Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Co do kwietnia to powiem tak: kwiecień za kilka dni, ale teraz jeszcze mamy marzec. Filmów i książek pełen garzec. Także zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0, Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Witam w sto trzydziestym odcinku Bibliotekarium 2.0. Proszę, proszę, sto trzydziesty odcinek. Kto by to pomyślał? Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł "Ballada o Darcy i Russelu". Autorka Morgan Matson, wydawnictwo You and Ya. Data premiery 2 kwietnia 2025 roku. Nie wiem, czy państwo gustują w specyficznym rodzaju literatury, jaką są powieści young adult.
Ta książka według Amazona to jest najlepsza powieść tego rodzaju. Zerknijmy zatem, o czym opowiada autorka. Darcy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, mimo że nigdy nie doświadczyła niczego romantycznego. Wciąż czeka na ten idealny, magiczny moment. Jednak teraz jej życie jest tak dalekie od perfekcji, jak to tylko możliwe. Festiwal muzyczny właśnie się skończył, a jutro Darcy ma wyjechać na studia. Tylko od rana utknęła na dworcu autobusowym z rozładowanym telefonem i absolutnym brakiem pieniędzy. Jest przekonana, że ta noc to katastrofa, ale wtedy spotyka Russella. Słodkiego, miłego, zabawnego i uprzejmego chłopaka, który wydaje się być chodzącym ideałem. Dziewczyna wie, że to jest ten moment i ten facet, na którego czekała.
Mają czas do wschodu słońca, aby spacerować, rozmawiać i zbliżyć się do siebie. Czy to nie jest najbardziej romantyczna rzecz pod słońcem? W ciągu tej jednej nocy, pełnej pikników na boisku futbolowym, nocnego pływania i psów uciekinierów życie Darcy i Russella zmieni się na zawsze. Odkryją rzeczy o sobie nawzajem, jak i o sobie samych, o które nigdy by się nie podejrzewali. Ale czy można naprawdę poznać kogoś w ciągu zaledwie kilku godzin? Czy można zakochać się w jeden dzień? I czy warto powiedzieć witaj, kiedy wiesz, że jesteś skazana na żegnaj? Przypomnę to była książka "Ballada o Darcy i Russelu" napisana przez Morgan Matson, wydawnictwo You and Ya. Data premiery 2 kwietnia. Druga książka klimatem, nastrojem, wszystkim odbiega od nastroju klimatu tej pierwszej.
Już sam tytuł "Martwe zwierzęta", przyznacie państwo, brzmi groźnie. Autorka Marie Keirney, wydawnictwo Filia. Data premiery 2 kwietnia 2025 roku. Zerknijmy zatem, o czym jest ta książka. Ava Bonney obsesyjnie interesuje się rozkładem zwierzęcych zwłok. Droga, przy której mieszka, regularnie dostarcza jej materiałów do badań, a nocą uwielbia zaciągać najnowsze znaleziska do swojej kryjówki niedaleko jezdni i tam je opisywać. Pewnej nocy na swojej drodze odnajduje ciało kolegi, Nikkea. W obawie, że ktoś odkryje jej sekretny rytuał, wykonuje anonimowy telefon na policję. Gdy sprawa zostaje przekazana detektywowi Sethowi, Ava się nie wycofuje, bo z jej sennego miasteczka w południowym Birmingham znikają kolejni nastolatkowie. Jak trudno jest namierzyć zabójcę?
Przypomnę, to była zachęcajka do książki "Martwe zwierzęta" wydawnictwa Filia, a data premiery to 2 kwietnia tego roku. I wreszcie trzecia pozycja "Dom pod kasztanem". Autorka Natalia Przeździk. Ponownie wydawnictwo Filia i data premiery ponownie 2 kwietnia. W cieniu starego kasztana w sercu podkarpackiego miasteczka toczy się wzruszająca opowieść o rodzinie, przyjaźni i tajemnicach przeszłości. Zuzia, studentka polonistyki, musi porzucić swoje wakacyjne plany, gdy dowiaduje się o chorobie babci. Wraz z rodzicami wraca do ich rodzinnego domu w podkarpackim miasteczku, by zająć się dziadkami. Po śmierci babci Zuzia postanawia zostać w starym domu pod kasztanem, by zaopiekować się dziadkiem i lepiej poznać historię swojej rodziny. Dołącza do niej przyjaciółka Walerka. Wspólnie włączają się w życie lokalnej społeczności, przeżywają pierwsze miłości i podejmują ważne życiowe decyzje.
To opowieść, która pokazuje, jak trudne wydarzenia mogą dać początek czemuś nowemu, niezwykłemu. I pięknemu. Przypomnę, to była zachęcajka do książki Natalii Przeździk „Dom pod kasztanem", wydawnictwo Filia. Data premiery 2 kwietnia. A teraz, proszę państwa, zapraszam na dalszy ciąg zapowiedzi. Jest koniec marca, a zatem czas na zapowiedzi Nieznanego Świata. Numer kwietniowy jest już dostępny, zatem czas zerknąć, jakie ciekawe treści niesie ze sobą. Dzień dobry wieczór państwu. Minął kolejny miesiąc i zaczynamy krótki, ale treściwy przegląd tego, co w kwietniowym numerze Nieznanego Świata. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[06:59] - Dzień dobry, witam wszystkich. Kwiecień, zatem numer wiosenny. Ale nim o nim powiem, to trzy słowa o tym, gdzie można nabyć Nieznany Świat. Po pierwsze, oczywiście na stanowiskach z prasą, między innymi w marketach, w tych popularnych marketach na B i na L, ale również i innych. Po drugie można nabyć Nieznany Świat na stronie www.nieznany.pl. Tam są też oczywiście książki z dziedziny nieznanego. Jest też możliwość zaopatrzenia się w wydanie elektroniczne, do którego odnośnik znajdziecie pod spodem. Także zaczynajmy Marku przegląd tej wiosennej edycji Nieznanego Świata. A oprócz tego, że wiosna i cieplejszy wieje wiatr, to tradycyjnym elementem jest zawsze w tym numerze wiosennym garść rozmyślań około wielkanocnych. I tak jest też w tym numerze.
[08:06] - W tym numerze jest również artykuł o duchowości XXI wieku. To jest artykuł dr Joanny Bohaczek-Trąbskiej. Nosi on tytuł „Religia z natury, Bóg w mózgu". Autorka porusza szereg ważnych problemów, a zaczyna bardzo spokojnie, od bardzo podstawowego pytania, które każdy powinien sobie zadać: czy mieszać wiarę z nauką, z logiką, czy może postępować zupełnie, ale to zupełnie inaczej?
[08:42] - Tak, publikacja dr Bohaczek-Trąbskiej jest jak zawsze interesująca. W rzeczywistości jest to przegląd różnego rodzaju koncepcji odnośnie tego, skąd się wziął Bóg i religia. I to w sumie jest bardzo proste, bo się sprowadza do tego, że Bóg się mógł wziąć z zachwytu naturą. Z tego, że człowiek może otrzymać od matki natury, co chce. Ale nie zawsze. Natura jest taka, że daje i zabiera. Karze piorunami i powodziami, ale też nagradza na przykład urodzajem owoców. Zatem w umysłach naszych przodków mogła zrodzić się taka myśl, że ktoś tym wszystkim steruje. Raz jest dobrze, raz jest źle. To może tą istotę potężną, niewidzialną należy przebłagać.
I w ten sposób powstały religie. Ale byli też tacy, którzy widzieli to inaczej i zwracali uwagę, że w przyrodzie jest wszystko w mistrzowski, genialny sposób poukładane, że następują po sobie pory roku. Wszystko w naturze ma swoje miejsce, wszystko jest tak idealnie dopasowane. To też musiał ktoś wymyśleć. To też nie wzięło się znikąd. To oczywiście jest bardzo proste ujęcie pokazujące, jak ta religia mogła się narodzić. Ale to nie są jedyne drogi, to nie są jedyne rozwiązania, bo oczywiście po drugiej stronie mamy animizm, wiarę w duszę. Mamy też coś takiego jak gen Boga i hipotezy mówiące, że tak naprawdę człowiek wiarę w istotę nadrzędną ma tak jakby wbudowaną w swoją psychikę, w swój rozum. Jeżeli ktoś chce zagłębić się w inne koncepcje, to głęboko zapraszam do tej lektury, która poniekąd nawiązuje do świąt, które w kwietniu wypadają.
[10:41] - Ta koncepcja, że Boga mamy zakodowanego niejako w genach, w naszym łańcuchu DNA, ona się bardzo często pojawia. Dlatego ta publikacja dr Bohaczek-Trąbskiej jest szczególnie ważna, bo zwróćcie państwo uwagę mniej więcej co dwa, trzy lata pojawiają się sensacyjne nagłówki w internecie, że kolejni naukowcy dokonali odkrycia i odkryli ten gen Boga. Na ogół okazuje się później, że jest zupełnie inaczej, ale z samą ideą warto się zapoznać, warto ją wziąć pod uwagę. Wertujmy dalej Nieznany Świat i dosłownie kilka stron dalej mamy artykuł Rafała Króla o świadomości w roślinach. Niezwykle ciekawy tekst.
[11:38] - Tak. Pierwotnie uznawano, że rośliny są takim nieświadomym elementem przyrody. Tymczasem najnowsze odkrycia, szczególnie te współczesne, skupione są na przykład na komunikowaniu się roślin i rzucają nowe światło na to zagadnienie. Chociaż może to sformułowanie świadomość roślin nie jest do końca naukowe. Raczej mówi się w nauce o inteligencji roślin związanej na przykład z ich przystosowywaniem się do środowiska, z tym, że one potrafią reagować, nawet podejmować decyzje, a nawet wręcz zapamiętywać niektóre rzeczy tak jakby. Oczywiście nie posiadają takiego układu nerwowego pozwalającego na Na posiadanie świadomości. Natomiast jakaś forma, nie wiem, quasi świadomości czy quasi inteligencji u nich występuje, botanicy zgłębiają ten problem tak naprawdę od bardzo dawna, chociaż budzi to nadal naprawdę daleko idące kontrowersje. Niemniej jednak ten aspekt funkcjonowania królestwa flory pokazuje nam albo odnosi się do tego, o czym wspominała w poprzednim artykule doktor Bohaczek-Trąbska. Czyli to wszystko świetnie w królestwie Matki Natury jest dopasowane, dostrojone do siebie i to nam pokazuje, jak ziemskie gatunki są idealnie po prostu przez kogoś nakręcone. Czy przez samą naturę, czy przez coś jeszcze, to ja już się nie podejmuję odpowiedzi.
W każdym razie taki wiosenny tekst o świadomości roślin też w Nieznanym Świecie kwietniowym znajdziecie.
[13:20] - Wertując Nieznany Świat dalej napotkałem na tekst Wojciecha Chudzińskiego. Bardzo wielowątkowy tekst, który pewno będzie trudno streścić, ale tam pada jedno chyba zasadnicze pytanie: czy w parapsychologii przez ostatnie dziesięciolecia nastąpiły jakieś poważne zmiany, jakiś postęp, czy jakoś udowodniono aspekty związane z parapsychologią? Słowem, Wojciech Chudziński pisze o parapsychologii w XXI wieku.
[14:00] - Tak, na to można patrzeć pod różnymi kątami. Ja szczególnie polecam ten tekst. Uważam, że jest chyba najlepszy w tym numerze, bo dotyka samego sedna zagadnień, którymi się Nieznany Świat interesuje. Parapsychologia nie umarła. Parapsychologia działa, funkcjonuje. Są przeprowadzane eksperymenty, może nie tak dalekosiężne, jakby wszyscy chcieli. Natomiast wydaje mi się, że nauka ta, bo chyba tak można powiedzieć o niej, nauka znalazła się na pewnego rodzaju rozdrożu. To znaczy nie ona jest winna, ale winny jest sam postęp, tempo postępu naukowego, który tak naprawdę nie potrafi nam określić, kim jest człowiek i w jakiej rzeczywistości funkcjonuje. I musimy przejść poza pewien stopień zrozumienia albo, nie wiem, porzucić dawne skostniałe paradygmaty, żeby dopiero zacząć mówić o pewnych rzeczach, o jakich parapsychologia tak naprawdę mówi od bardzo dawna. Czyli że możliwe, że nasze umysły są powiązane.
Możliwe, że istnieje na przykład telepatia. Możliwe, że jest w naszym zasięgu oddziaływanie umysłem na materię i tak dalej, i tak dalej. Serdecznie polecam ten tekst Wojciecha Chudzińskiego. Naprawdę jest bardzo, ale to bardzo merytoryczny i jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej na temat stanu parapsychologii na dzień dzisiejszy, to tak zwany obowiązkowy-
[15:38] - Teraz jest 19 dnia 27 marca 2023 roku. Tą końcówkę powiedz jeszcze raz, bo gadam.
[15:45] - To tak zwany obowiązkowy element tego numeru.
[15:49] - Kolejny tekst jest niezwykle aktualny. Powiedziałbym, chociaż może to nie jest adekwatne słowo w przypadku Nieznanego Świata, ale tekst bardzo modny. No bo ty, Piotrze, piszesz o zaklinaczach UFO. Piszesz o tym, kim są tak zwani psjonicy, ludzie, którzy potrafią, tu cudzysłów postawmy, wyczarowywać UFO.
