Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0: Akademia Wszelkiej Fikcji. No to mamy, szanowni Państwo, kolejny w tym roku długi weekend, a długi weekend najlepiej spędza się oczywiście z ciekawymi książkami, fajnymi filmami i inspirującymi gośćmi, czyli z kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0: Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry, wieczór państwu. Troszkę jeszcze grubszym głosem, ale już mam nadzieję, że z tej matni chorobowej wychodzę. No to śpieszmy się, póki jakiś atak kaszlu mnie nie dopadnie. Śpieszmy się z początkiem audycji. Na początku jak zwykle zapowiedzi. Zapowiedzi tym razem dotyczą przełomu czerwca i lipca. Proszę, jak ten czas leci. Pierwsza z książek, którą wybrałem nosi tytuł „Kwanty nie gryzą”, a podtytuł „Bezbolesny przewodnik po dziwactwach mechaniki kwantowej”. Autorką tej pozycji jest Nina Mazurkiewicz, wydawcą Prószyński Media, a książka pokaże się na rynku wydawniczym 26 czerwca, czyli w sumie już niedługo. O czym jest ta książka?
Fizyka kwantowa jest znana ze swoich dziwactw. W kwantowej rzeczywistości wszystko działa w całkiem inny sposób niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Wydaje się, że mamy do czynienia z niepojętą magią. Tak naprawdę jest wręcz przeciwnie. W mechanice kwantowej nie ma ani odrobiny magii. Są tylko fakty, fakty i jeszcze raz fakty. Ty także możesz zmierzyć się z wyzwaniem, jakie stawia przed nami świat kwantów i przekonać się, że w tym pozornym szaleństwie jest metoda. Wystarczy, że podążasz za autorką tej książki, którą przedstawiam. Książki, z której z całą pewnością wszystko zrozumiesz i jak to się często mówi, połączysz kropki, a przy okazji otrzesz się o wielką tajemnicę wszechświata, bo mówiąc o fizyce kwantowej nie da się po prostu ominąć pytań natury filozoficznej. I właśnie dlatego kwantowa rzeczywistość jest tak fascynująca.
„Kwanty nie gryzą. Bezbolesny przewodnik po dziwactwach mechaniki kwantowej”. Nina Mazurkiewicz, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 24 czerwca. Druga książka, którą państwu zaproponuję nosi tytuł „Test na zaufanie”. Autorką jest Joanna Maziarek, wydawnictwo White Raven. Data premiery 23 czerwca. Nad Miastem Aniołów zawisły czarne chmury. Zagrożona jest kariera jednego z członków Digital Forest, a być może i całego zespołu. Dave Dunning nie narzeka na swoje życie.
Ma wszystko, czego pragnie: sławę, pieniądze, kobiety. Ta sielanka trwa do czasu, gdy niespodziewanie zostaje oskarżony przez byłą kochankę o gwałt. Ta informacja nie tylko burzy jego spokój, ale i może przekreślić wszelkie dotychczasowe osiągnięcia. Wówczas na jego drodze pojawia się piękna, choć niedostępna dla niego kobieta, Charlotte Presley. Niestety, kiedy w grę wchodzą uczucia oraz pożądanie, wszystko może się zdarzyć, a stąd już krótka droga do zapomnienia. Czy teraz, kiedy karma postanowi zemścić się na Dunningu, przyjaciele będą w stanie mu pomóc? A może ktoś inny okaże się jego wybawieniem? To, proszę państwa, była notka o książce „Test na zaufanie” Joanny Maziarek. Książkę wydało wydawnictwo White Raven, a pojawi się na rynku wydawniczym 23 czerwca. I wreszcie trzecia książka.
To jest, proszę państwa, wydarzenie. Otóż 2 lipca tego roku wydawnictwo Fabryka Słów wrzuci na rynek książkę „Wojsławicka masakra kosą łańcuchową”. Jakub Wędrowycz, tom 11. To już państwo doskonale wiecie, że na scenę wkracza Andrzej Pilipiuk. No to zerknijmy, co czeka nas w 11. tomie przygód Jakuba Wędrowycza. Mój dziadek mawiał, że alkohol nie odbiera ludziom rozumu, tylko pokazuje, czy się go w ogóle posiada. Ale jest ktoś, komu od tego przybywa. Jakub Wędrowycz, kultowy bimbrownik, bezwzględny egzorcysta, domorosły filozof i insyminator, pogromca klanu Bednarków, zombiaków, ufoków, nindziów, demonów, Lenina i Boruty. Człowiek od brudnej roboty i zaostrzonego kołka.
Jeśli go nie znasz, to zmarnowałeś szmat życia do tej pory. Jeśli znasz, to wiesz, co robić dalej. Idź z tym do kasy albo wyślemy po ciebie Semena. To, proszę państwa, była zapowiedź „Wojsławickiej masakry kosą łańcuchową”, czyli „Przygód Jakuba Wędrowicza”, tom 11. Książka pojawi się na rynku 2 lipca tego roku, a wydawcą jest oczywiście Fabryka Słów. Tak, proszę państwa, to były zapowiedzi. To były polecanki książkowe. Czas teraz na korepetycje filozoficzne, ale postanowiłem coś zmienić. Po pierwsze dlatego, że zbliżają się wakacje. Po drugie dlatego, że pisaliście państwo w mailach, iż niektóre czytane przeze mnie artykuły z dwumiesięcznika „Filozofuj” wydają się zbyt skomplikowane, zbyt trudne.
Odbijacie się państwo od nich. Nie wiem. Być może tak jest. Filozofia to rzeczywiście czasami jest twardy orzech do zgryzienia. Postanowiłem zatem coś zmienić w korepetycjach filozoficznych. Oczywiste jest pytanie: co? Postanowiłem zrobić coś na kształt ściągawek filozoficznych. To znaczy postanowiłem, że przez kilka najbliższych miesięcy postaram się państwu przybliżać w sposób bardzo przystępny, a powiedziałbym nawet nieco frywolny, idee i postacie filozofów, którzy byli dla filozofii ważni. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Zobaczymy, na ile starczy mi talentu i na ile starczy mi filozoficznej refleksji, a jednocześnie połączenia tej filozoficznej refleksji z pewnym luzem.
Na początek wybrałem filozofa, który obił się państwu na pewno o uszy. Heraklit z Efezu żył w latach 540 p.n.e. do około 480 r. p.n.e. Ale to są informacje, które można sobie sprawdzić w pierwszej lepszej encyklopedii czy też w Wikipedii, która w końcu encyklopedią również jest. Ja przygotowałem dzisiaj dla państwa taki mini speech na temat Heraklita z Efezu. Drodzy słuchacze, jeśli ktoś wam kiedyś powiedział, że filozofia to same nudy, bzdury i oderwane od życia rozkminy, to może nie znał Heraklita z Efezu. A jeśli znał, to prawdopodobnie nie czytał go uważnie. Bo oto mamy myśliciela, który ponad dwa i pół tysiąca lat temu powiedział coś, co dziś mogłoby być mottem dla całego świata: „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Albo inaczej: „Wszystko płynie”.
Panta rei. Brzmi znajomo? Jasne, że tak. Heraklit to jeden z najbardziej rozpoznawalnych filozofów starożytności, nawet jeśli jego twarz nie pojawia się w memach tak często jak twarze Sokratesa czy Platona. A szkoda, że się nie pojawia, bo to właśnie Heraklit wprowadził do filozofii coś, co dziś nazwalibyśmy świadomością procesu. Wyobraź sobie, szanowny słuchaczu, oto idziesz nad rzekę. Wchodzisz do niej. I co? Heraklit mówi: nie możesz wejść tam dwa razy, bo za drugim razem woda, która otaczała twoje stopy za pierwszym, już dawno odpłynęła. Zatem to już inna rzeka.
Ale uważaj! Jeśli czytać Heraklita dosłownie, to nawet ten pierwszy raz się nie liczy, bo zanim zdążysz zamoczyć stopę do końca, to woda przepłynie dalej, ucieknie i przypłynie nowa. To trochę jak z momentem teraz. Zawsze jest, ale kiedy próbujesz go uchwycić, to ów moment już przestał być tym, czym był. I to właśnie esencja myśli Heraklita. Nie ma trwania, jest tylko stawanie się. Rzeczy nie tyle istnieją, co raczej dzieją się. Istnieją nie tyle byty, co procesy. Gdy inni filozofowie próbowali odkryć podstawowy składnik rzeczywistości, Tales wskazywał na wodę, Anaksymenes na powietrze, Ksenofanes może i na błoto, Heraklit postawił na ogień, ale nie dlatego, że był piromanem. Ogień to dla niego symbol zmienności.
Wiecznie się przekształca. Ogień to proces nieustanny. Płomień jest i nie jest. Za każdym razem jest inny, a mimo to taki sam. Ten sam. I dokładnie taki jest świat. Heraklit uważał, że ogień to arche, prazasada wszystkiego. I to właśnie ogień obrazuje, jak zmienność może być czymś trwałym. Paradoks? Jak najbardziej, ale Heraklit lubił paradoksy i dzięki nim zapisał się na zawsze w historii myśli.
Ale zaraz. Skoro wszystko się zmienia, to czy nie panuje chaos? Czy świat to nie totalny przypadek? Otóż nie. Heraklit twierdził, że rzeczywistość ma sens, tylko nie zawsze ów sens widzimy, bo tym, co spaja zmienność, jest logos. Słowo to po grecku oznaczało bardzo wiele rzeczy: mowę, rozum, prawo, zasadę, sens. Heraklit używał owego słowa jak wielozadaniowego narzędzia filozoficznego. Logos to kosmiczny rozum. Który rządzi światem. To niewidzialna reguła, która sprawia, że wszystko się zmienia, ale nie przypadkowo.
I teraz uwaga! Według Heraklita ten sam logos działa zarówno w świecie, jak i w człowieku. My też mamy w sobie logos i jeśli chcemy żyć mądrze, powinniśmy próbować się z nim zsynchronizować. Proste? Nie, wcale nie, ale ważne. Skąd bierze się zmienność? Heraklit twierdził, że z napięcia między przeciwieństwami. Świat to wieczna walka i harmonia jednocześnie. Nie byłoby światła bez ciemności, dobra bez zła, ciepła bez zimna. Każda cecha istnieje tylko w zestawieniu z jej przeciwieństwem.
Ale, i to klucz, te przeciwieństwa nie niszczą świata. One wręcz go napędzają. Ich ścieranie się jest jak zderzanie klocków domina. Generuje ruch, tworzy energię, napędza czas. A czas, zgadliście, też płynie. Czasem jak rwący potok, czasem jest jak przypadkowe poruszenie wody w kałuży. Ale czas nigdy, nigdy się nie zatrzymuje. Dla Heraklita nie tylko rzeczy zewnętrzne są zmienne. Zmienia się również nasz umysł, myśli, emocje, poglądy. Wszystko w nas płynie.
Nasza dusza, mówi Heraklit, jest tak głęboka, że choćbyś przeszedł wszystkie ścieżki świata, nie znajdziesz jej granic. To nie znaczy, że jesteśmy niestali jak liść na wietrze. To znaczy, że jesteśmy procesem. I dopiero kiedy to zrozumiemy, zaczynamy widzieć sens w tym wszystkim, co nas otacza. Chociaż Heraklit mówił o logosie, rozumie i sensie, to nie miał złudzeń co do ludzi. Mówił wprost: „Nie wystarczy dużo wiedzieć, aby być mędrcem. Zuchwalstwo należy tłumić bardziej niż pożar. Lepiej bawić się z dziećmi, niż uczestniczyć w życiu publicznym”. No i powiedzcie państwo, czy to nie brzmi jak komentarz do dzisiejszego rozpolitykowanego świata? Dla Heraklita ludzie dopiero raczkują w rozumieniu rzeczywistości.
Oddają się chciwości, sławie, działają wbrew naturze oraz wbrew logosowi i dlatego błądzą. Ale mimo to Heraklit nie nawoływał do ucieczki od świata. Wręcz przeciwnie, sugerował, by żyć zgodnie z rozumem i naturą, nawet jeśli oznacza to zaakceptowanie niewygodnych prawd. Filozofia Heraklita nie jest łatwa, ale jej przekaz jest bardzo prosty i uniwersalny zarazem. Świat się zmienia. Zmieniasz się ty, zmieniam się ja. Ale ta zmienność, chociaż czasami nieprzyjemna, jest potrzebna, naturalna i nieunikniona. Heraklit widział w świecie napięcie, ruch, dynamikę. Wierzył, że wszystko, co istnieje, istnieje dzięki sprzecznościom i że rozum, logos może nam pomóc to wszystko pojąć, jeśli tylko przestaniemy ignorować jego głos. Tylko czy przestaniemy?
Bo chyba nadal, po tych wszystkich wiekach, wciąż na nowo próbujemy wejść do tej samej rzeki. To, proszę państwa, były nowe korepetycje filozoficzne. Czy się państwu spodobają? Tego nie wiem. Czekam na komentarze. Być może taki sposób, w miarę lekki, w miarę prosty przedstawienia podstawowych idei wygłaszanych przez mędrców sprzed lat, może znajdą państwa uznanie. Zobaczymy. A teraz zapraszam państwa na audycję zaciągniętą z Wehikułu Wyobraźni. Państwo doskonale wiecie, że od czasu do czasu takie audycje zaciągam, aby zaprezentować je tutaj w Bibliotekarium. Dzisiaj opowiem o wiecznych lampach, o takich tworach, które ponoć odnajdywano w starożytnych ruinach i nie tylko w ruinach.
O lampach, które świeciły przez wieki, niewspomagane znikąd. Po prostu były, świeciły. Być może te lampy to był jakiś podarunek od obcych, jakaś forma energii, którą starano się opisać jako lampy. Tego nie wiem, ale o różnych przypadkach z przeszłości może warto posłuchać. Dlatego zapraszam państwa na audycję „Podarunek obcych”. A inne audycje, całkiem podobne, na równie, mam nadzieję, ciekawe tematy znajdziecie państwo na kanale Wehikuł Wyobraźni. A teraz już „Podarunek obcych”. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj zapraszam na niezwykłą podróż. Podróż do świata, gdzie nauka spotyka się z pytaniami, które wiele osób po prostu boi się zadać.
W centrum tej opowieści znajdzie się Abraham Loeb czy może Loeb, jak chce tłumacz Google. W każdym razie człowiek znany szerzej jako Avi Loeb, astrofizyk z Uniwersytetu Harvarda
[18:23] - Który bez kompleksów i skrępowania mówi o obcych cywilizacjach, o przybyszach z głębokiego kosmosu. Materiał dzisiejszego podcastu oparty jest na kilku wywiadach i zapewne niektóre informacje będą się powtarzały, ale myślę, że nie będzie tego wiele, a poza tym to chyba nie szkodzi. Łatwiej utrwalić sobie pewne fakty oraz kontekst, w jakim są podawane. Pierwszy z wywiadów ukazał się 1 lutego 2021 roku w magazynie Scientific American i był zatytułowany „Astronom Avi Loeb mówi, że kosmici odwiedzili nas i wcale nie żartuje.” Z naukowcem rozmawiał Lee Billings. Jednak zanim opowiem Państwu o wywiadzie, kilka słów o Avi Loebie, bo tak się jakoś porobiło w sieci, że profesor z racji tematyki, którą się od dawna interesuje, zaczął być dyskredytowany jako naukowiec. Jeśli to pomysł jego przeciwników, to jest to całkowicie błędna droga. Warto pamiętać, że Avi Loeb to, cytuję za Scientific American, płodny astrofizyk z Uniwersytetu Harvarda, który przeprowadził pionierskie badania nad czarnymi dziurami, rozbłyskami gamma, wczesnym wszechświatem i innymi standardowymi wręcz tematami ze swojej dziedziny. Jednak od dłuższego czasu Loeb zajmuje się również bardziej kontrowersyjnym tematem, a mianowicie kosmitami. Tym również zagadnieniem, jak ich znaleźć. Do niedawna najgłośniejszą aktywnością Loeba w tym zakresie było zaangażowanie w projekt finansowany przez miliardera z Doliny Krzemowej, Jurija Millnera, mający na celu wysyłanie wspomaganego laserowo obiektu kosmicznego zwanego lekkim żaglem.
Obiektu, który byłby zdolny do szybkich podróży do pobliskich gwiazd. A teraz zajrzyjmy do wywiadu ze Scientific American. W październiku 2017 roku astronomowie odkryli obiekt nazywany Oumuamua, który przeleciał przez nasz Układ Słoneczny. Jego niezwykłe cechy, takie jak nietypowy kształt i przyspieszenie niezwiązane z grawitacją Słońca, zaintrygowały społeczność naukową. Profesor Avi Loeb zasugerował, że najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem owych anomalii jest to, że Oumuamua jest rodzajem statku kosmicznego napędzanego żaglem świetlnym, być może obiektem porzuconym przez dawno wymarłą galaktyczną cywilizację. Wraz z Shmuelem Bialym opublikował w 2018 roku artykuł w Astrophysical Journal Letters, argumentując, że Oumuamua może być artefaktem pozaziemskiej inteligencji. Loeb zauważa, że jego hipoteza spotkała się z krytyką ze strony wielu naukowców, którzy uważają, że Oumuamua mieści się w granicach naturalnych zjawisk. Jednakże Loeb podkreśla, że nauka powinna być otwarta na nowe, nawet kontrowersyjne idee, jeśli są one poparte danymi. Avi Loeb opisuje swoją intensywną aktywność medialną po publikacji książki „Extraterrestrial”. Przyznaje, że chociaż czuje się dobrze, to nie może ostatnio sypiać, ponieważ udziela wywiadów nawet w środku nocy.
Między innymi dla Good Morning Britain o 1:50 w nocy i Coast to Coast AM o 3:00 rano. Dodaje: „W ciągu najbliższych kilku tygodni mam do przeprowadzenia około stu wywiadów, które będą zapisane w podcastach.” Wspomina też rozmowy z Lexem Fridmanem i Joe Roganem, a także ogromne zainteresowanie ze strony Hollywood. Skontaktowało się ze mną dziesięciu filmowców i producentów. Pomimo wrażenia, że prawie nie sypia, Loeb utrzymuje regularną poranną rutynę. Budzę się każdego ranka o piątej rano i idę pobiegać. To, jak mówi, daje mu spokój i skupienie. Naukowiec zauważa, że pandemia była dla niego najbardziej produktywnym okresem w karierze. Głównie dlatego, że nie musiał tracić czasu na dojazdy oraz spotkania. Odnosząc się do zarzutu, że jego medialna aktywność jest sprzeczna z deklarowaną niechęcią do tak zwanej autopromocji, Loeb odpowiada: „Myślę, że rozmowa z mediami jest ważną okazją, ponieważ pozwala mi podzielić się moim przesłaniem z szerszą publicznością.” A owo przesłanie wykracza daleko poza tematykę związaną z Oumuamua. Loeb krytykuje obecny stan nauki.
Coś jest nie tak ze społecznością naukową, jeśli chodzi o jej zdrowie. Naukowiec zarzuca swoim kolegom, że zamiast dążyć do poznania prawdy, skupiają się na autopromocji i nagrodach. Tworzą swoiste komory pogłosowe, w których ich poglądy są bezkrytycznie powtarzane. Jego zdaniem nauka nie dotyczy nas. Chodzi o próbę zrozumienia świata. Loeb ubolewa również nad dominacją spekulacyjnych teorii, które nie są testowalne. Teorii fizycznych, takich jak teoria strun czy kosmiczna inflacja. Opowiada też, że gdy zapytał Alana Guth, czy inflacja jest falsyfikowalna, przypomnę, to jeden z warunków procedury naukowej. Więc kiedy zapytał, usłyszał, iż to głupie pytanie, ponieważ teorię inflacji można dopasować do każdych danych. Uważam to za bardzo słabe stanowisko, podkreśla Loeb, ponieważ teoria wszystkiego jest czasem teorią niczego.
Na koniec wywiadu Loeb posługuje się sugestywną metaforą. To jak bycie na haju pod wpływem narkotyków. Możesz sobie wyobrażać, że jesteś bogatszy niż Elon Musk, ale dopiero eksperymenty są jak wypłata z bankomatu. Pokazują, ile naprawdę masz. W nauce ważne jest, abyśmy mieli tę kontrolę, bo inaczej nie dowiemy się niczego nowego. Drugiego wywiadu profesor Avi Loeb udzielił Stuartowi Clarkowi dla The Guardian 26 sierpnia 2023 roku. Wywiad zatytułowany był „UFO powinno być przedmiotem badań głównego nurtu”. Jedno jest pewne. Avi Loeb to profesor, który w świecie astrofizyki narusza tabu. Tak możemy przeczytać we wprowadzeniu do wywiadu.
Loeb jest autorem popularnonaukowych książek, wspomnianego już tytułu „Extraterrestrial: The First Sign of Intelligent Life Beyond Earth” oraz drugiej książki zatytułowanej „Interstellar”. W obu pozycjach porusza tematy istnienia inteligentnego życia poza Ziemią. Wbrew ostrej krytyce środowiska naukowego nie przestaje zadawać pytań, które wielu naukowców uznaje za wręcz nieprzyzwoite w poważnym i niestety często zbyt nadętym naukowym świecie. Loeb nie ukrywa swojej motywacji. Jak mówi, nauka może być ekscytująca, jeśli rezonuje z zainteresowaniem społeczeństwa. Według Loeb ignorowanie tematów takich jak UFO czy UAP to błąd. I właśnie dlatego stworzył projekt Galileo. Inicjatywę, której celem jest naukowe, transparentne badanie nieba w poszukiwaniu technologii pozaziemskiej. Loeb wraz ze swym zespołem zbudował pierwsze obserwatorium Galileo na Uniwersytecie Harvarda. To miejsce, gdzie niebo jest monitorowane bez przerwy w zakresie optycznym, ale także w podczerwieni, paśmie radiowym oraz akustycznym.
Profesor tłumaczy: „Używamy oprogramowania do uczenia maszynowego, aby dowiedzieć się, czy wszystko, co widzimy, jest albo naturalne, ptaki lub owady, albo stworzone przez człowieka, jak balony, drony czy samoloty. A może jest też coś innego?” Według Loeb kluczową różnicą między naukowcami a agencjami rządowymi jest to, że nauka może i powinna działać jawnie. Ocean i niebo nie należą do rządu. Są dostępne dla każdego badacza, stwierdza. Punktem zwrotnym dla profesora Loeb była obserwacja obiektu Oumuamua w 2017 roku. Obiekt ten przyleciał spoza Układu Słonecznego. Był bardzo szybki i nie przypominał żadnego znanego wcześniej ciała niebieskiego. Jego zachowanie, między innymi zmiana trajektorii bez widocznych śladów w postaci odrywania materii od obiektu i tworzenia ogona, jak to ma miejsce w przypadku komet. To wzbudziło podejrzenia, że może to być obiekt natury technologicznej. Loeb zaryzykował teorię, że Oumuamua mógł być napędzany przez światło słoneczne, jakby dysponował cienką technologiczną membraną.
Co ciekawe, później inny obiekt o podobnym zachowaniu okazał się być starą rakietą NASA z 1966 roku. Ale to tylko wzmocniło pytanie: a jeśli Oumuamua też był tworem technologii, ale tym razem nie naszej ziemskiej? Nie poprzestając na teoriach, Loeb ruszył w praktyczną ekspedycję. Wszystko zaczęło się od meteorytów, a konkretnie tego, który w 2014 roku spadł do Oceanu Spokojnego. Loeb wraz ze studentem Amirem Sirajem odkrył, że ten obiekt poruszał się z ogromną prędkością ponad 60 kilometrów na sekundę, a to sugeruje pochodzenie spoza Układu Słonecznego. Amerykański rząd potwierdził międzygwiezdne pochodzenie obiektu z pewnością na poziomie 99,9%. Co więcej, obiekt ten był wyjątkowo twardy, jakby wykonany z nienaturalnego stopu. To skłoniło Loeb do zorganizowania ekspedycji badawczej Pobliże Papui Nowej Gwinei. Tam za pomocą magnetycznych sań zespół zebrał ponad 500 sferul, stopionych kropli, prawdopodobnie pozostałości po eksplozji meteoru. Jak mówi Loeb, teraz zajmujemy się analizą ich składu, aby móc odpowiedzieć na pytanie, czy materiał pochodzi spoza Układu Słonecznego i czy ma pochodzenie technologiczne.
Profesor nie ukrywa, że jego podejście budzi kontrowersje. Spotkał się z ostracyzmem i zarzutami o nienaukowość. Jaka jest diagnoza profesora? Dlaczego? Skąd takie zarzuty? Loeb mówi o zazdrości akademickiej. Koledzy naukowcy zdają sobie sprawę z uwagi, jaką przyciągają moje badania i próbują nadepnąć na ten kwiat, który wznosi się ponad poziom trawy. Zdaniem Loeb naukowcy powinni zamiast tego przyłączyć się do badań, nie wyśmiewać ich. Bo jeśli zawsze będziemy trzymać się starych założeń, nigdy nie nauczymy się niczego nowego. Loeb nie poprzestaje na poszukiwaniu dowodów.
W książce „Interstellar” rozwija wizję przyszłości, w której ludzkość inwestuje nie w wojny, ale w eksplorację przestrzeni. Jego pomysł, cytuję: „Jeśli zainwestujemy dwa biliony dolarów rocznie w eksplorację kosmosu, możemy wysłać sondę do każdej gwiazdy w galaktyce Drogi Mlecznej w ciągu tego stulecia”. Koniec cytatu. To nie tylko wizja naukowca, ale i wizja natury etycznej. Być może dopiero wtedy staniemy się godni uwagi innych cywilizacji. Na zakończenie wywiadu Loeb dzieli się intymnym obrazem swojej codzienności, a mianowicie opowiada o wspomnianych już porannych biegach. Biegach o wschodzie słońca. Uciekam od niektórych moich kolegów, którzy mają zdecydowane opinie i nie szukają dowodów, a ja biegnę w kierunku wyższej inteligencji w przestrzeni międzygwiezdnej. Czy Avi Loeb to marzyciel, prowokator, czy może pionier przyszłej nauki? Trudno dziś powiedzieć.
Ale jedno jest pewne. W czasach, gdy nauka często zamyka się w schematach, tacy jak on przypominają, że najważniejsze pytania są wciąż przed nami. Kolejny wywiad, który pragnę dzisiaj omówić, ukazał się 19 października 2023 roku na portalu Torch Economics. Avi Loeb w rozmowie z Vikasem Chahą przytacza wiele faktów, które znacie państwo z przywoływanych już wcześniej tekstów. Mówiąc o tym, że współczesnej nauce potrzebne jest nowe podejście do badanego świata, profesor stwierdza: gdyby nasi przodkowie nigdy nie spojrzeli za horyzont, nigdy nie odkryliby nowych lądów. W nauce jest tak samo. Jeśli nie będziemy badać tego, co dziwne, nigdy nie zrobimy kroku naprzód. Właśnie z tej potrzeby zrodził się projekt Galileo, o którym była już mowa. Inicjatywa mająca na celu systematyczne badanie niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych i poszukiwanie pozaziemskich artefaktów przy użyciu nowoczesnych narzędzi. Loeb chce przenieść tę tematykę z marginesu do centrum naukowych zainteresowań.
Podkreśla: nie chcę polegać na rządowych relacjach czy filmikach z myśliwców. Chcę sam zebrać dane. Nauka polega na sprawdzaniu rzeczy, a nie na wierze w czyjeś słowo. W wywiadzie Loeb opowiada również o swojej ekspedycji do miejsca uderzenia obiektu CNEOS 2014-01-08, meteorytu zidentyfikowanego jako pochodzący spoza Układu Słonecznego. Ekspedycja zakończyła się zebraniem ponad siedmiuset metalicznych kulek, sferul, których skład chemiczny sugeruje nietypowe pochodzenie. Podkreślę tylko, że w poprzednim wywiadzie było tych sferul około pięciuset, zatem w ciągu kilku miesięcy przybyło ich jakieś dwie setki. Loeb nie przesądza ich natury, ale mówi otwarcie. Analiza tych materiałów może nam powiedzieć, czy mamy do czynienia z czymś naturalnym, czy może ze szczątkami technologii spoza Ziemi. To początek archeologii kosmicznej. Loeb wielokrotnie podkreślał, że nauka powinna być procesem otwartym i odpowiedzialnym wobec ludzkości.
Krytykuje zamknięcie akademickich elit na nowe idee oraz skłonność do karania za niekonwencjonalne pytania. Mówi wprost: jeśli chcesz mieć wpływ, musisz być gotów zostać wykluczony. Jeśli chcesz mieć rację, musisz być czasami sam. Na pytanie, czy ludzkość jest przygotowana na kontakt z obcą cywilizacją, Loeb odpowiada szczerze: nie. Jego zdaniem nasze społeczeństwo wciąż za bardzo koncentruje się na wojnach, władzy i pieniądzach, a za mało na eksploracji kosmosu i ewentualnym kontakcie z inną cywilizacją. A przecież to mogłoby wynieść nas na wyższy poziom duchowy i intelektualny. Zamykając rozmowę, profesor dzieli się osobistym motywem, który pcha go do działania. Chcę zostawić ślad. Coś, co przetrwa mnie samego. A co może być większym dziedzictwem niż odkrycie, że nie jesteśmy w kosmosie sami?
Czwarty wywiad, który postanowiłem Państwu streścić, ukazał się 15 kwietnia 2024 roku w magazynie BBC Sky at Night. Profesor Avi Loeb porusza w nim temat możliwości istnienia inteligentnych cywilizacji poza naszym Układem Słonecznym. Zwraca uwagę, że chociaż poszukiwania mikroorganizmów poza Ziemią są intensywne, to równie ważne jest pytanie o istnienie zaawansowanych technologicznie form życia. Loeb zauważa, że tradycyjne podejście zakłada, iż życie mikrobiologiczne jest znacznie bardziej powszechne, ponieważ pojawiło się na Ziemi stosunkowo wcześnie, podczas gdy homo sapiens istnieje dopiero od około jednej dziesiątej procenta historii naszej planety. Jednakże większość gwiazd w naszej galaktyce powstała miliardy lat przed Słońcem, co sugeruje, że ich planety mogą być znacznie starsze i bardziej rozwinięte. Loeb porównuje potencjalne pozostałości po obcych cywilizacjach do kosmicznych śmieci, które ludzkość sama produkuje, wysyłając sondy oraz satelity. Profesor zastanawia się, czy podobne artefakty technologiczne nie mogłyby istnieć w przestrzeni międzygwiezdnej jako dowody na istnienie innych cywilizacji. Podkreśla, że wszelkie szczątki wystrzelone za pomocą napędu chemicznego pozostają związane grawitacyjnie z dyskiem Drogi Mlecznej i mogą akumulować się przez miliardy lat. Dlatego też poszukiwanie takich obiektów w naszym Układzie Słonecznym może być obiecującą drogą do odkrycia śladów obcych technologii. W odpowiedzi na potrzebę systematycznego badania niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych i poszukiwania pozaziemskich artefaktów technologicznych, Loeb zainicjował wspominany już kilkakrotnie projekt Galileo.
