Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - No to czas rozpocząć literacki czerwiec, literacko-filmowy w Radiu Paranormalium i Book Radio, kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, nastał czerwiec i gdzieś tak czuje się w powietrzu wakacje. Ja w każdym razie czuję. Kiedy państwo słyszycie te słowa, ja jestem na Sedeńkonie, na festiwalu fantastyki. Wierzcie mi państwo, to jest miejsce pełne czarów. To banał, ale naprawdę niesamowite miejsce, w którym spotykają się ludzie lubiący fantastykę w różnych jej wydaniach. Czy to fantastykę naukową, czy horror, fantastykę, fantasy. Wszystko, co gdzieś tam koło fantastyczności stało, na Sedeńkonie znajdzie swoich zwolenników. Tam ci zwolennicy, ci miłośnicy fantastyki spotykają się między innymi oczywiście z pisarzami, z ludźmi, którzy ową fantastykę tworzą. Będzie tam ich grubo ponad 30.
Tych ludzi, którzy gdzieś tam w życiu coś popisują. Naprawdę miejsce wspaniałe. Państwo słyszycie moje słowa w piątek. W piątek to jest drugi dzień festiwalu, drugi z czterech. Wierzcie mi państwo, mam nadzieję, że w przyszłym roku, może za dwa lata zdecydujecie się państwo. Wierzcie mi państwo, że warto. Warto tam być, jeśli chociaż trochę lubicie fantastykę. Myślę, że bawię się dobrze. Ale to tyle wróżenia o przyszłości. Porzućmy wróżby, zajmijmy się stałym punktem programu.
To znaczy polecankami książkowymi. Zacznę od książki o intrygującym tytule „Titanic zatonął dwa razy”. Autorką jest Izabela Żukowska. Książkę wydało wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery to 10. dzień czerwca. Porywający kryminał oparty na fascynującej i mało znanej historii z czasów II wojny światowej. Odkrywaniu zagadki kryminalnej towarzyszy poznawanie zaskakujących dowodów manii wielkości i szaleństwa władz III Rzeszy. Wiosną 1942 roku w Gdyni, nazywanej przez Niemców Gotenhafen, pojawia się ekipa filmowa z Berlina, która ma zrealizować jeden z najbardziej szalonych pomysłów Josepha Goebbelsa. Statek Cap Arcona cumujący w gdyńskim porcie zostaje zamieniony w Titanica, a reżyser Herbert Selpin rozpoczyna zdjęcia do filmu o najsłynniejszej katastrofie morskiej. Na planie filmu pojawiają się Melita, młoda Niemka zatrudniona w sopockim Casino Hotel i jej przyjaciel Gustaw.
Praca filmowców zostaje przerwana z powodu zabójstwa jednego z członków ekipy. To, proszę państwa, była zapowiedź, zachęcajka książki „Titanic zatonął dwa razy” Izabeli Żukowskiej. Książki wydanej przez wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery 10 czerwca tego roku. Druga książka to, proszę państwa, jest wielka fantastyka naukowa. Autorem Frederick Pohl, a tom wydany przez wydawnictwo MAG zawiera dwie powieści Fredericka Pohla: „Spotkanie z Hichi” i „Kroniki Hichi”. Proszę państwa, jak to się zmienia. Kiedyś mówiono „Hiczami”, a teraz „Hichi”. Okej, kwestia tłumaczenia. Książka pojawi się na rynku 6 czerwca, a zatem dzisiaj się pojawiła. Ponieważ mamy piątek, to dzisiaj.
Pierwsza z tych powieści „Spotkanie z Hichi” tak jest reklamowana przez wydawcę: po upływie tysiącleci ludzkość odkryła dziedzictwo Hichi, kultury obcych, którzy uciekli schronić się we względnym bezpieczeństwie czarnej dziury. Dziedzictwo Hichi to w szczególności asteroida pełna samosterujących statków kosmicznych. Kierujący ekspedycją, która doprowadziła do odkrycia wielu tajemnic technologii Hichi, Robinette Bordeard jest teraz zmuszony do odbycia niebezpiecznej wyprawy w kosmos, gdzie czekają Hichi. Tym razem stawką jest przyszłość człowieka. To była zachęcajka „Spotkania z Hichi”. Ale jest jeszcze druga powieść „Kroniki Hichi”. To ostatnia część sławnej sagi. Zaawansowana technologia Hichi pozwoliła Robinette żyć po śmierci jako osobowość zapisana maszynowo, ciesząc się życiem przez przemykanie po drutach z przyjęcia na przyjęcie wraz z mnóstwem innych osób zapisanych maszynowo. Jednak nagle to dekadenckie istnienie dobiega końca. Gdy potężna rasa obcych, pragnąca zniszczenia wszelkiego inteligentnego życia, pojawia się ponownie po eonach milczenia i zagraża życiu wszystkich Hici i ludzi.
Nawet Robin, praktycznie nieśmiertelny i mający dostęp do tysiącleci nagromadzonych informacji, nie potrafi odkryć, jak powstrzymać tych obcych. Zaczyna się wydawać, że przyszłość wszechświata może określić tylko spotkanie twarzą w twarz. Tak. I ten opis tak się urywa. Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę, aby przekonać się z kim. Przypomnę „Spotkanie z Hici. Kroniki Hici”, autor Frederick Pohl, wydawnictwo MAG. Data premiery to 6 czerwca tego roku. I jeszcze jedna książka Arkadego Saulskiego „Eldorado”, wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery 6 czerwca, a więc dzisiaj.
Tam, gdzie śmierć splata losy na spalonej ziemi. Dla samotnego rewolwerowca pustynia zawsze była bezlitosna, ale przewidywalna. Teraz, pożegnawszy przeszłość, rusza przez spaloną słońcem ziemię, nieświadomy, że wkrótce stanie oko w oko z innym niż dotychczas obliczem śmierci – nieludzkim i pozbawionym sensu. Daleko od jego drogi na rozległej prerii Flynn poluje, by przetrwać. Jej samotność jest wyborem, tarczą przed światem. Jednak los ma inne plany. Kolejne życia nieuchronnie wiodą Flynn ku spotkaniu z rewolwerowcem. Wspólnym mianownikiem ich losów stanie się śmierć. Ta, która eliminuje ludzi w ich otoczeniu i ta, która próbuje wykonać wyrok na nich samych. Inspirowane surowym pięknem westernów i pulsującą muzyką Johnny'ego Casha „Eldorado” zabierze was w podróż po Dzikim Zachodzie.
Przypomnę, to była zapowiedź książki Arkadego Saulskiego „Eldorado”, wydawnictwo Fabryka Słów, a data premiery 6 czerwca. Proszę państwa, skoro polecanki książkowe już za nami, to oczywiste jest, że teraz czas na korepetycje filozoficzne. Muszę przyznać, że tydzień temu odkryłem pierwszy numer dwumiesięcznika „Filozofuj”. Jakoś tak się złożyło, że nigdy wcześniej do niego nie zaglądałem. Jakoś byłem zajęty późniejszymi numerami, a tymczasem w numerze pierwszym z 2015 roku jest masa artykułów o bardzo podstawowych rzeczach, ale te artykuły znakomicie nadają się do naszego cyklu, ponieważ tłumaczą rzeczy podstawowe. Tłumaczą je w nieszablonowy sposób i myślę, że warte są rozpowszechnienia. Zatem dzisiaj w korepetycjach filozoficznych pojawi się artykuł profesora Artura Szuty „Filozofia. Dyscyplina rodem z Hogwartu”. Ten tekst ukazał się, jak już wspomniałem, w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2015 roku w numerze pierwszym i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Profesor Artur Szuta jest filozofem, pracownikiem Uniwersytetu Gdańskiego.
Specjalizuje się w filozofii społecznej, etyce i metaetyce. Jego pasje to przyrządzanie smacznych potraw, nauka języków obcych, chodzenie po górach i gra w piłkę nożną. A zatem, proszę państwa, zaczynamy. Artur Szuta „Filozofia. Dyscyplina rodem z Hogwartu”. Na zajęciach z filozofii dzieją się magiczne rzeczy. Na naszych oczach świat ulega przeobrażeniu. Nie w tym sensie, że przedmioty w świecie zmieniają swoją naturę, ale w tym sensie, że zmienia się nasze rozumienie świata. To wcale nie mniejsza magia niż ta rodem z powieści o Harrym Potterze. Wyobraźcie sobie zajęcia w szkole, na których nauczyciel stawia jakiś przedmiot na biurku, powiedzmy szklankę wody.
Następnie daje wykład na jej temat, w wyniku którego szklanka znika bądź zmienia się w coś zupełnie innego niż zwykła szklanka wody. Mogłoby się wydawać, że takie zajęcia są możliwe tylko w historiach rodem z literatury fantasy. Tymczasem takie rzeczy dzieją się na zajęciach filozofii. Oczywiście z tą różnicą, że to nie przedmioty ulegają metamorfozie, ale nasze ich widzenie, czy też raczej rozumienie. A wykład filozoficzny, filozoficzna argumentacja to nie rzucanie zaklęć, a jedynie zmienianie naszego rozumienia świata. Kto wie, czy na tym właśnie nie polegałyby czary, gdyby były możliwe. Jedną z głównych funkcji filozofii od samego jej początku jest bowiem uświadamianie nam, że otaczający nas świat rzeczy i osób może być lub jest czymś całkiem innym, niż nam się potocznie wydaje. Poniżej przedstawię, niestety tylko dwa przykłady problemów filozoficznych, które będą obrazowały, w jaki sposób filozofia zmienia, przemienia świat. Świat zewnętrzny i qualia. Zacznijmy od problemu istnienia świata postrzeganego za pomocą zmysłów.
Czyż ten oto stojący przed każdym z was komputer bądź kartka papieru, na której czytacie te słowa, nie jest kolorową płaszczyzną, na tle której stoją rzędem białe, może nieco szare litery? Rozejrzyjcie się wokół siebie. Czy widzicie ściany pomieszczenia, w którym jesteście? A może pobliskie drzewo? Jeśli czytacie ten tekst w parku na ławce, spójrzcie na przejeżdżające za oknem samochody, na obłoki na niebie. Posłuchajcie dźwięków muzyki sączących się z radioodbiornika. Czyż to nie oczywiste, że na zewnątrz was znajduje się cała masa przedmiotów, organizmów żywych, które mają taki, a taki kształt? Są okrągłe lub nie, podłużne lub nie, mają określone barwy, brzmią bądź pachną w określony sposób i tak dalej. Tymczasem przychodzi filozof i stawia problem. Co, jeśli świat sam w sobie taki nie jest, a jedynie się nam takim wydaje?
Czy naprawdę uważacie, że to oto jabłko w waszej dłoni jest czerwone? Gdzie jest jego czerwień? Gdzie jest jego słodko-kwaśny smak? Czy gdyby zniknęły wszystkie umysły ludzi czy zwierząt, które są zdolne widzieć czerwień jabłka, to czerwień ta nadal istniałaby w świecie? Czyż wraz ze zniknięciem postrzegających świat umysłów nie zniknęłyby wszystkie jakości barw, dźwięków, zapachów określane w filozofii mianem qualów? Może istnieją ludzie albo jakieś inne istoty z umysłami, którzy przedstawiają sobie świat w całkiem odmienny sposób, na przykład poprzez odwrócenie spektrum kolorów. Załóżmy, że moglibyśmy zajrzeć w głąb ich umysłów i zobaczyć świat ich oczami. Czy postrzegając różnice między ich a naszym sposobem widzenia rzeczywistości, moglibyśmy powiedzieć, że to my widzimy świat takim, jakim jest, a te istoty są w błędzie? Jak fala na jeziorze. Przykład drugi.
Problem osobowej tożsamości zaprezentowany współcześnie przez amerykańskiego filozofa Dereka Parfitta. Zapewne zdarzyło wam się pokazywać znajomym zdjęcie ze swojego albumu. Mówić: to ja na wakacjach w górach dwa lata temu, a to ja w dniu moich urodzin. Filozoficzne pytanie, jakie tu zadam, brzmi: co to znaczy być tą samą osobą? Dziwne pytanie. Przecież każdy wie, co to znaczy. Czy jednak dokładnie wiemy, co to znaczy być samym sobą w czasie? Załóżmy na potrzeby tego tekstu, rozstrzygając inny spór filozoficzny, że człowiek jest jedynie stosownie ułożonym zbiorem atomów tworzących razem biologiczny organizm. To jest w jego skład nie wchodzi niematerialna dusza ani tym bardziej nie jest on cały niematerialnym umysłem. Ów zbiór atomów podlega ciągłym zmianom, ustawicznie tracąc atomy i zyskując nowe.
Także po siedmiu latach następuje całkowita wymiana atomów. Patrząc zatem na swoją fotografię sprzed wielu lat, na przykład z dnia naszych urodzin, na jakiej podstawie twierdzimy, że to właśnie my? Przecież ani jeden atom w nas dzisiaj nie znajdował się w tamtej małej istocie, której zrobiono zdjęcie. Co więcej, nawet nie jesteście do siebie podobni. Zapewne powiecie, że pomiędzy tą małą istotą a wami zachodzi ciągłość, nieprzerwany łańcuch istnienia tego samego organizmu. Ponadto, przynajmniej jeśli chodzi o waszą tożsamość z kimś, komu zrobiono zdjęcie na tyle niedawno, że pamiętacie, że to byliście właśnie wy, czyli że obok ciągłości cielesnej można też mówić o pewnej ciągłości psychicznej, świadomym, opartym na pamięci utożsamianiu się danej osoby ze sobą z przeszłości. Rzecz jednak nie wydaje się taka prosta. Z założenia, że jesteśmy jedynie zbiorem atomów o pewnej strukturze, wynika pewien zastanawiający wniosek. Jesteśmy jedynie informacją, której nośnikiem jest materia. Coś jak fala na powierzchni jeziora ucieleśniona przez ruch cząstek wody.
Płynąc kajakiem albo siedząc na brzegu, nieraz zapewne śledziliście mijającą was falę. Zjawisko fali na wodzie polega na sekwencji unoszenia się i opadania kolejnych cząstek wody. Fala w danej chwili i ta sama fala kilka chwil wcześniej składają się z całkowicie odmiennych cząstek wody. Być może także różnią się wielkością. Tym, co decyduje o jej tożsamości, jest ciągłość procesu unoszenia się i opadania kolejnych cząstek. Podobnie z nami, ludźmi. Przy założeniu, że jesteśmy tylko ciałami składającymi się z atomów. Jesteśmy pewnym układem zmieniających się cząstek. Tożsamość a teleportacja. Teraz pewien eksperyment myślowy autorstwa wspomnianego już Dereka Parfitta.
Eksperyment ukazujący problem z naszym rozumieniem tożsamości. No i nie tylko tożsamości. Wyobraźmy sobie, że mamy rok 2100. Nareszcie opanowaliśmy technologię teleportacji i właśnie przeprowadzana jest pierwsza historyczna próba teleportowania Jana Kowalskiego na Marsa. Kilka słów o samej technologii. Jan Kowalski wejdzie do odpowiedniej kabiny, w której jego ciało Zostanie zeskanowane z dokładnością co do jednego kwantu energii, po czym specjalna niszczarka zainstalowana w kabinie unicestwi znajdujące się na Ziemi ciało Jana. Zapamiętana informacja, czyli sam Jan, zostanie przesłana do odpowiedniej kabiny na Marsie, gdzie cząsteczka po cząsteczce ciało Jana zostanie odbudowane. Załóżmy, że próba się powiedzie i po pewnym czasie, około 20 minut, rodzina Jana Kowalskiego otrzyma wiadomość z Marsa o następującej treści: „Moi drodzy, wszystko się udało. Jestem już na Marsie”. Pytanie, czy nadawcą tej wiadomości będzie ta sama osoba, która weszła do kabiny na Ziemi?
W świetle wyznaczników tożsamości wskazanych wcześniej ciągłość cielesno-psychiczna wydaje się, że to jest ta sama osoba. Owszem, można mieć wątpliwości. Ten przeskok w przestrzeni. Ale przecież oglądaliście zapewne film „Star Trek”, w którym teleportowane osoby znikały w jednym miejscu i pojawiały się w innym. Czy wówczas ktokolwiek z was miał problem z uznaniem tożsamości teleportowanych bohaterów? Jeśli nie, to dlaczego i w przypadku Jana Kowalskiego nie uznać, że to ta sama osoba? Jej organizm jest taki sam. Można mówić o pewnej ciągłości cielesnej z małym przeskokiem w przestrzeni. Ponadto osoba pojawiająca się na Marsie utożsamia się z tą osobą, która opuściła Ziemię. Przyjrzyjmy się teraz alternatywnej wersji próby teleportacji.
Wszystko zadziałało z tym wyjątkiem, że niszczarka w kabinie na Ziemi się zepsuła i ciało Jana Kowalskiego nie uległo anihilacji. Wyszedł on z kabiny i zadzwonił do swoich bliskich, oznajmiając, że nie udało się, po czym po około 20 minutach przyszła wiadomość: „Udało się. Jestem już na Marsie”. Czy w takiej sytuacji odmówimy Janowi na Marsie prawa do utożsamiania się z Janem sprzed teleportacji? Czy na pewno wiemy, na czym polega tożsamość osobowa? Niekończąca się droga ku wiedzy. Przykładów filozoficznych rozważań, które pozwalają nam na nowo spojrzeć na otaczający nas świat i na nasze potoczne tego świata rozumienie można mnożyć. Filozofia pozwala dojrzeć, że być może do tej pory jedynie ślizgaliśmy się po powierzchni. Zachęconych zapraszam do filozoficznych lektur, które pozwolą na więcej magicznych lekcji. Oczywiście filozoficzne rozważania tego rodzaju nie prowadzą do prostego przeformułowania naszego obrazu świata.
Po filozoficznym treningu nie odkrywamy nagle, jaka jest właściwa natura świata, ale uświadamiamy sobie, że świat, jak i my sami, jest dla nas tajemnicą nie mniej fascynującą niż rzucanie czarów, którego nauczano w Hogwarcie. Filozofia nie ogranicza się także do przemiany perspektywy. Ta stanowi jedynie punkt wyjścia do dalszych poszukiwań prawdziwej natury otaczającego nas świata i nas samych. Do podróży, której celem jest niekończące się podążanie do wiedzy. Filozofia, jak wskazuje jej nazwa, jest tej wiedzy umiłowaniem. To, proszę państwa, był artykuł profesora Artura Szuty „Filozofia. Dyscyplina rodem z Hogwartu”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2015 roku w numerze pierwszym i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A teraz, proszę państwa, teraz zapraszam na audycję, na odcinek, na kawałek z kanału „Wehikuł Wyobraźni”. Ja dosyć często odwołuję się do swojego kanału, ponieważ tam prezentuję, mam nadzieję, interesujące rozważania na tematy różne, jakoś tam związane ze zjawiskami określonymi, też różnie określonymi.
W każdym razie nie boję się dziwności tego świata i staram się tę dziwność pokazywać. Dzisiaj zapraszam na odcinek zatytułowany „Avi Loeb: Obcy, UFO i wszechświat”. To jest odcinek, który znajdziecie państwo, tak jak już powiedziałem, na kanale „Wehikuł Wyobraźni”, ale znajdziecie tam państwo również szereg innych, mam nadzieję ciekawych podcastów dotyczących UFO, dotyczących magii, dotyczących różnych dziwnych spraw tego świata, które czasami sprawiają, że stajemy, przystajemy zadziwieni. I cały czas twierdzę, że to bardzo dobrze, że potrafimy się dziwić, że potrafimy przystanąć i zadumać się nad tym, jaki jest świat. No to cóż, proszę państwa, zapraszam na audycję o tym, jak wygląda świat według Avi Loeba. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Dzisiaj zapraszam na niezwykłą podróż. Podróż do świata, gdzie nauka spotyka się z pytaniami, które wiele osób po prostu boi się zadać. W centrum tej opowieści znajdzie się Abraham Loeb. Czy może Loeb, jak chce tłumacz Google.
W każdym razie człowiek znany szerzej jako Avi Loeb, astrofizyk z Uniwersytetu Harvarda, który bez kompleksów i skrępowania mówi o obcych cywilizacjach, o przybyszach z głębokiego kosmosu. Materiał dzisiejszego podcastu oparty jest na kilku wywiadach i zapewne niektóre informacje będą się powtarzały, ale myślę, że nie będzie tego wiele, a poza tym to chyba nie szkodzi. Łatwiej utrwalić sobie pewne fakty oraz kontekst, w jakim są podawane. Pierwszy z wywiadów ukazał się 1 lutego 2021 roku w magazynie Scientific American i był zatytułowany „Astronom Avi Loeb mówi, że kosmici odwiedzili nas i wcale nie żartuje”. Z naukowcem rozmawiał Lee Billings. Jednak zanim opowiem Państwu o wywiadzie, kilka słów o Avi Loebie, bo tak się jakoś porobiło w sieci, że profesor z racji tematyki, którą się od dawna interesuje, zaczął być dyskredytowany jako naukowiec. Jeśli to pomysł jego przeciwników, to jest to całkowicie błędna droga. Warto pamiętać, że Avi Loeb to, cytuję za Scientific American, „płodny astrofizyk z Uniwersytetu Harvarda, który przeprowadził pionierskie badania nad czarnymi dziurami, rozbłyskami gamma, wczesnym wszechświatem i innymi standardowymi wręcz tematami ze swojej dziedziny”. Jednak od dłuższego czasu Loeb zajmuje się również bardziej kontrowersyjnym tematem, a mianowicie kosmitami. Tym również zagadnieniem, jak ich znaleźć.
Do niedawna najgłośniejszą aktywnością Loeba w tym zakresie było zaangażowanie w projekt finansowany przez miliardera z Doliny Krzemowej, Jurija Milnera, mający na celu wysyłanie wspomaganego laserowo obiektu kosmicznego zwanego lekkim żaglem. Obiektu, który byłby zdolny do szybkich podróży do pobliskich gwiazd. A teraz zajrzyjmy do wywiadu ze Scientific American. W październiku 2017 roku astronomowie odkryli obiekt nazywany Oumuamua, który przeleciał przez nasz Układ Słoneczny. Jego niezwykłe cechy, takie jak nietypowy kształt i przyspieszenie niezwiązane z grawitacją Słońca zaintrygowały społeczność naukową. Profesor Avi Loeb zasugerował, że najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem owych anomalii jest to, że Oumuamua jest rodzajem statku kosmicznego napędzanego żaglem świetlnym, być może obiektem porzuconym przez dawno wymarłą galaktyczną cywilizację. Wraz z Shmuelem Bialym opublikował w 2018 roku artykuł w Astrophysical Journal Letters, argumentując, że Oumuamua może być artefaktem pozaziemskiej inteligencji. Loeb zauważa, że jego hipoteza spotkała się z krytyką ze strony wielu naukowców, którzy uważają, że Oumuamua mieści się w granicach naturalnych zjawisk. Jednakże Loeb podkreśla, że nauka powinna być otwarta na nowe, nawet kontrowersyjne idee, jeśli są one oparte danymi. Avi Loeb opisuje swoją intensywną aktywność medialną po publikacji książki „Extraterrestrial”.
Przyznaje, że chociaż czuje się dobrze, to nie może ostatnio sypiać, ponieważ udziela wywiadów nawet w środku nocy. Między innymi dla Good Morning Britain o 1:50 w nocy i Coast to Coast AM o 3:00 rano. Dodaje: „W ciągu najbliższych kilku tygodni mam do przeprowadzenia około stu wywiadów, które będą zapisane w podcastach”. Wspomina też rozmowy z Lexem Friedmanem i Joe Roganem, a także ogromne zainteresowanie ze strony Hollywood. Skontaktowało się ze mną dziesięciu filmowców i producentów. Pomimo wrażenia, że prawie nie sypia, Loeb utrzymuje regularną poranną rutynę. Budzę się każdego ranka o 5:00 rano i idę pobiegać. To, jak mówi, daje mu spokój i skupienie. Naukowiec zauważa, że pandemia była dla niego najbardziej produktywnym okresem w karierze. Głównie dlatego, że nie musiał tracić czasu na dojazdy oraz spotkania.
Odnosząc się do zarzutu, że jego medialna aktywność jest sprzeczna z deklarowaną niechęcią do tak zwanej autopromocji, Loeb odpowiada: „Myślę, że rozmowa z mediami jest ważną okazją, ponieważ pozwala mi podzielić się moim przesłaniem z szerszą publicznością”. A owo przesłanie wykracza daleko poza tematykę związaną z Oumuamua. Loeb krytykuje obecny stan nauki. Coś jest nie tak ze społecznością naukową, jeśli chodzi o jej zdrowie. Naukowiec zarzuca swoim kolegom, że zamiast dążyć do poznania prawdy, skupiają się na autopromocji i nagrodach. Tworzą swoiste komory pogłosowe, w których ich poglądy są bezkrytycznie powtarzane. Jego zdaniem nauka nie dotyczy nas. Chodzi o próbę zrozumienia świata. Loeb ubolewa również nad dominacją spekulacyjnych teorii, które nie są testowalne. Teorii fizycznych, takich jak teoria strun czy kosmiczna inflacja.
Opowiada też, że gdy zapytał Alana Guth'a, czy inflacja jest falsyfikowalna, przypomnę, to jeden z warunków procedury naukowej. Kiedy zapytał, usłyszał, iż to głupie pytanie, ponieważ teorię inflacji można dopasować do każdych danych. Uważam to za bardzo słabe stanowisko, podkreśla Loeb, ponieważ teoria wszystkiego jest czasem teorią niczego. Na koniec wywiadu Loeb posługuje się sugestywną metaforą. To jak bycie na haju pod wpływem narkotyków. Możesz sobie wyobrażać, że jesteś bogatszy niż Elon Musk, ale dopiero eksperymenty są jak wypłata z bankomatu. Pokazują, ile naprawdę masz. W nauce ważne jest, abyśmy mieli tę kontrolę, bo inaczej nie dowiemy się niczego nowego. Drugiego wywiadu profesor Avi Loeb udzielił Stuartowi Clarkowi dla The Guardian 26 sierpnia 2023 roku. Wywiad zatytułowany był „UFO powinno być przedmiotem badań głównego nurtu”.
Jedno jest pewne. Avi Loeb to profesor, który w świecie astrofizyki narusza tabu. Tak możemy przeczytać we wprowadzeniu do wywiadu. Loeb jest autorem popularnonaukowych książek, wspomnianego już tytułu „Extraterrestrial: The First Sign of Intelligent Life Beyond Earth” oraz drugiej książki zatytułowanej „Interstellar”. W obu pozycjach porusza tematy istnienia inteligentnego życia poza Ziemią. Wbrew ostrej krytyce środowiska naukowego nie przestaje zadawać pytań, które wielu naukowców uznaje za wręcz nieprzyzwoite w poważnym i niestety często zbyt nadętym naukowym świecie. Loeb nie ukrywa swojej motywacji. Jak mówi, nauka może być ekscytująca, jeśli rezonuje z zainteresowaniem społeczeństwa. Według Loeb'a ignorowanie tematów takich jak UFO czy UAP to błąd. I właśnie dlatego stworzył projekt Galileo.
