[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Jak co piątek po 20:00 rusza ten nasz szalony pociąg. Pociąg książkowo-filmowo-paranormalny, czyli kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy. Zaczynamy AWF, trzecie wydanie, ale tak naprawdę doskonale państwo wiecie, że dobijamy już prawie trzechsetek. Tylko troszkę tytuł się zmienił. Zaczynamy tradycyjnie, powiedziałbym, że sztampowo, od zapowiedzi książkowych. Pierwszy tytuł to „Awangarda”. Autor K.N. Henkel. Wydawnictwo Editio Red. Data premiery, data pojawienia się na rynku wydawniczym: piąty dzień sierpnia.
Wstąp do Awangardy, ekskluzywnego klubu dla wybranych. Ava Sackler nie zaprząta sobie głowy problemami. Została wychowana przez matkę, która wpoiła jej, że kobieta ma być jedynie ozdobą u boku bogatego mężczyzny. I właśnie takiego kandydata na męża jej znajduje. Obrzydliwie zamożny Roger Walton nie wyjawia, czym się zajmuje, a Ava udaje, że nie widzi, iż pieniądze, które wydaje z konta narzeczonego, pochodzą z nie do końca legalnych źródeł. Sielanka kończy się w chwili, gdy Roger prawie traci życie w strzelaninie, a do Avy zgłasza się jego wspólnik i oznajmia, że dziewczyna musi przejąć obowiązki menadżera ekskluzywnego nowojorskiego klubu Awangarda. Co weekend jego próg przekraczają najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie. Oczekują tylko jednego: indywidualnych zasad. Ava ma do czynienia z ludźmi, z którymi wcześniej nie chciałaby nawet przebywać w jednym pomieszczeniu. To bardzo niebezpieczne towarzystwo, a przewodzi mu Santiago Torres, któremu atrakcyjna menadżerka od razu wpada w oko.
I to może być jedyne światełko w ciemnym tunelu prowadzącym w coraz to mroczniejsze zakamarki dzielnic zamieszkanych przez nowojorskie elity. Niczego nieświadoma Ava wkracza w świat mrocznych pragnień, wybujałych fantazji i ludzi, którzy myślą, że za odpowiednią kwotę mogą kupić dosłownie wszystko. Nawet ją. Przypomnę, to była zajawka książki „Awangarda” autorstwa K.N. Henkel. Wydawnictwo Editio Red. Data premiery: 5 sierpnia 2025. Druga książka nosi tytuł „Yes, Mr President”. Autorką jest Monika Magoska-Suchar. Wydawnictwo?
Pewne zdziwienie, ale właśnie Monika Magoska-Suchar. Data premiery: 6 sierpnia. On jest kandydatem na prezydenta USA, ona córką szefa jego sztabu. Dove Carter, trzymana krótko przez rodziców, robi wszystko, aby nie narazić się na ich gniew. To dla nich studiuje prawo, świetnie się uczy i prowadzi nienaganny tryb życia. Jest córką wręcz idealną. Jakież więc jest jej zdziwienie, gdy pewnego dnia budzi się w opuszczonej ruderze, w dodatku naga, otoczona zabawkami erotycznymi i sprzętem służącym do nagrywania filmów. Co gorsza, nie pamięta nic z poprzedniego wieczora. W tamtej chwili nie ma pojęcia, że padła ofiarą szeroko zakrojonej intrygi. Szantażyści, grożąc ujawnieniem kompromitujących materiałów z jej udziałem, zmuszają ją do romansu z Jonathanem Barrettem, najbardziej obiecującym kandydatem konserwatystów na prezydenta Stanów Zjednoczonych, a zarazem szefem jej ojca.
Aby chronić dobre imię swoje i swojej rodziny, dziewczyna zbliża się do polityka. Ma za zadanie go uwieść, a tym samym zniszczyć jego karierę. Tylko czy okaże się to wykonalne, gdy w grę wejdą uczucia? To była zapowiedź książki „Yes, Mr President” Moniki Magoskiej-Suchar. Wydawnictwo Monika Magoska-Suchar. Data premiery: 6 sierpnia. Trzecia książka nosi tytuł „Dziewczyna z herbaciarni”. Autorką jest Agata Sawicka. Wydawnictwo Czara Godzina. Data premiery: dzisiaj.
Dzisiaj, 1 sierpnia. Wychowana w klasztornym sierocińcu Anastazja marzy o miłości i prawdziwej rodzinie. Tkwi jednak w opresyjnym i niebezpiecznym związku. Pewnego dnia postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i odmienić zły los. Porzuca toksycznego partnera i ucieka do małej miejscowości na Dolnym Śląsku, gdzie zatrudnia się w pałacowej herbaciarni. Pochłonięta rytuałami parzenia herbaty Wśród zapachu bergamotki i cynamonu, słuchając ludzkich historii i ciesząc się spokojną codziennością, uczy się ufać sobie i innym. Wciąż jednak zastanawia się, dlaczego herb właścicieli pałacu widnieje na medalionie, jej jedynej pamiątce po matce. Co zmieni w życiu Anastazji bogaty i wyniosły Otto von Wartenburg? Czy odnajdzie swoje szczęśliwe miejsce na ziemi? „Dziewczyna z herbaciarni” to poruszająca historia o tym, jak ważne jest poczucie przynależności i świadomość własnych korzeni.
To również opowieść o smakowaniu życia, więzach silniejszych od przeciwności losu i o tym, że miłość nadchodzi niespodziewanie. Przypomnę, to była zapowiedź książki „Dziewczyna z herbaciarni” Agaty Sawickiej, wydawnictwo Szara Godzina, a data premiery 1 sierpnia. I tu zaskoczenie, bo będzie dzisiaj czwarta książka. Nosi tytuł „Martwe imiona”. Autorką jest Agnieszka Ewa Rybka, wydawnictwo Filia, data premiery 6 sierpnia. Prawda, która zmienia wszystko. Po czterech latach życia w Londynie Anne-Marie wraca do swojego domu w Benborek, próbując odbudować swoje życie. Jednak powrót do rodzinnego miasteczka okazuje się początkiem koszmaru. W ogrodzie odkrywa kości dwóch noworodków. To, co miało być miejscem spokoju, staje się symbolem mrocznych tajemnic.
Wkrótce okazuje się, że wszyscy, których znała, stają się podejrzani. Brat, przyjaciel, zmarły mąż. Każda osoba w jej otoczeniu skrywa coś, co może zmienić bieg wydarzeń. Anne-Marie zaczyna wątpić w rzeczywistość. Wraz z narastającym poczuciem niepokoju zaczyna rozumieć, że granica między zaufaniem a paranoją jest coraz cieńsza. Czy można odnaleźć spokój, gdy prawda, w którą wierzysz, niszczy wszystko? Przypomnę, to była zapowiedź książki „Martwe imiona” Agnieszki Ewy Rybki, wydawnictwo Filia, data premiery 6 dzień sierpnia. A teraz już będzie tradycyjnie, czyli korepetycje filozoficzne. Dzisiaj trochę nietypowo. Przyzwyczaiłem już państwa do omawiania postaci i filozofii określonych filozofów.
Tu powinno paść nazwisko, imię, w każdym razie ksywka filozoficzna. Nie, dzisiaj pojawi się bohater zbiorowy. Średniowiecze. Dla wielu osób to synonim mroku, chłodu, analfabetyzmu i charakterystycznego budownictwa. Wznoszono wówczas między innymi potężne zamki. Wznoszono, ale też burzono lub palono. Zależy, jak układała się w danym momencie polityka. Mnisi przepisywali księgi, chłopi orali pola, a wiedza? Owszem, wiedza istniała, ale najczęściej kojarzona była z długą brodą, posługiwaniem się łaciną i cechował ją ogromny dystans do kąpieli. Czy tak właśnie było naprawdę?
Nie do końca. Bo oto wśród potężnych katedr, w których rozbrzmiewały łacińskie psalmy, w cieniu potężnych naw i kolorowych witraży, wyrosła instytucja, która dziś z powodzeniem mogłaby zostać okrzyknięta intelektualnym startupem średniowiecza. Było to miejsce, w którym Arystoteles spotykał się ze świętym Augustynem, a Platon miał szansę przejrzeć się w szybce gotyckich okien. To oczywiście czyste metafory, bo to metaforyczny obraz szkoły w Chartres. A szkoła w Chartres to jedno z najjaśniejszych świateł epoki, którą zwykło się nazywać ciemnymi wiekami. A tymczasem to właśnie w Chartres zapłonęła iskra nowoczesnego myślenia. Zaczęło się, jak to zwykle w średniowieczu, od katedry. Wszystko to działo się we Francji, w niewielkim mieście Chartres, położonym około 90 kilometrów od Paryża. Według legendy pierwsi chrześcijanie przybyli do Chartres już w trzecim wieku naszej ery. Ludzie ci odnaleźli w grocie celtycką rzeźbę brzemiennej kobiety, którą natychmiast uznali za wyobrażenie Marii Panny oczekującej narodzin Chrystusa.
To był dla nich ewidentny cud. Zbudowali więc pierwszy drewniany kościół. Do końca XII wieku powstały cztery kolejne drewniane kościoły. Drewno było niezłym materiałem budowlanym, ale miało jedną wadę. Było łatwopalne, jak to drewno. W 1194 roku pożar strawił kolejny drewniany kościół. Podczas tego pożaru ocalała święta relikwia, Sancta Camisia, czyli suknia, którą ponoć miała na sobie Maria Panna podczas narodzin Chrystusa. Wydarzenie to zostało uznane za cud i dlatego cystersi zdecydowali się na budowę kamiennej świątyni. Budowę prowadzono w latach 1194-1220. Kawał czasu.
Powstała zatem potężna katedra. Budowla imponująca, z pięknymi witrażami, które do dzisiaj zachwycają turystów. Ale tak naprawdę nie chodziło o architekturę, a w każdym razie nie tylko. Przy owej katedrze funkcjonowała bowiem szkoła. Szkoła oczywiście katedralna. Instytucja, której korzenie sięgały jeszcze czasów karolińskich. I właśnie tam, w XI i XII wieku doszło do czegoś niezwykłego: połączenia teologii, filozofii, nauk przyrodniczych i sztuk. Połączenia w coś, co nazwalibyśmy dzisiaj spójną całością. To właśnie w Chartres zrodziła się wizja uniwersalnej edukacji, której echo słychać do dzisiaj na uniwersytetach całego świata. Szkoła w Chartres nie była miejscem dla nudnych dogmatyków.
Wręcz przeciwnie. Wykładowcy byli prawdziwymi intelektualnymi rockstarami swoich czasów. Ich celem nie było tylko nauczanie katechizmu. Oni chcieli zrozumieć, jak działa świat. Od mechaniki niebios, przez geometrię, aż po sens istnienia duszy. A wszystko to w duchu harmonii między wiarą a rozumem. Jak to możliwe? Otóż w Chartres uważano, że Bóg przemawia przez logos, czyli rozum i porządek. A skoro tak, to poznawanie świata nie tylko nie zagraża wierze, ale ją pogłębia. Można powiedzieć, że w pewnym sensie każde równanie matematyczne było dla przedstawicieli szkoły w Chartres aktem modlitwy.
Ujmijmy to tak: „Niech będzie światło” powiedział Bóg, a wykładowcy z Chartres zapytali: „Okej, ale jaka jest długość fali owego światła?”. Mogłoby tak być, ale oczywiście tylko wtedy, gdyby mnisi znali pojęcie promieniowania optycznego. Uczęszczający do szkoły nie uczyli się byle czego. Ich edukacja opierała się na klasycznym programie, na siedmiu sztukach wyzwolonych, czyli trivium: gramatyka, retoryka, dialektyka. Zatem jak ładnie mówić i pisać i nie dać się złapać na sprzecznościach. Było też quadrivium: arytmetyka, geometria, muzyka, astronomia, czyli jak zrozumieć, że wszechświat to nie chaos, tylko kosmiczna symfonia. I choć brzmi to dzisiaj jak egzamin z Hogwartu, w Chartres traktowano to śmiertelnie poważnie, bo tam każda dziedzina wiedzy była odbiciem boskiego porządku. A do trivium i quadrivium dochodziły jeszcze studia nad Biblią, filozofią grecką, pismami świętych ojców Kościoła, ale także nad starożytnymi naukami przyrodniczymi, geografią, a nawet medycyną. Krótko mówiąc, multidyscyplinarność jako reguła. I to zanim stało się to naprawdę modne.
W Chartres nauczali między innymi Bertrand z Chartres, Gilbert z Poitiers, Wilhelm z Conches czy Thiamatus. Każdy z nich wnosił coś wyjątkowego, ale wszyscy dążyli do wspólnego mianownika: wiary w możliwość racjonalnego poznania świata. Bernard z Chartres był znany z powiedzenia: „Jesteśmy jak karły siedzące na barkach olbrzymów”. Czyli korzystamy z dorobku starożytnych, by widzieć dalej. Tak, tak. Newton to potem powtórzył, ale nieco ładniej i z lepszym PR-em. Idee nauczycieli z Chartres nie ograniczały się do klasztornych murów. One żyły, krążyły, inspirowały. To w Chartres rodziło się prerenesansowe myślenie, z którego zrodziły się później scholastyka, uniwersytety, a w końcu i oświecenie. Wielu z wykładowców szkoły w Chartres zachwycało się światłem jako symbolem Boga i narzędziem poznania.
To dlatego właśnie katedra w Chartres jest jednym z największych poematów świetlnych średniowiecza. Z witrażami, które nie tylko opowiadają historie biblijne, ale też przedstawiają diagramy kosmosu, znaki zodiaku, tablice pierwiastków. No dobra, z tym ostatnim przesadziłem, ale tylko trochę. Odniesienia do tego, co nazwane zostanie w przyszłości chemią, są na witrażach wyraźne. Bardzo wyraźne. Niektórzy mówią, że to pierwszy interaktywny podręcznik multimedialny Europy. Czy to było nowoczesne? Zdecydowanie tak. Owszem, mnisi, jak wcześniej, nosili habity. Owszem, modlili się po łacinie, ale ich umysły były bardziej otwarte niż niejeden dzisiejszy komentarz w internecie.
W Chartres nie chodziło o to, by zamykać się w dogmatach, ale by szukać sensu. Mądrze, metodycznie, z pokorą i rozumem. I może właśnie dlatego szkoła ta stała się modelem dla późniejszych uniwersytetów od Paryża- po Oxford, a nawet Kraków. Bo jeśli średniowiecze miało swój think tank, to była nim właśnie szkoła w Chartres. Jak mawiali tamtejsi wykładowcy: „Światło jest drogą do prawdy, ale tylko dla tych, którzy nie boją się patrzeć”. A jeśli w ręce takiego śmiałka trafi jeszcze Liber Naturalis, czyli Księga przyrody, to mamy filozofa. Uczmy się więc od mnichów z Chartres. Czytajmy, patrzmy, pytajmy i nie bójmy się łączyć nauki z zachwytem, bo przecież to właśnie oni, średniowieczni nauczyciele w habitach pokazali, że nauka może być formą modlitwy, a światło bramą do rozumu. A jeśli ktoś powie, że w średniowieczu nie było światłych umysłów, to niech spojrzy przez witraż z Chartres. Zobaczy więcej niż myśli.
Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Cóż, szkoła w Chartres, przyznam się państwu, to jest taki moment w historii filozofii, który bardzo lubię. Lubię, ponieważ wtedy okazało się, że ta granica, ten podział pomiędzy nauką albo, trudno to nazwać nauką, między tym, co nazwiemy w późniejszych wiekach nauką, tymi pierwocinami dociekania, jak wygląda świat a wiarą, nie musi być sprzeczności, nie musi być walki. Jak ktoś chce, to oczywiście zawsze sobie jakąś pałę znajdzie, ale nie musi tego być. Jeśli umysł jest światły, to poza wiarą chce zdobyć wiedzę. To są dwie różne, nieprzystające do końca do siebie sprawy, a w każdym razie niewykluczające się. To tyle o szkole w Chartres. A teraz? Teraz biegniemy dalej. W audycji mamy pozycję zatytułowaną „UFO i duchy pod lupą”.
Na Wehikule Wyobraźni, kanale, który prowadzę na YouTubie, pojawiła się całkiem niedawno nowa playlista. Ona ma charakter nieregularny, ale nosi tytuł „Rozmowy w Wehikule”. Nieregularny, ponieważ czasami trudno jest upolować kolejnego rozmówcę. W ostatniej z tych audycji rozmawiałem z Michałem Stonawskim, człowiekiem, który sam o sobie mówi „ten od duchów”, ponieważ na rynku wydawniczym znajdują się dwie jego książki właśnie o sprawach duchów, nawiedzeń i tym podobnych sprawach te książki mówią. Zapraszam państwa na rozmowę z Michałem Stonawskim o UFO i duchach. Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. A dzisiaj naszym gościem jest Michał Stonawski, człowiek specjalista od spraw... Pisze o sobie „ten od duchów”, czyli wiadomo, autor książek o nawiedzeniach, autor książek o egzorcyzmach, o duchach. Dzień dobry wieczór Michale.
[21:34] - Dobry wieczór również bardzo miło. Spotykamy się w tych miłych okolicznościach, Sadecki Conwent, więc bardzo fajnie tu być.
[21:42] - Przyznam, że temat jest prosty i nieprosty zarazem, bo chodzi o to, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, powiedzmy w latach 70. dla wszystkich zainteresowanych UFO było oczywiste, że oni przylatują tu gdzieś z głębi kosmosu. Może w tej galaktyce są umiejscowieni ci nasi bracia mrocznie, może gdzieś dalej i tu przylatują. Może przylatują ze statków matek, może przekraczają jakieś bramy przestrzenne, ale pojawiają się tu w atmosferze Ziemi. My obserwujemy UFO i to na pewno są kosmici. Tymczasem w ostatnich latach coraz częściej mówi się o tym, że UFO to wcale nie muszą być kosmici. Są tacy, którzy mówią, że to są jacyś kryptoziemianie, mieszkańcy innych wymiarów. Ale bardzo często mówi się też o tym, że zjawisko UFO może mieć coś wspólnego z tym, czego nauka w ogóle nie bada, czyli właśnie z tym, w czym specjalizuje się Michał. UFO to duchy? UFO to jakieś zjawiska z pogranicza światów?
Jak ty na to patrzysz?
[22:51] - Koncepcja, że UFO jest jakimiś ufonautami, którzy przylatują z kosmosu, jakimiś braćmi w rozumie, była mi zawsze bardzo bliska. Wychowałem się na science fiction, więc to było coś, co rozumiałem jako domyślne. Natomiast im bardziej się interesowałem tematem, tym bardziej zacząłem zadawać sobie pytania, ile w tym wszystkim jest tak naprawdę naszej interpretacji, a ile jest faktów. O ile można mówić ogólnie o faktach, bo samo zjawisko UFO przecież jest dosyć ciężkie do badania.
[23:23] - Mało obstawione faktami, to zdecydowanie.
[23:26] - Dokładnie. I to też jest jedna z takich bardziej zastanawiających rzeczy. To jak ufici mają się zachowywać. Dla mnie to jest coś, co wprowadza mnie w konsternację. Nie przeczę. I się zaczynam zastanawiać, czy mówimy tutaj faktycznie o jakiegoś rodzaju istotach, które przylatują z innych światów w swoich statkach kosmicznych, czy bardziej właśnie o jakiejś sile paranormalnej, jakichś zjawiskach, które są bliżej nieokreślone. Coś takiego, jak zdaje się postulować bodajże doktor Jacques Vallée, który tam zwraca uwagę, że w całej historii ludzkości możemy znaleźć legendy, podania, które pasują nam do opisu tego, co dzisiaj interpretujemy. Znów interpretacja. Interpretujemy jako zjawisko UFO. Więc pytanie jest właśnie takie: czy nie mamy tutaj do czynienia z czymś Nadnaturalnym, co tylko ubiera się w nowe szaty, tak byśmy powiedzieli.