Jego celem jest wykorzystanie nowoczesnych teleskopów oraz sztucznej inteligencji do analizy danych oraz identyfikacji potencjalnych technosygnałów. Loeb zaznacza, że tradycyjne poszukiwania życia pozaziemskiego koncentrowały się na sygnałach radiowych, co może być ograniczające, ponieważ zaawansowane cywilizacje mogłyby korzystać z innych, bardziej zaawansowanych technologii komunikacyjnych. Dlatego też proponuje skupienie się na poszukiwaniu fizycznych artefaktów jako bardziej obiektywnych dowodów na istnienie życia poza Ziemią. I to miał być właściwie koniec dzisiejszej audycji. Postanowiłem jednak sprawdzić, w jaki sposób odnosi się do profesora Avi Loba środowisko naukowe i czy naprawdę zasypuje go zarzutami o nienaukowość, o szarlatanerię wręcz. Chciałem również sprawdzić wartość owych zarzutów. Przedstawię Państwu zatem za chwilę wyniki mojego researchu. Przedstawię je bez komentarza. Ja oczywiście już wyrobiłem sobie zdanie na temat powagi i wagi owych zarzutów. Napiszcie Państwo proszę w komentarzach, jakie są Wasze wrażenia.
Zaczynamy zatem. Oto główne obszary działalności Avi Loba, które znajdują się pod ogniem krytyki akademickiej. Po pierwsze, hipoteza o Oumuamua jako sondzie obcej cywilizacji rozstrzeliwana jest w pierwszej kolejności. Dla porządku przypomnę. W 2017 roku przez Układ Słoneczny przeleciał obiekt Oumuamua, który według Loba mógł być sztucznie stworzonym statkiem kosmicznym napędzanym żaglem słonecznym. Swoje tezy profesor przedstawił w publikacjach naukowych oraz w książce popularnonaukowej „Extraterrestrial”. Wspólnie z doktorem Seanem Kirkpatrickiem z Pentagonu zasugerował, że Oumuamua mógł być jedną z sond wysłanych przez statek matkę. Statek matkę, który zakotwiczony jest gdzieś w obrębie Układu Słonecznego lub tuż poza jego granicami. Krytyka środowiska naukowego. Wielu przedstawicieli akademickiej nauki uznało ową hipotezę za zbyt spekulatywne i niepoparte wystarczającymi dowodami bajanie.
Astrofizyk Paul Sutter stwierdził, że sugerowanie, iż Oumuamua to statek obcych obraża rzetelne badania naukowe. Po drugie, pod obstrzałem znalazła się ekspedycja Avi Loba. Ekspedycja w poszukiwaniu pozaziemskich materiałów w Oceanie Spokojnym. Loeb zorganizował ekspedycję mającą na celu odnalezienie fragmentów meteorytu, który spadł do Pacyfiku w 2014 roku. Z dna oceanu wydobyto mikroskopijne magnetyczne kulki, które Loeb uznał za potencjalne dowody na istnienie technologii pozaziemskiej. Krytyka? Krytyka środowiska naukowego była, no powiedzmy, zmasowana. Eksperci tacy jak Peter Brown z University of Western Ontario wskazywali, że podobne kulki są powszechnie znajdowane na dnie oceanów i pochodzą z naturalnych procesów, takich jak spalanie meteorytów w atmosferze. Dodatkowo analiza sejsmiczna wykazała, że sygnały, które Loeb uznał za dowód upadku meteorytu, mogły pochodzić od przejeżdżających ciężarówek, co podważałoby lokalizację poszukiwań. Po trzecie, środowisko naukowe ostrzelało podejście Loeb do przedstawianych zagadnień.
Zarzucano mu dążenie do sensacyjności oraz brak rzetelności naukowej. Stwierdzano, że podejście do badań reprezentowane przez Loeb jest zbyt sensacyjne i może szkodzić reputacji nauki. Astrofizyk Steve Desch stwierdził, że działania Loeb zniekształcają dobrą naukę i odciągają uwagę od rzetelnych badań. Jill Tarter z SETI Institute zarzuciła mu natomiast podważanie metodycznego podejścia naukowego i promowanie pseudonauki. Po czwarte, rozstrzelano również projekt Galileo oraz poszukiwanie artefaktów obcych cywilizacji. Loeb zainicjował projekt Galileo mający na celu poszukiwanie dowodów na istnienie technologii pozaziemskich. Miało się to odbywać poprzez analizę danych z teleskopów oraz zastosowanie sztucznej inteligencji. Projekt ten, mimo że finansowany przez prywatnych darczyńców, od początku budzi kontrowersje w środowisku naukowym, a to ze względu na brak jednoznacznych wyników. Po piąte, zaczęto strzelać również do teorii o stworzeniu wszechświata przez obce istoty. O tej teorii nie było mowy w wywiadach, które dzisiaj przytoczyłem.
A zatem posłuchajcie państwo uważnie. W jednej ze swoich publikacji Loeb zasugerował, że nasz wszechświat mógł zostać stworzony przez bardzo zaawansowaną cywilizację jako rodzaj eksperymentu. Loeb połączył niejako koncepcje religijne z naukowymi teoriami dotyczącymi Wielkiego Wybuchu. To bardzo nie spodobało się środowisku naukowemu. Aż trudno przytaczać niepochlebne opinie na temat owej teorii. Podsumowując, główne zarzuty wobec profesora Aviego Loeba dotyczą jego skłonności do formułowania kontrowersyjnych hipotez. Formułowania ich bez wystarczających dowodów empirycznych, co zdaniem wielu naukowców może podważać wiarygodność nauki i promować pseudonaukowe podejście do badań nad życiem pozaziemskim. A ja zawsze myślałem, że nauka poza zbieraniem dowodów jest też napędzana wyobraźnią i otwartym umysłem. No ale cóż ja tam wiem. I to już wszystko na dzisiaj.
Mam nadzieję, że postać Avi Loeb stała się dla państwa bliższa mentalnie, a jego poglądy stojące w opozycji do części poglądów środowisk naukowych uznacie państwo za ciekawe. Jeśli spodobał się państwu ten materiał, namawiam do subskrypcji Wehikułu Wyobraźni. Proszę też, aby w komentarzu dali państwo znać, czy uważacie, że Oumuamua był sztucznym obiektem? Czy ludzkość gotowa jest na kontakt z wyższą inteligencją? Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę wszystkiego dobrego i do usłyszenia w kolejnej podróży do granic wyobraźni i nauki. No to proszę państwa, czas na Filmotekarium. Tyle słabych filmów dzisiaj się pokazuje w naszych czasach, że jak się pokazuje taki film jak „Opus”, który wybija się na tle innych pomysłem i na przykład aktorami, to człowiek mimo woli mówi sobie: „Oj, dobrze będzie, bardzo dobrze”. Zobaczymy. Zapraszam na Filmotekarium.
Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj rozmawiamy o filmie „Opus” w reżyserii Marka Anthony Greena. Jest to jego debiut reżyserski. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Tobie, Piotrze.
[47:57] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzisiaj nowość filmowa i muszę powiedzieć, że dziwna sytuacja znowu, bo tak naprawdę odczuwam pewien niedosyt albo pewną posuchę raczej na tym poletku filmowym. Po prostu od jakiegoś czasu niewiele jest.
[48:19] - I w takiej sytuacji nawet film dosyć przeciętny, średni nagle zaczyna urastać, przynajmniej w mojej głowie, do dzieła, może przesadzam, że wybitnego, ale coś się wreszcie dzieje. Jakiś film z jakimś sensem. Po ostatnich przecież naszych pogwarkach w ciągu ostatnich tygodni było słabo, a nawet bardzo słabo.
[48:50] - Czasami nawet się zastanawiałem, czy na jakiś czas nie powinniśmy Filmotekarium zawiesić, bo już nam pisali różni ludzie, że może byśmy czasami o jakimś dobrym filmie porozmawiali. Ale jak mamy rozmawiać o dobrych filmach, skoro w nowościach ich po prostu nie ma. W związku z tym, jak się pojawił film „Opus” i on był średni w moim przekonaniu, to się ucieszyłem autentycznie, że nie będziemy musieli dzisiaj tylko i wyłącznie wdeptywać w glebę owego obrazu, ale będziemy mogli powiedzieć coś sympatycznego. To chyba jest najbardziej adekwatne słowo do tego, co zamierzam o filmie powiedzieć. A tym filmem jest film „Opus” w reżyserii Marka Anthony'ego Gwina. To jest jego debiut reżyserski. No i cóż, tyle słabych filmów wychodzi w obecnych czasach, że jak się pojawia taki film jak „Opus”, który wybija się spośród obecnej produkcji, to już jest człowiek uhahany. A w sumie nie powinien, bo gdyby ten film ukazał się kilka lat temu, to chyba przemknąłby niezauważony. I to pomimo uczestnictwa świetnego aktora Johnego Malkovicha.
[50:23] - No tak, czy akurat jest z nim tak źle, to też nie wiem. To jest jeden z tego rodzaju filmów, szczerze mówiąc nie wiem, może to nawet ma swoją nazwę. Po prostu grupa ludzi i konfrontacja z tajemnicą albo konfrontacja z czymś niebezpiecznym. Czyli mamy bogatego ekscentryka, mamy odludzie, mamy jego fanaberie. I finalnie, no cóż, tu już wam nie będę mówił, musicie się sami przekonać. Słuchając tego wszystkiego, możecie dojść do wniosku, że już taki film kiedyś widzieliście. Na przykład „Blink Twice”, który był całkiem sprytny i dał się obejrzeć. Tutaj jest podobnie. To się da oglądać, tylko że jest pewien mankament, o którym za chwilę powiemy. Czy ten film się rozgrywa według oklepanego scenariusza i czy można było inaczej, trochę bardziej atrakcyjnie, to może za chwilę Marek oceni.
Ale co jeszcze warto powiedzieć? Główną rolę gra wspomniany John Malkovich, wcielający się w rolę piosenkarza. Może nie w rolę przebrzmiałej sławy, ale w twórcę tajemniczego, który zamilkł na kilka dziesięcioleci i nagle się znowu pojawia. Kilka osób ze środowiska muzycznego, ze środowiska show-biznesu otrzymuje zaproszenie do jego tajemniczej pustelni na spotkanie z gwiazdą. Potem się okazuje, że wybór nie był przypadkowy. Będąc na miejscu bohaterowie zaczynają odkrywać prawdę. Powoli o tym swoim dawnym idolu. On sobie żyje w otoczeniu swoich chyba wyznawców, można tak powiedzieć. Tworzy coś w rodzaju sekty. Początkowo nawet, ale bardzo początkowo goście to jakoś znoszą, ale potem zaczyna się robić coraz dziwniej.
[52:21] - Tak, dziwnie. Jak to w siedzibie sekty. Sekta ewidentna, nawet ma swoją nazwę: leveliści. Zaraz level, poziom te rzeczy. Człowiek zaczyna szaleć, a właściwie nie tyle człowiek, co jego wyobraźnia. Sam idol popu, Alfred Moretti, chyba tak się nazywał, jeżeli dobrze pamiętam, jest przykładem, świetnie zagrany przez Malkovicha, przykładem takiego kabotyna, takiego zakochanego w sobie człowieka, gwiazdy, że muszę powiedzieć, że ta rola mi się spodobała. On jest tak pretensjonalny, tak wkurzający, że aż prawdziwy. Jeśli się dobrze rozejrzeć, jak się zachowują rozmaite gwiazdy, nie tylko w Polsce, to jakaś prawda została wyciągnięta na powierzchnię. Jak się do tego filmu zabrać? Może zacznijmy tak, jak się zaczyna film.
Otóż młoda dziennikarka, która pracuje w magazynie muzycznym razem z redaktorem naczelnym tego magazynu dostają zaproszenie na ekskluzywny event. Tak się to teraz mówi. Chodzi o to, że to będzie prezentacja nowej płyty tego legendarnego, ale że tak się wyrażę, znikniętego już dawno gwiazdora muzyki pop. Oni chętnie tam jadą. Ten Moretti zorganizował wydarzenie na odosobnionym ranczu, gdzieś jadą donikąd tak naprawdę. I w dodatku tam na tym ranczu, w tych zabudowaniach poza głównym bohaterem szaleją ci leveliści. Sekta ewidentnie ubranych jednolicie i oddanych swojemu idolowi. Ewidentna sekta. I ta główna bohaterka bardzo szybko dostrzega, że coś jest nie tak. Inni goście to oczywiście rozmaici influencerzy, paparazzi.
Jest tam jakaś prezenterka. I oni wszyscy się zachwycają tym celebrytą, a on żyje tym, że się nim zachwycają. Czyli Wiecie Państwo, układ, który jest jak najbardziej prawdopodobny, a mimo to my jako widzowie czujemy, że tam kręci się jakaś manipulacja. I tu mam taką uwagę, że zanim docieramy na to ranczo, zanim to się wszystko zaczyna dziać, zanim ową manipulację zaczynamy czuć, to mija pół godziny filmu. To nie jest, proszę Państwa, najlepsza rekomendacja, bo ten film rozkręca się niesłychanie powoli. Oni gdzieś jadą, najpierw w redakcji mówią o tym, czy jechać, czy nie jechać i dlaczego jechać. Potem jadą, potem przyjeżdżają i to się toczy tak toczy. Zanim się coś zaczyna dziać, to się część widzów może zniechęcić. Bo miało być groźnie, miało być niesamowicie, a tymczasem jest tak jakoś zwyczajnie. Ale bardzo szybko dostrzegamy jako widzowie, że to, co wydawało się oddaniem artyście, ta grupa, która go podziwia, to się nagle zaczyna przekształcać w rodzaj rytuałów.
Może za mocne słowo, jakichś takich eksperymentów dziwnych, psychologicznych, nie wiem, jak to inaczej określić. I galopuje to w pewnym momencie. Może słowo galop to nie jest najbardziej trafne określenie. Sunie to jakoś w kierunku zakończenia, które jest groźne. Nie, bo chciałem powiedzieć, że brutalne. Nie jest brutalne, jest groźne. Inaczej, odczuwamy w pewnym momencie jakieś takie dotknięcie grozy, co nadaje temu obrazowi jakiś taki posmak horrorowaty. Ale nie ekscytujcie się Państwo, posmak nie oznacza pełnej krwi horroru, nie oznacza filmu grozy, przy którym będziemy gryźli paznokcie, zagryzali usta i tak dalej, i tak dalej. Mamy coś takiego w tym filmie, że chyba to jest rodzaj komentarza do obsesji współczesnego świata na punkcie sławy, ale jednocześnie poczucia wspólnoty, która tworzy się wokół idoli. Obojętnie, czy to aktor, czy to muzyk pop i tak dalej.
I taki artysta, on jakby chłania tę swoją publiczność. I ja wiem, czy coś z tego wynika? To chyba wszystko wiemy. To jest chyba nasza codzienność. Tak funkcjonuje współczesny świat.
[57:47] - Tak, tutaj można wyciągnąć różne wnioski, chociaż my raczej w tym programie stronimy od tego, żeby dopisywać sobie jakieś niesamowite interpretacje. Można by powiedzieć na przykład, że współcześnie jest tak, że celebryci... To chyba nie jest współcześnie. To się dzieje od kilku dziesięcioleci, że celebryci różnego rodzaju piosenkarze, aktorzy, często też biznesmeni, bardzo lubią mówić ludziom, jak żyć i co myśleć. I często ludzie zwykli traktują sobie wynurzenia jakiegoś aktorzyny, jakiegoś piosenkarza za wyrocznię. My to często widzimy na przykładzie Polski, tak? Czyli że tam jakaś aktorzyna X czy Y. Nie będę tutaj podawał nazwisk, żeby nie być posądzonym o jakieś sympatie czy antypatie, ale często widzimy, że sportowiec, piłkarz, koszykarz Marcin Gortat na przykład. Miałem nie podawać nazwisk, ale wymkło mi się, że często tacy ludzie mówią o rzeczach ostatecznych, chociaż tak naprawdę nie mają szkoły i są, szczerze mówiąc, dość głupi w większości, ale są wpuszczani. Dawane jest im pole w mediach, są wpuszczani na antenę i mogą gadać, co im ślina na język przyniesie.
I to sprawia, że w opinii wielu osób taki piosenkarz czy taki koszykarz Marcin Gortat na przykład może wydawać się jakimś człowiekiem, jakimś autorytetem i tak dalej. W rzeczywistości nie jest, ale ma jakieś opinie, które się przebijają. Tak jest trochę tutaj. Przy czym Malkovich jest w tym filmie zupełnie innym typem manipulanta na zupełnie innym poziomie. To sobie powiedzmy, tak? Ale co otrzymujemy dalej? W miarę szybko się orientujemy, że to nie jest taka gadająca głowa w telewizji mówiąca, na kogo głosować, że to jest ktoś, kto poszedł krok dalej. Mówi, jak żyć, że to jest guru. Ten film jednakże poza scenami, nie wiem, komunii chlebkowej, może poza obecnością dzieci, która tam jest. On tak bardzo nie szokuje jak inne filmy.
Na przykład "Midsommar" czy "Midsummer". Nie pamiętam, jak to się nazywało. Tam też mieliśmy przedstawioną taką komunę, taką sektę i to było szokujące, co się tam działo. A tutaj niestety gdzieś tak około godziny dopiero nam się to wszystko zaczyna rozkręcać, przy czym to też nie dochodzi do jakiegoś punktu kulminacyjnego. Dla mnie na przykład ten film nie jest wybitnie szokujący. Nie ma tutaj emocji nawet takich za bardzo jak w filmie "Blinked Twice", który był bardzo podobny. Wszystko tak naprawdę od początku mamy podane na tacy. Dopiero sam finał przynosi nam kilka odpowiedzi związanych chociażby z poglądami tego naczelnego sekciarza, z jego przekonaniami, że artyści powinni rządzić światem. Dowiadujemy się też, że jego wyznawcy się rozpierzchli po świecie. Ja mówię o tym, zdradzam to dlatego, że to w sumie nie ma żadnego znaczenia dla tego filmu i nawet szczerze mówiąc, nie jest to bardzo szokujące.
To znaczy Marku, ja na przykład zrozumiałem tylko tyle, że kiedy sobie uświadomiłem, że można uwięzić człowieka Ale można nie uwięzić idei. To może jest nawet lekko poruszające, że nie zdajesz sobie sprawy czasami u kogo kupujesz produkty spożywcze, u kogo płacisz za benzynę. To mogą być ludzie, w których tkwią różnego rodzaju idee, także takie bardzo niezwykłe. Nie mówię, że zawsze groźne. Chodzi mi tylko o to, że my jesteśmy przyzwyczajeni do takiego myślenia, że straszne koncepcje, różnego rodzaju niesamowite teorie, one się czają w umysłach okultystów, wielkich filozofów, wielkich artystów. Nie. One czasami się czają w umysłach zwykłych ludzi. To może było w miarę interesujące, ale to wcale nie było tematem tego filmu. To się gdzieś pojawiło na końcu. Także ten film mnie nie przeraził ani mnie też nie zaskoczył.
Malkovich wiadomo, wypadł dobrze. W ogóle pod względem aktorsko-realizacyjnym jest okej. To się da oglądać, ale też jest bez stąpnięcia, bez pieprzu. Tyle szatańskości w tym sekciarzu, co trucizny w łebku od zapałki. Parafrazując Wokulskiego. To finałowe rozstrzygnięcie też nie wnosi w sumie nic więcej. Tu był jakiś potencjał w tym filmie. To się da obejrzeć, to się da oglądać, ale jakoś tak wszystko mamy od początku podane na tacy i nawet to, że nam odpadają po drodze kolejni bohaterowie w tym filmie też nas nie dziwi. Nie ma takiego twistu w tym wszystkim. I to chyba jest największa bolączka w tym filmie.
[01:02:42] - Ty, Piotrze, jesteś bardzo delikatnym człowiekiem, ale powiedzmy sobie teraz z grubej rury: ten film jest po prostu boleśnie przewidywalny i niektóre motywy, które znajdujemy w tym obrazie są powierzchowne. Jest momentami ten film bez głębi psychologicznej. Momentami powiedziałem. Przez większość czasu tej głębi psychologicznej nie ma, a ona by się akurat przydała. Brak w tym filmie, skoro już krytykuję, to już powiem o tych brakach. Brak w tym filmie spójnego tonu, bo my raz mamy jakieś nawiązania do horroru, chwilami do satyry, może groteski. To nie służy. To wymieszanie nie służy temu filmowi. Ja wiem, że Malkovich świetnym aktorem jest i on w tym filmie to udowadnia, że da się zrobić dobrą rolę nawet w przeciętnym filmie. Scenariusz pozostawia moim zdaniem bardzo wiele do życzenia.
Ja miałem nieustanne niedosyty emocjonalne i to bym sobie jeszcze mógł darować. I logiczne niedosyty, bo chwilami miałem wrażenie, że ktoś mnie robi w konia. Motywacje bardzo niejasne czasami. Rytuały. Ja zauważałem pewną chaotyczność w tym wszystkim i te rytuały też były trochę wyciągnięte na zasadzie: a teraz pokażemy wam jakiś tajemniczy rytuał, żeby było dziwnie. Nie, to chyba nie. Chyba tak nie chcę. Mówiąc szczerze, "Opus" to jest film pomysłowy co do zasady, ale dla mnie rozczarowujący, bo horror satyra to mogłoby się udać, gdyby było zrobione konsekwentnie, z jakimś pazurem, a nie jest. Bo umówmy się, gwiazda pop, sekta, jakieś takie zacięcie: będę wami rządził, będę panem waszego losu. To jest materiał na horror, na film grozy, który może wgnieść w siedzenie.
Potencjał był, ale niewykorzystany. Mocna kreacja aktorska, zwłaszcza Malkovicha. To jest też duży atut, jakiś klimat, próba wytworzenia klimatu izolacji i grozy. To zawsze dobrze działa. Ranczo gdzieś na odludziu, tu groza się pojawia sama. Ale to wszystko jest niekonsekwentne w grozie, w realizacji po prostu. I ja wiem, ten film próbuje nam opowiadać o kulcie celebrytów, o manipulacji, jakiej dokonują owi celebryci. Bardzo często ich dokonują. Ten film mówi również o mediach, o sposobie, w jaki te media działają. Jak łatwo złapać media na lep.
Ale nie wiem, Piotrze, jakie ty masz wrażenie. Ja mam wrażenie, że ten film ślizga się po powierzchni. On nawet w momentach aż prosi się, żeby wejść w głąb, troszeczkę zeskrobać tego lakieru i wejść głębiej w pewne problemy, to ten film tego nie robi. Po prostu ucieka. Cóż, ja myślę, że dobrze się stało, że ten film jest, bo przynajmniej nie musieliśmy oglądać czegoś, co albo jest nudne, albo jest w ogóle nie do oglądania. Ten film da się obejrzeć, ale jednak z dużym "ale". Już nie będę tego wszystkiego powtarzał. Warto ten film obejrzeć dla pewnego stylu, dla aktorstwa, ale jeśli państwo oczekujecie grozy pełną gębą, to chyba nie. Nie w tym filmie. Jeśli oczekujecie Państwo pewnej głębi, tego, że temat zostanie w jakiś sposób rozszerzony, wejdziemy tam i zaczniemy analizować sprawę, to też tego nie ma.
Dla mnie film z potencjałem, ale film niedopracowany, ewidentnie niedopracowany. Szkoda, ale i tak dobrze, że był.
[01:07:29] - Tak, zgodzę się. Nie było tutaj pójścia za ciosem. Nie oszukujmy się, tak naprawdę wiele horrorów współczesnych ten wątek kultowy, sekciarski w sobie ma. Pamiętacie ten słynny, niby bardzo przełomowy horror z Hugh Grantem? Też miał być niesamowity, jaki obraz na temat sekciarza. I tak jakoś to wyszło, podobnie zresztą jak w tym filmie, mdle, bez smaku. Już więcej pieprzu, interesujących wątków było dla mnie w tym ostatnim odcinku "Paranormal Activity", gdzie też był przecież wątek sekciarski poruszony. To jest po prostu tak oklepany temat już, że musi się wydarzyć coś, musi być jakiś zwrot, żeby ludzie się tym zainteresowali albo uznali to za szokujące. Czyli jakieś szokujące rytuały, coś, co się nie mieści w głowie, a jeżeli już się nie da wymyślić niczego nowego, to jakiś plot twist. A tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego.
To, co jest na końcu, czyli ta demonstracja poglądów, bardzo krótka zresztą, Malkovicha, w sumie też niezinteresująca na dobrą sprawę. Jest, bo jest. Ale rzeczywiście brakło czegoś w tym filmie. On jest po prostu momentami nudny. Nie dzieje się tam nic takiego, co by nas wytrąciło z równowagi. Nie dzieje się nic anomalnego, anormalnego nawet za bardzo. Są pokazane pewne patologie w zachowaniu i życiu społecznym, ale to też nie jest coś, czego byśmy nie widzieli. To nie jest coś nawet takiego, co by nami wstrząsnęło w jakikolwiek sposób, bo to się dzieje normalnie, często w życiu codziennym. Także jeżeli chodzi o horrory o celebrytach, horrory o sektach, było tego więcej i były lepsze. Pamiętasz Marku, omawialiśmy "Smile", omawialiśmy film Shyamalana o piosenkarce i mordercy uwięzionym na jej koncercie.
To było coś. To nawet jeżeli było proste, to się oglądało, może nie z wypiekami, ale naprawdę był z tego powodu jakiś fun, jakiś szpas, jakaś radość. A tutaj tak było, nie było. Był sobie John Malkovich. Johna Malkovicha nie ma, bo go uwięzili na końcu. I tak można to podsumować, myślę.
[01:10:08] - To ja na koniec włączę wątek godnościowy, bo Państwo często piszecie w komentarzach pod filmami, że my ciągle narzekamy, że słabe filmy wam prezentujemy. Z próżnego i Salomon nie naleje. Czy jak mawiał pewien polityk: Salamon. Nie ma tych filmów, po prostu nie ma. Nawet ci uczciwsi komentatorzy mówią, że wiedzą, że nie ma tych filmów, ale aż by chcieli, żebyśmy coś dobrego, jakiś film dobry znaleźli. I trochę ja się czuję jako człowiek, który państwu o filmach opowiada, i myślę, że Piotr gdzieś tam podskórnie coś podobnego czuje. Jesteśmy w jakiś sposób, tylko czy Hollywood o tym wie? O nas to na pewno nie wie, ale przez Hollywood czuję się poniżony. Nie wiem jak ty, Piotrze, ale ja się czuję poniżony, bo zaczynam się powoli cieszyć z filmów, które są zaledwie średnie. I ja się już cieszę, że dobry film jest, bo jest lepszy niż te gnioty, które zmuszony byłem wspólnie z Piotrem przez jakiś czas Państwu opowiadać.
I ja się już cieszę. Mówiąc szczerze, w jakiś sposób jest to poniżające. Niedługo, jeśli to pójdzie w tym tempie, to będziemy się cieszyć, że w ogóle jakiś film jest i da się go jakoś streścić, opowiedzieć i może nawet jakiś wątek paranormalny w nim jest. Wiem, przesadzam. Robię to z premedytacją. Ale zwróćcie Państwo na to uwagę, bo mnie to, trudno powiedzieć przeraża. Nie, to nie jest kwestia przerażenia, tylko kiwam głową z zadumą, co się dzieje ze współczesnym kinem. Nie żeby to, że wszystko źle i tak dalej, ale zwróćcie Państwo uwagę. Filmy fantastycznonaukowe. Co przoduje?
Filmy o superbohaterach. To nie są filmy fantastycznonaukowe. One tylko takie udają. Co króluje wśród horrorów czy filmów grozy? Filmy, które straszą nas nie wiadomo czym. Czasami trudno się doszukać, czym nas straszą. I my na tym wszystkim prowadzimy audycję, która ma Państwu opowiadać o filmach, ma te filmy w jakiś sposób przybliżać. I ja się czuję coraz bardziej bezradny, naprawdę bezradny, bo jak to już powiedziałem, jak się zaczynam cieszyć ze średniego filmu, to się zastanawiam, co będzie za pół roku. To po tej dawce filmowych wzruszeń, może niekoniecznie wzruszeń, zapraszam państwa na recenzarium Evivy. Dzisiaj na tapet Eviva bierze „Żołnierzy kosmosu”.
[01:13:24] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak już często wspominałam, nie jestem zwolenniczką militarnej fantastyki, a prawdę mówiąc nie cierpię jej. Nic na to nie poradzę. W ogóle nie znoszę książek wojennych ani filmów. Z pewnymi niewielkimi wyjątkami, bo lubię na przykład serial „M*A*S*H”, chociaż książka, na której został oparty, zniesmaczyła mnie ogromnie. Nie lubię zaś przede wszystkim przenoszenia w kosmos tego, co nam się udało zepsuć na Ziemi. Wszelkie kosmiczne wojny uważam za absurd. Zresztą z punktu widzenia fizyki tak to jest. Nie tylko absurd. Czy naprawdę nie stać nas na nadzieję, że kiedykolwiek dorośniemy na tyle, żeby wyzbyć się wojen?
Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę przyszłość. Jestem w tym, można powiedzieć, nieodrębnym dzieckiem Gene Roddenberry'ego, czyli twórcy „Star Treka”, ale naprawdę w to wierzę, że zanim osiągniemy stopień rozwoju pozwalający na jakieś dalsze wyprawy kosmiczne, to też jednocześnie przebudujemy naszą własną naturę. Innego zdania jest, jak mi się wydaje, Robert Heinlein, którego klasyczna powieść „Żołnierze kosmosu”, czy też „Kawaleria kosmiczna”, ponieważ na terenie Polski pod tymi dwoma tytułami książka się ukazała, pokazuje, że może niekoniecznie tak jest. Albo może, że wyzbywszy się wojen na naszej planecie, możemy być zmuszeni do walki z dala od niej. Oby nie. Ta książka jest ciekawa nie ze względu na szeroko pojętą batalistykę, bo tej tam jest relatywnie mało, tylko ze względu na swój wymiar społeczny. Bohaterem jest Juan Rico, nazywany Johnny. Jest synem bogatej rodziny, która oczekuje, że kiedyś przejmie on po ojcu kierowanie bardzo dobrze prosperującą firmą. Jednakże 18-letni Juan płata rodzinie paskudnego figla i zaciąga się do wojska. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że w świecie, w którym żyje, jest to swego rodzaju wyróżnienie.
