Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Dobry wieczór wszystkim państwu. Mamy nadzieję, że zdrowymi jesteście. Kwiecień-plecień nam przeplata dużo ziemia, mało lata. Mamy nadzieję, że jesteście zdrowymi i że możecie spędzić dzisiejszy wieczór z kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 – Akademii wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. To bez zbędnej zwłoki zaczynamy kolejny odcinek. Odcinek Bibliotekarium 2.0. Jak zwykle na początku polecanki książkowe. „Mickey7”, Edward Ashton, wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery 15 kwietnia tego roku. Proszę państwa, na pewno pamiętacie, kiedy kilka tygodni temu rozmawialiśmy z Piotrem Cielebiasiem o filmie „Mickey17”. To nie jest przypadek, że historia „Mickey7” i „Mickey17” – podobne tytuły, bo też „Mickey7” autorstwa Edwarda Ashtona, ta powieść stała się kanwą filmu. Filmu, który omówiliśmy, filmu w gwiazdorskiej obsadzie. Na podstawie powieści „Mickey7” Joon-ho Bong, reżyser nagrodzonego czterema Oscarami obrazu „Parasite” nakręcił film „Mickey17” właśnie z Robertem Pattinsonem w roli głównej.
Ale my dzisiaj mamy powieść. Powieść „Mickey7”. Umieranie to żadna frajda, ale pozwala zarobić na życie. Mickey 7 jest wymienialnym, narażonym na wielokrotną śmierć pracownikiem ekspedycji mającej na celu skolonizować odległą planetę. Po śmierci danej wersji ciała wytwarzany jest nowy organizm z wszczepioną kopią pamięci. Po sześciu zgonach Mickey 7 rozumie już, dlaczego był jedynym kandydatem, który zgłosił się na to stanowisko. Podczas rutynowego zwiadu zaginiony w akcji Mickey 7 zostaje uznany za martwego. Kiedy dzięki pomocy miejscowych form życia wraca do kolonii, okazuje się, że spisano go już na straty, a do pracy zgłasza się nowy klon, Mickey 8. Zwielokrotnianie wymienialnego jest zabronione. Mickey 7 musi więc utrzymać swego sobowtóra w tajemnicy przed resztą kolonii.
Ostateczny los zarówno tubylców, jak i osadników zależy od Mickeya 7. Oczywiście, jeśli uda mu się nie umrzeć na dobre. Tak, proszę państwa, to było omówienie krótkie, bo krótkie, ale omówienie powieści „Mickey7” Edwarda Ashtona, wydawnictwo Zysk i Spółka. Data premiery 15 dzień kwietnia. Kolejna książka Juli Zachmost „Broken Layers”. Wydawnictwo NieZwykłe, a premiera dzień później, to znaczy 16 kwietnia. Osiemnastoletnia Madeline West cieszy się opinią dziewczyny, która nie ma problemu z wyrażaniem swojego zdania. Mimo to stara się wieść spokojne życie, nie wplątując się w kłopoty. Nieoczekiwanie pewnego wieczoru wszystko się zmienia. Kiedy dziewczyna widzi trzech młodych mężczyzn demolujących kijami baseballowymi zaparkowane na ulicy skutery, nie waha się ani chwili i zwraca im uwagę.
Nie ma pojęcia, że właśnie stanęła twarzą w twarz z kimś, kogo nazwisko często pojawia się na językach mieszkańców stolicy. Nie zawsze w pozytywnym kontekście. Dwudziestojednoletni Clyde Caswell, mistrz rzymskich igrzysk, odkrywa, że nieznajoma z poprzedniego wieczoru to siostra jego przyjaciela. Teraz chłopak za wszelką cenę stara się zwrócić jej uwagę. Nie spodziewał się jednak, że Madeline okaże się znacznie większym wyzwaniem. Przypomnę książka „Broken Layers” Juli Zachmost, wydawnictwo NieZwykłe. Premiera 16 kwietnia. I ostatnia propozycja na dzisiaj „Nie myśląc o jutrze”. Autorka Kinga Boruczkowska, wydawnictwo Jaguar. I ta książka również pojawi się na rynku 16 kwietnia.
Kiedy życie Lea wreszcie zaczęło się układać, los po raz kolejny postanowił z niej zadrwić. Traumatyczne wspomnienia znów dały o sobie znać, a zamknięcie przeszłości okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Tajemnicze wiadomości i połączenia telefoniczne nie przypominają już tylko niesmacznego żartu. Z każdą chwilą sytuacja robi się coraz poważniejsza. Lea czuje się zagrożona, a policja ignoruje jej wołanie o pomoc. Ostatnią deską ratunku okazuje się przyjaciel mężczyzny, którego wspomnienie wywołuje prawdziwy ból. Lea zaczyna rozumieć, że to, co miało pozostać cieniem przeszłości, stało się śmiertelnie niebezpieczną rzeczywistością. W tej pełnej niepokoju kontynuacji „Do zobaczenia jutro” emocje nie dają wytchnienia, a zakończenie, choć nieuchronne, pozostawi w sercu czytelnika Trwały ślad. Przypomnę „Nie myśląc o jutrze" powieść Kingi Boruczkowskiej wydana przez wydawnictwo Jaguar pojawi się na rynku 16 kwietnia. To były, proszę Państwa, trzy propozycje na dzisiejszą audycję.
Teraz tradycyjnie ruszamy ku filozofii, ku repetycjom filozoficznym. Dzisiaj niby temat trudny i temat, który źle się kojarzy, ale zobaczycie Państwo, że autor Piotr Bartula potrafi ugryźć taki temat w sposób specyficzny. Może zdradzę najpierw tytuł: „Kara śmierci i świętość życia” z podtytułem „Antysatyra”. Już sam podtytuł jest zagadkowy. Wspomnę tylko to, co zawsze wspominam, że tekst ukazał się w dwumiesięczniku Filozofu i w 2020 roku w numerze drugim, 32. z kolei. Jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor Piotr Bartula to doktor habilitowany, pracownik naukowy Zakładu Filozofii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, eseista. Zajmuje się polską i zachodnią filozofią polityki. Jest twórcą tak zwanej testamentowej teorii sprawiedliwości i autorem książek takich jak „Kara śmierci: powracający dylemat” i „August Cieszkowski.
Rediwiwus”. Przepraszam, jest jeszcze trzecia książka „Liberalizm u kresu historii”. Proszę państwa, startujemy. „Kara śmierci i świętość życia. Antysatyra.” Tajemnica życia ujawnia się w pytaniu o prawo człowieka do legalnego zabijania drugiego człowieka. Kara śmierci w praktyce europejskiego życia już bez znaczenia narusza podobno świętość życia i godność człowieka. Lecz co w tym przypadku oznacza słowo świętość życia? Nie sposób dociec, czy życie Eichmanna było równie święte jak życie Kolbego, który w imię świętości życia wybrał własną śmierć. Inaczej mówiąc, można utracić świętość życia jeszcze za życia. W takiej sytuacji znajdują się mordercy, którzy unikają sprawiedliwej kary aż do naturalnego zgonu.
Są oni w równym stopniu chorzy na śmierć, jak ci, którzy umierają na krześle elektrycznym lub pod wpływem zastrzyku śmierci. Parafrazując słowa Kaina wypowiedziane po bratobójczym mordzie: każdy, kto ich spotka, będzie mógł ich zabić. Można też dowodzić, jak to czynił Kant, że stosując karę śmierci, potwierdzamy godność człowieka i ważność jego czynów. Idea godności ludzkiej i wolności jest w ogóle warunkiem karania kogokolwiek. Godność tę zakłada się również w mordercy, który powinien cenić własne życie niżej niżeli człowieczeństwo w sobie. Kara śmierci tę godność potwierdza. Z jednej strony potępiamy maksymalnie i stygmatyzujemy moralnie osobę, która zerwała z nami więzy solidarności i ujawniła pogardę dla życia ludzkiego. Z drugiej natomiast nie zabijamy jej jak wściekłego psa, ale karzemy ją, dostrzegając w niej istotę rozumną, zdolną do przyjęcia konsekwencji swego działania. Ofiarowując jej w zamian za mord umyślny, cywilizowany proces, oddajemy jej cześć jako istocie rozumnej, godnej ukarania, rozumiejącej, że życie okryte hańbą zbrodni jest czymś gorszym od nieistnienia. Ta ideologia kary zakłada, że nie traktujemy złoczyńcy jako obcego, którego należy zabić bez procesu, ale właśnie powinniśmy go karać jako równego nam.
Potwierdzamy w ten sposób wartość i ważność samego życia. Za tym rozumowaniem kryje się bowiem krytyka deterministycznej koncepcji przestępstwa prowadzącej do opisywania sprawcy jako uwarunkowanego genetycznie bądź środowiskowo owada, którego właściwości możemy opisać w języku behawioralnej lub psychoanalitycznej psychologii jako ubezwłasnowolnionej machiny śmierci, następnie poddawanie go przymusowemu leczeniu lub ciche eliminowanie, co byłoby większym afrontem dla ludzkiej godności i świętości życia niż ukaranie go. Nadto w sposób dla siebie nieoczekiwany obrońcy przestępców odwołujący się do teorii socjopsichiczno-genetycznego determinizmu musieliby dojść do wniosku, że kara za zbrodnię powinna dopaść nie jednostkę, lecz grupę ludzką, z której wywodzi się podsądny. Muszą przyjąć kolektywistyczną teorię winy i kary, co prowadzi do eksterminacji złej grupy społecznej, która niewinnego uczyniła winnym. Ujawniałaby się chyba w ten sposób skrajna pogarda dla indywidualnego życia. Wszak sprawiedliwość polega na tym, że przestępca musi i powinien odebrać karę proporcjonalną do wkładu zła, które wprowadził w świat międzyludzki podczas akcji. W przypadku mordu umyślnego Wkład zła jest nieskończony. Krzywdy doznane są niewymierne, a zatem i kara powinna być nieskończona i niewymierna. Taką jest tylko śmierć, ponieważ odsyła nas w otchłań nieskończoności. Następuje odtworzenie reguł sprawiedliwości, a o to właśnie chodzi.
Naruszonych przez przestępcę, ponieważ proporcja kary do winy odpowiada proporcji zbrodni do stopnia naruszenia moralnej i fizycznej suwerenności ofiary, której odebrano prawo do samoposiadania, do życia w wolności i do obrony koniecznej. Takie sprawiedliwościowe podejście traktuje względy utylitarno-prewencyjne jako drugorzędne. Jedynym powodem kary jest to, że przestępca na nią zasłużył, że jest winny. Naruszając cudze prawo do życia, które było też jego własnym prawem, naruszył prawo do swego życia. Zabijając kogoś, zabił samego siebie. Karzemy złoczyńcę, ale nie dla przykładu, ponieważ oznaczałoby to traktowanie go w taki sam sposób, jak on potraktował swoją ofiarę, czyli jako środka do partykularnego celu. Wzniosła moralistyka Kanta była wymierzona polemicznie przeciwko doktrynie utylitarystycznej, wliczającej świętość życia na jego użyteczność mierzoną szczęśliwością powszechną. Można tę polemikę streścić następująco: żądanie Kanta, aby osoby, także osoby skazane na śmierć, cieszyły się podstawowym respektem, oznacza, że nasze surowe ich traktowanie musi być usprawiedliwione przez to, że jako istoty racjonalne mogą to zrozumieć i zaakceptować. W tym punkcie teoria utylitarystów wydaje się mieć kłopoty, ponieważ utylitarysta musi powiedzieć kryminaliście: „Karzemy, abyś służył za przykład innym i przez to odstraszał od zbrodni”. Lecz z pewnością kryminalista, jeśli byłby antystą, czego wykluczyć się nie da, może odpowiedzieć: „Co uprawnia cię do traktowania mnie w taki sposób?
Czyż nie proponujesz, by użyto mnie jako środka, jako narzędzia osiągania społecznego dobra? Instrument realizacji twego społecznego planu? I czy jako istota racjonalna zasługuję na to, aby być w taki sposób wykorzystywany? Domagam się kary, ale nie ze względu na straty już nie do odzyskania lub niepewne zyski społeczne, ale na podstawie natury mojego przestępstwa. Chcę spłacić dług wobec ludzkości, ofiarowując jej ostatnie dobro, jakie mi pozostało — życie. Pojąłem, że kto chce popełnić przestępstwo, chce również zasłużyć na karę. Potwierdzam słuszność słów cesarzy zwracających się do przestępców: sam poddałeś się tej karze. Tych zaś, którzy powzięli zbrodniczy zamiar, słusznie uważa się już za ukaranych, to jest za takich, którzy z własnej woli zgodzili się na to, że zasługują na karę. Zabijając kogoś, zabiłem samego siebie, tak samo, jak okradając kogoś, okradałem samego siebie”. Absolutna świętość życia ludzkiego jest dla przeciwników kary śmierci raczej hasłem niż przemyślanym twierdzeniem.
Hasło to pełni często rolę argumentu przez zastraszenie, albowiem zgodnie z tym rygorysta moralny staje się automatycznie profanem samego życia, złym człowiekiem. W takim wypadku Immanuel Kant okazałby się rzecznikiem fałszywego humanizmu, czego wykluczyć a priori nie można. Tak, proszę państwa, „Antysatyra”. To nie jest łatwy tekst. Nie w sensie wywodu, bo ten jest dosyć prosty. Natomiast przypuszczam, że jeśli ktoś ma określone poglądy dotyczące kary głównej, to pod wpływem tego tekstu owych poglądów nie zmieni. I myślę, że nie temu zresztą ten tekst służy. Ja go odbieram jako próbę zmierzenia się z poglądami, których się nie wyznaje. Próbę wywiedzenia na zasadach, może nie logicznych, ale pewnego wynikania, wywiedzenia pewnych wniosków. Na pewno nie wszyscy z państwa do końca zgodzą się z tymi wnioskami, które wyciąga autor, ale to jest już zupełnie inna sprawa.
Filozofia nie do końca zajmuje się praktyką, tylko raczej pewną logiką i pewnym wynikaniem w działaniach człowieka. I myślę, że z tego względu ten tekst może wydać się interesujący. Przypomnę, to był tekst zatytułowany „Kara śmierci i świętość życia. Antysatyra”. Autorem był Piotr Bartula, a tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2020 roku i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tak, proszę państwa, to były „Korepetycje filozoficzne”. Czas na kolejny punkt programu. To jest rozmowa, która pierwotnie ukazała się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Ja tam nieustająco państwa zapraszam. Takich rozmów jak ta dzisiejsza i takich, jak emitowane były wcześniej w Bibliotekarium 2.0, jest tam całkiem sporo.
Piotr Cielebiaś z kanału UFO Historie i moja nieskromna czy też skromna osoba z Wehikułu Wyobraźni. Dzisiaj wspólnie z Piotrem rozmawiamy o odkryciu, które rozpaliło w ostatnich czasach wszystkich ludzi interesujących się niezwykłościami tego świata. Tym odkryciem było coś, co ponoć znajduje się pod piramidą Chefrena. Zatem zapraszam na audycję: „Miasto czy machina pod piramidą Chefrena”. Powiem tylko jeszcze, że gdyby państwo zechcieli wejść na kanał Wehikuł Wyobraźni, to w ostatnim czasie pojawiło się tam kilka spiskowoteoriowych audycji. Z tym że zwolennicy tego rodzaju treści może nie będą do końca usatysfakcjonowani, bo ja staram się w owych audycjach troszeczkę rozważać na szali, co jest udowodnione, a co musimy przyjmować tylko na wiarę. Niestety tego udowodnionego nie ma zbyt wiele. Całkiem sporo natomiast jest tego, co nam się wydaje, co jest pewną opowieścią, pewną narracją, czasami niezwykle atrakcyjną. Dlatego pojawiają się te informacje na kanale Wehikuł Wyobraźni, bo w końcu nazwa zobowiązuje. Ale kiedy człowiek zaczyna analizować podobne informacje, to bardzo szybko dochodzi do wniosku, że niewiele zostaje nam w garści, że dowodów twardych prawie zawsze brak.
Pozostaje nam tylko ekscytowanie się mniej lub bardziej ciekawą historią. Ale to, proszę państwa, też jest wartość i czasami takie historie warto poznać. I już bez zbędnego mojego gadania zapraszam na audycję o tym, co znaleziono pod piramidą Chefrena. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Proszę państwa, dzisiaj będziemy mieli bardzo egiptologiczny odcinek, ale zanim przejdziemy do meritum, witam pięknie Piotra Cielebiasia z kanału UFO Historia.
[20:40] - Witam, dzień dobry! Dzisiaj będzie ciekawie, bo wszyscy o tym mówią.
[20:45] - Tak, mówią. I muszę przyznać, że temat tego, co znaleziono albo mówi się, że znaleziono pod piramidą Chefrena, to jest temat gorący. Absolutnie gorący. Co więcej, jak działają współczesne media? Muszę powiedzieć, że kiedy natknąłem się na pierwsze materiały dotyczące znalezisk, czy też przez ostrożność domniemanych znalezisk pod piramidą, to jako człowiek, który z fantastyką jest za pan brat, z opowieściami z pogranicza fantastyki również, niesamowicie się podekscytowałem. To było niesamowite. Dostajemy nagle historię jak z książki science fiction. Odkryto coś tajemniczego, coś, czego spodziewano się od dziesięcioleci, co niektórzy jasnowidze przepowiadali mniej lub bardziej dosłownie. Tu się od razu umówmy. Jest coś pod piramidą, coś, co absolutnie przeczy dotychczasowej wiedzy egiptologicznej.
Muszę powiedzieć państwu, że jak to przeczytałem, później jeszcze poszukałem w internecie różnych innych wątków, umówmy się, niespecjalnie rozwiniętych wątków. Mówię sobie: „Wow, absolutnie coś się dzieje, coś niesamowitego”. Ale potem przyszło otrzeźwienie. Nie wiem, jak u ciebie, Piotrze, było z tą sprawą.
[22:21] - U mnie było trochę inaczej, dlatego że pamiętam podobne przypadki. Ale nie chcę być tym złym, który już na samym początku mówi: „Nie, to niemożliwe”. Do tego oczywiście dojdziemy. Powiem tak: to odkrycie domniemane, bo to trzeba podkreślać, przeczyło zdrowemu rozsądkowi. Po pierwsze. I sama jego natura sprawiła, że bardzo się mało mówi o tym, co to może być. Mało kto się wychyla w mediach głównego nurtu. Oczywiście internauci spekulują sobie swawolnie. Ale tak gwoli ścisłości, jeżeli ktoś nie wie, co się wydarzyło, to były jakieś tam w lutym już głosy, że odkryto coś dziwnego, ale one do nas nie docierały tak naprawdę. Dopiero na początku drugiej połowy marca pojawiły się takie jaskółki mówiące, że zaprezentowano na pewnej konferencji pod Bolonią wyniki pomiarów za pomocą nowatorskiej metody, które pokazywały, że pod piramidą Chefrena coś jest.
Odpowiedzialny za te badania był doktor Felipe Biondi, któremu towarzyszył włoski chemik i ufolog Corrado Malanga. Tamtych osób było trochę więcej. Ja o tym mówię u siebie na live tak zwanym, na transmisji na żywo. Ale co konkretnie znaleziono? Chodzi przede wszystkim o podziemną strukturę. To ona jest najciekawsza. Oni tam mówili, że znaleźli jeszcze coś wewnątrz piramidy, coś, co przypominało tak zwane filary Dżed. Natomiast wszyscy zwrócili uwagę na to, co jest pod spodem. Dwa rzędy głębokich szybów, głębokich studni, rur, które sięgają 650 metrów w głąb. Przechodzą potem automatycznie w coś w rodzaju wielkich komnat.
Dodatkowo każda z tych studni, każdy z tych słupów jest otoczony taką spiralą bądź rampą. Zaprezentowano kilka, nie wiem, jak to powiedzieć, obrazowań. Zaprezentowano też kilka schematów i te schematy nam przywodzą na myśl, że to jest chyba jakaś maszyna. Odkrycie jest ekstremalnie dziwne. Wywołało szereg komentarzy, ale co się ma rozumieć, również wątpliwości, bo bądźmy realistami, archeologicznymi metodami Dotrzeć do tych struktur nie da się przynajmniej w miarę szybko. Nie da się potwierdzić od razu tego odkrycia. Pojawiły się też automatycznie głosy może nie tyle krytyczne, co negujące ze strony na przykład Zahi Hawassa. To tylko dolało oliwy do ognia, bo Zahi Hawass kojarzony jest z bardzo sceptyczną stroną egiptologii. W drugiej połowie marca miliony ludzi zaczęły się zastanawiać, co to jest albo raczej co to było. Powiem coś, co będzie się przewijało potem, ale to jest warte zaznaczenia już na samym początku.
Po pierwsze, skoro to jest prawdziwe odkrycie, skoro doktor Biondi jest pewien, że coś tam jest, że mu tak wynika z pomiarów, że jakby nie było, wnioski się obronią, metoda się obroni, to dlaczego to wszystko wychodzi z tak dziwnego środowiska? Bo konferencja, która była zorganizowana pod Bolonią 16 marca i na której przedstawiono te dowody, to nie była zwykła konferencja naukowa. To była konferencja, którą możemy określić jako alternatywna, dotycząca alternatywnej wiedzy. Organizatorem był tak zwany projekt Khafre od piramidy Chefrena biorący nazwę. Dobrze, skoro Biondi wie, jest pewien swoich pomiarów, dlaczego się wikła w środowisko, które mu nie pomoże, jeżeli chodzi o mainstream z zatwierdzeniem tych wniosków? Mówiąc prosto i obrazowo, gdybym to ja odkrył, napisałbym o tym na swojej stronie internetowej, nawet na jakimś X czy na jakimś Facebooku, napisałbym jakiegoś PDF-a, ale nie wiem, czy bym szedł na konferencję wiedzy alternatywnej i od razu wiązał się z osobami, które nie kojarzą się z nauką akademicką, a raczej z paranauką. To jest od razu strzał w stopę. Można sobie mówić, co się chce, ale tak to wygląda od realistycznej strony. Innymi słowy, Biondi mógł te swoje wnioski opublikować gdziekolwiek. Nie musiał brać do tandemu kontrowersyjnego Malangi.
Kolejna sprawa. Pod piramidą Chefrena puste przestrzenie są, ale nie aż tak rozległe. Odnaleziono je z pół wieku temu. Nie są głęboko pod powierzchnią. To są prawdopodobnie jakieś jaskinie niezbyt rozległe. I tu się rodzi problem, bo ich nie ma na obrazowaniu Biondiego. Jeżeli mam być szczery już do końca, bo wiele osób zarzucało mi, że jestem zbyt krytyczny. Szanowni państwo, to odkrycie potężnie działa na wyobraźnię do tego stopnia, że tak jak powiedziałem, nawet się nikt nie wychyla z sugestiami, co to może być. To tak jakby odkryć na dnie oceanu pozostałości jakiegoś kosmodromu. To jest mniej więcej ta sama skala.
Oczywiście internauci sugerują: baza obcych pod ziemią, jakaś podziemna struktura, której piramidy są naziemną częścią. Może to jest jakaś maszyneria w ogóle. Dodatkowo przecież Biondi jasno mówi, to, co odkryto pod piramidą Chefrena, to jest tylko mała część. Ten kompleks, oni to nawet nazwali podziemnym miastem, rozciąga się pod całą Gizą. Dochodzi do głębokości 2000 metrów. Od razu się uruchamiają szare komórki, ponieważ jesteśmy w wehikule wyobraźni. Co to jeszcze może być? Coś pradawnego, przedpotopowego. Skala tego czegoś wykracza poza nawet tak naprawdę wyobraźnię. Najwięcej uwagi moim zdaniem przyciągnęły te 650-metrowe otoczone spiralami szyby, studnie.
Czy one prowadzą do jakichś podziemnych bunkrów? Czy to jest jakieś podziemne miasto rzeczywiście, może schron z okresu atomowych wojen bogów? Kiedy się przyjrzymy temu, co powiedzieli odkrywcy tego rzekomego kompleksu, tak naprawdę już natrafimy na odpowiedzi. Wszyscy się zastanawiali, co to, a odpowiedź była wysunięta, tylko lekko ukryta. Oni już w tym projekcie Khafre zasugerowali, że mogą to być tak zwane sale Amenti. Sale Amenti można rozumieć w dwóch kontekstach. W kontekście staroegipskich wierzeń, kiedy mamy do czynienia z miejscem bytowania zaświatowego, ale możemy to też zrozumieć w kontekście współczesnego New Age'u jako tak zwane komnaty zapisków. Chyba teraz już, drodzy państwo, wiecie, jakie to wszystko jest skomplikowane. To nie jest tylko tak, że odkryto coś dziwnego pod piramidami, bo kiedy czytamy o tym w tak zwanym mainstreamie, to jest zazwyczaj na przykład pięć akapitów, które mówią: „Tak, są kilkusetmetrowe konstrukcje, rury jakieś” i tak dalej. Ale kontekst tego jest już tak rozbudowany i tak chaotyczny, że dochodzimy do jednego wniosku.
Tylko dodatkowe analizy, moim zdaniem, mogą coś do tej sprawy wnieść. Jest tylko jeden podstawowy problem. Cokolwiek ktoś teraz nie powie w związku z tym czymś pod piramidą Chefrena, to ziarno legendy zostało zasiane. To teraz będzie żyło swoim życiem, bez względu na to, moim zdaniem, jak zostanie w przyszłości zweryfikowane.
[30:07] - Piotrze, mnie jest blisko do twojej analizy, ale obaj nie uwzględniamy albo zdajemy się nie uwzględniać jednej bardzo prostej rzeczy. To odkrycie, czy też domniemane odkrycie, niesamowicie, podkreślę, niesamowicie podkręciło wyobraźnię ludzi. A ponieważ jesteśmy w wehikule wyobraźni, musimy to po prostu uwzględnić. To odkrycie zostało rozpowszechnione i podane, moim zdaniem, w perfekcyjny sposób. Nie za dużo informacji Dużo pola do wyobrażenia sobie, czym to mogło być. To jest przepis, proszę państwa, na stworzenie bestsellerowego opowiadania. Nie za dużo informacji, dużo pola do wyobraźni. Tak się tworzy bestsellery literackie. Pójdźmy tą drogą. Ludzie śledzący internet, śledzący doniesienia o różnych niesamowitościach kupili ten temat.
Zaczęli sobie wyobrażać trochę bez źródeł, trochę bez konkretnych, twardych dowodów. Ale wyobraźnia jest w nas. Chwała, że jest. Chwała, że potrafimy tę naszą imaginację uruchomić, że się pojawiają różne koncepcje. Zawsze będę zwolennikiem takiego podejścia do rzeczywistości i wśród wielu koncepcji związanych z ujawnieniem owych tajemniczych struktur, ujawnieniem dzięki, i tu znowu ważny element, nowoczesnej technologii. Mamy drugi element. Z jednej strony mamy coś tajemniczego, z drugiej strony mamy nowoczesne technologie. Więc pod piramidami w Gizie pojawia się coś na kształt, powiedziałeś, maszynerii, może podziemnego miasta, a może to jest dowód na istnienie starożytnej cywilizacji, cywilizacji technologicznej, kryptocywilizacji. A może to jest dowód na wizyty obcych gdzieś w starożytności? Możliwości jest bardzo dużo.
Możliwości wyobrażenia sobie, możliwości pewnej imaginacji. To jest zawsze bardzo atrakcyjne. Ale zostańmy przy tych trzech możliwościach. Starożytna cywilizacja technologiczna, kryptocywilizacja funkcjonująca, kto wie, może do dzisiaj, i wizyty obcych w starożytności. Która z tych koncepcji wydaje ci się ciekawa czy też powiązana z tymi doniesieniami? A może jednak wspinamy się po prostu po drabinie imaginacji?
[33:03] - Powiem ci, że to zależy, bo tak naprawdę u samej podstawy takim czymś, co przyciąga w przypadku tej zagadki, jest Egipt. Egipt jako zagadka. To może jest trochę zabawne, ale ten kraj, ta cywilizacja, może nie ten kraj, ta cywilizacja w wydaniu starożytnym, ona nam się kojarzy z niesamowitymi sekretami, z rzeczami, które są zasypane piaskiem, z rzeczami, które są utajnione przez archeologów. Ale tak naprawdę jest kilka różnych punktów widzenia na zagadkę Gizy, taka bardziej archeologiczna, oscylująca w kierunku zakazanej historii, taka bardziej ezoteryczna. Generalnie to jest tak: przekonanie, że egiptolodzy coś ukrywają, szczególnie na temat płaskowyżu w Gizie, bo tam się koncentrują te zagadki, głównie jeżeli chodzi o literaturę związaną z anomalistyką. To jest coś tak starego jak chciałoby się powiedzieć internet. W rzeczywistości nie, to jest jeszcze starsze. To nam sięga korzeniami do teozofii, do nauk śpiącego proroka, czyli Edgara Cayce'a, który mówił o tej słynnej komnacie zapisków, która miała być ukryta pod Sfinksem. To miał być taki rezerwuar starożytnej wiedzy. Ale tych wątpliwości związanych z Gizą jest więcej.
One były wzmacniane przez różnego rodzaju filmy, książki i tak dalej. Ja tych książek nawet nie wyliczę, bo to było mnóstwo autorów, mnóstwo koncepcji. Przecież podstawowa rzecz, która leży w samym środku tajemnicy Gizy, to jest konstrukcja Wielkiej Piramidy, prawdziwy wiek piramidy. Mamy kwestię wieku Sfinksa, jego pierwotnego wyglądu. Mamy sprawę wielkiego labiryntu z Hawary, mamy gdzieś tam drugiego Sfinksa i tak dalej. I oczywiście najważniejsza rzecz w tym przypadku, czyli podziemia Gizy. Jeżeli chodzi o to ostatnie, to też nie jest wielką tajemnicą, że w Gizie podziemia są, że to są jaskinie częściowo zalane i tak dalej. Ta koncepcja funkcjonuje od kilku dziesięcioleci, okresowo wraca. Kilka dobrych lat temu jeden z badaczy i autorów współczesnych pokazał nawet takie zdjęcia z wnętrza tych jaskiń mających się rozciągać pod Gizą, tych rzekomych korytarzy. Tylko że tutaj w przypadku Biondiego i projektu Kafre chodzi o coś zupełnie innego.
Bądźmy realistami, przy tym, co oni mówią, to bledną wszystkie istniejące koncepcje na temat jaskiń pod piramidami czy pod Sfinksem i tak dalej. To już jest zupełnie inna liga. To jest jedna rzecz. Tak długa jak ta saga o tej podziemnej części Gizy, tej ukrytej historii Egiptu, jest opowieść o tym, że archeolodzy, egiptolodzy coś ukrywają, że cenzuruje się odkrycia w tej dziedzinie archeologii. Twarzą tego procederu jest oczywiście Zahi Hawass oraz Amerykański Uniwersytet w Kairze. Od pewnego czasu Egipcjanie mają po prostu odsuwać niewygodnych badaczy, którzy tam coś zauważyli i chcą o tym napisać. Ewentualnie jeżeli ich nie odsuwają, to prace się bardzo przedłużają i to się wszystko kończy. Egipt, egiptologia, teorie wokół Egiptu są potwornie chaotyczne, bo z jednej strony mamy mnóstwo tych teorii spiskowych, ale przecież mamy też na przykład dokonania inżyniera Gantenbrinka, który wpuścił swojego robocika do Wielkiej Piramidy. Mamy projekt ScanPyramids sprzed kilku lat, który odkrywa nieznane przestrzenie w Wielkiej Piramidzie i to jest oficjalne. I teraz mamy takie nagromadzenie, Marku, tych różnych koncepcji, które były i które są teraz, nie wiem, czy utwierdzone, bo to wciąż jednak nie jest w żaden sposób potwierdzone naukowo.
Mamy to odkrycie Biondiego. To wszystko dostaje nowego kopa tak naprawdę. Co się dzieje potem? To trafia do przestrzeni publicznej. To trafia do internautów. To jest jak lont do beczki prochu. W internecie mamy ekspertów od wszystkiego i od razu się uruchamia potężna dyskusja, co to jest. Dołączają do tego koncepcje ze środowiska ezoterycznego mówiące o energetycznych właściwościach piramid. Mamy koncepcje gdzieś na pograniczu zakazanej archeologii mówiące, że piramidy były generatorami energii. Ja już chyba wymieniłem przynajmniej 10 różnego rodzaju koncepcji, do których dochodzi nadkoncepcja, uberkoncepcja mówiąca, że to jest jeszcze coś bardziej skomplikowanego.
Po prostu ta magia Egiptu, która utrzymuje się od kilkuset lat, bo od tylu trwa fascynacja kultury zachodniej tym krajem, sprzyja tworzeniu różnego rodzaju teorii. Z drugiej jednak egiptologia to pole, gdzie jest się strasznie łatwo pogubić. Dlaczego? Dlatego, że historia tej cywilizacji trwa tysiące lat. Tysiące lat się coś dzieje. Generalnie, kiedy spojrzymy na te wszystkie teorie, o których powiedziałem, to mamy cały Egipt, a uwaga internautów jest skupiona tylko na tym niewielkim wycinku, jakim jest Wielka Piramida, ewentualnie Giza. I teraz tam coś znaleziono. Ale brak nie tylko odpowiedzi, ale tak naprawdę brak jest nawet pytań. Bo co to jest? Automatycznie, i tutaj przechodzę już do twojego pytania, to musi być coś, co istniało tam chyba zanim przybyli Egipcjanie.
Przynajmniej zanim zbudowano piramidy. Nie wiem. Musimy ruszyć wyobraźnię. Może to są jakieś struktury, które Egipcjanie znaleźli. Uznali, że to nic fajnego. Postanowili tam zbudować piramidy jako takie blokady, pieczęcie. Przecież ktoś, kto jest zaznajomiony z koncepcjami mówiącymi o energetycznych właściwościach piramid, ostrzeniu żyletek i tak dalej, powie: „Zaraz, zaraz. Przecież to, co odkrył Biondi rzekomo, to jest jawny dowód na to, że piramidy to nie są budowle, to nie są groby faraonów. To są elementy pewnej struktury energetycznej o nieznanym nam przeznaczeniu tak naprawdę”. Słuchaj, którejkolwiek koncepcji byśmy nie ruszyli, znajdą się tacy, którzy będą w to wierzyć.
