Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. W piątek 30 maja 2025 roku, krótko po godzinie 20:00 witają państwa w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji obsługujący audycję od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" oraz gospodarz Marek Żelkowski. Holo, holo Bydgoszcz.
[00:34] - Dzień dobry, wieczór państwu. Tak jest. Rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 i tradycyjnie zaczynamy od polecanych książkowych. Wszystkie książki, o których dzisiaj będę mówił, pojawią się na rynku 4 czerwca, czyli właściwie niedługo. Pierwsza z tych książek nosi tytuł „Dom zła”. Autorem jest Jakub Rudka, wydawcą Wydawnictwo Znak Jednym Słowem. W opuszczonym domu przy Nowomiejskiej kryje się zło. Kim był szaleniec, który w 1994 roku zamordował tam całą swoją rodzinę i dlaczego nikt nie słyszał o tej makabrycznej zbrodni sprzed lat? Jacek Gadowski nigdy nie myślał, że z podcastera kryminalnego zmieni się w detektywa. Jeden telefon od tajemniczego słuchacza sprawia jednak, że radiowiec rozpoczyna własne śledztwo.
To, co początkowo wygląda jak marzenie fana true crime, szybko okazuje się śmiertelnym niebezpieczeństwem. Bo dokładnie 30 lat po tragedii historia może się powtórzyć. Są takie historie, które przerażają. Są takie miejsca, które są przeklęte. I są takie książki, których nie da się odłożyć. „Dom zła” do nich należy. „Zaskakujący i wciągający debiut o tym, gdzie może nas zaprowadzić fascynacja tym, co w człowieku najmroczniejsze” — napisał Wojciech Chmielarz. Z kolei Robert Małecki skwitował tę powieść następującymi słowami: „Jest w tej powieści wszystko to, czym powinien się wyróżniać dobry kryminał. Mamy zaangażowanego detektywa, tło społeczne oraz pełnokrwistą miejską przestrzeń. Są też oddana ze znawstwem policyjna orka i zbrodnia, która sprawia, że dawne rany otwierają się na nowo.
Już po kilku akapitach wiedziałem, że Rudka ma dar pisania. Ten debiut tylko zaostrzy wasze apetyty. Czytajcie”. Kim jest Jakub Rudka? Jakub Rudka to lektor, dziennikarz, podcaster od urodzenia związany z Ostrołęką. Założyciel Mystery.TV, popularnego kanału, na którym przedstawia tysiącom słuchaczy mrożące krew w żyłach opowiadania o makabrycznych zbrodniach i zjawiskach paranormalnych. Gdy nie opowiada mrocznych historii, użycza głosu do wielu filmów, seriali oraz reklam telewizyjnych i radiowych. Można go także zobaczyć na Instagramie i TikToku, gdzie pokazuje swoją bardziej komediową stronę. Przypomnę, mówiłem przed chwilą o książce „Dom zła” Jakuba Rudki, Wydawnictwa Znak Jednym Słowem. Kolejna książka, która przypomnę ukaże się 4 czerwca, nosi tytuł „Goodbye, Gierek”.
Autorem jest Marcin Wojdak, Wydawnictwo Znak Koncept. O czym jest ta książka? Najkrócej rzecz ujmując o nieuchronnym końcu analogowej Polski. Kraju pełnego pozostałości po PRL-u, wszystkich tych starych dworców, barów, restauracji, bibliotek i ośrodków, które w pewnym momencie zaczęły znikać z krajobrazu, co na początku było niemal niezauważalne, ale w pewnym momencie nabrało takiego tempa, że to, co niegdyś powszechne, stało się unikatem. Stąd też między innymi tytuł książki. To znaczy? Przez lata, szukając miejsc do sfotografowania, zwracałem uwagę na to, czy w opisie budynku przewija się określenie na przykład „jak za Gierka” i tak dalej. To był dla mnie znak, że warto tam pojechać. Wystrój jak za Gierka, standard pokoi jak za Gierka. Lampy, krzesła jak za Gierka.
Gierek był wszędzie. Teraz ten slogan niemal zniknął z opisów. Era PRL-owskiego krajobrazu dobiega końca. Dokonuje się długo odwlekany koniec pewnej epoki. Marcin Wojdak, fotograf i debiutujący po raz drugi pisarz, twórca instagramowego profilu Kosmoderna o lekkim zabarwieniu architektonicznym. Publikuje na nim teksty inspirowane zdjęciami ostatnich materialnych pozostałości po minionej epoce. Od lat podróżuje po Polsce i krajach byłego ZSRR, poszukując miejsc zanurzonych w socjalistycznej formalinie. Mimo upływu trzech lat od napisania swojego ostatniego biogramu wciąż nie umie pisać o sobie w trzeciej osobie. Za to bardzo lubi psy i morze. Marcin Wojdak dokonuje niemożliwego.
Pakuje nas do kapsuły czasu i zabiera w podróż na ląd bynajmniej nieodległy, choć mityczny, do wnętrz zapomnianych PRL-owskich hoteli. barów, ośrodków wypoczynkowych, dworców, urzędów czy przedsiębiorstw. Polska epoki Gierka w takim wydaniu okazuje się Atlantydą pełną skarbów architektury i designu, które pod spojrzeniem autora nabierają barwy i odzyskują blask. A że ta fotograficzno-literacka wyprawa jest zarazem pożegnaniem z niektórymi przedstawicielami tamtego świata skazanymi na rozpad i zapomnienie, wkrada się też w nią szczypta nostalgii — napisała Beata Homutkowska, pisarka, dziennikarka i antropolożka. „Goodbye, Gierek” to zamknięty w twardej okładce postmodernistyczny odlot pełen pięknych zdjęć. Piotr Kędzierski, dziennikarz radiowy i telewizyjny napisał o tej książce: „Kolega Marcin niby opowiada o odchodzącej w szybkim tempie postpeerelowskiej Polsce, o jej architekturze, o sentymentalnym klimacie i popkulturze, a tak naprawdę cały czas gra z nami w ironiczne skojarzenia i skłania do refleksji nad współczesnością. Jest zabawnie, jest ciekawie i zaskakująco. Bardzo dobre pożegnanie.” Przypomnę, mówiłem o książce „Goodbye, Gierek” Marcina Wojdaka wydanej przez wydawnictwo Znak Koncept. Tradycyjnie trzecia książka pod nieco zabawnym tytułem „W czym Chrobry był dobry?” Autorami są Agnieszka Jankowiak-Maik oraz Boguś Janiszewski. To nie moje widzimisię, to nie mój brak szacunku dla autora — tak autor przedstawia się na okładce.
Wydawcą jest wydawnictwo Agora dla dzieci. Data premiery to, tak jak powiedziałem, 4 czerwca. Co robił Polak na czeskim tronie? Ile kosztuje porządna likwia? Co się wyprawiało na Łysej Górze? I czy Chrobry był dobry? A jeśli tak, to w czym? Jak wyglądała wyboista i kręta droga do koronacji pierwszego króla Polski, o której nie dowiecie się w szkole? Wybierzcie się w fascynującą podróż przez odległe dzieje, w bardzo współczesnej, komiksowej i dowcipnej formie. To jest dopiero niezła historia!
Tym razem niezawodne trio specjalistów od przybliżania młodym czytelnikom tematów historycznych w składzie dr Agnieszka Jankowiak-Maik, Boguś Janiszewski oraz Max Skorwaider, spec od ilustracji, przeniesie was w czasy rządów Bolesława Chrobrego. Dajcie porwać się tej niezwykłej opowieści. Łukasz Kazek, popularyzator historii, twórca kanału YouTube „History Story” napisał o tej książce: „Wejdź w świat Chrobrego, gdzie miecze błyszczą, polityka iskrzy, a historia wciąga jak najlepszy serial. Śmiech, emocje i wiedza — wszystko w jednej epickiej opowieści.” Z kolei Agnieszka Karp-Szymańska ze strony czasdzieci.pl, dyrektorka międzypokoleniowego festiwalu literatury dziecięcej Ojce i Dziadki napisała o omawianej teraz książce w następujący sposób: „Moja lektura tej książki była dosyć dynamiczna, bo ona co rusz zaskakuje, czasem wręcz wyrzuca z butów. Sprawia, że włosy stają dęba, by po chwili powrócić na miejsce, bo autorzy, choć prowokują, dobrze wiedzą, w jakim wieku jest ich czytelnik.” Przypomnę — „W czym Chrobry był dobry?” Agnieszka Jankowiak-Maik oraz Boguś Janiszewski, wydawnictwo Agora dla dzieci. Tak, proszę państwa, to były polecanki książkowe, ale to tradycyjnie, jak co miesiąc powiem, to nie jest koniec polecanych na dzisiaj, bo na rynku pojawił się kolejny czerwcowy numer „Nieznanego Świata”. A to jest dobra okazja, żeby po raz pierwszy dzisiaj zaprosić Piotra Cielebiasia i porozmawiać, jakie ciekawe artykuły czekają na nas wszystkich w wydaniu miesięcznika. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[10:38] - Dzień dobry wieczór, witam ciebie, witam wszystkich.
[10:42] - Zbliża się czerwiec, a dla tych, którzy słuchają nas trochę później, to już jest czerwiec. A skoro jest czerwiec, to czerwcowy numer „Nieznanego Świata” trzeba, mus jest omówić. Co ważne, z dużą przyjemnością sięgnąłem po ten numer, bo jednym z materiałów, od którego można zacząć lekturę, jest tak zwany gorący temat, czyli studnie pod piramidą Cheopsa. Ale zanim zaczniemy na temat studni pod piramidą Cheopsa, to najpierw powiedzmy o samym „Nieznanym Świecie”.
[11:21] - Jesteśmy w połowie roku, coraz bliżej mamy do numeru jubileuszowego, który na jesieni. Jeżeli chodzi o ten numer czerwcowy, to oczywiście szukajcie go na stanowiskach z prasą w marketach, tych popularnych, tych na L i na B. Również znajdziecie go też w salonach prasowych. Oczywiście w wersji elektronicznej — jeżeli ktoś nie lubi magazynować papieru, to jest wersja E, do której link znajdziecie pod spodem. Można też nabywać numery na www.nieznane.pl, gdzie jest archiwum „Nieznanego Świata”. Można sobie nabyć egzemplarz archiwalny, stary, nawet sprzed kilku albo i więcej lat. Tak to wygląda. Ale jak już poruszyłeś temat tych studni pod piramidą czy tych rur pod piramidą, rzeczywiście to już może troszeczkę jest nie taki news, ale na swoją obronę mam to jako autor tegoż opracowania, że Niestety niczego nowego po tych kilku tygodniach żeśmy się nie dowiedzieli. Pamiętamy, jaka była wrzawa w internecie, kiedy włoscy badacze stwierdzili, że pod piramidą Chefrena coś się znajduje. Ale to nie jest takie zwykłe coś, nie są zwykłe korytarze.
To jest ponad półkilometrowe dzieło. Jak to inaczej określić? Rąk ludzkich, jakieś pionowe rury, które prowadzą do podziemnych instalacji. W internecie zawrzało i ten stan wrzenia trwał, Marku, pamiętasz, przez kilkanaście dni, kiedy się zastanawiano, co to może być. Oliwy do ognia dolewał Zahi Hawass, słynny archeolog, twierdząc, że to są bzdury. A jak Zahi Hawass mówi, że to są bzdury, to większość ludzi zaczyna myśleć inaczej, że coś jest na rzeczy. Szczerze mówiąc, jesteśmy w takim rozkroku w związku z tą sprawą, bo pojawiło się mnóstwo teorii, że to jest baza obcych, ślad pra-cywilizacji i wiele innych koncepcji. Ale szybko zaczęły się pojawiać pytania o weryfikację tego odkrycia, bo przecież trzeba to zrobić. Po kilku tygodniach ta sprawa jest w impasie. Pomimo że mowa o gigantycznej strukturze, którą wykryto przy pomocy bardzo konkretnej metody pomiarowej, to jak na razie nie wiadomo nic więcej i nie wiadomo, co dalej.
A mamy przecież samą końcówkę maja 2025 roku. Wszystkie osoby, których opinie widziałem, są niemal takiego samego zdania, że trzeba czekać na dalsze ustalenia. Owszem, w internecie pojawiają się różnego rodzaju sugestie, że tutaj dokonano kolejnych przełomów, ale byłbym bardzo ostrożny. Mnie najbardziej, szczerze mówiąc, w tej sprawie interesuje to, co do powiedzenia mieliby o tej ogromnej strukturze radiesteci, bo oni byliby, paradoksalnie, w stanie zweryfikować te informacje przy pomocy oczywiście znanych sobie metod. I dziwi mnie, że do tej pory nikt nie zabrał głosu.
[14:34] - Też się dziwię, chociaż obecni opiekunowie tego terenu chyba nie ułatwiają pracy nikomu, kto chciałby się na poważnie tematem zająć. Kolejny ciekawy tekst, który znalazłem w „Nieznanym Świecie”, to tekst Joanny Bohaczek-Trąbskiej zatytułowany „Ogień, tatarak i Duch Święty”. Rzecz traktuje o Zielonych Świątkach. Święto, które chrześcijaństwo przyswoiło, ale jego korzenie sięgają dalece dalej.
[15:13] - Doktor Bohaczek-Trąbska pisze właśnie o tej zapomnianej stronie Zielonych Świątek. One są i tak tajemnicze, ale tak jak wspomniałeś, jest to jedna z tych przedchrześcijańskich tradycji, która została oswojona, inkorporowana przez polską i nie tylko tradycję katolicką. Chociaż, jak pisze autorka, nie obywało się bez zgrzytów. Co ciekawe, z Zielonymi Świątkami, które już niebawem, wiąże się też wiele tradycji i zwyczajów, takich jak na przykład majenie domów, ścielenie podłóg iską tatarakiem i tak dalej. Dzisiaj się o tym nie pamięta zbytnio. Bywały też inne tradycje, na przykład polne procesje ze sztandarami kościelnymi, ze świętymi obrazami, które miały nie tylko zapewniać urodzaj, ale też odpędzać demony. Niezwykle ciekawy tekst o święcie, które jest bardzo tajemnicze, muszę przyznać.
[16:08] - Kolejny tekst, który mnie zafrapował, to jest tekst o symbolice w popkulturze, a konkretnie o filmach, o piosenkach, satanistycznych symbolach i tak dalej. Tekst Pauliny Emilii Jedlińskiej.
[16:26] - O tej okultystycznej symbolice w popkulturze słyszymy hoho od dekad. To jest bardzo ciekawe. Wiąże się to z przekonaniami, że niektóre wytwory popkultury, filmy, piosenki w szczególności, ale też na przykład ostatnio filmy na YouTubie czy tak zwane wykony na koncertach, czy jakieś przedstawienia. To wszystko zawiera odniesienia do okultyzmu albo do czarnej magii. Jest tym inspirowane, niekiedy eksponowane są jakieś symbole i to jest potem, jak to się dzisiaj mówi, rozkminiane przez różnego rodzaju komentatorów na internecie. Ja tak się trochę biję z myślami, bo nie wiem, czy to są łapska szatańskie rzeczywiście, czy to w większości przypadków są zabiegi marketingowe mające wzbudzać kontrowersje i przykuwać uwagę, żeby tylko ludzie o tym dyskutowali i mówili. Ale sama analiza jest bardzo ciekawa i gorąco polecam.
[17:23] - Ja nie tylko gorąco polecam, ale temat jest rozwinięty do końca. To znaczy gorące rzeczy są w tym, pomijam, że rzecz traktuje między innymi o filmie Romana Polańskiego „Dziewiąte wrota”, ale znajdujemy też najnowszą nowość, czyli „Gaję” Justyny Steczkowskiej, która startowała w konkursie Eurowizji. To Justyna Steczkowska i ta „Gaja” ze smokiem i z różnymi ozdobnikami. To przedstawienie, już chciałem powiedzieć piosenka, ale to właściwie więcej niż piosenka, również wzbudziło z jednej strony zainteresowanie, ale już zdążyli się pojawić ludzie, którzy mówili: „Ale coś te treści takie podejrzane były”. I o tym również W artykule drobny fragment państwo znajdziecie. Proponuję teraz sięgnąć po kolejny ciekawy artykuł o mitach naszych czasów.
[18:37] - Tak, jest to bardzo ciekawe, wieloaspektowe opracowanie Wojciecha Chudzińskiego i Przemka Nowakowskiego. Dotyczy tych punktów, w których się stykają dawne wierzenia, mistyka, mity oraz to, co odkrywa współczesna nauka. Ale to jest też analiza tego, w jaki sposób działa współczesna popkultura. Czyli my, tak jak antyczni, mamy dzisiaj swoich bogów, mamy herosów, mamy nawrót do wierzeń o cykliczności świata, że nastąpi reset. Są takie głosy i tak dalej. Są wszystkie nastroje apokaliptyczne, eschatologiczne, cały czas obecne i dostępne. Także gorąco polecam. Jest to fragment książki przygotowywanej do druku obydwóch autorów. Dodamy, że warto wspomnieć o wersji dźwiękowej tego tekstu na kanale Nieznanego Świata, do którego link znajdziecie pod spodem. I o dostępie do tegoż artykułu na stronie www.nieznanyświat.pl.
[19:43] - Ty, Piotrze, popełniłeś jeszcze jeden tekst w tym numerze. Tekst o osieroconych gwiazdoplanetach. O czym to traktuje? Bo jeszcze jestem przed lekturą.
[19:55] - Chodzi o ogromne obiekty w kosmosie, które poruszają się z dużymi prędkościami i astronomowie nie są w stanie powiedzieć, czy mamy do czynienia z planetami, czy gwiazdami, czy czymś pomiędzy, a najprawdopodobniej z czymś pomiędzy. Jest kilka tego typu obiektów. Ciekawe jest to, że one samotnie wędrują przez przestrzeń kosmiczną, często z ogromnymi prędkościami. Bardzo ciekawa rzecz, bardzo ciekawa klasa obiektów w ogóle. Jeżeli nikt o nich nie słyszał, to warto się zastanowić nad tym, żeby sięgnąć do tego artykułu. A w tym numerze Nieznanego Świata również kolejny felieton Igora Witkowskiego. W przedziale astrologicznym mamy z kolei tekst doktora Piotra Piotrowskiego o Neptunie i wiele innych rzeczy. Pamiętajcie, że Nieznany Świat możecie dostać w markecie, ale jak kto woli, to polecamy wydanie elektroniczne. Zaglądajcie też na media społecznościowe Nieznanego Świata, na nasz kanał na YouTubie. A jeżeli ktoś jest zainteresowany nabyciem starszych numerów, przypominam o stronie www.nieznany.pl.
[21:06] - Proszę państwa, to teraz według rozpiski, według planu czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj dotkniemy tematów podstawowych, a w dodatku cofniemy się o wiele lat, 10 lat. Proszę, jak ten czas leci. Do pierwszego numeru dwumiesięcznika „Filozofuj”. W 2015 roku wyszedł pierwszy numer. Zapraszam dzisiaj do wysłuchania artykułu „Czym jest filozofia?”. Temat jakby podstawowy. Autorem tekstu jest Thomas Wartenberg. Thomas Wartenberg to jest profesor amerykańskiego college'u, który zajmuje się filozofią filmu oraz filozofią dla dzieci. Jego hobby to między innymi gra na flecie oraz uczestniczenie w koncertach muzyki klasycznej, a także w koncertach muzyki folklorystycznej.
Tak jak już mówiłem, tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2015 roku w numerze pierwszym i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A zatem ruszamy. Thomas Wartenberg: „Czym jest filozofia?”. Błędem jest sądzić, że filozofia to trudny przedmiot, którego opanowanie wymaga czytania trudnych tekstów. Filozofia to sposób myślenia, który wyłania się z normalnego życia. To rodzaj samoświadomej refleksji nad znaczeniem i sensem zwyczajnych działań. Jest zatem znajoma do pewnego stopnia każdemu. Czy filozofia jest trudna? Jedna z dziedzin, w której się specjalizuję, to nauczanie małych dzieci filozofii. Rodzice dowiadując się, że będę pracował z ich dziećmi, w pierwszym odruchu wyrażają entuzjazm.
Jak fajnie, myślą sobie, że moje sześcioletnie dziecko będzie studiowało filozofię. Wkrótce jednak nadchodzi zdziwienie. Zaraz, zaraz. Zastanawiają się, jak takiego malucha można nauczyć filozofii. Czyż nie jest to trudny przedmiot, którego opanowanie wymaga czytania trudnych tekstów? To jest przecież coś, czego moje dziecko z pewnością jeszcze nie potrafi. Zdziwienie rodziców jest odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego, panującego w naszej kulturze błędnego ujmowania natury filozofii. Chociaż jest prawdą, że na uniwersyteckich kursach filozofii często wymaga się od studentów czytania i zrozumienia takich trudnych dzieł jak „Metafizyka” Arystotelesa czy „Krytyka czystego rozumu” Kanta, to jednak błędem jest sądzić, że to główny, a nawet najważniejszy aspekt uprawiania filozofii. Filozofia to sposób myślenia, który wyłania się z normalnego życia. Jest zatem znajoma do pewnego stopnia każdemu.
Filozofia a pieczenie ciasta. Gdy angażujecie się w jakieś działanie, jakiekolwiek, często okazuje się, że pochłania was ono całkowicie. Załóżmy, że jest to pieczenie ciasta. Dysponujecie przepisem i postępujecie zgodnie z nim. Ale też zastanawiacie się, czy na podstawie własnego doświadczenia w pieczeniu ciast nie dokonać jakiegoś odstępstwa od przepisu. Angażując się w ten proces, myślicie. Myślenie to jest nakierowane na cel. To znaczy, obraliście sobie za cel pieczenie ciasta i cała wasza aktywność umysłowa jest nakierowana na osiągnięcie tego celu. Czasami jednak wasze zanurzenie się w wykonywanie czynności może zostać przerwane. Wycofujecie się z niej, aby zastanawiać się nad cechami samej czynności.
Na przykład widząc, że przepis wymaga użycia dwóch szklanek cukru i 500 gram masła, możecie sobie pomyśleć: „Ojej, to naprawdę niezdrowe. Zastanawiam się, czy powinienem przygotować rzeczy, które mogą spowodować kłopoty ze zdrowiem u członków mojej rodziny. Jak ważne jest dla ludzi jedzenie rzeczy, które im smakują?”. Kiedy dokonacie tego kroku w tył, kroku, który pozwala zdystansować się od wykonywanej czynności i zaczniecie się zastanawiać nad wartością swojego działania, nad tym, czy należy je realizować w sposób, w jaki do tej pory było ono przez was realizowane, wówczas zaczynacie filozofować na temat swojego działania. Filozofia to nazwa tego rodzaju świadomej refleksji nad znaczeniem i sensem zwyczajnych działań. To, co się stało w przytoczonym wyżej przykładzie, polegało na tym, że wasze myślenie przestało skupiać się na tym, jak realizujecie swój cel, który już zdążyliście obrać, a zaczęło koncentrować się na naturze samego celu. Stało się myśleniem o tym, czy ten cel warto realizować i dlaczego warto go realizować. Dwie lekcje. Z powyższego rozumienia filozofii można wyciągnąć dwie ważne lekcje. Po pierwsze, filozofia polega na wyjściu poza nasze uczestnictwo w jakimś działaniu bądź praktyce.
Zasadniczo każdy aspekt ludzkiego życia może stać się właściwym tematem do filozoficznej refleksji. Wszystkie tradycyjne filozoficzne pytania: co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Dlaczego tu jestem? Mają źródło w refleksji, poprzez którą odłączamy się od czynności, jakie wypełniają naszą codzienność. Po drugie, ponieważ filozofia ma źródło w pytaniu o sens naszych codziennych praktyk, o sens życia, każdy w jakimś momencie swojego życia angażuje się w filozofowanie na temat tego, co robi. Ponieważ jednak filozofowie akademiccy traktują filozofię jako wyspecjalizowaną dyscyplinę mającą wyrafinowany naukowy słownik, łatwo zapomnieć, skąd bierze ona swój początek i jaki ma cel. Wszyscy od czasu do czasu jesteśmy filozofami. Niemniej jednak od czasu do czasu my wszyscy naprawdę stajemy się właśnie filozofami. Nawet małe dzieci, ponieważ faktycznie ciągle je coś w świecie zaskakuje i zadziwia, to szczególnie one są mistrzami w zadawaniu filozoficznych pytań i w filozoficznym myśleniu.
Tak więc rodzice, których dziwi moje filozofowanie z małymi dziećmi, nie powinni czuć się zadziwieni. Powinni raczej uświadomić sobie, że kiedy pytania stawiane przez małe dzieci weźmie się na poważnie, traktując je jako pytania filozoficzne, przynajmniej czasami, nie tylko dowartościowuje się dzieci, ale też otwiera na źródła filozoficznej refleksji. Filozofia nie zaczyna się od czytania trudnych tekstów, ale od zafrapowania naturą, wartością i sensem działań, w które zazwyczaj angażujemy się bez głębszego zastanowienia. Jej istota polega na myśleniu o tym, czy nasze codzienne praktyki są tym, w co rzeczywiście chcemy się angażować. Także na refleksji o tym, jaki jest sens owego zaangażowania. To, proszę państwa, był artykuł Thomasa Wartenberga „Czym jest filozofia?”. Tekst, który ukazał się w pierwszym numerze dwumiesięcznika „Filozofuj”, a ten tekst był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, to czas teraz na drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. To spotkanie to będzie moja rozmowa z Piotrem na temat tego, jak kiedyś postrzegano obcych i jak kiedyś postrzegano UFO. Jest taki cykl na kanale Wehikuł Wyobraźni.