Ktoś, kto odsłużył jedną kadencję, jak to się mówi, czyli około dwóch, trzech lat, jest pełnoprawnym obywatelem, to znaczy może piastować urzędy publiczne. Inni nie. Twórcy systemu wyszli z założenia, że ktoś, kto chce kierować społeczeństwem albo jego częścią i podejmować decyzje, które tego społeczeństwa dotyczą, musi najpierw wykazać, że jest zdolny poświęcić wszystko dla ludzkości. Decyzja Johnny'ego wywołuje wściekłość jego rodziny. Jednak chłopak jest niewzruszony. Nie udaje mu się co prawda dostać do służby, którą sobie wymarzył i zostaje przydzielony do piechoty zmechanizowanej. Przechodzi tam niezwykle rygorystyczne szkolenie, w czasie którego przewartościowuje właściwie wszystkie swoje poglądy na świat. A później okazuje się, że fakt, iż na Ziemi sfederalizowanej od dawna nie ma żadnych wojen, jednak ludzkość ma wroga i to wroga bardzo niebezpiecznego. Społeczeństwo, którego obraz nakreślił Heinlein, jak teraz często określają, nosi znamiona faszystowskie. Nie szłabym tak daleko.
Jest natomiast dość osobliwe. Nie tylko chodzi o to, że ktoś, kto chce się poświęcić służbie publicznej, naprawdę musi najpierw odsłużyć wojsko. Przy czym, co jest wyraźnie podkreślone, może to zrobić każdy, niezależnie od płci i niezależnie od stanu zdrowia. Jedynym tutaj wyjątkiem są choroby psychiczne. Ale dla każdego wojsko znajdzie jakieś zatrudnienie, jeśli zdecyduje się on wstąpić do szeregów. Nie tylko to jest inne w tym społeczeństwie. Również podejście do systemu kar. Wiele przestępstw, szczególnie drobniejszych wykroczeń, karanych jest nie grzywną czy więzieniem, a chłostą publiczną, co jest rzeczą tak naturalną, że każdy uważa to za coś normalnego, że może publicznie dostać w skórę, jeżeli się czegoś dopuści. Chyba właśnie ten zwyczaj ściągnął na głowę autora takie gromy. Zarzucano mu również idealizowanie wojska, co jest głupotą, ponieważ nie ma w jego książce żadnego idealizowania.
On tam pokazuje po prostu, jak z młodych ludzi robi się maszyny bojowe, w jakim celu łamie się ich charaktery, jak to wygląda od środka. Ponieważ opisuje co prawda wojsko przyszłości, ale metody się wcale nie zmieniły, są w zasadzie takie same. Inne są tylko w cudzysłowie zabawki, którymi dysponują żołnierze. „Żołnierze kosmosu” to książka ciekawa. Trzeba przyznać, człowiek się nie nudzi, jak ją czyta. Główni antagoniści, czyli insektoidy, oczywiście mogą się nam wydawać odrażające, potworne. W tej książce autor nie wgłębia się w ich emocje, w ich uczucia, w to, czym są. Nie, oni są dla niego tylko wrogami. I to też jest pewna nauka wypływająca z tej książki. Żołnierz nie może sobie pozwolić na antropomorfizowanie wroga, niezależnie od tego, kim wróg jest.
Ponieważ kiedy zaczyna to robić, od razu przegrywa. Żołnierz jest od tego, żeby z tym wrogiem walczyć, żeby go pokonać, a nie od tego, żeby myśleć, że może ten wróg ma małe dzieci, że może ma kredyt do spłacenia i może w ogóle jest dobrym człowiekiem. Owszem, to jest bardzo ludzkie podejście. Ale żołnierzowi zabronione. W szwejku napisano, że kiedy żołnierz zaczyna myśleć, to już nie jest żołnierzem, tylko marnym, szarym cywilem. Oczywiście jest to bardzo ostre sformułowanie, ale coś w tym jest. Niestety taka prawda. Jeżeli ktoś chce być żołnierzem, musi wziąć pod uwagę to, że może zostać zmuszony zabijać i to, że nie będzie mu się wolno zawahać. I dlatego wszyscy marzący o służbie wojskowej żołnierzy kosmosu także powinni przeczytać. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:19:43] - Czas na sentymentalnik. Dzisiaj zapraszam państwa na audycję trzech tenorów. Ja nie wiem, jak tam głosowo wypadamy, ale audycja, w której gościem Piotra Cielebiasia i moim będzie Artur Wójtowicz. A rozmawiać będziemy o czymś, co powoli znika z naszych miast. W moim mieście to już zupełnie zniknęło. Mam na myśli kioski ruchu. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny sentymentalnik przed nami i to jest kolejny sentymentalnik, który robimy we trójkę, we trzech. A zatem pięknie witam naszego gościa Artura Wójtowicza.
[01:20:35] - Witam serdecznie.
[01:20:36] - No i równie pięknie witam stałego korespondenta sentymentalnika, czyli Piotra Cielebiasia z kanału UFO Historie.
[01:20:46] - Również witam. Ja bym jeszcze chciał dodać, że Artur Wójtowicz również dysponuje wspaniałym kanałem, do którego odnośnik znajdziecie pod spodem.
[01:20:59] - Tak. A dzisiaj postanowiliśmy porozmawiać o czymś, co zniknęło z naszej przestrzeni. Już tego nie ma. Całkiem niedawno zniknęło po wielu dziesięcioleciach. Tym czymś są kioski ruchu. Może one ostatnio nie budziły wielkich emocji, ale uwierzcie państwo, że w tak zwanych dawnych czasach, czyli jakieś kilkadziesiąt lat temu, no powiedzmy w latach 70. i 80. XX wieku, kioski ruchu to było miejsce dosyć ważne. Powody były różne, bardzo różne i o tych powodach dzisiaj porozmawiamy. Takim nieodłącznym elementem tej rzeczywistości, tak jak powiedziałem, były kioski ruchu.
Ale gdybyśmy mieli w skrócie powiedzieć, czym one fascynowały, czym przyciągały do siebie? W końcu zwykłe budki. No, trochę tam badziewia i nie badziewia, trochę gazet, trochę czasopism. Co sprawiało, że kioski ruchu były takim miejscem, które promieniowało i dlaczego promieniowało? A może czy promieniowało? Arturze.
[01:22:23] - No, tutaj na samym początku, wiesz, nie zgodzę się z tobą, dlatego, że obok mnie istnieje jeszcze kiosk ruchu. I zanim zaczęliśmy nagrywać, poszedłem, bo ja wyobraźcie sobie, jak chodzę po osiedlu, to ja specjalnie przez sentyment zachodzę do tej kobitki, bo to w ogóle jej matka prowadziła ten kiosk ruchu, a teraz ona dalej go prowadzi. I ja wchodzę tam, żeby tylko jej powiedzieć dzień dobry i miłego dnia. Po prostu. I teraz zajrzałem i powiedziałem do niej, że będę nagrywał też taki program z kolegami na temat kiosków ruchu. A ona mówi: „No to ktoś w końcu o mnie coś powie”, no nie? Ale jak dwadzieścia lat temu przyszedłem na Śląsk, to pamiętam, że w okolicach dookoła mojego domu było pięć czy sześć kiosków ruchu. Ogólnie. One potem znikały, znikały, znikały. Natomiast ja się mówię, szalenie cieszę, że ten kiosk ruchu obok mnie jeszcze w sumie istnieje i chyba to jest jedyny żyjący kiosk ruchu, powiem szczerze.
Natomiast jaki był fenomen tego? Ja powiem bardzo prosto. Mi się wydaje, że dla wielu pokoleń i dzieci, i młodzieży, i w ogóle dorosłych kiosk ruchu był taką swoistą świątynią papieru, tak to powiedzmy. Bo kioski ruchu stały w centrach miast, osiedli, przy dworcach, zawsze tam, gdzie tętniło jakieś życie. Co przyciągało do tego kiosku ruchu? Wiele rzeczy. Kolorowa prasa, komiksy, zeszyty, jakieś pachnące gumki, notesy, kolorowe długopisy, których też za wiele nie było wtedy. Pocztówki z różnymi widokami miast, zwierząt czy jakieś tam znaczki, żetony. Przecież zawsze się szło po bilety do kiosku ruchu, prawda? A przede wszystkim coś, co było najważniejsze — zapach gazet i czekanie na kolejną dostawę.
I to było niemal jak, bym powiedział, rytuał, prawda? Więc dodatkowo jeszcze pamiętajmy o tym, że w tym kiosku ruchu zawsze rządziła jakaś babka. Ona tam rządziła, bo ona miała gazety spod lady też, prawda? Czasami te, które nie były wywieszane. Czasami się do niej szło, tak, bo ci kioskarze byli takimi, bym powiedział, strażnikami, przewodnikami, bo wielu z nich miało w ogóle system notatek, dla kogo odłożyć jaki numer jakiej gazety, prawda? Także ja powiem uczciwie, że zanik kiosków ruchu to tak jakby zanik rytuału, bo dzisiaj te kioski... Najpierw były kioski ruchu, które właśnie charakterystyczne były te budki. Potem zrobiono z tego taki salonik prasowy, tak to nazwijmy, że to gdzieś w bloku albo gdzieś tam był salonik prasowy. No i tak naprawdę to, co kiedyś powiedziałem, zanikł też ten codzienny rytuał, kiedy się mówiło idę po gazetę, może właśnie będzie coś nowego, no nie? Zawsze się szło po coś tam, tak?
I tak mi się wydaje, że to była swoista świątynia papieru, a przede wszystkim naprawdę, chyba nie powiem źle, jeżeli użyję słowa, że to był naprawdę kult swoistego rodzaju jak na tamtą epokę.
[01:25:37] - Tak, szczęśliwym człowiekiem jesteś zatem Arturze, bo tu, gdzie mieszkam, kioski wycięło do nogi. W miejscu, gdzie stał kiosk, stoi w tej chwili budka, podobna nawet do tego kiosku, w której sprzedawane są różnego rodzaju akcesoria dla zwierząt. Od misek, po karmę. Ale kiosku już nie ma i w tych regionach Bydgoszczy, w których bywam, żadnego kiosku już nie ma. Po prostu nie ma. Zniknęło instytucjonalnie. Co więcej, żeby absurdowi przyjrzeć się mocniej, to powiem, że zanim zniknął ten kiosk, który zastąpił sklep dla zwierzaków, to w miejsce zwykłej budki postawiono takie coś, co miało drzwi otwierane na fotokomórkę. W ogóle było superbajeranckie. To postało półtora roku i zostało po prostu wywiezione. Zostały tylko te cegły, na których to stało.
Potem pojawiła się nowa budka, więc coś jednak odeszło w niepamięć. Pewno tych refleksji na temat Kiosku Ruchu będzie sporo. Ale teraz Piotrze, ciebie zapytam, bo ty na Kioski Ruchu też patrzysz inaczej. Jesteś innym pokoleniem i dla ciebie kioski chyba nie są tak kultowe, jak ja to zamierzam o nich powiedzieć, ale pierwszeństwo dla ciebie.
[01:27:10] - Nie, nie zgadzam się. Kioski były bardzo ważnym miejscem kontaktu z kulturą, z książką. Oczywiście tam można było wszystko kupić: papier toaletowy, wodę brzozową, jeszcze pamiętam, była dostępna gdzieś na początku lat dwutysięcznych. Dosłownie wszystko. Artur tutaj wspomniał o tym zapachu prasy, który się unosił, który był nie do podrobienia. To było coś, co przyciągało strasznie. Nie wiem, dlaczego tak działało na wyobraźnię, ale w moich czasach kioski były kultowe i ja to wyjaśnię w bardzo prosty sposób. Chodzi o lata dwutysięczne, wczesne jeszcze. Do tego okresu, moim zdaniem, kioski pełniły bardzo ważną rolę. Dlaczego?
Dlatego, że to był okres, kiedy oczywiście był już internet, natomiast wiele produktów było sprzedawanych na przykład na płytach kompaktowych czy na płytach DVD jeszcze. I to był ten taki ostatni łącznik między kioskiem a internetem. Natomiast we wcześniejszych latach, czyli powiedzmy około roku 2000 i parę lat wcześniej, można było kupić encyklopedię na płytach, można było kupić czasopisma z grami. To było bardzo ważne. Można było dostać coś, czego się nie miało albo co było trudno dostępne. Mogłeś mieć pełną wersję gry na przykład, miałeś dema na tych płytach, CD Action chociażby, ale tych czasopism z grami było więcej. Także to trzeba było skądś brać. I te kioski były automatycznie takim miejscem, gdzie się to wszystko kupowało. Ja nie wiem, ilu naszych słuchaczy jeszcze o tym pamięta, ale przecież w moich czasach na przykład bardzo ważne było to, że drukowano w prasie, dajmy na to w tej Wyborczej nieszczęsnej wyniki egzaminów, drukowano odpowiedzi po prostu egzaminów gimnazjalnych, matur i tak dalej. I to się kupowało, żeby zobaczyć, czy się dobrze odpowiedziało.
A dzisiaj? Dzisiaj to wszystko macie w necie. Także kioski przez długi czas myślę jeszcze, niż tylko w latach 70., 80. pełniły bardzo ważną rolę. Teraz to się wszystko mocno zmieniło. Bardzo mocno. Ja dodam jeszcze coś takiego, że u nas w miejscowości był taki zwykły kiosk Ruchu. Może nie taki typowy kiosk, bo on był w budynku, ale był kioskiem Ruchu, ale był też punkt sprzedaży prasy. I to nie był kiosk Ruchu, ale sprzedawano tam prasę z domu kultury i on oferował to samo, co kiosk Ruchu. Tylko że tam była zupełnie inna atmosferka, bo tam pracowała taka pani Hanka i w przeciwieństwie do pani z kiosku, która jak się coś brało, to mówiła: „Proszę”, to z Hanką można było pogadać o wszystkim.
Ona doradziła, powiedziała, co przyszło, odłożyła, powiedziała, kiedy będzie coś ciekawego. Znała wszystkich. Wszystkich, do któregoś pokolenia wstecz. I z tym mi się kojarzy magia kiosków. I w tych moich czasach, powiedzmy szkolnych, kiedy internet dopiero rozpychał się na rynku, dużą popularnością jeszcze właśnie cieszyły się oferowane w kioskach czy to programy edukacyjne, czy to encyklopedie na płytach. Mogłeś mieć wtedy Wikipedię na płycie. Może nikt o tym z ludzi pamięta, ale tak było. I oczywiście te wspomniane pisma z grami, tak jak CD Action. Nie wiem, kiedy się zakończyła ta magia kiosków, dlatego że w pewnym okresie po roku 2005 przestałem obsesyjnie, może nie obsesyjnie, ale przestałem z wielką miłością grać w gry komputerowe. A kiedy znowu zacząłem, to już oczywiście nie było czegoś takiego jak płyty dołączane do gazet.
Dzisiaj gry komputerowe macie wszystkie do ściągnięcia z netu. I tak to wyglądało.
[01:31:21] - A ja powiem, że mnie kiosków najbardziej żal z powodu, jakżeż by inaczej, książek. Otóż kioski, przynajmniej w tak zwanych moich czasach, czyli na przełomie lat 70. i 80., serwowały poza prasą również książki. Jakoś tak się dziwnie składało, że to nie było centralnie rozdzielane. Zresztą może nie będę się wypowiadał o sprawach, o których nie mam pojęcia. W każdym razie było po prostu tak, że co kiosk to inny zestaw książek. I tak pamiętam, że gdzieś pod koniec lat 70. kupiłem w kiosku książkę, która zupełnie wyskoczyła na mnie, ponieważ miałem taki durny zwyczaj, bardzo się on nie podobał moim rodzicom i moim dziadkom, że prawie taki kiosk obchodziłem naokoło. W zależności od konstrukcji tego kiosku on był przeszklony prawie naokoło albo przynajmniej w trzech czwartych. Więc śledziłem wszystko, co tam było i na przykład w ten sposób natrafiłem na książkę Bohdana Petyckiego „Kogut z czarnego słońca”.
Ni stąd, ni zowąd pojawiła się ta książka. Był koniec lat 70. Podobnie trafiłem na książkę w tym samym kiosku. Zresztą pani widać miała dobre rozeznanie, co młodzi ludzie kupują. Trafiłem na książkę Niziurskiego „Osobliwe przypadki Cymenona Maksymalnego”. Ciach! Kupiłem oczywiście. W ogóle miałem taki zwyczaj, ponieważ ja komunistyczne weekendy spędzałem u dziadków. Po prostu pakowałem się w piątek, bo to głównie chodziło o te wolne soboty, czyli raz w miesiącu. Ale pakowałem się i już w piąteczek pylałem do dziadków i siedziałem tam do niedzieli.
Wiecie państwo, u dziadków zawsze jest lepiej, bo dziadkowie po prostu mają tę piękną cechę, że nie są tak wymagający jak rodzice. W związku z tym tam miałem swój azyl. Co więcej, ferie też spędzałem u dziadków. Chodziło szczególnie o te ferie zimowe. I mój rytuał był taki, że zawsze wyprysnąłem sobie. Dziadkowie mieszkali na Starym Mieście. To nie jest może takie stare miasto. W każdym razie mieszkali w centrum Bydgoszczy i prysnąłem sobie zawsze z domu gdzieś koło 11. Szlak był stały: księgarnia wysyłkowa na ulicy Dworcowej, później antykwariat też na ulicy Dworcowej. Tam oczywiście, co tylko mogłem, to wykupywałem, ale po drodze była masa kiosków.
Obchodziłem całe takie trzy kwartały budynków i na tej przestrzeni było grubo ponad 10 kiosków i każdy kiosk należało dokładnie skontrolować. Właśnie tak w trzech czwartych szukać, jakie tam książki są. Czasami znajdowałem rzeczy, nie wiem, skąd one się tam znajdowały, bo to był na przykład jeden jedyny kiosk, w którym książki określonego typu się znajdowały. To pewno zależało od prowadzących ten interes ruchowy. W związku z tym miałem wytypowane książki. Inaczej, książki miałem wytypowane, ale przede wszystkim miałem kioski wytypowane, w których wiedziałem, że książki ciekawe odnajdę. I to był mój codzienny rytuał w czasie ferii, że po prostu koło 11 wyruszałem na łowy przez księgarnię wysyłkową, przez antykwariat, księgarnie różnego typu, bo tych księgarni było na tym krótkim odcinku całkiem sporo. Ale kiosków było przede wszystkim sporo. Jak przychodziłem z powrotem do domu, w którym mieszkali dziadkowie, to babcia załamywała ręce, bo ja na ogół przychodziłem z naręczem czegoś. To raz były książki, raz były czasopisma.
Tak to po prostu wyglądało. Bo co jest jeszcze ciekawe i co warto podkreślić, w tych kioskach może dostęp do czasopism nie był taki, że braliście państwo to do ręki i przeglądaliście, ale można było obejrzeć. To bym chciał zobaczyć, tamto bym chciał zobaczyć. Kioskarze źle reagowali, ale się w końcu tego nauczyłem. Prosiłem, że chciałbym zobaczyć jakieś czasopismo i przeglądałem przy nich. Oni byli tacy lekko spięci, czy ja na przykład nie prysnę, nie wyrwę tego czasopisma i nie pobiegnę sobie gdzieś, i oni by zostali z jakąś tam stratą. Oczywiście tego nie robiłem, ale oni byli bardzo czujni. Widziałem napięcie w oczach tychże kioskarzy i kioskarek, ale ja tak przeglądałem te czasopisma i czasami kupowałem rzeczy, których normalnie bym nie kupił. Więc miłe wspomnienia. W gruncie rzeczy prowadziłem w trakcie wakacji, w trakcie ferii, w trakcie weekendów taką gospodarkę rabunkową.
Rabowałem po prostu te kioski z rzeczy, które mnie ciekawiły. A ponieważ mnie dużo rzeczy ciekawiło, to dużo w kioskach kasy nastolatkowej zostawiałem.
[01:36:44] - W sumie ja też jako nastolatek kupowałem tygodniki, na przykład w tym „Forum”. Pamiętam, to swego czasu była jedna z moich ulubionych gazet, ale oczywiście było tego więcej. Ale kioski to nie tylko gazety, Arturze. To są także drobne przedmioty, upominki, gadżety, przedmioty kolekcjonerskie albo takie, które się stały kolekcjonerskimi. Na przykład karty telefoniczne albo były takie albumy z naklejkami w PRL-u. Co tam jeszcze ciekawego można było dostać w tych kioskach? Co pamiętasz?
[01:37:15] - Jeśli mogę wejść w słowo właśnie odnośnie tych kwestii kolekcjonerskich, to zanim do tego programu przeszliśmy, ja z Piotrem rozmawiałem i szkoda, że nie jesteśmy na wizji. Ja bym wam pokazał ciekawą kolekcję. Właśnie te naklejki, co były zbierane, gdzie było sześć naklejek, cztery z jakiejś serii, a dwie z różnych innych serii. I ja sobie wygrzebałem
[01:37:36] - Te albumy kolekcjonerskie, co mam: podbój głębin, ptaki egzotyczne, polskie zamki i pałace, II wojnę światową, samochody osobowe, polską broń pancerną, Amerykę Łacińską, jachty żaglowe, rybki akwariowe. I człowiek siedział i chodził, kupował te naklejki, żeby te albumy wypełniać tymi naklejkami. To było coś po prostu niesamowitego, powiem szczerze, w mojej ocenie. Ja powiem szczerze, że kiosk ruchu to był prawdziwy mikrokosmos codzienności, w którym w ogóle poza tymi gazetami i książkami kryło się całe mnóstwo małych skarbów, gadżetów, jakichś drobiazgów, które choć często były nawet niedrogie, potrafiły cieszyć jak naprawdę najprawdziwsze prezenty, prawda? Bo były przybory szkolne, to, co już powiedziałem o tych pachnących gumkach, ale to już były później te pachnące gumki. Były różne zabawki, różne puzzle, jakieś minigierki. Oczywiście szło się zawsze po te bilety autobusowe, po znaczki, po koperty, po losy totolotka, po różne breloczki, nie breloczki, prawda? Tego było masa. Ja bym powiedział, że kioski ruchu w ogóle były takimi miniaturowymi domami kultury, księgarniami, jakimiś sklepami papierniczymi i w ogóle takimi punktami kolekcjonerskimi. To wszystko w jednym.
Bo dla wielu młodych, dla dzieci i dla młodzieży z czasów PRL-u to był taki pierwszy kontakt z posiadaniem czegoś swojego. Zawsze można było za swoje kieszonkowe pójść i tam coś kupić. Kiosk ruchu był takim miejscem ekscytacji i miejscem planowania, że co kupię sobie w przyszłym tygodniu. Tak przynajmniej mi się kojarzy ten kiosk ruchu. Ja pamiętam, że zawsze jak się przechodziło, to już nie wspomnę o tym, że w kiosku ruchu zawsze Tygryski były. To też jest inna sprawa, ale może kiedyś o tym też sobie porozmawiamy, o Tygryskach, bo to był taki mini dom kultury, tak bym to powiedział.
[01:39:45] - Marku, a jak nie kupowałeś gazet i czasopism, to co kupowałeś w tych kioskach?
[01:39:51] - Mówiłem już, że książki. Ja po prostu miałem hopla, zawsze miałem hopla na punkcie książek. Tygryski też kupowałem. Tygryski mi starczały na półtorej godziny czytania. To były tego rozmiaru książeczki. Ale w kioskach pokazywała się też seria, nie pamiętam, jak ona się nazywała, ale to była seria dotycząca bitew morskich. Całkiem spora ta seria była. Mnie w pewnym momencie, może słaba psychika, wiecie państwo, tak to bywa czasami z ludźmi, którzy słabą psychikę mają. Ja byłem już w PRL-u opętany kultem serii, kultem czegoś, co można ustawić na półce i jest tego cała masa. Tygrysy były znakomitym objawem, a może nie objawem, nawet przejawem tego mojego zauroczenia.
Był taki czas, proszę państwa, że miesięcznie Tygrysów ukazywało się bodaj sześć albo nawet osiem. Tu nie jestem pewien, ale było tego masa. Wyobraźcie sobie państwo, osiem książeczek kolejnych można było nie tylko dostawić na półkę, ale można było w miarę szybko przeczytać. Czasami były to historie mniej fascynujące, czasami bardziej. Zależało po prostu, o czym tam było. Były tam książki w tych Tygrysach kuriozalne czasami. Pamiętam taką o radzieckich pilotach. Tam były po prostu bajki z mchu i paproci. Ale zostawmy to rzeczywiście na inny odcinek Sentymentalnika. Natomiast te książki z serii bitwy morskie i tak dalej to były naprawdę dobre książki.
Dużo się można było z historii douczyć, podszkolić i naprawdę były to rzeczy fascynujące, ale tych różnych książek, których ja tam poszukiwałem, była naprawdę cała masa. Ukazywała się taka seria, multiseria właściwie, oznaczona takim kryptonimem Siódemka i tam były różne. Te siódemki były różne, bo była podseria literacka, zielona bodajże, była niebieska, to były reportaże, była brązowa, to były historia bodajże, historia i sztuka. Czerwona była siódemka. To też mi się z literaturą kojarzy. Coś mi się pozajączkowało. Nieważne. To też były takie książeczki w formacie kieszonkowym i tam sporo różnych ciekawych rzeczy było. Tak sobie teraz uświadomiłem, jak o tym mówię, że ja w ogóle dużo czytam, ale ilość, którą ja pożerałem w postaci właśnie słowa drukowanego w młodości, właśnie w tych seriach rozmaitych, w tych książkach, książeczkach, książuniach. Tego była taka masa, że ja dzisiaj zastanawiam się.
Myślę sobie po prostu o historii swojej nauki. Teraz już zaczynam powoli rozumieć, że ja po prostu musiałem mieć problemy w szkole średniej, ponieważ byłem zajęty wszystkim, ale nie nauką. Przecież to strata czasu. I cóż, taki był system i taki byłem ja wtedy. To może zostawmy te wspomnienia. Wróćmy do książek. Książki, które ja tam rabowałem z tych kiosków, to naprawdę całe naręcza przynosiłem, więc nie dziwcie się państwo, że ta babcia załamywała ręce.
[01:43:38] - Ale później miała pewną satysfakcję, bo widziała, że wnuczek te książki pożera. Ja właściwie te książki pożerałem i następnego dnia naprawdę mogłem iść na kolejne łowy. Powiem państwu, że jak sobie teraz odsłuchuję tego, co mówię i tego, co mówi Piotr, tego, co mówi Artur, to zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście te kioski ruchu, które wydawały się wielu naszym słuchaczom zwykłymi budkami, trochę przeszklonymi, w których siedzi pan albo pani i różnymi pierdołami handlują, to było miejsce niezwykle ważne. Myślę, że warto w tej chwili porozmawiać o czasopismach i gazetach, bo to kolejny rozdział, który warto otworzyć, bo kioski ruchu i handel prasą to było coś niesamowitego. Dla mnie przynajmniej.
[01:44:35] - Tak, jednym z elementów funkcjonowania była prenumerata. W moim przypadku było tak, że zawsze to, co mnie najbardziej interesowało w tych kioskach było. Nie wiem, może ludzie nie kupowali po prostu, ale pamiętam między nimi z rozmów z wami, że były takie pozycje, które były bardzo chodliwe, na przykład komiksy i trzeba było prosić, żeby ci odłożył kioskarz do teczuszki. Były też rzeczywiście prenumeraty. Dzisiaj prenumerata jako tako istnieje, oczywiście w formie nieruchowskiej, bo czasopisma prowadzą normalne prenumeraty. Natomiast prenumerata w takiej formie odkładania do teczki odeszła trochę w niepamięć. Arturze, co ci odkładano?
[01:45:27] - Ja wam powiem coś takiego, że jeśli chodzi o te teczki, to jest bardzo ciekawa sprawa, bo instytucja prenumeraty i teczek w kiosku ruchu to był naprawdę prawdziwy rytuał i system społeczny z własną hierarchią, zależnościami, czy nawet taką polityką łaski lub niełaski kioskarza. Tak bym to nazwał, bo na przykład wielokrotnie to były teczki, a czasami one były śmiesznie opisane, bo kioskarka do jakiegoś specjalnego kartonika, koperty, worka czy jakiejś teczki wrzucała to, co ktoś prenumerował. Czasami było na tej teczce napisane: „Pan Marek od motoru” na przykład, nawet bez imienia i nazwiska. Ale ludzie się znali i te gazety odbierano wtedy z tych teczek regularnie. Na przykład przychodziło w kiosku 10 numerów jakiegoś czasopisma, więc tylko było 10 teczek. To była inna sprawa. Trzeba było to sobie zaprenumerować. Więc jak ktoś nie odbierał w ogóle na przykład z tej teczki przez dwa, trzy tygodnie, on tracił ten przywilej teczki, a to był w ogóle ból nie do opisania moim zdaniem. Tak bym to powiedział, że te kioskarki, jeśli chodzi o te teczki i prenumeraty, to były prawdziwe władczynie tego papierowego imperium, bo znały każdego klienta, znały gusta tego klienta, znały rytm życia. One wiedziały, kiedy on przyjdzie, czy przed południem, czy po południu, czy kiedyś.
Jeśli cię lubiły, to one ci spod lady wyciągały różne gazety, co dla ciebie zatrzymały, a jeżeli nie, to czekałeś, gniłeś w kolejce i czasami po prostu nic nie zostało, prawda? W ogóle często było tak, że rodzice zakładali te teczki dla dzieci, żeby w tych teczkach był właśnie „Świat Młody” czy „Płomyk”. Starsi oczywiście też do tych teczek sobie prenumerowali, czy to były „Kobieta i Życie”, czy „Filipinka”, czy czasopisma typu „Motor” albo „Żużel”, bo takie też czasopisma wtedy były. Co miałem w teczkach? Jeszcze byłem na studiach, chyba na pierwszym roku, jeszcze kioski ruchu istniały w Warszawie. Wtedy studiowałem i pamiętam, że do tych teczek odkładano mi wtedy gazety wojenne, bo była taka seria gazety wojenne i z przedrukami tych oryginalnych niby gazet, które w tamtych latach wojennych były. I ja zbierałem te wszystkie numery po kolei. Kiedyś było tak, że kobitka mi do teczki wkładała to, a ja numer kupiłem gdzieś chyba w innym kiosku, bo gdzieś po drodze byłem i kupiłem po prostu w innym kiosku. Ona potem powiedziała, że ja jeszcze nie odebrałem tego. Ja mówię: „Nie, ja już go kupiłem”.
