie na tych, co krzywdzą zwierzaki. Jeżdżą po dręczycielach, wymierzają cielesną karę i odbierają podopiecznych. Dopadł kiedyś faceta, który przywiązał w lesie szczeniaka na pewną śmierć. W zamian Sierściuch przywiązał go w piwnicy za szyję drutem do rury bez jedzenia i picia na dwa dni. Chyba typ więcej nie skrzywdzi żadnego zwierzaka. Sierściuch zajmuje się też tresurą, choć woli określenie nauka. „Siema, mam sprawę” — mówię. „Co jest?” „Muszę oduczyć młodego męczenia kotów, bo ciągnie za ogon, dusi. Ty masz jakiś pomysł?
Może je nauczyć samoobrony czy coś?” „Nie możesz mu spuścić łomotu?” „To nie jest wyjście z takim małym dzieciakiem. Stałby się tylko gorszy. A moja żona nie rozumie, że mały krzywdzi. Nie mam siły przebicia. Potrzebuję rozwiązania z zewnątrz, ale na spokojnie, nie po twojemu.” „Pożyczę ci Maćka” — mówi Sierściuch. „Jakiego Maćka?” „Wymyśliłem coś na takich małych zasranych sadystów jak twój dzieciak. Wyszkoliłem kocura, który broni inne zwierzęta. Nie głaszczesz go, nie ruszasz, tylko karmisz. Jak tylko zobaczy, że twój dzieciak męczy inne zwierzę, wystartuje do niego z pazurami.” Nie odzywam się. Przeszedł mnie dreszcz.
Nie myślę o tym, że nazwał mojego synka małym zasranym sadystą ani czy to dobry pomysł wziąć do domu agresywne zwierzę. Tylko dlaczego nazwał kota Maciek? „Dlaczego Maciek?” — pytam. „A dlaczego nie? W dupie mam imiona. Nie jestem dobry w wymyślaniu.” „Ty, a jak małemu wydrapie oczy?” „Zaatakuje rękę, która krzywdzi. Jak młody uderzy kotki albo zacznie szarpać, to będzie miał przesrane.” „Ale będzie można głaskać koty? Nie chodzi o to, żeby przegiąć w drugą stronę.” „Spokojnie. Można wszystko, tylko spokojnie. Maciek jest wszystkiego nauczony.
Będzie pilnował. Jak młody oberwie od niego kilka razy, to się nauczy.” „No dobra, dawaj go.” „Później przywiozę.” Już widzę minę Kariny i niezadowolenie, że bez uzgodnienia z nią wziąłem jeszcze jednego kota do domu. No trudno, mam związane ręce i nie mogę nic powiedzieć, więc Maćkiem przetłumaczę. Kiedy pomyślę, jak ma na imię ten kocur, jeżą mi się włosy na ciele. Gdybym mógł cofnąć czas, wziąłbym tamtego kurczaczka w ręce i zaniósł do mamy, a o kota Maćka dbał i kochał jak trzeba. Teraz mogę już tylko żałować. Idę do domu. Chcę usiąść do fortepianu. Mam nieskończoną etiudę. Kiedy przekraczam próg, kotki od razu do mnie lecą.
Wiedzą, że przy mnie są bezpieczne. Za nimi wybiega z pokoju Szymek. No szlag mnie zaraz trafi. „Synku, dlaczego straszysz koty? Czy ty chcesz być okrutnym człowiekiem?” W przedpokoju jak na zawołanie pojawia się Karina. „Jak ty do niego mówisz?” Robię w tył zwrot i wychodzę z powrotem do ogrodu, zanim się zagotuje. Jeśli ten obronny kocur nie nauczy ich dobroci, to będę musiał nauczyć ich się ignorować Karinę i tłumaczyć młodemu z jej gderaniem w tle, że nie wolno krzywdzić zwierząt. A jak mnie babsko szarpnie, żebym zaczął ją słuchać, przysięgam, złoję jej dupę pasem, skoro inaczej nie można. Albo tak, albo ją zostawię, bo wykończy mnie psychicznie. Kładę się w hamaku i zasypiam.
Po chwili zaczynają przychodzić wiadomości od niej wyrażające niezadowolenie, że nie ma mnie w domu. Nie ma kogo zamęczać gadaniem o tym, jaka jest niezadowolona. Mam to gdzieś. Nie odpisuję i nie czytam, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Dzwoni telefon. Myślę, że to ona, ale wyświetla się Sierściuch. „Jestem za parę minut” — mówi. I świetnie. Maciek jest ogromny, podobny do rysia. Ma szarorudawe futro, długą sierść i wkurzone spojrzenie.
Wyszedł z transportera jak do siebie i bada przedpokój. „A co to za kot?” — pyta Szymek. „Zostanie trochę u nas” — odpowiadam. „Nic nie mówiłeś” — burczy Karina. Przy Sierściuchu jest grzeczna. Nie wyraża niezadowolenia. Już widzę, jak zacznie się wydzierać, kiedy ten pójdzie. „Karol wyjeżdża i musimy się zaopiekować Maćkiem przez jakiś czas” — kłamię. Karina chowa się w kuchni. Ależ jest zła.
„Ale śmiesznie się nazywa. Maciek. Mogę go pogłaskać?” — pyta synek i kuca. „Nie, on nie lubi dotykania. Podrapie cię” — mówi Sierściuch. „Tak, synku, lepiej go nie głaskać.” Za młodym stoją nasze kotki. Patrzą wystraszone na wielkiego kocura. Truchleją, kiedy do nich podchodzi, ale ten zaczyna mruczeć i ociera się o nie głową. „Niesamowite” — mówię. „Żarcie daje się raz dziennie.
To samo co małym. Będzie spał z nimi albo sam sobie znajdzie miejsce” — mówi Karol. Szymka korci, żeby go pogłaskać, ale kiedy zbliża rączkę, Maciek odwraca głowę i fuka ostrzegawczo. „Widzisz, synek? Mówiłem, że lepiej go nie głaskać. Nie dotykaj go, bo cię podrapie. Nie pozwoli ci też męczyć kotków. Musisz nauczyć się obchodzić z nimi delikatnie.” Mały się wystraszył. Mam nadzieję, że się nauczy i nie wróci do męczenia, jak Maćka już nie będzie. „Dobra, lecę” — mówi kolega.
Po jego wyjściu małżonka wyskakuje z kuchni jak poparzona. Zaczyna się. „Czy ty jesteś niepoważny? Jak możesz decydować bez uzgodnienia ze mną?” Nie słucham. Idę do salonu i wołam do siebie kotki. Maciek jest niesamowity. Idzie za nimi jak ochroniarz. Skupia na nich całą uwagę. Tak ważnych rzeczy! W ogóle się ze mną nie liczysz.
Siadam na kanapie, kotki wskakują mi na kolana. Maciek siada obok, a z drugiej strony synek. Głaszczemy zwierzęta. Widzisz, można delikatnie — mówię. Nie zgadzam się, żeby tu został! — wydziera się Karina. Maciek strzyże uszami. Wyczuwa z jej strony zagrożenie. Nie interesuje mnie, że się zgodziłeś. Jeszcze dziś ma go tu nie być.
Ciekaw jestem, jak kocur by zareagował, gdyby chciała go wyrzucić siłą. Długo nie muszę czekać. Oprócz Maćka nikt na nią nie zwraca uwagi i ona nie może tego zdzierżyć. Podchodzi i otwartą ręką uderza naszego gościa, który natychmiast się na nią rzuca. Szymek aż podskakuje ze strachu. Mamo! Karina krzyczy. Łapie się za podrapaną dłoń i ucieka do łazienki, a Maciek wraca na kanapę. Niedobry kot! — woła Szymek.
Nie synku, to mama źle zrobiła. Nie wolno krzywdzić zwierząt. Maluch poleciał do łazienki za mamą. Siadam do fortepianu i patrzę na koty. Młode wyczuwają, że są przy Maćku bezpieczne i się w niego wtulają. Natura jest niesamowita. Zagram wam coś, futrzaki. Muszę skończyć w końcu tę etiudę. Rozluźniam się i zaczynam grać, a koty słuchają. Maćkowi się chyba podoba.
Nastawia uszy. Gram, zapisuję nuty, ale mi nie idzie. Nie mogę się skupić. Wciąż zerkam na tego kota. Dopatruję się w nim tamtego, którego męczyłem lata temu. Ale to głupie, bo nawet podobne nie są. Tamten Maciek był zwykłym czarno-białym dachowcem z krótką, gładką sierścią. Do salonu wpada Karina, za nią Szymek. Zobacz, co mi zrobił. Zobacz!
— wyciąga do mnie rękę, na której widać dwa długie zadrapania. Nic nie mówię. Patrzę na Maćka. Położył uszy. Obserwuje Karinę. Masz oddać tego kota! — wrzeszczy moja żona. Oddam, jak Karol wróci z wyjazdu. Może nie bij go i nie krzycz, to będzie w porządku. Podchodzi do kanapy, jakby chciała go z niej zrzucić.
Maciek syczy ostrzegawczo. To pomaga. Karina odchodzi, burcząc pod nosem. Nie wiem, co się z nią stało, co wywołuje w niej tą całą złość i negatywne nastawienie do mnie. Straciłem przez to część uczuć do niej. Nawet nie jest mi żal, że ją podrapał. Kurczę, wręcz poczułem małe zadowolenie. Nie powinno tak być. Próbuję wrócić do komponowania, ale nie ma na to szans. Etiuda jest wesoła, szybka i skomplikowana, a ja nie mam do tego głowy.