[24:30] - Coraz to nowe szaty, bo zjawisko UFO się zmienia. To bardzo wielu badaczy zjawiska podkreśla, że ono było inne kilkadziesiąt lat temu, teraz też jest inne. Są pewne elementy tego zjawiska, które w ogóle nie pasują do tego, co było kilkadziesiąt lat temu. I tak dalej. To można by mnożyć. Co ciebie w ogóle przekonało, co ciebie skłoniło do tego rodzaju refleksji, że UFO to niekoniecznie muszą być kosmici?
[25:01] - Wiesz, jak zacząłem analizować szerzej to zjawisko, to szybko doszedłem do takich paru różnych punktów, które zaczęły mi nie pasować do tej koncepcji totalnie. Na przykład poczynając od tego, że jeśli ci ufości, ufonauci, którzy przylatują do nas, mieliby przylatywać tymi statkami z innych światów, z innych ziem, dajmy na to, to czy nie powinniśmy ich obserwować w kosmosie? A z tego, co wiem, tak się nie dzieje. UFO obserwujemy głównie w naszej atmosferze, głównie w interakcji z człowiekiem, głównie nad naszymi domami, czy też w momencie, kiedy jesteśmy gdzieś w drodze, mamy jakąś interakcję. Natomiast to wszystko dzieje się na naszej planecie. Z tego, co się orientuję, nie ma takich przesłanek, że były widziane latające talerze czy też inne statki obcych w naszym Układzie Słonecznym.
[25:57] - Mówi się czasami o tym, że widziano je na orbicie. Czasami ktoś sugeruje, że widać je gdzieś tam w okolicach Księżyca, ale rzeczywiście na tym to się właściwie kończy.
[26:09] - Tak. Ta częstotliwość jest związana z nami bezpośrednio, z naszym gatunkiem. Przynajmniej tak się wydaje. Tak się może wydawać, bo to może być zniekształcenie znowu z naszej strony informacyjne, bo bierzemy to antropocentrycznie. Ale znowu są też inne ciekawe sytuacje, ciekawe fakty związane z UFO, które mnie zastanawiają. Po pierwsze to, że UFO w kontekście spotkań z ludźmi, w kontekście interakcji wydają się kłamać. Wydają się być jakiegoś rodzaju tricksterami, tak można powiedzieć. Czasami ci kosmici mówią, że pochodzą z Wenus. Tutaj akurat kojarzę relację Adamskiego. O ile Adamskiemu tak średnio ufa, bo on też był postacią bardzo niejednoznaczną, mówiąc krótko, to też w przypadku choćby Terry'ego Lovelsa, czyli „Diable Leże”, znajdziemy znowu informację, że zostało przekazane, że UFO ma po ciemnej stronie Księżyca jakiegoś rodzaju miasto grzybopodobne, coś takiego.
To też powtórzył bodajże człowiek imieniem Taylor Dee, a przynajmniej tak został opisany w książce Diany Pasulki, która się też od strony religioznawczej zajmuje tematem UFO. I ona z kolei też podała takiego rodzaju informację, że UFO ma jakiegoś rodzaju miasta na Księżycu. Tymczasem nie wydaje się to być prawdą. UFO też się bardzo dziwnie zachowuje. Przynajmniej te istoty, które spotykają się z ludźmi w tych relacjach. Standardowym przypadkiem będzie tutaj choćby porwanie Betty i Barney Hillów, gdzie wszyscy skupiają się tam na mapie, którą te istoty pokazują Betty. Betty później odtwarza, ale mało kto, mam wrażenie, mówi o tym, jak oni się dziwnie zachowywali w kontekście tych badań, którym zostali Hillowie poddani. To znaczy w pewnym momencie do Betty przychodzą te istoty i pokazują im wkładkę, zęby Barneya, wkładkę doustną i pytają się, o co tutaj chodzi, dlaczego Barney, dlaczego mu się da wyjąć zęby? Próbowali Betty też wyciągnąć oczywiście. To jest zupełnie irracjonalne zachowanie.
Coś, co nie pasuje do tego, jak rozumiemy naukowców i naukę.
[28:32] - To bardziej przypomina zachowanie, zachowując całą proporcję albo dzieci, albo głupoli kompletnych, a nie naukowców pochodzących gdzieś hen z kosmosu.
[28:41] - Tak, wyższych rozumem, rozumiejących to, jak się rozwija życie w kosmosie. Oni zresztą później też zaczynają mówić już totalne dziwne rzeczy, to znaczy nie rozumieją, wydają się nie rozumieć koncepcji czasu, co mnie strasznie zastanowiło, bo Betty mówi, że tam Barney ma zęby dlatego, że się zestarzał. Oni ją pytają: „Ale co to jest starość? Co to znaczy, że się zestarzał?”. „No że przeżył tyle i tyle lat”. „Ale co to są lata?”. I tak rozmowa człowieka z kimś, właśnie z takim głupolem. To zupełnie nie pasuje do istot, które byłyby od nas w jakiś sposób mądrzejsze, czy też jakiejś cywilizacji technicznej, która by rozumiała to, jak funkcjonuje świat.
[29:24] - No dobrze, ale tu się pojawia naturalne pytanie: okej, mamy do czynienia z kimś dziwnym, ale jaki z tego wniosek?
[29:33] - Wnioski możemy sobie teraz mnożyć, prawda? Ja przynajmniej postuluję taki wniosek, że skoro zachodzą takie sytuacje, to może należałoby się zastanowić nad tym dogmatem bądź co bądź, że UFO faktycznie, że te istoty pochodzą z innych planet, a przynajmniej że są w naszym wyobrażeniu taką cywilizacją techniczną, w sensie czymś w rodzaju Star Treka, czymś, co widzimy w serialu Star Trek. To zupełnie nie pasuje do tych wyobrażeń, które mamy o tych istotach, o tym, jak się powinny zachowywać, jak powinny badać nas jako ludzkość. Więc co w takim razie? Kim są te istoty, skoro są obecne na Ziemi, widuje się je na Ziemi i skoro nie są to gracze od gwiazd? I tutaj znowu wrócę do przypadku Barneya i Betty Hillów, bo oni tam jeszcze W tej całej historii jest jeszcze jeden fragment, który mnie bardzo zaciekawił. Jest sytuacja, w której Barney niejako ulega totalnemu wpływowi tych istot. On krzyczy w pewnym momencie podczas sesji hipnotycznej, do której został pozwany i wielokrotnie się ta historia przejawia, że te istoty mówią do niego, przekazują mu myśli i każą mu robić rzeczy, których on nie chce robić i że dosłownie mówi o oczach, które tkwią w jego głowie. Coś, co możemy nazwać jakimś rodzajem telepatii, ale też nie do końca, bo to jest jakiegoś rodzaju wpływ na człowieka. Później, kiedy Betty i Barney zostają zabrani ze swojego samochodu, to nie jest tak, że oni zostają w jakiś sposób porwani siłą, tylko po prostu wychodzą i są prowadzeni.
I w stanie półsnu, można powiedzieć takiego lekkiego transu nawet znajdują się przez ten cały czas. Barney głębiej, ponieważ jest bardziej przestraszony. Betty trochę mniej rejestruje wszystko, ale jednak to jest trans. I takie zachowania istot ludzkich pod wpływem tych zjawisk, tych istot znajdziemy w tych historiach. To tak zwana wysoka dziwność, w sensie sytuacja, w której rzeczywistość nie wydaje się taka, jaka jest, jaka nas otacza na co dzień, gdzie znajdujemy się w jakimś stanie, który wydaje się być czymś w rodzaju transu. Coś takiego też wydarzyło się w przypadku Terry'ego Lovelace'a, gdzie on, żebym teraz nie pomylił, ale wydaje mi się, że historia przebiegała tak, że jego od małego odwiedzały jakiegoś rodzaju małpki albo miśki, coś takiego. Istoty, które tak interpretował. Zabierały go gdzieś do jakiejś pawialni i on tam spędzał noce i w pewnym momencie stwierdził, że chce się bronić przed nimi. Ukrył pod poduszką nóż albo bagnet, chyba bagnet swojego taty i chciał się bronić przed tą intruzją, która do niego dochodziła. I w momencie, kiedy te istoty się pojawiły, to okazało się, że tego bagnetu tam nie ma, że on jakby zniknął z tej rzeczywistości, którą Terry rozpoznał.
Wobec czego to znów jest rzecz, która wydaje mi się bardzo zbieżna z postrzeganiem zjawisk paranormalnych, jakie widujemy w naszej rzeczywistości, w sensie zmiany rzeczywistości, zmiany sposobów widzenia, słyszenia, popadania w trans. Coś w tym stylu. Czy to ludzie popadają w trans, czy też po prostu te zjawiska jakby wymuszają ten stan. Bardziej w ten sposób bym to określił.
[33:10] - No dobrze, ale tu się pojawia naturalne pytanie ludzi, którzy za wszelką cenę już chcą mieć wszystko wyjaśnione: co się właściwie dzieje? Bo w przypadku braci w rozumie z kosmosu wszystko było jasne. Przylatują, badają nas i ciekawi są, chcą nawiązać kontakt. Różne mogą być oczywiście warianty. W przypadku zbliżenia się do zjawisk nazywanych paranormalnymi interpretacja jest trudniejsza, znacznie trudniejsza, bo właściwie można zadać pytanie: ale o co chodzi? Kto to jest? Skąd on jest? Dlaczego jest i czego tak naprawdę chce?
[33:48] - I to jest właśnie odpowiedź, na którą trudno w ogóle odpowiedzieć. W sensie ja nawet nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie, bo biorąc pod uwagę te zjawiska na przykład duchów. Analizuję ostatnio przypadek Franka Kluski, znanego medium, który był bardzo mocno przebadany, można powiedzieć, bo najpierw jego seanse były opisywane szeroko w Polsce, później trafił do Paryża, gdzie w ośrodku spirytystycznym przeprowadzano, można powiedzieć, eksperymenty z jego udziałem.
[34:22] - Tak żeby bardziej zlokalizować czasowo, to pierwsza połowa XX wieku to jest właśnie czas, kiedy Franek Kluski nie tylko działał, ale właśnie był badany.
[34:32] - Tak jest. W momencie, kiedy on jest w Paryżu, to te raporty są najbardziej szczegółowe, bo bada go, ja w tym momencie nie powiem ci nazwisk, bo mam słabą pamięć do nazwisk, ale bada go badacz spirytyzmu oraz naukowiec, bodajże matematyk, nie fizyk, przepraszam, który wtedy dostał Nagrodę Nobla. Więc to były czasy, gdzie nauka nie bała się pytać i stawiać pytań o naturę rzeczywistości pozanaukową, tak bym powiedział. A przynajmniej niektórzy naukowcy tego się nie bali. Nie było chyba tak bardzo rozbudowanego tabu, jak w tym momencie wydaje mi się, że jest. I to, co się dzieje na tych seansach Kluskiego, jest znowuż interpretowane jako duchy, jako kontakty z naszymi przodkami. Natomiast szczerze mówiąc, ja nie widzę ku temu żadnych przesłanek. Najbardziej obrazowo mogę powiedzieć, że w momencie, kiedy Kluski zapada w trans lub też zaprasza do siebie te istoty, to wydziela z siebie jakąś materię, którą oni nazywają materią pierwotną. W jego przypadku to jest jakiś rodzaj pary najczęściej i z tej pary zaczynają formować się fragmenty ciał. W sensie albo to są dłonie, albo są to jakiegoś rodzaju twarze, które zawisają nad zebranymi, dając się oglądać.
Natomiast nigdzie tam nie ma powiedziane takich rzeczy, że mamy do czynienia z kimś, kto jest jakimś przodkiem, na przykład jednego z uczestników czy coś takiego. To są zjawiska, które wydają się reagować na potrzeby zebranych. W sensie to, że dają się oglądać to jedno, ale to, że na przykład jeśli zebrani zauważają na jednym z seansów, że na przykład dłoń, która się pojawiła oderwana od ciała na środku stołu i jeśli ona powinna mieć pierścień, ponieważ wydaje się dłonią bodajże kobiety i wydaje się, że powinna mieć jakiś pierścień, to ten pierścień się pojawia. W momencie, kiedy wyciągane są w jej kierunku dłonie tych zebranych, to w zależności od tego, czy wyciągana jest dłoń prawa, czy wyciągana jest dłoń lewa, dłoń się zmienia na taką, żeby można było ją uścisnąć. I w tym uścisku wydaje się oczywiście dłonią zupełnie żywą. Ma ciepłotę, ma fakturę odpowiednią, więc jest to coś, co wydaje się materializować z samej Nie wiadomo skąd on jest, może z innego wymiaru, ale materializuje się i dostosowuje do naszych oczekiwań. Tak bym to nazwał. I pytanie jest teraz takie: czy te istoty, bo to, co się działo u Kruskiego wydaje się być bardzo inteligentne, reagowało na ludzi, czy te istoty mogą być tymi samymi istotami, które widzimy dzisiaj i które interpretujemy znowu jako UFO, jako coś obcego, więc domyślnie przybywającego do nas z zewnątrz, z kosmosu?
[37:26] - A tak prywatnie, to jak sobie na to pytanie odpowiesz?
[37:29] - Prywatnie? Wydaje mi się, że mamy do czynienia z jakiegoś rodzaju zjawiskiem, którego nie do końca rozumiemy. Wiem, że są koncepcje istot innowymiarowych, które na przykład potrafią się w jakiś sposób manifestować w naszej rzeczywistości. Które na przykład mogą siedzieć u siebie na planecie setki lat świetlnych od nas i manifestować się u nas. Natomiast ja bym się zapytał, czy to nie jest coś, co było z nami od zawsze i być może coś starszego niż ludzkość, coś, co cały czas wydaje się w jakiś sposób kontaktować z nami. Pytanie, w jakim celu? Na pewno nie jest to jednoznacznie złe. Bo gdyby tak było, to wszystkie te kontakty byłyby właśnie tak nacechowane. Natomiast jest to coś, co wydaje się w jakiś sposób reagować na człowieka, ale być może wynika to z samych nas. Tu już wchodzę w ostrą metafizykę oczywiście.
Coś, co słyszałem podczas moich badań związanych z magią na przykład, że mogą być istoty, które powstają tak jakby z energii, ale powstają dzięki nam, to znaczy zagęszczają się dzięki nam. Coś takiego słyszałem od pewnego małżeństwa magów, którzy oddają cześć bogini śmierci. I oni mówią mi coś takiego, że oni nie wierzą w to, że istniała jakaś przedwieczna bogini śmierci, tylko że powstaje jakiegoś rodzaju zagęszczenie w tej energetycznej rzeczywistości na skutek ich działań i odbicia ich intelektu i w ten sposób reaguje z nimi.
[39:10] - Czyli to ludzie tworzyliby rzeczywistość w przypadku magów i tworzyliby wręcz istotę.
[39:17] - Tak. Tutaj koncepcja ta zahacza o tworzenie bogów nawet w tym momencie. Oczywiście ja jestem ostrożny co do takich wniosków. Natomiast patrząc na fakty, o ile tak to można nazwać, patrząc na to, jeśli faktycznie te wszystkie zjawiska są ze sobą powiązane, są tym samym zjawiskiem, tylko my różnie go interpretujemy, to tak by wychodziło, że być może wszystko, co widzieliśmy, wszystkie duchy, elfy, wróżki, wiedźmy, UFO i bogowie są jednym i tym samym zjawiskiem.
[39:53] - Pytanie z gatunku naiwnych, ale na takie najtrudniej jest odpowiedzieć. Jeśli przyjmiemy tę koncepcję, to dlaczego jest tak, że emanacje tego zjawiska, powiedzmy istoty, które się pojawiają w wyniku tego zjawiska, są tak nieustannie zainteresowane nami? Właściwie, jeśli przyjmiemy tę koncepcję i będziemy patrzeć wstecz, poprzednie wieki, a nawet dalej, te istoty są nieustannie nami zainteresowane i to zainteresowane w takim znaczącym stopniu, jakbyśmy nieustannie stanowili dla nich obiekt tajemniczy, niezwykły, godny badania i taki ekscytujący wręcz.
[40:37] - Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo ja się staram, przynajmniej w tym momencie, bardziej obserwować to niż znajdować się-
[40:45] - Ale potwierdzasz, że jak się prześledzi historię, jakbyśmy my, ludzkość, byli nieustannym obiektem fascynacji.
[40:52] - Trochę tak jest. I teraz pytanie, w którą stronę pójść? Jeśli to jest coś zewnętrznego, co jest nami zainteresowane, to być może my jesteśmy tak dziwni dlatego, że jesteśmy studiowani cały czas, badani i próbuje się z nami skontaktować, bo jesteśmy dla tego czegoś ciekawi. Natomiast jeśli to jest coś wynikające z nas samych, to tu jest również ciekawa koncepcja, bo mówilibyśmy wtedy o takim rodzaju lustra. Przecież my sami sobą interesujemy i sami siebie nie znamy. I sami mamy problem z tym, żeby nawet samych siebie zdefiniować, czym w ogóle jesteśmy i skąd pochodzi w ogóle nasza świadomość. Nie znamy siebie, być może potrzebujemy lustra, potrzebujemy jakiegoś odniesienia po to, żeby się lepiej zdefiniować.
[41:36] - Z jednej strony mówimy o zjawiskach paranormalnych, a z drugiej strony mamy działania paranaukowe. Czyli jeżeli analizujemy przypadki wzięć na przestrzeni czasu różnych lat, one bardzo często mają taki charakter wręcz eksperymentu naukowego. Ludzie poddawani są jakimś tajemniczym badaniom, czasami wszczepiane są im implanty, czasami przypomina to jakieś badanie w klinice wszystkiego, bo właściwie cały człowiek jest skanowany, badany i tak dalej. Tam jeszcze wchodzą przecież w grę jakieś czary-mary związane z płciowością człowieka, z zapładnianiem człowieka, z różnymi takimi zjawiskami. To już z jednej strony można interpretować jako coś bardzo takiego wręcz demonicznego też, ale z drugiej gdzieś tam człowiek sobie mówi: „Ale te istoty bardziej przypominają naukowców niż te duchy, które skłonni jesteśmy jako ludzie na przykład niespecjalnie zainteresowani tematyką duchów, postrzegać”. Dla nas duch to jest taka biała pani gdzieś w jakimś jednym zamku albo jakiś ktoś bez głowy albo z głową kręci się po innym zamku. To mniej więcej w kulturze popularnej nawet duch bardzo często tak bywa postrzegany. Tymczasem tu mamy z jednej strony interpretację o duchu Czymś zbliżonym do ducha. Może tej formuły użyjmy. Z drugiej strony mamy naukowców i to takich niespełnionych albo w każdym razie głodnych wiedzy, to kolejne.
I mamy jeszcze ten motyw dziecinny, czy też tych przygłupów, to w zależności od tego, jak sobie ich nazwiemy. Więc mamy bardzo różne określenia tego czegoś, co do nas przychodzi, co się przy nas zjawia. Próbujesz to czasami jakoś sobie ułożyć?
[43:28] - Próbuję, rzecz jasna. Właśnie samo to, że te badania, o których mówisz, istnieją, ale nie mają z grubsza sensu w sensie takim naukowym, bo one się ciągle powtarzają. To należy też zauważyć, że te wszystkie dziesięciolecia porwań i te starania się wcale jakoś zbytnio nie zmieniły. To wydaje się reagować na nasze, nazwijmy to, oczekiwania tego, jak takie coś ma przebiegać. Plus, jeśli się nie mylę, popraw mnie, jeśli teraz będę gadał głupoty, natomiast wydaje mi się, że w tej fantastyce lat 50. i 40. te wszystkie motywy się pojawiały, zanim dochodziło do wzięć. Przynajmniej tak wydaje mi się, brzmi jedna z koncepcji Bertranda Meheust, który mówi o tym, że te wszystkie wzięcia i wszystkie te symptomy wzięć, wszystkie te badania, te chipy pod skórą, jakiegoś rodzaju implanty to wszystko już było. Coś, co było wcześniej w tych wszystkich opowieściach i później zaczęło być postrzegane przez wszystkich ludzi na Ziemi, nawet tych, którzy tych opowieści w żaden sposób nie mieli z nimi kontaktu.
