Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Wygląda na to, że po raz pierwszy w Akademii Wszelkiej Fikcji spotykamy się na zajęciach we wrześniu, czyli już w roku szkolnym. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:36] - Dzień dobry wieczór państwu. Wrzesień, wrzesień, ale wrzesień tak naprawdę studentów nie interesuje. Na razie wakacje trwają. Tym bardziej że pogoda, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, lepsza jest niż w lipcu. Smutne to w sumie, ale zostawmy. Rozmowy o pogodzie lepsze są do innych audycji. Zacznijmy zatem tradycyjnie od polecanek książkowych. „Październikowa rdza” to jest książka Agnieszki Kuch-Mister. Wydawnictwo Znak Litera Nova. Data premiery: 10 dzień września.
Zerknijmy, co na temat tej książki pisze wydawca. „W sercu Dolnego Śląska rośnie mroczny las. Czy odważysz się wejść i zmierzyć się z jego tajemnicą? Swarzędz, 1989 rok. W niewyjaśnionych okolicznościach znika Alicja Wicher. W miasteczku, w którym każdy ma coś do ukrycia, nikt nie szuka jej zbyt długo. Siedem lat później Agata Kot, córka grabarza, przypadkiem natrafia na ślad zaginionej dziewczyny. Nie podejrzewa jednak, że kluczem do prawdy będzie przeszłość, od której nie można uciec. By rozwikłać tę zagadkę, trzeba będzie zanurzyć się w stuletnią historię miasteczka u stóp Karkonoszy, odkryć tajemnicę skarbu z pałacu Ackermannów i poznać dzieje rodzin, które od lat skrywają swoje sekrety w starych poniemieckich domach. A może prawda czai się wśród mglistych ścieżek lasu, gdzie nocami błąka się duch świętej Rozamundy, a niektórzy w mroku widzieli wilkołaka?
Hipnotyzująca, misternie skonstruowana powieść o małomiasteczkowych tajemnicach, duchach przodków, miłości i zbrodni stłumionej milczeniem. Dziewięć splecionych życiorysów, jedno zniknięcie i pytanie, które powraca niczym echo: jak głęboko trzeba zabrnąć w przeszłość, żeby odnaleźć się w teraźniejszości?” To była polecanka książki Agnieszki Kuch-Mister „Październikowa rdza”. Wydawnictwo Znak Litera Nova, a data premiery to 10 dzień września. Tego samego dnia na rynku wydawniczym pojawi się książka zatytułowana „Hipnoza” Krzysztofa Bohusa. Tym razem wydawnictwo Skarpa Warszawska. Ale tak jak mówiłem, data premiery 10 września. „Zima roku 1807. Okres pierwszego wolnego Miasta Gdańska, wyzwolonego spod władzy Prus i pozostającego pod kuratelą Napoleona. W gdańskich zaułkach giną francuscy oficerowie, mordowani w okrutny sposób przez nieuchwytnych sprawców. Wykrycie skrytobójców jest trudne.
Śledztwo się przeciąga. Kto stoi za tymi zbrodniami? Pruscy partyzanci, gdańscy masoni, a może przemytnicy z portu? Francuzi zmuszają do współpracy Polaka dobrze znającego stosunki w obcym dla nich mieście. To pochodzący z Gdańska Halmikar Sterling, enfant terrible, niepokorny syn lekarza pułkowego aresztowanego pod fałszywym zarzutem błędu lekarskiego i doprowadzenia do śmierci jednego z generałów francuskich. Francuzi szantażują młodzieńca: albo dopomoże w śledztwie i doprowadzi w ten sposób do uwolnienia ojca, albo stanie on przed sądem wojennym. Atutem Halmikara są jego nietypowe pasje, które mają pomóc w śledztwie. Jako entuzjasta nauki i techniki konstruuje samodzielnie machiny, w tym areograf – aparat do wykrywania kłamstw. Urządza też seanse raczkującej w tym czasie hipnozy. Halmikar nie ma wyboru.
Współdziałając z francuskim agentem Victorem, podejmuje nietypowe śledztwo. Śledztwo mające na celu wykrycie morderców. Jednocześnie wykazuje się talentami detektywistycznymi i powoli, dochodząc do niespodziewanej i zaskakującej prawdy, odsłania tajemnicę. To rasowy kryminał noir w kostiumie z epoki. Tajemnicze morderstwa i gra wielkich ówczesnego świata”. Przypomnę, to było omówienie książki „Hipnoza” Krzysztofa Bohusa, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Data premiery: 10 września. Na koniec zostawiłem polecankę książki klasycznej. Książki, którą każdy miłośnik literatury Każdy miłośnik pisania, a szczególnie człowiek, który ma aspiracje, aby porwać czytelników swoją historią, tę książkę powinni przeczytać. To jest książka Josepha Campbella „Potęga mitu”, wydawnictwo Znak.
I ponownie mamy do czynienia z 10 września jako datą premiery. Kultowa już „Potęga mitu” jest zapisem rozmów Josepha Campbella z dziennikarzem Billem Moyersem, zainspirowanych przez Jacqueline Kennedy Onassis, ówczesną redaktorkę wydawnictwa Doubleday. Rancza, na którym spotykali się autorzy, użyczył im sam George Lucas. Joseph Campbell, wybitny antropolog i religioznawca, porównuje mity z różnych kultur, w których poruszane są wielkie tematy ludzkości: życie, zdolność do ofiary, miłość, bohaterstwo, pragnienie wieczności. Jednocześnie podkreśla, że mitologia odgrywa w życiu współczesnego zachodniego człowieka niewielką rolę, co powoduje, że nie potrafi on żyć w zgodzie ze społeczeństwem, z naturą i przede wszystkim z samym sobą. Campbell twierdzi, że mitologia Zachodu opiera się na światopoglądzie z pierwszego tysiąclecia przed naszą erą. Światopoglądzie, który nie zgadza się ze współczesnym wyobrażeniem o wszechświecie. Dodaje też, że długo będziemy musieli czekać na nową mitologię, bo wszystko zmienia się zbyt szybko, żeby można było zmitologizować cokolwiek. Campbell wierzy jednak, że nowa mitologia powstanie. Ale czy wspólna mitologia mieszkańców całej planety jest w ogóle możliwa?
Wydanie tej książki poprzedzone jest wstępem Marcina Napiórkowskiego. Przypomnę „Potęga mitu”, Joseph Campbell, wydawnictwo Znak, a data premiery 10 września. Tyle, proszę państwa, polecanek książkowych. Szczególnie nie byłbym sobą, gdybym nie polecił tej ostatniej „Potęgi mitu”. Wierzcie mi państwo, Joseph Campbell to jest człowiek, który ma wiele do powiedzenia. Wiele z tych jego opowieści można wydobyć wiele prawd, wiele intrygujących treści, wiele takiej kwintesencji tego, czym jest literatura. Bo jeśli wydaje się państwu, że literatura to są tylko opowieści mniej lub bardziej ciekawe, to tak nie działa. I Joseph Campbell powie państwu dlaczego. Dlaczego nad tymi opowieściami jest coś więcej, coś, co jest niesłychanie ważne i coś, co sprawia, że jakieś tam opowieści stają się nagle czymś fascynującym. Czymś, od czego nie można się oderwać.
To wcale nie jest magia. To jest po prostu wiedza o tym, jak buduje się mit. Bo każda książka, inaczej, każda książka powinna być rodzajem mitu. Nie zawsze nim jest. Ale te książki, które odniosły sukces, które stały się bestsellerami, to najczęściej mit w czystej postaci. Czasami trzeba go poszukać, znaleźć, wydobyć. Ale wierzcie mi państwo, on tam jest. Oj, strasznie się filozoficznie zrobiło. No to dobrze właściwie, bo teraz czas na korepetycje filozoficzne. Startujemy zatem.
Drodzy słuchacze, zanim zaczniemy, najpierw mała uwaga porządkowa. Anaksymenes, o którym dzisiaj opowiem, to nie Anaksymander, o którym mówiłem jakiś czas temu. Niby wszyscy to wiedzą, ale z doświadczenia wiem, że często te dwie postacie są mylone. Ich imiona brzmią podobnie. Obaj byli z Miletu. Obaj należą do tego samego pierwszego pokolenia filozofów przyrody. Ale to jednak dwie różne, absolutnie różne głowy. I o ile Anaksymander zasłynął ze swego tajemniczego apeironu, to Anaksymenes poszedł bardziej przyziemnie, a właściwie należałoby powiedzieć przypowietrznie, czy może przyoddechowo, bo według niego prazasadą wszystkiego, czyli arche świata, jest powietrze. No ale zacznijmy od początku. Milet, VI wiek przed naszą erą.
Miejsce, które można by nazwać laboratorium starożytnej fizyki. Najpierw Tales mówił: „Woda”. Anaksymander odpowiedział: „Nie. To coś nieskończonego i bezkształtnego”. Apeiron. A Anaksymenes, młodszy kolega, powiedział: „Hej, może nie komplikujmy. Zobaczcie, powietrze jest wszędzie. Każdy je czuje, każdy nim oddycha. Bez powietrza nie ma życia. To powietrze jest podstawą wszystkiego”.
I tak oto w historii filozofii pojawia się pierwszy filozof, który naprawdę uwierzył w oddech kosmosu. Ale uwaga! To nie była naiwna odpowiedź w stylu: „A, bo powietrze jest fajne”. Anaksymenes miał pomysł, jak to powietrze przekształca się w różne inne, kompletnie inne rzeczy. Zauważył, że- Gęstość ma znaczenie. Kiedy powietrze się rozrzedza, staje się ogniem. Kiedy się zagęszcza, staje się wiatrem, potem chmurą, potem wodą, wreszcie ziemią, a na końcu kamieniem. Czyli cała różnorodność świata to nic innego jak różne stany tego samego elementu. Powietrze w formie lekkiej iskrzy się jak ogień, a w formie ciężkiej twardnieje w skałę. Brzmi znajomo?
To trochę taka protofizyka stanów skupienia. Gaz, ciecz, ciało stałe. Tyle że zamiast mówić o cząsteczkach i ciśnieniu, Anaksymenes mówił o zagęszczaniu i rozrzedzaniu powietrza. Muszę przyznać, jak na VI wiek przed naszą erą to całkiem sprytne ujęcie tematu. Co więcej, Anaksymenes był pierwszym filozofem, który zauważył, że człowiek i kosmos są do siebie podobni. Tak jak my oddychamy powietrzem i ono nas utrzymuje przy życiu, tak cały wszechświat oddycha powietrzem, które go spaja i ożywia. Innymi słowy, mikrokosmos i makrokosmos działają według tej samej zasady. Człowiek to mały wszechświat, a wszechświat to taki wielki człowiek. Człowiek na wielką skalę, na wielką miarę. To porównanie okaże się potem niezwykle ważne w historii filozofii i w historii mistyki, od stoików po renesans.
Ale pierwszy szkic tej idei należał właśnie do Anaksymenesa. Filozof z Miletu nie tylko rozważał powietrze w sensie metafizycznym. Interesował się też astronomią i geofizyką. Wyobrażał sobie Ziemię jako wielką, płaską płytę unoszącą się w powietrzu, wręcz przez powietrze unoszoną. A niebo? To powietrze, które rozciąga się nad nami jak sklepienie. Gwiazdy zaś to ogniste obiekty przyczepione do kryształowej półkuli, która obraca się wokół nas. Dzisiaj brzmi to jak bajka albo jak opowieść płaskoziemcy, ale wtedy był to poważny krok w stronę naturalnego wyjaśniania zjawisk. Zamiast zarzucania wszystkiego na barki bogów, Anaksymenes proponował zupełnie inne rozwiązanie. A teraz spójrzmy szerzej.
Dlaczego powietrze, a nie woda, jak chciał na przykład Tales? Albo apeiron, jak chciał Anaksymander? Można powiedzieć, że Anaksymenes próbował znaleźć złoty środek. Tales wybrał coś zbyt konkretnego — wodę. Anaksymander coś zbyt abstrakcyjnego — apeiron. A Anaksymenes? Coś pośredniego. Powietrze, które jest wszędzie, ale jest zmienne, niewidzialne i wciąż obecne. Widzimy skutki jego oddziaływania, ale ono samo w sobie jest ulotne. Słowem, to idealna kandydatura na materię wszystkiego.
Z dzisiejszej perspektywy łatwo się uśmiechnąć. Powietrze? Serio? Ale spójrzcie państwo. Anaksymenes zrobił krok, który okaże się fundamentalny dla całej nauki. Szukał jednej zasady, która poprzez procesy przekształceń daje absolutnie całą różnorodność świata. To idea, która wróci w chemii jako pierwiastki, w fizyce jako atomy, w biologii jako wspólne DNA. On, Anaksymenes, nie miał narzędzi, żeby to udowodnić, ale jego intuicja była niezwykle trafna. I jeszcze jedno. Anaksymenes to przykład, że filozofowie w Milecie nie byli mistykami, lecz śmiałymi racjonalistami.
Nie interesowało ich, jak bogowie stworzyli świat, ale interesowało, z czego on się składa i według jakich praw działa. Można powiedzieć, że Anaksymenes oddychał tym samym powietrzem co Tales i Anaksymander. Powietrzem rodzącej się nauki. I na koniec pamiętajmy: Anaksymander to apeiron, nieskończony i bezkształtny. Anaksymenes to powietrze, które przez zagęszczanie i rozrzedzanie staje się wszystkim. Podobne nazwiska, ta sama szkoła, ale pomysły były zupełnie inne. A morał? Powiedzmy taki: zanim zaczniemy roztrząsać pierwsze zasady istnienia, apeiron, warto po prostu wziąć głęboki oddech. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne, a teraz czas na odrobinę literatury. W audycji ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty, w odcinku 112.
z 28 stycznia 2022 roku opublikowane było opowiadanie Marka Myszograja „Po drugiej stronie jutra” i na to właśnie opowiadanie bardzo serdecznie państwa zapraszam. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[18:21] - Marek Myszograj „Po drugiej stronie jutra”. Prolog. W blado rozświetlonym gabinecie dwóch dżentelmenów popijało whisky. Pili za realizację planu, jaki omówiono na dzisiejszej Radzie Rodów. Przedstawiono kilka wersji wyjścia z kryzysu, ale wybrano jedno rozwiązanie, tak zwany wariant zerowania. Dżentelmeni stuknęli się szklaneczkami, po czym jeden z nich wyznał: „Próbowaliśmy tyle razy, a jednak bezskutecznie. Cholerne robactwo. Za każdym razem na nowo się rozpleniało. Po dzisiejszej radzie jestem dobrej myśli”. „Nie obrażaj robactwa.
Właściwym porównaniem byłyby szczury”. „Szczury?” „Tak. Masz rację. Oba gatunki mają podobne nawyki”. Degustacja drogiego alkoholu słusznie kojarzyła im się ze smakiem zwycięstwa. Liczne wypite wcześniej toasty za spełnienie planów realizowały się punkt po punkcie. Mimo to problem powracał. Wyobraźnię to oni mają. Fantazjują, marzą, wierzą w różne brednie, a ostatnio widzą wszędzie spisek. Stali się czujni dokładnie tak jak szczury.
Zatem za sukces! „Za sukces” – odpowiedział siedzący obok kompan. Obaj unieśli szklaneczki do ust. Każdy normalny człowiek wychyliłby toast, jednak nie tym razem. Degustacja trunku polegała na wiciu jaszczurzych jęzorów wewnątrz uniesionych szklanek. Rozdział pierwszy. Tak było. Hamburg. Zaczepy dźwigu chwyciły kontener o numerze HITZ 2022068. Na tle portowego zgiełku skrzynia o długości 6 m frunęła podczepiona na stalowych linach.
Po chwili płynnie wylądowała na zautomatyzowanym wózku AGV. Zaczepy dźwigu się zwolniły i błyskawicznie odfrunęły. HITZ 2022068 zaprojektowano jako chłodnię i wózek skierował się na plac o specjalnym przeznaczeniu. Tam czekała na niego ciężarówka. Kontener chłodnię załadowano na naczepę tira i kierowca ruszył w kierunku bramy wyjazdowej. Przed wypuszczeniem transportu pracownicy magazynowi zeskanowali kody kreskowe na drzwiach kontenera, sprawdzili plomby i przekazali kierowcy dokumenty transportowe. Gdy ciężarówka przejeżdżała przez bramę portową, system rozpoczął procedurę wysyłania wiadomości. Pewna uprzywilejowana grupa miała 6 godzin na dotarcie do wyznaczonych schronów. Wyselekcjonowani, by przetrwać. To oznaczało, że nikt z rządzących nie zamierzał w jakikolwiek sposób pomóc pozostałym.
Machina zagłady przyspieszała. W tym czasie, gdy elity pospiesznie szykowały się do ucieczki, kontener HITZ 2022068 dokował przy jednym z magazynów firmy logistycznej. Widlakowy o tureckim pochodzeniu leniwie zeskanował listy przewozowe, po czym spojrzał na wyświetlacz. Pilne. System momentalnie przekierował pracę personelu na dalszą dystrybucję towaru. Standardowa procedura nie zrobiła na załodze żadnego wrażenia, a tym bardziej nie wzbudziła podejrzeń. W tym momencie czas odgrywał znaczącą rolę. Rozładowanych paczek nie magazynowano już w obniżonej temperaturze. Celowo miały się rozmrozić, a tym samym uwolnić substancję czynną. Martin Kinderman, w przeciwieństwie do nazwiska, jakie nosił, nie posiadał dzieci.
Jako pracownik techniczny lubił w ukryciu wychylić browara. Nie tym razem. Przejął paczkę z działu dostaw. Piwko i kiełbaska musiały poczekać. Polecenie brzmiało: pilne. Martin oraz technicy z lotnisk w München, Frankfurcie nad Menem, Berlinie, Düsseldorfie, Stuttgarcie, Bonn i Hanowerze mieli za zadanie zamontować w tym czasie zestawy niedawno odmrożonych filtrów. Każdy podłączano bezpośrednio z halą odlotów. Nieświadomy Martin oraz koledzy po fachu z pozostałych lotnisk w kilka sekund zarazili się nowym wirusem. Aby wyjaśnić tę nietypową sytuację, należy nieco cofnąć fabułę. Zacznijmy od momentu rozładunku w porcie.
Otóż gdy kontener HITZ 2022068 był w drodze do magazynu logistycznego, pewna dziewczynka przyglądała się mamie. Kobieta otwierała nerwowo szuflady, wyrzucała ciuchy z szafy na podłogę i pakowała wybrane rzeczy do walizy. „Co robisz?” – zapytała mała, czując się nieswojo. „Mama musi nas szybko spakować. Tylko kilka rzeczy osobistych. Weźmiesz misia czy lalkę?” „Misia”. „To idź do pokoju po niego”. Dziewczynka posłusznie potruptała do dziecinnego pokoju. Kompletnie nie rozumiała sytuacji. Mama nigdy tak się nie zachowywała.
Czasami spieszyła się, zmieniając kolczyki, bo na przykład nie pasowały do butów, ale tamto zachowanie wiązało się z wyjściem na jakąś imprezę. Teraz mamusia spieszy się inaczej. Na zewnątrz pod domem zaparkował nowiutki SUV. Z auta wyskoczył mężczyzna. Nie zamykając drzwi do samochodu, wpadł do holu, wołając: „Monika, Monika!”. „Jesteśmy na górze. Prawie gotowe” – odpowiedział mu kobiecy głos. Przeskakując po dwa, trzy stopnie, w jednej chwili stanął w progu sypialni. „Gdzie Agata?” – zapytał podenerwowanym głosem. „Poszła po misia.
