Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Szanowni Państwo, są takie sytuacje w życiu, że człowiek po prostu nie wie, co powiedzieć. Nie wie, jak rozpocząć kolejną odcinek audycji, która ukazuje się na naszej antenie i na antenie Book Radia z cotygodniową regularnością. Jak państwo wiecie, w środę, dwa dni temu, w wieku 67 lat, po ciężkiej chorobie odszedł przedwcześnie Tadeusz Meszko. W związku z czym dzisiejszy odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji będzie trochę odbiegał od tego, do czego się państwo przyzwyczailiście. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Marku?
[00:57] - Dzień dobry, wieczór państwu. Tak, to miała być zupełnie inna audycja. Zupełnie inne rzeczy przygotowałem, ale ta dzisiejsza audycja odbywa się właśnie w cieniu śmierci Tadeusza Meszko. Byłem przy tej śmierci, byłem przy nim i wierzcie mi państwo, towarzyszenie komuś w takiej ostatniej chwili to jest przeżycie, które zmienia człowieka. Jeśli pamiętacie państwo poprzednią audycję, to mówiłem w niej, że Tadeusz przeżywa trudne chwile. Ja oczywiście wiedziałem, co to jest i dlaczego tak się dzieje. Nie ujawniałem tego, bo w naszej kulturze nie jest to przyjęte. Poza tym często używamy takich przenośni, odpowiedników. Mówimy, że ktoś ma ciężką chorobę, a tą ciężką chorobą najczęściej jest rak. I to rak pokonał Tadeusza.
Nieuchronność śmierci. To tego jednego możemy być pewni. Chociaż tak na co dzień, jeśli będziemy szczerzy, to udajemy, że ta śmierć nas nie dotyczy. Ona dotyczy wszystkich innych, ale nas przecież nie. To oczywiście jest rodzaj obrony, ale wierzcie mi państwo, nie jest skuteczne, bo ta śmierć przyjdzie po każdego z nas wcześniej czy później. I ja tego nie mówię po to, żeby wpędzać państwa w jakiś minorowy nastrój. To, że ona przyjdzie niezależnie od naszych planów, marzeń, różnych dokonań, które mamy, czy lęków, które mamy, to jest taka oczywista oczywistość, z którą warto, jeśli to w ogóle jest możliwe, pogodzić się zawczasu. Dzisiaj wspólnie z państwem chciałbym pożegnać człowieka, który przez lata swojego życia był obecny w mojej codzienności. W państwa codzienności również. Tylko nie zdawaliście sobie państwo z tego sprawy.
Nie zawsze o tym wiedzieliście. Na przykład większość miniaturek na kanale Wehikuł Wyobraźni, który prowadzę, wykonana była właśnie przez Tadka. Tadeusz Meszko był obecny również w słowie pisanym, o czym mogli się państwo przekonać w poprzednich audycjach, gdzie pojawiły się dwa pierwsze odcinki powieści „Śmieciowi ludzie”. One kolejne pojawią się również w audycji dzisiejszej, no i w następnych również. Tadeusz był obecny w różnych trudnych chwilach, które przeżywałem ja, przeżywała na przykład redakcja Bibliotekarium, ale był też obecny w chwilach wesołych, kiedy pojawiały się jakieś sukcesy, kiedy, jak to się mówi, było co obchodzić. Tadeusz był przede wszystkim pisarzem. Zdecydowanie. Ale takie stwierdzenie to jest trochę zbyt mało, żeby go opisać. On właściwie... Chyba bardziej nazwałbym go człowiekiem pióra, bo on nie tylko pisał opowiadania i powieści, ale również scenariusze filmowe, scenariusze telewizyjne, serialowe.
W jakiś sposób pisanie definiowało go. Właściwie przez cały czas myślał, co napisze jutro, co napisze w następnym miesiącu i tak dalej. Tadeusz, i to nie jest taka czcza, pogrzebowa mowa, ale Tadeusz był człowiekiem serca. Przyznaję, serca niespokojnego, czasami serca upartego, bywało, że i zranionego. Ale to serce zawsze biło dla innych. Bo Tadeusz nie był łatwym człowiekiem, to od razu sobie to powiedzmy. To nie była chodząca dobroć i dusza człowiek. To był gość, który potrafił dać do wiwatu i doprowadzić kogoś do szału. Taki po prostu był. Ale to jego serce potrafiło też bić dla innych.
Ja nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z Wojtkiem Sedeńką i on mi uświadomił, ile rzeczy dla ilu ludzi zrobił Tadeusz. I powiem państwu, że ja sobie nie zdawałem sprawy, jakim dobrym duchem był właśnie Tadeusz Meszko. Nawet bym się nie spodziewał takiego zmasowania. Tych osób były dziesiątki i jego działalność gdzieś tak zza węgła trochę, z drugiego planu sprawiała, że osiągnięcia wielu ludzi stawały się bardziej spektakularne. Stawały się takie, że było się czym pochwalić, a Tadeusz stał gdzieś z tyłu. Tak jak powiedziałem, Tadeusz nie był łatwym człowiekiem. Zresztą kiedyby słuchał tych słów Zapewne zaśmiałby się, gdyby to usłyszał i zapewne dodałby coś kąśliwego. Tylko nie wiem, czy na swój, czy na mój temat. Taki Tadeusz po prostu był. Taki był prawdziwy.
Nie będę rysował laurki, bo to nie ma sensu. Tadeusz niósł ze sobą pewną autentyczność. Ona nie zawsze była wygodna czy to dla mnie, czy dla innych ludzi. Ta autentyczność czasami budziła opór, czasami niepokój, ale ona nigdy nie była obojętna. I to, co być może najpiękniejsze, co można o Tadeuszu powiedzieć, to był obecny w życiu wielu ludzi nie jako cień, nie jako widz, ale jako ktoś, kto poruszał, zmuszał do działania, prowokował do działania, a często pomagał. Te ostatnie chwile, w których z nim byłem, były ciche. Było w nich coś takiego, czego nie da się w słowa ubrać. Jakaś zgoda na to, co nieuniknione, a zarazem jakaś taka chyba radość z przeżytego życia. Ja wiem, że w tym kontekście to nie brzmi dobrze, ale mówię po prostu, co czuję. Jego ciało gasło, a w jego oczach, wierzcie mi państwo, ja zapamiętam to chyba do końca życia, było przerażenie.
Na szczęście to trwało niedługo. Myślę, że życie Tadeusza to było życie, z którego był zadowolony. Ja często to słyszałem od niego, że nie ma co oczekiwać w życiu jakichś fajerwerków. Jak się zdarzą, to bardzo dobrze, ale jeśli ich nie będzie, to trzeba żyć w taki sposób, żeby mimo wszystko być zadowolonym z blasków, z cieni, ze wszystkiego. Ja myślę, że wszyscy, którzy znali Tadeusza wiedzą, jaki miał charakter. Po raz kolejny to podkreślę: to nie był charakter łatwy. Był twardy, czasami nieprzystępny. Nie zawsze można się było z nim dogadać. Był wymagający wobec siebie, wobec innych. To też czasami bywało mało sympatyczne.
Miał własne zdanie i nie wahał się tego zdania wypowiadać, nawet kiedy to było niepolityczne, niewygodne. Ale tak jak powiedziałem wcześniej, pod tą taką twardą skorupą kryło się coś takiego miękkiego, serce po prostu. I to bardzo często też można było odczuć. Tak jak mówiłem, pomagał wielu ludziom bez rozgłosu. Nie dlatego, żeby mu byli wdzięczni. Często robił to po cichu. Oni sami czasami nawet nie wiedzieli. Tam pośrednikiem często był właśnie Wojtek Sydeńko. Jego pisarstwo to było takie odbicie jego duszy. Nie zgadzał się na powierzchowność, na jakieś poszukiwanie półprawdy.
Nie, on chciał znaleźć prawdę. Jeśli nawet była bolesna, jeśli była niewygodna, to szukał tej prawdy i ona przebija przez jego twórczość, bo on nie pisał po to, żeby się podobać. Bardzo często o tym mówił, że owszem, zależy mu, żeby czytelnicy sięgali po jego książki, ale nie pójdzie na kompromisy i nie będzie się czytelnikom, nie mam innego słowa, podlizywał. Oni, czytelnicy, mają brać od niego to, co chce im przekazać. Mniej więcej tak. Nie każdy rozumiał ten jego styl, ale chyba każdy, kto naprawdę przeczytał albo wsłuchał się w to, co on pisał czy napisał, to czuł, że to wszystko, co przelał na papier, to nie są jakieś wydumane słowa, tylko to są słowa, które on wyjmował z siebie, z takiego rdzenia swojego życia, z tego, co w każdym człowieku jest w jakiś sposób kruche, bolesne, a może przez to piękne. Nie wiem sam. Dzisiaj mam pewne kłopoty z jakimś takim doskonałym formułowaniem zdań, bo my dzisiaj stoimy wobec takiej kruchości życia, wobec ułomności ciała, które w przypadku Tadka ostatecznie poddało się czasowi. Stoimy wobec ciszy, która zostaje po człowieku. I wierzcie mi państwo, to jest cisza, która brzmi w taki szczególny sposób, jak mieszkanie, w którym mieszkał, zostaje nagle puste.
Już go tam nie ma. Zostają oczywiście wspomnienia. Są książki pełne słów, są jakieś wspomnienia, o których dzisiaj państwu mówię, ludzie, którym pomagał. Ale jego już nie ma. Już sobie z nim nie pogadam, nie zdzwonimy się, żeby pogadać o literaturze, żeby pogadać o tym, jak się coś pisze albo że się źle pisze. Sądzę, że to znowu nie jest żadne odkrycie, że życie człowieka to nie jest nigdy prosta linia. Tak jak zawsze w życiu każdego człowieka, to jest taki szlak pełen błędów, zakrętów, rozczarowań, pewnie i miłości, poświęcenia, czego tam jeszcze. I Tadeusz nie był wyjątkiem. Miał swoje słabości i popełniał błędy. Bywał nieznośny.
Ale był też odważny na swój sposób i był wierny swoim wartościom, które powiedzmy sobie to szczerze ja nie zawsze podzielałem. Nas bardzo wiele różniło w poglądzie na świat, na rzeczywistość, ale to nie przeszkadzało mi rozmawiać z nim, dyskutować często bardzo emocjonalnie, bo on nie bał się być sobą i ja to ceniłem. Dzisiaj go w państwa obecności żegnam i mam poczucie z jednej strony wdzięczności, że dane było mi go poznać. Poznałem go wcale nie tak dawno, bo nawet jeszcze 20 lat nie minęło. Mogłem się pewnych rzeczy od niego uczyć i to nie tylko na niwie literackiej. Tam się często spieraliśmy, ale właśnie pewnej postawy do życia. Może w ten sposób. Ja nie zapomnę nigdy jego śmiechu. Taki trochę suchy, nieco drwiący, ale szczery. Nie zapomnę też jego spojrzenia.
Ono było przenikliwe, przyznam się, że czasami zbyt przenikliwe. Myślę, że nie zapomnę jego obecności. Zawsze prawdziwej, chociaż czasami trudnej, bo to, co po nas zostaje, to nie są rzeczy, nie są sukcesy, nie są pochwały. Zostają takie ślady u drugiego człowieka. Ktoś by powiedział, że ślady dobra. Ale to strasznie patetyczne. To nie zawsze muszą być ślady dobra. To są ślady chwil, w których uczestniczyliśmy wspólnie. Jakieś ślady tamtych rozmów, dyskusji i te słowa, które wymienialiśmy. Dobre, czasami nie tak dobre, mądre, czasami głupie, bo czasami warto i z głupotą się zmierzyć.
Ale za każdym razem, może nie za każdym, może od czasu do czasu, ale można było poczuć, że ten kontakt coś zmienia. To chyba też w życiu ważne. I cóż, proszę państwa, Tadeusz zostawił po sobie wiele takich śladów, przynajmniej w moim przypadku. I dziś, wiecie państwo, to znowu nic oryginalnego. Ja mu po prostu za to dziękuję. Dziękuję za tę jego obecność, za to wszystko, co razem przeżyliśmy, za pewną prawdę, za trud. Po prostu za to, że był sobą. Bo proszę państwa, życie jest kruche, ale to, co jest naprawdę ważne, to myślę, że tak długo jak pamiętamy kogoś, to nie umiera. Wiecie państwo, i tak jak powiedziałem, dzisiejsza audycja będzie inna. Będzie oczywiście „Filmotekarium”, będą „Książki z pogranicza” i będzie wykładów filozoficznych.
Ja myślę, że to nie dzisiaj. Poza tymi dwiema audycjami „Filmotekarium” i „Książki z pogranicza” posłuchajmy sobie trzeciego, czwartego i piątego, chciałem powiedzieć rozdziału, ale to są części powieści Tadeusza Meszko „Śmieciowi ludzie”. No cóż, proszę państwa, zaczynamy „Bibliotekarium”, a zaczniemy od trzeciej części powieści Tadeusza „Śmieciowi ludzie”. Tadeusz Meszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział trzeci: Fasady. Nie ma jak w domu. Jeżeli nie leciałeś dalej niż kilka tysięcy kilometrów, lepiej było nie wsiadać do samolotu. Bramki, sprawdzanie bagażu, kontrole osobiste. To był prawdziwy horror. Anne przylatywała z Aten liniami Olympic Airlines na terminal pierwszy.
Umówili się, że Terry zaczeka na nią przed budynkiem portu. W końcu ją zobaczył. Ubrana była w jasną sukienkę w kwiaty i białe pumpy na grubym obcasie. Wciąż smukła, wyglądała jak dziewczynka. Jej twarz promieniała. Ciekawe, czy to z powodu jego obecności, czy dzięki sukcesom odniesionym w Grecji. Nieważne. Anne też go dostrzegła. Zostawiła zaopatrzoną w kółka walizkę, podbiegła i skoczyła mu w ramiona. Uniosł ją w górę i zakręcił.
Śmiejąc się, wirowała w jego ramionach. Czuł ciepło jej ciała, czuł jej wilgoć i to, że go kocha. Kajtek czekał na nich przy taksówce, wystawiając twarz do słońca. Gdy ich dostrzegł, rozłożył dłonie i serdecznie wyściskał Anne. Wrzucił walizkę do bagażnika i po chwili już jechali do domu. Anne z zadowoleniem zauważyła, że Terry nie był taki apatyczny, jakim zapamiętała go poprzednio. „Muszę ci się do czegoś przyznać” oznajmił nieoczekiwanie z miną skarconego psiaka. Anne zamarła, oczekując najgorszego. „Wczoraj rozbiłem Trzmiela.” Odetchnęła z ulgą. To nie było to, czego się obawiała.
Dopiero po chwili dotarł do niej sens jego wypowiedzi. „Nic ci się nie stało? A co z Trzmielem?” „Jak widzisz nie, chociaż jestem trochę poobijany. W wiele miejsc będziesz musiała pochuchać. Z Trzmielem gorzej. Owinął się wokół drzewa. Musimy się zastanowić, czy warto go remontować.” „Koniecznie” zdecydowała bez chwili wahania. „To nie tylko samochód, to niemal członek rodziny.” „Chyba masz rację” zgodził się Terry, chociaż po jego minie widziała, że nie jest przekonany. „No a teraz mów, co odkryłaś.” „Terry, to jest tak niesamowite, że wolę ci powiedzieć, gdy będziemy w domu. Teraz zdradzę jedynie, że sponsorem badań okazał się właściciel koncernu GDV.” „Damian Hadad?”
[18:17] - No właśnie, wyobrażasz sobie? Nie spodziewałam się tego. Nie chcę wam przeszkadzać. Wiem, jak ciągnie zakochanych do siebie po wielu miesiącach rozłąki. Do rozmowy wtrącił się Kajtek. Ale zazdroszczę waszemu krajowi. Wy macie Gatesa, Zuckerberga, Haddada. To same młodzieniaszki. Byli nimi, gdy zaczynali zmieniać świat. Bo dzisiaj to już starsi panowie – zauważył Terry.
Haddad nie ma jeszcze dwudziestu jeden lat – żachnęła się Anne. A my kogo mamy? Starego pierdziela Kaczyńskiego, kawalera bez prawa jazdy, bez konta bankowego, bez żony, za to z kotem. I jak on postrzega zmiany świata? Oczywiście jako powrót do lat dzieciństwa. Jedna partia, jeden program telewizyjny. Aha, no i jeszcze ponowna chęć kradzieży księżyca. Co? Anne i Terry zaśmiali się równocześnie. Sądząc po tonie odpowiedzi Kajtka, to wcale nie był żart.
Jako dzieciak grał z bratem bliźniakiem główną rolę w filmie o dwóch takich, co ukradli księżyc – wyjaśnił. No i Kaczyńskiemu fabuła pomieszała się z rzeczywistością. Nie może znieść, że księżyc wciąż świeci dla zakochanych. Nieustannie knuje, jak go ukraść, schować przed innymi, bo on nie potrzebuje księżyca i wciąż wścieka się, że inni wolą jego blask niż lśnienie wypolerowanych pomników brata. Kajtek wysadził ich przy W84. Wynajmowali mieszkanie w piętrowym budynku nad wypożyczalnią samochodów Enterprise CarShare. W domu czekał tort ozdobiony lukrowanym bukietem czerwonych róż, który przed wyjazdem na lotnisko Terry odebrał z pobliskiej piekarni Angela's Cake. Pierwsze godziny spędzili w łóżku, a potem postanowili chwilę odsapnąć. Anne przywiozła z Grecji płytę lokalnego artysty i teraz słuchali charakterystycznej muzyki z wiodącym brzmieniem bouzouki. Anne, ubrana w długą flanelową koszulę Terry'ego, siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami i delektowała się różanym torcikiem.
Terry zajmował fotel naprzeciwko, smakując przywiezione przez Anne tsipouro. Wyrób nie ze sklepu, a domowej produkcji, sporządzony przez Alexisa. Przekazując jej butelkę powiedział: Pamiętam, że twój mężczyzna lubi ouzo. Daj mu do spróbowania ten trunek. Niech przekona się, że najlepsze ouzo nie dorównuje najgorszemu tsipouro, a moje jest przedniej jakości. Już po pierwszych łykach Terry był pewien dwóch rzeczy. Tsipouro było mocniejsze niż ouzo i nie miało posmaku ryżu. Do trunku nie dolał wody, a jedynie zagryzał tsipouro suszonymi figami, też z plantacji Alexisa. A wiesz, że w Europie nie można się napić absyntu? Jest zakazany – powiedziała Anne, patrząc, jak Terry krzywi się, szybko sięgając po figę.
Oni bardzo rygorystycznie podchodzą do żywności genetycznie modyfikowanej. Załatwię, aby Iwa zgodziła się podać butelkę na najbliższym Piątku Wolności. A co słychać u Subiry i Federica? Dowiesz się w piątek. Lepiej w końcu zdradź, co odkopałaś. Anne spojrzała na Terry'ego zwieglarnym uśmiechem. Ale przyrzeknij, że mi uwierzysz. Przecież wiem, że nie potrafisz kłamać. No dobrze. Anne odstawiła talerzyk z tortem.
Pewnie domyślasz się, że odnalazłam grób Eurydiona, znanego z legend i poematu Homera jako centaura. Terry skinął głową. Ale nigdy byś się nie domyślił, że to faktycznie był koń z tułowiem człowieka. Terry, odnalazłam grób mitycznego centaura! To, że był to Eurydion w tym przypadku staje się wiadomością drugorzędną. Żartujesz? — zapytał mimowolnie, chociaż dobrze wiedział, że mówi prawdę. Ale to było absolutnie niesamowite. Centaur? Obiecałeś, że mi uwierzysz — odpowiedziała nadąsana, lecz Terry dostrzegł, że jej zachowanie było udawane i to, że się zdziwił, ucieszyło ją.
Ale przecież to niemożliwe. Pozwolił jej przedłużyć czas odbierania zasłużonych pochwał. Jak najbardziej możliwe. Zresztą niebawem będę znała oficjalne stanowisko zespołu medycznego. Szkielet jest już w Nowym Jorku. Właśnie dlatego mogłam wrócić. Wyobrażasz sobie, jakie to odkrycie implikuje konsekwencje? Jeżeli Homer, pisząc o centaurach nie zmyślał, może to oznaczać, że istniały również cyklopy, chimery, gorgony, harpie i inne hybrydy. To Terry'emu nawet nie przyszło do głowy. I tak trudno było mu uwierzyć w opis tego, na co natrafiono w grobie.
Nie potrafił znaleźć odpowiedniej szufladki w mózgu, do której mógłby włożyć podobne rewelacje. Gdyby przeczytał o tym w internecie lub gazecie, sprawa byłaby prosta. Sezon ogórkowy. Gdyby zobaczył to na YouTube lub nawet w CNN, podejrzewałby manipulację. Ale skoro powiedziała to Anne, musiała to być prawda. Tylko że to przecież nie było możliwe. Dotychczas uważał, że powrót współczesnej kultury do starożytnych lub średniowiecznych mitów wiąże się z rozczarowaniem rozwojem techniki. Nowe domy w kosmosie, nawet tym najbliższym, okazały się póki co nierealne. Od pół wieku nie potrafiono wrócić na Księżyc. Wciąż odkładano misję na Marsa.
Marzenia o nowych światach de facto upadły. Jednak otworzono inną furtkę do tajemnicy i świat zaczął szukać cudów w przeszłości, w magii, mitach i religiach. Stąd fantasy i fanatyzm religijny. Tak myślał jeszcze pięć minut wcześniej. „Opowiedz mi o wizycie sponsora” – zmienił temat, chcąc dać sobie czas na przetrawienie tych rewelacji. Anne skrzywiła się. „Z początku myślałam, że to światły pasjonat historii i literatury, a okazało się, że pracowałam dla jakiegoś dupka z kilkoma zerami.” „Tych zer jest co najmniej dziewięć” – zauważył Terry. „Co z tego?” Liczba cyfr nie wywarła na Anne żadnego wrażenia. „Nieważne, czy dwa, czy sto zer. Jego nie interesuje prawda, a chęć sławy.
Zapisanie nazwiska w Wikipedii nie tylko pod hasłem zero, lecz także Homer. Po raz kolejny mogłam przekonać się, że pieniądze nie wyzwalają z głupoty, a często utwierdzają w przekonaniu, że wiedza jest zbędna. Skoro zarobiłem miliony, nie czytając książek, edukację natomiast skończyłem na podstawówce, znaczy to, że nauka jest niepotrzebna. Tak właśnie myślą bogacze.” Terry patrzył na Anne, starając się powstrzymać od uśmiechu. Rzadko dawała się porwać negatywnym uczuciom. Była raczej niepoprawną optymistką. „Jednak bez jego pieniędzy nie odkryłabyś szkieletu” – przypomniał jej ugodowo. „To prawda. I właśnie to najbardziej mnie wkurza” – westchnęła. „Z tego, co pamiętam, zawsze tak było.” Terry potrząsnął głową.
Ktoś miał wizję, a ktoś inny w nią wierzył i nierzadko ryzykując bankructwo, wykładał własne pieniądze. A jeśli wizjoner nie znajdował sponsora, umierał rozgoryczony. Być może powinniśmy go pożałować, że nie spełnił swoich marzeń, lecz niekiedy dla świata było lepiej, że tak się nie stało. To takie naturalne sito. W nawiązaniu do brzytwy Ockhama nazywam je brzytwą historii. Gdyby każdy miał pieniądze na realizację swoich wizji, już by nas na tym świecie nie było. „Albo mielibyśmy stałą bazę na Marsie, a wokół Jowisza krążyłaby stacja kosmiczna Jowisz Lab” – zripostowała. Przytyk Anne był celny, ale czy i on nie należał do grupy fantastów, którzy byli pewni, że tylko ich widzenie świata jest słuszne? Kopernik wierzył. Kolumb zaryzykował życiem swoim i innych.
Giordano Bruno dał się spalić na stosie. Po drugiej stronie stał jednak Hitler, Stalin, a nawet tak często wspominany przez Kajtka Kaczyński. Postanowił zmienić temat. Dziwne rzeczy dzieją się na świecie. Ty znalazłaś centaura, a po mieście grasuje człowiek z rogami porywający ludzi. „No nie, chcesz mi zabrać show.” – zaśmiała się, patrząc na niego z niedowierzaniem. Po chwili już poważnie zapytała: „Czy osoba ta ma coś wspólnego z twoim wypadkiem?” Skinął głową i opowiedział jej o zniknięciach bezdomnych. „Pomagają mi Federico i Subira” – zakończył. „Odtworzyłeś dawny zespół” – stwierdziła z rezygnacją. Teraz już rozumiała zmianę w zachowaniu Terry'ego.
To nie wewnętrzne zwycięstwo nad apatią, a radość z powrotu do czynnego działania go odmieniła. „Znów jesteś na pierwszej linii frontu.” „To nie jest śledztwo. Chcę po prostu dowiedzieć się, co się z nimi stało” – zaprotestował. „Sam w to nie wierzysz.” „Może masz rację, ale tu chodzi o ludzi, którzy zniknęli.” „Zawsze o kogoś lub o coś chodzi.” Terry zrozumiał, że Anne mówi prawdę. Nie ona pierwsza. Przyjaciele też mu to wypominali. Tylko że jej słowa zabolały go o wiele bardziej. „Nie będę cię powstrzymywać” – usłyszał niespodziewanie. „A nawet powiem więcej. Skoro to nie jest oficjalne śledztwo, pomogę ci wyjaśnić tę sprawę.” „Anne, dziękuję, ale nie musisz.
To naprawdę nie jest-” przerwała mu. „Nie pozwolę, aby jakiś rogacz porywał ludzi. Musimy go złapać. Pamiętaj, że mam doświadczenie w odnajdywaniu potworów.” Anne dokończyła drugi kawałek torciku, po czym poderwała się z miejsca, mówiąc, że musi rozchodzić kalorie. Stanęła przy ścianie, na której wisiały pamiątki z różnych krajów, w których prowadziła wykopaliska i zaczęła ustawiać przy niej nowe bibeloty. „Jutro muszę je dokładnie odkurzyć.” Terry westchnął. Zaczyna się. W sobotę starł kurz z półek, lecz kobiece oko zawsze coś wypatrzy. Nie był zły. Z zaskoczeniem uświadomił sobie nawet, że tego mu brakowało.
Wstał, podszedł do niej i objął z tyłu. „Dobrze powiedziałaś. Od jutra. A teraz marsz do sypialni. Znam lepszy sposób na zrzucanie kilku kalorii.” Piątek wolności. Olimpiada i modyfikacja ciała. To był pierwszy piątek wolności z Anne od marca. We czwórkę spotykali się od czasu rezygnacji z pracy w sektorze wojskowym, lecz Terry czuł, że Subira i Federico akceptują ją tylko dlatego, że jest jego dziewczyną. Piątki wolności, wcześniej w różnych miejscach świata, a od pięciu lat tutaj, traktowali jako spotkania towarzyszy broni. Anne była w ich gronie jedynym cywilem.
Spotkanie rozpoczęło się od wręczenia prezentów. Subirze Anne podarowała muszlę, a Federico otrzymał figurkę satyra. Co dziwne, obydwoje byli zadowoleni z tych podarków. Pierwsza godzina minęła im na wysłuchaniu relacji Anne. Terry miał wrażenie, że jej nie uwierzyli albo nie pojęli doniosłości odkrycia szkieletu centaura. Dzisiaj nie pili swoich ulubionych trunków. Postanowili spróbować wódki w kolorze mocno fioletowym. Terry'emu udało się przekonać Ivę, aby zezwoliła na ten eksperyment. Wybuchnęła długą litanią protestów, lecz w końcu zgodziła się, a nawet kazała sobie nalać kieliszek na spróbowanie. Absys był reklamowany jako trunek, po którym nie ma się kaca.
