Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie na kolejnym spotkaniu w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:31] - Dzień dobry wieczór państwu. Akademia akademią, ale mamy czas wakacyjny i konsekwentnie wakacyjna wersja audycji na antenie. I tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł „Kolor zemsty”. Autorką jest Joanna Jax, edytorem Wydawnictwo Literackie, a książka pojawi się na rynku 30 lipca. W ogóle wszystkie książki dzisiejsze pojawią się tego samego dnia, czyli 30 lipca, ale ja to będę tradycyjnie podkreślał, żeby nikomu nie umknęło. Rodzinne sekrety, zaginiony obraz i prawda, która zmieni wszystko. Rok 1965. Julita Stawiszyńska, pisząc pracę magisterską o zaginionych podczas wojny dziełach sztuki, odkrywa w archiwum fotografię, która natychmiast przykuwa jej uwagę. Widać na niej niemieckiego żołnierza i fragment obrazu, który kiedyś należał do jej rodziny.
Obecność mężczyzny w przedwojennym mieszkaniu rodziców staje się tajemnicą, którą Julita postanawia rozwikłać. Pokazuje zdjęcie ojcu, a jego wymijająca odpowiedź sprawia, że zaczyna podejrzewać, iż coś przed nią ukrywa. Dziewczyna rozpoczyna prywatne śledztwo, które pomaga jej odkryć prawdę o swoim pochodzeniu oraz zaginionej podczas wojny matce. Lata 30. XX wieku. Weronika Lazurek, wychowywana przez surową i apodyktyczną ciotkę, marzy o niezależności i nauce w szkole pielęgniarskiej. Gdy opiekunka nie zgadza się na jej wyjazd do Warszawy, Weronika decyduje się na małżeństwo z Kajetanem Stawiszyńskim, mężczyzną, którego ledwie zna. Ich wspólne życie w stolicy przerywa wojna. Rozłąka z mężem zmusza ją do głębokiej refleksji nad uczuciami i wyborami, których dokonała. Nie spodziewa się jednak dramatycznych konsekwencji swoich decyzji.
Kim jest mężczyzna ze zdjęcia i z jakiego powodu ojciec Julity nie mówi jej całej prawdy? Jakie tajemnice kryje zaginiony obraz i czy mroczne rodzinne sekrety w końcu wyjdą na jaw? „Kolor zemsty” Joanny Jax to opowieść pełna emocji, które splatają przeszłość z teraźniejszością. To historia o odkrywaniu siebie, miłości, zdradzie, przebaczeniu i o tym, jak przeszłość może wywrócić do góry nogami wszystko, w co wierzyliśmy. Pełna życiowej prawdy, smutku i tęsknoty ta powieść długo zostaje w sercu. Przypomnę: „Kolor zemsty” Joanny Jax. Książka wydana przez Wydawnictwo Literackie, a na rynku obecna od 30 lipca. Druga książka nosi tytuł „Nie ma dymu bez morderstwa”. Autorką jest Chené Blackhurst, wydawcą Wydawnictwo Albatros. I tradycyjnie, już muszę to powtórzyć, 30 lipca na rynku.
Tess Fox znowu szuka mordercy, a jej siostra sposobu, by go przechytrzyć. Porywający kryminał z ambitną policjantką Tess Fox i zawodową oszustką Sarah Jacobs na tropie kolejnej zbrodni. W tym świecie prawda obraca się w popiół, a zdrada płonie żywym ogniem. Atrakcje na dzień Gaja Fawkesa, Guy Fawkes Night, miały być jak zawsze spektakularne. I były. Aż z płonącej kukły znanego polityka wytoczyła się zwęglona ludzka głowa. Ofiarą okazał się lokalny radny. Główną podejrzaną zostaje tajemnicza kobieta, która groziła mu śmiercią w ogniu. Detektyw Tess Fox angażuje się w śledztwo, ale sprawa komplikuje się, gdy w pokoju przesłuchań czeka na nią macocha, Lily Dawes, od lat uznawana za zmarłą. Tess musi też znów współpracować z Sarah, genialną naciągaczką i córką Lily.
Trop prowadzi do wioski na obrzeżach miasta, pełnej sekretów i urazów. Czy Tess i Sarah, przyrodnie siostry z wrogich światów, mogą zaufać Lily, która niegdyś porzuciła rodzinę i ponoć rzuca klątwy na sąsiadów? I czy mogą zaufać sobie nawzajem? Zwłaszcza, że dymu wkrótce będzie więcej. Przypomnę, to książka „Nie ma dymu bez morderstwa”, Chené Blackhurst, Wydawnictwo Albatros, a książka na rynku od 30 lipca. I ostatnia polecanka na dzisiaj: „Diabelski krąg”. Alka Rogozińskiego. Wydawnictwo Purple Book. Data premiery oczywiście 30 lipca. W opatowskim Miodowym Młynie, jak co roku na imprezie charytatywnej spotyka się śmietanka towarzyska, a gościem honorowym jest siostra Małgorzata Chmielewska, której fundacja jest beneficjentem zbiórki pieniędzy.
Tym razem nic jednak nie idzie tak, jak powinno. W czasie imprezy ginie cenna kolia należąca niegdyś do królowej Anny Jagiellonki, a następnego dnia okazuje się, że nocą zamordowany został jeden z kanoników miejscowej kolegiaty. Podejrzenia padają na skonfliktowaną z nim od lat młodą nauczycielkę. Szybko jednak okazuje się, że powody do popełnienia morderstwa ma więcej osób. Były burmistrz marzący o powrocie na stanowisko, właściciel lokalnej winiarni, dyrektorka Opatowskiego Liceum, a nawet odwiedzający to miasto biskup Sandomierza. Za śledztwo zabiera się policja i siostra Chmielewska, wielka fanka powieści kryminalnych oraz przyjaciółka, jej zdaniem niesłusznie oskarżonej o zbrodnię nauczycielki. „Diabelski krąg" to kolejna komedia kryminalna Alka Rogozińskiego, autora znanego z mieszania klasycznych intryg detektywistycznych z dużą dawką czarnego humoru. „Diabelski krąg", Alek Rogoziński, wydawnictwo Purple Book. Data premiery: 30 lipca. Tak, proszę państwa, to były polecanki.
Polecanki wakacyjne, polecanki na plażę. Chociaż ja na przykład nie lubię czytać na plaży. Na plaży są inne rzeczy do robienia. Czytanie na plaży jakoś nigdy mi nie szło. Wolałem jednak jakiś kącik, w którym jest spokojnie, w którym jest cicho. Można postawić kawkę obok albo jakiś zimny napój. To zdecydowanie, przynajmniej dla mnie, są lepsze warunki do czytania. Ale co kto lubi, powiedziałbym. Proszę państwa, a teraz zgodnie z tradycją zaczynamy korepetycje filozoficzne. Korepetycje filozoficzne w nowej formule.
Teraz w ogóle wszystko jest w nowej formule, bo audycja nosi nowy tytuł, nosi nowe... No i się trochę zakałapućkałem, co ona jest. Ona jest w ogóle nowa po prostu ta audycja, chociaż ze starymi tradycjami. Nie wiem, jak to państwu bardziej obrazowo przekazać, więc zostańmy na tym. A skoro tradycje, to właśnie korepetycje filozoficzne. Już nie czytanie z pisma „Filozofuj”, chociaż pewno z czasem do tego wrócimy, ale moje refleksje na temat różnych filozofów. Nie zawsze do końca śmiertelnie poważne, czasami okraszone jakimś mniej lub bardziej udanym dowcipem, ale jednak w sposób taki dosyć luźny, żeby nie powiedzieć chwilami frywolny. Ten cykl przedstawia kolejnych wielkich filozofów. Dzisiaj zajmiemy się podobno ojcem filozofii, a mianowicie Talesem z Miletu. Dawno, dawno temu, a dokładniej jakieś 2600 lat temu w greckim mieście Milet nad brzegiem Morza Egejskiego urodził się człowiek, który postanowił nie pytać już dłużej, co Zeus jadł na śniadanie i dlaczego Posejdon znowu się wkurzył.
Interesowało go raczej, jak działa świat, jak działa naprawdę. I to był właśnie moment, w którym filozofia i nauka powiedziały mitom: dzięki, dzięki, już wystarczy. Ten człowiek zapamiętany został przez historię jako Tales z Miletu. Człowiek legenda. Czasem określany był mianem pierwszego filozofa, ale równie często używa się określenia pierwszy naukowiec w dziejach. I nie chodzi o to, że nosił fartuch, miał laboratorium i robił mnóstwo notatek. Chociaż kto wie, może miał jakiś gliniany notes z rysunkiem oliwki i skrobał na nim bardzo starannie. Chodzi natomiast o to, że jako pierwszy zadawał racjonalne pytania o naturę rzeczywistości i próbował na te pytania odpowiadać bez odwoływania się do bogów, cudów czy mitologicznych opowieści. Bo według Talesa świat nie jest tworem kapryśnych bóstw. Świat jest zbudowany z czegoś, co można poznać rozumem i doświadczeniem, a czymś, co leży u podstaw całej tej naszej rzeczywistości, jest woda.
Ja wiem, to dziwnie brzmi, ale tak, właśnie woda. H2O. No niezły początek nauki, prawda? Ale zanim się zaśmiejemy, pomyślmy. To wcale nie była głupia teoria. Woda to życie. Woda zmienia stany skupienia. Wszystko, co żywe, potrzebuje wody. Ziarenko bez wody to tylko składnik kurzu, ale wystarczy je podlać. A wyrasta kwiat.
Tales to zauważył i nie potrzebował do tego mikroskopu ani innych gadżetów laboratoryjnych. Nie miał też internetu ani fizyki kwantowej na podorędziu, a i tak był o krok dalej niż wszyscy jemu współcześni. To Tales jako pierwszy zadał fundamentalne pytanie: z czego to wszystko jest zrobione? Co było na początku? I udzielił materialistycznej, a nie mitologicznej odpowiedzi. Późniejsi filozofowie nazywali owo zasadnicze tworzywo arche, czyli pierwotną zasadą. Dla Talesa była to, jak już mówiłem, woda. Dla jego uczniów ogień, powietrze albo coś bardziej abstrakcyjnego, jak chociażby apeiron Anaksymandra. Ale to Tales zaczął cały ten breakdance określany dzisiaj mianem filozofii przyrody. To on jako pierwszy chciał wiedzieć nie tylko co, ale również dlaczego.
No dobrze, ale kim właściwie był ten Tales? Urodził się około 624 lub 625 roku p.n.e., a żył w zależności od źródeł 100 lat, 90 lat albo bardzo, bardzo, bardzo długo. Pochodził z Miletu, bogatego miasta-państwa, które było wtedy kulturalną i naukową potęgą Azji Mniejszej. Niektórzy twierdzą, że był Fenicjaninem, inni, że Semitą, jeszcze inni, że należał do arystokratycznego rodu Telidów. Swoją drogą brzmi to jak nazwa jakiegoś zespołu rockowego. Krótko mówiąc, był wówczas kimś. Zajmował się nie tylko filozofią, ale też matematyką, astronomią, geometrią i biznesem. Tym ostatnim bardzo skutecznie zresztą. Znana jest historia, jak to przewidział obfite zbiory oliwek, prawdopodobnie dzięki obserwacji gwiazd i zawczasu wydzierżawił wszystkie prasy w regionie, po czym wynajmował je z ogromnym zyskiem. Jak widać, już w starożytności można było stworzyć startup z wykorzystaniem prognozy pogody.
W geometrii Tales również błysnął. To jemu przypisuje się kilka twierdzeń, które dziś uczniowie pracowicie zakuwają, a potem błyszczą, rozwiązując zadania na maturze z matematyki. Niestety bardzo często robią to z grymasem intelektualnego bólu na twarzy. Do historii przeszedł trik Talesa z mierzeniem wysokości piramidy. Filozof czekał tak długo, aż jego cień będzie równy jego wzrostowi, a następnie zmierzył cień piramidy. Voilà! Mamy wysokość jednego z cudów świata. Żadnych linijek, żadnych dronów, żadnej wspinaczki po kupie kamieni, tylko obserwacja i logiczne myślenie. A przy tym wszystkim Tales był całkiem elokwentny i dowcipny. Na przykład, gdy ktoś drwił z jego twierdzenia, że życie i śmierć to to samo, zatem dlaczego jeszcze nie wybrał się w podróż bez powrotu?
Odpowiedział: „Właśnie dlatego. Bo nie ma różnicy”. Albo inna anegdota. Podczas nocnych obserwacji gwiazd Tales wpadł do studni. Służąca, według źródeł pochodząca z Tracji, zaśmiała się i powiedziała: „Patrzysz w niebo, a nie widzisz, co masz pod nogami”. Bach! Trafiony-zatopiony. Bo filozofowie to jednak naprawdę specyficzny typ ludzi. Często zapatrzeni są w nieskończoność i często nie zauważają kałuży tuż przed sobą. Tales rozpoczął rewolucję.
Jego myśl to pierwszy krok ku temu, co później nazwano metodą naukową. Jasne, nie miał jeszcze aparatury, statystyki, no i owej metody nie miał, ale miał coś znacznie cenniejszego - zdolność zadawania trafnych pytań i niezgodę na bajkowe odpowiedzi. Tales nie zostawił po sobie żadnych pism. To, co o nim wiemy, pochodzi głównie z przekazów późniejszych filozofów, jak Arystoteles, Plutarch czy Diogenes Laertios. Ten ostatni wspominał, że Tales nie był szczególnie wylewny. Raczej zamyślony, introwertyczny, ale cieszący się wielkim autorytetem. Ludzie słuchali go z uwagą, nawet jeśli czasem robili sobie z niego żarty. Zresztą każdy wielki myśliciel musi mieć swój mit. Tales miał kilka. Od wodnych koncepcji po filozoficzne bon moty.
Ale najważniejsze jest to, że zainaugurował coś większego niż on sam - filozofię, a także naukę, poszukiwanie przyczyn, nie tylko analizowanie mitycznych opowieści. Bo jak pisał Arystoteles, Tales twierdził, że wszystko jest z wody, ale nie dlatego, że miał na to dowód, tylko dlatego, że wydawało mu się to najbardziej logiczne. I o to właśnie chodzi. Logika. Logika, a nie lęk. Logika, a nie tradycja. Logika, a nie Zeus i jego kumple z nieprzewidywalnymi humorami. Dzięki Talesowi Zaczęła się podróż, której końca nie widać, ale której początki można wyznaczyć tam, gdzie mądry Grek spojrzał na rzekę i pomyślał: to chyba z tego jesteśmy. I chociaż dzisiaj kojarzymy Thalesa głównie z wodą jako zasadą wszystkiego, to jego pomysły były znacznie bardziej rewolucyjne, a czasami wręcz ekstrawaganckie. Bo oto według Thalesa magnez ma duszę.
Czyli gdyby wziąć to za dobrą monetę i wykazać się konsekwencją, może się okazać, że nawet lodówkowy magnez z Zakopanego ma więcej do powiedzenia, niż się nam wszystkim wydaje. Być może ma nawet ten magnez swoje poglądy polityczne, ale jeszcze się z nimi nie zdradził. A ujmując rzecz nieco poważniej, Thales uważał, że skoro magnez porusza żelazo, oznacza to, iż ma duszę, czyli jest ożywiony. A skoro nawet martwe rzeczy mają w sobie życie, to wszystko może być boskie, przeniknięte jakąś formą istnienia duchowego. Między innymi dlatego przypisuje się Thalesowi twierdzenie, iż świat jest pełen bogów. Dzisiaj interpretuje się te słowa na różne sposoby, na przykład tak: Thales mógł uważać, że boskość nie jest ograniczona do jednego boga czy jednej istoty, lecz jest rozproszona. Rozproszona po całej rzeczywistości. Świat nie jest zatem miejscem, gdzie bogowie tylko mieszkają. Świat sam jest boski, pełen boskich sił i mocy. To zbliżałoby jego myślenie do panteizmu, poglądu, że Bóg i przyroda to jedno, co później rozwijali między innymi stoicy, a w nowożytności Baruch Spinoza.
Słowa o świecie pełnym bogów bywają też interpretowane w inny sposób. Bowiem mógł to być również wyraz głębokiego zachwytu nad złożonością i tajemniczością natury. Dla Thalesa żyjącego w czasach, gdy nauka i religia nie były jeszcze wyraźnie oddzielone, każda siła natury, piorun, ruch gwiazd, magnetyzm mogła wydawać się czymś boskim. A więc podsumujmy. Świat zaczął się od wody. Magnez ma duszę, a wszędzie czają się bogowie. Chociaż może nie tacy, jakich sobie wyobrażamy. Dla Thalesa wszystko było żywe, pełne ukrytych mocy, a rzeczy, które my dziś wyrzucamy do działu fizyka lub chemia on traktował jak małe cuda. Ale w tym właśnie była jego siła. Bo gdy wszyscy wokół tłumaczyli świat gniewem bogów albo kaprysem losu, on pytał: a co, jeśli to wszystko można po prostu zrozumieć?
To dzięki Thalesowi uczymy się myśleć samodzielnie. Czytamy, pytamy, próbujemy zrozumieć świat, a że czasem spojrzymy za wysoko i potkniemy się o coś przyziemnego, tak już bywa, kiedy szuka się sensu między gwiazdami. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne o ojcu filozofii bądź co bądź. Tak się przynajmniej mawia. Ale nie zwalniajmy tempa. Ruszajmy dalej. Znowu będzie trochę o duchowości, trochę o rzeczach nie do końca z tego świata. Gościem dzisiejszej audycji będzie Piotr Witold Lech. To jest autor wydanej niedawno książki „Świat jest żaden”. Książki, która, co tu wiele mówić, jej lektura może niektórym osobom szerzej otworzyć oczy.
Ale nie uprzedzajmy wypadków. Z Piotrem Witoldem Lechem porozmawiam o mistrzach duchowych, drodze rozwoju i symulacji. Co to ma wspólnego? A to się dopiero okaże. Oczywiście zawsze będą ludzie, którzy stwierdzą, że nie ma czegoś takiego jak rozwój duchowy i nie ma czegoś takiego jak mistrzowie duchowi. To wszystko oszustwo i tak dalej. Takie osoby najczęściej to wiedzą, więc myślę, że w tym momencie mogą spokojnie wyłączyć na jakieś półtorej godziny audycję, bo Piotr Witold Lech ma trochę odmienne zdanie na ten temat i poznamy to zdanie w toku audycji. Dla porządku powiem, że audycja emitowana była na początku pierwotnie na kanale Wehikuł Wyobraźni i jest audycją, która otwiera nową playlistę, a mianowicie rozmowy w Wehikule. Tam się będą pojawiać goście, którzy będą mówili na różne tematy, zawsze jakoś związane albo z literaturą, albo z niesamowitością, niezwykłością naszego świata i nie tylko naszego świata. Ta playlista, mam nadzieję, będzie się rozwijać.
Na razie jest na niej jedna pozycja, czyli spotkanie z Piotrem Witoldem Lechem, autorem wydanej książki niedawno „Świat jest żaden”. A zatem zapraszam na audycję o mistrzach duchowych i symulacji. Dzień dobry, wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Chętnie rozmawiamy o mistrzach duchowych, o symulacji rzeczywistości, o obcych, kimkolwiek są. Dla wielu osób to tylko intelektualna gra. Temat do podcastu, jakiś mem, może odskocznia od codzienności. Ale To nie powinna być jedynie zabawa, bo to są zagadnienia, które dotykają czegoś znacznie głębszego, bardziej fundamentalnego: naszej tożsamości, sposobu istnienia oraz miejsca we wszechświecie, które przyszło nam zajmować. A może miejsca, które zajmujemy poza wszechświatem? Rozmowa o duchowości rzadko bywa prosta, zwłaszcza gdy dotyka nie tylko takich klasycznych tematów jak rozwój wewnętrzny, poszukiwanie sensu czy rola mistrza, ale wkracza też w obszary, które przypominają bardziej współczesną filozofię, fizykę kwantową czy teorię symulacji.
W dzisiejszej audycji będziemy gościli Piotra Witolda Lecha, autora książek science fiction i książek mainstreamowych, który w swojej prozie nie unika tematów, które wymieniłem wcześniej. Przeważnie z niezwykłą swobodą łączy te właśnie tematy. Duchowość nie jest dla niego jedynie ucieczką od rzeczywistości. Powiedziałbym nawet, jest wręcz przeciwnie. Ta duchowość staje się narzędziem do lepszego jej zrozumienia, tej rzeczywistości. A jeśli świat, w którym żyjemy, to tylko symulacja, co wtedy oznacza przebudzenie? Kim są przewodnicy duchowi, którzy pojawiają się na naszej drodze? I czy rozwój duchowy to droga w głąb siebie, czy też sposób na wydostanie się poza granice zaprogramowanego świata? Piotr Witold Lech jest nie tylko pisarzem. Jest również znawcą tematyki, którą zwykliśmy nazywać duchową.
Mówimy o mistrzach duchowych. Tak, a Piotr Witold Lech mistrzów duchowych studiuje niemal na co dzień. W jaki sposób, to pewno jeszcze powiemy. W dzisiejszej rozmowie pochylimy się nad zagadnieniami, które łączą mistykę z nowoczesnym postrzeganiem rzeczywistości. Spróbujemy odnaleźć punkty styku między tradycyjnym rozumieniem duchowego rozwoju a ideą, że być może wszystko, czego doświadczamy, jest w jakimś sensie zaprojektowane, a naszą rolą jest rozpoznać, kto zaprojektował na przykład nasze ja. Tyle tytułem wstępu, a teraz już czas na formalności. Pięknie witam w Wehikule Wyobraźni. Witam Piotra Witolda Lecha.
[27:00] - Witam cię Marku, witam wszystkich słuchaczy.
[27:02] - Nie wiem, czy dobrze zrobiłem zagajenie naszej dzisiejszej rozmowy. Mam nadzieję, że uchwyciłem wszystkie wątki, a przynajmniej te najbardziej ważne wątki, o których będziemy rozmawiać. Wspomniałem o tym, że mistrzów duchowych studiujesz niemal na co dzień. To tak tytułem rozgrzewki, takiego rozbiegówkowego pytania. Trochę piszesz zresztą o tym w ostatniej książce. Jak to studiowanie w twoim wykonaniu wygląda?
[27:36] - W bardzo różny sposób. Zarówno audiobooki, jak i książki papierowe, jak i praktyka. Przede wszystkim praktyka. W tej chwili to jest praktyka, czyli praktyki medytacyjne, praktyki oddechowe. Sporadycznie również uczestniczę, teraz już sporadycznie, bo wcześniej tego było dużo więcej, w webinariach, różnego rodzaju kursach, które różni duchowi przewodnicy czy też coachowie, bo to też jeszcze sobie powiemy o tym pewnie, prowadzą. Jeździłem nawet na spotkania z indiańskim szamanem, więc było tego trochę, ale teraz koncentruję się przede wszystkim na bardzo prozaicznej rzeczy. Być może dlatego, że po tej początkowej fascynacji, o której będę jeszcze mówił, bo będziemy pewnie poruszać sprawy tego, jak to się w ogóle odbywa, stwierdziłem, że najlepiej jest iść jedną ścieżką. A jaką? To też może później zdradzę.
[28:40] - Rozwój duchowy to takie pojęcie, które jednych odstrasza. Mówią sobie: „Ja się nie muszę rozwijać duchowo. Ja już jestem wyjątkowo rozwinięty”. Innych natomiast interesuje, skłania do pewnej refleksji. Ale przecież rozwój duchowy to pewne etapy. O tym słyszeli chyba wszyscy, którzy chociaż zbliżyli się do tematu. A więc rozwój duchowy ma swoje etapy. Ma również coś, co można by nazwać dynamiką rozwoju duchowego. Od pewnego przebudzenia podążamy do czegoś, co nazwałbym integracją. Ale o co tak właściwie chodzi?
[29:27] - To może zacznę tak: David Ramon Hawkins, o którym sobie jeszcze może coś powiemy, napisał w jednej ze swoich kultowych książek takie oto zdania: „Mamy moc, by na nowo stworzyć własne życie. W więzieniach dochodzi do samobójstw, ale z drugiej strony są też ludzie, którzy w trakcie odsiadki kończą studia. Nie jesteśmy zatem świadkami prawdziwego świata, ale źródłem jego pozornej realności”. Wydaje mi się, że te słowa dobrze obrazują, w którym momencie życia i w jakich jego okolicznościach może rozpocząć się to, co nazywamy wciąż chyba bardziej umownie rozwojem duchowym. Dlaczego umownie? Ponieważ nie stworzono do tej pory jednego specjalistycznego słowa, które określałoby ten proces. Często potocznie mówimy samorozwój, ale i to wydaje mi się jakimś takim wyrażeniem nieprecyzyjnym, nazbyt trywialnym. Często nurt ten upychany jest do kultury New Age, ale chyba tylko z braku innej szufladki. Wszystko to już mówi nam, że jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem wyjątkowym. Jakie są etapy i dynamika takiego procesu?
Najłatwiej jest wejść w proces rozwoju duchowego — niestety zmartwię tutaj wszystkich — pod wpływem jakiejś ogromnej traumy: utraty kogoś bardzo bliskiego, ciężkiej, nieuleczalnej choroby swojej, bliskich, traumatycznych przeżyć, na przykład przemocy, wypadku, bankructwa czy niekończącego się życiowego pecha i towarzyszącej mu biedy. Często ludzie po prostu tak mają i nie wiedzą dlaczego. I przychodzi taki moment, w którym człowiek przestaje jedynie pytać: „dlaczego mnie to spotyka?” Ale zaczyna dopuszczać inną myśl, przed którą zazwyczaj ego człowieka broni się z całych sił. To konkluzja, że przyczyna niepowodzeń może tkwić nie w świecie zewnętrznym, ale w nas lub w sprawach bezpośrednio związanych z nami, lecz jednocześnie wręcz na pierwszy rzut oka niemożliwych do racjonalnego wytłumaczenia. I wtedy zaczyna się to, co Anthony de Mello nazywał przebudzeniem. Najczęściej towarzyszy temu początkowemu procesowi tak zwana ciemna noc duszy. To stan wyjątkowy, dosłownie i w przenośni, całej naszej osobowości. Może kilka słów, jeśli pozwolisz, powiem o tej ciemnej nocy duszy, bo jest to moim zdaniem kluczowa sprawa.