Daj jej chwilę, niech się pożegna. Już tu nie wrócimy”. „Monika, spodziewaliśmy się tego”. Tłumacząc kciukami, ścierał jej łzy. „I tak mamy szczęście”. Tata. Mężczyzna cofnął się o krok od żony, po czym przykucnął. „Chodź do mnie” – powiedział, rozkładając szeroko ręce w kierunku córki. Agata z misiem w ręku wbiła się w ramiona ojca, a ten ją mocno uścisnął. Żona z uśmiechem i łzami przyglądała się tej scenie.
Jej mąż, na co dzień szorstki pragmatyk, realista twardo stąpający po ziemi, występował w telewizji, groził przestępcom i jemu w zamian się odgrażano. Przeżył kilka zamachów, porażek zawodowych, wzlotów i upadków. Twardy facet, a płakał w ramionach córki. Monika nie chciała się z tym pogodzić, ale rozumiała, że to koniec. „Dobrze, starczy już. Musimy iść.” „Tatusiu, a gdzie idziemy?” Małżonkowie spojrzeli na siebie. Choć od dawna wiedzieli, że ten dzień nastąpi, to nie przygotowali się na odpowiedź. „Musimy wsiąść do auta i udać się na lotnisko. Tam czeka na nas specjalny samolot. Polecimy do takiego miejsca, gdzie będzie nasz nowy dom.” „Ale ja nie chcę.
Tutaj mam swój pokój.” „Wiem, kochanie, tatuś i mama też nie chcemy, ale jak zostaniemy tutaj dłużej, to bardzo mocno zachorujemy.” „Jak bardzo?” Na to pytanie nie odpowiedział. Westchnął i pomógł dopiąć walizkę żony. „Idziemy” – ponaglił. Jadąc samochodem obserwowali otoczenie. Na zewnątrz nie było widać realnego zagrożenia. Życie płynęło normalnie. Ludzie jechali z pracy albo zmierzali do niej. W każdym mijanym samochodzie jadący w nim pasażerowie mieli własne sprawy, ważne dla nich samych, a jakże nieistotne dla biegu świata, który zmierzał ku upadkowi. Monika siedziała na tylnej kanapie z pełną niepokoju Agatą. Dziewczynka ściskała misia.
Mężczyzna starał się jechać możliwie szybko. Co chwilę zerkał w lusterko, łapiąc wzrok żony. Oboje rozumieli sytuację. Mieli niewiele czasu, by uciec. Po pół godziny dotarli na lotnisko. Prywatny sześciomiejscowy Citation Jet firmy Cessna czekał z włączonymi silnikami. Lexus zatrzymał się tuż przy odrzutowcu. Thomas wyskoczył z samochodu i otworzył drzwi żonie. Gdy ta wysiadła z zaspaną Agatą, poszedł wyciągnąć z bagażnika walizkę. „Panie Thomas, czekamy.” Mężczyzna z bagażem w ręku spojrzał, kto go przywołał.
U szczytu schodków stał pilot. Przy otwartych drzwiach do samolotu ponaglał ich gestem ręki. „Od dobrej godziny czekamy na państwa” – przywitał się, gdy rodzina spoczęła w fotelach. „Thomas, co dalej?” Żona rzadko mówiła mu po imieniu. Najczęściej, gdy ją irytował. Również gdy czuła niepokój. Może dlatego, że takich sytuacji nie było zbyt wiele. „Thomas!” – ponownie przywołała go po imieniu. „Za półtorej godziny powinniśmy być na miejscu. Potem wejście do tunelu i co mam ci powiedzieć?
Będziemy bezpieczni.” „A na jak długo?” „Nie wiem. Zobaczymy.” Samolot kołował. Małżonkowie złapali się za ręce. Ostatni raz chwyciła go w taki sposób za dłoń, jak byli na urlopie w Afryce. Zobaczyła wówczas dość sporych rozmiarów gada, węża. Pęzł z jednej strony jezdni na drugą. Był obrzydliwy i budził lęk. Monika i tym razem chwyciła go w ten sposób za dłoń. Samolot startował. Agata przez chwilę walczyła ze snem.
Po chwili szum silników i wygodny fotel zmogły dziewczynkę. Usnęła. Tunel bazowy Świętego Gotarda w szwajcarskich Alpach budowano niestrudzenie przez 20 lat. Oficjalnie pełnił funkcję drugiego tunelu kolejowego. W rzeczywistości stworzono tutaj pod ziemią skomplikowany system schronów. Tuż obok działał stary tunel kolejowy oraz nowszy – drogowy. Oba wcześniej wykonane tunele połączono jako drogę ewakuacji z systemem schronów. Co do ewakuacji, nie miała polegać na wyjściu ze schronów, a na jego wejściu. Ewakuowano żywych z powierzchni do wnętrza. Po półtorej godzinie Cessna wylądowała na lotnisku w Umbrii w południowej części Szwajcarii.
Z tego miejsca zaledwie trzy kilometry dzieliły ich od tunelu. „Przykro mi, ale pan nie wjedzie” – oznajmił żołnierz stojący przed drzwiami do autobusu. „Ale jak to? Przecież mąż wszystko opłacił.” „Monika, ma tak być.” „O czym ty gadasz? Wiedziałeś?” „Tak” – przyznał z żalem Thomas. „Zrobiłem badania, które mnie wykluczały. Ty i Agata dbajcie o siebie. Kocham was.” Mała dziewczynka z misiem w ręku nie rozumiała sytuacji. Posłusznie wsiadła z mamą do autobusu. Przez szybę po raz ostatni spojrzała na cudownie uśmiechniętą twarz ojca.
„Mamusiu, czemu tata został?” Monika nic nie odpowiedziała. Wtulona w dziecko płakała, wjeżdżając do wnętrza tunelu. W tym czasie na kilku ważnych lotniskach świata wirus został uwolniony. Rozdział drugi: Tak się stało. Rześkie, przyjemne powietrze zapowiadało kolejny upalny dzień. Nad stawem unosiły się resztki mgły, obrastając skraj łąki. Młody ogrodnik szedł wąską ścieżką z koszykiem pełnym warzyw. Uwielbiał wczesną porą doglądać upraw w okolicznym ogródku. Musiał się nieco wspiąć, gdyż budynki gospodarstwa rozsiano na niewielkim wzniesieniu. Mijał uformowane łuki żywopłotu i kolumny pnących róż.
Uroku dopełniały wielobarwne ptaki. Jedne przechadzały się wolno po trawie, inne fruwały zaś tu i ówdzie. Miał ochotę spocząć na samotnej ławeczce, by cieszyć się tą chwilą. Nie chciał ryzykować, gdyż za chwilę miał spotkanie. Ona jak zawsze wstaje dwie godziny szybciej. Był to jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, kiedy mógł ją zobaczyć, czy chociażby chwycić za rękę. Pragnął jej dotyku. Ostatnio miewał dziwne sny. Budził się z obrazem pięknej brunetki. Tymczasem przystanął przed drzwiami budynku.
Z otwartych okien wydobywał się gwar, stukanie garów, odgłosy siekania i rąbania. Uniósł dłoń do czytnika, a system kontroli potwierdził jego tożsamość. Otrzymał pozwolenie wejścia, tym samym załączając mu program bezpieczeństwa. Wśród licznych pracowników mógł rozpoznać jedynie szefową kuchni – Agatę. Pozostali byli rozmytymi plamami na tle parujących potraw, rozgrzanych patelni i kuchennych stołów. Krojono tu i obtaczano przeróżne potrawy. Jedna z takich plam w kolorze żółtym zbliżyła się do niego, przejmując koszyk. Nic nie odpowiedział. Zerknął na szefową, która uśmiechnęła się do niego i ruchem głowy wskazała mu inną plamę w kolorze czerwonym. Dziękując, skinął głową, po czym ruszył szerszym łukiem we wskazanym kierunku.
Wiedział, że ona go również nie zobaczy. Gdy przechodził obok wskazanej plamy, wyciągnął rękę. W ułamku sekundy ich dłonie spotkały się w ciepłym uścisku. Tylko tyle i aż tyle. Gdyby coś powiedział, i tak by nie usłyszała. Na więcej musiał poczekać. Chciał już wychodzić i dziękując, uniósł rękę na pożegnanie do starej Agaty. Ta odpowiedziała mu nawołującym gestem. Przechodząc obok przygotowywanych potraw, pociekła mu ślinka. Szefowa wcisnęła mu do ręki kawałek chleba i mięsiwa.
„Jedz śmiało, nie krępuj się”. „Dziękuję” – odparł, wkładając pospiesznie kawałek mięsa w usta. Mięsiwo ze świeżym chlebem przyjemnie koiły uczucie głodu. System uczył się tych odruchów, dzielił emocje na kawałki, układał zachowania w plikach i folderach. „Obserwuję cię od dłuższego czasu. Nie sprawiasz problemów. Jesteś posłuszny, a to wyjątkowo dobra cecha” – mówiła, powoli mieszając coś w rondelku. „Tak, proszę pani. Staram się wykonywać obowiązki i nie podpaść”. Patrzyła, jak delektuje się smakiem świeżo wypieczonego chleba.
Ona jedna wiedziała, że zbliżają się zmiany i nie żałowała mu. Niech je, póki system bezpieczeństwa nie wprowadzi poprawek. Bawiła się z nim, a ten tutaj miał odegrać rolę jednej z figur na tym trudnym polu szachowym. „Powiedz mi, Adamie, czy chciałbyś z nią porozmawiać?”. Na moment jego usta zastygły, a mina wyrażała zdumienie. „Chciałbym” – odparł niepewnie. „Ale jest to niemożliwe. Za mało mamy punktów”. „A nie myślałeś spróbować jakoś inaczej?”. „Za duże ryzyko.
Nie opłaca się”. „A gdyby tak wyrażać emocje poprzez smak? Gdy jesteś szczęśliwy i zadowolony, to masz ochotę na przykład na słodką truskawkę czy na kwaśną cytrynę?”. Zastanowił się przez moment. Uśmiech, jaki pojawił się na jego twarzy, świadczył o nagłym olśnieniu. Zbliżył się, aby ucałować starą Agatę w pomarszczony policzek. Nie spodziewała się takiej reakcji. W innym miejscu i o innym czasie byłoby to normalne, ale nie tutaj, w świecie restrykcji, nakazów i zakazów. Bądź co bądź pozytywnie zaskoczył ją tym pocałunkiem. „Idź, wybierz coś z koszyków”.
Mówiąc to, wskazała na stosik z owocami. Przez chwilę zastanawiał się, po czym wziął kilka malin. Spróbował, czy są tak apetyczne, na jakie wyglądają. Słodkie, pachnące i o silnym aromacie. Takimi właśnie chciałby się podzielić. Spojrzał jeszcze raz na Agatę. Ta, uderzając ścierą w jakąś przechodzącą zniekształconą czerwoną plamę, skinęła twierdząco w jego kierunku. Wybrał cztery duże sztuki i ruszył w kierunku, gdzie wcześniej spotkał się z ukochaną. Nie było jej w tym miejscu. Spojrzał ponownie w stronę Agaty.
„Melanio!” – krzyknęła stara szefowa. Po chwili obok Agaty pojawiła się skromnych rozmiarów rozmyta czerwona plama. Adam z miejsca ruszył w ich kierunku. „Wy, młodzi, zdumiewacie mnie nieustannie” – powiedziała, gdy mężczyzna się zbliżył. Tylko Agata miała ten luksus, że widziała wszystkich i obserwowała otoczenie. Mogła bez problemów analizować i zarządzać całością. Adam tymczasem ponownie chwycił dłonie czerwonej plamy i wcisnął w nie cztery sztuki malin. Algorytm układał akcje i reakcje w stosy baz danych. Każda informacja miała swą wartość i miejsce w pamięci. Stara Agata znudziła się tą sytuacją, nimi i tym sielskim do obrzydzenia mikroświatem.
Znała wiele wersji z jabłkiem, które zawsze kończyły się tak samo. Znała siłę tego produktu. Popuściknęła w stronę stołu z owocami i sięgając po wcześniej przygotowane jabłko, odblokowała do niego dostęp. „Adam wystarczy na dziś” – wydała polecenie. Młody mężczyzna odskoczył. Chciał, a nawet obiecał sobie, że kiedyś postawi się nie tyle Agacie, co im – zarządcom. Wówczas sam zadecyduje, kiedy oraz w jaki sposób będzie mógł zrobić coś więcej. Zwłaszcza urzeczywistnić sen, jaki prześladował go od dłuższego czasu. Uczyni to, ale nie teraz. W tej chwili Agata wzywała.
„Już, proszę pani” – odpowiedział, podchodząc do starszej kobiety. „Weź, proszę na drogę” – powiedziała, podając mu jabłko. Promienie słońca wybudziły ze snu kwiaty nektarowców. Wielkie, wielobarwne płaty pokryły łąki aż po brzeg jeziora. Dział hodowlany wyprowadzał zbieraczy. Żmudne zajęcie. Kiedyś, będąc bez przydziału, miał okazję odpracować tam tygodniówkę. Nie posiadał odpowiednich feromonów. Zbieracze, zazwyczaj delikatne, w jego obecności czuły się nieswojo. Czasami pomagały perfumy, ale on musiałby wiaderkami wylewać je na siebie.
Zwyczajnie się nie nadawał. W najgorszym wypadku straciłby głowę i to dosłownie. Zbieracz mógł w ułamku sekundy skoczyć i żuwaczką przeciąć człowieka w pół. Zajmował się zatem czyszczeniem i dezynfekcją pustych boksów, a zbieraczy omijał szerokim łukiem. Nie mógł się jednak nadziwić umiejętnościom i odwadze ich bezpośrednich opiekunów. Podobno zbieracze były dawniej istotami wielkości paznokcia i w dodatku fruwały. Nie wierzył tej teorii. Tymczasem zwierzęta, czując nektar, rozpierzchły się w celu jego zbierania. Zanurzały się w pąkach kwiatów, a ich wystające żółte odwłoki pracowały w rytm ssania cennego produktu. „Ej, Kartofel, uważaj!” – niski, kędzierzawy chłopiec wyrwał go z zamyślenia.
– „Uważaj, jak chodzis” – seplenił zuchwale. „Ja mam uważać? To ty plączesz się wszystkim między nogami.” „Uważaj, bo powiem cioci, gdzie wczoraj byłeś.” Adam zamarł. Ten mały gówniarz rzeczywiście wszystko i o wszystkich wiedział. „Śledzisz mnie?” „Nie.” „No to odczep się.” „A dasz jabko?” Mężczyzna spojrzał na owoc trzymany w dłoni. Chwilę wcześniej miał rzeczywiście na nie ochotę. Jeszcze przed pierwszym kęsem czuł jego słodycz i soczystość. Teraz jakoś mu przeszło, a na myśl o przełknięciu stanęło mu w gardle. Chłopiec o imieniu Algol stał cierpliwie z założonymi rękoma. Nikt nie wiedział, skąd on się wziął.
Po prostu pewnego dnia pojawił się znikąd i z dnia na dzień wszyscy zaakceptowali to, że jest. Opiekowała się nim stara Agata, do której zwracał się „ciociu”. Mały, arogancki gówniarz. Nie wzbudzał powszechnej sympatii, a zarazem każdy w jakimś stopniu akceptował jego obecność. Zazwyczaj pojawiał się znienacka, tak jak teraz przed Adamem. „Długo bede cekać?” „Masz i odczep się” – odparł, podając małemu jabłko. Tymczasem w kuchni przygotowanie tygodniówki osiągało punkt kulminacyjny. Wazy napełniono po brzegi. Misy, półmiski i brytfanki były gotowe do podania. Piętro wyżej, w jadalni służba oczekiwała na przybycie zarządców.
Ich pojawienie się zmieniało atmosferę na lekko niepokojącą. Sposób podania był równie ważny, jak przygotowanie potraw. Agata nie miała z tym problemów. Tym razem coś jej przeszkodziło. Gdy Algol pojawił się w kuchni, wiedziała, co się stało. Była zła. Nie, to niewłaściwe określenie. Była niezadowolona. „Nie było przeznaczone dla ciebie” – zrugała, gdy ten rozsiadł się na krześle obok drzwi spiżarni. „Wiem, ciociu” – odparł, chrupiąc jabłko.
– „Ale nie zawse trzeba ze sobą rozmawiać, aby poznać człowieka. Wystarczy obserwować.” „Co ci chodzi po głowie?” „Ten Adam. Można ich wykorzystać.” – skinął dyskretnie na Melanię. Agata westchnęła. Zrozumiała, co Algol miał na myśli. „Melanio” – przywołała wystraszoną dziewczynkę. – „Ściągnij fartuch i czepek. Dzisiaj pójdziesz z półmiskiem.” „Ale nie jestem przystosowana. I moje feromony.” „Nie bój się. Decyzja zapadła.” Rozdział trzeci: Granica rubieży.
Młody Algol usiadł w kuchni przy piecu. W rękach trzymał kiść winogron. Zajadał po jednej kulce i czekał. Agata nie spieszyła się z rozmową. Myślała przez chwilę nad tym, co przed chwilą usłyszała. „Tak powiedzieli zarządcy, że sygnał przyszedł z Saturna?” „No.” „Dziwne. Byłeś tam tyle razy i dopiero teraz wspominają o sygnale. I dlaczego Saturn?” „Mówiłem ci, ciociu, ze mozna ich wykorzystać.” „Melanię i Adama? Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś wcześniej o sygnale i Saturnie?” „No.” „To dlaczego ja o tym nie wiem?” – zapytała, karcąc wzrokiem malca. – „Głupia byłam” – warknęła i po chwili dodała: – „Najwyższa pora to zmienić.” Agata zbliżyła się do siedzącego chłopca.
„Zbyt długo się uczysz” – powiedziała, przykucając przed nim. – „Uważaj. W ogrodzie na wzniesieniu rośnie drzewo. System bezpieczeństwa nie dopuszcza niepowołanych, tych o niewłaściwych feromonach. Nikt do tej pory nie zwraca na ciebie większej uwagi. Jesteś ponad to wszystko. Podejdziesz do tego drzewa, zerwiesz z niego świeże jabłko. Nikomu go nie dasz, nawet Gryza. Rozumiesz? Masz mi je przynieść.
Mimo wszystko uważaj, by nikt nie zauważył, co robisz. A ja w tym czasie porozmawiam z Adamem.” Gdy tygodniowa uczta zarządców dobiegała końca, Algol stał przy jabłoni. Silny wiatr rozwiewał mu czuprynę. Nie bardzo wiedział, które jabłko wybrać. Wzruszył ramionami i podskoczył, zrywając okaz z olchy. Gdzieś w głębi błyskawica rozjaśniła niebo. Gdy patrzył na trzymane w ręku jabłko, w głowie pojawiła się wizja. Kosmos. Obracając jabłko w dłoni, przewijał obrazy setek tysięcy gwiazd. Gdy zobaczył ją, przestał okręcać jabłkiem.
Ujrzał planetę z pasem pierścieni. Zaniepokojony zbliżył nieco owoc do oczu. Tam coś się działo. Na biegunie planety szalała burza, odsłaniając i przykrywając na przemian wielki heksagon. Ponownie zbliżył jabłko. Chciał koniecznie zobaczyć, co tam się dzieje. We wnętrzu burzy poruszały się jakieś obiekty. Nie fruwały jak liście na wietrze. Wykonywały pracę. Kolejny raz zbliżył owoc.
