Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. No to drodzy Państwo mamy niezłe jaja. Kwiecień, piątek, godzina 20:00, Radio Paranormalium i Book Radio. Znowu się słyszymy. Znowu sięgamy po ciekawe książki, fajne filmy. Spotykamy się z ciekawymi gośćmi w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:47] - Dzień dobry wieczór państwu. Nie tylko będą książki, nie tylko będą filmy. Dzisiaj nawet będą gry komputerowe i to w dodatku w takim wymiarze filozoficznym. Nie pytajcie państwo teraz, co to oznacza, bo ten punkt programu za jakąś chwilkę. Ale rzeczywiście dzisiaj korepetycje filozoficzne będą o grach komputerowych. Odczekajmy trochę, a teraz zajmijmy się tym, czym zajmujemy się zawsze na początku Bibliotekarium 2.0, czyli polecankami książkowymi. Pierwsza z książek, które wybrałem na dzisiaj, ukaże się 23 kwietnia. Nosi tytuł „Sobowtór”. Jej autorem jest Maciej Siembieda, wydawca: wydawnictwo Agora. Kim jest człowiek, który od setek lat oszukuje świat sztuki?
Na aukcjach i w kolekcjach prywatnych co jakiś czas pojawiają się nieznane dzieła renesansowego mistrza. Perfekcyjnie wykonane, namalowane na XVI-wiecznych deskach, a jednak fałszywe. Legenda głosi, że ich autorem jest Gemello, geniusz malarstwa i mistrz fałszerstwa, który żyje kilkaset lat. Policje całej Europy od czasów Napoleona bezskutecznie próbują go schwytać. Kiedy fundacja konserwatywnego polityka zapowiada wystawę nieznanych portretów Marcina Lutra i Jana Kalwina, były prokurator IPN, a obecnie ekspert od oszustw ubezpieczeniowych Jakub Kania nabiera podejrzeń. Czy to rzeczywiście arcydzieła sprzed wieków, czy wielki przekręt, który pozwoli fundacji zarobić miliony? Śledztwo prowadzi go od współczesnej Warszawy, przez przedwojenny Kraków i Wiedeń, aż do powojennej Europy. Wraz z dziennikarką i krytyczką sztuki Ludmiłą Unger Kania odkrywa, że mistyfikacja sięga znacznie dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Kim naprawdę jest Gemello? Czy opowieść o fałszerzu jest prawdziwa?
A może za tajemniczym procederem kryje się coś bardziej niebezpiecznego niż fałszowanie obrazów? „Sobowtór” to nie tylko brawurowa intryga, ale też opowieść o fałszowaniu historii, zarówno jeśli chodzi o dzieła sztuki, jak i o ludzką pamięć. I trzymająca w napięciu fabuła, która nie pozwala odłożyć książki ani na chwilę. Przypomnę, to była książka „Sobowtór” Macieja Siembiedy wydana przez wydawnictwo Agora, a na rynku pojawi się 23 kwietnia. Kolejna książka nosi tytuł „Plagiat”. Autorką jest Paulina Świst, wydawnictwo Muza SA. Data premiery analogiczna, to znaczy 23 dzień kwietnia. Wydaje się, że historia jak wiele innych. Wszystko niby już było, a świat i tak wciąż kręci się wokół pieniędzy i seksu. Każda historia ma początek, czasem błahy i niepozorny, czasem wstrząsający i dramatyczny.
Czasem łatwo go ustalić, czasem trzeba się nad tym dobrze nagłowić. Tu nie ma żadnych wątpliwości. Wszystko zaczęło się zimą 1945 roku. Przyjaźń i lojalność, honor i życie oraz wizja bogactwa. Skarb Samsonowa i sto kilogramów złota w pięciorublówkach zwanych świnkami. Winy ojców przechodzą na dzieci i wnuki. Wygląda więc na to, że Nina powinna mieć się na baczności. Krótki opis, ale bardzo treściwy i moim zdaniem zachęcający. Przypomnę, książka nosi tytuł „Plagiat”. Autorką jest Paulina Świst.
Powieść wydana przez wydawnictwo Muza SA pojawi się na rynku 23 kwietnia. Trzecia propozycja to książka Diany Brzyzińskiej „Łgarz”. Wydało tę powieść Wydawnictwo Otwarte i ta książka również pojawi się na rynku 23 kwietnia. Aleksander i Agata powracają w trzecim tomie serii, aby odkryć prawdę, która przez ponad dekadę pozostawała w ukryciu. Wieczór kawalerski, spływ kajakowy, jeden trup i sześć osób, które uparcie twierdzą, że nie mają pojęcia, co się wydarzyło. Po ponad dziesięciu latach odnaleziono szczątki mężczyzny. Aleksander i Agata, mając do dyspozycji jedynie stare akta, muszą odkryć, co tak naprawdę się wtedy stało. To nie jedyne śledztwo, które angażuje ich uwagę. Tajemniczy blog, na którym pojawiają się mrożące krew w żyłach wpisy, zdaje się być czymś więcej niż tylko wymysłami internauty. Czy autor bloga zdradza swoje plany zbrodni?
Czy prowokuje czytelników do działania? W obu sprawach nic nie jest takie, jak się wydaje, a prawda wyłania się z najmniej oczekiwanych miejsc. Przypomnę, to była zachęcajka, polecajka książki „Łgarz” Diany Brzyzińskiej. Książka wydana przez Wydawnictwo Otwarte. Premiera 23 kwietnia. Czas, proszę państwa, na korepetycje filozoficzne. Mówiłem już o tym, że dzisiaj porozmawiamy o grach. Jak to możliwe? To już państwa wprowadzam. Tytuł dzisiejszego wywiadu, bo dzisiaj będzie wywiad.
Tytuł: „Gry są kluczem do zrozumienia rzeczywistości społecznej”. I jest to wywiad z Pawłem Grabarczykiem, jednym z najlepszych polskich specjalistów od filozoficznych aspektów gier komputerowych. Warto dodać, że Paweł Grabarczyk jest doktorem habilitowanym, profesorem w IT University of Kopenhaga oraz adiunktem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego. Jest filozofem analitycznym, zajmującym się głównie filozofią języka, teoriami znaczenia oraz filozofią umysłu. Obecnie zajmuje się badaniem pogranicza filozofii i groznawstwa. Tak naprawdę ontologią gier, wirtualną rzeczywistością i zjawiskiem losowości w grach. Interesuje się też historią komputeryzacji. Pracuje właśnie nad książką o ośmiobitowym Atari oraz demosceną. W wolnych chwilach lubi czytać, grać, biegać lub nie robić zupełnie nic. Wywiad, który państwu zaprezentuję, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2021 roku, w numerze czwartym, czterdziestym z kolei i jest dostępny dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
No to zaczynamy. „Gry są kluczem do zrozumienia rzeczywistości społecznej. Wywiad z Pawłem Grabarczykiem”. Czym są gry komputerowe? Co nowego do świata gier wprowadziło zastosowanie komputerów? Obawiam się, że nie udzielę satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Postaram się jednak wyjaśnić, dlaczego jej sformułowanie jest bardzo trudne. Mógłbym spróbować się wykpić i powiedzieć, że gry komputerowe to po prostu gry, w które gramy na komputerze. Kłopot w tym, że i tak będę miał wtedy poważne kłopoty z wyjaśnieniem, co mam na myśli, używając słowa „gry”. Słowa, które notorycznie opiera się definicji.
Najbliżej jest mi do definicji Bertranda Russella, który uważał, że granie w grę to proces, w którym próbujemy osiągnąć jakiś cel za pomocą metod, o których wiemy, że są nieoptymalne. Inaczej mówiąc, dana czynność staje się grą, gdy obwarujemy ją arbitralnymi regułami i zakazami. Na przykład gdybym założył sobie, że odpowiem na pytania, używając jedynie słów nie dłuższych niż sześć liter, to zamieniłbym tym samym opowiadanie w grę. Problem ze zdefiniowaniem gier to tylko jedna z trudności. Dodatkowym kłopotem w ustaleniu, czym są gry komputerowe jest to, że wiele z nich nie przypomina w ogóle tego, co nazywaliśmy grami w czasach przedkomputerowych. Tradycyjne gry opierały się zazwyczaj na rywalizacji wielu graczy, których celem było zwycięstwo. Były one też całkowicie pozbawione fabuły, choć pewne pozostałości estetyczne wskazują na to, że szachy mogły kiedyś opowiadać o starciu dwóch armii. To gry takie jak kości, rzutki czy piłka nożna są już dosłownie o niczym. Zaryzykowałbym tezę, że gry komputerowe przeznaczone dla jednego gracza nie są tak naprawdę grami. Jest to trochę niezręczne, ale nie bardziej niż to, że świnki morskie nie są świnkami.
Dlaczego warto prowadzić badania nad grami komputerowymi? Kryteria, które dana rzecz musi spełnić, bym uznał ją za wartą badania, nie są zbyt wyśrubowane. Uważam bowiem, że warto badać wszystko, co istnieje, a nawet pewien podzbiór rzeczy, których nie ma. Takich jak postacie literackie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że badacze muszą czasem wytłumaczyć się podatnikowi z wyboru tematu badań. Gry warto badać, ponieważ są kluczem do zrozumienia rzeczywistości społecznej. Rzeczywistość ta jest taką częścią naszego świata, której nie sposób wykryć za pomocą metod nauk ścisłych. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele aspektów naszego świata opiera się na niewidocznym szkielecie porozumień społecznych. Umiejętność umówienia się, że gramy w danym momencie w pewną grę i zdolność błyskawicznego przechodzenia pomiędzy światem gry a rzeczywistością to takie małe laboratorium rzeczywistości społecznej. Na dodatek gry są naszym własnym wytworem i nikt inny za nas ich nie zbada.
Być może jacyś kosmici zbadają kiedyś Układ Słoneczny, ale o wiele trudniej będzie im zbadać nasze gry. Musimy zrobić to my. Jakie kwestie są najgoręcej dyskutowane wśród badaczy gier komputerowych? Jest tego całkiem sporo. Odpowiadając na to pytanie, nie można pominąć słynnego sporu pomiędzy Narratologią a ludologią. Rzecz sprowadzała się i chyba nadal się sprowadza do pytania o metodologię groznawstwa. Czy wolno nam badać gry za pomocą narzędzi wypracowanych na potrzeby literaturoznawstwa, filmoznawstwa czy teatrologii? To jest stanowisko narratologów. A może powinniśmy uznać gry za medium domagające się zupełnie nowych metod? To stanowisko ludologów.
Moglibyśmy z lekkim przymrużeniem oka powiedzieć, że to trochę taka akademicka wersja sporu, który często toczą gracze. Co jest istotniejsze w grach? To, jak wyglądają i jaką historię opowiadają, czy też to, w jaki sposób się w nie gra? Choć wielu badaczy odżegnuje się dziś od tego sporu, debaty na temat tego, jakimi metodami należy badać gry, wciąż są bardzo żywe. Innym przykładem gorącego tematu, a właściwie pojęcia, które ogniskuje wokół siebie kilka sporów, jest pojęcie reprezentacji. Jak powinniśmy traktować obiekty, które znajdujemy w grach? Przedmioty, miejsca, postacie. Czy są one cyfrowymi rekwizytami, które reprezentują rzeczywistość, czy też autonomicznymi, wirtualnymi obiektami, częściami wirtualnego świata, który odwiedzamy? Jak traktować mamy postać, którą sterujemy, zwaną avatarem? Czy jest ona jedynie narzędziem, poprzez które komunikujemy się ze światem gry, pustym naczyniem, w które przelewamy swoje intencje, czy też obecną w tym świecie postacią, z którą współpracujemy?
Gry komputerowe dają okazję do zadawania filozoficznych pytań. Nie chciałbym się powtarzać. Nadmienię więc jedynie, że praktycznie wszystko, o czym dotąd wspomniałem, może stanowić pożywkę dla filozofa. Takich interesujących zagadnień jest jednak o wiele więcej. Wspomnijmy choćby o dylematach etycznych, jakie inspirują gry komputerowe. Szczególnie interesujące są tu gry przeznaczone dla pojedynczego gracza, ponieważ niełatwo jest w ich przypadku o proste analogie do świata sportu czy gier towarzyskich. Czy powinniśmy zakazać gier pozwalających użytkownikom na odrażające czyny, takie jak tortury lub gwałt, mimo że są to czyny czysto wirtualne? Twórcy gier stosują dosyć wyraźną autocenzurę. Dla przykładu, praktycznie we wszystkich grach niemożliwe jest zabijanie dzieci. Dlaczego granicę stawiają oni akurat w tym miejscu?
Jakie intuicje etyczne za tym stoją? Czy ma pan jakąś ulubioną grę? Czy może choć badanie gier bywa interesującym zajęciem, samo granie jest stratą czasu? Odpowiem nieco przewrotnie. Nie wszystkie gry są stratą czasu. Są nią jedynie najlepsze z nich. Pojęcie straty czasu ma sens jedynie wtedy, gdy rozumiemy, w opozycji do czego zostało ono użyte. Zazwyczaj chodzi o podział na czas produktywny spędzany na pracy lub edukacji i czas stracony, czyli taki, który poświęcimy na coś, co robimy bez jakiegokolwiek utylitarnego celu dla czystej przyjemności. Podejrzewam więc, że wszystkie moje ulubione gry byłyby stratą czasu. Grałem w nie dla nich samych i radości z obcowania z nimi.
Niełatwo jest mi wskazać jedną ulubioną grę. Każdego roku gram w kilka tytułów, które mnie zachwycają. Nie mam jednak pewności, czy zniosą próbę czasu. Dlatego zdecyduję się na bezpieczny wybór i wskażę pierwszego „Dooma”. Gra zadebiutowała pod koniec 1993 roku i dziś mogę już chyba spokojnie uznać, że skoro nadal bawi mnie jak dawniej, to prawdopodobnie nie zestarzeje się nigdy. To, proszę państwa, był wywiad z Pawłem Grabarczykiem. Wywiad zatytułowany „Gry są kluczem do zrozumienia rzeczywistości społecznej”. Ta rozmowa ukazała się w dwumiesięczniku „Filozofuj!” w 2021 roku w numerze czwartym i była dla państwa dostępna na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 2.0 Polska. Proszę państwa, dzisiaj gościmy w naszej audycji autorkę Aleksandrę Bednarską. Kiedyś już była w „Bibliotekarium 2.0”.
Wtedy rozmawiałem z nią o zbiorze opowiadań o brudnych sprawkach wujaszka Hana. Zbiór opowiadań, akcja tych opowieści zlokalizowana była w większości na Dalekim Wschodzie. Teraz mamy na rynku powieść „Piąta skóra Nigumy” i ta powieść dzieje się w Polsce, w Warszawie między innymi, aczkolwiek związki z Dalekim Wschodem jakieś w tej książce są. Jakie? O tym przekonacie się państwo podczas rozmowy z autorką, na którą państwa serdecznie zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Witam serdecznie w „Bibliotekarium 2.0”. Gościmy dzisiaj pisarkę, autorkę nowości na polskim rynku wydawniczym, książki „Piąta skóra Nigumy”. Gościmy Aleksandrę Bednarską. Dzień dobry wieczór, pani Aleksandro.
[18:10] - Dobry wieczór państwu. Najlepemu, panie Marku.
[18:14] - Pani Aleksandro, to jest pierwsza powieść w pani wykonaniu, ale nie pierwsza książka. Jakiś czas temu w Bibliotekarium 2.0 rozmawialiśmy o zbiorze opowiadań „Brudne sprawki wujaszka Hana”, więc to już jest kolejny atak na rynek wydawniczy z pani strony.
[18:35] - Tak. Co więcej, nie zamierzam przestać.
[18:38] - A zdradzi pani coś z tych planów, które się pojawiły? To nie musi być szczegółowe omawianie tego, co się pojawi, ale chociaż niech pani uchyli rąbka tajemnicy.
[18:53] - Tyle, co mogę uchylić, to na pewno będę kontynuować w każdej książce robienie troszkę innej rzeczy. Wizerunkowo radzi się pisarzom, żeby trzymali się jednej konwencji czy gatunku, a mnie to troszeczkę nudzi. Może nudzi to nie jest dobre słowo, ale lubię się bawić troszeczkę różnorodnymi konwencjami, więc na pewno każda kolejna moja książka to będzie troszeczkę inna historia w troszeczkę innym stylu. Tyle na ten temat mogę powiedzieć, a prace intensywnie trwają cały czas.
[19:29] - Książka, powieść „Piąta skóra Nigumy” to jest książka wydana przez wydawnictwo Spisek Pisarzy. To tak tytułem podkreślenia i oddania honorów wydawcy. Przejdźmy zatem do pytań, bo tych pytań zebrało mi się całkiem sporo. Powieść „Piąta skóra Nigumy” zdaje się zanurzona w realnym świecie. Takie wrażenie można odnieść, kiedy się ją zaczyna, ale ta powieść nieustannie pęka od środka. Pojawiają się w niej elementy baśniowe, mistyczne, nadnaturalne. Czy ten świat, który pani stworzyła w powieści, zawsze miał być taki pęknięty, przeciekający między rzeczywistością a fantazją?
[20:15] - Bardzo lubię taką konwencję pisania onirycznego, w której mamy niby konkretnie osadzone miejsca akcji i konkretny moment historyczny tudzież momenty, bo to może być też powieść, która trwa nieco dłużej. A z drugiej strony przenika się to z rodzajem jakichś takich zdarzeń nie zawsze fantastycznych, ale nazwijmy to niesamowitych, bo fantastyka kojarzy się bardzo efekciarsko. Natomiast takie zdarzenia, które nie do końca możemy wyjaśnić albo objąć umysłem, przenikające do zwykłej rzeczywistości bardzo mi się zawsze podobały, czy jako tendencja w literaturze pięknej, czy w fantastyce z wyższej półki. I troszeczkę w tej książce właśnie chciałam coś takiego stworzyć.
[21:10] - Chciałbym też zapytać o główną postać, o postać Ewy Nigumy. Czy pani inspirowała się mitologią, religiami, duchowością Wschodu? Czy może ta postać, ta osoba powstała zupełnie poza tymi ramami?
[21:33] - To można powiedzieć jest twór bardzo eklektyczny, bo jak najbardziej stworzona jest na podstawie postaci, nazwijmy to apokryficznej, z pewnego odłamu buddyzmu, bo Niguma jest praktycznie tam postacią kluczową. Ten odłam buddyzmu mistycznego, tybetańskiego po prostu ma-- ona jest tak jakby jego głową. Natomiast jeśli chodzi o samą postać Dakini, to ta Dakini nie jest do końca inspirowana wyłącznie nią, a też postaciami tych Dakini, tych bogiń tudzież boginek, które są raczej drapieżnymi stworami z mitologii, które bronią tego oświecenia przed ludźmi, którzy są go niegodni, więc są dość krwiożercze, dość agresywne, ale zawsze w dobrej wierze. Tudzież mogą sprzedać komuś mądrość, która go naprowadzi na dobrą drogę albo pomoże mu wzrastać duchowo. Ale szczerze powiedziawszy, ta inspiracja mitologiczna sięga też szamanizmu syberyjskiego, bo również tam występują takie postaci. Są to duchy, które prowadzą szamanów podczas ich wędrówek i mogą albo sprowadzić mocno na manowce, albo wyciągnąć po prostu w inny, cudowny stan świadomości, po którym ten człowiek będzie najlepszym szamanem w okolicy co najmniej. A jeśli chodzi o takie inspiracje nie mitologiczne, to na pewno chciałam, żeby to była taka – teraz trudno mi tego tutaj tak użyć. Chciałam, żeby to była silna postać kobieca, ale nie silna na pokaz, tylko rzeczywiście miała swój odrębny charakter i była inna niż to, co z reguły znajdujemy w książkach fantastycznych, czyli wyróżniająca się. Czy inspirowały mnie jakieś postaci prawdziwe z życia? Staram się nigdy raczej nie wrzucać do książek tego typu inspiracji jeden do jednego, bo po prostu troszkę się boję, jak ludzie mogą na to zareagować, więc w tym przypadku tak nie było.
[23:55] - Jednym z takich najbardziej oryginalnych, ale przyznam niepokojących motywów w pani powieści jest dosłowne przywdziewanie cudzej skóry. Skąd pomysł na taką dosłowność, ale z drugiej strony pewną metaforę, dosłowną metaforę przemiany tożsamości?
[24:22] - Można powiedzieć, to też jest inspiracja, która miała wiele źródeł. Pamiętam, że w okresie jak wymyślałam tę historię, to słuchałam sobie podcastów true crime i była właśnie jakaś historia do tej pory, z tego, co wiem, nierozwiązana, o człowieku, który bodajże w Krakowie obdzierał ludzi ze skóry. I jak ja tego słuchałam, to słuchałam tego z szeroko otwartymi oczami, że co to miało być, czy to jest jakieś rytualne, czy nie wiem, co to tutaj się zadziało. Historia troszkę z gatunku takich, które zostawia nas z szeroko otwartymi oczami i ze spuszczoną szczęką. Potem czytając też trochę o tym, jak wyglądają te istoty, te dakini, które już po tym, jak osiągną pewien poziom oświecenia, to już nie do końca są ludźmi. Tak sobie pomyślałam, że w sumie tak jak one są opisane, one powinny być w jakimś stopniu radioaktywne, bo błyszczą i to w sposób dość intensywny. Więc myślałam sobie, że może ta skóra będzie takim kombinezonem czy magicznym sposobem na to, żeby być wśród ludzi i na przykład nie poradzić ich tym swoim magicznym blaskiem. A z drugiej strony jest to też metafora, bo jak pan już zauważył, moja bohaterka troszeczkę dostosowuje się do każdej osoby, z którą ma interakcję. Więc ta zmiana skóry ma tutaj wiele inspiracji i wiele różnych znaczeń. To są chyba te najważniejsze.
[26:07] - Przyznam, że ta zmiana skóry opisana czasami dosyć realistycznie, ona może w niektórych czytelnikach wzbudzić nastrój grozy. Czy to również było pani zamiarem?
[26:24] - Tak, bo wydaje mi się, że ogólnie jeśli mamy do czynienia z siłami, które nie są do końca ludzkie, a ta bohaterka, o której tu cały czas mówimy, nie jest istotą do końca ludzką. Na pewno mają też inny system wartości, inne rzeczy są dla nich normalne, więc to, co dla nas wystawia nam włosy na karku i przeraża nas, jak tylko o tym pomyślimy, to myślę, że dla takiej postaci, która właściwie życie wieczne ma w kieszeni i nie przejmuje się tym, czym my się musimy przejmować, to może być równie dobrze. Tak jak kiedy my idziemy do sklepu mięsnego. Może są tacy ludzie, którzy na przykład zanim kupią sobie kawałek mięsa, muszą znać cały życiorys krowy. Ale podejrzewam, że większość z nas po prostu chce takie, które ładnie wygląda i da się dobrze przyrządzić.
[27:22] - Jednym z elementów książki, na który zwróciłem uwagę, jest dosyć dobra, na ile jestem w stanie to ocenić, znajomość procedur czy tego, co związane jest z pracą dochodzeniową. Gdzie pani czerpie w tym wypadku wiadomości, czy też informacje dotyczące tego rodzaju aktywności?
[27:51] - Tu są ogromne podziękowania dla mojego konsultanta, jedynego takiego i super cierpliwego, który zawsze dla mnie jest i zawsze mi pomaga, czyli dla Kazimierza Kyrcza, którego serdecznie z tego miejsca pozdrawiam.
[28:08] - Tu dodajmy, że to były policjant, człowiek, który na co dzień zajmuje się pisaniem książek o charakterystyce kryminalnej, kryminałów po prostu. Więc człowiek jak najbardziej kompetentny, jeśli chodzi o udzielanie rad dotyczących spraw dochodzeniowych.
[28:29] - Dokładnie. Więc zawsze, jeśli mam jakikolwiek problem, nawet tak jak tutaj, nie jest to, tak jak pan zauważył, wątek główny. Natomiast mnie się podoba, jak rzeczy są zrobione w sposób realistyczny i dobry. Więc nawet jeśli ten wątek nie był tutaj najważniejszy, bardzo zależało mi na tym, żeby wyglądało to tak, jak wygląda w prawdziwym życiu.
[28:54] - Teraz mam pytanie do autorki, która pisze prozę fantastyczną. Czy pani traktuje fantastykę jako sposób na mówienie o rzeczach, które w prozie realistycznej byłoby po prostu trudno wyrazić? Czy bardziej fantastyka to jest sposób przyciągania potencjalnych czytelników?
[29:21] - Ja myślę, że tutaj chyba oba po trochu, bo z jednej strony wydaje mi się, że często w literaturze takiej czysto realistycznej, nawet jeśli ktoś operuje pięknym językiem i takim metaforycznym, to gdyby chciał pójść w taki ton, w który ja tutaj się w pewnych momentach starałam pójść przypowieści, to okazałoby się takie troszeczkę suche i nudne. Bo przypowieść jednak jest taką rzeczą, która i dla nas pochodzi z religii, więc oczekujemy, że stanie się coś niesamowitego, prawda? Dlatego lepiej jest tutaj zagrać troszeczkę dlatego, żeby czytelnika zainteresować, przyciągnąć tym elementem niezwykłości czy fantastyki. A z drugiej strony uważam, że w polskiej fantastyce tej najnowszej jest niewiele książek, które mówią o ważnych tematach, takich, które ja poruszyłam. Na przykład o kobiecej duchowości. Która czasami jest troszeczkę wyśmiewana, jeżeli przejawia się w sposób zewnętrzny, w formach artefaktów kupowanych w sklepach indyjskich czy obecnie zamawianych z Allegro tudzież z AliExpressu. Może mieć też swoją głębię, może mieć wiele innych cech. Natomiast jeśli patrzymy przez pryzmat tego, to troszeczkę spłycamy całe zjawisko. Poza tym uważam, że czytelnicy polskiej fantastyki są gotowi na troszkę bardziej szalone treści niż na klasyczne powieści na kanonicznych schematach. Nie mówię, że w czytaniu ich czy pisaniu jest cokolwiek złego, bo dobrze napisana rzecz na ogranym schemacie zawsze jest fajna i zawsze znajdzie czytelników.
Natomiast uważam, że szeroko pojęta dziwność czy niezwykłość ma coraz więcej fanów, bo szukamy rzeczy, które są troszeczkę inne, odmienne i ciekawsze.
[31:41] - Zaczęła już pani o tym mówić, więc postaram się pociągnąć temat. To temat języka, bo narracja powieści jest jednocześnie bardzo osobista, bezpośrednia, ale i poetycka, chwilami wręcz liryczna. Jaką rolę w pani twórczości odgrywa język, operowanie językiem? Czy pisząc pani kieruje się rytmem, brzmieniem, stylem wewnętrznego monologu? Jak to jest u pani z pisaniem?
[32:21] - Tak jak słusznie pan zauważył, dla mnie rytm w pisaniu to jest wszystko. Wręcz mam lekką obsesję na tym punkcie. Jeżeli cokolwiek piszę, to potem muszę to sobie kilkanaście razy przeczytać na głos. Nie jestem w stanie używać syntezatorów mowy, co robią niektórzy moi znajomi, bo oni mówią, że słyszą tam rytm. Ja tam słyszę, gdzie źle akcent jest położony. Więc ja to sobie muszę zawsze przeczytać i wtedy wyrzucam zbędne słowa, dopisuję, zmieniam trochę formę i rzeźbię w tym. Język nie powiedziałabym, że jako forma jest dla mnie wszystkim, ale jest dla mnie bardzo ważnym narzędziem, bo staram się, żeby każdy z bohaterów czy każda z postaci, która jest postacią główną, miała konkretny sposób wypowiadania się i żeby to było jasne nawet bez didaskaliów czy przypisów, że to właśnie teraz mówi ta osoba i to z nią mamy w tym momencie do czynienia, to z jej punktu widzenia będziemy pewne rzeczy postrzegać. Podsumowując, nie chcę powiedzieć, że język i forma są wszystkim, ale są dla mnie niezwykle ważne.
[33:42] - To ja jeszcze na chwilę o języku, bo język pani bohaterki bywa różny. Raz jest surowy, pełen ironii, a czasami jest brutalny, a chwilę później bywa tuły i refleksyjny. Jak to wyglądało przy pisaniu? Jak wyglądało zbalansowanie narracji, aby z jednej strony nie popaść w przesadną powagę, a z drugiej, żeby nie popaść w rodzaj groteski?
[34:16] - Na pewno nie chciałam bardzo się nad tym skupiać jako nad formą języka, tylko myślałam cały czas, jaka jest ta bohaterka i jaka chciałabym, żeby była w swoim języku. Ponieważ jest ona narratorką opowieści, to poprzez język przekazuje nam dużo informacji na swój temat. Na przykład, że z jednej strony jest osobą, która ma życiową mądrość, wiele przeżyła, ale z drugiej ma takie momenty, kiedy świat, w którym obecnie jest, ją przerasta złości. Chciałam, żeby była taką postacią, kobietą z krwi i kości, która nie ma momentów, w których się hamuje, jeżeli widzi, że coś po prostu jest bardzo ponad jej granice i mówi nam to, bo jesteśmy w jej monologu wewnętrznym, jakbyśmy troszeczkę byli w jej głowie. A nie sądzę, że każdy z nas w monologu wewnętrznym jest taki ą, ę i pięknie się wypowiada zawsze okrągłymi zdaniami, bez względu na to, co mu się przydarzy. Dlatego starałam się, żeby język mojej bohaterki jak najlepiej oddawał jej charakter i to, co się z nią dzieje w jej wnętrzu.
[35:34] - To prawda, z językiem, monologiem wewnętrznym bywa różnie. Czasami nie padają tam słowa ani zwroty ogólnie przyjęte, żeby je publikować czy uzewnętrzniać. Ale to zostawmy. W pani powieści „Piąta skóra ni gumy” pojawia się dużo cielesności, dużo zmysłowości, czasami nawet obrzydliwości. Czy chciała pani przez to podkreślić konkretne emocje, przeżycia wewnętrzne pani bohaterki?
[36:11] - Tak jak mówię, to wszystko, jak chodzi o kompozycję, miało dla mnie na celu pokazanie czy jej przeżyć wewnętrznych, czy na przykład co dane rzeczy dla niej reprezentują. Bo z tego, co pan mówi, są tam rzeczy, które ogólnie rzecz ujmując, gdybyśmy je opisali w innym stylu, na przykład bardziej dosłownym, bardziej gore, byłyby trudne do przełknięcia dla każdego. Natomiast ja starałam się je opisać tak, jakby to po prostu Była może nie codzienna rutyna, ale rzecz, do której postać jest przyzwyczajona, bo jest to część jej codzienności. Jeśli chodzi o tego typu kreację związaną z opisami, rola reakcji zmysłowych czy opisów zmysłowych jest bardzo ważna.
[37:09] - Ja zawsze unikam w tego rodzaju rozmowach spoilerów, żeby nie powiedzieć za dużo i nie odebrać czytelnikom radości czytania, ale myślę, że w tej chwili doszliśmy do momentu, kiedy jakiegoś rąbka tajemnicy warto by uchylić. Mówimy o zmianie skóry, o tym, że coś się dzieje, czasami nawet mocnego, obrzydliwego wręcz. Co tak naprawdę się dzieje? Jakby pani zechciała powiedzieć w taki sposób, żeby naszym czytelnikom nie odbierać zabawy.
[37:46] - Żeby czytelnikom nie odbierać całkiem zabawy, to będzie trudno, ale spróbujemy zrobić to tak, żeby to zadziałało. Ponieważ bohaterka jest istotą nadnaturalną, która ma pewien rodzaj potrzeb, pewien rodzaj apetytu, który jest dość specyficzny i związany z jej mocą, a jej moc będzie działać, dopóki będzie ona konsumować ludzkie mięso. Musi ona sobie ten posiłek zawsze złapać i oporządzić. A ponieważ jest osobą, która żyje w duchu zero waste, to jest też bardzo związane z buddyzmem tybetańskim przy okazji, ale do tego możemy ewentualnie potem wrócić. Wykorzystuje każdą część swojej ofiary, to, co ma zjeść, to zjada. Natomiast skórę, która raczej do tych celów średnio się nadaje, przechowuje po to, żeby móc egzystować, pokazywać się między ludźmi.
[38:51] - Myślę, że rzeczywiście nie zdradziliśmy zbyt wiele, a jednocześnie, taką mam przynajmniej nadzieję, nasi słuchacze zostali zaintrygowani.
[39:01] - Przy czym od razu powiem, że nie jest to powieść gore.
[39:05] - Zdecydowanie nie. Pani bohaterka na kartach powieści niejako opowiada swoją historię z perspektywy istoty, która pamięta więcej niż jedno życie. Czy Ewa Niguma była dla pani metaforą współczesnej kobiety, czy raczej ponadludzkim bytem spoza czasu, który pani opisała?
[39:33] - Czy ponadludzkim bytem? Na pewno jest gdzieś mocno obecna inspiracja mitologiczna. Natomiast dla mnie ona przede wszystkim jest kobietą z krwi i kości, która przechodziła przez różne okresy i historyczne i mentalne sama w sobie. Sama ta podróż przez czas i przez jej psychikę jest dla mnie najbardziej inspirująca. Możemy troszkę uchylić rąbka tajemnicy, że jesteśmy z nią w różnych momentach książki, czyli na przykład ponad 1000 lat temu w Kaśmirze, kiedy zaczyna się jej droga jako Dakini. Jesteśmy z nią też na przykład w latach 30., kiedy przybywa do Europy z pewną bardzo dziwną ekspedycją oraz jesteśmy z nią w latach powojennych, czy też w latach, kiedy hipisi podróżowali szlakiem azjatyckim i odkrywali te kultury, i w Warszawie lat 90., 2000. Pod tym względem mamy tutaj panoramę historyczno-społeczną, bardzo ciekawą, jeśli chodzi o zmianę w postrzeganiu roli kobiety, w tym, jak być kobietą, bo to jednak w tych okresach bardzo dynamicznie się zmieniało. Chciałam w pewien sposób użyć tego do rozwoju jej postaci i troszeczkę do pokazania tego, jak w przeciągu niewielu lat, jeśli chodzi o czasy historyczne, rola kobiet bardzo mocno się zmieniła, bardzo mocno wyewoluowała.