Uderzał do głowy mocniej, za to produkty uboczne szybciej rozkładały się w organizmie. „Pyszna, mocna, a przełyka się jak wodę” – cmoknęła z uznaniem Anne. – Tylko ten kolor przypomina denaturat. Dlaczego wcześniej nie wyprodukowano podobnej wódki? – rozmarzył się Federico. Bo dopiero postęp w genetyce pozwolił na stworzenie nowego rodzaju drożdży – wyjaśniła Subira. Myślałem, że jakość wódki zależy od destylacji, a nie gatunku drożdży – zdziwił się Federico. Nie zwiększysz stężenia wody w wodzie. Alkohol to produkt uboczny procesu trawiennego drożdży – zaśmiała się Subira. No to zdrowie drożdży.
– Federico uniósł kolejny kieliszek. Stuknęli się i wypili. A żebyś wiedział. Gdyby nie drożdże, nie miałbyś również pieczywa, piwa, wina czy kefiru. W Polsce popularny jest wzór na proporcje dobrego bimbru – wtrąciła Anne. – Łatwo go zapamiętać, bo jest związany z datą ważnej bitwy. Jednej z nielicznych, którą Polacy wygrali. Pewnie z Niemcami – jęknął Federico. – Wy chyba zawsze z nimi walczyliście. Nie zapomnij o Rosjanach – dorzucił Terry.
Nie do końca – odparła urażona Anne. – To była wojna z Zakonem Krzyżackim, zwanym również niemieckim, który został założony w czasie trzeciej krucjaty. Ale to był chrześcijański zakon rycerski i mogli do niego wstąpić boje z każdego kraju. A w bitwie najwięcej było rycerzy z Czech. Coś na kształt dzisiejszego ISIS – zauważył Federico, ale Anne zignorowała jego komentarz. Jaki to wzór? – zapytała Subira. To właściwie liczba 1410. Jeden kilogram cukru, cztery litry wódki i 10 deko drożdży. Po wypiciu takiego bimbru będzie cię strasznie bolała głowa – zaśmiała się Subira.
Za dużo drożdży. Zmieńmy temat. Subira nie jest dzisiaj w nastroju i wszystko będzie krytykować – zaproponowała Anne. Ale to prawda – żachnęła się Subira. Za tydzień w Tokio zaczynają się igrzyska olimpijskie – zgłosił nowy temat Federico. Chcesz dyskutować o sporcie? – Subira ponownie się skrzywiła. Nie. Chciałem powiedzieć o czymś innym. Słyszeliście, że z olimpiady w Tokio wykluczono skoczka Gonzaleza z San Escobar?
Tego, co jak Pistorius stracił nogi i używa protez? – zapytała Anne. Federico skinął głową. Ale dlaczego nie pozwolą mu skakać? Wyszło na jaw, że nie stracił nóg w wyniku choroby, a zaplanowanej amputacji. Miał zdrowe kończyny, na nic nie chorował. Jednak rodzice uznali, że kariera sportowa będzie najlepszym sposobem zdobycia pieniędzy. Kazali więc obciąć mu nogi i zainstalować protezy, a historię choroby sfałszowano. Chłopak nie dostał jednak protez typu gepard, a kangur. Wszystkie te opowieści o tym, że w wieku dziewięciu lat musiano mu obciąć lewą, a w dwa lata później również prawą nogę.
O tym, jak przez kilka lat skakał w kucki od jednej do drugiej ściany pokoju, marząc o wyjściu na ulicę i zagraniu z dzieciakami w berka. O łasce Boga wymodlonej przez rodziców przed obrazkiem Matki Boskiej, pozwalającej zgromadzić fundusze i opłacić kupno protez. To wszystko wymyślono tak, jak tworzy się legendę dla szpiega. Podobno stworzył ją pisarz. Czy może powinienem powiedzieć rzemieślnik żyjący z pisania romansów dla lesbijek i gejów? O nie! – jęknęła Anne, zamykając oczy. Niestety nie pomogło. Wciąż widziała chłopca chcącego kopać piłkę na zielonej trawie z bramkami oznaczonymi porzuconymi tornistrami, którego płaczącego i wyrywającego się zaciągnięto na salę operacyjną, ułożono na zimnym stole i uśpiono, by amputować mu marzenia. Ale jak zdołali ukryć te fakty?
– zapytał z niedowierzaniem Terry. Jak widać nie udało się. A wiedz jeszcze, że rodzice po opłaceniu planu przeprowadzili się na prowincję, do pewnej zapadłej dziury, gdzie diabeł mówi dobranoc i tam przez 10 lat indoktrynowali chłopaka tak, że idąc pod nóż był przekonany, że z protezami osiągnie w życiu więcej niż jako przeciętny, sprawny nastolatek. Że dzięki temu przestanie być obywatelem drugiego sortu. Co za okrutni rodzice – zamyśliła się Subira. – Biedny chłopak. Nie taki biedny. Nie wiem, co ja sam bym wybrał. Wiesz, ile zarabiają sportowcy? Nie bądź głupi – warknęła ze złością Subira.
Czego chcesz? Nadal może chodzić, a nawet tańczyć. W sensie sprawności jego nogi w niczym nie różnią się od twoich – nie ustępował Federico. Hm. Z tym bym się nie zgodził. Wtrącił cicho Terry. Na szczęście chyba go nie usłyszeli. Dureń! To może obetnę ci nogi. I tak nie potrafisz tańczyć ani grać w koszykówkę.
A dasz mi odpowiednie protezy? I wyjdziesz za mnie? Spadaj, głupku. Terry spojrzał z politowaniem na Federica, ale ten tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „No co? Muszę próbować.” Właściwie się temu nie dziwię. To było do przewidzenia — mruknął Terry. Dlaczego tak uważasz? — z pretensją w głosie zapytała wciąż zła Anne. Już wiele lat temu olimpiady, a nawet inne zawody sportowe straciły sens. Lepiej od razu powiedzieć sportowcom: „Bierzcie, co chcecie.
To wasz problem. My chcemy igrzysk”, niż kilka lat później odbierać medale i przyznawać, że daliśmy nabrać się w butelkę. Racja. Strażnicy moralności nie wygrają wyścigu z żądzą sukcesu — uzupełnił Federico. Zgadzam się z Terry'm. Pisarza czy poety nikt nie pyta, czy pracował na haju, czy też na prany. Ważne jest to, co napisał, skomponował, namalował — wtrąciła Subira. Chcesz powiedzieć, że sportowcy mogą się szprycować? — zdziwiła się Anne. Cenimy ich za osiągane wyniki, nie za moralność.
Na starcie zawodnicy i tak nie są sobie równi. Sprinterzy z Afryki swoje sukcesy w dużym stopniu zawdzięczają genom. W ich mięśniach jest więcej szybkokurczliwych włókien powodujących, że do osiągnięcia tej samej prędkości co biali potrzebują o wiele mniej energii. Mają też odmienny metabolizm komórkowy sprawiający, że w mięśniach powstaje mniej toksycznego kwasu mlekowego. Tak więc biali już na starcie są przegrani. Ale czy to oznacza, że czarnych mamy zdyskwalifikować albo zmodyfikować ich genom? No tak, niektóre sportsmenki wyglądają jak młode byczki, a nie jałówki — zgodziła się Anne. Wypili następną kolejkę. Słyszałem o projekcie, aby sportowców złapanych na dopingu wsadzać do więzienia — oznajmił Federico. Jak chcą to zrobić?
— zapytała rzeczowo Subira. To proste. Startują tylko zawodnicy z krajów, które podpiszą umowę o stosowaniu się do prawa Komitetu Olimpijskiego. Zawodnik składa przysięgę, że będzie przestrzegał tego prawa. Zostaniesz przyłapany? Idziesz do więzienia. Wymyśliłeś to? — zapytał cicho Terry, pochylając się w kierunku Federica. Tak. Ale czy nie byłby to dobry sposób?
Terry musiał przyznać mu rację. No, może jest to jakieś rozwiązanie. Boję się jedynie, że liczba zawodników zdecydowanie by spadła — zaśmiała się Subira. Ale sport byłby czysty — zauważyła Anne. — A chyba to jest najważniejsze. Spojrzała po twarzach pozostałych, oczekując potwierdzenia, lecz nikt jej nie przytaknął. Wiesz Anne, teoretycznie masz rację. Musielibyśmy jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie, czego się spodziewamy: nudnych zawodów czy ekscytującego widowiska. Ja jestem zwolenniczką tradycyjnych greckich ideałów olimpiad. Ale olimpiada już dawno nie ma z nimi wiele wspólnego.
Pamiętam zawody łucznicze w Rio. Większość łuczników trafiała raz za razem w dziesiątkę z 25 metrów. Ale ta ilość osprzętu łuku może przerazić — zmienił temat Terry. A strzelanie z karabinka pneumatycznego? Strzela się w tarczę, na której dziesiątka ma kilka milimetrów średnicy. Lunety, boczne naciągi, układy kompensujące odrzut, naklejki pod okiem, strój jak u strażaka wchodzącego w ogień. To już jest nudne. Technika zabija rywalizację — dokończyła Subira. Zabierzmy im ten osprzęt — zaproponował Terry. I ściągnijmy kostiumy z pływaczek — dołączył się Federico.
Hola, panowie! — zaprotestowała Subira. Czego chcesz? Stroje imitujące skórę rekina to też oszustwo — bronił się Federico. Nawet czepki. One również zmniejszają opór wody — dorzucił Terry. Czyli jednak powrót do idei olimpiad greckich. Walka nago — podsumowała z zadowoleniem Anne. To wznieśmy toast za greckie ideały. Federico rozlał następną kolejkę i podniósł kieliszek.
Przez chwilę delektowali się absyntem w milczeniu. Takie są skutki uboczne rozwoju medycyny. Jednym ratują zdrowie i życie, drugim pomagają zdobywać pieniądze — przerwała chwilę ciszy Subira. — Jestem pewna, że w magazynach już czekają leki, które poznamy dopiero za 20 lat. To dlaczego ludzie nie są leczeni tymi metodami? — zapytała Anne. Koncerny farmaceutyczne mają zapasy niesprzedanych leków na 20 lat. Kto im zwróci pieniądze za badania? To biliony dolarów. Dlatego do czasu zwrotu poniesionych kosztów ludzie będą leczeni starymi metodami — wyjaśniła Subira.
Zwrot kosztów to za mało. Akcjonariusze muszą jeszcze zarobić — wtrącił Federico. Ilu z nich umrze? Terry postanowił wrócić do odkrycia Anne. Wiesz Anne, zastanawiam się, czy twój centaur to nie wynik zabiegu chirurgicznego. Może w Grecji też panowała moda na modyfikację wyglądu. No wiesz, mam na myśli takie podrasowanie zawodników na olimpiadę, aby groźnym wyglądem wystraszyli przeciwników. Anne wzruszyła ramionami. Nie ma żadnych dowodów na fizyczne oszpecanie się. A w niektórych regionach, choćby w Sparcie, pozbywano się kalekich dzieci, wrzucając je po porodzie do wąwozu.
Pierścionki w pępku, języku, na sromie już nie wystarczają. Ludzie pragną rogów, kopyt, skóry węża. Dlaczego? — zapytała Subira. A dlaczego zrobiłaś sobie tatuaże? — wtrącił się Federico. To co innego – odparła urażona. Nie zgadzam się – drążył temat Federico. – One krzyczą: „Popatrzcie, nikt nie ma takich tatuaży jak moje”. Widzisz różnicę?
Subira nie odpowiedziała. Deformacje ciała to manifestacja osobowości, rodzaj bardziej radykalnej mody. Coś jak noszenie dżinsów lub fryzura na irokeza. Ludzie często nie mają wyboru – zauważyła Anne. – Rodzą się zdeformowani i nawet współczesna medycyna nie potrafi im pomóc. Nikt nie chce ich oglądać. Masz rację Anne – niespodziewanie poparł ją Federico. – Jednak musisz wiedzieć, że wielu z nich zrobiło karierę w kinie. Już 90 lat temu powstał film, w którym zagrali zdeformowani ludzie. Mam na myśli „Dziwolągi”.
Ty to masz gust! Dlaczego nie pójdziesz na „Ant-Man and the Wasp”, tylko oglądasz takie dziwne filmy? – skrzywiła się Subira. Inne też oglądam – wzruszył ramionami Federico. A dlaczego ty wciąż słuchasz staroci zamiast ostatniej płyty Tutti Frutti Girls? Ich też słucham. Chcę czy nie chcę, zmuszają mnie do tego przechodnie ze słuchawkami na uszach – zaśmiała się Subira. – Ale zawsze wracam do tego, co najlepsze. A ten film? – dopytywała Anne.
Film powstał w 1932 roku, ale jestem pewien, że w każdym z was i dzisiaj wywołałby sprzeczne uczucia. Głównie dlatego, że przez godzinę będziecie obserwować dziwolągi, jakich nikt nie chciałby ujrzeć nawet w pełni dnia. A jednocześnie uświadomicie sobie, że to są ludzie tacy jak my. Potrafią marzyć, złościć się i kochać. I pamiętajcie, w filmie występują nie komputerowe modele, nie ucharakteryzowani aktorzy, ale prawdziwi ludzie z różnorodnymi modyfikacjami ciała. Możemy zobaczyć bliźniaczki syjamskie, półkobietę i półmężczyznę, dziewczynę bez rąk, ludzki szkielet, człowieka gąsienicę. Fabuła tego filmu to taki kryminał z morałem. Akcja rozgrywa się w cyrku. Karzeł zakochuje się w niezdeformowanej, pięknej akrobatce. Miłość bez szans.
Na dodatek cyniczna akrobatka kpi z zakochanego karła, ośmieszając go. Jej podejście zmienia się, gdy wychodzi na jaw, że mężczyzna jest dziedzicem sporej fortuny. Przebiegła kobieta obiecuje, że wyjdzie za niego, a jednocześnie planuje morderstwo i przejęcie majątku. Jednak towarzysze cyrkowi karła poznają jej plany i postanawiają ją ukarać. Finału nie zdradzę. Musicie ten film obejrzeć sami. Obraz wyreżyserował Tod Browning, który rok wcześniej nakręcił „Draculę”. Ale „Dziwolągi” nie są horrorem, chociaż niektóre sceny nakręcono właśnie w tej konwencji. Film Browninga okazał się jednak tak inny, że wyświetlanie go zostało zakazane w wielu krajach, także u nas. Czy koniecznie musimy mówić o samych strasznych sprawach?
– zaprotestowała Anne, sięgając po butelkę. Była pusta. – Wszystko, co dobre, kończy się wcześniej, niż byśmy chcieli – westchnęła z rezygnacją. – Na szczęście dzisiaj już nie ma podobnych atrakcji. Kobietę z brodą wyprowadzono z cyrków i wesołych miasteczek wcześniej niż lwy i słonie. Mylisz się – zaoponował Terry. – Wiem, że w parkach wodnych orki wciąż są traktowane jako źródło dochodów. Anne zlekceważyła jego uwagę, ale Terry pokręcił przecząco głową. Nie o tym mówię. Dziwolągi znów stają się modne.
Żartujesz. Słyszałem, że w pobliżu Luna Park powstała dyskoteka dla wariatów z modyfikacjami ciała. Może przyjrzymy się temu bliżej. To nie będą kobiety z brodą, a raczej transwestyci jak Conchita Wurst – zaśmiała się Anne. Tym bardziej. Może od nich dowiemy się, która z klinik zajmuje się podobnymi modyfikacjami – rzekł Terry. Wszyscy zrozumieli, że poruszył temat deformacji, aby wywołać ich ciekawość i skłonić do podjęcia tropu ważnego dla śledztwa. Przecież i tak nie pokażą nam kartotek – zauważyła sceptycznie Anne. To przejrzymy je bez ich wiedzy. – Terry wzruszył ramionami.
– Federico, poszukasz w sieci lekarzy wykonujących podobne operacje? Będą ich tysiące, a ten właściwy i tak nie pochwali się podobnymi zabiegami publicznie. Federico smętnie wpatrzył się w pustą butelkę absyntu. Kodowane strony? – domyślił się Terry. To możliwe. Spróbuję – obiecał Federico, wciąż obserwując butelkę. Czy po takim trunku można wrócić bezpiecznie do innego alkoholu? Zróbmy przerwę. Z chęcią się przewietrzę – odparła Subira, wiedząc, że trudno będzie przekonać Terry'ego do zmiany decyzji.
On już postanowił, a oni mogli puścić go samego lub mu towarzyszyć. – Tęskniłam za Nowym Jorkiem, nawet za metrem. Jedźmy – zgodziła się Anne. Wizyta w Luna Park. Linią F przejechali kilkanaście przystanków. Było już po północy i park okazał się zamknięty. Diabelskie młyny, karuzele i zjeżdżalnie przypominały białe kości dinozaurów, które poustawiane w muzeach, jakby zawieszone w czasie, nie wywoływały emocji towarzyszących spotkaniu żywego potwora. Jednak na promenadzie panował duży ruch. To małe nocne ssaki wyszły tłumnie z klatek mieszkań w nadziei na nocny żer i kopulację. Łazimy już w tę i we w tę od pół godziny, a ty nic nie mówisz Zezłościła się Anne, dostrzegając jednocześnie, że Terry coraz bardziej utyka na nogę.
„Szukam kogoś” – wyjaśnił lakonicznie Terry. „Powiedz, jak wygląda, a wtedy ci pomożemy” – zaproponowała Subira. „A może zrobimy przerwę i skoczymy na drinka, bo już mi wyschło w gardle” – wtrącił się Federico. „Już nie zdążymy. Właśnie jego szukałem” – rozczarował go Terry, wskazując drobnego, starszego mężczyznę w czerwonym kubraku ze złotymi guzikami w dwóch rzędach. Miał długą czarną brodę i zawinięte w klucz wiolinowy wąsy. Przypominał portiera ze spalonego hotelu. I tak po części było. „A co to za krasnal?” – zaśmiał się głośno Federico. „Radzę ci, nie powtarzaj tego przy nim, bo skręci ci kark” – ostrzegł go Terry.
Staruszek nie był wysoki. Miał może 175 centymetrów wzrostu, a ważył góra 70 kilogramów, lecz Terry wiedział, że w tym kruchym ciele skrywa się moc zdolna giąć śrubokręty lub klucze francuskie. Tak w każdym razie było jeszcze kilka lat temu, gdy go poznał i na własne oczy oglądał przygotowany przez niego pokaz. Gdy staruszek zobaczył Terry'ego, rozłożył szeroko ręce. „Witam pana serdecznie. Jakże miło mi spotkać tak zacnego człowieka.” – przywitał się wylewnie, potrząsając energicznie dłonią Terry'ego. Na szczęście nie potraktował jej jak kawałka podkowy. „Co słychać u Luke'a?” – zapytał Terry. Timur nie należał do podopiecznych Terry'ego. Miał już blisko 90 lat.
Od zawsze mieszkał w pobliżu przy Neptune Avenue, całe dnie spędzając w Luna Park. Był potomkiem siłacza, którego na początku ubiegłego wieku ściągnięto do cyrku. Zurab Czcheidze, występujący pod pseudonimem Żelazny Mocarz, wyginał podkowy, owijał wokół ciała żelazne pręty, a nawet podnosił konia. I to z podkowami, jak mawiał. Syn poszedł w ślady ojca, lecz nie zdobył takiej sławy, gdyż era cyrkowych atletów skończyła się, zanim miał szansę odnieść sukces. Od tamtego czasu imał się różnych zajęć, a od 10 lat stał się nieoficjalnym kronikarzem świata dawnych cyrków i za drobne kwoty opowiadał ich historie. Terry poznał Timura przez jego syna Luke'a. Luka walczył w Syrii z ISIS. Brał udział w odbiciu Ar-Raqqa i widział to niegdyś 200-tysięczne miasto po pięciu latach bombardowań i równie niszczycielskiego panowania dżihadystów. Po przejściu do cywila Luka uznał, że nie ma sensu dbać o przyszłość ludzkości, gdyż zawsze znajdą się ludzie chcący zniszczyć świat w imię lepszego Boga.
Wylądował na ulicy, sypiając przy śmietnikach na narkotykowym haju. Lecz nawet wtedy marzył o świecie bez religii, w którym człowiek mógłby być jedynie człowiekiem, a nie zabawką w rękach Stwórcy. Luka nie był naiwny. Wiedział, że człowiek i bez religii jest podły, chciwy i nikczemny. Ale czyż wiara nie miała uczynić go lepszym? Luka przekonał się, że tak nie jest. Wierzący potrafili być jeszcze bardziej podli, okrutni, zawistni i małostkowi. To po cóż religia? Jeden powód więcej do konfliktów, jakby tych zwykłych było mało. Któregoś dnia Terry'emu udało się doprowadzić Luke'a do domu.
Ten jeden raz nie wystarczył, aby ojciec wybił synowi narkotyki z głowy i musiał jeszcze wielokrotnie przyprowadzać Luke'a do Timura. Jednak przez ostatni rok już nie spotykał go na ulicy. Nie miał więc okazji sprawdzić, co u niego. A może po prostu bał się, że Luka nie wrócił z ostatniego odlotu i na wieczność pozostał w świecie swoich marzeń. „Odesłałem Luke'a do rodziny w Gruzji” – odpowiedział sucho Timur. „Niech pozna historię ojczyzny dziadka, posmakuje jej klimatu. Zrozumie, co to rodzina. Mam nadzieję, że pozna tam jakąś piękną, czarnowłosą Gruzinkę, swoją przyszłą żonę.” – podkręcił z rozmarzeniem wąsa. Jednak szybko otrząsnął się i dodał: „A przede wszystkim niech zapomni o tej cholernej wojnie. Wtedy może wracać do Nowego Jorku, pójść do pracy, zarabiać na utrzymanie rodziny.” Dopiero teraz Terry przedstawił Timura pozostałym.
„Podnosił pan ciężary?” – zapytał sceptycznie Federico, oceniając jego mikrą posturę. „Podnosić potrafi wielu” – żachnął się Timur. „Ale ludzie nie płacili mi za to, abym z grymasem wysiłku podnosił ciężary. Płacili, aby zobaczyć, jak to robię z uśmiechem na twarzy” – odpowiedział dumnie. Terry znał tę opowieść, a jak zdradził mu Luka, ojciec powtarzał słowa innego siłacza Hammermana. Lecz jego towarzysze o tym nie wiedzieli, a Terry nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu. „Timur, znasz dokładnie historię tego miejsca.” – rozpoczął ostrożnie. „Wychowałem się tutaj. Teraz mamy jedno wesołe miasteczko, lecz niegdyś były aż trzy.” „Które było pierwsze?” – zapytała Anne, nie dając Terry'emu szansy na zadanie najważniejszego pytania. „Najstarsze było Steeplechase Park.
Działało do 1964 roku, ale w końcu wykupił je Fred Trump, ojciec obecnego, tfu, prezydenta.” „A które było najlepsze?” Ciekawość Anne zaskoczyła Timura. Uśmiechnął się szeroko. Najlepsze było Dreamland. Można w nim było popływać gondolami po Wenecji, przejechać koleją przez szwajcarskie góry, odwiedzić wioskę liliputów z trzystoma mieszkańcami. Odbywały się też spektakle i to takie, których i dziś by się nie powstydzono. Odgrywano koniec świata czy święto Baltazara i zniszczenie Babilonu. Ale Dreamland spłonął jeszcze przed moim narodzeniem. Znam go jedynie z opowieści ojca. „Konkurencja go spaliła?” – zapytał Federico. Nie, tym razem to był wypadek.
Chociaż konkurencja faktycznie często używała nie dżentelmeńskich metod. W przeddzień otwarcia nowego sezonu, podczas uszczelniania przecieku, jeden z pracowników Bram Piekła przewrócił wiadro z gorącą smołą. Musicie wiedzieć, że parki rozrywki wyglądały olśniewająco jedynie nocą. W dzień można było zauważyć, że olbrzymie budynki i inne konstrukcje są zbudowane z listewek połączonych cienkimi ściankami gipsu i oleju konopnego. Pożar rozprzestrzenił się w kilka minut, trawiąc wszystko. „No a lunapark?” – zapytała Subira. Ten pierwotny też spłonął w 1944 roku. Można było w nim odbyć podróż na Księżyc, odwiedzić Egipt, popłynąć przez wzburzone morze, zwiedzić kopalnie. Ale największą popularnością cieszył się Helter Skelter, czyli zjazd po spirali i wiele innych zjeżdżalni. Dzisiejszy park otworzono dziesięć lat temu na części byłych terenów starego.
Ale to już nie to co kiedyś. „I dziwolągi też tu były?” – zapytał Federico. Timur spojrzał na niego z wrogością, lustrując od stóp do głów. Wystraszony Federico cofnął się o krok. A ty co? Telewizji i internetu nie masz? Tam oglądaj dziwolągi. „Nie złość się, Timur.” – zaśmiał się Terry. – Mój przyjaciel pyta o to, gdyż szukamy pewnej osoby z rogami na głowie. To dla nas ważne.
Timur złagodniał nieco. Zamyślił się i podkręcił wąsa. Z rogami, mówisz? Najprościej byłoby zapytać o te rogi żonę. Timur też nie oparł się chęci zażartowania. W ostatnich dniach zaginęło wielu weteranów wojennych. Ten rogacz jest w to zamieszany – wyjaśnił Terry poważnie, z nadzieją, że to powstrzyma dalsze żarty. A to przepraszam. Timur przyłożył rękę do piersi i skłonił się lekko. Na Coney Island nie było gabinetów osobliwości, ale do Nowego Jorku co roku przyjeżdżało kilkadziesiąt wędrownych trup.
No i było kilka tak zwanych teatrów, w których odbywały się pokazy. „Nie rozumiem tej fascynacji oglądania zdeformowanych ludzi.” – skrzywiła się Subira. Jeżeli Timur miał zamiar ją obsztorcować, na widok jej zatroskanej twarzy zrezygnował z tego pomysłu. Dzisiaj macie ekrany na ścianie, w telefonach, w okularach. Migoczą wam przed oczami od rana do wieczora tak, że nie wiecie, co oglądać. Za czasów mojej młodości można było jedynie obejrzeć zdjęcie w gazecie. No i były jeszcze ruchome obrazy w kinie. Ale by poczuć prawdziwy dreszcz emocji, trzeba było pójść do cyrku lub gabinetu osobliwości. Nie dziw się więc, piękna dziewczyno, że tłumy stały w kolejkach. „I widział pan kobiety z brodą?” – dopytywała ośmielona Subira.
Timur uśmiechnął się z nostalgią. Młoda dziewczyno, kogo ja nie widziałem? Kobieta z brodą to żadna osobliwość. Kiedyś nie było depilatorów na baterie, a do pracy była potrzebna siła. To i kobiety miały słuszne krągłości oraz bicepsy, tak jak mężczyźni, więc wąsik u wielu z nich nie dziwił. W dzisiejszych czasach nie dojadacie. Jesteście chude jak szczapy, przez co macie problemy z rodzeniem dzieci, nie wspominając już o karmieniu piersią. Z cycuszków jak łupiny orzecha nie wydoisz mleka dla dzieciaka. To muszą być cyce jak arbuzy. Wtedy mleko płynie takim strumieniem, że i czwórka dzieci się posili.
Ja sam ssałem cyca matki do piątego roku życia. I popatrzcie, w przyszłym roku wezmę na plecy dziewiąty krzyżyk, a z łatwością położę na rękę niejednego dwudziestolatka. „A teraz też istnieją takie osobliwości jak kiedyś?” – zapytała Anne. Może i są, ale pewnie pochowane po szpitalach albo też wiozą je za młodu na stół. Ciach i po trzeciej piersi, ciach i po sześciu palcach. Przecież nawet bliźniaków syjamskich potrafią dziś rozdzielić tak, że każdy swój rozum i ciało ma. Znałem bliźniaczki Hilton. Panny Daisy oraz Violet były zrośnięte biodrami i pośladkami. Występowały w filmie Dziwolągi – wtrącił Federico z dumą, rozglądając się po twarzach przyjaciół, jakby chciał powiedzieć: i nadal uważacie, że filmy, które oglądam, są nic niewarte? A tak, ma pan rację, ale ta historia rozpoczęła się o wiele wcześniej.