[31:45] - Piotrze, ciemna noc duszy bardzo mi się kojarzy z przeżyciami mistyków. Oni także mówią o tym, że właśnie podczas przeżyć doświadczeń mistycznych coś takiego się pojawia. Jest wręcz niezbędne do tego, żeby owo przeżycie mistyczne zaistniało. Wielu mistyków mówi o tym wprost.
[32:11] - Tak, oczywiście. Jest to przecież termin, który przypisuje się — chociaż ponoć powstał wcześniej — ale rozpropagował go chrześcijański mistyk święty Jan od Krzyża, który użył go do opisania tego etapu duchowej podróży, w którym jednostka doświadcza głębokiego poczucia pustki i duchowej ciemności. To jest właśnie rozwój duchowy. Najprościej ujmując, czym jest ciemna noc duszy? To całkowity rozpad dotychczasowej osobowości, wyznawanych wartości, wytyczanych celów czy wyobrażenia o świecie, ale przede wszystkim o samym sobie. To przemodelowanie całego wewnętrznego ja. Człowiek doświadcza głębokiego poczucia pustki i dlatego jest to bardzo ciężka próba samotności, oderwania od świata i od wszystkiego, co do tej pory sprawiało mu satysfakcję. I właściwie w tym stanie zaczyna kwestionować wszystko: swoją religię, wiarę, przekonania, sens życia. Odczuwa utratę własnej tożsamości, a ma nawet trudności z określeniem, kim właściwie jest. Znam osobiście takie przypadki.
To prowadzi do dezorientacji i poczucia zagubienia, smutku, rozpaczy, niepokoju, strachu. Przede wszystkim strachu, bo te zajęcia, które do tej pory przynosiły radość, tracą na atrakcyjności. A to z kolei prowadzi do poczucia takiej bezcelowości w życiu i prowadzi też do poczucia odizolowania od innych, w tym nawet najbliższych: przyjaciół, rodziny. Szczególnie, że człowiek przechodzący przez ciemną noc duszy ma ogromne trudności z przekazaniem swoich doświadczeń i często jest kompletnie nierozumiany przez otoczenie. Czas trwania ciemnej nocy duszy jest różny. Zależy indywidualnie od przeżywającego ją człowieka, od tego przede wszystkim, jak bardzo broni się ukształtowane od dziecięcych lat ego. Może to trwać od kilku tygodni, a nawet do kilku lat. Jest to stan bardzo podobny do głębokiej depresji, więc często mylony. Ma jednak jedną i to zasadniczą różnicę. Przetrwanie go tworzy nową jakość, bo następuje zasadniczy demontaż ego, czy jak kto woli, fałszywego ja, co otwiera drogę do głębszej samoświadomości.
Proces ten zmusza człowieka do konfrontacji ze wszystkim, właściwie ze swoimi przywiązaniami i uczy, jak porzucać niepotrzebne rzeczy, na przykład dobra materialne, toksyczne relacje, stare sposoby myślenia. Stajemy się wtedy wrażliwsi na własne emocje, ale też na emocje innych. Pogłębia się empatia, współczucie wobec wszystkich istot. Ciemna noc duszy stanowi nie lada wyzwanie. Może prowadzić do głębokiego rozwoju osobistego, samopoznania i głębszego połączenia z wyższą prawdą, a po przetrwaniu jej człowiek może wyłonić się z takim zupełnie odnowionym poczuciem siebie. W sensie takim jaśniejszym zrozumieniem swoich przekonań i większym dostosowaniem do swojego prawdziwego celu. A to jest bardzo ważne, ponieważ bardzo często zajmujemy się w życiu rzeczami, co do których mamy przekonanie, że akurat nimi powinniśmy się zajmować, a one jednak nie przynoszą nam satysfakcji. Powodują, że choć mamy na przykład wspaniałą pracę w korporacji, wspaniałą finansowo, to ta praca kompletnie nas nie kręci, że tak powiem. I mało tego, wypala nas, powoduje, że coś jest nie tak. Czujemy, że popadamy w depresję.
Często tak się kończy po przejściu tej ciemnej nocy duszy, że ludzie nawet porzucają dobre prace i zajmują się czymś mniej dochodowym, ale czymś, co przynosi im ogromną satysfakcję i w tym widzą prawdziwy cel swojego życia. Bo ujrzenie celu to właściwie jest taka zmiana całkowita percepcji życia, nabiera ono sensu. I mogę też ten wątek zakończyć takim cytatem Hawkinsa, właśnie dotyczącym ciemnej nocy duszy. „Paradoksalnie” — mówi on — „po kryzysach życiowych często następuje zróżnicowany w czasie trwania okres spokoju i wyciszenia, bliski czasem poziomowi doświadczeń mistycznych”. Ciemna noc duszy często poprzedza stany podwyższonej świadomości.
[36:23] - Piotrze, ja będę w tej chwili robił za niedowiarka, bo ktoś słuchając tego, co mówisz, może zadać sobie pytanie: ale czy ja się chcę rozwijać duchowo? To w gruncie rzeczy niebezpieczne. Piotr Witold Lech mówi o ciemnej nocy duszy, o stanie bliskim depresji, o tym, że pewne rzeczy, które dzisiaj uważam za wspaniałe, za dobre, które się nagle okażą kompletnie bezwartościowe. Czy ja w ogóle mam zaczynać ten rodzaj flirtu? A może nie? Może to nie flirt? Czy mam zaczynać coś takiego jak rozwój duchowy? Czy to się w ogóle opłaca? Wybacz Piotrze ten język taki bardzo komercyjny, ale dzisiaj ludzie tak bardzo często myślą. Czy rozwój duchowy w ogóle się opłaca?
[37:25] - To już człowiek musi podjąć indywidualnie decyzję. Jest to bardzo sprawa indywidualna. Przychodzi taki moment w życiu, gdzie zadajemy sobie pytanie, czy chcemy to ciągnąć dalej, czy pragniemy przemodelować całe swoje życie. I temu towarzyszyć zaczynają pewne zjawiska, które odbywają się na poziomie psychicznym. Tutaj pewnie będziemy sobie mówić o psychoterapii jeszcze i porównywać ją do rozwoju duchowego. Natomiast właściwie to jest moja odpowiedź na twoje pytanie, czy to się opłaca. Każdy musi to sobie przekalkulować sam, w zależności od tego, czy widzi sens swojego życia i chciałby je zmienić, czy pragnie tkwić w tym, w czym jest. Czy się opłaca? Z mojego punktu widzenia, z mojej perspektywy, nie mogę wypowiadać się za innych. Opłaca się.
Choćby z tych powodów, które już wspominałem wcześniej, bo osiąga się pewien rodzaj spokoju nawet kosztem dóbr materialnych i świadomość celu. To jest bardzo ważne. W moim przypadku wydaje mi się, że to dosyć istotne, ale to, tak jak powiedziałem wcześniej, zmienia całą percepcję życia.
[38:50] - Żyjemy w pewnej kulturze i w tej kulturze, nazwijmy ją europejską, praktyki wspierające rozwój duchowy kojarzą się najczęściej z modlitwą. Ale przecież to nie są jedyne praktyki wspierające rozwój duchowy. O co w ogóle chodzi z tymi praktykami? Co one dają? Po co się w ogóle owe praktyki wykonuje? No i najważniejsze: co poza modlitwą, która siłą rzeczy w Europie jest jednak związana z chrześcijaństwem, co innego można stosować jako praktyki wspierające rozwój duchowy?
[39:31] - To jest temat bardzo obszerny. Są dziesiątki sposobów wspierania duchowego rozwoju i każdy w tym względzie, tak jak powiedziałem, radzi sobie sam i radzi sobie jak może. Czasem, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że najczęściej te pierwsze poszukiwania bywają chybione, bo albo nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań, albo człowiek po prostu zbyt szybko się zniechęca. Wszyscy chcemy widzieć efekty jak najszybciej naszych działań, a tymczasem rozwój duchowy i to, o czym mówiłem, a więc wszystkie te dobre rzeczy związane z rozwojem duchowym, przychodzą powoli, malutkimi kroczkami. Rzadko odbywa się to w sposób spektakularny, chociaż i tak bywa. Ale wiesz co? Znowu nasunął mi się Hawkins, który w książce „Technika uwalniania” na trzech czy czterech stronach wymienia, czegoż to ludzie się nie chwytają, chcąc sobie pomóc w rozwoju duchowym. I akurat mam przed sobą fragment tylko tej wyliczanki, bo całą wyliczanką nie będę was i słuchaczy katował, ale posłuchajcie, bo to jest dość zabawne. No cóż, pisze Hawkins: „Muszą być jacyś eksperci, którzy znają odpowiedzi. Idziesz więc do lekarza lub psychiatry, do analityka, pracownika pomocy społecznej lub astrologa.
Zajmujesz się religią, zgłębiasz filozofię, bierzesz udział w seminariach treningowych Eckharta, opukujesz się według metody EFT, równoważysz swoje czakry, próbujesz refleksologii, udajesz się na zabieg akupunktury ucha, zapisujesz się na irydologię, korzystasz z uzdrawiania światłem i kryształami, medytujesz, intonujesz mantry, pijesz zieloną herbatę, dołączasz do ruchu zielonoświątkowców, wdychasz ogień i mówisz starożytnymi językami. Jesteś ześrodkowany. Uczysz się NLP, próbujesz samorealizacji, ćwiczysz wizualizację, studiujesz psychologię, dołączasz do grupy psychoanalizy jungowskiej, przechodzisz sesje rolfingu, próbujesz środków psychodelicznych, idziesz do jasnowidza, ćwiczysz jogę, taniec, pilates, kickboxing. Trzymasz dietę i uprawiasz aerobik. Wisisz do góry nogami, nosisz amulety, jedziesz do wróżki na biofeedback, na terapię gestalt. Chodzisz na konsultacje do swojego homeopaty, hipopraktyka, neuropaty. Próbujesz kinezjologii. Odkrywasz, jakim jesteś typem według enneagramu. Równoważysz energię w meridianach. Dołączasz do grupy rozwijającej świadomość.
Łychasz środki uspokajające. Bierzesz kilka zastrzyków. Próbujesz soli komórkowych. Uzupełniasz elementy. Modlisz się, błagasz i rzucasz zaklęcia. Uczysz się poruszać w planie astralnym. Zostajesz wegetarianinem. Jesz tylko kapustę. Przechodzisz na dietę makrobiotyczną. Odżywiasz się organicznie.
Nie jesz GMO. Bierzesz udział w spotkaniach z indiańskim szamanem. Przechodzisz szała z potu”. To jest tylko fragmencik tej wyliczanki, bo to jest taka wyliczanka na trzy czy cztery strony i którą Hawkins, przecież przewodnik duchowy- W sposób, jak się na pewno zorientowałeś, lekko ironiczny podaję w swojej książce. Dlaczego więc ironizował? Otóż chodzi o to, że większość ludzi szuka ratunku na zewnątrz. Stąd masowo kierują się do specjalistów oferujących różne techniki i zabiegi. Oglądają liczne webinaria, spotykają się w grupach wsparcia, które choć początkowo odgrywają na pewno pozytywną rolę, w efekcie odwracają uwagę od tego, co najistotniejsze. Tymczasem pierwszym krokiem, na co zwracają uwagę wszyscy najważniejsi przewodnicy duchowi, jest spojrzenie w głąb siebie. Ale nie takie zwykłe, egotyczne spojrzenie, w którym zazwyczaj umysł podsuwa wygodne usprawiedliwienia, lecz boleśnie szczere, bez fałszu, bez iluzji.
Jest to oczywiście związane ze wspomnianą wcześniej ciemną nocą duszy. I nie chodzi o to, że wszystkie te techniki, webinaria, szkolenia są złe, ale pełnią one raczej rolę terapii uzupełniającej. I o tym trzeba pamiętać. Względnie dopełniającej duchowy rozwój. Na początku zawsze, przynajmniej w takim klasycznym rozwoju duchowym, jest ból i cierpienie, od którego nie da się uciec, bo skąd całkowicie przewartościować swoje życie? Słusznie więc, że zwróciłeś tu uwagę na takie elementy jak modlitwa, medytacja czy introspekcja. Właściwie, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, wszystkie te rzeczy sprowadzają się do jednego głębokiego wejścia w samego siebie. Modlitwa odmawiana z zaangażowaniem jest przecież formą medytacji. Najlepszym przykładem mogą być tutaj wszelkie chrześcijańskie litanie, które odmawiane z zaangażowaniem, pełną świadomością na poziomie energetycznym mogą pełnić bardzo podobną rolę co medytacja, czyli w jakimś sensie doprowadzić do duchowej introspekcji. Oczywiście konwencjonalna psychologia, psychoterapia także odgrywa tutaj dużą rolę, szczególnie w początkowej fazie procesu przebudzenia duchowego.
Szkoła jungowska i wywodzące się z niej metody psychoterapeutyczne znakomicie się tutaj sprawdzają. Pojawiła się też w ostatnich latach taka nowa grupa psychologów, którzy starają się łączyć konwencjonalną wiedzę psychologiczną z aspektami duchowymi. Tutaj przykładem może być metoda ustawień systemowych według Berta Hellingera. No, ale to już jest szerszy temat.
[45:00] - Myślę, że bardzo wielu słuchaczy pomyślało przed chwilą: „No, rozwój duchowy może i warto, ale tak mnie naszło w tej chwili”. Jaka jest różnica pomiędzy rozwojem duchowym a czymś, co nazywane jest psychologicznym wzrostem osobowości? Bo bardzo wiele osób myli te dwie rzeczy i może słusznie, może słusznie je porównuje ze sobą, a może nie. Jak na to patrzysz?
[45:31] - Ja uważam, że mają rację i nie, bo na pierwszym etapie różnice są naprawdę niewielkie, a właściwie żadne. Psycholog zajmuje się tym, co wywołało nerwicę lub stany depresyjne. Szuka przyczyn w podświadomości, najczęściej w traumach przeżytych w dzieciństwie albo w następstwie różnych niepowodzeń życiowych. Jego celem jest znalezienie tych wydarzeń z przeszłości pacjenta, a następnie poprzez psychoterapię przepracowanie ich i poprawić jakość życia podopiecznego. I to także jest bardzo skomplikowany proces, ponieważ psychoterapia odkrywa wiele już nieuświadomionych traum i już na tym etapie człowiek zderza się z własną podświadomością, która bolesnie konfrontowana jest z ego. Także mądrze prowadzona psychoterapia może być prawdziwym szokiem, ale jednocześnie może przynieść też znakomite skutki, więc absolutnie nie należy jej bagatelizować. Wręcz uważam, że na tym etapie, zresztą za chwilę o tym powiem. Natomiast wciąż jednak celem psychoterapii, mówimy tutaj o psychologii konwencjonalnej, jest poprawa bieżącego życia człowieka osadzonego w takich, a nie innych kontekstach kulturowych, religijnych, społecznych, rodzinnych, osobistych czy zawodowych. Jednak zazwyczaj nie prowadzi to do świadomości. I tutaj jest ta różnica, że energetycznie jesteśmy połączeni z czymś jeszcze wyższym.
I ta różnica pojawia się gdzieś tam w takiej schyłkowej czy największej fazie ciemnej nocy duszy, którą większość psychiatrów i psychologów utożsamia z depresją. Tymczasem w człowieku dzieje się coś o wiele głębszego. Zachodzi całkowite i diametralne przewartościowanie wszystkiego, co do tej pory stanowiło sens życia. To nie tylko taki zwykły wzrost osobowości, ale gruntowne jej przebudowanie. Ucieknę się znowu do cytatu, ale teraz Modjiego. To jest jeden z najbardziej znanych współczesnych przewodników duchowych, który pięknie mówi o tych sprawach. On powiada tak: „Umysł jest tutaj, aby cię testować, próbować i tworzyć w tobie wątpliwości i rzucać wyzwania twojej sile. Musisz przekroczyć każdą wątpliwość dotyczącą tego, kim jesteś. Możesz sobie pozwolić na wątpliwości wobec innych rzeczy, ale wątpliwości dotyczące siebie musisz wyjaśnić, a złudzenia się skończą. Jesteś niezmienną świadomością, nie umysłem psychologicznym.
Gdy tylko stajesz się tego pewien, umysł zacznie scalać się z tobą jako pojedyncze istnienie”. Ale tak nawiązując do tego, co ty mówiłeś, Marku, są ludzie faktycznie i jest ich całkiem sporo, nawet ci, którzy zanurzeni są głęboko w samorozwoju, którzy uważają, że wybór między psychologicznym wzrostem osobowości a duchowością jest wyborem iluzorycznym, że właściwie to jedno i to samo. Oni argumentują, że nauczenie się obserwowania z pozycji świadomego obserwatora tego, co i dlaczego się w nas dzieje, odkrywa szerszą perspektywę planu, sensu i funkcji naszego życia. Rozwój bowiem według nich to zrozumienie przyczyn i skutków. Rozumienie zaś prowadzi do akceptacji, a akceptacja do ulgi, bowiem przestajemy prowadzić walkę z samym sobą. Twierdzą, że choć to proces głównie psychologiczny, modne jest nazywanie go duchowym. Ja się z tym nie do końca zgadzam. Zgadzam się, ale częściowo. Bo owszem, są tutaj obecne na tym szczególnie pierwszym etapie rozwoju duchowego przeżyte wcześniej traumy, nawet te z odległego dzieciństwa, które należy przepracować. I to jest zadanie jak najbardziej dla psychologa.
Ale jest coś jeszcze. Odkrycie, że jest się częścią czegoś niepojętego, lecz nieskończenie pięknego, że wszystko, co w naszym życiu się zadziało i dzieje, zarówno dobrego, jak i złego, a więc w tym także wszelkie bolesne przeżycia, jest to precyzyjny i bezbłędny plan, a nasze istnienie ma sens na poziomie o wiele wyższym aniżeli tylko doczesny spokój czy jakieś tam iluzoryczne sukcesy. Prawdziwym efektem rozwoju duchowego jest świadomość tej właśnie energetycznej łączności ze wszystkim. To jest ważne słowo, a to tworzy zupełnie nową jakość. Właściwie można powiedzieć, że dopiero duchowy rozwój odkrywa prawdziwy cel naszego życia. I tak jak mówiłem, że to prowadzi do całkowitej akceptacji, a także do takiego spokoju, który osiąga się niezależnie od tego, czy wykonujesz jakąkolwiek pracę. Nie wiem, czy widziałeś taki film „Perfect Day”. To jest o takim sprzątaczu toalet w Tokio, który właśnie wyznaje całą filozofię zen, więc on jest szczęśliwy z tego powodu. On w ogóle nie traktuje tej pracy jako pracę upokarzającą. On jest szczęśliwy z tego powodu, że żyje.
Wszystko go cieszy. To jest niesamowity stan. To do psychologii. Na przykład Anthony de Mello praktykujący jako psycholog. On powiedział tak: „A może psychologia jest czymś bardziej praktycznym niż duchowość? Nie, nie jest bardziej praktycznym niż duchowość. W tym może człowiekowi pomóc biedny psycholog może rozładować napięcie skumulowane w człowieku. Sam jestem psychologiem, czynnym psychoterapeutą i staję wobec wielkiego konfliktu wewnętrznego, ilekroć muszę wybierać pomiędzy psychologią a duchowością”.
[51:05] - Przyznam się, Piotrze, że kiedy powiedziałem pewnemu swojemu znajomemu, że będę rozmawiał z autorem książki „Świat jest żaden”, to bardzo mnie poprosił, żebym zadał to pytanie, które właśnie będę zadawał za chwilę. Stwierdził, że życie duchowe to są również pułapki i poprosił, żebym zapytał o pułapki duchowego ego i duchowego materializmu. Tak to przynajmniej określił.
[51:40] - To jest bardzo ciekawy temat. Jak już wspomniałem, transformacja, której dostępujemy w tym procesie samorozwoju, nie zachodzi od razu, bo to jest proces. Zresztą potocznie nazywa się ten okres w środowiskach samorozwojowych proces. Czasem, jak wspominałem wcześniej, jest to proces rozciągający się nawet na całe lata, którego głównym zadaniem i ostatecznym celem jest demontaż dotychczasowej struktury ego po to, żeby uzyskać nad nim świadomą kontrolę. Nie wiem w gruncie rzeczy, czy jest to w pełni możliwe, ale na pewno można osiągnąć takie poziomy, z których jesteśmy w stanie rozumieć, co w danej sytuacji z nami się dzieje, jak i dlaczego ego reaguje w taki, a nie inny sposób. A już samo zrozumienie problemu, to de Mello tak twierdził, może prowadzić do jego rozwiązania na zupełnie innym poziomie aniżeli u człowieka nieświadomego. Jednak wciąż potrzebna jest uważność. Uważność jest jednak rozumiana tutaj w specjalny sposób. Nie jest to bowiem synonim zwykłej uwagi, którą zazwyczaj poświęcamy setkom spraw bieżącego życia. To termin pojawiający się często w praktykach zen.
Shunryu Suzuki to jest taki legendarny nauczyciel zen, który jako jeden z pierwszych mistrzów podjął się spisania dla społeczeństw Zachodu podstawowych założeń tej praktyki. Bo jak wiesz, buddyści, szczególnie praktykujący zen, oni niechętnie w ogóle piszą o tych sprawach. Czy pisali, bo uważali, że jest to w jakiś tam sposób sprzeczne z praktyką, ale już nie wchodźmy w te szczegóły. I Shunryu Suzuki pisał tak: „Kiedy wasza praktyka jest dobra, możecie poczuć się z niej dumni. To, co robicie, jest dobre, ale do tego dodane jest coś jeszcze. Tym dodatkiem jest duma. Właściwa praktyka to pozbywanie się dodatków”. O czym więc tutaj mówił Suzuki? Oczywiście o duchowym ego. Pojawia się ona zazwyczaj w wyniku braku należytej uważności.
Obecne jest także w chrześcijaństwie. Przecież Jezus także napominał, żeby dając jałmużnę ubogiemu, twoja prawica nie wiedziała, co czyni lewica. Duchowe ego jest podstępne i uchodzi za zdecydowanie bardziej niebezpieczne od ego zwykłego. Jest to termin znany znawcom tematu. Duchowe ego narasta bowiem powoli, udając, ponieważ ego znakomicie odgrywa określone role, że jest czymś innym niż jest w rzeczywistości. Mało tego, osoba wzrastająca duchowo może być całkowicie nieświadoma tego, że właśnie wpada w kolejną pułapkę, tym razem o wiele bardziej wyrafinowaną. Człowiek ma wrażenie, że robi ogromne postępy, że już osiągnął jakiś etap, w którym kieruje się bezinteresowną miłością na przykład i zrozumieniem, a tymczasem gdzieś tam głęboko w środku zaczyna kiełkować pycha i poczucie wyższości nad drugim człowiekiem. Pułapką wyższości jest także to, co nazywane jest duchowym elitaryzmem. Tak, przecież ten duchowy elitaryzm obecny jest w różnych grupach religijnych. Podobnie jest z duchowym intelektualizmem.
To pułapka duchowego ego, w którą najczęściej wpadają neofici samorozwoju, bo czytają mnóstwo książek, uczestniczą w warsztatach, słuchają webinariów. Jednym słowem nabywają całkiem pokaźną wiedzę na ten temat. Tutaj znów nasuwa mi się zacytowany wcześniej fragment techniki uwalniania Hawkinsa. I to sprawia, że zaczynają uważać się z czasem za ekspertów i wynosić ponad innych. Jeszcze inną pułapką takiego duchowego ego jest koncentrowanie się jedynie na pozytywach. Jest to taka forma naiwności duchowej. Polega ona na wierze, że koncentrując się wyłącznie na pozytywach, możemy uniknąć konfrontacji z własnej cienie. I zaczynamy negować wszystko to, co wywołało w nas lęk, wierząc, że ten brak uwagi, jaki będziemy wykazywać w stosunku do tych rzeczy złych, względnie jedynie pozytywne myślenie przeprogramuje to i unicestwi. Jednak prawda jest taka, że tylko poprzez konfrontację z cieniem uleczymy rany naszego umysłu. To podejmował mocno Carl Gustav Jung już wiele lat temu i dla psychologów właściwie nie stanowi żadnej tajemnicy.
Jest to także naturalny mechanizm duchowego wzrostu. Inne pułapki, nieco rzadziej spotykane, to zatrzymanie się na osiągniętym stanie świadomości, kwestionowanie na przykład tego, że istnieją jeszcze wyższe. Jest jeszcze taka bardzo rzadka pułapka duchowego nihilizmu, która pojawia się już na takich bardzo wysokich stanach świadomości, kiedy człowiek zdaje już sobie sprawę z tego, że potrafi kreować otaczającą rzeczywistość, ale uznaje, że skoro tak jest, to nie istnieją rzeczy obiektywne. Wszystko bowiem można zmienić aktem mentalnym. Tutaj zachodzi takie zanegowanie istnienia siły wyższej, jakkolwiek byśmy jej nie nazwali, która jednak jest tym ostatecznym kreatorem wszechrzeczy. Zaś nasza kreacja może odbywać się tylko przy jej współudziale. Myślę, że to tyle w odpowiedzi na twoje pytanie.
[56:43] - Uśmiechnąłem się, kiedy mówiłeś o tym, ponieważ w komentarzach pod różnymi filmami na kanale Wehikuł Wyobraźni od czasu do czasu pojawiają się ludzie, którzy piszą komentarze mniej więcej w takim tonie: „Cóż wy tam wiecie? Ja wiem, jak jest. Mogę to udowodnić. A po co mam to udowadniać? Ja po prostu wiem, a wy nie wiecie nic. Zastanawiacie się, kombinujecie. Po co? Wystarczy, że ja napiszę wam, jak jest”. Trochę mi to przypominało te praktyki, o których powiedziałeś.
