Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Kwiecień klecień non stop plecie, coś o zimie, nic o lecie. Szanowni Państwo, nie wiem jak u Was, ale u mnie ktoś chyba bardzo się postarał, żeby początek kwietnia jawił się jako bardzo dark, ale na to wygląda, że to już minęło po kilku dniach walki. Walki toczonej oczywiście w łóżku pod kołdrą z lipą, z paroma specyfikami. Także po odzyskaniu trochę sił mogę znowu włączyć mikrofon i zapowiedzieć kolejne Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:07] - Dzień dobry wieczór państwu. Witam w kolejnym Bibliotekarium 2.0. Kiedy słuchałem Marka, jak mówił o swojej chorobie, to pokiwałem ze smutkiem głową. Dlaczego? Nie da się ukryć, proszę państwa, że zaczynamy się chyba starzeć. Nie, my się co dnia starzejemy. Ale dlaczego o tym mówię? Dlatego, że ja też mam państwu do opowiedzenia trochę o przypadłości. Trudno ją nazwać chorobową. Otóż proszę państwa, dzisiaj mnie z kolei był się rozsypał ząbek, to znaczy dwójeczka.
Zieję w tej chwili dziureczką znacznie większą niż ta, którą ma Tomasz Karolak pomiędzy jedyneczkami. Jemu to nie przeszkadza, nawet mu dodaje pewnej urody i sympatyczności i on się przyzwyczaił do tej swojej dziureczki. Natomiast ja mam piękną, znacznie większą pomiędzy jedynką a dwójką. I problem polega na tym, że jestem do tej dziureczki nieprzyzwyczajony i trochę mi się ciężko mówi, bo mi powietrze ucieka, więc ja może nie jestem jakimś oratorem i mówcą, ale jednak jakiś poziom dźwięku staram się utrzymać, a dzisiaj przychodzi mi to z dużym trudem, bo gdzieś bokiem mi powietrze ucieka i jakąś minimalną dykcję trudno mi zachować. Jutro już biegam do dentysty, więc może rzecz się zakończy powodzeniem. Powinna się zakończyć powodzeniem. To znaczy się dziurka zostanie zaklajstrowana. Już samo to, że tyle czasu na początku audycji poświęciliśmy przypadłościom różnym, nieprzyjemnym, świadczy o tym, że coś się dzieje. Dobrze, przejdźmy do stałej ramówki. Zaczynamy jak zwykle od polecanek książkowych.
Książki, o których dzisiaj będę mówił, one wszystkie pojawią się na rynku wydawniczym w przyszłym tygodniu, a konkretnie dziewiątego kwietnia. Mówię to, żeby już później nie powtarzać i nie męczyć państwa tą datą. Wszystkie książki, o których za chwilę opowiem, pojawią się na rynku dziewiątego kwietnia. Zaczynamy od książki Przemysława Piotrowskiego, autora, którego bardzo lubię, który potrafi utrzymać napięcie w swoich książkach. Sensacja i kryminał, który proponuje, są moim zdaniem bardzo wysokiego lotu. Ja lubię prozę, którą tworzy Przemysław Piotrowski. Dzisiaj chciałbym państwu polecić książkę „Mężczyzna, który rozmawiał z hienami”. To książka wydana przez wydawnictwo Czarna Owca, a datę premiery już państwo znacie. Był pewien, że Afryka niczym go już nie zaskoczy, ale demony nie śpią i tylko czekają, aż odwróci wzrok. Bernard Dubois przyleciał do Kenii jako prywatny detektyw.
Na kontynencie, na którym się wychował, nie było go blisko dwadzieścia pięć lat. Korzystając z okazji, jego przyjaciel Moses namówił go do udziału w safari. Miało być prawie jak dawniej. Zabójczo piękny krajobraz, dzika afrykańska przyroda i grupa turystów z Polski. Kilka dni później, stojąc nad rozszarpanym przez hieny ciałem, Bernard nie może uwierzyć, że Afryka znów z niego zakpiła. Demony, o których chciał zapomnieć, budzą się do życia. Teraz odcięty od świata, uzbrojony jedynie w swój intelekt i doświadczenie, musi odkryć prawdę i odnaleźć mordercę. Tylko jak, skoro wszyscy wokół noszą maski? Przypomnę, to było omówienie, zanęcenie, zachęcenie do książki Przemysława Piotrowskiego „Mężczyzna, który rozmawiał z hienami”, wydawnictwo Czarna Owca. Druga z książek, które chciałbym dzisiaj Państwu zaproponować, to książka napisana przez Abby Jimenez „Romans tylko na lato”.
Wydawnictwo Muza SA. Nad Justinem ciąży klątwa. Każda kobieta, z którą randkuje, zaraz po zerwaniu znajduje miłość swojego życia. W dodatku po niefortunnym poście na portalu Reddit o klątwie Justina wie chyba cały świat. Ta sama klątwa wisi nad Emmą i kiedy Zagaduje Justina na czacie, wymyślają plan, umówią się ze sobą i zerwą. Potem oboje znajdą miłość swojego życia. Szalony pomysł i dlatego właśnie może im się udać. To miał być krótki romans tylko na lato, ale kiedy z niespodziewaną wizytą wpada toksyczna matka Emmy, a Justin musi przejąć opiekę nad trójką rodzeństwa, nagle ich plany ulegają zmianie, a oni muszą sobie ze wszystkim poradzić. I może się tak zdarzyć, że tym razem los rzeczywiście połączył idealną parę. Przypomnę, to była zachęcajka do książki „Romans tylko na lato” Abby Jimenez, wydawnictwo Muza SA.
Trzecią książką jest „Przepaść” Roberta Harrisa, autora, którego chyba nie muszę reklamować. Autor wielu książek, które po prostu zapierają dech w piersiach. Wydawnictwo Albatros to jest wydawca tej książki. Zerknijmy zatem, czego można się spodziewać. Porywająca powieść o polityce i władzy. Lato 1914 roku — świat zmierza ku katastrofie. W Londynie 26-letnia Venetia Stanley, sprytna, znudzona i nieostrożna arystokratka nawiązuje romans z 59-letnim premierem Asquithem, mężczyzną ponad dwukrotnie od niej starszym. Kochanek pisze do niej obsesyjnie, dzieląc się najbardziej delikatnymi i ściśle tajnymi sprawami państwowymi, podczas gdy Asquith mimowolnie prowadzi kraj ku wojnie z Niemcami. Młody oficer wywiadu zostaje przydzielony do zbadania wycieku ściśle tajnych dokumentów. To, co dotąd było skandalem obyczajowym, okazuje się zagrożeniem bezpieczeństwa państwowego, które może wpłynąć na decyzje polityczne i zmienić bieg historii.
Robert Harris jak zwykle po mistrzowsku łączy fakty historyczne z fikcją literacką, tworząc pełną napięcia i rozgrywek politycznych, ekscytującą fabułę. Do romansu, który połączył Asquitha z Venetią Stanley doszło naprawdę. W latach 1914-1915, w których rozgrywa się akcja książki, Asquith stał się od niej całkowicie zależny. Kochanka zachowała 560 listów od zauroczonego premiera. Do wielu z nich załączono tajne rządowe telegramy i raporty. Robert Harris czerpie z nich obficie, pogłębiając za sprawą swojej opowieści naszą wiedzę o historii, ujawniając słabości, a także mocne strony człowieka, który przewodził w Wielkiej Brytanii 110 lat temu, na początku pierwszej wojny światowej, a także ukazując Venetię Stanley jako jedną z najbardziej wpływowych kobiet w dziejach Wysp Brytyjskich. Przypomnę, to powieść „Przepaść” Roberta Harrisa, wydawnictwo Albatros. I to tyle na dzisiaj polecanek książkowych. Czas na korepetycje filozoficzne. Od razu mówię dzisiaj nie będzie już o śmiechu, nie będzie już o opowiadaniu dowcipów.
Będzie o podróży w nieznane, a dokładniej o tym, że sztuczna inteligencja jest rodzajem podróży w nieznane. Autorem tekstu, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj!” jest Piotr Kulicki. Tytuł tego tekstu: „Sztuczna inteligencja jako podróż w nieznane”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj!” w 2024 roku, w numerze pierwszym, 55. z kolei i jest dla Państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Piotr Kulicki jest profesorem filozofii, dyrektorem Instytutu Filozofii KUL i Center for Human Oriented Artificial Intelligence na KUL-u. Od strony naukowej zajmuje się logiką i ontologią formalną oraz ich zastosowaniami na potrzeby sztucznej inteligencji. Z czasem coraz więcej uwagi przykłada do czerpania satysfakcji z doświadczeń życia codziennego. Zapraszam zatem na artykuł Piotra Kulickiego „Sztuczna inteligencja jako podróż w nieznane”. O sztucznej inteligencji i jej spektakularnych postępach napisano w ostatnich latach bardzo wiele, także w dwumiesięczniku „Filozofuj!” i właściwie trudno coś nowego tu dodać.
Dlatego chciałbym zwrócić uwagę raczej na to, jakie są reakcje ludzi na jej postępujący rozwój. Myślę, że jest to część szerszego zjawiska reakcji ludzi na to, co nieznane, niezrozumiałe czy też nowe. Reakcje te odnotować można w odbiorze świata od wieków i w zasadzie od wieków się nie zmieniają. Czym może być nieznane? Sięgnijmy do tak lubianych przez filozofów i nie tylko przez nich początków starożytnej Grecji. Wtedy znany świat ograniczał się do zamieszkanych przez swoich, rozsianych po wybrzeżach Morza Śródziemnego greckich miast. To, co na zewnątrz pełne było groźnych potworów Czasem podstępnych jak syreny wabiące urzekającym śpiewem podróżnych, by następnie ich zabijać, a bogowie wkraczali w losy ludzi kierowani sobie tylko znanymi motywami. Były też poza znanym światem rzeczy niezmiernie atrakcyjne. W oddali śmiałkowie znaleźć mogli bogactwo, takie jak złote runo, które było w stanie szybko odmienić ich los. A gdzieś za słupami Herkulesa leżała opisana przez Platona Atlantyda, w której ludzie potrafili żyć szczęśliwie, zachowując idealny porządek społeczny.
Tam więc, gdzie zaczynało się nieznane, obawy przed najgorszym spotykały się z nadzieją na lepsze życie. Z lat mojego dzieciństwa pamiętam inne nieznane. Przybrało ono postać niezidentyfikowanych obiektów latających UFO i innych przejawów kontaktów z obcymi cywilizacjami bądź istotami pozaziemskimi. Pozostają z tego czasu odnoszące się do tematu dzieła kultury, szczególnie tej popularnej. Dużo wcześniej inwazja Marsjan pojawiła się w stylizowanym na reportaż słuchowisku radiowym Wojna światów, nadanym w Nowym Jorku w Halloween roku 1938. Ludzkość przetrwała, ale tylko dlatego, że Marsjanie okazali się nieodporni na ziemskie mikroby. Przełom lat 70. i 80. XX wieku obfituje w utwory o zbliżonej tematyce. W filmie Obcy.
Ósmy pasażer Nostromo tytułowy obcy jest podobny do starożytnej hydry. Nie próbuje kontaktować się z ludźmi, nie dowiadujemy się o jego inteligencji czy podobieństwie do nas. Jest za to na pewno śmiertelnym zagrożeniem. Bliskie spotkania trzeciego stopnia przedstawiają wizję mniej złowieszczą. Obca cywilizacja nie jest jawnie wroga. Obawa łączy się z fascynacją i nadzieją na poprawę świata, którą może przynieść kontakt z bardziej rozwiniętymi przybyszami z kosmosu. Podobnie jest w nieco późniejszym filmie Kontakt z 1997 roku, gdzie spotkanie z obcą cywilizacją jest dla głównej bohaterki przeżyciem niemalże mistycznym, pozwalającym na nowo odkryć sens życia. Choć forma tego spotkania jest dla widza zaskakująca. Niepoznana sztuczna inteligencja. Dla większości ludzi, którzy zajmują się aktualnie tworzeniem systemów określanych mianem sztucznej inteligencji i świadome są mechanizmów uczenia maszynowego, jest naturalne, że są one tylko narzędziami służącymi do realizacji postawionych im konkretnych zadań.
Zapowiadane przez niektórych wizjonerów, takich jak Ray Kurzweil pojawienie się superinteligentnych maszyn wydaje się nierealne lub przynajmniej odległe. Jednakże rzeczywisty postęp w realizacji zadań, które dotąd dostępne były tylko dla ludzi, jest imponujący. Sprawia to, że możemy zwątpić w to, co wydaje się oczywiste. Głośnym echem odbiła się informacja, że inżynier oprogramowania z firmy Google stwierdził, iż program, nad którym pracuje, jest świadomą, mogącą mieć duszę istotą i powinny przysługiwać jej odpowiednie do tego statusu prawa. Staje się coraz bardziej jasne, że nie wiemy, jak daleko w stronę uznawanych pierwotnie za wyłącznie ludzkie umiejętności może zajść technologia. Posłużmy się tu obrazem, który w roku 1997 przedstawił Hans Moravec. Bogactwo ludzkich kompetencji ujął w metaforę krajobrazu, gdzie to, co najbliższe nam, najbardziej ludzkie i jednocześnie najtrudniejsze do naśladowania przez automaty, na przykład interakcje społeczne, wyrażanie się poprzez sztukę, ale też koordynacja wzrokowo-ruchowa, naturalne poruszanie się znajduje się na wzniesieniach górskich, a kłopotliwe dla nas, ale łatwe w automatyzacji czynności pamięciowe, opanowanie materiału szkolnego, wykonywanie obliczeń arytmetycznych i tak dalej znajdują się na nizinach. Natomiast szereg pośrednich umiejętności: dowodzenie twierdzeń, gra w szachy znajduje się na wzgórzach pomiędzy nimi. Rozwój narzędzi sztucznej inteligencji jest jak powódź, w której woda przejmuje od nas kolejne kompetencje, poczynając od tych, które położone są najniżej. Dwadzieścia lat później Max Tegmark w książce Życie 3.0 przedstawił kolejny aktualny stan.
Od tego czasu minęło sześć lat, a zauważyć można, że sztuczna inteligencja wchodzi już w miejsca pozostające na obrazie Tegmarka daleko od wody. Tworzy z powodzeniem obrazy, które można uznać za dzieła sztuki. Komponuje utwory muzyczne, pisze książki, dowodzi twierdzeń, używając technik matematycznych wcześniej ludziom nieznanych. Pisze programy komputerowe, sprawnie tłumaczy, streszcza i rozbudowuje teksty. Coraz trudniej znaleźć te miejsca, w których jako ludzie pozostajemy wyjątkowi. Sprawia to, że przyszłość sztucznej inteligencji rzeczywiście trzeba uznać za wielką tajemnicę. Znane nam od wieków Nieznany. Skrajne reakcje na nieznane są najbardziej typowe. Do sławnych osób, które wyraźnie artykułowały obawy związane z rozwojem inteligentnych technologii, należał fizyk Stephen Hawking. W 2016 roku twierdził, że problemem dla nas będzie wyjątkowa sprawność przyszłych superinteligentnych systemów, gdy cele, które będą one realizować, nie będą zbieżne z naszymi celami.
Podał sugestywny przykład, zwracając się do swojego rozmówcy w następujący sposób: „Prawdopodobnie nie jesteś osobą, która nienawidzi mrówek i depcze je ze złości. Ale jeśli jesteś odpowiedzialny za projekt hydroelektrowni, a w regionie znajduje się mrowisko, które musi zostać zalane, to tylko źle dla mrówek. Nie pozwólmy, aby ludzkość znalazła się w sytuacji owych mrówek”. Z kolei Geoffrey Hinton, zwany przez niektórych ojcem chrzestnym sztucznej inteligencji, odszedł w maju tego roku z Google, wyjaśniając, że zrezygnował z pracy, gdyż chce bez skrępowania mówić o zagrożeniach związanych ze sztuczną inteligencją. Dodał, że po części żałuje wkładu, który wniósł w rozwój tego typu technologii. Niepokoją go zwłaszcza zalew dezinformacji i głębokie zmiany na rynku pracy. Szczególnie w sytuacji, w której w rozwoju sztucznej inteligencji przodują globalne korporacje. Wskazuje też na bliżej nieokreślone zagrożenie egzystencjalne, które pojawi się wraz z powstaniem prawdziwej inteligencji cyfrowej. Niemniej wielu znawców tematu, w tym ważni współtwórcy obecnych sukcesów technologii, tacy jak Jürgen Schmidhuber czy Yann LeCun przyjmuje zdecydowanie odmienną postawę wobec nieznanej w szczegółach przyszłości inteligentnych technologii. Znamienne dla tego podejścia jest tytuł artykułu z Rzeczpospolitej autorstwa Zbigniewa Gajewskiego: „Sztuczna inteligencja rozwiąże problemy globu”.
Wśród wspomnianych problemów znajduje się wszystko to, co danego autora niepokoi we współczesnym świecie. Wskazywane są: zbyt powolny rozwój nauki, kryzys klimatyczny, pandemie, głód panujący w wielu miejscach na świecie i jednocześnie marnotrawstwo dóbr. Wszystkie one mają być rozwiązane przez właściwe wykorzystanie sztucznej inteligencji. Czy można się przygotować na nieznane? Osobiście radzę zachować umiar. Jestem bardzo ciekawy tego, co przyniesie przyszłość sztucznej inteligencji, ale zarówno najpoważniejsze obawy, jak i wielkie nadzieje uważam za przesadne. Na pewno wiele się zmieni i warto być na to gotowym. Jestem też przekonany, że nikt teraz nie jest w stanie przewidzieć, co konkretnie nas czeka. Możemy więc zrobić tylko to, co jest niezależne od sposobu, w jaki nieznane nas zaskoczy. Postarać się lepiej zrozumieć świat i ludzi, racjonalnie odczytywać sens komunikatów, które otrzymujemy oraz intencje, które za nimi się kryją, a także rozumieć samego siebie, własne potrzeby i własne oczekiwania.
W tym kontekście warto przytoczyć jeden z postulatów dotyczących edukacji przyszłości, który przedstawił Jacques Attali, francuski ekonomista, doradca prezydenta Francji François Mitterranda: od czwartego roku życia nauczać dzieci filozofii. To był, proszę państwa, artykuł Piotra Kulickiego „Sztuczna inteligencja jako podróż w nieznane”. Przypomnę, tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2024 roku w numerze pierwszym, 55. z kolei i był dla państwa dostępny na licencji Uznanie Autorstwa Na Tych Samych Warunkach 3.0 Polska. Tak, proszę państwa, korepetycje filozoficzne za nami. No to cóż, czas na dzisiejszy gwóźdź programu. Z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o UFO w wiekach średnich. Przenosimy się wehikułem czasu kilkaset lat wstecz. Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni.
Witam w kolejnej audycji zatytułowanej „Zwrotnice czasu, zwrotnice historii”. No w każdym razie popodróżujemy sobie dzisiaj troszeczkę w czasie. A skoro używam liczby mnogiej, to drugim podróżnikiem będzie oczywiście Piotr Cielebiaś. Dzień dobry wieczór.
[23:24] - Dzień dobry wieczór, kłaniam się tobie i słuchaczom.
[23:28] - Dobrnęliśmy już w naszej podróży do średniowiecza. Z tym że średniowiecze to nie jest czas jednorodny. Było wczesne średniowiecze, było środkowe średniowiecze i było późne średniowiecze. To oczywiste. Natomiast nie wszyscy wiedzą, jak bardzo różniły się te średniowiecza między sobą. To były naprawdę spore różnice i my dzisiaj wspólnie z Piotrem postaramy się opowiedzieć troszeczkę o końcówce średniowiecza, a może uda nam się dotrzeć również do początków odrodzenia.
[24:10] - Warto też dodać, że w naszej audycji skupiamy się na podstawowym problemie i na pytaniu, jak kontakt z obcymi prezentowałby się w różnych okresach rozwoju ludzkości od czasów najdawniejszych. Czy gdyby nawet doszło do otwartego kontaktu, to on by został zauważony, dostrzeżony? Nasze wnioski były bardzo różne. Tym bardziej że punktem wyjścia jest umysłowość ludzi w różnych epokach z najważniejszym, największym wskazaniem na nasz obszar kulturowy, bo w sumie tylko w jego imieniu możemy się wypowiadać. Jak powiedziałem, nasze wnioski prezentowały się różnie. Często powracaliśmy do takiej koncepcji, że obcy zostaliby uznani za istoty, które się kręcą wokół Pana Boga, że to są istoty związane z religią, z wierzeniami albo z folklorem. A dzisiaj opowiemy o okresie szczególnym, dla mnie bardzo osobiście ważnym i interesującym z kilku powodów. Po pierwsze, coraz powszechniejsze instytucje dziejopisów, kronikarzy, autorów roczników, którzy czasem sobie coś wynotowywali na boku, jeżeli się dziwnego stało, czyli ci wszyscy utrwalacze historii. Oni opisywali często dziwne wydarzenia, wydarzenia nietypowe, nie tylko historyczne. Stąd, kiedy śledzimy te źródła ze wspomnianego okresu, często napotykamy na przykład na relacje o kuriozach, o dziwnych zjawiskach z tamtego okresu, z których wiele w jakiś sposób nawiązuje do tego, co dziś funkcjonuje pod nazwą UFO bądź UAP.
I kiedy zaglądamy do tych relacji z końca średniowiecza, z początku renesansu, to tam widzimy w sumie to, co było wcześniej, czyli relacje o tańczących gwiazdach, niebiańskich tajemnicach, podniebnych bitwach i tak dalej. Ale wśród tych relacji, ich może nie ma aż tak bardzo dużo, ale widzimy coś ciekawego. Widzimy to, że ludzie stają się, albo inaczej, może oni się nie stają scjentystami od razu, ale zauważają, że gdzieś obok sił boskich i sił, które znają na co dzień, naturalnych, jest coś jeszcze, coś rzadkiego, coś nieuchwytnego, coś, co byśmy dzisiaj nazwali anomaliami. Coś jeszcze warto powiedzieć, bo okres, o którym dzisiaj mówimy, wiąże się z pojawieniem się bardzo ciekawego terminu, dzisiaj związanego z ufologią, mianowicie Magonia. Magonia to jest pochodząca z relacji pewnego duchownego francuskiego, o którym jeszcze dzisiaj powiemy, relacja na temat cudownej, magicznej krainy, której mieszkańcy przybywają do nas w swoich latających statkach. Określenie to tak dobrze pasowało do tematyki ufologicznej, że Magonia stała się nawet synonimem dawnych, zamierzchłych spotkań z UFO, które są zakopane w źródłach historycznych. I w tych relacjach ludzie dopatrywali się często istot magicznych, boskich i tak dalej. To wyróżnia bardzo okres, przynajmniej z mojego punktu widzenia, o którym dzisiaj mówimy. Ale mówiłem tutaj o Agobardzie, o tym biskupie piszącym o Magonii. Kiedy mówimy o duchowieństwie, to automatycznie te nasze zwrotnice przekierowują się w stronę bardzo nielicznej wówczas grupy intelektualistów.
I wśród nich, wśród znawców filozofii krążyły różnego rodzaju wywrotowe przekonania. Jednym z nich była dyskusja o wielości światów. To będzie miało potem kontynuację w myśli renesansowej, ale w jakiś sposób koncepcja wielu światów czy wielości światów stanowi korzeń problematyki, o której my w zasadzie mówimy na naszych kanałach, związanej z istnieniem innych inteligencji. Czyli zanim ludzie zaczęli myśleć o obcych tak jak dzisiaj my o nich myślimy i mówimy w takiej formie, to najpierw nieśmiało rodziły się rozważania o innych ziemiach, innych planetach, innych światach stworzonych przez Boga. Jak to z nimi było?
[28:13] - Zanim o tym powiem, to chciałbym coś sobie, tobie i naszym słuchaczom uświadomić, bo my dzisiaj, kiedy rozważamy problemy związane z UFO, to nie mamy problemu z myślowym przeskokiem. Coś na niebie, coś na niebie błyszczy, to UFO może. I to jest oczywista oczywistość dla nas. Okazuje się, że kiedy się cofniemy wiele wieków, to rzecz nie była taka oczywista. Wspomniałeś o Agobardzie i o Magonii. Tam jest wspomnienie mówiące o tym, że oni z tych statków, które się na niebie pojawiały, dosłownie statków, nawet złapali załogantów. Tylko przełożenia nie było takiego jak dzisiaj, że to obcy. To byli po prostu jacyś ludzie, tylko troszkę inni. Co więcej, zastanawiano się, czy im krzywdy nie zrobić, takiej ostatecznej krzywdy, czyli po prostu nie skazać ich na śmierć. To było w doniesieniach.
Na czym polega problem średniowiecza? Na tym, że jeszcze nie pojawiła się myśl, która dla nas wydaje się oczywista. Bo to jest, proszę państwa, tak, jak się śledzi różne idee w ciągu wieków, że rzeczy oczywiste, zanim staną się oczywiste, są nie do wyobrażenia. Wszyscy coś obserwują i starymi torami idą w tych myślach. I przychodzi jeden gość, który mówi: „A może jest inaczej, może trzeba na to wszystko spojrzeć zupełnie z innej strony”. I to nagle odsłania ludziom zupełnie inny świat. Przyłączają się nowi, mówią: „Faktycznie to ciekawa koncepcja. Może rzeczywiście spójrzmy na to inaczej”. I tak się pojawia inne spojrzenie, inny obraz świata. Dlaczego tak na to naciskam?
Otóż zdajmy sobie sprawę Kiedy mówimy o średniowieczu, powiedzmy o XIII wieku, o jego początkach, to wówczas problemem nie było to, czy istnieją obcy i czy przylatują z innych planet. To nawet nie wchodziło w dyskurs. W ogóle o tym nie myślano. Natomiast zastanawiano się nad tym, czy Bóg mógł stworzyć poza naszym światem jeszcze inny świat. I uwierzcie mi Państwo, że na początku ta myśl była w ogóle herezją. Herezją i to totalną herezją. Za chwilę powiem o Tomaszu z Akwinu, ale zanim o Tomaszu, to jeszcze coś chciałbym powiedzieć, bo zapuściłem się do wieku XIII, a tymczasem w XI-XII, tak na przełomie, wieku pojawiła się szkoła w Chartres. Szkoła w Chartres to była taka przykatedralna szkoła i związanych było z tą szkołą wielu wybitnych filozofów średniowiecza. I ja wiem, że przy średniowieczu to jest tak, że wszyscy kojarzą to z diabłami, szpilką i tak dalej, i że to w ogóle bez sensu, scholastyka. Uwierzcie mi Państwo na słowo, bo nie czas i nie miejsce, żeby o tym mówić.
Filozofia średniowieczna, jak się ją dobrze zgłębi, to nie była głupia filozofia o tym, ile diabłów i o szpilce. To była filozofia, która patrzyła na świat bardzo subtelnie i z dużymi niuansami i nie do końca z teologią była zgrana. O tym, że nie była zgrana, świadczy to, że właśnie szkoła w Chartres zapoczątkowała pewien ferment. Na czym polegał ten ferment? On się dzisiaj może wydawać zabawny. Dla nas to jest oczywiste, a wtedy oczywiste nie było i warto sobie zdać z tego sprawę. Otóż przed szkołą w Chartres uważano, że badanie świata, a zatem działalność może jeszcze nienaukowa, ale taka zbliżona do nauki, czyli badamy świat, który nas otacza, że to jest tak naprawdę bluźnienie Bogu. Dlaczego? Bo Bóg stworzył świat i badanie go przez człowieka jest obrazoburcze. Nie wolno.
To jest najlepszy ze światów przygotowany nam przez Boga i nie wolno go badać. Szkoła w Chartres, jej przedstawiciele odwrócili, nie, zmienili to myślenie. Otóż przedstawiciele tej szkoły powiedzieli w ten sposób: a może trzeba patrzeć inaczej? Bóg dał nam ten świat, abyśmy go czynili sobie poddanym. Była mowa o Ziemi, ale tak naprawdę o świecie też. Mamy go czynić sobie poddanym, a skoro mamy go czynić sobie poddanym, to musimy o nim wiedzieć jak najwięcej. Musimy go zbadać, musimy poznać jego tajemnice, bo Bóg nie wyjawił nam wszystkiego. On nam ten świat dał i dał nam rozum, dzięki któremu możemy ten świat poznawać. Prawda, jakie to proste? Dzisiaj tak.
Dzisiaj to jest oczywiste. Natomiast wtedy to był, nie chcę szafować słowami i mówić, że przewrót kopernikański, szczególnie że ten przewrót naprawdę nastąpi za kilka wieków, ale to naprawdę był przełom w myśleniu, ogromny przełom w myśleniu. I teraz krótko o Tomaszu z Akwinu. Jeszcze przed Tomaszem jego nauczyciel, niejaki Albert Wielki, Albertus Magnus mówił o tym, nie, zastanawiał się nad tym, czy to w ogóle jest możliwe, żeby powstał inny świat niż nasz. Ja to spłycam. To było bardziej subtelne. Zastanawiał się dlaczego. Warto powiedzieć, dlaczego się zastanawiał. Otóż dlatego, że to był czas Albertusa i czas Tomasza z Akwinu, kiedy do Europy zaczęła przenikać filozofia Arystotelesa. Przedtem cały Kościół był ufundowany na platońskiej filozofii.
Platońskiej filozofii, bo to się wydawało takie oczywiste. Platon mówił o ideach, Platon mówił o świecie idei. W związku z tym to tak pasowało pierwotnym chrześcijanom, pierwszym chrześcijanom do tego obrazu. Ale kiedy zaczęła do Europy przenikać filozofia Arystotelesa, to zaczęto tam odkrywać dziwy wszelakie i zaczęto się tą filozofią fascynować. To już było przed Tomaszem. Tomasz dostał zadanie zgrania filozofii chrześcijańskiej z arystotelizmem. Arystotelizm był na tyle atrakcyjny, że po prostu musiano to zrobić i tak się pojawiło opus magnum Tomasza z Akwinu, czyli „Suma teologiczna”, ale już wcześniej zaczęto się zastanawiać nad filozofią Arystotelesa. A z tej filozofii nie wprost, ale z jej logiki, a właściwie nie z logiki samej filozofii Arystotelesa, ale z zastosowania klasycznej logiki filozofii Arystotelesa wynikało, że teoretycznie mógłby powstać inny świat. Należałoby zatem rozważyć, czy powstał, czy może nie powstał. I zarówno wspomniany Albertus, jak i Tomasz z Akwinu, Akwinata zastanawiali się, rozgryzali ten problem.
Czy to by było możliwe, czy by nie było możliwe? Kombinowali naprawdę. Wierzcie mi Państwo to powiedzenie o tym koniu, który kombinuje pod górkę, to mniej więcej był ten poziom trudności. To naprawdę nie było tak uproszczone, jak ja to w tej chwili przedstawiam. To były problemy wyciągnięte rzeczywiście z pism Arystotelesa, z którymi starano się skonfrontować. I logicznie wynikało, że właściwie to mógłby powstać inny świat. Oczywiście przywoływano też teologię i w rezultacie zarówno Tomasz, jak i poprzedzający go Albertus doszli do wniosku, że nawet jakby Bóg mógł, w końcu jest wszechmocny, to i tak tego nie zrobi. Czyli nie powołał tego świata innego. Ale zwróćcie państwo uwagę. Logika, logika i jeszcze raz logika.
Drzwi zostały wyważone. Skoro pojawiła się potencjalna możliwość, że Bóg mógł stworzyć również inny świat, czytajmy inne światy, to jest pole do kombinowania dla całej rzeszy następców.
[36:54] - Kiedy mówiłem na temat relacji z przecięcia średniowiecza i odrodzenia, na temat dziwnych zjawisk kojarzonych z UFO, to oczywiście wiele z nich zebrał Jacques Vallee, tworząc, nie wiem, jak to nawet nazwać, taki katalog obserwacji, który stał się potem książką. Ten katalog był kojarzony z terminem magonii. Znajdujemy u Jacquesa Vallee mnóstwo ciekawych historii, które rzeczywiście kojarzą się dzisiaj z manifestacjami o charakterze anomalnym. Co jest bardzo ciekawe, te europejskie nie są wcale już takie naiwne, bo te chińskie, japońskie, bo one też istnieją, widzą to trochę w innym świetle. Natomiast dla przykładu rok 1299. Niemiecki dziejopis pisze o komecie, która zawisa nad ziemią. Potem tej komecie towarzyszą dwie inne dodatkowe komety. W wielu innych relacjach też, kiedy mówi się o czymś dziwnym, oczywiście nie ma słowa anomalia. Najczęściej jest gwiazda lub kometa. To był substytut słowa oznaczającego coś dziwnego.
Kometa była chyba najbardziej tajemniczym fenomenem ówczesnej umysłowości, tej wyższych sfer umysłowości, bo my tutaj dzisiaj podkreślamy chyba, że mówimy o koncepcjach, które były dostępne niewielu tak naprawdę. Natomiast ja zauważyłem coś takiego, że kiedy mówi się o czymś dziwnym, to mówi się właśnie o zjawiskach będących już na samym końcu skali poznania, czyli o kometach albo o gwiazdach. Ale to nam też wskazuje na pewną ciekawą rzecz. Że ci ludzie zdawali sobie sprawę, że to nie jest nic religijnego. Bo przecież dobrze wiemy i dawaliśmy tego przykłady w naszych poprzednich odcinkach, że w wielu przypadkach, przychodzi mi tutaj na myśl chociażby Księga Ezechiela, taki najbardziej sztandarowy, klasyczny przypadek, wręcz książkowy. Kiedy on widzi coś dziwnego, twierdzi od razu, że widzi Boga. Tutaj natomiast w pewnym okresie, niekoniecznie w tym, o którym mówimy, bo wcześniejsze relacje też zawierają takie wzmianki, natomiast w tych relacjach, do których dotarłem, pojawia się taka interesująca cecha. Autorzy wiedzą, że to nie było nic normalnego. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że to był jakiś fenomen zagadkowy, który należy zbadać, że to była jakaś anomalia, na przykład meteorologiczna czy atmosferyczna, że to było jakieś rzadkie zjawisko optyczne w atmosferze. Nie, oni używają innego terminu, ale wynika z tego, przynajmniej ja to tak interpretuję, że wiedzą, że to nie jest nic normalnego.
Z drugiej strony zdają sobie sprawę, że nie ma co doszukiwać się w tym jakiegoś drugiego religijnego dna. Interesujące jest to, że często pomimo interpretowania różnego rodzaju dziwnych zjawisk przez pryzmat ówczesnej wiedzy, który może się wydawać naiwny, to mamy też do czynienia z bardzo konkretnymi, z bardzo szczegółowymi relacjami. Już takimi relacjami, które wskazują, że był to w miarę wykwalifikowany obserwator, to znaczy świadomy obserwator, który obserwował jakieś dziwne zjawisko i postanowił uwiecznić szczegóły dla potomnych. W przypadku obserwacji świetlistej kuli, która pod koniec XIII wieku zawisa gdzieś nad włoskim Loreto, autor podaje nawet dokładne wymiary tego obiektu. Oczywiście według jego szacunków, ale jednak podaje. Jakże to jest inne od relacji, które pojawiały się wcześniej, kiedy na przykład w tego rodzaju manifestacjach na pierwszym miejscu stawiano, że był to omen, że było to jakieś świetliste zjawisko, które coś zwiastowało. Nie, tutaj ludzie już stają się trochę bardziej dociekliwi. Jeżeli miało miejsce coś dziwnego, coś, co nie zdarza się co dzień, to znaczy, że po pierwsze trzeba to zapisać, a po drugie może gdzieś tam w tym świecie przyrody działają zjawiska, działają fenomeny, których nie rozumiemy. W zasadzie to samo przekonanie mamy dzisiaj, tylko my je już rozciągamy, Marku, na trochę inne sfery. My mówimy, że może ta nasza rzeczywistość, którą obserwujemy, nie jest pełna, że są jakieś inne poziomy tej rzeczywistości albo że to jest taki cały matrix, że nasza rzeczywistość jest tylko jednym z poziomów, do którego mogą dotrzeć istoty z jakichś sąsiednich rzeczywistości i tak dalej.
W każdym razie rodzi się zainteresowanie zagadkami natury, rodzi się zainteresowanie pewnymi zjawiskami. Oczywiście też mamy z drugiej strony taką interesującą sytuację, że chociaż niektórzy ludzie starają się wyjść poza ten schemat i paradygmat, to wszystko jest jednak nadal mocno osadzone w myśleniu religijnym oraz w dziedzinach, które dzisiaj się kojarzą niektórym z zabobonem. Na przykład to jest jeszcze okres, kiedy astronomia i astrologia funkcjonują jako jedna dziedzina.
[41:37] - Warto powiedzieć o tym, że ten dysonans poznawczy, który pojawia się w średniowieczu pod koniec, już zarysowaliśmy jego źródła. Z jednej strony ludzie obserwują pewne fenomeny i starają się jakoś je opisać i zrozumieć. Tu znowu szkoła w Chartres ma znaczenie, bo ona otworzyła ludziom oczy. Stąd się później wzięła w ogóle nauka. Późniejsi badacze, filozofowie. Oni wzorowali się na szkole w Chartres i rozwijali. Doszli w końcu do nauki tak, jak my ją dzisiaj rozumiemy, ale to jeszcze trochę czasu musiało minąć. Natomiast ludzie odważniej zaczęli spoglądać wokół siebie, również na niebo i zaczęli się zastanawiać. No dobrze, coś tam lata, coś się tam pojawia, ale Przecież jeszcze idea innych światów nie funkcjonowała, nie funkcjonowała przynajmniej powszechnie. Zatem skąd to przyleciało?
Zza gór, zza lasów, z jakichś innych krajów. To były częste wyjaśnienia. Dobre, jak każde inne. W dodatku w jakimś stopniu jednak prawdziwe. Ważne jest też to, że kiedy wspominałem o Arystotelesie i wspominałem o percepcji Arystotelesa, to jednej rzeczy nie powiedziałem, która dosyć ważna jest dla naszych rozważań. Otóż po to papież wynajął Tomasza z Akwinu, wynajął to weźmy w cudzysłów dla porządku, żeby on napisał sumę teologiczną, czyli tak naprawdę przystosował Arystotelesa do chrześcijaństwa. Jakkolwiek to brzmi, to prawda. To po to go wynajął, że nie dało się wziąć całej filozofii Arystotelesa i ją po prostu schrystianizować. Nie, nie. Tam były tezy, które trudno było zestroić z chrześcijaństwem i pojawiały się różnego rodzaju zgrzyty i to bardzo poważne zgrzyty.
Na przykład potępiano niektóre tezy i to czynił Kościół oficjalnie ustami biskupów, ustami papieża, kardynałów. Pojawiały się tezy, które na przykład wprost przeczyły boskiej wszechmocy. Taka teza mówiąca o tym, że Bóg, a właściwie pierwsza przyczyna, bo tu musimy nawiązać jednak do filozofii Arystotelesa, więc za sprawą pierwszej przyczyny nie mogło powstać wiele światów. I zauważcie państwo, ta teza została potępiona przez biskupa Paryża, Étienne Tempier, chyba tak to się wymawia. On tę tezę potępił. Jaką? Jeszcze raz powtórzę: pierwsza przyczyna, Bóg nie może stworzyć wielu światów. Potępił ją dlatego, że Bóg według biskupa mógł wszystko, a zatem mógł stworzyć wiele światów. Paradoks, ale z takich paradoksów, oczywistych oczywistości. Naprawdę ja sobie zdaję sprawę, że dzisiaj dla państwa, dla Piotra, dla mnie to jest tak oczywiste, ale wtedy oczywiste nie było.
Przenieśmy się, spróbujmy odtworzyć tamten czas. Ludzie byli tak zapatrzeni w pewien obraz świata, że nie dopuszczali pewnych myśli. I tu nagle następuje potępienie tezy arystotelesowskiej. Z tego, że przecież Bóg może wszystko, wynika ni mniej, ni więcej, że Bóg mógł stwarzać wiele światów. Proszę państwa, mówi to biskup Paryża. Mówi: „Jak najbardziej, mógł to zrobić”. Dla nas to znowu jest mało znaczące wydarzenie, ale dla ludzi żyjących wówczas to było otworzenie drzwi z kopa, za przeproszeniem, bo nagle Kościół mówi, że światów może być wiele. Nie mówi tego za bardzo głośno. Tu sobie też od razu powiedzmy o tym, że to nie była jakaś taka wiedza, która była powszechnie dostępna. Cały czas to podkreślam.