I hipoteza o przedpotopowym pochodzeniu znajdzie swoich zwolenników. I hipoteza o tym, że to jest baza obcych też. I hipoteza, że to jest jakaś maszyna również. Samo to, że egiptologia, tajemnice Gizy to jest tak rozległe pole, nie pomaga. I nagle ktoś wrzuca nam do tego kamyczek kolejny, a w zasadzie głaz. Głaz, który miażdży wszystkie okoliczne teorie, te, które się do tej pory pojawiły i wyznacza zupełnie nową drogę. Myślę, że my dopiero będziemy świadkami narodzin nowych wizji tajemnic Gizy, które będą uwzględniały to rzekome odkrycie Biondiego.
[39:54] - Ja troszeczkę pociągnę ten wątek, który wyeksponowałeś w swojej wypowiedzi. Otóż tajemnice Egiptu to jest coś, co napędza sporą część internetu, ale nie da się ukryć, że wokół Egiptu stworzona jest też specyficzna atmosfera. Mowa jest o tajnych przejściach, tunelach, maszynach, podziemiach i tak dalej. Wszyscy z państwa, którzy interesujecie się odkryciami egipskimi, tymi ostatnimi, ale też wcześniejszymi, mniej więcej wiecie, o czym mówię. Natomiast rzeczą charakterystyczną dla Egiptu jest również to, że władze nie pozwalają na jakiekolwiek rozbudowane badania, wykopaliska. Archeolodzy są traktowani bardzo podejrzliwie, a z drugiej strony restrykcyjnie pewne rzeczy się im ogranicza. Zatem pojawia się taka koncepcja, takie podejrzenie, że władze Egiptu, które przecież, umówmy się, są z zupełnie innej kultury niż twórcy piramid. Kto jest twórcą piramid? To jest osobna zagadka, ale w każdym razie ci, którym przypisuje się stworzenie piramid, to jest inna kultura. A jednak władze Egiptu ograniczają dostęp do Gizy, do tego, co tam jest zbudowane, do jakichkolwiek badań.
Dlaczego właściwie? To niesamowicie podkręca internet i padają pytania właśnie takie, jak zasygnalizowałem. Czyli: a może coś wiedzą? Może nie chcą, żeby archeolodzy znaleźli coś, co będzie niewygodne, coś, czego nie powinni znaleźć. Stajemy wobec zagadek, a właściwie całego stosu różnych pytań i nawet próba odpowiedzenia nic właściwie nie daje, bo mnożą się kolejne pytania. Jak ty do tego podchodzisz? To znaczy, czy władze Egiptu naprawdę coś ukrywają, czy też jest to jakaś siła bezwładności? Po prostu nie ruszamy tych starych kamieni, żeby to się nie rozsypało, żeby nagle jakieś całe tabuny archeologów, ludzi badających tajemnice starożytności, nie zalały Gizy i nie zaczęły blokować dochodowego bądź co bądź interesu, jakim jest udostępnianie piramid turystom.
[42:39] - To jest bardzo rozległe zagadnienie. Jakbym musiał wymienić jakieś konkrety, to po pierwsze jest taka lekka, nie wiem, czy fobia Ale złe wspomnienia z przeszłości, kiedy Egipt był rozkradany, kiedy był dewastowany i kiedy nie szanowano zabytków. Egipcjanie, ponieważ widzą w tym możliwość zarobku, że to jest jednak duża część turystyki, duża część gospodarki tego kraju. Oni dbają o to, żeby pewne rzeczy zachować. Kolejna sprawa jest taka, że Egipt fascynuje od tysiącleci. Fascynował już starożytnych Greków. Każdy, kto nawet nie jest egiptologiem, kto nie jest archeologiem, może sobie różnego rodzaju koncepcje wynajdywać.
[43:33] - Piotrze, ta pomyłka wbrew pozorom wielką pomyłką nie była. Bo jeśli uświadomimy sobie, że od czasów wielkiej królowej Egiptu, Kleopatry do naszych czasów minęło mniej lat niż od czasów Kleopatry mierzonych wstecz do powstania piramid, to uświadomimy sobie, że dla Egipcjan piramidy i te wszystkie tajemnice Egiptu również mogły być zagadką i tajemnicą.
[44:05] - Tak, ja do tego za chwilę przejdę. Natomiast chciałem skończyć tą myśl. Nieustannie się pojawiają osoby, które organizują wycieczki, które organizują spotkania, które chcą pokazać to i owo z uwzględnieniem tej niezwykłej historii Egiptu. Pamiętajmy, że to nie jest tak, że każdy, kto pojedzie, może sobie przeprowadzić badania. To też jest taki trochę absurd, którego część internautów nie rozumie. To nie jest tak, że pojedziesz, obejrzysz coś i to już będą badania. To są całe procedury. Trzeba mieć pieniądze, trzeba mieć pozwolenia, trzeba mieć sprzęt i tak dalej. Chętnych jest multum. Nie wszystkim się udaje, a szanse na to, że ktoś, kto nie posiada wsparcia akademickiego, zorganizuje sobie jakieś wykopaliska, są zasadniczo zerowe.
I to się składa na takie piętrzące się problemy i tak naprawdę pojawiające się raz za razem teorie spiskowe, że się coś ukrywa. Ale gdyby każdy chciał jechać, każdy chciał coś wygrzebać, czym by się to skończyło? Ale o czym my mówimy? W tym przypadku my mówimy o tym, że ktoś mówi o dokopaniu się do kilkuset metrów pod ziemią. To jest absolutnie niemożliwe. Jeżeli kiedyś w ogóle ktoś podejmie ocenę badań Biondiego, to zostanie to wykonane przy pomocy metod nieinwazyjnych. Nikt tam nie pojedzie kopać, nikt tam nie będzie od razu wiercił. Jeżeli potwierdzi się, że tam coś jest, to może jakieś badania zostaną wykonane. Ale drodzy państwo, wyobrażacie sobie, że ktoś będzie się wwiercał na 2000 metrów w głąb ziemi? Po co?
Jak przede wszystkim. Jak, kiedy i za czyje pieniądze? To się wydaje to, co mówię jakimś ultrasceptycyzmem. Natomiast miejmy świadomość taką, że nie ma czegoś takiego jak dobro nauki. Dobro nauki kosztuje. Ktoś to musi zorganizować, ktoś to musi przeprowadzić, ktoś musi przewieźć sprzęt, ktoś musi sfinansować to przedsięwzięcie i tak dalej. To nie jest takie romantyczne, że ktoś pojedzie, obejrzy, ustali. Nie. To jest wszystko strasznie skomplikowane, wbrew temu, co wiele osób myśli. Powiedziałeś o Kleopatrze.
Tutaj jest jeszcze jeden wątek, o którym chciałem powiedzieć. W zasadzie kilka wątków, bo my mówiąc o tym, czym może być ta tajemnicza struktura pod piramidą Chefrena, nie wzięliśmy pod uwagę jeszcze jednego zasadniczego, ale bardzo dziwnego wątku. Otóż jak sam powiedziałeś, Egipt fascynował już starożytnych. Bardzo możliwe, że w ogóle egipskie wierzenia na temat świata umarłych zainspirowały wizję Hadesu, greckiego Hadesu, świata podziemi i w wierzeniach egipskich Amenti, o którym mówiłem przed chwilą. Bo ci odkrywcy tej struktury sugerują, że to mogą być hale Amenti. To Amenti było takim generalnym terminem oznaczającym zaświaty. Pamiętajmy o jednej rzeczy kultura egipska. Ona się rozciąga na wiele set leci, wiele wieków. To nie jest tak, że w przypadku takich kultur jeden termin czy jedno wierzenie się utrzymuje. Nie, ono się zmienia.
W przypadku Amenti rozumiano tak zaświaty i kiedy spojrzymy na opisy tego miejsca, niektóre, to widzimy na przykład, że do Amenti wiedzie kilkanaście bram. Że są tam dwie sale, w których się odbywa sąd nad duszami. I szczerze mówiąc, to strasznie pasuje do tego, co odkryli Biondi, Malanga i koledzy. Tylko pytanie, czy oni naprawdę wierzą, że odkryli egipski Hades? Taki fizyczny, z Anubisem, który tam siedzi i sądzi dusze. Trudno powiedzieć dlatego, że cele, ambicje, motywacje tej grupy, która dokonała tego odkrycia, moim zdaniem są równie niejasne, jak samo odkrycie. Sama ta tajemnica, sama ta struktura. Do tego dochodzi jeszcze problem Corrado Malangi. To jest facet, który tam występuje jako współautor tego odkrycia. On jest chemikiem, ufologiem, ale ufologiem outsiderem, ale też specem od piramid.
I to jest gość, który twierdzi, że na przykład piramida Cheopsa poprzez wytwarzane wibracje potrafiła wytrącić duszę z człowieka i przenieść ją w ciało faraona. I teraz jesteśmy na rozdrożu. W sumie jakie koncepcje, jakie przesłanki tutaj kierują Biondim i jego kolegami, którzy mówią o odkryciu tej dziwacznej struktury? Na jakim poziomie dyskusji my jesteśmy tak naprawdę? Czy mówimy o nauce z pogranicza? Czy mówimy o fantastyce? Czy mówimy o realnej egiptologii? Czy mówimy o czymś, co jest oderwane od rzeczywistości? To jest straszny problem i niestety ja sobie dobrze zdaję sprawę, że wiele osób tak mocno się napaliło na to odkrycie, że będzie teraz trudno nad tym przejść do porządku dziennego i uświadomić sobie: dobrze, mamy odkrycie, mamy jakieś obrazy, mamy wyniki skanowania. Tylko co dalej?
I tu się pojawia niestety szara rzeczywistość. Zresztą ten obraz Gizy jako miejsca, gdzie się działy tajemnice historyczne, jest jeszcze bardziej kompleksowy. Tutaj nie wspomniałem na przykład o wynikach badań doktora Schoka, że wielki Sfinks pierwotnie był pod wodą, bo nosi ślady erozji wodnej na swojej powierzchni. Zatem musiał być tam Sfinks na Saharze w czasach, kiedy było tam mokro, kiedy tam padał deszcz. To znaczy, że jego oficjalny wiek należy cofnąć o tysiąclecia wstecz. Obraz, który otrzymujemy, jest niezwykle kompleksowy, chociaż mam takie wrażenie, że to i tak wychodzi jeszcze dalej, że Biondi i jego koledzy mówią nam o czymś, co balansuje na granicy mitologii, ezoteryki, może ufologii, że to równie dobrze z ich strony albo inaczej, że równie dobrze z ich strony może wchodzić w grę jakaś przedpotopowa konstrukcja czy przedpotopowy mechanizm, jak i baza obcych, jak i również wejście do świata podziemnego, wejście do egipskiego Hadesu. Już starożytność nam sugerowała, że Egipt wie więcej. Grecja według niektórych historyków kultury jest takim młodszym bratem Egiptu. Także i my częściowo przez spuściznę europejską, jakby nie patrzeć, jesteśmy spadkobiercami pewnych wątków kulturowych, które stamtąd promieniowały. Może dlatego też jesteśmy tak bardzo podatni na te wszystkie egipskie tajemnice.
Odkrycie Biondiego ma też taką dziwną cechę, bo ono jest potencjalnym dowodem ostatecznym, który zmienić mógłby wszystko nie tylko w archeologii, ale też w ufologii, historii człowieka, historii planety. To jest potencjalne odkrycie, które wywraca mózg na drugą stronę. I ja nie wiem, czy autorzy tego badania, tego opracowania, tej konferencji, czy oni sobie zdawali sprawę z tego, co właśnie zrobili. Muszę w tym momencie podkreślić, że jesteście państwo na kanale Wehikuł Wyobraźni. Tak, wyobraźni i wyobraźnia została uruchomiona w sposób niesamowity. Widzę to po reakcjach internetu, polskiego internetu i zagranicznego internetu. Tam gotuje się w tych kręgach, które sprawami Egiptu i sprawami odnalezienia dziwnych struktur pod piramidą Chefrena interesują się. Tam się gotuje i tam się pojawiają pytania, czy faraonowie mieli dostęp do podziemnego świata. A zatem może rzeczywiście gdzieś tam ten podziemny świat z wagą i z sądzeniem się znajduje właśnie pod piramidami, ale wyszukuje się różnego rodzaju starodawne teksty, które mają dawać odpowiedź, potwierdzać owo znalezisko. Mniej lub bardziej dosłownie potwierdzać.
Ale pojawia się też pytanie, może już dawno znaną prawdę o tym ukrytym kompleksie. Przecież tego rodzaju głosy, że coś tam jest, rzeczywiście pojawiały się od wielu dziesięcioleci. Egipt to jest takie miejsce, o tym już mówiliśmy, które niesamowicie podkręca wyobraźnię. Skarby, grobowce, nieznana technologia to jest coś, co nieprawdopodobnie pobudza wyobraźnię. Nie tylko wyobraźnię. Pobudza też taką refleksję, czy wszystko o tym świecie wiemy? Czy wiemy naprawdę? Czy to jest wiedza prawdziwa? A może gdzieś pod piaskami, to właściwie figura retoryczna, to już trudno mówić pod piaskami. Gdzieś głęboko pod Egiptem znajdują się jakieś niesamowite artefakty, a może to nie artefakty, może wręcz całe podziemne miasta.
I wszystko to się dzieje w atmosferze spisku albo teorii spiskowych. Nie lubię tego określenia, teorii zwanych spiskowymi. W dodatku mówi się o tym, że to być może w sposób świadomy różnego rodzaju potęgi polityczne naszego świata blokują to i tu cytuję „największe odkrycie XXI wieku”. To o tym odkryciu pod piramidą Chefrena. Może to Egipt, a może NASA, może Watykan. Może oni wszyscy wiedzą coś więcej, niż mówią. Być może dlatego starają się nam różnego rodzaju media przedstawić zarówno tę hipotezę, to odkrycie. Ale też są inne media, które mówią: „Nie, nie, to bzdura”. Pojawia się taka charakterystyczna dla naszej kultury dyskusja o czymś, co nie do końca jest określone. Bo zastanówmy się, czy tak naprawdę wiemy, o czym mówimy.
Tylko tu się pojawia w tym momencie wniosek, a właściwie takie wręcz żądanie. Skoro jesteśmy na progu niewyobrażalnej wręcz tajemnicy, to może trzeba porzucić wszystkie te zakazy, nakazy, obostrzenia. Może trzeba zastosować trumpowską metodę „Drill, baby, drill” i wiercić tam się, wiercić kilkaset metrów pod ziemię, zobaczyć, co tam jest, bo być może tam jest klucz w ogóle do tego, jak rozwijała się, jak się rozwija, jak będzie się rozwijać nasza cywilizacja. Może trzeba porzucić te wszystkie hamulce, które sami sobie narzuciliśmy, które narzuciły nam władze, które zostały narzucone przez różnego rodzaju naukowe gremia. Może furda z tym wszystkim.
[55:16] - I zgłębmy tę tajemnicę, skoro określa się ją największą tajemnicą XXI wieku. Może skończył się czas poprawności naukowej. Tylko skoro objawia się nam coś, co przynajmniej teoretycznie lasuje nam mózg i nasze pojęcie tego, jak to było w starożytnym Egipcie, to może czas na radykalne kroki. I pytanie, czy archeolodzy mają szansę dostać pozwolenie na taką radykalną eksplorację?
[55:51] - Wydaje mi się, że niestety nie. Ja już powiedziałem, że jeżeli będą jakieś badania albo weryfikacje, to na pewno metodami nieinwazyjnymi. Jeżeli to będzie możliwe. To na pewno nie będzie tak, że jakaś grupa śmiałków pojedzie tam, zjadą na linach do komnat Amenti i zrobią film. Bo jeżeli zwolennicy teorii spiskowych wierzą, że to wszystko jest już wiadome, to pewnie wierzą w to, że takie filmy też już istnieją, że tam już ktoś był. Zresztą ja mam zawsze problem z oceną sensowności ukrywania pewnych rzeczy i pewnych odkryć. Zresztą inaczej. Jaki sens miałoby ukrywanie na przykład przez NASA istnienia takich struktur? Było sobie Gibecli Tepe tyle lat pogrzebane w ziemi i nikt tego nie ukrywał. Znaleziono to przypadkiem.
W sumie nawet lokalni to wiedzieli, że coś tam jest, ale tak było. Ale kto tam będzie kopał? Nam jest miło. Nam jest dobrze wierzyć w różnego rodzaju tajemnice. To jest trochę jak z „Konopielką”. W tej powieści mieliśmy taką sytuację, że cała wieś niesamowicie ekscytowała się wozem bodajże, który miał być zakopany, jakimś skarbem, który miał być zakopany gdzieś w pobliżu wsi. I pewnego razu się zebrali, poszli kopać. I nic. My jesteśmy w identycznej sytuacji. Przy czym my wiemy, że lepiej jest wierzyć.
Jest po prostu jakiś element romantyzmu w tym wszystkim. Bo kiedy sobie uświadamiamy, jak wygląda Giza z bliska, jak wygląda piramida z bliska, jak to wygląda od wewnątrz, to już czasami ten czar trochę umyka. Ale z drugiej strony zawsze są te zagadki związane z zakazaną archeologią. Bo skoro tam to jest, to co z innymi miejscami? Może są jakieś inne lokalizacje na świecie, gdzie takie komnaty, gdzie takie szyby wiodące w głąb ziemi są. I tutaj moglibyśmy zrobić kilka odcinków mówiących, gdzie takie struktury mogą się znajdować, bo doskonale wiemy, że o nich mówiono i pisano. Także hasło tajemnicze tunele, tajemnicze struktury przejawia nam się w literaturze, w internecie tak naprawdę od kilku dekad. Powiem wprost. Od wielu lat pojawiają się podobne odkrycia, sugestie. Piramida w Bośni, zatopione miasto u wybrzeży Kuby, Yonaguni, anomalia bałtycka, Gunung Padang i tak dalej.
To wszystko odkryto. To wszystko jest może nie na wyciągnięcie ręki dla każdego, ale jest dostępne. Są zdjęcia. Czy to jakoś sczochrało nam umysł? Czy to jakoś zmieniło historię świata? Czy NASA ukrywała na ten temat informacje? Ano nie. Musimy sobie zadać pytanie, w jakim stopniu nasze zbiorowe wyobrażenia dominują nad zdrowym rozsądkiem i dopiero wtedy sobie uświadomimy, że lubimy sobie dowyobrazić tak naprawdę bardzo dużo, jeżeli chodzi o naszą cywilizację. Ja oczywiście stoję na stanowisku, że nie ma co tutaj zamykać tej dyskusji, bo na pewno znajdzie się ktoś, kto będzie chciał koncepcję Biondiego zweryfikować. Tylko że może się tak wydarzyć, a może nie.
Jest wysokie prawdopodobieństwo, że bez względu na wyniki dalszych badań pod piramidą Chefrena, ta cała sprawa nam się przerodzi w potężną legendę. I to taką legendę, której echa będą słyszane jeszcze za dobrych kilka lat. Ale bądźmy szczerzy. Na dobrą sprawę na chwilę obecną dysponujemy tylko kilkoma zdjęciami. Dysponujemy materiałem z konferencji. I czy uzasadnione jest mówienie o tej sprawie, o tym odkryciu jako o największym zaskoczeniu w archeologii, przynajmniej w XXI wieku? Czy lepiej nie poczekać na dodatkowe analizy i wtedy się mile nie rozczarować, niż się niemile rozczarować, kiedy się okaże, że pojawią się weryfikacje negatywne, które to z kolei na pewno wywołają taki efekt, że wiele osób w to nie uwierzy i powie, że to jest coś ukrywane, że to jest coś sfałszowane. I tu się koło zamyka i będziemy w tym kołowrocie zamknięci do skutku tak naprawdę. Jedni będą mówić, że tam nic nie ma, drudzy, że to jest ukryte i tak dalej. Skąd my to znamy?
Z autopsji to znamy. Ale drodzy państwo, jest też sprawa, o której mówiłem na samym początku. Gdyby to wszystko było jasne i przejrzyste, to doktor Biondi myślę, że nie musiałby ujawniać tej sprawy w tak jednak dziwnych okolicznościach. Nie musiałby się stowarzyszać z Corrado Malagą, co mu na pewno też nie pomaga. Nie musiałby tego robić w tak dziwny sposób. Dziwny, bo dziwny. Bo to jednak nie jest coś, co mu otwiera podwoje do świata egiptologii. On mógł to zrobić na wiele innych sposobów. Zrobił to poprzez tak zwane środowiska alternatywne i to jest jednak minus 10 punktów na starcie. On tak jakby od razu się wystawił do bicia dla egiptologów.
Tylko że co, jeżeli tak właśnie miało być? Bo my o tym mówimy właśnie w takim romantycznym kontekście, że grupa pasjonatów, grupa ludzi, którzy tak naprawdę nie są uwikłani w akademię, coś odkryła. Coś, co może mieć przełomowe znaczenie dla ludzkości. Ale my tak na to patrzymy. A co jeżeli ich motywacje są zupełnie inne? Że oni ten tyłek do bicia wystawili, ale specjalnie. Specjalnie, bo Co teraz? Będzie się gadać i to nie będzie się gadać rok, dwa. Może się będzie gadać całe dekady. Co pół roku będą nowe wnioski.
Cały czas będą konferencje, będą raporty, będą wycieczki, będą filmy i tak dalej. A co jeżeli chodzi o skapitalizowanie odkrycia, którego nie było, które tak naprawdę jest tylko interpretacją? Drodzy państwo, myśmy widzieli różne rzeczy do tej pory i ja bym się absolutnie nie zdziwił, gdyby projekt Kafre był projektem poniekąd biznesowym jednak. Bo przyciąga ludzi tak naprawdę z różnych biegunów, zarówno ezoteryków, jak i tych, którzy chociaż patrzą na to wszystko z przymrużeniem oka, to wierzą, że tam coś jeszcze może być. W co się to może przerodzić? Jaką sławę może zdobyć Biondi? Wiem, że to brzmi z mojej strony bardzo surowo. Wiem, że to brzmi tak, jakbym odzierał wiele osób z ich marzeń na temat odkrycia jakichś wielkich rzeczy, ale szczerze mówiąc, jakbym miał stawiać, która z wersji jest prawdziwa, czy ta, że dokonano z czystym sercem wielkiego odkrycia, czy że próbuje się coś skapitalizować, skapitalizować jakiś pomysł i pociągnąć to w stronę dalszego, długoletniego projektu. Ja bym tak postawił 75, a może nawet 80 do 20 na to, że jednak ktoś to dobrze wszystko obmyślił i będzie to ciągnął, ciągnął, ciągnął. Dokładnie tak jak projekt Disclosure.
[01:03:07] - A ja chciałbym państwu zaproponować jeszcze inny rodzaj spojrzenia na ten problem. Bo wehikuł wyobraźni wehikułem wyobraźni, jakieś moje inklinacje w kierunku filozofii, ale też rzeczy niezwykłych. Zostawmy te inklinacje, które są moimi inklinacjami, ale pomyślmy o tym wszystkim, o czym dzisiaj rozmawiamy z Piotrem troszeczkę inaczej. Pomyślmy w sposób praktyczny. Wydaje mi się, że gdyby naprawdę coś tam było, to niektóre rządy na świecie zainteresowałyby się tym czymś w sposób absolutnie totalny. Minęło stosunkowo niewiele czasu. Może tak jest, że one się interesują. Proponuję zatem śledzić uważnie, co się będzie działo w Egipcie, w Gizie. Bo jeśli coś jest na rzeczy, jeśli tam pod piramidą Chefrena naprawdę znajdują się jakieś ultrastruktury, coś naprawdę niesamowitego, to postawmy cudzysłów, możni tego świata nie spoczną, póki się do tego czegoś nie dorwą. Ale to tylko wtedy będą próbowali się dorwać, wtedy tylko powstaną tam jakieś dziwne konstrukcje, jakieś wiercenia.
Coś się zacznie dziać, kiedy oni będą pewni, że coś tam jest. Bo trudno myśleć o tym, że się wwiercą z drugiej strony kuli ziemskiej, żeby to odkryć. Będą musieli wiercić czy też eksplorować teren od strony Egiptu. Więc jeśli tam się coś zacznie dziać naprawdę coś potężnego, to znaczy, że coś jest na rzeczy. A jeśli rzecz się rozpełznie, wszyscy powiedzą: „Być może. Być może. Być może. Poczekajmy, poczekajmy”. To znaczy, że całe to odkrycie jest mocno wątpliwe. I to jest i tak sformułowanie, którego używam, żeby nie być bardziej radykalnym w ocenach.
Otóż załóżmy na chwilę, że takie Stany Zjednoczone, to teoria oczywiście absolutnie teoria, dojdą do wniosku, że rzeczywiście tam jest jakaś cudzysłów komnata tajemnic ukryta głęboko pod piramidami i można z tego wyciągnąć coś bardzo fajnego. Coś, co się może przydać. Obojętnie, czy to się przyda do jakichś militarnych wynalazków, czy może jakichś kosmicznych wynalazków, czy w ogóle jakichś wynalazków. A może tylko wspomoże amerykańską naukę. To jeśli by to było coś, co byłoby niewątpliwe i godne uwagi, to ja przypuszczam, że się rząd w Egipcie zmieni i pozwoli wiercić pod piramidami, bo tak sobie zażyczą Stany Zjednoczone, które w dalszym ciągu mają wielką projekcję siły i w ogóle moc ogromną. Chociaż jest to podobno upadające imperium, w dalszym ciągu jest to imperium, które wiele może, ale tylko wtedy, kiedy jest się o co bić. Pytanie, czy naprawdę jest się o co bić. To jest oczywiście hipoteza, a właściwie takie science fiction na bieżąco wyprodukowane przeze mnie, które ma wiele dziur i nawet dziur logicznych. Bo może jest tak, że Amerykanie czy jakakolwiek inna siła światowa już doskonale wiedzą, co tam jest, bo może mieli przekaz z pierwszej ręki. Może te wszystkie opowieści o kontaktach pomiędzy rządem Stanów Zjednoczonych a obcymi.
Dzięki temu już wszystko wiadomo, co tam grzebali ci obcy, co tam wyprodukowali. Amerykanie nie muszą wiercić, kopać, żeby wiedzieć, co tam jest. Już dawno wiedzą. Stąd jest ten problem, że może się nic nie dziać w Egipcie, bo nikt nie jest tym zainteresowany. I tak dalej. Po co ja to wszystko mówię? Po co szerzę to science fiction produkowane na bieżąco? Po to, żebyśmy sobie wszyscy uświadomili, że Współczesny świat produkuje całą masę fascynujących, absolutnie fascynujących opowieści o świecie, o tajemnicach tego świata. Problem polega na tym, że ich mnogość sprawia, że coraz trudniej jest odsiać prawdę od fałszu. To może nawet złe pojęcie.
Nie chodzi o prawdę i fałsz. Prawdopodobieństwo to lepsze słowo klucz. Trudno odsiać, co jest mniej albo bardziej prawdopodobne. Odkrycia w Egipcie mogą być śladem takiej właśnie sytuacji. Dzisiaj ekscytujemy się tymi znaleziskami czy też domniemanymi znaleziskami, ale nikt tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, co tam właściwie pod płaskowyżem Gizy naprawdę się znajduje. I my skazani jesteśmy na te fantazje, które tutaj snuję ja, trochę snuje Piotr. I to jest wszystko. Więc proponuję podejście praktyczne. Jeśli coś się wokół Giz zacznie kręcić i to mocno, znaczy się coś na rzeczy jest. Jeśli zaczną być jakieś chociażby naciski na Egipt, na władze Egiptu, to może.
Ale jeśli się to wszystko rozpłynie, po kościach rozejdzie, to znaczy, że to jest jedno z wielu, cudzysłów, odkryć, które oczywiście będzie mocno inspirowało fantazje, będzie inspirowało wiele książek, wiele prac popularnonaukowych i tak dalej. Być może nawet beletrystykę będzie inspirowało, ale to wszystko. To będzie coś, co nazwiemy masową wyobraźnią dotyczącą Egiptu. I tyle. Proponuję zatem, owszem, ekscytować się, wymyślać różnego rodzaju teorie, ale mieć do tego dystans, póki nie pojawią się jakieś twarde dowody, przesłanki mówiące o tym, że coś na rzeczy jest.
[01:09:41] - Też tak myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest chyba jednak czekanie. Bo jeżeli coś jest, to możni tego nie przeoczą. No chyba, że nie interesuje ich zgłębianie historii tak bardzo jak na przykład cena ropy czy te wszystkie pierwiastki ziem rzadkich. Ale chciałbym dodać coś jeszcze do tej naszej burzy mózgów, bo wiecie, drodzy państwo, my nie pamiętamy niekiedy rzeczy, które były w przeszłości. Całkiem niedawno mieliśmy burzę związaną z anomalią bałtycką, która tak się składa, że jest na powierzchni. Poszumiało, poszumiało, pojawiły się różnego rodzaju teorie i co? I w sumie nic. Ciągle się o tym mówi, ciągle się spekuluje. Anomalia bałtycka, w przeciwieństwie do tych cylindrów spod piramidy Chefrena, jest łatwiej dostępna, dlatego że nie dzieli nas od niej skała, tylko kilkadziesiąt metrów wody, a i tak jest trudno coś o tym powiedzieć. Kiedy sobie sięgniemy w głąb różnego rodzaju, nawet nie wiem, jak to nazwać, bo to nawet nie jest zakazana archeologia.
To jest takie przecięcie archeologii i ezoteryki. To mamy na przykład koncepcje mówiące o tym, że jest na Wawelu czakram. I z tym czakramem to też nie jest tak, że to jest tylko miejsce, gdzie jest pozytywna energia. Z tym w różnego rodzaju, że tak powiem, alternatywnych wersjach tej historii wiążą się takie opowieści mówiące, że tam ktoś coś umieścił i tak dalej. Drodzy państwo, skoro czakram jest, skoro o czakramie się mówi od tylu lat, dlaczego nikt tam nie wiercił? Dlaczego nikt tam nie grzebał, nie borował i nie próbował wydostać tego, co tam jest? No przecież powinien, tak? Jakieś przesłanki są. Możemy tutaj podać wiele innych przykładów pokazujących, że nasze chciejstwo to jest jedno, a rzeczywistość to drugie. I tak jak Marku powiedziałeś, nie ma chyba lepszej opcji niż poczekać, zobaczyć co się wydarzy.
Tylko że znając internet też będzie tak, że nawet jeżeli nie wydarzy się nic, pojawi się legenda. Legenda mówiąca, że uciszono, nie chciano, zatuszowano i tak dalej. Ale mnie interesuje mimo wszystko bardziej motywacja grupy, która o tym wszystkim opowiedziała, od której się to wszystko tak naprawdę zaczęło. Bo, i tutaj spójrzcie państwo na to w taki sposób zupełnie odarty ze wszelkich emocji, ze wszelkich marzeń, ze wszelkich wyobrażeń związanych z tym odkryciem. Jeżeli bylibyście na miejscu doktora Biondiego, to czy angażowalibyście się w klincz na samym starcie? Czy strzelalibyście sobie w kolano na samym starcie, mówiąc o znalezisku, które może zmienić historię ludzkości? Wejście w jakieś konszachty z Malangą, z tymi wszystkimi ludźmi, którzy się zajmują na co dzień różnymi sprawami, powiedzmy z pogranicza, takimi, które nie są przez naukę akademicką akceptowane. Takie coś jest jednak pewnym wyrokiem. Jeżeli ktoś na samym starcie wikła się w coś takiego, jeżeli ktoś na samym początku robi taką woltę wyraźną, bardzo wyraźną w kierunku pewnych koncepcji, które mówią, że to wszystko jest bardzo tajemnicze, to wszystko jest może nawet lekko parapsychiczne, może nawet lekko magiczne, to już nam coś mówi o tym znalezisku. Ja niestety pamiętam tak dużo podobnych przykładów, że niektórzy mogą uznać, że jestem teraz ultra sceptykiem, ale wydaje mi się, że drodzy państwo, nic z tego nie będzie.
Nic z tego nie będzie z tego powodu, iż mamy pewne drobne sygnały mówiące o tym, że chodzi tylko o zwrócenie uwagi. Ja nawet się zastanawiam, czy oni przypadkiem zupełnym nie zyskali światowego rozgłosu. Teraz będzie im głupio się z tego wycofać, zatem muszą to pociągnąć. Może też tak być, ale my musimy wszyscy ochłonąć. Musimy wszyscy ochłonąć. Musimy sobie zadać pytanie, co właściwie o tym wiadomo i Kim są główni aktorzy, o co chodzi i tak dalej. I dopiero za jakiś czas powrócić do tej sytuacji. Skoro to tam leży, skoro to tam jest od tysiącleci, może od milionów lat, to te kilka miesięcy może nas nie zbawi. Zobaczymy. Ja niestety znając sytuację na polu, znając sytuację z podobnymi odkryciami jestem takiego zdania, że my się prędko niczego konkretnego nie dowiemy.
A jeszcze wam powiem coś ciekawego, że jeżeli się pojawią jakieś dodatkowe informacje lub weryfikacje związane z tym, co jest pod piramidą Chefrena, zauważycie, że one przejdą bez zupełnego echa względem tej informacji pierwotnej. Tak działają media. Najpierw mamy wielką sensację, ale weryfikacje, drodzy państwo, to już nikogo w mainstreamie nie obchodzą.
[01:14:42] - Tak westchnę sobie, bo fajne to były marzenia. Fajne to były historie, które całkiem niedawno pojawiły się w internecie i nie tylko w internecie. To jest słuchaj tego, o czym myślałem tworząc kanał Wehikuł Wyobraźni. Ale szlachectwo zobowiązuje. Starajmy się przynajmniej oddzielać nasze wyobrażenia, nasze fantazje od tego, co możemy stwierdzić za pomocą szkiełka i oka. Bo jeśli to tam jest, to szkiełko i oko wydaje się niezbędne do tego, żeby zweryfikować. Świetnie. Fajnie jest żyć marzeniami, fantazjami, ale czasami warto te marzenia, fantazje weryfikować. I do tego tylko państwa namawiam. Ja nie rozstrzygam, jak jest.