Gdy miał je już przed oczyma, ujrzał to coś. Za kokpitem jednego z pojazdów siedziała jaszczurka. Nagle obraz znikł. Poczuł ból, ukłucie w kostce. Najpierw upadło jabłko uwolnione z uścisku dłoni. Chwilę później Algol osunął się na kolana. Wiatr uderzył w koronę drzewa, uginając je. W świetle błyskawicy chłopak zauważył węża. Gad uciekał, chowając się w gęstej trawie. Tuż przed śmiercią Algol przypomniał sobie własne narodziny.
Ktoś wówczas otworzył kapsułę hodowlaną. Wydostał się z niej na zewnątrz wraz z płynem owodniowym. Tak jak w pierwszej chwili życia, tak i tej aktualnej, jego ostatniej, runął twarzą na ziemię. Tymczasem atmosfera w kuchni słabła. Służba, czując wykonanie dobrej roboty, swobodniej pracowała. Agacie również udzieliła się chwila relaksu. Musiała się spotkać z Adamem. Gdzieś w głębi intuicyjnie przeczuwała, co nastąpi. Cała historia wydawała się dziwnie znajoma. Rozdział czwarty: Dotyk przeznaczenia.
„Postanowiłam z tobą porozmawiać” – zaczęła powoli. – „Nie wiem, od czego zacząć. Trochę inaczej patrzysz na to wszystko. W tym świecie ludzie nie kochają się tak, jak to robiliśmy dawniej.” Spojrzała na niego. Siedział w fotelu, popijając herbatę z kwiatów nektarowca. Słuchał. – „Jestem starej daty. Czuję, że nadchodzą zmiany” – kontynuowała, wzdychając. – „Przeżyłam już dwie, jedną nagłą i drugą tuż przed przybyciem tutaj. Dlatego wiem, co się szykuje.
Poradzisz sobie. Zresztą nie masz wyjścia.” Westchnęła ponownie i spojrzała mu w oczy. – „Miewasz sny, Adamie?” Mężczyzna odczekał chwilę. Zastanawiał się, czy powiedzieć jej prawdę. Bywało tak, że budził się i czuł smak sennych potraw. Również pewna kobieta nawiedzała go regularnie. Pojawiała się, fascynując nagością. Poruszała się w taki sposób, że nie mógł o niej zapomnieć. „Jakie sny?” – odparł, uciekając wzrokiem w bok. „Nietypowe.
Takie, które zostają w pamięci i wydają się bardziej prawdziwe od zwyczajnych. Adam, proszę, byś był ze mną szczery. Mój czas się kończy.” „Jest taki sen.” Teraz spojrzał jej w oczy. Wydały mu się znajome, godne zaufania. – „Jestem w jakimś dziwnym miejscu. Idę korytarzem pełnym kości. Później jest ona. Wybacz, ale to sen intymny i nieco…” – odchrząknął – „krępujący.” „Połóż się” – poleciła, wskazując mu łóżko. Gdy leżał, chwyciła jego dłoń w swoją w taki sposób, jak przykłada się do skanera. Pozwalało to na wymianę myśli, wyobraźni, emocji oraz snów.
Agata z racji wieku i doświadczenia w pracy przy zarządcach miała dostęp do tego typu wymiany danych. Adam nie mógł wiedzieć, co to jest erotyzm i seksualny popęd. Ludzi łączy się w pary pod pozorem utrzymania domowych obowiązków, a tak naprawdę w celu zduszenia instynktownych potrzeb. Nie mógł wiedzieć, co się z nim działo. Agata weszła w jego sen. Tak jak wspominał, trzeba było iść przez tunel. Śmierdziało. Będąc dzieckiem, zwiedzała zoo. Jaszczurki, krokodyle, węże i ich duszący smród w terrarium. Śmierdziało podobnie.
Szła przez tunel, depcząc po kościach. Po kilku krokach znalazła się u jego wylotu. Przejście, a raczej wyjście, przypominało przeciśnięcie się z króliczej nory. Na zewnątrz, wśród roślin dokładnie takich, jakie znała z dzieciństwa, chodziła naga kobieta, brunetka. Po chwili oboje się całowali. Adama dłoń mieściła jej piersi, gryzła w szyję. W kolejnym momencie kochali się namiętnie. „Adam, to było mocne doznanie.” Mężczyzna poderwał się z łóżka. „Nie wiem, co to jest” – wybuchnął. – Boję się znów.
Nie chcę mieć tej kobiety w głowie, a zwłaszcza tego, co z nią robię. Nie chcę. „Uspokój się i usiądź. Kiedyś, jak byłam mała, to podglądałam moich rodziców.” „Rodziców?” „Tak. Mężczyzna podobny do ciebie był moim ojcem. Ja urodziłam się, wychodząc z brzucha mojej mamy. Przeciskałam się tak jak ty przez króliczą norę. Oczywiście nie pamiętam tego.” Adam słuchał z niedowierzaniem. „Kiedyś wszyscy tak przychodziliśmy na świat, rodząc się w bólu i miłości. Adamie, masz wspomnienia z poprzedniego świata.
Może to geny odtwarzają zapis ludzkich potrzeb. Nie wiem, ale coś zarządcom nie wyszło. Pozostał w was, nowym pokoleniu, pewien ślad.” Agata uśmiechnęła się i sięgnęła po kubek z herbatą. „Raz jeden przyłapałam rodziców, jak się kochali. Udawałam, że nic nie widziałam. Byłam zazdrosna o tatę. Kilka dni później po raz ostatni widziałam jego cudowny uśmiech. Nie wjechał z nami do tunelu. Zostałyśmy z mamą same. Brakowało nam go.” Agacie pociekła łezka po policzku.
„Gdy świat na powierzchni umierał, na nas zaczęto eksperymentować. Matka nie dała rady. Ja musiałam mieć właściwe geny. Podobno takie ma się po dziadkach.” Zrobiła pauzę, widząc minę Adama. „Nie wiesz, co to dziadkowie? No nieważne. Byłam w grupie odpowiednich, wręcz idealna. Dałam życie wielu wam, a w zamian otrzymałam od zarządców długowieczność. Mogłam się skupić nad potomstwem.” „Agato!” – do pomieszczenia wpadł młodszy kucharz. – Agato, Algol nie żyje.
Rozdział piąty. Tak będzie. Algol leżał na brunatnej trawie. Pędy wiotczaka zdołały się wbić w nos i uszy martwego chłopaka. Agata przeżyła śmierć wielu dzieci, ale w tym pokładała nadzieję na coś, czego sama nie rozumiała. Adam z dwoma pomocnikami unieśli wątłe ciało. Wprowadzili je do spichlerza. Za jakiś czas będzie dobrym posiłkiem w trakcie tygodniowej uczty zarządców. „On miał mi tylko przynieść jabłko.” Ciało ułożono na podeście spiżarni. Agata podeszła do niego i zaczęła głaskać Algola po włosach.
„Miałeś uważać” – płakała. – Adamie, teraz ty to zrobisz. „Ja? Nie ma mowy.” „Ktoś musi” – odparła, wtulając się w zastygłe ciało dziecka. Adam szedł pewnym krokiem brzegiem jeziora. Patrzył przed siebie. Było tu ładnie, nieopisanie ładnie. Nie żeby zaraz mówić o otaczającym wszech krajobrazie, pracujących w oddali zbieraczach, czy też pięknie przyrody. Agata powtarzała, że ten świat jest inny od tego, jaki znała. Nowy i przede wszystkim taki jaskrawy.
Powietrze pachniało przyjemnie mokrą ziemią i aromatem nektarowców. Adam zbliżał się do drzewa, przed którym odnaleziono Algola. Będąc dość blisko spostrzegł, że była to wysoka, okazała jabłoń. Liczne owoce wisiały na koronie oraz leżały na ziemi. Nigdy wcześniej nie zapuszczał się w ten rejon. Sięgnął po najładniejszy w zasięgu ręki owoc i usiadł, opierając się o pień jabłoni. Niewiele myśląc, ugryzł czerwone jabłko. Raz, drugi, trzeci. Pyszne, soczyste i świeże. Chrupał je ze smakiem.
Gdy pektyny weszły w reakcję z organizmem, uruchomił się program. Adam zamknął powoli oczy. Ciało postanowiło odpocząć, nie pytając o pozwolenie. Powieki opadły, pozwalając pożegnać się z rzeczywistością. Niemal od razu pojawił się sen. Jakiś kataklizm w wielkim mieście. Choroba rozrywająca wnętrzności, trzęsienie ziemi, wielkie fale wdzierające się w głąb lądu. Widział ludzi uciekających przed strugami gorącej lawy. Patrzył na walące się wysokie budynki i roztrzaskane pojazdy. Śnił o ludziach biegających i strzelających do rozpatrzonych, bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci.
Śnił o ogromnej globalnej epidemii cholery jakiejś, co unicestwia całe miasta. I nagle ujrzał wielki, jasny błysk, a po nim unoszący się w górę grzyb. Potem drugi, trzeci, czwarty. Był przerażony. Nie miał dokąd uciec. Biegł szybko przed siebie. Szybciej. Nogi mu się plątały. Upadł. Widział ścianę zbliżającego się ognia.
Chciał się podnieść. Pełzł po ziemi i w jednej chwili ogień z wielkim impetem i hukiem dopadł go. Ból był tak ogromny, że wrzeszczał tak głośno, aż tchu mu brakło i się obudził. Adam zerwał się na równe nogi. Syknął z bólu. Coś promieniowało z lewego boku na całe ciało. Przykucnął, dłońmi objął obolały bok. Wpadł w panikę. "Nie dam rady iść", pomyślał. Ponownie usiadł, opierając się o drzewo.
Zadarł koszulkę. Ból był przeżywający. Dotykał delikatnie brzuch i lewy bok. "Co jest?" Mocniej nacisnął miejsce pomiędzy żebrami. Ponowne kłucie w boku. Zdawało mu się, albo pomiędzy jednym a drugim żebrem jest nieco więcej wolnego miejsca, niż powinno być. Jakby dziura jakaś w środku, brak kości czy coś. Aż wzdrygnął się, gdy usłyszał kobiecy głos. Spojrzał za siebie i ujrzał, jak wyłoniła się zza drzewa. W kilku krokach przeszła szerszym łukiem.
Brunetka była naga. Obserwował ją bez blokad systemowych. Czegoś szukała, a on zastanawiał się, czy to jeszcze sen. Nagle jednym depnięciem coś zmiażdżyła, aż chrupło. Schyliła się po to coś, wypinając pośladki. Powoli zbliżyła się, nie spuszczając z Adama wzroku. "Cześć, jestem Ewa, a ty?" — zapytała, wyciągając dłoń z martwym wężem.
[56:06] - To teraz, po tej odrobinie literatury zapraszam państwa na kącik filmowy. Dzisiaj w Filmotekarium film "Together". Dzień dobry wieczór państwu. Body horror to, wierzcie mi państwo, dla mnie jest prawdziwy horror, bo ja ciężko znoszę body horrory. Niepotrzebnego. Ja jakichś takich ewentualnych problemów z flakami albo z krwią nie mam. A jednak te body horrory mi nie leżą. Film, o którym dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiać, to może nie jest taki typowy body horror, ale jednak elementy się pojawiają. Zostawmy, to tyle tytułem wstępu. A teraz tradycyjne dzień dobry wieczór, Piotrze.
[57:00] - Dzień dobry wieczór. Powiem ci, że to jest chyba body horror pełną gębą albo półgębkiem. Dzisiaj omawiamy jeden z nowszych filmów: "Together". W chwili, kiedy o tym mówimy, to ten film pewnie jeszcze gości w polskich kinach. Jest to film i klasyczny, i dziwny. Nie wiem, jak go określić, Marku, może mi pomożesz za chwilę. Czy to jest film z przesłaniem jedynym słusznym związanym z pciom? Czy to jest film mocno inspirowany klasykami? Dlaczego jest inspirowany, że tak powiem, pciom? Bo w tym filmie, jak w polskim kabarecie chłop staje się babą, a baba staje się chłopem.
Acz nie do końca. To jest tak trochę jak z Leszkiem Malinowskim z "Konia polskiego", który się stawał Helą. Tylko że tutaj mamy do czynienia z czymś, co idzie jeszcze bardziej. Tak jakby się Hela z Marianem razem staliła w jedną istotę. I tutaj już niechcący zdradziłem wszystko o tym filmie. Ech, Marku, poznajemy parę Tima i Millie, którzy przenoszą się na amerykańską prowincję, a my już z autopsji wiemy, że na amerykańskiej prowincji to się potrafią różne rzeczy dziać. On jest aspirującym muzykiem, ale takim bardzo aspirującym, czyli młodym i zdolnym, obiecującym przede wszystkim. I tak już od kilkunastu lat. A ona jest nauczycielką. No i pewnego razu podczas spaceru po okolicy oni wpadają do jaskini, która jak się okazuje, nie jest zwyczajną jaskinią.
To znaczy wpadają do dziury takiej w ziemi. Skutki upadku będą oni odczuwać, a my z nimi przez cały film, aż do finałowej, przednapisowej sceny. Ale de facto może i nie zdradziłem zbyt wiele, dlatego że na samym początku filmu, nim się jeszcze nam akcja zazębia, twórcy nam pokazują, w jaką to stronę wszystko pójdzie.
[58:57] - No właśnie, bo chciałem o tym powiedzieć. Miałem ci nawet przerwać. Zara, zara! Przecież my i tak od początku wiemy, że jak oni wpadli do tej jaskini, to nic dobrego ich nie spotka. Pierwsze minuty filmu nam o tym mówią i to mówią bardzo dobitnie. No więc dobrze. Wpadają do tej jaskini. To jest rodzaj świątyni. Tam dzwony są. Zresztą nie tylko tam są dzwony, dzwonki i tak dalej.
Jest dziwnie. Im się nawet z tej jaskini udaje wydostać, ale wcześniej popełniają błąd. Na czym ten błąd polega? To państwu nie powiem, bo trudno to zresztą nazwać błędem. Jak człowiek nie ma świadomości, że robi coś niewłaściwie, to to nie jest błąd. To jest po prostu zrządzenie losu, coś, co się ludziom przytrafia. No i im się coś takiego przytrafiło. No i później jest... Chciałem powiedzieć na początku, że jest śmiesznie, ale może nie do końca śmiesznie, bo w różnych momentach ta para, o której mówimy, doświadcza czegoś dziwnego. Co więcej, im się to przydarza w momentach, muszę to powiedzieć, nawet intymnych.
I to im się tak zdarza, że wiecie państwo, ja się cały jakby spiąłem, jak widziałem te sceny, no bo to takie, kurczę, użyjmy eufemizmu, nieprzyjemne dosyć. I to ku czemuś zmierza. I my tak do końca nie wiemy ku czemu, bo ten początek, o którym wspomniałem, on nam sugeruje coś niesympatycznego, ale to, co dostajemy na końcu To jest taki mały sztos. Zadałeś Piotrze pytanie: czy ten film jest bardziej trendy, jeśli chodzi o pewne wzorce politycznie poprawne, czy to jest po prostu takie filmidło, które sobie oglądamy? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie potrafię powiedzieć, czy to jest film ideologiczny, którego bym unikał. To nie jest ostro powiedziane. Oni się po prostu jakoś tak scalają. Znowu słowo, które nie do końca wyjaśni tym wszystkim, którzy nie oglądali filmu, o co tak naprawdę chodzi, ale to jest dosyć kluczowe słowo. Oni czują, ta para czuje, że coś się zmieniło.
Oni jakoś tak sobie ciążą, dążą. Nie mam lepszego słowa. A z drugiej strony to jest wszystko takie nieoczywiste. W rezultacie ten film jest dosyć logiczny. Co więcej, on się toczy w sposób taki, który przykuwa uwagę na poziomie czysto technicznym, takim realizacyjnym. On dla mnie był łatwiejszy w odbiorze niż omawiany tydzień wcześniej film dotyczący dzieciaków, które zniknęły o 2:17. Tak, ten film ogląda się lepiej, bo on stosuje klasyczną narrację filmową. To wszystko jest dosyć proste, dosyć chwilami jednoznaczne. Mówisz Piotrze o tym body horrorze, ale chwilami wchodzimy tam nawet w rodzaj śmieszności, kiedy oni w pewnym momencie rozcinają się między sobą. Zresztą operacja się udaje.
Bo my tak balansujemy, nie dopowiadamy. Chodzi o coś takiego, że po tej wizycie w jaskini ich ciała mają jakąś taką dziwną tendencję, żeby się łączyć, żeby tworzyć całość, jedność. Nie mam więcej słów. I to czasami bywa bolesne, nawet bardzo, a czasami bywa problematyczne. Byłem zdziwiony, że dało się z takiego tematu, z takiej próbki wyprodukować pełnometrażowy film. Ale się udało. I to nie jest film, na którym państwo nudzicie się, czy też patrzycie na zegarek, kiedy to się wreszcie skończy. Nie. Ten film ma niezłe tempo. Momentami ma sceny, jak to w body horrorze, dosyć obrzydliwe, ale to nic nie zmienia.
Można ten rodzaj filmów lubić albo nie lubić, ale film jakoś się toczy. Muszę powiedzieć, że chwilami się zastanawiałem, czy warto było ten film obejrzeć. Mam swoją odpowiedź, pewno ją państwu zrelacjonuję pod koniec, ale odpowiedź nie jest wcale prosta. Nie wiem zresztą, może u mnie. A jak u ciebie, Piotrze?
[01:04:08] - Ciężko jest z tym "Together". To jest z jednej strony film, do którego się nie można przyczepić w żaden sposób, dlatego że jest zrealizowany w 100% tak, jak powinien być. To nie jest żaden film typu B klasa. To jest klasa sama w sobie, tylko że są pewne problemy z nim. Jakie? No to już mówię. On po pierwsze jest dość mocno twórczy. On czerpie inspirację chociażby z "Koloru z przestworzy", z "Anihilacji", gdzie oglądaliśmy podobne sceny. Obecnie jest jeszcze jeden film francuski. On się nazywa "Else", pisze się Else, o którym też warto powiedzieć, bo on jest trochę podobny.
To jest film, w którym widzimy zmagania ludzkości i pary głównych bohaterów z epidemią, która powoduje stapianie się ludzi z przedmiotami, takie stopniowe. Filmu tego chyba, nie wiem Marku, nie będziemy omawiać, bo "Else" jest jednak kinem artystycznym. Momentami tego się nie da strawić. Sam pomysł jest jednak bardzo fajny. Sceny są strasznie przedłużone. Jeżeli ktoś chce, to może sprawdzić. Są takie mocne podobieństwa między "Together" i "Else". Ale co możemy powiedzieć o tym pierwszym? Od jakiegoś czasu obserwujemy nawrót body horroru. Myśmy kiedyś mówili o body horrorze w wydaniu cronenbergowskim.