[41:28] - To jest zawsze trudne słowo. Też bardzo często się na nim zawieszam. Są takie słowa, które wypowiadane szczególnie w warunkach oficjalnych, to rodzaj chochlika, który zawsze gdzieś się tak ustawi, że później ciężko jest to wypowiedzieć.
[41:46] - Tak.
[41:48] - Zapytam o relacje, bo relacje w powieści „Piąta skóra Nigumy”, zwłaszcza te relacje z Majką czy z Adrianem, one są pełne napięcia, pełne pożądania, rywalizacji, ale czegoś bardziej pierwotnego również. Czy to jest historia o miłości, czy może o głodzie i przetrwaniu?
[42:15] - Myślę, że o obu tych rzeczach tak naprawdę. Ja bym powiedziała, że z jednej strony to jest o różnych rodzajach miłości, bo jest o miłości idealizującej drugą osobę, stawiającą wręcz tą osobę na piedestale, na którym ona nie powinna nigdy stać. Bo kiedy stawiamy kogoś na piedestale, to troszeczkę wypaczamy to, kim ta osoba jest tak naprawdę i sami siebie i tę osobę we własnych oczach zniekształcamy i krzywdzimy, bo wymyślamy de facto, kim ten człowiek jest, a nie próbujemy go wziąć takim, jakim jest. Ale to pożądanie też jest ważne, bo wydaje mi się, że prawdziwa miłość bez tego aspektu fizycznego nie do końca działa w chemii tych bohaterów. Oczywiście jak wiemy, w życiu może być różnie, ale w chemii tych konkretnych bohaterów Jeśli nie ma cielesności, nie ma pożądania. To jest troszeczkę problematyczne między nimi. Zaczyna się coś dziać nie do końca dobrego, nie do końca bym powiedziała wręcz w normie. Stąd też właśnie te relacje są zbudowane w taki specyficzny, podejrzewam, że dla niektórych nawet może być antypatyczny sposób, bo dostawałam wiele komentarzy, że ludziom bardzo się podoba książka, ale ta relacja, w której już pojawia się Adrian, to jest o krok za dużo, bo tutaj się za dużo dzieje. Z drugiej strony to się musiało tak skończyć, bo jest tu pewien problem. Ten, o którym mówiłam na samym początku, że mamy Majkę, która zostaje postawiona na piedestale i nie jest postrzegana jako osoba, którą jest naprawdę.
Więc czy bohaterka jest oszukana? W pewnym sensie tak, ale czy ona jest oszukana przez tą osobę, czy oszukała sama siebie widząc ją w pewien sposób, to już zostawiam interpretacji czytelnika.
[44:16] - Zapytam o główną bohaterkę, o Ewę Nigumę. Czy to jest postać tragiczna? Taka, która z własnej woli sama wybiera ból, chociaż wie, że mogłaby się od tego bólu uwolnić?
[44:32] - Z jednej strony na pewno jest coś tragicznego w jej losie, chociaż mnie się wydaje, że to, jak kończy się jej podróż, w pewnym sensie uwalnia ją od wszystkiego. I chociaż to może być zinterpretowane jako czy smutne, czy wesołe, bo też słyszałam bardzo różne interpretacje od czytelników, to uważam, że ona w pewnym sensie wygrywa to, co mogła wygrać w tej historii. A jej zapętlenie na pewno ma jakąś cechę tragiczną. Bo jeśli idealizujemy czy świat, czy ludzi i nie chcemy wyjść poza ten schemat, to zaklęte kółko, które sami sobie stworzyliśmy, to zawsze jednak stwarza problem i dla nas, i dla otoczenia. W sumie bardziej dla nas jako osoby, która nie dość, że tworzy tę łudę, to musi w niej jakoś egzystować. I to prawdopodobnie im dłużej trwa, tym wiąże się z większą ilością cierpienia, ale też większą niechęcią do poddania się temu, że to nie jest prawda. To jest moja ułuda, to jest coś, co ja sobie wmawiam, a nie prawdziwy stan rzeczy, bo już za dużo inwestujemy w to i uczuć, i nadziei. Więc to jest takie, powiedzmy buddyjskie błędne koło, z którego dusza powinna się uwolnić, ale jeśli się uwolni, to już nie będzie tą samą osobą. Więc można to też rozpatrywać właśnie w tym względzie, takim bardziej metafizyczno-duchowym.
[46:04] - To ja zapytam jeszcze o symbole, o tematy. Czym dla pani jest skóra? Ta skóra jako motyw przewodni. Czy pani ją traktuje bardziej jako rodzaj, ja wiem, to niedobrze brzmi, ale zostańmy. Czy ta skóra to jest rodzaj maski, czy to jest bardziej rdzeń tożsamości?
[46:28] - Powiedziałabym, że jest to raczej maska, bo rdzeń tożsamości jest tym, co jest w środku i to w naszej bohaterce, jak chodzi o to, co ma na myśli, czy jak się zachowuje, to jest dość, można powiedzieć, spójne, dopóki nie ma tego momentu, w którym przełamuje się w pewien sposób. I ta skóra, bym powiedziała, jest może maską, twarzą, taką też może trochę gębą, którą ona chce wykorzystać, bo wydaje jej się, że dopasowanie się do świata i ludzi to jest raczej taka gra, w której musimy odzwierciedlać to, co oni chcieliby w nas widzieć. Niestety nie zawsze dobre życie polega na tym, żeby próbować sprostać wszystkim możliwym oczekiwaniom. I jej nauka tej, szczerze powiedziawszy dość prostej prawdy bardzo długo zajmuje.
[47:23] - W powieści „Piąta skóra Nigumy” w tle przewijają się echa legend, mitów, nauk buddyjskich, medytacji czy duchowość. Nawet jeśli jest pokręcona, wypaczona. W tej powieści jest formą ucieczki, terapii, a może jest wręcz bronią?
[47:49] - Myślę, że tutaj mamy wiele różnych postaci, które pokazują nam, jak ta duchowość może być różnie interpretowana, zwłaszcza dla osób, które wychowały się w kręgu kultury zachodniej, a potem wzięły sobie tą duchowość i próbowały coś naprawić w swoim życiu. Tu już nie będę mówić o Nigumie, bo ona jest od swojego początku, od rdzenia tej historii związana z tym. Ale mamy różne postaci. Mamy postać na przykład Majki, która interesuje się tymi symbolami, zbiera różne artefakty, zbiera też różną biżuterię, ale nie do końca wchodzi w głębię tego, tylko jest to dla niej taki fajny dodatek do jej codzienności. Możliwość pokazania, że jest osobą uduchowioną poprzez to, jak się wyraża, przez strój czy ubiór. Mamy też postać taką jak szefowa centrum medytacji Baśka, która w ogóle przez to, że postanowiła praktykować buddyzm, odnalazła na nowo siebie w wieku dość zaawansowanym i nadal gdzieś próbuje tą pozytywną energię, jaką odkryła w sobie, przekazywać innym ludziom. Mamy też drugą postać tragiczną, o której nie chcę dużo zdradzać, bo to też zdradza fabułę. Mamy jogina Czonpo. Który pochodząc niby z tego rdzenia próbuje tak samo jak Niguma podążać za rozwojem świata i podążać też za nią, ale robi to ze swoich różnych wypaczonych motywów. Mamy też ludzi, którzy w tej fabule po prostu nie trawią, nie lubią wschodniej duchowości.
Też chciałam zaprezentować taki-- bo też mamy takie osoby niezbyt tolerancyjne w naszym społeczeństwie, że cokolwiek właściwie próbowalibyśmy pokazać, czy naszym strojem, czy sposobem wyrażania siebie, a jest to związane z innym kręgiem kultury czy inną symboliką, czy innym sposobem w ogóle wyrażania siebie w sposób duchowy, to te osoby od razu zaczynają się robić dla nas niemiłe, przykre, wrogie wręcz. Nie jest przyjemnie z nimi mieć jakąś interakcję. I też mam takich bohaterów. Przykre to jest, ale niestety na świecie są różne typy ludzkie. Wiadomo, że świat jest różnorodny, ale nie składa się z samych fajnych i otwartych osób. Więc mam nadzieję, że ten przekrój różnych postaw, jakie mogą być wobec tej odmiennej, egzotycznej, ciekawej duchowości, zachęci też ludzi do sprawdzenia tego, czym ona jest i czemu ona dla niektórych jest taka fascynująca. Bo ja, szczerze powiedziawszy, przyznam się, nie jestem osobą bardzo uduchowioną czy bardzo religijną w jakiejkolwiek religii wręcz. Identyfikuję się jako osoba, która nie do końca w coś wierzy, ale bardzo fascynują mnie te różnorodności w postrzeganiu świata duchowego. Dlatego lubię o tym pisać i opowiadać.
[51:09] - To ja mam teraz takie pytanie. Aż się boję je zadać, ale zadam oczywiście. Czy powieść „Piąta skóra Nigumy” można odczytywać jako metaforę depresji, jakiejś żałoby po stracie? A może jako powieść, która mówi o uzależnieniu od emocji lub innych ludzi?
[51:35] - Myślę, że z tą pierwszą metaforą się jeszcze nie spotkałam, ale patrząc na poruszone w książce tematy jak najbardziej można by zastosować tę metaforę. Bo podejrzewam, że podróż osoby, która jest uzależniona czy od emocji, czy od jakiejś substancji, czy w ogóle od jakiejś innej osoby i podróż kogoś, kto musi się pożegnać z jakąś częścią swojego życia czy osobą na zawsze to są bardzo podobne emocje. Nie do końca jest to przecież logika, ale tracimy coś i musimy powiedzieć temu do widzenia w sposób emocjonalny i poniekąd odciąć się od tego. A to była kiedyś bardzo ważna część naszego życia, bez względu na to, czy zła, czy dobra. Więc podejrzewam, że w obu przypadkach ta interpretacja mogłaby zadziałać tutaj. Natomiast kiedy ja pisałam tę książkę, to miałam troszeczkę taką złość w sobie na -- nie wiem, czy pan kojarzy ten nurt azjatyckich healing booków. Tych książek, które są takie miłe, ładne i mają nas wygoić emocjonalnie, ale pokazują nam same takie wyidealizowane, piękne obrazy. Nie wiem, czy się pan spotkał.
[53:00] - Ja mam wrażenie, że to nie tylko kwestia azjatycka. Mam wrażenie, że spora część literatury zachodniej również zmierza w tym kierunku, na co patrzę z pewnym dystansem. To może tylko tyle powiem.
[53:18] - Tak, ale chodzi mi właśnie o ten-- dlatego że może ja jestem bardziej w tym azjatyckim podwórku, ale tam są właśnie takie te książki na zasadzie na przykład „Niesamowita kawiarnia”, „Nietuzinkowy sklep całodobowy”. I wszystko polega na tym, że jest jakaś konwencjonalnie atrakcyjna osoba w kryzysie życiowym różnym, bo zmieniają się te kryzysy i ona poprzez chodzenie w jakieś takie, powiedzmy, zwykłe miejsce, kupowanie sobie gazety w tym samym kiosku. Dobra, już nikt nie kupuje gazet, to powiedzmy książkę w tej samej księgarni. Chodzenie do tej samej fajnej kawiarni w okolicy, w której mieszka, czy przez słuchanie ulubionego programu w radiu odkrywa nagle, że kurczę, tutaj zmienię swoje życie i na przykład nie będę już smutną, bezrobotną osobą, tylko otworzę sobie jakąś działalność i ta działalność nagle zaczyna mieć super sukces. I od tego zaczyna się wielkie pasmo cudów i sukcesów. I ja w tym momencie już nie mogę. Więc tego nie lubię w tych healing bookach. Rozumiem oczywiście, że to się rodzi ze eskapizmu, bo w Azji Wschodniej, gdzie tych książek jest wysyp, jest teraz bardzo duży kryzys i demograficzny, i ekonomiczny, taki jak u nas i w ogóle ciężko jest być osobą w wieku, nazwijmy to zawodowo produktywnym i nie zwariować. Czy też osobą, która chce mieć fajne życie pod wieloma względami i na nie zarobić i sobie je zbudować pod względem osobistym. Jest to ciężkie, więc rozumiem ten eskapizm, ale te książki po prostu są gorsze od bajek Disneya.
Także chciałam po prostu tutaj, wracając do mojej książki, pokazać taką podróż, gdzie może są te elementy właśnie tego healing booka, bo motyw, że na przykład kobieta otwiera sobie sklep z rękodziełem jest bardzo popularny. Popularny w tym nurcie, że właśnie w ten sposób próbuje naprawić swoje życie po różnych przebojach i z większym czy mniejszym sukcesem jej się to udaje. Ja chciałam tutaj trochę pograć z tym motywem.
[55:33] - Czy książkę „Piąta skóra ni gumy” pisała pani z myślą o jakimś określonym gatunku? Urban fantasy, weird fiction, powieść psychologiczna. Czy nie zwracała pani uwagi na etykiety? Ja to pytanie zadaję w imieniu tych naszych słuchaczy, którzy bardzo lubią klasyfikować w określone gatunki literackie to, co czytają.
[56:00] - Ja jestem tą osobą, która nawet jeśli wymyśli sobie na początku, że chciałaby pisać w danym gatunku, to potem mi to zaczyna bardzo ewoluować, bo ta opowieść gdzieś zaczęła jako może taka próba mojego ugryzienia urban fantasy z takim troszeczkę mroczniejszym twistem. Natomiast później się okazało, że tam wszystkie moje sympatie, czy do motywów obyczajowych, czy do motywów onirycznych, czy nawet do tych bardziej zakręconych w kierunku weirdu, to wszystko gdzieś wychodzi i podejrzewam, że jest to taki miks gatunkowy, który bardziej by miał rację bytu jako właśnie literatura piękna z elementem niesamowitości, bo inaczej to musielibyśmy zrobić bardzo długą listę wszystkiego, co tam jest w środku, prawda?
[56:55] - Ja oczywiście nie namawiam, za chwilę nie będę namawiał do zdradzenia końcówki książki, ale mam takie pytanie: jak wyglądał proces pisania? Czy od początku miała pani gdzieś tam z tyłu głowy zakończenie, czy też to zakończenie przyszło w trakcie pisania? To jest właściwie pytanie o warsztat, który pani preferuje, który pani stosuje.
[57:23] - Ja na pewno nie jestem pisarzem, który wierzy w wenę czy na przykład fakt, że nie zdarza mi się nigdy tak, że po prostu siadam i zaczynam pisać. Ja muszę sobie wcześniej zrobić czy research, czy jakiś taki plan, ale nie plan w tabelce rozpisany super szczegółowo, tylko nawet coś na zasadzie od jakiej sceny wychodzę, na jakiej kończę, jakie są dla mnie momenty kluczowe w tej historii. I oczywiście dla mnie to jest taka wskazówka na zasadzie, że tak może być, ale jeżeli znajdę lepsze rozwiązanie, to może być jak najbardziej to rozwiązanie, które będzie mi się finalnie wydawało lepsze. Ale lubię mieć po prostu gdzieś te plany ramowe. I tutaj obie części miały taki plan ramowy. W drugiej troszeczkę w ostatniej edycji zmieniłam ten finał, ale wymowa jego pozostała ta sama. Tylko po prostu chciałam, żeby pewne rzeczy były jaśniejsze dla czytelnika.
[58:27] - Czy któryś z wątków, na przykład związek z Majką, powrót do Warszawy czy też na przykład konfrontacja z przyszłością, czy któryś z tych wątków był dla pani szczególnie trudny do napisania? Trudny pod względem emocjonalnym.
[58:45] - Wydaje mi się, że związek z Majką był takim dość trudnym momentem samym w sobie, który zajmuje sporą część tej historii. Ze względu na to, że ta relacja jest z jednej strony piękna, bo taka wyidealizowana w głowie jednej i drugiej bohaterki na zupełnie różne sposoby. I dlatego też podejrzewam, że one razem mają ciężko ze względu właśnie na to, że obie widzą świat w kolorowych barwach, ale są to zupełnie różne palety kolorów. Ale też emocjonalnie tam był straszny rollercoaster od początku. Ten związek to praktycznie są góry i doliny cały czas. Tam nie ma momentu wytchnienia, takiego spokoju, wspólnej codzienności, normalności, która właściwie w zdrowym związku jest takim najważniejszym stanem dla nas, najzdrowszym. Po prostu tutaj jest za dużo emocji, za dużo zmian, za dużo takiej dynamiki. Więc im więcej się tego gdzieś tam zbiera czy gromadzi, to tym więcej wiadomo jest wyładowania energetycznego, nawet jeśli właściwie one nie mają jakichś takich ogromnych kłótni czy wybuchów, poza tym, że może pewne rzeczy sobie mówią w pewnym momencie wprost, ale ta relacja była trudna do napisania, mimo że ciekawa bardzo też pod względem konstrukcji charakterów, to była czymś takim, co uważam za jedno z wyzwań pisarskich, które miałam.
[01:00:27] - Przygotowałem też kilka pytań o otwartej naturze. Gdyby miała pani powiedzieć, powiedzmy jednym zdaniem albo dwoma, albo trzema, o czym tak naprawdę jest powieść „Piąta skóra ni gumy”, to co by pani wyeksponowała?
[01:00:45] - No to jest to powieść o tym, jak być kobietą, nie wstydzić się tego i nie oszaleć pomimo tego, jak świat wiruje wokół.
[01:00:56] - Czy ma pani poczucie, że w tej historii zostawiła pani coś bardzo osobistego, czy też to jest raczej powieść wydmuszka stworzona z tęsknoty za fikcją?
[01:01:11] - Coś osobistego to podejrzewam, że zostawiamy w każdej napisanej przez nas historii. Na pewno dla mnie ten element właśnie związany ze skórami, ale w tym metaforycznym oczywiście sensie i z tym dopasowywaniem się do osób, które są wokół nas, żeby je gdzieś tam do siebie zachęcić, zadowolić I potem dojście do wniosku, że może to nie tędy droga, to w pewnym sensie była rzecz, która związana była z moim rozwojem osobistym, można powiedzieć, w okresie, kiedy pisałam tę książkę.
[01:01:48] - Ja panią bardzo przepraszam, ale taką mamy w tej chwili cywilizację i to pytanie, które zadam za chwilę, muszę po prostu zadać. Czy planuje pani powrót do świata Ewy Nigumy w kolejnych tekstach, czy też ta historia to była historia zamknięta raz na zawsze?
[01:02:11] - Ta historia jako ta historia uważam, że jest zamknięta z pewnych względów, których nie chcę zdradzać tutaj. Natomiast jeśli chodzi o sam świat, to nie jest świat, z którym chciałabym skończyć moją przygodę, więc nie wykluczam, że do świata z chęcią wrócę i być może opowiem zupełnie inną historię o zupełnie innych ludziach. Natomiast to, co będzie tym światem, że gdzieś to będą podobne, nazwijmy to dynamiki, czy może podobne mity.
[01:02:42] - A co chciałby pani, żeby czytelnik poczuł po zamknięciu ostatniej strony? Poczuł oprócz chociażby lekkiej tęsknoty za klimatem, za wydarzeniami, które pojawiają się w powieści.
[01:02:56] - Myślę, że takim idealnym odczuciem, jakie ja chciałabym, żeby miał czytelnik, to chciałabym, żeby poczuł się uwolniony. Może nie uwolniony od męki lektury oczywiście, tylko uwolniony z napięcia, które towarzyszyło mu przez całą historię, bo tam jest sporo napięcia, sporo problemów emocjonalnych i nazwijmy to obrazów, które mogą być męczące, gdzieś kołatać w głowie. Chciałabym, żeby zakończenie było idealnym wyciszeniem, odpowiedzią na wszystkie wątpliwości, które się w ciągu lektury nagromadziły.
[01:03:44] - Pani Aleksandro, ja mam świadomość, że ile bym pytań nie zadał, to i tak nie zadam wszystkich, które powinienem zadać. W związku z tym chciałbym poprosić w ramach otwartej formuły o swobodną wypowiedź. Czuję się prawie jak na debacie prezydenckiej, ale o swobodną wypowiedź dotyczącą tego, o co nie zapytałem, o co powinienem zapytać i co w ogóle jest ważne w powieści „Piąta skóra Nigumy”.
[01:04:17] - To może zaczniemy od tego, co jest ważne dla mnie. Ważne jest w tym świecie, że mimo że jest bliski nam, jednocześnie troszeczkę odrealniony, oniryczny, że mamy tam bohaterów, którzy może są czasami groteskowo przerysowani, głównie dlatego, że widzimy ich okiem naszej bohaterki, która ma pewne skrzywienia i widzi ich tak a nie inaczej. Ale z drugiej strony mamy świat pełen osób z krwi i kości, które myślą, czują, są różnorodne, jeśli chodzi czy o poglądy, czy drogi życiowe. I dla mnie wielką wartością tej książki była możliwość zaprezentowania różnych postaw, różnych spojrzeń na świat, różnych bolesnych kwestii, które mogą być dla jednej osoby czymś ważnym, dla drugiej czymś, co naprawdę potrafi rujnować momentami życie. Dużo celu tego, że ponieważ ja może osobiście nie jestem osobą religijną, natomiast fascynuje mnie duchowość i sposób życia mocno zakorzeniony w jakimś rodzaju metafizycznych idei, to ten temat uważam za jądro historii, które jest poza jądrem obyczajowo fantastycznym. Więc uważam, że z jednej strony mam tutaj kalejdoskop różnych postaw życiowych, czy spojrzenie na różnorodną duchowość, czy też w sumie taki, jakby to powiedzieć, troszeczkę nowoczesny, troszkę bardziej wielokulturowy krajobraz Warszawy, bo to też gdzieś tutaj się starałam przemycić. Więc to są dla mnie kluczowe kwestie w tej książce, które troszeczkę tutaj poruszyliśmy, ale może o tych można by było zawsze coś więcej powiedzieć.
[01:06:26] - Pani Aleksandro, ja pięknie dziękuję za naszą rozmowę. Bardzo dziękuję za przybliżenie tej powieści, która muszę powiedzieć, jestem już po lekturze, mam przewagę nad naszymi słuchaczami. Ona wywiera naprawdę spore wrażenie i ja nie wiem, czy państwo z naszej rozmowy domyślają się i wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, to tym bardziej namawiam do tego, żeby po książkę „Piąta skóra Nigumy” sięgnąć. Pani Aleksandro, pięknie dziękuję za rozmowę.
[01:07:01] - Ja również dziękuję. Również wszystkich bardzo serdecznie zachęcam do lektury „Piątej skóry Nigumy”.
[01:07:07] - A ja jeszcze raz przypomnę. Gościliśmy dzisiaj pisarkę, autorkę nowości wydawniczej „Piąta skóra Nigumy”. Gościliśmy panią Aleksandrę Bednarską. Tak, proszę państwa, sięgnijcie państwo po tę powieść, bo „Piąta skóra Nigumy” to jest powieść, która momentami zatyka. Naprawdę są tam mocne sceny, sytuacje, które Mogą zadziwiać. I takie zwroty akcji, mam na myśli zwroty akcji, które nie są oczywiste, a to chyba w książce bardzo ważne. Przypomnę „Piąta skóra Nigumy”. Powieść wydana przez wydawnictwo Spisek Pisarzy, a jego autorką jest Aleksandra Bednarska, którą przed chwilą gościliśmy. A teraz czas na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka.
Będziemy rozmawiać o filmie science fiction. Będzie obcy, będzie UFO. Co tu wiele będę opowiadał. „Wellwood” po prostu. Dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[01:08:32] - Dzień dobry, wieczór. Witam wszystkich w kolejnym odcinku. A dzisiaj będzie odcinek o kosmitach, także dla niektórych szczególnie ciekawy.
[01:08:42] - Tak, będzie o kosmitach, o UFO, że tak sobie zażartuję i w ogóle o tym, że kosmici mogą być samym dobrem, chociaż niekoniecznie są dobrze traktowani. To tak od razu to podkreślmy. Film, który dzisiaj dla państwa omówimy, to jest produkcja niszowa. Od razu to podkreślmy. I Piotrze, ja tak do końca nie mam zdania o tym filmie. Nie, żartuję oczywiście, mam zdanie. Tylko ja tak nie do końca potrafię uchwycić ten moment. Czy to jest jeszcze film półamatorski, czy to już jest jednak film profesjonalny? Bo sądząc po obrazach, po tym, co nam jest prezentowane, to on jednak żegluje bardzo mocno w stronę profesjonalizmu. Tam nie widać aż tak bardzo szwów, nie widać tego, że to za małe pieniądze jest robione.
Jakoś tak wygląda. Z drugiej strony, jeśli chodzi o scenariusz, to nie jest kino, które ja lubię. Nie dlatego, że jest złe, tylko dlatego, że lubię filmy bardziej dynamiczne. Film, o którym dzisiaj mówimy, to jest film, który się toczy i toczy. Nie mówię, że nieciekawie, ale jednak toczy. Tu akcja nie pomyka i nie dzieje się bardzo dużo. Na pewno państwo zauważyli, że unikam wymienienia tytułu filmu. Unikam z bardzo prostego powodu. Po angielsku to znacznie lepiej zrobi to Piotr.
[01:10:22] - Chodzi o film „Wellwood”. Czy to jest produkcja amatorska, czy profesjonalna? Ja widziałem tyle amatorskich produkcji i półamatorskich, że według mnie jest to produkcja profesjonalna. Może nie jest to topka jakaś, natomiast mamy profesjonalnych autorów, montaż, mamy przede wszystkim historię, która jakoś się klei i która nawiązuje bardzo mocno do klasyki tak naprawdę. Ta historia jest bardzo prosta, ale koncentruje się wokół takiego problemu, nie wiem, jak go nazwać, tak umownie polfa zetareticuli, czyli wiara w to, że kosmici są w stanie dostarczyć ludziom leku dosłownie na wszystko. W tym filmie poznajemy pewną parę, parę młodą, która wybiera się do wspomnianego Wellwood, czyli takiej posiadłości leżącej gdzieś na uboczu i tam się rozgrywa ich osobisty dramat z UFO w tle. Natomiast ten film, o którym dzisiaj mówimy, jest w sumie jednym z dwóch, bo dzisiaj też napomkniemy o starszej produkcji, kiedyś wspominanej w Filmotekarium, ale może niektórym osobom umknęła. W obu tych filmach, w „Wellwood” oraz w filmie „At First Light”, po polsku to jest chyba „Pierwsze światło”, mamy taki ewidentny, wyraźny motyw uzdrowienia, wskrzeszenia czy ulepszenia ciała wskutek kontaktu z UFO, z obcymi. I ja tak może pozwolę sobie na mały komentarz ufologiczny, bo mało kto wie, że ten wątek właśnie uzdrawiania w wyniku bliskich spotkań pojawia się w ufologii. Co się w ufologii nie pojawia?
Tu jest tyle różnych relacji, że pojawia się w zasadzie wszystko, ale on występuje. Nie bywa bardzo eksponowany, bo mało kto się chce przyznać, że został uzdrowiony w wyniku kontaktu z kosmitami, ale jednak takie relacje bywają nawet w Polsce. Chociaż zazwyczaj ludzie mówią o ustąpieniu jakichś tam drobnych dolegliwości, to nie są jakieś niesamowite rzeczy. Natomiast dużo bardziej widoczny jest wpływ na zdolności poznawcze, na percepcję. Tak jak w drugim filmie, o którym dzisiaj wspomnimy, są ludzie, którzy twierdzą, że w wyniku kontaktu weszli na taki emocjonalno-mentalny szczebelek wyżej. Tylko że nie wiem, czy to jest efekt rzeczywistego oddziaływania. Niektórzy ufolodzy mówią, że tak, UFO po prostu emituje jakieś pola, emituje jakieś oddziaływania. I tutaj patrz poglądy doktora Gary'ego Nolana, które to pola uruchamiają pewne obwody w mózgu albo aktywują konkretne części mózgu. I to odpowiada, że człowiek się zachowuje inaczej. Ale popatrzmy też na to, i to bardzo mocno się tyczy filmu „Wellwood”.
Popatrzmy na to od strony takiej psychologicznej, symbolicznej. UFO, obcy to jest dla człowieka coś odległego, oczywiście zaawansowanego, wykraczającego poza sferę zrozumienia. Nawet niektórzy nadają temu UFO, tym obcym boskie cechy. Takie prawie boskie. Czyli oni mogą wszystko. Z naszego punktu widzenia mają możliwości równe bogom, nawet mogą kreować inne wszechświaty. Stąd te uzdrowienia również. Ludzie wierzą, że UFO jest w stanie zrobić wszystko, jest lekiem na całe zło. Kontakt z obcymi. Przecież posłuchajmy niektórych.
Niektórzy twierdzą, mówię niektórzy, bo to jest taki stereotypowy pogląd, że kiedy się obcy pojawią, że kiedy przybędą, to oni muszą przynieść lekarstwo na wszystkie choroby, także te nieuleczalne. I właśnie tutaj w te tony uderza film Wellwood, taka obyczajówka z sci-fi. Tak jak mówiłem, zaczyna się od tego, że młode małżeństwo wybiera się na swój miesiąc miodowy. Co ciekawe, jest kilka takich horrorów z tym wątkiem. Może kiedyś o tym zrobimy osobny program. I oni w tej chatce, to nie jest chatka, to jest taki apartament na wynajem, taki domek na wynajem gdzieś na uboczu. Oni się tam konfrontują z nieznanym, ale nieznanym w formie obcych, w sumie obcego oraz nieznanym w formie ich dalszych losów. Bo dochodzi tam do katastrofy UFO, dochodzi do przejęcia ciała obcego, kosmity, który muszę powiedzieć na początku wygląda niestandardowo, nawet wzbudza pewne zaciekawienie Marku, bo my mówiąc w Filmotekarium na temat kosmitów, na temat tego, jak oni są przedstawiani, to zwykle można dojść do takiego wniosku, że często najsłabszym elementem filmów o UFO jest moment, w którym pojawiają się obcy. A tutaj na początku nie jest tak źle. Ten kosmita wygląda niesztampowo.
Tak się wydaje. Trochę przypomina pogniecioną niebieską plastikową butelkę. Oczywiście ma humanoidalną formę, ale co się dzieje dalej? Okazuje się, że ciało obcego zostaje przejęte, zostaje wyjęte z rozbitego obiektu UFO przez głównego bohatera nie z byle jakiego powodu. Otóż jego żona jest śmiertelnie chora, ma guza mózgu, a istota, którą ten facet odnalazł, choć była pokiereszowana, bardzo szybko dochodzi potem do siebie. I stąd on wpada na pomysł, skoro ten kosmita ma zdolność autoregeneracji, to pewnie jego fluidy, jego krew ma takie właściwości. Idąc tym tropem myślenia, jeżeli się trochę tego zeżre, to człowiek wyzdrowieje.
[01:16:30] - Tam właściwie od początku wiadomo, że coś jest z tym miesiącem miodowym nie tak, bo to małżeństwo, ono sobie jedzie, ale tam nie ma radości, takiej pełnej radości. W końcu coś się zmieniło w życiu. Od początku wiemy, że jest tam jakieś napięcie, że to nie jest tak, że oni sobie jadą po prostu spędzić miesiąc miodowy. On się bardzo szybko wyjaśnia, o co chodzi, ale na początku tej pewności nie ma. W dodatku Piotrze powiedziałeś, że się rozbija UFO, to dodajmy jeszcze, że główny bohater jest w tym czasie troszeczkę, jakby tak powiedzieć, niedysponowany alkoholowo. W ogóle tam lekko nie jest w każdym razie. I jeszcze jedno kiedy to UFO się tam rozbija, czy coś się z nim staje i ten pokiereszowany obcy. Tam w pewnym momencie jest taka scena już w tej komórce, bo od razu dodajmy, że ten obcy pokiereszowany, to go ten nasz bohater zanosi do komórki i zamyka, nie wiem, czy na kłódeczkę, ale skutecznie go w tej komórce stojącej obok tego domku zamyka. Tam pojawia się taka scena, kiedy nie wiem, jakieś skaleczenie dzięki krwi obcego czy tego czegoś, co płynie w jego żyłach, regeneruje się. Ta rana przestaje być raną.
I to jest moment, kiedy on już jest pewien, że da się tego obcego wykorzystać. Trzeba z niego wytoczyć tej krwi trochę, żeby uleczyć żonę. I to jest punkt startowy do całości. I ten obcy raz wygląda lepiej, bo się przez cały czas regeneruje. Ten upadek, upadek UFO i w ogóle jego katastrofa, pokiereszowanie obcego to jest coś, co później jest odpracowywane. Ten obcy staje się coraz bardziej mężny, w pewnym momencie nawet pod nieobecność głównego bohatera, to znaczy on się jednak zajmuje żoną, próbuje uciec. Główny bohater mu tego nie wybacza i dochodzi do małego sporu. Ja cały czas używam eufemizmów, świadomie zresztą, żeby za dużo nie opowiadać. I obcy trafia z powrotem do komórki. W pewnym momencie dowiaduje się o tym główna zainteresowana.
I ten film tak psychologicznie zaczyna się komplikować, bo trochę jest ten obcy uprzedmiotowiony. Ma dać życie, ma dać przetrwanie śmiertelnie chorej żonie, która już właściwie pogodziła się z tą chorobą. Ten miodowy miesiąc to ma być rodzaj pożegnania, pożegnania z mężem, pożegnania ze światem, bo już nic nie da się zrobić. I w pewnym momencie pojawia się nadzieja i to wszystko zmienia. Zmienia w postawach ludzi. Czy w postawie obcego to trudno powiedzieć, bo ten obcy, pomimo że humanoidalny i wyglądający tak jak Piotr powiedział, trochę jak pomarszczona butelka, później troszkę się zmienia, ale u niego trudno powiedzieć, czy on skumał, o co chodzi, czy nie skumał, ale zdecydowanie postawa ludzi i jego, i jej mocno się zmienia. Bardzo mocno.
[01:20:18] - Wellwood to jest film bardzo prosty, nawiązujący mocno do klasyki. Jak powiedziałeś, ten kosmita wcale nie jest jakiś wydumany. To jest po prostu przybysz z kosmosu, który ma bardzo proste założenia: zeżreć coś, odlecieć i tak dalej. Tam nie dostajemy zbyt wiele informacji na jego temat. To jest taki ukłon w stronę przeszłości, w stronę takiego przygodowego bardziej science fiction. Chociaż tutaj mamy do czynienia jednak z tym wątkiem dramatycznym. Także z jednej strony jest to film taki klasyczny, nieskomplikowany, chociaż wcale nie jest taki zły. Przy czym, drodzy Państwo, próba picia krwi kosmity i dolewania jego krwi do kisielu na przykład nie wyczerpuje tematu. Ten przybysz nie jest taki milutki i w ogóle to nie jest historia z happy endem. Od tego trzeba też może zacząć tak naprawdę, że to nie jest sprawa, która się dobrze kończy.