Już w wieku trzech lat pokazywano je publiczności jako The United Twin. Występowały nawet w widowiskach organizowanych przez naszego sławnego Boba Hope'a. Gdy miały osiem lat, matka sprzedała je właścicielowi baru. Przez wiele lat siostry walczyły o niezależność. Udało się, gdy miały dwadzieścia trzy lata. Ale czy zrezygnowały z występów? Nie. Bo jak inaczej mogłyby zarabiać? Ściągały tłumy widzów jeszcze jako The Hilton Sisters Revue, w tym wielu tracących dla nich głowę mężczyzn, gdyż musicie wiedzieć, że kilkakrotnie wychodziły za mąż. Jednak gdy się zestarzały, nikt już nie chciał ich oglądać.
Umarły, pracując jako ekspedientki w sklepie spożywczym. Nie jestem reliktem przeszłości. Doceniam postęp medycyny. Życie Daisy i Violet z pewnością byłoby szczęśliwsze, gdyby mogły żyć oddzielnie. Jednak w tamtych czasach nie miały wyboru. Oglądano je ze śmiechem lub wstrętem, ale mogły przetrwać. Gabinety osobliwości i cyrk były ówczesnym Facebookiem. Do cyrków zwożono zwierzęta z najodleglejszych stron świata. Ależ to okrutne! Anne zdawała się poruszona.
Czasami tak — wzruszył ramionami Timur. Lecz powiedz mi, czy lepsze warunki mają pracownicy fabryk w Afryce lub Azji? I to naszych fabryk. Poza tym nie mieliśmy innych możliwości ujrzenia podobnych osobliwości czy zwierząt. Powiedziano mi, że gdzieś w pobliżu można zobaczyć osoby z modyfikacjami ciała. Terry ponownie musiał skierować rozmowę na właściwy temat. A tak, rzeczywiście słyszałem o jednym miejscu. Tam będziecie mogli spotkać nie tylko rogaczy. Mam na myśli takich z prawdziwymi rogami — dodał szybko, by jego słów nie wzięto za kolejny żart. Dajcie mi pięć minut — przeprosił i odszedł niedaleko, na 20 metrów.
Wyciągnął telefon komórkowy, wybrał jakiś numer i zaczął rozmawiać. Odległość była na tyle duża, że nie słyszeli, co mówi. Czy ja dobrze widzę? On ma komórkę? — zapytał ze zdziwieniem Federico. Przecież mówił, że nie jest reliktem — zaśmiała się Anne. Po kilku minutach Timur wrócił z uśmiechem zadowolenia na twarzy. Mam adres i hasło — oznajmił. Podajcie je bramkarzowi. Został uprzedzony.
Hasło? — zapytał Terry. Zwyczajna dyskoteka, którą dzisiaj nazywa się galerią rozrywkową, jest dostępna dla wszystkich, choć wstęp sporo kosztuje. Ale jest tam też zamknięta impreza w dobudowanej części budynku wyłącznie dla wtajemniczonych. To niedaleko, w gmachu dawnego teatru Sideshows by the Seashore. Kilka lat temu wyburzono parterowe baraki obok i teraz cały obiekt zajmuje pół kwartału. Kto w tym teatrze nie występował? Można było zobaczyć kobietę z czterema nogami. Był też człowiek z głową lwa — przerwał mu śmiech Federica. To przecież niemożliwe.
Urażony Timur spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą. Człowiek lew zmarł, gdy miałem rok, lecz ojciec często mi o nim mówił. Pochodził z Polski. Bardzo inteligentny człowiek. Władał pięcioma językami. Chciał zostać dentystą. Oczywiście nie miał lwiej głowy, ale był bardzo owłosiony. Teraz wiem, że to wynik choroby genetycznej nazwanej chorobą wilkołaka. Jednak wtedy nie byliśmy aż tak mądrzy, a jego włosy rzeczywiście przypominały grzywę dużego kota. I kto jeszcze?
— dopytywał się skruszony Federico, lecz Timur naraz stracił ochotę na wspominanie. Sami będziecie mogli ujrzeć dzisiejsze dziwolągi — zakończył spotkanie z urazą w głosie. Proszę państwa, to teraz w przerwie pomiędzy trzecią a czwartą częścią „Śmieciowych ludzi” zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie w kolejnym odcinku Filmotekarium. Już państwo słyszycie, że dopadła mnie coroczna wiosenna jeszcze klątwa. Ja praktycznie co roku zapominam w odpowiednim czasie łykać tabletki antyhistaminowe, w każdym razie na uczulenie i to później skutkuje zapaleniem gardła. Ale nie o tym będziemy dzisiaj rozmawiali. Filmotekarium, jako się rzekło. A skoro Filmotekarium, to na pokładzie Piotr Cielebiaś.
[01:06:30] - Witam, dzień dobry wieczór. Ja myślałem, Marku, że straciłeś głos, bo tak mocno przeżywałeś ten film i takie były okrzyki ekscytacji na „Woman in the Yard”, którą dzisiaj omawiamy, bo w dzisiejszym odcinku jeden z niewielu nowych horrorów, bo mamy jakiś okres posuchy. Nie wiem, gdzie oni chomikują te horrory. Co się z tym dzieje? Prawdopodobnie to, co jest produkowane, jest sprzedawane do streamingów. A dzisiaj „Kobieta na podwórku” — nie wiem, jak to się nazywa po polsku. „Woman in the Yard” — horror psychologiczny. Ale co trzeba powiedzieć na samym początku już: to jest horror afroamerykański. To jest horror może nie etniczny, ale bardzo ukierunkowany w pewną stronę, w stronę pewnego środowiska i to się mocno na nim odbija. Może nawet dzisiaj będziemy mniej mówić o samym filmie, tylko właśnie o tej niszy kinowej, bo pojawiło się kilka innych produkcji.
Jedną żeśmy omawiali: „Deliverance”. Jak to się nazywało po polsku, też nie pamiętam. „Uwolnienie” chyba. Taki netflixowy film z Glenn Close. Horror rzekomo na faktach. Uznaliśmy go za jeden z najgłupszych filmów, ale mieliśmy też ostatnio jeszcze jeden film z tej grupy, o którym na końcu powiem. Wróćmy do tego „Woman in the Yard”. Rodzina afroamerykańska zamieszkała na prowincji, zmagająca się z różnego rodzaju problemami, co widzimy na samym początku, w tym z niedostatkiem i brakiem ojca. Nagle wplątuje się w jakąś dziwaczną historię na ich Po sesji przed ich domem pojawia się kobieta w czerni i ona siedzi i patrzy, i siedzi i patrzy, a oni nie wiedzą, co robić. Ona siedzi i patrzy.
Paradoksalnie mógłby być z tego całkiem ciekawy koncept. Całkiem ciekawy horror, bo wspomnę za chwilę o kilku filmach, które wykorzystywały ten motyw, że jest demon, jest duch, który się patrzy, który jest takim demonem obserwującym, który czyha na człowieka, nie wiadomo, co zrobi. Tutaj do pewnego momentu to wszystko wygląda obiecująco. A potem? No właśnie, co potem, Marku?
[01:08:42] - Tak. Tylko na początek dodam, że polski tytuł, który spotykałem często, to jest "Kobieta w ogrodzie". Żeby nie było tak prosto znaleźć. "Kobieta w ogrodzie" i pytasz, co dalej. Ale ty już właściwie opowiedziałeś cały film. Prawie. Bo niewiele więcej się dzieje. Oczywiście żartuję, bo okrzyki były przy tym filmie. Nie z tego powodu, jak państwu mówiłem, mam chrypkę, tylko zupełnie innego. Natomiast okrzyki były przy tym filmie, ale to nie były okrzyki zachwytu.
Wręcz przeciwnie, mnie ten film mocno irytował. Jakież to jest, proszę państwa, dziwne. Moim zdaniem, ale to nie bierzcie państwo, może trzeba to zobaczyć. Moim zdaniem to jest strasznie złe. Nie dlatego, że coś jest źle zrobione w sensie sztuki filmowej, tylko złe jest to, że to jest o niczym. Całą tę historię głównej bohaterki bardzo zawile poznajemy, co się tak naprawdę spotkało, zdarzyło. Ona przecież miała męża, a teraz męża nie ma, ale go wspomina i coś ma z nóżką niedobrze, jakaś taka połamana. I te dzieci jakieś takie w sumie bidne te dzieci. Bida tam w ogóle aż piszczy, tak jak Piotr powiedział. Ale na przykład Wi-Fi się domagają i bardzo chcą, a tu Wi-Fi nie ma.
I ogólnie nędza jest, proszę państwa, na razie mówię o stanie majętności tejże rodziny. I cóż, ta kobieta cały czas siedzi. Zauważcie państwo, ja tu opowiadam, co tam się dzieje w domku. Dwójka dzieciaków, chłopak i dziewczynka. No dobra, no i co? I nic. One się kręcą po domu, czasami lekko wychodzą, a kobieta siedzi. Najpierw wpadają na bardzo dobry pomysł, że to może jest jakaś uciekinierka z domu pomocy, jakiegoś domu starców, czy jak to określimy. Ale jakoś tak hipoteza robocza później się nie sprawdza. I musiałbym państwu opowiedzieć, jak to się kończy, ale nie powiem, bo jednak pewnych standardów przestrzegajmy.
Ale gdybym miał powiedzieć, że to się kończy w jakiś konkretny sposób, to też bym przesadził. Chociaż z drugiej strony kończy się definitywnie. To tak, ale czy to cokolwiek rozwiązuje? Czy my tak naprawdę z tego obrazu wyciągamy jakąś grozę? Poza tym pierwszym momentem, kiedy kobieta się pojawia, siedzi sobie i patrzy. Jest ten moment taki wow, trochę wyglądało, nie wiem, czy to jest najlepsze skojarzenie. Ja to miałem skojarzenie z Muminkami i z Buką. Buka przyszła i się tak zrobiło nieprzyjemnie. Tu też przyszła taka Buka w czerni i się zrobiło nieprzyjemnie. Ale tak jakbym dalej miał opowiadać, to niewiele więcej się tam zdarzyło.
Nie wiem. Dla mnie to było strasznie złe. I powtarzam, nie dlatego, że ja cokolwiek do tego filmu z jakiejkolwiek strony bym podchodził mam. Tylko uważam, że opowiadanie historii, kiedy się nie ma do opowiedzenia żadnej historii, to już jest jednak przesada.
[01:12:12] - Tutaj opowieść jest, tylko my otrzymujemy znowu zamiast cukierka kawałek ziemniaczka. Tak naprawdę niezgodność produktu z opisem jest. To nie jest tak za bardzo horror. To jest film psychologiczny przede wszystkim, dość zawiły. To też nie jest tak, że my się tego czepiamy, bo to jest kino klasy B, które ktoś wypuścił, jakiś tam afroamerykański horror i my po tym lecimy. Nie, to jest film klasy premium. Zrealizowany jest świetnie, nie ma żadnych mankamentów i dobrze się to do pewnego momentu ogląda. Ja powiem, że kiedy pojawiła się ta kobieta w czerni siedząca, to ja miałem przed oczami inne filmy, kiedy właśnie pojawiał się duch, demon i oznaczało to niebezpieczeństwo. I czekam, aż zacznie potęgować się groza, aż się zaczną pojawiać jakieś typowo horrorowe sceny, a tymczasem nic. Wszystko zaczyna się gmatwać.
Bohaterowie wchodzą nawet w jakiś kontakt z tą panią. No i koniec końców dowiadujemy się, że to wszystko ma jednak podłoże psychologiczne. Końcówka jest totalnie spaprana. Gdybym miał podać jakieś skojarzenia filmowe, to może nie Buka, tylko "Świat według Kiepskich" i taki odcinek, że Boczek siedzi na korytarzu. To mniej więcej tak było i to było 10 razy ciekawsze, kiedy Boczek siedział. Wróćmy do "Woman in the Yard". To jest film psychologiczny, więc musi być jakieś odniesienie do traum. I mamy oczywiście zagadkę z przeszłości, która nam się potem trochę wyjaśnia. Mamy zagadkę oczywiście związaną ze śmiercią jej męża. Finalnie dochodzimy też do wniosku, że jak powiedziałem, ta kobieta siedząca na podwórzu czy w ogrodzie to nie jest żaden duch, żaden demon.
Wiecie, są takie filmy i nawet żeśmy o nich mówili ... w których główną osią jest to, że ludzie są osaczeni przez demona, który jest gdzieś w pobliżu i zaciska tą pętlę. Jest coraz bliżej i bliżej. Pamiętacie "Smile"? Pamiętacie może "El Páramo"? Tego żeśmy nie omawiali. Film pod tytułem "Odludzie", tak się chyba nazywa po polsku. Mamy jeszcze "Coś za mną chodzi" i wiele podobnych. I tutaj myślałem, że będzie w tym samym stylu i będzie mrocznie i będzie nawet ciekawie. No i nie jest, niestety.
Film dopiero potem pokazuje swoje pazurki, prawdziwą naturę i ambicje. I w zasadzie można by się zastanowić, po co my opowiadamy o "Woman in the Yard", ale to jest jednak pewien punkt wyjścia też do krótkiej opowieści o horrorach, które są osadzone w realiach afroamerykańskich, tak to nazwijmy, bo trochę takich filmów się w ostatnim czasie namnożyło. Jednym z nich jest "Deliverance". Chyba "Wybawienie" się nazywa po polsku. Omawialiśmy ten film. Zresztą w sumie on jest podobny, tylko jest bardziej horrorowy. Czyli mamy silną bohaterkę płci żeńskiej, która ma problemy nie tylko ze swoim mężczyzną, ale też z duchem. Natomiast tutaj jest to wszystko bardzo podobne, jak się głębiej zastanowić, jeżeli chodzi o "Woman in the Yard". Także "Deliverance" to jest jedno. Pamiętacie "Nope" może?
To był też taki film, gdzie te wątki związane z życiem, kulturą, życiem codziennym Afroamerykanów były mocno zarysowane. Tylko czy takie kino z takimi ambicjami, skierowane do bardzo konkretnego odbiorcy, ono kiedy wchodzi do mainstreamu, kiedy ono zaczyna się rozpychać, czy ono ma szansę zawsze? Też nie chcę zabrzmieć jakoś strasznie źle, ale wydaje mi się po prostu, że ktoś, kto nie należy do tej kultury, to zauważy w tym filmie pewne mankamenty. I to srogie. Nie tylko w tym filmie, ale w ogóle w tych filmach. Przede wszystkim aktorzy zachowują się bardzo specyficznie, nadekspresyjnie. Kobiety są bardzo rozdarte, muszę powiedzieć. To mi przeszkadza osobiście w tych filmach, że to tak jakby to była jedna wielka kłótnia cni. Tak samo było w "Deliverance", tak samo jest w "Woman in the Yard". Te filmy są sztuczne bardzo.
Tak jakby się oglądało film w filmie. Niby to jest wszystko dobrze zrobione, niby jest okej, ale jest głupie po prostu. Nie ma sensu, nie ma klimatu i jest sztuczne. I to nie porywa mnie, na przykład. I to potwierdził jeszcze dodatkowo nowy film pod tytułem "Sinners" – "Grzesznicy". On u nas leciał nawet w kinach. To jest opowieść tego samego typu, skierowana do Afroamerykanów, tylko że ona jest akurat z wątkami, z takimi przytykami natury, jakby to powiedzieć, wiecie jakiej, skierowanymi w stronę tych jaśniejszych ludzi, o jaśniejszej karnacji. Nie wiem, co taki film do końca robi w kinach. Nie czepiam się akurat w żaden sposób tego, kto go wyprodukował, kim są bohaterowie, jakie ma przesłanie, tylko to po prostu jest przerysowane. Polski odbiorca tego nie kupi.
Przynajmniej duża grupa Polaków tego nie kupi, bo zobaczy, że to jest takie jakieś nędzne. Niby ten "Sinners" to jest opowieść o grupie gangsterów, którzy sobie otwierają klub muzyczny, ale to wszystko jest tak cholernie naiwne. Taki klub muzyczny gdzieś na prowincji, bo oni wracają z Chicago, mają kupę pieniędzy i w to wszystko jest wplątany wątek horrorowy. Film jest zrealizowany świetnie. No i cóż z tego, że on jest zrealizowany świetnie, kiedy on jest absolutnie durny, ale jest tak durny, że po prostu ja się zacząłem zastanawiać, kto to dopuszcza do dystrybucji w Polsce w ogóle. To nie jest kino skierowane do naszego widza. Nie ma w tym temperatury po prostu. Ja rozumiem, że są fajne filmy wyprodukowane w innych krajach, natomiast to nie wiem. Ja do tej niszy nie wchodzę. Na następny raz, kiedy zobaczę, że jest kolejny horror tego rodzaju, to po prostu sobie daruję i podziękuję, dlatego że to nie jest dla mnie, nie rusza mnie to.
Te problemy, które są mocno naświetlone, problemy natury społecznej, rasowej, związane ze Stanami Zjednoczonymi. Ja tego jakoś nie kupuję, mnie to nie rusza. I dodatkowo, kiedy macie jakieś mnóstwo, miliony aluzji różnego rodzaju, to się wszystko robi tak kiepskie i macie narzuconą sztucznie jakąś historię horrorową. O Boże, naprawdę.
[01:18:49] - O, właśnie. Narzucona sztucznie historia horrorowa. Bo moim zdaniem to jest istota tego wszystkiego, tego nieporozumienia, które nas, a za naszym pośrednictwem państwa, dotknęło. Na czym to polega? Co mam na myśli? Otóż moim zdaniem i Piotr to zasygnalizował, ta "Kobieta w ogrodzie" to jest film psychologiczny, absolutnie psychologiczny. Tylko ktoś wpadł na pomysł, że film psychologiczny nie będzie miał brania w kinach. Ludzie nie będą chcieli tego oglądać. Najpewniej miał rację. W związku z tym dorobiono temu filmowi legendę, że to horror jest.
Proszę państwa, to jest taki horror, no ja wiem, na przykład film Ingmara Bergmana "Siódma pieczęć" bywa reklamowany jako dramat fantasy. Proszę bardzo, można? Można. Jest postać śmierci. W szachy gra, mówi dziwnym głosem i jest bardzo filozoficzny. Tu też taka trochę filozofia, ale bardziej za pięć złotych w kobiecie, którą dzisiaj omawiamy, w "Ogrodzie", też funkcjonuje, ale to jest taka filozofia niewielkiej wartości, taka pseudofilozofia, która usiłuje epatować różnymi Różnymi przemyśleniami. Moim zdaniem słabe to jest, ale po co przywołałem "Siódmą pieczęć" Bergmana? Po to, żeby pokazać, że są oczywiście miłośnicy kina psychologicznego i to są ludzie, którzy oglądają specyficzny gatunek, specyficzne filmy. My z Piotrem staramy się państwu pokazywać inne filmy. Filmy może nie aż tak ambitne, nie aż tak filozoficzne, ale jednak kierujące się w stronę fantazji.
Bo jeśli mówimy o horrorze, jeśli mówimy o sci-fi, to fantastyka gdzieś tam sobie buszuje. Tymczasem raczej, i to zresztą jest moja deklaracja, nie omawiamy filmów psychologicznych jakoś tak głęboko. Raczej żeglujemy w kierunku kina akcji. A jeśli to nie jest kino akcji, to przynajmniej, żeby to była jakaś narracja, jakaś opowieść. Tymczasem ta opowieść w filmie, który dzisiaj omawiamy, o kobiecie w ogrodzie, jest mocno zredukowana na rzecz filozoficznych przemyśleń, których nie ma. Nie wiem, czy państwo już łapiecie, jaka to jest pułapka ten film. Pułapka dla ludzi, którzy lubią horrory, którzy lubią filmy grozy. Pułapka się udała. W naszym przypadku, Piotrze, chociażby, bo zostaliśmy ściągnięci na seans, ale to nie był seans, na który każdy z nas czekał. To jest opowieść psychologiczna o pewnych problemach, o tym, że kobieta nie dość, że ma traumę po pewnych przeżyciach, to jeszcze przyszłości przed sobą nie widzi.
I w ogóle ciężko w życiu jest. Okej, wszystko to rozumiem, ale to nie był chyba film dla nas, Piotrze. Z naszego punktu widzenia, przy naszych miarkach, które przykładamy, to w ogóle nie pasowało. Nie pasowało nawet do tego cyklu, do Filmotekarium, w którym jednak inny rodzaj filmów omawiamy.
[01:22:38] - Tak, ale jednak ten wątek afroamerykański jest wydatny w tym filmie. Ja już się nie dam złapać następnym razem. To jest chyba ostatni też raz, kiedy podobny film omawiamy, bo też nie myślcie, że ja się jakoś szczególnie czepiam. To po prostu do mnie nie przemawia i tyle. To trochę jest tak jak na przykład z horrorami azjatyckimi. Są ich miłośnicy i są i tacy, co nie czują tej chemii. Chociaż tutaj jest nieco inaczej w tym przypadku, dlatego że te afroamerykańskie horrory nie padają jakimś typem strachu, jakimś konkretnym potworem, stworem, jakimiś wierzeniami. To jest po prostu nieco inaczej, z pewnymi podtekstami opowiedziana zupełnie normalna historia horrorowa, tylko opowiedziana w tak sztuczny sposób, że tego się oglądać nie da. A oczywiście "Nope", oczywiście "Deliverance", "Kobieta na podwórku" czy "Kobieta w ogrodzie" to są najlepsze przykłady. A przykładów dużo gorszych sobie znajdziecie w internecie multum.
Także skoro ten top, skoro ta śmietanka tych filmów prezentuje się, jak się prezentuje, chociaż był filmem całkiem niezłym, ale jakoś mi się go nie chce oglądać drugi raz. Skoro ta śmietanka, ta wierchuszka tak wygląda, to co z tymi średniakami? Właśnie jeszcze gorzej. Także w taki sposób to wygląda. Naprawdę miłośnikom niemrawości polecamy mocno kobietę na podwórku czy w ogrodzie. Kobietę, która siedzi na ławce przez cały film.
[01:24:16] - Ale jedną rzecz, Piotrze, podrzuciłeś niezwykle cenną. Tylko że to jest rzecz dla nas cenna. Wyobraźmy sobie, ty sobie, Piotrze, wyobraź. Mam nadzieję, że spróbują to zrobić nasi słuchacze. Wyobraźcie sobie państwo horror, który odwołuje się do mitologii i wierzeń czarnego lądu, ale nie takiego już z mitologii i tych wierzeń przerobionych niejako przez jakąś kulturę z Karaibów. Nie, taką czystą, sięgającą serca Afryki. Ja myślę, że mogłoby być wtedy groźnie. Mogłoby być wtedy klimatycznie, tylko jakoś nikt tego nie chce robić po prostu, a w każdym razie ostatnimi czasy. Proszę państwa, no to cóż, czwarta część "Śmieciowych ludzi" przed nami. Tadeusz Meszko, "Śmieciowi ludzie".
Rozdział czwarty. Rach-ciach siekierką. Dyskoteka przebierańców. Pod wskazanym przez Timourę adresem znajdował się piętrowy budynek z pomalowanymi na niebiesko wystającymi drewnianymi belkami stropowymi i framugami okien. Historyczna część gmachu została połączona z nowym, który był zwykłym sześcianem betonu bez okien, za to z ogromnym szyldem New York Creatures and Monsters. Od razu poznali, że to budynek galerii rozrywkowej, gdyż ściany pulsowały głuchym dudnieniem. "O nie, ja tam nie wchodzę" — jęknęła Subira. "Nie będzie tak źle." Federico nie podzielał jej obaw.
[01:26:22] - Spojrzała na niego takim wzrokiem, że od razu pożałował próby uspokojenia jej. „Żartujesz? Skoro tutaj tak to słychać, to jak głośno będzie w środku? Uszy mi oklapną i będę wyglądała jak kobieta z plemienia Karen.” „To te, co noszą na szyjach obręcze?” – zapytał ostrożnie Federico. „Tak, to one” – wycedziła przez zęby Subira. „O czym oni mówią?” Terry po cichu zwrócił się do Anne. W Birmie i północnej Tajlandii kobiety z plemienia Karen noszą obręcze, które według jednych mają je uchronić przed atakiem tygrysa, przeważnie wbijającego zęby w szyję ofiary, a według innych stanowią sposób represjonowania ich przez mężczyzn, którzy dbają o to, by nie wyglądały zbyt atrakcyjnie, a przez to nie prowokowały do gwałtów. „Czyli ochrona totalna i od drapieżników, i od zalotników” – podsumował Terry, spoglądając na Anne. Nie zareagowała. Zmarszczyła tylko brwi, mocno nad czymś rozmyślając.
„Czy nie uważasz, że coś między nimi zaczyna iskrzyć?” – rzekła po chwili. „Bo się kłócą? Odkąd ich znam, wciąż się sprzeczają. Nie wiązałbym z tym faktem większych nadziei.” „Kto się czubi, ten się lubi.” Anne nie dawała się przekonać. Po otwarciu drzwi uwolnione dźwięki instrumentów o mało nie zwaliły ich z nóg. Subira zatkała uszy dłońmi. Od bramkarzy dowiedzieli się, że wejście do zastrzeżonej części budynku znajduje się na końcu pierwszej sali. Ciasno zbity tłum wyginał się na parkiecie rzęsiście oświetlanym kolorowymi światłami. Niemal wszyscy mieli tatuaże oraz w mniejszej lub większej liczbie pierścienie czy obręcze wystające z różnych części ciała. To była zwykła dyskoteka.
„Musimy przejść do zamkniętej części” – krzyknął Terry. „Tu nie znajdziemy tego, czego szukamy.” Przebicie się przez tłum pulsujący w rytmach techno dance zajęło im 10 minut. Przed drzwiami obitymi blachą stał wysoki bramkarz o tak napakowanej klatce piersiowej, że można by ją pomylić z kobiecym biustem. Pomyłka byłaby tym bardziej uzasadniona, że jego twarz miała delikatne rysy i zdradzała brak jakiegokolwiek śladu zarostu. „Ma ciało lwa, ale twarz kobiety. To pewnie Sfinks” – podpowiedziała Anne. Terry podał hasło. Sfinks skinął głową, lecz nie ustąpił im miejsca. Terry spojrzał na niego pytająco. „Musicie jeszcze rozwiązać zagadkę” – wyjaśnił ze złośliwym uśmieszkiem.
„Zagadkę? Nie było mowy o zagadkach” – zaprotestował Terry. Sfinks tylko wzruszył ramionami. „Pytaj Sfinksie.” Anne podjęła wyzwanie: „Czego człowiek pragnie na starcie, a żałuje na mecie?” Anne stwierdziła, że pytanie jest godne egipskiego Sfinksa, a nie bramkarza w podrzędnej dyskotece. Krótkie, a otwarte. Tylko jak je interpretować? Dosłownie czy jako przenośnię? „Bycia dorosłym za młodu i powrotu do dzieciństwa na starość” – odpowiedziała po chwili wahania. Sfinks skinął z uznaniem głową i odsunął się na bok, otwierając grube na kilka centymetrów wrota. Przeszli krótkim korytarzem, otworzyli drugie drzwi o podobnej grubości i weszli do niewielkiego pomieszczenia.