Ona się strasznie oburzyła na mnie, pamiętam, i mi powiedziała, że jak tak będę dalej robił, to nic nie będzie odkładać. To już w ogóle było coś niesamowitego. Ale oczywiście, dlaczego te teczki były takie ważne? Oczywiście u mnie do tych teczek odkładano mi „Świat Młodych” czy załóżmy jakieś inne gazety. Ale dlaczego te teczki były takie ważne? Wiecie co, mi się wydaje, że te teczki kształtowały pewne nawyki. One kształtowały przywiązanie do słowa pisanego i kształtowały dyscyplinę czytelniczą. Bo każdy moment odbioru tej gazety był takim, powiedziałbym, małym świętem, takim wydarzeniem. Dzisiaj, kiedy ktoś robi sobie subskrypcję cyfrową, to ta subskrypcja cyfrowa nie ma w sobie tej fizyczności. Ona nie ma w sobie tego zapachu, tego świeżo wydrukowanego numeru gazety.
Ta subskrypcja cyfrowa nie ma w sobie tego dreszczyku emocji. Na zasadzie: czy babka w kiosku o mnie nie zapomniała, nie? Także ja powiem szczerze, że w ogóle te teczki w kiosku ruchu to był taki symbol statusu, jakiegoś uznania i w ogóle zaufania społecznego. A ta kioskarka nie była tylko i wyłącznie sprzedawczynią, ale była kuratorem gustu, jakimś arbitrem dostępu do wiedzy. Troszeczkę była Wróżką, troszeczkę była bibliotekarką. W ogóle była taka sytuacja, że nawet kiedy był Świat Młodych, to powiem wam szczerze, że nie byłem w stanie dobić się do teczek, bo w kiosku Ruchu było 10, 15 teczek. I jak ja chciałem sobie, pamiętam, teczkę założyć, to ja za późno jakoś przyszedłem i mi ta kioskarka jedna z drugą powiedziała, że: „Sorry, ale ja nie założę tobie już teczki, bo przychodzi chyba tylko 10 numerów Świata Młodych i one wszystkie idą do teczek”. Ogólnie. Także był to naprawdę ciekawy rytuał z tego, co pamiętam.
[01:50:28] - Marku, a czy ty kiedyś wpadłeś w łaski kioskarki albo wypadłeś z takich łask?
[01:50:35] - Nie, bo ja byłem człowiekiem aspołecznym, kiedy byłem nastolatkiem i nie budziłem sympatii kioskarek. Chociaż jeszcze Świat Młodych to mi taka zaprzyjaźniona kioskarka pod blokiem, pod wieżowcem, w którym mieszkałem, odkładała. Tylko to było tak, że były dwie kioskarki i one się nie mogły ze sobą dogadać, bo pracowały na zmianę. I czasami zdarzało się tak, że mi jakiś numer Świata Młodych wypadał, bo któraś nie odłożyła, bo myślała, że tamta odłożyła. I tak to się kończyło. To nie było na zasadzie teczki, tylko na zasadzie tego, że tu temu gówniarzowi odkładamy, a później to się już na teczki nie załapywałem. Ale tu się teraz muszę podzielić, bo była mowa o tym, że to były takie boginie, takie wróżki i tak dalej, ale to były też czasami wiedźmy. I na szczęście myślę, że już przedawnienie nastąpiło, to muszę się do czegoś przyznać. Była końcówka, druga połowa lat 70. I na tej trasie, o której mówiłem wcześniej, którą pokonywałem regularnie, na przykład w czasie ferii, był taki kiosk, w którym kiedyś znalazłem książkę, którą chciałem koniecznie kupić.
A kioskarka, musiała być mało sympatyczna pani, tak sobie oceniam nawet dzisiaj, powiedziała, że ona tam nie może sięgnąć ręką, bo to jest wystawa zrobiona i ona teraz nie może sięgnąć tam ręką i ona mi nie sprzeda tej książki. Wiecie państwo co? Jak ktoś bardzo jakiejś książki pożąda, to powiedzenie mu, że widzi ją przez szybkę i jej nie dostanie, to jest jakby wam tak w łeb ktoś przyładował i to tak całkiem solidnie. Nie lubiłem tej pani i jak każdy psychopata, w jakimś tam stopniu widocznie jako nastolatek tym psychopatą byłem, wymyśliłem zemstę. Była sobota, leciał kolejny odcinek. Sobota albo jakiś dzień taki przed dniem wolnym. Nie pamiętam. Tu mogę się mylić. Coś mi się mogło pozajączkować. Kiosk był czynny do 20:00, a ja już miałem ułożony plan.
Kioski zamykało się na kłódki. Takie były ucha i w te ucha się zakładało kłódki jedną, drugą i wtedy można było spokojnie iść do domu. I ja wracałem z kolejnych łowów albo z kina. Nie pamiętam już dzisiaj, bo byłem też szalonym kinomanem. Ja potrafiłem w tygodniu chodzić na kilka filmów, a w PRL-u było tak, że brakowało filmów, więc chodziłem po raz kolejny na ten sam. To nie miało dla mnie większego znaczenia. Ja upajałem się tym, że byłem w kinie i śledziłem ten film, więc być może wracałem z kina i miałem w kieszeni taką kłódkę rowerową z długim uchem. I coś mnie podkusiło, ponieważ nie lubiłem tej pani, sprawdziłem, czy to ona jest w tym kiosku, bo bardzo często w kioskach pracowano na zmiany. O tym już mówiłem. I ja tę panią, która pewnie się spieszyła na film, jak to się nazywa, „Pogoda dla bogaczy”, „Rich Man, Poor Man” spieszyła się zapewne, to ona tego filmu nie obejrzała, bo ja ją w tym kiosku potajemnie, bo to od tyłu się wychodziło z kiosku, zamknąłem na kłódkę.
Jak ona stamtąd wyszła? Jak oni tę kłódkę przepiłowali? Tego nie wiem, bo oczywiście spier-
[01:54:10] - Może przez tą szybkę w kiosku.
[01:54:13] - Może. Nie sprawdzałem tego. Powiem tak: zemsta jest słodka. Wtedy to poczułem po raz pierwszy. Nie sprzedała mi książki, bo jej się nie chciało sięgnąć. Sama była sobie winna. Ile jest w tej opowieści psychopaty, a ile sprawiedliwej zemsty? Tego nie wiem. Nie potrafię do dzisiaj tego ocenić. Ale jedno wiem: pani „Pogody dla bogaczy” kolejnego odcinka nie obejrzała, bo zanim ją wyłuskano z tego kiosku, to musiało minąć trochę czasu.
Mała rzecz, a cieszyła. Cieszyła nastolatka i to wczesnego. Ale powiadam: przedawnienie już chyba nastąpiło. W związku z tym służby tajne i dwupłciowe się u mnie o 6 rano nie pojawią z tego powodu. Kiosku zresztą już dzisiaj nie ma, więc i tak dalej. To takie wspomnienia, chociażby z kioskami Ruchu również mam.
[01:55:12] - Gorzej, jak ona się teraz odezwie w komentarzach.
[01:55:16] - Ale bluźnię, ale bluźnię.
[01:55:20] - Tak, i powie: „Zastanawiałam się przez tych kilkadziesiąt lat, jak to się stało”. Arturze, czy twoim zdaniem prasa drukowana ma przyszłość? Czy jest do uratowania? Czy obserwujemy jej powolny zgon? Tutaj mógłbym wiele powiedzieć, bo ten odpływ czytelników następuje. Przechodzą do wersji e. Ale z drugiej strony przecież internet, portale, jakby nie było, to też jest czytanie, to też są litery, to też jest w sumie gazeta, tylko zupełnie inna w formacie i w odbiorze. Czy twoim zdaniem gazety w papierze, czasopisma w papierze mają przyszłość? Czy to jest skazane na wymarcie?
[01:56:01] - W mojej ocenie na dzień dzisiejszy mają przyszłość nawet w kwestiach kolekcjonerskich. Ja na przykład bardzo lubię iść do kiosku i kupić gazetę w formie papierowej, chociaż żona zawsze na mnie najeżdża, mówi: „Po co kupujesz, wydajesz pieniądze, jak masz to wszystko w internecie?” No nie. Dlatego, że ja na przykład lubię usiąść wieczorem i poczytać gazetę. To jest taki dla mnie mój codzienny rytuał. Ja nie używam w ogóle e-booków. Ja po prostu kupuję. I tu się pochwalę, Marku, jedną rzeczą, bo może kiedyś u mnie na kanale na ten temat porozmawiamy. Moim marzeniem jako dziecka było mieć białą serię „Pana Samochodzika”. Dlatego, że miałem z różnych wydań, ale to nie to. Przecież kultowa była biała seria.
I koniec końców, chyba z 10 lat temu wszedłem na Allegro, ktoś sprzedawał całą białą serię i chyba ją kupiłem za 300 zł. I w chwili obecnej, jak zaglądam, ktoś inny sprzedaje chyba nawet po 500, 800 ona chodzi. Ta kultowa seria biała, seria „Pana Samochodzika” z tymi rysunkami Kobylińskiego bodajże. Więc myślę, że czasopisma mają swoistego rodzaju przyszłość, przynajmniej chociażby w sensie kolekcjonerskim. Ja na przykład pływając na statkach kupowałem żeglarskie czasopisma, w których dużo było ciekawostek i tego mam dosyć sporo. A potem, w tej chwili, jak ktoś szuka gdzieś na Allegro, to szuka różnych numerów tych czasopism. Bardziej wydaje mi się, że polityka, tak to nazwijmy, chociaż nie jest to program polityczny, będzie starała się robić wszystko, żeby zniszczyć prasę drukowaną. Bo dlaczego? Bo prasę drukowaną możesz sobie schować i za 10 lat otworzyć i przeczytać raz jeszcze. A jak umieścimy coś w internecie, to możemy sobie tak jak w Orwella to wykasować, przerobić i tak dalej.
Więc będzie się tłumaczyło, że ekologia, że papier, że nie ma co drzew ścinać, że lepiej mieć e-booki, lepiej mieć wszystko w formie cyfrowej, ale to nie to samo. W mojej ocenie na pewno będzie grupa ludzi, którzy będą woleli prasę drukowaną niż w formie cyfrowej czy w formie internetu.
[01:58:25] - Marku?
[01:58:26] - Tak. Jak wspomniany został Orwell i jego groby pamięci. Coś takiego się nawet na naszych oczach już w tej chwili odbywa, że pewne artykuły znikają, pewne wypowiedzi znikają. Nie ma ich. Nie było. Ktoś mówi później w żywe oczy, że tego nie mówił. Absolutnie nieprawda. Na szczęście pozostają te nośniki papierowe i one czasami ujawniają prawdę, której nie znajdziecie państwo chociażby w archiwach cyfrowych poszczególnych gazet. Jeśli macie ich wydania papierowe, to się później okazuje, że artykuły w wydaniu cyfrowym mocno się różnią od tych, które były wydrukowane. Taki przypadek.
Ale muszę jeszcze powiedzieć, wspomniana była biała seria „Pana Samochodzika”. Jak sobie teraz pomyślę o czarnej serii „Pana Samochodzika”, która gdzieś powoli żegluje ku 200 tytułom, to mi się robi trochę słabo. W dodatku tych tytułów jest już tak dużo w tej chwili, kontynuacji, że kiedy robiliśmy z Piotrem audycję o Samochodzikach, to mi się dwa tytuły nałożyły. Zapewne czytałem je w podobnym czasie i mi się nowy tytuł „Księgi strachów” nałożył z zupełnie innym, z „Panem Samochodzikiem” i Arsène'em Lupin. I wyszła taka siekanina przedziwna. To czasami przeładowanie treściami tak skutkuje. Ale w kioskach też kupowałem Samochodziki. Już nie pamiętam, czy to była biała seria. Jakieś Samochodziki, z którychś wydań na pewno kupowałem w latach 70. A wracając do słowa drukowanego, czy ono ma przyszłość, czy gazety mają przyszłość, czy prasa ma przyszłość?
Mi się wydaje, że to jest taki proces, jak w przypadku książek. Przecież audiobooki, e-booki funkcjonują, ale przecież nie wyparły książek zupełnie. Książka papierowa stała się czymś elitarnym. Dzisiaj oczywiście wszyscy narzekają, że ludzie nie czytają, Polacy nie czytają, jest bardzo źle, albo nawet jeszcze gorzej, bo nie kupują książek, bo to, bo tamto. Podaż jest ogromna. Ludzie czytają, część z nich nie czyta, ale jest pewna grupa, która książki szanuje, która książki pieczołowicie przechowuje, kupuje i tak dalej. Kupowanie książek stało się jednak pewną czynnością elitarną dla ludzi, którzy chcą to po prostu robić. Nawet nie oceniam. Po prostu oni są przyzwyczajeni do papierowego medium i myślę, że bardzo podobnie będzie z prasą. Owszem, zauważcie państwo, że dzisiaj bardzo wiele czasopism ma swoje wydania elektroniczne, ale spora część dla tych, co nie prenumerują, bo oczywiście jest też prenumerata, możemy całe pismo dostać w postaci cyfrowej, ale jest też wersja internetowa i spora część czasopism stosuje paywall.
Czyli zapłacisz, dostaniesz się, nie zapłacisz, sorry, winę tu nie będzie czytania. To jest pewien problem Dla nielicznych. Kupujesz gazetę, masz wszystko. I znowu będzie, tak myślę, nie bawię się w proroka, raczej w takiego małego proroka, zupełnie, proroczka, że to może być tak, że kupowanie prasy papierowej będzie taką niszową aktywnością. Myślę, że nakłady czasopism spadną i cała aktywność, gros tej aktywności będzie się jednak odbywało w sieci, czy też jakiejś następczyni sieci, tego nie wiem. W internecie 2 chociażby. Ale prasa papierowa pozostanie. Mówię, będzie czymś niszowym, ale będzie. Czy to się będzie wydawcom opłacało? Może tak, może nie.
To wszystko będzie zależało od polityki, od tego, jak korporacje wydawnicze chociażby do tego podejdą. Nie wiem, tu akurat nie mam jakiejś jasnej wizji. Myślę, że przez jakiś czas, w takiej perspektywie, powiedzmy, 20 lat prasa jeszcze pozostanie, ale to będzie pewien schyłkowy trend dla wybranych. No i ja wiem, może to zniknięcie kiosków, które nas spotkało, jest jakimś znakiem czasu. Po prostu można sobie prasę kupić w markecie. Saloniki jeszcze jakieś przetrwały, nieliczne, bo nieliczne. Coś też jest dziwnego w tym, że dzisiaj, żeby jakiś tytuł prasowy zdobyć, to albo trzeba pogalopować do Empiku, tam właściwie pełen zakres, albo trzeba się troszeczkę nagalopować po mieście, w którym mieszkamy, żeby dany tytuł zdobyć, bo to już nie jest takie oczywiste, jak było w przypadku kiosków Ruchu. Czyli odpowiedź brzmi: gazety pozostaną, ale będą zjawiskiem schodzącym, marginalnym, czymś, co już nie będzie ekscytowało ludzi.
[02:04:16] - Ja myślę, że ratunkiem jest przejście gazet w tryb premium, żeby oferowały rzeczy, jakich się po prostu nie dostanie w internecie. I to może być jakiś ratunek, ale to też byłoby w takim razie ograniczone tylko do pewnego wąskiego grona odbiorców. To w niektórych przypadkach się nie sprawdziło, ale nie o tym dzisiaj rozmawiamy. Co jeszcze można powiedzieć o tych kioskach Ruchu? Ja bym podkreślić chciał tylko coś, o czym mówiłem, że był taki okres łączący tradycyjny kiosk Ruchu z tym, co mamy dzisiaj, czyli kiedy wszystko jest w internecie, subskrypcję wszystkiego możesz dostać. I to był moment, kiedy sprzedawano właśnie te płyty, płyty z filmami, płyty z grami, płyty z programami, ze wszystkim. A potem to wszystko zaczęło już dryfować właśnie w stronę cyfrową, umieszczania tego w chmurze. I to był taki krytyczny próg, moim zdaniem, dla kiosków Ruchu.
[02:05:19] - Ja jeszcze powiem o jednej rzeczy. Coś się wydarzyło w przypadku kiosków z tymi wszystkimi seriami kolekcjonerskimi. Mówię o książkach oczywiście, bo część firm wydawniczych poszła na taką oto, chcę to nazwać jakoś kulturalnie, na takie oto rozwiązanie. Może w ten sposób to nikogo nie obrazi. Otóż pierwsze dwa, trzy, cztery, może pięć tomów było dostępne jeszcze w kioskach, a później miałeś sobie zamówić prenumeratę i już olać te kioski. I ja bardzo szanowałem jeden z kiosków, który zapewnił mi zdobycie całej kolekcji jednego z moich ulubionych pisarzy, Cobena, zajmującego się sensacją i kryminałem. Właściwie bardziej sensacją. Dzięki temu kioskarzowi zdobyłem całą kolekcję i nie musiałem wchodzić w te tryby takiej korespondencji z wydawnictwem. Oni tu przysyłają, płać fakturę, płać. Tylko po prostu co dwa tygodnie, bo to tak się mniej więcej ukazywało, pojawiałem się w kiosku.
Pan kioskarz miał dla mnie ten tytuł, który miał mieć. I to było fajne. Byli kioskarze, którzy wkładali trochę serca w to, co robili, a byli też tacy, którzy: „No dobra, skończyło się. Nie ma, nie ma, nie będzie”. I tak miałem z jedną z serii, że najpierw kupiłem kilka tomów, a później musiałem pracowicie odwoływać się do wydawnictwa, żeby mi dosłali kolejne. Więc to też nie działało na korzyść kiosków. Wydawnictwa, które produkowały te serie kolekcjonerskie, czy to kryminałów, czy fantastyki, czy Verne'a, czy filozofii w jednym, czy w drugim wydaniu, one wszystkie też przyczyniły się do tego, że kioski nie miały czym handlować, bo miały pierwsze kilka tomów, a później już te tomy nie dochodziły. Nawet Kinga w ten sposób próbowano ludziom sprzedać, że pierwsze kilka tomów było w kioskach, a później: „Sorry, Winnetou, już bezpośrednio z nami rozmawiaj. Z kioskami nie rozmawiaj, no bo co będziesz tam z kioskami rozmawiał?” To też był jakiś element, który kioski dobijał, szczególnie w oczach tych, którzy mają jakiegoś hopla, tak jak ja, na punkcie książek. Czas, proszę państwa, teraz na kolejny odcinek cyklu Bez Tajemnic.
Dzisiaj w jego ramach posłuchacie państwo fragmentu książki Williama Steada „Prawdziwe historie o duchach”. Książka została wydana przez oficynę wydawniczą Re-Ville.
[02:08:14] - Marcin Stachewski z Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych kończy tłumaczyć dla nas nową książkę Williama Steeda. Może sama książka nie jest tak zupełnie nowa, ale zupełnie nowa pozycja w naszej spirytystycznej księgarni. I dzisiaj zachęcam do wysłuchania fragmentu tej książki w moim audiobookowym wydaniu. Wielebny Alexander Stewart z parafii Netter Lochaber przysłał mi następujący przykład przeczucia, którego skutki okazały się korzystne. Działo się to zimą 1853 roku, kiedy mój szwagier, pan Kenneth Morrison, odwiedził nas tutaj w domu pastorskim przy parafii Netter Lochaber. Pan Morrison był wtedy starszym oficerem na parowcu City of Manchester należącym do Inman Line. City of Manchester był jednym z szybszych statków swoich czasów i pływał między Liverpoolem a Filadelfią. Gdy pan Morrison przebywał u mnie w gościnie, wśród mojej służby znajdował się Angus Macaster, rodowity mieszkaniec Lochaber. Miał około trzydziestu lat. Był człowiekiem aktywnym, inteligentnym i bardzo użytecznym.
Wyborowym strzelcem, doświadczonym wędkarzem i jednym z najlepszych skrzypków w West Highlands. Nic więc dziwnego, że Morrison polubił Angusa, a w końcu zaproponował mu pracę na pokładzie City of Manchester. Angus miał być jednym ze stewardów i zarazem kamerdynerem pana Morrisona. Bardzo chętnie przystał na propozycję. Toteż, kiedy skończył się urlop pana Morrisona, dołączył do niego i obaj weszli na pokład City of Manchester w Liverpoolu. Nie minął rok, gdy Morrison napisał, że ma otrzymać awans na kapitana City of Glasgow, nowego parowca linii Inman, który wtedy był najlepszym morskim statkiem w swojej klasie. Informował również, że po kilkutygodniowym urlopie przyjedzie odwiedzić przyjaciół w Lochaber i zabierze ze sobą Angusa Macastera. Ponieważ ten ostatni okazał się dobrym i wiernym sługą, postanowił się z nim nie rozstawać. Wcześniej niż myślał, bo po zaledwie dwudziestu dniach Morrison został wezwany do Liverpoolu, aby objąć nadzór nad swoim statkiem. Wszystkie miejsca pasażerskie były już zarezerwowane.
Zabrano większość ładunku i statek wymagał już tylko dokonania drobnych napraw. Uznano jednak, że to ostatnie lepiej będzie zrobić już pod nadzorem kapitana, zanim statek wyruszy w swoją dziewiczą podróż do Filadelfii. „Pojutrze muszę wyjechać” powiedział Morrison w poniedziałek rano przy śniadaniu, podając mi nad stołem list. „Proszę, poślij po Angusa. Chciałbym, żeby zjawił się natychmiast, abyśmy byli gotowi wyruszyć w środę rano”. Tego samego wieczoru Angus sprowadzony przez specjalnego posłańca był w dolinie razem z przyjaciółmi. Zjawił się u nas. Był w tak poważnym i smutnym nastroju, że zauważyłem to od razu i zastanawiałem się, co mu się stało. Udałem się z nim do prywatnego pokoju i powiedziałem: „Angusie, kapitan wyjeżdża pojutrze. Najlepiej zapakuj jego rzeczy od razu, a przy okazji jesteś prawdziwym szczęściarzem.
Jeśli tak dobrze poradziłeś sobie na City of Manchester za rok lub dwa zarobisz na City of Glasgow niemałą fortunę”. Ku mojemu zdziwieniu Angus odpowiedział: „Nie popłynę tym statkiem, a przynajmniej nie tym rejsem. I mam nadzieję, że uda się panu przekonać do tego samego kapitana Morrisona, najlepszego i najmilszego pana, na jakiego można było trafić”. „Dlaczego nie popłyniesz? Co, u licha, masz na myśli, Angusie?” wykrzyknąłem ze zdziwienia. „Cóż, proszę pana” powiedział Angus. Czytelnik musi wiedzieć, że nasza rozmowa przebiegała po gaelicku. „Cóż, proszę pana, nie będzie pan zgniewany, gdy wyznam, że przez ostatnie trzy noce mój ojciec, który, jak pan wie, nie żyje od dziewięciu lat, ukazał mi się i ostrzegł, żebym nie wyruszał w tę podróż, bowiem okaże się katastrofalna. Nie mogę powiedzieć, czy działo się to we śnie, czy na jawie, ale widziałem go, panie, tak wyraźnie, jak teraz widzę ciebie. Ojciec był ubrany dokładnie tak, jak za życia.
Zgodnie z tym, co zapamiętałem. Stanął przy moim łóżku. Twarz jego przybrała wyraz niezwykle uroczysty, poważny. Podniósł rękę i z palcem uniesionym w geście ostrzeżenia powiedział: Angusie, mój ukochany synu, zrezygnuj z tej podróży, która nie będzie pomyślna. Przez trzy noce ojciec ukazywał mi się w tej postaci, wypowiadając te same słowa ostrzeżenia. I chociaż podjąłem decyzję zdecydowanie wbrew sobie, postanowiłem, że w obliczu takiego trzykrotnie powtórzonego ostrzeżenia nie powinienem wyjeżdżać. Mnie samemu nie wypada tego mówić, dlatego chciałbym prosić, aby to pan przekazał kapitanowi Morrisonowi to, co właśnie powiedziałem. Niech pan go przekona, jeśli to możliwe, aby znalazł jak najlepszy pretekst, by uniknąć rejsu i żeby pod żadnym pozorem nie wchodził na pokład City of Glasgow”. Oczywiście w miarę możliwości próbowałem przekonać go do zmiany decyzji, a kiedy opowiedziałem o tym kapitanowi Morrisonowi, on również usiłował wpłynąć na Angusa, ale wszystko na próżno. I tak Morrison wyjechał bez biednego Angusa, który naprawdę płakał, żegnając się ze swoim panem.
Na początku marca 1854 roku City of Glasgow z cennym ładunkiem i ponad pięciuset pasażerami na pokładzie wypłynął pod dowództwem Morrisona do Filadelfii. Przewidywano, że statek pod opieką tak zdolnego kapitana odbędzie pomyślny rejs. Kiedy jednak upłynęło dość dużo czasu, a wciąż nie było żadnych wieści o przybyciu statku do Filadelfii, Angus przyszedł do nas i zapytał, czy nie dowiedzieliśmy się czegoś nowego. Mogłem tylko powiedzieć, że jak dotąd nie otrzymaliśmy żadnej wiadomości, ale właściciele w odpowiedzi na moje pytania utrzymywali, że są pewni bezpieczeństwa City of Glasgow. Przypuszczali, że pojawił się problem z silnikami i prawdopodobnie statek musiał płynąć pod żaglami. Módlmy się, aby tak było. Powiedział Angus ze łzami w oczach, a potem dodał w swoim wyrazistym języku: Jednak lękam się bardzo, że ani do ciebie panie, ani do mnie nie dotrze już nigdy żadna wiadomość o dalszych losach statku. I tak też się stało. Odkąd jednostka City of Glasgow opuściła Mersey, aż do dnia dzisiejszego nic o niej nie słyszano. Osoby kompetentne wysunęły prawdopodobną hipotezę, że statek trafił na górę lodową i poszedł na dno ze wszystkimi ludźmi, którzy byli na pokładzie.
Pozwolę sobie dodać, że Angus był katolikiem. Ksiądz McDonald, jego kapłan, niedługo potem opowiedział mi, że zanim przybył posłaniec wzywający Angusa do mnie w czasie spowiedzi, mężczyzna opowiedział duchownemu swój trzykrotnie powtórzony sen czy też wizję. Użył identycznych słów, w jakich zrelacjonował mi później swoje przeżycia. Kiedy nie było już żadnej nadziei, że City of Glasgow się odnajdzie, Angus wyemigrował do Australii. Po kilku latach napisał do mnie, że ma się dobrze i radzi sobie w nowym miejscu. Nie wiem, czy jeszcze żyje, czy też odszedł już do lepszego świata. Pytanie, które pojawiło się w moim umyśle zaraz po przeczytaniu tego tekstu brzmiało, czy przeznaczeniem tego okrętu było zatonięcie podczas pierwszego rejsu, skoro duchy o nim wiedziały, o tej katastrofie, że ta katastrofa nastąpi. Odpowiedź według mnie na tak zadane pytanie brzmi: nie. Przeznaczeniem tego okrętu i przeznaczeniem ludzi, którzy na tym okręcie zginęli, nie było zatonięcie tego dnia. Dowodem na to jest fakt, że pojawił się w tej historii duch, który przyszedł uprzedzić swojego syna i tym samym odmienił jego los.
Tak samo ten los mógł zostać odmieniony dla tych wszystkich pasażerów oraz kapitana okrętu, który prawdopodobnie na tym okręcie również zginął. W takim razie skoro duchy wiedziały, że ten okręt zatonie, chociaż nie było to jego przeznaczeniem, to skąd? W jaki sposób one to przewidziały? I tutaj trzeba pamiętać, że duchy odpowiednio rozwinięte spoglądają na życie materialne z pewnej perspektywy i łatwiej jest im ocenić konsekwencje naszych aktualnych czynów. Konsekwencje, które nastąpią za jakiś czas. To jest jedno. Być może kapitan w swojej niewiedzy, że tak powiem, chociaż uchodził, był fachowcem, ale człowiek nie jest nieomylny, więc kapitan w swojej niewiedzy mógł popełnić jakiś błąd i duchy wiedziały, że on, gdy wpłynie na przykład na takie wody, nie poradzi sobie, ponieważ jego umiejętności są zbyt małe bądź nie ma wystarczającego doświadczenia i duchy mogły to po prostu przewidzieć. Bądź na przykład też nie wiemy, w jaki sposób ten okręt zatonął, ale okręt mógł mieć jakiś defekt, o którym wiedziały duchy, ale nie wiedzieli ludzie, więc duchy mogły przypuszczać, że ten okręt zatonie. Fakt, że przyszedł duch i uprzedził swojego syna nie oznacza, że ten okręt musiał zatonąć. To jest tak samo jak ojciec, który daje kluczyki pierwszy raz swojemu synowi, kluczyki do nowego samochodu i mówi do syna, który dopiero co zrobił prawo jazdy: uważaj, jedź ostrożnie, bo jak nie, to będziesz miał wypadek.
Czy to oznacza, że ojciec wiedział, że syn będzie miał wypadek? Nie. On po prostu przypuszczał i być może okoliczności, w które zmierzał okręt razem z pasażerami sprzyjały katastrofie, ale wcale nie musiało do tej katastrofy dojść. To jest tak samo jak z tą dachówką, o której nieraz mówiłem już na moim wideoblogu, która spada z dachu i albo kogoś zabije, albo nie, ale to wcale nie oznacza, że ona musi kogoś zabić. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:19:02] - No i proszę państwa, na koniec szósty odcinek „Śmieciowych ludzi” Tadeusza Meszko. To będzie długi odcinek. Ten szósty rozdział jest stosunkowo długi. Wiem, że ta książka nie wszystkim się podoba. Pod ostatnią audycją daliście państwo temu wyraz, że nie wszystkim ta książka pasuje, ale tak to już jest, proszę państwa, z literaturą. Jedni napawają się czytaniem Umberto Eco i nie wychodzą, nie zniżają się na niższe poziomy w ogóle, tylko Umberto Eco. Inni natomiast wolą, powiedzmy inny sposób narracji, inną tematykę i tak dalej. Powtarzam, tak to jest z literaturą. Trudno dogodzić wszystkim. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej część z państwa wciągnęła się w tę historię, bo ta historia jest tego warta.