Zaczynam grać Marsz pogrzebowy Chopina. Świetnie oddaje mój nastrój. Przestań to grać! — drze się z kuchni Karina. Przestaję. Nie jestem złośliwy, ale dzięki tym kilku zagranym nutom uświadamiam sobie coś oczywistego. Dlaczego nigdy na to nie wpadłem? — szepczę do siebie. Serce dawno powinno pobudzić mnie do oczyszczenia się muzyką, odbycia swego rodzaju terapii. Już przyszło mi do głowy coś w rodzaju marsza żałobnego albo Nokturn pamięci Maćka i Kurczaczka wyrażający mój żal i smutek za to, co zrobiłem.
Etiuda może poczekać. I tak nic z niej na razie nie wyjdzie. Biorę zeszyt do nut i wstaję od fortepianu. Chodzę po ogrodzie i myślę o Maćku i Kurczaczku. Staram się przypomnieć sobie jak najwięcej, choć po tylu latach widzę tylko przebłyski. Pamiętam, że zagoniłem tego pisklaka pod stodołę i prawie przeciąłem szpadlem na pół. Uciekłem, kiedy przestał się ruszać. Kota Maćka dociskałem furtką do ściany. Tyle pamiętam, ale musiało być tego o wiele więcej, bo uciekał przede mną jak przed przerażającą bestią. Długo jestem w ogrodzie.
Pozwalam, by poczucie winy urosło. Skupiam się na tym. Staram się nawet wejść w skórę tych zwierzaków, uzmysłowić sobie, jak musiały się czuć, jakie musiało być ich niezrozumienie, dlaczego robił im to ten mały ludzki potwór. Z pierwszą łzą, której się nie spodziewałem, pojawia się w głowie fraza. Natychmiast ją zapisuję, żeby nie uleciała. Razem ze łzami płynie muzyka, jakby spływała wraz z nimi na pięciolinii w zeszycie. Kiedy kończę, gorycz w gardle mija. Niesamowite — szepczę. Jeszcze nigdy nie pisałem muzyki w ten sposób, a uważam się za wrażliwego człowieka. Myślę, że to najsmutniejszy, ale i najlepszy utwór, jaki stworzyłem.
Muszę to zagrać. Musi wybrzmieć. Biegnę do domu. Szymek bawi się w swoim pokoju. Karina wkurzona robi coś w kuchni. Koty leżą, jak leżały. Moje dwa wtulone w Maćka. Niesamowite, jak błyskawicznie wyczuły w nim obrońcę. Siadam do fortepianu, otwieram zeszyt i kładę na pulpicie. Zaczynam grać.
Nie patrzę na koty. Jestem skupiony na nutach. Inaczej zauważyłbym, jak Maciek unosi głowę, słysząc pierwsze dźwięki. Podczas dalszej części utworu kotów wstaje i zeskakuje z kanapy. Za nim moje kotki. One chowają się pod fotelem. Maciek podchodzi do fortepianu. Utwór jest pełen rozpaczy, ale brzmi świetnie. Maciek najeża się i fuka na mnie. Zerkam na niego, marszczę brwi, ale gram dalej.
Wtedy rzuca się na mnie z pazurami. Drapie moje ręce jak opętany, a kiedy wybiegam z pokoju, dopada zeszyt z nutami i rozszarpuje.
[02:58:00] - Były książki z pogranicza w wersji polecankowej. Czas na wersję dialogową, czyli na MałP. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy książkę René Girarda „Kozioł ofiarny.” Dzień dobry państwu, a nawet dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:58:25] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór, Marku.
[02:58:28] - Tak, dzisiaj książka, z którą wiążą mnie wspomnienia z czasów studenckich, ale też książka niełatwa, chociaż warta zachodu. Moim zdaniem oczywiście. To jest książka Rene Girarda „Kozioł ofiarny”. Książka, która mówi nam dużo o mitach. Mówi nam dużo o rozumieniu mitów, o próbie zrozumienia, o co w mitach tak naprawdę chodzi. Warto też powiedzieć, kim był Rene Girard, bo to człowiek, który był polihistorem. To rzadkie dzisiaj określenie człowieka, który jest specjalistą, ma wiedzę i to głęboką wiedzę na wiele różnych tematów. Więc Rene Girard był historykiem, ale też krytykiem literackim. Był filozofem nauk społecznych i bardzo mocno powidać w tej książce, o której dzisiaj będziemy mówili, był związany z pewnym nurtem filozofii antropologicznej, starającej się wyjaśnić pewne działania człowieka, pewne działania grup ludzkich. I tak naprawdę „Kozioł ofiarny” to jest książka właśnie o tym, jak zachowują się społeczności i dlaczego tak się zachowują.
I zanim oddam głos Piotrowi, to powiem jeszcze tak: dlaczego wspominałem o czasach studenckich? Otóż ja tę książkę dostałem do omówienia w ramach kary za niebywanie na niektórych zajęciach. Powiedzmy sobie szczerze, człowiek, który prowadził zajęcia związane tak ogólnie z antropologią, opowiadał tam rzeczy przenudne. Ja się interesowałem filozofią od czasów studenckich, ale on opowiadał rzeczy, których po prostu się nie dało słuchać. Szczególnie jeśli ktoś cokolwiek o filozofii wiedział. Ja przynajmniej wtedy uważałem, że cokolwiek wiem. Dzisiaj z perspektywy wiem, że wiedziałem bardzo mało, ale to, co wiedziałem i tak sprawiało, że ten gość był trudny do strawienia. W związku z tym unikałem tych zajęć, ale kara musiała mnie spotkać i dostałem do omówienia „Kozła ofiarnego”. I przyznam się państwu, że wtedy, jak już tak krytykuję tego wykładowcę, to i skrytykuję siebie. Ja wtedy tej książki nie zrozumiałem.
Kiedy omawiałem ją przed tym wykładowcą w ramach pewnej kary, to musiałem ją omówić, to opowiadałem tam rzeczy... Szukam dobrego słowa, żeby jakoś tak nie padło grubo. Opowiadałem tam rzeczy dziwne. Myślę, że on, chociaż nie był moim idolem, zorientował się, że ja naprawdę tej książki nie zrozumiałem. Lekko starał się mnie naprowadzić, czy ja aby jestem pewien, że to, co mówię, to ma w ogóle sens. Byłem twardy. Udawałem, że wszystko rozumiem. To jest taki moment, wspominam go, bo czasami człowiek się wstydzi niektórych postępowań w swoim życiu. To właśnie jest taki moment, którego się wstydzę, bo nie dość, że tej książki nie zrozumiałem, to jeszcze byłem takim pyszałkiem, że chciałem wmówić temu wykładowcy, że ją zrozumiałem. On postąpił właściwie, okazał się człowiekiem bardzo w porządku.
Powiedział mi: „Proszę pana, to umówmy się w ten sposób, że pan przeczyta tę książkę jeszcze raz i spotkamy się, żeby sobie o niej porozmawiać po raz drugi”. I to mnie wtedy troszeczkę zainteresowało. Mówię sobie: „Wow, ale o co chodzi? Przecież omówiłem tę książkę”. I przeczytałem tę książkę po raz drugi na spokojnie, bo pierwszy raz czytałem ją dosyć szybko i trochę po łebkach. I skutki się okazały marne. Kiedy ją przeczytałem już z pewnym takim zaangażowaniem, to sam się za głowę łapałem, jakie ja głupoty tak naprawdę wygadywałem w obecności tego swojego wykładowcy. Co więcej, targany poczuciem winy zacząłem chodzić jednak na te jego zajęcia. Więc element tutaj mamy taki moralny, czy w każdym razie takiego odkupienia winy. Zacząłem chodzić na te wykłady.
Dalej cierpiałem, ale stwierdziłem, że już będę chodził.
[03:03:06] - Gdyby zastosować tutaj myśl Rene Girarda, to ten wykładowca, żeby pokazać tym, którzy nie chodzą na jego zajęcia, powinien powiedzieć tak: „To jest ten Marek Żelkowski, student i ja mu teraz wlepiam pałę za to, że nie chodzi i byłbyś wtedy kozłem ofiarnym”. Oczywiście to jest mega uproszczenie, ale o to chodzi. Mniej więcej tak się prezentuje myśl Rene Girarda. Ja oczywiście tutaj też powinienem pałę dostać, bo tak naprawdę mamy do czynienia z polihistorem, polimatem, czyli takim typem naukowca, który dzisiaj już nie występuje. Natomiast żeby jakoś skondensować jego myśl, bo to jest YouTube, pozwoliłem sobie na takie uproszczenie. Mówiąc o Girardzie trzeba wymienić przede wszystkim dwa hasła, czyli mimetyzm bądź mimesis oraz właśnie mechanizm kozła ofiarnego, o którym jest ten odcinek i ta książka. Ten drugi mechanizm my znamy doskonale też dziś na przykład z polskiej polityki i z polskiego życia publicznego, bo jeżeli dochodzi do jakiejś katastrofy, na przykład smoleńskiej Jeżeli dochodzi do jakiegoś zaniedbania, zaniechania, to się szuka kozła ofiarnego, aby dać zadość krzywdom. Nawet jeżeli ta osoba, na którą wina zostaje zwalona, to był jakiś dziesiąty w kolejności urzędnik w kolejce. Ale kara Mustafa, jak to mówił pan Boczek w „Kiepskich”. Tyle że u Girarda kozioł ofiarny to jest bardzo rozbudowana koncepcja sięgająca też podstaw formowania się społeczeństw, formowania się religii, czy nawet powstania Biblii.