[57:30] - Oczywiście.
[57:31] - Wróćmy jednak do przepytywania naszego gościa. Tak sobie myślę, że z rozwojem duchowym związani są ściśle ludzie, których nazywamy przewodnikami duchowymi. To są ludzie, którzy wydają się być niezwykle ważni w tym procesie rozwoju duchowego. Ale przyznam, że kiedy ktoś zaczyna zgłębiać tę tematykę, to myśli sobie: „Zaraz, zaraz, przecież inteligentny jestem. Sam sobie to zgłębię, a po co mi przewodnik? Po co?” To ja tak nieśmiało zapytam, ponieważ przewodnicy duchowi to jest właściwie przy rozwoju duchowym rzecz normalna. Rzecz, o której mówi się bardzo często, więc przyjmijmy, że oni są potrzebni. Dlaczego, to możesz wytłumaczyć przy okazji, ale jeślibyśmy mieli wskazać na pewne archetypy przewodników duchowych, to takie archetypy jak mistrz, szaman, nauczyciel, wyższe ja. Co więcej można powiedzieć o owych przewodnikach?
[58:48] - Tak. Właściwie te, które wymieniłeś, to są archetypy jungowskie. Mędrzec Senekstary, Mędrzec Wielka Matka — to jest jeden archetyp jako symbol dualistycznego charakteru duchowego przewodnictwa. Ten błazen szaman jakoś jest tak łączony jako przewodnik nieszablonowy, prowokujący do zmian. I jaźń, oczywiście self to ten najwyższy poziom psychicznej integracji, wewnętrzny głos mądrości. Ale jeżeli mówimy o duchowości, zarazem religijności. I tutaj muszę zaznaczyć może od razu jedną sprawę. Duchowość i religijność dla większości przewodników duchowych to jedno i to samo. Religijność jednak jest przez nich rozumiana w zupełnie inny sposób — jako introspekcja, nie zaś kult sam w sobie. O tym bardzo mocno wypowiadał się na przykład Osho.
Kiedyś mieliśmy taki program o Osho, gdzie on wręcz mówi, że wszelkie religie to są korporacje bez szefa. Tak naprawdę religijność jest w tobie. Religijność się zaczyna i kończy w tobie. Wracając do tematu. A więc jeżeli mówimy o duchowości, od razu nasuwają mi się trzy podstawowe postacie. I tu też podzielał to zdanie na przykład Hawkins, stanowiące uosobienie archetypu mędrca. To Krishna, Budda i Jezus Chrystus, a po nim ich kolejni uczniowie, tacy jak apostołowie, czy też legendarni wschodni nauczyciele jak Laozi czy Bodhidharma, Dogen Zenji i wielu innych, ich uczniów i następców. A więc są takie postacie historii, które bądź to stworzyły podwaliny pod religię bądź prądy filozoficzne. W zależności, jak będziemy buddyzm uznawać i także wybitne postacie, które kontynuowały ich drogę. Nie możemy też zapominać o filozofii, bo tak sobie tutaj rozmawiamy o duchowości, ale filozofia, na przykład stoicka, też bardzo dobrze się może wpisywać w to, o czym w tej chwili mówimy, bo starożytni filozofowie mówiący wspaniałe rzeczy mogą być jak najbardziej takim archetypem mędrca dla tych, którzy poszukują.
Nie możemy też zapominać o innych wierzeniach, na przykład często lokalnych i uważanych niesłusznie za prymitywne, bo nie znamy imion większości dawnych wielkich szamanów Indian obu Ameryk, Aborygenów, rdzennych mieszkańców Afryki czy nawet europejskich religii pogańskich. Wyjątek tu stanowią starożytne opisane imperia. I można powiedzieć, że chociaż wszyscy ci ludzie nauczali różnymi językami, w różnych kontekstach historycznych, kulturowych, łączy ich podstawowa cecha przebijająca się nawet poprzez tę tradycję czy poprzez tekst konkretnego dzieła. Tą cechą, moim zdaniem, jest charyzma mająca swoje źródło w natychmiastowo wyczuwalnej prawdzie. Można sobie negować i szydzić klikając w internecie, ale kiedy ten sam szyderca stanąłby na przykład w klasztorze ojców benedyktynów w Tyńcu koło Krakowa i usłyszał przepięknie wykonany chorał gregoriański, a po nim słowa Ewangelii albo po ciężkiej pielgrzymce dotarł do Santiago de Compostela, przeszedł te półtora tysiąca kilometrów i tam ponownie wysłuchał słów Ewangelii, to jego percepcja na pewno byłaby inna niż ta zza klawiatury komputera. To samo dotyczy samotnego spaceru po jesiennym parku z dobrze przygotowanymi i przeczytanymi przez lektora fragmentami czy z cytatami Bhagavadgity, słów Buddy czy Bodhidharmy, Rosziko Dosabakiego, Laozi i tak dalej. Można też sięgać do słów ojców psychologii: Junga, Freuda i też widzieć w nich swoich mistrzów. Naprawdę w tym, o czym w tej chwili mówimy, a więc rozwoju duchowym, czyli samorozwoju, ta paleta tych mistrzów, tych wszystkich postaci, do których możemy się odwołać, jest bardzo szeroka i tym właśnie różni się rozwój duchowy od tradycyjnej religii wciśniętej w jeden kanał obrzędów i dogmatów. Z tymi mistrzami, o których wspomniałem, jest tak, że nawet jeżeli pozostaniesz sceptyczny, to wnikasz w te słowa i zaczynasz się zastanawiać, bo nawet jeśli negujesz, nie pozostaniesz obojętny. To jest właśnie ta charyzma.
Czujesz prawdę.
[01:03:18] - Żyjemy w świecie, w którym powszechna jest mimikra, udawanie, podszywanie się nawet. Naturalną koleją rzeczy pojawia się pytanie: jak rozpoznać prawdziwego przewodnika duchowego? Jak odróżnić go od przewodnika fałszywego?
[01:03:44] - To zagadnienie w jakiś sposób łączy się z poprzednią moją wypowiedzią. Oczywiście rozpoznanie prawdziwego, ale to rozumieć tutaj raczej należy jako właściwego dla siebie przewodnika duchowego, jest istotną sprawą, szczególnie w początkowym etapie rozwoju duchowego, kiedy trzeba wspierać się wiedzą i doświadczeniem innymi i na tej bazie budować własne doświadczenie. Ostatecznie jednak nikt, żaden psycholog ani nawet charyzmatyczny przewodnik duchowy nie ma bezpośredniego wpływu na jakość naszej transformacji. Tutaj jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na siebie. Ale powracając do twojego pytania — w dzisiejszych czasach, w dobie internetu roi się od różnych osób, które oferują przewodnictwo duchowe na ścieżce samorozwoju. I chociaż część z nich zapewne nie posiada do tego odpowiednich kwalifikacji, nie można też powiedzieć, żeby cała reszta, w tym przypadku większość osób kompetentnych, nie mogła w znacznym stopniu pomóc. Szczególnie na tym wspomnianym przeze mnie pierwszym etapie procesu. Tutaj wydaje mi się, że każdy powinien zdać się na swoją intuicję, zachowując wszelako porą dozę sceptycyzmu. Bo przecież już Budda napominał: „Nie wierz w nic, bez względu na to, gdzie to czytasz lub kto to powiedział, nawet jeśli ja to powiedziałem. Chyba że zgadza się to z twoim rozumem i zdrowym rozsądkiem”.
Tej myśli, uważam, prostej i genialnej, powinniśmy się trzymać oglądając kolejne webinaria, czytając kolejne książki o rozwoju. W środowiskach samorozwojowych często używa się takiego zwrotu, że coś zarezonowało z nami. To moim zdaniem bardzo dobre określenie. Właśnie owo zarezonowanie powinno być wskazówką, że przewodnik, który do nas przemawia, jest przynajmniej na tym etapie tym właściwym. Tutaj nasuwa mi się jeszcze jedna sprawa: kwestia przywiązania do nauczyciela. Jest to kolejna pułapka, bo mówiliśmy wcześniej o pułapkach, w którą łatwo wpaść, ponieważ jeżeli na pewnym etapie dany przewodnik potrafi wskazać kierunek, to przechodząc już na kolejny etap, będziemy potrzebowali następnego, nowego przewodnika, który wskaże coś innego. Wspominał o tym właśnie Szunru Suzuki, o którym mówiłem wcześniej. On to mocno akcentował w książce „Umysł zen. Umysł początkującego”, aby nie przywiązywać się do nauczyciela. Częstą pułapką jest też ilość wchłanianego na raz materiału.
Neofici rzucają się na wszystko. Potrafią słuchać, wiem, bo z autopsji przerabiałem, webinaria dziennie, co tydzień uczestniczyć w jakichś warsztatach, kursach, jeździć na drugi koniec Polski, żeby przejść spotkanie z jakimś charyzmatycznym guru. Efekt jest często taki, że taka osoba posiada ogromną wiedzę na temat rozwoju osobistego. Tu mi się przypomina to, co mówiłeś przed chwilą o tych komentarzach, ale nadal jednak nie potrafi uporać się z własnymi problemami. Znam też takie przypadki.
[01:06:43] - Mam pytanie dotyczące przewodników duchowych. Jaka jest ich rola w takiej osobistej transformacji? Człowiek przeżywa przemianę. I jaka jest rola tych osób, które uznawane są za przewodników? Na ile ona jest ważna?
[01:07:07] - Odpowiedziałem na to pytanie wcześniej, ale może podkreślmy to jeszcze raz, że prawdziwy rozwój duchowy zawsze odbywa się w samotności. Zbytnie przywiązanie do mistrza czy nauczyciela, czy przewodnika duchowego może rozwój ten zniekształcić lub wręcz niewłaściwie ukierunkować. Mistrz jest potrzebny tylko do tego, żeby zasugerować kierunek, względnie pokazać jakąś pożyteczną technikę, ale w efekcie przychodzi ten moment, kiedy zostajesz sam na sam z sobą i twoim zadaniem jest zmierzenie się z najgorszymi demonami o istnieniu, których nawet nikt oprócz ciebie samego nie ma tak głębokiej wiedzy. Tu mi się nasuwa taka anegdota Osho. On napisał, już nie pamiętam, w której książce, chyba w „Księdze ego", nałożyły mi się dwa tytuły, Eckharta Tolle i Osho. On napisał taką anegdotę: pewien chłopiec, będąc gdzieś w miejscu publicznym ze swoim ojcem, wciąż drapał się po głowie. Ojciec zapytał go: „Dlaczego nikt nie drapie się po głowie, tylko ty?" I chłopiec odparł: „Pewnie dlatego, że jestem jedyną osobą, która czuje, że mnie swędzi". Odpowiadając więc na twoje pytanie, moim zdaniem prawdziwy rozwój duchowy odbywa się tak czy inaczej bez zewnętrznego mistrza. Inną sprawą jest kontakt energetyczny, intuicyjny czy symboliczny. Tutaj jak najbardziej mogą, a nawet moim zdaniem niekiedy muszą istnieć połączenia, przecież transformując swoją osobowość wciąż mamy w głowie słowa zarówno przewodników religijnych, jak i wszystkich tych, z których naukami w tym duchowym kontekście się zetknęliśmy.
I to jest bardzo pomocne. Stają się oni wtedy niejako naszymi przyjaciółmi, można tak powiedzieć, którzy prowadzą nas przez tą ciemność. I nieważne właściwie, z jakiego kręgu kulturowego się wywodzimy. Ktoś wychowany w społeczeństwie chrześcijańskim pewnie częściej będzie się odwoływał do Chrystusa i świętych niż do Buddy czy Laozi, ale z czasem i to może się zmienić. Ja na przykład ostatnio bardziej rezonuję z myślami buddyjskiej praktyki zen aniżeli z ewangeliami. Co oczywiście nie znaczy, że do Biblii nie sięgam. Dla innych takimi symbolicznymi przewodnikami mogą być nawet wielcy filozofowie, jak wspominałem, którzy na przestrzeni wieków oglądali metafizykę na przykład. Mógłbym na tym zakończyć ten wątek.
[01:09:29] - Ja jednak lubię drążyć pewne sprawy, więc postaram się podsumować, czy dobrze zrozumiałem. Czyli rozwój duchowy to jest proces niejako wewnętrzny, ale dobrze, kiedy w pewnym momencie, na pewnym etapie tego rozwoju pojawi się jakiś mistrz, człowiek z zewnątrz, który w jakiś sposób ukierunkuje nas, pchnie nas w określoną stronę. Ale tego mistrza nie należy demonizować, nie należy czynić go bóstwem bóstw, bo tak jak powiedziałeś, może pojawić się kolejny etap i zmienia się mistrz.
[01:10:11] - Oczywiście. To jest to, o czym mówi Shunryu Suzuki. Mówi: „Jeżeli spotkasz nauczyciela i nauczyciel pokaże ci coś pożytecznego, musisz natychmiast go porzucić". Przewrotna myśl zen, ale tak jest. Właśnie dlatego, żeby się nie przywiązywać, bo przywiązanie w takim bardziej zaawansowanym rozwoju duchowym także jest czymś postrzeganym negatywnie, ponieważ przywiązanie generalnie tworzy całą paletę innych emocji powodujących dyskomfort i właściwie cofamy się w tym rozwoju, a nie rozwijamy się dalej.
[01:10:49] - Ja teraz zaproponuję w naszej rozmowie pewien zwrot. On może być początkowo, przynajmniej dla naszych słuchaczy, nie do końca zrozumiały, ale myślę, że gdzieś pod koniec naszej rozmowy rzecz stanie się bardziej przejrzysta. Otóż jest coś takiego jak symulacja rzeczywistości, a właściwie koncepcja symulacji rzeczywistości. Ludzie różnie to rozumieją. W każdym razie jedni odwołują się do filmu „Matrix", inni do dzieł na przykład Berkeleya, co kto lubi. Ale koncepcja świata jako symulacji, jako gry komputerowej, jakkolwiek będziemy to rozumieć, ona jest dosyć zrozumiała, przynajmniej w naszych czasach już jest dosyć przejrzysta. Ta koncepcja symulacji rzeczywistości. Powiedz coś o inspiracjach filozoficznych, duchowych, a może nawet naukowych tego rodzaju koncepcji. Jeśli państwo w tej chwili odczuwacie dyskomfort, że przeskoczyliśmy od rozwoju duchowego do symulacji, spokojnie, myślę, że w pewnym momencie te tryby zetkną się ze sobą.
[01:12:11] - Jeśli chodzi o rozwój tejże koncepcji i filozofię, to już wspominałeś, bo to od Platona, Berkeleya czy powspółczesnych Greenberg, czy ostatnio Nicka Bostroma. Jest to koncepcja wśród filozofów już, można powiedzieć, mocno osadzona, więc można na ten temat filozofować bez końca. Ale jako że rozmawiamy sobie tutaj przede wszystkim o duchowości, chciałbym zagadnienie podejść od tej właśnie strony, bo to, że rzeczywistość jest iluzją, bardzo mocno pojawia się też w wielu systemach religijnych. Hinduizm, buddyzm, dżinizm, taoizm. Właściwie te wschodnie systemy już od tysiącleci głoszą, że cały świat materialny jest jedynie kreacją jakiejś potężnej, niepojętej dla ludzkiego umysłu siły, którą wymiennie nazywa się wielkim umysłem, pustką, nirwaną, mokszą albo po prostu Bogiem. Nie istnieją w niej żadne formy i żadna ze znanych nam wartości fizycznych, w tym także czas. Gdy wszystko w niej jest chwilą obecną. Jednocześnie, co trzeba podkreślić, ów bezczasowy i bezpostaciowy absolut, owa pustka jest zarazem tym, co kreuje. I to jest ciekawe. Tym, co kreuje wszelkie rzeczy materialne.
A więc cała materia, w tym też człowiek, a nawet stworzone przez człowieka rzeczy i pojęcia są jedynie rozbłyskami owej najwyższej świadomości. Dlatego właśnie uczniowie buddyjskiej praktyki zen kładą podstawowy nacisk na umiejętność utrzymywania umysłu w stanie bez myśli. Umysł ma stać się czysty jak biała kartka i nieruchomy jak ściana. Stan ten, według nich, pozwala na zrozumienie jedności człowieka z ową właśnie kreacyjną siłą. Zaś wszelkie myśli, nawet te z pozoru błahe, tylko łączność tę oddalają. I do tego nawiązują także współcześni nauczyciele duchowi, a za nimi ludzie podążający ścieżką duchowego rozwoju. Bo kiedy wczytamy się w dzieła na przykład Alana Wattsa, Anthony'ego de Mello, Hawkinsa, Osho, Eckharta Tolle czy Joe Dispenzy, wielu, wielu innych, widzimy, że za głównego winowajcę złego stanu psychofizycznego człowieka uważają myślenie. Oczywiście nie chodzi tutaj o to, żeby nie myśleć w ogóle, lecz o to, aby myśleć tylko wtedy i tylko o tym, o czym warto. Umysł ma stać się jedynie narzędziem, nie zaś władcą człowieka, a przebywanie jak najdłuższy czas w stanie bez myśli, paradoksalnie otwiera zupełnie nową jakość. Nawet wtedy, kiedy myśli powracają, wydają się być one wtedy bardziej uporządkowane i jaśniejsze.
Może warto tutaj jeszcze zaznaczyć jedną ważną sprawę, którą szeroko podejmuje Eckhart Tolle w kultowej książce „Nowa Ziemia". On tam pisze, że ludziom wydaje się, to nie jest cytat, tylko tak z głowy, że ludziom wydaje się, że są władcami swoich myśli, że myśli pojawiają się i znikają zgodnie z wolną wolą człowieka. Tolle natomiast konkluduje, że myśl jest automatyczną funkcją organizmu, taką samą jak chodzenie, oddychanie czy bicie serca, że na co dzień nie mamy żadnego realnego wpływu na to, czy myśli się pojawiają, czy nie. Ponieważ te myśli, które dostrzegamy, a więc utożsamiamy z wolną wolą, są zaledwie ułamkiem wszystkich myśli, które automatycznie i bez żadnego udziału woli, w każdej minucie czy sekundzie, nawet dnia i nocy pojawiają się w naszej głowie. To jest właśnie to, co często spotykamy w języku ludzi zajmujących się rozwojem duchowym jako Matrix. Bo nie wiem, czy wiesz, że właśnie w tych środowiskach samorozwojowych także funkcjonuje to pojęcie. Oczywiście od czasu filmu Wachowskich, ale w tym przypadku ten zwrot jest to jako zwrot potoczny, bo Matrix rozumiany jest tutaj inaczej aniżeli w filmach Wachowskich. Nadal stanowi synonim jakiejś wykreowanej rzeczywistości, ale siła sprawcza owej kreacji jest już inna. Niekoniecznie związana z zaawansowaną technologią, a przynajmniej nie z taką technologią, jaką jesteśmy w stanie pojąć. Co tworzy ów myślowy Matrix?
To, że cały czas te myśli jako już właściwie zupełnie niekontrolowany odruch w naszej głowie krążą. Bo gdyby nie to, to ludzie staliby się nagle świadomi, a więc w konkluzji nauk duchowych wolni od emocjonalnych iluzji, czyli po prostu szczęśliwi. Istnieje jednak pewna ścieżka, tego słowa nie używam przypadkowo, która pozwala na zerknięcie poza ową zasłonę iluzji. Jest nią to, o czym wcześniej wspominaliśmy, a więc medytacja. Niezależnie, w jakiej formie będziemy ją praktykować. Ważne, żeby osiągnąć stan bez myśli i jak najdłużej go utrzymywać. To jest niezwykle trudne. Kiedyś o tym rozmawialiśmy i każdy, kto choć raz tego spróbował, wie, o czym teraz mówię. Oczywiście mówimy tutaj o pewnej formie symulacji, bo ostatecznie zakładając, że istotnie w niej możemy być, nie możemy stwierdzić, czy jesteśmy jedynie podmiotami, czy pozbawionymi mocy sprawczej botami, czy może graczami, którzy mają jakiś cel, a może nawet projektantami gry. Do mnie najmocniej przemawia hipoteza symulacji o charakterze edukacyjnym, względnie terapeutycznym, a więc taka, w której gracz czy gracze, którymi być może sami my jako ludzie jesteśmy, tylko ludzie z przepłocki albo z innego wymiaru realniejszego, mają za zadanie coś przerobić, czegoś się nauczyć.
To właśnie istnienie religii rozumianej jako duchowość, nie instytucja, wskazywałoby moim zdaniem na taki właśnie scenariusz. Nie można hipotezy symulacji rozpatrywać bez sięgnięcia do fizyki kwantowej. Wiadomo, że to jest stosunkowa młoda gałąź fizyki, aczkolwiek posiada już swoją historię. I im bardziej fizycy przyglądali się materii, tym mniej przypominała ona substancję zajmującą miejsce w przestrzeni. Znane nam dotąd cząsteczki elementarne okazały się drgającymi polami fizycznych oddziaływań i co uwidoczniło się w korpuskularno-falowej naturze materii. Zamiast statycznej, jak sądzono wcześniej pewności, pola te charakteryzuje stan nieskończonych możliwości. Odkryto, że w świecie subatomowym materię charakteryzuje nielokalność, co oznacza, że nawet w przestrzennym rozdzieleniu jest ona powiązana siecią wzajemnych zależności. Mało tego, zauważono, że świadomość traktowana na razie jako bliżej niedefiniowalna siła w owym kwantowym obrazie rzeczywistości odgrywa niebagatelną, a być może nawet kluczową rolę. Poprzez obserwację efektu obserwatora można zredukować ten stan nieskończonych możliwości do jakichś ściśle określonych, widzianych przez nas bytów. Więc to świadomość kreuje otaczającą nas, nasz świat, powołując do istnienia widzianą przez nas rzeczywistość.
Zauważ, że jak wiele wspólnego ma filozofia, na przykład wspomniany przez ciebie Berkeley z praktykami buddyjskimi zen i najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej. Bo w konkluzji, jeśli wracamy do fizyki kwantowej, jesteśmy nie tylko obserwatorami, ale także niejako kreatorami widzianej przez nas rzeczywistości.
[01:19:22] - Ludzie są bardzo przywiązani do koncepcji ja. Ja poszedłem, ja zrobiłem, ja, ja, ja. Współczesna cywilizacja ja wyniosła na piedestał. Ale kiedy popatrzymy na owo ja w kontekście symulacji symulowanego świata, jakakolwiek jest to koncepcja, to pojawia się chwilami taka myśl o tym, że ja, do którego jesteśmy przywiązani, jak wspomniałem, jest iluzoryczne, że tak naprawdę to, co kojarzymy z tożsamością, nie do końca tak wygląda. My owszem, bardzo jesteśmy związani z tą ideą, z praktyką naszej codzienności. A jednak kiedy mówimy o symulacji, to ów koncept ja zaczyna się rozpadać.
[01:20:25] - To jest kolejny ciekawy temat, bo musimy sobie zadać pytanie, jaką koncepcję symulacji w ogóle będziemy rozpatrywać? Jeżeli mówimy o wolnej woli na przykład i hipotezie symulacji, to zagadnienie nie jest wcale takie oczywiste, bo owym kodem źródłowym, nazwijmy to tak, jest ukształtowana w ciągu życia osobowość z dominującym ponad wszystkim ego. W mojej koncepcji, ścislej mówię jednej z moich koncepcji, logicznym się wydaje, że ta egotyczna osobowość jest programowana. Dzieje się to w sposób wyrafinowany wskutek stwarzania przez hipotetycznego operatora, gracza sytuacji wpływających na kształtowanie się określonych typów świadomości i podświadomości. To bowiem determinuje dalsze ruchy człowieka, który nieuchronnie pchany jest w stronę lekcji lub terapii, bo zależy, o jakim rodzaju symulacji będziemy rozmawiać, którą w tej rozgrywce ma przerobić. Podsumowując, rodzimy się jako tabula rasa i na tym etapie jeszcze wszystko może się wydarzyć, gdy dysponujemy pełną pulą szczęścia, a zadaniem gracza może polegać na prowadzeniu rozgrywki w taki sposób, żeby bot napotykał nieustanne trudności. A więc w tej wersji gry wiedza o kolejnych zamierzonych ruchach człowieka byłaby podstawą skutecznego prowadzenia jej przez gracza. Ale do tego jest potrzebna też wiedza o tym, jakie ruchy zamierza bot człowiek wykonać. Zakładam, jeśli już sobie tutaj popuszczamy wodze fantazji, że twórcy gry mają już fizykę kwantową na tyle rozpracowaną, że potrafili już wyodrębnić cząsteczki energii, których my jeszcze nie znamy, na przykład takie, z których składają się myśli. O tej energii mówił nawet Tesla mówiąc o eterze.
Stąd też każda myśl wygenerowana przez umysł i przechwycona przez operatora natychmiast spotykałaby się z jego działaniem. O tym, jakie to działania decydowałby scenariusz, a właściwie charakter i cel lekcji bądź terapii, zachodziłby więc determinizm. To jest jedna z podhipotez hipotezy symulacji.
[01:22:44] - Zważywszy, że współcześni filozofowie raczej sceptycznie odnoszą się do idei wolnej woli i wielu z nich twierdzi, że coś takiego nie istnieje jak wolna wola i tu mają dosyć silne argumenty. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do internetu. Ta koncepcja jest na tyle interesująca i na tyle rozpowszechniona i stanowi taki pewien cierń dla naszej świadomości. Jak to? Nie mamy wolnej woli? Przecież codziennie dokonujemy tylu wyborów. Okazuje się, że kiedy zabierają się za sprawę filozofowie, to oni rozbijają w puch tę naszą wolną wolę. Ale to jest rozmowa na inną okazję.