[16:17] - Ten termin psjonik przed styczniem 2025 roku był używany dość rzadko, natomiast potem to się stało słowo niesamowicie popularne, modne, bo w styczniu grupa osób związanych z ruchem Disclosure wywołała taki może nie skandal, ale taką sensację próbowała wywołać, mówiąc, że udostępnione zostaną przełomowe materiały udowadniające istnienie zjawiska UFO. Okazało się, że chodziło właśnie o tych psjoników, tak? W dużym skrócie, jeżeli ktoś słucha mojego kanału UFO Historie to pewnie wie, a jeżeli nie wie, to właśnie mu powiem, że są to specjalnie wyszkoleni ludzie rekrutujący się z amerykańskich spec służb, którzy twierdzą, że potrafią tak jakby komunikować się ze zjawiskiem UFO, z obiektami UFO. Ba, potrafią nawet tymczasowo przejmować kontrolę nad niektórymi obiektami, zmuszać je do pokazywania się. No i te obiekty mogą być potem, brzydko mówiąc, strącone, zestrzelone. Pojawił się niejaki Jake Barber, główny bohater całego zamieszania. Twierdził, że brał udział w przejmowaniu takich zestrzelonych obiektów czy strąconych. Pojawił się nawet film, ale o tym sobie już doczytacie w tym materiale. Sprawa jednak po kilku miesiącach, bo to trochę czasu minęło, przybrała dziwny obrót i ona tak naprawdę nie poszła zbyt daleko poza to, czegośmy się dowiedzieli w styczniu. Owszem, ci psjonicy coś tam cały czas pokazują, ale nadal sprawa wygląda jak takie powolne, powolne uwalnianie informacji i no, nie chciałbym użyć złego słowa, ale próba sprzedaży tajnych przecieków czy bardzo sensacyjnych wniosków.
Nie wszyscy oczywiście kupują tą historię, że da się wywołać myślą UFO. A co z tego będzie? Myślę, że pokażą kolejne miesiące, ale jeżeli ktoś interesuje się tą sprawą to polecam ten mój tekst.
[18:15] - Kolejny tekst, też Twojego autorstwa troszeczkę napawa grozą. Piszesz bowiem o datach, które należy zapamiętać. Rok 2027, 2029, 2032. A gdzieś w tle majaczy chociażby asteroida Apophis.
[18:39] - Tak, ale nim on przybędzie, to będzie asteroida 2024 YR4. Tak ona się nazywa. I dosłownie jeszcze kilka tygodni temu straszono nas wizją tego, że ona uderzy w Ziemię, że będziemy mieli powtórkę z katastrofy tunguskiej. Może to nie była szansa 50 na 50. Prawdopodobieństwo wynosiło 1 do 83, jednak to nadal bardzo dużo. Pojawiały się nawet takie mapy, symulacje, gdzie ten obiekt może uderzyć. Mówiono, że to jest obszar w strefie zagrożenia od Ameryki Środkowej po mniej więcej Bangladesz. I taka asteroida oczywiście nie unicestwiłaby świata, ale mogłaby wprowadzić wielkie zamieszanie. Tym bardziej że tam, gdzie mogłoby dojść do eksplozji, leżą bardzo zaludnione rejony: Kair, Dhaka, Indie i tak dalej. Pomyślmy sobie, że tam dochodzi do takiej katastrofy.
I w pewnym czasie było o tym bardzo głośno. Media wręcz straszyły taką wizją, że dojdzie w 2032 do takiej eksplozji, ale krótko potem pojawiły się takie wnioski, które stwierdzały, że nie ma żadnego zagrożenia, jest równe zeru. Tylko ja się tak zacząłem zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest takie uspokojenie ze strony astronomów, bo ten 2032 rok to jest tylko jedna z wielu dat w kolejnej dekadzie albo trochę więcej niż dekadzie, które będą dotyczyć właśnie takich bliskich przelotów asteroid. I bardzo trudno jest mówić o konkretach w przypadku takich incydentów, kiedy te asteroidy przechodzą bardzo blisko Ziemi. To się wszystko wyjaśni tak naprawdę tuż przed, niekiedy. I zastanawiam się, czy nie ma takiej sytuacji, że ucięto temat, bo jeszcze trochę czasu jednak do tego 2032 jest. Co się wydarzy? Czy się wydarzy? Nie wiem. Natomiast jedno jest pewne, takich alertów ze strony astronomów, czy też niepokojących przelotów asteroid będzie więcej.
W tym numerze kwietniowym również bardzo ciekawe wnioski doktora Piotra Wiczaka na temat pandemii. Mamy też niezwykle interesujący artykuł Leszka Mateli na temat Waszyngtonu, miasta tajemnic. Jest oczywiście wiele innych tematów. Pamiętajcie, drodzy Państwo, o możliwościach zakupu wersji elektronicznej. Link znajdziecie pod spodem. Pamiętajcie o adresie www.nieznany.pl. Tam można zamówić numery archiwalne.
[21:22] - To była polecanka nieznanoświatowa. Jedźmy tradycyjnym rytmem. Czas zatem na korepetycje filozoficzne. To będzie kolejny odcinek o humorze. Jakoś tak mi się ostatnio zlepiło, filozofia i humor, że nie mogę oderwać się od tematu i prezentuję Państwu kolejne odkrycia z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Tak, bo tekst, który Państwu dzisiaj przedstawię, „Paradoks poważnego humoru” autorstwa Dominiki Boroń, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku, numerze pierwszym i jest dla Państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autorka Dominika Boroń jest filozofką, badaczką związków pomiędzy filozofią, kulturą i literaturą, pasjonatką zagadnień związanych ze sztuką. Jest też pasjonatką rozmowy, dyskusji, interpretacji, metafory. Jest adiunktem w Zakładzie Historii Filozofii Nowożytnej UMCS. Zainteresowania naukowe: filozofia Sørena Kierkegaarda i myśl sokratejska, zwłaszcza w aspekcie metodologii przekazu, komunikacji pośredniej i pedagogiki.
Dominika Boroń jest autorką książki „Zagadka przemiany. Transformacja jaźni w dziele Sørena Kierkegaarda”. Jest też autorką wielu znakomitych artykułów naukowych. Zaczynamy zatem. Dominika Boroń, „Paradoks poważnego humoru”. Humor od starożytności interesował filozofów. Rzadko jednak wykraczali oni poza traktowanie go jako specyficznie ludzkiego zachowania lub też poza krytykę humoru jako reakcji perspektywy niegodnej myśliciela, a nawet człowieka cywilizowanego. Mało jest dziedzin ludzkiego myślenia, które zdają się tak bardzo jak filozofia obawiać komizmu. Sytuacja ta dziwi szczególnie, że Sokrates, duchowy ojciec pokoleń filozofów, żartował dużo, celnie i świadomie. Dlatego zaskakujący jest otwarcie negatywny stosunek Platona do humoru i śmiechu.
Spróbujmy zarysować problematykę związaną ze specyficznym rozumieniem humoru. Humoru jako formy czy też narzędzia filozoficznego myślenia. Nie służy on wtedy rozrywce. Przeciwnie, pojawia się w poważnej i zaangażowanej refleksji tam, gdzie język powagi filozoficznej szuka nowych środków do wyrażenia kłopotliwych treści, gdzie element humorystyczny może pogłębić rozumienie, sięgnąć dalej niż sformalizowany, obojętny dyskurs. Warto już na początku zwrócić uwagę na to rozróżnienie. Poważny dyskurs jest obojętny. Dyskurs humorystyczny zaś niesie pierwiastek emocjonalnego zaangażowania. Manfred Geyer pisze: „Tylko ten, kto pozna śmieszność jako zdystansowany widz, może jej uniknąć.” Sokrates jest tu mistrzem i wzorem. Kierkegaard najbardziej przenikliwym analitykiem. O humorze na poważnie.
Jak zatem mówić o powadze humoru w sposób naukowy, jednocześnie nie ośmieszając humoru nadmiernym akademickim zadęciem? Jak i czy warto uświadamiać rozmówcy wagę i tajemniczą złożoność zagadnienia komizmu, skoro i tak poczucie humoru i indywidualne vis comica ostatecznie decydują o tym, co nas śmieszy? Sam zmysł humoru jest dyspozycją pozwalającą dostrzegać pewien szczególny, zwykle zabawny, ale przede wszystkim szczególny aspekt rzeczywistości. Arystoteles w jednej z nielicznych pozytywnych wypowiedzi na ten temat wiąże zmysł humoru z ogładą. Zacytujmy: „Ludzie natomiast, którzy sami nie umieją żartować, a do żartów innych osób odnoszą się niechętnie, to sensaci pozbawieni zmysłu humoru i ogłady. Tych wreszcie, którzy umieją żartować w sposób odpowiedni, nazywa się dowcipnymi wyrazem, który w języku greckim przypomina wyraz giętki. Te bowiem cechy dowodzą pewnej giętkości tkwiącej w charakterze. A tak jak ciała osądza się wedle ich giętkości, tak też i charaktery.” Interesująca jest również dalsza część tego cytatu. Przede wszystkim ze względu na wyraźne rozróżnienie humoru i poszukiwania śmieszności za wszelką cenę. Zacytujmy: „Ponieważ jednak to, co śmieszne, ma wielki mir i większość ludzi znajduje w żartach i kpinach upodobanie większe, aniżeli należy, przeto mówi się czasem i o kpiarzach szukających za wszelką cenę tego, co śmieszne, że są dowcipni, jak gdyby postępowanie ich było w dobrym guście.
Wynika jednak z powyższych wywodów, że te dwa rodzaje ludzi różnią się między sobą, i to niemało. Ludzie dowcipni to zatem nie ci sprzyjający upodobaniu większości do wspólnego, bywa, że okrutnego śmiechu, ale ludzie ogłady i pozytywnie pojmowanego giętkiego charakteru.” Niewspółmierność. Co zatem dostrzega zmysł humoru? Co umyka nobliwej powadze i gdzie leży jego wartość poznawcza? Według jednej z głównych teorii zauważa on i reaguje na to, co niewspółmierne, zaskakująco zestawione, sprzeczne w formie lub znaczeniu. Kant w „Krytyce władzy sądzenia” powiada, że śmiejemy się, cytuję: „Dlatego, że nasze oczekiwanie było napięte i nagle obraca się w nicość.” Koniec cytatu. Humor dostrzega zatem kontrast pomiędzy oczekiwaniem bądź złudzeniem a jego zniweczeniem, gdy pojawia się coś zupełnie zaskakującego bądź niewspółmiernego z oczekiwaniem. Humor można by określić jako sposób radzenia sobie jaźni z niewspółmiernością. Analizując go, analizujemy zatem obszar reakcji na to, co wykracza poza normalne, przewidywalne, pozbawione widocznych sprzeczności rozumienie świata. Pozorny paradoks poważnego humoru rozjaśni się, gdy dostrzeżemy powagę zjawiska, które leży u źródła reakcji humorystycznej — zjawiska niewspółmierności.
Ma ono dla niej, jak podkreślałam, konstytutywne znaczenie. Niewspółmierność burzy powagę, ale przede wszystkim w sensie przerwania łańcucha konsekwencji i oczekiwań standardowego ciągu rozumowania. Przerwanie zatem tego, co nazywamy powagą, wcale nie oznacza niepoważnego w ogóle stosunku do samego wywodu czy dyskursu. Zauważając filozoficzną wagę paradoksu czy przepaści między królestwem logiki a królestwem egzystencji, dostrzegamy miejsce dla filozoficznej roli humoru. Bowiem czy pośród znanych nam reakcji rozumu na niewspółmierność lub paradoks znajdziemy taką, którą uznalibyśmy za pozytywną bądź przynajmniej niedestrukcyjną dla myślenia? Reakcją na paradoks jest często rezygnacja, odrzucenie problemu jako niefilozoficznego, poczucie absurdu, sceptycyzm, a nawet rozpacz. Oto niektóre z określeń, jakie pojawiają się w historii myśli. Tymczasem istotą humoru jest pozytywne przyswojenie, zdolność utrzymania sprzecznych elementów w dynamicznym napięciu. Kierkegaard często posługuje się tak rozumianym przyswojeniem. Przykładem może być anegdotka o marynarzu.
Delikwent spada z wysokiego masztu, nie skręca karku, wstaje i otrzepując się, mówi: „No, zrobicie tak?” Humor leży w podwójnej niewspółmierności. Pierwsza wynika z naszego oczekiwania tragicznego skutku upadku. Druga z niewspółmiernej reakcji marynarza, który w przewrotny sposób wykorzystuje sytuację, sugerując nie wypadek, ale wyczyn. To pierwsza warstwa żartu. Jednak Kierkegaard chce, abyśmy w marynarzu zobaczyli człowieka, który próbuje przekazać niewyrażalne. Nauczyć nas czegoś, czego nie można nauczyć słowami. W humoresce kryje się głęboki przekaz o niewspółmierności egzystencji i języka, zwłaszcza języka filozoficznego. W tej szczególnej zdolności uchwytywania głębi widzę usprawiedliwienie dla używania pojęcia humoru tam, gdzie nie możemy już mówić o śmiechu czy rozbawieniu. Intuicje te od wieków znajdowały swój wyraz w literaturze mówiącej o tragikomicznym pojmowaniu świata, o humorze gorzkim, o refleksyjnej pogodzie wobec śmierci i tak dalej. Humor w obliczu tragedii.