Ten kozioł ofiarny pomykuje, bo koza meczy. On pomykuje zarówno w sprawie Sokratesa, ale też w życiu Jezusa, w historii Jezusa. Ten kozioł ofiarny jest czymś, co funkcjonowaniu człowieka jest tak naprawdę bardzo bliskie i nie odnosi się wyłącznie do sfery mitu. Jeżeli oczywiście będziemy chcieli iść za wskazówkami Girarda i dostrzec te przejawy działania owego mechanizmu we współczesnym życiu społecznym. Książka rzeczywiście może się wydawać trudna, ale wydaje mi się, że aż tak trudna nie jest. To jest taka specyfika często francuskich autorów, że kiedy się człowiek do takiej książki zbliża nieprzygotowany, to może odnieść wrażenie, że to jest gadanina, nie wiadomo o czym. Natomiast to w przypadku Girarda na przykład i kozła ofiarnego ma pewien głęboki sens. Natomiast jest to dzieło na tyle wielowątkowe, że jego się, moim zdaniem, omówić nie da. Dlatego stąd te moje proste przykłady pokazujące, o co chodzi. Natomiast jeżeli wejdziemy głębiej, to odkryjemy, w jaki sposób ten mechanizm wpływał na przykład na wykształcenie się pewnych cech społeczeństw, na wykształcenie się pewnych cech religii i na zamaskowanie, bo za tym kozłem ofiarnym kryje się też pewna maska albo ten kozioł przybrany jest w pewną maskę, która nam pokazuje, w jak bardzo brutalny sposób tak naprawdę nasze społeczeństwo funkcjonuje.
Inaczej to powiem, bo to może źle zabrzmiało. Chodzi o to, że cywilizacja, kultura noszą pewne maski i rzeczy, które wynikały tak naprawdę z zupełnie brutalnego funkcjonowania jednostek, społeczeństw. One są dzisiaj przybrane, one są dzisiaj upudrowane, one są dzisiaj pod taką warstwą tynku, pudru, który my uważamy za jakąś tradycję. De facto jednak, kiedy sięgniemy do źródeł i tu nie trzeba być Girardem, żeby do tego dojść, kiedy po prostu przeczytamy mity greckie albo Biblię, Stary Testament de facto, to odkryjemy, o co w tym wszystkim chodzi, że kozioł ofiarny cały czas żyje gdzieś obok. To jest fascynujące, bo jest oczywiście ta część mitologiczna, Marku, o której mówisz, ta część religijna, ale mnie niesamowicie fascynuje to, w jaki sposób przekłada się to na nasze współczesne funkcjonowanie, także na funkcjonowanie internetu, o czym za chwilę powiem.
[03:08:18] - Tak, na współczesność tak, ale warto zwrócić uwagę, że René Girard pisząc o religijnych, mitycznych korzeniach mechanizmu kozła ofiarnego, mówi jednocześnie, że pewnym wyjątkiem od reguły jest chrześcijaństwo, że to się zmienia. Tam oczywiście nastąpił element kozła ofiarnego, tego mechanizmu, ale od tego momentu chrześcijanie uwypuklają, w każdym razie biorą inne cechy, dla nich są ważne i to, co wtedy się dawno temu sprawdzało, czyli ten mechanizm kozła ofiarnego, o którym za chwileczkę powiem, teoretycznie, bo przecież wiemy w praktyce, że bywało inaczej. Zresztą sam Girard pisze o tym, ale teoretycznie przynajmniej chrześcijanin powinien wyczuwać, powinien orientować się, kiedy mechanizm kozła ofiarnego następuje i powinien mu się przeciwstawiać. Teoretycznie to wygląda całkiem nieźle, ale jak sam René Girard opisuje historię na przykład pogromów w średniowieczu i nie tylko, to się nie do końca udawało, ale teoretycznie miało się udawać. O co w ogóle w tym mechanizmie tak naprawdę chodzi? Otóż wspomniał Piotr o tym mimetycznym wątku w filozofii, czy w każdym razie w myśli René Girarda. O co tak naprawdę chodzi? O naśladownictwo. René Girard mówił o tym, że ludzkie pragnienia, różnego rodzaju pragnienia mamy i on o tych różnych pragnieniach mówił, że ludzkie pragnienia są z natury swojej naśladowcze, mimetyczne właśnie. I to prowadzi do narastającej rywalizacji, a w konsekwencji przemocy.
Żeby to lepiej zrozumieć, zauważcie państwo, jak czasami w naszym świecie pojawiają się mody różnego rodzaju. Ktoś ma jakąś duperele i nagle zaczyna lansować tę duperele. Niech to będzie jakaś zabawka chociażby, bo to się często zdarza i nagle jakieś byle co Urasta do mody. Wszyscy nagle chcą to coś, tę duperelę mieć. Co więcej, gotowi są przepłacić, byle mieć tylko. Następuje rywalizacja, bo wiadomo, że wszyscy nie zaspokoją swojej potrzeby posiadania jakiejś zabawki. Zostańmy przy tej zabawce. Społeczności zaczynają rywalizować o tę zabawkę, gotowi są się pobić albo nawet zabić. Może o zabawkę to się jeszcze nikt nie zabijał, ale o ten mechanizm chodzi tak naprawdę. René Girard pisze o tym, że w poważniejszych sprawach, takiej przemocy, rywalizacji dotyczącej pragnień ludzkich, społeczności bardzo starają się rozładować, podświadomie zapewne, tę przemoc, która narasta.
I jak to robią? Właśnie wybierając kozła ofiarnego. To jest czasami jedna osoba, czasami grupa osób i ta grupa jest prześladowana jako głupsza, różne cechy się przypisuje tym ludziom. Co więcej, w dawnych czasach, a kto wie, czy nie dzisiaj, kozły ofiarne są po to wyznaczane, żeby je eliminować. To na jakiś czas wyeliminowanie wspólnego wroga uspokaja nastroje społeczne. René Girard to bardzo dobrze opisuje. I znowu, żeby państwu to przybliżyć, kto w podstawówce nie prześladował jakiegoś kolegi wspólnie z całą klasą zresztą, niech pierwszy rzuci kamień. Tak naprawdę czasami człowiek nic do tego gościa nie miał, ale ponieważ cała grupa uparła się na tego gościa, gorzej jak uparła się na nas akurat, ale to już w ogóle tragedia. Cała grupa uparła się i ten gość uosabiał, przynajmniej według tej klasy, same najgorsze cechy. On jakby nawet złoto wytwarzał, to też byłoby złe, bo na pewno w złej wierze to złoto wytwarzał.
Chodzi o ten mechanizm, że taki kozioł ofiarny nie ma prawa być w jakimkolwiek calu dobry. Jeśli mówimy o klasie i o stosunkach pomiędzy dzieciakami, to to jest jeszcze bardzo niewinne, ale w życiu społecznym i w historii życia społecznego bycie kozłem ofiarnym, szukanie kozła ofiarnego kończyło się bardzo często tragediami. Po prostu tragediami. I René Girard to opisuje, mówi o tym. Znowu, jeszcze raz to postaram się powtórzyć. René Girard mówi o tym, że ludzie nie mają pragnień, które on nazywa atomistycznymi. Oni pragną różnych przedmiotów, pożądają tych przedmiotów, ale to pragnienie ma charakter naśladowczy, bo my patrzymy, czego pożądają inni i zaczynamy tego czegoś również pożądać, najczęściej przedmiotów materialnych. To sprawia, że się pojawiają te ostre tarcia, a te tarcia trzeba rozładować. Ludzie, którzy przewodzą społeczeństwom, bardzo szybko się zorientowali, że rzeczywiście te napięcia trzeba rozładowywać, bo jak się ich nie rozładowuje, to się mogą obrócić przeciwko rządzącym. Tu proponuję, żebyśmy się zresztą rozejrzeli wokół siebie.
Ja często państwa do tego namawiam, bo to nie jest mechanizm, który przeminął. Cały czas jest obecny i dlatego politycy tak chętnie znajdują kozły ofiarne, żeby odwrócić uwagę od siebie, żeby napuścić społeczności na kogoś. To zawsze działa i od dawna działa. I niestety, chociaż René Girard tak pięknie o tym pisze, chrześcijaństwo nic nie zmieniło. Teoretycznie miało zmienić, ale niestety nie zmieniło. On tam zresztą, kiedy opisuje te wszystkie elementy wyznaczania kozła ofiarnego, później rozprawiania się z kozłem ofiarnym, pisze też o roli religii, rozmaitych religii w tym wszystkim. Pisze o sacrum, o rytuale, o tabu, i jak one powstają w sposób historyczny. Pisze o takich kontrolnych mechanizmach, które kontrolują przemoc, a właściwie powtarzalność przemocy. Bo to, że on wyróżnił figurę kozła ofiarnego, to się nie bierze znikąd. On po prostu znalazł element w mitach, w literaturze, w religiach.
Ten sam element od tysiącleci, kiedy kozioł ofiarny się pojawia. I René Girard twierdził, że wszystkie religie poza chrześcijaństwem, może za ostro to powiedziałem, ale te religie mają charakter techniczny. One stabilizują społeczeństwo przez takie symboliczne odstawienie agresji. Z tym odstawieniem to on miał na myśli głównie chrześcijaństwo, natomiast przy innych religiach różnie to wszystko opisuje. On miał tę przewagę, że był literaturoznawcą, był krytykiem literackim i on, to zresztą stawia mu się jako zarzut, nie używał do poparcia swojej tezy o koźle ofiarnym tylko i wyłącznie mitów religii, ale też używał literatury. I tu troszeczkę mu krytycy zarzucali, że jakby mu się to wszystko nałożyło, czyli pewna tradycja i to czasami Mająca setki, a nawet tysiące lat, nałożyła mu się z literaturą. Nie wiem, czy ten zarzut jest do końca trafny, bo on po prostu pokazywał mechanizmy w różnych czasach i pokazał mechanizm współczesny. Dzisiaj zdarza się, że literatura również może mieć taki charakter prowokujący do szukania kozłów ofiarnych.