Być może woleliby państwo bardziej dynamiczną książkę. Tadeusz Meszko nie pisał aż tak dynamicznie, natomiast pisał z całą pewnością. Tego jestem pewien. Jeśli wgryźć się w fabułę, wgryźć się w to, o czym Tadeusz Meszko pisze, to okaże się, że problemy, których dotyka, są szalenie ważne i my bardzo często w naszym życiu przemykamy nad nimi. Przecież to jest wszystko niemożliwe, to jest nieważne, a może się okazać
[02:20:38] - Że rzeczywistość, ta, w której żyjemy, po prostu nas zaskoczy. I wówczas to, o czym pisze Tadeusz Mieszko, może nam się wydać miłą, sympatyczną bajeczką, bo to, co będziemy obserwować w rzeczywistości będzie straszniejsze. Zapraszam zatem na szósty odcinek „Śmieciowych ludzi”. Tadeusz Mieszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział szósty: Klonowanie na zamówienie. Zaciskanie węzła. Z wakacji w Tel Awiwie wróciła szefowa Subiry, Milena Pachelewicz. Nie odwiedziła domu od kilku lat i przez godzinę opowiadała, jak zmieniło się to miasto. Już od dziesięcioleci było zmilitaryzowane. Niemal na każdej ulicy napotykało się patrole, jednak dzisiaj nie dawało się w nim żyć.
Wielu mieszkańców wyjechało, ale dużo więcej przybyło z zewnątrz. Żydzi uciekali z terenów wiejskich oraz z mniejszych miasteczek i Milena mówiła, że jak tak dalej pójdzie, to poza kilkoma oazami na terenach pustynnych pozostanie jedynie piasek, skorpiony i Arabowie. Subira słuchała Mileny z ciekawością, cały czas zastanawiając się, jak przejść do pytań, które pomogłyby wyjaśnić porwania. Udział w prywatnym śledztwie Terry'ego nie był dla Subiry łatwy. Z jednej strony dawał poczucie przynależności do grupy, o którym mówiła Federico, lecz z drugiej stanowił bolesne wspomnienie przeszłości, a wspomnień nie można ograniczyć do określonej daty lub wydarzenia. Jeden fakt przywoływał kolejne, równie nieciekawe, upchnięte w zakamarkach umysłu, które z chęcią wyrzuciłaby z pamięci. Jej ojciec grał w kapeli wykonującej rocka progresywnego. Matka była pływaczką. Subira odziedziczyła obydwie pasje, tylko nie potrafiła zdecydować, która z nich będzie jej własną. Tym bardziej że osiągnięcia rodziców nie mogły posłużyć za wzór.
Matka co prawda startowała na olimpiadzie w Montrealu w 1976 roku, lecz nie zdobyła medalu. Natomiast największym sukcesem ojca był występ z Frankiem Zappą na koncercie w Nowym Jorku w 1977 roku, po którym jej rodzice poznali się. W sumie duży przypadek. Jeden z członków zespołu Zappy zachlał, a ojciec akurat nie był na haju. Tak przynajmniej wyznał, gdy w wieku 12 lat przeżywała załamanie z powodu wykluczenia z reprezentacji szkolnej w pływaniu. Czasami coś, co wydaje się nam największym osiągnięciem życia, nie jest tego warte, a po latach okazuje się nim coś, na co nigdy nie zwracaliśmy większej uwagi. „Dla mnie to jesteś ty, moja mała syrenko. Tylko dzięki tobie mam jeszcze siłę wstać rano, by zmierzyć się z kolejnym dniem”. Przeżywając w samotności klęskę, zaczęła słuchać winylowych płyt z kolekcji ojca, chociaż wszyscy odtwarzali utwory na kompaktach. Ta muzyka była już wtedy historią niemającą nic wspólnego z grunge, house czy techno.
Rówieśnicy śmiali się z niej, mówiąc, że grzebie w śmieciach, lecz dla niej rock symfoniczny czy progresywny był niczym rejs po tajemniczym, magicznym świecie. Drażniło ją płaskie brzmienie utworów słuchanych przez rówieśników. Początkowo nie wybrała muzyki jako sposobu na życie. Zdecydowała się na studia medyczne. Na drugim roku trafiła na zespół grający muzykę, jaka ją pociągała. Potrzebowali żeńskiego wokalu i w ten sposób została członkiem Metal Siren. Zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami okazało się koszmarem. Świat show-biznesu nie czekał na nich. Nie udzielono im kredytu zaufania i nie dano szansy wykazania się. Najgorsze, że nawet nie wiedziałeś, czy powodem odrzucenia była muzyka, stroje, wygląd, czy posiadanie lub nieposiadanie nałogów.
Pływanie charakteryzowało się dużo bardziej jasnymi zasadami: albo pokonywałeś dystans szybciej od innych, albo wolniej i tak jak jej się to przydarzyło, odpadałeś. Pretensje mogłeś mieć tylko do siebie. To działo się jeszcze przed erą YouTube czy iTunes i jedyną szansą zdobycia popularności były koncerty. Zespół Subiry też wyruszył w trasę, odwiedzając każdy zakątek kraju. Grali w coraz obskurniejszych lokalach i skreślali kolejne własne kompozycje, włączając do repertuaru wciąż więcej i więcej evergreenów. Skończyli jako kapela do kotleta, a Subira przypłaciła to roczną kuracją odwykową. Studia zawaliła już wcześniej. Wtedy ojciec poradził jej, aby zaciągnęła się do wojska. On sam walczył w Wietnamie i przeklinał ten czas. Mimo to uznał, że to jej pomoże.
„W wojsku zapomnisz ostatecznie o marzeniach, a docenisz to, że wieczorem możesz napić się piwa i zabawić z chłopakiem” – stwierdził. To było dziwne. Zwykle droga wiodła od wojska do narkotyków lub choroby psychicznej, ale zaufała ojcu Ukończyła Special Operations Combat Medic Course i wyjechała na kilka misji zagranicznych. Później trafiła do firm prywatnych. Wtedy poznała Terry'ego, a później Federica. I chociaż wojsko nie było tym, o czym marzyła, to rzeczywiście pozwoliło jej skutecznie wyleczyć się zarówno z nałogów, jak i dziecinnych marzeń. Już wiedziała, czego nie chce, chociaż nadal nie wiedziała, czego pragnie. W końcu Milenie skończyły się tematy i zapytała Subirę, co u niej słychać. Wtedy Subira bez skrupułów zaczęła ją wypytywać o możliwe przyczyny zainteresowania kodem genetycznym. Z mini wakacji Anne i Terry wrócili wczesnym popołudniem.
Anne pojechała do ich mieszkania odświeżyć się, a Terry udał się do Federica. Nie chciał tracić piątkowego wieczoru na analizę danych od Christiana, a jedynie przekonać się, czy w chmurze są jakiekolwiek dane i ewentualnie ściągnąć je na dysk do późniejszego przejrzenia. Gdy po kilku godzinach do Federica zajrzała Anne, zastała ich zmęczonych kilkugodzinnym siedzeniem przed monitorami. Nie mogli powstrzymać się od pobieżnego przejrzenia danych. I tak się zaczęło. „Może zrezygnujemy z piątkowego wieczoru?” – zaproponowała, lecz obydwaj żywo zaprotestowali. „Żartujesz? Chcesz mi odebrać nagrodę za tyle godzin siedzenia tu o suchym pysku?” – zdenerwował się Federico. „Muszę przepłukać mózg. W tej chwili w głowie mam taki harmider, że jedynie alkohol jest w stanie wypłukać nieistotne myśli, zostawiając te z najcenniejszego kruszcu.” „I kaca” – uzupełniła Anne.
„Wszystko ma swoją cenę” – wzruszył ramionami Terry. „A co odkryliście?” Federico wcisnął klawisz, wyświetlając na ekranie zdjęcie budynku. „Tadam! Tam ukrywano porwanych” – oznajmił z dumą. „Przynajmniej tych pierwszych, bo później mogli zmienić miejsce” – uściślił jego wypowiedź Terry. „Znam ten budynek” – rzekła Anne, wzruszając ramionami. „To Centre New Human Future profesora Karoliki.” „Skąd go znasz?” – Terry był zaskoczony. „Gdybyś bardziej interesował się moją pracą, też byś go znał” – odparła urażona. „Anne, proszę cię, skąd go znasz?” – dopytywał natarczywie Terry. „Teraz interesujesz się moją pracą, a wcześniej to cię nie obchodziło” – odpowiedziała z pretensją.
„Anne, to nie tak. Interesuję się. Przecież zawsze cię pytam, co u ciebie nowego.” „I nie słuchasz odpowiedzi. A twoje pytania są jak pytania o pogodę. To tylko próba nawiązania rozmowy.” Terry nie odpowiedział. Nie mógł z nią polemizować. Anne miała rację. „To oni przeprowadzili badania genetyczne szkieletu centaura” – wyjaśniła. Federico i Terry spojrzeli po sobie. „O kurczę, węzeł zaczyna się zaciskać” – stwierdził złowieszczo Federico.
„O czym mówisz?” – zapytała Anne. „Podejrzewamy, że właśnie tam Rogacz przewoził porwanych” – odparł Terry. „A niech to! Spełniają się moje najczarniejsze przeczucia.” Uśmiech Anne zgasł bezpowrotnie. „No właśnie. Zbyt wiele tu przypadków” – uzupełnił Federico. „O jakich przeczuciach mówisz?” – Terry spojrzał z niepokojem na Anne. „Powiem ci później. Chodźmy już. Ja też poczułam nagłą ochotę na dużego drinka” – zbagatelizowała sprawę Anne, maskując zdenerwowanie.
Piątek wolności. Genetyka na co dzień. W oczekiwaniu na spóźniającą się Subirę zatrzymali się przy barze, aby wysłuchać nowej opowieści Lidki o wizycie u krawca. „Dopiero co wróciłam z baru, ledwo zdążyłam zdjąć szpilki, a tu córka pyta: «Pójdziesz ze mną do krawca?». Jakże mogłabym jej odmówić? Ostatnio tak rzadko prosi mnie o cokolwiek. «Oczywiście, że z tobą pójdę» – odpowiadam, a ona na to, żebym ponownie wkładała buty. Już chciałam zrezygnować, ale pomyślałam, że to może ostatni raz, kiedy córka mnie potrzebuje, więc wciskam szpilki na zbolałe stopy i wychodzimy. Dom krawca na szczęście nie znajdował się daleko. To był taki stary budynek z windą pośrodku klatki schodowej, ale oczywiście okazała się zepsuta.
Człapię więc po schodach, mając nadzieję, że to nie Empire State Building. W końcu córka zatrzymuje się przed drzwiami krawca. Ja opadam na ścianę, mając nadzieję, że graffiti ma tyle lat co ja i nie pobrudzi mi bluzki. Ledwo stoję, dyskretnie ocierając pot z czoła, aby córka nie pomyślała, że jestem stara i że nie warto mnie nigdzie zabierać, bo jeszcze dostanę zawału. W końcu drzwi się otwierają. Córka pyta staruszkę stojącą w progu: «Już jest?». Ta kiwa potwierdzająco głową i zamyka nam przed nosem drzwi.” „A niech ją!” „Co jest?” – pytam córkę. – „Co za grubiańska baba” – rozkręcam się, bo nie lubię, gdy ktoś mnie ignoruje. Mam ochotę przywalić obcasem w drzwi, zbezcześcić je szpetnym słowem, ale córka tylko się śmieje i biorąc mnie pod rękę mówi: „Mamo, wszystko w porządku. To żona krawca.
Potwierdziła, że mąż jest na górze”. Zbiła mnie tym z tropu. Pracownię na strychu urządził. „To co on peleryny dla Batmanów szyje?” – pytam. „Nie.” – córka znów się śmieje, a ja mam już dosyć schodów i wizyty u krawca chcącego sprawdzać, czy klienci w jego pelerynach bezpiecznie sfruną na ulicę. Zaczynam się zastanawiać, czy to może nie jakieś pijackie delirium. Może uszczypnąć się i sprawdzić, czy nie śnię, ale córka odpowiada: „Mamo, on jest krawcem, ale i astronomem. To taki krawiec astronom. Idziemy na poddasze do jego obserwatorium. Tam będziemy mogły spojrzeć na księżyce Jowisza.” Zamurowało mnie, a córka dodaje: „Wiedziałam, że na wizytę w obserwatorium nie dasz się wyciągnąć.” Już chciałam ją ochrzanić, że brzydko tak kłamać, że przecież nie tego ją uczyłam, ale córka chyba wyczuła, co chcę powiedzieć, bo od razu zaczęła wyjaśniać: „Ale ja nie skłamałam.
On jest przecież krawcem.” I tak mogłabym powiedzieć, gdybym nie miała tylu lat, ponownie straciłam dziewictwo. Jednak było warto. Czy wiedzieliście, że nad Nowym Jorkiem też świecą gwiazdy? I to ile! Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że tak wiele gwiazd jest na niebie. Lidka zakończyła swą relację, wprawiając ich w dobry nastrój. Później przeszli do stolika i zamówili butelkę absyntu, który Ava wprowadziła do baru na stałe. Nim zdecydowali, na jaki temat teraz porozmawiać, zjawiła się Subira. „Przepraszam za spóźnienie. Terry, mam dobre wiadomości.
W końcu porozmawiałam z Mileną i wiem wszystko na temat komercyjnego wykorzystania DNA. Szybko, pytajcie, dopóki moja wiedza nie zostanie odcięta od mózgu z powodu alkoholu. Jednak najpierw polejcie kolejkę, bo o niektórych sprawach muszę szybko zapomnieć.” Wypili dwie kolejki. „A jak tam wypad na łono poza cywilizacją?” – zapytała Subira. „Skąd wiesz?” – Terry spojrzał na nią zdziwiony. „Federico powiedział, że jedziecie pogadać z mennonitami.” „Było wspaniale” – podsumowała Anne. – „Wyobraź sobie, że Terry zgodził się wyłączyć telefon.” „No nie mów! Czym go przekonałaś?” – zaśmiała się Subira. Terry powstrzymał gestem Federica, który zamierzał zamówić następną butelkę absyntu. „Wiem, że to piątek wolności, ale może najpierw posłuchamy Subiry” – stwierdził.
Federico, rozczarowany, opadł z powrotem na krzesło. Od czasów owieczki Dolly pytania bogaczy o możliwość klonowania ulubionych zwierzaków doprowadziły do powstania wyspecjalizowanych firm. Ceny spadły. Dzisiaj już za kilkadziesiąt tysięcy można wyhodować kopię mniejszego domownika. Południowokoreańska fundacja Soam sklonowała blisko tysiąc psów. Nim założyciel firmy, Hwang Woo-Suk zaczął klonować psy, przymierzał się do klonowania ludzi. Zarzucono mu oszustwo, ale kto wie, czy tego nie dokonał. Nie myślcie jednak, że tak się dzieje jedynie gdzieś daleko. My z wdzięczności, a może myśląc o przyszłości, sklonowaliśmy psa Tracker. Tego, który odnalazł ostatnią żywą osobę pod gruzami World Trade Center.
Nie rozwijając nadmiernie tematu, trzeba wiedzieć, że klonowanie nie stanowi dzisiaj problemu medycznego. Fakt, w wielu krajach jest zabronione, ale to bardziej sprawa dylematów moralnych. Moim zdaniem pozostaje jedynie kwestią czasu to, że prawo będzie musiało pogodzić się z zapotrzebowaniem. Psy, koty żyją kilkakrotnie krócej niż człowiek. Doskonale rozumiem rodziców zmuszonych ukrywać przed dziećmi, że ich pupilek zdechł, a nie został oddany na farmę. Rozumiem też samotników w kwiecie wieku, którzy nie potrafią zbliżyć się do drugiego człowieka, ale za to są w stanie przygarnąć zwierzaka. Rozumiem również staruszków, którzy chcieliby mieć tego samego pieska czy kociaka do końca swoich dni. Oczywiście to niemożliwe tak do końca. Aby tak się stało, informatycy muszą popracować nad znalezieniem sposobu przeniesienia zawartości mózgu do komputera. Wówczas sklonowany zwierzak byłby nie tylko kopią fizyczną oryginału, lecz prezentowałby również podobne zachowania, bo miałby te same geny oraz, co ważniejsze, układ znaczników metylowych ich ekspresji.
Mówiąc zrozumiale: podobne wzorce produkcji hormonów – dodała ze śmiechem Subira, widząc ich niewyraźne miny. „Ale to jedynie klonowanie. Ono nie ingeruje w DNA” – zauważył Federico. No to rozpatrzmy jako przykład dziecko trojga rodziców. Wymienia się wadliwe DNA mitochondrialne matki. Tam jest zaledwie 37 genów, lecz bardzo istotnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Nawet niewielki błąd w kodzie tego DNA powoduje, że organizm szybko umiera. Dzisiaj to wielokrotnie sprawdzona metoda. Zanim jednak doszło do tak udanej próby naprawy dzieła Boga, przeprowadzono wiele eksperymentów nieudanych W St. Barnabas Medical Center przygotowano 19 zarodków.
Dwa usunięto w trakcie ciąży, gdyż miały wady genetyczne prowadzące do deformacji ciała, a z pozostałych 17 u dwóch kolejnych wykryto, że mają DNA mitochondrialne od obu kobiet, co prowadziłoby do różnych schorzeń, w tym opóźnienia umysłowego. Dlatego Agencja Żywności i Leków zabroniła podobnych eksperymentów na terenie naszego kraju. Siedziba kliniki New Hope Fertility Center, która zaproponowała i nadzorowała ten zabieg, znajduje się na Manhattanie. Obeszli nasze prawo, dokonując zapłodnienia in vitro w Meksyku. „A czy Milena mówiła ci o odtwarzaniu wymarłych gatunków?” — zapytała Anne. „Sporo. Masz coś konkretnego na myśli?” „Właściciel GDV uważa, że ktoś na pewno będzie chciał odtworzyć centaura.” „Chcesz powiedzieć, że ten młokos wykładał grube miliony, gdyż chciał zrealizować swoje marzenia z dzieciństwa? Zrekonstruować centaura jak jakiegoś dinozaura z Parku Jurajskiego?” — zdziwił się Federico. Anne skinęła głową. „Co prawda nie mówił w tym kontekście o sobie, ale był pewien, że tak się stanie.
Więc w sumie może okazać się, że przez tyle lat ślęczałam w wykopach tylko po to, aby zrealizować czyjeś fantazje.” „Anne, robiłaś to, bo chciałaś zrealizować własne marzenia, a on ci w tym pomógł, wykładając kasę. Czy to ważne, jaki był motyw jego szczodrości?” Terry próbował zbagatelizować sprawę. „A który ośrodek wykonywał badania DNA centaura?” — zapytała Subira. „To była klinika profesora Wilhelma Garilissi, Center New Human Future w Livingston.” Anne chciała jeszcze coś dodać, lecz Terry powstrzymał ją, szepcząc do ucha: „Nie teraz.” „Słyszałam to nazwisko” — powiedziała, marszcząc brwi, Subira. Po chwili jej twarz rozpogodziła się. „Mam! On wcześniej pracował w zespole St. Barnabas Medical Center, tych od trojga rodziców.” „Jeżeli Rogacz pracuje dla Garilissi, to porwani mogą być dla niego obiektami testów genetycznych. Czego szuka w ich DNA?” — zastanowił się Terry. „A teraz profesorek dostał genom centaura i będzie chciał go stworzyć.” — przeraziła się Anne.
— „Co ja najlepszego zrobiłam?” „To możliwe” — nie zaprotestowała Subira. — „Naukowiec polskiego pochodzenia, Jeremi Malicki, chyba często oglądał film »Człowiek mucha«, bo eksperymentował z genami myszy, wszczepiając je do muszki owocówki. Aby rezultaty badań były zauważalne od razu, postawił na geny homeotyczne, czyli odpowiedzialne za budowę poszczególnych części ciała. Jego hybrydy miały na przykład nogi w miejscu, gdzie powinny być czułki, a oczy na skrzydłach lub kończynach. Już nie pamiętam, czy to on, czy ktoś inny, lecz stworzono również byczka o dwóch nosach, czterech parach uszu i trzech oczach. Nie wiem, dlaczego nie czterech. Może chciano nawiązać do wyglądu mitycznych cyklopów. Powiem wam jedno: możemy obrażać się na grzebanie w genach, ale tak dzieje się od milionów lat. I to codziennie. O niektórych dziwach możemy dowiedzieć się także z internetu, tak jak o prosiaku z ludzką twarzą.” „Ale ten szkielet ma kilka tysięcy lat” — wtrąciła Anne.
„To też nie problem. Mamuty wyginęły około 10 000 lat temu, a ich DNA udało się odtworzyć.” „Niestety, możesz mieć rację. Haddad również wspominał o mamutach. Tylko po co?” „W przypadku mamutów nie chodziło o zabawę. Chodziło o sprawdzenie możliwości dodania pewnych ważnych cech zagubionych podczas ewolucji. 14 genów mamuta odnalezionego w wiecznej zmarzlinie na Arktyce wprowadzono do genomu słonia indyjskiego. Dzięki temu zyskały one większą odporność na zimno, grubszą warstwę tłuszczu podskórnego, większe uszy oraz bardziej bujną sierść. Wiem, że w czasach globalnego ocieplenia te cechy mogą wydawać się nieprzydatne, lecz kto naprawdę wie, w jakim kierunku pójdą zmiany klimatu w najbliższych latach? Niektórzy ostrzegają, że nasza planeta znów stanie się Ziemią Śnieżką.” „No dobrze, a więc wiemy już, że można klonować ludzi, dodawać geny, lecz wciąż nie znaleźliśmy odpowiedzi na pytanie, co to ma wspólnego z porwaniami.” — podsumował dyskusję rozczarowany Terry. — „Kto chciałby klonować śmieciarzy, alkoholików, narkomanów?” „No, może masz rację.
W tym wypadku klonowanie jako pamiątka odpada. Czasem klonuje się organizm w celu uzyskania części zamiennej. Może chodzić o wątrobę.” „Wątroba odpada. Ich wątroby były zawieszone na jednej agrafce.” — skrzywił się Terry. „No to serce, trzustkę, nerki albo o kończyny o określonej karnacji skóry. Wśród porwanych są rzeczywiście posiadacze niemal wszystkich odcieni skóry.” „To możliwe” — zastanowił się Terry. — „Ale o ile wiem, do znalezienia odpowiedniego dawcy dla kończyny potrzebna jest zgodność grupy krwi czy szpiku kostnego, a nie DNA.” „No tak, masz rację” — zgodziła się Subira. „To okropne! Jak możecie o tym tak spokojnie rozmawiać?” — zaprotestowała Anne. „Jedynie spekulujemy” — zaznaczył Terry.
— „Wróćmy do powodów porwań związanych z DNA. Mówiliśmy o jednej stronie wykorzystania porwanych, ale może być też inny powód. Nie chciano ich sklonować, a na przykład wykorzystać jako testerów.” „Rozumiem, do czego zmierzasz” — zgodziła się Subira. To rzeczywiście prawdopodobne. Chcemy przykładowo sprawdzić nowy rodzaj mleka. Szukamy osób bez czynnego genu odpowiedzialnego za trawienie laktozy i sprawdzamy, czy nowe mleko wywoła szok alergiczny, czy też zostanie przez organizm zaakceptowane. Terry uznał, że już nic interesującego nie wniosą do sprawy. Wypłukali się z pomysłów, więc nadszedł czas na kolejną butelkę. Gdy postawił nową flaszkę absyntu i rozlał wódkę do kieliszków, powrócił jednak do tematu genetyki. Dla mnie jest oczywiste, że to, co dzieje się w genetyce, to jedynie raczkowanie.
Prawdziwe wykorzystanie umiejętności i znajomości kodu genetycznego jest dopiero przed nami. Gdzie się zatrzymamy w modyfikacjach genetycznych, trudno przewidzieć, ale skłonny jestem uznać, że tej granicy nie ma. Z czasem albo wymrzemy, albo stworzymy nowy gatunek. „Masz coś konkretnego na myśli?” — zapytała Anne. Wszystko. Potrzebni będą ludzie do eksploracji złóż na planetoidach. To się ich stworzy. Doda im się geny mamutów lub niedźwiedzi polarnych, aby zwiększyć odporność na chłód. Zminimalizuje się działanie genów odpowiedzialnych za utrzymanie postawy pionowej, aby zmniejszyć odporność na wirowanie w przestrzeni. Z pewnością wiele osób nazywanych przez nas śmieciami uzna, że lepiej, by ich dziecko miało pracę wymagającą modyfikacji genetycznych, niż żeby było skazane na życie, jakie wiodą oni.
„Temperatura na planecie podskoczy o pięć stopni. Dlaczego nie ulżyć ludziom, dając im duże uszy do wachlowania mózgów?” — zaproponowała Subira. Dokładnie. Praca przy biurku. Po co człowiekowi nogi? Przydałyby się raczej większe zwały tłuszczu na dupie, abyśmy nie czuli zmęczenia — zaśmiał się Federico. „Za sto lat już nie będzie homo sapiens, a homo adeqatus, czyli człowiek dostosowany” — stwierdziła Subira. „Powtarzacie opinię Hadada: góry są po to, aby się wspinać” — dodała Anne. A człowiek ma mózg, by kombinować, jak mniejszym nakładem pracy osiągnąć większe zyski. Taka jest droga ewolucji — zauważył Terry.
„Nie mówiąc już o tym, że zawsze znajdzie się jakiś polityk, który będzie przekonany o tym, że wie lepiej, jak powinniśmy żyć i wyglądać i zaaplikuje nam terapię genową” — rozwinęła myśl Anne. To były rzadkie chwile, gdy tak dużo mówiła. Na początek postawiłabym na wylęgarnię dzieci. Kobietom nie chce się tracić życia czy kariery na rodzenie potomstwa. Rolę rodziny przejmie więc państwo. Będzie można w końcu planować takich obywateli, jakich uzna się za potrzebnych. Czyli miernych, ale wiernych — skwitował Terry. „Wizja Anne jest bliska prawdy” — zgodziła się Subira. Wśród klientów Millie najwięcej kobiet decydujących się na dzieci jest po pięćdziesiątce, a nawet starszych. A dzieje się tak nie z wewnętrznej potrzeby, a z powodu nacisków środowiska.
Subira rozejrzała się po twarzach przyjaciół, zauważając, że Federico jest dzisiaj wyjątkowo milczący. Spojrzała na niego pytająco. Co, zawiesiłeś się? „Nie rozumiem” — odparł zdezorientowany. Och, ty komputerowy człowieku, wyglądasz, jakby zawiesił ci się system! Anne i Terry roześmiali się. Można tak powiedzieć. Federico również się zaśmiał, a po chwili dodał poważnie: Wciąż myślę o powodach porwań. Uważacie, że porywano śmieciowych ludzi, ale możecie się mylić. Pod pewnym względem byli oni bardzo wyjątkowi.
„Co?” — wykrzyknęli wszyscy, spoglądając na Federica ze zdziwieniem. Nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia i kontynuował. Wszyscy porwani mieli nietypowe znaczniki. To bardzo rzadkie przypadki. Nie tak unikatowe jak genetyczna choroba AHC, która w wyniku nieodpowiedniego transportu jonów sodu i potasu do mózgu wywołuje w nim zwarcie, ale też nie tak częste jak przypadki alkoholizmu. Wśród całej populacji trafiają się raz na kilkaset osób, natomiast u porwanych sto na sto. „Chcesz powiedzieć, że to nie przypadek?” — zapytał Terry. Tak właśnie sądzę. A co ciekawe, te znaczniki znajdują się w śmieciowym DNA. Subira lepiej wam wyjaśni, o czym mówię.
Do niedawna genetycy nie zwracali uwagi na większość kodu DNA. Uznawali go za nieistotny, gdyż nie kodował żadnego białka. U nicieni stanowi on 71% całego DNA, ale u człowieka aż 98,5%. Na szczęście zmieniono zdanie. Zrozumiano, że w śmieciowym DNA znajduje się kod regulujący aktywność genów, który decyduje, w jakich warunkach jakie białko ma zostać wytworzone — wyjaśniła, spoglądając pytająco na Federica. No właśnie. Federico podjął temat. Co by nie mówić o porwanych, są to osoby przegrane, śmieci. A tu okazuje się, że w śmieciowym DNA znajdują się skarby. „Genetyczne?
Ludzkie?” — Subira i Terry odezwali się jednocześnie. Federico wzruszył ramionami. Obydwa rodzaje śmieci. Nazwałem je trash tags. Wygląda na to, że ktoś uważa, że w tym genetycznym śmietniku ukryta jest ważna informacja. „I co one wywołują?” — zapytała Subira. Tego nie wiem, chociaż mam pewne podejrzenia — mruknął. Wiesz, że patrzę na kod od strony informatycznej. Spojrzał na Subirę z wyraźnie wyczuwalnym lękiem. Tak, wiem.
Zdradź nam, jaką masz metodę. Później zastanowimy się, ile jest ona warta. Subira skinęła głową. Ośmielony Federico zaczął mówić: „Trash tags przypominają mi sekwencje startowe programu. Są podobne do sekwencji promotorowych genów, tylko że zostały strasznie przetrzebione. Nie wytrzymały upływu czasu i ciągłych mutacji. W żadnej z próbek nie odnalazłem kompletnej sekwencji. Po fragmentach logicznych trafiałem na ciąg przypadkowych znaków, jak na przykład długie powtórzenia jednego nukleotydu. I to są rzeczywiście śmieci, chociaż można odnieść wrażenie, jakby te dane celowo porządkowano, aby nikt nie mógł odczytać informacji. Jednak składając trash tags z kilku próbek DNA można uzupełnić dane.
Miałem zbyt mało próbek, aby tego dokonać, lecz osoba dysponująca większą liczbą będzie mogła odczytać ten ukryty program. Jestem tego pewien.” „To stawia w nowym świetle zainteresowanie ludzkimi śmieciami” – zauważył zaskoczony Terry. „O ile się nie mylę” – uzupełnił szybko i jakby potulnie Federico. Terry spojrzał na niego ze zdziwieniem. Federico nigdy nie zdradzał sceptycyzmu, gdy przedstawiał własne teorie. Paradoksalnie mógł to być sygnał, że naprawdę odkrył coś ważnego. Wyglądało na to, że ma coś jeszcze do powiedzenia. Terry szybko uniósł podbródek, jakby chciał go spytać: „Chcesz coś dodać?” Pomogło. Federico spojrzał na nich zbolałym wzrokiem. „Tak przy okazji każdy z nas ma podobne znaczniki.” Zaskoczył ich tą informacją.