[44:38] - Są przypadki na przykład z Brazylii jakiegoś prostego rolnika, który ponoć nie słyszał nigdy o tym, a nie dość, że był wykorzystany seksualnie przez piękną, dla niego to była kosmitka, był wykorzystany seksualnie, to jeszcze tam pozostały różne ślady. Tam się szczególnie w przypadku tego rolnika podkreśla, że on wcześniej nie miał kontaktu. To były lata 50., właściwie początek, bo w 40. ja nie przypominam sobie żadnych takich typowych wzięć, ale 50. lata to się zaczęło, później 60. lata, 70. Mamy nawet polski przypadek w latach 70., kiedy nasz przedstawiciel ma kontakt. I to rzeczywiście wygląda bardzo podobnie. To są różne badania, czasami mniej, czasami bardziej inwazyjne, czasami bardzo bolesne, czasami mniej bolesne. Ale ta cielesność, ludzka cielesność wydaje się w jakiś sposób fascynująca dla tych istot.
[45:34] - Tak, tak jakby nie do końca rozumiały, czym jest ciało. Można tak to interpretować przynajmniej. Ale znów wchodzimy w interpretację.
[45:42] - Tak, ale to pointerpretujmy sobie jeszcze, bo ja mam na przykład takie spostrzeżenie albo może trudno to nazwać spostrzeżeniem, bardziej nazwijmy hipotezę roboczą. Czy nie może być tak, że to, z czym się kontaktujemy, czyli raz to są małe zielone ludziki, raz szaraki, przedstawiciele innych ras pojawiają się w różnych relacjach. Czy można przyjąć, że to na przykład są pośrednicy, czyli jakieś na przykład bioroboty albo jakieś istoty tak ad hoc stworzone, żeby był pomost pomiędzy nami, którzy jesteśmy przedmiotem badania, a tą siłą, która nas bada? Bo jeśli to jest siła na przykład nie do końca materialna albo jakaś inna, tak inna, że nasz kontakt jest po prostu taki face to face niemożliwy, to być może mogą to być jacyś pośrednicy. I ta fascynacja naszą cielesnością to jest bardziej odbicie tego zleceniodawcy, tak to określmy, niż tych, którzy nas bezpośrednio badają. To jest takie właściwie nie pytanie, a taka pewna forma interpretacji, którą podrzucam do skomentowania.
[46:51] - Tak, wydaje się to o tyle sensowne, że zobacz, ile razy jest taka sytuacja, że to UFO zostaje de facto stworzone w naszych głowach. W sensie to, jak wygląda. Bo jeśli mówimy o małych zielonych ludzikach, to przecież zostało to bodajże z tego, co pamiętam, utworzone na bazie przypadku tych goblinów, które atakowały pewną farmę i to wyglądało bardziej jak gobliny niż zielone ludziki. Znowuż tak zwane szaraki, które teraz nagminnie występują i też się pojawiały później, to one przecież właśnie były w przypadku Betty i Barny Hillów wzięte, ale wcale nie wyglądały jak szaraki. One były bardziej zielonkawe i te oczy miały takie bardziej skośne niż te, których tak się dzisiaj boimy, występujące w filmach science fiction i które występują później i przychodzą do nas. Tak samo jak Plejadianie. Może nie Plejadianie, tylko bardziej Nordycy. Ten typ nordycki, gdzie możemy zakładać, myślę z dosyć dużą dozą pewności, że wymyślił je sobie George Adamski i to on jest autorem tego konceptu Nordyków. Tymczasem Nordycy występują już de facto sami, przylatują do nas i się pokazują. Czyli to wygląda tak, jakbyśmy my stwarzali UFO de facto.
Czyli idąc za tym można przyjąć, że jeśli jest taka siła, która jest w stanie nas zrozumieć, jest w stanie nas badać i szukać z nami kontaktu, to będzie się kontaktowała na zasadzie tworzenia archetypów tego, co my sami wytwarzamy.
[48:28] - Tak, bo później w 80. latach mamy autora „Wspólnoty”. Jego odwiedzały szaraki. Mówię o pisarzu, który zetknął się coś koło świąt Bożego Narodzenia i on widział szaraki. UFO ma też taką charakterystyczną cechę, że się zmienia. Zmienia się co do kształtu. Już zostawmy załogantów, powiedzmy też o kształcie.
[48:51] - Tak.
[48:51] - Na początku to były latające talerze. To było popularne stwierdzenie. Wcześniej, jeszcze w czasie II wojny światowej mieliśmy tu foo fighters, jakieś kule, coś takiego.
[49:03] - Kule światła.
[49:04] - Później były latające talerze. Przez długi czas ten model się utrzymywał, ale pojawiały się też różne warianty. Później się pojawiały cygara, później się pojawiły gdzieś w pewnym momencie trójkąty. To się wszystko zmienia. Na pewno tych kształtów-
[49:18] - Rąby, jakieś kwadraty, nawet lejki się pojawiają.
[49:21] - Więc gdybyśmy mieli do czynienia z jakąś rasą technologiczną, która przyleciała tutaj, to co ona w tak zwanym międzyczasie dokonuje takiej zmiany swojej floty? Oczywiście można powiedzieć, że po prostu jesteśmy badani nieustannie przez bardzo wiele ras i dlatego tyle modeli. Tylko jakoś tak się dziwnie składa, że te modele, jakby ci obcy podzielili się czasem. My was będziemy badać w latach 40., później w 50., a my przylatujemy trójkątami, więc to lata 90. są nasze. Znowu, czy ty masz jakąś swoją koncepcję na temat zmiany kształtu przez UFO?
[49:58] - Wydaje mi się też, że po dziś dzień widujemy tak kule, jak i latające spodki. I są tik taki, które są trochę mniejszym wersjem cygara z kolei. Natomiast właśnie à propos jeszcze chciałem dodać à propos tych latających spodków. To jest przecież bardzo symptomatyczne. One powstały po tym, jak Kenneth Arnold zauważył coś, co prasa nazwała latającymi spodkami, a przecież to, co on widział, wcale takiej formy nie miało. To, co on narysował, miało formę bardziej przypominającą broń Batmana, taki batarang, niż latający spodek, tylko się tak poruszało. On przyrównał to do puszczania kaczek bodajże na jeziorze, gdzie u niego chyba to robiło się spodkami, bo lepiej odbijały się od tafli jeziora. Więc znowuż mamy sytuację, gdzie on mówi i prasa nazywa to wszystko latającymi spodkami. Później ludzie nagle wszędzie widzą latające spodki, gdzie on nigdy takich rzeczy nie widział. To jest jedno ze spostrzeżeń.
A ta zmienność, można powiedzieć ery UFO też, bo to tutaj też się zmienia. Mamy tą sytuację, gdzie najpierw ich widujemy, później następuje jakiegoś rodzaju era takich spotkań nieśmiałych bardzo. Jeszcze żadnych porwań nie ma, później dopiero zostajemy gdzieś porywani, później to się znowu wycofuje i znowu następuje era, gdzie jest więcej obserwacji. Dzisiaj trudno mówić o na przykład porwaniach. Ja na przykład nie natrafiłem na żadną relację z roku 2020 czy naszych współczesnych, gdzie mówi się o porwaniach, a kiedyś było tego mnóstwo, więc to też jest zmieniające się. I koncepcji jest mnóstwo. W sensie, jeśli tłumaczyć to tym, że to są kosmici, to mamy do czynienia z różnymi rasami, z całym peletonem kosmicznej federacji, można powiedzieć, i oni mają różnego rodzaju podejście do nas. Niektórzy chcą dla nas same złe rzeczy, inni chcą dobrych, ale to znowu się nie składa. Nie ma w tym żadnej logiki z naszego przynajmniej punktu widzenia. No i cóż, trudno tutaj wyrokować tak naprawdę, o co tutaj może chodzić.
Znowu wydaje mi się, że dosyć symptomatyczne jest właśnie to, że najpierw coś jest plotką, a dopiero potem się rozlewa po całym świecie w formie obserwacji.
[52:18] - Ty już częściowo o tym mówiłeś, ale chciałbym, żeby to wybrzmiało tak mocno, ponieważ powoli zbliżamy się do końca. Gdybyś miał porównać swoje badania, swoją pracę nad książkami, siłą rzeczy stykanie się ze zjawiskami, z relacjami o zjawiskach paranormalnych i jednocześnie te swoje doświadczenia, te relacje, które zebrałeś, porównać ze zjawiskiem UFO. Czy dostrzegasz takie powinowactwo pomiędzy tymi zjawiskami? Czy ty je widzisz?
[52:48] - Wydaje mi się, że w wielu punktach tak. Pierwszymi punktami na pewno będzie, można powiedzieć, zmieniony obraz świadomości podczas tego, kiedy występuje to zjawisko. I w przypadku UFO, i w przypadku ducha, kiedy dochodzi do zjawiska paranormalnego, człowiek wydaje się działać zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Nagle komórka się psuje, nie można jej wyjąć, nie można jej znaleźć, nie można znaleźć aparatu, nie można tego udokumentować. Nagle człowiek w ogóle o tym nie myśli. Wydaje się w jakiegoś rodzaju transie. To wydaje mi się dosyć zbieżne. Natomiast te kontakty czasami są zupełnie inne, bo w przypadku duchów mówimy tu o jakichś puknięciach, o jakichś hałasach, poruszaniu przedmiotami na odległość, na przykład na nawiedzonych miejscach. Takie relacje też można znaleźć oczywiście w przypadkach UFO, ale nie tak często. Więc wydaje mi się, że jeśli to zjawisko jest zbieżne, to dostosowuje się znowu do naszych oczekiwań pod tym względem.
[53:50] - Michale, pięknie ci dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie ci dziękuję za to opowiedzenie, jak patrzy człowiek, który bez żadnej przesady na co dzień styka się z relacjami o zjawiskach paranormalnych, jak widzi problem UFO i że w ogóle problem UFO wchodzi w zakres twoich zainteresowań. To też może być znak dla ludzi, że to może warto spojrzeć na owo zjawisko z nieco innej strony, niż do tej pory to robili. Jeszcze raz pięknie ci dziękuję.
[54:21] - Ja również dziękuję.
[54:22] - Proszę państwa, naszym gościem był Michał Stonawski, a linki do książek Michała znajdą się oczywiście pod filmem.
[54:31] - Dziękuję bardzo.
[54:36] - Proszę państwa, czas teraz na Filmotekarium. Dzisiaj film "Bring Her Back". Film, który mnie zadziwił. Ale szczegóły w audycji. Piotr Cielebiaś, który wrócił z urlopu, cicho powiem, już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Dzień dobry wieczór państwu. Dlaczego Piotra witam pierwszego? Dlatego, że Piotr właśnie wrócił z urlopu, ale filmy oglądał.
[55:14] - Oglądał i nawet muszę powiedzieć, że oglądał z wielkim zaciekawieniem. Witam też w kolejnym Filmotekarium. Dzisiaj jest gorąca nowość, czyli "Bring Her Back". Chciałoby się, Marku, powiedzieć: o takie horrory walczylim, takich się domagalim. To jest dzieło braci Pilou, greckiego pochodzenia australijskich filmowców. Oni są twórcami wcześniejszego świetnego horroru "Talk to Me", który chyba żeśmy omawiali. Ten ich najnowszy film pokazuje nam, jak mistrzowską formę mogą osiągać współczesne horrory. Ja od początku daję znaki, że nie będę obiektywny. To mi się bardzo podobało. Widzimy też po "Bring Her Back", Marku, jak bardzo zmienił horror na przestrzeni lat, na przestrzeni dekad.
Często podkreślamy, że ta warstwa dramatyczna w horrorach, takich jak choćby ten omawiany dzisiaj, ale też "Hereditary" na przykład, odgrywa ogromną rolę. Czyli często to, co jest nadprzyrodzone, nie jest od razu namacalne, nie jest osiągalne. Widz do tego powoli jest przygotowywany, do tej konfrontacji ze złem, z nieznanym i tak dalej. Strach i psychoza się potęguje. No cóż, ja jestem bardzo na tak. Może od początku nie powinienem o tym mówić, ale film mi się bardzo podobał. W "Bring Her Back" pobrzmiewają też lekkie słowiańskie wątki, natomiast główna opowieść skupia się na losach przyrodniego rodzeństwa, Andy'ego i Piper, którzy po śmierci ojca trafiają do ekscentrycznej matki zastępczej. Takiej jednoosobowej rodziny zastępczej, którą jest pani Lora bądź Laura. Opiekuje się ona dość przerażającym Olivierem, który potem przejmie stery w tym filmie, jeżeli chodzi o robienie roboty i horroru. Ja już się tak odpaliłem, Marku, ponieważ już wiecie, jaka jest moja opinia.
Wykrzaczyłem się z tym wszystkim. To może zamiast dalej opisywać tą historię, bo nie wiem, czy będziemy ją opisywać, czy może darować i zostawić naszych słuchaczy w takiej niepewności. Z tego też powodu, że to jest prosta historia. Marku, czy to się podobało, powiem tak po białostocku, dla ciebie? Czy ta historia się klei twoim zdaniem? Bo to jest bardzo prosta opowieść, ale po raz kolejny się okazuje, że w kinie nie zawsze to, co proste, jest złe.
[57:51] - Nie wiem, jak się odpowiada po białostocku, ale tak, podobało mi się i to nawet z tym zastrzeżeniem, że to nie jest film akcji, a mnie podobno podobają się tylko filmy akcji. No nie. Zacząłem oglądać ten film i doszedłem do wniosku, że po raz pierwszy od dawna oglądam film, który jest o czymś. Może akcja nie biegnie jakoś błyskawicznie, ale to mi w ogóle nie przeszkadza. To już jest dziwny objaw u mnie, że akcja nie galopuje, a ja siedzę i czekam, co będzie dalej i w ogóle nie mogę się oderwać. To już jest dziwne, ale ta dziwność w miarę tego, jak film trwał, się we mnie pogłębiała. To, co napływa z ekranu, jest naprawdę w jakiś sposób, chciałem powiedzieć magiczne, ale magiczność bardzo często kojarzy się z czymś dobrym. Mówimy "czarna magia", to już jest coś złego, a magiczność jakby coś dobrego. Tu nie ma dobrych rzeczy w tym filmie, a mimo wszystko w jakiś sposób ten film hipnotyzuje. To może jest to słowo.
Hipnotyzuje, bo on rzeczywiście z jednej strony dotyka codzienności. Może nie naszej tu środkowoeuropejskiej, ale jednak pewnej codzienności, pewnego systemu, na przykład społecznego, w którym to dzieci przekazuje się do rodziny zastępczej. Ktoś tam jest prawie dorosły, więc niby nie, ale właściwie tak. To mówię o tym chłopaku, który chciałby się zająć swoją przyrodnią siostrą, z którą jest mocno związany emocjonalnie. Ale jeszcze tak do końca dorosły nie jest, więc musi troszkę zaczekać. W sumie rzeczywiście razem trafiają do rodziny zastępczej. Tak jak powiedział Piotr, słowo rodzina zastępcza, tak jak my kojarzymy to w naszym kręgu kulturowym, jest mocno przesadzone z naszego punktu widzenia, bo to rzeczywiście jest samotna kobieta z chłopakiem. Rzeczywiście ten chłopak to jest wielka tajemnica tego filmu, która się w pewnym momencie rozwiązuje. I to nie jest budujące rozwiązanie. W ogóle ten film jest mroczny, ale taką mrocznością, którą lubię.
Poza tym jest jedna dla mnie chyba najważniejsza rzecz. Ten film jest logiczny. On się nie odwołuje tylko i wyłącznie do emocji, do tego, że jakoś to będzie. Nie. On jest bardzo logiczny. Aczkolwiek rzeczywiście wkracza czasami w takie sfery, które właściwie już logiką nie są objęte. Ale wiem, co mówię. Ten film toczy się, jest zaplanowany, scenariusz jest napisany w sposób jak najbardziej logiczny. I naprawdę pojawia się w pewnym momencie groza. Ten film niby od początku atakuje takimi obrazami.
Już na samym wstępie dostajemy takie mocne obrazy, ale mnie te obrazy, chociaż mocne, jakieś takie prawie ocierające się o naturalizm, one mnie jakoś specjalnie nie ekscytowały. Po obejrzeniu tylu groźnych filmów, tylu horrorowych filmów człowiek się w jakiś sposób uodparnia. Ale groźnie zaczyna się robić wtedy, kiedy mamy zwykłą codzienność. Coś takiego, jak my się spotykamy w naszym życiu. Może nie każdy, ale rzeczywiście jest niby normalnie, niby — podkreślam, a ta groza zaczyna powoli wyzierać. Obserwujemy tę rodzinę zastępczą w postaci Laury i widzimy, że ona jest niby miła, niby stara się być równa, ale jest dziwna. I w pewnym momencie obserwujemy, że to nie było nasze takie wrażenie tylko, że nam się wydawało. Nie, ona jest ewidentnie i tu powinno paść słowo powszechnie uważane za wulgaryzm. Jest po prostu pierdzielnięta i to mocno, to widać. Przykładzik?
Proszę bardzo. Główny bohater, ten chłopak, niemal już pełnoletni, budzi się pewnego ranka i stwierdza, że się zmoczył w nocy. Może to się zdarza osiemnastolatkom, może nie, nie wiem. On to przyjmuje z pewnym zażenowaniem. Urządza pranie, a my się później dowiadujemy, jak to moczenie wyglądało i że nie miało nic wspólnego z fizjologią młodego człowieka. Tylko to moczenie, jakby to delikatnie powiedzieć, nie budząc obrzydzenia, zorganizowała rodzina zastępcza, sama sikając do naczynia, a potem wylewając jego zawartość na krocze jednego z głównych bohaterów. Obrzydliwe? Oczywiście, że obrzydliwe, ale pokazuje sposób działania tej rodziny zastępczej. A później jest jeszcze dziwniej. Dużo dziwniej i coraz bardziej dochodzimy do wniosku, że to wszystko prowadzi do czegoś strasznego.
I nie mylimy się.
[01:03:41] - Tak, prowadzi do czegoś strasznego, ale nie będziemy wam psuli zabawy. Tak jak wiele horrorów utrzymanych w podobnym tonie od "Nocnych istot" — "Nocnych istot", żeśmy chyba nie omawiali nigdy — przez "Midsommar", którego też żeśmy nie omawiali, czy wspomniane "Hereditary", którego też żeśmy chyba nie omawiali, to "Brinkerjack" charakteryzuje się właśnie takim wysokim stopniem realizmu, codzienności. Scenę obserwujemy bardzo często. To jest po pierwsze. To mi odpowiada osobiście we współczesnych horrorach. Czyli mamy opowieść, która wciąga nie tylko ze względu na grozę czy tam jakieś wątki parapsychiczne, ale też przedstawione dramaty i perypetie głównych bohaterów. One często same wystarczają jako odrębny film. Czyli mamy dwie nici, które się przeplatają, tą nić grozy i nić dramatyczną. Czasami to wychodzi koślawie, czasami się tego nie udaje spleść i jest źle. Wygląda to tak, jakby ta warstwa horrorowa była dosztukowana do jakiejś głównej historii.
