Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, dzisiaj tak, jakby to Ozzy Osbourne zaśpiewał „We are going through changes”. Był kiedyś taki artysta, co się kiedyś nazywał Prince, a potem już się nie nazywał Prince, tylko podpisywał się jako artysta znany dawniej jako Prince. Tę dzisiejszą naszą audycję możemy nazwać audycją dawniej znaną jako Bibliotekarium, bowiem od dziś zapraszamy do Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:58] - Dzień dobry, wieczór Państwu. Proszę, niewiele trzeba i tu się nagle zmienia, czy wszystko? Nie wszystko. Niewiele się zmienia poza tytułem. Dalej jesteśmy w podobnych klimatach, dalej jesteśmy w podobnych schematach, jakkolwiek to zabrzmi. Zaczynamy zatem pierwsze wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Zaczniemy trochę smutnym akcentem, bo wczoraj w internetach rozeszła się informacja o śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Jeżeli Państwo kojarzycie takie kabarety jak Potem i Hrabi, to już wiecie, że odeszła artystka kabaretowa, która mnie przynajmniej nieustannie bawiła i to od początku lat 90., a właściwie od końca 80. Kabaret Potem to było zjawisko. Takich kabaretów już dzisiaj nie ma.
Jeżeli ktoś pamięta „Bajki dla potłuczonych” i to wszystko, co się działo na scenie, co później godnie przejął kabaret Hrabi, to wie, że Joanna Kołaczkowska na scenie kabaretowej jest nie do zastąpienia. Wulkan energii. Kobieta, która czasami zrobiła jedną minę i miało się poczucie, że absurd jest wszechobecny. Specyficzny humor, który prezentowały kabarety Potem i Hrabi z czołową rolą Joanny Kołaczkowskiej, to są rzeczy nie do powtórzenia i chyba nie do skopiowania. Nie będzie już kolejnych odsłon, kolejnych dowcipów, kolejnych programów. W jakiś mądry sposób trudno to skomentować. Ale audycja toczy się dalej. Tradycyjnie, chciałem powiedzieć tradycyjnie, ale przecież zaczynamy nową audycję, nową starą audycję, więc tradycyjnie teraz polecanki książkowe. Pierwsza z nich to książka „Przyjaciele z muzeum”. Autorką jest Heather McGowan, wydawcą Wydawnictwo Literackie, a data premiery to 23 lipca.
24 godziny w nowojorskim muzeum. Pośród milczących arcydzieł poziom adrenaliny rośnie szybciej niż w escape roomie. Dyrektorka Diane Pfebe i pracownicy dużego, ale podupadającego muzeum w Nowym Jorku mają dobę, aby uratować je przed ostateczną katastrofą. Ujawnieniem, że niektóre eksponaty pochodzą z nielegalnego handlu dziełami sztuki. Nikt jeszcze nie sportretował tak celnie i tak dowcipnie, i tak ponuro środowiska muzealników, kolekcjonerów i zamożnych darczyńców, wydobywając z cienia ich słabości, wady oraz ukryte motywacje. Satyra, tragikomedia i psychothriller w iście pokerowym, literackim zagraniu. Mona Awad, autorka bestsellerów „Róż” i „Króliczek” napisała o tej książce: „»Przyjaciele muzeum« to literacki Meisterstück. Czytałam z przyjemnością. Na koniec przeszył mnie dreszcz. Olśniła energia tej opowieści.
Jestem pod wrażeniem talentu i wirtuozerii autorki, głębi jej współczucia, bystrego oka, zaprawionego ironią humoru, a przede wszystkim nieskończenie bogatej i błyskotliwej wyobraźni, która z jednego dnia w muzeum potrafi wyczarować życie we wszystkich jego cudownie barwnych przejawach. Jedna z moich ulubionych współczesnych powieściopisarek”. Przypominam, to była polecanka dotycząca książki Heather McGowan „Przyjaciele muzeum”, Wydawnictwo Literackie. Książka dostępna na rynku od 23 lipca. Druga polecana książka nosi tytuł „Tutaj mieszka zło”. Autorką jest Sonia Rosa, Wydawnictwo Filia. Data premiery również 23 lipca. Opowieść o zbrodni i karze, miłości i nienawiści. Przed laty w pięknym dworku nad jeziorem doszło do niewyobrażalnej tragedii. Ogarnięta psychozą poporodową młoda matka zamordowała dwójkę swoich dzieci.
Obecnie posiadłość należy do małżeństwa, które kupiło ją za bezcen. Wyremontowany przez parę dom prezentuje się zjawiskowo. Ale czy pod dachem, pod którym wydarzyła się tak krwawa zbrodnia, można odnaleźć szczęście? Marta, nowa właścicielka dworku, nocami słyszy głosy zmarłych dzieci. Płacz niemowlęcia i śmiech kilkuletniej dziewczynki. Z czasem udaje jej się odzyskać równowagę emocjonalną, ale wtedy dzieje się coś, co rodzi kolejne problemy. Do dworku wprowadza się siostra męża Marty, Izabela. Kobiety nigdy się nie dogadywały, a obecność szwagierki jest dla Marty wyjątkowo trudna. Za zamkniętymi drzwiami wybuchają kłótnie. Szczęśliwe małżeństwo przechodzi pierwszy poważny kryzys, ale to dopiero początek koszmaru.
Klątwa dworku uderza z niszczycielską siłą i po raz kolejny dochodzi tu do zbrodni. Kto jest katem, a kto ofiarą? To, proszę państwa, była polecanka książki „Tutaj mieszka zło”. Autorką jest Sonia Rosa, wydawnictwo Filia. Data premiery: 23 dzień lipca. I trzecia polecanka: „Biurowy tyran. Wredni szefowie z Chicago. Część pierwsza”. Autorka to Nicole Snow, wydawnictwo Editio Red. Data premiery: 21 lipca.
Takie rzeczy po prostu się zdarzają. Trzynastego, w piątek Sabrina Bristol złamała obcas i straciła pracę. Nic nie wyszło z obiecującej randki. Jej próba pocieszenia się cynamonową latte na ławce w parku zakończyła się awanturą z aroganckim przystojniakiem w jedwabnym garniturze. Satysfakcję sprawiło jej jedynie rozbryzganie kawy na jego włoskie buty. Na szczęście ten piątek minął, a już następnego dnia Sabrina otrzymała zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Zaoferowano jej wyjątkowo dobrze płatne stanowisko asystentki osobistej. Brzmiało wspaniale. Był tylko jeden problem. Jej szefem miał być arogant z parku.
Nazywał się Magnus Heron i jak dotąd nikt na stanowisku jego asystenta osobistego długo nie wytrzymał. Co więcej, wiele z tych osób potrzebowało terapii. On z kolei potrzebował kogoś błyskotliwego i z temperamentem. Takiego jak Sabrina, której śliczne oczy i kobiece kształty zwróciły jego uwagę. Postanowił więc dać dziewczynie posadę asystentki. Magnus był wymagającym i burkliwym szefem, a praca asystentki okazała się wykańczająca. Wkrótce oboje zrozumieli, że napięcia między nimi nie wynikają wyłącznie z niechęci. Romans nie wchodził w grę. Byłby zbyt skomplikowany, zbyt ryzykowny. Skończyłby się katastrofą.
Wredny szef, urocza asystentka. Zasady nie do złamania. To, proszę państwa, była polecanka książki „Biurowy tyran. Wredni szefowie z Chicago”. Autorka Nicole Snow, wydawnictwo Editio Red. Data premiery: 21 lipca. A teraz, proszę państwa, zapraszam na korepetycje filozoficzne. Już państwo wiecie, że trochę zmieniliśmy formułę. No i śledzimy sylwetki poszczególnych myślicieli. Dzisiaj ktoś, kogo państwo pewnie znacie, bo któż nie słyszał o Ockhamie?
No to zaczynamy. Wyobraźmy sobie średniowieczne miasteczko. Trochę błota, trochę kamieni, gdzieś tam klasztor, gdzie indziej uniwersytet. Przełom XIII i XIV wieku. W tych mało malowniczych okolicznościach przyrody przechadza się pewien mnich, William z Ockham. Niepozorny, skromny, ale z głową, która działa jak brzytwa. I to dosłownie, bo Ockhama zna każdy albo przynajmniej słyszał o jego słynnej zasadzie: nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Innymi słowy, nie komplikujmy świata bardziej niż trzeba. Jeśli coś można wyjaśnić prosto, to po co dorzucać kolejne dziwaczne założenia? Ale zanim przejdziemy do tej jego brzytwy, wróćmy na chwilę do tła historycznego.
Średniowiecze powoli budziło się z drzemki. Filozofia, która przez stulecia tkwiła pod kloszem teologii, zaczęła się rozglądać za czymś więcej niż tylko za interpretacją Biblii. Scholastyka, ten wielki system mający wyjaśnić wszystko od nieba po kociołek na zupę, zaczęła się kruszyć. Pojawiło się coś nowego. Krytyczne myślenie, empiryzm, zdrowy sceptycyzm i szereg innych ciekawych nurtów myślowych. Ludzie zaczęli pytać nie tylko jak, ale i czy w ogóle. I w tym właśnie świecie pojawia się Ockham. Człowiek, który nie miał cierpliwości do filozoficznego nadmiaru. Patrzył na misterne średniowieczne konstrukcje myślowe i mówił: po co to wszystko? Po co?
Jeśli próbujesz wyjaśnić zjawisko i musisz wprowadzić dziesięć dodatkowych bytów, to pewnie coś jest nie tak z twoją teorią. Po co wymyślać anioły, esencje, formy i tajemnicze siły, jeśli wszystko da się ogarnąć prościej? To była prawdziwa rewolucja. Ockham powiedział: nie zakładaj istnienia czegoś, co nie jest konieczne do wyjaśnienia zjawiska. Brzmi jak banał. Dzisiaj może tak, ale wtedy Wtedy to był cios prosto w serce średniowiecznej metafizyki. Ockham nie był przypadkowym mnichem. Studiował na Uniwersytecie Oksfordzkim, jednym z najważniejszych centrów intelektualnych ówczesnej Europy. I choć ostatecznie nie ukończył oficjalnie swoich studiów, nie uzyskał tytułu, to zdążył narobić sporo intelektualnego zamieszania. W środowisku akademickim krążył jak błyskawica.
Jego pomysły i komentarze rozchodziły się szybciej niż średniowieczne plotki o cudach. À propos cudów. Ockham był też mocno sceptyczny wobec wielu teologicznych konstrukcji. Na przykład ostro krytykował tak zwany realizm pojęciowy, czyli przekonanie, że tak zwane pojęcia ogólne, takie jak człowiek czy pies, istnieją naprawdę niezależnie od konkretnych psów czy ludzi. Według Ockhama to tylko słowa, nazwy, które my ludzie wymyślamy sobie, żeby ogarnąć chaos świata. I właśnie dlatego jego pogląd nazwano nominalizmem, czyli uznaniem, że istnieją tylko jednostkowe rzeczy, a ogólne pojęcia są tylko konwencją językową. Mówiąc obrazowo, nie ma czegoś takiego jak kociołek w ogóle. Jest tylko ten jeden kociołek, który na przykład właśnie przypalił nam zupę. To myślenie miało ogromne znaczenie. Ockham nie tylko filozofował o nazwach.
Jego podejście torowało drogę naukom przyrodniczym, które później zaczęły stawiać na doświadczenie, obserwacje i konkrety, a nie na abstrakcyjne kategorie. No dobrze, ale co właściwie znaczy mnożenie bytów? To trochę tak, jakbyśmy chcieli wytłumaczyć, dlaczego jabłko spada z drzewa. Możemy powiedzieć, że działa grawitacja. No i sprawa załatwiona. Ale możemy też dorzucić do tego niewidzialne duchy ciążenia, boskie palce popychające jabłko w dół i tajemne moce materii. No i wtedy wchodzi na scenę Ockham. Patrzy i mówi: nie przesadzaj, jabłko po prostu spada. Nie ma w tym żadnej filozofii. Oczywiście ta zasada ma swoje ograniczenia.
Bo co właściwie oznacza owo przytoczone przeze mnie stwierdzenie o mnożeniu bytów ponad potrzebę? Kto ma potrzebę i komu jest coś potrzebne? Do czego? To, co dla jednego będzie zbędnym dodatkiem, dla drugiego może być kluczem do zrozumienia świata. I dlatego też brzytwa Ockhama, choć genialna, potrafi być niebezpieczna. Historia nauki zna przykłady, gdy zbyt gorliwe cięcie teorii prowadziło na manowce. Na przykład kiedyś twierdzono, że cała chemia to tylko cztery pierwiastki. Ziemia, woda, ogień, powietrze. Bo tak było bardzo, bardzo prosto. No i jak to się skończyło?
Wiemy, jak się skończyło, bo dzisiaj, ponad sto pierwiastków później, mamy po prostu tablicę Mendelejewa. Mimo wszystko zasada Ockhama przetrwała i ma się całkiem nieźle. Naukowcy ją kochają, bo zmusza do dyscypliny myślowej. Inżynierowie ją uwielbiają, bo prostota oznacza często większą niezawodność. Programiści niemal modlą się do brzytwy, gdy próbują uprościć skomplikowany kod. Nawet w psychologii mówi się: nie szukaj od razu traumy z dzieciństwa, jeśli ktoś po prostu nie wyspał się ostatniej nocy. Ciekawe jest też to, że sam Ockham był postacią dosyć niejednoznaczną. Z jednej strony walczył z nadmiarem teologicznych spekulacji, z drugiej był zakonnikiem, który wciąż bardzo mocno wierzył. Ciął metafizykę jak nóż masło, a jednocześnie bronił idei boskiej wszechmocy, mówiąc, że Bóg może zrobić wszystko, co logicznie możliwe, nawet jeśli nie da się tego objąć ludzkim rozumem. Nie zapominajmy, że Ockham był też zaangażowany politycznie.
Popadł w konflikt z papieżem Janem XXII. Został ekskomunikowany, a nawet musiał uciekać i ukrywać się w Bawarii pod opieką cesarza Ludwika IV. To tam, w Bawarii, spędził resztę życia, pisząc, komentując, spierając się i nie przestając myśleć. Mówił też rzeczy zaskakująco nowoczesne, jak na swoje czasy oczywiście. Na przykład, że państwo powinno służyć dobru wspólnemu, że władza nie jest dana raz na zawsze, że Kościół nie powinien kontrolować wszystkiego, a rozdział władzy świeckiej i duchownej ma sens. To trochę brzmi jak przedsmak idei oświeceniowych, prawda? Dziś, gdy jesteśmy otoczeni nadmiarem informacji, teorii spiskowych, przesadnie rozbudowanych interpretacji, interpretacji wszystkiego, myśl Ockhama przypomina o jednej ważnej rzeczy. Nie komplikujmy. Najprostsze rozwiązanie często bywa tym najlepszym, ale jak sam William by pewnie dodał, nie zawsze. Wszak brzytwa, chociaż ostra, to jednak tylko narzędzie i jak każde narzędzie wymaga rozsądnego używania, bo w nieodpowiednich rękach może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.
A jak mawiają filozofowie, puszczając przy okazji oko: brzytwa Ockhama w rękach człowieka nieprzygotowanego to jak brzytwa w rękach małpy. Niby coś tnie, ale niekoniecznie to, co trzeba. Zatem używajmy tej brzytwy z głową i najlepiej po uprzednim przeczytaniu instrukcji. To, proszę państwa, były kolejne korepetycje filozoficzne. A teraz zapraszam państwa na blog o książkach. Na kanale Wehikuł Wyobraźni pojawiają się omówienia książek w ramach dwóch playlist. Jedna z nich to Fantastyczna Biblioteka, druga Biblioteka Kryminału i Sensacji. Ja sobie pozwoliłem wyciąć z kanału Wehikuł Wyobraźni sześć tego rodzaju polecanek i zaprezentuję je państwu. To dlatego będą one miały pewną stałą formę, pewne stałe elementy, bo tak są zapisane na kanale Wehikuł Wyobraźni. Ale jeśli przełkniecie państwo tę pewną niedogodność, chociaż nie przesadzajmy, to zapoznacie się państwo z książkami takimi jak: „Zęby tygrysa” Toma Clancy'ego, „Zimny strach” Karin...
No właśnie, Marku, jak to się wymawia? Rzeźnia. Slaughter?
[20:03] - Slaughter chyba.
[20:05] - No właśnie. Wiedziałem, że trzeba kogoś, kto to wymówi w miarę poprawnie. Więc pani Karin Rzeźnia. Dalej „Non stop” Briana Aldisa, „Niespokojny człowiek” Henninga Mankella, „Lewa ręka ciemności” Ursuli Le Guin i „Wieczna wojna” Joe Haldemana. Pięknie państwa zapraszam nie tylko na ten przegląd książkowy, ale również na kanał Wehikuł Wyobraźni, gdzie tego rodzaju polecanek, omawianek znajdziecie państwo znacznie więcej. Dzień dobry, witam państwa bardzo serdecznie w playliście Biblioteka Kryminału i Sensacji na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dziś zapraszam na spotkanie z klasyką amerykańskiego thrillera polityczno-szpiegowskiego. Zabieram państwa do świata tajnych operacji, globalnych zagrożeń i walki z terroryzmem na najwyższym poziomie. Przed nami książka „Zęby tygrysa” autorstwa Toma Clancy'ego, jednego z ojców współczesnego thrillera technologiczno-politycznego. Kim był Tom Clancy?
Tom Clancy to legenda literatury sensacyjnej. Jego powieści przez dekady kształtowały wyobrażenie o działaniach CIA, sił specjalnych oraz o kulisach wielkiej polityki. Clancy był znany z niezwykłej dbałości o detale techniczne i realistyczne oddanie mechanizmów działania instytucji państwowych od Białego Domu po pole walki. Największą sławę przyniosła Clancy'emu seria o Jacku Ryanie, która zaczęła się od książki „Polowanie na Czerwony Październik”. W „Zębach tygrysa” Ryan schodzi na drugi plan, a pałeczkę przejmuje młodsze pokolenie: Jack Ryan Junior oraz nowo powołana jednostka The Campus. O czym opowiadają „Zęby tygrysa”? Ameryka po 11 września. Świat się zmienił. Rząd działa powoli, związany biurokracją i międzynarodową dyplomacją. Ale terroryści nie mają takich ograniczeń.
Dlatego powstaje The Campus, tajna organizacja operująca poza oficjalnymi strukturami państwa, bez licencji, ale z pełnym dostępem do danych wywiadowczych oraz wszelkich środków niezbędnych do przeprowadzania akcji. Do tej jednostki trafia Jack Ryan Junior, syn byłego prezydenta. Świeżo upieczony analityk, który szybko przekonuje się, że nie wystarczy być bystrym. Trzeba też nauczyć się działać i przetrwać. Obok niego bracia Caruso, jeden strzelec wyborowy, drugi specjalista od akcji bezpośrednich. Razem będą musieli stawić czoła nowemu typowi wroga: fanatycznemu, bezlitosnemu i doskonale zorganizowanemu. To opowieść o konflikcie nowej generacji, o niewidzialnej wojnie toczącej się w cieniu wielkiej polityki. Co w tej książce działa najlepiej? Na pewno realizm operacyjny. Clancy jak zawsze imponuje znajomością procedur, sprzętu, technologii i realiów służb wywiadowczych.
Czytając „Zęby tygrysa” ma się wrażenie, że to nie fikcja, tylko sprawozdanie z realnych wydarzeń. Dla fanów militariów i operacji specjalnych prawdziwa uczta. Doskonale sprawdza się też nowe pokolenie bohaterów. Chociaż fani Jacka Ryana seniora mogą tęsknić za jego obecnością, młodsze pokolenie wypada bardzo dobrze. Jack Junior to bohater, który dopiero się uczy, ale dzięki temu widzimy proces dojrzewania od chłopaka z biura do kogoś, kto bierze broń do ręki. Bardzo realistycznie wypada również The Campus. Struktura idealna na nowe czasy. Pojawienie się niezależnej, działającej w cieniu organizacji to świetny pomysł w dobie, gdy terroryści nie przestrzegają żadnych reguł. Clancy pokazuje, że również walka z nimi musi wyjść poza schematy. Sprawdza się też tempo i napięcie, ale to u Clancy'ego norma.
Bo chociaż Clancy nie pisze tak jak na przykład Matthew Reilly „Na pełnym gazie”, jego książki są pełne napięcia, intryg i tajemniczych powiązań. „Zęby tygrysa” — ta powieść rozwija się stopniowo, ale gdy akcja ruszy, trudno się od niej oderwać. A co może nie przypaść do gustu? Dużo geopolityki, mało emocji. Clancy to mistrz faktów, ale niekoniecznie emocji. Bohaterowie rzadko dzielą się swoimi uczuciami, a dialogi bywają suche. Dla niektórych to atut, dla innych może być zbyt chłodno. Wielu osobom może też przeszkadzać spora dawka technologicznego i technicznego żargonu. Jeśli ktoś nie zna się na broni, systemach wywiadowczych czy strukturach finansowania terrorystów, może się chwilami pogubić. Chociaż Clancy stara się tłumaczyć, to nadal nie jest to lektura dla całkiem początkujących.
Przeszkadzać może również brak klasycznego czarnego charakteru. Zamiast jednego głównego złoczyńcy mamy bowiem siatkę terrorystyczną. To może nieco osłabiać dramaturgię, przeżywanie kolejnych przygód. Nie ma bowiem jednej osoby, którą chcemy dorwać. Dla kogo jest ta książka? „Zęby tygrysa” to idealna propozycja dla tych, którzy lubią realistyczne thrillery polityczno-szpiegowskie, są fanami Toma Clancy'ego i chcą zobaczyć, jak wygląda świat Ryana po 11 września. To również gratka dla wszystkich, którzy interesują się tematami walki z terroryzmem, nowoczesnymi technologiami oraz globalną inwigilacją. Książka powinna zainteresować również tych wszystkich, którzy nie potrzebują fajerwerków, za to cenią logikę, szczegóły oraz inteligentną akcję. I na koniec Tom Clancy w „Zębach tygrysa” pokazuje, że chociaż świat się zmienia, jedno pozostaje niezmienne: walka dobra ze złem. Tyle że dziś nie toczy się już na froncie, a w salach analitycznych, na serwerach i w nieoficjalnych misjach.
Jeśli szukają państwo thrillera, który balansuje między fikcją a rzeczywistością, oferując intrygę, politykę i dawkę współczesnych zagrożeń, to zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zostawcie państwo łapkę w górę, jeśli lubicie Clancy'ego i dajcie znać w komentarzach, która książka z uniwersum Jacka Ryana zrobiła na was największe wrażenie. Do zobaczenia w kolejnych odcinkach „Biblioteki kryminału i sensacji” na kanale Wehikuł Wyobraźni. I pamiętajcie państwo: prawdziwa wojna toczy się często tam, gdzie nikt jej nie widzi. Dzień dobry, witam wszystkich bardzo serdecznie w playliście „Biblioteka kryminału i sensacji” na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj zabiorę państwa do dusznego, mrocznego świata amerykańskiej prowincji, do miasteczka Heartsdale w stanie Georgia, gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje. Przed nami „Zimny strach” autorstwa Karin Slaughter. Powieść, która łączy w sobie elementy thrillera psychologicznego, policyjnego śledztwa i emocjonalnego dramatu. Jeśli szukacie państwo książki, która potrafi zaskoczyć, poruszyć i zatrzymać na dłużej, to może być to właśnie ta książka.
Ale zanim zajrzymy do mrocznych zakamarków owej opowieści, warto przyjrzeć się autorce. Kim jest Karin Slaughter? Karin Slaughter to jedna z najważniejszych autorek współczesnego thrillera. Pochodzi z Georgii i to właśnie ten stan z jego duszną atmosferą, ukrytymi sekretami i skomplikowanymi relacjami społecznymi stanowi tło większości jej powieści. Slaughter słynie z tego, że nie boi się trudnych tematów, takich jak przemoc domowa, traumy, relacje rodzinne czy seksualność, a przy tym tworzy wciągające, wielowątkowe historie, które potrafią wstrząsnąć czytelnikiem. „Zimny strach” to druga część serii o doktor Sabrinie Linton i szefie policji Jeffreyu Tolliverze. Ale spokojnie, można tę powieść czytać także jako samodzielną całość. To historia, która od pierwszych stron wciąga jak zimna, lepka mgła. Powoli, ale nieubłaganie. Co się dzieje w powieści „Zimny strach”?