Inicjatywę, której celem jest naukowe, transparentne badanie nieba w poszukiwaniu technologii pozaziemskiej. Loeb wraz ze swym zespołem zbudował pierwsze obserwatorium Galileo na Uniwersytecie Harvarda. To miejsce, gdzie niebo jest monitorowane bez przerwy w zakresie optycznym, ale także w podczerwieni, paśmie radiowym oraz akustycznym. Profesor tłumaczy: używamy oprogramowania do uczenia maszynowego, aby dowiedzieć się, czy wszystko, co widzimy, jest albo naturalne, ptaki lub owady, albo stworzone przez człowieka, jak balony, drony czy samoloty. A może jest też coś innego? Według Loeb'a kluczową różnicą między naukowcami a agencjami rządowymi jest to, że nauka może i powinna działać jawnie. Ocean i niebo nie należą do rządu. Są dostępne dla każdego badacza, stwierdza. Punktem zwrotnym dla profesora Loeb'a była obserwacja obiektu Oumuamua w 2017 roku. Obiekt ten przyleciał spoza Układu Słonecznego.
Był bardzo szybki i nie przypominał żadnego znanego wcześniej ciała niebieskiego. Jego zachowanie, między innymi zmiana trajektorii bez widocznych śladów w postaci odrywania materii od obiektu i tworzenia ogona, jak to ma miejsce w przypadku komet. To wzbudziło podejrzenia, że może to być obiekt natury technologicznej. Loeb zaryzykował teorię, że Oumuamua mógł być napędzany przez światło słoneczne, jakby dysponował cienką technologiczną membraną. Co ciekawe, później inny obiekt o podobnym zachowaniu okazał się być starą rakietą NASA z 1966 roku. Ale to tylko wzmocniło pytanie, a jeśli Oumuamua też był tworem technologii, ale tym razem nie naszej ziemskiej? Nie poprzestając na teoriach, Loeb ruszył w praktyczną ekspedycję. Wszystko zaczęło się od meteorytów, a konkretnie tego, który w 2014 roku spadł do Oceanu Spokojnego. Loeb wraz ze studentem Amirem Siraj'em odkrył, że ten obiekt poruszał się z ogromną prędkością ponad 60 kilometrów na sekundę, a to sugeruje pochodzenie spoza Układu Słonecznego. Amerykański rząd potwierdził międzygwiezdne pochodzenie obiektu z pewnością na poziomie 99,9%.
Co więcej, obiekt ten był wyjątkowo twardy, jakby wykonany z nienaturalnego stopu. To skłoniło Loeb’a do zorganizowania ekspedycji badawczej w pobliże Papui-Nowej Gwinei. Tam za pomocą magnetycznych sań zespół zebrał ponad 500 sferul, stopionych kropli, prawdopodobnie pozostałości po eksplozji meteoru. Jak mówi Loeb, teraz zajmujemy się analizą ich składu, aby móc odpowiedzieć na pytanie, czy materiał pochodzi spoza Układu Słonecznego i czy ma pochodzenie technologiczne. Profesor nie ukrywa, że jego podejście budzi kontrowersje. Spotkał się z ostracyzmem i zarzutami o nienaukowość. Jaka jest diagnoza profesora? Dlaczego? Skąd takie zarzuty? Loeb mówi o zazdrości akademickiej.
Koledzy naukowcy zdają sobie sprawę z uwagi, jaką przyciągają moje badania i próbują nadepnąć na ten kwiat, który wznosi się ponad poziom trawy. Zdaniem Loeb’a naukowcy powinni zamiast tego przyłączyć się do badań, nie wyśmiewać ich, bo jeśli zawsze będziemy trzymać się starych założeń, nigdy nie nauczymy się niczego nowego. Loeb nie poprzestaje na poszukiwaniu dowodów. W książce „Interstellar” rozwija wizję przyszłości, w której ludzkość inwestuje nie w wojny, ale w eksplorację przestrzeni. Jego pomysł, cytuję: „Jeśli zainwestujemy dwa biliony dolarów rocznie w eksplorację kosmosu, możemy wysłać sondę do każdej gwiazdy w galaktyce Drogi Mlecznej w ciągu tego stulecia”. Koniec cytatu. To nie tylko wizja naukowca, ale i wizja natury etycznej. Być może dopiero wtedy staniemy się godni uwagi innych cywilizacji. Na zakończenie wywiadu Loeb dzieli się intymnym obrazem swojej codzienności, a mianowicie opowiada o wspomnianych już porannych biegach. Biegach o wschodzie słońca.
Uciekam od niektórych moich kolegów, którzy mają zdecydowane opinie i nie szukają dowodów, a ja biegnę w kierunku wyższej inteligencji w przestrzeni międzygwiezdnej. Czy Avi Loeb to marzyciel, prowokator, czy może pionier przyszłej nauki? Trudno dziś powiedzieć. Ale jedno jest pewne. W czasach, gdy nauka często zamyka się w schematach, tacy jak on przypominają, że najważniejsze pytania są wciąż przed nami. Kolejny wywiad, który pragnę dzisiaj omówić, ukazał się 19 października 2023 roku na portalu Talks Economics. Avi Loeb w rozmowie z Vikasem Chauhan przytacza wiele faktów, które znacie państwo z przywoływanych już wcześniej tekstów. Mówiąc o tym, że współczesnej nauce potrzebne jest nowe podejście do badanego świata, profesor stwierdza: gdyby nasi przodkowie nigdy nie spojrzeli za horyzont, nigdy nie odkryliby nowych lądów. W nauce jest tak samo. Jeśli nie będziemy badać tego, co dziwne, nigdy nie zrobimy kroku naprzód.
Właśnie z tej potrzeby zrodził się projekt Galileo, o którym była już mowa. Inicjatywa mająca na celu systematyczne badanie niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych i poszukiwanie pozaziemskich artefaktów przy użyciu nowoczesnych narzędzi. Loeb chce przenieść tę tematykę z marginesu do centrum naukowych zainteresowań. Podkreśla: nie chcę polegać na rządowych relacjach czy filmikach z myśliwców. Chcę sam zebrać dane. Nauka polega na sprawdzaniu rzeczy, a nie na wierze w czyjeś słowo. W wywiadzie Loeb opowiada również o swojej ekspedycji do miejsca uderzenia obiektu CNEOS 2014-01-08, meteorytu zidentyfikowanego jako pochodzący spoza Układu Słonecznego. Ekspedycja zakończyła się zebraniem ponad siedmiuset metalicznych kulek, sferul, których skład chemiczny sugeruje nietypowe pochodzenie. Podkreślę tylko, że w poprzednim wywiadzie było tych sferul około pięciuset. Zatem w ciągu kilku miesięcy przybyło ich jakieś dwie setki.
Loeb nie przesądza ich natury, ale mówi otwarcie. Analiza tych materiałów może nam powiedzieć, czy mamy do czynienia z czymś naturalnym, czy może ze szczątkami technologii spoza Ziemi. To początek archeologii kosmicznej. Loeb wielokrotnie podkreślał, że nauka powinna być procesem otwartym i odpowiedzialnym wobec ludzkości. Krytykuje zamknięcie akademickich elit na nowe idee oraz skłonność do karania za niekonwencjonalne pytania. Mówi wprost: jeśli chcesz mieć wpływ, musisz być gotów zostać wykluczony. Jeśli chcesz mieć rację, musisz być czasami sam. Na pytanie, czy ludzkość jest przygotowana na kontakt z obcą cywilizacją, Loeb odpowiada szczerze: nie. Jego zdaniem nasze społeczeństwo wciąż za bardzo koncentruje się na wojnach, władzy i pieniądzach, a za mało na eksploracji kosmosu I ewentualnym kontakcie z inną cywilizacją. A przecież to mogłoby wynieść nas na wyższy poziom duchowy i intelektualny.
Zamykając rozmowę, profesor dzieli się osobistym motywem, który pcha go do działania. Chcę zostawić ślad, coś, co przetrwa mnie samego. A co może być większym dziedzictwem niż odkrycie, że nie jesteśmy w kosmosie sami? Czwarty wywiad, który postanowiłem Państwu streścić, ukazał się 15 kwietnia 2024 roku w magazynie BBC Sky at Night. Profesor Avi Loeb porusza w nim temat możliwości istnienia inteligentnych cywilizacji poza naszym Układem Słonecznym. Zwraca uwagę, że chociaż poszukiwania mikroorganizmów poza Ziemią są intensywne, to równie ważne jest pytanie o istnienie zaawansowanych technologicznie form życia. Loeb zauważa, że tradycyjne podejście zakłada, iż życie mikrobiologiczne jest znacznie bardziej powszechne, ponieważ pojawiło się na Ziemi stosunkowo wcześnie, podczas gdy homo sapiens istnieje dopiero od około jednej dziesiątej procenta historii naszej planety. Jednakże większość gwiazd w naszej galaktyce powstała miliardy lat przed Słońcem, co sugeruje, że ich planety mogą być znacznie starsze i bardziej rozwinięte. Loeb porównuje potencjalne pozostałości po obcych cywilizacjach do kosmicznych śmieci, które ludzkość sama produkuje, wysyłając sondy oraz satelity. Profesor zastanawia się, czy podobne artefakty technologiczne nie mogłyby istnieć w przestrzeni międzygwiezdnej jako dowody na istnienie innych cywilizacji.
Podkreśla, że wszelkie szczątki wystrzelone za pomocą napędu chemicznego pozostają związane grawitacyjnie z dyskiem Drogi Mlecznej i mogą akumulować się przez miliardy lat. Dlatego też poszukiwanie takich obiektów w naszym Układzie Słonecznym może być obiecującą drogą do odkrycia śladów obcych technologii. W odpowiedzi na potrzebę systematycznego badania niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych i poszukiwania pozaziemskich artefaktów technologicznych, Loeb zainicjował, wspominany już kilkakrotnie, projekt Galileo. Jego celem jest wykorzystanie nowoczesnych teleskopów oraz sztucznej inteligencji do analizy danych oraz identyfikacji potencjalnych technosygnałów. Loeb zaznacza, że tradycyjne poszukiwania życia pozaziemskiego koncentrowały się na sygnałach radiowych, co może być ograniczające, ponieważ zaawansowane cywilizacje mogłyby korzystać z innych, bardziej zaawansowanych technologii komunikacyjnych. Dlatego też proponuje skupienie się na poszukiwaniu fizycznych artefaktów jako bardziej obiektywnych dowodów na istnienie życia poza Ziemią. I to miał być właściwie koniec dzisiejszej audycji. Postanowiłem jednak sprawdzić, w jaki sposób odnosi się do profesora Avi Loba środowisko naukowe i czy naprawdę zasypuje go zarzutami o nienaukowość, o szarlatanerię wręcz. Chciałbym również sprawdzić wartość owych zarzutów. Przedstawię Państwu zatem za chwilę wyniki mojego researchu.
Przedstawię je bez komentarza. Ja oczywiście już wyrobiłem sobie zdanie na temat powagi i wagi owych zarzutów. Napiszcie Państwo proszę w komentarzach, jakie są Wasze wrażenia. Zaczynamy zatem. Oto główne obszary działalności Avi Loba, które znajdują się pod ogniem krytyki akademickiej. Po pierwsze, hipoteza o Oumuamua jako sondzie obcej cywilizacji rozstrzeliwana jest w pierwszej kolejności. Dla porządku przypomnę. W 2017 roku przez Układ Słoneczny przeleciał obiekt Oumuamua, który według Loba mógł być sztucznie stworzonym statkiem kosmicznym napędzanym żaglem słonecznym. Swoje tezy profesor przedstawił w publikacjach naukowych oraz w książce popularnonaukowej Extraterrestrial. Wspólnie z doktorem Seanem Kirkpatrickiem z Pentagonu zasugerował, że Oumuamua mógł być jedną z sond wysłanych przez statek matkę.
Statek matkę, który zakotwiczony jest gdzieś w obrębie Układu Słonecznego lub tuż poza jego granicami. Krytyka środowiska naukowego. Wielu przedstawicieli akademickiej nauki uznało ową hipotezę za zbyt spekulatywne i niepoparte wystarczającymi dowodami bajanie. Astrofizyk Paul Suter stwierdził, że sugerowanie, iż Oumuamua to statek obcych, obraża rzetelne badania naukowe. Po drugie, pod obstrzałem znalazła się ekspedycja Avi Loba. Ekspedycja w poszukiwaniu pozaziemskich materiałów w Oceanie Spokojnym. Loeb zorganizował ekspedycję mającą na celu odnalezienie fragmentów meteorytu, który spadł do Pacyfiku w 2014 roku. Z dna oceanu wydobyto mikroskopijne magnetyczne kulki, które Loeb uznał za potencjalne dowody na istnienie technologii pozaziemskiej. Krytyka środowiska naukowego była zmasowana. Eksperci tacy jak Peter Brown z University of Western Ontario wskazywali, że podobne kulki są powszechnie znajdowane na dnie oceanów i pochodzą z naturalnych procesów, takich jak spalanie meteorytów w atmosferze.
Dodatkowo analiza sejsmiczna wykazała, że sygnały, które Loeb uznał za dowód upadku meteorytu, mogły pochodzić od przejeżdżających ciężarówek, co podważałoby lokalizację poszukiwań. Po trzecie, środowisko naukowe ostrzelało podejście Loeb do przedstawianych zagadnień. Zarzucano mu dążenie do sensacyjności oraz brak rzetelności naukowej. Stwierdzano, że podejście do badań reprezentowane przez Loeb'a jest zbyt sensacyjne i może szkodzić reputacji nauki. Astrofizyk Steve Desch stwierdził, że działania Loeb'a zniekształcają dobrą naukę i odciągają uwagę od rzetelnych badań. Jill Tartar z SETI Institute zarzuciła mu natomiast podważanie metodycznego podejścia naukowego i promowanie pseudonauki. Po czwarte, rozstrzelano również projekt Galileo oraz poszukiwanie artefaktów obcych cywilizacji. Loeb zainicjował projekt Galileo mający na celu poszukiwanie dowodów na istnienie technologii pozaziemskich. Miało się to odbywać poprzez analizę danych z teleskopów oraz zastosowanie sztucznej inteligencji. Projekt ten, mimo że finansowany przez prywatnych darczyńców, od początku budzi kontrowersje w środowisku naukowym, a to ze względu na brak jednoznacznych wyników.
Po piąte, zaczęto strzelać również do teorii o stworzeniu wszechświata przez obce istoty. O tej teorii nie było mowy w wywiadach, które dzisiaj przytoczyłem, a zatem posłuchajcie Państwo uważnie. W jednej ze swoich publikacji Loeb zasugerował, że nasz wszechświat mógł zostać stworzony przez bardzo zaawansowaną cywilizację jako rodzaj eksperymentu. Loeb połączył niejako koncepcje religijne z naukowymi teoriami dotyczącymi Wielkiego Wybuchu. To bardzo nie spodobało się środowisku naukowemu. Aż trudno przytaczać niepochlebne opinie na temat owej teorii. Podsumowując, główne zarzuty wobec profesora Aviego Loeb'a dotyczą jego skłonności do formułowania kontrowersyjnych hipotez. Formułowania ich bez wystarczających dowodów empirycznych, co zdaniem wielu naukowców może podważać wiarygodność nauki i promować pseudonaukowe podejście do badań nad życiem pozaziemskim. A ja zawsze myślałem, że nauka poza zbieraniem dowodów jest też napędzana wyobraźnią i otwartym umysłem. No ale cóż ja tam wiem.
I to już wszystko na dzisiaj. Mam nadzieję, że postać Avi Loeb'a stała się dla Państwa bliższa mentalnie, a jego poglądy stojące w opozycji do części poglądów środowisk naukowych uznacie Państwo za ciekawe. Jeśli spodobał się Państwu ten materiał, namawiam do subskrypcji Wehikułu Wyobraźni. Proszę też, aby w komentarzu dali Państwo znać, czy uważacie, że Oumuamua był sztucznym obiektem? Czy ludzkość gotowa jest na kontakt z wyższą inteligencją? Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę wszystkiego dobrego i do usłyszenia w kolejnej podróży do granic wyobraźni i nauki. Tyle o dziwnościach świata, a właściwie o dziwnościach naszej rzeczywistości. A teraz? Teraz zapraszam na Filmotekarium.
Dzisiaj bierzemy na tapet wujka foliarza. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[53:36] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór Marku. Dzień dobry wieczór wszyscy.
[53:41] - Czekałem na ten film. Bardzo czekałem. Myślałem, że będzie fajnie. Już po tonie głosu Państwo słyszą, że czuję się lekko zawiedziony i słowo lekko jest jednak eufemizmem. Wujek Foliarz to mogła być fajna komedia, pod warunkiem, że ktoś wpadłby, o co tak naprawdę mu chodzi. W dodatku Wujek Foliarz ma duże problemy z balansem, ale o tym balansie to później. I tego filmu moim zdaniem chyba nie ratują nawet aktorzy. Tacy, chociażby jak Woronowicz. Ja mam w ogóle wrażenie, że Woronowicz za chwilę wyskoczy mi z lodówki, bo jest właściwie w wielu filmach. Do niektórych pasuje bardziej, do niektórych mniej.
Ale tak mi żal tego filmu. Kiedy opisywano go, o czym on jest, to ja oczyma wyobraźni widziałem zupełnie inny film. A dostałem coś? No cóż O tym w dalszej części naszego spotkania.
[54:54] - Jak już słyszeliście w dzisiejszym odcinku "Wujek Foliarz", czyli wesoła komedia spiskowa. Jest to spin-off kultowego filmu "Fanatyk". Niestety nie umywa się, jest dużo gorszy. Film opowiada ciąg dalszy historii bohatera poprzedniego filmu. Opowiada o synu fanatyka, fanatyka wędkarstwa i jego wujku, który jest spiskowym streamerem. W tej roli Woronowicz. Jest on właścicielem telewizji internetowej na temat różnego rodzaju konspiracji. I tak szczerze mówiąc, Marku drogi, tutaj się kończy moja próba podejścia do sensu i treści tego filmu. Ja się nie podejmuję opowiedzenia, o czym on jest, bo po prostu nie wiem. On jest o niczym.
Nie chcę tutaj wyjść na hejtera czy na wroga polskiej kinematografii, co nam zarzucano trochę, kiedy mówiliśmy o projekcie "UFO", ale te słowa powiem z pełną odpowiedzialnością i świadomością: to jest film nędzny. Pewnie jest wiele innych nędznych polskich filmów, ale ich po prostu nie omawiamy i ich nie oglądamy. On nie jest tyle zły, co jest nędzny. Podchodziłem do niego z pewnymi nadziejami, ale szybko się wyleczyłem z tych nadziei. Bardzo szybko. Wystarczy kilkanaście minut oglądania i mamy dość. Myślałem, że będzie śmiesznie, że będzie jakoś błyskotliwie, że będzie to taka zabawa z widzem. Coś ciekawego się dowiemy o życiu ludzi, którzy się interesują spiskami. A tutaj nic. I moje dwa główne zarzuty do tego filmu są takie, że po pierwsze to nie wiadomo, o co w nim chodzi.
Nie wiadomo, po co ci bohaterowie biegają w kółko ciągle i coś robią, czym są zajęci, o co w ogóle tam biega. To jest pierwsza rzecz i nie wiadomo, po co są niektóre wątki. Kolejna rzecz to jest komedia, która jest niezabawna. Ona w ogóle nie jest śmieszna. Może momentami, ale to, że się rzuca ciężkie przekleństwo w polskim filmie i to jest koniec humorku, to do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Paradoksalnie, chociaż jest to film nędzny, to o "Wujku Foliarzu" można długo i dużo mówić, dlatego że kolejny raz jest zmarnowany dobry pomysł. To mógłby znowu być dobry film, taki bez zadęcia, z dystansem. Tymczasem, jak to zazwyczaj w polskim kinie bywa ostatnio, wyszło jak wyszło. Zmarnowano pewien potencjał na opowieść, która jest w wykonaniu twórców "Wujka Foliarza" pozbawiona wewnętrznej spójności. Ten film ratuje chyba tylko końcówka.
Znaczy ona też jest głupia, ale ratuje Janusz Tracz z plebanii, wcielający się w szefa wszystkich szefów, czyli lokalnego bonza Polskiego Związku Wędkarskiego. I ta końcówka to już jest taka na pograniczu, bym powiedział, groteski science fiction momentami. Dawka absurdu jest tak duża, że momentami nawet śmieszy. Ale to wszystko. To nie jest komedia moim zdaniem. Wydaje mi się, sądząc po tym, co mówimy o polskich filmach, które omawiamy, bo jest też gros filmów polskich, których nie omawiamy i nie mogę mówić, odnosząc się do całości. Natomiast Marku, po tych wszystkich polskich filmach, które omówiliśmy w ciągu ostatnich miesięcy, to ja mam takie wrażenie, że nasi twórcy tworzą jakieś zupełnie nowe kategorie, nowe gatunki filmowe i one są trudne do ogarnięcia. I ja mam takie pytanie do znawców filmu: o co tutaj chodzi? Bo kręci się niedramatyczne dramaty, kręci się groteskowe science fiction, kręci się takie coś, co balansuje na granicy komediodramatu, czasem pozbawione jest zarówno cech jednego, jak i drugiego. I to są takie, nie wiem, jak to nazwać.
Takie chimery gatunkowe, tak jak na przykład "Cisza nocna", chociaż tam to wszystko uratowali aktorzy. O co tutaj chodzi tym twórcom naszym? Tu nawet można wspomnieć ten pierwszy film w ogóle, który omawialiśmy historycznie w Filmotekarium, czyli bodajże to był film "Ostatnia wieczerza". Też kolejny film, w którym nie wiadomo, o co chodzi, nie wiadomo, jakiego jest gatunku, nie wiadomo w ogóle, po co powstał. Z "Wujkiem Foliarzem" jest tak, że przynajmniej wiemy, że to ma być komedia. Natomiast po pewnym czasie ten parowóz scenariuszowy rusza, rusza i wjeżdża w taką dżunglę totalnej bezmyśli, jakiejś głupiej mądrości, jakichś takich rozkmin, które nic nie wnoszą do naszego życia. Ja jestem nie tyle rozczarowany tym filmem, tylko jestem po raz kolejny rozczarowany poziomem twórców historii. Bo film to jest przede wszystkim opowieść. A tu od pewnego czasu mam wrażenie, że my dostajemy jakieś teatralne, edukacyjno-groteskowe wytwory, które nie pasują do żadnego gatunku filmowego. I z "Wujkiem Foliarzem" też tak jest.
Tego się oglądać niestety nie da. Chyba że na ciężkim pijaku i tak się nie będziecie śmiali wtedy. Nie będziecie się śmiali, bo to po prostu śmieszne nie jest. To jest taki humorek à la Rancho. Tylko że nie jest śmieszny.
[01:00:53] - Tak, bo my w ogóle jako nacja chyba jesteśmy mistrzami Od kręcenia nieśmiesznych komedii. Wspomniane przez ciebie „Ranczo" miało chociaż jakiś klimat, miało elementy, które ludzi przyciągały do Rancza. I ja się wcale nie dziwię, że Ranczo miało dużą publikę i ma wiernych oglądaczy. Natomiast „Wujek Foliarz" to jest taki osobliwy miks absurdu, groteski polskiej codzienności i ten miks balansuje na granicy pastiszu, społecznej satyry. Reżyser Michał Tylka znany jest z tego typu estetyki i on po raz kolejny po nią sięga. To jest estetyka prymitywizmu, wykorzystywana po to, żeby opowiedzieć historię o lękach, o teoriach spiskowych, o dezinformacji i o erze postprawdy. Ta fabuła to jest coś takiego między foliarstwem a paranoją. Tytułowy wujaszek Foliarz to postać, powiedzieć, że jest przerysowana, to nic nie powiedzieć. Starszy mężczyzna, który żyje w przeświadczeniu, że światem rządzi tajemny układ, a każda sytuacja od podwyżki cen masła po burzę to jest oczywiście wynik manipulacji globalistów. Wujek zauważa, że wokół nas dzieją się rzeczy dziwne i w dodatku nie dość, że zauważa, to zaraża swoim światopoglądem otoczenie i to prowadzi do groteskowych, ale i też w jakiś sposób znajomych nam wszystkim sytuacji.
I to ma być śmieszne, ale nie jest śmieszne. Film rozgrywa się głównie w piwnicach, w wiejskich klimatach, w środowisku alternatywnej wiedzy, gdzie folia aluminiowa, ta przysłowiowa i tworzone w internecie memy są ważniejsze niż jakakolwiek logika. I to ma być, przynajmniej zdaniem twórców filmu, jakiś bicz na foliarstwo. Chociaż to nie jest takie oczywiste, o czym za chwilę. Ten humor, który jest nam serwowany, to jest taki śmiech przez zgrzytanie zębami, bo w ogóle humor reżysera Michała Tylki był zawsze kontrowersyjny. On był wulgarny, prostacki, ale czasami bywał trafny. W „Wujku Foliarzu" my dostajemy, wiecie państwo, jakieś dowcipasy. Z jednej strony mamy żarty o 5G, później mamy żarty o reptilianach, później jeszcze mamy jakieś szyderstwa z medialnej bańki, szyderstwa z lęku przed nowoczesnością, przed konsumpcjonizmem i tak dalej. Ale podobno, jak przeczytałem w jednej z recenzji, ten film nie zatrzymuje się na ośmieszaniu foliarzy. Ten film uderza także w tak zwanych racjonalistów, którzy z wyższością traktują każdą odmienną opinię, zamykając się w takich równie szczelnych bańkach, co foliarze.
Bardzo to mądre, ale tak oczywiste, że ja nie wiem, czy film trzeba o tym tak naprawdę kręcić. W dodatku ja mam z „Wujkiem Foliarzem" problem, bo myślę, że największym problemem tego filmu jest ten balans, o którym wspomniałem na początku, a właściwie jego brak, bo w niektórych momentach trudno stwierdzić, czy twórcy śmieją się z teorii spiskowych, czy może śmieją się z ludzi, którzy w nie wierzą. Ale może oni się też śmieją z tych, którzy odrzucają takowe teorie. Ta niejednoznaczność, która mogłaby być zaletą, jakąś siłą tego filmu, ona stara się, próbuje zbudować złożoność przekazu. To z jednej strony. Z drugiej ona chyba prowadzi do niebezpiecznego, z punktu widzenia twórców filmu, rozmycia intencji. Tak jak Piotr powiedział, nie wiadomo, naprawdę nie wiadomo, o co tym ludziom chodzi, twórcom filmu. I on może zostać, ten film, odczytany zarówno jako ostrzeżenie przed dezinformacją, ale może też być odczytany jako jej mimowolna, ale jednak promocja. W dodatku ja mam takie wrażenie, że estetyka odpadu, tak ją sobie nazwałem, estetyka odpadu, którą stosuje reżyser, ona nie służy temu filmowi. Wizualnie ten film jest celową brzydotą, tandetą, amatorską scenografią.
Tam jest nawet chaotyczny montaż w dodatku. I ta forma ma chyba, tak mi się wydaje, ale ja nie jestem ekspertem filmowym, ona ma chyba podkreślać absurdalność przekazu tych wszystkich foliarzy i ma sprawiać, że człowiek się przykuje do ekranu i będzie to oglądał. Wszystko jest nietrafne, to wcale tak nie działa. I ten brudny styl, taki odpad jest niejako znakiem rozpoznawczym tego reżysera. Ja już to wcześniej gdzieś widziałem, ale wydaje mi się, że ta strategia, którą reżyser przyjął, ona Mnie przynajmniej zniechęciła. Myślę, że odstręcza, zniechęca odbiorców, którzy oczekują klasycznej narracji, sensownej, gdzie coś z czegoś wynika. Natomiast tu tego nie ma. To jest film, który chyba przyciąga tych, którzy w takiej estetycznej brzydocie troszeczkę bez sensu widzą rodzaj szczerości albo autentyczności. Ale to nieprawda. To jest pozór, to wszystko jest udawane.
