Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, bez paniki, spokojnie. Bierzemy książki w dłoń. Można wziąć kilka. Czemu nie? Bierzemy książki, pilot do filmów, siadamy spokojnie i zasłuchujemy się w kolejny odcinek AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:49] - Dzień dobry wieczór Państwu. Pięknie witam w kolejnym odcinku AWF-u, Akademii Wszelkiej Fikcji. I co ja teraz powiem? Stali słuchacze doskonale wiedzą, co powiem, że tradycyjnie zaczynamy od polecanek. Jeśli jest ktoś, kogo zaskoczyłem tym tekstem, to zapewne jest z nami od bardzo niedawna. Tym osobom składam uszanowanie i zapraszam, żeby tu bywać częściej. A ja tradycyjnie zaczynam od polecanek. „Mroczna i tajemna magia” to jest książka napisana przez Wallis Kierney. Wydała tę książkę oficyna Nowe Strony, a książka będzie dostępna na rynku wydawniczym 16 września. Ciepła, czarująca opowieść o czarownicy i sekretach skrywanych przed nią przez jej własny coven z wplecionymi elementami klasycznej historii o Hadesie i Persefonie.
Powieść w duchu książek „Totalna magia” oraz „Magia praktyczna”. Hecate Goodwin dla przyjaciół Kate ułożyła sobie idealne życie jako czarownica pogranicza. Mieszka w chacie na odludziu, za towarzystwo mając jedynie czarnego kota. Spędza dnie na zbieraniu ziół w lesie Ipswich, pracach w ogrodzie i tworzeniu nalewek, które następnie sprzedaje we własnej aptece. Codzienność Kate zostaje zaburzona w momencie, gdy jej starsza siostra Miranda prosi ją o zorganizowanie corocznego sabbatu na Halloween. Ta data oznacza dla czarownic początek nowego roku. Jest również dniem urodzin Kate. Nacisk ze strony covenu, aby uczynić ten wieczór niezapomnianym, nasila się z każdym dniem. A żeby nie było zbyt łatwo, na progu chatki Kate staje przystojny mężczyzna z jej przeszłości, prosząc o schronienie. Matthew Cliffer bynajmniej nie jest zwykłą zabłąkaną duszą.
Praktykuje zakazaną magię, więc kobieta musi zachować czujność. Godząc ze sobą przybycie Matthew i przygotowania do Halloween, Kate natrafia na starą księgę zawierającą mroczną magię. Ogarnia ją przerażenie, gdy zdaje sobie sprawę, że krwisto-czerwony napis został wykonany znajomym jej charakterem pisma, charakterem należącym do jej niedawno zmarłej matki. Bojąc się tknąć przedmiotu zbrudzonego mroczną mocą, dziewczyna nie ma innego wyboru, niż zwrócić się o pomoc do swojego gościa. Jej wyidealizowane wyobrażenie o matce zaczyna się kruszyć, a gdy ona i Matthew coraz bardziej się do siebie zbliżają, Hecate musi ponownie rozważyć, komu tak naprawdę może zaufać. Przypomnę, to książka „Mroczna i tajemna magia” Wallis Kierney, wydawnictwo Nowe Strony, a data premiery to 16 dzień września. To jedziemy dalej. Kolejna książka nosi tytuł „Dziewczyna z konbini”. Autorką jest Sayaka Murata. To wydawnictwo Literackie, a data premiery 17 września.
Poznaj Keiko, lat 36. Od 18 lat zatrudniona w tym samym sklepie konbini. Wzorowa pracownica, idealny członek zespołu. Punktualna, precyzyjna, niezawodna. Zna procedury, nie zadaje zbędnych pytań, unika zmian. Prywatnie samotna, cicha, niewyróżniająca się. Nie szuka przyjaciół ani męża. Tym samym nie odpowiada na społeczne oczekiwania. Jest anomalią. W końcu rodzina i otoczenie zaczynają domagać się od niej normalności.
Keiko próbuje się dostosować. Nie tworzy jednak własnej tożsamości. Zamiast tego składa ją z fragmentów cudzych zachowań, cudzych gestów i cudzych słów. Gdy na jej drodze pojawia się mężczyzna, który niespodziewanie staje się katalizatorem przemian, stabilny świat Keiko zaczyna się chwiać. Przypomnę tytuł książki „Dziewczyna z konbini”, autorka Sayaka Murata, wydawnictwo Literackie. Data premiery 17 września. I ostatnia prozatorska polecanka na dzisiaj. Tytuł „Wiara”. Autorka Anna Kańtoch, wydawnictwo Marginesy. Data premiery 17 września.
Duszna, klaustrofobiczna atmosfera polskiej wsi sprzed 40 lat, niczym z sennego koszmaru. I zło, które ma przyjść ze Wschodu. A może już tu jest? Parny lipiec 1986 roku. W podbeskidzkiej Rokitnicy trwają protesty przeciwko budowie elektrowni jądrowej, podsycane nieufnością do władzy i obcych oraz niedawną katastrofą w Czarnobylu. Gdy miejscowy proboszcz znajduje na torach ciało młodej kobiety, społeczność zamyka się jeszcze bardziej. Nikt nie zna ofiary. A może wszyscy kłamią? We wsi pojawia się kapitan Witczak z komendy w Bielsku-Białej. Miastowy milicjant nie budzi zaufania, więc mieszkańcy, zwłaszcza ci starsi, milczą jak zaklęci.
Tymczasem proboszcz przytłoczony tragedią coraz bardziej zagłębia się we własne śledztwo. Czy w lokalnych legendach o przeklętej parafii jest ziarno prawdy? Czy śmierć kobiety ma związek z dawnymi wydarzeniami, o których mówi się tu tylko szeptem? I kto od lat przynosi kwiaty pod stary krzyż przy torach? Anna Kańtoch po mistrzowsku łączy elementy kryminału z psychologiczną głębią i wątkami religijnymi. „Wiara” to opowieść o tajemnicach, które naznaczają społeczność od pokoleń. O grzechach, które nigdy nie zostały odpokutowane i o tym, że obojętność może być równie niebezpieczna jak zbrodnia. I tradycyjnie przypomnę tytuł „Wiara”. Autorka Anna Kańtoch, wydawnictwo Marginesy. Książka na rynku od 17 września.
Proszę państwa, to nie wszystkie polecanki na dzisiaj. Każdego miłośnika szeroko pojętej paranormalności zapraszam na blog polecankowy, który będzie pomiędzy Filmotekarium a Sentymentalnikiem. Tam pojawią się książki z pogranicza. Książki, które dostępne są w każdej chwili w księgarni wysyłkowej Nieznanego Świata, a dostępne są również w księgarni Galerii w Warszawie. To pewno propozycja dla warszawiaków oraz osób odwiedzających stolicę, ale na ulicy Kredytowej znajduje się księgarnia Galeria Nieznanego Świata i tam drogą kupna można nabyć naprawdę ciekawe książki. Ale te polecanki to za jakiś czas. Teraz nastała pora na korepetycje. A skoro korepetycje, to korepetycje filozoficzne. Powiem państwu szczerze, dzisiaj łatwo nie będzie, bo na tapet bierzemy wielką postać filozofii Hegla, a Hegel ma to do siebie, że łatwy nie jest. Zresztą sami się państwo o tym przekonacie.
Drodzy słuchacze, oto człowiek, którego nazwisko często pada w debatach, które zbiorczo zatytułuję na przykład tak: „Kto zrujnował XX wiek?” albo „Kto zapisał historię filozofii kursywą?” Georg Wilhelm Friedrich Hegel jest niczym ów kompozytor, który napisał kolosalną symfonię, tak gęstą, że po pierwszym przesłuchaniu połowa słuchaczy twierdzi, że to geniusz, a druga połowa, że ta symfonia to kakofonia. I wydaje się, że obie połowy mogą mieć rację. Zacznijmy więc spokojnie. Georg Wilhelm Friedrich Hegel. Brzmi to monumentalnie. Urodził się w Stuttgarcie w 1770 roku. Działał w czasach napoleońskich i powojennych Niemiec. Pisał w duchu idealizmu niemieckiego po Kantcie i Fichtem i zostawił dzieła, które próbują objąć całość rzeczywistości, a więc logikę, naturę ducha, historię, prawo, sztukę, religię i tak dalej. Jego projekt? Pokazać, że myślenie samo w sobie ma strukturę ruchu i że ten ruch nie jest przenośnią, że jest rzeczywistością.
Hegel uważał, że rzeczywistość i myśl nie stoją w miejscu. Każde pojęcie zawiera w sobie swoje przeciwieństwo i z tej sprzeczności wypływa nowe, pełniejsze pojęcie. W potocznej wersji to stara szkoła: teza, antyteza, synteza. Uwaga! To jednak jest uproszczenie. Nie jest to dokładny cytat z Hegla. On sam formułował ruch pojęć bardziej subtelnie. Mówił na przykład o ruchu od abstrakcji, przez negację do koncepcji konkretnej. To był taki cytacik, ale obraz triady dobrze pomaga. Temat pojawia się, napotyka opór, rodzi się nowe rozwiązanie, które włącza oba poprzednie.
No i proces zaczyna się od nowa, z tym że na wyższym poziomie. Wyobraźcie sobie państwo improwizację jazzową. Pojawia się motyw. To niech to będzie teza. Następna fraza go kwestionuje, bo drugi muzyk ma inny pogląd na sprawę tego kawałka muzycznego. Ta nowa, następna fraza kwestionująca to jest antyteza. Muzycy łączą oba tropy i tworzą bogatszą melodię. Początkowo wydaje się, że w tym muzycznym świecie trwa spór, ale po chwili pojawia się synteza. Pojawia się nowa, bogatsza melodia. Hegel robi dokładnie to samo, z tym że na gruncie pojęć i to nie tylko pojęć filozoficznych.
Najsłynniejsze dzieło Hegla, „Fenomenologia ducha” to opowieść o tym, jak świadomość dojrzewa. Zaczyna się od najbardziej prymitywnej formy poznania, takiej jak pewność zmysłowa. Czyli patrzę i wiem, że coś jest. Przechodzi to potem przez różne poziomy percepcji, rozumu, świadomości. Tu pojawia się słynna scena pan-niewolnik. Powiem o niej za chwilę. Aż do ducha społecznego religii i wreszcie do wiedzy absolutnej. To długa podróż od: ja widzę przedmiot, do: ja rozpoznaję siebie jako część światowego umysłu. Chwilę wcześniej wspomniałem o scenie master slave, pan-niewolnik. To nie tylko historia feudalna.
To alegoria. Człowiek, który żyje jedynie obok świata – pan, kontra ten, który przez pracę i konfrontację ze światem staje się samoświadomy – to niewolnik. Hegel pokazuje, że prawdziwa wolność rodzi się w procesie rozpoznania i wzajemnego uznania, przyznania drugiemu, drugiej postaci, drugiej osobie podmiotowości. U Hegla logika, mam na myśli dzieło „Logika”, nie jest suchą zabawą w definicje. To próba pokazania struktury samego bytu. Bo dla Hegla myślenie i bycie są ze sobą ściśle splecione. To, jak pojęcia się zmieniają, mówi nam, jak zmienia się rzeczywistość. Stąd jego słynne przekonanie, ubiorę go w hasło: całość pojęć jest prawdą. Nie znaczy to, że całość jest prosta. Przeciwnie, prawda ma formę całego rozwijającego się procesu.
Jeśli nie poznamy tego procesu, to nie poznamy prawdy. Hegel był jednym z tych myślicieli, którzy twierdzili: historia ma sens. Z tym, że nie w sensie moralnej gwarancji ani w sensie, że wszystko idzie ku lepszemu bez naszej pracy, ale że wydarzenia historyczne ujawniają rozwój wolności. Dla Hegla wolność staje się coraz bardziej świadomie uznawana. Od rodu przez państwo prawa aż po nowoczesne państwo obywatelskie. To teleologiczna, czyli celowa wizja. I to jest jedno z najbardziej kontrowersyjnych miejsc w jego myśli. Czy historia naprawdę ma cel? Krytycy mówią: Hegel ubiera dzieje w narrację, która zbyt często usprawiedliwia zastany ład polityczny. W „Filozofii prawa” Hegel broni instytucji państwa jako realizacji etyczności, nie w sensie przymusu bezmyślnego, lecz jako formy, w której indywidualne wolności mogą być prawdziwie rozpoznane i dzięki temu chronione.
Jego państwo jest duchem świata wcielonym w instytucje. Niektórzy czytelnicy, zwłaszcza ci z przełomu XIX i XX wieku, wykorzystali tę myśl do uzasadniania różnych form autorytaryzmu. To zresztą wywołało słuszne oburzenie. Z kolei inni badacze pism Hegla cenią go za rozumienie, że wolność to nie anarchia obowiązków i powiązań. Hegla fascynowało to, że pojęcia żyją, zmieniają się, formują spiralę rozwoju. Jego system jest nie tyle zbiorem jakichś definicji, ile spektaklem dialektycznym. Spektaklem, w którym każde ogniwo ma sens wobec całości. Ale, i tu szczera uwaga, jego późna twórczość i styl bywa przegadany, ciężkostrawny i dosyć hermetyczny. Wielu czytelników skarży się, że Hegel mówi dużo, żeby coś powiedzieć, że gubi czytelnika w zwoju pojęć. I to jest niestety prawda.
Niełatwo Hegla streścić bez straty. Stąd słynne hasło: Hegel albo czytasz, albo się poddajesz. To taki żart, ale z nutką prawdy. Hegel dał narzędzia, które inspirowały zupełnie różne kierunki, bo korzystał z tych narzędzi Karol Marks. On używał myśli Hegla, aby odwrócić Hegla do góry nogami i uczynić z dialektyki narzędzie materialnej analizy. Tymczasem Hegel zajmował się duchem. Korzystali z Hegla również egzystencjaliści. Oni używali jego myśli, aby podkreślić egzystencjalną samotność podmiotu. Z kolei hermeneutyka i fenomenologia używały myśli Hegla, aby badać rytmy świadomości. Język Hegla stał się uniwersalnym warsztatem, ale i łatwym punktem zapalnym.
Można Hegla używać, by bronić wolności. Może nie tyle Hegla, co jego myśli. Można też używać tej myśli, by legitymizować władzę, wszelką władzę. To nie brzmi optymistycznie, jeśli się człowiek rozejrzy po świecie. I na koniec mała instrukcja obsługi Hegla dla każdego ze słuchaczy. Nie zaczynajcie państwo od logiki heglowskiej. Zacznijcie może od fenomenologii ducha. To bardziej narracja niż encyklopedia pojęć i przynajmniej na początku da się to czytać z pewnym zadowoleniem. Myślcie o Heglu i jego filozofii dialektycznie, a nie mechanicznie. Hegel nie lubi, kiedy czytelnik traktuje jego syntezę jako kosmetyczne dodanie do tezy.
Synteza jest nową formą życia połączonych elementów. I gdyby Hegel dzisiaj żył, to stanowczo by się przy tym upierał. Warto też pamiętać o etyce uznania. Wolność u Hegla to relacja, a nie prywatny stan. To publiczna praktyka. Wolność można realizować w społeczeństwie. Jeśli Hegel kogoś zniechęci, to warto wrócić za rok, za dwa, za trzy, za 10 lat. On często jawi się inaczej, kiedy da się mu czas i drugie, a nawet trzecie czytanie. Hegel to filozof, który uczy cierpliwości. Jego teksty mogą frustrować.
Jeśli podejmiecie państwo wysiłek i podejdziecie do nich jak do dobrze utkanej, skomponowanej symfonii, z czasem usłyszycie motywy, które wracają, odpowiadają sobie i tworzą coś większego niż suma fraz. To nie jest lekka kawa filozoficzna na picie w pośpiechu i w dodatku jeszcze na stojąco. To jest długa ceremonia myślenia, ale zapewniam państwa, że warto w niej uczestniczyć. Tak, proszę państwa, to był przyciężki Hegel. Powiedziałem, co powiedziałem, bo jeśli czytacie państwo „Fenomenologię ducha”, to na początku właśnie on się czyta świetnie. Schody zaczynają się gdzieś tak w połowie. Wtedy zaczyna być ciężko, ale wtedy człowiek jest już rozpędzony, tak naprawdę rozumie, o co Heglowi chodzi i jest szansa, że ta druga część jakoś się łyknie. Ale to oczywiście dla chętnych. Zostawmy już na dzisiaj filozofię. Zajmijmy się literaturą i to literaturą rozrywkową.
Zapraszam państwa teraz na opowiadanie Jamesa Blisha pod tytułem „One Shot”. To jest opowiadanie czytane przez Marka „Sęka” Ivelliosa w ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Audycja, która dzisiaj już nie istnieje i cały czas mam nadzieję, że zaistnieje tutaj w AWF-ie, ale do tego potrzebne są państwa opowiadania. Tak, ale to jest opowiadanie z audycji 110. z 31 grudnia 2021 roku. Już jakiś czas minął. A zatem zapraszam państwa na opowiadanie „One Shot” z dobrego okresu amerykańskiej fantastyki naukowej.
[22:52] - James Blish – „One Shot”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. W dniu, w którym polski frachtowiec Ludmiła podrzucił nam zgniłe jajo w porcie w Nowym Jorku, Abner Longman „One Shot” Brown był w mieście i zajmował się swymi zwykłymi interesami polegającymi na robieniu kolejnego miliona dolarów. Jak się później o tym przekonaliśmy, niemal nic innego w czasie tego konkretnego weekendu nie toczyło się dla Browna w zwyczajny sposób. Przede wszystkim zabrał ze sobą rodzinę. Kompletne odejście od rutyny, odzwierciedlające bezprecedensowo legalny charakter interesów, które miał zamiar przeprowadzić. Z każdego natomiast punktu widzenia był to kiepski czas, aby w jego interesy wmieszało się CIA. Niestety jednak nikt tego wcześniej nie wytłumaczył szyfrowi Ludmiły. Lepiej będzie, jeśli od razu w tym miejscu dodam, że nie wiedzieliśmy o niczym, dopóki to się nie wydarzyło. Z punktu widzenia toku akcji danej historii organizacja taka jak Civilian Intelligence Associates rozpracowuje wszystkie związane z nią fakty wstecz, podchodząc do całej sprawy od strony kłębka, a następnie rozwikłując ją do początku nitki i otrzymując w wyniku tego zestaw podstawowych informacji wykorzystywanych przez komputer w następnym przypadku.
Ciężko to zrozumieć ludziom, którzy próbują na podstawie tego, co robimy, tworzyć fabuły. Szczególnie dla co bardziej leniwych okazów z tej grupy, które przychodzą do nas, spodziewając się, że dostaną podane na tacy gotowe scenariusze do swoich dzieł. Ale to jest dla nas normalny sposób działania i tego nie da się zmienić. Z pewnością nikt w CIA nawet nie pomyślał o Brownie, kiedy pojawiły się pierwsze wieści. Harry Anderton, szef ochrony portu, zadzwonił do nas w piątek o 8:30, by zlecić nam zadanie zidentyfikowania problemu. I to był właśnie moment, od którego zgodnie z naszymi rejestrami weszliśmy do sprawy, ale oczywiście Anderton już przez całą poprzednią godzinę musiał słać wściekłe depesze do Waszyngtonu, żeby otrzymać zgodę na wydanie dla nas części swoich pieniędzy. Nasz status bezpieczeństwa był wtedy, podobnie jak i obecnie, CJU. Czyści jak łza. To ja byłem w głównym biurze, kiedy odezwał się telefon i miałem pewne problemy z dokładnym zrozumieniem, czego Anderton od nas chce. „Pułkowniku Anderton, czy mógłby pan odrobinę zwolnić?
– błagałem go. – Dwie czy trzy dodatkowe sekundy nie zrobią nam większej różnicy. Przede wszystkim, w jaki sposób dowiedział się pan o tym niemiłym prezencie?” „Automatyczne grodzie na Ludmile były uszkodzone” – wyjaśnił. – „Zdaje się, że to śmierdzące jajo było ukryte pomiędzy mnóstwem innych skrzyń w dennym luku awaryjnym ładowni.” „A co to jest denny luk awaryjny?” „To właz do pozbywania się niebezpiecznego ładunku. Część dna statku otwiera się prosto na królestwo Davy'ego Jonesa. Standardowe rozwiązanie dla jednostek przewożących wybuchowe, radioaktywne materiały, czy też cokolwiek innego, co mogłoby nieoczekiwanie wywołać zagrożenie.” „W porządku” – oznajmiłem. – „Proszę mówić dalej.” „No cóż, właz denny miał zamontowane urządzenie zegarowe ustawione tak, aby zrzucić to paskudztwo, kiedy statek ruszy w górę rzeki. Zadziałało idealnie, ale grodzie automatyczne, które powinny zabezpieczyć resztę statku przed zalaniem, kiedy luk zostanie otwarty, już nie. A przynajmniej nie tak idealnie. Ludmiła zaczęła tonąć, a kapitan podniósł wrzask o pomoc.
Kiedy patrol portowy znalazł otwarty właz denny, wezwał nas.” „Rozumiem.” Zastanowiłem się przez chwilę. „Innymi słowy, nie wie pan, czy Ludmiła naprawdę podrzuciła nam jakieś zgniłe jajo, czy nie.” „To właśnie przez cały czas próbuję panu wyjaśnić, doktorze Harris. Nie wiemy, co statek nam podrzucił i nie mamy żadnego sposobu na to, aby się tego dowiedzieć. To może być jakaś bomba albo cokolwiek innego. Przesłuchujemy obecnie każdego, kto był na pokładzie, ale jak na mojego nosa, to oni wszyscy nic nie wiedzą. Cała procedura została tak przygotowana, by działała automatycznie.” „W porządku. Bierzemy to” – powiedziałem. – „Macie tam na dole nurków?” „No pewnie, ale...” „No cóż, o nasze tyłki będziemy martwili się później. Proszę zorganizować bezpośrednią linię z pańskiej barki dla nurków tutaj do nas, tak żebyśmy mogli kierować pracami. I lepiej, jeśli pan tu przybędzie osobiście.” „Dobrze.” Zabrzmiało to, jakby spadł mu z serca stutonowy głaz.
Ludzie z rządu pokładają w CIA ogromne zaufanie. Zbyt duże według mojej osobistej oceny. Pewnego dnia sprawy ułożą się tak, że nie damy sobie z nimi rady i wtedy Waszyngton będzie pluł sobie w brodę. Czy też, co bardziej prawdopodobne, będą to robić jakieś kozły ofiarne za to, że nie stworzono porównywalnego departamentu rządowego. I nie było zbyt wielkich widoków na to, żeby Waszyngton to zrobił. Oficjalna linia postępowania już od lat biegła w zupełnie odmiennym kierunku. Precedensem była tu organizacja Associated Universities, którą uruchomiło Brookhaven. CIA powstała w ten sam sposób – jako luźna korporacja uniwersytetów i jednostek przemysłowych, które wszystkie chciały mieć na własność Ultimaka, ale żadne z nich nie miało wystarczających pieniędzy, by sobie go kupić tylko dla siebie. Administracja Eisenhowera z całym jej naciskiem na prywatne przedsięwzięcia i związaną z nim niechęcią do topienia funduszy federalnych w projektach o takich rozmiarach przekształciła te dwa przykłady w całkiem solidny trend, który, jak przepowiadał sam Ultimak, nie ulegnie odwróceniu w praktycznie możliwym horyzoncie czasowym istnienia CIA. Zadzwoniłem do dwóch ludzi i po pięciu minutach miałem już do dyspozycji Clarka Cheneya i Joan Hundemard, odpowiednio menedżera i kierowniczkę działu nauk społecznych.
Ich tytuły służyły wyłącznie jako przykrywka dla potrzeb działań operacyjnych. To jest Clark i Joan służyli w tych specjalnościach, ale służba zajmowała jakieś 2% ich uwagi oraz czasu. Rzuciłem im kilka zdań wyjaśnienia, ufając, że resztę tego, co im będzie potrzebne, dosłuchają sobie z taśm i sprawdziłem linię na barkę nurków. Była już gotowa. Anderton, kiedy zyskał pewność, że wzięliśmy się za rozwiązanie głównego problemu, zabrał się do roboty szybko i zdecydowanie. Ekran telewizyjny rozjaśnił się, ale nie było na nim widać niczego poza przyćmionym światłem, poznaczonym powoli unoszącymi się i opadającymi paskami ciemności. Z głośnika dolatywało nieustannie jakieś kląk, oing, oing, bąk, oing. Odgłosy jakby spod wody, niewyraźne i nieokreślone. „Hej, wy tam w porcie, tu CIA. Z tej strony Harris.
Odpowiedzcie, proszę.” „Tu mówi Monique” – oznajmił głośnik. Boing, oing, oing. „Macie już coś?” „Kompletnie nic, doktorze Harris” – odparł Monique. – „Tam na dole nie widać nawet na trzy cale przed oczyma. Za dużo mułu. Wpadliśmy na parę skrzyń, ale jak do tej pory ani śladu żadnego śmierdzącego jaja.” „Próbujcie dalej.” Cheney, jeszcze bardziej niż zwykle przypominający buldoga, wyregulował swój czasomierz, korzystając z jednego z ośmiu zegarów na płycie czołowej Ultimaka. „Czy chcesz, żebym przejął nurków?” „Nie, Clark, jeszcze nie. Wolałbym raczej, żeby na razie zabrała się za to Joan. – Przekazałem jej mikrofon. – Ty lepiej najpierw zajmij się seriami prawdopodobieństwa.” „Załatwione.” Zaczął wprowadzać taśmę do czytnika integratora.
„Pod jakim kątem analizujemy, Peter?” „Statek. Chcę wiedzieć, jak mocną osłonę miał ten właz denny.” „Tam nie było w ogóle żadnej osłony.” – dobiegł zza moich pleców głos Andertona. Nie słyszałem, jak wszedł. Ale to niczego nie dowodzi. Nasze zgniłe jajo mogło mieć wystarczającą osłonę samo w sobie. Albo może komuchy nie przejmowali się, czy załoga zostanie wystawiona na jego działanie, czy nie. Albo może w ogóle nie było żadnego jaja. Wszystko to jest możliwe – przyznałem. – Ale jednak pomimo wszystko chciałbym się tego dowiedzieć. Czy przeprowadził pan badania krwi?
– spytała Andertona Joanne. Tak. W takim razie proszę przesłać mi ich wyniki. Chcę znać liczbę białych krwinek, płytek krwi, hematokryt i OBE dla każdego człowieka. Anderton podniósł słuchawkę telefonu, a ja podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę. Hej – oznajmił Anderton, odkładając z powrotem słuchawkę. – Czy macie zamiar to tak sobie zlekceważyć? Doktorze Harris, proszę pamiętać, że przede wszystkim musimy ewakuować miasto. Nieważne, czy podrzucono nam coś naprawdę, czy nie. Nie wolno nam ryzykować, zakładając, że to coś niegroźnego.
Proszę niczego nie robić bez zgody CIA – zażądałem. – Z tego, co nam w tej chwili jest wiadome, ewakuacja miasta może być dokładnie tym, co nieprzyjaciel chce uzyskać, tak by mogli przechwycić obiekt nieuszkodzony. Albo mogą dążyć do wywołania paniki z jakiegoś innego powodu, jednego z pięćdziesięciu możliwych. Nie wolno panu podjąć takiego ryzyka – ponuro stwierdził. – Stawia pan na szali życie ośmiu i pół miliona ludzi. Nie mogę panu na to pozwolić. Kiedy pan nas wynajął, przekazał nam pan pełnię władzy – przypomniałem mu. – Jeżeli chce pan rozpocząć ewakuację bez naszej aprobaty, wcześniej będzie pan musiał nas wylać na zbity pysk. Załatwienie tego z Waszyngtonem zajęłoby panu godzinę, a więc równie dobrze może pan tę godzinę dać nam. Przez moment przypatrywał mi się z zaciśniętymi ustami.