Akcja zaczyna się od szokującego wydarzenia, brutalnego ataku na dziewczynę w akademiku. To, co początkowo wygląda na prosty akt przemocy, bardzo szybko zaczyna się komplikować. Sprawa trafia w ręce doktor Linton Lekarki sądowej i osoby, która sama ma za sobą trudną przeszłość. Śledztwem zajmuje się również komendant Tolliver, z którym łączy ją niejednoznaczna, skomplikowana relacja. A w dodatku sprawa ataku wiąże się w pewien sposób ze śmiercią młodego mężczyzny, która początkowo wygląda na samobójstwo. Oba wydarzenia są jednak powiązane, są częścią większej intrygi. Im głębiej bohaterowie drążą, tym więcej wychodzi na jaw. Więcej tajemnic, więcej przemyśleń i więcej ran, które nigdy się nie zagoiły. Miasteczko, które na pierwszy rzut oka wydaje się spokojne, skrywa wiele mrocznych sekretów, a zbrodnia z przeszłości może mieć bezpośredni związek z teraźniejszymi wydarzeniami. Nie zdradzę państwu, kto jest sprawcą ani jak się to wszystko skończy, ale jedno mogę obiecać.
„Zimny strach” to książka, która zadaje pytania, na które nie zawsze łatwo odpowiedzieć i zostawia z emocjami, które towarzyszyć nam będą bardzo długo. Co działa najlepiej w „Zimnym strachu”? Atmosfera i napięcie psychologiczne. To nie jest thriller oparty na strzelaninach czy wybuchach. Tutaj napięcie budowane jest powoli przez dialogi, relacje i odkrywanie prawdy krok po kroku. Autorka mistrzowsko tworzy klimat dusznej, prowincjonalnej społeczności, w której każdy ma coś do ukrycia. Bardzo silnie oddziałują na czytelnika silne, wielowymiarowe postaci. Sarah Linton to bohaterka, którą trudno zaszufladkować. Wrażliwa, ale silna, empatyczna, ale potrafiąca walczyć o swoje. Jeffrey Tolliver to postać równie niejednoznaczna, charyzmatyczny, ale niepozbawiony wad.
Relacja tych dwojga to jeden z najmocniejszych punktów książki. Dynamiczna, autentyczna i daleka od schematów. Działa również społeczna głębia. Autorka nie boi się poruszać tematów trudnych i niewygodnych: przemocy wobec kobiet, nierówności, traumy. Robi to jednak bez taniej sensacji, z empatią i głębią, która sprawia, że lektura zostaje w pamięci. Działa również realizm i dbałość o szczegóły. Opis pracy lekarza sądowego, procedur policyjnych czy drobiazgów związanych ze śledztwem. Wszystko tu jest realistyczne, ale podane w sposób przystępny. To książka, która szanuje inteligencję czytelnika. A co może nie wszystkim się spodobać?
Powolne tempo. Dla czytelników przyzwyczajonych do dynamicznych thrillerów pełnych akcji, „Zimny strach” może wydawać się zbyt spokojny. To bardziej thriller psychologiczny niż sensacja. Tu napięcie rośnie powoli. Nie wszystkim może spodobać się również to, że w książce jest dużo emocji, a mało fajerwerków. Nie znajdziemy tu spektakularnych zwrotów akcji. Zamiast tego sukcesywnie pogłębiane są postaci, powracają traumy, toczone są rozmowy, które wiele znaczą. To bardziej opowieść o ludziach niż o samym przestępstwie. Niektórych odstraszyć może ciemna, ciężka tematyka. Autorka nie oszczędza czytelnika.
Porusza temat molestowania, samobójstw, przemocy domowej. To nie jest lekka lektura do poduszki. Dla niektórych to ogromna zaleta, dla innych powód, by sięgnąć po coś lżejszego. Podsumowując, dla kogo jest ta książka? „Zimny strach” to lektura dla tych, którzy lubią powieści z głębokim tłem psychologicznym, interesują się prawdziwym obliczem prowincjonalnej Ameryki, szukają czegoś więcej niż tylko kto zabił. Cenią silne, niejednoznaczne postacie kobiece. Są gotowi na trudne tematy i emocjonalną intensywność. To nie jest zatem książka dla każdego, ale jeśli dacie jej szansę, może was naprawdę poruszyć. I na koniec nie zdradzę państwu oczywiście zakończenia, ale powiem tylko, że w tej historii każdy nosi w sobie jakiś zimny strach i nie zawsze chodzi o mordercę. Czasem najtrudniejsze do pokazania są demony, które mamy w sobie.
Jeśli „Zimny strach” to wasze pierwsze spotkanie z Karin Slauer, ostrzegam, może nie być ostatnie. A jeśli znacie już inne jej powieści, koniecznie dajcie znać w komentarzach, które z nich zrobiły na was największe wrażenie. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zostawcie państwo łapkę w górę i subskrypcję kanału, jeśli lubicie dobre thrillery i kryminały. Do zobaczenia i pamiętajcie: w małych miasteczkach największe sekrety kryją się tuż pod powierzchnią. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę „Lewa ręka ciemności” Ursuli Le Guin i od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków pewnie będziecie państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i twierdzę, że to bardzo dobrze.
Ursula Le Guin, jedna z najważniejszych autorek światowej fantastyki w powieści „Lewa ręka ciemności” Wydanej w 1969 roku podejmuje temat inności zarówno kulturowej, jak i płciowej. To jedna z kluczowych książek nurtu science fiction, który bywa określany feministycznym. Chociaż przesłanie tej powieści znacznie wykracza poza kwestie społeczne, to przede wszystkim opowieść o empatii, tożsamości i próbie porozumienia. Głównym bohaterem powieści jest Genly Ai, wysłannik Ekumeny — międzyplanetarnej federacji, która przybywa na planetę Gethen, zwaną też Zimą, by przekonać jej mieszkańców do przystąpienia do wspólnoty. Jednak Gethenianie różnią się od ludzi w sposób fundamentalny. Są hermafrodytami. Funkcjonują na co dzień jako istoty bez określonej płci, a tylko w czasie kemmeru — cyklicznego okresu przyjmują rolę męską lub żeńską. Ten biologiczny fakt wywraca do góry nogami znane Genly'emu kategorie myślenia o społeczeństwie, rodzinie, relacjach, dominacji i rywalizacji. Słowo „kemmer” odnosi się zarówno do przemian zachodzących w ciele, jak i do społecznego rytuału związanego z poszukiwaniem partnera. Partnerzy z tego okresu nazywani są kemmeringami.
Chociaż mogą oni tworzyć stałe związki, nie stanowi to obowiązkowej normy kulturowej na Gethen. Unikalna, płynna płciowość mieszkańców wpływa na wszystkie aspekty ich społeczeństwa i kultury. Współcześni zwolennicy ideologii gender często powołują się na powieść Ursuli Le Guin „Lewa ręka ciemności”, widząc w niej potwierdzenie swojej wizji świata, w którym płeć jest płynna, a tradycyjne podziały między kobiecością a męskością przestają mieć znaczenie. Dla nich książka Le Guin stała się niemal symbolem walki z binarnym postrzeganiem płci i dowodem na to, że społeczeństwa mogą funkcjonować bez sztywnych ról związanych z płcią. Warto jednak pamiętać, że intencje samej autorki były znacznie bardziej złożone. Le Guin, choć stworzyła świat Gethen i opisała hermafrodytyczną naturę jego mieszkańców, nie napisała manifestu politycznego, lecz literacko-filozoficzną opowieść o inności, komunikacji, granicach ludzkiego poznania. Sama przyznawała, że książka była eksperymentem myślowym, a nie bezpośrednią próbą promowania konkretnej ideologii. Co więcej, Le Guin później krytycznie odnosiła się do pewnych własnych decyzji literackich, na przykład do tego, że w angielskim oryginale posługiwała się w odniesieniu do Getheńczyków zaimkiem „he”, co nie oddawało w pełni ich płciowej neutralności. Pokazuje to, że jej wizja świata nie była prostym postulatem zniesienia płci, lecz próbą zadania trudnych pytań o to, jak nasza tożsamość i społeczeństwo kształtują się wokół płci biologicznej i kulturowej. W skrócie, chociaż środowiska gender chętnie stawiają „Lewą rękę ciemności” na piedestale jako dowód słuszności swoich poglądów, sama Le Guin traktowała tę książkę bardziej jako literackie narzędzie do eksploracji ludzkiej natury niż jako ideologiczny manifest.
Chociaż w książce pojawiają się elementy science fiction, jak zaawansowane technologie, podróże międzygwiezdne czy system polityczny Ekumeny, to sercem tej opowieści jest spotkanie dwóch istot: Genly'ego i Estravena, getheńskiego polityka, który jako jedyny naprawdę próbuje zrozumieć Ziemianina. Między nimi rozwija się trudna, pełna nieporozumień i napięć relacja, która z czasem przeradza się w głęboką przyjaźń opartą na zaufaniu, a nie płci, pozycji społecznej czy przynależności kulturowej. Gethen to świat brutalny, ale też bardzo konsekwentnie skonstruowany. Panuje tam mroźny klimat, społeczeństwa są rozproszone i nieufne wobec siebie. Le Guin wykorzystuje zimno jako metaforę dystansu emocjonalnego i barier komunikacyjnych. Nieprzypadkowo bohaterowie spędzają znaczną część książki, wędrując przez skute lodem pustkowia. Ta podróż fizyczna i duchowa staje się symbolem procesu zbliżania się, burzenia stereotypów i uprzedzeń. Co istotne, Genly nie jest idealnym bohaterem. Popełnia błędy, jest uprzedzony, często nie rozumie realiów Gethenu. To właśnie dzięki jego niedoskonałości czytelnik może przeanalizować własne schematy myślenia.
Le Guin nie daje gotowych odpowiedzi, lecz zadaje pytania o to, czym jest człowieczeństwo, jak bardzo jesteśmy zakładnikami własnej kultury, jak trudno jest naprawdę usłyszeć drugiego człowieka. Język powieści, jak to u Le Guin, jest poetycki, przemyślany, chwilami gęsty, ale nigdy przypadkowy. Autorka buduje świat nie tylko za pomocą opisu, lecz także mitologii, dokumentów i dialogów, dzięki czemu Gethen staje się nie tyle scenografią, co pełnoprawnym bohaterem książki. Jak zauważył jeden z recenzentów portalu Goodreads: „Lewa ręka ciemności to książka o ludziach, którzy przestają być obcy, kiedy zaczynamy patrzeć na nich sercem, a nie oczami”. Inny dodał To nie science fiction z laserami, tylko filozoficzna podróż w głąb człowieczeństwa. Symboliczne znaczenie tytułu jest kluczowe. Według gethyńskiego przysłowia ciemność to lewa ręka światła. Światło to prawa ręka ciemności. Le Guin pokazuje, że przeciwieństwa nie muszą się wykluczać. Mogą współistnieć, uzupełniać się, stanowić całość.
To przesłanie wydaje się dzisiaj szczególnie aktualne w świecie spolaryzowanym, pełnym uproszczeń i lęku przed tym, co inne. „Lewa ręka ciemności” nie oferuje prostych wzorców ani szczęśliwego zakończenia. Jest refleksyjna, momentami melancholijna, ale też głęboko humanistyczna. To książka, która zostaje z czytelnikiem na długo, zmuszając go do zadawania pytań nie tylko o innych, ale i o nas samych. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Ursuli Le Guin „Lewa ręka ciemności”. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań spisanych przez autora. „Wszystko, co powiedziałem tego wieczoru i w ogóle odkąd przybyłem na zimę, wydało mi się nagle głupie i niewiarygodne. Jak mogłem oczekiwać, że ten albo jakikolwiek inny człowiek uwierzy moim opowieściom o innych światach i innych rasach, o jakimś dobrodusznym superrządzie z niesprecyzowanymi prerogatywami istniejącym gdzieś tam w kosmosie? Wszystko to było nonsensem.
Przybyłem do Karhidu w dziwacznym pojeździe i pod pewnymi względami różniłem się fizycznie od Getheńczyków i to wymagało wyjaśnień. Ale wyjaśnienia, jakich udzielałem, były niedorzeczne. W tej chwili sam im nie wierzyłem. Ja panu wierzę — powiedział mieszkaniec obcej planety, z którym byłem sam na sam. I tak głęboko pogrążyłem się w swoim wyobcowaniu, że spojrzałem na niego zdumiony. Obawiam się, że Argaven również panu wierzy, ale nie ma do pana zaufania. Częściowo dlatego, że stracił zaufanie do mnie. Popełniłem błędy. Byłem nieostrożny. Nie mam również prawa do pańskiego zaufania, bo naraziłem pana na niebezpieczeństwo.
Zapomniałem, co to jest król. Zapomniałem, że w oczach króla Karhid i on to jedno. Zapomniałem, co to jest patriotyzm i że to on jest z definicji patriotą doskonałym. Niech mi pan powie, panie Ae, czy wie pan z własnego doświadczenia, co to jest patriotyzm? Nie — odpowiedziałem, wstrząśnięty siłą tej intensywnej osobowości, która nagle cała skupiła się na mnie. Nie sądzę. Chyba że przez patriotyzm rozumie pan miłość do stron ojczystych, bo to znam. Nie. Kiedy mówię o patriotyzmie, nie chodzi mi o miłość. Myślę o strachu.
O strachu przed tym, co obce, który wyraża się w polityce, nie w poezji. Nienawiść, rywalizacja, agresja. Ten strach rośnie w nas, rozrasta się z roku na rok. Zaszliśmy naszą drogą za daleko. I pan, przybysz ze świata, co wzniósł się ponad pojęcie narodowości setki lat temu, który nie bardzo wie, o czym mówię, który ukazuje nam nową drogę — urwał i po chwili kontynuował, już znowu spokojny, opanowany i uprzejmy. To z powodu strachu rezygnuję z popierania pańskiej sprawy przed królem, ale nie ze strachu o siebie, panie Ae. Nie działam z pobudek patriotycznych. Są przecież na Gethen inne narody. Nie wiedziałem, do czego zmierza, ale byłem pewien, że chodzi mu o coś innego, niżby to wynikało z jego słów. Ze wszystkich mrocznych, zagadkowych, skrytych dusz, jakie spotkałem w tym ponurym mieście, jego była najciemniejsza.
Nie miałem zamiaru dać się wciągnąć w żadne labirynty i zmilczałem. Po chwili kontynuował z ostrożnością. Jeżeli dobrze zrozumiałem, pańska ekumena służy interesom całej ludzkości. Na przykład Orgotowie mają doświadczenie w podporządkowywaniu interesów lokalnych ogólnemu, a Karhidczycy prawie wcale. Autochtoni z Orgoreinu to przeważnie ludzie zdrowo myślący, choć mało błyskotliwi, podczas gdy król Karhidu jest nie tylko szalony, ale przy tym i dosyć tępy. Było jasne, że Estraven nie wie, co to lojalność. W takim razie musi być niełatwo mu służyć — powiedziałem, czując przypływ wstrętu. Nie mam pewności, czy kiedykolwiek służyłem królowi — rzekł królewski pierwszy minister. Albo czy miałem taki zamiar. Nie jestem niczyim sługą.
Człowiek powinien rzucać swój własny cień. Gongi na wieży Remmy wybiły szóstą, co wykorzystałem jako pretekst do pożegnania. Kiedy wkładałem w holu futro, Estraven powiedział: Nie będę miał przez jakiś czas takiej okazji, bo przypuszczam, że wyjedzie pan z Erkienrangu. Skąd to przypuszczenie? Ale wierzę, że nadejdzie dzień, kiedy będę jeszcze mógł zadać panu wiele pytań. Tylu rzeczy chciałbym się dowiedzieć, zwłaszcza o waszej mowie myśli. Zdążył mi pan o niej ledwo napomknąć. Jego ciekawość wyglądała na zupełnie autentyczną. Miał w sobie bezczelność możnych. Jego obietnice pomocy też wyglądały na autentyczne.
Powiedziałem, że tak naturalnie, kiedy tylko zechce. I to był koniec wieczoru. Odprowadził mnie przez ogród przysypany cienką warstwą śniegu w blasku wielkiego matowego rudego księżyca. Przebiegł mnie dreszcz, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Było dobrze poniżej zera. Zimno panu? — spytał z uprzejmym zdziwieniem. Dla niego była to oczywiście łagodna, wiosenna noc. Zmęczony i przygnębiony odpowiedziałem: Jest mi zimno od dnia, kiedy wylądowałem na tej planecie. Jak ją nazywacie, tę planetę w waszym języku?
Kethem. Nie nadaliście jej swojej nazwy? Pierwsi zwiadowcy nazwali ją Zima. Zatrzymaliśmy się w bramie otoczonego murem ogrodu. Na zewnątrz budynki pałacowe piętrzyły się ciemną, zaśnieżoną masą, rozświetlaną tu i ówdzie na różnych wysokościach, złotawymi strzelnicami okien. Stojąc pod wąskim łukiem spojrzałem w górę i zadałem sobie pytanie, czy ten zwornik też był wmurowany kośćmi i krwią. Estraven pożegnał się i zawrócił. Nigdy nie był przesadnie wylewny przy powitaniach i pożegnaniach. Odszedłem przez ciche podworce i uliczki pałacu, skrzypiąc butami po świeżym, oświetlonym blaskiem księżyca śniegu. A potem głębokimi ulicami miasta wróciłem do domu.
Było mi zimno. Czułem się niepewnie osaczony przez perfidię, samotność i lęk. To, proszę państwa, był fragment powieści Ursuli Le Guin „Lewa ręka ciemności" w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka. Pięknie państwu dziękuję za wysłuchanie dzisiejszego podcastu i zapraszam na kolejne odcinki Fantastycznej Biblioteki na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzień dobry, witam wszystkich bardzo serdecznie w playliście Biblioteka Kryminału i Sensacji na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj zapraszam Państwa do Szwecji, ale nie tej turystycznej, spokojnej i ułożonej. Również nie do tej ze strefami no-go. Zapraszam do tej Szwecji pełnej cieni, niedopowiedzeń i powolnego niepokoju, który sączy się z każdej niemal strony. Przed nami „Niespokojny człowiek" Henninga Mankella, pożegnalna część legendarnej serii o komisarzu Kurcie Wallanderze. To książka inna niż większość skandynawskich kryminałów.
Bardziej refleksyjna, głębsza i mocno osobista. Ale zanim przejdziemy do fabuły, przyjrzyjmy się twórcy tej opowieści. Kim był Henning Mankell? Henning Mankell był autorem, który właściwie stworzył nowoczesny skandynawski kryminał, zanim stał się on światową modą. Urodzony w Szwecji był nie tylko pisarzem, ale też dramatopisarzem i działaczem społecznym. Książki Mankella sprzedawały się w dziesiątkach milionów egzemplarzy, a Wallander stał się ikoną, postacią, która wyznaczała nowy kierunek w literaturze kryminalnej. Mankell słynął z tego, że kryminał traktował jako narzędzie do mówienia o społeczeństwie. Jego książki to nie tylko zagadki do rozwiązania, ale też głęboka analiza zmian społecznych, politycznych oraz kulturowych. A „Niespokojny człowiek" jest tego najlepszym przykładem. O czym opowiada powieść „Niespokojny człowiek"?
Kurt Wallander zbliża się do emerytury. Jest zmęczony, trochę wypalony. Coraz częściej zapomina o drobnych rzeczach dnia codziennego. Ma nadzieję na spokojne życie, ale wtedy znika Hakan von Enke, były oficer szwedzkiej marynarki wojennej i ojciec partnera jego córki Lindy. I chociaż formalnie Wallander nie powinien prowadzić tego śledztwa, jego osobiste zaangażowanie nie pozwala mu odpuścić. Z pozoru prosta sprawa zaczyna prowadzić do wydarzeń z czasów zimnej wojny. Tajemnice sprzed dekad, układy wywiadowcze, strefy wpływów — to wszystko powoli zaczyna się odsłaniać. Ale nie tylko zagadka przeszłości jest tu ważna. Równie istotne, jeśli nie bardziej, jest to, co dzieje się z samym Wallanderem. Ta powieść to książka, w której śledztwo prowadzi się równolegle z wewnętrzną podróżą bohatera.
W tle mamy wielką politykę i sprawy bezpieczeństwa narodowego, ale na pierwszym planie człowieka, który zbliża się do granicy wieku, zdrowia, samotności. Co w „Niespokojnym człowieku" działa najlepiej? Refleksyjność i klimat. To z całą pewnością. Bo mamy kryminał, który nie stawia na sensację. To powolna, nastrojowa opowieść o przemijaniu, pamięci i strachu przed utratą samego siebie. Mankell tworzy gęstą atmosferę pełną melancholii, zadumy oraz niepokoju, jak mgła unosząca się nad skandynawskim morzem. Działa również wykreowanie silnego bohatera, który nie jest superbohaterem. Wallander to postać z krwi i kości, zmęczona, pogubiona, niedoskonała. I właśnie to czyni go tak wiarygodnym.
Nie ma tu fajerwerków. Jest codzienność, ból kręgosłupa Zapominane imiona i powolne osuwanie się w demencję. Mantel pokazuje, jak wygląda starzenie się detektywa. Coś, czego prawie nikt w tym gatunku wcześniej nie robił. Działa również warstwa historyczno-polityczna. Dla fanów historii zimnej wojny i tematów szpiegowskich to prawdziwa gratka. Autor wplata wątki wywiadu, tajnych operacji NATO i neutralności Szwecji w sposób bardzo autentyczny, a przy tym dostępny. Świetnie sprawdza się również styl. Mantel pisze spokojnie, z wyczuciem, często pozostawiając więcej między wierszami niż wyjawiając wprost. To styl dojrzały, niespieszny, który zmusza do refleksji i daje przestrzeń na własne myśli.
A co może być trudniejsze do zaakceptowania przez niektórych czytelników? Przede wszystkim powolne tempo. Ta książka nie spieszy się nigdzie. Jeśli ktoś szuka dynamicznej akcji, pościgów i dramatycznych zwrotów, może się rozczarować. Tu napięcie rośnie powoli, budowane na szczegółach i emocjach. Mało jest też klasycznej intrygi kryminalnej. Zagadki są, owszem, ale nie są najważniejsze. Bardziej liczy się proces niż rozwiązanie. Dla niektórych to zaleta, dla innych może zabraknąć tak zwanego mięsa. Za wadę niektórzy mogą również uznać ciężar emocjonalny.
Książka porusza bowiem temat starości, utraty kontroli nad własnym ciałem i umysłem. Dla osób, które same tego doświadczają lub mają bliskich w podobnej sytuacji lektura może być trudna, chociaż bardzo prawdziwa. Dla kogo jest ta książka? „Niespokojny człowiek" to idealna lektura dla tych, którzy cenią kryminały z głębią psychologiczną i społeczną, lubią bohaterów prawdziwych, niedoskonałych i poruszających, nie szukają sensacji, ale bardziej emocjonalnej prawdy. Interesują się historią zimnej wojny i jej cieniami we współczesnym świecie. Nie boją się stawić czoła tematom starzenia się i przemijania. To nie tylko kryminał. To godne pożegnanie z jednym z najbardziej ludzkich bohaterów w historii literatury sensacyjnej. I na koniec nie zdradzę, czy Wallander rozwiąże sprawę do końca, ale powiem jedno: „Niespokojny człowiek" to książka, po której czytelnik zatrzymuje się na chwilę. Zastanawia się nad czasem, który minął, nad tym, co pamiętamy i czego zapomnieć nie możemy.