Cykl nosi tytuł „Zwrotnice czasu” albo „Zwrotnice historii”. Tam z Piotrem pracowicie brniemy przez kolejne epoki, starając się odtworzyć, przypomnieć, jakoś zrekonstruować sposób myślenia dawnych ludzi. To oczywiście jest i musi być nacechowane jakimś tam błędem poznawczym, niemniej jednak warto próbować. Ten odcinek, który za chwilę państwo usłyszycie, traktuje o wieku XVI i XVII. Jeśli chcecie zapoznać się państwo z wcześniejszymi odcinkami, a kilka ich jest, właściwie od czasów jaskiniowych po ten wiek XV, to zapraszam państwa na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam wcześniejsze odcinki w playliście „Zwrotnice czasu”, „Zwrotnice historii” na pewno państwo odnajdziecie. A teraz już zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, „Gwiazdy, herezje i obcy". Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie odpalimy kolejny odcinek cyklicznej audycji, którą nazwaliśmy Zwrotnice Czasu albo Zwrotnice Historii.
Tak jak powiedziałem, to kolejny odcinek, więc dzisiaj o UFO, o możliwościach kontaktu będziemy rozmawiać w odniesieniu do odrodzenia, ale też wieku XVI, XVII. Kto wie, gdzie zawędrujemy dzisiaj? Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[31:30] - Dzień dobry wieczór. Tak, dzisiaj generalnie startujemy gdzieś na początku wieku XV. Idziemy dalej w tak zwane czasy nowożytne. Podróż będzie bardzo interesująca. My w poprzednich odcinkach odnosiliśmy się do tego, jak ewentualnie kontakt z UFO, jak problem istnienia życia pozaziemskiego byłby przez ludzi odczytany. Czy w kolejnych wiekach, kiedy ta umysłowość się zmieniała, znajdowało się miejsce na dyskusję na temat obcych? Okazuje się, że jest bardzo różnie i często nasze wnioski były zaskakujące. A dzisiaj powiemy o okresie, który jest szczególnie interesujący też z tego punktu widzenia, że moim zdaniem, pewnie nie tylko moim, zaczyna się kształtować coś, co możemy nazwać nowoczesnym, współczesnym myśleniem na temat człowieka i świata i echa tych idei, które się zaczynają rodzić, one są obecne tak naprawdę do dzisiaj.
[32:25] - Tak, bo to jest czas, kiedy pojawiają się różne ciekawe koncepcje. Ja w poprzednim odcinku mówiłem o szkole w Chartres, która tak naprawdę położyła podwaliny pod współczesną naukę, a w okresie, o którym rozmawiamy dzisiaj pojawił się filozof, więcej niż filozof, Francis Bacon, który tak naprawdę sformułował wytyczne dla tego, co dzisiaj nazywamy nauką. To jeszcze nie była ta współczesna nauka z pewnym takim dosyć rygorystycznym rozkładem jazdy, który należy stosować, jeśli stosuje się metodę naukową. Ale Bacon mówił o tym, że należy wyznaczyć konkretne cele, które mamy do zbadania. Mamy też wyeliminować to, co on nazywał złudzeniami umysłu, które ograniczają człowiekowi czyste poznanie. Dalej, mamy też stosować eksperyment. Eksperyment dla Bacona był niezwykle ważny i pomagał w ustalaniu faktów. Dalej mówił też o opracowaniu takiej metody, która pozwala uogólniać nasze obserwacje, fakty, które zaobserwowaliśmy. I to też niezwykle ważne. I zauważcie państwo, jakoś tak jednak zbieżne z tym, co stosuje współczesna nauka.
Oczywiście współczesna nauka stosuje to w stopniu znacznie bardziej rozwiniętym. Niemniej jednak zwróćmy uwagę, że rozmawiamy o czasach, które nam wydają się niezwykle odległe. Już wtedy jednak ludzie doszli do wniosku, że jeśli coś chcemy badać, to nie możemy zdawać się tylko i wyłącznie na nasze fantazje, na nasze wydaje mi się, mniemam i tak dalej. Tylko jednak pewne fakty należałoby weryfikować. Tyle Bacon, ale tak naprawdę ludzi nauki w tym czasie było wielu. Tak, nauki. To już możemy powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. No tak, ale to były czasy niejednoznaczne, Piotrze, bo poza ludźmi nauki, o których pewno jeszcze powiem, pojawiały się postacie, które dzisiaj nazywamy magami, zajmujące się takimi sprawami, które dzisiaj przez naukę są odsuwane. Mówi się: „Nie, tym nauka się nie zajmuje". A wtedy, proszę państwa, ta granica pomiędzy nauką a magią nie była jeszcze tak ostro postawiona.
[35:17] - No dokładnie tak jest. Ci magowie, z których się dzisiaj wiele osób śmieje, to oni w tamtych czasach aspirowali absolutnie do miana naukowców i nikt by im nie powiedział, że tak nie jest. Zresztą przynajmniej z takiej dziedziny, jaką jest alchemia, wyrosła, jak się można domyślać, chemia. Czyli to nie były takie zupełnie głupkowate zabiegi, ale do tej pory myśmy mówili w naszych audycjach z tego cyklu o takich okresach dość odległych nam mentalnie jednak. Bo średniowiecze, starożytność nam się wydaje, że to jest bliskie. Nam się wydaje, że to nie są czasy tak nam odległe, bo de facto też za bardzo nie są, ale ta umysłowość była zupełnie inna. Natomiast wkraczając w nowożytność zastajemy świat nowy, nieco mentalnie podobny do naszego. Dzięki ruchomej czcionce wiedza się szybciej rozprzestrzenia. To jest bardzo ważne. Ten postęp umysłowy jakoś nabiera rozpędu.
Z kolei wielkie odkrycia geograficzne doprowadzają do kontaktu z innymi kulturami, rodzą się nowe prądy umysłowe. I z tego powoli się buduje współczesny świat. Dodajmy tyle, że może, Marku, ja bym proponował, żebyśmy się zatrzymali gdzieś dzisiaj przed oświeceniem, bo temu tematowi trzeba będzie poświęcić więcej miejsca. Natomiast wiek XV, XVI, znaczy może XVI, XVII to jest tak naprawdę bardzo dziwny okres, pełen paradoksów. Z jednej strony widzimy wpływ odrodzenia, widzimy ten postęp umysłowy, z drugiej strony mamy kontrreformację, mamy rozwój dziedzin okultystycznych i tak dalej. Rozwija się wspomniana alchemia. Adepci białej magii mówią wprost o możliwościach kontaktu z jakimś innym światem istot myślących, inteligentnych. Mówią o aniołach, mówią o Przywoływaniu, kontrolowaniu bóstw. I zobacz, w dzisiejszych czasach to samo słyszymy od takich osób jak Jake Barber i psjonicy. Przecież oni nas przekonują teraz, że można mentalnie przywołać przedstawicieli innej inteligencji, a w wieku XV, XVI zajmowali się tym adepci teurgii na przykład czy inni okultyści.
Tak naprawdę w swoim założeniu jest to ta sama dziedzina. Tylko ja się tak wysprzęgliłem trochę i chwalimy wiek XVI, XVII, chwalimy odrodzenie, ale pytanie, czy ludzie byli wtedy gotowi na kontakt, to nie wiem, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie udzielić na to pytanie odpowiedzi. Ale czy oni byliby w stanie ogarnąć ten temat pod tytułem istnienie obcych, inne inteligencje? Nie sądzę i będziemy o tym jeszcze mówić, ale wydaje mi się, że to przekonanie o istnieniu innych inteligencji, istot nieludzkich nazywanych boskimi, anielskimi było powszechne. Czyli wierzono w to albo stała się powszechna wiara w to, że osoby, ale nie to, że wszystkie osoby, czy że jacyś tam szamani i tak dalej, tylko osoby o odpowiednim wykształceniu, odpowiedniej wiedzy mogą wchodzić z tymi istotami w kontakt. I tymi osobami byli magowie. Czyli wygląda to w ten sposób, że mieliśmy taki zalążek, kiedy kwazinaukowcy podejmowali tematy, które dzisiaj są kwazinauką. Jakieś nici łączące tematykę UAP, innych inteligencji a tym, czym zajmowali się magowie, okultyści w tamtym okresie. One istnieją. Pewne nawiązania, pewne analogie są i moim zdaniem one są widoczne.
Tylko jak mówię, bo możecie powiedzieć: „Piotrze, przecież zawsze mówiono gdzieś, że istnieją. W każdej religii mówiono, w każdych wierzeniach mówiono. Każda mitologia zna istoty bezcielesne, jakieś tam anielskie, demoniczne i tak dalej”. Tutaj mówię o czymś innym. Tutaj chodzi mi o to, że może pod koniec XV, w XVI wieku i pewnie też później taką osobą zamykającą nam ten okres jest Swedenborg, ale chodzi mi o to, że zaczęto traktować ten temat trochę inaczej, właśnie z perspektywy nauki. Bo taki okultysta, mag, alchemik jednak czuł się naukowcem w tamtych czasach. Chociaż dzisiaj wiele osób się uśmiecha, kiedy się mówi o alchemikach, to jednak kiedy sobie spojrzymy na tło epoki, wygląda to zupełnie inaczej. Dzisiaj to jest jakaś kwazinauka, protonauka, szarlataneria dla nas, ale wtedy było inaczej. Przecież alchemią, tego rodzaju tematyką, która dzisiaj bywa określana jako okultyzm, zajmował się na przykład Izaak Newton i wielu innych. Zatem w taki symboliczny sposób ten okres, o którym mówimy, te wieki, ten wstęp do nowożytności jest takim symbolicznym, naprawdę głęboko symbolicznym momentem, kiedy pewne grupy zaczynają zastanawiać się i próbują nawiązywać kontakt z tak zwanymi inteligencjami nieludzkimi.
Chociaż oni oczywiście pojęcia kosmitów na myśli absolutnie nie mają.
[40:24] - Od razu powiem, że jeśli chodzi o Newtona, to on owszem, miał takie zapędy w kierunku czegoś, co nazwalibyśmy dzisiaj nieznanym, ale jednocześnie pewna racjonalność podpowiadała mu, pilnowała go trochę, sam siebie pilnował. Ale poza Newtonem były na przykład takie postacie, wymieńmy, które też czuły się osobami, które ten świat zgłębiają. Mieliśmy taką postać jak John Dee, jak Edward Kelley czy Syndziwój. To były wszystko postacie. Dzisiaj, tak jak, Piotrze, powiedziałeś, kiedy wymienia się te nazwiska, to część osób się uśmiecha. Natomiast nie da się tak prosto skwitować owych postaci, bo one jednak pewien wkład, taki intelektualny wkład w tę epokę te postacie wnosiły. I to nie był taki wkład do zaniedbania. To oni nie bredzili, jak chcieliby dzisiejsi zwolennicy twardej nauki. To nie do końca było tak, że oni byli kompletnie oderwani od rzeczywistości. To bardzo często były analizy tego świata pod kątem, dzisiaj byśmy powiedzieli częściowo przynajmniej naukowym.
Nie wchodźmy w sprawy magów, bo to, myślę, byłby zupełnie osobny temat, ale warto powiedzieć, że oprócz nich pojawiały się takie postacie, które już ewidentnie uznawane są za naukowców tamtych dawnych czasów, ale naukowców. Mówiliśmy w poprzednim odcinku o Koperniku, mówiliśmy o Giordano Bruno. Różnie z nimi się obchodzono, ale trzeba pamiętać, że kontynuatorzy pojawili się bardzo szybko. Na przełomie XVI i XVII wieku żył Galileusz. W podobnym czasie żył Kartezjusz. I w tym samym okresie pracował również Kepler. Oni wszyscy trzej byli z przekonania kopernikanami, ale też rozważali sprawy związane z istotami pozaziemskimi. Z tym że każdy z nich wykazywał jednak pewną ostrożność, kiedy na te tematy się wypowiadał. Na przykład Galileo Galilei w dziele z 1610 roku „Gwiezdny posłaniec” On dostrzegał podobieństwa między Księżycem a Ziemią. To był na początku niewinny wniosek, ale dwadzieścia kilka lat później napisał dzieło noszące tytuł „Dialog o dwu najważniejszych układach świata, Ptolemeuszowym i Kopernikowym”.
W tym dziele zasugerował, że jeśli życie istnieje na Księżycu, to musi być niezwykłe. Musi być zupełnie inne od tego na Ziemi, musi wykraczać poza ludzkie wyobrażenia. To się wydaje bardzo proste, ale zwróćcie państwo uwagę, wtedy jeszcze nie było mowy o tym, co się pojawiło w wieku XIX, czyli o ewolucji, o dostosowywaniu się do warunków. A już wtedy Galileusz mówił o tym, że różne warunki bytowania będą powodowały różność chociażby wyglądu. Proszę państwa, bardzo darwinowskie myślenie. Można Darwina nie lubić. Można uważać, że nie wszystko, co powiedział, nadaje się do tego, żeby się tym zachwycać. Niemniej jednak warto odnotować to, co powiedziałem. Wymieniłem też Kartezjusza. On w XVII wieku, konkretnie w 1647 roku napisał list, w którym stwierdził, tu zacytujmy, chociaż nie dosłownie, że krew Chrystusa zbawiła wielu ludzi.
I zaraz po tym stwierdził, że dopuszcza myśl, iż z nieskończoności wszechświata wynikają pewne logiczne konsekwencje, a tymi logicznymi konsekwencjami było to, że mogą też istnieć inni ludzie, inni niż my. Ten list jest mało znany i mówiąc szczerze, ja przytaczam go, ale od razu zaznaczam z pewną ostrożnością, bo ponoć on został opublikowany w 1903 roku po raz pierwszy. Natomiast szukając źródeł nie mogłem się dokopać. To tak naprawdę jednoźródłowa informacja, chociaż z dosyć poważnego źródła, niemniej jednak jednoźródłowa, a takim informacjom należy się przyglądać bardzo dokładnie. Zaznaczam, ale warto zapamiętać, że rzecz trzeba sprawdzić. Wymieniłem też Keplera. To już osoba bardzo kompetentna do wypowiadania się o innych światach, bo był to astronom i w jego przypadku sprawa była dosyć skomplikowana. Takie dobre słowo wytrych, bo on owszem, przyjął system kopernikański, napisał nawet książkę „Somnium”. Wyszło nawet w języku polskim, to się „Sen” nazywa. Ma jeszcze podtytuł „Seu opus posthumum de astronomia lunari”.
Już z samego brzmienia słów państwo się domyślają, że opisywał Księżyc, astronomię lunarną, księżycową. I owszem, on częściowo podchwytywał ideę Jordana Bruna, ale widać, że ta idea go nie porwała i on opowiadał się w swoich dziełach raczej za tym, że kosmos owszem, jest rozległy. Owszem, zawiera wiele ciekawostek, wiele planet i dziwnych miejsc, ale uważał też, że to ludzie są dominującymi istotami we wszechświecie i nic ponad ludzi już w tym wszechświecie się nie urodziło i nie urodzi. Zatem należałoby go traktować w kwestii kontaktów z obcymi jako wybitnego sceptyka. To oczywiście nie byli jedyni uczeni tamtych czasów. Jeszcze o kilku zamierzam powiedzieć, ale zwróćcie państwo uwagę, że te sprawy magiczne i te sprawy naukowe wówczas, to my je w tej chwili rozdzielamy, ale wówczas, uwierzcie państwo, nie były tak bardzo rozdzielone. Ci ludzie, może nie bezpośrednio ci, których wymieniliśmy, ale oni rozmawiali ze sobą, toczyli ze sobą dysputy. To było w jakiś sposób intelektualnie fermentujące wszystko. To były czasy rzeczywiście z jednej strony dyskusji, takiej naukowej dyskusji, z drugiej strony czasy, w których płonęły stosy, więc niezwykle dziwne czasy i warto o tym pamiętać.
[47:22] - Trzeba dodać, że takim charakterystycznym elementem, taką cechą wielu ludzi, którzy się zajmowali wtedy rzeczami ostatecznymi, było odwoływanie się do Biblii. I taki Newton również, chociaż trzymał się mocno materializmu, to też wyliczał na przykład datę końca świata. Będąc naukowcem i zajmując się dziedzinami z pogranicza, my to tak nazywamy, ale dziedzinami, które były utożsamiane z naukami tajemnymi, zawsze trzeba było mieć w tamtych wiekach taką asekurację w postaci Pisma Świętego. Bo jeżeli ktoś wchodził za głęboko w te dziedziny, to bywał uznawany niestety za stronnika sił szatańskich. Ale wiesz Marku, to jest bardzo interesujące, o czym mówimy. To się może wydawać jakimś zupełnym absurdem, ale podsumowałbym to jeszcze raz takim stwierdzeniem, że wieki, o których mówimy, początek nowożytności, to jest właśnie okres, kiedy osoby, które wówczas zmienią się naukowcami, podejmują temat życia gdzie indziej. I to nie tylko na innych planetach, ale też istnienia inteligencji, które dzisiaj są nazywane nieludzkimi, które dzisiaj osadzane są w innych wymiarach, innych rzeczywistościach. Oni to nazywali inaczej, ale tak jak powiedziałem, dzisiejsza umysłowość jest bardzo podobna do ówczesnej i my tak naprawdę w dzisiejszej ufologii również znajdujemy przecież bardzo częste odniesienia do takiego myślenia czysto religijnego, żywcem wyjętego z tamtych czasów. Czyli jeżeli jest ta inna inteligencja, jest ta inteligencja nieludzka, to pada to magiczne słowo demony, aniołowie, Bóg i tak dalej.
[49:04] - Wracając jeszcze do świata nauki, warto powiedzieć, że może nie wypowiedziałem tego przy poprzednim wejściu dostatecznie mocno, ale Galileusz, Kartezjusz i Kepler przyjmowali, że coś może w tym wszystkim być, ale byli wstrzemięźliwi. Spojrzyjmy w drugą stronę, bo w XVII wieku były też osoby, które aż tak wstrzemięźliwe nie były. I tu dosyć ważne nazwisko, które na pewno wszystkim obiło się o uszy: Campanella. On żył w latach 1568-1634, przełom XVI i XVII wieku. I drugą taką osobą był John Wilkins, 1614-1672. Dlaczego to były ważne osoby? Otóż Campanella opublikował w 1622 roku dzieło „Apologia pro Galileo", „Obrona Galileusza". To dzieło może być postrzegane jako opowiedzenie się za ideą zamieszkałego wszechświata. I to dosyć powszechnie zamieszkałego, bo po lekturze tekstów Galileusza Campanella, w przeciwieństwie do niego, uznał, że tam właśnie znajdują się silne poszlaki, które potwierdzają istnienie zamieszkałych światów. Zobaczcie państwo, jaki paradoks.
Galileusz był ostrożny. On nie był chętny do formułowania ostrych tez. Tymczasem Campanella wyciągnął takie wnioski, jakie wyciągnął z tekstu osoby, która była wstrzemięźliwa. W konsekwencji Campanella napisał list do Galileusza w 1611 roku, w którym stwierdził, że wszystkie planety muszą być zamieszkane tak jak Ziemia. Ten sam Campanella zastanawiał się również nad innymi problemami, takimi jak poglądy astronomiczne owych innych istot. Zastanawiał się również, jakie są formy życia społecznego na owych innych planetach. Zobaczcie państwo, jak daleko ta myśl szła. To już nie były rozważania, czy oni tam są, ale jacy oni są, w jaki sposób myślą, w jaki sposób odbierają rzeczywistość. Mówiłem też o Angliku Wilkinsie. On w 1638 roku opublikował bardzo popularny tom argumentujący, mówiący o tym, że na Księżycu istnieje życie.
Po prostu tak napisał. Ten tom nosił tytuł, w tych czasach tytuły były bardzo długie, muszę sięgnąć po ściankę. „Odkrycie świata na Księżycu lub dyskurs mający na celu udowodnienie, że jest prawdopodobne, iż na tej planecie może istnieć inny nadający się do zamieszkania świat". Koniec tytułu. Zawartość jest dokładnie taka jak ten przydługi tytuł. Po prostu dowodzenie, że Księżyc to jest takie samo miejsce albo miejsce bardzo zbliżone do tego, jakie my tutaj obserwujemy na Ziemi i że nic nie stoi na przeszkodzie, że gdzieś tam po Księżycu hasają sobie inni ludzie. Bardzo często, ja to podkreślam, wówczas używano tego pojęcia „inni ludzie", bo jeszcze wtedy nie funkcjonowało to w takim znaczeniu obcy, inne istoty, extraterrestialsi. Nie, to byli inni ludzie pochodzący z innego miejsca. I to było bardzo ważne w tamtych czasach.
[52:53] - Przejdźmy może do czegoś, co już było zasygnalizowane, bo okres, o którym mówimy, to nie tylko formowanie się podstaw nowoczesnych państw, ale to również okres przenikania się kultur tak naprawdę. Wielkie odkrycia geograficzne kształtują rzeczywistość w sposób odczuwalny do dzisiaj. W kontekście tych wielkich odkryć osadzona jest wypowiedź kogoś, kto był jeszcze do niedawna wielkim autorytetem. Kiedy zmarł, kiedy różne rzeczy wyszły na jaw, to troszeczkę może o nim zapomniano. Chodzi o Stephena Hawkinga. Genialny fizyk w swoich wypowiedziach, tych najgłośniejszych oczywiście, bo kiedy się mówi o kosmitach, to cały świat słucha, szczególnie jeżeli się jest tej rangi uczonym. On mówił, że z kosmitami nie należy się kontaktować. Za bardzo nie ma co obwieszczać swojego istnienia w kosmosie. I tutaj dawał przykład wyjęty właśnie z tej epoki, o której mówimy, że gdyby ludzkość dzisiaj się skontaktowała z obcymi, to mogłaby skończyć, chociażby tak jak imperium Inków. Czyli według Hawkinga każda postawiona wyżej kultura, miał chyba na myśli wyżej postawione cywilizacje techniczne, pochłonie tą na niższym poziomie.
Czyli my nie powinniśmy dawać znaku o swoim istnieniu. On był wrogiem tak zwanego aktywnego SETI, czyli wysyłania w kosmos wiadomości. Czy my skończymy tak, jak skończyły cywilizacje prekolumbijskie, kiedy przybędą obcy? Czy to tak jest, Marku, że zawsze ta wyższa cywilizacja na tą niższą będzie naciskała? Ale kto wprowadził w ogóle jakiś wyznacznik rozwoju cywilizacji na Ziemi, która ma być wyżej, a która niżej rozwinięta? Czy ta, która daje sobie radę, jest w stanie kontynuować swój rozwój w trudnych warunkach na przykład, czy ona jest zasadniczo gorsza od tej cywilizacji, która jest wysoko rozwinięta technicznie na przykład, ale laguje na wielu innych polach? To też jest takie trochę gadanie. Natomiast mnie się wydaje, że to jest tak, że okres wielkich odkryć geograficznych i to, co było później, kolonizacja poza Europą, on nam wbił do głowy takie przekonanie Że kontakt międzykulturowy odbywa się na zasadzie tutejsi i goście. Zobaczmy, że ludzie w większości dzisiaj często powtarzają i wierzą, że jeżeli obcy przybędą, to oni się będą zachowywać tak, jak my sobie wyobrażamy. Mówiłeś tutaj o antropocentryzmie, że oni przybędą, to będą mądrzy, roztropni, dobroduszni.
Będą jak wielcy podróżnicy, o których czytamy w książkach. Albo na odwrót, że nas zjedzą, bo będą źli. A guzik prawda. Kto powiedział, że tak musi być? Kto powiedział, że obcy będą się zachowywać właśnie w ten sposób? To jest drugi symboliczny element wywodzący się z wieków, o których dzisiaj mówimy, jaki jest widoczny w myśleniu ludzkim, a szczególnie w myśleniu na temat obcych do dzisiaj. Sam zobacz. Z wieków, o których dzisiaj mówimy, wywodzi się taki mit. Mit o tym, jak się kultury kontaktują. Mit, w który uwierzył nawet Hawking, że obcy, jeżeli przybędą, to się będą zachowywać jak ludzie, że będziemy mieli do czynienia ze starciem cywilizacji.
A kto powiedział, że tak będzie? My tej drugiej strony nie tylko nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, ale nie będziemy absolutnie w stanie stwierdzić, jak się ona będzie zachowywać. W takim ziemskim wymiarze, rozpatrując sprawę kontaktu z obcymi i dając za przykład chociażby kontakty Europejczyków z cywilizacjami prekolumbijskimi, wpadamy w pułapkę. To jest troszeczkę myślenie życzeniowe, myślenie zupełnie antropocentryczne. A co się stanie, jeżeli po tej drugiej stronie będzie stał ktoś, kogo zupełnie nie rozumiemy? I tego myślę, że naukowcy często nie biorą pod uwagę, że my nie jesteśmy w stanie powiedzieć o obcych nic pewnego. A chyba najlepszym dowodem na to, że podejście, które prezentował Hawking jest błędne, jest to, że oni się z nami nie skontaktowali do tej pory. Przecież nawet wielcy odkrywcy, najwięksi odkrywcy europejscy w czasach nowożytnych przybywali do tych słabo rozwiniętych kultur, pokazywali im jakieś błyskotki i tak dalej. A UFO? Obcy?
Cóż, ciągle jest daleko.
[57:20] - Wiesz, Piotrze, jestem w dziwnej sytuacji, bo właściwie się z tobą zgadzam i nie zgadzam jednocześnie. Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż rzeczywiście Hawking powiedział, co powiedział i rzeczywiście wywodzi się to z obserwacji historii ludzkości, gdzie zawsze siła dominowała, ale też warto uwzględnić, że ta siła w przypadku wypraw do Nowego Świata, do Ameryki, powiedziałeś o Inkach, powiedziałeś, że ten los nie był szczególnie łaskawy, źle się obszedł z nimi, ale przyczynili się do tego Europejczycy. Podobne rzeczy działy się w Afryce. Zatem dominowała siła, ale dominowało coś jeszcze. Przynajmniej w niektórych przypadkach, tych mniej brutalnych, przedstawiciele kultur miejscowych przejmowali bardzo wiele elementów z nowej, napływowej kultury, ponieważ ona wydawała się atrakcyjna. W związku z tym Europejczycy, tu cudzysłów, „atakowali” dwiema ścieżkami. Z jednej strony to była brutalna siła, z drugiej strony wpływ kultury cywilizacji, która wydawała się tamtym ludom, przynajmniej niektórym jednostkom, atrakcyjna, pociągająca, sprawiająca, że oni się czuli lepsi, przyjmując tę kulturę. Czy to chrześcijaństwo, czy też inne elementy. Tu od razu mi się przypomina opowiadanie, o którym często wspominam, więc jeśli już wspominałem, to wybaczcie państwo, ale w tomie „Rakietowe szlaki”, w drugim tomie wydanym w latach 70., było takie opowiadanie „Helping Hand”, pomocna dłoń.