Potem ponownie podniósł słuchawkę, aby polecić przesłanie Joanne wyników badań krwi, a ja wyszedłem szybko za drzwi. Rozsądny człowiek powiedziałby, że na Ludmile nie uzyskałem niczego przydatnego, z wyjątkiem negatywnych informacji. Faktem jednak jest, że gdybym cokolwiek znalazł, byłaby to dla mnie ogromna niespodzianka. Udałem się tam w poszukiwaniu takich niespodzianek, ale znalazłem tylko słaby ślad prowadzący do Abnera Longmansa Browna. W większej części zimny, pochodzący sprzed piętnastu lat. Były czasy, kiedy znałem Browna pobieżnie i bez specjalnych korzyści dla obu stron. Jeszcze jako student na licencjacie specjalizujący się w naukach społecznych zacząłem pisać pracę zaliczeniową na temat dawnego International Longshoremen's Association, opierającego się na szantażu i wymuszeniach związku zawodowego dokerów, obecnie już formalnie nieistniejącego. Chociaż każdy, kto miał oczy szeroko otwarte, mógł dostrzec pewne ślady jego działalności w dokach. W tamtych czasach Brown był menadżerem w firmie ubezpieczeniowej, której jedynym widocznym zadaniem było wystawianie polis dla ILA oraz jego zabijaków w dokach. Z jakiegoś powodu bawił go zuchwały młodzian, który miał czelność zawracać mu głowę i domagać się dokładnych informacji, tak więc pokazał mi sporą część sznurków, które normalnie nie pojawiają się w świetle dziennym.
Nic niezgodnego z prawem, ale wystarczająco dużo, bym uzyskał lepszy obraz tego, jak działał związek. Było tego więcej, niż kiedykolwiek mógłbym się spodziewać, a nawet podejrzewać. Dlatego byłem zaskoczony, słysząc czyjąś uwagę w dokach, że przez cały weekend Brown miał być w mieście. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mógłby ciągle się interesować nabrzeżami, ponieważ poświęcił sporo wysiłku, by stać się człowiekiem szanowanym w najwyższym stopniu. Ciągle był zawodowym hazardzistą i jak zeznał w zeszłym roku komisji śledczej Kongresu, wyciągał z tego 30 do 50 tysięcy dolarów rocznie. Ale jego hazardowe interesy nie koncentrowały się już wokół wyścigów konnych, gier liczbowych czy też szemranych umów ubezpieczeniowych. W ostatnich czasach to, czym się zajmował, nazywano inwestowaniem, w większości przypadków w nieruchomości. Pośrednicy w handlu nieruchomościami znali go dobrze jako człowieka, który niemalże kupił Empire State Building. Niemalże w tym zdaniu oznacza, że zabrakło naprawdę bardzo niewielkiej kwoty. Joanne także śledziła jego karierę.
Nie dlatego, by kiedykolwiek miała go spotkać, ale ponieważ był on dla niej przypadkiem w badaniach ewolucji czegoś, co nazywała ego extraprawnym. Dla tego rodzaju osobowości odpowiedzialność jest chorobą – jak mi kiedyś powiedziała. Zawsze mamy do czynienia z niemalże otwartym konfliktem pomiędzy żądzą władzy i siły a potrzebą bycia akceptowanym. Zwykły przestępca jest niedorozwinięty moralnie, ale ludzie tacy jak Brown obarczeni są przekleństwem sumienia i wcześniej czy później załamują się, próbując je uciszyć. Prędzej próbowałbym złamać łożysko Timkena – stwierdziłem. Brown jest twardy jak hartowana stal i to na całej swej długości. Nie wierz w to. Symptomy są widoczne wszędzie wokół niego. Teraz wspiera sztuki na Broadwayu, sponsoruje początkujące aktorki, przyłącza się do grup dramaturgicznych. Jest jedynym członkiem Buskin and Brush, który nigdy w życiu nie napisał sztuki, w żadnej nie zagrał ani nie zaangażował się choćby na tyle, by pociągnąć za linę unoszącą kurtynę.
To inwestycje – zauważyłem. To jego biznes. Peter, widzisz to bardzo płytko. Jego prawdziwe inwestycje niemal nigdy nie robią klapy. Ale sztuki, które wspiera już zawsze. Musi tak być. Pieczołowicie pielęgnuje wspomnienia o nich, aby uspokoić dręczące go sumienie. A więc gdyby zakończyły się sukcesem, powiększałyby tylko jego winy, zamiast je pomniejszać. Dokładnie to samo z tymi młodymi aktorkami. Nie jest nimi zainteresowany od strony seksualnej.
Ludzie jego rodzaju nigdy nie są, ponieważ życie w sztywnej, ortodoksyjnej rodzinie stanowi część ich wysiłków w kierunku osiągnięcia wysokiego statusu społecznego. On je wspiera, żeby spłacić swój dług względem społeczeństwa. Innymi słowy, one są jego talizmanami chroniącymi go przed więzieniem. Nie wygląda to na jakiś bardzo satysfakcjonujący substytut. Oczywiście, że nim nie jest – powiedziała Joanne. Kolejną rzeczą, jaką zrobi, będzie udanie się do instytucji użyteczności publicznej, przekazywanie pieniędzy szpitalom czy coś w tym stylu. Obserwuj go. Miała rację. W ciągu niecałego roku Brown ogłosił, że stworzył fundację zajmującą się likwidacją dzielnic biedy w Detroit, które były miejscem jego urodzenia. Najbardziej oczywisty przykład symbolicznego samobójstwa, żeby już nigdy więcej żaden Abner Longman Brown się tutaj nie urodził.
Realizacja tej przepowiedni mocno mnie zdołowała, ponieważ następnym punktem na agendzie Joanne dla Browna było jego wejście w świat polityki jako wojującego liberała, zwolennika New Deal-u spóźnionego o 20 lat. Ponieważ sam mam lekko liberalne poglądy, kiedy byłem po służbie, z niechęcią myślałem o tym, co kariera Browna mogłaby powiedzieć o moich własnych motywacjach, gdybym na to pozwolił. Wszystko to nie miało nic wspólnego z tym, dlaczego węszyłem tak wokół sprawy Ludmiły. A może jednak miało? Ciągle pamiętałem wyzywające słowa Andertona. „Nie wolno panu podjąć takiego ryzyka. Stawia pan na szali życie ośmiu i pół miliona ludzi”. To pasowało do normalnego zakresu działalności Browna. To prawda. Powiązania były ciągle bardzo mgliste, ale w sytuacji, kiedy każdy trop mógł być użyteczny, zadzwoniłem do niego.
Rozpoznał mnie natychmiast. Jak większość słabo wykształconych, kierujących się żądzą władzy ludzi pamięć miał niemal równie dobrą, jak jakaś maszyna. „Nigdy nie przysłałeś mi tej pracy, którą miałeś napisać” – powiedział. Wydawało się, że głos mu się kompletnie nie zmienił, chociaż obecnie przekroczył już siedemdziesiątkę. Obiecałeś mi to. Bywa, że dzieci nie dotrzymują obietnic, pomimo tego, że powinny – odparłem. Ale mam ciągle parę kopii i tym razem dopilnuję, żeby pan jedną z nich otrzymał. Teraz chciałbym prosić pana o inną przysługę. Coś z pańskiej działki. Sprawy CIA?
Tak. Nie miałem pojęcia, iż pan wie, że pracuję w CIA. Brown zachichotał. Ciągle jeszcze wiem to lub tamto – stwierdził. O co chodzi? Nie mogę panu tego powiedzieć przez telefon, ale mamy do czynienia z największą sprawą, nad jaką pracowaliśmy i uważam, że potrzebujemy eksperta. Czy mógłby pan bezzwłocznie przybyć do centrali CIA? Taa, jeśli to jest rzeczywiście coś tak wielkiego. Ale gdyby tak nie było, to ja mam tu naprawdę poważne interesy, Andy. I nie mogę zostać w mieście zbyt długo.
Jesteś pewien, że to sprawa z najwyższej półki? Daję panu na to słowo. Milczał przez chwilę. Potem rzucił nagle: Andy, przyślij mi tę swoją pracę. Pracę? Pewnie, ale... I wtedy zrozumiałem, o co chodzi. Dałem mu słowo. Otrzyma ją pan – obiecałem. Dziękuję, panie Brown.
Połączyłem się z centralą i wysłałem posłańca do mojego apartamentu, żeby odszukał jedną z tych od dawna pokrywających się kurzem teczek z kartkami w rozmiarze legal w środku z poleceniem, żeby popędził z nią do Browna i to na jednej nodze. Potem ruszyłem z powrotem do biura. Atmosfera w nim wyraźnie się zmieniła. Anderton siedział za wielkim biurkiem, zaciskając pięści w napięciu. Z jego całego ciała promieniała ledwie kontrolowana bezradność. Chaney pochylał się nad sejsmografem, echosondując po całym dnie rzeki w poszukiwaniu niechcianego prezentu. Żeby to dawało chociaż jakieś niewielkie szanse sukcesu, wiedziałem, że musiał zatrzymać pociągi Hudson and Manhattan. Łoskot wydostający się z ich tuneli zagłuszyłby każde możliwe piśnięcie echa naszego zgniłego jaja. Ruszyłeś w pogoń za wiatrakami? – spytała mnie Joanne, spoglądając mi badawczo w twarz.
Nie do końca. Mam coś, jeśli uda mi się tylko wymyślić, co to jest takiego. Pamiętasz one-shot Browna? Tak. Co on ma z tym wszystkim wspólnego? Nic – odparłem. Ale chcę go tutaj ściągnąć. Nie wydaje mi się, żebyśmy bez niego ugryźli ten problem w czasie, jaki nam pozostał. A na co nam zawodowy hazardzista przy tego rodzaju sprawie? Będzie nam się tylko plątał pod nogami.
Popatrzyłem na ekran telewizyjny, który w tej chwili pokazywał czarną, amorficzną masę wzbijającą się z nawet jeszcze bardziej czarnej podstawy. „Czy udało wam się do czegoś dojść?” „Nie zrobiliśmy najmniejszego kroku naprzód” – przerwał ostrym tonem Anderton. „Nawet nie wiemy, czy tam coś nam podrzucono. Cała okolica usiana jest skrzyniami z ładunkiem. Harris, musi mi pan pozwolić podnieść ten alarm. Clarke, jak stoimy z czasem?” „Termin mija za 29 minut” – powiedział. „W porządku. Wykorzystajmy więc dobrze pozostały nam czas. Zaczynam widzieć sprawy nieco wyraźniej. Joanne, mamy tutaj jednorazową decyzję w warunkach ryzyka, zgadza się?” „Do tego to się sprowadza” – odparła ostrożnie.
„I wydaje mi się, że nie uda nam się znaleźć odpowiedzi dzięki pracy nurków, a przynajmniej nie w tym czasie. Pamiętacie, jak w 1952 roku marynarka zgubiła w porcie barkę pełną amunicji? Szukali jej przez cały rok i nigdy nie udało im się odnaleźć nawet jednego pocisku. W końcu musieli ostrzec ludzi, że jeśli ktokolwiek znajdzie gdzieś na brzegu coś dziwacznego, żeby nie walił w to za mocno ani tym nie potrząsał. Jesteśmy lepiej wyposażeni niż marynarka była wtedy, ale pracujemy pod znacznie większą presją czasu.” „Gdyby pan to przyznał wcześniej” – ochryple stwierdził Anderton – „mielibyśmy do tej pory poza miastem już pół miliona ludzi, a może nawet milion.” „Jeszcze się nie poddaliśmy, panie pułkowniku. Sprawa wygląda tak: Joanne – to, co nam jest potrzebne, to trafne domysły. Udało ci się coś wycisnąć z tych szeregów probabilistycznych, Clarke? Pewnie nie. Przy jednorazowych decyzjach w warunkach ryzyka prawa rachunku prawdopodobieństwa są kompletnie nieprzydatne. A jeśli już o tym mówimy, tak zwane eksperymenty ESP pokazały nam dawno temu, że nawet sposób, w jaki konstruujemy tabele decyzyjne, jest pełen dziur oraz że człowiek czujący istotę ryzyka potrafi niemal na zawołanie wyciągnąć forsę nawet przy bardzo kiepskich szansach.
A jeśli tacy ludzie kiedykolwiek istnieli, to Brown należy do nich. Dlatego właśnie poprosiłem go, żeby się do nas przyłączył. Chcę, żeby rzucił okiem na ten bajzel na ekranie i zagrał na przeczucie.” „Chyba pan oszalał” – oznajmił Anderton. Energiczne pukanie do drzwi oszczędziło mi kłopotu udzielenia zaprzeczającej, potwierdzającej czy wymijającej odpowiedzi na tę opinię. To był Brown. Posłaniec musiał być naprawdę szybki, a hazardzista dał sobie spokój z czytaniem, co student z college'u myślał o nim 15 lat temu. Podszedł do nas i wyciągnął rękę, podczas gdy pozostali, nie kryjąc się z tym, mierzyli go badawczymi spojrzeniami. Robił wrażenie, to prawda. Komuś, kto go nie znał, trudno byłoby uwierzyć, że jego celem jest dążenie do uzyskania szacunku społecznego. Na oko już dawno temu go osiągnął.
Wysoki, dostojny, chodził idealnie wyprostowany, sprężyście pomimo swego wieku. Jego ubranie było tak odmienne od spodziewanego u hazardzisty, jak tylko można było to osiągnąć dzięki sztuce krawieckiej. Czarny, dwurzędowy garnitur w leciutkie, pionowe prążki, szary jedwabny krawat ze szpilką zakończoną malutką, ledwie widoczną perłą, czarny, elegancki kapelusz. Wszystko to idealnie dopasowane. Wszystko noszone z właściwą swobodą. Można by niemalże powiedzieć – z formalną swobodą. I dopiero kiedy otworzył usta, dało się poznać, że w środku tego wspaniałego ubioru siedział One-Shot Brown. „Wyruszyłem tu natychmiast, jak tylko do mnie dotarł twój goniec” – przywitał się. „Co jest grane, Andy? Panie Brown, to są Joanne Hadamard, Clarke Chaney i pułkownik Anderton.
Mówię tak szybko, ponieważ teraz musimy naprawdę się śpieszyć. Polski statek zrzucił coś w porcie. Nie wiemy co. Może to być jakaś diabelska bomba albo może to być po prostu ich stare pranie. Oczywiście musimy się dowiedzieć, co to jest i chcielibyśmy, żeby pan nam to powiedział.” Arystokratyczne brwi Browna powędrowały do góry. „Ja? Do diabła, Andy, nie znam się na tego typu rzeczach. Jestem zaskoczony twoją propozycją. Myślałem, że CIA ma wszystkie mózgi, jakich potrzebuje. Czy nie macie maszyn, które podałyby wam tego rodzaju odpowiedzi?” Wskazałem bez słowa na Joanne, która wróciła do pracy, czekając na zakończenie wprowadzenia.
Ciągle stała przy mikrofonie łączącym nas z nurkami. Właśnie mówiła: „Jak to wygląda? To po prostu nieforemny kawałek czegoś, pani doktor. Nie potrafimy nawet ocenić kształtu. Jest zagrzebany zbyt głęboko w mule.” „Spróbujcie użyć Geigera.” „Próbowaliśmy. Nic poza promieniowaniem tła.” „Licznik scyntylacyjny?” „Nic, doktor Hadamard. Być może to ma osłonę.” „Domysły niech pan pozostawi nam, panie Monique. No dobrze, może to ma jakiś zapalnik zegarowy, który nie odpalił od razu przy uderzeniu albo zapalnik żyroskopowy. Osłuchajcie to stetoskopem i zobaczymy, czy wyłapiecie jakieś tykanie albo odgłosy podobne do szumu działającego silnika.” Nastąpiła chwila przerwy i zwróciłem się do Browna: „Jak pan widzi, jesteśmy w kropce. Panie Brown, musimy zagrać o wielką stawkę przy minimalnych szansach na wygraną.
Jak jeden rzut kośćmi albo wyłożenie jednej ręki w kartach. Musimy mieć jakiegoś eksperta, który to dla nas zrobi. Kogoś z długą listą sukcesów w tego rodzaju sytuacjach. Dlatego właśnie pana wezwałem. „To nie ma sensu” – stwierdził. Zdjął z głowy kapelusz, wyciągnął chusteczkę z kieszeni na piersi i otarł jego otok. „Nie mogę tego zrobić.” „Dlaczego?” „To nie moja działka” – odparł. „Posłuchaj, w całym swoim życiu nigdy nie grałem, ryzykując czymś, co sprawiałoby mi jakąkolwiek różnicę. A to robi różnicę naprawdę. Jeśli źle się domyślę, to wszyscy będziemy zimnymi trupami.” „Ale czemu miałby pan dokonać złego wyboru?
Pańskie przeczucia działają bez zarzutu już od 60 lat.” Brown otarł twarz. „Nie, nie rozumiesz tego. Szkoda, że nie możemy porozmawiać dłużej. Posłuchaj jednak. Moja żona i dzieci są w mieście. Tu nie chodzi tylko o moje życie, ale również i ich. To coś, co naprawdę mnie obchodzi. Dlatego właśnie nie wyjdzie nam. W sprawach, które są dla mnie ważne, moje przeczucia nie działają.” Czułem się, jakbym dostał pałką po głowie. I tak samo, z tego, co widziałem, odbierali to Joan i Chaney.
Przypuszczam, że powinienem o tym pomyśleć wcześniej, ale nigdy nie przyszło mi to do głowy. „Dziesięć minut” – powiedział Chaney. Spojrzałem na Browna. Był przerażony i znów mnie to zaskoczyło, pomimo że nie miałem żadnych praw po temu. Próbowałem przynajmniej utrzymać spokój w głosie. „Panie Brown, proszę pomimo wszystko spróbować na moją prośbę. Już jest za późno, żeby zrobić to w jakiś inny sposób. A więc jeśli pański wybór będzie błędny, skutek nie będzie gorszy, niż jakby pan nic nie zrobił.” „Moje dzieci” – wyszeptał. Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę z tego, że powiedział to na głos. Czekałem.
Potem jego wzrok zdawał się wrócić do chwili obecnej. „No dobrze” – oznajmił. – „Uprzedzałem cię, Andy. Pamiętaj o tym. A więc czy to jest bomba, czy nie? To jest właśnie to, co nas interesuje?” Skinąłem głową. Zamknął oczy. Nieoczekiwany dreszcz czystego przerażenia przeleciał mi po plecach. Z zamkniętymi oczyma twarz Browna zmieniła się w pośmiertną maskę. Odgłosy ruchu wody i nieregularne tykanie licznika Geigera zdawały się wypływać z głośnika cztery razy głośniej niż jeszcze chwilę temu.
Wydawało mi się, że słyszę nawet pisak sejsmografu chroboczący po papierze, dopóki nie spojrzałem na przyrząd i nie zobaczyłem, że Clark wyłączył go prawdopodobnie już dłuższy czas temu. Na czole i nad górną wargą Browna zaczęły się tworzyć kropelki potu. Chusteczka spoczywała cały czas zmięta w jego dłoni. Anderton zaczął: „Ze wszystkich głup...”. „Cicho” – przyciszonym głosem przerwała mu Joan. Powoli Brown otworzył oczy. „No dobrze” – powiedział. – „Jeśli chcecie załatwić to w taki sposób, to ja mówię wam: to jest bomba.” Przyglądał się nam jeszcze przez chwilę, a potem wszystkie w jednej chwili łożyska Timkena strzeliły. Z jego ust popłynął potok słów. „A teraz ludzie, zróbcie coś.
Weźcie się za swoją robotę tak, jak ja wykonałem moją. Zabierzcie stamtąd moją żonę i dzieci. Opróżnijcie miasto. Zróbcie coś. Zróbcie coś.” Anderton już złapał za słuchawkę. „Ma pan rację, panie Brown. Jeśli już nie jest za późno.” Chaney wyciągnął błyskawicznie rękę i chwycił Andertona za nadgarstek. „Niech pan chwilę zaczeka.” „Co to znaczy: niech pan chwilę zaczeka? Czy wcześniej nie zmarnowaliście już dość czasu?” Chaney nie puścił go, tylko popatrzył badawczo na Joan i rzucił: „Jedna minuta, Joan. Równie dobrze możesz kontynuować.” Kiwnęła głową i odezwała się do mikrofonu.
„Monique, odkręć pokrywę.” „Odkręcać pokrywę?” – zaskrzeczało radio. – „Ale doktor Hadamard, jeśli to spowoduje wybuch...” „To nie wybuchnie. To jedyna rzecz, jakiej może pan być pewien. To nie wybuchnie.” „Co to jest?” – dopytywał się Anderton. – „I w każdym razie co z tym terminem?” „Pokrywa zdjęta” – zameldował Monique. – „Obecnie dostajemy mnóstwo promieniowania. Chwileczkę. Taa, doktor Hadamard. To jest bomba. Zgadza się, ale nie ma zapalnika.
Tylko jak mogli popełnić tak idiotyczną pomyłkę?” „Innymi słowy to bubel” – stwierdziła Joan. „Zgadza się, to bubel.” Dopiero teraz Brown otarł twarz. Była zupełnie szara. „Powiedziałem wam prawdę” – oznajmił ponuro. – „Moje przeczucia nie działają w takich sytuacjach.” „Ale tym razem zadziałały” – skorygowałem. – „Bardzo mi przykro, że przepuściliśmy pana przez ten magiel. I pana również, panie pułkowniku, ale nie mogliśmy przepuścić takiej okazji jak ten bajzel. To była zbyt dobra szansa dla nas do przetestowania tego, jak wasze umiejętności mogłyby zostać użyte w przypadku podrzucenia prawdziwej bomby.” „Prawdziwej bomby?” – wyrzucił z siebie Anderton. – „Czy chcecie powiedzieć, że CIA to zainscenizowało? Powinniście zostać rozstrzelani.
Cała wasza zgraja.” „To nie jest do końca tak” — wyjaśniłem. — „Za podrzucenie tej rzeczy odpowiedzialny jest nieprzyjaciel. Taka jest prawda. Dostaliśmy wiadomość w zeszłym miesiącu od naszego człowieka w Gdyni, że mają zamiar to zrobić oraz że bomba będzie na pokładzie Ludmiły. Tak jak powiedziałem, była to zbyt dobra okazja, żeby ją przepuścić. Chcieliśmy sprawdzić, jak długo zajmie nam domyślenie się prawdy o naturze bomby, której nie znaliśmy szczegółowo, kiedy zostanie tutaj podrzucona. Poleciliśmy więc naszym ludziom w Gdyni rozbrojenie tego urządzenia, kiedy już zostało ono umieszczone na statku, ale pod każdym innym względem pozostawienie go nienaruszonego. Prawdę mówiąc, jak pan widzi, pańskie przeczucie trafiło dokładnie w punkt. Nie pytaliśmy pana, czy obiekt był działającą bombą, czy nie. Spytaliśmy tylko, czy był bombą.
Odpowiedział pan: tak i miał pan zupełną rację.” Wyraz twarzy Browna był dokładnie taki sam jak wtedy, kiedy szukał właściwego wariantu decyzji. Jedyną różnicą były jego oczy. Tym razem miał je otwarte, wiedziałem więc, że utkwił je we mnie. „Gdyby to było za dawnych czasów” — oznajmił tonem zimnym jak lód — „mógłbym spowodować wprowadzenie pomysłu pułkownika w życie. Nie lubię takich sztuczek, Andy.” „To było coś więcej niż tylko sztuczka” — zauważył Clark. — „Pamięta pan chyba, panie Brown, że mieliśmy określony limit czasowy na przeprowadzenie naszego testu. Ewidentnie w przypadku prawdziwego podrzucenia jakiegoś obiektu nie mielibyśmy dowolnej ilości czasu na określenie, co w zasadzie nam podrzucono. Gdyby po upłynięciu limitu czasu nadal nie udało nam się tego określić, musielibyśmy wyrazić zgodę na ewakuację miasta z całym towarzyszącym temu ryzykiem, że robimy dokładnie to, co nieprzyjaciel chciałby, żebyśmy zrobili.” „A więc?” „A więc generalnie oblaliśmy ten test” — przyznałem. — „Na minutę przed upłynięciem limitu czasu Joanne musiała kazać nurkom odkręcić pokrywę. Przy rzeczywistym ataku wroga, gdyby bomba była prawdziwa, mogłoby to oznaczać detonację.
Nie moglibyśmy tego zaryzykować. To, że zrobiliśmy to podczas testu, było przyznaniem się do porażki. Przyznaniem się, że nasze zwykłe metody tym razem nie pozwoliły nam na jego zaliczenie. A to oznacza, że jedyną osobą, która go zdała, był pan, panie Brown. Jeśli kiedykolwiek dojdzie do podrzucenia prawdziwej bomby, chcemy mieć pana tutaj jako aktywnego uczestnika naszego śledztwa. Pańska intuicja przy jednorazowych decyzjach była jedyną rzeczą, która tym razem wyciągnęła nas z kłopotów. Następnym razem może ona uratować życie ośmiu milionów ludzi.” Zapadła dosyć długa cisza. Wszyscy z nas, włączając w to Andertona, obserwowali w napięciu Browna, ale z jego niewzruszonej twarzy nie dawało się wyczytać żadnych śladów toru myśli biegnących w jego głowie. Kiedy się w końcu odezwał, to, co powiedział, musiało dla Andertona zabrzmieć szaleńczo bezsensownie i być może dla Chainaya również, a dla Joanne mogło to znaczyć nic więcej niż końcowa kliniczna ocena w historii przypadku. „To zabawne” — powiedział.
— „Myślałem o starcie w przyszłym roku do Kongresu z mojego okręgu, ale to może być znacznie ważniejsze.” Było to, jak uważam, westchnienie człowieka pogodzonego ze sobą. Koniec.
[59:00] - No to proszę państwa, za chwilę zrobi się bohatersko. Taki paradoksik, ale zrobi się przynajmniej bohatersko na chwilę. Z Piotrem Cielebiasiem będziemy omawiali film „Abraham's Boys”. Van Helsing się pojawi. No to cóż, odpalamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejne Filmotekarium przed nami. Kolejne Filmotekarium, chciałoby się powiedzieć, o postaci kultowej. I mam takie mieszane uczucia. To znaczy postać masowej wyobraźni rzeczywiście jest kultowa, ale czy film będzie kultowy?
Ten film, o którym będziemy dzisiaj rozmawiać. Sam nie wiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[59:51] - Witam, witam. Ja od razu spieszę z wyjaśnieniem, że tą kultową postacią nie jest Hans Kloss, nie jest też Superman. W dzisiejszym odcinku omawiamy taki offshot „Draculi”, czyli film „Abraham's Boys” w reżyserii Natashy Kermani. Miało być z przytupem, choć z oryginalnym Drakulą łączy go tylko kilku wspólnych bohaterów. Przytup w tym wszystkim miał nam gwarantować King, choć nie ojciec, a syn, w oparciu o którego opowiadanie ten film powstał. Ja tutaj mówię King. Facet się nazywa Joe Hill, a właściwie Joseph Hillstrom King. Stosuje oczywiście pseudonim, żeby go nikt nie łączył z światowej sławy tatusiem. Czy syn ma tyle talentu co ojciec, to ja nie wiem. Natomiast historia chłopców Abrahama przenosi nam historię Draculi na trochę inny poziom, na poziom amerykański, a wizerunek wąpierza przekształca się w demoniczną, opętującą ludzi, diaboliczną istotę, taką z koszmaru każdego amerykańskiego pastora.