Jeśli jeszcze nie znają państwo twórczości Henninga Mankella, zacznijcie choćby od tej powieści. A jeśli znacie już Wallandera, przygotujcie się na rozstanie. Ciche, godne i pełne emocji. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zostawcie państwo proszę łapkę w górę, jeśli ten materiał był dla Was interesujący i koniecznie zasubskrybujcie kanał, by nie przegapić kolejnych odcinków „Biblioteki kryminału i sensacji". Do zobaczenia i pamiętajcie państwo, czasem największe tajemnice skrywają się nie w aktach sprawy, ale w ludzkiej pamięci. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę Briana Aldisa „Non Stop” i od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków pewnie będziecie państwo tego żałować.
Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i cały czas twierdzę, że to bardzo dobrze. Powieść „Non Stop” opublikowana w drugiej połowie lat 50. to dzieło, które wciąż zaskakuje świeżością pomysłów i głębią refleksji. Przez długi czas uznawana była za klasyczny przykład science fiction spod znaku statku pokoleniowego, statku Arki. Jednak to tylko powierzchnia. Pod nią kryje się gęsta, metaforyczna opowieść o ludzkiej tożsamości, pamięci, cywilizacji oraz naturze postępu. Akcja powieści rozgrywa się w pozornie prymitywnym świecie. W świecie, w którym ludzie żyją w plemionach, walczą z roślinami, których przyrost można porównać do agresywnej inwazji i odwołują się do rytuałów, zabobonów, archaicznych struktur społecznych. Szybko jednak czytelnik zaczyna się domyślać, że to nie jest zwykła planeta, a bohaterowie wcale nie są dzikusami żyjącymi na Ziemi. Aldiss prowadzi grę z czytelnikiem, odkrywając stopniowo, że cała akcja toczy się na statku kosmicznym.
Statek, który miał być narzędziem kolonizacji odległej planety, zamienia się w zamknięty świat, mikrokosmos, gdzie pierwotna misja dawno się zagubiła, a potomkowie załogi zatracili wiedzę o swojej historii i celu podróży. Postęp jest nieuchronny, ale jego kierunek może być iluzją — zdaje się mówić Aldiss przez ukryty przekaz tej historii. Głównym bohaterem jest Roy Compain. Członek plemienia Greenów. Przechodzi on drogę przemiany od zbuntowanego myśliwego do kogoś, kto zaczyna dostrzegać ukryty sens swojej egzystencji. Wyruszając w podróż w głąb statku, nie tylko fizycznie przemierza kolejne pokłady, ale również dokonuje symbolicznej podróży w głąb ludzkiej świadomości i cywilizacyjnej pamięci. Jego przemiana przypomina nieco bohaterów Conrada czy nawet Dostojewskiego. Tych, którzy przez ból i poznanie odkrywają nieoczywiste prawdy o sobie i o świecie. Statek kosmiczny w powieści to nie tylko miejsce akcji. To alegoria kultury, zbiorowej nieświadomości i chaosu historii.
Każda jego część to inne społeczeństwo, inny system wierzeń i mitologii. W jednej z jego części ludzie stają się niemalże zwierzętami, w innej przekształcają się w elitarne, izolowane kasty, które kontrolują dostęp do informacji. Można odczytywać to jako metaforę współczesnego świata, w którym różne kultury i ideologie współistnieją, często nie zdając sobie nawzajem sprawy ze swego istnienia. Aldiss bardzo celowo i oszczędnie dawkuje informacje. Jego narracja przypomina odkrywanie fragmentów zapomnianej układanki. Wiedza bez zrozumienia jest równie niebezpieczna jak ignorancja — zdaje się mówić autor. I rzeczywiście, nawet gdy bohaterowie odkrywają, że żyją na statku, nie oznacza to jeszcze, że wiedzą, co z tą wiedzą zrobić. To bardzo współczesna myśl. W świecie przeładowanym informacją gubimy zdolność do tworzenia sensu. Kwestia pamięci zbiorowej i mitologizacji historii to kolejny kluczowy motyw tej powieści.
Wiedza o misji, o samej Ziemi została zredukowana do legend i symboli. Nikt już nie pamięta, kim byli ojcowie, po co wyruszyli w podróż i dokąd zmierzali. Gdy przestajesz pamiętać, przestajesz istnieć jako cywilizacja. To nie jest cytat z książki, ale trafnie oddaje jej przesłanie. Na uwagę zasługuje także rola kobiet, często marginalizowanych w klasycznym science fiction lat 50. Tutaj w "Non Stop" kobiety, chociaż pozornie odsunięte na dalszy plan, reprezentują pamięć, opór wobec przemocy, element duchowy. Są zatem strażniczkami starego porządku. "Non Stop" można czytać jako powieść przygodową, jako opowieść o dojrzewaniu, jako filozoficzną alegorię i jako krytykę nowoczesności. Aldiss nie daje nam prostych odpowiedzi. Pyta, czym jest postęp, jeśli prowadzi nas do zapomnienia?
Czy cywilizacja to tylko technologia, czy również pamięć, sztuka, rytuał? I wreszcie, co się dzieje z ludźmi, gdy odłączą się od swojej historii? Pod względem stylu "Non Stop" to powieść oszczędna, miejscami wręcz surowa, ale to zabieg celowy. Świat jest tu nieprzyjazny, zmysłowy, ciasny, lepki, zaplątany w bujne rośliny i ciemne korytarze. Opisuje to zdanie z początku powieści: "Zielone pędy pełzały po ścianach, jakby chciały je udusić, a powietrze miało smak pleśni i gnicia". To świat niemal organiczny, przypominający labirynt, w którym technologia dawno przestała być narzędziem. Stała się częścią natury. Dla czytelników wychowanych na jasnych, linearno-epickich opowieściach science fiction w stylu Asimova to, co pisze Aldiss, może być szokiem. Jego świat nie jest przejrzysty. Nie da się tu jednoznacznie oddzielić prawdy od iluzji.
Wszystko jest w ruchu, wszystko się rozmywa. I właśnie to czyni tę książkę tak wyjątkową. Zmusza do myślenia, do konfrontacji z własną ignorancją. Czas, aby zadać sobie kilka pytań. Czy pamięć o przeszłości jest konieczna, by tworzyć przyszłość? Czy człowiek bez historii może być naprawdę wolny? I wreszcie, dokąd prowadzi nas rozwój, jeśli nie wiemy, skąd wyruszyliśmy? "Non Stop" Briana Aldissa to powieść, która nie daje odpowiedzi, ale zmusza, by pytać. A to być może najważniejsza funkcja dobrej literatury. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Briana Aldissa.
Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora. Jak fala radaru odbita od jakiegoś odległego przedmiotu wraca do swojego źródła, tak odgłos bicia serca Roya Complaina wypełniał w jego odczuciu całą otaczającą go przestrzeń. Stał w drzwiach swojego mieszkania, słuchając gniewnego tętnienia pulsu w skroniach. "Więc idź już sobie, jeżeli w ogóle masz iść. Dobrze? Powiedziałeś przecież, że wychodzisz". Zjadliwy głos za plecami, głos Gwenny, przyspieszył jego decyzję. Wydając stłumiony pomruk wściekłości, zatrzasnął drzwi, nie odwracając się, po czym stał, trąc ręce aż do bólu, by się opanować. Tak właśnie wyglądało życie z Gwenny.
Najpierw kłótnie bez żadnego powodu, a potem te szalone, wyczerpujące jak choroba wybuchy gniewu. Co gorsza, nie był to nigdy zwykły, czysty gniew, tylko obrzydliwe, lepkie uczucie, które nawet przy największym nasileniu nie było w stanie zagłuszyć świadomości, że wkrótce będzie tu z powrotem, przepraszając ją i poniżając się. Cóż, Complain nie mógł się bez niej obyć. W tej wczesnej porze kręciło się jeszcze kilku mężczyzn. Później dopiero mieli ruszyć do swoich zajęć. Grupa siedząca na pokładzie grała w skacz wzwyż. Complain podszedł do nich i nie wyjmując rąk z kieszeni, ponuro obserwował przebieg gry ponad ich rozwichrzonymi głowami. Plansza gry namalowana była na pokładzie i stanowiła kwadrat o boku równym podwójnej długości męskiego ramienia. Na planszy rozrzucone były bezładnie kostki i pionki. Jeden z grających pochylił się i przesunął swoje dwa pionki.
Oskrzydlenie na pozycji piątej stwierdził z bezlitosnym triumfem, po czym uniósł głowę i mrugnął konspiracyjnie do Complaina. Complain odwrócił się obojętnie. Przez długi czas jego zainteresowanie tą grą było wręcz niezdrowe. Grał w nią nieustannie tak długo, aż jego młode nogi przestawały wytrzymywać ciągłe siedzenie w kucki, a zmęczone oczy nie były w stanie dostrzec srebrnych pionków. Także na innych, prawdę mówiąc prawie wszystkich członków szczepu Green, gra ta rzuciła jakiś czar. Dawała im poczucie przestrzeni i siły, a więc doznania, których ich normalne życie było całkowicie pozbawione. W tej chwili czar prysł i Complain był już od niego wolny. Chociaż na pewno byłoby dobrze mieć znów coś, co podobnie absorbowało. W smętnej zadumie powlókł się przed siebie, nie zwracając prawie uwagi na znajdujące się po obu stronach drzwi, ale za to bystro obserwując przechodniów, jakby w oczekiwaniu jakiegoś sygnału. Nagle dostrzegł spieszącego do barykad One The Gea, który odruchowo ukrywał swoją zdeformowaną lewą połowę twarzy.
One The Ge nigdy nie brał udziału w grach towarzyskich. Nie znosił być otoczony ludźmi. Dlaczego rada oszczędziła go, gdy był jeszcze dzieckiem? W szczepie Green przychodziło na świat wiele zdeformowanych dzieci, ale oczekiwał je tylko nóż. Jako chłopcy nazywali go Dziurawą Gębą i znęcali się nad nim. Ale obecnie, gdy wyrósł na silnego i agresywnego mężczyznę, ich stosunek do niego stał się bardziej tolerancyjny, a przytyki bardziej zawoalowane. Nieświadom, że jego leniwe włóczenie się nabrało sensu, Complain także skierował się w stronę barykady. W okolicy tej znajdowały się najlepsze pomieszczenia przystosowane do użytku rady. Drzwi jednego z nich otworzyły się gwałtownie i ukazał się sam porucznik Green w towarzystwie dwóch oficerów. Wprawdzie Green był już w mocno podeszłym wieku, ale jego rozdrażnienie i nerwowy chód nosiły jeszcze znamiona młodzieńczego temperamentu.
Obok niego szli dumnie oficerowie Patch i Zillak z wyraźnie widocznymi paralizatorami wetkniętymi za pasy. Ku wielkiej radości Complaina One The Ge, zaskoczony ich nagłym pojawieniem się, wpadł w panikę i oddał wodzowi honory. Był to żałosny gest. Głowa przyłożona do ręki zamiast na odwrót, co Zillak skwitował wymuszonym uśmiechem. Służalczość była ogólnie obowiązującą zasadą, choć duma nie pozwalała się do tego przyznać. Kiedy Complain miał ich mijać, postąpił zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem. To znaczy odwrócił się, patrząc w inną stronę. Nikt nie miał prawa myśleć, że on, łowca, może być od kogokolwiek gorszy. Powiedziane było bowiem w nauce: żaden człowiek nie jest gorszy od innych, chyba że sam odczuwa potrzebę okazania drugiemu szacunku. W wyraźnie lepszym nastroju dogonił One The Ge i położył mu rękę na lewym ramieniu.
Ten odwrócił się i przystawił mu do brzucha krótki, zaostrzony kij. Ruchy miał zawsze bardzo ekonomiczne. Zachowywał się jak człowiek otoczony zewsząd nagimi ostrzami. Czubek kija spoczywał dokładnie w okolicy pępka Complaina. Spokojnie, pięknisiu. Czy zawsze tak witasz przyjaciół? Zapytał Complain, odsuwając ostrze kija. Sądziłem, Przestrzeni Łowcze, dlaczego nie jesteś na polowaniu? Spytał One The Ge, odwracając wzrok. Ponieważ idę w stronę barykad w twoim towarzystwie.
Poza tym mój garnek jest pełny, a podatki zapłacone. Osobiście nie czuję potrzeby mięsa. To, proszę państwa, był fragment powieści „Non Stop” Briana Aldisa w przekładzie Marka Wagnera. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejny odcinek Fantastycznej Biblioteki na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę Joe Haldemana „Wieczna wojna” i od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków: pewnie będziecie państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni. Joe Haldeman uznawany jest za jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskiej fantastyki drugiej połowy XX wieku.
Był nie tylko autorem, ale i weteranem wojny w Wietnamie. Jego doświadczenia wojenne stały się punktem wyjścia do napisania „Wiecznej wojny”, powieści science fiction, która zdobyła zarówno nagrodę Hugo, jak i Nebulę i jest powszechnie uważana za jedną z najbardziej poruszających antywojennych książek w historii gatunku. Chociaż w powieści pojawiają się klasyczne elementy science fiction: podróże kosmiczne, obce rasy, futurystyczna broń, to głównym tematem utworu jest psychologiczna i socjologiczna analiza wojny oraz jej wpływu na jednostkę. Głównym bohaterem powieści jest William Mandela, fizyk teoretyczny zwerbowany do elitarnej jednostki międzygwiezdnej armii UNEF, która ma walczyć z obcą rasą Taurańczyków. Konflikt rozpoczął się niemal przypadkowo, bez głębszego zrozumienia przeciwnika. Od samego początku wojna wydaje się absurdalna. Toczy się na krańcach galaktyki, w nieprzyjaznym kosmosie, w imię obrony ludzkości, chociaż nikt dokładnie nie wie przed czym. Haldeman wprowadza jeden z najbardziej przejmujących motywów w literaturze science fiction: dylatację czasu. Mandela i jego towarzysze podróżują z prędkościami bliskimi światła, co sprawia, że chociaż dla nich mijają miesiące, na Ziemi upływają dziesięciolecia, a później nawet stulecia. Kiedy żołnierze wracają do domu, nie rozpoznają już świata, z którego wyruszyli.
Technologia, język, relacje społeczne. Wszystko się zmienia. Świat nie tyle ich nie chce, co po prostu ich nie rozumie. Ziemia przedstawiona przez Haldemana przechodzi radykalne zmiany. Najpierw pojawia się chaos i przeludnienie, potem globalne korporacje przejmują władzę, a następnie następuje całkowita transformacja ludzkości w nową kolektywną istotę, zwaną po prostu Manem. Istotę pozbawioną indywidualności, emocji, a w końcu nawet potrzeby konfliktu. To ironiczne. Wojna, która trwała wieki, kończy się w chwili, gdy człowiek przestaje być człowiekiem w dotychczasowym rozumieniu. Równolegle do zmian społecznych i technologicznych rozwija się wątek miłosny. Relacja między Mandelą a Marygay Potter to jedyny stały punkt w coraz bardziej obcym świecie.
Kiedy zostają rozdzieleni, Marygay podejmuje desperacką decyzję: będzie kontynuować służbę wojskową i kolejne misje tylko po to, by dzięki dylatacji czasu móc spotkać się z Mandelą w odległej przyszłości. Ten subtelny, ale niezwykle poruszający motyw czyni „Wieczną wojnę” powieścią nie tylko o przemocy i wyobcowaniu, ale także o miłości i wierności, mimo zmieniających się epok. Najbardziej gorzkim momentem powieści jest odkrycie, że wojna była całkowitym nieporozumieniem. Gdy w końcu dochodzi do kontaktu z Taurańczykami, okazuje się, że nie mieli oni wcale wrogich zamiarów. Konflikt został rozpętany przez ludzi na podstawie błędnych założeń, a następnie kontynuowany przez wieki z rozpędu i politycznej inercji. Społeczeństwo ukazane przez Haldemana jest lustrzanym odbiciem tego, co mogło i w pewnym sensie miało miejsce po Wietnamie. Alienacja weteranów, nieprzystosowanie do życia w cywilu, niezrozumienie, samotność. Mandela nie pasuje już nigdzie. Ani do wojska, ani do nowej Ziemi. Jego problemem nie jest trauma walki, lecz brak miejsca, do którego mógłby wrócić.
Wojna zabrała mu nie tylko czas i młodość, ale i kontekst, tożsamość. Język powieści jest surowy, precyzyjny, pozbawiony zbędnych ozdobników. Opisy walki są brutalne i realistyczne, pozbawione heroizmu, za to pełne chłodnej kalkulacji. Mandela nie jest bohaterem. Jest człowiekiem, który przeżył, mimo że często nie rozumie po co. W tym sensie „Wieczna wojna” bliższa jest literaturze obozowej czy antywojennej niż klasycznej space operze. Wśród komentatorów panuje zgoda: Haldeman nie napisał książki o przyszłości. Napisał książkę o teraźniejszości, która ukrywa się w science fiction. Jak ujął to William Gibson: to najlepsza powieść o wojnie od czasów Wietnamu. I trudno się z tym nie zgodzić.
Warto też podkreślić, że Haldeman nie popada w czysty pesymizm. Mimo całego cierpienia wieczna wojna toczy się Zaskakująco optymistycznie. Mandela i Mary Gay odnajdują się po wiekach. W świecie, który zatracił sens, ich uczucie pozostaje niezmienne. W świecie pozbawionym czasu miłość okazuje się odporna nawet na jego dylatację. Jednym z najważniejszych momentów książki jest ta chwila, gdy Mandela po wielu wiekach walki mówi z przekąsem: „Wojna, która się nie kończy, jest jak rząd, który nie potrafi rządzić. Trwa tylko dlatego, że nikt nie ma odwagi jej zakończyć”. To sedno przesłania Haldemana. Wojna nie toczy się, bo musi tylko dlatego, że ktoś tak zdecydował, a jej ofiarami nigdy nie są politycy, tylko zwykli ludzie. W podsumowaniu warto stwierdzić, że „Wieczna wojna” to opowieść gorzka, ale nie cyniczna, przerażająca, ale niepozbawiona nadziei.
To książka o przetrwaniu, o potrzebie bliskości i o tym, że nawet w najbardziej nieludzkich warunkach człowiek może pozostać człowiekiem. Teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Joe Haldemana „Wieczna wojna”. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli nie najlepszym argumentem jest kilka zdań napisanych przez autora. „Dzisiaj pokażemy wam osiem sposobów bezgłośnego zabijania ludzi. Mówiący to mężczyzna był sierżantem niewyglądającym nawet na starszego o pięć lat ode mnie. Tak więc jeśli kiedykolwiek zabił człowieka w walce, bezgłośnie czy nie, musiał to zrobić w kołysce. Znałem już 80 sposobów zabijania ludzi, ale większość z nich była dosyć hałaśliwa. Wyprostowałem się na krześle, przywołałem na twarz wyraz uprzejmego zainteresowania i zasnąłem z otwartymi oczami. Pozostali zrobili to samo.
Nauczyliśmy się, że na tych wieczornych wykładach nigdy nie mówią niczego ważnego. Obudził mnie szmer projektora. Pokazali krótki film demonstrujący osiem cichych sposobów zabijania. Niektórzy z aktorów musieli być po praniu mózgu, ponieważ naprawdę ich zabito. Po filmie dziewczyna siedząca wszędzie przede mną podniosła rękę. Sierżant skinął na nią, więc wstała i wystąpiła naprzód. Całkiem niezła, tylko o zbyt masywnej szyi i barkach. Każdy tak wygląda po kilku miesiącach noszenia ciężkiego plecaka. Sir, aż do promocji musieliśmy się zwracać do sierżantów sir. Większość tych sposobów wyglądała dość głupio.
Na przykład? Weźmy zabijanie kogoś ciosem saperki w nerki. Chcę powiedzieć, że chyba nigdy nie jest tak, żeby ktoś był uzbrojony tylko w saperkę, a nie miał pistoletu czy noża. Czy nie lepiej po prostu walnąć go w łeb? Może mieć na głowie hełm – odparł rezolutnie. Ponadto Taurańczycy pewnie nawet nie mają nerek. Wzruszył ramionami. Zapewne nie mają. Był rok 1997 i nikt nigdy nie widział Taurańczyka. Nie znaleziono choćby kawałka większego od przysmażonego chromosomu.
Jednak ich fizjologia jest zbliżona do naszej, więc musimy założyć, że są równie skomplikowanymi organizmami jak my. Muszą mieć jakieś słabe punkty, czułe miejsca. Musicie je znaleźć. To ważne – rzekł, wskazując palcem na ekran. Tych ośmiu skazańców zarżnięto dla was, ponieważ musicie dowiedzieć się, jak zabijać Taurańczyków i umieć to robić zarówno megawatowym laserem, jak i tarczą szlifierską. Usiadła z powrotem niezbyt przekonana. Są jakieś pytania? Nikt nie podniósł ręki. Dobra. Baczność!
Ledwie podnieśliśmy się z krzeseł, a on spojrzał na nas wyczekująco. Pieprz się, sir – ryknął znużony chór. Głośniej. Pieprz się, sir! Jeden z głupich wojskowych sposobów podbudowywania morale. Już lepiej. Nie zapomnijcie, jutro przed świtem macie manewry. Pobudka o 3:30, wymarsz o 4:00. Każdy przyłapany w łóżku o 3:40 straci jedną belkę. Rozejść się.
Zapiąłem uniform i poszedłem po śniegu do kantyny na filiżankę wywaru z soi i skręta. Zawsze wystarczało mi pięć czy sześć godzin snu i to były jedyne chwile, jakie miałem tylko dla siebie. Przez moment daleko od armii. Przez kilka minut czytałem wiadomości odbierane przez faks. Załatwili kolejny statek gdzieś w rejonie Aldebarana. To było jakieś cztery lata temu. Szykowali karną ekspedycję, ale przelot do celu zajmie w locie kolejne cztery lata. Do tej pory Taurańczycy obsadzą wszystkie przejścia planetarne. W kwaterze wszyscy już spali i główne światła były wyłączone. Cała kompania tkwiła tu, od kiedy wróciliśmy z 12-dniowego szkolenia na Księżycu.
Rzuciłem ciuchy do szafki, sprawdziłem grafik i stwierdziłem, że śpię w koi 31. Do licha, tuż pod grzejnikiem. Najciszej jak umiałem, wślizgnąłem się za zasłonę, żeby nie budzić osoby śpiącej obok. Nie wiedziałem kto to, ale nic mnie to nie obchodziło. Wsunąłem się pod koc. Spóźniłeś się, Mandela – ziewnął ktoś. Przepraszam, że cię zbudziłem – szepnąłem. W porząsiu. Obróciła się na bok i wtuliła się we mnie. Była ciepła i dosyć miękka.
Poklepałem ją po biodrze, mając nadzieję, że robię to po bratersku. Dobranoc, Rogers. Dobranoc, Ogierze”. Odpowiedziała takim samym gestem, tylko bardziej sugestywnym. Dlaczego zawsze trafiasz na zmęczone, kiedy jesteś gotowy i na chętne, kiedy ty jesteś znużony? Pogodziłem się z nieuniknionym. To był, proszę państwa, fragment powieści Joe Haldemana „Wieczna wojna” w tłumaczeniu Zbigniewa Królickiego. Dziękuję państwu za dzisiejsze spotkanie i tradycyjnie zapraszam na kolejny odcinek „Fantastycznej biblioteki” na kanale Wehikuł Wyobraźni. Zapomniałem państwu dodać przed puszczeniem bloku o książkach, że będziecie mogli państwo, śledząc poszczególne książki, prześledzić też zapis choroby. Mojej choroby, ponieważ jak pewno państwo zauważyli, mówię w tych odcinkach różnym głosem.
A to właśnie było uzależnione od etapu chorobowego, który przechodziłem. Bo tak się złożyło, że gdzieś w czerwcu mnie dopadło i stąd te różnice w wysokości głosu. Ale to może taki bonus, taki dodatek do tego wszystkiego. A teraz już, proszę państwa, zapraszam na „Filmotekarium”. Dzisiaj będzie o dinozaurach. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy „Filmotekarium”. A skoro „Filmotekarium”, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:26:54] - Dzień dobry wieczór. Chciałem tutaj wydać taki odgłos jak pterodaktyl na przykład albo tyranozaur, ale nie, bo to byłoby głupie. Także przywitam się jeszcze raz. Dzień dobry wszystkim.