Terry w pierwszym odruchu chciał zapytać, jak zdobył ich DNA, lecz uznał, że będzie jeszcze ku temu okazja, a teraz trzeba skupić się na najważniejszym. Ja mam czyste ręce. Firas Hadad od lat czekał na podobną okazję. Miał już szczerze dość tego nadętego dzieciaka. Zmuszono go, aby przez wiele lat skakał wokół niego, podcierał mu dupę, łagodził skandale w szkole, negocjował niemożliwe do wynegocjowania umowy. W końcu nadszedł jego czas, Firasa. Dzisiaj stawił się w gabinecie profesora Garlisi, chcąc uzyskać kopię kodu Centaura. Dobrze wiedział, że za te śmieci jest w stanie uzyskać niezależność finansową i żyć szczęśliwie z dala od bratanka. „Damiano wysłał mnie po kopię kodu Centaura. Proszę mi ją przekazać” – zażądał zdecydowanym tonem.
Profesor spojrzał na gościa jak na natrętną muszkę owocową. „Niestety to niemożliwe.” „Przecież jest moim bratankiem” – żachnął się Firas. A dla uświadomienia profesorkowi, z kim rozmawia, uzupełnił: „To ja zarządzam jego funduszem powierniczym.” Na profesorze jego słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Czego ten prosiak chce? Nie dość, że obżera się bez opamiętania, maczając ryj w korycie Hadada, to teraz postanowił jeszcze zagarnąć to koryto jedynie dla siebie. Profesor skrzywił się z niesmakiem. Nie lubił ludzi żyjących cudzym kosztem. On sam osiągnął sukces pracą własnych rąk. Wiązało się to z tym, iż nierzadko musiał walczyć z niesłusznymi oskarżeniami wysuwanymi przez takie świnie jak Firas. „Niestety pana nazwiska nie ma na liście dostępu do tych danych” – oznajmił z udawanym zawodem w głosie.
– „Od razu powiem, że nie muszę sprawdzać, bo ta lista jest bardzo krótka. Poza Hadadem zawiera tylko jedno nazwisko: Michaila Plutina. Ale ja mam atuty, które mogą pomóc ją rozszerzyć. Pieniądze” – zaakcentował ostatnie słowo. Dyrektor zastygł. Firas, czekając, aż profesor przetrawi jego propozycję, zastanawiał się, jaką część łupu mógłby mu zaoferować. A może jednak pozwolić brygadom Szakala przeprowadzić włamanie? Wtedy nie będzie musiał się dzielić. Podjął decyzję. Spróbuje jednak dać szansę dyrektorowi.
Okrągły milion w szeleszczących papierkach może trafić do pana sejfu jeszcze dzisiaj. Nieoczekiwanie profesor Garlisa zaśmiał się. Nie był to śmiech wynikający z zadowolenia. „Pan żartuje.” Dyrektor wyprostował się, kiwając zachęcająco do Firasa. Ten przywarł brzuchem do krawędzi biurka. „Moi konkurenci są gotowi zapłacić sto razy więcej, a i tak nie przekażę im kodu. Proszę zapamiętać, że ważniejsza jest dla mnie umowa z pana bratankiem i możliwość pracy nad tym fenomenem niż jakiekolwiek pieniądze. Ani panu, ani nikomu innemu nie przekażę kodu.” Profesor odchylił się, założył okulary i w milczeniu zaczął przeglądać dane na monitorze. „Może pan odejść. Rozmowa skończona.” Firas zastygł w bezruchu.
Musiał ratować skórę. „Uspokoił mnie pan. Doszły do mnie słuchy, że może chcieć pan przekazać komuś kody i postanowiłem pana sprawdzić, ale teraz widzę, że zdał pan egzamin.” Wymyślił zręczne wyjaśnienie próby przekupstwa. Garlisa tylko na chwilę oderwał wzrok od ekranu. „Jeszcze pan tu jest?” Dopiero po opuszczeniu gabinetu i przejściu przez sekretariat Firas odetchnął z ulgą. Wyciągnął chusteczkę i wytarł pot z czoła. Była zupełnie mokra. Natychmiast użył drugiej i osuszył również szyję. O mało nie wpadł. Reakcja dyrektora przeraziła go.
Gdy już ochłonął, zdobył się na uśmiech. Może i dobrze się stało. Po co dzielić się pieniędzmi, skoro mógł zagarnąć cały kopiec banknotów? Dyrektor sam był sobie winien. Jeżeli w czasie włamania coś się stanie, on będzie miał czyste sumienie. W końcu próbował załatwić sprawę w cywilizowany sposób. Gabinet doktora Garrelisi. Czwórka przyjaciół pędziła vanem Subiry drogą New York 100. Ostatnie dni spędzili na planowaniu nowej akcji. To był ostatni trop i Terry doskonale zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie odnajdzie porywacza z rogami lub samych porwanych, będzie musiał zrezygnować z dalszego śledztwa, uznając, że kapral Trotter i inni po prostu zawieruszyli się w stercie śmieci zgniatanych codziennie przez nastawione konsumpcyjnie społeczeństwo.
Ale wciąż wierzył, że uda mu się odkryć związki łączące profesora Garrelisi z porwaniami. Zadzwonił nawet do pułkownika McCormacka i poinformował go, że jest bliski rozwiązania sprawy. Już od soboty Federico monitorował obraz ze wszystkich kamer kliniki Garrelisi. Odczekali do środy, by dokładnie poznać godziny i trasy obchodów strażników w zwykły dzień tygodnia. W tym czasie Subira przeanalizowała plany oraz systemy zabezpieczeń, typując miejsca odpowiednie do włamania. Byli więc gotowi do akcji, tylko jeszcze nie wiedzieli, jak ją przeprowadzić. Ale przynajmniej byli pewni jednego, że proste włamanie nie wchodzi w rachubę. Strażników doliczyli się sześciu, czterech w holu kliniki oraz dwóch w salce z monitoringiem. Ci wychodzili na zmianę co pół godziny na obchód wokół budynku. Byli uzbrojeni i wyglądali na takich, którzy wiedzieli, do czego służy broń.
Po krótkiej burzy mózgów wybrali najbardziej optymalny scenariusz. „Włamiecie się w nocy?” – zapytała podekscytowana Anne, gdy oznajmili jej, że mają już gotowy plan. „Raczej nie” – odpowiedział Terry. Anne spojrzała na niego zdziwiona. „W nocy obiekt jest dobrze strzeżony. Czujniki ruchu, temperatury, ciężaru, siatki laserowe” – wyjaśnił Federico. „Wykryliby nas w ciągu kilku sekund, a policję mielibyśmy na karku w ciągu 10 minut”. „Włamiemy się podczas normalnego dnia pracy. Wmieszamy się w pracowników, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania” – dokończył Terry. „A jak tego dokonamy?” – chciała wiedzieć Anne.
„To proste” – zaśmiała się Subira. „Ty nas wprowadzisz”. Anne nie odpowiedziała. Jedynie jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Wiadomość ta tak ją zaszokowała, że przeszła do ławy z fotelami i ciężko usiadła. Naraz zainteresowało ją, co przykrywa rozłożony na blacie ręcznik. Uniosła go i znieruchomiała. „Terry, a po co wam broń?” – zapytała drżącym głosem. Terry szybko podszedł do ławy i ponownie przykrył broń ręcznikiem. „Czy wasza wcześniejsza praca polegała na włamaniach?” – dopytywała się, kolejny raz unosząc róg ręcznika, tak jakby nie mogła powstrzymać się przed zerknięciem na zwłoki bliskiej osoby.
„Nie tylko. Równie często musieliśmy walczyć” – rzuciła Subira, zanim Terry zdążył ją powstrzymać. „To kim w końcu byliście? Komandosami?” – zapytała łamiącym się głosem. „Nie byliśmy komandosami. Ale wiesz Anne, na froncie różnie bywa” – próbował zbagatelizować sprawę Terry. „Myślałam, że zajmowaliście się wykradaniem planów tajnych broni, list szpiegów, a nie strzelaniem. Kogo zabiliście, gdy poznaliśmy się w Al Janabiyah?” „Subira wydobywała plany z zatopionego kutra” – wyjaśnił jej Terry, pomijając fakt, że wcześniej ten kuter zatopili. „Akcje nie zawsze są tak bezpieczne, jak włamanie do kliniki chirurgii plastycznej”. „A twoja noga?
To nie była mina w trakcie zwykłego patrolu?” – zapytała podejrzliwie. „To był wypad na terytorium wroga, ale to była mina”. Tym razem pominął informację, że wypad miał na celu odbicie zakładników, a mina znalazła się na drodze ich ucieczki. „I w klinice Garrelisi też zabijecie strażników?” „Ochrona nie ma słabych punktów, więc będziemy musieli ją przerwać, używając siły. Próbowałem być szczery, ale nie zabijemy strażników, a jedynie czasowo zneutralizujemy”. „Przez tyle lat nie powiedziałeś mi prawdy, a twoje marzenia – je też zmyśliłeś?” „Są prawdziwe” – odparł urażony. „Łazik marsjański, sterowanie dronami. Ciekawiło mnie to. Po wyjściu z wojska naprawdę próbowałem znaleźć inną pracę. Pracę, o której marzyłem wcześniej, ale nikt mnie nie chciał.
Byłem śmieciem”. Anne nie odpowiedziała. Zagryzając wargi, intensywnie nad czymś myślała. Terry przewidywał kłopoty i nie mylił się. Dyskusja, jaką rozpoczęli, nie zakończyła się wraz z tą wymianą zdań. Po powrocie do domu Anne przystąpiła do frontalnego ataku. Nie miał żadnej szansy, by się obronić. Po trwającej godzinę jeździe zjechali z NY100 w kierunku Hawthorne i po kilkuset metrach dotarli do Peripheral Road. Siedziba kliniki Center New Human Future profesora Garlisi była ukryta za szpalerem drzew po prawej stronie. To był piętrowy budynek z czerwonej cegły z ciemnymi oknami w stylistyce przywodzącej na myśl główny gmach szpitala Westchester Medical Center.
Stylizacja ta z pewnością miała charakter świadomy, co natychmiast wzbudziło nieufność Terry'ego. „Jadąc dalej, dotarlibyśmy do Sleepy Hollow” – zauważył Federico. „A co tam jest?” – zapytała zaciekawiona Subira. „Rozgrywała się tam akcja filmu oraz serialu »Jeździec bez głowy«”. „A gdzie umieściłbyś akcję filmu o facecie, który gada głupoty?” Federico nie odpowiedział. Na szczęście cisza nie trwała długo, gdyż po kilkuset metrach Subira zatrzymała vana. Federico i Terry wyskoczyli z auta i szybko ukryli się pośród drzew. „Teraz czas na nasz występ” – zauważyła Subira, spoglądając z uśmiechem na Anne, która przygryzała nerwowo paznokcie. Wolno ruszyły w stronę budynku kliniki. W holu panował zwykły ruch.
Kilkanaście osób siedząc przy stolikach czekało na badania, kilka innych umawiało termin przy blacie recepcji. Wzmocniona ochrona czujnie oceniała zagrożenie, lecz fala zainteresowania, jaka pojawiła się po konferencji, na której ogłoszono sukces odczytania kodu Centaura, już chyba opadła. Naloty dziennikarzy odbywały się teraz sporadycznie i asystent profesora Gavin Warren nie musiał już zajmować się mediami. Naraz do holu zwycięskim krokiem weszły dwie kobiety. Jedna biała, druga czarna, obydwie w sukniach przylegających do kształtnych ciał, pewne swej kobiecości. Z pewnością miały prawo tak się czuć – ocenił Warren, zjeżdżając przeszkloną windą. Profesor Garlisa wydał mu polecenie, by wyszedł do Anne Laskowski i poprosił ją, aby poczekała kwadrans, dopóki nie skończy rozmowy z dziennikarzami „Timesa”. W jednej z kobiet Gavin rozpoznał panią profesor. Jej towarzyszki nie znał, ale już wiedział, że chciałby bardzo ją poznać. Z niecierpliwością czekał, aż winda zatrzyma się na parterze.
Po otwarciu drzwi szybko podbiegł do kobiet. „Witam panią. Witam też pani koleżankę.” Mężczyzna skłonił się, ściskając delikatnie dłonie przybyłych. „Przedstawiam panu moją przyjaciółkę z uczelni, doktor Subirę Bustamentę z wydziału chemii” – odezwała się Anne Laskowski. „Jestem umówiona z profesorem. Zaprowadzi nas pan do jego gabinetu?” „Tak, wiem” – odparł, nie odrywając wzroku od Subiry, która speszona nieco jego adoracją, uśmiechnęła się nieśmiało. „Ale profesor jest w tej chwili bardzo zajęty i wysłał mnie, bym przeprosił panie za tę chwilę zwłoki.” „Ojej, a moja koleżanka tak liczyła na oprowadzenie jej po klinice” – zmartwiła się Anne. „Pewnie profesor nie znajdzie na to czasu.” „Może ja będę mógł go zastąpić?” – zaproponował z nadzieją. „Naprawdę zrobi to pan dla mnie?” – zapytała Subira aksamitnym głosem. „Jak najbardziej.
Jestem asystentem profesora od trzech lat” – stwierdził z dumą. „Wiem wszystko... No, prawie wszystko, co wie on.” „No to nie ma co tego odkładać. Poczekam w sekretariacie, a pan zajmie się Subirą.” – klasnęła w dłonie zadowolona profesor Laskowski. „Z przyjemnością.” Oczy ulizanego asystenta zdradziły, że połknął haczyk razem z wędką. Tego Anne była pewna. Dobrze, że to nie ona musiała udawać słodką idiotkę, bo już dawno straciłaby cierpliwość i zdzieliła faceta po śliniącej się gębie. Anne wjechała windą na piętro i rozsiadając się w sekretariacie spojrzała w dół. Terry miał rację. Strażnicy posiadali broń i głupotą byłoby rezygnować z obrony.
Z ciekawością przyjrzała się też klientom kliniki. Przeglądając kartoteki doktora Botostine'a wyobrażała sobie, kim oni są. Patrząc teraz na pacjentów profesora Garlisi, miała wrażenie, że właśnie tak ich sobie wyobraziła. Zmieniła się zasobność ich portfeli, bo użycie piły i świdra przez Botostine'a nie było tanie, ale nie zmieniły się pragnienia tych ludzi. Nadal uważali, że dzięki pieniądzom staną się lepsi. To raczej smutne, że jędrniejsze piersi czy prostszy nos mogą radykalnie zmienić samoocenę. Jeśli ich na to stać, niech dokonują korekt zewnętrznych. Jednak Anne była pewna, że te zabiegi niewiele zmienią. Skoro skaza znajdowała się w ich umysłach, to tam pozostanie. Długowłosa, dwudziestokilkuletnia dziewczyna w ciemnym makijażu, w czarnej krótkiej spódnicy i kozakach do połowy uda miała piękną twarz o klasycznych rysach.
Niestety wyśmiewano się z jej garbatego nosa. Powinna odpowiadać, że to nos królowych, a nie pospólstwa. Przecież właśnie takie twarze zostały uwiecznione na freskach, obrazach i monetach. Jednak obecnie w modzie były inne twarze, zdradzające pustkę w głowie, pożyteczne dla promowania niepotrzebnych przedmiotów, pasujące do każdego formatu mediów społecznościowych. Z jaką twarzą wyjdzie dziewczyna z gabinetu po udanej korekcji genetycznej? Czy z garbem na nosie straci też siłę woli, nieustępliwość w dążeniu do celu? Z pewnością tak. Wcześniejszą determinację zastąpi samozadowolenie. „A może jestem niesprawiedliwa?” – zastanowiła się Anne. Ostatecznie nie wszyscy myśleli o retuszu wyglądu.
Część tych ludzi chciała, aby ich dzieci urodziły się zdrowe, a jeżeli medycyna mogła im w tym pomóc jeszcze przed zapłodnieniem, byli gotowi poświęcić wszystko, by to się udało. I religia nie miała tu nic do powiedzenia. Jeżeli Bóg jeszcze nie umarł, to i tak powinien milczeć. Nie miał prawa decydować o tym, czy dziecko urodzi się zdrowe po dokonaniu drobnych korekt kodu genetycznego, czy takie, jakie wybrała dla niego natura, tasując znaczone karty. Anne była tego pewna. Była nawet gotowa stanąć przed Bogiem na sądzie ostatecznym, by bronić swojego zdania. Spojrzała na parę siedzącą przy oknie. Ona w wieku Anne, w jasnobeżowym kombinezonie i ciemnobrązowych butach, on już po sześćdziesiątce w jasnoszarym garniturze. Trzymali się za ręce i patrzyli na świat za szybą. Może byli ze sobą od dwudziestu lat, wypróbowując w tym czasie wszystkie znane metody, by mieć dziecko.
Czego wypatrywali za szybą? Błędów przeszłości, które w końcu doprowadziły ich do kliniki ostatniej szansy? Była też inna grupa klientów. Przeważały w niej kobiety po menopauzie. Do profesora Garrelisy przywiodła je chęć sklonowania ulubionego zwierzęcia. Najłatwiej było to rozpoznać po tym, że osoby te przeglądały tradycyjne lub elektroniczne albumy ze zdjęciami. Czy można im było odmówić prawa do przebywania w towarzystwie pupilów, przy których czuły się potrzebne przez tyle lat swojego życia? Z pewnością nie. Chociaż można by im powiedzieć, że wiele zwierząt równie wiernych czeka na nich w przytułkach. Może powinna podejść do tej staruszki z siwiuteńkimi, spiętymi w kok włosami.
Przeglądała album z odbitkami fotograficznymi, a od kilku minut wpatrywała się w jedno zdjęcie, gładząc je delikatnie dłonią. Anne była jednak pewna jednego. Gdy zacznie mówić starszej pani, że w schroniskach czekają na nią reksy i mruczki, może nierasowe, może nawet parchate lub ze sztywną nogą, ona podniesie wzrok, uśmiechnie się dobrotliwie i powie: „Ale ja kocham swojego Azorka. Tylko on mnie rozumiał”. Federico i Terry oczekiwali na sygnał od Subiry, ukryci za drzewami z tyłu kliniki. Znajdowała się tam rampa dla samochodów ciężarowych, ciągników siodłowych z naczepami. Wiedzieli, że w środku mieści się magazyn z dużą liczbą butli i beczek oraz winda towarowa zjeżdżająca na dolne piętra, mogąca udźwignąć bardzo ciężkie przedmioty, z pewnością większe niż zwykłe palety. Rampa była monitorowana przez dwie kamery, z czym Federico, zagłuszając ich sygnał, bez problemu sobie poradził. Jednak oprócz kamer po obydwu stronach rampy umieszczono coś w rodzaju wież strażniczych. Nie wystawały wysoko ponad budynek.
Stanowiły jedynie półokrągłe stanowiska dla strażników, z których można było obserwować otoczenie budynku w promieniu 270 stopni. Niestety miały przyciemnione szyby i trudno było ustalić, czy akurat przebywa w nich strażnik. To był największy problem grupy Terry'ego i poświęcili dużo czasu, łamiąc sobie głowy nad sposobem jego obejścia. Dziewczyna kleiła się do niego. Gavin był tego pewien. Mijali pomieszczenia, gdzie za szybami widzieli dziesiątki laborantów w seledynowych fartuchach i rękawiczkach z białymi maskami na twarzy, wyjmujących i wkładających do urządzeń tysiące probówek. Na stołach obok, w zlewkach, plastikowych pojemnikach lub workach foliowych oczekiwały setki próbek do pobrania. Żmudna, czysta robota, ale jej nie interesowało wyposażenie laboratoriów, a jego ciało. Wciąż kręciła tyłkiem. Posyłała mu ukradkowe całusy i wyglądało na to, że wypatruje miejsca, gdzie mogliby rozpocząć akcję tête-à-tête.
„Nie wiesz, gdzie moglibyśmy być zupełnie sami?” zapytała, niby przypadkowo ocierając się nagim udem o jego spodnie. Nie mógł jej zawieść. Zaprowadził ją do składziku preparatów chemicznych. „Będę czuć się jak w formalinie. Wymyśl coś lepszego” narzekała, marszcząc nos w grymasie niezadowolenia. Gorączkowo przejrzał w myślach plany budynku. Nie było odosobnionych miejsc, w których pracowałaby tylko jedna osoba. Poza tym większość pomieszczeń posiadała przeszklone ściany. Na tym polegała polityka medialna profesora Garrelisy, pragnącego wywołać wrażenie na klientach. Była też rampa dostawcza, ale tam znów Subira krzywiłaby się na smród olejów samochodowych i paliwa.
Naraz sobie przypomniał. „Chodź ze mną” powiedział tajemniczym tonem, pociągając dziewczynę w kierunku wież strażniczych. Dzisiaj nie planowano żadnej dostawy i pomieszczenie powinno być puste. Po wejściu do ciasnej stróżówki Subira rozejrzała się uważnie, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Gavin odetchnął z ulgą. Teraz będzie jego. „To miejsce mi odpowiada” oznajmiła, lecz zanim Gavin zdążył wepchnąć język do jej ust, świat zawirował mu przed oczami i stracił przytomność. Subira posadziła ciało nieprzytomnego napaleńca na krześle, jego głowę układając na skrzyżowanych ramionach. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna spał. Taki też był jej zamiar.
Nie zrobiła tego z litości. Wyszła ze stróżówki i przeszła do drzwi z boku. Identyfikatorem zerwanym z szyi asystenta przeciągnęła nad czytnikiem. Zapaliło się zielone światło i drzwi z cmoknięciem uchyliły się na kilka centymetrów. Rozwarła je szerzej, wpuszczając Federica i Terry'ego do środka. Obydwaj byli w ubraniach personelu kliniki. Federico pracownika obsługi technicznej, Terry strażnika. Ona szybko zarzuciła na czarną suknię fartuch laboranta. Trochę prześwitywał i nieco dziwnie wyglądała w wieczorowej sukni pod spodem, ale nie zamierzali afiszować się przed innymi ludźmi. Zamieniła jedynie szpilki na obuwie sportowe.
Federico przekazał Subirze broń, trzymając ją w dwóch palcach, jakby to był zdechły szczur. „Nie ugryzie cię” – zaśmiała się. Federico nie wydawał się przekonany. „Nie lubię wystrzałów. Moją bronią jest moja głowa.” Mówiąc to, odebrał od Subiry identyfikator asystenta i skopiował go przy pomocy urządzenia przypominającego skrzyżowanie czytnika kart płatniczych z drukarką etykiet. Powielone identyfikatory podał Subirze i Terry'emu, a jeden przypiął do własnego uniformu. Przeszli do drzwi prowadzących do schodów. W tej części budynek był jednopiętrowy, lecz miał dwa poziomy ukryte w ziemi. Google Maps w tym przypadku nie mógł im pomóc, ale na szczęście istniały inne możliwości, a Federico znał je wszystkie. Podgląd z kamer dolnych poziomów ujawniał obecność korytarzy z kilkoma parami drzwi po bokach i jednym dwuskrzydłowym wejściem na samym końcu.
Najciekawsze było to, że tych pomieszczeń nikt nie kontrolował. Obchód strażników ograniczał się jedynie do korytarza i sprawdzenia czytników przy drzwiach. Co znajdowało się za nimi, trudno było zgadnąć. Cała czwórka zdecydowanie stwierdziła, że właśnie tam muszą się dostać. Podgląd promieniowania podczerwonego ujawnił wiele źródeł ciepła. Dwa duże z pewnością oznaczały kotłownię oraz serwerownię z wieloma komputerami, ale widzieli też kilkanaście mniejszych źródeł ciepła i kilkaset niewielkich w pozostałych pomieszczeniach. „To ludzie” – stwierdził Terry. „Niekoniecznie.” Subira nie była przekonana. „Równie dobrze mogą to być świnie lub cielaki, a te najmniejsze to na przykład świnki morskie.” Za chwilę przekonają się, kto miał rację. Już wcześniej zdecydowali, że Subira pomoże Federico dostać się do serwerowni i zajrzy za tajemnicze drzwi na tym poziomie, a Terry sprawdzi pomieszczenia na najniższej kondygnacji.
Jednak dopiero stojąc w szerokim na trzy metry korytarzu zauważyli, że pod sufitem zamontowano wiele rur wentylacyjnych, których podgląd z kamer nie ujawnił. Terry spojrzał na zegarek. „Mamy 40 minut” – oznajmił, schodząc niżej. Federico i Subira ruszyli w głąb korytarza, otwierając pierwsze drzwi. W pomieszczeniu dostrzegli wiele klatek z króliczymi głowami. Niektóre miały zdziwione, inne smutne, a jeszcze inne jakby rozzłoszczone pyszczki. Ich długie uszy sterczały złożone lub rozłożone, a kilka oklepało, owijając się wokół szyi zwierząt niczym szale lub pętle. Na dole klatki znajdowały się zatrzaski, które Subira miała ochotę otworzyć. Powstrzymała się jednak, zagryzając w złości usta. „Federico, nie zaglądaj mi przez ramię, tylko idź do serwerowni” – powiedziała, czując za sobą jego przyspieszony oddech.
„Idę tam gdzie ty” – odparł łamiącym się głosem. Dziwolągi z dawnych lunaparków mogły budzić odrazę lub współczucie. Mogły też mieć pretensje do świata, że urodziły się z fizycznymi wadami. Wiedziały jednak, że nie stanie się cud i jeśli chcą cokolwiek mieć z życia, muszą się w nim odnaleźć razem ze swoimi ułomnościami. Króliki w klatkach nie rozumiały, dlaczego je zamknięto. Czuły strach, niektóre pewnie złość, którą z chęcią przemieniłyby w agresję, kopiąc i gryząc. Ale generalnie wszystkie czekały na szansę ucieczki. Chwilę, gdy będą mogły wyrwać się z pułapki i żyć jak wcześniej. I Jabot Craney za sprowadzenie zła do Sennej Doliny mógł obarczać jeźdźca bez głowy, odmieńcy, geny rodziców i religię zakazujące badań prenatalnych, lecz te futrzaki były bez winy. „Myślałem, że eksperymenty na zwierzętach zostały zabronione” – powiedział Federico.
„A jak sprawdzisz, czy człowiek może się napić absyntu z nowego gatunku drożdży bez ryzyka oślepnięcia, zjeść popcorn z genetycznie modyfikowanej kukurydzy albo zrobić jajecznicę z udoskonalonych kur?” W głosie Subiry wyczuł wściekłość. „Wcześniej mówiłeś, że nasz departament leków przygląda się badaniom genetycznym.” Odparował. Wzruszyła ramionami, odpowiadając z rezygnacją: „To są działania na pokaz. Rząd zakazał przyznawania grantów na badania z udziałem zwierząt, ale i tutaj znajdziesz luki prawne. Gdy pracujesz nad szczepionkami ratującymi życie, jak w przypadku zapalenia wątroby typu C, możesz znęcać się nad szympansami do woli.” „A jak to się ma do przypadku otrzymania przez szympansy statusu osób prawnych?” Federico nadal nie dawał się przekonać. Subira zamknęła drzwi. „Ile było tych szympansów?” – zapytała, patrząc na niego z politowaniem. „Dwa” – mruknął zniechęcony, przeczuwając, do czego zmierza. „No to masz odpowiedź.” – Westchnęła, biorąc go pod rękę i prowadząc do pomieszczenia na końcu, jedynego na tym poziomie, którego przeznaczenie poznali z podglądu kamer. „Dlaczego nie zaglądamy do innych pomieszczeń?” – zaprotestował.
Otworzyła drzwi i wepchnęła go do środka. „To nie twoje zadanie, tylko moje. Ty włamu się do komputerów kliniki, nim nie znajdziesz czegoś ciekawego. Zostało nam pół godziny. Nie ma czasu na współczucie.” Zamknęła drzwi. Jeszcze niedawno była pewna, że Federico kpi z wszystkiego, jakby przekładał do rzeczywistości wykoślawioną scenografię ze starych niemieckich filmów i złościł się, że świat do niej nie pasuje. Teraz pomyślała, że może jest jednak odwrotnie. Może ekspresjonizm niemiecki był dla niego wzorem wypaczenia, a widząc, że świat wciąż jest koślawy i pasuje do wzorca, odreagowywał to kpiną. Po 20 minutach oczekiwania profesor w końcu wyszedł do Anne i tonąc w przeprosinach, zaprosił ją do gabinetu. „Muszę pani powiedzieć, że od czasu konferencji wprost nie mogę opędzić się od dziennikarzy i zaproszeń do programów telewizyjnych.
Ja musiałem zmienić numer telefonu, ale i tak próbują łapać mnie na ulicy. Najgorsze, że to przedstawiciele pism i mediów, których w ogóle nie znam” – mruknęła Anne. Profesor uśmiechnął się dobrodusznie. „Jako osoba starsza, doświadczona w kontaktach z mediami, muszę pani dać jedną radę. Proszę ich nie odrzucać. Najważniejsze jest, by przebić się z sukcesem. Nieważne, w jakim kontekście, nieistotne w jakich mediach.” „To ciekawe, co pan mówi i z pewnością wezmę to pod rozwagę.” Profesor z zadowoleniem skinął głową. „Ale przyszłam po poradę w innej kwestii.” „W czym mogę pani pomóc? Potrzebuje pani dodatkowych informacji na temat DNA centaura do książki?” Anne nie lubiła kłamać i czuła się w takiej sytuacji niezręcznie. Opowiadając o kłopotach z urodzeniem dziecka i wypytując profesora o genetyczne wsparcie zajścia w ciążę, łatwo mogła się wysypać.
Dlatego postanowiła zająć go rozmową na temat, który naprawdę ją interesował, troszeczkę koloryzując. Lecz spekulacje naukowe nie są przecież kłamstwem. Była więc pewna, że będzie czuć się swobodnie. „Panie profesorze, wyniki pana badań potwierdzające, że szkielet z moich wykopalisk faktycznie należał do centaura, całkowicie zmieniły moje osądy. Postanowiłam poszperać w różnych źródłach i to nie tylko tych uznanych, ale również niepewnych, by szerzej spojrzeć na hybrydy w historii. Natrafiłam na jedną wzmiankę, której źródła na razie pozwolę sobie nie ujawnić, której nie rozumiem, ale która nie pozostawia wątpliwości, że ma coś wspólnego z opisem łańcucha DNA.” „I znalazła pani tę wzmiankę w starożytnych pismach?” – profesor przerwał jej podekscytowany. „Tyle chyba mogę zdradzić. Tak.” – Anne udała, że się waha. „To ciekawe.” Profesor odchylił się w fotelu, złożył dłonie jak do modlitwy i zaczął nimi pocierać brodę. „No właśnie.