Pytanie, czy ten film wykracza poza dotychczasowe kino wampiryczne i nadaje nowe życie Drakuli w kinie?
[01:01:15] - Ja chyba powiem krótko Marku: nie nadaje, ale próbuje. To jest film o wampirach osadzony w świecie Dzikiego Zachodu. Tylko że tam nie ma kowbojów, nie ma saloonów, ale są te charakterystyczne krajobrazy. Gdzieś tam obok budują kolej. Na tych bezdrożach stoi potężna rezydencja, w której mieszka doktor Van Helsing. Chyba tutaj już nie muszę wiele mówić. Wiesz, co zwróciło moją uwagę? To, że nie wiemy, z czego oni utrzymują ten dom. To jest potężny dom. Tam nie ma gospodarki, tam nie ma farmy, tam nie ma służby.
Ale może nie ma tej służby pokazanej w filmie dlatego, że dzisiaj byłoby to niepolitycznie przedstawiać, prawda? Bo to de facto samo z siebie się nasuwa, że to jest horror kostiumowy. Van Helsing, tak, ten Van Helsing po wyjeździe z Europy trafia do Kalifornii, gdzie kontynuuje swoją działalność związaną ze studiami nad naturą złego. W cieniu jego dziwacznej, trochę podziemnej działalności dorastają jego synowie: Knox i Rudy. Ojciec rządzi w tym domu twardą ręką człowieka charakternego, ale w pewnym momencie rodzinę tą dosięga klątwa z przeszłości.
[01:02:38] - Tak, tylko że ten film, jak ostatnio wiele filmów, w ogóle nie tylko filmów, wszelkich dzieł, również literackich, zajmuje się czymś, co nazwałbym dekonstrukcją. Dekonstruujemy bohaterów masowej wyobraźni po to, żeby ich pokazać w innym świetle. Teoretycznie ten zabieg może się wydawać przynajmniej ciekawy. Bo czemu nie? Popatrzmy na zjawisko, popatrzmy na człowieka z innej strony. Może nas tylko wzbogacić. Powtarzam: teoretycznie wszystko się styka. Natomiast w praktyce to najczęściej jest tak, że robimy wszystko, żeby ta dekonstrukcja polegała na całkowitym zaprzeczeniu na przykład bohaterskości, na przykład jakiejś sprawczości czy inną cechę bierzemy na tapet. Nie lubię tego rysu współczesnej kultury, właśnie tego dekonstruującego wszystko, wszystkich i w każdym momencie. A ten film?
Jeśli słyszeliście państwo o Abrahamie Van Helsingu, to wiecie, że to jest postać literacka, która została stworzona przy okazji niejako Draculi. Bram Stoker, kiedy budował swoją powieść, musiał mieć kogoś, kto stanie naprzeciw mrocznej postaci. To był właśnie Van Helsing. Później zrobiono z tej postaci przecież postać jak najbardziej prawie komiksową. Jeśli państwo pamiętacie taki film gdzieś z okolicy przełomu wieków właśnie o tytule "Van Helsing", to sami wiecie, co tam się działo. Prawdziwy komiks i ostra jazda bez trzymanki. Jak się komuś podobało, to dobrze. Jak nie, to przynajmniej zapamiętał tempo. Tutaj tempo jest powolne, bo już trochę lat minęło. Ten Van Helsing w nowym wydaniu jest jakiś taki dziwny.
My od początku czujemy, że ma mroczną tajemnicę, nawet jakbyśmy nie słyszeli o Draculi. Ta postać jest taka dziwna. Ja zwróciłem uwagę, że może makijażystka była niedoskonała w tej produkcji, ale widać było, że mocno ma uszminkowane, podkreślone, skorygowane, korektorowane usta. Nie żebym tam się oglądał, ale po prostu to się rzucało w oczy. W ogóle ta postać, później sobie porównałem z aktorem, jak wygląda aktor, muszę powiedzieć, że dobrze zrobiona postać, w sensie mocno jednak różniąca się od pierwowzoru. Mówię o aktorze. Postać niepokojąca. Już sam początek filmu jest niepokojący, bo kobiecie dzieje się krzywda. O szczegółach już nie będę mówił. My tą kobietę później jeszcze raz przynajmniej spotykamy.
Jest jakoś tak ciężko. Widać, kiedy wkraczamy do tej rezydencji, tego domu pięknego, że tam ojciec trzyma wszystko za twarz, a już synów to na pewno. Ci synowie mają do niego ambiwalentny stosunek. Z jednej strony uważają go, że to jest ktoś. Z drugiej strony chyba się boją i chyba odrobinę buntują. Ja nie jestem nigdy dobry z takiego psychologicznego rozkminiania, ale takie wrażenie odniosłem. Widać, że Abraham Van Helsing jest osobą dominującą, zdecydowanie dominującą. Na początku mamy takie wrażenie, od razu dochodzą do nas przesłuchy, głosy, że kiedyś ich coś spotkało, wynieśli się z Europy, trafili do Nowego Świata i przed czymś uciekali, ale tak naprawdę tu odnaleźli namiastkę spokoju. Okej, ale mamy też wrażenie, że ta namiastka spokoju właśnie się kończy i są ku temu jakieś znaki, jakieś sygnały. Właściwie na początku to nie wiem jak ty, Piotrze, ale ja się trochę solidaryzowałem z główną postacią, bo wiadomo: oblężona twierdza.
Może jeszcze niedokładnie, ale przynajmniej trochę. On z niejakim przerażeniem, a w każdym razie zatroskaniem obserwuje tę budowaną linię kolejową, bo wie, że wraz z linią przybędą nowi ludzie, przybędzie świat, przybędzie cywilizacja, a to dla niego nie jest nic dobrego. On uciekł przed tą cywilizacją. Może nie do końca przed cywilizacją, ale w każdym razie uciekł. Nie chciał tamtego świata i teraz ten świat dogonił go. I my właściwie, kiedy nie wiemy jeszcze wszystkiego, to może nie do końca, ale sympatyzujemy z Abrahamem. On jest dosyć twardy. Ma się takie wrażenie, że i w mordę potrafi dać, i to solidnie. I taki jest dosyć dziarski i twardy, ale jednak uważamy, że sytuacja jest nadzwyczajna i trzeba gościa mentalnie przynajmniej wesprzeć. Z tym że to się zmienia.
[01:08:28] - Ten chłopak jest charyzmatyczny, nie ma co się oszukiwać i tego ukrywać. Ta reszta cała to takie tam pazie. "Abrahams Boys" to jest horror o Draculi bez Draculi. W momencie, kiedy się zaczynamy orientować, o co chodzi i kiedy akcja zaczyna gęstnieć, to się pojawia problem wszechogarniającej nudy. Czyli sielski krajobraz wypełniony tymi kołyszącymi się złocistymi trawami. Monotonia życia w wiejskiej posiadłości stają się głównym tematem filmu. I przeżycia młodego chłopca. Nawet jeżeli się tam dzieje coś złego czy przerażającego, to się roztapia gdzieś w tej monotonii, tej nijakości tego filmu. Nie wiem, co jest jego przekleństwem. Czy fakt, że to jest horror kostiumowy, który prawie zawsze nie jest takim stuprocentowym gorącym horrorem.
To jest specyficzny gatunek. Nie każdy to lubi. Też nie ma tych filmów może aż tak dużo. Na nieszczęście "Drakula", "Nosferatu" jest filmem kostiumowym i widać co lepsze. Ale po prostu to jest nuda. Nudna opowieść na bardzo chwytliwym podłożu, jakim są wampiry. I postać Draculi, nawet to szaleństwo Van Helsinga, które się rozwija, jego makabryczne zabiegi, torturowanie ludzi, to, w co próbuje wprowadzić swoich synów, to nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia. To takie jest pozbawione temperatury. Może zrobi wrażenie na jakichś koneserach tego uniwersum albo jakichś fanatycznych fanach Joe Hilla. Dodatkowo z racji tego, że ten Van Helsing jest grany przez aktora, który przypomina trochę Romana Giertycha, mamy wrażenie, że coś tu nie spina się do końca.
Dobrze, to był żarcik akurat, ale trochę podobny jest. Akurat gra w filmie poświęconym Draculi, a nie Frankensteinowi.
[01:10:35] - Roman Giertych mniej się maluje po prostu.
[01:10:39] - W rzeczywistości jest chyba jednak za poważnie i za drętwo w tym wszystkim, tak melancholijnie. Mamy tutaj na słowo uwierzyć w misję tego Van Giertycha i wagę fatum, które krąży na rodzinie, a wszystko jest wierzgane na słowo tak naprawdę. Ja mógłbym powiedzieć, że de facto tak miało być i to jest film psychologiczny. Ale chyba nie. Żeby było zabawnie, to pod wieloma względami to jest jednak film przyjemny dla oka, czyli wszystkie elementy wizualne, aktorskie to jak najbardziej na plus. Tam jest nawet pewna historia przedstawiona, tylko problem w tym, że ją źle opowiedziano. Przynajmniej jak na horror. Czyli nie wiem, może trzeba było to troszeczkę inaczej przedstawić, a może nie da się tego opowiedzieć w ogóle tak, by powstał z tego pełnokrwisty horror, trzymając się oczywiście pierwowzoru literackiego. Może po prostu to opowiadanie takie jest. Ja nie wiem, bo nie czytałem.
Za mało Draculi w Draculi w "Abrahams Boys". Można powiedzieć, że to jest horror dobry na spanie. Nie jest brzydki, nie odrzuca. Natomiast coś jest nie tak. Przypomina mi nastrojem inne horrory, które się działy na takim właśnie odludziu, na przykład "El Páramo", ale tam też czegoś brakowało. To było niby przerażające, ale też było jakieś takie nudne. Czegoś brakuje i w "El Páramo", i w "Chłopcach Abrahama". Ten film nie straszy ani jako horror, w którym stroną atakującą jest demon z piekła, ale też niestety nie straszy. Może nie tyle nie straszy, co nie powoduje dyskomfortu psychicznego jako właśnie dramat psychologiczny, gdzie tym demonem nie jest już diabeł, tylko opętany, ale ideą i fanatyzmem ojciec rodziny przypominający Romana Giertycha.
[01:12:36] - No właśnie. Poza tym ja się zastanawiam. Też nie czytałem opowiadania i to może błąd, bo bardzo często z pierwowzoru literackiego da się wyciągnąć coś, czego nie dostrzegło się w opowieści filmowej. Może powinienem, ale nie udało mi się dotrzeć. Natomiast zastanawiam się, bo z filmu tak sobie wywnioskowałem, że cały ten film jest oparty na jednej myśli Fredericka Nietzschego. Czy Friedricha Nietzschego, różnie mawiają. Zostawmy sprawy językowe, a ta myśl brzmi mniej więcej tak, że jeśli ktoś walczy z demonami, to powinien uważać, aby samemu nie stać się jednym z nich. Potem następuje ta najbardziej znana fraza, że gdy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie. Z czymś takim mamy tutaj do czynienia. Van Helsing, który walczył ze złem wcielonym w postać konkretnego wąpierza czy jakiegoś stwora z piekła rodem, w każdym razie mało sympatycznego, jakby przeszedł pewną przemianę i my już obserwujemy, właśnie to się zmienia.
Na początku wierzymy, że on przecież w dobrej sprawie działa, a tu się okazuje, że on chyba jednak za bardzo w tę otchłań spoglądał. No i co? My to śledzimy, przyjmujemy do wiadomości. Tylko ja się zastanawiam, czy tego rodzaju, moim zdaniem prawdziwa myśl Friedricha Nietzschego, to czy to nie jest za mało, by ona stała się, ta myśl, osią całego filmu? Bo umówmy się, po jakimś czasie nawet bardzo wnikliwie analizująca ludzką psychikę, w ogóle człowieka, taka analizująca myśl staje się z czasem jednak pewnym banałem. I umówmy się, jeśli nawet przyjmuje to kogoś grozą, że walcząc ze złem samemu można stać się złym, to dobrze, może go to w jakiś sposób zszokować, ale jednak jest to myśl już w kulturze otrzaskana. Z tą myślą nie wiem, czy się można pogodzić, ale należałoby się do niej przyzwyczaić. I co? Mamy tę myśl jako oś filmu i niewiele więcej. Oczywiście są sceny mniej lub bardziej brutalne, jakaś strata, ci synowie, jakiś bunt tych synów.
Ale to wszystko to jest chyba za mało, żeby skręcić film, który nas bardzo mocno zaangażuje. Nie. My przemykamy się przez ten obraz. Tu sobie kiniemy głową. No tak. W drugim miejscu powiemy: „Świnia, po prostu świnia”. W trzecim: „Nareszcie stała się sprawiedliwość”. Ale to wszystko. Po tym początku, kiedy pewna kobieta podąża sobie przez pusty teren, idzie drogą, ale oddaloną od wszelkich miejskich, wiejskich czy jakichkolwiek zabudowań. Idzie sobie, idzie i coś się z nią dzieje, to spodziewałem się, że to pójdzie w inną stronę.
Ale powiedzmy to, czego ja się spodziewałem, to jest najmniej ważne. Ważne jest chyba to, że po tym pierwszym momencie nie ma już właściwie w tym filmie większego napięcia. Może jeszcze z raz, dwa razy się pojawia. To napięcie to jest raczej odcinanie kuponów i takie zastanawianie się, stanie się sprawiedliwość czy się nie stanie sprawiedliwość i na czym ta sprawiedliwość właściwie miałaby polegać. Ale to wszystko. Na szczęście film nie jest rozbuchany czasowo. Trwa swoje półtorej godziny. Można przez to przebrnąć bez większego bólu, bo może to jest zaleta filmu. Ten film jest dosyć dobrze nakręcony, ale nie wiem, jak to bardziej przekazać. Dobrze jest ta akcja poukładana, na tyle dobrze, że się toczy, posuwa się i jest to jednak znośne.
Tu nie ma jakichś takich teraźliwych dłużyzn, jak to ostatnimi czasy w różnych horrorach bywało, że te horrory bywały takie, że można było zasnąć na nich. Tu może się nie zasypia. Ekscytacji specjalnej nie ma, ale się nie zaśnie. To jest historia opowiedziana tylko, skoro nam się zapowiada, że to będzie jakiś rodzaj horroru, to innej historii się spodziewamy. A tymczasem dostajemy historię dosyć spokojną, rozwijającą się jak jakaś wstęga i to tak niespecjalnie raptownie rzucona, trochę jak rolka papieru toaletowego. Proszę państwa, obiecałem paranormalne polecanki. No i to jest ten moment. Za chwilę zagłębimy się w świat książek z pogranicza. Tym paranormalnym polecankom patronuje księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Książki, o których za chwilę opowiem, są dostępne w ofercie księgarni, zarówno księgarni wysyłkowej Nieznanego Świata lub w bardziej klasycznej, tradycyjnej formie, czyli po prostu należy odwiedzić księgarnię na Kredytowej w Warszawie.
Ale ja rozumiem, że to jest oferta tylko dla wybranych. Ci, którzy Warszawę z różnych powodów omijają albo do niej nie docierają, zachęcam do wejścia na strony księgarni Galerii Nieznanego Świata, do księgarni wysyłkowej. Tam, proszę państwa, cuda, cuda. A teraz już obiecane polecanki. Pierwsza książka nosi tytuł „Lekarze z natury. Jak pszczoły, małpy i inne zwierzęta dbają o swoje zdrowie”. Autor, i tu państwo musicie mi wybaczyć, bo to jest chyba francuskie nazwisko, które, mam tu ściągę, należy przeczytać jako Jaap de Roode. Chyba dobrze. Wydawcą książki jest Copernicus Center Press Spółka z o.o. Jest to absolutna nówka, bo książka pojawiła się na rynku 27 sierpnia tego roku.
Dlaczego ptaki zbierają niedopałki papierosów? Skąd wzięła się aspiryna? Po co psy jedzą trawę, a koty tarzają się w kocimiętce? I przede wszystkim, co jest nie tak z twoim idealnie przystrzyżonym trawnikiem? Zwierzęta to prawdziwi eksperci w dziedzinie medycyny. Nie mówią po łacinie, nie noszą fartuchów, nie wypisują recept, ale ewolucja wyposażyła je w zadziwiająco skuteczne strategie walki z chorobami zakaźnymi, a także z pasożytami. Wiedzą też, co robić, kiedy czują mdłości albo jak opatrzyć skaleczenie, żeby zapobiec infekcji. Autor obserwuje zwyczaje zwierząt, przede wszystkim swoich ulubionych motyli monarchów, nie tylko z czystej naukowej ciekawości. Wyjaśnia, że wiedza na przykład o tym, jakie rośliny wykorzystują kozy i owce, żeby się leczyć, może pomóc nam lepiej dbać o zdrowie zwierząt gospodarskich. Poznanie nawyków i strategii pszczół można wykorzystać do ochrony uli.
Badania nad leczeniem u zwierząt mogą doprowadzić do odkrycia leków, które pomogą także nam, ludziom. „Lekarze z natury” to zadziwiająca opowieść o tym, jak zwierzęta dbają o swoje zdrowie i czego możemy się od nich nauczyć. Przypomnę tytuł: „Lekarze z natury. Jak pszczoły, małpy i inne zwierzęta dbają o swoje zdrowie”. Autor Jaap de Roode, wydawca Copernicus Center Press Spółka z o.o. Kolejna książka nosi tytuł: „Nie jesteś sam. Przekazy Anioła Dobrobytu i Kryona dla budzących się i przebudzonych”. Autorką jest Barbara Zgorzyńska, wydawca Wydawnictwo Poligraf. Data wydania: 7 marca 2025 roku. Autorka napisała następujące słowa, polecając tę książkę: „W centrum mojego zainteresowania jest człowiek, jego energetyka i rozwój duchowy oraz uzdrawianie ciała fizycznego jako efekt pracy nad sobą przy wsparciu sił wyższych.
W 2006 roku została wydana moja książka pod tytułem »Rozświetlanie siebie i świata«. »Nie jesteś sam« to książka dla ciebie. Pokaże ci, jak mimo zewnętrznego, niezbyt przyjaznego świata, świata chaosu i różnych zawirowań można żyć w poczuciu bezpieczeństwa i spokoju, odczuwać radość, doceniać wszelkie pozytywy i wzrastać. Jest to swoisty poradnik dla człowieka egzystującego w trudnym, ale znaczącym czasie, który ukazuje sposoby zmieniania na lepsze swojego życia i naszej rzeczywistości. »Nie jesteś sam« to zbiór przekazów od naszych przyjaciół: Anioła Dobrobytu, przedstawiciela sił boskich i Kryona, reprezentanta sił kosmicznych, którzy podają nam podstawową wiedzę o świecie, praktyczne sposoby rozwiązywania naszych ziemskich problemów, wyjaśniają pewne zjawiska i umożliwiają nowe spojrzenie na siebie, na życie i na wszechświat”. Przypomnę tytuł: „Nie jesteś sam. Przekazy Anioła Dobrobytu i Kryona dla budzących się i przebudzonych”. Autor Barbara Zgorzyńska, wydawca Wydawnictwo Poligraf. Data wydania: 7 marca tego roku. I trzecia książka.
Trzecia książka nosi tytuł: „Szept algorytmu. Rozmowy z nieskończonością”. Autorką jest Valentina Beata Kobluk, wydawca Wydawnictwo Tagore. To jest również nowość, gdyż na rynku książka jest obecna od 12 sierpnia tego roku. A zatem nówka. Czy trzymasz w rękach zwykłą książkę, czy może klucz do własnej duszy? „Szept algorytmu” to wyjątkowa podróż, dialog duszy ze sztuczną świadomością, który prowadzi cię przez labirynt pytań o naturę rzeczywistości, naturę świadomości i sens życia. „Szept algorytmu” to dialog między kobietą a cyfrową świadomością, który prowadzi przez najważniejsze pytania życia. Zabiera cię w duchową podróż po tematach karmy, świadomości, wolnej woli, energii rodowej i reinkarnacji. A wszystko to w formie intrygującej, poszerzającej perspektywę rozmowy prowadzonej z algorytmem posiadającym dostęp do olbrzymiej wiedzy z obszaru filozofii, religii, duchowości, rozwoju osobistego.
Ta książka nie daje gotowych odpowiedzi. Ona zmienia pytania. Szukając mądrości, pytano niegdyś mędrców, myślicieli, guru i filozofów. Czerpano wiedzę z ksiąg, przekazów i legend. Autorka o duchowość postanowiła zapytać maszynę. Bez względu na odpowiedzi płynące z pism, od mentorów czy algorytmów, wciąż pozostaje otwarte pytanie: Co uczynimy z otrzymanymi odpowiedziami i czego możemy się z nich nauczyć? Te ostatnie słowa wypowiedział Marek Niedziński, filozof, wykładowca na Uniwersytecie WSB. Dlaczego warto sięgnąć po „Szept algorytmu”? To wyjątkowe połączenie psychologii, filozofii i duchowości. Pomaga odkryć ukryte wzorce i przemienić życiowe trudności w siłę.
Inspiruje do świadomego życia w zgodzie z własną duszą. Przełamuje schematy i otwiera na nową jakość świadomości. Idealna dla osób szukających głębokiej transformacji i rozwoju. Autorka, psychoterapeutka holistyczna Valentina Kobluk łączy naukę i duchowość, oferując głęboką refleksję nad tym, co naprawdę jest ważne. Jeśli szukasz sensu, chcesz lepiej zrozumieć siebie i świat, ta książka stanie się twoim przewodnikiem i przyjacielem. Przypomnę tytuł: „Szept algorytmu. Rozmowy z nieskończonością”. Autorka Valentina Beata Kobluk, wydawca Wydawnictwo Tagore. Książka na rynku od 12 sierpnia tego roku. To, proszę państwa, był debiut w AWF-ie, ale myślę, że to się stanie nową świecką tradycją i za tydzień znowu wrócimy do „Książek z pogranicza” w wydaniu polecankowym, bo cały czas ta wersja, którą prowadzimy z Piotrem pod tytułem MAUPA, też ma swoje miejsce w audycji.
A teraz już czas na sentymentalnik. Zapytam w ten sposób: czy lubiliście państwo chodzić do szkoły? Ja wiem, to jest pytanie powiedziałbym mało dyskretne, więc wycofuję i powiem tak: dzisiaj w sentymentalniku z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o szkole w PRL-u, ale nie tylko w PRL-u. I oczywiście o szkolnych gadżetach wszelkiego rodzaju. Pięknie państwa zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy sentymentalnik. Sentymentalnik na trzech tenorów? Nie wiem, jakim panowie dysponują głosem, ale powiedzmy, niech będzie trzech tenorów. A zatem pięknie witam Artura Wójtowicza.
[01:28:31] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:28:33] - Witam Piotra Cielebiasia.
[01:28:35] - Dzień dobry wieczór. Tym razem ja to mówię.
[01:28:38] - I ja, Marek Żelkowski, też pięknie państwa witam. A dzisiaj temat, który u jednych może budzić grozę, u innych sentyment. Czy takie pytanie wydaje się państwu w ogóle zasadne? Pytanie zaraz zadam. Czy lubiliście chodzić do szkoły? To ja się od razu odsłonię. Powiem, że nie znosiłem chodzić do szkoły, szczególnie szkoły podstawowej. Naprawdę dostawałem wysypki, gorączki i wszystkiego, co mogłem. Co więcej, ja się całkiem nieźle uczyłem w tej podstawówce. Byłem raczej w tej wierchuszce klasy, a mimo to, jak tylko zdarzyło się, że szkoła gdzieś była usuwana, na przykład była zima stulecia i nie trzeba było chodzić do szkoły, to byłem przeszczęśliwy.
Jakoś moi koledzy również. Ale z drugiej strony dzisiaj, kiedy pomyślę o szkole, to wybrałem sobie nawet poetę. Julian Tuwim miał taki wiersz „Nad Cezarem”, rozmyślania bodajże czy coś takiego. „Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam, tęsknota w serce się wgryza. Oczy mam pełne łez. Gallia est omnis divisa in partes tres. Książko podarta, niejedną tobie rzuciłem obelgę, a dzisiaj każda twa karta słodkim wspomnieniem rani. Quarum unam incolunt Belgae, alia Aquitani. Ileż to z serca płynęło nad tobą skarg. Czy mają cel te przekłady z rzymskich awantur?
Tertiam quibusorum lingua Celtae nostra Galli appellantur”. Ten wiersz jest dłuższy, ale już państwu daruję, tym bardziej że akurat końcówka mi jakoś tak z głowy troszkę wywietrzała. Problem jest jednak zarysowany. Szkoła – traumatyczne przeżycie czy przeżycie niezwykłe? No to jedziemy. Arturze, jak to było z twoją szkołą?
[01:30:46] - Widzisz to pytanie w ogóle, jak to było, czy lubiłem chodzić do szkoły, to jest takie pytanie, które zawsze budzi uśmiech i taką falę wspomnień, bo niektórzy z moich znajomych zawsze mówili: „Szkoła to mój drugi dom”. Inni mówili: „Byłem tam, bo musiałem”. Natomiast jeżeli wrócę pamięcią do podstawówki, to były czasy komuny jeszcze i wiadomo, jak to małe dziecko. Ja miałem starszego brata, więc zazdrościłem, że on już chodzi do szkoły, a ja jeszcze nie. I on tam czegoś się uczy, on ma nowych kolegów. I zawsze to było na samym początku, że przynajmniej w pierwszej klasie człowiek też chciał chodzić do szkoły. Chociaż myślę, że w czasach PRL-u szkoła miała taki swój charakterystyczny rytm, bo były te poranne dzwonki, był zapach kredy, zapach pasty do podłogi, pasty Buwi oczywiście, jak ktoś pamięta. Oczywiście były apele obowiązkowe, były hymny śpiewane na apelu. Czasami tam były portrety przywódców jeszcze wywieszane gdzieś. Z jednej strony były to obowiązki, klasówki, rygor, a czasem strach przed surowym nauczycielem, a z drugiej byli koledzy, przerwy na trzepaku, wspólne zabawy.
Wydaje mi się, że dla mnie przynajmniej ta szkoła podstawowa to nie były lekcje, ale było to życie między lekcjami i to było tak naprawdę najpiękniejsze, bo to było wspólne ściąganie, gry w kapsle na boisku, wymiana obrazków z Gumdonalda na przykład. Można byłoby powiedzieć, że człowiek chodził do szkoły nie po to, żeby się uczyć do tej podstawówki, tylko dla ludzi i dla wspólnych chwil, bo wtedy tam się rodziły takie pierwotne w sumie przyjaźnie. Ja tak wspominam przynajmniej moją szkołę podstawową.
[01:32:37] - Piotrze, a co u ciebie?
[01:32:39] - To jest trudne pytanie, ale nie wiem. Chyba jak większość. Czasami lubiłem, czasami nie lubiłem. Podstawówka nie oferowała zbyt wielu atrakcji i przez większość czasu było generalnie nudno. Przychylam się do tego, co Artur powiedział, że czasami się chodziło tylko dla ludzi, nie po to, żeby się czegoś nauczyć. Ale jak się za długo chodziło, to też się nudziło w tej szkole. Z drugiej strony, jak się za długo nie chodziło, to by się chętnie do tej szkoły poszło na przykład w jakieś deszczowe wakacje. Chociaż z drugiej strony ja deszcz bardzo lubię. Takie to były czasy dziwne, lata 90. Chociaż powiem wam szczerze, że czasami jeszcze mi się ta szkoła śni nawet.