[03:17:02] - Natomiast sam mechanizm działa cały czas. Dzisiaj się mówi o kanalizowaniu emocji, o szukaniu ofiar. W epoce internetu kozioł ofiarny działa trochę inaczej. Można nim zostać zupełnym przypadkiem, w głupi sposób, jak chociażby ten pan, który na meczu tenisowym zajumał dziecku czapeczkę i też się stał kozłem ofiarnym w pewien sposób, bo w internecie to wydaje mi się, że działa zupełnie inaczej. I tutaj ta Girardowska koncepcja nie do końca się sprawdza, dlatego że mity mitami, ale internet dzieje się w czasie rzeczywistym i to trzeba by było pewnie jeszcze zweryfikować w jakiś sposób, ale jest to widoczne. Czasami też tą znienawidzoną osobą albo grupą, na której się skupiają czy gęstnieją emocje, są takie osoby czy grupy, które mają coś za pazurami. Czyli nie zawsze kozioł jest niewinną ofiarą. Czasami mu się dostaje rykoszetem, ale za coś. Zrozumienie tego, o czym pisze Girard, pozwala dostrzec pewne mechanizmy, które rządzą powstaniem społeczeństw, które stały za de facto powstaniem religii. Troszeczkę jest tak, że ta nasza cywilizacja upudrowała przemoc, że ona przystroiła w nimb wielkiej tradycji de facto coś bardzo barbarzyńskiego.
Nie trzeba być filozofem ani wielkim myślicielem, by do takiego wniosku dojść. O tym mówiłem. Wystarczy uważna lektura Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak się Jahwe zachowywał, jakie metody stosował. Wystarczy zaznajomić się z mitami greckimi, żeby dojść do wniosku, że one są de facto bardzo barbarzyńskie, a my to stawiamy za wzór, za fundament kultury. Najwięcej oczywiście kontrowersji, a u niektórych oporów może budzić girardowskie podejście do Jezusa, do pasji, do jego żywota, prawda? Bo on tam też dość jawnie ukazuje, w jaki sposób Jezus był kozłem ofiarnym również. Nie tylko dla Piłata, ale też chociażby dla żydowskich kapłanów. Natomiast sama książka to jest oczywiście problem, bo tego typu literatura nie do wszystkich przemawia. Są tacy, którzy po pierwszym rozdziale albo nawet po pierwszej stronie uznają, że to jest nader skomplikowane, że trzeba dysponować wiedzą może trochę mniejszą niż Girard, żeby to wszystko skumać. Wydaje mi się jednak, że nie jest tak źle.
Ja czytałem znacznie cięższe pozycje, w których rzeczywiście nie wiadomo było, o co chodzi. A tutaj mamy do czynienia ze zbiorem, tak mi się wydawało, ze zbiorem powiązanych ze sobą esejów. Czyta się to bardzo przyjemnie, wygodnie. Może to nie jest taka lektura na raz, ale też nie ma co demonizować Girarda, przynajmniej „Kozła ofiarnego”. To jest też tak naprawdę podłoże do dalszych rozważań. Także z mojej strony serdecznie polecam, dlatego że jest w tym dużo prawdy, także o naszych czasach.
[03:20:24] - A ja muszę powiedzieć jeszcze coś, bo to chyba nie wybrzmiało do końca. René Girard nie skupia się na tym, że taki kozioł ofiarny to w ogóle biedny jest i ciężko mu i traci życie albo w ogóle traci jakieś poważanie, bo jest ciężko. Nie, nie. René Girard mówi o tym, że on jest potrzebny społeczeństwu i jest wyznaczany losowo. I tak jak Piotr powiedział, z tym człowiekiem, który zabrał czapeczkę, to nieważne, to mógłby być inny ktoś. Ważne, że jest się na kim wyżyć, że jest kogo zwymyślać, powiedzieć, że to jest moralnie naganne i straszne, i tak dalej. On jest gorszy. On jest człowiekiem, z którym nie chcemy mieć nic wspólnego. I część ludzi się czuje tak wspaniale, bo to bydlak jest po prostu, a my jesteśmy moralnie prawie nienaganni. O tym mechanizmie René Girard mówi.
On oczywiście go rozwija na całe społeczeństwo, ale to jest wyczuwalne. I w książce Girarda, już to wspomniałem, ale powtórzę, jest coś takiego jak demaskacja Biblii, a właściwie Nowego Testamentu, bo Girard mówi o tym, że w przeciwieństwie do mitów, tych z różnych stron świata, greckich na przykład, mity tam są, tak jak Piotr powiedział, czasami barbarzyńskie. To Girard mówi, że Nowy Testament odsłania, bo o ile mity maskują ten mechanizm zabójstwa, żeby się społeczeństwo poczuło lepiej i kogoś tam kęsim, kęsim, to te mity maskują. Mówią o tym, że to było słuszne, bo to zły człowiek był. Natomiast Nowy Testament odsłania mechanizm zabójstwa ofiary. W Nowym Testamencie szczególnie. W niektórych księgach Starego Testamentu też się już to pojawia. W Nowym Testamencie niewinność Jezusa jest podkreślana. Tam się go nie nazywa kozłem ofiarnym, tylko Barankiem Bożym, co tak naprawdę w jakiś sposób ma pokazać jego niewinność, ale też jego boskość. I Nowy Testament etycznie Przynajmniej teoretycznie antycypuje odrzucenie przez chrześcijaństwo mechanizmu kozła ofiarnego.
René Girard mówi o tym, że to jest moralna reorientacja, odczytanie historii świata, odczytanie tego mechanizmu kozła ofiarnego poprzez Nowy Testament. Widzimy to jako demaskację tego mechanizmu kozła. Nowy Testament oferuje etyczny nacisk na obronę ofiar. Wyraźnie René Girard mówi o tym, że chrześcijaństwo to jest wyznanie specjalne. Można się z nim zgodzić albo nie zgodzić. On to teoretycznie wywodzi. Można z tym oczywiście dyskutować. Krytycy mówią na przykład, że Girard zakłada konkretne pierwotne rytuały, morderstwa rytualne i René Girard nawet twierdzi, że to jest źródło kultury, te mordy. Krytycy zarzucają mu, że tak naprawdę bezpośrednich dowodów archeologicznych na to, że istnieje jedna uniwersalna sekwencja tego rodzaju wydarzenia jak mord rytualny, nie ma. Można też zadać pytanie, czy każda religia, mit, instytucja społeczna ma swoje mechanizmy kozła ofiarnego.
Krytycy René Girarda twierdzą, że czasem René Girard przecenia jednolitość kulturową, tak jakby cały świat był taki sam, bo teoretycznie człowiek jest taki sam. Nie zgadzają się z tym. Warto to wziąć pod uwagę, kiedy się książkę czyta dlatego, żeby się nie dać uwieść, bo bardzo często tego rodzaju książki powodują, że człowiek ją przeczyta i mówi sobie: „Ach, to ja już teraz wiem, jak to wszystko wygląda”. Nie, spokojnie. René Girard proponuje pewną koncepcję. Ona może zachwycić albo nie zachwycić, ale warto do niej podchodzić w sposób krytyczny. Aczkolwiek, tak jak Piotr powiedział, jest to ciekawa lektura, naszpikowana różnymi przykładami z różnych mitologii, religii i w ogóle różne sytuacje są opisane. To tak naprawdę, czy zgodzimy się z tezami o chrześcijaństwie, o koźle ofiarnym i tak dalej, czy zgodzimy się z tymi tezami René Girarda, czy nie, to to jest lektura, która człowieka wzbogaca, bez względu na to, czy przyjmiemy koncepcję, którą autor proponuje, czy też jej nie przyjmiemy. To jest książka, po której człowiek czuje, że wie więcej. Ta natura polihistora, którą miał René Girard, wyraźnie w tej książce się ujawnia.
[03:25:49] - Tak. I to też jest zarówno plus, jak i minus, bo chodzi o wielowątkowość, kompleksowość spojrzenia. Wiele osób ceni sobie jednak większą zwięzłość. Natomiast tutaj podstawowy problem polega na tym, że my musimy oddzielić, czy koncepcja kozła ofiarnego kształtowała tak naprawdę społeczeństwa i religię, czy jest po prostu prostym mechanizmem, który był obecny zawsze. Zawsze służy rozładowywaniu emocji i nie ma w tym nic takiego, co należy wywyższać. Jak powiedziałeś, jest aplikowalny do każdej kultury, czy nawet jest przynależny ludzkiej naturze. Może tak po prostu jest, że my jako stworzenia stadne z natury w jakiś sposób, chociaż nie do końca wyjaśniony, mamy tendencję do poszukiwania tych kozłów ofiarnych. Myślę, że odniesienie tego właśnie do naszych czasów najnowszych, do internetu, też nam to pokazuje, że może coś jest gdzieś w tej psychologii społecznej takiego, czego nie do końca jesteśmy świadomi. I ten mechanizm, o którym Girard pisze, może być czymś takim.