Jestem sceptyczny, to prawda, ale historia jest znakomita. Nie bez przyczyny mówiłem o tym, że ona mogłaby być punktem wyjścia do, myślę, całkiem niezłej historii spod znaku sci-fi. Naprawdę tego rodzaju odkrycie, a później już puśćcie państwo wodze fantazji. Naprawdę mogłoby być czadowo, fantastycznie, science fictionowo. Rzeczywiście myślę, że ta droga Piotra, ten apel, żeby odrobinę poczekać. W końcu kilka miesięcy, nawet kilka lat nie zbawi nas. To tam zostanie, nie zawali się. Poczekajmy zatem. Pięknie ci, Piotrze dziękuję za dzisiejsze spotkanie, za odrobinę twardego, racjonalnego podejścia do fantastycznych opowieści. Czasami warto taki zimny prysznic zastosować, szczególnie kiedy opowieści są ekscytujące.
Więc jeszcze raz Piotrze, wielkie dzięki.
[01:16:40] - Ja również dziękuję. A jeżeli mogę czegoś nam życzyć, to żebyśmy do tego tematu powrócili i się miło zaskoczyli w ciągu najbliższych miesięcy, może kilkunastu, ale myślę, że waga tego znaleziska, rozgłos zainspirował wielu ludzi do tego, żeby jednak wnioski Biondiego przeanalizować. Także jestem w jakimś stopniu pewien, że jeszcze o tym będziemy słyszeć.
[01:17:07] - Ja pięknie dziękuję również państwu, wszystkim słuchaczom. Mam nadzieję, że ta audycja będzie źródłem wielu przemyśleń i serdecznie państwa zapraszam na kanał UFO Historie Piotra Cielebiasia oraz tradycyjnie na kanał Wehikuł Wyobraźni. Może warto czasami eksplorować również te playlisty, które niekoniecznie budzą fascynację u wszystkich słuchaczy. Może znajdziecie państwo tam również coś ciekawego. Pozdrawiam, życzę wszystkiego dobrego i tradycyjnie zapraszam na kolejne Wehikuły Wyobraźni. Proszę państwa, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem w Filmotekarium omawiamy filmy. Seriale rezerwujemy sobie przeważnie na wakacje. To jest czas, kiedy można o serialach rozmawiać. Przynajmniej tak nam się wydawało. Ale w ostatnim czasie pojawił się serial, o którym sporo się dyskutuje.
I bez zbędnych wstępów powiem tylko: ten serial nosi tytuł „Cassandra”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Filmotekarium nietypowe, bo mamy sezon filmowy czy jakikolwiek. Jakiś sezon mamy i w sezonie nie omawiamy seriali, a dzisiaj zrobimy wyjątek. Dzisiaj porozmawiamy o serialu „Cassandra”. Serialu niemieckim, ale to nic nie oznacza w końcu. Naprawmy niedopatrzenie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:18:59] - Dzień dobry wieczór. Myślałem, że już zapomniałeś o mnie. Tak, dzisiaj nietypowo, chociaż zdarzało nam się już omawiać seriale w tym Filmotekarium niewakacyjnym, w tym ciągu głównym. I myślę, że to nie jest najgorszy pomysł, bo kiedy czekamy z tymi serialami do wakacji, to wychodzi różnie. Niektórzy z was nas pytają, co sądzimy o tym i o tamtym serialu. Więc postanowiliśmy opowiedzieć o „Cassandrze”. I to nie jest chyba ostatni przypadek, kiedy podejmujemy jakiś serial. To jest niemiecka produkcja z platformy na literkę N, która swego czasu była bardzo popularna. To znaczy, jeżeli chodzi o te kwestie popularności związane na streamingach, to wiecie, jak z nimi jest. Raz coś jest na górze, raz coś jest na dole, raz coś jest popularne na przykład tylko przez tydzień i tak dalej.
Marek mówił, że to serial niemiecki. Rzeczywiście to nie przesądza, bo on jest bardzo umiędzynarodowiony. To znaczy, jest zrobiony tak, żeby mógł się otoczyć wszędzie, nie czuć w nim tej, ja to określam mianem surowizny, na którą narzekaliśmy, omawiając na przykład niemieckie horrory. Bo jest coś takiego w niemieckich filmach, serialach, które rzadko oglądamy, ale to coś nam się wtedy rzuca w oczy, że to jest takie coś, taki dynks. Nie wiem, jak to nawet nazwać, ale surowizna to chyba najlepsze. Jeżeli chodzi o „Kasandrę”, to serial opowiada o dwóch rodzinach, które łączy coś, co dzisiaj się nazywa smart domem. Tyle że jest to smart dom w archaicznym wydaniu. Po prostu współczesna niemiecka, wielkomiejska rodzina postępowa. To musimy zaznaczyć, że to jest postępowa, międzynarodowa rodzina niemiecka. Ona zakupuje po rodzinnej tragedii, jakiej tragedii to się potem dowiemy, dom na prowincji.
Z treści można wywnioskować, że oni wcześniej mieszkali w Hamburgu kosmopolitycznym, bo tutaj trzeba pewne rzeczy mocno podkreślić. Marek pewnie się nie będzie szczypał i gryzł w język za chwilę. No i dobra, trafiają na to konserwatywne zadupie gdzieś w Niemczech, gdzie na tym zadupiu się dusi w tej atmosferze konserwatywnej kolorowy, artystyczny ptak, syn głównych bohaterów. Oczywiście Netflix nie byłby Netflixem, gdyby nie wydatny wątek i romans dwóch chłopaków, który nam się zaczyna już na samym początku. Potem jeden z tych chłopaków jest zmuszony zamieszkać na ogródkach działkowych, bo ojciec Bamber wyrzuca go z domu. Ale to się dzieje później. To w ogóle nieważne. Na szczęście jest ten drugi wątek dotyczący wcześniejszych wydarzeń, dotyczący rodziny, która mieszkała w tym domu wcześniej. No i jest tytułowa Kasandra, pani domu i jednocześnie awatar programu, który później tym domem zarządzał. Jak to się stało?
To się dowiemy z serialu. Ta Kasandra, ten program zarządza też robotem. I tego robota rodzina odnajduje, kiedy przybywają do tego domu.
[01:22:22] - Tak, westnę sobie. Dobrze, że podkreśliłeś, że to jest film netflixowy i dobrze, że powiedziałeś o tym kolorowym ptaku. Wiecie państwo, to zadupie, o którym powiedział Piotr, ono jest takie pod hamburskie, powiedzmy. Ale wiecie państwo, jak ktoś jest z wielkiego miasta, akurat Hamburg znam. Rzeczywiście jest to miasto, w którym się można zakochać, ale to jest też miasto, które można znienawidzić i jest za co nienawidzić. W każdym razie myślę, że warto pamiętać o tym, że niestety Netflix jest Netflixem i wątek kolorowego ptaka, zostańmy już przy tym określeniu, właściwie nie wiadomo, dlaczego się w tym filmie znalazł. On niewiele zmienia w samej akcji. Niby niewiele zmienia i nie wiadomo, po co on tam jest. Czasami człowiek ma wrażenie, że Netflix jest jakoś napiętnowany tym, że musi w każdym filmie wstawić wątki kolorowo-ptasie. Zostańmy przy tym określeniu, bardzo mi się ono podoba.
Nie wiadomo właściwie dlaczego i po co, bo sam serial jest ciekawy i powoduje, że jest o czym rozmawiać i warto się tym serialem zainteresować. A wątek kolorowo-ptasi sprawia, że niektórzy mogą się odwrócić do tego serialu plecami, bo niewiele tłumaczy zaistnienie tego wątku. O tym już mówiłem i to wydaje mi się trochę szalone, że Netflix działa w taki właśnie sposób. Cóż, tak sobie jeszcze myślę o serialu „Kasandra”. Trochę wydawało mi się to niesamowite, kiedy oni trafiają do smart domu zbudowanego w latach 70. Rzeczywiście zderzenie technologii obecnej w odległych czasach z tym, co mamy dzisiaj sprawia, że człowiek może się poczuć dziwnie, że minęło kilkadziesiąt lat i wszystko jest inaczej, chociaż tak naprawdę prowadzi do tego samego, czyli do domu, który ma nas obsłużyć, ma spełniać nasze życzenia. Ma być administrowany przez takiego elektronicznego majordomusa czy majordomuskę. Niech już będzie. Teraz podobno feminatywy są w modzie. Platforma na N byłaby przeszczęśliwa.
I właśnie problem jest z tą majordomuską. Bo to nie jest całkowicie sztuczna inteligencja. I ta niecałkowicie sztuczna inteligencja pojawiła się, kiedy pojawiły się pewne dramatyczne okoliczności życiowe. Bo my w tym serialu śledzimy świat w dwóch planach czasowych. Mamy tę współczesną rodzinę z kolorowym ptakiem, która się przeniosła na pod hamburską wiochę. I mamy historię rodziny, która żyła kilkadziesiąt lat wcześniej. Jej dramaty i jej Problemy niesamowite. One właściwie gonią nas, bo w kolejnych odcinkach dowiadujemy się o przeszłości rzeczy arcyciekawych, które uzupełniają układankę. Film rzeczywiście zrobiony jest troszeczkę na zasadzie takiej, że układanka i układanka. Mamy w pewnym momencie nawet wrażenie, że jej się już nie da ułożyć.
Nie. Myślę, że scenarzyści byli na tyle sprawni, że udało im się. I te dwa plany gdzieś pod koniec filmu się zbiegają. Co więcej, to wszystko powoduje, że my dostajemy zwartą historię. Myślę, że dosyć prawdopodobną emocjonalnie. Czy prawdopodobną patrząc pod kątem technologii? Nie mnie się wypowiadać. Sądzę jednak, że nie, ale nie o to w tym filmie chodzi. Czy dałoby się sztuczną, czy nie do końca sztuczną inteligencję w latach 70. wytworzyć.
To raczej chodzi o rodzaj ostrzeżenia. Ja traktuję ten serial jako wielkie, naprawdę wielkie ostrzeżenie dla nas wszystkich, żebyśmy się chwilami zastanowili, czy korzystając na co dzień radośnie z czata GPT, czy korzystając z innych elementów, które na co dzień nas obsługują, czy my aby na pewno możemy czuć się bezpieczni.
[01:27:42] - Tak, dokładnie. Jeszcze coś chciałem powiedzieć, ale mi umknęło. To może przejdziemy później, za chwilę do tych wątków technologicznych. Ja tylko chciałem powiedzieć, że te dwie płaszczyzny dobrze robią temu serialowi. Oczywiście tu tym łącznikiem jest Cassandra i jej pierwowzór. Kobieta, która kiedyś mieszkała w tym domu z mężem wynalazcą oraz synem. W tym domu pierwotnym, tym pierwszym widać, że tak powiem, rękę człowieka charakternego, czyli tego Horsta, męża Cassandry biologicznej. To jest taki twardy Niemiec. On, jak to się mówi, się nie popuści się. On jest sprawcą tragedii tej kobiety.
W zasadzie on ją przenosi do wersji E. Tak jak mówiliśmy, smart dom w tamtych czasach jest czymś niewyobrażalnym. Cassandra natomiast jest wścibska jako program. Jest upierdliwa. Bardzo szybko też się orientujemy, że ona chce wyeliminować nową panią domu i zająć jej miejsce, przede wszystkim zająć się najmłodszą córką. Z tego powodu stosuje różne fortele, aby wsadzić panią domu do psychiatryka, co jej się finalnie udaje. Ta druga linia serialu, ta retrospekcyjna, pokazuje nam perypetie realnej Cassandry i problemy domowe. Wreszcie ciężką chorobę i decyzję o digitalizacji. Ma to miejsce chyba gdzieś w połowie lat 70. Jeżeli więc ktoś nie widział serialu, to musi wiedzieć, że ta Cassandra tytułowa jest też robotem.
Tylko to nie jest typowy android, bardziej coś rodem z Jetsonów. Archaiczny robot i system po prostu operowany przez superkomputer na lampy elektronowe. To jest cała Cassandra. Mimo wszystko to nie wygląda bardzo źle i sam koncept przykuwa uwagę, ale pod koniec ten serial nam się zaczyna rozjeżdżać, bo mamy wprowadzony z zaskoku wątek. Nie wiem, czy o nim mówić, czy nie, bo tutaj nie będziemy psuć oglądania komuś, kto jeszcze tego serialu nie widział. W pewnym momencie ja na przykład miałem takie wrażenie, że już tego jest trochę za dużo. Tak dwa odcinki od końca wydawało mi się, że trochę przesadzają z ilością wątków, choć wcześniej oglądało się to całkiem znośnie. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że w większości to jest serial, produkcja bardzo kameralna, dziejąca się tak naprawdę w domu w czterech ścianach. Ale Marku, wspomniałeś tu o tych kwestiach technicznych, które budzą, prowokują oczywiste pytania. Szczególnie chodzi o to, w jaki sposób zdigitalizowano kobietę w latach 70.
razem z jej wspomnieniami. Przeniesiono jej umysł na co tak naprawdę? My tam mamy pokazane w piwnicy całe takie urządzenie, całą szafę obsługującą Cassandrę, ale wiele nam to nie mówi, jak ona funkcjonuje. Dodatkowo ona przecież pierwotnie funkcjonowała poza internetem, a to oznacza, że po prostu po uruchomieniu Cassandry na nowo po latach trzeba było ten system albo znowu ręcznie ustawić. Przecież on się nie aktualizował. Ciekawe to jest. De facto Cassandra może być uważana za taką proto sztuczną inteligencję, która rozpoznaje nowe ofiary. Tylko że jest ona w stanie podejmować autonomiczne decyzje i oceniać sytuację. I teraz pytanie, czy tutaj mówiąc o tym, co nas czeka, jeżeli za mocno zabierzemy AI, czy tutaj też nie mamy takiej gry słów związanej z tytułem, który pochodzi od imienia mitycznej wieszczki. Zatem może sam serial też nam wieszczy w jakiś sposób, co nas może w przyszłości, może nawet takiej niedalekiej czekać.
Może. Kasandra to jednak jest baśń do pewnego stopnia, taka baśń dramatyczna. Powiem ci, że w pewnym momencie, gdzieś pod sam koniec zacząłem już zauważać, że to wszystko się rozwinęło, rozhulało się tak za bardzo i ten serial wypadł poza swoje pierwotne ramy, które były nawet znośne. Został lekko przedramatyzowany i on się urywa, kończy się w bardzo dziwny sposób. Nawet powiem ci, że zacząłem się zastanawiać, czy on się przypadkiem nie kończy w taki sposób, który nam może nie obiecuje drugiego sezonu, ale jest dobrym punktem zaczepienia.
[01:32:55] - Bardzo być może. Ale à propos tego rozhulania się pod koniec, powiem tak: myślę, że któryś ze scenarzystów wpadł na pomysł albo doszedł do wniosku, że nie bardzo da się uzasadnić, przekonać widza, że w latach 70. stworzono całkowicie sztuczną inteligencję, więc sięgnięto po wytrych. Ten rasowy Niemiec, o którym wspomniałeś, był tak naprawdę winien śmiertelnej choroby swojej żony. Dlatego postanowił ją zdigitalizować. Dostajemy taki przekaz i tu znowu nie zdradzam wiele, że ta digitalizacja owszem, udała się, ale używam w tej chwili nie języka religijnego, tylko raczej pojęć, żebyśmy lepiej to zrozumieli. Można odnieść wrażenie, że digitalizacja udała się połowicznie. To znaczy coś rzeczywiście przeniesiono do trzewi komputera i mamy główną bohaterkę, która ocknęła się w ciele robota i w ogóle w ciele, trudno mówić o ciele domu, jako twór zarządzający domem. Ale dostajemy taką informację, jakby gdzieś zgubiła duszę, jakby nie wszystko zostało przeniesione. I pytanie jednocześnie, czy aby na pewno jesteśmy w stanie zdigitalizować człowieka?
Do dzisiaj na to pytanie nie ma jasnej odpowiedzi. Są oczywiście transhumaniści, którzy uważają, że to tylko kwestia czasu, kiedy da się przelać ludzką świadomość do komputera, czy w każdym razie do elektroniki. Inni natomiast mówią, że owszem, da się tam przenieść wspomnienia, da się tam przenieść nawet emocje, ale nie, i tu znowu cudzysłów, zrozummy się, to nie ma wymiaru religijnego, ale nie to coś, co moglibyśmy nazwać duszą. To w pewnym sensie z jednej strony mamy, skąd się wzięła ta sztuczna inteligencja, bo nikt nie podejrzewał, nawet scenarzyści, że dało się w latach 70. skonstruować coś takiego, wytworzyć. Więc mamy taką pseudosztuczną inteligencję, która się okazuje w gruncie rzeczy namiastką człowieka. Ale ten tytuł i końcówka filmu zdają się sugerować, dawać takie kasandryczne ostrzeżenie, że to, co dostaniemy, starając się przenieść gdzieś w elektronikę, wcale nie gwarantuje, że przeniesiemy się tam w całości, że troszkę będziemy takimi tworami bez duszy, bez tego, co najważniejsze w człowieku, bo taką postacią jest Kasandra. Niby miała być zdigitalizowanym człowiekiem, tak naprawdę jest robotem w najgorszym znaczeniu tego słowa. Trochę bezdusznym, trochę knującym, trochę idącym po trupach, by osiągnąć cel. Czyli postawiony jest cel i ona tak troszeczkę, jak sobie wyobrażamy działania sztucznej inteligencji, jest wyznaczony cel, a zatem nic innego się nie liczy.
I troszeczkę tak się ta zdigitalizowana bohaterka zachowuje. To jest takie wielkie ostrzeżenie. Ja ten film tak odbieram, żebyśmy się dobrze zastanowili. Po pierwsze, czy aby na pewno transhumanizm obiecuje nam coś, o co warto się bić. Po drugie, czy troszeczkę lekceważąc sztuczną inteligencję. Dzisiaj sztuczna inteligencja służy bardzo młodym ludziom do pisania wypracowań, służy do wykonywania rysunków, do tworzenia tak zwanych agentów, które są wykorzystywane w różnych dziedzinach działalności, pisania programów i tak dalej. Każdy wykorzystuje sztuczną inteligencję, jak mu tam w duszy gra i każdy mówi: „O, jak to wspaniale, jak to pomaga, jak w ogóle świetnie jest”. A przecież pojawiali się w historii naszego gatunku, całkiem nieodległej historii, ludzie, którzy chociażby tak jak Hawking ostrzegali przed sztuczną inteligencją. Nie taką, jaką jest ChatGPT czy jakieś inne odmiany sztucznej inteligencji grasującej w sieci, ale do czego to prowadzi. Bo dzisiaj rzeczywiście AI jest narzędziem.
Narzędziem, które można wykorzystywać, które wydaje się bardzo przydatne, ale tak wcale być nie musi, bo w pewnym momencie może się okazać, że ta inteligencja górująca nad, znowu cudzysłów, duszą może stać się dla nas niebezpieczna. I to jest, wiecie państwo, tak jak przykład oklepany, często stosowany. Czy Konstruktor drogi, autostrady nienawidzi mrówek? Nie, do nich nic nie ma. Tylko wariaci są. Charakteryzuje ich to, że jakaś grupa wariatów będzie niszczyła i deptała mrówki. Ale jeśli ten człowiek jest budowniczym drogi, a to mrowisko stoi na trasie, która ma być wybudowana, to bez żadnych uczuć on to mrowisko usunie, bo tam ma biec droga i trudno powiedzieć, że nienawidzi mrówek. I bardzo podobnie przez analogię może stać się w przypadku sztucznej inteligencji. Ona nie będzie nas niszczyć dlatego, że nas nienawidzi albo uważa nas za istoty gorsze. My po prostu możemy w pewnym momencie stać się zbędni albo stać się przeszkodą do osiągnięcia celu.
I to może być nasz koniec. Mam takie wrażenie, że troszeczkę przed takim scenariuszem, trochę nadbudowałem, ale jednak przed takim scenariuszem przestrzega nas serial „Kasandra”.
[01:39:22] - Jest też w tym serialu takie coś. Nie wiem, jak to do końca nazwać, ale to nie pojawia się tylko tutaj. Już o tym postępowym modelu rodziny mówiliśmy, ale tutaj zwróćmy uwagę na jeszcze jedną sytuację, że główny bohater, ojciec tej współczesnej rodziny jest oczywiście wziętym pisarzem. Matka jest artystką, wszyscy tacy cacy i kosmopolityczni. Seriale zawsze musiały się dziać w rodzinach literatów, prawników, pisarzy, poetów, biznesmenów i tak dalej. W tym przypadku nic to do historii nie wnosi, a myślę, że osadzenie tej opowieści w rodzinie bardziej zwyczajnej, nie każdy ma tatusia wielkiego pisarza, nadawałoby temu pewnego luzu. Tak mi się wydaje. A tak to się robi trochę takie miałkie. Pan pisarz na samym końcu okazuje się oczywiście moralną galerytą jak pan Boczek. Kasandra, ta elektroniczna go omamia.
I dobrze, że ta żona z psychiatryka wychodzi i ratuje sytuację i jego przed morderczym robotem, który go więzi. Ta historia się mniej więcej kończy, ale to oczywiście nie jest wszystko. Pomimo to polecam. Zobaczyć warto.
[01:40:41] - Ja też uważam, że warto ten serial zobaczyć. Warto go zobaczyć pomimo tego, że on te kolorowo-ptasie wątki zawiera, że tam się pojawiają pewne dziwności. Bardzo delikatnie to ujmuję. Dziwności charakterystyczne dla Platformy E! To mimo wszystko warto zobaczyć ten serial, bo on, tak jak mówiłem w poprzednim wejściu, ostrzega i to bardzo poważnie ostrzega, a właściwie mówi: „Zastanówcie się. Po prostu się zastanówcie, bo wcale tak nie musi być. Ale jednak może chociaż przez chwilę pomyślcie pomiędzy jednym zleceniem dla Chata GPT a drugim zleceniem”. Naprawdę to jest problem i to będzie problem. I to nie musi być problem, pod warunkiem, że w jakimś stopniu będzie się to odbywało z naszą refleksją. A wracając do filmu, do serialu, to jest serial, który pomimo różnych swoich braków powiedzieć by się chciało, nawet niedociągnięć, on jest dobrze zrealizowany.
Takie mam przynajmniej wrażenie. Oczywiście zdarzają się tam różne fikołki i różne dziwnostki, niemniej jednak jako całość on przyciąga uwagę. Sprawia, że my z zainteresowaniem śledzimy losy rodziny i to tej z czasów współczesnych, jak i tej sprzed dziesięcioleci. To jest duża zaleta tego serialu. Co więcej, tam są zorganizowane w poszczególnych odcinkach, serial zresztą jest niedługi, od razu sobie to powiedzmy, ale w poszczególnych odcinkach są zorganizowane takie twisty, takie różne zabiegi, które sprawiają, że my chcemy obejrzeć następny i następny odcinek. Co są oczywiście czysto filmowe zagrywki. Tak się po prostu zdarza. Taka już natura seriali. Niemniej jednak ten serial jest zorganizowany, wyprodukowany w taki sposób, że mamy doskonałą świadomość tego, że chociaż on chwilami zahacza, może się wydawać o jakieś takie mielizny, miałkości, to jednak jako całość jest takim naprawdę poważnym rodzajem ostrzeżenia, że sztuczna inteligencja będzie czymś zupełnie, ale to zupełnie innym niż my. I ona nas może usunąć, tak jak mówiłem, usunąć bez złej woli.
Po prostu nie będziemy pasować. To jest jedno ostrzeżenie, a drugie to jest to pęknięcie pomiędzy bohaterką, która jest kobietą z krwi i kości i w pewnym momencie zostaje zdigitalizowana. Jej mąż robi to dla jej dobra. Chce, żeby przeżyła, a tak naprawdę robi jej najgorszą krzywdę, jaką mógł jej zrobić. Bo po pierwsze obsesyjnie podkreślę jeszcze raz zabiera jej duszę, wyrzuca ją na śmietnik. Zostaje coś, co jest kłębkiem rozumu i emocji. Ale tam nie ma człowieka i ten rozum i te emocje zaczynają knuć. Piotr mówił o tym podszywaniu się i próbie eliminacji nowej pani domu. To jest taka próba ponownego uczłowieczenia się. Jakby ta Kasandra czuła, że w chwili, kiedy wyeliminuje swoją rywalkę, wymyśloną, ale jednak rywalkę i zwiąże się z nowym panem domu, stanie się jego prawdziwą żoną, że ta dusza do niej wróci.
Nie, nie wróci, ale ona nie jest sobie w stanie tego uświadomić. I to też pokazuje, jak innym tworem jest Kasandra. To miał być człowiek w ciele robota, a został robot ze wspomnieniami i niektórymi emocjami człowieka. Warto zobaczyć ten serial, ale powiem jeszcze jedną rzecz. Kiedy go państwo obejrzycie, ja przynajmniej miałem takie uczucie, że czegoś w nim brakuje. A ponieważ nie potrafię powiedzieć czego, więc zostawiłem sobie tę niezbyt, moim zdaniem, mądrą uwagę na koniec. Może państwo będziecie wiedzieli, może napiszecie pod filmem, pod zapisem youtubowym, czego w tym filmie brakuje. Ja nie potrafię tego wskazać. Wiem tylko, że mam jakieś ogromne poczucie braku. A teraz, proszę państwa, recenzarium Evivy.
Tytuł książki: „Dopóki nie zgasną gwiazdy”.
[01:45:59] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Literatura postapo ostatnio przeżywa naprawdę duży rozkwit, w Polsce również. Autorzy prześcigają się w kreśleniu obrazów zagłady ludzkości. Co jeden to lepszy. Zastanawiam się, czy nie sprawia im to po prostu jakiejś przewrotnej przyjemności, podobnie jak czytelnikom. Przy czym tego rodzaju książki można podzielić na takie, które są całkiem prawdopodobne, takie na przykład jak „Ostatni brzeg”, od którego właściwie zaczęła się literatura postapo, albo też takie, które naprawdę trudno traktować inaczej jak z przymrużeniem oka. Na przykład „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”. I jedną z takich, które można by rzec, są jednocześnie prawdopodobne, znaczy ze względu na punkt wyjścia, tak to określmy, a poza tym zupełnie bajkowe, jest książka polskiego pisarza Piotra Patykiewicza „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Jest to książka niezwykle sugestywna, choć niepozbawiona wad. Jedną z nich jest oczywiście fakt, że jest, można powiedzieć, dość mało prawdopodobna.
Mało prawdopodobny jest taki rozwój wypadków, jaki przedstawił pisarz. Ale też nikt nie powiedział, że literatura postapo bezwzględnie musi być paradokumentalna. Nie, nie musi, ponieważ to, co ma do przekazania, jest ważne niezależnie od tego, jakie będą didaskalia. „Dopóki nie zgasną gwiazdy” to książka, która poza oczywiście głównymi wątkami pokazuje wartość tego, czym jest w obliczu ogromnie utrudnionych warunków życia, zagrożenia śmiercią, czym jest lojalność, miłość, inteligencja, współdziałanie. O cóż chodzi w tej książce? Piotr Patykiewicz pokazuje ziemię, na której wydarzyło się coś, co można śmiało nazwać końcem świata. A w każdym razie można powiedzieć, że był to koniec świata zarówno dla ludzkiej rasy, jak i dla wielu gatunków zwierząt. Powszechnie uważa się, że tragedia została spowodowana siłami nadprzyrodzonymi. Ludzie bowiem zapomnieli już, czym jest nauka. Łatwiej im przyjąć, że Ziemię niszczy Lucyfer i jego demony, niż że po prostu wszystkie nieszczęścia zostały spowodowane upadkiem meteorytu.
Zresztą tych ludzi jest niewielu. Z trudem walczą o przetrwanie na Ziemi, która została skuta lodem. Dzielą się na klany, z których każdy ma określone zadanie, ale zdarza się, że któryś z młodych ludzi nie idzie wyznaczoną mu drogą i wybiera inną specjalizację niż rodzinna. Jednym właśnie z takich ludzi jest Kacper, szesnastoletni chłopak z rodu myśliwych. Mieszka w osadzie na szczytach gór. Tam jest jeszcze względnie bezpiecznie, gdyż nie docierają tam tak zwane świetliki, tajemnicze ognie, które wnikają w ludzkie ciało, powodując szaleństwo i destrukcję. Kacper przeszedł właśnie pomyślnie inicjację w wiek dorosły i marzy o poznaniu czegoś więcej niż skrawek ziemi wokół rodzinnej osady. Jego buntownicze usposobienie jest przyczyną troski rodziców i starszego brata. Obawiają się, że może źle skończyć. Ich przewidywania nie są bezpodstawne, bo w nowym świecie nie ma miejsca dla marzycieli ani dla ludzi zbyt dociekliwych.
A już na pewno nie ma go dla takich, którym nie wystarcza to, co może im zaoferować bezpieczna osada. Kacper postanawia jednak spróbować. Po raz kolejny trafiłam na książkę polskiego autora, która wprawiła mnie w zdumienie. Przez długi czas uważałam, że generalnie rzecz biorąc, polscy pisarze nie potrafią napisać nic szczególnie ciekawego. W każdym razie nie współcześni. Dopiero kiedy zaczęłam sięgać po kolejne tytuły, okazało się, że to było głupie przekonanie. Nadal oczywiście uważam, że najbardziej reklamowani polscy literaci to są ci, po których najmniej warto sięgać. Niestety. Może za wyjątkiem dwóch lub trzech. Znalazłam za to wielu związanych z małymi wydawnictwami, których utwory są naprawdę świetne, a na dodatek nieszablonowe, co w dzisiejszych czasach znaczy bardzo dużo, bo coraz trudniej o jakąś oryginalność w tworzeniu nowego świata.
Piotr Patykiewicz pokazał, że to potrafi. Stworzył świat przerażający pod każdym właściwie względem. I ludzi, którzy usiłują sobie z tym radzić i nie zatracić przy tym swego człowieczeństwa, co jest bardzo trudne. Ich egzystencja jest zagrożona przez wspomniane świetliki. Czym są, to tak naprawdę nikt nie wie, ale budzą przerażenie. Przerażenie tak wielkie, że w końcu ludzie posuwają się do ostateczności. Nie powiem jakiej, bo to musi każdy odkryć sam, ale po to, żeby przetrwać, zmuszeni są do kroku naprawdę szalonego. Patykiewicz napisał również kontynuację tej książki, o której opowiem później. W każdym razie każdemu miłośnikowi postapo polecam ten tom. Tak jak powiedziałam, on jest oryginalny przede wszystkim.
Bardzo oryginalny. Nie ma w nim czegoś, co jest bardzo modne wśród pisarzy postapo – przedstawianie ludzi, którzy przetrwali jako bandy dzikusów, gdzie liczy się tylko kto silniejszy albo kto bardziej bezwzględny. Nie, tutaj liczy się współpraca i to jest właśnie prawdziwe w tej książce, bo tylko dzięki współpracy nasz gatunek w ogóle przetrwał i tylko dzięki współpracy przetrwa, jeżeli zdarzy się coś, co można nazwać katastrofą na miarę apokalipsy w skali globalnej. Książka jest napisana poza tym bardzo dobrym, klasycznym językiem, co wcale nie jest tak częste i jest naprawdę bardzo ciekawa. Polecam każdemu. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:51:55] - Proszę państwa, myślę, że czas na MAUP. A dzisiaj w MAUPie porozmawiamy o czasie, o tym, czy czas istnieje, o tym, czy naprawdę jakimś wymysłem będzie to koncepcja autora książki Juliana Barboura, który mówi o tym, że czas być może w ogóle nie istnieje. Tego nie ma. Ale co będę opowiadał przed samą audycją? Na tapet bierzemy dzisiaj tytuł „Koniec czasu. Nowa rewolucja w fizyce”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy audycję o książkach z pogranicza. A skoro ta audycja, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:52:50] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich, witam gospodarza.
[01:52:54] - Tak, dzisiaj książka, która może przewrócić człowiekowi światopogląd. Książka „Koniec czasu” Juliana Barboura. Chyba tak należało by wymówić. Książka, która troszeczkę zawiesza albo troszeczkę przeformatowuje nasze myślenie. Co więcej, to jest książka, która mówi nam, że nasze intuicje, a już ta intuicja dotycząca czasu, te intuicje czasami bywają albo mogą być złudne, że to, co uważamy za oczywistą oczywistość, wcale taką oczywistością nie jest. W tym wypadku mowa jest o czasie, który według autora bardzo jest to możliwe, że po prostu nie istnieje. Ktoś zapyta: „Ale jak to? Przecież każdy z nas doświadcza. Przed chwilą coś było, teraz coś jest, za chwilę coś będzie. Czas zatem upływa”.
Okazuje się, jak człowiek się wczyta w poszczególne części książki, że to takie oczywiste nie jest. Książka „Koniec czasu” mi się wydaje fascynującą lekturą, ale to, że ona jest fascynująca, to ja bardzo często powtarzam, że jakaś książka jest fascynująca. Ta książka jest inspirująca. Ona zmusza do myślenia i tak jak mówiłem, sugerowałem, podważa nasze podstawowe intuicje. Intuicje dotyczące rzeczywistości. Muszę powiedzieć, że ta książka jest chwilami trochę zbyt ambitna, bo ona owszem, pewne problemy tłumaczy dosyć prosto i wciąga, prowokuje, ale czasami w tych spekulacjach autor idzie tak daleko, że zaczyna nam tłumaczyć pewne zagadnienia z fizyki. I to jest taki moment, to są takie fragmenty tej książki, że trzeba się dobrze skupić albo dobrze znać fizykę na bardzo wysokim poziomie, żeby od tej książki nie odpaść. Od razu ostrzegam, są takie momenty w tej książce. Niemniej jednak ona jako całość jest nie tylko książką o fizyce, jest też książką trochę o filozofii, o naszym rozumieniu świata, naszym spojrzeniu na świat. Powiem tak, jeśli ktoś interesuje się filozofią nauki, jakimiś najnowszymi teoriami w fizyce teoretycznej, to zdecydowanie po tę książkę warto sięgnąć.
Ja mam tylko wątpliwość jedną: czy to powinna być pierwsza książka dotycząca czasu, którą należy przeczytać? Myślę, że warto ją sobie zostawić na deser. Wcześniej zgłębić kilka innych dzieł.
[01:56:02] - Ta książka to jest taka książka dość nietypowa, bo punkt wyjścia tu w zasadzie jest bardzo prosty. Czasu nie ma, my tylko widzimy następstwo zdarzeń. I sobie ten czas nie to, że my wymyślamy, bo to mózg tak działa, że tworzy po prostu iluzję czasu, żeby człowiek nie zgłupiał. I jeżeli spojrzymy na to po prostu z innej perspektywy, to rzeczywiście nam się może w głowie pomieszać, że możemy dojść do wniosku bardzo prosto, że czas jako zjawisko fizyczne nie istnieje. W sferze naukowo-filozoficzno-literackiej przeżywaliśmy bardzo dużo końców. Był koniec historii, a tutaj Barbour serwuje nam koniec czasu. Dodajmy, że Barbour jest fizykiem. Ta książka, jak już Marek powiedział, skupia się na idei braku czasu w kosmosie. Wszechświat, jak nam tłumaczy autor, nie składa się z czasu. Tam nie ma czasu.