Porównując tragiczne i komiczne podejście do świata w filozofii, Manfred Geyer zauważa, że śmiech Demokryta, autora dzieła o pogodzie umysłu, cytuję: „Ma naturę bardziej złożoną niż płacz Heraklita, bo zawiera w sobie także przyczynę tego drugiego.” Koniec cytatu. Taki śmiech przekracza tragizm w powyższym rozumieniu. Szczególnie interesujące wydają się dwie perspektywy: humorystyczny styl wypowiedzi filozoficznej i humorystyczna postawa jako stanowisko filozoficzne i egzystencjalne. W pierwszym przypadku ważne są korzyści płynące z takiego stylu dla komunikowalności lub przenikliwości refleksji. W drugim problem jest o tyle szerszy, że wskazuje na pewną postawę egzystencjalną, która może stać za wypowiedzią filozoficzną zawierającą elementy komiczne. Postawa ta ma swoje źródło w określonym podejściu myśliciela do problemów wiedzy, prawdy i komunikacji. Jednym z najważniejszych analityków obu wymienionych perspektyw jest Kierkegaard. Przypisał on humorowi również rolę najwyższą ze znanych w filozofii. Humor stanowi bowiem dla niego ostatni przyczółek wyrażalności, ostatnią możliwą do badania reakcję rozumu na paradoks wiary. Przedstawicielem takiej egzystencjalnie humorystycznej postawy jest Odo Marquard.
W eseju „Rozum jako reakcja graniczna” Marquard, odwołując się do pomysłu Helmuta Plessnera, przywołuje pokrewieństwo rozumności i takich reakcji granicznych jak śmiech i płacz. Cytuję: „Tezę, że rozum nie może się ani śmiać, ani płakać, zastępuje tezą, że płacz i śmiech są paradygmatycznie związane z rozumnością.” Koniec cytatu. W innym eseju Marquarda znajdujemy następujący fragment określający charakter nowoczesnego sceptycyzmu. Oto siła, która ożywia myślenie sceptyczne. Jest, cytuję: „Przemianą oczekiwania w napięciu w nic.” Jak wiadomo, tak brzmi Kantowska definicja śmiechu. I tak oto ta sceptyczna filozofia jest być może tym, co pogodne i jeśli to w ogóle możliwe, w ostatnim wieku smutnej nauki, schronieniem pogody ducha. Smutnym, gdyż ten, kto tak się śmieje, nie ma powodu do śmiechu. Brzmi to pesymistycznie, jednak jakkolwiek filozoficzny uśmiech i otwartość dla humorystycznej refleksji mogą być odchodzącymi formami postrzegania rzeczywistości, pozostają ciągle sferą komunikacji pomiędzy myślicielami otwartymi na literackie, emocjonalne, egzystencjalne czy po prostu ludzkie obszary filozofii. Pojawiające się w tekście vis comica zmusza czytelnika, a wcześniej samego autora do reorganizacji postrzegania, do włączania innych receptorów intelektualnych, takich jak intuicja, empatia, poczucie humoru, dystans. Komizm jest zatem wyrazem różnie pojmowanej skończoności.
W filozofii przede wszystkim skończoności środków wyrazu. To był tekst Dominiki Boroń „Paradoks poważnego humoru”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofu” w 2019 roku w numerze pierwszym i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. To, proszę państwa, nie był tekst łatwy. On chwilami, przyznam to zupełnie szczerze, jest trudny. Jestem w jakimś stopniu przyzwyczajony do specyficznego języka, jakiego używa filozofia, ale zanim załapałem, o co w tym tekście chodzi naprawdę, to już byłem przy trzeciej lekturze. Dlatego nie zniechęcajcie się państwo, jeśli fragmenty, a może całość wydała się państwu tak jak ściana. Można się od tego odbić po prostu. Nie zniechęcajcie się państwo, bo w tym tekście być może są prawdy, które państwo świetnie znają i rozumieją i wtedy mucha nie siada. A być może ten tekst wydał się państwu naprawdę nieprzekraczalny, niedostępny.
Może go warto jeszcze raz posłuchać? Nie wiem. Ja prowadząc te korepetycje filozoficzne zdaję sobie sprawę, że filozofia jest tak naprawdę moją pasją. Pasją, której nie musicie Państwo podzielać, ale skoro już chociażby jednym uchem słuchacie tych filozoficznych tekstów drukowanych w dwumiesięczniku „Filozofuj”, to może jednak podzielacie Państwo chociaż troszeczkę tę moją fascynację. Ja w każdym razie z filozofii i z tej fascynacji nie zrezygnuję. A śmiech? Śmiech w dalszym ciągu wydaje mi się czymś pasjonującym, nawet jeśli dzisiaj rozmawialiśmy o paradoksie poważnego humoru. Proszę Państwa, jedziemy dalej. Dzisiaj chcę Państwu zaproponować omówienie trzech książek. To są audycje z playlisty „Fantastyczna biblioteka”.
To jest playlista, która pojawia się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Moim kanale, do którego nieustająco Państwa zapraszam. Od jakiegoś czasu prowadzę tam omówienia książek i tych z dawnych czasów i tych nowych zupełnie. Jedno, co łączy te książki, to fantastyczność. To w większości jest fantastyka naukowa, fantasy. Pojawią się pewno inne gatunki związane z fantastyką, szeroko pojętą fantastyką. Dzisiaj zapraszam Państwa na omówienie trzech książek: Roberta Silverberga „Człowiek w labiryncie”, Larry'ego Nivena „Całkowe drzewa” i Marty Sobieckiej „Kaori”. Jeszcze jedna uwaga. To są audycje żywcem wklejone z kanału Wehikuł Wyobraźni z playlisty „Fantastyczna biblioteka”. Tam na początku jest stały element, taka mantra powtarzana, związana z tym, że na playliście „Fantastyczna biblioteka” pewne rzeczy są spoilerowane, że jeśli Państwo nie lubią spoilerów, to może nie należy tych omówień słuchać, ale z drugiej strony, tak jak to mawia klasyk YouTube'owy, pewno będziecie Państwo tego żałować.
To żartobliwe ostrzeżenie usłyszycie Państwo dzisiaj trzy razy. Ale już taka uroda audycji cyklicznych. A to, powtarzam, są trzy audycje żywcem zaciągnięte z kanału Wehikuł Wyobraźni. A tam na playliście „Fantastyczna biblioteka” znajdziecie Państwo znacznie więcej podobnych recenzji. Zapraszam zatem na omówienie trzech książek. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w nowej playliście. Playliście „Fantastyczna biblioteka”. Będę w niej prezentował omówienia książek science fiction, fantasy, horrorów i wszelkich innych przejawów prozy fantastycznej. Dzisiaj zapraszam na omówienie książki mojego ulubionego autora Roberta Silverberga.
Książki zatytułowanej „Człowiek w labiryncie”. I od razu uprzedzam, że będą w tym materiale spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków, pewnie będziecie Państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi zaspoileruje jakiś fragment prozy. Ale ludzie są przecież różni i to chyba dobrze. Robert Silverberg to amerykański pisarz science fiction i fantasy, znany z bogatego dorobku literackiego. Urodził się 15 stycznia 1935 roku w Nowym Jorku. Debiutował w 1954 powieścią „Revolt on Alpha C”. W 1969 roku opublikował „Człowieka w labiryncie”, który nas będzie dzisiaj interesował. W 1972 powieść „Umierając żyjemy”.
10 lat później ukazały się „Kroniki Madżipuru”, a dwa lata wcześniej, w 1980 roku, „Zamek Lorda Valentine'a”. Tych powieści i opowiadań było zresztą w karierze Roberta Silverberga całe mrowie i do wielu z nich w tym cyklu jeszcze powrócimy. Twórczość Silverberga była wielokrotnie nagradzana, między innymi nagrodami Hugo i Nebula. A dzisiaj, tak jak zapowiedziałem, zajmiemy się powieścią „Człowiek w labiryncie”. Ta książka opowiada historię Richarda Mallera, który po nieudanym pierwszym kontakcie z obcą cywilizacją w układzie Beta Hydri zostaje dotknięty niezwykłą przypadłością. Emanuje z niego pole psychiczne, które sprawia, że ludzie w jego otoczeniu odczuwają skrajny dyskomfort. Dyskomfort prowadzący do dolegliwości psychicznych, ale również fizycznych. W wyniku tego Maller zostaje odrzucony przez społeczeństwo i postanawia udać się na planetę Lemnos, gdzie w sercu starożytnego, pełnego pułapek Miasta labiryntu budowanego przez dawno wymarłą rasę. Znajduje schronienie przed ludzkością, przed przeszłością i chyba trochę przed samym sobą, przed swoimi lękami, marzeniami. Po dziewięciu latach izolacji na Lemnos przybywa misja pod przewodnictwem Charlesa Boardmana, dawnego przełożonego Mahlera.
Ludzkość stoi bowiem w obliczu nowego zagrożenia ze strony nowej obcej rasy, z którą komunikacja wydaje się niemożliwa. Boardman wierzy, że specyficzne zdolności Mahlera, te same, które stały się jego przekleństwem, mogą być kluczem do nawiązania kontaktu. Wraz z Boardmanem na Lemnos przybywa Ned Rawlins, młody idealista, który początkowo nie do końca rozumie motywacje swojego przełożonego. Misja na Lemnos ma na celu przekonanie Mahlera do powrotu na Ziemię i podjęcia się zadania komunikacji z obcymi. Jednak Mahler, głęboko zraniony i nieufny wobec ludzkości, początkowo odmawia. W miarę rozwoju wydarzeń Rawlins zaczyna dostrzegać manipulację Boardmana i rozumieć głębsze motywy, które stoją za misją. Ostatecznie Mahler decyduje się opuścić labirynt i pomóc ludziom w kontakcie z obcymi. Powieść Silverberga można interpretować jako alegorię ludzkiej alienacji i wyobcowania. Mahler, będący metaforą człowieka odrzuconego przez społeczeństwo z powodu odmienności, może symbolizować jednostkę zmagającą się z własną innością i brakiem akceptacji. Labirynt na Lemnos staje się fizycznym odzwierciedleniem psychicznych barier i mechanizmów obronnych, które budujemy wokół siebie w obliczu traumy lub odrzucenia.
Silverberg porusza również temat etyki i moralności w kontekście wykorzystywania jednostek przez społeczeństwo. Postać Boardmana reprezentuje pragmatyzm i gotowość do poświęcenia jednostki dla większego dobra, podczas gdy Rawlins uosabia idealizm i wiarę w ludzką godność. W kontekście kulturowym „Człowiek w labiryncie” odzwierciedla lęki i niepokoje lat 60. XX wieku. Lęki związane z izolacją jednostki oraz pytaniami o granice ludzkiej moralności. Powieść skłania do refleksji nad tym, jak społeczeństwo traktuje tych, którzy różnią się od normy oraz wręcz zaprasza do rozważań nad konsekwencjami dehumanizacji i instrumentalizacji jednostki. Przytoczę kilka cytatów z powieści, aby nieco przybliżyć jej klimat. „Był człowiekiem, który niósł w sobie śmierć dla innych, choć sam pragnął jedynie spokoju. Labirynt był jego schronieniem, ale i więzieniem. Miejscem, gdzie mógł uciec przed światem, ale nie przed samym sobą.
Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją, a jeszcze bardziej boją się tych, którzy przypominają im o ich własnych lękach”. O książce Roberta Silverberga czytamy między innymi: „Autor w "Człowieku w labiryncie" mistrzowsko ukazuje mechanizmy wykluczenia i samotności, tworząc uniwersalną opowieść o ludzkiej naturze”. No to jeszcze jeden cytat z sieci: „Powieść ta to nie tylko historia science fiction, ale głęboka analiza psychologiczna jednostki zmagającej się z odrzuceniem i poszanowaniem sensu w świecie pełnym pułapek”. Nie mogę się powstrzymać i przytoczę jeszcze jedną opinię: „"Człowiek w labiryncie" to poruszająca i wielowymiarowa opowieść, która skłania do refleksji nad kondycją ludzką, społecznymi mechanizmami wykluczenia oraz poszukiwaniem własnej tożsamości w świecie pełnym niepewności”. Nie chcę, żeby państwo odnieśli wrażenie, że „Człowiek w labiryncie” Roberta Silverberga to jakaś nudna literacka piła, która męczy nieustannie, a to filozofią, a to moralnością. Nie, nie. To jest książka napisana niezwykle dynamicznie, pełna akcji, pełna zwrotów owej akcji. No i co tu wiele mówić? Dzieje się, po prostu się dzieje. Bardzo polecam państwu tę książkę, bo myślę, że na kilka godzin przeniesiecie się państwo w naprawdę niezwykły świat.