I tam sytuacja była bardzo podobna. Były dwie planety, które potrzebowały pomocy. Potrzebowały, bo miały kłopoty. I oczywiście jakaś federacja, już nie pamiętam szczegółów, miała tym planetom pomóc, ale nie ma nic za darmo. Narzuciła pewne warunki ta federacja i jedna z tych planet przyjęła ową pomoc, druga natomiast nie. Później mamy taki przeskok i obserwujemy te dwie planety po iluś tam 10 latach i okazuje się, że ta, która pomoc przyjęła, zatraciła się. Przejęła kulturę tych pomagających, stała się właściwie nieodróżnialna od tych, którzy im pomagali. Wszystko stało się skomercjalizowane w tamtym przypadku, wszystko stało się takie samo. A ta planeta, która pomocy nie przyjęła, powiedziała, że ceni sobie swoje wartości i że będzie głodować, ale nie da sobie narzucić nowej kultury, nowej cywilizacji. Ona tę kulturę nie tylko zachowała, wypielęgnowała, ale też dzięki tej formacji umysłowej przetrwała i to w niezmienionym stanie.
Całkiem niezłym zresztą. Jaki z tego wniosek? Że to różnie może być, że wcale nie musi być tak, że to siłą, czasami wpływem, jakąś indukcją dokonuje się również zmian i też możemy się tak naprawdę zatracić w tym, kim jesteśmy. Czy to źle, czy to dobrze? Nie nam oceniać, bo na razie takiego problemu nie mamy. Niemniej jednak warto o tym pamiętać. Poza tym, Piotrze, to, że się z nami nie skontaktowali, ktoś może powiedzieć, uśmiecham się trochę, ale ktoś może powiedzieć, że nas po prostu hodują jak takie bydło rzeźne i w zależności od różnych przekonań albo będziemy lushem, albo będziemy jakimś innym żerem, może nie tylko żerem, może czymś tam jeszcze. Pomińmy to, bo to są teorie, których się bardzo dobrze słucha, wydają się atrakcyjne. Jak jest, tego nie wiemy oczywiście. Natomiast problem kontaktu, problem styku kultur, czy to kultury europejskiej z kulturami Nowego Świata, czy kultury obcych z naszą ziemską kulturą, dynamika takiego kontaktu jest nieodgadniona, tak do końca nieodgadniona.
Nie wiemy, jak może być. Zauważcie państwo, jak bardzo zmieniła się Polska przez ostatnie 35 lat. To tylko ktoś taki stary jak ja może to powiedzieć, jak innym krajem jesteśmy. Bez wartościowania, czy to dobrze, czy źle. Ale gdybyście państwo dzisiaj przenieśli się do lat 80., to nie uwierzylibyście państwo, że jesteście w tym samym kraju. Wpływ innej, z pozoru atrakcyjniejszej kultury jest niezwykle silny i jest przyjmowany. I teraz tylko pytanie, czy to dobrze, czy to źle i ta inwazja kulturowa w tym wypadku może okazać się czymś wspaniałym, a może się okazać czymś katastrofalnym, absolutnie katastrofalnym. Ja nie potrafię rozstrzygnąć tego dylematu, jak to by było. Natomiast warto chyba o tym pamiętać, że Hawking może mieć rację. Niestety przyznaję to, że Hawking może mieć rację, ale nie w taki sposób, jak sobie to często wyobrażamy, że przylecą tutaj, podbiją nas, wystrzelają.
To oczywiście bardzo atrakcyjne filmy na kanwie tego rodzaju scenariusza powstają, ale tak wcale być nie musi. A i tak możemy się zatracić w tym wszystkim i stać się rodzajem takiej rasy podporządkowanej. I znowu nie wierzę w to, że cywilizacja wyższa nie wykorzysta cywilizacji niższej. Ale tu jest ten dylemat, o którym powiedział Piotr. To zastrzeżenie, że to, co robię w tej chwili, to jest dokładnie powtórzenie tego mechanizmu. Czyli ja powtarzam mechanizm wyciągnięty z ludzkiej cywilizacji. Tak się zachowują ludzie. Czy tak się zachowują obcy? Możemy powiedzieć, że to mechanizmy są ogólne i oczywiście tak się zachowują. Wcale nie jestem tego pewien i być może naprawdę jest tak, jak chcą wierzyć niektórzy badacze zjawisk nie z tego świata, że obcy osiągnęli już taki stan dobroci i taki stan szczęśliwości, że oni wręcz tą szczęśliwością zarażają inne cywilizacje.
I jeśli tu przybędą, to nie po to, żeby nas podbić, żeby nas kulturowo naprostować, tylko po to, żeby nam, cudzysłów ogromny, nieba przychylić. Więc łatwo jest wyciągać, Piotr o tym powiedział, łatwo jest wyciągać takie jednoznaczne wnioski. Zrobią z nas papkę albo uczynią nas szczęśliwymi. Nie wiem, co z nami uczynią.
[01:04:15] - W okresie, o którym mówimy, miało też miejsce kilka zbiorowych i bardzo zagadkowych obserwacji. Najsłynniejsza to sprawa powietrznej bitwy nad Norymbergą, ale były też inne wydarzenia, chociażby w Bazylei. Było tego dużo więcej. Czy tutaj już przypadkiem nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie o kontakt z obcymi w tamtych epokach? Bo tak naprawdę pokazało się coś dziwnego na niebie, coś bardzo dziwnego, a to i tak zostało rozpoznane jako manifestacja boska. Ja tylko przypomnę, że w roku 1561 nad Norymbergą doszło do czegoś, co bywa nazywane bitwą powietrzną, a przez wielu autorów współczesnych zajmujących się UFO uznawane jest za taką megamanifestację. Dodajmy, że tam niektóre obiekty miały spaść z nieba i się dematerializować. Pojawił się też taki duży obiekt. Dzisiaj porównalibyśmy go do latającego trójkąta bądź grota włóczni tak naprawdę. Oryginalny zapis tej relacji wskazuje natomiast, że to był znak od Boga i tak dalej.
Na tle innych relacji Norymberga nie jest odstępstwem. Czyli mamy do czynienia z omenem jednak, z jakimś znakiem od Opatrzności, od bóstw, od Boga. Jakich bóstw? I wiesz, tutaj jest pewien cios w to, co my mówiliśmy. Bo były jednostki w tym czasie, tak jak w poprzednich wiekach, które zaprzątały sobie głowę tematem istnienia życia na przykład w innych miejscach i na innych planetach, czy gdzieś tam w tej głębi wszechświata. Natomiast większość ludzi, nawet tych wykształconych, myślała zupełnie inaczej. Oni jednak wciąż tkwili mocno korzeniami w tym bardzo religijnym pojmowaniu świata. Czyli jeżeli coś dziwnego się pojawiło, jeżeli obserwowano coś, co wykracza poza rozum, to interpretowano to dokładnie tak jak w wiekach wcześniejszych. Czyli albo to był Bóg, albo to był diabeł, albo to była magia. I zobacz, Marku, że myśmy tak naprawdę nie oddalili się tak od schematu myślenia, który był w wieku XVI.
Istnieje w ufologii dzisiejszej taki próg poznania. Znaczy nawet nie wiem, czy w ufologii, bo to już są takie dziedziny, które zaczynają zahaczać o naukę głównego nurtu. My jesteśmy obecnie wiosną 2025 roku świadkami prób przejścia ufologii czy też badań nad UAP-ami, nad istotami nieludzkimi do sfery nauki mainstreamowej. Ale w pewnym momencie, zajmując się tym zjawiskiem, czy próbując nawet coś powiedzieć o manifestacjach istot niebędących ludźmi, bo tak można je określić, dochodzimy do takiego muru. Nie możemy o nich więcej powiedzieć i możemy tylko snuć dywagacje. I nawet jeżeli tak bardzo naukowo będziemy do tego podchodzić, mówić, że może mamy do czynienia z tamponautami, może z istotami z innych wymiarów i tak dalej, to pozostaną tylko slogany. Bo koniec końców gdzieś tam na tej ścieżce czai się to, co dobrze znamy. Interpretacje jedni powiedzą metafizyczno-transcendentalne, a drudzy religijne. Czyli że mamy do czynienia z istotami, z inteligencją, która jest wyższa niż ludzka, która nad nami góruje i to czasami w sposób wręcz magiczny posiada jakieś niesamowite zdolności. I znowu dochodzimy do wniosku, że te istoty mają cechy albo boskie, albo demoniczne.
O tym mówiłem, do tego nawiązywałem na samym początku, mówiąc, że jednak od tych wczesnych wieków nowożytności ludzka umysłowość kotłuje się w pewnym sensie. Pojawiają się oczywiście nowe nurty, ale cały czas mam wrażenie, że przynajmniej w przypadku tematu, o którym mówimy, czyli kontaktów z innymi inteligencjami, nie posunęliśmy się za daleko.
[01:08:06] - Przyznam ci rację, bo kiedy cię słuchałem i myślałem jeszcze o poprzedniej części rozmowy, przyszło mi do głowy, że taką poszlaką wskazującą na to, że jednak gros społeczeństwa tamtych czasów nie traktowało tych chociażby manifestacji nad Norymbergą w sposób obcoplanetarny, że to obcy przylecieli, tylko w kategoriach boskich. Taką poszlaką wskazującą, że to była dominująca narracja w tamtych czasach jest chociażby to, że nikt wówczas nie skojarzył, kiedy przyjmowano, że to ingerencja boska, to wszystko było jasne. To był jakiś znak, który należy przyjąć, zinterpretować, a później postępować według tego, co zinterpretowaliśmy. Ale gdyby powszechne było myślenie o tym, że to być może przybyli ludzie, posłużmy się tamtymi pojęciami, ludzie z księżyca, ludzie ze słońca, ludzie z innych planet pobliskich, to gdyby tak myślano, to chociażby jeden sygnał do naszych czasów dotarł. Takiego skojarzenia bliskiego Hawkingowi, że to, co zrobiliśmy w Nowym Świecie ludziom, to to samo oni mogą zrobić nam. Tymczasem nie spotkałem się jak dotąd z tego rodzaju refleksją, że przybysze z nieba, przybysze z księżyca, przybysze skądś tam mogą nam narzucić swoje prawa, swoje wierzenia, swoje wszystko. Nie, taka refleksja się nie pojawia, nawet wśród ludzi, którzy byli elitą umysłową tamtych czasów i skłonni byli przyjąć, że gdzieś tam są nasi bracia w rozumie, to nawet tam nie pojawiła się choćby iskierka takiej refleksji, że jak oni tu przybędą, to nam mogą zrobić albo kęsim kęsim, albo po prostu mogą z nas zrobić niewolników. Ta refleksja się nie pojawiła, chociaż gdybyśmy przyjęli, że wówczas przyjęto, że tak, obcy istnieją, że to było powszechne, to mogła się pojawić. Wysuwam na podstawie tej poszlaki wniosek, że myślenie o innych istotach z innych planet było wówczas zarezerwowane jednak dla bardzo wąskiego grona osób. Większość natomiast skłonna była traktować te wszystkie zjawiska, te wszystkie przemyślenia jako przejaw ingerencji boskiej bądź diabelskiej, ale takiej właśnie.
W związku z tym, jeśli to boska interwencja, nie należy się temu przeciwstawiać, tylko odpowiednio odczytać. Z ingerencją diabelską to jest bardziej poważna sprawa. Ale zwróćcie państwo uwagę, mówimy to właściwie dzisiaj od początku trwania audycji. To był czas, gdzie oprócz tych nurtów myślowych stosy płonęły w najlepsze. Przekonanie o tym, że szatan, że siły zła, siły ciemności ingerują w ziemskie życie, było powszechne. Dlatego te stosy płonęły. Oczywiście płonęły również z tego względu, że ścierały się poglądy religijne. One się ścierały wówczas w taki, a nie inny sposób. Ale te stosy płonęły. I zdaje się, że to jest dobra poszlaka mówiąca o tym, że to jeszcze nie był czas, kiedy to ludzie byli naprawdę gotowi w masie do przyjęcia obcych.
Raczej postrzegali tę rzeczywistość zupełnie inaczej. A jeśli ktoś myślał o obcych przybyszach z innych planet, to była garstka ludzi.
[01:12:03] - Dokładnie tak. I to się jeszcze miało nie zmienić przez długi czas. Natomiast mówiliśmy o tym okresie prosperity nauk tajemnych. Wielu magów, jak ci dzisiejsi psionicy, kontaktowało się wtedy z bytami zza zasłony. I tutaj taką hipotezę chciałbym postawić, dobrą dla wehikułu wyobraźni. A może właśnie to było tak, że gdzieś wtedy, w czasach tej prymitywnej nauki, czy jak to się dzisiaj mówi, pseudonauki, znalazł się jakiś geniusz, który zdołał nawiązać kontakt. Ten kontakt został zadzierzgnięty z tak zwaną drugą stroną, z tą inną inteligencją i oni nas zauważyli. Wszak osoby takie jak przywołany przez ciebie John Dee mówiły o porozumiewaniu się z istotami, które się posługiwały anielską mową. Tutaj John Dee to jest akurat dobry przykład, bo to był angielski okultysta, optyk, kryptolog, mag, doradca królowej, znany z praktykowania sztuki tajemnej, którą można porównać do channelingu, ale i do seansów spirytystycznych jednocześnie. On do rozmowy, do kontaktu z tymi istotami zza zasłony potrzebował medium.
Tym medium był Edward Kelly. Otrzymywane przekazy były często bezsensowne. Zresztą, szczerze mówiąc, panowie poruszali się na takiej cienkiej linii między szarlatanerią a okultyzmem. Natomiast to nam pokazuje, że to, co uznawano dawniej za magię, dzisiaj się uznaje za psi, ESP, widzenie na odległość, psionikę i tak dalej, to było dawniej praktykowane również. I co jeżeli rzeczywiście, i to nie jest mój wymysł, ta koncepcja może nie jest za popularna, ale ona się pojawia wśród różnego rodzaju hipotez ufologicznych, że była jakaś grupa ludzi, która albo dokonała w tym okresie wstępu do nowożytności znaczących postępów, stworzyła tak zwaną wyprzedzającą technikę, albo po prostu skontaktowała się w jakiś sposób z tymi istotami nieludzkimi i one do dzisiaj tak się za nami ciągną, odwiedzają nas, ale nie chcą się ujawnić. Takie interpretacje kontaktu z istotami nieludzkimi to jest coś, co się zaczęło gdzieś w latach 60. Mamy wtedy różnego rodzaju koncepcje mówiące, że to jednak nie są kosmici, ta elita Collinsa i tak dalej. Czyli UFO jako element zwiedzenia ze strony Antychrysta, temat demonicznej natury bliskich spotkań i tak dalej. Wszystko to słyszymy dzisiaj, wszystko to dzisiaj się pojawia. Zatem może jednak wtedy ktoś dokonał tego kontaktu.
Tylko że to nie był kontakt taki, o którym mówimy. To nie był kontakt, którym zajmuje się albo powinna się zajmować astronomia. Tylko to był kontakt na zasadzie parapsychicznej, taki, o którym dzisiaj mówią wspomniani psjonicy. Czyli że tajemnica UFO jest tak naprawdę położona gdzieś głęboko w dziedzinie zwanej parapsychologią i że adepci tych sztuk tajemnych różnymi metodami mogli w okresie największej prosperity tej tematyki jakoś sprowokować te istoty, jakoś je wywołać, jakoś je zaprosić do siebie. Oni mieli różnego rodzaju magiczne pieczęcie, bazgrali jakieś tajemnicze symbole, a kto wie, może któryś z nich nabazgrał ten symbol tak, że zadziałało.
[01:15:20] - Tak. Musimy sobie jeszcze uświadomić, że te rozmowy z aniołami, które były prowadzone za pośrednictwem Kelley'a, Dee był zachwycony. Anioł Uriel, o ile dobrze pamiętam. Tam były dziwne treści przekazywane, na przykład takie, które mówiły o tym, że trzeba się dzielić żonami, majątkami i tak dalej. To nie było w centrum zainteresowania oczywiście, ale na przykład Dee był przekonany, że dzięki komunikacji z aniołami będzie mógł rozwiązać różnego rodzaju tajemnice, tajemnice niebios. Ale zauważcie państwo, to jest dosyć ciekawe. Owszem, kontakt z aniołami, ale te tajemnice niebios miały być rozwiązane poprzez matematykę, optykę, astrologię, naukę, nawigację. Z jednej strony mamy anioły, z drugiej jakieś takie jednak bardzo ziemskie pojęcia. To może być też poszlaka potwierdzająca, że kto wie, czy my dzisiaj mamy swoich mówiących ludzi, którzy kontaktują się z bytami czy też istotami. Zjawisko channelingu jest państwu doskonale znane i omawiane wielokrotnie.
Kto wie, czy wówczas nie mieliśmy do czynienia właśnie z rodzajem channelingu i jakieś takie zjawisko następowało, tylko ono przez wieki zostało zamazane. Zostało to sprowadzone do tego, że Kelley opowiadał Dee różne opowieści dziwnej treści. Później panowie się zresztą rozstali i tak dalej. Kto ciekawy, niech sobie zajrzy do określonych źródeł, bo losy tych magów były naprawdę fascynujące, aczkolwiek nie zawsze szczęśliwe. Natomiast warto brać pod uwagę to, o czym wspomniał Piotr, co zasugerował Piotr, że my z perspektywy kilkuset lat dzisiaj już mamy marne szanse, żeby rozpoznać to, co się wówczas tak naprawdę działo. Ja tylko zwrócę państwu uwagę, że John Dee bywa podejrzewany o wymyślenie na przykład manuskryptu Wojnicza. Jak było, tak było. To oczywiście nie jest nic udowodnionego, ale sama natura, sama postać tego manuskryptu może pokazywać, że zainteresowania były niezwykłe i to, co znajdujemy w manuskrypcie, jedni interpretują jako opis, pokazanie, unaocznienie ludziom, jak może wyglądać ten czy inny świat. Różne są koncepcje dotyczące manuskryptu. Nie otwierajmy tego zagadnienia, bo o manuskrypcie można by zrobić przypuszczam kilka audycji różnych.
Ja tylko pokazuję, że wówczas pojawiały się takie dziwne akcenty, czy to dotyczące chociażby kontaktów z aniołami, czy chociażby takie jak manuskrypt Wojnicza. To daje do myślenia. Nie jest proste w interpretowaniu, ale warto na ten temat pomyśleć.
[01:18:36] - Tak, to nie jest proste. To jest bardzo trudne. Nikt nie zna tutaj konkretnych odpowiedzi. Zarówno wtedy nie znał, jak i nie zna tego dziś. Dlatego, że moim zdaniem ówczesne czasy, jeżeli chodzi o te wszystkie dywagacje na temat kontaktów z aniołami, demonami, one strasznie przypominają to, co się dzisiaj mówi w kwestii UFO. Czyli mentalnie w pewnych tematach nie posunęliśmy się znacząco do przodu. Bardzo prostym powodem i wytłumaczeniem jest to, że nie mamy wiedzy o naturze tych manifestacji, tak to nazwijmy. Nie wiemy, kim są te istoty. One też mają jakiś taki wstręt do tego, żeby się objawiać. I to jest takie gonienie króliczka, czyli termin bardzo popularny w ufologii, który trwa, jak się okazuje, może nie dziesiątki lat, ale tak naprawdę setki lat.
Fenomen pozostaje nieuchwytny. Może jest zauważony, jest różnie interpretowany, natomiast on sam nie dba absolutnie o to, żeby się z nami skontaktować. To, co mówił Hawking, w takim razie też nie jest do końca prawdą Ten nasz kontakt z obcymi nie będzie starciem cywilizacji. On będzie starciem naszym z jakąś agendą, z jakimś planem bliżej nieokreślonych istot. Tu też Marku się pojawia pytanie, czy to wszystko, co powiedzieliśmy, nie oznacza przypadkiem, że czasy, w których żyjemy, nie są do końca epoką rozumu, że epoka rozumu się skończyła. I tutaj moglibyśmy dać mnóstwo przykładów świadczących o tym, że epoka rozumu się skończyła i jest epoka nauki za pieniądze. Ale sednem sprawy jest, myślę, nieuchwytność problemów, o których dzisiaj mówimy, bo ja obserwuję od dobrych kilku tygodni różnego rodzaju gimnastykę naukowców, którzy próbują wreszcie ugryźć problem UFO, UAP, jak to się ładnie mówi, i się po prostu nie da. Bo jak to zrobić? Najlepiej byłoby monitorować to zjawisko, ale cóż, kiedy ono się tak uparcie nie chce pokazywać akurat przed nosem kamer i sensorów. A może my na to źle patrzymy?
Może to zjawisko się wymyka rozumowi i należy na nie spojrzeć pod nieco innym kątem. Może my w ogóle źle pojmujemy nasze miejsce w rzeczywistości i to nie rozum jest miarą, a przynajmniej nie nasz rozum. Nam się miło wierzy w ten mit racjonalizmu i miło się wierzy w ten mit, że kontakt z obcymi to będzie starcie dwóch kultur, nawet jeżeli nie starcie dwóch równych kultur, to jednak podobnych. A guzik prawda. Wszystko nam pokazuje, że coś tutaj nie gra i nie gra bardzo. Tylko że kiedy próbujemy sobie wyjaśniać te zagadnienia, to pula naszych możliwości jest wyczerpana. Wracamy ciągle do tych koncepcji, które narodziły się, które funkcjonowały te 600 i dalej lat temu. I myślę, że to jest sednem popularności koncepcji związanych z tym, że w zjawisku UFO zakodowana jest jakaś tajemnica religijna albo duchowa, bo nam po prostu brakuje już możliwości wskazujących albo tłumaczących, co to może być. Czy kolejne wieki, nie mówię już o tych wiekach, którymi się będziemy zajmować w tym programie, ale kolejne wieki rozwoju nauki przyniosą nam rozwiązanie? Nie wiem.
Szczerze mówiąc nie wiem, bo temat UFO, tych innych inteligencji, zaczyna nas skręcać w dziwną stronę. I to jest taka strona, mówiłem o tych interpretacjach demonicznych, ale jest trzecia odnoga, niereligijna, chociaż tak naprawdę oparta o podobne myślenie, takie deterministyczne, czyli symulacja, że wszystko jest ustalone. My żyjemy w czymś, czego mamy nie poznać, bo ktoś to tak nakręcił. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że ten króliczek nieustannie ucieka?
[01:22:20] - To jest oczywiście jedna z możliwości. Natomiast warto pamiętać, zadałeś pytanie, czy nasze czasy są czasami rozumu, czy nie. Ja nie odpowiem na to pytanie. Nie do mnie to należy. Natomiast zwrócę uwagę na pewne rzeczy. Otóż od jakiegoś czasu, dłuższego, utożsamia się naukę z racjonalizmem materialistycznym. To jest błąd. To błąd, kiedy ktoś mówi: „Ja jestem racjonalistą”. Dzisiaj to wygląda tak, że on mówiąc: „Jestem racjonalistą”, po cichu dodaje materialistą. Kiedy państwo sięgniecie po historię filozofii, racjonalizm nie ogranicza się do materializmu.
To mogą być ze sobą związane pojęcia, ale nie muszą. Można być racjonalnym niematerialistą. Więc my już mamy sytuację, w której część ludzi opowiada się za czymś, czego tak naprawdę do końca nie rozumie, nie dopuszcza do siebie. Ma taki obraz materialistyczny świata, że nauka opisuje wszystko, bo da się wszystko wymierzyć i zważyć. Nawet bardzo chętnie w to wierzę. Tylko zadaję pytanie w tym wypadku: skoro tak jest, to jak to się dzieje, że mniej więcej co 10 lat nauka weryfikuje to, co mówiła wcześniej? Ja bardzo często posługuję się przykładem powieści Verne'a, powieści chociażby tej o Księżycu, o locie na Księżyc albo w kierunku Księżyca bardziej. Otóż wykłady naukowe, które tam się pojawiają, które czynią drugą część trylogii absolutnie ciężką do czytania, te wykłady, jeśli się je czyta dzisiaj, mają z rzeczywistością niewiele wspólnego, ale brzmiały w XIX wieku znakomicie, bardzo naukowo. No jak to tak? To ta nauka bardzo naukowa przestała być naukowa, bo minęło grubo ponad 100 lat?
Nie, ona wówczas nie do końca była naukowa, ponieważ nauka, i to jest jej charakterystyka, z której bardzo niewielu naukowców wyciąga wnioski. Są na szczęście tacy, którzy wnioski wyciągają. Nauka zmienia się przez cały czas, pozostając nauką. I chociaż to, co mówiła kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu, dzisiaj nie do końca jest zgodne z opisem współczesnej nauki, z opisem rzeczywistości, to jakoś ciągłość nauki nie została przerwana. Mówi się, że nauka zdobywa coraz to nowe szczyty i ona się coraz bardziej rozwija. Ale czasami sobie przeczy. Więc być może jest tak, i ja to powtarzam do znudzenia i pewno będę to powtarzał, że to, co dzisiaj uważamy za nienaukowe, bo nie da się tego tak zmierzyć, jak byśmy chcieli albo tymi urządzeniami, którymi chcielibyśmy to zmierzyć, zważyć, nie da się tego zrobić, bo nie mamy takich urządzeń, to uważamy, że coś jest paranaukowe. Bardzo bym się śmiał, kiedy dane mi by było obejrzeć naukę za 100 lat. Naukę, która na przykład będzie dopuszczała, wymyślmy coś, kontakt, ale w każdym razie obserwowanie bytów, które nazywamy duchami. Specjalnie przejaskrawiam, żeby to brzmiało maksymalnie absurdalnie, że tak sobie rymuję, ale o to mniej więcej chodzi, że nauka nie chce przyznać, że wie bardzo dużo, ale nie wie Również bardzo dużo.