[01:27:06] - Tak, to już się państwo domyślili, że będziemy dialogować o najnowszej nowości, jak to mawia się czasami w internecie, czyli o filmie „Jurassic World: Odrodzenie”. Odrodzenie. W sumie jak człowiek sobie pomyśli, jak wyglądał ten poprzedni film, to rzeczywiście rodzaj odrodzenia i jakiś oddech można złapać. Ja powiem państwu szczerze, kiedy pojawił się pierwszy, to było bardzo dawno temu. Crichton napisał sobie książkę, a później oczywiście trzeba było ją sfilmować, więc sfilmowano zupełnie inaczej niż to w książce było. I ten pierwszy film, on owszem, był taką nowością i czymś takim ekscytującym, że człowiek do kina szedł i wychodził zadowolony, chociaż dziury w tym filmie były i ziały jak te dinozaury czasami. Dobrze. Później kręcono kolejne filmy i ten „Jurassic” robił się coraz bardziej przewidywalny. Dzisiaj dostajemy film, który oczywiście jest przewidywalny, ale przynajmniej potrafi pod koniec wciągnąć człowieka i człowiek się ekscytuje: jak to się skończy? To, co prawda, jest najprostsza emocja, którą może film wywołać w widzu.
Taka najbardziej podstawowa, ale już całe szczęście, że chociaż taka jest. A żeby już dobić i powiedzieć wszystko na początku, co mam do powiedzenia, a później to tylko będę rozwijał, to ten film tradycyjnie już jest po prostu za długi.
[01:29:00] - Tak, za długi jest. Troszeczkę się wlecze, szczególnie w tej pierwszej części. Mamy powrót do świata dinozarrrów. Specjalnie tak powiedziałem. Niektórzy twierdzili, że „Park jurajski” to taka franczyza i uniwersum, którego się już nie da wskrzesić. Najnowsza odsłona pokazuje, że można. Przynajmniej, że można spróbować i nie wiem, czy jest dobrze, ale jest całkiem nieźle w porównaniu do tego, co było poprzednio. To też zależy od waszej osobistej tolerancji na takie kino. Kino przygodowe, naiwne, z nutką science fiction oraz, że tak powiem, tak jakby lekką inspiracją „Alienem”, chociaż to jest tylko moje zdanie. Po zupełnie nieudanej, widowiskowej, acz bardzo głupiej części, jaką było „Dominion”, Gareth Edwards przedstawia nam kolejną opowieść osadzoną w świecie dinozaurów.
Tyle że to nie są już te same dinozaury co kiedyś. Ich, w tym filmie oczywiście, jest na Ziemi mniej. Żyją sobie w wąskim pasie dookoła równika, w miejscach, gdzie dostęp ludziom jest wzbroniony. Ja pamiętam, Marku, jako dziecko, jako fan dinozaurów, kiedy wszedł pierwszy „Park jurajski”, to byłem w euforii. Pamiętam, jak byłem z wujkiem w kinie Wolność w Częstochowie. Potem oglądałem to jeszcze milion razy na jakimś kiepskim VHS-ie. Potem pamiętam, jak byliśmy po wielu latach z żoną na tej zremasterowanej wersji „Parku jurajskiego” w jakąś rocznicę powstania tego filmu. I on jeszcze robił wrażenie. To znaczy było w nim coś takiego, taka magia kina była lat ówczesnych. Tutaj tej magii nie ma.
Natomiast nie jest tak źle. Poznajemy tutaj, w omawianym dzisiaj filmie, zakusy pewnego projektu naukowo-biznesowego, którego celem jest to, że po prostu udać się trzeba do siedlisk dinozaurów, pobrać od nich krew w celu stworzenia nowego leku. Oczywiście sobie można zadać pytanie już na samym początku: skoro oni Te dinozaury stworzyli, skoro one się rozlazły po planecie, co widzieliśmy w poprzednich filmach, to może można było wtedy pobrać te próbki albo co? Nie. Tutaj musimy wierzyć na słowo, że tak trzeba i taka jest misja. Żeby przeprowadzić taką misję niebezpieczną, potrzeba kogoś, kto reprezentuje ośrodek naukowy, który chce stworzyć lek. Ale ten lek oczywiście nie będzie za darmo. Czyli to jest facet, który pilnuje interesów korporacji. Potrzeba do tej misji kilku żołnierzy, jednego jajogłowego naukowca i oczywiście kogoś, kto dostarczy całą ekipę na miejsce. Zadanie, chociaż ono jest na pozór łatwe, okazuje się śmiertelnie niebezpieczne i o tym jest ten film.
Bohaterowie dość wolno przekonują się, jak to jest wszystko niebezpieczne. Ten film nam tak dziwnie utyka. On się robi rozwlekły w pierwszej połowie. Nie siedziałem z zegarkiem w ręku, nie wiem, kiedy on nabiera rozpędu. Natomiast te pierwsze kilkadziesiąt dobrych minut, bo on jest też dość długi, to tam się nic nie dzieje. Gadają, gadają, gadają, gadają, gadają, gadają. Tu jakiś dinozaur, ale nie za specjalny. Potem znowu gadają, potem ktoś umrze i to jest pierwsza godzinka. Potem robi się trochę ciekawiej. Potem są nawiązania do miejsc, do wydarzeń, które widzieliśmy.
I mam problem, Marku, z oceną tego filmu, dlatego że ktoś nam zarzuci: mówicie, że da się oglądać coś, co jest taką dziesiątą wodą po kisielu, coś co jest naiwne i w ogóle, a żeście tam nie docenili na przykład wspaniałych filmów typu Skinamarink. Ja w kinie poszukuję rozrywki przede wszystkim. Jeżeli coś jest głupie, to też otwarcie o tym mówię. W przypadku tej odsłony Jurassic World nie jest tak źle, jak by mogło być. Ten film ma dużo mankamentów, ale w kinie można się troszeczkę ponudzić, potem otrzymujemy rekompensatę. Tak mi się wydaje.
[01:33:47] - Bo ten film działa na takim poziomie bardzo podstawowym. Właściwie już o tym wspominałem. On bawi. Może to za duże słowo. W każdym razie dostarcza rozrywki, ale na takim poziomie: czy go zabiją, czy nie? Czy mu się uda, czy nie? To zawsze wywołuje napięcie, bo inaczej ludzie by się nie zakładali o różne rzeczy. Tu też się można założyć: uda się czy się nie uda? I obstawiamy. Różne będą efekty.
Ja powiem jeszcze o jednej rzeczy, bo wymieniłeś tych żołnierzy, tego, kogo trzeba do takiej ekipy. Do tej ekipy, proszę państwa, trzeba jeszcze ludzi, którzy będą przeszkadzali tej sprawnej wojskowej niemal ekipie, która by to zrobiła w mgnieniu oka. Wyciągnęła tę krew z różnych typów dinozaurów po to, żeby później zostało wyprodukowane lekarstwo na serce. Ale niestety tak się zdarza, że pewni miłośnicy żeglarstwa mają kłopoty i przez dinozaury, takie morskie dinozaury, robi im się bardzo nieprzyjemnie, bo ich jacht zostaje wywrócony. Mamy tatę, mamy maleńką — maleńką to może przesada — dziewczynkę. To zawsze jest dobry element do kina przygodowego, bo wiadomo, że dziewczynkę trzeba ratować. Mamy chłopaka, mamy taki komplet, który właściwie dostarcza nam niemal pewniaków, że to będą ludzie, których owszem, ta ekipa bardzo profesjonalnych wojskowych czy też takich paramilitarnych ludzi uratuje, ale później będą ci zwykli cywile im przeszkadzać. I tak się dzieje. I mamy zawiązaną akcję. To, z czym startujemy.
Cała grupa pojawia się na wyspie, na której te dinożarły, bo i taką wersję słyszałem w wykonaniu jednego z moich bardzo młodych znajomych. Dinożarły bardzo mnie ujęły, więc te dinożarły sobie hasają po tej wyspie mniej lub bardziej. Niektóre są dinożarły romantyczne i też mamy takie piękne obrazy takich roślinożernych dinozaurów, które się szyjami splatają. Prawie miłosna scena dinozaurowa. Ale mamy też drapieżne dinozaury, które wcale fajne nie są. I tak się akcja toczy i ona od pewnego momentu, tak jak Piotr to mówił, jak ja mówiłem, ona rzeczywiście zaskakuje. Zaskakuje w tym sensie zaskoczyć. Odpowiednie tryby wchodzą w odpowiednie tryby i to się już jakoś toczy. Bez fajerwerków, bez żadnych cudów, ale rzeczywiście dajemy się wciągnąć w grę bardzo prostą, na tym najprostszym poziomie: uda się czy się nie uda i czy zginie, czy nie zginie. Co więcej, gdzieś tam w pewnym momencie, blisko końca, dostajemy już takiego cliffhangera prawie, bo już nam się wydaje, że nie do końca się udało, a później się okazuje, że się udało, tylko wydaliśmy zwieść.
Mam nadzieję, że nie za dużo spoilerów. Chociaż, nieważne. Powiedziało się, to jest. W każdym razie to jest film, tak jak powiedziałem na samym początku, za długi. Myślę, że gdyby został skrócony o jedną trzecią, to nie byłoby źle, a gdyby te cięcia były jeszcze większe, to kto wie, czy to w ogóle nie byłby hicior. Przesadzam. Oczywiście, że przesadzam, ale samo to zawiązanie akcji i to, co się później toczy, jest widowiskowe. Tam się pojawiają sceny, które są naprawdę widowiskowe, bo współczesna technika filmowa daje nieprawdopodobne możliwości. Naprawdę nieprawdopodobne. I oglądamy te dinozaury raz lepiej, raz gorzej, ale niektóre sceny są naprawdę zrobione, nie wiem, czy świetnie, nie jestem w końcu filmowcem, ale mnie się podobały.
Z tym że mam taką bardzo ogólną refleksję: czasami miałem wrażenie, że główni bohaterowie specjalnie pchają się w kłopoty, żeby było co w filmie oglądać. Specjalnie gdzieś tam zjeżdżają na linach i tak podjeżdżają, żeby jakieś takie dino-ptaszydło tak ich tam zaszło z flanki, żeby była scena napięcia i żeby trzeba było przeżywać, może nawet palce zagryzać. Co teraz będzie? Tak robione filmy, one owszem, działają w tym momencie, kiedy na nie patrzymy. Kiedy siedzimy w kinie, mamy ogromny ekran i tam się dużo dzieje, to rzeczywiście możemy nawet tego palucha zagryźć. Ale wychodzimy z kina i sobie mówimy: hej, jakieś to było takie, że owszem, palce zagryzałem, jeszcze do teraz mnie boli, ale ile to było w tym sensu? Trudno powiedzieć. Ale jest coś takiego jak amerykańska tradycja, czyli happy end. On tu może nie do końca jest taki happy, ale jednak wszystko kończy się prawie dobrze.
[01:39:39] - Tak, dlatego musimy zawiesić na kołku nasz sceptycyzm, kiedy wchodzimy do Parku Jurajskiego. Chociaż to nie jest Park Jurajski w sumie. Dobrze, kiedy wchodzimy do tego uniwersum, od razu przecież wiemy, że tyranozaur nie zeżre tej dziewczynki, bo jakby to było? Chociaż szczerze mówiąc na pewno wywołałoby mnóstwo komentarzy. Ci główni bohaterowie w większości pewnie muszą przeżyć i to wiemy od razu. Kogoś zeżre, ale ci główni bohaterowie przeżyją. Co tu mogę jeszcze dodać? W przeciwieństwie do poprzedniego odcinka, źle powiedziałem, do poprzedniej odsłony, ten "Jurassic World" jest realizowany w większości na łonie natury, na odległej wyspie w okolicach równika, na morzu. Dzieje się i mało, i dużo. To znaczy się tak: myśmy powiedzieli, że ten film się dłuży.
Tam cały czas coś się dzieje, jest wyjaśniane, po co to wszystko. Potem rzeczywiście akcja przyspiesza, tylko że też na spotkanie z dinozaurami przychodzi trochę poczekać i one są odpowiednio dawkowane widzom. I tak na przykład spotykamy potężnego mozazaura, jakieś tam zauropody, o których mówiłeś, takie dinozaury z długimi strasznie ogonami. Ta scena dla mnie osobiście, ponieważ się trochę tym interesowałem, była absurdalna. Nie to, że teraz się interesuję dinozaurami, ale kiedyś oczywiście jak każde dziecko, tak. Mamy tam taką bardzo ciekawą scenę, kiedy jedna z bohaterek budzi T-rexa, tyranozaura śpiącego w barłogu. Dosłownie w barłogu śpi tyranozaur w takim gnieździe i ona go budzi. I oczywiście musi uciekać przed nim, bo on chce ją zjeść. Ja się tak zacząłem zastanawiać. Dinozaury to głupie były.
Przecież gdyby nawet on sobie chapsnął takiego człowieka, to nawet by nie beknął po nim. Przecież tu nie ma co jeść. Ja bym sobie darował na miejscu takiego tyranozaura. Czy te dinozaury wyglądają dobrze? Wydaje mi się, że trochę gorzej niż chociażby w poprzedniej odsłonie. Tylko że to, co mnie się podoba, to się chyba nie liczy. Liczy się to, co ma się podobać Amerykanom, a Amerykanów straszą zombie, rekiny i tyranozaury. Czyli tyranozaur musiał być. I na końcu mamy coś bardzo specyficznego. Mutanta.
Mamy go na końcu, de facto mamy go na samym początku pokazanego też, ale tak trochę jakby w cieniu. Jest tutaj lekkie, takie symboliczne, moim zdaniem, nawiązanie do Aliena, ale to tak wizerunkowo. Po prostu on tak lekko wygląda jak xenomorf. Nie chcę też za dużo zdradzać. Powiem, że chodzi o stworę o bardzo nietypowych cechach. Nieudany eksperyment po prostu. Czy w ogóle jeszcze, Marku, dinozaury na tobie robią wrażenie? Bo na mnie chyba nie bardzo. Już to wszystko wygląda gorzej niż kiedyś. Szczególnie ten T-rex wygląda źle.
Nie jestem oczywiście paleontologiem, ale wydaje mi się, że troszeczkę przesadzono z wyglądem tych długoszyich i długoogonowych dinozaurów. I to stanowczo przesadzono. Ta scena była absurdalna deczko. I kolejne pytanie, które się nasuwa: czy taka mała wyspa byłaby w stanie utrzymać tak ogromną populację dużych zwierząt, ogromnych zwierząt? My tam momentami widzimy, ile tych dinozaurów jest. I rodzi się pytanie, czy one po czasie bytowania tam, a ten czas był długi, po prostu by nie zeżarły wszystkiego, co tam urosło. To też nam daje do myślenia. Czy ten film jest dobry? Oczywiście nie jest tak dobry jak "Park Jurajski", ale ze zdumieniem muszę powiedzieć, że to się da oglądać. To jest przygodówka.
Momentami dużo się dzieje, momentami się nie dzieje nic. Chyba że musimy tutaj zawierzyć twórcom filmu, że tak miało być, że to on jest przegadany, bo tam padają bardzo ważne informacje i tam się rozgrywają rzeczy między bohaterami, które są bardzo ważne dla całego filmu. Dziwi mnie brak wyeksponowania nitki romansowej między głównymi bohaterami, między tą panią graną przez Scarlett Johansson a tym naukowcem, bo tam widać, że coś się miało zacząć dziać i nic. Może i momentami gadają, może nie ma tam tak potęgującego się napięcia, ale to jest już chyba siódmy film z serii. Tu jest naprawdę trudno widza czymś zaskoczyć. Co tu jeszcze mogę powiedzieć? Można zaskoczyć. Zaskoczeniem jest ten mutant, którego widzimy. To jest ciekawa koncepcja, chociaż powiem szczerze, nie pamiętam poprzednich odsłon wszystkich i coś mi się wydaje, że mutantów może jeszcze nie było, ale jakieś dinozaury o niezwykłych cechach były na pewno. Jeżeli chodzi o całą resztę, w porównaniu do filmów, chociażby o King Kongu, które są podobnej kategorii, stanowią podobną klasę.
W porównaniu do niektórych nowych „Godzilli", to odrodzenie „Jurassic World" to jest naprawdę film w porządku. Co prawda to nie jest coś, do czego powrócę świadomie, ale to film i to film przygodowy. Jeżeli ktoś jest pasjonatem takiego kina i lubi w ten sposób zabić czas, to myślę, że się nie zawiedzie. Tym bardziej, że to jest taki film w stylu lat 90. Niektórzy powiedzą: „Panowie, podniecacie się dinozaurami, a prawdziwe, głębokie dzieła wam się nie podobały”. Ale mówimy o filmie rozrywkowym. W ogóle chyba od pierwszego odcinka „Filmotekarium" podkreślamy, że dla nas filmy są po to, żeby zdumieć się również, ale też żeby się rozerwać. „Odrodzenie" nie aspiruje do tego, żeby być kinem głębi, nawet jeżeli widzimy mozazaury i dinozaury morskie. Nie jest to film kino moralnego niepokoju. To jest filmik dla rozrywki i szczerze mówiąc chyba nie najgorszy.
[01:45:57] - Ja tam wcale nie czekam na kino moralnego niepokoju w wydaniu science fiction, ale o jednej rzeczy muszę powiedzieć, bo włączył mi się po tym, co mówiłeś, tryb zgryźliwego tetryka. Mówiłeś o tym, że nie ma wątku romansowego. Piotrze, jak może być wątek romansowy w filmie, który mają oglądać dzieci? Bo umówmy się, dinozaury to głównie jednak przyciągną dzieci, młodzież do kin. I to jest taki typowy sposób myślenia. Jak będzie wątek romansowy pani z panem, czy obojętnie, może nawet być jakiś inny, bo teraz kino jest bardzo nowoczesne, to taki wątek romansowy może takiego młodego człowieka skrzywić jakoś tak nieodwracalnie. Ale jak młody człowiek będzie oglądać, jak jakiś dinozaur wpierdziela kolejnego człowieka, rozrywa go na strzępy albo hops robi i już nie ma tego człowieka, to jest wszystko w porządku. Młoda duszyczka, młoda świadomość to zniesie i nic się nie stanie. Natomiast wszystkie takie dotknięcia miłosne albo jakieś inne młodego człowieka mogą bardzo uszkodzić i absolutnie nie serwujemy takich rzeczy. Dlaczego powiedziałem, że włączył mi się tryb zgryźliwego tetryka?
Bo coś jest jednak nie w porządku, kiedy dostajemy taką dychotomię, że tego nie, a to tak, bo to wiadomo, takie jest życie. Rozrywanie się na strzępy to właściwie jest takie przygotowanie młodego człowieka do tego, jak będzie żył i jak będzie sobie musiał radzić w świecie. Wiem, to już są teorie, które przeginają pałkę i troszeczkę nadinterpretowują, więc nie będę ich lansował, ale coś z tego jest. A film? Piotr powiedział: tak. Jeśli macie państwo cierpliwość, żeby przetrwać początek, a właściwie pierwszą połowę filmu, w której rzeczywiście dzieje się niewiele. Chociaż pewien jacht się wywraca na morzu i jest bardzo niebezpiecznie, ale nie tak bardzo jednak. Później to drugie pół filmu, okej. Działa to na najprostszych instynktach widzowskich, ale sprawdza się. Wiecie państwo, sięgnijcie do głębokiego dzieciństwa, do młodości.
Przecież o to chodziło w kinie, żeby się działo. Nie zawsze musi się dziać z sensem. Nie zawsze to musi być jakoś specjalnie logicznie uzasadnione. Ważne, że się dzieje, że jest napięcie, że bohaterowie są zagrożeni i wychodzą ze wszystkiego bez szwanku. Człowiekowi taki kamień z serca spada. Mówi sobie: „Wow, jak dobrze”. Czuje się w jakiś sposób odstresowany. I w sumie właściwie czego więcej oczekiwać? "Jurassic World" to jest tego rodzaju kino i bardzo dobrze. Nie jestem jego zadeklarowanym zwolennikiem, ale to na koniec już.
Przynajmniej coś się działo w tym filmie, w przeciwieństwie do wielu arcydzieł, w których nic się nie dzieje, a mamy wierzyć, że to jest bardzo głębokie kino. Proszę państwa, to teraz sięgniemy po Dänikena, ale nie tylko po Dänikena, bo również po Mostowicza. Tajemniczo to brzmi? Troszkę tak, ale dzisiaj na tapet w Sentymentalniku weźmiemy cykl komiksowy. On ma właściwie dwa tytuły. Jeden z tych tytułów to „Ekspedycja”, drugi „Bogowie z kosmosu”. Jak to u Dänikena, proszę państwa, będzie ciekawie. W dodatku, tak jak mówiłem, maczał w tym palce, w tym komiksie, również Arnold Mostowicz, który maczał palce w scenariuszu. Ale w tym scenariuszu maczał również swoje palce świetny rysownik, mianowicie Bogusław Polch. Tę kreskę widać.
Proszę państwa, co ja tu będę wiele mówił? Zapraszam na Sentymentalnik. Tam będzie o komiksie i o tym, czego się można dowiedzieć z tego właśnie komiksu. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie zaczynamy Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:50:54] - Dzień dobry wieczór. Witamy. Dzisiaj odcinek wyjątkowo interesujący dla niektórych i może nawet wyjątkowo sentymentalny. Chodzi o PRL-owski odpowiednik „Ancient Aliens”. To może nie jest najlepsze porównanie, ale jeżeli chodzi o emocje, to jak najbardziej. Konkretnie chodzi o serię komiksów „Bogowie z kosmosu”. Ona oryginalnie, że tak powiem, trwała w latach 1978-1982 i pojawiła się jako taki spin off na fali zainteresowania książkami Ericha von Dänikena, o których żeśmy u Marka na kanale już niejednokrotnie mówili. Możecie do nich wrócić i dowiedzieć się, co sądzimy o konkretnych pozycjach. Dänikena przedstawiać nie trzeba. Jest to jeden z najpopularniejszych europejskich pisarzy zajmujących się tematyką, powiedzmy, bogów z kosmosu.
Ale nie tylko oczywiście, bo pisał też książkę o objawieniach na przykład i tak dalej. Jego twarz promuje tę serię komiksową, ale trzeba wyjaśnić osobom, które nigdy się z tym nie zetknęły, że to nie jest taka książka, jak to Däniken pisał. To jest opowieść, to jest fabuła oparta o pewne koncepcje związane z paleastronautyką. To nie jest, jakby się to dzisiaj powiedziało, infografika, książeczka z infografikami. To jest opowieść. Dlatego jeżeli ktoś chce dopiero po to sięgnąć, to powinien o tym wiedzieć, żeby się na przykład nie sparzyć. Marku, powstanie tej serii mnie mocno intryguje, bo o ile rysunki i scenariusz są polskie, to sam produkt został zamówiony przez Niemców. Komiks był też oczywiście sprzedawany na rynku w krajach niemieckojęzycznych, tak to powiedzmy. Był też oczywiście w Polsce. Pierwotnie się mówiło, że autorem rysunków miał być sam Grzegorz Rosiński, ale on z powodu różnych planów wskazał równie znanego i równie płodnego artystę Bogusława Polcha.
Jak to się stało, że Niemcy zlecili prace nad tym właśnie Polakom?
[01:53:11] - Bo idea pojawiła się właśnie w Niemczech. Lata, które wymieniłeś, to były lata ukazania się tej serii w Niemczech. W Polsce, proszę państwa, to nie szło tak prosto. Pierwszy zeszyt ukazał się jeszcze za Gierka w latach 70., późnego Gierka, ale następne, proszę państwa, a ósmy zeszyt to w ogóle nie wyszedł, bo on tak naprawdę był ukończony chyba na początku XXI wieku. Kawu, który wcześniej wydawał te siedem zeszytów wcześniejszych, już nie było i w Polsce to nie wyszło. Wyszło, bo całkiem niedawno, bodajże w 2015 roku, wyszło zbiorcze wydanie zawierające wszystkie części tej opowieści. Opowieści, która nosiła tytuł, tak jak Piotr powiedział, „Bogowie z kosmosu”, zamiennie „Ekspedycja”. Również pod tym tytułem państwo to możecie znaleźć. Dlaczego Niemcy? Bo Niemcy w ogóle wpadli na pomysł, że można by skomiksować, uczynić komiksem tę opowieść Dänikena.