On się składa z obiektów i zasady rządzące kosmosem wpływają na ruch tych obiektów, na nieustanne zmiany, przemiany materii i tak dalej. To wszystko postrzegane z naszej perspektywy staje się czasem. Jeżeli coś istniało i się rozpadło, to z naszej ludzkiej perspektywy zdaje nam się, że się rozpadło po czasie, że coś zadziałało. Sam fakt, że stajemy się coraz starsi z każdym dniem też to jakoś determinuje. Sam fakt, że żyjemy na planecie odliczając dni, licząc lata też determinuje nasze spojrzenie. Tutaj autor zdaje się parafrazować słowa Andrzeja Rybińskiego, że nie liczy godzin i lat, bo twierdzi, że ich po prostu nie ma. Nie ma nawet zdaniem Barboura, uwaga, bo to jest kontrowersyjne, dowodów na istnienie przeszłości, dowodów innych niż ludzkie wspomnienia. Nie ma też dowodów na istnienie przyszłości. Przy czym to wcale nie oznacza, że przeszłości nie było, że historii nie ma. Nie, ona była, ale nie była osadzona na linii czasu.
Ona cały czas tak jakby jest. I tu jest kolejny problem, bo zdaniem Barboura właśnie teraźniejszość, chwila obecna jest najbardziej licząca się. To jest zasadniczo sam początek książki, samo wprowadzenie, że jest iluzja czasu, która się bierze z naszego postrzegania rzeczywistości. Nic to odkrywczego nie jest, ale potem się zaczyna robić trudniej, bo Barbour próbuje to udowodnić, a przynajmniej wywieść z zasad fizyki. Tutaj bardzo szybko, Marku, wkraczamy na pola dość skomplikowane. Książka na samym początku wydaje się bardzo łatwa. Potem też jest pisana językiem w miarę przyswajalnym, jak na książkę o fizyce. Nie ma tam tabelek, nie ma tam wzorów, tylko że w narracji, którą nam autor serwuje ja się szybko pogubiłem, muszę powiedzieć jako niefizyk, a kiedyś może nawet w czasach szkolnych antyfizyk, czyli zupełna noga, bo nikt mi tej fizyki w szkole nie potrafił I właśnie to jest też paradoks. Gdyby Barbour był moim nauczycielem, to pewnie miałbym wyższą ocenę z tego przedmiotu.
[01:59:34] - Ja też nie będę udawał, że wszystko absolutnie zrozumiałem z tej książki. To jest pewne wyzwanie. Może wyzwanie kolejnej lektury tej książki przyniosłoby nadspodziewane rezultaty. Ale jedno muszę państwu powiedzieć. Wyobraźmy sobie, bo to ciężko, tak jak powiedziałem, to wszystko, co opisuje Barbour nie jest intuicyjne. Jak to? Przecież my doświadczamy, wszystko się zmienia, machamy ręką. A Barbour mówi, on tego nie mówi, to już jest mój obraz. Wyobraźmy sobie taśmę filmową. To są nieruchome obrazy, a jednak tworzą pewną ruchomą rzeczywistość.
Więc może nasza rzeczywistość składa się również z nieruchomych, trudno tu mówić o obrazach, raczej nieruchomych rzeczywistości, które przechodzą płynnie jedna w drugą. Tak sobie pomyślałem, że skoro czasu nie ma, to podróż w czasie to nie byłaby podróż w czasie, bo czasu przecież nie ma, ale możliwość cofnięcia się do wcześniejszego obrazu byłaby jak najbardziej możliwa. I te paradoksy czasowe i te wszystkie komplikacje i zapewnienia fizyków, że podróżować w czasie nie można. No tak, nie można, bo nie ma czasu, to nie można podróżować. Ale w tym kontekście patrząc, to przeniesienie się do obrazu rzeczywistości sprzed wielu obrazów, byśmy powiedzieli lat, byłoby jakby łatwiejsze z punktu widzenia fizyki, ale takiej naszej prostej myśli. Skoro w fizyce proponowanej przez Barboura nie ma czasu, w związku z tym nie ma problemu podróży w czasie, można się po prostu przenieść. To już są moje dywagacje dotyczące tego, o czym Barbour mówi. Barbour odwołuje się do Platona i wprowadza pojęcie platoni. To jest taka przestrzeń wszystkich możliwych konfiguracji wszechświata. Każda chwila jest taką kompletną, z naszego punktu widzenia chwila jest pewną kompletną, niezmienną strukturą, która trwa i trwa bez przerwy, pozostaje.
A te nasze odczucia przepływu czasu wynikają z relacji pomiędzy trwającymi obrazami, trwającymi chwilami. Kiedy Barbour zaczyna tłumaczyć, to odwołuje się do mechaniki kwantowej. Za jej pomocą stara się ten brak czasu udowodnić, czy w każdym razie wykazać może bardziej adekwatne określenie. Mówi o tym Barbour, autor, że teoria kwantowa, a zwłaszcza takie równanie, znowu nie wiem, czy dobrze wypowiem nazwiska, ale Wheelera-DeWita. To równanie opisuje geometrię czasoprzestrzeni w odniesieniu do Mechaniki kwantowej. I on tłumaczy, że tam czas w ogóle nie jest potrzebny, żeby tę mechanikę kwantową tłumaczyć, żeby ona się sama tłumaczyła. A ten brak czasu oznacza, że wszystkie te fundamentalne prawa fizyki, które znamy albo w większości raczej ich nie znamy i tu muszę sam siebie wskazać, że niektóre z nich znam mgliście i bardzo intuicyjnie. Te prawa, o których wspomina Barbour, mogą obyć się bez czasu. Nie ma konieczności wprowadzania tej zmiennej czasowej. Przyznam się państwu, że to ryje mózg, bo kiedy ta książka omawia koncepcję proponowaną przez Barboura, on tam się odnosi do teorii względności, do ogólnej teorii względności, gdzie czas jest elastyczny i zależy od masy oraz energii, to Barbour w tym rozumowaniu idzie dalej.
On sugeruje, że czas w ogóle nie jest potrzebny do opisania wszechświata. Czyli z jednej strony posiłkuje się Einsteinem, z drugiej strony mówi: „Szanowny Einsteinie, może to był błąd rozumowania, że czas uwzględniałeś, że wplotłeś go do swojej teorii”. Mówi też Barbour o subiektywnym odczuwaniu czasu. Analizuje to, co nazwalibyśmy ludzką percepcją czasu i mówi o tym, że nasza świadomość rejestruje zmiany w świecie i to ona, Piotr o tym mówił, układa w pewną narrację te wszystkie zmiany rejestrowane i my to nazywamy przeszłością i przyszłością, teraźniejszością. Ale tak jak Piotr powiedział, to wszystko są obrazy. Wrócę do tego porównania z filmem. Obrazy, pojedyncze klatki i to jest nasza rzeczywistość.
[02:05:09] - Tak, właśnie tutaj Barbour się odnosi do naszej biologicznej tendencji postrzegania krótkiej teraźniejszości i tak zwanych gradientów entropii. Czyli zasadniczo my rzeczywistość widzimy, ale z pewnym opóźnieniem i tak. A co jeżeli w ogóle nie należy temu ufać? Nie można temu ufać, nie można ufać zmysłom. One ukazują przecież tylko wycinek rzeczywistości. To nie jest prawda sama z siebie. Z drugiej strony wszechświat, nasza rzeczywistość, one się składają ze zdarzeń. Czas jest potrzebny tylko po to, żeby to jakoś porządkować, żeby jakoś lawirować między tymi zdarzeniami. Inaczej historia byłaby zbiorem miliardów zdarzeń pozbawionych większego sensu. A dzięki czasowi, dzięki temu porządkowaniu my tworzymy sobie historię.
To znaczy, to też nie jest tak, że człowiek czas wymyślił, bo ten czynnik biologiczny jest jak najbardziej istniejący i nawet kluczowy, bym powiedział. To oczywiście się przekłada na takie pytanie, czy z perspektywy Barboura istnieje sens badań historycznych? Myślę, że akurat nie do końca tak jest, że on neguje historię, bo jeżeli ktoś traktuje jego wywód dosłownie, to może tak uznać, że nie ma historii, nie ma dowodów na istnienie przeszłości. I jeżeli ktoś to odczytuje w taki sposób, że zapozna się z kilkoma zdaniami wyrwanymi z kontekstu, może dojść do właśnie takiego wniosku. Ale to są takie przedbiegi. Jak powiedziałem wcześniej, to są takie przedbiegi filozoficzne będące wstępem do rozważań natury fizycznej. I kiedy on przechodzi do tej części fizycznej, a to się dzieje tak naprawdę dość szybko w tej książce, to robi się skomplikowanie i trudno. Niestety, jak ktoś fizykiem nie jest, to tak jak ja łatwo może się w tym pogubić i nawet powtórzenie jednej dziesiątej z tej argumentacji zakończy się fiaskiem. To jest fajne. To znaczy tak, powiem, że gdyby ta książka była traktowana jako lekcje o rzeczywistości i my sobie przyswajamy na przykład jedną malutką lekcję na tydzień i o tym rozmyślamy, to okej, to by miało duży ładunek edukacyjny.
Natomiast tutaj ja nie wiem, Marku, czy ktoś, jak mówię, niebędący fizykiem, ktoś, kto nie ma umysłu ścisłego, byłby w stanie powtórzyć cały ten wywód, bo on się tam troszeczkę też rozjeżdża w różne strony. Takim hasłem charakteryzującym poglądy Barboura jest: czas wynika z bezczasu. Dla nas tak naprawdę to i tak niewiele zmienia. Nawet jeżeli czas jest tylko jakąś funkcją, jeżeli jest zależny od naszego mózgu. Słuchajcie drodzy państwo, Marku Drobi, nawet jeżeli my uwierzymy, że czasu nie ma i zmienimy to postrzeganie, to i tak się nic nie stanie. Zmiany, które są podstawą rzeczywistości, które są chyba cechą podstawową naszego wszechświata, one się nie zatrzymają po prostu. Nawet jeżeli wyjdziemy poza paradygmat, to my i tak nie ominiemy praw fizyki. Ciekawe i godne zauważenia jest jeszcze to, że według Barboura tylko chwila obecna jest tak naprawdę prawdziwa, namacalna. Ale to zauważyli już starożytni. Dlatego ludzie łapią te chwile, zapisują, fotografują i w pewnym momencie Czytając tę książkę zaczynam się zastanawiać, czy to my wpadliśmy w pułapkę naszego umysłu, który tak prezentuje nam rzeczywistość jako ulotną, uciekającą, czy po prostu to jest niestety natura naszego wszechświata, gdzie wszystko ulega tak naprawdę rozpadowi.
Panuje entropia, wszystko przemija we wszechświecie. Barbour nie widzi tego w tak pesymistyczny sposób, nie widzi tego w takich ciężkich barwach. Jego zdaniem my bierzemy udział w przedstawieniu i takim sensem, zasadą tego przedstawienia jest proces doświadczania rzeczywistości. Tylko że czy coś się dla nas zmienia, Marku? Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Postrzeganie czasu tak naprawdę i nie wiem, czy Barbour na to zwraca aż tak dużą uwagę, wydaje mi się, że nie, zależy też trochę od momentu, w którym żyje człowiek. Dokładnie od czasów, w których żyje i od cywilizacji, w której się obraca. Nie mówię tutaj tylko o różnych kalendarzach stosowanych chociażby przez różne religie. Chodzi bardziej o spojrzenie na czas, bo na przykład dobrze wiemy, że ludzie średniowiecza postrzegali czas inaczej, postrzegali nawet dobę inaczej. Mieli zupełnie inny porządek dnia, na przykład taki z dwoma okresami na sen, ale też postrzegali czas jako element boskiego planu, który jest skończony.
Tam gdzieś na końcu jest Sąd Ostateczny i my w tę stronę zmierzamy. Z kolei hinduizm podkreśla cykliczność, bierze pod uwagę wielkie jednostki czasowe. Takowe też istniały w cywilizacjach prekolumbijskich. Także w pewnym momencie się zacząłem zastanawiać, o jakim człowieku Barbour mówi, o jakim czasie Barbour mówi. Myślę, że chodzi o nasze zachodnie postrzeganie czasu, ale i tak nie zmienia to faktu, że książka jest fascynująca. Myślę, że można by z niej zrobić kilka oddzielnych audycji, biorąc na tapet przeróżne problemy, ale takie bardziej filozoficzne niż fizyczne, których on dotyka. Zatem jeżeli mogę na koniec nomen omen coś o „Końcu czasu" powiedzieć, to Barbour daje do myślenia, ale momentami była dla mnie to lektura dość przyciężka, szczególnie jeżeli chodzi o tę sferę fizyczną. Ja rozumiem, że tego się nie dało ominąć, że to było konieczne. Natomiast łatwo się tutaj zagubić tak naprawdę, szczególnie jeżeli nie mamy mocnej podbudowy naukowej. Ale sam pomysł, sam koncept jest niezwykle interesujący i mam nadzieję, że będziemy jeszcze do niektórych wątków zarysowanych przez brytyjskiego autora wracać w naszych audycjach.
[02:12:11] - A ja muszę państwu powiedzieć, że poza tymi wszystkimi plusami dodatnimi i plusami ujemnymi ta książka okazała się dla mnie inspirująca, bo kiedy przeczytałem o tym pomyśle, że czas jest iluzją, a nasza rzeczywistość składa się z niezmiennych chwil, to z jednej strony oczywiście wywołało we mnie fascynację, a z drugiej strony wywołało we mnie skojarzenie, po co jesteśmy, jak to wszystko wygląda, a skojarzenie z czym? Pamiętacie państwo, w pewnym momencie Krzysztof Jackowski opowiadał o swoim śnie. Śnie, który dotyczył redaktora naczelnego Nieznanego Świata, zmarłego Marka Rymuszki. Ten sen sprowadzał się do tego, że Marek Rymuszko mówił o tym, że jest w tej chwili w miejscu, w którym może wejść w dowolną chwilę swojego życia, że może w te obrazy po prostu wejść i na nowo to przeżywać, jakby od nowa. Bardzo mi się to skojarzyło z obrazem określonym przez Barboura, bo otrzymujemy rzeczywistość, którą tworzymy w poszczególnych obrazach i w pewnym momencie nasz czas się kończy. Mówimy o książce bez czasu, ale język czasami nie nadąża. Po prostu odchodzimy z tego świata i mamy całą kolekcję obrazów. Możemy na nowo w nie wchodzić, na nowo przeżywać. Ileż macie państwo takich wydarzeń w życiu, w których mówicie sobie: gdybym wtedy postąpił inaczej, gdybym nie był taki albo inny, los, wydarzenia potoczyłyby się zupełnie odmiennie. Może to jest przestrzeń, w której takie rzeczy można próbować, ale to już po końcu naszego czasu i to mi się wydało jakoś zbieżne.
Ten obraz nieruchomych chwil. Mówię język wysiada w tym momencie, bo chwila jest jednak jakimś pojęciem czasowym. Bardzo nieostrym, ale jednak. Bardzo to było dla mnie takie przejmujące. Ten obraz Krzysztofa Jackowskiego w tej najlepszej formie, kiedy Krzysztof Jackowski mówi o sprawach nie takich, które się wydarzą jutro albo pojutrze, albo za rok, tylko mówi o tym, co czuje najlepiej. Tę rzeczywistość po życiu. Bo on rzeczywiście, jeśli chodzi o te sprawy, chyba ma najlepsze, największe osiągnięcia. To nie jest moje zdanie zresztą, tylko ludzi, którzy jego osiągnięcia badali. Zostawmy sprawę Jackowskiego, wróćmy do książki. Myślę, że dużą zaletą tej książki jest jej interdyscyplinarność.
Ta książka łączy opowieść o fizyce teoretycznej, filozofię nauki i refleksję nad świadomością. To czyni ją niezwykle atrakcyjną nie tylko dla ludzi obeznanych z fizyką, ale też dla ludzi mających tendencję do filozofowania, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa i osób, które są zainteresowane naturą rzeczywistości, tak bym to ujął. Myślę, że ta książka jest w sporych fragmentach dosyć przystępnie napisana. Tak jak mówiliśmy, ona momentami odpływa w rejony, które są już ciężkie do przejścia, ale autor w wielu miejscach używa metafor, porównań i w ten sposób ułatwia zrozumienie różnych trudnych pojęć. Chwała mu za to. Dobrą, silną cechą tej książki jest też krytyczna analiza podstawowych pojęć, założeń fizyki współczesnej. Autor nie tylko przedstawia swoją hipotezę dotyczącą braku czasu, ale też konsekwentnie podważa tradycyjne podejście do czasu. To tradycyjne, wynikające z naszej intuicji. Podważa też podejście fizyki klasycznej, podejście teorii względności. To zmusza czytelnika do refleksji nad tym, co jest fundamentem nauki.
Ale skoro mówiłem o dobrych stronach tej książki, muszę powiedzieć o tym, co uważam za słabsze elementy. Nie ma mocnych dowodów empirycznych na to, co mówi autor. Barbour opowiada nam pewną historię, ale musimy to przynajmniej po części przyjąć na wiarę. Główna teza książki, że czas nie istnieje, jest trudna do przetestowania eksperymentalnego. Oczywiście Barbour odwołuje się do fizyki, do równania Wheelera-DeWita, ale jego koncepcja pozostaje w dużej mierze spekulatywna i nie jest jeszcze uznawana w fizyce jako równorzędne podejście do spraw natury fizycznej. Momentami ta książka jest zbyt abstrakcyjna. Pomysł statystycznego wszechświata, w którym wszystkie chwile istnieją jednocześnie, jest dosyć trudny do zaakceptowania, wyobrażenia sobie na naszym poziomie bardzo niskim, prostym, intuicyjnym. To może być dla niektórych frustrujące. Chwilami dla mnie również było frustrujące, że ta książka nie oferuje prostych, namacalnych przykładów, które udowadniałyby tezę postawioną przez autora. Słowo „udowadniały” może jest niedobre.
Przybliżały tę tezę. Tak jak mówiłem, niektóre rozdziały czy podrozdziały mogą być trudne dla laików. Tam naprawdę jest kilka takich momentów, w których człowiek jest bliski odpadnięcia od ściany. To mówiłem. Jakbym miał szukać dziury w całym, to ostatnia z tych dziur to myślę, że jego filozoficzne tezy, które stawia, implikacje filozoficzne, które wynikają z jego teorii i koncepcji, wydają się chwilami trochę radykalne. Teza o nieistnieniu czasu ma daleko idące konsekwencje zarówno dla naszego rozumienia przyczynowości i samej rzeczywistości. Myślę, że dla wielu czytelników takie podejście, które prezentuje Barbour, może być zbyt rewolucyjne i trudne do pogodzenia z naszym codziennym doświadczeniem. Autor zdaje się nam sugerować, że powinniśmy pewne rzeczy przyjąć na wiarę. Ja nie jestem gorącym zwolennikiem takiego podejścia i tu narracja autora trochę się rozjeżdża z moim rozumieniem tego, czym jest nauka i czym nauka powinna być. Ale to wszystko i te dobre, to już wiadomo, ale te gorsze strony książki nie zmieniają mojego podejścia.
To jest fascynująca lektura. Proszę państwa, drugie recenzarium dzisiaj. Tytuł równie intrygujący jak za pierwszym razem. Teraz to „I wrzucą nas w ogień”.
[02:20:32] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Często bywa tak, że napisawszy bardzo dobrą książkę, pisarz tworzy jej sequel, który kompletnie marnuje potencjał pierwszej. Tak miała się na przykład sprawa z książką, wspaniałą zresztą, „Przekraczając granicę” Oksany Pankiejewej, której następne tomy dosłownie poszorowały po dnie. Albo może inaczej. Po prostu reprezentowały zupełnie inne podejście, zupełnie inny styl. I o ile „Przekraczając granicę” uważam za książkę naprawdę wspaniałą, o tyle jej pozostałe tomy ledwie zmęczyłam i oddałam komuś innemu. Ale nie o tym chciałam mówić. Piotr Patykiewicz, który zaoferował czytelnikom naprawdę dobrą, nieszablonową powieść pod tytułem „Zanim zgasną gwiazdy”, poszedł za ciosem i stworzył część drugą. Nosi ona tytuł „I wrzucą was w ogień”. Mówiąc szczerze, bałam się, znając część pierwszą, że w drugiej pisarz pójdzie na łatwiznę i zmarnuje temat.
Tymczasem stworzył coś nowego. Jak wiedzą ci, którzy słuchali mojej recenzji pierwszej części, głównym zagrożeniem wtedy były tak zwane świetliki pochodzące od czegoś określanego jako Lucyfer, co było po prostu meteorem. Natomiast w drugiej części mamy już zagrożenie zupełnie innego rodzaju, chociaż świat ten sam. Dzięki dobrowolnej ofierze ludzkości, a w każdym razie tej części ludzkości, która była narażona na świetliki, udało się zniweczyć to zagrożenie. Dorosło już pokolenie dzieci ludzi, którzy aby uniknąć zagłady, poddali się dobrowolnemu oślepieniu. To nowe pokolenie niestety musi się zmierzyć z czymś, co jest nie mniej straszne. W ogromnym mieście, jedynym, jakie znają, być może jedynym mieście, które ocalało na Ziemi, mieście ogrzewanym przez ogromną ciepłownię, oferującym luksusy niedostępne mieszkańcom wsi, wylęga się choroba zwana parchem. Jest to coś, co trudno zdiagnozować, co opanowuje ciało człowieka, doprowadza w końcu do śmierci po długich cierpieniach. Taki człowiek może przedłużyć swoje życie i złagodzić nieco ból, unikając słońca i w ogóle światła. Światło pobudza ten tajemniczy czynnik.
W związku z tym ofiary choroby przeważnie pracują w kopalniach. Jedynym nie tyle lekarstwem, co paliatywą łagodzącą objawy jest spirytus zmieszany z makowym sokiem, czyli po prostu z opium. Tylko jeden człowiek zna sekret produkcji tej mieszanki i on też zawiaduje dystrybucją. Mimo to, mimo że wiadomo, jakie są zagrożenia, córka głównego bohatera pierwszej powieści, Kacpra oraz jego ukochanej Miry, ucieka do miasta. Nie chce żyć na wsi, chce zaznać czegoś nowego. Kacper rusza za nią, chcąc ją ratować przed tajemniczym zagrożeniem. Jest to wyprawa szaleńcza, szczególnie dla człowieka niewidomego, którego jedyną pomocą jest pies przewodnik. Ale w tej podróży Kacper odkryje nie tylko, skąd bierze się parch, ale także po co to wszystko się dzieje, jak i dlaczego. „I wrzucą was w ogień” to bardzo dziwna powieść, jeszcze dziwniejsza od pierwszej części. Z punktu widzenia medycznego nic nie jest wyjaśnione, ale mamy dość sporo metafizyki.
Mamy też ludzi, którzy wciąż usiłują coś zrobić z umierającym światem, bo ten świat naprawdę umiera. Ci, którzy przetrwali, czy mieszkają w mieście, czy mieszkają na wsi, czy w jakichś rozrzuconych osiedlach, są skazani na zagładę, albowiem dramatycznie kurczą się zapasy żywności. Czy jednak naprawdę nie ma ratunku? Może jednak jakiś jest? Autor nie zamyka tematu. Być może rzeczywiście istnieje jakaś minimalna szansa na ocalenie i na odrodzenie, jednak my jej na razie nie widzimy. Możemy ją tylko przeczuwać, że może jednak. Parch jest znacznie gorszy niż świetliki, bo nie ma tak naprawdę przed nim ratunku, bo nie wiadomo, kiedy nastąpi zakażenie, kto je przekaże i nie ma na niego właściwie żadnego lekarstwa. Owszem, są ozdrowieńcy. Zdarzają się bardzo rzadko, jednak zawsze są to ludzie zniszczeni fizycznie i psychicznie.
Także właściwie nie wiadomo, co lepsze, czy przeżyć, czy umrzeć. Czy naszej cywilizacji nie zakończy właśnie jakaś taka choroba? Tego nie wiemy. Jeśli chodzi o samego Lucyfera, który to wszystko rozpoczął, czyli ten meteor, zagraża nam cały czas coś takiego. Cały czas jesteśmy narażeni. Na co dzień o tym nie myślimy, ale taka jest prawda. Kto wie, czy w ogólnych zarysach Piotr Patykiewicz nie przedstawił tego, co naprawdę czeka ludzkość. Możemy sami się wybić wodorowo i nuklearnie, ale zagłada może właśnie przyjść z zewnątrz przez upadek takiego właśnie Lucyfera, takiego meteoru, który zniszczy wszystko, co znany i sprowadzi nas do czasów niemalże jaskiniowych, zanim wreszcie wyginiemy do ostatniego człowieka. Bo przecież wiadomo, jak nie będzie czego jeść, to nie przetrwamy. I tutaj nie ma jakiejś głębszej refleksji, bo chociaż możemy zmądrzeć i nie używać broni nuklearnej, to przed meteorem się nie obronimy.
Pod tym względem te dwie powieści są wyjątkowo depresyjne, a mimo to warte przeczytania. Bardzo ciekawe. Jest jeszcze malutki dodatek, ale o tym powiem następnym razem. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:26:28] - Zapraszam teraz na literackie tête-à-tête. Krystyna Śmigielska rozmawia z Renatą Diaków. Państwo już mieli okazję poznać tę autorkę w innym cyklu Krystyny Śmigielskiej. To był cykl o poezji. Dzisiaj poznamy prozatorską twórczość Renaty Diaków. Zapraszam.
[02:26:56] - Dobry wieczór. Po raz drugi przedstawiam państwu panią Renatę Dyakow, z którą rozmawiałam już kiedyś w programie „Nie wiem, co to poezja”. W dzisiejszym literackim tête-à-tête zajmiemy się jednak prozatorską twórczością pani Renaty. Konkretnie mówiąc jej ostatnią książką noszącą tytuł „Dziewczynka skacząca na skakance”. Dobry wieczór, pani Renato. Miło mi jest bardzo panią gościć po raz drugi, tym razem w literackim tête-à-tête.
[02:27:28] - Dobry wieczór państwu. Dobry wieczór pani. Bardzo się cieszę, że mogę u Was gościć.
[02:27:34] - 29 marca 2025 roku miała premierę pani najnowsza książka zatytułowana „Dziewczynka skacząca na skakance”. Edytowana ona została przez wydawnictwo Novae Res. Proszę nam zdradzić, czy tym razem mamy do czynienia z tomem poezji, czy jest to może opowieść prozatorska?
[02:27:58] - Tym razem jest to opowieść prozatorska. Oczywiście poezja nadal jest bliska memu sercu, jednak ja zawsze to podkreślałam, że bardziej czuję się prozatorką, osobą piszącą prozę niż poezję. W związku z czym ta książka jest napisana prozą.
[02:28:17] - Domyślam się, że „Dziewczynka skacząca na skakance” to dla pani bardzo ważna pozycja. Proszę opowiedzieć nam o samym procesie twórczym. Na co podczas pracy nad tym utworem zwracała pani największą uwagę?
[02:28:31] - To był dość złożony proces, dlatego że temat tego wymagał, więc trochę wyglądał inaczej niż przy takiej, powiedzmy, klasycznej powieści. Ta praca wyglądała tak, że ja najpierw czytałam dużo literatury tematycznej, czyli takiej, która opowiada o podobnych treściach. Studiowałam i analizowałam różnego rodzaju raporty, statystyki, które są prowadzone przez odpowiednie instytucje zajmujące się pomaganiem ofiarom przemocy, a więc policja, stowarzyszenia, różnego rodzaju organizacje. Szukałam tych informacji, analizowałam je szczegółowo, notowałam, żeby zgłębić skalę tego problemu. Oprócz tego, w tak zwanym międzyczasie odbyłam wiele rozmów z osobami, które doświadczyły bądź wciąż doświadczają jakiejś formy przemocy w relacjach. I to też dawało mi dużo informacji, dużo materiału zebrałam dzięki takim rozmowom. Chociaż były to bardzo trudne rozmowy i musiałam z wielkim wyczuciem postępować z tym materiałem, bo to żywy materiał, żywa tkanka, więc musiałam tutaj bardzo być czujna i podchodzić do tego z dużą dozą wrażliwości. Potem były rozmowy z osobami, które z kolei zajmują się udzielaniem pomocy, czyli psychologami, terapeutami, żeby podejść do tego tematu od strony takiej profesjonalnej, zawodowej i dowiedzieć się o tym, jak wygląda praca z takimi osobami. Cały ten materiał trzeba było później pogrupować odpowiednio. Przerobić to wszystko na formułę powieści, dostosować język, sprawić, żeby to nie była książka, w której znajdą się tylko jakieś suche fakty, tylko żeby przerodzić to jeszcze w literaturę piękną.
Zrobić z tego historię, która nie tylko dostarczy nam, czytelnikom jakiejś wiedzy, informacji, ale również dostarczy emocji, dostarczy pogłębionych wrażeń, jakiejś głębszej refleksji. Zostawi przestrzeń na swobodne pomyślenie o zagadnieniach, które są poruszone w książce. Więc ten proces był dość złożony i długotrwały.
[02:31:08] - Jeżeli mówi pani o długotrwałym procesie, ja zapytam, ile lat pracowała pani nad tą pozycją i co właściwie było tego powodem? Czy tylko zbieranie materiałów, czy może jeszcze jakiś inny powód był?
[02:31:22] - Praca trwała dość długo, bo kiedy ukazała się moja pierwsza książka „Artysta zmartwychwstały” w 2014 roku, ja już wtedy wiedziałam, że powstanie również ta druga, czyli „Dziewczynka skacząca na skakance”. Świadomie w tej pierwszej powieści umiejscowiłam taki motyw malarski dziewczynki skaczącej na skakance, żeby później nawiązać poniekąd w tej drugiej książce, która teraz się ukazała, do tego motywu, który objawił się w książce pierwszej. Dlaczego tak długo ta książka powstawała? Z jednej strony właśnie dlatego, że temat jest wymagający, toteż nie chciałam podejść do niego zbyt powierzchownie. Trudny temat, więc tu się nie da tak pracować, że tak powiem, ciurkiem. Po prostu wiele rzeczy trzeba było przeanalizować, przemyśleć, odłożyć, wrócić do nich ponownie. Bo te rzeczy, o których czytałam, o których się dowiadywałam, one również wzbudzały we mnie ogromne emocje. To musiało wszystko ostygnąć, żebym mogła spojrzeć na to z dystansu, żeby móc opowiedzieć tę historię w taki sposób, aby ona była żywa, ale z drugiej strony, żebym ja mogła tę historię opowiedzieć w taki sposób, żeby nie wyrywała mi serca, tylko żeby potrafiła w taki sposób oddziaływać na czytelnika, żeby pozostawiła w nim trwały po sobie ślad. Więc zadanie było trudne i wymagało robienia tych notatek, analizy, ale też takiego przemyślenia. Jak to wszystko ująć?
Jaką narrację zastosować? Jakim językiem się posłużyć? Z czyjej perspektywy pisać tę książkę? Którego bohatera? Wiele czynników spowodowało, że ta książka tak sobie dojrzewała, przybrała taką formę, w jakiej możemy ją dzisiaj czytać.
[02:33:37] - Ja takie książki nazywam długo dojrzewającymi, dlatego że one w nas, twórcach, również wywołują bardzo ogromne emocje i często sami musimy te emocje przepracować, żebyśmy, tak jak pani mówi, z dystansem, spokojnie mogli przekazywać je dopiero naszym czytelnikom.
[02:33:59] - Zgadzam się. Właśnie o to mi chodziło, że warsztatowa praca to jest jedna kwestia, a druga to kwestia emocjonalna. To też ważna przyczyna, dla której ta książka tak długo czekała na wydanie.
[02:34:15] - Na okładce książki znajdziemy dopisek „plus 18”. Czy w treści powieści znajdują się opisy scen erotycznych? Jeśli nie, to dlaczego nas pani ostrzega? Dlaczego jest podana właśnie ta informacja?
[02:34:32] - W książce nie ma żadnych scen erotycznych. Znajdziecie państwo dużo miłości, dużo czułości, dużo troski, wszystkiego tego, co jest dookoła tego pięknego uczucia, bo to uczucie odgrywa tutaj ważną rolę. Jednak nie ze względu na tego rodzaju opisy czy sceny jest na okładce napisane „plus 18”. Uzgodniliśmy z wydawnictwem, że należy to uczynić, ponieważ sama tematyka, która jest poruszana w książce, jest trudna i myślę, że czytelnik, który sięgnie po tę książkę, musi być na to przygotowany. Wyobrażam sobie, że młody człowiek, który nie ma jeszcze odpowiedniej wiedzy, doświadczeń, nie zetknął się bądź zetknął się z przemocą, ale mógłby sobie nie poradzić emocjonalnie z ładunkiem emocjonalnym, który w książce się znajduje. I to był dobry ruch, ponieważ kiedy powoli zaczynam dostawać informację zwrotną od osób, które książkę już przeczytały, to wszyscy oni mówią o tych emocjach, że to są tak silne emocje, że czasem dorosłej osobie jest trudno i potrzebuje ona więcej czasu, żeby te emocje w sobie przetrawić. Więc wyobrażam sobie, że młoda osoba miałaby z tym jeszcze większy kłopot, a nie chciałabym. Mając wiedzę po rozmowach z psychologiem czy z terapeutą, nie można zostawiać takich trudnych emocji, poszarpanych, otwartych. O ile w gabinecie terapeuty jest właściwa osoba, która może się zaopiekować takimi emocjami, o tyle kiedy sięgniemy po książkę, zostajemy z nią sami. Może być to dla takich osób zbyt duże wyzwanie.
Dlatego jest takie ostrzeżenie.
[02:36:38] - Bo tak jak pani słusznie zauważyła, do powieści też trzeba dorosnąć, żeby zrozumieć odpowiednio przekaz autora. Proszę nam w takim razie opowiedzieć o bohaterach. Kim jest Beata? Chyba główna bohaterka tej bardzo trudnej, ale myślę, że fascynującej opowieści.
