[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. W prognozie pogody mówili, że będzie zimno. I jest zimno, ale tylko za oknem, bo właśnie teraz rozgrzejemy atmosferę kolejnym odcinkiem AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek AWF wjeżdża na antenę. Bez żadnych zaskoczeń. Zaczynamy od polecanek, od książkowych nowości, a właściwie nawet zapowiedzi. Pierwszy tytuł to „Tylko ty”. Autorką jest pani A.P. Mist, wydawnictwo Black Rose, a książka pojawi się na rynku 29 września. Gdy wydawało mi się, że kurtyna w przedstawieniu mojego życia właśnie opada, okazało się, że to nie w tym teatrze grałem. Aiden pozostaje w przyjacielskich relacjach z kobietą, z którą niegdyś chciał budować wspólne życie. Szczęście w oczach dawnej ukochanej jest dla niego jednak najlepszą rekompensatą za nieodwzajemnione uczucie.
Podczas jej ślubu, kiedy stoi na tyłach kościoła, za drzwiami, słyszy jakieś zamieszanie. Zaniepokojony wychodzi na zewnątrz i natrafia na kłócącą się parę nieznajomych. Kiedy patrzy w smutne oczy kobiety, którą udaje się wyrwać z rąk agresora, pojawia się to samo uczucie co przed laty. Pragnienie, by zobaczyć więcej, odkryć zagadkę czającą się w jej spojrzeniu. Nie spodziewa się, że wkrótce ta sama kobieta stanie w progu jego kancelarii, aby prosić o pomoc. Przypomnę: „Tylko ty”, autorka A.P. Mist, wydawnictwo Black Rose. Książka na rynku od 29 września. Kolejny tytuł to „Grzesznicy wśród nas” Sofi Rudbeck Eriksson, wydawnictwo Le Tra. Książka na rynku od 1 października.
Glasviken to małe szwedzkie miasteczko, gdzie na co dzień nie dzieje się zbyt wiele. Dlatego kiedy w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach tonie jeden z jego mieszkańców, cała społeczność jest poruszona. Sytuacja staje się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy podczas jego pogrzebu zostaje znalezione ciało innego mężczyzny. Policjanci, którzy prowadzą śledztwo w tej sprawie, szybko trafiają na trop dawnych tajemnic związanych z zamkniętą hutą szkła. Im głębiej sięgają w przeszłość, tym wyraźniej widzą, że grzechy sprzed lat kładą się cieniem na życiu mieszkańców miasteczka. Czy to możliwe, że w tej spokojnej na pierwszy rzut oka społeczności nikt nie jest całkiem bez winy? Ile mrocznych sekretów trzeba odkryć, by uwolnić się od historii ciążącej nad kolejnymi pokoleniami? Sofia Rudbeck Eriksson mieszka w Szwecji, w Lülea i od dzieciństwa kocha pisanie. Wielu czytelników pokochało jej serię kryminalną o Arvid Stresk, serię o biurze detektywistycznym Katriny oraz humor książek o detektywie Herculesie Personie. Sofia pisze także powieści obyczajowe oraz książeczki dla dzieci.
A książka, którą dzisiaj państwu polecałem nosi tytuł „Grzesznicy wśród nas”. Sofia Rudbeck Eriksson, wydawnictwo Le Tra. Książka na rynku od 1 października. Trzecia książka to klasyk. Klasyk fantastyki. „Eryk Promiennooki”, Henry Rider Haggard, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 26 września. W zimnych fiordach Islandii, gdzie bogowie śnią pod lodem, a krew miesza się ze śniegiem, rodzi się wojownik o spojrzeniu rozpalonym niczym ogień. Eryk Promiennooki. Jego ścieżka wiedzie poprzez zdradę i honor, zemstę i ofiarę, śmiercionośne czary i święte przysięgi.
Jednak dopiero kiedy staje twarzą w twarz z najpotężniejszym ze swych wrogów, odkrywa, że prawdziwa walka dopiero się zaczyna. „Eryk Promiennooki” to klasyczna saga o bohaterze, który rzuca wyzwanie bogom oraz przeznaczeniu. Rzuca to wyzwanie, aby odzyskać to, co utracił, choćby za cenę własnej duszy. Przypomnę: „Eryk Promiennooki”, Henry Rider Haggard, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 26 września. Ale to nie koniec polecanek na dzisiaj. Po pierwsze, już tradycyjnie pojawią się polecanki książek z pogranicza, ale to po Filmotekarium. A teraz zapraszam państwa na zapowiedzi artykułów z dziesiątego numeru Nieznanego Świata. Numeru specjalnego. Numeru wydanego na 35-lecie miesięcznika.
Dzień dobry wieczór państwu. Minął kolejny miesiąc. Zaczynamy zatem przegląd najnowszego numeru Nieznanego Świata. A jest to numer naprawdę szczególny. W końcu „Raz” obchodzi się 35-lecie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[06:20] - Dzień dobry wieczór. Witam ciebie, witam wszystkich. I tutaj niech sobie każdy teraz w swojej głowie zaśpiewa głosem Rosiewicza: „35 lat minęło jak jeden dzień”, bo właśnie Nieznany Świat obchodzi 35. urodziny. Numer październikowy jest numerem jubileuszowym, ale żeby móc się tym pocieszyć i dołączyć do świętowania, to trzeba Nieznany Świat najpierw mieć. A żeby mieć, to się trzeba wyprawić albo do marketu i tam na takiej specjalnej wystawie znaleźć numer, albo do takiego a la kiosku, czyli saloniku prasowego i tam też będzie. Natomiast jak ktoś już jest taki nowoczesny, to polecamy numer elektroniczny, który można sobie w komórce elegancko otworzyć, można przeczytać, nie zajmuje miejsca. Link do tego wszystkiego i do numeru elektronicznego, i do numeru papierowego, bo jego też można oczywiście zamówić drogą inną niż kioskowa, znajdziecie pod spodem.
[07:31] - No to zaczynamy przegląd. Zacznijmy może od tej rocznicy, bo bogaty zestaw artykułów takich nawiązujących do tych 35 lat. Wielu autorów, wiele ważnych postaci wypowiada się w kwestii 35-lecia.
[07:52] - Tak, nie ukrywajmy, że to jest trudna rocznica, dlatego że wiele się wydarzyło, jeżeli chodzi o ten segment, na którym jesteśmy. To znaczy, po pierwsze dużo się na świecie dzieje i rzeczy się zmieniają czasami tak szybko, i to nam już pandemia pokazała, że miesięcznik, który ma długi cykl edycyjny, nie zawsze jest w stanie wszystko ogarnąć. Czyli musimy komentować rzeczy w nieznanym świecie z pewnej perspektywy. To też nie jest łatwe. Po drugie, niestety ta prasa drukowana, nie chcę powiedzieć odchodzi do lamusa, ale się zmienia. Na pewno się zmienia. Ja myślę, że ona pozostanie, ale pozostanie w takiej zupełnie nowej, może nie nowej, innej formie, bardzo wysublimowanej, bardzo konkretnej, skierowanej może do konkretnej grupy czytelników. To znaczy, ja nie chcę mówić, że to jest koniec prasy i może 40. urodzin nie będzie. Chodzi mi tylko o to, że nieznany świat się zmienia tak, jak się zmienia rzeczywistość.
I co tu dużo mówić, trzeba trzymać kciuki. Trzeba wspierać magazyn. Jeżeli ktoś może oczywiście czytając go, oczywiście też dołączając do grona komentujących, na przykład śledząc nas w internecie. No i oby Marku, drugie tyle. Tyle chyba mogę powiedzieć.
[09:21] - No tak, jest ten zestaw na 35-lecie dosyć bogaty. Wielu autorów czy współpracowników Nieznanego Świata wspomina Marka Rymuszko. To była postać niezwykła dla miesięcznika, więc wiele wspomnień związanych z jego postacią. Wiele osób mówi też o obecnej redaktor naczelnej, że przejęła to pismo i stara się na tym niełatwym rynku owo pismo utrzymać. To też jest tak naprawdę, cóż tu wiele powiedzieć, ciężka praca, bo tak jak powiedziałeś Piotrze, obecny rynek prasy nie jest łatwy. Dużo rzeczy się zmienia, niezależnie od tego, jak pracuje redakcja, ale zmienia się po prostu obiektywnie. Pewne nawyki się zmieniają u ludzi.
[10:15] - Tak, ja ci przerwę tylko i dodam jedną rzecz, która jest bardzo ważna, bo my nigdy nie mówimy o polityce i teraz też nie będę mówił kto i co zrobił. Natomiast musicie państwo wiedzieć, że w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat prasa drukowana w Polsce, wydawnictwa polskie, polskie gazety dostały potężnego kopniaka i to od tych, którzy o tej Polsce najwięcej mówią. Nikt się nie wstawił za tymi mniejszymi redakcjami, mniejszymi wydawnictwami. Tyle się o tym mówi, tyle się mówi o poprawie czytelnictwa, tyle się mówi o polskim kapitale. Totalnie się o niego nie dba i tak naprawdę nie podaje się pomocnej ręki w żaden sposób. Także dziękujemy tutaj politykom, że nam nie pomagają w żaden sposób. Nie mówię o Nieznanym Świecie. Mówię w ogóle o tym segmencie prasy polskiej, niewielkich koncernach zachodnich, medialnych, które tutaj sobie tańczą swoje tango na naszym rynku.
[11:13] - No tak, pozostaje tylko westchnąć i konsekwentnie do polityki się nie mieszać.
[11:20] - Tak Marku, a w tym numerze, bo zawsze te numery jubileuszowe charakteryzują się tym, że są pewne podsumowania. Bardzo jest trudno mówić o dzisiejszym świecie, bo tyle się zmienia, jak powiedziałem. Szczególnie dużo się zmieniło w kwestii technicznej, także tej związanej ze sztuczną inteligencją. Myśmy, nie wiem, obchodząc 30-lecie, 25-lecie na pewno nie podejrzewali, że świat zmieni się aż tak bardzo. Aż strach pomyśleć, co będzie na 45-lecie. Natomiast są osoby, jedną z takich jest Wojciech Sedeńko, które starają się zajrzeć za horyzont i przeprowadziłeś z nim rozmowę, zadając mu też takie trudne pytania. Czy science fiction na przykład była w stanie przewidzieć to, jak będzie wyglądał nasz świat? Bo niekiedy się to udało. W niektórych aspektach się to udało. I ci pisarze sci-fi okazywali się jasnowidzami prawie, wieszczami.
Mówili o tym, w jakim kierunku może się potoczyć nasza cywilizacja, w jakim kierunku mogą pójść niektóre gałęzie rozwoju technologii. Ale czy nawet najzdolniejsi pisarze, najwięksi wizjonerzy są w stanie powiedzieć, co się wydarzy za pięć, dziesięć lat?
[12:36] - Tak, to bywa trudne. Ja jeszcze nawiążę do historii tego artykułu, bo tak naprawdę czynnikiem sprawczym w tym artykule byłeś ty, Piotrze. To ty zasugerowałeś, żeby z Wojtkiem ten wywiad przeprowadzić. A ponieważ z Wojtkiem świetnie się znamy, bo prowadzimy na YouTubie leksykon autorów science fiction i tych polskich, i zagranicznych. Więc rozpoczęliśmy rozmowę. To jest rozmowa, która ma wiele aspektów, bo tak jak powiedziałeś, przewidywanie przyszłości to jest domena jasnowidzów i właśnie trochę fantastów. Fantaści, okazuje się, nie wszystko przewidzieli. Czasami potknęli się na rzeczach bardzo prostych, ale też potrafili przewidzieć niektóre trendy nawet. Wojtek bardzo dobrze o tym opowiada, bo nie ukrywajmy, jest ekspertem, znawcą od science fiction przede wszystkim i ma ten horyzont bardzo szeroki. I rzeczywiście w tej rozmowie powołuje się na szereg różnych, konkretnych bardzo przykładów.
Muszę powiedzieć, że to była niezwykle satysfakcjonująca rozmowa. Tak jak powiedziałeś, zaakcentowałeś, nie oszczędzałem Wojciecha. Pewne pytania były, cytując pewien znany film, tendencyjne i świadomie tendencyjne, ale myślę, że odpowiedzi były interesujące i takie na tyle otwarte, że pozwalają czytelnikowi dołożyć coś do tych wypowiedzi, przemyśleć sprawę i dla siebie samego można też odpowiedzieć, co zostało przewidziane, co nie zostało przewidziane i jaka jest szansa, że fantastyka, ta dzisiaj tworzona, jest w stanie powiedzieć nam coś o najbliższych 10, 20, może 50 latach. Tyle o fantastyce. Ja tu sobie przeglądam jubileuszowy numer i w tym numerze pojawia się artykuł doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej o strachu. Zaczyna się od rozróżnienia tego, czym jest lęk i czym jest strach. I to w zasadzie jest dosyć proste, ale później właściwie podróżujemy przez krainę strachu.
[15:24] - Tak, ten artykuł został wybrany nieprzypadkowo z tego powodu, że w mediach głównego nurtu, w ogóle wszędzie, gdzie się nie spojrzy, mamy deficyt dobrych wiadomości. Natomiast mamy nadmiar lęku i strachu. Siania strachu przede wszystkim. Dlaczego? Bo w mediach internetowych strach się dobrze sprzedaje. Ja to wielokrotnie mówiłem na przykład na transmisjach na żywo, że jeżeli ktoś by powiedział na YouTubie na swoim kanale: „Jutro będzie dobry dzień i będzie wszystko okej”, to by mu nikt nie uwierzył. Natomiast jeżeli ktoś przyjdzie i powie: „Jutro się zacznie, będzie koniec. Już jest po nas. Idzie, idzie i zaraz przyjdzie”, to będzie miał sto tysięcy różnego rodzaju reakcji, pół miliona odtworzeń. Tak to niestety wygląda.
Nad internetem nikt już nie panuje, a sytuacja jest na tyle interesująca, że dotychczas oczywiście istniały różne formy masowej paniki, natomiast chyba nigdy to nie było w takiej formie aż tak masowej jak teraz dzięki internetowi. I ja zauważam, że coraz częściej się przetaczają przez sieć różnego rodzaju akty paniki, różnego rodzaju napędzane sztucznie sensacje tylko po to, żeby tych ludzi przestraszyć. A ludzie się jakoś tak lubią bać strasznie. Niestety ten proceder uprawia też wielu jasnowidzów internetowych. Także nie wiem, do czego to wszystko zaprowadzi. Czy ten deficyt dobrych wiadomości się utrzyma? Czy ludzie wreszcie uderzą w stół i powiedzą: „Koniec tego straszenia”? Myślę, że to jeden z ważniejszych tekstów w tym numerze, pokazujący nam, w jaki sposób, trochę nawiązując do wywiadu z Wojciechem Sedeńko, w jaki sposób ta epoka, która miała być epoką nauki, globalnej wioski, dostępu do informacji w każdym miejscu na świecie, stała się tak naprawdę takim informacyjnym kołchozem trochę na nasze własne życzenie. Opinie dyktują ci, których jest więcej. Trendy też dyktują ci, których jest więcej.
Ja czasami zaglądając na TikToka chociażby czy na shorty, te krótkie filmiki w różnego rodzaju miejscach, jestem przerażony ilością dezinformacji, po prostu żywego kłamstwa. Tylko po to, żeby tę uwagę przyciągnąć. No i co, że ktoś będzie mówił, że to jest nieprawda? Jak tam jest milion osób czy nawet miliard osób, które na przykład w dany fake news uwierzy.
[18:01] - Tak. A jakżeż dobrze jest w tytule filmu umieścić słowo na przykład takie: „Zaczęło się, to już”. A potem odpowiednia treść i właściwie- Właściwie mamy taką kulturę strachu, internetową kulturę strachu, który bardzo szybko rozpełza się i niestety to widać. Czasami te komentarze, które się pojawiają pod filmikami w internecie, one są wręcz przesiąknięte, podszyte strachem. One są czasami bardzo butne, ale jednak widać, że ta kultura strachu nie odpuszcza. No cóż, pozostańmy przy temacie przewidywania tego, co w przyszłości. I tutaj nasuwa się wręcz to, żeby zerknąć do artykułu „Święta Wyrocznia Parnasu. Pytia. Te sprawy”. To naprawdę interesujący tekst nawet dla tych, którzy coś niecoś jednak o tych sprawach pytijskich wiedzą.
[19:09] - Tak, mówiliśmy, że jasnowidze są coraz popularniejsi w internecie, ale ten tekst nam pokazuje, że byli popularni zawsze. Monika Rożek wybiera się do Delf, poszukując wśród mitów i legend prawdy historycznej na temat Pytii i tego, w czym tkwił jej największy sekret. A sprawa się okazuje na tyle skomplikowana, że to jest dopiero pierwsza część tego tekstu. Ta druga, dłuższa będzie w następnym. Ale w tym numerze mamy znacznie więcej treści. Mamy bardzo ciekawy artykuł doktora Kościelnego pod tytułem „Kilka uwag na tematy paranormalne” dotyczący tego, w jaki sposób nauka powinna patrzeć na zjawiska, od których tak naprawdę „Nieznany Świat” się zaczął. Czyli te zjawiska, które jedni nazywają paranormalnymi, inni nadnaturalnymi, jeszcze inni anomalnymi. W sumie nie ma tutaj żadnego konsensusu wokół tego. Mamy też wiele innych interesujących artykułów w tym numerze. Można się z nimi zapoznać.
Jest też oczywiście rubryka doktora Piotrowskiego plus rubryki stałe, które też, co wynika z sygnałów od naszych czytelników, są bardzo lubiane. Ja tylko dodam, że „Nieznany Świat” można czytać w wersji elektronicznej. Link znajdziecie pod spodem, ale fajnie by było, gdybyście sięgnęli też do wersji papierowej. Jej szukajcie nie tylko w salonikach prasowych, ale też w marketach i tych małych i tych dużych.
[20:50] - Tak sobie, proszę państwa, myślę, że w najbliższym czasie chyba coś zacznę mieszać. Bo pojawia się pewna sztampa w naszych audycjach. Były zapowiedzi, teraz będą korepetycje filozoficzne. To się staje wszystko zbyt przewidywalne. Jeszcze nie wiem jak, ale jakoś będę mieszał. Ale skoro już powiedziałem o korepetycjach, to zaczynamy korepetycje. W zeszłym tygodniu mówiłem o pewnej grupie filozofów. Ta grupa nazywana była cynikami. No to idźmy za ciosem. Dzisiaj opowiem o kolejnej grupie.
Tę nazwę również państwo kojarzycie. Zaczynamy zatem. Wyobraźcie sobie państwo Ateny w III wieku przed naszą erą. Wąskie uliczki, hałas rynku, a wśród nich pewien kupiec, który nie miał szczęścia w biznesie. Nazywał się Zenon z Kition. Statek z jego towarem zatonął. Interesy poszły na dno razem z ładunkiem, a on sam, no cóż, zamiast się załamać, trafił przypadkiem do ówczesnej księgarni. Tam natknął się na dzieła filozofów i pomyślał: handel handlem, ale tu jest prawdziwy skarb. I tak z człowieka, który mógłby być kolejnym sfrustrowanym handlarzem barwnikiem zwanym purpurą, przedzierzgnął się w założyciela szkoły filozoficznej, która przetrwała wieki. Zenon nauczał na Stoa Poikile, czyli na malowanym portyku i od tego portyku cała szkoła wzięła nazwę.
Zatem stoicy od stoa to w pewnym sensie ludzie z ganku, ludzie z portyku. Ale zamiast siedzieć w tak zacisznym miejscu i plotkować, oni rozmyślali o sensie życia, losie i o tym, jak zachować zimną krew, kiedy świat wali się na głowę. Bo stoicy mieli prostą, a zarazem genialną receptę na życie. Nie kontrolujesz tego, co się dzieje wokół ciebie, ale kontrolujesz siebie, swoje reakcje, swoje emocje, swoje osądy. Nie ma sensu kląć na deszcz ani wściekać się na fakt, że jutro umrzesz. To nie zależy od ciebie. A co zależy? Od ciebie raczej niewiele. Tylko to, w jaki sposób pogodzisz się z tym wszystkim, co przynosi rzeczywistość. Najlepsze jest to, że stoicy uważali, iż prawdziwe szczęście tkwi w cnotach.
I to nie w jakichś wydumanych, staromodnych, zakurzonych cnotach, ale w czymś bardzo praktycznym, w mądrości, w sprawiedliwości, w odwadze i w umiarkowaniu. Ich zdaniem to są cztery filary, na których można oprzeć swoje życie. Brzmi to jak instrukcja obsługi człowieka. Mniej narzekaj, więcej działaj. Bądź przyzwoity, a resztę pozostaw losowi. Grono stoików starożytnych trudno byłoby nazwać nudnymi teoretykami zza biurka. Nie wiem co prawda, czy w Grecji funkcjonowały biurka, ale obraz macie mniej więcej państwo przed oczyma. Wśród stoików byli niewolnicy, cesarze i politycy. Weźmy na przykład Epikteta. Człowiek, który urodził się w niewoli i zrozumiał, że można być zniewolonym ciałem, ale wolnym duchem.
Wśród stoików był też Seneka, doradca cesarza Nerona, który pisał piękne listy o spokoju ducha, a jednocześnie miał do czynienia z jednym z najbardziej wybuchowych władców w dziejach. I na ironię losu zakrawa fakt, iż uczył innych panować nad gniewem, a nie zdołał powstrzymać własnego ucznia przed podpaleniem Rzymu. Stoikiem był też Marek Aureliusz, cesarz, który zamiast pisać dekrety, do późna w nocy prowadził swój prywatny dziennik. Dzisiaj nazwalibyśmy ten dziennik blogiem, a on pisał tam o przemijaniu, o losie, o tym, że nawet cesarz jest tylko chwilą w kosmosie. Stoicy wcale nie byli zimnymi robotami, jak się ich czasem przedstawia. Oni dobrze wiedzieli, że człowiek się złości, boi, pragnie. Nauczali tylko, żeby nie dać się tym emocjom porwać. Złość niech puka do drzwi, ale niech nie urządza w twoim domu przyjęcia. I dlatego stoicyzm wraca do nas w XXI wieku jak bumerang. W czasach, gdy wszyscy jesteśmy zalewani bodźcami, problemami, newsami z końca świata, stoicka rada brzmi wyjątkowo aktualnie.
Skup się na tym, co możesz zmienić, a reszta to teatr, który i tak się odegra bez twojej reżyserii. I tu właśnie, moim zdaniem, tkwi urok stoików. Oni nie obiecywali, że życie stanie się łatwe. Przeciwnie, mówili wprost, że będzie trudno, niesprawiedliwie, a czasem nawet boleśnie. Ale dawali narzędzia, by przez to przejść. Nie poprzez zaklęcia, nie poprzez obietnice zbawienia, lecz poprzez prostą ludzką mądrość. Odróżniaj to, na co masz wpływ, od tego, czego zmienić nie możesz. Może właśnie dlatego ich słowa wciąż brzmią świeżo. Bo niezależnie od tego, czy siedzisz w starożytnym portyku, czy w korku na obwodnicy miasta, jedno pozostaje prawdą. Nie jesteś władcą świata, ale zawsze możesz być władcą samego siebie.
Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Stoicy. Tak, czasami naszym czasom przydałoby się, żeby ta myśl dotarła chociażby do naszych ulubionych polityków. Mam wrażenie, że oni nie tylko o stoikach nie słyszeli. Oni nawet nie mają pojęcia, że można w taki właśnie sposób do świata podchodzić. Zostawmy polityków. Nie ma się kim ani czym zajmować. Zapraszam państwa teraz na opowiadanie Raymonda Jonesa „Kamień i włócznia”. Zanim opowiadanie, to jeszcze kilka słów o autorze. Raymond Fisher Jones urodził się w 1915 roku, zmarł w '94.
To amerykański pisarz science fiction. Jego najbardziej znaną powieścią była książka zatytułowana „This Island Earth”. Ona była zekranizowana w 1955 roku, więc internetowi szperacze pewno mogą ten film odszukać. Warto powiedzieć, że ten film, ta książka powstały na podstawie opowiadania opublikowanego w roku 1949 „The Alien Machine”. Ale to już zupełnie inna historia. Może jeszcze dodam, że autor był mormonem, a w każdym razie urodził się w mormońskiej rodzinie. To już teraz zostawiam państwa z opowiadaniem „Kamień i włócznia”.