I takie filmy też żeśmy omawiali, ale tutaj się to wszystko elegancko splata. Co jeszcze? Jak pamiętacie horrory sprzed kilku dekad, to tam wszystko inaczej wyglądało, tam się akcja inaczej rozkładała. Czyli często już od pierwszych minut myśmy wiedzieli, że to jest horror, że działo się od początku coś dziwnego. Tutaj co prawda też wiemy, tylko że akcja toczy się subtelniej. Subtelniej się toczy, ale Marku, też trzeba powiedzieć, że ten nowy film braci Philippou to momentami jest body horror, czyli horror skupiony na przemianach ciała i na różnego rodzaju makabrach, że tak powiem, i to wszystko przekracza pewne granice estetyczne. Niektórzy mogą czuć obrzydzenie, ale chyba lekkie. Kolejna mocna strona tego filmu to obsada. Co prawda nie są to jakieś bardzo znane nazwiska, na dobrą sprawę tych ludzi chyba nigdy nie widziałem. Przypominam, że to jest film australijski.
Ale wypadli znakomicie i to zarówno ci aktorzy dziecięcy, bo tam mamy dwóch głównych bohaterów dziecięcych de facto i dwóch głównych dorosłych. Naprawdę to wszystko jest świetnie zagrane. Ale wrócę do tego obrzydzenia, bo ono chyba jest takim tematem, który będzie poruszany w dyskusjach ludzi, którzy ten film zobaczą. Rzeczywiście tam się dzieją różne rzeczy, różne rzeczy są pokazywane, ale wspomniałeś zresztą o tym, że po pewnym czasie się człowiek uodparnia. Ja na przykład, kiedy słyszę, że ludzie nie mogli wytrzymać na jakimś filmie i wychodzili z sali kinowej, to ja zwykle nie wierzę i uznaję to za jakąś taką kryptoreklamę albo pseudoreklamę raczej danego filmu. Owszem, "Brinkerjack" momentami może być obrzydliwy, ale z drugiej strony, czy myśmy nie widzieli w kinie gorszych rzeczy? Myślę, że widzieliśmy. Nawet niektóre body horrory Cronenberga, które omawialiśmy, pokazywały ... że tak powiem, gorsze sprawy. Był też ten film z Demi Moore, który nawet kandydował do Oscara i też miał przerażać przemianami, które zachodziły w głównej bohaterce.
Ja myślę, że tutaj "Bring Her Back" nie wypada jakoś szczególnie. To może jest po prostu bardziej realistyczne. Mniej tam widać efektów specjalnych. Pod tym względem jest to na pewno bardziej poruszające dla niektórych. Także tutaj kolejne wielkie plusy. To jest jeden z tych niewielu horrorów nakręconych w ciągu ostatniej dekady, który mi się naprawdę podobał. Przy czym, to też jest trochę dziwne, że to niekoniecznie jest film, do którego bym chciał wrócić bardzo szybko. To wrażenie, które on zrobił na mnie, chcę w sobie zachować. Nie wiem, jak by było przy drugim podejściu. Co jeszcze tutaj warto powiedzieć?
Jeżeli chcecie go ocenić, to polecam te wszystkie tytuły, które tutaj padły: "Hereditary", "Midsommar" i tak dalej. One są generalnie do siebie troszeczkę podobne. Nie jestem filmoznawcą, nie wiem, jak nawet określić ten stopień podobieństwa, ale wynika to poniekąd z narracji, z prowadzenia tej całej historii i sposobu przedstawiania historii. Powrócę do tego wątku, który pojawił się w mojej poprzedniej wypowiedzi, czyli ta prostota. De facto okazuje się, że czasami takie historie są banalne, bo tak naprawdę jakbyśmy rozebrali to na czynniki pierwsze, to jest taka trochę opowieść o Jaś i Małgosi. Ale nikt nie powiedział, że historie proste, że historie nawet wyświechtane, jak to się mówi, nie mogą być przetworzone w coś, co będzie miało naprawdę wysoką wartość. Także dla mnie "Bring Her Back" bezsprzecznie jest chyba od czasów... Nie, były jakieś jeszcze dobre horrory, pamiętam, które markowaliśmy. Pamiętam, był taki horror południowoamerykański. Tam akurat narzekaliśmy, że był super, tylko że to otoczenie, ta kultura może nie do końca do nas przemawiała.
Ja nie pamiętam tytułu. Natomiast tak na podsumowanie to chciałbym powiedzieć, że chyba twórcy horrorów powinni się od braci Pilipów uczyć. Dodatkowo pod tym względem, że "Bring Her Back" chyba nie był filmem zbyt kosztownym, nie pochłonął zbyt wielu środków. Może się za bardzo tym wszystkim zachwycam. Może niektórzy uznają, obejrzawszy wspomniany film, że zachwycam się za bardzo, nad wyraz, ale naprawdę bardzo rzadko trafiają się horrory w typie paranormal, które reprezentują tak zwaną klasę premium. Nie wiem, jakiego tutaj sformułowania użyć, ale gdybym realnie na to spojrzał, to jest dla mnie pięć na pięć. Pięć na pięć bez przesady. Nie zawsze coś takiego się zdarza. Gorąco polecam. Podkreślę jeszcze raz: nawet prosta historia w ręku sprawnego rzemieślnika filmowego potrafi nabrać wartości, może być wyszlifowana.
Szkoda, że podobne filmy pojawiają się rzadko.
[01:10:35] - Ja sądzę, że to jest film na etapie scenariusza niezwykle przemyślany, bo ten film można traktować jako złożoną opowieść o granicach ludzkiego cierpienia i pewnej desperacji, o desperackiej próbie przekroczenia granic śmierci, czegoś w tym rodzaju. Gdzieś tu pobrzękuje filozofia, bo mamy, ja przynajmniej miałem takie refleksje, że stykamy się z pewnym takim esejem filmowym na temat miłości i strachu przed utratą kogoś bliskiego. Ta główna filozofia filmu w jakimś stopniu zakłada, że miłość do zmarłego czy wiązanie do zmarłego może prowadzić do najokrutniejszych czynów w imię tego, żeby on chociaż na chwilę wrócił. Dalej coś, co nazwałbym granicami percepcji i byciem ofiarą, bo Piper to jest ta dziewczyna z rodzeństwa. Ona w dodatku jest niewidoma, a w każdym razie nie do końca postrzega świat. Raczej widzi plamy, raczej widzi światło i cień i to jest wszystko. Ona nie widzi świata, ale to nie czyni tej dziewczynki słabszej. Wręcz przeciwnie, ona ma intuicję, siłę emocjonalną i to tak naprawdę w jakimś stopniu daje jej przewagę, o czym się państwo przekonacie oglądając film. Może nie przewagę, a w każdym razie daje jej to siłę. Tam są też przemyślenia dotyczące żałoby i czegoś, co nazwałbym destrukcją, bo te postacie filmowe utknęły jakby w takiej spirali emocji.
Bo Laura, ta rodzina zastępcza, ona w jakimś takim obsesyjnym, nieustannym powrocie Próbie powrotu do utraconej córki. Bo tego nie mówiliśmy, ta Laura miała kiedyś córkę. Z kolei Andy i Piper to rodzeństwo. Walczą o coś, co nazwałbym ponowne zdefiniowanie rodziny. Bo jak zmarł ojciec na początku filmu, mieliśmy wrażenie, jakby ich rodzina się rozpadła. Ale to tylko złudzenie. To rodzeństwo jest bardzo silnie ze sobą związane, potrafi o siebie walczyć. To nie jest film z happy endem, albo może nie z takim całkowitym happy endem. No cóż, mamy tam sytuacje, których się pewno nie spodziewamy, bo to nie jest sztampowy film, w którym pewne schematy są powielane. Myślę, że bardzo dobrze, bo jednak jesteśmy zaskakiwani.
I podobnie jak Piotr, ja nie będę mówił o punktach, bo nie potrafię tego robić, ale mówiłem to na początku, ten film sprawił, że zdecydowanie chciałem obejrzeć go do końca. Nie czekałem, aż wreszcie się skończy i miną te przeznaczone na niego minuty. Nie, w jakimś stopniu byłem zafascynowany tą historią, a ona nie jest oczywista, bo w pewnym momencie kilka rzeczy nam się wydaje. Co więcej, mamy nadzieję, że to się potoczy w innym kierunku. Oczywiście się nie toczy. I powiem państwu, że to jest film, który zostawia ślad. I bardzo dobrze. Jak już to nie jest film akcji, to niech zostawia właśnie ślad i zdecydowanie zostawia. Ja też bardzo państwu polecam. Nie wiem jak państwo, ale ja miałem kilka ulubionych dobranocek, kilka ulubionych filmów i sporą część tych dobranocek i tych filmów stanowiły produkcje czechosłowackie.
No tak, nie ma już takiego państwa. Ale było i kojarzy mi się mocno z czasami PRL-u. Ale żeby przejść do rzeczy. Artur Wójtowicz, Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba. Przypomnimy, porozmawiamy o czechosłowackich serialach i filmach. Filmach, które można było oglądać w TV za czasów PRL-u. Poprawka: można je oglądać do dzisiaj, ale kojarzą się bardzo mocno z czasami, o których powiedziałem. Kojarzą się chociażby dlatego, że tej Czechosłowacji, w której zostały wyprodukowane, po prostu już nie ma. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny sentymentalnik.
Czas zacząć. A dzisiaj znowu we trójkę. Artur Wójtowicz. Dzień dobry wieczór.
[01:16:12] - Witam serdecznie.
[01:16:13] - No i oczywiście Piotr Cielebiaś.
[01:16:16] - Witam. Dobry wieczór, dzień dobry wszystkim, panom również.
[01:16:22] - Tak. A dzisiaj porozmawiamy o czeskich serialach. W ogóle czeskie seriale, czeskie kino było w PRL-u dosyć popularne. Ja do dzisiaj wspominam z rozrzewnieniem taki film, jeszcze nie serial, ale film „Jak utopić doktora Mraczka”. Do dzisiaj lubię ten obraz, do dzisiaj on mnie chwilami bawi, chociaż widziałem go naprawdę wiele razy. Ale coś w tym było, że spośród wielu seriali, które były emitowane przez ówczesną Telewizję Polską, najbardziej popularne były te właśnie od naszych południowych sąsiadów. Bo wiadomo, że radzieckich seriali i filmów się nie oglądało, nie lubiło. Bo tak wtedy było. Czasami to były całkiem niezłe seriale i filmy, ale się nie lubiło i nie oglądało. O enerdowskim kinie i enerdowskich serialach pozwólcie państwo, że się nie będę wypowiadał.
Zostali nam ci Czesi. I rzeczywiście to było pewne zjawisko, to kino czeskie, te seriale czeskie. Jak to było u was? To znaczy jakie seriale czeskie najlepiej wspominacie? Może zacznijmy nawet od tych dziecięcych. Zawsze „Rummcajs” i „Krecik” będą gdzieś tam na czele. Przynajmniej ja od tego zaczynałem czeską kinematografię. Ale nie ograniczajmy się tylko do kreskówek. Co się podobało w tych serialach i jakie to były seriale, Arturze?
[01:18:16] - Mi się wydaje, że bardzo trafnie powiedziałeś odnośnie tych seriali czeskich i czechosłowackich, bo one rzeczywiście cieszyły się w PRL-u ogromną popularnością, dużo większą niż na przykład produkcje radzieckie czy węgierskie. Dlatego że chyba one były zabawne, życiowe, świetnie zagrane i miały w sobie to coś, co sprawiało, że widzowie polscy czuli się, bym powiedział, jak u siebie. Jeśli chodzi o pytanie, jakie seriale ja pamiętam albo jakie ja wspominam dosyć miło, to przede wszystkim wiadomo „Szpital na peryferiach”, prawda? To patrzcie, jak to się zaczynało i zawsze po czesku było „Nemocnice na kraji města”, prawda? Czyli „Szpital na peryferiach”. To było bardzo ciekawe, dlatego że tam pokazywano te postacie lekarzy, te dramaty pacjentów, ten- Klimat tego szpitalnego świata. Wspomniałeś o Kreciku, o Rumcajsie, ale przecież był jeszcze Pat i Mat, czyli sąsiedzi, jeśli chodzi o serial animowany. To była taka, bym powiedział, zabawa bez słów. Taki czeski humor w czystej postaci. Mi się wydaje, że tą kreskówkę lubiano za takie absurdalne, ale bardzo życiowe podejście do codziennych problemów.
Co drażniło w tym mnie? Chyba to, że te odcinki były bardzo krótkie, bo przecież cały tydzień wieczorynka to były 10-minutowe bajki, a tylko w niedzielę się czekało na półgodzinną „Pszczółkę Maję”. Oczywiście, jeśli chodzi o seriale czeskie czy czechosłowackie, to mamy „Arabelę”. Tutaj to połączenie świata bajki, rzeczywistości jest bardzo ciekawe, dlatego, że pokazywano czarodziejski świat. Albo weźmy sobie na przykład „Latającego Czestmira”. Nie wiem, czy pamiętacie, takie tutaj były kwestie magicznych kwiatów i nadludzkich zdolności tego chłopca. Tutaj akurat mnie bardzo drażniło to, że w tym filmie było takie moralizatorstwo niektórych wątków. Też jeszcze pamiętam „Majora Zemana”. To tutaj był taki kryminał czeski, ale to była dosyć silna propaganda i polityczna wymowa wielu odcinków. Jeszcze dwa seriale mi zapadły głęboko w pamięć.
Po pierwsze „Kobieta za ladą”, czyli „Żena za pultem” po czesku. To było bardzo ciekawe, bo to też pokazywało rzeczywistość sklepów spożywczych zarówno w Czechach, jak i w Polsce, chociaż w Czechach było z tym troszkę lepiej. Jeszcze pamiętam, byłem zagorzałym fanem serialu „Pod jednym dachem”, gdzie tych dwóch sąsiadów było Czechów i oni mieli różne perypetie i się w tej sąsiadce podkochiwali. Dlaczego Polacy w ogóle pokochali te czeskie seriale? Wydaje mi się, że dlatego, że tam były podobne realia. Były bloki, były kolejki, były kartki, były tramwaje, były wszechobecne dresy. Był taki ciepły, autoironiczny humor tego wszystkiego, bo Czech potrafił śmiać się sam z siebie. W przeciwieństwie do wielu pompatycznych produkcji ZSRR, które wówczas były. Tam był brak patosu i moralizowania, bo ci bohaterowie byli zwyczajni, byli niedoskonali, byli bliscy. Było świetne aktorstwo też, bym powiedział, bo tam byli ciekawi aktorzy: Jana Brejchová czy Vladimír Menšík, czy Josef Abrahám.
I taki był magiczny jeszcze realizm, bo na przykład weźmy sobie wspomnianą przeze mnie „Arabelę”, która dawała oddech i rozrywkę całej rodzinie. Ale też te seriale na swój sposób potrafiły troszeczkę, przynajmniej mnie, drażnić. Bo weźmy sobie ten „Szpital na peryferiach”, o którym mówiłem. Tam była, jak dla mnie, bardzo powolna akcja tego wszystkiego. Szczególnie w tych bajkowych różnych produkcjach przerysowani byli ci źli bohaterowie. Czasami w tych serialach dla młodzieży było zbyt dużo moralizowania. I już ten wspomniany przeze mnie propagandowy „Major Zeman” i tych innych kilka seriali o milicji w Czechach, to też tam były takie propagandowe wstawki. To są takie moje przemyślenia na temat seriali czeskich czy czechosłowackich.
[01:22:42] - Jotrze Piotrze, a twoje wspomnienia czechosłowackie czy czeskie i słowackie?
[01:22:50] - To wygląda w ten sposób, że ja w dzieciństwie, u nas się odbierało czechosłowacką telewizję i na przykład oglądałem dwie „Dobranocki” bardzo często, czyli tamtejszy „Wieczernik”. Pewnie źle to akcentuję, jakoś tak bardziej po rusku wyszło. Ale ten „Wieczernik” i naszą „Dobranockę”. One nie były nadawane w tych samych godzinach, w różnych. I zawsze mi się wydawało, że ten „Wieczernik” to taki bidny jest, że w ogóle to taka bida w tych Czechach. Czeska telewizja była charakterystyczna, ona była trochę inna od naszej. Jak się to oglądało, to się miało wrażenie, że u nich jakoś tak sztywno jest to wszystko. Nie wiem, ja mam takie wspomnienie z dzieciństwa i wcale to nie były moje ulubione bajki. Było charakterystyczne to, że jak się oglądało ten czeski „Wieczernik” czechosłowacki, to oni w ogóle puszczali stare swoje bajki najczęściej. I te bajki były przeładowane folklorem.
Te „Makowe panienki”, „Wodnik Szuwarek” i tak dalej. Rumcajs oczywiście u nas najbardziej znany. Ale jeżeli chodzi o seriale dla dorosłych, to nie będę oryginalny i powtórzę to, co Artur powiedział, czyli „Chałupa Rič”, „Pod jednym dachem”, „Kobieta za ladą”, która mnie trochę drażniła, „Arabela”, której fanem wielkim nie byłem, no i „Szpital na peryferiach”. Ale zgodzę się z tym, że tam się wszystko działo w takim specyficznym tempie w tych serialach. Nasze były lepsze, dlatego że było więcej akcji, były bardziej realistyczne. Jak się oglądało te czeskie seriale, mam wrażenie, że wszystkie, to one były bardziej teatralne niż nasze. Może to też była przyczyna ich popularności. Natomiast u nas jak był serial, to był mniej grany, był bardziej realistyczny. Ja mam takie wrażenie po latach na przykład. A co lubiłem?
Co było fajne w serialach czeskich, czechosłowackich, to właśnie Vladimír Menšík, aktor, który grał chyba w większości, które żeśmy wymienili. W tych fabularnych oczywiście, poza „Szpitalem na peryferiach”. Aktor, który mi się zawsze dobrze kojarzy. To była taka ikona jak dla mnie.
[01:24:57] - Ja muszę powiedzieć, że troszeczkę mi się łza w oku zakręciła, bo przypomniałem sobie szereg innych jeszcze „Dobranockek” poza Rumcajsem na przykład. Bardzo nie lubiłem, dzisiaj to już się zastanawiam, może bym polubił. Nie lubiłem takiej bajki, która nosiła tytuł bodajże „Makowa panienka”. Makowa panienka była nudna jak flaki z olejem. Był tam motyl Emanuel, który był takim Don Juanem trochę. Nie lubiłem tej bajki, ale dzisiaj wspominam ją z pewnym sentymentem. Lubiłem na przykład inną bajkę. To były „Bajki z mchu i paproci”. Dwa jakieś takie krasnale, które sobie mieszkały wspólnie, co dzisiaj bywa wyciągane i uznawane za rzecz podejrzaną. Ale bajka była świetnie dubbingowana w języku polskim i w sumie zabawna.
Do dzisiaj pamiętam odcinek, w którym pewne ptaszysko, które ciągle mówiło: do licha, do licha, do licha, oduczyły te dwa krasnale tej frazy i przerobiły na zupełnie inną. To więc drugi serial „Bajki z mchu i paproci”. Był też serial, który też dobrze wspominam. On się nazywał bodajże „Psi żywot”. Staflik, Sztaflik i Spagetka to chyba tak to się nazywało w oryginale. Dwa psy, czarny, długi, taki jamnikowaty i biały, wyższy nieco i ptaszydło. Takie okropne ptaszydło, które z nimi w jakiś tam sposób rywalizowało czy psociło się. Było to zabawne, bo właśnie te czeskie filmy miały w sobie jakąś taką ludową, ale jednak zabawność. One chwilami ocierały się o przaśność taką, ale jednak to dziecko lubi się śmiać i śmieje się z czegokolwiek, nawet z niemieckich dowcipów o kopaniu się w tyłek. To strasznie jest zabawne, szczególnie jak się ma lat kilka bądź kilkanaście.
Cóż chciałbym jeszcze powiedzieć? Może to, że serial „Szpital na peryferiach” ja dlatego dobrze wspominam, pewno jeszcze o nim dzisiaj będziemy mówić, ale dlatego dobrze wspominam, że na tle produkcji, które pojawiły się potem już nie w PRL-u, to muszę powiedzieć, że to był serial wybitny. O coś w nim chodziło. Nie żebym się tu ekscytował za bardzo. Chodziło o to, co zwykle. Czy on kocha ją, a ona kocha jego. To między innymi albo przede wszystkim. Ale przy okazji praca szpitala była pokazana i to chyba w ciekawszy sposób niż w wielu serialach, które nam się serwuje współcześnie. Być może one są doskonalsze. Być może jakieś fantomy broczące krwią są super, ale tamten serial miał pewien nastrój i pewną prawdę, cokolwiek to znaczy.