Mówiliśmy o "Musze", o nowych dziełach Cronenbergów. Możecie sobie to sprawdzić w archiwum. Nawet "Brinkerpeck", który oglądaliśmy i omawialiśmy niedawno, też przecież czerpie z tej tradycji. Body horrorem była "Substancja" z Demi Moore. Bardzo głośny film. Przypomnę, że chodzi o taki podgatunek horroru, gdzie elementem, który przeraża, są przemiany ludzkiego ciała. Czy to, co widzimy w filmie "Together" przeraża? Nie wiem. Przy czym dodajmy, że jeszcze, bo to też jest Marku ważne, że w przeciwieństwie do "Else", gdzie czynnikiem zakaźnym jest jakiś patogen, w "Together" jest trochę inaczej, ale to już ugryzę się w język. Jeżeli ktoś chce, to się przekona.
Jaka jest natomiast wymowa tego filmu, to też nie wiem. Czy to jest film z przesłaniem, czy to jest film z przesłaniem ideologicznym? Czy tam jest ten pciowy kontekst? Może i jest. Może to jest tak zrobione, żeby się każdy dopatrzył tego, co chce, ale koniec końców to jest z jednej strony film zupełnie profesjonalny, żaden tam odrzut z eksportu, aktorzy the best, jak to się mówi. Tylko że tak, kurde, powiem ci, że to jest film, który mnie denerwował. Nie da się tego inaczej określić. To jest film, który mnie trochę wkurzał i jakoś po prostu nie mogłem się utożsamić z naszymi milusińskimi bohaterami. Tak bywa czasami Był dystans. Ta czwarta ściana była mocno zarysowana i taka nie do przebrnięcia, nawet jakby się chciało.
Tutaj użyłem terminu teatralnego, ale wiecie, o co chodzi. Nie wiem. Coś w tym było takiego, nie to, że odrzucającego, nie to, że to było tak obrzydliwe, że nie mogłem tego oglądać. Nie. Może bohaterowie byli trochę wkurzający, może charakter tych postaci jakoś wpływał. Nie wiem. Niemniej jednak nie jest tak źle. To jest na pewno jeden z lepszych horrorów tego roku. Tylko czy on tak bardzo przeraża? Czy to jest coś, czego jeszcze nie było?
Moim zdaniem nie. Ani nie przeraża, ani nie jest oryginalne. Czy obejrzeć warto? Myślę, że tak. Z tego powodu, że tych filmów całkiem dobrych albo takich, które się da oglądać, mamy mało. Tutaj jednak i warstwa dramatyczna jest, i warstwa paranormalna też w jakimś stopniu zarysowana, ale coś tu było takiego, że wkurzał mnie momentami ten film, lekko mnie irytował.
[01:08:05] - Na plus jest końcówka. Ona mnie tak naprawdę rozśmieszyła i to rozśmieszyła na kilku poziomach. Znowu nie będę wchodził w szczegóły, bo musiałbym za dużo powiedzieć o filmie, ale uśmiechnąłem się na koniec tego filmu, chociaż czy to było oryginalne? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, ale muszę coś jeszcze powiedzieć. To był któryś z kolei film, który omawiamy, może nie z kolei, ale w ciągu ostatniego półrocza obejrzeliśmy z Piotrem kilka filmów, w których główne role odgrywały pary, które były ze sobą teoretycznie emocjonalnie związane. Prosty opis tego, jak dwie osoby płci przeciwnej żyją ze sobą i wiąże ich uczucie. Tylko coraz częściej pojawia się w filmach taka opcja, że dwie osoby są ze sobą, ale wcale nie wiąże ich jakieś specjalnie gorące uczucie. One są jakby z przyzwyczajenia ze sobą. Tam emocji jest tyle, wiecie państwo, co na filmie o Królewnie Śnieżce.
A nie, przepraszam, właściwie na Królewnie Śnieżce to emocje się nawet pojawiają, szczególnie u dzieci. To ja wiem, może tyle emocji co na „Dobranocce” o Żwirku i Muchomorku. Ci ludzie są ze sobą niejako z przyzwyczajenia. I tu mamy kolejną odsłonę takiej pary, takich ludzi, którzy są ze sobą, bo im jest tak wygodnie. Seks jest niezły, pewne przyzwyczajenia też. Ale te emocje... I to jest pewna tendencja, którą już może powinienem omawiać poza cyklem, poza omawianiem tego filmu, ale dostrzegam ją. W tych amerykańskich filmach ludzie nie są dlatego ze sobą, że się kochają. Może to takie wyświechtane słowo. Być może.
Nie dlatego. Oni są ze sobą, bo jest im wygodnie, bo są przyzwyczajeni. Dałoby się jeszcze kilka powodów podać. Ja nie wiem, czy to jest pewna tendencja, pewien trend, że tak się wyrażę, czy też rzeczywiście tak jest we współczesnym świecie. Wszystko być może, ale naprawdę ta para teoretycznie ma być parą kochanków, parą ze sobą bardzo związaną. A naprawdę tam iskry tyle, co kot napłakał. Seks owszem, ale cała reszta. Ci ludzie są jakby osobni. Oni żyją obok siebie, jednocześnie przy sobie, ale obok siebie przede wszystkim. I to też jest taka rzecz, na którą zwracam uwagę, bo to jest ten film, ale jeszcze kilka innych, które omawialiśmy wcześniej.
Ja nie wiem, czy w ludziach kultury zachodniej wyczerpały się emocje, wyczerpały się uczucia. No właśnie, emocje, uczucia. To też jest charakterystyczne. Kiedyś były uczucia, a dzisiaj są emocje. Niby podobne, ale chyba nie to samo. Zastanawiam się, co jest ważniejsze. Tego nie wiem i nie odpowiem, ale to też jest dla mnie pewna przeszkoda w odbiorze tego filmu. Bo kiedy widzę, że ci ludzie deklaratywnie są ze sobą i deklaratywnie się kochają, ale tak patrzę na ekran i miłości, to tam jest, wiecie państwo, tyle co kot napłakał. Oni bardziej są przyzwyczajeni do siebie. Oni są ze sobą związani tak jak, wiecie państwo, jak ktoś chodzi 40 lat do tej samej pracy, to też jest z nią związany, choć równie dobrze może tej pracy nienawidzić serdecznie i czekać na emeryturę.
Coś takiego występuje w tym filmie. Może to nie jest w tym filmie najważniejsze. W kontekście końcówki to zdecydowanie nie jest najważniejsze, bo pojawia się nowy człowiek. I tak za dużo powiedziałem, ale i tak na szczęście nie tyle, ile mógłbym powiedzieć. Nie wiem. Jestem w takim rozkroku, kiedy oceniam ten film. Z jednej strony tak jak Piotrowi dobrze ten film się oglądało, ale z drugiej czy chciałbym go obejrzeć po raz drugi? Nie jestem przekonany. Ale jeśli państwo tego filmu nie oglądali, to jest przed państwem pierwsza emisja. Na pierwszą emisję bym się skusił.
Proszę państwa, po tych filmowych emocjach zapraszam państwa na odrobinę, żeby się wystudzić, na kolejne opowiadanie z tej samej audycji, z której pochodziło opowiadanie poprzednie, czyli ze sto dwunastki z 28 stycznia 2022 roku. Tym razem opowiadanie „Pochmurne niebo” Karola Matlachowskiego. Wierzcie państwo, będzie się działo.
[01:13:34] - Karol Matlachowski – „Pochmurne niebo”. Łącznościowcy byli absolutnie nieprzygotowani na atak. Gdy drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów, nawet towarzysząca im obstawa w postaci piątki strażników z logiem Byczateksu nie zdobyła się na nic więcej jak zaskoczone spojrzenie. Tertios Henryka Rymarczyka wpadali do pomieszczenia, zagęszczając powietrze gradem pocisków. Ciała drgały ekstatycznie, gdy pracujący w neurostanowiskach hakerzy dokonywali ostatniego wylogowania. Z krzesła spadł trafiony w czoło radiooperator. Osuwali się powoli po ścianie żołnierze próbujący odbezpieczyć broń. Ostatni zginął strażnik z plakietką dowódcy, który już składał się do strzału, ale trafiony czterokrotnie w klatkę piersiową zdołał tylko usiąść bezwładnie na krześle i zwiesić głowę w upiornej parodii drzemki. Tertio dał znak podkomendnym, by sprawdzili, czy ktoś przeżył. Długajczyk i Wojewoda wykonali rozkaz.
Dwójkę, która jeszcze dychała, dobili nożem, by oszczędzać amunicję. Potem sprawdzili zdobyty sprzęt. Ten, mimo latających wszędzie pocisków, ostał się w niezłym stanie. Henryk przytknął wskazujący palec do modułu komunikacyjnego na krtani. Poczuł lekkie drżenie, gdy urządzenie aktywowało się, pozwalając wysłać Decimosowi meldunek. „Piwnice starostwa zdobyte. Powtarzam: piwnice zdobyte”. Decimos Tomasz Dowhań miał markotną minę. Niebo miało barwę stalowoszarą i zanosiło się na ulewny deszcz. Fatalna pogoda, by wykonywać wyroki.
Na tablecie miał zdjęcia skazanych z opisem ich win i listą dowodów. Podobnie do wielu rodaków sporo wycierpiał przez korporacyjne działania. Decimos spojrzał na swoich tertios: Folka, Urbanka, Wojewodę. Miał wielką nadzieję, że ci dopilnują, by podległe im dwójki wykonały ten niezbyt chwalebny obowiązek. Pierwszego przeprowadzili burmistrza Jana Liszkę, młodego, zdolnego polityka, który przeprowadził się do Pszczyny przed sześcioma laty i z pomocą hojnie sfinansowanej kampanii udało mu się wysiadać ze stołka cieszącego się powszechnym szacunkiem poprzednika. Później się wyjaśniło, skąd miał na to pieniądze oraz jak ma to spłacić. „Janie Liszka, za zdradę polskiego ludu, korupcję, liczne nadużycia władzy i malwersacje związane z wywłaszczeniem gruntów na korzyść agrochemii doraźny trybunał wojenny skazuje pana na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałby pan złożyć?” Burmistrz przyjrzał mu się ze zdziwieniem kogoś, kto widzi bardzo nietypowo uformowany kawałek stolca. Nie licząc zadrapań na lewej dłoni, aresztowanie przebiegło bez oporu.
Nawet zielony garnitur nie był zbytnio pomięty. Decimos gestem nakazał odprowadzić skazańca, skupiając uwagę na następnej osobie. Dojrzała kobieta po czterdziestce, smukła i elegancko ubrana przypominała mu Liliane de Paille z modnego teraz francuskiego serialu „Taśmy i drzazgi”. Podobnie do jego głównej bohaterki, skazana też niedawno przejęła w młodym wieku odpowiedzialny urząd sędziowski. „Tereso Sokal, za zdradę polskiego ludu, pobłażliwe traktowanie komunardzkich przestępstw, wydawanie rażąco niesprawiedliwych wyroków pod dyktando triumwiratu oraz regularne pogwałcenie konstytucyjnych wolności obywatelskich doraźny trybunał wojenny skazuje panią na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałaby pani złożyć?” Sędzia Sokal uśmiechnęła się słodko i wyszeptała: „Tak. Obyś zdechł w męczarniach ty i twoi ludzie”. „Pewnie tak się stanie” – pomyślał Tomasz. Cóż z tego.
Teraz miał inne zmartwienia. Choćby odczytanie wyroku zapłakanemu brodaczowi w satynowej koszuli koloru najczystszego kobaltu. „Dyrektorze Sławomirze Robakiewiczu, za zdradę polskiego ludu, wyzysk pracowników i zatajanie wypadków przy pracy w podległym sobie zakładzie, zlecanie morderstw strajkujących robotników, zastraszanie mieszkańców niechcących oddać agrochemii swoich ziem, korumpowanie urzędników państwowych, molestowanie pracownic i wiele innych zbrodni doraźny trybunał wojenny skazuje pana na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałby pan złożyć?” Odpowiedział mu ryk i próba ucieczki zakończona lądowaniem na bruku oraz kilkoma kopniakami od poirytowanych powstańców. Tomasz ostro zganił takie zachowanie, przydzielając winnym kilka dodatkowych wart. Przedstawił wyrok jeszcze siedmiu osobom piastującym takie ważne stanowiska jak szef komendy powiatowej, sołtys Czarkowa albo naczelnik zieleni miejskiej. Za każdym razem to samo: zdziwienie, szyderstwo, lament. W końcu można było zająć się egzekucjami. Z niesmakiem pomyślał o propozycji tercjo Cypriana Fulke'a, co by zawołać księdza, żeby dać skazanym ostatnią szansę na ocalenie chociażby duszy.
Decimos obcesowo odrzucił pomysł, wyjaśniając, że jeśli w chwili śmierci skazanym wzbudzi w sobie żal doskonały za grzechy, rozgrzeszenie nie będzie mu potrzebne. Tomasz do dziś nie mógł zapomnieć stanowczej odmowy dekanatu co do legitymizacji powstańczej sprawiedliwości. Jego decima już stała w szeregu i przygotowała broń. Wszyscy zwarci i gotowi. Wszyscy byli w jakimś stopniu ofiarami triumwiratu. Mieli sporo powodów, by bez zmrużenia oka wykonać wyrok. A jednak w jednolitym murze zaciętych twarzy zobaczył pęknięcie. Młodzieniec na oko osiemnastoletni lekko drżał, patrząc na stojących pod murem. W jego spojrzeniu był strach i wątpliwości. Tomasz przypomniał sobie jego imię Boguś Tomczyk, podwładny Urbanka.
Pozbawiony domu decyzją burmistrza ojciec Bogumiła popełnił samobójstwo, gdy sędzia Sokal dowaliła mu srogą grzywnę za zakłócanie pracy Rady Miasta i obrazę sądu. Bezdomny i pozbawiony perspektyw parias powinien mieć najwięcej powodów do nienawiści. Ten się jednak wahał. To nic – pomyślał obojętnie Dowhań, dając znak swoim ludziom, by przygotowali broń do strzału. Gdy padnie rozkaz i rozlegnie się huk pierwszego wystrzału, młody zachowa się, jak trzeba. Strach przed stchórzeniem zwycięży każdą rozterkę. Niedawno zakończył pan profesor wizytację zleconą przez ONZ. Miał pan obserwować przestrzeganie prawa w podzielonym wojną kraju. Jak wypadła wizytacja? Powiem krótko: nie jest dobrze.
W strefach kontrolowanych przez rząd panuje stan wojenny, więc co za tym idzie istnieją pewne legalne obostrzenia w zakresie praw obywatelskich, ale sam wymiar sprawiedliwości funkcjonuje absolutnie bez zarzutu pod względem proceduralnym. Jednak w strefie powstańczej obowiązuje nowy, ujednolicony kodeks karny, który mimo kilku ciekawych idei zawiera surowe zapisy nieprzystające do obecnej sytuacji, ograniczając kluczowe prawa człowieka. Istnieją też strefy komunardów, gdzie co do zasady panuje porządek i prawa człowieka są przestrzegane. Zatem opowieści o nocnych aresztowaniach i licznych wyrokach śmierci w ich enklawach są elementami powstańczej propagandy, podobnie jak nieprawidłowości procesowe w sądach rządowych. Po części tak. Słuszny gniew i zaborczość to źli doradcy w służbie sprawiedliwości, więc nic dziwnego, że komunardzi czasem troszkę przesadzą w środkach, jakimi dążą do przestrzegania prawa, zapominając czasem, by oskarżeni mogli się odwołać. Ale powstańcza sprawiedliwość jest nie lepsza. Zimna, nieubłagana, nieludzka, bez możliwości odwołania albo chociażby odroczenia wyroku. Co z tego, że mają wszelkie dowody winy oskarżonych? Nie ma zresztą pewności, czy są prawdziwe, skoro i tak nie przeprowadzono pełnej procedury karnej.
Przy tym nieprawidłowości w strefie rządowej co do materiałów dowodowych to mało znaczące błahostki niewpływające na stosunkowo pozytywny obraz. A co z karą śmierci? Rzeczywiście jest często stosowana przez obie strony? Przez jedną stronę. Powstańcy od początku trwania wojny wykonali 6211 egzekucji, które wiemy, że odbyły się na pewno. Komunardzkie enklawy sporadycznie wykorzystywały tę formę kary, wykonując ją w zaledwie dwóch przypadkach na pięć. Natomiast w strefie rządowej taki wyrok to zaledwie 3% wszystkich rozstrzygnięć. W naczelnym sztabie panowała grobowa atmosfera. Korporacyjne drony zabiły dyktatora Rodniewicza w czasie cogodzinnej zmiany miejsca pobytu. Trafiło go akurat, gdy był w drodze do innego schronienia.
Nastroje pogorszyły się, gdy wywiad doniósł, jakim cudem do tego doszło. Nie było zdrady. Zwykły ludzki błąd przy wklepywaniu koordynat przeznaczonych do zrównania z ziemią podczas bombardowania. Długowłosy mężczyzna w szarym garniturze palił papierosa. Stał w drzwiach rzeszowskiego pubu o wdzięcznej nazwie Szwedzka Kłódka, znanego z dwóch rzeczy: wybornego stouta oraz szerokiego wyboru rozmaitych awanturników gotowych nadstawiać karku za odpowiednią cenę. Nie było przypadkiem, że wysłannicy Rosjan i Wietnamczyków wybrali to miejsce na negocjacje w sprawie wsparcia powstania bronią, amunicją, fachowcami, informacją. Żaden zasrany komunard, żaden szpicel korporacji, łącznie z tymi z Widok, nie zaryzykuje, by tu węszyć. Właściciel lokalu i stali bywalcy mają serce po właściwej stronie. Na pewno zadbali o to, by nikt niepowołany się tu nie dostał. „Philip, jesteś pewien, że nie będzie jak na Żoliborzu?” Usłyszał przez implant komunikacyjny.
To był Ignacy, jego ochroniarz. „Jak cholera” – warknął w odpowiedzi Philip Długańczyk, delegat komisariatu dyplomatycznego rządu powstańczego. Trzy lata temu Philip Długańczyk był asystentem człowieka, który mógł przywrócić porządek w państwie, biorąc pod but triumwirat i czyniąc w ten sposób kraj może nie wspanialszym, ale na pewno bardziej znośnym. Doktor Tadeusz Leśniewski, prezes Towarzystwa Patriotycznego Nowa Zadruga i ceniony chirurg kończynowy miał wszystko, by wykonać postawioną mu przez Opatrzność misję. Prezencję, intelekt, charyzmę. Tego dnia jednak brakowało mu szczęścia. Podobnie jak pozostałym członkom delegacji, której przewodził. Spotykali się z przywódcami ruchu komunarckiego imienia Bakunina, by ustalić warunki sojuszu mającego obalić kontrolowany przez triumwirat rząd. Plan Leśniewskiego był prosty: połączyć siły konserwatywnej prowincji i progresywnych miast. Tu i tu ludzie cierpieli z powodu niesprawiedliwych rządów, będąc zarazem tymi, których obrońcami tytułował się ruch.
Zgromadzeni słuchali początkowo, próbując zachować powagę, ale wkrótce błękitnowłosa piękność zasłaniała usta, tłumiąc ziewanie. Jej półnagi towarzysz cichym klikaniem dochodzącym z czerwonego oka wodził wzrokiem po pięcioosobowej. Natomiast reszta jawnie podśmiewała się z przemowy. Jedynie przywódca ruchu, barczysty rudzielec, którego wołano per Admirał, uważnie słuchał. „I właśnie dlatego powinniśmy połączyć siły. Mogą nas dzielić pewne różnice w wyznawanych światopoglądach i wartościach, ale nie zapominajmy, kto jest naszym prawdziwym wrogiem. Razem wygramy i w wolnej Polsce będziemy się docierać w pełni demokratycznym procesie politycznym.” Doktor Leśniewski zakończył przemowę i usiadł, nie oczekując aplauzu. Filip oraz pozostali delegaci mieli nietęgie miny, widząc porozumiewawcze uśmieszki i konfidencjonalne mrugnięcia po drugiej stronie stołu. W końcu odezwał się Admirał: „Bardzo ładny plan. Nie na darmo ma pan doktor reputację doskonałego mówcy, ale jednak są pewne luki w pańskim wywocie.