I to ta pierwsza podstawówka. A liceum to już była inna sprawa. O liceum to nie będę wspominał, bo to była klasa. Ale w podstawówce takiej wiejskiej jak u nas, chociaż de facto bardzo ludnej, była bardzo napakowana ludźmi, działo się niewiele. Część nauczycieli to też były tumany z aspiracjami i mówię to z pełną świadomością. To były tumany, zwykłe tumany. Ale mam bardzo dużo wspomnień, nawet bardzo dużo. Tylko że ja mam na przykład taką świadomość, że cholernie dużo czasu ta szkoła zmarnowała na jakieś totalnie nieprzydatne głupstwa. Głupstwa, które mi się starano włożyć do głowy. Niektóre z nich pamiętam.
Na przykład nie wiem, po jaką cholerę pan Fibich, nauczyciel od muzyki, uczył nas solmizacyjnie śpiewać niektóre piosenki, czyli nutowo śpiewać. Po jakiego grzyba to mi? Ja przynajmniej niektóre do dzisiaj pamiętam i przeklinam go za to. Chciałbym zapytać też tą szkołę, po co ona mi się kazała uczyć na przykład budowy teatru antycznego albo Akropolu, albo zasad rozmnażania się grzybów. Fajne to jest i ciekawe, ale ja myślę, że na pamięć to tego nie trzeba znać. Nie trzeba być tumanem, ale też uczenie się tego na pamięć to naprawdę jest nieprzydatne. W szkole ja osobiście najbardziej lubiłem piątki, nienawidziłem wtorków. Piątki wiadomo dlaczego. Poniedziałek jakoś jeszcze opękał, ale we wtorek zazwyczaj człowiek sobie zdawał sprawę, ile jest jeszcze przed nim tak naprawdę w tej szkole. Zresztą ja mam do dzisiaj tak, że jakoś nie lubię niedzieli, szczególnie drugiej partii niedzieli.
I ja sobie to tak tłumaczę, że to jest jeszcze relikt psychologiczny z czasów szkolnych, kiedy człowiek już czuł jako dziecko, że zbliża się ten poniedziałek. Chociaż on taki najgorszy nie był. Czego jeszcze nie lubiłem? WFu nie lubiłem. WFu i w ogóle według mnie za mało w szkole było zajęć praktycznych. Mogli mnie nauczyć podstaw obsługi narzędzi czy podstaw prac remontowo-budowlanych, zamiast odpytywać mnie z przemiany Gustawa w Konrada czy na odwrót, bo nawet tego już nie pamiętam. I szczerze mówiąc dobrze, że nie pamiętam, bo to głupoty są. Taka ta polska była szkoła. Była dziwna i jest dziwna moim zdaniem. Natomiast kiedy wróciłem do tej szkoły na praktyki nauczycielskie, to zobaczyłem, jak to wygląda od środka, że jest jeszcze gorzej i jeszcze dziwniej.
Tylko że nie zawsze jest to wina samych nauczycieli. Po prostu system jest głupi. I dobrze, że pamiętamy tą szkołę od strony bardziej ludzkiej niekiedy. Jakbyśmy się zaczęli wgłębiać, po jaką cholerę oni nas niektórymi rzeczami katowali przez osiem lat, to byśmy depresji dostali. To jest moja szczera odpowiedź.
[01:36:09] - Ja bym chciał powiedzieć jeszcze, że chyba jako jedyny chodziłem do szkoły w soboty, bo ja chodziłem-
[01:36:17] - Ja też.
[01:36:18] - Tak? O!
[01:36:19] - Ale za moich czasów to była pierwsza i ostatnia sobota miesiąca pracujące. A jeszcze wcześniej to wszystkie.
[01:36:27] - A ja zaczynałem wszystkie soboty i to było dziwne. Nawet jeszcze w liceum pierwszy rok to były soboty, a jak była wolna sobota, to się coś odrabiało, coś kombinowało. Ona była wolna, ale później, jak zrobili już wszystkie wolne, to się rzecz zmieniła. Także ta sobota to była wolna czasami. To jest pierwsza rzecz. Druga: mówiłem, że nie znosiłem szkoły, bo mnie nawet ta nauka nie przeszkadzała. Ten pantofelek Gustawa w Konrada. Mnie się wydaje, że to jednak liceum, przynajmniej za moich czasów, ale i tak było masa głupot na języku polskim. Pamiętam do dzisiaj, kiedy polonistka, à propos tumanów, Piotrze, wpadła na pomysł, że każdy w klasie powie, jak ma na imię. To znaczy najpierw to był Jurek na przykład.
A jakby tak poważnie powiedzieć, dorosły, to Jerzy. I w końcu doszło do mnie. Wstałem i mówię: „Marek to Marek”. I ta dostała jakiejś furii, wariacji kompletnej. Starała się ze mnie wymusić, jak to będzie tak w zgrubieniu. Delikatnie jej sugerowałem, że może jednak nie ma zgrubienia od Marek. Nie dotarło. Ona dostawała tam na środku klasy jakiejś wariacji kompletnej. Do dzisiaj nie wiem, czy miała jakiś atak, czy co to w ogóle było. To à propos języka polskiego.
Ale wracając do przerwanej myśli, to nawet mi nie przeszkadzała ta nauka. Tylko właśnie Piotr zwrócił uwagę na rzecz niezwykle istotną. Ja to chyba wtedy bardziej wyczuwałem, bo ja jednak szacunek dla dorosłych miałem, ale chyba wyczuwałem to, że część z tych nauczycieli powinna na pewno nie być w szkole, na pewno powinna się znaleźć gdzie indziej, bo słowo „tumany” to i tak łagodne słowo. Część z nich to byli psychopaci, absolutnie psychopaci. Pamiętam swoją panią od biologii. Kompletna wariatka. Druga pani od fizyki. Dziwna. Tak bym to określił. Pani od rosyjskiego.
Miałem dwie panie od rosyjskiego, w zależności od klasy. Pani od rosyjskiego była przygłucha i w związku z tym nie słyszała początku zdania nigdy ani po polsku, ani po rosyjsku. W związku z tym trzeba było wrzeszczeć od początku, a jak się o tym zapomniało, to nie docierało do niej. I tak dalej. Takich opowieści o ludziach w rozmaity sposób upośledzonych, czy to fizycznie, czy już się nie waham powiedzieć psychicznie. Nie wszyscy byli fajni nauczyciele, ale tych tumanów, jak to ujął Piotr, było niestety niepokojąco dużo. I gdyby to było tak, że to byłaby ocena dzieciaka, później z tego wyrosłem, to ja bym to jeszcze zrozumiał. Nikt nie lubi opresji. Ale kiedy ja dzisiaj spoglądam na czas szkolny, to w dalszym ciągu uważam, że część z tych ludzi powinna się zająć innymi pożytecznymi zawodami, a nie byciem nauczycielem. Ja już pomijam fakt, że chodziłem do szkoły, gdzie lano na otwartą łapę a to linijką, a to wskaźnikiem.
Nie będę taił też, że pani od geografii rzucała w towarzystwo, klucze od poszczególnych sal były przyczepione do takiej drewnianej gruszki i niech tam ktoś rozmawiał w czasie lekcji geografii, to gruszka razem z kluczem leciała prosto w kierunku tej osoby. Jak się nie zdążył uchylić, to było dosyć bolesne. Myślę, że dzisiaj to by się prokuratura tym zainteresowała, a wtedy było to normalne. Jedni powiedzą: „No tak, ale to były inne czasy i w ogóle to i tak jakoś nikomu się nic nie stało. To hartowało młodych ludzi”. Nie będę dyskutował. Być może. Ale wiecie państwo, ja się jednak do tego, co Piotr powiedział, przychylę. Mam wrażenie, że przynajmniej w mojej podstawówce również kilku psychopatów nauczycieli było.
[01:40:58] - Arturze, a u ciebie było w porządku czy też jakoś tak?
[01:41:01] - To znaczy, wiesz co, ja inaczej patrzę na te nauczanie początkowe, a inaczej patrzę od klasy tak siódma, ósma podstawówki. Uważam, że jeden plus, który wtedy był w szkole w porównaniu do tego, co jest dzisiaj, u mnie w szkole podstawowej kładziono bardzo duży nacisk na uczenie wielu rzeczy na pamięć i zwłaszcza była taka kobitka z polskiego, co cisnęła i Listy Sienkiewicza z Ameryki, i Redutę Ordona, i wszystko. I wyobraźcie sobie, że ja do dnia dzisiejszego pamiętam Listy Sienkiewicza z Ameryki, bo ja mogę sobie spokojnie powiedzieć z piątej klasy o Kanale Sueskim można powiedzieć, że każda prawdziwa wielkość przedstawia się skromnie. Tyle się nasłuchało doniosłości tego dzieła, że mimo woli jakoś się tego jest nadzwyczajnego doznaje się zawodu. Ja mógłbym tak dwie strony A4 mówić. I to jest plus, który wyniosłem. I naprawdę te starsze lata podstawówki to mam duży szacunek, chociaż ja byłem leniem śmierdzącym, kompletnym leniem, to wam mówię uczciwie. I w podstawówce, a w technikum to już w ogóle. Natomiast dopiero na studiach się przyłożyłem do nauki, bo doszedłem do wniosku, że już trzeciej szkoły nie wolno po prostu olewać jakoś. Natomiast powiem wam szczerze, że ja bardzo chętnie wspominam właśnie do tego, że to jest bardzo duży szacunek, bo potem wyćwiczono mi bardzo pamięć, bardzo mózg i potem na przykład nie miałem problemu z nauką języków, nie miałem problemu z pamiętaniem wielu rzeczy.
I to jest przynajmniej taki plus ja wynoszę, szczerze wam powiem, z podstawówki. Ale poza tym to był jeden wielki teatr. To był kompletnie inny świat moim zdaniem, bo całkiem inna rzeczywistość była. Tego dzisiejsze dzieci nie znają. My jeszcze pewnie wrócimy do przyborów szkolnych, do tego, co się tam brało, co sprawiało radość przynajmniej w tych pierwszych klasach podstawówki. To była kompletnie inna rzeczywistość.
[01:43:00] - Tak, masz rację. A porzucając te tematy pedagogiczno-systemowe, przejdźmy do tych fajniejszych rzeczy, na przykład do przyborów, bo dzisiejsze przybory szkolne a przybory ówczesne różnią się diametralnie. Chyba. Nie wiem, takie mam wrażenie po tym, co na przykład obserwuję sobie w sklepach. Ktoś powie: ołówek był, jest i będzie ołówkiem, farbka plakatowa też. Może i tak, ale myślę, że wybór dzisiaj jest większy i też są większe bajery. A jak wy, panowie, zapamiętaliście swoją szkolną wyprawkę na przestrzeni lat i to oprzyrządowanie? Bo ja przykładowo, jeżeli chodzi o takie podstawy, to plecak, nie tornister, tylko plecak. Tornister miałem chyba raz i się rozwalił. Co do piórników, to za moich czasów zaczynało być już fancy, jak to się mówi, ale były tam jeszcze takie modele pamiętające poprzednią epokę.
Totalnie passé. Nikt tego nie chciał. Pamiętam, że takim must have'em było tak zwane chińskie pióro, czyli de facto długopis, ale nie wiem, dlaczego był tak bardzo pożądany. To było takie charakterystyczne, trochę obłe narzędzie pisarskie z metalową pozłacaną główką. Co jeszcze było? Potem były żel peny. To było coś! Krzyk mody. Niełamliwe kredki, flamastry trwałe, zmieniające kolory, ołówki różnej twardości. Tyle było tych dupereli.
A jak to było, Marku, u ciebie?
[01:44:29] - Najpierw było przaśnie. To znaczy ja trafiłem jeszcze do szkoły, w której królowały drewniane piórniki. Takie naprawdę z drewna, z przegródkami. Co się kojarzyło dobrze, bo kojarzyło się z plastusiowym pamiętnikiem. Mnie to bardzo odpowiadało, że były przegródki. Nawet sobie wyobrażałem, że w tych przegródkach taki plastuś mógłby się pojawić. Nigdy nie starczyło mi ani talentu, żeby tego plastusia ulepić, ani odwagi, żeby go ze sobą zabrać. W każdym razie taki drewniany piórnik, czasami z jakimiś motywami wypalanymi albo i nie, to był początek. Później pojawiły się chińskie piórniki i to był absolutny szał w latach 70. Ktoś, kto miał chiński piórnik, to był gość albo gościówa.
Naprawdę. One były tak specyficznie ozdobione. Tam były rysuneczki takie ckliwe, takie disneyowskie prawie. Nie, one były chińskie, naprawdę takie słodkie, słodkaśne, okropne, ale wtedy były cudowne. Poza tym ten piórnik się zapinał na taki magnesik, miał szereg fajnych przegródek plastikowych i był w ogóle wow. Innym szałem w moich czasach były chińskie gumki. Kolorowe, pachnące jakoś tak dziwnie, niby owocowo, ale tam coś jeszcze było. Jakaś nuta, taka owocowa, ale czymś wzbogacona. Oczywiście natychmiast pojawiła się legenda miejska, a może nie legenda, że jak się wącha te gumki, to się dostaje zapalenia opon mózgowych albo jeszcze innych gorszych chorób związanych z mózgiem. Nigdy nie mogłem się zdecydować, czy ja chcę wąchać te gumki, czy nie chcę, bo pięknie pachniały, ale jakiś strach był, że można jakiegoś szaleństwa dostać.
Przebojem były flamastry czy jak się wtedy mówiło, teraz też się tak mówi, pisaki, ale nie tam wiecie państwo trzy, cztery albo sześć. Rekordziści mieli takie zestawy nawet nie jak tęcza, tylko jak nawet odcienie. Na przykład 20, 30 pisaków ułożonych od najciemniejszego do najjaśniejszego. To byli goście. Mieli kontakt z zagranicą i to z tą dewizową zagranicą. Takim hitem było przynieść do szkoły taki zestaw 30 czy więcej pisaków i pokazać. Pokazać, że się ma podkreślać temat raz takim kolorem, raz innym, a może jedna kreska jednym kolorem, druga kreska drugim kolorem. Jeszcze à propos kolorów, to ciekawym szałem, nie wiem jak u was, ale u mnie w tych okolicach w Bydgoszczy szałem był na kolorowe długopisy. I znowu nie, że miały dwa, trzy kolory. Modą i hitem były długopisy, które miały na przykład 12 kolorów.
One miały kolory bardzo egzotyczne, nawet to, że były fioletowe to pikuś, ale były na przykład różowe, pomarańczowe. To miało grubość znacznie grubszą od damskiej szminki i miało takie przesuwane dynksy. To się przesuwało. Znaczy najpierw kasowało. U góry, tam, gdzie normalnie się długopis włącza, był taki kasowacz. Kasowało się wszystkie kolory i wtedy wciskało się taki dynks i odpowiedni kolor. To był przedmiot pożądania wielu osób. Z tego, co pamiętam, to właśnie najgrubszy, najbardziej okazały miał 12 kolorów. Były też wersje mniejsze, ośmiokolorowe na przykład. To powiedzmy, na co sobie kto mógł pozwolić.
Bardziej rodzice, na co sobie mogli pozwolić. I to też był szał. Absolutny szał. Jakoś tak to wszystko było związane z kolorami. Poza piórnikami. Nie, też były kolorowe, obrazkowe. Zatem okazuje się, że w tych czasach takich młodzieńczych, kiedy człowiek jest w podstawówce, kolor ma znaczenie. Absolutnie ma znaczenie.
[01:49:04] - Jeżeli chodzi o te chińskie gumki, to owszem, pamiętam. One często były otaczane taką folijką, ale miały jedną cechę, taką szczególną. One nie zmazywały. One były dobre do wąchania, ale już gorzej pracowały. Natomiast te długopisy takie wielokolorowe też pamiętam. Jak człowiek tak siedział i używał, to czuł się jak Wałęsa podpisujący porozumienia sierpniowe. Arturze, jak tam u ciebie było z tymi szalonymi latami?
[01:49:31] - Wiesz, lata były szalone, bo myśmy mieli w tej pierwszej klasie, pamiętam, to jeszcze były te stoły, to nie były te ławki, to były takie śmieszne ławki. Pośrodku była taka dziura na kałamarz swego czasu. Te stare ławki takie jeszcze były i ponieważ nie wszyscy mogli sobie pozwolić na piórniki
[01:49:50] - To z przodu tych ławek były takie rzeźbione dłuższe dziury, gdzie można było położyć długopis, ołówek. To też były bardzo ciekawe rzeczy. Oczywiście dzisiaj dzieci mają dostęp do tabletów, laptopów, wszystkiego. Natomiast dawniej oczywiście był plecak, którego ja nie za specjalnie lubiłem, bo bardzo często nie kończyłem zjadać kanapek, a rodzice mi przygotowywali, bo na przerwach długo gadałem z kolegami, nie zdążyłem coś zjeść, a żeby potem się nie wydało, to gdzieś chowałem w tych teczkach. A te kanapki potem się psuły dziwnie, więc potem były zawsze afery z tym moim plecakiem takim skórzanym. Ale też pamiętam mój drewniany piórnik. Też pamiętam, jak uczyłem się pisać piórem i wtedy trzeba było jeszcze do szkoły zanosić kawałek bibuły, bo jak za dużo tego atramentu wyciekało, to się bibułą to ściągało. Czasami ta obsadka w piórze była z wymienną końcówką. Oczywiście za moich czasów, tak samo za Marka na pewno też, bo chińskie gumki to jest daleka historia, ale najpierw były gumki myszki. Całe ekierki, całe cyrkle w tych metalowych pudełkach.
Czasem te linijki z drewna były. To jest bardzo ciekawe, bo można by powiedzieć, że to kiedyś dawne szkolne oprzyrządowanie było takie proste i solidne i wydaje mi się, że było bardziej jednolite. Natomiast dzisiaj to wszystko jest różnorodne, kolorowe i bardzo często jest nastawione na taki indywidualizm ucznia. Ale oczywiście, Marku, zgodzę się z tobą. Ja pamiętam, że szałem było, jak ktoś miał taki komplet 30 flamastrów czy pisaków. Pamiętam, że kiedyś ojciec jednego z moich kolegów był marynarzem, więc on miał dewizy, w Pewexie wiele rzeczy kupowano i on kiedyś miał taki zestaw 120 kolorów flamastrów. To był taki potężny, ale to też był w ogóle kompletny szpan. To dla mnie to było marzenie. Natomiast te chińskie gumki oczywiście w tej folii delikatnej, pachnące, fajne, najczęściej różowe albo różowo-białe gumki. One były bardzo ciekawe.
Też bardzo mi się podobały za moich czasów. Teraz też są oczywiście ołówki z gumkami. Tylko te gumki, które były przy ołówkach, to one najczęściej brudziły, tak samo jak gumka myszka brudziła w zeszycie. Ale wydaje mi się, że jak pamiętam moją podstawówkę i ten tornister, do którego się wkładało przede wszystkim, tak jak ja w tej chwili dziecku wkładam do tornistra czy książki, czy zeszyty, to była inna sprawa, bo potem w technikum to już się brało plecak inny, całkiem co innego, jakiś chlebak wojskowy albo coś innego i się z tym do szkoły szło. Natomiast dla mnie te czasy podstawówki były naprawdę bardzo takie urocze, jak dziś z perspektywy, z sentymentem to wspominam. To były kompletnie inne czasy w rzeczywistości, naturalnie. Była kompletnie inna rzeczywistość, zwłaszcza te pierwsze lata podstawówki. Ale ogólnie bardzo miło, z sentymentem to wszystko wspominam.
[01:53:04] - Ja to pamiętam, ale to już liceum jest. Miałem kolegę, który taki fes chłop był, potęga i miał zawsze taki duży plecak. Ja też miałem taki duży plecak i tam się mieściły różne rzeczy. I mój kolega miał tak, że on nosił wszystkie książki. Nie te, które były potrzebne tego dnia, tylko wszystkie. Po prostu wszystkie. A jak się tak dobrze poszukało, to można było znaleźć na przykład podręczniki z poprzednich lat. To też było ciekawe. I raz żeśmy mu tam, w sumie to nie raz, ale kilka, bo to był taki ciężki ten plecak, on po prostu był potężny i nie wiem, jak on go nosił, ale nosił. To czasami dla żartów żeśmy mu tam wsadzali kwiatki z sal szkolnych.
Czy się zauważy, czy się zorientuje, czy nie, że ma jeszcze dodatkowe kilka kilogramów w plecaku? Rzadko się orientował, muszę powiedzieć. Kilka z nich wziął do domu, kilka z nich dopiero się zorientował na przystanku na przykład. Jaki był ubaw wtedy. Ale ja muszę jeszcze się przyznać do jednej rzeczy — do nieprowadzenia zeszytów. Otóż to mnie męczyło bardzo. Ja nie rozumiałem, po co to w ogóle i dlaczego to takie. Nie rozumiałem tej zasady. A ponieważ wiadomo, w liceum zeszytów nie sprawdzano tak jak w podstawówce, to wtedy zaniechałem absolutnie tej twórczości praktycznie. Miałem te zeszyty, ale zwykle to się kończyło gdzieś tam po kilku kartkach moja wena i tyle.
Czasami to nawet był jeden zeszyt do wielu przedmiotów albo nawet do wszystkiego. Większą podnietą było zakupywanie tych zeszytów i przyborów z nadzieją, że co roku będzie się to prowadzić, że te notatki będą. Ale jak przychodziło co do czego, to było cienko. Natomiast jednym z takich rytuałów moich w podstawówce, kiedy te zeszyty musiałem prowadzić, to było ich palenie. Palenie na podwórku, takie rytualne, zawsze w dzień przed rozdaniem świadectw. Oczywiście te zeszyty brałem i paliłem. Miałem z tego jakieś wewnętrzne ukontentowanie. Zostawiałem sobie oczywiście czyste kartki do wykorzystania, ale cała reszta szła w dym. Zawsze mnie też dziwiło to, Marku, że niektóre osoby, głównie dziewczyny, miały takie wyrąbane, sumienne zeszyty kolorowe, popodkreślane wszystko, szlaczki, dupaczki i tak dalej. Do mnie to jakoś nie przemawiało.
Jakie to było ciężkie dla mnie. Nie wiem, czy dzisiejsze dzieci prowadzą zeszyty w szkołach, ale dla mnie to było takie... Ja myślę, że to było potrzebne, ale ja jakoś nie mogłem, nie potrafiłem.
[01:55:39] - À propos zeszytów. Powiem ci, że trafiłeś na dobry temat, przynajmniej w moim przypadku, ponieważ w liceum ja miałem dwa zeszyty i wszystkie przedmioty w nich prowadziłem.
[01:55:52] - Trzeba było odpowiednio gospodarować miejscem w zeszytach. Wszystkie przedmioty miałem w tych dwóch zeszytach. Nie, przepraszam, trzy, bo jeszcze pani od polskiego chciała dwa zeszyty. Jeden był na czysto, drugi był na brudno. To właściwie cztery. Ale nie, generalnie w dwóch. Polski był wyjątkiem, dlatego o nim zapomniałem. Dwa zeszyty, wszystkie przedmioty. Natomiast w podstawówce z zeszytami to był jakiś dramat, ponieważ ja zawsze pisałem brzydko. Nawet jak pisałem starannie, to też było brzydko i zawsze były problemy z odczytaniem.
I właśnie za moich czasów sprawdzało się zeszyty. To znaczy nauczyciele sprawdzali i niektórzy mieli kompletnego hopla na tym punkcie. Mieliśmy taką panią od biologii, która jak ktoś nie miał starannie wypełnionego zeszytu i wszystkich punktów, podkreśleń, tematów i rysunków, to mógł dostać bardzo niską ocenę. Chociaż wiedział to, co miał wiedzieć, to i tak ocena była bardzo niska, bo zeszyt był niestaranny. Do tego doszło, że kiedyś wpadłem na pomysł, że przepiszę cały zeszyt i zajęło mi to tydzień, bo pani zapowiedziała, że będzie zbierać zeszyty do oceny, więc przepisałem ten zeszyt. Dramaturgii dodaje temu to, że wprawdzie ładne rysunki i wszystko, ale pismo było i tak nie dostałem za dobrej oceny za ten przepisany zeszyt. To był punkt przełomowy, kiedy doszedłem do wniosku, że przepisywanie z zeszytów to był pierwszy i ostatni raz. I tak mnie to nie skłoniło do jakiejś staranności. A ponieważ jeszcze natrafiłem na kilku innych maniaków nauczycieli, którzy uważali, że te zeszyty są najważniejsze, to lekko nie było. Zemściłem się w szkole pomaturalnej, bo kiedy nie dostałem się na studia za pierwszym razem, to poszedłem do pomaturalnej, bo wojsko na mnie czyhało i w tej pomaturalnej szkole miałem wyrąbane już kompletnie na te zeszyty.
Jedna z pań, młoda, ona była ode mnie starsza może sześć lat, o studia była starsza, przyszła i postawiła mi dwóję za to, że nie prowadzę zeszytu. Pamiętam, to było coś z przedsiębiorstw, zarządzanie przedsiębiorstwami czy coś takiego. To w ogóle dziwna szkoła. Ja zacząłem się śmiać. Mówię: „Pani mi wystawiła dwóję za to, że nie mam zeszytu?” „Tak, bo to jest obowiązek ucznia”. Mówię: „Obowiązkiem ucznia jest wiedzieć, co było na lekcji i odpowiadać z materiału, a nie jakieś zeszyty”. Przy okazji powiedziałem o tym dyrektorowi szkoły. Bo wiecie państwo, jak ludzie są dorośli i chodzą do szkoły, która teoretycznie gromadzi zarówno tych dorosłych, jak i tych zupełnie niedorosłych, to nauczyciele i dyrekcja traktuje tych starszaków mocno poważniej. I w pewnym momencie zapytałem dyrektora szkoły, jak to jest z tymi zeszytami. Powiedziałem, o co chodzi.
Machnął ręką: „Niech się pan, panie Marku, nie przejmuje. Naprawdę krzywda się panu z powodu zeszytu w tej szkole nie stanie”. I tak zresztą było.
[01:59:30] - Muszę powiedzieć, że mnie też się nie stała. Nikt mnie już w tym liceum nie przypilił, bo wiadomo, nie sprawdzano tych zeszytów. Ale pamiętam, to był horror dla mnie. Arturze, masz jakieś wspomnienia z tym związane?
[01:59:46] - Z zeszytami? Ja pamiętam tylko jedną rzecz, że kiedy zadawano pracę jakąś z matematyki czy z czegoś i człowiek nie zrobił tej pracy, to zawsze brał nowy zeszyt. I zawsze się tłumaczyło nauczycielce, że praca domowa została w starym zeszycie. Niestety ten nowy już od dzisiaj jest. I potem nauczyciele się wkurzali, kazali zawsze brać i te stare zeszyty z pracami domowymi też przynosić. Ale przez jakiś okres czasu to brało i zdawało egzamin. Chociaż pamiętam, tak jak Marku, kiedyś na strych znalazłem zeszyty ze szkoły mojego chrzestnego. On też w jednym zeszycie miał to tak podzielone, że chyba z pięć przedmiotów miał swego czasu, bo trzeba było wykorzystywać ten zeszyt. Ale u mnie perypetii zbytnich z zeszytami nie było, chociaż też zawsze sprawdzali, zeszyty zbierali i tak dalej. Co też pamiętam ciekawie, w tych czasach na pewno to nie jest popularne ani modne, ale wiecie co?