Gdy bramka zamknęła się za nimi, dudniąca muzyka ucichła. „Uff, wreszcie cisza” – westchnęła z ulgą Subira. „Ta część budynku ma bardzo grube ściany, dzięki czemu skutecznie tłumi wszelkie dźwięki dyskoteki dla prostaczków” – wyjaśnił Federico, rozglądając się po wnętrzu. Płaska jak smartfon szatniarka we fioletowym fraku z fryzurą afro, z której wystawały dwa złote różki, żując gumę zlustrowała ich od stóp do głów i lekceważącym tonem oznajmiła: „Bezpłatny wstęp jedynie dla osób posiadających atrybuty. Wy nie macie żadnych naturalnych atrybutów.” „Ty też nie” – wypalił bez chwili zastanowienia Federico, patrząc na jej nikły biust. Zignorowała jego słowa. „Na planszach po mojej lewej i prawej stronie znajdują się wizerunki postaci wirtualnych, których oprogramowanie możecie kupić wraz z goglami GTV.” Diablica uniósł dłonie, wskazując tablicę za sobą niczym stewardesa pouczająca pasażerów samolotu lecącego do piekła. Były tam zdjęcia wszelkich stworów opisanych przez Homera oraz takich, o których mu się nawet nie śniło. „Możecie też pozostać tacy, jacy jesteście, ale wtedy będziecie mogli jedynie przyglądać się bawiącym się gościom z galerii.” Umilkła na chwilę, jeszcze raz ich lustrując. Widocznie ocena nie wypadła najlepiej, gdyż dodała: „Bilety do galerii są dużo tańsze.” „Słyszałem, że niektórzy mają indywidualne oprogramowanie” – zapytał Federico, a Terry zastanowił się, skąd jego kolega o tym wie.
„Tak, ale pan przecież nie ma atrybutów” – odpowiedziała znudzona. „Bez nich indywidualny program na nic się nie przyda. On pozwala jedynie uwypuklić modyfikacje ciała.” „Aha, czyli nikt nie rozpozna, czy mam wirtualne, czy prawdziwe rogi?” „Dokładnie.” „To jak zidentyfikujemy naszego rogacza?” – Anne zapytała szeptem Subirę. „Zdejmiesz gogle i magia pryśnie” – odparła Subira. „Kupimy atrybuty kręgu wewnętrznego” – zdecydował Terry. Diablica z zadowoleniem skinęła głową. Nasza dyskoteka ma dwie sale. W niebie usłyszycie nastrojową muzykę, będziecie mogli pić boski nektar i rozmawiać. W piekle przy ciężkiej muzyce tańczy się i pije do upadłego. Po mojej prawej stronie odnajdziecie postacie z Olimpu, natomiast po lewej z Hadesu.
Ale nie jest to podział sztywny. Anioł może pójść bawić się do piekła, a diabeł zasiąść w niebie. Co wybieracie? Noga zaczyna mnie boleć. Chodźmy do nieba – powiedział cicho Terry do Anne. Ty nawet ze zdrową nogą nie lubiłeś tańczyć. Nie potrafiła powstrzymać się przed wkłuciem mu szpilki. Jednak po chwili oznajmiła zdecydowanym głosem: Ja i Terry odwiedzimy Olimp. A ja z Subirą z chęcią zejdę do piekła – powiedział Federico, patrząc wyczekująco na Subirę. Nie zaprotestowała.
Chociaż raz będę niczym aniołek – oświadczył Terry, sięgając po gogle Archanioła. To ja też wybiorę istotę ze skrzydłami, ale dodatkowo ze szponami, ostrymi kłami i włosami z węży. Ukąszę i rozszarpię każdego, kto stanie mi na drodze – zasyczała Anne, wskazując na postać Gorgony. Anne, które boginie greckie były dziewicami? – zapytała Subira. Artemida, Atena i Hestia. To ja będę Artemidą, a ty satyrem – zdecydowała za Federica Subira. W niebie nie było tłoku. Można by nawet powiedzieć, że wiało pustką. No cóż, coraz mniej osób wierzyło w sens istnienia nieba.
Chyba jedynie terroryści skuszeni obecnością dziewic jeszcze do niego lgnęli. Zwyczajni ludzie pracowali od rana do zmroku, by zasłużyć na niebo tu i teraz. Na Olimpie śpiewał, co oczywiste, Jon Anderson z ulubionego przez Subirę zespołu Yes. Wokaliście akompaniował, co również wydawało się oczywiste, Vangelis. Terry pamiętał, że Vangelis urodził się jako Evangelos Odysseas Papathanassiou pod Volos, w linii prostej jakieś 100 kilometrów od góry Olimp i kilkanaście od grobu Eurytiona. Nic więc dziwnego, że w jego muzyce brzmiały niebiańskie nuty. Przed ścianą naprzeciwko wejścia ustawiono tron Zeusa. Złoty, bogato inkrustowany i z pewnością niewygodny. Zeus okazał się radosnym, łysiejącym grubaskiem, popijającym nektar z metalowego kufla w otoczeniu siedzących na poręczach roześmianych nimf. Bardziej przypominał Dionizosa niż boga władającego piorunami.
Na środku sali znajdowała się scena wypełniona grupką osób pląsających w rytm własnych modlitw. Owe pragnienia i w piekle, i na ziemi, i w niebie były takie same. Chodziło o zaciągnięcie do łóżka partnera lub partnerki. Po bokach znajdowały się loże z wygodnymi kanapami. Tak jak powiedziała recepcjonistka, z góry nie było ich widać. Można więc było zachować daleko idącą prywatność. Jednak nie działo się tam nic specjalnie zbereźnego. Para wampirów na diecie wegetariańskiej chrupała marchewki, aż im się uszy trzęsły, a uskrzydlony Eros, odłożywszy łuk i strzały, obżerał się pieczonym prosiakiem. Terry uniósł gogle, chcąc sprawdzić, w co zamieni się wirtualny prosiak. Ale to był prawdziwy prosiak.
Jedynie szczupły bóg miłości okazał się dobrze zbudowanym, wysokim czterdziestolatkiem o ponurej twarzy komornika sądowego. Muszę przyznać, że scenograf nie uległ wizji znanej z dzisiejszych czasów i przedstawił czasy greckie takimi, jakimi były w istocie – podsumowała swoje oględziny z zadowoleniem Anne. Jesteś pewna? – zwątpił Terry, któremu wirtualny wystrój wnętrza przypominał cyrk. Z nadmiarem detali i kolorów, groteskowy i fałszywy. Nie rozumiał podziwu Anne. Tak – zaczęła wyjaśniać. Nasz ogląd starożytnego świata jest tak samo prawdziwy, jak białe szkielety dinozaurów rozstawione w muzeach. Farby na kolumnach, ścianach, rzeźbach wyblakły, odsłaniając piękno faktury materiału. Możemy podziwiać ich czysty kształt, jednak gdy były nowe, były kiczowate.
I to ci się podoba? Nie wolisz białych rzeźb i zniszczonych kolumn? Jestem archeologiem, nie krytykiem sztuki. Kopię w ziemi, by odtworzyć ukryty świat żyjących wtedy ludzi, a nie nasze o nim wyobrażenia. W lożach nie było wolnych miejsc, natomiast po obydwu stronach ściany, zaraz za wejściem znajdowały się identyczne bary. Okrągłe, ze świecącymi blatami, przypominały aureolę. Przeszli do jednego z nich i Terry zamówił drinki. Barman oznajmił, że mają jedynie boski nektar. Poproszony o wymienienie składów trunku zdradził, że to absynt zmieszany z rumem. Terry uznał, że musi zapamiętać, z czym mieszać absynt, by nie przypominał potem denaturatu.
Bez namysłu zamówił podwójną porcję. Piekło było zatłoczone. Pewnie dlatego, że chociaż nikt go nigdy nie odwiedził, wszyscy wiedzieli, że musi tam być o wiele ciekawiej niż w niebie. Było również głośno, ale tym razem muzyka nie przeszkadzała Subirze. Rozpoznała zespół The Residents grający rock awangardowy. Subira pomyślała, że ciężkie brzmienie King Crimson byłoby bardziej odpowiednie, a utwór „21st Century Schizoid Man” Wprost idealny, jeśli idzie o to miejsce. The Residents okazywali się męczący w dłuższych odsłonach, chociaż Subira nie mogła odmówić im pomysłów muzycznych. Kilkunastosekundowych perełek stanowiących chwilę oddechu w przytłaczającym, postapokaliptycznym, monotonnym brzmieniu. Do piekła trafiło wielu wilkołaków oraz zombie. Można też było wypatrzeć kilku bogów czy herosów.
Jednak najliczniejszą grupę stanowili strasznie okaleczeni na ciele zwykli śmiertelnicy. Nie dosyć, że już za życia cierpieli katusze, po śmierci skazano ich na bolesne tortury - pomyślała ironicznie Subira. W pierścieniu ogni piekielnych kotłowało się kilkudziesięciu wydanych na męki nieszczęśników. Tak przynajmniej uczą religię, ponieważ ci znajdowali się w alkoholowo-seksualnym transie i wyglądali na całkiem zadowolonych. Wpadali na siebie nawzajem, obściskiwali w parach lub większych grupach. Nieliczni tylko oddawali cześć złu w samotności, mimo tego, że wrzucono ich do piekielnego ognia jak chrust. Subira ostrożnie zanurzyła dłoń w płomieniach. Czerwone jęzory oplótły ją, zatańczyły wokół palców, lecz nie oparzyły. O kurczę, jakie to realne! - skomentowała swoje odczucia.
Jak to możliwe? To w sumie proste. Federico wzruszył lekceważąco ramionami, ale jego mina wskazywała, że pomimo wiedzy technicznej, jaką posiadał, otaczająca ich sceneria także na nim zrobiła duże wrażenie. W goglach masz lokalizator, a te wszystkie promienie ze skrzynek na ścianach w każdej chwili ustalają twoją pozycję. Komputery analizują, na co patrzysz i generują odpowiedni obraz, uwzględniając nie tylko twoje położenie, ale też wirtualne atrybuty konkretnych osób. Na zapleczu muszą znajdować się potężne serwery, ale i tak nie mogą przeliczyć tylu danych natychmiast. Zauważyłaś, jak często dochodzi tu do zderzeń? Tak. Tańczący co rusz na siebie wpadają. Myślałam, że to skutek wypitego alkoholu.
Z pewnością również, lecz główną przyczyną jest opóźnienie powstające w wyniku przetwarzania masy danych. Niedługo obejdziemy się bez gogli. Soczewki kontaktowe GDV każdego przeniosą w wirtualne światy na stałe. Subira zdjęła gogle, aby przyjrzeć się piekłu w stanie naturalnym. Dopiero teraz dostrzegła galerię widokową zawieszoną ponad salą. Z balkonów piekielnych bezeceństw wypatrywała liczna grupa śmiertelników. Wielu z nich pewnie żałowało, że nie włożyło więcej kasy, by zstąpić do tak atrakcyjnego piekła. Terry przesunął gogle na czoło i przyjrzał się dokładniej niektórym osobom bez komputerowego wspomagania. Postacie najbardziej wierne wyobrażeniom bogów, herosów oraz stworzeń starożytnej Grecji okazały się zwykłymi ludźmi. Ci z atrybutami pozostali natomiast niemal tacy sami.
Najczęściej tracili jedynie szaty, a ich przymioty okazywały się nie tak wielkie lub objawiały się w pomniejszonej liczbie. Najwięcej osób miało kolczyki wpinane we wszystkie widoczne, a pewnie i niewidoczne części ciała. Niektórzy przekłuwali sobie na wylot górne i dolne kończyny. Stalowe gwoździe wchodziły z jednej strony przedramienia albo dłoni, a ich łepek wystawał z drugiej. Kilka osób w ten sposób przebiło sobie policzki. Terry odniósł wrażenie, że zamknięcie ust w ich przypadku jest niemożliwe, gdyż gwóźdź musiał przechodzić przez szczękę. Ale w takim zabiegu mógł też uczestniczyć dentysta, który w odpowiedni sposób modyfikował uzębienie. Odwrotnością kolców umieszczonych w policzkach było zasznurowanie warg. Dosłowne. Ciekawe, jak ci ludzie pili lub całowali się.
Co druga osoba ograniczyła modyfikacje ciała do założenia licznych obrączek, ewentualnie tatuaży w oku. Dosyć atrakcyjnie wyglądały dziewczyny z dwoma rzędami kolczyków na plecach połączonych kolorowymi tasiemkami. Oby nikomu nie przyszło do głowy pociągnąć za koniec kokardy, bo zamiast zrzucenia ubrania groziło to wyrwaniem skóry. Równie często dostrzegał kolce na głowie. Metalowe stożki o długości najwyżej dwóch centymetrów, które łatwo było ukryć pod czapką lub w gęstszej fryzurze, nie przypominały rogów. Wiele osób posiadało tatuaże będące czymś w rodzaju płaskorzeźby. Ten rodzaj wzorów okazywał się bardzo efektowny. Nie raził też silnym kolorem. Jednak gdy Terry przyjrzał się dokładniej plecom dziewczyny z rysunkiem smoka zjadającego własny ogon, zrozumiał, że zabieg taki wymagał o wiele większej determinacji niż zwykły tatuaż. Prawdopodobnie były to zabliźnione rany powstałe po zdarciu całych fragmentów skóry.
Równie licznie występowały guzy na czole. Nie były to jednak guzy nabite po zderzeniu z jakąś przeszkodą, a napompowane roztworem solnym poduszki w różnym kształcie, przede wszystkim obwarzanków, trójkątów czy pentagramów. Popularnością cieszyło się też wszycie implantów pod skórę: od podkowy na wierzchu dłoni poczynając, a na głowie wyrywającej się na wolność z klatki piersiowej kończąc. Jeden z bawiących się chyba również słyszał o kobietach z plemienia Karen. W górnych częściach małżowin usznych miał wmontowane mniejsze pierścienie, a w dolnych duże, wielkości dna butelki. Z obydwu stron nosa wyrastały mu złote monety, natomiast na głowie zamiast włosów kapsle od piwa. Największe były jednak dekle umieszczone w policzkach. Po chwili Terry dostrzegł inny wariant kobiet Karen, a mianowicie uszy z deklami, mnóstwo obrączek na wargach, brwiach i nosie i co najważniejsze kilkucentymetrowe rogi. Wypustki te były pokryte skórą oraz czterema długimi na kilkanaście centymetrów kolcami ułożonymi w kształt rozchodzących się promieni, które przywodziły na myśl nakrycie głowy Statuy Wolności. Gdy Terry podszedł do mężczyzny bliżej, dostrzegł, że to jedynie atrapy.
Kolce zostały wpięte we włosy. Kilka osób musiało przeżyć spotkanie z morskimi stworami, gdyż na ich ciele widniały ślady pozostawione przez przyssawki ośmiornic. Była też jedna para z rozdwojonym językiem, ale rogaczy nigdzie nie zauważył. Goście okazali się zwykłymi amatorami alkoholu i seksu. Z pewnością od poniedziałku do piątku chodzili pokornie do pracy lub na uczelnię. Może nawet zdejmowali lub zasłaniali swe ekscentryczne ozdoby, żeby nie wyróżniać się niczym z tłumu. Oni Terry'ego nie interesowali. Aby dostać się do Hadesu, trzeba było zapłacić obola przewoźnikowi. Katolicy uważają, że ceną za dostanie się do nieba jest godne życie. A tu okazuje się, że aby przekroczyć próg Bramy Piotrowej, też potrzebna jest mamona.
Usłyszał komentarz Anne. Niebo przestało ją interesować. Siedziała pochylona nad szklanką nektaru, wpatrzona tępo w blat stołu. Musiał ją jakoś rozruszać. Na szczęście dostrzegł dwa centaury. Popijali wino z dzbanów i żywo gestykulowali. Zobacz, tam są twoje centaury! — krzyknął Anne do ucha. Odwróciła się do Terry'ego z laserowym błyskiem w oczach. Jej świdrujący wzrok mógłby przewiercić płytę pancerza czołgu Abrams o grubości ponad 50 milimetrów.
Uważasz, że moje znalezisko to falsyfikat? Że marnuję życie na nierealne marzenia? Ależ skąd. Spójrz tam. Zaraz zaczną się bić. Wskazał ręką dwie skaczące sobie do oczu postacie. Anne z ociąganiem odwróciła się we wskazanym kierunku. Terry mówił prawdę. Dwa centaury najwyraźniej dały się ponieść emocjom, a ich porywczy charakter sprawił, że kłótnia zamieniła się w bójkę. Walka, jaką obserwowali, przypominała trochę opis Homera, a trochę przepychanki Flipa i Flapa.
Zdejmij gogle — usłyszała Terry'ego. — Te centaury to jedynie projekcja holograficzna. Anne zdjęła gogle. Rzeczywiście nie było żadnej walki centaurów. Wypiła następny łyk wódki. Postanowiła przyjrzeć się sali bez gogli. Siedziba bogów w jednej chwili zamieniła się w hangar w trakcie remontu. Wnętrze budynku całkowicie przebudowano. Nie było podłogi pierwszego piętra, a zamiast niej widniał balkon oraz krzyżujące się kładki zawieszone nad salą w dole, odgrodzone siatką aż po sufit. Punkt widokowy dla tych, którzy nie mieli pieniędzy, by wziąć czynny udział w uczcie bogów.
Być może odizolowany w obawie, by ludzie spacerujący z drinkami nie spadli albo by chronić bawiących się przed rzucaniem w nich szklankami. Poza tronem, już tylko w wirtualnej rzeczywistości widać było schody oraz wierzchołek Olimpu. Znajdowali się na tarasie poniżej szczytu, zanurzeni w chmurach, przez które czasami przebijał się zielony krajobraz poniżej. Rzeźbione w głębokiej czerwieni i złocie kolumny okazały się betonowymi filarami. Odległy widok grzbietu Olimpu z białymi obłokami płynącymi po niebieskim niebie był w istocie betonową ścianą. Znikła również większość niebiańskich istot i piekielnych stworów, chociaż część osób zachowała widoczne przez gogle atrybuty. Teraz nie wyglądali fantazyjnie, raczej śmiesznie. Można było jedynie pokiwać ze współczuciem głową nad ich determinacją, która kazała im koniecznie wyróżniać się spośród innych. Ci ludzie nie mieli nic wspólnego z nieszczęśnikami, o których opowiadał im Timur. Zaczęła bawić się nakładaniem i zdejmowaniem gogli.
To były dwa różne światy. Smukły pan z ogonem i kozimi rogami zalecający się do nimfy okazał się nachalnym grubaskiem obłapiającym jakąś anorektyczkę, której z pewnością daleko było do wyobrażeń kobiety uosabiającej płodność. Dwa warczące na siebie wszystkimi głowami cerbery, które powinny przebywać w Hadesie, przemieniły się w kłócących się biznesmenów w garniturach i krawatach. Ale to śmieszne — zachichotała, machając dłonią za plecami Terry'ego. Masz skrzydła, nie masz skrzydeł. Znów masz skrzydła, a teraz nie masz. Terry odetchnął z ulgą. W końcu Anne poczuła się, jakby nie była w piekle, a w niebie. Chodźmy się napić — zaproponował Federico. Podeszli do kotła, w którym na małym ogniu przypiekany był jakiś nieszczęśnik.
Wyglądał jak makler giełdowy albo pośrednik nieruchomości. Nieszczęśnik nie stracił werwy i w bulgoczącej smole sprawnie przygotowywał płonące drinki. Same śmieci — Skrzywił się Federico. I żeby było jasne, nie mówię o swoim wrażeniu, lecz o tym, jak ci ludzie postrzegają samych siebie. Co cię ugryzło? Zdziwiła się Subira. Skoro sądzą, że muszą oszpecić ciało, by ich dostrzeżono, to naprawdę muszą mieć śmieciowe poczucie wartości. Mówiąc krótko: nieźle namieszane w głowie. Kiedyś farmerzy znakowali bydło. Dzisiaj bydło, jak widać, znakuje się samo.
Niektórzy mają bródki przystrzyżone na kozie Zauważyła Subira, przyglądając się Federico z podniesionymi goglami. W każdej chwili mogę ją zgolić Żachnął się. Ale tego nie robisz. Odkąd cię znam, nosisz te wąsy i bródkę. Bo mi to odpowiada Mruknął i aby uciec od jej dociekliwości, sam zaatakował. Ty też się oznakowałaś Subira spojrzała na niego wzrokiem pełnym pogardy. Po chwili walki wewnętrznej nabrała powietrza w płuca, zbliżyła twarz do Federica i patrząc mu prosto w oczy zaczęła mówić. Moje tatuaże po lewej stronie są niczym kostium. Tak jak kostium i makijaż Ziggystar Dusta, Davida Bowie czy czarno-białe makijaże zespołu Kiss. To jedynie wizerunek sceniczny, chociaż bardzo mi bliski.
Natomiast tatuaż na prawym ramieniu to oznaka przynależności do grupy. Mówi o tym, że walczyłam w Afganistanie. Nie wstydzę się tego, a nawet jestem dumna, że mogłam pomóc swojemu krajowi. Ty nigdy nie należałeś do grupy. Nawet gdy pracowaliśmy na tajnym froncie, byłeś obok nas. Rozumiem, tak wygląda specyfika twojej pracy, ale to także twoja osobowość. Chroniąca indywidualność broniąca się przed standaryzacją. A żołnierz musi zaufać innym żołnierzom, bo inaczej, zanim się obejrzy, zginie. Nie może niczego ukrywać przed towarzyszami broni, bo muszą znać siebie wzajemnie na wylot. Spasować jak tryby skomplikowanej maszynerii.
Tatuaż stanowi podpis krwią pod cyrografem, że oddałeś w ich ręce duszę, że bezgranicznie im ufasz. Czy to rozumiesz? Chyba tak Odparł zasępiony. Nie. Wciąż nie rozumiesz Subira pokręciła głową, odsuwając się od niego. Nagle nieoczekiwanie roześmiała się. Co cię rozśmieszyło? Zapytał zdziwiony nagłą zmianą jej nastroju. Machnęła lekceważąco ręką, jakby chciała powiedzieć, że to nieistotne i chichotała nadal. No powiedz Nalegał.
Spoważniała na sekundę, bo zaraz ponownie wybuchnęła śmiechem. Sam chciałeś. Wyobraziłam sobie ciebie z płytami CD w uszach i z myszką uwieszoną za ogon do twojego nosa. Bardzo śmieszne W końcu Subira spoważniała. Jednym wystarczają tatuaże, innym piercing, a jeszcze inni muszą swoje ciało okaleczyć. To zależy od wrażliwości twojej psychiki albo siły przywiązania do grupy. Lub jest dowodem ukorzenienia się. Niektórzy lubią czuć nad sobą pasek ojca, miecz wodza czy palec Boga. Federico lubił mieć ostatnie słowo w dyskusji. Zgoda.
Tak też bywa Powiedziała po chwili milczenia. Zatoczyła ręką krąg, wskazując na bywalców Piekła. Oni jeszcze nie sprzedali swojej duszy, ale bardzo by chcieli. Mogliby ją oddać komukolwiek, by tylko nie płynąć samotnie w szambie. Modyfikacje ciał są w ich przypadku wołaniem o pomoc. Żal mi ich, gdyż wiem, że nie tędy droga, ale skoro czują się z tym lepiej, to dlaczego mam ich potępiać? Niech robią, co chcą. To ich szambo. Anne rozglądała się po sali, lustrując wzrokiem maszkary. Barman postawił przed nią kolejny puhar ciemnobursztynowego nektaru.
Dziewczyna chwyciła szklankę i od razu wypiła połowę. Alkohol szybko uderzył jej do głowy. W jakim świecie żyjemy? Spytała zdegustowana. Czy ty masz podobne ukryte pragnienia? Nie wiem, ale para skrzydeł by mi się przydała. Wreszcie mógłbym latać Zażartował. A może nie? Przed laty często miewał sny o fruwaniu. W tych snach tak właściwie nie fruwał, a raczej szybował w powietrzu.
Nie miał skrzydeł, nie musiał męczyć się machając nimi. Po prostu unosił się w powietrzu, jakby siedział w fotelu. Chociaż nie było go widać. Nogi zwisały luźno, ręce miał wolne i mógł nawet przenosić jakieś przedmioty. Jego latanie nie było jednak chwilą odpoczynku, kaprysem, chęcią spojrzenia na świat z góry. Pamiętał, że wzbijał się w powietrze zmuszony nakazem przemieszczenia się do jakiegoś punktu. Nie potrafił go zdefiniować, ale wiedział, że musi tam dolecieć. Przemieszczał się w linii prostej. Na swej drodze często natrafiał na wysokie budynki lub drzewa i bał się, że nie będzie mógł wzbić się wyżej, że zderzy się z przeszkodą i spadnie. Na szczęście zawsze odnajdował w sobie dość sił, by nie przerwać lotu.
Jednak, co najważniejsze, w tych snach nigdy nie dośnił chwili, gdy osiągał celu. Leciał i leciał, męcząc się, by ominąć przeszkody, a później sen wygasał i gdy budził się, pamiętał jedynie, że znów latał, ale nie wiedział dokąd i czy szczęśliwie wylądował. Sny, tak jak bez widocznej przyczyny przyszły, tak i odeszły i od kilku lat nie wzbijał się już ponad ziemię. Moglibyśmy kochać się w locie. To wcale nie jest śmieszne Żachnęła się Anne. Mówię poważnie. A ty nie marzyłaś o skrzydłach? — zapytał. Anne uznała, że rzekł to ze złośliwym uśmiechem. Daj spokój — skrzywiła się.
Nie pragnęła żadnych zmian. Może poza większymi piersiami i dłuższymi nogami, ale to chyba normalne. Niepotrzebnie poruszyła ten temat. Dlaczego chce ludziom odebrać prawo do ich własnych wyborów? Niech będą kimkolwiek chcą. Z pewnością marzyłaś o jakiejś metamorfozie. A poszukiwania centaura? To się nie liczy? To badania naukowe, nie marzenia — zaprotestowała przygnębiona, zastanawiając się nad słowami Terry'ego. A może to nie była prawda i ona także miała marzenia na temat dziwnych stworów?
Wybrała postać gorgony. Przecież nie widziała siebie z wężami na głowie, chociaż zdolność zabijania albo chociaż paraliżowania na kilka chwil wzrokiem czasami by się przydała. W menu wirtualnych postaci znajdowało się wiele takich, które występowały w znanych baśniach i legendach, lecz na sali pozostawały one w mniejszości. Terry okazał się jedynym archaniołem. Większość wybrała demoniczne lub co najmniej negatywne wizerunki. Ukryta agresja stanowiąca protest wobec zła codziennego życia okazała się dominującym marzeniem. Osobami dobrymi, ogłaskanymi i stroniącymi od emocji byliśmy w tygodniu, w pracy, w szkole, domu. A dziś był piątek, dzień służący odreagowaniu, czy jak określała to grupka Terry'ego – wolności. Każdy chciał się jakoś wyróżnić w szarym tłumie i trudno było dostrzec w tym coś dziwnego. Ostatecznie skupienie na sobie uwagi innych gwarantowało sukces.
Nie tylko pieniądze, ale też uznanie, szacunek i w końcu miłość, nawet jeśli się za nią płaciło. Najłatwiej osiągnąć sukces zakładając awangardowy ubiór, przybierając niestandardowy wygląd lub prezentując nieszablonowe zachowanie. Znacznie trudniej przez osiągnięcia. Te wymagały większych nakładów pracy, a i tak nie gwarantowało to sukcesu. Dzisiaj Macbeth czy Hey Jude nie przebiłyby się bez dobrze zorganizowanej promocji. Już łatwiej było stać się seryjnym gwałcicielem lub mordercą. Subira wypatrzyła dziewczynę z rozdwojonym językiem. Jej sięgające po łokcie rękawiczki oraz kostium, rajstopy i buty były wykonane ze skóry tego samego gatunku węża – jasnożółtej w czarne romby. Jeśli jej charakter jest zgodny z wyglądem, będzie odpowiednią osobą – pomyślała Subira. Gdy podeszła bliżej, zauważyła, że dziewczyna ma również manicure w wężowym wzorze.