Musieli być ludzie, którzy to odpowiednio opracowali i tak jak to Piotr powiedział, był to Arnold Mostowicz i towarzyszący mu Alfred Górny. A Bogusław Polch, proszę państwa, miałem tę przyjemność w 2014 roku poznać tego rysownika, niestety nieżyjącego już. To, proszę państwa, był prawdziwy artysta. Zobaczcie państwo, w tych komiksach kreska jest bardzo szczegółowa. On bawił się szczegółami. To jest też twórca innego znanego komiksu o Fankim Kowalu. I ja pamiętam rozmowy. On bardzo ekscytował się tym, co robi. To było jego życie niekiedy. Pamiętam, z jaką radością przyjął to, że porównałem jeden z rysunków właśnie z Fankiego Kowala.
Te statki, niektóre z tych statków kosmicznych, które się pojawiają w owym komiksie. Mówię: „Jest coś drapieżnego, takiego skorpioniego W tych statkach. On mówi: „O, właśnie o to mi chodziło!” On był niesamowicie emocjonalnym człowiekiem i jak się wchodziło z nim w dyskusje na temat szczegółów tego, co rysował, to naprawdę mogliście państwo spędzić godziny całe, dyskutując o poszczególnych obrazkach. Dużą rolę odgrywały w jego rysunkowych opowieściach właśnie szczegóły. W komiksie to pewno nie scenografia. Tło było bardzo ważne i on bardzo do tego przykładał dużą wagę. Twórcy tego komiksu byli Polakami. Widać się najbardziej nadawali. Widocznie Niemcy wyczuli, że to będzie dobry interes. I chyba był to dobry interes, bo ja pamiętam dzikie kolejki w Bydgoszczy w takiej dużej księgarni dwupiętrowej.
Parter i piętro, ale olbrzymia. Olbrzymia księgarnia nazywała się Współczesna. Kolejki po ten komiks, po kolejne części tego komiksu oraz stan ekscytacji w tej kolejce był ogromny. Ludzie naprawdę czekali. A jakby to państwu znowu powiedzieć delikatnie, PRL to było zjawisko, które nie dotrzymywało żadnych umów. I jeśli nawet państwu napisano, że ten komiks ukaże się za rok, to on się mógł za cztery lata pojawić, a nawet za pięć. I troszeczkę tak to wyglądało w przypadku kolejnych części tego komiksu. Sama treść dosyć prosta. Jeśli znacie państwo twórczość von Dänikena, to niewiele państwa zaskoczy. Aczkolwiek to też jest ciekawe, Piotr o tym wspomniał.
Dostajemy fabularną opowieść o tym, o czym wcześniej czytaliśmy u Dänikena w scenariach bardzo ogólnych. Bogowie przybyli, powiedzieli, a tutaj oni są na ekranie. Widzimy, że to prawie ludzie i że oni się też kłócą między sobą i czasami podejmują szlachetne decyzje, czasami mniej. Bardzo oni są bliscy czytelnikowi czy też oglądaczowi komiksu i przez to być może to nawet bardziej trafiało niż niektóre opowieści von Dänikena, bo tu mieliśmy to niejako na talerzu podane. Jacyś ludzie, co prawda z odległej planety, która gdzieś tam się w gnuśności pogrążała i tu przybyła, żeby ucywilizować tych wczesnych ludzi, co się udało albo byli w trakcie, ale powstawały konflikty. Moim zdaniem scenarzyści, czyli Mostowicz z kolegą zrobili niezłą robotę. To nie jest komiks, który jest porywający, który śledzicie na zasadzie takiej: co dalej? Bo jeśli znacie von Dänikena, to mniej więcej to, co on pisał, to mniej więcej wiecie, w którym to kierunku żegluje, a mimo wszystko fajnie było to oglądać.
[01:59:03] - Dokładnie tak. Chociaż moje wnioski są takie, że to były trochę inne czasy i ludzie niektórych tych wątków, o których Däniken pisał, może jeszcze nie znali tak dobrze, bo tam tak naprawdę jest mnóstwo inspiracji związanych z paleastronautyką. W sumie to może nie z paleastronautyką, tylko tymi źródłami, z których Däniken i reszta czerpie, żeby jakoś opierać swoje wnioski na temat ingerencji obcych w dzieje ludzkości. Czyli mamy tak jakby przedstawione tam lądowanie ekipy Shemiyazi z Księgi Henocha, czyli tych zbuntowanych aniołów. Mamy bunty i wojny Annunaki znane z dzieł Sitchina. Mamy potop, nawiązanie do tego, skąd się wzięła legenda o Atlantydzie i tak dalej. Chyba największy plus tego wszystkiego jest taki, że momentami ten komiks, który jest oparty o Dänikena, ma w sobie więcej konkretów i jest bardziej uporządkowany niż dzieła samego Dänikena. To nie jest książka, to jest opowieść, ale to nam pokazuje, to jest taka egzemplifikacja tego, jak to mogło być. To jest zaspokojenie pewnego głodu dla fantazji. Po prostu z tych wielu puzzli, które Däniken nam rozsypuje w swoich książkach, tutaj się układa pewien konkretny obraz, pewna konkretna narracja.
I to jest duży plus tych komiksów z tego, co pamiętam. Chociaż tak jak powiedziałeś, jak ktoś zna temat, to też nie jest coś, co mu maksymalnie coś nowego wniesie albo wyrwie go z butów. Nie, to wszystko jest poprawne pod wieloma względami. I pamiętajmy o tym też, że to powstało na bazie zainteresowania Dänikenem, zainteresowania jego twórczością, jego koncepcjami. Spin offy mają to do siebie, tak to chyba można nazwać, że one zawsze mają niższą tonację, jeżeli chodzi o pewne rzeczy związane z artyzmem i tak dalej, ale to wszystko się broni. To moim zdaniem jest bardzo ważny punkt na mapie historii polskiego komiksu, przynajmniej takiego dla mnie, bo pewnie miłośnicy tej sztuki powiedzą coś zupełnie innego, ale dla mnie na przykład jako Człowieka, który kiedyś się tym mocniej interesował. Kiedyś mieliśmy program o komiksach. Mówiłem, że dla mnie w komiksach liczy się na chwilę obecną bardziej chyba sposób przedstawiania aniżeli historia, która jest tam opowiedziana. Ale mi się to ciągle podoba, muszę powiedzieć. I jak sobie tak sięgam pamięcią, to uważam, że wielu osobom, które znały tego Dänikena, znały jego koncepcje, ale to były lata takie jeszcze, kiedy wiadomo, nie było internetu, też możliwości do czytania, zdobycia nowych informacji, one też były ograniczone.
A tutaj miałeś pokazaną historię, złożone to wszystko, jak to mogło być, jak to się mogło odbyć. To było dużym plusem.
[02:02:20] - Mamy w tym komiksie naprawdę szereg problemów, które zaraz wymienię, ale te problemy są podane w sposób taki przystępny i niemęczący. Bo wiecie państwo, manipulacje genetyczne są właściwie odpowiednikiem boskiego aktu stworzenia. Z tym się stykamy i to zaraz na początku całej serii. Z drugiej strony mamy religię jako narzędzie kontroli wykorzystywane przez obcych do tego, żeby jakoś nad ludzkością, tą rodzącą się ludzkością zapanować. Mamy też takie przeciwstawienie się ewolucja moralna versus rozwój technologiczny. My to obserwujemy dzisiaj niejako na co dzień i to też jest interesujące, ale jest tam na przykład mit i rzeczywistość albo właściwie mit a rzeczywistość, jak czasami legenda zastępuje pewne fakty. I mamy też problem samotności i odpowiedzialności takich istot wyżej rozwiniętych za to, co tak naprawdę tworzą. Bo przecież ten ósmy tom, który się nie ukazał w serii zeszytowej, tylko później w zbiorczym wydaniu, w finale mamy do czynienia z tym, że trzeba podjąć decyzję, czy opuszczamy planetę Ziemię, zostawiamy ludzi samych, zostawiamy ludzi z ich mitami, z legendami, z genetycznymi śladami, jakimiś artefaktami i tak naprawdę z religią. I jak się prześledzi te wszystkie osiem tomów, to to jest spójna opowieść, momentami dramatyczna, momentami taka czasami burząca dobry obraz tych kosmitów czy też dobrej intencji. Ale pamiętajmy, że przybysze tutaj na Ziemi, oni czasami stawali w opozycji na przykład do tej swojej rodzimej planety, ponieważ ona starała się tu mieszać.
Kto wie, czy w tym zeszycie, w którym mamy do czynienia z zagładą wielkiej wyspy utożsamianej oczywiście z Atlantydą, czy przypadkowo za tą zagładą niby naturalną, a może nie do końca, czy na przykład jacyś wysłannicy rodzimej planety Des nie występowali. To wszystko może nie do końca jest opowiedziane, a to może nawet lepiej, że czasami nie ma tej kropki nad i. Podobała mi się w gruncie rzeczy ta opowieść. Może dlatego, że czasami na kolejne zeszyty czekało się tak długo, a może dlatego, że ona jest zwarta, spójna. Ma początek, środek, koniec. To niby banalne, ale zawsze miło wiedzieć, że coś jest zaplanowaną, spójną opowieścią. To tak często się zdarza, że jakiś serial jest kręcony i troszeczkę mamy takie wrażenie, że scenarzyści nie wiedzą, dokąd jadą. Bo zawsze trzeba zbudować, może nie zawsze, ale zawsze istnieje bezpieczeństwo, a może szansa, że musi powstać następny sezon. Tu nie ma takiego zjawiska. To jest opowieść zwarta, podążająca ku określonemu rozwiązaniu.
I to jest duża zaleta tej serii, serii „Ekspedycja", czy też „Bogowie z kosmosu". Niby nic odkrywczego, a jednak jeśli wejdziecie państwo właśnie w indywidualne losy, bo tu śledzimy indywidualne losy, te postacie obcych mają swoje imiona, mają swoje charaktery, mają swoje, jakby to powiedzieć, mają swoje konflikty. To właśnie obcy nie byli pozbawieni tej nuty konfrontacyjnej i ta konfrontacja się pojawia. My jesteśmy właściwie, nie my, nasi przodkowie byli ofiarami tychże konfliktów, ale z drugiej strony tak przynajmniej według scenariusza, który jest nam przedstawiony, tak budowała się nasza świadomość, ale świadomość religijna. Bo nie chodzi mi o konkretną religię, chociaż tam oczywiście się to pojawia, ale chodzi o to, że nasze wyobrażenia, które zwykliśmy nazywać wyobrażeniami religijnymi, mogłyby kształtować się w taki właśnie sposób, jak przedstawiono to w komiksie. To jest duża zaleta. Ja oczywiście nie jestem w stanie państwu tego przekazać, jak to jest robione, ale uwierzcie mi państwo, że robione jest dobrze. Albo może nie tyle mi wierzcie, co sięgnijcie, czy to po te zeszyty pojedyncze, które były wydawane na przełomie lat 70. i 80., czy też po to zbiorcze wydanie. To będzie fajna przygoda.
Z jednej strony taka sentymentalnikowa, bo sięgająca naprawdę w odległe czasy i to nie mam na myśli tego czasu, który jest na kartach komiksu, tylko czas powstania. To z jednej strony, a z drugiej strony macie państwo autentyczną przygodę, coś, co z przyjemnością się śledzi. Ja naprawdę namawiam państwa po sięgnięcie. Ta seria w dodatku nie zestarzała się tak bardzo. Ja tu się nie wypowiadam oczywiście o kresce, o komiksie. Pewno jak wszystko na tym świecie są pewne mody i być może ta kreska i ten sposób rysowania dzisiaj jest już niemodny. Nie znam się, nie jestem kompetentny, jeśli chodzi o komiks, ale mam nadzieję, przynajmniej jestem kompetentny, jeśli chodzi o pewne wspomnienia, a wspomnienia związane z komiksem mam bardzo dobre.
[02:08:32] - A jak ty pamiętasz ten komiks z tamtych czasów? Czy to było popularne? Czy może też tak być, że bogowie z kosmosu odpowiadają za duże zainteresowanie, w ogóle za dużą popularność teorii o paleoastronautach w naszym kraju? Te komiksy jakby ktoś bardzo chciał, to one są dzisiaj łatwo dostępne w antykwariatach i są dość tanie ze względu na około półtoramilionowy nakład pierwotny oraz fakt wznowień wydań zbiorczych, które się ukazały na początku XXI wieku, potem chyba około 2015. Z kolei jak to wszystko było z tym Dänikenem w Polsce? Czy to rzeczywiście było takie bożyszcze? To rzeczywiście był taki koleś, którym można było reklamować te komiksy? My tutaj o tym Dänikenie mówimy, ale tak naprawdę bohaterami to są przecież i Mostowicz i Poluch na przykład. Oni też przecież sroce spod ogona nie wypadli.
[02:09:33] - Ja powiem tak, mówiłem o kolejkach w księgarni. Kolejki były naprawdę ogromne i to świadczy o popularności. Co więcej, skoro mówimy o paleoastronautyce, to Däniken był niezwykle popularny. Ja sobie przypominam, często jeździłem do babci w latach 70. Szczególnie na weekendy. Szczególnie kiedy weekendy, bo się już pojawiały z wolną sobotą, to już były prawdziwe weekendy. Jeździłem i pewnego dnia, sam nie wiem, jak to się stało, trafiłem nie na sam początek, nie na napisy, ale zaraz potem na film zrobiony na podstawie książki Dänikena „Wspomnienia z przyszłości”. I po prostu przysiadłem. Obejrzałem ten film oniemiały jak to dzieciak. Ja później uważałem, że to wszystko, co przedstawiono w filmie, to są dowody.
To jest pewne i w ogóle już nie miałem wątpliwości. Życie zweryfikowało i pokazało, że to były pewne spekulacje. Wcale nie mówię, że niepozbawione podstaw, ale jednak Däniken robił to, co robi. Oczywiście to było inspirujące i w jakiś sposób zapładniające wyobraźnię. I to chyba skutecznie, bo takie sprzężenie zwrotne nastąpiło. Z jednej strony ludzie mieli świadomość, o czym opowiada von Däniken. Pojawiły się zresztą książki nie tyle von Dänikena, chociaż chyba też była, ale pojawiły się książki polskich autorów nawiązujące do Dänikena. W jakiś sposób popularyzowały wiedzę, którą on przekazywał, informacje, które przekazywał. I ludzie sporo wiedzieli o tych dänikenowskich spekulacjach, o tych dänikenowskich pomysłach, a to napędzało zainteresowanie komiksem. I w drugą stronę to również działało.
Kiedy ludzie czytali ten komiks, to interesowali się coraz bardziej koncepcjami von Dänikena. To sprawiało z kolei, że kiedy rynek wydawniczy w Polsce się uwolnił po 1989 roku, tego Dänikena zaczęto wydawać masowo i właściwie wszystko, co mu z pióra skapnęło, to było drukowane. Czy było dobre, czy było złe? Nieważne, bo Däniken napisał. W związku z tym, kiedy sięgniecie dzisiaj państwo na półki antykwaryczne, to tam całe stosy tych książek są. I to są książki, które pozwalały wrócić do koncepcji, które się pojawiały w komiksie, pozwalały pewne fakty skonfrontować, umocnić, rozszerzyć. I to tak mówię, działało troszeczkę na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Nie wiem jak państwo, ja mam jak najlepsze wspomnienia związane z tym komiksem. Może napiszcie państwo, jakie są wasze z jednej strony wspomnienia, a z drugiej strony jakieś takie refleksje, które wiążą się z tym komiksem i z jakimiś przemyśleniami. Bo mówię, widziałem w tej kolejce we współczesnej księgarni bardzo dużo młodych osób.
Te osoby dzisiaj z racji naturalnej kolei rzeczy one już młode nie są, ale wtedy zostało zasiane ziarno i być może tak jak to Piotr powiedział, być może ta paleoastronautyczna hipoteza, która pojawia się w pracach von Dänikena, ona jest tak popularna w Polsce. Być może starożytni kosmici właśnie dlatego są tak popularni oraz czasami tak bardzo krytykowani, bo jednak ten serial Chwilami mam wrażenie, że żegluję już w obszary chwilami bardzo dziwne. Ale zostawmy, nie o serialu dzisiaj mówimy. Ja jeszcze raz na koniec bardzo państwu polecam ten komiks. Oczywiście tym, którzy nigdy w życiu się z nim nie zetknęli, a tym, którzy sentymentalnie spoglądają w przeszłość i pamiętają, jak wielkim wydarzeniem było ukazanie się kolejnego zeszytu. Bardzo polecam, czy też zalecam sentymentalną podróż i sięgnięcie po raz kolejny po te przygody przybyszy z odległej planety. Przynajmniej na początku pewne odwołania do poprzedniej audycji, do „Bibliotekarium 2.0” będą nieuchronne. Tak będzie właśnie w tej chwili. W poprzedniej audycji zaczęliśmy emisję powieści Tadeusza Meszko, który odszedł od nas w czerwcu, powieści „Śmieciowi ludzie”. Tak się złożyło, że odcinek 10.
pojawia się w pierwszym odcinku „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na ostatnie wydanie powieści „Śmieciowi ludzie”.
[02:15:11] - Tadeusz Meszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział 10. Być jak bogowie. Ucieczka. To nie było łatwe, ale Terry'emu udało się namówić syreny oraz centaura Trotera do małego przedstawienia dla nielicznej, lecz bardzo ważnej widowni – techników ze znużeniem śledzących na monitorach cuda rajskiego ogrodu. Miał nadzieję, że teraz skupili wzrok na centaurze obwożącym na swym grzbiecie dwie syreny. Zespół w pełnym składzie – Anne, Subira, Federico i on – potrzebował kwadransa na konsultacje bez świadków. Ukryli się w jeziorku tuż za wodospadem, wystawiając ponad wodę jedynie głowy. Wyjaśnienie planu ucieczki oraz uzgodnienie szczegółów z każdym z osobna trwałoby wiele dni. Zbyt wiele, biorąc pod uwagę informacje Federico o postępach prac nad wirusem.
I te skrzydła uwierały Terry'ego coraz bardziej. Nawet teraz nie mógł powstrzymać się przed nieodpartą chęcią wyskoczenia z wody. Skrzydła nie znosiły wilgoci. „On chce być nieśmiertelny” – zakończyła swą relację Anne. „Wiem nawet, gdzie chce dokonać transformacji – w cylindrach Rotwanga. Ale to jego problem” – dodał Federico. „My mamy większy. Ten dzieciak z górnej półki zamierza rozpylić wirusa porządkującego śmieciowe DNA. Niebawem stworzenia z rajskiego ogrodu będą biegały po ulicach każdego miasta na Ziemi. Transformacja dla każdego” – skrzywiła się Anne.
„Jak więc widzicie, nie wystarczy, że zniszczymy laboratoria oraz rajski ogród. Pieniądze Damiano pozwolą je odbudować w ciągu tygodnia” – wrócił do tematu Terry. „Przecież powiemy innym, co się tu dzieje” – zaoponowała Anne. „Władze nie pozwolą na dalsze eksperymenty”. „Podejrzewam, że ma układy z wojskiem. Zablokują przepływ informacji. Nikt się nie dowie.” Subira była sceptyczna. „A badania będą prowadzić w tajemnicy. Zamienią ten wirus w nową bombę genetyczną.” „To musi być finał jak z wysokobudżetowego filmu” – wtrącił nie na temat Federico. „Bez dbania o zasadności działań.
Tak widowiskowy, że każdy go obejrzy.” Terry skrzywił się z niesmakiem. „Pozwolę ci wyreżyserować akcję, ale może najpierw napiszemy scenariusz. A teraz zatkaj się.” Federico szybko zanurzył się w wodzie aż po nasadę nosa. Wolał nie dodawać, że jego imiennik najlepsze filmy nakręcił bez scenariusza. „Jak więc widzicie, przed ucieczką i zniszczeniem laboratorium musimy unieszkodliwić działanie wirusa. Federico obiecał, że rozgryzie ten problem” – wyjaśnił Terry, spoglądając na przyjaciela. „Wynurz się, bo jeszcze utoniesz.” Federico posłusznie wynurzył się i zaczerpnął głęboki oddech. „Sprawdziłem, jaką część kodu musiałbym wyciąć. Solidnie go odchudzimy. Zmaleje z 3,2 do 2,6 gigabajta.
Ciekawe, czy będziemy sprawniej działać.” „A masz pewność, że bez skutków ubocznych?” – zapytała Subira. „Nie wszystko w sobie lubiłam, ale przyzwyczaiłam się do własnych fobii i zachcianek. Bez nich nadal będę się czuła jak ryba wyrzucona na brzeg.” „To nie było najlepsze porównanie” – pomyślał Federico. Subira też uświadomiła sobie, że przecież już jest rybą. Łzy napłynęły jej do oczu. Wydawało się, że za chwilę ponownie wybuchnie płaczem. Anne objęła ją ramieniem i mocno przytuliła. „Subira ma rację. Wrzuć wirusa do cyfrowego miksera. Poszatkuj, przemiel tak, aby powstała breja, w której nie rozróżni się żadnych składników.” „Ale i wtedy możemy coś stracić” – zauważył Terry.
„No tak, to co da się zrobić?” – zapytała Subira. „Wyczyść tylko znaczniki” – zaproponowała Anne, patrząc na twarze pozostałych. „Niech nikt już nigdy nie pomyśli, że w kodzie są ukryte skarby. Niech śmietnik pozostanie śmietnikiem.” Zgodnie skinęli głowami. „To powinno być jeszcze łatwiejsze.” – Federico był optymistą. „Nie bądź taki pyszałkowaty” – wzburzyła się Subira, rzucając gniewne spojrzenie na Federica. „Subira, nie w tym rzecz.” – zaczął się tłumaczyć. – „Jądro programu wirusa oparte jest na moim starym programie, a umieściłem w nim kilka ukrytych furtek.” Twarz Subiry złagodniała. „Fajnie, że już wiemy, czego chcemy. A kto mi powie, jak to zrobić?” – zapytała Anne.
Terry wystawił rękę spod strugi wody. Rozpryskujące się krople zrosiły ich twarze. „Rozejrzyjcie się naokoło. Wodospad, stawy, fontanny, fosa. Z grubsza licząc do zbiornika wpływa kilka tysięcy litrów wody na minutę. Co będzie, gdy woda nie znajdzie ujścia?” – dopytywał z chytrym uśmiechem. „Wyleje się.” – wzruszył ramionami Federico. Subira była bardziej konkretna. „Ty to zrobisz.” – odparł lekkim tonem Terry, patrząc na Syrenę. – „Zatkasz wylot rury.” „Terry, ta rura, jak mówisz, będzie miała ze 100 metrów długości.” „Jestem pewien, że dasz radę.” „Nigdy nie przepłynęłam tyle pod wodą.
To niemożliwe.” – pokręciła przecząco głową. Miała ochotę podjąć wyzwanie, ale już wejście do wody na naradę przygnębiło ją. Odkąd zyskała ogon i łuski, straciła miłość do wody. Całe dnie przesiadywała w słońcu na głazie, jedynie na chwilę zanurzając ogon w wodzie, gdyż zbyt suche łuski swędziały ją. „Zapominasz, że jesteś syreną. Jestem pewien, że potrafisz przepłynąć pod wodą o wiele dłuższy dystans.” Subira była na granicy płaczu. Nie mogła podjąć się tego zadania. „A co później?” – zapytała, mając nadzieję, że dostrzeże luki w dalszej części planu i będzie mogła wytknąć je Terry'emu, zmuszając do wymyślenia nowego wariantu, już bez wody. „Pamiętacie paraliż linii lotniczych Delta Airlines kilka lat temu?” „Coś tam pamiętam. Mówiło się o ataku hakerów.” – mruknęła Anne.