Tyle że wydaje mi się, iż mogło być nieco bardziej dramatycznie w tym filmie, że ten problem mógł być jakoś mocniej przedstawiony, bo tak mnie Wellwood nie wstrząsnął mną za bardzo, muszę powiedzieć. A dlaczego omawiamy w ogóle ten film? Z prostej przyczyny, drodzy Państwo, bo powzięliśmy sobie takie postanowienie, że będziemy omawiali praktycznie każdy dostępny film, który się da oglądać na temat UFO i kosmitów. I jak wiecie już wielokrotnie żeśmy się do tego odnosili, ale Wellwood to arcydzieło nie jest. Obejrzeć to można, ale przywodzi na myśl film nieco starszy, lekko zapomniany, z okresu, kiedy Bibliotekarium nie funkcjonowało jeszcze w tej formie co dzisiaj. Chodzi o film „At First Light”, który w Polsce funkcjonuje jako „Pierwsze światło”. Jest to lepsza produkcja. Jest to film bardziej godny uwagi, moim zdaniem, z roku 2018. Osadzony co prawda w klimatach młodzieżowych, ale podejmuje podobny temat co Wellwood, czyli wpływu kontaktu z UFO na człowieka. Ale też tam mamy to rozszerzone.
W „At First Light” nie uganiają się za kosmitami. Jest to trochę bardziej rozbudowana sprawa. Chodzi raczej o kontakt z inną inteligencją. Główny bohater filmu, Sean, pochodzący z takiej rozbitej rodziny, ma na głowie babkę z demencją, ma na głowie młodszego brata. I w pewnym momencie, tutaj powiem, polecę takim banałem, takim opisem promującym, że w pewnym momencie Sean się znajduje w centrum niesamowitych, niezwykłych wydarzeń.
[01:23:17] - Tak, tylko warto powiedzieć, że „At First Light” to jest film, w którym rzeczy odbywają się dosyć racjonalnie. Chociaż rzeczywistość zaskakuje. Zaskakuje młodych ludzi, zaskakuje dorosłych. W tle dzieją się jakieś rządowe, trudno to nazwać spiskami, ale działania rządowe. Ale to prowadzi do jakiegoś określonego punktu. Natomiast w rezultacie na końcu dostajemy scenę z lecącymi śmigłowcami, a na niebie dzieje się coś dziwnego i to widać, że chodzi o kontakt z inteligencją, która wymyka się takiemu standardowemu obrazowi obcych. Tymczasem w Wellwoodzie rzecz jest moim zdaniem niedopracowana nawet od tej strony takiej czysto logicznej, bo ja wszystko rozumiem. Główny bohater ma śmiertelnie chorą żonę, ale w pewnym momencie pojawia się obcy. Ewidentnie przyleciał, ewidentnie to jest coś rozumnego, co przyleciało. Jaki jest tam poziom tego rozumu, to jest inna sprawa, ale ten facet nie wiem, czy tak zgłupiał, czy jest jakimś takim prymitywem amerykańskim, bo ani przez myśl mu nie przejdzie, żeby spróbować się z tym obcym dogadać, jakkolwiek byśmy rozumieli te słowa.
Nie. Pierwsze co przychodzi mu do głowy: „No dobra, niech to będzie po pijaku”. To zamyka go w komórce, więzi. Może coś z tego będzie. Ja rozumiem, ale w pewnym momencie człowiek zawsze trzeźwieje albo przynajmniej dochodzi do rozumu. Może byłoby lepiej, nawet tak bardziej praktycznie by było dogadać się z tym obcym. Skoro on ma takie uleczające możliwości, to może by lepiej w zgodzie z nim żyć, niż go krępować, zamykać i w ogóle więzić. Nie, nie, ale głównemu bohaterowi to w ogóle do głowy nie przychodzi. Jest jakieś takie pomarszczone fioletowo, jakieś takie — wiecie państwo, ja z kolorami to jednak mam problemy — ale jakieś takie dziwne w kolorze. Przyleciało, to wiadomo, że to mądre musi być, skoro już doleciało tu na ziemię.
Nie da się naprawdę dogadać? Trzeba koniecznie bawić się w mini obóz koncentracyjny? Bo w coś takiego zamienia tę komórkę główny bohater. Bo naprawdę tam nie ma litości dla tego obcego, nie ma „zmiłuj się”. Tam jest brutalne utaczanie krwi i brutalne w ogóle traktowanie. Co to mówi o kondycji psychicznej i moralnej Amerykanów, to ja nawet nie chcę się domyślać. Może nie Amerykanów, może za duże słowo, może po prostu o kondycji tego faceta, który rozumiem, bardzo kocha żonę i jest bardzo zdruzgotany tą całą sytuacją. Ale żeby mu kompletnie mózg wyłączyło, to się tego nie spodziewałem. I myślę, że trudno to nazwać błędem, to założenie scenariuszowe później owocuje w sposób, który nie do końca mi odpowiada. Bo proszę państwa, wyobraźcie sobie, że jesteście na miejscu tego obcego.
Przylatujecie na inną planetę, rozbijacie się. Wasza dążność do powrotu, do przeżycia, do tego, żeby jakoś sobie z tą sytuacją poradzić, jest oczywistą oczywistością. I się zjawia jakiś osobnik, który nie dość, że was więzi, to jeszcze ma jakieś roszczenia i jakieś pretensje i w ogóle macie wrażenie, że on wam chce kęsim, kęsim to przynajmniej zrobić. To się bronicie. Po prostu naturalne jest, że się bronicie. To też ten obcy, możemy go lubić albo nie lubić, ale on, jakkolwiek to zabrzmi, to on jest racjonalny, a facet, który jest głównym bohaterem racjonalny ogólnie jest dosyć słabo. I to jest rzecz, która mi w tym filmie troszeczkę przeszkadza, bo później, tak jak powiedziałem, następuje przepoczwarzenie się i ona, mówię o żonie, i on, czyli ten, który znalazł tego obcego, oni wręcz posuwają się do takiego dręczenia tego obcego, a w rezultacie w pewnym momencie próbują utopić jego ciało, co nie do końca się udaje. Już nie będę tak za bardzo opowiadał do końca tego filmu, ale wiecie państwo, to, co ten film mówi o człowieku, to nie jest budujące. Ja niekoniecznie utożsamiam się z tym przekazem, że człowiek jest właśnie taki. Być może człowiek taki bywa.
Z tym się zgodzę. Różni ludzie są wśród nas i różnie się zachowują. Ale przepraszam, ten główny bohater jest cymbałem. Kochającym swoją żonę, to na pewno, ale cymbałem.
[01:28:24] - Tam jest taka scena, kiedy ona podbija do tego kosmity i w pewnym momencie próbuje go uspokoić. Tak się zacząłem zastanawiać, czy on w ogóle wie, o co chodzi, kiedy ona do niego macha łapkami, wykonuje gesty: usiądź, usiądź, ogarnij się, uspokój się. Wydaje mi się, że to też takie trochę jest przedobrzone. Natomiast filmy, o których dzisiaj mówimy, dotykają bardzo interesującego tematu. W zasadzie o „At First Light” żeśmy tylko wspomnieli, ale chodzi o to, że UFO może odmienić życie ludzi, zarówno jednostek, jak i mas, czyli dokładnie tak jak bóstwo, jak Bóg. Problem w tym, że UFO nie chce tego zrobić, nie chce tego zrobić en masse. I wątek oczywiście podobny, przemiany człowieka psychicznej pojawia się też na przykład w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”. Tyle że jednostki są wynoszone, jednostki otrzymują nową świadomość. A ludzkość jakoś tak, jak to się mówi, ugoruje cały czas. Czyli UFO nie chce pomóc w żaden sposób.
Kimkolwiek jest siła stojąca za zjawiskiem UFO, czy to są kosmici, czy nie, mogłaby, ponieważ wygląda na cywilizację techniczną, mogłaby formalnie zakończyć męczarnie miliardów ludzi, oferując na przykład lek na raka, oferując jakieś suplementy zastępujące jedzenie i tak dalej, ale oni się w ogóle z tym nie kwapią. I zobacz, jaki jest paradoks, że z jednej strony przecież do tej pory nie stało się nic w historii ufologii, co by zasugerowało, że tak będzie, że obcy przylecą, coś ludzkości dadzą i ma się tutaj, i cieszcie się. A mnóstwo ludzi tak naprawdę w to wierzy, że kiedy obcy przybędą, kiedy dojdzie do kontaktu, kiedy dojdzie do disclosure, to wszyscy się staniemy de facto beneficjentami jakichś tam dobrodziejstw ze strony tych obcych. Oni jak wujek z Ameryki, raczej ciotka, przywiozą nam coś fajnego i będziemy się cieszyć. Pytanie tylko, dlaczego by mieli to zrobić, a dlaczego w ogóle? Kto tak powiedział, że tak ma być? I to nam po raz kolejny pokazuje pewne stereotypy panujące na tym polu, pewne rzeczy, które się przyjęły, pewne założenia, które się przyjęły, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego się one przyjęły albo dlaczego ludzie tak myślą. Po prostu tak jest i już, bo się tak komuś wydaje. I te wnioski często stają się takimi obiegowymi opiniami, które żyją własnym życiem tak naprawdę. I Wellwood nam w pewien sposób to brutalnie potwierdza, że jeżeli jest jakaś wyższa cywilizacja, są jakieś inne istoty, to one muszą albo przynajmniej mają klucz do wielkich tajemnic.
Takich, które mogłyby nas na przykład wybawić z wielu problemów.
[01:31:31] - Tak, ale co mi jeszcze przychodzi do głowy, ten taki antropocentryczny punkt widzenia. To znaczy my wychodzimy z założenia, to jakoś jest wpisane w ludzkie DNA, to przenośnia, ale wpisane jest to, że nam się należy, że jeśli czegoś bardzo, bardzo chcemy, to nam się to po prostu należy. I zauważmy, że główny bohater uważa, że może jest uprawniony do tego, żeby postępować Nie moralnie, bez litości i bez żadnego myślenia o tym, że ten obcy jest mu równy. Mówię o bohaterze. Jest mu równy statusem inteligencji, jest istotą żywą, czującą, myślącą. Nie, tu jest sytuacja, gdzie ten obcy jest traktowany przedmiotowo. Może pomóc, to niech pomaga i czy będzie tego chciał, czy nie, niech pomaga. Nie będziemy go pytać o zdanie. Jego obowiązkiem jest pomóc. To jest takie założenie, że obcy mają wobec nas jakieś zobowiązania.
Bardzo śmiałe założenie. Ja rozumiem, że ten facet może walczyć o swoje. Trochę jak samotny jeździec, jakiś westernowy. Walczyć o to, żeby jego ukochana kobieta przeżyła i on wtedy poruszy niebo i ziemię i wszystko będzie nieważne, bo on ten cel osiągnie. Takie hollywoodzkie założenie może się pojawić, jednak ono jest kompletnie od czapy. Ułóżmy sobie sytuację tak, jak ona wygląda. Skoro obcy przybył do nas z odległego kosmosu, zrobił coś, czego ludzkość nie potrafi jeszcze zrobić. Czyli technologicznie stoi znacznie wyżej od nas i my naprawdę wierzymy w to, że mamy jakieś prawa w stosunku do tych obcych. Prawa to pewno mamy, ale że my mamy jakieś roszczenia i to uzasadnione wobec takich obcych? To pokazuje, że w gruncie rzeczy, przy całej tej ogładzie, kulturze, cywilizacyjnej ogładzie, że tak się wyrażę, to my jednak w dalszym ciągu gdzieś tam w głębi bywamy barbarzyńcami, którzy gotowi są rzucić na szalę wszystko, byle się stało tak, jak sobie wymarzyliśmy, tak, jak chcemy, żeby się stało.
I wówczas furda wszystkie ustalenia o rozumie, ustalenia o kontakcie. Położę na szali wszystko, byle się stało tak, jak ja chcę. To nie jest budująca konkluzja z tego filmu i chociażby z tego względu ten film warto zobaczyć. Chociaż podkreślam, to nie jest kino, które lubię najbardziej. Tu wszystko toczy się dosyć powoli. Wiem, powtarzam, ale chciałbym, żeby to dobrze wybrzmiało. Toczy się powoli i jeśli ktoś lubi fantastykę, lubi historię, to dotrwa do końca i być może nawet zadowolony będzie. Ale to nie jest kino akcji. Zdecydowanie nie. To ja teraz państwa zapraszam na recenzarium Evivy.
Luiza Dobrzyńska będzie dla nas zgłębiać tajemnice oceanu.
[01:35:16] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Ze wszystkich baśniowych stworzeń syreny są najmniej popularne wśród pisarzy. Mimo że na ekranie radzą sobie zupełnie nieźle, to jednak mistrzowie pióra bardzo niechętnie sięgają po motyw syreny w swoich utworach. Jeżeli już nawet, to stanowi taka syrenka raczej tło do głównych wydarzeń. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że tak naprawdę to, co się dzieje pod powierzchnią oceanów, jest dla nas zagadką. Zagadką większą niż to, co się dzieje na księżycach Jowisza. Tak czy inaczej, syrenę w literaturze znaleźć dość trudno. Pewną próbę wypełnienia tej luki podjęła ukraińska pisarka Oksana Usenko. Wydawnictwo Desfa, które od początku ją wspiera, wydało właśnie drugą część jej opowieści Córka Azrai.
„Tajemnica oceanu” to książka, która zabiera czytelnika w podróż właśnie przez ocean. Większa część tej podróży odbywa się pod wodą, ponieważ jak wiadomo, główna bohaterka jest syreną i lądem nie podróżuje. Pamiętamy ją z pierwszego tomu. Olga, pozornie zwykła dziewczyna, która zostaje zamieniona w syrenę wskutek intrygi swojej przyjaciółki. Obecnie kieruje się w stronę krainy zamieszkałej przez istoty takie jak ona. Ciągnie ją tam ni to przeczucie, ni to zew we krwi. Po drodze Olga oczywiście przeżywa mnóstwo przygód, wpada regularnie w tarapaty i nie wie, że jej śladem wciąż podąża Andrej, tajemniczy mężczyzna, który wie, kim ona jest i niejako sekunduje jej w tej podróży. Andrej jest dość tajemniczym mężczyzną. Obecnie płynie pełnomorskim jachtem, mając u swego boku socjolożkę Helen, która oczywiście niewiele o nim wie. Wie tylko, że jest naukowcem, sądząc po jachcie, dość bogatym i że zajmuje się płetwalami błękitnymi.
Tymczasem Andrej ma dużo poważniejsze zadanie. Śledzi Olgę. Pytanie brzmi, czy jego rola ogranicza się tylko do tego, czy może jest szersza? Być może jego zadanie polega na tym, żeby wyłapywać takie istoty jak Olga i pomagać im dotrzeć do krainy Azrai. Prawdę mówiąc, dziewczyna sama sobie jakoś radzi. Udaje jej się w końcu osiągnąć cel. Okazuje się, że społeczeństwo złożone z samych syren jest bardzo wysoko rozwinięte technologicznie. To Olgę początkowo mniej interesuje, ponieważ wciąż ma nadzieję odnaleźć Tamaza, z którym straciła kontakt. Wie, że faktycznie znajduje się on w mieście. Jednak ku jej zdziwieniu mężczyzna twierdzi, że wcale jej nie zna.
Wkrótce Olga dowiaduje się, że nie jest ani zwykłą dziewczyną, ani zwykłą syreną. Tylko kimś niezwykle dla społeczeństwa Azrai ważnym. Książka Oksany Usenko jest nie tylko wspaniałą przygodą. Zawiera również potężny ładunek dydaktyczny, sporo wiedzy o oceanach, o zwyczajach morskich stworzeń oraz przesłanie proekologiczne. Mądre przesłanie, ponieważ tych głupich mamy już serdecznie dość. Autorka nie oczekuje od ludzi, że wlezą z powrotem na drzewa i zaczną sobie przyświecać świecami. Nie! Uważa, że możemy w pełni korzystać ze zdobyczy techniki. Musimy tylko je lepiej kontrolować i nauczyć się odpowiedzialności wobec środowiska. To wszystko jest możliwe.
Możemy pogodzić bardzo nowoczesną technikę i dbałość o środowisko. Trzeba się tylko postarać. Luta z Rai to potrafi. I oczywiście duża część książki poświęcona jest właśnie temu narodowi — syrenom, które usiłują jednocześnie trzymać się z dala od człowieka i w pewnym sensie z nim koegzystować, ponieważ ludzie są dla nich z pewnego powodu bardzo ważni. Chociaż każde wyjście na ląd stanowi dla nich niebezpieczeństwo, muszą to robić. Dlaczego? Dowiecie się tego z książki. Jest ona bardzo ciekawa, nieszablonowa, pełna humoru. Zawiera też sporo, jakby to powiedzieć, sporo romantyzmu. Można się chwilami rozczulić, można się uśmiechnąć i bardzo wiele nauczyć.
A to naprawdę jest nie do pogardzenia. Oksana Usenko, ukraińska pisarka, uciekinierka z Donbasu do Kijowa, gdzie też dopadła ją wojna, nie przestaje pisać. Pozostaje w stałym kontakcie z redaktorami Odessy, mimo że czasami to połączenie się rwie. Czasami w Kijowie nie ma prądu, czasami internet nawala. Jednak Oksana nie ma zamiaru stamtąd uciekać. Zostaje w swojej ojczyźnie, choć proponowano ją, żeby przeprowadziła się do Polski. To niezwykła osoba, wspaniała artystka, która przepięknie maluje. Bardzo utalentowana pisarka i ogromnie wrażliwa osoba. To zresztą można łatwo wyczytać właśnie z jej książki. Przy okazji należy podkreślić, że "Tajemnice oceanu" to tylko połowa drugiego tomu.
Jest on dość obszerny, więc na potrzeby polskiego czytelnika Oksana Usenko podzieliła go na dwie części. W ten sposób otrzymujemy trylogię i zapewniam, że przeczytawszy "Tajemnice oceanu", nie będziecie mogli doczekać się kolejnego tomu, żeby sprawdzić, jak historia Olgi się kończy. Sama jestem tego bardzo ciekawa. Zachęcam do lektury. Żegna się z Wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:41:04] - Proszę Państwa, no a teraz sentymentalnik. Cofniemy się mocno w czasie. Przynajmniej na początku. No bo dzisiaj będzie o programach podróżniczych w PRL-owskiej telewizji. Zresztą nie tylko PRL-owskiej. Zaczniemy od „Klubu Sześciu Kontynentów”. Ten program to mogą pamiętać tylko dinozaury takie jak ja. Później były programy Elżbiety Dzikowskiej i Tony Halika „Pieprz i wanilia” i pokrewne, bo tych programów troszeczkę Tony Halik i Elżbieta Dzikowska naprodukowali. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, trzeba wspomnieć o tym, że początkiem kariery Tony Halika w polskiej telewizji był właśnie program „Klub Sześciu Kontynentów”. Ale nie będę zagadywał.
Zapraszam Państwa na sentymentalnik. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy sentymentalnik. A skoro sentymentalnik, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:42:16] - Dzień dobry wieczór. Ten sentymentalnik powinien się zaczynać od takiego hasła: tu byłem. Tu byłem Tony Halik. Taki trochę zapomniany slogan, który nam przypomina o człowieku, który był w większości miejsc i trudno jest wymienić takie, gdzie go nie było. Tony Halik i Elżbieta Dzikowska, najbardziej znana para polskich globetrotterów chyba, przecierali w naszej telewizji szlaki dla programów podróżniczych. Kto nie chciał być taki jak oni? Kto nie chciał być tam, gdzie oni? Chociaż najbardziej kojarzeni z cyklem „Pieprz i wanilia” w moim pokoleniu tak naprawdę byli obecni w telewizji już wcześniej. Ale też Marku, oni nie byli pierwszym segmentem podróżniczo-krajoznawczym w PRL-owskiej telewizji, jak się może wielu osobom dzisiaj wydawać, prawda? Bo od końca lat 60.
na antenie gościł „Klub Sześciu Kontynentów”. Jak to było z tym, jak to nazwałem, segmentem telewizyjnym podróżniczo-globetrotterskim za czasów PRL-u? Czy byli podróżnicy wtedy? Bo wielu osobom się może wydawać, że chyba nie było.
[01:43:36] - Byli. Chociaż PRL słusznie kojarzy się z państwem, z którego trudno było wyjechać w szeroki świat. Wyjeżdżali nieliczni albo mieli układy, albo mieli odpowiednie umocowanie. Tak to określmy. Był dziennikarz, taka nietuzinkowa postać, dziennikarz, podróżnik z wielkim darem opowiadania, z takim hipnotyzującym chwilami głosem, spokojnym, lekko schrypniętym głosem. To był Ryszard Badowski i to on pod koniec lat 60. uruchomił kawiarenkę pod Globusem, czyli wymieniony przez ciebie Piotrze „Klub Sześciu Kontynentów”. Ta Kawiarenka pod Globusem, chociaż była surowym bardzo programem, realizowanym w okolicznościach przyrody, że pozwolę sobie tak to ująć, dosyć siermiężnych. To było studio, to był stół, kilka krzeseł. Siadali i gadali.
Przeplatane to było oczywiście filmami dłuższymi bądź krótszymi, ale to i tak dla publiczności PRL-owskiej, telewizyjnej to był oddech wielkiego świata, bo rzeczywiście w tym programie Klub Sześciu Kontynentów naprawdę podróżowano po całym świecie. Zawsze się zastanawiałem, dlaczego to jest klub sześciu, nie siedmiu kontynentów. Ale uświadomiłem sobie, że Europy nie brano pod uwagę. I rzeczywiście programów o samej Europie było niewiele. Natomiast cały świat stał otworem przed uczestnikami programu, bo Ryszard Badowski zapraszał licznych gości. U niego pojawił się chociażby pierwszy Polak, który opłynął świat na jachcie „Opty”, Leonid Teliga. Był gościem Kawiarenki pod Globusem, ale tam się pojawiały różne osoby, między innymi w pewnym momencie pojawił się Tony Halik, pojawiała się Elżbieta Dzikowska. Pojawiali się naprawdę globtroterzy i powtarzam, ten program był mało atrakcyjny, jeśli chodzi o jego dekoracje. Atrakcyjne były tam treści filmowe i one się pojawiały. Czasami ta rozmowa była tylko wstępem do prawdziwego przeżycia filmowego, rzeczywiście podróży gdzieś na kraniec świata.
Cóż, ja mam takie mgliste wspomnienia, bo nie zawsze chętnie oglądałem ten program. On był zawsze w weekend. Nie, wtedy nie było weekendów, proszę państwa. To się wszystko jednak zmienia. Była niedziela i było sobotnie popołudnie, po pracy albo po szkole. Czasami się ten program pojawiał. Takie mam wrażenie, być może to w późniejszych czasach. Ja go kojarzę jednak z niedzielą. I wtedy rzeczywiście podróż się odbywała i to były fajne przeżycia. Pamiętam właśnie prezentowane filmy Tony Halika, pamiętam, to wszystko oglądało się, ja przynajmniej oglądałem w czerni i bieli i wiem, że początkowo te programy były czarno-białe.
Później oczywiście się to zmieniło. Pojawiały się programy Tony Halika, pojawiały się programy – Ameryka Południowa to było coś, proszę państwa, czy jakaś odległa Azja. Byli goście, czasami zapraszani z ambasad, czasami z małżeństw mieszanych. Jakoś tak zupełnie, powiecie państwo może trochę bez sensu, wbił mi się w głowę program o Korei. I ja dzisiaj państwu nie odpowiem, o jakiej Korei był ten program. Zapewne o Północnej, co wydaje mi się dzisiaj kompletną abstrakcją. Ale był, bo nie sądzę, żeby w czasach PRL-u, który z Koreą Południową nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych, żeby się pojawił program o tejże Południowej Korei. Więc pewno o Północnej. Co ja zapamiętałem z tego programu? Bardzo niewiele.
Nawet nie jestem pewien, czy te słowa, które wymienię za chwilę, to rzeczywiście są te słowa. Wiecie państwo, pamięć robi różne figle, ale wtedy w tym programie starano się wytłumaczyć, jak subtelnym narzędziem jest język koreański, jak te pewne brzmienia są tam subtelne i rodowita Koreanka wypowiedziała dwa słowa. Jeżeli mnie pamięć nie myli, nie płata mi figla, to były słowa „tygrys” i „materac”. I według tej pani one były zupełnie inne. Moje europejskie dziecięce ucho oraz uszy moich dziadków nie usłyszały żadnej różnicy. Ona wypowiedziała dwa dla nas identycznie brzmiące słowa. Jedno oznaczało materac, drugie tygrys. I to było takie doświadczenie, które zapamiętałem, bo to mnie zadziwiło. Ja się, widać już od wczesnych lat interesowałem – wtedy jeszcze pewno podświadomie – językiem, jego możliwościami i czasami dziwnością. I to dla mnie było coś niezwykle dziwnego.
Jak to? Brzmi tak samo, a oni słyszą różnicę. To mi się wydawało na początku niepojęte. Dzisiaj już wiem, że to jest jak najbardziej możliwe i tak po prostu jest z tymi dalekowschodnimi językami, które mają charakterystykę tonalną i czasami tam po prostu ucho Europejczyka nie odróżnia pewnych dźwięków. Zadziwiające. Rozgadałem się na temat jakiegoś szczegółu, ale właśnie takich szczegółów w tym programie było sporo. I to było niezwykle ciekawe, bo w programach Klub Sześciu Kontynentów właśnie rozmawiano nie o wielkiej geografii, jakichś takich odkryciach. Widzicie, rozumiecie, tutaj znajdziemy coś. Nie. O tym też rozmawiano, ale czasami rozmawiano o rzeczach bardzo przyziemnych, co pozwalało sobie ten inny kraj wyobrazić.
O tym, jak jest gdzieś tam na jakichś straganach, jak przebiega handel, szczegóły życia w innych krajach i to ludzie spijali z tej telewizji. Bo też umówmy się Tak jak zaczynałem swoją wypowiedź, w czasach PRL-u, poza wyjątkami, większość ludzi wiedziała, że w tych krajach prawdopodobnie nigdy się nie znajdzie, że to jest troszeczkę jak taka baśń, której się słucha z rozdziawionymi ustami, ale wie się, że to pozostanie baśnią. I tak to troszeczkę było odbierane. Dlatego ten dosyć surowy – ja to po raz kolejny podkreślam – dosyć surowy w takim anturażu i w tej całej dekoracji program, on się jednak cieszył ogromnym powodzeniem. No i cóż, proszę państwa, takie to były miłe złego początki. My dzisiaj mamy program Wojciecha Cejrowskiego „Boso” albo „Boso przez świat”, albo różne wersje i jesteśmy przyzwyczajeni do programów dynamicznych, niezwykle ciekawych w warstwie faktograficznej. W PRL-u było inaczej. Tam samo opowiedzenie o innym świecie, o innej kulturze było tak fascynujące, że tam się nie musiały znaleźć jakieś takie ciekawostkowe treści. Wystarczyło, że ktoś przyszedł i z pierwszej ręki opowiedział, jak tam jest.
[01:51:55] - Dzisiaj to mamy nie tylko programy, mamy nawet całe kanały podróżnicze. Nie wiem, czy jeszcze mamy. Pamiętam, że kiedyś Discovery miało taki specjalnie dedykowany kanał dla podróży, dla podróżników. Ale przecież mamy też trudną do określenia liczbę kanałów na YouTubie i w innych platformach, które są poświęcone przeróżnym aspektom podróżniczym. I one właśnie ukazują takie szczegóły, niekiedy pokazując, jak ludzie żyją na przykład, co jedzą, jak pracują, jak pokonują drogę do szkoły i tak dalej. To teraz jest, myślę, na topie. Dawniej rzeczywiście te programy podróżnicze wyglądały zupełnie inaczej.
[01:52:43] - Piotrze, przerwę ci, bo sobie coś przypomniałem. Jednak to pamięć płata figle. Pojawiały się też opowieści innego człowieka, który był z geografią i z podróżami za pan brat. To były opowieści Stanisława Schwarz-Bronicowskiego. To też w kawiarence pod Globusem, w Klubie Sześciu Kontynentów. I on tworzył takie dokumenty o pierwotnych kulturach i dzięki niemu, dzięki Schwarz-Bronicowskiemu widzowie w Polsce mogli zobaczyć coś, co do dzisiaj fascynuje ludzi, a mianowicie rytuały szamanów. Tam też właśnie dzięki Schwarz-Bronicowskiemu tańce masajskich wojowników, Papuasów z Nowej Gwinei. Proszę państwa, to było coś, jakbyście dzisiaj film science fiction oglądali albo jakąś powieść fantasy czytali. Absolutnie niesamowite rzeczy. Przypomniałem sobie jeszcze, że w Klubie Sześciu Kontynentów gościła na przykład Wanda Rutkiewicz, gościł Jerzy Kukuczka.
Pamiętam. Widzicie państwo, to się tak czasami odblokowują pewne szufladki w głowie, jak opowiadał Kukuczka o Himalajach, o ich potędze, o tym, jakie to są olbrzymie góry i jak człowiek jest przy nich mały, jak jest mikry, a jednak stać go na to, żeby te góry zdobyć. Ja nie wiem, czy ja powtarzam słowa, których używał Jerzy Kukuczka, ale wiem, że o to chodziło w jego wypowiedzi. Zapamiętałem bardziej sens niż słowa i wiem, że to był rodzaj przeżycia. No dobrze, już się wyłączam, bo przerwałem.
[01:54:40] - Tak, jeszcze była oczywiście literatura podróżnicza, ale to chyba jest temat na zupełnie inną audycję. A my dzisiaj wracamy do postaci Tony'ego Halika, bo on swoją karierę telewizyjną w Polsce zaczynał we wspomnianym przez ciebie klubie. Natomiast pozostańmy przy tej postaci, która jest oceniana bardzo różnie. I szczerze mówiąc, powiem ci, że jak sobie tak przeglądnąłem internet, to Tony Halik wzbudza dzisiaj skrajne opinie. Od zachwytów przez takie, jak by to powiedzieć, patrzenie na tą postać przez palce. Nawet Elżbieta Dzikowska, jego partnerka wieloletnia, przyznaje w wywiadach, że Halik lubił sobie to i owo ubarwić, lubił podkolorować, lubił podciągnąć swoje opowieści. Ona to tłumaczy tym, że po prostu trochę jak Jan Himilsbach. Nie chciało mu się opowiadać ciągle tego samego. Raz dodał to, raz dodał tamto, a słuchacze byli tak w niego wpatrzeni, byli tak zafascynowani, że wierzyli we wszystko. I tutaj, jeżeli chodzi o te historie Tony'ego Halika, to nie były takie różnego rodzaju tylko morskie opowieści, co on tam przeżył, co on tam widział gdzieś w kraju odległym od Polski bardzo.
To były też szczegóły z jego życiorysu dotyczące na przykład jego losów wojennych. Ale patrząc na dzisiejszych podróżników, jak na przykład na Cejrowskiego, którego wymieniłeś, można dojść do wniosku, że po prostu chyba taki jest urok niektórych globtroterów, że muszą być kontrowersyjni i barwni. Ale rodzi się takie pytanie automatycznie po tej twojej bardzo interesującej wstawce na temat tak naprawdę innych podróżników, którzy też byli i zostali zapomniani. Czy Tony Halik – inni, nie mówię o Kukuczce, mówię o kilku innych postaciach – ale czy Tony Halik był Za życia był już wtedy w PRL-u postacią kultową, czy był po prostu takim kolorowym ptakiem? Kolorowym ptakiem na tle szarzyzny powszechnej? Czy był raczej gwiazdą mediów, a prawdziwymi twardzielami, globetrotterami byli właśnie Teliga, Kukuczka i wszyscy inni, którzy się tłukli po krańcach świata i zdobywali szczyty, oceany i tak dalej.
[01:57:15] - Powiem, że trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo ja niestety mam troszeczkę zaburzoną percepcję, a w każdym razie wspomnienia mam zaburzone właśnie percepcją bardzo młodego człowieka, dzieciaka po prostu. I ja wiem jedno: mnie się wówczas wydawał Tony Halik wielkim, absolutnie wielkim podróżnikiem. Szczególnie, że filmy, które widziałem, podróż przez Amerykę Środkową, Południową później, to były rzeczywiście niesamowite rzeczy. Wiecie państwo, czasami się zapamiętuje z filmów, które są zupełnie o czymś innym jakieś głupotki. I pamiętam, że Tony Halik podróżował ze swoją pierwszą żoną przez Amerykę, ale tę środkową bodajże, czy już właśnie południową. Tego nie odtworzę. I były pierwsze urodziny jego syna, którego miał właśnie z pierwszą żoną. I ponieważ nie było świeczek, to wstawili w tort, który jakoś tam zorganizowali. Też był jakiś taki podróżniczy tort. Wstawili świecę, ale taką samochodową świecę.
I to musiało temu rocznemu dzieciakowi wystarczyć. Takie jest życie podróżnika. Przyznacie państwo, szczegół mało porywający, ale po prostu zapamiętałem. Wiem, że on tych podróży odbył sporo. To jest po prostu uwiecznione w postaci filmów. Oczywiście ten materiał zbierał i tego było sporo. Zresztą tak się poznali z Dzikowską właśnie. Na wyprawę się poderwali nawzajem. I te wyprawy rzeczywiście miały miejsce, ale przyznaję, że kiedy już śledziłem karierę Halika w latach 80. już miałem inne spojrzenie, to on wtedy dla mnie bardziej był, rzeczywiście użyłeś tego pojęcia, kolorowy ptak.