I z tego wszystkiego, co powiedziałem, wydaje mi się, że już państwo mniej więcej wiecie, że mamy film, w którym naprawdę nie wiadomo, o co chodzi.
[01:07:47] - „Wujek Foliarz" to jest opowieść o relacjach międzyludzkich, o teoriach spiskowych również, chociaż tak nie bardzo. Jest to opowieść o człowieku, który sobie buduje schron antyapokaliptyczny, który ostatecznie wykorzystuje pod koniec filmu dla dobra całej wspólnoty lokalnej. I tak zyskuje poklask u miejscowych. Oni uważają, że on nie jest taki głupi, za jakiego go mieli. Ale problem w tym, że przez cały film główni bohaterowie, to znaczy ta cała ekipa wujka Foliarza, sobie realizują jakiś tajny projekt włamania się do urzędu gminy. Oni w ogóle realizują jakiś plan, nie wiadomo jaki, nie wiadomo, o co chodzi. Po pewnym czasie już mi to zwisało, takie to było nędzne. Finalnie okazuje się jednak, że jest inne rozwiązanie. Bardzo proste, bo ktoś tam w tej wsi zakopuje chemikalia i w ogóle Janusz Tracz się pojawia na samym końcu. Czyli mamy nałożoną tą warstwę, powiedzmy, spiskową, obyczajową i komediową na siebie.
Tylko to się strasznie gmatwa i jest po prostu niezrozumiałe. Myślę, że jakby to mniej uważny widz oglądał albo ktoś starszy, to by w ogóle nie zczaił, o co chodzi. Z „Wujka Foliarza" mam taki wniosek, że to jest doskonały film. To znaczy doskonały film... To jest film doskonały. Raczej pokazujący, że mamy co najmniej dobrych aktorów. Co najmniej dobrych. Może poza Andrzejem Grabowskim, który tutaj po raz kolejny gra nieśmiesznego samego siebie. I to wypada strasznie. To było uwłaczające dla widza, co on tam pokazuje.
To jest poziom najgorszego kabaretu. Jakby się chłopu w ogóle nie chciało cokolwiek robić. Także możemy mieć całkiem dobrych aktorów w Polsce, ale mamy nie do końca sprawnych scenarzystów, bo przypominam im wszystkim: film to też jest historia. A tutaj po raz kolejny mamy taką sytuację, że mamy przedstawioną w filmie opowieść, która się albo nie klei, albo w ogóle opowieścią nie jest. To są jakieś majaczenia czy mrzonki tych twórców. Kolejny film, gdzie my się mamy domyślać, o co autorowi chodziło, o co chodziło reżyserowi. Jeżeli się doda do tego te wszystkie śmieszne przerywniki serwowane co jakiś czas w tym filmie, że to wszystko pie... beep i tak dalej. I ten humorek sytuacyjny naprawdę jest kiepsko i nie rozumiem zachwytów nad tym filmem, bo ja widziałem na przykład takie oceny, gdzie mu dawano 10/10, gdzie dawano wujkowi Foliarzowi fulla. Ale niech mi ktoś przy zdrowych zmysłach powie, jaki ten film ma podjazd do „Fanatyka".
Nie ma żadnego. Po drodze gdzieś zgubił się dystans. Po drodze gdzieś ten absurdalny humor przedstawiany w „Fanatyku" zgubił się, zniknął. To nie jest ta sama liga. Jest dużo gorzej. I moim zdaniem łączenie tych filmów dwóch to jest herezja. Po prostu „Wujek Foliarz" nie wyszedł i dobrze by było, żeby nie został zapamiętany, a żeby „Fanatyk" żył sobie swoim życiem w nimbie. Nie chcę powiedzieć kultu, bo filmu czcić nie można, ale myślę, że „Fanatyk" stanie się być może dla przyszłych pokoleń tym, czym dla pokoleń urodzonych w PRL-u była na przykład „Hydrozagadka". A „Wujek Foliarz" totalnie masakruje pamięć „Fanatyka". Co tu jeszcze mogę powiedzieć o tym wątpliwej jakości dziele?
To znowu nie będzie nic miłego. To jest film, gdzie mamy mnóstwo epizodycznych postaci. Kolejny film polski, gdzie mamy mnóstwo wątków, mnóstwo postaci, które są niepotrzebne, ale są na przykład grane przez charakterystycznych albo znanych aktorów. I chyba jest to robione tylko po to, żeby przyciągnąć widza. Nie wiem, co w tym filmie robi Katarzyna Figura. Nie wiem, czym ona się tam zajmuje. Nie wiem, czy ona ma przyciągać. Jakie jest jej zadanie, prócz tego, że jest dawno niewidziana aktorka? Jaka jest jej rola nawet w całej tej historii, w tej komunie? Tam nie mamy opowiedzianej w pełni historii tych ludzi.
Jest tylko trochę zajawione. Do tego dochodzi ten czerstwy, nieśmieszny Andrzej Grabowski, który zawsze gra samego siebie. Taka udawana safandułowatość i po raz kolejny oglądanie Ferdka Kiepskiego na ekranie, który udaje, że ma jakąś amnezję i ciągle robi jakieś odniesienia do Kuby komunistycznej, to jest ciężkostrawne. To jest złe. Po prostu to jest złe. To nie jest śmieszne. Reszta aktorów w porządku. Tak czy siak robią to, co mogą, żeby nadać tej produkcji jakieś ręce i nogi. Ale przecież nie mogą nadać temu sensu. Musieliby zmienić scenariusz.
Ale nie udaje się im to oczywiście. Co do tych odniesień spiskowych W ogóle co do teorii konspiracyjnych wujków foliarzy, one są dekoracją według mnie. Tam nie wchodzi się za głęboko w temat, bo wujek foliarz jest mało spiskowy w porównaniu do wzorców, z których oni mogli korzystać. W porównaniu chociażby do Sanjaya czy innych różnych kolorowych ptaków, że tak powiem z dużym dystansem obecnych w polskim internecie. I gdyby się wzorowano na nich, to może wyszłoby trochę bardziej realistycznie i trochę śmieszniej. A tak totalna klapa, muszę powiedzieć totalna klapa, a miało być tak dobrze.
[01:13:49] - W dodatku jeszcze, żeby było tego wszystkiego mało, o czym powiedział Piotr, o czym mówiłem wcześniej ja, to jeszcze wbudowany jest w ten film wątek romantyczny, miłosno-miłosny. Zostańmy już, nie drążmy tematu. On jest, proszę państwa, tak romantyczny, jak ten film jest o teorii spisków. Wszystko to dekoracja, to wszystko jest, tak jak Piotr powiedział, pewne wykorzystanie jakichś tam wątków, nazwijmy spiskowych, po to, żeby przyciągnąć ludzi. Ani wątków spiskowych tak na poważnie tutaj nie ma. Tak jak mówiłem wcześniej, nie wiadomo, czy reżyser śmieje się z ludzi, którzy nazywani są foliarzami, czy też mówi: „Słuchajcie, spójrzcie na nich, może mają rację.” Naprawdę nie dowiecie się tego państwo. I to nie chodzi o to, żeby dawać widzowi jednoznaczne stwierdzenie: jest tak albo tak, ale motanie potencjalnego widza w jakieś takie rozkminy, co miał na myśli reżyser, kiedy nakręcił tę scenę, a co miał na myśli kręcąc inną, to nie ma sensu przy tej jakości obrazu. Bo gdyby to był film głęboki, wchodzący w teorie spiskowe, próbujący albo je ośmieszyć, albo je podnieść, mówić: tak, to może być prawda. Nie, takich zabiegów tu w ogóle nie ma. Ale mamy wspomniany wątek miłosny i tak jak powiedziałem, on jest naprawdę tak, proszę państwa, romantyczny, że się może wszelkiego romantyzmu odechcieć.
Ja nie wiem. Wszystko, co złe można o tym filmie powiedzieć, to chciałbym powiedzieć, bo on mnie tak bardzo zawiódł. Ja czekałem na ten film długo od momentu, kiedy się o nim dowiedziałem, że będzie. I ja liczyłem na dobrą zabawę, na to, że tytuł zobowiązuje, że albo będziemy się śmiać z tych, którzy teorie spiskowe gdzieś tam zaciągają z różnych miejsc, albo będziemy im kibicować. Obsada aktorska gwarantowała mi, myślałem, że mi gwarantuje coś dobrego, co dostanę. Nic z tych rzeczy. Wszystko zawiodło i obejrzenie tego filmu to wybaczcie państwo, ale z mojego punktu widzenia to jest zwykła strata czasu. Proszę państwa, czy czytali państwo Karela Čapka? Obojętnie co. Jakąś powieść, jakąś nowelkę, jakieś coś.
Dzisiaj zapraszam na recenzarium Ewiwy, która omówi dla państwa „Inwazję jaszczurów.” Przyznam się państwu, że to niezwykle ciekawa lektura, a jeśli człowiek ją dobrze przemyśli, to ona pomimo upływu tak wielu lat od powstania, to jest lektura przerażająco zadziwiająco aktualna.
[01:17:15] - Witam, jest z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie od dzisiaj wiadomo, że satyrycy są bardzo celni w ukazywaniu tego, co jest najważniejsze na świecie. Właściwie nawet nie tyle satyrycy. Po prostu pisarze, którzy mają szczególną smykałkę do książek humorystycznych. Można w nich czasem znaleźć dużo więcej obserwacji, a nawet profetyzmu niż w książkach poważnych. Tak, wiem, co mówię. Doskonałym przykładem tutaj jest „Inwazja jaszczurów” Karola Čapka. Ten wyjątkowo interesujący czeski pisarz znany jest przede wszystkim z humoresek, ale ma też na koncie kilka napisanych na poważnie albo na wpół poważnie książek science fiction. Najważniejszą oczywiście jest jego „Sztuka R.U.R.”, ale jak dotąd nie udało mi się trafić na polski przekład. Jednak jest coś, co napisał, a co teraz, jak uważam wszyscy powinni przeczytać.
Jest to książka „Inwazja jaszczurów.” To, co w niej zawarł, odpowiednio odczytane, jest nieprawdopodobnie wręcz prorocze. O cóż tam chodzi? Otóż kapitan Vantosh, który kursuje swoim statkiem po morzach, przewożąc wszystko, co mu każą armatorzy, trafia na wyspach około Sumatry na dość obiecujące miejsce względem połowu pereł. Nie ma zbytniej ochoty bawić się w poszukiwanie klejnotów, ale że otrzymał takie polecenie, to ze złością, ale jednak próbuje. Najgorszym dla niego jest to, że musi rozmawiać z miejscową ludnością. Jest bowiem zdeklarowanym rasistą. Dowiaduje się, że miejscowi w zasadzie pereł nie poławiają, ponieważ ich nie ma. Jeżeli gdzieś są, to jedynie w Diabelskiej Zatoce, nazwanej tak z powodu jej mieszkańców. Wielkich człekokształtnych jaszczurów. Kapitan początkowo nie wierzy w ich istnienie, ale później natyka się na nie.
Chociaż, tak jak wspomniałam, jest rasistą i uważa każdego, kto nie ma białej skóry za stworzenie nie więcej warte od psa. To jednak jaszczury budzą w nim jakieś ciepłe uczucia. Przede wszystkim zauważa, że są bardzo inteligentne. Najpierw więc uczy je, żeby przenosiły mu muszle perłopławów. Później uczy je posługiwania się nożem, aby mogły bronić się przed rekinami. Potem wpada na pomysł, że można je wykorzystać właśnie w celu stworzenia większego biznesu. No i to jest początek całej historii. Mamy tutaj wyraźne odniesienia do niewolnictwa. Jaszczury, początkowo bardzo prymitywne, szybko uczą się posługiwania narzędziami. Jednocześnie rozwija się ich mózg.
Mimo to traktowane są przez ludzi dalej jak zwierzęta. Często w sposób bardzo okrutny. Potem jak niewolnicy, którzy nie mają praw. Ale jednak pojawiają się, szczególnie wśród kobiet, tacy, co głoszą, że należy je uczyć, że należy się nimi opiekować. Dzięki temu jaszczury wchodzą na wyższy stopień rozwoju, uczą się czytać i pisać. No właśnie. Stają się bardziej świadomymi niewolnikami, a od tego już tylko krok do buntu. Tak, można powiedzieć, że inwazja jaszczurów jest to odzwierciedlenie historii murzyńskiego niewolnictwa. Ale nie tylko, ponieważ patrząc z naszego punktu widzenia, z punktu widzenia dzisiejszych czasów, widzimy coś przerażającego. Traktowane bardzo przedmiotowo jaszczury przywiezione do siedzib ludzkich rozwijają się, a później zaczynają stanowić zagrożenie.
I to zagrożenie coraz większe, grożące zniszczeniem całej ludzkiej cywilizacji. Nie przypomina to czegoś państwu? Bo mnie tak. U podłoża tego leży poczucie wyższości z jednej albo z drugiej strony. Najpierw ze strony ludzi jak najbardziej, ale później, kiedy jaszczury zyskują coraz większą świadomość, znajdują się wśród nich takie, które uważają, że to właśnie one są lepsze i zaczynają nauczać tego swoich braci. No i teraz to właśnie mamy. Ci, którzy sprowadzali tak zwanych uchodźców, chociaż są to właściwie imigranci ekonomiczni, do Europy, widzieli w nich tylko tanią siłę roboczą, tak jak w jaszczurach. Jednak w pewnym momencie okazało się, że ci przybysze ani myślą pracować na tych, co ich sprowadzili. Wręcz przeciwnie, zaczynają im zagrażać i chcą ich opanować. Właśnie to mamy w książce Chapka.
Myślę, że gdyby przywódcy państw trochę więcej czytali, a także trochę więcej myśleli nad tym, co czytają, pozwoliłoby to uniknąć wielu błędów. No ale niestety ani się śni, żeby tak było. Książka Chapka pozostaje jednym z klasyków gatunku, prawdziwą perłą. Co jest trochę ironiczne, bo też od pereł właściwie zaczyna się nieszczęsna odyseja jaszczurów, którym bardzo współczujemy, które później podziwiamy, których się na koniec boimy. Myślę, że każdy, nie tylko przywódca państwa, o którym wspomniałam, ale w ogóle każdy człowiek powinien tę książkę przeczytać. Naprawdę wiele by się z niej nauczył. Co do Was, drodzy słuchacze, bardzo Was do tego zachęcam. Żegna się z Wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:22:51] - Zapraszam na Sentymentalnik. Dzisiaj niespodzianka, bo państwo przyzwyczaili się do tego, że Sentymentalnik to siada dwóch panów: Piotr Cielebiaś, Marek Żelkowski i rozmawiają o tym, co było dawno, dawno temu. A dzisiaj? A dzisiaj siądzie trzech panów. Naszym gościem będzie Artur Wójtowicz, którego państwo zapewne świetnie znają. No to dzisiaj porozmawiamy o zapomnianych czasopismach. Dzień dobry wieczór państwu. Witam na kolejnym Sentymentalniku, ale to nie będzie taki zwykły Sentymentalnik, do którego państwo już przywykli. Jakichś zmian trzeba dokonać. Zatem poza stałą obsadą, czyli Piotrem Cielebiasiem i moją nieskromną osobą, będziemy mieli dzisiaj gościa.
Gościa, którego państwo na pewno dobrze kojarzą. Tym gościem jest Artur Wójtowicz. Dzień dobry wieczór panowie.
[01:24:02] - Witamy serdecznie.
[01:24:03] - Witam, witam.
[01:24:05] - Tak. A zebraliśmy się w tym szacownym gronie, że tak sobie rozpocznę, jak to za dawnych czasów bywało. Spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o takim haśle. Zbijmy je rewolwerowo do hasła: zapomniane pisma. Zapomniane pisma PRL-u. No to cóż, ruszajmy. Ruszajmy tak trochę z chronologią. Czy były takie pisma dla młodszych, bardzo młodszych ludzi, które pamiętacie? Ja sobie swoją pamięć zostawię na koniec, ale z takim sentymentem wspominacie jakieś pisma, które były przeznaczone dla dzieciaków. Były czytane, były co więcej, ja mam pewne skojarzenia, nawet były wałkowane w szkole.
No ale oddaję wam głos, a konkretnie oddaję głos Arturowi.
[01:25:02] - Witam raz jeszcze wszystkich. Słuchajcie, jeśli chodzi o te pisma dziecięce, to tego była cała masa. Ja zacznę od tych najstarszych, które chyba najdłużej się utrzymały, bo przecież Świat Młodych, który był od roku 1949 aż do moich czasów, a ja jestem '75 rocznik. Później był oczywiście Płomyk, który miał trochę bardziej ciekawsze tematy, nawet edukacyjne. On był praktycznie od 1917 roku, a później nastąpiła po wojnie jego reaktywacja. No i jego brat, czyli Płomyczek, tak to nazwijmy. Ale do jakich czasopism ja z
[01:25:37] - Z sentymentem wracam. Słuchajcie, jako dziecko to ja wracam przede wszystkim do "Misia", dlatego że "Miś" był bardzo ciekawym czasopismem. Tam zawsze było coś do wycięcia, coś do sklejenia. Przede wszystkim były edukacyjne historyjki, bajki, komiksy. Na przykład tam był właśnie ten motyw misia z okienka, prawda? "Miś" był w ogóle bardzo popularny w przedszkolach. Tak samo do "Świerszczyka" często wracałem. Chyba teraz, w tej chwili też gdzieś tam w Empiku chyba nawet widziałem "Świerszczyk", tak mi się wydaje. No ale jeżeli później przejdziemy już do tych czasów PRL-owskiej, tak to nazwijmy to, popkultury, prawda? No to na pewno kultowy był "Relaks", prawda?
Przynajmniej co ja oglądałem. "Relaks" czy czasopisma typu "Mały Modelarz". Ja nie chcę tu wszystkich tych czasopism wypukać, ale powiem wam szczerze, że to są czasopisma, do których bardzo często wracałem, no nie? Czyli po prostu kwestia "Relaksu", "Małego Modelarza", "Misia". Jeśli chodzi o te czasopisma, nazwijmy to dziecięco-młodzieżowe, bo później, no to już tam były te inne czasopisma typu "Bravo!", "Popcorn", jakieś tam inne, prawda?
[01:26:46] - Piotrze, a jak z twoją pamięcią? To pewno inne czasy trochę, więc podziel się tymi innymi czasami.
[01:26:53] - Tak, było trochę inaczej. To znaczy się, ja pamiętam te czasopisma przedszkolne, że tak powiem, o których mówił Artur, ale one mnie jakoś nigdy nie porywały, nigdy mnie za bardzo nie interesowały. Ja wiem, że one były. Wiem, że one się gdzieś tam kręciły zawsze. Wiem, że zalegały na świetlicach, zalegały w szafkach w przedszkolu. Znaczy w przedszkolu to ja nie byłem. W zerówce byłem, tam gdzieś zalegały, tam był ten "Miś" i to wszystko inne. Natomiast ta prasa w tamtym okresie, o którym mówię, to były lata 90., sam początek i też późniejsze czasy tak naprawdę, to ona oferowała, szczerze mówiąc, coś dla każdego i to w dość dużej ilości. Znaczy było sporo tytułów. Ja natomiast nie pamiętam już tak dobrze czasów PRL-u, bo byłem wtedy niepiśmienny absolutnie, ale z takich wczesnych lat, no to dla dzieci, jeżeli chodzi o takie czasopisma, no to przede wszystkim takim moim ulubionym były "Zwierzaki", ponieważ ja się bardzo interesowałem zoologią, no to te "Zwierzaki" nabywałem, kupowałem, przez jakiś czas chyba nawet prenumerowałem.
Jeżeli ktoś to pamięta, no to było po prostu, jak sama nazwa wskazuje, czasopismo o zwierzętach wydawane przez Prószyńskiego. Ono się charakteryzowało tym, że ono tak nie do końca było dla małych dzieci. To było dla takiej większej dzieciarni albo wczesnej młodzieży, bo to było dość trudne czasopismo. Tam nie było takiej warstwy rozrywkowej, była raczej czysto przyrodnicza płaszczyzna, tak? Zdjęcia, opisy, informacje. I to raczej dotyczyło zwierząt z całego świata, to pamiętam. Nie było tam jakichś tam nawiązań do tego, że ktoś tam sobie hoduje w Polsce szczura czy coś w tym stylu. Nie, nie. I te "Zwierzaki", chociaż mi się zawsze wydawało, że one były takie smętne w sumie i dość starym czasopismem były, to tak naprawdę one nie mają tak długiej metryki. One wychodziły w sumie przez dość krótki okres w porównaniu do tych tytułów, o których Artur wspomniał, ale w tej smętności swojej i w tej, jakby to powiedzieć, one nie były tak bardzo atrakcyjne jak inne czasopisma dzisiejsze.
W tej smętności swojej miały dwa dodatkowe pisma bratersko-siostrzane, czyli plakat. No plakat, jak sama nazwa wskazuje, to był na przykład jakiś tam orzeł albo jakaś małpa, którą można sobie było powiesić. Wiem, że kupowałem te plakaty. Nigdy tych plakatów nie wieszałem, bo uznawałem, że to jest niefajne. Ale te plakaty miałem, posiadałem, czasami rozkładałem i oglądałem. Ale było też takie czasopismo "Kwak" i to był taki offshot "Zwierzaków" i to już było bardziej rozrywkowe. Tam były jakieś łamigłówki, szarady, ale z tego, co ja pamiętam, to ten "Kwak" on był gdzieś trudno dostępny, że na niego było trudno w kiosku trafić i to był poważny problem. Te dwa czasopisma pamiętam najbardziej. Natomiast jako dziecko to jeszcze pamiętam następującą rzecz, że była duża oferta właśnie takich, ja to już pozapominałem tytułów nawet, takich czasopism z szaradami, z krzyżówkami. Pamiętam, że jedno się nazywało "Supełek".
Ono dość popularne było i to też lubiłem. To pamiętam, a nawet nie pamiętam, kiedy ten "Supełek" zniknął z rynku. A Marku, jak było z tobą? Bo tutaj nas wywołałeś do odpowiedzi, a samemu nic.
[01:30:51] - No, u mnie było jak zwykle specyficznie, ponieważ ja jestem dziedzicznie obciążony w rodzinie nauczycielskiej, no to musiało mieć swoje konsekwencje. Chociażby takie, że moja babcia, która mieszkała w Białymstoku, ja zupełnie z innego rejonu Polski, ale ona tam osiadła, więc mieszkała w Białymstoku i jeździłem do niej na wakacje i stamtąd przywoziłem całe roczniki "Świerszczyka" z jakichś lat 60., przełomu lat 50. i 60. oraz całe roczniki introligatorsko zszyte "Płomyczka" i "Płomyka" też. No to było coś niesamowitego, no bo ja je przywoziłem. Właściwie mama przywoziła, ale czytać tak jakby nie umiałem, a nawet na pewno nie umiałem. W związku z tym zatrudniałem babcię, bo babcia była od czytania. Babcia mi wiele książek przeczytała, ale te pisma, które wymieniłem również. A to było fajne, ponieważ w każdym z tych pism Było coś w odcinkach. Pamiętam z „Płomyczka” jakąś bajkę o wielogłowym smoku.
To się ciągnęło przez wiele tygodni, wiele numerów. Tylko że ja miałem tę przewagę nad pierwotnymi czytelnikami, że miałem to wszystko w jednym tomie. To było niesamowite, bo te baśnie, trzeba przyznać, były robione dosyć dobrze, jeżeli mnie pamięć oczywiście nie myli. One miały swoją dramaturgię, ale nie taką udawaną, jak to się często dzisiaj robi. To były pełnoprawne opowieści, które wciągały. Czy to takie nieco bardziej dziecinne w „Świerszczyku”, czy te z „Płomyczka”, to one naprawdę wciągały. Wiem, że ta baśń o wielogłowym smoku i o ludowym bohaterze, który wielką karierę zrobił, mnie bardzo wciągała. Ale w „Płomyczku” albo w „Płomyku”, tego już nie pamiętam, w którymś z tych roczników trafiłem na PRL-owską, obciążoną tym piętnem, opowieść szpiegowską dla młodzieży o tym, jak w raży imperialiści chcieli wykraść plany bodajże jakiegoś samolotu naddźwiękowego i to w ogóle była akcja szpiegowska, i to pełną gębą. I jeszcze jedną rzecz pamiętam, takie detektywistyczne opowiastki. Ten detektyw miał jakoś na imię...
[01:33:31] - Trop. Ale w ogóle było takie czasopismo, „Trop” się nazywało. Teraz jest detektyw, a kiedyś był „Trop” i to też tam było.
[01:33:39] - No tak, ale to było dla dzieciaków i ten detektyw w tym „Płomyku” albo „Płomyczku” występował i rozwiązywał takie bardzo proste rzeczy. Pamiętam jedną z tych opowieści, że ktoś strzelał z wiatrówki do neonów i układał różne dziwne nazwy. Zamiast apteki była teka, jakaś tam jeszcze z galanterii coś tam robił. Nie pamiętam. To były oczywiście przyzwoite, bo w takim piśmie nie mogły być nieprzyzwoite jakieś treści, ale jak znam młodzież, to już wtedy z tych neonów układałaby raczej coś obscenicznego. Nieważne. W każdym razie detektyw wykrył te naboje z miotełkami, bo niektóre pociski do wiatrówek właśnie takie miotełki miały na końcu. Pamiętam. I ten detektyw szalał po tych stronach „Płomyczkowych” albo „Płomykowych”. To też bardzo było ekscytujące.
A z kolei na przykład ze „Świerszczyka” pamiętam, w 60. latach w tym „Świerszczyku” występował sobie komiks i tam był niejaki Michałek z zapałek. Też śledziłem to przez wiele tygodni, sobie maszerowało przez łamy i na ostatniej stronie śledziłem z zapartym tchem tego Michałka z zapałek. Co więcej, gdzieś tam brakowało jednego numeru i mocno przeżywałem, że nie wiem, co się stało w tym odcinku. I jeśli chodzi o „Świerszczyk”, taki trochę monotematyczny jestem, bo „Świerszczyk”, „Płomyk”, „Płomyczek”, ale ja rzeczywiście z racji obciążenia nauczycielskiego, bo dlaczego te tomy się znajdowały u mojej babci? Bo moja babcia nauczycielka. Kiedyś szkoły bardzo mocno pracowały właśnie na tych czasopismach i ona te czasopisma, chcąc nie chcąc gromadziła, później zszywała. Było dla wnuków, których miała tam w Białymstoku, ale było też dla wnuka z centralnej Polski. Tak sobie korzystałem. Ale jeszcze o jednej rzeczy muszę wspomnieć, bo w pewnym momencie, w latach 70., w pierwszej połowie lat 70.
pojawił się w „Świerszczyku” komiks science fiction. I to już był taki prawdziwy czad. Pamiętam te górnolotne, a właściwie takie patetyczne treści, że statek oddalił się w atramentową przestrzeń kosmosu na przykład. I tak dalej. Ja już niewiele z tamtego komiksu pamiętam, ale wiem, że był jak najbardziej science fiction. Były tam statki kosmiczne, były piękne astronautki i równie piękni astronauci. A, i byli oczywiście obcy. Oni pewno dzisiaj ocenieni byliby przeze mnie jako takie dosyć zabawne stworki, ale to były bardzo wrogie nam stworki. Ta ich wrogość była oczywiście na miarę „Świerszczyka”, więc wszystko kończyło się dobrze i wszystko się w końcu dobrze rzeczywiście potoczyło. To takie są moje wspomnienia.