Nie mówi pan, jak wyglądałaby struktura działania, jak niby mielibyśmy współpracować?” „Wyłonilibyśmy wspólny sztab złożony z 10 osób, jednakże o drabych kompetencjach. Walkę w miastach zostawilibyśmy wam. Wszakże to wasze naturalne środowisko. Dodatkowo w waszej gestii pozostałoby wsparcie propagandowe za pomocą kultury i zaprzyjaźnionych środowisk artystycznych. Macie w tej materii o wiele większą styczność od...” „Jedyną kulturą, z jaką wam podobni mają styczność, to kultura bakterii w kiszkach” – prychnęła pogardliwie dziewczyna o niebieskich włosach. Filipowi przypomniało się z zasłyszanych plotek, że jest niezłą malarką. „Za to my będziemy wiązać siły wroga na prowincji, organizować łańcuchy dostaw. Zapewnimy wszelkie wsparcie logistyczne” – kontynuował niezrażony Leśniewski, nie zaszczycając spojrzeniem impertynentki. „No dobra, ma pan wszystko obmyślone, ale nie zrozumiał pan pytania. Przez jak, rozumiem nie podział zadań, a wspomniany spór o wartości.
Otóż nie widzę powodu, by współpracować z kimś o tak obrzydliwych poglądach. Walka ramię w ramię w pewnym sensie pokazałaby, że nasze idee, a wasze rojenia są w jakimś stopniu równorzędne. Nie są.” „Ależ!” Doktor Leśniewski gwałtownie zaprotestował, ale w tym samym momencie wymierzono w niego kilka luf. Admirał tymczasem kontynuował. „Po drugie, historia zapamiętałaby was jako bohaterów pozytywnych, na co nie możemy pozwolić. Wasze miejsce jest na śmietniku, dlatego walkę będziemy prowadzić tylko my, by cała chwała spłynęła tylko na nas, by wasze wnuki przejęły nasze poglądy. To dziejowa konieczność, a wy stoicie nam na przeszkodzie. Dlatego odrzucam warunki i niniejszym oznajmiam wam, że zostaniecie przekazani władzom, które osądzą was za plany zamachu stanu.” „Zdrada! Umowa zapewniała tajność rokowań i nietykalność delega...” – wrzasnął cienko najstarszy z delegatów, Podgórecki, zanim nie złapał się za gardło, trafiony metalową kulką ciśniętą precyzyjnie przez niebieskowłosą. Pozostali próbowali zerwać się z miejsca, zostali jednak natychmiast obezwładnieni i skrępowani plastikowymi kajdankami.
„Pacta sunt servanda obowiązuje pomiędzy ludźmi cywilizowanymi. Faszystów to nie dotyczy” – powiedział z politowaniem Admirał. „Chyba nie myśleliście, że nie skorzystamy z okazji do ucięcia głowy wrogowi, zwłaszcza jak ten się tak ładnie nadstawił. Choć nie. Sam fakt, że dopuszczaliście realność dogadania się z nami wiele mówi o brakach intelektualnych waszego środowiska. W pudle prędko nabierzecie rozumu. Nasze zeznania i nagrania obecnego tu kolegi, Trudy, w zupełności wystarczą, by zapewnić wam dożywocie.” Siedzący dotychczas w ciszy czerwonooki mężczyzna uśmiechnął się głupawo. To było ostatnie, co Filip zobaczył. Założono mu worek na głowę i zawleczono z pozostałymi do samochodu, gdzie siedział w absolutnej ciemności. Nie wiedział wtedy, że Leśniewskiego zaprowadzono do innego pojazdu i wywieziono w nieznanym kierunku.
Dopiero na procesie Żoliborskiej Czwórki dowiedział się, że doktor Tadeusz Leśniewski został przypadkiem zastrzelony podczas próby aresztowania. Ogłoszenie wyroku w postaci 25 lat dla Długańczyka, Podgóreckiego, Turakiewicza oraz Szymeckiego pamiętał jak przez mgłę. Dopiero w Sztumie oprzytomniał i zmotywował się do przetrwania mimo szykan strażników. Gdy więzienie zostało odbite, przy życiu został tylko on z Turakiewiczem. Zemsta była słodka. W ciągu dwóch miesięcy Admirał i reszta wiarołomców znalazła się przed plutonem po bardzo męczącym przesłuchaniu. Przy życiu została tylko niebieskowłosa malarka, której na imię było Noemi Drozdna, obecnie ukrywająca się. Ale to nic. Za kilka ustępstw w zbliżających się negocjacjach jego zagraniczni partnerzy z przyjemnością ustalą jej kryjówkę. Zapłaci za to, że wraz z przyjaciółmi bardziej niż wspólnego wroga nienawidziła potencjalnego sojusznika.
Szanowni Państwo, jak mówi znana mądrość branżowa: historykowi, który mówi o przyczynie prowadzącej do jakiegoś wydarzenia, powinno się odebrać prawo do wykonywania zawodu. Dlatego jeśli ktoś powie na egzaminie, że przyczyną wybuchu powstania czteroletniego było morderstwo doktora Tadeusza Leśniewskiego, zyska przyjemność ponownego spotkania na sesji poprawkowej. Morderstwo było katalizatorem i punktem zapalnym wynikłym z rzeszy wieloczynników. Przywileje podatkowe i prawne dla korporacji, które dały wielką siłę Triumwiratowi, pozwalając na uprawianie korupcji politycznej w niespotykanej dotąd skali. W wyniku tego przedsiębiorstwa zaczęły przejmować liczne sfery państwa, obsadzając ministerstwa swoimi ludźmi. Farmex zmonopolizował medycynę i służbę zdrowia, Beczatex – obronność i porządek publiczny, Agrochemia – przemysły chemiczne, rolnicze, spożywcze. Później, gdy Widok Company zostało nieoficjalnym czwartym członkiem Triumwiratu, wzięło sobie zadania wywiadu i kontrwywiadu państwa. Kolejnym powodem była samowola korporacyjna na prowincji, gdzie byle dyrektor lokalnej filii rządził niczym odzienny pan na włościach, będąc przy tym całkowicie bezkarnym. A to dzięki ustawie o oddzielnej jurysdykcji sądowej podmiotów gospodarczych, zezwalającej przedsiębiorstwom na wewnętrzne sądownictwo i służby porządkowe. O tym, jakie cuda się wtedy działy, opowiada praca wspomnianego dzisiaj Szymona Turakiewicza „Nowy, lepszy człowiek.
Terror korporacyjny w województwach kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim”. Powiem tylko, że znajomość tej pracy nie jest obowiązkowa, ale bardzo pomoże zdać egzamin. Datę powstania wyznaczono na 7 października. Na dyktatora wyznaczono Mariusza Rodniewicza, niegdyś pełniącego obowiązki komisarza policji w Szczyrku. Cele były wyznaczone realistycznie: przejąć w ciągu jednego dnia władzę w co najmniej ośmiu województwach, przy czym za zdobyte uznawano te, w których udało się odbić przynajmniej 70% powiatów. Sztuka ta udała się w opolskim, podkarpackim, świętokrzyskim, podlaskim, lubelskim i warmińsko-mazurskim. Towarzystwo Patriotyczne „Zadruga” oraz Szczyrcy, będący głównymi rozgrywającymi obozu powstańczego, w momencie wybuchu powstania mogli liczyć na 800 000 gniewnych, odważnych i słabo wyposażonych bojowników. Idealne warunki na kolejną piękną porażkę, gdyby nie bicz, który Triumwirat sam na siebie ukręcił. Przejmując kompetencje Polskich Sił Zbrojnych, polskiej policji oraz Agencji Wywiadu i Kontrwywiadu oraz spychając je na margines, dał im dobry powód, by rozważyły swój udział w nadchodzących wydarzeniach. Jako że czystki dopiero się zaczynały, tylko część nowo mianowanej kadry dowódczej pozostała lojalna wobec rządu.
Pozostali w późniejszej fazie konfliktu wykazywali coś, co nazwano życzliwym brakiem zainteresowania, skupiając się głównie na przypadkowym sabotażu lojalistów i twórczej niekompetencji przy wykonywaniu rozkazów. Zaledwie 15% rodzimych wojsk lądowych, marynarki i lotnictwa oraz niemalże cała policja dołączyła do aktywnej walki po stronie powstańców, wolnie przyczyniając się do zdobycia województw kujawsko-pomorskiego, lubuskiego i zachodniopomorskiego. W ten sposób zniwelowano braki w uzbrojeniu. Podsumowując, w pierwszej fazie przeciwko drugiemu rządowi premiera Jerzego Rolewskiego wystąpiło ponad milion ludzi. Jak wspomniałem, podział w wojsku nastąpił hierarchicznie, sprawiając, że tak naprawdę lojaliści stali się armią oficerów bez żołnierzy. Rząd natomiast, nie licząc własnych sił, na których nie mógł zbytnio polegać, oparł się na trzech filarach. Trzonem sił triumwirackich był Beczatex i jego 30 000 bitnych i doskonale wyposażonych żołnierzy. Agrochemia i Farmex dołożyły 10 000, a Widok 2000, wnosząc jednak jako aktywa swoją szeroką siatkę szpiegowską. Kolejną istotną częścią byli najemnicy działający na zlecenie zagranicy pragnącej utrzymać status quo. Siły te liczyły 80 000 ludzi.
Najbardziej znanymi kompaniami najemnymi były francuski Le Droit, amerykańskie White Balls i Watchtower oraz chińskie Jaspisowe Węże. Najliczniejszymi atutami był Lewicowy Ruch Komunardzki imienia Bakunina i anarchistyczna Trzecia Frakcja. Skupieni głównie w wielkich miastach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Gdańsk, zajmowali się kontrolą enklaw powierzonych im przez rząd oraz wypadami ich słynnych lotnych brygad. W szczytowym momencie ich liczebność doszła do 280 000. Łącznie siły lojalistów wynosiły troszeczkę ponad 400 000 osób. Oczywiście, drodzy Państwo, podane liczby nie uwzględniają sprzętu wojskowego. Mowa ciągle o zasobach ludzkich. Wydawałoby się, że powinni zostać zmieceni samymi liczbami. Nic bardziej mylnego. Korporacje nie oszczędzają, jeśli idzie o własną ochronę, a rząd i zagraniczni sympatycy hojnie wspomagali sprzętem komunardów.
Dodatkowo niemal każdy z korpożołnierzy miał minimum trzy lata doświadczenia któregoś z licznych ostatnio konfliktów. Bycie weteranem wojen opioidowych w Borungi, pacyfikatorem zamieszek w Panamie albo wyzwolicielem Mongolii dawało dostęp do szerokiego wyboru dobrze płatnych ofert. Komunardzi także zdobywali ostrogi w akcjach miejskich i aktach terroru. Kluczowy też był stopień zmodyfikowania żołnierza. Pod względem ilości wszczepów biomechanicznych powstańcy prezentowali się biednie. Zaledwie trzech na dziesięciu miało kontakt z mechirurgiem, kiedy u komunardzkich odpowiedników ta liczba wynosiła siedmiu na dziesięciu mających minimum jedną mechaniczną modyfikację ciała. W Polskich Siłach Zbrojnych wspomagających powstanie wyglądało to nieco lepiej. 43% żołnierzy było ulepszonych. Nadal było to znacznie mniej wobec 77% u korpożołnierzy i najemników. O przewagach rządu mówią dwa przysłowia: „Zasady określa ten, kto ma złoto” oraz „Pióro silniejsze od miecza”.
Rzeczy te są daleko cenniejsze od siły zbrojnej. Światowe rynki finansowe opowiedziały się po stronie rządowej, a konkurencyjne korporacje, wietrząc niebezpieczny precedens, zawiesiły rywalizację na wolnym rynku, dając złapać oddech triumwiratowi. Powstańcy natomiast, nie mogąc liczyć na pomoc finansjery, musieli mocno kombinować. Dzięki wysiłkowi komisariatu gospodarczego wykorzystującego podrasowany dystrybutyzm udało im się uzyskać solidne wyniki, doprowadzając prowincję do stanu nieco lepszego niż przed rewolucją. Ale do miliardów drugiej strony sporo im brakowało. Natomiast opinia publiczna też opowiedziała się po stronie lojalistów. Zwłaszcza elity kulturalne, tak chętne do wspierania każdego przeciwnika korporacyjnego porządku świata, były dziwnie milczące. Społeczność międzynarodowa też wspierała rząd, nie licząc wyjątków w postaci Wietnamu, Syrii, Salwadoru czy Grecji. Wyjątkowo ciekawym przypadkiem była postawa pewnej małej europejskiej monarchii. Prymas Polski, kardynał Ryszard Sobieraj, podziękował sekretarzowi za dostarczenie dzisiejszej porcji dokumentów i kawy.
Lektura pierwszego raportu sprawiła, że ukrył twarz w dłoniach. Ksiądz Woś ponownie zaczął się bawić moralistyką, tym razem dowodząc, iż trwająca trzeci rok rebelia jest grzeszna i bezbożna, bowiem szlachetne pobudki nie usprawiedliwiają zbrojnego wystąpienia przeciw legalnej władzy. „Już pies trąca o legalność” – pomyślał poirytowany purpurat. Bo ciężko powiedzieć, kto rządzi, skoro podczas wyborów do Sejmu miejsca i najważniejsze urzędy były kupowane jak ser w sklepie. Najgorsze jest to, że w wyniku takiego mącenia w głowach wiernych co więksi skrupulanci donoszą, gdzie nie trzeba i mamy potem tragedię, jak tydzień temu w Łodzi na Bełtach. Komonardzi zmasakrowali 20 osób za to, że ktoś ośmielił się ukryć rannego rebelianta wbrew nakazom rządu. Kardynał zanotował sobie, by zasugerować przełożonemu księdza Wosia zakaz wypowiedzi dla nierozważnego kapłana. Po namyśle stwierdził, że można nawet pogrozić suspensą. Następny raport donosił o grupie żołnierzy, która napisała list otwarty w obronie komonardów pojmanych przez powstańców. Prymas bez zdziwienia odnotował, że za apelem stali jezuici i dominikanie.
Nawet nazwiska były te same co zwykle: Beer, Adamski, Ryd i kilka innych. Brakowało tylko ojców Zebera i Banaszkiewicza, ale tych zamordowano kilkanaście godzin po tym, jak przestali być potrzebni w mediacjach przy kapitulacji komonardzkiej enklawy w Głuszynie. Niektórzy nigdy się nie uczą. Jego eminencja z żalem pomyślał o starych, dobrych czasach, kiedy to kler znał pojęcie dyscypliny, a jego jedynym publicznie wyrażonym poglądem było „Ojcze nasz”. Teraz z jednej strony miał kapłanów tak miłosiernych, że przebaczali najgorsze zbrodnie prócz najstraszliwszej – wspierania powstańców. Z drugiej byli duchowni uważający konflikt za ostateczną krucjatę przeciw szatanowi, a pośród buntowników upatrywali Katechona. „Mój Boże” – pomyślał kardynał z trwogą. Niejaki ksiądz Podlecki to sam dowodzi oddziałem, formułując ich na kształt rekec. Dalsze meldunki były standardowe. Spory dotyczące bioetyki cyberchirurgicznej, próby ochrzczenia H+ przez zwolenników i kontry ich wrogów utrzymujące, że transhumanizm chrześcijański odnosi się tylko i wyłącznie do sfery duchowej.
Wyniki kolejnych dysput o kwestii wszczepy a zmartwychwstanie ciała i inne kwestie akademickie. To zostało odłożone ad acta. Następny był tygodniowy bilans strat. Komonardzi rozstrzelali biskupa łódzkiego Woźniaka, ośmiu księży, dwóch zakonników i dziesięć zakonnic. Spalono jedenaście kościołów, dokonano stu aktów profanacji. Rachunek zabitych za wiarę wynosił obecnie pięciu biskupów, pięćdziesięciu czterech księży diecezjalnych, trzydziestu siedmiu zakonników, siedemdziesiąt siedem zakonnic oraz stu czterdziestu dwóch działaczy świeckich. Rachunek strat materialnych: dwieście osiemdziesiąt siedem zniszczonych budynków sakralnych, dwa razy tyle sprofanowanych świątyń i cmentarzy. Wszystko za cichym pozwoleniem rządu. Powstańcy zabili dwóch księży za katolicki pochówek udzielony pomniejszemu oficerowi Beczateksu oraz za ratunek najemnika przed linczem. Rachunek zamordowanych: czterech księży diecezjalnych i pięciu zakonnych.
Rachunek strat materialnych: trzy spalone kościoły. Prymas pokręcił głową ze smutkiem. Kościół musi zachowywać się jak dziewczyna, która mając wybór między dwoma brutalami, bierze tego, który mniej bije, a historia i tak oceni to jako stratę. Kawa na biurku zdążyła ostygnąć. Prymas wyjrzał za okno swojej tymczasowej kwatery w Tarnowie. Ludzie powoli budzili się do życia i wychodzili na ulicę. Z pewnością doceniali fakt, że znajdowali się daleko za linią frontu, gdzie nawet lotne brygady komonardów nie ważyły się zabuszczać. Głośne piśnięcie komputera dało znak, że na tajnego maila episkopatu trafiła nowa wiadomość. Kardynał niechętnie podał hasło i zezwolił na deszyfrację. Mimo stosunkowo młodego wieku wolał papier.
Dawał on względne poczucie bezpieczeństwa, zarazem zmuszając wrogów do wysiłku. Piętnastoletni wirtuoz hakerki może i mógłby czynić spustoszenie za pomocą jednego komputera, ale obsługę ludzkiej maszynerii na pewno miał do luftu. Nie przekonałby nikogo do przekazania dokumentów, nie namówiłby nikogo do współpracy, nie zwerbowałby nikogo ze środowiska ważnych tego świata. Tylko tak Kościół mógł się obronić – znajomością ułomnej ludzkiej natury. Ale nawet ta wiedza nie przygotowała prymasa na plany rządowe ujawnione w mailu przez wtyczkę o pseudonimie Dolon. W przypadku przedłużenia się wojny wprowadzą pełne przejęcie majątku Kościoła, spełnienie życzeń wierchuszki komonardów dotyczących sporządzenia rejestru limitowego kleru, delegalizacja organizacji katolickich, likwidacja szkolnictwa katolickiego i sądów kościelnych, pełna swoboda w zakresie cyberchirurgii i H+, ekspulsja kleru, który nie zaprzysięgnie posłuszeństwa wobec projektu nowej konstytucji, utworzenie z renegatów Świątyni Dobrego Pasterza. Wysiłki skupione na nieprowokowaniu konfliktu z triumwiratem zdały się na nic. Oni nie pragnęli wzajemnej tolerancji i pokoju. Oni chcieli pełnej akceptacji dla własnej samowoli. Prymas Sobieraj natychmiast wydał komputerowi polecenie pełnego zabezpieczenia gabinetu.