Nie ma pojęcia o pewnych rzeczach, chociaż udaje napuszoną, udaje taką, która wie wszystko. To jest nieprawda i bardzo sobie cenię naukowców, którzy skłonni są to przyznać, którzy mówią: „Nie wiem, jak jest. Coś się nie zgadza w naszym obrazie świata. Nie zgadza się, ale dlaczego się nie zgadza? Nie wiem. Rozwijajmy naukę, może się kiedyś dowiemy”. Natomiast ta część nauki, która mówi: „My już wiemy wszystko, jak jest i zaraz państwu chętnie powiemy”. I ktoś tam wyskakuje z jakąś dziwną teorią o UFO na przykład. „Nie, proszę pana, to nie wchodzi w zakres nauki. Tym się nie interesujemy, bo to jest nienaukowe”.
To tego rodzaju podejście jest absolutnie sprzeczne z tym, co nazywamy nauką, z tym, czemu nauka powinna się poświęcać. Czyli badamy nieznane, bez na razie mówienia o tym, czy to jest głupie nieznane, czy może mądre nieznane, bo tego nie wiemy. Badajmy to, bo może to nieznane ma szansę stać się znanym, ale tylko wtedy, kiedy w ogóle się tym zainteresujemy. Mam wrażenie, że współczesna nauka zbyt często mówi, że coś jest nienaukowe i to nas nie interesuje. To głupie jest po prostu. I mam nadzieję, że ta część nauki, która skłonna jest nieentuzjastycznie, ale w imię pewnej „prawdy obiektywnej, naukowej prawdy", badać te dziwne zjawiska, że to przeważy w nauce, bo tylko wówczas mamy szansę zbadać to, co dzisiaj bardzo często kwitujemy rozłożeniem rąk. Mówimy: „Nie wiemy. Nie wiadomo, jak jest. Może UFO, może to, może tamto”. Nikt tego nie bada w sposób poważny.
I później są zarzuty, że UFO to jest takie opowiadanie bajek, bo żadnych dowodów nie ma, nic się nie zmaterializowało. Wszystko opiera się na tym, że jedna pani drugiej pani opowiedziała o tym, co widziała. I to wszystko. Mam niedobre wrażenie, przykre wrażenie, że czas, o którym dzisiaj państwu opowiedzieliśmy, te lata, te wieki XVI, XVII, one przerażająco, wręcz dla mnie przerażająco przypominają to, co dzisiaj się dzieje w świecie naukowym. Oczywiście jest to wiele poziomów wyżej, ale sam sposób myślenia o rzeczywistości jest zadziwiająco podobny. Trochę mnie to, mówiąc szczerze, nie tylko irytuje, ale martwi. Pięknie państwu dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Przypomnę, naszym gościem na Wehikule Wyobraźni był Piotr Cielebiaś z kanału UFO Historie. Piękne dzięki, Piotrze.
[01:28:43] - Ja również dziękuję. Pozdrawiam. No i cóż, zachęcam do komentowania. Zapraszam też na audycję z Markiem na kanale UFO Historie. Jest czego posłuchać.
[01:28:57] - Proszę państwa, to zróbmy sobie małą przerwę. Czas na recenzarium Ewiwy, a w recenzarium Ewiwy „Kwiaty dla Algernona”.
[01:29:12] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Są takie książki, których przeczytanie pozostawia rany w sercu. Naprawdę trudno to inaczej określić. Oczywiście nie każda książka, nawet z tych najbardziej dramatycznych, pozostawia w czytelniku coś naprawdę długotrwałego i głębokiego. Umiejętność manipulowania emocjami czytelników nie jest dana każdemu pisarzowi, a też posiadanie jej nie znaczy wcale, że ma on jakiś szczególny talent. Mam na myśli tutaj talent literacki. Najlepszym przykładem jest autorka „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, aczkolwiek nie da się ukryć, że jest nie tyle pisarką, co grafomanką, to jednak manipulować emocjami czytelnika potrafi. Co do tego nie ma dwóch zdań. Nie widać tego w całej jej twórczości, ale w jej niewielkich fragmentach. Zdecydowanie pisarzem, który osiągnął swój cel, używając właśnie tej umiejętności, jest Daniel Keyes.
Należąca do klasyki gatunku SF książka „Kwiaty dla Algernona” jeszcze dziś, mimo że wymagania czytelników się zmieniły, określana jest jednoznacznie jako jedna z najbardziej przejmujących książek w całej literaturze, nie tylko w literaturze SF, bo tak naprawdę science fiction jest tam raczej niewiele. Można zaliczyć do tego możliwość operacji mózgu tak finezyjnej, żeby spowodowała wzrost inteligencji. Notabene nad tym pracowali już hitlerowscy naukowcy. Jednak jej wartość jest z zupełnie innej parafii. Fantastyka jako taka nie ma tu nic do rzeczy. Historia bowiem jest boleśnie codzienna. Charlie Gordon, obiekt badań dwóch doktorów z wielkiego uniwersytetu, jest mężczyzną upośledzonym o umysłowości małego dziecka. Nawet nie umie dobrze czytać i pisać. Mimo to jest otwarty, życzliwy i po swojemu szczęśliwy. Pracuje jako sprzątacz w fabryce opakowań i żyje z dnia na dzień.
Po operacji zmienia się dla niego wszystko. Zyskując inteligencję, traci jednocześnie przyjaciół, bowiem zaczyna zbyt dużo widzieć. Widzi, że będąc dla niego pozornie życzliwymi, w rzeczywistości naśmiewali się z niego. Poza tym całe jego życie nie nauczyło go współpracy z ludźmi mniej inteligentnymi, ponieważ zazwyczaj to on był najmniej inteligentny. Zyskawszy ponadprzeciętny intelekt, nie tylko uczy się bardzo szybko, nie tylko zaczyna wykazywać wręcz oznaki geniuszu, ale zwraca też na siebie uwagę kobiet. Dobywa pewną pozycję w społeczeństwie. Jednak obserwacja Algernona, myszy, od której zaczął się cały eksperyment, ukazuje okropną prawdę. Otóż skutki ingerencji chirurgicznej nie są trwałe. Książka ma formę dziennika prowadzonego przez Charliego. Początkowo niezdarne zapiski przeradzają się w bardzo złożone i głębokie przemyślenia, po to, żeby potem znowu wracać do tego na wpół dziecinnego bełkotu.
Najgorsze jest to, że Charlie rozumie, co traci. Życie dla niego staje się dużo gorsze niż przedtem. Nie jest to wina naukowców, ponieważ być może przyświecały im niezbyt szlachetne pobudki, ale tak czy inaczej próbowali opracować jakąś terapię dla ludzi umysłowo upośledzonych i przez to będących na bardzo niskim szczeblu społecznym. Trudno mieć do nich o to pretensje. Jednak swoim eksperymentem bardzo skrzywdzili Charliego. Przede wszystkim zrozumiał, że jest w zasadzie dla świata niczym. Nie miał wcześniej tej świadomości. Próba odszukania rodziny kończy się również ogromnym, bolesnym rozczarowaniem. Właściwie wszystko to, co zyskał, mogłoby mieć jakąś wartość, gdyby okazało się trwałe. Jakoś by się w tym wszystkim odnalazł.
Ale stopniowo tracąc swoje możliwości, staje się istotą tak głęboko nieszczęśliwą, że trudno sobie wyobrazić coś gorszego. A to jeszcze nie koniec. Tak, to prawda. „Kwiaty dla Algernona” to jedna z najbardziej przejmujących książek, jakie przeczytałam. To jest nie tylko wycieczka w głąb umysłu osoby, której przyroda odmówiła niejako równości intelektualnej choćby ze starszymi dziećmi. To również podróż w głąb naszego społeczeństwa, w którym dominuje poczucie wyższości wobec tych, którzy mają w czymkolwiek mniejsze możliwości niż my. Naprawdę pokazuje, że nie mamy się czym chwalić jako ludzkość, ponieważ w wielu sytuacjach nasze zachowanie jest po prostu barbarzyńskie. W tym świecie najbardziej ludzki okazuje się właśnie Charlie. A już zakończenie... Nie będę już o tym mówić.
Myślę, że każdy powinien tę książkę przeczytać. Radzę tylko zaopatrzyć się w chusteczki, ponieważ wrażliwsi ludzie naprawdę mogą zakończyć lekturę spłakani do imentu. Pozdrawiam. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:34:56] - No i czas na trzecie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Zaręczam, że nie ostatnie dzisiaj. Czas na Filmotekarium. A dzisiaj, proszę państwa, dzisiaj duże wyzwanie. Film „Oszukać przeznaczenie 6”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie będziemy oszukiwać przeznaczenie i to po raz szósty. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:35:33] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam. No cóż Marku, kiedy mówimy o filmach z numerkami na końcu, no to bywa różnie.
[01:35:44] - Na ogół bywa źle.
[01:35:46] - Tak. Wiesz, tutaj mamy podtytuł dodatkowo, bo szósteczka to szósteczka, ale jest jeszcze podtytuł „Więzy krwi”. No i ktoś chyba zrobił lekki błąd nadając taki podtytuł serii, bo my już na samym początku próbujemy rozkminić, co się tam dzieje względem poprzednich części. I ten podtytuł nam już na samym początku na słowo daje pewne wskazówki. „Więzy krwi” czy „Bloodlines” to jest kolejna odsłona bardzo popularnej — ja nie wiem, czy ona jest popularna teraz — natomiast w okresie, kiedy pojawiały się pierwsze odsłony, to była bardzo popularna seria. Dzisiaj z perspektywy kolejnych odsłon jest oczywiście różnie oceniana, ale szóstka to już jest naprawdę daleko. Zazwyczaj te filmy rozgrywają się według podobnych schematów. Zazwyczaj operują bardzo obrazowymi, brutalnymi scenami zgonów bohaterów. I to też jest taki film, gdzie dostajemy prawdę mówiącą nam, że śmierci się nie da oszukać, a w przypadku „Bloodlines” okazuje się dodatkowo, że ta śmierć podąża za czymś, co jest dzisiaj bardzo modne, czyli za tak zwanymi liniami rodowymi. Film jako rozrywka jest okej.
Nawet muszę powiedzieć, że jako taki rasowy narzekacz i malkontent to się da oglądać. Nawet w jakiś sposób się w ten film wciągnąłem. Ale w przypadku „Bloodlines” poruszamy się po takiej sinusoidzie, po takim rollercoasterze, jeżeli chodzi o napięcie i jeżeli chodzi o sens. Raz jest ich więcej i oczekuje się, że to zostanie już utrzymane na takim poziomie, ale potem za chwilę już jest zupełnie inaczej. Jak Marku oceniasz szósteczkę na tle pozostałych części?
[01:37:47] - Na tle to będzie mi trudno, bo ja jednak traktowałem w pewnym momencie, że cały cykl został zamknięty na piątce. Tam się pewne rzeczy zaczęły zbiegać. No i trochę mnie zdziwiło, że się pojawiła szósteczka. Ona oczywiście, jak się to przeanalizuje, sens ma. Co więcej, ja mam do tej serii takie podejście. Owszem, ona mnie również wciąga i ten szósty film również sprawił, że nie nudziłem się specjalnie, ale na temat tej rozrywki i tego nienudzenia się za chwilę. Natomiast muszę powiedzieć, że zacząłem taką autoanalizę, co mnie w tym filmie tak bawi. I proszę państwa, cała ta seria jest zbudowana na ludzkiej specyfice. Nie wiem, czy państwo kiedyś oglądali, są na YouTubie takie filmy, gdzie na przykład jakaś kulka się toczy albo oglądamy kostki domina przewracające się i to się w nieskończoność ciągnie. Albo ta kulka, to ona sobie wędruje po całym domu w górę, w dół, wychodzi na dwór, wraca i tak dalej.
I my z napięciem obserwujemy, przynajmniej niektórzy z nas, co się będzie działo dalej, jaki kolejny pomysł będzie miał twórca owej kulkowej epopei albo tej dominowej epopei. Co tam się nowego zdarzy? Trochę jest tak w tej serii "Oszukać przeznaczenie". My bardzo często zastanawiamy się. To, że bohaterowie zginą albo będą bliscy śmierci, ale raczej zginą, to my to wiemy od początku i cała nasza aktywność mózgowa jest skierowana na to, jak to oni zrobią, ci scenarzyści, jak to się stanie. W dodatku ci scenarzyści nas podpuszczają, nieustannie coś sugerują, że może teraz, a nie jeszcze nie. Albo sugerują, że coś się wydarzy, a to się nie wydarza. A później przychodzi owo wydarzenie śmiertelne z zupełnie niespodziewanej strony. Czasami mamy sytuację, w której dokładnie śledzimy mechanizm, według którego rzecz się zadzieje, a czasami coś się dzieje niespodziewanie. Za każdym razem w taką czarną dziurę wciągani jesteśmy.
Ta czarna dziura to jest taka... Ja się poczułem chwilami jak psychopata. To znaczy czekam, w jaki sposób zostanie wykończony kolejny bohater filmu. Przyznam się, że trochę mnie to zafrapowało, trochę nawet zmartwiło, ale ponieważ skonsultowałem się z kilkoma innymi osobami, które oglądały ten film, doszedłem do wniosku, że mieszczę się w pewnej normie, bo to prawie wszyscy tak mają, że skupiają się głównie na tym. Akcja jest oczywiście ważna, ale te momenty, kiedy blisko jest już do wykończenia kolejnej jednostki, to bywa naprawdę ciekawie. I tu takich momentów i tych takich, gdzie śledzimy dokładnie, jak to się stanie oraz takich niespodziewanych, nagle cyk i już ktoś nie żyje, jest całkiem sporo. Trup pada gęsto. Jakoś tak do końca poważnie tego nie traktujemy, jednak konwencja filmu właśnie jest taka, że ten trup musi tam padać, bo cały sens jest z tym związany. W związku z tym, jakkolwiek państwo to ocenicie, to ja bawiłem się dobrze. To właśnie jest taka zabawa, której nie można oceniać później, bo trzeba się skupić na tym, kiedy jest się na filmie i ogląda się to, to wtedy zabawa jest naprawdę niezła.
A jak się później analizuje z jednej strony, z drugiej strony, jakież to ma przesłanie ten film? Żadnego przesłania, takiego specjalnie oryginalnego nie ma, to on ma dostarczać pewnej rozrywki. Na pewnym określonym silniku pracuje ta rozrywka, na pewnych emocjach, które są proste, ale nieobce każdemu z nas i w związku z tym nie ma sensu roztrząsanie później, czy ten film jest lepszy, czy gorszy. On po prostu bawi w momencie odbioru i to jest jego główna zaleta. Trudno mi powiedzieć tak en gremio o całym filmie coś niepozytywnego. Natomiast jak wejdziemy w szczegóły, pewne dziury scenariuszowe, to momentami jakbyśmy to teraz próbowali rozwałkować, to byłoby różnie. Ale nawet na to, przy tej konwencji filmu, nawet na te dziury czy może dziurki scenariuszowe można przymknąć oko. Nie o to w tym filmie chodzi.
[01:42:50] - Tak, to nie jest kino inteligentne, to powiedzmy na samym początku i zresztą to jest szóstka. Jeżeli ktoś oglądał poprzednie części, to co tu mamy tłumaczyć? Główną bohaterką "Bloodlines" jest Stephanie, studentka, którą prześladuje sen na temat tragedii pewnej restauracji umieszczonej w wieży widokowej. Tam się dzieją straszne rzeczy i ona przyjeżdża do rodzinnego domu, aby tą sprawę rozwiązać, dlatego, że uważa, iż we śnie występuje jej sfiksowana babka. Sny są na tyle poważne, że Stephanie jest prawie wydalona z uczelni, bo grozi jej utrata stypendium. Natomiast bohaterem drugoplanowym jest szeroko pojęta jej rodzina, najbliższa rodzina i kuzynostwo. Okazuje się, że babka Stephanie skrywa mroczną tajemnicę, o której się szybko dowiadujemy. I tutaj lepiej nie zdradzać, o co chodzi. Jeżeli ktoś się chce przy tym filmie pobawić czy może wciągnąć się chce, to nie będziemy może więcej mówić, zdradzać, dlatego, że szóstka jest i podobna, i niepodobna jednocześnie do poprzednich odsłon, ale oglądać się da. Chociaż to jest uzależnione oczywiście od osobistych preferencji i odporności widza na farmazon.
Dlaczego? Bo niedociągnięcia, które się tam zdarzają są duże. Szczególnie chodzi o rzeczywistość przedstawioną, to co się dzieje, jakie są zależności między bohaterami, ale o tym może za chwilę. Niektórzy się mogą zastanowić, jak to jest, że myśmy byli bardzo wybredni przy dużo lepszych filmach. Dlaczego żeśmy czasami rzucali błotem w kierunku czegoś, co było oceniane bardzo dobrze, a tutaj mówimy, że jest okej w przypadku filmu, który jest Co najmniej przeciętny, ale on się nie sili na bycie czymś dobrym. I szczerze mówiąc, Marku, ja byłem bardzo zaniepokojony, kiedy zasugerowałeś "Bloodline", dlatego że nie spodziewałem się niczego, co by mnie wyrwało z butów. Natomiast muszę powiedzieć, i to też jest ciekawe, że pomimo tego, że film jest długi, jest trochę dłuższy niż standardowo, niewiele, ale jednak to da się wytrzymać. Ma jakiś dziwny dar do trzymania człowieka może nie w napięciu, ale właśnie w tej delikatnej ciekawości. Bo z jednej strony my, tak jak powiedziałeś, wiemy co się stanie i tak wszyscy umrą. Chociaż tutaj końcówka jest zrypana i to mówię od razu nie podobała mi się całkiem do "D", ale coś takiego nawet w tej pierwszej części, kiedy ta historia dopiero się rozkręca, kiedy zaczynamy poznawać ten sekret, to tam jest coś takiego, co jest takie guilty pleasure, jak to się mówi, ale jednak jest i da się to obejrzeć.
[01:45:45] - Tak, obejrzeć się da. Co więcej, przyłączę się do tego, o czym powiedziałeś. To prawda. Po tym filmie nie spodziewałem się jakiejś specjalnej głębi i się nie zawiodłem. To już też jest w końcu jakiś plus. Poza tym on w warstwie, nie wiem, jak ją nawet określić, powiedzmy, że technicznej czy tej filmowo-technicznej jest całkiem sprawnie zrobiony. Powiedziałem o dziurach w scenariuszu. To jest właśnie to, że pewne rzeczy się tam nie do końca spinają, składają, ale my nad tym prześlizgujemy się, bo i tak historia się toczy. Natomiast warto, myślę, powiedzieć o tym, że "Oszukać przeznaczenie 6", znowu pewien rodzaj usprawiedliwienia, że katujemy inne filmy, o czym Piotr mówił, a tutaj zachwycamy się. Nie, to nie chodzi o zachwyt.
To znaczy, chodzi o to, że ten film nie obiecuje zbyt dużo, a na tym poziomie, na którym się toczy, wywiązuje się z tych obietnic, które daje. Czyli jakoś się państwo zabawicie. Ten film się nie sili na jakieś specjalne filozoficzne głębie, o tym już mówiłem. Ale z drugiej strony, jak będziecie państwo bardzo chcieli, ale to już od pierwszej części można było to robić, nad pewnym przypadkiem w życiu człowieka oraz brakiem przypadku na temat tego, czy można uniknąć przeznaczenia, można uniknąć śmierci, jakie to niesie konsekwencje. Nad tym się można zastanawiać, ale zarówno z tym filmem, jak i bez tego filmu to może być tylko jakiś impuls, żeby sobie w danym momencie pomyśleć. Ale tak jak to Piotr powiedział, ja przynajmniej bawiłem się na tym filmie nieźle, ponieważ po pierwsze wyłączyłem jakieś takie drobiazgowe doszukiwanie się, że coś może z czegoś niekoniecznie wynikać. Uodporniłem się też na pewne przynajmniej dyskusyjne elementy w tym filmie, czyli ta moneta. Moim zdaniem w niektórych, ale musiałbym porozmawiać oczywiście z osobą, która się na wytrzymałości materiału i na pewnych szczegółach technicznych zna, ale moim zdaniem niektóre sceny są przesadzone. Chociażby ostatnia scena, o której wspomniał Piotr. Mnie się ona nie podobała, chociażby ze względu na to, że moim zdaniem przy pomocy monety nie da się tego zrobić.
Ja w końcu pochodzę z osiedla w Bydgoszczy, w pobliżu którego przebiega linia kolejowa dwutorowa do Inowrocławia i zabawy na torach z monetami były chlebem powszednim w tak zwanych szkolnych czasach. Doskonale wiem, co się dzieje z monetą na torach i co się z nią może dziać. Tu może niedokładnie na torach, a na rozjeździe, ale moim zdaniem to się kupy na przykład nie trzyma. Powtarzam, to jest moja amatorska ocena. Być może jestem w błędzie, być może nie mam racji. Tu wymagane byłoby skonsultowanie się z osobą, która po prostu na wytrzymałości materiałów i na mechanice się zna. Ale powtarzam, ja przymykam oczy. To jest film w ogóle, przy którym należy zmrużyć oczy i będziecie się państwo dobrze bawić mimo wszystko. A historia z wieżą widokową jest nakręcona moim zdaniem klimatycznie. Jakoś tak wszedłem.
Być może to kwestia tego, że chciałem bardzo w końcu obejrzeć jakiś film, który mnie wciągnie. Ja bardzo wszedłem w tę historię. Wydała mi się klimatyczna, dobrze oddająca nastrój odległych czasów, bo rzecz się dzieje naprawdę dawno z tą wieżą widokową. To widzicie państwo po scenografii, po ubiorach, po sposobach zachowania. To było przekonujące. W dodatku to jest bardzo długie, początkowe wprowadzenie do filmu. My nie wiemy, o co chodzi. Jesteśmy zdezorientowani, bo nagle oglądamy historię sprzed kilkudziesięciu lat. Co to jest? O co chodzi?
Rzecz się później wyjaśnia. To był sen głównej bohaterki, ale to wygląda wręcz w pewnych momentach jak kino katastroficzne. Ja tam mam dobre wrażenia.
[01:50:32] - W przypadku "Bloodline" pewnym problemem są także niedociągnięcia takiej natury związanej ze związkami międzyludzkimi. Wszystko się tam generalnie dzieje bardzo szybko, oczywiście też w pewnej konwencji. I można to kupić albo nie, o tym już była mowa. Można na przykład kupić to, że matka, która porzuciła dzieci kilkanaście lat wcześniej, wraca po latach i idzie na grilla i spotyka się z nimi jakby nigdy nic. I takich drobnych głupotek w tym filmie jest więcej. Jeżeli ktoś to kupi, to da się to znieść. Jeżeli natomiast się szuka spójności w narracji albo nie daj Boże jakiejś głębi, to jest gorzej, jest wręcz naiwnie. Pamiętajmy, że to jest seria, która ma swoich fanów, ale ma też wrogów. Można się jednak czepiać zachowań niektórych bohaterów głównych i tych dalszoplanowych odnośnie ich reakcji na pewne zagrożenia. Na przykład człowiek, któremu się kolczyk wkręcił w łańcuch, kolczyk z nosa wkręcił się w łańcuch, z kolei łańcuch się wkręcił w wiatrak na suficie.
On by mógł po prostu zerwać ten łańcuch i pójść do domu, zamiast wykonywać taniec śmierci w powietrzu wokół rozlanego rozpuszczalnika. Kierowca w śmieciarce, który nie reaguje na wołania. Wszechobecne niebezpieczne substancje, które mogą wybuchnąć. I przede wszystkim ten kiepski finał. Finał finałów tak naprawdę zakończenie, które jest przesadzone, które jest głupie i odbiera sen z tym 140 minutom spędzonym na filmie, które o dziwo mijają bardzo szybko.
[01:52:17] - Ja jeszcze nawiążę do tej śmieciarki, bo ja nie wiem, czy scenarzyści w ogóle kiedyś jeździli samochodem, czy też bardzo po prostu chcieli napisać tę scenę. Bo jeśli ktoś samochodem jeździ, to wie, że może sobie włączyć dowolne ryczydło w tym samochodzie, może nawet słuchawki mieć na uszach i nic nie słyszeć. Tak się tutaj dzieje, ale ponieważ ci bohaterowie biegną przez dłuższy czas niejako równolegle do ciężarówki, to albo ów kierowca śmieciarki był kompletnym idiotą i nie wiedział, jak się prowadzi samochód, nie spoglądał w lusterka, nie miał tak zwanego kącika oka. No tak, niech będzie. W każdym razie bardzo często jest tak, że widzimy coś tam w lewej części naszego pola widzenia coś się dzieje, nie wiemy co i wtedy odwracamy głowy i widzimy, że ktoś biegnie przy samochodzie. Ta scena wydała mi się wyjątkowo dziwna, ale w końcu dlaczegóż nie mają śmieciarek w Stanach Zjednoczonych prowadzić kompletni idioci? Mogło się zdarzyć? Teoretycznie mogło. Bardzo wiele rzeczy w tym filmie dzieje się, chociaż mówimy sobie: "Nie, ale tak normalnie to się nie mogło wydarzyć". Otóż wszyscy, łącznie ze mną, którzy tak mówimy, mylimy się.