[29:27] - Raymond F. Jones „Kamień i włócznia”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Od Frederick do Baltimore pagórkowate wiejskie tereny stanu Maryland pokryte były dywanem świeżej zieleni. Doktor Curtis Johnson, nie zwracając zupełnie uwagi na uroki lata, jechał szybko powodowaną wzniesieniami wstęgą autostrady, wzbijając chmurę kurzu i wysuszonych traw. Obok siedziała jego żona Louise, trzymając rozwiane włosy odsunięte od twarzy i śmiejąc się radośnie w ciepłym powietrzu. „Doktor, dale ci nie ucieknie. Poza tym obiecywałeś, że będziemy mogli ten wyjazd potraktować równie dobrze jako weekendowy wypad co podróż w interesach”. Curt rzucił okiem na prędkościomierz i zmniejszył nacisk nogi na pedał gazu. Uśmiechnął się szeroko.
I znowu zaczynasz śnić na jawie. Słucham? Zastanawiałem się, kto pierwszy to powiedział. Któryś z kolegów z Detrick albo ten porucznik z bikini albo... Co powiedział? O czym ty mówisz? Tę głupotę o broni po następnej wojnie. Ten człowiek, ktokolwiek by to nie był, powiedział, że tak do końca nie wiadomo, jak będzie wyglądała broń wykorzystywana w następnej wojnie, ale jest absolutnie pewne, co do broni stosowanej w IV wojnie światowej. Będą to kamienie i włócznie. Myślę, że każdy z nas mógłby coś takiego powiedzieć.
Uśmiech Louise zaczął robić się coraz bardziej napięty i wymuszony. Czy wy wszyscy nie potraficie myśleć o niczym innym, jak tylko o następnej wojnie? Jak byśmy mogli? Przecież właśnie teraz ją toczymy. W twoich ustach brzmi to tak beznadziejnie. Tak właśnie mówił Dell w dniach poprzedzających swoje odejście. Nawoływał, że nie musimy pracować dla Detrick, produkując toksyny i aerozole, które zniszczą miliony istnień ludzkich. Ale nigdy nie wyjaśnił nam, jak moglibyśmy odejść i mieć pewność, że przeżyjemy. Jego własne odejście to był tylko nic nieznaczący, pusty gest. Po prostu nie potrafię go zrozumieć, Kurt.
Myślę, że w pewnym sensie ma rację, ale co doprowadziło go do takich poglądów? Trudno powiedzieć – odparł Kurt, mimowolnie przyspieszając. Po wojnie, kiedy fizycy atomowi publicznie pokazywali, że mają sumienia, Dell kazał im najpierw pokazać, że mają jaja. Taki sposób myślenia był wtedy dla niego bardzo typowy, jednak wkrótce potem zmienił się w równie zdecydowanego pacyfistę co tamci i odszedł z Detrick. Nadal wydaje mi się dziwne, że odrzucił w taki sposób całą swoją karierę. Największy na świecie biochemik rezygnuje z pracy w laboratorium na rzecz prowadzenia plantacji warzyw. Louise opuściła wzrok na stojący pomiędzy nimi koszyk z jedzeniem. W środku były pomidory przysłane przez doktora Hammona Della razem z zaproszeniem, aby go odwiedzić. Przez niemal rok doktor Dell wysyłał paczki z dorodnymi owocami i warzywami swoim byłym współpracownikom, nie tylko w Centrum Wojny Biologicznej w Camp Detrick, ale także na uniwersytetach i innych ośrodkach badawczych w całym kraju. Szkoda, że dokładnie nie wiemy, dlaczego poprosił nas o przyjazd – zauważyła Louise.
Nikt nie może powiedzieć, że rozgryzł go do końca. Wszyscy trochę się teraz z niego podśmiewają. Chętnie jedzą prezenty od niego, ale uważają go za odrobinę niespełna rozumu. Trzeba jednak przyznać, że nie stracił niczego ze swego talentu do biologii. Nigdy nie widziałem ani nie próbowałem warzyw takich jak te od niego. A grube ryby w Detrick wcale też nie uważają, żeby rozmiękczył mu się umysł – dodała zdecydowanie zbyt niewinnym tonem. A więc polecili ci, abyś wykorzystał okazję, jaką stwarza jego zaproszenie i spróbował przekonać go do powrotu. Kurt odwrócił głowę w jej stronę tak ostro, że Louise roześmiała się. Nie, nie czytałam żadnych papierów tajne przez poufne – powiedziała. Ale to dosyć oczywiste, nieprawdaż?
Patrząc na sposób, w jaki rzuciłeś się na generała Hansena po otrzymaniu zaproszenia od niego. To jest tajne przez poufne – powiedział Kurt, ponownie patrząc na drogę. Armia nie chce, żeby to wyciekło, ale potrzebują Della. Potrzebują go straszliwie. Każdy, kto wie, jak rozwinęły się kwestie wojny biologicznej, zrozumie to. Chcieli mnie wysłać już wcześniej. Zaproszenie Della było pretekstem, którego potrzebowaliśmy. Mogę mieć na niego wystarczający wpływ, aby go odzyskać. Przynajmniej taką mam nadzieję. Zatrzymaj to jednak dla siebie i daj spokój z dalszymi zgadywankami.
W tej sprawie tkwi znacznie więcej, niż ci jest wiadome. Samochód przejechał przez chłodny, zalesiony odcinek drogi i Louise odwróciła się do tyłu i syciała jego pięknem. Tajne przez poufne – stwierdziła. Dorośli ludzie bawią się w dziecinne zabawy. Zabawy dosyć niebezpieczne jak dla dzieci, kochanie. Późnym popołudniem minęli centrum Baltimore i skierowali się na północ za przedmieście Thompson, w kierunku gospodarstwa z warzywami Della. Jego szyld widoczny był już z odległości połowy mili. „Jesteś tym, co jesz. Jedz tylko to, co najlepsze. Jedz warzywa Della.” Doktor Hammond Dell, czołowy biochemik świata i uprawia warzywa – mruknął Kurt, skręcając samochodem z autostrady.
Louise wysiadła zaraz, kiedy opony przestały chrzęścić na żwirowej drodze. Przeszukała wzrokiem pola i stare lasy za antycznym, ale dobrze zachowanym farmerskim domem. Okolica wygląda tutaj zupełnie nie z tej ziemi. Kurt wyszedł za nią. Śpiew ptaków, tak zauważalny wcześniej, obecnie wydawał się być dziwnie wyciszony. Sama ziemia miała obcy, lekko zielonkawy odcień barwy odpychającej nie tylko dla oczu. To musi być coś w tej miejscowej glebie – stwierdził Kurt. Coś, co nadaje jej ten kolor i pozwala uzyskiwać takie wspaniałe plony. Muszę pamiętać, żeby spytać o to Della. Chcą państwo widzieć się z doktorem Dellem?
Okręcili się wokół siebie na dźwięk nieznajomego głosu. Louise wyrwał się cichy okrzyk zaskoczenia. Stojąca za nimi chuda postać kaszlała astmatycznie i wskazywała na nich ręką, która wydawała się być zbudowana wyłącznie z kości i brązowej skóry, tak cienkiej, że prawie przeźroczystej. Tak – odparł Kurt lekko drżącym głosem. Jesteśmy jego przyjaciółmi. Dell jest na tyłach domu. Powiem mu, że państwo są tutaj. Postać odeszła, powłócząc nogami i Louise wzdrygnęła się, jakby chcąc pozbyć się z myśli jej obrazu. Jeśli nasze wnuki kiedykolwiek będą nas pytały o zombie, mogę im powiedzieć, że je widziałam. Któż, na miłość boską to może być?
Przypuszczam, że jakiś wynajęty człowiek. Brzmiał, jakby powinien znaleźć się w sanatorium płucnym. Zabawne, że Dell trzyma kogoś w takim stanie. Gdzieś spoza domu doleciał warkot silnika ciężarówki. Kurt wziął Louise pod ramię i poprowadził ją dookoła budynku równą, żwirową ścieżką. Stary farmerski dom był bardzo starannie odnowiony. Wszędzie widoczne były dowody dużej dbałości o niego, ale jednak całkowita atmosfera tego miejsca pozostawała niezbyt zachęcająca, niemalże uciążliwa. Kurt mówił sobie, że powodem tego jest kompletna cisza, którą jeszcze bardziej podkreślał samotny warkot silnika na tyłach i niewiarygodnie surowy kolor ziemi pod stopami. Po okrążeniu domu zobaczyli przed sobą ogromną cysternę. Wychodzący z niej wąż, który prowadził do podziemnego zbiornika magazynowego, pulsował powoli pod działaniem przepływającej przez niego cieczy.
W zasięgu wzroku nie było widać nikogo. Do czego to może być? – spytała Louise. Masz mnie. Może to benzyna, ale przecież Dell nie ma powodu, żeby przechowywać tutaj tak duże ilości paliwa. Powoli posuwali się naprzód i w umyśle Kurta narastało zdumienie, w miarę jak uświadamiał sobie ogrom maszyny. Zbiornik miał eliptyczny przekrój o średnicy poprzecznej ponad 10 stóp. Od tyłu podtrzymywało go sześć podwójnych kół. Nawet przednie były podwójne. Pomimo tak znacznego rozkładu ciężaru samochodu, jego opony zapadały się w suchą, twardą ziemię na głębokość jednego cala lub więcej.
Muszą tym dowozić chyba płynny ołów – stwierdził Kurt. Zaczyna robić się zimno. Chciałabym, żeby w końcu pojawił się Dell. Louise przebiegła wzrokiem po 20-akrowej powierzchni plantacji warzyw. Cały jej obszar pokrywały szerokie grzędy dorodnych roślin: pomidory, marchew, buraki, sałata i inne warzywa. Na drugim końcu znajdowało się około 100 drzew owocowych. Między nimi biegła droga, którą potężna ciężarówka najwyraźniej wjechała na farmę od tyłu. Nagle usłyszeli ciężkie kroki i zza ciężarówki pojawiła się kudłata głowa Della. Jego twarz rozświetliła się z zadowolenia. Kurt, mój chłopcze.
I Louise. Myślałem, że już w ogóle się nie pojawicie. Dłoń Kurta lekko zwiotczała w ogromnym łapsku Della, ale nie dlatego, że jego powitanie z gospodarzem było mało entuzjastyczne. Spowodowane to było jego pełną szoku reakcją na wynędzniały wygląd biologa. Oczy Della, zwykle tak pełne ognia, teraz wyglądały na stare i zmęczone. Niezdradzająca wieku skóra twarzy zdawała się, jakby zapadać pod jakimś przytłaczającym ciężarem, a jej brązową, gładką powierzchnię poznaczyły głębokie linie wyglądające jak ślady jakichś bolesnych cierpień. Kurt odparł cichym głosem: Trudno jest wyrwać się z Detrick. Zawsze jest jakiś kolejny eksperyment, którym trzeba się zająć. A wojskowe szychy jeżdżą ci po głowie tak, jakby spodziewali się, że wygrasz dla nich wojnę do jutrzejszego popołudnia – dorzucił Dell. Pamiętam.
Zastanawialiśmy się nad tą ciężarówką – skomentowała Louise, bystrze próbując zmienić temat. W końcu się poddaliśmy. Och, to. Służy do przewozu płynnego nawozu, który pompuje do mojego systemu nawadniania. To wszystko. Nie ma w tym nic tajemniczego. Chodźmy do domu. Jak już się trochę rozgościcie, będziemy mogli o wszystkim porozmawiać, a ja opowiem wam o rzeczach, które tutaj robię. Kim jest ten człowiek, którego widzieliśmy? – zapytał Kurt.
Wygląda, jakby miał poważne kłopoty ze zdrowiem. To Brown. Dostałem go w spadku razem z tym miejscem. Przez lata uprawiał tę ziemię dla mojego wuja, zanim ją odziedziczyłem. Jest w stanie wyhodować ogród na granitowej skale. Wbrew pozorom, pod względem fizycznym czuje się dosyć dobrze. A jak tam twoje zdrowie? Zmieniłeś się, odkąd byłeś w Detrick. Dell podniósł w palcach kosmyk stalowoszarych włosów i zbagatelizował pytanie z bladym uśmiechem. Wszyscy się kiedyś zużywamy – powiedział.
W końcu musiała nadejść moja kolej. W środku, w miarę jak mijał wieczór, część przygnębiającego nastroju zniknęła. Było wystarczająco chłodno, by rozpalić ogień w kominku i po obiedzie usiedli przed nim. Podczas gdy obserwowali migoczące światełka, które tańczyły po polakierowanym suficie, Dell zabawiał ich opowieściami o swoich sąsiadach, których historie znał aż do czasów rewolucji. Louise jednak wymówiła się wcześnie. Wiedziała, że będą chcieli porozmawiać na osobności, aby wyjaśnić powody stojące za zaproszeniem Della i zgodą na nie Curta. Kiedy wyszła, zapadła cisza. Płonące w kominku kłody drewna trzaskały jak wystrzały z pistoletu. Naukowiec pochylił się, by przemieszać żar, a potem odwrócił się gwałtownie do Curta. „Kiedy zamierzasz odejść z Detrick?” „A ty kiedy wracasz?” – dopytywał się Curt, zamiast odpowiedzieć na pytanie.
„A więc nadal mnie chcą, nawet po tym, co powiedziałem, kiedy odchodziłem.” „Jesteś bardzo potrzebny. Kiedy powiedziałem Hansenowi, że do ciebie jadę, oświadczył mi, że sprowadzenie cię z powrotem jest warte pięciu lat mojej własnej pracy.” „Chcą, żebym produkował jeszcze bardziej śmiercionośne toksyny niż te, które już im dałem” – stwierdził złośliwie Dell. „Chcieliby takie, które mogłyby zabić 10 milionów ludzi w ciągu czterech minut, a nie tylko milion.” „Człowiek by zwariował, gdyby patrzył na to w taki sposób. To tak samo, jak w przypadku twórców broni dręczonych wizją poszarpanych ciał ludzi zabitych przez ich kule, ich cierpiących rodzin.” „A czemu twórcy broni nie mieliby cierpieć mąk?” – zduszony głos Della przepełniony był z trudem kontrolowaną nienawiścią. „To ludzie tacy jak ty i ja, którzy dają twórcom wojen nowe narzędzia do ich działalności.” „Och, Dell. To nie takie proste.” – Curt uniósł dłoń i pozwolił jej opaść. „Tyle razy już przez to przeszli. Projektanci broni nie są za to bardziej odpowiedzialni niż jacykolwiek inni członkowie społeczeństwa. Przyjmowanie na siebie całej winy za wojny, których jeszcze nie stoczono tylko dlatego, że przydarzyło się komuś stworzyć jakąś potencjalną broń, to ewidentny przykład neurozy.” Dell dotknął swojej masywnej czaszki. „Tutaj, w moim mózgu, poczęło się coś, co prawdopodobnie zniszczy miliardy ludzkich istnień w nadchodzących latach.
Toksyna Detriconus, odpowiednio rozpylona w powietrzu, wymaga tylko bardzo niewielkiej liczby cząsteczek w płucach człowieka, aby go zabić. To mój mózg i tylko on odpowiedzialny jest za to szaleńcze, mordercze odkrycie.” „To czysty egotyzm. Każda praca naukowa opiera się na całej piramidzie wiedzy z przeszłości.” „Broń, którą przed chwilą opisałem, istnieje. Gdybym jej nie stworzył, nie istniałaby. To jasne jak słońce. Nikt nie dzieli ze mną mojej winy i mojej odpowiedzialności. A czego jeszcze ode mnie chcą? Jaką jeszcze większą masową rzeź i zniszczenie sobie wymarzyli?” „Potrzebują cię” – powiedział cicho Curt. „Ponieważ uważają, że nie jesteśmy jedynymi, którzy posiadają tę truciznę. Potrzebują cię, byś wrócił i pomógł znaleźć antytoksynę dla Detriconus.” Dell pokręcił przecząco głową.
„To próżna nadzieja. Działanie Detriconus przypomina przyłożenie zapalonej zapałki do beczki z prochem. W chwili, gdy jej cząsteczki wchodzą w kontakt z cytoplazmą, rozpoczynają reakcję łańcuchową, która rozrywa strukturę komórek. Ten efekt rozprzestrzenia się jak ogień z jednej komórki do drugiej i kiedy już zacznie działać w jakimś organizmie, nic nie jest w stanie go powstrzymać.” „A czy dręczące cię poczucie winy, choć nieuzasadnione, nie sprawia, że chciałbyś znaleźć tę antytoksynę?” „Przypuśćmy, że mi się uda. Zniwelowałoby to działanie broni naszego nieprzyjaciela. Wojsko wiedziałoby, że on również zawsze zdąży na czas zniwelować także działanie naszej broni. Wtedy polecą mi opracować jeszcze jedną toksynę. To jest błędne i szalone koło, które powinno zostać przerwane. Celem całej reszty mojego życia jest właśnie jego przerwanie.” „Kiedy walczysz o życie, a wróg już zaciska ręce na twoim gardle” – przekonywał go Curt – „sięgasz po największy kamień, jaki możesz dosięgnąć ręką i walisz go nim w głowę. Nie próbujesz go przekonywać, że zabijanie jest nieetyczne.” Przez chwilę wydawało się Curtowi, że błysk humoru zajaśniał w kącikach ust Della.
Potem jednak linia jego warg znowu się ściągnęła. „Dokładnie” – odparł. „Sięgasz po kamień i walisz go nim w głowę. Nie niszczysz całego życia ludzkiego na ziemi, aby go dopaść. Poprosiłem cię o przyjazd tutaj, abyś pomógł mi przerwać ten krąg, o którym mówiłem. Musi ktoś tutaj być po tym, jak odejdę.” Spojrzenie Della przesunęło się w głębinę cieni za blaskiem ognia i pozostało utkwione w jakichś niewidocznych obrazach. „Ja? Pomóc tobie?” – zapytał Curt z niedowierzaniem. „A co niby miałbym zrobić? Porzucić naukę i też zostać plantatorem warzyw?” „Można by powiedzieć, że byłaby to działalność w branży kamiennej” – stwierdził Dale.
– „Walka nie odbywa się już na poziomie jednego człowieka z rękami zaciśniętymi na gardle drugiego człowieka, ale tak to powinno być. Ci, którzy są głodni władzy i dominacji, powinni walczyć o nie osobiście, ale minęło wiele czasu, odkąd musieli to robić. Nawet w dawnych czasach królowie i cesarze wynajmowali najemników, aby walczyli w ich wojnach. Obecni militaryści nie kupują mieczy. Kupują mózgi. Jesteśmy najemnikami współczesnych czasów, Kurt. Ty i ja. Kiedyś w naszym zawodzie ważny był pewien honor. Szukaliśmy prawdy dla siebie samych i dlatego, że taki był nasz sposób życia. Kiedyś byliśmy nadzieją świata, ponieważ nauka stanowiła język uniwersalny.
Jakimże straszliwym okazało się to być żartem. Dziś stanowimy dla świata groźbę. Twórcy wojen zbudowali nam wspaniałe laboratoria, lśniące pałace i spełniali wszelkie nasze zachcianki, ale nie za darmo. Zabrali nas na wyżyny i pokazali nam cały świat, a my sprzedaliśmy im za to nasze dusze. Spójrz tylko, co się stało po ostatniej wojnie. Armie inwazyjne zabrały z sobą nazistowskie mózgi jako łupy wojenne. Umieścili tych naukowców w wielkich, nowych laboratoriach, a ci współcześni najemnicy nie przestawali zalewać wiedzą innych królów i cesarzy. Są lojalni jedynie swej nauce, ale nie mogą już eksperymentować dla wiedzy, a tylko dla zdobycia broni i kontrbroni. Powiesz, że moja gadanina jest antywojenna, a może nawet antyamerykańska lub prorosyjska. Ale ja nie jestem przeciwko samym wojnom, ale jestem przeciwko niesprawiedliwej rzezi i za bardzo kocham Amerykę, aby pozwolić jej się zniszczyć razem ze swoim wrogiem.” „A więc co mamy robić?” – dopytywał się zażarcie Kurt.
– „Co mamy robić, gdy naukowcy wroga przygotowują tę samą broń, aby eksterminować nas? Jasne, że to jeden cholerny burdel. Nauka już od dawna nie żyje. Gatunek, o którym mówisz, wymarł 20 lat temu. Wszystkie nasze piękne ideały są bezwartościowe, dopóki politycy nie znajdą sposobu dla rozwiązania swoich waśni.” „Politycy? Od kiedy ludzie nauki muszą czekać na polityków, aby rozwiązywać ludzkie problemy?” Dale przesunął dłonią po czole i nagle jego twarz wykrzywiła się w bólu. „Co ci jest?” – zawołał Kurt, zrywając się na nogi. „Nic, nic, mój drogi. Pewne drobne kłopoty, które ostatnio miałem. To za chwilę minie.” – z wysiłkiem mówił dalej.
– „Chciałem powiedzieć, że już doszliście do przekonania, że nauka jest podzielona na obozy zbrojne przez sztuczne granice stworzone przez polityków. Czy minęło już tak wiele czasu od tej chwili, że nie było to nawet za waszego życia, gdy naukowcy uważali się za jedno międzynarodowe bractwo?” „Nie jestem w stanie spierać się z twoimi ideałami” – powiedział cicho Kurt. – „Faktem jednak jest, że granice państwowe naprawdę dzielą naukowców świata na różne obozy zbrojne.” „Przesłanki, z których wychodzisz, są nadal niepoprawne. Naukowcy nie prowadzą celowej wojny między sobą. Walczą tylko dlatego, że na ślepo sprzedali się jako najemnicy i można ich wezwać do odkupienia swoich win. Mogą zerwać te niegodziwe umowy. Musiałoby to być równoczesne porozumienie między naukowcami ze wszystkich państw, a oni są także ludźmi i podlegają wpływom ideałów narodowych. Nie są jakimiś oderwanymi od świata miłośnikami wież z kości słoniowej i poszukiwaczami prawdy. Pamiętasz mnie pięć lat temu?” – na twarzy Dale'a pojawiła się jeszcze większa udręka, jakby to wspomnienie go zawstydzało. – „Pamiętasz, jak kazałem fizykom atomowym okazywać swoje jaja, a nie sumienia?” „Tak.
Ty z pewnością się zmieniłeś.” „Tak samo mogą również i inni ludzie. Rozpaczliwie potrzebuję twojej pomocy, Kurt.” – twarz starzejącego się biochemika znów wykrzywił nieznośny ból. Jego czoło zalśniło kropelkami potu i ścisnął głowę poznaczonymi węzłami żył dłońmi. „Dale, co ci jest?” „To minie.” – doktor Dale wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby. – „Mam trochę lekarstw w swojej sypialni. Obawiam się, że będę musiał cię dzisiaj przeprosić. Jest znacznie więcej rzeczy, o których chciałbym ci powiedzieć, ale wrócimy do dalszego ciągu naszej rozmowy rano, Kurt. Przepraszam.” – wyszedł, potykając się niemal, lecz ponurym przeczeniem głową, odrzucając propozycję pomocy Kurta. Ogień trzaskał głośno w cichym pokoju. Kurt poczuł chłód opadającego mroku nocy.
Jego myśli oszołomione były upartym stanowiskiem Dale'a, po części tak rozsądnym, a po części tak zupełnie zbijającym z tropu. Nie było też żadnych wskazówek co do źródła pochodzenia tej potężnej siły, która dokonała tak wielkiej zmiany w niegdyś prowojskowo nastawionym naukowcu. Powoli Curt wspiął się po schodach starego domu i poszedł do pokoju wyznaczonego im przez Della. Louise leżała w łóżku, czytając kryminał. „Tajna misja zakończona?” — zapytała. Curt usiadł na skraju łóżka. „Obawiam się, że z Dellem dzieje się coś naprawdę niedobrego. Oprócz zwykłego zespołu neurotycznego poczucia winy z powodu swojej pracy nad środkami prowadzenia wojny, okazywał oznaki bardzo silnego i ewidentnie często nawracającego bólu głowy. Jeżeli to jest guz mózgu, to mogłoby wyjaśniać jego chaotyczne zachowanie, odrzucenie całej swojej kariery.” „Och, mam nadzieję, że to nie to.” Curtowi zdawało się, że spał zaledwie kilka minut, kiedy obudziły go jakieś nocne hałasy. Przewrócił się na drugi bok i zapalił światło.
Zegarek pokazywał godzinę drugą. Louise poderwała się gwałtownie. „Co się stało?” — wyszeptała. „Wydawało mi się, że coś słyszałem. O, teraz znowu.” „To brzmiało tak, jakby ktoś cierpiał z bólu. To musi być Dell.” Curt wyskoczył z łóżka i szybko wcisnął się w szlafrok. Śpiesząc się w stronę pokoju Della, usłyszał kolejny głęboki jęk, który zakończył się drżącym szlochem nieznośnej męki. „Dell!” „Curt, myślałem, że zostało mi jeszcze trochę czasu, ale już więcej nie jestem w stanie tego znieść. Pamiętaj tylko o tym, co ci mówiłem dzisiaj wieczorem. Nie zapomnij ani słowa z tego.” Usiadł sztywno wyprostowany, z trudem oddychając, z wysiłkiem próbując utrzymać kontrolę.