Niemniej jednak ferment się pojawił, ziarno zostało zasiane. I to tak naprawdę otworzenie drzwi dla różnego rodzaju spekulacji sprawiło, że wiek później, w XIV wieku pojawili się myśliciele, którzy korzystali z tego dorobku, zaczęli się nad tymi światami zastanawiać. Wśród nich był na przykład świetnie państwu znany Ockham, którego kojarzymy z brzytwą Ockhama. Z tą brzytwą to też jest, proszę państwa, jeszcze inna historia. Sam Ockham nie wiedział, że stosował brzytwę, ale to jest jeszcze zupełnie inna historia. Był też Nicole Oresme, był też rektor Uniwersytetu Paryskiego. Zauważcie państwo, Uniwersytet Paryski, jego rektor, a tu biskup Paryża wcześniej był, Jean Buridan, chyba tak to się wymawia. Ja z francuskim mam olbrzymie problemy. Jest to pisane Buridan, więc jak ktoś zna francuski, to może to w lepszy sposób wypowiedzieć. Ci ludzie zaczęli naprawdę ostro kombinować nad tą ideą wielu światów.
I znowu jest tak, że krok do przodu, krok do tyłu, dwa do przodu, trzy do tyłu, bo ci panowie wymienieni przeze mnie oczywiście rozważali ideę wielu światów. Niemniej jednak w końcu jeden po drugim dochodzili do wniosku, że co prawda Bóg mógł, ale chyba nie stworzył tych światów zbyt wielu, a właściwie stworzył jeden świat. I znowu nie chodzi o to, co sobie ci trzej wymienieni panowie myśleli. Chodzi o to, że niezauważalnie, niemal niezauważalnie, zauważcie państwo, to jednak mija wiek, drugi wiek, powoli zmieniał się sposób myślenia, sposób postrzegania tego, co nas otacza i dopuszczenie. W pewnym momencie już przestano się hamować i przestano mówić o tym: „Nie, nie, to jednak nie mogło powstać, inny świat nie mógł powstać. Bóg jednak uczynił nas wyjątkowymi”. W pewnym momencie zaczęto mówić inaczej. W końcu pojawili się ludzie, którzy wręcz stwierdzali, że tak, że mogły powstać światy inne niż nasz. Taką osobą był Mikołaj z Kuzy. To XV wiek, pierwsza połowa XV wieku.
I on powiedział w takim traktacie „Docta ignorantia” o oświeconej niewiedzy. On mówił o tym, że światów mogło powstać wiele. Mówił także o życiu na innych planetach. O życiu na Księżycu, o życiu na Słońcu. Zobaczcie państwo, w XIII wieku to były dopiero początki. Dyskutowano, jak to się dzieje. Czy w ogóle to jest dopuszczalne, żeby istniał inny świat? W XIV wieku to już takie poważne rozważania, że raczej to by było możliwe. I mamy początek XV wieku. Mikołaj z Kuzy zaczyna się zastanawiać i zaczyna głosić to, że na innych planetach, na Słońcu, na Księżycu mogą żyć ludzie.
Inne istoty. Nie, wtedy nie padało słowo „inne istoty”. Mogą żyć inni ludzie, inni niż my. To, proszę państwa, dzisiaj znowu jest takie proste, takie oczywiste. Wtedy to był naprawdę przełom. Jeśli zauważyliście państwo, dzisiaj Piotr opowiada o jednej części rzeczywistości, ja troszeczkę o drugiej, ale robimy to świadomie. Otóż to jest ten moment, początek XV wieku, kiedy te nitki się łączą, kiedy obserwacje tego, co widzi się na niebie i ta głęboka myśl filozoficzno-religijna, bo to jeszcze wtedy ciężko jest rozdzielić, ta myśl łączy się. Zaczynają ludzie, myśliciele, ale nie tylko już myśliciele, kojarzyć możliwość istnienia życia gdzieś tam daleko z tym, że na niebie pojawiają się dziwne rzeczy. I to jest ważny moment w historii naszego świata.
[50:17] - Zaskakujące jest to, że chociaż mówiono o tym wszystkim już dość dawno, chociaż historycy na to patrzą nieco inaczej, że tysiąc lat temu w Europie to jeszcze wcale nie tak dawno, ale mówiono o tym wtedy, rozważano o tym wtedy. Ja podkreślam po raz kolejny, te rozważania dotyczyły bardzo wąskiego kręgu ludzi, natomiast cała reszta była mocniej osadzona w realiach religijnych. Nie zawsze myślenie niedogmatyczne było dobrze widziane, ale zmierzam do tego, że jeżeli by się tak uprzeć i zapytać, kiedy ludzie porzucili takie myślenie religijno-magiczne na temat obcych, na temat życia w kosmosie, to jest tak naprawdę bardzo niedawno, bo przekonanie o tym, że na Księżycu, na Marsie, na Wenus nie ma innych istot, pojawiło się dopiero wtedy, kiedy przyszły zdjęcia z tych planet wykonane przez próbniki. Bo to nie tak, że wszyscy wierzyli, że gdzieś tam na Marsie czy na Wenus jest życie, tylko chodziło o to, że istniało takie przekonanie, że oni tam gdzieś mogą być, bo ich nie widzimy, bo mogą sobie mieszkać pod ziemią i tak dalej. Także szczęśliwi ludzie, którzy wtedy żyli, Marku, bo oni mieli wtedy, czyli to 700, 800, 1000 lat temu, taki złożony obraz świata. Wierzyli w niego, nic ich nie niepokoiło, nic nie podważało tego obrazu świata. Tam byli gdzieś jacyś wywrotowcy u góry, na tych katedrach uniwersyteckich, ale kto by ich tam słuchał? Tu sobie świat żył swoim życiem i tyle. A dzisiaj? A dzisiaj to jak ktoś jest bardzo dociekliwy, to zmianę paradygmatu obserwuje co dzień.
Co dzień okazuje się, że rzeczywistość nie jest taka, jak przyjmujemy, że coś tu jest z nią nie tak, że w ogóle świat jest niezrozumiały, że tutaj działają rzeczy, o których nam się nie śniło. Dlatego dzisiejszy człowiek jest taki rozdygotany emocjonalnie. Gdyby oni wtedy mieli internet, pewnie też by to inaczej odbierali. Ale o tym też musimy sobie kiedyś powiedzieć, że ta zmiana, nie chcę powiedzieć zmiana świadomości, ale zmiana mentalna w ludziach następuje teraz bardzo szybko. Zauważ, Marku, i zauważcie państwo, że ujawnienie jednej pewnej, ale pewnej informacji na temat obcych wywołałoby kolejny przewrót umysłowy. Jest takie pojęcie singularity, ale ono się nie odnosi do sfery umysłowej. Ale my cały czas żyjemy w przededniu jakiegoś wielkiego odkrycia na temat obcych. Cały czas trwa burza mózgów i nie umiemy już się absolutnie w tym odnaleźć. Ale wróćmy do tych lat minionych, bo my tutaj mówiliśmy o dziwnych zjawiskach, które obserwowali ludzie, które były zapisywane. Natomiast w naszym programie podstawą jest kwestia kontaktu.
Pytanie, czy gdyby ci obcy przylecieli w późnym średniowieczu i w renesansie, to jak by to zostało przyjęte? Bo o tym, jak by było wcześniej, mówiliśmy w poprzednich odcinkach i wyglądało na to, że mogłoby być bardzo różnie. Natomiast mamy okres, kiedy myśliciele podejmują tematy innych światów, nawet jakichś innych istot stworzonych przez Boga. Oczywiście ja uważam, podkreśliłeś to też, że punktem wyjścia nawet do takich awangardowych koncepcji na temat kosmosu i człowieka zawsze były jednak dla nich pobudki religijne. Zawsze był ten wszechmocny Stwórca, który powoływał do życia jedną Ziemię albo więcej. Generalnie tak właśnie było, że nawet ci, którzy byli uznawani za heretyków, często opierali się tak naprawdę o jakąś myśl religijną. Zawsze punktem wyjścia był Bóg. W naszym programie mówimy o kontakcie, o kwestii takiego namacalnego, materialnego kontaktu. Gdzieś tutaj nam się wykluwają początki nowoczesnego myślenia o świecie. W okresie, o którym mówimy, w Europie powstają duże ośrodki miejskie.
One funkcjonują tak naprawdę. Wynalezienie ruchomej czcionki pozwala na szerzenie się wiedzy. Powstają ośrodki naukowe, już takie trwałe, nawet istniejące do dzisiaj. Odrodzenie to jest okres, kiedy taki filmowy scenariusz kontaktu z obcymi, taki sztampowy, w który w sumie nie wiem nawet, czy wierzymy Gdyby on się wtedy wydarzył, to mógłby już, moim zdaniem, zostać zauważony przez większą grupę ludzi. To znaczy to nie obeszłoby się bez echa, jak mogło być we wcześniejszych epokach, kiedy ci obcy by przylecieli. Nawet gdyby się przywitali, to otrzymaliby pokłony i tyle, i by sobie odlecieli. A tutaj wydaje mi się, że mogłoby być tak, że ponieważ uczeni korespondowali też ze sobą, co nie jest przecież tajemnicą, jest przedmiotem badań, to by zostało zauważone i to by było podstawą do poważnej naukowej rozkminy. Tak mi się wydaje. Bo skoro zdawano sobie sprawę, że istnieją siły inne niż aniołowie i święci i demony, poszukiwano by nowych dróg, nowych dróg interpretacji. Tylko ja się zastanawiam, czy u tych ludzi, powiedzmy wczesnego renesansu, zakwitłaby sama z siebie koncepcja tego, że to są inne istoty, to są inni ludzie.
Bo zobacz, nawet jeżeli oni by uwierzyli w to, że jest wiele światów, przyjęliby to za pewnik, to jeszcze by była podstawowa kwestia, jak te istoty tu przybyły. Nie znano wtedy oczywiście koncepcji machiny latającej, nie mówiąc już o statku kosmicznym, dlatego musiałyby przybyć tutaj w jakiś sposób magiczny. Ewentualnie ktoś by wpadł na pomysł, skoro one wyglądają tak cudownie, skoro nie wyglądają jak my, to może ta technika ich też jest bardziej zaawansowana, ale ja nie jestem w stanie powiedzieć, czy wtedy to funkcjonowało w takim charakterze. To znaczy na pewno by ktoś zauważył, że ma do czynienia z istotami, które przyleciały i posługują się jakimiś narzędziami, to muszą być na wyższym poziomie, muszą robić inne rzeczy. Ale czy to by zostało poczytane jako wyższa forma techniki, czy po prostu jako magia? To jest ciekawe, bo to się też sprzęga z naszym rozumieniem obcych. Bo przecież UFO jako zjawisko narodziło się w przededniu wyścigu w kosmos. Ludzie automatycznie skojarzyli, że jeżeli się ktoś tu pojawia, to musi wykorzystywać rakiety, musi wykorzystywać jakieś takie coś, co się wiąże blisko właśnie z zaawansowaną techniką. Ja jestem ciekawy, czy gdyby ci obcy wylądowali gdzieś tam w Rzymie, czy w Paryżu, w renesansie, czy w jakimś innym ośrodku, we Florencji, to czy to by zostało poczytane przez pryzmat nie wiem, czy nauki, ale czy przez pryzmat religii? Bardzo to jest trudna sprawa według mnie, bo to jest taki moment osiowy, kiedy ludzie zmieniali trochę formę myślenia.
Do oświecenia było jeszcze całkiem długo, chociaż były jednostki wybitne, chociaż były jednostki, które przełamywały te schematy, to jednak cały czas ten cień religii pozostawał i on nie dawał o sobie zapomnieć przez jeszcze bardzo długo. Bo przecież biada temu, kto za bardzo się wychyli poza ten schemat myślenia. I kimś takim był Giordano Bruno.
[57:37] - Tak, bo myśmy zwykli rozważać problem stosów, inkwizycji. Zresztą z tą inkwizycją, skoro mówimy o Giordano Bruno, to warto sobie uświadomić, że co prawda spłonął na stosie na Campo de' Fiori w wyniku postanowienia świętej inkwizycji, ale musimy też pamiętać, że jego wypowiedzi zyskały mu też ekskomuniki nie tylko Kościoła papieskiego, ale także kalwińskiego, luterańskiego i pewno jeszcze kilku innych, o których nie wiem. To był człowiek, który był wrogiem publicznym wielu religii, ponieważ z tej religii drwił, właściwie traktował ją w sposób prześmiewczy, kwestionował pewne dogmaty. I skończyło się, jak się skończyło. Warto jednak sobie uświadomić, że Giordano Bruno to był człowiek, który był myślicielem czasów renesansu. To nie było średniowiecze, a tymczasem ta ręka kościelnej sprawiedliwości go dosięgła. Warto też powiedzieć, że tak naprawdę dosięgła go za to, że po prostu wojował z tym Kościołem, a Kościół miał wtedy taką pozycję, że mógł sobie go odstrzelić. Natomiast myślę, że znacznie bardziej ciekawe jest to, co pisał, mówił Giordano Bruno, bo on poza drwieniem z Kościoła również zajmował się problematyką, która nas interesuje, czyli tego, jak to z tym wszechświatem w ogóle jest. Pamiętajmy o tym, że już jest po opublikowaniu dzieła Mikołaja Kopernika. Już zmienia się obraz świata.
Z trudem, bo trudem, ale przebija się to, że może model ptolemejski, chociażby naszego małego wszechświata, czyli Układu Słonecznego, to jest inny model. To już nie Ziemia stoi w centrum wszechświata, tylko Słońce. To dużo zmienia tak naprawdę. Jeśli państwo zestawicie sobie na ekranie komputera chociażby, jak wyglądał wszechświat w modelu ptolemejskim, zaczerpniętym, przecież ten model miał kilkanaście wieków i funkcjonował. Co więcej, sprawdzał się w obliczeniach astronomicznych, bo tak był dopracowany, że się sprawdzał. Można było na jego podstawie przewidywać zaćmienia. Niemniej jednak był fałszywym obrazem świata. Kopernik to pokazał, inni to podchwycili. Podchwycił to również Giordano Bruno i on korzystał z czegoś, co w historii myśli ludzkiej nazywa się zasadą obfitości. Ona jest bardzo prosta.
Każdy z państwa tę zasadę byłby w stanie sformułować. Brzmi ona mniej więcej tak albo na przykład tak: wszechświat jest tak wielki, że jest w nim miejsce na wszystko, na każdą dziwność. I z tej zasady obfitości Giordano Bruno korzystał. Jest w tym wszechświecie miejsce na wszystko, a zatem jest miejsce na inne życie, na inne istoty. I on o tym mówił. On to bardzo rozszerzał. On nadawał świadomość nie tylko innym istotom. Mówił również o zasiedlaniu innych planet, gwiazd, ale on przypisywał duszę. Zobaczcie państwo, jak to jednak głęboko osadzone jest w myśleniu rodem ze średniowiecza. Przypisywał duszę planetom, gwiazdom, meteorom.
Co więcej, cały wszechświat miał mieć duszę. Jak się tak dobrze temu przyjrzeć, to dzisiaj wracamy do tej koncepcji. Ale zostańmy na razie w czasach Giordana Bruna i ten obraz, który zarysował, to był zupełnie inny obraz niż ten sprzed kilku wieków, o którym na początku audycji mówiliśmy. To zupełnie inny świat, inny wszechświat. W tym wszechświecie, we wszechświecie Giordana Bruna jest miejsce na przylatujących tu obcych. Oni się oczywiście nie nazywali obcymi. To byli ludzie z innych planet, z innych gwiazd. Ludzie. To było takie sformułowanie, które wówczas funkcjonowało. No ale przecież to warto podkreślić Giordano Bruno nie został spalony na stosie za to, że mówił o innych istotach.
Aż tak źle nie było. Spalono go na tym stosie, wcale nie twierdzę, że zasadnie, ale takie były czasy. Chociaż już mamy do czynienia z renesansem, to spalono go na stosie za to, że bluźnił Bogu. Okrutne czasy, ale takie właśnie były. Natomiast ta idea wielu światów, zamieszkałych światów, to jest chyba najważniejsze. Ona już wtedy naprawdę poszła w ludzi, że się tak wyrażę bardzo tak kolokwialnie, poszła w ludzi i ona tam została. Coraz większa grupa myślicieli, ale już nie tylko myślicieli, czasami takich myślicieli, wtedy jeszcze kawiarni nie było, to takich karczmowych myślicieli również zaczynała się zajmować tym problemem. Owszem, oni tak, ale całkiem poważnie rozważali to uczeni tamtych czasów. Jeśli wymienię takie nazwiska jak Kepler, jak Galileusz, jak Descartes, Kartezjusz, no to to były nazwiska w tamtych czasach, w XVI i w XVII wieku, to były nazwiska, dzisiaj tak, jakbyśmy Hawkinga wymieniali. To byli ludzie, którzy ogarniali naszą rzeczywistość.
Rzeczywistość, która była dziwna, ale oni ją ogarniali. Co więcej, starali się ją w jakiś sposób wytłumaczyć. I te wytłumaczenia dołożone do wizji chociażby Giordana Bruna, ale nie tylko jego. On jest tutaj tylko pewnym przykładem. Dołożenie tłumaczeń naukowych, naukowego oglądu świata, dołączenie do tego tej wizji sprawiło, że ten obraz zamieszkałego wszechświata stał się akceptowalny. Bo to jest chyba najważniejsze. Nie to, że można sobie to było wyobrazić. On był akceptowalny przez coraz większą liczbę ludzi, a skoro był akceptowany, no to pojawiły się kolejne odsłony różnych najrozmaitszych przemyśleń. A ponieważ nasz świat ma to do siebie, że poza różnymi obrastającymi pajęczynami, myślicielami wokół nas dzieją się i działy się rzeczy dziwne, to różne dziwne rzeczy obserwowane na niebie, połączone z wizją zamieszkałego wszechświata, to wcześniej czy później musiały dać, to musiało się skończyć pewnym nowym, zupełnie odmiennym od wcześniejszego obrazem rzeczywistości.
[01:05:05] - Te dzisiejsze rozważania nam pokazują kilka rzeczy. Po pierwsze, jak bardzo dzisiaj potrzeba filozofów w przestrzeni publicznej. Filozofia na ogół się kojarzy z czymś nudnym, ale jeżeli ktoś jej nie dotknął, jeżeli ktoś nie zna jej historii, to źle. I niestety my to widzimy na co dzień w naszym społeczeństwie. Gdyby coś takiego jak historia filozofii było przedmiotem nauczania zamiast chociażby religii, nasze społeczeństwo funkcjonowałoby zdrowiej i w ogóle bylibyśmy w lepszych humorach. Tak myślę. Filozofowie też są potrzebni ogólnie do tłumaczenia pewnych rzeczy. Dzisiaj się ich nazywa inaczej powiem. Dzisiaj tą rolę pełnią różnego rodzaju publicyści, youtuberzy i tak dalej, opowiadając o pewnych rzeczach. Natomiast taka potrzeba zrozumienia świata poprzez nawet jeden punkt widzenia.
Ja myślę, że zrobiłaby dobrze nie tylko umysłom, ale i psychice współczesnych ludzi, którzy są przeładowani informacjami. Inaczej, gdyby dzisiejsi ludzie, dzisiejsi internauci, ci, którzy się gnieżdżą w niszy zwanej ezoteryką, gdyby oni poznali Giordana Bruna, no to przecież on byłby dla nich jak olśnienie. Gdyby on dzisiaj żył, to on by publikował książki z zakresu lifestyle'u, coachingu, ezoteryki, kwantowej duchowości. To jest zabawne, ale tak było. Po prostu ludzie nie znają filozofii. Gdyby ją znali, mielibyśmy na świecie do czynienia z mniejszą ilością ciemnoty. Ale do czego jeszcze warto tutaj wrócić i do czego zmierzyć, żeby zakończyć te nasze dzisiejsze rozważania? Po pierwsze okazuje się, że UFO i kosmici, UFO i kontakt to nie zawsze są dwie kwestie, które należy łączyć, bo z tych starych relacji wynika, że już wtedy było coś obserwowane, że widziano dziwne rzeczy. Te dziwne rzeczy są widziane do dziś. Kontaktu takiego filmowego, takiego, jak sobie wyobrażamy, jak nie było tak, tak nie ma.
W kolejnym odcinku odniesiemy się do późniejszych okresów, dlatego że w tych późniejszych okresach mamy do czynienia na przykład z próbą tłumienia niektórych poglądów wykraczających zbyt daleko poza spektrum myślenia Kościoła. Ale równocześnie te dziwne zjawiska w przestrzeni niebiańskiej, ogólnie w środowisku się dzieją i na przykład charakterystyczne jest to, że w wieku XVI dochodzi w Europie do kilku bardzo znamiennych incydentów. O nich do dzisiaj się często mówi, nazywając je powietrznymi dziwami, powietrznymi bitwami, ale które to zdarzenia są tak dobrze opisane, że stanowią przedmiot dyskusji. Czyli nawet jeżeli wtedy się coś rozegrało na niebie, to paradoksalnie, pomimo tego, że ta przestrzeń umysłowa i pewne rzeczy już zostały otwarte, to jednak zawsze pozostawały masy. I to jest też trochę analogia do naszych czasów, do tego, o czym się nieustannie mówi przy temacie disclosure, kontaktu, ujawnienia i tak dalej. Czymś, co już niektórych denerwuje, bo zobacz, ci, którzy się tym interesują, którzy o tym mówią, dla nich jest to normalka, dla nich jest to jasne, ale zawsze pozostaje jednak reszta świata. Ta reszta świata, której jest więcej, która ma większe przedstawicielstwo i to jej zdanie się liczy. To ona dyktuje normy myślenia. I tak było zarówno w czasach renesansu i tak jest niestety dziś. Czyli nawet jeżeli są jakieś tematy przełomowe, awangardowe, jakieś koncepcje, które mogłyby nas pchnąć na zupełnie inne tory myślenia, na zupełnie inną ścieżkę mentalną, to one są jednak blokowane.
One są blokowane przez myślenie konserwatywne. A dlaczego? Wracam do tego, o czym powiedziałem przed chwilą, że ludziom jest wygodniej w pewnej określonej wizji rzeczywistości, określonej wizji życia, nawet kosmosu. Wyjście poza tą sferę intelektualnego komfortu jest fajne, ale często mierzi.
[01:09:04] - A ja na podsumowanie dzisiejszej rozmowy chciałbym podkreślić jedną rzecz. Odnoszę wrażenie, że żyjemy w czasach, w których brakuje nam nowego porządku zrozumienia. Ja nie bez przyczyny przytaczałem opis tego dziwnego świata, w którym z jednej strony dopuszczano logicznie możliwość istnienia wielu światów, ale nie godzono się z tym, ponieważ religia mówiła inaczej. I później te kolejne przekształcenia, które doprowadziły w końcu do myśli Giordana Bruna. Ja mam wrażenie, że my dzisiaj poznając wiele faktów, obserwując różne wydarzenia, nie tylko obserwując, ale też przyswajając wiedzę świata na ten temat, mamy taki obraz nieostry. Nieostry obraz świata, który nie tłumaczy nic. On raczej mnoży pytania, ale niewiele tłumaczy. I odnoszę wrażenie, że kiedy my dzisiaj mówimy o tym, że zbliża się to singularity, osobliwość, pewien przełom, to zastanawiam się, co mamy na myśli. Czy aby na pewno to, że pojawią się obcy i przybiją piątkę i powiedzą: „Cześć”, czy też moment, w którym pojawi się nowy sposób patrzenia na świat? Bo tak jak pokazywałem w średniowieczu był tylko jeden krok do zrobienia, kiedy z negacji, kiedy najpierw negowano potrzebę badania świata, wystarczyło kilka dobrze sformułowanych myśli, przesłań i okazało się, że nakazem ludzkiej istoty, rozumnej istoty jest badanie tego świata, ponieważ to nie zaprzecza Bogu, tylko wręcz go afirmuje.
I zostawmy Boga, zostawmy tamte czasy, przyjrzyjmy się naszym czasom. My dzisiaj też jesteśmy absolutnie zagubieni, coś tam głosimy, jest tak i tak albo jest tak i tak, bo tak mówi fizyka. Inni mówią, bo tak mówi teologia, a trzeci mówią: „Nie, nie, to jeszcze jest fizyka kwantowa”. Coś tam rozumiemy, staramy się łapać różne niteczki i je splatać w jakąś grubszą niteczkę, ale jakbyśmy tak dobrze się temu przyjrzeli, to niewiele rozumiemy. Mamy problemy z ogarnięciem tego, co nas otacza, a być może zrozumienie jest bardzo blisko. Musi się pojawić ktoś, geniusz, którego oczywiście za 500 lat okrzykną takim sobie myślicielem, który niewiele rozumiał, ale dla nas to będzie geniusz, który pokaże nam: „Patrzcie inaczej, patrzcie z innej strony. Wszystko, co wiecie, jest prawdą, tylko inaczej ją oświetlacie, źle ją oświetlacie. Spójrzcie z innej strony”, a być może obraz świata, który się pojawi, będzie wreszcie takim obrazem, który pozwoli wam przyjrzeć się temu, co was otacza w sposób taki, że nie będziecie czuć się zagubieni, że pomyślicie sobie: „A ciekawe, tak rzeczywiście może być”. Nie ukrywam, że ja bardziej z tym kojarzę ten czas singularity, ten czas przełomu, ten czas osobliwości właśnie z takim przełomem mentalnym. I nam się wydaje, że to musi przyjść jakiś ktoś, nie wiadomo kto, który będzie mówił o fizyce kwantowej i nam wszystko przedstawi tak, że nic nie będziemy rozumieli.
A być może musi przyjść ktoś, kto powie nam kilka prostych zdań, które większość odrzuci, ale część przyjmie i powie sobie: „Wow, to jest zupełnie nowy obraz rzeczywistości, nowy obraz naszego świata, naszego Układu Słonecznego, wszechświata”, a w konsekwencji obraz tego, jak my kształtujemy swoje relacje między sobą, ale też między wszechświatem a nami. A ten wszechświat to również obcy. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie dziękuję tobie, Piotrze. Myślę, że dzisiaj mocno poszliśmy w kierunku filozofii, ale ona tak naprawdę dała ten przełom, o którym wspominaliśmy. Myślę, że jeszcze nie raz taki przełom da. Piotr Cielebiaś zostaje z nami i teraz Filmotekarium, a w dzisiejszym Filmotekarium porozmawiamy o procy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium, a to Filmotekarium dzisiaj będzie o procy.
Tak to w skrócie powiedzmy. Ale najpierw dopełnijmy wszystkich obowiązków. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:14:08] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzień dobry wieczór wszystkim. To ja sobie pozwolę zabrać głos, jak już się dorwałem, bo w dzisiejszym odcinku będzie film sci-fi, thriller, zdaniem niektórych thriller psychologiczny w reżyserii Michaela, przepraszam Mikaela Hafstroma z roku 2024. I drodzy państwo, jak nas słuchacie regularnie, to wiecie, że poszukiwania dobrego sci-fi to jest bardzo trudne zajęcie. Czasami coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się popeliną, okazuje się mieć końcowo finalnie pewne walory. I tak jest właśnie z dzisiaj omawianym filmem pod tytułem "Slingshot". Ja, Marku, nie wiem, jaki on ma tytuł w języku polskim, ale o tym za chwilę.
[01:15:03] - Problem polega na tym, że on chyba nie ma polskiego tytułu. Pozwoliłem sobie zatem użyć tytułu Proca. Zresztą uzasadnionego, bo tam jest mowa o takiej procy grawitacyjnej, która ma pojazd, którym porusza się bohater, niejako nadać mu dodatkową prędkość i wyrzucić go w odpowiednie miejsce Układu Słonecznego.
[01:15:29] - Tak. To ja jeszcze dokończę. Tylko tyle powiem, że jeżeli ktoś jest niecierpliwy i jeżeli ktoś ocenia książkę po okładce, ma tendencję do takich zachowań, to szybko może się tym filmem znudzić. A poczekać do końca "Slingshota" jest chyba warto. Przy czym to jest film trochę pełen paradoksów, bo na pierwszy rzut oka nam się może wydawać, że to jest kolejne niezależne indie sci-fi. Nie do końca. To jest produkcja z pewnymi ambicjami, owszem, ale w rolach głównych mamy bardzo znanych aktorów. Wspomnieć należy Lawrence'a Fishburne'a oraz Casey Afflecka, bardziej znanego brata, ale też wziętego aktora, chociaż myślę, że o nim powiemy więcej za jakiś czas. O czym nam ten film opowiada? O misji Marku na Tytana.
[01:16:28] - Tak, z tym że jak państwo obejrzycie koniec, to już nie będzie takie oczywiste. Cóż, ten film, tak jak powiedziałeś, Piotrze, on zaczyna się fajnie, bo mamy statek kosmiczny podróżujący przez Układ Słoneczny, mający się poddać temu procowaniu. Klimacik fajny. Tam poszczególne zmiany, bo mamy trzyosobową załogę, która pełni wachty w takim cyklu, że jedna osoba pełni wachtę, a pozostałe dwie sobie dosypiają w takim hibernacyjnym stanie. To nawet niezły pomysł. Z tym że poczucie samotności, w jakim żyją ci odmrożeni bohaterowie, może się wydawać jednym fajne, a drugim całkiem nieprzyjemne. Tylko że w tym filmie nie o to chodzi. Tak naprawdę po jakimś czasie dostajemy takie przedłużające się filmidło. Tak się może wydawać, że to filmidło, które raz idzie do hibernacji, raz się podnosi, chodzi po pustym statku kosmicznym. W pewnym momencie przeżywa coś traumatycznego, bo coś puka w pancerz statku, a nawet poważnie go nadwyręża.
Coś się zaczyna dziać, ale tak nie do końca się zaczyna dziać. Pewne rzeczy są niedopowiedziane. Sami nie wiemy, czy rzecz się dzieje w jego wyobraźni, czy dzieje się w rzeczywistości. Takie klasyczne niejako przejawy filmu psychologicznego. Wiecie państwo, coś się dzieje, ale nie wiemy co. Z tym że tak jak Piotr powiedział, po pewnym czasie zaczyna nas już to troszkę denerwować, bo w sumie akcja sunie jak trochę taki sparaliżowany żółw. I ja cały czas podkreślam, że ja bardzo ten film polubiłem, tylko nie za akcję. Znowu to nie jest akcyjniak, tam się dzieje stosunkowo niewiele, ale przyznam, że finał tego filmu, a pewna niejednoznaczność w dodatku tego finału, jest warta tego, żeby przy tym kinie wytrwać. Co więcej, zabieg polegający na tym, że się przewinie prawie do końcówki i obejrzy końcówkę też niewiele da, bo uciekną konteksty. Ucieknie to, co w tym filmie jest dosyć ważne.
W związku z tym powiem tak: albo uzbroicie się państwo w cierpliwość, bo ten film się toczy. Ten sparaliżowany żółw, którego przywołałem, nie pojawił się przypadkowo, ale jednak prowadzi to do pewnego logicznego, moim zdaniem, aczkolwiek niejednoznacznego finału. W dodatku miałem skojarzenia literackie. Jeśli państwo lubicie fantastykę naukową, czytujecie fantastykę naukową, to dobrze jest w kontekście tego filmu przeczytać opowiadanie Ballarda, autora naprawdę poważnego i takiego, który jest swoistym poetą fantastyki naukowej. Jest takie opowiadanie w tomie „Ogród czasu”, które nosi tytuł „Dwunastu od Centaura”. Ja widzę duże powinowactwo tego opowiadania ballardowskiego z filmem, o którym dzisiaj rozmawiamy. Naprawdę. Tylko że film „Slingshot” nie jest jednoznaczny, to podkreślam. Ta końcówka z jednej strony tłumaczy nam to, co się wydarzyło w całym filmie, a później mówi: przepraszam, ale chyba żartowałem. I zostajemy jak Himilsbach z angielskim, bo tak do końca nie wiemy, co się wydarzyło.
Przynajmniej ja nie wiem.
[01:20:47] - Tak, ale sam początek opowiada nam o misji na Tytana, w której udział biorą bohaterowie. Kapitanem tej misji jest Fishburne. Statek zmierza w kierunku wspomnianego księżyca. Nasz bohater się budzi w jednej z pierwszych scen. O dziwo, tutaj pewna nowość, bo po wyjściu z kołowy hibernacyjnej nie ma mgłości, nie ma tego tradycyjnego pawia, jak to bywa często w filmach science fiction. Potem okazuje się, że misja jest na dobrej drodze, ale w sumie nie za bardzo, bo statek jest uszkodzony, a ich czeka jeszcze ten kluczowy dla misji manewr, wspomniany slingshot, stąd tytuł. Do pewnego czasu film nam się składa też z retrospekcji z życia głównego bohatera przed podjęciem misji, kiedy on poznał swoją wybrankę. Ten wątek romansowy szczególnie ciekawy nie jest. Jest też dość przewidywalny. Ona się do niego nie odzywa, on chce, żeby się ona odezwała, potem on ją widzi i tak dalej.
A ten statek pęka i pęka. Pęka też solidarność załogi. Potem zaczyna się jazda, bo film się przemienia, i tu chyba jest trochę gorzej, w taki thriller psychologiczny. Zakończenie, czy zaskakujące, czy nie zaskakujące, to już sobie sami ocenicie. I powiem tak: chociaż „Slingshot” nie wyrywa z butów i w sumie, jeżeli się ktoś naoglądał różnego rodzaju filmów sci-fi, to pewnie będzie on dla tej osoby dość przewidywalnym obrazem, to nie można tego uznać za takiego kompletnego gniota. Powiedzmy sobie szczerze, tutaj jakiś zamysł był. Bo jakby nie patrzeć, filmy sci-fi toczące się w kosmosie, na statkach, na stacjach, wtłoczone w te cztery ściany pojazdów kosmicznych są trudne. Są trudne i dla widza, i dla scenarzystów. Trzeba wymyślić po prostu coś nowego, dobrą historię, zaskakującą historię. Historię inną niż na przykład obca forma życia na statku.
Czy „Slingshot” jest jakiś wizjonerski pod tym względem? Nie powiem, że jest, bo nie jest, ale widziałem dużo gorsze produkcje. Tylko powiem ci, Marku, tak: „Slingshot” balansuje na pewnej krawędzi. To znaczy, to nie jest na tyle dobry film, żeby go uznać za arcydzieło, ale to nie jest też obraz na tyle zły, żeby powiedzieć, iż jest to totalny paździerz. Brakuje mi jednak w „Slingshocie” pewnego mroku i pewnego rodzaju napięcia, które mi towarzyszy przy innych produkcjach. To znaczy nie ma klimaciku. To wszystko jest słabo albo średnio wyczuwalne i myślę, że gdyby on był trochę podkręcony w tym kierunku horroru, gdyby w inny sposób zagrano pewnymi elementami, to mogłoby być naprawdę bardzo interesujące, choć cały czas trochę niezależne i też trochę budżetowe kino.
[01:24:00] - Tak sobie myślę o tym, co w tej chwili powiedziałeś. Może warto byłoby ten filmik odrobinę skrócić. To, co mi się wyrwało przed chwilą, „filmik”, to nie miało być określenie pejoratywne. Uznaję, że to jest film, którego koniec wart jest obejrzenia. Chociaż może jakby był krótszy, to jeszcze bardziej byłby wart obejrzenia ten koniec. Dlaczego? Bo ten koniec, zastanawiam się w tej chwili, ostro kombinuję, jak państwu jednak nie zrobić spoilera i nie opowiedzieć, jak to się kończy. Wspominałem, że jest niejednoznaczny i to też się wiąże z pewną psychologią, z pewnym rozumieniem rzeczywistości i z tym, że kosmos, pustka, samotność. Zastanówmy się, dlaczego samotność, skoro podobno jest trzech tych astronautów czy kosmonautów. A może ich nie jest trzech?
W każdym razie ta samotność kosmiczna, czy też może nie kosmiczna, bycie odosobnionym może wywoływać stany, które mają bardzo daleko do rzeczywistości. Bardzo na okrągło to wszystko mówię. Staram się jednak nie spoilerować. Dostajemy końcówkę, już to kilka razy powiedziałem, niejednoznaczną. Dostajemy pewną interpretację rzeczywistości, że to może być tak, jak w "Dwunastu od Centaura". Kto ciekawy, to jest rodzaj spoilera, ale jeśli ktoś nie zna książki, nie zna opowiadania, to nie będzie wiedział, o co chodzi. Jeśli ktoś tego opowiadania nie zna, dostajemy pewien obraz. Tak może być, a sama końcówka temu obrazowi zaprzecza i my nie wiemy, kiedy film się kończy, co jest prawdą, a co jest imaginacją, co jest wytworem umysłu, który był przez długi czas odosobniony. Czy zdarzyło się tak, jak w jednej z ostatnich scen, czy też obraz, który pojawia się w momencie, kiedy udaje się nawiązać kontakt z ziemią, z centralą, która prowadzi ten lot i która tłumaczy, co się tak naprawdę stało. Kiedy ten kontakt zostaje nawiązany, dostajemy pewien obraz, pewną zarysowaną rzeczywistość.
Potem reżyser daje kopa w to wszystko i ten misterny obraz się rozsypuje. Przyznam, że tak jak Piotr powiedział, film może nie jest arcydziełem, ale ja lubię takie niejednoznaczne zakończenia. Jeśli już mamy nieakcyjniaka, film, który nie epatuje wydarzeniami, tylko pewnym rodzajem psychologizmu, to takie zakończenia są jak najbardziej à propos całości i sprawdzają się całkiem nieźle. Sami państwo musicie ocenić, czy się opłacało spędzić dłuższy czas po to, żeby tę końcówkę zobaczyć. Ja nie żałuję, chociaż kilka razy podczas oglądania filmu zadawałem sobie pytanie: dlaczego ty to oglądasz? Miałem jeden bardzo poważny argument: ponieważ umówiłeś się z Piotrem, że omówicie ten film w Filmotekarium, to musisz to obejrzeć. I to mnie trzymało przy ekranie i dobrze, że mnie przy tym ekranie przytrzymało. Tak jak już powiedziałem z trzy albo cztery razy, nie żałuję. Ta końcówka była, z mojego punktu widzenia, warta tego. Czy państwo uznacie, że było warto?
Nie jestem do końca pewien. To zależy, jakie kino lubicie. Ja głównie jednak lubię kino akcyjne. Tu na chwilę dałem sobie urlop z kina akcyjnego. Nie żałuję, ale gdybym takie filmy jak ten miał oglądać na co dzień, albo w każdym razie częściej, to ja nie wiem, czy bym się od sci-fi nie odwrócił.
[01:28:26] - To ja tutaj wyznam, że miałem wcześniejsze podejście do "Slingshota" i ono się zakończyło gdzieś mniej więcej w jednej trzeciej tego filmu, ponieważ uznałem, że to jest strasznie nudne, że tam się nic nie dzieje. Jeszcze jak się dowiedziałem, że to jest jakaś koprodukcja węgierska, nie to, żebym miał coś do Węgrów, tylko jakoś te europejskie science fiction, które się tak sili na bycie fajnym, okazywało się po prostu popeliną. Pamiętacie te wszystkie produkcje czeskie, polskie, które żeśmy omawiali, niemieckie na przykład. W większości były to nieudane eksperymenty. Tutaj chyba węgierskie w tym wszystkim jest tylko to, że kręcili to ponoć gdzieś u Madziarów. Ale ja wymiękłem. Dopiero Marek mi powiedział, że może wyjdź, zobacz dalej i może będzie okej. Przy tym drugim podejściu, już bez robienia sobie nadziei, jednak wrażenie było lepsze. W ogóle ciekawe jest to, że ten film ma dość dobrą obsadę jak na taką produkcję niszową. Myśmy omawiali mnóstwo niszowego sci-fi w Filmotekarium w ciągu ostatniego półrocza na przykład i było znacznie gorzej.
Tylko jest pewien mankament. Pomimo że mamy Fishburna, który nadaje temu filmowi kolorytu, to mamy też aktora, który się nazywa Casey Affleck i on wypada słabo w głównej roli. Wypada kiepsko. Mam wrażenie, że on jest jakiś nieobecny, a trzeba przyznać, że pomimo tego, że jego brat jest sławniejszy, to Casey też nie wypadł sroce spod ogona i ma on na koncie Oscara, ale w tym filmie on się mi wydaje mydły, mało przekonujący. Szczerze ci Marku powiem, że już bym wolał w tej głównej roli Fishburna i film by wtedy dostał temperatury jakiejś, bo główny bohater, jakby nie było, tworzy pewien klimat, pewną otoczkę. Tutaj nic. Co nie oznacza, że nie można tego filmu obejrzeć nawet jako przykładu takiego eksperymentu, że ktoś chciał nakręcić ambitne sci-fi z dobrymi aktorami. Pomimo wszystko w finalnej ocenie nie uważam, żeby "Slingshot" był aż tak zły na tle innych produkcji z tego segmentu. Przy czym minusem jest też jego rozległość. Prawie dwie godziny to dużo.