Bardziej był kolorowym ptakiem, takim człowiekiem, z jednej strony korespondentem amerykańskiej telewizji, z drugiej człowiekiem, który rzeczywiście po świecie jeździł i to w różne zakątki tego świata. Co więcej, przywoził stamtąd materiał filmowy ciekawy. On cokolwiek by przywiózł sfilmowanego z tamtych części świata, to byłoby ciekawe. Nie dlatego, że on, tylko dlatego, że tamte części świata dalej w latach 80. były średnio dostępne, a w każdym razie niektórzy nie mieli szans. I dlatego mnie jest trudno to rozdzielić. Z pewnością osoby, które mówiąc krótko jadą po naszym bohaterze, po Tonim Haliku, też mają swoje racje, bo ilość różnych opowieści niesamowitych, które wyprodukował Tony Halik, jest naprawdę spora i to sobie państwo możecie znaleźć w odpowiednich miejscach internetu. Natomiast jest rzeczą niepodważalną i taką, z którą trudno polemizować, że tych filmów po Tonim Haliku, część z tych filmów wspólnie właśnie z Elżbietą Dzikowską, naprawdę zostały całe tony. Nie wiem, czy filmy mierzy się na tony. Na pewno nie, ale tego naprawdę zostało sporo.
To z jednej strony, wiecie państwo, takie zatrzymanie w czasie, bo tych miejsc, tych wydarzeń, tych ludzi już nie ma. Jeśli te miejsca, nawet jako geograficzne miejsca pozostały, to one już wyglądają zupełnie inaczej. Tony Halik je zatrzymał. Wiecie państwo, to tak, jak czytacie książki podróżnicze Arkadego Fiedlera. Tamtych miejsc w tym kształcie też już właściwie nie ma. Ale tym bardziej fascynujące jest czytać, jak to było kiedyś. Czasami może porównywać z tym, co widzimy dzisiaj na ekranach w programach chociażby Wojciecha Cejrowskiego. To jest niezwykle ciekawe i to było niezwykle ciekawe. Dlatego mam problem z odpowiedzią na twoje pytanie, Piotrze, bo on chyba był jednocześnie jednym i drugim. On chyba to dobrze czuł, że rzeczy, o których opowiada, opowiada naprawdę, bo tam bywa.
Są ciekawe, ale też nie stronił, i to takie bardzo ludzkie. Nie stronił przed lansem, przed czymś w stylu: „Patrzcie, jaki jestem wspaniały”. I to też widać wyraźnie w programach archiwalnych właśnie z cyklu „Pieprz i wanilia”. Zresztą one miały takie swoje podcykle, ale w tym głównym, bardzo długo trwającym cyklu około 300 odcinków, to w tym cyklu naprawdę pojawiały się rzeczy fascynujące i myślę, że jakaś taka więź, poza więzią nie do końca małżeńską pomiędzy Tonim Halikiem a Elżbietą Dzikowską występowała więź również w tym opowiadaniu. To znaczy Tony Halik był kolorowym ptakiem, a Elżbieta Dzikowska dodawała pewnego takiego rysu racjonalnego. Znaczy Tony Halik szalał na ekranie, opowiadał, gestykulował i różne rzeczy opowiadał, a później się włączała pani Elżbieta i ona prostowała ścieżki. Opowiadała, jak to tam było, żebyśmy się przemieścili z miejsca A do miejsca B. I wtedy znowu włączał się Tony Halik i mówił, jak to w tym miejscu B było wspaniale. I znowu opowieść i znowu pani Elżbieta: „Przejdźmy teraz do miejsca C. To trwało tyle i tyle dni, tam podróżowaliśmy”.
I znowu miejsce C i znowu Tony Halik. Mniej więcej tak wyglądały te programy. One miały swoją dynamikę. Dobrze się to oglądało. Lubiłem.
[02:03:33] - Tak, chociaż one były trochę archaiczne. W ogóle to był specyficzny program, bo był realizowany w studiu domowym. Telewizja przyjeżdżała do piwnicy Halika i Dzikowskiej i tam kręcili, dokręcali część studyjną, a reszta pochodziła – taka jest przynajmniej wersja oficjalna – z ich prywatnych archiwów i to były materiały realizowane za ich pieniądze. Telewizja się ponoć do tych podróży ich nie dokładała. Po śmierci Tony'ego Halika Elżbieta Dzikowska kontynuowała działalność dziennikarsko-publicystyczną, pomogła w stworzeniu Muzeum Podróżników w Toruniu. Tak w ogóle to Tony Halik miałby teraz jakieś 104, 105 lat. Ona, jak sama mówi, uchylała ze swoim partnerem Polakom okno, które było zamknięte dla większości ludzi, co podkreśliłeś – okno na świat. I może to właśnie przesądzało o popularności i przesądza o nostalgii wobec tego programu. Dzisiaj wiele się zmieniło. Mamy YouTube'a, na którym jest praktycznie już wszystko.
Widzimy, jak funkcjonują od podszewki, od strony codziennej różnego rodzaju społeczności i kultury. Często pokazuje się nam takie wątki szokujące wręcz, ale ludzie jakoś jednak nadal z rozrzewnieniem wspominają „Pieprz i wanilię”, tak jak wiele innych sentymentalnikowych rzeczy tak naprawdę. I to chyba wynika z tego, że kiedyś materiały podróżnicze były raz w tygodniu, jeżeli były, a dzisiaj są na wyciągnięcie ręki i o wszystkim. I kiedy się dostawało coś raz w tygodniu albo raz w miesiącu, to zawsze musiało wzbudzać ekscytację. Bo to jest właśnie taki najprzyjemniejszy moment między ustami a brzegiem szklanki, pucharu, kubka. Wybierzcie sami. Jeżeli chodzi o ten segment podróżniczy, to jeszcze trzeba by się było kiedyś odnieść do literatury podróżniczej. Myślę, że ona swego czasu pełniła ważniejszą rolę, bo ten program w telewizji, ten krótki wywiad to było kilkanaście, kilkadziesiąt minut, ale zostawały na przykład książki Fiedlera, zostawał Kapuściński i wiele innych. Mieliśmy też pisma. Przecież w jednym z tych pism pracowała Elżbieta Dzikowska.
To były „Kontynenty” bodajże. Były też inne pisma krajowe.
[02:06:16] - „Dookoła Świata” na przykład.
[02:06:20] - Tak. I razem z literaturą to tworzyło pewien spójny obraz. Tak że myślę, że nie możemy tego rozpatrywać tylko przez kontekst Tony'ego Halika i telewizji.
[02:06:33] - Warto też powiedzieć, że była cała wielka seria podróżnicza. Tego się ukazywało naprawdę sporo. Jak sporo, to kiedyś zobaczyłem w Zakopanem. Byłem ze swoim tatą, chodziliśmy po górach, ale pewnego dnia trafiliśmy do domu przewodnika tatrzańskiego, a jednocześnie z zamiłowania taternika. I u niego, wyobraźcie sobie państwo, całe regały zastawione jedną serią. Być może ja to tak zapamiętałem, bo tam było sporo innych książek, ale nieprzebrane ilości takiej serii. Ona się „Dookoła Świata” właśnie nazywała, podobnie jak to pismo, czy jakoś podobnie. Nie kojarzę już w tej chwili. To były białe okładki, takie kremowo-białe. Na pewno w zależności od tego, kiedy to wychodziło.
Poligrafia w PRL-u nie była poligrafią wybitną. Zdjęcia i to naprawdę, wierzcie państwo, ta seria wychodziła jeszcze w latach 80. A ponieważ ten człowiek, u którego byliśmy, zbierał ją praktycznie od początku, więc to były dziesiątki tomów i w każdym z tych tomów był inny kawałek świata. Byłem jako taki od wczesnych lat bibliofil. Akurat nie tą branżą się interesowałem, ale ogrom tej serii, ilość tytułów. Proszę państwa, ja stałem przed tymi regałami z rozdziawioną, muszę to powiedzieć, japą. I właściwie mój ojciec z tym panem, z którym się świetnie znali, rozmawiali o górach, a ja właściwie stałem jak zaczarowany od czasu do czasu wyjmując którąś z książek, kartkując, oglądając, co tam w środku było. A tam były cuda, proszę państwa, z różnych stron świata. Ale to, tak jak powiedział Piotr, jest materiał, ta seria, do tego czasu sobie pewno przypomnę jej pełną nazwę. Ta seria to jest chyba materiał na któryś z kolejnych „Sentymentalników”.
Dodam jeszcze, że za tydzień będziecie państwo mogli posłuchać o małpy A w tej ma upie będzie absolutnie fascynująca książka Elżbiety Dzikowskiej o czarownikach. Powiem państwu, że nie spodziewałem się wiele po tej książce, bo myślałem, że to będzie książka bardziej podróżnicza niż taka otwierająca się na sprawy tajemnicze, nieznane. Tymczasem książka Elżbiety Dzikowskiej „Czarownicy”, którą omówimy z Piotrem za tydzień, to jest książka, która może dużo zmienić w postrzeganiu tego troszeczkę innego świata. Ale to za tydzień. A teraz zapraszam państwa na Bez Tajemnic. Bez Tajemnic dzisiaj dosyć długie, bo w tym Bez Tajemnic pojawi się książka Alana Kardeca, czyli mistrza człowieka, który ze spirytyzmem był naprawdę za pan brat. Pojawi się wstęp do „Księgi duchów”. Bardzo serdecznie państwa zapraszam.
[02:10:08] - Wszystkie przeczytane w tym cyklu fragmenty „Księgi duchów” Alana Kardeca zostały przetłumaczone z języka francuskiego przez Konrada Jeżaka. Wprowadzenie do studiów nad teorią spirytystyczną. Część pierwsza. Aby określić nowe rzeczy, potrzeba nowych słów zgodnie z tym, czego wymaga zwyczaj językowy, dzięki czemu uniknie się nieporozumień, których przyczyną jest wieloznaczność niektórych wyrazów. Słowa spiritualistyczny, spiritualista, spiritualizm mają już dobrze określone znaczenie. Gdybyśmy więc dali im nowe, odnoszące się do filozofii duchów, przyczynilibyśmy się tylko do tworzenia już i tak licznych dwuznaczności. Spiritualizm jest przecież przeciwieństwem materializmu. Ktokolwiek wierzy, że istnieje w nim coś wykraczającego poza materię, jest spiritualistą, ale nie wynika stąd, że wierzy w istnienie duchów i w to, że komunikują się one ze światem widzialnym. W miejsce słów spiritualistyczny, spiritualizm w celu określenia tych nowych przekonań zastosujemy wyrazy spirytystyczny i spirytyzm, których forma nawiązuje do ich źródła i pierwotnego sensu. Użycie słowa spiritualizm ograniczymy zatem do jego właściwego znaczenia.
Powiemy więc, że teoria spirytystyczna albo spirytyzm odnosi się do relacji świata materialnego z duchami, czyli istotami ze świata niewidzialnego. Z tego powodu zwolennicy spirytyzmu będą nazywani spirytystami. „Księga duchów” zawiera teorię spirytystyczną. Ogólnie rzecz biorąc, odnosi się jednak również do doktryny spiritualistycznej, której jedną z form przedstawia. Z tego też względu nad jej tytułem umieszczone zostały słowa filozofia spiritualistyczna. Istnieje jeszcze jedno słowo, co do znaczenia, którego należy się zgodzić, gdyż jest ono jednym z kamieni węgielnych każdej doktryny moralnej i jednocześnie przyczyną wielu sporów wynikających z braku jednej ustalonej definicji. Chodzi tu o słowo dusza. Różnorodność opinii na temat natury duszy wynika z faktu, że każdy stosuje je na swój sposób. Gdybyśmy mieli do czynienia z doskonałym językiem, gdzie każdej idei odpowiadałoby jedno słowo, uniknęlibyśmy wielu dyskusji. Gdyby każdą rzecz określał tylko jeden wyraz, wszyscy by się rozumieli.
Według jednych dusza jest zarodkiem fizycznego i organicznego życia. Nie istnieje sama z siebie i ginie po śmierci. To właśnie głosi czysty materializm. Odwołując się do tego znaczenia przez analogię mówi się o zepsutym instrumencie muzycznym niewydającym już dźwięku jako o nieposiadającym duszę. Zgodnie z tą opinią dusza byłaby skutkiem, a nie przyczyną. Inni z kolei myślą, że dusza jest źródłem inteligencji, uniwersalnym czynnikiem, którego cząstkę wchłania każda istota. Według nich w całym wszechświecie miałaby istnieć tylko jedna dusza rozdzielająca swoje iskry różnym istotom inteligentnym w czasie ich życia. Po śmierci każda z tych iskier wracałaby do wspólnego źródła, gdzie mieszałaby się z całością, podobnie jak strumienie i rzeki powracają do morza, z którego pochodzą. Opinia ta różni się od poprzedniej tym, że zgodnie z nią istnieje w nas coś więcej niż materia. Cząstka, która nie ginie po śmierci.
Ale to trochę jak gdyby nie zostawało z nas nic, gdyż nie zachowawszy indywidualności nie bylibyśmy świadomi naszego istnienia. Zgodnie z tą powszechną opinią duszą byłby Bóg, a każda istota stanowiłaby boską cząstkę. To jedna z wersji panteizmu. Według jeszcze innych dusza jest istotą moralną, oddzielną i niezależną od materii, która zachowuje swą indywidualność po śmierci. To znaczenie bez wątpienia jest najbardziej powszechne, gdyż pod tą czy inną nazwą idea istoty, która przeżywa śmierć ciała, stanowi część instynktownych wierzeń niezależnych od edukacji odnajdywanych u wszystkich ludów, bez względu na stopień rozwoju ich cywilizacji. Teoria, zgodnie z którą dusza jest przyczyną, a nie skutkiem, jest teorią spirytualistów. Nie decydując tu o przewadze którejś z tych opinii i biorąc pod uwagę jedynie aspekt lingwistyczny tej kwestii, powiemy, że owe trzy zastosowania słowa dusza opisują trzy różne pojęcia i każde z nich powinno być określone oddzielnym terminem. Słowo to ma więc potrójne znaczenie, a każde ze swojej strony, z punktu widzenia swojej definicji jest uzasadnione. Problem tkwi w samym języku, gdzie odnajdujemy jedno słowo opisujące trzy idee. Aby uniknąć nieporozumień, należałoby ograniczyć użycie słowa dusza do jednej z tych trzech idei.
Niezależnie którą z nich wybierzemy, liczy się to, aby się zrozumieć. To wyłącznie kwestia ustalenia pewnych zasad. Najbardziej logiczne wydaje się nam zastosowanie tego słowa w swoim najczęściej używanym znaczeniu. To dlatego duszą nazwiemy niematerialną istotę zachowującą swoją indywidualność, która znajduje się w nas i przeżywa śmierć ciała. Nawet gdyby ten byt w rzeczywistości nie istniał i był jedynie produktem naszej wyobraźni, potrzeba byłoby słowa, by go określić. Z braku oddzielnego wyrazu do opisania pozostałych dwóch idei będziemy nazywać źródłem życia zarodek fizycznego i organicznego życia, niezależnie od tego, jakie jest jego źródło, które odnajdujemy u wszystkich istot żywych od roślin po ludzi. Gdyby można było pominąć samą zdolność myślenia u istot, stwierdzilibyśmy, że źródło życia jest czymś oddzielnym i niezależnym. Słowo żywotność nie oddałoby tej samej idei. Dla jednych źródło życia jest własnością materii, skutkiem, który wywołuje materia, znalazłszy się w określonych okolicznościach. Zgodnie z tym, co sądzą inni, a co jest bardziej powszechne, znajduje się w specjalnym fluidzie elektrycznym i magnetycznym, powszechnie obecnym, którego cząstkę każda istota w czasie życia wchłania i asymiluje, podobnie jak ciała stałe absorbują światło.
Mielibyśmy tutaj więc fluid życiowy, który zgodnie z opinią niektórych nie byłby niczym innym jak fluidem elektrycznym obecnym u zwierząt, określanym jako fluid magnetyczny, fluid nerwowy i tak dalej. Niezależnie od tego, z czym rzeczywiście mamy do czynienia, niepodważalnym faktem wynikającym z obserwacji jest to, że istoty organiczne mają w sobie wewnętrzną siłę, która ożywia je, dopóki jest w nich obecna, że życie oparte na materii jest powszechne u wszystkich istot organicznych i nie zależy od inteligencji czy myśli, że inteligencja i myśl są zdolnościami charakterystycznymi dla niektórych gatunków istot organicznych. Wreszcie, że pośród tych istot organicznych obdarzonych inteligencją i myślą jedna posiada również wyjątkowe poczucie moralności, które sprawia, że stoi ponad pozostałymi. Mowa tu o gatunku ludzkim. Rozumiemy więc, że ze względu na swoją wieloznaczność uznanie istnienia duszy nie wyklucza ani materializmu, ani panteizmu. Sam spirytualizm może pojmować duszę zgodnie z jedną z dwóch pierwszych definicji, nie szkodząc jednocześnie idei niezależnego i niematerialnego bytu, któremu nada wówczas jakąś inną nazwę. Tym samym słowo dusza nie odnosi się do jednego pojęcia. Jest jak maska, którą każdy dopasowuje do swoich potrzeb. To stąd biorą się niekończące się kłótnie. Uniknęlibyśmy również nieporozumień, gdybyśmy posługując się słowem dusza w każdym z tych trzech przypadków dodali do niego przydawkę, która określałaby, z jakiego punktu widzenia patrzymy albo o jakie znaczenie nam chodzi.
Byłoby to wówczas słowo ogólne, określające zarazem źródło życia fizycznego, inteligencji i poczucia moralności, a które opisywalibyśmy dodatkowymi słowami, jak czynimy to na przykład w przypadku związków chemii, gdy dodajemy przymiotniki wodorowy, tlenowy albo azotowy. Można by wówczas powiedzieć i chyba byłoby to najlepsze rozwiązanie: dusza witalna, by określić źródło życia fizycznego, dusza inteligentna na oznaczenie źródła inteligencji i dusza spirytystyczna, by odnieść się do naszej indywidualności przeżywającej śmierć. Jak widzimy, wszystko jest więc kwestią doboru słów, jednocześnie jednak bardzo istotną, byśmy mogli się zrozumieć. Zgodnie z tym dusza witalna byłaby obecna u wszystkich istot organicznych: roślin, zwierząt i ludzi. Dusza inteligentna istniałaby u zwierząt i ludzi, a duszę spirytystyczną odnajdywalibyśmy wyłącznie w człowieku. Wydało nam się niezbędnym rozwinąć te wyjaśnienia, tym bardziej że teoria spirytystyczna opiera się w sposób naturalny na istnieniu w nas istoty niezależnej od materii i przeżywającej śmierć ciała. Jako że słowo dusza pojawiać się będzie często na kartach tego dzieła, ważne jest ustalenie znaczenia, któremu przypisujemy, by uniknąć wszelkich pomyłek. Przejdźmy teraz do głównego przedmiotu naszej przedmowy. Teoria spirytystyczna, jak każda nowość, ma swoich zwolenników i przeciwników. Postaramy się odpowiedzieć na niektóre z zarzutów tych ostatnich, przyglądając się wadze argumentów, na jakich się opierają, choć nie zamierzamy przy tym przekonać każdego.
Są przecież ludzie, którym zdaje się, że światło świeci wyłącznie dla nich. Zwracamy się do osób o dobrych intencjach, jednakże tych, które nie mają żadnych uprzedzeń czy ustalonego już światopoglądu, ale szczerze pragną zdobyć nową wiedzę. Wykażemy im, że większość zarzutów stawianych spirytyzmowi wysuwana jest jako rezultat niepełnych obserwacji faktów i zbyt lekko, a także pochopnie wystawianej oceny. Na początek przypomnijmy w kilku słowach serię następujących po sobie zdarzeń, które dały początek tej teorii. Pierwszym zaobserwowanym zjawiskiem było poruszanie się rozmaitych przedmiotów. Nazywano je potocznie wirującymi stolikami albo tańcem stołów. Zjawisku temu, które jak się zdaje, zaobserwowane zostało najpierw w Ameryce, a właściwie które się w tamtych okolicach odrodziło, gdyż historia pokazuje, że sięga ono dalej starożytności, towarzyszyły dziwne okoliczności, na przykład głośne hałasy, stukania niemające żadnej widocznej przyczyny. Stamtąd szybko przywędrowało do Europy i innych miejsc na świecie. Z początku podchodzono doń sceptycznie, ale licznie przeprowadzone eksperymenty nie pozwoliły na dalsze wątpliwości co do jego realności. Gdyby zjawisko to ograniczało się do ruchów materialnych przedmiotów, można byłoby wyjaśnić je czysto fizyczną przyczyną.
Jesteśmy dalecy od poznania ukrytych sił natury czy też wszystkich właściwości sił, które już znamy. Elektryczność na przykład każdego dnia mnoży swoje zastosowania i wydaje się rzucać na naukę nowe światło. Nie byłoby więc w żaden sposób niemożliwe, by elektryczność zmieniona pod wpływem jakichś uwarunkowań albo jakiś inny nieznany czynnik był przyczyną tych ruchów. Ponieważ w obecności większej liczby osób oddziałująca siła stawała się coraz większa, teoria ta zdawała się znajdować swoje potwierdzenie, gdyż można było traktować to nagromadzenie ludzi niczym rodzaj wieloczłonowej baterii, której moc wzrasta wraz ze zwiększeniem się liczby jej elementów. W okrężnym ruchu przedmiotów nie było nic dziwnego. Odnaleźć go można przecież w naturze. Wszystkie ciała niebieskie poruszają się ruchem okrężnym. Moglibyśmy więc odnaleźć tutaj w niewielkiej skali odbicie powszechnego we wszechświecie ruchu albo też, żeby powiedzieć dokładniej, nieznana dotąd przyczyna była w stanie wywołać przypadkiem u małych przedmiotów i w określonych warunkach impuls podobny do tego, który porusza światami. Ale ruch nie był za każdym razem okrężny. Czasem był rwany, nieuporządkowany.
Przedmiot nagle się chwiał, przewracał, przesuwał w jakimś kierunku, a także wbrew prawom statyki unosił się nad ziemią i utrzymywał w powietrzu. W faktach tych wciąż jednak nie było nic, czego nie można by wyjaśnić działaniem jakiegoś niewidzialnego czynnika fizycznego. Czy nie widzimy, że elektryczność przewraca budynki, wyrywa drzewa z korzeniami, rzuca daleko najcięższe ciała, przyciąga je albo odpycha? Nawet jeśli przyjmiemy, że głośne hałasy i stukania nie są powodowane po prostu rozciąganiem się włókien drewna albo inną przypadkową przyczyną, mogą równie dobrze być efektem kumulacji nieznanego fluidu. Czyż elektryczność nie wywołuje największych hałasów? Do tego momentu, jak widzimy, wszystko pozostaje w domenie czysto fizycznych i fizjologicznych zjawisk. Nawet gdybyśmy pozostali w tym kręgu idei, mielibyśmy do czynienia z materiałem do poważnych badań, godnym uwagi naukowców. Dlaczego jednak nim się nie zajęto? Z przykrością trzeba powiedzieć, że z powodów, które dowodzą także w innych, podobnych sytuacjach tego, jak bardzo lekkomyślni są ludzie. Wiele zrobiła tu pewnie powszechność głównego przedmiotu, którym posługiwano się przy pierwszych eksperymentach.
Jak wielki wpływ ma czasem jedno słowo na najważniejsze sprawy! Nikt nie rozważał, czy ruch można wywołać jakimkolwiek innym przedmiotem. Zdecydowano się użyć stołów zapewne dlatego, że są najwygodniejsze i ponieważ w sposób dużo bardziej naturalny siada się wokół stołu niż dookoła jakiegoś innego mebla. Przedstawiciele wyższych sfer są niekiedy dziećmi. Zatem nic dziwnego, że niektórzy przedstawiciele elit uznali zajmowanie się tym, co zwykło się nazywać tańcem stolików, za poniżające. Jest też bardzo prawdopodobne, że gdyby zjawisko zaobserwowane przez Galvaniego najpierw dostrzegli zwykli ludzie i nazwali je równie dziwaczną nazwą, włożono by je między bajki. Który naukowiec uznałby za godne zająć się tańcem żab? Niektórzy jednak, dość skromni, by uznać, że natura mogła nie powiedzieć jeszcze ostatniego słowa, chcieli przyjrzeć się tym faktom, by móc ocenić je samodzielnie. To, co działo się, nie zawsze jednak odpowiadało ich oczekiwaniom, a do zjawisk nie dochodziło za każdym razem, gdy tego sobie życzyli. Zgodnie więc ze swoją metodą badawczą stwierdzili, że nie jest ono realne.
Na przekór jednak ich osądom stoły, bo ze stołami mamy do czynienia, dalej wirują, więc możemy za Galileuszem powiedzieć: „A jednak się kręcą”. Powiedzmy więcej, zjawisk jest już tyle, że warto się nimi zainteresować. Chodzi wyłącznie o to, by znaleźć ich rozsądne wytłumaczenie. Czy można wyciągnąć jakieś negatywne wnioski wobec zjawiska tylko dlatego, że nie dochodzi do niego zawsze w ten sam sposób, zgodnie z wolą i wymaganiami obserwatora? Czyż zjawiska z domeny elektryczności i chemii nie są również podporządkowane pewnym warunkom i czy należy im zaprzeczać tylko dlatego, że nie dochodzi do nich, jeśli wymagania te nie są spełnione? Czy zatem powinno dziwić, że zjawisko poruszania się przedmiotów pod wpływem ludzkiego fluidu ma miejsce w specyficznych warunkach i przestaje zachodzić, gdy obserwator przyglądający się mu z własnej perspektywy stara się wywołać je, kiedy tylko sobie tego życzy albo próbuje podporządkować je prawom kierującym znanymi mu zjawiskami, nie dostrzegłszy, że nowe fakty opierają się zapewne na nowych zasadach? Aby poznać te zasady, należy zbadać warunki, w jakich dochodzi do zjawisk, a badania te muszą opierać się na ciągłych, uważnych i często bardzo długich obserwacjach. Niektóre osoby stawiają jednak zarzut, że mamy tu do czynienia z ewidentnym oszustwem. Zapytamy się je najpierw, czy są naprawdę pewne tego, że mamy do czynienia z oszustwem i czy nie wzięły za nie efektów, o których nie mają pojęcia, podobnie jak wieśniak bierze przeprowadzającego eksperymenty profesora fizyki za zręcznego kuglarza. Nawet jeśli przyjęlibyśmy, że w niektórych przypadkach z tym właśnie mamy do czynienia, czy byłby to powód, by tym faktom zaprzeczać?
Czy należy negować fizykę tylko dlatego, że niektórzy prestidigitatorzy nadają sobie tytuł fizyków? Należy zresztą przyjrzeć się cechom charakteru danych osób i poszukać, jaki miałyby interes w oszukiwaniu innych. Czy mogłoby chodzić o żart? Można dobrze bawić się przez chwilę, ale dowcip ciągnięty w nieskończoność byłby męczący zarówno dla żartownisia, jak i dla osoby, z której żartujemy. W mistyfikacji, która rozprzestrzenia się z jednego krańca ziemi na drugi i w którą wciągane są najpoważniejsze, najbardziej szanowane i oświecone osoby, byłoby coś jeszcze dziwniejszego niż w samym zjawisku, o którym mowa. Gdyby zjawiska, jakimi się zajmujemy, ograniczyły się do ruchów przedmiotów, pozostałyby, jak już powiedzieliśmy, w domenie nauk fizycznych. Ale tak do końca nie było. Mieliśmy być zaprowadzeni na drogę faktów jeszcze dziwniejszych. Ludzie odkryli, nie wiemy, w jaki dokładnie sposób, że za impulsem kierowanym w stronę przedmiotów nie istniała jedynie ślepa siła mechaniczna, ale że dostrzec w nim można było działanie jakiejś inteligentnej przyczyny. Gdy weszliśmy na tę drogę, otworzyło się całkiem nowe pole do obserwacji.
Mieliśmy do czynienia z zasłoną, która zakrywała wiele tajemnic. Czy chodzi rzeczywiście o inteligentną siłę? Oto właśnie jest pytanie. Jeśli ona istnieje, czym jest? Jaka jest jej natura? Skąd pochodzi? Czy stoi ponad ludźmi? Takie kwestie wypływały z pierwszego pytania. Do pierwszych manifestacji inteligentnych dochodziło za pośrednictwem podnoszących się stołów, wystukujących nogą określoną liczbę uderzeń i udzielających odpowiedzi tak albo nie na zadane pytanie, zależnie od ustalonej metody. Do tego momentu nie mieliśmy do czynienia z niczym, co bezwzględnie przekonałoby sceptyków, gdyż można było uznać, że obserwujemy przypadkowe zdarzenia.
Na kolejnym etapie otrzymano jednak bardziej rozwinięte odpowiedzi przy użyciu alfabetu. Poruszający się przedmiot wystukiwał liczbę odpowiadającą miejscu danej litery w alfabecie. Dzięki temu udało się sformułować słowa i zdania, w których udzielana była odpowiedź na zadane pytania. Słuszność odpowiedzi oraz ich związek z pytaniami wzbudzały zdziwienie. Tajemnicza istota, która w ten sposób odpowiadała, zapytana o swoją naturę, stwierdziła, że jest duchem. Podała swoje imię i dostarczyła różnych wskazówek na swój temat. Na tę sytuację warto zwrócić szczególnie uwagę. Nikt nie myślał o duchach, by wyjaśnić to, co zachodziło. Słowo samo wypłynęło z tego zjawiska. Często w naukach ścisłych tworzone są hipotezy, by dać podstawę jakiemuś rozumowaniu.
W tym przypadku mieliśmy jednak do czynienia z czymś innym. Ten sposób komunikacji był czasochłonny i niewygodny. Duch, i na to również warto zwrócić uwagę, wskazał więc inny. Jedna z niewidzialnych istot poradziła, by przytwierdzić ołówek do koszyka albo innego przedmiotu. Koszyk ten położony na kartce papieru jest wprowadzany w ruch dzięki tej samej ukrytej sile, która poruszała stołami. Ale zamiast zwykłego, regularnego ruchu, ołówek stawia samodzielnie znaki tworzące słowa, zdania i pełne wypowiedzi na kilka stron, odnoszące się do najważniejszych kwestii filozofii, moralności, metafizyki, psychologii i tak dalej. A to wszystko dzieje się z taką prędkością, jakbyśmy pisali ręką. Zalecenie to otrzymano jednocześnie w Ameryce, Francji i innych miejscach. Oto jakimi słowami przekazano je w Paryżu 10 czerwca 1853 roku jednemu z gorliwych zwolenników spirytyzmu, który już od kilku lat, bo od 1849 roku zajmował się wywoływaniem duchów. Weź mały koszyk z pokoju obok, przytwierdź do niego ołówek, postaw go na papierze, połóż ręce na jego brzegach.
Kilka chwil potem koszyk zaczął się poruszać, a ołówek napisał wyraźnie następujące zdanie: zabraniam ci mówić wprost innym o tym, co teraz przekazuję. Następnym razem będę pisał dużo lepiej. Jako że przedmiot, do którego jest przyczepiony ołówek, jest jedynie narzędziem, jego rodzaj i kształt są zupełnie obojętne. Poszukiwano czegoś, co byłoby wygodniejsze. Z tego też względu wiele osób posługuje się małą tabliczką. Koszyk lub tabliczka mogą być wprowadzone w ruch jedynie pod wpływem pewnych osób obdarzonych w tym względzie specjalną siłą, które nazywamy mediami, to znaczy łącznikami lub pośrednikami między duchami i ludźmi. Warunki, które nadają tego rodzaju wyjątkową siłę, uzależnione są od przyczyn zarazem fizycznych i moralnych, wciąż jeszcze niezbyt dobrze znanych. Odnajdujemy bowiem media wśród ludzi w każdym wieku, obu płci i reprezentujących wszystkie stopnie rozwoju intelektualnego. Zdolność tę zresztą można rozwijać poprzez ćwiczenia. Nieco później stwierdzono, że koszyk i tabliczka stanowiły w rzeczywistości jedynie przedłużenie dłoni, a medium wziąwszy do ręki ołówek, zaczęło pisać pod wpływem niezależnego odeń impulsu w niemal gorączkowy sposób.
Dzięki temu przekazy otrzymano szybciej i łatwiej. Stały się też pełniejsze. Dziś jest to sposób najbardziej rozpowszechniony, tym bardziej że liczba osób obdarzonych tą zdolnością jest znaczna i zwiększa się każdego dnia. Doświadczenie pokazało w końcu, że istnieją jeszcze inne typy zdolności medialnych i dowiedzieliśmy się, że przekazy mogą być otrzymywane za pośrednictwem mowy, słuchu, wzroku, dotyku i tak dalej, a nawet poprzez bezpośrednie pismo duchów, czyli takie, które ma miejsce bez udziału ręki, medium czy ołówka. Gdy uzyskano wszystkie te zjawiska, pozostał jeden ważny punkt do wyjaśnienia. Rola medium w odpowiedziach i udział, który może w nich brać z mechanicznego i moralnego punktu widzenia. Dwie istotne okoliczności, które nie mogły umknąć uważnemu obserwatorowi, mogą rozwiązać tę kwestię. Pierwsza dotyczy sposobu, w jaki koszyk porusza się pod wpływem medium, gdy to zaledwie dotyka jego brzegów. Kiedy uważnie się przyjrzymy, stwierdzimy, że nie może ono nim w jakikolwiek sposób kierować. Staje się to widoczne zwłaszcza wtedy, gdy dwie lub trzy osoby siadają w tym samym momencie przy jednym koszyku.
Ich ruchy musiałyby być skoordynowane w naprawdę fenomenalny sposób. Ponadto ich myśli musiałyby być w pełni zgodne, by mogły udzielić tej samej odpowiedzi na zadane pytanie. Kolejny fakt, nie mniej wyjątkowy, czyni to zjawisko jeszcze bardziej skomplikowanym. Pismo radykalnie się zmienia w zależności od manifestującego się ducha, a za każdym razem, gdy ten sam duch powraca, charakter jego pisma jest identyczny jak wcześniej. Medium musiałoby więc umieć zapamiętać swoje własne pismo na dwadzieścia różnych sposobów, a zwłaszcza pamiętać, jak pisze ten czy inny duch. Druga okoliczność wynika z samej natury odpowiedzi, które w większości przypadków, zwłaszcza gdy chodzi o abstrakcyjne i naukowe kwestie, ewidentnie wykraczają poza wiedzę, a czasem i zdolności intelektualne medium, które zresztą najczęściej nie ma świadomości tego, co pisze pod wpływem ducha. Często również nie słyszy albo nie rozumie zadanego pytania, gdyż to może być postawione w nieznanym mu języku albo w myślach, a sama odpowiedź może być również przekazana w tejże mowie. Zdarza się w końcu często, że koszyk sam zaczyna spontanicznie pisać na jakiś zupełnie nieoczekiwany temat, nawet jeśli żadne pytanie nie zostało zadane. Odpowiedzi te w niektórych przypadkach są tak naznaczone mądrością, tak głębokie i powiązane z tematem, świadczą o tak wysokich i wspaniałych myślach, że mogą pochodzić jedynie od jakiejś wyższej inteligencji przesiąkniętej najczystszą moralnością. Innym razem są tak lekkie, frywolne i trywialne, że nasz rozum odrzuca myśl, że mogłyby pochodzić z tego samego źródła.