[02:36:58] - Beata jest główną bohaterką. Jest to kobieta, która zajmuje się pisaniem i spotyka ją trudna sytuacja życiowa. Książka jest napisana na zasadzie retrospekcji, czyli my poznajemy bohaterkę w momencie, kiedy ona doświadcza tych najtrudniejszych chwil, dosięga dna i w tym momencie my ją poznajemy. Potem poznajemy powoli, cofając się, czyli przez ten zabieg retrospekcji poznajemy przyczyny, dochodzimy do źródła tej całej sytuacji. Nie będę państwu zdradzała szczegółów, bo odbiorę tym samym przyjemność z czytania książki. Wspomnę jeszcze, że pojawią się tam tacy bohaterowie jak Michał, mężczyzna, który jest opoką dla Beaty i jego uczucie pomoże jej pokonać tę bardzo trudną drogę do zmiany swojego życia. Pojawia się tam druga postać męska, o której nie będę więcej nic mówiła. Powiem tylko tyle, że jest to postać retrospektywna, czyli ta, która pojawia się w opowieściach Beaty, która wiedzie nas do rozwiązania całej zagadki, do tego źródła. Znajdują się tam pomniejsze postaci, takie jak personel w szpitalu, bo akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym. Jest też trochę nawiązań do różnych dzieł sztuki, a więc pojawiają się postaci z tychże dzieł, czy to dzieł literackich, czy malarskich, czy rzeźbiarskich.
Więc tych postaci jest sporo, ale rzeczywiście najważniejszy wątek oparty jest o postać Beaty. „On zawsze wszystkim wymyślał imiona, jakby nie mógł się pogodzić z tym, że każdy ma już swoje. Nie znosiłam tego. Chciałam, żeby zwracał się do mnie tak jak inni. Lubię swoje imię. Uważam, że do ludzi należy zwracać się po imieniu. To jedna z oznak okazywania szacunku. On nadał mi to inne, jakby nie mógł lub nie chciał zaakceptować mnie takiej, jaka jestem, jakby chciał mnie inną.” Czułam się, jakby żył z wyobrażeniem o mnie, a nie ze mną. Cały ten czas próbowałam sprostać temu wyobrażeniu wbrew sobie. Chcę znów być sobą.
Proszę, niech mi pani pomoże odzyskać siebie. Jakiś czas temu natknęłam się na reprodukcję tego obrazu w albumie. Byłam zdziwiona, bo nie postać Ofelii skupiła moją uwagę, ale rośliny umieszczone przez malarza wokół martwej postaci kobiety. Wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi. Płacząca wierzba, symbol niespełnionej miłości. Pokrzywa, która jest symbolem cierpienia. Stokrotki oznaczające niewinność oraz fiołki symbolizujące wierność, czystość lub śmierć w młodym wieku. Kiedy dotarło do mnie ich symboliczne znaczenie, przeraziła mnie myśl, że on na samym początku naszego związku nazwał mnie Ofelią. Przeraziła mnie trafność symboliki tego obrazu, która tak bardzo pasowała do mnie, do sytuacji, w której się znalazłam. Najbardziej przeraziły mnie fiołki.
[02:40:39] - Problemy psychiatryczne i potrzeby osób chorych obecnie są bardzo nagłaśniane. Czy świadomie wpisuje się pani w ten trend?
[02:40:49] - Wie pani, zbierając do niej materiał i mając pomysł na napisanie takiej książki, chyba wyprzedziłam ten trend, bo ta książka przecież powstawała w momencie, kiedy jeszcze nie nagłaśniano tego problemu. Nie był on na piedestale zagadnień, wokół których oscyluje nasze zainteresowanie obecne, ale ja dostrzegałam już wtedy ten problem. Miałam zamiar napisać tę książkę. Nie mam takiego zwyczaju, takiej tendencji podążania za modami. Po prostu z obserwacji doszłam do wniosku, że problem ten jest bardzo poważny, że dotyczy wielu osób. Uznałam, że jest na tyle istotny, aby powstała na ten temat książka. Ponieważ zauważyłam, że w przestrzeni tej naszej książkowej niewiele jest takich książek, które dotykają w taki żywy sposób tego zagadnienia zdrowia psychicznego, przemocy zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Może tej fizycznej bardziej, a psychicznej mniej, bo ona jest takim rodzajem przemocy, który jest trudny do zaobserwowania i do udowodnienia, ujawnienia. Więc ten problem nurtował mnie już dużo wcześniej.
[02:42:07] - Pobyt w szpitalu psychiatrycznym to wyjątkowo trudne przeżycie. Czy opisane przez panią sceny, emocje, miejsca to wyłącznie fikcja literacka?
[02:42:19] - Tak, to jest fikcja literacka. Chociaż powiem pani, że impulsem, ja już to powiedziałam dzisiaj, to już wybrzmiało, tylko powtórzę, że impulsem do napisania tej książki były moje obserwacje, doświadczenia różnych osób, doświadczenia prawdziwe. Natomiast świat wykreowany w książce jest fikcją literacką, ale żeby móc taką fikcję wykreować, to trzeba poznać mechanizmy działające w takiej relacji przemocowej, w relacji toksycznej, bo nie sposób jest pisać o takim zagadnieniu, nie mając na ten temat żadnej wiedzy. Dlatego też proces powstawania książki był długi, bo musiałam tę wiedzę zdobyć.
[02:43:06] - Proszę mi powiedzieć, czy była pani kiedyś, choćby w charakterze odwiedzającej osoby, w szpitalu psychiatrycznym?
[02:43:15] - Owszem, byłam. Byłam jako odwiedzający w szpitalu psychiatrycznym wiele razy i to też dostarczyło mi pewnych obserwacji i refleksji pogłębionej na temat tego, co się tam dzieje, jakie tragedie tam mają miejsce. Sama nigdy nie byłam pacjentką szpitala psychiatrycznego, ale przeszłam terapię, więc mam doświadczenie takie za sobą. Zbiór tych różnych obserwacji plus moje doświadczenie terapeutyczne bardzo pozwoliły mi zgłębić ten temat, poczuć go na sobie i w sobie. To cenne doświadczenia.
[02:44:02] - Czyli to fikcja literacka, ale jednak wynikająca gdzieś z takich wewnętrznych przeżyć. Może nie jakichś nawet trudnych, ale jednak gdzieś głęboko w psychice pani musiało to się ugruntować. Sama atmosfera szpitala psychiatrycznego, samo wejście do tej jednostki dla normalnej osoby jest dosyć trudne, prawda?
[02:44:27] - Zdecydowanie tak, bo my nie przebywamy na co dzień w takich okolicznościach, więc w ogóle pobyt w takim miejscu jak szpital jest trudnym doświadczeniem. A szpital psychiatryczny jest specyficznym miejscem. Naprawdę dla mnie to były bardzo trudne pobyty tam przez tę chwilę, przez godzinę, przez półtorej w tej sali odwiedzin. Były dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem. Budziły we mnie różne trudne emocje. Próbowałam sobie z nimi poradzić. Pomagał mi w tym właśnie terapeuta. Między innymi i rozmowy z psychologami. Zresztą pani doktor Anna Mróz, która napisała na okładkę również słów kilka, jest jedną z tych osób, które rozmawiały ze mną, pomagały zrozumieć pewne zagadnienia dotyczące różnego rodzaju stanów osób, które do takich miejsc trafiają. Więc to są naprawdę problemy, które Potrafią w człowieku dokonać ogromnej zmiany.
Człowiek wtedy patrzy na ludzi zupełnie inaczej. Ta empatia staje się jeszcze bardziej pogłębiona, wrażliwość bardziej wyczulona. Stąd też moje wewnętrzne przekonanie, że książka ta jest potrzebna, że będzie niosła z jednej strony wiedzę na temat zagadnienia, a z drugiej strony takie światełko. Różne osoby mogą po tę książkę sięgnąć i takie, które mają w swojej bliskości kogoś, kto się boryka z podobnym problemem jak główna bohaterka, a może same doświadczały lub doświadczają podobnych traumatycznych, niefajnych doświadczeń. W związku z czym mam taką nadzieję, że czasami książka jest potrzebna nam po to chociażby, żeby umieć nazwać pewne rzeczy, które się w nas dzieją. Nie umiemy znaleźć właściwych słów, nie umiemy uzewnętrznić tego, co się w nas dzieje. To jest tak bardzo wszystko złożone. Ta sfera emocji, psychiki ludzkiej jest tak bardzo złożona, że czasami trudno jest to uzewnętrznić. Z takim przesłaniem tę książkę pisałam, żeby ona niosła pomoc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują.
[02:46:50] - Jako autorka uważa pani, że po tak traumatycznych przejściach wykreowane przez panią postaci nadal mają szansę na szczęśliwe życie?
[02:47:01] - Tak, ja jestem nawet tego pewna, ponieważ znam też z życia wiele osób, którym udało się wyjść z trudnych, traumatycznych doświadczeń i wiem, że jest to możliwe. Jest to trudne, ale jest możliwe i ta książka ma również za zadanie pokazać to. Bohaterka doświadcza tych trudnych przeżyć, przechodzi przez ten cały proces uzdrowienia, przemiany. Towarzyszy jej w tym Michał. Wszyscy, którzy opiekują się nią w czasie pobytu w szpitalu i ona zwycięża, czyli pokazuje, że jest możliwe wyjście z tak trudnej sytuacji życiowej. W prawdziwym życiu również tak jest. Od nas samych zależy, od każdego człowieka, czy znajdzie w sobie tę siłę. Ja myślę, że każdy człowiek ma w sobie taką siłę, taką moc, by zmierzyć się z najbardziej mrocznymi nawet historiami, które mu się w życiu przydarzyły. Potrzebne jest do tego kilka czynników, ale to też nie będę mówiła jakich, bo nie chciałabym zdradzać wszystkich niuansów zawartych w książce. Kto jest ciekaw, to po nią sięgnie i się tego dowie.
Natomiast tak, jest to możliwe, żeby zakończenie było jak najbardziej pozytywne.
[02:48:26] - Ale do tego potrzebne jest uczucie.
[02:48:28] - Zawsze tak. Dlatego, że przejście przez tak trudną drogę samotności myślę, że też jest możliwe, chociaż chyba niezwykle rzadkie. Ja bynajmniej nie znam takiej historii, żeby ktoś przez takie doświadczenia przechodził zupełnie sam. Nie wykluczam takiej możliwości, ale zdaję sobie sprawę, że musi to być naprawdę niezwykle trudne. Natomiast łatwiej jest o wiele, kiedy mamy wokół siebie chociażby jedną taką osobę, która będzie nam towarzyszyła w całym procesie, będzie nas wspierała. Zazwyczaj tych osób znajduje się więcej, chociaż dla osoby, która doświadczyła przemocy czy to fizycznej, czy psychicznej, czy seksualnej, czy jakiejkolwiek innej, taka osoba ma takie poczucie, że jest z tym wszystkim osamotniona, że nie ma dookoła nikogo, kto by ją zrozumiał. Ale to jest oczywiste, dlatego, że towarzyszą takim historiom, takim osobom zazwyczaj dwa uczucia, które blokują wyjście z takiego dołka. Jednym z nich jest strach, a drugim z tych uczuć jest wstyd. Dopóki nie poradzimy sobie z tymi dwoma uczuciami, to tak długo będziemy tkwili w tym miejscu, które jest dla nas niedobrym miejscem. Więc bohaterka tej książki w tym całym procesie musi sobie uświadomić, że ten wstyd nie jest jej wstydem, że to nie ona powinna się wstydzić, że ten strach często był strachem wyimaginowanym, trochę wytworzonym przez środowisko, w którym się żyje.
Różne czynniki się na to składają. To jest bardzo złożony temat i dopiero wtedy, kiedy sobie uświadomimy, że te dwie blokady istnieją, właśnie wstyd i strach, dopiero wtedy możemy zacząć z tym pracować i możemy zacząć tą ścieżkę ku naszej przemianie, do lepszego życia, do wejścia w lepsze życie. Ale bohaterce się to udaje, więc w prawdziwym życiu również jest wiele osób, którym się powiodło. „Michale” powiedziała przez łzy. Głos łamał się w jej krtani jak kruchy lód. „Tak?” „Pomóż mi, proszę. Potrzebuję twojej pomocy.” Jakże trudno było mi wypowiedzieć te słowa. Ileż kosztowały mnie wysiłku. Odkąd wyszłam za mąż, przestałam prosić o pomoc, a tak bardzo jej potrzebowałam. „Potrzebuję twojej pomocy, Michale.” Tonie kamień.
To głaz spadł mi z serca na dźwięk wypowiedzianej przeze mnie prośby. Zwykłe „pomóż mi” zadziałało jak stalowy łom, który podważył głaz ugniatający moją pierś. Dlaczego przez tak długi czas tkwiłam w przekonaniu, że o wszystko powinnam zatroszczyć się sama? Co spowodowało, że zapomniałam, jak prosić o pomoc? Kto wymazał z mojej pamięci naturalną potrzebę bycia wspieraną? Kto?
[02:51:43] - Do kogo pani kieruje tę swoją powieść? Jakiego czytelnika wirtualnego miała pani na myśli pisząc? Już wiemy, że powinny to być osoby w miarę dojrzałe, ale kto i dlaczego powinien tę książkę przeczytać?
[02:51:57] - Nie wiem, czy powinien. Nie lubię tego słowa powinien, ale pisząc tę książkę miałam na myśli, żeby ona niosła światełko. Oczywiście książka jest dla każdego, tak jak pani powiedziała, gotowego na to, żeby przeczytać taką książkę czytelnika. Mogą po tę książkę sięgnąć osoby, które czują intuicyjnie, że ich w stronę książki ciągnie. To jest dobry znak, bo intuicja zazwyczaj nas nie zawodzi. Myślę, że osoby, które doświadczyły bądź doświadczają przemocy w jakiejkolwiek postaci, to będzie również książka dla nich, ale tutaj powiedziałabym: przeczytaj tę książkę, ale koniecznie miej kogoś obok siebie, kto będzie cię trzymał za rękę w tych trudnych momentach, jak będziesz przechodził przez te trudne momenty z tą bohaterką, bo utożsamiając się z niektórymi sytuacjami bądź postaciami w tej książce, mogą odżywać w takich osobach bardzo trudne emocje. Wtedy ja bardzo chciałabym, żeby przy takich osobach był ktoś drugi, kto będzie takim wsparciem. Jeżeli książka trafi w ręce osób, które nie doświadczyły takich trudnych momentów w życiu, ale mają w swojej bliskości kogoś, kto przeżył, doświadczył, to myślę, że to też jest książka dla takich osób, jako przygotowanie, poznanie, jak podchodzić do takich osób, w jaki sposób nie być nachalnym, nie narzucać się, jak lepiej zrozumieć, co taka osoba odczuwa i dlaczego nie chce na przykład poprosić o pomoc albo nie chce przyjąć tej pomocy. To też możemy w tej książce znaleźć wiele wskazówek. Może być też to książka dla kogoś, kto oczekuje od literatury czegoś więcej niż tylko przeczytania o bohaterach, którzy mają złożone, skomplikowane, pogmatwane życie.
Może szukają w książce emocji, które albo ich zmrożą, albo ich rozpalą. Myślę, że ta książka właśnie taka jest, że po przeczytaniu czytelnik raczej nie pozostanie obojętny. A mówię to dlatego, że te informacje, które docierają do mnie od osób, które książkę przeczytały, właśnie takie są. Potwierdzają to, że książka nie pozostawia nas obojętnymi. I też o to chodziło, żeby taka właśnie była.
[02:54:25] - Czy są już może jakieś recenzje, do których mogą dotrzeć potencjalni czytelnicy i które mogą zachęcić właśnie do przeczytania „Dziewczynki skaczącej na skakance”?
[02:54:37] - Tak, recenzje się piszą. Z tego, co ja wiem, różne osoby, które czytają teraz książkę, piszą również te recenzje, ponieważ tak jak pani wspomniała na początku, premiera była całkiem niedawno, więc to jest jeszcze świeża sprawa. W związku z czym proszę jeszcze o chwilę cierpliwości czytelników. Te recenzje wkrótce na pewno się ukażą na różnych stronach internetowych, portalach poświęconych literaturze i wszędzie tam, gdzie państwo wpiszecie w wyszukiwarkę tytuł książki i moje imię i nazwisko, gdzie książka się ukaże. Na pewno takie recenzje będą zamieszczone i liczę też na to, że nie tylko recenzje, ale również opinie czytelników, bo ja stale jestem aktywna w mediach społecznościowych i bardzo proszę wszystkich o to, jeżeli nie jest to dla nich zbyt trudne, żeby podzielili się swoją refleksją, swoją opinią i byli w tym obiektywni. Bo o to też przecież chodzi, żeby być szczerym, napisać, co się faktycznie zadziało, co się pomyślało po przeczytaniu tej książki, więc takowe na pewno się pojawią w przestrzeni publicznej lada moment.
[02:55:52] - A ja państwu jeszcze polecam. Idźcie państwo do swoich bibliotek, zapytajcie pań bibliotekarek czy panów bibliotekarzy, czy „Dziewczynka skacząca na skakance” jest już dostępna właśnie w mieście, w którym państwo mieszkacie. Szukajcie książki. Jest ona już dostępna też w sprzedaży. Gorąco polecam. Drodzy Państwo, rozmawiałam z panią Renatą Diaków, pisarką, poetką, pedagogiem, artystką prowokującą, nietuzinkową. Bardzo serdecznie dziękuję pani Renato za poświęcony czas i spotkanie w naszym literackim tête-à-tête. Dziękuję, że opowiedziała nam pani o swojej najnowszej książce. Jeszcze raz powtórzę tytuł: „Dziewczynka skacząca na skakance”. Przybliżyła pani nam jej bohaterów, fabułę, a przede wszystkim bardzo pięknie opowiedziała o trudnej problematyce tego dzieła.
Polecam państwu również sięgnięcie do wcześniejszych pozycji autorstwa naszej gościni, czyli „Artysty zmartwychwstałego”, o której powieści już tutaj pani była uprzejma wspomnieć i tomu poezji „Umarłam dla ciebie. Nareszcie”. Czytajcie państwo utwory pani Renaty Diaków. To naprawdę warto. To są mądre, ciekawe, wspaniałe pozycje. Gorąco je państwu polecam. Państwu dziękuję za uwagę, a pani, pani Renato, bardzo serdecznie dziękuję za poświęcony czas i rozmowę w literackim tête-à-tête. Dobranoc pani.
[02:57:35] - Ja tylko jeszcze chciałam na koniec powiedzieć, że ja również jestem bardzo wdzięczna, że państwo poświęcacie czas na czytanie moich utworów. Pani Krystyno, pani za czas, który pani poświęciła, żeby ze mną tę audycję przeprowadzić, tą rozmowę przeprowadzić. Życzę wszystkim państwu wszelkiego dobra, prawdziwych, żywych emocji, które będą płynęły, mam nadzieję, z tego, co dla państwa napisałam, bądź jeszcze napiszę. Bardzo dziękuję. Dobrej nocy.
[02:58:06] - Dziękujemy bardzo. Dobranoc.
[02:58:10] - Dobranoc.
[02:58:13] - Nieustająco przypominam państwu o ABW. ABW jest już nieboszczką, bo ta audycja odeszła sobie do lamusa i wszystkie odcinki są do odnalezienia na stronie Radia Paranormalium. ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. To była audycja specyficzna. Autorzy nadsyłali opowiadania, potem Marek Sęk "Ivellios" te opowiadania czytał, a my wspólnie z Wiktorem, a przez jakiś czas również jeszcze z trzecią osobą, konkretnie z Tomkiem Fonsem, owe opowiadania omawialiśmy. Dzisiaj kolejna porcja opowiadań z odcinka 79 z 16 października 2020 roku. Czemu ja te opowiadania przypominam? To też warto powiedzieć. Otóż cały czas marzy mi się reaktywacja. Marzy mi się to, żeby tej reaktywacji dokonać, ale opowiadania nie spływają.
Właściwie spływają w ilościach homeopatycznych i ciężko jest mi podjąć decyzję, żeby wreszcie ruszyć z cyklem. Bo jak ruszać, to na całego, żeby przynajmniej jedno opowiadanie w audycji można było zamieścić. Trochę z tym na razie problem. Ja zachęcam chociażby w ten sposób, że każdy autor warto, żeby skonfrontował swoją twórczość z czytelnikami czy w tym wypadku ze słuchaczami, ale też z kimś na kształt krytyka literackiego. W tym wypadku to ja się państwu polecam. Może nie jestem jakimś specjalnie wziętym krytykiem literackim, ale coś tam o pisaniu i czytaniu wiem. Kilka razy w życiu, to oczywiście przenośnia, jakieś tam recenzje pisałem, jakieś tam recenzje tworzyłem. W związku z tym może warto skonfrontować to, co się pisze z tym, jak odbierają to inni i jak odbiera też ktoś, kto tak jak ja siedzi w pisaniu, siedzi w czytaniu. Czasami bywa złośliwy, ale w gruncie rzeczy, to mogą potwierdzić autorzy, w gruncie rzeczy zależy mi na tym, żeby autorom wskazać drogę, dokąd mają iść, jak mają to robić i czy w ogóle jest szansa, że ta droga gdzieś tam na końcu skończy się tym, co nazywamy sukcesem literackim. Obojętnie, co pod tym pojęciem ktoś rozumie, ale sukcesem literackim.
I myślę, że to jest coś, co każdy z piszących chciałby osiągnąć. Oczywiście są i tacy, którzy mówią, że piszą tak dla siebie, tylko do szuflady. Wybaczcie państwo, jestem człowiekiem małej wiary widocznie, ale nie wierzę w to. Po prostu w to nie wierzę. Większość, znacząca większość autorów pisze po to, żeby przelać swoje myśli na papier. To po pierwsze. Ale po drugie po to, żeby skonfrontować te myśli z drugim człowiekiem. Jedyny sposób to, żeby znaleźć czytelnika. Dobrze, rozgadałem się, ale po prostu naprawdę marzy mi się reaktywacja ABW. A dzisiaj w ramach zachęcenia, tak jak powiedziałem, opowiadania z 79 odcinka ABW z 16 października 2020 roku.
Kolejno będzie to opowiadanie Marka Tomasika „W poszukiwaniu wielokropka”, opowiadanie Tomasza Andrzejewskiego „Obrońca”, Marka Myszograja „Technologia czasu”, Mai Podolskiej „Pan Hamish i doktor Pluschke”, Robert Zawadzki „Ośrodek Agnus”, Piotr Niwa „Ben Griffin, szeryf z El Paso” i Kamila Ciołko-Borkowska „Pechowe zauroczenie”. Proszę państwa, duży kawałek prozy przed nami.
[03:02:23] - Marek Tomasik „W poszukiwaniu wielokropka”. Zapraszam na mistyczną podróż pełną nieoczekiwanych, dramatycznych zwrotów akcji, wyszukanego słownictwa oraz pasji. W poszukiwaniu wielokropka. Siedzę w wygodnym fotelu, czekam na telefon. Zrobiłem ostatnie poprawki i oddałem je redaktorowi tak, jak sobie życzył. Wnerwia mnie to oczekiwanie. Zwieńczenie mojej bestsellerowej trylogii. Wreszcie koniec. Ludzie pokochają zakończenie. Skoro dwa poprzednie paździerze uwielbiają, to i ten powinni.
Grzech pierworodny, owoc grzechu i teraz wyznanie grzechu. Myślałem, żeby zatytułować ostatnią część jako spowiedź, ale zaburzyłoby to konwencję. Seks i przemoc. Zwroty akcji. W miarę logiczne. Ludziska oszaleli na tym punkcie. Dobrze, że chociaż emocjonującą fabułę do tego potrafiłem wymyślić. Miliony sprzedanych egzemplarzy, tłumaczenia na języki. Kto wie, może gdyby nie zajebista intryga, nadal bym zbierał kartofle na polu. Nie wiem, kurwa, nie wiem.
Wyciągnąłem papierosa, zapaliłem. Znowu wróciłem do tego paskudztwa. Tyle razy rzucałem, ale korekta redaktorska tak mnie wykańcza nerwowo, że muszę coś odwalić. To znowu palę, chociaż wiem, że to gówno w niczym mi nie pomaga. W ogóle nie odstresuje. Potem znowu całe kwartał będę się zbierał, żeby z tym skończyć. Jak mawiają ludzie – w zasadzie sam to przed chwilą wymyśliłem – głupota ludzka na najładniejszym koniu jeździ. W końcu dzwoni. „Halo?” – mówię. „Cześć, słuchaj, przepatrzyłem wszystkie twoje poprawki” – zaczął redaktor.
– „Nie mam zarzutów. Wszystko cacy. Zrobiłeś nawet lepiej, niż sugerowałem. To u ciebie lubię”. No kurwa – pomyślałem – nie moje pierwsze rodeo. „Jest tylko jedna sprawa” – kontynuował. Nie no, kuźwa, co znowu? „Koniec rozdziału szóstego powinieneś zakończyć wielokropkiem, a nie kropką. Wprowadziłoby to troszeczkę dwuznaczności.” „Że co, kurwa?” – żachnąłem się. – „Z taką głupotą jeszcze idziesz do mnie?
Weź mnie nie denerwuj, sam se to możesz poprawić.” „A kto mi mówił, żebym nie pisał własnej książki?” – odciął się redaktor. – „To ci mówię, że to będzie już absolutnie wszystko.” „Dobra, poprawię zaraz” – warknąłem. – „Nara.” Rozłączyłem się, nie czekając na odpowiedź. Nie będę się gniewał. Wie, jaki jestem w tych dniach. Ciężko ze mną wytrzymać. Wstałem z fotela i podszedłem do biurka. Wybudziłem komputer z trybu uśpienia. Szybko odnalazłem folder ze swoją powieścią. Wszystko mam spisane w jednym dokumencie.
Jakoś nigdy rozbijanie na mniejsze partie mnie nie pociągało. Włączyłem. Zacząłem przewijać. Który to miał być rozdział? Chyba szósty. „Kotek, wiesz gdzie są klucze do szopki?” – usłyszałem głos mojej lubej zza lekko uchylonych drzwi. „Nie wiem, kurwa, nie wiem!” – krzyknąłem. O Jezusie, znowu to powiedziałem do niej. Kurwa mać, podły ze mnie człowiek. Jak ona ze mną wytrzymuje?
Popatrzyłem na tekst. Rozdział drugi. Od razu sobie przypomniałem, o czym jest. Główna bohaterka wraca wspomnieniami do spartańskiego treningu z ojcem. Tatuś jest mistrzem asasynów na dworze pierdolniętego imperatora. Szkoli córkę na taką samą morderczą pałę jak on. W zasadzie nie ma wyboru. Owoc nieszczęśliwej miłości. W każdym innym miejscu mógłby zapewnić jej bezpieczeństwo, ale nie w tej wylęgarni psycho- i socjopatów. Postanowił zrobić z niej broń taką, jaką jest on sam.
Tylko w ten sposób mogła przetrwać. Jako element treningu, na który wyraził zgodę, był wielokrotny gwałt. Dziewczyna musiała znaleźć w sobie siłę, by pokonać demony, które zrodziły się wtedy w jej głowie. Jako kobieta musiała też używać w przyszłości seksu jako formy broni. Kurwa, tylko pojeb taki jak ja mógł to wymyślić. Będę cię pukał w czoko, aż wypadnie ci oko. Po co ja to oglądałem? Od dwóch dni siedzi mi to w głowie i nie chce sobie pójść. Dobrze, że tego nie znałem, jak pisałem ten rozdział. W zasadzie napisałbym pewnie to samo.
„Kotek?” – znowu dobiegło zza drzwi. – „A gdzie położyłeś kluczyki od samochodu?” „Nie wiem, kur... Nie wiem.” W porę uciąłem się w język. Dlaczego tak się na nią wydzieram? Jestem podłym człowiekiem. „Zobacz w kurtce.” Dlaczego ona jeszcze ze mną jest? Może nie jestem takim chamem, jak mi się wydaje. Na pewno nie dla pieniędzy. Gdyby tak było, to by za mnie nie wyszła. Jaką przecież biedę klepaliśmy parę lat temu.
Nawet nie jest rozrzutna ta moja Zuśka. Nie wiem, kurwa, nie wiem. Jak piszę książkę, to do rana przyłóż człowiek. Nie ma stresu, agresji, wiód malina. Tylko przychodzi korekta i budzi się we mnie nowy człowiek. Wiecznie wkurwiony malkontent. Wracam do tekstu. Zjeżdżam powoli w dół, łapczywie łapiąc tytuły podrozdziałów. Sporo rąbanki w środku, ale nie takiego pierdolenia jak u niektórych na 10 stron. Krótka piłka.
W końcu za krwawą robotę biorą się fachowcy, a nie amatorzy. Dwa, trzy strzały i po wszystkiemu. Dziewczyna trochę się nauczyła od pierwszej części, gdzie w końcu uciekła od ojca i reszty zabójców. W drugiej części przystąpiła do powstania przeciw pojebanemu cesarzowi. Notabene sama rewolucja miała słuszne podstawy, natomiast ludzie, którzy nią kierowali, już zbyt słuszni i prawi nie byli. Dosyć szybko przekonała się, że w tym świecie nie ma dobrych ludzi. Jest tylko interpretacja tego słowa. Zresztą na tym etapie już przestało ją to obchodzić. Liczyła się tylko zemsta na ojcu, który szukał jej w wolnych chwilach między jednym politycznym morderstwem a drugim. Mimo że miał nasrane w łbie, to jednak kochał ją nad życie.
Tylko że ona nie podejrzewała go nigdy o wyższe uczucia. „Kotek, chcesz coś ze sklepu?” – usłyszałem nad swoją głową. Mało nie wyskoczyłem z fotela. Ale żeś mnie Sapnąłem. Drzwi były otwarte. Nie słyszałeś, jak wchodziłam? Pokręciłem przecząco głową. Zapatrzyłem się w tekst. Znowu dzwonił osiołek z wydawnictwa. Ostatnie poprawki.
To chcesz coś czy nie? Weź mi jakieś wafelki – rzuciłem i odwróciłem się w stronę monitora. Wyszła. Za dobra jest dla mnie. Ja tu ciągle z mordą, a ona cierpliwie to znosi. Wafelki przywiezie. Akurat skończyły się niedawno. Lubię sobie podjeść coś słodkiego przy pisaniu. Kakaowe. Będę cię pukał w czoko.
Kurwa, nie wyrzucę tego. Dobre te słodycze, ale dupa szybko po tym rośnie. Trzeba pójść pobiegać od czasu do czasu albo w ogródku szpadlem pomachać. Jakoś trzymam tą wagę. Nie rozlałem się jak Martin. Są szanse, że jeszcze ze 30, 40 lat popiszę w dobrym zdrowiu. Jeśli oczywiście szlag mnie jasny nie trafi przy korekcie. Wracam do książki. Który to miał być rozdział? Mam.
Szósty. O, tu są ciekawe rzeczy. Zamach na cesarza. Nasza dziewczynka pędzi na straceńczą misję obalenia tyranii na świecie. Tyle w temacie umoralniających bzdur. Oczywiście dochodzi do pierwszej konfrontacji z dyżurującym gwardzistą, który okazuje się ojcem. Tatuś właśnie teraz dowiaduje się, gdzie podziewała się córeczka i krótko mówiąc, nie jest zadowolony. Leją się gdzieś w pałacowych korytarzach. Ojczulek wygrywa, ale ruszony sumieniem i pewnie ojcowską miłością nie zadaje ostatecznego ciosu. Pozwala jej uciec.
Jakoś się będzie musiał później z tego wytłumaczyć. Pannica z podkulonym ogonem wraca do swojej kryjówki. Stwierdza słusznie, że musi jeszcze trochę potrenować, a już myślała, że zjadła wszystkie rozumy i tak dalej. Wkurw na ojca urósł jeszcze bardziej. Dzwoni telefon. Zuźka. Co tam się dzieje? Odbieram. Halo? No co tam?
Jak to nie ma? Aż wypadnie ci oko. Kur-- dobra, weź krówki. Tak, krówki weź. Ja ciebie też. Kochana Zuźka. Tak o mnie dba. Inna by nie zadzwoniła, nic by nie przywiozła. Nie jestem gocien. Nie jestem.
Aż mi się przypomniało, jak ciężko zachorowałem. Dwa tygodnie w szpitalu. Była ze mną codziennie, długie godziny. Jakiś czas później ona zachorowała. Potrzebowała mnie, a ja pojechałem sobie na Pyrkon. Wcale nie musiałem. Mogłem przełożyć kilka spotkań. Stwierdziłem, że obejdzie się bez mojego wsparcia. Nic nie powiedziała, nie skomentowała. Może rozumiała.
Machnęła ręką. Nie dała po sobie poznać, że coś było nie tak. Podły ze mnie człowiek. Do brzegu. Przeglądam tekst dalej. Dziewucha się szkoli. Ciężko pracuje, by mieć lepsze szanse przy kolejnym starciu, bo takowe przecież musi nastąpić, co nie? W międzyczasie niewiele się dzieje. Ojciec zaczyna domyślać się, że cały ten burdel to może być z grubsza jego wina, ale nie jest do końca przekonany. Ot, taki charakter.
A w kryjówce rebeliantów coraz ciekawsze intrygi i bohaterka dostrzega, że ewentualna nowa władza może nie być wiele lepsza. To jak gasić pożar napalmem. No, jakieś szanse są. Dziewuszka paradoksalnie pracuje też swoimi czterema literami. Ostatecznie specjalistyczny trening asasynów nie poszedł na marne. Coś tam próbuje ugrać dla siebie, aczkolwiek nie jest zachwycona tym, co robi. Takie „nie chcem, ale muszem”. Żeby nie powiedzieć, że dokonała zwrotu o 360 stopni. Dobrze, że nie mam takiej córki. W zasadzie nie mam żadnych dzieci.
I dobrze. Byłbym okropnym ojcem. Pewnie bym je bił. Chwalić Boga, że nie uderzyłem jeszcze Zuśki, a parę razy było blisko. Wszystko przez te jebane korekty. Jestem podłym człowiekiem. Nie wybaczyłbym tego sobie. Ale idźmy dalej. Odgonić te myśli. Dojeżdżam w końcu do finału opowieści.