Przy czym, chociaż Marku tam się szybko zaczyna coś dziać, to z braku tego napięcia mamy wrażenie, że ten film jest lekko nudnawy. To się wszystko oczywiście rozkręca. Problem w tym, że to się rozkręca na swoich własnych zasadach. I ja mam takie wrażenie, że twórcy filmu "Slingshot" trochę zapomnieli, że się liczy pierwsze wrażenie, że powinno być tak, jak mawiał Hitchcock Albo jak to kiedyś powiedział pewien znany youtuber Hitchhiker, tutaj musicie sobie powiedzieć, kto to był, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, tak? Żeby potem emocje się potęgowały. A tutaj to tak trochę zawiało, trochę pomżyło, trochę nie wstrząsnęło. To po prostu nie wstrząsnęło. Nie było tego pierwszego dobrego wrażenia ze „Slingshotem” i pewnie dlatego przy moim pierwszym podejściu do tego filmu usnąłem. Pomimo wszystko powtarzam, na tle innych produkcji, także tych, które były omawiane i tych, które z litości żeśmy po prostu przemilczeli, to się może trochę wybija. To nie jest wybitne.
Obejrzeć można bez nadziei na cokolwiek, ale dajmy na to, że jest to jakiś dowód, że to sci-fi nadal się jakoś trzyma poręczy i miejmy nadzieję, że nie spadnie w otchłań. A teraz wspólnie z Krystyną Śmigielską zapraszam na literackie tête-à-tête. Dzisiaj spotkanie z Agnieszką Lis.
[01:33:03] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór. W dzisiejszym literackim tête-à-tête spotkacie się państwo z pianistką, nauczycielką gry oraz dziennikarką. Pani Agnieszka Lis, bo właśnie ją mamy zaszczyt gościć w programie, przede wszystkim jest jednak pisarką, autorką 22 powieści i wielu zamieszczonych w rozmaitych antologiach opowiadań. Nasz gość posiada nietuzinkową osobowość. Swoim optymistycznie nastawionym usposobieniem zaraża czytelników, ale także i osoby, z którymi ma na co dzień kontakt. Mam nadzieję, że promieniująca od pani Agnieszki aura przeniesie się również na naszych słuchaczy, co sprawi, że ten wieczór uznacie państwo za niezwykle udany. Dobry wieczór, pani Agnieszko. Niezmiernie mi miło przywitać panią w literackim tête-à-tête.
[01:34:10] - Dobry wieczór, pani Krystyno. Dobry wieczór państwu. Po takim wstępie czuję się aż odrobinę zawstydzona. Tyle pięknych, dobrych słów. Jest mi bardzo miło tutaj dzisiaj z państwem spędzić chwilę czasu. Bardzo miło mi gościć w literackim tête-à-tête.
[01:34:28] - Zadebiutowała pani w 2011 roku powieścią „Jutro będzie normalnie”. Wydała ją pani nakładem wydawnictwa Replika. W tym samym roku ukazała się kolejna powieść pani autorstwa „Samotność we dwoje”. I tu również została ona wydana wspólnie z Repliką. Po tych dwóch powieściach nastąpiła jednak dosyć długa przerwa w pani pisarskiej twórczości. Możemy wiedzieć, co ją sprawiło?
[01:34:57] - Faktycznie dwie pierwsze książki ukazały się w bardzo niedługim odstępie. Ta cezura czasowa była bardzo krótka. Miałam wcześniej przygotowane, zanim w ogóle zaczęłam współpracę ze wspomnianym wydawnictwem. Niemniej okazało się po tych dwóch książkach, że nasza współpraca nie układała się najlepiej. Miałam pewne do niej zastrzeżenia i postanowiłam poszukać gdzie indziej swojej drogi. Natomiast tutaj muszę zrobić taki troszeczkę odnośnik do ówczesnej sytuacji w literaturze obyczajowej w Polsce. W tamtym momencie właściwie polskie książki obyczajowe się nie sprzedawały. Wydawcy twierdzili, że nie mają czytelnika. W bibliotekach też potwierdzano takie informacje, że czytają się tylko te książki albo głównie te pozycje, które mają na okładce anglojęzyczne nazwisko. Do tego stopnia, że część polskich moich koleżanek pisarek wydawało książki pod angielskimi pseudonimami.
W tamtym momencie znalezienie wydawcy dla jeszcze ciągle początkującego polskiego autora obyczajowego było niezwykle trudne. A ja już nie chciałam pracować z kimkolwiek. Chciałam poszukać takiego wydawcy, z którym będzie mi na dłużej po drodze, z którym rzeczywiście uda się nam nawiązać dobrą współpracę. I to zajęło mi czas. Zanim go znalazłam, minęło wiele miesięcy, właściwie parę lat. Po prostu nie chciałam wydawać gdziekolwiek, szukałam dobrego wydawcy i stąd ta przerwa. Trochę długie wytłumaczenie, ale mam nadzieję, że dosyć klarowne.
[01:36:33] - Ale dobrze, że pani o tym powiedziała, bo uważam, że nasz rynek wydawniczy dalej jest jeszcze niepoukładany. Autorzy chodzą od jednych drzwi do drugich, pukają, jak ich wyrzucą, wchodzą oknami. Starają się gdzieś tą współpracę nawiązać, a nie jest to naprawdę łatwe i myślę, że w dzisiejszych czasach niewiele się pod tym względem zmieniło. Ja życzę wszystkim młodym adeptom, zwłaszcza sztuki pisarskiej, żeby łatwo i szybko trafili na osoby, które dostrzegą ich talent i będą mogły się nimi zająć, wydając ich wartościowe dzieła.
[01:37:15] - Agnieszka Lis, „Listy w góry”: „Chciałabym, byś nauczył chłopców jeździć na nartach. Najlepiej na wsi, w miejscu, w którym się wychowałeś i gdzie dojrzewało twoje góralskie serce. A ty wyjeżdżasz, zanim zima w Polsce wybucha śniegiem. 12 grudnia.
[01:37:36] - Data jak data. Dla mnie oznacza samotną Wigilię i Sylwestra. Nie będę oczywiście sama. Są chłopcy, rodzina, ale bez ciebie zawsze jestem samotna. Tak prawdziwie, do szpiku kości. Mama choruje, martwię się. Większość świątecznych przygotowań spadło na mnie. Mama kaszle już prawie trzeci tydzień. Gdy zakaszlała nad uchem starszego, przestraszył się. Od kilku dni na widok babci przytula się do mnie niespokojnie.
Przypomniałam sobie, że na twój widok też kiedyś tak zareagował. Nie poznał cię. Właściwie jak by miał. Święta spędzisz w górach. Tych najwyższych. Czy tam pierwsza gwiazda pojawia się szybciej? Bliżej do nieba widać ją wyraźniej? Nie zasiądziemy do kolacji o tej samej porze. Jesteś w rzeczywistości o prawie cztery godziny wcześniejszej. Myślę o tobie, przygotowując moczkę.
Kapusta z grochem już dawno czeka upichcona w wielkim garze. Modlę się nad kuchnią. Teraz jesz wigilijną wieczerzę? Chciałabym ci te strawy podać. Jemy kolację, a ja ciągle myślę o tobie i opłatkiem najpierw dzielę się z tobą w myślach. Modlitwę przy stole, którą rozpoczyna twoja mama, też wypowiadam z myślą o tobie. Z tęsknoty do ciebie wyśpiewuję wszystkie kolędy. Tym razem nie zabieram chłopców na pasterkę. Zostają w domu z twoją mamą. Syci smakołykami, szczęśliwi prezentami, zasypiają.
Idę sama. Moje miejsce w trzeciej ławce z prawej strony jest zajęte. Staję zatem z tyłu, z pochyloną głową i śpiewam.
[01:39:21] - Śmiało bym panią nazwała mrozem w spódnicy. Zastanawiam się, co powoduje taki cykl pracy. Ja podam kilka wariantów i bardzo proszę, żeby pani wybrała ten właściwy. Czy to jest potrzeba serca, duszy, czy chęć utrzymania się na rynku wydawniczym? Czy są to po prostu wymagania czytelników? Czy jest to presja wydawców, z którymi pani współpracuje? Czy w końcu pogoń za tantiemami?
[01:39:51] - Wyraźnie jest tendencyjne pytanie, pani Krystyno, tak bym powiedziała. Oczywiście troszkę żartuję, ale pozwoliłam sobie tak troszkę się przekomarzać, bo już z samej konstrukcji tego pytania i z wymienienia listy tych punktów, które pani podała, wynika, że doskonale zna pani rynek wydawniczy, bo każdy z tych punktów jest prawdopodobny i w pewien sposób realny. W moim przypadku najprawdziwsza odpowiedź to jest ten punkt pierwszy. Ja zdecydowanie piszę, tyle piszę z potrzeby serca. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez pisania. Kiedy mam jakąś przerwę w pisaniu spowodowaną różnymi wydarzeniami, ilością pracy, wakacjami, koniecznością zajęcia się redakcją na przykład poprzednich tekstów, ja czuję, że mi czegoś brakuje, bo ja po prostu potrzebuję pisania. I to jest absolutnie główny powód, dla którego w ogóle funkcjonuję na rynku wydawniczym.
[01:41:00] - Proszę mi powiedzieć, czy to jest tak, że wstaje pani rano i muszę napisać strony?
[01:41:06] - To jest troszeczkę inaczej. Ja mam zaplanowany swój cykl pisarski, powiedzmy co najmniej rok do przodu. Ja wiem, że w takim i w takim terminie muszę oddać tekst wydawcy. I tak się z nim umówiłam. To oznacza, że w określonym czasie ja muszę sobie ten tekst ułożyć w głowie, ułożyć na kartkach papieru, przygotować konspekt i napisać odpowiednią ilość znaków. I mój plan pracy zawiera to, że codziennie muszę napisać tych znaków ileś tam. Ja cały czas poza byciem pisarką aktywnie pracuję. Pracuję zawodowo jako nauczyciel gry na fortepianie w szkole muzycznej, co oznacza, że nie jestem panią swojego czasu. Przynajmniej nie do końca. Mam też rodzinę, dwójkę dzieci, co nakłada różnego rodzaju obowiązki.
W związku z tym ja sobie nie mogę czekać na wenę i zakładać, że jak mi się dzisiaj będzie chciało pisać, to sobie popiszę, a jak nie, to jutro popiszę dłużej. Ja muszę wykorzystywać czas wtedy, kiedy go mam. W związku z tym zachowuję dosyć dużą dyscyplinę w tym sensie, że jeżeli przygotowałam wszystko to, co powinno być już przygotowane danego dnia w domu, czyli dzieci poszły do szkoły, każde dostało śniadanie na stół, potem śniadanie do plecaka. Potem ogarnęłam sprawy związane z domem, z obiadem i tak dalej, to przed wyjściem do pracy, bo wiadomo, że szkoły muzyczne pracują popołudniami, ja siadam do komputera i piszę. I to tak długo, na ile mi pozwala czas, czyli konieczność wyjścia do pracy. A jeśli nie wypiszę tego swojego limitu, który sobie założyłam, który zawiera jakąś określoną ilość znaków, to po powrocie dopisuję tak, żeby wykonać swój plan. I mój plan ten cały taki dosyć skomplikowany, logistyczny, długo brzmi, długo się o tym opowiada, w praktyce się wykonuje dużo szybciej. Wynika tylko i wyłącznie z tego, że ja po prostu kocham pisać.
[01:43:03] - A ja jednak pociągnę ten temat, który tak troszeczkę był z przymrużeniem oka. Chciałam, żebyśmy się wspólnie zastanowiły, czy pani nie uważa, że tak wielka ilość książek, która się ukazuje w dzisiejszym czasie na rynku, prowadzi gdzieś nas w jakąś ślepą uliczkę, bo to nie sprzyja dobrej literaturze. Raczej sprzyja sztampowym opowieściom, nieprzemyślanym jakimś fabułą powtarzalności, która dla literatury jest tym samym, co nóż wbijany w piersi. Czy odczuwa pani czasem taki lekki dyskomfort, kiedy musi pani właśnie szybko oddać tekst i nie ma czasu na zagłębienie się w niego, sprawdzenie, dopięcie wszystkiego na przysłowiowy ostatni guzik?
[01:43:49] - Odpowiem tak. Zacznę, bo to tak naprawdę są dla mnie dwa pytania w tym pytaniu, które przed chwileczką pani zadała. Pozwolę sobie zacząć od tej drugiej części. Czy odczuwam dyskomfort? Odczuwałabym, gdybym rzeczywiście musiała pisać na takiej zasadzie, że dzisiaj piszę, jutro kończę, pojutrze wysyłam tekst do wydawcy. Z całą pewnością źle bym się z tym czuła. Nie potrafię tak pisać i nie piszę tak. Generalnie nie piszę na tak zwanych deadline'ach. To znaczy nigdy właściwie nie piszę na ostatnią chwilę. Powiedziałam już o tym wcześniej, że mam zaplanowaną pracę czy ten cykl pisarsko-wydawniczy na co najmniej rok do przodu, a często dłużej.
Ja już mam w tej chwili częściowo zaplanowany rok 2025, więc to są daleko wybiegające plany pisarskie. W związku z czym ja, pisząc tekst, mam czas na to, żeby go odłożyć, żeby dać mu się uleżeć, odleżeć, żeby wrócić do niego po raz kolejny i jeszcze kolejny i przeczytać i sprawdzić, czy tam się wszystko zgadza i czy to jest takie, jakie sobie wyobrażałam, że będzie. Czy ten tekst jest tak dobry, jak mógł być w danej chwili. Więc nie odczuwam tego dyskomfortu, ale wynika to z cyklu pracy, który sobie wypracowałam przez ten ślad funkcjonowania na tym rynku wydawniczym. Natomiast ta pierwsza część pani pytania, pani Krystyno, to jest znacznie poważniejszy temat, bo ja myślę, że tak wielka ilość książek, jaka rzeczywiście ukazuje się w tej chwili na polskim rynku, zdecydowanie prowadzi nas w ślepą uliczkę. Co roku ukazuje się plus minus, w pandemii było troszeczkę mniej, ale powiedzmy około 30 000 tytułów rocznie w Polsce. Oczywiście jest to liczba, którą znamy dzięki nadanym numerom ISBN, a one obejmują pozycje naukowe, popularnonaukowe, poradniki, albumy, podręczniki, wydawnictwa incydentalne. Więc wiadomo, że tej literatury popularnej, o której w tej chwili tak naprawdę rozmawiamy, jest mniej, jeśli chodzi o ilość. Niemniej dalej jest to bardzo dużo. Ja tu troszkę wrócę do tego, o czym mówiłam wcześniej, że 10, 11 lat temu, kiedy ja zaczynałam, rynek polskiej powieści obyczajowej bardzo raczkował i wydawcy nie chcieli wydawać polskich debiutantów obyczajowych.
To się zmieniło i bardzo dobrze, że się zmieniło. No bo kto ma czytać Polaków, jak nie Polacy? Niemniej jednak zmieniło się to tak radykalnie, że w tej chwili mam takie wrażenie, że wydawane jest praktycznie wszystko. Trafiły w moje ręce pozycje, które nie miały praktycznie redakcji, które pozbawione były korekty, które były byle jak, dosłownie na kolanie złożone, których się nie dawało czytać. I byłam przerażona tym, bo tego rodzaju pozycje wydawnicze źle świadczą o całym rynku. Dają złe świadectwo jakości polskiej literatury. I trochę się tego obawiam. Tak samo jak obawiam się trendu tak zwanych samowydawców. Znam kilka pozycji, kilka osób, które zdecydowały się na tak zwane samowydawanie i to są książki, które są naprawdę dobre, naprawdę fajne, naprawdę dobrze przygotowane i absolutnie nie ma tam żadnego powodu do wstydu. To są wręcz nagradzane niektóre książki.
Jest w tej chwili też taki trend wśród autorów, żeby zakładać własne wydawnictwa takich autorów już z dorobkiem. I te książki też ukazują się rzeczywiście rzetelnie opracowane. Ale możliwość wydania książki przez każdego bez fachowego wkładu pracy redaktorów i korektorów jest straszna i robi straszną robotę. I w tym kontekście ci samowydawcy naprawdę źle robią naszemu rynkowi. Każda praca, która nie jest wykonana rzetelnie, źle świadczy o rzeczywistości. I tutaj, w tym kontekście tak duża ilość wydawanych książek, które są pozbawione tej właśnie rzetelnej otoczki pracy fachowców, bardzo niepokoi. Agnieszka Lis, „Listy w góry”. Nie znam twojej kochanki wyłącznie ze zdjęć. Rozkładam czasem albumy, płaczę nad nimi. Tylko gdy chłopcy śpią.
Oglądam zdjęcia. Są piękne. Tak myślę, że Himalaje są piękne. Powinnam ich nienawidzić we wszystkich możliwych odcieniach. A ja je podziwiam. Są jak kobieta. Ubrane w różne szaty, zawsze w pełnej krasie, nawet gdy noc je przykrywa, nie tracą nic z urody. Przywdziewają wtedy strój wieczorowy. Jakże więc mężczyźni mieliby o nich zapomnieć? Każda jak lodowa królowa.
Szklana góra. Białe falbany, kamienne gipiury, lodowe korale. Żleby jak zaprasowane fałdy. Filary jak stebnowania. Mgły jak woal wokół ślubnej sukni. Z daleka fata morgana ukryta w tęczy jak widok pod powiekami. Z bliska namacalna, cała w słonecznych błyskach i twardych szarościach, zapalona czerwienią w zachodzącym słońcu. Luksus, na który nie stać żadnej kobiety. Zawsze elegancka. To znacznie więcej, niż którakolwiek kobieta potrafi.
Himalajskie szczyty są tak różne jak kapryśne, szerokie jak lotniskowe pasy startowe, spiczaste jak czubek nosa zarozumialca, łagodne jak dno odwróconej porcelanowej miski, ustawione w rzędzie jak przedszkolaki na apelu, wypiętrzone jak Guliwer wśród liliputów. Zarozumiałe, zachęcające, dumne, niezdobyte, kuszące, zmienne jak każda kobieta. Zamykam oczy i wyobrażam je sobie. Chłód, suche powietrze. Przenikające aż do ostatniego pęcherzyka w płucach. Wiatr, który huczy jak przejeżdżający nad głową pociąg. Pokora. Obcowanie z nimi to zaszczyt dostępny niewielu wybrańcom. Niektórym tylko się zdawało, że mogą wejść w ich świat, skalać ludzkim dotykiem. Śmierć nie robi na Himalajach żadnego wrażenia.
Są jak były, niewzruszone. Przychodzą inni. Kto nie zrozumie ich siły, ten nie wróci. Kto nie uzna ich wyższości, ten zostanie z nimi na zawsze. Kto nie jest gotów się oddać, nie jest wart zaszczytu. Gdy tak patrzę na albumowe zdjęcia, czuję się jak mucha, mrówka. Nic wobec nieskończoności. Odłożyłam album nasycona widokami, które mnie unieszczęśliwiają. Nieskończoność. A ja tak bardzo czekam, aż to się skończy.
[01:51:06] - Popełniła pani książkę przeznaczoną dla najmłodszego czytelnika. Mam na myśli tutaj „Alka i pana Parasola”. Książka została wydana w 2019 roku przez wydawnictwo Ezop. Czy to jedyna pozycja dla dzieci, która wyszła spod pani pióra? Czy może więcej jest takich książek, które skierowała pani właśnie do tej najmłodszej grupy wiekowej?
[01:51:31] - „Alka i pan Parasol” to jest jedyna moja książka dla dzieci wydana. Ona też miała dosyć ciekawe losy, dlatego że te bajki, bo to jest cykl bajek, pisałam dla mojego wtedy pięcioletniego syna, który codziennie wracając z przedszkola opowiadał mi o różnych swoich poważnych dziecięcych sprawach. I tak dyskutując z nim, komentując jego przedszkolną rzeczywistość, zdałam sobie w pewnym momencie sprawę, że on mi przynosi gotowe historie, gotowe bajki. Trzeba je tylko ułożyć, literacko opracować. Stworzyłam taką łączącą te wszystkie historie postać magicznego, śpiewającego pana Parasola i zrobiłam z tego cykl 15 bajek. Te bajki wysłałam na konkurs i one ten konkurs wygrały. To był rok 2010. Konkurs się tak pięknie nazywał „Konkurs na dobrą powieść” w kategorii oczywiście bajek dla dzieci. Prowadziła wtedy tę działalność oficyna, nazywała się Drzewo Laurowe, już w tej chwili nieistniejąca. W każdym razie w 2010 roku te bajki zostały wydane.
Czyli właściwie to był mój debiut. Z tym że tylko na e-booku. Wiecie państwo, rok 2010, format książki elektronicznej jeszcze dla dzieci. Nie bardzo to zaistniało na rynku. Zresztą wydawnictwo szybko zmieniło profil, więc szybko te prawa do mnie wróciły. Ja się nimi jakoś nie zajmowałam specjalnie tymi bajkami, ponieważ rzeczywiście bardzo wciągnęła mnie ta literatura obyczajowa dla dorosłych. Niemniej po kilku latach wróciłam do tego pomysłu. Opracowałam te bajki na nowo. Z pięciu wybrałam pięć bajek, z nich zrobiłam cztery. Przeredagowane zostały bardzo mocno i wydane właśnie przez oficynę Ezop.
Zresztą przepięknie edytorsko opracowane. Naprawdę byłam zachwycona i drukiem, i czcionką, i papierem, i ilustracjami, i oprawą. Wspaniała edytorsko pozycja.
[01:53:37] - Zupełnie inaczej wygląda książka dla dzieci niż książka dla dorosłych, jeżeli chodzi o sam cykl wydania.
[01:53:44] - Poza tymi bajkami ja mam jeszcze napisanych kilka tekstów dla dzieci. One chyba czekają na jakiś swój dobry moment, żebym się nimi dobrze zajęła i jakoś szczęśliwie wydała, ale mam nadzieję, że to też się kiedyś uda.
[01:53:59] - To trzymamy kciuki w takim razie.
[01:54:02] - Dziękuję w takim razie.
[01:54:04] - Odejdźmy od literatury na chwileczkę i zajmijmy się sprawami kulinarnymi. „Klopsiki, krokiety i inne zagadki” to opowieść powstała za sprawą pisarskiego trio Kasiuk Greeney Lis. Domyślam się i to chyba słusznie, że gotowanie i spożywanie posiłków w tej pozycji zajmuje poczesne miejsce. Lubi pani pisać o sprawach związanych z kuchnią? Ksiądz Kazimierz z „Córki rabina” dużo czasu spędza za stołem i nie jest to chyba jedyna z pani postaci, która tak celebruje posiłki. Co ciekawego widzi pani w tak prozaicznym zajęciu jak gotowanie? Czy to przygotowanie może do jakiejś książki kucharskiej pani autorstwa?
[01:54:56] - O jejku, nie, absolutnie nie planuję napisania książki kucharskiej. Zostawiam to zajęcie kucharzom, bo na szczęście są ludzie, którzy potrafią się tym zająć naprawdę dobrze. Niemniej ja sama gotowanie bardzo wysoko sobie cenię. Ja lubię, po prostu lubię gotować. Jest dla mnie takim magicznym trochę procesem przetwarzanie surowej marchewki w wykwintne danie na przykład. Mamy jakieś warzywo czy siatkę warzyw, które mamy najpierw w postaci brudnej, potem gdzieś się pojawia sporo obierek, a potem się okazuje, że wjeżdża na talerz czy na stół, na półmisku coś, co pięknie wygląda, pięknie pachnie i równie dobrze smakuje. Jest we mnie taka fascynacja tym całym procesem. Taka magia. Już użyłam tego słowa, ale ono jest chyba najlepsze, więc je powtórzę. Ja po prostu bardzo lubię gotować i to chyba dlatego.
Aczkolwiek „Klopsiki, krokiety i inne zagadki”, o których pani wspomniała, to jest taka książka, w której bez wątpienia gotowanie istnieje. I parę czytelniczek powiedziało mi, że na głodniaka tej książki czytać nie można. Ale to jest dosyć ciekawa historia, jak sądzę, związana z powstaniem tej książki.
[01:56:15] - Na tegorocznym czwartym festiwalu „Czas na książki”, który odbył się na przełomie września i października w Ząbkowicach Śląskich, otrzymała pani niezwykłe wyróżnienie. Czy mogłaby nam pani zdradzić, co to była za nagroda?
[01:56:30] - Oczywiście, że mogłabym i zrobię to z ogromną przyjemnością, bo bardzo to była niezwykła nagroda. Mianowicie była to nagroda dla osobowości literackiej wspomnianego przez panią czwartego festiwalu Czas na książki. Byłam nią niesłychanie zaskoczona, ale też nie ukrywam wzruszona, bo czułam się bardzo doceniona, że ktoś w taki sposób zechciał spojrzeć i na moją osobę, i na książki, które piszę. To dla mnie bardzo ważne i wielkie wyróżnienie.
[01:56:58] - Życzę pani z całego serca i myślę, że państwo również, żeby takich nagród było rzeczywiście jak najwięcej, bo to miłe, kiedy czujemy, że nasza praca jednak przynosi komuś radość i zostaje doceniona.
[01:57:14] - To prawda. Agnieszka Lis „Marcepanowa miłość”. Rozdział piąty. Wreszcie! Justyna z radością smarowała ciało waniliowo-malinowym balsamem do ciała. Nałożyła odrobinę rozświetlacza. Po namyśle dodała więcej. Nie była już młódką i doskonale rozumiała życiowe zawirowania. Górki, doliny, niezrealizowane oczekiwania i spełnianie cudzych marzeń. Przeżyła maleńki kryzys.
Niejeden zresztą. Były większe i mniejsze, a jako najtrudniejszy wspominała okres kilku miesięcy po narodzinach Norberta. W umiarkowanym entuzjazmie późnego macierzyństwa spodziewała się ochłodzenia małżeńskich stosunków także po narodzinach Zuzki i uważała, że ciąża to ciąża. Planowana czy nie, każda przynosi takie same reperkusje. Była szczęśliwa, że ma córeczkę, ale mała nie przesłaniała jej świata. Justyna świadomie by się nie zdecydowała na kolejne dziecko. Kiedy jednak się przytrafiło, starała się czerpać z życia to, co najlepsze. Zapamiętywać bezzębne uśmiechy i zapach główki nasmarowanej olejkiem. Doceniała czas wolny, w którym mogła zająć się domem. Zapomniała już, że umycie głowy to luksus, a posprzątana kuchnia może być mrzonką.
Ach, drobiazgi czynią szczęście — myślała czasami, patrząc na córeczkę. Tak jak się spodziewała, przez pierwsze miesiące po narodzinach Zuzy świat nie tylko regularnie stawał na głowie, ale przede wszystkim robił to demokratycznie kosztem wszystkich członków rodziny. Może dlatego Norbert teraz ma kłopoty w szkole — myślała. Może coś zaniedbałam? W tym momencie jednak nie zamierzała się nad tym problemem pochylać. Będzie na to cały następny dzień. I kolejny. I jeszcze jeden. A teraz? Teraz był czas odgruzowywania małżeńskiego użycia.
Dlatego pachnąca malinami i wanilią ze skórą, która będzie odbijała światło świec, właśnie wciągała na siebie koronkowe body. Westchnęła, patrząc w lustro. Kiedyś leżało idealnie — pomyślała ze smutkiem i narzuciła lekki szlafroczek. W sypialni czekał już Czarek, nakryty kołdrą zaledwie do pasa. Ależ on jest seksowny! — przemknęło Justynie przez głowę. Czarek pomyślał może nie dokładnie to samo. Dzisiejsze tête-à-tête nie było wynikiem gwałtownego porywu serca, ale raczej małżeńskiej umowy. Obydwoje byli siebie spragnieni. Okoliczności nie sprzyjały i codziennie odkładali romantyczne uniesienia na bliżej nieokreśloną przyszłość.
A to dziecko nie śpi, a to Norbert za ścianą, a to trzeba wstać wcześnie rano. Nic się nie zmieniło. Zuza w każdej chwili mogła się obudzić. Norbert niezmiennie przebywał za ścianą, a rano trzeba było wstać, obudzić krnąbrnego nastolatka, zrobić całej rodzinie śniadanie, wyekspediować kogo trzeba w świat. Ale życie jest dziś. Justyna przypomniała sobie zdanie wypowiedziane przez Czarka przy szybkiej kolacji. Od słowa do słowa uzgodnili, że na nic nie będą czekać. Dlatego z uwagą szykowała się w łazience na ukrytkową randkę z mężem. Dlatego Czarek nie przeglądał na telefonie wiadomości, tylko wyszukał nastrojową playlistę. Nie rozmawiali.
Ani słowa. Korzystali z chwili intymności łaczywie, chwytając swoje ciała ustami, dłońmi, oplatając nogami. Najciszej jak można, najdelikatniej i najmocniej jednocześnie. Jesteśmy jak nastolatki. Czarek odezwał się dopiero, gdy złapali już oddechy. To cudowne uczucie, prawda? Justyna się uśmiechnęła. Brakowało mi ciebie — odpowiedział, głaszcząc żonę po policzku. A teraz dojdziemy do wniosku, że trzeba to częściej powtarzać — zaśmiała się cicho. A czyż byłby to zły wniosek?
Dobry i w dodatku prawdziwy. Życie jednak-- nie dokończyła, kwitując sprawę delikatnym machnięciem dłonią. Życie jest piękne — dokończył za nią. A z tobą jeszcze piękniejsze i zamierzam je garściami brać tak często, jak się da.
[02:01:27] - Ostatnio, bo 26 października 2022 roku, nakładem wydawnictwa Skarpa Warszawska ukazała się powieść „Marcepanowa miłość”. Z opisu zamieszczonego na LubimyCzytać.pl, bo sama jeszcze nie miałam dostępu do tej książki, można wywnioskować, że jest to przeniesiona w czasie historia trochę Romea i Julii. Trochę może jest to opowieść wigilijna, a może jeszcze inne kody można by do tej książki przypisać. Osobiście uwielbiam marcepana i świąteczny klimat, ale co właściwie dla pani jako autorki jest najważniejsze w tym pachnącym choinką dziele?
[02:02:17] - Ja myślę, że w ogóle książki świąteczne, bożonarodzeniowe mają swój, wręcz muszą mieć swój bardzo szczególny, specyficzny klimat. To już jest w tej chwili oddzielny gatunek. Powieści obyczajowej, książka świąteczna. Dla mnie w tego rodzaju literaturze, szczególnie że jest związana ze świętami, tymi świętami bożonarodzeniowymi, najważniejszy jest element bliskości rodziny, wsparcia rodziny bądź przyjaciół, bliskich osób. Wsparcia, przyjaźni, może wręcz miłości nawet. Akurat rzeczywiście w „Marcipanowej miłości" mamy miłość w tytule, bo jest ona ważnym motywem. Tutaj akurat w kontekście tej pierwszej, nastoletniej, zbuntowanej troszeczkę jeszcze miłości. Ale w tle jest właśnie rodzina. Jest to, że potrzebujemy wsparcia innych ludzi, że potrzebujemy bliskości i że nie jesteśmy samotnymi wyspami w życiu. I w każdej z moich książek świątecznych, a „Marcipanowa miłość" jest czwartą, ten element uważam za najważniejszy, a w każdym razie wspólny wszystkim tytułom.
Agnieszka Lis „Córka rabina", rozdział siedemnasty. Kazimierz wracał do domu nasycony dobrem, choć przecież nic ku temu nie skłaniało. Skromny posiłek, ludzie uciekający przed drugim człowiekiem, żołądek napełniony zaledwie herbatą i kilkoma skromnymi ciasteczkami zamiast porządnym obiadem. Choć do wieczora było jeszcze daleko, już panował lekki zmrok. Może jesienny dym wpłynął do miasta z wypalanych pól, a może po prostu Kazimierz niósł w duszy szarą, ciemną mgłę. Chciałby widzieć wokół dobro. Musiał zatem dostrzegać je w coraz drobniejszych rzeczach. Kilka miesięcy temu, wtedy było to jeszcze realne, zamierzał ogłosić zbiórkę na nowy kielich mszalny. Marzył mu się taki kunsztowny, ozdobiony błyszczącymi kamieniami, najlepiej z cennego kruszcu. Oprawę zawsze uważał za ważny element uroczystej mszy świętej.
Czy jednak teraz było to rzeczywiście istotne? Ważne, że wciąż mógł odprawiać msze po polsku, choć już nie wszystkie. Teraz cieszył się, kiedy alba była świeżo wyprana i wyprasowana, choć do niedawna było to oczywiste. Rozmyślał, czy też nowe utensylium byłoby właściwe, kiedy głodowali ludzie. Cieszył się, że Florentynie udało się stary kielich doprowadzić ponownie do takiego stanu, że z daleka wyglądał jak nowy. Wypolerowała go sobie tylko znaną miksturą. Z daleka roztaczał blask. To było lepsze niż kupowanie nowego kielicha. Poza tym Kazimierz docenił kwiaty ogrodowe jako ozdobę ołtarza, a najbardziej cieszył się, że z własnej woli przynosiły te kwiaty dziewczynki. Trochę ogrodowych astrów, których jeszcze nie zniszczyły mrozy, cynie i dalie.
No i wrzosy, których do niedawna nie dopuściłby przed ołtarz. Teraz stały się znakiem oddania parafian, a na to nie można było narzekać. Cieszył się także z każdego spotkania. Kiedyś zdarzało się, że narzekał, gdy zatrzymywano go co kilka kroków. Teraz odczuwał ulgę, że ciągle znajdował się ktoś, kto chciał go zatrzymywać. Niemcy rozgościli się w mieście i rządzili twardą ręką. Kazimierz bał się jak każdy radomianin, jak każdy Polak. A jednak postanowił nie być bierny. Wracając do domu zastanawiał się, jak przekuć na dobro wszystko to, co nim nie jest. Miał pomysł, jednak potrzebował w spokoju się zastanowić, a pusty żołądek nie służył konstruktywnemu myśleniu.
Cieszył się, że spędził chwilę z rabinem. Choć konstatacje z ich spotkania nie były radosne, wciąż mogli się spotykać, a to było wartością samą w sobie. Zresztą rabin Hill miał w sobie... Tak, tak to trzeba nazwać. Rabin Hill miał w sobie dobro i Kazimierz czuł się nim napełniony duchowo, o czym kilkakrotnie przypomniał mu burczący żołądek. Porozmawiajmy w takim razie o „Córce rabina". Przenosi pani swoich czytelników w czasie i pozwala im poznać dawny Radom oczami księdza Kazimierza, który w warunkach pokojowych nie wyróżnia się wśród innych duchownych. W chwili, kiedy jego parafianie zaczęli odczuwać grozę i niegodziwość wojny oraz okupacji, zmienia się w prawdziwego bohatera. Czy ksiądz Kazimierz jest postacią historyczną? Proszę nam powiedzieć, skąd czerpała pani potrzebną do napisania tej powieści wiedzę o pogrążonym w wojennym chaosie Radomiu?
Ksiądz Kazimierz jest postacią, powiedziałabym po części historyczną, bo on jest takim troszeczkę zlepkiem tych księży, którzy faktycznie w Radomiu działali w okresie wojny lub tuż przed wojną. Natomiast wiedzę zarówno o nich, jak i o Radomiu i o tych czasach bardzo trudnych czasach wojennych. Zebranie tych wszystkich informacji nie było proste. Najwięcej pomogli mi pracownicy Biblioteki numer 1 w Radomiu. Udostępnili mi całą półkę regionaliów, które oczywiście są dostępne w Bibliotece Narodowej albo innych zbiorach. Natomiast tam były od ręki uporządkowane i łatwo dla mnie dostępne, co było dla mnie bardzo ważne. Bez wątpienia źródłem, które jest bardzo pomocne, jest internet. Natomiast jest to źródło, które obarczone jest sporym ryzykiem. Informacje z internetu trzeba dokładnie sprawdzać, bo niestety dużo jest takich, które są zwyczajnie nieprawdziwe. Wiele archiwów jest w tej chwili ucyfrowionych, dzięki czemu nie ruszając się zza komputera można rzeczywiście dotrzeć do materiałów, które są źródłowe i Jeśli chodzi o te czasy historyczne.
Ja w każdym razie księdza Kazimierza skleiłam tak naprawdę z trzech postaci księży pracujących w Radomiu w tamtym okresie. Pierwszy z nich to ksiądz Kazimierz Cybulski. To był pierwszy proboszcz w parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. Potem w czasie wojny został aresztowany i zginął w Auschwitz, ale działał właśnie jako proboszcz tej parafii. Potem cytuję w toku opowieści słowa innego księdza, który także działał w Radomiu. To był również ksiądz Kazimierz Gralewski. On był katechetą i moderatorem Organizacji Katolickiej w Radomiu i jego taki pamiętnikarski opis pierwszych bombardowań Radomia właśnie w książce cytuję. Jednym z pierwowzorów księdza Kazimierza z „Córki rabina” jest ksiądz proboszcz Dominik Ściskała. On na początku II wojny też pełnił posługę proboszcza w parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu i to on właśnie był tym księdzem, który faktycznie organizował pomoc, w tym na przykład noclegi na terenie świątyni dla uciekinierów z zachodnich województw w sierpniu 1939 roku, a potem dla wysiedleńców. Organizował darmowe kuchnie dla tego potrzebujących.
Pomoc dla więźniów w radomskich więzieniach, akcje wysyłania paczek dla przebywających w obozach koncentracyjnych i jeszcze wiele innych akcji charytatywnych. Więc to była bardzo szlachetna postać, zasługująca zdecydowanie na utrwalenie. Pozwoliłam sobie na sklejenie postaci księdza Kazimierza, bohatera „Córki rabina” z trzech faktycznie istniejących i działających postaci w Radomiu.
[02:10:32] - Jeszcze o „Córce rabina”. Również jest tegoroczna książka wydana w Skarpie Warszawskiej. Tym razem chciałam zapytać o okładkę. Mówi pani tu o bohaterach, o księżach, którzy mieli wpływ na to, żeby w jakiś sposób uchronić ludność Radomia od tych wojennych niedogodności. A my na okładce widzimy tego księdza takiego bardzo malutkiego. Właściwie musimy się dobrze przyjrzeć, że on tam w ogóle na tej okładce zaistniał. Chciałabym również panią zapytać o tytuł roboczy tej pozycji i czy uważa pani, że to dobrze, że książka ma taki tytuł? Czy to znaczy, że autor zawsze musi się jakoś podporządkować prawom rynku i nagiąć się w jakiś sposób? Czy pani się buntuje przeciwko takim praktykom, czy nie? Bo jeżeli chodzi o książkę, to ona ma naprawdę bardzo dobre przesłanie, piękne przesłanie i wydaje mi się, że to ono powinno być na pierwszym planie.
A z winiety książki to jakoś nie wynika.
[02:11:41] - To jest bardzo trudny temat, pani Krystyno. Akurat jeśli chodzi o okładkę „Córki rabina”, ona mi się bardzo podoba. Ja uważam ją za taką wieloznaczną czy może niejednoznaczną. Takim czerwonym, czerwono-bordowym wręcz tłem sugeruje ten czas wojny i niebezpieczeństwa z tym związane. Ta okładka mi akurat się podoba, aczkolwiek faktycznie zdarzało mi się, że przez tyle lat pracy na rynku wydawniczym nie wszystkie decyzje moich wydawców akceptowałam. Czasami jest tak, że mam wpływ na te decyzje. Tak jest na przykład w tej chwili w mojej pracy ze Skarpą Warszawską. Właściwie wszystkie decyzje konsultujemy i podejmujemy razem. One czasami są pewnym kompromisem większym, czasami mniejszym. Ale rzeczywiście bardzo chwalę sobie to, że możemy o tym rozmawiać i podejmujemy te decyzje świadomie.
Bywało wcześniej różnie. Czasami mój wpływ na tytuły i na okładki był bardzo niewielki. Ja nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, czy to jest tak, że powinniśmy absolutnie podporządkowywać się prawom rynku, czy też autor powinien jak Rejtan bronić. Ale właśnie czego bronić? Swojej wizji książki, którą napisał? Wizji książki tak. Co do tekstu nigdy nie zdarzyło mi się jakoś specjalnie uginać i ustąpić. Natomiast jeśli chodzi o okładki, ja nie jestem grafikiem, ja nie jestem plastykiem. Nie chcę udawać, że znam się na czymś, na czym się nie znam. Więc alfą i omegą nie jestem.