Wiem, że o istnieniu kodu DNA wiemy od pół wieku. A o czym mówiły te zapiski? Może pani tak je interpretuje, zasugerowana dzisiejszą wiedzą?” „Nie rozumiem dokładnie tego tekstu. Jest w nim mowa o tym, że pośród nici ze zwykłymi koralami zostało ukrytych kilka pereł pozwalających stać się człowiekowi równym bogom.” Profesor zastygł z wrażenia. Federico nie miał czasu na przeglądanie danych, lecz już same nazwy katalogów wszystko zdradzały. Okazało się, że genetycy nie posiadali poetyckiego podejścia wojskowych do nazw akcji. Operację Pustynna Burza nazwaliby najpewniej Program Opanowania Terytorium Pustynnego Wroga przy Pomocy Desantu Powietrznego. To pomogło mu podjąć decyzję, które projekty podejrzane o łamanie prawa skopiować jako pierwsze. W oczekiwaniu na zrzucenie danych zajął się zainstalowaniem programu śledzącego pozwalającego na zdalny dostęp do nich w przyszłości. Zamierzał zakopać go w śmietniku plików systemowych, aby wyglądały jak zbędne komentarze programisty.
Następne pomieszczenie, do którego zajrzała Subira okazało się chlewnią. W rzędach kolumn chrząkały, pierdziały lub spały w promieniach lamp podczerwonych smaczne świnki. Różowiutkie, czyściutkie i nawet nie za bardzo spasione. Wyglądałyby jak zwykłe tuczniki szykowane do zabicia przed Bożym Narodzeniem, gdyby nie tabliczki informacyjne, które dostrzegła. Pacjent KG23648AZ. Nerki. Pacjent KG23686JD, śledziona, wątroba. Może właśnie z tego powodu nie były przerośnięte tłuszczem, zastanowiła się. Kto chciałby dostać otłuszczone serce? Dobrze, że Federico tego nie zobaczy.
W pozostałych salach nie znalazła niczego niespodziewanego. Klinikę profesora Garolisy śmiało można by nazwać fermą części zamiennych dla ludzi. Jednak Subira nie natrafiła na ślady klonowania ulubionych pupilów, nie wspominając już o ludziach. Z jednej strony była z tego powodu zadowolona. Ostatecznie hodowlane okazy nie były niczym szczególnym i tak poszłyby pod nóż. Z drugiej czuła rozczarowanie, gdyż oznaczało to, że Garolisa nie miał powodów, by porywać ludzi. Czy i ten trop miał okazać się zły? Czytnik spreparowany przez Federica zadziałał. Na szczęście asystent profesora miał prawo dostępu do pomieszczeń znajdujących się na najniższym poziomie, co wcale nie było takie pewne, kiedy planowali akcję. Zawartość pierwszego pomieszczenia, do którego Terry wszedł, zdumiała go.
Stało w nim kilka olbrzymich akwariów. Płyn w szklanych pojemnikach fosforyzował lekko zielonkawą poświatą. Wyglądał też na gęsty, gdyż bąbelki powietrza odrywające się od dna bardzo wolno przemieszczały się ku powierzchni. Akwaria były długie na pięć metrów, szerokie na metr, półtora, tak, że zmieściłby się w nich żarłacz biały. Z tym że w tych akwariach nie pływały rekiny czy ryby, a płody ssaków. Pływały swobodnie jak śliwki w kompocie, jednak każde ze stworzeń było połączone pępowiną ze zbiornikami przymocowanymi do ścianek akwarium. Tam wirnik miksował środki odżywcze pochodzące z kilkunastu pojemników ustawionych pod ścianą. Indywidualna dieta dla każdego płodu, stwierdził Terry, zastanawiając się, czy nie wezwać Subiry, aby pomogła mu ustalić przeznaczenie szklanych pojemników. Na razie zrezygnował z tego pomysłu i zbliżył się do szyby. I bez Subiry domyślił się, że akwaria stanowią coś w rodzaju zastępczych łożysk.
Jeżeli Garolisa hodował organy do przeszczepów, to te pojemniki zastępowały macicę. Jednak przy dokładniejszych oględzinach Terry zauważył, że płody, jakie ogląda, już dawno osiągnęły etap, w którym mogły rozpocząć samodzielne życie poza macicą. Widział już prosięta zaraz po urodzeniu i wiedział, że prosiaki podobne do tych w akwarium o metrowej długości były gotowe do podania na suto zastawionym stole z jabłkiem w pysku, a nie do hodowli w łożysku. Wiele płodów miało zniekształcone ciała. Czy były to wybryki natury, czy może jakieś próby stworzenia hybryd? Dostrzegł prosiaka o ludzkich cechach. Jeden z nich miał nawet ludzkie rysy twarzy, usta Angeliny Jolie, uszy Julii Roberts i nosek Sandry Bullock. Dobrze, że oczy płodu przesłaniały powieki, bo Terry obawiał się, że napotkałby świdrujące, cyniczne spojrzenie Alice Coppola. Jak profesor zamierza dokonać przeszczepu? Może tylko ściągnie z płodu skórę i przekaże chirurgowi plastycznemu, który już wcześniej wymodelował twarz supermodelki.
Inny z okazów, już nie płód, a kilkumiesięczny prosiak, zamiast przednich nóg z racicami miał rączki dziecka. Jednak dopiero zawartość następnego akwarium wywołała u Terry'ego prawdziwy szok. Tu już z pewnością nie miał do czynienia z płodami, a organizmami zdolnymi do życia poza łożyskiem. I nie były to hybrydy zwierzęce z częściami ciała ludzi, a po prostu ludzkie dzieci. Niektóre miały może dwa, trzy lata, ale inne osiągnęły wiek szkolny. Nie było widać żadnych deformacji ciała. Wydawały się idealne. Czy hodowano je na części zamienne? A może natrafił na klony mające kiedyś zastąpić dorosłe oryginały, ludzi podpisujących teraz wielomiliardowe kontrakty, przemawiających z ław Senatu, występujących w filmach lub ścigających się na torach wyścigowych? Spotkanie z profesorem trwało już 10 minut.
O wiele dłużej niż Anne zakładała. Zwykle trudno było przyciągnąć czymś jego uwagę. Miała nadzieję, że Terry już za chwilę przekaże jej informację, że znaleźli porwanych i będzie mogła zakończyć tę farsę. Tymczasem coraz śmielej ciągnęła opowieść zainspirowaną relacjami Federica. Sama była zdziwiona, że wywołało to takie zainteresowanie Garolisy. Tylko raz wyszedł na kilka minut z pokoju, informując ją, że musi wykonać pilny telefon. Gdy wrócił, jeszcze zachłanniej zaczął dopytywać się o szczegóły odczytanych przez Anne tekstów. Co ciekawe, wciąż mówi się o tym, że owe perły zostały dobrze ukryte i odnajdzie je tylko osoba potrafiąca docenić wartościowe rzeczy pośród śmieci. Niesamowite, prawda? Ale czy może pan potwierdzić, że w kodzie DNA Centaura znajduje się coś, co pozwalałoby założyć, że nie jest to tylko poetycka opowieść, a relacja ujawniająca sedno sprawy?
Profesor nie odpowiedział wprost na jej pytanie. Zanudziłbym panią szczegółami, które nic nie powiedzą osobie niebędącej specjalistą. Trudno podejrzewać, aby starożytni kapłani, czy to babilońscy, czy egipscy, cokolwiek na ten temat wiedzieli. Można natomiast zastanowić się, komu w ogóle mógł przyjść do głowy pomysł ukrywania informacji w kodzie niedostrzegalnym gołym okiem. Nie chcę pani martwić, ale moim zdaniem to raczej nadinterpretacja dokonana przez współczesnych w odniesieniu do tekstu mówiącego o zupełnie innych sprawach. Anne też by tak sądziła, ale wymyśliła ten tekst, więc mogła zabawić się w spekulacje. „Jest jedna rzecz pozwalająca wytłumaczyć podobny fenomen” – stwierdziła tajemniczo. „Tak? Co pani ma na myśli?” – zapytał lekkim tonem. „Cywilizację, która pozyskała tę wiedzę od kosmitów”.
„No tak, to rzeczywiście prawdopodobne wyjaśnienie” – zaśmiał się profesor. „Ale czy w swoich badaniach natrafiła pani kiedykolwiek na wiarygodne ślady podobnych wizyt?”. „Jest kilka tekstów mogących o tym świadczyć. Z pewnością również pan je zna. Stały się podstawą naszej wiary w bogów” – rzuciła ogólnikowo, mając nadzieję, że profesor nie zechce ciągnąć tego tematu. „Ale one nigdy nie mówiły o DNA. W jakim celu kosmici mieliby przekazywać ludziom informacje o rzeczach, których istnienia ich nauka jeszcze długo by nie podejrzewała?”. „Aby wskazać, że dzięki manipulacjom w tym ukrytym miejscu można wywołać bardzo widoczne zmiany. Aby ich przestrzec, by w przyszłości się tym nie zajmowali.” Anne bez problemu wymieniła kilka powodów. „Być może centaurowie to wynik modyfikacji genetycznych.
Dlatego pytam, czy znalazł pan coś nietypowego w kodzie centaura?” „Na nic takiego nie trafiłem.” Po raz pierwszy jego odpowiedź zabrzmiała zdecydowanie. Przez cały czas rozmowy wydawał się raczej lawirować. Nie dotykał istoty sprawy. Nie starał się odpowiedzieć na jej pytanie. Bardziej interesowało go to, ile ona wie. Dlaczego akurat teraz uznał, że nie warto przedłużać tej rozmowy? Terry'emu pozostało tylko jedno pomieszczenie do sprawdzenia. Ostatnia szansa na odkrycie dowodów, że Garlisa jest zamieszany w porwania weteranów. Terry miał co do tego coraz więcej wątpliwości. Z pewnością znalazł dowody na nielegalne eksperymenty genetyczne, ale nie na porywanie ludzi.
Musiał przyznać przed sobą, że od dawna dokonywał nadinterpretacji faktów, zaślepiony chęcią odnalezienia uprowadzonych. Gdy podszedł do drzwi, ze zdumieniem zauważył, że nie mają zamontowanego czytnika. „Federico, jak otworzyć drzwi pomieszczenia na wprost?” „Chwilkę. Terry, tych drzwi nie ma w systemie, ale o ile pamiętam, w tym pomieszczeniu nie zanotowaliśmy sygnatur cieplnych większych ciał” – zgasił resztki nadziei Terry'ego. „A jak tam zgrywanie danych?” „Już kończę. Daj mi jeszcze pięć minut.” „Okej.” Terry ponownie spojrzał na drzwi. Było na nich zamontowane jakieś pudełko. Zamek cyfrowy? Otworzył klapkę. Nie.
Pokrętło, jak w sejfach. Zwykły staroświecki zamek szyfrowy. Może to w dzisiejszych czasach najlepszy sposób ochrony przed włamaniami. „Subira, możesz do mnie zejść?” „Znalazłeś kogoś?” „Jeszcze nie. Stoję przed drzwiami, które tylko ty możesz otworzyć.” „Już schodzę.” Zjawiła się po minucie. Podeszła do niego i sceptycznie przyjrzała się pokrętlu z numerami, po czym zlustrowała zamocowania. „Terry, to ściema. To nie drzwi do szafy pancernej. Są takie same jak inne. Może dodatkowa ochrona przed dostaniem się do środka niepowołanych osób, ale z pewnością nie przed włamywaczami z zewnątrz.” „Możesz je otworzyć?” – przerwał jej.
„Szybciej byłoby założyć ładunek wybuchowy tutaj i tu.” – wskazała miejsca na zamontowanie ładunków. – „Wybuch nie będzie silny. Ani go nie usłyszą, ani nie poczują wstrząsu. Dzielą nas dwa piętra.” „Wiesz lepiej, ale może jednak posłuchasz tego zamka” – zaproponował Terry, podając jej wyjęty z torby stetoskop. Subira wzruszyła ramionami. Wzięła od Terry'ego stetoskop i zabrała się do pracy. Dwie minuty później drzwi zostały otwarte. W tym pomieszczeniu nie było zielonkawych akwariów, ale nie było też porwanych. Stało za to sześć naszpikowanych elektroniką sarkofagów. Sześciany były długie na dwa metry, szerokie na metr i wysokie na półtora.
Terry nie potrafił ukryć rozczarowania. Rąbnął zaciśniętą pięścią w ścianę. Subira położyła mu delikatnie dłoń na ramieniu. „Znajdziemy ich. Nie odpuścimy porywaczom.” „Ale nie tutaj” – uciął i odwrócił się w stronę drzwi. – „Możemy już iść.” „Terry, jak już tu jesteśmy, dowiedzmy się przynajmniej, do czego Garlisa potrzebuje tych sarkofagów” – zaprotestowała. Nie odpowiedział, a jedynie westchnął. Nawet gdyby pojemniki miały okazać się puste, Subira postanowiła, że nie ustąpi. Musiała czymś zająć Terry'ego. Wyglądał tak, jakby chciał powiedzieć, by sprawdziła to sama, a on wyjdzie i odreaguje złość na korytarzu.
„Masz rację” – zgodził się w końcu. Podeszli do skrzyń. Półokrągłe wieka nie były przeźroczyste, więc nie mogli dostrzec, co znajduje się w ich wnętrzach. Z pewnością zmieściłby się tam człowiek, ale równie dobrze mogły zawierać tysiąc próbek lub 50 termosów z lodami. „Nie wyłamiemy wieka. Wychodzimy” – rzucił zrezygnowany. „Jeszcze nie” – wysyczała ze złością. Podeszła do pulpitu sterowniczego zamocowanego u wezgłowia jednego z sarkofagów. Oprócz kilku rzędów przycisków, po części z ikonografią zrozumiałą dla każdego, a po części ze skrótami trudnymi do rozszyfrowania bez instrukcji, znajdował się tam też ekran z elektroniczną tabliczką znamionową. Napis ją zaskoczył i musiała przeczytać go jeszcze raz litera po literze.
„Obiekt testowy AT8340567-A82983 Gorgona.” Serce zabiło jej żywiej. „Jaki jest napis przy twoim sarkofagu?” – wykrzyknęła podekscytowana, nakazując gestem dłoni, aby podszedł do wezgłowia. Niespiesznie wykonał pięć kroków i pochylił się nad tabliczką. „Obiekt testowy AT-8340567-A82991 Cyklop” – odczytał niepewnie, a później spojrzał na Subirę zdumiony. „Co do cholery jest w tych sarkofagach?” Nie odpowiedziała, przeglądając ikony i napisy na przyciskach. Bez wątpienia pasowało tu tylko jedno czteroliterowe słowo. Wdusiła przycisk. Od góry zaczęła odsuwać się przesłona i po kilku sekundach Subira mogła zobaczyć, co skrywa jej sarkofag. „Wduś przycisk show” – poprosiła cicho, jakby bała się, że osoba znajdująca się w sarkofagu się przebudzi. Terry, widząc jej ściągniętą lękiem twarz, o nic nie pytał.
Po kilku sekundach również on zamarł z przerażenia. Mężczyzna w pojemniku był cały zanurzony w płynie. Ten płyn przypominał mleczną zawiesinę. Im głębiej ciało w nim tonęło, tym mniej było widać. Twarz człowieka przykrywała maska, a do jego skroni przypięto wiele różnych czujników. „Ja go znam” – powiedział Terry, gdy ochłonął. Kilka dni temu Diego pokazał mu jego policyjną kartotekę. To był konstruktor, który zamiast przez kilka lat udawać, że pracuje nad swoim wynalazkiem, oddał pieniądze, przyznając, że się pomylił. Po sprawdzeniu następnych przycisków Subira była już pewna. „To nie są sarkofagi, to hibernatory” – oznajmiła.
Wciąż utrzymują funkcje życiowe organizmu, choć na spowolnionych obrotach. Terry sprawdził pozostałe sarkofagi. W każdym znajdowała się jakaś osoba. Czterech nie znał, ale dwie z nich, wynalazca i modelka, która się roztyła, z pewnością zostały porwane. Mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. W porze lunchu w holu panował zwiększony ruch. Dopiero gdy pracownicy zmierzali na posiłek, można było zobaczyć, jak wiele osób pracuje w klinice. Dziesiątki laborantów, analityków obojga płci, zrzucając seledynowe kitle i żywo rozmawiając, wędrowało z i do stołówki. Oczekującym na wizytę u lekarza lub pobranie próbek DNA stewardzi podawali deser i świeżo zaparzoną kawę, aby nie przyglądali się tej paradzie z burczącymi jelitami. W towarzystwie wuja Damiano, Hadada Firasa, do holu wszedł wysoki mężczyzna z długą czarną brodą, w szarej koszuli i w turbanie na głowie.
Przez ramię miał przewieszoną torbę na laptop, a przy uchu telefon komórkowy. Obydwaj przystanęli. Nieznajomy zakończył rozmowę i spojrzał na Firasa z pretensją, jakby chciał powiedzieć: „Co tu jeszcze robisz?”. Potem podszedł do kanapy i usiadł, zakładając nogę na nogę. Firas westchnął i z ociąganiem ruszył w stronę recepcjonisty. Mężczyzna, starając się nie ujawniać zainteresowania, uważnie go obserwował. Po kilkunastu sekundach rozmowy wujek Damiano odwrócił się w jego stronę, kręcąc przecząco głową. Brodacz z lekkim grymasem irytacji wyciągnął telefon i wybrał połączenie. „Przechodzimy do realizacji planu B” – rzucił. Po dwóch minutach do holu weszła kilkunastoletnia dziewczynka w narzuconym na ramiona eleganckim czarnym płaszczyku.
Na nogach miała biało-czarne półbuty, a jej głowa była okryta czadorem. Wyglądała na uczennicę, która pomyliła klasę. Po chwili wahania, rozglądając się po bogatym wnętrzu, ruszyła onieśmielona w kierunku recepcji. Jednak w połowie drogi zatrzymała się. Rozpięła płaszczyk i zrzuciła go na posadzkę. Ludzie wychodzący ze stołówki, wydłubując z zębów resztki surówki, mogli zobaczyć zamontowany w talii dziewczynki pas szahida. Pomarańczowe ładunki wybuchowe były wyraźnie widoczne na schludnej, biało-czarnej bluzce. Jednak uwaga wszystkich była skierowana na dłoń uczennicy. Trzymała w niej detonator z kciukiem opartym na czerwonym przycisku. „Wszyscy na podłogę, bo się wysadzę!” – krzyknęła łamiącym się głosem.
Pomimo niezbyt donośnego głosu usłyszał ją każdy, kto znajdował się w holu. Ludzie zastygli w bezruchu. Z pewnością pomyśleli o ucieczce, lecz może jeszcze sądzili, że to żart albo happening. Naraz zaczęła krzyczeć kobieta w jasnobeżowym kombinezonie. Część osób przeniosła spojrzenie z dziewczynki z detonatorem na nią, szukając powodu przerażenia. Ujrzeli przyklejonego twarzą do szyby jednego ze strażników. Z jego gardła buchały strumienie krwi, ściekając szeroką smugą. osuwał się na dół rozczapierzonymi palcami, usiłując powstrzymać upadek. Po kilku sekundach skulił się na bok, a wtedy zobaczyli stojącego za nim mężczyznę chowającego zakrwawiony nóż. Brodacz w turbanie zerwał się z kanapy, wskoczył na siedzenie i wyjętym z torby karabinkiem Uzi oddał serię strzałów w sufit.
„Słuchajcie, co dziadka mówi! Już, na podłogę!” – ryknął. Dopiero teraz rzucili się na posadzkę. W tej samej chwili do środka wtargnęło ośmiu mężczyzn z bronią automatyczną. Rozbiegli się w lewo i w prawo. Dwóch dopadło pokój strażników, a dwóch strażników za kontuarem. Jeden z terrorystów uniósł broń i ochroniarze posłusznie podnieśli ręce. Drugi napastnik obiegł kontuar i stanął za plecami pierwszego strażnika. Mężczyzna bał się spojrzeć za siebie. Podniósł jedynie wyżej ręce, aby zasygnalizować, że nie w głowie mu stawianie oporu.
Ten gest nie zmienił zamiarów terrorysty. Wyciągnął długi nóż i przeciągnął ostrzem po jego szyi. Krew trysnęła na kilka metrów, opryskując włosy siwiutkiej staruszki i plamiąc strony otwartego albumu fotograficznego. Starsza pani, wyglądająca teraz jak anioł zagłady, obrzuciła wzrokiem pełnym nienawiści terrorystę. Drugi ochroniarz zbyt późno postanowił się bronić. Nim wyciągnął z kabury pistolet, seria z pistoletu maszynowego odrzuciła go do tyłu. Jeden z terrorystów odłożył broń i usiadł przed monitorem komputera strażników. Strażnik wydawał się zrozpaczony. Gałka lodów czekoladowych spływała wolno po jego mundurze. W swej irytacji pogubił się, nie wiedząc, czy bardziej jest zły z powodu utraty części deseru, czy z zabrudzonego munduru.
Drugi strażnik nic nie wiedział o problemie kolegi, gdyż poprawiał fryzurę przed lustrem, szykując się do wyjścia na obchód. Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadł mężczyzna z bronią automatyczną. Zanim ochroniarze zdążyli zareagować, powietrze przecięła druga seria. Dowódca omiótł pogardliwym spojrzeniem hol. Wyglądało na to, że sytuacja jest opanowana. Dwaj ostatni strażnicy zostali rozbrojeni i leżeli na posadzce pośród personelu i klientów. „Głupcy! Jak chcecie rządzić światem, skoro wciąż dajecie się nabrać na dziewczynkę z zapałkami?” Skrzywił się z niesmakiem i zaczął wydawać nowe dyspozycje. „Spędźcie z góry i laboratoriów pozostałe baranki nieudolnego Boga i profesora. Muszę z nim porozmawiać.
Odbierzcie też każdemu telefony i okulary GTV, bo blokada elektroniczna za chwilę przestanie działać”. Przywołany wuj Hadada podbiegł zalękniony do dowódcy. „Do czego jestem ci jeszcze potrzebny Ahmedzie? Wprowadziłem was do środka. Możecie zabrać próbki genetyczne”. „Jak chcesz, możesz odejść” – wzruszył ramionami dowódca. Firas odetchnął z ulgą. „Ale bez pieniędzy. Te otrzymasz dopiero, gdy przekonam się, że mówiłeś prawdę. To co, wychodzisz?” Na twarzy Firasa walczyły ze sobą uczucia paniki i chciwości.
Jego oblicze stało się czerwone, a do oczu napłynęły łzy. „Zostaję” – wydusił z rezygnacją. Brodacz nazywany Ahmedem wzruszył ramionami. Podszedł do dziewczynki, podniósł płaszcz i zarzucił jej na ramiona. „Możesz odpocząć, Sara. Usiądź teraz przy stoliku. Ze stołówki zaraz przyniosą ci wielki puchar lodów”. Dziewczynka dygnęła wdzięcznie i z uśmiechem na twarzy podeszła do najbliższego stolika. Subira i Terry dokładnie obejrzeli hibernatory. Mogli teraz wyjść stąd i zawiadomić policję, aby aresztowała profesora Garrelisa.
Terry'emu nie udało się odnaleźć kaprala Trotera, ale znalazł innych porwanych, a dalsze śledztwo prowadzone zwykłymi policyjnymi metodami pozwoli z pewnością odszukać i jego. „Czy oni chcą ich wystrzelić w kosmos?” – zastanawiał się Terry, zamykając drzwi do pomieszczenia z hibernatorami. „Terry, hibernacja to dobry sposób na przetrzymywanie porwanych. Nie trzeba ich karmić, nie trzeba pilnować”. „To nie mogli ich naszprycować i trzymać otumanionych?” „Chyba lepiej, że im nie szkodzą” – westchnęła Subira. „Wiem Subira, wybacz. Dla nich lepiej, ale po co wydali tyle kasy, skoro cel można było osiągnąć tańszą metodą?” „Może mieli wolne hibernatory przygotowane dla klientów czekających na opracowanie terapii genowej?” „Pewnie masz rację. Najważniejsze, że ich odnaleźliśmy” – zgodził się Terry. Nagle usłyszeli odgłosy serii z pistoletu maszynowego. Były przytłumione, ale pomyłka nie wchodziła w rachubę.
Nieraz przebywali w bunkrze lub skarbcu pod ziemią, słysząc walki na ulicach. „Uzi” – rozpoznał typ broni Terry. „Strażnicy nie mają broni automatycznej” – zauważyła Subira, wyciągając pistolet. „Federico, jesteś jeszcze w serwerowni?” – Terry wywołał kolegę. „Już wychodzę” – usłyszeli przepraszający głos. „Wstrzymaj się. Możesz podejrzeć obraz z monitoringu? Słyszeliśmy odgłosy wystrzałów”. Przez kilkanaście sekund informatyk nie odzywał się. W tym czasie Subira i Terry, ubezpieczając się nawzajem, zaczęli ostrożnie wchodzić po schodach.
Gdy znaleźli się na poziomie serwerowni, Subira ponagliła Federica: „Mów co widzisz”. Poczuła dreszcz emocji, którego już dawno nie odczuwała. Znów była w akcji. Musiała podejmować decyzje w ułamku sekundy. „Nie jest dobrze” – odpowiedział dopiero po długiej pauzie. „Klinikę Garrelisi opanowała grupa terrorystów. Na razie zabili jedynie strażników, jednak teraz zganiają wszystkich pacjentów i pracowników do holu”. Terry, słysząc relację Federica, wyciągnął telefon, aby wybrać połączenie z pułkownikiem. Zobaczył komunikat „brak sygnału”. „Federico, nie mam sygnału.
Chyba udało im się zablokować łącza. Znajdziesz sposób, by przekazać pułkownikowi wiadomość o ataku?” „Daj mi chwilę, pomyślę”. Anne z profesorem Garrelisą oraz kilkoma osobami z sekretariatu i księgowości pod eskortą dwóch terrorystów zjeżdżała windą w dół. Anne wystarczył moment, by zrozumieć, że sprawa jest poważna. To nie był zwykły napad rabunkowy, jak myślała jeszcze chwilę wcześniej, a zamach terrorystyczny. Kilka leżących ciał strażników, cały personel i klienci kliniki w jednym miejscu pod karabinami zamaskowanych ludzi nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. „Gdzie oni są?” Martwiła się o Terry'ego, Subirę i Federica. Teraz żałując, że nie zgodziła się na słuchawkę w uchu pozwalającą utrzymać stały kontakt z grupą. „Wy na podłogę, a ty tutaj”. Ahmed przywołał palcem profesora.
Spojrzał również z ciekawością na Anne i po chwili namysłu zapytał: „Kim pani jest?” „To Anne Laskowski. To ona odkopała Centaura” – pośpieszył z wyjaśnieniami Firas. „O, to proszę dołączyć do profesora. Może zainteresuje panią, czym naprawdę zajmuje się ta klinika”. „To jest niedopuszczalne!” – zaprotestował profesor. – Jakim prawem wdarliście się tutaj? Ahmed przechylił głowę, przyglądając się Grolisy z irytacją. „Czy jest pan tak genialny, że o takich przypadkach mówi się zagubiony jak dzieciak we mgle, czy też po prostu głupi?” – wycedził przez zęby. – To jest zamach terrorystyczny, idioto. Wbij to sobie do głowy, bo inaczej będę musiał zrobić to ja.
Tylko że przy pomocy pocisków, które znajdą się w twoich zwojach mózgowych – dopowiedział, przystawiając do czoła profesora Uzi. – Czego chcecie? Oprócz zemsty na niewiernych? Pomyślmy. – Ahmed uniósł lufę broni. – Czego mogą oczekiwać terroryści w klinice mogącej wyhodować centaura? „Nie hodujemy centaura” – zaprotestował profesor. „Ty naprawdę jesteś głupi” – stwierdził przywódca terrorystów. Profesor schował głowę w ramionach, jednak Ahmed nie przystąpił do wbijania do jego czaszki wieńcy za pomocą Uzi. Nie tym razem.
– Idziemy do tajnej części pana kliniki. Przekonajmy się, kogo pan tam hoduje. Gdy Subira i Terry ostrożnie wychylili głowy, sprawdzając sytuację na parterze, zobaczyli, że na rampie trwa wzmożony ruch. Czterech terrorystów zajętych było parkowaniem dwóch ciągników siodłowych. W jednym otwierano już drzwi, drugi cofał się, aby dojechać jak najbliżej rampy. Gdyby nie przewieszona przez plecy broń i zamaskowane twarze, można by pomyśleć, że to pracujący na akord robotnicy, a nie terroryści. Już wcześniej zwrócili uwagę, że klinika Grolisy miała wyjątkowo dużą rampę. Pytanie, do czego służyła, znalazło wyjaśnienie. Akwariom i sarkofagom z dolnych poziomów. W tej chwili bardziej interesowało ich inne zagadnienie.
Dlaczego terroryści zaparkowali tam swoje samochody? Czyżby celem ataku nie było schwytanie zakładników, a wywiezienie czegoś z kliniki? „Subira, Terry” – usłyszeli głos Federica w słuchawkach. – W waszą stronę idzie dwóch terrorystów, profesor Grolisa, jakiś grubasek i Anne. Ta informacja zmieniła ich plany. Musieli szybko się ukryć. Nie mogli ryzykować ataku mając przeciwko sobie aż tylu porywaczy, w dodatku trzymających jako zakładnika Anne. – Federico, musisz ukryć się w serwerowni. Mogą chcieć do niej zajrzeć. „Już to zrobiłem.
Wcisnąłem się między dwie kolumny na końcu pomieszczenia, ale w okularach GTV mam dobry podgląd”. Terry spojrzał na Subirę, pytając wzrokiem, gdzie się schować. Dziewczyna wskazała na magazynek z butlami i beczkami, on na półokrągłą stróżówkę z zamkniętym napalonym asystentem Grolisy. Pokręciła przecząco głową. Uznał, że ma rację. Byliby zamknięci w środku z dobrym polem obserwacji na zewnątrz, lecz pozbawieni możliwości ucieczki. Z drugiej strony butle nie stanowiły najbezpieczniejszej ochrony w przypadku strzelaniny. Jedyna nadzieja w tym, że były to puste butle do wymiany i beczki z odpadami. W ostatniej chwili przebiegli do magazynku i ukryli się. Po kilku sekundach usłyszeli rozmowę dwóch mężczyzn.
„Minęliśmy moje laboratorium. W jakim celu prowadzi mnie pan na zaplecze?” – dopytywał się profesor. „Tak pan zaprojektował budynek, że najważniejsza część schowana jest z tyłu”. „Tam są jedynie magazyny” – bez przekonania stwierdził profesor. „Naprawdę? Nie trzeba było oprowadzać po tej części chciwego wujka Hadada”. „Panie Ahmed, nie jestem chciwy. Wierzę w pańskie idee” – zaprotestował Firas. Przywódca terrorystów tylko zaśmiał się i machnął z lekceważeniem ręką. Po chwili cała piątka znalazła się na rampie.