Drugi zamach, tym razem na większą skalę. Do asasynki dochodzi jeszcze spora grupa rebelianckich zakapiorów. Gdzieś tam łapią imperatora. Wywiązuje się walka z gwardzistami. Bohaterka natomiast nie jest już zainteresowana główną nagrodą. Dla niej liczy się tylko tatuś. Dość szybko się odnajdują w pałacowych korytarzach. Wywiązuje się walka. Nie ma czasu na dyskusje, dialogi biblijnych rozmiarów, aczkolwiek porozmawiali sobie dłużej niż za pierwszym razem przy wymianie ciosów. Dochodzi do swego rodzaju katharsis.
Przy ostatniej wymianie docinków ojciec wreszcie zrozumiał, że cały ten bajzel jest jego winą. Mimo że chciał dla dziecka jak najlepiej, to droga, którą obrał i wydawała mu się przez lata jedyną słuszną, była od początku skazana na porażkę. Dziewczyna wyprowadza decydujący cios i dostrzega w oczach rodziciela błysk zrozumienia i rezygnacji. W tym samym momencie doznaje objawienia, że pojął swe błędy. Ona też. Głowa straciła już chęć mordu, jednak ręce pracowały we własnym trybie. Ostrze dosięga serca. Ojciec się nie broni. Umiera na jej rękach. Płacz, lament i zgrzytanie zębów.
Całkiem blisko kolegom z rebelii niezbyt wychodzi zamach. Słyszy wołanie o pomoc. Wstrząśnięta morderstwem ojca rzuca to wszystko w diabły i ewakuuje się z pałacu, zostawiając kamratów. Czy przewrót się udał, czy nie? To jest historia na zupełnie inną opowieść. Paździerz nad paździerze. Kto to w ogóle czyta? Kto to kupuje? Ludzie! Znowu się sprzeda w milionach.
Czekają na to. Nieważne, jak bardzo gówniane to będzie. Chyba po prostu trafiam w gusta. Nieważne. Gdzie ja to miałem postawić ten wielokropek? Nie pamiętam. Dzwonię do osiołka. „Ej, gdzie miałem postawić ten wielokropek? Bo już zapomniałem” – pytam grzecznie. A, już nieważne.
Sam poprawiłem. Wielokropek. Tomasz Andrzejewski – „Obrońca”. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie, prawie jak rzeczywistość. Archibald był niemalże pewien, iż tym razem trafił do fantazji, jak określano w jego fachu szczęśliwe sny. Mimo wszystko jednak przed przeskoczeniem do kolejnego marzenia musiał najpierw odnaleźć śniącego i zeskanować go. Takie miał wytyczne. Choć kroczył wypełnioną gwarnym tłumem alejką w wesołym miasteczku, odszukanie tej jednej konkretnej osoby było stosunkowo proste. Iluzje fikcyjnych postaci ludzkich stworzonych w umyśle pogrążonej we śnie osoby zawsze posiadały rozmyte kontury, podczas gdy ona sama wyróżniała się wyraźną sylwetką. Archibald znalazł śniącego tuż obok diabelskiego młynu.
Właśnie kupował on dla siebie watę cukrową. Tym razem przybrał postać białego chłopca w wieku około ośmiu lat. Oczywiście nie oznaczało to, że był nim również w świecie realnym. Tak naprawdę mógł się różnić od niego dosłownie wszystkim, poczynając od wieku, na płci i rasie kończąc. Jednakże dla Archibalda, pogromcy mar, nie miało to żadnego znaczenia. Zintegrowany z przenośnym komputerem na lewym nadgarstku mężczyzny skaner wykonał swą robotę w ciągu niecałych trzech sekund, po czym ogłosił głośnym piknięciem wynik negatywny. Akurat tego konkretnego śniącego nie dręczą tej nocy żadne koszmary. Nietypowy hałas zwrócił uwagę chłopca, który odwrócił głowę w stronę Archibalda. Na jego widok otworzył szeroko oczy i trudno mu się z tego powodu dziwić. Postać wysokiego, barczystego mężczyzny w szczelnie zakrywającym całą powierzchnię ciała ciężkim bojowym pancerzu musiała budzić respekt.
„Jak się bawisz, mały?” – zapytał Archie pogodnym tonem. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął dłoń i poklepał go przyjaźnie po głowie. Przeszło 90% wszystkich naszych snów zapominamy natychmiast po przebudzeniu. To jeden z podstawowych faktów, jakie pogromcy mar dowiadują się na szkoleniu teoretycznym. Tak też więc szansa, że śniący zapamięta to dziwne spotkanie była raczej niewielka. Pogromca nie miał tu już nic więcej do roboty. Archibald dał o tym sygnał do centrali poprzez wypisanie krótkiej wiadomości tekstowej na swym minikomputerze. Chwilę później nastąpił przeskok do mentalnej próżni. Wesołe miasteczko w jednej krótkiej sekundzie znalazło się gdzieś daleko za nim. Przybrało kształt jednego z milionów połyskujących w bezkresnej ciemności punkcików, z których każdy przedstawiał odrębny sen.
Wybór kolejnego marzenia był zawsze losowy. Ani Archibald, ani jego przełożeni w centrali nie posiadali na to najmniejszego wpływu. Od niespełna 10 lat Agencja Straży Snów obejmowała swym zasięgiem wszystkich ludzi na całym globie, nawet tych żyjących bardzo daleko od wielkich metropolii, w sercu leśnej głuszy bądź na pustkowiach. Mimo iż liczba aktywnych pogromców mar bezustannie rośnie, jeszcze długo nie będą oni w stanie ochronić każdego z 12 miliardów mieszkańców Ziemi drugiej dekady XXII wieku. Podróż przez mentalną próżnię trwała przez kilka kolejnych minut. Wreszcie Archibald stanął na wybrukowanej parkowej alejce pośród starych wiązów. Biegła ona w linii prostej aż do zamkniętej stalowej bramy, za którą majaczyły zarysy szarych, utrapionych budynków. Była późna jesień. Zachmurzone niebo, pozbawione liści drzewa, padający deszcz oraz wszechobecne chłodne kolory ostrzegały o potencjalnym zagrożeniu. Już sama obecność mar sprawiała, iż sen stawał się ponury i mroczny.
Archibald wyjął pistolet z kabury. Załadowane do magazynka plazmowe pociski mogły jednak co najwyżej zranić demona. Podobnie było z niewielkimi granatami, które każdy pogromca miał na wyposażeniu. Albowiem według obecnego stanu naszej wiedzy te tajemnicze istoty są nieśmiertelne. Rozejrzawszy się, dostrzegł za sobą stary dziecięcy wózek stojący bez żadnej opieki. Dzieliło go od niego około 10 metrów. Przebył ten dystans nerwowym druchtem, po czym zajrzał do wnętrza. W środku leżał mały chłopczyk, który na widok pogromcy rozpłakał się rzewnymi łzami. To zjawisko było cokolwiek osobliwe. Śniący wyjątkowo rzadko przyjmowali postać niemowląt.
Archie użył skanera, który pokazał wynik pozytywny. Teraz posiadał już niepodważalny dowód, iż tę osobę Mara wytypowała na swą kolejną ofiarę. Jeden z większych problemów podczas obrony śniących stanowiło przekonanie ich do współpracy. Zmysły ludzi pogrążonych w marzeniach działały jedynie połowicznie. Często nie rozumiały one, jakie informacje pragnie się im przekazać i to nawet w przypadkach, gdy znali używany przez pogromcę język. Akurat teraz poszło łatwo. Wystarczyło tylko, że Archibald wyciągnął rozhisteryzowane niemowlę z wózeczka i przytulił je prawą ręką do piersi. Wolną dłonią wciąż kurczowo ściskał kolbę pistoletu, szykując się na nadejście Mary. Do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, czym dokładnie są te istoty ani skąd się wzięły. Wiadomo jedynie, iż pojawienie się pierwszej z nich zaobserwowano 27 stycznia roku 2103, ledwie siedem miesięcy po opracowaniu technologii umożliwiającej przesyłanie bytów materialnych do marzeń sennych.
Choć mary nie posiadały żadnej możliwości fizycznego skrzywdzenia śniących, mogły zrobić coś znacznie gorszego, mianowicie przejąć nad nimi całkowitą kontrolę. Człowiek zdominowany przez jedno z tych tajemniczych stworzeń traci wszelkie cechy powiązane z empatią. Nie odczuwa współczucia, strachu, wyrzutów sumienia i jest zdolny do dokonywania najgorszych czynów tylko dla rozrywki kontrolującego go demona. Do roku 2111 ataki mar stały się prawdziwą plagą, której ofiarą padło przeszło 15% całej populacji Ziemi. Dlatego właśnie kraje ONZ powołały do istnienia Agencję Straży Snów – międzynarodową komórkę mającą na celu szkolenie pogromców mar oraz wysyłanie ich do walki z tajemniczym przeciwnikiem. Archibald czekał, cały trzęsąc się z nerwów. Na czoło wystąpiły mu liczne krople potu, które spływając w dół, wpadały mu do oczu. Czuł wyraźnie spowodowane tym nieprzyjemne szczypanie. Gdyby nie pancerz, we znaki dawałyby mu się również wilgoć kropel deszczu oraz ziąb pochmurnego dnia. W przeciwieństwie do dosłownie wszystkiego, co go teraz otaczało, pozostawał istotą materialną.
Każdą zadaną mu w pojedynku marę odczuje na własnej skórze. Jeśli mara go zabije, umrze naprawdę. Nagle coś się zaczęło dziać. Parkowa brama gwałtownie rozwarła się na oścież, pchnięta od zewnątrz jakąś nadludzką siłą, a widoczne tuż za nią ruiny głośno popękały jak figurki z kryształu. Rozdzierające je czarne szczeliny pełzły w błyskawicznym tempie po niebie i ziemi, w krótkim czasie ogarniając całą iluzję. Zaraz potem wszystko się rozpadło. Drzewa, chmury, chodnik – wszystko w zasięgu wzroku zostało roztrzaskane na malutkie kolorowe szkiełka oddalające się od siebie z zawrotną prędkością. To podstawowa forma ataku mar w walce z pogromcami – rozbicie snu. Pozbawiony twardego gruntu Archibald zaczął spadać w bezkresną pustkę. Pod jego stopami rozciągała się absolutna ciemność, z góry zaś padał oślepiający blask.
Wokół panowała przyjemna cisza. Nawet postać śniącego przestała płakać. Mara zaatakowała od dołu tak, aby przeciwnik nie dostrzegł jej skrzydlatego cienia. Pierwszym cięciem szponów próbowała odciąć pogromcy obydwie nogi. Przypominające swym kształtem zakrzywione miecze pazury z okrutnym dla uszu piskiem otarły się o płyty pancerza na wierzchniej stronie udy, rzeźbiąc nań głębokie rysy. Nie zadały jednak żadnej rany. Przynajmniej jeszcze nie tym razem. Archibald skierował lufę pistoletu pionowo w dół i pociągnął za cyngiel. Nie widział napastnika, lecz dzięki towarzyszącemu wystrzałowi krótkiemu rozbłyskowi purpurowego światła miało to się zmienić. Mara uniosła się nieco na lewo pod pogromcą w odległości około półtorej metra.
Wielka jak samochód posiadała intensywnie czarną skórę pokrytą długimi, oblepionymi brudnym śluzem kolcami. Z masywnego garbu na grzbiecie wyrastały jej dwie pary błoniastych skrzydeł o poszarpanych krawędziach. Ogromna krokodyla paszcza pełna ostrych zębów budziła grozę w równym stopniu co muskularne łapy. Jednakże w całej tej przerażającej sylwetce najbardziej zwracały na siebie uwagę oczy. Oczy rozmiarów dorodnych pomarańczy płonące jasną czerwienią. Jedynie uderzając w któryś z tych dwóch punktów można było zadać marze cierpienie, przeganiając ją tym samym ze snu. Archie wypalił jeszcze czterokrotnie, za każdym razem chybiając dosłownie o włos. Pociski jedynie ześlizgiwały się po twardym ciele kreatury, nie robiąc jej przy tym najmniejszej krzywdy. Tymczasem Mara przypuściła drugi atak. Z pomocą skrzydeł wyrwała się do góry, by następnie zadać cios zaciśniętą pięścią w przedramię dzierżącej pistolet ręki.
Na skutek uderzenia pancerz w tym miejscu tylko nieznacznie wygiął się do wewnątrz, za to kość pękła boleśnie tuż poniżej łokcia. Broń wysunęła się Pogromcy z dłoni i odleciała w górę w stronę lśniącego na biało sklepienia. Nim Archibald zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, potwór rozwarł pysk, chwytając mężczyznę w pasie, a potem całą swą mocą zacisnął szczęki. Zęby przebiły osłonę, szarpały skórę i mięśnie, rozrywały wnętrzności. Sytuacja zaczynała się robić kryzysowa. Zdesperowany Archie postawił więc wszystko na jedną kartę. Wypuścił z objęć postać małego Śniącego. Znacznie lżejsze od zakutego w zbroję wojownika maleństwo podążyło tą samą drogą co pistolet plazmowy. Nic mu nie będzie, byleby tylko pozostał poza zasięgiem Mary. Podniecona smakiem prawdziwej krwi bestia popełniła poważny błąd.
Wystawiła swoje oczy na atak. Prawe z nich znajdowało się teraz bliżej niż na wyciągnięcie ręki od ciężko rannego Archibalda. Ten nie tracił czasu. Odpiął jeden z wiszących mu u piersi granatów, po czym wyciągnął z niego zawleczkę zębami. Następnie zebrał wszystkie siły, które mu pozostały i z impetem wepchnął ładunek wybuchowy w gałkę oczną paskudy. Ranna Mara nieco poluzowała uścisk, aczkolwiek Pogromca wciąż był uwięziony. Gęsty, kleisty płyn wyciekał wartkim strumieniem z rozłupanego oka potwora, wydzielając przy tym okropny odór. Archibald wstrzymał oddech, odliczając w myślach sekundy, które pozostały do eksplozji. Trzy, dwie, jedna. Fioletowa poświata rozbłysła wewnątrz wielkiego czarnego łba na kilka milisekund przed tym, nim detonacja rozłupała Marze czaszkę.
Drobne kawałki kości rozbryznęły się na wszystkie strony, groźne niczym odłamki szrapnela. Teraz widać było jej mózg, ciemnofioletowy i galaretowaty. Pogromca znajdował się zbyt blisko wybuchu, aby wyjść z niego bez szwanku. Fala uderzeniowa orwała mu prawą rękę. Jego nogi trzymały się tułowia jedynie na cienkich paskach mięśni, a z dziury w brzuchu obficie wypływały trzewia. Tym niemniej odniósł zwycięstwo. Mara rozpłynęła się w powietrzu, tym samym opuszczając iluzję. Śniący został ocalony. Naszpikowany elektroniką pancerz Pogromcy wykrył zanik funkcji życiowych nosiciela i automatycznie zawiadomił centralę, a ta rozpoczęła proces wyciągania Archibalda ze snu. Nierealny świat wokół rozmył się, ściemniał.
Z grubsza podobnie wyglądały naturalne efekty opuszczania marzenia. Szkopuł w tym, iż przyszły one o wiele za wcześnie. Dopiero teraz do mężczyzny dotarło, że umiera. Ostatnie myśli, jakie zaprzątały jego umysł, krążyły wokół jednego pytania: w obronie kogo poległ? Najprawdopodobniej jakiegoś młodego człowieka, nawet dziecka, na którego czekało całe pełne dobra życie. Aczkolwiek równie dobrze mógłby być to konający, przykuty do łóżka starzec mający przed sobą jeszcze raptem kilka dni czekania na łaskawą śmierć albo nawet i zwykły zwyrodnialec lata temu skazany na dożywocie za okrutne zbrodnie. Archibald nigdy nie poznał odpowiedzi. Choć może to i lepiej. Marek Myszograj „Technologia czasu”. Trzy śmigłowce typu Apache poruszały się szykiem uderzeniowym zwanym eszelon.
Pochylone dziobami w dół penetrowały miejskie zgliszcza. Powietrze unosiło zapachy bitwy. Smród prochu i pyłu z gruzowisk bił po nosie młodego żołnierza. Wsparty o ścianę zrujnowanego budynku uniósł głowę ku górze. Pierwszy z Apache przemknął tuż nad nim. Kolejny leciał kilkanaście metrów dalej, cofnięty w stosunku do pierwszego. Zaś trzeci ze śmigłowców był na tyle oddalony, że mężczyzna postanowił zaryzykować. Poderwał się do biegu. Pochylony przemknął na przeciwną stronę ulicy. Był blisko celu.
Powinien zdążyć. Przystanął na rogu budynku. Wychylił się, aby ocenić sytuację. Czysto. Wystarczy przebiec około 50 metrów i będzie prawie na miejscu. Wziął głębszy oddech i ruszył. Pośród gruzu po obu stronach ulicy zniszczone budynki resztkami sił utrzymywały równowagę. Mężczyzna biegł do przodu. Jakiś czas temu pokonywał tę samą drogę w przeciwnym kierunku. Wówczas miasto tętniło życiem.
Po ulicach przemieszczały się wolnym tempem auta, rowery i motocykle. Sielski obrazek jak ze znanej gry, w której można kraść samochody. Nie miał wówczas broni. Ta czekała na niego w punkcie werbunkowym. Coś go skusiło. Popularna gra komputerowa skłoniła go, by zatrzymać nadjeżdżający pojazd. Stanął na środku drogi, machając na szkolny autobus. Na tym skończyły się podobieństwa do tej znanej gry. W środku gromada dzieci przyglądała mu się nieufnie. Po krótkiej przejażdżce wyskoczył kilka przecznic dalej.
W punkcie werbunkowym otrzymał zadanie. Broni jednak nie dostał. Musiał ją zdobyć. Nie chciał ryzykować zatrzymania przez policję. Tak jak w pewnym filmie postanowił przebyć drogę pieszo. Życie to jednak nie scenariusz filmowy. Ono ma własne zasady. I tak w starciu z ulicznym gangiem stracił buty. Z baru, gdzie sprzedawano ohydne hamburgery, wyleciał przez drzwi wyjściowe. Po prostu wypieprzyli go.
Nie szło mu i już miał obawy, czy zdoła wykonać zadanie. Gdy dotarł do punktu werbunkowego, przywitano go cmoknięciem politowania. Nie wierzyli mu, że może przejść misję i nikt nie zamierzał z nim wyruszać. Musiał poczekać, aż zbierze się jakiś zespół, który go weźmie. Skorzystał z chwili okazji. Miał przy sobie nieco kruszcu tak na wszelki wypadek i wydał go na pokój rozkoszy. „Witaj gołąbku” – przywitała go długonoga brunetka. – Nowicjusz? – Podeszła bliżej, by położyć dłoń na jego policzku. – Który to masz, gołąbeczku, poziom?
„Pierwszy” – odpowiedział, obejmując ją w pasie. – A który to twój raz na tym poziomie, że taki szybki jesteś? „Drugi”. – Wpadłeś gołąbeczku. Teraz zawsze będziesz wracać tylko do mnie. – Pocałowała go. Raz, drugi. Za trzecim wsadziła język w jego usta. Po gorącym pocałunku chciał się jej lepiej przyjrzeć. Dłonią odgarnął włosy.
– Co to? – zapytał, dotykając jej blizny nad lewym okiem. – Uderzyłam się w szefkę – odparła z uśmiechem. Podobała mu się. Dodatkowo uśmiech ukazał na jej policzkach dwa śliczne dołeczki, a blizna nad okiem dodawała tylko atrakcyjności. – Wygląda raczej jak od cięcia szablą. Nic na to nie odparła. Zakryła bliznę, spuszczając na nią kruczo czarne włosy. Irytowała go i pociągała jednocześnie. Obrócił ją gwałtownie tyłem do siebie.
Spróbował powąchać jej skórę na karku. Nic nie poczuł. Żałował, że nie skorzystał z opcji pozyskania umiejętności zapachu. Owszem, raz jeden otrzymał bonus jako próbkę możliwości. W pamięci pozostały jedynie miłe doznania, których w tym momencie brakowało. Dwa dni spędzone z brunetką naznaczoną blizną nad lewym okiem dały mu awans do poziomu drugiego. Opuszczając pokój rozkoszy, czuł ukojenie. Ponadto dwa dni tam to zaledwie pół godziny tu. Dołączył w końcu do grupy uderzeniowej. Trzy godziny później w pełnym uzbrojeniu nacierali na wroga.
– Ruszać się! Ruszać! Tyralierą! Osłaniaj! – Po kilku chwilach ostrzału nie było kogo osłaniać. Nie było komu formować tyraliery, a tym bardziej ruszać się. Został tylko on. Wziął nogi za pas i wykonał żołnierskie w tył na odwrót. Stojąc teraz w ruinie budynku dostrzegł nadzieję. Drzwi, choć nadpalone, nadal były na swoim miejscu.
Jeszcze raz rozejrzał się wokoło. Cisza. Ruszył w ich stronę. Tych kilka kroków było zawsze najniebezpieczniejszymi. Dobrze pamiętał sytuację ze starego zamku. Uczestniczył w podobnej bitwie. Wówczas jego obóz również poniósł porażkę. Tylko wtedy, zamiast przez zrujnowane miasto, przedzierał się przez lasy i mokradła. Już był w zamku przed drzwiami. Już ręką sięgał po klamkę.
– Ej, dupku! – Usłyszał za sobą kobiecy głos. Nie posiadał wówczas poziomu rozkoszy seksualnych. Zareagował zwyczajnie, jak wojownik. Gdy się odwrócił, poczuł ostry ból w piersi. Kuszniczka jednym strzałem wyeliminowała go z gry. Teraz nikt nie krzyknął w jego kierunku. Otworzył drzwi i śmiało wszedł do środka. W pokoju grała muzyka. Zrzucił klamoty na podłogę i osadził dupsko w fotelu.
Obok na stoliku czekała na powrót bohatera butelka whisky. Chwycił po nią, odkręcił i pociągnął porządnie z gwinta. Coś mu nie pasowało. Zastanawiał się, dlaczego na pewne rzeczy musi zapracować, zasłużyć. Potrafi kreować otoczenie, zmieniać je i ingerować w ciągi zdarzeń, jednak nie ma wpływu na samego siebie. Coś się nie zgadzało. Rozmyślania niemal natychmiast przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości. Niechętnie, ale wstał i podszedł z butelką do biurka. „Witaj, Beto” – odczytał na monitorze komputera. „Witaj” – odpisał, zadawiąc się na krześle.
– Cieszę się, że wróciłeś cały i zdrowy do pokoju. Zauważyłem również, że korzystasz z nowych możliwości. „Co masz na myśli, zarządco?” – odpisał. – Myślę o tej kobiecie z blizną. Wpadła ci w oko. Mężczyzna zastanowił się, co odpisać. Upił nieco whisky i wystukał na klawiaturze odpowiedź. „Tak, była tego warta, a tobie nakopię do dupy, jak się tylko spotkamy”. – Hehe, nawet nie wiesz, jaki zabawny jesteś. Nie ma takich technicznych możliwości, ale za marzenia nie każe.
Próbuj. – Po kilkukrotnym mrugnięciu kursora zarządca pisał dalej: – Uzyskałeś pełnoletniość. Poza tym zapracowałeś na czerpanie przyjemności. Beto, mam dla ciebie zadanie. Po jego wykonaniu otrzymasz kolejny poziom na zmysły. Zainteresowany? Mężczyzna wziął kilka głębszych z gwinta. „Tak, jestem zainteresowany” – odpisał i nie odrywając wzroku od monitora, wychylił butelkę, wypijając ją do dna. Masz doskonałe zdolności matematyczne. Chciałbym, abyś napisał pewien program.
Dostaniesz możliwość przeżycia jeszcze raz tego, co już przeżyłeś. W zamian standardowo otrzymasz nowy poziom doznań zmysłowych. Musisz określić czas i miejsce startu. Miej świadomość, że później wszystko się zmieni. Zapach. Chcę czuć zapach – odpisał od razu. Zatem nie marnuj czasu. Jak będziesz gotów, ruszaj w drogę. Jestem gotów. Program już napisałem.
Doskonale. Jeszcze mi podziękujesz za to, jakim cię stworzyłem. Chętnie dałbym ci w mordę i na tym poprzestańmy z podziękowaniami. Chcę poczuć zapach jej skóry. Odsunął się od komputera. Z komody wyciągnął flakonik z płynem niwelującym trucizny, który powinien również podziałać na alkohol. Upił łyczek. Rozchodząca się fala ciepła postawiła go na nogi. Z szafy wyjął ekwipunek. Zarzucił zbroję, chwycił miecz i wybiegł z pokoju.
Zadanie miał ułatwione. To było load game z jego utraconego poziomu. Polał drużynę i wyrwał do przodu. Zebrał najważniejsze skarby i artefakty. W kilku chwilach zaliczył misję. Zarządca dotrzymał umowy. Zapach lasu i mokradeł uderzył w nozdrza. Pamiętał o zasadzce w zamku przed drzwiami do pokoju. Postanowił zaryzykować. Wykona unik, jak bełt będzie w locie.
Wszystko dokładnie obliczył. W zamkowych korytarzach pachniało strawą. To go nieco rozproszyło, ale wyskoczył na schody, udając się ku górze. Zauważył drzwi. Za chwilę krzyknie w jego kierunku. Chwytając za klamkę, poczuł zapach, który przeszedł mu w pięty. Instynktownie wyczuł kobietę. Cudownie pachniała. Ej, dupku! – usłyszał za sobą.
Cały plan legł w gruzach. Zareagował nie jak wojownik, lecz jak mężczyzna. Gdy się odwrócił, poczuł ostry ból w piersi. Najpierw spojrzał na ranę i wbity w nią bełt. Uniósł wzrok w jej kierunku. Odgarniała włosy z twarzy. Zrozumiał, kim była, gdy nad jej lewym okiem dostrzegł znajomą bliznę. Maja Podolska, „Pan Hamish i doktor Pluschke”. Tak samo jak nienawidzę podmiejskich autobusów, nie znoszę latać samolotem. Przerażają mnie lotniskowe procedury, kontrole i prześwietlania bagaży.
Pytania, skąd jadę i dokąd się udaję, czy wiozę jakieś płyny, laptopy, bomby i maczety i w ogóle – po co mnie wypchana sroka? Nie chcę rozstawać się z moją walizką, bo nie przeżyłabym jej utraty. Ani nie chcę nikomu pokazywać mojego paszportu, bo… bo nie. Ale nie mogę się buntować, więc pokornie zdejmuję buty i pasek, pozwalam się obmacywać, a gdy mała żarówka zaświeci oskarżycielsko, przepraszam za kilka głupich monet zapomnianych w kieszeni. Cierpię, gdy staję się mimowolnym składnikiem mętnej masy ludzkiej, rozlewającej się powoli po korytarzach i znikającej w ogromnych wnętrzach samolotów. Niczym na autopilocie przechodzę przez kontrolę paszportową, a potem już tylko daje się zagonić do swojego miejsca w samolocie oznaczonego cyfrą i liczbą, cholernie niewygodnego, nigdy w miejscu, które by mi pasowało i zawsze obok niewłaściwej osoby. Do tej pory pocieszałam się, że inwestycja w słuchawki była najlepiej wydaną kasą w całym roku. Jednak tym razem spotkał mnie okrutny zawód, gdy padła mi bateria w komórce. Siedziałam zakleszczona pasem bezpieczeństwa w fotelu samolotu, zupełnie bezbronna wobec kakofonii dźwięków atakujących mnie z każdej strony.
Ze złością wrzuciłam zdradziecki telefon i słuchawki do torby wsuniętej pod siedzeniem przede mną. Moje nerwowe ruchy wywołały zainteresowanie siedzącego obok mężczyzny. Jakby mało nieszczęść spotkało mnie do tej pory. Czy wszystko w porządku? – zapytał uprzejmie. Był już stary. Miał siwe, przerzedzone włosy, wełniany sweter w romby i brązowe spodnie zaprasowane w kant. Pachniał mdląco lawendą i anyżkiem. Dlaczego ja zawsze muszę mieć do czynienia ze starcami? Pomyślałam, że to będzie bardzo długi lot.
Tak, w porządku, dziękuję – odparłam grzecznie. Samolot właśnie odrywał się od ziemi. Ciśnienie zatkało mi uszy, a żołądek zacisnął się ze strachu. Bezwiednie sięgnęłam do podłokietnika między moim a jego fotelem, ale zamiast na plastik natrafiłam na dłoń mężczyzny – suchą i pomarszczoną, jakby była pokryta złuszczoną skórą węża. Przepraszam, nie chciałam. Ja… – próbowałam coś powiedzieć, ale nie słyszałam swojego głosu i czułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Spokojnie, proszę się nie bać. Zaraz wejdziemy na nasz poziom lotu. Proszę otworzyć usta i zatkać uszy.
Już lecimy. Jest dobrze. Mówił do mnie jak do dziecka, które nigdy wcześniej nie leciało samolotem. Miał cichy, zachrypnięty głos, dokładnie taki, jakim mówią bardzo starzy ludzie. Trzymał mnie za rękę i chociaż normalnie nie znoszę takich poufałości, tym razem przyniosło mi to ulgę. Dziękuję. Nie wiem, co się stało. Przepraszam. To się zdarza. Proszę się nie przejmować.
Niech się pani poczęstuje. Bardzo proszę. Uśmiechnął się i wyciągnął w moim kierunku małe pudełeczko z czarnymi cukierkami. Wzięłam jeden z nich i za chwilę tego pożałowałam. Lawenda i anyżek na moim języku wywołały odruch wymiotny, który z trudem opanowałam. Wytarłam usta i niezauważenie wyplułam cukierka do chustki. Nazywam się Gerard Plusque. Miło mi, że spędzimy ten lot razem. Wyciągnął swoją starczą dłoń w moim kierunku i nie miałam innego wyjścia, jak tylko ją uścisnąć i podjąć rozmowę. Jestem Grace, po prostu Grace.
Mnie również jest bardzo miło – wymamrotałam, dyskretnie chowając za siebie dłoń. Wytarłam ją w spodnie, udając, że drapię się po udzie. Czy była już pani w Szkocji? To bardzo ciekawe miejsce, zupełnie inne niż reszta świata. Zaczęło się. Dziadek już się rozkręcał. Zaraz wyciągnie album ze zdjęciami i będę musiała podziwiać jego wnuki i prawnuki. Kurwa, ja to mam szczęście. Nie, nie byłam tam nigdy wcześniej – odparłam zgodnie z prawdą. Ja byłem, dawno temu.
Poznałem kiedyś niezwykłego człowieka, który tam spędził całe swoje życie. I właśnie lecę na jego pogrzeb. Choć nasze drogi rozeszły się bezpowrotnie, to pisywaliśmy do siebie regularnie przez ostatnie 35 lat. Doprawdy niesamowita osoba. Poprawił się na fotelu, a ja już wiedziałam, że będę musiała wysłuchać całej historii, starając się, żeby nie zasnąć w trakcie. Jednak gdy zaczął mówić, poczułam, że to nie będzie kolejna bełkotliwa opowiastka starego pierdoły, jakich słyszałam dotąd tysiące. Z każdym jego słowem czułam coraz silniejszy niepokój, choć nie wiedziałam jeszcze, skąd się brał. Całe dorosłe życie pracowałem jako psychiatra. Byłem również biegłym sądowym, a moją specjalizacją były przestępstwa popełniane w stanie ograniczonej poczytalności, głównie morderstwa. To brzmi strasznie i proszę mi wierzyć, że słyszałem wiele okropnych historii i poznałem ludzi, którzy popełnili ohydne zbrodnie nawet wobec tych, którym ślubowali miłość i troskę.
Pana Hamisha poznałem w podobnych okolicznościach i on był najciekawszym ze wszystkich moich pacjentów. Niestety do dziś nie wiem, jak wytłumaczyć objawy. Moi koledzy po fachu stwierdzili, że to niezwykły przypadek schizofrenii krótkotrwałej. Nie wierzę w to. Pan Hamish zachowywał się normalnie przez cały przebieg śledztwa, obserwacji i pobyt w szpitalu. Spędziłem całe lata, próbując znaleźć rozwiązanie tej zagadki, ale nie udało się. A teraz pan Hamish nie żyje i jego tajemnica już nigdy się nie wyjaśni. Doktor Plusque smutno spojrzał na swoje ręce, które leżały nieruchomo na kolanach i przez krótki moment przypominały mi szpony jakiegoś drapieżnego ptaszyska. A właściwie to co on zmalował ten pan Hamish? – zapytałam zaintrygowana.
Jego historia zaczęła się od tego, że pewnego dnia ocknął się w jakimś hotelu, nie mając pojęcia, skąd się w nim wziął. Tak jakby nagle dopadł go atak amnezji. To chyba najgorsze z możliwych przebudzeń. Przetarł zaspane oczy i usiadł na łóżku, rozglądając się po pokoju. Z naprzeciwka patrzył na niego nagi mężczyzna o potarganych włosach i głupim wyrazie twarzy. Boże, przecież to ja – pomyślał tak, jak pomyślałby każdy na jego miejscu. Monstrualne lustro zawieszone na wprost niego powiększało pokój, w którym i tak wszystko było ogromne – łóżko, skórzane fotele i okna. Zawstydzony swoją nagością otulił się kołdrą i podszedł do okna. Miasto zbudziło się już na dobre. Wszyscy zdawali się mieć jakiś cel, do którego zdążali i tylko on nie był na swoim miejscu.
Ogłupiały i bezbronny w obcym pokoju, w jakimś nieznanym hotelu, z dala od domu. Skulił się i mocniej owinął kołdrą. Pomyślał, że musi jak najszybciej wrócić do siebie i przypomnieć sobie przebieg wczorajszej nocy. Niestety, gdy dotarł do domu, poczuł się bardzo słabo. Z trudem otworzył drzwi i gdy tylko zamknął je za sobą, osunął się na podłogę w przedpokoju. Potem było już coraz gorzej. Dostał wysokiej gorączki, a po niej pojawił się ostry ból brzucha, po którym nastąpiły niekończące się wymioty. Pan Hamish był przerażony. Nadal nie przypomniał sobie poprzedniej doby, a objawy zatrucia wzmagały jego niepokój. Skurcze żołądka niemal pozbawiały go przytomności.