[01:23:39] - Mogę wtrącić, ale na to przewodnicy duchowi mówią tak: to prawda, nie mamy wolnej woli, ale mamy świadomość, czyli to prawdziwe ja, a więc coś, co jest poza fizyczną konstrukcją człowieka, coś, co połączone jest z najwyższą energią. I stąd też taki mocny akcent, szczególnie mistrzów zen, którzy mówią, że właściwie to trzeba całkowicie porzucić wszelkie wyobrażenia. One są związane właśnie z wolną wolą. Wszelkie wyobrażenia. Nawet jeżeli już ktoś osiągnie tak zwane oświecenie, to nawet to wyobrażenie należy porzucić i dopiero łącząc się z ową pustką, oni to nazywają, czy nirwaną, siłą kreacyjną tak naprawdę jesteśmy wolni dopiero wtedy. I tutaj jak najbardziej zgodziłbym się z filozofami, że nie istnieje coś takiego jak wolna wola.
[01:24:38] - Nie zabrzmiało to optymistycznie, przynajmniej dla niektórych naszych słuchaczy, ale ja nawiążę do tego, o czym powiedziałeś, o świadomości. Jaka jest rola świadomości w kreowaniu tego, co obserwujemy w rzeczywistości? I tu dodatkowe pytanie czy my jesteśmy tworami gry, symulacji, czy jakkolwiek to nazwiemy, czy jesteśmy graczami? Bo to zasadnicza różnica. A może my w ogóle jesteśmy projektantami, twórcami symulacji, tylko akurat o tym nie pamiętamy?
[01:25:19] - To się w pewien sposób łączy z tym, co powiedziałem wcześniej Jeżeli mówimy o rozwoju duchowym jako przebudzeniu się z symulacji, to możemy odpowiedzieć dwupoziomowo. Przede wszystkim rozwój duchowy jest przebudzeniem się z tych iluzji, które od dziecięcych lat tworzyło dla nas coraz sprytniejsze ego. Jeżeli więc uznamy, że rzeczywistość ukazywana nam przez ego jest w ogromnej części zafałszowana, a tu nawiązuję do tego, co mówiłem wcześniej, na przykład w kontekście symulacji, to już na tym etapie możemy mówić o przebudzeniu. Zaznaczę, że mówiąc ego mam na myśli wiele różnych czynników, które go kształtują. Przede wszystkim wszelkie traumy i przeżycia, jakie doznaliśmy od najmłodszych lat. I to dzieje się na poziomie psychologicznym. I tutaj psychologia i rozwój duchowy nie różnią się wcale. Jest to jednak początek czegoś istotniejszego, o czym wspominałem. Za czym już samotnie, bez asysty konwencjonalnej psychologii, podąża rozwój duchowy. To świadomość, że w gruncie rzeczy nie tylko chodzi o nasze ego, a więc o ten twór, gdybyśmy to przełożyli na język hipotezy symulacji, a więc ten sztuczny twór, za pomocą którego gracz wpływa na nas, o całą otaczającą nas rzeczywistość.
Więc nawet przechodząc na najwyższe już etapy rozwoju duchowego, możemy uświadomić sobie, że posiadamy moc sprawczą, aby tę rzeczywistość kształtować, że nie jest ona definitywna, niezmienna i stała, lecz może ulegać transformacji, na który ma świadomy akt mentalny. Ja tu specjalnie nie używam słów wolna wola, tylko świadomy akt mentalny. To też zależy od koncepcji symulacji, bo możemy być, to oczywiście jest ta najgorsza wersja, tylko i wyłącznie botami, które giną i nikną w momencie, kiedy gra się zakończy. Ja tak nie czuję, ale to są tylko takie moje indywidualne przeczucia. Możemy być graczami, którzy uczestniczą już w grze i przerabiają jakiś scenariusz, ale jeżeli graczami, to równocześnie też projektantami. Mnie najbliższa jest koncepcja takiej symulacji jako pewnego rodzaju gry terapeutyczno-edukacyjnej. I to by łączyło się z koncepcją karmy, a więc gry, w której gracz ma nie jedno, lecz wiele żyć, a jego zadaniem jest przerobienie jakiegoś tematu. Więc może być też tak, ale może ja jestem zbytnim optymistą akurat w tym względzie.
[01:27:58] - Nasz gość tego państwu nie powie, ale gdzieś w tej chwili bardzo mocno zbliżyliśmy się do tematyki książki, o której już wspominałem państwu. Książki najnowszej zatytułowanej „Świat jest żaden”. To jest najnowsze dzieło Piotra Witolda Lecha. Ja więcej nie powiem, co najmniej na razie. Ale to dzieło, ta proza właśnie wokół tych tematów bardzo mocno się wije. To jest najlepsze określenie, bo nie chcę za bardzo zdradzać, o czym to jest. Więc wije się, oplata wokół tych właśnie koncepcji. A ja mam teraz pytanie dotyczące tego, jak mamy rozumieć naszą rzeczywistość, to, co postrzegamy jako naszą rzeczywistość. Otóż mówiliśmy o doświadczeniach mistycznych, mówiliśmy o stanach zmienionej świadomości. Czy te stany można traktować jako błędy w matrycy, a może jako próbę przebicia się z tej iluzorycznej rzeczywistości do rzeczywistości prawdziwej?
Jak ty na to spoglądasz?
[01:29:24] - To, że medytacja, odpowiednia modlitwa czy psychoterapia, czy techniki duchowe zmienia kody symulowanego przez ego świata jest dla mnie oczywiste. Natomiast jeżeli jednak mówimy o symulacji, której twórcami byłyby jakieś istoty z zewnątrz, te rzeczy także mogą nie być bez znaczenia, a nawet odgrywać ogromną rolę. Bo wyobraźmy sobie, że twórcy symulacji zależałoby na utrzymaniu ludzi w iluzji, to każda rzecz, która tę iluzję demaskuje, musiałaby być postrzegana przez nich jako niebezpieczna. No chyba że, tak jak wspominaliśmy już wcześniej, te duchowe aspekty w jakimś stopniu wchodziłyby w scenariusz symulacji i stanowiłyby pewien rodzaj klucza, choćby po to, żeby dać szansę tym, którzy chcą podjąć wysiłek samorozwoju i wyzwolenia się z symulacji, czyli tak naprawdę zakończenia gry. Uważam, że to jest bardzo sensowna koncepcja. Ciekawa jest natomiast koncepcja wielu poziomów symulacji, bo jeżeli, o tym wspominał profesor Szutta w artykule, który pojawił się na miesięczniku „Filozofuj”. Bo jeżeli symulacja byłaby efektem działań jakichś istot reprezentujących wyższą cywilizację, to zachodzi pytanie, skąd wzięły się te istoty? Może same też są symulacją albo kreacją innej, niezdefiniowanej siły wyższej. A więc hipoteza symulacji wcale nie wyklucza istnienia Boga jako takiego.
[01:30:52] - Tak, taki świat szkatułkowy, pudełka w pudełku i jeszcze raz w pudełku. To jest z jednej strony fascynująca koncepcja, z drugiej strony chwilami jednak przerażająca. Ale ja mam takie proste pytanie, bo ja jestem człowiekiem, który lubi pewne rzeczy doprowadzać do ściany, więc właśnie doprowadzam do ściany. Jakie są granice pomiędzy symulacją a rzeczywistością? To jest jeszcze pikuś, ale czy te granice pomiędzy symulacją a rzeczywistością można W sposób świadomy przekraczać, czy też to jest nam odebrane?
[01:31:38] - Jeżeli słuszne byłoby założenie, że mamy do czynienia z grą o charakterze terapeutycznym lub edukacyjnym, można też domniemywać, tak jak wspomniałem, że w środowisku gry ukryto jakiś klucz do jej zakończenia, bo byłoby to logiczne, bowiem każda gra ma swój początek i koniec. Nośnikiem takiej informacji mogłyby być na przykład specjalne boty, bo jakżeby inaczej twórcy gry mogliby pozostawić wskazówki, jeśli nie za pośrednictwem przekazu słownego, pisanego, pochodzącego od wyjątkowych jednostek. Badacze kultury od dawna interpretują na przykład mity, szukając tam informacji na temat najdawniejszej historii człowieka. Rodzą się różne koncepcje, które pozornie wydają się być zwariowane, ale moim zdaniem wcale nie są, na przykład teorie o starożytnych kosmitach jako twórcach naszej cywilizacji. Mnie w tym momencie najbardziej interesowałyby stare teksty religijne. Ja się na tym koncentrowałem i wyrosły na ich bazie współczesne prądy duchowe. Zresztą część tych tekstów też można traktować jako mity, a część jako źródło historyczne. Lecz jeśli w ogóle byłby jakiś klucz ukryty, za pomocą którego można by było przekroczyć tę granicę, o której mówiłeś, to musiałyby być to sprawy niezwiązane z instytucjonalną religią. Raczej nic o kultach konkretnych bogów, nic o wizjach takiego czy innego nieba lub piekła i oczywiście nic, co miałoby związek z rytuałami świętymi, obrzędami. Chociaż tutaj już byłbym ostrożny, ale na pewno żadna konkretna religia nie mogłaby mieć na to monopolu, gdyż byłoby to po prostu, moim zdaniem, zbyt banalne, zbyt proste do odszyfrowania.
Coś takiego mogłoby to być, jedynie coś uniwersalnego, coś obecnego w każdej doktrynie, ale jednocześnie coś, co wprawdzie unosi się ponad świątynie, obrzędy, nawet mity, ale jednocześnie zapisane jest wszędzie: w Biblii, Koranie, Surach, Mahabharacie, Bhagavadgicie, Upani Szadach, Tao Te Ching i tak dalej. Zadaniem nieświadomych uczestników gry byłoby więc zebranie tych koncepcji i znalezienie wspólnego mianownika, który stworzyłby klucz do przekroczenia tej granicy pomiędzy symulacją a rzeczywistością, w której ona powstała. I tym mianownikiem może być to, co nazywamy duchowością, ale sprzężone z nauką, konkretnie fizyką kwantową. To w jakimś stopniu przecież już się dzieje.
[01:34:08] - Państwo na pewno zapamiętali ten moment, w którym ja dokonałem przeskoku niejako od rozwoju duchowego do teorii symulacji. Teraz postaramy się połączyć ową duchowość i koncepcję symulacji, żeby to się jakoś zespoliło. I takie pytanie wprost, niejako z grubej rury: czy rozwój duchowy to jest rodzaj przebudzenia się z symulacji? A jeśli tak, jeśli to jest przebudzenie, to do czego właściwie my się przebudzamy?
[01:34:48] - Do czego my się przebudzamy? Właściwie wszystko, o czym mówiliśmy do tej pory o duchowości, daje odpowiedź na to pytanie, bo jest to, tak jak wspominałem wcześniej, w doświadczeniach nazywanych obecnością. W buddyźmie na przykład takie doświadczenia nazywane są satori. To jest taki stan bezmyśli, ale jednocześnie z pełną świadomością łączności z tą energią, która tworzy całą rzeczywistość. To jest bardzo ciekawe doświadczenie. Muszę wam zdradzić, że raz w życiu, na kilka lat praktykowania miałem coś takiego. Było to nieprawdopodobne przeżycie. Próbowałem to opisać, ale Hawking chyba lepiej ode mnie zrobił, bo tego się po prostu nie da opisać. Od tamtego momentu mam pełną świadomość tego, że istnieje coś takiego. Myślę, że jeżeli mówimy o tym, do czego jest to przebudzenie, to właśnie do tej innej rzeczywistości, do tej niezafałszowanej, do tej prawdziwej rzeczywistości, która cały czas jest poza naszą percepcją.
Myślę, że tutaj rozwój duchowy ma bardzo duże pole do popisu innymi środkami niż nauka, ale właściwie zmierza w tym samym kierunku. Nauka chce to wszystko opisać. Wiadomo, nauka jest nauką, nauka musi mieć definicje, musi mieć wzory i tak dalej, a rozwój duchowy odbywa się na poziomie intuicyjnym. To ciekawe. I z tego poziomu można zajrzeć za kurtynę tej nierealności.
[01:36:27] - Ja jestem w sumie dosyć prostym człowiekiem, który czasami gdzieś tam sięga po filozofię, ale tu się skupię na swojej prostocie i zadam pytanie bardzo proste. Czy przewodnicy duchowi, o których mówiliśmy na początku tej audycji, czy można ich traktować jako takie programy w symulacji do wyższej rzeczywistości? Czy tak spłycając temat, czy tak można podejść do tematu?
[01:37:05] - Można ich traktować jako takie wskazówki. Może tak. Aczkolwiek myślę, tutaj trochę nawiązuję do Tesli, który miał bardzo ciekawe rozważania na temat na przykład cudu Chrystusa i on uważał, że Chrystus w ogóle posiadł umiejętność operowania właśnie tą wyższą energią i za jej pośrednictwem potrafił przywrócić równowagę energetyczną człowieka, co powodowało automatycznie jego uzdrowienie. Więc może tak być, że są to jakieś wyjątkowe boty lub wyjątkowe elementy gry Ale też myślę, że bardzo wiele z tych przewodników duchowych są po prostu wskazówkami. Tak bym to najkrócej ujął.
[01:37:58] - To z serii tych prostych pytań, a nawet zastanawiam się, czy nie prostackich, kolejne: czy medytacje, rytuały, techniki duchowe można uznać za kody, które w jakimś stopniu zmieniają parametry symulacji?
[01:38:19] - Wspominałem już o tym, że medytacja, modlitwa czy psychoterapia na pewno zmieniają kody symulowanego ego świata, co jest dla mnie oczywiste. Natomiast może tak być, że te praktyki pokazywane nam przez owe specjalne boty, czyli tych, które mają nam wskazywać kierunek: „Popatrzcie, to trzeba robić w ten sposób, bo jeżeli będziecie robić w ten sposób, to będziecie bliżej rozwiązania i ucieczki z tej gry”. Jak najbardziej możemy uznawać, że te wszystkie techniki, a więc medytacje, różnego rodzaju rytuały, będą jakimiś kodami zmieniającymi parametry symulacji. To jest jedna z wielu koncepcji, której ja się uchwyciłem, jeżeli już mówimy o powieści „Świat jest żaden”, ale wydaje mi się, że jest ona, gdybyśmy całkiem popłynęli w tę hipotezę, równie uzasadniona co inne.
[01:39:20] - Kolejne z tak zwanych prostych pytań, które w gruncie rzeczy wcale proste nie są. Jak się odnosisz do koncepcji wielu poziomów rzeczywistości? Wspominałeś już o tym. Świat jako gra, ale taka wielowarstwowa, wielopoziomowa. Jak ty na to patrzysz?
[01:39:42] - Tak jak mówiłem, jest to ciekawa koncepcja, bo zakładając, że symulacja byłaby efektem działań istot reprezentujących jakąś wyższą cywilizację, nawet nas, nawet ludzi, tylko z przyszłości, to nadal pozostaje pytanie o to, jaką symulacją oni są w takim układzie. Bo można też powiedzieć, że w takim razie, skoro oni są w stanie symulować, to jaką mają pewność, że sami nie są symulowani? Ta koncepcja jest bardziej związana z koncepcją hipotezy symulacji. Natomiast można również to odnieść duchowo do owej najwyższej siły, o której wspominałem, która jest tą siłą kreacyjną. Ja wiem, że fantaści, szczególnie spod znaku twardszego science fiction, lubią po prostu takie odpowiedzi konkretne, logiczne, ale docieramy do takiego momentu, nawet Lem docierał do takiego momentu w swoich opowiadaniach czy powieściach, gdzie nie było odpowiedzi jednoznacznej. Hipoteza symulacji wielu poziomów bardzo mi się podoba. Uważam, że jest równie prawdopodobna jak hipoteza symulacji, bo skoro ktoś potrafi nas symulować, to może ktoś potrafi symulować tego, który nas symuluje. Natomiast gdzieś tam musi być na końcu jakaś siła, w moim odczuciu, która to wszystko kreuje.
[01:41:06] - Kolejne moje pytanie dotyczy czystej spekulacji. Jak sądzisz, Piotrze, czy my w jakikolwiek sposób mamy wpływ na coś, co nazwałbym kodem źródłowym naszej egzystencji? Czy wolna wola, a może nie wolna wola, może programowanie doświadczeń? Jak to postrzegasz?
[01:41:33] - Powiem ci, o tym też już chyba wspominałem, że rozumiem, że mówiąc kod źródłowy, nazywasz tak ukształtowaną w ciągu życia osobowość zdominującą ponad wszystkim ego. Ja to pojmuję. Więc w mojej koncepcji, właściwie ścislej mówiąc jednej, jak wspomniałem wcześniej, koncepcji, logiczne mi się wydaje, że ta egotyczna osobowość jest programowana i ona jest właśnie takim kodem. Tak jak już wspominałem, opowiadałem o tym, że może dziać się to na przykład w sposób bardzo wyrafinowany wskutek stwarzania przez hipotetycznego operatora, gracza sytuacji wpływających na kształtowanie się określonych typów świadomości i podświadomości. To może determinować dalsze ruchy człowieka, który nieuchronnie pchany jest w stronę lekcji lub terapii, którą powinien przerobić. Rodzimy się właśnie jako ta tabula rasa i na tym etapie jeszcze wszystko może się wydarzyć, gdyż dysponujemy pełną pulą szczęścia, a zadaniem gracza byłoby prowadzenie rozgrywki w taki sposób, żeby bot napotykał nieustanne trudności. A więc w tej wersji gry wiedza o kolejnych zamierzonych ruchach człowieka byłaby podstawą skutecznego prowadzenia jej przez gracza. Zakładając oczywiście, że zna na tyle fizykę kwantową, posługuje się na przykład komputerem kwantowym i zna na tyle fizykę kwantową, że są w stanie wyodrębnić energię, z której składają się myśli, bo myśl też jest energią. Emocje są energią. Skoro potrafi wyodrębnić, czyli może wyprzedzać ruchy samego bota i stwarzać takie sytuacje, w których bot pakowałby się w jakieś tarapaty.
Na przykład gdyby to była jakaś lekcja, nazwijmy ją karmiczną, ale taka lekcja, gdzie coś by trzeba było przerobić, jakąś emocję na przykład, jakąś traumę czy jakieś wydarzenie. Wtedy każda myśl wygenerowana przez umysł takiego bota, przechwycona przez operatora, natychmiast spotykała się z jego działaniem. O tym właśnie decydowałby scenariusz. Czyli krótko mówiąc, zachodziłby jak najbardziej determinizm w tym przypadku. Czy mamy wpływ na kod źródłowy naszej egzystencji? Mamy wpływ taki, że znowuż powracam jak bumerang do tych technik duchowych. Ale wcale nie jest powiedziane, że nie możemy mieć też tego wpływu poprzez naukę, czyli docierając do tego wszystkiego, o czym mówi duchowość za pomocą nauki przez fizykę kwantową. Tak jak powiedziałem, te dwie rzeczy już w tym momencie się łączą ze sobą i w ten sposób możemy mieć wpływ na kod źródłowy naszej egzystencji.
[01:44:12] - Nasza rozmowa trwa już jakiś czas. To eufemizm, ale państwo się zastanawiacie zapewne. Rozmawiamy o ciekawych rzeczach, o symulacji, o rozwoju duchowym, a jednocześnie gdzieś w tle pojawia się tytuł książki „Świat jest żaden”. Jakie jest połączenie? Odpowiadam. To wszystko, o czym dzisiaj rozmawialiśmy z naszym gościem, znajdziecie państwo w tej książce. Może nie wprost, może nie dokładnie tak samo przedstawione, ale te problemy się w tej książce pojawiają. Ja powiem jeszcze jedną ważną rzecz, którą wyczytałem na Facebooku. Trudno, lokowanie produktu. Otóż ktoś porównał to, co napisał nasz gość z twórczością Philipa K.
Dicka. Jest taki cykl nazywany „Walis”, napisany przez Philipa K. Dicka, który też troszeczkę mówi o rzeczywistości i to, co napisał Piotr Witold Lech w książce „Świat jest żaden” bardzo koreluje z tym, co znajdujecie państwo u Dicka. A jeżeli państwu powiem, że to właściwie nie jest jedna książka, bo gdzieś tam w tle tej książki jest również książka „Klub Murakamiego” oraz „Mężczyzna na wydmach”, a potem mamy „Świat jest żaden” i to wszystko jakby dotyka tej tematyki, o której państwo dzisiaj mieli okazję posłuchać, to ja myślę, że to jest naprawdę intrygujące. A wierzcie mi państwo, że książka „Świat jest żaden” to jest książka, którą przeczytałem z wypiekami na twarzy. W dodatku książka „Świat jest żaden” to jest książka, która sprawia, że człowiek zaczyna analizować otaczającą go rzeczywistość. Zaczyna patrzeć, uważnie rozglądać się wokół siebie. Cóż, jakbym zaczął dalej opowiadać o tej książce, to bym spoilerował i to w sposób niegodny. A zatem uwierzcie mi państwo, dostajecie historię, która niby opowiada o człowieku, który chodzi po ulicach, po parkach i słucha audiobooków o mistrzach duchowych, o przewodnikach duchowych. Słucha ich słów.
Ale to jest tylko początek historii, bo ta historia nieuchronnie zmierza w kierunku tego wszystkiego, o czym dzisiaj z naszym gościem rozmawialiśmy. Piotrze, czy coś należałoby dodać, kiedy mamy na myśli książkę „Świat jest żaden”?
[01:47:22] - A może powiem tylko to, co napisałem w nocie bibliograficznej, bo jest to nietypowa książka i książka beletrystyczna, w której zamieściłem notę bibliograficzną. A zrobiłem to dlatego, właśnie dla tych czytelników, którzy chcieliby po lekturze tej książki zajrzeć do dzieł przewodników duchowych. Nie wszystkie tam wymieniłem, ale większość znających. Chociażby po to, żeby pomóc sobie zastanowić się, zobaczyć, jak to wygląda od strony mistrzów, przewodników duchowych. Naprawdę zachęcam do lektury książek, które zamieściłem w nocie bibliograficznej. Może to zmienić nawet wasze życie.
[01:48:03] - Proszę państwa, naszym gościem był dzisiaj Piotr Witold Lech. Człowiek, który potrafi opowiadać o mistrzach duchowych, o symulacji i tym podobnych tematach w sposób fascynujący. Książka „Świat jest żaden” to jest, proszę państwa, rzecz, którą przeżyjecie, jeśli sięgniecie po tę książkę. Pięknie ci, Piotrze, dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[01:48:32] - Ja również dziękuję. Pozdrawiam ciebie, pozdrawiam wszystkich słuchaczy.
[01:48:36] - Pozdrawiam państwa i zapraszam na kolejne odsłony Wehikułu Wyobraźni. Proszę państwa, Piotr Cielebiaś w tej chwili korzysta z uroków urlopu, ale to nic nie szkodzi. Audycję można nagrać na zapas i coś takiego właśnie zrobiliśmy. Piotr zatem wypoczywa, ale Piotr jest również obecny z nami. Zapraszam państwa na „Filmotekarium” w wersji serialowej. A dzisiaj porozmawiamy o przeboju ostatnich lat, bo to w końcu trzeci sezon „Squid Game”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy „Filmotekarium” w wersji serialowej. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:49:37] - Dzień dobry wieczór. Tradycyjnie witam wszystkich.
[01:49:41] - Pod koniec czerwca na streamingu pojawiła się oczekiwana trzecia odsłona serialu "Squid Game". Ona była szczególnie oczekiwana, bo drugi sezon skończył się właściwie w połowie gry. Bardzo to rozjuszyło niektórych moich znajomych. Jakżeż można? Pierwszy sezon to była cała historia jednej gry, a tu mamy drugi sezon i się kończy w połowie. Niedopuszczalne. W dodatku kończy się w takim momencie, powiedziałbym dramatycznym. Tak się zresztą powinien sezon kończyć. I dostaliśmy sezon trzeci. I o tym sezonie, ale nie tylko o tym sezonie będziemy rozmawiać.
Piotrze, ja nie wiem jak ty, ale ja mam głębokie przemyślenia po tym serialu i to są głównie przemyślenia dotyczące mojej osoby, a nie samego serialu. Ale zanim o tych przemyśleniach i o tym, jakie ponure wnioski na swój temat wyciągnąłem, to może jednak oddam tobie głos.
[01:50:54] - Wnioski są pewnie równie ponure jak w moim przypadku i podejrzewam, że jak w przypadku większości widzów, nawet miłośników tego serialu. Myślę, że dzisiaj się podzielimy przede wszystkim opiniami na temat "Squid Game", bo treść... Tutaj jest też pewien problem. Scenariusz tego filmu to jest wielki fenomen. To jest opowieść bajecznie prosta, z bardzo wyraźnymi bohaterami i ta opowieść zawładnęła, chciałoby się powiedzieć, wyobraźnią wielu. To chyba nie jest przesada, patrząc po tym, ile różnego rodzaju aktywności pociągnęły za sobą "Squid Game". Chodzi o różnego rodzaju kampanie promocyjne, teleturnieje, inscenizacje i tak dalej. Niewiele jest seriali, które w taki sposób wpływają na społeczeństwo. Oczywiście my tego nie możemy mierzyć naszą własną polską miarą, tylko raczej mówię o tym w takim ujęciu ogólnoświatowym. Mówiąc inaczej, coś w tym serialu jest, co do wielu osób przemawia.
"Squid Game" jest trochę jak przepis na sernik, czyli prosta receptura, z której może wyjść rarytas, chociaż są tacy, którzy go nienawidzą. Z drugiej strony, tak zupełnie szczerze, są głosy i jeden z tych głosów należy do mnie o hołdowanie w tym przypadku najbardziej prymitywnym emocjom, bo "Squid Game" to jest krwawy sport. Przeżycie zależy od łutu szczęścia. Nikt nie jest pewien dnia ani godziny. Dodatkowo w tej grze, jak by nie było, twórcy wykorzystują biednych albo zadłużonych ludzi. I nagle serial oparty o tak prymitywne instynkty i przesłanki odnosi ogromny sukces. Tak jakby opinia publiczna złakniona była tego samego, czym się karmili widzowie walk gladiatorów w starożytności. W przypadku tej nowej odsłony "Squid Game" mamy do czynienia oczywiście z dwoma partiami. Ta pierwsza część, ta pierwsza partia przedstawia nam wydarzenia prowadzące do wielkiego finału. Widzieliśmy to kilka miesięcy wcześniej i powiem ci tak, to jest ciekawa, chociaż ryzykowna taktyka, takie rozbijanie sezonu na dwie części.