Z przodu szedł przywódca i profesor Grolisa, za nimi niski grubasek i Anne, pilnowani przez terrorystę. „Panie Grolisa, co prawda tego nie widać po brodzie, ale mam problemy z łysieniem. Czy znalazł pan już sposób na to, aby zmodyfikować kilka moich genów i przywrócić porost włosów?” „To nie takie proste. Za prawidłowy porost włosów odpowiada wiele genów. Dużo więcej mógłbym powiedzieć dopiero po zbadaniu pańskiego genomu. Ale prawda jest taka, że wciąż nie znamy pewnego sposobu na przywrócenie owłosienia”. „Zasmuca mnie pan. Chyba zniknął ostatni powód, który powstrzymywał mnie przed zabiciem pana”. „To jakiś żart?” Profesor uśmiechnął się nerwowo. Terrorysta nie odpowiedział.
Terry przyjrzał się dokładniej dowódcy. Ahmed nie wyglądał na ogarniętego furią religijną fanatyka. Był nonszalancki, przesadnie uprzejmy i gadatliwy. Terry znał podobne typy. W ten sposób odreagowywano stres związany z akcją. Podobni jemu podchodzili do zadania poważnie i z reguły realizowali je sprawnie. Terry wolałby mieć przed sobą zwykłego terrorystę, czasami nazbyt przesadnie reagującego, ale też łatwo wpadającego w panikę i popełniającego błędy. Tego typka trudno będzie zaskoczyć. Z pewnością dokładnie zaplanował całą akcję, na zimno analizując różne warianty rozwoju sytuacji. Spojrzał na Ann.
Szła jak sparaliżowana, niewiele rozumiejąc z tego, co się wokół niej dzieje. Tak się bała, że zapomniała nawet podnieść dłoni do ust, by przygryzać palce, co zawsze robiła w chwilach zdenerwowania. Jedynie jej oczy nieustannie przeszukiwały pomieszczenie, poszukując jakiejś pomocy. Terry miał nadzieję, że Ahmed tego nie zauważy, gdyż to mogłoby wzmóc jego czujność. Przywódca rozejrzał się po wnętrzu pomieszczenia i odwrócił w stronę profesora. „Poproszę pana o kartę dostępu do laboratoriów ze zbiornikami” – zakomunikował, wyciągając dłoń. „Chcecie je przetransportować? Tego nie da się zrobić w kilka minut.” „Ich zawartość mnie nie interesuje. Ciekawi mnie system sztucznego łożyska, który pan opracował. Mając puste zbiorniki i dane z pana komputerów, bez problemu je wypełnię, choćby centaurami.” – zaśmiał się, kiwając ponaglająco wyciągniętą dłonią.
Garre lisa z ociąganiem sięgnął do piersi i odpiął kartę przymocowaną do wewnętrznej strony klapy marynarki. Podał ją Ahmedowi, który natychmiast przekazał kartonik jednemu z terrorystów. Ten skinął głową i z trzema innymi stanął na platformie windy. „Zachowa pan życie, jeśli opowie pani Ann o projektach badawczych, na które natraficie na dole” – oznajmił Ahmed, patrząc z drwiną na naukowca. „Ale to są specjalistyczne projekty. Profesor Laskowski jest archeologiem. Nie zna się na genetyce czy biologii.” „Niech pan spróbuje przedstawić je w zrozumiały sposób. Czytałem wywiady z panem i jestem pewien, że pan sobie poradzi, a przy okazji i moi ludzie czegoś się dowiedzą.” „Nie wiem, czy potrafię.” Ahmed niedbałym ruchem przesunął Uzi, kierując lufę w brzuch profesora. „Zjeżdża pan, aby pomóc odpiąć akwaria, czy woli zostać ze mną?” Profesor nic nie odpowiedział. Od razu podbiegł kilka metrów, stając na platformie.
Ahmed skinął z zadowoleniem głową i odwrócił się w stronę Ann. „Droga pani, przed panią okazja poznania szczegółów prac profesora. Zapraszam na platformę. Obawiam się, że nie będą to przyjemne widoki dla osoby rozmiłowanej w sztuce klasycznej.” „Wolałabym nie psuć swojego smaku” – odparła z przepraszającym uśmiechem na twarzy. Ahmed skinął głową. „Ma pani całkowitą rację. Z opowieści wiem, że profesor stworzył sztuczne łożysko, aby móc w nim hodować krzyżówki różnych zwierząt.” „Zmyśla pan!” – zaprotestował uczony. „Nie prowadzę takich eksperymentów. Owszem, czasem wykorzystuję geny człowieka, aby w kłodach zwierząt wyhodować organy ratujące ludziom życie. Nie robię tego dla zabawy.” „To jak, pani Ann?
To ostatnia okazja, żeby poznać tak znaczące postępy medycyny w służbie człowieka.” „Jeżeli mogę, to zostanę na tym poziomie” – odpowiedziała Ann. Terry odetchnął z ulgą. Na rampie będzie jedynie dwóch terrorystów. Dzięki temu odbicie Ann stanie się o wiele prostsze. „Ja też mam zjechać?” – zapytał Firas, postępując o krąg do przodu. Ahmed powstrzymał go, kładąc mu dłoń na piersiach. „A ty tam po co? Zostajesz ze mną.” Wujek Hadada wycofał się z westchnieniem. „Zjedźcie na najniższy poziom. Tam znajdują się interesujące nas obiekty.
Załadujcie na platformę jedno z akwariów. Jeśli uda się bez przerywania okablowania, to dobrze. Jeśli nie, to trudno. Nie wiem, ile mamy czasu, ale chcę, aby przynajmniej jedno akwarium znalazło się w kontenerze. Potem wrócicie po następne.” Wdusił przycisk i pół minuty później winda zniknęła poniżej poziomu podłogi. Ahmed przywołał spojrzeniem jednego ze swoich ludzi. „Zaprowadź ją do pozostałych. Czekajcie na mój sygnał.” „Sygnał do zakończenia akcji i zabicia nas wszystkich?” – zapytała cicho Ann. „Musi nas pan zabijać?” Ahmed spojrzał na nią bez emocji. Ładna, sympatyczna twarz sugerowała, że kobieta ta będzie wierną towarzyszką dla mężczyzny zdolnego przykuć jej uwagę.
W tej chwili wyrażała zaskoczenie, może nawet przerażenie i strach, ale było widać, że się nie poddała, jakby nie wierzyła, że za chwilę umrze. Ann zaimponowała Ahmedowi. Szkoda, że znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Trudno. Przypadek mieszający statystyki prawdopodobieństwa. Ahmed wielokrotnie bywał w sytuacjach dla nich nieodpowiednich, jednak dla niego były one odpowiednie. Jakże często zresztą sam je prokurował. Jednym z powodów przyjmowania tego rodzaju zleceń były chwile, gdy mógł obserwować zachowania ludzi, których los zależał od jego kaprysu. Najczęściej spotykał osobniki pokroju Firasa. Świnie, które są w stanie sprzedać wszystko, dziwiące się, że także ich ktoś sprzedał.
Typ profesora uważającego, że czyni coś tak ważnego i niepowtarzalnego, że wszyscy powinni klękać przed nim na kolana, również dobrze znał. Osób takich jak Ann, a zwłaszcza kobiet, prawie nie spotykał i może dlatego tak go intrygowały. Przykro mi, że pani fascynacje centaurami znajdzie tak tragiczny finał, ale nie mogę pozwolić, aby ktoś przeżył. Terry spojrzał na Subirę. To była ich ostatnia szansa. Terrorysta będzie przechodził obok magazynu, w którym się ukryli. Szybko ustalili, że Subira zajmie się likwidacją dowódcy, a on spróbuje wyeliminować po cichu terrorystę prowadzącego Ann. Ruszył do akcji od razu, nie czekając, aż zakończą rozmowę. Anne przeszła obok schowanego za framugą Terry'ego, nie zauważając go. Posuwała się wolno, stawiając stopy tak ostrożnie, jakby bała się, że zapadną się w grzęzawisko.
Dwa metry za nią szedł terrorysta. Nie poganiał jej, woląc spoglądać na jej tyłek. Uzi miał przewieszone przez ramię lufą w dół. Terry podbiegł do niego. Na wysokości krtani objął go lewym przedramieniem, jednocześnie przyciągając do siebie broń mężczyzny. Był wyższy o kilkanaście centymetrów i bez trudu uniósł przeciwnika, dzięki czemu tamten stracił oparcie dla nóg. Terrorysta próbował się bronić, lecz nie był zawodowym żołnierzem. Chwycił jedynie Terry'ego za przedramię, usiłując uwolnić się ze śmiertelnego ucisku. Anne, niczego nie podejrzewając, szła dalej. Po długich sekundach ciało terrorysty w końcu zwiotczało.
Terry ułożył mężczyznę na posadzce, na wszelki wypadek uderzając go w skroń zdobytym Uzi. Anne była już kilkanaście metrów z przodu. Terry dopadł do niej w kilku susach. Wyczuła zbliżającą się osobę i odwróciła się naprężona jak struna, przyjmując mało skuteczną pozycję obronną ju-jitsu. Gdy zobaczyła, że to on, w jednej chwili pękło napięcie ostatnich minut. Jej ręce opadły, nogi ugięły się w kolanach i o mało nie zemdlała. „Gdzie byłeś tak długo?” – zapytała z pretensją. Na szczęście niezbyt głośno, ale Terry i tak przyłożył jej dłoń do ust. „Cii.” Nagle usłyszeli strzały. Najpierw z rampy, później także od frontu budynku.
Ahmed był zadowolony. Informatyk, który włamał się do danych profesora w komputerze w holu, powiedział mu, że zdołał zgrać już wszystkie potrzebne pliki. Natomiast dowódca grupy transportowej oświadczył, że odnaleźli odpowiedni zbiornik i przygotowują go do transportu. Wszystko przebiegało więc zgodnie z planem. Jeszcze kilka minut, a będzie mógł oznaczyć kolejną akcję jako sukces i zapomnieć o pracy na długie miesiące. „Już przekonałeś się, że mówiłem prawdę. Daj mi pieniądze!” – usłyszał głos Firasa Hadada. „No tak, został jeszcze ten drobiazg.” – westchnął Ahmed, chowając telefon do kieszeni. – „Teraz już nie mam żadnego powodu, aby ci cokolwiek dawać.” – odpowiedział spokojnie, patrząc z cynicznym uśmiechem na ocierającego pot grubaska. „Jak to?” – dłoń Firasa zastygła.
Ahmed wzruszył ramionami. – „Dostałem to, czego chciałem. Znacznie taniej będzie cię zabić.” – ledwo dokończył, wujek Hadada rzucił się do ucieczki. Po raz pierwszy go zaskoczył. – „A może puszczę cię wolno?” – krzyknął, niemal się śmiejąc. – „Jeżeli obiecasz, że przez rok będziesz chodził po Brooklynie z tabliczką »jestem świnią«. Słyszałem o podobnych wyrokach sądowych. Podobno są skuteczniejsze od więzienia. Może więc i ty zrozumiesz, że rodziny się nie sprzedaje.” Firas pobiegł w prawą stronę, gdzie znajdowała się rampa z otwartymi drzwiami dwóch kontenerów. Ahmed zaczął iść w jego kierunku.
– „Jednak chyba nie. Mam wrażenie, że gdybyś nosił taką tablicę nawet przez 10 lat i tak niczego byś nie pojął. Lwa nie oduczysz zabijania, a świni taplania się w błocie.” Firas wbiegł do kontenera. Gdy dotarł do jego końca i zrozumiał, że nie ma tam żadnych drzwiczek, przez które mógłby uciec, przysiadł w rogu, chowając głowę w dłoniach. „Nawet uciekać nie potrafisz.” – mruknął Ahmed, patrząc na skulonego mężczyznę. „Chciałem tylko uwolnić się od dzieciaka miliardera.” – zapłakał, jeszcze bardziej kuląc się w sobie. Ahmed uniósł broń. – „Wybrałeś zły sposób. Trzeba go było udusić podczas snu lub poderżnąć gardło albo w ostateczności wynająć kogoś, kto zrobiłby to za ciebie. Ale ty pragnąłeś pieniędzy, a nie uwolnienia się od Hadada.” „A mogę wynająć ciebie?” – Firas uniósł głowę i zsunął dłonie z oczu.
Najwyraźniej obudziła się w nim nadzieja, że może znajdzie jednak jakąś drogę ucieczki. „Co za śmieć.” – skrzywił się z niesmakiem Ahmed i nacisnął spust. Subira czekała na okazję. Dopóki Ahmed rozmawiał przez telefon, nie mogła do niego podejść niezauważona. Gdy jednak niski grubasek zaczął uciekać, a dowódca wolnym krokiem ruszył za nim, zrozumiała, że to jej szansa. Zdjęła obuwie i zaczęła skradać się w jego kierunku. W dłoni trzymała broń, ale jej użycie było ostatecznością. Znajdowała się pięć metrów za terrorystą stojącym przed kontenerem, gdy ten nagle posłał serię z karabinu. Była wściekła. Nie to, żeby żałowała zabitego.
Z tego, co mówili, wynikało, że obydwaj byli siebie warci. Wkurzyła się, bo się spóźniła. Miała nadzieję obezwładnić terrorystę, po czym wykorzystać go jako kartę przetargową do ewentualnych negocjacji. Teraz musiała go zabić, gdyż za chwilę odwróci się i ją zobaczy. To wszystko przez tę suknię wieczorową. Powinna była oberwać jej dół, aby mieć większą swobodę ruchu. Wyciągnęła dłoń i celując w głowę Ahmeda, pociągnęła za cyngiel trzy razy. Terrorysta, okręcając się wokół własnej osi, upadł na podłogę. Podeszła bliżej i wciąż trzymając jego głowę na muszce, sprawdziła, czy żyje. Oczy miał otwarte, ale białka już pokrywały się mleczną zasłoną.
Zerknęła w głąb kontenera. Grubasek leżał skulony w kałuży krwi, wciąż obejmując ramionami kolana. Ahmed tracąc powoli świadomość spojrzał na samobójczynię. „Co za piękność” pomyślał. „I jaka determinacja.” Jej oczy zdradzały wściekłość zranionego zwierzęcia. Przecież jej nie skrzywdził. To musiała być jakaś zadra z przeszłości. Stwierdził, że też trafił na nią w ostatniej chwili życia. Była w niej siła, lecz i kobieca potrzeba opieki. Całe życie szukał takiej partnerki.
Za późno ją spotkał i w najmniej odpowiednim miejscu. Tym razem nie trafił ani z miejscem, ani z czasem. Bosa kobieta w długiej sukni, z pistoletem wojskowym trzymanym w opuszczonej dłoni stała nad leżącym ciałem mężczyzny w turbanie z czarną brodą. „To nasz człowiek” powiedział dowódca grupy Beta, oglądając na ekranie gogli jej dossier. W tym momencie Subira rzuciła broń na podłogę i uniosła ręce. Komandos zdjął ją z celownika i zaczął rozglądać się za pozostałymi terrorystami. „Są na dole. Jest ich czterech. Mają jednego zakładnika” — zameldowała. „Poprowadzę was.” „Niech zostaje.” — usłyszał polecenie w uchu.
„Zostajesz” — rzucił dowódca w jej kierunku. Marta obserwowała staruszkę z zakrwawionymi, sklejonymi w strąki włosami. Od dziesięciu minut tarła poślinionym palcem zdjęcie psa w albumie. Marta miała wrażenie, że w ten sposób bardziej próbuje usunąć pamięć o tym, że zdjęcie zostało schlapane krwią, niż pozbyć się mikroskopijnych czerwonych kropli, których na odbitce już z pewnością nie było. Oderwała spojrzenie od staruszki. Szybko przebiegła wzrokiem po terrorystach i zatrzymała go na samobójczyni z pasem szahida pod płaszczykiem. Dziewczynka kończyła wyjadać olbrzymią porcję lodów z dużego szklanego pucharu. Miała ładną twarz, bez garbatego nochala jak jej. Dlaczego więc zdecydowała się na aż tak radykalny krok? Rysy twarzy małej zdradzały, że jej rodzice pochodzili z krajów bliskowschodnich, ale ona sama wyglądała na żyjącą tu od urodzenia.
W jej oczach nie czaił się żaden religijny fanatyzm. Usta nie zaciskały się w grymasie pogardy wobec niewiernych. Nagle Marta usłyszała serię wystrzałów na tyłach budynku. Tak jak wszyscy znajdujący się w holu odwróciła się w tym kierunku. Chwilę później dobiegły do nich kolejne, tym razem pojedyncze wystrzały, a po sekundzie eksplodowała ściana szyb i w całym holu rozpętało się piekło. Dobrze, że stała odwrócona do niej tyłem. Dzięki temu odłamki szkła wbiły jej się we włosy, a nie w twarz. Mimo woli odwróciła się, spoglądając w stronę okien. W holu w jednej chwili pojawiło się kilkunastu komandosów. Terroryści leżeli zabici na podłodze, lecz komandosi wciąż omiatali laserowymi smugami osoby siedzące przy stolikach.
Zahaczały one każdego wielokrotnie, czasem krzyżując się na jednej postaci. Dziewczynce objadającej się lodami nie poświęcili uwagi. Samobójczyni siedziała sztywno, jedną dłonią dzióbiąc łyżeczką dno pucharu, a drugą sięgając po detonator. Marta nie potrafiła znaleźć powodu, dla którego dziewczynka miałaby wdusić czerwony przycisk, ale przeczuwała, że ma właśnie taki zamiar. Jak mogła ją powstrzymać? Czy powinna wstać, wskazać na samobójczynię palcem i krzyknąć: „Ona ma pas szahida, wysadzi się.”? Najprawdopodobniej zanim komandosi daliby wiarę jej słowom, ich szczątki już fruwałyby w powietrzu. Marta podjęła więc szybką decyzję. Musiała powstrzymać samobójczynię. Podciągnęła nogi, przygotowując się do odbicia, aby w jednym skoku doskoczyć do małej.
Spróbuje chwycić ją za palce, wykręcić je i w ten sposób udaremnić wduszenie przycisku. Zdawała sobie sprawę, że jej gwałtowne zachowanie ściągnie na nią uwagę komandosów i że mogą zacząć do niej strzelać. Mogła zginąć, lecz musiała to zrobić. Skoczyła. Jednak palec dziewczynki okazał się szybszy. Nagły wybuch zmiótł wszystkich i wszystko w całym holu. Stłumiony odgłos wybuchu dotarł do najniższego poziomu budynku w chwili, gdy terroryści montowali już akwarium na platformie windy. Okazało się, że profesor Garlisa bardziej ceni życie niż tajemnice zawodowe. Dlatego chcąc udowodnić swoją przydatność, zdradził intruzom, jak przetransportować pojemniki bez odcinania kabli. Zanim terroryści zdążyli zareagować, zgasło światło.
Nie byli przygotowani do pracy w ciemnościach. Poza tym natychmiast uświadomili sobie, że brak światła zwiastuje atak komandosów. Odskoczyli od pojemnika, padając na podłogę i jednocześnie sięgając po broń. Ale nic się nie wydarzyło. Po chwili ich wzrok oswoił się z ciemnością na tyle, że w zielonkawym świetle płynów zaczęli dostrzegać jakieś kontury. Widzieli profesora stojącego przed pojemnikiem i płody w akwarium. Wtedy usłyszeli odgłos opadających granatów, a po chwili całe pomieszczenie wypełniła mgła, gęsto poprzecinana czerwonymi smugami. Terroryści otworzyli ogień, celując w źródła smug, lecz szybko uciszono ich pojedynczymi strzałami. Wiele kul przeszyło ściany pojemnika. Jego szyby rozprysły się na drobne kawałki, a płyn rozlał szerokim strumieniem po podłodze.
Również profesor został trafiony jakąś zabłąkaną kulą i wił się po podłodze, próbując złapać powietrze. Obok niego leżał płód pięcioletniego dziecka. On także za wszelką cenę próbował przetrwać w obcym mu środowisku. Czwórka przyjaciół siedziała na trawie, opierając się plecami o pień drzewa. Obserwowali krzątaninę wojskowych, którzy znajdowali się przy rampie budynku kliniki. Było piękne popołudnie i słońce chowając się za koronami drzew, muskało figlarnie ich zatroskane twarze, pomagając zapomnieć o koszmarze ostatnich godzin. Sobira była przygnębiona. Zdawała sobie sprawę, że to ona wywołała pogrom. Cało z tej akcji wyszli tylko oni. Terrorysta obezwładniony przez Terry'ego oraz ulizany asystent profesora.
Reszta została ciężko ranna lub zginęła. Gdyby podcięła Ahmedowi gardło, zanim ten strzelił do Grubaska, komandosi mieliby czas przygotować akcję odbicia zakładników. Jednak seria z Uzi wzmogła czujność terrorystów i wymusiła na komandosach szybką reakcję. Gdyby nie samobójczyni, wszystko zakończyłoby się happy endem. Odnaleźli porwanych. Mogli udowodnić profesorowi przeprowadzanie zabronionych lub co najmniej nieetycznych eksperymentów. Teraz wszystko to niestety nie miało już znaczenia. Także Federico zastanawiał się, czy mógł powstrzymać pogrom. Gdy Terry poprosił go o znalezienie sposobu zawiadomienia pułkownika McCormacka o ataku terrorystycznym, przez łącze satelitarne kliniki połączył się bezpośrednio z centrum kryzysowym. Udostępnił im również obraz z kamer systemu ochrony.
Chyba nic więcej nie mógł zrobić. Nie miał pojęcia, że wśród zakładników jest dziewczynka z pasem szahida. Gdyby jednak odtworzył zapis akcji terrorystycznej, wtedy by o tym wiedział. Miał już dość pustych rozważań, które i tak nie cofną czasu. Jego udział w wydarzeniach jak zwykle ograniczył się do obserwacji, lecz chyba po raz pierwszy w swoim życiu tego nie żałował. Marzył o powrocie do miasta, wizycie w najbliższym sklepie z alkoholem i spłukaniu krwawego osadu, który czuł w ustach. Anne marzyła, by wrócić na wykopaliska do Pilion. Wolałaby szukać grobu Centaura i wątpić, czy go kiedykolwiek znajdzie, niż zastanawiać się, czy jej odkrycie nie przyczyniło się do śmierci niewinnych osób. Gdy pojawił się pułkownik McCormack, od razu zapytała, czy Damiano Haddad ma coś wspólnego z terrorystami. Zapewnił ją zdecydowanie, że nie, ale to uspokoiło ją jedynie na kilka minut.
Nawet jeśli sponsor nie miał nic wspólnego z pogromem, najpewniej terrorystów ściągnął tu szum medialny związany z jej odkryciem. Terry analizował przebieg akcji po szturmie. Dramat zamachu na klinikę profesora Gaulisii rozgrywał się jakby na dwóch planach. Od frontu krew i łzy, koguty wozów służb specjalnych i sanitarnych, tłumy fachowców w sterylnych ubraniach krzątających się jak muchy w gównie. Od zaplecza z rampą i magazynem porządek i precyzja mrówek. Jakby te zachowania zostały wielokrotnie przećwiczone wcześniej. W niecałe pięć minut po tragicznym finale akcji komandosów, spod rampy zabrano kontenery napastników, a na ich miejsce podstawiono wojskowe ciężarówki. Nie były to jednak ambulanse mogące udzielić pomocy ciężko rannym. Nie były to również laboratoria kryminalne mające pobrać próbki DNA czy obfotografować wnętrza kamerami 3D do późniejszej wirtualnej analizy wydarzeń. To były standardowe kontenery, tylko że w barwach wojskowych.
W kwadrans później zjawił się pułkownik McCormack. Może byłby i wcześniej, ale zapewne stracił kilka minut na przebranie się i włożenie świeżego, wykrochmalonego munduru. Terry miał ochotę mu wygarnąć, skąd wziął tak nieudolnych komandosów i zapytać, dlaczego, podobnie jak napastników, interesują go głównie okazy z genetycznej menażerii profesora. Powstrzymał się jednak. Nie chciał podważać jego kompetencji przy podwładnych. Uznał, że poczeka na odpowiedni moment. Frank po wyrażeniu żalu z powodu zabitych i rannych oraz radości, że cała czwórka przeżyła, zaczął mówić tak głośno, jakby chciał, aby usłyszano go w promieniu kilometra. Niedawno przesiedli się z osłów do mercedesów, a teraz w czasie postojów na pustyni w towarzystwie wielbłądów oglądają nasze filmy na plazmowym ekranie. Zwłaszcza te wysokobudżetowe produkcje kręcone na podstawie komiksów „Hulk”, „X-Men”. Nic dziwnego, że chcieliby mieć takich wojowników.
Nie rozumieją komiksów, nie są z nimi oswojeni od kołyski jak my. My wiemy, że to współczesne bajki, umiejętności możliwe do wykreowania jedynie na papierze lub w filmie. Oni traktują komiksy śmiertelnie poważnie. Podejrzewają, że w naszej armii służą mutanty. No i chcieliby mieć podobne. Terry słuchał Franka, zastanawiając się, kogo pułkownik tak właściwie chce przekonać. Chyba jedynym powodem tyrady była chęć zbagatelizowania problemu, przedstawienia ostatnich zajść jako nieistotnych, szalonych działań prymitywnych fanatyków. To mu się nie spodobało, ponieważ uświadomił sobie, że to jedynie zasłona. A skoro tak, należało zadać pytanie, co chciał ukryć jego kolega Frank. Federico, ostatnio coś często się zawieszasz Subira trąciła ramieniem zamyślonego przyjaciela, przerywając wielominutowe milczenie.
Jaką niespodziankę szykujesz nam tym razem? Odnalazłem kilku terrorystów w bazie danych. To właściwie nie są terroryści. Ahmed od wielu lat wynajmował się do zadań nietypowych. Jego usługi były bardzo drogie. Konkurencja mogła dużo zapłacić za kod Centaura, zauważyła Subira. Coś mi tu nie pasuje — odezwał się Terry, chcąc podzielić się z nimi swoimi wątpliwościami. Dlaczego komandosi zabrali na akcję samochody ciężarowe? I dlaczego tak szybko pakują dorobek profesora do wojskowych samochodów? Bo to pewnie ważne dla obronności kraju.
Subira wzruszyła ramionami. Co? To, że ktoś chce mieć na głowie rogi? Albo że jest pół człowiekiem i pół koniem? Albo że pragnie posiadać ogon? Również Anne postanowiła wylać z siebie żółć. Była zła, że wszyscy myślą jedynie o tym, jak zamienić ideę na pieniądze. Czy zawsze wszystko było na sprzedaż? Czy to jeden z genialnych wynalazków XXI wieku? Wszystko może posłużyć jako broń.
A jeżeli końcówka ogona będzie na przykład zawierać jad? Myślał na głos Federico. Taki centaur byłby nie tylko doskonałym samojezdnym środkiem transportu, zdolnym do przewiezienia na pole walki dwóch, trzech żołnierzy albo amunicji do broni ciężkiej. Potrafiłby również się obronić i przeanalizować sytuację bez wspomagania z zewnątrz. Więc nie pytaj mnie, po co wojsku centaury. Nie żartuj. Anne spojrzała na niego z niesmakiem, jednak po chwili nie była już tak pewna swego. Może i masz rację. Nie da się wykluczyć, że profesor pracował dla wojska i jedynie postanowił dorobić sobie na boku. To ma sens — zgodziła się Subira.
Ale pewnie nigdy nie dowiemy się, czy masz rację. Niekoniecznie — odezwał się cicho Terry. Przecież dobrze wiesz, że wojsko nie ujawni prawdy. Subira nie miała wątpliwości. Dowiemy się sami — oznajmił. Jak? Zaraz wykopią nas do domu. I tak nie wiem, po co nas tu jeszcze trzymają. Przecież złożyliśmy już zeznania. Musimy dostać się do transportu razem z wyposażeniem.
Terry nie ustępował. Nawet jeśli nam się to uda... Subira miała zastrzeżenia, ale Terry jej przerwał. Dlaczego miałoby się nie udać? Spojrzał na nią. Nie uległa jego naciskowi i dokończyła zdanie. To nie wiemy, czy przez cały czas będą go przewozić samochodami. A jeśli załadują go do samolotu? Zamarzniemy w lukach. Rozmawiałem jak technik z technikiem z jednym z żołnierzy.
To są kontenery z zamkniętym układem do utrzymywania stałej temperatury i ciśnienia. Federico podważył jej argument. Słuchajcie, ukryję się w transporcie sam. Wy zostaniecie tutaj — zdecydował Terry. Nie interesowało go, co wojskowi zrobią z zielonymi akwariami. Podejrzewał, a nawet był pewien, że armia prowadzi podobne badania jak profesor Garlica. Nie rozmawiali o tym w piątek wolności, ale było oczywiste, że skoro genetyką interesują się wielkie korporacje medyczne, kosmetyczne czy spożywcze, to i generałowie sięgnęli po kawałek tego tortu. Terry'ego interesowały hibernatory i odpowiedź na pytanie, kto stoi za porwaniami. Nie chciał ich spuszczać z oka nawet na chwilę, gdyż stanowiły jego ostatni trop. Gdy porwani zostaną wybudzeni z hibernacji, być może dostarczą nowych poszlak.
Nie puszczę cię samego — zaprotestowała Anne. A jak będziesz musiał otworzyć jakieś zamknięte drzwi? Bez moich umiejętności nie poradzisz sobie. Idę z tobą — oznajmiła z rezygnacją Subira. Będzie potrzebny dowód, a najlepszym są zawsze dane z komputerów. Tylko ja potrafię je wydobyć. Nie zostawię cię bez pomocy — dodał z entuzjazmem Federico. Po chwili coś go jednak zmartwiło. A jak wywiozą nas daleko? Wtedy nie zdążymy wrócić na nasz piątek wolności.
Wówczas następnym razem napijemy się za dwa piątki wolności. Zafundujemy sobie weekend wolności — zaproponował Terry. Proszę państwa, dotarliśmy do końca kolejnego wydania Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za spędzenie czasu z Bibliotekarium. Zapraszam nieustająco na kolejne odcinki. Zapraszam na przyszły tydzień i za dwa tygodnie zapraszam, i za trzy też. A teraz życzę państwu dobrej nocy, wspaniałego weekendu. Tym bardziej, że jakoś nam się ten weekend przedłużył, więc korzystajcie państwo i do usłyszenia.
[04:28:43] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.