A na koniec pewna ciekawostka. Powieść Roberta Silverberga „Człowiek w labiryncie” wykazuje znaczące paralele z dramatem Sofoklesa „Filoktet”. Oba dzieła koncentrują się na postaciach, które doświadczyły głębokiej zdrady i zostały skazane na izolację, co prowadzi owe postacie do wewnętrznych zmagań z bólem, goryczą i poczuciem odrzucenia. W „Filoktecie” tytułowy bohater Zostaje porzucony na wyspie Lemnos przez swoich towarzyszy z powodu ropiejącej rany, której odór był dla nich nie do zniesienia. Filoktet spędza lata w samotności, cierpiąc fizycznie i psychicznie. Podobnie Richard Mahler w „Człowieku w labiryncie” wybiera izolację na planecie Lemnos po traumatycznym kontakcie z obcą cywilizacją. To doświadczenie, tak jak już mówiłem, sprawia, że jego obecność wywołuje u innych ludzi skrajny dyskomfort. Obaj bohaterowie, ten Sofoklesa i ten Silverberga, doświadczają głębokiego cierpienia i odrzucenia przez społeczeństwo. Zarówno Filoktet, jak i Mahler rozwijają w sobie głęboką nieufność wobec innych. Filoktet odmawia powrotu do greckiej armii, mimo że jego udział jest kluczowy dla zdobycia Troi.
Odmawia, ponieważ nie może zapomnieć doznanej krzywdy. W ujęciu Sofoklesa Filoktet woli dalej cierpieć i żyć w nędzy, samotności, niż puścić w niepamięć niegodziwości swoich niegdysiejszych towarzyszy broni. Mahler również odrzuca prośby o powrót i pomoc w komunikacji z obcą rasą, nie mogąc zapomnieć o odrzuceniu, którego doświadczył ze strony ludzkości. Doświadczył jej również ze strony najbliższych. Obaj bohaterowie są nieprzejednani w swojej goryczy i żądzy odwetu, co ukazuje, że istnieją pewne rachunki krzywd, których nie da się wyrównać, choćby leżało to w obopólnym interesie zwaśnionych stron. Oba utwory eksplorują tematykę izolacji, zdrady i nieufności, ukazując, jak głębokie rany psychiczne mogą prowadzić do odrzucenia społeczeństwa i trwałej niechęci do pojednania się z nim. Silverberg, nawiązując do „Filokteta” Sofoklesa, tworzy współczesną interpretację tych uniwersalnych motywów, ukazując je w atrakcyjnej oprawie science fiction. W recenzji zamieszczonej na stronie internetowej NaEkranie.pl czytamy: „«Człowiek w labiryncie» to nawiązująca do antycznych motywów i ubrana w fantastycznonaukowy kontekst historia o wolnej woli oraz odpowiedzialności jednostki przed społeczeństwem”. I dalej: „Kosmiczne przygody szybko stają się okazją do zadawania poważnych pytań o odpowiedzialność jednostki przed społecznością, o powody, dla których ludzie podejmują ryzykowne wyzwania i o to, co sprawia, że obdarzamy kogoś zaufaniem”. Proszę państwa, to była moja próba zachęcenia państwa do sięgnięcia po książkę Roberta Silverberga „Człowiek w labiryncie”.
Ta książka ukazała się po raz pierwszy w Polsce w latach 70., ale obecnie na rynku funkcjonuje kilka innych wydań. Jedne dostępne są w antykwariatach, inne odnajdziecie państwo na stronach internetowych i to raczej bez trudu. Bardzo, bardzo serdecznie polecam państwu powieść „Człowiek w labiryncie”. To jest Robert Silverberg w swojej dobrej formie i myślę, że przygody w mieście labiryncie na Lemnos będziecie państwo czytali z zapartym tchem. Pozdrawiam i zapraszam na kolejne wydanie Fantastycznej Biblioteki już niedługo. A na koniec coś, co nazwałbym nową świecką tradycją Fantastycznej Biblioteki. Jeśli nie zachęciłem państwa do przeczytania książki „Człowiek w labiryncie”, to może lepiej ode mnie zrobi to sam autor. W związku z tym kilka zdań z początku powieści. „Teraz Mahler znał labirynt zupełnie dobrze. Wiedział, jakie i gdzie mogą być sidła i omamy, zdradzieckie zapadnie, straszliwe pułapki.
Żył tutaj od dziewięciu lat. Czasu było dosyć, żeby pogodzić się z labiryntem, jeśli już nie z sytuacją, która mu nakazała szukać tu schronienia. Nadal chodził ostrożnie. Kilka razy przekonał się, że znajomość labiryntu, którą posiadał, chociaż wystarczająca i użyteczna, przecież nie jest całkowita. Co najmniej raz był bliski śmierci i tylko dzięki niezwykłemu szczęściu zdążył uskoczyć tuż przed niespodziewanym źródłem energii elektrycznej buchającym płomieniami. Zarówno to źródło energii, jak i pięćdziesiąt innych zaznaczył na swojej mapie. Ale gdy wędrował po labiryncie rozległym jak wielkie miasto, nie mógł mieć pewności, że nie natrafi na coś dotąd mu nieznanego. Niebo ciemniało. Soczysta, wspaniała zieleń popołudnia ustępowała miejsca czarnym mrokom nocy. Polując, Mahler zatrzymał się, żeby popatrzeć na układy gwiazd.
Nawet to znał już dobrze. W tym zmartwiałym świecie wyszukał na niebie układy jasności. Wybrał sobie konstelacje w myśl swoich okropnych, zgorzkniałych upodobań. Już się pojawiły: Sztylet, Grzbiet, Strzała, Małpa, Ropucha.” Na czole małpy migotała mała, nędzna gwiazdka, którą uważał za słońce Ziemi. Nie był tego pewny, bo pojemniki z mapami zniszczył po wylądowaniu tutaj na planecie Lemnos. Jednak czuł, że ta pomniejsza kula ognista to właśnie Sol. Ta sama ognista gwiazdka stanowiła lewe oko ropuchy. Chwilami Mal mówił sobie, że słońce nie może być widoczne na niebie świata oddalonego od Ziemi o dziewięćdziesiąt lat świetlnych. Ale też bywały chwile, gdy wcale nie wątpił o tym, że je widzi. Konstelację nieco dalej w pobliżu ropuchy nazywał Wagą, Szalami.
Oczywiście te szale wisiały nierówno. Nad planetą Lemnos świeciły trzy małe księżyce. Powietrze, chociaż rozrzedzone, nadawało się do oddychania. Mal dawno przestał zauważać, że za dużo wdycha azotu, za mało tlenu. Trochę brakowało dwutlenku węgla i dlatego prawie nikt nie ziewał. Tym się jednak nie trapił. Mocno ściskając w ręce kolbę sztucera, szedł bez pośpiechu przez obce miasto w poszukiwaniu kolacji. To również należało do ustalonego trybu życia. Miał zapasy żywności na sześć miesięcy zamknięte w chłodni radiacyjnej przy swej kryjówce o pół kilometra od miejsca, gdzie się teraz znajdował. Ale żeby je uzupełniać, wciąż jeszcze co noc wyruszał na łowy.
To był, proszę państwa, fragment powieści Roberta Silverberga „Człowiek w labiryncie” w przekładzie Zofii Pierzchys. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj opowiem o powieści Larry'ego Nivena „Całkowe drzewa” i jak zawsze od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. No ale zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania. Tylko cytując klasyków, pewnie będziecie państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, ale ludzie są przecież różni. Larry Niven to jedno z najważniejszych nazwisk w literaturze science fiction. Debiutował w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku utworem „The Coldest Place”. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym otrzymał nagrodę Hugo za opowiadanie „Neutron Star”.
Twórczość Nivena cechuje się twardym trzymaniem się zasad naukowych, a zarazem skłonnością do snucia naprawdę epickich wizji, wizji niezwykłych światów. Chciałoby się powiedzieć wręcz zapierających dech w piersiach krajobrazów. Przykładem takiej wizji są „Całkowe drzewa” The Integral Trees wydane w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku w USA, a w Polsce w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym. Powieść ta jest częścią uniwersum, któremu autor nadał nazwę Znane Przestrzenie. Książka ukazuje jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w historii literatury science fiction. O szczegółach za chwilę. Najpierw odrobina biografii. Lawrence Van Cott Niven urodził się trzydziestego kwietnia tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku w Los Angeles. Z wykształcenia jest matematykiem, lecz jego prawdziwą pasją stała się literatura science fiction. Popularność zdobył dzięki powieści „Pierścień” Ringworld tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt, za którą otrzymał nagrody Hugo, Nebula i Locus.
W kolejnych latach rozwijał zarówno ten cykl, jak i inne aspekty swojego literackiego wszechświata, wprowadzając między innymi wspomniany już cykl Znane Przestrzenie. „Całkowe drzewa” to powieść osadzona w niezwykłym, oryginalnym uniwersum, w którym potomkowie ziemskich kolonistów osiedlili się nie na tradycyjnej planecie, lecz na gigantycznych, unoszących się w atmosferze strukturach przypominających drzewa. Ich kształt nawiązujący do symbolu całki matematycznej stał się znakiem rozpoznawczym tego świata, nadając mu zarówno nazwę, jak i unikatowy klimat. Akcja toczy się w układzie podwójnej gwiazdy, gdzie nietypowe warunki umożliwiają istnienie nietypowego ekosystemu. Jak już mówiłem, zamiast na tradycyjnej planetarnej powierzchni ludzie żyją na olbrzymich dryfujących drzewach. Drzewach, które unoszą się swobodnie w... Nie potrafię tego przedstawić w bardziej obrazowy sposób. Te drzewa unoszą się w torusowej strukturze atmosfery. Nie bardzo państwo sobie to wyobrażają. Opiszmy zatem dokładniej.
Tak zwany pierścień dymu to gazowy torus obwarzanek otaczający gwiazdę neutronową. Powstał z pozostałości po rozpadzie gazowego olbrzyma. Składa się z mieszaniny gazów: tlen, azot, para wodna i pierścień ten utrzymywany jest przez grawitację gwiazdy neutronowej. Jej silne przyciąganie stabilizuje orbitę pierścienia. Ale również przez siły odśrodkowe gaz krąży po orbicie tworząc stabilny habitat oraz przez siły pływowe, które rozciągają materię wzdłuż osi skierowanej ku gwieździe neutronowej. Drzewa, na których żyją ludzie przypominają symbol całki. Ich struktura jest podobnie zakrzywiona i drzewa te mają dwa tufty, pióropusze na końcach. Owe tufty to gęste skupiska liści pełniące funkcję paneli słonecznych. To właśnie tam zachodzi fotosynteza oraz te tufty to są swoiste chwytacze wody, wody pochodzącej z mgły. Jest również korzeń powietrzny.
To centralna, zakrzywiona część drzewa, która może mieć nawet setki kilometrów długości. Wspomniałem, że drzewa są stabilizowane przez siły pływowe gwiazdy neutronowej, a ich kształt wynika z równowagi między przyciąganiem gwiazdy a siłą odśrodkową ruchu orbitalnego. Charakteryzując warunki na całkowych drzewach powiedzmy coś o mikrograwitacji. Organizmy poruszają się pływając, to weźmy w cudzysłów, w gazie lub wspinając się po rozmaitych strukturach. Ekologia. W pierścieniu dymu nie ma planet. Życie koncentruje się wokół całkowych drzew, które dostarczają tlenu, wody zbieranej z kropel mgły i schronienia. Woda utrzymuje się również w postaci kulistych jezior dzięki napięciu powierzchniowemu. Może jeszcze o wiatrach i prądach. Gaz w pierścieniu przemieszcza się w strumieniach, tworząc wiatry, które przenoszą zapasy wody i materii organicznej.
Ludzie i zwierzęta. Organizmy te mają muskularne kończyny do wspinaczki po drzewach lub błoniaste skrzydła do lotu w gazie. Rośliny. Oprócz całkowych drzew istnieją latające trawy oraz pnącza, które wykorzystują prądy gazowe do rozsiewania nasion. Cóż jeszcze? Cykl wody. Para wodna skrapla się w chmurach, a następnie opada jako krople. Krople, które gromadzą się w kieszeniach liści lub formują wolno unoszące się kuliste zbiorniki. Powiem krótko: Larry Niven połączył astrofizykę z biologią spekulatywną, tworząc unikalny ekosystem, który myślę, że nie ma w tych słowach przesady, stał się ikoną literatury science fiction. Brak stabilnego podłoża wpływa na całą dynamikę życia, zarówno fizycznego, jak i społecznego, zmuszając mieszkańców do adaptacji do nietypowych warunków grawitacyjnych oraz środowiskowych.
Drzewa będące jednocześnie domem i środowiskiem życia mają niezwykłą biologię i tworzą scenografię pełną zagrożeń, ale i fascynujących możliwości rozwoju życia. Centralnym punktem fabuły powieści „Całkowe drzewa” jest dramatyczna sytuacja plemienia, które zamieszkuje jedno z olbrzymich drzew. To drzewo, będące jednocześnie domem i całym światem dla jego mieszkańców, zaczyna obumierać. W obliczu nadchodzącej katastrofy społeczność musi podjąć dramatyczną decyzję: opuścić dotychczasowy dom i wyruszyć w nieznane, szukając nowego miejsca do życia. W związku z zagrożeniem plemię wysyła grupę zwiadowczą. Bohaterowie wyposażeni jedynie w podstawowe narzędzia wyruszają na niebezpieczną ekspedycję pośród dryfujących drzew. Ich podróż pełna jest nieprzewidywalnych zagrożeń, od ekstremalnych warunków środowiskowych, poprzez trudności nawigacyjne w stanie nieważkości, aż po kontakt z innymi, często wrogimi plemionami. Podczas wyprawy grupa musi zmierzyć się także z problemem niewolnictwa, gdyż niektórzy z jej członków wpadają w ręce łowców niewolników, co dodatkowo komplikuje ich misję. Opowieść zawiera wiele klasycznych elementów przygodowych. Bohaterowie zmuszeni do ciągłej walki o przetrwanie angażują się w mniejsze i większe konflikty, zarówno wewnętrzne, jak i międzyplemienne.