Nikt z nas zresztą nie jest. Więc staram się polegać na ludziach, którzy są grafikami, są plastykami, mają o tym pojęcie. Wierzę, że wiedzą lepiej niż ja, jak powinna wyglądać okładka. Czy ona powinna być sprzedażowa, czy też nie powinna być sprzedażowa? Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że to są różnego rodzaju kompromisy, których musi być świadomy każdy wydający autor. Zadała pani jeszcze pytanie o tytuł roboczy. W tej książce on brzmiał „Latarnie”. Ja ten tytuł bardzo lubię.
On mi się ciągle podoba, ale faktycznie ostatecznie uznaliśmy, że „Córka rabina” będzie bardziej adekwatnym tytułem do książki, która jest de facto powieścią historyczną. Przy czym akurat też ten tytuł uważam za bardzo wieloznaczny, dlatego że w tej książce tytułowa córka rabina jest bardzo charakterystyczną postacią, bo ona jest praktycznie niema. Ona wypowiada tylko kilka zdań i to dopiero w momencie, w którym już zmuszona zostaje do wyjazdu z Polski.
[02:14:38] - Polecam państwu „Córkę rabina” i myślę, że to będzie nietuzinkowa lektura. Serdecznie polecam, bo książka naprawdę zawiera w sobie bardzo dużo problemów, z którymi my nawet dzisiaj musimy się borykać. Proszę nam powiedzieć, pani Agnieszko, jaka jest różnica pomiędzy muzycznym wirtuozem a mistrzem pisarskim?
[02:15:03] - I dlaczego bardziej pociąga panią tworzenie dzieła literackiego niż odtwarzanie wcześniej przez inne osoby skomponowanych dzieł uznanych muzyków? Być może, pani Krystyno, odpowiedź jest w tej różnicy pomiędzy tworzeniem a odtwarzaniem, bo siłą rzeczy wykonanie cudzego utworu jest odtworzeniem. Tworzenie własnej książki jest jej tworzeniem właśnie, co do zasady. Być może dlatego bardziej mnie to interesuje czy pociąga może w codziennym życiu. Aczkolwiek ja bym chciała podkreślić, że muzyka tak jak była, tak jest cały czas w moim życiu obecna i to bardzo obecna, taką codzienną obecnością. Bo ja wprawdzie nie koncertuję i podjęłam tę decyzję świadomie, dlatego że koncertowanie wymaga codziennego ćwiczenia, takiej rzetelnej pracy nad warsztatem pianistycznym, a ja na to nie bardzo mam czas albo musiałabym zrezygnować na przykład z pisania, ewentualnie z jeszcze innych aktywności. Więc podjęłam decyzję o tym, że koncertować nie będę. Natomiast cały czas kontakt z muzyką mam, ucząc w szkole muzycznej. To jest bardzo aktywna praca, cały czas z muzyką związana, więc ja z niej nie zrezygnowałam. Zrezygnowałam tylko z jakiejś części, z pewnych aspektów z tym związanych, natomiast nie z samego kontaktu z muzyką.
Czy jest różnica, może jaka jest różnica pomiędzy muzycznym wirtuozem a mistrzem pisarskim? Powiem, że jest taka, że posługuje się innymi narzędziami. Natomiast co do zasady różnicy wielkiej nie ma. Jeden i drugi musi być bardzo systematyczny w swojej pracy, bardzo konsekwentny i musi znakomicie posługiwać się tym warsztatem, który przypisany jest do danej działalności twórczej. Natomiast różnice zawierają się tylko w technikaliach. Ja myślę, że jednak jest u pani troszeczkę jeszcze taka zależność, że zawsze pani pracuje na klawiaturze, prawda? Tak. Czy jako muzyk, czy jako pisarz pracuje głowa i pracują ręce. Podejrzewam, że pisze pani dosyć szybko. Ręce musi mieć pani wyjątkowo sprawne.
Stąd może też taka ilość książek, prawda? Być może tak. Aczkolwiek ma to też swoje wady. Ja rzeczywiście piszę szybko dosyć, natomiast niestety wyrzucam to sobie, ale nie bardzo potrafię sobie z tym poradzić. Robię sporo literówek i potem dużo poprawiania, ale może to też i dobrze, bo te literówki powodują, że czytam potem ten tekst uważnie i wiele razy. To może dobre w sumie. To może i tak. Moim książkom może być. Agnieszka Lis „Guziki". Rozdział dziewiąty.
Sierpień 2000. Jaromira pomyślała, że ciężko rozpoczyna się lato, jakby na odwrót. Maj ususzył ziemię na wiór. Piach na wydmach stał się sypki i właził w każdy zakamarek, za łamanie swetra i tapicerkę samochodu. Znajdowała ziarenka na dnie kubka do herbaty i pomiędzy kartkami czytanych książek, wysypywał się nawet z rzeczy leżących w szufladach kredensu. W nadmorskim paśmie piasek nie był niczym niezwykłym. Mieszkańcy nauczyli się z nim żyć jak z solą na wargach. Nie rozmawiano o nim tak, jak ludzie zwykle nie dyskutują o niebieskości nieba i przeźroczystości powietrza. Nikt nie pamiętał jednak, by piasek był aż tak dokuczliwy. Drugi tydzień czerwca zrosił świat upragnionym przez mieszkańców łaz deszczem.
Młodsze kobiety zdejmowały swetry i buty i wychodziły tańczyć w ulewnym deszczu, ciepłym, otulającym szelestem, falującym równymi strugami. Deszcz był wydarzeniem radosnym. Jednak trzeciego dnia ulewy przesuszona ziemia zatrzymała wodę. Zbita w gęstą jak beton warstwę nie przepuszczała kolejnych strumieni. Zostawały zatem na powierzchni, tworząc kałuże, bajorka, stawy. Woda niczym szara, spieniona rzeka zalewała ulice i trawniki, niebezpiecznie podchodząc w pobliże schodów albo wpływała filigranowymi potokami do piwnic. „Ot, ludziom to nie dogodzisz" mówiła Jaromira do Gertrudy albo i do siebie, jak wypadło. W domu został już tylko Zenek. Mietek i Leszek wpadali od czasu do czasu pomóc matce wiosną na niewielkim poletku po drugiej stronie drogi albo jesienią ziemniaków ukopać. Dobre chłopaki, dobre dzieci, choć Jaromira wolałaby mieć córkę przy sobie.
A cóż jak było zrobić? Antonina przysyłała listy. Szczęście znalazła tam, gdzie słońce spalało ludziom skórę na czarno. Jak sucho — źle. Jak deszcz — źle. „Albo ty grzeszysz bez opamiętania jak pierun jakiś" odpowiedziała Gertruda pewnego popołudnia, gdy zmoczona przyszła do sąsiadki z ciepłym ciastem. Piekły znacznie mniej niż kiedyś, a i tak zostawało. Dzieliły się zatem wszystkim razem. Raźniej było jeść, rozmawiać, a nawet i narzekać. Wszystkiego powinno być w życiu w sam raz.
Wszystko potrzebne, byle nie w nadmiarze. Deszcz prawdopodobnie ją usłyszał. Wieczorem ustał dźwięk regularnego stukania o parapety, szyby i dachy zaparkowanych wzdłuż wąskiej asfaltowej jezdni samochodów. Przestał padać nagle, jakby ktoś wyłączył odpowiedni przycisk. Gertruda wracała już w samym swetrze, a nora przerzuciła przez ramię. Tylko kalosze wciąż były potrzebne. Omijała kałuże, które niczym lustra odbijały świat, zachęcając do obejrzenia negatywu. Niektórzy, patrząc w takie zwierciadło, zastanawiali się, co jest po drugiej stronie. Ale nie wszyscy. Bo przecież nie każdy jest tak ciekaw, a już w ogóle mało kto chce wejść w kałużę po to, by zobaczyć, czy świat z drugiej strony dna kałuży jest odwrotny.
Może tam Szczęście jest niepożądane?
[02:21:07] - Ostatnie już pytanie, jakie przygotowałam dla pani. Na swojej stronie internetowej pisze pani: „Jeśli mam ochotę marzyć, mam siłę spełniać marzenia”. Piękna sentencja. Czy lubi pani tego typu złote myśli i czy często umieszcza je pani w swoich tekstach? Pani Agnieszko, czy ma pani jeszcze ochotę marzyć?
[02:21:27] - Oczywiście. Pewnie, że tak.
[02:21:29] - Bardzo się cieszymy. Proszę nam w takim razie powiedzieć, czego my, czytelnicy, możemy się spodziewać w przyszłości po spełnionych pani marzeniach?
[02:21:38] - Takim moim zawodowym marzeniem, abstrahuję w tej chwili od spraw prywatnych, odkładam je gdzieś na bok, ale takim moim zawodowym marzeniem, do którego przyznaję się głośno i chętnie, jest to, żeby móc pisać, być wydawaną i czytaną przez czytelników. I tak naprawdę to tego rodzaju zdanie, czy to zdanie wyraża całość moich marzeń. Oczywiście można do tego dodawać więcej elementów. Każdy chciałby mieć ekranizację swojej książki. Każdy pisarz albo prawie każdy pisarz lub też tłumaczenie. To są wszystko piękne dążenia, cudowne sprawy. Oczywiście Nobel też by się przydał, to wiadomo. Ale idąc tego, jeśli będę mogła pisać i być wydawana i czytana, to moje marzenia się będą spełniać. Czyli mówiąc inaczej można się po mnie spodziewać kolejnych książek.
[02:22:33] - W takim razie czekamy niecierpliwie. Życzymy, żeby wszystkie marzenia wydawnicze się pani spełniły oraz te prywatne, o których pani tutaj nie mówiła. Proszę państwa, moim i państwa gościem była dzisiaj pani Agnieszka Lis, pisarka wszechstronna, potrafiąca wzruszyć i rozśmieszyć swoich czytelników. Osoba bardzo uduchowiona i optymistycznie nastawiona do życia. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy państwa do sięgnięcia po powieści napisane przez naszego gościa. Informuję, że niektóre z książek możecie państwo znaleźć również na audiobookach. Zapraszam do zaglądania na strony internetowe, zwłaszcza na stronę autorską. Małych liter razem pisane agnieszkalis.pl oraz na strony facebookowe prowadzone przez Agnieszkę Lis i Instagram. Podczas świąt, racząc się marcepanem chciałabym prosić państwa, żebyście ciepło pomyśleli o naszej pisarce. Pani Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za udział w naszym literackim tête-à-tête.
Życzymy samych wspaniałych powieści pani autorstwa i najcudowniejszych w świecie czytelników. Myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Było mi bardzo miło panią gościć. Życząc spokojnego snu. Dziękuję pani i dobranoc.
[02:24:04] - Dziękuję pani Krystyno i dziękuję państwu bardzo, że mogłam dzisiaj u was gościć.
[02:24:09] - Ja również państwu dziękuję i zapraszam już na kolejny program. Dobranoc pani Agnieszko. Dobranoc państwu.
[02:24:17] - Dobranoc.
[02:24:22] - Czas, proszę państwa, na sentymentalnik. Dzisiaj, proszę państwa, sentymentalnik bardzo mi bliski. Dlaczego? O tym się państwo przekonacie. Na razie powiem tylko tyle: „Samochodzik i Templariusze”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:24:48] - Dzień dobry wieczór i powiem na samym wstępie bez ogródek. Dzisiejszy odcinek będzie wyjątkowy, bo rozmowa z Markiem o Panu Samochodziku to jest trochę jak rozmowa z Janne Ahonenem o skokach narciarskich. To się nie może szybko skończyć. Dlatego ja dzisiaj będę głównie zadawał pytania. A punktem wyjścia jest dla nas serial „Pan Samochodzik i Templariusze”. I tutaj-
[02:25:19] - A ja ci przerwę, Piotrze, bo to czyści się do nas doczepią. Będą mieli rację, bo film, serial nosi tytuł „Samochodzik i Templariusze”. Książka Nienackiego natomiast to jest „Pan Samochodzik i Templariusze”. Dla mnie to nie ma specjalnego znaczenia, żebyśmy ustalili stanowiska, ale ponieważ kilka wpisów w różnych miejscach naszego sentymentalnika udowodniło mi, że jesteśmy bardzo śledzeni i się nam błędów nie wybacza. W związku z tym ta moja mniej lub bardziej udana interwencja.
[02:26:02] - To ja mógłbym tutaj pojechać już tak po Klosowemu, bo to tak związane trochę z dzisiejszym programem, że to była celowa prowokacja. Chciałem cię sprawdzić. Ale tak jak powiedziałem, ja dzisiaj będę zadawał pytania. Punktem wyjścia jest wspomniany serial. Moim zdaniem hit tamtych czasów. Jeden z tych seriali, które się miło wspomina, który się nie zestarzał. Można go sobie przypomnieć w dorosłym wieku i nie będzie się rozczarowanym, tak jak na przykład można być rozczarowanym innymi serialami z PRL-u. Ja mam takie wrażenie jako konsument, że „Samochodzik i Templariusze” ma wiele punktów wspólnych z „Wakacjami z duchami”. Jest grupa młodzieży, jest wielki skarb, są poszukiwacze, są złoczyńcy. Ale w przypadku naszego dzisiejszego dzieła, w sumie całego uniwersum, to jest jeszcze on, Pan Samochodzik.
Chociaż w przypadku tego serialu dla wielu bardziej pewnie Mikulski albo Klos. "Samochodzik i templariusze" to jest z jednej strony kino przygodowe, lekko awanturnicze, także komediowe, humorystyczne, ukazujące zmagania mające na celu dotarcie do skarbu wspomnianych rycerzy. I w sumie moglibyśmy tutaj już zahaczyć trochę o życiorys autora, bo takie poszukiwania to niby coś niemożliwego, czysta fantastyka. Z drugiej jednak strony, jak wiemy, poszukiwanie skarbów, archeologia, szczególnie poszukiwanie skarbów ukrytych przez Niemców, zrabowanych dzieł i tak dalej, było w PRL-u procederem, którym się zajmowały służby. I z tą dziedziną właśnie, jakby nie patrzeć, związany jest on, Tomasz NN, Pan Samochodzik. Zanim przejdziemy do sedna, to pytanie, które się pojawia zawsze praktycznie, kiedy omawiamy jakieś produkcje kultowe, Marku, to jak ty wspominasz recepcję Pana Samochodzika? Zarówno książek, jak i filmów. Chociaż może dzisiaj to się ograniczmy tylko do "Samochodzika i templariuszy", bo to by było zbyt dużo. Jak wspominasz recepcję książek i tego serialu, kiedy się z tym zetknąłeś po raz pierwszy?
[02:28:32] - Bardzo krótko po premierze, a może nawet na samej premierze telewizyjnej. Trudno mi powiedzieć, ale à propos recepcji, to było tak, że kiedy w wakacje w teleferiach puszczano różne filmy, były takie wakacje w '74, może '75 roku, które w popołudniowych teleferiach puszczały filmy losowo. Znaczy ja nie wiem, czy w PRL-u cokolwiek losowo się odbywało, ale raz puszczano taki, raz inny film. Nigdy człowiek nie wiedział, na co trafi. I pamiętam, że jak był puszczany "Samochodzik i templariusze", to taka sala, bo byłem wtedy na wakacjach i taka sala była zbiorowego oglądania telewizji, bo tak to w PRL-u wyglądało bardzo często. Sala wypełniona dzieciakami, taką wczesną młodzieżą prawie wiwatowała. "Super, jest Samochodzik, będzie co oglądać!" A przy innych filmach bywało różnie. Nie mówię, że tylko były wzdychania i jakieś takie niechętne pomruki. Nie. Były też inne seriale, które były lubiane, ale były też takie, przy których była mowa: "Szkoda, że nie Samochodzik".
Bo Samochodzik był takim filmem, który łącząc humor, tajemnicę, awanturniczość i pewne takie wątki po prostu, które wciągają młodych ludzi, to robił świetną robotę. Uczył przy okazji historii, ale obawiam się, jestem przekonany, że to nie było głównym celem scenarzystów i reżysera. To było przy okazji. Ale przygody, które przeżywają bohaterowie, były po prostu fajne. To się dobrze oglądało. Tam był, wspomniałeś Piotrze, humor. On był w wielu miejscach. Czasami był mocno eksponowany, a czasami mniej. Stały spór, stała taka rywalizacja, wręcz walka pomiędzy chłopakami znajdującymi się pod opieką Samochodzika a przedstawicielem drugiej bandy, że tak sobie powiem, czyli człowieka, który przybył ze zgniłego Zachodu razem z Karen, którą grała Szykulska, ale nie ze swoim głosem, bo postanowiono, że jej głos oryginalny nie pasuje. W związku z tym podłożono inny, ale był też towarzyszący im przedstawiciel miejsc, tubylczy przedstawiciel o bardzo rozbuchanych ambicjach.
No i ta walka pomiędzy tym tubylcem, który chciał zrobić karierę u boku poszukiwacza skarbów z dalekiego Zachodu a tymi chłopakami jest świetnym motywem, ładnie ciągnącym różne komediowe wątki. Ale były też smaczki w tym filmie. Na przykład w pierwszym albo w drugim odcinku, tego już akurat nie pamiętam, pojawia się wśród poszukiwaczy aktorka Szaflarska i tam jest wymiana zdań i w pewnym momencie jest mowa o skarbie. Ktoś tam mówi: "Widziałem, widziałem bardzo dobry film" i leci muzyka z filmu "Skarb". To przypomnę jeden z pierwszych filmów, który powstał w PRL-u. Jeszcze nie było PRL-u, przepraszam. To w każdym razie jeden z pierwszych filmów po wojnie, który powstał. Leci muzyka ze "Skarbu", a w innym odcinku, już tak bliżej końca z kolei, kiedy Gabriela Janowska, która jest przewodniczką po Malborku, patrzy na pana Tomasza i podłożony jest dźwięk ze "Stawki większej niż życie". Ona mówi, że też skądś go kojarzy, tylko nie wie skąd. Szkoda, że scenarzyści i reżyser nie pomyśleli, że w każdym odcinku mógłby być taki wątek nawiązujący do innych produkcji filmowych, bo to byłoby świetne, ale i tak jest świetnie, bo ten film naprawdę tak dobrze wyważa.
Nie wiem, czy to przypadek, czy to jednak maestria twórców, ale tak dobrze wyważa to wszystko, co lubi młodzież. Ale chyba ta starsza młodzież, czyli na przykład my, Piotrze, również. Czyli przygoda Humor, tajemnica. To wszystko jest w takich dawkach, że to się po prostu dobrze ogląda. Chociaż film jest czarno-biały, dzisiaj już kompletnie niemodny. Żartuję, ale jest w tym filmie pewna magia i to jest jedyne mądre słowo, na które mnie w tej chwili stać, bo nie potrafię dokładnie powiedzieć, dlaczego ten film przyciąga, ale zdecydowanie przyciąga. Zatem sprawa jakiejś magii.
[02:33:50] - Tak, powiem ci, że to jest dość proste. Jest dobrze zrobione, wszystko jest w miarę wyważone. To nie jest tak, że tam nie ma przaśnych żartów, bo czasami są, ale są też takie żarty na poziomie, które po tych kilkudziesięciu latach się trzymają całkiem dobrze. Co więcej, to też jest taka świadomość tego, że taki film by dzisiaj już nie powstał z tego powodu, że gdybyśmy go chcieli osadzić w naszych realiach, to by się nie dało po prostu dlatego, że każdy z chłopaków musiałby mieć smartfona. Pewnie mieliby oni jakieś tam różne, nawet nie będę mówił już, co by mieli. A w ogóle wszyscy by się pytali pana Tomasza, czemu z trzema chłopakami nieletnimi jeździ. Także to jest jedna rzecz.
[02:34:38] - A rodzice, przerwę ci, a rodzice tychże chłopaków trafiliby chyba do sądu opiekuńczego, że pozwalają jakiemuś obcemu facetowi zabierać swoje pociechy na wakacje cholera wie gdzie i w ogóle. Absolutna nieodpowiedzialność. To przecież mogło się skończyć tragicznie.
[02:34:58] - Dokładnie, jeszcze niehomologowanym autem, nie wiadomo jakim. Bez pasów. Dzisiaj to by nie przeszło absolutnie. Ale coś tam jest. To jest takie coś jak w "Wakacjach z duchami". Chociaż powiem ci, ja osobiście nie wiem, który z tych seriali jest lepszy. One mają na równi takie akcenty rozłożone. Nie wiem nawet, jak to powiedzieć. To po prostu się dobrze ogląda. Może "Samochodzik" jest troszkę bardziej jajcarski, bo "Wakacje z duchami" nie są tak śmieszne na pewno.
I ten humorek nastoletni jest taki drętwy już, taki archaiczny jest. Natomiast tutaj mamy to przedstawione tak, że to jeszcze bawi. Ale słuchaj, to takie pytanie, bo pewnie nie wybaczą ci, którzy może nie zgłębiali twojej twórczości, bo nasza audycja trafia do wielu ludzi, także do tych, którzy na przykład dopiero się zapoznają z twoją działalnością. Jak to było, tak pokrótce, że postanowiłeś dać po latach postaci pana Tomasza nowe życie?
[02:36:12] - Ja po prostu stwierdziłem, że pan Samochodzik nie zniknął, bo wiedziałem o śmierci autora, o śmierci Nienackiego i doszedłem do wniosku, że jak skończył się autor, to skończyły się przygody pana Samochodzika. Ale w pewnym momencie trafiłem do księgarni, w której cała półka zastawiona była czarnymi tomikami z kolejną numeracją. Ta numeracja szła w dziesiątki. Zacząłem to przeglądać i to wszystko były Samochodziki, ale nie te napisane przez twórcę postaci, tylko przez innych autorów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Pilipiuk pisuje książki z serii Samochodzik, bo pisał je pod pseudonimem, ale tych autorów było całkiem sporo. Tytuły były naprawdę przyciągające. I zacząłem sprawdzać, co się dzieje, jak się dzieje, dlaczego się dzieje. Natrafiłem na wydawnictwo, które ciągnie tę serię. Ciągnie zresztą tę serię do dzisiaj. Gdzieś tam się zbliża pan Samochodzik do dwusetnego tomu.
Jeszcze trochę, ale gdzieś już jest półtorej setki przekroczone. I stwierdziłem: właściwie dlaczego nie? W końcu coś tam w życiu pisuję. Spróbuję. Napisałem wtedy, wstyd się przyznać, to było pierwsze dziesięciolecie XXI wieku, ale wtedy poczta elektroniczna działała, jak działała. W każdym razie wydawnictwo Warmia, które wydaje pana Samochodzika, nie używało jeszcze. W związku z tym napisałem na adres podawany w książkach. Napisałem zwykły analogowy list, że bym chciał, że mam pomysł i czy oni by chcieli. Odpowiedź dostałem po jakimś miesiącu, może trzech tygodniach i to była odpowiedź niezachęcająca. To znaczy: jak bardzo chcę, to mogę, ale oni tak nie wiedzą.
Żebym im przysłał konspekt, to się zastanowią. Przysłałem konspekt. Ten konspekt, przyznam się państwu, kosztował mnie więcej krwi i potu niż później napisanie książki. Ponieważ ja jestem człowiekiem, który bardzo dużo rzeczy ma w głowie, tych, które pisze. Natomiast jak ma to streszczenie przelać na papier, to męka jest okrutna. Ale się poświęciłem. Napisałem to streszczenie i drugi list, który dostałem od Warmii, był już nieco bardziej sympatyczny. Widać spodobało się to streszczenie, bo mówią: to jak już pan jest tak szalony, to słowo nie padło, raczej wynikało z kontekstu, tak sobie wywnioskowałem, to proszę napisać. Odpowiedziałem, że w takim razie napiszę, że złożę maszynopis, komputeropis Coś tam złożę u nich. Kiedy prowadziliśmy korespondencję, to był kwiecień, może maj, może marzec.
Tak już dokładnie nie pamiętam, ale komputeropis dostaną w okolicach października. Spiąłem się, napisałem. Tu popełniłem wielki błąd, bo opierałem się na wcześniejszej twórczości. Wtedy już wiedziałem, że Pilipiuk, więc na książkach Pilipiuka przeliczyłem sobie, ile znaków napisał. Ale nie mogłem uwzględnić, bo nie wiedziałem, że w tak zwanym międzyczasie zwiększyła się objętość preferowana przez wydawnictwo i Pilipiuk pisał to, co pisał, ale pisał książki krótsze. Napisałem według jego schematu i kiedy już się szykowałem, że już dobrze, wzięli książkę, bo dostałem później odpowiedź, kiedy złożyłem komputeropis, że wszystko jest okej. To jak po dwóch miesiącach od tego okej dostajecie państwo informację, że to było co prawda okej, ale książka jest za krótka, żebym dopisał. I jeśli państwo się orientujecie, jak pisze się powieść, to powieść pisze się według pewnego schematu, według pewnej narracji i jeśli się ją przeprowadzi od początku do końca, to dosyć trudno jest ją przedłużyć, a w tym wypadku trzeba ją było przedłużyć o dobre 70, 80 tysięcy znaków. To jest sporo. To są dwa arkusze, wydawnicze arkusze.
To jest sporo treści i przedłużenie tego o kilkadziesiąt tysięcy znaków kosztowało mnie sporo myślenia. Chyba dłużej myślałem, jak to zrobić, niż później pisałem te 80 tysięcy znaków, bo trzeba było w gotowy już materiał, w gotową historię wkręcić, wlać niejako dodatkową akcję. Zrobiłem to, chociaż dzisiaj jak patrzę na ten tom, być może dlatego, że ja go pisałem, widać szwy. To nie było najlepsze rozwiązanie, trochę wymuszone na mnie przez wydawnictwo, ale wydawnictwo było zadowolone, więc czuję się w jakiś sposób usprawiedliwiony. Ale ja te szwy widzę i myślę, że część czytelników owe szwy również widzi. To nie są jakieś wielkie wykroczenia przeciwko narracji. Nie. Tylko można to zauważyć. A może mi się tylko wydaje? A potem już poszło.
Poszło, bo w tak zwanym międzyczasie do dzisiaj napisałem 13 „Samochodzików”. To jest 13 pełnowymiarowych powieści. Każda z nich ma minimum 400 tysięcy znaków. To jest, proszę państwa, 10 arkuszy. To naprawdę jest całkiem przyzwoita powieść. One wydają się cienkie, ponieważ przyjęty layout przez wydawnictwo jest taki, że jest mała czcionka, dużo wchodzi na stronę i one się wydają cieńsze czy mniej objętościowe, niż są w rzeczywistości. To są pełnowymiarowe powieści. Dobrze mi się pisze tego „Samochodzika”. On ma swoje ograniczenia, ale ma też swoje plusy dodatnie. Czyli macie państwo bohatera.
On ma określone umiejętności, określony sposób działania. Określone są też pewne sytuacje możliwe i niemożliwe. Co powinno być, co absolutnie być nie może. To jest oczywiście narzucane w jakimś stopniu przez wydawnictwo. Wydawnictwo, które też pilnuje, aby książki różnych autorów nawzajem sobie nie przeczyły, nie brały się w nawias ani jakoś specjalnie nie wchodziły w konflikty ze sobą. Więc nad tym wszystkim czuwa ktoś, kto potrafi powiedzieć: „Panie autorze, tego byśmy nie preferowali”. Skończyło się na szczęście pisanie konspektów. Od trzeciej książki konspektów już pisać nie muszę. I to mi bardzo odpowiada. Tak na marginesie, nauczycielem w życiu też nie zostałem dlatego, że jak pomyślałem, że przez pierwsze dwa lata będę musiał pisać konspekty lekcji, które będę prowadził, to doszedłem do wniosku, że nie chcę tego robić.
Ja lekcje lubiłem prowadzić, to mi bardzo odpowiadało, ale wizja pisania konspektów absolutnie mnie od zawodu odstraszyła. Jakieś takie upośledzenie czy co?
[02:44:07] - Bardzo możliwe. Też konspekty wydawały mi się czymś absolutnie idiotycznym, bo i tak tego nikt nigdy nie sprawdzał. Ale wróćmy do Nienackiego, bo ja tutaj powiedziałem i ty powiedziałeś o charakterze „Samochodzika” serialowego, o tym, że jest tam duży ładunek humoru i tak dalej. Ale jak było z książką? Jak było z pierwowzorem? Ograniczmy się może akurat tutaj do tego wycinka, do tej konkretnej powieści. Czy ona była śmieszna? Czy ona była awanturnicza? Czy ona była śmiertelnie poważna? Czy dydaktyczna może?
Czy ekranizacja daleko wykraczała poza oryginał literacki?
[02:44:52] - Wykraczała, ale to były skróty, które musiały się pojawić, bo książka jest dosyć obszerna. Mówimy o „Panu Samochodziku i templariuszach”, książce Nienackiego. Dosyć obszerna. Jest więcej wątków niż w filmie. Bardziej szczegółowe. Tam sama historia związana ze stolicą templariuszy, która miała być budowana na terenie, na którym działają nasi bohaterowie, tereny współczesnej Polski. Tam jest to bardziej rozbudowane, bardziej uzasadnione. Wiemy dlaczego, co, po co i tak dalej. W serialu to ucieka. Jak ktoś domyślny albo zgłębia temat, to będzie wiedział, o co chodzi.
Niemniej tu jest to potraktowane w serialu bardzo lajtowo. Książka skupia się na pewnych fragmentach historycznych. Nienacki miał w ogóle taką manierę, że odwoływał się do pewnych kawałków historii i dosyć szczegółowo je analizował. Robił to dosyć zgrabnie. Trzeba przyznać, że Nienacki miał jednak warsztat pisania powieści, które wciągały młodego czytelnika. Do dzisiaj czytam na różnych forach zachwyty. To są zawsze zachwyty nad młodością, te sentymentalne czy sentymentalnikowe zachwyty. To, co było w młodości, zawsze jest świetne, zawsze jest wspaniałe. Ale to nie tylko to. Nienacki naprawdę potrafił to robić.
I książka „Pan Samochodzik i templariusze” jest fajna. To się dobrze czyta. Czy jest tak zabawna? Nie potrafię powiedzieć. Do mnie jednak ten humor serialowy bardziej chyba przemawiał. Natomiast mówię, jest ta książka bardziej wnikliwa, bardziej wnikliwie traktuje te tematy historyczne. Jest element zabawowy. Muszę powiedzieć, że dzisiaj trudno by mi było wybrać, co bardziej wolę. Każda z tych pozycji, i filmowa, i książkowa, ma swoje plusy dodatnie i ma swoje plusy ujemne, że powtórzę ten leitmotiv, czyli po prostu każda czymś przyciąga, czymś innym, wbrew pozorom czymś innym. Może za chwilę będziemy mówić o samym pisarzu, bo Nienacki nie był postacią kryształową, ale jedno potrafił robić.
Potrafił pisać te książki dla młodzieży i dla starszej młodzieży, bo przecież Nienacki nie tylko „Samochodziki” pisywał. To był pisarz, który pisać potrafił zdecydowanie. Natomiast postacią ludzką, ta postać bywa różnie oceniana, a pewne ślady tej fascynacji niezdrowej Nienackiego znajdziecie państwo nawet w książkach. Nie wiem jak państwo, ale ja, kiedy czytałem „Samochodziki” napisane przez Nienackiego, miałem zawsze takie oczekiwanie, że w pewnym momencie rozegra się pościg drogowy, czyli ktoś tam jakieś przepisy złamie albo zachowa się nieodpowiednio i Pan Samochodzik będzie go ścigał swoim wehikułem. Oczywiście z powodu tego, że wehikuł miał taki silnik, że go tam nic nie było w stanie ruszyć. W związku z tym doganiał tego złoczyńcę drogowego najczęściej i zatrzymywał go i wlepiał mu mandat, bo Pan Samochodzik, ten książkowy, był ormowcem. Był człowiekiem, który był w społecznej, nie wiem, jak się to nazywało, społecznej służbie ruchu czy jakoś tak. Miał prawo wystawiać mandat jako taki organ społeczny zaprzyjaźniony z władzą. Miał prawo wystawiać mandat i ten mandat musiał być opłacony. Dzisiaj, kiedy sobie o tym myślimy, że Pan Samochodzik był ormowcem, to nie brzmi dobrze.
Naprawdę nie brzmi dobrze. Na szczęście w serialu, o którym mówimy, tego nie ma.
[02:49:11] - No tak, średnio się uśmiecha taki pan Tomasz, powiedzmy z ORMO, ale jak już wywołałeś Nienackiego, to pójdźmy tym torem, bo w ostatnich latach, i to naprawdę są ostatnie lata, w internecie bardzo często się pisze o tym autorze, może nawet częściej niż o nowej ekranizacji „Samochodzika”. O niej nie będziemy dzisiaj mówić, bo to za długo. I zwraca się uwagę na pewne szczegóły. No właśnie, czy w PRL-u dużo o tym autorze mówiono? Czy jego życie prywatne było owiane, otoczone tajemnicą? Bo tak szczerze mówiąc, jak się dzisiaj zapoznamy z jego biografią, to skandalista jednym słowem. I to taki przez duże S, niekryjący się tak naprawdę ze swoimi fascynacjami, że tak powiem.
[02:50:11] - I to w dodatku erotycznymi fascynacjami, bo obyczajowo nasz pan autor był zupełnie niezwiązany z moralnością socjalistyczną, natomiast był bardzo związany z socjalizmem. On był chyba szczerym entuzjastą tego ustroju. Kiedy pojawił się stan wojenny, to go poparł. Chodzą legendy, ale nie weryfikowałem tego nigdy. Chodzą legendy, że on po tej swojej mazurskiej wsi, gdzie się był zakotwiczył, gdzie mieszkał po prostu, to biegał z czymś w rodzaju nagana. Myślę, że to można między bajki włożyć, chociaż pewno należałoby z tubylcami porozmawiać. Natomiast zdecydowanie Nienacki był entuzjastą socjalizmu i na szczęście za bardzo tego do książek nie przelewał, przynajmniej do tych samochodzikowych, bo to by było mało strawne. O jego życiu, o tej obyczajowości i w ogóle o jego fascynacjach ja nie pamiętam, żeby była mowa, bo wtedy nie było celebrytów. Wtedy o jakichś skandalach za dużo się nie pisało, bo partia czuwała, żeby jej członkowie, jeśli nawet jakieś skandale obyczajowe prowokowali czy byli w nie zamieszani, to żeby to się nie rozpełzało, żeby ludzie o tym nie wiedzieli. Wszystko cicho, wicie rozumicie, cicho pod kołdrą.
I stąd to może się nie przedostawało do opinii publicznej. Ja pamiętam jeden skandal, bo w latach 80. ukazała się książka „Pan Samochodzik i Winnetou” i w jednym z pism literackich ukazała się druzgocąca recenzja z tej książki. Przyznam, że ta recenzja była mało obiektywna, bo autor recenzji chciał przypierdzielić autorowi książki i zrobił to bezlitośnie, używając wszystkich możliwych argumentów, łącznie z wyrwanymi z kontekstu cytatami. Jeżeli ktoś kiedyś coś takiego robił, to wie, że z każdego autora da się zrobić dudka, jeśli powyrywa mu się z kontekstu różne zdania i sklei to w pewną całość. Z każdego można idiotę zrobić. I trochę takiej metody używał recenzent. Trochę się rozpruło wtedy, bo pojawiły się listy. Sam Nienacki bodajże napisał taką odpowiedź na tę recenzję. Też czytelnicy nie do końca się z tą druzgocącą recenzją zgadzali.
Powiem państwu szczerze, że ja już wtedy tych oryginalnych „Samochodzików” nie czytałem, ale ta straszliwa recenzja zachęciła mnie i przeczytałem tego „Samochodzika i Winnetou” i doszedłem do wniosku, już wtedy byłem pewien, że recenzent chciał Nienackiemu zrobić krzywdę i zrobił mu tę krzywdę, bo książka wcale nie jest taka zła, jak przedstawiał to recenzent. O czym to świadczy? Chociażby o tym, że niewiele się zmieniło od czasów socjalizmu. Autorzy piszący, autorzy książek i recenzenci tak samo nie lubią się dzisiaj, jak nie lubili się w PRL-u. W PRL-u to jeszcze było dodatkowo to, że jak ktoś drukował, to dostawał ogromne honoraria. A żeby być drukowanym, trzeba było mieć swoje wejścia. Owszem, pewien aspekt ekonomiczny w socjalizmie też się liczył, a książki Nienackiego o Samochodziku rozchodziły się w dowolnych nakładach. Mogli tego drukować, ile chcieli i tak się rozeszło. Proszę państwa, takiego autora, jak miało wydawnictwo, to wiedziało, jak eksploatować takiego autora. I Nienacki był eksploatowany, ale to nie było oczywiście straszliwie męczące i to eksploatowanie przynosiło mu naprawdę niezłe dochody.
Ja się tu powołam, wtedy nic wspólnego z dochodami nie miałem, bo byłem uczniem liceum, ale powiem tak: to Wiktor Żwikiewicz uświadomił mi, że za honorarium za książkę płacone z góry autor mógł żyć, nie odejmując sobie od ust spokojnie dwa lata. Więc jak Nienacki publikował tych książek sporo i miał sporo wznowień, to domek na Mazurach i inne ekscesy były jak najbardziej w jego zasięgu.
[02:55:19] - Tutaj mała taka dywagacja, bo ostatnio w internecie jest bardzo głośno o skargach pewnych pisarek, które mówią, że mało zarabiają. To jest taka trochę aluzja do tego socjalizmu. Są dwie autorki. Jedna mówi, że dostała za mało za bardzo poczytną książkę, druga twierdzi, że zarobiła jakąś śmieszną kwotę rocznie jako pisarka. Ja tak się zacząłem zastanawiać w kontekście tego, co powiedziałeś, czy te panie wiedzą, że się ustrój zmienił, że wydawnictwa to nie są jednak organizacje charytatywne? To jest czysty biznes. Jeżeli się coś nie sprzedaje, to nie zarabiasz. Jeżeli podpisałeś złą dla siebie umowę, też nie zarabiasz. Tak chyba zawsze było jednak, ale PRL pod tym względem był zupełnie inny. Łaskawszy był dla autorów przede wszystkim dlatego, że dużo drukowano.
Nie był zawsze głód tych utworów. To nie jest tak, że drukowano zawsze dobre rzeczy. Wychodziło mnóstwo barachła tak naprawdę różnego rodzaju, ale jeżeli chodzi o czasy dla literatów, to były złote wtedy.
[02:56:42] - Ale przerwę ci, to nie do końca, dlatego o tym mówiłem. Drukowano niektórych, tych najwierniejszych. Im kręcono nakłady. To oczywiście nie była reguła, ale jak ktoś był zaprzyjaźniony z władzą, to władza szła mu na rękę i ci byli naprawdę finansowo ustawieni. Wszyscy inni musieli liczyć na szczęście. A że wydrukują, czy wydrukują w Warszawie, czy może to zrobią w Poznaniu, bo w Poznaniu były mniejsze stawki, ale cenzura była bardziej łaskawa. To dlatego na przykład książka, która absolutnie nie mogła ukazać się w Warszawie, bez problemu ukazywała się w Poznaniu. Tylko że w Warszawie autor zarobiłby dwa razy tyle, co zarobił za tę samą książkę W Poznaniu. Szalone czasy, trzeba było myśleć, co się bardziej opłaca, żeby mnie kochali czytelnicy, którzy czekają na moją książkę, ale ja zarobię mniej, ale ta książka wyjdzie. Naprawdę były rzeczy szalone.
Do dzisiaj pamiętam wspomnienie Wiktora Żwikiewicza, który mówił, że dostał entuzjastyczną recenzję jednej ze swoich książek, która się później ukazała właśnie w Poznaniu, entuzjastyczną recenzję w jednym z wydawnictw w Warszawie. Ale recenzja kończyła się zdaniem, że ta książka absolutnie nie może zostać skierowana do druku. I się skończyło. Zabrał książkę, pojechał do Poznania i się książka ukazała. Przyznacie państwo, że teraz człowiek łatwiej może zrozumieć, skąd się brały różne takie Mrożkowskie klimaty. To był autentyk. To były rzeczy przedziwne.