„Odpowiedzialność za nadciągające zniszczenie cywilizacji spoczywa w rękach najemnych naukowców. Nie pozwól na to, Curt. Niech porzucą wojenne laboratoria. Niech odzyskają swój honor.” Opadł z powrotem na poduszkę. Jego twarz była biała z bólu i lśniła od potu. „Brown. Zobacz się z Brownem. On może powiedzieć ci resztę.” „Pójdę sprowadzić lekarza” — powiedział Curt. „U kogo się leczyłeś? Louise zostanie z tobą.” „Nie wzywaj lekarza.
Nie da się tego uniknąć. Wiem to już od miesięcy. Poczekaj tu ze mną, Curt. Wkrótce odejdę.” Curt patrzył ze współczuciem na wielkiego naukowca, którego umysł uległ takiej dezintegracji. „Potrzebujesz lekarza. Zadzwonię do szpitala Johna Hopkinsa, jeśli chcesz.” „Zaczekaj. Może masz rację. Nie mam tu telefonu. Wezwij doktora Wilsona. Budynek sądu, Townson.
Znajdź jego adres domowy w książce telefonicznej.” „Dobrze. Za parę chwil będę z powrotem.” Podszedł do drzwi. „Curt! Pojedź ulicą wzdłuż nowej drogi za farmą. Tamtędy szybciej, krócej o jakąś milę. Przejedź przez sad.” „Dobrze, spokojnie. Zaraz wracam.” Curt gorączkowo wciągnął na siebie ubranie, zbiegł po schodach i wsiadł do samochodu. Zastanawiał się mimochodem, co się stało z truposowatym Brownem, który zdawał się zniknąć z domu. Koła zabuksowały w żwirze, gdy uruchomił samochód i wyjechał nim pośpiesznie z podjazdu. Potem znalazł się na drodze wiodącej przez sad.
Bezksiężycowa noc była zupełnie ciemna, a strumień światła przed samochodem wydawał się jedyną żywą rzeczą w całym otaczającym go świecie. Prawie żałował, że nie wybrał bardziej sobie znanej drogi. Zgubienie się teraz mogło oznaczać śmierć Della. Po drodze nie napotkał żadnego samochodu w obydwu kierunkach. Dookoła nie było również widać żadnych budynków rozjaśniających światłami mrok nocy. Przytłaczająca pustka zdawała się okrywać otaczające go wiejskie tereny i z wolna przenikać do jego duszy. Wydawało się niemożliwe, żeby położone były one tak blisko dobrze mu znanej autostrady. Wytężał wzrok w ciemnościach, szukając jakichś oznak całonocnej stacji benzynowej lub sklepu, z którego mógłby zadzwonić. W końcu z rezygnacją przygotował się na pokonanie całej drogi do Townson. W tym momencie daleko przed sobą dostrzegł iskrę światła.
Zachęcony Curt nadepnął na pedał gazu. W niecałe 10 minut był już na miejscu. Nacisnął hamulec, zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał na budynek. Wyglądał bardziej na podstację energetyczną niż cokolwiek innego, ale przynajmniej powinien być tu telefon. Zapukał do drzwi. Niemal natychmiast w środku rozległy się kroki. Drzwi otworzyły się szeroko. „Chciałbym zapytać, czy mógłbym użyć pańskiego...” — rozpoczął Curt. Sapnął głośno. „Brown, Dell umiera.
Musimy sprowadzić mu lekarza.” Jakby nie będąc w stanie zrozumieć jego słów, wynajęty człowiek przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego tępo. W zalewającym go z tyłu świetle jego twarz z zapadniętymi policzkami wyglądała niemal jak czaszka. Wtedy z wnętrza budynku dobiegł głos przepełniony napięciem. „Brown, co ty tam robisz, u diabła? Zamknij drzwi.” To ożywiło stojącego przed nim człowieka. Wyciągnął pistolet i skinął nim na Curta, aby wszedł do środka. „Wejdź do domu. Gdy Carlson odkryje, że tu jesteś, będziemy musieli zdecydować, co z tobą zrobić.” „Co się z tobą dzieje?” — zapytał Kurt oszołomiony. — „Dell umiera. Potrzebuję pomocy.” — „Wchodź do środka.” Kurt ruszył powoli naprzód.
Brown zareglował za nim zamek i wskazał gestem na zamknięte drzwi na drugim końcu krótkiego holu. Otworzyli je i weszli do kiepsko oświetlonego pokoju. Wzrok Kurta powoli przystosował się do panującego półmroku i zobaczył przed sobą coś, co wyglądało na laboratorium. Pomieszczenie było tak wyładowane sprzętem, że prawie brakowało w nim miejsca dla grupy 12 do 15 mężczyzn, którzy mocno stłoczyli się koło jakiegoś urządzenia, odwróceni plecami do Kurta i Browna. Brown ruszył przed siebie niczym ożywiony szkielet, przebijając się przez krąg. Wtedy Kurt zauważył, że przedmiotem uwagi zgromadzonych ludzi był duży ekran kineskopowy zajmowany przez pojedynczą zieloną linię. Na jednym z boków dwustopowego ekranu wyrastał z niej ostry puls. Puls przesuwał się niemal niezauważalnie w kierunku pionowego czerwonego znacznika na powierzchni kineskopu. Mężczyźni wpatrywali się w niego jak zahipnotyzowani. Jednak pojawienie się przybyszy zakłóciło ich uwagę.
Jeden z mężczyzn odwrócił się z irytacją. — „Brown, na litość boską.” Był kościstym stworem o jeszcze bardziej trupim wyglądzie niż Brown. Dostrzegł nieprzyzwoicie niemal krzepką twarz Kurta. Sapnął i zaklął. — „Kto to jest? Co on tutaj robi?” Cały zestaw czaszek zwrócił się ku Kurtowi. Usłyszał ostre, zbiorowe sapnięcie, jakby jego obecność była jakąś nieprzewidzianą katastrofą, która wstrząsnęła biegiem ich niezrozumiałego życia. — „To jest Curtis Johnson” — wyjaśnił Brown. — „Zgubił się, szukając lekarza dla Della.” Z fotela przed urządzeniem wstała mumiopodobna postać. — „Pańskie przybycie tutaj jest niezwykle niefortunne, ale w tej chwili nie możemy nic na to poradzić.
Proszę usiąść tutaj koło mnie. Nazywam się Tarwon Sark.” Mężczyzna wskazał gestem fotel. — „Mój przyjaciel doktor Dell umiera” — warknął Kurt, nie mając zamiaru siadać. — „Muszę uzyskać pomoc. Zobaczyłem panów światło i miałem nadzieję, że pozwolicie mi skorzystać z telefonu. Nie wiem, kim pan jest ani co ten najemny pomocnik Della robi tutaj z panem, ale musi mi pan pozwolić wezwać pomoc.” — „Nie.” — mężczyzna, Sark, pokręcił głową. — „Dell się z tym pogodził. Musi odejść. Czekamy dokładnie na to, co stara się pan powstrzymać. Na jego śmierć.” „Wiedziałem o tym” — pomyślał Kurt — „od chwili, gdy wszedłem do tego pomieszczenia.” Tak jak sępy siedzące na skalnych ścianach czekające na śmierć swojej ofiary, ci fantastyczni ludzie zwrócili spojrzenia z powrotem na ekran.
Zielona linia znajdowała się teraz w jednej trzeciej drogi do czerwonego znacznika i poruszała się zdecydowanie szybciej. To był koszmar. Bezsensowny. — „Nie zostanę” — nalegał Kurt. — „Nie może pan mnie powstrzymywać od pomocy Dellowi, nie przejmując odpowiedzialności za jego śmierć. Żądam, aby pozwolił mi pan zadzwonić.” — „Nigdzie pan nie zadzwoni” — odparł ze znużeniem Sark. — „Od dawna już przejęliśmy odpowiedzialność za śmierć Della. Proszę siadać.” Powoli Kurt opadł na fotel obok nieznajomego. Nie mógł nic innego zrobić. Był bezsilny wobec pistoletu w ręku Browna, ale w jakiś sposób doprowadzi ich przed oblicze sprawiedliwości.
Poprzysiągł sobie. Nie rozumiał znaczenia powoli poruszającego się wzorca na ekranie, ale kiedy jego oczy podążały za tym pulsem, wyczuł w obserwujących ekran ludziach napięcie, które wydawało się złowrogie, niemal mordercze. Dlaczego? Co oznacza ten nieubłaganie posuwający się puls? Nikt nie odzywał się nawet słowem. W pomieszczeniu było duszno, a oddech kręgu ludzi brzmiał w uszach Kurta jak tępy grzechot. Szybko, tak jakby nabierając nagłego pędu, puls na ekranie przyspieszył. Ludzie w kręgu zastygli w napięciu. Puls przekroczył czerwoną linię i zniknął. Pozostał tylko gładki, zielony ślad, nieruchomy i pozbawiony jakiegokolwiek sensu.
Z niepewnym szuraniem stóp koło się rozsunęło. Zebrani ludzie patrzyli po sobie z wahaniem. Jeden z nich stwierdził: — „No cóż, to koniec Della. Niebawem się dowiemy, czy jesteśmy na dobrej drodze, czy też spartaczyliśmy. Carlson zadzwoni, kiedy to obliczy.” — „Koniec Della?” — Kurt powtórzył powoli, jakby próbował przekonać sam siebie, co się tutaj stało. — „Ten puls na ekranie... Czy on oznaczał, że życie go opuściło?” — „Tak” — powiedział Sark. On wiedział, że będzie musiał umrzeć. A są może nawet setki takich ludzi jak on. Ale Dale nie mógł panu tego powiedzieć.
Co z nim zrobimy? Zapytał nagle Brown. Jeśli Dale nie żyje, to znaczy, że go zamordowaliście! Krzyknął Kurt. Narastał w nim strach o siebie samego. Nie mogli go teraz uwolnić, chociaż jego opowieść nie miałaby dla nikogo żadnego sensu. Ale w jakiś sposób zabili Dale'a albo myśleli, że tak się stało i dlatego nie zawahają się zabić Kurta. Pomyślał o Louise, samej w wielkim domu ze zwłokami Hamana Dale'a. Jeśli oczywiście był on naprawdę martwy. Ale to był przecież nonsens.
Dale pana do nas wysłał – stwierdził Sark, jakby nagle w jego umyśle uniosła się jakaś wielka zasłona. – Nie miał czasu, by sam panu o wszystkim powiedzieć. Czy kazał, żeby pan pojechał drogą na tyłach farmy? Kurt skinął z goryczą głową. Powiedział mi, że to najszybszy sposób na dotarcie do lekarza. Naprawdę? A więc zdawał sobie sprawę nawet lepiej niż my z tego, jak szybko się ześlizguje. Tak, to był najszybszy sposób. O czym pan mówi? – dopytywał się Kurt.
Czy Dale wspominał cokolwiek o tym, czego od pana chciał? To były jakieś absurdalne rzeczy. Coś o pomocy w jakichś szalonych planach wycofania się ze świata nauki. Miał dokończyć swoją przemowę rano, ale myślę, że to i tak nie byłoby nic ważnego. Teraz rozumiem, że był chory i zachowywał się irracjonalnie. Za mocno chory, żeby wszystko wyjaśnić. Ale nie zachowywał się irracjonalnie – powiedział Sark w zamyśleniu. – Zostawił to nam, aby panu wyjawić resztę, ponieważ to pan ma pójść w jego ślady. Pójść w ślady Dale'a? W czym?
Sark nagle pstryknął przełącznikiem na znajdującym się po prawej stronie panelu. Ekran rozjaśnił się jakimś rozmytym obrazem. Wyostrzył się po lekkiej korekcie ustawienia potencjometru, a Kurtowi wydawało się, że widzi jakąś dziwnie znajomą, zalaną księżycowym światłem ruinę. To amerykańskie miasto – powiedział Sark, wymawiając teraz słowa coraz szybciej. – Dowolne z miast. Wszystkie wyglądają podobnie. Ruiny, śmierć. To zginęło 30 lat temu. Nie rozumiem – poskarżył się Kurt, oszołomiony. – 30 lat?
W innym punkcie kontinuum czasu – powiedział Sark. – Przyszłość. To wasza przyszłość. Rozumie pan? Albo raczej nasza teraźniejszość. Tę, którą dla nas stworzyliście. Kurt cofnął się przed nagłym jadem w głosie Sarka. Przyszłość? A więc to współdzielili z Dale'em. Psychóza, systematyczne urojenia.
Przedtem podejrzewał istnienie zagrożenia. Teraz było ono nieuniknione i przerażające. Może jest pan jednym z tych ludzi, którzy z dumą traktują swoje osiągnięcia – ciągnął tonem szaleńca Sark, ignorując strach i zgrozę Kurta albo nie zdając sobie z nich sprawy. – To, że bomby wodorowe zmiotły miasta, a trujące aerozole zniszczyły resztki ludzkości, wydaje się panu nieistotne wobec faktu, że rzeczy te reprezentują najwyższe osiągnięcia techniczne. Gardło Kurta zaschło zupełnie z przerażenia. Mimochodem przypomniał sobie rozpalone bólem oczy Dale'a i słowa umierającego naukowca. Odpowiedzialność za nadciągające zniszczenie cywilizacji spoczywa w rękach najemnych naukowców. Niektórym z nas udało się przeżyć – oznajmił Sark, wpatrując się w scenerię pełną kanciastych odłamków gruzu. Kurt widział żyły tętniące pod cienką warstewką ciała na jego czole. Przez 20 lat żyliśmy marzeniem o odbudowie świata.
Tym samym marzeniem, które panowało po wszystkich wojnach. Ale w końcu zrozumieliśmy, że tym razem marzenie to było naprawdę próżne. My, którzy przeżyliśmy, żyliśmy uwięzieni w hermetycznie zamkniętych jaskiniach, próbując przetrwać i odzyskać naszą utraconą wiedzę naukową i techniczną. Nie mogliśmy wyjść w ziemską atmosferę. Jej zanieczyszczenie wirulentnymi aerozolami miało utrzymywać się przez kolejne 100 lat. Nie byliśmy w stanie podtrzymać nowej rasy z tych naszych głodnych i słabowitych ciał. Aby ludzkość nie znikła całkowicie z powierzchni Ziemi, mieliśmy tylko jedną nadzieję. Nadzieja ta polegała na tym, aby zapobiec zniszczeniu. Oczy Sarka teraz już płonęły. Czy rozumie pan, co to znaczy?
Musieliśmy cofnąć się, a nie iść naprzód. Musieliśmy uzbroić się na nową wojnę. Wojnę w celu zapobieżenia ostatecznej wojnie, która zniszczyła ludzkość. Cofnąć się? W jakim sensie mogliście się cofnąć? Kurt zawahał się, zaczynając teraz pojmować pełne szaleństwo otaczającej go scenerii. Jak się cofnęliście? Czekał w napięciu na odpowiedź. Oczywiście to musiał być jakiś bełkot, taki sam jak cała ta szalona przemowa przedtem. „Niezakłócony przepływ czasu od początku do końca, których nie możemy doświadczyć, nazywamy podstawowym kontinuum” — odpowiedział Sark.
„Matematycznie mówiąc, złożone jest ono z miliardów oddzielnych pasm prawdopodobieństwa przebiegających jedno obok drugiego. Przez analogię można by je porównać do ogromnej rzeki, w której wiele nieznaczących dopływów łączy się w jedną potężną, wirującą całość. To jest przepływ czasu. Podstawowe kontinuum. Można zmienić jeden z tych dopływów, zatamować go, skierować go w bok, pozwolić mu na dotarcie do głównego strumienia w innym punkcie. Nieważne, jak bardzo nieznaczący był ten dopływ. Po tej zmianie strumień już nie będzie taki sam, jak przedtem. I to właśnie robimy. Sterujemy krytycznymi dopływami podstawowego kontinuum, zmieniając piekło, którym wy, naukowcy, tak hojnie nas obdarzyliście. Dell był jednym z takich krytycznych dopływów.
Pan, doktorze Johnson, jest kolejnym. Zmiana lub zniszczenie tego rodzaju kluczowych osób odcina pewne gałęzie wiedzy, zanim zaczną one wydawać swe owoce.” Była to nieuchronna odpowiedź, ale musiał podjąć dyskusję z wypływającą z niej konkluzją. „Naukowcy nie wywołują wojen” — wskazał Kurt, patrząc od jednej bezcielesnej twarzy do drugiej. „Znajdźcie odpowiedzialnych za nie polityków. Tych, którzy są skłonni rozpętać każdą możliwą zawieruchę, aby zdobyć władzę. To są ci, których szukacie.” „Oznaczałoby to konieczność zniszczenia połowy ludzkości. W waszych czasach dosłownie prawie każdy człowiek jest politykiem.” „Niech pan mówi z sensem” — powiedział ze złością Kurt. „Polityk, jak można by go zdefiniować, jest to po prostu człowiek gotów poświęcić wspólne dobro dla własnych celów. To wysoce zaraźliwa choroba w czasach, w których altruizm uważany jest za tchórzostwo albo zwykłą głupotę. Nie, nie pomyliliśmy naszego celu, doktorze Johnson.
Nie jesteśmy w stanie przyspieszyć dojrzałości całej rasy. Możemy mieć tylko nadzieję, że uda nam się zabrać jej zapałki, aby dzieci nie mogły spalić domu. W cokolwiek pan wątpi, proszę nie wątpić, że pochodzimy z przyszłości albo że to my spowodowaliśmy śmierć Della. On jest zresztą tylko jednym z wielu.” Kurt upadł na duchu. „Wątpiłem w to. Nadal tak jest, ale nie jestem już w pełni przekonany.” „Dlaczego? Ponieważ pańskie własne poczucie winy mówi panu, że pan, Dell i inni wam podobni są dosłownie zapałkami, które musimy usunąć. Ponieważ pańska wiedza naukowa przezwyciężyła pańskie pragnienie, aby nie wierzyć. Ponieważ wie pan, jak ukształtuje się przyszłość.” „Wojna po trzeciej wojnie światowej” — mruknął Kurt. „Ktoś powiedział, że będzie się w niej walczyć kamieniami i włóczniami, ale wasza broń jest bardzo daleka od kamieni i włóczni.” „Może nie aż tak bardzo” — stwierdził Sark, a jego twarz kwaśno się wykrzywiła.
Sięgnął ręką do sąsiedniego stołu i wziął z niego pomidora i marchew. „Oto nasza broń. Równie skromna i prymitywna, jak kamienie i włócznie jaskiniowców.” „Żartuje pan” — odparł Kurt, niemalże gotów do uśmiechu. „Nie. To jest ostateczne osiągnięcie wojny biologicznej. Człowiek jest tym, co je. Tak było napisane na szyldzie Della. Prowadzimy setki plantacji i farm takich jak Della. Pracujemy nad związkami nawozowymi, które dostarczamy do tych gospodarstw. Związki te zawierają pewne substancje chemiczne, które ostatecznie osadzają się w komórkach mózgowych osób jedzących nasze produkty.
Zajmują one stanowiska w komórkach mózgu i zmieniają człowieka albo go niszczą. Określone komórki w mózgu są odpowiedzialne za określone charakterystyki. Opracowaliśmy sposoby modyfikacji tych komórek poprzez wprowadzenie do nich niewielkich ilości konkretnych materiałów radioaktywnych, które można włączyć do żywności roślinnej. Podczas trzeciej wojny światowej podobnymi metodami wytwarzano w całych populacjach masowe szaleństwo. Tutaj używamy ich do osiągnięcia bardziej humanitarnych celów. Po prostu ograniczamy możliwości wykorzystania naukowców odpowiedzialnych za opracowanie niszczącej broni, która stworzyła nasz koszmarny świat. Widział pan zmiany, jakie zaszły w Dellu. To dobry przykład tego, co robimy.” „Ale on się zmienił” — zauważył Kurt. „Brał udział w waszych pracach. Czy to nie wystarczyło?
Dlaczego zadecydowaliście, że musi umrzeć?” „Zwykle nie chcemy zabijać, jeżeli zmiana została już przeprowadzona. Czasami jednak komórki mózgowe są oporne, a cechy osobowości są zbyt mocno zakorzenione. W wyniku naszej procedury komórki rozwijają aktywność nowotworową. Tak było u Della. W jego przypadku jednak musielibyśmy go zabić w inny sposób, nawet gdyby nie umarł tak, jak to się stało. On także bardzo dobrze to rozumiał. Dlatego właśnie tak naprawdę nie chciał, aby pomógł mu jakiś lekarz. Najpierw musieliście doprowadzić go do szaleństwa. Proszę na to popatrzeć i zobaczymy, czy nadal będzie pan tak myślał. Sark poprowadził go do niewielkiego przyrządu i wskazał mu jego okular.
Proszę tam spojrzeć. Kurt nachylił się. Po dotknięciu przez Sarka przełącznika wszystko zalało światło. Potem przed oczami Kurta widoczny w środku obraz zaczął się poruszać. Dell! Wykrzyknął. Miał przed oczyma ogromne i dobrze wyposażone laboratorium biologiczne, bardzo podobne do tego w Camp Detrick. Milczący technicy o twarzach skrytych pod maskami, precyzyjnymi ruchami wykonywali swoje zadania. Doktor Dell kierował całą operacją. Coś jednak było nie tak.
Postać przed jego oczyma, nie był to Dell, jakiego Kurt znał. Sark jakby wyczuł, że Kurt to rozumie i obraz zaczął się powiększać, aż całe pole widzenia wypełniła twarz Della. Kurt sapnął. Twarz jego przyjaciela była pusta i ohydna. Oczy spoglądały bezmyślnie. Kiedy obraz z powrotem uległ pomniejszeniu, Kurt zauważył, że Dell porusza się jak automat, niemalże bez własnej woli. Kiedy Dell odsunął się od stołu jak lunatyk, w polu widzenia pojawiła się na chwilę postać uzbrojonego strażnika przy drzwiach. Postać kaprala ponuro wyglądającego w swoim polowym mundurze. Kurt uniósł głowę oszołomiony, jakby jakiś wewnętrzny zmysł odkrył znaczenie tej sceny, której nie potrafił jeszcze wyrazić słowami. Wystarczy panu?
— zapytał Sark. Co to wszystko znaczy? To jest Dell. Taki, jakim byłby w przyszłości. Chciał umrzeć, aby tego właśnie uniknąć. Ale co to w ogóle było? Wojskowe laboratorium badawcze, 12 lat w pańskiej przyszłości. Zdaje pan przecież sobie sprawę, że w pańskim czasie znaczna część badań utknęła w miejscu, ponieważ wielu pierwszorzędnych naukowców zbuntowało się przeciwko dominacji wojskowych. Niestety łatwo można było znaleźć szereg ich naśladowców, którzy mają wystarczającą wiedzę do realizacji większości zadań. Młodych ludzi ze świeżymi dyplomami doktorskimi, olśnionych blichtrem złotych laboratoriów.
Ale czy to przez brak doświadczenia, czy to wyobraźni, nie potrafią oni przejrzeć przez ten blichtr ani uzyskać głębszego obrazu swej tak wspaniałej pracy. Niektórzy z nich w końcu zaczynają to dostrzegać, jednak za późno i szybko są zastępowani przez nowych, ohydnych młodzików. Ta scena z Dellem będzie miała miejsce zaledwie za 12 lat od tego, co nazywacie swoim teraz. Potrzebna będzie nowa, jeszcze bardziej śmiercionośna broń. A więc zostanie wydana ustawa, aby mobilizować niechętnych pierwszorzędnych ludzi wbrew ich woli, jeśli to konieczne. Nie da się nikogo zmusić do pracy twórczej. Sprzeciwił się Kurt. Sark wzruszył ramionami. Istnieją narkotyki, które robią cudowne i straszne rzeczy z umysłami ludzi. Mogą one zmusić je do tworzenia albo bezmyślnego niszczenia, wyznań albo ohydnych podstępów.
Widział pan, jak wasi przeciwnicy czasami je już wykorzystywali. Tu na przykład uderzyli w jakiegoś kardynała, tam w jednego z inżynierów. A teraz widział pan swojego przyjaciela Della, takiego, jakim by się stał. Nie są to oczywiście te same narkotyki, ale skutek ich zastosowania jest taki sam. Zgroza Kurta zmieniła się w uparte niedowierzanie. Ameryka nigdy by nie użyła takich metod. Oznajmił stanowczo. Dzisiaj nie — zgodził się Sark. Ale kiedy kraj pogrążony jest w nieludzkiej wojnie, nawet jeśli jej cele są absolutnie honorowe, czy istnieje linia, której nie można przekroczyć? Każda brutalizacja przygotowuje drogę do następnej.