Siedział na podłodze łazienki z głową zwisającą nad muszlą klozetową i czuł, że kolejnego ataku nie zniesie. Nie miał już czym wymiotować. Nie pamiętał nawet, jak długo tu siedział. Wspomnienia wracały do niego w strzępach, nagle pojawiających się chaotycznych obrazach, bez żadnego ładu i składu. Powtarzała się w nich dziwna kobieta o czarnych, prostych włosach i mrocznym spojrzeniu. Filiżanki z kawą, ostre promienie światła i ciepło rozchodzące się po całym ciele, jakiego nie doznał nigdy wcześniej. Próbował chwytać te strzępy, zatrzymać je i przyjrzeć się im dokładnie, ale żaden z nich nie zostawał w jego głowie dłużej niż błysk. W końcu wyczerpany wymiotami położył się na podłodze, uspokojony myślą, że przynajmniej jest to jego własna łazienka, a nie jakaś obca w dziwnym hotelu, o którym nigdy wcześniej nie słyszał i nawet nie zapamiętał jego nazwy. Zasnął w okamgnieniu. Pewnie popił z kumplami i film mu się urwał.
Próbowałem zbagatelizować te straszne objawy. Może ta historia wcale nie jest taka przerażająca, jak doktor Opluszke chciałby, żeby była. To by było najprostsze wyjaśnienie. Problem w tym, że żaden z jego znajomych nie potwierdził, że spotkali się dzień wcześniej. A proszę mi wierzyć, że szkocka policja przeprowadziła śledztwo bardzo dokładnie i nie pominęli żadnej osoby. Nikt go nie widział, nikt z nim nie rozmawiał, nikt nie miał pojęcia, co działo się z panem Hamishem przez cały dzień i noc. Na domiar złego, oprócz objawów zatrucia doszły inne. Kto wie, czy nie bardziej niepokojące. Nagle poczuł, że nie leżał już na zimnej posadzce, ale na miękkim materacu. Czyjaś dłoń delikatnie gładziła go po głowie, a każde muśnięcie było jak ciepły kompres na zdrętwiałym z zimna ciele.
Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak spokojnie i lekko, może nawet szczęśliwie. Próbował sięgać pamięcią wstecz najdalej jak to możliwe, szukając podobnej chwili, aż znalazł ją na samym początku wszystkiego, gdy jako zwinięty w kłębek embrion rósł w łonie matki. Oddałby wszystko, byle wrócić do tego momentu i znów móc pławić się w cieple wód płodowych, bezpiecznie ukryty przed światem pod warstwami matczynych powłok brzusznych. To był najpiękniejszy sen ze wszystkich kiedykolwiek śnionych przez pana Hamisha. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Ciepła dłoń zniknęła i natychmiast zrobiło się zimno i niewygodnie. Wciąż leżał na podłodze łazienki, nagi i wyczerpany, z dziurami w pamięci i gardłem zdartym od wymiotów. Zwalczył pokusę, by zignorować dzwoniący telefon i kontynuować piękny sen. Z trudem otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Telefon stał na stoliku w przedpokoju, bo musi pani wiedzieć, droga Grace, że to nie były jeszcze czasy telefonów komórkowych.
Doczołgał się do przedpokoju i sięgnął po słuchawkę. Oczywiście, jak to bywa w takich momentach, gdy tylko udało mu się przyłożyć ją do ucha, dzwoniący w końcu zrezygnował. Mógłby wreszcie położyć się do łóżka i odpocząć, ale rzut oka na leżący obok telefonu kalendarz sprawił, że natychmiast się obudził. Już wiedział, że nieodebrane połączenie zwiastuje konsekwencje o wiele poważniejsze, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Musi natychmiast wziąć się w garść i doprowadzić do porządku. Tajemnica ostatniego weekendu, hotel, czarnowłosa kobieta i dziwne sny przestały mieć nagle znaczenie. Musiał szybko wymyśleć, jak wytłumaczyć żonie, że zapomniał o jej powrocie z sanatorium. A więc była też żona. Oczywiście! Żona pana Hamisha miała na imię Adela i była dość specyficzną osobą.
Jedną z tych kobiet, które w młodości są uważane za ślicznotki pełne uroku i powabu. Utrzymują się w tym stanie do momentu zamążpójścia, gdy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zmieniają się w pospolite hetery. Tyją, brzydną, a ich powab zamienia się w toporność nie do pojęcia. Nie lubią innych kobiet, nie tolerują rodziny męża, nie chcą mieć dzieci i wydaje się, że ich jedynym celem jest uprzykrzanie życia wszystkim dookoła. Taka była Adela. Na nieszczęście biednego Hamisha. Tego dnia, gdy tylko dotarła do domu, rozpoczęła drobiazgowe śledztwo. Wystarczyło jej zaledwie pół godziny, żeby Hamishowi zdawało się, że przesłuchuje go już całą dobę, a co gorsza nic nie zapowiadało, że zaraz skończy. Nie ufała mu za grosz. Nie znosiła, gdy cokolwiek działo się bez jej wiedzy.
„Jak to nie pamiętasz? Jak można nie pamiętać, co się jadło dzień wcześniej?” – darła się nad głową męża, zupełnie ignorując, że biedak ledwo trzymał się w pionie z osłabienia. „Nie pamiętam. Już ci mówiłem” – powtórzył słabym głosem, nie wiadomo który raz. Wyrzuty sumienia dokuczały mu coraz mniej, ustępując miejsca złości na żonę, na jej świdrujące spojrzenie, którym go prześwietlała, na ton głosu i opór, z jakim próbowała wyciągnąć z niego informacje. Drażnił go kolor jej szminki i zapach słodkich perfum, którymi spryskała się dziś wyjątkowo obficie. Żałował, że nie jest w stanie niczego sobie przypomnieć. Już dawno by jej wszystko wyznał, żeby tylko mieć ją z głowy, żeby wreszcie dała mu spokój. Poczuł, że znowu zbiera mu się na mdłości i wstał od stołu. „A ty dokąd?
Nie skończyliśmy rozmawiać!” – wrzasnęła za nim oburzona Adela. Klęcząc przed muszlą klozetową pożałował, że uciekł do łazienki. Chciałby zobaczyć minę żony, gdyby zamiast do toalety wypuścił pawia w jej kierunku. „Umówiłam cię do doktora Kramera na poniedziałek. To się musi skończyć. Im szybciej, tym lepiej.” Wyraz obrzydzenia na twarzy Arletki rozwiał nadzieję, że choć raz zrobiła coś z troski o niego. Niestety dla pana Hamisha wizyta u doktora tylko wprowadziła większy zamęt w jego skołowanej głowie. Wyszedł z gabinetu i wsiadł do auta. Siedział w nim nieruchomo, wciąż powtarzając w myślach, co usłyszał od lekarza. Rozumiał każde z poszczególnych słów.
Nie był przecież idiotą, ale ułożone w sentencje, w jedno zdanie rzucone przez lekarza jakby od niechcenia, niczym nietrafiony żart, nagle traciły sens i stawały się tylko natrętnym dźwiękiem w jego głowie. „Dziwna sprawa. Gdyby był pan kobietą, to nie miałbym najmniejszych wątpliwości, że to wczesna ciąża. No ale przecież to niemożliwe, nieprawdaż? Więc muszę pana wysłać na badania.” Proszę, oto skierowanie. Zapraszam za tydzień z wynikami. Przez ten czas proszę pamiętać o ścisłej diecie. Żadnego alkoholu, kawy, napojów gazowanych. W recepcji dostanie pan wydruk z moimi zleceniami. W razie jakichkolwiek problemów proszę dzwonić.
Ukłony dla małżonki. Gdyby był pan kobietą, wczesna ciąża. Hamish powtarzał słowa, które pozornie do siebie pasowały, ale wciąż nie tworzyły logicznej całości. Z pewnością nie w odniesieniu do jego osoby. Czuł się jak ryba wyrzucona na brzeg. Zrobiło mu się duszno. Nagle zaczęło brakować powietrza, a krople potu pokryły mu czoło i skronie. Do tego ciągle bolał go brzuch. Nie mógł się jednak ruszyć, by włączyć klimatyzację albo chociaż otworzyć okno. Co powie żonie?
Czy ta dziwna kobieta z jego snów ma z tym cokolwiek wspólnego? Może powinien wrócić do hotelu i spróbować przypomnieć sobie, co wydarzyło się tamtej nocy. Kobieta. Wczesna ciąża – powtórzyłam zamyślona. Historia zmierzała w jakimś dziwnym kierunku, a ja byłam coraz bardziej zaintrygowana. To brzmiało jak zwykły żart, ale pan Hamish nie był w nastroju do żartów. Nie wyjawił lekarzowi wszystkich niepokojących go objawów. Nie wspomniał nawet słowem o snach, w których zdawało mu się, że wraca do hotelu. O kobiecie, która stawała się coraz bliższa i za którą zaczynał, no cóż, jakkolwiek głupio to zabrzmi, tęsknić. Nie rozumiał, co wyczynia się w jego głowie i dlaczego nieświadomość płata mu tak okrutne figle.
Zapamiętał, że kobieta miała przyjemny, niski głos, a jej śmiech był zadziwiająco cichy, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi. Jednak nie sposób było ją przeoczyć w tłumie. Wysoka, szeroka w ramionach, solidnie osadzona na mocnych nogach, niczym wyciosana z drewna przez rzemieślnika. Jej twarz też była wyciosana, kanciasta, o ostrych rysach, z grubą linią ciemnych brwi i niepokojącym meszkiem nad górną wargą. W innej garderobie mogłaby uchodzić za mężczyznę i mimo że nie przypominała w niczym kobiet, za którymi pan Hamish oglądał się na ulicy, czuł się w jej towarzystwie lepiej niż z kimkolwiek wcześniej. Był pewien, że nigdy nie zwróciłaby mu uwagi, że za dużo pije albo je jak prostak. „Słuchaj, dajmy sobie spokój z tą kawą. Nie napiłbyś się piwa?” – rzuciła nagle swobodnie, a on pożałował, że nie spotkał jej 10 lat wcześniej, zanim Adela wtargnęła w jego życie. Patrzył, jak biała piana powoli wypełnia kufel. Niemal czuł cierpki smak na języku, gdy nagle poczuł ostre skurcze w brzuchu.
Ciąża. W ułamku sekundy zniknęły kufle, bar i ciemnowłosa kobieta. Znowu mu się przyśniła, podczas gdy cały czas leżał w łóżku z pochrapującą Adelą obok. Ostrożnie, by jej nie obudzić, wstał i poszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi najciszej, jak mógł. Wyjął z kieszeni szlafroka trzy tekturowe pudełeczka i ułożył je na umywalce. Wiedział, że to głupie, ale nie umiał się powstrzymać. Nie zamierzał czekać ani jednego dnia dłużej. Natychmiast musiał pozbyć się tego absurdu ze swojego życia. Coś złego się z nim działo. Bóle brzucha nie mijały.
Wciąż miał mdłości. Na szczęście przestał wymiotować. Oczywiście nie wierzył, że mógłby być w ciąży, ale potrzebował dowodu, żeby skończyć z tą paranoją. Szybko rozerwał opakowanie i wyjął test. Już za chwilę wszystko powinno być jasne. Pół godziny później nadal nic nie było jasne, choć zużył wszystkie trzy testy. Niebieskie kreski skakały mu przed oczami. Wciąż było ich za dużo. Po dwie w maleńkich okienkach, a przecież powinna być tylko jedna, zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Zastanawiał się, czy coś źle zrobił.
Może nie powinien obsikiwać trzech testów jednocześnie, tylko poczekać i zrobić to jeszcze raz rano. A może na stacjach benzynowych sprzedają testy ciążowe? Mógłby się po cichu wymknąć z domu i dokupić więcej. Pomyślał, że skoro mają w ofercie prezerwatywy, to i testy powinni sprzedawać. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki test może być potrzebny. Zwłaszcza że kondomy nigdy nie były stuprocentowo pewnym zabezpieczeniem przed ciążą. No tak, tego... Poczułam, że moja twarz zaczyna płonąć ze wstydu. Nie przywykłam do tak swobodnego dyskutowania o kondomach, zwłaszcza z nieznajomymi, do tego tak starymi. Nie takie dialogi prowadziłam dotąd ze staruchami, więc swoboda doktora Pluschke wytrąciła mnie z równowagi.
Na szczęście on tego nie zauważył. Zupełnie nieświadomy mojego zażenowania kontynuował opowieść w najlepsze. Pan Hamish był przerażony, wręcz na granicy histerii. Krążył po łazience, jak nie przymierzając lew w klatce, gdy nagle zatrzymał się i spojrzał w duże lustro wiszące nad umywalką. „Zaraz, ale właściwie to jakim cudem ja miałbym zajść w tą ciążę?” – zapytał sam siebie. No tak, to chyba najważniejsze pytanie. Jak facet miałby to zrobić? – prawie krzyknęłam. Doktor Pluschke spojrzał na mnie z tajemniczym uśmiechem. Zdawało mi się, że jakiś niedobry cień przesunął się po jego twarzy.
Przez ułamek sekundy nie był tym miłym i dobrotliwym staruszkiem, ale kimś zupełnie obcym, przerażającym. Nie zwróciłam na to uwagi. Pomyślałam, że to złudzenie. Jego opowieść wciągnęła mnie i chciałam, żeby już dobrnął do końca. Zaszedł w tą ciążę czy nie? Proszę słuchać dalej. Gdy Adela pojechała w odwiedziny do swojej matki, pan Hamish postanowił znaleźć ten tajemniczy hotel. Długo kroczył po okolicy. Nie znał adresu, nie pamiętał, jak tam trafił. Przecież po tamtej nocy po prostu wsiadł do auta i odjechał.
Ale wreszcie mu się udało. Nigdy nie domyśliłby się, że w takim skromnym budynku, szczelnie otoczonym wysokimi tujami mieścił się hotel. Stawiałby raczej na jeden z tych prywatnych domów starców dla emerytowanych oficerów albo dyskretnych klinik medycyny plastycznej, w których znane z telewizji twarze są poprawiane, podciągane albo pompowane botoksem. Niewidoczne od ulicy wejście, brak rzucającego się w oczy szyldu. Zdawało się, że hotel został zaprojektowany specjalnie dla tych, którzy unikają zostawiania po sobie jakichkolwiek śladów. Mógł tu trafić jedynie z nią, tą dziwną kobietą. Postanowił, że musi ją odnaleźć, dowiedzieć się, jak się poznali i czy jest choć cień szansy na to, by mogli przenieść tę znajomość do realnego świata. Siedział w aucie i obserwował wejście do hotelu. Nie działo się nic. Nikt nie wchodził ani nie wychodził.
Powoli zapadał zmrok i Hamish poczuł znużenie. Nagle ktoś dotknął jego dłoni. To była ona. Ciemnowłosa kobieta. Siedziała tuż obok. Nigdy wcześniej nie byli tak blisko siebie. Przynajmniej on nie pamiętał takiej sytuacji. Chciał jej zadać tak wiele pytań, ale ona tylko położyła palec na ustach i wysiadła z samochodu, dając mu znak, by podążył za nią. Szedł jak zahipnotyzowany. Nieoczekiwanie znaleźli się w hotelu i pan Hamish rozpoznał hol, recepcję i schody.
Po chwili weszli do pokoju z ogromnym łóżkiem, fotelami i wielkim lustrem na ścianie. Tym samym, w którym ocknął się tamtego ranka. „Tak się cieszę, że jesteś!” – krzyknął. Wyciągnął ręce w jej stronę, ale zanim zdążył ją objąć, poczuł uderzenie w głowę i upadł na łóżko. Ocknął się w ciemności. Siedział w samochodzie zaparkowanym pod jego i Adeli mieszkaniem, a na kolanach leżał list i jakiś przedmiot zawinięty w aksamit. Bolała go głowa i chciało mu się pić. Znowu nie pamiętał, co się z nim działo przez ostatnie godziny. W końcu włączył światło w aucie i rozerwał kopertę. „Dostałeś ode mnie największy dar.
Chroń go przed złymi ludźmi, którzy będą chcieli ci go odebrać.” A w aksamitnym woreczku znalazł nieduży srebrny sztylet. – A od kogo był ten list? – zapytałam. Nie był podpisany. Co gorsza, o liście zeznawał tylko pan Hamish. Nikt go później nie widział. Nie udało się go nigdy odnaleźć, choć policja przeszukała całe mieszkanie i samochód. Kamień w wodę. Ale to było później. Tymczasem, jak zeznał, dowlókł się do mieszkania, zażył proszek przeciwbólowy, który natychmiast zwrócił i położył się do łóżka.
Cały czas myślał o kobiecie i liście. Był pewien, że tym cennym darem jest ich wspólne dziecko. W końcu zasnął, najpierw chowając list i sztylet pod poduszkę. To jego wersja. Niestety sąsiedzi zeznawali coś zupełnie innego. Mówili o trzaskaniu drzwiami, krzykach i przekleństwach, a potem ciszy. Jakby pan Hamish rzeczywiście zasnął. Ranek przyniósł makabryczne odkrycie. Obudził się w łóżku, a obok niego leżała Adela z poderżniętym gardłem, w którym nadal tkwił srebrny sztylet. – Jak to?
Zabił ją? Ale dlaczego? Nie przewidziałam takiego zakończenia. Myślałam, że go po prostu zamknęli w wariatkowie. Ale żeby zarżnąć żonę we śnie? Patrzyłam na doktora Pluszkę i nie wiedziałam, czy ze mnie drwi, czy mówi prawdę. Nagle samolot wpadł w turbulencje i zaczęło nim szarpać na wszystkie strony. Zrobiło mi się niedobrze i z ulgą przyjęłam szarą papierową torbę od stewardesy. Moje wymiociny miały podejrzanie fioletowy kolor i anyżkowy zapach, ale w tamtej chwili nie zwróciłam na to uwagi. Poczułam senność i nie wiedzieć kiedy zasnęłam z głową na ramieniu doktora Pluszkę.
Ocknęłam się, gdy tylko czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Nie zauważyłam nawet, że już wylądowaliśmy. Doktor Pluszka już wysiadł. W samolocie byłam tylko ja i miłe stewardesy, które sprzątały śmieci spomiędzy siedzeń. Szybko złapałam kurtkę, owinęłam się szalikiem i wyszłam na płytę lotniska. Jeszcze tylko kilka godzin w autobusie i dotrę do celu mojej podróży. Czekając na walizkę zobaczyłam doktora zmierzającego raźnym krokiem do wyjścia. Złapałam bagaż i pobiegłam za nim. Nie dokończył opowiadania. Niech chociaż powie, czy złapano zabójcę żony pana Hamisha.
Ale był zbyt daleko przede mną. Straciłam go z oczu i po prostu zniknął. Stałam bezradnie pośród wszystkich podróżnych biegnących w różnych kierunkach, a każdy dokładnie znał cel, do którego zmierzał i tylko ja jedna wydawałam się być zupełnie nie na miejscu. I wtedy usłyszałam za plecami cichy, niski głos. Odwróciłam się i ujrzałam wysoką kobietę o ciemnych, prostych włosach, grubych czarnych brwiach, niemal zrośniętych pośrodku czoła. Coś jakby ciemny meszek pokrywało jej górną wargę. Stała przede mną i uśmiechała się przyjacielsko. „Hej, może masz ochotę na filiżankę kawy?” Robert Zabacki, „Ośrodek Agnus”. Transkrypcja zapisu z kasety magnetofonowej. Strona A.
Słychać trzaski i zgrzyty. Dyktafon działa. Możemy zaczynać. W takim razie musimy zacząć od tego, że Fundacja Agnus nigdy tak naprawdę nie istniała. Czyli niepotrzebnie przyjeżdżałem, tak? Chce mi pan powiedzieć, że to wszystko to tylko jakiś gazetowy wymysł sprzed lat? Mistyfikacja? Spokojnie. Ależ wy młodzi jesteście narwani. Chodzi mi tylko o to, że taki twór jak Fundacja Agnus nigdy nie figurował w rejestrach.
Wiem, bo sprawdzałem to później, a w zasadzie robił to dla mnie ktoś, kto w tamtych czasach zajmował się takimi sprawami od strony prawnej. O to mi chodzi. Nie było więc Fundacji Agnus jako legalnie działającej organizacji. Podejrzewam, ale to tylko moje domysły, że w ogóle nie było żadnych struktur poza ośrodkiem. Ewentualnie ludzie w jakiś sposób powiązani, ale nie żadne zarządy, rady, oddziały czy coś takiego. Ale ośrodek był. Tak. I tak jak powiedziałeś, pracowałem tam. Długo? Wystarczająco do zamknięcia projektu i ośrodka.
A jak się z panem kontaktowali? Czy to pan jakoś ich znalazł? Nie. To oni. Chyba wiedzieli, że wcześniej byłem klawiszem i to dlatego. Jakoś odnaleźli mój numer domowy i ktoś z nich zadzwonił. Spotkaliśmy się w kawiarni na Starym Mieście. Nie przedstawił się ani nic. Wszystko mi wytłumaczył. Wszystko?
To znaczy? Na czym ma polegać moja robota. A na czym miała polegać? Na pilnowaniu ośrodka. Odpowiada pan bardzo lakonicznie. To zadawaj lepsze pytania. To kiedy w takim razie zorientował się pan, że ośrodek jest czymś podejrzanym? Już wtedy w kawiarni, kiedy tamten wyjaśniał mi moją robotę, od razu dodał, że w ośrodku przeprowadzane są badania, a cały projekt jest tajny. No pewnie nie powiedział tego w ten sposób, ale o to chodziło. A ja skojarzyłem fakt, że jakoś musieli dostać moje dane i zaświtało mi, że to musi być jakiś rządowy projekt.
I był? Nie. Nie wiem. Tak jak mówiłem, ta fundacja naprawdę nigdy nie istniała. Można pomyśleć, że ktoś z góry chciał to zatuszować, ale wydaje mi się, że to nie tak. To wszystko poszło od dołu. Ktoś wpadł na pomysł, ale że nie mógł tego robić oficjalnie, to zaszył się głęboko w górach. No i potrafił zadbać o bezpieczeństwo. W jaki sposób? Tam nie było zasięgu, po pierwsze, a po drugie zabrano nam komórki jeszcze przed przyjazdem.
No i nikt nie powiedział nam, gdzie będziemy pracować. Po prostu przyjechali po nas wszystkich i zawieźli tam. Tam, czyli gdzie? Kurwa, czuję się jak na przesłuchaniu. Nie wiem gdzie. Gdzieś w górach, Bieszczadach chyba. Tak mi się wydaje. Jechaliśmy w nocy, a ja byłem zmęczony. Później wszystko było kontrolowane i nikt z nas nie urządzał sobie wycieczek po okolicy, ale wiadomo było, że nigdzie w okolicy nie ma żadnego miasta ani niczego w zasadzie, tylko las. A sam ośrodek jak wyglądał?
To nie był żaden szpital ani nic z tych rzeczy. Wydaje mi się, że kiedyś to mógł być jakiś hotel czy ośrodek wczasowy, chociaż nie wiem, jak funkcjonował na takim odludziu. Ja bym tam urlopu nie chciał spędzać. W każdym razie wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie i było dobrze utrzymane. Przypominało mi trochę szkołę. Duże pomieszczenia, wszystkie pomalowane na niebiesko, biało, szaro. Stołówka, świetlica. A jak wyglądał pana dzień pracy? Różnie, zależnie od ich zajęć i mojej zmiany. Kiedy robili coś na powietrzu...
No właśnie. Nie powiedziałem o boisku. Było też boisko. No więc kiedy robili coś na powietrzu, to my, znaczy się ochrona czy jak tam zwał, wychodziliśmy z nimi. Tak to dwóch z nas siedziało w strażówce, dwóch przy kamerach. I tak cały dzień. Na jedzenie wychodził jeden, a potem się podmienialiśmy. Na noc przychodziła inna zmiana, a po tygodniu zmienialiśmy się i to my robiliśmy nocki. I tak cały czas. Czyli ilu w sumie było strażników?
Ośmiu? Tak, coś tam się zmieniało czasem. Ktoś odchodził, ktoś dochodził, ale normalnie było ośmiu. Przyjaźniliście się? Różnie. Lubiłem, mogę powiedzieć, bo on już nie żyje, Marcina. Dogadaliśmy się, bo on był z moich terenów i razem robiliśmy w pudle, ale tam tylko sobie cześć mówiliśmy, bo byliśmy z innych zmian. Ale tutaj się dogadaliśmy od razu. On mnie poznał i tak się potem dogadaliśmy, żeby większość zmian robić razem. Na co dzień było spokojnie?
Jasne. Robota marzeń. Siedzisz i nic nie robisz. Grasz w karty czy co tam chcesz. My dwaj lubiliśmy pokera. Potem nauczyliśmy jeszcze paru i jak druga zmiana przychodziła nas zastąpić, to szliśmy do świetlicy grać na papierosy albo drobne. Raz tak wyszło, że reszta szybko odpadła, ale my dwaj szliśmy równo. I tak kawa za kawą, rozdanie za rozdaniem, aż do rana, kiedy reszta naszej zmiany powiedziała nam, że już nasza kolej. Cały tydzień potem przesypialiśmy przy kamerach. Ale coś w końcu zwróciło pana uwagę, prawda?
Zaniepokoiło, zdziwiło. Już na początku coś mi nie pasowało. Mówili nam, że wszystko jest tajne. Nie mogliśmy się z nikim kontaktować. Zakupy zamawialiśmy, spisywaliśmy na kartkach i dostawaliśmy następnego dnia. Szło się do tego przyzwyczaić. Zwłaszcza, że tak jak mówiłem, sama praca to była bajka, ale dzieciaki traktowali zupełnie inaczej. I to właśnie nie grało. Mówili im, że to obóz rehabilitacyjny i one chyba wierzyły. W sumie miały tam trochę sportu.
To mogło przejść, bo one nie były zbyt bystre. Tak mi się wydawało. Może nie opóźnione, ale też nie całkiem normalne. Kojarzyły mi się z autystykami. W rodzinie mieliśmy jednego i właśnie tak się zachowywał jak one. W każdym razie dzieciaki myślały, że są na obozie. Ich rodzice pewnie też, a tamci robili z nimi coś zupełnie innego. Ma pan na myśli eksperymenty? Nie. To znaczy nie tak jak na filmach na pewno.
Tam nie było lekarzy ani medycznego sprzętu. Może oprócz tego, co podłączali im do snu. Ale te wszystkie ich zajęcia nie przypominały normalnej nauki czy rehabilitacji. Wyglądały trochę jak tresura. Tresura? Tak. Tak jak z psami na przykład. Chociaż też nie do końca. Oni nie zajmowali się nimi nigdy pojedynczo, tylko zawsze całą grupą. Wszystko mieli robić razem, w tym samym czasie.
Im, to znaczy personelowi, bardzo na tym zależało. Wszystko było pod to dostosowane. Jedzenie wszyscy dostawali w jednym czasie. Nie po kolei, tylko dosłownie wszyscy naraz. Na boisku nigdy nie grali normalnie w piłkę, tylko wszyscy mieli to samo zadanie. Albo biegli, albo rzucali i kopali, ale zawsze wszyscy naraz. Z tym spaniem chyba też o to chodziło. Może pan wyjaśnić? Mieli te maszyny, co pokazywały na monitorach przebieg snu. Takie zygzaki.
Przyczepiali im do głów jakieś elektrody, kable i czekali, aż zasną. To Marcin mi kiedyś powiedział, że słyszał, jak rozmawiali, o co w tym chodzi, że chcą, żeby dzieciaki śniły razem. I to właśnie sprawdzają, czy zasypiają w tym samym momencie, a potem czy razem zaczynają mieć sny i czy wygląda to tak, jakby śniły o tym samym. I? Czy te ćwiczenia dawały takie efekty, na jakie liczyli? Nie wiem, ale wydaje mi się, że przez jakiś czas tak. To wyglądało naprawdę dziwnie, bo dzieciaki potem naprawdę zaczynały robić wszystko razem i to tak równo, że aż nienaturalnie. Na przykład na stołówce wszyscy siadali w jednym momencie, zaczynali jeść i kończyli razem, a potem razem wstawali dokładnie w tym samym momencie. I to same z siebie. A przecież nawet gdyby ktoś im mówił, kiedy mają to robić, to zawsze byłyby jakieś różnice, tak?
A one robiły to same z siebie identycznie. Na boisku było tak samo równo jak w wojsku. A inne zajęcia? Ciężko mi powiedzieć. Kamery nie były wszędzie. Mieli jeszcze coś takiego, co wyglądało jak medytacja, ale do tamtej sali nie mieliśmy wglądu. To skąd w takim razie wie pan, że to, co tam robili, wyglądało jak medytacja? Masz mnie. Trochę ich podglądaliśmy na obchodach. Chyba o nich wspominałem, co?
Wydaje mi się, że niekoniecznie. No to przepisowo powinniśmy robić je co dwie godziny w dzień i co godzinę na nocnej. W dzień nawet się tego trzymaliśmy. Obchód robił zawsze jeden ze stróżówki, jeden z monitoringu. Ten pierwszy obchodził parter, drugi piętro. No i jeśli dzieciaki akurat miały jakieś zajęcia, to czasami kręciliśmy się gdzieś w pobliżu, żeby usłyszeć albo zobaczyć coś ciekawego. Do tej sali od medytacji nie było jak zajrzeć, ale za to dobrze było słychać. Jeden z opiekunów, czy jak ich tam nazwać, mówił głośnym, monotonnym głosem, trochę jak w kościele, a tamci chórem za nim powtarzali. Tylko że to w kółko było to samo. Takie monotonne, krótkie formułki.
Pamięta pan coś z treści? Pamiętam. Gadaliśmy o tym długo z Marcinem. Oni tam powtarzali ciągle rzeczy o powrocie do jedności, zjednoczeniu jednej duszy wszechświata i tego typu rzeczy. Nie wiem, czy to było coś nienormalnego, ale pasowało do reszty. Rozwinie pan? Już mówiłem. Oni wszystko robili razem i chyba na tym właśnie miało to polegać. Nawet ubierali ich tak samo i strzygli zawsze na krótko, na zero prawie. Czasami naprawdę mnie to niepokoiło.
Nie tylko ich zachowanie, ale sam ten wygląd. Jak z obozów podczas wojny. To Marcin tak zazwyczaj o nich mówił. I że nawet numerów im nie nadają, tylko chcą, żeby każdy był taki sam. A co z dziećmi? Pasowało im to? Nie buntowały się w żaden sposób? Na początku chyba traktowały to jako zabawę, a później, w miarę jak to wszystko się rozwijało, one już nie zachowywały się tak normalnie. Nie było tak, że spędzały jakiś wolny czas i opowiadały sobie, czy im się podoba, czy nie. Po prostu w tym czasie, kiedy nie było zajęć albo spały, albo siedziały nieruchomo, albo...
Cholera, nie wiem, czy jeszcze coś robiły. To było tak, jakby się wyłączały. Faszerowali je czymś? Cholera wie To by się nawet zgadzało, ale nikt z nas tego nie zobaczył. Mogli dawać im to w jedzeniu, ale tak wprost żadnych leków czy czegoś takiego nie dostawały. To wszy-- Nagranie się urywa. Strona B. To może zaczniemy jeszcze raz od zachowania dzieci. Powiedział pan, że czasem pana niepokoiły. Bo to nie było tak, że stały się tak zwyczajnie otępiałe.
Nadal ćwiczyły na boisku tak samo jak wcześniej. Po prostu były takie wyjałowione, pozbawione woli, indywidualności, jakby nic poza tym, co tamci im kazali, nie było warte wysiłku, jakby nie szukały już żadnej przyjemności, radości. Myśli pan, że tak miało być? Że taki efekt chcieli uzyskać? Nie wiem, cholera, czy tak miało być. Może wyszło im to przypadkiem jako efekt uboczny, ale tak właśnie było. Skąd mam niby wiedzieć? Byłem cholernym ochroniarzem, nie dyrektorem. A jak pan myśli? Nie myślę.
Przepraszam, jeśli pana uraziłem. Chciałbym przejść teraz do okresu tuż przed zamknięciem ośrodka. Czy działo się coś nietypowego? Oczywiście wiem, że nie był pan we wszystko wtajemniczony, ale zależy mi na pana relacji, na tym, jak te dni wyglądały z pana perspektywy. Z mojej perspektywy wyglądały jak zbliżająca się burza. Zrobiło się duszno. Nie wiem, czy chodziło o pieniądze, czy o coś poważniejszego, ale to się czuło w całym ośrodku. To, że niedobrze się dzieje. Wszyscy zrobili się nerwowi i udzieliło się to nawet dzieciakom. Stały się one takie bardziej chaotyczne, nawet agresywne.
Ochrona musiała interweniować? Nie, aż do samego końca. Nie kazali nam nawet zwiększyć czujności ani nic. Zresztą pewnie to i tak by nic nie dało. Jak w takim razie wyglądał ten koniec, o którym pan mówił? Dzieci były wtedy na zewnątrz. Ja i Marcin spaliśmy po nocce. Obudził nas dyżurujący przy kamerach. Wrzeszczał. Kazał się ubierać.
Nie wiedzieliśmy zupełnie, o co chodzi, ale ubraliśmy się szybko i wybiegliśmy za nim. Dzieciaków nie było na boisku, opiekunów też, ale tamten widział na kamerach, w którą stronę poszli. Dzieci próbowały uciec? Nie, cholera, nie. Znaleźliśmy je nad urwiskiem. Wszystkie. Obok biegali opiekunowie. Wrzeszczeli na nie. Ktoś darł się do telefonu. Chaos.
Burza. A one stały równo, jedno przy drugim, trzymając się za ręce tyłem do przepaści. Miały zamknięte oczy, ale cały czas coś mówiły. Recytowały. Pamięta pan? Tak, kurwa, pamiętam. To było to samo, co wtedy na tych zajęciach. Jedność w wielości. Jedna dusza świata. Powrót do zjednoczenia.
Pieprzone bzdury. Czuje się pan winny? Czuję się wkurwiony, bo wiem, że nikt z tym nic nie zrobił. Nikt nic nie znalazł, nikogo nie zamknął, nie znaleziono żadnych ciał. A przecież coś musiało zostać. Widziałem, jak spadają. Widziałem roztrzaskane ciała, skrawki ubrań na drzewach. W ośrodku też nie znaleziono nic. Żadnych śladów użytkowania, żadnego sprzętu. Fundacja Agnus nie istnieje.
Przerabiałem to już po tamtym artykule. Teraz, nawet jeśli gdzieś to opublikujesz, nikt się tym nie zainteresuje. Zerkną do akt sprzed kilkunastu lat, zobaczą raporty i będą pewni, że to wszystko bzdury, wymysły. I ty też tak myślisz. Ale pewnie chciałeś zabłysnąć mroczną historią w jakimś szmatławcu. To nie tak, proszę pana, ja- No już! O co chodzi? Mógłby pan na to spojrzeć? Co to? Zdjęcia stamtąd.