Prawdę o tym szpitalu, o tym miejscu, które może nie jest najprzyjemniejsze, ale jednak czasami bywa przydatne. To „Szpital na peryferiach”. Kto z państwa nie słyszał o Gołębicy? O tym, jak doktor Strosmajer powiedział pewnej pielęgniarce, co sądzi o jej inteligencji? Pewno każdy to pamięta. Piotr natomiast wspomniał, nie tylko Piotr zresztą, o „Arabelli”. Ja tylko przypomnę, że była „Arabella” kręcona w latach 70. i ona była emitowana w Polsce między innymi w „Ekranie z bratkiem”. Wtedy to było coś. Nie dość, że dubbingowane, to rzeczywiście takie dosyć magiczne, jeśli nawet przerysowane, to w taki zabawny sposób.
Długie, dużo odcinków. Super! Dużo, dużo później dowiedziałem się, że na przełomie lat 80. i 90. już w czeskiej telewizji nakręcono kontynuację i to długą, bodajże ponad 20 odcinków. Drugą „Arabellę”. Już nie było oryginalnej Arabelli, nie było tej aktorki. Ale to nic nie szkodzi. Sama opowieść była znowu dostosowana do wieku oglądających, czyli do jednak dzieciaków. Była magiczna.
Chwilami tam się pojawiały takie wtręty jakby nie dla dzieci. Jakby już wtedy ktoś wyczuł ten trend, że przy serialu dla dzieci muszą się bawić zarówno dzieci, jak i dorośli. Więc tam się co jakiś czas w tym serialu, w tej drugiej części Arabelli pojawiały takie mrugnięcia okiem do dorosłej widowni. Mnie to zawsze bawi. Zawsze to bawi. Podobno to jest przejaw prymitywizmu, jak mi to wytłumaczył jeden z krytyków filmowych, że takie działanie, kiedy się do dzieci mówi, a jednocześnie puszcza oko do rodziców, to jest prymitywne, głupie i niegodne. Być może. Ale ja jednak lubię tego rodzaju zabiegi i dlatego zarówno pierwsza „Arabella”, jak i druga „Arabella” bardzo mi się podobały. Owszem, tam były dłużyzny, tam były pewne uproszczenia, ale była też pewna jadowitość. Nie do systemu, nie do polityki, raczej do pewnych ludzkich zachowań.
Ale to też bywa zabawne. Tak dla porządku dodam tylko, że w tak zwanym międzyczasie, czyli pomiędzy pierwszą a drugą „Arabellą” Czesi. W każdym razie czechosłowacka dystrybucja w 80. latach nakręciła film pełnometrażowy o Rumburaku. Jak sobie radzi w naszej rzeczywistości, bo przypomnę, „Arabela” rozgrywała się na dwóch planach: w krainie baśni i w naszej rzeczywistości. Rumburak musiał sobie w naszej rzeczywistości jakoś poradzić, stąd ten film pełnometrażowy. To tyle moich wspomnień, jeśli chodzi o te seriale, które wymieniliśmy. Ale tak sobie myślę, zapytam jeszcze, żeby postawić kropkę nad i. Jak wy wspominacie te przygody doktora Sowy, doktora Strossmayera? Wiem, że wracam, ale jak wspominacie serial „Nemocnica na kraji mesta”, czyli „Szpital na peryferiach”?
Co was tam fascynowało albo nie fascynowało, Arturze?
[01:32:14] - Ja tylko jeszcze zrobię takiego wkręta, bo mówiłeś o tej bajce z psem i tym strasznym ptaszyskiem. Nie wiem, czy to przypadkiem nie była Daszeńka czeska, ale zdecydowanie „Szpital na peryferiach” był nie tylko serialem, ale to było, moim zdaniem, takie zjawisko społeczne i to zresztą po obu stronach granicy, bo w Polsce cieszył się popularnością porównywalną z późniejszymi hitami, naszymi polskimi typu „07 zgłoś się” czy „Dom”. Wiele osób naprawdę żyło losami doktora Sowy, przeżywało dramaty pacjentów i często też cytowało kąśliwe uwagi doktora Strossmayera przy rodzinnych obiadach. Ja bym powiedział, że „Szpital na peryferiach” to był serial legenda. Po pierwsze to był poważny serial medyczny z bloku wschodniego, z realistycznymi operacjami, dylematami etycznymi, życiowymi dramatami. To byli bohaterowie z krwi i kości, z wadami, słabościami, ale też i z ogromnym sercem. Było świetne aktorstwo, bo tam był między innymi Ladislav Chudík. On grał właśnie doktora Sowę czy Miloš Kopecký był doktorem Strossmayerem. Tam był w ogóle taki bardzo śmieszny, ironiczny, czeski klimat. Troszeczkę nieco melancholijny, pełen ciepła, z taką nutą sarkazmu.
I pojawiały się przede wszystkim realne problemy, bo były kolejki do operacji, były konflikty między lekarzami, był alkoholizm, były zdrady, była niepewność zawodowa i wszystko to znajdowało swoje odbicie w tym serialu. Dwie takie postacie, o których wspomniałeś, czyli doktor Sowa senior, który był poważny, spokojny, ustatkowany, nieco surowy nawet i doktor Strossmayer, jego przeciwieństwo, kompletny, ironiczny, inteligentny, który miał cięty język. I właśnie on wypowiedział w jednym z odcinków te słowa. Wiele osób zna to zdanie i ten cytat, a prawdopodobnie nie wie, że ten cytat pochodzi z tego filmu, bo w jednym z odcinków doktor Strossmayer powiedział, że gdyby głupota umiała fruwać, unosiłby się pan pod sufitem jak gołębica. Ten serial można było zapamiętać. Dlaczego? Dlatego, że te operacje, które były tam przedstawiane, naprawdę robiły wrażenie realizmu, jak na swoje czasy oczywiście. Były tragiczne wypadki, były dramatyczne rozmowy gdzieś tam w korytarzu, były romanse między lekarzami też. Były też relacje międzypokoleniowe. Było ciągłe przede wszystkim napięcie między nowoczesnością a tradycją, między etyką a systemem.
Nie wiem w ogóle, czy wiecie, że w latach 80. powstała kontynuacja tego serialu, bo pojawił się „Szpital na peryferiach” po 20 latach. A później pojawiły się też kolejne sezony tego. Część widzów w ogóle przyjęła to wszystko z taką nostalgią. Inni w ogóle czuli, że magia tego pierwowzoru gdzieś uleciała. Bo w ogóle nowe wersje miały lepszą technikę, ale trudniej było im uchwycić autentyczność ducha tej epoki, która była w tej pierwszej serii. Jak go wspominam? Mi się wydaje, że go wspominam z sentymentem, bo dla pokolenia, które dorastało w latach 70. i 80., to powiem szczerze, że to był pierwszy serial dla dorosłych, który oglądało się z rodzicami. To był okno na świat dorosłości czy etyki, czy różnych trudnych wyborów.
Oczywiście tam były niezliczone cytaty, żarty i te takie rodzinne przekomarzanki, prawda?
[01:35:50] - Tak. Jeżeli chodzi o kontynuację „Szpitala na peryferiach”, to ja to oglądałem. Tylko że ja nie wiem, ile tych kontynuacji było, bo na pewno była ta z 2003 roku i to było emitowane w polskiej telewizji. I to było nawet fajne. Tylko że oczywiście nie było części tych starych aktorów. Ale tutaj wszystko w zasadzie powiedziałeś, co można o tym serialu powiedzieć. Był bardzo specyficzny, nie przypominał seriali medycznych, które się później pojawiły. Ja może słówko o nich powiem, bo to było też tak, że „Szpital na peryferiach” był bardzo popularny w Polsce. Pamiętam, że go oglądano. On był emitowany wiele razy, ale potem jego popularność została przyćmiona przez podobne produkcje, na przykład z Niemiec.
Pamiętam, że był taki serial, ale on był trochę później, o jakimś doktorze z wioski alpejskiej. Było też polskie „W labiryncie” dziejące się w środowisku szpitalno-lekarskim. Potem „Ostry dyżur”. To wszystko inne, wszystkie nowe. I ten „Szpital na peryferiach” został trochę zapomniany. Mieliśmy przecież też, że tak powiem, satyryczną polską wersję „Szpital na perypetiach”, gdzie nawiązywano przecież do tego czeskiego serialu w jakiś sposób. Także
[01:37:10] - Wydaje mi się, że był to naprawdę dobry serial. Dzisiaj się już takich nie robi, chociaż dla niektórych oczywiście może trącić myszką. Druga sprawa, bo jeszcze nawiążę do Arabelli. Nie byłem jej wielkim fanem, przyznam, ale to był taki specyficzny okres. Myślę, że my się do niego jeszcze odniesiemy, dlatego, że Arabela, nie wiem akurat, czy ona, ale jest ważnym krokiem w produkcjach, które się pojawiają oczywiście na całym świecie i osadzone są w realizmie magicznym czasami, czasami są osadzone w jakichś fantastycznych światach. Pojawiają się te produkcje zachodnie, ale też po drugiej stronie żelaznej kurtyny mamy bum na fantastykę, na bajkowe czasami produkcje. To też w Polsce jest Pan Kleks, trochę przaśny. Potem mamy Pierścień i Różę, która próbuje konkurować chyba z Arabelą. Mamy wiele innych zapomnianych do dziś filmów i seriali zza żelaznej kurtyny, podobnych, w podobnym tonie, czyli osadzonych w bajkowym świecie. My do nich będziemy jeszcze chyba wracać, bo niektóre z nich są absolutnie zapomniane.
My pamiętamy Pana Kleksa, pamiętamy Siedem życzeń, pamiętamy Diabła piszczałkę, ale były jeszcze inne. Były inne, takie trochę bardziej poważne, jak Alchemik z Endziwilli na przykład. Myślę, że daje to mocno do myślenia, ale oczywiście trzeba powiedzieć, że Czesi też eksperymentowali w serialach science fiction i mieliśmy na przykład Gości, mieliśmy Majkę z kosmosu, mieliśmy jeszcze jeden serial, którego nie pamiętam, a który Artur wymienił, tego latającego Czysmira również, gdzie ten wątek science fiction był, chociaż on nie był taki, jak my byśmy sobie życzyli wszyscy. To było science fiction, ale było takie specyficzne jak dla mnie, także jakoś mnie to wybitnie nie porywało. Ale pamiętam, że było, a potem nagle się urwało. Chyba mało kto dzisiaj o tych serialach pamięta.
[01:39:19] - Ja za chwilę przepytam panów jeszcze z Arabelli, ale tytułem uzupełnienia, jeśli chodzi o Szpital na peryferiach, bo ja pamiętam, on był emitowany w latach 80. Dzisiaj to się wydaje oczywistą oczywistością, ale wtedy oczywiste nie było, bo pierwsza seria Szpitala na peryferiach powstała w '77 roku. To było 13 odcinków i to było wyemitowane przez polską telewizję, a potem nagle ogłoszono, że będzie kontynuacja, bo Czesi, wtedy jeszcze Telewizja Czechosłowacka nakręciła w '81 roku. Ta pierwsza seria była w '77, a druga seria w '81 miała siedem odcinków. Ale sam fakt, że widzowie przyzwyczaili się do bohaterów i później oni powrócili w drugiej serii, to było super. Wtedy takie rzeczy się nie zdarzały, a tutaj wrócili bohaterowie. Było super. A ta kontynuacja, czyli Szpital na peryferiach po 20 latach, przyznam się szczerze, że nie widziałem. Tego już po prostu nie widziałem. Natomiast te 20 odcinków łącznie pierwszego i drugiego sezonu owszem, oglądałem i owszem, porwały mnie.
Jak sobie dzisiaj pomyślę, to aż się zastanawiam, co w tym serialu było, skoro ten serial porwał takiego późnego nastolatka, a właściwie gościa, który nie powinien takich seriali oglądać. Zupełnie inne powinny go rzeczy interesować, a jednak ten serial mnie przyciągnął. Oglądałem i to nawet z zadowoleniem. Tak, to było zjawisko. W przeciwieństwie do Kobiety za ladą, to już niespecjalnie mnie podekscytowało. To było raczej takie, że nie porwało mnie. Przejdźmy może spokojnie do fenomenu Arabelli. Dużo już o niej powiedzieliśmy, to powiedzmy jeszcze więcej. Była mowa o realizmie magicznym, o kinie fantastycznym, właściwie kinie fantasy. Ale wtedy, kiedy Arabela była emitowana po raz pierwszy, o fantasy to nikt w Polsce, może nie nikt, ale niewielu w Polsce słyszało, bo to był przełom lat 70.
i 80. Czerpanie z bajek, humor specyficzny, ale jednak humor, który porywał. Kiedy się porówna tę produkcję Arabelli, produkcję czechosłowacką z naszym na przykład Panem Kleksem, który jest przaśny, to i tak łagodne określenie. Pan Kleks był po prostu pszennoburaczany. Moim zdaniem to jest bardziej dołujące określenie. Arabela wypadała magicznie, kosmicznie, niesamowicie. Piotrze, ponieważ ty nie jesteś fanem, to ty powiedz pierwszy.
[01:42:39] - Ja nie powiem zbyt wiele. To, co miałem powiedzieć, to powiedziałem. Kiedy Arabela leciała, to chyba mnie jeszcze nawet nie było, ale kiedy leciały powtórki, to jako dziecko jakoś nie potrafiłem się wciągnąć w ten świat. Było to dla mnie trochę infantylne.
[01:42:58] - A przerwę. Było z dubbingiem czy bez dubbingu?
[01:43:01] - Jest to chyba z... To było w polskiej telewizji.
[01:43:05] - Tak, ale czasami ten dubbing później ucieka. Ja do dzisiaj nie mogę odżałować na przykład, że Arsène Lupin Obecnie jest niedostępny z polskim dubbingiem, bo Arsène Lupin dubbingował w wersji polskiej Pokora. Tego dzisiaj nikt nie wie, bo dzisiaj wszyscy Arsène Lupin w tej pierwszej odsłonie, dzisiaj jest to oryginał. Po prostu się ogląda z tłumaczem albo z napisami, a wtedy był piękny dubbing, więc wcale nie jestem pewien, czy oglądałeś z dubbingiem, bo muszę powiedzieć, że dubbing robił robotę. Był naprawdę perfekcyjny.
[01:43:50] - Natomiast wiem, że to było ogromnie popularne. Było też dość często nadawane w okresie, który już pamiętam. A potem ta popularność Arabelli jakoś malała, malała. I tyle mogę powiedzieć. Ale odniosę się jeszcze do „Kobiety za ladą”, bo to pamiętam lepiej, bo to oglądałem już całkiem świadomie. W sumie to już powtórki były jakieś takie grube i ten serial z jednej strony był wciągający, ale z drugiej strony był irytujący dość mocno, bo był bardzo dydaktyczny momentami. To wcale nie chodziło o to krojenie sera. A pamiętam też miny i komentarze wszystkich tych, którzy patrzyli na asortyment dostępny w tym sklepie czechosłowackim, praskim w tamtych latach. Do dzisiaj u nas takich sklepów nie ma, a wtedy tam był. To był sezam skarbów po prostu.
Tam nie było rzeczy niedostępnych. Delikatesy jednym słowem. I pamiętam tą scenę, kiedy ona zapoznała tego pana swojego właśnie chyba, który kanapki u niej kupował. I też się zastanawiałem, jak to w ogóle w Czechach kanapki sprzedają w sklepie. Niemożliwe. Po latach sobie ten serial przypomniałem i muszę powiedzieć, że jakoś jest jeszcze gorzej. Znaczy on jest dobrze zrobiony, to jakoś jest interesujące, ale irytuje taka powaga. Właśnie ten moralizatorski ton, który czasami się pojawia ze strony bodajże matki głównej bohaterki i tak dalej, te jej relacje z dziećmi to wszystko takie sztuczne jest. Także ja tak ten serial wspominam. Natomiast jeżeli chodzi o Arabelę i podobne produkcje, pokrewne produkcje osadzone gdzieś tam w świecie bajek, czyli do fantasy, tak jak Pan Kleks, jak Arabela i tak dalej, to mnie jako dziecko nie interesowało.
To mnie nie porywało. Ja wolałem po prostu dark fantasy, które kojarzyło się z He-Manem, bo to było dla mnie nawet jako dla dziecka zbyt dziecinne.
[01:45:55] - Arturze, a twoje refleksje o Arabelli i jej kontynuacji?
[01:46:00] - Zanim do Arabelli przejdę, to tutaj ruszyliście tą żenę za pultem, kobietę za ladą. Ja mam wrażenie, że odpowiednikiem kobiety za ladą to był nasz Czterdziestolatek, bo to mniej więcej o to samo chodziło. Natomiast Arabela to jest jeden z tych seriali, które wydaje mi się, że zostają na zawsze w pamięci. Nie tylko przez ten bajkowy świat, ale i przez te barwne postacie, ale dlatego, że on idealnie trafiał do wyobraźni dzieci z czasów PRL-u, bo rzeczywistość w PRL-u była bardzo szara, a rozrywki były tak naprawdę ograniczone. Arabela przychodziła praktycznie z innego świata, dosłownie. I ona przynosiła magię, której wtedy właśnie w PRL-u brakowało. Arabelę w ogóle wyemitowano w 1983 roku. I tu ciekawostka, bo nie jest to produkcja czeska, ale Arabela to była czesko-niemiecka, czesko-NRD-owska produkcja, tak na marginesie. I ta produkcja stała się hitem. I to wydaje mi się, że nie tylko dla dzieci, bo to był taki odpowiednik czy Harry'ego Pottera obecnego, czy Shreka obecnego.
Przy Arabelli to całe rodziny siadały, tak mi się wydaje. Co takiego ciekawego? Dlaczego to był taki fenomen? Wiecie, słuchajcie, to był taki realizm magiczny w wersji PRL-u, bym powiedział, bo z jednej strony był telewizor lampowy, domy z wielkiej płyty, no i taka zwyczajna czechosłowacka rodzina. Natomiast z drugiej strony był to świat bajek, magiczny pierścień, jakieś teleporty, jakieś gadające pierścionki, jakieś śmiertelnie poważne dylematy między tym światem ludzi a światem baśni. Bo dzięki temu filmowi świat baśni był, powiedziałbym, dziwnie bliski, bo takie postacie jak Rumburak czy król Hiacynt, czy ta czarownica, czy wilk z bajki nie były tylko takimi bajkowymi kukłami, ale one miały swoje emocje, one miały intrygi, knuły intrygi. Były tam problemy też, prawda? Więc ta kraina bajek była pełna chaosu, przekory, humoru. Powiedziałbym, że to była taka parodia realnego świata, ale troszeczkę z większą nadzieją, bym powiedział. Oczywiście wiadomo, że fantastyczni aktorzy tam byli, bo Arabelę grała wtedy Jana Najowa, piękna, subtelna, uosobienie dobra, łagodności.
Rumburakiem był Jiří Lavus. To był naprawdę taki genialnie zagrany czarny charakter. Złośliwy, ale nie do końca zły. Niektórzy twierdzą, że do dzisiaj jest uważany zresztą za jeden z takich najlepszych czarnych bohaterów dzieciństwa. No i oczywiście był pan Mayer, który też w wielu filmach występował. Niby to jego synowie, czyli ta niby zwykła rodzina, a jednak to był klucz do losów obu światów. No i dziesięć lat później, szczerze mówiąc, bo w 1993 roku Czesi wypuścili „Powrót Arabelli”, która była już, bym powiedział, troszeczkę gorzej przyjęta, bo ta magia gdzieś w tej kontynuacji się moim zdaniem ulotniła. I mimo to te postacie z Arabelli powracały w innych czeskich produkcjach, a ten styl serialu wpłynął na późniejsze te bajkowe i satyryczne fabuły. Tych państwach bloku wschodniego. Oczywiście, podczas gdy Czechosłowacja dała światło Arabelly, która była lekka, błyskotliwa, pełna dowcipu, to Polska wystrzeliła z naszym panem Kleksem.