[03:27:07] - Ja na koniec przeczytam państwu pewną myśl René Girarda, akurat nie z „Kozła ofiarnego”, z innej jego pracy. To będzie króciutkie. „Człowiek jest istotą, która nie wie, czego pragnie”. To jest klucz z jednej strony do mimetyki girardowskiej, która mówi o tym, że człowiek pragnie być ukształtowany przez pewien model. Czyli to, co mówiłem, nie wiemy, czego pragniemy i kiedy ktoś nam wrzuci pewien model, czego pragniemy, to tego pragniemy całym sercem. Stąd się biorą mody w naszym świecie. A kiedy się te mody pojawiają, to pojawiają się napięcia, a kiedy pojawiają się napięcia, to trzeba to rozładować. Być może jest tak, że współczesna czarna skrzynka, którą jest internet, powoduje, że już dzisiaj nie musimy nikogo kamienować albo odcinać mu głowy, tudzież innych wymyślnych tortur stosować, bo po prostu kamienujemy go na przykład na którymś z forów internetowych albo na mediach społecznościowych. Zamieniamy jego życie w piekło, a on się czuje po przeczytaniu iluś set komentarzy kompletnym śmieciem i już zrobiliśmy z niego kozła ofiarnego. Zobaczcie państwo, jak się to często dzieje.
A zatem René Girard dotknął problemu, który jest ważny. Czy go rozwiązał, czy go opisał, tego nie wiem do końca, ale na pewno zaproponował ciekawą interpretację. A teraz zapraszam na kolejne wydanie Bruno Kadyny. Czyli znowu czyta autor, czyta swoje opowiadanie zatytułowane „ Dyniak”.
[03:29:01] - Szanowni Państwo, zapraszam Was na opowiadanie „Dyniak” przeczytane w gdyńskiej klubokawiarni w połowie maja 2021 roku. Witam Was z klubokawiarni. Przeczytam Wam opowiadanie „Dyniak” opublikowane jakiś rok temu. Już była pandemia, był lockdown. Ukazało się w magazynie literacko-kryminalnym „Pocisk”. Nie pamiętam, w którym numerze. To co? Jedziemy z koksem. Jak można wywalać gnój w klapkach? Pytam tego wieśniaka.
Nie odpowiada. Szczerzy się tylko i robi wykrok, a bosa stopa tkwiąca w piankowym damskim klapku wciska się w łajno. Maciek nadziewa na widły kolejną porcję gówna, a ja mówię: Matka cię nie zabije, że wziąłeś jej klapki? Rozmiar 38, a w nich brudne, grube giry w rozmiarze 45. Nie mieszcząc się pięty stoisz na gównie — dodaję. Ona już ich dawno nie nosi. Patrzę, jak ładuje taczkę. Trafiłem na jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, kiedy to ja gadam, a nie on. Nie boisz się, że jakiś syf ci wlezie? Wystarczy, że przyczypniesz skórę przy obcinaniu pazurów i już ci to gówno biedy narobi — mówię.
Nie wspominam o walorach estetycznych. Nie ma sensu. Nie narobi mi. Obcinam tylko wtedy, jak już wystaje. Ja pierdzielę. Raczej jak zawija do podłogi. No co? Zawsze tak gnój wywalam. Co sobie będę nogi w gumakach parzył jak jest ciepło. No tak.
Jedziesz. Uklepuje widłami kupę. Chwytam rączki, prostuję się i wyjeżdżam ze stajni taczką pełną gówna. Na dróżce z betonowych kafli nabieram rozpędu i wjeżdżam na deskę w górę, na szczyt wzgórza z łajna. Wywalam taczkę na prawe zbocze. Prostuję się. Muszę odsapnąć. Piękny wiosenny dzień. Słońce grzeje, ptaki pitolą, jaskółki śmigają, wiatr szumi na szczycie prawdziwego wzgórza za mną. Nad lasem pojawia się co jakiś czas drapieżny ptak.
Teściu mówi, że dwa orły mają niedaleko gniazdo. I cisza. Miasta brak. I dobrze. Głęboki wdech, rączki w dłoń i śmigam po kolejną porcję gówna. Dyniaka chyba zmęczyło moje gadanie, bo teraz nie zamyka mu się jadaczka. Opowiada jakieś pierdoły o ludziach, których nie znam. Poruszając nieistotne wątki niemające ze sobą związku. Naparza jadaczką jak karabinem, bo ma dużo słów do wypowiedzenia. Kiedy podstawiam taczkę do ładowania i stajemy naprzeciw siebie, mam możliwość wtrącić słowo.
Musisz się nagadać, a akcja idzie wolno. Co? Staram się mówić wyraźnie. Mniej słów, to szybciej ci pójdzie opowieść. Mów tylko to, co jest ważne w historii. Olej to, co dookoła. Co? Patrzę chwilę w ten poczciwy, zgrzany ryj. Faktycznie ma ten łeb okrągły jak dynia. Proste blond włosy wyglądają jak liście albo szypułka.
Czy co tam ma dynia? Jak tak z tobą poprzebywam, to widzę, ile ty masz wspólnego ze swoją siostrą. Z Magdą? — pyta. Nie, z Iwoną, która jest moją żoną. Magda. Jadę z gównem. Wraca mi, parkuje. Ja jeżdżę, on ładuje. Uważam, że wożenie jest lżejsze od ładowania, mimo że gówno na taczce sięga mi do wysokości sutków i trochę waży.
Oczywiście też śmierdzi i paruje. Nie ma to jak świeże wiejskie powietrze. Na moje oko trzeba ze stu taczek, żeby wywalić gówno do zera z dwóch klatek, które mamy zrobić. Przynajmniej raz w miesiącu spędzam tak sobotę u teściów. Lubię nawet. Fajnie wyrwać się z codziennego kołowrotka do zupełnie innej rzeczywistości, ale na maksymalnie trzy godziny. Każda kolejna to narastające zmęczenie i żal uciekającej soboty. A teraz siedzimy tu cały czas przez koronawirusa i codziennie jestem w stajni. Rąbię drewno albo robię coś innego. Ciężkie życie.
Parkuję pustą taczkę i znów patrzę na jego stopy. Giry masz jak hobbit — mówię. Jak kto? Hobbity z „Władcy Pierścieni”. Nie oglądałeś tego filmu? Bo o książkę cię nie podejrzewam. Nie znam. A co to o elfach coś tam? No to. Ja nie lubię fantastyki.
No nie musi. Dlaczego? — pytam. Takie bajki. Ja nie lubię takich nieprawdziwych rzeczy. Identycznie jak Magda. Nawet takich samych słów użyła — mówię. Wyobrażam sobie jej reakcję, gdyby usłyszała te porównania. Dla niej Iwony Dyniasty jest niedorozwinięty. Ostatnio wsiadł do samochodu, odpalił silnik i kiedy na ulicę wyszły siostry, zaczął dodawać gazu, drzeć mordę i szczerzyć kły.
Brum, brum, brum! No kretyn — powiedziała Magda do Iwony. Piętnastoletni kretyn. Ciężko określić miłość siódr do brata. Porównania surowo zabronione. Tss! Dyniasty zaczyna kolejną opowieść. Wiesz, że nam się już robiła szczapcia i odrzuciła źrebaka? Jak odrzuciła? Normalnie odrzuciła.
Przestała go karmić. Kopała go, tłukła, a druga kobyła się źrebiła w tym samym czasie i bez żadnego ale przyjęła i wychowała dwa źrebaki. Skończył ładować i wygiął plecy mocno do tyłu. Wylazł mu berbet spod koszulki. Oparł się o widły i wyciągnął z kieszeni paczkę ruskich papierochów. Wsunął jednego do ust i mówi dalej: Ona jest taka, że jakby inna nie chciała karmić, to bez problemu wychowa. Ile byś jej źrebaków nie podłączył stanie i nie będzie kopać, tylko będzie karmić. Jedziesz bigos wywieźć? Jadę. Czasami w tych potokach myślowych Dyniastego znajdzie się coś ciekawego, nawet niesamowitego.
Przynajmniej dla mieszczucha. Kogoś przejechał traktor, na kogoś coś spadło i go połamało. Coś się spaliło. Najczęściej opowiada, co pieprzyli zwierzęta. Przy tym Dyniasty wygląda osobliwie i lubię na niego patrzeć. Wracam z taczką i widzę, jak buja się przez stajnię w stronę wyjścia po drugiej stronie. Ty leser, wracaj tutaj! Ja mam w dupie sam tu zasuwać. Wraca. Bierze widły i ładuje.
Nic nie mówi. Jak nie on. Cwaniaczek. Już kombinuje, żeby mnie zostawić, wymyślić jakąś inną pilną robotę. I jest w trakcie procesu myślowego. Widzę po jego twarzy. Dyniak zasrańcu, tylko spróbuj mi stąd spieprzyć. Razem robimy. Jedziesz — mówi, uklepując wierzchołek. Jadę.
Już mam na dziś dość tego gówna. Rozpędzam taczkę, żeby mniej się męczyć pod górę. Pcham i próbuję wyczuć koło na mokrej desty. Najgorzej szarpać się ze stupięćdziesięciokilową taczką, kiedy spadnie z toru. Szczególnie w miejscu, gdzie gnój przypomina mokrą glinę i zasysa gumaczki. Kilka razy stopa mi wyskoczyła z kalosza, straciłem równowagę i musiałem stanąć z skarpetą w tej glinie. Odwracam taczkę i wracam. Nie mogę się grzebać, bo ten śmierdziel wykorzysta okazję i dadyla. Podstawiam się do ładowania, a ten się wygłupia. A może balet?
— pyta. Jedną dłoń trzyma uniesioną i slaczałem jak księżniczka, a prawą stopą ze ściągniętymi palcami zatacza półkole, jakby pokazywał coś na podłodze. Raz, dwa, trzy. Tup, tup, tup. Dawaj, zwiewny motylku, ładuj — mówię. Hyhyhy. Ułom, słowo daję. Chciałbym już jak najszybciej skończyć to wywalanie. Wieziesz bigos. Uklepuje wierzchołek.