Przez cały czas narastają napięcia, które prowadzą do ostatecznego starcia, zderzenia tradycji z nowymi ideami oraz próby stworzenia zupełnie nowej społeczności, która mogłaby przetrwać w tym nieprzyjaznym świecie. Chociaż postacie bohaterów „Całkowych drzew” bywają krytykowane za pewną sztuczność i niedopracowaną psychologię, każda z nich reprezentuje inny aspekt adaptacji człowieka do ekstremalnych warunków. Są to zarówno wojownicy, przywódcy, jak i zwykli ludzie, dla których przetrwanie w takim środowisku staje się jedynym, najważniejszym celem. Wspólna podróż i doświadczenia kryzysowe prowadzą do stopniowych przemian. Od desperackiej walki o życie, poprzez konflikty i zdrady Aż do ostatecznego zjednoczenia i budowania nowej społeczności. Ekspedycja, choć pełna niebezpieczeństw, staje się dla bohaterów areną testu ich umiejętności, determinacji oraz zdolności adaptacyjnych. Zmagania z przeciwnościami natury i ludzkiej wrogości zmuszają ich do refleksji nad sensem istnienia, co ostatecznie prowadzi do narodzin nowego ładu społecznego. Powieść pokazuje, jak środowisko całkowicie różniące się od ziemskich norm wpływa na rozwój ludzkiej cywilizacji. Brak tradycyjnej grawitacji, niezwykła biologia drzew oraz nieprzewidywalność atmosfery kreują unikalne wyzwania, które wymagają od bohaterów nie tylko fizycznej, ale i mentalnej elastyczności. Oprócz aspektów przygodowych, „Całkowe drzewa” poruszają kwestie społeczne.
Śledzimy, jak konflikt, niewolnictwo czy rywalizacja między plemionami mogą prowadzić do rozbicia starych porządków, ale także do stworzenia nowych, bardziej zintegrowanych struktur społecznych. Powieść stawia pytania o to, co definiuje ludzką tożsamość, gdy zmienione zostają wszystkie fundamenty życia – od fizycznych warunków po społeczne relacje. Autor, mając wykształcenie matematyczne, wprowadza do fabuły logiczne naukowe uzasadnienia dla zjawisk zachodzących w opisywanym świecie. Zapewne dzięki temu świat przedstawiony, choć fantastyczny, ma solidne podstawy fizyczne, a to nadaje mu wiarygodności i wyróżnia na tle innych dzieł gatunku. „Całkowe drzewa” to więcej niż klasyczna powieść przygodowa. W jej podłożu leży refleksja nad adaptacją ludzkiej cywilizacji do ekstremalnych warunków i znaczeniem kultury w przetrwaniu. Świat stworzony przez Nivena można interpretować jako alegorię ludzkiej ekspansji oraz przemiany społecznej. Osadnicy reprezentują społeczeństwo izolowane i ograniczone własnymi mitami, które musi skonfrontować się z prawdziwą naturą wszechświata. Jak zauważa badacz literatury science fiction Gary Wolf: „Niven nie tylko eksperymentuje z fizyką świata, ale także z fizyką społeczną. Jak cywilizacja zmienia się w warunkach bez Ziemi, grawitacji i jasno zdefiniowanych granic?” Koniec cytatu.
Podkreślona zostaje także zależność ludzi od natury i technologii. Autor pokazuje, jak tradycja i wiedza techniczna splatają się w nowej formie cywilizacji. Cytuję: „Nasza przeszłość była naszym największym ciężarem i naszym jedynym przeciwnikiem” – mówi Clayve w jednym z kluczowych momentów książki. Larry Niven posługuje się oszczędnym, lecz sugestywnym językiem. Jego opisy środowiska są pełne precyzyjnych detali naukowych, ale nie tracą poetyckiego uroku. Jeden z najbardziej malowniczych fragmentów opisuje sposób poruszania się w nieważkości. Ciała nie unosiły się w powietrzu, lecz dryfowały w powolnym tańcu jak liście na powierzchni wody, której nie porusza żaden wiatr. Powieść, mimo bogatego tła naukowego, nie traci przystępności. Narracja jest dynamiczna. Rozdziały składają się na naprawdę epicką, choć kameralną historię przetrwania.
„Całkowe drzewa” to powieść o unikalnej wizji świata, która wymusza na bohaterach refleksję nad ich miejscem w kosmosie. Niven łączy twardą fantastykę naukową z elementami powieści przygodowej, tworząc dzieło, które pozostaje w pamięci na bardzo długo. Warto sięgnąć po tę książkę zarówno dla samej historii, jak i dla niezwykłej kreacji świata. To jeden z dowodów na to, że Larry Niven pozostaje mistrzem klasycznej science fiction łączącej naukę z humanistyczną refleksją. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Larry'ego Nivena. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale wcale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora. Gawin słyszał szelest, gdy jego towarzysze posuwali się ku kusze. Byli rozproszeni wzdłuż pnia drzewa. Pień dzielił się w nieskończoność na cienkie jak nitki gałązki, które na końcach rozkwitały delikatnym listowiem podobnym do zielonej waty pozwijanej w luźne kłębki, by pochwycić jak najwięcej światła przenikającego przez nie niczym zielony zmierzch.
Gawin przedzierał się przez wszechświat utkany z zielonej waty cukrowej. Wygłodniały sięgnął głęboko poprzez sieć gałązek i wyszarpnął garść liści. Smakowały dokładnie jak twarda wata cukrowa. Zaspokajały głód, ale żołądek Gawina domagał się mięsa. Te liście były zbyt włókniste, a ich zieleń zbyt brunatna. Nawet tu, na skraju kępy, gdzie dochodziło światło słońca. Zjadł liście i ruszył dalej. Narastające zawodzenie wiatru powiedziało mu, że jest już prawie na miejscu. Chwilę później wytknął głowę na słońce i wiatr. Światło słoneczne raziło go w oczy.
Wciąż jeszcze zaczerwienione, podrażnione porannym napadem alergii, która zawsze atakowała oczy i zatoki. Skrzywił się i odwrócił głowę. Pociągnął nosem i czekał, aż wzrok przywyknie, a potem niecierpliwie spojrzał w górę. Gawin miał 14 lat mierzonych zachodami słońca za Wo. Do tej pory nie ruszał się powyżej Kępy Queena. Pień wznosił się wprost w górę, jakby wychodził z Wo. Wydawało się, że nie ma końca. Jak szeroki brązowy mur zwężający się najpierw w walec, a potem w ciemną linię, łagodnie zakrzywiającą się ku zachodowi, ku punktowi w nieskończoności. Punktowi zwieńczonemu daleką kępą zieleni. Spod jego stóp odpadł nagle obłok zbrązowiałej zieleni, oddalając się w kierunku środka kępy.
Gawin spojrzał na wschód. Wiatr szarpał jego długie włosy. Widział gałąź wyłaniającą się z zieloności, pół klomtera nagiego drewna. Smukła, delikatna płetwa. Z zieleni obok wychynęła głowa Harpa, który natychmiast cofnął się, chowając twarz przed wiatrem. Za nim wysunął się Lathon i również zaraz się ukrył. Gawin czekał. Teraz pojawili się obaj. Twarz Harpa była szeroka, grubokoścista, pełna brutalnej siły, częściowo ukrytej przez złocisty zarost. Długa, ciemna twarz Lathona właśnie zaczynała porastać kosmykami czarnych włosów.
Możemy przepełznąć dookoła na drugą stronę pnia, na wschód, z dala od tego wiatru. Wiatr wiał zawsze z zachodu, zawsze z prędkością sztormu. Lathon spojrzał pod wiatr poprzez palce. „Nie zgadzam się!” — ryknął. — „Jak złapiemy cokolwiek? Cała zwierzyna przylatuje z wiatrem.” Harp prześlizgnął się między liśćmi i dołączył do Lathona. Gawin wzruszył ramionami i zrobił to samo. Chętnie ukryłby się przed wiatrem. W końcu Harp, o dziesięć lat starszy od kolegów, był kimś w rodzaju przywódcy. Niestety rzadko to potwierdzał czynem.
„Nie będzie żadnego łapania” — odparł Harp. — „Jesteśmy tu po to, żeby strzec pnia. Jeśli nawet jest susza, to nie znaczy, że nie będzie nagłej powodzi. A jeśli drzewo zahaczy o staw?” „Jaki znowu staw? Rozejrzyj się. Tu nie ma zupełnie nic. Wo jest za blisko. Sam to powiedziałeś, Harp.” „Pień zasłania prawie całe pole widzenia” — łagodnie odparł Harp. Słońce, jasny punkt na niebie, przesuwało się powoli wzdłuż zachodniej krawędzi Kępy. Z tamtej strony nie było widać ani stawów, ani chmur, ani wędrownych lasów.
Nic, tylko biało-błękitnawe niebo przecięte linią dymnego pierścienia. Na tej linii widniał skłębiony supeł, który musiał być Goldem. Spojrzał w górę i ujrzał jeszcze więcej nicości. Odległe smugi chmur układające się w kształt burzowego wiru, błyszczącą plamkę, która mogła być stawem, ale wydawała się jeszcze bardziej odległa niż zielony czubek Całkowego Drzewa. Nie będzie powodzi. Ostatnia powódź nadeszła, gdy Gawin miał sześć lat. Pamiętał przerażenie, panikę, nerwowy pośpiech. Plemię przeniosło się na wschód wzdłuż gałęzi, w miejsce, gdzie Kępa przechodziła w stożkowaty słup nagiego drzewa. Pamiętał huk, który zagłuszył wiatr i dygoczącą bez końca gałąź. Ojciec Gawina i dwaj inni myśliwi nie zostali ostrzeżeni w pole.
Zmyło ich w niebo. To był fragment powieści Larry'ego Nivenna „Całkowe Drzewa” w tłumaczeniu Aleksandry Jagiełowicz. Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i zapraszam na kolejny odcinek Fantastycznej Biblioteki. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zapraszam na omówienie książki Marty Sobieckiej „Kaori” i tradycyjnie od razu uprzedzam, że będą w tym materiale spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Na szczęście można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków, pewnie będziecie Państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, ale ludzie są przecież różni i w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że to bardzo dobrze. Zanim zaczniemy podróż przez świat stworzony przez Martę Sobiecką, mała uwaga dla purystów językowych.
Nie znam języka japońskiego, jak większość polskich czytelników. A ponieważ będę przytaczał niektóre imiona i nazwy, to pozwólcie Państwo, że posłużę się raczej intuicją językową niż japońską fonetyką. Książka Marty Sobieckiej „Kaori” przedstawia świat niedalekiej przyszłości, w którym sztuczna inteligencja i roboty opiekujące się dziećmi odgrywają ważną rolę społeczną. Historia rozpoczyna się od incydentu z udziałem siedmioletniego chłopca Yuna Ozaki, który znajduje się pod kuratelą robota-opiekuna o imieniu Goku. Spokój, chciałoby się powiedzieć sielanka codzienności zostaje brutalnie przerwany, gdy Goku eksploduje w domu, powodując poważne oparzenia u chłopca. Policja reprezentowana między innymi przez oficer Kaori Nakamurę podejmuje śledztwo, które prowadzi do ujawnienia, a w każdym razie odsłonięcia części skomplikowanej sieci zależności pomiędzy wielkimi korporacjami technologicznymi, wpływowymi osobistościami oraz zagadką zaginionej dziewczyny Minako. Kilka słów o autorce. Marta Sobiecka, rocznik 1990 studiowała dziennikarstwo i filozofię na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. W swojej twórczości często łączy elementy kultury japońskiej z futurystycznymi science fictionowymi wizjami. Przykładem tego jest jej literacki debiut, zbiór opowiadań „Algorytm życia” z 2021 roku.
Zbiór, który przedstawia historię japońskiej policjantki Kaori Nakamury. A wszystko dzieje się w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie technologia i tradycja splatają się w świecie cyberpunku. Później pojawiła się jeszcze książka „Chindogu”, w której czytelnik mógł śledzić kolejne przygody Nakamury. W 2025 roku autorka opublikowała powieść „Kaori”, której bohaterką jest ponownie japońska policjantka. We wspomnianej powieści atmosfera napięcia pojawia się już w pierwszych scenach. Cytuję: "Pożar w dzielnicy portowej. Silny wiatr spowodował błyskawiczne rozprzestrzenianie się ognia. Straż pożarna wciąż próbuje opanować żywioł." Ta informacja dociera do robota-opiekuna, ale nie budzi zaniepokojenia. Jest jednak rodzajem symbolu zbliżającej się nieuchronnej katastrofy. W toku dochodzenia główna bohaterka Kaori Nakamura orientuje się między innymi, że znany Nippon producentem robota Goku rywalizuje firma o podobnym profilu Mirai.