Nawet obozy koncentracyjne i ośrodki zagłady stają się logicznymi koniecznościami. Słyszał pan, że wasi przeciwnicy twierdzą, iż cel uświęca środki. Sam pan widział. Środki w końcu stają się celami. Ale Dell mógł przecież uciec. Zaprotestował Kurt. Mogliście mu pomóc w swoim czasie lub jakimś innym. Ciągle był cenny. Nie musiał umierać. Nie istnieje coś takiego jak rzeczywista podróż w czasie — wyjaśnił Sark.
A przynajmniej do naszych czasów nie znaleźliśmy żadnego na nią sposobu. Możliwe jest jedynie odchylenie gałęzi podstawowego kontinuum tak, żebyśmy mogli być świadkami, ostrzegać, instruować, zyskiwać pomoc w ratowaniu przyszłości. I możliwe jest to jedynie w tym wąskim sektorze nierzeczywistości W którym gałąź dołącza się do głównego nurtu. Nasze farmy przylegają do takich sektorów, ale dalej nie możemy już pójść, ani też nikt z was nie może stać się obywatelem świata, który dla nas stworzyliście. Jakże żałuję, że to jest niemożliwe — wyrzucił z siebie jadowicie Sark. — Porywalibyśmy was całymi milionami. Zmuszalibyśmy was do spoglądania na rujnę i grozę. Kazalibyśmy wam oddychać powietrzem, którego żaden człowiek nie może nabrać w płuca i przeżyć. Jedynym powietrzem, jakie jest dostępne w tamtym świecie. Tak, żałuję, że nie możecie stać się naszymi gośćmi.
Nasz problem byłby wtedy znacznie prostszy. Ale to jest niemożliwe. To jedyny sposób, w jaki możemy pracować. Dell musiał umrzeć. Nie było dla niego drogi ucieczki, a dopóki żył, my nie bylibyśmy bezpieczni. Zostałby wytropiony, schwytany jak zwierzę i wbrew swej woli zmuszony do pracy. Tak było w podstawowym kontinuum. Nic nie mogłoby tego zmienić poza jego śmiercią. Śmiercią, która uratuje życie miliardom istnień ludzkich, ponieważ nie stworzy toksyny bardziej śmiertelnej niż tetrykonus. Żądza zemsty w głosie Sarka była niemalże dotykalna.
Mimowolnie Kurt cofnął się przed nim o krok i niemalże pomyślał, że prawie rozumie tych ludzi z innego czasu. „Czy coś...” — zaczął ochryple i musiał przerwać. — Czy jest coś, co mogę zrobić? Potrzebujemy pana, żeby przejął pan farmę Della. Ma to kluczową wagę. Lista ludzi, których leczył, miała absolutnie witalne znaczenie. Ta praca nie może zostać teraz przerwana. Jak możecie cokolwiek osiągnąć, działając jedynie tutaj? — sprzeciwił się Kurt. — Kiedy wy paraliżujecie naszą obronę, nasi wrogowie zbroją się po zęby.
Kiedy uczynicie nas wystarczająco bezbronnymi, oni uderzą. Czy ja mówiłem, że jesteśmy aż tak ograniczeni? — odpowiedział Sark, po raz pierwszy się uśmiechając. — Nie może pan nawet sobie wyobrazić, co świeże warzywa oznaczają na profesorskim stole w Moskwie. W Atomgradzie dojrzały pomidor wart jest funta uranu. Skąd to wiem? Ponieważ chodziłem po ulicach Atomgradu z moim dziadkiem. A więc pan jest... Twarz Sarka w półmroku pokoju zrobiła się twarda i pełna goryczy. Byłem — poprawił.
— Albo może mógłbym być. Tam, gdzie nie ma narodów, nie ma miejsca na nacjonalizm. Nie ma partii politycznych tam, gdzie istnieje tylko głód i śmierć. Zbrodnia przyszłości nie została popełniona przez żadnego pojedynczego człowieka ani państwo. To zbrodnia całej ludzkości. Raptownie rozległ się dzwonek telefonu. Carlson! — ktoś krzyknął z napięciem. Sark odwrócił się do panelu i dotknął kontrolek. Rozjaśnił się niewielki ekran, wyświetlając obraz mężczyzny o siwiejących włosach i władczej twarzy.
Jego ostre oczy zdawały się mierzyć płonącym spojrzeniem bezpośrednio w oczy Kurta. I jak poszło? — zawołał Sark. — Czy przesunięcie podstawowego kontinuum jest zgodne z oczekiwaniami? Nie, nadal nie zgadza się z obliczeniami. Nic nie jest w porządku. Wojna nadal trwa. Kontinuum jest absolutnym piekłem. Powinienem był się domyślić — odparł Sark z przerażeniem. — Powinienem był się z tobą skontaktować.
Czemu tak się dzieje? Czy wiesz, co się stało? Johnson. Doktor Curtis Johnson jest tutaj. Na twarzy Carlsona rozlała się furia. Z ust wyrwało mu się przekleństwo. Nic dziwnego, że sytuacja nie zgadza się z obliczeniami, jeśli on jest poza podstawowym kontinuum. Dlaczego on tam przyszedł? Dell go przysłał. Dell umarł zbyt wcześnie.
Nie miał czasu, aby pouczyć Johnsona. Powiedziałem mu, czego od niego oczekujemy. Czy zrozumiał pan? Carlson zaczął dopytywać się Kurta z gwałtownością niemalże zbliżoną do gniewu. Kurt rozejrzał się powoli po pomieszczeniu i popatrzył ponownie na twarz pytającego. Czy zrozumiał? Jeśli oni odeślą go z powrotem, pozwolą mu wrócić, czy będzie mógł być kiedykolwiek pewien, że nie stanie się świadkiem tego koszmaru ze świata cieni i snów? Tak, mógł być tego pewien. Widział zniszczone miasto dokładnie takim, jakim wiedział, że może się stać, chyba że ktoś temu zapobiegnie. Widział zarzewie pulsu na ekranie dostrojone do maleńkiego dopływu podstawowego kontinuum.
Było to życie doktora Della. Widział, jak puls gaśnie, umierając w miarę, jak umierał Dell. Był również w stanie uwierzyć, że koło Atomgradu także znajdowała się niewielka farma, na której pomidor na stole naukowca był potężniejszy niż bomby w budynku arsenału. Zrozumiałem — powiedział. — Czy mam już wracać? Sark włożył mu w ręce kartkę papieru. Oto lista nowych nazwisk. Procedury i zapisy Delle'a znajdzie pan w jego biurku na farmie. Proszę nie lekceważyć znaczenia swojej pracy. Widział pan, że podstawowe kontinuum nie daje się właściwie obliczyć, kiedy pan znajduje się poza nim.
Pan to poprawi. Od teraz jedynym kontaktem będzie Brown, który raz do roku przywiezie cysternę. Wie pan, co robić. Odpowiada pan sam za siebie. Kiedy wyszedł, całe otoczenie wyglądało jak na surrealistycznym obrazie. Na niebie zeszedł księżyc i w otaczającej go pustce nie było widać niczego poza szarą cementową rurą budynku. Światło wylewające się przez otwarte drzwi oświetlało kilku wychodzonych ludzi, którzy wyszli za nim do samochodu. Przed nim rozciągała się tylko wąska wstęga drogi prowadząca przez jakąś nieskończoną nicość kończącą się na plantacji warzyw Delle'a. Ruszył. Kiedy chwilę później obejrzał się, budynku już nie było.
Zerknął na listę nazwisk, które wręczył mu Sark, zmrożony dużym znaczeniem tych ludzi. Dla niektórych z nich oznaczać to będzie śmierć, tak jak w przypadku Delle'a. Dla niego samego? Zapomniał zapytać. Chociaż pewnie nie powiedzieliby mu tego. W każdym razie nie w tej chwili. Zmodyfikowana chemicznie żywność wytwarzała w opornych, niereagujących komórkach nowotwory. Jadł już warzywa Delle'a. Zje ich jeszcze więcej. Było już za późno, aby zapytać i nie miało to znaczenia.
Miał ważne rzeczy do zrobienia. Pierwszą z nich będzie napisanie rezygnacji dla urzędników z Camp Detrick. Od jutra stanie się doktorem Curtisem Johnsonem, plantatorem warzyw, specjalistą z czasów ery atomowej w dziedzinie wytwarzania luksusowych, soczystych darów stołu dla niewinnych i nie tak bardzo niewinnych ludzkich zapałek wiedzy. Które to dary, jeśli jemu i jego niestarym towarzyszom uda się odnieść sukces, mogą pozwolić na uniknięcie spopielenia nadziei ludzkości. Louise pomoże mu powiesić nowy szyld: „Jesteś tym, co jesz. Jedz tylko to, co najlepsze. Jedz warzywa Johnsona.” Tylko oczywiście nie będzie wiedziała, dlaczego podjął pracę Delle'a, a on jej nigdy tego nie wyjaśni. Prawdopodobnie będzie to w końcu oznaczało śmierć Curtisa Johnsona, ale była to dosyć niewielka cena za przetrwanie ludzkości.
[01:34:01] - Proszę państwa, zapraszam teraz na Filmotekarium. Dzisiaj film, który budzi ogromne emocje. Zobaczmy, co tak ekscytuje widzów. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:34:22] - Dzień dobry wieczór. Witajcie wszyscy. Dzisiaj film, który budzi, jak to zwykle bywa, ogromne emocje i skrajne opinie.
[01:34:33] - Tak, skrajne opinie się pojawiają i to jest taki ulubiony wytrych komentatorów, że mają skrajne opinie. Ale wierzcie mi państwo, aż tak skrajnych opinii to już dawno nie widziałem. Są zachwyty nad tym filmem, na przykład takie, że: „To jest najlepszy film, jaki widziałem w życiu, ale nigdy już go nie obejrzę. Nie chcę go drugi raz oglądać”. Po takie, że: „Co za lipa, bzdury bez sensu i w ogóle daję jedną gwiazdkę i to też z litości”. Naprawdę tak ten film bywa odbierany. A film powstał na podstawie książki Stephena Kinga. Z tym że jak książka pojawiła się w 1979 roku na rynku, to nikt nie wiedział, że ją napisał Stephen King, który już wtedy całkiem nieźle sobie na rynku wydawniczym radził i chciał troszeczkę sprawdzić, na ile ta jego popularność jest wynikiem jego zaczarowanego pióra, a na ile po prostu pewnych przetartych korytarzy, które miał w wydawnictwach. Dlatego zaczął publikować książki pod pseudonimem Richard Bachman. Tych książek kilka się ukazało.
I właśnie „Wielki marsz”, czy też „Długi marsz”, ale wielki. On funkcjonuje jednak, ten utwór pod tym tytułem „Wielki marsz”. Cieszył się średnim powodzeniem. Dopiero kiedy w połowie lat 80. ogłoszono, że to Stephen King, to nagle sprzedaż skoczyła. Ta książka ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 1979 roku. To już mówiłem. W Polsce w 1992 wydało to wydawnictwo, które już dzisiaj nie istnieje, CIA Books. Później powtórzył Prószyński siedem lat później. O czym ta książka mówi tak naprawdę?
Troszkę się różni od filmu. W książce 100 chłopaków nastoletnich bierze udział w pewnej imprezie. Jej reguły są bardzo proste. Każdy z nich musi iść z prędkością minimalną czterech mil na godzinę. Nie ma przerw na odpoczynek. Każde zwolnienie tempa poniżej podanej przeze mnie wartości albo zatrzymanie się to jest złamanie regulaminu. I tam oczywiście duże problemy ze strzałem w głowę włącznie. Czym się różni książka od filmu? Chociażby tym, że w filmie chłopaków jest tylko pięćdziesięciu. Każdy z nich reprezentuje jeden stan.
Książka jest o tyle ciekawsza, że znajdujemy w niej ślady czegoś groźnego. Ten marsz to jest reality show z setkami widzów, z wielką nagrodą dla zwycięzcy. Ale to wszystko dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych. One stały się dyktaturą. To akurat się powiela, ale jest jeszcze coś. Mamy tam na przykład ślad tego, że wschodnie wybrzeże było bombardowane przez Trzecią Rzeszę i że w swoim czasie nastąpiło zniszczenie niemieckiej bazy nuklearnej w Santiago. Oczywiście to wszystko enigmatyczne, wszystko gdzieś tam z oddali. Tyle książka. Po wielu latach pojawia się film, który wprost do tej książki nawiązuje. Ten film, tak jak powiedziałem, budzi ogromne emocje.
[01:38:16] - Emocje są ogromne. Film jest, jak mówiłeś, przez jednych mieszany z błotem, przez innych uznawany za film tragiczny. Ale nie w takim sensie, że jest nie do obejrzenia, tylko że to jest dość stary koncept Kinga i gdyby się go wcześniej zdecydowano przenieść na ekran, to mówiono by, że „Squid Game” czy „Hunger Games” czerpią z mistrza horroru. Chociaż dla mnie nie mistrza, Kinga nie za bardzo lubię, jego ekranizacje również. Natomiast jest film. Film drogi, film pełen również paradoksów. A jednak tak wyszło, że on trafia do kin. Robi się wokół niego niezły szum. Oczywiście kryje się w nim też antywojenne dno, przesłanie antywojenne. Nie ma różnic między marszem, w którym biorą udział bohaterowie, a pójściem na wojnę.
I ten dydaktyzm w filmie będzie pobrzmiewał. To też będzie mocno widoczne, jak się budują więzi między bohaterami. To zależy, czy ktoś lubi takie filmy, czy ktoś lubi taką tematykę. Natomiast Marku, jeszcze takie pytanko, czy ta książka w Polsce jest znana jako tako? Czy to jest tak, że ludzie rzucą się do kin, bo rozpoznają ten utwór? Bo ja jestem trochę, nie chcę powiedzieć zdegustowany, ale zaskoczony tym, że robi się taką wrzawę wokół scenariusza, który jest mocno wyświechtany, szczególnie w naszych czasach po drugim sezonie „Squid Game”. Dlaczego? To zaraz będziemy mówić. Czy to nazwisko Kinga ma przyciągać, czy ten dydaktyzm? Nie mam pojęcia.
[01:40:10] - Nie wiem. Książka jest znana, tak jak mówiłem. Pojawiła się w '92 roku nakładem CIA Books, Prószyński siedem lat później, w '99 ją wydał, więc znana jest. Może to nie jest ta twórczość Kinga, którą lubią jego miłośnicy najbardziej, bo umówmy się, King ceniony jest przez miłośników kingizmu za stricte horrory. Natomiast to jest jednak opowieść dystopijna w świecie alternatywnym. Owszem, epatuje przemocą, epatuje mocnymi scenami, ale jednak to nie jest powieść głównonurtowa dla Kinga. Czy jest znana? Nie potrafię powiedzieć. CIA Books miało jeszcze bardzo duże nakłady. To było prywatne wydawnictwo.
Wtedy to jeszcze była jednak rzadkość, ale miało niezłe nakłady. Prószyński to już wiadomo, że nakłady zawsze miał niezłe i ta książka naprawdę poszła w ludzi. Ja ją rzadko widuję w antykwariatach, zatem gdzieś ona osiadła w tkance społecznej. Ale czy to będzie miało jakieś przełożenie na popularność tego filmu w Polsce i w ogóle na popularność filmu na świecie? Tego nie wiem. Nie jestem w stanie tego powiedzieć. Jedno wiem: King czytany jest na całym świecie bez względu na kulturę, bez względu na szerokość, długość geograficzną. King to jest nazwisko rozpoznawalne. Czytają go w Korei Południowej, czytają go w Chinach, czytają go w Rosji. Nie wiem, czy w krajach arabskich bywa czytany, ale oni znają angielski, więc pewno też czytają.
[01:42:17] - To jest, tak jak powiedziałem, film drogi z jednej strony, jednocześnie film wojenny, ale bez mundurów. To jest film o męskiej solidarności, przyjaźni i tym wszystkim, co się z tą tematyką wiąże. Nie muszę chyba tłumaczyć. Lojalności, wspieraniu i tak dalej. Jest tylko mały problem i mały fikołek. Fabuła tego filmu mocno się kojarzy chociażby ze „Squid Game”. Nie to, że to jest toćka w toćkę, że to jest to samo, ale mocne inspiracje są. Może współczesny widz jest już tak bardzo wykrzywiony, że czeka na jakieś spektakularne akcje krwawe podczas tego marszu. One są, tak jak powiedziałeś. Kolejni uczestnicy giną i tyle.
Ale to wszystko jest dość przewidywalne. Film polega de facto na przejściu z punktu A do punktu B. Rodzi się pytanie, czy to jest coś na nasze czasy? Czy to jest aż tak bardzo angażujące, zaskakujące? To jest kwestia osobistego rozważenia dla każdego widza. Natomiast wiele osób po prostu może uznać ten koncept, de facto bardzo stary, tę historię bardzo starą, bo z tego, co czytałem, King ją wymyślił już w latach 60. Mogą ci ludzie powiedzieć tak: "To jest jakiś rip-off, to jest wzorowane na Squid Game. Jakieś wyzwanie, chłopaki idą o nagrodę, idą. Nie chce mi się tego oglądać, to już było". I część widzów może tak uznać.
I powiem ci, że najgorsze jest w tym to, że ja bym się im wcale nie dziwił, bo czy ta opowieść ma do zaoferowania coś bombowego? No to nie. Czy ona przewraca zwoje w mózgu na drugą stronę? To też nie. Tak niestety nie jest. I tu jest potężny problem z tym filmem, bo on nie jest wcale zły, a skoro jest w obiegu kinowym, to tutaj akurat muszę odwołać, bo w obiegu kinowym czasami są polskie filmy, które nie powinny w ogóle powstać. Ale naprawdę nie jest zły jako wytwór, jako produkcja. To się da obejrzeć, ale on się chyba trochę stał ofiarą własnego marketingu, bo próbuje się zrobić z wielkiego marszu coś większego, niż jest on w rzeczywistości. Tak jak mówię, to jest nawet przyjemne dla oka. Tylko jest jeszcze jeden problem, o którym muszę powiedzieć.
Nie trzeba być jakimś tam Einsteinem i Dexterem, żeby wykminić, i to na samym początku, nie znając książki nawet, w którą stronę ta historia pójdzie. Ona się może potoczyć A: albo dobrze dla głównego bohatera, albo B: źle dla głównego bohatera. Możemy już na samym początku powiedzieć, że z szansą wynoszącą 99,5% on straci pewnie tych swoich najlepszych kolegów po drodze. Także my tylko czekamy na nieuniknione, tak naprawdę. Publiki nasyconej "Squid Game" czy jakimiś innymi podobnymi tworami to nie zszokuje. Ale to też nie będzie wina tej publiki, bo ta historia jest po prostu przewidywalna od początku do końca. Może gdyby to obudować w większą dystopię, gdyby ten świat przedstawiony bardziej zaznaczyć. On tam jest, prawda? Mark Hamill nie wystarczy. Może to byłoby troszeczkę bardziej porywające.
A tak to jest nijakie strasznie.
[01:45:59] - O dwóch rzeczach chciałem powiedzieć. Jedna jest mniej ważna. Otóż przed tym filmem nie przypuszczałem, chociaż może powinienem, bo kilka jednak przykładów dałoby się znaleźć, ale powiedzmy, że w chwili, kiedy zacząłem oglądać, to nie przypuszczałem, że da się zrobić stuminutowy film o tym, jak grupa ludzi idzie przed siebie, czekając, kto będzie ostatni. I że to będzie wciągające, że to, co oni mówią, to co oni robią, to jak toczy się to wszystko, że to jest w stanie człowieka zaangażować. Bo ja w pewnym momencie zaangażowałem się, nawet przewidując, że tych wariantów końca jest naprawdę niewiele, tak jak Piotr to powiedział. Ale mimo to angażowałem się w te czasami bardzo proste problemy, czasami bardzo proste sytuacje życiowe, które na przykład tych młodych ludzi zmusiły. Za chwilę o tym zmuszeniu. Zmusiły do takiego, a nie innego kroku. Tam jest wspomniane, że to jest rodzaj loterii, do której się można zapisać. Nie ma obowiązku, ale można, bo nagroda jest niebanalna i zwyciężyć może tylko jeden, ale i tak się wszyscy zapisują.
I tu to podobieństwo do "Squid Game" jest oczywiste. Z tym że to tak, nie wystarczy powiedzieć, że King to wymyślił wcześniej, bo rynek kinowy jest brutalny. Nieważne kto wymyślił wcześniej, ważny jest fakt, kto to wcześniej pokazał. To była taka wypowiedź w tej chwili na temat mniej ważnego aspektu. A teraz ten aspekt, który uważam za bardzo ważny. Otóż ten film, jak człowiek dobrze się w niego wgłębi, to on pokazuje jeszcze jedną bardzo, moim zdaniem, taką złowieszczą twarz współczesnego świata. Bo o ile "Squid Game" to jest przedsięwzięcie prywatne, korporacyjne, takie, że organizują sobie obrzydliwie bogaci ludzie zabawę kosztem maluczkich, dając im zarobić, ale w gruncie rzeczy dla nich to są pieniądze na waciki. Ale ci maluczcy się cieszą i zabawa trwa. To "Squid Game". A tu mamy do czynienia z państwem.
Fakt, że to państwo jest jakieś specyficzne, dyktatorskie, takie dystopijne, ale jednak państwo. I okazuje się, że kiedy filozof Hobbes pisał swoje traktaty, to on jednak coś dobrze wyczuwał, że państwo owszem, jest taką czapką, która zapewnia ludziom bezpieczeństwo, zapewnia ludziom pewną ochronę. Nie chcę rozwijać. Kto ciekawy tego, co pisał Hobbes, to sobie to zawsze może wyguglać, sprawdzić. Chodzi mi o to, że państwo zapewniając tę ochronę, może też wymagać i czasami wymaga rzeczy przedziwnych, żeby nie powiedzieć Okrutnych czy morderczych. Tak mamy w tym przypadku, bo w imię czego tych 50 chłopaków wędruje przez Stany, czekając, aż zostanie tylko jeden? Co to ma pokazać? Z jednej strony ma pokazać, jakie silne jest to państwo, jacy obywatele są silni, jacy ci młodzi ludzie są zaangażowani, poświęcają. Zresztą co jakiś czas pojawia się tam pewien oficer, który takie mowy do nich sadzi motywacyjne, byśmy powiedzieli. One są specyficznie motywacyjne.
I oto dostajemy obraz państwa takiego wszechmogącego. Ale dostajemy też pytanie, do czego jest w stanie zmusić — może nie wprost — ale nakłonić państwo swoich obywateli? Bo tak jak powiedziałem, w tej loterii nikt nie musi brać udziału, a jednak ludzie biorą. I powtarzam, jeśli chodzi o "Squid Game", gdzie to robią prywatne firmy, okej, nie mam złudzeń co do korporacji. Natomiast jeśli zaczyna to robić państwo, to się naprawdę robi niebezpieczne, bo przecież znowu do Hobbesa się odwołując, to państwo miało nam zapewnić bezpieczeństwo. W zamian za to bezpieczeństwo sprzedaliśmy część swojej wolności. No i wiecie państwo, ja to lubię mówić i powiem to po raz kolejny. Rozejrzyjcie się państwo, bo ja mam takie wrażenie, że oczywiście nie na tę skalę, co w filmie "Wielki marsz", ale tę wolność się nam zabiera i w to miejsce wstawia permanentny konflikt. I tylko od nas będzie zależało, czy my pogrążymy się w tym konflikcie, czy też zachowamy się jak spora część tych chłopaków, którzy wędrują w filmie "Wielki marsz". Oni jednak, pomimo tego, że wiedzą, jaki będzie mniej więcej koniec, od pewnego momentu przynajmniej większość z nich zachowuje pewną solidarność, zachowuje pewną ludzką twarz tak naprawdę.
I mówię, ja nie jestem pewien, czy tak by się zdarzyło w rzeczywistości. Być może jest to taka pozytywna — w tym całym niepozytywnym obrazie — wizja Kinga, że człowiek jednak nie da się zgnoić do końca, a ja tego wcale nie jestem pewien. I jak patrzę, jak się tę wolność nam po kawałeczku odcina i zabiera, i to jeszcze potrwa lata całe, dziesięciolecia być może. Nie tak, że już zaczęło się i że już nam ją zabiorą. Przypuszczam, że to będzie powolne odcinanie tej salami, powoli. W pewnym momencie może się okazać, że tego rodzaju rozrywki jak "Wielki marsz" staną się codziennością, bo igrzyska ludowi trzeba zapewnić.