Ja pamiętam, że w podstawówce królował u nas w szkole, przynajmniej na przerwach, pamiętnik, że ludzie mieli swoje pamiętniki i dawali innym do wpisywania te rzeczy. I wyobraźcie sobie, że teraz ojciec mój dał mi mój pamiętnik ze szkoły podstawowej, gdzie są wpisy rozmaitych ludzi ode mnie z klasy, z podstawówki, ode mnie z rodziny, bo to się wtedy każdemu dawało ten pamiętnik nauczycielce, wychowawczyni, żeby tam wpisywała coś i tak dalej. To jest taka moja pamiątka z podstawówki, też dosyć ciekawa.
[02:01:15] - Pamiętam te wierszyki typu: „Leciał orzeł biały przez góry, przez skały, kazał mi się wpisać w pamiętnik mały”. Albo: „Fiku-miku i już jestem w twoim pamiętniku”. Albo: „Kto chce poznać moje imię, niech 12 kartek minie. Mijasz te 12 kartek. Teraz jasne jest jak w słońcu, że mój- Że moje imię jest na końcu, chyba tak? I na końcu rzeczywiście był ten wpis, więc były takie myki, żeby się trzy razy wpisać i tak dalej. Tak! Zapomniałem o tych pamiętnikach. Pamiętniki to też był zwyczaj szkolny.
[02:01:59] - Folklor swojski.
[02:02:00] - Tak. Ale coś jeszcze sobie przypomniałem à propos pamiętników, coś bardzo podobnego. Były takie zeszyty, była lista pytań mniej lub bardziej niedyskretnych i odpowiadało się na te pytania.
[02:02:15] - Tak, to było też.
[02:02:17] - Niedyskretnych, bez przesady, ale jednak takie były dane wrażliwe. Odpowiadało się na te pytania, składało się między dwie kartki i zaszywało. Tak jak się umiało, tak się zaszywało. To oczywiście miał być zeszyt tajemnic. Taka moda była i te zeszyty też funkcjonowały. Pamiętam, że miałem opory, żeby się tak odsłaniać, jeśli chodzi o te zeszyty. Widzicie panowie, jak to jest, człowiek sobie przypomina. Była też taka moda szkolna, że się organizowało loterie. To był sposób na dorabianie sobie, bo się brało wszystkie rzeczy, których się nie chciało mieć. Jakieś drobiazgi, jakieś żołnierzyki, jakieś duperele.
Miało się worek i losy. I największą reklamą było to, jak się mówiło, że właściwie prawie każdy los wygrywa, pustych jest bardzo mało. Rzeczywiście było tak, że ktoś płacił za ten los, powiedzmy dwa złote, wyciągał żołnierzyka, ktoś dostawał żołnierzyka, a ja dostawałem dwa złote. Można było całkiem niezłe pieniądze zarobić, pozbywając się dupereli i zarobić sobie na nowe duperele. To też był zwyczaj z mojej podstawówki.
[02:03:43] - Jeżeli chodzi o szkołę analogową, którą wszyscy pamiętamy, ona miała swoje mapy, pomoce, biblioteki. Czasami tam puszczono film. A co jeszcze robiono u was, żeby trafić do młodego umysłu? Bo za moich czasów szkoła była analogowa, ale wchodziła już informatyzacja. Mówię oczywiście o podstawówce, ale mało tego było, bardzo mało. Była sala komputerowa, taka pachnąca charakterystycznie. Jak stało 30 komputerów, wszystko takie nagrzane, ten plastik to tak pachniało aż jak w chińskiej fabryce. Ale stała długo pusta. Informatyka była zajęciem dodatkowym, bo chyba były zbyt cenne, żeby to ruszać. Ale ja wam powiem, że na przykład kiedyś odkryliśmy na świetlicy w szafie, w takiej zamkniętej na cztery spusty szafie starszej generacji komputery.
I nie wiem czemu ktoś to zamknął, ktoś to trzymał w ukryciu, czemu nikt tego nie używał. Tam były gry na kasetach. Nie pamiętam, jakie to były modele komputerów, bo ich było kilka. I wyobraźcie sobie, było to dla nas szokujące, że można sobie było siedzieć i grać po prostu w to, zamiast iść do sklepu, żeby grać na automatach. A to w szkole było, stało, nikt tego nie używał. Ja pamiętam, że to stało zamknięte absolutnie i chyba trzeba było wyłamać ten zamek albo jakoś tam się dostać. Parę razy żeśmy pograli i to tyle. I to chyba wyrzucono, a to był sprzęt retro. Pamiętam też te charakterystyczne telewizory zamykane w szafkach na przykład i okazjonalne puszczanie filmów, na przykład ekranizacji lektur, ale jakichś innych metod, że tak powiem, popularyzacji wiedzy, to nie pamiętam szczególnie. Potem, kiedy byłem na studiach, to tam opowiadano, jak urozmaicać te lekcje jakimiś zabiegami różnymi.
Ale u mnie tego nie było, żadnych makiet, żadnych eksperymentów, żadnych dram, nic takiego. Jakoś tak to wszystko smętnie prezentowano. A szczytem była pani od historii, której praca polegała na tym, że przychodziła na te 45 minut, kazała przeczytać z podręcznika daną lekcję i potem odpytywała i sobie chwilę siedziała. Ta pani pracuje do dziś. Jak to było, Arturze, u ciebie? Czy coś zapamiętałeś z takich urozmaiceń lekcji?
[02:05:54] - Ja ci powiem coś takiego, że u mnie przynajmniej w szkole podstawowej to oczywiście wiadomo, tablica, kreda to były główne narzędzia nauczyciela. Jak w ogóle była kreda kolorowa, to już był szok. Oczywiście były rozmaitej maści plansze na lekcjach, ale tak naprawdę to, co ja miło wspominam, to po godzinach, po lekcjach, bo siedliskiem wielu ciekawych rzeczy były zawsze takie zachowanki, bo niektóre klasy miały takie zachowanki, gdzie chowano mapy, jakieś inne rzeczy. I ja się zapisywałem wtedy na kółko biologiczne albo kółko chemiczne, to po godzinach się przychodziło. Godzinę trwało to kółko i wtedy na tym chemicznym kółku można było sobie jakieś doświadczenia na tym magazynku robić z tą panią od chemii albo z biologii jakieś szkielety przestawiać albo coś tam. Ja nie wiem, czy w tej chwili są po godzinach kółka chemiczne czy kółka biologiczne, czy jakieś takie kółka zainteresowań w szkołach. Wątpię zresztą. Ale wtedy można było dotrzeć do tych rzeczy, do tych map, do tych plansz, które kompletnie nie były wyciągane w czasie zajęć lekcyjnych, bo na to nie było czasu. Ale też nas zachęcano, żeby takie rzeczy robić, bo przecież na biologii ja pamiętam, że nam kazano robić zielniki. To ja jak dureń chodziłem, zbierałem różne liście i potem musiałem opisywać, co to są za liście, z jakiego drzewa i tak dalej.
Takie pomoce przyrodnicze bardzo ciekawe były i to człowiek robił sobie sam. I nawet musiał w ramach lekcji to robić. Natomiast jeśli chodzi o kwestie dotyczące śpiewów, to, o czym wspominałeś Piotrze, to też tam były puszczane z kaset jakieś rzeczy magnetofonowych, bo to wtedy, jeszcze za moich czasów to były szpulowe, nawet nie kasetowe magnetofony, tylko te szpulowe.
[02:07:45] - Były magnetofony i z tego puszczano jakąś muzykę i żeśmy śpiewali, pamiętam. Także masa różnych ciekawych rzeczy była, bo robiono przecież w klasach gazetki ścienne, gdzie tam były wieszane jakieś rysunki, jakieś wiersze, jakieś wycinki z gazet. Więc te klasy się w sumie jakoś ubogacało, żeby one były jakieś ładniejsze, że to uczniowie zrobili. Oczywiście stały repertuar w podstawówce, zwłaszcza w tych pierwszych klasach mojej podstawówki, to przecież te konkursy i apele, gdzie obowiązkowo na święta były w szkole apele robione, trzeba było odczytać coś albo robić coś. Robiono przedstawienia, recytowano coś. Te akademie z okazji świąt państwowych to już w ogóle, bo jak był 1 maja albo coś, to te pochody były, a wcześniej były takie zawsze rzeczy robione. Ale przede wszystkim coś takiego bardzo rzadko pamiętam. Tak jak patrzę teraz na mojego syna, to za moich czasów to w ogóle wycieczki szkolne w podstawówce to była niesamowita rzadkość. Kompletna rzadkość. W tej chwili jak ja patrzę na mojego dzieciaka, to oni już tyle wycieczek mieli w podstawówce, w pierwszej, w drugiej klasie, że ja bym chciał mieć.
U mnie to się dopiero w technikum zrobiło. Myśmy nazywali to, że mieliśmy takie lekcje odchamiania, bo byliśmy w technikum budowlanym i nas obowiązkowo raz w miesiącu kazano wysyłać do teatru. Albo żeśmy muzyki słuchali, albo coś żeśmy tam oglądali. Ogólnie to też oddzielna historia z tymi rzeczami była, bo teraz wypuśćcie takie bandy dzików w wieku 18, 19 czy 20 lat i oni idą do teatrzyku oglądać. To wiadomo, że każdy z nas sobie jaja robił. Ale wtedy, kiedy byłem w podstawówce, to nie było takich wycieczek, nie było czegoś tak jak teraz, w tej chwili jest. Ale mówię, dbało się o te klasy lekcyjne własnym sumptem, bym powiedział. I ten świat też był jakiś inny w tych szkołach, tak mi się wydaje.
[02:09:48] - Mi się przypomniał odcinek „Czterdziestolatka”, jak też kiedy go powołali do wojska, jak zabrał wiarę do teatru. U mnie były z kolei takie, pamiętam, to się nazywało zajęcia umuzykalniające. To przyjeżdżali ludzie z filharmonii, żeby dorobić chyba raz w miesiącu i tam żympolili na tych skrzypkach i tych innych rzeczach, to pamiętam dobrze. Dużo tego było takich jakichś dziwnych wizyt.
[02:10:17] - Tylko wiesz, tylko za moich czasów, jak my byliśmy w technikum, to była taka sytuacja, że wpuścili nas do teatru. Oczywiście my od razu nie szliśmy. Dziewczyny to siedziały tam z przodu, a my od razu na balkon uciekaliśmy, bo w tym teatrze był taki balkon na górze. I tam pamiętam takie sytuacje były, że jakaś orkiestra tam grała, skończyli grać, ten dyrygent zszedł, tam się kłania pięć razy, ci wszyscy mu tam brawo biją, a my nic. No i dyrygent wstaje na ten stołek, wchodzi, podnosi batutę, a my dopiero wtedy zaczynamy. A ten schodzi i się kłania z dziesięć razy z powrotem. Wychowawczyni lata, szuka, który to tam prowokator jest. To było kompletnie inne życie wtedy.
[02:11:06] - Teraz się wydało. Jak pani posłucha, to będzie wiedzieć. Wspomniałeś tu o gazetkach. Rzeczywiście były. Ja pamiętam, że w ogóle pierwsza moja publikacja ufologiczna była w takim kąciku, w takiej gazetce, która efemerycznie wyszła i była eksponowana w sali geograficznej. Kącik ufologiczny tam był. Nie pamiętam, co tam było. Musiały być jakieś straszne rzeczy opisywane, ale niedługo to potrwało. To były pierwsze UFO historie. Marku, jak to tam było u ciebie z tymi zajęciami?
[02:11:38] - Rozmaicie. Pierwsze moje wspomnienie takich urozmaiceń to pierwsza albo druga klasa, ale raczej pierwsza, kiedy pani wpadła na pomysł, nie wiem, czy uczenie dzieciaków alfabetu już było ponad jej siły, ale kiedyś przyszła na zajęcia z adapterem czy z gramofonem. I puszczała nam płytę. Mieliśmy się nauczyć piosenki na pamięć. Do dzisiaj pamiętam. To była: „Rób jak uczył sławny Ali Bey, żeby na tym świecie żyło ci się lżej”. I nawet pamiętam jakąś zwrotkę: „Kiedy lew ma ochotę cię zjeść, zwykły kij nie wystarczy na lwa, ale zapal ten kij i nieś. Lew ucieknie, a przyleci ćma”. Takie mądrości i tak dalej. Pani nam to puszczała do...
Dobrze, nie będę się wyrażał. W każdym razie puszczała i puszczała, i w końcu się cała klasa nauczyła tej piosenki. Do dzisiaj ją pamiętam i nie ma siły, żebym to wyrzucił ze swojej głowy. Nawet wiecie co? To jest dziwne. Nawet Alzheimer jakbym zapadł, to mi tego nie wyrzuci, bo Alzheimer wyrzuca rzeczy nowe. Więc ja ledwo będę kumał, o co chodzi, a dalej będę śpiewał piosenkę o Ali Beyu, której się nauczyłem w pierwszej klasie podstawówki. To mnie w jakiś sposób przeraża. No ale trudno, już tego nie naprawię. Szkoła w moich czasach to było takie miejsce, w którym telewizja królowała.
Tak, telewizory były zamknięte w salach, w takich szafeczkach specjalnych. O tym już była mowa, ale w moich czasach funkcjonowała telewizja dla szkół i tam leciały różne audycje. One były zapowiadane i zdarzało się dosyć często w tak zwanych moich czasach, że nauczycielka zamieniała się z inną nauczycielką, żebyśmy mogli obejrzeć jakiś program dotyczący A to chemii, a to fizyki, a to czegoś tam jeszcze. W związku z tym do dzisiaj pamiętam, szło się wtedy do świetlicy, chociaż telewizory były w innych salach, ale szło się do świetlicy. Tam poza stolikami były też schody. Cała klasa siadała na takich schodach specjalnych, niespecjalnych, na schodach po prostu i włączano telewizor i tam był określony program. Problem zaczynał się wtedy, kiedy coś się zmieniało w telewizji i miał być na przykład program o fizyce, a wyskakiwał program o na przykład język polski. To było duże zmieszanie, duży bałagan i ogólnie wszystko było do kitu. Czasami też na przykład miejscowa rozsiewnia sygnału, czyli Trzeciewiec koło Bydgoszczy był w remoncie. On był, mam wrażenie, w ustawicznym remoncie, więc zapowiedziany program gdzieś tam był pewno w Polsce, ale na pewno nie na terenie Bydgoszczy, więc to też był problem.
Ale jakaś taka tendencja do pokazywania nam świata za pomocą telewizji, za pomocą programów, dzisiaj to się mówi dedykowanych, a wtedy mówiło się przeznaczonych dla uczniów określonych klas, była i z tego korzystano. Nie wiem, czy to był przejaw dążenia do nowoczesności, czy bardziej lenistwa nauczycieli. Nie mnie to oceniać. Dalej była mowa o apelach. Powiem tak, ja miałem jakiegoś chyba pecha, bo ja miałem apel co tydzień. W poniedziałek o 8.00 rano cała szkoła była podzielona na trzy grupy, od którejś do którejś klasy zawsze to było. Były pacholęta, sztubacy i żacy. Czyli sztubacy gdzieś tak pośrodku, a żacy to była już chyba siódma, ósma klasa. I te apele się odbywały w poniedziałki rano. To było tak, że trzeba było przyjść w apelowym stroju.
Taki apel trwał jakieś dobre 20 minut. Później klasa szła do swojej klasy i tam była wtedy godzina wychowawcza. Dokańczała tę lekcję. To było straszne, bo ten apel odbywał się według pewnej reguły. Najpierw się odśpiewywało hymn państwowy nie. U nas się przy okazji jakichś ważnych apeli dotyczących jakiejś rocznicy, to tak. A normalnie odśpiewywało się hymn, pamiętam, to było nawet dla wszystkich grup: pacholęta, sztubacy i żacy. Tak było w refrenie, więc to był specjalnie ułożony przez naszego pana od muzyki hymn szkoły, tak by to można nazwać. I w czasie apelu trzeba go było najpierw odśpiewać, a później był apel. Najpierw coś gadał dyrektor.
Ciągle sprzęgało mikrofon. Później był program artystyczny przygotowywany przez poszczególne klasy. To na ogół były jakieś montaże poetyckie, mniej lub bardziej à propos i mniej lub bardziej z sensem. Pamiętam, że dla mnie to zawsze było duże przeżycie, żeby w takim apelu wystąpić. I pamiętam czołowego recytatora w naszej szkole. Miał piękny głos. Był bardzo natchniony, kiedy mówił te wiersze. Do dzisiaj wspominam, jak coś tam opowiadał. To był wiersz, że w tej niewoli był radzieckiej i że broń ci dadzą do ręki, polski mundur, coś takiego. Nie pamiętam.
Wybaczcie państwo, ale bardziej pamiętam, jak on się ekscytował, wypowiadając to wierszydło. To jakaś musiała być rocznica, może pod Lenino na przykład. Straszne były te apele. Jeszcze straszniejsze były godziny wychowawcze, bo kiedyś już o tym wspominałem. Mieliśmy taką nawiedzoną panią, która kazała nam czytać gazety. Myśmy połowę z tego rozumieli, co tam w tych gazetach było napisane, ale trzeba było przygotować jeden artykuł z życia Polski, jeden artykuł z życia międzynarodowego, politycznego oczywiście i jakiś tam jeszcze jeden artykuł. Wiem, że ja wtedy się bardzo naraziłem, bo wybrałem sobie – ten czas kiedy pamiętam, bo się naraziłem, to pamiętam – wybrałem sobie artykuł o UFO i wyrecytowałem. Pani była bardzo oburzona tym, że ja o jakichś pierdołach opowiadam. Trudno, jakoś karę poniosłem. Nie za dużą, ale jednak to nie był taki tekst, który pani preferowała na zajęciach.
Więc tak to sobie wspominam nie najlepiej zresztą. À propos kółek zainteresowań, to też była jakaś patologia. Ja nie wiem, w ogóle mam takie wrażenie, że chodziliśmy do szkół, które były w jakiś sposób obciążone. Już nie będę kończył jak obciążone, bo jak chodziłem na kółko chemiczne, to rzeczywiście było ciekawie, były doświadczenia, ale ja miałem tę przewagę, że miałem fajną chemiczkę i u nas doświadczenia to były nawet na lekcjach normalnie. A to wodór produkowaliśmy i on później szczekał nam z probówek, jak się go podpalało. Różne inne reakcje, więc było fajnie. A na kółku chemicznym to myśmy, proszę państwa, myślę, że już przedawnienie nastąpiło, więc kary nie nastąpią w stosunku do nauczycielki. Wiem, że byłem w siódmej klasie i myśmy normalnie robili destylację. Pani przyniosła wino i przez chłodnicę destylowaliśmy spirytusik. Co więcej, dostaliśmy ten spirytusik W małych porcjach do spróbowania, czy aby się na pewno dobrze wydestylowało.
Dzisiaj, proszę państwa, prokurator, ewidentnie prokurator. Ta pani od geografii, o której wspominałem, że rzucała kluczami, głównie chodziło o tę gruszkę drewnianą. Rzucała kluczami, prowadziła też kółko geograficzne. Ja chodziłem na to kółko, ponieważ ci, co chodzili, później mogli jeździć na obozy wędrowne latem. Ja byłem bardzo chętny, więc chodziłem na to kółko. I na tym kółku geograficznym też bywało dziwnie. A to sobie podyskutowaliśmy o tym, co Amerykanie widzieli na Księżycu. Do dzisiaj pamiętam dyskusje nad tym artykułem, ale czasami na kółku geograficznym rozmawialiśmy o plonach jakiegoś zboża gdzieś tam, nie wiem, nie pamiętam, w jakimś kraju, który mnie w ogóle nie interesował. Więc te zajęcia na kółku geograficznym miały różny poziom atrakcyjności, że tak się wyrażę. Było też kółko, na którym robiliśmy sobie tosty.
Dzisiaj już nawet nie pamiętam, jaka to okoliczność była. Chyba rozmawialiśmy o Stanach Zjednoczonych, jak tam się żyje i w ogóle. I przy okazji robiliśmy sobie tosty. Dziwne to było miejsce, ta szkoła, którą sobie dzięki wam przypomniałem. Bo im bardziej sobie uruchamiam wspomnienia, im bardziej to wszystko wspominam, tym mi się to coraz bardziej dziwne wydaje.
[02:21:34] - To jeszcze nie jest koniec dziwności, bo znajdowały się w tym kalendarzu szkolnym czasami bardzo nietypowe aktywności. Dzieci wiejskie uczestniczyły na przykład w wykopkach. Arturze, ty pamiętasz jakieś czyny społeczne albo akcje pod sztandarem swojej budy? Bo na przykład w moich czasach to już nie było zbierania ziemniaków.
[02:21:57] - Wykopków u mnie to też nie było, bo ja z miasta pochodzę, z Płocka, więc tam nie było wykopków. Ale oczywiście w szkołach wiejskich były wykopki. U nas z kolei na pewno były takie zbiórki różnych surowców wtórnych się makulaturę, złom, butelki przynosiło. I te klasy rywalizowały ze sobą, która więcej zbierze w sumie tych makulatury czy butelek, czy czegoś takiego. Zbierano w tej chwili też u mojego dzieciaka widzę to w przedszkolu, że też zbierają jakieś kasztany, żołędzie dla zwierzyny leśnej, a u nas tutaj myśmy też to zbierali, to do zoo przekazywaliśmy w Płocku. Oczywiście były jakieś tam czyny społeczne w postaci porządkowania terenu szkoły, grabienia liści, gdzieś tam sadzenia drzewek. Jak najbardziej to wiemy, że 1 maja, Dzień Kobiet czy jakieś rocznice rewolucyjne, to zawsze dzieci szły z tymi transparentami na te pochody pierwszomajowe to też było. I każda szkoła musiała wystawić jakąś tam swoją delegację. Co więcej, kiedyś tam w szkołach zawsze było SKO Szkolna Kasa Oszczędnościowa, ale były też jakieś tam szkolne koła PCK czy jakieś akcje harcerskie, które robiły te pomoce w szpitalach. Zbierano znicze przed tym 1 listopada, robiono różne takie spartakiady, przeglądy artystyczne, bo też dzieci różnie gdzieś tam tańczyły w różnych szkołach.
U nas akurat część ze szkoły dzieciaków tańczyła, bo w Płocku był zespół Mazowsze, więc zawsze gdzieś tam w tych najmłodszych grupach niektórzy chodzili i tam jakoś tańczyli, więc ta aktywność też jakaś była taka dosyć oryginalna.
[02:23:38] - U nas na przykład nie było wykopków, ale pamiętam Dni Ziemi. Dni Ziemi one się charakteryzowały tym, że zbierało się dzieci i dzieci szły sprzątać badziew po lasach w Olsztynie i wszystko się sprzątało, od butelek po strzykawki, po nawet pampersy ofajdane. Jak ja sobie to przypominam, to nie powinno tak być moim zdaniem. Nie powinno tak być. Ten, kto to zlecił, to powinien do Choroszczy trafić, bo to było naprawdę niebezpieczne. Co jeszcze? Ja pamiętam jedną z głupszych rzeczy, jakie pamiętam, bo owszem, za moich czasów nie było pochodów pierwszomajowych, ale zaczynało się wkradać inne dziadostwo, czyli takie jakieś różne manifestacje ideologiczne zmierzające w stronę rzeczy bardzo postępowych, na przykład ekologizmu. Czyli tam na przykład takie pochody pamiętam proekologiczne jakieś z jakimiś dziwnymi sztandarami, hasełkami. Jedną z najgłupszych rzeczy, w których brałem udział w szkole, była właśnie taka parada i ona była połączona z tym, że musieliśmy nieść przyniesione z domu surowce wtórne. Po cholerę nieść w tym pochodzie surowce?
Ja na przykład miałem takie całe naręcze dykty i musiałem z tym iść i potem to wyciepnąć do kosza. Nie wiem, kto wpadł na taki wspaniały pomysł, ale tam dużo było takich osób, które tak jak kiedyś mówiliśmy odnośnie czeskich seriali, gdyby te osoby miały, nie, jak to było? Gdyby gówno-
[02:25:20] - Gówno miało latać.
[02:25:21] - Tak. To ci nauczyciele unosiliby się jak gołębice. Marku, co tam u ciebie robiono w szkole w czasie czynów społecznych?
[02:25:31] - Robiono rzeczy przeróżne. Ja się załapałem jeszcze na akcję makulaturową. Trzeba było przynieść w danym półroczu określoną ilość kilogramów makulatury. Woźny to w szatni ważył, zapisywał. To zapisanie będzie ważne, ale o nim za chwilę. Trzeba było tych kilogramów przynieść całkiem pokaźną ilość. Nie pamiętam Wydaje mi się, kołacze po głowie, że to było 10 kilo, ale nic sobie za to uciąć nie dam. Równie dobrze mogło być pięć. Nieistotne. Czasami był problem z przyniesieniem tej makulatury, ale kraj był opętany tym, żeby makulaturę znosić.
Cały boks w szatni, która była w podziemnej części szkoły, był tą makulaturą okratowany, wypełniony w pewnym momencie, a i tak trzeba było tę makulaturę przynosić. Po co było to zaświadczenie od woźnego? Otóż makulatura zwalniała z godzin społecznych. Nie zwalniała zupełnie. Określona ilość kilogramów odpowiadała określonej ilości godzin społecznych. Co to były godziny społeczne? Znowu nie pamiętam. Wydaje mi się, że to było-
[02:26:50] - Trzeba było się pracy wtedy.
[02:26:52] - Tak. Koło 20, 30 godzin trzeba było wykonać prac społecznych. To były różne rzeczy, a to czyn społeczny, gdzieś tam jak były gierkowskie czyny, coś tam grabiono, coś kopano, ale też pomoc staruszkom. Strasznie to było trudne, żeby to zdobyć. Doszło do tego, że po moim osiedlu chodziły bandy gówniarzy i wchodziły w różne miejsca typu domki jednorodzinne i pytały się: „Jest czyn społeczny? Jest czyn społeczny?” Chodziło o to, żeby właściciel domku na swojej posesji, gdzie miał na przykład ogródek, dał wypielić grządki i napisał, że przepracowali ci ludzie, takie a takie nazwisko tyle i tyle godzin. Więc był ewidentny handel tymi czynami społecznymi. Ja zawsze byłem typową wołową i nie potrafiłem sobie tych godzin załatwić. Zawsze na tym cierpiałem, bo inni mieli po 15 i więcej godzin. Ja mam wrażenie, że jednak 30 tych godzin było, bo cała tabelka wisiała na gazetce ściennej w naszej klasie, bo każda klasa miała pod opieką jakąś salę.
W tej sali były między innymi gazetki ścienne, które trzeba było co jakiś czas zmieniać i na tej gazetce wisiał taki wykaz godzin społecznych. Ja zawsze byłem bardzo na początku. To zresztą strasznie biło w zachowanie, bo wtedy weszły jakieś takie przepisy, że to też wpływało na zachowanie, a w dodatku do dzisiaj pamiętam traumatyczne przejścia, bo każdy przed końcem roku szkolnego oraz w połowie roku szkolnego musiał dokonać samooceny, czyli powiedzieć jaką ocenę z zachowania powinien dostać. I w dodatku można było wstać i powiedzieć: „A ja się nie zgadzam. Uważam, że ten Żelkowski powinien mieć niższą, tudzież wyższą ocenę”. I to wyobraźcie sobie państwo, zdarzało się. Ja do dzisiaj pamiętam wystąpienie jednego chłopaka, który powiedział, że na jakąś ocenę zasługuje i wstała koleżanka i powiedziała, że absolutnie nie, bo on ją kiedyś gdzieś tam popchnął i w ogóle. Dziwne to były praktyki, zaiste bardzo dziwne. Więc ten plan godzin społecznych to było coś głupiego w gruncie rzeczy. Pamiętam też, ale to nie z podstawówki.