Pojawia się również podejrzenie, iż niebezpieczny incydent z robotem mógł być wynikiem sabotażu. Cytuję: "Policyjny dron wisiał nad domem, mapując teren. Honda Sport Vision GT zmierzała w jego kierunku przyciągana polem magnetycznym ludzkiego nieszczęścia." Równolegle ze śledztwem dotyczącym robota-opiekuna Nakamura angażuje się w sprawę Minako, fanki zespołu Cool Kids, której ostatnia aktywność w sieci miała miejsce na koncercie w dzielnicy portowej. Lider zespołu wydaje się skrywać jakąś tajemnicę. Cytuję: "Po koncercie rozpłynęła się w powietrzu. Może potrafisz to wyjaśnić? Policjantka naciskała, lecz chłopak nie zamierzał się przyznać." Dochodzenie doprowadza w pewnym momencie do konfrontacji Nakamury z zaawansowanym robotem bojowym, co stanowi jeden z kulminacyjnych momentów książki. Powieść „Kaori” wpisuje się w tradycję cyberpunku, gatunku ukazującego zdominowane przez technologię społeczeństwa przyszłości, pełne korupcji i nierówności. Motyw wszechobecnej inwigilacji korporacyjnych spisków oraz zagrożeń związanych z AI przywodzi oczywiście na myśl takie dzieła jak „Neuromancer” Williama Gibsona czy „Blade Runner” Philipa Dicka. Przy okazji warto wspomnieć, że według doktora Davida Bella z University of Leeds cyberpunk to literatura ostrzegawcza ukazująca, jak zaawansowana technologia może prowadzić do alienacji zamiast do poprawy jakości życia.
W powieści Marty Sobieckiej świat jest pełen zaawansowanych, ale często niebezpiecznych wynalazków. Cytuję: "Dzieciak doznał oparzenia drugiego stopnia. Nani Nippon mają przerąbane." Technologia, zamiast chronić, może stać się źródłem zagrożenia. Trudno właściwie dyskutować z tak postawioną tezą. Jednym z ważniejszych odniesień kulturowych w książce jest postać Sun Wukonga, Małpiego Króla, bohatera klasycznej chińskiej powieści „Wędrówka na Zachód”, powieści z okresu dynastii Ming. Opowiada ona o pielgrzymce buddyjskiego mnicha Xuanzanga, który wyrusza do Indii po święte pisma, a jego towarzyszem jest między innymi Małpi Król. Zaraz, zaraz! Zaniepokoi się uważny czytelnik. Przecież w powieści Marty Sobieckiej postać Małpiego Króla w ogóle się nie pojawia. O co chodzi?
Zacytujmy najpierw fragment książki „Kaori”: "Yun sam wybrał imię dla robota Goku od imienia Son Goku, bohatera anime Dragon Ball, którego jest wielkim fanem." A wspomniany Son Goku z „Dragon Ball” ma właśnie cechy małpy. Twórca „Dragon Ball”, Akira Toriyama, tworząc tę postać, czerpał bowiem inspirację właśnie z postaci Małpiego Króla, nadając głównemu bohaterowi niektóre jego cechy. Son Goku, podobnie jak Małpi Król, ma oczywiście małpie cechy, co jest szczególnie widoczne w początkowych odcinkach serii „Dragon Ball”. Oryginalny chiński Małpi Król jest symbolem chaosu. Chaosu, który musi zostać ujarzmiony. I to wydaje się niezwykle ważne. Profesor Mark Rowlands, autor „The Philosopher at the End of the Universe”, zauważa: „Mit o Sun Wukongu ukazuje napięcie między wolnością a kontrolą. Jest to metafora technologii, która wymyka się spod ludzkiej kontroli”. Ponadto robot Goku z książki Marty Sobieckiej, podobnie jak Małpi Król, okazuje się siłą, której człowiek nie potrafi do końca kontrolować. Powieść Kaori porusza problem granicy między człowiekiem a maszyną.
Kaori Nakamura, widząc konsekwencje autonomicznych decyzji AI, zastanawia się, czy maszyny mogą mieć świadomość. To zagadnienie było poruszane przez filozofa Johna Searlea, który w eksperymencie chińskiego pokoju dowodził: komputer może symulować myślenie, ale nigdy nie osiągnie prawdziwego rozumienia. Tymczasem w książce pojawia się scena sugerująca, że robot Goku odczuwa coś więcej. Cytuję: „Goku zawsze, ale to zawsze odpowiadał chłopcu na każde pytanie. Tym razem jednak było inaczej”. Do koncepcji Searlea wrócimy jeszcze, ale za chwilę. Czy maszyna może czuć? Czy przekroczy próg bycia jedynie narzędziem? To pytania, które książka pozostawia otwarte. Korporacje technologiczne pełnią w powieści rolę niemal boskich bytów decydujących o ludzkich losach.
Dobrze koresponduje z tą myślą hasełko reklamowe z kart powieści: „Nani Nippon. Bezpieczeństwo twojego dziecka naszym priorytetem”. Jednym z ważnych tematów poruszonych w utworze jest rozwój sztucznej inteligencji i jej wpływ na społeczeństwo oraz jednostkę. Historia robota Goku i śledztwa Kaori Nakamury stawia pytania o granice między człowiekiem a maszyną, odpowiedzialność za stworzone technologie oraz konsekwencje ich autonomii. Robot Goku, zaprogramowany do opieki nad Yunem, wydaje się przejawiać cechy wykraczające poza zwykłą automatyzację. Jego relacja z dzieckiem jest na tyle głęboka, że przypomina więź emocjonalną. Cytuję: „Sztuczny przyjaciel zbudował z chłopcem prawdziwą relację. Sprawił, że dom stał się domem nie tylko z nazwy”. W kontekście filozofii umysłu nawiązuje to do klasycznego pytania Alana Turinga: czy maszyny mogą myśleć? W artykule „Computing Machinery and Intelligence” z 1950 roku Turing proponuje test, który ma sprawdzić, czy komputer może naśladować ludzkie myślenie.
Jednak wspomniany już John Searle w swojej koncepcji chińskiego pokoju z 1980 roku argumentował, że maszyny mogą symulować inteligencję, ale nie mają rzeczywistego zrozumienia. Czy Goku rzeczywiście rozumie Yuna, czy jedynie wykonuje złożone algorytmy mające sprawić wrażenie relacji? Wyjątkowym aspektem historii stworzonej przez Martę Sobiecką wydaje się moment, gdy robot eksploduje, narażając życie dziecka. To prowadzi do pytania, czy ludzkość może kontrolować sztuczną inteligencję i konsekwencje jej działania. Stephen Hawking ostrzegał przed niekontrolowanym rozwojem AI. Napisał: „Pełna sztuczna inteligencja może oznaczać koniec ludzkości. Raz uruchomiona AI będzie rozwijać się samodzielnie i prześcignie ludzi, którzy nie będą w stanie jej kontrolować”. Podobnie Nick Bostrom w „Superintelligence: Paths, Dangers, Strategies” z 2014 roku podkreśla, że rozwój AI może doprowadzić do sytuacji, w której ludzkość utraci kontrolę nad własnymi wynalazkami. Rozwój sztucznej inteligencji i jej integracja z życiem ludzi dotyka także kwestii transhumanizmu. Nakamura, korzystająca z zaawansowanych technologii wspomagających zmysły, sama staje się częścią cyfrowego świata.
Kevin Warwick w „I, Cyborg” z 2002 roku sugeruje, że przyszłość ludzkości to fuzja z technologią. Człowiek i maszyna nie będą już dwiema oddzielnymi kategoriami. By przetrwać, będziemy musieli się połączyć. Może to jeszcze nie czas, aby stawiać pytanie, czy Nakamura i inni bohaterowie utworu są jeszcze w pełni ludźmi, czy raczej hybrydami technologii i biologii, ale tendencja w przedstawionym świecie jest bardzo wyraźna. Podsumowując, utwór to nie tylko thriller cyberpunkowy, ale również dzieło, które skłania do głębokiej refleksji nad naturą sztucznej inteligencji i jej wpływem na ludzkość. Autorka stawia pytania, na które współczesna filozofia i nauka nie mają jeszcze jednoznacznych odpowiedzi. Tekst powieści Kaori ukazuje świat, w którym technologia służy bardziej zyskom niż ludziom, co ma odbicie w realu, w naszym realu i odnosi się wprost do rzeczywistości współczesnego kapitalizmu cyfrowego. Jak zauważa filozofka Shoshana Zuboff: "Współczesne korporacje technologiczne nie sprzedają produktów, sprzedają użytkowników i ich dane." Czy Nakamura i jej śledztwo są w stanie obnażyć manipulację systemu, czy też system jest zbyt silny, by go obalić? Książka łączy elementy cyberpunku, noir i dystopii, eksplorując jednocześnie pytania filozoficzne o naturę sztucznej inteligencji, władzę korporacji i granice człowieczeństwa. Poprzez postać Goku nawiązuje do mitologii wschodnioazjatyckiej, ukazując technologię jako siłę, którą ludzkość próbuje kontrolować, ale nie zawsze skutecznie.
Czy przyszłość będzie należała do ludzi, czy do maszyn? A może jak małpi król AI znajdzie własną drogę poza kontrolą swojego stwórcy? A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Marty Sobieckiej "Kaori". Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli nie najlepszym argumentem jest kilka zdań napisanych przez autorkę. Policyjny dron wisiał nad domem mapując teren. Honda Sport Vision GT zmierzała w jego kierunku wyciągana polem magnetycznym ludzkiego nieszczęścia. Robot opiekun marki Nani Nippon wybuchł o godzinie 7:01. W domu przebywał siedmioletni chłopiec Jun Ozaki. Ofiara próbowała prawdopodobnie ugasić robota.
Transportowana jest do Minami Hospital. Informacje aktualizowały się na przedniej szybie samochodu. Honda zatrzymała się na chodniku, bo podjazd był zajęty przez inne policyjne wozy. Drzwi się otworzyły i z auta wysiadła kobieta. Płaska, trójkątna twarz i wydatne kości policzkowe upodabniały ją do Koreanki. Na tym kończyły się podobieństwa. Zgrabny nos i szerokie oczy nie pozostawiały cienia wątpliwości co do jej pochodzenia. W kraju, w którym niektóre sklepy wywieszały na drzwiach tabliczki z napisem "Sorry, only Japanese customers" miało to ogromne znaczenie. "Nakamura, jesteś wreszcie" przywitał ją Kenji, policyjny technik. Nawet na nią nie spojrzał, zaabsorbowany obsługą kontrolera.
"Na fajerwerki nikt nie zdążył" odparowała Karoi poirytowana tym, że kolega wytknął jej brak pośpiechu. "Źle mnie zrozumiałaś. Po prostu gość znany Nippon już na ciebie czeka i doprowadza wszystkich do szału." "Gdzie go znajdę?" Kenji nie musiał odpowiadać. Przed twarzą policjantki zawisł dron. Ten nie należał do policji. Z małego ekranu zamontowanego z przodu pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna patrzył na Kaori. "Yosinobi, główny kontroler jakości Nani Nippon" przedstawił się. "Oficer Nakamura, wydział do spraw cyberprzestępczości." Policjantka podsunęła odznakę pod kamerę tak, aby pan Yosinobi mógł dokładnie się jej przyjrzeć. "Czy teraz możemy już wejść?" — zapytał kontroler, siląc się na uprzejmość. "Proszę za mną." Nakamura przeszła przez hologram żółtej taśmy i pewnym krokiem maszerowała do środka.
Od wejścia poczuła nieprzyjemną woń krzemowej spalenizny, co spowodowało, że przez sekundę wahała się, czy iść dalej. Zareagowała na nagłe zetknięcie z czymś, co za dnia skutecznie spychała na obrzeża świadomości. Zapach sprawił, że coś mieszkającego głęboko w jej wnętrzu otworzyło leniwie oko. Ale teraz nie było na to czasu. Bestia dopadnie ją dopiero wieczorem. To nie moment na roztrząsanie przeszłości. Wnętrze domu, tak jak się spodziewała, było bogate i nowoczesne, urządzone w europejskim stylu. Wrażenie ładu graniczącego z pedantyzmem psuły szczątki robota. Podeszła do miejsca, gdzie stał w momencie samozapłonu. "Będę potrzebowała nagrania z incydentu" — zakomunikowała, kucając obok szczątków.
Dron również obniżył wysokość. Najwyraźniej pan Yosinobi chciał utrzymać z nią kontakt wzrokowy. "Najmocniej przepraszam, ale z mojej strony to niemożliwe" — powiedział. "Robot ma jedynie pamięć wbudowaną. To warunek konieczny. Rodzice nie życzą sobie, by dane o ich dzieciach trafiały na nasze serwery." "Z siecią domową też się nie łączy?" "Łączy, oczywiście, ale to już nie moje kompetencje." To był fragment powieści Marty Sobieckiej "Kaori". Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejne audycje z cyklu Fantastyczna Biblioteka na kanale Wehikuł Wyobraźni Proszę państwa, proszę państwa, Piotr Cielebiaś już czeka. Zaczynamy zatem Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:37:54] - Dzień dobry wieczór tobie, Marku i wszystkim słuchaczom.
[01:37:59] - Zaczynamy Filmotekarium. Brzmi optymistycznie, prawda? I tak samo optymistycznie byłem nastawiony, kiedy włączałem film "Electric State". Ach, miało być widowisko. I widowisko było. Tylko czy to było widowisko, na jakie się nastawiłem? Nie, to nie było takie widowisko. A o szczegółach za chwilę.