Mechanizmy zaskrzypiały, gdy zasłonięto okna i zablokowano drzwi. Cicho zabuczały urządzenia antypodsłuchowe. Dla dobra powierzonych mu dusz musiał najszybciej doprowadzić do pokoju. Tu pomoc samego nuncjusza papieskiego nie wystarczy. Na ekranie ukazało się połączenie z niejakim Diogo Guterresem, tu i ówdzie znanym jako Klemens IX. Ten dzień zapisze się w polskiej historii złotymi zgłoskami. To początek długo wyczekiwanego pokoju. A gdy się zjednoczymy i damy szansę przebaczeniu, stworzymy nowy, piękniejszy świat. Tłum zgromadzony przed bazyliką zareagował gromkim aplauzem. Teraz pani prezydent Paulina Ryszelewska z uśmiechem podpisała dokument, który przyszłym pokoleniom będzie znany jako Pokój Fromborski.
Wkrótce po niej podpis złożą przywódca powstańców Hieronim Apostel i nastąpił standardowy zestaw dyplomatyczny w formie uścisku dłoni i pozy dla fotografów. Dwóch niegdysiejszych wrogów trzyma się za ręce, wznosząc je ku jaśniejącemu wieczornemu niebu. Kwadrans później Paulina ciężko opadła na siedzenie prezydenckiej limuzyny. Po 14 godzinach harówki wreszcie mogła odpocząć. Niczego tak nie pragnęła jak prysznica i 10 godzin snu, najlepiej w ramionach swego nowego asystenta, którego pieszczotliwie nazywała Marcysiem. Ten z niekłamanym entuzjazmem powitał szefową w samochodzie, gratulując wspaniałego przemówienia. „Dziękuję, jesteś słodki” – uśmiechnęła się prezydent, rozpuszczając przetykane siwizną blond włosy, na tę okazję specjalnie ufryzowane w misterny kok. – „Jeśli ci się podobało, to znaczy, że cel został osiągnięty i możemy zapalić zielone światło planowi Szczurołap z Hameln”. Marcyś zbaraniał. Dopiero po chwili zdobył się na pełen niedowierzenia wybuch.
„Ale w ten sposób rozpoczniemy masowe represje i eliminacje ze społeczeństwa elementów wywrotowych. To pogwałcenie warunków pokoju. Nie możemy tak szybko tego wprowadzić. Społeczność międzynarodowa zje nas żywcem, nie mówiąc o rodakach”. Prezydent tylko się uśmiechnęła, kręcąc głową. „Kochany, niby masz ukończone magisterki z politologii i stosunków międzynarodowych, a takiś naiwny. Nic nam nie zrobią, nikt się nie oburzy, nikt nie będzie ich bronił. Wręcz przeciwnie, po cichu nam przyklasną za tę małą lekcję pokazową. To pasterz rządzi bydłem, nigdy na odwrót. A jak w stadzie są sztuki krnąbrne, to się je przeznacza na ubój, a nie jeszcze głaszcze”.
[01:48:04] - No to wszystko wskazuje na to, że czas przejrzeć „Książkę z pogranicza”. Dzisiaj w MAUPie pozycja, która budzi mieszane uczucia. Tak to ujmijmy bardzo delikatnie. No ale żeby nie wyprzedzać dyskusji, powiem tylko: z tamtej strony Judy Ladon. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy „Książki z pogranicza”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:48:37] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. No dzisiaj książka bardzo tajemnicza.
[01:48:43] - No właśnie byłem ciekawy, co powiesz. No dobrze, kontynuuj, ja się wypowiem za chwilę.
[01:48:49] - Książka bardzo tajemnicza. Nie wiem, co powiedzieć tak naprawdę na samym początku, bo z jednej strony autorka odkrywa nam zasady rządzące światem ducha, no ale z drugiej cóż, zawsze się pojawia pytanie, skąd ona to wie. I musimy jej wierzyć na słowo. Judy Ladon to jest autorka właściwie nie książki, tylko autorka nauk tak jakby, które opisują nam różne prawidła rządzące szeroko rozumianym zaświatem albo światem za zasłoną. Ona to chyba nazywa królestwem ducha. Ludzie, którzy znają trochę moje opinie, powiedzą: „No, już będzie narzekał”. No i owszem, będę narzekał. Nie za bardzo osobiście wierzę w tego rodzaju przekazy Natomiast książka pani Ladon jest pod tym względem wyjątkowa, że ona nam może pokazywać, skąd te przekazy i channelingi się biorą. A biorą się z głowy, moim zdaniem, w zależności od delikwenta czy nawet pacjenta. Źródłem tych, moim zdaniem oczywiście, bo są tacy, którzy wierzą, że są to przekazy na przykład z zaświatów, ale moim zdaniem to wszystko pochodzi gdzieś z nieświadomych pokładów informacji, u innych może z osobowości mnogiej.
W każdym razie było tak, że Judy Ladon coś zaczęło mówić w głowie i w ten sposób powstała ta książka. Dowiadujemy się z niej, że autorka tych nauk nie jest ani osobą świętą, ani jakąś super rozegzaltowaną. Chociaż zrobiłem pewien research i mogę coś tutaj powiedzieć. To miała być zwykła kobieta, która nagle zaczęła odbierać przekazy na temat tego, jak jest zbudowany świat i wszechświat i zaświat. Chociaż nie, zostańmy przy tym terminie Królestwo Ducha.
[01:50:30] - Tak, Królestwo Ducha. Cały tytuł brzmi: „Z tamtej strony. Życie dwudziestu ludzi ocenione przez istotę z Królestwa Ducha”. Ten tytuł mnie niepokoił od początku, ale z drugiej strony chciałem przeczytać tę książkę. I przeczytałem. To jest polska edycja pochodząca z lat 90., jeszcze z wydawnictwa Limbus, które sporo książek różnych na rynek rzuciło. I ten Limbus dobierał te książki według klucza, którego nie jestem w stanie państwu zreferować. Książka zawiera przekazy, które autorka przedstawia jako podyktowane przez byt właśnie z Królestwa Ducha. Rdzeniem tego tomu jest 20 krótkich życiorysów, zgodnie z podtytułem, zwyczajnych osób, które te życiorysy oczywiście oglądane z tamtej strony, one podlegają ocenie tego, jakie motywy kierowały tymi ludźmi, intencje, jakie mieli zdolności do miłości. To też kluczowy moment.
To wszystko jest przedstawiane w innym kontekście, bo my na Ziemi przyzwyczajeni jesteśmy do takich specyficznych kryteriów sukcesu. Tu jest to oderwane, nie ma mowy o ziemskim sukcesie. Troszkę inaczej się na to patrzy. I powiem ci szczerze, Piotrze, ja tę książkę w rezultacie odebrałem nie tyle jako książkę z pogranicza. I tu znowu, podobnie jak ty podkreślę, że ja oczywiście nie mam pewności, czy autorce ktoś coś w głowie dyktował, czy nie dyktował. Nie mogę tego wiedzieć, ale odniosłem wrażenie, że dużą zaletą tej książki jest pewna jej bajkowość. Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż mamy tutaj opowieści z morałem, a w każdym razie opowieści, które w jakiś sposób wartościują życie tych 20 osób, przedstawiają nam to życie, pokazują nam w różnych kontekstach. I to jest jakaś zaleta tej książki. Natomiast ja mam duże problemy z przyjęciem przekazu autorki, że tak rzeczywiście było.
To, co ty powiedziałeś, przez wielu ludzi może zostać odebrane negatywnie, bo powiedziałeś, że coś tam w głowie jej gadało. Ja też tak to odebrałem. Dokładnie tak. Coś jej tam w głowie gadało, ale co jej gadało w tej głowie, to nie bardzo wiemy. I człowiek się zastanawia, czy właściwie sam by nie mógł takiej książki napisać, powiedzieć, że mu w głowie gadało. Nie przekonuje mnie ta metodologia. Ja ją rozumiem. Jeśli ktoś przeżył coś na takim poziomie, coś takiego, co rzeczywiście opisała autorka, to być może chciałby się tym podzielić, ale wiarygodność tego rodzaju publikacji jest moim zdaniem niska, bo nie ma absolutnie żadnego źródła możliwości weryfikacji. Bo te życiorysy, o których państwu mówiłem, tych 20 osób, one są zanonimizowane. To nie jest tak, że państwo pójdziecie: „A czy on taki był, czy nie był?” Nie, to są życiorysy osób z różnych czasów, z różnych miejsc, ale nie można dojść, kim były te osoby.
I to znowu pokazuje, że można tę książkę traktować jako taką przypowieść moralną, jako książkę, która mówi nam, jak jest, a może inaczej, nie jak jest, jak powinno być, jak można wyciągać wnioski z życia innych. Powtarzam, jako taka przypowieść moralno-filozoficzna to ta książka może się sprawdzić. Natomiast jeśli będziemy ją traktować jako źródło wiedzy, jako źródło pewnych faktów niesamowitych, ale jednak faktów, to możemy mieć duży problem, Piotrze.
[01:54:53] - Możemy mieć problem i mamy problem. Stąd wynika trochę moja krytyka channelingu i tego rodzaju przekazów. Każdy z nich, każdy z autorów zastrzega sobie zawsze, że jest tym jedynym, prawdziwym, niepowtarzalnym. Natomiast w rzeczywistości są to materiały bardzo twórcze, najczęściej jakieś tam wariacje teozofii, chrześcijaństwa, spirytyzmu, często po prostu pomieszane ze sobą zupełnie wątki. Marku, ty się bardziej znasz na filozofii, to może byś coś tutaj jeszcze dodał. Jakie są, że tak powiem, inspiracje. Natomiast w przypadku pani Ladon ja widzę bardzo mocną inspirację spirytyzmem w wersji europejskiej. De facto to powiem ci, że trochę ta jej książka brzmi, jakbyśmy czytali nauki duchów podawane przez Alana Kardeca w jego książkach, tak jak gotowe recepty na życie. Na życie nie tylko. Gotowe opisy tego, jak wygląda świat, zaświat i tak dalej.
Gotowe układy stosunków między światem tym a tamtym. I oczywiście cel życia przedstawiony na kilku kartkach. Bardzo to wszystko jest wzniosłe, bardzo to wszystko jest drobiazgowe niekiedy, dotyka spraw najważniejszych, ale jak się przeczyta kilka takich dzieł albo kilkanaście, to się nabiera dystansu. Już nie mówię o pytaniach: skąd autorka to wie? Jak wiele podobnych channelerek i channelerów, ona zrzuca poniekąd odpowiedzialność z siebie, twierdząc, że to wszystko zostało jej przekazane, podyktowane w głowie. Co jej zostało przekazane? Na przykład to, że dusze funkcjonują na różnych poziomach. Ciekawe jest też to, że u niej znajdziemy opis tego, jak wygląda taka stratyfikacja, gradacja dusz, poziomy dusz. To jest bardzo charakterystyczne dla new age'u, dla spirytyzmu, ale też nawet dla okultyzmu, czyli takie tworzenie grup istot od najniższych do najwyższych. Mieliśmy dziesiętników anielskich, generałów diabelskich.
U Ladon jest oczywiście podobnie. Ale jest jeszcze jedna sprawa, bo o ile ona została opublikowana w Polsce, nie wiem, ile książek jej autorstwa u nas wyszło, tego nie byłem w stanie ustalić, to internet zna tą autorkę tak sobie. Są jej książki, ale nie ma nic o postaci. Ale żeby było ciekawie, okazuje się, że ma ona na koncie wydane za oceanem w języku angielskim oczywiście inne książki, powiedzmy kontynuujące tą serię. Jest ich dużo. Jest też taka książka, która zwróciła moją uwagę o bardzo religijnym tytule: „Test wiary mamy Bean”. To nam pozwala przypuszczać, że gdzieś tam w tle, poza tym, co mamy dostępne w Polsce, jest reszta Judy Ladon, jest jej reszta twórczości, są jej prawdziwe motywacje. Pytanie, czy to są motywacje związane z wiarą? Bardzo możliwe. Nie oszukujmy się, że ta książka też jakiś kontekst religijny ma.
Jak ją zatem rozpatrywać? Bo ona jako materiał do mnie nie przemawia. Takich publikacji było mnóstwo. Dlaczego ona ma być prawdziwa, a dziesiątki innych nie? One są wszystkie różne. Nie wszystkie mówią prawdę. Dlaczego Ladon ma mówić prawdę? To można zinterpretować trochę w kontekście jakichś mód, jakichś zainteresowań czytelniczych, które skłaniają wydawnictwa do druku książek tego rodzaju, tego rodzaju nauk. Natomiast jest pewien błąd i jest pewna pułapka, bo okazuje się, że mamy do czynienia z autorką, o której niewiele wiadomo. Trudno ją znaleźć.
Nie wiemy, kto to jest. Ona chyba istniała. Chyba. Nie jestem tego pewien, bo bądźmy szczerzy, zdarzało się, że wydawnictwa i to w Polsce, i na świecie wymyślały sobie różnego rodzaju autorów, nauczycieli albo dorabiały do ich życiorysów nieistniejące rozdziały. Nie wiem, jak w 100% było z panią Judy Ladon. Gdzie tą jej książkę umieścić? Tam, gdzie inne książki z tego zakresu. W czasach, kiedy ona została wydana, a to były bardzo specyficzne czasy dla polskiego rynku księgarskiego, zagraniczniak się dobrze sprzedawał. Czyli czasami wystarczyło, żeby na okładce było nazwisko niepolskie, żeby ten sukces z wydania książki był, żeby były zyski. I myślę, że tutaj trochę tak jest.
Otrzymujemy typowy, taki newage'owy miszmasz. Owszem, tam jest pełno frazesów, tam jest pełno tajemnic najwyższego stopnia, tam są opisy rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Ale skąd one są? Nie mamy pojęcia. Jednakże był popyt na taką literaturę swego czasu i wiele osób mogło uwierzyć, że ta pani Ladon rzeczywiście dotknęła tych sfer, których dotykał Swedenborg, tych sfer, o których pisał Kardec i wielu innych. Ja tak naprawdę, Marku, nawet nie potrafię ją za bardzo osadzić w jakiejkolwiek tradycji. Ona czerpie z tak wielu źródeł, z tak wielu inspiracji i nurtów filozoficznych, że wydaje mi się, iż mamy do czynienia z taką eklektyczną filozofią, typowo newage'ową.
[02:00:17] - Piotrze, powiedziałeś o frazesach i ja bym się tego trzymał, bo to nie jest tak, że jak ktoś powie coś ezopowym językiem i jeszcze skomplikuje to wszystko, to zaraz jest filozofia. Trochę się zachowuję w tej chwili jak jakiś akademik, ale ja jednak sobie zbyt cenię filozofię i jej dorobek, żeby tę książkę stawiać obok filozofii. Powiedziałeś, że ona być może czerpie z różnych filozofii. Być może, ale my na co dzień czerpiemy z różnych filozofii i nawet o tym nie wiemy. Natomiast nie przesadzajmy, to jest książka, która z filozofią ma niewiele wspólnego. Ona udaje bardzo mądrą i bardzo filozoficzną. Im ktoś bardziej się nadyma, tym jest bardziej filozoficzny. To tak nie działa. Jedyny aspekt filozoficzny, ale to też wtórny tak naprawdę, to jest aspekt z tą gradacją bytów, czyli tych aniołów czy nie aniołów i tak dalej. W każdym razie tych bytów, które gdzieś tam poza naszą rzeczywistością istnieją, to gdzieś bardzo umownie przypomina to, o czym mówił Plotyn.
Ale naprawdę, wiecie państwo, w ten sposób można porównywać wszystko ze wszystkim. Nie, zdecydowanie przeciwstawiam się stawianiu tej książki obok filozofii. Nie, absolutnie nie. Próbując rekonstruować stanowisko reprezentowane przez autorkę, wynotowałem, że mówi o tym, że istnieje ciągłość świadomości po śmierci. Istnieje królestwo ducha, w którym działają przewodnicy, istoty wyższe. To jest pierwsza jej teza. Dalej, każdy człowiek po śmierci spotyka się z owocami własnych wyborów i miarą tych wyborów, miarą tych wszystkich czynów, których dokonał, jest miłość oraz intencja owych czynów. Będę zaraz mówił dalej, ale już po tych dwóch odtworzonych przeze mnie tezach widać, że to w gruncie rzeczy, nie wiem, jak państwo to odbierają, dla mnie to są jednak banały. Takie opowieści dziwnej treści. Trudno temu zaprzeczyć, ale z drugiej strony ekscytować się również nie ma czym.
Autorka mówi o tym, że brak jest wiecznego potępienia, że nauka i wzrost każdej duszy trwają. To można wysnuć z tonu opisów i klasyfikacji, której ona dokonuje w książce. Książka jest też przejawem uniwersalizmu religijnego, bo jej przekaz ma być zgodny z wielkimi religiami świata. Weźmy to w cudzysłów, bardzo proszę. Z wielkimi religiami świata ma być zgodny. I przyznam się, że to chyba jest bardziej deklaracja marketingowa wydawcy niż prawdziwe, realne stwierdzenie źródła tej książki. Myślę, że tak nie można tego traktować. Na pewno nie jest to rzecz, o której mówię, potwierdzona badaniami porównawczymi. Absolutnie nie. Co innego jest deklaracja, którą zgłasza autor, a co innego książka w świetle faktów, w świetle tego, co o danych sprawach wiemy.
I oczywiście możemy pójść w stronę tak zwanego, znowu postawmy cudzysłów, głębszego odczytania. I mamy w tym tak zwanym głębszym odczytaniu kontrast wartości, bo ta książka systematycznie stawia opozycję: sukces świecki versus, mniejsze określenie, versus wzrost duchowy. I bohater z pozoru nieudany w naszym życiu bywa bardzo wysoko oceniany, jeśli jego działania były podejmowane z miłości. Taki bohater spełniony z kolei w naszym ziemskim życiu jest często oceniany bardzo nisko, a szczególnie wtedy nisko jest oceniany, kiedy działał z próżności. Poza tym zewsząd wyziera pewien dydaktyzm. Ta książka jest z natury swojej dydaktyczna i właściwie te opowieści o tych 20 przypadkach to są trzy powieści. One są takimi powiastkami moralizatorskimi. Rób ta tak, to będzie dobrze. Nie rób ta tak, bo będzie źle. Specjalnie to spłaszczam, ale takie czasami miałem wrażenie.
Dlaczego? Chociażby dlatego, że tak jak już mówiłem, te postacie są nieweryfikowalne. Absolutnie nie jesteście państwo w stanie zweryfikować, kim one były. A konsekwencje są oczywiste. Możemy to traktować bardziej jak bajkę, baśń dla dzieci niż jako prawdziwe przypadki. I jeszcze język, bo ten język jest z jednej strony prosty, ale z drugiej strony bywa zachęcający do cnoty. Taki: bądźcie dobrzy, bądźcie wspaniali, bo to wam przyniesie korzyści w tym drugim świecie. Okej, dobrze, rozumiem to wszystko, ale do mnie to słabo przemawia. I ostatnia rzecz, o której powiem, to wiarygodność. Moim zdaniem wiarygodność jest zerowa.