Zrobiono je w tym miesiącu. I dlaczego mi je pokazujesz? Są na nich dzieci. Trzaski i szumy do końca nagrania. Piotr Niwa, Dan Griffin, szeryf z El Paso. Na zachód od rzeki Pecos, przez północne górzyste tereny pustyni Chihuahua pędził jeździec odziany cały w czerń. Kopyta jego czarnego konia ciężko uderzały o twardą ziemię pustyni. Jeździec wydawał się nie dostrzegać pędzących w jego kierunku wilków teksańskich. Dzień drugi na południu od El Paso pod drzewem dogorywał mężczyzna o siwych już włosach. Wbity w lewy bark nóż wydawał się coraz cięższy.
Usta mężczyzny były popękane. Próbował zwilżyć je, oblizując czasami, ale był na tyle odwodniony, że nie miał śliny w ustach. Z wysiłkiem przewracał oczami. Głowa bolała coraz bardziej. W ręku trzymał złamaną indiańską strzałę, którą wyszarpał z nogi. Mężczyzna przypomniał sobie ostatnie spojrzenie swojej Elizy. Jej piękne brązowe oczy. Spojrzenie wydawało się takie życzliwe i pełne miłości. Poprosiła go, żeby odpuścił. Nie chciała zemsty.
Do miasta wjechał mężczyzna o wielu bliznach. Ludzie oglądali się za nim, coś sobie wyjaśniali. Ów mężczyzna wzbudził poruszenie wśród mieszkańców swoją osobą. Jednak to nikogo nie powinno zdziwić. Bo gdy do miasta wjeżdżał sam Kanibal z Kentucky, to osoby, które jeszcze o tym nie wiedziały, czuły niepokój. Kanibal zatrzymał się przed budynkiem poczty. Zostawił konia i wszedł do środka. Dzwonek umocowany nad drzwiami zadzwonił. Przy biurku siedziała kobieta, która coś przepisywała. „Muszę wysłać telegram.” Kobieta podniosła głowę i popatrzyła na nieznajomego.
„Witam pana” – zaczęła. – „Jaka treść telegramu?” Mężczyzna chwycił pióro i kartkę z biurka. Zaczął coś pisać. W tym samym momencie do środka wszedł zastępca szeryfa. „Witaj, Billy.” Popatrzył na kobietę przy biurku. „Nie ma Billy'ego?” „Wyszedł do pastora. Zastępuje go James.” – Uśmiechnęła się. „Przyszedł do mnie list?” Popatrzył na nieznajomego. „Czy my się kiedyś spotkaliśmy? Wygląda pan znajomo.” „Niemożliwe” – odcharknął.
– „Skoro jeszcze żyjesz.” Zastępca szeryfa przyjrzał się mężczyźnie. Rozpoznał go. „Kanibal z Kentucky. Poznaję cię. Nazywasz się Boone Helm, ścigany listem gończym wydanym przez sąd w Kentucky.” James sięga powoli po rewolwer. „Bystrzak z ciebie” – odpowiedział Kanibal, nie odrywając wzroku od kartki. „W imieniu szeryfa El Paso zatrzymuję cię. Poddaj się.” James jedną rękę trzyma w pogotowiu nad rewolwerem, a drugą sięga po kajdanki przymocowane z tyłu pasa. „Nie radzę ci tego. Mogę wystrzelić.” – Uśmiechnął się obleśnie do kobiety naprzeciwko.
„Poddaj się, Boone.” James chwycił rewolwer i odciągnął kurek. Kliknięcie usłyszał Kanibal. Zareagował błyskawicznie. Zastępca szeryfa nie zdążył zareagować, bo nabój przedziurawił mu głowę, rozbryzgując się na ścianie za nim. Kobieta poderwała się od biurka. Zaczęła krzyczeć. Nie mogła oderwać wzroku od leżącego na ziemi ciała. Kanibal z Kentucky podał jej kartkę z wiadomością. „Nadaj to telegramem, suko. Przestań drzeć mordę.
Nie chcesz chyba dołączyć do niego.” – Wymierzył rewolwerem w kobietę i wskazał skinieniem głowy trupa. Siwy mężczyzna wykrwawiał się pod drzewem dzień drogi od El Paso. Zdążył już zapomnieć o pragnieniu i suchości w ustach. Przypomniał sobie jednak, że nie pościelił łóżka, jak wychodził z domu. Nie nakarmił też psa. Dobiła go jednak ostatnia myśl – jego ukochana. Przed budynkiem poczty zebrali się ludzie zaciekawieni strzałem. Przybiegł też szeryf ze swoją grupą tak zwanych pomocników. Zapytał właściciela hotelu, który sąsiadował z budynkiem poczty, co się stało. Ten przekazał szeryfowi tylko, że usłyszał strzał, ale inny mieszkaniec zrelacjonował, że widział, jak do środka wchodzi jakiś bandyta z bliznami.
Szeryf wydał rozkaz dwóm swoim chłopakom, żeby zakradli się przed drzwi poczty. „Nieuprzejmie zaczynać od strzałów, kolego” – krzyknął. – „Lubisz, jak jest o tobie głośno?” – zapytał sarkastycznie, ale nie usłyszał od razu odpowiedzi. Nadeszła dopiero po chwili ciszy. „Niespecjalnie. Właściwie chciałem tylko nadać telegram.” „Umiesz gadać. Może i myśleć. Wyrzuć rewolwer przez okno i wyjdź z budynku.” „Nie mogę. Nie nadałem jeszcze telegramu, kolego.” Szeryf usłyszał odpowiedź. Kobiecie trzęsły się ręce.
Wstukiwała kolejne litery wiadomości. Bała się, ale nie oderwała oczu od klawiszy maszyny. Pomimo przybycia szeryfa przestępca nie oderwał od niej oczu. Szeryf dał znać swoim chłopakom, żeby weszli do budynku, a sam próbował odciągnąć uwagę nieznajomego. „Z kim mam przyjemność? Przedstaw się, bo po głosie cię nie poznaję.” „Abraham Lincoln.” – Usłyszał w odpowiedzi. „Wydawało mi się, że prezydent już nie żyje. W takim razie wyrzuć rewolwer, Abrahamie, przez okno.” Rewolwer wyleciał przez okno, rozbijając szybę i upadł na piach przed pocztą. Szeryf skinął głową do chłopaków, żeby zaatakowali. Ci wskoczyli do środka.
Przez moment nie było nic słychać, ale po chwili rozległy się strzały. Pierwszy, drugi, trzeci. Ze środka zaczął się wyczołgiwać jeden mężczyzna. „Kanibal.” – Wydusił ostatkiem sił. Drzwi się uchyliły. Padł czwarty strzał, który rozwalił głowę czołgającego się mężczyzny. Jeździec na czarnym koniu pędził przez pustynne tereny Chihuahua. Martwe wilki teksańskie zostawił daleko za sobą. Kaptur, pomimo niewyobrażalnie dużej prędkości, nie spadał z jego głowy. Można było poznać, że przyświeca mu jakiś cel, który podziela również jego koń.
„Kanibal? Kanibal z Kentucky? Czyżby sam Boone Helm?” – Usłyszał bandyta z ulicy. „We własnej osobie, szeryfie.” – Wykrzyczał. – „Wysłałaś, suko?” – Zapytał kobietę. „T-t-t-t-tak.” – Wyjąkała. „To wrzuć do torby, co tam masz w kasie i pokaż tylne wyjście.” Podniósł leżący na ziemi worek, wysypał papiery i rzucił kobiecie na biurko. Przerażona zrobiła, co kazał. Opróżniła kasę. Po chwili podążyli do wyjścia.
Kiedy jeszcze był świadomy, siwy mężczyzna skrył się w cieniu drzewa, ale od kilku godzin nie ruszał się z miejsca. Słońce przypiekało jego twarz i szyję. Powoli przestawał odczuwać ból. Czuł, że bliski już koniec. Opadła mu głowa. Na zewnątrz było duszno. Próby wietrzenia domu mogły tylko pogorszyć sytuację, ale małżeństwu to nie przeszkadzało. Wydawać by się mogło, że nawet nie odczuwali wysokiej temperatury. Kobieta opatrywała ranę na głowie męża. Mężczyzna spadł z konia, próbując zaimponować żonie jazdą na stojąco.
Teraz wpatrywali się w siebie z uśmiechem. Tego samego dnia wieczorem kobieta wyszła przed dom, gdy usłyszała ryk bydła. Podeszła zbyt blisko ogrodzenia. Nie zauważyła czających się na nią wilków. Zaatakowały. Z pianą w pysku drapały i gryzły bezbronną kobietę. Mąż zaraz wybiegł z domu ze strzelbą. Strzały spłoszyły zwierzęta. Zabrał kobietę do domu. Robił, co mógł, opatrując wszystkie rany, tamując cieknącą krew.
Chciał pędzić do miasta po doktora, ale żona go wstrzymała. Zapewniła go, że będzie dobrze. Kazała zaszyć rany. Ledwo przytomna podpowiadała mężowi, co ma robić. Była silną kobietą. Mąż zrobił, co mógł. Wiedział, że będzie dobrze, bo tak go zapewniła. Potem zamknęła oczy. Do budynku poczty pierwszy wbiegł młody chłopak. Rozejrzał się.
Ciała Jamesa i małego Johna leżały na podłodze, ale nikogo więcej nie było. Nagle padł kolejny strzał. Do budynku wbiegł szeryf. „Al? Al?” „Tutaj” – usłyszał wołanie młodego z tyłu budynku. Siwy mężczyzna ocknął się pod drzewem. Wydawało mu się, że słyszy tętent kopyt. Pomoc? Zrobiło mu się bardzo zimno. Szeryf wbiegł na zaplecze poczty.
Zamarł, gdy zobaczył leżącą w drzwiach osobę. Łzy pojawiły mu się w oczach. Doskoczył do postrzelonej kobiety. „Nie, nie, kochanie. Co ty tu robiłaś?” „Przepraszam cię, Ben. Chciałam wysłać wiadomość do twoich rodziców, że niedługo się zjawimy u nich.” Kaszlnęła i wypluła krew na próg. „Billy poprosił mnie, żebym chwilę go zastąpiła, bo musiał wyjść do pastora.” „Co on ci zrobił? Ty krwawisz. Nie możesz umrzeć.” „Spokojnie, Ben.” Znowu wypluła krew. „Będzie dobrze.
Nakarm, proszę, naszego psa i dbaj o porządek w domu.” „Nie. Nie mów mi tego. Nie żegnaj się.” Powieki kobiety zamknęły się. „Elise” – przyciskał ranę z całych sił. „Będzie dobrze. Tak jak wtedy z wilkami, pamiętasz? Tylko nie popisuj się już i nie wskakuj na konia. Nie chcę, żebyś się mścił.” Mężczyzna rozpłakał się. „Do zobaczenia, kochanie” – wypowiedziała cicho i odeszła. Szeryf pędził przez pustynię śladami swojego pomocnika, który ruszył w pogoń za mordercą.
Kurz, jaki się unosił, mieszał się ze łzami w oczach. To był jedyny raz, kiedy nie mógł posłuchać żony. Przed zapadnięciem nocy minął go koń jego pomocnika, a wkrótce on sam minął jego ciało. Ziemia zdążyła już wchłonąć krew towarzysza. Ten morderca zabrał mu wszystko, strzelając do żony, towarzyszy. Miał już tylko jeden cel. Chciał widzieć, jak wilki teksańskie rozszarpują ciało kanibala z Kentucky. Koń to rozumiał. Pędził, uderzając ciężko o twardą ziemię pustyni Chihuahua. Wreszcie na horyzoncie ukazał mu się morderca.
Stał pod drzewem i czekał na szeryfa. Szeryf podjechał bliżej i zeskoczył z konia. Wyciągnął rewolwer i wymierzył w bandytę. „Myślałem, że własnoręcznie wymierzysz na mnie sprawiedliwość, a ty idziesz na skróty? Zastrzelisz mnie? Czy to nie za proste?” – ignorancko zapytał kanibal. „Proste? Zamordowałeś moich ludzi i moją żonę, bydlaku. Nie mam hamulców, żeby zrobić to z tobą.” „To była twoja żona? Jeśli ci to poprawi humor, to przyznam, że nie kierowały mną jakieś wyższe pobudki.
Strzelałem jak do zwykłego worka ziemniaków.” Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Szeryf nie wytrzymał. Cisnął rewolwerem przed siebie i rzucił się z pięściami na kanibala z Kentucky. Nie zauważył niestety Indianina kryjącego się za drzewem. Nie przewidział, że bun helm może go podejść. Indianin skoczył na szeryfa z nożem. Zdezorientowany szeryf nie zdążył się obronić. Wbito mu nóż w lewy bark. Z drugiej strony zaatakował kanibal, powalając mężczyznę uderzeniem w głowę. Uchwyt rewolweru rozciął szeryfowi czoło.
„Bierz, Czerwony, konia naszego stróża prawa w El Paso.” Popatrzył na leżącego mężczyznę. Jemu już się nie przyda. Indianin pobiegł za koniem. Wskoczył na zwierzę i chwycił za grzywę. Czekał. Kanibal wyciągnął rękę w jego kierunku i nie patrząc chwycił rzucaną strzałę. Przykucnął następnie obok szeryfa oszołomionego uderzeniem. I tak się kończy zabawa z Kanibalem z Kentucky. Teraz ty to będziesz zdychał pod tym drzewem, a ja wrócę sobie do twojego miasta. Najem się i pochędożę.
Wbił mu strzałę w nogę. Ty skurwielu! Wyjęczał, ale za to dostał kolejny raz w gębę. Gdy otworzył oczy, nikogo już nie było. Siwy mężczyzna z dziurawą nogą i wbitym nożem w lewy bark otworzył ciężko oczy. Usłyszał sapanie konia. Przed nim stał jeździec ubrany w czerń. Kaptur musiał rzucać cień, bo mężczyzna nie dostrzegł twarzy. Jeździec zszedł z konia. Kim jesteś?
Zapytał, ale nieznajomy stał bez odpowiedzi. Przyjechałeś mi pomóc? Spóźniłeś się. To moje ostatnie chwile. Nieznajomy przemówił niskim głosem. Zgadza się. Ostatnie. Przyjechałem po ciebie, Benny Griffin, szeryfie z El Paso. Moja żona, miasto. To już tylko sny przeszłości.
Poszukuję snów, a takie jak twoje są najcenniejsze. Miłość, nienawiść, zemsta i bezsilność. Podszedł do konia i wyciągnął przypiętą do juków kosę. Byłeś wspaniałym człowiekiem. A Kanibal? Jego też wkrótce odwiedzę. Żegnaj, Bennie Griffinie, szeryfie z El Paso. Szeryf musiał zobaczyć coś przed ścięciem śmierci, bo uśmiechnął się. Może kogoś rozpoznał. Jeździec w czerni wskoczył na konia i popędził przez pustynię.
Kopyta czarnego rumaka ciężko uderzały o twardą ziemię pustyni. Pędził w poszukiwaniu następnych snów. Kamila Ciołko-Borkowska, "Pechowe zauroczenie". Tłum elegancko ubranych ludzi peszył ją za każdym razem tak samo. Za chwilę będzie musiała stanąć przed nimi i w blasku fleszy zaprosić do środka. Wewnątrz wisiały jej prace, a darmowe przekąski i wino przyciągały niczym magnes. Cieszyło ją, że z wystawy na wystawę wino jest coraz gorszej jakości. Nie żeby kurator żałował na nią pieniędzy. Tajemnicą poliszynela było, że im lepsza wystawa, tym gorsze serwowano wino. Stała więc, słuchając rozmów zaproszonych gości i uśmiechała się sztucznie.
W końcu przyszedł czas na nią. Z rumieńcami na twarzy Klara z ekscytacją opowiadała o swoich pracach. Większość gości słuchała jej z uwagą. Jednak jeden mężczyzna w pewnym oddaleniu od grupy słuchaczy przyglądał się wnikliwie płótnom. Po części oficjalnej przyszedł czas na uściski, gratulacje i zapoznawanie nowych ludzi, których i tak pewnie nie zapamięta. Patrząc na tłok podczas wernisażu można było odnieść wrażenie, że mieszkańcy Warszawy to maniacy malarstwa. Ciekawiło ją, ilu z tych pasjonatów sztuki przyszło tu dla darmowego cateringu. Nie bawiła się dobrze na spędach tego typu. Były dla niej stratą czasu, który mogła spędzić malując. Zdawała sobie jednak sprawę, jak ważne dla jej kariery jest pokazywanie się ludziom.
Kiedy mając już serdecznie dość nowych szpilek, stała w kącie, rozglądając się za krzesłem, podszedł do niej Jacenty Malinowski, najlepszy kurator, na jakiego mogła trafić. W duchu przeklinała się za to, że zdecydowała się przyjść tutaj w nowych butach. Z przyklejonym uśmiechem kiwała głową. Przez ból, jaki powodowały niewygodne buty, nie zwracała uwagi na to, co mówił Jacenty. Musiała jednak choć na moment skupić się na rozmowie. Bała się, że nieświadomie zgodzi się na coś, czego potem będzie żałować. Pamięta pani zapewne – mówił podekscytowany – jak wspominałem, że nawiązałem współpracę z pewnym przedsiębiorcą. Ma pan na myśli tego tajemniczego sponsora? W odpowiedzi jedynie pokiwał głową. Chciałbym go pani przedstawić.
Niezwykle interesująca osobowość. Lekko ujął ją pod rękę i razem skierowali się w stronę krańca sali, gdzie tyłem do nich stał wysoki mężczyzna. Ten sam, który podczas jej wystąpienia przyglądał się pracom. Większość gości skupiła się wokół stołu z przekąskami. Nieznajomy stał samotnie, z uwagą spoglądając na jeden z obrazów. Zdając sobie sprawę, jak ważnym jest poznanie sponsora, dała się poprowadzić w najdalszy kąt galerii. Z bólu zaciskała zęby, a pięści ściskała tak mocno, że paznokcie wżynały się jej w skórę. Tak bardzo marzyła o tym, żeby zrzucić w końcu te przeklęte buty. Oto nasza gwiazda – głośno powiedział kurator. Nieznajomy odwrócił się.
Spojrzał na nią z uśmiechem, jakby zobaczył starego przyjaciela. Pewnie wyciągnął dłoń w jej stronę. Resztkami sił starała się utrzymać taką pozycję, by stopy bolały jak najmniej. Uścisnęła chłodną dłoń i zerknęła na nieznajomego. „Dobry wieczór, pani Klaro. Herman Dunkie. Wiele o pani słyszałem.” „Klara Kossak-Ścibiszkuwna. Jestem wdzięczna za wsparcie.” Nigdy nie lubiła płaszczyć się przed sponsorami. Powinna zająć się malowaniem, a nie dziękowaniem za ufundowanie średniej jakości wina na wernisaż. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, co wypada, a czego nie wypada mówić podczas takich rozmów.
Najczęściej uśmiechała się głupio i kiwała głową na potwierdzenie słów Jacentego. Tym razem jednak nie mogła przestać przyglądać się mężczyźnie. Coś w jego twarzy wzbudzało jej fascynację – tak wielką, że miała nieodpartą ochotę posadzić go na środku pokoju, a potem spędzić godziny przy sztaludze, portretując. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby poza malowaniem zajmowali się też czymś innym, ale ten fakt ukryła nawet przed samą sobą. Trzymała więc chłodną dłoń, przyglądając się intrygującej twarzy. Mężczyzna lekko wysunął dłoń z uścisku. Podziękował Jacentemu za przedstawienie mu Klary i ujmując ją za łokieć, skierował się wraz z nią w stronę kanapy ustawionej pod ścianą. „Widzę, że panie cierpi. Proszę, niech pani usiądzie.” Kiedy usiadła, klękając przed nią, zdjął z jej umęczonych stóp te przeklęte, niewygodne szpilki. Odetchnęła z ulgą, dziękując niebiosom za tego człowieka.
Nigdy by się nie odważyła zdjąć buty przed końcem imprezy. Chłód posadzki przyniósł ulgę i pozwolił jej zebrać myśli na tyle, by móc prowadzić logiczną rozmowę. Przynajmniej tak się jej zdawało. Przeogromna siła kazała jej przyglądać się tej wręcz nienaturalnie bladej twarzy o smutnych oczach. „Te obrazy.” – Herman zatoczył ręką koło – „Te obrazy, pani Klaro, są przepiękne. Widać w nich głębię, jakby zaczarowywała pani marzenia senne pędzlem na płótnie. To wielki talent.” Usiadł tuż przy niej. „Jeszcze nikt tak tego nie ujął” – odparła zawstydzona. Nie pojmowała wewnętrznej potrzeby bycia bliską tego człowieka. Przecież poznała go dopiero przed momentem.
Nie potrafiła określić, co w jego twarzy tak ją fascynowało. Lekkość rozmowy, jaką prowadzili, była dla niej kolejnym szokiem. Zawsze miała problemy w kontaktach z ludźmi. Była introwertyczką, do tego chorobliwie nieśmiałą. Herman jakby nie zauważał jej speszenia, rozmawiał z nią, jakby znali się od lat. Ona natomiast udzielała się jak nigdy dotąd. Podczas tej rozmowy doprowadził do tego, że po raz pierwszy w dorosłym życiu śmiała się publicznie. Odkąd weszła w wiek dojrzewania i zaczęła malować, świat i zupełnie normalne zachowania przestały być jej udziałem, przez co bardzo często nie potrafiła odnaleźć się w życiu. Każdy kontakt z ludźmi był dla niej dużym przeżyciem. A tu proszę, rozmawiała z łatwością, jakiej zawsze zazdrościła innym.
Nie myślała nawet, że tak potrafi. W końcu galeria opustoszała. Gości zastąpiła ekipa sprzątająca, która sprawnie ogarniała powstały bałagan. Kiedy postanowili opuścić budynek, westchnęła ciężko, sięgając po buty. Powrót do domu będzie bolesny. Herman delikatnie odebrał jej niewygodne szpilki. „Nie wygłupiaj się, możesz iść boso.” W odpowiedzi pokiwała jedynie głową. Bez obcasów sięgała mu jedynie do ramienia. Chłodne płyty chodnikowe sprowadziły jej myśli na ziemię. Nie rozumiała tego, co działo się z nią w obecności tego mężczyzny.
Żałowała, że podczas spaceru nie mogła patrzeć mu w oczy. Czuła, że coś ją przyciąga do tego człowieka. Coś tak silnego, że odczuwała wręcz fizyczną potrzebę utrzymywania kontaktu wzrokowego. Odprowadził ją do domu, pożegnał się i delikatnie uścisnął dłoń na pożegnanie. W duchu liczyła na coś więcej, choćby na cmoknięcie w policzek. Jednak próbowała nie okazywać rozczarowania. „Odezwę się jutro” – obiecał na do widzenia. Spojrzał na zegarek. „Jest późno i jesteś już zmęczona.” „Do jutra zatem” – odpowiedziała, szukając klucza w torebce. Gdy zamknęła za sobą drzwi wynajmowanego mieszkania, rzuciła buty pod ścianę i nie mogła przestać patrzeć na dłoń.
Miała wrażenie, że płonie od dotyku mężczyzny. Nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie na niej zrobił. Myśl o nim nie opuszczała jej nawet pod prysznicem ani w łóżku, gdzie przewracała się z boku na bok, by w końcu zapaść w niespokojny sen. Rano czuła się okropnie. Patrząc w lustro, stwierdziła, że Herman miał rację. Nadal była zmęczona. Nie nadawała się dziś do kontaktów z kimkolwiek. „Musi odpocząć. Może jakieś śniadanie?” – powiedziała sama do siebie, otwierając lodówkę. „Moja droga, masz do wyboru pasztet i parówkę.
Co byś chciała?” Przełykając resztki parówki, wzięła filiżankę z kawą i skierowała się do pokoju, który był jej pracownią oraz sypialnią w jednym. Łyknęła kawy, włączyła muzykę i zapatrzyła się na niedokończony obraz. Ostatnio wydawał jej się w porządku, jednak w tej chwili wszystko było do poprawki. Próbowała malować, jednak nie mogła się skupić. Jej myśli wciąż wędrowały w kierunku mężczyzny o hipnotyzującej twarzy. Usiadła więc naprzeciw sztalugi i popijając kawę, zatopiła się w myślach o minionym wieczorze. Telefon milczał. Dopiero około południa uświadomiła sobie, że przecież nie podała mu numeru. No cóż. Brawo Klaro, brawo.
Zniknęło ci z horyzontu niezłe ciacho. Kiedy następnego dnia zadzwonił obcy numer, odebrała nieśpiesznie. Gdy jednak usłyszała w słuchawce: „Dzień dobry”, zdawało się jej, że serce przyśpieszyło niczym japoński Shinkansen. Musiała usiąść z wrażenia. „Halo, jesteś tam?” – usłyszała pytanie. „Tak, jestem.” Czuła, jak się rumieni. „Dzwonię dziś tak, jak obiecałem. Masz ochotę na kolację?” „Teraz?” – zapytała nieprzytomnie, zdając sobie sprawę, że straciła poczucie czasu. „W południe raczej nie jadam kolacji. Wolałbym wieczorem” – zaśmiał się rozmówca.
„No tak, logiczne. Jasne, może być wieczorem” – jąkała się. „Przyjechać po ciebie czy spotkamy się na miejscu?” „Tak.” „Co tak?” „Przyjechać? Przyjadę. Będę o 20.00.” Od tej chwili w mieszkaniu trwało szalone poruszanie. Klara jak zwykle nie mogła zdecydować, w co się ubrać. Nie posiadała zawrotnej ilości ubrań, jednak wypróbowanie jedynie połowy możliwych kombinacji zajęło wiele godzin. Kiedy uznała, że jest gotowa, postanowiła sprawdzić, która godzina. 15.00. Usiadła i zerkając co chwilę na zegar, błagała wskazówki, by poruszały się szybciej.
Siedząc naprzeciwko Hermana w przyjemnej restauracji, nie mogła przestać się uśmiechać. Mężczyzna był fascynujący, a to, w jaki sposób się wysławiał, powodowało, że czuła ciarki na kręgosłupie. Dopiero po dłuższym przyglądaniu się rozmówcy dotarło do niej, że ten ma dziwną wadę zgryzu. Jego specyficzny sposób mówienia spowodowany był faktem, iż mężczyzna miał lekko wysunięte do przodu górne trójki. Jednak nie był to szkopuł w porównaniu do pozytywów, jakie w nim znajdowała. Z zainteresowaniem słuchał, jak opowiadała o swojej pasji i o etapach tworzenia. Zadawał pytania. Rozmawiali. Idealny facet. „A czym ty się zajmujesz?” – zapytała, gdy dolewał jej szampana.
„Takie tam nudne cyferki.” – wzruszył ramionami. „Chyba nie lubisz swojej pracy. Nie chcesz o niej mówić?” „O pracy w czasie wolnym nie powinno się rozmawiać.” – odstawił butelkę do kubełka z lodem. „To powiedz chociaż, czym się zajmujesz.” „Ale nie będziesz się śmiała?” – spojrzał na nią uważnie. „Obiecuję.” – uniosła prawą dłoń jak do przysięgi. „Jestem zafascynowany mitycznymi stworzeniami.” – spoglądał na nią badawczo. „Harpie, sfinksy, potwór z Loch Ness i wampiry?” Uśmiechnięty pokiwał głową. Wiedziała przecież, że ludzie mają różne koniki. Zainteresowanie dziwami tego typu nie napawało lękiem. Budziło wręcz w niej delikatny dreszczyk zainteresowania.
„A masz jakąś ciekawostkę, nie wiem, na przykład o wampirach?” „Jaką ciekawostkę?” – nie ukrywał zainteresowania tematem. „Taką, której świat nie zna.” „Niech pomyślę. Mam.” – tu zrobił pauzę. „Wampiry nie śpią.” „Jak to nie śpią? A trumny?” – zdziwiła się na poważnie. „Wampirom odebrany został dar snu. Poszukują go więc u żywych. Nie śpią. Ukrywają się przed słońcem w trumnach. Przecież nie będą wisieć do góry nogami pod sufitem jak nietoperze.” „Fakt” – potwierdziła, popijając z kieliszka.
„Zresztą niektóre wykształciły mechanizmy obronne i nie muszą ukrywać się przed słońcem, a sen nie jest im potrzebny. Nie męczą się jak ludzie. Nie muszą więc odpoczywać.” Słuchała go z prawdziwym zainteresowaniem. Pięknie opowiadał. I ten jego głos... Po kolejnym spotkaniu i po kilku lampkach wyśmienitego wina była gotowa zaprosić Hermana do siebie. Podczas tego spotkania dziwił ją fakt, że mężczyzna w przeciwieństwie do niej nie próbował nawiązać bliższego kontaktu. Wręcz tego unikał, jakby się jej bał. Nie próbował jej dotknąć w jakikolwiek sposób. Uznała więc, że jest bardzo nieśmiały i poczeka, ile będzie musiała.
W końcu jest na co. Jakie było jej zdziwienie, gdy na pożegnanie znów uścisnął jej dłoń i odszedł, obiecując zadzwonić. W całym swoim życiu nie miała wielu mężczyzn. Jej introwertyzm nie pomagał, jednak jeszcze nigdy nie miała do czynienia z takim przypadkiem. Czy to ten sławetny zagrożony wyginięciem gatunek zwany gentlemanem? Spotykali się na mieście. Zawsze był nad wyraz uprzejmy. Czasami wchodził na herbatę czy kawę do jej mieszkania. Nieraz nawet robiło się zmysłowo. Jednak Herman zawsze wracał na noc do domu.
Raz, jedyny raz, pocałował ją w rękę. Po tym zdarzeniu nie mogła spać, a rano zadzwoniła, żeby zaprosić go do siebie na kolację. Miała dwa dni na przygotowanie mieszkania, jedzenia i przede wszystkim siebie. Musi w końcu zrealizować marzenia, które bez ustanku krążą w głowie, nie pozwalając jej pracować. Pragnęła tego. To było tak silne pragnienie, że stawało się fizycznie odczuwalne. Nocami prawie nie spała, jakby zabrał jej sen. Przypominała sobie wtedy, co mówił jej o wampirach. Chyba nie staje się wampirem. Zresztą nie pragnęła krwi.
Pragnęła jego, jego całego, fizycznie i do utraty przytomności. Na sztaludze stał zaczęty obraz. Planowała malować staruszkę nad talią kart, a póki co ma akt. Kobieta i mężczyzna wirujący w powietrzu. Westchnęła i wzięła się za tworzenie listy zakupów. Ubrana w kupioną specjalnie na tę okazję sukienkę przyglądała się efektowi końcowemu swojej pracy. Uznała, że jest dobrze. Nienawidziła chodzić po sklepach, więc wycieczka w poszukiwaniu czegoś na dzisiejszy wieczór została zaplanowana tak, by spędzić jak najmniej czasu na mieście. Niestety nie posiadała też żadnej przyjaciółki, która powiedziałaby jej, czy wygląda dobrze, czy lepiej zdjąć to, co przymierzyła. Musiała liczyć na siebie.
Miała nadzieję, że wygląda tak, jak powinna. Spryskała się perfumami, podeszła do stołu i poprawiła koszyk z pieczywem. Ktoś zapukał do drzwi. W progu stał on. Miała wrażenie, że Herman jest skrępowany. Stał dłuższą chwilę, nie wiedząc, co robić. Jej mieszkanie było nader skromne. Nie ma co się oszukiwać. Nie zarabiała tyle, żeby wynająć coś lepszego. „Zapraszam, wchodź” – powiedziała przyjaźnie.
Mięśnie twarzy mężczyzny nieco się rozluźniły i uśmiechając się nieśmiało, wszedł do środka, wręczając gospodyni kwiaty i butelkę wina. „Czy ja ci już wspominałem, że masz tu bardzo przytulnie?” „Tak.” – Uśmiechnęła się szeroko. „Za każdym razem, gdy tylko przekraczałeś ten próg.” „Staram się, jak mogę” – odparła, wkładając kwiaty do wazonu. „Wyglądasz przepięknie.” „Dziękuję.” W końcu usiedli do stołu. Przytłumione światło. Cicha, romantyczna muzyka. Musi się udać. W końcu usłyszała swój ulubiony kawałek. Saksofon z lekka rozbrzmiewał w pokoju. Przymknęła oczy.
„Masz ochotę zatańczyć?” – zapytał nagle. „Oczywiście. Lubię ten utwór.” „Widzę.” Objął ją lekko. Poczuła, jak przesuwa dłoń po jej plecach. Uśmiechnęła się lekko. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Jej serce waliło w piersi jak oszalałe. Poruszali się w rytm melodii. Powoli. Spojrzała mu w oczy, a on pochylił się i poczuła jego usta na swoich.
To był magiczny moment. Gdyby mogła, wtuliłaby się w niego jeszcze bardziej. Jednak to było chyba niemożliwe. Nagle poczuła ból. Ugryzł ją. Syknęła. Poczuła w ustach metaliczny smak krwi. Napięła się na moment. To była jej krew. Czując jego dłonie gładzące plecy, rozluźniła się ponownie.
Pachniała uwodzicielsko. Jednak to nie perfumy, a ona sama. Poruszała się tak zmysłowo. Nie mógł się oprzeć. Musiał spróbować. Pochylił się i namiętnie ją pocałował. Kiedy rozpływała się w jego ramionach, ugryzł ją w dolną wargę. Nie przerywając tańca, który ją rozluźniał, językiem zlizał z jej ust kroplę krwi. Zamruczał, co spodobało się Klarze. „Wyśmienita” – wyszeptał, przytulając ją jeszcze mocniej.
[05:03:16] - Cóż, proszę państwa, i to już koniec dzisiejszego Bibliotekarium 2.0. Tradycyjnie zapraszam za tydzień. To już będzie, ho, ho, proszę państwa, przed świętami. Dla kogo są te święta ważne, to być może będzie zajęty, ale zawsze audycję można odsłuchać z puszki, nie z premierowego wydania. No a cóż, myślę, że spotkamy się za tydzień w szerokim gronie. Audycja jak zwykle, taką mam przynajmniej nadzieję, będzie ciekawa. To za tydzień. A dzisiaj już bardzo serdecznie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. Dobranoc państwu.
[05:04:05] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.