Dlaczego ryzykowna? Bo wydaje mi się, że widzowie szybko zapominają. Zobacz, że tutaj twórcy "Squid Game" musieli mocno w siebie uwierzyć, że ta ich produkcja zapada w pamięć, że ma wielu fanów na tyle wiernych, że wrócą po jakimś czasie. Bo przerwanie serialu w połowie i oczekiwanie na ciąg dalszy sprawi, że nie wszyscy wrócą. Że na przykład mniej wyraźne wątki mogą się zatrzeć w pamięci widzów. A pamiętajmy, że tu jest jeszcze taki problem, że dla Europejczyka czy dla mieszkańca Zachodu bohaterowie tego serialu nazywają się podobnie bardzo. Jedyne, co pamiętamy, to albo ich wygląd, albo na przykład cechy charakterystyczne. Ja wiem, że to może brzmi mało elegancko, ale dla mnie na przykład tak było. Z drugiej strony ta historia jest banalnie prosta, ma dużo odnóg związanych z konkretnymi bohaterami, ale tak szczerze mówiąc, ja zapomniałem wielu wątków. Nie tego głównego, ale wielu tak.
I gdybym nie przypomniał sobie pewnych rzeczy, to ta druga, niektórzy powiedzą trzeci sezon, ja powiem druga odsłona drugiego sezonu, ona by nie była już dla mnie taka jakaś bardzo porywająca. Ale jednak się to ogląda. Nie wiem, czy to mną wstrząsnęło. Powiem ci, że jakbym to oglądał wszystko od początku w jednym ciągu, pewnie miałbym lepszy odbiór, lepszą wiadomość, jak to się mówi. Także jestem w pewnym zawieszeniu. Nie wiem, czy było w tym sezonie trzecim coś, co tobą, że tak powiem, wstrząsło, Marku.
[01:55:19] - Z tym wstrząsaniem to bywało różnie. Natomiast zacząłem tak dramatycznie, to skończę. Chodzi o to, i to zresztą zasygnalizowałeś, ten serial bazuje na bardzo prostych ludzkich instynktach. My bardzo szybko opowiadamy się za kimś, stajemy po czyjejś stronie i trzymamy za kogoś kciuki albo nie. Albo ktoś jest zły, albo ktoś jest dobry. Lubimy takie podziały i bardzo szybko one się pojawiają i w tym serialu one się też pojawiają One są wręcz sygnalizowane i widz je dosyć gładko przyjmuje. Ja sobie zdałem sprawę, że to porównanie, którego użyłeś, Piotrze, do oglądania walk gladiatorów, coś w tym jest, że my czekamy na coś takiego. Ten serial jest naprawdę chwilami brutalny, gdzie tym, którym się nie udało, strzela się po prostu w głowę i koniec. Zostałeś niniejszym wyeliminowany z gry. Ale nawet nie o to strzelanie chodzi.
Tam w tym serialu jest jeszcze jedna warstwa. Ona jest bardzo prosta. To nie jest specjalnie skomplikowany serial, ale przecież my tam dostajemy i myślę, że za to ten serial też jest lubiany i pobudza wyobraźnię. On się odwołuje bowiem do takiej prostej teorii spiskowej, w której są elity oderwane zupełnie od społeczeństwa. Społeczeństwo to są biedacy. Nawet ci bogaci, którzy są w tym społeczeństwie, to też są biedacy. Oni się w ogóle nie liczą. Istnieje elita. W tym serialu ta elita ogląda te krwawe zawody, obstawia, bawi się tym, że ludzie giną. Giną naprawdę.
I to bardzo mocno, moim zdaniem, wpisuje się w pewien ogląd świata. Bardzo wielu ludzi dzisiaj myśli sobie o tym: nic ode mnie nie zależy. Mówi się o demokracji, mówi się o tym, że ja naprawdę mogę coś, a doskonale wiem, że nie mogę nic. Owszem, są tacy ludzie na świecie, którzy pstrykną palcami i zmieniają się losy całych narodów, zmieniają się losy całych kontynentów. Ale to nie jesteśmy my. To są wybrańcy z wybrańców. I w serialu „Squid Game" ci wybrańcy obserwują, jak biedni ludzie, którzy jakoś tam przez życie byli poszkodowani, czasami z własnej winy, czasami nie, ale popadli w jakieś uzależnienie, w jakąś biedę. W każdym razie mieli w życiu pod górkę. I ci ludzie walczą o olbrzymie pieniądze. A jeszcze w juanach to wiecie państwo, tam padają takie sumy miliardowe i to mocno miliardowe.
Więc walczą o te pieniądze, ale tak naprawdę walczą też o życie, o przeżycie. Bo formuła gry od pierwszego sezonu wiadomo, że troszkę jak w „Nieśmiertelnym" zostanie tylko jeden. Oczywiście jest możliwość, żeby tę grę zakończyć i to jest dla mnie też kolejny fenomen. Od pierwszego sezonu to śledzę te głosowania. To zresztą jest w serialu bardzo dobrze podkreślone. Momenty głosowań. One są zawsze bardzo wyeksponowane, dramatyczne. Tam są decyzje podejmowane. Gramy dalej czy nie? Czy bierzemy kasę, która już się wysypała do skarbonki?
Bierzemy, dzielimy tę kasę i wracamy do domu, czy gramy dalej, bo będzie nas mniej i kasy na pojedynczą osobę będzie więcej. A zatem ci nasi bohaterowie, z którymi nawet sympatyzujemy, a niektórych nawet nienawidzimy, ale oni też są w takim młynie troszeczkę. Czyli podejmowana jest decyzja, ale przecież wiadomo, że każda decyzja o każdej następnej odsłonie gry będzie powodowała, że kolejne osoby zginą. A jednak jest głosowanie na tak. Grajmy dalej, bo im będzie nas mniej, tym więcej kasy będzie do podziału. W tej ostatniej, trzeciej części, ostatniej jak na razie, to szczególnie mocno widać. Tam już w drugiej części sezonu trzeciego wprost się mówi: im będzie nas mniej, tym więcej będzie kasy. A już ostatnie dwa odcinki to jest wprost granie na tym. Musimy tych i tych załatwić, to podzielimy się kasą. Oczywiście rzeczy dzieją się inaczej, niż sobie gracze wyobrażają, ale myślę, że ten serial dużo mówi o nas, bo kiedy tam są podejmowane decyzje, one oczywiście są dramatyczne, bo tam jest mowa o życiu, o przeżyciu i o śmierci.
To jest w jakiś sposób przerysowane, ale my na co dzień przecież takie nie aż tak dramatyczne, ale tego rodzaju decyzje od czasu do czasu podejmujemy i musimy później z nimi żyć. I żyjemy i niekoniecznie mamy koszmary senne. Serial „Squid Game" dobrze pokazuje, że właściwie chyba wszystko da się oswoić. Czy on jest prawdopodobny? Ja się długo zastanawiałem, czy to by się mogło dziać naprawdę. I nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony gdzieś tak na początku coś mi szeptało koło ucha, że nie, tak to się nie mogło potoczyć. Przecież ci ludzie by się zmówili i powiedzieli: „Słuchajcie, dzielimy kasę. Może nie ma za dużo, ale idziemy stąd. Przecież ludzie giną naprawdę.
Strzelają nam w głowy. Nie, zmywamy się stąd". A jednak nie. Jednak znajduje się większość, która doprowadza do tego, że gra ciągnięta jest o kolejny i kolejny, i kolejny odcinek i ciągnięta jest do końca. Czyli nie ma tej zmowy. Ludzie są jednak do pewnego stopnia pazerni. Tu się pojawiają zresztą, moim zdaniem bardzo dobrzy scenarzyści piszą ten serial. To nie znaczy, że to jest wybitne dzieło. To chodzi o to, że wybitność tych scenarzystów polega na tym, że oni stawiają nam problemy i Dają takie proste wyjścia. Odpowiadamy sobie na te problemy, na te pytania, które są postawione i mamy jakąś określoną odpowiedź, po czym scenarzyści serwują nam coś, czego nie przewidzieliśmy.
Nasze odpowiedzi mają się nijak do tego, co się dzieje w serialu. I to jest moim zdaniem jeden z atutów tego obrazu, bo on pokazuje nam, że te nasze rojenia o tym, że wszystko jest właściwie do ogarnięcia, wszystko jest proste. Ten serial pokazuje, że wcale proste nie jest. Co więcej, że człowiek ma tę zadziwiającą, chciałem powiedzieć, że cudowną, ale koszmarną właściwie cechę, że potrafi skomplikować nawet proste rzeczy, a wszystko w imię... Tu sobie można wstawić różne rzeczy, chociażby w imię tego, żeby mieć górę, naprawdę górę szmalu.
[02:03:04] - Zastanawiając się tutaj nad fenomenem "Squid Game", dochodzimy do wniosku, że proste historie, prymitywne pobudki najbardziej przykuwają uwagę. Na czymś podobnym bazują "Igrzyska śmierci", na czymś podobnym, tylko trochę bardziej skomplikowanym i tajemniczym bazował "Cube". Z "Cubem" trochę przeholowano. Późniejsze odsłony może nie robiły takiego wrażenia. Trzeba dobrze dobrać te prymitywne pobudki do serialu. Pamiętamy serial "Platforma", który też w sumie opierał się o coś podobnego, ale potem przeholowano już z różnego rodzaju wątkami, które uczyniły z tego parodię i karykaturę. Ze "Squid Game" to się jeszcze nie stało. Kto wie, co będzie w kolejnych odsłonach, bo na pewno będą. Tutaj padł taki sygnał, że będziemy mieli przeniesienie akcji do Stanów Zjednoczonych. I zastanawiam się, w jaki sposób przeniesienie serialu w nowe realia kulturowe, nową przestrzeń wpłynie na popularność serii, bo to są zupełnie inne kwestie.
Tutaj ten czynnik kulturowy też odgrywa znaczną rolę, jeżeli chodzi o "Squid Game". Po pierwsze ekspresja. Koreańczycy są nadzwyczaj ekspresyjni, ci aktorzy grają tak, jakby się oglądało film niemy albo film z lat 30., 40. Czyli tam podkreślane są bardzo gesty, ton głosu i tak dalej. Ciekawe, jak to się wszystko sprawdzi w przypadku Stanów Zjednoczonych, bo przecież trzeba będzie zastosować zupełnie nowe środki. Zobaczymy. Kolejna rzecz. Koreańczycy potrafią się sprzedać nie tylko jeżeli chodzi o seriale i filmy, chociaż z tymi filmami to jest różnie. Omawialiśmy tutaj na Filmotekarium przynajmniej jeden całkiem niedawno i nie było wcale tak fajnie, ale potrafią się sprzedać także jeżeli chodzi o muzykę. Zauważ, że często badziewne rzeczy stają się modne na Zachodzie, kiedy im się nadaje egzotyczną nazwę, stają się fajne.
Taka dalgona na przykład. Są przepisy już w sieci. Koreański deser. Super deser koreański z serialu. Ale jakby wam dali ten deser bez tej otoczki fajności i egzotyki, to byście palcem nie tknęli tego w ogóle. To jest po prostu zwykły cukier. Tak samo te gry, które są przedstawione w serialu, gry dziecięce, które stanowią podstawę wyzwań. Nazwy są fantastyczne, można pomyśleć, że to jest nie wiadomo co. A kiedy zaczynają grać, to my się tak przyglądamy i mówimy: "Przecież to nasze gry podwórkowe to lepsze byli. Co to jakieś rzucanie kamykami?
Co to jest?". "Squid Game" to jest festiwal prostoty. Czy tym gardzić, czy potępiać? Nie, bo jeżeli to się sprawdza, to co tu potępiać? A może to my jesteśmy, Marku, prymitywni i hołdujemy w kinie najniższym instynktom? Może tak jest, chociaż tutaj akurat wydaje mi się, że to nie tylko my dwaj, ale też większa grupa ludzi.
[02:06:21] - Tak jest z całą pewnością. Co nie poprawia mi samopoczucia, ale w jakiś sposób może usprawiedliwia. Ja, Piotrze, nie jestem przekonany, czy to się przeniesie do Stanów Zjednoczonych, czy gdzieś tam w ogóle na Zachód szeroko pojęty i kulturowy Zachód. Zastanawiam się po prostu, czy ta końcówka filmu nie świadczy o tym, że do gier zostaną wciągnięci ludzie Zachodu, czyli rzecz się będzie działa dalej, gdzieś w okolicach Korei, tylko gracze nie będą już tylko z tego kręgu kulturowego. Bardziej się nad tym zastanawiam, bo od razu to zdradźmy. Przecież powstał w Stanach Zjednoczonych reality show bazujący na pierwszym sezonie "Squid Game". Otóż tylko jak strzelali do tych ludzi, to tymi pociskami z farbą. To jedyna różnica w stosunku do serialu, ale Amerykanie potrafili się tym bawić. W każdym razie służyło to za rozrywkę. Już ta pierwsza gra, w której to figura odwraca głowę i trzeba stać nieruchomo, mocno przetrzebiła uczestników reality show.
Mocno sobie snajperzy, którzy strzelali tymi kulkami z farbą, postrzelali, ale część przeszła dalej. Kto ciekawy, to się da znaleźć w sieci poszczególne odcinki tego reality show i myślę, że Koreańczycy to wykorzystają, ale na swoich warunkach. I to może być ciekawe, kiedy zestawimy grupę miejscową, koreańską z przybyszami z kulturowego Zachodu. Bo tu już dyskusje o przeżyciu, o chciwości, o tym, że pieniądze są potrzebne i tak dalej, to czy to będą dyskusje? Zresztą umówmy się od razu nie ma żadnych dyskusji w tym serialu, raczej jest coś, co nazwałbym przeciąganiem liny i twardym stawianiem na pewne rozwiązania, na forsowanie swojego stanowiska. To tam rzecz normalna. My się od początku, Piotrze, zastanawiamy, czy my jesteśmy do końca normalni, czy nie, że oglądamy krwawe dzieło, w którym chodzi w gruncie rzeczy o to, żeby wyeliminować jak największą liczbę ludzi, czyli zastrzelić, aby mógł wygrać tylko jeden i zgarnąć miliardy, ale tu grube miliardy juanów. Jest ten serial w jakimś stopniu, chciałem powiedzieć niebezpieczny, ale nie, to nie jest to słowo. Wyobraziłem sobie, że ten serial jakimś cudownym zrządzeniem losu zostałby przeniesiony do lat 70. XX wieku.
Proszę państwa, to by wywołało jakąś traumę kompletną. To by w ogóle było nie do wyobrażenia, że można tak człowieka poniżyć, tak go upodlić i doprowadzić do takiej sytuacji. Okazuje się, że można i że dzieje się to kilkadziesiąt lat później. Nawiążę do tego, o czym już mówiłem, do tych obserwatorów, którzy się świetnie bawią, którzy patrzą z takim czy współczuciem? Nie, właśnie nie ze współczuciem. Patrzą troszeczkę na uczestników gry jak na postacie filmowe. My też często zastanawiamy się na filmie, czy dana postać przeżyje, czy nie przeżyje. I rzadko jest tak, że jak ta postać jednak nie przeżyje, to ronimy łzy albo w każdym razie smutno nam jest. Mówimy sobie: „Trudno. Dostała w łeb, nie przeżyła.
Świat toczy się dalej. Ostatecznie to tylko film”. Ale kiedy sobie zestawimy tę sytuację z serialu, gdzie bogacze, ludzie, którzy mają tyle pieniędzy, że nie są w stanie tego zeżreć do końca życia, nawet gdyby wymyślali jakieś wyuzdane, na wszelkie sposoby wyuzdane oczywiście rozrywki, to i tak nie przekulają tych pieniędzy. I ci ludzie już są tak zblazowani, tak znudzeni życiem, że jedynej rozrywki, jakiej pragną, to zobaczyć śmierć na żywo, zobaczyć, jak inni ludzie giną. W związku z tym to nawiązanie do gladiatorstwa, do rozrywek starożytnego Rzymu jest bliższe prawdy, niż się może wydawać. Ale to nie my jesteśmy tą gawiedzią spragnioną tej rozrywki, chociaż pewnie też po części dobrze nam się ten film ogląda, ale chyba każdy, mam nadzieję, że każdy normalny człowiek jednak wie, że to film i gdyby to się miało dziać w życiu, to jednak spora część, mam taką nadzieję, naprawdę mam taką nadzieję, spora część odmówiłaby udziału w takiej zabawie albo w każdym razie nie grała. Ale to mówię o tych zwykłych ludziach, którzy są bohaterami filmu „Squid Game”. Natomiast ci bogacze, obrzydliwie bogaci i obrzydliwie zblazowani, oni nie mają żadnych wątpliwości, że te szaraczki, które są obserwowane przez nich, te szaraczki nie mają nic do gadania. Ich jedynym celem, ich jedynym znaczeniem ich życia jest to, że mogą służyć za rozrywkę tym bogatym. Zobaczcie państwo, jeśli sięgniecie po teorie spiskowe różnego rodzaju, różnego pochodzenia, to nagle zauważycie, że tamten motyw się bardzo często wybija, przebija.
Pogardy elit dla szarego człowieka. Pogardy i później czasami wyciąganych wniosków, że elity doszły do wniosku, że nas jest po prostu za dużo, że tej tłuszczy szarej, czyli nas, trzeba jakoś utoczyć tej tłuszczy krwi, trzeba się jej pozbyć, bo ona niczemu nie służy. Zaśmieca tę planetę. Jest jakaś nieestetyczna. Trzeba się tego pozbyć. Trzeba zmniejszyć populację. I mamy piękną, bardzo nośną teorię spiskową. I kto wie, czy nie jest tak, że „Squid Game”, odwołując się do tego spojrzenia, do tego, w jakiej pogardzie mają nas elity, czy też nie wygrywa przynajmniej częściowo. I takich składowych, które powodują, że ten serial cieszy się powodzeniem, jest bardzo dużo. Od prostej psychologii po skomplikowane analizy społeczne czy też nawet spiskowe.
I to chyba sprawia, że trzy sezony tego serialu jeszcze nie zaliczyły jakiejś dużej wpadki. To się wcześniej czy później stanie. Tylko zastanawiam się kiedy, bo to, czy będzie czwarty sezon, moim zdaniem patrząc na końcówkę i patrząc na przyjęcie, jest już rozstrzygnięte. Proszę państwa, skończyło się Filmotekarium, a ja sobie patrzę na swoją rozpiskę i okazuje się, że człowiek niby książki czyta, książki czasami nawet pisze, ale jakoś tak do końca czytać nie potrafi. Bo tu stoi jak byk, że jest jeszcze jedna pozycja programu, która powinna być wcześniej, ale się gdzieś tak mi zagubiła. Po prostu uciekła mi z tej linii czytania. Zapraszam państwa. Przed nami zapowiedź sierpniowego numeru Nieznanego Świata. A tam, wierzcie mi państwo, materiały ciekawe. Jak zwykle zresztą.
Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:15:00] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[02:15:03] - Zaczynamy przegląd sierpniowego numeru Nieznanego Świata. Jak zwykle numer pełen niespodzianek, pełen ciekawych materiałów. I taki materiał, który jako od razu przykuł moją uwagę, to materiał o ojcu Klimuszko. Może dlatego, że całkiem niedawno wspólnie z Piotrem robiliśmy materiał na temat książki ojca Klimuszko. Ten artykuł przykuł moją uwagę. Nosi tytuł: „Ojciec Klimuszko. Był z nami taki ktoś”. Autorem jest Jacek Woda-Rychwalski.
[02:15:41] - Zanim się do tego odniosę, to tradycyjna przypominajka: Nieznanego Świata sierpniowego i każdego innego szukajcie na stanowiskach z prasą w marketach. Jeżeli ktoś woli wersję elektroniczną, to poniżej znajdziecie do niej link. Jest też oczywiście możliwość zakupu numerów archiwalnych pod adresem www.nieznane.pl. A teraz przechodzę do ojca Klimuszko. Według mnie jest on jednym z najciekawszych polskich jasnowidzów, ekstrasensów również, może nawet jednym z najciekawszych ekstrasensów na świecie. Musimy mieć świadomość tego, że w przeciwieństwie do innych jasnowidzów, innych psychotroników, on się często angażował z własnej woli w różnego rodzaju eksperymenty, bo pragnął zgłębić naturę swoich zdolności, o czym pisał zresztą w swoich książkach. Klimuszko był jednak przede wszystkim psychometrą. On z przedmiotów, głównie ze zdjęć, odczytywał ludzkie losy, ale okazjonalnie oczywiście też mówił o przyszłości świata. Według innej wersji, tej, o której przypomina Igor Witkowski, wcale nie mówił okazjonalnie, tylko dość często i dość dużo, szczególnie przed śmiercią. Ale to jest materiał, który zaginął.
Dzisiaj natomiast przypomina się ojca Klimuszko głównie w związku z wizjami jego inwazji na Europę. To chyba jest najczęstszy motyw, który słyszę przy okazji nawiązań do tej postaci. Ale ojciec Klimuszko to postać znacznie głębsza i bogatsza. Są w jego życiu, w jego biografii różne wątki. Nie tylko te osobiste, związane z tym, jak nabył swoje zdolności, ale mamy też chociażby zmagania z prasą, która nie zawsze była mu przychylna. Mamy zielarstwo, mamy też oczywiście próbę pogodzenia tych jego niezwykłych zdolności z wiarą, z katolicyzmem. Także niezwykła postać i bardzo ciekawy artykuł, pomimo tego, że to postać tak naprawdę bardzo dobrze znana.
[02:17:50] - Kartkuję Nieznany Świat i bardzo szybko natrafiam na kolejny materiał, który może pobudzić przekrążenie krwi. W Kroniki Akaszy mamy temat, który, jak to się mówi, grzeje, bo gdzieś od wiosny tego roku kolejne doniesienia o strukturach pod piramidami, pod piramidą w Gizie. I tu czytamy, że odkryto kolejne podziemne struktury.
[02:18:23] - Tak, to wszystko postępuje bardzo szybko, dlatego że zgodnie z doniesieniami sprzed kilku dni mamy już podobne struktury pod Sfinksem również. Natomiast po kolei. Pisaliśmy wcześniej o dokonaniach tak zwanego projektu Kafre, który pod Gizą, konkretnie pod piramidą Chefrena, na głębokości kilkuset metrów odkrył zadziwiające rzeczy. Prawdziwe miasto. Najpierw odkryto struktury pod piramidami Chefrena, potem Mykerinosa. Obecnie też mówi się o Sfinksie. Te struktury przypominają rury, przypominają spirale schodzące na duże głębokości ponad pół kilometra. W przypadku Sfinksa mamy jedną spiralę, ale dwie komnaty. Natomiast w przypadku piramidy Mykerinosa, o której wspominamy w Kronikach Akaszy, mamy do czynienia również z tymi kilkoma spiralami schodzącymi w dół. Wiele osób się zastanawia, co to może być.
Czy to jest pozostałość po jakiejś precylizacji? I tutaj przedstawiciele projektu Kafre nam mówią, że owszem, że to są struktury zbudowane ponad 36 tysięcy lat temu, potem zniszczone w wyniku kataklizmu przez Egipcjan, natomiast tak jakby zaplombowane przy pomocy piramid. Cóż, jestem ciekaw, czego się jeszcze dowiemy na ten temat w kolejnych miesiącach. To na pewno nie jest jeszcze skończone.
[02:19:54] - Kolejny materiał to forum niezwykłych hipotez i w tym forum znajdujemy artykuł: „Czy historia ludzkości to fantom?” To jest tekst Alicji Łukawskiej.
[02:20:08] - Jeżeli chodzi o teorię czasu widmowego, to mamy ich kilka, ale w tym przypadku Alicja Łukawska prezentuje nam koncepcję dwóch rosyjskich teoretyków którzy mają własną wizję tego, jak wyglądała historia świata. Ich zdaniem rachuba dziejów jest błędna. Na przykład Jezus nie urodził się w starożytności, tylko w średniowieczu i to jeszcze dodatkowo gdzieś na Krymie. Oni też mówią o tajemniczej Tartarii, która miała się rozciągać na Syberii, w Ameryce Północnej i tak dalej. Ale to jest tylko kilka koncepcji z ich dość szalonej teorii. Co ciekawe, ta koncepcja Tartarii i czasu widmowego, chociaż ujmowana jest bardzo różnie w polskim internecie, zdobywa dużą popularność na różnego rodzaju stronach, witrynach, grupach poświęconych teoriom spiskowym. Także jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć o tym, skąd się Tartaria wzięła, to zachęcam do lektury.
[02:21:13] - Kiedy dalej wertuję Nieznany Świat, to natrafiam na twój artykuł, Piotrze. „Okruchy wszechświata", a w okruchach wszechświata kosmici czytają nam w myślach.
[02:21:27] - Właśnie. To jest koncepcja, którą wysunęła całkiem niedawno szwedzka astronom, która zajmuje się tajemnicą UFO. Chodzi o panią Beatrice Villaroel. Ona sugeruje, że różne dziwne zjawiska i doświadczenia, które mają ludzie, świadkowie obserwacji UFO, mogą się brać z tego, że te obiekty są wyposażone w interfejs komputer-mózg. Ona to widzi po prostu w ten sposób, że obiekty UFO to są zaawansowane maszyny posiadające sztuczną inteligencję i one potrafią sczytywać myśli ludzkie, aby pobierać stamtąd informacje. Są w stanie, jej zdaniem, chociaż to jest oczywiście hipoteza tylko i rodzaj eksperymentu myślowego, te obiekty są w stanie to robić zdalnie i zdobywają sobie w ten sposób informacje. Ale również, ponieważ mogą w jakiś sposób kontrolować człowieka i jego zachowanie, potrafią też na przykład wymazywać wspomnienia albo zniekształcać swój obraz w oczach świadka. To bardzo interesujące, choć to nie jedyne wątki z jej koncepcji, którą opisałem w „Okruchach wszechświata". Dodam jeszcze, że w tym numerze jest więcej materiałów interesujących, między innymi o cenzurze w Stanach Zjednoczonych pisze doktor Kościelny, o astrologii królewskiej pisze doktor Piotrowski. W numerze też oczywiście wiele innych tematów, stałe rubryki i tak dalej.