I choć Kleks ma też wielu fanów, to jednak jego świat był bardziej teatralny, szkolny momentami też i, tak jak wspominacie, dydaktyczny i przaśny. Podczas gdy Arabela była subtelniejsza, bardziej nowoczesna. To tak naprawdę z Arabeli zapamiętałem przede wszystkim dźwięk tego magicznego dzwoneczka. Również ten pierścień, który spełniał życzenia, ten strach przed Rumburakiem, ale też i sympatię do jego postaci. I ten gag z bajkowym pilotem do telewizora. Szczerze mówiąc, Arabela moim zdaniem trwałe wyryła się w mojej pamięci.
[01:50:20] - Ja jeszcze powiem, że być może rzeczywiście NRD współpracowało, ale tak naprawdę przy tym serialu palce maczała stacja zachodnioniemiecka z Köln, z Kolonii. Być może dlatego później oryginalna Arabella z pierwszej serii już w drugiej serii nie występuje, bo wyszła za mąż za kogoś z Niemiec Zachodnich. I tak się później porobiło, że w powrocie samej Arabeli, oryginalnej przynajmniej, już nie było. Zastąpiła ją inna aktorka. Cóż jeszcze chciałbym powiedzieć o tym serialu? Może to, że tak się jakoś porobiło, że oryginalna Arabella miała bodajże 13 odcinków. Kontynuacja miała tych odcinków chyba dwa razy tyle – 26. To jest sposób oczywiście na to, jak robić kasę, jak tę kasę ewentualnie pomnożyć i tak dalej. Powiem w ten sposób, że rzeczywiście coś w tym jest. W drugiej Arabeli, w "Powrocie Arabeli" jest tak, że tam nad magią zaczyna królować humor.
Humor taki odnoszący się do naszej rzeczywistości, pokazujący pewne jej niedociągnięcia, tak to określmy. I ja nie do końca kupiłem ten pomysł. To znaczy dalej lubiłem to, co się działo w świecie baśni. Tam było zabawnie, nie zawsze tak zabawnie jak w pierwszej serii, ale jednak zabawnie. Ale muszę państwu powiedzieć jeszcze jedną rzecz, że pierwsza Arabella była znakomicie skonstruowana, jeśli chodzi o scenariusz. Artur powiedział o dzwoneczku. Przypomnijcie sobie państwo, ci, którzy sięgają pamięcią do Arabeli, jakie jest otwarcie tego serialu. Pewni ludzie siedzą w restauracji i zupełnie przez przypadek ten dzwoneczek jest uruchomiony i pojawia się Rumburak, czarodziej którejś tam kategorii. I to jest tak zaskakujące. To się tak pojawia znikąd, ni stąd, ni zowąd.
Tak się kręci współczesne seriale, tak się kręci współczesne kino. Nie tłumaczy się wszystkiego kawałek po kawałku, tylko wrzuca się widza niejako w świat przedstawiony. I tak właśnie tam zrobiono w dawnych czasach, bo Arabella powstała naprawdę bardzo dawno temu. Ona powstała na przełomie '80 i '81 roku. Była w Polsce emitowana w '83. To było inne kino zupełnie. Inaczej się wtedy w ogóle filmy, seriale produkowało. A tymczasem pewne zabiegi zastosowane w serialu, tym oryginalnym "Arabella", były bardzo nowoczesne. To do dzisiaj jakoś zostaje w pamięci i chyba za to tę oryginalną Arabellę cenię. A tę drugą Arabellę, "Powrót Arabeli", lubię.
Po prostu lubię na zasadzie sentymentu, bo w końcu w Sentymentalniku jesteśmy. I niejako na koniec, czy panowie pamiętacie jeszcze jakieś inne seriale, może filmy czechosłowackie, czeskie, o których warto byłoby jeszcze wspomnieć? Przypomnieć się po prostu. Arturze.
[01:54:17] - Powiem tak, że zdecydowanie Czechosłowacja, później Czechy i Słowacja, była w PRL-u prawdziwą potęgą filmów i seriali dziecięcych, zarówno tych aktorskich, jak i tych wszystkich animowanych, bo tam było ciepło, humor, subtelność i specyficzny wdzięk. Oczywiście ja mówiłem wcześniej o tym "Latającym czeskim Smirze". Bardzo ciekawy to był, ale troszkę moralizatorski, chociaż łączył tę fantastykę z codziennością. Ale nie wiem, czy pamiętacie, że był pan Tau. Pan Tau, taki elegancki jegomość z melonikiem, który nie mówił ani słowa, ale potrafił czynić i działać cuda. To był taki ukochany bohater dzieci z klasy i wyobraźni. I w ogóle też z tym czarodziejskim gestem. Pan Tau był pokazywany również w RFN wówczas i w Wielkiej Brytanii.
[01:55:06] - Genialny film.
[01:55:09] - Jeszcze były "Przygody Kuby i Pepe". Nie wiem, czy o tym pamiętacie. To byli tacy science fiction podróżnicy w czasie z roku 2484, którzy odwiedzali tą XX-wieczną Ziemię. Tam było świetne połączenie humoru, edukacji i wyobraźni. Coś w stylu takich, bym powiedział, czeskich Jetsonów. Był też taki dla dzieci serial, który nosił tytuł o babci, która odkręcała śruby. „O babičce, která si podvíjela s nabytkem”. Tak to ładnie brzmiało. Mniej znany serial, ale bardzo uroczy serial o takiej starszej pani, która rozmawiała z różnymi przedmiotami. Jeśli chodzi o te inne animacje, już wspominałem o sąsiadach, czyli Pat i Mat, Krecik naturalnie to już byli na tapecie, ale był też „Piesek i Kotek”.
I ty wspominałeś Marku też o „Makowej panience i motylku Emanuelu”. To taka nudna bajka, pełna bym powiedział poezji, nostalgii, subtelna, melodyjna, z animacją, ale bym powiedział, że chyba dla takich dzieci, które miały nutkę wrażliwości i tych elementów artystycznych, bo mnie akurat absolutnie makowa panienka nie porywała. Ale te czeskie seriale miały w sobie tą estetykę, ciepło, prostotę. Oczywiście czy Cypisek, czy Rumcajs czy Wodnik Szuwarek, o czym już było mówione, ale przede wszystkim miały zrozumiały język i miały bliskie realia. I myślę, że dlatego one były przez nas, Polaków kupowane w PRL-u.
[01:56:51] - Ja na przykład pamiętam, że w tych czeskich dobranockach, w tym „Wieczerniku” to tam były krótkie formaty, takie krótkie seriale i one czasami w ogóle nie były znane w Polsce, nie były puszczane u nas i na potrzeby tej audycji próbowałem sobie to jakoś rozkminić. Oczywiście nie pamiętam tego jakoś specjalnie dobrze, bo to były seriale po 10 minut, nawet często mniej. Tego jest mnóstwo. Muszę wam powiedzieć. Może to też było emitowane w Polsce, może nawet na pewno w jakichś blokach, natomiast nie było chyba emitowane w tych dobranockach, które ja pamiętam. Także jak sobie otworzycie tą kartę na Wikipedii, gdzie są spisane te wszystkie seriale animowane, czeskie, to okazuje się, że Rumcajs, Krecik to jest czubek góry lodowej. A przecież pamiętam, że w Polsce w ogóle był emitowany też serial o Cypisku, na przykład o tych psach, o których Marek mówił. Też to pamiętam. Też taka czeska wersja była. Ona przypominała trochę ten francuski „Był sobie człowiek”.
Też dotyczyła historii, z tego, co pamiętam. Także tego było mnóstwo. Nie wszystkie były fajne. Często to było właśnie takie mdłe jak ta pierońska makowa panienka. Ja nie wiem, kto to wymyślił. Natomiast jeżeli chodzi o czeskie, ale już czeskie seriale, to ja pamiętam taki bardzo fajny, współczesny. On może nie jest taki młody i nowy, ale polecam wszystkim „Ranczo pod zieloną siódemką”. Tam gra aktorka znana ze „Szpitala na peryferiach”. Super! To jest świetne.
Śmieszne przede wszystkim bardzo. Emitowane było w Polsce dość często. Teraz dawno go nie widziałem, ale naprawdę dobre. Także ta dobra passa Czechów, Słowaków może mniej, bo jakoś tak mniej słyszymy o tych słowackich produkcjach, ale Czechów na pewno ta dobra passa nie minęła. Może jeszcze kiedyś coś zobaczymy, może jeszcze o czymś kiedyś będziemy mówić, bo jest jeszcze, jak żeśmy wspominali ta warstwa science fiction w tym wszystkim. Może kiedyś do tego wrócimy.
[01:59:06] - Ja tylko jeszcze dodam na zakończenie, że jeśli są wszystkie rasy psów różnie pokazywane, to nie wiem, czy wiecie, ale w ogóle tylko w dwóch bajkach występował foksterier. Jednym to był nasz Reksio, który był foksterierem, a drugim właśnie była czeska Daszeńka Karola Čapka. I to jest też bardzo ciekawe, że jako wzorzec wzięto tutaj właśnie foksteriera.
[01:59:30] - Tak, Daszeńka Daszeńką, a właśnie „Psi żywot” to inny serial o dwóch psach. Natomiast ja pamiętam jeszcze kilka filmów, do niektórych z nich dzisiaj ciężko dotrzeć. Otóż była taka trylogia. To była „Klatka pełna ptaków”, „Walizka pełna złota” i „Tuba pełna piany”. Próbowałem ostatnio do tego gdzieś się dogrzebać, ale było trudno. Natomiast wiem, że jako dzieciak pękałem ze śmiechu. To jest produkcja z pierwszej połowy lat 70. Komediowa i dla dzieciaków naprawdę. Pewna nieporadność demonów zła, ale właśnie w wydaniu dziecięcym. Absolutnie rewelacyjna sprawa.
Przypomnę, to coś, co porywa po prostu. Coś, co sprawia, że chcemy oglądać takie kino. „Klatka pełna ptaków”, „Walizka pełna złota” i „Tuba pełna piany”. Nie wiem, czy pamiętacie, ale był też taki film „Trup w każdej szafie”. To też produkcja czechosłowacka. Później ten sam reżyser bodajże, „Adela jeszcze nie jadła kolacji”. Znowu zahaczające w pewnym stopniu o fantastykę. „Trup w każdej szafie” to kino gangstersko-kryminalne, ale parodia. Tak naprawdę parodia. Wspominałem o filmach różnych, ale myślę, że warto również przypomnieć taki znowu zahaczający o fantastykę „Dziewczyna na miotle”.
Roksana, która była w szkole czarownic, a później przeniosła się do naszej rzeczywistości. I tu się różne rzeczy, w sumie zabawne, działy. Czesi mieli coś takiego w swoim kinie, co sprawiało, że chciało się te filmy oglądać. Było to po prostu zabawne. Wspominałem w pewnym momencie o filmie „Jak utopić doktora Mraczka”. Dlaczego ja tak chętnie wracam? Po pierwsze dlatego, że są świetni aktorzy, ale po drugie dlatego, że poziom absurdu, a jednocześnie pewnej racjonalności. I tu zauważcie państwo paradoks: absurd, racjonalność. Da się połączyć? Teoretycznie nie, a oni to potrafili zrobić.
Oni – mam na myśli czechosłowacką telewizję, czechosłowackie kino. Potrafili to zrobić. Ja pamiętam, że w PRL-u na film „Jak utopić doktora Mraczka” waliły tłumy. Absolutnie tłumy. Później to puszczono w telewizji. To było święto na równi z innymi produkcjami, nawet zachodnimi. To się wydaje dzisiaj niemożliwe. Jak to, czeski film, komedia i zachodnie filmy? Tak, ponieważ niosło to w sobie taki ładunek dowcipu, pewnego zmrużenia oka, absurdu i tak dalej, że to mogło konkurować. Nie wiem, panowie, jak wy, ale ja mam wrażenie, że dzisiaj wystawiliśmy swoisty pomnik tej czechosłowackiej telewizji, kinematografii, serialom, filmom.
To naprawdę wyszło coś takiego, że nie wiem, jak to dzisiaj będzie odbierane. Dzisiaj, czyli gdzieś tak w końcu jesteśmy w zaawansowanej części XXI wieku, ale mam wrażenie, że czechosłowacka telewizja, czechosłowacki film potrafił przebić barierę przaśności, która była dosyć charakterystyczna dla bloku komunistycznego. I oni potrafili mieć to wszystko, jak to powiem trywialnie, w pompie i potrafili czasami naprawdę zabawne rzeczy robić. Ja się czasami zastanawiam, czy my dzisiaj mamy taki dystans do rzeczywistości, jaki miało czechosłowackie kino i czechosłowacka telewizja. Ale z tym pytaniem zostawiam zarówno was, panowie, jak i naszych słuchaczy. Pięknie dziękuję, Arturze. Pięknie dziękuję, Piotrze.
[02:04:08] - Dziękujemy.
[02:04:09] - Pozdrowienia.
[02:04:12] - No i proszę państwa, na koniec dzisiejszej audycji kolejna porcja prozy. Całkiem solidna porcja prozy. Dwa opowiadania, które pojawiły się w audycji 19 sierpnia 2022 roku. Dwa opowiadania. Pierwsze z nich napisała Maria Peplińska. Nosi tytuł „Duchy dawnego lasu”. Drugie opowiadanie autorstwa Dariusza Kraszewskiego nosi tytuł „Świnie”. Zapraszam.
[02:04:49] - Maria Peplińska, „Duchy dawnego lasu”. Kasym zbyt późno zdał sobie sprawę, że nie ma dla niego drogi ucieczki. Zaciskając dłoń na chropowatej gałęzi, mierzył wzrokiem przeciwnika. Krew huczała mu w uszach, pot zalewał czoło. Czas przestał płynąć. „Pomocy!” – krzyknął, ale odpowiedziało mu jedynie echo. 40 minut wcześniej. Kasym już dawno nie był tak podekscytowany. Jego dłonie drżały, a serce tłukło się w wątłej klatce piersiowej, jakby właśnie ukończył długi bieg. „Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?” Rudowłosy chłopak o piegowatej twarzy i w przykrótkich spodniach spojrzał na niego spode łba.
„Wiesz, co mówią o tym miejscu, prawda?” „Jedyne potwory, w które wierzę, to te w ludzkiej skórze” – powiedział Kasym, przecinając kolejne pręty nożycami do metalu. „Daj spokój, Nikki. Kiedyś był tu las, potem wojsko zaanektowało go na jednostkę, a teraz...” „A teraz to pustkowie zamieszkują potwory. Ajdar wszedł na minę przeciwpiechotną” – prychnął chłopak, odrzucając na bok narzędzia. „To jak, idziesz czy nie?” Mikołaj przestąpił z nogi na nogę. „Jak chcesz. Tylko nie licz potem, że podzielę się łupami”. Kasym przeszedł przez dziurę w płocie i zarzucił plecak na ramię. „Może chociaż weźmiesz ze sobą pył węglowy?” – zapytał Nikki, wyciągając przed siebie niewielki skórzany woreczek. „Tak na wszelki wypadek, gdyby...” „Już mówiłem” – zirytował się Kasym, odgarniając z czoła ciemne włosy.
– „Nie wierzę w duchy dawnego lasu. Gdyby istniały, uchroniłyby moją modlącą się do nich dzień w dzień matkę przed śmiercią z rąk tych bydlaków”. „Co mam powiedzieć, gdyby...?” – Nikki nie dawał za wygraną. „Nikt nie będzie pytać”. W głosie chłopaka nie było szalu. Już dawno pogodził się z tym, że wujostwo, które przygarnęło go po śmierci rodziców, nie interesuje się tym, co robi. Był po prostu jedną więcej gębą do wykarmienia. Ruszył przed siebie, pogwizdując cicho. Duchy lasu? Odstraszający je pył węglowy?
Kasym prychnął. Gdyby nie przeżył najazdu szabrowników, może i by w nie wierzył. Teraz już nie. Idąc, rozkoszował się błogą ciszą. Minął dawną wartownię, której blaszany dach pokryła rdza i drewniany wychodek. Spojrzał za siebie. Mikołaj jeszcze nie odszedł. Kasym pomachał mu ręką, na co rudzielec zasalutował. Chłopak uśmiechnął się mając w pamięci, jak wspólnie podkradali się w pobliże poligonu, by obserwować kontrolowane wybuchy. Pamiętał również, jak wojsko w nerwowym pośpiechu opuszczało teren jednostki.
Razem z przyjacielem byli świadkami, jak szeregowi wieszali na żerdziach tablice ostrzegające przed niebezpieczeństwem i oplitali furty łańcuchami grubymi jak przegłowy ludzkich rąk. Mieszkańcy Saty i tak trzymali się z dala od tego miejsca. Mówili, że duchy lasu nie wybaczą ludziom zbezczeszczenia ich domu. Dziwna śmierć Ajdara, którego rozszarpane ciało znaleziono przy ogrodzeniu, tylko podsycała te plotki. W przeciwieństwie do matki, która składała duchom ofiary z palonych warzyw, Kasym nie wierzył w ich istnienie. Dla niego dawna jednostka wojskowa była po prostu miejscem, w którym wciąż mogła znajdować się broń, a on już nigdy nie chciał czuć się bezbronny. Póki co z przyjemnością wsłuchiwał się w świergot ptaków. Tak inny niż zawodzenie wyniszczonych wojną domową ludzi. Przeskoczył przez zwalone pieniek i ruszył między drzewa, gdy wtem poczuł na twarzy nieprzyjemną lepkość. „Fuj” — mruknął, krzywiąc się z obrzydzenia, a następnie uniósł rękę, by zdjąć z czoła srebrne nitki.
Wytarł dłoń o spodnie i skierował się w stronę polany, na której rosły krzaki jagód. Dojrzałe owoce kusiły. Kasym zerwał kilka ciemnych kulek i wsunął do ust, ciesząc się ich słodkim, lekko kwaskowatym smakiem. Kiedy na dobre zaborczało mu w brzuchu, usiadł na niewielkiej polanie i pogwizdując cicho wyciągnął z plecaka kawałek zeschłego chleba. Z zamyślenia wyrwał go cichy pomruk. Kasym zmrużył oczy i przesunął wzrokiem po zaroślach, by dostrzec źródło dźwięku. Mimo że nie zauważył nic niepokojącego, podniósł się z miejsca. Wziął do ręki sosnową gałąź i zacisnął na niej dłoń. Na moment wszystko ucichło i chłopak już miał ruszyć dalej, gdy znów usłyszał ten dźwięk. Głuche warczenie wyraźnie dobiegało zza jego pleców.
Kasym obrócił się i zamarł. Teraz. „Pomocy! Ocy!” — echo rozległo się po pustkowiu, a Kasym zdał sobie sprawę, że woła po próżnicy. Nie było szans, żeby ktoś go usłyszał. Zaciskając dłoń na drewnianej gałęzi, spojrzał na przeciwnika. Na pewno nie był to człowiek. Raczej ogromny wilk, który zamiast na czterech poruszał się na dwóch tylnych łapach. Przednie zakończone były szponami i chłopak przypuszczał, że służyły raczej do rozczłonkowywania wrogów niż sprawnego poruszania się. Łeb stwora również nie należał do gatunku psokształtnych.