To się teoretycznie mogło wydarzyć, tylko ta zasada prawdopodobieństwa jakoś tak chyba nie do końca wypala w tym filmie. Co więcej, ten człowiek, który się uwalnia z tego łańcucha, znowu coś, nieważne. W pewnym momencie i tak spotyka go śmierć i to dosyć absurdalna. W szpitalu w dodatku go ta śmierć spotyka. I wierzcie mi państwo, pomimo że i tak powiedziałem dużo, to jeszcze tak naprawdę spoilera nie było. Dziwnie ginie ten człowiek. Naprawdę dziwnie. I to też warto zobaczyć, bo niektóre z tych śmierci są moim zdaniem przekombinowane. Niektóre ogląda się, i tu znowu powiedziałem w pewnym momencie, że to jest jednak film dla psychopatów. To znaczy ja się poczułem psychopatą.
Może będę bardziej szczegółowy, bo ogląda się, śledzi się to dojście, jak dojdzie do tej śmierci i później się ocenia. Tak mogło być, mogło go to spotkać. A później sobie mówię: "Nie, ale ta śmierć była jakaś taka niepełna, jakaś taka niedorobiona. Nie postarali się, mogli to zrobić lepiej". I stąd te moje wątpliwości, czy jestem osobą przystosowaną społecznie, czy też może powinienem zacząć się martwić, jaka przyszłość przede mną i czy szybko mnie zamkną. Generalnie jeśli ktoś lubi proste kino bez silenia się na większe przemyślenia, ale to nie ma być pejoratywne, że większe przemyślenia nie. Jeśli ktoś lubi rozrywkowe kino, to jest film, który warto rozważyć jako propozycję do obejrzenia. Proszę państwa, to teraz bez tajemnic. Z fundamentalnym, rzekłbym takim pytaniem, które ja nie wiem, czy bardziej do filozofów, do teologów, czy do kogo jest skierowane. A może ono jest skierowane po prostu do zwykłych, czujących ludzi.
Czy Bóg istnieje? Zapraszam.
[01:56:20] - Wielokrotnie zdarzyło się, że gdy rozmawiałem z różnymi osobami na temat spirytyzmu, z różnymi osobami, które nie znają tej filozofii, były one zaskoczone, że spirytyści wierzą w Boga. Zawsze jest to dla mnie troszeczkę dziwne, ponieważ zawsze wydawało mi się, że jeżeli ktoś wierzy w duchy, to siłą rzeczy musi też wierzyć w Boga. Bo jednak trzeba przyznać, że we wszelkich rozważaniach filozoficznych na temat religii, wiary i tak dalej, Bóg stanowi podstawę wszystkiego, więc trudno jest sobie wyobrazić wiarę W jakąś formę egzystencji pozamaterialnej, pozacielesnej bez wiary w Boga. Kolejne pytanie, które się nasuwa w trakcie rozważań teologicznych, filozoficznych: jaki mamy dowód na to, że Bóg istnieje? W przypadku różnych religii mówimy o wierze, że wierzymy w to, że Bóg istnieje. Są różni święci, osoby uznane za święte, którzy twierdzą, że miały kontakt z Bogiem, a spirytyści mają duchy. Trzeba pamiętać, że filozofia spirytystyczna nie wywodzi się z żadnej religii. To jest twór samoistny, który powstał w wyniku wielokrotnego powtarzania seansów spirytystycznych i komunikatów, które zostały uzyskane od różnych duchów przez pośrednictwo różnych mediów. Duchy te dają nam dowód na istnienie Boga, ponieważ mówią o tym Bogu. Jeżeli duchy mówią o tym Bogu, to znaczy, że muszą mieć w tym jakiś cel.
Niektórzy twierdzą, że spirytyści nie kontaktują się z duchami, tylko z szatanem i że na tym polega pułapka spirytyzmu. Ale jeżeli założymy, że katolicy mają rację i mówią, że to szatan się kontaktuje ze spirytystami i to szatan mówi o Bogu, to jest to trochę nielogiczne, ponieważ dlaczego szatan miałby mówić o tym, że Bóg istnieje? Dlaczego szatan miałby namawiać ludzi do wiary w Boga? Przecież w końcu Bóg odciąga ludzi od zła. Tak więc założenie, że diabeł opowiada o Bogu, jest po prostu nielogiczne. Więc skoro to jest nielogiczne, trzeba założyć, że może jednak spirytyści mają rację, mówiąc, że kontaktują się z nimi duchy zmarłych ludzi, którzy też mówią o Bogu i oni są w zaświatach i opowiadają o tym, że ten Bóg istnieje, że odczuwają tego Boga i że ten Bóg ma na nich wpływ, że ta relacja między duchami a Bogiem jest żywa. To nie jest jakaś abstrakcja. Moglibyśmy też założyć teoretycznie, że istnieje jakiś wielki spisek duchów, gdzie wszystkie duchy poprzez wszystkie media opowiadają jakąś wymyśloną przez siebie anegdotę i że Boga nie ma, ale one wszystkim ludziom wmawiają, że ten Bóg istnieje. Tylko teraz pytanie: po co duchy miałyby to robić? Na tyle, na ile spirytyści poznali naturę duchów, nie wiadomo, jaką duchy mogłyby odnieść korzyść, szczególnie te dobre duchy, z podtrzymywania takiej mistyfikacji.
Jeżeli nie ma motywu, nie ma zbrodni. W różnego rodzaju rozważaniach na temat istnienia Boga czasami pojawia się taki argument, że skoro w sposób materialny nie można udowodnić, że Bóg istnieje, w sposób naukowy chciałem powiedzieć, to niektórzy ludzie mówią, że Boga się czuje, że obecność Boga się czuje, że z Bogiem można rozmawiać, że Boga można doświadczyć tak, jak to czynili różni święci. Materialiści mogą zarzucić osobom wierzącym, że te odczucia, to czucie Boga jest związane bardziej z wychowaniem w danej kulturze. Ale przecież wychowanie zawsze z czegoś się bierze, więc należałoby sobie teraz zadać pytanie: jeżeli to odczucie Boga jest wynikiem wychowania, to skąd wzięli to ludzie pierwotni, te pierwotne ludy? Przecież gdy tylko człowiek zaczął zamieszkiwać Ziemię, od razu rozpoczął się kult Boga. W dalszej części możemy założyć, że nie istnieje taki Bóg, jakiego się powszechnie opisuje. Możemy założyć, a nawet mówią o tym duchy, które są zacytowane w „Księdze duchów”, że posiada on cechy, które nie są nam znane. Niekoniecznie my naszymi umysłami bylibyśmy w stanie je pojąć. Bóg, którego my znamy, Bóg, którego my pojmujemy, jest wieczny, nieskończony, miłosierny, dobry. I jeszcze kilka innych cech.
Ale bez względu na to, jak będziemy opisywać Boga, cały czas ma on na nas wpływ. W „Księdze duchów” czytamy, że człowiek nie może poznać Boga, nie może poznać natury Boga, ponieważ jesteśmy od Boga za bardzo oddaleni w takim sensie, że jesteśmy za bardzo zanurzeni w materii. Ale wraz z rozwojem moralnym, oczywiście to jest też kwestia reinkarnacji, nie jesteśmy w stanie osiągnąć doskonałości moralnej w ciągu jednego życia, więc wraz z rozwojem moralnym na przestrzeni wielu inkarnacji zbliżymy się do Boga i zbliżając się do Boga, będziemy w stanie lepiej go pojąć. Możemy podać za przykład Jezusa, który przecież był moralnie bardziej rozwinięty od swoich uczniów. I widzimy, że był on bliższy mentalnie Bożej doskonałości. Czy uznajemy Jezusa za Boga, czy nie, to już jest inna sprawa. Chodzi tylko o to, że jego nauki były
[02:03:04] - bliższe Bogu niż sposób rozumowania jemu współczesnych. Duchy mówią wprost, że Bóg jest przyczyną wszechrzeczy, to znaczy jest przyczyną, a nie skutkiem. I mówią także, żeby nie zanurzać się w niepotrzebne, bezsensowne teorie, w labirynty myślowe, z których tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wybrnąć i w zasadzie one w żaden sposób nie rozwiewają naszych wątpliwości odnośnie istnienia Boga. Duchy mówią, że Bóg po prostu istnieje i należy się z tym pogodzić. Nie należy szukać niczego więcej ani niczego mniej. Po prostu tak jest. Kropka. Koniec. Bóg istnieje. Bóg jest przyczyną wszystkiego.
Innymi słowy, filozofia spirytystyczna odrzuca panteizm i wszystkie filozofie, które w jakikolwiek sposób próbują odebrać Bogu jego cechę indywidualności bądź nadać mu jakieś cechy materialne. I to chyba byłoby na tyle. Myślę, że nie ma sensu przedłużać. To, co najważniejsze, to już chyba powiedziałem. Proszę państwa, w tym tygodniu dotarła do nas wiadomość straszna. Odszedł Tadeusz Olszubski, autor książek science fiction, ale też autor książek z pogranicza. Dlatego w dzisiejszych książkach z pogranicza porozmawiamy z Piotrem Cielebiasiem o książkach, które wyszły spod pióra Tadeusza Olszubskiego. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy książki z pogranicza. Dzisiaj audycja szczególna, bo właśnie dowiedzieliśmy się, że zmarł autor ceniony, autor zarówno literatury pięknej, konkretnie science fiction i nie tylko science fiction, fantastyki szeroko pojętej, bo również grozy, również książek fantasy, ale także książek z pogranicza.
Tym autorem był Tadeusz Olszubski i wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, którego witam.
[02:05:52] - Witam również.
[02:05:53] - Postanowiliśmy poświęcić tę chwilę, którą trwa nasza audycja, aby wspomnieć o książkach. Tych właśnie książkach z pogranicza, które Tadeusz Olszubski napisał, przynajmniej o części z nich. Piotrze, jaką ty książkę najbardziej sobie ulubiłeś z tych książek napisanych przez Tadeusza Olszubskiego?
[02:06:19] - Odpowiadając na pytanie tak z marszu, to powiem, że książkę o niezwykłych istotach, czyli „Tajemnicze istoty” z 2004 roku. Natomiast ja może powiem kilka słów jeszcze. Otóż w tym roku świętował 67. urodziny i 45-lecie pracy twórczej. Debiutował jako poeta jeszcze w PRL-u. Dość szybko przyszedł debiut prozatorski. Miał na koncie bardzo dużo opowiadań, chyba kilkadziesiąt. Encyklopedia Fantastyki je wszystkie podaje. Podaje też bodajże cztery zbiory tych opowiadań. Ale przede wszystkim wielu osobom kojarzył się jako autor zajmujący się tajemnicami nauki historii, również zjawiskami z pogranicza.
Współpracował z Nieznanym Światem, chociaż tak naprawdę w ostatnich kilkunastu latach bardziej był związany z czasopismem „Czwarty Wymiar”. Był też autorem kilku książek właśnie o zjawiskach z pogranicza. I były to „Tajemnicze istoty” rzeczone z 2004, „Tajemnice świata” z 2005, „Tajemnicze artefakty” z 2016 i „Tajemnicze historie z pogranicza światów” sprzed trzech lat. Najbardziej jednak ja oprócz tej książki o tajemniczych istotach, bo bardzo kiedyś interesowałem się kryptozoologią i to dlatego, ale tak naj, naj to ceniłem książkę, którą on napisał wspólnie z Wojciechem Chudzińskim i to były „Niewyjaśnione zjawiska w Polsce” z roku 2003. To była książka bardzo charakterystyczna również ze względu na okładkę i format. Był to zbiór reportaży, jak sama nazwa wskazuje, o nieznanych, niesamowitych zjawiskach w Polsce. I to był bardzo szeroki zakres: od UFO, przez kontaktowców, piktogramy, nawiedzenia. I muszę powiedzieć, że szczęśliwy, kto tę książkę posiada. Dlatego, że niektóre z tych materiałów, które tam są zawarte, są unikatowe, mają duże znaczenie dla historii paranormalistyki w Polsce, bo to są opowieści, o których zapomniano, o których się już nie dowiemy z internetu. Na przykład nawiedzenie w Niewieścinie.
Oczywiście tutaj musimy pamiętać, że oprócz Tadeusza Olszubskiego to znaczący wkład stylistyczny, moim zdaniem, w tej książce jest Wojciecha Chudzińskiego, czyli innego potężnego, znakomitego bydgoskiego twórcy. Ja się tutaj tak rozgadałem. Za chwilę może jeszcze wrócę do tych tajemniczych istot. Ale wiesz co? Ty powiesz o Tadeuszu Olszubskim jako twórcy fantastyki, grozy i horroru, bo zawsze gdzieś on się właśnie na tych liniach poruszał.
[02:09:07] - Zanim o tej grozie i horrorze, to jeszcze nawiążę do tego, co mówiłeś o książce „Niewyjaśnione zjawiska w Polsce”. Przyznam, że to była książka, z której chyba nie wyciągnięto wniosków. Dziennikarze może za mało wyciągnęli wniosków, bo ten tandem, czyli Wojciech Chudziński i Tadeusz Olszubski przez wiele lat zapełniali dwie szpalty w codziennej gazecie pod tytułem „Ekspres Bydgoski”. Te szpalty się zmniejszały, bo na początku to było dosyć gęsto drukowane, a później polityka pisma przeszła na takie trochę standardy, tak jak to teraz się zdarza w pismach: szeroka interlinia i żeby tam za dużo tekstu nie było, bo się ludziom nie chce czytać. Więc to się w trakcie zmniejszało. Natomiast na początku, kiedy oni tak bardzo ostro pracowali, wtedy kiedy powstawała właściwie ta książka „Niewyjaśnione zjawiska w Polsce”, to do wypełnienia było naprawdę dużo miejsca. Trzeba było dużo miejsca zapisać. I obaj panowie jeździli właściwie po całej Polsce i tydzień w tydzień pokazywały się materiały. I wierzcie mi państwo, momentami to były fenomenalne reportaże. Siłą rzeczy w tej książce zebranych ich jest tylko niewielka część.
To były, tak jak powiedziałem, reportaże. To były czasami bardzo ciekawe wywiady sięgające zarówno spraw paranormalnych, ale też psychologii, ale też nauki i tak dalej. Ten tandem był bardzo wydajny, ale też wiecie państwo, być wydajnym dziennikarzem to nie wszystko. Ważne jest to, żeby umieć zafrapować czytelnika, wciągnąć go w opowieść. I ci panowie to umieli robić. Naprawdę umieli to robić. Oni zresztą współpracowali również przy pisaniu beletrystyki, o której za chwilę powiem. Kilka opowiadań napisali wspólnie. Warto też pamiętać, że Tadeusz Olszubski i Wojciech Chudziński prowadzili też w bydgoskiej kawiarni artystycznej Węgliszek comiesięczne spotkania z nieznanym światem. To było pod szyldem Nieznanego Świata.
Oni tam omawiali wspólnie tajemnice tego świata. Najrozmaitsze. Ta tematyka była od UFO, poprzez paleoastronautykę, po duchy i tym podobne. To się cieszyło dużym powodzeniem. Sala na ogół była wypełniona. Oczywiście niektórzy uśmiechali się tak: „Znowu opowiadają bajki”. Ale muszę przyznać, że większość publiczności słuchała tego z ogromnym zainteresowaniem. To był trochę taki nieznany świat w wersji audio. Ale miałem mówić o literackich inklinacjach Tadeusza Olszubskiego. I tu warto powiedzieć, ten debiut poetycki nosił tytuł, jeżeli czegoś nie przekręcam: „Zostawiliśmy nasze skrzydła w szatni”.
Chyba tak. To były wiersze i to wiersze dobrze oceniane, bo rozmawiałem z kilkoma rasowymi poetami, bo Tadeusz później już tak bardzo poezją się nie zajmował, w każdym razie oficjalnie. Ale ten tomik debiutancki był dobrze oceniany przez ludzi, którzy tych tomików wydali znacznie więcej i na poezji się naprawdę znali. A potem Tadeusz na ostro zajął się prozą. I to był taki ciąg sukcesów, takich naprawdę wzlotów i trudno mówić o upadku, ale takich niepowodzeń, które związać należy z czasami, w których przyszło pisać Tadeuszowi, czyli początek lat 90. To nie był dobry czas dla polskich pisarzy. Wtedy wydawnictwa gremialnie dosyć zrywały umowy, wykreślały z planów wydawniczych polskich autorów, bo po co płacić polskiemu autorowi, jak można było w tej samej cenie kupić kilka książek licencyjnych z zagranicy, dać do tłumaczenia i w sumie wyjdzie taniej, a ludzie i tak chętniej kupią obco brzmiące nazwisko. Więc tu było trochę problemów, bo Tadeusz po kilku debiutach w czasopismach, między innymi w „Feniksie”. Dlatego mówię o kilku debiutach, że każdy tytuł traktować można jako osobny debiut, bo tak troszeczkę to wyglądało na początku lat 90. Wielkim sukcesem było takie czasopismo „Voyager”.
To bodajże był kwartalnik, jeżeli dobrze pamiętam. W jednym z numerów cały ten numer zajęła powieść „Sfora” Tadeusza Olszubskiego. Za tę powieść był nominowany do Nagrody Zajdla. I to naprawdę było coś, co do dzisiaj się wspomina. A zresztą ta powieść była reedycja całkiem niedawno w wydawnictwie Stalker Books. Były też niepowodzenia, bo pojawiła się w takim mniej znanym wydawnictwie pierwsza część trylogii „Cienie Hatta”. Ta pierwsza część trylogii nosiła tytuł „Twierdza nienawiści”. Miały się pojawiać kolejne tomy, ale się nie pojawiły, bo wydawnictwo nie wytrzymało gry rynkowej i to się tak skończyło nie najlepiej. I ta trylogia gdzieś tam sobie w ukryciu czekała. Wyobraźcie sobie państwo, jakby dobrze policzyć, to ze 30 lat.
Całkiem niedawno Postanowił całość wydać Wojtek Sedańko i właśnie w Stalker Books trzy tomy się ukazały. Z tego, co wiem, trwały prace nad tomem czwartym trylogii „Cienie Hatha”. Czy to się pojawi? Nie wiem. Nie wiem, na jakim etapie książka była i co się z nią miało dziać. Tu pewnie trzeba zapytać Wojtka Sedańko, jak to tam będzie wyglądało. Ale fakt jest faktem. Nie powiedziałem jeszcze o jednej bardzo ważnej rzeczy. Otóż taki zbiór opowiadań połączonych ze sobą, więc niektórzy traktują to jako taką mozaikową czy szkatułkową powieść, czyli rzecz, za którą Tadeusz Olszubski otrzymał wyróżnienie. To było wyróżnienie, nagroda Andre Norton i w ogóle to było obsypane różnymi nagrodami.
Ta powieść, czy też zbiór opowiadań, to w zależności od tego, jak się do tego podejdzie, nosiła tytuł „Drapieżnik”. Została wydana przez Bertelsmann Media Świat Książki. To było naprawdę wydarzenie. Wcześniej pojawiła się też powieść wydana tutaj w Bydgoszczy, ale w bardzo dużym nakładzie, z błędem na okładce, kolorystycznym błędem. To była książka „Mesjasz”. Także wierzcie mi państwo, tego literackiego urobku było w przypadku Tadeusza naprawdę dużo. Później, w ostatnich czasach Tadeusz bardzo mocno zajął się literaturą skupiającą z jednej strony jakieś podania z odległych czasów, wręcz z czasów jeszcze przedchrześcijańskich z terenu Polski. Bardzo pielęgnował te wszystkie opowieści z dawnych czasów, legendy i tak dalej, ale też bardzo interesowała go proza kryminalna i to zaowocowało również kilkoma tomami dobrej, rasowej, kryminalnej opowieści, czasami brutalnej, mocno chwilami erotycznej, co zniechęcało jednych, a zachęcało drugich. Niemniej z tego, co mówię w tej chwili już państwo orientujecie się, że Tadeusz Olszubski, jeśli chodzi o literaturę, tę stricte literaturę, beletrystykę był niezwykle, ale to niezwykle aktywny. Myślę, że czas wrócić do książek z pogranicza.
Jeszcze na chwilę o niewyjaśnionych zjawiskach w Polsce. Tam znajdziecie państwo opowieści, tak jak to Piotr powiedział, o duchach, ale są na przykład opowieści o UFO, o obcych, o tym, jak w ogóle świat może być dziwnie odbierany. Ja tę książkę bardzo cenię, co przejawia się tym, że średnio raz na dwa lata jakąś jej część poważną czytuję tak po prostu, żeby sobie poprawić samopoczucie, że to prawdziwe dziennikarstwo jeszcze nie wygasło. Bo obaj panowie w tym tandemie sprawiali, że powstawała taka nadwartość. Każdy z nich osobno był niezwykle zdolny. Jest niezwykle zdolny, bo Wojtek dzięki Bogu jak najbardziej funkcjonuje, jest aktywny, ale gdyby oni działali sami, powstawałyby rzeczy wspaniałe, ale kiedy działali razem, to już powstawały rzeczy naprawdę super.
[02:18:54] - Ja może odniosę się do tej książki o, powiedzmy, potworach. Jest to jedna z niewielu książek kryptozoologicznych autorstwa Polaka. Oczywiście treść jest, tak jak w większości książek kryptozoologicznych, dość powtarzalna, ale dla znawców, dla koneserów tematu to jest gratka. Chociaż książka wbrew wszystkiemu, wbrew temu, co się może wydawać, na przykład sądząc po okładce, to nie jest leksykon. To jest raczej taki zbiór tekstów, artykułów poświęconych kolejnym zagadkowym istotom. To ma jakiś swój urok. W ogóle twórczość publicystyczna Tadeusza Olszubskiego też była dość specyficzna pod tym względem, że on miał po pierwsze bardzo dobre pióro, to się lekko czytało, ale też wybierał tematy nieszablonowe, to znaczy takie nietypowe, takie, które gdzieś tam są z boku mainstreamu i często po prostu w tych tematach szukał takich bocznych ścieżek, odnóg. To było mocno widoczne w jego artykułach. To się ceniło, myślę. Myślę, że to było bardzo ważne.
Trudno mi jest powiedzieć, jaka część naszych słuchaczy bardziej kojarzy Tadeusza Olszubskiego jako pisarza, a jaka część jako publicystę. Bo też wiemy, że słuchają nas czytelnicy „Nieznanego Świata” na przykład i innych czasopism. Cóż, wielka strata. Tyle można powiedzieć. Kolejna wielka strata, bo całkiem niedawno nagrywaliśmy bardzo podobny program o Emmie Popik, też związanej w sumie z tymi samymi sferami, z science fiction, z publicystyką na temat zjawisk z pogranicza, z ufologią i tak dalej. Chociaż Tadeusz Olszubski z ufologią może bardzo związany nie był. Cóż możemy dla niego zrobić? Polecić jego publikacje, bo o to chyba chodzi w życiu autora, pisarza, żeby pozostawić po sobie coś, co będzie trwało. I tak chyba będzie.
[02:21:00] - Chyba tak. Ja jeszcze na koniec chciałbym państwu polecić książkę, o której wspominał Piotr: „Tajemnicze artefakty”. To jest książka w gruncie rzeczy bardzo mocno sięgająca po dokonania archeologii i Archeologii, ale też historii. Wiadomo, że ta nauka bada różnego rodzaju artefakty, zabytki, które są wytworami ludzkich rąk. I tym się właśnie w książce zajmuje Tadeusz Oszubski. Te artefakty skrywają czasami bardzo frapujące tajemnice. Są też zjawiska, czy właściwie znaleziska, które nie pasują do powszechnie przyjętych historii, do powszechnie przyjętych przekonań i jakoś nie pasują do tego obrazu historii, obrazu dziejów, który dosyć często jest powielany i który mamy po prostu. Szkoła jednak powoduje, że nasze umysły są kształtowane w pewien ściśle określony sposób i niektórym to zostaje, a niektórzy mówią: „Ale ja bym wolał sprawdzić, jak jest”. W książce „Tajemnicze artefakty” Tadeusz Oszubski pisze o niezwykłych, tajemniczych odkryciach archeologicznych. I to są odkrycia z ostatnich lat.
To są odkrycia świeże, gorące, jakieś takie, które czasami wybijały się na pierwsze strony gazet, a czasami niestety nie. Przy okazji jest dobra okazja do stawiania wielu pytań i prób udzielania odpowiedzi. To tak ładnie się mówi. Nawet przeczytałem, że te odpowiedzi mogą mieć kluczowe znaczenie dla zrozumienia historii ludzkości. To cytat był. Ja nie wiem, czy to chodzi o zrozumienie historii ludzkości, a może chodzi po prostu o to, co jest mi bardzo bliskie, żeby uruchomić wyobraźnię człowieka, żeby wyrwać się z tych zadanych przez szkołę korytarzy, którymi się poruszamy, korytarzy wiedzy i my już mamy ściśle określony pogląd. Ta książka „Tajemnicze artefakty” powoduje, że następuje wyłom, następuje pęknięcie ścian tych korytarzy i nagle mówimy sobie: „Ale, ale to przecież mogło być zupełnie inaczej”. I chociażby za to myślę, warto tę książkę „Tajemnicze artefakty” cenić i warto po nią sięgnąć. To akurat jest książka, którą jeszcze chyba całkiem niedawno widziałem, na którymś z portali była do zdobycia. Także może warto jej poszukać.
No cóż, jak to ktoś powiedział, kończy się pewne pokolenie, chociaż sam nie wiem, dlaczego się kończy. Proszę państwa, wakacje zbliżają się nieuchronnie. W swoim czasie na antenie Radia Paranormalium w audycji ABW, którą często wspominamy, pojawiała się powieść Tadeusza Meszko „Śmieciowi ludzie”. Postanowiłem przypomnieć tę powieść, ponieważ ten autor jest ostatnio w pewnym kryzysie życiowym. Mniejsza o szczegóły, a książkę zatytułowaną „Śmieciowi ludzie” warto wysłuchać. Warto się w nią zagłębić. Warto przeżyć to, co przeżywają bohaterowie. To jest oczywiście fantastyka. Czy naukowa? Tak, zdecydowanie fantastyka naukowa, bo Tadeusz Meszko fantastyką naukową od lat się zajmował.