[01:52:18] - Ja myślę, że jesteśmy coraz bliżej takich igrzysk, bo się pomysły wyczerpują w internecie i w telewizji. Ale wracając do filmu, to wydaje mi się, że to nie jest dobry film kinowy. To jest coś do obejrzenia i do przetrawienia, ale jak się ktoś napali i pójdzie i będzie oczekiwał wielkich emocji, to ich tam nie dostanie. To też nie jest jakieś arcydzieło sztuki filmowej pod tym względem, że żebyśmy mieli tam przedstawione coś, co nas wytrąci z moralnej równowagi na długi czas. Bo to już w większości było, co tam oglądamy w tym filmie. Śmieszne jest to, że ten film może być równocześnie słuchowiskiem albo podcastem, bo można sobie odpuścić tak naprawdę to, co się dzieje na ekranie. Bo oni idą, tam się nie za wiele dzieje. Można to potraktować trochę jak jakichś Matysiaków albo "W Jezioranach" i sobie robić coś innego. To jest duży plus. Ponoć nawet słyszałem, że twórcy filmów, które wędrują na platformy, optują za tym, żeby one właśnie miały taką formę, że można ten film przegadać.
Ktoś sobie po prostu robi coś w domu, ten film leci i ktoś nie ogląda go, ale go słucha, prawda? Może taki zamiar przyświecał też twórcom tego filmu, który dzisiaj omawiamy, czyli oglądać bez patrzenia. Tyle że przewidywalność tej historii odbiera wszelką radość. Chyba że ktoś umie, potrafi u siebie wyłączyć myślenie w czasie filmu. Postacie też są dość sztampowe i wszystkie pozytywne rzeczy, które tutaj powiemy, one zawsze będą przytłoczone przez ten brak zaskoczenia. My wiemy, że główny bohater w "Wielkim marszu" odegra główną rolę. My wiemy, że na końcu może mu się przydarzyć coś złego albo coś dobrego. Nos filmowy nam podpowiada właśnie, że to się skończy albo wielkim zwycięstwem, albo wielką klapą, albo wielkim zaskoczeniem. Pomimo wszystko można zaryzykować. To nie jest zły film.
W dodatku jest jednak, jakby nie było, dość krótki. Nie jest też bardzo rozciągnięty. Jest w miarę kompaktowy. To jest jego duża zaleta.
[01:54:40] - Tak. I myślę, że na koniec warto też powiedzieć o tym, że ja jednak pod koniec trochę się zaskoczyłem sam siebie, ponieważ wydawało mi się, że nie idzie po mojej myśli. Ja już widziałem, że to się różni od pierwowzoru książkowego. No to jak, co się dzieje? To się później wszystko wyjaśnia. Ten moment zaskoczenia na końcu jest. Więc trzeba tutaj pewien ukłon w stronę scenarzystów wykonać, że oni jednak wprowadzili element drobny, bo drobny i to ta niepewność, powiedzmy, jest bardzo chwilowa, ale jest. Ja byłem tak zaskoczony. Oczywiście państwu nie powiem, ale na samej końcówce jest taki moment, że mówię: "Jak? Ale jak to?
Przecież to kompletnie zburzy to, o czym Piotr mówił". Czyli wiadomo, co się stanie. Myślę, że chociażby dla tej końcówki też warto po ten film sięgnąć. Pięknie państwu dziękujemy i do następnego „Filmotekarium”. A teraz czas na obiecane polecanki książek z pogranicza. Dzisiaj mamy tematy kwantowe. W ogóle będzie bardzo kwantowo. Ale zanim zacznę o tych kwantach, to jeszcze krótkie przypomnienie. Księgarnia Galeria Nieznanego Świata funkcjonuje w sieci i wystarczy wpisać adres nieznany.pl i księgarnię państwo znajdziecie. Tam można zamawiać.
Wszystko proste, w miarę przejrzyste, dosyć intuicyjne, więc nie będzie z zamówieniem problemu. A ci wszyscy, którzy przejeżdżają przez Warszawę albo są mieszkańcami Warszawy mogą zajrzeć na ulicę Kredytową. To jest centrum miasta, więc nie będzie problemów z dotarciem. I tam możecie państwo organoleptycznie zagłębić się w świecie książek. Zaręczam, że to niezwykłe przeżycie. Nieraz sobie w tej księgarni pozwalałem odciąć się od świata i to na długie kwadranse. Proszę państwa, zaczynamy. Dzisiaj, tak jak powiedziałem, będzie kwantowo. Pierwszy tytuł: „Kwantowa energia myśli. Ukryta moc mózgu i emocji”.
Autor Ulrich Warnke, wydawca Studio Astropsychologii. Data wydania 25 lipca 2025 roku, a więc książka stosunkowo niedługo obecna na rynku. Ta książka otworzy przed tobą zupełnie nową perspektywę, łącząc parapsychologię, neuronaukę i odkrycia z zakresu kwantowości, by pokazać, jak potężne możliwości drzemią w twoim umyśle. Dowiesz się, czym jest energia kwantowa człowieka i jak działa kwantowy umysł, który wpływa na twoje zdrowie, decyzje i sposób postrzegania świata. Poznasz skuteczne narzędzia do programowania podświadomości, które wspierają zarówno rozwój duchowy, jak i rozwój osobisty. Zrozumiesz, jak wzmacniać swoją intuicję i korzystać z niej jako wewnętrznego kompasu w codziennym życiu. Poznasz praktyki duchowe oparte na uzdrawianiu kwantowym, które pomogą ci wejść w głębszy kontakt ze sobą i z otaczającą cię rzeczywistością. Przypomnę, to była polecanka dotycząca tytułu „Kwantowa energia myśli. Ukryta moc mózgu i emocji”. Autor Ulrich Warnke, wydawca Studio Astropsychologii.
Książka na rynku od 25 lipca tego roku. Drugi tytuł również napisany jest przez tego samego autora, Ulricha Warnke. Tytuł: „Filozofia kwantowa i świat pośredni. Mechanizmy i techniki, które pomogą ci kreować wymarzoną rzeczywistość”. Ta książka również była wydana przez Studio Astropsychologii, a na rynku jest od 8 sierpnia. W tej książce autor, opierając się na badaniach z zakresu neuronauki i kwantowości, pokazuje, że nasz umysł ma realny wpływ na kształtowanie codziennego życia. Dowiesz się, jak świadomie wykorzystywać programowanie podświadomości, by zmieniać schematy, przekonania i emocje, które cię ograniczają. Dzięki książce zyskasz praktyczne narzędzia do uzdrawiania kwantowego, które wspierają nie tylko ciało, ale i świadomość. To doskonała lektura dla każdego, kto chce pogłębić swój rozwój duchowy, a jednocześnie wzmacniać rozwój osobisty w zgodzie z nauką. Autor zachęca do korzystania z intuicji i wdrażania prostych praktyk duchowych, które otwierają umysł na nowe możliwości.
Ta książka to zaproszenie do życia w pełni, w harmonii z własnym wnętrzem i z energią wszechświata. Przypomnę: „Filozofia kwantowa i świat pośredni. Mechanizmy i techniki, które pomogą ci kreować wymarzoną rzeczywistość”. Autor Ulrich Warnke, wydawca Studio Astropsychologii, a książka na rynku od 8 sierpnia tego roku. I wreszcie trzeci tytuł. Oczywiście o kwantach. Tytuł: „Kwantowe zjawiska w twojej rzeczywistości. Odkrywanie nowych wymiarów”. Autorka Danuta Dudzik. Wydawcą ponownie jest Studio Astropsychologii, a książka na rynku od stycznia tego roku.
Książka ta oferuje wyjątkową możliwość zgłębiania tajników metafizyki. Pomaga odkryć, jak twoja podświadomość wpływa na twoje decyzje oraz sposób, w jaki postrzegasz rzeczywistość metafizyczną. Poznasz techniki rozwijania świadomości kwantowej, które pomogą ci lepiej zrozumieć otaczający świat. Autorka wprowadzi cię w świat medium, ukazując, jak przepowiadanie przyszłości może być pomocne w kształtowaniu twojej życiowej drogi. Odkryjesz, jak bilokacja i nadświadomość mogą wspierać twój rozwój duchowy, pozwalając na głębsze połączenie z wszechświatem. Nauczysz się, jak wykorzystywać swoją podświadomość Do kreowania lepszej przyszłości. Otwórz umysł na nowe wymiary rzeczywistości. Poznaj duchowe prawa, które zmienią twoje życie. To była polecanka tytułu „Kwantowe zjawiska w twojej rzeczywistości. Odkrywanie nowych wymiarów”.
Autorka Danuta Dudzik, wydawca Studio Astropsychologii, a książka na rynku od 17 stycznia 2025 roku. Proszę państwa, teraz czas na sentymentalnik. Przyznam się, że cieszę się, że ten sentymentalnik pojawi się na antenie, ponieważ żołnierzyki, bo dzisiaj będziemy z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem rozmawiać o żołnierzykach. Któż w młodości, mówię o chłopcach oczywiście, nie bawił się żołnierzykami? Pewno i tacy się znajdą, ale to nic straconego. Zawsze jeszcze można zacząć. Co więcej, szczególnie ja będę tam lansował pewną tezę, że nawet warto się tymi żołnierzykami w dzieciństwie pobawić, żeby później nie mieć złudzeń, czym jest armia, czym jest wojsko, żołnierze i cała ta machina, która jakoś tak niebezpiecznie ostatnimi czasy pobrzękuje szabelką. Więc ja, proszę państwa, pomimo że w dzieciństwie żołnierzykami bawiłem się namiętnie, to dzisiaj co do całego tego zielonego kompleksu nie mam najmniejszych złudzeń. Ale dosyć już tego mędrkowania. Zapraszam na sentymentalnik.
Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy sentymentalnik. Witam zatem serdecznie Artura Wójtowicza.
[02:03:38] - Witam serdecznie wszystkich.
[02:03:40] - I oczywiście Piotra Cielebiasia.
[02:03:42] - Też melduję się. To będzie dobrze brzmieć w temacie dzisiejszego odcinka.
[02:03:48] - Tak, bo dzisiaj będziemy rozmawiali o żołnierzykach, bo czasy PRL-u to były takie czasy, w których to bawiono się rozmaitymi rzeczami. Już mówiliśmy o kapslach. Właściwie zabawkę kreatywne dziecko mogło sobie zrobić ze wszystkiego. Ale był taki rodzaj zabawek, który szczególnie ekscytował chłopców. Nie wiem, co tak bardzo ekscytowało dziewczyny, jak te żołnierzyki chłopców. Natomiast o tych żołnierzykach to możemy państwu dzisiaj sporo opowiedzieć. Zaczynam się zastanawiać, czy w ramach jakichś parytetów nie powinniśmy doprosić do audycji jakiejś kobiety, żeby nam opowiedziała o pasjach dzieciństwa PRL-owskiego dla dziewczynek. Ale to sobie zostawmy na jakiś późniejszy czas, a dzisiaj żołnierzyki. To na początek takie mądre bardzo pytanie, żeby zagaić. Jaką rolę waszym zdaniem na tle innych zabawek, które były dostępne, odgrywały w tych dawnych czasach.
Trochę mam opory mówić dawnych czasach, bo to było przecież przed chwilą. Ale dobrze. W tych dawnych czasach PRL-owskich żołnierzyki waszym zdaniem to była rola bardzo ważna, wręcz poczesna, czy może raczej poślednia? Ja od razu się zdeklaruję, że dla mnie były bardzo ważne, ale o tym za chwilę. A u ciebie Arturze jak było?
[02:05:23] - Wydaje mi się, że żołnierzyki przez długi czas miały taką rolę poczesną, bo oczywiście obok lalek czy jakichś drewnianych klocków to jedna z częściej spotykanych zabawek. Dawały możliwość tworzenia takich własnych pól bitewnych, co też przede wszystkim kształtowało wyobraźnię, pozwalało odtwarzać, czasami może nawet i przeinaczać historię. A w czasach PRL-u były obecne niemal w każdym domu, choć ich wykonanie bywało bardzo różne, bo czasami były to starannie odlane figurki, przynajmniej te starsze jeszcze. Czy takie toporne odlewy były, czy czasami były też takie, ale do tego pewnie jeszcze później przejdziemy. Takie żołnierzyki można było kupić, które się malowało farbkami, żeby na różne kolory, czy też po prostu później, już w końcowych latach PRL-u to były całe komplety takich małych żołnierzyków, że można było sobie kupić jakiś komplet Tobruk albo coś tam i wtedy były żołnierzyki tak jakby z tego Tobruku. Czy żołnierzyki były takim królem dziecięcych zabawek, czy może jakimś takim skromnym dodatkiem do tego bogatszego świata zabawy? Ja powiem tak, że nie można powiedzieć, że to było królestwo albo to były najważniejsze zabawki, bo tak jak powiedziałeś, dziecięcy świat był bardzo zawsze różnorodny i obok żołnierzyków istniały przecież klocki, istniały jakieś samochodziki, jakieś kolejki, jakieś lalki, ale po prostu ich siła polegała na tym, że one dawały tą przestrzeń do kreowania własnych scenariuszy, bitew i strategii, bo w domu się człowiek bawił żołnierzykami, a na podwórku oczywiście ganiał z kolegami i bawił się też w żołnierzy czasami. Więc w wielu przypadkach nie były tylko dodatkiem, ale takim punktem centralnym zabawy. I jeżeli sobie jeszcze weźmiemy dla porównania te lalki, samochodziki czy klocki, to mi się wydaje, że żołnierzyki u chłopców miały dosyć wysoką pozycję i często dorównywały popularnością tym samochodzikom czy jakimś kolejkom. I wydaje mi się, że w ogóle tak naprawdę one były kultowe.
Żołnierzyki w ogóle były kultowe, tak samo jak kultowe były, kiedyś już mówiliśmy o gumie turbo czy o jakichś kapslach z piłkarzykami. Żołnierzyki to była taka zabawka, która przetrwała, wydaje mi się naprawdę pokolenia.
[02:07:42] - Piotrze, a u ciebie z żołnierzykami było jak? Bo ty już raczej w okresie przełomu, jeśli się bawiłeś, to wtedy żołnierzykami.
[02:07:51] - Tak, zaraz powiem, jak to było. Zgadzam się z tym, co Artur powiedział, że to była zabawka kultowa, ponadczasowa i zajmowała na pewno bardzo ważne miejsce. Pokuszę się o stwierdzenie, że jedno z czołowych u mnie. Jeżeli coś zdetronizowało żołnierzyki, to na pewno elektronika, możliwość toczenia tych bitew już na ekranie telewizora czy komputera. Kto nie miał Pegasusa i kto nie grał w Battle City? Tam już mogłeś sterować czołgiem, mogłeś strzelać. To już odstawiało żołnierzyki w kąt. Nie mówię o późniejszych grach, o Contrze na przykład. Contre akurat nie jest późniejsza, ale potem z biegiem czasu pojawiały się naprawdę rozbudowane shootery różnego rodzaju. Ja pamiętam żołnierzyki bardzo dobrze.
Nie tylko posiadałem i użytkowałem własną armię, ale też ponieważ miałem wujków, to dostałem od nich ich zbiory. Także miałem zarówno żołnierzyki nowsze, tą chińszczyznę plastikową. Takie miniaturowe zestawy nawet były swego czasu takich kilkudziesięciomilimetrowych żołnierzyków, takiej pomniejszonej wersji tych większych. Ale miałem też te wersje starsze z PRL-u, bardzo różne, bardzo rozbudowane. Jeżeli chodzi o główną rolę, to można było te żołnierzyki wykorzystywać nie tylko w scenariuszach zabawowych, bitewnych i to w zależności od uzbrojenia były to bitwy średniowieczne czy późniejsze. Akurat tak jakoś było, że ja miałem większość tych żołnierzyków współczesnych, drugowojennych. Natomiast można je też było wykorzystać do chociażby wojen z obcymi czy z jakimiś dinozaurami, bo to też było możliwe. Czasami się też zastanawiam, co by dzisiejsze posłanki Lewicy powiedziały o popularności niektórych zabawek czy rozrywek w tych moich i waszych czasach. Pewnie one nie powiedziały nic mądrego, ale ja pozostawię sprawę otwartą i pod dyskusję ją poddam. Czy tego rodzaju zabawki nas uczą, czy skrzywiają raczej?
Ja się żołnierzykami bawiłem i mi to wystarczyło na całą fascynację wojskiem i wojną, więc jakoś nie uważam, szczerze mówiąc, że to każdego wykrzywia. Ale ile wspomnień jest z tymi żołnierzykami? Zresztą ja mam nawet mieszane uczucia, by mówić o nich w czasie przeszłym, bo one są cały czas dostępne jako zabawka. Byłem w chińskim markecie i były bardzo podobne do tych, które ja pamiętam. Byłem na odpuście, też były ciągle takie same albo prawie takie same. Chociaż nie wiem na ile one są dzisiaj atrakcyjne dla najmłodszych.
[02:10:44] - Jeszcze ja. Ja zgodzę się z tobą Piotrze, że żołnierzyki mogły pełnić rolę wręcz terapeutyczną. Tak chyba było w moim przypadku, bo ja byłem w młodości, w latach 70., niepoprawnym militarystą. Za chwilę opiszę, na czym ten militaryzm polegał. Ja dokonywałem rzeczy strasznych na polach bitew, a nawet zbrodni wojennych, całkowicie świadomie, ale to mi wystarczyło. Ja chyba jednak te pozorowane akcje różnego rodzaju, okrutne i nieokrutne, z rozstrzeliwaniami włącznie, chyba mocno przeżywałem, bo kiedy już dorosłem do wieku, kiedy przestałem się żołnierzykami bawić, to chyba całą moc przemyśleń związanych z militaryzmem, z byciem żołnierzem, z tym jak to wszystko wygląda chyba miałem już za sobą. Chyba miałem za sobą wszystko to, do czego niektórzy nigdy w życiu nie dochodzą, że armia pewno jakąś praktyczną funkcję pełni, ale to nigdy nie jest coś, co jest czyste moralnie i co da się absolutnie powiedzieć: „O, to nasi chłopcy i bohaterowie". Troszeczkę inaczej wygląda. I ja się tego nauczyłem właśnie na tych polach niezliczonych bitew, które toczyłem w latach 70. Ja żołnierzy miałem całą masę.
Grubo ponad 500 łbów służyło w mojej armii. Różnych. Od takich żołnierzy, które były wykonane jeszcze pod koniec lat 50., to odziedziczone, lata 60. i 70. Rzecz charakterystyczna, im później, tym one gorzej wykonane były. Mówię o tych wykonywanych przez państwowe firmy, bo państwowe firmy wykonywały te żołnierzyki. To było jedno źródło. Były też inne. Pewno o nich jeszcze powiemy. Na razie się skupię na tych państwowych.
Jedną tylko rzecz do tego, co powiedział Piotr, że dzisiaj już w takich prawdziwych sklepach z zabawkami żołnierzy nie ma. Absolutnie nie ma. Rzeczywiście są dostępne na bazarach, są dostępne w innych miejscach, ale w sklepach z zabawkami nu, nu. Przecież my wychowujemy humanistycznych, nowoczesnych i bardzo fajnych ludzi, którzy jak słyszą o wojsku, to myślą, że to jest coś dobrego, bo nigdy nie wiedzieli, nigdy nie wypróbowali. To jest taka moja pseudopsychologiczna teoria, ale mnie się sprawdziła akurat. Bo naprawdę, wierzcie mi państwo, jak się ma ponad 500-osobową armię, rozstawia się ją na dywanie i strzela później do tych żołnierzy za pomocą dwururki strzelającej. Akurat na początek były patyczki, a później się patyczki zgubiły, wpadły pod kanapę i w różne inne miejsca. Później strzelałem już po prostu ołówkami. Żeby nie były za długie, to łamałem je na kilka części. Niechby to moja mama zobaczyła albo babcia, to nie wiem, co by się działo, ale łamałem je po cichu.
W związku z tym amunicji miałem sporo i tam wychodziły po prostu regularne rzezie. Jeszcze granatami rzucałem w tę armię, więc wyobraźcie sobie państwo, co się tam działo. Tam naprawdę jatki. Zupełnie im nie przeszkadzało pomieszanie żołnierzy Tych nowoczesnych z jakimiś średniowiecznymi czy z okresu wojen napoleońskich. Oni wszyscy szli w bohaterskim ataku na mnie. Jak podnieśli rękę na pana, to musieli cierpieć. To tak mniej więcej wyglądało. Jeszcze oczywiście pojawiały się tam takie figurki. One były modne w latach 70. Królów, poszczególnych królów.
Trochę według modły, którą zaproponował nasz malarz XIX-wieczny. Więc to były te twarze. I pamiętam, tam miałem Hermana. Już nie pamiętam, ale tych łbów miałem sporo. Była też taka seria rycerska, to wszystko było nieważne. Ważne, że była sztuka i walczyła ta sztuka na polu bitwy. Ja nawet miałem amerykańskich żołnierzy, a właściwie to były figurki, które przedstawiały tańce z różnych stron świata. Był zawsze pan i pani i tam było podpisane, z jakiego kraju jest ta figurka. I oni tańczyli jakiś określony taniec. To nic, wszyscy szli do wojska, byli ściągnięci i walczyli.
Miałem też amerykańskich, bo ciocia żyła sobie w Ameryce, to mi przysłała też strażaków. Strażacy też zostali zmilitaryzowani i dzielnie walczyli jako oddział chemiczny na polu bitwy. Ja wszystko militaryzowałem. I tak jak powiedziałem, tam się naprawdę odbywały krwawe jatki. A jeszcze jak wszedł w to sprzęt wojskowy, to wierzcie mi państwo, tam były krwawe jatki. Powiedziałem o tych rozstrzeliwaniach, bo co się robi z tchórzami na polu bitwy? Rozstrzeliwuje to ich rozstrzeliwałem. Jak sobie dzisiaj pomyślę, to chyba nie jestem dumny z siebie, ale to jest dla mnie tak, jak zacząłem tę wypowiedź. To jest dla mnie taka wskazówka, że może czasami warto coś przeżyć w pomniejszonej skali i w takiej wersji zabawowej, żeby później, już w dorosłym życiu w ogóle się do tego nie dotykać.
[02:16:14] - Coś w tym jest. Mnie jakoś też tematyka wojenna dzisiaj już nie ciągnie w ogóle. Nie lubię filmów wojennych, nie za bardzo mnie też to jara. Często o tym mówię zresztą. Nie to, żebym tym pogardzał, ale po prostu nie ten aspekt historii mnie interesuje. Ale panowie podkreśliliście tutaj, że w PRL-u żołnierzyki były bardzo różne, pochodziły z różnych źródeł. Gdzie można było je kupić? Co te wyroby charakteryzowało? Czy oni byli zawsze godnymi reprezentantami do wcielenia do armii, czy czasami dość brzydko pomalowanymi pokrakami? Bo nie oszukujmy się, bywało tak.
Ja pamiętam tą kolekcję po wujkach. Tam były jednostki mniejsze, większe, niektóre całkiem eleganckie, inne dość toporne. Zdarzały się na przykład żołnierzyki płaskie. Z ich opowieści wiem, że je kupowali w różnych sklepach, w prywatkach, również w kioskach, ale niektóre były dodatkiem do chociażby jakichś słodyczy. Pamiętam żołnierzy konno. Mówię o tych najstarszych figurkach. Pamiętam piechurów, pamiętam tych w pozycji leżącej, często takich słabo wykonanych. Bo te żołnierzyki czasami miały to do siebie, że puste przestrzenie tam, gdzie powinny być na przykład odległości między ręką i tułowiem, były po prostu zalane. I taki żołnierzyk był taki dość krępy wtedy. Natomiast ja nie pamiętam z tej swojej kolekcji metalowych okazów, wszystkie były raczej z tworzywa.
Jeżeli chodzi o malowanie, to też było bardzo różnie. Ale o tym sobie jeszcze za chwilę myślę powiemy, bo niektóre żołnierzyki były produkowane przez zakłady pracy chronionej i one miały często pod spodem oznaczenia, ale były też takie figurki, nie wiem, czy wszystkie. Większość była z poliamidu ponoć i nawet zdarzało się, że produkowały te zakłady pracy chronionej figurki na inne rynki. Ponoć doszedłem do takich informacji, że na przykład część żołnierzyków trafiła do Bułgarii, polskich żołnierzyków. To znaczy był jakiś taki set, taki zestaw był, który był trochę bardziej orientalny i on tam poszedł na ten rynek bułgarski. Ale były też takie figurki, które odlewali prywaciarze. I to też było różnie. Ja również Marku zauważam, że im te figurki starsze, tym ładniejsze. A potem to już było różnie. Ale wracam do pytania.
Arturze, jak to było z zakupem żołnierzyka w PRL-u? Skąd one pochodziły? Które były najbardziej cenione?