Jadę, pcham i balansuję. Nie spadam. Rozładowuję i wracam. Maciek znowu zapala papierosa i zaczyna opowiadać. Był tu kiedyś taki Zenek, któremu wszystko się pieprzyło po tym, jak dostał w łeb od konia. Nachylił się po coś za ogierem i jak ten mu wysunął, to mu czaszka pękła. I tak miał farta, że go zwierzak nie zabił. I potem wszystko mu się myliło. Chodził po wsi i pytał o różne rzeczy. Do nas przychodził często.
Pytał kiedyś mamę, czy nie wie, gdzie jest jego mleko z lodówki. Ładuj! — popędzam. Często, kiedy tak pierdzieli, przestaje ładować albo zwalnia. Jak mnie to wkurza. Po co tu jesteśmy? Żeby szybko zrobić i stąd pójść. Jedziesz. Klepną widłami w łajno jak karp w zad. Jadę i wracam zasapany.
I tak jeszcze kilkadziesiąt razy. Ze stajni do domu jest ponad kilometr. Człapię turbo zmęczony i śmierdzący końskim odbytem z bliska. Chciałbym już usiąść i coś zjeść. Najpierw prysznic, potem żarełko. Ciekawe co dziewczyny przygotowały. Pewnie ziemniaczki i jakieś mięso, może kotlety. Dyniak został na stajni pozamykać i coś tam jeszcze zrobić. Poradzi sobie. Ściągam gumaki na podwórku i wchodzę do domu.
Pachnie obiadem. Ale od ciebie wali — wita mnie w kuchni Magda. Co na obiad? Rosół i schabowe. I buraczki? I mizeria. Taki jestem głodny, że zaraz zemdleję. Wykąp się szybko i chodź — mówi Magda. Z kibla wychodzi teściowa i pyta: I co zięciu, może być taki obiadek? Mamusia, twój rosołek.
Szukam słów niczym poeta. To jest mistrzostwo świata. Poezja. Dzieło sztuki. Czysta podnieta. To jest rosołek doskonały. Rozpływam się jak Włoch nad makaronem. Teściowa też się rozpływa, uwiedziona zachwytem. Mijam rozanieloną kobietę i znikam w łazience. Jemy obiad przy stole w jadalni.
Jest gwarnie i wesoło. Teściu z teściową, trójka ich dzieci i zięć. Matka z ojcem naprzeciw siebie. Ich najstarsza córka Magda, czyli moja żona, siedzi obok teściowej. Jej rok młodsza siostra Iwona kokosi się obok teścia. Ja u szczytu stołu po drugiej stronie mam na oku wszystkich. Najmłodszy Dyniasty siedzi obok Magdy, jak zawsze niedomyty i głupkowaty. Ile on ma lat? Dyniuś, ile ty masz lat? — pytam.
Dwadzieścia sześć. Ale ten czas leci. Jak ich poznałem, miał szesnaście. I tak wspólnie jemy. Ostatnie pierwsze lecą newsy o pandemii. Zazwyczaj dużo się śmiejemy, pokrzykujemy i przekrzykujemy nawzajem. Krążą komórki z filmikami. Śmiechy, chichy. Czasami się pokłócimy. Obserwuję Dyniastego.
Nie odzywa się raczej. Najczęściej coś krzyknie, wybuchnie śmiechem i pokaże żarcie w gębie. Patrzę na niego i wpadam na pomysł. A może on udaje? Jakby spojrzeć z tej strony, widzę w jego sposobie wyrazu pewne schematy. Jadaczka mu się nie zamyka, bo chyba lubi gadać sam dla siebie albo żeby się popisać. Ale czasami mam wrażenie, że zachowuje się jak głupek celowo, jakby odgrywał rolę głupka. Wyćwiczył ją i wszystkich przekonał. Wszystko przez to, że on jest taki abstrakcyjny. Ojciec jedzie z nim jak z głupiażem.
Nie dziwię się. Też bym jechał, jakby mi zostawiał na środku drogi otwartą skrzynkę z narzędziami i gdzieś sobie uciekał. Albo akumulator z kablami. Za każdym razem jak coś weźmie, nie odłoży na miejsce, tylko zostawi tam, gdzie korzysta. Nieważne czy słońce, czy deszcz, podjazd czy środek drogi. Ojca szlag trafia. Wydziera się na niego i wyzywa debile. To nic nie daje. Po co udawać, żeby to znosić? W tych rozważaniach nie zauważyłem, że Maciek wstał i poszedł do pokoju za moimi plecami.
Wracając, zatrzymuje się za mną, pstryka w ucho i szczerzy japę. On jest opóźniony. Pójdziesz durniu. Obracam się i próbuję go przegonić. Jest irytujący, bo nie potrafi przestać. Zlewka nie pomaga. Będzie stał i pstrykał w ucho, aż szlag człowieka trafi. Jest na to chyba jakaś fachowa nazwa. Dyniak kąpie się wieczorem drugi raz. Widziałem, jak zniknął w pokoju, wyciera włosy, a w łazience pełno pary.
Wcześniej kąpał się do obiadu. Musi się domyć do roboty w stajni? Mam wrażenie, że czekał, aż wszyscy będą czymś zajęci i o nim zapomną. A przez jego sposób bycia robią to chętnie. Ubiera się i wychodzi obrządzić konie. Zazwyczaj nie ma go kupę czasu. Godzinę, dwie, może więcej. Często wraca późną nocą. Mam płytki sen i słyszę. Nic mnie to nigdy nie obchodziło.
Nawet lepiej, że wychodzi i go nie ma. Nie podłazi i nie zaczepia, nie trąca, nie wykręca, nie pstryka w uszy, nie łapie za sutki. Normalnie siedziałbym o tej porze z teściem i pił whisky, ale chłopinę powaliła taka zmuła, że poszedł w kibelek. Niech odpoczywa. Magda z teściową i Iwoną oglądają jakiś badziew w telewizji, a ja mam czas dla siebie jak nigdy. Mogę do nich dołączyć, coś poczytać albo pooglądać na komórce. Wyglądam przez okno. Niebo jest usiane gwiazdami jak plaża piaskiem. Uwielbiam to na głębokich wsiach. Piękny wieczór na spacer.
Zakładam ukradkiem kurtkę, buty i wymykam się z domu. To plus tego miejsca. W mieście trzeba łazić w masce. Szlag by mnie trafił. Staję pod gwiazdami i wdycham pyszne powietrze. Czuć, że idzie lato. Zawsze miałem gdzieś, że Dyniak znika wieczorem. Założyłem bez dłuższego zastanowienia, że spotyka się ze swoimi głupkowatymi kumplami ze wsi albo z dziewczynami. Wyobrażam sobie teraz, jakiej muszą być urody, skoro się z nim zadają. A przecież może być zupełnie inaczej.
Może ma jakąś tajemnicę i jest jakimś zboczeńcem. Co, nie zdarza się? Idę na wzgórze za domem. Pójdę grzbietem i dalej lasem. Zajdę stajnię od tyłu. Po tylu latach znam dobrze okolicę. Pamiętam, jak Magda prowadziła mnie tędy pierwszy raz i opowiadała dzieciństwo. Jestem ciemno ubrany. Nie widać mnie w mroku, tylko gębę. Obserwuję stajnię ze wzgórza ukryty w świerkach.
Jest prawie pełnia, całkiem jasno. Światło się pali w budynku. Psy piłują mordy do niastego, który kręci się w środku. Chcę zejść ze wzgórza, zakraść się do stajni, ale widzę kogoś z lewej strony. Ktoś stoi na wjeździe i to nie jest Dyniak. Ktoś wyższy, szczuplejszy i ma ciemne włosy. Ubrany chyba w elegancki płaszcz. Kombinezony i szmaty robocze nie mają takich kołnierzy. Kto to jest? Stoi na posesji, nie na drodze.
Jakby pilnował wjazdu. Wymyślam głupotę, że eleganccy złodzieje kradną rolnikom sprzęty, widły i taczki. Nie wiem tylko po co. Pewnie to ktoś do Dyniaka. Czeka na niego, aż skończy. Możliwe, że idą gdzieś razem i po to się Maciek kąpał. Ciuchy miał w stajni przygotowane? Może jest cichym wielbicielem baletu albo opery? Może gra na jakimś instrumencie w orkiestrze i trzyma to w tajemnicy, grając zwierzakom w stajni ukradkiem. Nie mogę zejść tędy, bo będę jak na dłoni i typ mnie zobaczy.
Cofnę się za górę i pójdę zboczem do miejsca, gdzie stajnia mnie zasłoni. Rosną tam brzozy. Chcę ruszyć, ale widzę ruch z lewej. Samochód z wyłączonymi światłami wjeżdża z drogi, mija typa na wjeździe i podjeżdża pod stajnię. Może zbierają się członkowie orkiestry? Wiedzą, że ryzykują i dlatego się czają. Boją się kary i krytyki. Wysiadają kierowca i pasażer. Dwaj faceci ubrani w podobne płaszcze. Otwierają drzwi komuś z tyłu.
Wychodzi kobieta i mężczyzna. To daleko, ale widzę, że ich stroje są proste, bez wybrzuszeń. Chyba ubrani elegancko, oficjalnie. To nie wygląda jak część składu orkiestry. Raczej zjeżdża się elita na nielegalne walki kogutów. Wyglądają bardziej jak politycy albo agenci FBI. Schodzę zboczem między brzozami. Serce mi wali, kiedy jestem na otwartej przestrzeni. Tamten gościu na wjeździe mnie nie widzi, ale może być ich więcej. Wszystkiego się mogę spodziewać.