[02:58:34] - Tak, równie charakterystyczne było to, znaczy to było normalne, bo gdzie, jak nie w prasie miała się odbywać ta dyskusja na różne wrażliwe tematy i to dotyczy zarówno kwestii ważnych społecznie, jak też i recenzji literackich czy filmowych w prasie PRL-owskiej. Kiedy do niej zajrzymy, to czasami się ukazywały druzgocące recenzje na przykład kultowych filmów, filmów takich, które potem były uznawane za kultowe i tak dalej. Może jakiś ślad tego daliśmy kiedyś w naszej audycji poświęconej temu, jak prasa w PRL-u odnosiła się do przypadku Emilcińskiego. To się w ogóle nie wiąże z literaturą, ale to nam pokazuje, jak wtedy funkcjonowały mass media. Dzisiaj jest internet, dzisiaj każdy może coś napisać, ale wtedy temperatura się przenosiła właśnie do prasy. Ale to już żeśmy za daleko, Marku, zaszli. Słuchaj, bo z Nienackim jest też taka sprawa, że on oprócz tego, że może był takim pupilkiem władzy, to on jeszcze miał zmysł pewien. Dzisiaj byśmy to nazwali zmysłem marketingowym. On poprzez pewne hasła, poprzez pewne mrugnięcia okiem, a nawet takie fałszywe kroki sprawiał, że sprzedaż rosła. Wspomniałeś o tym Winnetou.
Dzisiaj jak ktoś nie zna „Samochodzika”, jak ktoś jest absolutnie z innego pokolenia, to jak sobie pomyśli Pan Samochodzik i Winnetou, Boże, to brzmi jak jakaś totalna tandeta. Nie, to były pewne zabiegi, które sprawiały, że ten „Samochodzik” był niekiedy popularny dwa razy bardziej niż normalnie. Co ten Nienacki wyrabiał? Jakie postaci tam wplątywał do swoich historii, żeby to było na topie i żeby się, dzisiaj powiedzielibyśmy, klikało, ale wtedy, żeby się sprzedawało?
[03:00:49] - Proszę państwa, Nienacki stosował, moim zdaniem, w PRL-u to były świetne zabiegi. W PRL-u były popularne różne postacie masowej wyobraźni. Co mam na myśli? Na przykład Fantomas. Fantomas to było coś, co w PRL-u się oglądało. Przypomnę trzy filmy z Louisem de Funèsem, ale i z mroczną postacią Fantomasa, geniusza zbrodni, geniusza zła. I pojawiła się książka „Pan Samochodzik i Fantomas”. Jeszcze nawiążę do tego Winnetou. To nie był ten prawdziwy Winnetou od Karola Maya, czy ten z NRD-owskiej produkcji. To był człowiek, który świetnie znał kulturę indiańską i nazywano go Winnetou.
Ale tytuł się nadał. W przypadku Fantomasa rzecz inaczej jeszcze wygląda. Też jest niezwykle ciekawa, ale tytuł przyciągał. W PRL mniej wiedziano na temat dzieł popkultury i to natychmiast przyciągało ludzi. Jeżeli wspomnę państwu, że ukazała się też książka „Pan Samochodzik i Arsène Lupin”, wtedy ten film seryjny francuski był bardzo popularny. Leciał w telewizji z dubbingiem. Arsène'a Lupina odtwarzał Pokora, dubbing mu dawał, więc to był niezwykle popularny serial z Georges'em de Grieux. I Nienacki to wykorzystał. Pojawiła się książka, w której ktoś taki jak Arsène Lupin, a w każdym razie człowiek o jego pseudonimie, tak do końca to nie jest wyjaśnione, w każdym razie wizytówki ze swoim imieniem i nazwiskiem, czy też pseudonimem, chyba bardziej pseudonimem miał. Jeśli dzisiaj szukacie państwo tej książki, to jeśli w antykwariacie, to jesteście państwo w stanie się na nią natknąć.
Ale nowy wydawca zmienił tytuł. Ta książka, jeśli mnie pamięć nie myli, nosi obecnie tytuł „Pan Samochodzik i dziwne szachownice”. Tytuł się zmienił, ale w PRL-u funkcjonował ten Arsène Lupin. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem, bo wiecie państwo, to jest taki ogrom materiału, że pewne nieścisłości mogły się wkraść, za które już z góry od razu przepraszam. Ale zauważcie państwo, ten zabieg ze stosowaniem bohaterów masowej wyobraźni był z punktu widzenia marketingowego, to, o czym Piotr wspominał, niejako z podwójnej sprzedaży, to było bardzo nośne. I myślę, że to wtedy grało. Zauważcie państwo Jak to działało? W PRL-u pojawiła się też książka "Pan Samochodzik i człowiek z UFO." Tak, wtedy UFO również było na topie. Ta książka też zmieniła tytuł. Ona nosi dzisiaj...
Zapomniałem. Chyba "Nieśmiertelny Samochodzik." Jakoś tak. To już musicie Państwo sami sprawdzić, bo UFO dzisiaj w innym kontekście się patrzy na samo zjawisko, ale wtedy było w punkt i tego rodzaju zabiegi Nienacki stosował. Ja bym, Piotrze, chciał jednak wrócić do serialu, bo ten serial to było też coś, co mocno pobudzało wyobraźnię. Jak mocno? Proszę Państwa, jaki ja byłem zdziwiony, kiedy pojechałem do Radzynia Chełmińskiego. Tam wznosi się zamek templariuszy. W pierwszych odcinkach on się pojawia, gdzie jest jeszcze brodacz, gdzie takie jest miasteczko namiotowe i oni tam tego skarbu szukają. Ale ja zapamiętałem to miejsce i to jest magia kina, magia filmu, że ten zamek leżał nad jeziorem. Ale w Radzyniu żadnego jeziora nie ma.
W każdym razie nie takie. Jest tam coś wyschniętego, bagnistego, ale to w ogóle nie to. Bo jak kamera patrzyła na zamek, to był zamek. Jak się odwracała, to była w innym miejscu, ale myśmy tego nie zauważali. I dla mnie już zawsze ten zamek w Radzyniu Chełmińskim jakoś będzie się kojarzył z zamkiem nad jeziorem. I w ogóle muszę powiedzieć, że takich różnych smaczków, w internecie na przykład są obecne filmy, które śledzą miejsca, w których "Pan Samochodzik" był nagrywany. I właśnie Radzyń Chełmiński, ale nie wiem, czy Państwo pamiętacie, w końcowych odcinkach Pan Samochodzik pojawia się w takiej wsi, gdzie jest kościółek. W tym kościółku jest przecież, nie powiem, co jest w tym kościółku, bo może ktoś jednak nie oglądał serialu, to zepsułbym zabawę. To jest kościół, o ile mnie pamięć nie myli, z miejscowości Okoniny albo gdzieś w pobliżu. Też tutaj stosunkowo blisko nawet od Bydgoszczy.
I cóż, ten kościół na przykład zabytkowy to wszystko oczywiste, ale ja zapamiętałem tam z tych scen na przykład aktora. Nosił nazwisko Milski. Grał też woźnego w innym kultowym filmie PRL-owskim "Gruby", o którym jeszcze nie mówiliśmy. Pewno kiedyś powiemy. To taka postać dosyć znana. Zawsze jak ja pamiętam, to zawsze grywał staruszków. Taki wiek. Ale w dodatku to był kościelny. Jak był kościelny, to nadużywał alkoholu, spijał wino mszalne. Nawet ksiądz o nim mówił: "Jak to się dzieje, że każdy jego kościelny musi być pijakiem?" PRL jakoś tak lubił mieszać te rzeczy.
Czy to robił słusznie, czy niesłusznie, to jest inna sprawa. Zresztą szalenie zabawne sceny w tym kościele się odbywają, kiedy ten Milski zamyka Samochodzika i jego młodych przyjaciół, bo mu ten człowiek z ekipy konkurencyjnej powiedział, że to są złodzieje i tak dalej. Ja naprawdę, proszę Państwa, do filmu "Samochodzik i templariusze", do serialu mam ogromny sentyment. Uważam, że to, tak jak Piotr powiedział, jest świetnie zrobiona robota. Skróty w stosunku do książki absolutnie wybaczalne. Co więcej, to jest nowa jakość, naprawdę nowa jakość, inne podejście. Świetna robota moim zdaniem. Naprawdę świetna. Zapraszam na Recenzarium Evivy. W dzisiejszym odcinku „Powtórka”.
[03:07:57] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Lubicie takie filmy jak „Powrót do przyszłości” czy „Wehikuł czasu”, czy „Efekt motyla”? Myślę, że mają one wielu zwolenników. Mnie osobiście temat podróży w czasie nigdy specjalnie nie kręcił. Nawet w serialach z franczyzy „Star Treka” bardzo nie lubię odcinków, które się do niego odnoszą. Pewnie dlatego, że po ojcu odziedziczyłam umysł dość ścisły i pewnego rodzaju nonsensy budzą we mnie sprzeciw. Sprzeciw, z którym nie potrafię sobie poradzić. Jednym z nich jest możliwość skakania po czasie, że się tak wyrażę. Dość ładnie się z tym rozprawił w swoich książkach Stanisław Lem, ale to nie o nim chcę teraz mówić. Istnieje swoisty dział dotyczący właśnie literatury podróży w czasie.
Mianowicie jest to temat dość rzadko eksploatowany, ale bardzo interesujący. Człowiek zasypia albo umiera i budzi się nagle jako nastolatek, dysponując wiedzą całego swego życia. Co wtedy zrobi? W jaki sposób uniknie pułapek, w które wpadał na przestrzeni swojego życia? Właśnie o tym mówi książka pod tytułem „Powtórka” napisana przez Kena Greenwooda. Jeff Winston jest zwykłym człowiekiem. Takim, który miewa wzloty i upadki i różne swoje problemy. Pewnego razu po prostu umiera na serce, ale nie do końca, jak się okazuje, bowiem budzi się jako człowiek bardzo młody, jeszcze nieletni, ale zachowując pamięć o wszystkim, co robił i wszystkim, czego się dowiedział. Postanawia to wykorzystać przede wszystkim w- Ponieważ zna na przykład wyniki gonitw konnych, za pomocą obstawiania właściwych faworytów zyskuje pewien kapitał. Potem idzie już mu coraz łatwiej.
Jednak nie wszystko jest takie, jak mu się wydawało, że może być. Nie do końca bowiem można manipulować swoim życiem. Książka jest bardzo ciekawa. Jak już zauważyłam, porusza ten temat: czy bylibyśmy w stanie, wiedząc, co się wydarzy, uniknąć tego? A może właśnie nie? Niektóre filmy, takie na przykład jak „Peggy Sue wyszła za mąż” raczej optują za tym, że wynik końcowy będzie ten sam, choć możemy do niego dochodzić różnymi drogami. Jest również odcinek serialu „Kruk. Droga do nieba” — nie mylić z serialem „Kruk” polskiej produkcji ostatnich lat — w którym główny bohater otrzymuje trzykrotnie szansę przeżycia jeszcze raz dnia, w którym został zamordowany razem ze swoją narzeczoną i uniknięcia tego, co się stało. Okazuje się to jednak niemożliwe. Mimo że doskonale wie, co się zdarzy, nie udaje mu się ocalić ani siebie, ani swojej narzeczonej.
Właściwie podobną sytuację mamy właśnie w „Powtórce”, z tym że Jeff wpada w jakąś pętlę. Dochodząc bowiem do wieku, w którym umarł, umiera znowu i znowu budzi się jako nastolatek. W książce nie zostało wyjaśnione, dlaczego tak się dzieje. Czy to jest jakaś kara? A może wręcz przeciwnie, jest to podarunek od jakiejś wyższej siły, możliwość przeżywania życia za każdym razem na nowo, układania go sobie w sposób, który wydaje się najlepszy, biorąc pod uwagę doświadczenia poprzednie. Trudno powiedzieć. W każdym razie temat został przedstawiony w sposób niesablonowy i w gruncie rzeczy dość niepesymistyczny, tylko raczej z ostrożnym optymizmem, że możemy jednak w takiej sytuacji troszeczkę poprawić i swoje życie, i swoje relacje z innymi. Czy coś takiego byłoby tak naprawdę możliwe? Oczywiście takie pytanie wydaje się czymś czysto akademickim. Czy byłoby możliwe coś, co wydarzyło się tylko w literaturze fantasy czy science fiction?
Osobiście nie wierzę w podróże w czasie, ale tutaj właśnie mamy do czynienia z czymś szczególnym, ponieważ to, co opisał Greenwood, równie dobrze może dziać się tylko w głowie bohatera. No właśnie, to nie jest sprecyzowane. Być może, że rzeczywiście człowiek umarł, dostał drugą szansę, a potem jeszcze jedną, potem następną. Ale kto wie. Być może przez cały czas siedzi on zamknięty w jakimś zakładzie psychiatrycznym i wszystko to, co zostało opisane, dzieje się tylko w jego świadomości. To jest też jeden ze sposobów interpretacji tej książki. Mimo wszystko jednak, mimo wszystkich naukowych przemyśleń i zdroworozsądkowych, gdzieś tam na dnie serca czytelnikowi tli się nadzieja: a może któregoś dnia mnie to spotka? Obudzę się jako kilkunastoletni chłopak, ewentualnie dziewczyna i będę mógł naprawić wszystko to, co poszło źle. Inaczej się zachować, pójść na randkę z inną dziewczyną, zwrócić uwagę na innego chłopaka, być lepszym dla swoich rodziców, bardziej przyłożyć się do nauki, żeby to wszystko, wszystkie nasze błędy, żeby można tak było naprawić. Powiem wam w tajemnicy: sama bardzo bym tego chciała, żeby to było możliwe.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:13:16] - Kolejny odcinek „Bez Tajemnic”. A w tym odcinku omówienie książki „Opętania. Historie prawdziwe” Ed i Lorraine Warren. Sięgając po tę książkę oczekiwałem czegoś innego. Miałem nadzieję, że będzie ona przypominała bardziej książkę Wandy Protnickiej pod tytułem „Opętani przez duchy”, która jest bogata w treść. Tutaj Warrenowie napisali powieść z wątkami ezoterycznymi. Można się pobawić, można miło spędzić czas, ponieważ te historie są prawdziwe, więc jest jakiś tam dodatkowy dreszczyk emocji. Ale w tej książce nic nie jest wyjaśnione, zjawiska nie są wytłumaczone. Czytelnik nie dowie się, dlaczego dana sytuacja miała miejsce. Jeżeli ktoś lubi dreszczowce, może sobie do poduszki poczytać, ale niczego się z tej książki tak naprawdę nie dowie.
Może nie, że niczego. Niewiele się dowie. Nie jest to książka dla osób, które szukają odpowiedzi. Nie jest to książka dla badaczy. Nie jest to książka dla osób, które chcą zgłębiać swoją już zdobytą wiedzę spirytystyczną. Więc niestety nie polecam tej książki. Nie jest ona takim wiarygodnym w spirytystycznym sensie źródłem informacji. Ed i Lorraine Warrenowie przebadali wspólnie tysiące spraw związanych ze zjawiskami nadnaturalnymi. Napisali razem wiele artykułów i książek, prowadzili też wykłady na uczelniach. Oboje idealnie się uzupełniali, wykorzystując wiedzę i umiejętności.
Domeną Eda, jedynego świeckiego egzorcysty zaakceptowanego przez Watykan, były przypadki nawiedzeń i opętań. Lorraine natomiast była niezwykle wrażliwym medium. Ed zmarł w roku 2006. Jego żona Lorraine odeszła w roku 2019. Nie tylko z opisu książki, ale także z treści książki wynika, że Lorraine Warren była bardzo utalentowanym medium, wszechstronnie uzdolnionym. Była medium widzącym, medium słyszącym, medium sensytywnym. Niestety jej poglądy na manifestacje spirytystyczne pozostają pod dużym wpływem katolicyzmu i to skutkuje niekonsekwencjami w narracji książki. Choć sytuacje przedstawione w książce opisane są jako prawdziwe, tak naprawdę trudno jest traktować tę książkę jako rzetelne źródło informacji, ponieważ jest więcej opowiadania niż wyjaśnień danych fenomenów. Z opisu książki dowiedzieliśmy się, że Ed Warren był jedynym świeckim egzorcystą akceptowanym przez Watykan, ale w internecie, poza artykułami, które powielają te informacje, nie znalazłem żadnego oficjalnego oświadczenia Kościoła, które rzeczywiście potwierdziłoby te informacje. Niemniej na podstawie treści książki, a podkreślam, że to jest jedyna książka Warrenów, którą do tej pory przeczytałem i opieram się tylko na treści tego konkretnego wydania.
Z treści książki wynika, można się domyślać, że działania Warrenów, czyli poszukiwanie tych informacji, kontaktowanie się z duchami, a także próba samodzielnego przeprowadzenia egzorcyzmu, to wszystko spotykało się z akceptacją duchownych, ponieważ w żadnym miejscu nie jest napisane, żeby którykolwiek z duchownych zwrócił uwagę na to, że na przykład wszystkie duchy, z którymi się kontaktują, to są demony. A takie zarzuty spirytyści często słyszą. Nie jest wykluczone, że Warrenowie specjalnie dostosowali swój język do języka kleru, aby móc z tym klerem spokojnie współpracować. Z drugiej strony zaskakuje pewna naiwność z punktu widzenia spirytyzmu oczywiście. Zaskakuje pewna naiwność, gdzie Warrenowie, a konkretnie Lorraine Warren, przypisuje siłą nadprzyrodzonym odpowiedzialność za jakieś zjawiska atmosferyczne. Na przykład podczas lotu samolotem natrafili na silne turbulencje i Lorraine Warren od razu stwierdziła, że to demony ich atakują, bądź w innej sytuacji, gdy mieli udać się na egzorcyzm, zerwała się wichura i też od razu Lorraine zinterpretowała tę sytuację jako ostrzeżenie, że to demony ostrzegają, że nie powinni się w tę historię mieszać. Rzeczą, która powoduje mętlik w głowie czytelnika, jest dosyć szerokie zastosowanie określenia istoty demoniczne. Warrenowie już na samym początku książki informują, że tym określeniem będą nazywali duchy zmarłych ludzi, a także duchy istot, które nigdy nie wiodły życia cielesnego. W efekcie na podstawie opisu zachowania duchów czytelnik ma problem, aby połapać się, czy ma do czynienia rzeczywiście z duchem, czy z demonem. Z treści książki jednak wynika, że Warrenowie nazywają demonami wszystkie te istoty duchowe, które podczas manifestacji zmieniają temperaturę powietrza i odór.
Innymi słowy, autorzy książki przypisali demonom zachowanie, które według spirytystów jest charakterystyczne dla duchów niskich, czyli duchów odpowiedzialnych za efekty fizyczne. Poza tym Warrenowie napisali, że jeżeli siłą demonicznym rzuci się wyzwanie, muszą one koniecznie zademonstrować swoją przewagę, swoją dominację. Ale takie zachowanie jest także charakterystyczne dla duchów ludzi, których historie są opisane w tej samej książce. Na przykład w taki sam sposób zachowywał się dziadek jednej z ofiar, która została opętana. Duch dziadka. Duch dziadka, który opętywał dom, który próbował wymóc na rodzinie jakieś konkretne decyzje, a także w taki sam sposób zachowywała się żona Macarthura, pani Macarthur, która nawiedzała West Point. Natomiast w innym rozdziale opisującym egzorcyzmowanie nastolatki, gdzie rodzina ofiary jasno mówi, że w domu widziała upiorne postacie ludzkie, Warrenowie mniej więcej w tym samym miejscu nazywają te duchy demonami. No ale dlaczego? Najwyraźniej chyba tylko dlatego, że podczas egzorcyzmu zmieniła się temperatura powietrza i odór w mieszkaniu, ale poza tym nie było żadnego powodu. Czytając ten rozdział zastanawiałem się, skąd Warrenowie czerpali wiedzę teoretyczną na temat zjawisk spirytystycznych, bo na pewno nie z literatury fachowej.
Inny dziwny przykład. Lorraine Warren napisała, że demony lubią przestawiać przedmioty i że robią to złośliwie, ale w spirytyzmie znane jest takie zjawisko, nazywa się przeniesieniem i za to zjawisko odpowiadają duchy zmarłych ludzi, które lubią się takimi rzeczami zajmować. W "Opętaniu Warrenów" czytamy, że nic nie jest w stanie przygotować człowieka na atak demoniczny. Owszem, można przygotować się na atak złych duchów, które Warrenowie nazywają demonami poprzez miłosierdzie, prawe życie, modlitwę i ufność do Boga. I to nie jest żaden mój wymysł, ani nawet wymysł spirytyzmu. Nawet ksiądz Glass, egzorcysta, którego zacytowałem w jednym z moich ostatnich materiałów, również o tym opowiadał. Katolicy również są co do tego zgodni. Dlaczego w takim razie Warrenowie nic na ten temat nie napisali? W rozdziale poświęconemu opętaniu erotycznemu, w którym duch zgwałcił dziewczynę, autorzy książki naprzemiennie tę samą istotę duchową nazywają raz duchem, a raz demonem. Mimo to, że dziewczyna otwarcie stwierdziła, że przyszedł do niej duch zmarłego 18-latka, który zmarł wiele lat wcześniej i szeptał jej na ucho różne sprośności i ona tego ducha czuła, w takim sensie erotycznym, ale osobowościowym.
Ten duch był po prostu. I mimo to, że pod koniec historii okazało się, że rzeczywiście zgwałcił ją duch zmarłego człowieka, a nie jakiś tam rzekomy demon przybyły nie wiadomo skąd, autorzy książki nagminnie używali określenia demon. Mętlik jak u Agathy Christie. Wniosek nasuwa się taki, że dla Warrenów duch i demon to jest jedno i to samo, jak dla spirytystów. W gruncie rzeczy to jest pozytywny wniosek, bo tak naprawdę tak właśnie jest. Ale katolicy, którzy czytają tę książkę, nie rozróżnią demona od ducha. To znaczy rozróżnią, a nie powinni, ponieważ to jest ten sam rodzaj istot. Dlatego nic dziwnego, że katolicy czytający tę książkę później uważają, że każdy duch jest demonem. Niniejsza książka jest również dobrym przykładem na wątpliwą skuteczność egzorcyzmów katolickich, ponieważ na około 14 spraw opisanych w tej książce tylko dwa opętania zostały pozytywnie egzorcyzmowane przez księdza katolickiego. Można też dodać, że w przypadku większości tych historii obecność Warrenów w ogóle nie była konieczna.
Może poza tym, że naprowadzili egzorcystę na konkretny przypadek opętania, który można było później ewentualnie rozwiązać, ale jak już wspomniałem, tylko dwa zostały pozytywnie zakończone. I co poza tym Warrenowie tam zrobili? Porozmawiali z ludźmi, zebrali informacje i wrócili do siebie. I tak kończyła się większość historii. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:23:40] - Na koniec dzisiejszego spotkania zostawiłem wspomnienia z ABW. Dzisiaj wspomnienia nietypowe. Przypomnę, cały czas zachęcam do nadsyłania opowiadań. Ivellios sprytnie umieści pod dzisiejszą audycją kolejną zachęcajkę, kolejną przypominajkę i kolejne namiary do nadsyłania owych opowiadań. A dlaczego dzisiejsze wspomnienia z ABW są nietypowe? Dlatego, że przenosimy się do odcinka 84. ABW z 2020 roku, a konkretnie z 25 grudnia 2020 roku, kiedy to Marek Sęk "Ivellios" czytał dla państwa powieść z 1895 roku. Ale nie bójcie się państwo, nie uciekajcie. Powieść Pascala Grousset, wydana pod pseudonimem André Lorie. A powieść ta zatytułowana była Podróż-
[03:24:44] - Myślę, że to było André Lori.
[03:24:46] - Tak. I zostawmy to. Państwo widzicie, jak ja czasami te nazwiska przekręcam. Na szczęście jest ktoś, kto czuwa nad tym, żeby to moje gadanie nie przekształciło się w jakiś kociokwik, więc André Lori. Dobrze, teraz chyba. „Podróż na Marsa”. Właściwie to w oryginale przedwojennym tytuł brzmiał „Podróż na Mars”, ale postanowiłem, że zostaniemy jednak przy współczesnym języku polskim. Zapraszam państwa serdecznie.
[03:25:24] - Pascal Grousset pod pseudonimem André Lorie. „Podróż na Marsa”. Wydanie pierwsze w języku francuskim, 1895 rok. Pierwsze wydanie polskie 1920. Tłumaczenie Marian Twardnicki. Rozdział pierwszy: Podróż na Marsa. Nazywam się Henryk Brideau. Mieszkam w Paryżu przy ulicy Lila, zajmując się praktyką lekarską. Mam lat 28 i urodziłem się w Beuies, w departamencie Oise. Przysięgam, że będę mówił bez nienawiści i trwogi i powiem jedynie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.
[03:26:12] - Zaprzyjaźniłem się z Asaph'em Challonge przed jakimiś dziesięciu laty. Poznaliśmy się w restauracji de la Source, kiedyśmy obaj byli na drugim roku medycyny. Zdaje mi się, że pochodził z Ameryki. W każdym razie wiem z całą pewnością, że przybył do Paryża z Nowego Jorku. Co do tego nie mogę nic bliższego jednak powiedzieć, gdyż nie zadawałem memu przyjacielowi nietaktownych pytań, a nie znałem jego dalszej lub bliższej rodziny. Mój przyjaciel musiał posiadać znaczny majątek, sądząc z tego przepychu, jakim był otoczony w swym pawilonie przy ulicy Świętego Wilhelma. Pawilon ten znajdował się w końcu wielkiego ogrodu i został wydzierżawiony przez mego przyjaciela na przeciąg osiemnastu lat. Asaph zbudował sobie w nim małe obserwatorium astronomiczne, w którym spędzał często całe noce, badając gwiazdy. Trzeba bowiem państwu wiedzieć, że jego pragnienie wiedzy nie miało granic i umysł jego równie interesował się naukami ścisłymi, jak i fizjologią i histologią. Powodowany dziwactwem mieszkał sam w swym pawilonie bez sługi lub jakiegoś bliskiego towarzysza, przyjmując u siebie jedynie najbliższych przyjaciół.
Codziennie jadał śniadanie w pobliskiej kawiarni pomiędzy jedenastą a dwunastą. W tym czasie przychodziła do jego mieszkania posługaczka, która doprowadzała je do porządku. Starając się nie spotykać ze swoją służącą, Challonge pozostawiał zawsze na kominku kilka drobnych monet niezbędnych na wydatki domowe. Zapewniał mnie też niejednokrotnie, że jedynie w Paryżu udało mu się urzeczywistnić podobny ideał życia domowego. Była to jedna z przyczyn, które w połączeniu z łatwością, z jaką udawało mu się w Paryżu zaspokoić swój głód wiedzy, pobudziły go do obrania sobie tego miasta za stałe miejsce pobytu. Było nas pięciu czy sześciu ludzi, z którymi Asaph utrzymywał bliższe stosunki. Niektórzy stanowili jego zwykłą partię w domino. Wszystkim nam znany był jego bardzo spokojny i nieromantyczny sposób życia. W stosunku do kobiet zwykł był nawet wyrażać pewną pogardę, która niekiedy przybierała dość przykry charakter. Mawiał, że kobiety są stworzeniami niższego rzędu, niezdolnymi do większego wysiłku i poważnego traktowania nauki.
Kiedy powstało zagadnienie o dopuszczeniu kobiet do szpitali w charakterze pomocników lekarzy, to Asaph znalazł się w liście najzagorzalszych przeciwników tego projektu. Szacunek, jakim Challonge darzył profesora Charcot wzrósł ogromnie po egzaminie, w czasie którego profesor ten oszołomił i zmieszał swym słynnym konceptem kobietę lekarza, która broniła swej rozprawy doktorskiej przed szeregiem profesorów. Asaph pilnie odwiedzał klinikę Salpêtrière i chętnie nawet zezwalał na czynienie na nim różnych doświadczeń fizjologicznych. Tu rozpoczyna się najistotniejsza część mego zeznania i na szczęście wszystko, co powiem, mogą potwierdzić liczni świadkowie. Asaph Challonge nie tylko że namiętnie interesował się wszystkim, co miało styczność z hipnotyzmem, ale sam był medium ogromnie odpowiednim do doświadczeń hipnotycznych. Chcę przez to powiedzieć, że ogromnie łatwo poddawał się sugestii i wyróżniał się wyjątkową wrażliwością na hipnozę i można go było uśpić bez najmniejszej trudności. I wtedy ujawniał on nadzwyczajne właściwości. Należał do rodzaju osób, które będąc zahipnotyzowane, zachowują pełnię przytomności. Osoby tego rodzaju są wielką rzadkością i posiadają zadziwiającą zdolność rozdwajania osobowości. Podczas sztucznego snu jedno ja żyje w dalszym ciągu życiem rozumnego stworzenia, to jest myśli, działa, mówi jak w normalnym stanie wtedy, kiedy drugie ja, sabowtór, jeśli chcecie, zachowuje się jak istota zupełnie bierna i pozbawiona woli.
Nie wiem, czy wyraziłem się dostatecznie jasno i byłoby może dobrze, gdybym przytoczył przykład dla wyjaśnienia tego zjawiska. Rzecz wydarzyła się pewnego dnia rankiem w przedpokoju tej małej sali, w której zbierali się słuchacze profesora Charcot. Przybyliśmy do kliniki Salpêtrière zbyt późno i dlatego nie braliśmy udziału w przeglądzie chorych, oczekując na profesora w towarzystwie pięciu czy sześciu innych studentów, którzy podobnie jak my spóźnili się na wykład. Asaph siedział przede mną na krześle, plecami zwrócone do mnie. Przyszła mi wtedy nagle do głowy myśl, czy udałoby mi się go zahipnotyzować z tyłu, trzymając rozpostarte ręce z odległości pięciu, sześciu centymetrów od jego głowy. Na tych próbach minęły jakie dwie minuty. Nagle Asaph wyprostował się, odrzucił głowę na poręcz krzesła i powiedział tonem lekkiej wymówki: "Mało jest w tym mądrego, co pan tam robi". "Dobrze" — odpowiedziałem, nie przypuszczając nawet, że jest już uśpiony. Pozwoliłem sobie na tę niewielką rozrywkę, aby skrócić nasze oczekiwanie. "Toteż radzę panu pospieszyć się, bo profesor już zbliża się" — odpowiedział Asaph z wysiłkiem, który wstrząsnął jego ciałem.
Dopiero teraz zrozumiałem, że jest w transie. "Skąd pan wie o tym, że profesor się zbliża?" — spytałem. "Po prostu widzę go. Znajduje się teraz we wschodnim skrzydle gmachu, na końcu korytarza oznaczonego literą B i właśnie teraz zstępuje ze schodów". Byłem zdumiony tą odpowiedzią, nie wiedząc, co o tym sądzić. Czy Asaph drwi ze mnie, czy też naprawdę widzi profesora, którego dzieliło od nas kilka budynków i około trzydziestu ścian? Chciałem dokładnie sprawdzić to zjawisko. "Zatem twierdzi pan, że go pan widzi. Cóż wobec tego trzyma w ręku?" "Książkę. Dzieło doktora MacKenzie.
A oto teraz pokazuje 117. stronicę swemu tymczasowemu pomocnikowi N." "Jest pan tego pewny?" "Oczywiście. W tej chwili właśnie oddaje książkę do rąk N. i wyciąga z kieszeni list z czarną pieczątką. Otwiera kopertę i czyta list z wyrazem zdziwienia. Teraz przechodzi przez podwórko." Wchodzi do pawilonu. Otóż i on sam. Rzeczywiście odgłosy licznych kroków i głośnej rozmowy zwiastowały zbliżanie się profesora. Ledwo zdążyłem dmuchnąć Azefowi na czubek głowy, aby go zbudzić, gdy drzwi się otwarły i wszedł profesor. Doktor Charcot trzymał w ręku list z czarną obwódką, a jego pomocnik N.
właśnie zamknął książkę, która była tak jak Azef powiedział, dziełem Mackenzie, co łatwo mogłem sprawdzić, kiedy pomocnik profesora przechodził obok mnie. Spojrzałem na Charcot. Był już zupełnie przytomny i patrzył na mnie z uśmiechem. „A co? A nie mówiłem panu?” — dodał, aby zakończyć incydent. Ludzie nieznający się na hipnotyzmie nie znajdą nic nadzwyczajnego, być może w tej anegdocie, którą wybrałem z tysiąca podobnych, ale w rzeczywistości jest to wprost bezprzykładny wypadek. I co się mnie tyczy, to w życiu swoim nigdy nie udało mi się spotkać innego człowieka, który by przechodząc od snu do jawy i odwrotnie, zupełnie zachował przytomność i pamięć. Jako człowiek nauki wzdragam się nieco mówić tu o tej przesadzie, w jaką z łatwością wpadał Azef, kiedy zdarzyło mu się opowiadać o swych zdolnościach medialnych. Ale moje opowiadanie byłoby niekompletne, gdybym nie powiedział i o tym. Zapewniał, nie myślcie bynajmniej, że się tym chwalił.
Trzeba było być z nim na bardzo przyjacielskim stopie, aby zdecydował się mówić o swych wrażeniach, że niekiedy w czasie snu hipnotycznego wyraźnie rozróżniał rozdwojenie swojej osobowości. Także w rzeczywistości było wtedy dwóch Azefów. Jeden rzeczywisty, ziemski, śpiący w miejscu, gdzie go zastał sen hipnotyczny. Drugi zaś niematerialny, przezroczysty, nieważki. Był jakby odbiciem ziemskiego Azefa w lustrze. Ten drugi Azef przenosił się w przestrzeń, oddzielając się od swojego ziemskiego pierwowzoru, z równą łatwością pokonując odległość, jak i wszelkie przeszkody, które na drodze swej wędrówki napotykał. Temu rozdwojeniu swego ja zawdzięczał Azef według swego zdania możność jasnowidzenia. Nie ma chyba potrzeby dodawać, że nie ręczę osobiście za prawdziwość tego wyjaśnienia. Dodam nawet, że według mego zdania to wyjaśnienie niczego właściwie nie wyjaśnia i że mój rozum nigdy nie zgodzi się na możliwość podobnego rozdwojenia. Ze stuprocentową pewnością nie dowiodą mi jego istnienia.
Moi dawni przyjaciele i nauczyciele dobrze wiedzą, jakie mam w tych sprawach poglądy. Jeśli wspominam tu o tej teorii Azefa, to jedynie dlatego, że w warunkach, jakie się wytworzyły, jest to moim obowiązkiem. Wszyscy, którzy mieli możność stykania się z Azefem wiedzą, że odznaczał się miękkim charakterem i niezwykłą uprzejmością. Chętnie pozwalał na czynienie z nim różnych doświadczeń i nawet sam starał się wynaleźć nowe rodzaje eksperymentów, aby wspólnie ze mną badać swe nadzwyczajne zdolności. Najdziwniejszą jednak ze wszystkich rzeczy była jego zdolność zapadania w trans drogą samohipnozy. Zdolność, którą odznaczają się bardzo nieliczne media i którą udało się, o ile wiem, zaobserwować zaledwie u dwóch czy trzech osób. Wystarczyłoby, Azef zechciał tylko, a zasypiał natychmiast i budził się o ściśle z góry przez siebie oznaczonej godzinie. Nie tracił przy tym zupełnie przytomności i nabywał zdolności jasnowidzenia. Ostatnio staraliśmy się razem z Azefem wyjaśnić wpływ, jaki mają na niego mózg rozmaite trucizny spożywane przezeń w różnych dozach. Co się tyczy wyglądu zewnętrznego, to Azef, jak to mogliśmy sami zauważyć, wyróżniał się prawdziwie atletyczną budową ciała, a jego łagodne oczy harmonizowały doskonale ze szczerą i otwartą twarzą, która gdy się uśmiechał, jaśniała blaskiem wspaniałych zębów.
A teraz, po tym niewielkim wstępie przystąpię bezpośrednio do tego, co stanowi istotę mojego opowiadania. Przed mniej więcej dziesięciu dniami, około godziny piątej po południu przechodziłem przez podwórze Instytutu, gdy nagle spotkałem Azefa Charcot, który jak mi się zdawało, był w stanie silnego zdenerwowania. „Mój przyjacielu” — powiedział, biorąc mnie pod rękę. „Właśnie byłem obecny przy czytaniu memoriału Schiaparellego, który odkrył kanały na Marsie. Jest to rzecz nadzwyczaj interesująca i nowa, ale niestety tak niekompletna. Pomyśl tylko. Zrobiono kolosalny krok naprzód w poznaniu sąsiedniej planety, ale mimo to upłynie jeszcze bardzo wiele lat, zanim uda się nam nawiązać kontakt z mieszkańcami Marsa drogą sygnalizacji świetlnej. Znajduję, że jest to haniebne dla ziemskiej ludzkości. Czy nie zgadzasz się z moim zdaniem?” Jak to? Znamy Marsa już prawie równie dobrze, jak nasze pięć palców.
Wiadoma jest nam jego masa, gęstość, grawitacja na jego powierzchni. Wiemy, że są tam morza i cały szereg kontynentów wzdłuż równika. Na Marsie jest atmosfera podobna do naszej ziemskiej. Dwa księżyce, lody podbiegunowe topniejące wiosną i znów powracające jesienią. Rok na Marsie jest dwa razy dłuższy od naszego, ale pory roku są takie same jak na Ziemi. Wiemy, że warunki życia na Marsie są bardzo podobne do tych, jakie mamy na Ziemi i dlatego, jeśli chcemy być zupełnie logiczni, musimy przypuszczać, że mieszkańcy Marsa są zupełnie lub bardzo do nas podobni. A jeśli dodamy do tego wszystkiego jeszcze i odkrycie uczynione ostatnio na jego powierzchni. Weź pod uwagę tą prawidłową i symetryczną sieć, która widocznie jest dziełem rąk ludzkich, a którą z braku lepszego określenia nazywamy kanałami, choć rozmiary ich wydają się wprost gigantyczne z naszego ziemskiego punktu widzenia. A po tym wszystkim proponują nam, abyśmy uspokoili się i siedzieli ze złożonymi rękami, zadowalając się tymi skąpymi wiadomościami. Nie, panowie.
Słuchaj, mój przyjacielu, ten stan oburza mnie, a wobec tego, że udało mi się złapać cię, to podam ci projekt, jaki zrodził się w mojej głowie. Asafe był widocznie wzburzony i starałem się nie przeszkadzać mu w swobodnym wypowiadaniu swych myśli. Mam straszne pragnienie, ciągnął dalej i chętnie wypiję szklaneczkę absyntu, co jak wiesz, rzadko mi się przytrafia. Przejdźmy się do Café Régence. Będzie nam tam wygodniej porozmawiać. Przybywszy do kawiarni zażądaliśmy napoi chłodzących, ale wbrew memu oczekiwaniu Asafe nie wrócił już do tematu, który tak go wzburzył przed kilku minutami. Widać było, że jest całkowicie pochłonięty swymi myślami i z roztargnieniem dzielił się ze mną wrażeniami z ostatniej premiery teatralnej i posiedzenia parlamentu. Gdzie dzisiaj jesz kolację? — spytał mnie nagle. Jeśli chcesz, spędzimy razem wieczór.
Będę ci mógł także zademonstrować kilka nowych, ciekawych rzeczy. Zgodnie z życzeniem Challange zjedliśmy obiad i około godziny 8 wieczór, paląc świetne cygaro, z wolna poszliśmy w kierunku domu Asafa przy ulicy Świętego Wilhelma. W gabinecie oczekiwały na nas miękkie fotele, w których też natychmiast zagłębiliśmy się. Teraz nadszedł już czas, abym cię wtajemniczył w mój projekt — odezwał się Asafe. Wiesz, że kazałem zbudować sobie kopułę, w której znajduje się teleskop zupełnie zdatny do przeprowadzenia obserwacji astronomicznych. Jeśli chcesz zobaczyć Marsa w całej jego krasie, to korzystaj z okazji. Mars znajduje się od nas w możliwie najbliższej odległości, co zdarza się raz na 17 lat. Nie masz, jak widzę, ochoty ruszać się z miejsca. Myślisz, żeś dostatecznie poznał naszego sąsiada we wszechświecie? Niechże tak będzie.
To nieważne. Najważniejszym jest to, abyś spełnił ściśle to, o co cię będę prosił. Wiedz zatem, kochany doktorku, że postanowiłem natychmiast udać się na Marsa i nie zmienię swego zamiaru. Mam nadzieję, że nie zechcesz odmówić mi swej pomocy w tej wyprawie. Wtedy tylko będę mógł dać ci określoną odpowiedź, jeśli będziesz łaskaw wyjaśnić mi, na czym ma polegać moja pomoc. Odpowiedziałem z pewnym rozdrażnieniem, gdyż zdawało mi się, że mój przyjaciel miał zamiar zadrwić ze mnie. Znasz doskonale moje zdolności hipnotyczne, ale na pewno nie wiesz, bo ukrywałem to przed tobą starannie, że niewielka dawka zastrzyknięta morfiny podwaja, a nawet zwiększa czterokrotnie moją zdolność poddawania się sugestii w czasie transu. W tych wszystkich wypadkach, w których tak zachwycałeś się moim jasnowidzeniem, byłem właśnie pod wpływem morfiny. Otóż zrobię sobie dwa lub trzy zastrzyki, po czym zapalę cygaro, aby dać czas morfinie na działanie. Za kwadrans rozpoczniemy doświadczenie.