Piękny wzór. Nie widziałam jeszcze takiego. Z jakiego węża? Dziękuję. To wąż mandaryński. Pochodzi z Wietnamu – odpowiedziała rozpromieniona. Szukam kogoś, kto dorobi rogi mojemu mężowi. Subira, tak jak Terry, nie lubiła tracić czasu. Do niedawna podobno najlepszy był Mick Jagger, ale już wycofał się z interesu – wysyczała dziewczyna-wąż i dodała ze śmiechem: Przynajmniej moja mama tak uważała. Chodzi mi o prawdziwe rogi – skrzywiła się z niesmakiem Subira.
A, lubisz fantazjować. A kto nie lubi? – odparła skwaszona. Mój orgazm to tylko fantazja. Dziewczyna-wąż ze współczuciem pokiwała głową. Słyszałam, że specjalizuje się w tym jeden lekarz w Hackensack. Podobno nie używa plastiku czy włókna szklanego, a prawdziwych rogów byków torrobravo hodowanych od setek lat do corridy. Pewnie je widziałaś w czasie biegów w Pampelunie. Dasz mi adres? Tylko tyle słyszałam.
– Rozłożyła bezradnie ręce. Mnie rogi nie kręcą. Mój mąż ma za to ogon. Chwytny. Potrafi pieścić mi nim piersi. A kto może znać adres? Dziewczyna-wąż rozejrzała się i po chwili wskazała Subirze chłopaka z kolcami na głowie, siedzącego po przeciwnej stronie baru. Był sam, a miejsca po jego obu stronach pozostawały wolne. Albo czekał na kogoś, albo nikt nie pragnął się do niego zbliżyć. Zapytaj tego dupka.
To on przez dwie godziny marudził mi o tym, kim się stanie, gdy będzie już miał rogi. Jak widzisz, nie starczyło mu odwagi na taki zabieg i poprzestał na zwykłych kolcach. Dzięki. Zapamiętam, aby nie wpaść mu w oko. Wśród gości baru Terry natknął się na jakąś kreaturę o czerwonej twarzy. Miał wrażenie, że już widział podobną osobę. Ale gdzie? Nie mógł sobie przypomnieć. Najpierw oglądał jedynie plecy oraz tył głowy. To, że obok siedział dwudziestokilkuletni mężczyzna o nagim torsie oraz z łysiną w kolorze czerwonym, początkowo nie wywołało na Terrym wrażenia.
Gdy jednak osobnik ten odwrócił się, dostrzegł jego czerwony czerep. Musiał przejść wiele operacji, aby tak wyglądać. Spod skóry wypatroszono wszystkie mięśnie i teraz przylegała bezpośrednio do kości czaszki. Linia jego ust nie była prosta. Wznosiła się w górę łukiem, zwiastując fizjonomiczną złość. Natomiast lekko uniesiona górna warga, odsłaniając rząd srebrnych zębów, wywoływała jeszcze bardziej złowieszcze wrażenie, lecz najgorszy był nos. Obdarty z tkanki tłuszczowej i mięśni, bez charakterystycznego zgrubienia na końcu wydawał się wprost odpychający. Jak on kichał? Naprawdę trudno było znaleźć w sobie ciepłe uczucia dla tej kreatury. Co mu zrobił świat, że aż tak mścił się na nim?
Najważniejsze jednak było to, że miał również rogi o dużej średnicy u podstawy, jednak mocno spiłowane. Gdyby nie to, byłyby tak wysokie i poskręcane jak u porywacza. „Ciekawe, jak wygląda naprawdę” – pomyślał Terry, zdejmując gogle. Nadal widział tę samą twarz z wszystkimi modyfikacjami. Jedynie nagi tors okazał się wirtualnym dodatkiem. Czerwona gęba przyszła do nieba w koszuli z krótkimi rękawami i z napisem White Power. „Dlaczego nie bawi się w piekle?” – przemknęło przez głowę Terry'emu. „Nie podoba mi się sposób, w jaki patrzysz na mnie” – wycedził czerwony stwór. „To twój problem” – wzruszył ramionami Terry. „Uważaj, by nie stał się twoim” – warknęła kreatura.
Terry wstał i powiedział na głos do Anne: „Opuszczę cię na chwilę. Muszę pójść do toalety.” Anne skinęła głową. Wciąż bawiła się goglami, przykładając je i zdejmując na zmianę. Powinien ją zabrać do domu i położyć do łóżka, ale musiała jeszcze trochę poczekać. Był pewien, że czerwona kreatura korzystała z pomocy tego samego chirurga co porywacz, a on musiał poznać adres lekarza. Sobira zrelacjonowała Federico rozmowę z dziewczyną-wężem. „Teraz czas na ciebie” – zakończyła. – „Ten faccik Kolczatka zna adres.” „Co? Mam poprosić go o adres lekarza, który dorobi mi rogi?” – zaprotestował. Nie odpowiedziała.
Już bez dalszych protestów potulnie wstał, nie zapominając o szklaneczce z drinkiem i przeszedł we wskazanym kierunku. „Widzisz tę boginię?” – rozpoczął rozmowę, wskazując Sobirę. – „To zdejmij gogle i zobacz jej prawdziwe oblicze. Widzisz, jaka jest nadąsana?” „No.” Sobira pomachała w ich kierunku ręką. „Ładna jest, ale wolałbym jej nie podpaść.” „Właśnie w tym rzecz. Ja jej podpadłem. Powiedziała, że jak nie zrobię sobie rogów, to mi je dorobi z pierwszym lepszym.” „Naprawdę?” – zapytał podekscytowany chłopak. Nie miał litości dla towarzysza w niedoli. Zapalił się na myśl, że mógłby wykorzystać okazję. „Zapomnij.
Zgniecie cię jak pomidora.” „No, ma czym przydusić faceta.” Entuzjazm Kolczatki z każdą chwilą rósł. „Masz świetne kolce. Słyszałem, że lekarz, który ci je zrobił, potrafi też dorobić rogi. Zrobi ci rogi wielkości chuja.” „Tylko takie?” Federico za późno zdał sobie sprawę z dwuznaczności swojej wypowiedzi. „Myślałem o takich, jakie mają prawdziwe byki.” „Są drogie. Nie wiem, czy miałbyś na nie dość pieniędzy” – odparł lekceważąco Kolczatka. „Podasz mi adres tego lekarza?” Chłopak zmieszał się. Uniósł dłoń i zaczął gładzić kolec, jakby to była końcówka wąsa, udając, że interesują go tylko pląsy na parkiecie. „Spójrz jeszcze raz na tę dziewczynę. Przyjrzyj się dokładnie jej tatuażom.” „No, ładne są” – odpowiedział z uznaniem.
„Nie te kolorowe po lewej, a ten siny na prawym ramieniu.” Federico zrozumiał, że Kolczatka przygląda się ładniejszej stronie Sobiry. „Spójrz.” „No tak, widzę” – odrzekł już normalnym tonem. „Widzisz, w jakiej formacji służyła?” Kolczatka pokornie odwrócił głowę. „No, widzę” – odpowiedział obojętnie. Federico musiał podkręcić jego strach. „Czy muszę ci przypominać, co robią członkowie tej formacji, gdy ktoś zwleka z odpowiedzią?” „Czy to…?” – zaczął niepewnie, lecz Federico mu przerwał. „Dokładnie. Czy chcesz, aby to ona zadawała ci pytania?” Chłopak Kolczatka pękł. „Ale ja nie wiem. Wszystko zmyśliłem.
Gdy mówię o rogach, dziewczynom zaczynają błyszczeć oczy i mnie słuchają. A im więcej szczegółów podaję, tym bardziej stają się wilgotne. Ale to jedynie gadka szmatka na winka. Nie znam żadnego lekarza, który potrafiłby zrobić ci poroże byka. Mój lekarz umie jedynie robić gwinty na kolce, takie jak moje. One nie są zamontowane na stałe, a wkręcane. Montuje je tylko na podryw.” Federico mu uwierzył. Już nawet nie pytał, czy ta metoda zdaje egzamin. Był pewien, że zna odpowiedź. Terry czekał na kreaturę za drzwiami z Berettą M9 w dłoni.
Po nauczce braku zabezpieczania w czasie spotkania z Christianem postanowił, że już zawsze będzie przygotowany na najgorsze. Może to nie było fair, lecz na wojnie nauczył się, że skoro problem można rozwiązać pewniejszym i szybszym sposobem, nie ma sensu bawić się w savoir-vivre. Nie mylił się. Drzwi uchyliły się i do środka wszedł mężczyzna, którego oczekiwał. Terry nie chciał zrujnować czerwonej kreaturze resztek konstrukcji nosa, więc przyłożył mu rękojeścią pistoletu w skroń. Intruz padł jak skoszony, przekręcając się w czasie upadku i uderzając twarzą w umywalkę. Bezbarwna, gęsta ciecz wypłynęła z dziury po nosie. Zapewne krew, chociaż trudno było odróżnić jej kolor od koloru skóry. Terry przykucnął przy nim, sprawdzając, czy oddycha. Z jednej z kabin wyszedł jakiś dwudziestolatek.
Tańczącym wzrokiem spojrzał na Terry'ego pochylonego nad czerwoną kreaturą i uniósł pytająco brwi. „Wypił za dużo absyntu” – wyjaśnił terapeutycznym tonem Terry. „Aha” – mruknął uspokojony chłopak i wyszedł. Kreatura ocknęła się po kilku szturchnięciach butem. „Człowieku, co ja ci zrobiłem?” – zapytał z pretensją, wpatrując się w niego oczami z głębi zanurzonych w czaszce oczodołów. „Poza tym, że nie spodobało ci się moje spojrzenie i postanowiłeś mi nabić guza – nic.” Do czerwonej kreatury najprawdopodobniej nie dotarł pełny sens wypowiedzi Terry'ego, a jedynie ostatnie jego słowo. „To czego chcesz?” „Informacji. Poszukuję człowieka z podobnymi do twoich rogami, tylko że niespiłowanymi. Podaj mi adres kliniki, w której cię operowano.” „Nie mogłeś po prostu zapytać?” „Odpowiedziałbyś?” „Nie” – odburknął. Nie potrafił kłamać albo był głupi.
„Sam widzisz, że nie miałem wyboru. Adres. Ten człowiek jest ścigany za terroryzm i jak zaraz nie odpowiesz na moje pytanie, wezwę służby, które zaboszkują cię na resztę życia.” „Człowieku, nie jestem terrorystą. Jestem patriotą. Nie atakuję armii. To był Butcherstein z Newark. Nie pamiętam adresu, ale to jest naprzeciwko University Hospital Newark.” Ze szczątkowego nosa wciąż sączyła się krew. Terry'emu zrobiło się żal czerwonej kreatury. Podszedł do automatu i oderwał kilka metrów papierowego ręcznika. Rzucił mężczyźnie, który natychmiast przyłożył opatrunek do czaszki.
„Skąd pomysł takich modyfikacji?” – zapytał. „A dlaczego wciąż jesteś taki sam?” – odburknęła kreatura. „Dlaczego miałbym cokolwiek zmieniać?” „Widzisz, a ja postanowiłem rozpocząć zmianę tego świata od siebie. Jak każdy poświęci tyle co ja, może świat stanie się lepszy.” „Z pewnością wiele poświęciłeś. W tym przypadku muszę się z tobą zgodzić. Poświęciłeś jednak to, co dla świata najmniej istotne. Jest to przykład absolutnie daremnego poświęcenia.” „Moja zmiana ma charakter symboliczny. Poświęciłem własne ciało, aby innym wskazać cel.” „I cóż chciałeś wykrzyczeć?” „Że nasz kraj nie jest dla obcych.” „Czyli wystawiłeś się na ciosy, aby bijąc ciebie, nauczyli się satysfakcji z poniżania innych?” „A dlaczego mieliby mnie bić?” „Przecież jesteś czerwoną kreaturą. Nie wmówisz mi, że tak wygląda typowy Amerykanin.” „Jesteś za stary, aby zrozumieć symbolikę przemiany. Zapomniałeś, że mieszkasz w kraju dla młodych, a nie starych ludzi.
Jesteście śmieciami, które trzeba jak najszybciej posprzątać.” Terry zaczął żałować, że nie zmiażdżył kreaturze resztek nosa. Może zrobić to teraz? Zaniechał jednak tego pomysłu i bez słowa wyszedł z toalety. Wyjął z kieszeni telefon i wybrał połączenie z Subirą. „Subira, mam adres. Możemy się zwijać. Chyba że dobrze się bawicie.” „Mieliśmy jeden trop, ale okazał się fałszywy. Też wychodzimy.” „To spotkajmy się za pięć minut przed wyjściem. Pewnie będę musiał przerzucić przez plecy zwłoki Anne. Wezwij Kajtka.” W piekle zaczęły się przygotowania do jakiegoś spektaklu.
Zgasły płomienie kręgu piekielnego, umilkła muzyka, a tańczący zgromadzili się wokół baru. Do kręgu wniesiono stojaki na misy z ogniem. Z poziomu podłogi powoli wysunął się ołtarz. W rzeczywistym świecie ze sklęki, w wirtualnym kamienny ze śladami wżartych krwi. „Sądziłem, że tylko w niebie się modlą” – zauważył Federico. „Przecież w piekle należy się bawić. W niebie wszyscy są pewni istnienia Boga, więc msze są tam niepotrzebne. Natomiast w piekle trzeba przypominać grzesznikom o sile szatana. A poza tym to czarna msza” – wyjaśniła Subira. „A jak tam z twoją wiarą?” „Bez zmian.
Wciąż wierzę jedynie w nieskończoną głupotę ludzi.” „Wychodzimy.” Subira zaczęła ciągnąć Federica do wyjścia. „Zaczekaj, chcę zobaczyć finał” – zaprotestował. Nie była pewna, czy Federico wie, czym kończą się czarne msze, czy też żartuje, lecz nie zamierzała dłużej tu przebywać. „Idziesz czy zostajesz sam?” – zapytała ostro. „Idę, idę. A czym kończy się taka msza?” – chciał wiedzieć. Odpowiedziała, gdy byli już na zewnątrz: „Orgią.” Terry nie odnalazł Anne przy barze. „Pewnie włączył się jej wałęsacz” – stwierdził. Nieśmiała na co dzień, po wypiciu większej porcji alkoholu stawała się naraz otwarta, przejawiając nieodpartą chęć rozmawiania z nieznajomymi. Gdzie mogła pójść?
Na szczęście nie wyszła z sali. Odnalazł ją na poręczy tronu Zeusa. Jak udało się jej zdetronizować boga? Siedziała z założonymi nogami, trzymając w dłoni szklaneczkę nektaru i z zamkniętymi oczami kiwała się w rytm muzyki. Wciąż Vangelisa, ale tym razem z przebijającym się przez instrumenty dominującym wokalem Irene Papas. Porywającym, grzmiącym, niekiedy subtelnym i łagodnym, jednak potrafiącym się szybko zmienić w głos rozgniewanej bogini. Terry podszedł do Anne i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. W pierwszej chwili ucieszyła się na jego widok, jednak już w następnej sekundzie ta radość zniknęła. Chyba znów zmienił jej się nastrój. „O, Terry, mój aniele.” Pogubiłam się.
Spojrzała na niego. Tym razem wzrok dziewczyny był jak muśnięcie skrzydeł motyla. Tak, ale tylko troszeczkę. Zgodził się, próbując wyjąć szklankę z jej dłoni. Nie mówię o alkoholu – zaprotestowała i szybko przytknęła szklaneczkę do ust. Jednak zakrztusiła się i oddała ją Terry'emu. Postawił szkło przy nodze tronu. W tym temacie masz rację. Chodzi mi o gogle. Już nie wiem, który świat wolę.
Ten wirtualny, mimo że wiem, że jest fałszywy, jest bardzo piękny. Natomiast ten rzeczywisty – prostacki i szary. Masz rację, gdy mówisz, że to szambo. Wolę ten wirtualny, lecz bez świadomości istnienia rzeczywistego. Niestety, pomimo alkoholu nie potrafi o nim zapomnieć. Chyba muszę się jeszcze napić. Przypomniała sobie o drinku i zaczęła szukać szklanki. Anne, zaprowadzę cię do łóżka, w którym będziesz mogła śnić, o czym tylko zamarzysz. Naprawdę? Zrobisz to dla mnie?
– zapytała pełna szczęścia i jej głowa opadła na pierś Terry'ego. Zasnęła. Wziął ją w ramiona. Słodki ciężar. Kim byłby bez niej? Chcę być syreną. Przez całą sobotę, którą Anne niemal w całości przespała, Terry obmyślał plan akcji. W internecie odnalazł adres gabinetu lekarskiego oraz sprawdził godziny jego otwarcia. Na zdjęciach gabinet prezentował się okazale, a lista badań specjalistycznych zajmowała kilkadziesiąt pozycji. Wyglądało na to, że Eugeniusz Bicherstein potrafił przyprawić nie tylko rogi.
Zaczął od najważniejszego wyzwania: nakłonienia Subiry do udawania pacjentki. Udawaj, że chcesz dokonać zmiany wyglądu – przekonywał ją. Dlaczego ja? – zaprotestowała. Bo ja nie zamierzam się zmieniać. Zbyt późno ugryzł się w język. A ja niby chcę? Kochasz wodę. Może będziesz udawała, że chcesz zostać syreną – zasugerował Terry. A ty chciałeś zostać kosmonautą.
Może poprosisz o skrzydła? – fuknęła z irytacją. Tego nikt nie jest w stanie zrobić. A łuski na nogach już wiedziałem. No, nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie była przekonana, ale zgodziła się. Wszedł ponownie na strony internetowe Bichersteina i umówił wizytę na wtorek po południu, tuż przed zamknięciem gabinetu. O tej porze większość personelu już myśli o końcu pracy i jest znacznie mniej czujna, a oni nie będą musieli długo czekać na koniec pracy. Później wykonał telefon do Federica. Jego rola miała polegać na włamaniu się do komputerów.
Możesz mi jeszcze raz opisać tego rogacza, bo nie pamiętam wszystkiego, co mówiłeś w taksówce – rozpoczął rozmowę Federico. Gdy Terry opowiedział mu o czerwonej kreaturze, Federico mruknął: znam go, jestem tego pewien. Przypomniał sobie pod koniec rozmowy, gdy Terry wyłuszczył mu szczegóły planu. Już wiem, zmyliły mnie te rogi. Oryginał ich nie miał. Twoja czerwona czaszka upozowała się na Red Skulla, hitlerowca z filmu „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie”. Grał go Hugo Weaving. Terry zamyślił się. Teraz słowa czerwonej kreatury o białej rasie stały się zrozumiałe. Możesz go też pamiętać jako agenta Smitha z „Matrixa”.
Federico był uparty, tak jakby potwierdzenie, że Terry przypomina sobie tego aktora, miało w czymkolwiek pomóc. Być może. Trudno mi sobie przypomnieć – mruknął, nie chcąc rozmawiać o filmach. To co, znajdziesz czas na akcję we wtorek? Terry, nie interesują mnie losy świata. Niech sobie zdycha, nie mogąc w tłoku złapać oddechu. Niech katolicy wyrzynają się z muzułmanami. Religia to przeżytek i dopóki nie umrze ostatni wierzący w istoty wyższe, nie będziemy wolni. A ja już wiem, że to nie nastąpi. Zawsze znajdzie się jakiś wątpiący, szukający pomocy w ramionach tyrana i będzie czołgał się na klęczkach, krzycząc: tato, królu, Boże!
Ale co to ma wspólnego z porwaniami? Przemowa Federica zdumiała Terry'ego. Chyba piątkowego kaca postanowił zabić klinem i trochę przeholował. Ty wciąż chcesz uratować świat. Wciąż wierzysz, że warto. A prawda jest taka, że już jesteśmy śmieciami, mrówkami kilku korporacyjnych dupków zapierdalającymi przez całe życie, aby oni mogli wystawiać głowę ponad kopiec mrowiska. Rodzimy się, by nabrać kredytów, które będziemy spłacać do końca swoich dni w złudnym poczuciu dobrobytu. Różnica pomiędzy bezdomnymi śmieciami a nami jest taka, że im już nic nie można odebrać. Nie porwano ich bez powodu – zauważył Terry. I co z tego?
Dla Federica to nie było wystarczające uzasadnienie. Pomożesz? Trudno było z nim dyskutować, lecz musiał. Potrzebował jego umiejętności włamywania się do komputerów tak jak umiejętności Subiry do szybkiego otwierania zamków. Stracić przyjaciela w następnej strzelaninie? – zapytał szyderczo Federico. Terry milczał. No dobrze, możesz milczeć. I tak wiem, co chcesz powiedzieć. Że go stracę, jak nie pomogę.
[02:21:45] - Ja tego nie powiedziałem.
[02:21:47] - A nie chcę. Dobrze, brnijmy dalej w to śledztwo. To nie były wszystkie problemy Terry'ego. W poniedziałek Anne otrzymała wiadomość, że w środę odbędzie się konferencja prasowa, na której zostaną przedstawione wyniki badań DNA szkieletu centaura. „Może chcesz zostać?” – zapytał. „Nie” – skrzywiła się. – „Siedziałabym sama i denerwowała się nie tylko konferencją, ale i przebiegiem akcji.” Terry musiał przyznać jej rację. „Przecież akcja nie będzie trwała długo.” Spojrzała na Terry'ego. Skinął głową. „Zdążę wziąć kąpiel i wyspać się.” „Z pewnością.
Wieczorem będziemy w domu” – potwierdził Terry.
[02:23:11] - Książki z pogranicza. Ta książka, o której dzisiaj będziemy mówić, to chyba nie jest książka, chociaż wydawana przez wydawnictwo książkowe Bellona, ale to miał być w zamyśle magazyn, miesięcznik. Nosił tytuł „Fenomen”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o numerze, który nosił tytuł „Nadludzie”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie opowieści o książkach z pogranicza. Dzisiaj tak nie do końca książka, właściwie książeczka, a właściwie to czasopismo, bo to ma numer ISSN, nie ISBN. To była próba wprowadzenia na polski rynek pod koniec XX wieku takiego czasopisma o rzeczach niezwykłych. Nosiło to tytuł „Fenomen” i miało różne numery tematyczne. A my dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem, którego bardzo serdecznie witam.
[02:24:22] - Witam, witam również.
[02:24:23] - To my dzisiaj będziemy mówili o numerze zatytułowanym „Nadludzie”.
[02:24:31] - Dokładnie tak. Powiem ci, Marku, że dzisiejszy odcinek to jest takie lekkie połączenie sentymentalnika z książkami z pogranicza, bo wracamy do tych nietypowych, szalonych lat 90., kiedy na rynku wydawniczym dzieją się dziwne rzeczy. Myśmy już wielokrotnie mówili, co się działo i dlaczego. Pojawiają się na przykład słynne skandale, pojawiają się kolorowe pisma dla pań i panów, gazety biją się o czytelników nie tylko dodatkami, nie tylko konkursami, ale też oferowanymi niekiedy sensacyjnymi treściami. Na tym segmencie, gdzie działa Nieznany Świat, wśród czasopism z tej grupy dotyczącej parapsychologii i przyległych tematów też się sporo dzieje. Bo obok NS-iu pojawiają się też inne pisma. Wiele z tych pism było efemerycznych, wiele z nich zniknęło, niektóre zostały zapamiętane, inne nie. Fenomen, o którym dzisiaj opowiemy, zapamiętany jakoś szczególnie nie został chyba. Dlaczego? Trudno powiedzieć.
W ogóle, Marku, to był dziwny format. Powiedziałeś sam, że to było takie książko-czasopismo, ale z tego, co się możemy zorientować czytając dane podane przez wydawcę, to było tłumaczone z prasy anglosaskiej. W każdym razie nie wiemy, czy angielskiej, czy amerykańskiej. To były po prostu książeczki wydawane przez Bellonę w postaci tomików. Oni sami to nazywali tomikami, nie numerami. Ten numer dzisiejszy poświęcony nadludziom jest właśnie i został przetłumaczony z języka angielskiego. Reklamowała Bellona, że wyjdzie kilkadziesiąt takich tomików. I Marku, nie wiem, ile wyszło. Część z nich jest dzisiaj dostępna w internecie. Jest ich chyba tylko kilka z tych 50.
Nie wiem, jak się potoczyła historia tego czasopisma. Masz jakieś informacje może, czy te kilka wydań to było wszystko?
[02:26:41] - Myślę, że tak. Nie trafiłem później na kolejne. Myślę, że tego się łącznie ukazało sześć, może siedem numerów. Musiałbym na półce sprawdzić. A później gwałtownie zostało to przerwane. Tematyka była różna: czarna magia, był Nostradamus, były duchy zwykłe i złośliwe. Było coś o UFO, było coś pod takim tajemniczym tytułem: „Dziwne, a jednak prawdziwe” i tak dalej. Tak jak powiedziałeś, to były tłumaczenia. Nawet nie podawani byli autorzy. Przynajmniej ja nie mogłem trafić na autorów tychże artykułów.
Artykuły były różne. Powiem tak, że troszkę mamy na przykład w dzisiejszym tomiku różne aktywności ludzkie, a właściwie nadludzkie. Pokazane są po prostu I tacy trochę ludzie, którzy mogliby przypominać Avengersów, jakieś nadistoty, ale sporo miejsca poświęcone jest na przykład kompozytorom, którzy chociaż umarli, dalej komponują i tym podobnym, nazwijmy to kulturalnym aktywnościom. Mamy na przykład postać Swedenborga. Notabene co za przypadek, kiedy szykowałem się dzisiaj do audycji, to drogą kupna nabyłem też dwutomowe wydanie dzieła Swedenborga o niebie i jego cudach. To taki przypadek, pewna synchroniczność. Ale właśnie mamy fragment poświęcony Swedenborgowi i tak dalej. Te aktywności opisywane w tomiku są naprawdę bardzo różne. Wszystko się zgadza. Tytuł jak najbardziej pasuje, bo to są nadludzie, tylko w bardzo różnych dziedzinach.
Artykuliki są krótkie, to są właściwie notki. Czasami te artykuły poświęcone są wielu postaciom. Powiem ci, Piotrze, że to takie trochę shorty. Świetnie by się to nadawało, jakby ktoś miał do tego prawo, żeby to sobie przeczytać, nagrać na YouTube'a i takie pięciominutowe filmiki gdzieś zamieścić, bo to by się dobrze wpisywało w taką formułę YouTube'ową. Może nie tą shortową z definicji na YouTubie, ale krótkie filmiki w pełnym formacie. Są tam ciekawe informacje. Na przykład myślę, że kiedy Wojtek Chudziński pisał swoje trzytomowe dzieło, to poradził sobie z tematem lepiej, znacznie to bardziej rozszerzył. Pamiętam, chociażby zostańmy przy Swedenborgu, to jednak o Swedenborgu napisał znacznie więcej niż znajdziemy tutaj w „Fenomenie”. To i plus, ale z drugiej strony, ja to często podkreślam, bo my w sumie często takie książki omawiamy, które są dobrym wprowadzeniem do dalszego pogłębiania wiedzy. Jeżeli państwo przeczytacie ten krótki tomik, to ma 100 stron, troszeczkę więcej, 104, 106.
Przeczytacie to państwo i akurat was ten temat zainteresuje, to łyknęliście bakcyla i można iść dalej. Jeśli nie, to już wiecie, że nie sięgacie państwo po następny tomik. Może będzie z waszego punktu widzenia ciekawszy. Ja troszkę żałuję, że to się nie utrzymało na rynku. Widać odpowiedź rynku była zbyt słaba, ale trochę szkoda.