„System komputerowy Delty poległ w czasie awarii prądu w Atlancie.” – wyjaśnił Terry. – „Ale to nie był atak hakerski. Wystarczyły przerwy w zasilaniu w jednym z oddziałów, by padł system na całym świecie.” „I sądzisz, że awaria prądu w naszym kompleksie również spowoduje zawieszenie się systemu rajskiego ogrodu?” – próbowała odgadnąć plan Terry'ego Anne. „Nie.” – odpowiedział zdecydowanie. Anne zaniemówiła. „No to już nic nie rozumiem.” – jęknęła. – „To w jakim celu zmuszasz Subirę do ryzykownego nurkowania?” „Awarię systemu komputerowego wywołam ja, wprowadzając do niego wirusa.” – wyjaśnił Federico. „Powódź ma być jedynie wyjaśnieniem oddalającym od nas podejrzenia.” – domyśliła się Subira. Terry skinął głową. „Oraz wyłączy zapory energetyczne, skupiając całą uwagę służb na uciekających hybrydach.
W tym chaosie nikt nie zauważy, że ktoś grzebie w komputerach.” Terry zatrzepotałby z zadowoleniem skrzydłami, gdyby nie to, że byli w wodzie. Anne przez kilka chwil trawiła w milczeniu ich słowa. „Niech wam będzie.” – skinęła w końcu głową. – „A co dalej?” „Następny ruch będzie należał do ciebie, Anne.” Anne spojrzała na Terry'ego przerażonymi oczami. Subira zrezygnowała ze stałego miejsca na głazie przy wodospadzie i przysiadła na plaży przy fosie w pobliżu kładki, przez którą weszła do rajskiego ogrodu. To nie był najlepszy pomysł, lecz była niecierpliwa i jak najszybciej chciała zobaczyć efekt swojego poświęcenia. Czuła się dumna z przełamania niechęci do wody. Plan Terry'ego był ogólnikowy i gdyby Federico go nie dopracował, nie miałby szans realizacji. Problemy pojawiły się już przy pierwszym szczegółowym pytaniu Subiry: „Czym mam zatkać rurę?” Padały różnorodne pomysły, lecz po krótkim namyśle każdy był odrzucany. Kamienie, orzechy kokosowe nie zapewniały szczelności.
Zapchanie rury ubraniami wymagałoby z tuzina szaf gwiazd filmowych. I dopiero Federico znalazł prosty, niewymagający dźwigania ciężarów sposób. Do rury o średnicy niewiele większej niż szerokość bioder – dobrze, że przez ostatnie dwa tygodnie nie miała ochoty na jedzenie – zanurkowała, ciągnąc za sobą pokrowiec przypominający worek na kapcie szkolne. Prąd był silny i nie musiała mocno machać ogonem, aby szybko płynąć. Jednak to uświadomiło jej, że jeżeli dobrze nie wypełni zadania, już nie wypłynie na powierzchnię. Nie będzie w stanie pokonać tak silnego nurtu. Tylko zatykając rurę, powstrzyma nurt i zdoła jakoś wrócić. Po 50 metrach wąska rura połączyła się z głównym odpływem, szerokim na półtora metra. Po dalszych 100 metrach dopłynęła do kratownicy z oczkami niepozwalającymi nawet przecisnąć głowy. W tym miejscu zgromadziło się trochę śmieci.
Wolała nie przyglądać się dokładnie, co zniósł prąd wody, jednak wyczulony nos lub inny nowo nabyty zmysł zasugerował najgorsze odpowiedzi. To nie mogło jej powstrzymać. Wiedziała, że im prędzej wykona zadanie, tym szybciej będzie mogła zacząć oddychać powietrzem. Przyciągnęła worek i wyjęła pojemnik. To była pianka poliuretanowa w aerozolu. Federico zapewniał, a testy to potwierdziły, że zwiększa ponad stokrotnie swą objętość. Następnie wyjęła sflaczały balonik skradziony przez Federica z przedszkola. Przytknęła końcówkę pojemnika do ustnika i przez trzy sekundy przytrzymywała wciśnięty spust. Ten czas wystarczył do wypełnienia balonika. W kilka sekund później miała już gotowy pierwszy element zapory.
Puściła balonik, a prąd wody cisnął nim o kratownicę. W kilka minut napełniła wszystkie baloniki. Mogła wracać. Wykonała zwrot w ciasnym kanale i nie czując ciśnienia wody popłynęła do wyjścia. Anne obgryzając paznokcie z niecierpliwością czekała na Damiano. „Jak swoją transformację odbiera Terry?” – zapytał, wchodząc do biblioteki z nieodłącznym rogaczem przylepionym do jego cienia. „Skrzydła przeszkadzają mu w czasie snu” – odpowiedziała. – „Ale chyba wyleczył ranę nogi”. „A nie mówiłem? Uporządkowanie genetycznego śmietnika leczy nie tylko urazy psychiczne, lecz również rany fizyczne.” Dyplomatycznie milczała, nawet zrezygnowała z wbicia szpilki przez przypomnienie, że w transformacjach upatrywał sposobu na odmłodzenie się.
Terry rzeczywiście odzyskał pełną władzę w nodze, ale na szczęście nie stał się dwudziestolatkiem. Według planu Anne musiała zatrzymać miliardera przez pół godziny, a wciąż nie wiedziała, jak to zrobić. Biblię, którą można próbować odczytywać na tysiące sposobów, miała pod ręką. Tylko że żadna z interpretacji Biblii nie zmieni faktu, że to jedynie przerysowany zapis faktów będących podstawą do stworzenia mitów wzmacniających nieomylność i przebiegłość wodzów. Kosmici się w niej nie pojawiali. Było tam jedynie kilka bajek, jak to określiła jej rodaczka spisanych przez naćpanych facetów. Może i nie byli naćpani, lecz z pewnością nie zapisywali prawdy. Odgrywali jedynie rolę notariuszy władców spisujących sfałszowaną prawdę ku pokrzepieniu serc. Ucieczka w kłamstwo, usprawiedliwianie czynów niegodnych, retuszowanie idei płynących rzekami krwi. Pozostałe księgi leżały dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
Tylko w jakim celu miała to robić, skoro i w nich nie znajdzie pożądanej przez miliardera odpowiedzi? Nie było bogów, choćby z kosmosu ustanawiających byt ludzi. To my sami ponosimy odpowiedzialność za całe zło. I nagle, bez wyraźnej przyczyny, wszystko ułożyło się w jej głowie. Już rozumiała, dlaczego u profesora Garalisi wypłynął z niej podobny potok bzdur i wiedziała, jak pociągnąć ten wątek dalej, aby na twarzy Damiano wykwitły rumieńce, niczym przy pierwszym pocałunku. Stało się dla niej jasne, że podstawy opowieści zaczerpnęła nie z ksiąg, a z własnej pamięci, z czasów, gdy mieszkała jeszcze we Wrocławiu. To miasto było kluczowe, gdyż tam mieszkali również twórcy mitu, który swobodnie rozwinęła. To było ważne, że mit pochodził ze źródła raczej niedostępnego miliarderowi. Musiała go jedynie rozbudować, przenieść z mediów do nieznanych starożytnych ksiąg i połączyć z innym, już ogólnie znanym mitem. „Musisz wiedzieć, że przybysze z kosmosu wielokrotnie ingerowali w nasz genom.
Może stąd tak wiele często sprzecznych wersji. Zależą one od regionów i czasów, w których dochodziło do prób poprawy ludzkiego genomu, a gatunek Homo sapiens można nazwać Homo peregrinus. Wystarcza kilka tysięcy lat, aby zmiany genetyczne rozprzestrzeniły się wśród ludów od północy po południe, od wschodu po zachód. To, co wyczytałam z manuskryptów, łączy w całość dwie do tej pory niespójne wiary: starotestamentowego boga Izraelitów z przekazami Dogonów od setek lat wiedzących, że gwiezdny dom ich przodków znajduje się tak daleko, że gołym okiem nie widać go na nocnym niebie.” Anne przerwała na chwilę, sięgając po butelkę wody mineralnej. Naprawdę czuła suchość w ustach, lecz nie z powodu długiej przemowy, a z lęku, że nie będzie potrafiła dalej kłamać. Oczekując na przelanie się wody i przerwanie zapory energetycznej, Subira coraz bardziej wpadała w złość, z dziką pasją drapiąc się po swędzących łuskach. Coś poszło nie tak. Poziom wody nie podnosił się tak szybko, jak wyliczył to Federico. Niemożliwe, aby się pomylił. Tego była pewna.
Zrozumiała, że to ona musiała źle uszczelnić wylot rury. W worku został jej jeszcze jeden pełen i drugi do połowy opróżniony pojemnik. Pewnie wtryskiwała za mało pianki do balonów. Nie pozostało jej nic innego, jak ponownie zanurzyć się w rurze i spróbować wypełnić pianką nieszczelności. Podpłynęła do zapory, poprawiła ułożenie kilku baloników i pozostałą pianką zapchała szczelinę. Teraz zapora wyglądała na szczelną. Dla pewności postanowiła odczekać kilka minut. W ostatnim pojemniku pozostało jeszcze trochę pianki. Będzie mogła zasklepić wyrwę, gdyby okazało się, że nadal przecieka. Jedyny minus stanowiło to, że nie będzie mogła zobaczyć wylewającej się na promenadę wody, ucieczki hybryd z rajskiego ogrodu i przerażenia pracowników.
Szkoda, lecz ważniejsze jest, aby plan został zrealizowany i mogła wrócić do fosy, skąd Federico i Terry przeniosą ją do cylindrów. A wtedy, zanim Elizabeth Fraser zdąży wyśpiewać „Pieśń dla syreny”, skończy się ten rybi koszmar i odzyska nogi, a potem zrobi to, z czego nie potrafiła była nigdy rezygnować. To będzie ciężka droga. Pływanie w kanale zdawało się niczym w porównaniu z tym, co ją czeka, ale nabrała absolutnej pewności, że gdy odzyska nogi, stanie na scenie. Anne musiała brnąć w kłamstwa. Czyniła to już bez oporów, a nawet z coraz większą łatwością. Chyba polubiła opowiadanie zmyślonych historii. Może i kosmici przybyli w celach badawczych, lecz dalszy rozwój wypadków świadczy o tym, że potrzebowali robotników. Terry podpowiedział mi, że prawdopodobnie musieli uzupełnić zapasy głównie metali. Część mogli zdobyć, łowiąc planetoidy lub komety, lecz niektóre występują tylko na planetach.
Są na tyle rzadkie, że do ich wydobycia nie można użyć maszyn ciężkich. Potrzebni są ludzie lub roboty, ale ludzie są tańsi. Wybrali kilku przedstawicieli praludzi, bo to jeszcze nie byli ludzie, chociaż już nie małpy czokokształtne i wprowadzili poprawki do ich genomu. Nie wszystkie ulepszenia sprawdziły się, więc kosmici wielokrotnie klonowali pierwszego Adama, a nawet przekazali mu kilka własnych genów. Może nie było to rozsądne, lecz przecież nie mogli czekać dziesiątek czy setek lat, aby wyhodować potrzebnych im pracowników. Wtedy dodali też znaczniki, jakby wypalając znaki właściciela na bydle. Ostrzegały one, że genom jest ich własnością intelektualną i nie wolno go wykorzystywać bez opłat licencyjnych. To o tych znacznikach wspominałam profesorowi Carlissi. Anne przerwała na chwilę. Celowo rozgadała się, wplątując w swoje kłamstwa Terry'ego, który nic o tym nie wiedział.
Jednak chciała, aby jej opowieść stała się wiarygodna, a dodatkowo zamierzała dać prztyczka w nos zadowolonemu gówniarzowi. „Nie musisz mówić, co było dalej” – przerwał jej obcesowo Damiano. Czyżby wyczuł, że zmyśla? Przeraziła się. Nie wydawał się jednak zły czy poirytowany. Było raczej odwrotnie. Od początku wyglądał, jakby jego myśli krążyły w wyższych niebiańskich sferach. „Wiesz Anne, w tej chwili jest to tylko jedna z wielu historii. Przyznaję, ciekawa. Być może najlepsza, jaką słyszałem.
Może nawet prawdziwa.” Anne wciąż nie wiedziała, jak traktować słowa Damiano. Tylko że dzisiaj stało się to już mało istotne. Damiano z uśmiechem modliszki wyjął z kieszeni probówkę. Tu mam pierwszą próbkę wirusa porządkującego całe śmieciowe DNA. Nie fragmenty jak u zwykłych ludzi mogących przemienić się w syreny czy bąki. Prychnął z pogardą. Kosmiczni władcy potrafili przybrać dowolną powłokę. To jest mój sposób na nieśmiertelność. A w cylindrach transformacyjnych w ciągu kilku minut stanę się równy kosmicznym bogom. Pomimo zewnętrznych dowodów zaufania ze strony Damiano, Federico miał bardzo ograniczone możliwości.
Miliarder nie odciął go całkowicie od wewnętrznej sieci komputerowej, jednak każda prośba o dostęp do potrzebnych danych musiała być autoryzowana. Z tego ograniczenia Federico postanowił uczynić swój oręż i zaczął wysyłać żądania otworzenia niemal każdej szuflady z pamięci komputera, mając nadzieję, że Tahir pogubi się, która z nich jest ważna, a która otwierana jedynie dla zabawy i nie będzie przyglądał się uważnie, do czego te wszystkie dane są potrzebne temu szalonemu informatykowi. Była to długa droga do celu, wymagająca od Federica siedzenia po 18 godzin przy klawiaturze, lecz w końcu tak pogmatwał ślady, że mógł wykonać zaplanowane zmiany w systemie, a także opracować informatyczną szczepionkę z wirusem cofającym transformację Subiry i Terry'ego. Jednak aby uruchomić lawinę zmian, konieczny był restart systemu, a zwarcie linii energetycznych wciąż nie następowało. Czyżby Subirze zabrakło powietrza, aby dopłynąć do kratownicy? A może pianka nie sprawdziła się lub balony pękały w czasie wypełniania? Federico siedział przy jednym z komputerów szkółki, po raz dziesiąty układając pasjansa, wciąż powtarzając w głowie te same pytania. Zauważył, że przygląda mu się z uwagą trzynastolatka z warkoczykami, którą zabrał z przedszkola. Wydawała się nadrzewiołowa. Zadawała za dużo pytań.
Podkładała mu pineski na krześle, lecz była dobra w układaniu informatycznych klocków. Musiał się pilnować i niczego nie zdradzić w ostatnich minutach przed finałem. Spróbował zapanować nad sobą, na siłę pochylając się nad klawiaturą. „Po odejściu taty mama powiedziała, że go nie potrzebuje, że sama mnie wychowa” – niespodziewanie odezwała się smarkula. O czym ona mówi? Spojrzał na nią. „On jest starszy od ciebie, dużo starszy. Byłam jego oczkiem w głowie, ale tylko przez pierwszych kilka lat, gdyż później znudził się zabawą w ojca. Odszedł do młodszej kobiety, być może myśląc o nowych oczkach w głowie.” To pewne. Wybrał nowszy model.
Zgodził się z nią Federico, lecz nic nie powiedział. Dziewczynka wstała i podeszła do jego biurka, wspięła się na palce i z trudem przysiadła na blacie. Na szczęście nie spojrzała na monitor, gdyż zauważyłaby, że Federico zbija bąki. „I może tak by było, ale ja go potrzebowałam.” I co zrobiłaś? Dał się wciągnąć w rozmowę. „Odszukałam go. Zhakowałam jego firmę, doprowadzając do bankructwa.” Wtedy skruszony wrócił do mamy – odpowiedziała z uśmiechem. Może wcześniej pomyślałby, że to niewinny uśmiech dziecka, jednak nie po tym wyznaniu. Te dzieci potrafią być bardziej okrutne niż tyrani. Westchnął zlany zimnym potem.
Lubisz tę nową syrenę Subirę? Ma bardzo piękny głos. Szkoda jedynie, że śpiewa smutne piosenki. Ale jestem pewna, że zrobisz wszystko, aby była szczęśliwa i zaśpiewała radośnie. Tak – odpowiedział, chociaż to nie były pytania, a stwierdzenia. Dziewczynka kiwnęła ze zrozumieniem głową i rozglądając się, czy nikogo nie ma w pobliżu, oznajmiła: pomyliłeś się. Twój plan nie zadziała. To niemożliwe. Nie wziąłeś pod uwagę drugiego systemu zasilania awaryjnego. To starszy system.
Od dwóch miesięcy mamy nowy, jednak dawny pozostawiono. Federico zdrętwiał podwójnie, o ile to możliwe. Raz, że nawet nastolatka przejrzała jego plany, dwa, że rzeczywiście o tym nie pomyślał. Nie martw się, ja mam dostęp do sieci wewnętrznej i tak ją przestawiłam, że zignoruje sygnał. Co prawda można go włączyć ręcznie, lecz to potrwa co najmniej kwadrans. Tyle chyba wam wystarczy. Nie zdążył jej podziękować, gdy oświetlenie, monitory i komputery zgasły. Dziewczynka z warkoczykami zeskoczyła z biurka i krzycząc „Przerwa! Przerwa!” wybiegła na zewnątrz. Jednak nikt za nią nie pobiegł.
Byli od niej starsi i pracowali na etacie. Siedzieli, rozglądając się po sobie, dziwiąc się, co się stało. Przerwa w dostawie prądu? To przecież niemożliwe! – krzyczały ich spojrzenia. Po odcięciu zasilania powinien uruchomić się system awaryjny, ale Federico zadbał o to, aby odwlec tę chwilę o kilka sekund, co wystarczało, by padł cały system komputerowy. I nim technicy zdążyli zareagować, system już restartował. Trudno, to tylko chwilowa przerwa. Za minutę wszystko będzie w porządku. Na takie właśnie myśli techników liczył Federico.
No cóż, nie wiedzieli, że restart uruchomi również wirusa pozwalającego mu przejąć kontrolę nad systemem. Plan się powiódł. Ucieszył się, w końcu oddychając z ulgą. Z niewielką pomocą małej, przebiegłej, aczkolwiek często nieznośnej przyjaciółki – musiał dodać, postanawiając, że kiedyś zabierze ją na duże lody. Naraz przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł. Zbyt szalony. Odrzucił go. Jednak on powracał. A właściwie dlaczego nie? Plan został zrealizowany.
Damiano o tym jeszcze nie wiedział, ale już spadał z górnej półki, boleśnie tłukąc sobie tyłek. Przyda się atak psychologiczny – usprawiedliwił się, włączając na cały regulator przez głośniki nagranie „In-a-Gadda-Da-Vida”. Centaur William Trotter czekał przed mostem, nerwowo uderzając kopytem w piasek. Za kilka minut będzie wreszcie wolny. O ile ten facet ze skrzydłami owada mówił prawdę. Woda przybierała wolno, lecz w końcu jej poziom zrównał się z brzegami fosy. Bezpieczniki powinny wyłączyć zasilanie, ale centaur wciąż widział znienawidzone, żarzące się czerwienią kraty. Przestrzeń wzywała go od zawsze. W Afganistanie był wolny przez 50 kilometrów, lecz nie mógł delektować się tą wolnością, gdyż spieszył z pomocą dla przyjaciół. Teraz już za chwilę będzie mógł biec tylko dla siebie.
Nic i nikt nie powstrzyma tego biegu. Rozejrzał się. Wciąż nie mógł dostrzec smutnej syreny Subiry. Wiedział, że powierzono jej niebezpieczne zadanie. Czyżby kobiecie zabrakło powietrza i nie zdołała wrócić? Trudno. Podobno była żołnierzem, więc wiedziała, że najważniejsza jest misja. Naraz kraty zniknęły, zabierając ze sobą również przestrzeń pagórków. Centaur Trotter nie martwił się tym. Wiedział, że musi przekroczyć mostek i poszukać najbliższego wyjścia, a wtedy będzie mógł biec bez żadnych przeszkód.
Syrenki niespokojnie pływały w fosie, obserwując centaura. Były smutne. Widziały, jak wkracza na mostek, zatrzymuje się przed zewnętrznymi barierkami, by po chwili wahania przekroczyć ostatnią zaporę. Zatrzymał się na promenadzie, odwrócił i rozejrzał po niedawnym więzieniu. Ujrzał dwie głupiutkie syrenki i pomachał im na pożegnanie. Jednak dzielnej syreny Subiry nie wypatrzył. Kapral Trotter westchnął z żalem. Syrena żołnierz zginęła, lecz wypełniła rozkaz. Cześć jej pamięci. Zasalutował i rozpoczął swój bieg ku wolności.
Dostęp do pokoju Damiano był niemożliwy bez wsparcia drużyny komandosów. Można było dostać się do niego jedynie windą, która na dole i na górze była pilnowana przez kilku uzbrojonych strażników. Ale jak to zwykle bywa, istniał jeden słaby punkt W tym przypadku był nim taras ze szklanym dachem. Terry nie mógł doczekać się chwili, gdy woda wywoła spięcie zasilania i wyłączenie osłony energetycznej, a on będzie mógł wzbić się do lotu. Miał wrażenie, że na błonach skrzydeł zbierają mu się kropelki potu. Zatrzepotał nimi nerwowo. To był najgorszy czas na to, by go zawiodły. Aż w końcu wirtualna zasłona opadła, odsłaniając ponurą materię świata. W tym momencie przypomniał sobie obsesyjne przekonanie Philipa K. Dicka o życiu ludzi w iluzji.
Szkoda, że tak nie jest. Można by przebudzić się z koszmaru, powracając do szarej, lecz zwykłej codzienności. W realnym świecie o tę codzienność trzeba walczyć — pomyślał, wzbijając się w powietrze. Nawet bogowi z najwyższej półki nie pozwoli ona zmieniać ludzi według własnego widzimisię. Niech każdy pozostanie tym, kim chce być. Gdy wylądował na tarasie i wszedł do pokoju, zauważył, że zasilanie siedziby Hadada częściowo powróciło. Tak miało być. Potrzebował prądu do uruchomienia komputera miliardera, tak jak i do uruchomienia cylindrów. Natomiast zasłona energetyczna powinna pozostać wyłączona. A dla zwiększenia chaosu w pozostałych sekcjach miało dochodzić do ciągłych przepięć, aby technikom nie zabrakło zajęć.
Terry rozejrzał się po pokoju, w którym kilka tygodni temu jedli śmieciową kolację. Pierwszym krokiem powinno być znalezienie komputera Damiano, do którego nie było dostępu przez sieć. Przed akcją Federico dał mu szkła kontaktowe GDV. Na nic się zdały próby protestów. Przeważyły argumenty. Założył je z niechęcią, lecz teraz musiał przyznać, że bez nich nie mógłby poradzić sobie z zadaniem. W pamięci podręcznej szkieł GDV Federico zaprogramował szczegółowe instrukcje, co i kiedy Terry ma wykonać. Pozostało mu siedem kroków do podmienienia programu wirusa porządkującego śmieciowe DNA na taki, który zamieni je w bełkot nie do odszyfrowania. Jeśli Haddad jednak w jakiś sposób wypuściłby wirusa i tak nie osiągnie swojego celu. Dzieci ze śmiechem wybiegły z przedszkola.
Promenadę pokrywała cienka warstwa wody. Nie miały kaloszy, a jedynie kapcie, które szybko przemokły. To im nie przeszkadzało. Były szczęśliwe, mogąc ochlapywać się wodą, piszcząc, krzycząc i biegając wokół. Omal nie zderzyły się z tabunem centaurów, równie jak one rozradowanych, brykających w lekkim kłusie, jakby wciąż nie potrafiły uwierzyć, że mogą biegać bez ograniczeń. Centaury minęły dwa zwaliste, stojące plecami do siebie cyklopy. Te swoiste słupy milowe były zdezorientowane. Nerwowo kręcąc głowami, usiłowały zorientować się w chaosie. Obok nich przebiegały dzieci, centaury i centaurydy, satyrowie i chimery, a oni, łypiąc w prawo i lewo jednym okiem, wciąż nie mogli podjąć decyzji, w którą stronę pójść. Najgorsze, że mieli w tej kwestii odmienne zdania, a żaden nie chciał ustąpić.