Ta różnorodność wypowiedzi znajduje swoje wyjaśnienie, jeśli uznamy, że manifestujących się inteligencji jest wiele. Czy są one jednak częścią ludzkości, czy znajdują się poza nią? Ten punkt wymaga wyjaśnienia, które w pełni odnajdujemy w tym dziele, w takiej formie, w jakiej przekazały je nam same duchy. Oto do jakich widocznych zjawisk dochodzi poza naszym zwyczajowym kręgiem obserwacji. Nie są one już otoczone tajemnicą. Dzieją się na oczach wszystkich. Każdy może je zobaczyć i stwierdzić ich rzeczywistość. Nie są przywilejem pojedynczych osób. Tysiące ludzi powtarza je do woli każdego dnia. Zjawiska te muszą mieć swoją przyczynę, ale od momentu, gdy są odbiciem działania jakiejś inteligencji i czyjejś woli, wykraczają poza domenę czysto fizyczną.
Stworzono wiele teorii na ten temat. Przeanalizujemy je za chwilę i zobaczymy, czy wyjaśniają wszystkie zjawiska, do których dochodzi. Na razie uznajmy jednak istnienie tych odrębnych od ludzi istot, gdyż takie wyjaśnienie przekazały nam manifestujące się inteligencje i przyjrzyjmy się temu, co nam mówią. Istoty, które się z nami komunikują, nazywają siebie, jak już wcześniej powiedzieliśmy duchami i twierdzą, że przynajmniej w części żyły jako ludzie na Ziemi. Tworzą świat duchowy, podobnie jak my tworzymy w czasie naszego życia świat cielesny. Podsumujmy tutaj w kilku słowach najważniejsze punkty filozoficzne, które zostały nam przekazane, by łatwiej nam było odnieść się do pewnych zarzutów. Bóg jest wieczny, niezmienny, niematerialny, jedyny, wszechmogący, w najwyższym stopniu sprawiedliwy i dobry. Stworzył wszechświat, który składa się z istot ożywionych i nieożywionych, materialnych i niematerialnych. Istoty materialne składają się na świat widzialny czy też cielesny, a istoty niematerialne na świat niewidzialny albo duchowy, czyli na świat duchów. Świat duchowy jest normalnym światem pierwotnym, wiecznym, istniejącym wcześniej i który przetrwa wszystko.
Świat cielesny jest jedynie drugorzędny. Mógłby przestać istnieć albo w ogóle nigdy nie istnieć, nie zmieniając jednocześnie struktury świata duchowego. Duchy przywdziewają na pewien czas przemijającą materialną powłokę, której zniszczenie poprzez śmierć przywraca im wolność. Spośród różnych gatunków istot cielesnych Bóg wybrał rodzaj ludzki, by w nim wcielały się duchy, które osiągnęły pewien stopień rozwoju, dający im wyższość moralną i intelektualną nad pozostałymi. Dusza jest wcielonym duchem, którego fizyczne ciało stanowi jedynie powłokę. Człowiek składa się z trzech części, którymi są: jeden — ciało lub byt materialny, analogiczny do tego, które mają zwierzęta ożywione tym samym źródłem życia. Dwa — dusza lub byt niematerialny, duch wcielony w ciele. Trzy — łącznik między duszą i ciałem, pośrednik między materią i duchem. Człowiek ma więc podwójną naturę. Dzięki swojemu ciału podziela naturę zwierząt, których instynkty odczuwa.
Dzięki duszy podziela naturę duchów. Łącznik lub ciało duchowe, które zespala ciało z duchem, jest rodzajem półmaterialnej powłoki. Śmierć niszczy tę bardziej materialną powłokę. Duch zachowuje natomiast tę drugą, która jest dla niego eterycznym ciałem, niewidzialnym dla nas w swoim normalnym stanie, ale które w pewnych wypadkach można zobaczyć, a nawet je dotknąć, jak dzieje się to w przypadku ukazywania się duchów. Duch nie jest więc w żadnym stopniu nieokreśloną i abstrakcyjną istotą, którą pojąć może jedynie myśl. To rzeczywisty i ograniczony byt, który w pewnych sytuacjach może być postrzegany poprzez zmysł wzroku, słuchu i dotyku. Duchy należą do różnych klas i nie są równe pod względem siły, inteligencji, wiedzy ani moralności. Te należące do pierwszej grupy to duchy wyższe, które odróżniają się od innych doskonałością, wiedzą, zbliżeniem do Boga, czystością uczuć i umiłowaniem dobra. Są to anioły lub duchy czyste. Pozostałe klasy oddalają się coraz bardziej od doskonałości.
Duchy należące do niższych rzędów podzielają większość naszych żądz. Charakteryzuje je nienawiść, pożądanie, zazdrość, pycha i tak dalej. Lubują się w czynieniu zła. Pośród duchów są jednak i takie, które nie są ani dobre, ani złe. Kłócą się i dokuczają, ale nie są złośliwe. Zdają się być za pan brat z uszczypliwością i brakiem konsekwencji. To są duchy swawolne lub lekkomyślne. Duchy nie należą na wieczność do jednego rzędu. Wszystkie stają się lepsze, przebywając różne stopnie hierarchii duchowej. Postęp ten ma miejsce za pośrednictwem wcielenia, które jednym narzucane jest jako pokuta, innym jako misja.
Życie fizyczne jest próbą, którą duchy muszą znosić wielokrotnie, dopóki nie osiągną pełnej doskonałości. To rodzaj lekarstwa lub czyśćca, z którego wychodzą coraz bardziej oczyszczone. Opuściwszy ciało, dusza powraca do świata duchów, z którego pochodzi i po krótkim lub dłuższym czasie spędzonym na wędrówkach w zaświatach rozpoczyna nowe fizyczne istnienie. Z faktu, że duch musi przejść przez wiele wcieleń, wynika, że i my mamy na koncie już wiele istnień, a także, że będziemy mieć ich jeszcze dużo lepszych lub gorszych na Ziemi albo w innych światach. Duchy wcielają się wyłącznie w ciała ludzi. Błędem byłoby wierzyć, że dusza lub duch mogą wcielić się w ciało zwierzęcia. Różne istnienia cielesne ducha są zawsze progresywne. Duch nigdy się nie uwstecznia. Prędkość, z jaką dokonuje się postęp, zależy od wysiłków, które czynimy, by osiągnąć doskonałość. Zalety duszy są tymi, które charakteryzują ducha w nas wcielonego.
A zatem dobry człowiek jest wcieleniem dobrego ducha, a człowiek zły — ducha nieczystego. Dusza miała swoją indywidualność przed wcieleniem. Zachowa ją również, gdy oddzieli się od ciała. Powracając do świata duchów, dusza odnajduje w nim wszystkich tych, których znała na Ziemi, a wszystkie jej wcześniejsze życia przywoływane są w jej pamięci, by mogła przypomnieć sobie swoje dobre i złe uczynki. Wcielony duch pozostaje pod wpływem materii. Człowiek, który pokonuje ten wpływ dzięki wzniosłości i oczyszczeniu swej duszy, zbliża się do dobrych duchów, z którymi kiedyś będzie przebywał. Ten, który ulega żądzom i szuka radości w zaspokajaniu prymitywnych potrzeb, zbliża się do duchów nieczystych, gdyż pozwala, by dominowała w nim zwierzęca natura. Wcielone duchy zamieszkują różne planety we wszechświecie. Duchy odcieleśnione lub wędrujące nie zajmują jakiegoś określonego i ograniczonego miejsca. Znajdują się wszędzie w przestrzeni i koło nas.
Widzą nas i mijają bez przerwy. Są niewidzialną populacją, która żyje wokół nas. Duchy wywierają nieustanny wpływ na świat moralny, a nawet i na świat fizyczny. Oddziałują na materię i na myśl, stanowiąc tym samym jedną z sił natury, rzeczywistą przyczynę wielu zjawisk do dziś niewyjaśnionych lub niewłaściwie tłumaczonych, a które znajdują racjonalne rozwiązanie w spirytyzmie. Powiązanie między duchami i ludźmi są stałe. Dobre duchy zachęcają nas do czynienia dobra, wspierają nas w trudach życia i pomagają znosić je z odwagą i godzić się z losem. Złe zachęcają do niewłaściwego postępowania. Cieszą się, gdy im ulegamy i stajemy się im podobni. Komunikacja duchów z ludźmi jest ukryta albo widoczna. Ukryta ma miejsce poprzez dobry lub zły wpływ, który bez naszej wiedzy duchy na nas wywołują.
Do nas należy odróżnienie dobrych i złych inspiracji. Widoczna ma miejsce za pomocą pisma, mowy albo innych materialnych manifestacji, najczęściej za pośrednictwem mediów, które służą duchom za narzędzia. Duchy manifestują się spontanicznie lub gdy je wywołamy. Można wywołać wszystkie duchy — te, które były wcielone w zupełnie anonimowych ludzi, jak i dusze najbardziej znanych postaci, niezależnie od epoki, w której żyły. Dusze naszych krewnych, przyjaciół, wrogów, od których za pośrednictwem pisanych lub mówionych przekazów otrzymujemy rady, wskazówki na temat ich sytuacji w zaświatach, ich przemyślenia na nasz temat, a także wszelkie informacje, na których udzielenie mają pozwolenie. Duchy zachęca do przybycia sympatia, jaką odczuwają wobec moralnych cech środowiska, w którym są wywoływane. Duchy wyższe lubują się w poważnych spotkaniach, na których dominuje miłość do czynienia dobra, a także szczere pragnienie zdobywania wiedzy i stawania się lepszym. Ich obecność oddala duchy niższe, które z kolei mają wolny wstęp i mogą działać z pełną swobodą pośród osób frywolnych albo kierowanych zwykłą ciekawością i wszędzie tam, gdzie odnaleźć można złe instynkty. Nie ma co oczekiwać na ich dobre rady i użyteczne wskazówki. Powinniśmy spodziewać się od nich raczej głupstw, kłamstw, złośliwych dowcipów czy manifestacji, gdyż przybierają one nazwiska szanowanych osób, by lepiej wprowadzić nas w błąd.
Rozróżnianie duchów dobrych od złych jest niezmiernie łatwe. Język duchów wyższych jest przez cały czas godny, szlachetny, naznaczony najwyższą moralnością, pozbawiony jakichkolwiek niższych uczuć. Z ich rad bije najczystsza mądrość, a ich celem jest zawsze nasz rozwój i dobro ludzkości. Z kolei język duchów niższych charakteryzuje niekonsekwencja, często trywialność, a nawet grubiańskość. Jeśli przekazują czasami rzeczy dobre i prawdziwe, częściej zdarza im się mówić niedorzeczności przez swoją złośliwość lub niewiedzę. Grają na łatwowierności innych i bawią się kosztem tych, którzy przepytują je, schlebiając ich próżności i wypełniając swe pragnienia fałszywymi nadziejami. Podsumowując, przekazy poważne w pełnym tego słowa znaczeniu otrzymywane są jedynie w poważnych ośrodkach spirytystycznych, gdzie członków łączy wewnętrzna wspólna myśl ukierunkowana na czynienie dobra. Zasady moralne duchów wyższych podsumować można podobnie jak te, których uczył Chrystus następującymi słowami zaczerpniętymi z Ewangelii. Należy postępować wobec innych tak, jak chcielibyśmy, by inni postępowali wobec nas, to znaczy czynić dobro i nie wyrządzać zła. Człowiek odnajdzie w tej zasadzie uniwersalną regułę postępowania, którą może zastosować nawet w najmniejszych działaniach.
Duchy te uczą nas, że egoizm, pycha, szukanie zmysłowych przyjemności są żądzami, które zbliżają nas do natury zwierzęcej, gdyż przywiązują nas do materii, że człowiek, który już na Ziemi odcina się od materii, gardząc błahymi rozrywkami i miłując bliźnich, zbliża się do natury duchowej, że każdy z nas powinien działać na rzecz innych, wykorzystując zdolności i środki, które Bóg dał mu do rąk, by poddać go próbie, że ludzie silni i potężni powinni wspierać i chronić słabych, gdyż każdy, kto nadużywa siły i władzy, by gnębić innych ludzi, łamie prawo Boże. Uczą w końcu, że skoro w świecie duchów niczego nie można ukryć, hipokryta zostaje zdemaskowany, a wszystkie jego niegodziwości wyjdą na jaw, że nieunikniona i nieprzerwana obecność osób, wobec których źle postępowaliśmy, jest jedną z kar, które na nas czekają, że stany niższości i wyższości duchów powiązane są z cierpieniami i radościami, które nie są nam znane na Ziemi. Nauczają także, że nie ma nieprzebaczalnych błędów, które nie mogłyby zostać wymazane przez odkupienie win. Człowiek znajduje ku temu środki w swoich różnych wcieleniach, pozwalających mu się rozwijać zależnie od jego pragnień i wysiłków na drodze ku postępowi i doskonałości, które są jego ostatecznym celem. Oto zarys teorii spirytystycznej, takiej, jaka wynika z nauk przekazanych przez duchy wyższe. Przejdźmy teraz do zarzutów, które są jej stawiane. Dla wielu ludzi opozycja naukowców nie jest tyle może dowodem, co silnym argumentem przeciw. Nie należymy do tych, którzy obwiniają naukowców, gdyż nie chcemy, by mówiono o nas, że kopiemy leżącego. Wręcz przeciwnie, darzymy ich wielkim szacunkiem i byłoby honorem, gdybyśmy mogli się między nimi znaleźć. W żadnym wypadku ich opinia nie powinna jednak stanowić nieodwołalnej decyzji.
Od chwili, gdy nauka wychodzi poza materialne obserwacje zjawisk, gdy mamy za zadanie ocenić i wyjaśnić fakty, otwiera się pole dla różnych hipotez. Każdy przynosi swój mały system, który chce przeforsować i którego gorliwie broni. Czyż nie widzimy każdego dnia, jak rozmaite opinie są po kolei przyjmowane i odrzucane, a czasem odpychane, gdyż uznaje się je za absurdalne błędy, a następnie są ogłaszane jako niepodważalne prawdy? Fakty. Oto prawdziwe kryterium naszej oceny. Argument, któremu nie można się sprzeciwić. Gdy brak faktów, mądrzy ludzie powinni wątpić. W przypadku rzeczy powszechnie znanych opinia naukowców całkowicie służy za potwierdzenie, gdyż wiedzą oni więcej i lepiej niż inni. Ale w przypadku nowych zasad rzeczy nieznanych ich punkt widzenia oparty jest jedynie na hipotezach, gdyż nie bardziej niż inni potrafią wyjść poza pewne stereotypy. Powiem nawet, że naukowcy patrzą bardziej stereotypowo niż inni, gdyż naturalne skłonności prowadzą ich do podporządkowywania wszystkiego znanemu ich punktowi widzenia.
Matematyk widzi dowód jedynie w równaniu algebraicznym, a chemik odnosi wszystko do działania pierwiastków i tak dalej. Każdy człowiek, który w jakiejś dziedzinie się wyspecjalizował, opiera na niej wszystkie idee. Gdy go z niej wyciągniemy, często opowiada niedorzeczności, gdyż chce wszystko analizować w ten sam sposób. Wynika to ze słabości ludzkiej. Udam się więc chętnie i z pełną ufnością na konsultacje do chemika, gdy będzie chodziło o kwestie jakiejś analizy, do fizyka, by zapytać go o elektryczność, do mechanika, gdy mowa będzie o sile mechanicznej, ale niech pozwolą mi, i to nie uchybiając ich specjalistycznej wiedzy, nie brać pod uwagę ich negatywnej opinii na temat spirytyzmu podobnie, jak czynimy w przypadku oceny architekta wypowiadającego się na temat muzyki. Nauki ścisłe opierają się na właściwościach materii, którą można poddawać doświadczeniom i manipulować do woli. Zjawiska spirytystyczne bazują zaś na oddziaływaniu inteligentnych istot, które mają swoją wolę i dowodzą na każdym kroku, że nie będą postępować zgodnie z naszymi kaprysami. Nie można ich więc obserwować w ten sam sposób. Wymagają specjalnych warunków i innego punktu wyjścia. Jeśli ktoś próbuje poddać je zwyczajnemu postępowaniu badawczemu, tworzy analogie, które nie istnieją.
Zatem nauka we właściwym słowa tego znaczeniu nie ma kompetencji, by wypowiadać się na temat spirytyzmu. Nie jest on przedmiotem jej badań, a jej ocena, jakakolwiek by nie była, to znaczy, czy to za czy przeciw, nie miałaby żadnej wagi. Spirytyzm wynika z osobistego przekonania, które naukowcy mogą dzielić jak każda inna osoba, niezależnie od tego, czy są naukowcami. Ale chęć przekazania tej kwestii nauce oznaczałaby to samo, gdyby o istnieniu duszy miało zadecydować zgromadzenie lekarzy lub astronomów. Spirytyzm opiera się w całości na istnieniu duszy i na jej losie po śmierci. Jest natomiast całkowicie nielogicznym myśleć, że człowiek musi być ekspertem od psychologii, gdy jest wielkim matematykiem i anatomem. Specjalista od anatomii poszukuje duszy, rozcinając ciało skalpelem, a jako że jej pod nim nie znajduje na tej samej zasadzie co nerwów, albo ponieważ nie widzi, jak ulatnia się ona niczym gaz, wnioskuje, że nie istnieje, gdyż spogląda na nią z całkowicie materialistycznego punktu widzenia. Czy wynika z tego, że to on ma rację wbrew powszechnej opinii? Nie. Widzicie więc, że spirytyzm wykracza poza obręby nauki.
Gdy przekonania spirytystyczne upowszechnią się i zostaną przyjęte przez tłumy, a sądząc po prędkości, z jaką się rozprzestrzeniają, ten czas nie jest tak bardzo oddalony, stanie się z nimi to samo, co spotkało wszystkie nowe idee, które napotkały opozycję. Naukowcy ulegną wobec oczywistości. Przyjmie je każdy z osobna siłą rzeczy. Do tego czasu nie na miejscu jest odciąganie ich od pracy i zmuszanie do zajmowania się dziwnymi rzeczami, których badanie nie należy ani do ich kompetencji, ani nie znajduje się w ich programach. Tymczasem ci, którzy nie przestudiowawszy wcześniej dogłębnie tematu, wypowiadają się negatywnie i szydzą z każdego, kto nie podziela ich zdania, zapominają, że podobnie działo się w większości wielkich odkryć, którymi szczyci się ludzkość. Ich nazwiska wydłużają listę słynnych przeciwników nowych idei i stoją u boku tych noszonych przez członków uczonego zgromadzenia, które w 1752 roku salwą śmiechu przyjęło pracę Franklina o piorunach, uznając ją za niegodną znalezienia się pośród tekstów, które były do tego gremium kierowane, a także obok tych, przez których Francja straciła korzyści związane z inicjatywą budowy statku parowego, gdyż zdeklarowali, iż system Flutona jest niepraktycznym marzeniem. A przecież kwestie te leżały w ich kompetencjach. Jeśli więc te stowarzyszenia, w których gremium zasiadała światowa elita naukowa, przyjęły jedynie drwinami i sarkazmem idee, których nie rozumiały, idee, jakie kilka lat później miały zrewolucjonizować naukę, życie codzienne i przemysł, jakże mielibyśmy oczekiwać tego, że kwestie tak nietypowe w porównaniu z ich pracą znajdą u nich więcej uznania? Te błędy niektórych osób ciążące na ich pamięci nie byłyby w stanie odebrać im ich tytułów, które w innych sytuacjach uzyskali, zdobywając tym samym nasz szacunek, ale czy potrzeba oficjalnego dyplomu, by mieć zdrowy rozsądek i czy pośród ludzi zasiadających na fotelach akademickich nie odnajdujemy osób nierozsądnych i głupców? Proszę jednak spojrzeć na zwolenników teorii spirytystycznej i zobaczyć, czy odnaleźć można pośród nich ignorantów, a także czy ogromna liczba ludzi szanowanych, którzy ją przyjęli, pozwala na to, by stawiać ją na równi z wierzeniami gospodyń domowych.
Charakter i wiedza tych osób warte są tego, abyśmy stwierdzili, że skoro tacy ludzie wyrażają się twierdząco, coś musi w tym być. Powtarzamy raz jeszcze, że jeśli fakty, którymi się zajmujemy, ograniczyłyby się do mechanicznego poruszania się ciał, poszukiwanie fizycznej przyczyny zjawiska przypadłoby nauce. Ale od chwili, gdy chodzi o manifestację wykraczającą poza prawa znane ludzkości, wychodzą one z kompetencji materialistycznej nauki, gdyż nie da się ich wyrazić ani cyframi, ani siłami mechaniki. Gdy pojawia się nowy fakt, który wykracza poza ramy znanej nauki, naukowiec, by go zbadać, musi zapomnieć o swojej dziedzinie i powiedzieć sobie, że ma przed sobą nowy obiekt do studiów, które mogą być prowadzone wyłącznie, gdy wyzbędziemy się wcześniejszych przekonań. Człowiek, który wierzy w nieomylność swojego rozumu, jest bliski błędu. Nawet ci, których przekonania są najbardziej fałszywe, opierają się na swoim intelekcie i w jego imię odrzucają wszystko, co wydaje się im niemożliwe. Ci, którzy niegdyś odpychali zadziwiające odkrycia, którymi szczyci się ludzkość, odwoływali się wszyscy do niego, by je odrzucić. To, co nazywamy rozsądkiem, często jest jedynie przebraną pychą, a każdy, kto uważa się za nieomylnego, uznaje, że jest równy Bogu. Zwracamy się więc do osób, które są na tyle mądre, że wątpią w to, czego nie wiedziały, a oceniwszy przyszłość na podstawie przeszłości, nie uważają, że człowiek osiągnął już swoje apogeum, ani też, że natura otworzyła już przed nim ostatnią stronę swojej księgi. Dodajmy, że studiowanie jakiejkolwiek teorii, takiej jak chociażby spirytystyczna, która rzuca nas nagle w tak nowy i wielki porządek rzeczy, może być owocne jedynie wtedy, gdy zabierają się za to ludzie poważni, wytrwali, pozbawieni uprzedzeń i kierowani silną i szczerą wolą osiągnięcia rezultatu.
Nie moglibyśmy tak nazwać tych, którzy oceniają a priori w sposób lekkomyślny i nie zobaczywszy wszystkiego, którzy do swoich studiów nie wnoszą ani ciągłości, ani regularności, ani niezbędnego skupienia. Jeszcze w mniejszym stopniu nazwalibyśmy tak niektóre osoby, które by nie stracić reputacji dowcipnisiów wysilają się, żeby znaleźć komiczną stronę w sprawach najbardziej prawdziwych albo w ten sposób ocenianych przez ludzi, których wiedza, charakter i przekonania zasługują na szacunek każdego, komu nieobce są zasady dobrego wychowania. Niech więc ci, którzy nie uznają tych faktów za godne ich osoby i uwagi, powstrzymają się od komentarzy. Nikt nie ma zamiaru atakować ich wierzeń, ale niech zechcą szanować przekonania innych. Poważne studia charakteryzuje ciągłość. Czy należy się dziwić, że często nie otrzymujemy żadnej mądrej odpowiedzi na pytania same w sobie, ponieważ gdy stawiamy je przypadkowo, w sposób nieprzygotowany pośród wielu innych, dziwnych o dziwacznym charakterze? Pytanie bywa zresztą często skomplikowane i aby je zrozumieć, należy zadać pytania wstępne lub uzupełniające. Ktokolwiek chce poznać jakąś naukę, musi studiować ją w sposób metodyczny, zacząć od samego początku i śledzić, jak wiążą się i rozwijają nowe idee. Czy ten, kto przez przypadek kieruje do naukowca pytanie na temat dziedziny, o której nie wie nawet podstawowych rzeczy, robi krok do przodu? Czy sam naukowiec, choćby miał najlepsze chęci, będzie w stanie dać mu zadowalającą odpowiedź?
To odizolowane wyjaśnienie będzie z założenia niepełne, a często z tego właśnie powodu niezrozumiałe. Może także wydać się absurdalne albo sprzeczne. Dokładnie tak dzieje się w przypadku kontaktów, jakie nawiązujemy z duchami. Jeśli chcemy nauczyć się czegoś w ich szkole, należy odbyć z nimi cały kurs. Ale podobnie jak w naszym świecie i tam trzeba wybrać swoich profesorów i wytrwale z nimi pracować. Powiedzieliśmy, że duchy wyższe przybywają jedynie na poważne spotkania, a zwłaszcza na te, gdzie panuje pełna zgodność myśli i uczuć nakierowanych na czynienie dobra. Nierozwaga i bezużyteczne pytania zniechęcają je, podobnie jak na Ziemi odpychają rozsądnych ludzi, a wtedy pole zostaje otwarte dla zgrai kłamliwych i frywolnych duchów czyhających wciąż na okazję, by zadrwić z nas i zabawić się naszym kosztem. Co dzieje się na takim spotkaniu z poważnym pytaniem? Znajduje się na nie odpowiedź. Ale kto jej udziela?
To tak, jakby spośród tłumu rozradowanych ludzi rzucić pytanie: czym jest dusza? Czym jest śmierć? I kilka innych zabawnych kwestii. Jeśli szukacie poważnych odpowiedzi, sami bądźcie poważni w pełnym tego słowa znaczeniu i dostosujcie się do wymaganych warunków. Jedynie w tym wypadku otrzymacie wielkie rzeczy. Bądźcie bardziej pracowici i wytrwali w waszych studiach, bo w innym przypadku duchy wyższe was opuszczą, podobnie jak czyni profesor ze swoimi niedbałymi uczniami. Poruszanie się przedmiotów to fakt stwierdzony. Kwestią pozostaje wyjaśnienie, czy poprzez ten ruch manifestuje się jakaś inteligencja, a jeśli tak, jakie jest jej źródło. Nie mówimy o inteligentnym ruchu pewnych przedmiotów ani o przekazach ustnych, ani nawet o tych, które pisane są bezpośrednio przez medium. Ten rodzaj manifestacji, ewidentny dla tych, którzy widzieli i zgłębili temat, nie jest na pierwszy rzut oka wystarczająco niezależny od woli, by początkujący obserwator mógł na nim zbudować swoje przekonanie.
Będziemy zatem mówić jedynie o piśmie uzyskanym za pomocą jakiegoś przedmiotu z przytwierdzonym ołówkiem, na przykład koszyczka, tabliczki i tak dalej. Sposób, w jaki medium kładzie palce na tym przedmiocie, wyklucza, jak już to powiedzieliśmy, by największa nawet zręczność miała swój udział w jakimkolwiek etapie stawiania liter. Ale uznajmy na chwilę, że dzięki nadzwyczajnemu sprytowi można oszukać najbardziej skupione oko. Jak jednak wyjaśnić naturę odpowiedzi, jeśli wykraczają one poza idee i wszelką wiedzę medium? Proszę zauważyć, że nie chodzi o odpowiedzi jednosylabowe, ale często o kilkustronne wypowiedzi pisane z zadziwiającą prędkością albo spontanicznie, albo na zadany temat. Spod ręki medium, któremu całkowicie obca jest literatura, rodzą się niekiedy wiersze tak doskonałe i o tak niezaprzeczalnej czystości, że nie powstydziliby się ich najlepsi poeci. Fakty te są tym dziwniejsze, że dochodzi do nich wszędzie, a media mnożą się w nieskończoność. Czy zjawiska te są rzeczywiste, czy nie? Na to pytanie mamy tylko jedną odpowiedź. Patrzcie i obserwujcie.
Okazji wam nie zabraknie, jednak dokonujcie swoich obserwacji często i prowadźcie je przez długi czas i w wymaganych warunkach. Jaki argument stawiają antagoniści wobec oczywistości? Jesteście, powiadają, ofiarami szarlatanerii albo iluzji. Odpowiem najpierw, że należy zrezygnować ze słowa szarlataneria tam, gdzie nie ma mowy o zyskach. Szarlatani nie wykonują swojego zawodu za darmo. Co najwyżej mamy więc do czynienia z mistyfikacją. Ale jaki dziwny zbieg okoliczności miałby sprawić, że owi oszuści porozumieliby się we wszystkich krajach świata, by działać tak samo, wywoływać te same zjawiska i w różnych językach udzielać na ten sam temat identycznych odpowiedzi może nie tyle co do samych słów, ale przynajmniej jeśli chodzi o ich treść. Jak to się dzieje, że wybitne, poważne, szanowane i wykształcone osoby oddają się tego typu praktykom? W jakim celu tak postępują? Jak to możliwe, że odnajdujemy u dzieci niezbędną cierpliwość i zręczność?
Jeśli nawet media nie są pasywnymi instrumentami, potrzeba im zręczności i wiedzy niewspółmiernej do ich wieku i pozycji społecznej. Ludzie mówią zatem, że jeśli nie mamy do czynienia z oszustwem, z obu stron możemy być ofiarami iluzji. Logicznie rzecz biorąc, kwestia, kto jest świadkiem zdarzenia jest dość istotna. Dlatego też trzeba by się zapytać, czy teoria spirytystyczna, której zwolenników liczy się dziś w tysiącach, znajduje ich jedynie pośród ignorantów? Zjawiska, na których się opiera, są tak zadziwiające, że rodzi to w nas zwątpienie. Ale nie jesteśmy w stanie zrozumieć, skąd bierze się roszczenie niektórych sceptyków do tego, by posiadać monopol na zdrowy rozsądek. Bez jakiegokolwiek szacunku dla ustalonych norm i wartości moralnej swoich przeciwników traktują oni za głupców wszystkich, którzy nie podzielają ich zdania. W oczach każdej rozsądnej osoby opinia ludzi wykształconych, którzy długo obserwowali, studiowali i rozważali jakiś temat, będzie zawsze jeśli nie dowodem, to przynajmniej zadziała na rzecz danej teorii. Można w ten sposób zainteresować sprawą poważne osoby, które nie mają interesu w rozpowszechnianiu błędu ani czasu na błahostki. Pośród zarzutów znaleźć można i takie, które przynajmniej z pozoru są słuszne, gdyż pojawiają się jako efekt obserwacji i są przedstawiane przez poważne osoby.
Jeden z owych zarzutów dotyczy języka niektórych duchów, który nie wydaje się być godny doskonałości, jaką przypisuje się nadprzyrodzonym bytom. Wystarczy jednak odnieść się do streszczenia teorii spirytystycznej, które przedstawiliśmy nieco wyżej, a zobaczymy, że same duchy przekazują nam, iż nie są równe ani pod względem wiedzy, ani zalet moralnych i że nie należy brać dosłownie wszystkiego, co nam przekazują. Do rozsądnych ludzi należy zatem odróżnienie tego, co dobre, od tego, co złe. Z pewnością ci, którzy wyciągają z tego faktu wniosek, że mamy do czynienia wyłącznie ze złośliwymi istotami, a ich jedynym zajęciem jest wprowadzanie nas w błąd, nie znają przekazów, jakie otrzymano na spotkaniach, gdzie manifestowały się tylko duchy wyższe. W innym przypadku by tak nie myśleli. Jest rzeczą przykrą, że pewnym zrządzeniem losu mogli zaobserwować jedynie złą stronę świata duchowego, gdyż wolimy nie podejrzewać nawet, że to ich charakter przyciąga do nich raczej złe duchy niż te dobre, duchy kłamliwe albo te, których język razi grubiaństwem. Moglibyśmy również wywnioskować, że zasady, na których się opierają, nie są zbyt silne, by odepchnąć zło, a złe duchy odnajdujące pewną przyjemność w zaspokajaniu ich ciekawości w tym względzie korzystają z okazji, by wślizgnąć się między nich, pod czas gdy te dobre się oddalają. Wydawanie oceny na temat duchów na podstawie tych faktów byłoby równie nielogiczne, jak ocenianie charakteru jakiegoś narodu w oparciu o to, co mówi się i co robi w czasie zebrania kilku szaleńców albo ludzi złej sławy, gdzie nie pojawiają się ani mędrcy, ani rozsądne osoby. Badacze ci znajdują się w podobnej sytuacji jak obcokrajowiec, który przybywając do wielkiego miasta, przyjeżdża na liche przedmieścia i miałby ocenić wszystkich mieszkańców na podstawie zwyczajów i języka tej niewielkiej dzielnicy. W świecie duchów znajdujemy dobrych i złych mieszkańców.
Niech więc badacze ci spróbują przyjrzeć się temu, co dzieje się pośród elitarnych duchów, a przekonają się, że niebiańskie miasta zamieszkuje ktoś inny niż margines społeczeństwa. Ale pytają się, czy te elitarne duchy do nas przybywają? Na to odpowiemy: nie pozostawajcie na przedmieściach. Patrzcie, obserwujcie i oceniajcie sami. Fakty są dostępne dla wszystkich. No, chyba że to do nich odnoszą się słowa Jezusa. Mają oczy, a nie widzą. Mają uszy, a nie słyszą. Pewien wariant tej opinii polega na dostrzeganiu w przekazach spirytystycznych i wszystkich zjawiskach materialnych, które im towarzyszą, interwencji diabolicznej siły nowego Proteusza, który zmieniałby przez cały czas swoją postać, by lepiej nas wykorzystać. Nie uważamy, by teoria ta utrzymała się po głębszej analizie i dlatego nie zatrzymamy się na niej dłużej.