Może one są bardzo proste, związane właśnie z tymi trzema tytułami, ale rzeczywiście kilka z nich bardzo mocno przerobiłem i ten sentyment mi pozostał, bo ja do dzisiaj na swoich półkach mam na przykład rocznik „Płomyka” z lat 30., konkretnie z 34., 35. roku. I co jest zabawne, można na podstawie tego prześledzić, jak się na przykład rozwijała radiofonia, bo w tym czasopiśmie podany jest na przykład plan jazdy radia i tam między innymi jest polecana dla dzieciaków wesoła lwowska fala i Szczepcio i Tońcio, i tak dalej. Wierzcie mi państwo, jak się sięgnie po stare roczniki tych czasopism dla dzieciaków, to jest znakomita karta do przeglądania historii. Bo w tym czasopiśmie, o którym mówię, w tym roczniku, o którym mówię, czyli roczniku Płomyka, znalazłem niesamowite reportaże z ówczesnej Polski ze zdjęciami. Przekonałem się, że na przykład w centralnej Polsce, blisko okolic, w których mieszkam, czyli Bydgoszczy, były drogi przed wojną. To, że one nie miały asfaltu, to oczywista oczywistość. To, że one nie były brukowane, to już może mniejsza oczywistość, ale tak było. Ale co więcej, to nie tylko były drogi gruntowe, ale w tych drogach gruntowych były, przynajmniej w części z tych dróg, wyorane, nie wiem, jak to inaczej ująć, takie bruzdy, takie koleiny i tymi koleinami łatwiej było poruszać się wozom niż w tej brei, która powstawała podczas deszczów. To był sposób wynaleziony w centralnej Polsce.
I tak dalej. To znaczy, jeśli się sięgnie po te stare roczniki, to naprawdę można się dużo o Polsce, o tym, co się wtedy działo, dowiedzieć.
[01:39:08] - Panowie, tyle tych wspomnień dziecięcych. Ja bym jeszcze dodał, że rok 1989, 1990 to już jest czas, kiedy na nasz rynek wchodzą czasopisma licencjonowane. Mamy komiksy disneyowskie i tak dalej, które się ukazują regularnie. To wszystko mocno się zmienia. Miś, Płomyczek — one odchodzą do lamusa. Istnieją próby przywrócenia ich do życia z różnym skutkiem, ale może o tym kiedy indziej. Ale chyba nieco bardziej niż te fascynacje dziecięce pamięta się to, co się działo w okresie młodzieńczym. To był specyficzny okres i pod tym względem nasze czasy niewiele się różniły. To znaczy, jeżeli ktoś chciał zdobyć jakąś wiedzę, to się musiał postarać. Jeżeli go coś interesowało, to też się musiał postarać.
I kiedy się wchodziło do kiosku i się szukało tych tematycznych czasopism, to co miesiąc miało się jakąś zagadkę, niespodziankę. I często niektóre historie tam przedstawiane się po prostu zapamiętywało, bo to było atrakcyjne. Dam przykład czasopisma UFO. To był kwartalnik, który się ukazywał do bodajże 2005 roku, jeżeli dobrze pamiętam. Ja czytelnikiem UFO byłem od około 1995 roku. Jako niepełny dziesięciolatek już czytałem te wszystkie straszne rzeczy. To może na mnie tak wpłynęło i tak mnie skrzywiło. Ale panowie, Arturze, konkretnie, czasopismo twojej młodości. Jakbyś wymienił jedno albo dwa, które to były? Bo podejrzewam, że Świat Młodych.
[01:40:54] - Świat Młodych to jest kultowy. Oczywiście. Ja powiem, Świat Młodych to jest kultowy, w sumie Płomyk i Świerszczyk. Ale jest jeszcze jedno czasopismo, do tego pewnie dojdziemy, bo my żyliśmy z Markiem w czasach, gdzie w kiosku były czasopisma rosyjskie i nie tylko rosyjskie, bo też były czasopisma NRD-owskie. Bo tak jak to wtedy mówiono, że NRD to tam są ci dobrzy Niemcy, a w RFN to są ci źli Niemcy, no nie? Nie wiem, czy Marku pamiętasz te czasy?
[01:41:27] - Pamiętam.
[01:41:28] - Było jedno czasopismo, do którego jeszcze pewnie dojdziemy dalej, ale którego ja zawsze zazdrościłem i chciałem mieć. Wiecie, o co mi chodzi? Mi chodzi o to, że wówczas, kiedy byliśmy dziećmi, to był niesamowity głód na komiksy. Ja pamiętam, że wszędzie się tych komiksów chciało zobaczyć i się te komiksy zbierało. Te serie, Kapitana Żbika, o których Marku kiedyś mówiłeś u siebie na kanale. Natomiast po tym, jak opowiedziałeś Piotrek o tym, że był zalew tych innych komiksów, to mi to kompletnie zbrzydło. Bo tutaj miałeś te Tytusy, miałeś te Kapitan Żbiki, różne inne, których była pewna ograniczona ilość. Chciałeś to mieć wszystko. A te komiksy amerykańskie były już hurtowo wyrzucane. Ale pamiętam, że za moich czasów była sytuacja, że jak chodziłeś do szkoły podstawowej i w piątej klasie zaczynał się język rosyjski, to musiałeś tam albo Radugę brać, prenumerować, albo Wiesiołe kartinki, prawda?
Wiesiołe kartinki, które miały dużo elementów ufologicznych, tak na marginesie, jeszcze do tego pewnie sobie dojdziemy. Ale ja pamiętam, że ja strasznie mojemu bratu zazdrościłem, pomimo faktu, że to było czasopismo po rosyjsku. Bo to było takie pismo komiksowe. I to było czasopismo, gdzie człowiek sobie też oglądał ten kompletnie inny świat, prawda? Bo tam były roboty, bo tam były jakieś tam UFO, bo tam był inny kompletnie świat. Poza tym to było w innym języku zresztą, tak na marginesie. Także na to też człowiek patrzył przez pryzmat tego. Więc u mnie na pewno kultowy Świat Młodych, na pewno Świerszczyk i na pewno Miś jako dziecko. Dla mnie był akurat Miś bardzo fajny jako dziecko. Ja bardzo lubiłem to.
Później były te Wiesiołe kartinki, gdzie był obowiązek. Zresztą później mi w szkole to kazano. Oczywiście każdy dostał adres jakiejś dziewczyny albo jakiegoś człowieczka z ZSRR i był obowiązek pisania listów i raz w miesiącu trzeba było się na rosyjskim dzielić, o czym ty tam pisałeś z tą osobą. Ja jakąś dziewczynę dostałem z Krymu, pamiętam i musiałem tam pisać. Ale najciekawsze było dla mnie to, że ja najbardziej czekałem na te koperty z ZSRR, bo one były takie fajne, kolorowe. Nie to jak nasze, takie białe, czyste, no nie?
[01:43:39] - A jeżeli chodzi o Świat Młodych, to co ci najbardziej utkwiło w pamięci, jeżeli chodzi o to czasopismo?
[01:43:45] - Wiesz co? Świat Młody to była kultowa gazeta. On miał swój urok. Dlaczego? Dlatego, że w mojej ocenie, jeśli chodzi o Świat Młodych, to Świat Młody to nie była tylko gazeta, powiem ci uczciwie. Świat Młodych tak naprawdę to było więcej niż gazeta, bo dla pokoleń, które były wychowywane w PRL-u, Świat Młodych był czymś więcej niż tylko pismem młodzieżowym. To był taki, powiedziałbym, społeczny rytuał, platforma inicjacji kulturowej i takie okno na świat, bo miałeś tam chyba we wtorek, w czwartek i w sobotę, bo miałeś jeden niebieski, czy w poniedziałek? Nie pamiętam, jak to tam było.
[01:44:23] - Wtorek, czwartek, sobota. Niebieski we wtorek, w czwartek zielony, a w sobotę czerwony.
[01:44:30] - Jasne, ale to był rytuał, bo o co chodziło z tym Światem Młodych? Chodziło przede wszystkim o coś takiego, że tam były właśnie te komiksy. Ostatnia strona była z komiksami. Ten Świat Młody w mojej ocenie pełnił funkcję Facebooka, YouTube czy w ogóle wszystkiego w jednym. Tam działały społeczności offline, bo tam ludzie do Świata Młodych pisali listy, tam tworzyły się kluby różne. Wiecie co? Ja wam tak powiem, ja się długo zastanawiałem nad czymś takim, jeśli chodzi o Świat Młodych, dlaczego on miał taki... Co mogłoby dzisiaj zastąpić Świat Młodych? Wiecie co? Ja tak sobie pomyślałem, dlatego że mówię, to był rytuał.
Tam były komiksy, tam były porady, tam były opisy z dalekiego świata, tam były kluby, tam czytelnicy pisali. To była rzeczywistość. To było coś takiego, jak w bloku ktoś w suszarni zrobił klub, gdzie się spotykały dzieciaki z całego bloku, no nie? Zastanawiałem się na temat tego fenomenu Świata Młodych i zadałem sobie kiedyś pytanie, co dzisiaj trzeba by zrobić, żeby podobnie to zainteresowało? I wiecie co? Tak sobie pomyślałem właśnie, że gdyby istniał kanał YouTube'owy o grach, komiksach, o ciekawostkach, o różnych rzeczach, gdzie ciągle byłoby coś innego. Na przykład u mnie na kanale jest ta sytuacja, że niektórzy mówią, że to jest bardzo dużo pomieszane, bardzo dużo różnych rzeczy, spraw. Ale być może właśnie ten mój kanał wygląda trochę jak Świat Młodych, bo tam są różne ciekawostki z różnych rzeczy. I dlatego mówię, Świat Młodych w mojej ocenie był po prostu kultowym czasopismem.
[01:46:08] - Myśmy o Świecie Młodych zrobili kiedyś audycję. Marek tam sporo na ten temat nawijał. Nie wiem, czy chcesz pociągnąć jeszcze temat Świata Młodych oraz skomentować to, co Artur powiedział, czy może przypomnieć jakieś mniej znane czasopismo, które ci utkwiło w głowie?
[01:46:25] - Ono pewno nie jest tak mniej znane. Myślę, że rzeczywiście o Świecie Młodych to zapraszam wszystkich słuchaczy do osobnego odcinka, gdzie o Świecie Młodych, o samochodach, o klubie kosmicznym Tomik i tak dalej, sporo się naopowiadałem. Natomiast ja dzisiaj chciałbym przypomnieć, opowiedzieć o czasopiśmie, które interesowało mnie średnio jako czasopismo, natomiast pewna jego zawartość była dla mnie mocno pożądana, kultowa i w ogóle byłem gotowy prawie zabić, gdybym kolejnego numeru nie otrzymał. Tym czasopismem był Młody Technik. Ja już wtedy miałem kompletny odpał na punkcie science fiction, a w Młodym Techniku od drugiej połowy lat 50. ukazywały się opowiadania science fiction. Tam z takich bardziej znanych, chociażby z tego kanału postaci debiutował chociażby Wiktor Żwikiewicz, ale właściwie debiutowała cała wierchuszka ludzi, którzy później fantastyką naukową zajęli się na poważnie. Ja to dosyć szybko wyczułem. Dlaczego? Bo znowu się podzielę rodzinną historią.
Mama jako kolejna osoba obciążona dziedzicznie byciem nauczycielem, poza tym, że uczyła, to pracowała w szkolnej bibliotece w technikum. I tam te Młode Techniki były. I ja te Młode Techniki gdzieś w trzeciej, czwartej klasie szkoły podstawowej, to zupełnie nie było pismo dla mnie, nie ten poziom, nie ten wiek, ale opowiadania zoczyłem. Niektóre były fajne dla mnie wtedy, tego bardzo młodego człowieka, drugie były mniej fajne, bo ich po prostu, przypuszczam, nie rozumiałem albo kompletnie nie rozumiałem. Niemniej ten sentyment pozostał. Ja dużo później śledziłem, jak to się wszystko stało. Otóż to było pismo, mówię o Młodym Techniku, i to, że w tym piśmie pojawiła się fantastyka naukowa, to była zasługa jednego człowieka, redaktora naczelnego, pana Przyrowskiego, który w dodatku bardzo tym młodym pisarzom kibicował. Odwołam się do wspomnień Wiktora Żwikiewicza, ale ja je później potwierdziłem u kilku innych pisarzy science fiction. Otóż pan Przyrowski stosował jedną zasadę. Przypominam, że wtedy coś takiego jak internet nawet w planach nie było, przynajmniej na początku funkcjonowania.
Więc młody człowiek wysyłał swoje opowiadanie najlepsze na świecie, najbardziej wyczekane, najbardziej dopieszczone, wspaniałe, wysyłał do Młodego Technika. Cisza, cisza, cisza. Przychodził list podpisany przez redaktora naczelnego pana Przyrowskiego, który pisał, jakżeż dobre jest to opowiadanie. Obojętnie, czy ono było dobre, czy nie, to ono zawsze było jakżeż dobre. Ale
[01:49:42] - Ale było znaczące, bo później pojawiała się lista rzeczy, które można by w tym opowiadaniu jednak zmienić, dopracować, doszlifować, dopisać, wyrzucić i tak dalej. Młody człowiek super siadał, poprawiał, wysyłał i gdzieś po miesiącu przychodził kolejny list, że już jest lepiej. Właściwie super, ale... I czasami ta korespondencja trwała rok i dłużej. Były dwa wyjścia: albo młody człowiek się zniechęcił, albo młody człowiek słuchał tego, co mu Przyroski pisał i wcześniej bądź później dochodziło do debiutu. Tak debiutował ze swoim opowiadaniem chociażby Wiktor Żwikiewicz wspominany już dzisiaj. To była szkoła dla przyszłych pisarzy, a w każdym razie pisarzy science fiction. Naprawdę bardzo wiele osób stamtąd się wywodzi. I jakoś tak równolegle podążałem. Ja rzeczywiście te opowiadania miesiąc w miesiąc sczytywałem z „Młodego Technika”.
To były polskie opowiadania. Co więcej, wiecie państwo, w jednym z numerów „Młodego Technika” ukazało się opowiadanie, które właściwie mówiło o życiu po śmierci. Oczywiście w aspekcie bardzo naukowym, ale jednak o życiu po śmierci. Jakżeż to przeszło przez cenzurę PRL-owską, to sam się dziwię. Niemniej było takie opowiadanie. Ja na początku nie mogłem uwierzyć. Nie dlatego, że byłem jakimś wybitnym opozycjonistą, ponieważ byłem gówniarzem, tylko wiedziałem, że ta władza nie patrzy na takie treści specjalnie przychylnie. A jednak coś takiego się pokazało. To już pewnie magia redaktora Przyroskiego zdziałała i to mi zostało. Ja tego „Młodego Technika” bardzo długo śledziłem, bardzo długo czytałem.
W pewnym momencie opowiadania w „Młodym Techniku” się skończyły. Warto powiedzieć, że teraz w „Młodym Techniku” ta sekcja z opowiadaniami została reaktywowana. Tam się opowiadania ukazują. Tu się od razu pochwalę, że w najbliższych miesiącach, bodajże w czerwcu 2025 roku, a może w lipcu, tego jeszcze dokładnie nie wiem, pokaże się tam też moje opowiadanie, z którego jestem bardzo dumny, bo rzeczywiście trochę mnie krwi i potu kosztowało, bo trzeba się zmieścić w określonej objętości. To czasami bywa trudne, ale w gruncie rzeczy po raz kolejny przekonałem się, że to bywa twórcze, bo nie opowiada się wtedy, nie bredzi się tego, co tam ślina, czy też coś tam to pióro przyniesie, czy może na klawiaturę. Tylko trzeba wykonywać, dysponować i trzeba się wykazać pewną dyscypliną. To w gruncie rzeczy później bardzo dobrze owocuje. Już się rozgadałem strasznie, wiem, ale chociażby na chwilę muszę jeszcze o jednym czasopiśmie wspomnieć, bo to pismo już czytałem z wypiekami na twarzy i tam też były opowiadania fantastycznonaukowe. Już nie tylko polskie, a właściwie polskich było mniej. Były opowiadania z całego świata i to wybitnych pisarzy.
To było pismo „Problemy”. Ja je zacząłem czytać około '80 roku, ale później w szkole znalazłem całe archiwum, więc wiecie państwo, wyczytałem wszystko, co w tym archiwum było dostępne. Pismo „Problemy” wydawane tak dosyć, jakby to delikatnie powiedzieć, dosyć oszczędnie. To była biała okładka, jakiś tam napis na początku tylko czarny, ale tematyka naukowa bardzo ciekawa. Tam były naprawdę ciekawe artykuły. I oczywiście ta nagroda, kolorowe stronice. One najpierw były żółte, później były niebieskie, różowe, w różnych kolorach, ale to oznaczało jedno. Tam były opowiadania science fiction, głównie anglosaskie, ale zdarzały się też japońskie. Naprawdę rozpiętość, jeśli chodzi o kraje, była bardzo duża. To były te opowiadania, które tak mocno mnie przyciągały.
[01:54:02] - Arturze, wspomniałeś tutaj o czasopiśmie „Wesołye Kartinki” i trzeba powiedzieć, że to było dość znamienne dla kultury rosyjskiej czasopismo. Tam publikowali znani artyści. To było też czasopismo o dużej wartości edukacyjnej, bo to było czasopismo, które, jak czytamy, nomen omen uczyło jak czytać. Ale to nawet jeżeli ktoś tego nie kojarzy za bardzo, to może kojarzyć pewne postaci. Na przykład Karandasz, czyli taki jakby główny bohater tego czasopisma, najbardziej rozpoznawalny. Mnie utkwiło w głowie to, że tam był gość, który się nazywał tak trochę nieprzyzwoicie Górwinek. Był też z tego, co czytam tutaj, Robot Samodiełkin, był też Krokodyl jeszcze. Co cię tam jeszcze przyciągało do tego czasopisma?
[01:55:05] - Ja powiem jedną rzecz. Tutaj się szybko odniosę do tego, co Marek powiedział do „Młodego Technika”. Ja w ogóle w pewnym okresie życia bardzo się pasjonowałem tym czasopismem „Młody Technik”, ale nie wiem, czy wiecie w ogóle o tym. Chodzi mi o innego „Młodego Technika”, nie tego naszego polskiego, ale ogólnie jakbyście sobie pogrzebali, to się okazało, że w Kioskach Ruchu również, pewnie kiedyś o tym porozmawiamy też, można było znaleźć rosyjskiego, radziecki odpowiednik właśnie „Młodego Technika”. Dzisiaj jak ktoś by sobie gdzieś tam na Allegro chciał tego radzieckiego „Młodego Technika” poszukać tam, gdzie było dużo artykułów radzieckich właśnie o wynalazkach, o kosmosie, o elektronice, to dzisiaj te egzemplarze tego radzieckiego „Młodego Technika” są w ogóle białymi krukami. Ale przejdźmy sobie do naszych „Wesołych Kartinek”. Tak jak wspomniałem, w piątej klasie, jeżeli ktoś był w podstawówce, to miał obowiązek prenumerowania tych „Wesołych Kartinek”, a pamiętam, że siódma i ósma klasa miały „Kraj Rad”.
[01:56:02] - I musiały Kraje Rad. Ten Kraje Rad to w ogóle miał niesamowity papier, taki śliski. Myśmy go brali, kupowali, żeby sobie zeszyty obkładać tym papierem ogólnie, bo nie było okładek wtedy. Ale co mnie przyciągało do Wesiołych Kartinek? Ja wam powiem coś takiego ogólnie, bo Wesiołe Kartinki były miesięcznikiem. One były wydawane chyba od 1956 roku i w latach 60., 70. w tych numerach i troszeczkę później to w Wesiołych Kartinkach było bardzo dużo różnych tematów poruszanych z kosmosem i z wyścigiem kosmicznym między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR. W ogóle Wesiołe Kartinki publikowały wtedy takie historie, ilustracje, które nawiązywały do tej eksploracji kosmosu, do tych spotkań z obcymi cywilizacjami, do naprawdę fantastycznych podróży międzyplanetarnych. Chociaż oczywiście nie były to jakieś takie bezpośrednie relacje z obserwacji UFO, to one mimo wszystko uważam, że wprowadzały tych młodych czytelników w ten świat fantastyki naukowej i w ten świat wyobrażeń o życiu pozaziemskim. Na przykład, co było ciekawego, tak jak powiedziałem, człowiek był głodny komiksów.
I tam w tym czasopiśmie Wesiołe Kartinki były właśnie komiksy o przygodach w kosmosie. Tam były historie, które przedstawiały bohaterów, tych, o których już wspomniałeś tutaj, którzy podróżowali na odległe planety. Oni spotykali się z różnymi dziwnymi istotami czy w ogóle rozwiązywali różne takie zagadki, które były związane z jakimiś nieznanymi technologiami. To też było ciekawe. Potem były bardzo ciekawe ilustracje fantastycznych pojazdów kosmicznych, bo te rysunki przedstawiały też takie dosyć wymyślne, bym powiedział, statki kosmiczne, które mogły przypominać jakieś takie popularne wyobrażenie UFO. No i w końcu, co było tam ciekawego też jeszcze w tych Wesiołych Kartinkach, były łamigłówki i gry o tematyce takiej kosmicznej, bo były zadania logiczne, gry planszowe. Oczywiście trzeba było się uczyć tego rosyjskiego, żeby to brać i czytać albo przejrzeć, prawda? Wesiołe Kartinki nie były jakimś takim czasopismem ufologicznym, ale poprzez te swoje treści one przyczyniały się do kształtowania tych wyobrażeń dzieci na temat kosmosu, na temat możliwości. Zresztą jak Gagarin poleciał w kosmos, to wszystko huczało. Przecież Świat Młodych huczał.
Przecież Wesiołe Kartinki ogólnie huczały, prawda? Ja myślę, że było to ciekawe. Potem oczywiście już w szkołach odeszli od tego, żeby to czasopismo prenumerować, ale pamiętam, że był taki dosyć duży okres czasu, że to ja bym powiedział nawet, że te Wesiołe Kartinki były takim radzieckim odpowiednikiem Świata Młodych w mojej ocenie, takim czasopismem kultowym. Tak jak powiedziałem, Świat Młodych to była kultura. I też zgodzę się z tobą, Marku, tak jak mówiłeś o tych opowiadaniach, które były tam w Świerszczyku czy w Płomyku, czy w Płomyczku, to człowiek czytał i czekał na następne, co będzie dalej. On czekał na ten następny numer. To było na tyle wciągające, tak samo jak i w przypadku, załóżmy, Świata Młodych. To też było czasopismo kultowe i człowiek też tam czekał. To były czasopisma, które potrafiły wciągać naprawdę. I to jest coś po prostu pięknego.
Ja powiem szczerze, że Świat Młodych dla mnie to był jak narkotyk, tak to powiedzmy szczerze. Wesiołe Kartinki może mniej, dlatego że mówię, to było po rosyjsku, więc to troszeczkę inna rzeczywistość, ale mówię, to w mojej ocenie był taki radziecki odpowiednik Świata Młodych.
[01:59:46] - Tak, chociaż chyba skierowany do młodszego czytelnika. Marku, czy ciebie też zmuszali do czytania sowieckiej prasy?
[01:59:58] - Tak, zmuszali, zmuszali. Ja to w ogóle byłem pokręcony, ponieważ Wesiołe Kartinki i później w liceum czytało się Murziłka, Murziłki. Chyba Murziłki. Tak, ja te pisma bojkotowałem. To znaczy musiałem wykupić prenumeratę i to ją wykupiłem. Później co miesiąc to przychodziło. Co więcej, nauczyciele się czepiali i kazali później po rosyjsku referować, co tam ciekawego przeczytałem. To było pewne utrudnienie, ale konsekwentnie bojkotowałem. Byłem gotowy, żeby mi kolega opowiedział, co tam w trawie piszczy w tym czasopiśmie i ja później jakoś po rosyjsku streszczałem, co tam nie przeczytałem. Ale było jedno pismo i Artur już o nim wspominał.
To pismo nazywało się, zazdrościłem moim kolegom z technikum, bo tam było takie czasopismo Technika Mladioży. To właśnie to czasopismo, w którym to był czad po prostu. Tam poziom ilustracji, poziom ciekawostek z kosmosu i nie tylko był niesamowity. Ale tam było jeszcze coś. Na tyle mnie już państwo poznali, że wiecie, tam było coś, czego nie mogłem przegapić. Tam były opowiadania, a właściwie powieści science fiction, bo kiedy mój kolega tak samo bojkotował tę Technikę Mladioży, jak ja bojkotowałem Murziłki, ale ja zauważyłem, że w tej Technice Mladioży, kiedy on sobie tam chadzał do pierwszej klasy liceum, nie, to technikum, tam właśnie rozpoczęto druk opowieści, powieści Artura C. Clarka „Fontanny raju”. No proszę państwa, wtedy wydawało mi się, że nie ma szans, żeby to się ukazało w Polsce w miarę szybko. W związku z tym dokonywałem interesów życia. To znaczy ja to ruskie pismo
[02:02:05] - Za ciężką kasę, jak na nastolatka, od swojego kolegi kupiłem, a właściwie z miesiąca na miesiąc kupowałem, bo on się też musiał rozliczyć ze znajomości przed swoją rusycystką, ale jak już się rozliczył, to bardzo chętnie mi to opylał, a ja bardzo chętnie to kupowałem. Czytanie Clarka po rosyjsku na początku szło mi dosyć opornie, ale ta historia o windzie kosmicznej, bo o tym są „Fontanny raju”, tak mnie wciągnęła, że sam nie wiem kiedy moja znajomość języka rosyjskiego mocno się podkręciła. Co nawet zauważyła moja rusycystka, która była obsesjonatką, jeśli chodzi o akcent. Nie dość, że trzeba było mówić po rosyjsku, to trzeba było mówić z akcentem, co nie było łatwe, a ona w dodatku była taką piłą, która wróciła stosunkowo niedawno ze Wschodu. Była tam na stypendium czy czymś takim. W każdym razie siedziała w tym kraju rad dosyć długo i ten akcent był czymś takim, co doprowadzał ludzi z mojej klasy prawie do płaczu, bo człowiek myślał, że już mówi po rosyjsku, a okazywało się, że nie ten akcent. Siadaj pała. Pamiętam, kiedyś to naprawdę była walka o ogień, a w każdym razie o życie w pierwszej klasie, kiedy od przeczytania z odpowiednim akcentem odpowiedniej czytanki zależało to, czy się pożegluje dalej, czy nie. Ale to są wspomnienia kombatanckie. Natomiast rzeczywiście, jeśli chodzi o rosyjską prasę, to ja głównie poza bojkotem tytułów, które wymieniłem, jednak „Technikę Młodzieży” bardzo poważałem.
Później na studiach trafiłem na kolejne pismo, które nie tyle musieliśmy już prenumerować, bo już tak źle nie było, ale musieliśmy się zapoznawać w czytelni czasopism. To był „Sputnik”. Tam były artykuły o całym świecie. To miało pełnić taką rolę przeglądowego pisma o całym świecie. Tam się dowiedziałem, jacy źli są amerykańscy lekarze, bo na przykład nad głowami ludzi nieuleczalnie chorych w szpitalach wieszają jakieś tajne znaki, jakieś kokardki czy coś takiego, które mają oznaczać, żeby specjalnie o tych pacjentów nie walczyć. I jacy są podli ci amerykańscy lekarze. To jeden z artykułów, który musiałem przygotować na jedną z sesji zaliczeniowych z języka rosyjskiego, z lektoratu, ale się później wycwaniłem, bo stwierdziłem, że czytanie tego czasopisma było mocno nacechowane politycznie jednak. To jednak chyba mi się nie chce i zacząłem po prostu czytać na te zaliczenia opowiadania fantastycznonaukowe rosyjskie i jakoś mi te zaliczenia wychodziły lepiej. To tyle, jeśli chodzi o mój kontakt z radziecką prasą.