„Musimy iść w moją stronę. Jestem tego pewien” — przekonywał wyższy młodszy. „Mylisz się. Wejście jest przed moim okiem” — nie ustępował niższy, lecz za to starszy wiekiem. Gdy tak stali, wciąż niezdecydowani, kolejne centaury, gorgony oraz lamie poszukiwały drogi ucieczki z rajskiego ogrodu. Zdumieni kierowcy zjeżdżający z Seaport Boulevard w Bayshore Road dostrzegli, że ze schodów siedziby koncernu GDV wylewa się woda. To było dziwne, lecz najdziwniejsze miało się wydarzyć dopiero za kilka chwil. Po schodach zaczęły bowiem zbiegać jakieś niesamowite postacie. Projekcja wirtualna czy przebierańcy? — zadawano sobie pytanie.
Niektórzy sięgnęli po smartfony lub okulary GDV, inni, wdeptując pedał gazu, czym prędzej zaczęli z tego miejsca uciekać. Nie obyło się bez stłuczek. Chór klaksonów rozbrzmiał w całej okolicy. Droga została zablokowana, a pomiędzy autami zaczęły biegać mityczne stwory. „Podrzucisz mnie, ślicznotko, do najbliższego klubu nocnego?” — zapytał obleśny facet z małymi nóżkami i kopytami zamiast obuwia, wskakując do kabrioletu przejrzałej piękności w jaskrawożółtym kostiumie, czerwonym szalu boa na szyi i kilogramie pudru na twarzy. Gdy Anne wciąż patrzyła na fiolkę w rękach Damiano, zgasło światło. W jednej chwili ujarzmiona wcześniej biblioteka stała się biblioteką tajemnic. Światło słoneczne wpadające przez półokrągłe okno zamieniło oswojone regały z woluminami w mroczny tunel wiodący do światła poznania. Anne od wielu minut czekała na tę chwilę z niepokojem, sądząc, że gdy nadejdzie, będzie mogła odetchnąć z ulgą. Tak się jednak nie stało.
Teraz zaczęła martwić się, czy zasłona energetyczna została wyłączona, czy Terry'emu uda się podmienić próbki, czy… Już wolała nie myśleć, o co jeszcze mogłaby się martwić. Damiano, chowając fiolkę do kieszonki marynarki, podjął ożywioną dyskusję z licznymi rozmówcami. Był zdenerwowany. Prysnęła gdzieś jego pozorowana ogłada, ujawniając może nie bestię, lecz na pewno wrzaskliwego dzieciaka, któremu właśnie odebrano zabawkę. Wsłuchując się w prowadzone rozmowy, zorientowała się, że na szczęście miliarder nie podejrzewa dywersji. Równocześnie ukradkiem zerkała przez szybę na promenadę i rajski ogród. Chwilę później, widząc Terry'ego stojącego na balustradzie tarasu, nie mogła powstrzymać okrzyku: „Terry! Uważaj!” Pewnie jej nie usłyszał, lecz Haddad i Pluton jak najbardziej. Jeżeli mogli mieć jeszcze wątpliwości, co się dzieje, to widok Terry'ego rozwiał je ostatecznie.
Damiano spojrzał zimnym wzrokiem na Anne. „To wasza sprawka” – wysyczał. Nie próbowała nawet zaprzeczyć. Naraz usłyszała dźwięki piskliwych klawiszy, do których dołączyła ciężka perkusja oraz gitara basowa, a po kilkunastu sekundach głos wokalisty. „W rajskim ogrodzie, kochanie. Czyż nie wiesz, że kocham cię?” Rozpoznała tę stylistykę sprzed pół wieku. Domyśliła się, że to Federico postanowił wykorzystać ulubiony utwór miliardera, jak Coppola muzykę Wagnera w czasie apokalipsy w scenie ataku śmigłowców na wietnamską wioskę. „Chyba troszkę przesadził” – pomyślała. Ale tylko troszeczkę. Uśmiechnęła się, widząc osłupienie miliardera.
„Nie zrujnujecie moich planów. O nie, to się wam nie uda” – wykrztusił łamiącym się głosem. – Idziesz ze mną. Będziesz świadkiem mojej transformacji. Opiszesz ją w niezapomnianych jak u Homera strofach. „Nie mam zamiaru” – odparła ze śmiechem Anne. Uderzył ją w twarz. To ją jedynie rozsierdziło. Próbowała mu oddać, lecz rogaty pachołek chwycił wzniesioną rękę dziewczyny w mocne kleszcze. – Wreszcie ujawniłeś swe prawdziwe oblicze – rozpieszczonego gówniarza, który nie może pogodzić się z porażką.
Spojrzał na nią wzrokiem urażonego dziecka. „Ja nigdy nie przegrywam. Za kilka minut stanę się Bogiem, a wtedy zetrę was wszystkich w pył” – wysyczał. Subira nie wiedziała, czy woda już przelała się przez fosę, wywołując zwarcie, czy też jej poziom wciąż jest za niski. Przykładając dłoń do baloników z pianką, nie wyczuła żadnego ruchu wody. Uznała więc, że zator był szczelny. Stwierdziła, że już nic więcej nie może zrobić i postanowiła wracać. Zdążyła odpłynąć zaledwie na dwa metry, gdy nagle porwał ją prąd, zakotłował w wirze i wyrzucił z kanału. Tama puściła. Wyższy poziom wody musiał mieć takie ciśnienie, że wypchnął zaporę jak korek z butelki.
Ale to nie była butelka szampana, a raczej gorzki tonik. Tylko że bez dżinu. Dopiero po kilkunastu sekundach udało się jej zapanować nad paniką. Nurt był już słabszy. Mogła go pokonać. Wynurzyła się. Unosiła się na spokojnym lustrze wody w otoczeniu kolorowych baloników. Zobaczyła walet siedziby Hadada z jednej, a zielony pagórek z drugiej strony. Była zmęczona. Postanowiła, że przed powrotem do kanału odpocznie na zielonej trawie.
Promenada drugiej i trzeciej kondygnacji wypełniła się pracownikami wirtualnej potęgi Hadada. Stali bez ruchu, nie wiedząc, czy to, co widzą, jest grą, akcją promocyjną, czy też ujawnioną prawdą. Ci zatrudnieni do uporządkowania śmieciowego DNA, zajmujący dolną kondygnację, okazali się bardziej żywiołowi. Młodsi – jak to dzieci – wykorzystywali każdą okazję do zabawy. Starsi rozmawiali przez komórki ze znajomymi, tweetowali, przekazywali relacje na Facebooka czy YouTube. A do tego jeszcze ta muzyka. Nie było jej w planie. „To musiał być pomysł Federica” – uznał Terry. Nawet udany. Muzyka przyspieszała i tak już wysokie tętno skołowanych sytuacją serc.
Niektórzy przesłaniali uszy, nie wiedząc, czy ciężkie brzmienie tętniące ze wszystkich głośników to wynik awarii, czy atak jakichś nieznanych sił. Terry stał na krawędzi tarasu i obserwował chaos w dole. Mógł skoczyć. To nie byłby skok w przepaść, jak w przypadku bohatera „Suity na krawędzi”. Przecież miał skrzydła. Jednak wciąż się wahał. To nie był rajski ogród, a raczej szambo. Jeżeli żeglowanie przez życie nazwiemy płynięciem w gównie, czy warto się w nie zanurzać? Na szczęście miał dla kogo wracać. Nie tylko dla Anne czy Subiry, lecz również dla samego siebie.
Podjął decyzję. Trudno. Zatka nos i popłynie wśród ścieków. Skoczył. Spadał tylko przez chwilę. Skrzydła go uniosły, pozwoliły wybrać dowolny kierunek. Jeżeli wszystko poszło z planem, to Subira czekała na niego przy mostku. Stamtąd, przy pomocy Federica, przeniosą ją do sali ze świecącymi cylindrami. Naraz zobaczył nad sobą białe skrzydła Harpii. Nie pikowała na niego jak orzeł na kaczkę, gdyż miała rozłożone skrzydła.
Nie zmieniało to jednak faktu, że był atakowany. Wcześniej widział, jak wokół jej więzienia zniknęły kraty, a Claudia Heartad usiłowała wzbić się w powietrze. Jednak machanie skrzydłami nie pomagało. Była zbyt ciężka. Później Terry zajął się akcją, sądząc, że Harpia pozostanie na ziemi. Tak się jednak nie stało. Musiała wejść na wzniesienie i wykorzystać siłę nośną skrzydeł w locie ślizgowym, a później skorzystać z prądów wznoszących, aby wzbić się wysoko, wyżej niż poziom tarasu, na którym przed chwilą stał Terry. Szybko zbliżała się do niego. Widział jej napięte do granic mięśnie szczęki. „Trochę mi przykro, ale z pewnością cię zabiję.
Rozerwę bebechy szponami” – zdawały się szeptać jej zaciśnięte usta. Gdy już mieli się zderzyć i harpia mogła wbić ostre szpony w jego ciało, Terry błyskawicznie wykonał unik. Przemknęła obok, nie mając szansy go dosięgnąć. Poczuł jedynie delikatne muśnięcie jej piór na policzku. Zanim harpia zmieniła kierunek lotu, on znajdował się już wiele metrów od niej. Po chwili go dogoniła, lecz ponownie ułamek sekundy wystarczył na wykonanie uniku, a harpia znów leciała tam, gdzie go już nie było. Skrzydła owada okazały się bardziej przydatne do walki niż skrzydła anioła. Jego skrzydła były zwrotne, pozwalały na błyskawiczne wykonywanie manewrów, zmian kierunków lotu, zawiśnięcia w jednym miejscu. Po kolejnym nawrocie Terry doskoczył do jej pleców i uczepił się podstawy skrzydeł. Nie mogła go dosięgnąć szponami.
Straciła siłę nośną. Zaczęła spadać. Spadał razem z nią, a gdy znaleźli się tuż nad ziemią, oderwał się od niej i wzbił w górę. Harpia uderzyła o skały. Biel jej skrzydeł zrosiła ciemnoczerwona krew. Terry nie mógł tak po prostu odlecieć. Wylądował obok skręconego ciała i zachowując ostrożność, podszedł do Claudii. Jedna jej dłoń nerwowo orała szponami skałę, druga schowała się pod ciałem. Twarz wykrzywiał grymas bólu. Źrenice oczu były przygaszone.
Wydawało się, że patrzy w nieskończoność, lecz harpia dostrzegła Terry'ego. Spojrzała na niego przepełnionym porażką wzrokiem, a rysy jej twarzy złagodniały. „Chciałam służyć ojczyźnie. Nie chciałam zabijać, ale później wszystko się poplątało. Zaraziłam się bakcylem nienawiści i już nie potrafiłam przestać. Wybacz.” Terry zauważył, że szpony nie mają już siły drapać skały. Uniósł tę jeszcze przed chwilą zabójczą dłoń i mocno ścisnął. „To nie twoja wina. To ty mi wybacz, że nie potrafiłem ci pomóc.” Oczy Claudii zgasły. Terry odniósł wrażenie, że w ostatniej chwili pojawił się w nich błysk ulgi.
Jeszcze przed wejściem na salę z cylindrami Federico czuł, że coś jest nie tak. Słyszał narastające buczenie, jakby transformator pracował na pełnej mocy. Gdy przekroczył próg, okazało się, że miał rację. Pierścienie Rotwanga wirowały, oświetlając upiornym światłem stojącego na środku Damiana. Przed cylindrami dostrzegł dwie osoby: Ann i Plutina. Rogacz był czujny. Zwierzęcym zmysłem wyczuł, że ktoś wszedł do sali. Obejrzał się i bez chwili wahania ruszył w jego stronę, nie dając Federico czasu do zastanowienia. Federico rzucił się do ucieczki na oślep. Nie znał tej części budynku, nie wiedział więc, gdzie się ukryć.
Po kilku minutach, już ledwo dysząc, wbiegł do długiego korytarza z wieloma drzwiami po bokach. Postanowił zobaczyć, co znajduje się za ostatnimi na końcu korytarza. To były solidne drzwi z litego drewna, a nie sklejki. Może prowadziły do następnych korytarzy, gdzie w końcu będzie mógł zgubić ścigającego go rogacza. Otworzył je i wpadł do środka. Nie było dalszych możliwości ucieczki. Znalazł się w pomieszczeniu bez wyjścia. Zwierzę zagnało pasterza do zagrody. Po co wstawiać tak solidne drzwi do pomieszczenia, które nie ma znaczenia? Rozzłościł się.
Stanął w otwartych drzwiach, zastanawiając się, czy uda mu się przedrzeć obok rogacza. Bez szans – uznał. Korytarz miał najwyżej dwa metry szerokości. Plutin chyba odgadł jego zamiar, gdyż śmiejąc się, pokręcił przecząco głową, a nawet pogroził mu palcem. Federico już czuł kule wbijające się w jego ciało. Oby już pierwsza przerwała męki. Naraz rogacz przełożył broń do tyłu, pochylił głowę, uderzył butem o podłogę i natarł na niego. Federico widział już taki sposób ataku na filmie. Byczki znają tylko ograniczony zasób metod walki. Wszystko chcą wziąć na rogi.
Co to znaczy nazbyt utożsamiać się z zewnętrzną powłoką? Zaśmiał się w duchu. Odczekał, aż rogacz znajdzie się metr przed nim i zatrzasnął drzwi. Rogi przebiły przez deski, jednak Plutin nie zdołał ich rozwalić. To były naprawdę porządne drzwi. Odskoczyły, ponownie otwierając się na oścież. Uwięziony ochroniarz próbował uwolnić się z pułapki, zapierając rękoma o framugę. Pochylony wystawiał tyłek, wprost zachęcając do wymierzenia mu kopniaka. W ostatniej chwili Federico zmienił cel i kopnął rogacza w krocze. „Auuu!” To nie był ryk zranionego byka.
Rogacz zwisł bezwładnie. Federico odebrał Plutinowi Uzi i z dużą odrazą, trzymając broń w wyprostowanej ręce, wycelował w tył jego głowy. „Powinieneś wiedzieć, że obiecałem to Subirze, a dla niej zrobię wszystko” – powiedział. Nie mógł nacisnąć spustu. Potrafił włamać się do każdego systemu komputerowego. Wiedział nawet, jak uporządkować śmieciowe DNA, a nie umiał wykonać niewielkiego ruchu palcem. Przecież to jak przewinięcie strony na smartfonie, odrzucenie połączenia telefonicznego lub decyzja zakupu akcji wartych całą fortunę. „Damiano” – westchnął z irytacją. Okazało się to łatwiejsze niż zabicie jednej gnidy. W zdrętwiałej dłoni lufa Uzi zaczęła skakać jak kukurydza na gorącej patelni.
Trudno. Miał nadzieję, że Plutin nie ocknie się zbyt prędko. Gdy opuszczał ramię, przypadkowo drgnął mu palec. Seria z Uzi przeorała plecy rogacza. Centaur Trotter zwolnił. Nawet jego cztery nogi nie wytrzymały tak ostrego tempa. Może gdyby nie biegł po betonowej drodze przy zetknięciu z kopytami rwącej ścięgna, a po uginającej się trawie, nie poczułby takiego zmęczenia. Gdzie jest wolność? Wciąż gnał ścieżkami labiryntu cywilizacji. Droga.
Budynki po lewej i prawej. Światła na skrzyżowaniach. Ciężko oddychając, zastanawiał się, jak powinien postąpić. W końcu uznał, że jest już blisko wyjścia z tego labiryntu. Było coraz więcej drzew, a posesje skrywały się za wciąż gęstszymi zaroślami. Wolność musiała być gdzieś tu obok. Jeszcze tylko trochę wysiłku. Wciągnął głęboki haust powietrza i z nadzieją zmusił swoje cztery kończyny do dalszego biegu. Mark Zuckerberg obchodził teren Bedwell Bayfront Park, niecałe dwa kilometry od głównej kwatery Facebooka. Wzniesienie nieużytków, z których widać było pasmo wzgórz oddzielających zatokę od oceanu.
Nie mógł wybudować tu wysokich budynków, ale mógł wpuścić je w ziemię, tak jak i parkingi, aby wokół zabudowań zamiast setek samochodów rosły tysiące drzew i krzewów. Trochę pieniędzy. Był pewien, że wystarczy kilka miliardów i te nieużytki zamienią się w bajeczny ogród, który przyćmi siedzibę Haddada. Teren centrali GDV pozostanie większy niż Facebooka. Na to Mark nie miał wpływu, ale Haddad nie posiadał zmysłu marketingowego. Zamiast pochwalić się taką lokalizacją, ogrodził się, nie pozwalając nikomu wejść do środka. Co tam ukrywał? Mark Zuckerberg, jak i jego księga twarzy niczego nie ukrywali. Martwiła go jedynie zatoka Ravenswood Slot. Przeciągnięto przez nią wiele linii energetycznych, które szpeciły widok.
Jednak i w tym przypadku pieniądze mogły zapewnić pewne rozwiązanie. Linie można było puścić dnem zatoki. Najgorsze, że wypełniająca ją woda nie miała koloru lazurowego i w żaden sposób nie przystawała do jego estetycznej wizji. W wielu miejscach była czerwonawa, a brzegi pokrywał biały nalot. Zuckerberg nie wiedział, czy to sól, czy glony. Będzie musiał sprawdzić w Facebooku. Z pewnością otrzyma odpowiedź od wielu fanów. Naraz w wodach zatoki zauważył jakiś ruch. Czyżby przedostał się tu wieloryb? Musiał to ujrzeć z bliska.
Nigdy nie widział nic ciekawego na żywo. Żył w świecie Facebooka. Szybko podbiegł do brzegu. To była kobieta. Młoda, ładna i naga. „Witaj. Kim jesteś?” – zapytał. „Nie widziałeś syreny?” – odpowiedziała ze złością nieznajoma i demonstracyjnie wynurzyła z wody ogon. Zuckerberg oniemiał, zastanawiając się nad tym, co go spotkało. Facebook może pomóc wielu osobom niepewnym własnej wartości, przekonanym, że niczym się nie wyróżniają, lecz nic nie zastąpi kontaktu twarzą w twarz.
W wielu takich spotkaniach rosną marzenia, ale w jednym na tysiąc uda się przekroczyć barierę światła. „A to jest warte wszystkiego” – uznał Mark, chłonąc wzrokiem sylwetkę syreny. „Zaczekaj chwilę” – poprosił, wyciągając telefon. Musiał uwiecznić to spotkanie na swoim profilu. W ostatniej chwili zreflektował się. A może syrena nie chce upublicznić swojego wizerunku? „Mogę?” – zapytał nieśmiało. „Jasne. Pstrykaj, zboczeńcu” – odpowiedziała z kwaśnym uśmiechem. – „Sprzedajesz prywatność miliardów.
Dlaczego więc miałbyś przejmować się jedną małą syrenką?” „Przepraszam” – odpowiedział skruszony, chowając komórkę do kieszeni. Naraz Subira usłyszała ciche dudnienie. Od razu poznała rytm. Wiedziała, czym są te dźwięki. Wzywano ją, przypominając, że wciąż nie wyzwoliła się spod wpływu rajskiego ogrodu. „Wybacz, muszę spływać” – powiedziała i zanurkowała, na pożegnanie mocno uderzając ogonem w lustro wody. Ocierając twarz Mark Zuckerberg poczuł wibracje telefonu. „Mark, musisz natychmiast wracać” – usłyszał. „Co się stało?” „Grozi nam przeciążenie serwerów. Na Fejs miliony komentarzy na temat mitycznych stworzeń uciekających z rajskiego ogrodu.
To obok miejsca twojego spaceru”. „Wiem. I bez Facebooka jestem w środku wydarzeń” – odpowiedział z dumą. – „Właśnie rozmawiałem z syreną”. „To żart? Nie widzę jej zdjęć na twoim profilu”. Mark nie odpowiedział. Zbyt dużo musiałby wyjaśniać. Anne nie potrafiła oderwać wzroku od dokonującej się na jej oczach przemiany Damiano. Przed chwilą wszedł do cylindrów jako młody, zdrowy mężczyzna.
Jako kto z nich wyjdzie? Na to pytanie nie znała odpowiedzi. Gdy Damiano zażył szczepionkę i stanął na platformie, Plutin uruchomił różnobarwne cylindry, które zaczęły się wolno poruszać. Pomyślała nawet, że w tym tempie przemiana miliardera będzie trwała wieki. Lecz po dwóch, trzech minutach liczba cylindrów wzrosła i wszystkie zaczęły tak szybko wirować, że nie można było rozróżnić pojedynczych kręgów, a niezliczone przewody tłoczyły do środka jakieś płyny. W tej chwili cylinder przypominał tubę wypełnioną gęstą zawiesiną, w której szalała burza z błyskawicami, przy czym wyładowania elektryczne nieustannie uderzały w ciało śmiałka, który znajdował się w ich wnętrzu. Anne próbowała nie odrywać wzroku od tuby, wmawiając sobie, że ogląda film przyrodniczy w przyśpieszonym tempie pokazujący transformację poczwarki w imago, na końcu której owad rozprostuje skrzydła i odleci do jakże krótkiego, choć również najbardziej efektywnego etapu życia. Metamorfozy Damiano nie kończyły się na jednej przemianie, a ciągnęły w nieskończoność jak przymierzanie w sklepie butów. Raz zmieniał ludzkie nogi na orle, by za kilkanaście sekund przymierzyć koźle, końskie, lwie, a nawet kacze. Jego ciało pokrywało się puchem, później piórami, a za chwilę zrzucał opierzenie i skóra zaczynała obrastać łuskami węża, jaszczurki czy ryby, a jeszcze później sierścią małpy lub psa sąsiada – białego cocker spaniela w czarne ciapy.
Najgorsze były jednak przemiany głowy. Jeśli ludzka zamieniała się w małpią, oznaczało to jedynie kosmetyczne zabiegi: cofnięcie czoła, wysunięcie szczęki. Gorzej było z psim czy wilczym pyskiem. Szczęka rosła jak nos Pinokia, a czaszka zostawała spłaszczona jak pod prasą hydrauliczną. Ciekawe było pojawianie się rogów: kozich, bawolich, kręconych, żłobkowanych. Najbardziej efektowny wydał się jej rozwój poroża jelenia czy łosia rozwidlającego się jak konary drzewa. Miała wrażenie, że genom miliardera poszukuje odpowiedniej formy ostatecznej, lecz żadna się nie sprawdza. Odrzuca więc kolejne i wciąż testuje nowe. Ta ewolucja w przyśpieszonym tempie, którą sam Damiano nazwał rewolucją, w tym przypadku była jak niekontrolowana reakcja łańcuchowa w bombie atomowej. Dlaczego tak często nie chcemy być tym, kim jesteśmy?
Westchnęła z goryczą. Na deskach sceny można zostać i księciem, i żebrakiem. Czytając książkę, można stać się jej głównym bohaterem. To naturalna chęć złapania oddechu, poznania spojrzenia innych ludzi. Jednak żeby wcielić się w inną skórę na zawsze? Tego nie potrafiła zrozumieć. Osobną kwestią było, że niektórzy ukrywają swe prawdziwe oblicze, bo tak każą rodzice, ksiądz z ambony, szef w pracy. Gdy te więzy zostały zrzucone, maskujący się od razu korzystali z pierwszej nadarzającej się okazji, aby ujawnić skrywany dotąd wizerunek. Nie zawsze bywało to dobre zarówno dla tych zrzucających skórę, jak i dla ludzi, którzy stanęli im na drodze. Byli wśród nich mordercy, fanatycy, politycy mszczący się na innych za swą własną indolencję.