[02:18:51] - Żołnierzyki w czasach PRL-u można było znaleźć praktycznie niemal wszędzie, począwszy od kiosków ruchu, poprzez jakieś sklepy papiernicze czy sklepy z zabawkami, aż po przede wszystkim jakieś odpustowe stragany. W ogóle żołnierzyki były też w Pewexie, gdzie można było kupić takie lepsze, bo to były takie importowane zestawy, chociaż dla większości z nas to one pozostawały niedostępne, bo trzeba było mieć albo dolary, albo bony, za które można było kupić. Zdarzało się, że figurki w ogóle też sprzedawano luzem w woreczkach foliowych, bo były takie sety, co mówiłem, a czasami w jakichś eleganckich, lepszych pudełeczkach. Te żołnierzyki w ogóle były bardzo różnorodne, bo najczęściej one były, tak jak wspomniałeś, odlewane z plastiku w twardym, kruchym albo w miękkim, jakimś giętkim wydaniu. Niektóre były całkiem staranne, z takimi dokładnymi detalami umundurowania, z bronią czy nawet twarzami. Inne były takie już bardziej toporne, o takich bardziej uproszczonych sylwetkach, bardzo często nawet bez proporcji. W ogóle to, co wspominałem, na przykład ja miałem też takie żołnierzyki białe całe do samodzielnego malowania. Jeżeli ktoś miał jakieś takie zacięcie modelarskie, to to była naprawdę prawdziwa frajda. Czy zawsze byli to, powiedziałbym, tacy reprezentanci godni do wcielenia do armii? Czy czasami były to jakieś takie brzydko pomalowane pokraki?
To bywało, szczerze mówiąc różnie, bo najtańsze serie, szczególnie te, które były sprzedawane na odpustach To często wyglądały jak pokraki, bo to był żołnierz, który w ogóle twarzy nie miał, gdzieś tam krzywo odlany z karabinem, który przypominał kij. Oczywiście malowanie tych żołnierzyków było bardzo umowne, bo zielona plama na głowie to hełm, brąz gdzieś tam na całej reszcie. Ale na przykład wam powiem, że były bardzo solidne figurki produkcji NRD-owskiej czy ZSRR, czy nawet też z Czechosłowacji swego czasu, które naprawdę robiły wrażenie. Można było je bardzo dumnie włączać do swojej armii, no nie?
[02:20:54] - Marku, gdzie ty nabywałeś żołnierzyki? Kiedyś taka historia gdzieś się nam pojawiła w rozmowie i była bardzo ciekawa.
[02:21:04] - Ja gdzie popadło. Tak jak powiedziałem, byłem okrutnym militarystą. Wszystkie swoje pieniądze, którymi dysponowałem z jakiś tygodniówek czy z innych okazji, przepuszczałem na kolejne łby do armii. I różnie to było. Rzeczywiście kupowałem tych lepszych wojaków w kioskach albo w sklepach z zabawkami. Były całkiem nieźle wykonane. Tam nawet był wybór. Można sobie było kupić na przykład przedstawiciela formacji Czerwone Berety albo też z niebieskim beretem. Taki sam, tylko beret miał inny. Można też było kupić na przykład marynarzy w różnych wydaniach.
Oni też robili u mnie zapiechurów, bo liczyło się, żeby było do kogo strzelić. Ale to były zakupy. Te figurki trochę kosztowały. Natomiast ja szedłem trochę w ilość, bo powiększałem armię i to znacząco, więc wyszukałem takiego, to się wtedy mówiło prywaciarza. Taki sklep na jednej z głównych ulic w Bydgoszczy, na ulicy Dworcowej. I to był taki znany prywaciarz. On różne duperele sprzedawał, ale tu akurat słowo duperele nie ma takiego do końca pejoratywnego wydźwięku, ponieważ też pół Bydgoszczy się u niego zaopatrywało. Na przykład wózki dla dzieci. Też je produkował, ale produkował również żołnierzyki. I tam zawsze był dylemat, co sobie u niego kupić.
Żołnierzyk kosztował, o ile dobrze pamiętam, 1,50 zł. Moja tygodniówka wynosiła 10 zł. Musiałem sobie jeszcze jakoś zorganizować 50 groszy, bo jak państwo sobie to podzielicie, pomnożycie, to żeby była pełna kwota wydana i żebym miał tych żołnierzyków bodajże siedmiu, to musiałem te 50 złotych groszy zorganizować. I tak przychodziłem i pan wyciągał takie wielkie pudło. To były żołnierzyki odlane z kolorowego plastiku, z takiej mieszanki. Przypuszczam, że to były początki recyklingu, więc te mieszanki plastikowe miały różne kolory. Na ogół były barwne, tylko one raz były barwne, bardziej były zielono-żółte, czasami były różowo-białe. Kolory dzikie, najdziksze, a wzory tych żołnierzyków były elegancko ukradzione czy po prostu skopiowane z tych państwowych. Kiedyś się to w formę jakąś wrzuciło, odlało i później służyło przez długie lata. I wybierałem sobie tych siedem sztuk żołnierzy różnych, jakie mi w danym dniu przyszły do głowy formacje, to takie sobie wybierałem.
Płaciłem te 10,50 i szczęśliwy biegłem do babci. Bo właśnie tego nie powiedziałem. Główne te bitwy mordercze, masakry odbywały się na dywanie w dużym pokoju u moich dziadków. Ja zawsze na weekend gnałem do dziadków. I tam te rzezie się odbywały. Rzezie się odbywały w sobotę i później dodatkowa rzeź odbywała się jeszcze w niedzielę przed południem. Cóż, muszę jeszcze jedną rzecz powiedzieć, bo z tym prywaciarzem to było tak. Powiedziałem o dylemacie, bo można było nabyć żołnierzyka za 1,50 zł, ale on też miał takich żołnierzy z wyposażeniem różnym. Wtedy fascynowały mnie u tego prywaciarza figurki w tej samej wielkości co ci zwykli żołnierze legionistów rzymskich. One też były dwojakiego rodzaju.
Jedne były odlane z takiego prostego, już jednobarwnego plastiku, ale też o takim dziwnym kolorze, na przykład niebieskim. Trochę dziwnie wyglądał ten legionista, ale co było cenne, że on miał łapę, a w tej łapie była dziurka i tam można było zmieniać sprzęt. A to można dać było temu legioniście jakiś mieczyk, a to można było dać jakąś maczugę, pałę czy jakiś inny sprzęt morderczy. To było, jak to się wtedy mówiło super, zajefajne. Czasami się kusiłem. Tylko że ta figurka już kosztowała sporo, bo ona była jeszcze opakowana w taki plastik. Tam ten cały sprzęt, te wszystkie bojowe sprzęty były na takim specjalnym panelu umieszczone. Później to się szybko gubiło. Ale był jeszcze ten legionista w wykonaniu srebrzystym, to znaczy on cały był pokryty jakimś takim tworzywem albo jakąś taką farbką, która była srebrna. I zupełnie nie przeszkadzało mi, że jego gęba też była srebrna, bo on cały był srebrny.
Ale co było ważne, on miał jeszcze odpinaną podstawkę. To też było ważne, bo czasami ten legionista musiał przebywać nie tak, że stać na dywanie, tylko w jakimś innym miejscu. To wtedy lepiej, jak był bez podstawki. Zresztą wariantów było dużo i w ten sposób zaopatrywałem się w swoje wojsko, ale od pewnego momentu przestałem. Jak już miałem tę ilość zapewnioną, to zacząłem Proszę, jaki człowiek się kreatywny robi wtedy. Zacząłem kompletować oddziały specjalne. Ja już miałem tej armii tyle, że postanowiłem gromadzić najlepszych zabijaków, oddziały specjalne. I miałem taki oddział specjalny. Co więcej, przeszedłem już od fazy walnych bitew i rzezi do wykonywania operacji specjalnych, gdzie nadlatywały śmigłowce, odbywały się desanty i tak dalej. Mógłbym jeszcze długo to opisywać, bo kreatywność dzieciaka bywa naprawdę wielka, a moja była szczególnie mnożona przez różne filmy, przez różne historie czytane.
I tak mnożyłem te operacje specjalne. Doszedłem do tego, że później każdą taką specjalną operację opisywałem, tworzyłem akta tej jednostki specjalnej. Więc wariactwo posuwało się regularnie do przodu. Ale kto wie, może to wtedy łyknąłem tego bakcyla do pisania.
[02:27:30] - A ten legionista, że tak zapytam z ciekawości, to on duży był?
[02:27:35] - W normalnym formacie takiego żołnierzyka, jak ci żołnierze współcześni. Nie był większy, ale za to był egzotyczny.
[02:27:44] - No widzisz, bo oprócz tych typowych żołnierzyków były takie figurki, nazwijmy je dzisiaj kolekcjonerskimi. I one akurat przyjmowały postać tych królów albo była taka złota seria.
[02:28:00] - To ja ci przerwę. Tu muszę o tych królach. To byli bardzo źli żołnierze, bo to był bardzo wredny plastik, który jak się rzucało granatem w to wojsko, to inne wojsko wytrzymywało, a im się, Holender, te podstawki odłamywały. Problem polegał na tym, że w PRL-u nie było dobrego, uniwersalnego kleju. Dzisiaj wiadomo: kropelka, jakiś inny super glue i wszystko załatwione. Wtedy był śmierdzący, już nie powiem co, bo YouTube zaszaleje, klej, który się nazywał Hermol. Śmierdział nieprawdopodobnie, a i tak niczego nie kleił, bo sklejony żołnierz, przyklejony król do podstawki odpadał. Nawet jak się go nie ruszało, to i tak się odspawywał od tej podstawki. Więc straty wśród królów miałem duże, bo czasami jakiś granat trafił, a jemu podstawka odpadła.
[02:28:54] - Tak, ja w tej swojej kolekcji mam też ślady łączenia rozczłonkowanych żołnierzy. I ponieważ klej, jak mówisz, nie dawał rady, to często topiło się plastik, żeby zespolić obie części. Ale to również był raczej głupi pomysł. Mocno deformował te figurki. Ale wracam do pytania. Były te figurki kolekcjonerskie, królowie, legioniści, byli rycerze, wiadomo, byli kowboje i Indianery. Ale Arturze, kto jeszcze był? Jakie jeszcze figurki pamiętasz? Takie w stylu ala militarnym, które jednocześnie i były żołnierzykami, i nie były.
[02:29:33] - Wiadomo, rycerze często w zbrojach z jakimiś mieczami, tarczami. One były o tyle ciekawe, że niektóre z nich były w ciekawych pozach, w pozach do ataku, do szarży. W zestawach pojawiały się również konie. Oczywiście absolutnym klasykiem, szczególnie takim importowanym z NRD albo z Czechosłowacji, to byli kowboje i Indianie. Oczywiście kowboje z rewolwerami, Indianie z łukami, jakimiś tomahawkami, czasami na koniach. Wtedy można było sobie robić takie bitwy prerii. Mniej popularni, ale też obecni byli piraci, bo pamiętam, z jakimiś szablami, hakami, w różnych charakterystycznych kapeluszach. Ze starożytności ci wojownicy czy gladiatorzy też się pojawiali, ale pojawiały się też postacie bajkowe i filmowe, bo w końcówce PRL-u zaczęły pojawiać się takie proste figurki, które były inspirowane popularnymi wątkami popkultury, czasem nawet bez oficjalnych licencji. Na przykład pojawiali się też kosmonauci, którzy przypominali bohaterów science fiction. Pojawiały się figurki różnych zwierząt, które często towarzyszyły ludzkim figurkom.
W ZSRR w ogóle też spotykało się, czasami u nas też, takie figurki nie tyle z jakiejś regularnej armii, co z czasów rewolucji czy załóżmy z II wojny światowej z jakimiś pepeszami w różnych charakterystycznych płaszczach. Ciekawą sprawą jest to, że w latach 60. i 70. to był taki wielki boom ogólnie na kosmos, więc ten boom sprawił, że pojawiały się też całe zestawy ludzi w różnych skafandrach z antenkami, czy z jakąś nawet futurystyczną bronią.
[02:31:16] - My sobie kiedyś zrobimy jeszcze jeden odcinek o tych figurkach, bo myśmy z Markiem kiedyś już o czymś takim mówili. Natomiast tutaj Artur będzie miał chyba więcej do powiedzenia, bo żołnierzyki a figurki to są dwie różne kwestie. I ta sprawa tych nielicencjonowanych He-Manów czy brzydkich Miki wymaga jeszcze dokładniejszego ujęcia. Ja osobiście pamiętam te postaci z westernów, które były. Ponoć były też figurki inspirowane trylogią, że był tam jakiś Zagłoba, taki żołnierzykowaty nawet. Ponoć były figurki kosmonautów. To sobie można w internecie obejrzeć. Były figurki, które się z pancernymi kojarzą, ale była też ta seria złotych figurek. One imitowały te wyroby z metalu. Ale potem weszła chińszczyzna, figurki może trochę ładniejsze, w większości niemalowane, ale tanie, wymyślne, w wielu konfiguracjach dostępne.
One są do dzisiaj. A Marku, kogo ty jeszcze pamiętasz oprócz tej całej gromady, którą wymieniłeś?
[02:32:22] - Czołgistów pamiętam. To na bazie „Czterech pancernych i psa". Pamiętam czołgistów w hełmofonach Był jakiś mechanik, bo był w czarnej kurtce, to wiadomo, że mechanik, więc byli i czołgiści. Co więcej, miałem czołg, pewno o nim za chwilę powiemy, do którego ich wsadzałem, bo czołg musi mieć załogę i tak dalej. Pamiętam również kowbojów i to znowu był niezawodny ten prywaciarz. To od niego nabyłem takiego, pamiętam, całego czerwonego kowboja na białym koniu w strzeleckiej pozie. To był przez długi czas bohater, nawet przestępczy bohater, bo akurat z nim — też go używałem w walnych bitwach, ale przy okazji był też przestępcą, z którym sympatyzowałem. Nazywał się bardzo oryginalnie, bo Sia Hone i to był mój człowiek, który walczył z systemem, ale źle skończył, bo go w końcu złapali. Sam go złapałem i miał bardzo uczciwy proces, ale musiał się skończyć w jeden sposób, więc w kierunku takich opowieści szedłem. Indian miałem sporo na koniach, na czarnych koniach.
Indianie byli jednobarwni, bo byli od tego samego prywaciarza i tak dalej. Konnego wojska było sporo u mnie, ale z różnych epok oczywiście, bo byli ci rycerze. Wiem, że miałem grupę złotych rycerzy na dużych podstawkach. Oni byli różni, przynajmniej pamiętam ze trzy, cztery wzory. Byli też husarze i oni byli w różnych wydaniach. Jeden bardziej dowódczy, z buzdyganem. Później byli ci zwykli. Mieli oczywiście długie lance. Te długie lance były niewygodne na tym polu bitwy moim, na którym się wszystko kitłasiło. Te lance się nie sprawdzały.
Szybko się skracały, bo mało wytrzymałe były na różnego rodzaju wybuchy i tym podobne cierpienia, których dostarczałem tym żołnierzom. Tak jak powiedziałem, to amerykańskie wojsko chemiczne. Tak się teraz zastanawiam, czy ci biali tancerze, o których wspomniałem, którzy przyjechali z Ameryki, to przypadkowo nie były takie figurki do pomalowania, bo to miałoby sens. Jeśliby je pomalować, to te kolorowe stroje, bo tam były i z Hiszpanii, i z Francji, właściwie z Chin nawet były. Więc pewno to w pierwotnej wersji amerykańskiej były figurki, bo one były całkiem białe, były figurki do pomalowania, ale do Polski dotarły już tylko w pudełku, bez farbek, bez wzorów. Poszły do wojska, poszły na pole bitwy po prostu.
[02:35:18] - Wspomniałeś o tym czołgu. Jak to było, panowie, z tymi innymi elementami sprzętu? Bo walka się toczy, ale musi się też toczyć przy udziale jakichś maszyn. Czy były modele czołgów, samolotów, dział albo armat? Bo ja pamiętam już te chińskie zestawy współczesne. Tam było dużo tego. Nawet były takie sztuki, nie wiem, jak to nazwać, takie machiny, którymi można było strzelać. Taki mechanizm sprężynkowy był i armata strzelała na przykład. Ja też pamiętam radzieckie zabawki wojenne, głównie modele czołgów i wozów pancernych. To chyba była bardzo uniwersalna zabawka.
One były robione z bardzo grubego i ciężkiego metalu. Chyba mogły same służyć za broń. Takie były ciężkie. Ja to nawet gdzieś mam do dzisiaj. I to były jedne. One były takie nieduże. Natomiast były też, pamiętam, to też miałem, kilka takich modeli. To były raczej modele, to nie były zabawki, ale oczywiście były wykorzystywane na polu bitwy czołgów i dział. One były radzieckie, były bardzo ładnie wykonane. To były bardzo ładne egzemplarze.
Natomiast z racji tego, że na polu bitwy się szybko rzeczy zużywają, to te moje też się zużyły. Połamały się lufy, zostały tylko same kadłuby. Zresztą do dzisiaj to mam gdzieś tam w tej wersji bardzo zniszczonej, ale były to po prostu ładne modele. Ja bym się tego nawet dzisiaj nie wstydził w oryginalnej wersji postawić gdzieś, dlatego że to dobrze wyglądało. Arturze, co tam jeszcze było oprócz tych koni i ewentualnych czołgów?
[02:37:07] - Czołgi czy pojazdy pancerne to jak najbardziej. Tu wspomniałeś o tych maszynach oblężniczych. Ja miałem taką małą katapultę swojego czasu. Natomiast oczywiście te wszystkie czołgi i pojazdy pancerne najczęściej to były plastikowe modele, czasami w wersji uproszczonej, innym razem były składane przez dzieci. W ogóle była taka firma, która się nazywała ZTS Plastik. To też jest ciekawe. Były też różne pojazdy gumowe czy plastikowe. Często, szczerze mówiąc, te pojazdy były mało realistyczne, ale to wystarczało, żeby ta armia ruszała do boju. Jeśli chodzi o działa, armaty, to najczęściej one były sprzedawane osobno. Być może czasami w tych wersjach miniaturkowych w zestawach tak też bywało, one tam były.
Zwykle miały jakiś prosty mechanizm sprężynkowy, który mógł wystrzelić jakąś zapałkę albo jakiś groszek, czy jakąś małą kulkę. Ale to dawało przynajmniej mi naprawdę niesamowitą frajdę i poczucie, że ta walka naprawdę trwa. Co więcej, oczywiście jeśli chodzi o kwestie samolotów, to bardziej były to modele, ale nie do takich małych żołnierzyków, ile bardziej takie modele do sklejania. Tam były Migi czy Su, bo to było najpopularniejsze. Czasami nawet były jakieś samoloty typu odrzutowce. Ja w ogóle do czegoś takiego chodziłem w Kłodzku na ulicę Grodzką. Tam była składnica harcerska. Tam były dwa sklepy, które były uwielbiane przeze mnie, bo jednym to była antykwariat, do którego chodziłem i nawet nie kupowałem, ale grzebałem w tych różnych książkach.
[02:38:36] - Na drugim to była składnica harcerska, gdzie można było też wszystko kupić. To były chyba najlepsze sklepy mojego dzieciństwa. Oprócz różnych pojazdów, wydaje mi się, że największą rolę odgrywała improwizacja, bo bardzo często samemu dorabiano sprzęt i taka armata mogła powstać z klocków. Czołg mógł powstać z pudełka po paście do butów. Do tego jeszcze się robiło jakieś umocnienia z kartonu czy patyków, więc kreatywność w tych pojazdach też była. Potem można było w to wpakować żołnierzyków i oni mogli się przemieszczać.
[02:39:13] - Darku, jak to było u ciebie?
[02:39:15] - Oczywiście, że armia musi być wyposażona w różnego rodzaju aparaty, które służą zmasowanemu mordowi. U mnie zaczęło się od sprzętu, który nie działał. Po kimś odziedziczyłem prawdopodobnie samochód w szarym kolorze z wyrzutnią rakietową. On był na podwoziu tatry. Ta szoferka przypominała czeskie samochody Tatra, ciężarowe. Z tyłu była wyrzutnia rakietowa. Nakładało się rakiety i strzelała. Tylko właśnie nie strzelała, bo sprężyna była zepsuta. Miałem to, ale nie służyło to celom praktycznym. I jakżeż się ucieszyłem, kiedy pewnego dnia dostałem na identycznym podwoziu, tylko już nie szarym, a czerwonym straż pożarną z bardzo długą drabiną.
Ta drabina natchnęła mnie, żeby olać, mówiąc brzydko, że to straż pożarna i natychmiast zorganizowałem z tej drabiny, która była podnoszona i wyciągana, wyrzutnię. To się stało wyrzutnią. Za rakiety robiły pojemniki po dezodorantach. Niestety napęd musiał być ręczny, ale po tych saneczkach z drabiny bardzo dobrze te rakiety latały. To był drugi model maszyny militarnej. Później przeszedłem na profesjonalną obsługę, czyli dostałem pewnego dnia czołg produkcji NRD-owskiej. Dzisiaj to by mnie chyba nic bardziej nie rozśmieszyło, że pobierałem czołgi z Niemiec. Ale trudno. Dostałem ten czołg. On był wykonany z metalu.
Dzisiaj takie zabawki pewno by nie trafiły do dzieciaka, bo tym czołgiem można było zaciukać kolegę, jak się dobrze przywaliło mu w głowę. Był ciężki, bo jeszcze był obciążony. Później, jak rozebrałem ten czołg, w końcu w wielu bitwach brał udział i się go dało rozebrać, to był dociążony jakimś gipsem czy cementem, żeby był odpowiednio ciężki. W toku różnych bitew ten metalowy model stracił całą górę. Wieżę, to oczywiste, ale pokrycie również pancerza. Robił za transporter opancerzony, bo był już otwarty, mogli nim żołnierze jeździć. To była kolejna machina. Później przerzuciłem się na pełen profesjonalizm, bo najpierw wprowadziłem do armii T-34. Tego T-34 jeszcze sklejał mój wujek. On był odpicowany co do jednej klamry, co do jednej antenki.
Wszystko w nim było. Jemu się dało zdjąć wieżę i tam wtedy pakowałem swoich czołgistów. Jak trochę posłużył, to mu się różne rzeczy obłamały, chociaż był zadziwiająco wytrzymały i służył właściwie do końca prowadzenia przeze mnie bitew. Takim ostatnim czołgowym modelem był T-72. To już była maszyna klejona przeze mnie i też oklejona, doklejona do ostatniej klamry na czołgu, do ostatniego zbiorniczka. Wszystko było w tym. Później przeszedł do służby. Też mu się trochę odłamało, ale zadziwiająco mało. Dobrze go skleiłem. To jeszcze nie wszystko.
Miałem też na wyposażeniu dwie armaty. Jedna taka typowa jak z czasów II wojny światowej, przehandlowana od kolegi. Już nie pamiętam za co, ale wiem, że kolega się opierał, więc musiałem mocno przepłacić. To była armata metalowa, znowu zabawka metalowa. Te czołgi były w rozmiarach odpowiadających mniej więcej żołnierzowi. Armata również pasowała do tych żołnierzyków rozmiarem. Nie była ani większa, ani mniejsza. Też miała taki mechanizm, za pomocą którego można było strzelać. Taka typowa armata z II wojny światowej. Miałem też armatę z XVI, XVII wieku, tu już nie rozróżnię, z obsługą.
Tam było bodajże pięciu żołnierzy. Jeden miał wycior, drugi niósł kulę. Coś tam jeszcze, był nawet dowódca, więc cały zestaw. Bardzo pięknie prezentował się na polu bitwy, przynajmniej na początku, dopóki nie spadły pierwsze pociski i pierwsze strzały się nie pojawiały. Miałem stosunkowo mało lotnictwa, bo owszem, miałem klejone modele różnego rodzaju, ale te modele, w przeciwieństwie do czołgów, były dosyć delikatne, a model wiadomo, czasami się musiał rozbijać, czyli spadać. Słabo znosiły te modele klejone tego rodzaju zabiegi. Bardzo polowałem. Miałem dwóch kolegów, którzy mieli samoloty z czeskimi oznaczeniami. Jeden z nich to był odrzutowiec, który miał otwieraną kabinę i można było tam wsadzać i wyciągać pilota. Nie dał się przekupić, nie dało się przehandlować.