[02:05:26] - Powiem ci, ta pani, twoja rusycystka, co wróciła ze Wschodu i tak piłowała ten akcent, to ona dzisiaj jakby się IPN dowiedział, to rentę by zabrali na pewno. O ile jeszcze jest wśród nas. Ale panowie, na przykład ja pamiętam, że u mnie rosyjskiego w szkole w ogóle nie było. Te różne języki, których się uczyłem. Natomiast miał ten proces ten minus, że u nas nie było prasy. Były same podręczniki przez wszystkie lata szkolne, przez wszystkich nauczycieli. Nigdy, prawie przenigdy nie zetknąłem się z gazetami, z czasopismami, a potem dopiero się zorientowałem, jak to ułatwia naukę. Bo jeżeli się czymś interesujesz i chcesz poznać treść, to szybciej to przyswoisz niż jakiś kolejny banalny, nudny tekst z podręcznika. Także to miało takie dwie strony, myślę. Ale dobrze, ostatnie pytanie.
[02:06:22] - Coś jeszcze chcę powiedzieć, bo to były czasy jednak pokręcone i muszę powiedzieć tak, że w '81 roku, czyli jak było w Polsce tak, jak było, to ja wtedy, zawsze byłem człowiekiem pokręconym, czytywałem „Prawdę” prosto z Moskwy. Ona przychodziła, była nawet do dostania w kioskach. Dlaczego czytałem „Prawdę”? Żeby się trochę pooburzać, tak wstrząsnąć samym sobą. Bo to, co wypisywała w '81 roku „Prawda” na temat Polski, to były kurioza. Ja szukam dobrego przykładu. Można było odnieść wrażenie, gdyby człowiek żył tylko i wyłącznie z informacji przekazywanych przez gazetę „Prawda”, że tutaj jest Sodoma i Gomora w tej Polsce, że tu nic nie działa. Sami jacyś odwetowcy, kapitaliści, reakcja i tak dalej. Bzdury, które wypisywała „Prawda” w pełnym majestacie wielkiego czasopisma rosyjskiego, radzieckiego nawet. To było coś niesamowitego i ja kupowałem tę „Prawdę”.
Wstydziłem się bardzo, bo te kioskarki tak patrzyły. Młody idiota. Ale trudno. Sprzedawały, bo to w końcu był legalny towar. I ja później tak siadałem i czytałem po rosyjsku, co ci wypisują. I później odpowiednio się wzburzałem i już byłem taki mocno nakręcony. Już wiedziałem, dlaczego ja tego systemu nie trawię, a w każdym razie nie trawię go w stopniu mocno zaawansowanym.
[02:08:16] - My może o tej Prawdzie to kiedyś porozmawiamy, dlatego że to jest bardzo szeroki temat. Ja pamiętam, że też miałem kontakt i z Prawdą i z Komsomolską Prawdą. Zresztą obie wychodzą do dzisiaj. Komsomolska Prawda jest bardzo popularnym portalem. Natomiast to, co robi albo robiła Pravda.ru, taki portal, drodzy państwo, czego tam nie było, ale to nie dzisiaj, bo już zmierzamy do końca. Słuchajcie Arturze, czy dzisiejsza młodzież jest w stanie zrozumieć fenomen Misia, Świata Młodych? Młodzież Misia to raczej nie, ale czy dzisiejsze dzieci, czy twoje dzieci sięgnęłyby po Misia? Czy myślisz, że sięgnęłyby po Świat Młodych w przyszłości? Czy to raczej już jest wszystko przeszłość i ich pokolenie to jest Internet i smartfony, które postawiły wszystko na głowie?
[02:09:04] - To znaczy, wiesz co, ja powiem ci coś takiego, że ogólnie to -- a tak na marginesie Prawdę to ja kojarzę z tym, że na stronie głównej tam był Order Lenina, także to pamiętam.
[02:09:17] - Tam było dużo odznaczeń, bo to bardzo zasłużone czasopismo, bardzo zasłużona gazeta była, więc tych orderów tam, jak to w Związku Radzieckim, przeciętny generał miał pancerz z medali, więc i Prawda miała ich sporo.
[02:09:31] - Ja powiem tak: czy współczesna młodzież mogłaby w ogóle zrozumieć fenomen Świata Młodych? Wydaje mi się, że tak, ale nie przez pryzmat samego papierowego medium, ale poprzez tą strukturę uczestnictwa w czymś takim. Bo wiesz, po pierwsze jest coś takiego, że w mojej ocenie medium się zmieniło. Dzisiaj są smartfony, jakieś TikToki, Discordy, Instagramy. Co więcej, dzisiejszy świat jest bardzo powierzchowny, bardzo szybki. Ty kiedyś kupowałeś ten komiks, kupowałeś tą gazetę, przeglądałeś ją 10 razy, 5 razy, czytałeś, pożyczałeś koledze. Tyle razy, ile czytałeś, to przyswajałeś. Dzisiejsza jest tendencja do szybkości i powierzchowności, bo w Internecie dominują bardzo powierzchowne tematy i trudno jest o coś konkretnego i rzetelnego tak naprawdę. I co więcej, powiem szczerze, że w mojej ocenie to model komunikacji się odwrócił, bo dzisiaj młodzi nie czekają na kolejne wydania gazety, tylko oni natychmiast konsumują i natychmiast tworzą coś nowego. Wydaje mi się, że dla dzisiejszego społeczeństwa, dla dzisiejszych młodych ludzi Świat Młodych byłby raczej taką egzotyczną pamiątką po innej epoce, ale niekoniecznie czymś niezrozumiałym.
Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że mogłoby to wywołać pewną nostalgię z tym światem wolniejszym, z tym światem bardziej materialnym i bardziej wspólnotowym, bo dzisiejszy świat jest bardzo rozbiegany, bardzo chaotyczny, bardzo szybki i bardzo dużo jest po prostu... To jest świat fejku, powiedzmy szczerze. Wtedy też był oczywiście świat fejku. Wtedy też była Prawda, wtedy też była Trybuna Ludu. Sputnik to jest w ogóle propagandowa gazeta. Jedynym pozytywem Sputnika było to, że było to czasopismo bardzo kolorowe i dlatego ono przyciągało ogólnie. Ale wtedy przynajmniej człowiek wiedział, że istnieje pewna grupa, która kłamie. Dziś dużo bardziej jest to zawoalowane, tak bym to powiedział. Albo ludzie są zbyt naiwni. Ale wydaje mi się, że Świat Młodych dla kolekcjonerów na pewno by trafił, a dla dzisiejszych młodych trzeba by zadać pytanie, czy w ogóle...
Kiedyś to się szło do kiosku, bo się mówiło: „Pójdę kupić gazetę, zobaczę, co nowego się dzieje”. A dzisiaj ktoś by szedł kupić gazetę do kiosku, bo taką gazetę zbiera na przykład, tak?
[02:12:17] - Tak jest. Marku?
[02:12:19] - Coś w tym jest, o czym mówił Artur, że świat się zmienił. Ja jestem oczywiście przywiązany do tego starego świata. Też staram się i myślę, że mi całkiem nieźle wychodzi, tak zaglądać przynajmniej do nowego świata. Co więcej, korzystać z jego osiągnięć. Nie mam takiego przekonania, wielu ludzi, powiedzmy nawet w moim wieku, ma takie przekonania, że kiedyś to było lepiej, a teraz to jest tylko Sodoma i Gomora i źle jest i strasznie i w ogóle. Aż tak chyba nie. To prawda. Dzisiejszy świat bywa powierzchowny. Z tymi narzędziami, które w tej chwili są do dyspozycji młodych ludzi, ale przecież i starszych, jest tak, że jak z tym nożem — nóż może posłużyć do posmarowania chleba albo do zadźgania kogoś tam. To zależy, jak użyjemy narzędzia.
I myślę, że to, co zostało stworzone, te możliwości, które zostały stworzone, one naprawdę dają niesamowity potencjał. Ale słowo potencjał ma w sobie zaszyte najważniejszą rzecz — czy skorzystamy z tego potencjału, czy potrafimy z niego skorzystać. I to jest, myślę, najważniejszy problem, który się pojawia. Bo bardzo wielu ludzi, i to niekoniecznie młodych wcale, z tego potencjału korzystać nie potrafi. Nie potrafi odnaleźć określonych źródeł w Internecie, nie potrafi odnaleźć określonych informacji w Internecie. Co więcej, nie potrafi, nie wyobraża sobie, nie potrafi przeskoczyć tej bariery językowej, która dzisiaj stała się naprawdę bardzo ulotna, kiedy pewne rzeczy są tłumaczone na bieżąco chociażby. Nawet z tego niektórym nie chce się korzystać. I to mnie zadziwia. Natomiast świat, który został
[02:14:22] - Stworzony, tworzy się na naszych oczach. On jest frapujący. Słowo frapujący to jest taki wytrych, który z jednej strony mówi: „Zastanówmy się, jak jest”. Ale też mówi, że może być fajnie. To kwestia tego właśnie, i tu powtórzę, jak to wszystko wykorzystamy. Myślę, że nie ma co dzisiaj młodym ludziom wmawiać, że kiedyś było fajnie, bo był „Świat Młodych” albo jakieś inne czasopisma, a teraz już jest niefajnie, bo ich nie ma albo są inne. Każdy czas ma swoją specyfikę i myślę, że to bardzo dobrze, że tak jest. Szkoda natomiast, że ten potencjał, to powtórzę po raz kolejny, bywa niewykorzystany. Jeśli coś mnie martwi we współczesnym świecie, to to, że niemal wszystko jest w zasięgu naszych rąk, a bardzo wielu ludzi nie potrafi z tego korzystać. I taka smutna refleksja zupełnie na koniec, że ja też jestem człowiekiem, który czuje się w jakiś sposób naznaczony to złe słowo.
Czuje się w jakiś sposób dziwny, bo przeglądam bardzo często internet i z mojego pokolenia osób, które odnajduję w internecie, moich znajomych, ludzi, z którymi chodziłem do szkoły podstawowej, średniej czy na studia. Tych ludzi mogę policzyć na palcach obu rąk. Może bym jeszcze musiał nogę dodać, ale to jedną tylko. Naprawdę niewiele. A tych ludzi w końcu była cała masa. Czyli dochodzę do wniosku, że moje pokolenie po prostu zrezygnowało dobrowolnie z tego, co jest w zasięgu naszych rąk. I oczywiście dobrym, bardzo łatwym, prostym wytłumaczeniem jest to: teraz ta kultura, te środki przekazu to głupie jest i powierzchowne. Zależy gdzie spojrzeć. I takie samozaoranie, czyli samorezygnacja z tych możliwości wydaje mi się dziwna. Albo ja jestem ciągle jeszcze zdziecinniały, chociaż już wiek jakiś tam mam.
Ciągle jeszcze jestem dzieckiem, które cały czas szuka nowych zabawek i nowych możliwości docierania chociażby do informacji. A w moich rówieśnikach tego nie ma, przynajmniej w dużej części. Czasami mi się nie chce w to wierzyć. Przecież to wszystko było tak niedawno, kiedy byliśmy młodzi, właściwie spragnieni świata i spragnieni informacji o tym świecie. I co? I to nagle wszystko w tych ludziach zamarło? To jest moja refleksja z tych wspominkowych, dzisiejszych pogwarek, które tutaj na antenie czynimy, że kiedyś było przecież tak ciekawie. Te rzeczy, o których dzisiaj rozmawialiśmy, te czasopisma, one niosły ze sobą naprawdę ogrom kultury, ogrom informacji i tak dalej. Czyli było zapotrzebowanie. A co?
A teraz nie ma? Jakoś nie mieści mi się to w głowie. Zapraszam teraz na państwa ulubiony cykl. Tak przynajmniej wnioskuję z korespondencji, którą od czasu do czasu dostaję. Ten cykl cieszy się niesłabnącym powodzeniem, a wszystkich zainteresowanych odsyłam. Wystarczy, że wpiszecie państwo w wyszukiwarce youtubowej „Bez tajemnic” i dodacie słówko „spirytyzm” i kanał państwu się pojawi przed oczyma. Tam jest naprawdę sporo treści takich, które zwolenników, a w każdym razie ludzi zafascynowanych spirytyzmem są w stanie ciągnąć, przyciągnąć i już nie puścić. A my dzisiaj posłuchamy o tym, czym nie jest spirytyzm.
[02:18:40] - Wykłady spirytystyczne. Czym nie jest spirytyzm? Wykład wygłoszony w czasie Pierwszego Polskiego Kongresu Spirytystycznego. Charles Kemp: Serdecznie dziękuję za Wasze zaproszenie i za to, że mogę tu być dziś z Wami. Jest to dla mnie ogromna radość, a zarazem możliwość, by przekazać wiedzę o filozofii spirytystycznej. Jako że głównym celem spirytyzmu jest uczynienie ludzi lepszymi, mam nadzieję, że te informacje przydadzą się Wam i pomogą znaleźć szczęście w życiu. Konrad Jerzak, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych, poprosił mnie, bym opowiedział dziś o tym, czym nie jest spirytyzm. Zazwyczaj pytamy na odwrót: czym jest spirytyzm? Niemniej uznałem to za ciekawe wyzwanie, gdyż zmusza do zadawania wielu pytań, zwłaszcza tych najbardziej aktualnych. Spirytyzm w społeczeństwie europejskim jest bardzo słabo znany.
Istnieje wiele błędnych, fałszywych koncepcji na temat jego istoty. Być może więc ten wykład pozwoli nam przeanalizować lepiej tę kwestię i znaleźć właściwe odpowiedzi. Mamy przed sobą mały fragment pochodzący z Pierwszego Listu świętego Pawła do Koryntian, który głosi: „Jeśli trąba brzmi niepewnie, któż będzie się przygotowywał do bitwy?” Można go zinterpretować w taki sposób, że należy mówić o spirytyzmie, wykorzystując same jego podstawy i nawiązywać przede wszystkim do Alana Kardeca i książek, które nazywamy kodyfikacją spirytystyczną, dzięki czemu unikniemy zamieszania i nieporozumień. Jestem bardzo szczęśliwy, że niemal wszystkie te dzieła są już przełożone na język polski. Trzeba jednak na wstępie zrozumieć, że ponieważ spirytyzm odwołuje się do nauki, uczy, ale niczego nie narzuca. W tych książkach cała filozofia spirytystyczna jest napisana czarno na białym. Nie ma w spirytyzmie żadnych sekretów, inicjacji. Wszystko napisane zostało w prosty sposób. Każda osoba, niezależnie od pochodzenia społecznego, jeśli tylko ma taką wolę, może zrozumieć podstawy tej filozofii. Działam we Francuskiej Radzie Spirytystycznej, a także w Międzynarodowej Radzie Spirytystycznej.
W związku z tym chciałbym, abyśmy rozpoczęli od pierwszej cechy charakterystycznej ruchu spirytystycznego, od sposobu, w jaki jest zorganizowany. Kiedy spojrzymy na tradycyjne religie, przedsiębiorstwa lub rządy danego kraju, zauważymy, że te organizacje mają strukturę pionową, gdzie jest przewodniczący, który kieruje, rządzi i mówi ludziom znajdującym się pod nim, co mają robić. Spirytyzm jest inny, gdyż jak wspomniałem, niczego nie narzuca, lecz uczy. Jedynie proponuje pewne treści. Dlatego też ruch spirytystyczny funkcjonuje w ramach organizacji poziomej. Wzorem takiego podejścia jest przykład podany przez Jezusa, który w Ewangelii według świętego Mateusza mówi: „Niech ten, który chce być między wami największy, stanie się waszym sługą”. Jezus używa tu określenia, które pokazuje, jak można stać się naturalnym liderem. Jest to idea aktualna i dziś, 2000 lat po wypowiedzeniu tych słów. To podejście pozwoliło Jezusowi ukazać cechy naturalnego lidera i zdobyć uznanie innych. On niczego nie narzucił ludziom.
Przybył jedynie, żeby przekazać im wiedzę. W tamtej epoce wykorzystywał przypowieści i mówił w taki sposób, by ówcześni ludzie byli w stanie go zrozumieć. W ruchu spirytystycznym, zarówno w międzynarodowym, jak i francuskim, staramy się podążać za tym przykładem. A zatem im wyżej jesteśmy w hierarchii, tym większy jest nasz obowiązek służenia i pomagania innym. Ilustruje to także inny przykład, który pokazuje, jak przedstawiają się różnice kulturowe obecne nawet w Europie. Jeśli trochę podróżowaliście i zwiedziliście różne kraje, zapewne zauważyliście, że w różnych kulturach ludzie nie myślą w taki sam sposób. Na przykład osoba pochodząca z krajów anglosaskich czy germańskich nie będzie myślała identycznie jak ludzie z krajów łacińskich. Znalazłem taki prosty obrazek, którego autorką jest artystka pochodzenia chińskiego, od 10 lat żyjąca w Niemczech. Na niebieskim tle zilustrowała podejście bardziej niemieckie, natomiast na czerwonym ukazała aspekty kulturowe Chińczyków. Widzimy, że po stronie tych drugich to, co mówi szef, nie jest poddawane dyskusji.
W Niemczech jest inaczej. Jeśli pracownik nie zgadza się z tym, co twierdzi przełożony, będzie mógł okazać swój sprzeciw. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale podejrzewam, że bardziej przypomina to sytuację ukazaną w kolorze niebieskim. Francuzi z kolei bardziej widzą się w kolorze czerwonym. To pokazuje, że w naszym społeczeństwie, jako że odrodzimy się w podobnych warunkach, z tymi samymi przekonaniami, na przykład w hierarchii pionowej, gdzie mamy na szczycie papieża, guru czy innego przywódcę, nie jest nam łatwo utworzyć organizację poziomą. Zachęcam Was do zapoznania się z tymi pracami, które można znaleźć także w Internecie. Zanim przejdę do wyjaśnienia, czym nie jest spirytyzm, zacznę od powiedzenia w kilku słowach, czym jest, ale nie będę o tym dużo mówił, ponieważ w Polsce wydano już książkę pod tytułem „Czym jest spirytyzm?", w której Allan Kardec dobrze to opisał. Zachęcam do jej przeczytania. Spirytyzm to nowe słowo, które stworzył Allan Kardec i umieścił w Księdze duchów. Określa ono filozofię zawartą w pięciu najważniejszych książkach Allana Kardeca, które zostały z czasem uzupełnione przez dzieła innych autorów, takich jak Léon Denis, Gabriel Delanne, Chico Xavier.
Dlaczego Kardec wymyślił słowo spirytyzm? Po to, by odróżnić nową teorię od spirytualizmu. Spirytualista to ktoś, kto wierzy, że w człowieku jest coś poza materią. Kto wierzy w istnienie duszy. Spirytysta idzie dalej, bo jest przekonany o możliwości nawiązania komunikacji między duszami i ludźmi. Spirytysta wierzy również w reinkarnację. Można powiedzieć, że spirytysta jest zawsze spirytualistą, ale nie na odwrót. Dlatego należało wymyślić nowe słowo, aby uzyskać jasność przekazu. To, co charakterystyczne w Księdze duchów, to fakt, że jej treść nie jest rezultatem osobistej koncepcji Allana Kardeca. Sama nazwa wskazuje, że nauki w niej zawarte pochodzą od duchów, które przekazały je za pośrednictwem rozmaitych mediów.
A zatem podstawy filozofii spirytystycznej zostały przekazane przez duchy, a nie zostały wymyślone przez Allana Kardeca. Otrzymywał on informacje od mediów z różnych miejsc i środowisk. Jego praca polegała jedynie na ich analizie, wyłuskaniu cech wspólnych i ułożeniu z nich treści książki. Dowodem na to jest sam fakt, że Allan Kardec przez dłuższy czas wahał się, czy uznać teorię reinkarnacji. Okazuje się, że dopiero po dłuższym czasie przekonał się do tej teorii ze względu na jej logikę i racjonalność. Sam jednak na początku w nią nie wierzył. Kardec zadał część pytań zawartych w tej książce, ale nie wszystkie, gdyż część z nich ułożyli także inni. Dodał niektóre uwagi od siebie. W książce zresztą bardzo łatwo odróżnić pytania i uwagi, które wyszły od Kardeca oraz innych spirytystów od pozostałych treści. Inną cechą charakterystyczną spirytyzmu jest to, że nie pojawił się on po to, aby uczyć nas jakichś nowych zasad moralnych.
Zasady moralne, których nauczają duchy, są dokładnie tożsame z tymi, które przekazał nam Jezus dwa tysiące lat temu. Można nawet pójść dalej i powiedzieć, że większość religii, jeśli przyjrzymy się ich podstawom, zgadzają się w tych najważniejszych punktach. Jest to więc krok w kierunku uniwersalnych zasad moralnych. To, co odróżnia religię, to kolor szat duchownych, zasady organizacji kultu, spotkań. Ale gdy przyjrzymy się temu bliżej, zrozumiemy, że są to wszystko rzeczy, które wprowadzili ludzie. Zauważcie, iż Jezus nigdy nie powiedział, że potrzebne są kościoły, że potrzebny jest papież, że księża nie mogą brać ślubu. Mam oczywiście duży szacunek do religii katolickiej, ale jednak uważam, że są to wszystko dogmaty, które dodali później ludzie. Kiedy jednak idzie o takie punkty jak unikanie przemocy, szacunek dla natury czy wychowanie dzieci, większość religii się tu zgadza. Sam mogłem zobaczyć to osobiście w 2000 roku, gdy ONZ organizowało światową konferencję na rzecz pokoju. Pracowano tam na dwóch dokumentach o charakterze religijnym, co do których większość obecnych tam przedstawicieli różnych wierzeń wypracowała jednolite stanowisko.
Spirytyzm nie przynosi tu więc niczego nowego. Rewolucją jest bardziej to, że tematy związane z duchowością są w nim studiowane w sposób metodyczny, z uwzględnieniem podejścia naukowego. Podczas gdy do około 1850 roku, czyli do czasów powstania spirytyzmu, wszystkie kwestie związane z duchem mieściły się wyłącznie w domenie religii, a nauka zajmowała się studiowaniem materii. Z historii wiemy o wszystkich nadużyciach władzy religijnej, zwłaszcza w średniowieczu, ale rozmaite przypadki zdarzały się aż do XVIII wieku. Potem jednak przeszliśmy od dominacji religii do absolutnej dominacji nauki. W czasach napoleońskich jeden z uczonych, astronom Laplace, przedstawiając koncepcję wyjaśniającą Układ Słoneczny, nadmienił, że nie potrzebuje do niej Boga. Pozytywistom, takim jak Auguste Comte, także wydawało się, że mogą wyjaśnić wszystko z wykorzystaniem wyłącznie wiedzy naukowej. Trzeba jednak powiedzieć, że oba te punkty widzenia są ważne. Religia i nauka patrzą na to samo, ale z innego miejsca. Tutaj pojawia się spirytyzm, który wykorzystuje obydwa spojrzenia.
Mówi się dlatego, że jest zarazem religią i nauką. Sam Allan Kardec w książce „Czym jest spirytyzm?” zdefiniował go jako naukę, która zajmuje się naturą, pochodzeniem i przeznaczeniem duchów oraz ich relacjami ze światem cielesnym. Sam Allan Kardec w książce „Czym jest spirytyzm?” zdefiniował go jako naukę, która zajmuje się naturą, pochodzeniem i przeznaczeniem duchów oraz ich relacjami ze światem cielesnym. Spirytyzm nie jest natomiast oficjalną materialistyczną nauką uznawaną przez akademię. Kardec w czasie swoich badań zjawisk mediumicznych, których ludzie doświadczają zresztą od niepamiętnych czasów, zastosował metodę, która dopiero sto lat później została uznana jako metoda naukowa uprawniona w epistemologii. Imre Lakatos i Thomas, dwaj specjaliści w zakresie metodologii naukowej, w swoim dziele napisali, w jaki sposób naukowcy powinni postępować i jaką metodę naukową zastosować. Jeden z badaczy z Uniwersytetu w Campinas zbadał i dokładnie porównał te dane z pracą Kardeca, z czego wynikło, że stosował on dokładnie tę metodologię już dawno wcześniej. Widzimy więc, że spirytysta to nie jest ktoś, kto buja w obłokach, lecz zachowuje zdrowy rozsądek i twardo stąpa po ziemi. W środowiskach ezoterycznych bywają tymczasem ludzie, którzy nie postępują zawsze racjonalnie. Każda praktyka spirytystyczna jest darmowa.
Zgodnie ze słowami Jezusa: „dawajcie darmo to, co darmo otrzymaliście”. Jest to jedna z rzeczy charakterystycznych dla spirytyzmu. Spirytysta nie chce sprzedawać tego, co duchy przekazują za darmo. Winię to rozdawać. Oczywiście grupy spirytystyczne muszą mieć stałe miejsce spotkań, którego utrzymanie kosztuje. Jak wiemy, spirytyści wydają książki, a to również wiąże się z wydatkami. Jest więc normalne, że książki są sprzedawane, a przy organizacji wykładów i spotkań czasami pobiera się opłaty, które pokrywają koszty organizacyjne. Trzeba jednak wiedzieć, że cała praca mediumiczna, wsparcie terapią magnetyczną, udzielanie rad i pomoc, wszystko to jest darmowe. Wspomniałem wcześniej, że spirytyzm jest religią. Trzeba tu być bardzo ostrożnym i zastanowić się, co oznacza słowo religia.
Źródło znajdujemy w łacińskim słowie religare, które znaczy tyle, co łączyć się z Bogiem. W tym znaczeniu oczywiście spirytyzm jest religią, ponieważ zbliża ludzi do Boga, ale z drugiej strony nie jest religią wpisującą się w tradycyjną definicję tego słowa. W ruchu spirytystycznym nie znajdziecie ołtarzy, ikon, świec, procesji i sakramentów, chrztu czy małżeństw ani specjalnych strojów. Nie odnajdujemy tu różnych rzeczy charakterystycznych dla wielu nurtów religijnych: napojów alkoholowych ani środków halucynogennych, kadzideł, amuletów, horoskopów, kartomancji. Tego wszystkiego w spirytyzmie nie ma. Spirytyzm charakteryzuje się prostotą. Wszystko polega na myśli, intencji i woli. Filozofia spirytystyczna dowodzi też, że jeśli coś jest materialne, fizyczne, nie ma też żadnego wpływu na duchy. Wszystko to jest więc niepotrzebne. Jeśli macie złe myśli, to nawet gdy kupicie magiczny kryształ czy inny przedmiot, te myśli oczywiście nie miną.