Damiano nie chciał się zmieniać, nie ukrywał też swojej osobowości. On chciał wybierać, jaka powłoka będzie odpowiednia dla innych. To często występujące pożądanie u bogaczy, polityków oraz tych, którzy uważają, że przemawiają w imieniu prawdy. Ludzi zaślepionych, ale mających siebie za najdalej, najwnikliwiej i najgłębiej spoglądających, a tak naprawdę praktykujących patrzenie konia z klapkami na oczach, ograniczających prawdę do celu i eliminujących przepiękne pobocze mijane w trakcie pokonywania drogi. Wiśta wio, zbawiciele świata. W nagrodę dostaniecie worek owsa odjętego od ust tych, których okłamywaliście. Prrr! Dosyć tego! Zacisnęła w złości dłonie. Już nie żałowała Damiano.
Czynicie nas satyrami, chimerami, harpiami, cyklopami dla własnej zabawy. Testujcie to na samych sobie. Naraz poczuła, że ramieniem obejmuje ją Terry. Jesteś. Z ulgą przytuliła się do niego, szczęśliwa, że nic mu się nie stało. Zadowolona, że pomoże jej przebrnąć przez ostatni etap tego koszmaru. Wszystko w porządku? Tak – odpowiedział zdawkowo i zapytał: był tu Rogacz? Anne rozejrzała się z niepokojem. Jak mogła zapomnieć o ochroniarzu Hadada?
Tak, ale nie wiem, gdzie jest teraz. Pocałował ją i wskazał na wirujące cylindry. Co tu się dzieje? Powiesz mi, kto poddaje się transformacji? Z niechęcią przeniosła wzrok na pojemniki. W swej aktualnej wersji opierzona postać posiadała kogucie nogi, skrzydła jak u nietoperza oraz długi ogon jaszczura. Gdyby kreatura ta miała również kogucią głowę z czerwonym grzebieniem, powiedziałaby, że to bazyliszek opisany przez Pliniusza Starszego. Ale to była głowa lwa. Może akurat miliarder porzucał skórę bazyliszka i zaczynał przemieniać się w sfinksa. Nic dziwnego, że Terry nie rozpoznał w tej poczwarze właściciela koncernu GDV.
„To Damiano” – wyjaśniła, a widząc niedowierzające spojrzenie Terry'ego, dodała: „Postanowił zostać bogiem. Już chyba od pięciu minut testuje ciała wszelkich mitycznych stworzeń, lecz wciąż je porzuca.” „Czy to możliwe, żeby…” zaczął Terry, lecz zaraz umilkł. „Żeby został bogiem?” Anne domyśliła się, o co chciał zapytać. Jednak nie znała odpowiedzi. „Nie wiem tego. Zauważyłam jedynie, że transformacje są coraz głębsze. Mówiąc prościej, coraz mniej jest człowiekiem, a coraz bardziej zwierzęciem.” Nieoczekiwanie tuż obok nich pojawił się Federico. Był przygaszony, a przecież powinien cieszyć się z udanej akcji. Zaniepokoiło to Anne. Nie zainteresował się nawet kolejnymi przemianami Damiano.
„Coś poszło nie tak?” – zapytała z lękiem. „Wszystko według planu” – odparł, krzywiąc się jednak przy tym tak, jakby rozdeptał ślimaka. – „Można powiedzieć, że nawet lepiej. Pomogłem rogaczowi Hadada nadziać się na drzwi.” „Federico, czy przemiany Damiano to działanie twojego specyfiku?” – zapytał Terry, starając się o lekki ton. Mimo to Federico wyczuł w jego pytaniu niepokój. Nie zdążył odpowiedzieć. Uprzedziła go Anne. „To nie wirus Federica” – powiedziała zdecydowanym głosem. – „Damiano sporządził szczepionkę mającą odtworzyć cały, jego zdaniem, boski kod. Gdy wciskałam mu kit o kosmicznych ingerencjach w nasz genom, miał już przygotowaną szczepionkę.” Federico spojrzał na pierścienie, myśląc o tym, jaki niesamowity jest kod genetyczny.
Nasz genom to mniej bitów niż zapis filmu w formacie DVD, a człowiek od człowieka różni się zaledwie kilkoma kadrami, od małpy kilkoma scenami, a nawet w porównaniu z amebą to w dużym stopniu nadal ten sam film. A w ilu kadrach zakodowana jest nasza psychika? Czy można je odnaleźć, wyodrębnić w postaci zwięzłych rozkazów, czy jak wolą wierzący – przykazań? „Kiedyś muszę ich poszukać” – postanowił. „A kim jest teraz?” – zapytał Terry. Anne spróbowała dopasować postać do znanych jej mitycznych stworzeń, lecz żadnego nie rozpoznała. „Nie mam pojęcia” – powiedziała. „Może to jakaś kosmiczna hybryda?” – rzucił Federico, któremu figura ta przypominała nieco Yodę z sagi George'a Lucasa. Tylko nie u schyłku życia, a młodego, gdy ciążenie planety jeszcze nie przydusiło go do ziemi, a wiek nie odcisnął się na twarzy licznymi zmarszczkami. Terry pomyślał, że właściwie jest obojętne, jak będzie wyglądał.
Ważne, żeby nowe ciało miliardera nie miało atrybutów, które mógłby wykorzystać jako broń. „Może wyłączymy pierścienie?” – zasugerował, uznając, że w tej postaci nie będzie groźny. „Nie!” – zaprotestowali jednocześnie Anne i Federico. Spojrzał na nich wzrokiem domagającym się wyjaśnienia. „Nie chcesz dowiedzieć się, jak wyglądali przybysze odwiedzający Ziemię?” – zdziwiła się Anne. Uznał, że to dobry powód. „Nie wiemy, czy to nie zepsuje maszyny.” – tłumaczenie Federico było równie przekonujące. „A jak wyjdzie z nich jako Bóg?” – Terry nie mógł zlekceważyć zagrożenia. „Mam Uzi Plutina” – powiedział Federico, przekazując broń Terry'emu. – „Ty lepiej potrafisz się tym posługiwać.” Terry sprawdził magazynek.
Brakowało jedynie kilku nabojów. „Patrzcie, on nie ma już włosów ani nawet łusek. Traci też tkankę tłuszczową i mięśnie!” – wykrzyknęła Anne, widząc, że coś złego dzieje się z Damiano. Skurczył się. Niemal nie miał mięśni, tak że wyglądał jak szkielet, na który naciągnięto sztuczną skórę z innego, mniejszego modelu. „Co tam włosów, on nie ma chuja!” – zaśmiał się Federico. Anne spojrzała na niego z wyrzutem, lecz wzruszył jedynie ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Przecież należało mu się.” „Cały się trzęsie. Przemiana pochłonęła chyba wszystkie jego siły” – zauważył Terry. Najwyraźniej odżywcze płyny przestały dopływać i Damiano zaczął czerpać soki do dalszych przemian z własnego organizmu. Spalał samego siebie.
Kurczył się coraz bardziej. Mierzył teraz nie więcej niż metr wysokości. Jego skóra przypominała wyschniętą, spaloną słońcem siebie. Popękane płaty burego koloru. Jedynie głowa nie zmalała, a oczy stały się nawet większe. Przemieniony Hadad z trudem wyciągnął dłoń, a jego wąskie, sine usta zdawały się szeptać: „Pomocy.” Anne chciała krzyknąć: „Wyłączcie maszynę, przerwijcie jego cierpienia.”, lecz nie zdążyła. Ciało Damiano zapadło się w sobie i z chlupotem opadło na dno tuby jak roztopiony w mikrofalówce śnieżny bałwan. Cylindry zgasły, ustało buczenie. Miliarder przemienił się w kałużę błota. „Biedaczek” – westchnęła Anne.
Spojrzenia przyjaciół omiotły ją ze zdziwieniem. – „Był świrem w dobrym tego słowa znaczeniu i wizjonerem. To nie jest złe. Jego błąd polegał na tym, że swą wizję postanowił narzucić innym. Ale nie życzyłam mu takiego końca.” Przez chwilę milczeli. „Cofnął się do aminokwasowej brei, czy może urządzenie jest niesprawne?” – zapytał Terry, wracając do niepokojącego go tematu. „Nie mam pojęcia.” Federico nie wiedział, co powiedzieć. Podejrzewam, że maszyna jest sprawna – rzekła po namyśle Anne, wcale nie będąc przekonana, czy ma rację. – A koniec Damiano wynika najpewniej z powodu błędów w założeniach. Uważał, że powłoka kosmitów pozwoli mu stać się jak bogowie.
W naszym genomie co prawda istnieją, może nawet pochodzące z kosmosu geny bakterii, wirusów, porostów, bananów i dinozaurów, lecz zaadaptowane do naszych potrzeb. Nie ma natomiast żadnego przepisu na ciało kosmity i dlatego jego genom zapętlił się i doszło do przypadkowych, niekontrolowanych przemian, aż do totalnego rozpadu informacji genetycznej. Federico kontynuował te wyjaśnienia. Spojrzał na Terry'ego, lecz ten wciąż czekał w napięciu na jednoznaczną odpowiedź. Szybko więc dodał: A to znaczy, że pierścienie Rotwanga są sprawne. Możemy śmiać się z łatwowierności Damiano wierzącego w kosmitów bogów, ale kto mi odpowie na pytanie, skąd w naszym śmieciowym DNA kod innych zwierząt? – zapytała Anne. Nikt nie podjął tego tematu. Zabrzmiały ostatnie akordy i nagada Davida. Kilka uderzeń perkusji i nastała cisza.
Wszyscy odetchnęli z ulgą. To był jednak utwór dla prawdziwych melomanów – stwierdził Federico, uznając, że zbyt pochopnie podjął decyzję. Pewnie jedynie Subira była zadowolona. Obejrzał się, chcąc ujrzeć jej uśmiech. A gdzie Subira? – krzyknął zaskoczony. Centaur Trotter biegł kłusem bez wytchnienia Woodside Road, która po minięciu wiaduktu z czteropasmowej zamieniała się w dwupasmową, aż dotarł do drogi ukrytej pośród drzew. Nie zatrzymał się, a jedynie zwolnił i już truchtem zaczął poszukiwać miejsca, gdzie mógłby odpocząć. Przystanął dopiero wtedy, gdy wybiegł z gęstwiny leśnej i ujrzał pagórki porośnięte trawą. W oddali, za płotem z drucianej siatki przymocowanej do pochyłych drewnianych słupów pasło się kilka bizonów.
Nie było widać budynków, a droga prowadziła w dół, w krainę dalszych pagórków. Nareszcie był wolny. Piątek wolności. Powrót do normalności. Terry, przyglądając się w taksówce Kajtka ulicom, stwierdził, że przez ostatnich kilka tygodni Nowy Jork w ogóle się nie zmienił. Zdawał sobie sprawę, że to nie była odkrywcza myśl, lecz podświadomie oczekiwał, że skoro w jego życiu doszło do tak wielu zmian, to i cały świat powinien być inny. Zwłaszcza że mało brakowało, a po ulicach biegałyby centaury, a chodnikami spacerowały cyklopy i satyrowie. Na szczęście miasto pozostało takie, jakim było wcześniej. Ludzie wciąż żyli tymi samymi, mało istotnymi, chociaż dla nich najważniejszymi problemami i problemikami, nie myśląc o ratowaniu świata. Jak dobrze do tego wrócić.
Odetchnął z ulgą, ściskając dłoń Anne. Widziałem wasze przedstawienie. Nie myślałem, że pracujecie w show-biznesie – rozpoczął rozmowę po złamaniu licznika Kajtek. Terry, Anne i Federico pojawili się na nielicznych ujęciach. Można powiedzieć, że byli aktorami drugiego planu. Co innego Subira. Ona została gwiazdą przedstawienia. Stało się tak po tym, jak jej syreni śpiew trafił do Internetu, z czym, jak zarzekał się Federico, on sam nie miał nic wspólnego. Na szczęście Kajtek nie czekał na wyjaśnienie, tylko od razu przeszedł do innego tematu. Złapaliście mnie w ostatniej chwili.
Coś się stało? – zapytał z grzeczności Terry. Wracam do kraju. Czuję, że Polacy niebawem wyjdą na ulice, obalając pomniki Kaczyńskiego. Muszę im pomóc. Mam doświadczenie w walce z partiami jedynie słusznej prawdy. To okropne. Nie ma innego sposobu? – w Anne odezwały się polskie korzenie. Okropne jest to, że wielu obywateli mojej ojczyzny dało się zwieść rozkapryszonemu dzieciakowi z górnej półki, szeryfowi mniej niż zero oraz mścicielowi o fizjonomii i fobiach Feliksa Dzierżyńskiego.
Teraz w końcu nastanie czas przebudzenia. Wiosną udało nam się przeciąć sznurki marionetce udającej prezydenta. Za kilka tygodni w opóźnionych wyborach parlamentarnych zabierzemy krzyżak temu dzieciakowi. To będzie krwawa walka, ale trudno. Muszę to zrobić. Kajtek zatrzymał się przed restauracją Leyenda. Odwrócił do Anne i Terry'ego i patrząc im prosto w oczy powiedział: Wy macie jeszcze czas na dobry wybór. Nam została już tylko ulica. Pamiętajcie o tym w listopadzie i już nie eksperymentujcie, wybierając klauna. Nie będziemy – obiecał, śmiejąc się Terry.
Pozdrów Polskę – dodała ze smutkiem Anne. Siedzieli we czwórkę w patio, pijąc ulubione drinki sprzed poznania Absysu. Wódka na genetycznie zmodyfikowanych drożdżach dobrze wchodziła. I rzeczywiście syndrom drugiego dnia nie był po niej tak okrutny, tylko że nie miała duszy. Była zbyt perfekcyjna. Zgodnie uznali, że wolą poczuć to coś, choćby okupione niesmakiem i kacem gigantem. A mieli co opijać. Nie tylko stracone piątki wolności, lecz również wypuszczenie wirusa Hadada zmodyfikowanego przez Federico. To nie była łatwa decyzja. Stracimy medyczne możliwości regeneracji narządów i organów – zgłaszała zastrzeżenia Anne.
Ale też wojsko nie dorwie się do hodowania super żołnierzy – przypomniał jej Terry. – Pamiętaj też o tym, że wszystkie hybrydy stworzone przez Damiano, poza kapralem Trotterem, zostały złapane i zamknięte w tajnych ośrodkach armii i dopóki nie wrócą do ludzkiej postaci, pozostaną w nich uwięzione i będą poddawane licznym badaniom. Omawialiśmy to już setki razy. Subira była zmęczona przeciągającą się dyskusją. To co postanawiamy? Wypuszczamy wirusa czy go niszczymy? Nie jest groźny? Anne wciąż nie mogła podjąć decyzji. Może wywołać najwyżej swędzenie nosa. Jedno, dwa kichnięcia, które pomogą rozpylić wirusa dalej – uspokajał ją Federico.
Anne w końcu skinęła głową. A jak go rozprzestrzenimy? Terry bez zwłoki przeszedł do ostatniego problemu. Pójdźmy do kina. Federico już to przemyślał. Ale nie na ekranizację komiksu! – wykrzyknęła Subira. Poszli na nową komedię Woody'ego Allena ze Scarlett Johansson i Dwaynem Johnsonem „Fallen Tower”. Scarlett grała lesbijkę prowadzącą blog dla mężatek, Dwayne – faceta z kłopotami z erekcją, pracującego jako ochroniarz prezydenta. Para ta spotykała się na cotygodniowych wizytach u psychoterapeuty granego przez samego Allena.
Nic nowego. Dużo dialogów o seksie, Bogu i współczesnych mediach, chociaż jak zwykle podanych w strawny, a czasem wręcz smakowity sposób. Smaczkiem nawiązującym do tytułu było to, że gabinet psychiatry znajdował się w nowym Białym Domu Trump Tower. Mała akcja dywersyjna przed seansem pozwoliła im wprowadzić wirusa do klimatyzacji. Później zasiedli w sali, ciesząc się z każdej salwy śmiechu, gdyż zwiększała powodzenie akcji. Rozprzestrzenianie się wirusa po całym kraju potrwa kilka tygodni, na świecie miesiące, lecz wirus z pewnością dotrze do każdego człowieka, pozbawiając całą ludzkość znaczników śmieciowego DNA. To było dwa dni temu. Dzisiaj Terry mógł przekazać im inną wiadomość. Przychodzę z dobrą nowiną. Śledztwo zostało zamknięte.
Nikomu z nas nie są w stanie udowodnić czynnego udziału w akcji. Jesteśmy wolni. Możemy wracać do starego życia lub zacząć nowe – dodał tajemniczo. Zapadło milczenie. I co teraz będziecie robili? – chciał wiedzieć Terry. Ja już wiem – uśmiechnęła się tajemniczo Anne. My też – machnął lekceważąco ręką Terry. Jesteś taki pewien? – zapytała urażona Anne.
Obyś się nie zdziwił. Niech najpierw odpowie Subira – odezwał się Federico. Przecież już wiecie. To żadna tajemnica – odparła zakłopotana jak nigdy wcześniej. Dla niej ostatnie dni były niczym sen. No mów, podziel się nowinami. Federico już je znał, ale chciał to jeszcze raz usłyszeć. Ze mną sprawa jest prosta. Podjęłam decyzję, czekając na was na plaży. Spojrzała z wyrzutem na Federica i Terry'ego.
Zapomnieliście o mnie, każąc czekać na przeniesienie do pierścieni Rotwanga. Z nerwów zaczęły mi wypadać łuski z ogona. To wtedy postanowiłam, że jak wyjdę z tego bez ogona na własnych nogach, to powrócę do pasji, którą porzuciłam. Do śpiewania. Brawo! Anne rzuciła się przyjaciółce na szyję i wycałowała ją. A za tamto zapomnienie jeszcze raz przepraszamy – uderzył się w pierś Terry. Za karę musicie przyjść na mój pierwszy koncert. Nie dała się tak łatwo dobruchać. A zmieniłaś repertuar?
– zaryzykował Federico. Subira spojrzała na niego groźnie. Bo jedna z twoich miłośniczek bardzo by chciała, abyś zaśpiewała coś weselszego. Obiecałem jej, że zrobię wszystko, abyś była bardziej radosna. Masz szczęście, udało ci się. Wybaczam ci brak taktu, ale za karę teraz ty powiesz, co postanowiłeś. Zajmę się stworzeniem programu dla sztucznej inteligencji – odpowiedział Federico, z dumą podkręcając odrastającą końcówkę wąsa. Może zacznij od poprawienia własnej – zaśmiała się Subira. Federico nie obraził się. To duże wyzwanie – zauważył Terry.
– Nasza psychika jest kształtowana systemem nagrody i kary przez hormony rozdzielające sygnały szczęścia lub kopniaki. W ten sposób uczymy się, co jest dobre, a co złe dla organizmu. Jeżeli myślimy o budowie robotów ze sztuczną inteligencją, to tym kijem może być niedostatek smarów, a marchewką ich nadmiar. Taki byt można dodatkowo zabezpieczyć trzema prawami Asimova. Jednak gdy planujesz wykreować sztuczną inteligencję zaklętą w odizolowanej skrzynce rozwiązującej boskie problemy, to kij czy marchewka się nie sprawdzi. Trudno wymóc na bitach pożądane zachowanie, oferując tabliczkę czekolady czy smar naturalny z pierwszego tłoczenia. Ale marchewką dla sztucznej inteligencji może być harmonia liczb, a kijem chaos. A harmonia to również muzyka, więc potrzebna mi będzie pomoc Subiry – zakończył Federico. Terry z ciekawością spojrzał na przyjaciółkę. Wciąż się kłócili na temat muzyki.
Ciekawe, co zrobi teraz. Subira pocałowała Federica w policzek, szepcząc mu do ucha: „Dla ciebie wszystko, mój miły. Wiesz, do jakich głównie celów zostanie wykorzystany twój program?” Terry'emu podobał się pomysł Federica, lecz nie mógł powstrzymać się od sceptycyzmu. Przyjaciel skinął głową. Patrzyłem, jak na różne sposoby wojsko tworzy maszyny do zabijania, wykorzystując do sterowania nawet ludzkie mózgi. Nie mam złudzeń, że sztuczna inteligencja też zostanie użyta do budowy doskonalszych machin śmierci. Ale chyba już lepiej, aby na polu bitwy naparzały się roboty niż ludzie. Zgodnie uznali, że ma rację. „No to teraz czas na Anne” oznajmiła Subira. „Czego niemożliwego do znalezienia będziesz szukać?” Anne pokręciła przecząco głową.
Jeżeli myślicie, że będę poszukiwała Atlantydy, to odpowiadam zdecydowanie: nie. A yeti? Zaśmiał się Terry. Yeti to ty jesteś! Odszczeknęła mu szybko, wywołując ogólną salwę śmiechu. To może... Federico nie zdążył wymienić choćby jednej możliwości. Nie, nie i nie. Nie będę niczego szukać. Niech mity pozostaną mitami.
Nie chcę zostać odkrywcą grobu ze szkieletem 33-letniego mężczyzny z koroną cierniową na głowie oraz śladami gwoździ na dłoniach. No to co będziesz robić? Zapytała Subira. Będę je tworzyć. Zostanę bajkopisarką lub autorką fantasy, bo to przecież bajki ery cyfrowej. Już tylu jest złotoustych. Może zajmiesz się science fiction? Zaproponował Terry, starając się ukryć grymas niezadowolenia. Wiem, z chęcią zaprowadziłbyś mnie do gwiazd, pokazał jasne strony czarnych dziur, ale ja już nie chcę poszukiwać prawdy. Nie mam nawet ochoty prorokować, jak może wyglądać nasza przyszłość.
Umiem i chcę marzyć – odpowiedziała ze śmiechem Anne. Terry ścisnął jej dłoń. Mocno, szczerze. Anne uśmiechnęła się wciąż trochę zakłopotana. A ty masz jeszcze marzenia? Nadal lubisz obserwować chmury na niebie? Terry nabrał powietrza i uśmiechnął się do Anne z lekką naganą. Czy mam marzenia? A co powiesz na to, że dzisiaj zwolniłem się z Lost in Life? Powiem brawo – odpowiedziała, klaszcząc w dłonie.
Także Subira i Federico przyłączyli się do aplauzu. Skrzydła przypomniały mi o marzeniach. Wracam do nauki. Jednym z porwanych był wynalazca, który sądził, że wpadł na pomysł napędu pozwalającego podróżować z prędkością światła, a później ogłosił, że się mylił. W rajskim ogrodzie miałem czas zastanowić się nad tym problemem i chyba wiem, gdzie popełnił błąd. Muszę to sprawdzić – zakończył, patrząc po twarzach przyjaciół. Kilka miesięcy temu płynęli w nurcie gówna, nie zwracając uwagi na smród. Odbijali się od innych gówien, mieszali z moczem, podążając biernie do zlewni ostatecznej. Dzisiaj stać ich było na wyrwanie się z nurtu beznadziei, z braku wiary w siebie. Teraz zaczną płynąć wybranymi przez siebie dolinami, wciąż miotani wirami, ale własnych wyborów.
Nadal spychani na mielizny, lecz własnych słabości. Terry był z nich i z siebie dumny. To było warte następnej kolejki, a nawet kaca. Koniec powieści.
[03:37:44] - Tak, proszę państwa i tak niejako tradycyjnie, ale jednak po nowemu. Umówmy się, nowości to niewiele w tym wszystkim. W każdym razie kończymy pierwszy odcinek, pierwsze wydanie AWF, czyli Akademii Wszelkiej Fikcji w wydaniu wakacyjnym. Pięknie państwu dziękuję za to spotkanie. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. I cóż, zapraszam na drugi odcinek Akademii Wszelkiej Fikcji już za tydzień w piątek. A cóż, Bibliotekarium 2.0 na skutek decyzji całkowicie niezależnych czy to ode mnie, czy od naszego gospodarza Marka Sęka, Bibliotekarium 2.0 stało się przeszłością, podobnie jak wcześniej to zwykłe Bibliotekarium. Tak się zastanawiam, bo pierwsze Bibliotekarium miało 150 odcinków. Bibliotekarium 2.0 145. Zastanawiam się, ile będzie tych odcinków w Akademii Wszelkiej Fikcji.
Jeszcze raz wszystkiego dobrego i do usłyszenia za tydzień.
[03:39:16] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Ach, będę się musiał jakoś nauczyć tego nowego zakończenia. Jakoś to będzie. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.