Dlatego w naszym literackim kąciku, w naszych wspomnieniach z ABW zapraszam na pierwszy odcinek „Śmieciowych ludzi”. Ta powieść będzie nam towarzyszyła przez kilka następnych tygodni. Zapraszam.
[02:25:24] - Tadeusz Meszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział pierwszy „Groby i śmietniki”. Czy to szkielet? Czy może być coś bardziej wyciszającego natłok myśli, niż ukrycie się przed palącym słońcem w cieniu drzew oliwnych? Anne Laskowski, trzydziesto-, czterdziestoletnia biała kobieta o delikatnych wschodnich rysach twarzy już nie była tego pewna. Anne od wielu miesięcy z determinacją prowadziła wykopaliska, lecz w tej chwili skroniła się, mówiąc, że musi coś sprawdzić w notatkach. A prawda była taka, że zwątpiła w sens swoich poszukiwań i musiała przetrawić gorycz porażki w samotności. Siedziała na drewnianym koślawym krzesełku o wiklinowym siedzisku, podpierając dłońmi podbródek, wpatrzona w krajobraz. Stanowisko archeologiczne zlokalizowane było na zachód od wioski Pelion, na wysokości ponad 1600 metrów nad poziomem morza, pośród pagórków porośniętych głównie sosnami i kasztanowcami z wystającymi ponad korony drzew białymi skałami. W linii prostej trochę ponad dwa kilometry od wioski, ale jazda samochodem terenowym zajmowała aż 40 minut.
Codzienne minuty zwątpienia, czy właśnie ten dzień przyniesie przełom. Greccy filozofowie nie martwili się harmonogramem prac, tylko delektowali życiem i popijając wino, rozprawiali o istocie bytu. Tesalia, zielona kraina pomiędzy górami zanurzonymi w chmurach a skrzącym się migotaniem słońca morzem. Już nie tak spalona jak Peloponez, ale wciąż ciepła, z gajami oliwnymi i zielono-złotymi, olbrzymimi jak melony jabłkami. To z Tesalii dwa tysiące lat temu Jason wyruszył na niebezpieczną, pełną niezwykłych przygód wyprawę po złote runo. Ale Tesalia to również kraina centaurów: światłego Chirona, wychowawcy Jazona, Heraklesa czy Achillesa, jak i pijaka oraz gwałciciela Eurythiona, który w czasie wesela króla Peirithoosa dobierał się do panny młodej. Anne już od trzech lat szukała grobu porywczego centaura, którego w niesławie pochowali inni centaurowie. Szukała i coraz bardziej wątpiła, czy go odnajdzie. Myśli Anne błądziły między czasami Homera a własną przyszłością, której tak właściwie nie miała. W Nowym Jorku czekał na nią Terry, jednak wciąż brakowało jej pewności, czy to on jest tym jedynym.
Była też profesura na uniwersytecie, grzebanie w zakurzonych dokumentach oraz wykłady dla ludzi bez pasji. Tego nie można było nikogo nauczyć. Wiedziała o tym doskonale. Albo miałeś, albo nie miałeś marzeń oraz siły, by pójść za nimi wbrew zdrowemu rozsądkowi. Niestety marzenia jej studentów nie wykraczały poza dobrze płatną pracę. Terry również nie potrafił odnaleźć własnego celu, co nie wróżyło stabilizacji związku. Wciąż walczył z niespełnionymi marzeniami, głównie o lataniu, zostaniu kosmonautą, później pilotem, a ostatnio choćby operatorem drona. Poznała go na wyspie Bahrajn w 2014 roku. Ona prowadziła wykopaliska w wiosce Al-Jananbiya, przeszukując groby z okresu hellenistycznego, gdzie odnalazła tak ważną tabliczkę, która doprowadziła ją do Pelion. On był na misji wojskowej, o której niewiele mówił.
Wiedziała jedynie, że jest powiązana z dronami. Zanim wyjechał, coś między nimi zaiskrzyło. Spotkali się kilka miesięcy później w Nowym Jorku, a po roku zamieszkali razem w jej mieszkaniu. Cios przyszedł w 2016 roku. Terry podczas kolejnej tajnej misji został ranny w lewą nogę. Po rekonwalescencji, dzięki protekcji dawnego dowódcy zaczął pracować dla charytatywnej organizacji Lost in Life. To go uspokoiło. Tylko raz na tydzień wyskakiwał w piątek na popijawę z przyjaciółmi, ale też wewnętrznie przygasł. Anne nie wiedziała, czy wolała go rozedrganego, wciąż poszukującego nieosiągalnego celu, czy też tego spokojniejszego, lecz wypalonego. Pojawiła się w nim jakaś zadra.
Fizycznie noga została wyleczona, jedynie lekko utykał. Jednak w głowie powstały szkody jak po wybuchu bomby atomowej. Z pewnością uważał, że nie jest w pełni sprawny i jeżeli Anne zgodzi się z nim zamieszkać, zrobi to z litości. Ten sposób myślenia był żałosny i rzeczywiście mógł wywoływać odruch politowania, ale nie dotyczyło to wspólnego życia z Terrym. Jednak poza czekaniem niewiele mogła zrobić. A później otrzymała grant na wykopaliska w Grecji i sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej. Od trzech lat sytuacja znajdowała się w zawieszeniu. Widywali się najwyżej przez kilka miesięcy w roku i już nie wiedziała, czy warto pielęgnować ten związek, czy może lepiej poszukać nowego faceta. Anne uznała, że czas podsumować życie. Miała już ponad 30 lat, a tak naprawdę powinna przyznać się, że była przed czterdziestką.
Najlepsze lata spędziła na stanowiskach archeologicznych, jak Terry goniąc za marzeniami. I już za kilka lat sama stanie się wykopaliskiem. To był ostatni czas na odnalezienie ustatkowanego męża, urodzenie dzieci. Uciekała przed takim podsumowaniem ostatnich 20 lat życia, lecz kiedyś musiała sobie powiedzieć: „Nie będziesz drugim Schliemannem. Nie udowodnisz, że baśniowe stwory Homera były istotami z krwi i kości”. Już wiedziała, że była taka sama jak Terry. Obydwoje gonili za czymś nieosiągalnym. Westchnęła po raz setny i podjęła decyzję. Na razie nie będzie szukać innego mężczyzny. Porzuci pracę w terenie i spróbuje uratować związek.
Wróci do Nowego Jorku i będzie wykładać na uniwersytecie. Naraz Anne zobaczyła pięcioletniego chłopca w krótkich spodenkach i T-shircie z dinozaurem. Biegł w stronę namiotu, machając rękoma, jakby oganiał się od pszczół. To był Jorgos, synek jednego z pracowników Alexisa, który bardzo pragnął mu pomóc w odkopaniu śladów praojców. „Tak się rodzą pasje drążące nas przez całe życie” – pomyślała. Zasapany Jorgos wpadł pod zadaszenie i chwytając ją za rękę, pociągnął w stronę stanowiska. „Pani archeologos, znaleźliśmy!” „Tak? A co?” – zaśmiała się, pozwalając chłopcu porwać się z krzesła. „Nie wiem dokładnie. Jakieś ostu” – krzyczał, ciągnąc ją za dłoń.
– „Okropne ostu! Żółte ze strzępami materiału. Brrr!” „Kości?” Czyżby grób Eurythiona? Teraz ona przejęła inicjatywę, ciągnąc chłopca za sobą. „Biegnijmy! To ważne.” Już z daleka zauważyła, że grupa stoi wokół jednego z wielu stanowisk wytypowanych przez nią jako możliwe miejsce pochówku. Takich miejsc w okolicy znajdowało się tysiące i rozkopanie wszystkich nie było możliwe, a wskazówki, którymi dysponowała Anne, miały raczej charakter intuicyjny i nie znajdowały wsparcia w dokumentach. Pogrzeb Eurythiona odbył się w trakcie wojny Centaurów z Lapitami, a on nie był bogatem. Przyjęła więc, że grób nie mógł być okazały, chociaż z pewnością postarano się o zachowanie wymogów grzebania zmarłych. Podjęła decyzję, aby skupić się na pagórkach porośniętych trawą i drzewami, nawet tymi wysokimi.
Minęło wszak kilka tysięcy lat, które na wschodnim zboczu byłyby obsypane kamiennym gruzem. Gdy podbiegła do stanowiska i przedarła się przez krąg wynajętych robotników, zobaczyła grób. Płytkie na metr wnętrze, które obłożono jedynie półmetrową warstwą białych kamieni. W mroku dostrzegła kości człowieka i czworonożnego zwierzęcia. Nie, to nie była prawda. Te słowa musiała powtórzyć sobie w głowie kilka razy, by to, co ujrzała, utrwaliło się w jej umyśle. To był szkielet tułowia człowieka nasadzonego na grzbiet i kończyny konia. Cofnęła się o kilka kroków i z pewnej odległości zaczęła analizować miejsce pochówku. To z pewnością nie był grób Agamemnona, nazywany skarbcem Atreusza, odkopany przez Schliemanna w Mykenach. Widać było, że zmarłego pochowano w pośpiechu.
Co prawda odziano go w najlepsze stroje, a w pobliżu tego człowieka ułożono wyszczerbiony miecz oraz kilka dzbanów z winem, ale nie próbowano nawet pochować go głębiej na końcu długiego korytarza prowadzącego do właściwego grobowca. Zwłoki oparto o zbocze w pozycji stojącej, być może po to, aby mógł w każdej chwili zerwać się do biegu i przysypano kamieniami. Grobu nawet nie uszczelniono gliną. Jednak za największe odkrycie należało uznać to, że nawet jeżeli nie był to szkielet Eurythiona, mieli do czynienia ze szczątkami centaura. Centaura lubiącego wino. „A gdzie jest Norbert?” Była wściekła, że jej asystent nie dopilnował pracowników. „Odszedł na pięć minut” – odpowiedział Alexis, nie patrząc jej w oczy. „Alexis, nie kłam!” Milczał, wbijając wzrok w buty. Anne rozejrzała się. Nie dostrzegła również stażystki Teresy.
A niech to! Musieli akurat teraz. Wzięła się w garść. Już za późno na wyrzuty. Co się stało, to się stało. Ponownie podeszła bliżej i zaczęła przyglądać się szczegółom szkieletu. Aż zaniemówiła, gdy dostrzegła, że kość nosowa została ucięta. Jednocześnie nie zauważyła żadnego pęknięcia czaszki. Czy zmarłemu obcięto uszy, trudno było stwierdzić bez dokładnej analizy medycznej, jednak resztki opaski wokół czaszki wskazywały, że tak właśnie mogło być. Rana potwierdzała słowa Homera.
To naprawdę mógł być Eurytion. Homer napisał, że w czasie weselnej bójki Tezeusz i jego towarzysze obcięli centaurowi nos oraz uszy. Odetchnęła z ulgą. Istniała bowiem też inna, mniej prawdopodobna wersja, w której Tezeusz z braku miecza cisnął w głowę Eurythiona kamiennym dzbanem. Podbiegł zadyszany Norbert. „O kurczę, kto to jest?” Anne oderwała wzrok od szkieletu. Miała ochotę obsztorcować asystenta, lecz nim podjęła decyzję, jakimi epitetami go zganić, zauważyła podchodzącą Teresę wytrząsającą z sukienki źdźbła trawy. Mogła obojgu wygarnąć uleganie fizycznym popędom, lecz któż zdoła je poskromić? Centaur z obciętym nosem stanowił najlepszy dowód tego, że nikt. „Przyjrzyj się szkieletowi i powiedz, co o nim sądzisz.” Zrezygnowała z reprymendy i zapytała o to, co było teraz najważniejsze.
Norbert przez kilka minut obchodził znalezisko z każdej strony, a jego oczy robiły się coraz większe z wrażenia. W końcu potrząsnął z niedowierzaniem głową i oznajmił: „To musi być falsyfikat. Połączone szczątki różnych zwierząt, tak jak krowo-koń czy owco-byk z Dorset.” Anne nie wydawała się przekonana. Czytała o tym wykopalisku. Archeologowie odnaleźli celtycki grób jeszcze sprzed inwazji Imperium Rzymskiego, w którym złożono krowę z końskimi kończynami, konia z krowimi rogami, a nawet owcę z głową byka zamiast tyłka. Jednak od razu było widać, że te hybrydy stworzono już w czasie pochówku z kości różnych zwierząt. „Nie dostrzegam żadnych śladów, by zakładać, że złożono tu w kupę kilka szkieletów” – stwierdziła Teresa, potwierdzając opinię Anne. A zresztą po co ktoś miałby to robić? „Trzeba załatwić zezwolenie na przeprowadzenie badań w ośrodku naukowym” – oświadczyła Anne. „Dopiero wtedy uzyskamy pewność.
A teraz do roboty. Zajmijcie się stanowiskiem tak, jak się należy i już bez wspólnych przerw.” Była szczęśliwa. Naraz uświadomiła sobie, że to nowe znalezisko sprawi, że nie będzie mogła wrócić do Terry'ego. No tak – pomyślała. Nigdy nie można być szczęśliwym w pełni. Uwolnić śmieci. Pokiereszowane przez nieuwagę lub bezmyślność ludzką karoserie samochodów czekały w stertach na egzekucję. Pomiędzy skazanymi rzędami wraków w lichym ubraniu szedł korpulentny, 40-letni biały mężczyzna z poszarzałą ze zmęczenia twarzą, trzymając w dłoni pogiętą reklamówkę z dwoma hamburgerami od Shake'n'Shack na kolację. Nadchodził zmrok i William Trotter uznał, że czas poszukać noclegu na najbliższą noc. Jego ostatni dom – srebrny sedan Chrysler Sebring – został rano sprasowany.
No cóż, taki los czekał wszystkie wraki, ale William przyzwyczaił się do jego przestronnego wnętrza i żałował, że auto nie przetrwało kilku dni dłużej. Terenem działania Williama był trójkąt ulic 126th Street, Willets Point Boulevard oraz Northern Boulevard. Znajdowało się na nim kilkanaście szrotów samochodowych. W ostatnich latach między Willets Point a ściekiem Flushing Creek odtworzono również kilka punktów ze sprzętem AGD oraz komputerowym, lecz specjalnością Trottera pozostały samochody. Znał wszystkie na pamięć i za drobną opłatą podpowiadał klientom, gdzie znajdą części do aut osobowych, a gdzie do amerykańskich czy meksykańskich tirów. William nie lubił wychodzić poza teren swojego królestwa, a i Nowy Jork chyba nie lubił, jak go odwiedzał. Po raz kolejny przekonał się o tym kilka dni temu, gdy uległ namowom pracownika jednej z organizacji charytatywnych – Terry'ego Jakiegośtam – i zgłosił się do kliniki na badania medyczne. Udział w programie pomocy społecznej „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie” gwarantował mu miejsce w łóżku szpitalnym, chociaż on nie wyobrażał sobie, aby mógł dać się przykuć do łóżka choćby na godzinę. Jednak coraz częściej doskwierały mu przeziębienia, cholerne kichanie i dreszcze, a program pozwalał również na wizytę u lekarza, a później otrzymywanie darmowych leków. Spacer ulicą miasta pośród zwykłych ludzi spoglądających na niego z niesmakiem lub próbujących wcisnąć drobniaki uświadomił mu, że jego miejsce jest na tym terenie, nawet jeżeli był to szrot.
Też był śmieciem. Niespodziewanie William usłyszał silniki kilku samochodów. Kto o tej porze odwiedzał jego królestwo? Z pewnością ludzie o złych zamiarach. Zmienił kierunek i lekkim truchtem ruszył w kierunku intruzów. Pomarańczowy Volkswagen Ogórek zjechał ze 126. ulicy w Willets Point Boulevard. W jego wnętrzu obok innych mężczyzn siedział Christian Jensen – osiemnastolatek o jasnej skórze i żółtych, prostych włosach. Po obydwu stronach ciągnęły się parterowe baraki z tandetnymi, przeważnie w czerwonym kolorze, szyldami. Po kilkuset metrach skręcili w prawo w 35th Avenue i dotarli pod wiadukt Van Wyck Expressway.
Ogórek zatrzymał się. Tutaj znajdował się cel ich misji – szrot sprzętu komputerowego. Zapomniane miejsce na trasie przelotowej cywilizacji. „Uwaga, rozpoczynamy akcję” – usłyszał głos szefa. Z auta pierwszy wyskoczył Christian, za nim Radomir i Lorenzo. Kierowca Bruce oraz formalny szef grupy Phillip Webber pozostali na miejscach. Christian przeszedł do tyłu i otworzył na całą szerokość drzwi, tak aby Radomir i Lorenzo mogli bez przeszkód wyjąć niemego bohatera tej akcji. Wielosilnikowy statek latający Christiana, model Dragonfly 3A, dla laika nie wyglądał zbyt okazale. Nie miał aerodynamicznych kształtów wpakowanych w zaokrąglone pudło z włókna szklanego. Tworzyło go sześć nagich ramion z wirnikami plus jedno o największej sile nośności umieszczone pośrodku.
Za to kiedy inne amatorskie drony, półprofesjonalne kwadrokoptery czy heksakoptery bzyczały jak rój os, Dragonfly Christiana był cichy i równie zabójczy jak jego pierwowzór w świecie owadów. Poza tym miał do dyspozycji o wiele dłuższy czas pracy. Potrafił z pełnym obciążeniem pozostawać w powietrzu trzy kwadranse. Na to obciążenie składały się trzy kamery oraz wyrzutnia mini harpunów. Dwie z kamer w rozdzielczości 16K filmowały akcję w zakresie światła widzialnego. Trzecia, w mniejszej rozdzielczości, była kamerą termowizyjną. Do Christiana podeszła starsza o kilka lat od niego zastępczyni grupy Andrea Hubels. Dla niego to ona była mózgiem akcji. Phillip Webber stanowił tylko ich wizytówkę. „Za ile minut będziesz gotowy?” – zapytała z troską Andrea.
„Wystarczy mi 10” – odparł, wiedząc, że gdyby nawet powiedział, że pół godziny, walczyłaby o ten czas dla niego jak lwica. Zdawał sobie sprawę z tego, że bez odpowiedniej oprawy relacji słowotok Webbera nie przyciągnie milionów internautów. „Okej.” – dziewczyna skinęła głową. Trzydziestolatek o blond włosach i groteskowo czarnych brwiach wyszedł z Volkswagena i władczym krokiem ocenił miejsce akcji. Zamknął oczy, uniósł głowę i rozchylając lekko nozdrza wciągnął powietrze. Westchnął z nostalgią i oznajmił: „Nie ma jak zapach śmieci przed wieczornym drinkiem”. Zaśmiali się jedynie Radomir i Lorenzo. Andreia udała, że nie usłyszała nędznej trawestacji cytatu. Grupa Greenpeace podeszła do wybranej wcześniej bramy z blachy falistej. Liche zabezpieczenie, lecz za wrotami były przecież jedynie śmieci.
Lorenzo bez trudu przeciął kłódkę i weszli na mały placyk z kilkoma boksami ze sprzętem, głównie telefonami komórkowymi, ale również smartfonami i tabletami. Webber zaczął się przechadzać, zaglądając do środka. Wciąż kręcił z niezadowoleniem głową. Sterty sięgały co najwyżej półtora metra. „Te są za niskie” – skrzywił się z niesmakiem Webber. „Mówiłeś, że mają wysokość trzech metrów”. „Były większe” – tłumaczyła się załamana Andreia. „Musieli wywieźć część sprzętu”. „Co najmniej jedna musi być wyższa” – zdecydował Webber. „Szefie, a może przesypiemy tych kilka kupek w jedną większą?” – zaproponował Lorenzo.
„Musimy tak zrobić, inaczej akcja straci siłę przekazu” – zgodził się Webber. Andreia odetchnęła z ulgą. Połączyła się z Christianem. „Christian, osadź drona. Mamy przestój”. Jego Dragonfly był już w powietrzu. Chociaż ta część akcji nie miała być filmowana. Start i lądowanie to najtrudniejsze manewry i Christian wolał, aby dron pozostał w górze. „Ile minut?” „Co najmniej kwadrans” – usłyszał po chwili. „Baterie wystarczą.
Wykonam oblot terenu, może przydadzą się przebitki innych szrotów i zrobię ujęcia Van Wyck Expressway pędzących samochodów, których kierowcy sądzą, że zmierzają do celu, podczas gdy tak naprawdę kręcą się tylko w kieracie cywilizacji”. „Dobre. Kupuję pomysł. Jensen, koniecznie to sfilmuj” – usłyszał głos Webbera. Christian skrzywił się z niesmakiem. Myślał, że mówi do Andrei. Webber wiele rzeczy kupował, lecz nigdy za nic nie płacił, choćby dobrym słowem. Od strony Northern Boulevard nadjechały dwa czarne auta o kanciastych kształtach. Podobnie jak ogórek członków Greenpeace, również skręciły w 35th Avenue. Na tylnym siedzeniu pierwszego wozu, w słuchawkach na uszach, w otoczeniu wielu monitorów siedział dwudziestokilkuletni Edgar Seamus.
Kamery zainstalowane na dachu pozwalały mu śledzić otoczenie w świetle widzialnym, jak też obraz termiczny. „Gdzie w tej chwili jest nasz cel?” – nie odwracając głowy zapytał mężczyzna siedzący z przodu. Był to dowódca grupy, Michaił Plutin. „Opuścił swój rewir i przemieścił się w stronę rzeki” – odpowiedział Edgar. „Czyżby poszedł się wykąpać? Przynajmniej nie zasmrodzi nam wnętrza” – zaśmiał się kierowca, spoglądając rozbawiony na dowódcę. Szybko jednak umilkł, gdy zobaczył, że Misha nie podchwycił żartu. „Szefie, widzę tam grupę pięciu osób” – zgłosił Edgar. „Cel jest z nimi?” „Nie, ale podąża w ich kierunku” – odpowiedział technik. „Może lepiej odłożymy akcję na jutro?” – zaproponował kierowca.
„Obiecałem, że dostarczę śmiecia dzisiaj” – odparł zdecydowanie dowódca. „Zatrzymajmy się tutaj. Rozpoczynamy akcję”. Dragonfly był już w powietrzu i dokonywał pierwszego zwiadu. Nagle Christian zamarł. Z samochodów zaczęli wysiadać ludzie. Umięśnieni, o łysych głowach, w paramilitarnych ubraniach, z bronią automatyczną w dłoniach. Czyżby przyjechali ich zlikwidować? Już chciał połączyć się z Andreą, uprzedzić grupę, gdy widok pasażera z przedniego siedzenia pierwszego auta zamroził mu mózg. Mężczyzna nie był tak umięśniony jak pozostali, lecz miał rogi.
Christian zwiększył ogniskową obiektywu. Widział go tak wyraźnie, jakby ten stał pod jego stopami. Christian musiałby odlecieć dronem dalej i obniżyć trochę pułap lotu, aby dostrzec wyraźniej twarz rogacza, lecz wtedy mógłby zdradzić swą obecność. Dzięki podglądowi z kamery termowizyjnej zauważył postać człowieka kryjącego się po drugiej stronie szrotu, do którego weszli członkowie grupy Greenpeace. Przerzucił się na obraz nowej grupy. Zobaczył, że obchodzą szrot z obydwu stron. Zrozumiał, że ich celem nie są jego towarzysze, a nieznajomy. Zamierzali go otoczyć. Philip Webber stał przy wysokim na ponad trzy metry kopcu. Gdyby nie drobne oszustwo, pod cienką warstwą telefonów i smartfonów znajdowały się papierowe kartony, nie udałoby się uzyskać takiej wysokości.
Ale Webber wiedział, że w relacjach telewizyjnych i internetowych taki szczegół nie zostanie zauważony. „Możemy zaczynać, Webber?” – zapytała Andreia. „Wolałbym, aby sterta była jeszcze wyższa, ale niebawem zajdzie słońce i nic nie nakręcimy. Lorenzo, Radomir, Christian, gotowi do zdjęć?” Tak, gotowy. Akcja – wydała komendę Andreia. Nie dbamy o planetę, nie dbamy o rodziców i osoby starsze. Nie dbamy o przedmioty ułatwiające nam życie codzienne. Webber zrobił krótką pauzę, dając czas kamerzyście na pokazanie planu ogólnego. Znajdujemy się na wysypisku śmieci, chociaż w języku fachowym są one nazywane szrotami. Ale tak czy owak, to ostateczny etap obiegu przedmiotów długo wyczekiwanych, wymagających wielu poświęceń, uwielbianych, kochanych, a teraz skazanych na ostateczną likwidację.
Przed sprasowaniem, a później wywiezieniem do hut, wyjmuje się z nich części mające jakąkolwiek wartość wyższą niż cena złomu. Do niedawna było to złomowisko samochodów. Od dwóch lat swoje miejsce spoczynku znalazły tu również komputery, drukarki, telefony, smartfony. William Trotter z uwagą przysłuchiwał się słowom młodzieniaszka, lecz w końcu nie wytrzymał. Dzieciaki, jesteście piękni i młodzi, i macie kasę rodziców. Czujecie się jak młodzi bogowie. Poczekajcie z 10 lat, aż życie wkopie was w glebę. Ciekawe, kurwa, co wtedy powiecie o prawach smartfonów. Nagle kapral Trotter wyczuł, że nie jest sam. Przestał słuchać aktywistów wielkich spraw i skupił się na swym otoczeniu.
Nie ruszył się, ale jego zmysły nastawiły się na wyłapanie najcichszego dźwięku, a nozdrza zaczęły wciągać powietrze, aby wyczuć obce, niepasujące do otoczenia zapachy zwierząt lub co gorsza – ludzi. Stracił dwie minuty, ale już był pewien. Wielu ludzi zacieśniało krąg wokół niego z dwóch stron. Zasadzka. Jeszcze ich nie widział, ale słyszał i wyczuwał. Uciekać? Ale dokąd? Mógł przeskoczyć przez płot i wbiec na plac szrotu, gdzie grupa młodych bawiła się w sprawiedliwość. Ale przecież nie było wykluczone, że działali razem. Zrezygnował.