Był bardziej spłaszczony. Kasym zamrugał. Spomiędzy ostrych kłów ni to człowieka, ni zwierzęcia skapywała ślina. Potwór przekrzywił łeb. Jego nozdrza drgnęły. Czy on potrafi wyczuć moje przerażenie? Przez głowę chłopaka przelatywało milion myśli, w tym również ta, że duchy dawnego lasu jednak istnieją, a jego matka miała rację. „Odejdę stąd.” — słowa opuściły jego spierzchnięte wargi. W odpowiedzi potwór zawarczał. Chłopak rzucił się do ucieczki, ale nie zdołał odbiec dwóch kroków, gdy stwór przygniótł go do ziemi swoim cielskiem.
Kasym nie zdążył nawet mrugnąć, gdy został obrócony na plecy jak papierowa marionetka. Jedynie kij, który trzymał na wysokości szyi agresora, stanowił między nimi barierę. Nie na długo jednak, bo suche drewno nie wytrzymało naporu i po pustkowiu rozległ się głuchy trzask. „Proszę” — wyszeptał Kasym, wpatrując się w pełne gniewu złociste oczy przeciwnika. „Dam ci wybór.” — ni to pomruk, ni to warknięcie wydobyło się ze ściśniętej karczeli. Kasym zamarł. „Mogę rozczłonkować twoje ciało tak, jak to zrobiłem z ciałem Ajdara i podrzucić je w okolice ogrodzenia. Twój przyjaciel znajdzie je i pochowa.” „Albo?” „Albo przemienię cię w ducha lasu i zostaniesz jednym z nas.” „Jednym z was?” Potwór skinął łbem i uciekł wzrokiem w bok. Kasym podążył za jego spojrzeniem i zobaczył inne stworzenia, które ukryte w zaroślach z ciekawością przyglądały się temu, co działo się na polanie. „Dlaczego?” — zapytał, próbując podnieść się z ziemi, ale wtedy ostry szpon wbił mu się w ramię.
„Decyzja” — warknął stwór. Kasym poczuł się tak, jakby miał w żołądku wielką ołowianą kulę. Nie chciał zostać polującym na ludzi kolejnym duchem lasu. Z drugiej zaś strony, czy śmierć była lepszym wyjściem? Przeżył wojnę domową w Kazachstanie. Przeżył głód i najazd szabrowników, by teraz duch lasu rozszarpał go tak, jak uczynił to z Ajdarem. Trzeba było posłuchać Nickiego i wziąć ze sobą pył węglowy. Głośne warknięcie wyrwało go z myśli. „Czas płynie, człowieku.” „Ja...” — Kasym zamknął oczy i przymknął ślinę — „nie chcę umierać.” „W takim razie twój żywot jako człowieka dokona się teraz.” Powiedział stwór, pochylając się nad nim. Rozdziawił gęby i wysunął kły, gdy wtem na polanie rozległo się ciche warknięcie.
„Zostaw go!” Kasym otworzył oczy i zobaczył stworzenie, które przypominało jego napastnika, z tym że miało jasne futro i bardziej odstające uszy. Jego oczy zamiast przeraźliwej żółci były niebieskie niczym letnie niebo. „Wszedł na teren dawnego lasu.” Stwór, który jeszcze przed momentem przyciskał go do ziemi, poluzował nacisk. „Mam prawo przemienić go. Kasym Repnin, czy nie?” Zapytał nowo przybyły, podchodząc bliżej na czterech łapach. Chłopak skinął głową. „Wstań i odejdź” – powiedział niebieskooki duch lasu. Chłopak nie potrzebował zachęty. Otrzepał spodnie, zarzucił na ramię plecak i już miał ruszyć biegiem w stronę wioski, gdy wtem przez głowę przeleciała mu pewna myśl. „Dlaczego?” – spytał drżącym głosem.
„Dlaczego mnie oszczędziłeś?” „Powinieneś podziękować swojej matce. To dzięki niej odejdziesz stąd żywy.” „Dzięki niej?” „Modliła się do nas, mieszkańców dawnego lasu, a my wysłuchaliśmy jej próśb” – powiedział niebieskooki stwór. „Nieprawda!” – Kasym aż się zagotował. „Ona zginęła. Żołnierze wrogiej armii naszpikowali jej ciało ołowiem. Modliła się do was, składała wam ofiary, a wy mówicie teraz, że wysłuchaliście jej próśb.” „Ty głupcze.” W głosie stworzenia zabrzmiała pogarda. „Twoja matka nie składała ofiar za swoje życie, lecz twoje. To ciebie chciała uchronić przed śmiercią, nie siebie.” Słysząc te słowa, Kasym poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Oszołomiony opuścił ramiona, czując, jak łzy jedna po drugiej spływają mu po policzkach. Spojrzał na ducha lasu, ale z jakiegoś powodu jego obraz rozmazywał mu się przed oczami.
„Idź” – usłyszał ponownie i tym razem nie zawahał się. Biegł przed siebie ile sił w nogach. Byle dalej od polany. Byle dalej od duchów lasu. Nie zauważył nawet, że minął stróżówkę ani czekającego na niego Nikołaja. Dopadł do dziury w płocie i przecisnął się nią, nie zważając na ostre końce, które raniły jego ciało. „Kasym” – w głosie kolegi zabrzmiała troska. „Masz jeszcze ten pył węglowy?” – zapytał przyjaciela. Kiedy ten skinął głową, Kasym sięgnął po woreczek. Zamachnął się, wkładając w to całą swoją siłę i rzucił go jak najdalej za płot.
Nikołaj przyglądał mu się z szeroko otwartymi oczami. Otworzył usta, by o coś zapytać, ale Kasym pokiwał przecząco głową. „Wracajmy” – powiedział tylko. Dariusz Kraszewski „Świnie”. Łopaty wirników wciąż młóciły z łoskotem powietrze, gdy z wnętrza śmigłowca zaczęli wybiegać ludzie ubrani w popielate uniformy. Wynosząc w pośpiechu ekwipunek, niemal doskonale stapiali się z otoczeniem szarością swego ubioru. Rozciągający się dookoła nich księżycowy krajobraz w niczym nie przypominał rosnącej niegdyś w tym miejscu puszczy. Tętniącego życiem lasu, z którego po wojnie ostały się jedynie wystające z ziemi zwęglone pozostałości pni drzew. „Szybciej, kurwa, wy leniwe trepy!” – wrzeszczał major Benson, człowiek o posturze niedźwiedzia. Przekrzykując dobrym głosem ryk silników, poganiał wyzwiskami swoich podwładnych.
„Przed nami dziesięć kilometrów marszu, a wy ruszacie się jak muchy w smole. Zacznijcie się w końcu zachowywać, jak przystało na funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Jesteście oddziałem do zadań specjalnych, a nie jakimiś jebanymi gryzipiórkami.” „Nie dało się podlecieć odrobinę bliżej celu?” – spytał nieśmiało ktoś z grupy. „Nie” – odparł szorstko major, zarzucając na ramię karabin snajperski. „Usłyszeliby nas. Są bardzo czujni, a naszym atutem w tej akcji jest element zaskoczenia. Kapitan Valdez będzie tu czekał na sygnał, a póki co napierdalamy nóżkami.” Odpowiedział mu pomruk niezadowolenia. Wizja kilkukilometrowego marszu po wciąż skażonym radioaktywnie terenie nikomu nie przypadła do gustu. „Meldować.” Major nie wychodził z roli dowodzącego. „Wszyscy mają łączność?
Sprzęt sprawny, gotowy do użycia?” Mundurowi odzywali się kolejno w słuchawce umieszczonej w jego uchu. „Wierzbowski! Sprzęt w porządku?” – krzyknął w stronę siedzącego na ziemi mężczyzny. Człowiek, do którego skierowane były słowa, zachowywał się, jakby nie zdawał sobie sprawy z istnienia świata zewnętrznego. Całą jego uwagę pochłaniał trzymany przez niego miotacz, przy którym coś manipulował. „Wierzbowski! Głuchy, kurwa, jesteś?” – ryknął dowódca wyprowadzony z równowagi brakiem odzewu. „Tak jest, panie majorze” – odkrzyknął wyrwany z zamyślenia Wierzbowski. „Właśnie sprawdzam miotacz. Wszystko gra.” „Hubert znów się zawiesił” – stwierdził ktoś z grupy.
„Pytał się ciebie, kurwa, ktoś o zdanie, Klaus?” „Nie, panie majorze.” „To po chuj się odzywasz? Pilnuj swojej dupy i sprzętu, za który odpowiadasz. Czy to jest, kurwa, jasne, żołnierzu?” „Tak jest, panie majorze.” „W takim razie, skoro już sobie wyjaśniliśmy to i owo, ruszamy w drogę. Szkoda czasu na pierdolenie. Celem, do którego zmierzamy jest Diabelski Wąwóz. Kierunek południowy wschód.” „Gdzie?” – spytał jeden z funkcjonariuszy. „Tam, kurwa, gdzie te góry, Petersen.” Ryknął major, jednocześnie wskazując osnuty mgłą górski masyw. „Pieprzona cywil banda” – mruknął pod nosem. Mężczyźni, ociągając się, podnieśli z ziemi plecaki i po uformowaniu kolumny ruszyli we wskazanym kierunku. Na czele szedł Petersen uzbrojony w lekki karabin szturmowy i maczetę.
Zaraz za nim dowodzący oddziałem Benson, a potem Klaus, Liczbiński i wlekący się na szarym końcu Hubert Wierzbowski. Szli już przeszło godzinę, gdy major zwolnił, dając jednocześnie znak idącym za nim, aby go wyprzedzili. Zrównał się z Hubertem i będąc pewnym, że nikt go nie usłyszy, zapytał: „Co jest z tobą?” „Nie rozumiem.” – Hubert zdawał się być autentycznie zdziwiony pytaniem Bensona. „Zawsze byłeś najlepszym z moich ludzi. Stawiałem cię za wzór, a ty ostatnio zawodzisz. Jesteś jakiś rozkojarzony. Dajesz zły przykład chłopakom.” „Ee szefie, to nic takiego.” „Nieważne. Słuchaj, Hubert.” – major zwrócił się do niego po imieniu. Było to dość niecodzienne, gdyż nigdy nie spoufalał się z podwładnymi podczas akcji. – Jestem nie tylko twoim przełożonym, ale także, a może przede wszystkim kumplem z oddziału.
Nie ściemniaj, tylko mów, co ci na wątrobie leży. Masz długi karciane? A może nie układa ci się z Leną? Nie daje ci czy co? – mówiąc to, szturchnął go łokciem, uśmiechając się obleśnie. – No wal. O co chodzi? Hubert westchnął. Nagle dotarło do niego, że dalsze ukrywanie prawdy nie ma sensu. W końcu i tak wszystko się wyda.
Postanowił zrzucić ciężar, jaki nosił w sobie od tygodni, bez względu na konsekwencje, jakie zapewne poniesie za swoją szczerość. „Lena jest w ciąży” – oznajmił i natychmiast poczuł coś w rodzaju ulgi. „Co?” – podniesiony ton głosu majora spowodował, że idący z przodu przystanęli na moment, odwracając głowy. Zaciekawione spojrzenia podwładnych sprawiły, że Benson pożałował swojej reakcji. – Przecież to niemożliwe. Broń chemiczna wysterylizowała wszystkie kobiety podczas genocydy osiem lat temu – dodał ściszonym głosem. „Rzadkie, ale nie niemożliwe” – odparł Hubert. – Sam wiesz dobrze, że w klinice położniczej przetrzymywanych jest kilkanaście zdolnych do rodzenia kobiet. „Ale Lena?” – wciąż nie dowierzał Benson. „A dlaczego nie?
Podczas wojny była dzieckiem. Wychowywała się w małej górskiej wiosce. Może właśnie to uchroniło ją przed skażeniem. Poza tym cuda też się zdarzają.” „No tak, to ma sens” – przyznał major. Zamilkł, zastanawiając się nad czymś. – Zgłosiłeś to oczywiście? – spytał w końcu. „Nie.” „Jak to nie? Który to miesiąc?” „Według Leny szósty. Ale to jej wyliczenia, bo przecież nie była u lekarza.” Tym razem Benson ucichł na dłużej.
Widać było po wyrazie jego twarzy, że bije się z myślami. W końcu po trwającej długie sekundy niezręcznej ciszy wyrzucił z siebie jednym tchem: „Ja pierdolę, chłopie. Masz kobietę w szóstym miesiącu ciąży i nie zgłosiłeś tego władzom. Pojebało cię? Jak to wytłumaczysz? No powiedz, jaką, kurwa mać, bajkę będziesz próbował sprzedać przesłuchującej cię komisji?” Hubert nie wiedział, co ma odpowiedzieć swojemu przełożonemu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak ciężkie popełnił wykroczenie. Władze nowego światowego ładu nigdy mu nie wybaczą zatajenia ciąży w czasach, gdy każda żeńska komórka rozrodcza była bezcenna. „Później o tym pogadamy” – przerwał w końcu ciszę Benson. – Teraz skup się na robocie.
Od tej pory szli w milczeniu, brnąc przez rumowisko zwęglonych pni i konarów. Nędzne pozostałości po wiekowej puszczy zamienionej przez człowieka w atomowe pogorzelisko. Z każdym przebytym kilometrem teren stawał się coraz bardziej pofałdowany. Jednocześnie wszechobecna szarość zaczęła ustępować kolorom odradzającej się flory. Po latach, jakie minęły od wojny, zieleń zaczynała nieśmiało powracać do lasu. Najpierw pojawiły się brunatnozielone plamy mchu porastającego zacienione miejsca. Z czasem dawało się zauważyć kępy trawy, a nawet niewielkie krzewy wciśnięte pomiędzy osmalone pnie. Gdy wreszcie Benson i jego ludzie dotarli do celu, musieli przedzierać się już przez całkiem spore zarośla. Poza ogrodami stolicy był to bez wątpienia najbardziej zielony skrawek świata, jaki widzieli od lat. Walcząc z utrudniającą poruszanie się bujną roślinnością, wspięli się na wysokie wzgórze.
Będąc już na szczycie przycupnęli na skarpie, skąd był dobry widok na rozciągający się pod ich stopami wąwóz. „Nadejdą z tamtej strony.” – major wskazał ręką na południe. – Z rozpoznania przeprowadzonego z powietrza wiemy, że renegaci nocują w ruinach starej elektrowni. Nasz dron wracał tu kilkakrotnie, aby przyjrzeć się, dokąd zmierzają po pracy. Codziennie wracają tym wąwozem z pola, na którym uprawiają warzywa. „Dlaczego nie bawią się w ogrodników przy swojej melinie?” – spytał Klaus. „Bo nie są tak głupi jak inni” – odparł major. – Wiedzą, że z powietrza można dość łatwo namierzyć nawet niewielkie poletko. Sypiają kilometr dalej, aby w razie obławy mieć niezbędny czas na ewakuację. „Jak można chcieć wygotować w takich warunkach?” – powiedział Klaus, kręcąc głową.
– Nie rozumiem, dlaczego niektórzy wybierają takie życie. „Może dlatego, że są renegatami” – ironizował Petersen. Nie sądzisz, że to wiele tłumaczy? Dość pieprzenia. Major przerywa filozoficzne rozważania swoich podwładnych. Jest już późne popołudnie i zaraz będą wracać. Pamiętajcie, aby nie uszkodzić świń. Są bezcenne. Będą kwiczeć, gryźć, kopać i biegać w kółko, jak to świnie, lecz włos nie może im spaść z głowy. Opiekunów zlikwidować na miejscu.
Nie przedstawiają żadnej wartości dla społeczeństwa. Są zbyt starzy na skuteczną resocjalizację. Aha, i nie dajcie się zwieść. Może nie są komandosami, ale potrafią posługiwać się bronią. Przypominam, że strzelam tylko ja. Wy możecie używać jedynie miotaczy, ewentualnie małej broni. Nie będziemy ryzykować trafienia którejś ze świń zbłąkaną kulą. Do roboty panowie. Zajmijcie ustalone pozycje. Ja zostaję tu na górze i będę obserwował teren przez lunetę.
Jako pierwsi zeszli nad wąwozu Klaus i Liczbiński. Będąc już na dole, ukryli się za spoczywającymi tam wielkimi głazami. Wierzbowski i Petersen zaszyli się w zaroślach od strony południowej. Podczas obławy mieli zaryglować wejście do wąwozu, zamykając renegatów w pułapce. Od tej pory cała czwórka leżała bez ruchu, czekając w kompletnej ciszy na sygnał od dowódcy. Wreszcie, po kilkunastu minutach w słuchawkach zabrzmiał głos majora. „Idą. Pełna gotowość. Atakujecie po moim strzale, tak jak się umawialiśmy. I przypominam: obiecałem dostarczyć wszystkie świnie nieuszkodzone.” Krętą ścieżką zmierzała w stronę wąwozu grupka ludzi nieświadomych zastawionej na nich pułapki.
Hubert miał okazję dobrze im się przyjrzeć, gdy przechodzili tuż obok jego kryjówki. Była to typowa banda renegatów składająca się z paru dorosłych i kilkorga nieletnich. Na czele pochodu szła kobieta w średnim wieku. W rękach trzymała staroświecką dubeltówkę z obciętą lufą. Tuż za nią podążało gęsiego czworo dzieci w wieku od ośmiu do czternastu lat. Kawalkadę zamykał starszy mężczyzna uzbrojony w myśliwski sztucer. Nagle rozległ się strzał i idąca na szpicy kobieta padła na ziemię z dziurą w głowie. Ułamek sekundy potem Petersen rzucił granat oślepiający. Ładunek eksplodował tuż obok idącego na tyłach starca. Oszołomiony opiekun chwycił się za twarz, wypuszczając z rąk sztucer.
Zdezorientowane dzieci, wrzeszcząc, rozbiegły się w panice. Dwoje z nich, chłopiec i dziewczynka wyglądające na bliźnięta, pognało w kierunku północnego wylotu wąwozu. Tam wpadły w zasadzkę zastawioną przez Klausa i Liczbińskiego. Miotacze rzygnęły żelem, który w kontakcie z powietrzem zamienił się w elastyczne polimerowe włókna. Po chwili omatane w lepkie sieci bliźnięta zwaliły się na ziemię. Chłopiec wyglądający na najstarszego z całej czwórki zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Szybko jednak podzielił los bliźniąt, zaplątany w wystrzeloną przez Huberta sieć. Mała, może ośmioletnia dziewczynka padła na kolana tuż obok zastrzelonej kobiety. Łkając, zaczęła tulić się do zwłok, szukając schronienia w ramionach martwej opiekunki. Liczbiński podbiegł do dziewczynki, podniósł ją i odciągnął od trupa.
Potem odskoczył w bok, aby Klaus mógł do niej strzelić z miotacza. Tymczasem starzec zdążył się już otrząsnąć. Podniósł z ziemi sztucer i wciąż niewiele widząc, zaczął strzelać na oślep. Błyskawicznie dobiegł do niego Petersen i silnym ciosem maczety powalił na ziemię. Potem zwalił się na pozbawione ducha ciało, przyciskając je kolanami do ziemi. Chwycił za mokre od krwi siwe włosy, odciągając głowę do tyłu, po czym poderżnął swojej ofierze gardło. Minęło zaledwie kilka sekund od wystrzału majora, a zadanie zostało wykonane w stu procentach. Szlochające dzieci wiły się na gołej ziemi, próbując oswobodzić z oplątujących je sieci. Opiekunowie leżeli martwi w kałużach krwi. Kim byli dla dzieci?
Rodzicami, dalszymi krewnymi, czy też może zbuntowanymi pedagogami? Nikogo to nie obchodziło. Jak powiedział major, nie przedstawiali żadnej wartości dla społeczeństwa. „Nie musiałeś tego robić.” Hubert skierował swoje słowa do Petersena wycierającego zakrwawione ostrze. „Facet już nie żył po tym, jak zdzieliłeś go w łeb.” Kolega z oddziału spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem. „I co z tego?” – powiedział, nie przerywając czyszczenia maczety. – „Moja Lucy lubi czasem wykąpać się w ludzkiej krwi.” Zaśmiał się głośno. Hubert wzruszył tylko ramionami, nic nie odpowiadając. Nie wiedział, jak ma rozmawiać z człowiekiem, który narzędzie mordu nazwał imieniem kobiety. Ostatecznie Petersen nie był pierwszym ani jedynym psychopatą w grupie Bensona.