Piotr już o tym mówił, ja tylko to powtarzam. Wiarygodność jest zerowa. Każdy z państwa mógłby taką książkę napisać. Przy odrobinie fantazji wyszłaby równie wiarygodna, bo powtarzam, weryfikowalność żadna. Nie wiem, co jeszcze miałbym powiedzieć. Myślę, że to, co dostajemy w tej książce, może być na chwilę wciągające, może na chwilę kogoś pobudzić do refleksji. Ale to nie jest wielka literatura. I tu nie mam na myśli wielkiej literatury w sensie ogólnopojętym. To nawet nie jest, proszę państwa, wielka literatura z pogranicza. I nad tym trochę boleję.
Ale ja nie wiem, czy taką książkę da się napisać w inny sposób. Może to jest inny sposób, zbieg słów, ale niech tak będzie. Może to jest inny sposób. Kiedyś pisano bajki, żeby ludziom serwować pewne morały, a dzisiaj może się pisze tego rodzaju książki. Po co? Dokładnie w tym samym celu, żeby serwować ludziom morały. A na koniec dzisiejszej audycji proponuję Państwu klasykę ze złotego wieku science fiction. Frederick Brown „Opowieść o handlarzu żywym towarem”. Ja specjalnie nie dałem tego opowiadania na początek audycji, bo algorytmy YouTube'a dostają, muszę jakoś to delikatnie powiedzieć, kręćka. I gdyby usłyszały o handlarzu żywym towarem, to by dostały jakiejś apopleksji.
Na końcu jest bezpiecznie. Zatem klasyka fantastyki amerykańskiej ze złotego wieku musi się poniekąd ukrywać z powodu tytułu. Wariactwo kompletne. A to opowiadanie Fredericka Browna pochodzi z odcinka sto jedenastego antologii „Bibliotekarium. Warsztaty” z siódmego stycznia 2022 roku. Bardzo serdecznie Państwa zapraszam.
[02:08:58] - Frederick Brown „Opowieść o handlarzu żywym towarem”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Jestem śmiertelnie przerażony. Wcale nie dlatego, że jutro przypada ten wielki dzień, w którym już od dawna mam zarezerwowaną wizytę za niewielkimi zielonymi drzwiczkami, aby dowiedzieć się, jak pachną opary cyjanku. Tak naprawdę wcale nie o to chodzi. Ja chcę umrzeć. Ale wszystko zaczęło się, kiedy spotkałem Roscoe'a. Pozwólcie mi, proszę, że przedstawię krótki zarys tego, co się działo PER — przed erą Roscoe'a. Byłem młodym człowiekiem, rozsądnie przystojnym, nieco w typie twardziela, dosyć inteligentnym i całkiem nieźle wykształconym. No i wtedy nazywałem się Bill Wheeler.
Byłem potencjalnym aktorem telewizyjnym lub filmowym, który próbował przez pięć lat gdzieś się załapać i nie miał nawet szansy na rolę w lokalnej reklamówce, nie mówiąc już o czymś takim jak statystowanie w filmie klasy B. Zarabiałem na życie, pracując na wieczornej zmianie od szóstej po południu do drugiej rano, sprzedając hamburgery w barze dla kierowców w Santa Monica. Zmiany w zakresie mojego szczęścia rozpoczęły się pewnego wieczora o szóstej, zaraz po godzinie, o której powinienem zameldować się w pracy w barze dla zmotoryzowanych. Gdyby nie to, że akurat miałem wolny dzień i szedłem sobie po Olympic Boulevard w pobliżu Fourth Street w Santa Monica. Znalazłem wtedy portfel. Zawierał on co prawda zaledwie trzydzieści pięć dolarów w gotówce, ale w środku były także Diner's Club, Carte Blanche, International i inne karty kredytowe. Udałem się do najbliższego baru na drinka. No i żeby trochę pomyśleć. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jeszcze nic naprawdę nieuczciwego, ale zdecydowałem, że to znalezisko mogło oznaczać największą noc mego życia, jak również jego punkt zwrotny. Zdawałem sobie sprawę, że korzystanie z kart nie będzie bezpieczne przez nieskończenie długi szmat czasu, ale z pewnością najbliższa noc nie niosła za sobą żadnego ryzyka w tym zakresie.
Dałoby mi to doskonałą kolację, drinki, luksusowy hotel, panienki na telefon, pełen zakres usług. Tak, wiem, że panienki nie przyjmują kart kredytowych, ale mogłem wykorzystać karty do spieniężenia czeków za cokolwiek się da w jakimś miejscu. No i wpaść w tyle miejsc w chwilę tylko dam radę. Nawet bez specjalnego szczęścia zebrałbym na koniec całkiem niezłą sumkę. Ostatnim punktem programu byłoby użycie karty kredytowej do opłacenia samolotu odlatującego rankiem z tego miejsca bez nadziei, aby zacząć wszystko gdzieś indziej, jak też robiąc coś innego. Miałem ochotę spróbować wszystkiego poza aktorstwem. Zacząłem więc, prosząc barmana o wezwanie dla mnie przez telefon taksówki. Pojechałem do swojego pokoju. Tam przez pół godziny ćwiczyłem podpis na kartach, aż w końcu byłem w stanie dokładnie go skopiować, nie patrząc na niego. Pakując się, zadzwoniłem po kolejną taksówkę i kiedy podjechała, byłem gotów.
Powiedziałem kierowcy, aby zawiózł mnie do najbliższej agencji wynajmu samochodów. Wypożyczyłem sobie Chryslera, mówiąc facetowi od wynajmu tak, jak planowałem to powiedzieć tej nocy jeszcze całej masie ludzi, że zabrakło mi gotówki i gdybym miał pod ręką jakiś wolny blankiet czekowy, byłbym bardzo wdzięczny za spieniężenie dla mnie czeku. Oczywiście oprócz kart miałem jeszcze wiele innych dokumentów potwierdzających tożsamość, choćby prawo jazdy na nazwisko odpowiadające temu na karcie. Spieniężył dla mnie czek na pięćdziesiąt dolarów i w ten sposób postawiłem pierwsze kroki na ścieżce swojej przestępczej kariery. Zacząłem robić się głodny. Pojechałem więc Wilshire do Hollywood. Przekazałem samochód obsłudze parkingu przy restauracji Derby i wszedłem do środka. Wszystkie stoliki były zajęte, a maître d'hôtel poinformował mnie, że będę musiał poczekać piętnaście do dwudziestu minut. Powiedziałem mu, że odpowiada mi to oraz że znajdzie mnie w barze. Zająłem jedyny wolny stolik przy barze, siadając koło niewielkiego, energicznego człowieczka z gęstą, ale uporządkowaną grzywą niemal śnieżnobiałych włosów i małym, eleganckim siwym wąsikiem.
Jego różowa i gładka jak u dziecka skóra wskazywała, że musiał być znacznie młodszy, niż mogłoby się to wydawać na podstawie bieli jego włosów i wąsów. Ewidentnie był w barze dopiero od minuty czy dwóch, ponieważ nie stał jeszcze przed nim żaden drink. Zasadniczo to barman nas sobie przedstawił. Zakładając, że jesteśmy razem, przyjął i zrealizował nasze zamówienia wspólnie, pytając, czy chcemy jeden rachunek, czy dwa oddzielne. Energiczny człowieczek uprzedził mnie o krok, ponieważ miałem właśnie zamiar zaproponować dokładnie to samo, zwracając się do mnie i pytając, czy wyrządzę mu ten zaszczyt i wypiję swojego drinka razem z nim i na jego koszt. Podziękowałem mu i przyjąłem zaproszenie. Chwyciliśmy za szklaneczki i zatopiliśmy się w rozmowie. Polubiłem go od razu, a i on zdawał się polubić mnie. Niemal natychmiast, bez żadnych formalnych prezentacji, przeszliśmy na ty. Powiedział mi, że ma na imię Roscoe.
Ja zaś kazałem mu mówić na mnie Jerry, ponieważ J było pierwszym inicjałem J.R. Bergera, właściciela kart kredytowych. Już wcześniej zdecydowałem, że jeśli Roscoe jeszcze nie jadł kolacji, prawdopodobnie zaproszę go, aby zjadł ze mną. W tych okolicznościach dwie kolacje nie kosztowałyby mnie przecież ani grosza więcej niż jedna. Już po chwili w naszej rozmowie wypłynął temat filmów. Tak, powiedział mi. Jest w przemyśle. Chwilowo nieaktywnie, ale ma inwestycje w kilku niezależnych produkcjach filmowych i dwóch show telewizyjnych. Nagle zorientowałem się, że opowiadam mu całą gorzką prawdę o swojej porażce, ale w dziwny sposób. W ogóle nie mówiłem o tym z goryczą, tylko lekko, sprawiając, że wszystko brzmiało jakby zabawnie.
Rozkręciłem się właśnie w najlepsze, kiedy pojawił się kelner i spytał, czy to ja czekam na wolny stolik. Powiedziałem, że tak i zaprosiłem Roscoe'a, aby był moim gościem. On zaś propozycję przyjął. Zamówiliśmy, a potem w trakcie jedzenia ciężar rozmowy spadł przede wszystkim na mnie. Oczywiście musiałem zmienić zakończenie swojej historii z powodu mojej obecnej względnej prosperity, ale to nie było zbyt trudne. Po prostu wymyśliłem niewielki spadek po wujku. Kelner pojawił się ponownie i odszedł, zostawiając rachunek dla nas. Odwróciłem go, aby dodać suty napiwek, a potem położyłem na nim kartę kredytową. Byłem zadowolony, że Roscoe nie próbował rozpoczynać dyskusji na temat zapłacenia go czy nawet podzielenia. Chciałem podbudować swoją wiarygodność, aby sprawdzić później, czy nie uda mi się spieniężyć jakiegoś czeku i przede wszystkim dla podtrzymania konwersacji wspomniałem Roscoe, że zabrakło mi pieniędzy oraz czy nie ma jakiegoś pojęcia, na jaką kwotę czek zgodziłoby się dla mnie spieniężyć Derby.
„Stary, a po co im tym zawracać głowę?” — spytał. „Zawsze mam przy sobie trochę gotówki. Czy pięć setek wystarczy?” Próbowałem nie okazywać nadmiernej radości, kiedy oznajmiłem mu, że wystarczy. Od restauracji miałem nadzieję na uzyskanie co najwyżej niewielkiej części tej kwoty. Pewnie coś by tam zaryzykowali na kartę kredytową klienta, ale nie byłoby tego zbyt wiele. Kiedy pojawił się kelner, żeby zabrać rachunek i kartę, poprosiłem go o przyniesienie czystego blankietu czekowego, co też uczynił. Kiedy wpisałem na górze nazwę banku i resztę danych niezbędnych do wypłaty gotówki, Roscoe wyciągnął plik banknotów spiętych złotym spinaczem do pieniędzy. Wydawało się, że ma tam same setki, co najmniej kilkanaście. Odliczył dla mnie pięć. Oddał mi je, a ja wręczyłem mu czek.
Popatrzył na niego i brwi lekko mu się uniosły. „Jerry” — powiedział. „I tak zamierzałem zaprosić cię do siebie do domu, żeby trochę porozmawiać, ale teraz są po temu podwójne powody. Wygląda na to, że nosimy to samo nazwisko. Albo może jakimś cudem znalazłeś portfel, który zgubiłem dzisiejszego popołudnia w Santa Monica.” Boże, Boże, Boże! Tak. Wiedziałem, że to musi być coś więcej niż zwykłe zrządzenie losu. Nie mogło być inaczej w mieście o rozmiarach Los Angeles. Ale co innego mogłem wtedy sobie pomyśleć? Nie mógł nawet za mną pojechać do Derby.
Był tu przecież przede mną. Przez jedną szaloną chwilę rozważałem nawet pomysł, żeby wziąć nogi za pas i wiać. Pomimo wszystko nie znał przecież mojego prawdziwego nazwiska i gdybym tylko zdołał się stąd wyrwać, byłbym bezpieczny. Ale jeżeli zacząłbym uciekać, a on by krzyknął: „Łapać złodzieja”, to ogromna horda kelnerów miała całkiem spore szanse powstrzymać mnie albo dogonić. Mówił dalej spokojnym tonem: „Inicjały J.R. oznaczają Joshua Roscoe. Wolę, aby nazywano mnie Roscoe. A teraz nie bądź idiotą. Może będę miał dla ciebie pewną interesującą propozycję. Gotów?” Poszedłem za nim i oczywiście to był zbieg okoliczności, że tuż koło strefy dostawczej stał samochód policyjny z dwoma gliniarzami w środku.
Dał portierowi dolca. Takie drobne trzymał luzem w kieszeni, a w spinaczu tylko grube banknoty i poprosił o wezwanie taksówki. Prawie już otwierałem usta, żeby powiedzieć, że mam tutaj na miejscu samochód, ale zdecydowałem się zamknąć gębę i zobaczyć, jak to wszystko potoczy się dalej. Wsiedliśmy do taksówki, a on podał adres przy La Cienega. Po drodze nic nie mówił, a ja zająłem się rachunkami w myśli. Stać mnie było na zapłacenie mu mniej więcej tyle, ile było trzeba. To znaczy z moich własnych 25 dolców, jakie miałem. Rachunek w restauracji wynosił z napiwkiem 12 dolców, a jeśli zaraz odprowadziłbym Chryslera, byłoby na nim do zapłacenia tylko mniej więcej 20 mil i jakieś dwie, trzy godziny. Mógłbym również użyć tych samych 50 dolców, jakie dostałem za lipny czek do wykupienia go z powrotem. Gdyby tylko mi na to pozwolił, mógłbym wyprostować wszystkie sprawy i w ten sposób rozwiązać problem.
Taksówka zatrzymała się przed bogato wyglądającym apartamentowcem. Czy to był zbieg okoliczności, że kolejny samochód policyjny akurat parkował po drugiej stronie ulicy? W każdym bądź razie już wcześniej zdecydowałem się go wysłuchać, a potem wykonać swój własny ruch, zaś próbować dać drapaka tylko wtedy, jeśli wszystko inne by zawiodło. Wjechaliśmy samoobsługową windą na czwarte piętro, gdzie mój gospodarz użył klucza i wprowadził nas do dużego pokoju w bardzo przyjemnym kawalerskim mieszkanku. Sześć pokoi, jak się dowiedziałem później, ale żadnej służby, ponieważ cenił sobie prywatność. Gestem ręki wskazał mi sofę i podszedł do stojącego w kącie barku. „Brandy?” Skinąłem głową, a potem zacząłem mówić, przedstawiając swoją propozycję co do zwrotu kosztów, podczas gdy on nalał brandy do dwóch koniakówek. Podszedł i podał mi jedną z nich. „Oszczędź mi tych paskudnych szczegółów, Jerry. Och, czy to jest twoje prawdziwe imię, czy tylko wymyśliłeś je, aby pasowało do pierwszego inicjału na kartach?” „Nazywam się Bill” — powiedziałem.
— „William Trent.” Nie miałem zamiaru podawać mu prawdziwego nazwiska, zanim nie uznam, że to bezpieczne, ale nic nie traciłem, wyjawiając mu swoje imię. Z zadowoleniem przyjąłem, że usiadł twarzą do mnie na krześle, a nie obok na sofie. „Słabo się wyróżnia” — stwierdził. — „Z tymi twoimi rudawymi włosami. A co byś powiedział na Bricka? Brick Brannon. Podoba ci się?” Skinąłem głową. Nawet mi pasowało, a poza tym mógł mnie sobie nazywać, jak mu się żywnie podoba, dopóki nie wzywam gliniarzy. „No to twoje zdrowie, Brick” — powiedział, unosząc kieliszek. — „A teraz ta historia, którą mi opowiedziałeś.
Jak dużo z tego jest prawdą?” „Każde słowo” — odparłem. — „Jeśli tylko zastąpisz spadek po wujku znalezionym portfelem.” Odstawił kieliszek, wstał i przemierzył pokój, podchodząc do niewielkiego biurka, z szuflady którego wyciągnął powieloną na mimeografie kopię scenariusza. Idąc z powrotem znalazł w scenariuszu jakieś miejsce i podał mi go otwartego na tej stronie. „Czytaj partię Phillipe przez następne półtorej strony. To twardy, niepiśmienny drwal, akcent Canuck. Bardzo kocha swoją żonę, ale w tej scenie kłótni rzuca się na nią z wściekłością. Przeczytaj to najpierw sobie po cichu, a potem spróbuj na głos. W miejscu tej kwestii po prostu rób krótkie przerwy.” Przeczytałem to sobie po cichu, a następnie spróbowałem zagrać. Kazał mi przerzucić kilkanaście stron, żeby znaleźć następną scenę i odczytać rolę drugiej postaci, a potem trzeciej, za każdym razem wprowadzając mnie krótko w to, kim ona była, jak mówiła oraz jakie były jej związki z innymi osobami. Kiedy skończyłem czytanie trzeciej partii, skinął głową i kazał mi odłożyć manuskrypt, a wziąć kieliszek z brandy.
Leniwie pociągnął łyczek ze swego kieliszka. „No dobrze” — oznajmił. — „Jesteś naprawdę aktorem. Po prostu nie udało ci się przebić. Mogę zrobić z ciebie gwiazdę, jeśli tylko pozwolisz, abym został twoim menedżerem.” „Żadnych haczyków?” — spytałem, zastanawiając się, czy nie upadł na głowę. „10%” — powiedział. — „Ale to będzie od wszystkiego i pod stołem. Widzisz, Bill, ja nie jestem akredytowanym agentem, a ty będziesz musiał zatrudnić jednego z nich i płacić mu kolejne 10%, tak żeby zajmował się szczegółami, podpisywaniem kontraktów i tak dalej. Wszystko, co będę robił ja, będzie odbywało się zakulisowo, nieoficjalnie.” Odparłem: „Jeśli o mnie chodzi, to świetnie, ale jak do tej pory nie udało mi się znaleźć żadnego szanowanego agenta, który chciałby mnie reprezentować. I co mam z tym zrobić?” „Ja się tym zajmę.
Będziesz musiał mu także płacić 10% od wszystkiego, ponieważ on nie będzie wiedział. Nikt nie będzie wiedział o twoich związkach ze mną. Jego 10% będziesz mógł sobie normalnie odliczyć od podatku, ale moich nie, ponieważ to nie będzie rejestrowane. Zgoda?” „Świetnie” — powiedziałem ponownie i naprawdę tak myślałem. — „Jakieś inne warunki?” „Tylko jeden. Ponieważ niczego nie będziemy mieli na papierze, będę polegał na twoim honorze, że nie pozwolisz, abym cię wypromował, a potem mnie nie odstawisz. Określmy więc, jak to będziemy dokładnie rozumieć. Każdy z nas może anulować umowę w czasie pierwszego roku jej trwania, ale jeśli za ten rok przy moich zakulisowych działaniach twoje przychody brutto wyniosą 25 tysięcy dolarów lub więcej, wtedy umowa między nami stanie się trwała i nieodwołalna. Zgoda?” „Zgoda” — oświadczyłem. Przez całe swoje życie nie zarobiłem na aktorstwie nawet 100 dolarów.
25 tysięcy wydawało się kwotą zupełnie niemożliwą. Nawet jeśli był on szalony, to nie miałem nic do stracenia, a poza tym oznaczało to, że nie każe mnie aresztować. Co przypomniało mi całą sprawę i wyciągnąłem portfel. Zacząłem- „A teraz co do zwrotu kosztów.” – westchnął. – No dobrze – stwierdził. – Nie cierpię szczegółów, a więc pozbądźmy się ich wreszcie. Opowiedz mi wszystko, co się działo od czasu, kiedy znalazłeś portfel. Zrobiłem to i położyłem rzeczony portfel na stole. Wziął go, opróżnił ze wszystkich pieniędzy i schował do kieszeni. – A więc – podliczył.