Próba przebicia się przez jedno ze skrzydeł okrążenia też nie miała sensu. Nawet gdyby go nie pochwycili, to i tak kula okaże się szybsza. Kapral Trotter zrozumiał, że musi dobiec do nadbrzeża Flushing Creek. Jak tylko znajdzie się na otwartej przestrzeni, ucieknie im. Był tego pewien. Co prawda nie posiadał już takiej formy jak w Afganistanie, kiedy to potrafił biec 50 kilometrów piaszczystą pustynią, ale przecież aż tak daleko nie będą go gonić. Wystarczy mu kilometr, dwa, aby zostawić pościg w tyle i ukryć się w zaroślach lub wbiec między budynki. Na podzielonym ekranie Christian obserwował pościg ze wszystkich trzech kamer. Dostrzegł, że postać przy płocie wystrzeliła jak z procy i pognała w kierunku rzeki. Nim okrążające go grupy to zauważyły, uciekinier był już przy rzece, ale nie wskoczył do wody, czego spodziewał się Christian, a skręcił w prawo i zaczął gnać wzdłuż wybrzeża.
Ścigający zareagowali z opóźnieniem. Dwóch ludzi rzuciło się do biegu wprost w kierunku rzeki. Trzeci, ten niski z rogami, wybrał kierunek po skosie. Christian rozszerzył pole widzenia kamer. To był dobry wybór. Za wiaduktem ścieżki obydwu tras zbiegały się i jeżeli ścigający będzie biegł wystarczająco szybko, przetnie uciekinierowi drogę. I tak też się stało. Nie minęła minuta, a pędzący rogacz zderzył się ze swym celem. Christian przybliżył maksymalnie ogniskową obiektywów. Gdyby był tylko jeden napastnik, mężczyźnie pewnie udałoby się uciec, ale w kilka sekund po upadku dotarło do niego dwóch pozostałych członków grupy.
Wierzgający nogami uciekinier został skutecznie przygwożdżony do ziemi. Philip Webber zachowywał się, jakby znajdował się w transie. Rozkręcał się z każdą minutą przekazu. Był pewien, że jego przemowa pobije rekord oglądalności. Ta sterta czeka, aż zostanie z niej wyssany każdy cent. Złomiarze przebiegą te telefony, przepuszczą przez nie prąd, wymoczą w żrących sosach, wydobywając rzadkie i cenne metale. Powiecie, że to dobrze. Wyczerpujące się kopaliny wrócą do obiegu bez konieczności budowania nowych kopalń. Tak, to prawda. Gdyby nie jeden szczegół.
Webber podszedł bliżej do kopca i wyciągnął z niego jeden z aparatów. Z tych smartfonów wyjęto baterie oraz karty PIN, ale gdybyśmy je z powrotem włożyli, okazałoby się, że są w pełni sprawne. Wyrzucono je, gdyż zestarzały się technologicznie. Szybsze procesory, bardziej pojemne nośniki pamięci, ekrany o większej rozdzielczości spowodowały, że już przestały nam wystarczać. Przecież sąsiad ma lepszy model, więc ja muszę mieć jeszcze lepszy. To nasza próżność sprawia, że koło handlu obraca się coraz prędzej, miażdżąc nas później niespłaconymi kredytami. Webber włożył do smartfonu baterię, a potem kartę. Uwolnijmy śmieci, schowajmy je ponownie w kieszeniach garniturów. Wybrał numer i włączył tryb głośnomówiący. Halo, dzwonię do ciebie Przygarnij starego smartfona.
On zna twoje najskrytsze marzenia. Webber pogładził aparat i schował go do kieszeni. „Koniec!” – krzyknęła Andrea. „Nagraliście?” – chciał wiedzieć Webber. Operatorzy skinęli głowami. Mężczyzna spojrzał w górę. „A gdzie jest dron?” – zapytał z wyrzutem. Powalony na ziemię z unieruchomionymi rękoma, Trotter zaczął kopać nogami, rozdając celne ciosy. Jeden z nich trafił w usta żołnierza próbującego go obezwładnić. Trysnęła krew.
„Job twoju mat’.” – usłyszał. Kapral znał ten język z filmów oglądanych w młodości. To był Rusek, Ukrainiec lub inna komunistyczna swołocz. „Czego ode mnie chcecie? Nie mam pieniędzy.” – krzyczał ze złością. Do jego twarzy zbliżyła się postać z wyrastającymi z głowy rogami. William Trotter nie znał lęku, ale widok rogacza go wystraszył. „Wiemy o tym, ale masz coś o wiele bardziej wartościowego. Coś, czego potrzebuję.” „To niemożliwe. Wiedziałbym o tym.” – rzucił hardo Trotter.
Wobec komunistów nie zamierzał okazywać słabości. „A jednak. Mylisz się. Nawet taki śmieć jak ty może mieć coś cennego.” – uśmiechnął się rogacz i zadał mu nokautujący cios w szczękę. Potem wstał i odchodząc rzucił do pozostałych: „Zapakujcie go do samochodu. Koniec akcji.” Dragonfly wylądował bezpiecznie. Christian był wciąż pod wrażeniem tego, co sfilmował i bał się, że nieostrożny ruch roztrzęsionych dłoni sprowadzi katastrofę na jego cacko. Nawet nie zauważył, że podeszła do niego Andrea. „Co się stało?” – zapytała z troską. „Sam nie jestem pewien.” – odpowiedział łamiącym się głosem.
– Robiłem rekonesans, gdy moją uwagę przykuły dwa rządowe vany. A przynajmniej takie, jakimi jeździ FBI. Zacząłem je filmować, bo podejrzewałem, że chcą nam przeszkodzić w akcji.” „Ojej, i co?” – dziewczyna zaniepokoiła się. „Nie, nie chodziło im o nas. Porwali człowieka, jakiegoś bezdomnego. Uśpili go i zaciągnęli do jednego z vanów. Wrzucili do środka jak worek ziemniaków.” „Ale naszą akcję też sfilmowałeś?” – zapytała ostrożnie, podejrzewając, jaką usłyszy odpowiedź. „Andrea, jeden z porywaczy miał rogi. Nie mogłem oderwać od niego obiektywu. Zapomniałem o akcji.” Usłyszeli ryk wściekłości.
To był Webber, który w międzyczasie podszedł do nich niezauważony. „Chcesz powiedzieć, że jakiś bezdomny ukradł nam show?” „Mamy jeszcze zdjęcia z pozostałych kamer.” – usiłowała załagodzić sytuację Andrea. „Zburzyłeś konstrukcję przekazu. Osłabiłeś wymowę mojego przesłania!” – krzyczał Webber, sztuchając palcem pierś Christiana. „Przestań, Philip. Zdjęcia z góry miały być użyte tylko jako przebitki. Nic wielkiego się nie stało.” – próbowała go uspokoić Andrea. „I co teraz zrobisz?” – Webber nie zamierzał zrezygnować. „Wrócę i jak najszybciej opublikuję na YouTube film z porwania.” – odpowiedział Christian, odpychając dźgający go palec Webbera. Fatalny początek tygodnia.
Terry Mykonos, wysoki na ponad metr dziewięćdziesiąt czterdziestolatek o wysportowanej sylwetce, jednak już zdradzającej brak aktywnego wysiłku, jechał windą w górę w towarzystwie dwóch mężczyzn w wieku dwudziestu kilku lat. Jego towarzysze wyglądali na takich, którzy potrzebują pomocy. Skóra spalona żywcem, krótko ostrzyżone włosy, sztywna postawa, w rozkroku, z rękoma założonymi jedna na drugą, wzrok utkwiony w jednym punkcie. Obydwaj w identycznych koszulach hawajskich oraz szortach, co z pewnością stanowiło sposób na odreagowanie wojskowych uniformów. Było rzeczą oczywistą, że jeszcze miesiąc temu służyli na misji w Afryce lub Bliskim Wschodzie. Wyjeżdżasz na wojnę ratować świat, a po powrocie okazuje się, że to ty potrzebujesz pomocy świata. Nic tak nie uzmysławia bezsensu życia jak walka na froncie. Możesz sobie wmawiać, że walczysz o wolność rodziny, ojczyzny, ale wcześniej czy później uświadamiasz sobie, że wróg też o to walczy. Stoicie po przeciwnych stronach jedynie z powodu ambicji polityków. Terry miał nadzieję, że nie jadą do biura Lost in Life.
Wielu interesantów zamiast do Wanted Warrior Project piętro wyżej trafiało do nich. To nie był duży problem. W sumie łączyły ich podobne cele. Jednak główne zadanie jego fundacji polegało na odnalezieniu nieradzących sobie w życiu weteranów i skierowaniu ich do odpowiedniej organizacji, która zajęłaby się nimi dalej. Można powiedzieć, że Lost in Life było agencją detektywistyczną wyspecjalizowaną w poszukiwaniu zagubionych, a Terry był jednym z jej detektywów. Z racji wykonywanych obowiązków powinien zainteresować się problemami towarzyszy w windzie. Jednak teraz odczuwał złość i nie chciał żadnych nowych klientów. Wracał z Queens, gdzie umówił się z sierżantem Leonardem Creswellem. Gdy zapukał do jego drzwi, nikt nie odpowiadał. Sąsiedzi mówili, że powinien być w środku.
Tknięty złym przeczuciem Terry wyłamał drzwi. Mieli rację. Sierżant był w mieszkaniu. Leżał martwy na łóżku. Obok dostrzegł strzykawkę. No cóż, spóźnił się. Pewnie ostatni złoty strzał. To nie było pierwsze spóźnienie, jakie mu się przydarzyło, lecz dzisiaj Terry zaczął się zastanawiać, czy nie powinno być ostatnie. Winda stanęła. Terry ruszył w stronę wyjścia, ale zatrzymał go jeden z mężczyzn.
„Nie to piętro” – szczeknął krótko i wyraźnie, jakby to był rozkaz. „To wy jedziecie wyżej. Ja wysiadam tutaj” – odparł Terry i lekko utykając na lewą nogę, wyszedł z windy. Po chwili znalazł się w przestronnej sali z wieloma biurkami. O tej godzinie była niemal pusta. Wszyscy detektywi znajdowali się w terenie. „Hej, Terry” – przeciągając słowa z zalotnym uśmiechem powitała go Eliza Viscera. Okrąglutka jak pączek trzydziestolatka o fioletowych włosach rozczapierzonych, jakby trafił w nie piorun. „Hej, Eliza” – odpowiedział, zmuszając się do uśmiechu. Kobieta potrafiła być bardzo nieprzyjemna, gdy ktoś ją ignorował i Terry nauczył się, że lepiej udawać radość, gdy witała go w tak przesłodzony sposób.
Minął Elizę wydającą w zalotnym uśmiechu usta i ruszył w głąb sali. Nim usiadł za biurkiem, przyskoczył do niego wychudzony młodzieniec z pryszczami na twarzy, który był bankiem informacji na temat wszystkich podopiecznych, jakich mieli. Diego Mongudia pracował dla nich dopiero od pół roku, ale Terry nie wyobrażał sobie, aby mogło go zabraknąć. Chłopak nie potrzebował komputera, by pamiętać nazwiska, stopnie oraz adresy wszystkich klientów fundacji. Był w tym szybszy niż komputer. „Słyszałeś?” – zapytał przerażony chłopak. Terry skrzywił się z niesmakiem. „O tragedii w Nowym Orleanie? Media od rana krzyczały o zamachu we francuskiej dzielnicy w Lafayette Blacksmith Shop na Bourbon Street. Prawie dziesięciu zabitych, kilkudziesięciu rannych, a co najgorsze zburzony najstarszy budynek miasta.
Prezydent Trump zapowiedział, że nie pozwoli, aby terroryści powstrzymali strumień amerykańskiego piwa prosto z beczki do gardeł Amerykanów i wyłożył z własnej kiesy 100 000 dolarów. Po czym ruszyła narodowa zbiórka mająca na celu odrestaurowanie budynku. Ale nie ulegało wątpliwości, że jeszcze długo nikt nie napije się w nim lokalnego warzonego piwa z beczki”. Diego pokręcił przecząco głową. „Nie. O wczorajszej akcji Uwolnij śmieci” – wyjaśnił. „Widziałem mnóstwo stert śmieci po drodze. Gdzie je uwolnili?” – zaśmiał się Terry. „Nie chodzi o śmieci”. „To o co?” – Terry już nic nie rozumiał.
Zazwyczaj Diego mówił dość składnie, ale widocznie ten poniedziałek nie tylko dla Terry'ego był ciężkim dniem. „Diego, nie mam nastroju do zagadek. Spóźniłem się do sierżanta Leonarda”. „A niech to.” – Diego zacisnął ze złością dłonie. Wykasowanie danych z bazy pamięci człowieka nie było tak proste jak z komputera. Chłopak opanował się jednak i oznajmił: „Niestety, Terry, też mam złą wiadomość. W czasie tej akcji porwano kaprala Trottera.” „Uznali go za śmiecia?” – krzyknął skołowany Terry, ściągając na siebie wzrok Elizy. Pomachał jej uspokajającą dłonią. Ponownie posłała mu całusa. „Terry, spokojnie” – zasyczał cicho Diego.
„No mów” – zażądał Terry. „Nie uwierzysz. Lepiej zobacz to na YouTube.” To były zdjęcia z drona. Jedno długie ujęcie z wykorzystaniem teleobiektywu. Operator porzucił zamiar sfilmowania akcji i skoncentrował się na pościgu za Trotterem. Terry skupił uwagę na autach, którymi przyjechali porywacze. Ich wygląd sugerował, że nie był to zwykły napad bandycki lub zemsta gangów, a akcja dobrze zorganizowanej grupy. Auta bardzo przypominały używane przez armię pickupy International MXT-MV. Znał je doskonale. Nie były wygodne, lecz za to bezpieczne.
Odporne zarówno na miny drogowe, jak i ostrzał z broni ciężkiej. Samochody ze zdjęć miały identyczne drzwi, nadkola, tylko stanowiły o wiele bardziej luksusową wersję pierwowzoru. Porywacze działali metodycznie, wykorzystując nowoczesne środki łączności. Jedynym niepasującym elementem do tej akcji była osoba dowódcy. Cóż to za maskarada? W jakim celu założył te śmieszne rogi? Jednak poza tym zgrzytem film nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Kapral William Trotter został porwany. Trotter służył w Afganistanie. W czasie jednego z patrolów jego oddział został okrążony przez talibów.
Kapralowi udało się przebić przez pierścień okrążenia. Potem ruszył po pomoc, jednak problem polegał na tym, że nie miał środków łączności, a od najbliższego miejsca postoju wojsk dzieliło go 50 kilometrów. Sierżant nie zastanawiał się, co ma robić. Zaczął biec po piasku oraz kamieniach, które przypiekały go palącym słońcem. Biegł bez wytchnienia cztery godziny. To był niesamowity wynik. Jedynie najlepsi chodziarzy osiągali podobne rezultaty. Za ten szalony bieg został odznaczony Srebrną Gwiazdą. Próbowano zrobić z niego zawodnika, lecz odpowiedział, że nie lubi biegać pod czyjeś dyktando. William nie miał klaustrofobii, lecz zawsze twierdził, że czuje się źle, widząc ściany w odległości mniejszej niż kilkadziesiąt kroków.
Wolał otwarte przestrzenie i z tego powodu wybrał życie na szrocie, spanie w samochodach. To było co prawda pierwsze porwanie, ale nie pierwszy przypadek zaginięcia podopiecznych Terry'ego. W ostatnim miesiącu zdarzyło się to już trzy razy, co z wczorajszym zniknięciem Trottera oznaczało utratę czterech osób. I chociaż Terry, chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, musiał oswoić się z faktami, to porwanie kaprala kazało mu przyjrzeć się tym przypadkom z innej perspektywy. Zaczął porównywać ich dossier, i to nie na ekranie monitora, a wertując papierowe wydruki. Uważał, że przeglądając linijki tekstu na ekranie nieświadomie pominie większość ważnych informacji, a zapisane słowa pozostają w pamięci na długo. Szeregowa Jordana Onzima z Queens była mechanikiem w bazie Incirklik w Turcji i przygotowywała samoloty do nalotów na tereny zajęte przez ISIS w Libii oraz Syrii. Starszy szeregowy He Sung Lee żebrzący na Manhattanie stacjonował na Okinawie w Japonii. Mieszkająca na Bronxie kapral Claudia Hurtado służyła w Navy Seals i brała udział w szturmie na bazę terrorystów Al-Shabaab odpowiedzialnych za atak na centrum handlowe Westgate w Kenii. Mężczyźni i kobiety, biali, czarni, Azjaci i Latynosi.
Żadnego związku, a nawet podejrzanie zróżnicowane pochodzenie. Marynarka, siły powietrzne i dwa razy wojska lądowe. Najwięcej było żołnierzy z piechoty. Bronx, Manhattan i Queens. W tym również trudno było dostrzec coś dziwnego. Weterani niższych stopni nie mieszkali w najlepszych dzielnicach Nowego Jorku. Czy istniał jakiś wspólny mianownik poza tym, że wszystkich tych ludzi można by nazwać śmieciami społeczeństwa dobrobytu? Zrezygnowany odsunął teczki od siebie. A może jednak były to przypadkowe zaginięcia? Rokrocznie ginie w wypadkach, popełnia samobójstwa lub umiera w wyniku chorób równie wielu żołnierzy, jak na polu walki.
A byli już tak blisko odzyskania równowagi. William zapisał się przedwczoraj do programu gwarantującego pełną opiekę zdrowotną. Program Obamacare nie rozwiązał problemu, a ten nowy miał wypełnić lukę, przynajmniej w odniesieniu do byłych żołnierzy. Terry zastygł w bezruchu, nie patrząc w dokumenty. Przeanalizował sytuację pozostałych weteranów. „Tak, to oczywiste” – wykrzyknął. Sprawdzenie danych zajęło mu tylko pół minuty. W końcu odnalazł wspólny punkt. Wszyscy żołnierze, którzy zaginęli, zgłosili się do programu „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie”. Była to szeroko reklamowana w internecie i telewizji akcja mająca objąć opieką medyczną osoby nieubezpieczone.
Detektywi fundacji otrzymali polecenie, aby promować program wśród byłych żołnierzy. Terry już wcześniej zastanawiał się, czy warunek ujawnienia kodu genetycznego miał pomóc policji w stworzeniu bazy DNA wszystkich obywateli, czy też był to jedynie chwyt uświadamiający bezdomnym, że nie ma nic za darmo, nawet jeżeli jest to nic niewarta informacja o kodzie genetycznym. Wtedy stwierdził, że to niska cena za możliwość leczenia szpitalnego i nakłaniał podopiecznych, by zgłosili się do programu. Kapral William Trotter po kilku tygodniach sugestii też się zgodził. Teraz Terry uznał, że musi bliżej przyjrzeć się temu programowi. To był pierwszy punkt zaczepienia. Za drugi uznał porywacza z rogami. Co to za bzdurny pomysł afiszowania się? Chyba że miał to być rodzaj maski. Każdy będzie szukał rogacza, a porywacz zdejmie po akcji rogi i nikt go już nie pozna.
Terry skrzywił się. Wydało mu się to trochę naciągane. „Diego, mam prośbę”. Diego spojrzał na niego pytająco. „Zbierz informacje od pozostałych, ilu podopiecznych ostatnio zaginęło”. „Ilu porwano?” „Nie. Przestali się odzywać. I to nie z powodu śmierci”. „Rozumiem”. Terry nie mógł się skupić.
Tak właściwie nie mógł już nic więcej zrobić bez zbadania sprawy w terenie. Miał dwa tropy, za którymi postanowił pójść równolegle. Na szczęście w obydwu przypadkach znał odpowiednich ludzi mogących mu pomóc. Postanowił nie odkładać śledztwa. „Muszę coś załatwić” – wyjaśnił Elizie, wychodząc z pracy. „Jasne, skarbie” – wysyczała, posyłając mu buziaka. Gdyby nie była tak nachalna, może nawet dałoby się z nią porozmawiać. Znajdź mi filmowca. Terry postanowił odwiedzić osobiście Federica. Wolał nie poruszać tematu rozmowy przez telefon czy łącza internetowe.
Uprzedził jedynie przyjaciela, że niebawem do niego zajrzy. „Spoko, do północy będę siedział w domu” – usłyszał. Zadzwonił jeszcze do Subiry, umawiając się na drugie spotkanie. Drugi raz tego samego dnia będzie musiał pojechać na Brooklyn. Mając ustalony plan działań, wyszedł z pracy i przeszedł na 34 Street Penn Station. Było słoneczne, upalne popołudnie, które w betonowej dżungli powodowało, że ubranie lepiło się do skóry. Żałował, że nie może być teraz z Anne w Grecji, popijać ouzo w tawernie ze stolikami ustawionymi na plaży, czując na policzkach delikatną bryzę, a później – ale gdzieś dopiero koło drugiej, trzeciej w nocy, kiedy już nie będzie tak parno – rzucić się z Anne na łóżko i kotłować do świtu. Jednak dla Anne ważniejsze było poszukiwanie mitycznego centaura. Od tygodnia nawet nie dzwoniła, chociaż wcześniej rozmawiali co dwa dni. Ten związek chyba umierał.
„Może rzucić to wszystko i pojechać do niej?” – pomyślał. „Jak tylko dowiem się, kto porywa moich podopiecznych” – zdecydował z westchnieniem irytacji, wiedząc, że śledztwo może trwać zbyt długo i na pewno się spóźni. Po kilku minutach, jeszcze zanim pojawił się peron stacji, Terry wszedł w tłum okularników GDV pogrążonych w wirtualnych światach. Ocenił, że czeka go kilkadziesiąt minut stania w kolejce do kontroli antyterrorystycznej. Rozejrzał się po twarzach oczekujących. Niemal każdy w wieku poniżej dwudziestki skracał czas oczekiwania oglądaniem filmów, przeglądaniem internetu lub grą. Nieruchome głowy z klapką na jedno oko i nerwowo drgającą prawą lub lewą dłonią. System Global Digital View pozwalał sterować obrazem za pomocą ruchów palców. Impulsy idące z mięśni były odczytywane przez serce systemu, tak jak dawniej ruchy rysika czy myszki komputerowej. W ten styl życia wpadał teraz każdy nastolatek.
Osoby starsze o kilka lat wolały wlepiać gały w ekrany smartfonów, jeszcze starsi – tabletów. Starzy jak on, bliscy czterdziestki, błądzili wzrokiem po ścianach. Najstarsi przeglądali gazety. Technologiczny podział w przypadku pokoleń nie znał koloru skóry ani bariery językowej. Terry unikał metra. Częste alarmy, w większości fałszywe, wzmogły procedury bezpieczeństwa. Teraz już nie wystarczyło sprawdzenie dokumentów. Trzeba było przejść nie tylko przez kontrole osobiste, lecz również prześwietlenia wykrywające skład soków w żołądku. Chipy wszywane pod skórę nie sprawdziły się, gdyż można je było wydłubać i przy bramkach użyć podmienionego. Za to przebąkiwano, że niebawem będzie sprawdzany kod genetyczny i to porównywany nie z odpowiednim dokumentem, a bazą DNA w centrali.
To miało wykluczyć możliwość podrabiania dokumentów. Albo miałeś to samo DNA co wzorzec, albo bez pytania cię usypiano i przewożono na salę przesłuchań. On jeszcze nie był na badaniu, ale obiecywał sobie, że musi je wykonać jak najszybciej. Jeżeli twój kod DNA znajdował się w banku danych, mogłeś skorzystać na lotniskach z wydzielonych bramek i przejść kontrolę o połowę szybciej. Terry'emu przyszła do głowy myśl, czy być może badanie „pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie” nie jest częścią realizacji programu badań biometrycznych. Ale nawet jeżeli tak było, to przecież nie powód, aby porywać weteranów wojennych. Chyba nikt ich nie podejrzewał, że są uśpionymi terrorystami. Pasażerowie godzili się na podobne utrudnienia, gdyż nie wszystkie alarmy okazywały się dowcipem. W ostatnich dwóch latach wybuchły już cztery bomby, zabijając blisko 300 osób. Terry zawsze wolał brać taksówkę, zwłaszcza gdy udało mu się złapać Kajtka.
Kajtek był taksówkarzem starej daty. Znał miasto bez GPS-a. Nie jeździł głównymi drogami, ale wybierał trasy, które raczej nie interesowały terrorystów. Wysadzenie w powietrze sterty kartonów na zapleczach sklepów, resztek jedzenia z restauracyjnych kuchni nie przebije się na czołówki serwisów. Terroryści szukali zazwyczaj miejsc albo mocno zatłoczonych, albo będących ikonami miasta. Jedynie urwanie ręki Statuy Wolności, zburzenie katedry św. Patryka czy przerwanie przęsła jednego z mostów miało szansę na rozgłos. Gdyby nie to, że przed Mostem Brooklyńskim i tak musieliby stać w korku, zadzwoniłby do Kajtka. Terry wyszedł z metra na stacji 24 Coach Street po 40 minutach jazdy. Pokonanie trasy zajęło 18 minut, a oczekiwanie przed bramkami policji ponad pół godziny, czyli tak właściwie tyle samo, co pokonanie trasy taksówką.
Na szczęście dom Federica znajdował się w odległości kilkuset metrów od stacji metra. Wdusił przycisk domofonu z numerem mieszkania i od razu usłyszał: „Właź, otwarte”. Był pewien, że przyjaciel nie oderwie się od pracy. Gdy wszedł do pokoju, rzeczywiście ujrzał Federica siedzącego przed kilkoma monitorami komputerów. Pokój był duży, ale niemal pusty. Poza biurkiem przypominającym podkowę zwróconą w stronę okna znajdował się tu tylko stoliczek z dwoma fotelami pod przeciwległą ścianą. „Daj mi chwilę” – usłyszał. – „I przynieś z kuchni piwo”. Federico Colucci był młodszy od Terry'ego. Miał 37 lat.