Złe myśli bowiem przyciągają złe duchy, które będą wam przeszkadzać. Kryształ nie sprawi, że one odejdą. Inną cechą wyróżniającą spirytyzm jest szacunek dla innych religii, doktryn, wierzeń, a także pochwała wysiłków nakierowanych na czynienie dobra. Spirytyzm mówi nawet, że lepiej być katolikiem i czynić dobro, niż być spirytystą, który jest próżny i nic nie robi. To nie wiara się liczy, lecz jej rezultat. I podobnie spirytyści pracują na rzecz pokoju między wszystkimi narodami, niezależnie od narodowości, wiary, poziomu cywilizacyjnego i społecznego. Naprawdę dobrym człowiekiem jest ten, kto postępuje zgodnie z zasadami sprawiedliwości, miłości i miłosierdzia wobec innych. Spirytyzm nie jest ślepą wiarą. Filozofia spirytystyczna opiera się na rozsądku. Kardec trafnie napisał w Ewangelii według spirytyzmu: „Niezachwianą jest ta wiara, która jest w stanie stawić czoło rozumowi we wszystkich epokach ludzkości”.
Kiedy więc spirytysta mówi, że wierzy w reinkarnację, to nie dlatego, że zostało mu to narzucone w sposób dogmatyczny i podane do wierzenia. Jest tak dlatego, że przedstawiono mu zjawiska i fakty związane z tym fenomenem, na przykład historie o dzieciach, które mają zaledwie kilka lat, przypominają sobie szczegóły z poprzedniego życia albo badania prowadzone przez doktora Iana Stevenona dotyczące znaków na ciałach dzieci. Stevenson przebadał ponad tysiąc przypadków i rzeczywiście potwierdził, że w wielu sytuacjach blizny czy ślady pojawiające się na ciele dziecka są powiązane ze zdarzeniami, do których doszło w poprzednich wcieleniach badanych osób. Dzięki reinkarnacji znajdują rozwiązanie takie kwestie filozoficzne jak wyjaśnienie narodzin dzieci upośledzonych i chorych albo nierówności społeczne. To, dlaczego jedni przychodzą na świat w pałacach, a inni na biednych przedmieściach. Nie sposób wyjaśnić tych różnic czy anomalii bez odniesienia do teorii reinkarnacji. Zatem spirytysta wierzy w reinkarnację, ponieważ dysponując tymi wszystkimi dowodami, osobiście się do tej idei przekonał. Sam czasami żartuję, że jestem tak pewny istnienia reinkarnacji jak wzajemnego przyciągania Ziemi i Księżyca. Wszyscy wierzą w przyciąganie ziemskie, w jabłko Newtona, które spada, ale pomiędzy Ziemią a Księżycem nikt oczywiście nie widział żadnej nici, która by je łączyła czy przyciągała. Współczesna nauka nawet do dziś nie jest w stanie do końca wyjaśnić istoty prawa grawitacji, a mimo to wszyscy w nią wierzą.
Jeśli więc chodzi o reinkarnację, w moim przypadku jest bardzo podobnie. Jestem tego pewny, gdyż przekonały mnie argumenty oraz materiały dowodowe. W spirytyzmie trzeba dobrze rozróżnić filozofię spirytystyczną od ruchu spirytystycznego. Jeśli chodzi o filozofię, pamiętamy, że to duchy nam ją przekazały. Kardec w Genezie stwierdził, że spirytyzm ma charakter ewolucyjny. Oznacza to, że jeśli nauka wykaże w pewnym momencie, że teoria spirytystyczna myli się w jakimś punkcie, spirytyzm przyjmie ten punkt i zmieni swoje zasady. Sama filozofia nie jest niezmienna. Będzie się rozwijała i aktualizowała w miarę rozwoju nauki. Trzeba jednak pamiętać, że żaden z głównych punktów spirytyzmu nie został uznany za fałszywy czy błędny. Widzimy więc, że nauki spirytystyczne pochodzą od duchów, które wydają się dużo bardziej rozwinięte od ludzi.
Dlatego te nauki mają pewną stabilność. Natomiast nie jest do końca tak samo z ruchem spirytystycznym. Ten ostatni składa się z nas, a przecież jesteśmy tylko ludźmi. Mamy nasze ludzkie niedoskonałości, więc w całym ruchu także znajdujemy wiele niedoskonałości, błędów i zachowań dalekich od ideału. Niedoskonałość jednak jest czymś normalnym, co stanowi część naszej ludzkiej natury. Niestety nie jest tak, że zostając spirytystami stajemy się od razu doskonali. Wydaje mi się, że to jest jasne. Inny punkt, o którym już wspomniałem, to fakt, że do tej pory tradycyjne religie stosowały zasady dogmatyczne. W spirytyzmie nie ma dogmatów. Tu chodzi o nauki.
Jest to więc wiara oparta na rozumie. Pomówmy teraz o mediumizmie. Jak zapewne słyszeliście, medialność jest zdolnością naturalną, która istnieje od zawsze. Media istniały długo przed tym, zanim pojawił się spirytyzm. Wspomnijmy chociażby Mojżesza czy Mahometa. We wszystkich kulturach występowały media. Nie można więc mylić mediumizmu ze spirytyzmem, bowiem znajdziecie wiele mediów, które nie są spirytystami. Bardzo ważne jest to rozróżnienie. Media spirytystyczne stosują metodologię, którą zaproponował Allan Kardec w Księdze Mediów. Oczywiście wykorzystując przy tym swoje zdolności za darmo i w celu pomagania innym.
Jest jeszcze coś, co nazywamy nekromancją, czyli wzywanie zmarłych. Chico Xavier powiedział, że w mediumizmie telefon dzwoni z tamtej strony. Sygnał trafia tutaj na ziemię, a nie z ziemi w tamtą stronę. W związku z tym duchy komunikują się, z kim zechcą, kiedy same tego chcą, a także w miejscach, które samodzielnie wybiorą. W spirytyzmie odradza się wywoływanie konkretnych duchów, czyli dzwonienie w drugą stronę. Spirytyści czynią tak, ponieważ gdy wzywamy jakiegoś ducha, nie widząc go, nie jesteśmy do końca pewni, kto do nas przychodzi. Z tego powodu lepiej jest pozwalać, by duch manifestował się sam spontanicznie. Jest tutaj jednak pewien wyjątek. Otóż każdy z nas posiada swego duchowego opiekuna, nazywanego także aniołem stróżem. Jest to duch dużo bardziej rozwinięty niż my i ma za zadanie wspomagać nasz rozwój.
On jest zawsze do naszej dyspozycji i w tym punkcie nie możemy się wahać. Jeśli posiadamy jakieś wątpliwości czy problemy, wzywajmy go, gdyż on jest przy nas właśnie po to. Z drugiej strony ten duch czasami pojawia się także spontanicznie. Bywa, że gdy robimy coś złego, pojawia się głos sumienia, który odzywa się i mówi, że popełniliśmy błąd. Najczęściej jest to nasz duchowy przewodnik. Widzimy zatem, że spirytyzm nie ma nic wspólnego z nekromancją. Kolejny temat, o którym chcę pomówić to parapsychologia i metapsychika. Są to kierunki, których celem jest studiowanie tych samych zjawisk, które bada spirytyzm. W ich skład wchodzą mediumizm, prekognicja czy choćby transkomunikacja. Parapsychologia posługuje się paradygmatem materialistycznym i cały czas poddaje w wątpliwość istnienie duchów.
Stara się wyjaśnić zjawiska, nie odwołując się do pojęcia ducha, podczas gdy spirytysta działa w oparciu o paradygmat spiritualistyczny. Dzięki naukom, które przekazały duchy, spirytyści są przekonani do istnienia duszy, co pozwala im pójść dalej w swoich badaniach. Z tego powodu różnice między spirytyzmem a parapsychologią są wyraźne. We Francji w 1919 roku powstał Międzynarodowy Instytut Metapsychiczny założony przez Jeana Meyera. Ta instytucja istnieje do dziś i przechowywane są tam między innymi gipsowe odlewy, które w okresie międzywojennym wykonano w czasie seansów z Polakiem Frankiem Kluskim. W lutym tego roku pojechaliśmy w to miejsce z wykładem i byłem zaskoczony, bo z wyjątkiem kilku osób wszyscy byli tam spirytualistami, więc stanowisko metapsychików również ewoluowało i oni także uznali te zasady. Widzimy zatem, że spirytyzm nie szuka zwolenników na siłę. Nie będzie robił kampanii reklamowej zachęcającej, by zostać spirytystą. Będzie za to przeprowadzał kampanię na rzecz pokoju, na rzecz rodziny. Zawsze zgodnie z regułą, że każdy jest wolny w przyjęciu tych nauk i nie można mu niczego narzucać.
Czasami spotykamy ludzi, którzy uważają, że spirytyzm jest sektą. Aby to wyjaśnić, najpierw zdefiniujmy sektę. W 1999 roku parlamentarzyści francuscy napisali raport, w którym zaznaczono, że można odnaleźć dwanaście cech charakterystycznych sekty. Możemy więc sprawdzić, czy spirytyzm do nich pasuje. Kiedy obiektywnie przeanalizujemy każdą z tych cech wyróżniających sekty, do każdego z tych charakterystycznych punktów możemy w pracach Kardeca znaleźć treści, które są im zupełnie przeciwne. Podam taki przykład. Typową cechą sekt są nadużycia finansowe. W spirytyzmie natomiast funkcjonuje zasada: darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Inną typową rzeczą w przypadku sekt jest próba izolowania ludzi, odcinania więzów z ich rodzinami i wyznawanymi przez nich wartościami. Tymczasem spirytyzm mówi, że człowiek jest stworzony, by żyć w społeczeństwie.
Spirytysta ma więc obowiązki wobec bliskich, wobec rodziny, a nawet wobec tych, z którymi na co dzień nie spotyka się. Kolejną bardzo istotną cechą każdej sekty jest to, że prowadzi ona do procesu prania mózgu, gdy ludziom narzuca się pewne rzeczy, wykorzystując przykładowo poczucie winy. Natomiast spirytyzm jedynie oferuje pewne nauki i pozostawia wolność w ich przyjęciu czy odrzuceniu. Poza tym członkowie sekt nie mogą z własnej woli ich opuścić. Jeżeli jednak chodzi o spirytyzm, to między innymi w Księdze Duchów napisano wyraźnie w części poświęconej prawu wolności, że każdy człowiek ma wolną wolę i powinien mieć wolność w decydowaniu o sobie. Podstawową wartością spirytystów jest więc wolna wola. Każdy może przyjść i każdy może odejść. A zatem ruch spirytystyczny nie odpowiada żadnemu z punktów charakterystycznych dla sekt. Do wspomnianego raportu dotyczącego sekt dołączono listę szkodliwych ruchów religijnych. Oczywiście spirytyzmu na niej nie ma.
Bardzo łatwo wykazać dlaczego. Otóż brak tam elementów tradycyjnej religii, które już wymieniłem. Jeśli chodzi o kwestie naukowe, spirytyzm wprawdzie nie jest nauką akademicką, ale korzysta z metodologii naukowej, aby badać i analizować zjawiska. Kolejna rzecz: polityka. Czy ruch spirytystyczny tworzy organizację polityczną? Odpowiedź brzmi: nie. W spirytyzmie powtarzamy, że nigdy nie powinniśmy skupiać się na tymczasowej władzy, opowiadać się po jednej albo drugiej stronie. Jedyną kwestią, która zawsze jest obiektem zainteresowania spirytystów w tej dziedzinie, jest miłosierdzie oraz pomaganie innym. W tym kontekście nie są ważne rasa, kolor skóry czy sympatie polityczne. Spójrzmy jeszcze na sam ruch spirytystyczny.
Możemy wymienić różne kategorie spirytystów. Mamy więc spirytystów-eksperymentatorów, którzy są przekonani do manifestacji duchów i myślą, że spirytyzm jest wyłącznie nauką opartą na obserwacji. Kolejna grupa to niedoskonali spirytyści. Oni dostrzegają nie tylko same zjawiska, ale też konsekwencje moralne, które z nich wynikają. Doceniają zasady moralne, ale nie udaje im się jeszcze w pełni stosować ich w praktyce. Jest ich bardzo wielu. Ja też jestem w pewnym sensie jednym z nich. Następna grupa to prawdziwi spirytyści. Są to ludzie, którzy nie tylko doceniają zasady moralne wynikające ze spirytyzmu, ale też wcielają je w życie. O wiele trudniej takich znaleźć w porównaniu do przedstawicieli poprzednich grup, ale reprezentują sobą pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć.
Jeśli spojrzymy na Jezusa, Gandhiego czy innych ludzi, którzy mieli wielką misję na Ziemi, bardzo cenimy ich postawę, sposób życia, zasady czy dążenie do unikania przemocy. Musimy zarazem przyznać, że na naszym globie wciąż jest mało ludzi, którzy byliby w stanie zrobić to, co oni. Kardec wspomina także czwartą kategorię: spirytystów egzaltowanych. Należą do niej ludzie, którzy ze zbyt wielkim zaufaniem i naiwnością traktują świat niewidzialny. Wystarczy, że usłyszą uderzenie nieznanego pochodzenia, a już przypisują je działalności duchów. Oni też powinni stąpać twardo po ziemi, ale tego nie robią. Ten problem spotykamy zwłaszcza w mediumizmie. Wiele osób zaczyna zajmować się mediumizmem w sposób dość naiwny. Wierzą we wszystko, co duchy mówią. Bardzo się cieszą, gdy widzą przekaz podpisany imieniem Kardeca czy Jezusa, nawet jeśli sama wiadomość nie ma żadnej wartości.
Istnieje wiele przykładów tego rodzaju mediów, które przez takie podejście i swoją naiwność ulegają opętaniu. Chciałbym zakończyć to wystąpienie, rozwijając hasło sformułowane przez Allana Kardeca: praca, solidarność, tolerancja. Praca niech służy dobru. Solidarność powinna istnieć między ludźmi, którzy są braćmi, a spośród których każdy jest inny. Tolerancja dotyczy niedoskonałości innych, ponieważ my sami jesteśmy niedoskonali. Są to słowa, które pomagają nam w rozwoju, dzięki czemu przyciągamy dobre duchy i duchowych przewodników. Ci pomnożą nasze wysiłki, co pozwoli nam osiągnąć rezultaty, których w innym przypadku nie będziemy mogli uzyskać. Dzięki temu staniemy się szczęśliwi. Im więcej dajemy, tym bogatsi się stajemy. To są rzeczy, o których spirytyści nauczają i które starają się wcielić w życie.
Streszcza się to w słowach, które powiedział Allan Kardec: „Bez miłosierdzia nie ma zbawienia”. Czytała Agnieszka Krzemień.
[02:47:10] - Tak, proszę państwa, mamy piątek. W każdym razie audycja zaczęła się w piątek. Tak jak wspominałem gdzieś tam kiedyś, to jest piątek, podczas którego spałem sobie na Festiwalu Fantastyki i pewnie toczę niebanalne, a w każdym razie wciągające dysputy z ludźmi podobnie jak ja zafascynowanymi fantastyką naukową. Tak, to jest coś, na co czekam co roku i coś, co w jakiś sposób powoduje u mnie reset, powoduje u mnie skasowanie może złych, a może nie najlepszych emocji i powrót do takiego pionu, do takiego patrzenia na świat myślę, że zdrowego. Kto nie rozumie tego, co mówię, cóż, to jest tajemnica spotkań na Sedeńkonie, na Festiwalu Fantastyki. Kto ciekawy, to zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam w playliście opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki znajdziecie państwo odcinek o Festiwalu Fantastyki. Ja nic więcej nie powiem, bo Wojtek powiedział w tym odcinku już wszystko. A zatem ja bawię się na Festiwalu Fantastyki, a państwa zapraszam na drugi odcinek powieści Tadeusza Meszki „Śmieciowi ludzie”. Pierwszy rozdział pojawił się w poprzednim odcinku „Bibliotekarium 2.0”.
Przed nami rozdział drugi, a kolejne w kolejnych audycjach. Wierzcie mi państwo, warto tej powieści posłuchać i przesłać autorowi jakieś dobre myśli. Będą mu bardzo potrzebne. Zapraszam na drugi odcinek „Śmieciowych ludzi”.
[02:49:10] - Tadeusz Meszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział drugi. Grzebanie w śmieciach. Wizytacja sponsora wykopalisk. Pan Laskowski w otoczeniu władz administracyjnych regionu Tessalia, Grecja Środkowa oczekiwała na wizytę fundatora wykopalisk Damiana Hadada. Był miliarderem, właścicielem koncernu Globo DigitalView, a pieniądze, jakie posiadał, czyniły z niego najważniejszego gracza w każdym rejonie świata. Liczyły się z nim władze wielu krajów. Hadad uznał, że nie ma czasu na podróż samochodem, wizytę w parlamencie oraz ratuszu, tylko od razu chce znaleźć się na terenie wykopalisk. Tym sposobem wierchuszka miejscowych decydentów udała się do miejsca przylotu władcy pieniądza. Udało im się znaleźć lądowisko w odległości niecałych 100 metrów od wykopalisk.
Hadad miał przylecieć helikopterem z lotniska Nea Anchialos w pobliżu Volos, które za czasów Homera zwano Iolkos.
[02:50:30] - Naraz przy stanowisku powitalnym pojawił się Jorgos. Anne prosiła Alexisa, aby tego dnia zatrzymał chłopca w domu i była zła, że nie potrafił upilnować syna. Pomimo niezadowolenia spojrzała na Jorgosa z zaciekawieniem. Dzisiaj założył długie spodnie i białą koszulę. Jak miała mu wytłumaczyć, że zmiana ubrania to nie wszystko i nie zmieni to jego sytuacji? Rozejrzała się w poszukiwaniu ojca, który by go odprowadził, ale nie zauważyła Alexisa. Podeszła do chłopaka. „Jorgos, mówiłam ci, że mamy ważną wizytę” – powiedziała ze smutkiem, kładąc chłopcu dłoń na ramieniu. – „Nie możesz się tu kręcić.” – „Ale ja muszę podziękować temu panu, co dał pieniądze na odnalezienie grobu centaura” – odpowiedział z przekonaniem i wypinając dumnie pierś, dodał: „Ubrałem się odpowiednio. Nie przyniosę pani wstydu.” – „Jestem o tym przekonana.
Należysz do naszych najlepszych pracowników.” – „No więc dlaczego?” Pochwała jedynie spotęgowała rozpacz wyrostka. „Jakże trzeba uważać, co się mówi młodym” – pomyślała Anne. – „Tam będzie mnóstwo oficjeli. Wiesz, takich sztywniaków patrzących tylko na przepisy, a ja nie mam prawa zatrudniać młodocianych.” – „Rozumiem” – odparł cicho, opuszczając głowę. – „Wiem, wiem. Jestem za młody, ale jak dorosnę, to będę mógł.” – „No właśnie.” Ucieszyła się, że zrozumiał, w czym tkwi problem. Chłopak uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. – „To niech mi pani powie, dlaczego tata wciąż powtarza: »jakbym chciał mieć tyle lat co ty«? To jaki wiek jest dobry? Ja mam za mało lat.
Tata uważa, że ma za dużo.” – „Jorgos, żebym ja to wiedziała.” Wreszcie odnalazł się Alexis. Nie był tak elegancko ubrany jak syn, chociaż włożył długie dżinsowe spodnie oraz czystą niebieską koszulę. Podszedł do nich i chwycił chłopaka mocno za dłoń. – „Przepraszam panią. Gdy wychodziłem, biegał jeszcze w krótkich spodenkach za kozami. Byłem przekonany, że ani mu w głowie wizyta tutaj. Musiał mieć przygotowane ubranie i tylko czekał, aż wyjdę.” – zaczął tłumaczyć się przed Anne. – „Zaraz go wyprowadzę.” Pociągnął opierającego się chłopca za sobą, lecz Anne zatrzymała go. – „Daj mi chwilę.” Przykucnęła przed Jorgosem. Musiała mu jeszcze coś powiedzieć.
– „Obiecuję, że jutro opowiem ci ze szczegółami, jak przebiegła wizyta.” – „To nie to samo.” Nie był tym zachwycony. W końcu jednak potulnie poszedł za ojcem. W tym momencie Anne usłyszała hałas mielących powietrze łopat helikoptera. Duży śmigłowiec usiadł na lotnisku. „Czyżby świta miliardera była aż tak liczna?” – zastanawiała się pani archeolog. Nie myliła się. Nim jeszcze łopaty przestały wirować, z wnętrza wyskoczyło dwóch ochroniarzy. Bez brzuszka, bez jakichkolwiek wątpliwości, gotowych do działania. „Podobni do Terlinga sprzed lat” – pomyślała Anne. Stanęli po obydwu stronach drzwi, rozglądając się czujnie.
Później ze środka wysypało się trzech starszych mężczyzn z wypakowanymi teczkami w dłoniach. „Czyżby chcieli policzyć kości szkieletu?” – zdziwiła się. Nastąpiła chwila przerwy. „Główny bohater z pewnością celebruje moment ukazania się tłumowi” – skomentowała tę pauzę z grymasem na twarzy. Myliła się jednak, bo z helikoptera wysiadł 50-letni, niski i okrąglutki mężczyzna z chmurą złotych, niesamowicie skręconych loczków na głowie. Wyglądał jak putto na emeryturze. Krótkimi kroczkami przebiegł skulony poza zasięg łopat i dopiero wtedy odetchnął z ulgą, co rusz ocierając spoconą twarz dużą chusteczką z materiału. W chwilę po nim ukazał się sponsor wykopalisk, Damiano Haddad. Anne wiedziała, że Haddad jest młodym człowiekiem, ale dopiero teraz uświadomiła sobie, jak młodym. Wyglądał jak nastolatek dopiero co rozpoczynający studia.
Tylko że właściciel wielu miliardów dolarów nigdy nie studiował. Anne nie znała wszystkich faktów z jego życia. Wiedziała jedynie, że w wieku 16 lat napisał oprogramowanie zmieniające sposób komunikacji z urządzeniami wyposażonymi w procesory, czyli tak właściwie z wszystkimi urządzeniami. Właśnie to sprawiło, że obecnie każdy obywatel świata płacił mu tantiemy. Miliarder z szerokim uśmiechem na twarzy podbiegł do Anne. – „Panie Haddad, witamy na stanowisku archeologicznym w Pelium.” – przywitała się, podając mu dłoń. Uścisnął ją energicznie oburącz. – „Jestem wdzięczny. To niesamowity zaszczyt dla mnie.” Jego przywitanie było o wiele bardziej na miejscu niż jej suche słowa. A gdy po chwili dodał: „Proszę mi mówić Damiano”, Anne uznała, że chyba na tym odludziu zdziczała i może czas wracać do cywilizacji.
– „A ty mów mi Anne.” Przystała na nawiązanie bliższej relacji. Po kilku minutach powitań oraz nieistotnych przemówień świta miliardera obległa przedstawicieli władz. Może w tym celu ich sprowadził? Uśmiechnęła się do siebie Anne. „Mój wujek i prawnicy zajmą się teraz oficjalną częścią naszej wizyty, a my może moglibyśmy udać się na stanowisko?” – zaproponował. Przystała na tę propozycję z ulgą. Ruszyli wąską ścieżką pod górę. Wyprzedzał ich jeden ochroniarz, a za nimi postępował drugi. Widocznie pozostała część świty nie wymagała ochrony. „Powiedz mi, jak zaczęła się ta historia?” – zadał najgłupsze z możliwych pytań.
Westchnęła bezradnie. „Wino zbłaźni każdego, kto miarę przebierze” – rozpoczęła, nieświadoma, że powtarza słowa Homera. „Winem spity Eurytion, kentaur w świecie głośny, w domu u Peiritoja szał go uniósł sprośny” – dokończył Damiano. Pieśń 21. Próba łuku. „Nie wiedziałam, że znasz na pamięć Odyseję.” Zatrzymała się, spoglądając na niego uważnie. Mógłby być jej synem, a w tej chwili to ona poczuła się speszona. Wciąż ją zaskakiwał. „Sądziłaś, że jestem rozwydrzonym młodzieńcem, który ma za dużo pieniędzy i nie wie, na co je wydać?” – zapytał, nadal się uśmiechając. Dawno nie widziała tak szczerego uśmiechu.
„Prawdę mówiąc tak.” To nie była dyplomatyczna odpowiedź, lecz Anne nie potrafiła kłamać. Miliarder nie obraził się. Jego uśmiech stał się nawet jeszcze szerszy. „Cenię ludzi za mówienie prawdy. Podziwiam też upartych. Zawierzyłaś jednej drobnej wzmiance w Odysei.” Nie dosyć, że wykładał pieniądze na jej badania, to jeszcze prawił jej komplementy. Szkoda, że podobnych miliarderów jest na świecie tak mało. „Schliemann dał mi przykład. Ja jedynie poszłam jego śladem, odnajdując to, czego on nie zdążył” – odparła, uznając, że tym razem udzieliła właściwej odpowiedzi, jednocześnie prawdziwej i dyplomatycznej. Podeszli do stanowiska, w tej chwili już ogrodzonego oraz ukrytego przed deszczem pod zadaszeniem z desek.
Artefakty ponumerowane i starannie zapakowane przechowywano gdzie indziej. Jednak na czas wizyty sponsora wyjęto je ze skrzyń i powtórnie ułożono w odpowiednich miejscach. Szkieletu centaura nie ruszano, gdyż Anne bała się, że jeśli nawet ponumeruje kości i umieści je w skrzyniach, nikt nie uwierzy, że tak naprawdę stanowiły całość. Tułowie człowieka połączone z korpusem konia. Najchętniej zatopiłaby je w szkle. Damiano, z równą jak u Jorgosa autentycznością, zaczął przyglądać się grobowi. „I wywlekłszy pijaka mieczem mu odcięli nos i uszy. On do dom powlókł się pijany, nie wiedząc, jak okrutnie za to był skarany.” Ponownie zacytował słowa Homera. „Z tego wojna się wszczęła kentaurów z Lapity. Najgorzej na niej wyszedł kentaur, co był spity” – dokończyła.
„Jak stary jest ten szkielet? Może mieć kilkadziesiąt tysięcy lat?” W głosie Damiano dało się wyczuć pragnienie, aby Anne potwierdziła jego przypuszczenia. Spojrzała na młodego sponsora z łagodnym uśmiechem maskującym irytację z powodu wysnuwania podobnych hipotez. „Homer żył w VIII wieku p.n.e., a wydarzenia opisane w Iliadzie, jak oblężenie Troi, według historyków miały miejsce 400 lat wcześniej. To potwierdza hipotezę, że źródłem informacji były przekazywane od wieków ustne opowieści. Akcja Odysei, częściowo z bohaterami poznanymi w Iliadzie, rozgrywa się 10 lat po zdobyciu Troi. Szkielet nie może więc być starszy niż 3200 lat.” „Pewnie masz rację” – mruknął z nutą zawodu w głosie. „11 lat temu odkopano w Troi szkielety kobiety i mężczyzny. Znajdowały się w warstwie z czasów wojny trojańskiej, a znając dosyć dokładną, jak na wydarzenia sprzed tysięcy lat, datę wojny, znamy również czas wojny między centaurami a Lapitami.” Przez twarz Damiano przebiegł grymas niezadowolenia. „Ale opowieść o Eurytionie nie jest umiejscowiona w czasie.
To jedynie wspomnienie, przypowieść z czasów herosów. A jak podaje wielu, żyli oni dużo wcześniej, w epoce brązu” – zauważył, patrząc z nadzieją na Anne. Pokręciła przecząco głową. „To przesuwa datę o góra 2000 lat. Nie 20, czy nawet 30 tysięcy lat, o których mówisz.” „To prawda.” Młody miliarder zamyślił się. Naraz na daszku nad grobem Anne zobaczyła głowę Jorgosa. „Jorgos, zejdź natychmiast!” – krzyknęła przerażona. Po minucie z opuszczoną głową i dłońmi pokornie złożonymi z tyłu stał przed nimi. Jego koszula już nie była biała. „Jorgos, mówiłam ci, żebyś dzisiaj nie przeszkadzał” – skarciła go z wyrzutem.