Drugi kolega miał bardzo podobny samolot, też z czeskimi oznaczeniami. Nawet podobnie wyglądał, ale model był zupełnie inny. I tam był jeszcze lepszy bajer, bo kiedy uderzyło się tą przednią częścią na przykład w ścianę, we framugę czy cokolwiek, to ten ludek z kabiny się katapultował. Bo otwierała się kabina i go wystrzeliwało. Ale tego kolegi też nie udało mi się przykupić, więc powtarzam: z lotnictwem nie było u mnie najlepiej. Natomiast kitłaszczenie się na dywanie za pomocą machin bojowych oraz sprzętów wszelkiego rodzaju odbywało się w najlepszej to przez wiele lat. Proszę państwa, to była dzisiaj opowieść, która nie we wszystkich musiała wzbudzić entuzjazm, bo to, co opisywaliśmy dzisiaj w bardzo delikatnym świecie, który ponoć stoi na krawędzi „w”, ale w tym dzisiejszym świecie jakiś taki delikatny lud jest, którego dzieci nie mogą przeżywać takich traumatycznych, nie mogą mieć przeżyć, nie mogą się bawić tak okrutnie. Ja jestem psychologiem amatorem i tak naprawdę to nie lubię sam siebie, kiedy psychologizuję, i u innych amatorów też tego nie lubię za bardzo, ale muszę przyznać, że to mi się jednak składa w pewną opowieść. To, co się przeżyje w dzieciństwie, to naprawdę zostaje w człowieku, bo młody człowiek ma to do siebie, że owszem, odróżnia fikcję od prawdy, ale jego mózg na pewnym poziomie nie do końca to rozróżnia. Na poziomie świadomym jest wszystko okej.
Wszystko wiemy, że to zabawa przecież, ale mózg widzi to troszeczkę inaczej. Tu już byście państwo musieli porozmawiać jednak z psychologami. Ja tu nie mam żadnego autorytetu, ale wiem o tym, że mózg dzieciaka patrzy na to troszeczkę inaczej, troszeczkę inaczej to przeżywa. I ja cały czas podtrzymuję z dzisiejszej naszej rozmowy nas wszystkich, że to, co przeżyliśmy wtedy za młodu, masakrując te swoje armie, to dało rezultat w postaci tego, że dzisiaj chyba się niespecjalnie pomylę, jeśli powiem, że do armii mamy dystans. Nie mówię żadnych ocen w tej chwili, ale dystans mamy, bo wiemy, z czym to się może nie tylko kojarzyć, ale z czym to się po prostu może wiązać. Więc nie potępiałbym w czambuł tych zabaw żołnierzykami, że to jakieś takie barbarzyńskie. Może? Może. Ale liczy się chyba tak naprawdę rezultat. No i proszę państwa, dzisiaj jeszcze troszeczkę klasyki amerykańskiej science fiction, opowiadań ze złotego wieku tejże literatury.
Te opowiadania ukazały się w ABW, czyli w audycji Antologia Bibliotekarium Warsztaty w roku 2021, a konkretnie 4 czerwca. To było wydanie 95. audycji. Przed państwem trzy opowiadania. Pierwsze z nich, „Ręce precz!” napisał absolutny klasyk science fiction amerykańskiej Frederick Brown. Drugie opowiadanie, „Zamaskowana planeta” jest autorstwa Jacka Williamsona. Na koniec opowiadanie zatytułowane „Następnym razem zginiemy” Roberta Mull Williamsa. Bardzo serdecznie zapraszam.
[02:48:20] - Frederick Brown, „Ręce precz!” Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. W sytuacji, gdy na Ziemi nie zostało już ani trochę miejsca, mając wiszącego nad głowami pozbawionego istot żywych Marsa, ktoś wpadł na pomysł uruchomienia kolonii na Czerwonej Planecie. Oznaczało to konieczność zmiany przyzwyczajeń i fizycznej budowy imigrantów, ale działało całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, uwzględniono wszystkie możliwe fakty poza jedną skazą na ludzkiej naturze. Sekretem, który stał za tym wszystkim, była adaptyna. Początkowo nazwano ją adaptyną, potem zostało to skrócone do adaptyny. Pozwalała ona nam na adaptację. Wyjaśnili nam to wszystko, kiedy mieliśmy 10 lat. Jak myślę, wcześniej wydawało im się, że jesteśmy za młodzi, żeby to zrozumieć, chociaż sporo już wtedy o tych sprawach wiedzieliśmy. Powiedzieli nam tuż po tym, kiedy wylądowaliśmy na Marsie.
„Jesteście w domu, dzieci” powiedział nam główny nauczyciel, kiedy weszliśmy do glesytowej kopuły, którą tam dla nas zbudowali. Poinformował nas również, że wieczorem odbędzie się specjalny wykład, bardzo ważny, na którym musimy wszyscy być obecni. Tego wieczora opowiedział nam całą historię. Wszystkie dlaczego i z jakiego powodu. Stał tuż przed nami. Oczywiście musiał mieć na sobie ogrzewany skafander kosmiczny wraz z hełmem, ponieważ temperatura pod kopułą, która dla nas była całkiem przyjemna, dla niego była lodowato zimna, zaś powietrze było zbyt rzadkie, aby mógł nim oddychać. Głos nauczyciela dobiegał do nas przez radio z wnętrza hełmu. „Dzieci” powtórzył. „Jesteście w domu. To jest Mars, planeta, na której spędzicie resztę waszego życia.
Jesteście Marsjanami, pierwszymi Marsjanami. Żyliście przez pięć lat na Ziemi, a następnie kolejne pięć w kosmosie. Teraz spędzicie dziesięć w tej kopule do czasu, kiedy nie dorośniecie. Chociaż pod koniec tego okresu będzie wam wolno przebywać przez coraz dłuższy czas na zewnątrz. Potem zrobicie kolejny krok. Zbudujecie sobie domy i będziecie żyć jako Marsjanie. Pożenicie się między sobą i wasze dzieci odziedziczą wasze zdolności. One również będą Marsjanami. Nadszedł czas, aby zapoznać was z historią wielkiego eksperymentu, którego każda z was jest uczestnikiem. Potem opowiedział nam o wszystkim.
Ludzie, jak powiedział, wylądowali na Marsie w 1985 roku. Nie było na nim żadnych stworzeń inteligentnych. Istnieje na nim bujne życie roślinne i kilka rodzajów bezskrzydłych owadów i stwierdzili, że zgodnie z ziemskimi standardami nie nadaje się on do zamieszkania. Ludzie mogli przetrwać na Marsie jedynie żyjąc pod glasytowymi kopułami i zakładając skafandry kosmiczne, kiedy z nich wychodzili. Poza pojedynczymi dniami w cieplejszych porach roku było tam dla nich zdecydowanie za zimno. Powietrze było za rzadkie do oddychania, a długotrwałe wystawianie się na światło słoneczne, słabiej odfiltrowane ze szkodliwych składników promieniowania niż na Ziemi z powodu mniejszej ilości powietrza, mogło ich zabić. Rośliny były obce pod względem chemicznym i nie mogły być jedzone przez ludzi. Całą żywność musieliby więc przywozić z Ziemi lub hodować w zbiornikach hydroponicznych. Próbowali kolonizować Marsa przez 50 lat i wszystkie ich wysiłki zakończyły się niepowodzeniem. Poza tą kopułą, którą zbudowali dla nas, istniała tylko jeszcze jedna placówka.
Inna glasytowa kopuła, dużo mniejsza, położona w odległości niecałej mili stąd. Wyglądało, jakby ludzkość nigdy nie miała rozprzestrzenić się na pozostałe planety Układu Słonecznego poza Ziemią, ponieważ Mars był najmniej niegościnny z nich wszystkich. Jeżeli nie byli w stanie żyć tutaj, to podejmowanie próby kolonizacji innych planet nie miało nawet sensu. Wtedy właśnie, w 2034 roku, 30 lat temu, znakomity biochemik nazwiskiem Weymouth odkrył dabtynę. Cudowny lek, który działał nie tylko na zwierzęta czy też ludzi, którym go podano, ale również na ich potomstwo poczęte w ograniczonym czasie po jego wstrzyknięciu. Dawało to potomkom tego rodzaju istot niemal nieograniczone możliwości adaptacyjne, pozwalające na przystosowanie się do zmieniających się warunków, pod warunkiem, że zmiany te następować będą stopniowo. Dr Weymouth zaszczepił, a następnie rozmnożył parę świnek morskich. Urodziło się pięć młodych. Umieszczając każde z miotów w innych, stopniowo zmieniających się warunkach, uzyskał on zdumiewające wyniki. Po osiągnięciu dojrzałości jedna z tych świnek swobodnie żyła w temperaturze 40 stopni Fahrenheita poniżej zera.
Druga była zupełnie szczęśliwa w 150 stopniach powyżej. Trzecia doskonale się rozwijała na diecie, która stanowiłaby śmiertelną truciznę dla zwykłego zwierzęcia, zaś czwarta z zadowoleniem pławiła się w powodzi nieustannego strumienia promieniowania X, które zabiłoby każde z jej rodziców w ciągu kilku minut. Następne eksperymenty z kolejnymi miotami pokazały, że zwierzęta, które zaadaptowały się do podobnych warunków, rozmnażały się szybciej, a ich potomstwo już od urodzenia było przystosowane do życia w tych warunkach. Dziesięć lat później, czyli dziesięć lat temu, powiedział nam główny nauczyciel: „Urodziłyście się wy, dzieci. Urodziłyście się w starannie wybranych rodzinach, a wasi rodzice zgłosili się na ochotnika do udziału w tym eksperymencie, a po urodzeniu rosłyście w starannie kontrolowanych i stopniowo zmieniających się warunkach. Od chwili waszego urodzenia powietrze, którym oddychaliście, było stopniowo rozrzedzane, a zawartość tlenu redukowana. Wasze płuca skompensowały to poprzez znaczne zwiększenie pojemności. To właśnie z tego powodu wasze klatki piersiowe są dużo większe niż w przypadku nauczycieli i osób z obsługi. Kiedy w pełni dorośniecie i będziecie mogli oddychać powietrzem takim jak na Marsie, ta różnica stanie się nawet jeszcze bardziej znacząca. Wasze ciała porasta futro pozwalające wam wytrzymać coraz silniejsze zimno.
Obecnie czujecie się zupełnie dobrze w warunkach, które szybko zabiłyby normalnego człowieka. Od czasu, kiedy skończyłyście cztery lata, wasze pielęgniarki i nauczyciele muszą nosić specjalne ubrania ochronne, aby przeżyć w warunkach wydających się wam normalnymi.” Po chwili przerwy zaczął mówić dalej: „Za kolejne dziesięć lat, kiedy staniecie się dorosłe, będziecie w pełni zaaklimatyzowane na Marsie. Powietrze, jakie tutaj macie, będzie waszym powietrzem. Rośliny na nim rosnące staną się waszym pożywieniem. Ekstremalne wartości temperatur na tej planecie będą dla was łatwe do zniesienia, a jej średnie temperatury odczuwać będziecie jako przyjemne. Już obecnie, na skutek pięciu lat spędzonych w kosmosie przy stopniowo zmniejszanym przyciąganiu grawitacyjnym, siła ciężkości na Marsie wydaje się wam zupełnie normalna.” Rozłożył ręce. „To będzie wasza planeta, na której będziecie żyć i którą zaludnicie. Jesteście dziećmi Ziemi, ale jesteście również pierwszymi Marsjanami.” Oczywiście o wielu z tych rzeczy wiedzieliśmy już wcześniej. Ubiegły rok był najlepszy. Do tego czasu ciśnienie powietrza w kopule, poza częściami utrzymywanymi pod wysokim ciśnieniem, w których mieszkali nasi nauczyciele i obsługa, było już niemal takie jak na zewnątrz i pozwolono nam zostawać tam na coraz dłuższe okresy czasu.
Przyjemnie przebywać na otwartej przestrzeni. W czasie ostatnich kilku miesięcy złagodzili segregację płci, tak że mogliśmy zacząć wybierać sobie partnerki i partnerów. Chociaż oznajmili nam, że nie wolno zawierać żadnych małżeństw aż do ostatniego dnia, kiedy uzyskamy pełną swobodę. W moim przypadku wybór nie był trudny. Dokonałem go już dawno temu i byłem pewien, że ona czuje to samo. Miałem rację. Jutro nadejdzie dzień naszej wolności. Od jutra staniemy się Marsjanami. Marsjanami przez duże M. Jutro przejmiemy władzę nad planetą.
Niektórzy spośród nas są niecierpliwi. Szczególnie widać było to w okresie kilku ostatnich tygodni, ale rozsądniejsza opinia przeważyła i poczekamy. Czekaliśmy 20 lat, możemy więc poczekać do ostatniego dnia. A właśnie jutro jest ten ostatni dzień. Jutro, zanim stąd odejdziemy, na dany sygnał zabijemy naszych nauczycieli i innych Ziemian znajdujących się między nami. Oni niczego nie podejrzewają, tak więc będzie to łatwe. Udawaliśmy od wielu lat, tak że oni w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich nienawidzimy. Nie wiedzą, za jak wstrętnych i obrzydliwych ich uważamy. Z tymi ich brzydkimi, pokracznymi ciałami o szczupłych ramionach i skarlałych klatkach piersiowych. Ich słabe, syczące głosy potrzebują wzmocnienia, by mogły rozchodzić się w naszym marsjańskim powietrzu.
A przede wszystkim ta ich biała, ciastowata, pozbawiona włosów skóra. Zabijemy ich wszystkich, a potem pójdziemy i zniszczymy drugą kopułę, tak by wszyscy Ziemianie stamtąd również zginęli. Jeżeli przybędą tutaj kolejni Ziemianie, aby nas ukarać, będziemy mogli żyć i ukrywać się na wzgórzach, gdzie nigdy nas nie znajdą. A jeżeli spróbują zbudować kolejne kopuły, je również zniszczymy. Nie chcemy mieć więcej do czynienia z Ziemią. To jest nasza planeta i nie chcemy na niej żadnych obcych. Ręce precz! Jack Williamson „Zamaskowana planeta”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Planeta miała twarz skrytą maską.
Z odległości 10 milionów mil była tylko ciemnożółtym okiem. Z jednego miliona pokryła się bliznami i spoglądała jakby chytrze i groźnie. Na zewnątrz dymiącego kręgu wypalonego przez rakiety naszych silników zwieszała się ohydna kotara dżungli, pełna włochatych, czarnych macek i ogromnych ziemistych kwiatów kryjących zagadkę swych złowrogich genów. Na większości planet znalezionych przez nas, astronautów, życie jest mniej więcej zbliżone do naszego. Podobne nukleotydy łączą się w podobne helisy łańcuchów DNA przenoszące podobne informacje genetyczne. Podobne procesy replikują te łańcuchy podczas podziału komórek, przenosząc złożone schematy określonego korzenia, oka czy skrzydła dokładnie, bez żadnych zmian przez tysiące pokoleń. Na tej planecie jednak nawet geny były odmienne, ogromnie złożone. Tutaj, wydawałoby się, najprostsze rośliny miały więcej i dłuższych łańcuchów DNA niż gdziekolwiek indziej. Jakie informacje przenosiły? Przylecieliśmy tu, aby je odczytać przy pomocy nowej genetycznej mikrosondy.
100 ton cennego sprzętu mikroskopowego i elektronicznego stworzonych zostało w celu obserwacji i manipulacji najmniejszymi jednostkami życia. Mógł on sięgnąć nawet do tych dziwnych genów. Na tym polegała nasza misja. Nasz statek był siódmym statkiem badawczym, który zbliżył się do tej planety. Sześć poprzednich zaginęło bez śladu. Przebyliśmy tu także, aby dowiedzieć się dlaczego. Naszym pilotem był Lance Landark, szczupły, twardy mężczyzna, milczący i zimny prawie tak, jakby opakowana na szaro mikrosonda. Nienawidziliśmy go, dopóki ktoś nie dowiedział się, dlaczego zgłosił się na ten lot. Jego żona była pilotem statku poprzedzającego nasz. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, zaczęliśmy odbierać skryte napięcie w jego zmęczonym głosie, monotonnie wywołującym na każdym paśmie: „Zgłoś się, szóstka.
Zgłoś się, szóstka.” Szóstka nigdy się nie zgłosiła. Przez dwa dni obserwowaliśmy planetę. Płytkie zagłębienie wyrzucone przez nasze silniki. Opalone ogniem odrzutu pniaki. W tyle dżungla. Maska na pokaz, skrywająca te potworne geny. Suchnąca, ciemna, całkowicie obca. Trzeciego dnia Lance Landark zabrał dwójkę z nas helikopterem. Latając po siatce nad obszarem, w którym wylądowaliśmy, odkryliśmy sześć niewielkich znamion na tej ponurej dziczy w miejscach, gdzie kiedyś musiały wylądować nasze statki. Usiedliśmy w najświeższym kraterze, w którym czarne resztki drzew sterczały jak połamane zęby z dziwnie pustego czerwonego błota.
Przez jego środek sączył się strumień pokryty żółtymi szumowinami. Nad strumieniem znaleźliśmy oczyszczony do kości ludzki szkielet. Obok kości stała na straży jakaś koszmarna roślina. Jej grube liście pokryte były dziwnymi smugami, poskręcane w roślinnej agonii. Wyglądały na wpół jak zatrute kolce, na wpół jak przekwitłe kwiaty. Na kości ludzkie spadały z niej bezkształtne kłęby gnijących owoców. Lance Landark stanął jak wryty. To jej turkusowy totemiczny ptak burzy. Pokazał nam ręką kawałek poczerniałego kamienia ze srebrnymi i niebieskimi żyłami. Dawno temu na Ziemi, kiedy jeszcze uczyliśmy się pilotażu, kupiliśmy go od jednego Indianina w bardzo starym miasteczku o nazwie Santa Fe.
Pochylił się. „Lilit” – wyszeptał. – Lilit, co cię zabiło? Nie znaleźliśmy żadnych innych kości ani nawet niczego, co by mogło nam wyjaśnić, jaka siła czy trucizna trzymała dżunglę z dala od tej samotnej rośliny. Odlecieliśmy o zmierzchu. Lance Landark z czułością przeniósł do helikoptera zebrane kości. Bardzo ostrożnie zabraliśmy też z sobą kilka liści i uschniętych strąków tej zwariowanej, samotnej rośliny. Nie znaleźliśmy żadnych innych śladów. Cierpliwie, dzień za 40-godzinnym dniem przeszukaliśmy pozostałe miejsca. Znaleźliśmy ślady po odrzucie silników, pełno rozmaitego zielska, ale niczego podobnego do straszliwego koszmaru nad szkieletem Lilit Landark.
Nie udało się nam znaleźć żadnych szczątków wraków statków, niczego, co by mogło nam powiedzieć, jak ta planeta zamordowała zaginione ekspedycje. Dzień za długim jak wieczność dniem nieznane spoglądało na nas ukradkiem z miejsc, gdzie potajemnie kryły się jego geny. Życie miało tutaj charakter wyłącznie roślinny. Nie widzieliśmy żadnego ruchu wskazującego istnienie zwierząt. Nie słyszeliśmy żadnych zwierzęcych krzyków ani buczenia owadów. Cisza stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Dzień za pełnym desperacji dniem wracaliśmy do mikrosondy. „Odpowiedź kryje się w genach” – wyszeptał ponuro Lance Landark. – Nie mamy innej szansy. Przez cały czas korzystał z sondy do badania najdziwniejszych genów ze wszystkich, pochodzących od koszmarnej rośliny rosnącej koło ciała jego żony.
Były one odmienne od wszystkich innych, jakie spotkaliśmy na tej planecie. Podwójne spirale łańcuchów DNA były monstrualnie długie. Wiele powiązań nukleotydów zawierało atomy miedzi lub arsenu. „To dziwne” – nieustannie mruczał pod nosem Lance. – W innych rosnących tu roślinach nie ma miedzi ani arsenu. Chciałbym wiedzieć dlaczego. Właśnie pracował z sondą, kiedy usłyszeliśmy krzyk kobiety. W tej dławiącej ciszy poderwał nas wszystkich na nogi. Przepychając się nawzajem, pognaliśmy do włazu. Obdarta, poplamiona czymś, co wyglądało jak krew, powstrzymujących ją pnączy.
Wyrwała się na otwartą przestrzeń po lądowaniu, wymachując jakąś brudną szmatą. W połowie drogi do statku upadła w błoto. Lance Landark razem z dwoma ludźmi pobiegli, by zabrać ją na statek. Jęknęła i uniosła do góry głowę. Łzy wyżłobiły bruzdy w pokrywającym jej twarz brudzie. „Lance” – wydyszała. – Mój kochany. „Lilit.” – jego twarz nagle się skurczyła. – Przecież znalazłem Lilit martwą. „Nieomal umarłam.” – próbowała podnieść się na nogi.
– Posłuchaj, wszyscy zostaliśmy uwięzieni w tym lesie. Lądowanie alarmowe, kiedy próbowaliśmy stąd odlecieć. Zniszczeniu uległo nasze wyposażenie astrogacyjne. Potrzebujemy waszego zapasowego astropilota. „Do tyłu!” – machnął na nas ręką. – Z powrotem na statek. „Co się dzieje?” – dosłownie nas sparaliżowało. – Przecież to twoja żona. „Na pokład! Natychmiast.” Posłuchaliśmy jego oszalałego głosu.
„Pomocy” – wyszeptała słabo, leżąc w błocie za naszymi plecami. – Ci, którzy ocaleli, potrzebują astropilota, żeby wrócić do domu. Szczęk pokrywy włazu uciął jej głos. Naskoczyliśmy z gniewem na Landarka. „Stać!” – rzucił ostrym tonem. – Nie oszalałem. Za to ta planeta tak. Chodźcie ze mną do mikrosondy. Badałem właśnie nasiono z rośliny, którą znaleźliśmy koło kości Lilit. Mocno mnie zaintrygowało.
Było tak bardzo... – pomimo napięcia zdołał odnaleźć w głowie słowo najlepiej odzwierciedlające to, co chciał powiedzieć. – Dowolne. Te bezkształtne liście, poskręcana łodyga, to sterylne nasiono, miedź i arsen w tych niepotrzebnych powiązaniach. Za wiele genów nie miało żadnych funkcji. Były w ogóle nieprzydatne. – spojrzał na nas. – Właśnie odkryłem klucz, kiedy to stworzenie zaczęło krzyczeć. Atomy miedzi i arsenu nie są instrukcjami genetycznymi dla roślin. To była wiadomość dla nas.
Słowa powtórzone tryliony razy i ukryte w każdej komórce tej rośliny. „Słowa?” – ktoś wyszeptał pustym głosem. – Słowa zapisane przy pomocy atomów? „Zapisane w kodzie dwójkowym.” – w jego nachmurzonym spojrzeniu ponury nastrój mieszał się z triumfem. – Rozumiecie? To zielsko jest mutantem. Prawdziwa Lilit utworzyła pierwszą komórkę przy pomocy swojej mikrosondy. Zostawiła ją, przypuszczam, że w swoim własnym ciele, jako wiadomość, której nie mogła przejąć żadna pseudo-Lilit. Na dworze znów coś straszliwie wrzeszczało. – Niech każdy atom miedzi będzie kropką – wyszeptał.
– A każdy atom arsenu kreską. Odczytując to w kolejności wyznaczonej przez łańcuchy DNA otrzymujemy zakodowaną wiadomość. Komputer właśnie ją rozkodowuje. Nacisnął przycisk i zafolgotała drukarka. Do wszystkich, którzy się tu pojawią. Nikomu nie udzielajcie pomocy. Odlatujcie z tej planety. Tutejsze istoty żywe są pseudomorficzne. Nie pozwólcie, by stąd się wydostały. Przekażcie tylko Lance'owi Landmarkowi wyrazy miłości od jego żony Lilith i odlatujcie z tej planety.
Szybko. Na dworze rozległo się szaleńcze, bełkoczące skrzeczenie. Odlecieliśmy z tej planety i mamy nadzieję, że już nigdy tam nie wrócimy. Robert Moore Williams „Następnym razem zginiemy”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Kierując się naszymi ideałami podróżujemy czasami do odległych miejsc. Walczymy o przegrane sprawy, poświęcając życie, ponieważ wierzymy, że to, o co walczymy, wydaje nam się tego warte. Ale czy na pewno mamy rację? Czy są one warte tego, żeby za nie zginąć? Być może.
A potem po raz kolejny być może będziemy pewniejsi. Następnym razem zginiemy. Teraz, koło południe, kiedy słońce wisiało wysoko nad głową, a cienie kłębiły się bezradnie pod samymi nogami, zagrożenia stwarzane przez tę dziką pustynię były całkowicie niewidoczne. Dziewczyna, Nora Martin powiedziała: „Jest coś, czego nie rozumiem. Przede wszystkim, dlaczego byliśmy aż tacy głupi, żeby tutaj przylecieć? Mogliśmy zostać na Ziemi, mieć dom i dzieci”. Uświadamiając sobie, co przed chwilą powiedziała, pośpiesznie poprawiła się. „To znaczy chodziło mi o to, że każde z nas mogłoby mieć dom i dzieci”. Pike McLean przesunął odrobinkę lufę Rangeleya, korygując jej ustawienie tak, by włoski krzyża celownika w wizjerze peryskopu pokrywały dokładnie to miejsce, w którym spodziewał się i miał nadzieję, że pokaże się kolejny tubylec. Spróbował usunąć piasek z oczu.