To jest uśpisz mnie ze zwykłą swą maestrią, a kiedy popadnę już w trans, to powiesz mi po prostu: Asafie, porzuć ziemię. Niech ją porzuci ta nieuchwytna, nieważka część twojego ja, która stanowi jakby niewidoczną kopię ziemskiego Asafa, dla której nie masz ani odległości, ani przeszkody. Udaj się na Marsa, korzystając z jednego z tych promieni światła, jakie nam posyła. Rozwiąż zagadkę tajemniczych kanałów, które niepokoją tyle ziemskich umysłów, a potem wróć do nas, kiedy nadejdzie czas i opowiedz nam to, co ci się uda zobaczyć. Jak ci się podoba mój pomysł? W każdym razie wydaje mi się dość oryginalny — odpowiedziałem. Pytanie tylko, jakie przyniesie wyniki. To już moja sprawa — odpowiedział Asafe z najpoważniejszym wyrazem twarzy. Dostaniemy tą drogą wiadomości o Marsie, jakich nam teraz brak. Rzecz jest jasna jak dzień.
Możemy to łatwo sprawdzić i będziemy mieli wtedy sumienie zupełnie czyste. Odpowiedziałem, wstając, aby uśpić Asafa siedmiu czy ośmiu ruchami, jak to często zwykłem robić. Poczekaj chwilkę! — wykrzyknął. Bądźmy systematyczni. Daj mi czas zastrzyknąć sobie morfinę oraz powiedzieć kilka słów o tym, jak ma się wszystko odbyć. Mówiąc to, wydobył ze swej kieszeni niewielki futerał z przyrządami chirurgicznymi. Wyjął z niego wszystko niezbędne do zastrzyku morfiny i zrobił sobie dwa lub trzy ukłucia w rękę. Czy rozumiesz dobrze — ciągnął, zapalając drugie cygaro — że mamy dokonać eksperymentu, który jest niezwykły? Mars nie znajduje się na końcu ulicy Świętego Wilhelma i nawet posuwając się z szybkością światła, nie liczę, abym się w kilka minut tam dostał.
Podróż zajmie bardzo dużo czasu, a przecież i po przebyciu na miejsce muszę się rozpatrzyć w sytuacji. Na całość doświadczenia potrzeba będzie według mego zdania około 20 godzin. I jeśli tylko zgodzisz się na to, mój drogi przyjacielu, w tym miejscu przemówię głosem dziecka, które prosi o coś. Jeśli tylko zgodzisz się na to, to zostawisz mnie w zupełnym spokoju. Potem, jak mnie uśpisz, dając mi jedynie rozkazy, które zawczasu zapiszę, aby uniknąć pomyłek. Zgasisz lampę, opuścisz moje mieszkanie przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku, jak czynię zawsze sam, kiedy chcę, aby mi nie przeszkadzano i nie będziesz się mną więcej zajmował w ciągu, powiedzmy, dwudziestu trzech godzin. Jutro o siódmej wieczór wrócisz, poddasz mnie szczegółowemu badaniu i obudzisz mnie, skoro ci podam wszystkie szczegóły mojej podróży. Potem pójdziemy wspólnie na obiad. Cóż mogłem powiedzieć na ten program? Tyle razy urządzaliśmy z Szelanżem najdziwaczniejsze eksperymenty i zawsze się nam udawały.
Nie miałem żadnego powodu odmówić mu swej pomocy w tej nowej jego fantazji. Prostym kiwnięciem głowy wyraziłem zgodę na jego prośbę. Przewidzieliśmy wszystko do najdrobniejszych szczegółów. Asafa doprowadził swoją ostrożność do tego, że własnoręcznie napisał na kawałku kartonu: „Wyjechałem na dwa dni. Nie trzeba sprzątać mieszkania” i powiesił kartkę na drzwiach wejściowych. Sformułował także starannie rozkazy, jakie miałem mu dać, kiedy zapadnę w sen hipnotyczny. Zresztą podam państwu dosłownie to, co napisał własnoręcznie na kartce. Znalazłem ją na tym samym miejscu na stole, gdzie zostawiłem ją, wykonawszy wszystkie zlecenia Asafa. Dołączę ją do mego opowiadania. Wszystko odbyło się tak, jak ustaliliśmy to z Szelanż.
Asafa wygodnie usadowił się w klubowym fotelu na wprost swego teleskopu. Uśpiłem go jak zwykle z wielką łatwością. Musiałem jedynie nieco poprawić jego pozę, aby budząc się, nie odczuł fizycznego zmęczenia, po czym wolno zacząłem zadawać mu pytania zawczasu przez niego napisane. Asafie, czy mnie słyszysz? Tak, mój kochany doktorze. Już rozpocząłem swą podróż. Czy chcesz pozostać w tym położeniu do jutra? Tak, mój przyjacielu. Zatem idę do domu. Do widzenia, mój drogi Asafie.
Śpij spokojnie i szczęśliwej podróży. Po tej rozmowie zgasiłem lampy, cicho opuściłem pokój, zamknąłem drzwi, przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku i udałem się do swego mieszkania. Byłoby kłamstwem, jeślibym starał się wmówić w was, drodzy czytelnicy, że spokojnie przespałem tę noc, a na drugi ranek nie miałem ochoty pójść i popatrzeć, co robi Asafa. Nie będę twierdził, że nie odczuwałem niepokoju, a w każdym razie choćby ciekawości, ale zobowiązałem się do przestrzegania pewnego programu. Obiecałem, że przed wieczorem nie zajrzę do mieszkania Szelanża i zdecydowałem za wszelką cenę dotrzymać mej obietnicy. Na pewno też dotrzymałbym jej, gdyby mi na to starczyło sił. Ale muszę być otwartym i szczerym. O szóstej wieczór nie wystarczyło mi już cierpliwości. Owładnęła mną straszna chęć dowiedzenia się o wynikach tego eksperymentu, godnego uwagi ze względu na całkowitą swą nowość i zdecydowałem się na skrócenie o całą godzinę czasu, jaki dzielił mnie od oznaczonego terminu. Wszedłszy do gabinetu Asafa, przekonałem się, że od dnia wczorajszego nie nastąpiły w pokoju żadne zmiany.
Szelanż ani na jotę nie zmienił swej pozy w krześle. Oddech jego był równy i zupełnie spokojny, a puls normalny. Spojrzałem na zegar i mimo całej niecierpliwości dopiero wtedy podszedłem do Asafa, kiedy wybiła siódma godzina. Czy słyszysz mnie? Zwróciłem się do niego, ściskając równocześnie jego kciuki w swych rękach. Ciało jego drgnęło. Niespokojnie poruszył się na fotelu, mrucząc słowa bez związku i widocznie nie miał ochoty odpowiadać na moje pytania, ale nastawałem na to tonem rozkazującym, do którego należy zawsze uciekać w podobnych wypadkach i Asafa zdecydował się wreszcie przemówić. Uczyłem się nieco stenografii jeszcze wówczas, gdy byłem studentem szkoły medycznej i doskonale władam nią dla własnej potrzeby. Pozwoliło mi to dosłownie zapisać opowieść mego przyjaciela i w tej postaci przekazuję ją wam, drodzy czytelnicy. Rozdział drugi.
Opowieść Asafa. Mój przyjacielu, wierz mi, że muszę skoncentrować całą swoją odwagę, aby dotrzymać danego ci słowa i podzielić się z tobą swymi wrażeniami. Tak mi tu dobrze i Ziemia ukazuje mi się stąd w całej swej nędzy. Ale cóż mam zrobić? Żądasz i jestem posłuszny. Podróż moja skończyła się szczęśliwie i trwała według moich obliczeń dwie godziny i dwadzieścia siedem minut. Osiągnąwszy wyższe warstwy atmosfery, poczułem niejakie niedomaganie, zawrót głowy i duszności. Była chwila, kiedy cierpienie opanowało mnie i mogłem się porównać z karpiem, którego wyniesiono z wody. Ale wszystko to minęło dość szybko i wkrótce osiągnąłem przestrzeń absolutnej pustki, w której nie ma mowy o niewolniczych warunkach bytu ziemskiego. Pierś moja przestała oddychać, serce bić, puls zatrzymał się.
Korzystając z usług promienia słonecznego, moje wewnętrzne ja zwróciło z siebie więzy niewoli materialnej i unosiło się coraz wyżej i wyżej. W dole u moich nóg widniała ogromna kula ziemska, której wypukłość można już było zauważyć, ale z ledwością odróżniałem niewyraźne linie kontynentów, lody polarne i blaski nieprawidłowych form, które były morzami. Ponad moją głową Mars ruszył z wolna. Początkowo wydawał się nie większy od pomarańczy, potem osiągnął wielkość arbuza i wreszcie swoimi rozmiarami zaczął przypominać dynię. Ale oto ogarnia mnie straszne zmęczenie, zmysły tępieją i tracę przytomność. Kiedy wraca mi przytomność, czuję, że jestem pogrążony w obcej dla mnie atmosferze. Czyste i pachnące powietrze ochładza moje rozpalone czoło. Czuję, że podtrzymuje mnie jakieś miękkie i przezroczyste ciało pełne tajemniczego półświatła. To jutrzenka cudnego dnia rozpoczynającego się na drugiej planecie. Tak, zbliżam się.
Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Zbliżam się do Marsa. Jakże uroczysta jest ta chwila. Chwilę wpatruję się w sklepienie niebios, na ciemnym tle których tysiączne światy świecą tajemniczym blaskiem. Odwróciwszy głowę zobaczyłem cudowną planetę, która błyszczała na niebie jak ogromny brylant. Poznałem naszą Ziemię. Niewypowiedziane wzruszenie ogarnęło mnie na widok promienistej gwiazdy, na której rozpoczął się mój byt. Po czym wzrok swój skierowałem na Marsa. Obydwa jego księżyce widoczne były ponad horyzontem i wydawały mi się ogromne, gdyż znajdowałem się w ich pobliżu. Na niebieskim tle nieba podobne były do olbrzymich kół białych i pełnych blasku.
Noc już minęła i słońce unosiło się nad horyzontem. Obydwa księżyce bladły coraz bardziej i wkrótce znikły zupełnie. Gwiazdy gasły jedna za drugą, a ja zbliżałem się coraz bardziej do powierzchni Marsa, który wyglądał teraz jak ogromna kula zakrywająca nad mą głową prawie całe niebo. Jeszcze minuta i osiągnąłem cel swej podróży. Zawrotna szybkość, z jaką posuwałem się w czasie swej podróży, zwiększyła się jeszcze i uczucie strachu nie do opisania, jakie ogarnęło mnie, zmusiło do zamknięcia oczu. Wyciągnąłem ręce przed siebie, aby zaczepić się o cośkolwiek, a nogi poczęły poruszać się jak u człowieka tonącego i ciężko spadłem na ziemię, czyli raczej na Marsa. Byłem tak ogłuszony upadkiem, że długo leżałem nieprzytomny. Ocknąwszy się z omdlenia, chciałem wstać, ale ku wielkiemu swemu niezadowoleniu przekonałem się, że było to rzeczą prawie niemożliwą. Upadłem tak nieszczęśliwie, że lewa noga została przygnieciona ciężarem mego własnego ciała. Trudno mi było zorientować się, czy jest złamana, czy po prostu tylko zwichnięta, ale w każdym razie przy najmniejszym poruszeniu odczuwałem w niej ból bardzo dotkliwy.
Sytuacja moja była dość głupia. Odbyłem bardzo ryzykowną podróż, aby zgłębić tajemnice wszechświata, a zamiast tego leżałem bez ruchu w miejscu, gdzie wypadło mi spaść na powierzchnię Marsa. Byłem wściekły i muszę przyznać, że wyładowywałem niezadowolenie w wyrażeniach, które miały dużo wspólnego z przekleństwami. Nie sądź mnie jednak zbyt surowo. Po pierwsze byłem zły, a w gniewie człowiek rzadko namyśla się nad doborem słów. A po drugie przecież mieszkańcy Marsa nie byli i tak w stanie zrozumieć tego, com mówił. Dlatego też nie ryzykowałem, że obrażę czyjąś delikatność, dając upust gniotącej mnie złości. I rzeczywiście po tym wybuchu doznałem uczucia wielkiej ulgi. Byłem co prawda skazany na bezruch, ale nic nie przeszkadzało mi obracać głową i obejrzeć dokładnie okolicę, co też pospieszyłem zrobić. Już poprzednio, zbliżając się do Marsa, zauważyłem, że kontynenty jego nie były morzami, a tworzyły szeroki pas wokół równika planety.
Pozostała przestrzeń w dół i w górę od równika zajęta była przez morza. Na równiku grunt wydawał mi się znacznie płodniejszy, ale pod biegunem błyszczały lody podobne do olbrzymich luster. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności upadłem na ląd. Z drżeniem myślałem o tym, co by się ze mną stało, gdybym spadł głową w dół do jednego z tych wielkich oceanów. Krew stygnie mi w żyłach na samą myśl o tym. Cudowne lato panowało na tej półkuli Marsa, na którą upadłem. Nigdy jednak nie przypuściłbym nawet, że tutejsze powietrze okaże się dla mnie tak odpowiednie i przyjemne. Rzeczywiście Mars znajduje się na takiej odległości od Słońca, że mogłem oczekiwać chłodów nawet podczas lata. Myślałem, że blade promienie słońca, jakie tu dochodzą, nie przenoszą z sobą żadnego ciepła, że chłód stąd wynikły fatalnie odbije się na stanie roślinności i że dlatego znajdę na Marsie jedynie nędzne mchy i liszaje. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast tego, obracając głowę, ujrzałem wokół pole złotego zboża, łąki pokryte soczystą zieloną trawą, wspaniałe stuletnie drzewa, które dumnie wznosiły swe korony ku niebu.
Wiedząc o tym, że Mars otrzymuje zaledwie połowę tego ciepła, jakie przypada w udziale Ziemi, zdumiałem się na widok tej wspaniałej roślinności. Przypatrując się uważniej przedmiotom, zauważyłem, że na Marsie były one otoczone jakby różową mgiełką, z czego wywnioskowałem, że atmosfera tutejsza posiada dziwną właściwość zatrzymywania czerwonych promieni słonecznych, co nadaje powietrzu niezwykłą miękkość i ratuje Mars od chłodu, jaki powinien by tu panować, zważywszy wielkie oddalenie od Słońca. Podczas gdy napawał się cudownym obrazem otaczającej mnie natury, z tyłu za mną rozległ się plusk wody, co zmusiło mnie do odwrócenia głowy. Zdziwienie moje nie miało granic, kiedy zauważył, że nawadnianie pól odbywało się przy pomocy dowcipnego systemu pomp działających automatycznie w zależności od wzniesienia słońca ponad horyzontem. Gdy promienie słońca zbyt silnie nagrzewały kran regulujący działanie pomp, kran przekręcał się samoczynnie, otwierał i drobny deszcz spadał na spragnioną wilgoci roślinność. Wywnioskowałem z tego, że w dni mgliste i deszczowe kran nie nagrzewał się, pompy nie działały i roślinność polna zadowalała się naturalnym deszczem. W ten sposób nawadnianie działało automatycznie, nie wymagając specjalnego nadzoru. Zachwycała mnie ta pomysłowość i ze smutkiem przypominałem sobie, jak to u nas, na dalekiej rodzinnej ziemi, dozorcy polewają ulice w dnie deszczowe, a siedzą z olimpijskim spokojem, założywszy ręce w dnie upalne i pełne kurzu. Przypuszczałem przeto, że mieszkańcy Marsa wyprzedzili nas znacznie, przynajmniej w dziedzinie nawadniania. Nagle z lewej strony rozległy się ciche dźwięki: szt, szt, szt, które przypominały brzęczenie wielkiego bąka.
Szybko odwróciwszy głowę w stronę dźwięków, wpadłem w głębokie zdumienie widoku, jaki przedstawił się mym oczom. Wielka kosa stalowa, ostrze której błyszczało w słońcu jak lustro, posuwała się sama wzdłuż pola. Niewidzialna siła wprawiała w prawdziwy ruch kosę tak, że u nóg jej, mówię u nóg, gdyż maszyna ta posuwała się niczym żywa istota, tworzyła się złocista bruzda ze skoszonych kłosów. Kłosy podcięte przy samym korzeniu lekko opadały na ziemię. Przypuszczam, że za kosiarką posuwała się jakaś inna, niewidoczna maszyna, gdyż w kilka chwil później niespodziewanie pojawił się piękny snop związany starannie. Kosiarka zaś posuwała się bez przerwy naprzód, wykonywując swe harmonijne ruchy i wydając dźwięk, który zwrócił moją uwagę. Ale dlaczego słońce tak silnie nagrzewa moje plecy? Odwracam się mimo silnego bólu w nodze i ze zdziwienia pozostaję dłuższą chwilę z otwartymi ustami. Blisko miejsca, gdzie upadłem, stał piec ogromnych rozmiarów, naładowany opałem, który teraz właśnie zapalił się dzięki całemu skomplikowanemu systemowi szkieł zapalających, które koncentrowały na nim ciepło słoneczne. Po kim się zapytywał w duchu, do czego mógłby służyć podobny piec, ukazała się zza niego jakaś wysoka maszyna, która chwytała świeżo zżęte snopy i wymłóciwszy ziarno, zmęła je na mąkę, którą przesyłała do następnej maszyny.
Ta z kolei rozrabiała z mąki ciasto, z którego wytwarzała bardzo apetyczne bułeczki. Bułeczki wskakiwały niczym na komendę na blachy, wraz z którymi znikły we wnętrzu pieca piekarskiego, skąd pojawiały się już całkowicie gotowe do spożycia. Kimże byli ci ludzie, którzy umieli zaprzęgać w ten sposób do pracy siły przyrody? Pytałem się pełen zdumienia. Kiedy pieczywo było już gotowe, usłyszałem szum jakiejś nowej maszyny. Rozwarł się otwór w piecu, z którego poczęły się sypać złociste bułki do wielkich koszów, oczekujących jakby z niecierpliwością na swój ładunek. Było około godziny siódmej rano, licząc według naszego ziemskiego sposobu i uważałem, że ludzie, którzy w podobnie cudowny sposób potrafią piec swój chleb, zjawią się niezawodnie, aby wykorzystać płody swej wynalazczości. Opanowała mnie niecierpliwość zobaczenia i usłyszenia tych ludzi. Jakiż jest ich wygląd? Czy są do nas podobni?
Czy zrozumieją mnie? Jak mnie przywitają? Wszystko, co dotąd widziałem, mówiło, że są ludźmi cywilizowanymi. Byłem szalenie zniecierpliwiony długim wyczekiwaniem na denerwujące pytania, jakie cisnęły mi się do głowy. Ale mieszkańcy Marsa nie lubią trudzić się zbytecznie. Kiedy wszystkie kosze zostały napełnione pieczywem, zaczęły się posuwać po torze, którego dotąd nie zauważyłem i z szybkością strzały znikły za grupą wielkich drzew, najwidoczniej ukrywających przed mym wzrokiem najbliższe miasto. Co za rozczarowanie. Ze złością pomyślałem, że widocznie przeleżę tutaj samotnie do dnia sądu ostatecznego. Ponure myśli błądziły po mej głowie, a przyjemny zapach gorącego chleba przypominał mi, że od wczoraj wieczór nie miałem nic w ustach. A prócz tego z braku apetytu ledwie skosztowałem coś niecoś podczas wczorajszego obiadu.
Toteż chętnie bym znalazł coś do zjedzenia. Pochodzący z jakiegoś wielkiego, dziwnej formy przedmiotu, który się w powietrzu nade mną unosił. Nigdy nie miałem się za tchórza, ale zjawienie się cienia wywołało wstrząs. Dziwne uczucie owładnęło mną i odczułem strach tak silny, że wywołało to nawet moje zdziwienie. Cóż to mogło znaczyć? Kto rzucał ten cień i dlaczego wywołał on we mnie uczucie dziwnego strachu? Czy był to ptak, czy obłok? Ale czy był sens denerwować się tak silnie, gdyby nawet był to wielki orzeł? Przecież nie porwie mnie w swych szponach jak jagnię. Zresztą strach, jaki mnie ogarnął, nie miał charakteru czysto fizycznego.
Był to raczej jakiś paraliż mózgu, który boi się zobaczyć. Zobaczyć co? Jakiś ogromny i wstrętny przedmiot, na widok którego zmrozi mnie przerażenie i umrę z wrażenia. Ale zanim miałem podnieść wzrok na tajemniczy przedmiot, postanowiłem uspokoić i przeczekać, aby serce przestało silnie bić w mych piersiach. Cień znieruchomiał. Stworzenie wiszące nade mną w powietrzu posiadało dwa wielkie skrzydła, o kształcie których mogłem sądzić z cienia widniejącego na piasku. Nagle usłyszałem szelest tkaniny jedwabnej. Ono zaczęło opuszczać się na ziemię i zatrzymało się o kilka kroków ode mnie. Przemogłem się. Mężnie spojrzałem w górę i oniemiałem ze zdziwienia i zachwytu.
Stworzenie, które stało nade mną, tak było podobne do naszego ziemskiego wyobrażenia anioła, które często oglądamy jako dzieci, że przyszło mi natychmiast do głowy, czym się aby nie pomylił i zamiast na Marsa nie trafił do nieba. Owego nieba, które tak mnie pociągało w moim dzieciństwie. Z trudnością udało mi się opanować i doprowadzić do jakiejś równowagi moje zdolności umysłowe. To jest widocznie mieszkanka Marsa i wszyscy mieszkańcy planety mają skrzydła. Oto wszystko. Uspokajałem się w myśli. Do diabła! Oto są szczęśliwcy, którzy naprawdę mogą pochwalić się swoją organizacją. Myśląc o tym, z zachwytem patrzałem na piękną istotę zamieszkującą nieznane krainy. Była to młoda dziewczyna mogąca mieć około 20 lat.
Zgrabna i czysta. Białe, szerokie ubranie z miękkiej i giętkiej tkaniny opadało wykwintnymi fałdami. Z lekka skłoniła swą główkę w moją stronę, tak, że mogłem zobaczyć jej cudną, boskiej piękności twarzyczkę. Wspaniałe blond włosy błyszczały wokół jej białego czoła, a rysy twarzy przypominały starożytną boginię. Na pięknych ustach nie znać było nawet śladu uśmiechu, tak, żem się poczuł nieswojo pod spokojnym i poważnym wejrzeniem jej pięknych oczu, czystych i chłodnych jak woda górskiego potoku. Biała wstążka, jaką miała przewiązane czoło, podtrzymywała jedwabiste loki. Za plecami cudnego zjawiska srebrzystym blaskiem trzepotały dwa ogromne białe skrzydła. Nie wytrzymałem jej wzroku i opuściłem oczy, co jednak nie przeszkodziło mi zauważyć cudownej barwy jej ciała, a ubranie rozcięte z boku prawie do kolan pozwalało mi widzieć i nóżkę, na widok której bladłyby wszystkie ziemskie Wenery. Naprawdę była to cudowna mieszanina Wenery, Diany, anioła i kwitnącej młodości. Była to istota niezwykła, przepiękna, boska.
Opierając się jedną ręką na złotej lasce, spoglądała na mnie poważnym, obojętnym i trochę dumnym wzrokiem, w którym przebijała zaledwie odrobina ciekawości. „Kim pan jest?” — spytała wreszcie. Ku wielkiemu swemu zdumieniu doskonale ją zrozumiałem, choć przemówiła do mnie obcym językiem. Podczas gdy starałem się zdać sobie sprawę z tego dziwnego zjawiska, Marsjanka powtórzyła swe pytanie nieco głośniej po francusku, po angielsku, po hiszpańsku i jeszcze w kilku ziemskich językach. Milczałem jak osioł upojony muzyką jej srebrnego głosu. Często potem żałowałem, że od pierwszej chwili zaprezentowałem się w tak niepochlebnym świetle. Wyobraź mnie sobie z otwartymi szeroko ustami, wywróconymi oczami, bez ruchu, jak kłoda leżącego na ziemi. Miałem na pewno dość głupią minę, nie mówiąc już o tym, że nasz ziemski ubiór wydał mi się w tej chwili okropnie kusy i szpetny. Moje krótko ostrzyżone włosy, mój kostium w kratę, moje szerokie kamasze, wszystko pokryte kurzem, który powstał przy moim upadku. Słowem, muszę przyznać, że wrażenie, jakie mogłem uczynić na mojej nieznajomej, nie mogło być korzystne.
Nigdy jednak przecież nie mogłem się oskarżać na swą powierzchowność. A jeśli wierzyć mojej mamce, to zadziwiałem cały świat swą pięknością od pierwszej chwili owego szczęśliwego dnia, kiedym ujrzał światło dzienne. Ale w porównaniu z podobnie cudną istotą sam wydawałem się sobie jakimś nieszczęsnym i wstrętnym stworzeniem. W tej chwili byłbym chętnie zapadł się pod ziemię i wobec tego nie zdziwisz się, gdy powiem, że w dalszym ciągu milczałem jak zaklęty. Znudzona najwidoczniej tym milczeniem cudna córka Marsa zbliżyła się do mnie i bez żadnej ceremonii dotknęła mego podbródka swoją złotą laseczką, co zmusiło mnie do podniesienia nieco głowy. „Czy pan jest niemy?” — spytała w języku, w jakim zadała mi już swe pierwsze pytanie. Języku, który był mi obcy, a jednocześnie zupełnie zrozumiały. Zachwyt pozbawił mnie możności mówienia. Wykrzyknąłem w zapale szczerości, uśmiechając się mile. „Aha.” — odpowiedziała spokojnie.
— „Skąd to pan przybywa?” — „Wprost z Ziemi.” — odpowiedziałem z udaną obojętnością, myśląc, że zdziwię ją tym. „A więc wreszcie udało się im znaleźć środki do nawiązania kontaktu z nami.” — spokojnie spytała piękna Marsjanka. „Im nic nie udało się znaleźć.” — wykrzyknąłem gorąco. — „To ja z doktorem Brideau odważyliśmy się zrobić doświadczenie, o którym szerzej opowiadać nie byłoby teraz na miejscu. Hipnotyzm należy do nowych nauk.” — „Nowych?” — przerwała Marsjanka, podnosząc brwi, co nadało jej oczom wyrażenie najwyższej pogardy. — „To już kilkaset tysiącleci, odkąd już nie zajmujemy się hipnotyzmem.” Możesz sobie wyobrazić, jak głupią minę zrobiłem przy tej uwadze. „Dlaczego pan leży?” — ciągnęła swe badanie. „Chciałbym bardzo wstać, ale nie mogę. Przeciw losowi nic nie można zrobić. Upadłem tak nieszczęśliwie, że zwichnąłem, a może i złamałem nogę i boli mnie teraz okropnie.
Aj!” — wykrzyknąłem nagle, zagryzłszy wargi, ale starając się wywołać na swej twarzy uśmiech męczennika. Nie traciłem jeszcze nadziei na wzruszenie jej serca swym wielkim cierpieniem, które znosiłem po bohatersku. — „Naprawdę nie bardzo to przyjemne, ale co robić, trzeba przystosować się do okoliczności.” — odpowiedziałem z udaną wesołością. „A po cóż znosić cierpienia?” — spytała chłodno. „Po co?” — „Czy nie umie pan uniknąć cierpień?” „Szczerze mówiąc nie. A pani?” Spytałem tonem, który mnie samemu wydał się nieco za ostry. Przyznam, że zaczynała mnie drażnić zimna krew, z jaką odnosiła się do moich cierpień i, nie boję się nazwać rzeczy po imieniu, do bohaterstwa, z jakim je znosiłem. „Dostarczy, abym zechciała, a cierpienia nie będą dla mnie istniały” spokojnie odpowiedziała piękna Marsjanka, zbliżając do ust piękną kryształową gwizdawkę, która wisiała u jej pasa. Następnie oparła się wdzięcznie na swej złotej lasce, nie mówiąc ani słowa. Widocznie oczekiwała na coś.
Jej obojętność drażniła moją ambicję. Nie mogłem jednak odmówić sobie przyjemności, by chociaż ukradkiem nie napawać się jej wspaniałą pięknością. Ale gdybym nawet patrzył jej wprost w oczy, nawet wtedy nie wywołałbym jej zmieszania. Zachowywała się tak, jakby zupełnie zapomniała o moim istnieniu. Po pewnym czasie nad moją głową rozległ się szum skrzydeł. Szybko spojrzałem w górę i zobaczyłem wspaniałe stworzenie, które szybko leciało na swych ogromnych, rozpostartych skrzydłach. Jego cztery łapy skurczone były pod tułowiem, a poziomo sterczący ogon odgrywał rolę steru. Zwierzę wylądowało obok nas i z powagą zbliżyło się do młodej dziewczyny. Dopiero teraz zauważyłem, że był to pies z rodzaju naszych dogów, ale większy i ładniejszy. Był z lekka złotwawej maści i zdawało się mi, że białe skrzydła psa były przyczepione do grzbietu za pomocą pewnego rodzaju lekkiej uprzęży.
W zębach trzymał niewielką szkatułkę, którą wręczył dziewczynie. Piękna Marsjanka pogłaskała psa i zbliżywszy się do mnie podała mi maść, którą wyjęła ze szkatułki. „To połączenie różnych lekarstw jest wynikiem prac naszych najmędrszych starców” powiedziała mi. „Potrzyj pan swoją nogę. Za minutę będziesz zdrów.” Byłem bardzo zakłopotany. Czyżbym miał zdejmować buty w obecności młodej dziewczyny? Widocznie zakłopotanie wyraźnie odbiło się na mojej twarzy, gdyż młoda dziewczyna spytała mnie otwarcie: „Czy nie krępuje pana?” Po czym odwróciła się ode mnie i pewnymi krokami oddaliła się w stronę grupy drzew, za którą znikła w towarzystwie swego psa. Raczej zerwałem niż zdjąłem but i skarpetkę. Zakasawszy spodnie zacząłem z gorączkowym pośpiechem wcierać maść. Była ona zielonkawego koloru i wydawała bardzo przyjemny zapach, a w działaniu okazała się po prostu cudowną.
Zgodnie z tym, co mówiła piękna nieznajoma, wystarczyło kilka minut, aby opuchlizna zeszła, zaczerwienienie ustąpiło i noga przestała mi dolegać. Skoczyłem na równe nogi i szybko włożywszy z powrotem but, pędem pobiegłem w ślad za moją cudną wybawczynią. Udało mi się dogonić ją przy zakręcie do lasu. Moje pierwotne przypuszczenia potwierdziły się całkowicie, gdyż w niedalekiej odległości od lasu widać było miasto, które na pierwszy rzut oka zdumiało mnie swymi rozmiarami. Ale lepiej przyjrzawszy się widokowi, jaki rozpościerał się przed mymi oczyma, przekonałem się, że swój wielki wygląd miasto to zawdzięczało zręcznemu rozplanowaniu. Poszczególne ogromne domy o przepięknej architekturze ginęły w otaczających je ogrodach, które nadawały im charakter will ukrytych w gęstym lesie. Dym i wyziewy fabryk nie zatruwały powietrza wielkiego miasta. Wesołe gaje i płodne pola ciągnęły się do samych murów miasta i zlewały się z jego ogrodami. Podziwiając oprawne pola na próżno szukałem na nich robotników zajętych pracą. Nigdzie ich nie było i za człowieka pracowały maszyny pięknego wyglądu i doskonałe w pomyśle i wykonaniu.
Gdzieniegdzie widać było stada zwierząt domowych, ale i one nie pracowały, a spokojnie pasły się na zielonych łąkach. Na nasze spotkanie biegł piękny gniady koń. Przyszło mi do głowy, że może on stratować młodą dziewczynę swymi kopytami i dlatego rzuciłem się naprzód, aby zastawić ją swym ciałem. Ale moje bohaterstwo na nic się nie zdało, gdyż koń podszedł spokojnie do dziewczyny, wyciągając łeb w oczekiwaniu pieszczoty, po czym poszedł z nią przyjacielsko, wąchając jej włosy. W zachowaniu się konia i psa było tak mało cech zwierzęcych, że raczej przypominały bliskich przyjaciół dziewczyny. Idąc za nią zdążyłem zauważyć, że pola poprzecinane były we wszystkich kierunkach kanałami wyłożonymi marmurem, po którym płynęła krystalicznie przeźroczysta woda. Kiedy zbliżałem się do Marsa, zdumiał mnie absolutny brak na nim rzek i gór. Skądże pochodziła ta bieżąca woda? Dałem sobie słowo, że zbadam tą tajemnicę podczas dalszego pobytu na Marsie. Tymczasem w mózgu moim rodziły się coraz to nowe pytania.
Czy tutejsi mieszkańcy noszą jakieś imiona i czy nie będzie niedelikatnością, jeżeli poproszę panią, aby łaskawie powiedziała mi swoje imię? Zwróciłem się z pytaniem do pięknej nieznajomej. „Niedelikatnością? Bynajmniej, mój panie. Nazywam się Akolea.” Rozdział trzeci: Akolea. „Przepraszam, ale jakim językiem przemawia pani do mnie? Jeśli się nie mylę, to jest jakiś dialekt starofrancuskiego języka” spytałem po chwili milczenia. „Cieszy mnie bardzo, że nawet na Marsie język Voltaire’a, Racine i... Niechże pan nie trudzi się dalszym wyliczaniem” przerwała piękna Akolea. „Nie mówię po francusku.” Pani nie mówi po francusku?
Powtórzyłem w zdumieniu. Ale w takim razie jak mam wyjaśnić fakt, że panią świetnie rozumiem? To w żadnym razie nie zależy od pana i przypuszczam, że całkowita pańska wiedza lingwistyczna polega na znajomości francuskiego, do którego można by dodać kilka źle nauczonych słów angielskich i słabe wspomnienie łaciny. Zresztą, jeśli by pan nawet władał językami jak Max Muller, a on znał ich, zdaje się około tysiąca, to i to na nic by się panu nie zdało, gdybyśmy odznaczali się takim zacofaniem jak wy. Ale koniec końcem, odpowiedziałem z niedowierzaniem, słyszę panią i rozumiem. A ponieważ w żadnym razie nie mogę pochwalić się znajomością języka używanego na Marsie, więc trudno mi zrozumieć. Rzeczywiście? W takim razie spróbuj pan powtórzyć choćby jedno zdanie z tych, które teraz wymawiam. Ale przecież to jest takie proste. Ile tylko pani zapragnie.
Ale niech pan najpierw spróbuje, a dopiero potem zapewnia mnie. Żądanie to wydało mi się dziecinne, ale grzeczność wymagała, abym przystał na nie i spróbowałem wymówić najpoprawniej ostatnie słowo, które powiedziała moja towarzyszka. Ale gdzie tam. Zdawało mi się, że je jeszcze słyszę, a w samej rzeczy wyleciało już z mej pamięci. Co za roztargnienie. Być może, że winną jest moja chwilowa głuchota. Ale nie, przecież zupełnie wyraźnie słyszałem jej ostatnie zdanie i pamiętam dokładnie jego sens, ale żadnego słowa nie zatrzymałem w pamięci. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś inne słowo słyszane przeze mnie dawniej, ale i to mi się nie powiodło. Moje zmieszanie równe było zdumieniu. W takim razie, rozpocząłem, nietrudno mi powtórzyć to, o czym mówiliśmy z panią.
Co do tego nie spieram się, ale nie w tym rzecz. Pytam pana, czy jest pan w stanie powtórzyć moje słowa? No, choćby te, które teraz wymawiam. Nie, nie mogę — odpowiedziałem zawstydzony. Ale czy nie byłaby pani tak dobra wyjaśnić mi tego cudu? Już bardzo, bardzo dawno — znowu odpowiedziała Akolea. Dzieci Marsa pozbyły się tego nędznego bełkotu, który wy, mieszkańcy Ziemi nazywacie językami. Odkryliśmy jedną z najważniejszych tajemnic wszechświata i rozumiemy język, jakim przemawia wszechświat. Nasza nauka zrozumiała język stanowiący cząstkę każdego bytu. Nasza nauka uwolniła nas od musu mówienia żargonami odpowiadającymi tym lub innym istotom.
Ale mimo to rozumieją nas wszystkie żyjące istoty. Będę równie dobrze zrozumiana na Saturnie, jak i na Jupiterze. Słowem na każdej planecie naszego systemu słonecznego. Zresztą o słuszności moich słów miał pan osobiście sposobność przekonać się. Zdumiewające — wykrzyknąłem mimo chęci ukrycia swego entuzjazmu, do czego skłaniała mnie zbytnia doma pięknej Marsjanki i jej nieukrywana lekceważenie, w którym było mało pochlebnego dla mnie. A czy można nauczyć się tego języka nie mając zaszczytu należeć do mieszkańców Marsa? Wątpię w to — odpowiedziała Akolea, przy czym jej jasne i chłodne spojrzenie przesunęło się po moim ciele. Zdaje mi się, że nie jest pan specjalnie obdarzony zdolnościami lingwistycznymi. Otóż masz. A ja przecież tak byłem dumny z tego, że mam silnie rozwiniętą trzecią bruzdę w przedniej części mózgu.
Nie mogłem też powstrzymać się, aby się nieco nie pochwalić. Bardzo mi przykro, ale wątpię, czy pani ma rację — zacząłem. Oprócz mego ojczystego języka znam jeszcze, i to nawet biegle angielski, niemiecki, włoski i hiszpański. A co się tyczy łaciny, to ta nie tak znów wywietrzała mi z głowy, jak to pani była łaskawa zauważyć. Nie mówiąc już o grece. Przerwała mi z lekceważącą miną. Trzeba przyznać, że pańskie zasoby nie są zbyt obfite, a jednak na Ziemi pańskie umiejętności uważane są za coś nadzwyczajnego. Wiem, że pana uważają tam za uczonego. Co? Zawołałem ze zdziwieniem, czując jednocześnie, że moje rozdrażnienie zaczyna mijać.
Czyżbym miał szczęście być pani znany? Wiem, że pan się nazywa Azef Szalaż — odpowiedziała Akolea z takim wyrazem, że od razu usunęła wszystkie podejrzenia o samochwalstwie. Bacznie śledzimy pracę wszystkich astronomów mieszkających na planetach naszego systemu słonecznego. A więc pani zajmuje się astronomią. Mój ojciec jest jednym z najsłynniejszych naszych astronomów, a ja od dawna już jestem jego pomocnicą. Usłyszawszy te słowa, zapomniałem o swym rozdrażnieniu i zapytałem z ciekawością właściwą każdemu człowiekowi oddanemu pracy naukowej. Czy może mi pani powiedzieć, czy satelita naszej Ziemi jest zamieszkały? Zagadnienie to wywołuje u nas liczne spory naukowe. Co do mnie osobiście, to skłonny bym był rozstrzygnąć to zagadnienie w sensie raczej negatywnym. Po pierwsze rozrzedzona atmosfera.
Dowody pańskie są niewątpliwie bardzo przekonywujące. Niemniej jednak Księżyc jest zamieszkały. Mieszkańcy Księżyca nie bardzo interesują się wyrokami waszych uczonych, a żyją sobie i oddychają na swój sposób. Wszystkie wasze błędy pochodzą z tej nietolerancji, która kwitnie u was na Ziemi i od której winien był uwolnić się człowiek poświęcający się szlachetnej nauce astronomii. Obraźliwe słowa tego pięknego anioła ogromnie mnie zmieszały, ale wspomniawszy o współczuciu, z jakim się odnosiła do moich niedawnych cierpień, odważyłem się zapytać: Przypuszczam tedy, że pani widziała we mnie kolegę astronoma i że tylko tej okoliczności zawdzięczam pomoc, jakiej mi pani niedawno udzieliła. Bynajmniej. Ład i porządek panują na Marsie i nie mogłam pozwolić, aby w posiadłościach mego ojca cokolwiek mogło pozostawać połamane lub zniszczone. Tego tylko brakowało. Naprzód uważano mnie za dzikusa, a teraz odnoszą się do mnie niczym do jakiegoś tam krzesła, które wymaga naprawy. A więc — ciągnąłem, nie będąc w stanie strawić pogardy, z jaką ta piękność się do mnie odnosiła — nie chce pani widzieć we mnie kolegi?