– 535 dolarów z tego jest moje. Zatrzymaj to jako pożyczkę. Oddasz mi za jakiś miesiąc lub dwa. Zwróć wypożyczony samochód i wykup z powrotem czek na 50 dolarów. Zapomnijmy o rachunku, który podpisałeś moim nazwiskiem w Derby. Ja stawiam tę kolację. Jeszcze dzisiejszej nocy wynajmij sobie pokój albo mieszkanie w Hollywood. Ten garnitur, który masz na sobie, nie jest zły, ale jeśli to jest najlepsze co masz, to jutro kup sobie coś lepszego i wszystkie akcesoria, jakich potrzebujesz. Och, i jeszcze czarną skórzaną kurtkę motocyklową i dżinsy. Chyba że przypadkiem masz już coś takiego.
– Kurtkę motocyklową? – spytałem. – Po co? – Nieważne po co. Poczekaj. Wyciągnął zwitek spiętych pieniędzy, policzył, ile studolarowych banknotów w nim zostało, odliczył osiem z nich i wręczył mi je. – Będziesz mi winien kolejnych osiem setek. Kup sobie z tego samochód. Będziesz potrzebować czegoś, żeby się poruszać po mieście. Będziesz musiał jeździć do Universal City, Culver City.
Przemysł nie jest skupiony tylko w Hollywood. Wydaj z tego może jakieś pięć setek na coś używanego. Wymienisz go na nowy samochód w ciągu paru najbliższych miesięcy. Co jeszcze? Och, czy Bill Trent to było twoje prawdziwe nazwisko? – Bill Wheeler. – Było. Teraz nazywasz się Brick Brannon. I to już byłoby wszystko. Pamiętaj tylko, żeby zadzwonić do mnie jutro wczesnym popołudniem.
Mój numer znajdziesz w książce. – Uśmiechnął się szeroko. – I nie zapomnij, jak się nazywasz, ponieważ ostatnio często ci się zdarza to zmieniać. Wypełniłem instrukcje i następnego dnia zadzwoniłem do Roscoe’a. – Zdeterminowany z ciebie koleś, mój drogi – przywitał mnie. – Czy znasz agenta, który nazywa się Ray Ramspaugh? – Znam go – powiedziałem. I zrobiłem to z respektem. Był to największy z działających solo agentów. Największy i najlepszy.
Pracował jedynie z paroma własnoręcznie wybranymi klientami. Nigdy nie marzyłem nawet o próbie spotkania się z nim. – Masz z nim umówione spotkanie na drugą. Bądź na nim. Dotarłem do biura Ramspaugha przy South Vernon Drive dokładnie o czasie i nie musiałem czekać nawet minuty. Jego sekretarka wpuściła mnie natychmiast do środka. Bez słowa wstępu przeszedł do sprawy. Oznajmił: – Roscoe twierdzi, że jesteś dobry, a ja ufam jego opinii. Oto twój kontrakt gotowy do podpisu. To standardowy kontrakt, ale przeczytaj go, zanim podpiszesz.
Zajmij się tym w sekretariacie, a ja w tym czasie mam kilka telefonów do wykonania. Kontrakt był drukowany i podpisałbym go na wiarę, ale najwidoczniej chciał się mnie pozbyć z biura na czas, kiedy będzie rozmawiał przez telefon. Tak więc zabrałem dokumenty do biura sekretarki, przeczytałem je, nawet części wydrukowane drobną czcionką, a następnie podpisałem. Sekretarka połączyła się z nim przez intercom i powiedziała mi, że gotów jest, aby się ze mną znowu zobaczyć i mam wejść z powrotem do gabinetu, co natychmiast zrobiłem. Oznajmił mi: – Myślę, że mam coś pod ręką. Niewielka rzecz, ale na początek będziesz musiał wziąć parę małych, żeby wyrobić sobie trochę pozycję. Jednoodcinkowa rola w nowym serialu, który zaczynają kręcić w Refil. Mieli ją obsadzoną, ale chłopak, którego zatrudnili, dzisiaj rano rozbił się w wypadku samochodowym. Potrzebują cię na gwałt. Dasz radę pojawić się tam o trzeciej?
Skinąłem głową oniemiały. – Okej. – Pytaj o Teda Crowthera. Och, oszczędzi ci trochę czasu, jeśli pojedziesz tam już przebrany. Będziesz grał twardego, młodego łobuza, jednego z tych, co próbują zachowywać się jak Marlon Brando w „Dzikim”. Masz czarną skórzaną kurtkę i dżinsy? Przełknąłem ślinę i ponownie skinąłem głową. – Przebierz się w nie po drodze. I lataj wysoko, słonko. Odniesiemy wielki sukces.
I to były już wszystkie trudności na drodze pierwszego przełomu w mojej karierze aktorskiej. Przez dłuższy czas byłem za bardzo zajęty, żeby się zastanawiać, jak to było możliwe, że Roscoe już poprzedniej nocy wiedział, iż następnego dnia bardzo mi pomoże w szybkim starcie po moją pierwszą rolę posiadanie czarnej skórzanej kurtki motocyklowej, którą będę mógł natychmiast na siebie założyć. Zwłaszcza że kiedy czynił tę sugestię, wypadek samochodowy, który wyłączył chłopaka zatrudnionego do tej roli, jeszcze się nie wydarzył. Wydaje mi się jednak, że wiem, dlaczego powiedział mi o tej kurtce. Poza przyjęciem mnie od ręki i bez żadnych pytań przez najlepszego agenta, co było cudem samo w sobie, działania Roscoe’a rzadko były widoczne. Wszystkie moje role pochodziły od Ramspaugha i mógłbym sobie pomyśleć, że on i ja robimy wszystko sami. Tak więc przy tej pierwszej okazji Roscoe chciał, żebym zobaczył działanie jego ręki. Chciał od razu dać mi do myślenia, ale jak powiedziałem wcześniej, nie miałem zbyt wiele czasu na myślenie, a już z pewnością za mało, aby się wystraszyć. Byłem za bardzo zajęty. Początkowo były to niewielkie rólki, czasami nawet tylko kawałki rólek, ale miałem ich tyle, ile tylko byłem w stanie zagrać.
I do końca roku wyrobiłem sobie pozycję, albo raczej wyrobiłem sobie pozycję do solidnych, ważnych ról drugoplanowych. Tego roku zarobiłem nieco ponad pięćdziesiąt tysięcy brutto, dwa razy więcej niż kwota czyniąca moją umowę z Roscoe nieodwołalną. Tak więc stała się ona nieodwołalna. Po dwukrotnym potrąceniu dziesięciu procent, z których jedno mogłem odliczyć od podatku, a drugie nie, oraz samych podatków, ciągle miałem na czysto ponad pięćset dolców na tydzień, a także jaguara, naprawdę fajne ciuchy i bardzo sympatyczne mieszkanie. W drugim roku podwoiłem to. To znaczy podwoiłem swoje dochody netto do tysiąca tygodniowo, co oznaczało, że wpadłem w wyższe progi podatkowe. Tak więc dochody brutto powiększyłem znacznie więcej niż dwukrotnie. Kręciłem teraz coraz więcej ról drugoplanowych w filmach. Moje nazwisko stało się całkiem nieźle znane, dzięki czemu pojawienia się w serialach telewizyjnych stały się występami guest star i zacząłem podłapywać główne role w serialach, w których każdy odcinek stanowił niezależną część z różną obsadą. W tym roku jednak wydarzyło się coś, co przypomniało mi o zdolności przewidywania Roscoe'a.
Jeśli rzeczywiście było to coś takiego i wskazywało na nowy aspekt w naszym związku, z którego nie zdawałem sobie sprawy, że on brał go pod uwagę. To nie jest odcinek serialu telewizyjnego, ale muszę poczynić pewne wprowadzenie. Spędziłem tydzień w Las Vegas, kręcąc tam film. Nie przepadam specjalnie za hazardem. Jednakże pewnego wieczora stanąłem przy jednym ze stołów do gry w kości. Rozpoczynając od stawki stu dolarów złapałem dobrą passę i wkrótce grałem już o maksymalne stawki pięćset za rzut. Wygrałem sporo, bo nieco ponad dwadzieścia tysięcy, a potem zacząłem przegrywać. A kiedy wygrana spadła do jedenastu tysięcy, co ciągle jeszcze dawało mi piękny zysk w wysokości równiutkich dziesięciu patyków, wyszedłem z dalszej gry. Po powrocie spotkałem się z Roscoe, aby wręczyć mu część moich dochodów należną mu od czasu, kiedy go ostatnio widziałem. Przeliczył pieniądze, a potem poprosił o dodatkowy tysiąc, przypominając mi o moich ekstra dziesięciu patykach wygranych w Las Vegas.
Dałem mu go bez słowa sprzeciwu. Nie próbowałem przed nim ukryć tej kwoty. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mówiąc dziesięć procent od wszystkiego, miał na myśli naprawdę wszystko. Wróciliśmy do Las Vegas tydzień później, żeby nakręcić kilka dubli. Znowu pozwoliłem sobie na odrobinę hazardu i przegrałem cztery tysiące. Ale ponieważ tym razem nigdzie nie zaliczyłem dobrej passy, w żadnym z miejsc nie zostałem dłużej. Przewędrowałem cały Strip, odwiedzając po drodze kilkanaście kasyn. Nikogo ze mną nie było i niemożliwe było, aby ktoś znał łączną kwotę, jaką straciłem. A jednak następnym razem, kiedy zobaczyłem się z Roscoe, aby dać mu należne pieniądze, zwrócił mi z nich cztery setki. Przynajmniej sprawiedliwie.
Jeśli brał udział w moich zyskach, to dlaczego nie w stratach? Ale skąd on mógł o tym wiedzieć? W każdym bądź razie była to kolejna wskazówka co do tego, jak on rozumie dziesięć procent wszystkiego. Ale naprawdę oszałamiającą otrzymałem, kiedy się ożeniłem. Tak, pewnie się tego domyślacie, ale muszę wyjaśnić, o co chodzi. Na początku trzeciego roku podpisano ze mną kontrakt na moją pierwszą główną rolę w ważnym filmie za pięć patyków na tydzień. Albo raczej na jedną z głównych ról. Drugą grała piękna i obiecująca młoda aktorka Lorna Howard. Przed rozpoczęciem zdjęć Lorna i ja byliśmy razem na spotkaniu roboczym w biurze producenta, któremu nagle przyszło coś do głowy. „Posłuchajcie dzieciaki” — oznajmił.
— „To tylko pomysł, ale oboje jesteście wolni i samotni. Gdybyście wzięli ślub, oczywiście ze sobą, moglibyśmy zrobić na tym niezłą reklamę. Korzyść dla filmu, ale też dla waszych karier.” — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — „Byłoby to oczywiście tylko małżeństwo aranżowane.” Uniosłem brew, kierując to w stronę Lorny. — „A co pani na to?” Odpowiedziała mi również uniesieniem brwi. — „Zależałoby to, drogi panie, od tego, co pan rozumie przez aranżowane.” I wkrótce się pobraliśmy. Lorna i ja nie byliśmy zakochani, ale była ona kobietą równie namiętną jak piękną, tak że małżeństwo okazało się być nie tylko zaaranżowanym. Chwilowo przynosiło nam dużo radości, że mogliśmy być w stosunku do siebie swobodni moralnie, zaś pomiędzy nami nie było miłości, nie było również miejsca na zazdrość. Ja osobiście nie wykorzystywałem tego układu, ale nie minęło dużo czasu, kiedy zdałem sobie sprawę, że najwidoczniej tak do końca jej nie wystarczałem, ponieważ miała romans na boku. Byłem niemal pewny, że przez dziesięć procent czasu, kiedy przypadkowo dowiedziałem się, kim był jej kochanek.
Nie miałem podstaw moralnych, aby się skarżyć, ale to odebrało blask całej sprawie. Ona to wyczuwała i z wolna dryfowaliśmy coraz dalej od siebie. Kiedy film się ukazał, wyjechała do Reno, żeby wziąć cichy rozwód. Nic mnie to nie kosztowało. Nawiasem mówiąc, ona miała więcej oszczędności ode mnie i podobne dochody. Gdybym musiał zapłacić za rozwód albo płacić jej alimenty, mam przeczucie, że otrzymałbym dziesięcioprocentową refundację od wszystkiego, co by mnie to mogło kosztować. Do tego czasu zdobyłem kontrakt na kolejną główną rolę, tym razem na naprawdę astronomiczną sumę i nagle coś sobie uświadomiłem. Po przekroczeniu pewnego poziomu dochodu, zarabiając więcej, zacząłem tracić pieniądze. Większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, a ja z pewnością należałem do tej grupy. Ale kiedy opodatkowana część twojego dochodu przekroczy dwieście tysięcy na pojedynczego człowieka, musisz płacić dziewięćdziesiąt jeden procent kwoty powyżej tego progu, co pozostawia ci dziewięć procent.
Minus oczywiście stanowy podatek dochodowy. A więc przy dziesięciu procentach mojego dochodu brutto trafiających do Roscoe pod stołem i dlatego niepodlegających odliczeniu, za każdego dolara zarabianego ponad poziom dwustu tysięcy traciłem pieniądze. Gdyby moje przychody w jednym roku kiedykolwiek przekroczyły pół miliona dolarów, splajtowałbym. Nigdy nie mogłem zostać czołową gwiazdą, ale wcale nie to doprowadziło mnie do decyzji o zabiciu Roscoe jako jedynego sposobu rozwiązania nierozwiązywalnej umowy. Nie byłem aż tak chciwy, zarówno jeśli chodzi o pieniądze, jak i większą sławę, jeśli ich zdobycie miałoby nie przynieść mi zadowolenia. Tak jak wiele gwiazd przede mną, mógłbym kręcić tylko jeden film rocznie. Ramspaughowi by się to nie spodobało, ale mógłby to przeżyć. Sprawę przesądził fakt, że zakochałem się. Nagle, kompletnie bez pamięci. Po raz pierwszy w życiu i wiedziałem o tym, że na zawsze.
Ona nie była aktorką i nigdy nie chciała nią zostać. Nazywała się Bessie Evans i była scenarzystką w Columbia. Już przy naszym pierwszym spotkaniu zakochała się we mnie równie mocno, jak ja w niej. Roscoe musiał odejść. Chciałem więcej niż tylko romansu z nią. Chciałem ją poślubić na zawsze, a dopóki żył Roscoe, nie mogłem tego zrobić. Gdyby wziął sobie dziesięć procent tego małżeństwa i tak musiałbym go zabić, a więc równie dobrze można było zrobić to wcześniej. Oczywiście nie mogłem wyjaśnić Bessie, dlaczego nasz ślub nie mógł się odbyć od razu. Po prostu musiałem poprosić ją, aby mi zaufała, a ona to zrobiła. I podczas gdy ja snułem swoje plany zabicia Roscoe i uwolnienia się, ukryłem ją pod fałszywym nazwiskiem w niewielkim mieszkanku w Burbank.
Odwiedzałem ją tak rzadko, jak tylko pozwalały na to nasze gorące uczucia i podjąłem najbardziej wyrafinowane środki bezpieczeństwa, aby nikt nie był w stanie za mną tam podążyć. Nie będę wchodził w szczegóły swojego planu zabicia Roscoe'a. Wystarczy powiedzieć, że zdobyłem niemożliwą do wyśledzenia broń i klucz do jego apartamentu. Założyłem także na siebie doskonałe przebranie, tak że nawet gdyby mnie ktoś zobaczył w pobliżu jego apartamentowca, z pewnością nie byłby w stanie mnie rozpoznać ani potem zidentyfikować. Pewnego ranka o godzinie trzeciej użyłem tego klucza. Z bronią w ręku przymierzałem po cichu salon i otworzyłem drzwi od sypialni. Z zewnątrz docierało na tyle dużo światła, abym mógł dojrzeć, jak nagle siada wyprostowany na odgłos otwierających się drzwi. Wystrzeliłem sześć razy i po tych strzałach już nie siedział. Miałem już natychmiast wyjść stamtąd, kiedy w nagłej ciszy, jaka zapadła po strzałach, usłyszałem cichutki trzask zamykającego się okna, który wydawał się dobiegać z jego kuchni. Okna, które jak pamiętałem, otwierało się na schody przeciwpożarowe.
Nagłe, straszliwe podejrzenie spowodowało, że włączyłem w sypialni światło. Podejrzenie to okazało się uzasadnione. To nie Roscoe leżał sam w łóżku. To Bessie w nim leżała. W tej chwili już sama. Dlaczego nigdy nie przyszło mi do głowy, że dziesięć procent wszystkiego oznacza nie tylko pieniądze lub małżeństwo? W pewnym sensie umarłem właśnie tam i w tamtej chwili. A w każdym razie zdecydowałem, że chcę umrzeć i gdyby w broni pozostał mi choć jeden nabój, pewnie strzeliłbym sobie w łeb. Zamiast tego zadzwoniłem na policję. Do czasu, zanim przybyli, doszedłem do wniosku, że równie dobrze mogę na nich zwalić wykonanie roboty poprzez wsadzenie mnie do komory gazowej.
Nie powiedziałem nic policjantom, aby żaden prawnik, nawet wbrew mojej woli, nie użył mojej opowieści do udanej obrony pod pozorem niepoczytalności. Aby tego uniknąć, kiedy już dostałem adwokata i z nim porozmawiałem, opowiedziałem mu stek kłamstw, które pozwoliły mu sądzić, że ma pełne podstawy do udanej obrony, skłaniając go w ten sposób do powołania mnie do zeznań. Potem absolutnie celowo pozwoliłem prokuratorowi na rozdarcie mnie na strzępy w ogniu krzyżowych pytań, tak by nie było żadnej wątpliwości co do skazania mnie na karę śmierci. Roscoe zniknął z widoku i ciągle nie można go znaleźć, ponieważ morderstwo wydarzyło się w jego apartamencie policja chciała go odszukać, aby zadać mu parę pytań, ale nie potrzebowali go do mojego skazania, a więc nie szukali zbyt intensywnie. Jednak niezależnie od tego, gdzie się znajduje, umowa między nami jest trwała i nieodwołalna. I właśnie to mnie przeraża. Tak bardzo przeraża, że nie spałem przez parę ostatnich nocy. Co to znaczy dziesięć procent śmierci? Czy pozostanę w jednej dziesiątej żywy, w jednej dziesiątej świadomy przy rościach wieczności? Wrócę do życia i będę cierpiał przez jeden dzień z każdych dziesięciu lub jeden rok z każdych dziesięciu.
I w jakiej formie? Albo jeśli Roscoe jest tym, kim zaczynam podejrzewać, to co on zrobi z dziesięcioma procentami mojej duszy?
[02:43:58] - Wiem tylko, że jutro się o tym wszystkim przekonam i jestem przerażony.
[02:44:10] - Proszę państwa, jakby tego nie ujmować, to i tak muszę powiedzieć: pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję za komentarze. Pięknie państwu dziękuję za łapki w górę i w ogóle pięknie państwu dziękuję, że słuchacie państwo tej audycji, która kiedyś nosiła tytuł „Bibliotekarium”, a teraz jest „Akademią Wszelkiej Fikcji”. Tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień na kolejne wydanie, a dzisiaj już życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu i w ogóle, żeby się działo jak najlepiej.
[02:44:54] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.