Odpierają ją argumenty, które przed chwilą przytoczyliśmy Dodamy tylko, że gdyby rzeczywiście była zgodna z prawdą, trzeba by przyznać, że diabeł jest niekiedy bardzo mądry, rozsądny i przede wszystkim postępuje zgodnie z zasadami moralnymi. Innymi słowy, że istnieją także dobre diabły. Jak przecież mielibyśmy wierzyć w to, że Bóg pozwala jedynie złym duchom komunikować się z nami, by nas zatracić, a nie daje nam przeciwwagi w postaci rad dobrych duchów? Jeśli nie może, oznacza to, że jest bezsilny. Jeśli zaś może, a tego nie robi, stoi to w sprzeczności z jego dobrocią. I jedno, i drugie stwierdzenie byłoby bluźnierstwem. Proszę zauważyć, że uznanie komunikacji ze złymi duchami oznacza potwierdzenie głównych zasad manifestacji, a gdy te istnieją, musi do nich dochodzić za pozwoleniem Boga. Jak wierzyć, nie popadając przy tym w bezbożność, że pozwala On jedynie na zło, a zabrania dobra? Taka teoria jest sprzeczna z najprostszymi pojęciami zdrowego rozsądku i religii. To dziwne — dodają niektórzy — że mówimy wyłącznie o duchach znanych postaci i można sobie zadać pytanie, dlaczego tylko one się manifestują.
Mamy tu błąd wynikający, jak wiele innych, z powierzchownej obserwacji. Pośród duchów, które przybywają w sposób spontaniczny, więcej jest nieznanych nam postaci niż sławnych. Te pierwsze przybierają dowolne imię, często alegoryczne lub na swój sposób charakterystyczne. Co do wywoływania duchów, o ile nie chodzi o krewnego lub przyjaciela, jest czymś naturalnym, że zwracamy się raczej do osób, które znaliśmy niż do duchów zupełnie dla nas anonimowych. Nazwiska sławnych ludzi bardziej do nas przemawiają i z tego powodu łatwiej zwrócić na nie uwagę. Ludzie dziwią się również, że duchy ważnych osób przybywają często na nasze wezwanie i zajmują się niekiedy sprawami drobnymi w porównaniu z tymi, które interesowały je za życia. Nie ma w tym nic dziwnego dla tych, którzy wiedzą, że potęga lub szacunek, którym ludzie ci cieszyli się na ziemi, nie zapewnia im żadnej wyższości w świecie duchowym. Duchy potwierdzają w tym przypadku słowa Ewangelii: „Wielcy będą poniżeni, a malutcy wywyższeni", co należy odnieść do miejsca, które każdy z nas pośród nich zajmie. Tym samym ktoś, kto był pierwszy na ziemi, może okazać się jednym z ostatnich w zaświatach. Ktoś, przed kim chyliliśmy głowę za życia, może przybyć do nas niczym skromny rzemieślnik, gdyż skończywszy życie, porzuca swoją wyższość, a najpotężniejszy z monarchów może zająć niższe miejsce niż ostatni z jego żołnierzy.
Faktem wynikającym z obserwacji i potwierdzonym przez same duchy jest to, że duchy niższe przyjmują często znane i szanowane nazwiska. Któż więc może zapewnić nas, że ci, którzy twierdzą, że są Sokratesem, Juliuszem Cezarem, Karolem Wielkim, Fenelonem, Napoleonem, Waszyngtonem i tak dalej, naprawdę byli nimi za życia? Wątpliwość tę znaleźć można u niektórych bardzo gorliwych zwolenników spirytyzmu. Uznają oni wpływ i manifestacje duchów, ale pytają się, jak można skontrolować ich tożsamość. I rzeczywiście tego rodzaju system kontroli bardzo ciężko stworzyć. Jeśli jednak nie da się wprowadzić czegoś zapewniającego autentyzm do tego stopnia co oficjalny dokument, można działać na zasadzie domniemania, opierając się o pewne poszlaki. Gdy pojawia się duch kogoś, kogo znaliśmy osobiście, czyli przykładowo krewnego lub przyjaciela, zwłaszcza jeśli zmarł niedawno, jego język zazwyczaj odpowiada dokładnie temu, co pamiętamy. To już jakaś wskazówka potwierdzająca tożsamość ducha. Ale wątpliwości praktycznie się kończą, gdy ów duch zaczyna mówić o prywatnych sprawach, przypomina rodzinne okoliczności, które są znane wyłącznie jemu i rozmówcy. Syn z pewnością nie pomyli się i rozpozna język swojego ojca czy matki, a rodzice będą mieć pewność, że mówią ze swoim dzieckiem.
W czasie tego rodzaju prywatnych wywołań często mają miejsce wzruszające sceny, które są w stanie przekonać nawet największych niedowiarków. Najbardziej zagorzały sceptyk jest często zszokowany niespodziewanymi informacjami, które otrzymuje. Kolejna bardzo charakterystyczna okoliczność sprzyja rozpoznaniu czyjejś tożsamości. Powiedzieliśmy, że pismo medium zmienia się najczęściej zależnie od wywołanego ducha i ten sam charakter pojawia się za każdym razem, gdy przemawia przezeń ten sam duch. Stwierdzono wielokrotnie, że zwłaszcza w przypadku niedawno zmarłych osób pismo to w sposób uderzający przypomina to, które charakteryzowało daną osobę za życia. Widziano w pełni identyczne podpisy. Dalecy jesteśmy od tego, by czynić z tych zdarzeń regułę, a zwłaszcza mówić, że dochodzi do nich za każdym razem. Wspominamy jedynie o tym, gdyż naszym zdaniem to rzecz warta zauważenia. Duchy, które osiągnęły pewien poziom oczyszczenia, jako jedyne wyzbyły się cielesnego wpływu. Gdy jednak nie są całkowicie wolne od materii — tego typu wyrażenia właśnie używają — zachowują większość idei, skłonności, a nawet manie, które charakteryzowały je na Ziemi i po nich również można rozpoznać ich tożsamość.
Ale potwierdzić ją można jednak przede wszystkim dzięki wielu szczegółom, które pojawiają się przed uważnym i wytrwałym obserwatorem. Widzimy, jak pisarze dyskutują o swoich dziełach czy doktrynach, aprobując lub ganiąc niektóre ich części. Inne jeszcze duchy wspominają nieznane lub mało znane okoliczności z ich życia lub śmierci. Wszystko to w końcu, co służy za moralny dowód ich tożsamości, jedyny, który można przywołać wobec abstrakcyjnych spraw. Jeśli więc tożsamość wywołanego ducha może być do pewnego stopnia potwierdzona w niektórych przypadkach, nie ma powodu, by nie stwierdzić jej w innych. A jeśli nawet nie mamy do dyspozycji identycznych środków kontroli w przypadku osób, które zmarły dawno temu, możemy ocenić ich tożsamość na podstawie języka i charakteru. Z pewnością porządny człowiek nie będzie mówił jak ktoś zdeprawowany lub rozpustny. Duchy, które przyjmują szanowane nazwiska, często same się zdradzają swoim sposobem mówienia i stwierdzeniami, których używają. Ktoś, kto twierdziłby, że jest, przypuśćmy, Fenelonem i nawet przez przypadek powiedziałby coś sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem i zasadami moralnymi, pokazałby, że jest oszustem. Jeśli natomiast myśli, które wyraża, są zawsze czyste, pozbawione sprzeczności i stale na tym samym wysokim poziomie, co w przypadku Fenelona, nie ma powodu, by wątpić w jego tożsamość.
W innym przypadku trzeba byłoby podejrzewać, że duch, który głosi wyłącznie dobro, może świadomie uciekać się do kłamstwa, choć takie postępowanie jest przecież zupełnie bezużyteczne. Doświadczenie uczy nas, że duchy będące na tym samym poziomie rozwoju, o identycznych cechach charakteru i działające pod wpływem jednakowych uczuć, łączą się w grupy i rodziny. Nie da się policzyć, ile istnieje duchów i jesteśmy dalecy od tego, by je wszystkie poznać. Większość nie nosi nawet imion, które były nam znane. Duch należący do tej samej kategorii co Fenelon może więc przybrać jego miejsce, a często nawet jest przez niego wysłane. Przedstawia nam się jako ten drugi, gdyż obaj reprezentują ten sam punkt widzenia i mogą występować w swoim imieniu, a także dlatego, że potrzeba nam jakiegoś nazwiska, byśmy mogli na nim oprzeć nasze idee. Ale czy naprawdę liczy się, że dany duch jest rzeczywiście Fenelonem? Jeśli przekazuje wyłącznie dobre rzeczy i mówi tak, jakby przemawiał sam Fenelon, to mamy do czynienia z dobrym duchem. Nazwisko, którego używa, by się przedstawić, jest obojętne i często służy jedynie temu, by łatwiej było nam oprzeć na czymś nasze idee. Do tego typu sytuacji nie mogłoby jednak dojść w przypadku wywołań osób nam bliskich.
Tu jednak, jak już widzieliśmy, tożsamość ducha można ustalić dzięki w pewnym sensie namacalnym dowodom. Pewne jest zresztą, że pojawienie się duchów w czyjeś miejsce może spowodować wiele nieporozumień, z których mogą wyniknąć błędy, a często całe mistyfikacje. To jedna z trudności spirytyzmu praktycznego. Ale nigdy przecież nie mówiliśmy, że nauka ta jest czymś łatwym, czego można się nauczyć poprzez zabawę. Przypomina zatem w pełni pozostałe dziedziny. Moglibyśmy bezustannie powtarzać, że wymaga wytrwałych i często bardzo długich studiów. Ponieważ nie możemy sztucznie wywołać zjawisk, musimy czekać, aż same się nam pojawią, a często dzieje się to w okolicznościach, których się najmniej spodziewamy. Uważny i cierpliwy obserwator otrzymuje tych faktów w bród, gdyż odkrywa tysiące charakterystycznych niuansów, które są dlań niczym promienie światła. Podobnie dzieje się w przypadku nauk przyrodniczych. Podczas gdy powierzchowny obserwator nie widzi w kwiatach niczego poza piękną formą, naukowiec odkrywa w nich skarby dla umysłu.
Powyższe obserwacje skłaniają nas do powiedzenia kilku słów o jeszcze jednej trudności wynikającej z różnic istniejących między sposobem mówienia różnych duchów. Jako że duchy bardzo się różnią między sobą pod względem wiedzy i moralności, jest oczywiste, że na identyczne pytanie możemy otrzymać różne odpowiedzi uzależnione od pozycji, którą zajmują. Podobnie jak stałoby się w sytuacji, gdybyśmy postawili je na zmianę naukowcowi, ignorantowi i złośliwemu dowcipnisiowi. Najbardziej istotne jest więc, jak już powiedzieliśmy, byśmy wiedzieli, do kogo należy je zaadresować. Ale, mówią jeszcze niektórzy, jak to się dzieje, że duchy uznawane za wyższe nie zawsze się zgadzają między sobą? Należy najpierw stwierdzić, że niezależnie od przyczyny, którą właśnie zasygnalizowaliśmy, istnieją też inne, które mogą wywierać pewien wpływ na naturę odpowiedzi, niezależnie od rodzaju duchów, które ich udzielają. To istotny punkt, którego zgłębienie przyniesie nam wyjaśnienie tej kwestii. Z tego też powodu mówimy, że studia spirytystyczne wymagają stałej uwagi, dogłębnych obserwacji, a zwłaszcza, jak zresztą wszystkie nauki humanistyczne, ciągłości i wytrwałości. Potrzeba lat, by wykształcić przeciętnego lekarza i trzech czwartych życia, by stworzyć naukowca, a niektórzy chcieliby w ciągu kilku godzin poznać naukę dotyczącą nieskończoności. Nie bądźmy zatem w błędzie.
Studia spirytystyczne są szerokie, dotykają wszystkich kwestii metafizycznych i społecznych. Dzięki nim otwiera się przed nami nowy świat. Czy należy się dziwić, że potrzeba czasu, dużo czasu, by go podbić? Sprzeczności te zresztą nie zawsze są tak rzeczywiste, jakimi z pozoru się wydają. Czy nie widzimy każdego dnia ludzi mówiących o tej samej dziedzinie nauki, a różniących się pod kątem definicji, które nadają jakiejś pojedynczej rzeczy? Ludzi używających różnej terminologii albo patrzących na nią z innego punktu widzenia, a mimo to fundamentalne zasady tejże dziedziny pozostają niezmienione? Niech ktoś policzy, ile definicji stworzono w odniesieniu do gramatyki. Dodajmy jeszcze, że forma odpowiedzi zależy często od stylu pytania. Byłoby więc dziwnym doszukiwać się sprzeczności tam, gdzie odnajdujemy jedynie różnice w użyciu słów. Duchy wyższe nie przywiązują żadnej wagi do formy.
Dla nich treść danej myśli jest wszystkim. Weźmy jako przykład definicję duszy. Ponieważ słowa tego nie używa się jedynie w określonych ramach, duchy mogą, podobnie jak i my, różnić się pod względem definicji, jaką przypisują temu słowu. Jeden może powiedzieć, że jest ona źródłem życia, inny nazwać ją iskrą animiczną, trzeci stwierdzić, że znajduje się wewnątrz nas, czwarty, że jest poza nami i tym podobne. I wszystkie będą mieć rację ze swojego punktu widzenia. Można by nawet stwierdzić, że niektóre z nich wyznają materialistyczne teorie, a jednak tak nie jest. Podobnie jest ze słowem Bóg. Będzie to źródło wszechrzeczy, stwórca wszechświata, najwyższa inteligencja, nieskończoność, wielki duch i tak dalej, a koniec końców wciąż będzie Bogiem. Przytoczmy też w końcu przykład klasyfikacji duchów. Istoty te wpisują się w nieprzerwany ciąg od najwyższych do najniższych stopni.
Każda klasyfikacja jest więc umowna. Ktoś mógłby podzielić je na trzy klasy, ktoś inny na pięć, dziesięć albo dwadzieścia, jak woli, a mimo to nie popełni błędu. Wszystkie dziedziny nauki dają nam tego przykład. Każdy naukowiec ma swój system, a choć te są modyfikowane, sama nauka pozostaje niezmienna. Niezależnie od tego, czy uczymy się botaniki w oparciu o systemy Linneusza, Jussieu czy Tourneforta, będziemy się cały czas uczyli botaniki. Przestańmy nadawać więc sprawom czysto umownym wagę, na jaką nie zasługują i skupmy się na tym, co naprawdę istotne, a często odkryjemy nagle w tym, co pozornie nieuporządkowane, podobieństwo, które umyka na pierwszy rzut oka. Wspomnielibyśmy jedynie mimochodem o zarzutach niektórych sceptyków dotyczących błędów ortograficznych popełnianych przez część duchów, ale pozwalają nam one wspomnieć o jednej istotnej sprawie. Ich ortografia, trzeba to powiedzieć, nie zawsze jest nienaganna. Trzeba jednak być nierozsądnym, aby czynić z tego poważny zarzut i twierdzić, że skoro duchy wiedzą wszystko, powinny pisać bez błędów. Jako kontrargument moglibyśmy przytoczyć tu wiele grzeszków tego rodzaju popełnionych przez ziemskich uczonych, które przecież nie odebrały im zasług.
Ale mamy tu do czynienia z poważniejszą kwestią. Dla duchów, a zwłaszcza duchów wyższych, myśl jest wszystkim, a forma niczym. Ponieważ są wolne od materii, język, którym się między sobą porozumiewają, ma szybkość myśli, gdyż w ich przypadku to sama myśl odpowiada za komunikację bez jakichkolwiek pośredników. Muszą się więc czuć niezręcznie, gdy chcąc z nami porozumiewać, są zmuszone posługiwać się długimi i krępującymi formami, a zwłaszcza językiem niewystarczającym i niedoskonałym, by wyrazić wszystkie idee. Same nam o tym mówią. Ciekawe jest też przyglądanie się, z jakich sposobów korzystają, by nieco złagodzić tę trudność. Podobnie myślelibyśmy i my, gdybyśmy musieli mówić w języku, w którym słowa i zwroty byłyby dłuższe, a jednocześnie uboższym w wyrażenia, jakich zwykliśmy używać. Tego rodzaju zakłopotanie odczuwa geniusz, który niecierpliwi się powolnością swojego pióra, będącego zawsze w tyle za jego myślami. Rozumiemy wobec tego, że duchy przywiązują niewielką wagę do nic nieznaczących zasad ortografii, zwłaszcza gdy chodzi o istotne i poważne nauki. Czy nie jest jednak czymś cudownym, że wypowiadają się w każdym języku bez różnicy i wszystkie z nich rozumieją?
Nie należy jednak wnioskować, że ogólnie przyjęte zasady językowe nie są im znane. Przestrzegają ich, gdy jest to niezbędne. Dyktowane przez nich wiersze stanowią więc ciężki orzech do zgryzienia dla najbardziej drobiazgowych i purystycznych krytyków, nawet jeśli samo medium nie ma odpowiedniego wykształcenia. Są też w końcu i tacy ludzie, którzy wszędzie doszukują się niebezpieczeństw, zwłaszcza we wszystkim, czego nie znają. Korzystają oczywiście z okazji i wyciągają niekorzystne wnioski z faktu, że niektóre osoby poświęciwszy się studiom spirytystycznym straciły rozum. Jak jednak rozsądni ludzie mogą widzieć w tym poważny zarzut? Czy nie dzieje się tak ze wszystkimi czynnościami intelektualnymi, które natrafiają na słaby umysł? Czy znamy liczbę szaleńców i maniaków, których zrodziły studia matematyczne, medyczne, muzyczne, filozoficzne i inne? Czy z tego powodu należy zakazać tych studiów? Czego to dowodzi?
Na skutek fizycznej pracy kaleczymy sobie ręce i nogi, które są naszymi narzędziami w oddziaływaniu na materię. W wyniku prac naszego intelektu szkodzimy naszemu mózgowi odpowiadającemu za myśli. Ale jeśli nawet narzędzie jest zniszczone, duchowi nic się nie dzieje. Pozostaje nietknięte, a gdy wyzwala się od materii, nie oznacza to, że cieszy się od razu pełnią swoich zdolności. Jest więc, podobnie jak człowiek, swego rodzaju niewolnikiem pracy. Wszystkie wielkie zajęcia duchowe mogą doprowadzić do szaleństwa. Nauka, sztuka, religia dostarczają licznych przypadków tego rodzaju. Główną przyczyną szaleństwa jest ograniczona predyspozycja mózgu, która czyni go mniej lub bardziej podatnym na pewne wrażenia. Gdy ktoś ma predyspozycje do tego, by popaść w obłęd, skupia się nad jakimś tematem, a to zainteresowanie przeradza się w obsesję. Może to być fiksacja na punkcie duchów u kogoś, kto się nimi zajmował, ale równie dobrze może ona dotyczyć Boga, aniołów, diabła, pieniędzy, władzy, sztuki, nauki, macierzyństwa, systemu politycznego lub społecznego.
Istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś oszalały na punkcie religii wpadłby w obsesję spirytystyczną, gdyby to spirytyzm stał się głównym tematem jego zainteresowań, podobnie jak szaleniec spirytystyczny mógłby popaść w obłęd z innego powodu, zależnie od okoliczności. Mówię więc, że spirytyzm nie jest tu w żaden sposób uprzywilejowany. Powiem jednak więcej. Jeśli jest właściwie rozumiany, staje się środkiem zapobiegawczym przeciw szaleństwu. Pośród najczęstszych przyczyn oddziałujących na mózg należy przytoczyć rozczarowania, nieszczęścia, nieodwzajemnione uczucia, które jednocześnie są najczęstszymi przyczynami samobójstw. Prawdziwy spirytysta postrzega sprawy tego świata z wyższego punktu widzenia. Zdają mu się małe, nic nieznaczące wobec przyszłości, która nań czeka. Życie jest dla niego tak krótkie, ulotne, że te trudności są w jego oczach jedynie nieprzyjemnymi utrudnieniami w czasie podróży. To, co u innych wywołałoby burzliwe emocje, przejmuje go w niewielkim stopniu. Wie zresztą, że życiowe problemy są próbami, które służą mu w rozwoju, jeśli przyjmuje je z pokorą, gdyż zostanie wynagrodzony proporcjonalnie do odwagi, z jaką je znosi.
Jego przekonania umożliwiają mu pogodzenie się z losem, co chroni go przed rozpaczą, która jest nieustanną przyczyną szaleństwa i samobójstwa. Wie zresztą dzięki scenom, które obserwuje dzięki rozmowom z duchami, jaki los czeka tych, którzy skracają samowolnie swoje życie, a obraz ten jest tak dobrze odmalowany, że daje mu do myślenia. Znaczna jest liczba ludzi, którzy powstrzymali się od tej zgubnej decyzji. To jeden z rezultatów spirytyzmu. Niech sceptycy śmieją się z tego, jak długo chcą. Życzę im, by sami zaznali pocieszenia, które spirytyzm przynosi wszystkim tym, którzy zadają sobie trud, by zgłębić się w jego tajemnice. Pośród przyczyn szaleństwa należy umieścić również strach, a ten przed diabłem zamieszał już w niejednej głowie. Czy znamy liczbę ofiar, których proste umysły przeraził obraz piekła przedstawiany jako jeszcze straszniejszy przez ludzi dorzucających doń kolejne ohydne szczegóły? Diabeł, jak mówią, jest straszny jedynie dla małych dzieci. Działa jak hamulec, który ma sprawić, że staną się grzeczne.
Zupełnie jak przysłowiowy dziad albo wilkołak. Lecz gdy przestają się ich bać, stają się gorsze niż były. Kiedy jednak przytacza się te piękne rezultaty, nie dodaje się, ile ataków epilepsji spowodował wstrząs tak delikatnego mózgu. Religia okazałaby się dość słaba, gdyby z braku strachu mogła czuć się czymś zagrożona. Na szczęście tak nie jest. Ma do dyspozycji inne środki oddziaływania na duszę. Spirytyzm dostarcza jej także takich, które są skuteczniejsze i poważniejsze, jeśli potrafi z nich skorzystać. Pokazuje, jak wygląda rzeczywistość i w ten sposób neutralizuje szkodliwe skutki przesądnego strachu. Pozostało nam przeanalizować dwa zarzuty. Jedyne, które zasługują naprawdę na to, by tak je nazywać, gdyż opierają się na racjonalnych teoriach.
Jedna i druga uznaje rzeczywistość wszystkich fizycznych i moralnych zjawisk, ale wyklucza wpływ duchów. Zgodnie z pierwszą z tych teorii, wszystkie manifestacje przypisywane duchom nie były niczym innym jak efektami magnetyzmu. Media miałyby wchodzić w stan, który moglibyśmy nazwać somnambulicznym na jawie. Zjawiskiem, którego każda osoba badająca magnetyzm mogła być świadkiem. W tym stanie zdolności intelektualne rozwijają się w anormalny sposób. Zakres intuicyjnych doświadczeń poszerza się, przekraczając granice naszego zwyczajowego postrzegania. Od tej chwili medium miałoby czerpać z siebie samego i dzięki jasności swojego umysłu wszystko, co mówi i wszystkie pojęcia, które przekazuje, nawet te dotyczące rzeczy mu obcych w zwyczajowym stanie. Nie będziemy poddawać w wątpliwość mocy somnambulizmu, której cuda widzieliśmy i której wszystkie fazy badaliśmy przez ponad trzydzieści pięć lat. Przyznajemy, że rzeczywiście wiele manifestacji spirytystycznych można wyjaśnić w ten sposób, ale prowadząc dokładne i uważne obserwacje dostrzeżemy wiele faktów, gdzie interwencja medium inna niż działanie na zasadzie pasywnego narzędzia jest fizycznie niemożliwa. Tym, którzy podzielają tę opinię, powiemy podobnie jak i innym: patrzcie i obserwujcie, gdyż z pewnością nie wszystko widzieliście.
Przeciwstawiamy im wtedy dwa stwierdzenia zaczerpnięte z ich własnej doktryny. Skąd wzięła się teoria spirytystyczna? Czy to system, który wymyśliło kilku ludzi, by wyjaśnić fakty? W żaden sposób. Kto więc go przekazał? Zrobiły to te same media, których jasność umysłu tak wychwalacie. Jeśli więc dysponują tak wielką wiedzą, jak podejrzewacie, dlaczego miałyby przypisywać duchom to, co zaczerpnęły z samych siebie? Jak miałyby dać tak dokładne, logiczne i piękne wyjaśnienia dotyczące natury tych inteligentnych istot spoza świata ludzi? Albo jedno, albo drugie. Albo charakteryzuje je wyjątkowa jasność umysłu, albo nie.
Jeżeli mają większą wiedzę niż zwykle i są przekonane do tego, że mówią prawdę, nie moglibyśmy bez popadania w sprzeczność nie przyznać im racji. Po drugie, jeśli wszystkie zjawiska miałyby swoje źródło w medium, byłyby identyczne, gdyby wywołała je ta sama osoba, a co za tym idzie, nie obserwowalibyśmy sytuacji, gdy jeden człowiek wypowiada się inaczej albo przedstawia raz za razem sprzeczne ze sobą stwierdzenia. Ten brak jedności w uzyskiwanych przez medium manifestacjach dowodzi różnorodności źródeł. Jeżeli nie możemy ich odnaleźć w medium, należy ich poszukać poza nim. Zgodnie z drugą opinią medium również jest źródłem manifestacji, ale zamiast czerpać je z siebie, jak twierdzą twórcy teorii somnambulicznej, bierze je ze swojego otoczenia. Medium miałby być w pewnym sensie lustrem odbijającym wszystkie idee, myśli i całą wiedzę osób, które wokół niego się znajdują. Nie mówiłby niczego, co nie byłoby znane przynajmniej niektórym z nich. Nie można zanegować, to nawet jedna z zasad teorii spirytystycznej, wpływu uczestników na naturę manifestacji, ale wpływ ten jest zupełnie inny od tego, którego istnienie się podejrzewa, a więc daleko jest od tego, by medium odbijało echo ich myśli, gdyż tysiące faktów pokazują ewidentnie coś przeciwnego. W takim stwierdzeniu znajduje się ogromny błąd, który dowodzi jednocześnie, jak niebezpieczne jest wyciąganie przedwczesnych wniosków. Osoby, które wysuwają takie teorie, nie są w stanie zaprzeczyć istnieniu zjawiska, z którego nauka nie zdaje sobie sprawy, ale nie chcąc uznać obecności duchów, wyjaśniają je na swój sposób.
Ich teoria byłaby słuszna, gdyby mogła obejmować wszystkie fakty, ale tak nie jest. Gdy pokazuje się im naocznie, że niektóre z przekazów medium są całkowicie obce myślom, wiedzy, a nawet opiniom wszystkich uczestników, że są często spontaniczne i zaprzeczają wszystkim przedwczesnym ideom, niewiele to zmienia w ich postrzeganiu. Promieniowanie, powiadają, rozciąga się poza najbliższe otoczenie. Medium jest odbiciem całej ludzkości, a zatem, gdy nie może znaleźć inspiracji w pobliżu, szuka jej dalej — w mieście, w okolicy, na całym świecie, a nawet w innych sferach. Nie uważam, byśmy odnaleźli w tej teorii prostsze i bardziej prawdopodobne wyjaśnienie niż w spirytyzmie, gdyż zakłada ona dużo cudowniejszą przyczynę. Idea, zgodnie z którą zaludniające przestrzeń istoty będące z nami w ciągłym kontakcie przekazują nam swoje myśli, nie szokuje nas bardziej niż ta, w której podejrzewa się istnienie uniwersalnego promieniowania pochodzącego ze wszystkich zakątków wszechświata i skupiającego się w mózgu jednej osoby. Jeszcze raz mamy do czynienia z ważną rzeczą, którą wciąż chcemy podkreślać. Teoria somnambuliczna i ta, którą moglibyśmy nazwać refleksywną, zostały wymyślone przez ludzi. To indywidualne opinie powstały, by wyjaśnić jakiś fakt, podczas gdy teoria duchów nie jest ludzką koncepcją. Podyktowały ją te same inteligentne istoty, które się manifestują, choć nikt ich istnienia nie zakładał.
Powszechna opinia nawet je odrzucała. Zapytujemy więc, skąd media zaczerpnęły teorię, która nie istniała w żadnym umyśle człowieka. Pytamy się również, jak dziwnym zbiegiem okoliczności tysiące mediów rozsianych we wszystkich zakątkach globu, które nigdy się nie widziały, miałyby porozumieć się, by przekazać to samo. Jeśli pierwsze medium, które pojawiło się we Francji, miałoby znajdować się pod wpływem przyjętych już w Ameryce idei, dlaczego miałoby w tak dziwny sposób szukać tych teorii dwa tysiące mil dalej za oceanem u obcych mu pod względem zwyczajów i języka ludzi, zamiast zaczerpnąć je wokół siebie? Istnieje jednak jeszcze jedna okoliczność, o której nikt nie pomyślał. Do pierwszych manifestacji we Francji i w Ameryce doszło nie za pośrednictwem pisma czy słowa mówionego, ale poprzez uderzenia, których liczba odpowiadała literom alfabetu, tak że można było z nich tworzyć słowa i zdania. To w ten sposób inteligencje, które się ujawniły, przekazały, że są duchami. Jeśli więc można było podejrzewać, że myśli medium oddziałują na przekazy werbalne i pisemne, to samo nie mogłoby dotyczyć stukań, których znaczenie nie mogło być wcześniej znane. Moglibyśmy przytoczyć wiele faktów wskazujących, że manifestujące się inteligencje są w sposób oczywisty oddzielnymi od nas istotami, a ich wola jest w pełni niezależna. Zachęcamy więc wszystkich twierdzących inaczej do uważnej obserwacji.
Jeśli zechcą zająć się studiami bez uprzedzeń i nie wyciągać wniosków, zanim nie zobaczą wszystkiego, dostrzegą bezsilność swojej teorii w wyjaśnieniu wszystkich przypadków. Ograniczmy się do zadania następujących pytań: dlaczego manifestująca się inteligencja, niezależnie od tego, czym jest, odmawia odpowiedzi na niektóre pytania na tematy doskonale znane? Na przykład nie podaje nazwiska i wieku osoby pytającej, nie mówi, co ta trzyma w ręku, co robiła dzień wcześniej, co zamierza zrobić następnego dnia i tak dalej. Jeśli medium jest zwierciadłem myśli uczestników, byłoby mu niezmiernie łatwo odpowiedzieć na te pytania. Przeciwnicy odrzucają ten argument, pytając się, dlaczego duchy, które powinny mieć wiedzę na każdy temat, nie są w stanie powiedzieć o tak prostych rzeczach zgodnie z powiedzeniem „kto może najwięcej, może najmniej”. Wnioskują stąd, że nie mamy do czynienia z duchami. Gdyby jakiś ignorant albo złośliwy żartowniś stanął przed uczonymi i zapytał się, dlaczego w południe świeci słońce, czy należy sądzić, że ktoś zadałby sobie trud, by poważnie mu odpowiedzieć? I czy logicznym byłoby wywnioskować z ciszy albo z drwin, które usłyszałby pytający, że ci uczeni są osłami? Z tego właśnie powodu duchy wyższe nie odpowiadają na próżne i śmieszne pytania, gdyż nie chcą znajdować się w centrum uwagi. Dlatego milkną albo radzą, by zająć się poważniejszymi sprawami.
Zapytamy się w końcu, czemu duchy przybywają i odchodzą często w określonej chwili i dlaczego, gdy moment ten minie ani prośby, ani błagania nie są w stanie sprowadzić ich z powrotem? Gdyby medium działało jedynie poprzez mentalne impulsy uczestników, ewidentne jest, że w takich okolicznościach zebranie wszystkich sił powinno być bodźcem do jego jasnowidzenia. Jeśli więc nie ulega pragnieniom osób zgromadzonych, wspieranych przez swoją własną wolę, oznacza to, że działa nań jakaś siła niezależna od niego i otaczających go ludzi. W tej właśnie sytuacji widzimy, że ów wpływ jest niezależny i zachowuje swoją indywidualność. Sceptycyzm wobec teorii spirytystycznej, gdy nie wynika z zaplanowanej opozycji, za którą stoi czyjś interes, niemal zawsze ma źródło w niepełnej znajomości faktów, która jednak nie przeszkadza niektórym ludziom wypowiadać się w tym temacie tak, jakby znali go doskonale. Można mieć dobre intencje, a nawet być osobą wykształconą, a jednak wydawać niewłaściwy osąd. A pierwszą oznaką błędnej oceny jest wiara we własną nieomylność. Wiele osób postrzega również manifestacje spirytystyczne jedynie na zasadzie ciekawostki. Mamy nadzieję, że dzięki lekturze tej książki odnajdą w tych dziwnych zjawiskach coś więcej niż zwykłą rozrywkę. Nauka spirytystyczna składa się z dwóch części: jednej eksperymentalnej, dotyczącej ogólnie manifestacji, drugiej filozoficznej, opisującej manifestacje inteligentne.
Każdy, kto obserwował tylko tę pierwszą, patrzy z pozycji kogoś, kto poznał fizykę jedynie poprzez eksperymenty prowadzone dla rozrywki, nie zgłębiwszy jednocześnie całej tej dziedziny. Prawdziwa teoria spirytystyczna opiera się na naukach przekazanych przez duchy, a wiedza zawarta w tych naukach jest zbyt poważna, by poznawać ją w inny sposób niż poprzez dogłębne i ciągłe studia prowadzone w ciszy i skupieniu. Jedynie zachowując ten warunek, możemy obserwować nieskończoną liczbę faktów i niuansów umykających osobom prowadzącym powierzchowne obserwacje, a pozwalających wyrobić sobie opinię na ich temat. Gdyby jedynym skutkiem, który wywołała ta książka, było pokazanie, jak poważna jest to kwestia i jeśli spowodowałaby ona, że ludzie zaczną studiować ten temat, będzie to już wiele i będziemy się cieszyć, że to nas wybrano, by wypełnić to zadanie, za które nie przypisujemy sobie zresztą osobistych zasług, jako że zawarte w tym dziele zasady nie zostały przez nas stworzone. Uznanie należy się całkowicie duchom, które je podyktowały. Mam nadzieję, że ta książka przyniesie jeszcze jeden skutek. Poprowadzi ludzi pragnących zdobywać wiedzę, pokazując im, jak wielki i wspaniały cel mają te studia. Prowadzą one do postępu poszczególnych osób i całego społeczeństwa, gdyż wskazują drogę, która ich do niego prowadzi. Zakończmy ostatnim stwierdzeniem. Astronomowie, badając kosmos, znaleźli między ciałami niebieskimi próżnię, która nie jest uzasadniona i stoi w sprzeczności z prawami całości.