Był również niższy o kilkanaście centymetrów i bardziej szczupły o te kilkanaście kilogramów, które z chęcią bym zrzucił – westchnął z zazdrością Terry. Federico nosił zarost à la Van Dyck. Od Anne dowiedział się, że był to flamandzki malarz, na którego portretach twarze mężczyzn często zdobiły długie wąsy oraz bródka nazywana przez subirę „kozią”. Federico nie wymagał takiej opieki jak podopieczni Terry'ego, co nie znaczy, że wszystko było z nim w porządku. Ale zawsze był taki i Terry nie potrafił wyobrazić go sobie innego. Ścianę na wprost zajmowało kilka plakatów, większych niż standardowe, z ulubionych filmów Federica. Nie było na nich Angeliny Jolie w czarnym biustonoszu powiększającym cycki z filmu „Tomb Raider”. Nie było również Clinta Eastwooda z dwoma rewolwerami z czasów spaghetti westernów ani nawet Mistrza Yody w kolorze sepii z napisem „Niech moc będzie z tobą”. Federico był miłośnikiem ery ekspresjonizmu niemieckiego z lat 30. ubiegłego wieku i ścianę w jego pokoju wypełniały plakaty z wykoślawioną architekturą oraz postaciami o nadmiernie ekspresyjnych gestach.
Terry już wiedział, że na przykład czarna istota przypominająca trochę małpę, pochylona nad leżącą z wyciągniętymi rękoma kobietą, to bohaterka „Gabinetu doktora Caligari”. Pozostałe dwa również pochodziły z tego filmu, a ich wspólną cechą było to, że przedstawiały architekturę o zaburzonej perspektywie. „Dlaczego wciąż oglądasz te filmy?” – zapytał przyjaciela podczas pierwszej wizyty. To była późna godzina i do krzywizny prezentowanej architektury dołączyła krzywizna wywołana wypitym alkoholem. „Szczerze?” – Terry skinął głową. To był czas na szczerość. Byli w połowie drugiej butelki whisky. – „Fascynuje mnie scenografia oraz oświetlenie w tych filmach. Akcja jest mniej istotna, chociaż to śmietnik osobliwości, w którym długo mogliby grzebać psychiatrzy.” Federico wskazał dłonią na komputery. – „Spójrz, jestem za bardzo uporządkowany i te krzywizny mają mi przypominać, że nie jestem robotem.” – „Miałem wrażenie, że od informatyka wymaga się porządku.” – „No właśnie.
Może powinienem zmienić zawód.” – Federico zaśmiał się z goryczą. – „Ale mylisz się. Program można napisać na wiele sposobów, a co ciekawe, nie zawsze czysty, przejrzysty kod jest tym, który najsprawniej działa.” – „Jak to możliwe?” – „Do zrozumienia długiego zdania nie jest potrzebne przeczytanie wszystkich słów. Porządny informatyk jest tresowany do pisania kodu w składni zrozumiałej dla innych, a wystarczy połowa słów, aby zrozumieć treść całego zdania.” – „A ktoś inny to zrozumie?” – „Tego nie jestem pewien.” – złośliwy chichot Federica był jednoznaczną odpowiedzią. – „Często ja sam nie pamiętam, dlaczego napisałem pewne fragmenty programu, ale działają, więc nie zastanawiam się nad tym długo.” To był problem Federica. Bywał genialny, ale nie potrafił pracować systematycznie. Równie ważne było dla niego ulepszenie programu do sterowania muzyką w zależności od tego, po co sięga do lodówki, jak i programu dodającego milionowe części dolara do własnego rachunku. – „I w ten sposób piszesz programy?” – „Staram się. Plakaty z »Gabinetu doktora Caligari« przypominają mi, że nie wszystko musi być prawdziwe. Geniusz jest ukryty w wypaczonym spojrzeniu.
To ta iskra wznosząca nas do niebios. Dopóki widzę zafałszowaną perspektywę, wiem, że jestem zbyt normalny. Gdy ściany na plakatach się wyprostowują, staję się genialny. To mój sprawdzian przeciętności geniuszu.” Terry wrócił z dwoma butelkami piwa, jedną stawiając przed klawiaturą. Federico zastygł, a później szybko napisał kilka linijek kodu i zamknął okienko programu, nad którym pracował. Sięgnął po butelkę i odwrócił się w stronę Terry'ego. – „Przejrzałem film. To jest autentyczny zapis. Jedno ujęcie z drona. Sam dobrze to wiesz.” – Federico wzruszył ramionami i przeszedł do innego tematu.
– „Cenię Greenpeace, ale w tym wypadku chyba robią niepotrzebny szum. Kto by chciał używać sprzętu z przestarzałym oprogramowaniem? To walka z wiatrakami. Wiesz, że nie cierpię globalizacji, ale ma ona również dobre strony, jak dostęp do najnowszych urządzeń.” – „Jesteś za młody, by to zrozumieć. Wychowałeś się już w czasach przedmiotów wyrzucanych po okresie gwarancji.” – „A może nawet przed” – wtrącił Federico. – „A ja pamiętam sprzęt produkowany do użytku na całe życie.” – „A przynajmniej na wiele lat” – dokończył zdanie Terry. – „To dzisiaj niemożliwe.” – Federico, przekrzywiając głowę, spojrzał na przyjaciela z ironicznym uśmiechem. Gospodarz wskoczył na swój ulubiony temat i Terry wiedział z doświadczenia, że teraz trudno będzie go od niego oderwać. Musiał to przeczekać, najlepiej w milczeniu. – „Korporacje rozkręciły spiralę chciwości i nie potrafią tego zatrzymać, bowiem zdolności produkcyjne rosną w tempie Mura.
Dzisiaj mamy wydajne roboty przemysłowe i oprogramowanie w środku starzejące się szybciej niż opakowanie, a bez wzrostu demograficznego nie starczy ludzi, by kupić wszystkie wyprodukowane dobra.” Powiem ci coś. Moda na hołubienie jak najliczniejszej gromadki dzieci to korporacyjny spisek. Boją się, że ich dochody spadną. Tylko że ludzie jakoś nie chcą rozmnażać się w wykreślonym w Excelu tempie. Korporacyjni stratedzy sięgnęli więc po drugi ze sposobów. Chodzi o to, aby produkować rzeczy, które będą psuły się po roku, abyś musiał kupić nowe egzemplarze. Oceniasz wartość sprzętu po oprogramowaniu, jednak przed epoką komputerową ważna była trwałość. Konstrukcja siekiery jest taka sama od wieków, a czas poświęcony na wytworzenie urządzenia więcej wart niż zużyty materiał. Ja wolę dawne podejście do sprzętu. „I stałe w uczuciach kobiety?” – zaśmiał się Federico.
„A model Alfa Romeo z 1936 roku sprzedany za 36 milionów dolarów?” Terry nie odpowiedział bezpośrednio na zaczepkę. „Lub mój Trzmiel?” Trzmielem Terry'ego było dwudrzwiowe granatowe BMW 850i E31 z 1992 roku. Jego pięciolitrowy silnik V12 od przełomu wieku dudnił w jego duszy tak samo jak ryk silników startującego wahadłowca. Trzmiel rozpędzał się do setki w 6,2 sekundy, gdyż był to model z ręczną skrzynią biegów osiągający 250 km/h. Miał okazję sprawdzić to na niemieckich autostradach. Terry odziedziczył Trzmiela po ojcu, który kupił auto, gdy z rodziną stacjonował w Ramstein-Miesenbach. Ojciec uwielbiał ekstremalne prędkości tak samo w powietrzu, jak i na drodze. I chociaż w dniu jego śmierci Terry studiował już w Seattle, to zdecydował się sprowadzić z Niemiec ulubiony samochód ojca. „To co innego.” Federico machnął lekceważąco dłonią. „Alfa ma wartość historyczną, twój Trzmiel sentymentalną.” „Federico, może wrócimy do analizy filmu.
Czy twoim zdaniem mógł zostać sfałszowany?” „Wiesz, jak trudno byłoby zainscenizować tak rozległy plan, rozplanować ruch sceniczny dla takiej liczby aktorów. Gdyby ujęcia wykonano ze smartfonu lub nawet kamery ręcznej i zostałyby zmontowane, mógłbym szukać śladów fałszerstwa. Można pobawić się programami i podmienić kilkadziesiąt klatek, ale nie cały film.” Terry zamyślił się. Przyjaciel potwierdził jego przekonanie, chociaż przez jakiś czas łudził się, że wygląd rogacza stanowił żart zdolnego grafika. „Możesz się dowiedzieć, kto go opublikował?” „To nie jest żadne wyzwanie. Robota na kilka minut. Daj mi powód, abym zatracił się w sobie, poszukując rozwiązania problemu.” Federico skrzywił się z niesmakiem. „Dobrze. Obiecuję, że znajdę godny twojego umysłu problem” – odparł kpiąco Terry. „Czy teraz pomożesz?” „Potrzebujesz adres IP?” Terry skinął głową.
„Adres IP, adres właściciela komputera, imię i nazwisko.” „Da się zrobić. YouTube nie strzeże swoich klientów tak dobrze jak Apple.” Federico wciąż był przygaszony. „Zazdrościsz autorowi zdjęć liczby polubień?” – zapytał Terry, domyślając się, o czym myśli przyjaciel. „Kiedyś chciałem zostać operatorem, ale w dzisiejszych czasach każdy, kto ma choćby zegarek, może nakręcić film. A nowa wersja łączności GDV – już nie poprzez okulary, a soczewkę kontaktową – ma mieć warstwę rejestrującą obraz. Zadaniem operatora będzie jedynie patrzeć, najlepiej bez mrugnięcia. Kiedyś to było rzemiosło, fach wymagający wiedzy niemal tajemnej. Dzisiaj wystarczy być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, a zgarniesz kliknięcia i nagrody na festiwalach. Artyzm się nie liczy. Im głupszy film, tym więcej splendoru.” „A nie myślałeś o montażu?” „To prawda, że ten etap produkcji filmu wymaga przynajmniej minimum umiejętności.
Każdy może nakręcić materiał, ale zmontować go potrafią jedynie nieliczni. Tylko że dzisiejszy montaż to sieczka nastawiona na to, abyś nawet po tysięcznym obejrzeniu reklamy, klipu muzycznego czy nawet filmu i tak wszystkiego nie zauważył.” Porozmawiali jeszcze z kwadrans na tematy bez znaczenia. „Muszę już lecieć” – oznajmił w końcu Terry, zerkając na zegarek. „Gdzie ci się spieszy?” – zapytał zaskoczony Federico. „Umówiłem się na basenie z Subirą” – odpowiedział niechętnie. „Poszedłbym z tobą, ale ona nie lubi, jak przyglądam się jej w kostiumie” – mruknął z żalem gospodarz. „To prawda” – przyznał Terry, głośno się śmiejąc. Federico spojrzał na niego wzrokiem, który mógłby zabić. Dziewczyna jak syrena. W dzisiejszych planach Terry uwzględnił jeszcze rozmowę z Subirą Bustamante.
Umówił się z nią na basenie. Dziewczyna od zawsze lubiła wodę, używki oraz muzykę rockową. Wody używała w nadmiarze nawet do drinków. Muzyki słuchała niemal non stop. Kiedyś też dużo brała, ale od kilkunastu lat była czysta. Znalazła nawet stałą pracę. Nie skończyła studiów medycznych, ale trzy lata wystarczyły, aby znaleźć pracę w klinice medycznej Longon Medical Center na Manhattanie. Terry miał nadzieję, że może Subira podpowie mu, co takiego może znajdować się w kodzie DNA osób zgłaszających się do programu, że tak wiele z nich zdecydowano się porwać. Z mieszkania Federica do basenu na Flushing Avenue poszedł pieszo. Usiadł w cieniu drzew i obserwował dziewczynę, słuchając muzyki z głośników ustawionych na krawędzi pływalni.
To były prywatne głośniki Subiry i zawsze je wystawiała na czas treningu. Subira płynęła tuż przy dnie w połączonej monopłetwie – już wiedział, że tak się to nazywa – przypominającej ogon mitycznych syren, raz po raz wypinając ponętny tyłek. Wyglądała pięknie. Terry nie wiedział, czy syreny były czarne, ale właściwie dlaczego miałyby być tylko białe? O to musiałby zapytać Anne, jednak na pewno by się zirytowała. Zanim poznał Anne, był z Subirą i chociaż rozstali się jeszcze przed poznaniem Anne, dobrze wiedział, że lepiej o przeszłości za dużo nie mówić. Terry rozpoznał brzmienie, jak i tytuł nagrania. To była długa suita „Na krawędzi” zespołu Yes. Początkowo nie rozumiał ich muzyki, a nawet go drażniła. Łomot perkusji, rozwydrzone gitary, wibrujące w uszach klawisze.
No i ten cienki, wysoki wokal Johna Andersona, jakby był kastratem. Ten głos nie pasował do rocka. Jak mówiła Subira, to nie był zwykły rock, tylko rock symfoniczny. Rzeczywiście – klawisze brzmiały jak organy, a chór składał się z samych eunuchów. Z czasem, zmuszany przez Subirę do ciągłego słuchania tych samych płyt, w bezładzie dźwięków zaczął wyłapywać muzyczne smaczki, przemyślaną kompozycję. Żaden z instrumentów nie grał dla siebie. Wszystkie były podporządkowane przesłaniu nagrania. Głos Andersona współbrzmiał z innymi instrumentami. Nie zagłuszał ich. Pozwalał słyszeć słowa w połączeniu z muzyką, a nie, jak u innych, wybuchać jakimś krzykiem w karmidrze.
Ckliwy, kiczowaty tekst o facecie co rusz podnoszącym się i opadającym w połączeniu z równie ckliwą muzyką, dzwoneczkami, śpiewem ptaków, po wielu przesłuchaniach stał się dla niego manifestem walki. Wiary, że każdy jest w stanie rozwinąć skrzydła. W końcu, po dwóch latach bliskiej znajomości i wysłuchaniu dziesiątki razy tej samej płyty, Terry zrozumiał tę muzykę. „Cieszę się, że już rozumiesz Yes. Szkoda, że tak późno” – podsumowała dwa lata ich związku. Ale co by nie mówić, była to muzyka sprzed pół wieku. Zauważył, że jego przyjaciele grzęźli w przeszłości. Subira w muzyce połowy ubiegłego stulecia, Federico w niemych czarno-białych filmach sprzed 100 lat, a Anne najgłębiej, bo w historii sprzed tysięcy lat. Tylko jego fascynacje wymykały w przyszłość. Wszechświat na wyciągnięcie dłoni, podróże po horyzont czegoś, co nie ma końca.
Nieustanne lawirowanie na krawędzi marzeń i codzienności – jak przyznawał w duchu sam przed sobą. Subira zauważyła Terry'ego, dopiero gdy wychodziła z wody. Pomachała mu ręką i krzyknęła, że wróci za 10 minut. Była w kostiumie, który nie tylko podkreślał kształty jej figury, ale ujawniał fakt, że miłość Subiry do zespołu Yes nie dotyczy jedynie muzyki. Cała lewa strona ciała dziewczyny była wytatuowana. Poczynając od szyi, poprzez ramię, tułów, a kończąc na nodze – z dużym palcem stopy włącznie – widniały wielokolorowe tatuaże utrzymane w stylistyce okładek Yes autorstwa Rogera Deana. Wśród gąszczu powyginanych konarów drzew, często rosnących na równie poskręcanych formacjach skalnych nie z naszego świata, ukrywały się przedziwne stwory – smoki, ośmiornice, owady i ptaki. Dla kontrastu jedynie na prawym ramieniu można było dostrzec niepozorny, siny tatuaż formacji, w której służyła w Afganistanie. Wąż, lecz nie Eskulapa, a jadowity gad z otwartym pyskiem oplatającym nabój. Wróciła już po sześciu minutach.
Była przygaszona, co na jej twarzy uwydatniało się bardzo szybko. Szerokie usta, wysunięte kości policzkowe oraz duże ciemne oczy z brwiami zarysowanymi wysoko ponad nimi powodowały, że nawet jeżeli nie była smutna, a jedynie zamyślona, wyglądała, jakby miała pretensje do całego świata. Terry już wiedział, że jest wręcz odwrotnie, ale komuś, kto jej nie znał, mogła wydawać się zgorzkniałą, wredną suką. Jednak dzisiaj twarz dziewczyny z pewnością odzwierciedlała zły humor. Podeszła do niego. Przywitali się, przytulając i całując w policzki. „Co cię gryzie?” – zapytał wprost. „Chciałabym zrobić coś szalonego, popłynąć za siódme morze” – westchnęła głęboko. „Przecież możesz zgłosić się do jakiejś szalonej wyprawy. Masz kwalifikacje i jako sanitariusz, i jako nurek.
Z pewnością wiele ekip z chęcią by cię zatrudniło. Nie bój się wyruszyć za siódme morze. Nic cię tutaj nie trzyma”. „No właśnie, nic mnie nie trzyma” – odparła skwaszona. „Życie wyciekło mi przez palce. Gdy byłam młoda, uważałam, że sukces mam w garści, a okazało się, że ugrzęzłam w gównie. I z każdym dniem, gdy budzę się zlana potem po koszmarach nocnych, wstaję i idę do pracy, zagłębiam się w tym gównie coraz bardziej”. Spojrzała mu prosto w oczy. „Nic nie osiągnęłam i pewnie już niczego nie dokonam. Nie chcę być statystką we własnym życiu.
Chcę być jego pierwszoplanową aktorką. Mam ochotę wrócić do ćpania, odlecieć z tego bezdusznego świata”. A gdy umrę i rozrzucicie moje prochy, popiół pewnie wpadnie niewinnemu przechodniowi w oko. Ten przeklnie, wyciągnie chusteczkę i przetrze spojówkę. I to będzie koniec Subiry, która kiedyś marzyła. Tyle po mnie zostanie. Od dawna miała mu to ochotę powiedzieć, ale przecież Terry o tym wiedział. Porównanie życia do gówna pływającego w szambie było jego ulubioną metaforą, przeznaczoną na chwile głębokiej depresji i późniejszej złości przeradzającej się w bunt. „Subira, ucknij się. Podejmij jakieś decyzje, choćby w sprawach prywatnych.
Odrzucasz Federica, nie dopuszczasz innych facetów. To jak chcesz znaleźć męża? Pod wodą?”. Spojrzała na niego z irytacją, wstrzymując oddech i lekko rozchylając nozdrza. „Federico to przyjaciel i niech tak zostanie. Nie mam ich zbyt wielu, a poza tym on jest zalany przez cały dzień. Nie pije jedynie w czwartki, aby w piątek przyjść na spotkanie w miarę trzeźwy. W jakie towarzystwo mnie wpychasz? Za tydzień obydwoje będziemy zapruci od przebudzenia do zaśnięcia przy kieliszku” – prychnęła ze złością. Terry musiał jej przyznać rację.
„A innych mężczyzn dopuszczam” – dodała. „Na kwadrans, raz na kwartał.” Terry nie ustępował. Dobijał ją systematycznie. W końcu od tego ma się przyjaciół, by mówili prawdę prosto w oczy. Subira oklapła. Wypuściła powietrze z płuc. Przez jej usta przemknął grymas niezadowolenia. „Zdziwiłbyś się. Przeważnie na krócej i rzadziej.” Terry zaśmiał się, a i ona po chwili wahania odpowiedziała śmiechem, jeszcze nieco wymuszonym, ale Terry znał ją na tyle długo, by poznać, że już nie wróci do ponurych myśli. Przynajmniej dopóki będą rozmawiali.
„Z jakim przychodzisz problemem?” – porzuciła niebezpieczne tematy. „Nie chciałeś nic powiedzieć przez telefon.” „Natknąłem się na dziwną sprawę i chciałem zasięgnąć informacji.” Spojrzała na niego z uwagą. „Śledztwo?” W pytaniu Terry wyczuł nutkę lęku. „Na razie prywatne” – spróbował zbagatelizować sprawę. Jej skrzywiona w grymasie niezadowolenia twarz wskazywała, że nie będzie to łatwe. „Terry, zrozum wreszcie, że nie jesteśmy już drużyną. Nawet nie jesteśmy razem. Spotykamy się jedynie raz w tygodniu, aby spłukać rozterki, pożartować, pośmiać się, a nie prowadzić narady bitewne. Nie mogę wciąż żyć przeszłością. Sam to powiedziałeś.
Może powinnam zrezygnować z piątków wolności i poszukać nowych znajomych.” Terry stał, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Miała rację. Nie powinien wykorzystywać dawnych znajomości. Każdy miał własne życie z własnymi, nierozwiązanymi problemami. Subira westchnęła głęboko i spróbowała się uśmiechnąć. „Terry, tym razem ci pomogę, ale to ostatni raz.” Wzięła go pod rękę i już lżejszym tonem dodała: „Chodźmy coś zjeść. Po treningu jak zwykle zgłodniałam.” Przeszli do pobliskiego All About Indian Food na Bushwick Avenue. Miało przyjazne wnętrze, bez okien, z bordowymi ścianami i kanapami z ciemnobrązowym obiciem. Ale za to jedzenie, które obydwoje uwielbiali. Terry zamówił skrzydełka kurczaka Indian Wings, a Subira gotowane w sosie curry salmon fish.
Jedząc, Terry opowiedział jej o akcji Greenpeace oraz o porwaniu kaprala Trottera. Wycierając serwetką usta stwierdził: „Nie rozumiem hasła tej całej akcji. Dlaczego w tych badaniach tak ważna jest zgoda na pobranie próbek kodu DNA?” Specjalnością Subiry była genetyka. W klinice pracowała na oddziale chorób genetycznych i chromosomowych. Tylko ona mogła mu wyjaśnić, dlaczego dla sponsora akcji tak ważne było poznanie kodu DNA. „Terry, niewiele wiesz o rozwoju genetyki. Możesz zrobić badania krwi, poddać się tomografii komputerowej, rezonansowi magnetycznemu, dzięki czemu będziesz znał stan zdrowia organizmu. Możesz też zaaplikować odpowiednie środki, aby powstrzymać rozwój choroby, ale jedynie znajomość genów pozwoli ci wykryć ryzyko choroby na 20, 50 lat wcześniej i już teraz podjąć działania, aby nie doszło do jej rozwoju.” „Jasne, ale tak się dba jedynie o zdrowie tych mających pełne ubezpieczenie, będących w stanie wyłożyć miliony na eksperymentalne terapie. Nie widzę celu inwestowania podobnych pieniędzy w ludzkie śmieci.” „Może są testerami” – zasugerowała Subira. „To możliwe, ale to chyba wciąż za słaby powód.” Terry nie był przekonany do tego pomysłu.
Subira przez chwilę milczała, kręcąc oczami w lewo i prawo. Terry znał to zachowanie. Był to objaw przeszukiwania pamięci. „Mam!” – niemal krzyknęła po odnalezieniu odpowiedniej informacji. „Kilka lat temu słyszałam o ciekawej kradzieży na Sardynii. Może nie wiesz, ale wyspa ta słynie z długowieczności jej mieszkańców.” „Subira, zlituj się. Przejdźmy do tematu.” Terry zrezygnowany opuścił głowę. „Ale to jest właśnie na temat. Chodzi o główny motyw tej kradzieży.” Terry spojrzał na przyjaciółkę z zaciekawieniem. „Z banku danych wykradziono kilkanaście tysięcy próbek DNA.
Trudno o lepszy materiał niż próbki, które potencjalnie zawierają geny długowieczności. Wiele ośrodków medycznych czy koncernów farmaceutycznych pracuje nad eliksirem młodości, wykładając na badania olbrzymie pieniądze. Taka kradzież pozwoliła zapewne zleceniodawcy zaoszczędzić nie tylko setki, a może i miliony dolarów, ale też wiele lat gromadzenia próbek.” „Ciekawe. Ale oni raczej nie będą długo żyli” – mruknął Terry. „Terry, nie wiem, ile zdołam się dowiedzieć. Dlaczego nie uderzysz do znajomych z wywiadu? To są jedynie domysły. Nie mam twardych dowodów. Może poza rogami porywacza.” „Co? Wiesz, że tego porywacza wbranza kobieta?” – zaśmiała się, niepewna, czy Terry żartuje, czy mówi poważnie.
„To nie przenośnia” – skrzywił się Terry. „Mówię o prawdziwych rogach. Nie takich, jakie przypisuje się diabłom czy demonom, krótszym czy dłuższym, wyrastającym pionowo. Rogi porywacza są jak rogi byka. Długie, wyprofilowane z głowy poziomo, a dopiero potem pnące się w górę. Przy czaszce mają kolor kości z czarnymi końcówkami.” „Żartujesz. To jakiś wariat.” – Subira wciąż nie mogła uwierzyć, że Terry mówi poważnie. „Z pewnością wariat. Ale nie żartuję.” „A inne szczegóły?” „Pytasz, czy miał ogon i nozdrza byka? Trudno powiedzieć, gdyż zdjęcia były kręcone z góry.
Tylko na kilku klatkach widać fragmenty twarzy. Federico nad tym pracuje, a ogon mógł schować w spodniach.” Subira miała ochotę się roześmiać, lecz widząc, że Terry jest poważny, odpowiedziała: „No dobrze, spróbuję zbadać sprawę. Dowiem się, do czego im potrzebny kod genetyczny”.
[03:48:24] - I proszę państwa, to już koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Przypomnę, to było 139. wydanie „Bibliotekarium 2.0” zatytułowane „Gwiazdy, herezje i obcy”. Tak jak powiedziałem, pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Życzę dobrej nocy, życzę dobrego weekendu i życzę, abyście państwo za tydzień znowu zajrzeli na antenę Radia Paranormalium i wysłuchali 140. wydania „Bibliotekarium 2.0”. Ja co prawda wtedy będę bawił na Sedeńkonie, ale to nic nie zmienia. Będę tam zbierał kolejne materiały do kolejnych odcinków „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu jeszcze raz dziękuję.
Dobrej nocy.
[03:49:18] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.