Szukajcie nas w punktach z prasą i w salonikach prasowych. Pamiętajcie też o wydaniu elektronicznym i o stronie www.nieznany.pl.
[02:23:08] - A na koniec ja podzielę się jeszcze czymś, co odnalazłem w numerze sierpniowym i co mną lekko poruszyło. Otóż na stronie piątej znajdujemy dwa pożegnania. Pożegnanie Ryszarda Wójcika. To legenda telewizyjnego dziennikarstwa, ale nie tylko telewizyjnego dziennikarstwa. Pożegnanie tego dziennikarza, który zmarł 3 czerwca i tuż obok pożegnanie Tadeusza Meszko, który odszedł 11 czerwca. Dlaczego mną to tak poruszyło? Otóż mniej więcej rok temu Tadeusz Meszko, który pisał scenariusz filmu dokumentalnego o Adamie Giedrysie. To był taki krawiec astronom, który w Szczecinku zbudował obserwatorium astronomiczne. Amatorskie, ale takie obserwatorium, do którego przyjeżdżał na przykład ambasador USA z kamieniem księżycowym. Ten kamień wieziono jak największy skarb w obstawie i tak dalej.
Ale nie tylko Amerykanie przyjeżdżali do Giedrysa. Przyjeżdżali również Rosjanie. I Tadeusz Meszko chciał nakręcić film dokumentalny o swoim mistrzu, bo on mieszkał kiedyś w Szczecinku i tam Adam Giedrys zaraził go wszechświatem, zaraził go kosmosem, zaraził go patrzeniem w gwiazdy. I Tadeusz pracował nad scenariuszem. A ponieważ kiedy na początku lat 70. odbywała się taka duża feta astronomiczna w Szczecinku, był jeszcze wtedy nastolatkiem, mówię o Tadeuszu Meszko, przyjechał do Szczecinka Ryszard Wójcik, aby nakręcić reportaż filmowy, telewizyjny o Adamie Giedrysie. Rok temu Tadeusz skontaktował się z żoną Ryszarda Wójcika, aby sprawdzić, czy nie zostały jakieś materiały dźwiękowe, może filmowe po tamtym reportażu i po innych reportażach, które Ryszard Wójcik o Adamie Giedrysie kręcił. To wszystko było w planach, było w procesie. Panowie się mieli spotkać. I wszystko przepadło.
To się nie stało. Chorował bardzo mocno Ryszard Wójcik. W pewnym momencie zachorował Tadeusz Meszko i już ich z nami nie ma. Spotkali się na tej stronie piątej Nieznanego Świata i ktoś powie: „Tak się zdarzyło". Owszem, ale czasami niektóre przypadki bywają bardziej zadziwiające, niż nam się wszystkim wydaje. Teraz zapraszam państwa na MAUP-ę, a w MAUP-ie książka Ericha von Dänikena. Książka troszkę inna niż te książki tego autora, do których państwo pewno przywykli. Nosi tytuł „Podróż na Kiribati". I jest tam oczywiście cała masa rzeczy niezwykłych, ale książka na swój sposób też jest niezwykła. Ale szczegóły To już w audycji "W Małpie".
Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[02:26:37] - Dzień dobry wieczór. Tradycyjnie witam.
[02:26:40] - Tak, dzisiaj książka Dänikena. To już samo w sobie jest ciekawe. Erich von Däniken to marka sama w sobie. Dla jednych słaba marka, dla innych wręcz przeciwnie. Ale książka, którą będziemy dzisiaj omawiali, jest mało charakterystyczna dla twórczości Dänikena. To właściwie bardziej reportaż z elementami rzeczy niezwykłych i tajemniczych z przeszłości, ale też z elementami takimi typowo reportażowymi, czyli jak tam się obsługa na lotnisku zachowuje, a jakie tam problemy były miejscowe i tak dalej. Czyli mamy dwa światy zupełnie. To niektórym będzie przeszkadzało, chociaż ta warstwa niezwykłości jest tutaj dosyć rozbudowana. Ona się nawet odwołuje do pradawnej Lemurii, a w każdym razie podejrzeń o związki z Lemurią. Niemniej jednak, czego brakuje w tej książce?
Wydaje się, że tego, co zwykle u Dänikena, czyli pogłębionej analizy i odwołania się, poza tym, że się odwołujemy do fantazji własnej i do własnego umysłu analitycznego, to jednak brakuje chyba odwołania się do źródeł. To nawet nie chodzi o źródła naukowe, ale takie pogłębione, które analizują dane zjawisko. A jak u ciebie, Piotrze, było z lekturą?
[02:28:19] - Jak było z lekturą? Ja mam problem z Dänikenem. Bardzo go lubiłem jako nastolatek. Zaczytywałem się w nim, chociaż też już wtedy miałem obiekcje co do jego stylu, nawet co do tego, że on nie dostarcza tak naprawdę wartościowego materiału informacyjnego. W przypadku podróży do Kiribati dostajemy tę drugą część książki, gdzie mamy już taką typową dänikenoze, czyli mnóstwo informacji bardzo różnych, o tym za chwilę. Ale Däniken, jaki jest, każdy wie. Omawiamy dzisiaj kolejną jego książkę. Dobrze wiecie, że zdajemy sobie sprawę z tej dwoistości Dänikena, że on przez jednych jest uważany za symbol dziedziny, jaką jest paleoastronautyka, a inni go uważają za, nie wiem, czy można użyć słowa złodzieja, ale za takiego uzurpatora, który sobie przywłaszczył troszeczkę zasług innych ludzi. Czyli to, co on głosił, głosili inni przed nim, ale jemu jest to przypisywane w tak zwanym mainstreamie. Dużo mówiliśmy o Dänikenie w poprzednich odcinkach, także dzisiaj sobie może to darujemy.
Odniesiemy się do samej książki, która jest inna niż poprzednio omawiane. Ona zawiera osobistą relację autora z podróży na Kiribati, gdzie poszukiwał śladów, dowodów mających wspierać jego poglądy, mówiące, iż podręcznikowa wersja dziejów ma się nijak do tej rzeczywistej, a ludziom pomagali być może przybysze z innych światów. Książka Dänikena jest taka mniej więcej do połowy, chyba tej mniejszej połowy. Książka podróżnicza to jest w większości, natomiast potem przechodzi już w analizę hoho, i tutaj mamy całe spektrum tematów. Zacznijmy jednak od tej pierwszej części, czyli podróżnik awanturnik. Taki niepokorny autor, bo Däniken bardzo lubił to podkreślać, że jest bardzo znany i też bardzo dużo kontrowersji wywołuje. Ja pamiętam, że on przynajmniej w kilku książkach o tym pisał, że tu sobie gdzieś poleciał, zaczepili go jacyś Japończycy, on powiedział, że jest ze Szwajcarii, a oni mu na to: „O, a tam jest taki Däniken, który ciekawe rzeczy pisze”. Także jemu skromności nigdy nie brakowało. I tutaj jest podobnie. Leci ten Däniken do kraju, który wtedy nie był zbytnio znany.
Pewnie do dzisiaj wielu osobom Kiribati nie jest znane. Szuka tam śladów tajemnic. Jeszcze względnie niedawno, Marku, taka literatura podróżnicza, reportaże z innych krajów, szczególnie tych egzotycznych, to było coś bardzo popularnego. Do dzisiaj są koneserzy, chociaż myślę, że powoli ten gatunek wypierają nam media typu YouTube na przykład i różnego rodzaju kanały podróżnicze. Co prawda te kanały nie oferują nam często takiej pogłębionej analizy historycznej, nie dają nam takiej analizy warunków politycznych, różnego tła kulturowego i tak dalej, ale jednak są i pokazują, jak ludzie żyją. Tego oczywiście książkom brakuje. I ten Däniken w tej książce leci, płynie na to Kiribati, Marku, płynie, leci i co tam w sumie zastaje?
[02:31:46] - Ale zanim zastaje, to jeszcze warto powiedzieć, że ta książka, Däniken potrafił zanęcić, bo ona się zaczyna od listu pastora Scarborough do Dänikena. To maj 78 roku i ten pastor Scarborough był misjonarzem właśnie na Kiribati i mieszkał tam prawie cztery lata. Poznał język wyspiarzy, a co więcej poznał też ich tajemnice. Groby olbrzymów, kamienne kręgi, które ponoć były używane przez dawnych bogów. To zawsze podkręca wyobraźnię. Pastor ostrzega Dänikena, że literatura na temat tych wszystkich rzeczy, o których on napisał, o olbrzymach i kręgach, właściwie nie istnieje. Ale ten pastor oferuje swoją pomoc w dogadaniu się z lokalsami, chce się podzielić swoją wiedzą na temat legend miejscowych, na temat lokalizacji owych kręgów. I cóż, później rzeczywiście zanęcony Däniken i zanęcony czytelnik razem z autorem lecimy na Kiribati. A cóż jest tam? Znowu troszeczkę mi to przypominało takie podróże na wyspy nonsensu, nomen omen, bo lokalność tam jest inna niż sobie Europejczyk wyobraża i my dostajemy właściwie dużą dawkę tej inności, zanim zaczyna się to, na co ja tak naprawdę czekałem w tej książce, czyli właśnie te opowieści o różnych tajemnicach związanych z tym miejscem, odległym miejscem w stosunku do Europy.
To prawie antypody, a w każdym razie takie mocno oddalone miejsce. I cóż, dowiadujemy się o tym, że początki Kiribati to są właściwie spekulacje, a nie twarda wiedza. Spekulacje o tym, że ta wyspa, że tam się znajdują kamienie z drogowskazami, bo tam są rysy na tych kamieniach i że to być może jest kultura pradawnej Lemurii, a w dodatku były tam wpływy pozaziemskie. W dodatku pojawia się tam też postać Tita, taka postać lokalnego przewodnika. Z nim Däniken podróżował po wyspach, a siłą rzeczy od niego też dowiadywał się o wielu tajemnicach. Mamy też odkrycie lokalnej biblioteki, różne starania Dänikena, nie zawsze udane, czasami tam się pewne rzeczy komplikują, starania o informacje. Dalej mamy też opowieści o istotach pozaziemskich. One są wyciągnięte z lokalnych mitów. I powiedzmy sobie szczerze, Däniken sam te mity interpretuje, a troszeczkę o interpretacji mitów zdołałem się nałykać tych informacji i on to robi w taki sposób, nie mówię, że zły, bo pewnie każdy jest dobry, ale jednak trochę na rympał te mity interpretuje. Mnie się niektóre jego interpretacje wydają jednak zbyt pisane pod tezę.
On ma pewną tezę, którą państwo doskonale znacie, bo trudno jej nie znać i pod to on wkłada wszystko. Co by się w micie nie pojawiło, to właściwie musi popierać tezę, że kiedyś dawno przybywali tutaj ludzie, czy też istoty z gwiazd. To mi się wydaje słabe w tej książce, chociaż od razu będąc uczciwym powiem, że ta książka podkręca człowiekowi wyobraźnię, ale pod warunkiem, że nie włącza mu się taki syndrom konfrontowania się z trudnymi pytaniami i z jakąś wiedzą, która zaczerpnięta jest nie tylko z mitów i nie tylko z głowy Dänikena, ale również z pewnych źródeł zbieranych przez lata, przez dziesięciolecia, przez antropologów i nie tylko antropologów. To mi się wydaje troszkę słabe w tej książce, ale powtarzam, jeśli ktoś czeka na to, żeby sobie posłuchać, poczytać ciekawe historie, to ta książka spełnia te oczekiwania.
[02:36:52] - W drugiej części tej książki dostajemy już takie typowo dänikenowskie dzieło i tam jesteśmy bombardowani różnego rodzaju informacjami. To jest taki esej, gawęda o wszystkim, skupiona generalnie na lukach w nauce i na tym, czego nie wiemy o historii. Trudno to streścić, bo tego jest naprawdę dużo. Wielu osobom pewnie to się spodoba. To się da czytać, to się miejscami nawet bardzo nie zestarzało. Przy czym, jak mówię, naszpikowane jest to treścią w taki sposób, że niełatwo to wszystko ująć w jakąś całość i nawet wyciągnąć z tego sens. Mamy tam zagadki fizyczne i archeologiczne, i antropologię, i Egipt, Andy. Wszystko. Gorzej jest z wyciąganiem z tego jakiegoś wniosku, jakiegoś sensu, bo mamy lawinę danych, lawinę informacji. I ja miałem zawsze taki problem z Dänikenem, że on robi coś takiego, że zasypuje człowieka pytaniami, przykładami.
Często nawet nie za bardzo rozwija te przykłady, podaje jakąś informację, która służy za przykład, a kiedy sobie wejdziemy w szczegóły, to się okaże, że to nie jest takie łatwe, jak on nam mówił, że jest też druga strona albo i trzecia, albo dziesiąta. To znaczy poza uznaniem, że historia jest inna niż nam się przedstawia, trudno z tego jest wyciągnąć jakikolwiek konkretny wniosek. I to jest bardzo symptomatyczne i problematyczne dla Dänikena. I powiem ci, że po latach to mi się już nie podoba. Po latach uznaję, że niektóre wątki albo inaczej sposób jego Narracji jest momentami bardzo manipulacyjne i robi więcej szkody niż pożytku dla całej dziedziny, bo stosując taką metodę, tak zwany cherry picking, czyli wybieranie sobie danych, wątków, faktów, hasełek, możemy uzasadnić dosłownie wszystko. A dzisiaj to już nam się nauka tak mocno rozrosła, że to, co Däniken nam oferuje, o rany, to jest jednak straszne uproszczenie. Czyli to jest taka galopka informacyjna, taka papka już momentami. Przy czym znajdą się osoby, którym to będzie pasowało, bo ja dobrze wiem, że nie wszyscy, tak jak ja, są w stanie żyć w nieustannym napięciu i braku konkretów. To znaczy są osoby, które muszą mieć te nitki połączone, te punkty połączone ze sobą, aby móc mieć obraz jakiegoś przypadku. Także, jak mówię, to się wielu osobom spodoba.
Może nie straciło na wartości też w niektórych punktach oczywiście. Ta druga część książki Dänikena również mocno przypomina inne publikacje, które tutaj omawialiśmy, także te wydane w Polsce, czyli takie tematyczne mydło i powidło. Chociaż nawet powiem, że niektóre z tych publikacji były bardziej uporządkowane niż dzieło Dänikena, o którym dzisiaj mówimy. Co jeszcze można powiedzieć? To nie jest ostatnia próba wzbogacenia przez Dänikena swojej twórczości dodatkowymi wątkami albo eksperymenty z nowymi stylami. Z tego, co pamiętam, były też takie ukłony Dänikena w stronę młodzieży na przykład, ale i tak przecież najbardziej został on zapamiętany jako twórca powiązany z ancient aliens, ze starożytnymi kosmitami.
[02:40:33] - Może ja jeszcze opowiem o kilku konkretach. Tam się pojawiają kamienie nawigacyjne, o których wspominałem. Na wyspie o nazwie Arore znajdują się kamienie z rysami i liniami. Takie monolity. Według autora te linie wskazują kierunek do Nowego Świata lub do lądów, które są gdzieś tam za morzem i trzeba do nich koniecznie popłynąć. Däniken mówi oczywiście, że to są ślady po starożytnej nawigacji lub po jakimś boskim przewodnictwie. Wiecie państwo, jakby każdy kamień z rysami w ten sposób potraktować, to słabo by było. W każdym razie Däniken przedstawia, mówiłem już o tych grobach olbrzymów, on się do tego odwołuje, ale przecież nie kopie, nie ma żadnych poszukiwań archeologicznych. To są wszystko relacje, które mówią: tak, tak, oni mówią, że tu to jest i ja im wierzę i na podstawie tego wyciągam takie, a nie inne wnioski. Poza tym, wiecie państwo, jak się człowiek temu tak dobrze przyjrzy, nie mówię nawet zdjęciom, tylko całej tej argumentacji, to można dojść do wniosku, że te kamienie nawigacyjne osławione to są kamienie z przypadkowymi rysami.
Bo dlaczego niby nie? Odciski stóp olbrzymów, które ponoć gdzieś tam występują, mogą być tymi odciskami, ale mogą być też zwykłymi wgłębieniami w ziemi. Ten krąg kultowy, taki krąg w piasku obramowany kamyczkami. Ale jakie jest jego znaczenie? Takie kręgi to znajdziecie państwo również w Polsce. Czy to wyklucza ingerencję obcych? Niby nie, ale czy ją potwierdza? Też jakby nie. W związku z tym ja mam wrażenie, przy całym szacunku do Dänikena, że momentami ta retoryka autora i ta jego argumentacja bywa naiwna. Tak uroczo naiwna, bo ta książka ma już swoje lata.
Zauważcie państwo, że brak jest dobrych zdjęć, które pozwoliłyby wam jako czytelnikom ocenić, jak to z tymi kamieniami, z tymi monolitami, w ogóle z tymi znaleziskami jest. Moim zdaniem wnioski, które Däniken wyciąga na kilometr, czuć je pewną jednak tendencyjnością. Nigdy nie jest dobrze, jeśli najpierw mamy tezę, a później znajdujemy argumenty, żeby ją udowodnić. To jest słabe, bo naturalną koleją rzeczy jest pomijanie wówczas tych elementów, które nie pasują do układanki. Tak się nie powinno robić. Tego rodzaju działanie czasami pozwala napisać książkę, ale czy zawsze pozwala dojść do prawdy? Raczej powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Moim zdaniem Däniken interpretuje każdy dowód i to obojętnie, czy on jest realny, czy domniemany jako potwierdzenie swoich teorii o paleoastronautyce. To znowu nie jest najlepsza metoda. I powtarzam, to nie chodzi o to, żeby w tej chwili samo zło wyciągać Dänikenowi.
Chodzi o to, że moim zdaniem w tej książce bardzo dobrze widać, nie we wszystkich książkach Dänikena pewną manipulację, której on dokonuje, widać tak wyraźnie. Czasami bywa dobrze ukryte. Natomiast ta książka, o której dzisiaj mówimy, czyli „Podróż na Kiribati”, ona dobrze odsłania jego słabość. Tę jego słabość, którą bardzo często zarzucają mu naukowcy, że on tam czegoś nie uwzględnia, czegoś nie bierze pod uwagę. I powiem tak, trochę szkoda, że on sam daje im do rąk argumenty, bo ta książka takim argumentem jest. Owszem, ona opowiada, jak już mówiłem kilka razy, ciekawe historie, miejscowe legendy, miejscowe mity, coś, co przetrwało przez wieki i to w tej książce jest najciekawsze, ale jednocześnie rozważania Dünkena bywają czasami uroczo naiwne. Cóż, proszę państwa, czas wakacyjny, odrobina prozy by się przydała. Zanim zaprezentujemy państwu opowiadania nadesłane do audycji, to pewno w sierpniu, to zapraszam państwa na archiwalne wyimki w tym wypadku z audycji z maja 2021 roku, z audycji ABW, odcinek 94. I tam prezentowaliśmy klasykę amerykańskiej prozy science fiction, amerykańskich opowiadań ze złotej ery SF. To są opowiadania dostępne w domenie publicznej i to będą dzisiaj trzy opowiadania trzech bardzo znanych amerykańskich autorów z tamtych czasów, a mianowicie Fredericka Browna „Ręce precz”, Jacka Williamsona „Zamaskowana planeta” i Jacka Vance'a „Panowie domów”.
Ten ostatni tekst należy do moich ulubionych. Dlaczego? Pewno się państwo domyślicie. Jeśli nie znacie tego tekstu, to się domyślicie, a o szczegółach nie będę teraz mówił. Może po prezentacji opowiadań. Zapraszam.
[02:46:38] - Frederick Brown „Ręce precz”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. W sytuacji, gdy na Ziemi nie zostało już ani trochę miejsca, mając wiszącego nad głowami pozbawionego istot żywych Marsa, ktoś wpadł na pomysł uruchomienia kolonii na Czerwonej Planecie. Oznaczało to konieczność zmiany przyzwyczajeń i fizycznej budowy imigrantów, ale działało całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, uwzględniono wszystkie możliwe fakty poza jedną skazą na ludzkiej naturze. Sekretem, który stał za tym wszystkim, była adaptyna. Początkowo nazwano ją adaptyną, potem zostało to skrócone do adaptyny. Pozwalała ona nam na adaptację. Wyjaśnili nam to wszystko, kiedy mieliśmy 10 lat. Jak myślę, wcześniej wydawało im się, że jesteśmy za młodzi, żeby to zrozumieć, chociaż sporo już wtedy o tych sprawach wiedzieliśmy.
Powiedzieli nam tuż po tym, kiedy wylądowaliśmy na Marsie. „Jesteście w domu, dzieci” — powiedział nam główny nauczyciel, kiedy weszliśmy do glesytowej kopuły, którą tam dla nas zbudowali. Poinformował nas również, że wieczorem odbędzie się specjalny wykład, bardzo ważny, na którym musimy wszyscy być obecni. Tego wieczora opowiedział nam całą historię. Wszystkie dlaczego i z jakiego powodu. Stał tuż przed nami. Oczywiście musiał mieć na sobie ogrzewany skafander kosmiczny wraz z hełmem, ponieważ temperatura pod kopułą, która dla nas była całkiem przyjemna, dla niego była lodowato zimna, zaś powietrze było zbyt rzadkie, aby mógł nim oddychać. Głos nauczyciela dobiegał do nas przez radio z wnętrza hełmu. „Dzieci” — powtórzył. — „Jesteście w domu.
To jest Mars. Planeta, na której spędzicie resztę waszego życia. Jesteście Marsjanami, pierwszymi Marsjanami. Żyliście przez pięć lat na Ziemi, a następnie kolejne pięć w kosmosie. Teraz spędzicie dziesięć w tej kopule do czasu, kiedy nie dorośniecie. Chociaż pod koniec tego okresu będzie wam wolno przebywać przez coraz dłuższy czas na zewnątrz. Potem zrobicie kolejny krok. Zbudujecie sobie domy i będziecie żyć jako Marsjanie. Pożenicie się między sobą i wasze dzieci odziedziczą wasze zdolności. One również będą Marsjanami.
Nadszedł czas, aby zapoznać was z historią wielkiego eksperymentu, którego każde z was jest uczestnikiem”. Potem opowiedział nam o wszystkim. Ludzie, jak powiedział, wylądowali na Marsie w 1985 roku. Nie było na nim żadnych stworzeń inteligentnych. Istnieje na nim bujne życie roślinne i kilka rodzajów bezskrzydłych owadów i stwierdzili, że zgodnie z ziemskimi standardami nie nadaje się on do zamieszkania. Ludzie mogli przetrwać na Marsie jedynie żyjąc pod glesytowymi kopułami i zakładając skafandry kosmiczne, kiedy z nich wychodzili. Poza pojedynczymi dniami w cieplejszych porach roku było tam dla nich zdecydowanie za zimno. Powietrze było za rzadkie do oddychania, a długotrwałe wystawianie się na światło słoneczne, słabiej odfiltrowane ze szkodliwych składników promieniowania niż na Ziemi z powodu mniejszej ilości powietrza mogło ich zabić. Rośliny były obce pod względem chemicznym i nie mogły być jedzone przez ludzi. Całą żywność musieliby więc przywozić z Ziemi lub hodować w zbiornikach hydroponicznych.
Próbowali kolonizować Marsa przez 50 lat i wszystkie ich wysiłki zakończyły się niepowodzeniem. Poza tą kopułą, którą zbudowali dla nas, istniała tylko jeszcze jedna placówka. Inna glesytowa kopuła, dużo mniejsza, położona w odległości niecałej mili stąd. Wyglądało, jakby ludzkość nigdy nie miała rozprzestrzenić się na pozostałe planety Układu Słonecznego poza Ziemią, ponieważ Mars był najmniej niegościnny z nich wszystkich. Jeżeli nie byli w stanie żyć tutaj, to podejmowanie próby kolonizacji innych planet nie miało nawet sensu. Wtedy właśnie w 2034 roku, 30 lat temu, znakomity biochemik nazwiskiem Weymouth odkrył daptynę. Cudowny lek, który działał nie tylko na zwierzęta czy też ludzi, którym go podano, ale również na ich potomstwo, poczęte w ograniczonym czasie po jego wstrzyknięciu. Dawało to potomkom tego rodzaju istot niemal nieograniczone możliwości adaptacyjne, pozwalające na przystosowanie się do zmieniających się warunków, pod warunkiem, że zmiany te następować będą stopniowo. Doktor Weymouth zaszczepił, a następnie rozmnożył parę świnek morskich. Urodziło się pięć młodych.
Umieszczając każde z miotów w innych, stopniowo zmieniających się warunkach, uzyskał on zdumiewające wyniki. Po osiągnięciu dojrzałości jedna z tych świnek swobodnie żyła w temperaturze 40 stopni Fahrenheita poniżej zera. Druga była zupełnie szczęśliwa w 150 stopniach powyżej. Trzecia doskonale się rozwijała na diecie, która stanowiłaby śmiertelną truciznę dla zwykłego zwierzęcia, zaś czwarta z zadowoleniem pławiła się w powodzi nieustannego strumienia promieniowania X, które zabiłoby każde z jej rodziców w ciągu kilku minut. Następne eksperymenty z kolejnymi miotami pokazały, że zwierzęta, które zaadaptowały się do podobnych warunków, rozmnażały się szybciej, a ich potomstwo już od urodzenia było przystosowane do życia w tych warunkach. 10 lat później, czyli 10 lat temu, powiedział nam główny nauczyciel: „Urodziłyście się wy, dzieci. Urodziłyście się w starannie wybranych rodzinach, a wasi rodzice zgłosili się na ochotnika do udziału w tym eksperymencie. A po urodzeniu rosłyście w starannie kontrolowanych i stopniowo zmieniających się warunkach. Od chwili waszego urodzenia powietrze, którym oddychaliście, było stopniowo rozrzedzane, a zawartość tlenu redukowana. Wasze płuca skompensowały to poprzez znaczne zwiększenie pojemności.