Podejrzewali, że te puste miejsca muszą być wypełnione światami, które umykają naszym oczom. Z drugiej strony zaobserwowali pewne skutki, których przyczyna była nieznana i powiedzieli sobie: „Musimy mieć do czynienia z jakimś światem, gdyż takie puste miejsce nie może istnieć. Skutki te muszą mieć swoją przyczynę”. Oceniając przyczynę na podstawie skutku, mogli określić jej poszczególne części, a potem pojawiły się fakty potwierdzające ich przewidywania. Zastosujmy to rozumowanie do innego rodzaju idei. Jeśli obserwujemy szereg istot, zauważamy, że stanowią one nieprzerwany i nierozerwalny ciąg od czystej materii po inteligentnego człowieka. Ale między człowiekiem i Bogiem, który jest we wszystkim alfą i omegą, istnieje przecież ogromna, pusta przestrzeń. Czy myślenie, że na człowieku kończą się ogniwa tego łańcucha jest racjonalne? Że bez żadnych pośrednich stadiów przebywa odległość, która dzieli go od nieskończoności? Rozum podpowiada nam, że między człowiekiem i Bogiem muszą istnieć inne stopnie, podobnie jak podpowiadał astronomom, że pośród znanych światów musiały znajdować się światy nieznane.
Która filozofia wypełniła tę pustkę? Spirytyzm pokazuje nam, że zapełniają ją istoty wszystkich rzędów ze świata niewidzialnego i że są one nikim innym jak ludźmi, którzy osiągnęli różne stopnie rozwoju prowadzące ich ku doskonałości. Wówczas wszystko się łączy, wszystko się zamyka od alfy po omegę. Wy, którzy podajecie w wątpliwość istnienie duchów, wypełnijcie pustkę, którą one zajmują, a wy, którzy z tego drwicie, spróbujcie zaśmiać się z dzieł Boga i z jego wszechmocy. Podpisano Alan Kardec.
[03:29:10] - Proszę państwa, recenzarium nigdy za dużo. To ja państwa zapraszam na drugi odcinek dzisiaj. Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza też na omówienie „Skarabeusza”.
[03:29:28] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Często błędnie sądzimy, że zwyczaj straszenia ludzi różnymi, skądinąd niewinnymi stworzeniami, którym przypisuje się jakieś straszliwe właściwości, ewentualnie straszliwymi kultami, jest wynalazkiem naszych czasów. Nie chodzi mi tu nawet o opowieści mówione, gdyż jako takie istniały od bardzo dawna. Chodzi mi o literaturę
[03:29:59] - Też się mylimy. Albowiem jeżeli weźmiemy na warsztat horror, którego centralnym punktem jest jakieś zwierzę i nie mówię tu o wilku w sensie wilkołak czy coś w tym guście, to i to jest dużo starsze niż się nam wydaje. Weźmy choćby na warsztat książkę Richarda Marsha pod tytułem „Skarabeusz”. To znaczy jest to tytuł polski. Oryginał nazywa się po prostu „Żuk”, ale ponieważ w treści jest mowa o skarabeuszu, polski tłumacz uznał, że lepiej będzie w ten sposób ją zatytułować. Książka ta pochodzi z 1897 roku. Tak, to nie pomyłka. Zanotujcie to sobie. Z 1897 roku. Książka ma grubo ponad sto lat, a mimo to można by uznać, że dla wielu twórców, zarówno literackich, jak i filmowych, mogła stanowić pierwowzór.
O czym mówi treść tej książki? To jest bardzo trudno określić. Znaczy, o czym mówi, to wiadomo, ale jakie jest jej takie prawdziwe przesłanie? Chyba takie właśnie, żeby nie lekceważyć tego, że na świecie dzieją się sprawy, których nie rozumiemy. Ale to trywialne stwierdzenie nie do końca odpowiada prawdzie też. Wydarzenia poznajemy z perspektywy czterech różnych osób, które wszystkie uwikłane są w jedno. Mianowicie w Londynie pojawia się ktoś, kto nie ma nazwiska ani imienia, o kim nie do końca wiadomo, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Jest natomiast obdarzony ogromnymi możliwościami, przy czym nie do końca świadomy postępu techniki, co widać po jego reakcji na zetknięcie się z nowoczesnością. W pewnym momencie akcji to mamy. Jest to ktoś, kogo napędza zemsta.
Przedstawiciel kultu Izydy. Skarabeusz. W każdym razie, czy jest to skarabeusz przybierający postać człowieka, czy człowiek, który przybiera postać skarabeusza, to już czytelnicy muszą sobie sami wyrozumować. W każdym razie autor za jego pomocą prowadzi nas do straszliwego kultu, który składa ofiary z młodych dziewczyn oraz do jego kapłanki, którą trzeba pomścić albo która sama chce się pomścić, bo to nie jest jasno powiedziane. Dziwicie się pewnie, że nie przedstawiam ogólnego zarysu fabuły, ale tym razem po prostu wolałabym, żebyście odkryli sami wszystko, co książka ma do zaoferowania. Bowiem główni bohaterowie tej książki, ich imiona, nazwiska nic wam nie powiedzą. Wystarczy zatem, że powiem, że ona ma straszliwie niepokojącą atmosferę. Łagodzi ją trochę to, że jak na dzisiejsze czasy można ją odczytywać jako napisaną bardzo przestarzałym stylem. Ale taki podział powieści na cztery części opowiadane z perspektywy różnych bohaterów to chwyt stosowany rzadko i od niedawna. Wydawałoby się, że od niedawna, bo jednak Marsh zdaje się, że zastosował go jako pierwszy.
Kult. Oczywiście opisane obrzędy nie mają nic wspólnego z Izydą, ale czy nie stąd właśnie brała się inspiracja różnych filmowców, którzy raczyli nas obrazami typu właśnie kult, straszliwe wierzenia, potworne obrzędy? Tak, to wszystko pochodzi stąd. Z tej książki, która jest dzisiaj prawie nieznana. Czy warto ją przeczytać? Myślę, że tak. Właśnie chociażby po to, żeby poznać korzenie, z których wyrosły często bardzo popularne horrory, a także żeby nabawić się konkretnej fobii, jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju robactwo. Ponieważ jednak przedstawienie niezwykle plastyczne przez autora przedstawienie skarabeusza w jego formie rzeczywistej może doprowadzić do rzeczywiście zakorzenienia się w naszym sercu takiego lęku. Mamy tutaj do czynienia z antagonistą będącym z jednej strony straszliwym potworem wprost nie do opisania, z drugiej strony istotą paranormalną pochodzącą ze świata istniejącego obok człowieka. Trudno to inaczej określić.
Nie mamy w zasadzie do czynienia ani z Bogiem, ani z demonem. To jest po prostu przedziwaczna istota. Co z tym wszystkim ma wspólnego Izyda, którą skarabeusz podobno czci? Znając legendę o Izydzie nie ma nic. Znając obrzędy kapłanów egipskich ku czci Izydy tak samo, ponieważ to, co wyprawiają wyznawcy skarabeusza jest zupełnie czymś innym, natomiast bardzo pasuje do nastroju horroru. Zresztą niejeden raz właśnie scenarzysta filmowy sięgał do tego rodzaju obrazów, żeby wywołać u widza lęk, obrzydzenie i tak dalej. Jak widzimy, narodziło się to dość dawno i właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać. Być może tkwiło to w ludzkim umyśle i tylko zostało opisane przez Marsha, wyciągnięte. Także wszystkich zachęcam do przeczytania książki „Skarabeusz”. Tylko może lepiej nie wieczorem.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:35:39] - Proszę państwa, ja tu państwa tydzień po tygodniu nieustająco namawiam na nadsyłanie opowiadań i trochę jest to głos wołającego na puszczy. No ale nie tracę nadziei. Nie tracę nadziei tych, którzy opowiadania przesłali. Zapewniam, że te opowiadania pojawią się w audycji. Trochę czekam na wakacje, na ten czas luźniejszy. Wtedy te opowiadania znajdą swoje miejsce na antenie Już, tak jak mówiłem, pierwsze z nich są i na tej wakacyjnej antenie się pojawią w wykonaniu Marka Sęka "Ivelliosa" i przy mojej skromnej pomocy. Jakiej pomocy? Ja po prostu o tych opowiadaniach co nieco państwu powiem, a może też powiem troszeczkę autorom, bo sam wiem ze swojego doświadczenia, że kiedy ktoś inny opowiada ci o twoim opowiadaniu, to nagle zaczynasz w nim odkrywać więcej, niż chciałeś w nim zawrzeć. I ktoś może powiedzieć: „No to w takim razie to jest doszukiwanie się czegoś, czego tam naprawdę nie ma”. Nieprawda, proszę państwa.
Nasza podświadomość pracuje równolegle do naszych działań i bardzo często jest tak, że w opowiadaniach pojawiają się rzeczy, z których my do końca nie zdajemy sobie sprawy. Ja kilka razy coś takiego przeżyłem. Nie zawsze odnosiło się to do moich opowiadań, ale byłem świadkiem, kiedy dobry, otrzaskany literaturoznawca wytłumaczył autorowi, trochę się śmieję, bo to zabawna sytuacja była, o czym tak naprawdę napisał opowiadanie. I powiem państwu szczerze, autor, który był zadowolony z opowiadania, to kiedy usłyszał tę wypowiedź literaturoznawcy, to był z niego trzy razy bardziej zadowolony. To troszeczkę tak, jak kiedyś w dawnej sztuce molierowskiej ktoś sobie uświadomił, że przez całe życie mówił prozą. Troszeczkę tak ten autor uświadomił sobie, jak głębokie w gruncie rzeczy jest jego opowiadanie. A czy zdawał sobie z tego sprawę, czy nie, powiem państwu, to jest drugorzędne. Liczy się to, że przekaz płynie do odbiorcy. To tak tytułem teoretyzowania o literaturze. Podobne teoretyzacje będę wykonywał w przypadku nadsyłanych przez państwa tekstów.
Jest ich ciągle za mało, jak na moje oczekiwania. Cały czas namawiam. Marek pracowicie umieszcza pod kolejnymi audycjami zachęcajki, żeby te opowiadania nadsyłać, na co nieustająco liczę. Tytułem zachęty po raz kolejny odwołam się do nieboszczki audycji „ABW”, którą zamierzamy wskrzesić. Wspomnienia z „ABW” dzisiaj dotyczą odcinka 32. z 28 grudnia 2018 roku. Uświadommy sobie, że jakby tego nie liczyć, to już, ho, ho, proszę państwa, prawie siedem lat. Sam jestem zdziwiony. A dzisiaj dla państwa przygotowałem opowiadania z tej audycji, opowiadania autorstwa Marka Myszograja, opowiadanie „Akta”, Juriana, „Turystyka ekstremalna” i drugie opowiadanie Juriana, „Wasze, moje i barmana”, a czwarte opowiadanie to opowiadanie Roberta Zawadzkiego, „Głos pani”. Zapraszam.
[03:39:40] - Marek Myszograj, „Akta”. Książka w pomarańczowej oprawie. Część czwarta. Emilio Coletti jechał drogą Via Aurelia w kierunku rodzinnej Genui. Prowadził nowiutkie BMW Z4. Letnia pogoda i uśmiech siedzącej obok narzeczonej zapowiadały początek udanych wakacji. Oboje pracowali nad wspólnym projektem udowadniającym teorię nadciekłej próżni. Trzytygodniowy urlop miał być wytchnieniem od obowiązków, jakie nakładał Europejski Ośrodek Badań Jądrowych CERN. W radiu leciała przeróbka Lambady, a bryza z nabrzeża przyjemnie schładzała jadących w kabriolecie. Planowali na kilka dni zatrzymać się u rodziców Emilia, po czym resztę urlopu mieli spędzić na Karaibach.
Siedząca obok Monika przez dłuższą chwilę wpatrywała się w morze. Dłońmi próbowała zapanować nad rozwianymi włosami. Mężczyzna zerknął na partnerkę. Ta, nie odrywając wzroku, wyraźnie się w coś wpatrywała. Od strony morza słychać było ryk jakiegoś zwierzęcia. Po chwili kobieta, szturchając kierowcę, wskazała na niebo. Wysoko ponad taflą wody odbywał się spektakl kilku jasno świecących punktów. Ryk wyraźnie przybrał na sile, a nieregularnie fruwające światła nabrały kształtów. W pewnym momencie silnik przestał pracować i auto zaczęło zwalniać, by po chwili zatrzymać się na środku drogi. Ryk zwierzęcia skojarzyć można było ze zbliżającym się słoniem.
Jedno ze świateł zawisło dokładnie nad BMW. Monika zacisnęła dłonie na uszach. Była świadkiem, jak jej ukochany poderwał się i wzniósł w kierunku światła. Po chwili dźwięk trąby ucichł. Silnik ponownie przyjemnie zamruczał, a w radiu leciał kolejny summer hit z lat 90. – Coco Jamboo. Nazywam się Ness Wolski. Opowiedziałem tobie, w jaki sposób udało mi się oszukać wszechsystem. Byłem zakładnikiem. Przesłuchiwano mnie na posterunku Korpusu Krzewienia Cnot i Zapobiegania Złu, a tak naprawdę jestem zwykłym kierowcą międzydystryktowym.
Ostatnio wokoło zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Od momentu spotkania z typem, który potrafił zatrzymać czas, napotykają mnie same problemy. Niedawno wiozłem inspektora Korpusu. Na początku wydawał się być całkiem okej. Coś w nim było jednak nie tak. W pewnym momencie wcisnął jakiś przycisk w swojej małej walizeczce i przejął nade mną kontrolę. W efekcie tego spowodowałem wypadek drogowy i wylądowałem w szpitalu. Kobieta w pimse – tradycyjnym stroju pielęgniarki – uroczo poinformowała mnie, że być może przejdę zabieg hipotomii. Nastał wieczór i w szpitalnej sali zapaliło się światło. Uniosłem nieco dłoń z chipem i okalającą go opaską medyczną.
„Światło” – wydałem komendę, po czym zbliżyłem palec wskazujący do kciuka. Zadziałało. Oświetlenie nieco przygasło. Oznaczało to, że z chipem wcale nie jest aż tak źle. Zmęczenie było silniejsze i chwilę później zapadłem w głęboki sen. Obudził mnie dźwięk zbliżających się kroków i rozmowa dwojga ludzi. Mężczyzna w asyście pielęgniarki stał w progu sali. „Sabaha. Nazywam się Al Adilajdża i jestem ordynatorem oddziału cyberneurologii” – powiedział, podchodząc. – „Jak się pan czuje?
Mocno boli?” – wskazał na siniak w okolicy skroni. – „Wszystko w porządku, panie doktorze. Tylko nie bardzo pamiętam, jak tutaj trafiłem.” – „No dobrze, sprawdźmy zatem, co panu dolega.” Lekarz wyciągnął z kieszeni fartucha szkło i przyłożył je do migoczącej opaski medycznej na mojej ręce. Było nieco większe niż te, z których można prowadzić rozmowy, płacić i efektywnie zarządzać jednostką osobową. – „Ciśnienie w normie, EKG, EEG i FCG w normie. Brak śladów zakażenia, ale elektrolity są nieco obniżone.” Schował szkło z powrotem do fartucha, po czym przyjrzał się mojej szyi, włosom i zajrzał pod pachy. „Mhm” – mruknął i dodał: „Za chwilę, panie Ness, sprawdzimy pana zmysły. Później jeszcze kilka badań ruchomości, siły w kończynach górnych i dolnych, badanie odruchów powierzchownych i głębokich oraz neuroimpulsów.” Musiałem coś wymyślić. Hipotomia diametralnie zmieniała człowieka. Czasami otrzymywałeś po zabiegu nową osobowość, ale niekiedy zezwierzęcało delikwenta.
Odpadł numer z zatruciem pokarmowym, ale coś mi chodziło po głowie. Doktorek wspomniał przecież o obniżonym poziomie elektrolitów. Na sali po serii męczących badań pojawił się ponownie ów doktorek. „Panie Ness” – zaczął, przeglądając wyniki badań w szkle. – „Z tego, co tutaj widzę, to nic panu nie dolega. Pańskie nagłe omdlenie i dość długotrwała, bo kilkunastogodzinna śpiączka nie są czymś typowym. Jeśli pana wypiszę z oddziału, to nie będzie mógł pan tak po prostu wrócić do wykonywanego zawodu. Sugerowałbym zabieg.” – „Panie doktorze” – przerwałem, nie pozwalając mu dokończyć. – „Jest coś, o czym wcześniej pana nie poinformowałem. Bałem się konsekwencji prawno-finansowych.” Wziąłem głęboki oddech i kontynuowałem: „Przez pewien czas nie zażywałem dziennej dawki rtęcioalustinu.” Mówiąc to, spojrzałem na doktorka.
Źle się czułem po nim. Miałem nudności i męczyła mnie biegunka. Zamierzałem sensownie wyjaśnić wypadek z moim udziałem i musiałem być przy tym wiarygodny. Gdybym opowiedział doktorkowi historię o inspektorze, o jego walizce, to zapewne od razu trafiłbym na hipotomię. Odstawienie rtęcioalustinu było faktem. Wystarczyło więc logicznie połączyć niewielkie kłamstwo z częścią prawdy. – „Kilka dni temu” – kontynuowałem grę – „oparzyłem się przy nastawianiu koffisera. Mokrą dłonią niefortunnie dotknąłem dyfuzora i przyjąłem bezpośrednią dawkę strumienia. W efekcie trochę namagnetyzowało mnie.” Doktorek coś skrzętnie notował po szkle. Cóż, za odstawienie leku będę musiał ponieść konsekwencje karno-finansowe.
Czułem jednak, że podążam właściwą drogą. – „Może pan sprecyzować stopień namagnetyzowania?” – „Niewielkie, panie doktorze” – blefowałem. – „Przede wszystkim nie mogłem zapanować nad oświetleniem, szkłem i tym wszystkim, co miało elektronikę, czyli w zasadzie wszystkim. Najciekawsze efekty namagnetyzowania widoczne były na ulicy, jak na przykład przechodziłem obok holoreklamy.” – „Dobrze, panie Ness” – przerwał mi. – „To by wiele wyjaśniało. Widocznie utrata świadomości i ten wypadek był efektem nagłego rozmagnesyzowania. Z badań oraz z tego” – wskazał palcem na liczne instrumenty pomiarowe – „że ta cała aparatura nadal działa, wynika, że namagnetyzowanie ustąpiło. To by wiele wyjaśniało, panie Ness.” – „Czyli wypuści mnie pan na wolność?” – zapytałem z uśmiechem. – „Tak, oczywiście. Nie obędzie się jednak bez małych problemów.
Będę musiał za chwilkę wysłać raport o samowolnym odstawieniu rtęcioalustinu. Zapewne zwiększą panu przez to składki zdrowotne i otrzyma pan mandat karny, ale w zamian zlecę również coś na te pańskie nudności i biegunkę.” Środki finansowe uszczupliły się dość znacznie i musiałem zaciągnąć kredyt. Na razie miałem stałą robotę i kwalifikacje międzydystryktowe, to nie było potrzeby zastawiać krwi, osocza lub organów. Dostałem zwolnienie lekarskie. Byłem więc świadomy, że warunki kredytowe mogą w krótkim czasie ulec zmianie. Leżała tak, jak ją zostawiłem, w pomarańczowej oprawie na nocnym stoliku. Usiadłem na łóżku i chwyciłem po nią. Sam nie wiedziałem, czego mogłem się po niej spodziewać. Otworzyłem w miejscu, gdzie znajdowała się jedna z licznie powtykanych kartek. Był to wycinek z jakiejś starej gazety pełniący funkcję zakładki.
Napis umieszczony nad zdjęciem brzmiał: „Regularne wzięcia”. Pod nagłówkiem na fotografii było widać jakąś postać unoszącą się nad ulicą. Sporo ludzi wskazywało na coś palcami w kierunku nieba. Artykuł poniżej informował: „Naoczny świadek zarejestrował moment wzięcia kolejnej osoby. Na oczach tłumu w kierunku przelatującego obiektu wzniósł się burmistrz miasta Baltimore. Był osobą charyzmatyczną i wszechstronną. Inżynier z wykształcenia, pasjonat filozofii i poliglota, uwielbiany przez lokalną społeczność”. Odłożyłem wycinek i zacząłem śledzić tekst książki. „Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto zjawił się wóz ognisty wraz z romakami ognistymi i rozdzielił obydwóch, a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. Elizeusz zaś patrzał i wołał: »Ojcze mój, ojcze mój, rydwany Izraela i jego jeźdźcy!« I już go więcej nie ujrzał”.
Otworzyłem na kolejnej stronie z wetkniętą zakładką. Tym razem zdjęcie przedstawiało kilka osób stojących na balkonie. Jedną kojarzyłem. Był to wysoki mężczyzna ubrany w biały płaszcz, z szerokim uśmiechem na twarzy. Towarzyszące mu istoty miały żółte przepaski na szarych tułowiach. Były to stworzenia niskiego wzrostu z wielkimi czarnymi oczami i nieproporcjonalnie dużymi głowami. Ponownie zacząłem śledzić fragment książki. „A potem widział, a oto otworzony był kościół przybytku świadectwa na niebie i wyszło z kościoła siedmiu aniołów mających siedem plag, obleczonych płótnem czystym, przepasanych na piersiach złotymi pasami”. Jak na razie nic z tego nie rozumiałem. W zasadzie powinienem to wszystko dobrze pamiętać.
20 lat z hakiem to przecież nie taki duży okres czasu, a najwyraźniej wspomnienia już się ulotniły. Otworzyłem książkę w miejscu, gdzie umieszczona była kolejna zakładka. Tym razem obrazek na niej nie był już tak obcy. Zdjęcie przedstawiało dwie osoby – lekarza dokonującego zaczipowania i osobę zaczipowaną. Tekst poniżej głosił: „Pacjenci tłumnie oblegają szpitale i punkty szczepień. Zaczipowani nie chorują, a szalejąca hipergrypa ustępuje. Zespół lekarzy należących do WHO ponadto dodaje, że chipy będą odpowiedzialne również za naszą pamięć, przemianę materii, ilość hormonów, ciśnienie krwi i wiele innych”. Tak, teraz sobie przypominam. Chipy regulowały organizm w taki sposób, żebyśmy całkowicie przestali chorować. Pamiętam, jak mówiono o cudzie.
Pamiętam reklamy Rtęciolustinu firmy Farsyntech. Pamiętam, jak staliśmy się pokorni i obojętni. I pamiętam, jak pojawili się oni. Spojrzałem w tekst książki. „I sprawia, że wszyscy, mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło. I że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia, imienia bestii lub liczby jej imienia”. Miałem dość. Wypadek, pobyt w szpitalu i ta cała książka w pomarańczowej oprawie. Środki przeciwbólowe, jakie podano mi w szpitalu, powoli puszczały i głowa dosłownie pękała. Ległem w łóżku, przykrywając się kołdrą i zasnąłem w nadziei ukojenia bólu.
Babcia siedziała w fotelu, klepiąc różaniec. Uniosła głowę, nie przerywając modlitwy. Podszedłem bliżej. Stała przede mną, patrząc mi prosto w oczy. „Durniu, nie bierz tego”. W ręku trzymała Rtęciolustin. „Mówię do ciebie, durniu, nie bierz tego”. Palcem wskazującym drugiej ręki zaczęła stukać po opakowaniu lekarstwa. „Nie bierz tego pod żadnym pozorem, rozumiesz?”. Chwilę później uderzyła paczką Rtęciolustinu po mojej głowie.
Stałem tępo, pozwalając przyjmować ciosy. Bum, bum, bum, bum, dum, dum, dung, ding, dong, ding, dong, ding, dong. Dzwonek do drzwi wyrwał mnie ze snu. Ding dong, ding dong. Wygramoliłem się z łóżka i powlokłem w stronę drzwi. Zaspanemu nie przyszło mi do głowy, aby sprawdzić, kto tak skutecznie się dobijał. Otworzyłem drzwi i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem go. „Saba!” Przywitał się, jak gdyby nigdy nic. „Miło pana ponownie widzieć, panie Ness”. Ten inspektor, którego wiozłem i który spowodował wypadek i pobyt w szpitalu.
To wszystko przez niego. I on tu teraz stał naprzeciwko w przyciemnianych okularach, ubrany w garnitur ze swoją walizeczką w ręku. „Pozwoli pan, że wejdę do środka?” – pytając, skinął w stronę mieszkania. Julian. Turystyka ekstremalna. Po przejściu kilku kilometrów, błądząc skrótami wąskich uliczek z niezwykle ciężkim plecakiem na grzbiecie, byłem dobrze rozgrzany, ale jeszcze nie spocony. Mokra koszulka przy minus piętnastu to coś, co potrafi schłodzić każdą wyprawę. Zawsze zabierałem kilka na zmianę i tym razem w bocznej kieszeni plecaka miałem jedną, schowaną tak, żeby była łatwo dostępna. Doszedłem do małej drewnianej budki. Co normalne o tej porze – zamkniętej na głucho.
Szlaban zostawili otwarty. Uśmiechnąłem się blado. Świat mi dziś sprzyja. Powinien stać tam jeszcze czekający na mnie sygnalizator z wiecznie świecącym zielonym światłem. Co pomyślałbym, gdyby jednak paliło się czerwone? Z pewnością, że świat się myli. Jak zwykle. Wszedłem do lasu. Mróz – z jednej strony zabójczy, w drugiej wykorzystywany do leczenia schorzeń. Powstała cała dziedzina nauki – krioterapia.
Takich paradoksów było więcej. Związek w czosnku nadający charakterystyczny smak albo w papryce odpowiedzialny za ostrość to trujące alkaloidy. W małych ilościach powodowały wzmocnienie sił obronnych organizmu. Delikatne podtruwanie substancjami teoretycznie zabójczymi w przypadku nadmiernego spożycia. Na szczęście nikt nie zje naraz kilku kilogramów papryki, której niewielki kęs parzy podniebienie niczym wrzątek. Najbardziej ekstremalny przykład, który przyszedł mi do głowy, to przyzwyczajenie organizmu do silnych trucizn tak, żeby przetrwać próbę otrucia. Nie miałem ochoty głębiej wchodzić w temat, ale być może wszystko, z czym człowiek ma do czynienia, jest jednocześnie trucizną i lekarstwem. Ogień, który ogrzeje lub spali i woda, która ugasi ogień, nazywana matką życia. Podobno wystarczy wypić w krótkim czasie osiem litrów zwykłej życiodajnej wody, aby tak rozrzedzić elektrolity we krwi, że serce przestanie bić. Kłamstwo, które pozwoli żyć i prawda, która zabije.
Miłość, której pragniemy i poszukujemy, często okazuje się toksyczna, a nienawiść bliskiej osoby może wzmocnić charakter. Zdarza się ojciec, który spłodził dziecko w akcie miłosnym tylko po to, żeby śmiertelnie pobić niemowlę. Powstrzymałem falę przykładów. Co mnie to wszystko obchodziło? Śnieg skrzypiał pod nogami. Od jakiegoś czasu był to jedyny dźwięk, który dochodził do moich uszu. Może za wyjątkiem ciężkiego oddechu. Błyszczące punkty na ścieżce jak rozsypany diamentowy pył. Kryształki lodu świeciły, odbijając światło latarki. Ścieżka zaczęła wić się pod górę.
Odliczałem kroki i przystawałem co kilkadziesiąt. Schylony łapałem oddech. W ten sposób pozwalałem odpocząć kręgosłupowi. Przez te krótkie chwile ciężar plecaka mniej doskwierał. Biel wokół. Czapy świeżego puchu nawet na najcieńszych gałązkach. Powyżej bezchmurne niebo. Pasek czerni pomiędzy koronami drzew był jak negatyw drogi. Widziałem sierp księżyca, Wielki Wóz, Plejady. Reszty gwiazd nie znałem.
Po prostu były. Nie działo się nic. Góry, las, gwiazdy i ja. I mróz. On tu był najważniejszy. Po godzinie męczącego marszu zobaczyłem osiągnięty efekt. Stanąłem przy niewielkiej przecince. W olbrzymiej dolinie roiło się od świateł. Zakopane potrafiło zrobić wrażenie. Po latach spędzania tu urlopów wrażenie większe z wysokości niż zwiedzając miasteczko na wyciągnięcie ręki.
Do celu pozostało mi pół godziny drogi. Dokładnie tyle samo czasu do końca roku. Natrętna myśl, która zakiełkowała chwilę wcześniej, nie dawała mi spokoju. Nie byłem pewien, czy zabrałem ze sobą faktury. Głupia sprawa, ale zależało mi, żeby cały sprzęt, który wnosiłem do góry, miał certyfikaty i dokumenty z terminem zakupu. Niepokój trochę jak po zamknięciu drzwi, kiedy człowiek przekręci klucz, myśląc o czymś innym. Wątpliwości ogarniają już piętro niżej i narastają tak długo, aż zapadnie decyzja o powrocie pod drzwi i sprawdzeniu przez zdyszanego gapę, że oczywiście są zamknięte. W końcu zniecierpliwiony droczeniem się z samym sobą zrzuciłem plecak w śnieg. Momentalnie odczułem powiew wiatru na mokrych plecach. Zdjąłem grube rękawice i sprawdziłem górną kieszeń.
Papiery były tam, gdzie powinny, chronione koszulką zesztywniałą od zimna. Klepnąłem się w kilka kieszeni. Chwilę to trwało, zanim uświadomiłem sobie, że nie zabrałem telefonu. Zegarek miałem na przegubie ręki, ale nosiłem go tak rzadko, że zatraciłem odruch podnoszenia lewej ręki na myśl o sprawdzeniu godziny. Za dwie minuty północ. Przyspieszyłem, żeby zdążyć dojść do kolejnej przecinki i nie uronić nic z widowiska. Już po chwili znalazłem dobry punkt obserwacyjny. W mroźną noc stałem z dala od cywilizacji i czekałem. Fajerwerki wystrzeliły w kilku miejscach. Z biegiem czasu było ich coraz więcej.
Tanie zestawy z marketów nie porywały efektownością, ale było ich na tyle dużo, że przez chwilę utworzyły kolorowy parasol nad miasteczkiem. Pomyślałem, że pierwszy raz oglądam sztuczne ognie od góry. I ostatni. Stłumiony odległością huk wystrzałów zlewał się w jeden hałas. Stojąc bez ruchu od kilkunastu minut zacząłem marznąć. Spektakl dogasał. Założyłem plecak i zamyślony ruszyłem w drogę. Doszedłem po chwili do wybranej koleby. Zrzuciłem z grzbietu ciężkiego muła. Machnąłem dwa razy nogą, aby pozbyć się patyków stawianych dla wygłupów przez turystów.
Niby dla podparcia nachylonej ściany. Bzdurny zwyczaj, strata czasu i energii. Ale może to i lepsze niż żałosne wrzucanie drobniaków do tatrzańskich stawów, głównie do Morskiego Oka. Wieszanie kłódek na mostach także nie kojarzyło mi się z wielką miłością, bardziej z uwięzieniem. Wyjąłem suchą koszulkę i rozłożyłem ją na plecaku w taki sposób, żeby móc ją jak najszybciej założyć. Skoncentrowany na każdym ruchu zdjąłem polar i zabrałem się za ściąganie mokrej podkoszulki. Szło opornie. Kleiła się do ciała. Kiedy ją w końcu zerwałem, trochę na siłę, otoczyły mnie opary unoszące się z wilgotnego ciała. Sprawnie naciągnąłem suchą.
Doświadczony zrobiłem to tak szybko, że nie zdążyłem poczuć przeraźliwego mrozu. Odkąd pamiętam, nie lubiłem zimna. Ktoś mógłby zarzucić, że postępowałem idiotycznie. Może i tak, ale potrzebowałem odrobiny komfortu. Usiadłem skulony w zagłębieniu skały. Analizowałem ostatnie miesiące, tygodnie i dni. Zbyt dużo złego się wydarzyło. Na każdym polu. Samotny bankrut. Te dwa słowa określały wszystko najlepiej.
Spojrzałem na plecak. Pomyślałem o zawartości. Czy zrozumieją, dlaczego wniosłem tu faktury? Może pomyślą, że oto w góry wybrał się kolejny pomyleniec, jakich szczyty przyciągały wielu. Wyjąłem dokumenty i długopis, który zawilżył się w kieszeni komina. Musiałem trochę pochuchać na końcówkę, żeby zaczął pisać. Po kilku próbach, robiąc kółka na jakimś papierku, zgrabną ręką dopisałem: „Przepraszam, że narobiłem wam kłopotu. Mój wybór takiej metody wziął się ze strachu i z miłości do gór. Cały sprzęt dla was. Chcę, aby pomógł ratować tych, którzy chcą żyć.
Żegnajcie”. Teraz mogłem być spokojny, że zrozumieją. Nie chciałem czuć, jak mróz kąsa, raczej wychłodzić się powoli i zasnąć. Tory kolejowe, skok z mostu, gaz. To wszystko było zbyt dramatyczne. Wymagało odwagi i jakiegoś nagłego impulsu. Całe życie planowałem. Cóż, taki charakter. Może gdyby było lato, zdecydowałbym się na tabletki. Ale była zima.
Naczytałem się w internecie, jak wygląda powolne zamarzanie. To było coś w sam raz dla mnie. Odchodzenie z tego świata mogło trwać dłużej, ale chciałem, żeby wszystko odbyło się spokojnie i bezboleśnie. Dlatego zmieniłem koszulkę. Dlatego zmieniłem narciarskie rękawice na ogrodnicze wampirki. Nie chciałem narażać się na odmrożenia, zanim nie zasnę. Po długim czasie przestałem się trząść. Przestałem odczuwać chłód. Zrobiłem się sępy. Tak bardzo, że trudno było mi skupić uwagę na własnych myślach.
One chyba zamarzały pierwsze. Zmęczenie było tak ogromne, że nie potrafiłem wyobrazić sobie wykonania najmniejszego ruchu. Było mi dobrze ze świadomością, że niczego nie muszę. Nie muszę się poruszać, nie muszę nigdzie wracać. Nie muszę niczego zaczynać. Nie muszę żyć. Siedziałem skulony w sobie tak bardzo, jak to możliwe, z kolanami podciągniętymi pod brodę i dłońmi schowanymi pod pachami. Było dość jasno. Księżyc gdzieś zza pleców oświetlał puszysty śnieg. Myśli przepływały bardzo powoli i nieskładnie.