[02:30:37] - Temat ludzi o niezwykłych zdolnościach budził i budzi nadal zainteresowanie, chociaż dzisiaj już nieco mniej. Przypomnijmy sobie jednak te lata 90. Chociażby Uriego Gellera, Copperfielda, Zbyszka Nowaka-Kaszpirowskiego. Moce umysłu, moce ciała. To się wszystko dobrze sprzedawało. W tej książce też mamy mnóstwo ludzi, chociaż zupełnie innych postaci, bardziej historycznych. Od Gurdżijewa przez Zearigo, medium, mamy Sai Babę nieszczęsnego, mamy Crowleya i tak dalej. Cały przekrój różnego rodzaju oryginałów, ekstrasensów, magów, spirytystów i tak dalej. Oczywiście trzeba te postaci oceniać bardzo różnie. Wiemy, że w wielu przypadkach, chociażby tego Sai Baby, mamy 60% legendy, 35% farmazonu i pozostałą część tego, co ludzie mówią i do dzisiaj opowiadają.
Na pewno jest tak, że bohaterowie tej książki nie tworzą jakiejś spójnej grupy. To byli ludzie, którym przypisywano przede wszystkim nadludzkie moce. Autorka również nam, bo to kobieta napisała, akurat w tym przypadku powiem ci, że autorka oryginału jest podana, z tego, co pamiętam. Sprawdzałem inne i nie są autorzy podani. Tutaj jest. Autorka nam prezentuje to w sposób lekko stronniczy wszystko, dlatego należy się zaopatrzyć w dużą dawkę dystansu. Ale to tak jest zwykle z tymi niezwykłymi ludźmi, w ogóle z tymi tematami z pogranicza. I chociaż to wszystko jest takie stronnicze, lekko bajkowe, krótkie i w ogóle, to wydaje mi się, że na tamte lata to była naprawdę dobra lektura, naprawdę dobre czytadło dla kogoś, kto lubił tajemnice. I też mi się wydaje, że szkoda, że się to nie utrzymało, bo gdybym wtedy interesował się mocniej takimi sprawami, znaczy się w sumie zawsze interesowałem takimi sprawami, ale bardziej ze zwróceniem uwagi na UFO. Ale gdyby ten fenomen mi wpadał często w ręce, to bym był wielkim fanem.
On mi gdzieś jakoś umknął, nie wiem dlaczego. Może z powodu tej swojej nietypowości, z tej swojej tomikowatości, ale po pierwsze dużo informacji tam jest, jest lekka, przystępna forma i myślę, że jest też przyjemność z czytania. Wychodziły znacznie gorsze książki w tej tematyce, powiedzmy szczerze i gdyby mi to wpadło w ręce w tamtych czasach, to bym się cieszył bardzo. Dzisiaj to jest oczywiście antyk trochę, ale wtedy bym się cieszył. To też dotyczy pozostałych części „Fenomenu”. One są nierówne, ale nie są złe. Nawet dzisiaj powiem, jeżeli ktoś bardzo łaknie takiej literatury wagonowej, to może po to sięgnąć. To wcale nie straciło tak bardzo na aktualności. Dużo gorsze teksty są w sieci, dużo gorsze materiały są chociażby w formie wideoblogów. Także ten „Fenomen” jest trochę takim znakiem Minionych czasów.
Jest też, co zauważyłeś, bardzo podobnie do książek, które żeśmy już tutaj omawiali, których wychodziło wiele i które były takimi właśnie tomikami tajemnic, tak to określę. Chociaż to nie były periodyki, to były akurat książki, takie zbiory różnego rodzaju historyjek niesamowitych, bardzo różnej natury i treści. Mam tego dużo na półkach gdzieś i chyba rozmawialiśmy na ten temat nie raz. Co ciekawe, w niektórych z tych książek można było natknąć się na dość unikatowe treści. Także nie było to tak zupełnie bezwartościowe wszystko. Ale moim zdaniem fenomen to taki papierowy blog o zjawiskach para. Nic wielkiego, ale też nic bardzo złego. Coś, co nam pokazuje, jak wyglądała rzeczywistość wydawnicza tamtych czasów. Ludzie łaknęli ciekawych rzeczy, a dzisiaj? O czym musiałaby być książka, żeby ludzi zdziwić, prawda?
Skoro mają wszystko pokazane w internecie i na streamingach.
[02:34:49] - Wiesz Piotrze co? Zaintrygowałeś mnie, bo jak mówiłeś, to ja pracowicie przetrząsałem tę książeczkę i albo nazwisko autorki oryginału jest gdzieś przede mną przynajmniej ukryte, bo ja znajduję autorkę przekładu. Rzeczywiście kobieta, pani Teresa, ale autorki oryginału ni huku nie znajduję, niestety. Także nie wiem, jak jest. Być może to przede mną ukryte jest. Zresztą to nic dziwnego, bo pozostałe tomiki też w sporej części tych autorów nie miały. Mnie tam rozczulił taki fragment dotyczący paranormalnych dentystów na przykład. Przyznam się, że już różne rzeczy czytywałem, o różnych rzeczach słyszałem, ale ci tacy paranormalni dentyści, parapsychiczni właściwie dentyści, to było coś, co mnie tak między oczy uderzyło. Bo te rozdziały, czy rozdzialiki właściwie dotyczące myślografii, nawet pokazane są przykłady, bo rzecz jest ilustrowana, żebyście państwo wiedzieli. Nawet przykłady tej myślografii są pokazane.
To oczywiście ciekawe, ale ci dentyści. Byli jeszcze co prawda też chirurdzy. Niezwykły chirurg był także zaprezentowany, więc książeczka jest wielotematyczna i każdej z tych historii oczywiście państwu nie opowiemy, ale tak jak Piotr to chyba najcelniej ujął: wagonowa literatura. Szybko się to czyta. Zostają na sicie ciekawe historie. Czasami to da się streścić w kilku zdaniach, ale to zostaje. Ja myślę, że dobry jest ten pomysł, który zgłosiłeś, żebyśmy kiedyś zajęli się już w tym rasowym sentymentalniku całym cyklem, bo tam naprawdę rzeczy są niezwykłe. Ale skoro dzisiaj mamy książki z pogranicza, to powiedz Piotrze, który z rozdzialików ciebie jakoś specjalnie zainteresował?
[02:37:13] - Szczerze mówiąc, ja swego czasu, kiedy prowadziłem Infra, to były dawne lata, interesowałem się bardzo takimi postaciami, przerobiłem wiele z nich i nie ma tam rzeczy, które by mnie jakoś bardzo szokowały. Poza tym bardzo dobrze znam książki Wojtka Chudzińskiego, który zajmował się podobnymi tematami i część z tych postaci było również tam lepiej opisanych. Także jeżeli ktoś z tych ludzi mnie najbardziej interesuje, to powiem ci osoby, wokół których jest najmniej legend. Osoby, które nie mają wyznawców. Osoby, które miały taki dziki talent. Te osoby mnie najbardziej interesują, bo często jest tak niestety w stosunku do tych nadludzi, że oni tworzą sobie jakieś grupy wyznawców, szczególnie Sai Baba i wielu innych. Także te media tak naprawdę były wplecione w spirytyzm, bardzo popularny przecież swego czasu i nadal popularny na przykład w Brazylii. Także jeżeli ja miałbym szukać takich osób, które mnie najbardziej interesują, to właśnie takie, które mają ten talent żywy, dziki, nieokrzesany, a nie takie jak właśnie Sai Baba, gdzie on sam gdzieś jest z tyłu, gdzieś tam jak ten dżin z lampy tańczy nam w świetle księżyca. A tak naprawdę wszystkie historie opowiadają ludzie. Były takie osoby, które żyły na przykład tylko z tej autokreacji jak Crowley.
Także też musimy pod tym kątem patrzeć, myślę, bo to jest bardzo zmitologizowane pole. I tak samo jest zresztą z jasnowidzami. Często ludzie o to pytają, kto jest najsłynniejszym jasnowidzem, a potem się okazuje, jak robimy taką dość krytyczną analizę tego wszystkiego, że na przykład wychodziły książki, które nie były autobiografiami, które były biografiami jasnowidzów, ale były tak mocno podkręcone, tak podkolorowane, że były to prawie żywoty świętych.
[02:39:21] - Tak. A jeśli ja mam być szczery, to ja jednak mam takie inklinacje i po raz kolejny z jakąś tam przyjemnością poczytałem o Swedenborgu, bo nie wiem, czy państwo znacie tę postać. Jeśli nie, to może za pośrednictwem tej książeczki warto wdrożyć się. Ale Swedenborg to z jednej strony filozof, z drugiej strony Teolog. W dodatku, żeby było tak teologicznie, to na bazie tego, co on napisał, została stworzona nowa doktryna religijna. Jeżeli dobrze pamiętam, ona się nazywała Nowe Jeruzalem. Na podstawie tego zapisu powstała pewna, ktoś mnie później oskarży, w każdym razie wyznanie bardzo konkretne, kościół właściwie. I to jest ciekawa postać. Może nie tylko ze względu na to, co Swedenborg głosił, czy to w sferze filozoficznej, czy teologicznej, ale też jak się śledzi jego drogę, tak to sobie ogólnie powiedzmy. Jak się śledzi drogę Swedenborga, to człowiek mówi sobie: „Wow, taki sobie zwykły niby gość”.
[02:40:42] - Nie taki zwykły.
[02:40:44] - Dokładnie. Nie taki zwykły. A jednak jakie piętno odcisnął, jak ogromne piętno odcisnął i jaka opowieść za tym wszystkim poszła.
[02:40:56] - Ja tutaj już ci przerywam w taki dramatyczny sposób, dlatego że pewnie niektóre osoby wiedzą, że pisałem magisterkę ze Swedenborga. Zostałem w pewien sposób przymuszony przez mojego promotora, świętej pamięci profesora Zakrzewskiego, zmarłego bodajże w tym roku. I o Swedenborgu dużo wiedziałem. Sporo zapomniałem, dlatego że była to wiedza, która mi się w ogóle nie przydawała. Była to ciekawa postać pod kilkoma względami. Po pierwsze on był naukowcem, wynalazcą. Był też parlamentarzystą, który zasłynął tym, że w całej swojej parlamentarnej karierze powiedział jedno zdanie, żeby zamknąć okno, bo wieje. Wypowiadał się, co ciekawe, także czasami o Polsce. Natomiast on w pewnym momencie swojego życia przeszedł coś w rodzaju paranormalnego kryzysu i to w takich bardzo dziwnych okolicznościach. Ja może tutaj za chwilę postawię kropkę.
Może, Marku, byśmy zrobili na Wehikule Wyobraźni przynajmniej jedną audycję na temat Swedenborga, bo tu można naprawdę dużo mówić.
[02:42:03] - Okej, ale to się muszę przygotować, bo ja nie wszystko pamiętam.
[02:42:07] - Ja będę mówił.
[02:42:10] - Okej.
[02:42:11] - A ty będziesz komentował co najwyżej jego dzieła, bo to jest tak naprawdę dużo bardziej bolesne, gdyż te książki nie nadają się dzisiaj do czytania, bądźmy szczerzy, w większości. Ciekawy jest dziennik jego snów i ciekawe z perspektywy badacza fantastyki dla ciebie może być to, w jaki sposób on opisuje na przykład mieszkańców innych planet.
[02:42:33] - Tak, to akurat pamiętam. To teraz ja przerywam, ale to akurat pamiętam. To było rzeczywiście interesujące.
[02:42:41] - Ale tych wątków było więcej, bo Swedenborg był też jasnowidzem i wokół niego jest w ogóle bardzo wiele takich legend związanych z tym, że on coś przewidywał, mówił, co się wydarzy, ale to były takie rzeczy, że ktoś coś znaleźć miał i tak dalej. Ale jego oddziaływanie było tak ogromne, że rzeczywiście powstał kościół swedenborgiański i to niejeden. Żeby było śmiesznie, jest nawet horror o rzeczach, nie wiem, jak on się nazywa, „O rzeczach słyszanych i widzianych”. Takie jest jego dosłowne tłumaczenie na polski. To jest film, który się ukazał kilka lat temu i to się dzieje wokół kościoła swedenborgiańskiego. Także zachęcam, żeby zobaczyć. Ale żeśmy weszli na temat, moglibyśmy dużo gadać. Patrz, jak nas ten fenomen jednak nakręcił. I to rzeczywiście ta twoja uwaga mówiąca, że to jest bardzo dobry punkt startowy dla tych, którzy się chcą niektórymi postaciami zainteresować. Rzeczywiście tak jest.
Ja jeszcze raz powiem: fenomen. Dzisiaj to może się wydawać już takie staro, trącące lekko myszką, natomiast w tamtych czasach to było coś. Ja myślę, że, i może tutaj się narażę, redaktor naczelny „Nieznanego Świata”, ale myślę, że to było mocne ogólnie. Fenomen był czymś, co fajnie, gdyby było wtedy. Natomiast z dzisiejszej perspektywy takie publikacje chyba nie mają za bardzo wzięcia, nie mają sensu. I ponawiam pytanie trochę do was, co by dzisiaj musiało się ukazywać? O czym powinny być książki właśnie z tej dziedziny? Książki z pogranicza, żeby się dzisiaj sprzedawały, żeby przyciągały czytelników, bo wydaje się, że wszystko już było, wszystko ludzie zobaczyli. Jakie tajemnice trzeba w tych książkach zawrzeć, żeby osiągnąć sukces na rynku? To jest większa tajemnica niż te rzeczy, które widział w zmienionych stanach świadomości Swedenborg.
[02:44:42] - Proszę państwa, to czas na piątą część „Śmieciowych ludzi”. Tadeusz Meszko, „Śmieciowi ludzie”. Rozdział piąty: Dwa światy. To nie ten trop. Terry nie lubił wizyt w Harbor Healthcare System, chociaż powinien być wdzięczny lekarzom za przywrócenie mu sprawności w nodze. Przez rok raz w tygodniu przychodził tutaj na rehabilitację, a później obiecał Anne, że będzie sumiennie stawiał się na kwartalne kontrole. Dopiero po powrocie z akcji w Hoboken przypomniał sobie o zaplanowanej wizycie. Niechętnie, ale wstał o siódmej rano i pojechał na umówioną kontrolę. Szpital przywoływał nie tylko złe wspomnienia z wojska. Otwierał również inne zamknięte szufladki pamięci.
[02:45:54] - Poszedł na wojnę z powodu 11 września, bo wydawało mu się, że kraj potrzebuje takich jak on. Później dowiedział się, że potrzebował tego prezydent oraz służby specjalne, wystraszone tym, że odpowiedzialność za zamachy spadnie na nie. Niestety dotarło to do niego już po kolejnych wojnach. Zbyt późno, by wrócić do dawnych marzeń. Ciąg fotonowy statków kosmicznych zastąpiło paliwo stałe rakiet bojowych. Próbował odskoczyć nawet na Marsa, zgłaszając się do programu sterowania łazikiem marsjańskim Curiosity, ale w Jet Propulsion Laboratory uznano, że z sterowaniem łazika lepiej poradzi sobie ktoś młodszy. Po rezygnacji z czynnej służby pozostała mu jedynie praca w firmach prywatnych żyrujących na konfliktach. Praca lepiej płatna, chociaż równie brudna. Najpierw trafił do firmy ochroniarskiej, w której sterował dronami. Wyszedł z tego jeszcze bardziej pokiereszowany niż po wojsku.
Zrezygnował z dronów i ponownie wyruszył na front, wciąż pod prywatnymi skrzydłami. Wtedy poznał Subirę, a trochę później zaczęli współpracować z Federico. Był jeszcze Adam, Rehendra i Ralph, ale oni zginęli w zamachu, który jego samego oszczędził, skupiając swą furię tylko na Noce. Wtedy cała trójka postanowiła zrezygnować z zarabiania na wojnach i przeszła do cywila. Przyjmując pracę w Lost in Life zdawał sobie sprawę, że nie uwolni się od wojennych koszmarów, a nawet gorzej – będzie babrał się w szambie powojennych ran. Jednak przynajmniej w założeniu miało mu to pomóc. Podsumowując te lata, mógł stwierdzić, że to się nie udało. Pomagał innym i to było dobre, wiele warte. Ale czy rekompensowało rezygnację z własnego życia? Z pewnością nie, bo przecież nie miał zapasowego.
Nie urodzi się po raz drugi bez bagażu błędów, za to ze świadomością, jak ich nie popełniać. Postanowił, że po rozwiązaniu sprawy porwań weteranów zrezygnuje z pracy. Co będzie robił później, nie miał pojęcia. Zastanowi się nad tym w odpowiednim czasie. Jednak z pewnością koniec z ratowaniem świata. Czas zająć się własnym życiem. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj musiał iść do pracy. „Hej Terry” – powitała go Eliza Visser z jeszcze bardziej złowieszczym uśmiechem niż zwykle. W tym tygodniu z włosami w kolorze bordo, choć wciąż rozczapierzonymi jak po uderzeniu pioruna.
Miał już dość mizdrzenia się tej kobiety. Zaryzykował i nie uległ sile jej perswazji, a jedynie skinął głową. Czuł, że odprowadza go wzrokiem, wbijając tuziny igieł w jego plecy. A niech tam. Zmiany najlepiej zacząć od drobiazgów, choćby były kłujące. Na biurku czekał na niego zalakowany raport od pułkownika McCormacka. Terry rozerwał kopertę. Nie był gruby, jedynie siedem kartek. Na pierwszej znajdowała się informacja, że pomoc społeczną programu „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie” finansuje organizacja charytatywna o nazwie Good Day for Victory. Bardzo ciekawe były jednak dalsze strony.
Analitykom pracującym dla Franka udało się odtworzyć rozgałęzioną sieć firm kogucików, różnych spółek córek, matek. Ciekawe, że nie było spółek ojców czy wujków i dotrzeć do samego szczytu. Nazwisko tej osoby odnalazł na siódmej stronie. To był Damiano Haddad. Terry aż zagwizdał ze zdumienia. Zamyślił się. Sieć powiązań była tak poplątana, że ktoś bez odpowiednich dojść nigdy nie odnalazłby faktycznego właściciela. Już sama próba zatarcia śladów prowadzących do dobroczyńcy wydawała się podejrzana. Dlaczego miliarder nie chciał, aby o tym wiedziano? Sponsorował wykopaliska, a poza tym wykładał o wiele większe pieniądze na leczenie ludzi wyrzuconych poza system opieki zdrowotnej.
Ten chłopak posiadał stanowczo za dużo pieniędzy i rozdawał je na lewo i prawo. Miał w tym jakiś ukryty cel, czy też przekazywał pieniądze każdemu, kto o nie poprosił? „Mamy dziś piękny, słoneczny dzień” – przywitał go Diego. Gdzie się podział ten nieśmiały, pryszczaty praktykant? Zaśmiał się w duchu Terry. Diego był niesamowicie pogodny. Jego radość emanowała na kilometr. Widocznie tak podziałało na niego oddelegowanie na kilka dni do komendy policji. Mógł sprawdzić zbiorcze dane, nie ruszając się z miejsca, lecz Terry chciał, aby chłopak porozmawiał ze śledczymi, a nawet z krawężnikami. Pewnych wydarzeń, jak relacji o rogaczu napotkanym w pobliżu miejsca zdarzenia, mogli nie zamieścić w raportach.
„Miło mi widzieć najpracowitszego praktykanta w kraju” – odparł Terry w podobnym tonie, lecz zaraz zapytał, chcąc dowiedzieć się, kto tak odmienił Diego: „Kim ona jest? Archiwistka? A może policjantka?”. „Ależ Terry, o czym ty mówisz?” – młodzieniec wzburzył się, chociaż nie potrafił ukryć lekkiego uśmiechu. „Nie mów, że to świeże powietrze tak cię odmieniło. Katherine jest policjantką. Jeździ w zmotoryzowanym patrolu na Harleyu Davidsonie.” Chłopak nie potrafił długo utrzymać nowiny w tajemnicy. „Wow, musisz mi powiedzieć o niej więcej, lecz nie w tej chwili. Teraz mów, co tam wygrzebałeś lub usłyszałeś. Przeanalizowałem dane policyjne z ostatniego kwartału.
Nie jest najlepiej. W mieście przebywa co najmniej 60 000 bezdomnych, a przynajmniej tylu korzysta ze schronisk. Wielu wybiera ulice, parki czy nawet wagony metra. Muszę przyznać, że o tym nie wiedziałem. Ale to nie są tylko starcy, narkomani czy alkoholicy. Z noclegowni korzysta blisko 15 000 rodzin. Okropność! Okazuje się, że blisko połowa zarejestrowanych bezdomnych to dzieci. Wiem, Diego, wiem o tym. Terry poczuł emocje Diego, ale nie miał czasu, by się teraz nimi zajmować.
Skup się na porwaniach — dorzucił. Diego skinął głową. Przełknął ślinę i bezbarwnym głosem mówił dalej: Policja w Nowym Jorku otrzymuje codziennie kilkadziesiąt zgłoszeń porwań. W większości ofiarami są dzieci, ale zwłaszcza w wakacje 9 na 10 małoletnich wraca do domu w ciągu doby. Bardzo dużo jest też tak zwanych wirtualnych porwań. Chodzi o to, że porywacze dzwonią do krewnych, rodziców lub dziadków, twierdząc, że uprowadzili ich wnuka czy dziecko. Dla uwiarygodnienia prezentują jakiś przerażający krzyk wzięty z filmu lub proszą wspólnika o symulowanie płaczu. Diego, nie szkoda ci czasu? Katherine na ciebie nie czeka? Diego zaczerwienił się, ale zaraz potem na twarz wypłynął mu błogi uśmiech.
Masz rację. Już przechodzę do rzeczy. Chociaż tak właściwie w naszej sprawie nie mam za dużo do powiedzenia. Trudno zauważyć jakieś zmiany w statystykach w ostatnich tygodniach. Nie znalazłem również informacji mówiących o porywaczu z rogami. Katherine mi pomogła i wypytała wszystkich znajomych, ale nikt nie trafił na wątek rogów w opisie porywacza. To rzeczywiście nie było to, czego spodziewał się Terry. Czyżby porwanie kaprala Williama Trottera miało okazać się przypadkiem odosobnionym? Może to jednak były jakieś porachunki? Trotter przespał się z żoną rogacza?
Ale porównałem zgłoszenia zaginięć z bazy policyjnej z danymi szpitali badających zgłaszających się do programu „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie” i odnalazłem kilkanaście przypadków pasujących do schematu. To nie tylko bezdomni czy bezrobotni. Wśród potencjalnych porwanych znajduje się modelka, która przytyła i straciła pracę, dobrze zapowiadający się wynalazca, który zgromadził milion dolarów na aukcji finansowania społecznościowego, a później wycofał się, uznając, że pomylił się w obliczeniach i nie będzie w stanie zrealizować projektu. Przy okazji pieniądze zwrócił. Dzięki Katherine odnalazłem takich przypadków kilkanaście. To osoby o ciekawych życiorysach, ale z pewną skazą, jakby skazani na porażkę. Śmieciowi ludzie — mruknął Terry. Śmieciowi? Diego spojrzał na Terry'ego zdziwiony. Po chwili namysłu dodał: Ja bym tak nie powiedział, ale trochę racji w tym stwierdzeniu jest.
Wyniki badań szkieletu centaura. Budzik zaczął piszczeć, przerywając Anne zasłużony wypoczynek. Już, zaraz, za pięć minut — mruknęła, przewracając się na drugą stronę. Budzik nie przestawał atakować wysokim tonem, wwiercając się w najpiękniejsze sny. Żeby go wyłączyć, musiałaby wstać, ale gdy to zrobi, rozbudzi się i już nie wróci do łóżka. Przykryła głowę poduszką. Nie pomogło. Piszczenie bez przeszkód przedzierało się przez gęsi puch, nie pozwalając jej powtórnie zasnąć. Wciąż była podekscytowana wczorajszą eskapadą. Chyba już rozumiała weteranów, którzy potrafili setki razy rozpamiętywać kilkanaście sekund jakiejś akcji, w której brali udział przed laty.
Lęk i przerażenie towarzyszące temu napięcie nerwowe zostają wypalone w mózgu w o wiele trwalszy sposób niż słowa na papierze czy dane na dysku. Jej samej przed zaśnięciem wciąż przewijały się pewne obrazy. Twarz Terry'ego oświetlona błyskawicą na klatce schodowej w Hoboken, kropla krwi ściekająca ze wzniesionej przez Butchersteina siekiery, a nawet – nie wiedziała dlaczego – borówka tocząca się po talerzu Terry'ego tuż przed nadzianiem jej na widelec. Szkoda, że nie odnaleźli tropu człowieka z rogami. Gdy wracali z Hoboken, Terry był bardzo zamyślony. Już wiedziała, że w tym stanie pozostanie dopóty, dopóki nie zwietrzy nowego śladu. Tylko gdzie go szukać? Budzik nie przestawał piszczeć w coraz wyższych tonach. Przegrała. Wstała, podeszła do zegara i wdusiła przycisk alarmu.
Idąc do kuchni, zastanawiała się, czy nie odwołać spotkania. Informacja o tym, czy udało się, czy też nie, odtworzyć kod genetyczny centaura nie interesowała jej. Przecież i tak nie wyhodują pół człowieka, pół konia. Jednak nie mogła tego zrobić. Miała być główną bohaterką briefingu, a Damiano obiecał przysłać po nią długą jak autobus limuzynę. Po powrocie do Nowego Jorku niemal zapomniała o centaurze. Może udział w śledztwie stanowił ucieczkę przed pytaniem, co tak naprawdę odnalazła? Nie chciała zastanawiać się nad możliwymi konsekwencjami faktu, że genetykom udało się odtworzyć DNA centaura. Odkopanie ruin miasta opisanego przez Homera to był autentyczny sukces. Tylko że do dzisiaj odkopano wiele innych miast opisanych w starszych jeszcze księgach, takich jak Biblia.
Jednak potwierdzenie, że hybrydy, które od zawsze uważano za fantazję, istnieją, to dużo grubsza sprawa. Czy teraz zacznie się polowanie na groby krasnali, wróżek i elfów? A co, jeśli ktoś odnajdzie grób Adama i Ewy i okaże się, że mężczyźnie brak jednego żebra? Anne uświadomiła sobie, że poprzez swoje działania mimo woli mogła rozpętać burzę. Gdy czytała Homera, marzyła o chwili sukcesu, lecz nigdy nie zastanawiała się, co będzie działo się dalej. Jej jedynym celem było zaspokojenie ciekawości. Po prostu chciała wiedzieć, czy autor zmyślał, czy opisywał prawdziwe zdarzenia. Nim zdążyła wypić połowę kawy, odezwał się telefon. Kierowca oznajmił, że już na nią czeka. Z kubkiem w ręku podeszła do okna.
Rzeczywiście, długa czarna limuzyna stała na ulicy. Pojedzie na konferencję niczym gwiazda na galę. Miała nadzieję, że nie będzie czerwonego dywanu, bo włożyła prostą, biało-czerwoną tunikę uciętą u dołu po skosie oraz czarne spodnie. Gdy kwadrans przed rozpoczęciem konferencji limuzyna zjechała z autostrady, kierowca powiadomił Ann przez intercom: „Za cztery minuty będziemy w klinice profesora Garlisi Center New Human Future. Może pani spojrzeć w lewo. Właśnie widać helikopter pana Hadada nad zabudowaniami kliniki.” Ann dostrzegła jakiś futurystyczny śmigłowiec kołujący nad zagajnikiem. Żadnych budynków nie zauważyła. Musiały być niższe od drzew. Z San Francisco? Nie, o ile wiem.