Czuję się jak dzieciak. Kiedyś zakradaliśmy się z kumplami w różne miejsca. Było ekscytująco. Teraz też jest. Może nie tak jak wtedy, gdy podglądaliśmy sąsiadkę Angelikę. Była dorosła. Miała z osiemnaście lat. Któregoś wieczoru trafiliśmy na nią po kąpieli zawiniętą w ręcznik. Coś tam robiła z buzią przed lustrem. Nie zasunęła zasłon i miała zapalone światło.
Wiedziała, że ją widać z dworu, ale liczyła, że akurat nikogo tam nie ma. Niesforny ręcznik, z którym walczyła, niczego nie odkrywał. Jakże się myliła. Czerwone mordy nas paliły i w gaciach było niewygodnie. Teraz tego nie ma. Także wtedy było fajniej. Już jestem pod stajnią i mogę zajrzeć do środka przez zakurzone szyby. To Dyniak? Widzę od tyłu typa w czarnym garniturze. Blond włosy, postura Maćka.
Trzyma otwarte drzwi od kanciapy. Wpuszcza tę parę, która przyjechała. Ochroniarze zostali w samochodzie. Facet wchodzi za nimi i mogę zobaczyć jego profil. To Dyniak! Ma muchę. Niepodobna do siebie kompletnie. Bardzo poważny i uczesany. „O ty w ząbek” – szepczę. Ciężko uwierzyć w to, co widzę.
Najwyraźniej celnie trafiłem wyobraźnią, że Dyniak udaje. Co tu się dzieje? Po jaką pałę siedzą w tej zasyfiałej kanciapie? Nic nie rozumiem, ale już wiem, jak wejdę do środka. Wiem, w którym miejscu dostać się na strych. Kiedy jestem w środku, schodzę na dół. Nikt mnie nie słyszy. Wszędzie siano. Można poruszać się cicho, niemal bezszelestnie. Wychylam się zza winkla.
Wydaje mi się, że nikt nie stoi z przodu przy wrotach. Podchodzę do drzwi od kanciapy. Zbliżam ucho. Cisza. Nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. Tu jest przecież taki syf, że w normalnych ciuchach strach wejść. Wszędzie wiszą pajęczyny, wszystko brudne. Betonowa podłoga, wybiałkowane ściany, drewniane drzwi, poustawiane wszędzie albo wiszące graty. Nic nie jest czyste. Gruby kurz lata w powietrzu beztrosko.
Mieszkają tu myszy i szczury. A tu takie rzeczy. Co on tu robi? A co mi tam. Obrazi się? Najwyżej będzie niezręcznie. Muszę wiedzieć, co się dzieje. Naciskam na klamkę i otwieram drzwi, a tam graciarnia i syf jak zawsze. I nikogo nie ma. Pali się tylko światło.
Pomieszczenie wielkości dużego pokoju w bloku, ale zagracone kompletnie. Nie mogli przecież zniknąć. Rozglądam się. Okno częściowo zasłaniają żaluzje, które wyglądają jak zabrane z gruzów zawalonego domu. Ni to ozdoba, ni ochrona. Okno i tak jest siwe jak dym i nic przez nie nie widać. Z prawej strony w rogu stoi koza. Musiała kiedyś buchać ogniem, bo ściany i sufit w rogu są czarne od sadzy. Pewnie siedzieli tu sobie, chlali i prawie spalili stajnię. Podobno mieszkał tu kiedyś bezdomny.
Pracował w zamian za ciepły kąt i żarcie. Z boku stoi krzesło. Ściągam z niego jakiś badziew i siadam. Nie wierzę w bajki. Dyniasty zresztą też. Nie mogli przepaść bez śladu. Musieli przejść gdzieś dalej. Może jakaś schizofrenia mi się zaczyna? Oglądam podłogę. Nie ma żadnego włazu.
Nie dałoby się ukryć zejścia, a w żadną inną stronę nie mogli pójść. Wyobrażam sobie tajemne wejście, jak rozsuwa się cały ten bajzel na stole i pod nim i odsłania zejście do podziemi. Potem zamyka się z powrotem i cały śmietnik wraca na swoje miejsce. Coś sobie uzmysławiam. Musieli wyjść, kiedy wchodziłem na strych. Tylko po co tu w ogóle wchodzili? Dyniasty czymś handluje? I po co w takim stroju? Jakiś luksusowy towar? Z lewej przy włączniku światła wiszą rzemienie, strzemiona, homąty, uzdy i inne końskie gadżety.
Na prostopadłej ścianie stoi stary regał, na nim pokryty kurzem telewizor, obok szafka, wiszą gumowe węże. Patrzę na regał. Żywcem wyciągnięty ze stoczniowej przebieralni albo z męskiej szatni w klubie sportowym lat 70. Stoi bardzo blisko ściany, jak przyklejony. Na gładko. Ten kawałek ściany za regałem jest otynkowany i wygładzony. Nie rozumiem po co. Cała kanciapa jest z gołej cegły. Przed regałem nic nie leży, a tu przecież wszędzie coś leży. Na czegoś ta przestrzeń jest przeznaczona.
Żeby się drzwi mogły otworzyć. Pociągam za boczną ściankę regału. Słyszę kliknięcie i tynk odchodzi od cegieł razem z regałem i starym telewizorem na nim. Poczułem się jak Indiana Jones. Ja cię lula! Zamiast końskich boksów, które powinny być za tą ścianą, jest ukryte pomieszczenie. Z zewnątrz nic nie widać, szepczę. Pomieszczenie jest wąskie, bo to w zasadzie klatka schodowa. Mieści tylko stalowy właz w kształcie elipsy. Jest otwarty.
Na dole pali się światło. W głowie kotłują się myśli. Przewijają filmy. James Bond i ukryta kwatera albo laboratorium Dextera. Wyobrażam sobie, że cały teren stajni dookoła to tajna baza wojskowa. Już widzę, jak rozsuwa się wzgórze łajna i wylatuje rakieta dalekiego zasięgu. Schodzę. Jakaś ukryta piwnica, całkiem nowa. Ściany z szarego betonu. Widać ślad po szalunku.
Sporo rur i światła. Słychać brzęczenie wentylacji, burczenie silnika czy alternatora. Idę korytarzem. Słyszę głos podobny do Dyniaka. Słucham chwilę. Kurde, to on! Tylko że gada po chińsku. Idę. Maciek milknie, bo moje kumaki trzeszczą błotem i wydają dźwięk jak przepychaczka do kibla. Są trochę za duże.
Dochodzę do pomieszczenia, skąd chwilę temu dobiegał głos i widzę małą salę konferencyjną, a w niej kobietę i faceta przy owalnym stole. A Maciek stoi jak coach przy prezentacji. Wszyscy mierzą do mnie z pistoletów. Nie czuję się nawet zaskoczony. Za to wytrzeszczam gały na Dyniaka. Ubrany jak 007. Ma na sobie smoking i muchę. Mówi po chińsku. I ten wyraz twarzy bez cienia tępoty. Jestem zszokowany.
W końcu Dyniak się odzywa. Grzechu, nie mogłeś tego widzieć. Ja dopiero zaczynam. Strzela. Ha! Czytał Bruno Kadyna. To było opowiadanie z numeru ABW 103 z 24 września 2021 roku i z tej samej audycji jeszcze jedno opowiadanie. Znowu Bruno Kadyna i to samo wydanie ABW. Tym razem opowiadanie nosi tytuł "Sanatorium". "Sanatorium" Gdzie siadamy?
Baśka maszeruje przed nami. Kręci kuprem. Klapie najgłośniej z nas klapkami. Jak na sześćdziesięciolatkę figurę ma świetną. Gdzie siadamy? Odwraca się i pyta znowu. Wielebny, słyszysz? Jeszcze nie doszliśmy do knajpy, mówię. Już się kokosi, już szarogęsi. Wyobrażam sobie, że ma na głowie wielki pióropusz, jak na Broadwayu.
A my z Romkiem o Koperniku rozmawiamy. Takie rzeczy trzeba ustalić wcześniej. To gdzie usiądziemy? Na pewno w jakimś czasie i przestrzeni. Najgorzej dać się wciągnąć w jej tok myślowy. I na pewno tu leży Kopernik, kontynuuje emerytowany historyk w kradzionym fartuchu. Dochodzimy do ogródka restauracji hotelowej Pod Wzgórzem. Gdzie siadamy? Baśka pląsa z tym pióropuszem. Wyleciały z niego motyle.
Tutaj, mówię. Wskazuje najbliższy stolik po lewej dla czterech osób. Plecione ogrodowe fotele i stół ze szklanym blatem. Tutaj, wielebny? Nie, tam. Pokazuje inny stolik. Odchodzi, ale zaraz wraca. Tam jasne, mówi i patrzy na blat. Takie szklane i nic więcej? Dziadostwo Siadam przodem do katedralnego wzgórza.
Romek obok mnie, Baśka naprzeciw niego. Wpadli sobie w oko jeszcze w Gdańsku, w tamtejszym sanatorium, ale małżeństwem zostali tutaj we Fromborku. Sam udzielałem im ślubu. I on tu pracował. Ciekawe co robił po pracy. Patrzę na katedrę. To ja tak samo naprzeciw was. Romek wstaje i siada po mojej prawej. Pierdnął przy tym, a fartuch zafalował. Zupełnie jak w kreskówce.
Słowo daję. No i teraz będzie dobrze. Baśka się przesiada. Nic nie słyszała. Włóż serwetkę do kieszonki zasrańcu, żeby zasłonić napis albo zdejmij ten fartuch – mówię. Nie, nie, nie – odpowiada. Wracając do Kopernika. Znaleziono około stu kościotrupów i z początku nie wiedziano. A może jednak dobrze siedziałam? Jak myślicie?