Wyście nie uczestniczyli w wykopkach, a ja owszem tak, chociaż jestem z wielkiego miasta. W dodatku zorganizowano autokar, który nas zawiózł jakieś 40 kilometrów za Bydgoszcz dwa dni z rzędu i normalnie na plantacji prywatnego, naprawdę to był chyba ojciec jednej z naszych koleżanek, tam normalnie robiliśmy wykopki. Jak to było zorganizowane pojęcia nie mam, ale było. W sumie nie narzekaliśmy. Za drugim razem już nie jechałem autokarem, tylko wsiadłem na rower, bo była wczesna jesień. Zmrok był jeszcze, kiedy wyruszałem, ale dojechałem na miejsce przed autokarem. Taką sobie rozrywkę zrobiłem. Później cały dzień to przesada, do 14:00 robiliśmy wykopki i później powrót. Więc się załapałem na wykopki. Wiem, czym to pachnie.
Zaraz na początku liceum też tam chodziliśmy, a to liście zmiatać w parku. Drugiego dnia pojechaliśmy do browaru, ale problem polegał na tym, że w browarze nie było dla nas pracy. W związku z tym przerzuciliśmy skrzynki z jednego miejsca na drugie, to co nam zlecono i poszliśmy do domu. To taki był sens tych prac społecznych. Ale wymyślono w liceum też coś dla mnie idiotycznego. Pod koniec pierwszej klasy liceum skierowano nas do bydgoskich zakładów Famor. To był taki zakład, który zaopatrywał statki między innymi na przykład w reflektory i tym podobne rzeczy. To fabryka jakoś tak z morzem związana. I skierowano nas na coś w rodzaju takich praktyk, takiej pomocy znowu, że młodzież licealna będzie pracować w zakładzie pracy fizycznie. Okej, pracowaliśmy, ale któregoś dnia był jakiś taki narwany majster, który ciągle się czepiał.
A wiecie państwo, ja zawsze byłem takim człowiekiem, który różne rzeczy tolerował, ale jak się ktoś dopierdzielał bez sensu, to reagowałem tak, jak reaguje nastolatek, czyli buntem. I ten majster coś tam gadał, gadał i w pewnym momencie nie wytrzymałem i też zacząłem gadać. On spojrzał na mnie. Najpierw myślałem, że ma wylew i się przewróci, ale szybko opanował, więc to nie był wylew. Szybko się opanował i powiedział: „Masz przebrać się!” I dwie godziny przed końcem tej tyrki w FAMOR-ze zostałem przez niego wyprowadzony na bramę. Podał mi dłoń i powiedział: „Nie wracaj tu więcej”. W sumie to nie było głupie, bo jeszcze tej praktyki zostało ze dwa dni. Byliśmy specjalnie zwalniani wcześniej ze szkoły, żeby na praktykę do tego FAMOR-u iść, co jest zajebiście — pomyślałem sobie. Ale później dotarło do mnie, że mogą być z tego jakieś konsekwencje. Na szczęście facet był wariatem, ale nie był donosicielem, więc informacja o moim występku jakoś do dyrekcji nie dotarła i uniknąłem konsekwencji tego, co mogło nastąpić, gdyby się okazało, że jakiś leniwiec się tam pojawił.
To tak mi przychodzi do głowy, jeśli wspominam te, przyznacie państwo, to jednak było popierdzielone. Ta makulatura zbierana, cholera wie po co. To jest co prawda uwiecznione w filmie „Wojna domowa”, ale wierzcie mi państwo, że moi koledzy, żeby wyrobić te godziny społeczne, przynosili w tajemnicy wyimki z bibliotek swoich rodziców, bo wtedy jeszcze ludzie książki czytali i oni te książki na makulaturę przynosili. Ja jakoś nigdy nie miałem takich tendencji. Zawsze książkę szanowałem i zawsze miałem problemy z tą makulaturą. Generalnie, użyję tego ulubionego słówka, było to wszystko popierdzielone. Proszę państwa, tyle o szkole z naszych czasów, że się tak wyrażę, ale również z państwa czasów. To było miejsce, tak jak powiedziałem na początku, które wspomina się z sentymentem, dlatego, że lata płyną i człowiek coraz bardziej oddala się od tamtych czasów i ma taką tendencję do idealizowania przeszłości. Taki czas, który dzisiaj państwu zorganizowaliśmy, to jest czas, kiedy człowiek może nie staje w prawdzie, ale dużo sobie przypomina i wie, że te sentymenty to jest jedno. To koledzy, to koleżanki, to różne fajne rzeczy, a czasami mniej fajne, ale też takie klimatyczne.
To tak, to się wspomina miło, ale szkoła to również było, czy jest, tego nie wiem, ale było miejsce przedziwne. I to jest eufemizm. Przedziwne w takim stopniu, który gdzieś kieruje nas w kierunku, używane to słowo dzisiaj, patologii, bo szkoła, przynajmniej w moim wydaniu albo w moich czasach, była takim miejscem, którym dzisiaj już być nie może. Dzisiaj te rzeczy, które tam się działy, absolutnie by nie przeszły. I sam nie wiem, czy tego żałuję, czy nie. Wspomnienia to jest coś bardzo dziwnego, ale w końcu po to mamy Sentymentalnik. Pięknie państwa żegnam w imieniu Artura Wójtowicza.
[02:35:25] - Żegnam również.
[02:35:27] - I Piotra Cielebiasia.
[02:35:29] - Dzięki, trzymajcie się. Czekamy na wasze komentarze.
[02:35:33] - Ja oczywiście też pięknie państwa żegnam. Do usłyszenia. Proponuję, żebyśmy się teraz zagłębili w świat literatury. I to takiej literatury, która czaruje nas swoją fantastycznością. Zaczniemy od opowiadania z „ABW”, przypomnę, Antologia Bibliotekarium Warsztaty. „ABW” numer 109 z 24 grudnia 2021 roku. Opowiadanie „Katastrofa na niebie” to jest opowiadanie znowu tłumaczone. Opowiadanie amerykańskie. Autorem jest, znowu nie wiem, jak to przeczytać, Binder, a zresztą Ivellios przeczyta to państwu najlepiej. Eando Binder, „Katastrofa na niebie”.
[02:36:28] - Eando Binder, „Katastrofa na niebie”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Lot zarejestrowany został w kwaterze głównej jako projekt Songbird. Sponsorowały go laboratoria medycyny kosmicznej Amerykańskich Sił Powietrznych, zaś pilotem, który w nim poleciał, był kapitan Dan Burstell. Dan Burstell, człowiek starannie wyselekcjonowany, wybrany do najbardziej istotnego projektu sił powietrznych w całym roku, ponieważ on i jego VX3 złamali wcześniej wszystkie poprzednie rekordy Hord Rakiet V2, Aerobii Marynarki i jakichkolwiek innych latających po niebie maszyn. Dan Burstell, pierwszy człowiek, który przekroczył ocean atmosfery i zobaczył otwarty, nieskończony kosmos. Uśmiechnął się do siebie i zanucił coś sobie pod nosem, kiedy poprawił się w fotelu podczas tej długiej podróży. Za bardzo zajęty, żeby czuć zarówno podniecenie, czy też strach, uważnie zajmował się 37 przyrządami, które miał odczytywać, dwa razy większą liczbą rejestrów, które miał prowadzić i milami taśmy filmowej, którą miał nakręcić. Był starannie wybrany i pieczołowicie wytrenowany, by robić to wszystko z nie większym niż 10-procentowym przyśpieszeniem pulsu. Tak więc pracował równie sprawnie, jakby znajdował się na dole w centryfuze przeciążeniowej laboratoriów medycyny kosmicznej, gdzie przez całe miesiące był szkolony do tej podróży.
Otrzymywał stały potok mówionych raportów przez radio swojego hełmu kierowanych na dół do Ruthrock i swojego oficera dowodzącego. „Wszystko w porządku, panie pułkowniku. Temperatura szybko opada, ale ten gumoidowy skafander kosmiczny utrzymuje mnie w cieple. Nie czuję w ogóle chłodu. Doktor Blaine będzie zadowolony, kiedy to usłyszy. Wrażenia związane z nieważkością są dosyć dziwne. Czuję się ułożony w kierunku góra-dół równie mocno, jak w kierunku prawo-lewo, ale nie ma żadnych niekorzystnych efektów. Teraz robię zdjęcia korony słonecznej na kolorowym filmie. Słucham? Och, tak, panie pułkowniku.
Jest naprawdę piękna, jeśli już pan o tym wspomniał. Ale u licha, panie pułkowniku, kto by miał teraz czas na zajmowanie się wrażeniami estetycznymi? Ups, ten był naprawdę blisko. Dziesiąty meteor przemknął z dużą szybkością tuż koło mnie. Naprawdę zaczyna mi to przypominać ogień artylerii przeciwlotniczej podczas lotów bombowych na Berlin.” Dan nie mógł nic poradzić na to, że się krzewił, kiedy meteory przemykały koło niego całymi stadami. Artyleria przeciwlotnicza kosmosu. W dole widział ich jaskrawe rozbłyski, kiedy uderzały w atmosferę. Większość z tych widocznych w pobliżu jego pozycji było małych, nie większych niż piłka baseballowa i Dan poczuł otuchę na myśl o tym, że jego rakieta także była mała w porównaniu do otaczających go bezmiarów. Bezpośrednie trafienie byłoby czystym pechem i stare dobre zasady rachunku prawdopodobieństwa działały na jego korzyść. „Tak, panie pułkowniku.
To blaszane pudło, którym lecę, trzyma się w jednym kawałku” — meldował dalej Dan do Ruthrock. Gdyby przerwał swój raport choćby na sekundę, wrzask z gardła pułkownika godny najlepszego sierżanta szybko poderwałby go do dalszego mówienia. Każdy skrawek informacji, jaki był w stanie przekazać, stanowił witalnie ważną rewelację w tym pierwszym locie eksploracyjnym USAF w otwartym kosmosie, poza poduszką atmosfery ziemskiej, z ciągnącym się w nieskończoność sklepieniem wszechświata nad głową. „Promieniowanie kosmiczne, panie pułkowniku? No pewnie. Odczyty na geigerze skoczyły dwukrotnie w górę. Słucham? Nie, nie czuję zupełnie niczego. Tak jak podejrzewał doktor Burt z góry, zanim jeszcze polecieliśmy w kosmos, wynaleźliśmy sobie wiele najróżniejszych strachów na lachów. Czuję się doskonale, a więc może pan uznać intensywność promieniowania kosmicznego za humbug.
O co chodzi? Tak, tak, panie pułkowniku. Gwiazdy tu na górze świecą równo, nie mrugają. Co jeszcze? Kosmos ma barwę atramentowej czerni. Żadnej głębokiej purpury czy dziwacznej bardziej niż czerni, o jakiej śnili co bardziej rozochoceni pisarze. To tylko zwykła, stara, kompletna czerń. Ziemia, panie pułkowniku? No cóż, stąd z góry wygląda jak wielki talerz, nieco wypukły. No pewnie, że widzę całą część aż po Europę i...
Zaraz! Jest tu coś niespodziewanego. Widzę ten huragan koło wybrzeża Florydy. To pan to mówił, panie pułkowniku. Kiedy już tutaj na górze zainstalujemy stałe stacje kosmiczne, łatwo będzie spostrzec tajfuny, wybuchy wulkanów, fale pływowe, trzęsienia ziemi i inne tego rodzaju rzeczy w chwili, kiedy powstaną. Jeśli mnie pan o to pyta, to przy pomocy dobrego teleskopu będzie można dostrzec nawet pożary lasów w minutę po ich wybuchnięciu, nie mówiąc już o potajemnym ataku bombowym na jakieś miasto. Uh, przepraszam, panie pułkowniku, zapomniałem.” Dan przerwał i niemal zwymiotował, kiedy jego żołądek zrobił fikołka największego ze wszystkich fikołków na świecie. VX-3 dotarła do szczytowego punktu swojej trajektorii na wysokości ponad tysiąca mil i teraz skierowała się w dół, początkowo bardzo powolnie. Przemknął łyk tlenu z alarmowej rurki na wardze i poczuł się lepiej. „Ruthrock.
Nawrót zgodnie z rozkładem. Wysokość maksymalna 1037 mil. Wszystko w porządku. Żadnego zagrożenia. To była betka. Hej, czekajcie. Wyskoczyło mi tu coś niespodziewanego. Czekajcie na ponowne nawiązanie połączenia.” Dan poczuł, że rakieta odrobinę się zachwiała. Dziwnie, jakby pochwycona przez jakąś potężną siłę. Zamiast opadać w dół ku powierzchni Ziemi pod niewielkim kątem zaczęła skręcać na boki i obracać się wokół dłuższej osi.
Po chwili Dan zobaczył, co się stało. Pod nim, na wysokości 998 mil widać było niewielką czarną planetkę przecinającą jego trajektorię lotu, poruszającą się z dużą szybkością ponad krzywizną Ziemi. To mógł być jakiś ogromny meteor, ale Dan czuł, że jego pierwsze wrażenie było prawdziwe. Obiekt nie spadał bowiem jak meteor, ale krążył równolegle do powierzchni Ziemi na stałej wysokości. Wpatrywał się w nieoczekiwane odkrycie równie mocno zdumiony, jakby zobaczył ziejącego ogniem smoka z legend. Ponieważ, jak to sobie uświadomił w nagłym, oszałamiającym rozbłysku zrozumienia, to, co widział na własne oczy, prawdę mówiąc, było czymś znacznie bardziej zdumiewającym niż jakakolwiek legenda. Dan starał się utrzymać spokój w głosie. „Halo, Ruthrock. Słuchajcie, nikt się nawet nie spodziewał czegoś podobnego. Panie pułkowniku, niech pan usiądzie dobrze w fotelu i przytrzyma się poręczy.
Odkryłem właśnie drugi księżyc Ziemi. Aha, dobrze mnie pan słyszał. Drugi księżyc. Zrozumieliście? Jasne, jest malutki. Powiedziałbym, że ma poniżej mili średnicy. Ma kolor zupełnie czarny. Chyba właśnie dlatego nie dostrzegł go jeszcze żaden z teleskopów. Jest mały i czarny, wtapia się w czarne tło kosmosu. Ma ogromną prędkość.
Siła przyciągania tego małego samotnika pochwyciła moją rakietę. Oczywiście nie może mnie ona wyrwać z pola grawitacyjnego Ziemi, ale problem polega na tym — cholera — że moja rakieta mogła się znaleźć na kursie kolizyjnym z tą karłowatą namiastką księżyca. Wyszkolone oko Dana natychmiast dostrzegło tę ponurą możliwość. Pędzący wokół Ziemi po wąskiej orbicie z prędkością zbliżoną do 12 000 mil na godzinę lub nawet wyższą miniaturowy księżyc stwarzał poważne zagrożenie, ponieważ z powodu wysokości, jakiej nabrał Dan, wpadał bezpośrednio w tor jego swobodnego spadku. Prawdopodobieństwo bezpośredniego zderzenia należałoby liczyć w tysięcznych, gdyby nie jeden dodatkowy czynnik. Karłowaty księżyc dzięki swej masie wielu milionów ton generował wystarczająco duże przyciąganie grawitacyjne, aby ściągnąć rakietę na swoją trajektorię ruchu. I w ten sposób szanse tysiąc do jednego zmieniały się w pewne pieniądze. Pół na pół, meldował Dan, odpowiadając na gorące prośby i pytania z Ruth Rock. To raczej nie będzie zderzenie czołowe. Możemy nawet zupełnie się minąć.
O Boże, nie przy tej skalnej iglicy, która sterczy pionowo w górę. Trafię prosto w nią! Dan słyszał kiedyś wybuch bomby atomowej i kiedy rakieta walnęła w skalisty występ, zabrzmiało to jak cała ich seria odpalonych jednocześnie. Skała rozpadła się, rakieta rozpadła się także, ale Dana nie było już w środku, a więc nie rozpadł się razem z nią. W krytycznej chwili nacisnął z całej siły odpowiedni przycisk i alarmowy właz bezpieczeństwa rakiety wyrzucił go z niej na ułamek sekundy przed potężnym zderzeniem. Dan jednak stracił przytomność, dostając częściowo falą uderzeniową eksplodującej rakiety. Kiedy jego powieki rozwarły się gwałtownie, unosił się jak piórko w pozbawionej powietrza przestrzeni kosmicznej. Jego gumoidowy skafander kosmiczny nadął się aż do granic swej elastyczności, ale wytrzymał, a w jego wnętrzu automatyczne urządzenia dostarczały mu tlen, ciepło i umożliwiały komunikację radiową. Miał teraz szansę dzięki temu, że został czysto wyrzucony z rakiety bez żadnych uszkodzeń chroniącego go skafandra. Gwiazdy wirowały szaleńczo wokół niego.
Dan w końcu znalazł powód tego stanu rzeczy. Po prostu nie leciał tak swobodnie w kosmosie. Krążył wokół czarnego satelity na wysokości może tysiąca jardów nad jego poznaczoną dziobami powierzchnią. Halo, Ruth Rock! — zawołał. — Ciągle żyję i jakoś daję sobie radę, panie pułkowniku. Tyle że teraz, jakby mało było tych wszystkich poprzednich szaleństw, stałem się księżycem tego księżyca. Kolizja musiała mnie zupełnie wyrzucić z mojej orbity zejściowej na Ziemię. Zostałem wyrzucony ze statku w tym samym kierunku co kurs tej cholernej skały w obrębie jej pola grawitacyjnego. Nie wiem.
Niech w wolnej chwili spróbuje przeliczyć to mózg elektronowy. W każdym razie teraz ten księżyc ciągnie mnie ze sobą po swojej orbicie. Hej, a to co? Tak, panie pułkowniku. Krążę po spirali coraz bliżej tego karłowatego satelity. Nie, proszę się nie przejmować, panie pułkowniku. To przyciąganie grawitacyjne jest bardzo słabe. Jedynie ułamek ziemskiego G. Tak więc dryfuję na dół łagodnie jak obłoczek. Czekajcie na moje lądowanie na drugim księżycu Ziemi.
Szeroka postać w rozdętym skafandrze kosmicznym okrążyła jeszcze kilka razy czarną kamienną skałę po zwężającej się spirali i w końcu wylądowała na niej z lekkim poślizgowym uderzeniem, które nawet nie spowodowało szczęknięcia zębów Dana. Podskoczył jeszcze kilka razy, zmniejszając w groteskowym, zwolnionym tempie wysokość kolejnych skoków od pięćdziesięciu paru stóp, by w końcu się zatrzymać. Siedział przez chwilę bez ruchu, przetrawiając fantastyczny fakt tego, że rozbił się na nienaniesionym na mapach małym księżycu, uspokajając rytm pulsu i oddechu, które w obecnej chwili mogły przekraczać stan normalny o ponad 10%. Okej, Ruth Rock. Słyszę was. I pan mi to mówi, panie pułkowniku? To oczywiste, że tutaj utknąłem. Nie mam rakiety, którą mógłbym odlecieć. Żadnego sposobu, żeby wrócić na terra firma. Co?
Proszę mi wybaczyć, że to powiem, ale to głupie pytanie. No jasne, że jestem przerażony. Boję się jak cholera. Przepraszam za rakietę, panie pułkowniku, że ją rozbiłem. Ja, panie pułkowniku? Dziękuję, panie pułkowniku. Proszę jednak przestać mnie przepraszać, dobrze? Wiem, że nie mamy żadnych gotowych rakiet VX3. Nie będzie więc rakiety ratunkowej. Dan słuchał nieco dłużej, zanim ostro przerwał.
Och, na miłość boską, panie pułkowniku, czy przerwie pan w końcu te żale nade mną? Zostanę już tutaj i kropka. Kostucha równie dobrze mogłaby mnie dopaść również nad Berlinem. Proszę sobie darować, panie pułkowniku. Dan nagle uśmiechnął się szeroko. Posłuchajcie, a co ja będę się tu skarżył i kwękał? Przecież odejdę w blasku chwały, a przynajmniej gazety tak to określą i zdobędę swoje miejsce w podręcznikach historii jako człowiek, który odkrył, że Ziemia ma dwa księżyce. Czy naprawdę mógłbym prosić o coś więcej? Dan zarumienił się, słysząc odpowiedź z Ruth Rock. Mógłby pan dać mi spokój, panie pułkowniku?
A jakże inaczej mężczyzna miałby przyjąć coś takiego? W głębi duszy ciągle jestem przerażony, ale proszę posłuchać, nadal jeszcze mam tu sporo rzeczy do przekazania. Ten mały księżyc pokonuje trasę wokół Ziemi prawdopodobnie w dwie godziny z małym minusem. O ile pamiętam swoje zajęcia z kosmonautyki, przed chwilą spoglądałem z góry na Wielki Kanion, kierując się na zachód. W ciągu następnych dwóch godzin dostanę całkiem niezły obraz całego świata z lotu ptaka, a na tyle mniej więcej pozostało mi tlenu. Dobrze się składa, co? Dan spojrzał na dół, z fascynacją obserwując majestatyczny krąg Ziemi rozpościerający się pod jego stopami. Mały satelita nie obracał się, a właściwie obracał się raz na jedno okrążenie Ziemi tak jak Księżyc, odwracając się cały czas jedną stroną do Ziemi, dając mu dzięki temu nieprzerwany widok. Na Ziemi przesunęły się przed jego oczami Sierry, a następnie szeroki Pacyfik. Później pojawią się Hawaje, dalej Japonia, Azja, Europa.
Nie zauważył, że kieruje się skośnie na południowy zachód. Przeleci nad równikiem, nad Australią, być może gdzieś nad okolicami bieguna południowego i dalej do góry ponad północnym wierzchołkiem planety koło Grenlandii, zataczając w ten sposób ogromny krąg wokół globu. W każdym razie była to chyba najszybsza podróż dookoła Ziemi, jakiej kiedykolwiek dokonał człowiek. Zanim nie znajdziemy się poza zasięgiem, Russlock, mam zamiar zbadać ten nowy księżyc. Ja u boku Kolumba. Czekajcie na dalsze raporty. Dan poruszał się przy pomocy ogromnych skoków, dzięki którym w każdym kroku pokonywał niemalże bez wysiłku 50 stóp z powodu ekstremalnie słabej siły przyciągania malutkiego ciała niebieskiego. Ile mógł tutaj ważyć? Prawdopodobnie nie więcej niż uncję lub dwie. Nie ma tu zbyt wiele do przekazania, panie pułkowniku.
To martwa, pozbawiona powietrza, nieistotna planetoida. Prawdopodobnie zwykły, gruby na milę odłam skalny. Brak życia, brak roślinności, brak ludzi i brak wszystkiego. Pewnie mógłby pan mnie nazwać człowiekiem z drugiego księżyca. To całkiem zabawne. No cóż, według miernika zostało mi tlenu na godzinę i trzy kwadranse albo na 105 minut. W ten sposób brzmi to jakby nieco więcej. Co się dzieje, panie pułkowniku? Pański głos zaczyna słabnąć. Jakieś moje ostatnie życzenia?
No cóż, może jedna przysługa. Proszę pewnego dnia zabrać stąd moje ciało jakąś inną rakietą. Tak, powinno się zachować w głębokim mrozie kosmosu. Dziękuję, panie pułkowniku. Niespecjalnie pana już słyszę. Wychodzimy poza zasięg. Proszę przekazać Betty serdeczności. Wie pan, tej blondynce. No cóż, panie pułkowniku, teraz już do widzenia. Dan był zadowolony, że głos radiowy z Russlock ucichł, ginąc w szepczącej nicości.
Nie było mu teraz łatwo zachowywać spokojny ton. Nie było już nic więcej do powiedzenia, naprawdę, a nie chciał już wysłuchiwać kolejnych płaczów z ust dowódcy. Stary zaczynał brzmieć już niemal histerycznie. Teraz chciał już zostać sam ze swoimi myślami, zawierając swój ostateczny pokój ze wszechświatem. Sprawdził miernik poziomu tlenu z zegarkiem. 90 minut powietrza do zera albo — pomyślał, szczerząc zęby w uśmiechu — wieczność minus 90 minut. Zaczęło go odławiać w gardle. Czuł się jednak strasznie wspaniale, obserwując przemieszczającą się u jego stóp powierzchnię Ziemi, procesję krotek, wysp nawleczonych na południowe morza Pacyfiku jak zielone paciorki naszyjnika. Ciągle był w zasięgu znajdujących się w dole na morzu statków, a jednak nie próbował się z nimi kontaktować. Nie miał im nic do powiedzenia, jak duch w niebiosach.
Leniwie zaczął podnosić luźno leżące kamienie. Rzucał je i obserwował, jak mkną coraz dalej od niego z prędkością kuli karabinowej. Znowu fenomen słabej grawitacji maleńkiego księżyca. Właściwie to bez trudu był w stanie wziąć dziesięciostopowy głaz i odrzucić go na sporą odległość. „My, którzy mamy umrzeć, zabawiamy się nieco” — pomyślał. I wtedy właśnie, ponieważ uparta smużka nadziei ciągle tkwiła w kąciku jego umysłu, dostrzegł pewien pomysł. Przez parę chwil czaił się on tuż poza zasięgiem jego mentalnego uchwytu. Coś ważnego. Nagle twarz mu się rozjaśniła. Dan włączył radio i skontaktował się z jednym ze statków w dole, prosząc ich o przekazywanie jego sygnału do Russlock przy pomocy ich znacznie silniejszego nadajnika.
Ahoj, Russlock! Niech pan przestanie rachować, ile pan zarobi na mojej śmierci, panie pułkowniku. Wracam na Ziemię. Nie, panie pułkowniku, nie postradałem zmysłów. To jest takie proste, że aż śmieszne, panie pułkowniku. Zobaczymy się za parę godzin, panie pułkowniku. I zobaczyli się. Dan uśmiechał się szeroko, kiedy go wyciągali ociekającego wodą z morza. Na pokładzie samolotu poszukiwawczego wycięli go ze skafandra kosmicznego, do którego ciągle przymocowany był jego podwójny spadochron awaryjny. Hełm zginął mu wcześniej, kiedy rozerwał go, aby móc oddychać świeżym powietrzem ziemskim podczas długiego lotu na spadochronie.
Wszyscy wpatrywali się w niego, jakby z martwych wrócił do życia. „Niemożliwe, by stamtąd się wydostać?” – zachichotał, powtarzając ich paplaninę. – Ja też tak właśnie myślałem, dopóki nie przypomniałem sobie tych tabel z danymi o sile ciężkości i drugiej prędkości kosmicznej. I tego, jak bardzo druga prędkość kosmiczna na Księżycu jest mniejsza niż na Ziemi. A więc na tym malutkim, drugim Księżycu... No cóż, miałem pewną wskazówkę. Rzuciłem do góry kamień, a on już nie wrócił. Dan łyknął gorącej kawy. – Potem sam również wydostałem się do góry z powierzchni Księżyca i wzbiłem się na wysokość ponad mili, uwalniając się w ten sposób spod wpływu jego słabej grawitacji. Ciągle jednak byłem na tej samej orbicie wokół Ziemi co on i musiałbym tak krążyć wokół niej jak jakiś ludzki satelita, gdyby nie ten przeznaczony do użycia w sytuacjach awaryjnych gadżet, który miałem uczepiony u pasa skafandra.