„Anne, nie krzycz na niego.” Damiano przerwał jej reprymendę. „On mi nie przeszkadza, a nawet czuję się lepiej, kiedy nam towarzyszy. Nie jestem już najmłodszy.” Anne machnęła z rezygnacją ręką. Miliarder podszedł bliżej do chłopca i przykucnął na piętach. Byłeś przy odnalezieniu Centaura? Tak. Od dawna pomagam pani Anne. Wystrzelił bez zastanowienia, lecz szybko się zreflektował i niczym doświadczony polityk dodał: Nie znaczy to, że pani Anne mnie zatrudnia. Mam wakacje, a mój tata tutaj pracuje, więc często go odwiedzam. A jaki jest cel twojej dzisiejszej wizyty?
Chciałem zobaczyć wielkiego człowieka, który wykłada duże, bardzo duże pieniądze na szukanie starych kości moich przodków. Damiano nie ukrywał zadowolenia ze słów ojca. Pewnie wiesz wszystko o tym znalezisku. Młodzik energicznie pokiwał głową. To może opowiesz mi o nim? Pozwolisz? Zwrócił się do Anne, tak jakby miała wybór. Z wymuszonym uśmiechem potwierdziła, że Jorgos będzie równie kompetentnym przewodnikiem jak ona sama. Uradowany chłopak zaczął objaśniać Damiano znaczenie odnalezionych artefaktów. Pojawienie się niesfornego Jorgosa pozwoliło Anne odetchnąć.
Wcześniejsza rozmowa z Damiano ujawniła, że jego oczekiwania co do wieku znaleziska są bardziej marzeniami nastolatka niż przypuszczeniami wynikającymi z wiedzy. Nie powinna się temu dziwić. Jeszcze kilka lat temu był chłopcem i może dobrze, że w tak młodym wieku, zamiast wydawać pieniądze na zabawki, postanowił przeznaczyć je na badania archeologiczne. Chyba że poszukiwania Centaura były dla niego zabawą. Wizytacja Damiano Hadada na stanowisku archeologicznym trwała pół godziny. Wracali na lądowisko sami, gdyż Jorgos pobiegł do domu podzielić się z mamą nowiną, że rozmawiał z miliarderem. Damiano od kilku minut milczał. Wyślemy szkielet na badania promieniotwórczym izotopem węgla C14. Wtedy poznamy dokładną datę pochówku — oznajmił zdecydowanym tonem. Ależ na to jest za wcześnie.
Równie ważne są badania gleby, szczątków roślinnych, znalezionych artefaktów — zaprotestowała Anne. Te badania można prowadzić równolegle — uświadczył Damiano. Ależ... Nie słuchał jej. Próbki szkieletu wyślemy też do fachowców od DNA. Chcę wiedzieć, czy uda się odtworzyć kod genetyczny Centaura. Jak uważasz. Przestała protestować, widząc, że jej argumenty nie zmienią decyzji sponsora. Chcę, aby szkielet jak najszybciej znalazł się w Nowym Jorku. Będziesz nadzorować badania, a na wykopaliskach może pozostać asystent.
Ekipa, która przygotuje szkielet do transportu, już jedzie samochodami z Wolos, a jutro przyleci samolot, aby go zabrać do Nowego Jorku. Prawnicy, którzy przybyli ze mną, z pewnością uzyskali wszelkie potrzebne podpisy. Mój wuj Firas, to ten grubasek, którego widziałaś, tego dopilnuje. Anne zaniemówiła. Ujawniło się drugie oblicze sponsora. Sponsor daje, sponsor rządzi. Po badaniach szkieletu zastanowimy się, jakich jeszcze opisanych przez Homera postaci będziesz szukać. Cyklopa Polifema? A może Meduzę? Co on sobie myśli?
Skrzywiła się Anne. Miała ochotę powiedzieć miliarderowi, że najchętniej poszukałaby Tezeusza, aby złoił mu skórę jak niegdyś rozbrykanemu centaurowi. Spotkanie z dawnym dowódcą. Od kilku dni Terry nie szukał nowych podopiecznych, nie odwiedzał również starych. Zakopał się w aktach osobowych zaginionych weteranów, wciąż zastanawiając się, komu mogłoby zależeć na ich umiejętnościach. A tych właściwie nie posiadali. Byli zwykłymi żołnierzami. Potrafili biegać, strzelać czy rzucać granatem. Nie byli specjalistami, których kwalifikacje można by uznać za wyjątkowe. Z niecierpliwością też czekał na informacje od Federica i Subiry, ale oni jak na razie milczeli.
Przerwał mu telefon. Dzwonił jego były dowódca z Afganistanu, Frank T. McCormack, obecnie pełniący wysoką funkcję w Department of Homeland Security. To on załatwił mu pracę w Lost in Life i to jemu zaledwie wczoraj Terry wysłał krótką notatkę o licznych zniknięciach byłych wojskowych. Widocznie pułkownik McCormack uznał, że sprawa jest poważna. Witaj Frank. Za kilka minut będę w okolicy twojej firmy. Czy nie napiłbyś się ze mną kawy w Starbucks? To nie było pytanie. Z przyjemnością zrobię sobie przerwę — odparł szczerze.
To do zobaczenia. Terry zdążył napocząć pyszny sernik z truskawkami i wypić połowę mrożonej caffè americano, zanim w drzwiach stanął spóźniony o pięć minut wysoki, pięćdziesięcioletni mężczyzna w nienagannie wyprasowanym i jak zwykle wykrochmalonym wyjściowym mundurze z oficerskimi naszywkami. Gdy dwadzieścia lat temu się poznali, Frank był kapitanem, obecnie od kilku lat pułkownikiem. Terry pozostał porucznikiem. Gdy witali się jak starzy druhowie z serdecznym poklepywaniem po plecach, Terry wyczuł, że mundur byłego dowódcy zamiast krochmalem pachnie tytoniem. A przecież Frank nie palił. Co u ciebie słychać? Zapytał pułkownik. Stał sztywno wyprostowany, jakby pąknął kij. Frank zawsze był taki, a odkąd włożył mundur pułkownika, aż strach było pomyśleć, co by się stało, gdyby ktoś wywarł na niego nacisk.
Pewnie trzasnąłby jak sucha zapałka — zaśmiał się w duchu Terry. Cieszę się, że utrzymujesz formę i wciąż ćwiczysz. To nawyk. Jak palenie papierosów. Trudno się go pozbyć – odpowiedział zaczepnie Terry, ciekaw, co skłoniło przyjaciela do powrotu do nałogu. Frank albo nie zrozumiał aluzji, albo przełknął ją bez mrugnięcia okiem. A może nie czekał na odpowiedź Terry'ego, gdyż od razu przeszedł do następnego pytania z listy mającej pomóc w odnowieniu bliskiego kontaktu. – A jak tam w pracy? Bywa ciężko, ale dobre jest to, że mogę pomagać – odpowiedział górnolotnie, nie chcąc zdradzić, co naprawdę myśli na temat przyczyn konfliktów w ostatnim dwudziestoleciu. Wojna w Iraku nie była potrzebna.
Wymyślono pretekst do ataku, aby przekazać rodakom, że władze panują nad sytuacją po zamachu na World Trade Center. Późniejsze wojny to już efekt domina. Zabawy w walkę z zachodnią cywilizacją Osamy bin Ladena nie doprowadziłyby do obecnej sytuacji, gdyby George W. Bush nie dbał tak o własny wizerunek twardego prezydenta. Należało wysłać oddział po Osamę, tak jak to zrobił Obama, a nie wszczynać wojnę. Do czego doprowadzą gierki obecnego prezydenta Trumpa trudno było przewidzieć, ale Terry uważał, że z pewnością nie zakończą wojny z islamistami. Nawet jeśli zniszczy ISIS, to nowa głowa potwora odrośnie. A gdy weźmiemy pod uwagę Rosję miotającą się między strachem i dumą, czyszczącą sytuację wokół granic, jeżeli nie pominiemy Chin tylko czekających, aby zalać połowę świata własnymi obywatelami, to młodych ludzi nie czekała dobra przyszłość. Terry już nie chciał patrzeć na kolejne kostki domina przewracające się z powodu urażonych ambicji polityków. Cieszył się, że może wyciągnąć pomocną dłoń do tych, którzy już oberwali.
Odpowiedź zadowoliła pułkownika. – No, ale musisz chodzić po niebezpiecznych dzielnicach, wyszukiwać po śmietnikach potrzebujących pomocy, znosić ich smród. McCormick z niesmakiem ciągnął wątek. Po raz kolejny miał okazję przekonać się, że Frank bardzo zmienił się od czasu wspólnej walki na froncie. Terry znał prawdziwy powód powołania Lost in Life. Formalnie organizacja nie miała nic wspólnego z wojskiem, ale tak naprawdę była jego ekspozyturą. Politycy w wykrochmalonych garniturach uważali, że weterani wojenni, nie potrafiąc odnaleźć się w cywilnym życiu, są podatni na infiltrację i po prostu lepiej mieć ich na oku, a nawet wydać kilka milionów dolarów, niż później pakować zabitych przez nich obywateli w czarne worki. Terry jednak traktował pracę inaczej. Nie interesowały go motywy wykładania pieniędzy. Ważne, że mógł je przeznaczyć na pomoc kolegom.
Dlatego nie podobały mu się ostatnie słowa pułkownika i nie miał zamiaru tego ukrywać. – Zapominasz, że równie dobrze to mógłby być mój świat – przerwał mu ostro. Jakże się zmienił – pomyślał. A może zawsze był taki jak teraz, tylko wcześniej tego nie pokazywał. Aby nie zaogniać sytuacji, szybko zmienił temat. – Czy już wiadomo, kto dokonał zamachu w Nowym Orleanie? Islamiści od razu ogłosili, że to ich człowiek, ale oni nawet wybuch wulkanu uznają za zamach przeprowadzony przez ich fanatyka. Prawda jest taka, że zamachowiec miał olbrzymie problemy psychiczne. Czuł się skrzywdzony. Chciał zostać kadetem New Orleans Military and Maritime Academy, ale nie przyjęto go, więc z wściekłością wysadził restaurację.
Dlaczego więc nie sprostowano informacji? Terry, wciąż brakuje nam funduszy. Niech dopiszą sobie ten zamach do listy sukcesów. Tym większą cenę zapłacą, gdy nadejdzie dzień rozliczeń. Pułkownik zaśmiał się nieprzyjemnie. A dzięki ich pazerności na przechwałki prezydent będzie mógł wystąpić o zwiększenie funduszy. W ten sposób otrzymamy możliwość zapobieżenia autentycznym próbom zamachów. Ich Allah nigdy nie pokona naszego Boga. Terry nie zgadzał się w kwestii przyczyn ataków terrorystycznych, co nie oznaczało, że nie dostrzegał skutków wojen nazywanych religijnymi. Według niego traktowanie terroryzmu jako wojny religijnej, co politycy obydwu stron świadomie czynili w mediach, było wielką pomyłką.
Ciemny lud łatwiej kupi konieczność obrony lub ataku, zależnie od strony konfliktu, jeśli linia podziału będzie wyraźnie zarysowana. Jednak żaden imam czy papież nie pociągnąłby za sobą wyznawców gotowych poświęcić życie doczesne w zamian za dobra bytu niebieskiego, gdyby tu i teraz zamachowcy mogli korzystać w pełni z uroków życia, gdyby posiadali pracę i świadomość, że ich praca jest ważna i gdyby za tę pracę otrzymywali te same produkty i usługi, które otrzymuje się w odległych stronach świata. Religia wykorzystywała frustrację osób odrzuconych lub niedopuszczonych do podziału dóbr, ale gdyby nie było religii, znalazłby się inny powód. Kolor skóry, wzrost, tusza, w ostateczności czempionat w rozgrywkach ligowych lub kolejność utworów na liście przebojów. – Zaintrygowała mnie twoja notatka. Frank w końcu przeszedł do sedna sprawy. Czy to pewne, że zaginęło wielu zgłaszających się do programu ludzi? Tak Kto za tym stoi? Nie wiem, ale się dowiem. Codziennie 22 weteranów wojny w Afganistanie lub Iranie odbiera sobie życie.
Nie możemy dopuścić do tego, aby ktoś ich jeszcze zabijał. Na razie nie ma mowy o zabójstwach. W jednym przypadku mam pewność, że to było porwanie. W pozostałych to są jak na razie zaginięcia — sprostował słowa pułkownika Terry. Sądzisz, że mogą stać za tym terroryści? Może przygotowują jakiś duży zamach? Porywane osoby są mało istotne, jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia militarnego. To weterani armii. Nie byli specjalistami od materiałów wybuchowych, paliw rakietowych czy choćby zabezpieczeń informatycznych. Tak więc to mało prawdopodobne, chociaż niewykluczone.
Potrzebujesz pomocy? Wiem jedno: przed zaginięciem lub porwaniem wszyscy zgłosili się do programu „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie”. Zastanawiam się, skąd ten wymóg badań genetycznych. Nic nie wiem o firmie wykładającej pieniądze na tę pomoc. To w sumie duże pieniądze. Może za darczyńcą kryje się jakaś firma rządowa? Spojrzał pytająco na Franka, lecz ten pokręcił przecząco głową. Nic mi na ten temat nie wiadomo, ale spróbuję zdobyć informacje o tym darczyńcy. Pułkownik McCormack podszedł do długiej czarnej limuzyny o zaciemnionych szybach zaparkowanej przed Brother Jimmy's BBQ. Przed otworzeniem drzwiczek rozejrzał się, sprawdzając, czy nikt go nie obserwuje.
Gdy nie zauważył nikogo podejrzanego, z ulgą wsiadł do limuzyny. „Może nam pomóc?” — zapytał mężczyzna schowany za chmurą dymu z cygara. „Z pewnością” — odparł Frank T. McCormack, dyskretnym ruchem dłoni usiłując rozwiać tytoniową chmurę. — „On jest jak bąk lub trzmiel. Wydaje się, że nie ma w nim ani krzty energii, lecz jak wystartuje do lotu, nic go nie powstrzyma”. „Wolę orły, ale zobaczymy, co zrobi twój bąk. Jak poleci w dobrym kierunku, to posada w Pentagonie jest twoja”. Podmuch dymu popłynął w stronę twarzy pułkownika. Frank T.
McCormack wyprostował się, lecz przed nikotynową agresją nie było ucieczki. Nie cierpiał polityków, jednak musiał to znieść, jeśli marzył o awansie. Piątek wolności: wyborcze dylematy. W końcu nadszedł wyczekiwany koniec tygodnia. Do miejsca cotygodniowych spotkań nazywanych „piątkami wolności” zawsze podrzucał i odbierał ich Kajtek. Kończyły się one późno w nocy i lepiej było nie wracać własnym samochodem czy metrem. Istniały co prawda miejskie auta autonomiczne poruszające się bez udziału kierowcy, lecz w piątkowe wieczory był na nie zbyt duży popyt. Kajtek, ponad 60-letni mężczyzna z nieodzowną czerwono-białą bandamką na głowie, znał ich od wielu lat. Wsiadając do taksówki, nie musieli mówić, gdzie ma jechać, a gdy rozwoził ich upojonych cotygodniowym spotkaniem, dobrze wiedział, jaki obrać kierunek. Kajtek nie mieszkał w Nowym Jorku na stałe.
Od 30 lat przyjeżdżał z Polski na kilka miesięcy, po czym wracał do ojczyzny. W ostatnich latach coraz rzadziej pracował jako taksówkarz i Terry zastanawiał się, kto ich będzie woził, gdy postanowi przejść na emeryturę. „Słyszałeś, co ten ryży dureń chce zrobić?” — zapytał Terry'ego, ledwo ten wsiadł. Kajtek nie tracił czasu na gry wstępne. Od razu wyrzucał, co leżało mu na wątrobie. „Już nie wystarczy mur na granicy z Meksykiem. Teraz planuje utworzyć getta dla muzułmanów”. „Bzdury. To jedynie kampania wyborcza” — zaśmiał się Terry. Kajtek był innego zdania.
„Oj, Terry, nie znasz historii faszystowskich Niemiec”. „Zapominasz, że mój ojciec stacjonował w Europie i do wyjazdu na studia mieszkałem w Niemczech” — zaoponował Terry. „A tak, rzeczywiście. Wspomniałeś o tym”. Przez chwilę jechali w milczeniu, jednak Kajtek nie wytrzymał długo i wrócił do tematu. „Ale współczesne Niemcy to nie te sprzed 100 lat, a my, Polacy, wiemy o tym najlepiej. I Hitler, i nasz Kaczyński zaczynali od drobiazgów, a później nagle pierdu i obudziłeś się w zniewolonym kraju”. „Ostre porównanie. A nie zapomniałeś o Leninie, Stalinie i wielu innych?” „Stalin czy Hitler, jeden pies im mordę lizał. Może i ostre porównanie, ale ja widzę wiele analogii.
Wiedz, że idolem Kaczyńskiego jest Stalin, a w Rosji to była rewolucja. Ona zawsze, jak policja, najpierw bije po głowie, a dopiero później pyta, kim jesteś. Natomiast Kaczyński właził bezboleśnie w dupę, w przypadku wielu nawet z radosnym mlaskaniem pośladków, i ujawnił prawdziwy cel zmian dopiero wtedy, gdy już przenicował ich mózgi. I co teraz mamy? Lepiej nie mówić. Już nawet nie chce mi się wracać do kraju. Gdyby nie juwenie i dzieciaki, zostałbym tu na stałe”. „A nie uważasz, że są na świecie więksi dyktatorzy niż Kaczyński?” „Oczywiście, że są. Masz słuszność. Bez chwili zastanowienia mogę wymienić z 10” — przyznał mu rację Kajtek, jednak od razu dodał: „Ale jestem Polakiem i mój dyktatorek boli mnie najbardziej”.
O innych tylko słyszę, a ten dobiera się do mojego osobistego tyłka. Trudno w Polsce nie być katolikiem, co nie oznacza, że mamy być państwem wyznaniowym. A kult jednostki nieudolnego prezydenta, który zginął w katastrofie lotniczej, wysłany przez brata do Smoleńska, to po prostu rechot historii. Gdy Kaczyński ogłosi go Bogiem, Polska zostanie dyktaturą wyznaniową KKK. I nie chodzi mi tu o ten wasz Ku Klux Klan, a katolicki komunizm Kaczyńskiego. Na szczęście jeszcze mu się to nie udało, chociaż wciąż puka do papieskich bram, aby ogłosić brata świętym. I co sądzisz, że Trump szykuje nam coś podobnego? Terry, zapamiętaj to nie kampania wyborcza. Obozy dla muzułmanów nie są niczym nowym. Już to zrobiliście w czasie II wojny światowej.
W obozach Relocation Centers internowano wtedy ponad 100 000 Japończyków. Dzisiaj nie ma otwartej wojny. Jest jeszcze gorzej. W USA żyje blisko 6 milionów osób wyznania muzułmańskiego i każdą z nich można oskarżyć o działalność terrorystyczną. Powiem ci coś. Nie wszystkie Stany mogą to zrobić, ale to tylko przyczynek do rebelii, wyjścia z Unii. Rozpadniecie się i zostanie kadłubek imperium jak mała Brytwanka bez Szkocji i Irlandii. Taksówka Kajtka zatrzymała się przed budynkiem o ciemnopomarańczowych ścianach, na parterze którego znajdowały się trzy wysokie, półokrągłe okna oraz drzwi z blachy. Niewielki szyld zwisał obok wejścia, ale każdy, kto nie znał tego miejsca, mógł nie zauważyć, że mieściła się tu latynoamerykańska restauracja Leyenda, czynna w piątki do trzeciej rano. Mało kto domyśliłby się również, że cztery lata temu ten bar uznano za jeden z 18 najlepszych w kraju.
Przyjaciele wybrali go na miejsce cotygodniowych spotkań w rok po objęciu prezydentury przez Trumpa jako protest przeciwko polityce wobec sąsiadów z południa. To był ogólnonarodowy protest i Trump zgrzytał zębami, widząc, jak jego działania przynoszą odwrotny skutek. „O trzeciej?” – zapytał Kajtek. „Dzisiaj może być krócej. Dam ci znać pół godziny wcześniej” – odparł, wysiadając z taksówki. „Udanej zabawy.” Kajtek odjechał, a Terry wszedł do środka. Lokal był już pełen. To była knajpka z miejscami dla 20 osób, z gablotami mieszczącymi wiele gatunków wódek z całego świata oraz ladą, przy której mogło usiąść z 10 klientów. Na sali stało kilka stolików i kanapy z miękkimi siedzeniami. Było też patio, w którym ustawiono drewniane ławy i krzesła.
Wystrój wnętrza był surowy. Ścianę z barem i ladą otynkowano, natomiast z przeciwległej zdarto tynk, ujawniając ciemnobrązowe cegły, rozświetlone teraz delikatnym światłem lampionów ze świecami. Za barem stała współautorka sukcesu tego miejsca, Ivy Mix. Terry zauważył też stałą bywalczynię, kilka lat starszą od niego Lidkę, jednak Subiry i Federica jeszcze nie było. Przywitał się z Ivy, złożył zamówienie i mimowolnie zaczął przysłuchiwać się temu, o czym mówiła Lidka. To był nieposkromiony żywioł, piekielna gaduła. Nikt nie był w stanie powstrzymać jej słowotoku, chociaż Terry doceniał to, że potrafiła opowiadać i słuchało się jej z otwartymi ustami. W monologi wkładała tak wiele energii, że pasja kobiety udzielała się słuchaczom i wystarczyło kilka słów, by zostać porwanym. „Przed przyjściem tutaj przechodziłam koło lustra i pomyślałam, że może trochę ogarnę włosy, bo nie czesałam ich od rana. Przystanęłam, patrzę i widzę jakąś starą dupę, a nie siebie.
Zdziwiłam się, co ona tam robi i powiedziałam, żeby spadała z mojego lustra, ale nie posłuchała. Stara flama, pomarszczona twarz, siwe włosy wyłażące spod farbowanych blond. Kto to, do diabła, był? Przypominała moją matkę, a może nawet bardziej babkę. W każdym razie to nie byłam ja. Przecież jestem młoda. Mam więcej energii niż moja dwudziestoletnia córka. I jak na zawołanie pojawiłam się w lustrze. Młoda, świeża, nawet w potarganych włosach. Przytuliłam się do tej obcej flamy za szkłem i powiedziałam: kocham cię, mamo.
Nie pij za dużo, bo rano będziesz miała potężnego kaca. A ta stara dupa w lustrze żachnęła się i mówi: córuś, o mnie się nie martw. Poprawiła włosy i zniknęła. No to teraz powiedzcie mi, kogo widziałam w lustrze, skoro moje młodsze odbicie zostało w domu, a ja jestem tutaj?” Terry z butelką ouzo i karafką wody wyszedł do patio. Każdy upijał się na swój sposób. Terry'emu w końcu udało się namówić Ivy, aby sprowadziła dla niego ouzo. Federico rozsmakował się w rumie Neisson Blanc. Subira sączyła tequilę Cimarrón, a gdyby była Ann, z pewnością zamówiłaby gin Hendrick's. Subira i Federico już siedzieli przy stoliku, oczywiście kłócąc się. Na blacie stały talerze z resztkami kolacji oraz butelki ich ulubionych trunków.
Subira ubrała zieloną krótką sukienkę, w której wyglądała tak apetycznie jak lekko przyrumieniony pstrąg w zielonej sałacie. Federico jak zwykle był w szarej koszuli z krótkim rękawem, którą z pewnością włożył rano. Przypominał rozgotowaną kaszę gryczaną. Te dania bez dwóch zdań nie pasowały do siebie. Przywitali się zdawkowo i wrócili do rozmowy. Może i dobrze. Terry musiał zastanowić się nad spotkaniem ze swoim byłym szefem. „Wsłuchaj się w muzykę. Początkowo usłyszysz kakofonię, lecz gdy zrozumiesz kod, odkryjesz ukryte piękno. Zawsze, bez względu na to, czy słuchasz muzyki, czy czytasz, chodzi o poznanie kodu, wyłapanie akcentów.
Chwil, gdy jesteś na szczycie fali i tych, gdy w dolinie czekasz na przybój. Ponieważ, tak jak w przypadku surfera, jest to walka z żywiołem. Znając szczyty i doliny poradzisz sobie z każdym problemem.” „A kod informatyczny?” — zapytał podchwytliwie Federico. „Pewnie też ma swoją falę” — wzruszyła ramionami Subira. „Ale ja wolę kod gestu, słowa, ciała. Na informatyce się nie znam. Informatyka to dla mnie współczesne hieroglify.” „A dla mnie twoja muzyka to magia.” Terry, przysłuchując się ich rozmowie, pomyślał, że może jednak Subira postanowiła rozgryźć orzech, skoro stara się go przekonać do słuchania muzyki. Ucieszył się, że wreszcie po ośmiu latach znajomości coś między nimi iskrzy. „Coś taki skwaszony?” — zapytała Subira, gdy Terry zdążył już wypić dwie szklanki Ouzo. „Kajtek zasypał mnie wątpliwościami na temat wyborów prezydenckich.” Zaśmiali się.
„To już nie wybory, a zwykły ranking popularności. Demokracja w czasach telewizji i internetu straciła sens” — skrzywił się Federico. „Nam te wybory się nie podobają” — odpowiedział Terry. „Ale jak sądzicie, czy Kennedy dla starszego pokolenia nie był takim samym złem, jak dla nas Trump? Mówiono, że jest zbyt młody, zbyt ugodowy. Poza tym osoby startujące w wyborach nigdy nie uważają się za satrapów. Mają wizję i siłę, aby ją realizować nawet wbrew woli większości. To wewnętrzne przekonanie o słuszności własnych poglądów może być tak silne, że przed wprowadzeniem ich w życie nic nie jest w stanie ich powstrzymać. A w przypadku porażki zawsze znajdują jakieś wyjaśnienie. Manipulacje elit, patrzenie przez swój własny brzuch, a nie dobro ogółu.
W ostateczności można odwołać się też do woli Boga.” „Ależ Trump jest starym, bezmyślnym nerwusem!” — zaprotestowała Subira. „Chodzi mi o coś innego. Na całym świecie dla średniego i starszego pokolenia ostatnie wybory polityków uważane są za najgorsze z możliwych. Nie rozumiemy młodego pokolenia, a to oni zbudują nowy, wspaniały świat, jednak już bez nas. Jesteśmy śmieciami przeszkadzającymi im w realizacji wizji. Zapominamy o tym, że to oni będą żyć z rządzącymi i może takich ludzi potrzebują. Szala raz przeważa się na stronę ugodowych, a raz agresywnych polityków. W swej masie społeczeństwo jest mądrzejsze od najświetlejszych umysłów. Jego wybory to często niedostrzegalny przez mędrców strumyk prawdy, a po kilku latach ten strumyk staje się głównym nurtem.” „A zwycięstwo Hitlera w 1933 roku?” — zapytał ironicznie Federico. „Obywatele Niemiec nie głosowali na furiata.