Możesz przestać? Romek się denerwuje jak Louis de Funes. Nie wytrzymam z tą babą. Zaczyna rwać resztki siwych włosów. A bo wy chcecie sobie porozmawiać. A ty jak myślisz? Kopernik tu leży? – pytam. Myślę, że ja usiądę tam, gdzie Romek. Mój Riciu.
Robi dzióbek i cmoka. Riciu? – pytam. Od Richie – odpowiada z pełną powagą. Z uśmiechem patrzę na Romka. Siedzi z dwiema garściami kłaków. To co Riciu, przesiadka? – pytam. Ja żartuję, a oni naprawdę wstają i zamieniają się miejscami. Ludzie przy dwóch innych stolikach patrzą na tych staruchów jak na wariatów.
Ja nie wstaję. Nie sądzicie, że szybko nas znajdą, skoro zwracamy na siebie uwagę? – pytam. Wielebny, a może ty usiądziesz tu? Będziesz miał widok na katedrę, skoro musisz. Baśka wstaje. I weź nas w końcu pobłogosław. Zamknij się wreszcie! – warczy Romek. Zrobił się na twarzy cały czerwony.
To co, wstajesz? – pyta Baśka, siadając. W sumie będzie siedziała obok męża, jak być powinno. Wstaję, ale kręcę głową. Gdzie jest obsługa? Baśka się rozgląda. Wciąż widzę ten pióropusz, jakim wachluje, kiedy rusza głową. Myślicie, że nas znają? – pyta. Pewnie – mówię.
Uważam, że nie. Tym razem nie wzbudzamy podejrzeń. Ja mam fartuch. Jestem lekarzem. To wzbudza zaufanie. Romek gestykuluje paluchem jak szabelką. Może masz rację – mówię. Baśka i ja mamy na sobie dresy i laczki, a Romek buchnął jeszcze z dyżurki fartuch. Chwilę siedzimy cicho. Baśka też udziwo na dłonie trzyma na kolanach.
Zawsze, kiedy coś ją niepokoi, przestaje naparzać dziobem. Krótko to trwa zazwyczaj. Ha! A może! – wybucha, ale od razu powietrze z niej schodzi. A jednak nie. Ludzie ciągle się oglądają. No to wydarcie na pewno przyśpieszy akcję poszukiwawczą – mówię. Kogo poszukują? – wrzeszczy Baśka.
Jakichś zbiegów – mówi Romek. Jakich? Skąd? Ona autentycznie nie wie. Nam, do cholery! Cisza dzieci, pax – mówię. Ja jednak chcę siedzieć tam, gdzie Riciu. A ty chcesz się przesiąść, wielebny? Nie! Bo w ogóle ze mną nie rozmawiacie.
Teraz widzę, jak sypie jej się z tego pióropusza. Musi być tak stary jak ona. Romek, zamieńmy się. Baśka podnosi tyłek. Siedź, gdzie siedzisz. Kobieta obraża się na siedem sekund. No weź się przesiądź. No co za człowiek. Odzywam się klerykalnym głosem. Daję ci reprymendę, żebyś się w końcu uspokoiła.
Jak chcecie. Riciu, a ty nie chcesz się przesiąść tak sam z siebie? Zbywa ją machnięciem dłoni i zwraca się do mnie. Masz jakiś pomysł, gdzie spierdzielić? Trzeba zgrzeszyć, ale nie za mocno, żeby nie narobić sobie biedy. Biedy zaraz. Nie mogą nas karać. Co to w ogóle ma znaczyć? – mówi Romek. Środek konieczny – przypominam.
O nie, ja się nie zgadzam. Baśka ścisza głos. Widzieliście, co zrobili Irenie? Ci ludzie wciąż się na nas patrzą. Na twój fartuch głównie – mówię. To nas ratuje. Myślą, że jestem lekarzem. Baśka wybucha takim decybelem, że słychać ją pewnie w Muzeum Kopernika. Ty lekarzem? Uważam, że całkiem nieźle się do tego nadaję.
Ty koczkodanie. Na pewno już nie myślą, że jest lekarzem. Dzięki Baśka – mówię. Zatańczyłabyś lepiej z tym pióropuszem. Jakim pióropuszem? Wydarłaś się jak kastrowany na żywca osioł – mówi Romek. Phi. Kolejne siedem sekund obrazy. Miałem nadzieję na kufel piwa i jedzenie – dodaje Romek. Podziękuj żonie.
Teraz są pewni, że nie mamy pieniędzy. Musimy się rozdzielić. Pozbyć Baśki. O nie! Ja się nigdzie nie ruszam. Mogę ci nakazać? Tak. Jasne. Wszystko. Może – potwierdza Romek wolnym potakiwaniem.
Duchowni zawsze sprawowali władzę nadrzędną. Frombork jest tego świetnym przykładem. Biskup nadał prawa miejskie. Decydował, kto ma rządzić, co dopiero kto ma zginąć. Szczególnie taki mały koczkodan znaczył tyle co komar. Czuję, jak rosnę do rangi biskupa, a Romek jest moim lekarzem, moją prawą ręką. Baśka wybucha płaczem tak głośnym jak jej śmiech przed chwilą. Ludzie są przerażeni. Zamkniesz się? Romek próbuje ją uciszyć, machając przy tym ręką, jakby się poparzył.
Nakazuję ci się zamknąć. Brzmię jak z ambony. Działa. Baśka się zamyka. Chlipie po cichu. Idzie kelnerka z jakimś gościem – mówi Romek. Widzisz, co narobiłaś, głupia? Kelnerka idzie do dwóch pozostałych stolików. Gościu podchodzi do nas. Przepraszam państwa najmocniej.
I słusznie – mówię. Mamy małe problemy w kuchni. Czy mogę państwu na razie zaproponować wodę? Kelnerka za głośno mówi pozostałym gościom, że zaraz po nas przyjadą. Jakie problemy macie w kuchni? – pytam. Ja poproszę kufel piwa z kija – mówi Romek. Niestety, piwo nam się skończyło. Kłamiesz! – wyrzuca z irytacją Romek.
Ci ludzie mają piwo i ja chcę swoje piwo. Jestem lekarzem. Cisza się zrobiła. „Panie doktorze” mówię. „Tylko spokojnie, poprosimy o tę wodę”. „Już podaję” – chłopina ucieka spocony jak świnia. „Ja też bym chciała piwo. Dlaczego nie możemy napić się piwa?” „Spierdzielamy” mówię. „Ja czekam na wodę” mówi Baśka. „Dlaczego ja nie mogę być jakąś doktórką albo kimś takim?” „Jesteś wariatką” mówi Romek.
„Sam jesteś wariatem. I taki z ciebie lekarz jak ze mnie Kopernik” mówi Baśka. „Koperniczka chyba” poprawia mąż. „Koprukupka” mówię. „Miałam taką piękną maselnicę kiedyś” wypala Baśka. „A ja papierośnicę, kiedy jeszcze paliłem” mówi Romek. „Ty paliłeś? Zabraniam!” wybucha kobieta. „Przecież już dawno nie pali” mówię. „Zabraniam mu palić kiedyś!” Śmieję się i widzę, jak Ricci to rozkminia.
„O czym ty myślisz? Jak się do tego odnieść?” pytam. „Nie wiem, jak nie palić kiedyś, skoro paliłem”. „Nie interesuje mnie to” wydziera się Baśka. Śmieję się w głos, kiedy podjeżdża radiowóz i karetka. „W nogi!” wołam. Podrywamy się jak kaleki i uciekamy. Znaczy się Baśka i ja, bo Romek w tym fartuchu się mota i ma problemy z kręgosłupem. Zawsze wpada pierwszy. Mówiłem, żeby to zdjął albo zasłonił chociaż na druk szpitalny.
Właśnie gramoli się na stół, żeby wypiąć sflaczałe cycuchy i coś zadeklamować. Martwię się, żeby się nie spierdzielił, bo będzie po nim, starym, kruchym ciapciaku. Przecinamy rynek jak pokraki w tych klapkach. Klaszczemy głośno. Baśka ma krótkie nogi to klaszcze szybciej. „No zaczekaj” woła za mną. Odwracam się. Pióropusz wciąż jej się trzyma. „Dawaj” wołam. „A w dupie!” Zatrzymuje się.
Jest stara i nie chce jej się biegać. Zaczyna śpiewać jak Edith Piaf. Jest w tym dobra. „Nakazuję ci lecieć do męża” wołam. „Ja jeszcze nie. Wolności, wolności” drę mordę, ale bez przekonania. Jestem na Mickiewicza. Chyba mnie nie gonią. Zwalniam. W końcu się zatrzymuję.
Nikt za mną nie jedzie. Nie zostawia się biskupa. Czuję rosnącą kluchę w gardle. Kiedy docieram do stosów schnącej tarcicy, uderzam jakby w barierę emocjonalną z samotności przenikającej do szpiku. „Gdzie jesteście?” pytam ze łzami w oczach. „Musimy trzymać się razem”. Biegnę z powrotem.
[04:01:50] - Oj, sporo dzisiaj tej literatury było. No to cóż, proszę państwa. I tak niepostrzeżenie doszliśmy do końca dzisiejszej audycji. Cóż, tradycyjnie pięknie państwu dziękuję za towarzystwo. Życzę wspaniałego weekendu, ale najpierw dobrej nocy i również tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień, w kolejny piątek na kolejną audycję Akademia Wszelkiej Fikcji. Dobrej nocy.
[04:02:21] - A mówił to sobie do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.