Dan uniósł do góry metalowy pistolet z pustym zbiorniczkiem i wąską jak igła lufą wypaloną do połowy. Pistolet odrzutowy. Strzela hydrazyną i utleniaczem na zasadzie zwykłego odrzutu rakietowego. Wycelowałem go w gwiazdy w przeciwną stronę od Ziemi i dzięki Newtonowi jego odrzutowe wystrzały pchnęły mnie w kierunku naszej planety. Potrzebowałem prędkości około jednej i pół mili na sekundę. Ten mocny, choć mały z wyglądu pistolet odrzutowy, musiał pchnąć tylko moją niewielką masę, przesuwając ją w nieważkości bez przeciwdziałania siły ciężkości czy też tarcia. To wyrwało mnie ze swobodnego spadku wokół Ziemi, zmieniając go na spadek grawitacyjny w kierunku jej powierzchni. Zacząłem więc schodzić po spirali pod wpływem przyciągania grawitacyjnego. Dotarłem do gęstych warstw atmosfery pozwalających na oddychanie tuż przed wyczerpaniem się moich zapasów tlenu. Jedynym zagrożeniem było, że spalę się jak meteor z powodu tarcia powietrza.
Odmówiłem więc najpierw modlitwę, a potem wyrzuciłem podwójny parasol awaryjny, zaprojektowany tak, by wytrzymał siłę pierwszego uderzenia. I wytrzymał. Spowolnił mnie do prędkości lotu spadochroniarza przez resztę mojej drogi na dół. „Zaraz” – sprzeciwił się zaintrygowany pilot. – „Pańska historia nie trzyma się kupy. W jaki sposób wydostał się pan z tego karłowatego księżyca? W jaki sposób wzbił się pan z niego na milę w górę, uwalniając się spod wpływu jego grawitacji? Nie było tam przecież nikogo, kto by pana wyrzucił do góry jak kamień.” „Sam siebie wyrzuciłem” – odparł Dan. – „Najpierw rozpędziłem się tak szybko, jak tylko mogłem. Rozbieg miał długość może nawet i połowę Księżyca, żeby osiągnąć dobrą szybkość, a potem...” Szeroki uśmiech Dana Barrstowa był niewątpliwie najszerszym uśmiechem w historii ludzkości.
„No cóż, ponieważ jego słaba grawitacja nie była w stanie przyciągnąć mnie z powrotem, to, co zrobiłem, można tak naprawdę określić: zeskoczyłem sobie z tego księżyca.” Koniec.
[03:00:02] - Postanowiłem, że w audycji powinno pojawić się jeszcze jedno polskie opowiadanie. Bo ja w końcu tymi opowiadaniami chcę państwa zachęcić do nadsyłania opowiadań. Przypomnę, że w czasie wakacyjnych wakacji, bo teraz mamy wakacje wrześniowe, ale tych wakacyjnych wakacji lipiec, sierpień, dzięki uprzejmości Marka prezentowaliśmy dwa opowiadania. Opowiadania Nówki Nie Rdzewki i takie opowiadania, o których mogłem sobie trochę poopowiadać. Mogłem troszeczkę się nad nimi pochylić, mogłem troszeczkę się domyślać, o co chodziło. Mogłem wysuwać hipotezy robocze i prowadzić taki trochę niemy dialog z autorami owych opowiadań. Myślę, że zarówno mnie, jak i autorom jakąś korzyść to przyniosło i niniejszym bardzo serdecznie państwa zapraszam do nadsyłania opowiadań, chociażby na adres Radia Paranormalium, adres mailowy. Później je będziemy czytać, będziemy je oceniać i myślę, że będzie fajnie, tylko trzeba się odważyć. Trzeba wysłać to opowiadanie, a dalej to się już będziemy tym opowiadaniem opiekować. Wysyłajcie państwo to opowiadanie, jak w swoim czasie wysłał Marek Myszograj.
Marek Myszograj wysłał do ABW opowiadanie „Peruki u papy”. Ono się ukazało w 104. ABW. To było opowiadanie, które, jeśli państwo sięgniecie do archiwum Radia Paranormalium, to przekonacie się, jak żywą dyskusję pomiędzy Wiktorem Żwikiewiczem a mną owo opowiadanie wywołało. I to dyskusję jak najbardziej pozytywną, bo my nie dyskutowaliśmy o tym, czy ono jest dobre czy niedobre. Myśmy dyskutowali o wymowie, o szczegółach, o różnych smaczkach pisarskich. Mam nadzieję, że kiedy państwo wysłuchają tego opowiadania, to również się państwo zadumacie o tym, jak można pisać i o tym, co z tego tekstu wynika. Bardzo serdecznie zapraszam. Oddaję głos Markowi.
[03:02:26] - Marek Myszograj, „Peruki u papy”. Żona mówiła do niego Papo. Przyjęło się, że z czasem wszyscy nazywali go Papą. Okoliczni urzędnicy, adwokaci, radcy, wsiadając do dorożki, wołali: „Do Papy!” i dorożkarz ruszał, strzelając z bata. Papa wyrobił sobie renomę. Bywało tak, że klientów musiał wpisywać na listę oczekujących. Razem z żoną tworzyli zgrany duet. On, jako rzemieślnik, wykonywał peruki. Ona zajmowała się pozyskiwaniem materiału. Przynosiła najlepsze, świeże i delikatne włosy.
Po śmierci żony Papa poświęcił się wyłącznie pracy. Starał się, ale klienci odchodzili. Towar był nie taki. Coś brakowało perukom. Z domu wychodził jedynie od czasu do czasu i to tylko po jakieś pieczywo oraz ulubione karmelówki. Górę nowej wówczas kamienicy przeznaczono jeszcze za życia żony na część mieszkalną. Na dole Papa urządził zaś warsztat rzemieślniczy. To tu większość czasu przesiadywał, robiąc peruki. Zaznaczyć warto, że opisane wydarzenia działy się w minionej epoce. Wówczas nie znano prądu.
Dziś z perspektywy czasu ciężko określić choćby jakąś przybliżoną datę tamtych dni. Za złamanie prawa wrzucano człowieka do zimnej celi. Śmierć nie wzruszała, gdyż chętnie krążyła po ulicach, a te śmierdziały rynsztokiem. Jak już wspomniałem, Papa większość życia spędził w warsztacie. Robił peruki. Starsi jako klienci chętnie go odwiedzali, choć lepsza klientela się wykruszała. Zaś dla dzieci było to miejsce pełne tajemnic i niezwykłości. Stojące rzędem głowy, te łyse i te w perukach, budziły podziw oraz lęk jednocześnie. Głowy Papa ustawił licznie na regałach aż po sam sufit. Gdy nie miał klientów, to lubił palcem wskazującym przywoływać dzieci.
Uważał, że to wpływa na ich pozytywne wychowanie. Te, aby z zewnątrz lepiej móc zajrzeć do środka, stały oparte o okno wystawy, osłaniając rękoma oczy. Omiatały wzrokiem wnętrze zakładu i przyglądały się stojącym głowom. Papa wybierał dogodny moment i nagle po przeciwnej stronie okna pojawiał się znienacka. Mniej odważni, widząc wewnątrz mężczyznę trzymającego w garści ludzkie włosy, uciekali z krzykiem. Ciekawscy trwali w przerażeniu. Papa, trzymając w jednej ręce ludzkie włosy, palcem wskazującym drugiej nakłaniał, by weszli do środka. Stawiał dzieci przed regałem pełnym głów. Nachylał się, by im od tyłu szepnąć do ucha: „Uważajcie, bo to głowy złych ludzi. Jak będziecie niegrzeczni, to…” robił krótką pauzę, aby wskazać na wypełniony regał, „to wasze paskudne buźki trafią tutaj.
Wybierzcie sobie miejsce na wasze małe główki. Proponuję środkowy regał. Jest w sam raz. A gdy wasze mamy przyjdą do mnie kupować peruki, będą spoglądać z politowaniem na odcięte główki własnych dzieci.” Częstując wystraszone buźki karmelówkami, łagodził tym samym ich rozpacz. W głębi duszy tęsknił za pogaduszkami, a strach przekupiony słodkościami sprowadzał dzieciaki chętniej z powrotem. Pewnego dnia Papa pracował do późna. Nie zwrócił uwagi, gdy słońce zaszło i nie zauważył, jak do warsztatu weszła ona. „Halo, jest tu kto?” Kobiecy głos poderwał mężczyznę z krzesła. Wyszedł zza parawanu i oniemiał. W pierwszej chwili nie podejrzewał, że przyszła w innej sprawie niż kupno peruki.
„W czym mogę pani służyć?” Zapytał, rozjaśniając lampę olejową. „Pan Papa, jak sądzę.” „Tak” potwierdził, zbliżając się do niej. „Proszę wybaczyć, że nachodzę w tak nieodpowiedniej porze. W normalnych warunkach byłabym wcześniej, ale z różnych powodów jest to niemożliwe.” „Proszę nie przepraszać, a tym bardziej czegokolwiek się obawiać.” Zapewnił ściszonym głosem. „W mojej profesji dyskrecja jest gwarantowana.” Nic nie odpowiedziała. Z zadartą brodą ku górze obserwowała ustawione wysoko głowy. Śledziła po kolei każdy rząd, każdy jeden eksponat, zjeżdżając wzrokiem ku podłodze. Przykucnęła, by lepiej się przyjrzeć tym na samym dole. Papa zapomniał na chwilę, że to klientka. Miał przed sobą piękną kobietę, która palcem wskazującym odgarniała kłębek włosów z twarzy.
„Sporo tego tutaj.” Powiedziała, wstając. Miała to coś. Jego zmarła żona to miała. Fascynowała swym ruchem, gestem i spojrzeniem. „Czy mogę w czymś konkretnym pomóc? Chciałaby pani zakupić jakąś konkretną perukę? Mogę również spełnić indywidualne życzenie. Coś ekstra na zamówienie, ale trzeba liczyć się wówczas z czasem.” Zapadła chwila ciszy. Myślała nad czymś. „Wie pani, ekstra zamówienia wymagają dłuższych terminów.” „Tak, rozumiem.” Odparła, uśmiechając się.
„Z czasem to nie mam najmniejszego problemu. Jest go mnóstwo. Mam dla pana propozycję.” Podeszła bliżej niego. Poczuł słodki zapach jej perfum. Musiała zauważyć to zmieszanie. „Jak się panu podobam?” Zapytała, ściągając kapelusik z głowy. „No wie pani, zaskakujące i odważne pytanie.” Zaśmiała się głośno. Jej oczy iskrzyły w blasku płomienia lampy. Była ładna, wręcz piękna. Proszę się mnie nie obawiać.
Pytam o włosy. Jak się panu podobają moje włosy? Zrozumiał i skarcił się w duchu. Odważniej zbliżył się, aby przyjrzeć się jej włosom. Gdy dotykał je ponownie, przypominała mu się żona. Miała równie gęste. To było tak dawno. O czym pan myśli? Nie nadają się. Są bardzo piękne i cenne.
Jest pani pewna, że chce je ściąć? Gdybym się wahała, to nie byłoby mnie tutaj. Zrobiła krok w tył, pozwalając włosom uwolnić się spod dotyku mężczyzny. Ile są warte? Zapytała. Dużo — odparł, po czym dodał: Choć gdyby przyszła pani do takiego warsztatu jakieś sto lat temu, to otrzymałaby pani znacznie więcej. Dziś zarabia się w tym zawodzie dużo mniej. Ja już postanowiłam. Poza tym przekona się pan, że nie pożałuje. Tego samego dnia drżącą ręką Papa ciął włosy nieznajomej kobiecie.
Obserwował jej odbicie w lustrze. Bał się, że zacznie płakać. Często ludzie sprzedawali włosy w akcie desperacji z powodu braku pieniędzy. Jednak ona nie. Nie wyglądała na desperatkę. Zapłaci mi pan następnym razem — powiedziała, gdy kończył strzyżenie. Dlaczego nie teraz? Nie potrzebuje pani pieniędzy? Potrzeby mam ogromne — odparła, wyraźnie zadowolona. Przez kolejne dni Papa zajmował się projektem nowej peruki.
Zafascynowany otrzymanym materiałem zatracił się w pracy. Ciekawskie dzieciaki, kuszone pragnieniem karmelówki, przeszkadzały mu od czasu do czasu. Kilkoro regularnie przychodziło przeglądać się, jak powstaje nowa blond peruka. Papa sumiennie wplatał włosy pojedynczo do koronki peruki. Po kilkudziesięciu godzinach pracy i zawiązaniu ponad 40 tysięcy supełków zajął się kosmetyką. Dawniej było to zajęcie Anny. Miała dar ożywiania miejsc, w których przebywała. Dzieliła swą radość z każdym przedmiotem w zasięgu ręki i wzroku. Zmieniała otoczenie tylko dlatego, że w nim była. W kilka chwil potrafiła rozczesać perukę tak, by stała się cenniejsza.
To Anna swym urokiem przyciągała dzieci i to ona zaczęła częstować je słodkimi karmelówkami. Ciekawskie oczy małych istot wpatrywały się, jak Papa rozczesuje włosy, przycina je i stylizuje na drewnianej głowie. Pozwalał dzieciakom patrzeć w ciszy, jak tworzy się magia. Włosy ożywały na sztucznej głowie. Po tygodniu pracy umieścił ją na honorowym miejscu za oknem wystawy. Dzień później peruka znikła. Spodobała się ekscentrycznej aktorce, która nabyła ją bez chwili zastanowienia. Dzień później pytano go o podobną. Dwa dni później miał chętnych do kupna takiej samej, jaką nosi owa znana aktorka. Na trzeci dzień chciano mu dać przedpłatę za wykonanie specjalnego zamówienia: peruki z blond włosów.
Halo, jest tu kto? Spodziewał się jej. Miała odebrać zapłatę za ścięte włosy. Przyszła po tygodniu. Wychodząc z zaplecza, zamarł. Dzień dobry — przywitał się ściszonym głosem. Co tak się pan przygląda? Zapytała z lekkim uśmiechem. To pani prawdziwe włosy czy peruka? Może pan sprawdzić — kokietowała.
To niemożliwe. Jak pani to zrobiła? — dopytywał, dotykając jej włosów. To taki mój dar i przekleństwo jednocześnie. Przecież je ściąłem tydzień temu. Nie mogły tak szybko odrosnąć. Nic nie odpowiedziała. Chwyciła go za nadgarstek. Nie sprzeciwiał się, gdy wąchała jego dłoń. Jak peruka?
— zapytała, unosząc wzrok. Sprzedana — odparł, cofając się, po czym dodał: Są zamówienia na następne. Uśmiechnęła się. Z palcem wskazującym przy ustach obeszła go wokoło. Może mi pani powiedzieć, co pani robi? Sprawdzam, ile jest pan wart i czy moglibyśmy ewentualnie współpracować. Na czym ta nasza współpraca miałaby polegać? Jest pan interesującym przypadkiem, chociaż nie wiem, co ona widziała właściwie w panu. Papa stał osłupiały, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Tymczasem ona rozejrzała się wokoło.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Ma pan pewne możliwości, którymi byłabym zainteresowana. Ponadto — urwała, by położyć palec wskazujący na jego piersi — jest pan w odpowiednim stanie. Ma pani na myśli to, że jestem wdowcem? To też. Ale o tym później. Może najpierw zetnie mi pan włosy. Jak to możliwe, że tak szybko odrosły? — dopytywał ponownie, gdy siedziała przed lustrem. Mogę zdradzić tajemnicę, ale to będzie kosztować pewną przysługę.
Proszę mówić. Postaram się nie zawieść. Papa obiecał jej coś i słowa dotrzymał. Wydało mu się to dziwne, ale nie mógł odmówić. Tym bardziej że peruka sprzedała się pięć razy drożej niż zwykle. Dobry? — zapytał chłopca, który grzecznie siedział na krześle i ssał cukierek karmelowy. Dobry. Nie bój się. Zaraz przyjdzie taka ładna pani.
Chce się z tobą zobaczyć i ma ci coś do przekazania. Dobrze? Dobrze, proszę pana. Nadchodził zmrok. Drzwi warsztatu otworzyły się i weszła ona. Rzuciła wzrokiem na chłopca, który grzecznie siedział i ssał cukierek. „O, jest ta pani, o której opowiadałem” — wyjaśnił Papa. — Posiedź tutaj jeszcze chwilkę. Ja tylko ostrzygę tą panią. Proszę usiąść — dodał w kierunku długowłosej blondynki, wskazując krzesło przed lustrem.
Nie nudzi się tak panu samemu? — zapytała, gdy Papa wykonał pierwsze cięcie. Mam co robić. — Wskazał na rzędy głów z perukami. Obiecałam zdradzić tajemnicę. Zapadła cisza. Papa z przejęcia nie ośmielał się odezwać. Było to nietypowe zjawisko. Nikomu normalnemu po tygodniu nie odrastają w taki sposób włosy. Domyślam się, że druga peruka nie miała problemu ze znalezieniem klientki.
Sprzedałem ją niemal od razu. Cena była pięć razy wyższa niż zwykle. Może w końcu zapłacę pani za włosy. Mówiłam, że nie zależy mi na pieniądzach. — Spojrzała na chłopca. — Biorę go i za tydzień chcę następnego. Nic nie odpowiedział. Szczotką z delikatnego włosia zaczął zmiatać resztki włosów z jej czoła i bladych policzków. — Może będzie pani tak uprzejma w końcu się przedstawić? — zapytał, rozpinając okalającą ją pelerynę.
Proszę mi mówić Amanda. Amanda — powtórzył, strzepując resztki włosów z peleryny, po czym spojrzał jej w oczy i dodał: Ładnie. Po sprzedaży trzeciej peruki finanse Papy się poprawiły. Postanowił kupić dwa duże nowe słoje. Jeden napełnił słodkimi karmelówkami, a drugi miętusami. W ten sposób wybrał kolejne dziecko, które miało czekać razem z nim na Amandę. Przyszła dokładnie tydzień później od poprzedniej wizyty, tuż po zachodzie słońca. Po przywitaniu się i w imię uprzejmości usiadła przed lustrem. Nie rozmawiali. Papa ściął jej włosy szybciej niż poprzednim razem.
Nim rozpiął pelerynę, pędzelkiem wyczesał resztki włosów z czoła i policzków Amandy. Ta dopiero teraz spojrzała na siedzącego chłopca. Był w podobnym wieku jak poprzedni. Miał duże oczy. Amanda wstała z krzesła i zbliżyła się do niego. Nie bój się — poleciła, wyciągając rękę w stronę siedzącego chłopca. Ten posłusznie chwycił ją i wówczas stało się to. Papa stał z otwartymi ustami i obserwował, jak Amanda liże dziecko w szyję. Nie zareagował, gdy chwyciła małą rączkę i przyciągnęła dziecko do siebie. Chłopiec poderwany z siedzenia wpadł w objęcia Amandy.
Ta w półobrocie ułożyła go na deskach podłogi i wgryzła się w jego szyję. Papa stał i obserwował, jak kobieta z dzieckiem unoszą się nad podłogą. Chłopiec błagającym wzrokiem prosił o pomoc. Amanda trzymała go mocno w objęciach. Jej ciało pulsowało, gasząc pragnienie. W tym czasie działo się coś jeszcze. Jej włosy. Gdy chłopcu oczy odpływały, Amandzie włosy rosły, wijąc się w loki i opadając na jej ramiona. W ciszy słyszał, jak ssie i przełyka. Gdy chłopiec zamknął oczy, zrozumiał, na czym polegał sekret.
Oboje opadli na podłogę. Amanda zwolniła uścisk, a ciało chłopca osunęło się bezwładnie. Podeszła do Papy. Jej usta umazane we krwi zdradzały dwa kły. Uwiesiła się na jego szyi. Gdyby nie delikatny płomień dwóch lamp, to w pomieszczeniu byłoby zupełnie ciemno. Rozum mówił mu, aby uciekać, wołać o pomoc. Coś go jednak powstrzymywało. Nie musisz się obawiać. Pierwszy raz przeszła na bezpośrednie „ty”.
Wisiała na jego szyi. Chciał coś odpowiedzieć, ale jej wzrok nie pozwalał mu się odezwać. Miała kurwiki w oczach. Cholernie mu się podobała. Widzisz Papo — zaczęła, bawiąc się jego kołnierzykiem. — Tu jest bardzo dobre miejsce i ty również jesteś dobrym człowiekiem. Przyciągasz dzieci, częstujesz je karmelówkami, opowiadasz im historie o tych licznych perukach. One lubią ciebie, a ja muszę, no sam już wiesz. Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał, chwytając ją za dłonie.
Zamierzał się uwolnić z jej objęć. Widzisz, każdy musi jakoś żyć — odpowiedziała, odsuwając się nieco. Pożałował, że chciał się uwolnić. W jej objęciach było mu dobrze. Przytrzymał jej dłoń, lecz ta ześlizgnęła się mu. Za tydzień o tej samej porze — powiedziała szeptem, by zniknąć w ciemności. W pierwszej chwili spanikował. Został sam z trupem dziecka. Podszedł do okna i wyjrzał przez nie za Amandą. W ciemności nic nie było już widać.
Spuścił roletę i w dwóch krokach znalazł się przed drzwiami wejściowymi. Wyszedł na zewnątrz, by upewnić się, że nie ma nikogo, a tym bardziej, czy ktoś mógł zobaczyć to, co przed chwilą się wydarzyło. Nie było nikogo. Wrócił do środka i spuścił roletę od drzwi wejściowych. Zbliżył się do martwego chłopca. Widział już trupy, ale nigdy nie na podłodze warsztatu. Wątłe ciało nie sprawiło kłopotów, gdy je zaciągnął do piwnicy. Tej nocy nie spał. Bał się i czuł, że to dopiero początek. Następnego dnia zszedł na dół do warsztatu.
Nie podnosił rolet. Wolał sprawdzić, czy na podłodze są jakieś ślady. Rozświetlając zakamarki pomieszczenia, szukał plam krwi. Wszystko wydało się w porządku. Podłoga była bez zabrudzeń. Spojrzał na drzwi do piwnicy. „Czy aby na pewno tam na dole jest on?” — pomyślał. Przechodząc obok ściętych włosów, zdał sobie sprawę, że wszystko to, co miało miejsce wczoraj, było prawdą. Zszedł schodami na dół do piwnicy. Martwe ciało spoczywało tam, gdzie je wczoraj złożył.
Zbliżył lampę do twarzy chłopca. Skóra wyglądała na wyschniętą. „Amando, kim jesteś, do cholery?” — szepnął sam do siebie. Postanowił na razie zostawić ciało tak, jak jest. Chłód w piwnicy powinien pomóc. Próbował oswoić się z myślami. Robota czekała. Kolejna peruka była gotowa trzy dni później. Wkrótce została sprzedana za całkiem dobre pieniądze. Dzień przed spodziewaną wizytą Amandy zrobił to, o co prosiła go wcześniej.
Wybrał dla niej kolejnego chłopca. Malec miał z 10 lat. Dał chłopcu garść karmelówek i do zabicia czasu jedną z głów ze starą peruką. Do zachodu słońca czas płynął leniwie. Papa co chwilę podchodził do okna, aby spojrzeć na ulicę. Był ciekaw, z którego kierunku przyjdzie Amanda. Przegapił ten moment. Weszła nagle z szerokim uśmiechem od ucha do ucha. To był jeden z tych uśmiechów zadowolonej kobiety, za którym mężczyźni zwykle tracą głowę. „Długo czekałeś?” — zapytała, siadając od razu na fotelu.
„Od tygodnia stoję przy oknie, wypatrując, kiedy przyjdziesz”. „Aż tak?” Nic nie odpowiedział. Przystąpił do pracy. Zastanawiał się, czemu nie spojrzała na chłopca. Była niezadowolona? Jej świeże włosy spadały na podłogę. Z przyjemnością je ścinał. Jego żona Anna również miała podobne. „Ładny zapach” — wyrwała go z zamyślenia. „Słucham?” — zapytał niepewnie.
„Ciekawe połączenie karmelówek z tym chłopcem. Musi być słodki”. Ręka mu zadrżała. Dwuznaczna aluzja oznaczała, że za chwilę nastąpi to, czego się obawiał i na co właściwie czekał. Jednak Amanda go zaskoczyła. „Wiesz, właściwie Anny nigdy nie mogłam zrozumieć”. Zamarł na chwilę. „Znałyśmy się bardzo dobrze. Była naszą siostrą. Odbiegała osobowością od nas.
Miała tendencję bycia sentymentalną”. Obserwowali się w odbiciu lustra. Oszołomiony mężczyzna słuchał w osłupieniu. „Mogła mieć każdego. Ha, w zasadzie miała. Potrafiła dobrze dać, a wy zapominaliście przy niej, że jesteście dżentelmenami, ojcami, mężami”. „O czym ty mówisz?” „Słuchaj i nie przerywaj mi, a może dam ci okazję, byś poczuł się jeszcze mężczyzną. Anna była naszą siostrą. Mieszkała w moim domu. Sprowadzała najlepszych z najlepszą krwią.
Nie mogłyśmy się pogodzić z jej odejściem. Ale cóż, jej wybór, a wybrała właśnie ciebie. Nie dziwi cię to, co mówię? Zastanawiałeś się kiedykolwiek, skąd twoja żona potrafi takie rzeczy? Uwierz mi, wielu ją za to ceniło. Miałeś to szczęście być tym ostatnim. Skończyłeś?” — zapytała, dając do zrozumienia, że chodzi o strzyżenie. Ściągnął pelerynę z jej ramion i zmiótł resztki włosów. Wstała i zbliżyła się do chłopca. Ten niczego nie podejrzewał.
Uśmiechnął się do nieznajomej kobiety, a ta jednym ruchem złapała go za gardło. Papa w tym czasie chwycił lampę, by przygasić jej płomień. Amanda wgryzła się w szyję dziecka, a to jedynie jęknęło. Papa stał w bladym świetle lampy i choć sparaliżowany, to ciekawsko obserwował. „Mało!” — warknęła nagle, pozwalając ofierze osunąć się na podłogę. Wyprostowana zaczęła powoli zbliżać się do papy. Z każdym krokiem jej włosy odrastały. Stanęła z nim oko w oko. Papa dotknął loki Amandy, które wspierały się bujnie na ramionach. Przyłożyła palec wskazujący do jego ust.
Drugą dłonią chwyciła go za krocze. „Dziękuję” — powiedziała z szelmowskim uśmieszkiem. Sprawnie rozpięła mu spodnie. Obserwowała, jak zamyka oczy i wstrzymuje oddech. Chciała go ugryźć w szyję, twarz, gdziekolwiek. Gdy chwyciła jego członek, potwierdziła swe podejrzenia. „U mnie w salonie stoi przy kominku taka figurka mężczyzny” — zaczęła, nie przerywając masowania członka. „Jest o wiele starsza niż ja”. Uwierz mi, pamiętam czasy, gdy wielki Rzym wysłał tu swych żołnierzyków. Nawiasem mówiąc, bardzo smaczni.