Ponieważ jednak miał piasek na dłoniach, spowodowało to tylko, że do oczu dostało się jeszcze więcej drażniących drobinek. Jedyne, czego pragnął, to przed śmiercią wciągnąć jeszcze głęboki, satysfakcjonujący wdech rzadkiego, wilgotnego powietrza ziemi. „To tutejsze powietrze nie dorównuje mu nawet do pięt” — wymruczał pod nosem. Dziewczyna spojrzała na niego ostro. Jej oczy były tak niebieskie jak niebo na ziemi w słoneczny dzień. Pył na nosie nadawał jej jeszcze bardziej ludzki wygląd. W tej chwili jednak w jej oczach widać było gniew. W tyle za gniewem stały nieotarte łzy. „Czy słyszałeś, co do ciebie mówiłam?” — powtórzyła. McLean przesunął swoje długie ciało tak, żeby leżeć nieco niżej w zagłębieniu w piasku.
„Jak mi się zdaje, przyleciałeś tutaj, ponieważ jesteś archeologiem i zapłacono ci za badania ruin. Ja przyleciałem w to miejsce, ponieważ jestem włóczęgą, który powinien umieć zrobić wszystko, za co będą skłonni mu zapłacić” — przerwał i usunął przeszkadzające mu ziarenko piasku z prawej powieki. „Śmierć to przecież nie jest jakaś wielka sprawa” — mówił dalej. „Czemu więc tak bardzo się nią przejmujesz? Kiedy już cię dopadnie, to nawet cię nie boli. Tak to już jest”. „Mówisz tak, jakbyś już kiedyś umarł”. „No cóż, prawdę mówiąc, tak właśnie było” — odpowiedział jej zaskakująco. „Nawet setki razy. Od czasu, kiedy wypełzliśmy z nor w błocie, wyrosły nam stopy i zostawiliśmy za sobą nasze skrzela, minęło naprawdę sporo czasu.
Umieraliśmy od zawsze. To jest pewne. I prawdopodobnie będziemy również umierać jeszcze znacznie dłużej”. „Myślałam, że mówisz o reinkarnacji” — powiedziała zdumionym głosem archeolog. „O tym właśnie mówiłem” — potwierdził awanturnik. „To tylko inne podejścia i aspekty tego samego problemu. Reinkarnujemy w celu zajęcia miejsca następnego elementu w łamigłówce ewolucji. Pewnego dnia ułożymy ją do końca. Wtedy przeniesiemy nasze dziedzictwo do najdalszych gwiazd, zamiast taplać się w tym nędznym bajorze dla kaczek, jakim jest Układ Słoneczny”. „Zabrzmiało to, jakbyś był bardzo pewny siebie.
Jakie dowody na...”. „Tak jest zapisane” — odparł McLean. „Jesteśmy przecież homo sapiens, a to coś w końcu znaczy. Błotniste pogodzenie nas nie powstrzyma. Wypełzliśmy z mułu i wyruszyliśmy na ląd, w lasy, a potem opanowaliśmy całą planetę. Bomba atomowa nie powstrzymała nas na długo, nawet kiedy zaczęliśmy używać jej przeciwko sobie. Gdzie w tym całym kosmosie” — jego ręka zatoczyła łuk w górze, zakreślając cały ten ogromny bezmiar gwiazd — „tutaj, na tej planecie świecących przyćmionym światłem nawet w samo południe znajdzie się coś, co mogłoby nas powstrzymać, skoro zawsze możemy się cofnąć, żeby podjąć kolejne uderzenie na napotkany problem? Każdy problem, nieistotne, czego on dotyczy, może zostać rozwiązany, jeżeli będziemy nad nim dostatecznie długo pracować”. Po tych słowach początkowy entuzjazm wyczuwalny w jego głosie nagle zniknął. Opuścił wskazującą niebo dłoń na dół.
Brakowało w niej dwóch palców. McLean wpatrywał się przez chwilę w sączącą się krew i plazmę, a potem zacisnął wargi, żeby nie okazać bólu. „Ten cholerny promień punktowy może bez trudu wyciąć dowolny kawałek człowieka” – stwierdził. – Och, Pike, jak mogłeś być tak lekkomyślny? – Ściągnęła z tyłu plecak i otworzyła go. Bardzo uważając, aby nie wystawić nawet skrawka głowy ponad krawędź zagłębienia, rozpakowała zestaw pierwszej pomocy i opatrzyła mu kikuty dwóch palców przy pomocy środków antyseptycznych i bandaży. Najpierw go jeszcze zbeształa, a potem pocieszyła. – Wychodzi ci to naprawdę dobrze – stwierdził z aprobatą. – Powinnaś być mamuśką, a nie archeologiem i prowadzać za sobą całe stadko dzieci, tak abyś mogła bandażować im wszystkie zadrapania i tulić się przy każdym stłuczeniu. W jej błękitnych oczach wezbrała tęsknota równie głęboka jak morza Ziemi.
– Tego zawsze pragnęłam, ale życie wepchnęło mnie w tory zawodowe. – Tęsknota utonęła w mgiełce nagłych łez. McLean jeszcze mocniej zacisnął usta. Jednym okiem nieustannie spoglądał przez wizjer Wrangela, teraz przystosowany do funkcji peryskopu. Ponure, czerwone piaski, pozornie równe i wolne od wszelkich niebezpieczeństw, ciągnęły się aż do położonych na horyzoncie niskich gór. Powietrze było takie czyste i tak bardzo rzadkie, że mógł nawet dojrzeć ruiny miasta będącego ich miejscem przeznaczenia, kiedy opuścili statek. Miasto było potężną masą skłębionych, poprzewracanych murów, rozrzuconych na pozbawionych drzew, zapomnianych przez świat wzgórzach. Na piasku nie było widać żadnego ruchu. A jednak tam przed nimi czaiła się śmierć i z pewnością to tylko jego oko nie potrafiło jej dostrzec. – Nasze milutkie małe pustynne liski siedzą wszystkie w swoich milutkich małych norkach – powiedział do niej.
Dziewczyna z wysiłkiem zmusiła się do bladego uśmiechu. – A jak tam mają się twoje palce? To znaczy, czy mocno cię bolą? – Czują się tak, jakby ich nie było. – Uśmiechając się ze swojego własnego żartu, McLean przejechał dookoła wizjerem Wrangela, kierując go w stronę ich pustynnego łazika. Jego przerośnięte opony wznosiły się jak olbrzymie gumowe pączki wyrastające w tajemniczy sposób z pustynnego piasku. Drzwiczki samochodu zapraszająco stały otworem. – To tylko jedna czwarta mili – stwierdził. – Na tę odległość moglibyśmy dobiec sprintem. Ale jak można biegać bez nóg?
– Ale przecież my mamy nogi – niecierpliwie powiedziała dziewczyna. – Spróbujmy dostać się do samochodu. Jeżeli wyskoczymy z tej dziury i zaczniemy biec, to zaraz ich nie będziemy mieli. Małe liski mają ostre zęby. Och. – Jej głos przycichł, a kolory z oczu zniknęły. – A więc co teraz zrobimy? – Zostaniemy tutaj i będziemy mieli nadzieję, że ze statku wyślą za nami na poszukiwania kolejny samochód pustynny. Jeżeli nie wrócimy w jakimś rozsądnym czasie, powinni zacząć się o nas martwić. – A co jeśli nie przyjadą?
– Spróbujemy przechytrzyć pustynne liski. – Gdybyśmy mieli radio... – Mamy, ale jest w naszym łaziku. A gdybyśmy w nim siedzieli, to nie potrzebowalibyśmy radia. Durstalowy kadłub samochodu wytrzymuje trafienia z laserów punktowych. Jak to się, u diabła, stało, że dzikie plemiona niemające żadnego przemysłu ani wiedzy naukowej, żyjące tutaj, na tej pustyni, mają taką broń jak punktowe strzelby laserowe? – Kiedy budowali tutaj to miasto, nie byli żyjącymi w plemionach pustynnymi dzikusami – wyjaśniła mu dziewczyna. – Dokądś wtedy wywędrowali. Mieli wiedzę naukową i co najmniej przemysł lekki. Do tego fachowych robotników.
Kiedy przybyli z powrotem tutaj, na pustynię, pozostawili za sobą wszystko poza swoją bronią. Prymitywne ludy ze wszystkich rzeczy zawsze wybiorą broń. Będą ją cenić jak własne życie, ponieważ ona tym właśnie jest. – A dlaczego wrócili na pustynię? – To jedna z kwestii, jakich spodziewaliśmy się dowiedzieć w ich zniszczonym mieście. – Głos dziewczyny przybrał cierpliwy ton eksperta wyjaśniającego podstawowe fakty amatorowi. – Powodem mogła być choćby wojna z sąsiednim plemieniem, w której ponieśli klęskę. Innym istotnym czynnikiem mogła być zmiana klimatu. Być może były również inne powody. Głód, zaraza.
Wyruszyli stąd, a potem powrócili. To zdarza się tak często, że wydaje mi się, iż ziarna rozkładu niemal zawsze wyrastają w tym samym czasie co ziarna wielkości. – Żałuję, że nie zostałem archeologiem albo filozofem i nie jestem w stanie zrozumieć tych wszystkich rzeczy – wyznał McLean z tęsknotą w głosie. – Jesteś człowiekiem, a to dużo ważniejsze. – Czy chodziło ci o mężczyznę? – Nie, o człowieka. C-z-ł-o-w-i-e-k-a. – Przeliterowała dla niego to słowo. – Człowieka. Istotę, która osiągnęła najwyższy poziom rozwoju życia na Ziemi, jak na razie.
A także w Układzie Słonecznym, o ile nam przynajmniej wiadomo. – Och, chodzi ci o króla stworzenia – odparł McLean. Pewnie, my to wiemy, ale nasze małe pustynne liski kryjące się w swoich miłych małych norkach najwyraźniej o tym nie wiedzą. Oni nie uważają, że fakt bycia człowiekiem zbyt wiele znaczy. Kiedy to mówił, przez powietrze nad jego głową mignęła cieniutka iskierka światła. Wydawało mu się, że temu śmiertelnie niebezpiecznemu promieniowi towarzyszyło głośne skwierczenie, podobne do szumu zakłóceń w kosmosie. Widzisz, to właśnie za to oni nas uważają. Za cele. Dziewczyna wcisnęła się głębiej. McLean poradził jej tylko, żeby nie była egzaltowaną panienką i zwrócił całą swoją uwagę na wizjer Rengeleya.
W zasięgu wzroku nie udało mu się dostrzec zupełnie niczego. Nie było to zresztą dla niego specjalnym zaskoczeniem. Nie spodziewał się, że zobaczy cokolwiek poza piaskiem. „Założyłbym się, że patrzę prosto na dwóch czy trzech z tych diabłów i w ogóle ich nie widzę” — gderał. „Oni są mistrzami w maskowaniu ochronnym” — powiedziała dziewczyna. — „Daj mi popatrzeć.” Przyłożyła oko do okularu Rengeleya, poruszając nim na stelażu tak, że przejechał po całym obszarze piasków. „Tam jest jeden!” — zawołała z nagłym podekscytowaniem w głosie. „Gdzie?” — zaczął dopytywać się McLean, odpychając ją na bok i przyciskając oko do obiektywu. „Dokładnie tam, gdzie skoncentrowałam celownik. Nie widzisz tego lekkiego wybrzuszenia?
Dokładnie tam.” Już zaczęła się podnosić, żeby pokazać ręką. McLean szarpnął ją do tyłu i przycisnął jej głowę do piasku. „Nie podniecaj się tak bardzo, bo zaraz staniesz wyprostowana” — warknął na nią. W powietrzu, tuż nad ich głowami, zaiskrzyło przelatujące światełko. „Zapomniałam się” — odpowiedziała mu cicho dziewczyna. — „Puść już moją głowę. Napchałeś mi pełno piasku do nosa i ust.” „Tu w kosmosie można zapomnieć się tylko raz” — powiedział jej McLean, pouczając ją. — „Nadal niczego nie widzę” — dodał, spoglądając w wizjer. Naparła na jego ramię, a on odsunął się na bok. Znów przyjrzała się znajdującemu się przed nimi terenowi.
Wykonała kilka korekt celownika i szybko nacisnęła spust. Rengeley tylko delikatnie pyknął. To była broń pneumatyczna. A potem na pustyni, w miejscach, gdzie uderzyły eksplodujące pociski, rozległy się trzy szybkie wybuchy. Towarzyszył im dziki wrzask. McLean przyłożył oko do wizjera akurat na czas, by zobaczyć, jak w odległości 50 stóp od nich szaleńczo zwija się tubylec. Trafiony wykonał jeszcze ostatni obrót i zamarł, zmieniając się w kłąb martwych szmat. „Dostałaś go!” — triumfalnie zawołał McLean. „Ja? Ja go...?
Och, przepraszam, ja chciałam...” — jej głos ucichł zduszony zgrozą. Szybko na nią popatrzył. Oczy dziewczyny wypełniały łzy. — „Ja naprawdę nie chciałam tego zrobić” — wybeczała. „Skończ już z tym przeklętym miauczeniem” — rozkazał jej. — „To jest wojna. Fakt, że w tę wojnę zaangażowani jesteśmy tylko ty, ja i jacyś dzicy marsjańscy Indianie nie powoduje, że staje się ona mniej śmiertelna od innych. Jeżeli my nie dostaniemy ich, to oni dostaną nas.” Uniósł do góry swoją zabandażowaną dłoń. — „Czy może myślisz, że ten tubylec, który to zrobił, polował na moje palce? Oczywiście, że nie.
To, czego chciał, to moja głowa.” „Już dobrze, dobrze. Rozumiem to intelektualnie. To po prostu dochodzą do głosu moje emocje.” „To weź je i odsuń od głosu” — stwierdził. — „W jaki sposób udało ci się dostrzec tego Marsjanina, a ja nic nie widziałem?” „Prawdopodobnie lepsza zdolność rozróżniania kolorów” — odpowiedziała dziewczyna. — „Kobiety zwykle lepiej dostrzegają kolory niż mężczyźni. To właśnie w taki sposób go zauważyłam.” „No to weź i jeszcze trochę porozróżniaj te kolory.” Gestem ręki zaprosił ją z powrotem do celownika Rengeleya. — „Być może, na Boga, pomimo wszystko uda nam się wydostać stąd żywcem.” W jego głosie pojawiła się nadzieja. — „Jeżeli to zrobimy, to...” „Jeżeli to zrobimy, to co?” — spytała go dziewczyna. Pokręcił przecząco głową. „Jeżeli się stąd wydostaniemy i tak nie mógłbym ci tego powiedzieć.
Nie byłoby więc sensu o tym mówić. Ale w przypadku gdyby nam się nie udało, to chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteś naprawdę bardzo fajnym dzieciakiem.” „No cóż, dzięki.” Jej oczy znowu zrobiły się błękitne jak niebo na ziemi. Przysunęła się do niego. — „Hej, dlaczego to zrobiłaś?” „Po prostu odruch. Zawsze całuję mężczyzn, którzy mówią mi, że jestem fajnym dzieciakiem.” „Fajny dzieciak. Fajny dzieciak. Fajny dzieciak.” — natychmiast powiedział McLean. „Jesteś zbyt szybki.” Rumieniec na jej policzkach widoczny był nawet spod piasku. Pośpiesznie przyłożyła oko do celownika Rengeleya. McLean westchnął.
Nigdy wcześniej nie miał dziewczyny. Wydało mu się, że los płata mu okrutny żart, dając ją w takich warunkach, kiedy siedzą w dziurze w piasku, otoczeni przez marsjańskich tubylców. Jeszcze raz ocenił w myślach odległość dzielącą ich od pustynnego łazika, rozważając szanse podjęcia tej eskapady i pozostania przy życiu. Pokręcił właśnie głową nad swoimi oceanami, kiedy Rengelej ponownie pyknął. „Spudłowałam” — zawołała dziewczyna. — „Och, on biegnie tutaj!” McLean odsunął ją od celownika. Marsjanin biegł w ich stronę w szybkim tempie. Zamiast strzelby trzymał w ręku włócznię. „Nie spudłowałaś” — pośpiesznie wyjaśnił jej awanturnik. — „Trafiłaś go, ale tylko zraniłaś.
To jest szarża śmierci.” Nacisnął spust Rangeleja. Karabin pyknął dwa razy. Daleko przed nimi eksplodujące pociski wyrzuciły do góry niewielkie gejzery piasku. Tubylec jednak ciągle się zbliżał. W celowniku wyglądał już, jakby miał 10 stóp wysokości. Kiedy przeskakiwał Rangeleja, wydawało się, że jego wzrost jeszcze nagle się zwiększył. Wrzasnął, ile miał sił w płucach i rzucił się na dół z włócznią. McLean odepchnął od siebie dziewczynę, jednocześnie odtaczając się w przeciwnym kierunku. Pochwycił tylko przelotny obraz metalowego grotu włóczni wbijającego się w piasek dokładnie w miejscu, w którym przed chwilą leżał. McLean złapał ramionami nogi swojego przeciwnika i mocno pociągnął.
Marsjanin poleciał dokładnie na niego. Człowiek zdołał jakoś odepchnąć go na bok. Marsjanin zmienił się teraz w wijący się, szalejący, kąsający, drapiący, kopiący, dziki kłąb kościstych kolan i jeszcze bardziej kościstych łokci. Za każdym razem, kiedy te kościste stawy trafiały, to bolało. Tubylec miał zatknięty za pasem nóż i właśnie usiłował go jakoś wyciągnąć. McLean, widząc nóż, próbował równie mocno przeszkodzić mu w jego wydobyciu. Człowiek lewą ręką pochwycił za rękojeść noża, prawą wolną pięścią uderzył w żołądek tubylca. Marsjanin chrząknął, otwierając usta i próbując ugryźć McLeana. Włóczęga, któremu ten rodzaj walki nie był obcy, uderzył go z byka w otwarte usta czubkiem głowy, a potem ponownie walnął z całej siły prosto w żołądek. Poczuł, że jego pięść zanurza się w znajdującą się tam skórzastą tkankę.
Tubylec ponownie chrząknął i zawisł mu bezwładnie na ręku. McLean wyszarpnął nóż z pochwy swojego przeciwnika. Nie musiał go jednak używać. Przez ciało tubylca przebiegały serie drgawek. Marsjanin umierał. Wybuchowa kula z Rangeleja w końcu spełniła swoje zadanie. McLean z ulgą pozwolił ciału opaść na ziemię. McLean otarł z twarzy pot i piasek. „To była szarża śmierci, to prawda. Ale ty naprawdę nie chybiłaś.
Zobacz.” — wskazał jej ręką ranę na piersi Marsjanina. Rangelej przestał pykać, a dziewczyna odsunęła oczy od przyrządów celowniczych i rozejrzała się dookoła. Spojrzała na Marsjanina i pośpiesznie odwróciła wzrok. Chwilę później już z powrotem przyłożyła oko do celownika. Rangelej ponownie zaczął pykać. McLean nagle sobie uświadomił, że Rangelej pyka przez cały czas, kiedy on walczył z Marsjaninem. Utrzymywała przedpole pod ostrzałem. Było coś, co po prostu musiał powiedzieć tej archeolog. Poczekał, aż złapie oddech i będzie mógł to zrobić. „Jesteś w porządku” — powiedział jej w końcu.
— „Chodzi mi o to, że potrafiłaś użyć swojej głowy i zmusiłaś innych do siedzenia głęboko w dziurach, kiedy ja walczyłem z tym tutaj.” Błysnęła w jego stronę uśmiechem. „Oni nie siedzą w dziurach, oni uciekają” — odparła z satysfakcją. McLean ostrożnie wystawił głowę powyżej poziomu zagłębienia. Niemal na lufie Rangeleja znajdowały się zwłoki. Drugie leżały 50 stóp dalej. Trzecie widać było w odległości 100 jardów. Kiedy on walczył z marsjańskim berserkiem, pozostali zwietrzyli szansę do zmasowanego ataku. „Dobra dziewczynka, ocaliłaś nasze głowy.” Obserwował uciekających tubylców. Przy pomocy pocisków z Rangeleja dziewczyna nieustannie wzbijała tuż koło ich nóg gejzery piasku. „Cudownie” — odetchnął McLean.
— „Ale podnieś może troszeczkę celownik.” Rangelej raptownie umilkł. Spojrzał w stronę dziewczyny i zobaczył, że jej ramiona trzęsą się od płaczu. „Wiem, jak się teraz czujesz” — pocieszył ją delikatnie. — „Ale przecież musiałaś to zrobić, żeby uratować nasze głowy. No dalej, wracajmy do naszego samochodu, dopóki oni ciągle uciekają i mamy na to szansę.” Zerwał się do działania. Złożył szybko celownik i zarzucił na ramię Rangeleja oraz trójnóg, na którym był zamontowany. Drugą ręką chwycił dziewczynę i ruszyli biegiem. Dla obojga z nich samochód zdawał się być niebem. Naprawdę nim był, a nawet czymś więcej. Tutaj, na tej pustyni, każde z nich znalazło w drugiej osobie coś, czego szukało przez całe swoje życie i wcześniej nie znalazło.
Ta myśl dawała im poczucie niemal niebiańskiego szczęścia. McLean słyszał, jak biegnąca u jego boku dziewczyna sapie ze zmęczenia, ale jednocześnie się śmieje. On również zaczął się śmiać, tak po prostu, z przepełniającego go szczęścia. Uścisnął jej rękę, a ona odpowiedziała mu również uściskiem. Jego śmiech urwał się jednak nagle, kiedy zobaczył rurę strzelby laserowej wystającą spoza tylnej opony ich samochodu pustynnego. Spoza broni wyglądało złowrogie oko przyczajonego Marsjanina. „To pułapka” – wysapała dziewczyna. – „Oni celowo uciekali wiedząc, że zaraz, jak tylko się stąd wycofają, będziemy próbowali przebić się do naszego samochodu”. Zatrzymując się z poślizgiem, próbował jednocześnie ściągnąć rękę Leia z ramienia. Cienka igła lasera błysnęła w jego stronę.
Kaszlnął i upadł na piasek. Strzelba ponownie błysnęła, tym razem kierując swoje jasne oko na dziewczynę. Upadła jak przewracająca się lalka. McLean przekręcił się na jednym kolanie i jednej ręce. W piersi mężczyzny widniała dziura niemal tak duża jak jego pięść. Nie czuł jednak absolutnie żadnego bólu. Wysoka energia promienia ze strzelby laserowej przypaliła zakończenia nerwowe tak, że nie były one w stanie przenosić żadnych wrażeń czuciowych. Człowiek potrząsnął pięścią w stronę kryjącego się pod samochodem tubylca. „Tym razem nas dostaliście” – wykrzyczał. – „Ale jeszcze tutaj wrócimy.
Nie uda wam się nas powstrzymać. Dostaniemy was, nawet gdyby miało to trwać kolejny milion lat”. W jego głosie słychać było tę samą siłę, która kiedyś wydobyła homo sapiens z życia w błocie. Myśli w głowie zaczęły mu lekko pływać. Wziął kolejny głęboki oddech. Leżąca koło niego dziewczyna nie odzywała się. Tylko jej oczy wskazywały na to, że wiedziała, co się dzieje. McLean popatrzył na nią. Było jeszcze coś, co bardzo chciałby powiedzieć. Jego myśli zachodziły mgłą i miał poważne trudności z odnajdywaniem odpowiednich słów.
„Następnym razem chciałbym cię spotkać wcześniej” – powiedział w końcu. – „Chciałbym, aby wtedy udało nam się nie wyruszyć w tę podróż, zostać w domu i mieć gromadę...” – zakaszlał. – „Całą gromadę dzieciaków” – dokończył. Dziewczyna nic mu nie odpowiedziała. Nie była już w stanie niczego powiedzieć, ale zrozumiała go. Światło, które pojawiło się w jej oczach sprawiło, że wyglądały one tak pięknie i były tak pełne obietnic jak niebo na ich ojczystej planecie. McLean spokojnie położył się na ziemi. Wracający tubylcy zaczęli tańczyć swój taniec zwycięstwa wokół dwójki leżących ludzi. Dookoła, jak okiem sięgnąć, rozciągały się gołe, niezmierzone piaski Marsa.
[03:37:24] - No proszę państwa, i tak dojechaliśmy do końca dzisiejszego wydania audycji „Akademia Wszelkiej Fikcji”. Tradycyjnie życzę państwu dobrej nocy, wspaniałego weekendu. I cóż, równie tradycyjnie zapraszam za tydzień. O 20:00 startuje kolejna audycja. Pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia.
[03:37:50] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.