To właśnie z tego powodu wasze klatki piersiowe są dużo większe niż w przypadku nauczycieli i osób z obsługi. Kiedy w pełni dorośniecie i będziecie mogli oddychać powietrzem takim jak na Marsie, ta różnica stanie się nawet jeszcze bardziej znacząca. Wasze ciała porasta futro pozwalające wam wytrzymać coraz silniejsze zimno. Obecnie czujecie się zupełnie dobrze w warunkach, które szybko zabiłyby normalnego człowieka. Od czasu, kiedy skończyłyście cztery lata, wasze pielęgniarki i nauczyciele muszą nosić specjalne ubrania ochronne, aby przeżyć w warunkach wydających się wam normalnymi.” Po chwili przerwy zaczął mówić dalej: „Za kolejne 10 lat, kiedy staniecie się dorosłe, będziecie w pełni zaaklimatyzowane na Marsie. Powietrze, jakie tutaj macie, będzie waszym powietrzem. Rośliny na nim rosnące staną się waszym pożywieniem. Ekstremalne wartości temperatur na tej planecie będą dla was łatwe do zniesienia, a jej średnie temperatury odczuwać będziecie jako przyjemne. Już obecnie, na skutek pięciu lat spędzonych w kosmosie przy stopniowo zmniejszanym przyciąganiu grawitacyjnym, siła ciężkości na Marsie wydaje się wam zupełnie normalna.” Rozłożył ręce. „To będzie wasza planeta, na której będziecie żyć i którą zaludnicie.
Jesteście dziećmi Ziemi, ale jesteście również pierwszymi Marsjanami.” Oczywiście o wielu z tych rzeczy wiedzieliśmy już wcześniej. Ubiegły rok był najlepszy. Do tego czasu ciśnienie powietrza w kopule, poza częściami utrzymywanymi pod wysokim ciśnieniem, w których mieszkali nasi nauczyciele i obsługa, było już niemal takie jak na zewnątrz i pozwolono nam zostawać tam na coraz dłuższe okresy czasu. Przyjemnie przebywać na otwartej przestrzeni. W czasie ostatnich kilku miesięcy złagodzili segregację płci, tak że mogliśmy zacząć wybierać sobie partnerki i partnerów. Chociaż oznajmili nam, że nie wolno zawierać żadnych małżeństw aż do ostatniego dnia, kiedy uzyskamy pełną swobodę. W moim przypadku wybór nie był trudny. Dokonałem go już dawno temu i byłem pewien, że ona czuje to samo. Miałem rację. Jutro nadejdzie dzień naszej wolności.
Od jutra staniemy się Marsjanami. Marsjanami przez duże M. Jutro przejmiemy władzę nad planetą. Niektórzy spośród nas są niecierpliwi. Szczególnie widać było to w okresie kilku ostatnich tygodni, ale rozsądniejsza opinia przeważyła i poczekamy. Czekaliśmy 20 lat, możemy więc poczekać do ostatniego dnia. A właśnie jutro jest ten ostatni dzień. Jutro, zanim stąd odejdziemy, na dany sygnał zabijemy naszych nauczycieli i innych Ziemian znajdujących się między nami. Oni niczego nie podejrzewają, tak więc będzie to łatwe. Udawaliśmy się od wielu lat tak, że oni w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich nienawidzimy.
Nie wiedzą, za jak wstrętnych i obrzydliwych ich uważamy z tymi ich brzydkimi, pokracznymi ciałami o szczupłych ramionach i skarlałych klatkach piersiowych. Ich słabe, syczące głosy potrzebują wzmocnienia, by mogły rozchodzić się w naszym marsjańskim powietrzu. A przede wszystkim ta ich biała, ciastowata, pozbawiona włosów skóra. Zabijemy ich wszystkich, a potem pójdziemy i zniszczymy drugą kopułę tak, by wszyscy Ziemianie stamtąd również zginęli. Jeżeli przybędą tutaj kolejni Ziemianie, aby nas ukarać, będziemy mogli żyć i ukrywać się na wzgórzach, gdzie nigdy nas nie znajdą. A jeżeli spróbują zbudować kolejne kopuły, je również zniszczymy. Nie chcemy mieć więcej do czynienia z Ziemią. To jest nasza planeta i nie chcemy na niej żadnych obcych. Ręce precz! Jack Williamson „Zamaskowana planeta”.
Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Planeta miała twarz skrytą maską. Z odległości 10 milionów mil była tylko ciemnożółtym okiem. Z jednego miliona pokryła się bliznami i spoglądała jakby chytrze i groźnie. Na zewnątrz dymiącego kręgu wypalonego przez rakiety naszych silników zwieszała się ohydna kotara dżungli pełna włochatych, czarnych macek i ogromnych ziemistych kwiatów kryjących zagadkę swych złowrogich genów. Na większości planet znalezionych przez nas astronautów życie jest mniej więcej zbliżone do naszego. Podobne nukleotydy łączą się w podobne helisy łańcuchów DNA przenoszące podobne informacje genetyczne. Podobne procesy replikują te łańcuchy podczas podziału komórek, przenosząc złożone schematy określonego korzenia, oka czy skrzydła. Dokładnie, bez żadnych zmian przez tysiące pokoleń. Na tej planecie jednak nawet geny były odmienne, ogromnie złożone.
Tutaj, wydawałoby się, najprostsze rośliny miały więcej i dłuższych łańcuchów DNA niż gdziekolwiek indziej. Jakie informacje przenosiły? Przylecieliśmy tu, aby je odczytać przy pomocy nowej genetycznej mikrosondy. Sto ton cennego sprzętu mikroskopowego i elektronicznego stworzonych zostało w celu obserwacji i manipulacji najmniejszymi jednostkami życia. Mógł on sięgnąć nawet do tych dziwnych genów. Na tym polegała nasza misja. Nasz statek był siódmym statkiem badawczym, który zbliżył się do tej planety. Sześć poprzednich zaginęło bez śladu. Przybyliśmy tu także, aby dowiedzieć się dlaczego. Naszym pilotem był Lance Landark, szczupły, twardy mężczyzna, milczący i zimny prawie tak, jakby opakowana na szaro mikrosonda.
Nienawidziliśmy go, dopóki ktoś nie dowiedział się, dlaczego zgłosił się na ten lot. Jego żona była pilotem statku poprzedzającego nasz. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, zaczęliśmy odbierać skryte napięcie w jego zmęczonym głosie, monotonnie wywołującym na każdym paśmie: „Zgłoś się, szóstka. Zgłoś się, szóstka.” Szóstka nigdy się nie zgłosiła. Przez dwa dni obserwowaliśmy planetę. Płytkie zagłębienie wyrzucone przez nasze silniki. Opalone ogniem odrzutu pniaki. W tyle dżungla. Maska na pokaz skrywająca te potworne geny. Suchnąca.
Ciemna. Całkowicie obca. Trzeciego dnia Lance Landark zabrał dwójkę z nas helikopterem. Latając po siatce nad obszarem, w którym wylądowaliśmy, odkryliśmy sześć niewielkich znamion na tej ponurej dziczy. W miejscach, gdzie kiedyś musiały wylądować nasze statki. Usiedliśmy w najświeższym kraterze, w którym czarne resztki drzew sterczały jak połamane zęby z dziwnie pustego, czerwonego błota. Przez jego środek sączył się strumień pokryty żółtymi szumowinami. Nad strumieniem znaleźliśmy oczyszczony do kości ludzki szkielet. Obok kości stała na straży jakaś koszmarna roślina. Jej grube liście pokryte były dziwnymi smugami, poskręcane w roślinnej agonii.
Wyglądały na wpół jak zatrute kolce, na wpół jak przekwitłe kwiaty. Na kości ludzkie spadały z niej bezkształtne kłęby gnijących owoców. Lance Landark stanął jak wryty. To jej turkusowy, totemiczny ptak burzy. Pokazał nam ręką kawałek poczerniałego kamienia ze srebrnymi i niebieskimi żyłami. Dawno temu na Ziemi, kiedy jeszcze uczyliśmy się pilotażu, kupiliśmy go od jednego Indianina w bardzo starym miasteczku o nazwie Santa Fe. Pochylił się. „Lilit” — wyszeptał. — „Lilit, co cię zabiło?” Nie znaleźliśmy żadnych innych kości ani nawet niczego, co by mogło nam wyjaśnić, jaka siła czy trucizna trzymała dżunglę z dala od tej samotnej rośliny. Odlecieliśmy o zmierzchu.
Lance Landark z czułością przeniósł do helikoptera zebrane kości. Bardzo ostrożnie zabraliśmy też ze sobą kilka liści i uschniętych strąków tej zwariowanej, samotnej rośliny. Nie znaleźliśmy żadnych innych śladów. Cierpliwie, dzień za 40-godzinnym dniem przeszukaliśmy pozostałe miejsca. Znaleźliśmy ślady po odrzucie silników, pełno rozmaitego zielska, ale niczego podobnego do straszliwego koszmaru nad szkieletem Lilit Landark. Nie udało się nam znaleźć żadnych szczątków wraków statków, niczego, co by mogło nam powiedzieć, jak ta planeta zamordowała zaginione ekspedycje. Dzień za długim jak wieczność dniem, nieznane spoglądało na nas ukradkiem z miejsc, gdzie potajemnie kryły się jego geny. Życie miało tutaj charakter wyłącznie roślinny. Nie widzieliśmy żadnego ruchu wskazującego istnienie zwierząt. Nie słyszeliśmy żadnych zwierzęcych krzyków ani buczenia owadów.
Cisza stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Dzień za pełnym desperacji dniem wracaliśmy do mikrosondy. „Odpowiedź kryje się w genach” — wyszeptał ponuro Lance Landark. — „Nie mamy innej szansy”. Przez cały czas korzystał z sondy do badania najdziwniejszych genów ze wszystkich, pochodzących od koszmarnej rośliny rosnącej koło ciała jego żony. Były one odmienne od wszystkich innych, jakie spotkaliśmy na tej planecie. Podwójne spirale łańcuchów DNA były monstrualnie długie. Wiele powiązań nukleotydów zawierało atomy miedzi lub arsenu. „To dziwne” — nieustannie mruczał pod nosem Lance. — „W innych rosnących tu roślinach nie ma miedzi ani arsenu.
Chciałbym wiedzieć dlaczego”. Właśnie pracował z sondą, kiedy usłyszeliśmy krzyk kobiety. W tej dławiącej ciszy poderwał nas wszystkich na nogi. Przepychając się nawzajem, pognaliśmy do włazu. Obdarta, poplamiona czymś, co wyglądało jak krew powstrzymujących ją pnączy. Wyrwała się na otwartą przestrzeń po lądowaniu, wymachując jakąś brudną szmatą. W połowie drogi do statku upadła w błoto. Lance Landark razem z dwoma ludźmi pobiegli, by zabrać ją na statek. Jęknęła i uniosła do góry głowę. Łzy wyżłobiły bruzdy w pokrywającym jej twarz brudzie.
„Lance” — wydyszała. — „Mój kochany”. „Lilith”. Jego twarz nagle się skurczyła. — „Przecież znalazłem Lilith martwą”. „Nieomal umarłam”. Próbowała podnieść się na nogi. — „Posłuchaj. Wszyscy zostaliśmy uwięzieni w tym lesie. Lądowanie alarmowe, kiedy próbowaliśmy stąd odlecieć.
Zniszczeniu uległo nasze wyposażenie astrogacyjne. Potrzebujemy waszego zapasowego astropilota”. — „Do tyłu!” Machnął na nas ręką. — „Z powrotem na statek”. „Co się dzieje?” Dosłownie nas sparaliżowało. — „Przecież to twoja żona”. „Na pokład! Natychmiast”. Posłuchaliśmy jego oszalałego głosu. „Pomocy” — wyszeptała słabo, leżąc w błocie za naszymi plecami.
— „Ci, którzy ocaleli, potrzebują astropilota, żeby wrócić do domu”. Szczęk pokrywy włazu uciął jej głos. Naskoczyliśmy z gniewem na Landarka. „Stać!” — rzucił ostrym tonem. — „Nie oszalałem. Za to ta planeta tak. Chodźcie ze mną do mikrosondy. Badałem właśnie nasiono z rośliny, którą znaleźliśmy koło kości Lilith. Mocno mnie zaintrygowało. Było tak bardzo...” Pomimo napięcia zdołał odnaleźć w głowie słowo najlepiej odzwierciedlające to, co chciał powiedzieć.
— „Dowolne. Te bezkształtne liście, poskręcana łodyga, to sterylne nasiono. Miedź i arsen w tych niepotrzebnych powiązaniach. Za wiele genów nie miało żadnych funkcji. Były w ogóle nieprzydatne”. Spojrzał na nas. — „Właśnie odkryłem klucz, kiedy to stworzenie zaczęło krzyczeć. Atomy miedzi i arsenu nie są instrukcjami genetycznymi dla roślin. To była wiadomość dla nas. Słowa powtórzone tryliony razy i ukryte w każdej komórce tej rośliny”.
„Słowa?” — ktoś wyszeptał pustym głosem. — „Słowa zapisane przy pomocy atomów?” „Zapisane w kodzie dwójkowym”. W jego nachmurzonym spojrzeniu ponury nastrój mieszał się z triumfem. — „Rozumiecie? To zielsko jest mutantem. Prawdziwa Lilith utworzyła pierwszą komórkę przy pomocy swojej mikrosondy. Zostawiła ją, przypuszczam, że w swoim własnym ciele, jako wiadomość, której nie mogła przejąć żadna pseudo-Lilith”. Na dworze znów coś straszliwie wrzeszczało. — „Niech każdy atom miedzi będzie kropką” — wyszeptał. — „A każdy atom arsenu kreską.
Odczytując to w kolejności wyznaczonej przez łańcuchy DNA, otrzymujemy zakodowaną wiadomość. Komputer właśnie ją rozkodowuje”. Nacisnął przycisk i zafurgotała drukarka. — „Do wszystkich, którzy się tu pojawią. Nikomu nie udzielajcie pomocy. Odlatujcie z tej planety. Tutejsze istoty żywe są pseudomorficzne. Nie pozwólcie, by stąd się wydostały. Przekażcie tylko Lance'owi Landmarkowi wyrazy miłości od jego żony Lilith i odlatujcie z tej planety. Szybko”.
Na dworze rozległo się szaleńcze, bełkoczące skrzeczenie. Odlecieliśmy z tej planety i mamy nadzieję, że już nigdy tam nie wrócimy. Jack Vance, „Panowie domów”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Dwóch mężczyzn siedziało w milczeniu, mocno zaniepokojonych. Cafridge, gospodarz spotkania, podniósł się i szybkim krokiem zaczął krążyć po pokoju w tę i z powrotem. Podszedł do okna, popatrzył w niebo w stronę odległej gwiazdy BGD 1169. Jego gość, Richard Emerson, był nawet jeszcze bardziej zdenerwowany. Siedział odchylony do tyłu na krześle, twarz miał białą, usta obwisłe, oczy rozszerzone i błyszczące. Nie padło nawet jedno słowo i nie było widać niczego, co mogłoby tłumaczyć ich emocje.
Siedzieli w zwykłym podmiejskim salonie, wyróżniającym się tylko mnóstwem wiszących na ścianach ciekawostek, osobliwości i bibelotów. Słysząc odgłos skrobania, Caffridge odwrócił się od okna. Ostro zawołał: „Serwis!” Czarno-biały kot ostrzący sobie pazury na zdobionej kolumnie z egzotycznego drewna postawił uszy, ale drapał nadal. „Ty urwisie.” Caffridge wziął kota i wyrzucił go na zewnątrz przez specjalne drzwi dla zwierzęcia. Wrócił do Emersona. „Zdaje się, że obaj myślimy o tym samym.” Emerson trzymał się oparcia swego krzesła. „Jak mogłem to wcześniej przegapić?” — wymamrotał. „To dziwna sprawa” — powiedział Caffridge. „Nie wiem, co teraz robić.” „W tej chwili to nie leży już w moich rękach. Dzięki niebiosom” — powiedział Emerson.
Caffridge wziął do ręki małe białe pudełko, które zawierało raport Emersona. „Chce pan pójść ze mną?” Emerson pokręcił przecząco głową. „Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie chcę widzieć tego więcej na oczy.” Skinął głową w stronę pudełka. „No dobrze” — powiedział ponuro Caffridge. „Pokażę to zarządowi dziś wieczorem. Potem...” Emerson uśmiechnął się zmęczony i sceptyczny. „Potem co?” Towarzystwo Astrograficzne działało jako organizacja non-profit, poświęcając się badaniom i eksploracji pozaziemskiej. Składki wpłacone przez milion aktywnych członków powiększały jeszcze dochody ze specjalnych patentów, dotacji, licencji oraz opłat za doradztwo, w wyniku czego z biegiem lat towarzystwo stało się bardzo bogate. Kilkanaście statków kosmicznych zaniosło niebiesko-zielony emblemat astrograficzny do bardzo odległych miejsc.
Comiesięczna publikacja studiowana była zarówno przez dzieci w wieku szkolnym, jak i naukowców. W Muzeum Astrograficznym znajdował się wspaniały zbiór eksponatów zgromadzonych w całym wszechświecie. W specjalnie wyposażonej kopule na dachu muzeum raz w miesiącu spotykała się rada dyrektorów, aby zatwierdzać transakcje biznesowe oraz przeglądać i przesłuchiwać doniesienia zespołów badawczych o istotnym znaczeniu. Theodore Caffridge, prezes rady, po przybyciu na spotkanie wrzucił do mechanizmu witaliskopu pudełko zawierające raport dowódcy zespołu Richarda Emersona. Stał w milczeniu, wysoki, ponury, czekając na zakończenie toczących się wokół stołu rozmów. „Panowie” — powiedział Caffridge ponurym, monotonnym tonem. „Ja już zapoznałem się z tym raportem. To najdziwniejsza sprawa, jaką napotkałem w całym swym doświadczeniu. Jestem bardzo poważnie zaniepokojony i mogę dodać, że komandor Emerson podziela moje odczucia.” — przerwał. Dyrektorzy popatrzyli na niego z ciekawością.
„No dalej, Caffridge, nie bądź taki tajemniczy. Wysłuchajmy tej relacji, Theodore.” Caffridge uśmiechnął się najsłabszym, najbardziej niewyraźnym uśmiechem. „Raport jest tutaj. Sami możecie się przekonać.” Dotknął włącznika. Ściany pokoju rozpłynęły się w szarej mgle. Kolory zawirowały i znikły. Rada dyrektorów zmieniła się w grono niewidzialnych oczu i uszu obecnych w kabinie statku kosmicznego Gaea. Ich punkt obserwacyjny znajdował się w miejscu kuli rejestrującej na szczycie hełmu Emersona. Widzieli wszystko to, co i on. Słyszeli to samo, co on słyszał.
Głos Emersona dolatywał z głośnika. „Znajdujemy się na orbicie nad planetą drugą gwiazdy BGD 1169 Fargo Navis 4. Przylecieliśmy tu przyciągnięci serią impulsów emitowanych w fazie C3. Wydawały się one wskazywać na wysoce zorganizowaną cywilizację techniczną, więc oczywiście zatrzymaliśmy się w tym miejscu, aby to zbadać.” Obraz na ścianach pomieszczenia przemieszczał się, gdy Emerson przeszedł do pulpitu sterowania. Przez port obserwacyjny dyrektorzy mogli zobaczyć wirującą w dole planetę w pełnym świetle niewidocznego słońca. Emerson podał szczegółowe cechy fizyczne planety, które przypominały Ziemię. „Atmosfera wydaje się nadawać do oddychania. Jest tu bujna roślinność, z grubsza porównywalna z naszą.” Emerson podszedł do ekranu. Ponownie obraz na ścianach wokół nich przesunął się. „Sygnały spowodowały, że spodziewaliśmy się jakiegoś rodzaju inteligentnych mieszkańców.
Nie zawiedliśmy się. Autochtoni nie żyją w zorganizowanych osadach, lecz w odizolowanych od siebie siedzibach. Z braku lepszego słowa nazwaliśmy je pałacami.” Emerson ruszył pokrętłem na konsoli. Widok na teleekranie bardzo się rozszerzył i dyrektorzy spoglądali na gęsty jak dżungla las. Obraz przemieścił się po koronach drzew na polanę o średnicy około mili. Pałac zajmował środek polany. Kilkanaście wysokich ścian, strzelistych i ogromnych jak skały, połączonych wydawałoby się w przypadkowy sposób. Zbudowane zostały z jakiegoś migoczącego metaloidu i były otwarte od góry. Nie było widać żadnych wejść ani otworów okiennych. To mniej więcej wszystkie szczegóły, jakie mogłem wyłapać z tej wysokości — zabrzmiał głos Emersona.
— Proszę zwrócić uwagę na brak dachu, widoczny brak wyposażenia wewnętrznego. Niemalże nie wygląda to na miejsce zamieszkania. Proszę także zwrócić uwagę na to, jak wygląda polana. Jak formalny ogród. Odwrócił się tyłem do teleekranu. Dyrektorzy ponownie siedzieli w kabinie Geyi. Nadajemy przez cały czas na wszystkich pasmach międzynarodowe symbole — powiedział Emerson. — Jak do tej pory nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Myślę, że wylądujemy na tej polanie. Istnieje pewien element ryzyka, ale wierzę, że rasa wyglądająca na tak wyrafinowaną nie będzie zaskoczona ani zszokowana pojawieniem się dziwnego statku kosmicznego.
Geya zagłębiła się w atmosferze BGD11692. Jej kadłub drżał pod naporem chłostającego go rzadkiego gazu. Emerson przemówił z witaliskopu, zwracając uwagę, że statek unosił się ponad obserwowanym wcześniej obszarem i zaraz miał wylądować. Amortyzatory uderzyły w twardą ziemię. Nastąpiło kilka krótkich wahnięć, kiedy zadziałały automatyczne stabilizatory. Potem wrażenie stabilizacji pozycji. Automatyczne przełączniki wyłączyły napęd. Na wpół słyszalny skowyt silników zaczął słabnąć, aż w końcu zapadła cisza. Załoga siedziała na posterunkach obserwacyjnych, wpatrując się w polanę. Pośrodku niej wznosił się pałac.
Wysokie płaszczyzny ścian z lśniącego metaloidu. Nawet z tak niewielkiej odległości nie było widać żadnych okien, drzwi ani otworów wentylacyjnych. Tereny otaczające pałac były starannie wypielęgnowane. Rzędy drzew o białych pniach utrzymujących kwadratowe, czarne liście, wielkie jak tace, zwrócone ku słońcu. Nieregularne łoża czarnego mchu, pierzaste bordowe paprocie, puszyste różowe i białe rośliny wyglądające jak cukrowa wata. W tle wyrastał las. Kłębowisko niebiesko-zielonych drzew i krzewów o szerokich liściach — czerwonych, czarnych, szarych i żółtych. W środku Geyi załoga stała przy portach widokowych, gotowa do odlotu przy najmniejszej oznace wrogości. Pałac pozostawał milczący. Minęło pół godziny.
W pewnej chwili poza ścianą pałacu pojawił się niewielki, niewyraźny kształt. Jako pierwszy zauważył go młody trzeci oficer Coombe i zawołał do Emersona: Niech pan tam spojrzy! Emerson skupił na nim obraz teleskopowej szyby. To dziecko. Ludzkie dziecko. Załoga zaczęła się przypatrywać. Inteligentne życie wśród gwiazd było rzadkością. Znalezienie takiego życia w ludzkiej postaci było wręcz zdumiewające. Emerson zwiększył powiększenie teleskopowej szyby. To chłopiec w wieku około siedmiu lub ośmiu lat — powiedział.
— Patrzy na nas, ale nie wydaje się być jakoś szczególnie zainteresowany. Dziecko wróciło do pałacu i zniknęło. Emerson wydał przyciszony okrzyk. Widzieliście to? Co się stało? — spytał Wilhelm, wielki jasnowłosy drugi oficer. — Przeszedł przez ścianę, jakby to było powietrze. Czas mijał. Nie było widać żadnych dalszych śladów życia. Załoga zaczęła się niecierpliwić.
Dlaczego się nami nie zainteresowali? — poskarżył się Spet, steward. — Nawet dzieciaki nas ignorują. Emerson pokręcił głową ze zdziwieniem. Statki kosmiczne z pewnością nie lądują tutaj codziennie. Wilhelm nagle zawołał: Jest ich więcej! Dwóch, trzech, sześciu. Całe cholerne plemię! Wysuwali się z lasu cicho, niemalże ukradkowo, pojedynczo i parami, mężczyźni i kobiety, aż wreszcie w pobliżu statku zebrało się kilkanaście osób. Nosili utkane z grubego włókna fartuchy, surowe skórzane buty z wywiniętymi cholewami.
U pasa wisiały im sztylety o różnych rozmiarach i jakieś skomplikowane małe urządzenia zbudowane z drewna i poskręcanych jelit. Wyglądali na twardych ludzi o kanciastych twarzach i błyszczących oczach. Szli ostrożnie na ugiętych kolanach, co zwiększało jeszcze wrażenie skrytości zachowania. Przez cały czas utrzymywali między sobą a pałacem kadłub statku, jakby chcąc uniknąć wykrycia. Emerson powiedział: Nie mogę tego zrozumieć. Są nie tylko typu humanoidalnego. Oni są ludźmi pod każdym względem. Popatrzę w stronę, gdzie biolog Boyd kończą swoje ostatnie testy. Jak to wygląda? Niemal tak sterylnie, jak w izolatce — powiedział Boyd.