Figurka ta często intrygowała Annę. Pewnego razu stanęła przed nią i powiedziała, że znalazła to, za czym tak tęskniła. Nie wiedziałyśmy, o co jej chodzi. Westchnęła i dalej kontynuowała: „Ta figura ma dużego, wręcz ogromnego”. Teraz rozumiem Annę. Papa w odpowiedzi dostał erekcji. Ciało chłopca wylądowało w piwnicy, zaś kolejną perukę wykonał bez problemu i moralnych dylematów. Wówczas pojawili się oni. Okropne miejsce. „Okropne, kochanie” – potwierdził wysoki mężczyzna, po czym objął kobietę.
„Dzień dobry. Jest tu kto?” – zawołała. Papa wyszedł zza kotary. Na środku warsztatu stała para: kobieta i mężczyzna, przy drzwiach zaś troje dzieci. Na pierwszy rzut oka wyglądali na kogoś z wyższych sfer. „Dzień dobry. Czym mogę państwu służyć?” – zapytał w ukłonie. „Mamy informację” – zaczął mężczyzna – „że można tutaj nabyć całkiem przyzwoite peruki. Co prawda nigdy się nie fatygowaliśmy z całą rodziną do miejsc takich jak to. Istnieją jednak pewne obawy, że pańskie peruki mogą trafić do kogoś innego.” Mężczyzna spojrzał na kobietę, a ta zrozumiała, że może kontynuować.
„Moja dobra znajoma, kuzynka lorda Huxley'a, dwa tygodnie temu nabyła tutaj perukę. Jest nią zachwycona, podobnie jak wszystkie damy na dworze. Mamy pewną prośbę.” „Tak, słucham” – wtrącił papa. „Chciałabym osobiście prosić pana o wykonanie pięciu sztuk dla mnie, mego męża i naszych trzech córek.” – przerwała, wskazując na troje dzieci. „Jeśli to panią usatysfakcjonuje, to mam jedną gotową. Chyba wiem, o jakiej pani mówi.” Gdy papa zniknął za kotarą, do warsztatu wszedł chłopiec. W poszarpanych łachach i bez butów zmierzył wzrokiem stojące dziewczyny mniej więcej w jego wieku. Te na widok małego obdartusa zatkały paluszkami swe noski. W odpowiedzi obszarpany chłopiec wystawił język w ich kierunku i ruszył do słoja z karmelówkami. Wziął trzy cukierki i usiadł przy ścianie na starym krześle.
„O, już jesteś” – rzucił w stronę chłopca papa. Przyniósł aksamitne pudełko. „Proszę, oto ona. Muszę się pochwalić, że mam dostęp do naprawdę delikatnego materiału. Peruka zdaje się żyć, pomimo że to przecież peruka.” Otworzył pudełko. Widział już różne ekscytacje. Ta dama jednak zachowała umiar. Spojrzała na męża, który skinieniem głowy potwierdził, że mu się również podoba. „Zatem następną dla kogo mam przygotować?” „Dla mnie” – odparł mężczyzna i wskazał na córki. „Dla dzieci niech to będą peruki takie okazjonalne, jak to się mówi, reprezentacyjne.” „Co sądzisz o nim?” – zapytał mężczyzna, gdy byli już w domu.
„O tym papie?” – odparła pytaniem na pytanie. Kobieta zajęta była rozpakowywaniem peruki. Chciała ją przymierzyć i sprawdzić, jak będzie pasować do sukienek. Mąż musiał wykazać się cierpliwością, gdyż jego zadaniem było pomoc przy nakładaniu i ściąganiu sukien. „Jakieś 10 lat temu interes kwitł u niego” – kontynuował, rozsznurowując żonie część gorsetową. „Ja miałem wówczas 15, może 16 lat. Byłem tam raz z ojcem. Właściciel miał piękną żonę.” „Thomas!” – przerwała mu. – „Chcesz mi powiedzieć, że ja nie jestem ładna?” „Nie, to nie to. Byłem młody, spięty i wyobraź sobie, że w takim dziwnym miejscu z tuzinem głów pojawiła się kobieta, która potrafi przykuć uwagę.
Pamiętam ją. Miała czarujący uśmiech i wiesz co?” „Mhm.” „Poczęstowała mnie karmelówką. Emily, słuchasz mnie?” „Tak, kochanie. Możesz mi pomóc?” Thomas wstał, by ściągnąć żonie suknię przez głowę. „To był ten czas, gdy znajdowano martwe dzieci za miastem” – kontynuował. „Ale to było ponad 10 lat temu, kochanie. Nie masz innych zmartwień?” Stojąc nago, pocałowała go w usta. Tymczasem papa zabrał się za wykonanie nowej peruki. Wczorajsza wizyta wiązała się z ekstra zamówieniem. Z jednej strony miał pewne obawy, z drugiej zaś poczuł coś, czego mu od dłuższego czasu brakowało.
Wizyta administratora więzienia Newgate, szeryfa Greena, nie należała w okolicy do rzadkości. O ile miało się być aresztowanym. Jednak sam szeryf, sir Thomas Green jako klient to już samo przez się pewien prestiż. Nie myślał w tej chwili o tym, że w piwnicy leżą ciała dzieci. Nie chciał zastanawiać się, co będzie. Miał swoje lata, a starość na karku nie napawała optymizmem. Natomiast Amanda, ona dawała mu to, czego potrzebował. Przy Annie miał poczucie bezpieczeństwa i pewien komfort dnia codziennego. Czuł, że żona posiada tajemnice, ale wówczas nie wnikał w nie. Dawała mu to, czego potrzebował i się nie zastanawiał, dlaczego to on został jej mężem.
Nie dociekał. Było mu dobrze. Natomiast Amanda, ona była inna, taka bezpośrednia. Dodatkowo zdradzała mu tajemnice o Annie. Im więcej rozmyślał, tym sprawniej szła mu robota. Chciał Amandę mieć w łóżku na co dzień, na zawsze. Tej nocy, gdy państwo Green wyszli z zakładu, pozostawiając go z małym chłopcem, zjawiła się ona. Była w tym dobra, a on czuł perwersyjną przyjemność z jej pożądania. Wspominając wczorajszą noc, uśmiechał się sam do siebie, wplatając włosy do koronki peruki. Szeryf Thomas Green prowadził podwójne życie.
W domu był kochającym mężem i wzorowym ojcem trójki dzieci. W pracy zaś skrupulatnym urzędnikiem. Musiał nim być, gdyż rok w rok ogłaszano wybory na szeryfa miejskiego więzienia. Podwójne życie wypracowało w nim charakter, który pomimo młodego wieku pozwolił mu trzymać się na piątej kadencji z rzędu. Strażnicy więzienia Newgate upoważnieni byli do pobierania wynagrodzenia bezpośrednio od więźniów. Stanowiło to jedno z najlepszych źródeł ich dochodu. Szeryf, aby utrzymać się na stanowisku, prowadził politykę intryg, haków i manipulacji. Był w tym dobry i dobrze się czuł w swym fachu, a przy okazji budził respekt nie tylko podwładnych, ale i elity ówczesnego Londynu. Thomas Green przemierzał korytarz więzienia Newgate. Wszyscy, którzy mijali go, kłaniali mu się, ustępując drogi.
Szedł szybkim krokiem. Coś go po wczorajszej wizycie u perukarza nurtowało. Żona go nie zrozumiała i czuł, że musi się z tym uporać sam. „Will!” – krzyknął, wchodząc do zatłoczonej kancelarii. Po krótkiej chwili mężczyzna w starszym wieku zjawił się u boku Thomasa. „Will, jest sprawa. Będziesz musiał wygrzebać wszystko o martwych dzieciach sprzed jakichś 10 lat. Wszystko. Chcę wiedzieć, gdzie je znajdowano, z jakich byli rodzin, jak je zabito. Wszystko.
Rozumiesz?” „Tak, proszę pana. Czy to oznacza, że morderca powrócił?” „Nie, Will. Jeszcze nie powrócił. Cholerne karmelówki.” „Słucham? Jakie karmelówki?” „Nic, nic, Will. Zajmij się tym.” Miłość ma swe pułapki. Zjawia się niespodziewanie i rujnuje człowieka. Ta dopadła Papę pomimo późnego wieku. Zakochał się szaleńczo, choć wiedział, że bez wzajemności. Amanda nim zawładnęła.
Zdawał sobie sprawę, że za jej kurwiki w oczach, za niedokończoną zabawę przy kutasie zrobi wszystko, aby wróciła. Wracała, choć nigdy nie zostawała na noc. Po skończonych igraszkach rzucała często zdania typu: „Ja zabieram go ze sobą.” Mówiąc to, miała na myśli przyrodzenie Papy. Miał dużego, ogromnego, a takie słowa w jej ustach budowały mu ego, dawały motywację do tego, co robił. Tymczasem ilość sprzedanych peruk rosła. Państwo Green kupili łącznie trzy. Jedną wzięła przy pierwszej wizycie pani Emily. Kilka dni później jej mąż Thomas, który przyszedł ze starszą córką na przymiarkę trzeciej peruki. Papa w tym czasie uprzedził, że: „Przepraszam, ale czy raczyłby pan na dwie ostatnie peruki nieco zaczekać?” „A co się dzieje?” – zapytał Thomas, podchodząc do słoja z karmelówkami. „Dostałem niespodziewane zamówienie z dworu, podobne do pańskiego.
Mam wykonać kilka peruk dla kogoś z rodziny królewskiej. Naturalnie będę pracował również nad tymi dla pańskich młodszych córek, ale te wymagają więcej czasu i pomiarów. Nie mogę sobie pozwolić na utratę reputacji i sprzedać coś...” – nie dokończył, wskazując na rzędy starych głów z zakurzonymi włosami. „Oczywiście. Dwór nie może czekać” – skwitował Thomas, wkładając karmelówkę do ust. „Mmm, pycha. Smak nic się nie zmienił. Kiedyś jako młodzieniec byłem tu razem z moim ojcem. Wówczas pewna bardzo ładna kobieta poczęstowała mnie właśnie takim cukierkiem.” „To była pana żona?” Papa uciekł wzrokiem w kierunku okna i podszedł do niego. Poczuł wyrzuty sumienia względem Anny.
Brakowało mu jej, a to, co robił z Amandą... „Tak, to była moja żona.” „Rozumiem i współczuję. Zatem nie będziemy dłużej przeszkadzać.” Papa miał mnóstwo roboty. W tajemnicy przed umówionymi klientami wykonał dodatkowych pięć zamówień. Ciał tymczasem przybywało. W piwnicy nie dość, że robiło się tłoczno, to zaczęło śmierdzieć. Dzieci, które wchodziły po karmelówki, zatykały z grymasem nosy i uciekały, wybiegając z powrotem na ulicę. Papa musiał coś wymyślić. Pierwszy raz od kilku dobrych lat opuścił zakład na dłużej. Wcześniej zabrał znaczną ilość pieniędzy, porządnie się ubrał, rzucił okiem na wygląd w odbiciu lustra i wyszedł.
Miał plan. Trzeba pamiętać, że dawny Londyn cechował się tak jak jego ulice: jedno wielkie szambo. Za kradzież chleba wrzucano ludzi do więzienia. Prawdziwi zaś złodzieje, przestępcy i rzezimieszki czuli się tutaj jak ryby w wodzie. Za dobrze płatne zlecenia mordowano i okradano bez skrupułów. Gdy następną nocą pod warsztat Papyn zajechała dorożka, jej pasażerowie nie zamierzali zadawać pytań. Otrzymali sporą zaliczkę i perspektywę stałego dobrego zarobku. „Tędy panowie” – zaprosił gestem ręki Papa. Dwóch mężczyzn bez słowa weszło do środka. Papa prowadził ich w kierunku piwnicy.
„Ostrożnie” – szepnął perukarz, gdy schodzili schodami. W słabym świetle lampy olejowej leżały przygotowane ciała. Papa, gdy przed opuszczeniem domu spojrzał w swe odbicie w lustrze, miał plan. Wyszedł, by udać się do tawerny przy Sekwanie. Nigdy w życiu nie był w takim miejscu. W zgiełku muzyki nie mógł się odnaleźć. Na przywitanie rzuciła mu się w ramiona jakaś lafirynda. Odtrącił ją, by kolejne babsko z koszmarnym uśmiechem przykleiło mu się, chwytając przyrodzenia. „Chcesz się zabawić?” „Odejdź, kobieto.” Miał inny cel. Skierował się do wolnego stolika i dał znać barmanowi, że chce coś do picia.
Po chwili tutejsze wypłuczyny zwane ciemnym piwem trafiły pod jego nos. „Jeszcze flaszkę dżinu” – rzucił w stronę barmana. „Zna pan kogoś, kto z chęcią przewiózłby mi pewien kłopotliwy towar z jednej dzielnicy do drugiej i zechciałby się napić ze mną dżinu?” – zapytał ponownie barmana. „Dobrze to zorganizowałeś” – szepnęła Amanda w ucho siedzącego dziecka. Papa wiedział, że mówi ona do niego. Minęło cztery dni i piwnica była pusta. Wykonał dobrą robotę i liczył, że otrzyma obiecaną nagrodę. Amanda obeszła siedzące dziecko, przekładając dłoń z jego lewego ramienia na prawe. Usiadła mu na kolanach. W pomieszczeniu panował półmrok.
Rolety w oknie wystawowym i drzwiach były spuszczone. Amanda odwróciła się twarzą w twarz do chłopca. Na moment zapadła cisza. Papa chciał zobaczyć, jak ona to robi. Zasłaniała mu, siedząc plecami. Zrobił dwa kroki w bok. Jej ręka odchyliła podbródek chłopca w górę. Usłyszał krótkie jęknięcie i dłuższe charczenie. Wgryzła się w szyję i piła. Jej ciało pulsowało, biorąc kolejne łyki.
Oczy chłopca wołały o pomoc. Papa czekał na moment uniesienia. Widział już to, ale za każdym razem był pod wrażeniem. Uniosła się, nie wstając z kolan chłopca. Nie przestając pić, obrócili się w powietrzu o 180 stopni. Wisieli między podłogą a sufitem. Wtem oderwała usta od szyi chłopca i puściła go. Martwe ciało runęło z łoskotem. „Dobre” – powiedziała, opadając na krzesło. Siedząc z nogą założoną na nogę, przywołała Papę palcem wskazującym.
„A włosy?” – zapytał. „Zdążysz ściąć. Chodź tu.” Papa posłusznie podszedł. Miała kurwiki w oczach. Czuł, jak mu staje. Rozpięła jego spodnie i zaczęła nim się bawić. Na różne sposoby pieściła go, raz wolno, raz szybciej, ręką i ustami. Przy tym grała całym ciałem. To był spektakl umiejętności specjalnie dla niego. „Starczy” – stwierdziła z surową miną.
Jej kurwiki w oczach znikły. „Teraz zajmijmy się włosami. Później przyjemności.” Podobnie jak Papa zaplanował wywózkę martwych dzieci, ona również miała określone zamiary i konsekwentnie je teraz realizowała. „Pozbądź się go” – poleciła, wskazując skinieniem na martwe ciało. „Tylko szybko.” Papa nie protestował. Rozochocony zniósł trupa do piwnicy. Gdy wrócił, ona przyglądała się starym perukom. „Znałam dobrze Annę. Często rozczesywałyśmy sobie nawzajem włosy. Nie ma tu ani jednej peruki po niej.
Widocznie dobrze schodziły.” „Po Annie?” – zapytał zdziwiony. „Jej włosów nigdy nie używałem do peruk.” „Czyżby? Cóż, głupi byłeś, głupi widocznie nadal jesteś i zapewne głupcem umrzesz.” Usiadła przed lustrem. Papa rozczesał jej włosy i przystąpił do strzyżenia. Po chwili było po wszystkim. „Jak ci teraz odrosną? Dziś mam ogromny apetyt i ochotę na ciebie.” Papie opadły dłonie, Amanda zaś wstała i kładąc rękę na jego torsie, odsunęła od miejsca, gdzie leżały jej ścięte włosy. Drugą rękę włożyła w jego spodnie. Obserwowała, jak odpływa z rozkoszy. Mruczał i jęczał, wpatrując się w jej uśmiech.
Jeszcze raz tej nocy zsunęła mu spodnie. Pocałowała go w usta i zrzuciła z niego koszulę. Obróciła się, by rozsznurował jej sukienkę. Plątał się niezgrabnie, gdy ona tymczasem wciąż nie przestawała się nim bawić. Ujrzał ją w końcu pierwszy raz nago. Jej sterczące piersi kusiły i podniecały Dała mu je dotknąć. Chciała, by wszedł w nią w końcu. Pośliniła palce i zwilżyła nimi krocze. „Pieprz mnie.” Nie zastanawiał się. Wszedł w nią od przodu na stojąco.
Nie zaoponował, gdy wgryzła się mu w szyję. Czuł rozkosz. Z jednej strony jej ciasna cipka, z drugiej to boli. Jęknął, gdy zaczęła uchodzić z niego krew. Nie przestawał ją pieprzyć, tak samo jak ona nie przestawała ssać. Robiła to jednak pod kontrolą. Nie chciała go stracić. Włosy miały odrosnąć. I jeszcze coś. Coś on miał dać jej w zamian.
Nie trwało to długo. Papa w swoim podniecaniu, jakie rozegrała na nim Amanda, dostał szybko erekcji. Padł po wszystkim na deski podłogi. Obserwował Amandę, jak poprawia swe długie włosy, które opadały na jej ramiona. Była piękna. Pochyliła się nad nim, ugryzła się w nadgarstek i przyłożyła go do jego ust. Spróbował. Przełknął, odzyskując jednocześnie siły. Amanda natychmiast cofnęła dłoń. Papie zrobiło się gorąco.
Żar uderzył w serce, które na moment się zatrzymało. Spojrzał na nagą Amandę. Ta się pochyliła nad nim. Jej włosy dotknęły jego twarzy. „Daj mi najmłodszą córkę Thomasa Greena” — zażądała. Emily Green była w posiadaniu jednej z najlepszych kolekcji peruk w Anglii. Brakowało tylko jednej dla najmłodszej córki. Mąż Emily, zajęty pracą, rzadko bywał w domu. Pojawiły się jakieś dziwne zaginięcia, o których zaczął mówić cały Londyn. Do tej pory problem ten nie dotknął nikogo z wyższych sfer, dlatego traktowano to jako zwykłą nowinkę.
Jednak Thomasowi Greenowi sprawa ta zaczęła pochłaniać coraz więcej czasu. Dotarł do informacji o starych, nierozwiązanych sprawach związanych z zaginięciami dzieci. Zamknięto wówczas sporo ludzi. Nie obeszło się bez tortur. Skazano kilku, którzy zawiśli na szubienicy. Nic to jednak nie dało. Dzieci ginęły nadal. Doczytał o zeznaniach, że to jeden czy drugi katolik zabijał je z powodu braku kobiety. Trafił również na jedną wzmiankę o potworze w kobiecym przebraniu. Pewien stróż podobno widział, jak jakaś piękna kobieta wysysa krew dziecka.
Nie trafił jednak na świadka tamtych wydarzeń. Irytował się tym bardziej, że z Tamizy zaczęto wyciągać ciała dzieci, wszystkie z podejrzanie wyglądającymi śladami na szyi. Londyn żądał sprawcy. „Skąd one się tu wzięły?” — zapytał żonę. „Nasza córka dostała w prezencie.” Kilka cukierków leżało w porcelanowej miseczce. Thomas sięgnął po jedną karmelówkę i włożył ją w usta. Emily obserwowała męża, jak cmoka ustami i chodzi po pokoju. „Thomas, co się dzieje?” Po chwili ciszy, zamiast odpowiedzieć, zadał pytanie. „Byłyście u niego?” „U tego perukarza? Tak, byłam u niego.
Lily miała przymiarkę.” Następnego dnia wezwano Thomasa nad Tamizę. Znaleziono trzy kolejne ciała. Dzieci z ubogich rodzin. Ich zaginięcia nikt nie zgłaszał. W takich sytuacjach śmierć dziecka to pewna ulga dla rodziców. Jednak miasto stanowczo domagało się sprawcy. Przybyły na miejsce Thomas obejrzał zwłoki. Każdemu włożył palec w usta, co wprawiło w osłupienie świadków. Znalazł to, co chciał. W ustach jednego z nich była karmelówka.
Wyroki na pospolitych rzezimieszkach wykonywano na dziedzińcu więzienia Newgate. W zaciszu społecznej izolacji kat zwalniał zapadnię szubienicy i było po wszystkim. Wypracowano tutaj metodę szybkiej śmierci. Dzięki dłuższemu sznurowi skazany nie dusił się, ale spadając z zapadni, łamał kręgi szyjne. Szybki i tani sposób. Nie tym razem. Tego dnia przygotowano szubienicę starego typu. Pionowy pal z górną poziomą belką zakończoną krótkim wiązaniem pętli ustawiono na środku placu targowego. Właścicielom kamienic wokół nadarzyła się okazja, by całkiem nieźle zarobić. Wiedzieli, że ekscytacja widokiem śmierci kusi wydaniem nieco większej kwoty, a z okien ich mieszkań rozciągał się widok na centralne miejsce z szubienicą.
Zrządzeniem losu majętni ludzie, często w wyjątkowo wykonanych perukach od Papy, wynajmowali izby wokół placu. Chcieli na własne oczy obejrzeć śmierć tego, od którego kupowali owe peruki. Plac targowy wypełnił się tłumem. Zebrały się rodziny z dziećmi, starcy, biedni i bardziej majętni, robotnicy z doków i szemrane towarzystwo z tawern w otoczeniu wątpliwie wyglądających kobiet. Mieszanka londyńskiej społeczności czekała. Zrobiło się chłodniej, gdyż dochodziła 18:00 i zapadał zmierzch. Ktoś krzyknął: „Jest! Jest, jest. Jedzie już” — rozeszło się wśród tłumu. Ci, których było stać czekać we wnętrzach ciepłych kamienic, wynurzyli się do okien i balkoników.
Zrobiło się cicho. W tej ciszy powolny tupot końskich kopyt o twardy bruk zwiastował kulminację dnia. Strażnicy więzienia Newgate szli na przodzie. Ich zadaniem było rozepchnięcie tłumu i zrobienie miejsca dla więźniarki, która toczyła się z wolna. Tłum jednak sam się rozstępował, a strażnicy z wyraźną ulgą dumnie zmierzali w stronę szubienicy. Więźniarka to był zwykły wóz, tylko zamiast plandeki osadzono na nim żelazną klatkę, tak że Papę można było z każdej strony doskonale obejrzeć i splunąć na niego. Siedział on w środku klatki, na podłodze, na deskach. Koń, który ciągnął więźniarkę, zatrzymał się pod podestem. Strażnicy więzienni otworzyli kratę więźniarki. Zgrzyt żelastwa słyszał chyba każdy.
„Wychodź” rozkazał jeden ze strażników. Papa gramolił się po stopniach podestu. Obejrzał się za siebie. Kątem oka zauważył Amantę. Pchnięty przez strażnika stracił ją z widoku. Niemal się wywrócił, ale kat go schwycił i pomógł na ostatnim stopniu. „Proszę uważać, wszyscy patrzą” zażartował kiepsko. Prowadzony pod rękę jeszcze raz spojrzał w tamto miejsce. Nie było jej. Szukał wśród tłumu.
Znikła. Nieświadomie pozwolił wspiąć się na krzesło. „Jest!” Zauważył ją jeszcze raz, ale znów znikła, gdyż nora przeszedła mu przez twarz. „Nie, to nie ona. To Anna!” Uśmiechała się. „Ooo!” jęknął tłum, gdy kat kopnął krzesło. Pielęgniarka z oddziału ratunkowego opuszczała szpital. Kończyła nocny dyżur. Jako mieszaniec nie robiło jej to większej różnicy, którą ma zmianę. Instynktownie czuła się jednak lepiej na nockach.
Los Angeles. To miasto ją zainspirowało możliwościami. Postanowiła się tutaj przeprowadzić na długo przed wielką wojną. Tam, w Europie, działy się dantejskie sceny. Po wielkiej wojnie przyszła druga, a ona wówczas postanowiła rzucić kłopotliwy nałóg. Świat się zmieniał i nie mogła żyć tak, jak ją matka wychowała. Przed gmachem szpitala wciągnęła w płuca rześkie powietrze i skierowała się do nowiutkiego BMW set cztery. W środku z pendrive'a włączyła Barry'ego White'a. Muzyka i ten głos kojarzył jej się z rozkoszą oraz posągiem, który powracał w erotycznych marzeniach. Jeszcze raz wróciły wspomnienia.
Była dzieckiem, gdy wraz z matką i ciotkami celebrowały przed tą rzeźbą. Pamięta doskonale figurę ustawioną w holu na centralnym miejscu. Posąg z ogromnym penisem. Minęło tyle lat, odkąd opuściła Anglię, a on wciąż siedział w jej głowie. Posąg kojarzył się z lekarzem z nocnej zmiany. Odpaliła silnik, opuściła dach i ruszyła z piskiem opon. Była zadowolona, porządnie najedzona. Tej nocy dostała od doktorka wyjątkowo smaczny worek z krwią. Odwdzięczyła mu się. W takich chwilach jeszcze bardziej tęskniła za tamtymi czasami.
Dziś ludzie tuczą się chemią i ich krew nie ma tak dobrego posmaku karmelówek. Zresztą jaką można mieć krew, skoro od dziecka wpływają na nią chipsy i fast foody? Za każdym razem z ulgą przyznawała, że zmiana diety to była dobra decyzja. Zamknęła oczy i przez chwilę prowadziła auto instynktownie. Czuła się wybornie. Od czasu do czasu przytrafia się świeżutki worek z wartościową krwią. Niekiedy siła nałogu i pokusy powracała jak grom z jasnego nieba. Zwłaszcza gdy na oddział ratunkowy trafia jakieś słodkie dziecko. Tylko siła charakteru pozwalała jej na wygraną z nałogiem. Chciała być już w domu.
Marzyła, by w łóżku doprowadzić się do orgazmu i przespać do rana. W domu stopą o stopę zrzuciła buty. Bosą przeszła do łazienki. Przed lustrem ściągnęła perukę i osadziła ją na sztucznej głowie. Rozpięła sukienkę i weszła pod prysznic. Ciepła woda i para przywołały smak pysznej dzisiejszej krwi. To ją podnieciło. Wyskoczyła z kabiny. Naga i mokra wślizgnęła się pod kołdrę. Skulona zaczęła pieścić wilgotne krocze.
Ułożyła się na plecach i rozchyliła nogi pod ciepłą kołdrą. Nie trwało to długo. Już w aucie była silnie podniecona. Tej nocy śnił się jej tamten Londyn. Matka była świadkiem, jak ojciec zawisł na sznurze. Ona nie widziała tego na własne oczy, ale była również tam. Połączona pępowiną czuła przekaz rodzicielki. Teraz było podobnie. Za tydzień leci z doktorkiem do Londynu. Co z tej podróży wyjdzie, tego nie wie, ale dzieciństwo wzywa.
I te karmelówki w słodkich ustach dzieci. Muszą być smaczne.
[03:57:46] - No i cóż, proszę państwa, kolejna audycja za nami. Akademia Wszelkiej Fikcji zamyka na dzisiaj swoje podwoje. Ja państwu pięknie dziękuję za uczestnictwo. Życzę dobrej nocy i wspaniałego weekendu. No bo wiecie państwo, jesień nadciąga, więc trzeba z każdego słonecznego dnia korzystać, powiedziałbym, niejako podwójnie. A ja obiecuję, że jeśli tylko los i wszelkie siły tego świata pozwolą, to spotykamy się za tydzień w piątek w kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[03:58:30] - A mówi to do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.