Kolegi? — powtórzyła. — Czy możliwe jest u was zbratanie się przedsiębiorcy i niewykwalifikowanego robotnika? Robotnika — powtórżyłem w myśli, odczuwając silne oburzenie. — Czy pani zapomina o wielkich dziełach, którychśmy na Ziemi dokonali? A może pani, córa Marsa, posiada mniej wiedzy, niż przypuszczałem? Niechże pan wymieni te dzieła — powiedziała sucho. Wykorzystaliśmy siłę pary — zacząłem z zapałem. Zawładnęli elektrycznością, więzili pioruny i ujarzmili siły przyrody. Zważyliśmy Słońce i określili jego skład.
Fotografujemy waszego Marsa i... A czy udało wam się usunąć cierpienie z waszego życia? — z godnością zapytała Akolea. — Czy udało się wam uchronić ciało od niszczącego działania czasu? Czy udało się wam, mówiąc słowami jednego z waszych mędrców, choćby o cal podwyższyć wasz wzrost? Zdaje mi się, że rozwiązaliście raczej odwrotne zagadnienie i wzrostu sobie ujęli. Milczałem. Czy się udało wam usunąć ze swego życia cierpienie? — nastawała Akolea. Nie udało nam się w zupełności rozwiązać tego zagadnienia — odpowiedziałem pod przymusem.
— Niemniej jednak mamy środki znieczulające. Doskonałe są te wasze środki. Na przykład morfina, powie pan. Ależ to znaczy jedno zło naprawiać drugim. Może się pan jeszcze pochwali trującym chloroformem. A czy możecie istnieć, nie uciekając się do mordowania biednych zwierząt? Boże mój — pomyślałem. — A tom ci się dostał między jaroszów. Tylko tej niespodzianki mi brakowało. A właśnie teraz z taką chciwością rzuciłbym się na porządny befsztyk.
Muszę przyznać się, żeśmy tego jeszcze nie osiągnęli — ciągnąłem dalej głośno. — Ale prawdę mówiąc, czy pani nie zauważa, że silne muskuły i różowe policzki możliwe są tylko... A czy w porównaniu z panem wyglądam anemicznie? Niemniej jednak raz na zawsze zabroniliśmy tej wstrętnej rzezi. Ale nie skończyliśmy jeszcze. Przed chwilą chwalił się pan, żeście ujarzmili siły przyrody. Czy umiecie latać? Na to odpowiedziałem: Trzeba mieć skrzydła, a natura zapomniała nas właśnie obdarzyć tą ozdobą. A więc pan myśli, że nasze skrzydła wyrastają nam z pleców? — zapytała Akolea i po twarzy jej prześlizgnął się cień uśmiechu, który mi się wydał boskim.
Jak to? — zawołałem z kolei, wpadając w prawdziwy zachwyt. — Czyżby ta przepiękna ozdoba była dziełem waszej sztuki? Poczułem ogromną ulgę na myśl, że ta piękna, a nierozmowna osoba nie była swego rodzaju cudownym ptakiem, uccel di vino, jak mówił Dante. Ale jej skrzydła nadal wprawiały mnie w zmieszanie. Co za dziwne pytanie — odpowiedziała. Ubieramy te skrzydła, gdy udajemy się w drogę, i nie są one tak brzydkie jak wasze parasole i płaszcze deszczowe, a za to daleko pożyteczniejsze od nich i doskonale chronią nas przed niepogodą. Ale do rzeczy. Śmiał pan przeprowadzić porównanie między Marsem a Ziemią. Niech więc pan sam siebie wini, jeżeli skutki pańskiego zuchwalstwa nie będą panu zbyt przyjemne.
Co mi pan powie, jeżeli zapytam, dlaczego na Ziemi obok piękna istnieją cielesne potworności i tak często zatruwają wam życie? I nadal prowadziła badania niczym sędzia śledczy. Ale ten spór zaczął mnie wprawiać w rozpacz. Nie mogłem spokojnie znosić tej pogardy, która całymi potokami lała się na moją biedną Ziemię, podczas gdy moje do niej przywiązanie wzrastało z każdą chwilą. Na próżno szukałem jakiegokolwiek poważnego argumentu, który by zmusił tę arogancką osobę do milczenia. Na nieszczęście ona miała słuszność, a dowodem tego były owe cuda, które widziałem przed jej przybyciem, i te doskonałości, których uosobieniem była moja piękna przeciwniczka. W każdym jednak razie zbytnio już nadużywała swej wyższości. Pan nie odpowiada? — zapytała ironicznie. Wydało mi się, być może było to tylko złudzenie, że jej spojrzenie prześlizgujące się po mnie wyrażało niezbyt pochlebne mniemanie o mojej powierzchowności.
Już przedtem powiedziałem, że nie mogę skarżyć się na swą powierzchowność. Niech pani nie myśli, że opieram się wyłącznie na świadectwie mej starej mamki, o której już pani wspominałem. Ta dobra staruszka uważa mnie za pięknego mężczyznę i chętnie opowiada o tym każdemu, kto ma czas jej posłuchać. A prawdę mówiąc, proszę mi wierzyć, że tylko konieczność zmusza mnie do zrobienia tego wyznania Moja mamka nie jest jedyną osobą podzielającą to mniemanie. Mówiąc szczerze, pośród wszystkich swoich przyjaciół cieszę się reputacją człowieka, który może się szczycić swą powierzchownością. I teraz właśnie przyszło mi na myśl, by zręcznym nawiasem ocalić cześć mieszkańców Ziemi. „Niech pani nie sądzi o mieszkańcach Ziemi na podstawie tego marnego wzoru, który pani widzi przed sobą i który pośród swoich współobywateli zajmuje jedno z ostatnich miejsc” — powiedziałem, z powodzeniem grając rolę nader uniżoną. „Proszę zaniechać tych podstępów i nie wplątywać się jeszcze bardziej” — bez najmniejszej względności odpowiedziała Akolea. „Proszę pamiętać, że przez nasze teleskopy widzimy was tak wyraźnie, jak wy przez swoje lornetki widzicie Sarę Bernard, kiedy raczy grywać przed wami. No dosyć.” — ciągnęła z pewną wspaniałomyślnością.
— „Pozostawmy to zagadnienie. Szanuję te uczucia, które panu każą bronić Ziemi i dobrze rozumiem, że panu nieprzyjemnie należeć do rasy garbusów, kulawych i karłów.” „A czy na Marsie nie ma takich nieszczęśliwców?” — zawołałem, chociaż ogarnął mnie mimowolny zachwyt. „Mars od dawna już pożegnał się z potwornością we wszystkich jej przejawach. I niech się pan zgodzi ze mną, że przede wszystkim od tego należy zaczynać, bo cóż znaczy życie pozbawione piękna?” „Łatwo powiedzieć” — odpowiedziałem z niechęcią. — „Siebie samego przerobić nie można, a i potwór chce żyć.” „Nie widzę w tym żadnej konieczności” — odpowiedziała najzupełniej poważnie. Te słowa, pełne arystokratycznej wzgardy dla istot niższych, wywarły na mnie tak ujemne wrażenie, że nawet ta, która je wypowiedziała, wydała mi się mniej czarującą niż przedtem. „Czy nie zarządza pani przypadkiem, abyśmy jak Spartanie rzucali w przepaść tych, którzy rodzą się z ułomnościami cielesnymi? Bardzo dziękuję. Tak wysokiego stopnia cywilizacji dotychczas nie zdołaliśmy osiągnąć. Wątpię, czy na Marsie znajdzie się zwolennik takiego okrucieństwa” — odpowiedziała Akolea.
Jej te słowa uczyniły ją w moich oczach piękniejszą niż przedtem. „Pan mnie nie rozumie. Mówię nie o niszczeniu zła, ale o zapobieganiu mu.” „Ale czy istnieją środki po temu?” „Znaleźliśmy je.” Słowa te dały mi trochę do myślenia. Przecież to jakieś królestwo doskonałości. Ani chorób, ani brzydoty, ani jakichkolwiek nieporządków. Ale może właśnie dzięki swojej doskonałości życie na tej planecie jest nieinteresujące. Ta myśl dodała mi odwagi i moja biedna, brzydka, ośmieszona Ziemia wydała mi się stokrotnie milszą od tego raju, w którym wszystko było wymierzone i przewidziane. I to ja z kolei podjąłem śledztwo. „A więc Mars” — powiedziałem. — „Zamieszkany jest tylko przez pięknych mężczyzn i piękne kobiety.” „Bez wątpienia.” „I mówiąc szczerze, pani nie uważają za cudowne zjawisko.” „Wiem, że u was na Ziemi zwykło się mówić kobietom takie płaskie komplementy” — powiedziała Akolea, zarumieniwszy się z lekka, co zresztą uczyniło jej twarzyczkę jeszcze bardziej uroczą.
„Jak to?” — zawołałem, czując, że po trosze zaczynam brać górę. — „Czyż u was na Marsie nie ma zwyczaju mówienia damom komplementów?” „U nas uprzejmość pojmuje się inaczej.” „Ale w takim razie musicie nudzić się śmiertelnie.” Akolea spojrzała na mnie z niezadowoleniem. „Proszę mi wybaczyć natręctwo” — ciągnąłem dalej. — „Ale to stanowi dla mnie zagadnienie pierwszorzędnej wagi. A więc pani twierdzi, że na Marsie wszystkie kobiety są jednakowo piękne?” „Tak myślę.” „Ta jednostajność musi być nużąca” — oświadczyłem zdecydowanym tonem. „Opinia ta dowodzi pańskiej ignorancji.” „Niech pani powie raczej, że brzmi w niej głos proroczego ostrzeżenia” — odpowiedziałem z zapałem. — „Wasze życie musi być śmiertelnie nudne. Nie ma w nim ani braków, ani niepokoju, ani oczekiwań, nadziei czy współzawodnictwa. A instynkt mi powiada, że nie ma i cienia tego, co my nazywamy flirtem.” „Mój panie” — przerwała Akolea, widocznie tracąc swą pewność. — „Nie ścierpię, by w mojej obecności mówiono o naszej planecie bez szacunku.” Ale trudno już było powstrzymać mnie, jakkolwiek nieznaczny był mój pierwszy sukces, dodał mi przecież śmiałości i argument, którego szukał na próżno, nieoczekiwanie stanął przed oczyma my myśli.
„Marsjanie nie osiągnęli doskonałości” — powiedziałem z przekonaniem. — „I my Ziemianie niewiele mamy im do zazdroszczenia. Powiem więcej, Mars powinien uchylić czoła przed geniuszem Ziemi. Nam bowiem udało się rozwiązać jedno z tych zagadnień, przed którymi cofnęła się wasza dumna nauka.” „Cóż pan chce przez to powiedzieć?” — zapytała Akolea swym poprzednim, pełnym wyższości tonem, w którym jednak dawała się odczuć pewne zaniepokojenie. W głosie moim bowiem brzmiał nieukrywany triumf. Ja zaś już z góry syciłem się swoim zwycięstwem i nie śpieszyłem odkryć swych kart. „Ależ to jasne. Tylko ślepy może tego nie widzieć.” „Ja także nie widzę.” Odpowiedziała z widoczną urazą: „Zacznijmy od tego, że Ziemia jest większa od Marsa.” „Czyż w tym streszcza się cała wasza wyższość?” — zapytała, wahając się między bojaźnią a pogardą. „A ja myślałam, że pan mi powie coś naprawdę godnego uwagi. Czyż nie wie pan, że jedna uncja dobrze zorganizowanego mózgu ma większą wartość niż cała wasza planeta, jakiekolwiek by były jej zamiary?” „Nie przeczę, ale nasz drogi niekształtny glob ze swymi kaloszami i deszczochronami, rzeziami i klęskami, ze swymi garbatymi i pozbawionymi skrzydeł mieszkańcami, jednym słowem cała nasza Ziemia stanowi planetę, na której życie niegodne chyba tej pogardy, którą pani okazuje mi łaskawie.
I gotówem założyć się, że gdyby się pani udało w ten czy inny sposób dostać na Ziemię, za nic w świecie nie chciała by pani jej opuścić.” „Pan chyba drwi ze mnie” — odparła tonem, w którym brzmiało cierpienie. „Jeżeliście rzeczywiście rozwiązali jedno z tych zagadnień, z którymi się na próżno zmagamy, niech mi pan powie od razu, nie zmuszając mnie do dalszego oczekiwania.” „Powiem krótko: udało mi się dostać na Marsa. Niech pani powie prawdę, ileż to razy na próżno posyłaliście waszych argonautów na Ziemię i jeżeli wam się nie udało wydostać z waszego ciasnego więzienia, mimo wszystkie zalety, o których tyle mówicie i które zresztą rzucają się w oczy, to złóżcież przynajmniej dar podziwu geniuszowi ludzkiemu, który tego czynu umiał dokonać. Spodziewam się, że pani nie będzie we mnie wmawiała, jakoby ta podróż nie wydała się wam interesująca i że tylko dlatego nie zwiedziliście Ziemi, którą jednak badacie tak dokładnie. Jeżeli zaś nie jesteście w stanie dostać się na Ziemię, to i wszyscy wasi sąsiedzi w przestworzach międzyplanetarnych są wam niedostępni. A skoro nam udało się doprowadzić do końca przedsięwzięcie, o które rozbiły się wszystkie wasze usiłowania, to...” W zapale argumentacji niemalże nie zważałem na Akoleę. Spojrzawszy jednak na jej twarzyczkę, zatrzymałem się zmieszany widokiem skutków mej małej zemsty. Widocznie potrąciłem o jej słabą stronę. Czoło mej uroczej przeciwniczki zachmurzyło się, źrenice błyszczały ukrytym ogniem, a rumieniec oburzenia pokrywał jej delikatne policzki. Jakem to już powiedział, nieco ożywienia, choćby i gniewnego, nie zawadzało i chociaż Akolea w tej chwili odnosiła się do mnie z niechęcią, w duszy mej obudził się artysta i mimo woli zachwycałem się tą nową pięknością, którą wzruszenie nadało tej boskiej twarzy.
Z mych entuzjastycznych słów nietrudno wnioskować, że właściwie leżałem już u stóp uroczej córy Marsa i że mogła ona rozporządzać mną jak swoim niewolnikiem, chociaż we wzajemnym naszym stosunku nie było ani cienia uprzejmości, a uczucia odzwierciedlające się na jej przepięknym obliczu nie miały nic wspólnego z przychylnością. Możecie sobie wyobrazić, co się działo ze mną, gdy surowy wyraz jej twarzy zmienił się nieoczekiwanie. Komuż nie zdarzyło się obserwować tej cudnej chwili, kiedy to promień słoneczny niespodziewanie rozjaśni jakiś las ponury lub zagra na fali zmętnionej. Niejeden poeta opiewał tą chwilę, której urok jednako jest dla wszystkich śmiertelników dostępny. Któż jednak podejmie się opisać tą zmianę, która zaszła w Akolei, kiedy zachwycający uśmiech rozjaśnił rysy jej twarzy, jej dziecięco czyste czoło, jej błyszczące oczy, jej oślepiająco białe ząbki? Kto opisze ten czar niezmierny, którym tchnęła w tej chwili cała jej istota? Przed chwilą zdawała się gniewnym aniołem śmierci. Teraz jej piękne oblicze wyrażało jedynie dobroć nieskończoną. „Poddaję się” — powiedziała. „Bądźmy przyjaciółmi.” Dla Marsjan nauka stoi na pierwszym planie.
To ich bogini wszechwładna. I to dziecię urocze, zupełnie szczerze, choć nie bez smutku, przyznawało się do porażki. Wiedzieć albo nie wiedzieć uważane jest na Marsie za równie fatalne, jak być albo nie być. I takie tutaj panuje poważanie dla nauki, że od razu stanąłem na równej stopie z Akoleą, skoro przypomniałem jej, że udało się nam rozstrzygnąć jedno z tych wielkich zagadnień naukowych, z którymi oni na próżno się borykają. Po prawdzie nie tak to łatwo dostać się z jednej planety na drugą, ale chociaż i spodziewałem się trochę podnieść w oczach Akolei, to jednak wcale nie oczekiwałem tak zupełnej przemiany mej byłej nieprzyjaciółki. „Powinnam pana przeprosić” — powiedziała z czarującą pokorą, z którą jej było stokroć bardziej do twarzy niż z poprzednim wyrazem dumnej nieprzystępności. „Postępowałam z panem w sposób niegodny. Jakżebym śmiała patrzeć z góry na człowieka, który dokonał tak wielkiego wynalazku? Ja, która w wieku lat dwudziestu nie dałam nauce nic nowego.” Zabawne mi się wydało to rozgoryczenie, którego doświadczała ta piękna dziewczyna na myśl, że wyprzedzono ją na polu tych mało ponętnych umiejętności, którymi tak mało interesują się u nas jej rówieśnice, ale wbrew wzbierającemu we mnie śmiechowi starałem się trochę pocieszyć biedną Akoleę. Czyż warto zresztą wspominać, że moje uczucia względem niej, uczucia, o których mówiłem przed chwilą, wzmogły się jeszcze bardziej, odkąd na jej twarzy zjawił się promienny uśmiech.
Jeszcze chwila, a ofiarowałbym jej swą rękę i serce, ale powstrzymała mię resztka dawnej ostrożności. Po pierwsze, w tej chwili mało bym podobny do przystojnego konkurenta. Po drugie zaś każdy doświadczony podróżnik wie dobrze, że różne narody najbardziej różnią się od siebie właśnie obyczajami przedmałżeńskimi. Któż zresztą mógł mi ręczyć, że córy Marsa nie korzystają z prawa własnowolnego wyboru i publicznego o nim ogłaszania? A wreszcie taka dzielna osoba jak Akolea może wcale nie ma zamiaru krępować się więzami hymena. Jednym słowem, po krótkim wahaniu zapytałem po prostu: „A więc skorośmy zawarli pokój, czy nie przedstawi mnie pani swym rodzicom?” „Owszem” odpowiedziała, widocznie zaprzątnięta jeszcze jakąś myślą. „Ale w takim razie musimy się pośpieszyć.” Nie mogłem powstrzymać się od zapytania, czy to daleko. Zmęczenie dawało mi się we znaki. Nie obawiam się pieszych spacerów i z moim czułankiem zwiedziłem całą Francję, przy czym na przemian nosiliśmy siebie nawzajem. Ale to była dziecięca zabawka w porównaniu z tą podróżą, której właśnie dokonałem.
„Nie, niedaleko” odpowiedziała. „Zaledwie jakieś dwanaście kilometrów.” „Dwanaście kilometrów? Spory kawałek drogi.” „ Ech, to nic. Jednym zamachem skrzydeł.” „Ależ ja ich nie mam.” „Już ja się panem zaopiekuję.” Zawołała swego psa. Dała mu jak przedtem jakiś rozkaz i po chwili zwierzę wróciło, przynosząc parę skrzydeł. „Czy potrafi je pan ubrać?” „Wątpię” odpowiedziałem obłudnie. Cała rzecz w tym, że chciało mi się przypatrzeć, jak piękna i dumna Akolea zabierze się do usługiwania mi. „Pokażę panu, jak się to robi” powiedziała uprzejmie. Skrzydła te ubierało się jak palto. Ciężar ich był zupełnie nieodczuwalny.
„A co dalej?” Zapytałem. „Teraz pozostaje tylko pofrunąć.” I zaczęła unosić się w powietrzu. Poszedłem za jej przykładem. Było to rozkoszne i daleko bardziej interesujące niż którykolwiek ze znanych mi sportów. Początkowo gnębiła mię trochę myśl, że chyba wyglądam bardzo śmiesznie w powietrzu, lecz uciecha, jakiej mi dostarczył nowy sport, zmusiła mię zapomnieć o tem. I kiedy Akolea, niczym gołąbek, opuściła się na ziemię przed złotą kratą jakiegoś przedziwnego ogrodu, pożałowałem nawet, że nasza podróż trwała tak mało. Najwyżej kwadrans. Rozdział czwarty. Sam na sam. Widniejąca w oddali willa ze wszech stron była okrążona parkiem i wszędzie rozpościerały się kwiaty, których zapach był tak silny, że mnie niemal oszołomił.
Zdawało mi się, że nie będę w stanie oddychać tym cudownym aromatem, a jednocześnie piękno otaczającego mnie kwiecia wycisnęło mi z oczu mimowolne łzy. Akolea spojrzała na mnie z uśmiechem. „Trzeba przyznać” powiedziała, „że dzieci ziemi są nader słabymi istotami. Bledną od bólu, omdlewają od silnego zapachu, a czasem jak mięczak lub roślina apatycznie przyjmują rozkosz i cierpienie. Do czegoż tedy służy wam rozum? My wyciągamy z niego korzyści i opanowujemy siły przyrody. Chyba zgodzi się pan, że bardziej niż wy zasługujemy na miano królów wszechświata.” Nie próbowałem nawet przeczyć jej, bo głęboko byłem przekonany o słuszności jej twierdzenia i potężnym wysiłkiem woli otrząsnąłem się z oszołomienia, które mną owładnęło i w ślad za młodą dziewczyną pewnym krokiem wszedłem na taras. Dom, do którego mnie wprowadziła, był zbudowany z przeźroczystego marmuru. Jego barwa biała i różowa przedstawiała takie samo urocze połączenie, jakie widniało na twarzyczce mej cudnej przewodniczki. Drzwi wejściowe zrobione ze złota o różnych odcieniach wydały mi się szczytem sztuki cyzelerskiej.
W przejściu udało mi się zauważyć, że na tych drzwiach wyobrażony był szereg scen z dziejów świata i z dziejów sztuki, która na Marsie tyle wspaniałych zwycięstw odniosła. Ale Akolea nie dała mi czasu na podziwianie siedziby, która pośród zieleni ogrodu wyglądała jak soczysty, dojrzały owoc spoczywający na mszystym, miękkim podłożu. Szybko poprowadziła mnie przez obszerną salę ozdobioną kosztownymi metalami i różnobarwnymi marmurami. Posadzkę pokrywały tutaj dywany, w porównaniu z którymi najwspanialsze dzieła Wschodu wydawałyby się bezbarwnymi i bezwartościowymi łachmanami. Wielkie okna udrapowane były portierami z jakiejś ciężkiej, a zarazem gibkiej tkaniny, która różnorodnością swych barw harmonizowała z rozległością otaczających nas ścian. Tuż obok tej wspaniałej sali znajdowała się inna, o mniejszych wymiarach, która jak mi się wydawało była przeznaczona dla Akolei. Drzwi wiodące do tej sali zrobione były ze srebra, a ściany migotały jak perły. Zamiast jakichkolwiek ozdób na posadzce pokrytej cienkim kobiercem stały duże doniczki bladozielonego koloru, w których wspaniale rozwijały się rzadkie rośliny. Na lekkich, wykwintnych meblach leżały jedwabne poduszki pokryte jedwabiem, którego delikatne, przyćmione barwy przyjemnie pieściły wzrok widza. Na ścianie przeciwległej do drzwi wejściowych wisiał portret młodej dziewczyny odznaczający się tak uderzającym, gotów bym nawet powiedzieć takim przerażającym podobieństwem, że cofnąłem się i nie mogłem powstrzymać się od głośnego okrzyku.
Gdyby Akolea nie znajdowała się obok mnie, gotów byłbym przysiąc, że to ona stoi tam w owalnej ramie pobłyskującej krawędziami diamentów. To było życie, samo życie i zdawało się, że pierś dziewczyny podnosi się z lekka, że nieodczuwalny wiatrzek pieszczotliwie igra jej włosami. A ten wilgotny blask jej oczu, jakiż pędzel mógłby go oddać? A wokół tego czarodziejskiego zjawiska powietrze płynęło tak naturalnie, jak nie potrafił jeszcze wyobrazić żaden z największych malarzów ziemskich. Na widok mego zmieszania Akolea znowu się uśmiechnęła. „A więc mój portret podoba się panu?” — zapytała. — „Rzeczywiście, tego dnia wyglądałam niebrzydko. Mój ojciec potrafi wybrać odpowiednią chwilę.” — „Pani ojciec?” — „Tak. To jego dzieło. Gotowa założyć się, że zgaduję pańskie myśli.
O Boże, jakiż to wielki kolorysta! Jakież to wróżki przyrządzały farby, w których zamaczał swój genialny pędzel? Jacy wielcy malarze zamieszkują pośród Marsjan? A więc niechże się pan dowie, kochany Asafie, że tu nie ma mowy o malarstwie. Przed jakimiś sześciu tysiącami lat zeszli ze sceny ostatni malarze. Dlaczego? Ależ po prostu dlatego, że jednemu z naszych przodków udało się unieruchomić i utrwalić w zwierciadle odbicia w takim stanie, w jakim się ono wytworzyło. Nasi artyści musieli porzucić swe pędzle, mimo że między dawnymi malarzami były wybitne talenty. Ale od owego odkrycia żadna Marsjanka nie powierzyłaby swej piękności jakiemuś tam niezgrabnemu pęczkowi szczeciny. Czyż można przecież porównać najpiękniejsze dzieło malarstwa z tą doskonałością w odtwarzaniu przedmiotów?
— dodała, ukazując portret swą śnieżnobiałą rączką. — Gdybym stanęła obok niego, nigdy byś pan nie odróżnił obrazu od oryginału. Doskonale rozumiem smutek, który pana ogarnia na myśl, że wasze ziemskie sztuki piękne znajdują się w stanie nader prymitywnym. Ale niech pan pomyśli, że najpiękniejsze malowidło jest rzeczą pozbawioną życia. Artyści pracowali tyle wieków, a do czego doprowadziły ich trudy? Jeśli malarz chce osnuć rysy twarzy miękkim, przezroczystym cieniem, pod którym czułoby się płynącą krew i drganie wrażliwej skóry, ucieka się do pomocy szkaradnej mieszaniny smoły z cuchnącym olejem. Mając do rozporządzenia jedynie martwe farby, staracie się oddać blask ludzkiego ciała, złocisty puszek aksamitnej skóry, ogień płynący w oczach lub jedwabistą miękkość falujących loków. Czyż to nie szaleństwo? Od dawna już wyzwoliliśmy się od tej niewdzięcznej pracy i w naszych zwierciadłach utrwalamy schwytane życie z jego atmosferą i otoczeniem. Oto dlaczego mój portret podoba się panu i będzie podobał nawet po upływie wielu wieków, kiedy już to znikome ciało rozpadnie się na swoje części składowe.” Ze zdziwieniem słuchałem słów Akolei, wpatrując się w jej portret, którego oczy tak dużo mówiły memu sercu i zdawało mi się, że te piękne usta otwierają się z lekka.
Rzęsy drgają czasem. Na portrecie Akolea była przedstawiona w czarnej, prawie zupełnie przezroczystej sukni i jej złociste włosy spływały po ciemnej tkaninie niczym potoki najczystszego miodu. Mimo tego chciałem nieco podreperować reputację mej biednej ziemi. „I my mamy fotografie” — powiedziałem sucho. „No tak, to pierwszy krok ku ulepszeniu” — odrzekła spokojnie. — „Warto by tylko wiedzieć, kiedy będą poczynione dalsze postępy w tym kierunku.” W głębi duszy zupełnie zgadzałem się z Akoleą. „Mówiła mi pani o swym ojcu” — ciągnąłem po chwili milczenia. — „Czy będę miał zaszczyt być mu przedstawiony?” Nie bez ukrytego zamiaru odwróciłem rozmowę od drażliwego tematu dotyczącego stosunkowej godności naszych planet. „Ależ owszem. Tylko że to będzie zależało od tego, czy on już powrócił.
Jeżeli się nie mylę, znajduje się teraz na drugim końcu świata.” „Jeśli się pani nie myli? A więc pani nie jest tego pewna?” „Skądże mam o tym wiedzieć? On nie ma zwyczaju powiadamiać mnie o swych zamiarach. Zresztą ja sama dopiero dziś rano powróciłam z podróży.” „A czy długo potrwa podróż pani ojca?” „To zależne od wielu okoliczności. Jeżeli spodoba mu się pobyt u naszych antypodów, to powróci nieprędko.” „I nie powiadamia o tym swojej rodziny? Nie żegna się z nią uprzednio?” „A czy nie ma prawa robić, co mu się podoba?” — zapytała z kolei Akolea i w głosie jej brzmiało tak szczere zdziwienie, że uważałem za bezpożyteczne dyskutować z nią dłużej. „Widocznie wasze życie rodzinne ogromnie różni się od naszego ziemskiego” — odrzekłem z pokorą. — „Pozwolę sobie zapytać, czy ma pani rodzeństwo?” „Mam siedemnastu braci” — spokojnie odpowiedziała Akolea. — „Ale za to ani jednej siostry. Jestem jedynaczką.” „I najpiękniejszym kwiatem z całego bukietu” — zawołałem, siląc się na komplement.
— „Jakżeż oni muszą rozpieszczać panią. Jak dogadzać.” „Rozpieszczać?” — powtórzyła z wyrazem pogardliwego zdziwienia. „Cóż w tym dziwnego? Jedna jedyna siostra wśród tylu chłopaków. Muszą chyba patrzeć na panią jak na delikatny kwiatek, drogocenną zabawkę, istotę godną czci i gorącej miłości.” — dodałem czułym tonem. Spodziewałem się, że ta czarująca dziewczyna zrozumie nareszcie, jak pełne było moje serce tych uczuć, które umyślnie przypisywałem jej licznym braciom. Ale Akolei nie bardzo spodobało się moje odezwanie. „Chciałabym widzieć kogoś, kto by śmiał patrzeć na mnie jak na zabawkę” — powiedziała ostro. Zamilkłem, widząc, że rozmowa jej się nie podoba. „A pani matka?” — zapytałem pokornie.
Spodziewam się, że będę miał zaszczyt ją zobaczyć. „Nie wiem” – krótko odpowiedziała Akolea. Znowu musiałem zamilknąć i chcąc nie chcąc całkowicie oddać się rozkoszy, jaką stanowiła kontemplacja mej uroczej gospodyni. Usiadła na stosie poduszek i z roztargnieniem głaskała po głowie swego wielkiego psa, który położył pysk na kolanach swej rozkazodawczyni i z miłością wpatrywał się w jej oczy. Jakże chętnie zająłbym miejsce tego psa. Można by pomyśleć, że ten pies rozumie panią. Zauważyłem niezdecydowanie, patrząc na tą przeciwną grupę. Doprawdy, wydaje się, jakby ten pies rozmawiał z panią. „A czy to niemożliwe?” – zapytała Akolea i jej różowe chrapki zadrgały lekko. – „Czy mamy zasklepić się w dumnej ignorancji i wyobrażać sobie, że zwierzęta, to bydło, jak je z pogardą nazywacie, nie są w stanie zrozumieć człowieka?
Czyż możecie wątpić, że zwierzęta mają swój własny język, za pomocą którego porozumiewają się między sobą? A czy wy sami na waszej politowania godnej Ziemi na każdym kroku nie doznajecie trudności, gdy wam wypada zetknąć się z cudzoziemcami, którzy nie znają waszego języka? A przecież wszyscy razem należycie do mieszkańców tej samej planety, grającej rolę ziarnka piasku w niezmierzonej przestrzeni. I wy śmiecie czynić rozum swym wyłącznym przywilejem. Sam rozsądek, z którego tak dumni jesteście, zdawałby się niejasnym przejawem instynktu w porównaniu z rozumem najwyższym, który według wszelkiego prawdopodobieństwa z ironią spogląda na wasze próżne usiłowania. Niech mi pan wierzy, niech pan nie pogardza zwierzętami. Zarówno jak i wy są one przejawem tego samego życia. Mają te same skłonności, te same potrzeby, te same namiętności, co i wy. Warciście jedni drugich. Jeśli dla pana, mieszkańca innej planety, zrozumiały jest mój język, to dlaczego moja umiejętność nie miałaby mi dać możliwości rozmawiania z psem, który należy do moich najważniejszych przyjaciół?” Przyznam się, że nie bez rozgoryczenia ujrzałem się na równym poziomie ze zwierzęciem, ale bojąc się, że rozgniewam porywczą Akoleę, zręcznie zmieniłem temat rozmowy.
Biorąc pod uwagę wasz szacunek dla bydła, dla zwierząt – poprawiłem szybko – przypuszczam, że na Marsie nie spożywa się mięsa. „Spożywać mięso?” – z przerażeniem zawołała Akolea. – „Już samo pytanie dowodzi, że jest pan obywatelem planety, której mieszkańcy pożerają się nawzajem”. Przepraszam. To bynajmniej nie odnosi się do wszystkich. Być może jacyś tam dzicy. „A dlaczego na waszej planecie istnieją jeszcze dzikie plemiona? Dlaczego nie udało się wam ucywilizować tych dzikich? I mimo tego razem z nimi od wieków jesteście zamknięci w ruchomym więzieniu. Wydajecie mi się tak godni politowania, gdy pomyślę, że na Ziemi są jeszcze obszary zupełnie przez ludzi nieznane.
Cóż więc dziwnego, że przy takim zacofaniu nie zdołaliście podzielić się z dzikimi światłem, a raczej słabym migotem waszej wiedzy? Jeżeli nawet nie wszyscy mieszkańcy Ziemi oddają się ludożerstwu, to za to mordują się nawzajem i jedno warte drugiego.” Piękna Akoleo! – zawołałem sępasą. – Pani zapomina o słowie. „Takim tonem niech pan ze mną nie mówi” – przerwała. – „Nie znoszę tego.” Piękna gaznodziejko, niechże mi pani pozwoli spytać przynajmniej, o ile Marsjanie zdołali zastosować w życiu codziennym to braterstwo, które tak głośno proklamujecie. „To hasło nie jest dla nas pustym dźwiękiem i jego istota głęboko wrosła w nasze serca. Czyż nie zrozumiałe samo przez się, że mieszkańcy tej samej planety winni być braćmi między sobą? Jaki sens mają wasze dziwaczne podziały na cesarstwa, królestwa, narodowości? My wszyscy dążymy do szczęścia i udoskonalenia całego naszego starego, kochanego Marsa.
Tajemne moce wyznaczyły mu miejsce w nieskończonej przestrzeni i pewna jestem, że mamy rozliczne obowiązki zarówno w stosunku do naszych przodków, jak i do naszych potomków, i winniśmy w miarę możności pomnażać sumę odziedziczonej wiedzy i całe swe siły skierować ku poznaniu wielkiej tajemnicy świata. Każdy dzień, każda godzina przybliża nas do tego wielkiego celu.” Niech pani pozwoli. A co będziecie robić, gdy osiągniecie wszechwiedzę? – zapytałem ironicznie. „Nie obawiamy się tego” – odpowiedziała z lekkim odcieniem smętku. – „Niestety, w życiu wszechświata odgrywamy rolę nie przyczyn, lecz skutków i dlatego nigdy nie osiągniemy granic poznania.” Śmieszyło mnie nieco, że młoda i piękna dziewczyna trapi się o podobne sprawy, ale grzeczność nie pozwoliła mi rozwodzić się nad tym tematem, ponieważ Akolea zdawała się być głęboko zasmucona na myśl, że ona sama stanowi li tylko skutek. Jeżeli nie używacie zwierząt na strawę, to na cóż wam one? – zapytałem nieostrożnie. Przyznam, że nieprzyjemne skurcze, które odczuwałem w żołądku, były główną przyczyną tego dyplomatycznego zapytania. Spodziewałem się, że w ten sposób przypomnę mej eterycznej towarzyszce, że bynajmniej nie jestem wolny od tak prozaicznego cierpienia jak głód.
Ale Akolea zupełnie inaczej pojęła moje pytanie. „Pyta pan, do czego nam służą zwierzęta?” Powiedziała chłodno. A po cóż wy sami istniejecie na świecie? No, to już zupełnie inna kwestia. Ach tak, zapomniałam, że wy na Ziemi służycie za mięso armatnie. Toż to ta sama więź, ten sam cel, który wyznaczacie zwierzętom. W każdym razie trudno was oskarżać o stronniczość. Ależ na koniec, co wy tutaj jadacie? — ciągnąłem, stopniowo wpadając w rozpacz. Jak widać, pańską myśl zaprząta jedynie troska o jadło — odpowiedziała z widocznym wstrętem.
— Niech pan wie, że w naszych oczach pożywienie nie gra pierwszorzędnej roli i nie cieszy się takim poszanowaniem, jakim wy je otaczacie na Ziemi. Uważamy, że to funkcja bardzo podrzędna, smutna konieczność naszego organizmu. Jednym słowem sprawa, o której nie warto tyle się rozwodzić. Jeżeli pan odczuwa nieprzezwyciężoną potrzebę jedzenia, to proszę otworzyć te drzwi, a w sąsiedniej sali znajdzie pan różne potrawy, które z naddatkiem zaspokoją pański apetyt. Nie podejmuję się towarzyszyć panu. U nas bowiem przyjętem jest jeść bez świadków pobocznych. Pośpieszyłem skorzystać z danego mi zezwolenia i otworzywszy jedne ze srebrnych drzwi, znalazłem się w maleńkiej jadalni, bardzo prosto umeblowanej. Jedyną jej ozdobą była wyszukana czystość. Potrawy rozstawione były na marmurowym stole i przykryte złotymi kloszami. Większość tych dań była mi zupełnie nieznana.
Niektóre z nich okazały się gorące, inne zimne, ale wszystkie były przygotowane po mistrzowsku. Zdawało mi się, że jem dziczyznę i niezwykle soczystą wieprzowinę i chociaż upewniony przez Akoleę, że Marsjanie nie używają mięsnego pożywienia, nie mogłem sobie zdać sprawy ze składu tych potraw. Chleb przygotowany rano w mojej obecności okazał się doskonałego smaku. Pod ręką znajdowały się i chłodzące napoje i wspaniałe wina najszacowniejszego wieku. Jednym słowem zauważyłem, że wbrew dumnej pogardzie, z którą Akolea mówiła o pożywieniu, obywatele Marsa cieszyli się takim wspaniałym menu, jakie na Ziemi dostępne jest tylko niewielu wybrańcom losu. Zaspokoiwszy głód, umyłem ręce i twarz w pachnącej wodzie i pośpieszyłem na powrót do pięknej Akolei i nie mogłem przy tym nie wyrazić zadowolenia, jakiego mi dostarczyło moje samotne śniadanie. Ach tak — powiedziała z roztargnieniem. — Nasi chemicy znają się na rzeczy. Nie rozumiem pani. Zapewne zastanowiło pana pochodzenie tych potraw, których pan właśnie próbował.
Owszem, pytanie to zajmowało mnie ciągle i biorąc pod uwagę wasz wstręt do mięsnego pożywienia, nie, nie śmiem myśleć, że ta potrawa jest zwierzęcego pochodzenia. I słusznie. Nasi przodkowie nauczyli nas hodowli grzybów mięsnych, a raczej grzybów mających smak mięsa. Hodujemy je w cieplarniach, które może pokażę panu kiedyś. Nasi ojcowie, mężowie i bracia są wielkimi amatorami tych grzybów. I muszę przyznać, że i u nas, podobnie jak na Ziemi, mężczyźni mają smak bardziej wulgarny niż kobiety. Co do mnie i mojej matki, to nawet do ust nie bierzemy tych grzybów mięsnych i zadowalamy się wspaniałymi owocami naszych drzew. I rzeczywiście, patrząc na tę piękną dziewczynę, każdy by chętnie przypuścił, że żywi się ona jedynie zapachem kwiatów, nie uciekając się do bardziej materialnego i grubszego pożywienia. Może pytania moje przykrzą się pani Akoleo? — zapytałem po chwili milczenia.
O nie — odpowiedziała ze zwykłym swoim boskim uśmiechem. — Wręcz przeciwnie. Rozmowa z panem podoba mi się ogromnie. Jakże wdzięczny jestem pani! — zawołałem z uśmiechem. Moja ignorancja ciążyła mi niezmiernie i odczuwałem głębokie poniżenie, porównywując się do cudownych mieszkańców tej uprzywilejowanej planety. W takim razie — ciągnąłem. — Niech mi pani wyjawi, w jaki sposób unikacie wojen. Nie będę już mówił pani o sławie ni ambicji, ale niech się pani zgodzi, że wszędzie, gdzie ścierają się dwaj ludzie, silniejszy siada na kark słabszemu, który rzecz prosta oburza się na taką poufałość i sprawa kończy się bójką. Wszystko to odnosi się do mieszkańców Ziemi.