Był na spotkaniu w Pentagonie. Gdy wjechali na parking gęsto zastawiony samochodami dziennikarzy, zobaczyła, że pojazd Hadada stanowi jakąś dziwną hybrydę śmigłowca z samolotem. Na podjeździe do kliniki już czekał na nią Damiano w smokingu. Za nim stał wujek podobny do Putto oraz kilka nieznanych jej osób. Miliarder otworzył drzwi limuzyny i podał Ann dłoń, pomagając wysiąść. Później chwycił kobietę pod rękę i poprowadził ją do rozsuwanych drzwi budynku. Nie było czerwonego dywanu, ale Ann i tak poczuła się onieśmielona jego adoracją. Miała nadzieję, że nie wygląda jak matka z synem. Damiano chyba wyczuł jej zakłopotanie, bo uśmiechnął się i szepnął do ucha: „Proszę się nie martwić. To nie to, o czym myślisz.
Nie podrywam cię. Nie przypominasz mi też matki czy nauczycielki historii. Po prostu lubię ludzi, którzy uparcie dążą do celu.” „Jesteś pewien, że właśnie taka jestem?” „Nigdy się nie mylę” – odparł niemal słodko, akcentując słowo „nigdy”. „Musisz poznać mojego Terry'ego. On także jest uparty.” Zaśmiała się, obserwując uważnie twarz Damiano. Nie wydawał się rozczarowany tym, że wspomina o innym mężczyźnie. Chyba więc rzeczywiście jego uprzejmość nie wynikała ze skrywanych uczuć. „Z chęcią go poznam.” Weszli do przestronnego holu. W tej klinice wszystko było wykonane z rozmachem. Posadzka z marmuru karraryjskiego, którego używał Michał Anioł.
Blat lady, przy której stały trzy dziewczyny, mógłby obsłużyć 50 osób. Wyrastające z kamiennych płyt palmy wyglądały jak na promenadzie w Cannes. Przeszklona, przyczepiona do ściany winda w dwupiętrowym budynku zdawała się nie na miejscu. No cóż, przesada mająca kłuć w oczy. Ann dostrzegła też dyskretnie rozstawionych strażników z dłońmi ułożonymi na kaburach z bronią. „Wychodzi na to, że geny są równie cenne jak złoto” – pomyślała. Tuż za drzwiami czekał na nich jakiś czterdziestolatek w ulizanych włosach, z lękiem wypatrujący śladów łupieżu na ramionach. Spojrzał na Damiano, a później na Ann. Mogłaby przysiąc, że patrzył na nią tak, jakby była naga. Ulizany facecik podbiegł do nich i z uśmiechem, który niemal rozrywał mu usta, przedstawił się jako asystent profesora Garlisi, Gavin Warren.
„Panie Haddad, pani Laskowski. Profesor bardzo przeprasza, ale został wezwany do nagłego przypadku. Prosił, abym zaprowadził państwa do jego gabinetu. On dołączy za kilka minut.” Ruszyli w kierunku windy. Gavin nie wywarł na Ann dobrego wrażenia, ale profesora polubiła, jeszcze zanim go usłyszała. Rzadko który opłacony przez Hadada dyrektor miałby śmiałość przedłożyć sprawy zawodowe nad bicie pokłonów przed miliarderem. „A gdzie dziennikarze?” – zapytał Haddad. „Objadają się ośmiorniczkami, zapijając je absyntem w sali obok” – zaśmiał się asystent. „Ten szum nie za wcześnie?” – westchnęła Ann. „Ann, gdy profesor Garlika powiedział mi, że udało mu się zsekwencjonować pełen kod, wysłałem kilka próbek kości do dwóch innych ośrodków badawczych.
Powiedziałem im, że pochodzą od mojego ulubionego ogiera. Otrzymałem wyniki potwierdzające. Dopiero wtedy zdecydowałem się upublicznić tę informację.” „Jak na młodego człowieka jesteś bardzo rozważny.” „To wada czy zaleta?” „Och, nie miałam nic specjalnego na myśli.” „Ale chyba rzeczywiście jestem ostrożny. Soczewki kontaktowe GDF mogłem wypuścić na rynek już pół roku temu. Wolałem jednak poczekać i przeprowadzić pełne testy medyczne. I dobrze zrobiłem. Okazało się, że u niektórych osób wywoływały zapalenie spojówek. To zawiła kwestia. Uczulenie genetyczne podobne do alergii na orzechy, a w wypadku soczewek na jeden ze składników. Ale teraz jestem już pewien, że każdy może je założyć bez ryzyka.” Wyjaśnienie to, jak dla Ann, było zbyt drobiazgowe.
Nabrała pewności, że ten temat go pasjonuje. „Czy wybrałaś już tytuł dla swojej książki?” – zapytał Damiano, gdy przy kawie i ciasteczkach siedzieli w gabinecie. Wuj Damiano, Firas, poprosił asystenta o oprowadzenie po klinice. Po grymasie rozczarowania na twarzy było widać, że Gavin wolałby zostać w towarzystwie miliardera. Jednak gdy Damiano zapytał, czy byłby uprzejmy spełnić prośbę wuja, nie miał innego wyjścia. Ann zastanawiała się, czy nie było to celowe zagranie mające sprawić, by zostali sami. Dekorator urządzający gabinet profesora załamałby ręce, widząc, że na półkach z abstrakcyjnymi rzeźbami leżą porozkładane książki, a biurko, w wizji przestronne z kilkoma ekscentrycznymi gadżetami, zostało zawalone stertami czasopism. Profesor zbierał u Ann kolejne punkty. „Może archeologiczne potwierdzenie mitów homeryckich w świetle badań stanowiska ze szczątkami centaura Eurytiona w Pelion?” Damiano skrzywił się. Anne nie chodzi o rozprawę doktorską, a o książkę, której już sam tytuł przyciągnie czytelników.
„Przemyślę to. A jak ci się podoba: Homer – bajkopisarz czy kronikarz?” Lepszy, zdecydowanie lepszy. A co sądzisz o takim: Na tropie centaura. „Ale tego jeszcze nie wiemy” – zaprotestowała. Już wiemy, Anne – odpowiedział z uśmiechem. „No tak, ty już z pewnością znasz odpowiedź.” Wzruszył ramionami, przyjmując niewinny wyraz twarzy. Naraz do gabinetu zajrzał jakiś mężczyzna. Profil psychologiczny okazał się zgodny z wizerunkiem, jaki sobą przedstawiał. Był to 60-letni, siwiutki, żwawy staruszek o ostrych rysach twarzy, a jednocześnie z łagodnym uśmiechem. Wnuczkowie mogli się go bać, ale też lgnęli do niego.
Wszedł zadumany, z pewnością wciąż rozplątując helisę z kodem genetycznym i dopiero na ich widok otrząsnął się z myśli. Wyciągając obydwie ręce przywitał się z nimi szczerze. Miał mocne i suche dłonie. Przepraszam, ale prosiaczek Five Miller, który miał być dawcą wątroby dla klientki, zdechł pomimo reanimacji. To już kolejny przypadek. Niestety nie udaje nam się utrzymać ich przy życiu dłużej niż miesiąc. W tym momencie cała sympatia, jaką Anne darzyła profesora, prysła. Hol zmienił się w salę konferencyjną. Dla czterech osób ustawiono stół prezydialny, natomiast dla grupy ponad 30 dziennikarzy przegnanych od stołu z ośmiorniczkami zwykłe plastikowe krzesełka. Anne zauważyła jedynie dwie kamery na statywie.
Większość żurnalistów do rejestracji obrazu i dźwięku wykorzystywała telefony komórkowe lub okulary GTV. Ulizany asystent przedstawił Anne, Damiano oraz profesora, którego też jako pierwszego poprosił o wypowiedź. Trzy tygodnie temu pan Hadad zwrócił się do mnie z pytaniem, czy podjąłbym się badań szkieletu odnalezionego przez profesor Anne Laskowski na stanowisku w Grecji w pobliżu Pelion. Na badania dostałem miesiąc. Jak na zakres prac i doniosłość artefaktu to krótki termin, lecz w mojej klinice pracują najwybitniejsi specjaliści, więc bez zastanowienia podjąłem się tego wyzwania. Dwa zespoły prowadziły prace równolegle. Pierwszy przeprowadzał badania antropologiczne oraz medyczne dotyczące przyczyny śmierci odnalezionego osobnika. Drugi miał za zadanie odtworzenie kodu genetycznego szkieletu. Z dumą mogę państwu obwieścić, że jestem gotowy do ogłoszenia wyników w obydwu kwestiach. Wilhelm Garllica jak na profesora mówił zrozumiałym językiem, ale nie mógł ustrzec się drobiazgowego wyjaśniania założeń badań, a także odrobiny autopromocji.
Anne zachowałaby się tak samo. Metodologia pobierania próbek, nazwijmy je ludzkich i zwierzęcych, pozwoliła nam jednoznacznie potwierdzić, że szkielet odnaleziony przez profesor Laskowski nie jest połączonym szkieletem tułowia człowieka i konia. Odtworzenie kodu próbek pobranych z części tylnej należącej do czworonoga wykazało największe podobieństwo do konia domowego Equus caballus. Dużą niespodzianką jest natomiast DNA pochodzące z przedniej części, w tym z kości czaszki. W części ludzkiej centaur wykazuje więcej zgodności nie z genomem Homo sapiens, a Homo sapiens fossilis nazywanym kromañjończykiem lub człowiekiem z Cromagnon, żyjącym 40 000 lat temu na terenie Europy. Był on jak na tamte czasy niezwykle wysoki. Jego przeciętny wzrost to 180 centymetrów przy przeciętnym wzroście Homo sapiens 165 centymetrów. Natomiast pojemność jego mózgoczaszki wynosiła aż 1600 centymetrów sześciennych, w czasie gdy Homo ergaster dysponował góra 900 centymetrami sześciennymi, Homo erectus około 1000 centymetrów sześciennych, a Homo sapiens sapiens, czyli my – 1700 centymetrów sześciennych. W części nam znanej genom centaurów jest bardzo bliski genomowi człowieka. Różnice są mniejsze niż te występujące między nami a szympansem karłowatym Pan Paniscus, do tej pory uważanym za naszego najbliższego kuzyna.
Lecz pojawia się również wiele różnic. Genom centaura ma co najmniej kilkaset więcej genów niż człowiek czy małpy człekokształtne. Oczywiście za wcześnie jeszcze, by odpowiedzieć na pytanie, za co one są odpowiedzialne. Wiele z nich to geny znane nam z genomu konia. Co naturalne, skoro centaur posiada kopyta i ogon, lecz dużej ich części nie znajdziemy ani w genomie człowieka, ani u konia. Po wygłoszonym wstępie asystent ogłosił część przeznaczoną na zadawanie pytań. Jako pierwszy odezwał się rówieśnik Hadada, młodzik w okularach GTV o pstrokatych kolorach. Kiedy wprowadzi pan na rynek soczewki kontaktowe GTV? Termin już raz został przesunięty. Centaur był tematem okazjonalnym, może i ciekawym, lecz interesującym niewielu dziennikarzy, a na soczewki miliardy ludzi oczekiwało od roku – pomyślała Anne.
Sądzę, że sanie Mikołaja przywożącego prezenty będzie już można oglądać na żywo. Oczywiście mając w oku soczewkę GTV. A w zaprzęgu będą renifery, czy może centaury? – zaśmiał się siedzący z tyłu łysiejący 50-latek z piwnym brzuszkiem. Nie jestem w stanie zmienić wielowiekowej tradycji. Sam z niecierpliwością wypatruję w zaprzęgu czerwonego nosa Rudolfa. Zapewniam państwa, że to będą renifery. Panie Haddad, wprowadza pan świat w wirtualną przyszłość, a jednocześnie wykłada pieniądze na badania archeologiczne. Jak można pogodzić tak różne zainteresowania? Zapytała leciwa kobieta w jasnoszarym kostiumie.
Świat sprzed mojego urodzenia jest dla mnie tak samo wirtualny jak świat przyszłości możliwy do wykreowania w komputerze. Znam go jedynie z wyobrażeń innych. Zawsze fascynowało mnie, gdzie istnieje granica między tym, w co wierzymy, bo tak mówią nam rodzice, dziadkowie lub zapisano to w starych księgach, a z myśleniem, czyli wirtualnymi lub fałszywymi obrazami przeszłości. Biblia, "Iliada" i "Odyseja" to dzieła sztandarowe dla naszego postrzegania historii. W prawdziwość wydarzeń biblijnych wierzy od wieków wiele osób. Homera, pomimo odkrycia Troi oraz grobu Agamemnona, traktujemy z przymrużeniem oka jako bajkopisarza. Miałem nadzieję, że pani Anne Laskowski udowodni, że popełniamy w ten sposób błąd. Jakie książki czytała pani w dzieciństwie? Ośmielona przykładem starszej dziennikarki zadała pytanie dużo młodsza przedstawicielka mediów. Nocami pochłaniałam Homera, jak też opowieści o hobbitach Tolkiena czy o stworach światła i ciemności Zelaznego.
Te ostatnie zawsze traktowałam jako fikcję. Natomiast Homer był dla mnie kronikarzem potrafiącym w atrakcyjnym sposób opowiadać dzieje historyczne. A kogo będzie pani teraz szukać? Może Śnieżkę braci Grimm albo Babę Jagę? Piwny jegomość najwyraźniej wciąż dobrze się bawił. Dziennikarze wybuchnęli śmiechem. Nie wiem, czy już teraz mogę na to pytanie odpowiedzieć. To jedynie poszlaki. Anne zawiesiła głos. Wszyscy na sali ucichli.
Na jej twarzy widać było głębokie wahanie. Wśród zgromadzonych podniosły się nieśmiałe głosy, aby ujawniła tajemnicę. No dobrze, zdradzę coś państwu. Wiem, gdzie ukrywa się Elvis Presley. Pomruk niezadowolenia przetoczył się po pomieszczeniu. Jedynie Damiano zaśmiał się głośno. Po chwili ciszy dłoń podniósł mężczyzna z tylnego rzędu. Mam pytanie do profesora Garoliki. To było pierwsze pytanie skierowane bezpośrednio do uczonego. Czy sądzi pan, że niektóre geny będzie można wykorzystać do, powiem potocznie, podrasowania biegaczy?
Teoretycznie to możliwe, ale do tego nie trzeba wcale DNA centaura. Wystarczą geny mieszkańców Afryki. Czy centaury rodziły kobiety czy klacze? Zapytał ironicznie jegomość z brzuchem piwosza. To szowinizm — mruknęła zdegustowana Anne. Profesor położył uspokajająco dłoń na jej dłoni i odpowiedział ostro: Nie ma pan podstaw do podobnych osądów. Młode równie dobrze mogły rodzić się w wyniku zapłodnienia klaczy przez człowieka. Związki kobiet z ogierami stanowiły częsty sposób zaspokajania chuci, poczynając od starożytności, a kończąc na czasach nowożytnych. Natomiast o stosunkach mężczyzn z klaczami jak dotąd nie słyszałem. Nie miały satysfakcji.
Nie ten rozmiar. Zaśmiał się piwny jegomość, lecz tym razem był to odosobniony objaw wesołości. Anne nie wytrzymała. Jeżeli ma pan na myśli carycę Katarzynę II, to powinien pan wiedzieć, że to jedynie plotki rozsiewane przez nielubiących ją Polaków — wyrzuciła z gniewem. Po konferencji Damiano Haddad, odprowadzając Anne do limuzyny, przeprosił ją za zachowanie dziennikarza oraz za to, że nie może zaprosić jej na obiad, gdyż musi wrócić do Pentagonu, gdzie negocjuje kontrakt na wykorzystanie soczewek GDV przez żołnierzy. Odpowiedziała, że i tak musiałaby odmówić, bo już wcześniej umówiła się z przyjaciółmi z uczelni na hamburgery w Bryant Park. Aż oblizał się ze smakiem. Stojąc przed limuzyną jeszcze chwilę rozmawiali. Czy tego się spodziewałeś? Zapytała rozczarowana przebiegiem konferencji.
Znalezienie szkieletu to sukces, ale od początku prac liczyłem na coś więcej. I co dalej? Kilka lat temu do genomu współczesnego słonia wszczepiono kilkanaście genów mamuta żyjącego 6 tysięcy lat wcześniej. A komu wszczepisz geny centaura? Zapytała uszczypliwie, wiedząc, że jest niesprawiedliwa. Damiano był przypadkową ofiarą jej złości, która pojawiła się jako reakcja na głupie pytania dziennikarzy. Może asystentowi profesora? Zaproponował. Zaśmiała się. Ten pomysł bardzo jej się spodobał.
Damiano kontynuował: A mówiąc poważnie, pewnych spraw nie można powstrzymać, choćbyśmy zastosowali najbardziej represyjne prawo. Nawet religia poddaje się trendom, zmieniając dogmaty, chociaż robi to zawsze za późno. Więc uważasz, że wcześniej czy później ktoś pokusi się o wyhodowanie centaura? Raczej wcześniej. Ale w jakim celu? Mogła zgodzić się z jego diagnozą, lecz nie dostrzegała powodu. Bo to stało się możliwe. Tak jak góry są po to, aby się na nie wspinać. Słyszała już to porównanie. Była w nim spora dawka zadowolenia we własne siły, ale też jakaś odwieczna prawda.
Przepraszam, to mnie chyba przerasta. Zawsze uważałam, że Homer opisywał istoty żyjące współcześnie. Inaczej przecież bym ich nie szukała, ale sama nie wierzyłam w sukces. Paradoksalnie spełnienie marzeń okazało się równie trudne do zaakceptowania, jak wcześniejsze przytyki sceptyków. Odnalezienie tropu. Federico stał przed lustrem i przykładając palce do wąsów oraz brody zastanawiał się, jak by wyglądał po zgoleniu wyśmiewanych przez Subirę atrybutów. Nie był zadowolony z rezultatów. Uznał, że szybciej stworzy nowy wizerunek, wymazując je ze zdjęcia w komputerze. Informatyka była wspaniałą zabawą. Mogłeś rozwiązywać najtrudniejsze łamigłówki, używając ograniczonej liczby działań.
W tym tkwiła jej siła, tak kusząca Federica, jak i niosąca niedosyt słabość. Choćbyś nie wiadomo jak sprytnie ułożył proste rozkazy w cały zestaw skomplikowanych działań, to nie stworzysz nowej wartości. Podobnie było z kodem genetycznym. To jedynie nić koralików nanizanych i utrwalonych w tym porządku prawami fizyki, które bardzo łatwo opisać kodem binarnym, gdyż alfabet genów składa się zaledwie z czterech liter. Federico niegdyś rozważał możliwość odszukania w łańcuchu DNA podpisu Boga. Informatycy lubią ukryć w programie informację ze swoim nazwiskiem. Dlaczego więc Bóg miałby być wolny od takiej pokusy? Mógłby to być przekaz w rodzaju: „Stworzyłem cię z nudów. Mam nadzieję, że nie będziesz potrafił odczytać tego wyznania, dopóki sam nie zrozumiesz, że gdy wiesz i potrafisz wszystko, nie masz ochoty ruszyć nawet palcem. Dając ci dociekliwość i wolną wolę, miałem nadzieję, że dostarczysz mi kilku chwil rozrywki, niczym aktorzy z komedii slapstickowych, dokonując równie złych wyborów jak ja”.
Federico był niemal pewny, gdzie należy szukać podobnego odcisku — w śmieciowym DNA. Te fragmenty były ignorowane przez genetyków, którzy uznawali je za śmietnik ewolucji. Gdyby on był Bogiem, właśnie to miejsce wybrałby do ukrycia swojej sygnatury. Dlaczego twórcy ekspresjonizmu z takim upodobaniem postrzegali świat dziwnie wykoślawiony? Dzisiaj, mądrzejsi o wydarzenia następnych lat, z łatwością możemy stwierdzić, że było to przeczucie nadchodzącej katastrofy, wojen, Holokaustu. Gdyby Federico chciał umieścić podobne zastrzeżenia w kodzie programu komputerowego, musiałyby one przybrać postać animowanego facecika wyciągającego w górę środkowy palec. Jedynie sztuka była wyzwaniem potrafiącym przekazać więcej, niż wynikało to z użytych słów, uchwyconych obrazów czy ułożonych na pięciolinii nut. Zasób słów był niemal nieograniczony, a gdy jeszcze uwzględni się kolejność ich zapisu, liczbę wariantów zdań, ułożenia akapitów, otrzymamy liczbę, której nawet w nieskończonym czasie nieskończona liczba małp nie byłaby w stanie wystukać na maszynie do pisania. Czy więc siła sztuki polega na obfitości języka? Nie.
Tego Federico był pewny. Komendy programu komputerowego też można zapisać w różny sposób. I chociaż kolejnością linijek kodu nie da się dowolnie żonglować, i tak nie wyjdzie z tego nic więcej, niż zostało wcześniej zaplanowane. Linia melodyczna także jest ograniczona do kilkunastu wartości, a mimo to potrafi rozbrzmiewać w nas lękiem, smutkiem lub uczuciem miłości. Siła sztuki tkwiła w pewnym niedopowiedzeniu, zezwoleniu odbiorcy na indywidualną interpretację uzależnioną od odmiennych przeżyć, a nawet nastroju chwili. Tego nie przewiduje ani program komputerowy, ani kod genetyczny. Wychodząc z łazienki, nieoczekiwanie zaśmiał się, przypominając sobie facecika z wyciągniętym palcem. To byłby naprawdę niezły podpis. Po odpaleniu komputera zapomniał szybko o rozważaniach, jakim poddawał się przed lustrem. Był zły na siebie, że wciąż nie udawało mu się odnaleźć Christiana.
Gdzie ten chłopak się zaszył? O ile nie sześć stóp pod ziemią, to powinien go namierzyć. Przecież spektrum wchodzących w grę możliwości było ograniczone. Federico musiał jedynie odnaleźć ukryty w głowie nastolatka klucz. Po porażce poszukiwań Rogacza był to jedyny trop mogący pomóc Terry'emu w prowadzonym śledztwie. Z zero-jedynkowego świata rozmyślań wyrwał go telefon od Terry'ego, który wpraszał się z wizytą. Federico poczuł, że jest głodny. Nie zauważył, kiedy minęło sześć godzin, podczas których wypił przy komputerze trzy piwa. Przed przyjazdem przyjaciela zdążył jeszcze zjeść zamówioną pizzę. Terry przysiadł na parapecie i od razu przeszedł do sprawy.
„Po fiasku poszukiwań Rogacza pozostał nam jedynie Christian i, ale to tylko moje przypuszczenie, udział porwanych w badaniach Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie. Chociaż wciąż nie widzę powodu, dlaczego mieliby porywać ludzi” — oznajmił z nutą goryczy. „Mógłbym odpowiedzieć, że do jakichś celów” — zauważył bez przekonania Federico. „Tych osób nikt nie będzie szukał. To idealne króliki doświadczalne”. „To za mało” — pokręcił głową Terry. „Na śmietniku dobrobytu co roku znajdziesz miliony osób. Łatwiej i taniej przeprowadzić to w innych krajach”. „Śmieciowi ludzie w Nowym Jorku są równie tani i mają jeszcze jedną zaletę: znajdują się pod ręką” – zawyrokował Federico i po krótkim zastanowieniu dodał: „A może nie chodzi o mięso dla zabiegów, lecz o ich DNA?” „Ale co takiego może być w kodzie genetycznym nic nieznaczących ludzi? Oni nie ozdrowieli w wyniku boskiej interwencji” – skrzywił się Terry.
„Rozmawiałem o tym z Sobirą. Miała wypytać swoją szefową, ale ta jest na urlopie.” Umilkli na chwilę. „A mógłbyś mi podesłać kilka próbek DNA osób, które wzięły udział w tej akcji medycznej?” – zapytał niespodziewanie Federico. „Umiesz czytać kod genetyczny?” „Nie” – zaśmiał się. Terry już chciał powiedzieć mu kilka ostrych słów, gdy ten dodał: „Ale kiedyś napisałem program, który może szybko je porównać, wyłapując genetyczne anomalie.” „Dobrze, że Sobira tego nie słyszy. Przecież DNA to chemia i fizyka, a nie informatyka.” „Dla biologa. Dla mnie to jedynie kod binarny. Mamy cztery nukleotydy, które można zastąpić czterema wartościami kodu: 00, 11, 01 oraz 10. A gdy to zrobimy, nieczytelny kod ACGT zacznie układać się w ciąg zer i jedynek zrozumiałych dla informatyków. A stąd już nieduży krok do tego, aby z owego ciągu wyłowić powtarzające się sekwencje.
Wiele z nich to instrukcje budowy białek, lecz są i takie, które można nazwać rozkazami. Co najciekawsze, są takie cztery: dodaj, odejmij, pomnóż, podziel. Od tego wszystko się zaczyna.” „Ciekawe. Zawsze uważałem, że jeżeli kiedyś odkryjemy, czym w istocie jest wszechświat, będzie to zrozumiałe dla każdego” – zainteresował się Terry. „Ciekawe, ale nie moje” – westchnął z żalem Federico. „Pomysł zaczerpnąłem z mało znanej książki polskiego autora zatytułowanej »Klucz do DNA«. Wnioski posłużyły mi do napisania programu zamieniającego ułożenie nukleotydów w strukturę informatyczną. Bramki logiczne, pętle. Próbowałem to sprzedać klinikom, ale nie były zainteresowane. W końcu kupiła go jakaś firma za śmieciowe pieniądze.
Genetykom białka przesłaniają oczy, a używając mojego programu mogliby dokonać skoku jak z ery parowej w elektryczną.” „Jakich rozkazów zamierzasz szukać?” „To nie tak. Na początek będę chciał porównać kod porwanych osób z kodem jakichś zwykłych ludzi. Jeżeli program wyłapie, że znajdują się w nim sekwencje, których inni nie posiadają, przyjdzie czas na rozgryzanie, za co one odpowiadają.” „Nieznane geny?” „Mało prawdopodobne. To, że jakiś fragment DNA jest genem, biolodzy ustalają po sekwencjach startowych oraz liście aminokwasów budujących białka. Nić DNA została dokładnie przeszukana pod tym kątem i niczego nowego już raczej nie znajdziemy. A może nie wiesz, że gdy porównamy geny, okaże się, że tylko w niewielkim stopniu różnimy się od małp czy banana? Istota człowieczeństwa to warunki budowania białek. Na im wyższym szczeblu ewolucji znajduje się organizm, tym tych warunków jest więcej.” „Myślę, że da się to załatwić. Podeślę ci ich kod DNA. A teraz wróćmy do tego, gdzie jesteśmy w tej chwili.
Musimy odnaleźć Christiana. Nadal nic nie znalazłeś?” Federico niechętnie przyznał się do porażki. „Nie mam pojęcia, gdzie jest, ale na pewno nie ma dostępu do sieci. Nie używa okularów GTV, telefonu, skrzynki pocztowej. Nie daje mi żadnej szansy, abym mógł go wytropić. Okazuje się, że miliardy dolarów wykładane na sprzęt komputerowy, satelity i etaty tysięcy ludzi mających śledzić każdy nasz krok bardzo łatwo obejść. Wystarczy jedynie zrezygnować z wymuszonego przez rozwój cywilizacyjny stylu życia.” „Rodzice?” – przerwał mu Terry, bojąc się, że Federico wskoczy na ulubiony temat spisku korporacyjnego i już nic go nie zatrzyma. „Mają wspaniałą posesję, naszpikowaną kamerami niczym Biały Dom. Podpiąłem się do ich systemu i podglądam.” Terry spojrzał na niego z niesmakiem. „Nie osobiście.