[01:38:26] - Dokładnie. Powiem ci, że od paru tygodni to jest bardziej Narzekarium niż Filmotekarium. Bo jak są filmy kiepskie i są filmy prawie amatorskie, czasami nawet takie, jak to się mówi, alternatywne, niezależne, to nam często nie pasują, bo są kiepskie. A jak są takie blockbustery jak "Mickey 17" czy "Electric State", to też nam nie pasują, bo są z kolei głupie. Zacznijmy od tego, że pewna platforma na literę N, nie unikniemy jej nazwy, także niech już będzie, że Netflix obiecała nie wiadomo co. Zachwytom nie było końca. Tutaj bracia Russo, niesamowity scenariusz, niesamowite postaci, niezwykłe efekty. Prawda o naszym świecie zawarta w przyjemnym dla oka obrazie dla wszystkich grup wiekowych tak naprawdę. Wydaje mi się jednak, że konfrontacja z rzeczywistością szybko tą produkcję zweryfikowała i trochę niestety pogrzebała. Szczerze mówiąc to jest zupełnie subiektywna ocena, kiedy widzisz, że ludzie o jakimś filmie rozmawiają i są artykuły, recenzje filmowe na YouTubie, wideoblogi z recenzjami.
Kiedy widzisz, że to się kłębi, że o tym jest mowa, nawet się w mainstreamie coś pojawia, to znaczy, że film przykuwa uwagę. Z "Electric State" miało być dobrze. Niestety wyszło tak, że to jest po prostu kolejny film o robotach. Coś à la "Chappie", coś à la "Transformers" skrzyżowany z "Creatorem". "Creatora" omawialiśmy w ubiegłym roku i w rzeczywistości można powiedzieć, że "Electric State" to jest taki "Creator" w wersji family friendly. Jeżeli chodzi o inne filmy, które przychodzą do głowy, to nawet "Toy Story" jakoś się z tym wszystkim kojarzy. Bo jeżeli "Electric State" jakiś jest, to jest na pewno film eklektyczny z przekazem, który każda grupa rozumie na swój sposób. I mamy tam do czynienia z takim zjawiskiem, które się nazywa retrofuturyzmem, czyli rzecz się niby dzieje w bardziej zaawansowanych czasach, w bardziej zaawansowanej rzeczywistości niż nasza pod pewnymi względami, ale jest to przeszłość i w tym przypadku są to lata 90. I czego się z tego filmu dowiadujemy na samym początku już? Że po nierównej walce między ludźmi a robotami ci drudzy zostają ledwo, ledwo pokonani, spacyfikowani i zamknięci w czymś w rodzaju obozów na pustkowiu.
A powód do tej wojny to był nie taki, jak wiele osób mogło się na początku domyślać, że roboty chciały zdominować ludzkość. Nie, one się zbuntowały, bo musiały, nomen omen, robić, robić, robić i nic z tego nie miały. Mniej więcej na tle takiej narracji o tym, że się robotom też należy działka, poznajemy głównych bohaterów tego dzieła.
[01:41:54] - I to jest, Piotrze, problem dla mnie. Nie z bohaterami, tylko w ogóle z samym dziełem. Otóż ja mam ten zwyczaj, sam nie wiem, czy dobry, że czytam komentarze pod naszymi podcastami. I cóż wyczytałem? Oprócz tego, że jestem podły, bo znęcam się na przykład nad wielkim aktorem w zeszłym odcinku, nad Pattinsonem, bo mu zarzucam, że kiedyś w czymś grał i to jest słabe, to poza tym przeczytałem przy okazji, kiedy z braku laku prezentowaliśmy "Predatora", bardzo ciekawą myśl napisał jeden z naszych słuchaczy. Otóż współczesne filmy charakteryzuje to, że praktycznie żaden z nich nie jest normalny, bo kiedyś kręcono filmy, które nawet jeśli były SF, to one działy się w normalnych warunkach psychologicznych, chciałoby się nawet powiedzieć psychiatrycznych. W to można było uwierzyć. Może niekoniecznie w "Predatora", ale na przykład w "Żołnierzy w dżungli", taką specjalną jednostkę odbijającą, czy też pomagającą różnym ludziom za linią frontu, czy ratujących tych ludzi. W to można było uwierzyć i to było zrobione z wielkimi szczegółami, ze znajomością rzeczy, nawet z takimi szczegółami jak iskrzenie w określonych momentach różnych urządzeń i tak dalej. Widać było, że to były filmy dopracowane.
Dzisiaj filmy są nienormalne, chciałoby się powiedzieć. Na czym to polega? Bo one niby chcą nam opowiadać historię, niby normalną, ale tak naprawdę wrzucają szereg dziwnych, a czasami bardzo dziwnych sytuacji. I film, o którym dzisiaj rozmawiamy, taki właśnie jest. Niby chciałby być normalny, opowiadać historię z tym, że bardzo szybko i później dosyć konsekwentnie wrzuca różne takie wątki, które są trudne do przełknięcia w kategorii normalność. Tam dziwność jest na porządku dziennym, ale nie taka dziwność, jakiej spodziewamy się w filmie sci-fi, tylko dziwność zachowań, dziwność obyczajów. Słowo dziwność nie pasuje. To jest raczej, użyję tego słowa, kuriozalność niektórych zachowań, niektórych sytuacji tworzonych przez scenarzystów. To jest troszeczkę tak, proszę państwa, jeśli pamiętacie państwo wielkie dzieło zeszłoroczne „Rebel Moon”. Tam też było dziwnie, bo zamiast dostać film przygodowy, trochę naśladujący wielkie hity kosmicznych różnych bitew i tak dalej, dostaliśmy dzieło, w którym czuliśmy, że coś jest popaprane.
I troszeczkę jest tak z „The Electric State”, bo niby to jest sytuacja, gdzie siostra poszukuje brata, musi przezwyciężyć ileś tam trudności. Film drogi oczywiście, pojawiają się sympatyczne lub mniej sympatyczne roboty, ale to wszystko jest, chciałoby się powiedzieć, umowne. Niby mamy się domyślać, że chodzi o coś innego, ale jak się tak dobrze poskrobie, to się okazuje, że niekoniecznie o coś innego. A może w ogóle o nic nie chodzi, tylko żeby dostarczyć rozrywki. Ale jeśli film skupia się tylko na tym, żeby dostarczyć rozrywki, to bardzo często schodzi na manowce. Błądzi, bo rozrywka dla rozrywki nie zawsze wychodzi. Jeśli za tym nie stoi jakaś myśl, to nie musi być myśl głęboka. To może być chociażby myśl o tym, że historia powinna być opowiedziana w taki sposób, żeby wciągnęła. A poza tym musi to być historia, w której jest wynikanie. To znaczy coś wynika z czegoś.
Historia filmowa to nie jest odbicie życia, że pewne rzeczy są niekonsekwentne, że coś się dzieje, a później się dziać przestaje, że pewne wątki są zawieszane albo marginalizowane. Nie. Historia filmowa wtedy wydaje nam się wciągająca i taka porywająca, kiedy jest robiona według pewnego schematu, niespecjalnie tajnego, ale jednak schematu. Paradoksalnie ten schemat ma szereg różnych możliwości, więc aż tak bardzo schematyczny, jak to się nam w głowie jawi. Często słyszymy słowo schemat, to musi być coś słabego. Nie. Ten hollywoodzki schemat praktykowany przez dziesięciolecia się sprawdzał, a w pewnym momencie reformatorzy kina postanowili od tego schematu odejść. I serwują nam właśnie takie rycki, cycki, placki pod tytułem baśń o robotach, bo to właściwie w pewnym momencie zaczyna być baśń, że tam jakiegoś Czerwonego Kapturka nie wstawili, to się dziwię, bo właściwie tylko tego brakowało, żeby tam się Czerwony Kapturek pojawił. Nie wiem, to jest jakaś taka baśń, która po pierwsze nie wciąga, ma być groźna chwilami. Przypomnę, tam jest taki gość, który poluje na tych, których podobno mamy lubić, a nie specjalnie ich lubimy, to trudno, ale on jest bardzo groźny.
Oczywiście przechodzi metamorfozę tak pod koniec. Zawsze pod koniec dobrze jest przejść jakąś metamorfozę. Dlaczego ja tak nawijam, nawijam? Chciałbym państwu po prostu nieudolnie, bo nieudolnie, ale pokazać, że ten film to jest groch z kapustą. Tam jest wszystko. Przewidywalność wątków, które państwo obejrzycie na ekranie jest zadziwiająca. Sam byłem zdziwiony, że aż taki genialny jestem, że wiem, co się za chwilę stanie. Niestety rozwiałem swoje własne radości, bo po krótkiej analizie wyszło, że ten film po prostu jest przewidywalny. Jest to film, który w ogóle nie jest oryginalny. Te postacie, które się tam pojawiają, też oryginalne nie są.
Bohaterowie są schematyczni. Cóż, nie wiem, co jeszcze gorszego mógłbym o tym filmie powiedzieć. Daj mi Piotrze trochę oddechu, powiedz coś równie nieprzychylnego, a ja się zastanowię w skrytości i za chwilę wystąpię z nową porcją, jedni powiedzą, że oszczerstw, a drudzy powiedzą, że szczerej prawdy.
[01:49:03] - Tak, problem z „Electric State” jest taki, że tutaj nie da się za dużo powiedzieć, bo wspomniałeś „Rebel Moona”. To jest bardzo dobry przykład. Po raz kolejny nam Netflix serwuje taki zlepek gatunkowo-wątkowy, przy czym tu jest zachowany pewien paradoks, czyli wersja wizualna tego filmu to jest jedno, to się da oglądać jakoś tak, żeby się patrzeć na przykład i że tam oni fiku-miku robią. Ale jest też wersja dramatyczna, która jest właśnie dramatyczna. Mówiąc krótko film jest ładny, ale jest płytki niesamowicie. I takim dużym błędem jest to, że w pierwszych minutach mamy już wyraźnie zaznaczone, że To będzie albo film familijny, albo film dla dzieci, albo film bardzo naiwny. I szczerze mówiąc, ja nie jestem fanem takiego kina i kiedy ktoś mówi, że będzie dobre sci-fi, a dostajemy coś takiego, to rozczarowanie niestety bierze górę. Pierwsze wrażenie jest moim zdaniem bardzo ważne, a tutaj to pierwsze wrażenie jest tego rodzaju, iż mamy do czynienia z produkcją gdzieś na pograniczu. Nie wiem, nie potrafiłem się już pozbyć tego niesmaku, który pozostał mi po samym początku. Ogólnie to dzisiaj młodzi ludzie są od początku w kontakcie z fantastyką, głównie przez gry i filmy animowane.
Pytanie, skoro to jest film familijny, film z przekazem, to co on ma zaszczepić takiemu młodemu człowiekowi, do którego jest skierowany? Możemy sobie poszukać teraz w głowie. Tyle się mówi przecież o robotach. Widzimy już nawet próby stworzenia takich funkcjonalnych androidów. Natomiast tu wydźwięk jest taki, że robot też człowiek, że robotowi się należy. To jest takie samo przesłanie, jakie było w "Creatorze", w "Stwórcy". Identyczne i trochę zbyt daleko idące moim zdaniem, bo twórcy filmu "Electric State" chcą być świętsi od papieża i nadają prawa robotom już od samego początku. Mówią, że jest źle, bo roboty muszą robić. I ja zobaczyłem tam nawiązania do idei rewolucyjnych nawet. Te roboty się buntują jak robotnicy i okej.
Natomiast nie, to skręca potem w zupełnie inną stronę. I po tych pierwszych scenach, które może nawet ratują niektóre przebitki, kiedy widzimy, jak te roboty się miotają, jak próbują niszczyć różnego rodzaju symbole i zabytki i tak dalej, to niestety się rozłazi. I dochodzę do takiego smutnego wniosku, że za każdym razem, gdy podchodzimy do filmu z robotami w roli głównej, pojawia się duży problem. To znaczy mnie jako widza i mniemam, że wielu z was też takie filmy rzadko zaskakują. To znaczy, kiedy się robi dobry film o robotach dzisiaj, to scenarzyści się muszą wysilić podwójnie. Tutaj jakieś ładne sceny, sugestywne przedstawienie robotów to nie wystarczy, bo bardzo łatwo wpada się w pułapkę przewidywalności i sztampowości. Bo co może zrobić robot? Zbuntować się na przykład. Niestety "Electric State" nie wnosi nam do wizji nic nowatorskiego. Mamy tam uczłowieczone, niekiedy groteskowe maszyny o ludzkich cechach.
Tylko to też nie jest tak, że jeżeli ktoś tego nie widział, to powiem, że to są po prostu bajkowe roboty. Jakby nie było, to Chappie, który był, to mi podpada właśnie pod te filmy Disneya o tych mówiących samochodach, gadające lokomotywy z jakichś bajek. To dla mnie jest na tym poziomie. I niestety po raz kolejny się okazuje, że film o robotach, żeby zrobić, to trzeba mieć w głowie i nie tylko. "Electric State" jest ponadto nudne. To znaczy ja nawet zacząłem się zastanawiać, gdyby to była inna historia osadzona w tych realiach, to może by było lepiej, może by było bardziej zaskakująco. Tutaj niestety to nie jest kino dla koneserów science fiction. Spotkałem się z takimi opiniami, że to jest na przykład film o złomowisku, o estetyce złomowiska zrobiony za kilkaset milionów dolarów, bo o kosztach wyprodukowania "Electric State" mówiło się bardzo dużo. A taka druga rzecz, o której się często słyszy, Marku, i o której się czyta często, jeżeli idzie o na przykład komentarze widzów, to są też słowa krytyki wobec głównej roli żeńskiej w tym filmie.