— Żadnych niebezpiecznych pyłów, żadnych unoszących się w powietrzu cząsteczek białkowych. Nic niezwykłego pod żadnym względem. Mam zamiar wyjść na zewnątrz — powiedział Emerson. Wilhelm zaprotestował. — Nie wyglądają na godnych zaufania. I są uzbrojeni. Zaryzykuję — powiedział Emerson. — Gdyby byli wrogo nastawieni, nie sądzę, żeby się ujawnili. Wilhelm nie był przekonany. Nigdy nie wiadomo, co takiej dziwnej rasie przyjdzie do głowy.
Tym niemniej oznajmił Emerson: „Wychodzę. Wy osłaniajcie mnie ze stanowisk działek. Czekajcie też przy silnikach na wypadek, gdybyśmy musieli pośpieszyć się z odlotem.” „Masz zamiar wyjść sam?” — spytał z powątpiewaniem Wilhelm. „Nie ma sensu ryzykować życia dwóch ludzi.” Kwadratowa, kanciasta twarz Wilhelma przybrała wyraz oporu. „Pójdę z tobą. Co dwoje oczu to nie jedno.” Emerson roześmiał się. „Mam już dwoje oczu. Poza tym ty jesteś zastępcą dowódcy. Twoje miejsce jest tutaj, na statku.” Słysząc to odezwał się Cope, młody trzeci oficer, szczupły i ciemnowłosy młodzieniec, który dopiero niedawno wyrósł z wieku nastolatka. „Ja chętnie bym z panem poszedł.” „Dobrze Cope” — powiedział Emerson.
„Chodźmy.” Dziesięć minut później obaj mężczyźni wyszli ze statku, zeszli z rampy i stanęli na ziemi BGD11692. Mężczyźni i kobiety z lasu wciąż stali za statkiem, od czasu do czasu spoglądając w stronę pałacu. Kiedy pojawili się Emerson i Cope, tubylcy zebrali się razem, gotowi do ataku, obrony lub ucieczki. Dwaj z nich przesunęli palcami po drewnianych przedmiotach, które Emerson uważał za miotacze strzałek. Poza tym jednak nie wykonali żadnego ruchu, przyjaznego lub też jakiegokolwiek innego. Przybysze z kosmosu zatrzymali się w odległości 20 stóp od nich. Emerson uniósł dłoń i uśmiechnął się, jak miał nadzieję, w przyjazny sposób. „Witam.” Popatrzyli na niego, a potem zaczęli coś mamrotać między sobą. Emerson i Cope zbliżyli się o krok lub dwa. Głosy stały się słyszalne.
Szczupły, siwowłosy mężczyzna, który wydawał się posiadać pewną władzę, mówił coś ze zgryźliwą energią, tak jakby obalając jakiś nonsens. „Nie, nie, niemożliwe. To nie mogą być Fremeni.” Sękaty człowiek o paciorkowatych oczkach, do którego mówił, odparł: „Niemożliwe? Kim więc według ciebie są, jeśli nie Fremenami?” Emerson i Cope przypatrywali się temu ze zdumieniem. Ci ludzie mówili po angielsku. Ktoś inny zauważył: „To nie są panowie domów. Czy ktoś kiedykolwiek widział tak wyglądających panów domów?” Czwarty głos był równie wyraźny: „I pewne jest też, że nie są sługami.” „Wszyscy tylko gadacie w kółko” — warknęła jedna z kobiet. „Dlaczego ich nie spytacie i nie skończycie tego wszystkiego?” Angielski. Akcent był niewyraźny, intonacja niezwykła, ale poza tym to był ich język. Emerson i Cope zbliżyli się o krok.
Leśni ludzie zamilkli i nerwowo zaszurali nogami. Emerson odezwał się: „Nazywam się Robert Emerson” — powiedział. „A to jest Howard Cope. Kim wy jesteście, ludzie?” Siwy przywódca przyglądał się im z przebiegłą bezczelnością. „Kim my jesteśmy? Jesteśmy Fremenami, jak dobrze musicie wiedzieć. Co tutaj robicie? Z jakiego domu jesteście?” Emerson odparł: „Jesteśmy z Ziemi.” „Ziemia?” Emerson przypatrzył się pustym twarzom. „Nie słyszeliście o Ziemi?” „Nie.” „Ale mówicie ziemskim językiem.” Przywódca uśmiechnął się szeroko. „A jak inaczej mogliby mówić ludzie?” Emerson zaśmiał się niewyraźnie.
„Istnieje wiele innych języków.” Wódz sceptycznie pokręcił głową. „Nie za bardzo potrafię w to uwierzyć.” Emerson i Cope wymienili między sobą spojrzenia oszołomionego rozprawienia. „Kto mieszka w pałacu?” — spytał Emerson. Przywódca zdawał się nie wierzyć w ignorancję Emersona. „Panowie domów oczywiście. Gennaro, Hespor i reszta.” Emerson popatrzył na wysokie ściany, które wydawały się być zupełnie niedostosowane do ludzkich wymagań. „Oni są ludźmi, tak jak my?” Przywódca roześmiał się szyderczo. „Jeśli można nazwać takie rozpieszczone stworzenia ludźmi. Tolerujemy ich tylko dla ich kobiet.” Ze strony grupy mężczyzn dobiegł lubieżny szmer. „Miękkie, słodkie dziewczyny panów domów.” Leśne kobiety syknęły ze złości.
„Są tak samo bezwartościowe jak mężczyźni” — wykrzyknęło jedno ze skórzastych, starych stworzeń. Na obrzeżach grupy pojawiło się nagle nerwowe poruszenie. „Oto idą! Panowie domów!” Szybkimi, długimi krokami na ugiętych w kolanach nogach dzicy ludzie wycofali się i zniknęli w lesie. Emerson i Cope obeszli statek dookoła. Przez polanę spokojnymi krokami zbliżali się do nich młody mężczyzna, młoda kobieta, dziewczynka i chłopiec, którego widzieli wcześniej. Byli to najprzystojniejsi ludzie, jakich Ziemianie kiedykolwiek widzieli. Młody mężczyzna miał na sobie przylegającą do ciała szatę zdobioną szmaragdowo zielonymi cekinami, skomplikowane nakrycie głowy ze srebrnych kołców. Chłopiec nosił czerwone spodnie, ciemnoniebieską kurtkę i niebieską czapkę z długim dziobem. Młoda kobieta i dziewczynka ubrane były w proste tuniki w jasnobłękitnym kolorze, rozciągające się elastycznie w czasie ruchu.
Miały gołe głowy, a jasne włosy opadały im na ramiona. Zatrzymali się kilka jardów od statku, spoglądając na przybyszów z kosmosu z trzeźwą ciekawością. Wszyscy mieli identyczny wyraz twarzy — skupiony, inteligentny, z lekkim cieniem dumy. Młody mężczyzna popatrzył mimochodem na las, uniósł w górę niewielki pręt. Wypłynął z niego obłoczek ciemności i w kierunku lasu powędrowała czarna bańka, w miarę przemieszczania się znacznie powiększając swoje rozmiary. Z lasu docierały skowyty strachu, tupot potykających się w ucieczce stóp. Czarna bańka eksplodowała o drzewa, rozrzucając setki mniejszych czarnych bąbelków, które także rosły i wybuchały. Odgłosy panicznej ucieczki ucichły w oddali. Czwórka młodych panów domów, uśmiechając się lekko, zwróciła uwagę na Emersona i Cope’a. „A kimże wy możecie być?
Z pewnością nie dzikimi ludźmi.” „Nie, nie jesteśmy dzikimi ludźmi” — odparł Emerson. Chłopiec zauważył: „Ale nie jesteście też panami domów.” „I z pewnością nie jesteście też sługami” — powiedziała dziewczynka. Była kilka lat starsza od chłopca. Miała może 14 lub 15 lat. Emerson wyjaśnił cierpliwie: „Jesteśmy astrografami, naukowcami z Ziemi.” Podobnie jak leśni ludzie, lordowie domu byli mocno zdziwieni. „Ziemia?” „Wielkie nieba!” — zawołał Emerson. — „Na pewno słyszeliście o Ziemi.” Pokręcili głowami. „Ale jesteście istotami ludzkimi, ludźmi z Ziemi.” „Nie” — oznajmił młody człowiek. — „Jesteśmy panami domów. Ziemia nic dla nas nie znaczy.” „Ale mówicie w naszym języku.
To ziemski język.” Wzruszyli ramionami i uśmiechnęli się. „Istnieją setki sposobów, dzięki którym twój lud mógł nauczyć się naszej mowy.” Sprawa wydawała się nie bardzo ich interesować. Młoda kobieta popatrzyła w stronę lasu. „Lepiej uważajcie na dzikich ludzi. Zrobią wam krzywdę, jeśli będą mogli.” Odwróciła się. „Chodźcie, wracamy.” „Czekajcie” — zawołał Emerson. Zmierzyli go wzrokiem ze zdawkową uprzejmością. „Tak?” „Nie jesteście nami zainteresowani ani nie interesuje was, skąd pochodzimy?” Młody człowiek z uśmiechem pokręcił głową, a srebrne końce jego nakrycia głowy zabrzęczały jak dzwoneczki. „A czemu niby mielibyśmy być zainteresowani?” Emerson roześmiał się z mieszaniną zdumienia i irytacji. „Jesteśmy obcymi z kosmosu, z Ziemi, o której jak twierdzisz, nigdy nie słyszeliście.” „Zgadza się.
Jeśli nigdy o was nie słyszeliśmy, to jakże możemy być zainteresowani?” Emerson wyciągnął w górę ręce. „Jak sobie chcecie, ale my jesteśmy zainteresowani wami.” Młody człowiek skinął głową, w oczywisty sposób przyjmując to do wiadomości. Chłopiec i dziewczynka już odchodzili. Młoda kobieta na wpół się odwróciła i czekała. „Chodź Hespor” — zawołała przyciszonym głosem. „Chciałabym z tobą porozmawiać” — powiedział Emerson. — „W tym tkwi jakaś tajemnica. Coś, co powinniśmy wyjaśnić.” „Nie ma żadnej tajemnicy. Jesteśmy panami domów, a to jest nasz dom.” „Czy możemy wejść do waszego domu?” Młody człowiek zawahał się. Popatrzył krótko na kobietę.
Zacisnęła usta i pokręciła głową. „Lord Genarro.” Młody mężczyzna lekko się skrzywił. „Służący już poszli. Genarro śpi. Mogą na krótko wejść.” Kobieta wzruszyła ramionami. „Jeśli Genarro się obudzi, nie będzie zadowolony.” „Ach, ale Genarro...” „Ale Genarro” — przerwała mu szybko kobieta — „jest pierwszym panem domu.” Hespor wydawał się przez chwilę spochmurnieć. „Genarro śpi, a służących nie ma. Te dzikie stworzenia mogą wejść.” Machnął ręką na Cope’a i Emersona. „Chodźcie.” Panowie domów, wracając, przeszli przez ogród, cicho rozmawiając między sobą. Emerson i Cope podążali za nimi, na wpół rozgniewani, na wpół oszołomieni.
„To fantastycznie” — mruknął Emerson. — „Spostponowani przez aroganckich arystokratów w pół godziny po przybyciu tutaj.” „Chyba będziemy musieli to jakoś przełknąć” — stwierdził Cope. — „Oni wiedzą o rzeczach, o których nigdy nawet byśmy nie pomyśleli. Na przykład ta czarna bańka.” Chłopiec i dziewczynka dotarli już do ścian pałacu. Bez wahania przeszli przez błyszczącą powierzchnię. Młody mężczyzna i kobieta podążyli za nimi. Kiedy Emerson i Cope dotarli do ściany, wyglądała na zupełnie twardą i była niezwykle zimna. Dotknęli jej gładkiej powierzchni, napierając, obmacując ją z poirytowaniem. Chłopiec wrócił przez ścianę. „Wchodzicie do środka?” „Chętnie byśmy to zrobili” — odparł Emerson.
„W tym miejscu jest twarda.” Chłopiec przyjrzał się im. „Nie potraficie zobaczyć, gdzie ściana jest przepuszczalna?” „Nie” — odparł Emerson. „Dzicy też nie potrafią” — powiedział chłopiec. Wskazał ręką. „Przejdźcie tam.” Emerson i Cope przeszli przez ścianę. Sprawiało to wrażenie, jakby przechodziło się przez cienką warstewkę chłodnej wody. Stali na matowej niebieskiej podłodze ze srebrnymi włókienkami kreślącymi zapętlony wzór. Wszędzie dookoła wznosiły się wysokie ściany. Sto metrów wyżej z płytkich półek wyrastały pręty czarnej materii. Powietrze wokół ich końców zdawało się drżeć, jakby rozgrzane nad gorącą drogą.
W pomieszczeniu nie było widać mebli ani żadnych innych śladów wskazujących, że zamieszkiwali je ludzie. „Chodźcie” — powiedział chłopiec. Przeszedł przez pomieszczenie i zniknął w ścianie po jego drugiej stronie. Emerson i Culp ruszyli za nim. „Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć wyjście na zewnątrz” — powiedział Culp. — „Nie chciałbym wdrapywać się po tych ścianach”. Stali w sali podobnej do pierwszej, ale z podłogą z elastycznego białego materiału. Czuli się, jakby ich ciała zrobiły się lżejsze, a kroki niosły ich dalej, niż się spodziewali. Młody mężczyzna i kobieta czekali na nich. Chłopiec cofnął się przez ścianę.
Dziewczyny nie było nigdzie widać. „Możemy zostać z wami przez chwilę lub dwie” — powiedział młody mężczyzna. — „Nie ma służących. W domu panuje spokój. Może chcecie coś zjeść?” Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął do przodu ręce. Jego dłonie rozpłynęły się w nicości. Cofnął je, wyciągając stojak, na którym rozłożone były tace i misy pełne rzeczy do jedzenia. Kliny czerwonej galaretki, wysokie białe stożki, czarne wafle, małe zielone okrągłe owoce, flasze z płynami w różnych kolorach. „Możecie jeść” — zaprosiła ich młoda kobieta, wskazując ręką. „Dziękuję” — powiedział Emerson.
On i Culp ostrożnie spróbowali jedzenia. Było dziwne, bogate w smaki i musowało w ustach jak gazowana woda. „Skąd się wzięło to jedzenie?” — spytał Emerson. — „Jak mogłeś wyciągnąć je z pustego powietrza ot tak sobie?” Młody pan domów popatrzył na dłonie. „Słudzy je tam umieścili”. „A skąd biorą je słudzy?” Młody mężczyzna wzruszył ramionami. „Czemu mielibyśmy się tym przejmować, skoro już tam jest?” Culp spytał z zaciekawieniem: „Co byście zrobili, gdyby wasi służący was porzucili?” „Coś takiego nigdy się nie wydarzy”. „Chciałbym zobaczyć waszych służących” — powiedział Emerson. „Teraz ich tutaj nie ma”. Młody mężczyzna zdjął nakrycie głowy.
Schował je w niewidoczną niszę. „Opowiedzcie nam o tej waszej Ziemi”. „To planeta taka jak ta” — powiedział Emerson. — „Chociaż ludzie na niej żyją zupełnie inaczej. Czy macie służących? Nikt z nas obecnie nie ma służących”. „Hm” — mruknęła z pogardą młoda kobieta. — „Jak dzicy ludzie”. Culp zapytał: „Od jak dawna tutaj mieszkacie?” Pytanie zdawało się być dla panów zagadką. „Od jak dawna?
Co masz na myśli?” „Od ilu lat?” „Co to jest rok?” „Jednostka czasu. Czas, jaki zajmuje planecie dokonanie obiegu wokół Słońca. Tak jak dzień jest czasem, w którym planeta obraca się wokół własnej osi”. Lordowie domu byli rozpawieni. „Co za dziwna myśl. Wspaniale arbitralna. Jaki byłby pożytek z takiego pomysłu?” Emerson odparł sucho: „My uważamy pomiar czasu za przydatny”. Panowie domów uśmiechnęli się do siebie. „Może tak rzeczywiście być” — przyznał Hespor. „Kim są dzicy ludzie?” — spytał Culp.
„To tylko hołota” — powiedziała młoda kobieta ze wstrzyknięciem. — „Wyrzutki z domów, w których nie było dla nich miejsca”. „Nękają nas, próbują ukraść nasze kobiety” — powiedział młody mężczyzna. Uniósł rękę. „Słuchajcie”. On i młoda kobieta popatrzyli po sobie. Emerson i Culp nic nie słyszeli. „Pan Gennarro” — powiedziała młoda kobieta. — „Idźcie tutaj”. Hespor spojrzał niespokojnie na ścianę.
Popatrzył na Emersona i Culpa, a potem twardo ustawił się na środku sali. Rozległ się cichy szmer. Przez ścianę przeszedł wysoki mężczyzna ubrany w lśniącą czerń. Włosy miał miedzianozłote, a oczy szaroniebieskie. Zobaczył Emersona i Culpa. Zrobił wielki krok naprzód. „Co tutaj robią te dzikie stworzenia? Czy wyście wszyscy oszaleli? Precz! Na zewnątrz z tymi stworami!” Wtrącił się Hespor: „To są obcy z innej planety.
Nie mają zamiaru nikogo skrzywdzić”. „Precz z nimi! Jedzą nasze jedzenie. Patrzą pożądliwie na panią Thelm”. Przez cały czas szedł groźnie naprzód. Emerson i Culp cofnęli się trzy kroki. „Dzikie stworzenia. Precz!” „Jak sobie chcesz” — powiedział Emerson. — „Pokaż tylko nam stąd wyjście”. „Chwileczkę!” — zawołał Hespor.
— „To ja ich tu zaprosiłem. Są pod moją opieką”. Gennarro skierował swoje niezadowolenie w stronę młodego pana domów: „Czyżbyś chciał pójść sobie stąd do dzikich ludzi?” Hespor popatrzył na niego. Ich spojrzenia zwarły się ze sobą. Hespor zrezygnował i odwrócił się. „Dobrze” — mruknął. — „Odejdą stąd”. Zagwizdał. Przez ścianę przeszedł chłopiec. Zabierz obcych na ich statek.
Szybko! — ryknął Genarro. — Powietrze cuchnie. Są brudni jak świnie. Tędy. Chłopiec przeniknął przez ścianę. Emerson i Combe ochoczo podążyli za nim. Minęli jeszcze dwie ściany i znaleźli się z powrotem na świeżym powietrzu. Combe głęboko westchnął. Gościnność Genarro pozostawia wiele do życzenia.
Z pałacu wyszła dziewczynka i dołączyła do chłopca. Chodźcie — powiedział chłopiec. — Zabierzemy was na wasz statek. Lepiej, żeby was tu nie było, kiedy wrócą służący. Emerson obejrzał się w stronę pałacu. Wzruszył ramionami. Chodźmy. Poszli za chłopcem i dziewczynką przez dobrze utrzymany ogród, mijając drzewa o białych pniach, łoża czarnego mchu, różowo-białą watę cukrową. Stojąca na drugim końcu polany Gea wydała im się czymś znajomym, jak skrawek domu. Emerson i Combe przyspieszyli kroku.
Kiedy mijali kępę bambusów o szarej łodydze, ze wszystkich stron rozległy się szelesty, odgłosy pośpiesznego ruchu i nagle zostali otoczeni przez dzikich ludzi. Ich dłonie pochwyciły Emersona i Combe'a. Broń Ziemian została im zabrana. Chłopiec i dziewczynka walczyli. Kopali, krzyczeli, ale zostali schwytani. Wokół ich ciał zawiązano pętle i pociągnięto ich w kierunku dżungli. Wypuśćcie nas! — krzyczał chłopiec. — Służący przerobią was na proszek. Służących nie ma — zawołał radośnie wódz.
— A ja mam to, czego pragnąłem od wielu lat. Świeżą i piękną dziewczynę panów domów. Dziewczyna szlochała, krzyczała i szarpała więzy. Chłopiec szarpał się i kopał. Spokojnie, chłopcze — ostrzegł go wódz dzikusów. — Mamy naprawdę wielką ochotę poderżnąć ci gardło. Ale czemu złapałeś nas? — sapał Emerson. — Do niczego wam się nie przydamy. Tylko do tego, żeby zdobyć to, co dadzą nam wasi przyjaciele, abyście wrócili cali do domu.
Wódz uśmiechnął się porozumiewawczo pod wąsem. Broń, dobre ubrania, dobre buty. Nie zabieramy ze sobą zapasów takich rzeczy. Poczekacie u nas, aż je dostaniemy. Las był zaledwie w odległości 50 jardów. Chłopiec rzucił się na ziemię. Podobnie zrobiła dziewczyna. Emerson poczuł, że uścisk na jego ramionach rozluźnia się. Uwolnił się, wymachując pięściami. Trafił dzikiego człowieka, a ten upadł na ziemię.
Przywódca wyciągnął swój miotacz. Wycelował go. Jeden ruch i już jesteście martwi. Emerson stanął bez ruchu. Dzicy ludzie złapali chłopca i dziewczynkę. Cała grupa ruszyła naprzód, ale do tej pory w pałacu już zauważono atak. Powietrze zapulsowało dziwnym, wysokim gwizdem. Dzicy ludzie zwiększyli tempo swych kroków. Z pałacu wystrzelił wachlarz czerni, spadając w dół jak wielkie czarne ostrze i uderzając o ziemię na skraju lasu. Dzicy ludzie stanęli na chwilę.
W tym miejscu droga ucieczki była zablokowana. Skręcili w bok i pobiegli równolegle do krawędzi polany. Z pałacu wyszedł Genarro i Hesvor, a za nimi Felm i jeszcze jakaś inna kobieta. Po całej polanie niósł się dźwięk głosu Genarro, pełen pasji i groźby. Emerson i Combe biegli jakby w sennym koszmarze. Nagle wyrosła przed nimi Gea. Z łomotem wbiegli na górę po rampie, wpadli do wnętrza statku. Załoga z białymi twarzami i pełna niepokoju czekała tylko na nich. Nie zwlekała nawet sekundy. Właz został zatrzaśnięty, energia zaryczała w silnikach, a Gea wzbiła się z polany.
Gea była w kosmosie, z dala od jakiejkolwiek gwiazdy. Bez słowa komentarza Emerson wyznaczył kurs na Ziemię. Obrazy w italiskopu zgasły. Dyrektorzy Towarzystwa Astrograficznego siedzieli bez ruchu na swoich miejscach. Odezwał się Theodore Cafridge. Jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo. Jak panowie widzieliście, komandor Emerson i jego załoga przeżyli bardzo szczególne doświadczenie. Szczególne? — Ben Hainault zagwizdał. — To spore niedopowiedzenie, jeśli w ogóle.
Ale co to wszystko znaczy? — dopytywał się Pritchard. Ci ludzie mówią po angielsku i nic nie wiedzą o Ziemi. Cafridge powiedział swym stanowczym tonem. Emerson i ja przygotowaliśmy wstępną hipotezę. Po kolei było to tak. Tak jak wy, panowie, byliśmy bardzo zdziwieni, kim byli ci panowie domów. Jak mogli mówić ziemskim językiem, nic nie wiedząc o Ziemi? Jak panowie domu kontrolowali swoich służących? Te ogromne stworzenia, które można było postrzegać jedynie jako migotanie światła i cienia.
Cafridge przerwał. Nikt się nie odezwał. Zaczął mówić dalej. Komandor Emerson nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Ja też nie. I wtedy wydarzyło się coś bardzo zwykłego. Wydarzenie samo w sobie zupełnie nieistotne, ale pobudziło ono nasze umysły. Otóż wtedy właśnie mój kod z serwis wkroczył do domu. Użył swoich specjalnych małych odpychanych drzwi. Mój mały pan domu, Sarvis, wszedł do swojego pałacu, podszedł do swojego naczynia i zaczął szukać swojego obiadu.
W sali rady zapanowała lodowata cisza. Czas jakby się zatrzymał na skutek zaskoczenia i wstrząsu. Potem ktoś zakaszlał. Rozległo się sapnięcie oddechu, odrobina nerwowego śmiechu, ogólne niespokojne poruszenie. „Theodore?” — spytał ochrypłym głosem Ben Hainault. „Co masz na myśli? Podałem wam fakty. Sami musicie wyciągnąć własne wnioski.” Paul Pritchard mruknął: „To oszustwo, na pewno. Nie ma żadnego innego wytłumaczenia. Społeczeństwo szalonych głów, eskapistów.” Caffridge uśmiechnął się.
„Może omówisz tę teorię z Emersonem.” Pritchard zapadł w milczenie. „Emerson uważa, że mieli szczęście” — kontynuował Caffridge. „Jestem skłonny się z nim zgodzić. Gdyby jakieś dzikie stworzenie wpadło do mojego domu i zabiło Sarvisa, uznałbym to za wielką tragedię domową. Mógłbym nie być taki wyrozumiały.” „Co możemy zrobić?” — spytał cicho Hainault. Caffridge podszedł do okna i stanął koło niego, patrząc w niebo na południu. „Możemy tylko mieć nadzieję, że mają tylu panów domów, ilu im potrzeba. W przeciwnym razie nikt z nas nie jest bezpieczny.”
[03:47:14] - No cóż, proszę państwa, pewno się państwo domyślili, że „Panowie domów” dlatego są ulubione, lubię to opowiadanie, ponieważ to powinowactwo z kotami jest rzucające się w oczy. A ponieważ ja jestem i psiarzem i kociarzem, dla mnie oba te plemiona mają swoje uroki. Więc kiedy natrafiłem na opowiadanie „Panowie domów”, to się nim po prostu zachwyciłem. Cóż, proszę państwa, jak by to państwu powiedzieć? Kolejna audycja dobiega końca. Kolejna audycja, czyli drugie wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji” właśnie się kończy, a za tydzień kolejne książkowe i filmowe przygody, a wśród nich spotkanie z Arturem Wójtowiczem w sentymentalniku. Sentymentalniku poświęconym czeskim filmom i serialom z czasów komuny. Oj, będzie sentymentalnie. A to, że będzie Artur Wójtowicz nie oznacza oczywiście, wcale nie oznacza, że nie będzie Piotra Cielebiasia. Oczywiście też będzie.
A zatem do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Pięknie państwa pozdrawiam. Tradycyjnie życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu i do usłyszenia.
[03:48:42] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.