Robi to program szpiegujący ustawiony na jego twarz. Monitoruje wszystkie pomieszczenia przez całą dobę i jak na razie niczego nie złapał. Synalka nie było w domu rodziców od niedzieli, kiedy to wysadziłeś go z Trzmiela.” „Wspominał o śledzeniu statków wielorybniczych.” Terry podsunął przyjacielowi kolejny trop. „Bardzo zależało mu na tym rejsie. Podrasował w tym celu drona.” „Już o tym mówiłeś. Sprawdziłem manifest statku. Nie zgłosił się na pokładzie.” „Nawet pod fałszywym nazwiskiem?” „Terry, za kogo mnie uważasz? Sprawdziłem dokładnie. Nawet w portach są monitory. Przejrzałem zapisy przed wypłynięciem w morze i zapewniam cię, że nikt podobny do niego nie wszedł na pokład.
Może podpowiesz mi coś, czego nie wiem?” „Gdy pytałem go, czy ma się gdzie ukryć, uśmiechnął się tak, jakby myślał o dziewczynie.” „Zaczekaj.” Federico zaczął przeglądać dokumenty w internecie. „Na wyprawę nie zgłosiły się dwie osoby. On i niejaka Andrea Ubels. Też działa w Greenpeace.” „Gdzie mieszka?” – zapytał Terry. Sprawdzam. Nie pochodzi z Nowego Jorku. Mieszka w akademiku. Są wakacje. Skąd przyjechała? Ona jest z Kanady.
Jakaś mieścina 100 kilometrów od Toronto. „Christian mógł uznać, że w Kanadzie będzie bezpieczny” – zastanowił się Terry, błądząc wzrokiem po ścianie z plakatami. Te krzewizny go jednak rozpraszały. „O kurczę!” – usłyszał zdziwiony głos Federica. Coś nie tak? Spojrzał na ekran. Federico przeglądał stronę Wikipedii. „Tam jest osada mennonitów. To odłam religii podobny do Amiszów” – odpowiedział. To by tłumaczyło odcięcie od telefonów i sieci.
Muszę to sprawdzić. Terry zerwał się i ruszył do wyjścia. „Czy myślisz, że gdybym zgolił wąsy i brodę, Subira spojrzałaby na mnie łaskawszym okiem?” Pytanie Federica złapało go już w drzwiach. Zatrzymał się i zazgrzytał zębami. Najchętniej odpowiedziałby, że skąd on ma o tym wiedzieć. Uznał jednak, że przyjaciel potrzebuje pomocy. Przyjrzał mu się uważnie, przechylając głowę w prawo i w lewo. „Myślę, że nie” – rzucił po chwili. Nie mógł sobie wyobrazić ogolonej twarzy Federica. Wyprawa do innego świata.
Po powrocie od Federica Terry zastał Ann siedzącą z podwiniętymi nogami na kanapie. Zatopiona w myślach przeglądała jakąś książkę, a kilka innych leżało rozłożonych. Terry zauważył, że były to nowe tomy, bo sterta książek do przeczytania czekająca od miesięcy w rogu pokoju nie została naruszona. „Jak jej powiedzieć, że musi wyskoczyć do Kanady?” – zastanawiał się. „Chyba że…” – przyszedł mu do głowy szalony pomysł. „Pojedziemy na krótkie wakacje?” – zapytał, przysiadając się na ławie. – Zapraszam cię na wyprawę do innego świata. „Terry, mów prawdę” – zażądała, nie odrywając wzroku od lektury. Odnaleźliśmy z Federico trop tego chłopaka, który przyczepił pluskwę do samochodu porywaczy. „Czyli to wyjazd służbowy.
Co to za wakacje?” – skrzywiła się. Połączymy wyjazd służbowy z mini wakacjami. Pojedź ze mną do enklawy, gdzie nie rozmawia się przez telefon komórkowy, a jedynie patrząc sobie w oczy. Przyklęknął przed kanapą. „To możliwe?” Lekki uśmiech z trudem przebił się przez minorową minę. Wyobraź sobie, że są jeszcze takie miejsca. „A niech tam, jedźmy.” – odrzuciła książkę. Terry ze zdziwieniem skonstatował ten niespodziewany objaw radości. „Ucieknę przed mediami” – wyjaśniła. Konferencja całkowicie ją rozbiła, a ciągłe telefony od dziennikarzy nie pomagały się pozbierać.
Gdyby to byli redaktorzy z „Scientific American” lub „Nature”, ale nie. Wydzwaniali tylko ci z „Faktów i Mitów” czy „Kobiety Wyswolonej”. Będzie mogła uwolnić się od ich głupich pytań. Szybko sprawdzili w internecie połączenia. Polecimy do Region of Waterloo International Airport, a stamtąd pozostanie tylko kilkadziesiąt kilometrów do St. Jacobs – podsumował swoje poszukiwania Terry. Ann jeszcze przez chwilę przeglądała mapę. „Zanocujmy w Breslau.” – wskazała na mały punkcik na mapie. Dlaczego? „Bo Breslau to po polsku Wrocław.
Jestem ciekawa, jak wygląda kanadyjski Wrocław.” Ale tam nie ma żadnych hoteli. Musimy znaleźć inne miejsce do noclegu – zmartwił się Terry. „To weźmiemy auto z wypożyczalni i zanocujemy tam, gdzie nam się spodoba.” Skończyło się na tym, że przenocowali w wynajętym aucie na łące w pobliżu mostu na rzece Conestogo. Wcześniej minęli jeden motelik, ale nie chcieli zatrzymywać się tak wcześnie na nocleg. Most miał stalową konstrukcję, lecz nawierzchnię z desek i był wąski na szerokość jednego samochodu. Zablokowali przejazd, obserwując płynącą wodę. Na szczęście nikt nie przejeżdżał. W nagłym porywie Ann zaproponowała, aby wrzucili telefony do rzeki. Terry nie namyślał się długo. Już wziął zamach, lecz w ostatnim momencie rozsądek Ann kazał im ograniczyć zerwanie więzów z cywilizacją do wyjęcia z komórek baterii.
Później zjechali z mostu, gdyż nie chcieli, aby ktoś im przeszkadzał trąbieniem. A jeszcze później obserwowali zachód słońca i już nie mieli ochoty wracać. W końcu pojawił się księżyc. Jego tarcza znajdowała się w pierwszej kwadrze. Obserwowali jego ślamazarną wędrówkę po bezkresie zimnego nieba. „Czy zauważyłeś, że im bliżej horyzontu, tym staje się większy i nabiera kolorów?” – zapytała Ann, jakby widziała go po raz pierwszy. – Gdy jest wysoko na niebie, jest małą, zimną plamką. Gdy dotyka ziemi, pąsowieje i puchnie jakby ze wstydu. Terry mógłby jej wytłumaczyć, że wielkość tarczy satelity w czasie jednej nocy jest zawsze taka sama i jedynie złudzenie ludzkiego wzroku ją powiększa. Na pustym niebie nie mamy punktu odniesienia dla określenia wielkości, wydaje się więc pyłkiem rzuconym w nieznane.
Gdy jednak znajdzie się w pobliżu koron drzew czy dachów domów, zauważamy, że jest olbrzymi, z pewnością wielokrotnie większy od nas. Powinien tak odpowiedzieć, ale uznał, że w tę noc magia jest ważniejsza od nauki i dodał ugodowo: Czerwienieje nie ze wstydu, a z lęku, że ludzie zechcą zrobić krzywdę. Dlatego też nadyma się, abyśmy myśleli, że jest większy, groźniejszy. Może chciałby obserwować naszą miłość z bliska, lecz się boi. Przed świtem zrobiło się zimno, lecz gdy wyjrzało słońce, w kilkanaście minut ogrzało wnętrze, rozbudzając śpiochów. Na śniadanie pojechali do The Black Forest Inn naprzeciwko remizy strażackiej, która była zwykłym garażem na dwa samochody. Restaurację otwierali dopiero o 10:30, lecz ruszyli dalej. Jednak trudno było znaleźć w okolicy czynny bar. Wszystko otwierano dopiero po 10:00. Udało im się odnaleźć piekarnię z domowymi wypiekami Seattle's Home Baking, czynną godzinę wcześniej, w której wyprosili kilka gorących i chrupiących bułek.
Piekarz dał im nawet butelkę mleka z prywatnej lodówki. Wrócili na łąkę przy Conestogo i siedząc na trawie z widokiem na niebo, zjedli śniadanie. Było płasko i nic nie przesłaniało kopuły nieboskłonu. Stada białych baranków płynęły wolno. Powoli robiło się ciepło i nie mieli ochoty na nic innego, jak tylko ułożyć się wygodnie w trawie i gapić na chmury. „W Grecji też jest tak pięknie” – westchnęła Anne. – „A na tarasowo położonych sadach rosną niesamowicie duże, zielono-złote, słodkie jabłka. Nazywają się Golden Delicious. W pewną niedzielę zaprosił mnie do domu na obiad Alexis. Później spacerowaliśmy po rozrzuconych na zboczach sadach, a ja weszłam na jedno drzewo, aby zerwać najwyżej rosnące jabłko.
Było takie piękne, tak kuszące, ale rosło na cienkiej gałęzi i bałam się, że spadnę. Wyobraź sobie, że wychylając się widziałam na dole morze, fale rozbijające się o brzeg, kamyki na plaży. W końcu udało mi się je zerwać i z rozkoszą wtopiłam zęby w soczysty miąższ, który był jak nektar bogów. Ale nie ten z dyskoteki, po którym rzygałam.” – dodała po chwili. – „Zerwałam to jabłko, a później żałowałam, że nie pozostawiłam go na tej cienkiej gałęzi. Odkryłam też grób centaura, a teraz zastanawiam się, czy to dobrze, że tak się stało.” „Tutaj też jest pięknie” – zauważył Terry. „No właśnie. A co ważniejsze, jesteś przy mnie.” „Może masz rację.” Terry przypomniał sobie, że w Grecji gwiazdy są na wyciągnięcie ręki. Oczywiście w nocy, bo w dzień ich nie widać. Ciekawe, czy na planecie, na której nie ma nocy, gdyż słońce lub kilka słońc nieustannie oświetla jej powierzchnię tak, że ludzie nigdy nie widzą gwiazd, zadawano by sobie pytanie o sens bytu, Boga.
Stworzono by niebo i piekło. Teleskop Jamesa Webba poszerzył ponad dwukrotnie granice wszechświata, a nowo budowany teleskop będzie miał stokrotnie większą rozdzielczość. Czy wtedy okaże się, że nasz wszechświat jest tylko jednym z milionów wszechświatów? I że nie ma około 15, a 50, 100 miliardów lat? „W czym mam rację? Że zerwałam to jabłko?” – zapytała Anne. Lecz on już zapomniał, co miał na myśli, gdyż napłynęły następne, tak samo ważne. Jak niewiele trzeba, by być szczęśliwym. „Czyż nie można zastygnąć w tym stanie na zawsze?” – zapytał Terry, wzdychając głęboko. Dzisiaj świat tak szybko się zmienia, że nikt nie myśli o sukcesie za kilka lat, po dziesięcioleciach.
Zwycięstwo trzeba odnieść teraz, bo nie wiadomo, jak będzie wyglądało jutro. Wybierzesz karierę konstruktora samolotów, a tu za pięć lat okaże się, że uruchomione zostaną kwantowe transportery przenoszące ludzi na drugą stronę globu w ułamku czasu potrzebnego do mrugnięcia okiem. Gdzie wszyscy tak się spieszą? Dlaczego nie zatrzymają się w jakiejś chwili i nie spróbują rozciągnąć jej na wieczność? „Mamy marzenia” – zauważyła Anne. – „Gdy obserwuję obłoki na niebie, mam całe stada marzeń.” Pojawiły się kolejne chmury. Wśród baranków zaplątała się jakaś czarna owca. Rosła z każdą chwilą, rozganiając wystraszone mniejsze obłoki. „O tym mówię. A jak chcesz je zrealizować?” – naciskała Anne.
Terry spojrzał na dziewczynę wzrokiem dziecka, któremu odebrano zabawkę. Z pewnym zrozumieniem, lecz i nienawiścią, lękiem przed karą oraz z gorączkowym poszukiwaniem sposobu odzyskania utraconej zabawki. Anne podniosła się, usiadła i przekonywała go dalej. Obserwacje to narodziny marzeń, lecz później trzeba się nimi zaopiekować. Chuchać przez wiele dni, karmić i walczyć o nie. Teraz czarny baran zakrył słońce. Natychmiast zrobiło się chłodno. Biała tarcza nadal była widoczna na obrzeżach czarnego barana, lecz nie miała już siły ogrzać łąki z leżącym Terry'm, odliczającym sekundy, aż słońcu uda się wyzwolić z władzy czarnego barana. A gdy w końcu się uwolniło, Terry od razu poczuł jego promienie delikatnie tańczące na swoim ramieniu i dłoni. „Zrujnowałaś moje marzenie.” – skrzywił się.
„Jedynie o pozostaniu tu na zawsze. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy przyjeżdżali tu częściej.” „To niemożliwe.” – pokręcił głową. – „Po powrocie wpadniemy w maszynerię cywilizacji i jedynie w snach będziemy wracać do tych miejsc.” Chwilę. Następne czarne owce wypływały spod horyzontu, zajmując coraz większą połać nieba, aż nie było już białych baranków. Już nawet nie było widać tarczy słońca. Ziemię zasnuła czarna kurtyna. „To możliwe.” Anne nie zgadzała się z Terrym. „Wszystko zależy od nas, a ty podobno jesteś uparty.” „Nie tak jak ty” – mruknął zniechęcony. „Brakuje mi wiary, że mam dość siły, by zrealizować marzenia. Musisz mi pomóc.” „Nie ma sprawy” – odparła stanowczo.
Wstała i otrzepała się ze źdźbeł trawy. Terry nadal leżał, więc Anne podała mu dłoń. St. Jacobs okazało się niewielkim miasteczkiem o dwóch obliczach. Po jednej stronie drogi znajdowały się precyzyjnie wytyczone poletka z domami mieszkalnymi, po drugiej centrum dystrybucyjne materiałów i narzędzi domowych. Mieścina nie wyróżniała się niczym szczególnym. Niska, parterowa zabudowa. Nie było znaków ostrzegających przed furmankami, a po ulicach poruszały się tylko samochody. „Czyżby porównanie do wiosek Amiszów było jedynie chwytem reklamowym?” – pomyślał Terry. Jeżeli tak, to założenie, że Christian nie ma dostępu do sieci internetowej lub telefonu komórkowego było błędne i chłopak nie ukrył się tutaj.
Wtedy ich wakacyjno-służbowy wyjazd zamieni się wyłącznie w wakacyjny. GPS w samochodzie skierował ich w polną drogę Old Scout, a później w prawo w Printery Road. Za drzewami ujrzeli zabudowania gospodarskie oraz spichlerz. Na podwórzu jakiś mężczyzna we flanelowej koszuli klęczał przed kosiarką elektryczną, rozkręcając jej bebechy. Miał długą brodę, ale chyba nie był ortodoksyjnym mennonitą, bo przecież oni koszą trawę kosą. „Zastałem panią lub pana Ubels?” – zapytał Terry, wychylając się przez okienko. Mężczyzna obejrzał się, ocierając pot z czoła i trzymając uniesiony klucz, tylko pomachał dłonią, wskazując, by jechali dalej. „Dziękuję.” Wąska droga pośród pól kukurydzy poprowadziła ich do długiego budynku z kilkoma elewatorami na jednym końcu oraz gnojówką na drugim. Strasznie śmierdziało. Takiego smrodu szamba Terry nigdy jeszcze nie czuł.
Praca tutaj była chyba najbliżej prawdy o życiu, z dala od perfum cywilizacji. Z budynku wyszedł czerstwy brodacz, także we flanelowej koszuli, gumiakach i w czarnym kapeluszu na głowie. W ustach miał słomkę. Spojrzał na nich obojętnym wzrokiem i nie wyjmując słomki z ust, wymruczał: „Musicie zawrócić. Tu nie ma sklepów.” „Szukamy Andrei Ubels” – wyjaśnił Terry. Mężczyzna nie odpowiedział, tylko podrapał się po brodzie. „Przyjechaliśmy do Christiana” – dodała Anne. Terry spojrzał na nią z wyrzutem. Przecież nie mają pewności, że chłopak tutaj jest. Mężczyźnie to imię może nic nie mówić.
Najpierw muszą porozmawiać z Andreą. „A, do miastowego.” Okazało się, że wiedział, o kim mowa, a nawet zdobył się na pełniejszą odpowiedź. „Oboje są teraz w pracy.” Uznał, że to powinno im wystarczyć i postanowił wrócić do pracy. „A gdzie pracują?” – siląc się na spokój, zapytał Terry. „W Muzeum Kolejnictwa” – wyjaśnił zdziwiony, że tego nie wiedzą. Spojrzał w górę na słońce i oznajmił: „Za pół godziny skończą kurs. Będą mieli kilka minut przerwy. Możecie z nimi porozmawiać.” Pociągi odjeżdżały co dwie godziny. Na stacyjce przy Waterloo Central Railway Museum pojawili się kwadrans przed odjazdem. Skład już czekał na pasażerów.
Na końcu były dwa niebieskie wagony pasażerskie z barem przekąskowym, a dalej fioletowy wagon Canadian Pacific. Przed nim czerwony, krótki wagonik na drewno, a na początku największa atrakcja: lokomotywa. Czarna, w osnowie białej pary, buchająca szarym dymem. Prawdziwa moc budząca szacunek, zaklęta w kołach zębatych i tłokach, a nie ukryta pod plastikowymi osłonami współczesnych silników hybrydowych. Szybko wbiegli na peron, przechodząc przez dziurę w płocie oddzielającym ich od torów. Długa kolejka dzieci z rodzicami lub dziadkami, być może pamiętającymi podobne składy z młodości, oczekiwała na możliwość podróży w przeszłość. Terry rozejrzał się po peronie. Przy ostatnim wagonie stał kolejarz w czarnym mundurze, trzymając przy nodze opuszczony lizak. W jego ustach tkwił gwizdek. Gdy odwrócił się, Terry dostrzegł, że to Christian.
„Jest tutaj. Przejedziemy się?” – zapytał Anne z błyskiem w oku. Mogli spróbować porozmawiać z nim na stacji, ale uznał, że więcej czasu będą mieli w trakcie przejażdżki. „Jeszcze pytasz? Nawet gdyby go nie było, zmusiłabym cię do podróży.” Na peronie odnalazła się również dziewczyna Christiana. Andrea pomagała wsiąść pasażerom do fioletowego wagonu, którego dolny stopień tkwił kilkadziesiąt centymetrów nad peronem. Terry nie chciał jej wystraszyć, więc nie pytał o chłopaka. Kupili bilety i wsiadli do wagonu z drewnianymi ławkami. Po chwili do środka weszła też Andrea. Christian machnął lizakiem.
Lokomotywa zagwizdała donośnie i skład zatrząsł się od nagłego szarpnięcia. Koła z trudem zaczęły toczyć się po torach. Gdy Christian już sprawdził, czy nikt nie próbuje dostać się do pociągu w ostatniej chwili, wskoczył na stopień wagonu zamykającego skład. Żelaznym mostem przejechali rzekę Conestogo, przemknęli przez drogę Hawkesville, Arthur i kolejne, gwiżdżąc przed każdym przejazdem. Anne z nosem przy szybie zatopiła się w obserwacji sielankowego krajobrazu, przesłanianego od czasu do czasu białą parą z komina lokomotywy. Terry zastanawiał się, czy chłopak przekaże mu dostęp do danych. W końcu zjawił się w ich wagonie. Widok Terry'ego nie wystraszył go. Można było nawet odnieść wrażenie, że się ucieszył. „O, witam.
Myślałem o spotkaniu z tobą” — powiedział, kasując bilety. „Nie spieszyłeś się.” Terry nie mógł odmówić sobie drobnej uszczypliwości. „Wybacz.” — usłyszał szczere przeprosiny potwierdzone szerokim uśmiechem. „Możemy porozmawiać?” „Niebawem dojedziemy do stacji Elmira. Będę miał kilka minut wolnego. Przyjdę po ciebie.” Nie zwodził. Rzeczywiście zjawił się tak, jak zapowiedział. Zaprosił ich na przekąskę do przedziału konduktorskiego z kiełbasą mennonicką w menu, jak zapewnił. Tym specjałem okazało się niezwykle aromatyczne pęto kiełbasy wędzonej w dymie z drzewa klonu i orzecha. Do przegryzienia otrzymali chleb z żytniej mąki upieczony przez mamę Andrei, a do popicia kompot wiśniowy.
Z zewnątrz kiełbasa nie zachęcała do spróbowania. Była brązowa i pomarszczona. Nie dało się jej porównać do lśniących ciemnoczerwienią kiełbas i wędlin z marketów. Za to wnętrze tak pysznej wędliny Terry nigdy jeszcze nie próbował. Anne posiłek również smakował. Palce od zdejmowania skórki miała całe w tłuszczu. Czas biegł, lecz nie wypadało przerywać jedzenia i Terry niecierpliwie czekał, aż będzie mógł zadać pytania. Delektowali się więc pyszną kiełbasą, ograniczając rozmowę do zdawkowych słów. Anne była zachwycona. Wprost rozpływała się w zachwytach.
„Mniam, mniam. Ale pycha.” Dzięki temu szybko nawiązała kontakt z młodymi uciekinierami. „Można ją jeść ze skórką. To nie sztuczne tworzywo, a zwierzęcy flak” — wyjaśniła Andrea. Anne uniosła ze zdziwieniem brwi, a po chwili bez wahania zatopiła zęby w kiełbasie, odgryzając kawałek i połykając bez zwracania uwagi na skórkę. Szybko zjedli posiłek, popili go kompotem i wytarli ręce lnianymi chusteczkami, które podała im Andrea. „Czekałem na wiadomość od ciebie.” Terry żałował, że musi przerwać młodym ich spokój, ale miał nadzieję, że szybko mu to wybaczą. „Przepraszam. Porzuciłem dawne życie i zapomniałem, że mam do spłacenia dług.” „Już nie mówisz mi dziadku?” — zaśmiał się Terry. „W porównaniu do osób żyjących tutaj jesteś takim samym młokosem jak ja.
Nawet nie mamy prawa nosić brody, gdyż nie mamy żon. Naprawdę wystraszyłem się tym pościgiem Rogacza. Andrea była jedyną osobą, której mogłem zaufać. Zmieniliśmy całkowicie nasz styl życia, ale nie żałuję tego” — dodał, przytulając swoją dziewczynę. Andrea przez cały czas obserwowała Christiana, jakby chciała mu pomóc albo sprawdzała, czy przemiana chłopaka jest prawdziwa — podszepnął Terry'emu jego wewnętrzny sceptyk. Optymista w nim jednak zazdrościł Christianowi, chociaż zachowanie Andrei przypominało mu testowanie, jakiemu poddawała go Anne. „I co? Zostaniesz teraz maszynistą?” — zapytał. Christian zaśmiał się. „Nieprędko.
Jest nim dziadek Andrei. Wcześniej zabraknie nam części zamiennych do napraw, niż on zrezygnuje z pracy.” „Czyli będziesz konduktorem?” „To praca na wakacje. Po ślubie zamierzamy kupić kawałek ziemi, odrestaurujemy dom, postawimy stodołę.” „Porzuciłeś budowę bazy na Marsie na rzecz budowy stodoły?” „Baza na innej planecie zaspokoi jedynie ludzkie ambicje. Stodoła pomoże przetrwać rodzinie. Co jest ważniejsze?” — zapytał, nie oczekując odpowiedzi. Jednak Terry musiał mu uświadomić skutki podobnej decyzji. „Wiesz, że idąc tą drogą podążasz wprost na śmietnik cywilizacji?” „Nie boję się tego. Mam Andreę.” „Dlaczego nie zgłosiliście się na statek?” — do rozmowy wtrąciła się Anne, wyręczając go w zadaniu niezręcznego pytania. „Wziąłem poważnie ostrzeżenie Terry'ego” — odpowiedział zdawkowo chłopak. „Nie chcieliśmy narażać załogi.” Andrea uzupełniła jego wyjaśnienia i Terry jej uwierzył.
Musiał przyznać, że ta dwójka dzieciaków do siebie pasowała. Byli jak on i Anne, tylko mieli więcej wiary w siebie. Z pewnością będą żyć szczęśliwie. Bo czy długo? To nie zależało tylko od nich. „Nie złapałeś Rogacza?” — zapytał Christian. „Jeszcze nie. Brakuje mi tropu. Twojego tropu” — mruknął Terry. „Zapiszę ci namiar na konto oraz hasło.
Wśród danych odnajdziesz trasę Rogacza.” „Nie boisz się, że wykradnę twoje tajemnice?” „Nie mam już żadnych tajemnic.” „Chcemy tu spędzić kilka godzin. Podpowiecie nam coś do zwiedzenia?” – zapytała Anne. „Nie planujcie niczego. Idźcie na żywioł” – zaproponowała Andrea. „Tu najpiękniej jest jesienią. Takiej palety barw na drzewach nie zobaczysz nigdzie.” Anne i Terry pomachali rękoma odjeżdżającym pasażerom następnego kursu kolejki, a zwłaszcza jej obsłudze: Andrei i Christianowi. Pociąg już odjechał. Mogli przejść na parking, lecz nie ruszyli się z miejsca. W końcu Anne obejrzała się na Terry'ego, patrząc na niego złobuzerskim uśmiechem. Uniósł pytająco brwi.
Roześmiała się. „Wracamy. Możesz włożyć baterie do telefonu.” Nie mogła już dłużej powstrzymać śmiechu. „Przecież mieliśmy zostać na trzy dni, a nie minął jeszcze jeden” – zapytał z udawanym zdziwieniem. „Zdałeś egzamin” – odpowiedziała, chwytając go pod ramię. „To był jakiś egzamin?” „Z możliwości poświęcenia się. Ale sama jestem pracoholiczką, więc nie będę ciebie dalej katować. Wiem, że chciałbyś jak najszybciej podjąć nowy trop. Nie chcę stawać ci na drodze. Jak i tobie nie radzę na mojej.
Mimo że jestem mniejsza, staranuję cię.” „Jesteś niższa, nie mniejsza” – zauważył Terry. „To napoleońskie kompleksy. Jestem nie tylko niższa, ale i drobniejsza. W sumie mniejsza. Co nie znaczy, że słabsza.” Terry doskonale o tym wiedział, dlatego bez skrupułów pozwolił sobie przerwać jej słowotok buziakiem, który zamienił się w długi, namiętny pocałunek. Dopiero po kilku minutach ruszyli w kierunku parkingu. Terry zastanawiał się, czy nie wezwać śmigłowca lub przekazać namiarów chmury Federico telefonicznie. Po dłuższej chwili wahania uznał, że nie są to dobre pomysły. Jeżeli wezwie śmigłowiec, będzie musiał uzasadnić taką decyzję ważną przyczyną, czyli ujawnić wywiadowi dane z pluskwy. To było w pewnym sensie rozsądne, lecz Terry czuł dziwną niechęć do takiego rozwiązania.
Może powodował to fakt, że musiałby ujawnić udział w całej sprawie Christiana i narazić jego oraz Andreę na przesłuchania. Wybrał powrót rejsowym samolotem. Dodatkową korzyścią okazało się to, że mieli przed sobą jeszcze jeden nocleg z dala od codziennego kieratu.
[03:57:34] - Wiem, że ta dzisiejsza audycja nie była taka jak zwykle. Może nie tchnęło z tej audycji optymizmem, ale czasami tak się zdarza. Kolejne części powieści „Śmieciowi Ludzie” znajdziecie państwo w kolejnych wydaniach „Bibliotekarium 2.0”, na które już dzisiaj bardzo serdecznie państwa zapraszam. Oczywiście przede wszystkim do audycji za tydzień. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrego weekendu. Życzę dobrej nocy. I cóż, do usłyszenia za tydzień.
[03:58:10] - Mówił te słowa do państwa ten, który towarzyszył Tadeuszowi Meszce do samego końca, Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.