Tak, jakby w głowie przenoszone były przez zbyt gęstą krew. Bez emocji zauważyłem, że ograniczyło się moje pole widzenia, jakbym na zamglony świat patrzył przez grubą tubę. Może mi się tylko wydawało i tak było zawsze. Odległy świat. Już nie mój. Byle się nie poruszyć. Momentami zamykałem oczy, aby po chwili je bezwiednie otworzyć. Organizm bronił się przed zaśnięciem resztkami sił. Nie wiedział, co dla mnie najlepsze. Zobaczyłem jaskrawe światło na końcu tunelu.
Nieruchome. Czułem, że to ja powinienem iść w jego stronę, ale nie potrafiłem. Nie wiedziałem, czy mam oczy. Reszty ciała z pewnością nie. Po jakimś czasie, który wydawał się bardzo długi, światło powoli i płynnie zaczęło się zbliżać. Tylko oślepiająca biała kula i ja. To Bóg. Albo anioł, albo tylko kierunkowskaz do Boga. Latarnia Boska. Światło przygasło, a zaskoczył mnie ból, który się nagle pojawił.
Coś próbowało zniszczyć moją harmonię. Bulgotanie, szumy i pomruki. Nie mogłem się skoncentrować. Starałem się to wszystko odrzucić siłą woli. Zanim zasnąłem na dobre, coś zaczęło mną szarpać. Niedźwiedź? Wilk? Zastanawiałem się obojętnie urywanymi myślami. Dotarło do mnie, że muszę uciec do tego wspaniałego światła. Tam czułem się bezpiecznie.
Zasnąć. Zasnąć natychmiast i jeszcze raz ujrzeć światło. Tym razem pójdę w jego stronę. Nie wiedziałem, jak to zrobię, ale wiedziałem, że muszę spróbować. Szczęśliwie pojawiło się po chwili. Niestety towarzyszyło mu jeszcze silniejsze szarpanie. Gniewne pomruki powoli nabierały znaczenia. „Budź się! Rusz się, człowieku!” Zostaw. Chciałem to wypowiedzieć, ale z drewnianych ust wydostał się tylko cichy jęk.
Bolało całe ciało. To mnie nieco otrzeźwiło. Świadomość powoli wracała. „Słyszysz mnie?” Głos pojawił się blisko. Rozumiałem sens, ale nie wiedziałem tego, który mówił. „Tak” – wyszeptałem. Coś na mnie zarzucił. Szarpał za głowę. Wiedziałem, jak podnosi moją dłoń i ją masuje. Nie czułem tego.
Odpływałem, ale on nie dawał za wygraną. W końcu nastąpiło najgorsze. Próbował mnie podnieść. Przelewałem się przez jego ręce jak wór z wodą. W końcu podniósł mnie do pionu. Podtrzymywany w pół jakoś stałem. Długo coś mówił, ale tak szybko, że nie nadążałem go zrozumieć. „Schodzimy. Powoli. Stawiaj małe kroki.” Głos miał miękki, ale stanowczy.
To światło. Ta jego czołówka. Olśniło mnie, kiedy spojrzał mi w twarz. Starałem się wykonywać polecenia. Nie wiedziałem, czemu to robię. Jak bezmyślna kukła ucząca się chodzić. Sztywne mięśnie i zastygłe stawy. Nie panowałem nad nimi. Jakimś cudem wykonałem pierwszy krok. Kolejne były odrobinę łatwiejsze.
Powoli przypominałem sobie, gdzie się znajdowałem, a co najważniejsze dlaczego. „Ale ten twój plecak ciężki. Kamieni tam napchałeś?” „Sprzęt. I lina dla topru.” Z trudem wypowiadałem słowa. „Wezwałem już pomoc. Idziemy im naprzeciw. Zaraz sam im dasz te prezenty.” „Dziękuję. Uratowałeś mi życie. To chyba dla mnie dobrze.” „Nie dziękuj. Ty mi też.” Wtedy nie rozumiałem, co do mnie powiedział.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy i pogadamy. Bo możemy obydwaj. Zakopane, grudzień 2018 roku. Iorian. Wasza, moja, Impermana. Tego dnia zbiegły się dwa wydarzenia: moje 50. urodziny i ważne spotkanie w samo południe. Nastrój na wieczornym przyjęciu w dużej mierze zależał od tego drugiego. Zawiązałem krawat. Musiałem wyglądać nienagannie, chociaż wiedziałem, że dobrze dopasowana koszula i marynarka, markowa woda toaletowa, uśmiech przyklejony do twarzy to trzeciorzędne duperele, które niewiele dadzą.
Dużo ważniejszy był humor, na jaki losowo trafię, wrednych bab i smętnych facetów. Nastrój frustratów, którzy w życiu nie doszli do niczego, mających odrobinę władzy i lubujących się w przetrącaniu skrzydeł innym. Łatwo nie będzie. Na termin czekałem kilka miesięcy. Byłem podekscytowany, ale jednocześnie niespokojny o los mojej książki. Pierwsza powieść, dobrze przemyślana, wypieszczona i z dużą dawką wesołych dialogów. Przyjaciele przestrzegali, że jest trochę kontrowersyjna, nawet delikatnie sugerowali pewne zmiany. Nie sądziłem, że są potrzebne. Pozostawiłem wszystko tak, jak sobie wymyśliłem. Wszedłem do sporej sali.
Komisja siedziała za połączonymi stołami jak jakieś partyjne prezydium. Osiem osób, kobiety i mężczyźni pół na pół. Przypadek czy i tu dotarł parytet? „Nazwisko autora?” „Kracy.” „To znaczy imię i nazwisko poprosimy.” „Pan Kracy Kracy.” „To ten” – mruknął pod nosem do podsuszonej blondynki jeden z komisarzy. „To ten tytuł. Zaraz, gdzie ja go miałem?” Zorientował się, że usłyszałem i głupawo starał się zamaskować gafę. Przeglądał gorączkowo papiery. „Żyd Wieczny Obierże Świat.” Podsunąłem usłużnie tytuł. „A, no właśnie. Dyskutowaliśmy trochę nad książką autora.
Tak, interesująca, bardzo interesująca. Tylko czemu autor nie poszukał sobie sponsora?” „Chcę ją wydać za akceptacją Państwowej Komisji Oceny Sztuki.” „Świetnie. Przyznam, że dzięki ścieżce sponsorskiej autor uniknąłby zbędnych komplikacji.” – skomentowała ze zjadliwym uśmiechem ta siedząca najbardziej po lewej. „A my niepotrzebnej roboty.” – dodała bezczelnie inna. „Szanowna pani, myślałem o takiej drodze, ale dziś trudno napisać coś sensownego, jeśli sponsor wymaga 25% reklamy w treści i to po długich negocjacjach. Proszę się zwracać Wysoka Komisjo, a nie do poszczególnych członków, bo to zbyt personalne.” Tworzymy ciało kolegialne. Przewodniczący pouczył profesorskim tonem. No cóż, to prawda, że procenty wzrastają. Takie mamy czasy. Nie chciałem pisać powieści, której akcja rozgrywa się w filii jakichś tam zakładów, gdzie szczęśliwa załoga ma świetne warunki pracy, a produkty są tanie i rewelacyjnej jakości.
Dobrze, proszę mi powiedzieć, dlaczego główny bohater książki autora jest trochę kontrowersyjny. Czemu ma to służyć? A co w nim kontrowersyjnego? To może ja przeczytam z naszych notatek. On... O, mam. Tęga kobieta podniosła wyżej jedną z kartek. To czarnoskóry Żyd. Ma orientację homoseksualną. Do tego jest imigrantem, ekologiem i cyklistą.
I wegetarianinem – dodałem szybko, uśmiechając się cały czas. I, o właśnie – pokiwała głową. Jak mógłbym najprościej odpowiedzieć szanownej komisji? Tak mogło się zdarzyć. Po prostu. Mógłby być białym katolikiem, rozwodnikiem, prawdziwym Polakiem, palić w piecu śmieciami i jeździć zabytkowym polonezem. Ale taki nie jest. Powieść nie przejdzie na kolaudacji bez zaproponowanych przez nas zmian. Mam nadzieję, że jest to dla autora jasne. Członek komisji przerwał na moment rozmowę z kolegą, aby jasno wyrazić opinię.
Dotarł do mnie sens jego słów. Bezceremonialny, ale i w pewien sposób szczery szantaż. Przecież to nieważne, jak wygląda i w co wierzy. Wszystko, co go spotyka na stronach książki... Może powiem inaczej. Jeśli nie byłby taki, jak go opisałem, nie byłoby powodu, żeby inni go atakowali i nie mógłby przekuwać zła w dobro. Proszę zwrócić uwagę, że spotyka się z niechęcią, ale po bliższym poznaniu, kiedy ludzie odkrywają w nim normalnego człowieka, wesołego, chętnego do pomocy, to na koniec traktują go nawet jak swego przyjaciela. Moja książka ma wymiar edukacyjny. Uczy, bawiąc. Autor pierwszy raz na komisji?
Tak. Pierwsza książka. Pierwszy raz. Mam wrażenie, że autor nie rozumie, jak dziś działa rynek wydawniczy. W innych krajach pewne tematy nie przejdą. Trzeba to zmienić. Ale ja nie chcę wydawać książki w innych krajach, tylko tu u nas. To nie takie proste. A jeśli powieść autora stanie się bestsellerem? Oczywiście po wprowadzeniu zmian.
Co wtedy? Kiedy autor wyda ją tylko u nas. Straci autor, straci państwo polskie. To bardzo ważne, żeby nasza kultura była rozpowszechniana na całym świecie. Słyszałem, że jest taka opcja, żeby dostać debiut tylko na kraj. To się nazywało chyba mały debiut. Od roku nie wydajemy już takich pozwoleń. Przepisy się zmieniły. To co ja mam właściwie zrobić? Po pierwsze przetłumaczyć książkę na pięć języków obcych: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski i do wyboru chiński lub hindi.
To będzie kosztowało majątek. Nie wiem, czy mnie stać. Zapewne nie. Jeśli autor wybierze tłumaczy współpracujących z naszą komisją, to zaoszczędzi na kontroli jakości tłumaczenia. Sądzimy, że warto zapłacić trochę więcej za tłumaczenie i mieć święty spokój. A jak wygląda cennik? Autor poszuka sobie w internecie. Jak już będę miał tłumaczenia, to... Nie, wcześniej trzeba wprowadzić zmiany. Do każdego tłumaczenia inne.
Dam przykład. I tak w Szwecji bohater nie będzie mógł mieć określonej płci. Można to zrobić na dwa sposoby: albo autor nie będzie określał płci w tekście, wszystko bezosobowo, albo łatwiej raz określać ją jako kobietę, czasem jego – jako mężczyznę. Ważne, żeby mniej więcej pół na pół. We Francji musi być ateistą, ale spokojnie może być męskim homoseksualistą. W krajach arabskich znów nie przejdzie Żyd. Dalej... Aha, jeszcze Szwecja. Nie pamiętam, czy tam nie warto by zmienić. A u nas?
Szedłem nerwowo w zdanie. Chyba nie trzeba nic zmieniać. A dlaczego nie może być Polakiem? Odpowiedział pytaniem przewodniczący. Bo to będzie powodować konieczność zmiany całej treści. Na moim czole pojawiły się krople potu. Nie, dlaczego? Może być Polakiem, imigrantem ze Stanów Zjednoczonych. Czarnoskórym? Na poważnie zacząłem uważać, że biorę udział w jakiejś farsie.
Tak, Terceronem. Ojciec Polak, a matka pół Polka, mulatka. Tak nie wystarczy? I po co te skrajności? I nie Żyd, ale na przykład świadek Jehowy. Też nie są specjalnie lubiani. Podsuszona wyartykułowała swą genialną myśl. Świadek Jehowy wieczny obieżyświat? Dopytałem zaskoczony. A co się autor tak upiera?
Ja już mam świetny tytuł „Terceron podróżnik”. Koleżanka po marszczonej przejęła pałeczkę. To niech pani jeszcze treść książki do tego dopisze. Będzie co czytać. Trochę mnie chyba poniosło. „Sarkazmem niewiele pan ugra” – skrzywiła się podsuszana. „Wysoka Komisjo, nie chciałem nikogo urazić. Tytuł świetny. Warto byłoby dopisać resztę. Tak uważam.” „My nie zajmujemy się pisaniem.
Mamy ważniejszą rolę. Z całych tomów wyprodukowanej treści i setek kilometrów taśmy filmowej wybrać to, co jest naprawdę wartościowe.” „Czy tłumaczenie to jedyny koszt? Nie będzie żadnych ukrytych albo drobnym druczkiem?” Możliwość podzielenia się książką z czytelnikami oddalała się z każdą chwilą. „Ależ proszę pana, u nas nie ma ukrytych kosztów. Wszystkie są jawne, prawda, panie przewodniczący?” „Oczywiście wszystko jest jawne i transparentne. Pozostaje stawka od egzemplarza. Tu w zależności, jaki standard autor wybiera.” „Myślę, że najtańszy w miękkiej oprawie.” „Nie o to chodzi. Okładka nie interesuje Wysokiej Komisji. Standard to czas przydatności do czytania. 30, 50 lub 70 lat.
Po zakończeniu wykupionej przydatności do czytania książki rozsypują się w proch. To nowa technologia. Wprowadzamy ją eksperymentalnie od tego roku. Wiadomo, im dłuższy czas, tym drożej.” „Nie mogę sobie pozwolić na więcej niż ten najkrótszy. Po 30 latach przestanie istnieć?” Zbaraniałem, ale twardo, wbrew coraz bardziej napiętym mięśniom twarzy, uśmiechałem się nadal. „Niemal. Zostanie wersja cyfrowa dla potrzeb nauki. Jeśli Wysoka Komisja Humanistyczno-Historyczna uzna jakąkolwiek wartość dla celów naukowych.” „Standardowa stawka w tym roku to 1 euro za sprzedany egzemplarz” – podpowiedział nachylony nad tabelami siwy jegomość. „Drogo. Wysoka Komisja wie, że nie mam sponsora?” „Przepisy są nieubłagane.
Jeśli autor chce wpływać na opinię publiczną, przekazywać czytelnikom swoją wizję świata, to musi kosztować.” „Przecież w mojej książce są bardzo pozytywne treści podane w przystępny sposób. Powieść daje do myślenia.” „Dobro, zło to pojęcia względne. Do myślenia daje także trybunał ludu z maja 1969 roku, co nie znaczy, że powinniśmy ją wznawiać. Ze streszczenia powieści nie wynika nic o pozytywnych treściach.” „Jak to? Wysoka Komisja nawet nie przeczytała mojej książki?” „Czytanie to nie nasza rola. Mamy profesjonalne opracowanie. Czy autor wie, ile książek, filmów, przedstawień teatralnych mamy do oceny? Tylko dziś jeszcze dwa filmy. Swoją drogą jeden z nich, 'Szynka Harnasia cięta garlachem' to prawdziwe arcydzieło. Aż ślinka cieknie.” Tęga z mlaśnięciem oblizała usta.
„Niby jest tam trochę reklamy, ale mało kto się połapie, że dawny serial o Janosiku i jego jaśkini pod szczytem góry w słowackich Tatrach został poprawiony. Z drugim będzie więcej roboty, bo to film, który w pewien sposób opluwa Polaków. Musimy mocno poprawić 'Misia'." Urzędnik w fioletowej marynarce skrzywił się na samą myśl o tytule. „'Misia'? Tego 'Misia'?” Zdumiony aż cofnąłem głowę, jakbym oberwał kołkiem w czoło. „Nie wiem, czy tego. 'Misia' Barei.” „Przecież to komedia. I śmieszna, co istotne. Co tam zmieniać?” „Autor nie rozumie, że świat przedstawiony w krzywym zwierciadle tego dzieła jest odbierany na całym świecie. W społeczeństwie, nawet w czasach socjalistycznych, większość obywateli to byli normalni ludzie.
Nie możemy sami z siebie robić pośmiewiska.” „W kinach Mozambiku oglądają 'Misia'?” „Być może tak, a może nie, ale mają taką możliwość. Musimy zrobić wszystko, żeby film, jaki do nich dotrze, był zgodny z linią narodowego planowania wizerunku i historii. Szanowny autorze, my tu gadu-gadu, a za chwilę kolejna kolaudacja. Komisja musi zrobić sobie przerwę na kawę. Autor sam widzi, że mamy ciężką pracę.” „Tak, oczywiście. Ale co z moją książką?” „Proszę wystąpić o kolejny termin. Tym razem nie trzeba naklejać znaczków skarbowych. Sądzimy tak z doświadczenia, że na trzech, czterech spotkaniach się skończy. Żegnamy autora i życzymy powodzenia w dalszej pracy twórczej.” Szedłem do najbliższej restauracji. Barman na mój widok wyjął oszronioną butelkę Wyborowej.
„Pięćdziesiątka czy setka?” „Trzy pięćdziesiątki i tonik. Zimny.” Wypiłem trzy stopki jedna po drugiej, zanim barman nalał napój. „Co, z komisji?” „Tak” – zawahałem się. „To widać. Panie, szef to geniusz, że znalazł taką miejscówkę. Do 16:00 robimy połowę dziennego utargu. Po co dancingi? Po co szwedzkie stoły? Co pół godziny mamy klienta, który przepija wszystko z portfela.” „Wracają?” „Rzadko. Piją raczej raz i na smutno.” „To jeszcze dwie pięćdziesiątki.
Wypiję przy stoliku.” Otarłem pot z czoła i spojrzałem z niechęcią na gmach za przyciemnioną szybą. „Po co mi w takim razie zawracali dupę?” Rok pracy. Gdzie! Prawie półtora. A teraz ciułać na tłumaczenia, odkładać kolejny rok, dwa. Opróżniłem kolejny kieliszek. Jakoś wódka dziś nie działała. Może stres zaduszy? Przypominałem sobie ich znudzenie na twarzach. Zblazowana banda.
I dla odmiany mój idiotyczny uśmiech, cokolwiek nie powiedzieli. Co mnie podkusiło, żeby zaczynać z tym pisaniem? No tak, dajcie mi jakiś niedochodowy pomysł, to z pewnością się za niego zabiorę. Moja wściekłość, zamiast opadać, ciągle narastała. Oni robią z ludzi idiotów. Jak można tak się dawać? Wstałem i rozluźniłem krawat. „Ja też nie wrócę!” – krzyknąłem w stronę baru. W locie łyknąłem ostatnią lufę. W furiackim pędzie, nie zważając na przejeżdżające samochody, przebiegłem przez ulicę.
Już byłem na korytarzu. Dobiegałem do wielkich drewnianych drzwi. Ze złością nacisnąłem klamkę i wpadłem do środka jak uzbrojona bomba. Zakopane, grudzień 2018 roku. Robert Zawadzki „Głos Pani”. Pierwsza wizja nawiedziła mnie dwa i pół roku temu podczas nabożeństwa. To był lipiec. Gorące powietrze wewnątrz świątyni dawało się we znaki wszystkim, zwłaszcza nam, chórzystom. Krople potu spływały mi po skroniach, kiedy mimo spiekoty wyśpiewywałem kolejne linijki hymnów na cześć Najwyższego. W pewnym momencie poczułem, że nie mogę złapać oddechu.
Zakręciło mi się w głowie i powoli osunąłem się na ziemię. Kościół wraz ze zgromadzonymi wiernymi rozmył się w moich oczach, tworząc wielobarwny kobierzec, a potem wszystko przykryła czerń. Następnym, co zobaczyłem, była ona. Stała nade mną i w niczym nie przypominała siebie z kościelnych malowideł i ikon. Jej szata była ciemna, niemal czarna, a twarz przykrywał całun tej samej barwy. Mimo to wiedziałem, kto przede mną stoi. Czułem boskość i moc bijącą od jej świętej postaci. Chłonąłem nadludzką tajemnicę ukrytą między fałdami zwiewnej sukni i drżałem na myśl o cudzie nad cudami, który okrywał całun. Nie odważyłem się odezwać. Trwałem jedynie nieruchomo i wpatrywałem się w nią, a ona spoglądała we mnie.
Badała najodleglejsze zakątki duszy, penetrowała moje sumienie i chociaż nie dała mi żadnego znaku, nie mogłem nawet dostrzec, jaki wyraz ma jej oblicze. Czułem, że jest zadowolona. Obudziłem się na zakrystii. Według rodziców i pastora Johna byłem nieprzytomny prawie kwadrans. W momencie mojego omdlenia przerwano liturgię. Od razu przeniesiono mnie w chłodniejsze miejsce i ułożono w bezpiecznej pozycji. Zadzwoniono też po lekarza. Kiedy się obudziłem, zbadał mnie dokładnie i wypytał o to, jak się czuję, a ja zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że wszystko jest w najlepszym porządku. Szybko więc stwierdził, że moje omdlenie było spowodowane jedynie upałem i kazał odpoczywać oraz unikać zbyt długiego przebywania w gorących i dusznych pomieszczeniach. Chwilę potem wyszedł ze świątyni, a ja w towarzystwie wciąż zatroskanych rodziców opuściłem ją zaraz po nim.
Chociaż odprowadzały nas życzliwe spojrzenia i głosy chwalące Pana za moje oprzytomnienie, nie zwracałem uwagi na żadne z nich. Moje myśli zaprzątała jedynie ona. Po powrocie do domu od razu udałem się do swojego pokoju. Padłem na kolana i zacząłem się modlić. Nikomu nie powiedziałem, czego doświadczyłem. Wiedziałem, że właśnie tak mam postąpić. Ona tego chciała. Od tamtego wydarzenia więcej czasu zacząłem spędzać w odosobnieniu i na modlitwie. Nie wzbudzało to zadowolenia moich rodziców, którzy nigdy nie byli tak gorliwi w wierze jak ja. Zaakceptowali to jednak.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Wyciszenie, kontemplacja i żarliwa modlitwa zaskarbiły mi jej przychylność. Kolejne widzenia nie były już jednak tak niezwykłe, jeśli chodzi o okoliczności. Przychodziła do mnie głównie w snach. Wciąż milczała, ale sama bliskość jej świętej osoby napawała mnie bezgranicznym zachwytem, pierwotnym podziwem, u którego podstaw czaiła się nieopisana groza i lęk przed niepojętym ogromem, którego moje ułomne postrzeganie i szczątkowe ludzkie zmysły mogły doświadczyć jedynie w małym ułamku. To, że nic nie mówiła w wizjach, nie znaczy jednak, że nie dawała mi znaków. Otrzymywałem ich aż nadto. Czasem zsyłała mi myśli, pod których natchnieniem zacząłem mówić i robić rzeczy, na które wcześniej bym się nie zdobył. W końcu naprawdę zrozumiałem też Pismo. Chociaż zawsze czytałem je wnikliwie, to dopiero teraz słowa zaczęły odsłaniać przede mną swoje prawdziwe znaczenia, zupełnie odmienne od tego, w którym przez całe życie pokładałem ufność.
Podobnie z ludźmi. Znałem ich uczynki i myśli, gdy tylko na nich spojrzałem. Przyjaciele, nieznajomi, rodzina. Wszyscy ukazywali mi swoje dusze, a ja czytałem w nich, jakby były stronami z Pisma. Chociaż było to trudne, starałem się nie ujawniać z tym, co wiem. Zrobiłem to bodajże tylko raz, kiedy odwiedził nas sąsiad, pan Jones. Od dzieciństwa bałem się go, ale dopiero tamtego wieczora odkryłem głębię jego niegodziwości. Kiedy odchodził, powiedziałem mu, że wiem o jego ohydnych czynach i ona też wie, a jego czas jest bliski. Zaśmiał mi się wtedy w twarz, ale po kilku dniach usłyszałem od matki, że miał zawał i w sobotę odbędzie się pogrzeb. Nie próbowałem nawet udawać zaskoczenia czy smutku i od razu oświadczyłem, że nie mam zamiaru w nim uczestniczyć.
Dzień prawdziwego objawienia nastąpił równo po roku. Wtedy do mnie przemówiła. Byłem właśnie w drodze do kościoła. Chociaż od jakiegoś czasu ignorowałem zupełnie kazania i lekcje, to jednak podczas śpiewu wciąż odczuwałem pobożne uniesienie, które od początku przyciągało mnie do świątyni. Powtarzałem właśnie w myślach tekst psalmu, który miał być odśpiewany za kilka godzin, kiedy zorientowałem się, że zrobiło się znacznie ciemniej. Podniosłem wzrok, ale słońca nie przysłaniały chmury. Mimo to mogłem przez dłuższy czas patrzeć wprost na nie, a światło wcale nie męczyło moich oczu, jakby coś je osłabiło. Lustrowałem niebo, kiedy za sobą usłyszałem głos cudowniejszy niż wszystko, co do tamtej pory słyszałem. Był jak śpiew słowika i huk burzy jednocześnie. Łączył w sobie lekkość i siłę, miłość i gniew, błogosławieństwo i nakaz.
I wiedziałem od razu, że to ona do mnie przemawia, że to głos mojej pani, która nareszcie otworzyła swe święte usta. Nie mogę powtórzyć jej słów. Nie jestem zdolny nawet do opisania tego, co mi wyjawiła i pokazała. Były to bowiem rzeczy przedziwne i przerażające. Światy dawno minione i miejsca niewyobrażalnie dalekie. A wszystko to stało się moim udziałem, ponieważ czas jest jej poddanym, a przestrzeń sługą i według jej woli wszystko się stać może. Ona wybrała mnie, uczyniła swoim powiernikiem i posłańcem. Pozwoliła mi ujrzeć prawdy, jakiej przede mną nie doświadczyli nawet najwięksi z grona świętych. Kiedy wizja minęła i świat dookoła mnie znów stał się taki jak przedtem, poczułem się jak niewidomy od urodzenia, który w jednej chwili przejrzał na oczy. Światło jej łaski pozwoliło mi spoglądać na świat tak, jak nikt nigdy nie patrzył i dostrzegać to, czego nikt nigdy nie wiedział.
Nie poszedłem na mszę ani tamtego dnia, ani już nigdy. Wiedziałem, że wszystkie modły i rytuały są fałszywe, a jedyną prawdę otrzymałem od niej, bo to ona jest prawdą i tylko przez nią można jej doświadczyć. Po powrocie zamknąłem się w pokoju na cały dzień i modliłem w ukryciu słowami, których nie słyszał nikt oprócz mnie, a które ona mi przekazała. Chwaliłem jej imię, którego śmiertelni nigdy nie poznali, a które ma moc niszczenia światów i tworzenia nowych, sprowadzania śmierci i dawania życia. Odtąd widywałem ją niemal codziennie i z każdym dniem dowiadywałem się więcej o swojej misji. Zacząłem więc przygotowania. Od kiedy opuściłem zgromadzenie, wzbudzałem w członkach wspólnoty niepokój. Dotarcie do chórzystek nie okazało się więc wcale takie proste, jakim byłoby zapewne kilka miesięcy wcześniej. Ich rodzice zabraniali mi oficjalnych wizyt, a one same nie były z początku zbyt ufne względem mnie. Dzięki jej pomocy udało mi się zorganizować spotkania w inny sposób.
Wymyśliłem historię o nowym chórze, który pod moim przewodnictwem miał występować w stanowych konkursach wokalnych. Nastoletnie dziewczyny skuszone tą perspektywą szybko stłumiły głos rozsądku. Kiedy wymykały się do mnie, zgodnie z moją radą opowiadałem bliskim zmyślone historie o nocowaniu u przyjaciółek czy wycieczkach szkolnych. To było bardzo komfortowe, kiedy już zauważono ich zaginięcie. Po zniknięciu trójki najlepszych śpiewaczek w mieście w końcu ktoś przypomniał sobie o mnie. Ona jednak odwiedziła mnie we śnie i powiedziała, co mam robić, aby umknąć prześladowcom. W moim dawnym mieszkaniu znaleziono więc jedynie zwłoki: trzy martwe chórzystki i moich rodziców. Wiem, jak nieczuły wydaje się mój ton, ale świadomość boskiego posłannictwa uwolniła mnie od ziemskich konwenansów. Jej wola była święta, a ja nie mogłem jej zwieść. Prawo boskie ma pierwszeństwo nad ludzkim.
Kiedy więc zostałem przyłapany nad zwłokami ostatniej z dziewczyn, nie wahałem się ani chwili. Odbierając życie własnej matce, ofiarowałem jej znacznie więcej. Stała się częścią jej dzieła. Przez ułamek sekundy, kiedy rozpaczliwy krzyk przeszedł już w przedśmiertny charkot, w jej gasnących oczach ujrzałem iskierki zrozumienia, jej radującą się duszę. Ojciec nawet nie zdążył się zorientować. Z miasta do miasta przemieszczałem się autostopem lub busem. Ona wskazywała mi miejsca i dziewczyny, które wybrała, a ja składałem ofiarę tak, jak tego chciała. Najniewinniejsze ciała, najczystsze serca, najdoskonalsze głosy. Stałem się mistrzem alchemii. Przemieniałem życie w śmierć, blask zimnej stali w potok gorącej krwi.
Jedna po drugiej. Cała dwunastka. Pewnie niektóre wciąż są uznane za zaginione i na pewno nie powiązali wszystkich ze mną. Ani specjalnie nie próbowałem się maskować, ani nie zwodziłem ich bardziej niż było to potrzebne. Po prostu realizowałem swoją misję, a ona strzegła mnie we dnie i w nocy, abym dotrwał do końca. Tak, wiedziałem, że zostanę złapany. Tamtego dnia również mnie uprzedziła, jak zawsze, kiedy groziło mi niebezpieczeństwo, ale tym razem nie kazała mi uciekać. Moja rola się skończyła. Teraz pozostało tylko dołączyć do niej po tamtej stronie i czekać po jej prawicy, aż wszystko się wypełni, bo jeszcze wiele ma się wydarzyć. Byłem pierwszy, ale nie ostatni.
Teraz, kiedy ofiarowałem jej głosy, w końcu będzie mogła przemówić do reszty wybranych. I oto zabrzmi jak tysiąc trąb. Jej pieśń napełni serca wiernych ogniem, a ich siła będzie jej siłą. Dłoń ich nie zadrży i nie odwrócą wzroku, kiedy będą wypełniać jej dzieło. A kiedy krew fałszywych proroków obmyje świat z grzechu, jej głos usłyszą wszystkie krańce ziemi i pokłonią się narody przed jej chwałą. A ja widziałem to wszystko, bo łaskawa jest dla swoich wiernych i wyznawców swoich opieką otacza. Wy wszyscy również możecie doznać jej błogosławieństwo. Jej prawda może w was zamieszkać tak jak we mnie znalazła swój dom. Módlcie się o łaskę i wypatrujcie znaków. A kiedy jej głos zabrzmi, powiedzcie: „Mów Pani, sługa twój słucha”.
Bo posłuszni po stokroć zostaną nagrodzeni, a wątpiący płakać będą i zgrzytać zębami. Zmysły utracą i w proch się obrócą w pożoce, kiedy jej dzień nadejdzie. A wątpiący płakać będą i zgrzytać zębami. Zmysły utracą i w proch się obrócą w pożoce, kiedy jej dzień nadejdzie. Czekam na egzekucję ze spokojem i piszę te słowa, aby zrozumieli ci, którzy zdolni są pojąć. Bo ona mówi przeze mnie: „Spałcie swe kościoły i zabijcie kapłanów. Zdradźcie to, co znacie jako boskie i odrzućcie, co ziemskie, bo jej dzień jest bliski”, a pieśń końca wybrzmiała. Dies irae, dies illa solvet saeclum in favilla. Test David cum Sibylla quantus tremor est futurus, quando Judex est venturus, cuncta stricte discussurus. Per sepulchra regionum coget omnes ante thronum.
Notatka. Powyższe zapiski należą do Charlesa Raya Stormwatera, mordercy, który w latach 1957–58 w stanach Nebraska i Wyoming brutalnie zamordował kilkanaście osób. Jego ofiarami padały dziewczyny w wieku od 15 do 21 lat, głównie śpiewaczki i chórzystki, często wybitnie uzdolnione wokalnie. Nieoficjalnie przypisuje mu się także kilka zbrodni o odmiennym modus operandi, których śledczym nie udało się mu udowodnić. Ze schematu wyłamuje się też pierwsza zbrodnia – podwójne zabójstwo ojca i matki. Stormwater zręcznie umykał obławie aż do 29 stycznia 1958 roku, kiedy funkcjonariusze policji stanowej trafili na niego przypadkiem w przydrożnym barze. Nie stawiał oporu. Lekarz sądowy zauważył u Stormwatera poważne zaburzenia psychiczne i objawy schizofrenii. Mężczyzna doświadczał rzekomo mistycznych wizji, w których ukazywała mu się boska osoba, którą charakteryzował jako kobietę w czarnej sukni i welonie. Według specjalisty postać ta nie była związana z żadną z wiodących religii.
Sugerował on raczej wpływ zainteresowania okultyzmem i demonizmem, czego jednak sam więzień nie potwierdził. Oprócz wspomnianych epizodów mężczyzna mówił o głosach, które stale mu towarzyszyły. Zarzekał się również, że zna przyszłość oraz potrafi spoglądać w ludzkie dusze. Sąd uznał go jednak za świadomego swoich czynów i skazał na śmierć na krześle elektrycznym. Świadkowie egzekucji, która odbyła się 25 czerwca 1959 roku w Nebraska State Penitentiary twierdzili, że śpiewał on z wielkim przejęciem aż do puszczenia prądu, zagłuszając w ten sposób odczytywanie wyroku. Wysoki ton głosu skazanego wywołał falę nieporozumień, ponieważ niektórzy z obecnych twierdzili, że słyszeli śpiew kobiety. Od momentu aresztowania Stormwatera wielu kryminalistów związanych ze środowiskiem sekciarskim wspominało go jako swojego przewodnika i proroka nowej religii. Policji nie udało się jednak dotrzeć do jakichkolwiek informacji na temat wspomnianego kultu. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności duża część ze wspomnianych przestępców opowiadało o przywidzeniach i przesłyszeniach zbliżonych do tych, które miewał Stormwater i również scentralizowanych na kobiecej postaci w czarnym stroju.
[04:41:30] - Proszę państwa, i to już koniec dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w tej drodze przez literaturę, film i gry. Myślę, że było całkiem fajnie, całkiem przyjemnie. Nieustającą taką nadzieję żywię. Pięknie państwu jeszcze raz dziękuję. Życzę dobrej nocy, fajnego weekendu, fajnych świąt. No i do spotkania w przyszłym tygodniu. Nieustająco zapraszam na kolejną audycję. Spotkamy się za tydzień. Wszystkiego dobrego, dobrej nocy.
[04:42:07] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.