„Dobra robota” – krzyknął major, schodząc nad wąwozu. – „Będzie premia.” Po wyrazie twarzy widać było, że jest naprawdę zadowolony z pracy swoich podwładnych. Nagle jego uwagę zwróciły dochodzące gdzieś z boku niepokojące dźwięki. Obrócił głowę w stronę, z której jego uszu dobiegał odgłos dziecięcych wrzasków. Ujrzał Klausa i Liczbińskiego, którzy rechocząc, szturchali wojskowymi buciorami przerażone dzieci. „Ej, co wy tam kurwa robicie, do chuja?” – ryknął w ich kierunku. – „Co to za durne zabawy? Mówiłem, żeby dobrze obchodzić się ze świniami. To drogi towar. Jak wam się nudzi, to idźcie przeszukać melinę renegatów.” Dopiero jak wrócicie wezwę taksówkę.
Pośpieszcie się, zaraz się ściemni i zamarzniemy na tym zadupiu. Ten argument natychmiast podziałał na funkcjonariuszy, którzy porzucili swoją zabawę i ruszyli w stronę północnego wylotu wąwozu. „Boże” – jęknął Benson. – „Z kim ja muszę pracować?”. Wysłużony transportowy Chinook zdawał się ostatkiem sił unosić na swoim pokładzie ciężar oddziału Bensona i pojmanych dzieci. Kadłub trzeszczał, jakby miał za chwilę pęknąć. Działo się tak, pomimo iż nie była to nawet jedna czwarta ciężaru, do jakiego został zaprojektowany. Wreszcie, po półgodzinnym locie nad skąpaną w mroku równiną, śmigłowiec doniósł szczęśliwie swoje ciężko do granic miasta. Pilot zatoczył koło nad ośrodkiem wychowawczym. Z góry widać było oświetlone baraki ogrodzone wysokim murem, na którym osadzone były stanowiska wartowników.
Major wskazał ręką leżące na podłodze dzieci, mówiąc: „Odstawimy towar, załatwimy wszystkie formalności i jesteście dziś wolni. Za wyjątkiem ciebie, Wierzbowski. Musimy sobie jeszcze pogadać. Najlepiej w kantynie. Tym razem ja stawiam, jasne?”. „Jasne, szefie” – mruknął Hubert. W jego głosie słychać było, że ten pomysł nie przypadł mu do gustu. Nie miał jednak odwagi odmówić przełożonemu. Gdy Benson zapraszał kogoś na wódkę, należało traktować to jak rozkaz. Helikopter zawisł nad lądowiskiem, po czym, chwiejąc się na boki, zaczął opadać w dół zbyt szybko, aby udało się bezpiecznie wylądować.
Kabinę pilota wypełniło buczenie alarmu. Na tablicy rozdzielczej zapłonęło kilka czerwonych lampek. Dzieci zaczęły głośniej płakać, w przeciwieństwie do dorosłych, którzy dla odmiany nagle zamilkli. Maszyną wstrząsały spazmy przerywane raz po raz gwałtownymi szarpnięciami w górę. Widać było, że Valdez robi, co może, aby uratować śmigłowiec przed rozbiciem. W końcu pośród złowrogo brzmiących trzasków i zgrzytów Chinook wylądował, a właściwie grzmotnął podwoziem o płyty lądowiska i znieruchomiał. „Za każdym razem, gdy lecimy tym jebanym złomem, zastanawiam się, czy wrócimy w jednym kawałku” – stwierdził Klaus. – „Tylko Valdez ma czelność nazywać taki manewr lądowaniem. W rzeczywistości to nic innego jak kontrolowana katastrofa”. „Nie jestem taki pewien, czy kontrolowana” – dorzucił siedzący za jego plecami Liczbiński.
„Jesteś strasznym pesymistą, Klaus” – zaśmiał się Benson, który najwidoczniej świetnie się bawił. – „Mamy na pokładzie najlepszego pilota, jaki przeżył spopielenie, a nasz Chinook to przecież jeszcze całkiem dobra maszyna”. „Była. 60 lat temu” – mruknął pod nosem Klaus. „Siadaj, kurwa!” – ryknął pijackim basem Benson. Kilka par oczu należących do nielicznych o tej porze klientów kantyny zwróciło się natychmiast w jego kierunku. Major, widząc poruszenie, jakie wywołał, zdjął dłoń z ramienia stojącego nad nim Huberta. „Siadaj” – powiedział spokojnym już tonem głosu. – „Jeszcze nie skończyliśmy”. „Dochodzi trzecia.
Pora na mnie” – tłumaczył Hubert, posłusznie siadając. „Myślałem, że rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi” – kontynuował przerwaną przed chwilą rozmowę Benson. – „Że kumasz, o co walczymy. Po co to wszystko robimy?”. „Po to, aby nowy świat był lepszy niż ten sprzed spopielenia” – odpowiedział Hubert, cytując wyuczoną formułkę. Gdy mówił, jego wzrok spoczywał na wiszącym na ścianie plakacie propagandowym. Przedstawiał on żołnierza sił zbrojnych nowego światowego ładu wbijającego igłę strzykawki w ramię dziewczynki. Obok drugi żołnierz wręczał jej maskotkę. Dziecko uśmiechało się radośnie. Trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy cieszy się z zabawki, czy z ratującej życie szczepionki.
– „Po to, aby już nigdy nie zdarzył się genocyd” – dodał po namyśle. – „Tak często to słyszę, że prawie zaczynam w to wierzyć, Benson. Myślę, że...”. „Za dużo myślisz” – przerwał mu Benson. – „Po chuj ci takie dylematy? Zostaw myślenie takim jak ja. Ty po prostu żyj i ciesz się tym, co masz. No powiedz, źle ci? Brakuje ci teraz czegoś? Przypomnij sobie, kim byłeś przed wojną.
Masz piękny dom, auto, dużo młodszą od ciebie kobietę”. „Wiesz, że ją stracę, Benson” – przerwał mu Hubert. – „Jeśli zgłoszę ciążę, Lena trafi na resztę życia do kliniki położniczej”. „I co z tego?”. „To, że tam odbiorą jej nasze dziecko, gdy tylko przestanie karmić. Potem będą ją w nieskończoność zapładniać jak zwierzę hodowlane. Pobiorą jej komórki jajowe, aby...”. „A jak inaczej mamy, do chuja pana, odbudować ludzką rasę?” – brutalnie wszedł mu w słowo Benson. – „Przy życiu pozostało już tylko kilka milionów istot ludzkich. Większość ciężko chora.
Płodne kobiety są dziś na wagę złota. W całej populacji jest ich tylko 14. Musimy je jak najlepiej spożytkować, zagonić ich macice do pracy. Inaczej za kilkadziesiąt lat nasz gatunek przestanie istnieć. I nie martw się, przydzielimy ci inną, może nawet jeszcze młodszą. Osobiście dopilnuję, abyś był zadowolony”. „Ona ma dopiero 19 lat” – stwierdził ponuro Hubert. „Czemu tak bardzo się nią przejmujesz?” Spytał Benson. Dziewczyna jak każda inna, a ty zachowujesz się, jakby była boginią. Wcześniej nie cackałeś się tak kobietami.
Może dlatego, że wcześniej nie byłem ojcem. Chyba nie rozumiałem pewnych rzeczy. Benson, ja nie chcę, aby moje dziecko dorastało w jednym z tych okropnych ośrodków. Przecież tam nie stanie się mu nic złego — oburzył się major. Będzie pod opieką świetnych pedagogów, którzy wychowają je na przykładnego obywatela. Gorzej z tymi świniami, które schwytaliśmy dzisiejszego dnia. Najpierw trzeba będzie sformatować ich spaczone umysły, aby potem napełnić nowymi treściami. Ale tak trzeba. Władze mówią nam, że tak jest lepiej dla społeczeństwa, ale... — tu Hubert pochylił się w stronę Bensona i ściszonym głosem powiedział — co jeśli się mylą?
Lubię cię i dlatego nie zgłoszę tego, co teraz powiedziałeś. Nie powinieneś wątpić w słuszność i nieomylność rządu, zwłaszcza w kwestii polityki rodzinnej. Pamiętasz przecież, jak było przed spopieleniem. Zbyt dobrze. I może dlatego czasem mam wątpliwości. A niby czemu? Przecież to właśnie tradycyjny model rodziny zawiódł. Nie sprawdził się w czasach komputerów, atomu i podróży kosmicznych. Dzieci były wychowywane przez przypadkowych, niekompetentnych ludzi zwanych rodzicami, bez zachowania żadnych norm, standardów. Każdy mógł formować psychikę swojego potomstwa według własnych, spaczonych wyobrażeń.
Właśnie to doprowadziło do zagłady, wojny wszystkich przeciwko wszystkim, do spopielenia, genocydu. Jak zwał, tak zwał. Nie ma jednak tego złego, co by nie wyszło na dobre, Hubert. Dzięki naszemu rządowi udało się zjednoczyć niedobitki ludzkości i stworzyć podwaliny nowej cywilizacji. Lepszej, doskonalszej. Benson napełnił stojące na stoliku szklanki, po czym patrząc rozmarzonym wzrokiem na wiszący na ścianie plakat, mówił dalej. Pewnego dnia takie relikty dawnego świata jak my odejdą w niepamięć. Będziemy musieli zrobić miejsce ludziom nowego typu. Ludziom, którzy opuszczając mury ośrodków wychowawczych, będą lepsi i mądrzejsi od nas. Pozbawieni egoistycznych pragnień, przekładający dobro ogółu ponad swoje własne.
Zaludnią ziemię i sprawią, że już na zawsze zapanuje na niej dobro i pokój, prawo i sprawiedliwość dla wszystkich. Hubert zwykł myśleć o swoim przełożonym jako o zwykłym najemniku. Ku jego zaskoczeniu wyglądało jednak na to, że pod skorupą rzeźnika krył się idealista, człowiek pragnący brać czynny udział w ulepszaniu świata. A niby skąd ci nowi ludzie wytresowani na dobrych obywateli, niby skąd będą wiedzieli, jak odróżnić dobro od zła? — spytał prowokacyjnie. Jak to skąd? — znów oburzył się Benson. My ich tego nauczymy. To znaczy nie ja i ty, ale system edukacji. Tego się właśnie obawiałem — stwierdził Hubert.
Pamiętaj. — major patrzył Hubertowi głęboko w oczy, jakby miał mu do zakomunikowania coś arcyważnego. — Dzieci są najważniejsze. Dzieci to przyszłość. „Jesteś szalony, Benson, naprawdę stuknięty” — pomyślał Hubert, który był totalnie zaskoczony zachowaniem swojego przełożonego. Sprawiający na co dzień wrażenie prymitywa Benson okazał się być fanatykiem, bezgranicznie oddanym ideom nowego światowego ładu. Kimś, kto popełni najcięższą nawet zbrodnię dla fałszywie pojętego dobra ludzkości. Wstając od stołu, Hubert powiedział na głos: Pora na mnie. Odmeldowuję się, panie majorze. Dopił resztę alkoholu ze swojej szklanki, po czym ruszył w kierunku wyjścia.
Wierzbowski? — usłyszał za plecami. Jeśli nie stawisz się z nią w klinice dziś do południa, to będę musiał cię zadenuncjować. A wtedy masz przesrane. Hubert poczuł się przyparty przez Bensona do muru. Przez lata pracował na swoją pozycję, służąc w cieszącej się uznaniem władz formacji. Podczas gdy inni cierpieli głód i biedę, on pławił się we względnym luksusie. Wystarczyło tylko posłusznie wykonywać rozkazy i nie zadawać pytań. Teraz został postawiony przed trudnym wyborem: wygodne życie czy dobro rodziny. To drugie wiązało się z utratą wszystkiego, na co do tej pory pracował.
Zdawał sobie sprawę, że nie powinien podejmować życiowych decyzji powijanemu. Problem polegał na tym, że właśnie to uczynił. Zresztą jakkolwiek by nie postąpił, i tak będzie tego żałował do końca życia, dlatego dalsze rozważania nie miały najmniejszego sensu. Klamka zapadła. Odwrócił się twarzą do majora. Przez chwilę patrzył w jego przekrwione oczy, po czym pozbawionym emocji głosem powiedział: Zrozumiałem, szefie. Zrobię, co trzeba. Warkot silnika obudził śpiącą na werandzie Lenę. Uniosła głowę i widząc wysiadającego z auta Huberta, zaspanym głosem powiedziała: Nareszcie! Czekam tu całą noc.
Nie znoszę, gdy pracujesz tak długo. Zsunęła z siebie gruby koc, którym była przykryta i podtrzymując ręką brzuch wstała z fotela. Hubert, nie zwracając na nią uwagi, wspiął się po schodkach i ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Niezrażona jego obojętnością Lena mówiła dalej: „Nie masz pojęcia, co przeżywam, gdy nie ma cię-”, „Ubieraj się”, przerwał jej brutalnie. „Jesteś pijany.” Dopiero teraz poczuła bijącą od niego woń alkoholu. „Byłeś na służbie czy w knajpie? To ja się tu o ciebie martwię.” „Głucha jesteś do kurwy nędzy! Kazałem ci się ubrać”, ryknął rozzłoszczony Hubert. Przez chwilę patrzyła na niego, nie dowierzając. Nie miała już przed sobą partnera, ojca jej dziecka, lecz bezwzględnego funkcjonariusza.
Starała się powstrzymać napływające do oczu łzy. Bezskutecznie. Spłynęły po jej twarzy szerokimi strumieniami. Weszła posłusznie do mieszkania. Szlochając, zaczęła wyjmować ubrania ze stojącej w przedpokoju szafy. „Rozkaz to rozkaz”, myślała. „Ze Służbą Bezpieczeństwa nie dyskutuje się.” „Weź sobie jakieś ciuchy na przebranie, bieliznę i przybory toaletowe”, krzyknął z salonu Hubert, nalewając jednocześnie wódkę do szklanki. „I pośpiesz się. Mamy mało czasu.” Lena, pakując podróżną torbę, ganiła w myślach samą siebie za to, że przez ostatnie miesiące karmiła się złudzeniami. Podświadomie wiedziała, że w końcu przyjdzie taki dzień, w którym funkcjonariusz Wierzbowski odstawi ją do kliniki.
Nie żyli przecież w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, tylko w świecie rządzonym twardą ręką przez autorytarny rząd. Hubert, stojąc w salonie, obracał w palcach trzymaną pod światło szklankę. Ostatecznie, zamiast się napić, postawił ją na komodzie. Wyjął z kieszeni fiolkę z tabletkami pobudzającymi. Połknął kilka i szybkim krokiem ruszył do wyjścia. „Jedziemy”, rzucił rozkazującym tonem. Jechali w milczeniu, kierując się w stronę centrum miasta. Zaczynało świtać. Zmieniona wybuchami jądrowymi atmosfera powodowała, że słońce każdego ranka atakowało narząd wzroku z nienaturalną siłą. Promienie odbite od szklanych dachów kombinatu rolnego boleśnie kłuły w oczy.
Hubert wyciągnął ze schowka wyposażone w specjalne filtry okulary i założył je na nos. Natychmiast poczuł ulgę. Po okazaniu identyfikatorów uzbrojonym strażnikom wjechali do dzielnicy robotniczej. Dochodziła 5:00 i o tej porze zaczynały się już tworzyć kolejki przed punktami dystrybucji żywności. W oddali widać było odnowione po wojnie wieżowce ze stali i szkła. Wysokie rządowe gmachy były jedynymi w stolicy budynkami, które nie wyglądały jak ruiny. Lena siedziała na fotelu bokiem, udając, że patrzy na przesuwający się za oknem krajobraz. Tak naprawdę miała zamknięte oczy. Nie chciała widzieć świata, który skazał ją na bycie inkubatorem. Najbardziej jednak nie chciała teraz patrzeć na Huberta, który tak bardzo ją zawiódł.
Obiecywał przecież, że coś wymyśli, że jakoś oszuka nieludzki system. Jakże była głupia, wierząc w słowa funkcjonariusza bezpieki. Idiotka. Nawet nie zauważyła, kiedy przejechali obok Instytutu Eugeniki, a zaraz potem minęli klinikę położniczą. Dopiero gdy zatrzymano ich do kontroli przy wyjeździe ze strefy zurbanizowanej, dotarło do niej, że coś tu nie gra. Chwilę trwało przekonanie strażników o tym, że wyjazd za miasto wiąże się z obowiązkami służbowymi. W końcu szlaban został podniesiony i mogli swobodnie przejechać przez checkpoint. Gdy auto ruszyło, Lena zdobyła się na odwagę i spojrzała na Huberta pytającym wzrokiem. On jednak patrzył przed siebie, unikając jej wzroku. „Dokąd jedziemy?”, spytała niepewnym głosem.
Hubert przez dłuższą chwilę milczał, by w końcu, nie odrywając oczu od wstęgi popękanego asfaltu, powiedzieć: „Jakieś 120 kilometrów stąd znajduje się melina renegatów, którą wczoraj spacyfikowaliśmy. Ukryję tam ciebie do wieczora, a sam w tym czasie załatwię zapasy żywności i paliwa. Mam przyjaciela w rafinerii, takiego sprzed wojny. Jest mi winien przysługę.” Zaskoczona takim obrotem zdarzeń Lena analizowała w myślach każde wypowiedziane przez Huberta słowo. W duchu modliła się, aby nie była to kolejna tortura nieludzkiego systemu, jakiś okrutny rytuał bezpieki, któremu poddawano odstawiane do kliniki kobiety. „Kiedyś po pijanemu”, tłumaczył Hubert, jakby chcąc rozwiać jej wątpliwości, „Benson wygadał mi się. Mówił, że w górach ostały się jeszcze enklawy wolnych ludzi. Ci odszczepieńcy próbują żyć po staremu, z dala od cywilizacji. Władze nie dobrały im się jeszcze do skóry, ponieważ są zbyt zajęte wewnętrznymi problemami. Ograniczają działania jedynie do likwidowania małych gniazd renegatów usytuowanych blisko stolicy.
Zresztą mamy już tylko jeden sprawny śmigłowiec, który ledwo trzyma się kupy.” W miarę oddalania się od miasta droga stawała się coraz bardziej popękana i wyboista. Mimo to stary land rover zadziwiająco dobrze dawał sobie radę na zniszczonej nawierzchni. „Być może”, snuł plany Hubert, „uda nam się dotrzeć do jednej z takich osad i jeśli nas przyjmą, zaczniemy życie od nowa. Urodzisz dziecko i nikt nam go nie zabierze.” Lena milczała. Wciąż nie mogła uwierzyć w szczęśliwe zakończenie. Bała się, że czar pryśnie w chwili, gdy tylko się odezwie lub zareaguje w jakikolwiek inny sposób. Piękny sen się skończy, a ona znów obudzi się w koszmarze nowego światowego ładu. Ciszę przerwał Hubert. „Powiem ci tylko, że ta świnia Benson w jednym miał rację.” „W czym?” — spytała Lena, unosząc głowę. „Powiedział mi, że dzieci są najważniejsze.
Że dzieci to przyszłość.” Czyste niebo na horyzoncie zapowiadało niezwykle pogodny dzień. Pomimo wczesnej pory widoczność była bardzo dobra i przez brudną szybę wyraźnie było widać odległe szczyty gór. Dla Leny wyglądały one teraz jak megalityczne monumenty zbudowane przez nieznaną, wymarłą cywilizację. Pomniki wzniesione ku czci wolności.
[02:51:22] - Proszę państwa, wakacje, wakacje. I niniejszym ogłaszam koniec dzisiejszej audycji. Kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji” niniejszym dobiegło końca. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Zapraszam tradycyjnie w przyszłym tygodniu w piątek. Życzę dobrej nocy i wspaniałego weekendu.
[02:51:49] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.