Wojny wybuchają głównie pod wpływem chciwości i drapieżnych instynktów, które pobudzają narody do zawładnięcia swych sąsiadów. Nam, mieszkańcom Marsa, nieznane są te niskie namiętności. Być może kiedyś, przed milionami lat, dawniej jeszcze, nim na Ziemi zjawili się jej pierwsi mieszkańcy. W tej może prastarej epoce i nasi przodkowie bywali ofiarami tych barbarzyńskich instynktów, których wam dotychczas nie udało się okiełznać. Co do nas, to nauka od niepamiętnych czasów uwolniła mieszkańców Marsa od tych wszystkich przykrości. Chciwość i skąpstwo są dla nas nie do pomyślenia, ponieważ wynaleźliśmy sposób robienia złota. Czyż to możliwe? Niech pan zwróci uwagę na nasze drzwi, ogrodzenie ogrodu, sprzęt domowy i tak dalej. Gdyby nam przyszła fantazja budowania domów z czystego złota i srebra, nie byłoby do tego najmniejszej przeszkody. W naszych oczach te metale i kamienie, które u was noszą nazwę drogocennych, u nas są bezwartościowe.
Dlatego też nie nosimy żadnych ozdób i piękno jakiegoś skromnego kwiatka przekładamy ponad blask diamentu. I rzeczywiście od samego początku uderzała mnie prostota ubioru mej rozmówczyni. Już za dawnych czasów powiedział ktoś, że nasze ozdoby służą jedno do ukrycia braków fizycznych, a kolega nie miała nic do ukrywania i przepiękne linie jej ciała dumnie i śmiało rysowały się pod lekką, wiotką tkaniną, z której było zrobione jej ubranie. W przemyśle — mówiła dalej — przy budowie fabryk i okrętów zazwyczaj używamy złota tam, gdzie wy stosujecie żelazo i drzewo. Nie znamy ubóstwa, ponieważ wszystko potrzebne do życia wyrabia się u nas przy pomocy maszyn i w ogromnej ilości. Dlatego też nie ma wśród nas wojen międzynarodowych, nienawiści klasowej ani walk wewnętrznych. Powiedziałem już panu, że wszyscy mieszkańcy Marsa stanowią jedną wielką narodowość. Każdy z nas widzi w swoim bliźnim brata równego mu urodzeniem, co rzecz prosta, niemożliwym czyni jakiekolwiek wojny. Prawda. I my uznajemy arystokrację, ale jej wyższość polega wyłącznie na piękności i talencie.
Wszyscy mamy wspólnych przodków i życie winniśmy tej pierwszej parze, od której pochodzi nasza rasa. Chociaż przyznam szczerze, nie udało się nam jeszcze wyjaśnić naszego stopniowego rozwoju. Niemniej jednak nikomu z nas nie wpadłoby do głowy uważać swe pochodzenie za szlachetniejsze od innych współobywateli. Szanujemy naszych poprzedników i odczuwamy zrozumiałą dumę, jeśli któryś z naszych najbliższych czy przodków wsławił się w ten czy inny sposób. Ale każdy z nas wie, że po upływie określonego szeregu pokoleń wszystkie znakomitości stają się wspólnymi przodkami całego rodu ludzkiego. Jedynie wyższość geniusza lub czarującej piękności. A więc jednak nie wszyscy odznaczają się jednakowym stopniem piękności. Zawołałem, nie będąc w stanie ukryć swego triumfu. Niewątpliwie nie znamy potworności w istotnym tego słowa znaczeniu, ale co się tyczy piękności, to rzecz prosta może ona osiągać różne szczeble doskonałości. A więc moje przypuszczenia nie były błędne.
Powiedziałem z naciskiem, spoglądając na Akole. Jest to jedyna wyższość, którą uznajemy — ciągnęła Akolea, widocznie nie zwracając uwagi na moje słowa. Ale tej wyższości nie otrzymuje się w dziedzictwie, jak to zresztą sami dobrze wiecie. Jeżeli jakiś człowiek odznacza się wybitnym rozumem, siłą fizyczną, męstwem, pięknością i temu podobne, to z tego bynajmniej nie wynika, że jego dzieci na pewno odziedziczą wszystkie jego przymioty. Oddajemy takiemu człowiekowi cześć należytą, ale wcale nie życzymy sobie, aby on i jego potomkowie stali się naszymi władcami. Wszyscyśmy się urodzili wolnymi i nie szczędząc życia jak jeden człowiek powstali byśmy przeciw wszelkim próbie nałożenia na nas niewolniczych łańcuchów. Mimo woli przypomniała mi się nasza ziemska historia i poczułem zmieszanie i pokorę wobec młodej dziewczyny żywiącej tak wzniosłe uczucia. Ale jeżeli nie ma wśród was biednych, w jaki sposób znajdujecie potrzebnych wam robotników? Zapytałem z wahaniem. Potrzeba jest matką wynalazku — odrzekła Akolea z uśmiechem.
Przypuszczalnie zauważył pan, że nie ma u nas rolników. Podobnież nie ma u nas robotników fabrycznych i służby domowej. Rzecz w tym, że wszystkie prace wykonywane są przez maszyny i nasi najznakomitsi uczeni uważają za swój obowiązek zastosowywać w przemyśle coraz to nowe ulepszenia. Raz do roku w każdym mieście odbywa się spotkanie, które wyznacza skład rady miejskiej. Prawo to bynajmniej nie jest gorsze od waszych wyborów. Każdemu z członków rady porucza się na czas dłuższy lub krótszy nadzór nad tym lub innym ciałem gospodarki miejskiej. Jeden zawiaduje zaopatrzeniem ludności, inny żeglugą, trzecim budownictwem i tak dalej. Ponieważ te czasowe obowiązki nie są żadnym ciężarem, wszyscy z jednakowym zapałem pracują dla dobra ogólnego. Ale — przerwałem. Jeśli nie ma u was ani sztuk pięknych, ani wojny, ani polityki, ani powszechnej walki o byt, walki, która nawiasem powiedziawszy, zrodziła tyle dzieł wybitnych.
Jeżeli tego wszystkiego u was nie ma, to pozwoli pani zapytać, w czym się dla was zawiera główny sens życia? Lekki cień prześlizgnął się po czystym czole Akolei. Mamy naukę — odpowiedziała tonem, który mi się wydał niepozbawiony jakiegoś smutku. Czyż nie jest ona nieskończenie rozległym polem, na którym przez całe życie można walczyć z powodzeniem? Ale co robią kobiety? Czyż kobiety nie są obdarzone takim samym rozumem jak mężczyźni? Albo być może należy pan do tych ludzi, którzy uważają, że kobiety winne się interesować tylko głupstewkami i całe życie spędzać w pokoju dziecięcym. U nas myśli się inaczej i dlatego w naszych zebraniach prawodawczych i naradach kobiety biorą udział na równi z mężczyznami. W tym roku matce mojej powierzono opracowanie projektu prawa normującego transport towarowy. À propos, droga Akoleo — powiedziałem z pewnym zakłopotaniem.
Upłynęło już kilka godzin, jak rozmawiam z panią. Może się już pan znudził. Co za dziwne przypuszczenie, ale w takim razie nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć. Być może, że w pani oczach to głupstwo, ale widzi pani, już tak długo jesteśmy sam na sam, a mam chyba prawo uważać się za młodego człowieka. Byłbym w rozpaczy, gdyby z mego powodu powstały jakieś nieprzyjemne pogłoski. Ale kto by tu miał sobie pozwolić na coś podobnego? Ze szczerym zdziwieniem zapytała Akolea. Spoglądała na mnie z ciekawością, podczas gdy ja bezskutecznie starałem się wyjaśnić jej, że mój pobyt mógłby być dla niej kompromitujący. „No, doprawdy nie wiem. Ale pani matka albo pani bracia?” „A cóż im do tego?” „Jak to?
Zdaje mi się, że to samo przez się zrozumiałe.” „Pan im zupełnie nie przeszkadza, a jako mój gość może pan być u mnie póty, póki się będzie panu podobało. Czy pan zamierza może uważać mnie za jakąś Turczynkę?” Taka niewinność wydała mi się wreszcie podejrzana. Szybko spojrzałem na Akoleę, spodziewając się wyczytać z jej twarzy jakąkolwiek ukrytą myśl, ale w jej świetlistych oczach i w całym jej obliczu było tyle niewinności i czystości, że zawstydziłem się swych podejrzeń. „Proszę mi wybaczyć” powiedziałem ze wzruszeniem, „ale rozmawiałem z panią, mając na widoku nasz ziemski punkt widzenia. U nas młoda dziewczyna nie mogłaby postępować tak swobodnie, nie dostarczając strawy złośliwym plotkom.” „Młoda dziewczyna?” powtórzyła Akolea, robiąc widoczny wysiłek, aby choć trochę mnie zrozumieć. „A więc młodemu mężczyźnie wszystko u was wolno?” „Przecież” odrzekłem z uśmiechem, „że młody mężczyzna nie potrzebuje się obawiać tych przykrości, które grożą młodej dziewczynie.” Akolea słuchała mnie uważnie i poważnie. „Być może nie wytrzymuje to surowej krytyki, ale u nas młodzi mężczyźni są na tyle swobodni w swym postępowaniu, o ile młode dziewczęta skrępowane najprzeróżniejszymi nie wypada. I dlatego, droga Akoleo, zwróciłem pani uwagę na tą okoliczność.” Młoda mieszkanka Marsa zamyśliła się na chwilę, a później szybko spojrzała mi w twarz, mówiąc: „Zdaje mi się, że pana w pewnej mierze interesuje moja rodzina, prawda? Nie mylę się? Proszę mi wybaczyć, że przedtem o tym nie pomyślałam, ale u nas każdy człowiek przywykły jest do samodzielności.
Każdy wybiera sobie przyjaciół i znajomych według osobistych upodobań. Także nawet na myśl nie wpadło mi przedstawić pana swoim rodzicom, gdybym nie zauważyła wyraźnego życzenia.” „Niewątpliwie” zawołałem. „Życzyłbym sobie wejść do tego domu, nie łamiąc powszechnie przyjętych obyczajów.” „No, jeśli tylko o to chodzi, to pan może być spokojny, ponieważ dostał się pan do naszego domu za moim przyzwoleniem. Chodźmy jednak. Jeśli pan chce, może się pan zobaczyć z moją matką, która zdaje się jest w domu.” Akolea wstała i skierowała się ku drzwiom przeciwległym tym, przez które byśmy weszli. Pośpieszyłem w ślad za nią i poszliśmy przez szereg sal, których urządzenie, oryginalność i przepych. Wreszcie weszliśmy do obszernej komnaty, widocznie należącej do paradnych apartamentów. Ściany były tutaj z różowego marmuru odznaczającego się miękkością i ciepłem karnacji. Wszystko odpowiadało tu wymaganiom komfortu, począwszy od dywanów, w których tonęła noga, obić wyszywanych złotem i miękkich, wygodnych foteli, skończywszy na różowej kryształowej kopule, śmiało rozpiętej nad całą komnatą. Natychmiast też zauważyłem w niej około tuzina chłopców, w których łatwo było poznać część licznego rodzeństwa mej młodej przyjaciółki.
Najstarszy wyglądał na jakie dwadzieścia lat, a wszyscy, podobnie jak siostra, odznaczali się wybitną pięknością. Rozkoszowałem się ich wdziękiem i wykwintną budową ciała, ale jednocześnie w myśli oskarżałem ich o brak wychowania. Młodzieńcy bowiem zwrócili na mnie tak mało uwagi, jak gdyby przez salę przeleciała mucha. Niektórzy z nich mieli na sobie krótkie, jasne bluzy, ale wzrok mój mimo woli zatrzymał się na dwóch młodzieńcach odzianych w czerwone, przylegające trykoty. Przywiązali oni do swych nóg maleńkie skrzydełka, podobne do tych, którymi zazwyczaj obdarzamy Merkurego, posła bogów. Zrodziło się we mnie podejrzenie, że jakiś młody obywatel Marsa, spadłszy na Ziemię, posłużył Grekom jako pierwowzór tego boga pięknego a bystronogiego. „Czy bierzecie udział w biegach?” Mimochodem zapytała Akolea. „Tak” odpowiedział młodszy z braci. „W zawodach z dziewczętami z Lokera. No, ale musimy się śpieszyć” dodał, „bo inaczej spóźnimy się na wyznaczoną godzinę.” I obaj wybiegli z komnaty niczym dwa młode jelenie.
Przyznam się, że do głębi dotknął mnie ten brak uwagi, z jakim się do mnie odnoszono. Nie miałem jednak prawa wyrażenia jakiegokolwiek niezadowolenia i posłusznie szedłem w ślad za moją przewodniczką, która przeprowadziła mnie wreszcie do pięknego pokoju, gdzie wszystko było wykładane jakąś masą podobną do kości słoniowej. Jedwabista tkanina pokrywająca ściany i meble była koloru blado błękitnego i pobłyskiwała złotymi nićmi. W tym pokoju znajdowała się matka Akolei, kobieta olśniewającej piękności, mimo swego dojrzałego wieku. Na pierwszy rzut oka wydała mi się piękniejszą nawet od swej córki, w której ruchach było mniej majestatycznego wdzięku. Jej wzrok spokojny a dumny tak mnie zmieszał, że stałem przed nią, czerwieniąc się jak uczniak. Matka i córka ogromnie były do siebie podobne. Ten sam wysoki wzrost, wykwintna budowa ciała, wdzięczne zachowanie się, bladoróżowe zabarwienie twarzy i takie same wspaniałe złociste włosy. Które jednak u matki z lekka srebrzyły się na skroniach. Piękna kobieta siedziała na krześle z kości słoniowej wyłożonym błękitnymi poduszkami i zagłębiała się w studiowaniu wielkiego, pokrytego cyframi arkusza.
Okrągły stół zrobiony był z polerowanego srebra i opierał się na nóżkach o wykwintnym zarysie. W pierwszej chwili matka Akolei nie zwróciła uwagi na nasze wejście i nadal zatapiała się w obliczeniach, przypuszczalnie niełatwych, sądząc z wyglądu zapisanego arkusza. Wreszcie podniosła głowę i na widok córki twarz jej rozjaśnił łagodny uśmiech. „Kochana Akoleo, wróciłaś więc ze swej podróży” — powiedziała niskim, a wdzięcznym głosem. — „A ja myślałam, że to potrwa jeszcze z kilka tygodni.” „Takie były moje zamiary” — odpowiedziało dziewczę. — „Ale dzisiaj rano przelatywałam nad naszym miastem i zachciało mi się wpaść tutaj na minutkę, czego zresztą nie żałuję teraz, bo przy tej okazji spotkałam pana Asafa Shalonge, który właśnie przybył do nas z Ziemi i ogromnie zainteresował mnie swoją rozmową.” „Rzeczywiście?” — powiedziała Etournea i dopiero teraz zwróciła na mnie spojrzenie swych ciemnoniebieskich, podobnych do dwóch szafirów oczu, jeszcze bardziej podkreślających białość tego pięknego oblicza. — „Doprawdy, to ogromnie ciekawe. Winszuję ci Akoleo tego szczęśliwego spotkania. Spodziewam się, że po ukończeniu mych zajęć poświęci mi pan kilka chwil i opowie o swojej podróży. Jeżeli będzie pan rozporządzał wolnym czasem, to sprawi mi pan wielką przyjemność.” „Ależ proszę pani” — zawołałem z galanterią.
— „Jestem na pani usługi i doprawdy nie wiem, jak mam pani podziękować za okazaną mi gościnność.” Zdawało mi się, że przy tych słowach piękna twarz Etournei wyrażała łagodne zdziwienie. Na różowych usteczkach Akolei zjawił się lekki uśmieszek. „Pan Shalonge w żaden sposób nie może pojąć, że jest moim gościem i za wszelką cenę chce otrzymać twoje zezwolenie, mateczko.” „Ależ bez wątpienia” — rzekła Etournea — „że chętnie bym dała zezwolenie, gdyby go było potrzeba. Ale proszę pana, córka moja korzysta z nieograniczonej swobody. Może pan być zupełnie spokojny. Nikt jej tego za złe nie weźmie. Strzeżemy tutaj wolności osobistej i żaden stopień pokrewieństwa nie daje nam prawa mieszać się do spraw istoty rozumnej, wyrosłej już z dzieciństwa. I ja, i mój mąż widzimy w naszej córce istotę równą nam pod wszelkimi względami. Nasi rodzice traktowali nas z tego samego punktu widzenia. Jedyne moje pragnienie” — z czułością dodała Etournea — „streszcza się z tym, by moja córka kochała mnie tak mocno, jak ja ją kocham.” I zamieniły między sobą przyjazne spojrzenie, w którym jaśnieło wzajemne i silne przywiązanie, dodające ciepła tych dwóch przepięknych kobiet.
„A więc do widzenia” — powiedziała Etournea, wdzięcznie skinąwszy mi głową. — „Mam nadzieję, że zobaczę się z panem, jeżeli pan dłużej u nas zabawi.” W silnym zmieszaniu wybąkałem w odpowiedzi parę niepowiązanych słów i odszedłem w ślad za Akoleą, która skierowała się ku wyjściu. Przeszliśmy razem przez cały dom i doszliśmy do cieplarni, w której rosły grzyby mięsne. Oczekujące mnie widowisko było rzeczywiście cudowne. Grzyby uderzały przede wszystkim różnorodnością swych kształtów, rozmiarów i barw. Tu i tam widniały grzyby różowe, smakiem przypominające łososinę. Obok nich wznosiły się grzyby mlecznobiałe, których plasterki niewiele się różniły od soczystego mięsa kurcząt. Wieprzowina, baranina, cielęcina, bażanty, dziczyzna i najprzeróżniejsze ryby miały swoich przedstawicieli w tym dziwnym królestwie roślinnym. Jak potwornie wyglądałyby nasze rzeźnie i jatki, gdybyśmy je postawili obok tej świetlistej, wspaniałej cieplarni, w której nie było i cienia znanych nam potoków krwi, cuchnących miazmatów i nieszczęsnych zwierząt drżących w przedśmiertnym strachu. Zamiast tych wszystkich potworności tylko pociśnięcie gwizdka niewidzialnej maszyny i w tej samej chwili błyszczące ostrze stalowe odcinało potrzebną ilość pożywienia, które za pomocą rynny komunikacyjnej szybko spadało do kuchni, gdzie strawy przygotowano w idealnych warunkach higienicznych dzięki dowcipnemu systemowi kół zębatych i pasów transmisyjnych.
Urządzenia gospodarcze tego domu uderzyły mnie daleko bardziej niż jego wnętrza mieszkalne, odznaczające się takim wykwintem i przepychem. Wszelkie te rozliczne maszyny były tak umiejętnie rozstawione, wszystko było tak proste, a zarazem tak wygodne, że mimo woli zapytywałem się, dlaczego nam, Ziemianom, nie przyszło do głowy w taki właśnie sposób położyć kres naszemu bezładowi domowemu i raz na zawsze rozstrzygnąć od dawna już drażliwą kwestię służby domowej. A tutaj połapałem się, zważywszy, że podobne urządzenia dostępne są tylko dla tych, którzy jak Marsjanie wynaleźli kamień filozoficzny. Jednocześnie pomyślałem, że jeżeli Akolea zgodzi się udzielić mi tej tajemnicy naukowej, mój powrót na Ziemię będzie powitany z entuzjazmem. Ale na myśl o powrocie poczułem, że lodowy zawrót chwycił mnie za serce. Porzucić Akoleę, rozstać się z tym cudownym dziewczęciem, które pozwoliło mi stanąć z nią na równej stopie i nawet zajrzeć w swe życie duchowe. I po zaznajomieniu się z tą boską istotą powrócić do towarzystwa wąskogłowych kumoszek wypchanych idiotycznymi poglądami kwitnącymi na naszej planecie. Nie! Raczej śmierć. Najstraszliwsza śmierć u stóp czarującej Akolei, jeżeli nie pozwoli na zawsze ze sobą pozostać, chociażby na tych prawach, co i jej wielki pies.
Rozstać się z nią, żyć bez niej potem, wiedząc o jej istnieniu. Nie. To przypuszczenie tak bezsensowne, że doprawdy nie warto go zbijać. Rozdział piąty: sprawozdanie doktora. Zaniepokoił mię ton, jakim Asaf wygłosił swe ostatnie słowa. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć go w takim wzburzeniu. Dziwiła mię także okoliczność, że ani słowem nie wspominał o tych słynnych kanałach na Marsie, które go tak zajmowały przed kilkoma dniami zaledwie i których zbadanie było nawet głównym celem jego podróży. Na wszelki wypadek pomyślałem: warto by skierować jego myśl na to zagadnienie. „A co pan powie o tych słynnych kanałach?” — zapytałem głośno. — „Jakoś milczy pan o nich.
Spodziewam się, że wreszcie udało się panu rozstrzygnąć to zagadnienie i że mógłby pan powiadomić mnie o istotnym znaczeniu tych dziwnych urządzeń.” „Pan interesuje się kanałami?” — odpowiedział, a twarz jego wyrażała nieukrywaną pogardę. — „Ależ to takie proste. Trzeba odznaczać się tą głęboką ignorancją, która tak jest właściwa mizernym karłom ziemskim, by nie móc rozwiązać tego zagadnienia drogą zwykłej indukcji. Wystarczyła mi krótka przechadzka, by pod kierownictwem Akolei przeniknąć tę tajemnicę.” „Czy pan nie uważa” — powiedziała, zwracając się do mnie — „że właśnie teraz warto by odetchnąć świeżym powietrzem wyżyn?” „Jakich wyżyn? Przecież gór u was nie ma zupełnie.” „Obecnie tak. Dawniej było inaczej. Nasze góry w ciągu długiego szeregu wieków rozpadały się po trosze, póki wreszcie powierzchnia Marsa nie przyjęła charakteru nizinnego. Ale to bynajmniej nam nie przeszkodzi odetchnąć powietrzem wyższych warstw atmosfery. Chodźmy na taras. Ze względu na nieumiejętność obchodzenia się ze skrzydłami nie chciałabym pana narażać na niebezpieczeństwo związane ze wzlotem na znaczną wysokość.
Będzie daleko lepiej, jeżeli pan postawi swą nogę na mojej. W ten sposób.” „Ależ nigdy się nie odważę uczynić coś podobnego.” „No niech pan robi to, co panu każę” — odpowiedziało dziewczę tonem nieznoszącym oporu. Koniuszkami palców oparła się na mym ramieniu i podczas gdy ja drżącą ręką obejmowałem jej talię, rozległ się szelest jedwabnej tkaniny, rozpostarły się białośnieżne skrzydła i Akolea poniosła mię w dziedzinę promiennego wietrzyku. Nie panowałem nad sobą. W jakimże ludzkim języku znaleźć słowa zdolne wyrazić miotające mną uczucia? Co się dzieje ze mną? Czy nie znajduję się we władzy jakiegoś serafina? A może osiągnąłem te granice, za którymi zaczyna się wielka tajemnica? Cóż to za walc fantastyczny unoszący mię w swoim wichrze? Nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa, wydać dźwięku i cały oddałem się we władzę tych anielskich skrzydeł, które mię cicho usypiały swoim miarowym kołysaniem.
Czasem lekki aromat falą przepływał od rozwiewających się włosów bogini i upajał mnie. Byłem olśniony jej pięknością i chciwie dopatrywałem się wzajemności w jej oczach cudownych. O, jeśli to sen, niechaj na wieki zostanę jeńcem tego czarodziejskiego wiciadła. Niczego nie ma już dla mnie na świecie. Widzę i kocham tylko ją, Akoleę. Użyłem, zdaje się, wyrazu miłość, ale czy któremukolwiek ze śmiertelnych udało się doświadczyć uczuć podobnych do tych, jakie upajały mię w tej chwili? Nie wiem, jak długo to trwało. Utraciłem poczucie przestrzeni i czasu i tylko głos Akolei mógł się wyrwać z tego stanu ekstazy. „Asafie, zdaje się, że pan śpi. Rzucam nieśmiałe spojrzenie w dół i widzę, że unosimy się nad rozległymi równinami, niby aksamitnym kobiercem pokrytymi jasnozieloną murawą.
Fantastyczne drzew tu i tam rozrzucone po polach ubarwionych nieznanym mi kwieciem, które woń aż do nas zalatuje. Miejscowość rozciągająca się pod naszymi nogami wygląda jak olbrzymia mapa. Wokół widnieją tylko równiny. Pagórka ani jednego. Gdzieniegdzie teren przybiera charakter falisty, ale należy przypuszczać, że tutaj interweniowała sztuka. Cały kraj pocięty w kratkę prostymi i symetrycznymi liniami wychodzącymi z jednego punktu wspólnego. To owe słynne kanały, które jak promienie pajęczyny wychodzą z jeziora centralnego o brzegach obmurowanych marmurem. Woda tego jeziora i tych kanałów świeci w słońcu oślepiającym blaskiem.” „Kanały! To kanały!” — zawołałem jakby ze snu przebudzony. — „Nareszcie udało mi się zobaczyć te kanały Marsa, z powodu których astronomowie toczą takie gorące spory.
Poznam teraz ich istotne przeznaczenie. Akoleo, czy będzie pani tak dobra objaśnić mnie, o co tutaj chodzi?” Dopiero teraz opanowałem się ostatecznie i spojrzałem w oczy mej powietrznej współpodróżniczki. Czy to możliwe? Czy mi się zdawało, że po twarzy Akolei szybko prześliznął się wyraz czułości? O tak, teraz nie wątpię. Cała istota moja zadrżała z radości, gdy oczy Akolei przychylnie odpowiedziały na moje płomienne spojrzenie. „Wiadomo panu zapewne” — powiedziała swym dźwięcznym głosem — „że Mars jest starszy i mniejszy od Ziemi. Nasza planeta stygnęła bardzo szybko, co zupełnie zrozumiałe, jeżeli przyjąć pod uwagę jej nieznaczną wartość i objętość. Dlatego to wygasły wewnętrzne ognie Marsa, wbrew temu, co można zaobserwować, a raczej przypuszczać we wnętrzu Ziemi.” To wyjaśnia także, dlaczego na Marsie woda i ląd zajmują prawie jednakowe obszary. Z tego samego powodu nie ma u nas żadnych wzniesień.
Góry istniejące niegdyś w starożytności stopniowo zwietrzały, rozsypały się i materią, z którego były zbudowane, zapełnił doliny i zagłębienia zajęte przez morza. W takich warunkach, rzecz prosta, nie do pomyślenia jest istnienie rzek podobnych do tych, które na Ziemi płyną ze zboczów gór. Brak słodkiej wody zgubnie by się odbił na wszystkich naszych zasiewach, gdybyśmy rzek nie zastąpili sztucznymi kanałami o szerokości pięciu do sześciu kilometrów. Upłynęło już 50 lat, odkąd wasi astronomowie gorąco zainteresowali się tymi urządzeniami, których istotnego przeznaczenia w żaden sposób nie mogą się doszukać. Nieraz śmiech nas ogarnia na widok tych rozpaczliwych, lecz próżnych usiłowań. Zapyta mnie pan może, skąd się bierze woda płynąca w tych kanałach? Ma ona dwojakie pochodzenie. Obfite deszcze nie padają u nas na próżno. Ich wodę starannie zachowujemy w sztucznych jeziorach. Z drugiej strony woda morska przesącza się do ziemi, co daje nam możność stałego korzystania ze źródeł podziemnych.
Potężne maszyny, wobec których wasze motory wydałyby się zabawką dziecięcą, dzień i noc zajęte są podnoszeniem, destylacją i oczyszczaniem wody najróżniejszego pochodzenia. Pod tym względem jesteśmy bardzo wymagający, ponieważ od dawna dowiedziono, że na całym świecie nie ma nic groźniejszego niż brudna woda. Wy, ziemianie, z czasem przyjdziecie do tego samego przekonania i w waszym gospodarstwie domowym będziecie używali jedynie wody destylowanej. Dziwi mnie nawet, że dotychczas nie zbudowaliście sobie życia zgodnie z wymaganiami nauki, lecz nadal jakby nic, połykacie całe kolonie bakterii i mikrobów, których pełno w wodzie. Wszystkim tym interesowałbym się namiętnie, jak i 24 godziny przedtem. Dlaczego teraz muszę wyznać samemu sobie, że wszystko to stało mi się najzupełniej obojętne? Widzę tylko Aculeę i ta zadziwiająca istota stała się jedynym przedmiotem moich myśli. Próżno staram się określić to wrażenie, które ona na mnie wywiera. Z jednej strony wydaje mi się tak praktyczna, tak współczesna, tak mężczyzną, jeżeli można tak się wyrazić, ale z drugiej strony tyle w niej kobiecości, tyle wzniosłości. Czym ona jest właściwie?
Boginią, niebieską pończoszką, czy też zwykłą ziemską kobietą? Jej spojrzenie jest tak jasne i czyste, że nie może być w nim ani cienia obłudy. Szczerością, niemożliwą do naśladowania szczerością, tchnie całe jej oblicze. A tymczasem jej boskie czoło niekiedy cień lekki okrywa. Jakiż smutek może zamącać spokój tej eterycznej istoty? Jaka troska ciąży na jej sercu? Czy nie znudzenie? Nie śmiem rozmawiać z nią o tych sprawach, a jednocześnie zapytuję siebie, czy piękność Aculei musi zniknąć z czasem? Czy śmierć i jej nie oszczędzi? Czy i tutaj króluje śmierć, która ziemię zamienia w olbrzymie, unoszące się w przestrzeniach cmentarzysko?
Myśl ta kazała mi zadrżeć i ręka moja jeszcze silniej objęła smukły stan dziewczęcia. „Aculeo — powiedziałem. — Czy śmierć i do was także zagląda? Wydaje mi się, że jesteście stworzeni dla nieśmiertelności. Byłoby to tylko zwykłą sprawiedliwością względem istoty tak doskonałej jak pani.” Nasz zgon nie jest podobny do tej śmierci, którą wy znacie na Ziemi. Gdy wybije oznaczona godzina, ciała nasze w mgnieniu oka zmieniają się w niewidzialne gazy i życie gaśnie jak zdmuchnięty płomień świecy. Porzucamy ten świat bez cierpienia i nie pozostawiamy za sobą nieprzyjemnych śladów. Ale choć nauka jeszcze nie jest w stanie uczynić nas nieśmiertelnymi, w zamian za to daje nam ona możność przerywania biegu naszego życia na dłuższy czy krótszy okres czasu. Możemy dobrowolnie zapadać w sen kataleptyczny, który niekiedy trwa przez kilka wieków. Budząc się w oznaczonym czasie, pozostajemy w tymże wieku, w którym nastąpiło przerwanie biegu naszego życia.
Później zaś życie nasze biegnie swoją zwykłą koleją. Innymi słowy, każdy z nas może dowolnie dzielić tę ilość życia, którą otrzymuje w udziale przy urodzeniu. Jeden duszkiem wychyla cały kielich swego życia, inny zaś woli je pić łykami oddzielonymi wiekowymi okresami snu. W ten sposób wielu mieszkańców Marsa zaznajamia się ze swymi dalekimi przodkami. Co do mnie, to ja sama w swoim dzieciństwie widziałam jednego z naszych pradziadów, znakomitego uczonego, który żył i działał przed pięciu wiekami. Pogrążył się on wówczas w sen kataleptyczny, mając 85 lat. Obudziwszy się, zdążył się jeszcze nacieszyć szczęściem licznych potomków i postępami, które nauka poczyniła w okresie jego długiego snu, po czym szczęśliwy starzec spokojnie zasnął na zawsze. Łatwo może sobie pan wyobrazić skutki wynikające z tego nieprzerwanego łańcucha tradycji, obserwacji i wiedzy. Być może, że w tym właśnie zawiera się najważniejszy nasz wynalazek, który pociągnął za sobą inne ulepszenia i odkrycia. W ten sposób uwolnieni jesteśmy od konieczności każdorazowego zaczynania od nowa i życie każdego pokolenia zaznacza się wybitnymi postępami nauki.
Nasza historia nigdy nie była świadkiem pogromu kwitnących cywilizacji, których miejsce zajmowałoby zupełne barbarzyństwo, jak to było u was na Ziemi. Proszę tylko pomyśleć, na jakich wyżynach stanęłaby wasza wiedza, gdyby Egipcjanie i Chaldejczycy znali naszą tajemnicę i w ten sposób mogli przekazać wam swoje wiadomości. W takich warunkach na pewno nie wyróżnilibyście się obecną waszą ignorancją. Czyż nie udało im się zgłębić zagadnień, które teraz musicie badać na nowo i w których jeszcze tak mało się orientujecie? Nastąpiło chwilowe milczenie, po czym Acolea ciągnęła dalej, ale głosem zaledwie dosłyszalnym. „Zdaje się, że i ja wkrótce zapragnę pogrążyć się w wielki sen, który trwać będzie osiem lub dziewięć wieków. Być może w chwili mego przebudzenia Marsjanie będą już wiedzieli wszystko, co dzisiaj ukryte przed nami. Jaki to będzie radosny dzień w moim życiu.” „Acoleo” zawołałem, czując, że serce moje napełnia się miłością ku niej. „Co się stanie ze mną, jeżeli ty mnie porzucisz? Czy nie mogłbym się razem z tobą pogrążyć w wielki sen?” Asaph zamilkł znowu, a mnie zaniepokoiło to podniecenie, które go ogarnęło.
Obawiałem się, że weźmie udział w jakimś szalonym przedsięwzięciu i mówiąc otwarcie uważałem, że czas już na obiad. Ze względu na to uważałem za właściwe przypomnieć memu przyjacielowi o wymaganiach powszedniego życia ziemskiego. „Mój drogi” odezwałem się, spoglądając na zegarek. „Czy nie znudziłeś się już podróżą po przestrzeniach międzyplanetarnych? Czy nie czas już wrócić na Ziemię? Wkrótce wybije dziewiąta, a ja mam wilczy apetyt. Doprawdy, posłuchaj mej rady i pozwól mi obudzić ciebie. Nie spóźnimy się za bardzo i u Feyot znajdziemy jeszcze znośny kawałek smażonej wieprzowiny.” „Nie! Tak mi tu dobrze, że zamierzam pozostać na Marsie” odrzekł Asaph zdecydowanym tonem. „Ależ to szaleństwo.
Nie możesz przecież do końca świata pozostawać w tym stanie. Gotówem założyć się, że jesteś okropnie głodny, mimo swego śniadania chemicznego. No, dosyć. Skończmy z tym i obudzę cię.” Uważałem za swój obowiązek wykonać potrzebne do tego ruchy rąk, ale śpiący łagodnym gestem dał mi do zrozumienia, żebym jeszcze zaczekał. Wyraz jego twarzy przypominał ów stan ekstazy, do którego dochodzą zwariowani miłośnicy muzyki, kiedy im się zdarzy usłyszeć swoich ulubionych kompozytorów. Poczekałem jeszcze kilka minut, potem znowu rozpocząłem działania zaczepne. „Asaphie, mój przyjacielu, czas już porzucić te głupstwa” powiedziałem przekonywująco. Tym razem na twarzy śpiącego pojawiło się nieukrywane rozdrażnienie. „Mój drogi Brideau. Dosyć tych żartów.
Zostawisz mnie w spokoju, czy nie?” powiedział ostrym tonem. „Strzeż się. Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, bo zrobię ci brzydki kawał, co mocno zaszkodzi twojej praktyce lekarskiej.” Doskonale pamiętam, że te właśnie słowa wygłoszone były przez Asapha. Utrwaliły się one w mojej pamięci, ponieważ stały w zupełnym przeciwieństwie do zwykłego tonu mego przyjaciela. Nic więc dziwnego, że zatrzymałem się pośrodku pokoju z ustami otwartymi ze zdziwienia. Apetyt mój rósł coraz bardziej. Nie chciało mi się jednak robić przykrości temu biedakowi i dlatego zdecydowałem poczekać jeszcze kilka minut, a tymczasem wziąłem się do poszukiwań, spodziewając się znaleźć gdziekolwiek kawałek cukru lub czekolady. Skierowałem się do stołowego i otwieram kredens, ale ku memu wielkiemu rozczarowaniu stwierdzam, że jest on od góry do dołu zapełniony książkami. W sąsiednim pokoju znajdowała się szafa wpuszczona w ścianę. Otwieram drzwiczki i na jej półkach znajduję znowu same książki.
Ani okruszyny chleba, ani kawałka czekolady, ani kropli jakiegokolwiek napoju. Mieszkanie tego młodego kapłana nauki stanowiło istne królestwo głodu. Po takim niepowodzeniu powróciłem do gabinetu mego przyjaciela ze zdecydowanym zamiarem. „Słuchaj Asaphie, te żarty trwają już zbyt długo” powiedziałem głosem nakazującym, jakim trzeba mówić do osobnika zahipnotyzowanego. „Bądź łaskaw natychmiast się obudzić i pozostawić w spokoju uczoną pannę Acoleę.” „Porzucić Acoleę? Nie, za nic. Zostaję na Marsie. To już sprawa zdecydowana” odpowiedział śpiący jakimś dziwnym, zagrobowym głosem. „Żegnaj mi Brideau. Ziemia wydaje mi się tak głupia.” Po tych słowach nastąpiło głębokie westchnienie.
Nie troszcząc się o to, dmuchnąłem śpiącemu w oczy i wykonałem przed nim wszystkie potrzebne manipulacje, ale wszystko to nie wywarło na nim pożądanego działania. Zazwyczaj można było Asapha obudzić jednym słowem, lekkim dmuchnięciem lub szybkimi ruchami ręki. Tym razem jednak, nie wiadomo dlaczego, coraz głębiej i głębiej pogrążał się w sen, który się upodabniał do katalepsji. Nagle zauważyłem, że twarz mego przyjaciela stała się blada jak wosk. Całe ciało jak gdyby skostniało od zimna. Przykładam do jego warg lusterko, ale jego powierzchnia nie wykazuje najmniejszych śladów oddechu. Wówczas ogarnęło mną przerażenie. Zaczynam szybko stosować wszelkie możliwe środki, aby Asapha przywrócić do życia. Nacieram go energicznie, zwilżam skronie wodą kolońską, na pierś kładę wezygatorię, stosuję sztuczne oddychanie. Wszystko na próżno.
Muszę wreszcie poddać się strasznej oczywistości. Asaph wypełnił swą groźbę i umarł na rękach. Na próżno starałem się przywołać do życia ciało bez ducha. Resztę znacie. Zawiadomiłem o zdarzeniu komisariat policyjny i uciekłem się do pomocy moich kolegów. Zgodzili się oni ze mną, że Asaph zginął bezpowrotnie, ale jak zawsze poróżnili się co do przyczyn jego śmierci. Co do mnie, szanowni panowie, to wolę zachować ostrożność mówiąc o zgonie mego przyjaciela. Gotówem raczej wyznać, że nie rozumiem całej sprawy. Gdyby jednak zmuszono mię do wypowiedzenia się w sensie zdecydowanym, to twierdziłbym raczej, że Asaph Chalonche nie umarł. Proszę zwrócić uwagę na okoliczność, że minęło już osiem dni, a tymczasem na ciele nie dają się zauważyć jakiekolwiek oznaki trupiego rozkładu.
Przyjaciel mój nadal pozostaje w tymże stanie, w którym się znajdował, wypowiadając swe ostatnie słowa. I chociaż stan ten zbliżony jest do śmierci, nie jest przecież z nią identyczny. Proszę zauważyć, że zesztywnienie członków dotychczas jeszcze nie znikło, że białka oczu pozostały zupełnie czyste i że na wargach nie występuje charakterystyczny nalot. Oto dlaczego przychylam się do mniemania, że mamy tu do czynienia z rzadkim wypadkiem katalepsji, którego objawy dotychczas jeszcze nie są ustalone przez naukę. Czy będziemy kiedykolwiek świadkami ożywienia tego mniemanego trupa? To już inna sprawa. Być może żaden z nas, ni naszych dzieci, nawet wnuków naszych, nie będzie świadkiem tego przebudzenia. Jeżeli Azaphie powiedział prawdę, a nie ma podstaw do podejrzenia, że kłamstwem jest to wszystko, co powiedział podczas snu hipnotycznego, to bardzo możliwe, że myślowo zasnął na kilka wieków obok tej, którą pokochał tak nieoczekiwanie. On śpi i z czasem się obudzi. Życzę mu, by obudził się w świecie piękniejszym niż nasz, bardziej oświeconym, bardziej naukowym.
Szanowni panowie, ponieważ mam zaszczyt należenia do narady w sprawie pogrzebu Azapha, wobec możliwości jego prawdopodobnego obudzenia się, to powiem otwarcie, że ciało mego przyjaciela najlepiej by zachować w witrynie muzeum anatomicznego, w której także złożymy arkusz pergaminu z opisem tego dziwnego wypadku. Koniec.
[05:42:08] - Proszę państwa, to już koniec dzisiejszego Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę wspaniałego weekendu. Bez względu na to, jaka będzie pogoda, zawsze jest jakaś pogoda. Miejmy nadzieję, że nie będzie tragiczna. Teraz życzę państwu dobrej nocy i tradycyjnie zapraszam w przyszłym tygodniu na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Dobrej nocy.
[05:42:36] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.