Jego fobie ujawniły się później. To był populista i wiele z obiecanych spraw zrealizował. Zbudował autostrady, które po wojnie stały się podstawą sukcesu gospodarczego Niemiec. Postawił na broń rakietową, gdyż ta nie była objęta obostrzeniami, co pozwoliło nam oraz ZSRR dokonać podboju kosmosu. Tak więc to dobry przykład. Ma tylko jedną wadę. Sugeruje negatywne konsekwencje, a tak być nie musi. Ja wymieniłbym raczej Franklina Delano Roosevelta i jego Wielki Ład.” „No tak, to wybór ustawiający życie kraju po dzień dzisiejszy” — zgodził się Federico. „Tak jak mur Trumpa, brak ludzi do pracy w południowych Stanach i pięciokrotny wzrost cen narkotyków. Podejrzewam, że populiści zawsze wygrywali.
Tylko dzisiaj, w tym oświetlonym jupiterami mediów szambie wyraźniej ich widać. Anne powiedziałaby nam pewnie coś więcej, lecz wydaje mi się, że grecka demokracja nie różni się tak bardzo od naszej. Zawsze był to wybór większości, czyli środka niemyślącego ideałami, a żołądkiem. Najgorzej, że kiedyś wybór, jaki podejmiemy, przekroczy granice rozsądku. Po fetowaniu na wiecach ludzie przebudzą się na kacu i zadadzą sobie pytanie: »Kurwa, kogo my wybraliśmy?« I to będzie koniec demokracji. Nie pozostanie nic innego, jak zdać się na tyrana rządzącego zgodnie z własnym widzeniem prawa i sprawiedliwości aż do śmierci.” „Ależ to jest chore” — jęknęła Subira, spłukując niesmak w ustach łykiem tequili. „Podobno nie ma lepszego sposobu rządzenia krajem niż demokracja” — zauważył Federico. „Więc monarchia nie ma szans?” — zapytała z udawanym żalem Subira. „Ach, gdzie są ci książęta z dawnych lat?” „Gdzie te księżniczki?” — dodał Federico. „Chcesz na pół wieku oddać władzę jednej osobie?
Wybory co kilka lat dają przynajmniej szansę na lepszą zmianę.” Wzruszył ramionami Terry. „Jak i wybór jeszcze większego wciskacza kitu” – skwitowała Subira. Przynajmniej debaty byłyby ciekawsze. „A może zróbmy konkurs piękności?” – zaproponowała Subira. – „Skoro kandydaci nie mają zamiaru spełniać obietnic wyborczych, to po co o nie ich wypytywać? Niech lepiej zaśpiewają, zatańczą. Lady Gaga na prezydenta. Przynajmniej kłamać będzie śpiewająco. Jeżeli nie możemy mieć mądrego prezydenta, to niech przynajmniej będzie to ładny prezydent.” Jej słowa zamknęły temat. Już nic więcej nie można było dodać.
Przez następnych kilka godzin rozmawiali o sprawach bez znaczenia. Gdy w butelce skończyło się ouzo, Terry zerknął na zegarek i wstał. „Już wychodzisz? Jeszcze nie ma północy” – zdziwił się Federico. „Dzwoniła Anne. Wraca w poniedziałek. Muszę trochę posprzątać mieszkanie” – wyjaśnił. „Zrezygnowała z poszukiwań stworów Homera?” – zapytała Subira. „Wręcz odwrotnie. Coś znalazła.” „Co?
Niemożliwe. Co odkopała?” „Przed potwierdzeniem autentyczności znaleziska nie chciała ujawniać co. Właśnie w tym celu wraca do Nowego Jorku.” „A jak śledztwo w sprawie porwań?” „To wy mi powiedzcie. Dotarłeś do IP filmowca?” – zapytał Federica. „Jeszcze nie, ale może jutro będę mógł ci przekazać adres.” „Ja też nie mam żadnych wiadomości.” – uprzedziła pytanie Terry'ego Subira. – „Przeglądałam literaturę, wiadomości w internecie i nie znalazłam dobrego powodu, aby ktoś chciał pobierać próbki DNA. Ale w przyszłym tygodniu wraca z urlopu moja szefowa, więc może ona coś podpowie.” Niedzielna przejażdżka. W niedzielne popołudnie zadzwonił do Terry'ego Federico, podając mu namiary na filmowca ze szrotu. Terry już nie miał pomysłu, w jaki sposób mógłby doprowadzić mieszkanie do stanu zadowalającego Anne. Uznał więc, że nie będzie przekładał wizyty na później i od razu pojedzie pod wskazany adres.
Do domu Christiana Jensena podjechał Trzmielem. Zaparkował przy University Place i dalej poszedł pieszo. Pięciopiętrowy budynek z czerwonej cegły lśnił luksusem. Wynajęcie mieszkania w tym miejscu nie było z pewnością tanie. Chłopak nie należał do klasy śmieciowej. Wejście do klatki schodowej Christiana Jensena znajdowało się między restauracją Mom's Cooking a salonem fryzjerskim Blue Sur Blue. Wypracowany w czasie walk na froncie nawyk kazał mu sprawdzić potencjalne drogi ucieczki. Na ścianie we wnęce pięły się w górę schody przeciwpożarowe. Na szczęście blaszane drzwi do budynku stały otworem, ponieważ jakaś staruszka wyprowadzała właśnie na spacer cztery yorki. Wszystkie jasnobrązowe, z czerwonymi, wyglądającymi na bożonarodzeniowe kokardami na czubku głowy.
Ich długie włosy zasłaniające duże, ciemne oczy sprawiały wrażenie, jakby psiaki były obrażone. Dwa wyrywały się do przodu, dwa zaparły się, nie chcąc wyjść na zewnątrz. Terry przytrzymał drzwi, aby kobieta mogła uwolnić obydwie dłonie i poskromić opór niesfornych czworonogów. Szarpnęła smyczami tak silnie, że prawie przefrunęły przez próg. Terry niemal cmoknął z uznaniem dla werwy, która kryła się w drobnej postaci staruszki. Po chwili zapukał do drzwi mieszkania Jensena na drugim piętrze. „Otwarte. Proszę wejść” – usłyszał. „Co za niefrasobliwość” – pomyślał, wchodząc do środka. Mieszkanie przypominało warsztat.
Chłopak siedział tyłem do drzwi przy długim biurku zastawionym częściami do różnych urządzeń. Było tam wiele dronów, robotów samojezdnych. Dostrzegł też robota przypominającego pająka. Pod sufitem podwieszono kilka modeli samolotów i statków kosmicznych. Terry wiedział, że chłopak studiował na Wydziale Inżynierii Mechanicznej Massachusetts Institute of Technology i wyglądało na to, że wybór kierunku studiów był jak najbardziej odpowiedni. „Pieniądze leżą na ławie. Tam też proszę zostawić pizzę” – powiedział gospodarz, nie odwracając głowy. Zajęty był lutowaniem i Terry rozumiał jego niechęć do odrywania się od pracy. Ale żeby nawet nie zerknąć, kto wchodzi do mieszkania? „Po co ci pizza, skoro masz jedzenie od mamy na dole?” – zapytał spokojnie.
Chłopak podskoczył, jakby kropla cyny spadła mu na dłoń. Zerwał się z krzesła i dopadł do Terry'ego. „Co pan tu robi?” „Zaprosiłeś mnie.” – Terry wzruszył ramionami, bezceremonialnie odsunął niższego o głowę chłopaka i wszedł do środka. „Nikogo nie zapraszałem.” – zaprotestował młodzieniec, by po chwili dodać: „Dziadku.” „Przed sekundą sam kazałeś mi wejść.” Chłopak zaniemówił. Terry mógłby dalej bawić się w kotka i myszkę, ale nie miał na to czasu. „Potrzebuję informacji o waszej akcji na szrocie” – wyjaśnił. Chłopak momentalnie się zjężył. „Nic o tym nie wiem, dziadku.” „I to nie z twojego komputera wrzucono film do sieci?” – zapytał, uświadamiając mu, że nie jest dziadkiem i wie, co to adres IP. „Dziadku, skąd mam wiedzieć, od kogo przychodzisz?” Na szczęście gospodarz niczemu nie zaprzeczył. Musi go jeszcze tylko trochę skruszyć, a będzie gotów do schrupania.
Terry wypatrzył pod sufitem moduł księżycowy LM. Od razu poczuł sympatię do chłopaka. Skoro poświęcił tyle czasu na odtworzenie miniatury pojazdu, który pozwolił ludziom postawić stopę na Księżycu, nie mógł być tak zły, jak chciał, by go postrzegano. Terry podszedł bliżej. To nie był model z plastiku do kupienia w sklepie za kilkanaście dolarów. To był model kartonowy. Każdy fragment modułu księżycowego musiał wycinać własnoręcznie. Na pewno praca na wiele miesięcy. Kiedyś, studiując na Caltech w Pasadenie, sam zrobił podobny. Wtedy jeszcze marzył, że poleci na Marsa lub księżyc Jowisza – Europę.
„A nie kusiło cię, by zrobić model Saturna V?” Zapytał o rakietę, która wynosiła moduły LM w misjach Apollo. „Zbudowałem. Z silnikiem na paliwo ciekłe własnej konstrukcji.” Chłopak podszedł do modułu księżycowego, patrząc na niego jak na dawno utraconą, ale wciąż pamiętaną miłość. „Jaki osiągnęła pułap?” – dopytywał się z ciekawością Terry. „Trzynaście i pół kilometra” – odparł z dumą chłopak. Terry pokiwał z uznaniem głową. „Człowieku, czego ty ode mnie chcesz?” – jęknął Christian. „Odnaleźć porwanego weterana.” „To nie był nikt ważny. Śmieć, który pewnie nie przetrzymałby najbliższej zimy.” „To, że w Afganistanie uratował oddział chłopaków w twoim wieku, nic nie znaczy. To było dawno temu.
Ale tak się składa, że jest moim przyjacielem. Chcę go odnaleźć, a ty byłeś na miejscu i możesz mi pomóc. Więc nie wyjdę stąd, dopóki nie powiesz mi wszystkiego, co wiesz.” Chłopak już zmiękł. Wydawał się gotowy do spowiedzi. „Wiedziałem tylko to, co sam możesz zobaczyć w sieci. Zaraz po porwaniu musiałem osadzić drona. Nie potrafię ci pomóc” – odpowiedział z autentycznym współczuciem w głosie. Nie przekonał tym Terry'ego. Jego wyjaśnienia były logiczne, lecz nabrał pewności, że chłopak coś ukrywa. Zaczął spacerować po mieszkaniu, oglądając inne modele.
„Dron, który sfilmował akcję to też twoja konstrukcja?” „To nie dron, a wielosilnikowy statek latający Dragonfly 3A” – sprostował urażony. „Oczywiście, że moja.” Terry podszedł do okna, zastanawiając się, co ma zrobić. Jak zmusić chłopaka do szczerości? Przecież nie będzie go torturował. Nagle na parkingu po drugiej stronie ulicy Eighth zauważył dwa vany. Te same, co na szrocie, z którego porwano kaprala Trotera. Wjechały na chodnik i zatrzymały się na wysokości przystanku autobusowego. Murowany mandat, ale to nie był problem Terry'ego. Jego problemem było to, że porywacze również dotarli do filmowca amatora. Tylko w jakim celu?
Pospolita zemsta za ujawnienie wizerunku rogacza w mediach wydawała się zbyt słabym powodem. Z drugiego vana wyskoczyło dwóch osiłków w kurtkach. Było zbyt ciepło na skórzane, długie kurtki. Terry zaczął żałować, że nie wziął ze sobą broni. Podeszli do pierwszego auta, z którego wyszedł niższy mężczyzna. Z okna drugiego piętra trudno było dostrzec szczegóły, lecz Terry odniósł wrażenie, że z jego głowy wyrastają rogi. Nie miał okazji dłużej się przyglądać, ponieważ mężczyzna włożył na głowę kowbojski kapelusz z szerokim rondem. „Hej, synku, zerknij przez okno. Czy to nie te vany sfilmowałeś na szrocie?” – zapytał, odsuwając się od futryny. Jednak nie ruszył się z miejsca.
„Aleś ty uparty, dziadku.” Spróbował zbagatelizować sprawę. „Wyjrzyj przez okno, a zrozumiesz przyczynę mojego natręctwa.” Chłopak podszedł do okna i niepewnie zerknął przez nie. „O kurwa!” „Prawda, że widziałeś już tego rogacza?” Grupa wkroczyła na jezdnię i zaczęła przechodzić na drugą stronę. Dowódca rogi miał bycze, lecz sylwetkę co najwyżej cielaka. Za to dwóch jego towarzyszy było prawdziwymi bykami. Krótkie, szerokie szyje, spojrzenia buchające testosteronem. „Wychodzimy schodami przeciwpożarowymi” – zdecydował Terry. „Chcesz uciekać?” – zaprotestował bardziej oburzony niż wystraszony chłopak. „Wolisz zostać i walczyć z tymi byczkami? Jak myślisz, co ukrywają pod kurtkami?” Terry uświadomił gospodarzowi konsekwencje pozostania w mieszkaniu.
Chyba zrozumiał, bo zamilkł i poddał się jego wskazówkom. Wybiegli na ulicę Eighth i szybkim krokiem przeszli do zaparkowanego trzmiela. „Wsiadaj” – rzucił Terry, otwierając drzwi. „Rany, co to za złom? Wystrugałeś go w piwnicy? Więcej szacunku!” „Nie obrażaj trzmiela, bo ten złom właśnie ratuje ci życie.” Christian rozejrzał się niespokojnie i już bez słowa wskoczył do środka. Terry zapalił silnik. Wdusił pedał gazu aż do podłogi, tak żeby usłyszeć pełną moc silnika. Nie musiał tego robić, lecz chciał pokazać chłopakowi, że trzmiel nie jest śmieciem, który powinno się przerobić na żyletki. „Muszę przyznać, że ma piękne brzmienie.” Chłopak spojrzał na Terry'ego z uznaniem.
Nim ten zdążył włączyć się w uliczny ruch, zobaczył zaglądających w uliczkę dwóch byczków rogacza. Musiał przejechać obok nich albo zawrócić i ruszyć w przeciwną stronę. W obydwu przypadkach mogli ich zauważyć. Wciąż wbrew logice wykręcił z piskiem opon. Po 20 metrach ostro zakręcił w lewo, przejechał dwie przecznice i skręcił w prawo, wjeżdżając na Broadway. Starał się nie poddać panice i jechał z przepisową prędkością, obserwując we wstecznym lusterku, czy ich ścigają. Na razie było czysto. „Dlaczego tak bardzo chcą cię złapać?” – zapytał, nie patrząc na chłopaka. „Nie wiem.” Christian odwrócił głowę. „Dziadku.” Terry przyhamował, jakby zamierzał się zatrzymać.
„Nie musisz jechać ze mną. Możesz wysiąść.” Chłopak nie ruszył się z miejsca. „A jeśli mam ci pomóc w ucieczce, musisz zacząć odpowiadać na pytania dziadka. Rozumiesz, wnuczku?” Nie odpowiedział. „Co jest na filmie, że cię ścigają? Niczego więcej tam nie ma.” Terry odwrócił głowę w stronę chłopaka i spokojnie czekał. „Naprawdę” – odparł niemal płaczliwym głosem Christian. Tym razem Terry mu uwierzył. Nie przestawał jednak patrzeć na niego z wyczekiwaniem. Po chwili milczenia Christian dodał: „Chodzi o coś innego.” Terry z ulgą wcisnął pedał gazu, zwłaszcza że dostrzegł jeden z vanów porywaczy.
„Mój Dragonfly potrafi więcej niż tylko filmować.” „Co takiego?” „Przygotowałem go do innego celu. Mieliśmy śledzić trasy kutrów wielorybniczych.” Na najbliższym skrzyżowaniu skręcił w prawo i wjechał w Broome Street. Miał nadzieję, że drugi van porywaczy nie jedzie Mercer Street. Mogliby go wtedy złapać w kleszcze. „Czy wiesz, że do dzisiaj trwa ten brutalny proceder i co roku zabijanych jest blisko 400 płetwali?” – mówił dalej Christian. „A wiesz, ile zbyt wygadanych dzieciaków ginie?” – przerwał mu Terry, lecz chłopak jakby nie zrozumiał aluzji. Rozgadał się. „Chcieliśmy śledzić podejrzane statki. Gdy zauważają naszą jednostkę, potrafią przez wiele dni nas zwodzić, udając, że nie szukają wielorybów. Ponadto przekazują ostrzeżenie przed nami.
My śledzimy jeden, a w tym czasie załogi kilku innych kutrów bez obaw wbijają harpuny w wieloryby.” Na skrzyżowaniu Mercer Street odnalazł się drugi van. Terry zdążył przejechać skrzyżowanie przed nim, jednak teraz mieli za sobą obydwa samochody porywaczy. Terry wdusił pedał gazu. Przyśpieszył, aby jak najszybciej dojechać do Avenue of the Americas. Trzmiel zamruczał. „Niecny proceder” – podsumował wypowiedź Christiana i szybko przeszedł do głównego tematu. „Ale co mają z tym wspólnego drony?” „Śledzenie satelitarne jest dla nas za drogie, jednak możemy wbić w ich statki harpun z pluskwą. Naznaczamy ich, po czym odpływamy.” „Nie można wbić pluskwy z kuszy?” Terry pomyślał o prostszym sposobie. „Tak blisko nie pozwolą nam podpłynąć, a jeśli nawet, to cały czas bacznie nas obserwują. W nocy nie zauważą drona.” „I miałeś taką pluskwę na jego pokładzie?” „Przykleiłem ją do dachu jednego z vanów.” „To jest nawet ciekawe” – pomyślał Terry.
Dotarło do niego, że dzięki pluskwie Greenpeace może poznać dokładną trasę vanów, a to może doprowadzić go do miejsca przetrzymywania Trottera. Zbliżali się do skrzyżowania z W. Broadway i Terry zastanawiał się, jak zmylić pościg. Nie jechał zbyt szybko, a i porywacze nie byli tacy głupi, aby przekraczać dozwoloną prędkość. Takie działanie bardzo szybko zakończyłoby się interwencją policji. Policjanci, którzy przed prezydenturą Trumpa bez zbędnych pytań strzelali do Afroamerykanów, teraz, i tu rację miał Kajtek, jeszcze szybciej sięgali po broń w przypadkach podejrzenia o terroryzm. Kolor skóry, za duży plecak, a nawet zbyt obszerny brzuch, co w tyjącym na potęgę społeczeństwie mogło stanowić problem, było wystarczającym powodem do otwarcia ognia. A co dopiero pędzący samochód. Terry postanowił poprosić o pomoc Federica. „Federico, uciekam przed pościgiem dwóch vanów.
Możesz mnie pokierować?” „To mogę.” „Zielona fala plus informacja, gdzie są vany.” „Da się zrobić. Daj mi minutkę.” W Broadway Street przeciął już na zielonych światłach. Do ostatniej chwili jechał lewą stroną, sugerując, że zamierza skręcić w Wood Street, lecz w ostatniej chwili niemal wpadł na znak rozjazdu i wybrał prawą stronę. Rowerzysta w pomarańczowej kamizelce ledwo zdążył uciec przed maską Trzmiela. Jeszcze przez dwie przecznice pędził Broome Street, a później skręcił w Avenue of the Americans i korzystając z pasa strażackiego, pognał czteropasmówką prowadzony zieloną falą Federica. Gdy przy zmianie biegów zgrzytnęła przekładnia, Terry niemal zawył z bólu. Vany porywaczy, jak przyklejone, wciąż trzymały się w odległości 50 metrów za nimi. Terry jechał, używając niskich biegów, dwójki, najwyżej trójki. Trochę zarzynał silnik, lecz nie chciał stracić możliwości gwałtownych przyspieszeń. Byle tylko źle nie zmieniał biegów.
Wykorzystał chwilę spokoju i wrócił do przerwanej wcześniej rozmowy. „Musieli zauważyć twoją pluskwę” – stwierdził. „Ale to dziwne. Jeszcze godzinę temu działała.” „Niszcząc ją od razu, daliby ci sygnał, że ją znaleźli. Mogli ją też podpiąć do innego wozu, a ty spokojnie siedziałeś w domu” – wyjaśnił. „To prawda” – zgodził się Christian. „Masz zapisane trasy tego vana? Potrzebuję ich.” Christian skinął głową, lecz zaraz dodał: „Teraz nie mam do nich dostępu. Dane mam w chmurze.” „No to uciekajmy, abyś mógł mi przekazać dane.” Pościg nie był jedynym problemem uciekinierów. Trzmiel oraz czarne vany, które go ścigały, mogły okazać się łakomym kąskiem dla znudzonych kontrolerów.
On sam, widząc vany podczas akcji na Szrocie, pomyślał o rządowych limuzynach. Z pewnością algorytmy programów komputerowych służb były ustawione na wyłapywanie podobnych sytuacji. Groził im nie tylko pościg rogacza, lecz i ostrzał z góry. „Wyjrzyj przez okno i sprawdź, czy nie ma nad nami helikopterów.” krzyknął do Christiana. Policyjnych? Jakichkolwiek. Zdziwiony chłopak opuścił szybę i wychylił głowę. Po kilku sekundach schował ją i powiedział: Żadnego nie widzę. Terry nie mógł uciekać przed dwoma wrogami. Musiał znaleźć sposób na zneutralizowanie przynajmniej jednego.
Federico, a czy możesz dotrzeć do sieci antyterrorystycznej i oflagować moje auto jako rządowe? A niby skąd mam mieć do nich dostęp? Masz dostęp do wszystkiego. Terry połechtał próżność przyjaciela. Na nic się to jednak zdało. Ale nie w kilkadziesiąt sekund. Próbuj, a ja zadzwonię do krochmalnego pułkownika. Avenue of the Americans właśnie się kończyła. Miał do wyboru wjechać do Central Parku, gdzie było ograniczenie prędkości lub skręcić w prawo w Fifth Avenue. Kusiło go, by wpaść do parku i próbować zgubić vany na jednej z tamtejszych uliczek.
Uznał jednak, że stworzy za duże ryzyko dla spacerowiczów. Poza tym vany porywaczy były przygotowane do jazdy w terenie, a jego trzmiel miał bardzo niskie zawieszenie i próba ucieczki trawnikiem mogłaby się źle skończyć. Skręcił w prawo, przemknął przez 59th Street, minął Fifth Avenue i wjechał w Madison Avenue. Vany porywaczy trzymały się od jego trzmiela w odległości dwudziestu metrów. Za blisko. Dopiero teraz znalazł czas, aby zadzwonić do pułkownika McCormacka. Wiozę świadka z dowodem porwania, ale ścigają nas dwa vany porywaczy. Możesz mi zapewnić osłonę? Już dzwonię do centrum. Czym jedziesz?
Swoim trzmielem. Jeszcze jest na chodzie? Za chwilę wjadę do Central Parku. Terry pominął uwagę przyjaciela. Rozumiem, nie masz czasu. Już dzwonię do odpowiednich służb. Nie zapomniał, jak czasem ważna jest szybkość podejmowania decyzji. Słusznej czy błędnej — to było mniej istotne. Terry skręcił w lewo w E 85th Street i po stu metrach, ponownie przecinając Fifth Avenue, wpadł w 85th Street Transverse. Jeden z vanów nie miał tyle szczęścia.
Zderzył się z samochodem dostawczym. Usłyszeli głuchy huk i wysokie tony, jakie wydaje sypiące się szkło. Drugi van, nie zwalniając, pognał za nimi. Teraz jechał dwupasmówką z obydwu stron okoloną wysokim na metr murkiem, która przed wiaduktem zwęziła się do pojedynczego pasa. Terry'emu pozostało tylko jedno wyjście. Masz gdzie się ukryć? — zwrócił się do Christiana. Dlaczego pytasz? Terry pominął milczeniem tę manierę odpowiadania pytaniem na pytanie, z satysfakcją zauważając, że przynajmniej przestał już być dziadkiem. Masz czy nie?
Tak — z dziwnie błogim uśmiechem odpowiedział chłopak. O czym on myśli? — zastanowił się Terry. Chyba nie o nocnym klubie Go-go. Jesteś zbyt cenny, aby przez przypadek coś ci się stało. Wysadzę cię i ściągnę pościg na siebie. A gdy będziesz bezpieczny, przekażesz Federico nagranie z pluskwy. Przygotuj się. Trzymaj się mocno, a jak zatrzymam wóz, błyskawicznie skacz. Musisz schować się za najbliższym samochodem.
Za New York City Police Department Terry skręcił w prawo na parking schowany pośród drzew. Po kilku metrach wdusił pedał hamulca i zatrzymał auto. Wyskakuj. Christian nadspodziewanie zgrabnie wyskoczył z auta i przycupnął za białym Oplem. Terry wdusił pedał gazu i szybko wrócił na 85th Street Transverse, obserwując sytuację za sobą. Van porywaczy, nie zatrzymując się, pognał za trzmielem. Po kilkuset metrach wyjechał z Central Parku i pognał W 86th Street. Po prawej minął Starbucks, żałując, że nie może zatrzymać się na kawę. Trudno. Skręcił w prawo w Amsterdam Avenue.
Przed sobą miał prawie dwa kilometry prostej drogi. Dobrze znał ten teren. Mieszkał w pobliżu. Postanowił nie ograniczać mocy silnika. Rozpędził się na trójce do maksymalnych obrotów, po czym wrzucił czwórkę i wciąż wciskał pedał gazu. Nadszedł czas decyzji. Nie miał dużego wyboru. Chciał uniknąć korków przed mostami, ale w końcu któryś musiał wybrać. Byli przecież na wyspie i nie mógł krążyć po niej w kółko. Zdecydował się na George Washington Bridge, gdyż przebiegały przez niego międzystanowe autostrady, a wyjazd z Nowego Jorku nie był objęty mytem.
Nagle usłyszał syreny policyjne. Sfora psów zwietrzyła zwierzynę. We wstecznym lusterku zobaczył van porywaczy, a za nim kawalkadę wozów policyjnych. Ucieszył się. Może obecność policji powstrzyma zapędy porywaczy. Zanim zdążył dojechać do mostu, na wysokości Highbridge Park zobaczył, jak dach vana otwiera się i wysuwa się z niego stanowisko z ciężkim karabinem maszynowym. No nie, bez żartów! — jęknął. Porywacze sięgnęli po ostateczny argument. Mógł się domyślić, że zamiłowanie do vanów w stylu militarnym nie wynikało jedynie z ich potrzeb estetycznych.
Pierwsza seria zgruchotała pnie drzew rosnących na poboczu. Odetchnął z ulgą. Niestety, druga posiekała karoserię trzmiela oraz przebiła obydwie tylne opony. Terry'emu udało się nie doprowadzić do przekoziołkowania samochodu, lecz ściągnęło go w prawo. Wóz przeleciał przez chodnik, rozbił płotek i resztą pędu wbił się w gruby pień drzewa. Maska opadła i owinęła wokół pnia. Z silnika dobyły się kłęby pary. Stado policyjnych wozów opadło go jak spora psów rannego niedźwiedzia. Odetchnął z ulgą. Chwilowo był bezpieczny.
[03:57:56] - To już, proszę państwa, koniec kolejnego Bibliotekarium 2.0. Do teraz się powstrzymywałem, ale przynajmniej na koniec muszę powiedzieć, że był to kolejny okrągły, jubileuszowy i wspaniały 140. odcinek Bibliotekarium 2.0. Musiałem powiedzieć to, bo bym się inaczej udusił. Ja uwielbiam okrągłe liczby. 140. W jakiś sposób to jest jednak okrągłe. Dobrze, już milczę we wszystkich znanych sobie i nieznanych językach. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość.
To znaczy zapraszam na audycję Bibliotekarium 2.0 w przyszłym tygodniu, a teraz życzę dobrej nocy i wspaniałego weekendu.
[03:58:44] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.