[01:54:33] - Tak, bo mamy bohaterkę serialu, która miała się sprawdzić i pociągnąć tenże film. Moim zdaniem wypadła tak sobie główna bohaterka, moim zdaniem nie uciągnęła tej roli. Ale kimże ja jestem, żeby się wypowiadać o czyimś aktorstwie? Niech będzie, że się nie znam. W każdym razie bohaterka mnie nie porwała, ale ja mam większy zarzut w stosunku do tego filmu. Otóż to jest film o niczym w sposób podwójny o niczym. Po pierwsze dlatego, że ta historia jest, jak już mówiłem, przewidywalna, a przez to nudna. Ale on jest o niczym z jeszcze jednego powodu. Otóż mówi się w tym filmie o czymś, czego nie ma, czego nawet nie powinno być. Mówi się o wspomnianych przez ciebie, Piotrze, prawach robotów.
To tak, jakbyście państwo dawali prawa młotkowi, którego używacie, czy też pile, nawet niech będzie łańcuchowa, której musieliście użyć, żeby coś wyciąć, drzewko na przykład. Czy te narzędzia mają jakieś prawa? Nie, nie mają i nawet mieć nie powinny. Czy roboty to jest coś innego? Ktoś powie: „Ale przecież to były świadome roboty w tym filmie”. Być może. O tym za chwilę. Najpierw powiedzmy sobie teoretycznie. Gdyby rzeczywiście tak kiedyś w historii się zdarzyło, w przyszłości mniej lub bardziej odległej, że nasze twory, jakieś robocio-AI-owe twory zyskałyby coś na kształt świadomości. Inna sprawa, jak byśmy tę świadomość mieli sprawdzać, że ona rzeczywiście istnieje, ale to już jest problem natury filozoficznej.
Ale załóżmy, że rzeczywiście uzyskałyby coś na kształt świadomości, to wtedy można by się zastanawiać, jak to z tymi prawami. Natomiast dawanie praw algorytmom, które napędzają blaszanki, bo w tym filmie głównie blaszanki są takie robocie, to już jest wariactwo czystej wody, bo w tej alternatywnej rzeczywistości, w której po wojnie między ludźmi a robotami część maszyn domaga się równouprawnienia, rzeczywiście jest tak, jakby się domagała równouprawnienia wasza pralka albo lodówka. Nie ma powodu i taki bunt należałoby z całą surowością zwalczyć. Zapowiedziałem jednak głębszą, trudno mówić o analizie, głębsze wejście w tematykę tego filmu. Otóż okazuje się, że te alternatywne lata 90. różnią się od naszych, bo te roboty, tu możemy zakładać, że tak sobie scenarzysta wymyślił, mają właśnie tę świadomość, o której wspomniałem. Tylko pytam się, skąd one je mają, skoro my w tej chwili, w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku dalej takich robotów, przynajmniej oficjalnie robotów, takiej świadomości sztucznej nie byliśmy w stanie skonstruować. Bo umówmy się, to, co nam się sprzedaje w postaci AI, z którego korzystają, mam wrażenie, dzisiaj wszyscy, jak nie w formie pisemnej, to w formie obrazkowej czy filmowej, nie ma nic wspólnego ze świadomością. Zatem skąd w tym filmie w latach 90. pojawiły się roboty ze świadomością?
Tam mamy retrospekcję, z której dowiadujemy się, że rzecz sięgała lat 50., Walta Disneya i w ogóle, i w szczególe. Oczywiście chętnie w to wierzę. Natomiast jakbyśmy nie czarowali rzeczywistości, to możliwości techniczne, technologiczne tamtych czasów, obojętnie czy to jest nasza nitka czasowa, czy tamtejsza nitka czasowa, nic nie wskazuje, żeby w tamtejszej nitce czasowej było coś tak radykalnie innego, co usprawiedliwiałoby istnienie samoświadomych robotów w latach 90. Naprawdę scenarzyści nie wysilili się i nie dali nam choćby cienia, nie dali nam przesłanki żadnej, żebyśmy w to uwierzyli. Więc po prostu przyjmujemy rzecz tak: powiedzieli, to znaczy się tak jest. Więc to jest taka nielogiczność, która kłuje w oczy. A poza tym zastanawiam się, w jakim celu któryś z kolei film zaczyna nas czarować tym, że trzeba nadać naszym narzędziom prawa. Bo ja rozumiem, że w tej chwili jest silny ruch, który różnym elementom nas otaczającym chce nadawać prawa. Z niektórymi się zgadzam bardziej, z niektórymi mniej. Zawsze dziwi mnie, jeśli usiłuje się inne elementy naszego świata zrównać z nami, z człowiekiem, ale nad tym można dyskutować.
Ja wcale nie twierdzę, że muszę mieć rację, natomiast to mnie zastanawia. Chętnie bym podjął tego rodzaju dyskusję, tylko problem polega na tym, że bardzo wielu ludzi nie chce dyskutować. Oni wiedzą. Oni wiedzą, że jest tak i tak, i tak trzeba zrobić. Okej. I zastanawiam się, czy ten film nie jest taką rewolucją bez rewolucji, to znaczy przygotowaniem wszystkich, że naszym młotkom, naszym piłom, naszym lodówkom, pralkom i wszystkim innym trzeba nadać prawa. Bo przecież rozwój internetu, ten osławiony internet rzeczy. Pamiętacie państwo, jak szalały środki masowego przekazu, jak to będzie fajnie, jak to wszystko będzie do nas gadać, będzie z nami jakieś konwersacje przeprowadzać. Telewizor, lodówka. Lodówka sama będzie działała, bo będzie wiedziała, co zamówić.
W ogóle wszystko się będzie działo. Będzie sobie można do snu pogadać ze swoją lodówką, a jak nie z lodówką, to z telefonem. Z czym państwo będziecie chcieli. Wszystko fajnie i to być może nawet będzie bardzo użyteczne. Tylko zadajmy sobie jedno pytanie: czy jeśli gadam ze sztuczną inteligencją w swoim telefonie czy w swoim komputerze, to to oznacza, jeśli nawet się nieźle bawię przy tej rozmowie, przy tej konwersacji, jeśli nawet ona inspiruje mnie do różnych ciekawych działań natury, powiedzmy, twórczej, to w dalszym ciągu nie zmienia nic w takim podejściu, w takim pytaniu, czy to oznacza, że tej sztucznej inteligencji należy nadać jakieś prawa? Przypuszczam, że wątpię. W ogóle problem jest, muszę uważać na algorytm, bo się zaraz zacznę brzydko wyrażać, ale sami państwo wiecie, z czego wyciągnięty, z jakiej części ciała. Niestety serwuje się nam pseudoproblemy, pseudojakieś rozważania filozoficzne, które mają z naszą rzeczywistością tyle wspólnego Co nic. Chyba że my pod te roboty, które obserwujemy w filmie, zaczniemy podstawiać jakieś elementy, które dobrze znamy. A przecież doskonale wiemy o tej rewolucji, czy też jak to inaczej nazwiemy, woke'owej w Stanach Zjednoczonych, o tych różnych innych rewolucjach kulturowo, obyczajowo.
Można tu jeszcze wiele namnożyć tego, które w Stanach Zjednoczonych się wydarzały. Być może to jest echo tamtych rewolucji i nie należy na ten film patrzeć jako na film o robotach, tylko na film o mniejszościach, które domagają się swoich praw. Jeżeli pójdziemy tak głęboko i zaczniemy na ten temat jakieś snuć rozważania, chociaż ja niechętnie akurat, ale powiedzmy, że zaczniemy, to nie serwujmy tego jako film familijny. Zróbmy film rozważający to, co tam komu w duszy gra. Ja bym tego filmu w ogóle wtedy nie oglądał, a tak nas się kusi. Pokażemy wam fajny film familijny i przemycimy wam odrobinę trucizny, która może was nie zabije, ale namiesza wam w głowach. Jeśli z taką intencją ten film był robiony, to tym bardziej nie należy go oglądać. Nie, wycofuję się. Obejrzyjcie go państwo tylko ze świadomością, po co się ludziom miesza w głowach. Trochę się wzburzyłem, ale ten film chyba nawet na takie wzburzenie nie zasługuje, bo to jest film, tak jak powiedziałem, przewidywalny, nudnawy, do bólu powielający pewne schematy, które w popkulturze istnieją.
I temu nie pomoże nawet to, że się w pewnym momencie podczas bitwy wielkiej, która się rozgrywa, puszcza się z offu sfałujące Walkirię i Wagner przygrywa do tego wszystkiego. W tym momencie już mi aż skrzypnęła żuchwa na zawiasach, bo nie wiedziałem, co będzie dalej, co oni jeszcze wymyślą. Jak już Wagnera i Walkirię wprzęgli w ten film, to za chwilę nie wiem. Pozostawiam państwa wyobraźni, co by się jeszcze mogło zdarzyć.
[02:04:29] - Ja muszę tylko przyznać się, albo inaczej, muszę zrewidować swoje poglądy sprzed kilku odcinków i jednocześnie się przyznać do błędu, że sci-fi w kinie wychodzi tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z filmem drogim, bo tylko wtedy można pokazać coś nowego, monumentalnego i tak dalej. Niestety tak nie jest. Drugi raz pod rząd w programie udowadniamy, że duże pieniądze nie wpływają na to, że coś jest przyswajalne, bo o ile "Micky 17" oglądany przed tygodniem to było sci-fi w jakimś stopniu, tak "Electric State" jest niestrawne. Ja ten film odradzam z całym sercem. Przepalono te 300 milionów dolarów na film, gdzie głównym robotycznym bohaterem jest robot orzech i chyba robot piłka albo lalka, nie wiem, jak to nazwać nawet. Zastanawia mnie jedno, bo jakby nie patrzeć, to "Creator" był filmem bardzo podobnym, pewnie równie drogim. "Electric State" to jest zasadniczo to samo, tylko dla młodszych widzów. Oba te filmy były równie głupie, równie ładnie zrobione. Tylko że "Creator" miał jeszcze jakieś ambicje do tego, żeby posiadać fabułę. W pewnym momencie ta fabuła się tak rozrosła strasznie i on miał już takie zapędy, nawet monumentalne, że to prawie epickie miało być.
Wyszło śmiesznie, ale było. Oba te filmy mają też głęboką podbudowę ideologiczną, o której już powiedzieliśmy, że robot też człowiek. Ale chyba na koniec powtórzę wniosek, który już padł, że kino sci-fi, jeżeli idzie o roboty, utknęło gdzieś między wizją robot morderca a robotowi się należy. Owszem, są takie obrazy, są takie filmy jak na przykład omawiany niedawno film o dziewczynie robocie do wynajęcia. Tu był jakiś pomysł i chociaż to było w pewnym momencie już przewidywalne, to pomysł był. Było w pewnym momencie zaskoczenie, a tutaj zasadniczo w kilkudziesięciu pierwszych sekundach już wiemy, o czym to będzie. Wiemy, czym się to skończy. Czy te wyświechtane pomysły, bunt maszyn, współistnienie z robotami, nawet transhumanizm, czy to jest warte ciągnięcia? Może jest. Może jest, dlatego że z drugiej strony kino nam tak te pomysły, te koncepcje już oswoiło, że kiedy roboty się zaczną robić groźne, to my będziemy na to patrzeć właśnie z perspektywy kina, że tam android, dupoid, znowu jakieś smuty, znowu nas będą tutaj przejmować i podbijać.
My może wtedy nie dostrzeżemy zagrożeń, które z tego wynikają. To był oczywiście żart. Chyba. Ale już tak na koniec nie polecam "Electric State". Nie wiem, po co takie filmy powstają. Nie wiem, dlaczego płaci się tyle pieniędzy za stworzenie filmu, o którym znowu nikt nie będzie mówił. Już Netflix miał nauczkę z "Rebel Moonem". Bo te filmy, jeżeli chodzi o pewne schematy, pewne cechy, one są podobne. One oczywiście nie są o tym samym, ale były takie eklektyczne, były posklejane z różnych wątków. Znowu nie wyszło.
Niestety. Miało być fajnie, wyszło kiepsko. Jeszcze Marku, jakbym chciał ciągnąć tą listę nieudanych filmów o robotach, to był przecież ten polski film sci-fi, zapomniałem już tytułu. Tego było naprawdę dużo i szczerze mówiąc musiał się będę przełamać mocno, żeby kolejny film fantastyczno-naukowy, gdzie nam zostanie pokazana jakaś niesamowita wizja współistnienia z robotami obejrzeć. Będę się musiał naprawdę mocno znieczulić, żeby to zrobić i na pewno nie będzie to, ale to mówię apriorycznie, dla mnie przyjemność, bo po prostu ja będę już wiedział, o co w tym filmie chodzi. Także „Creator”, „Electric State” w sumie to samo dla różnych grup wiekowych. Roboty nie do roboty, tylko roboty na piedestał. Tylko dlaczego? Pominę resztę milczeniem.
[02:09:22] - Miałem się już nie odzywać, ale coś jeszcze mi się nasunęło w trakcie tego, kiedy mówiłeś. Otóż, proszę państwa, mam takie nieodparte wrażenie, że temat, który kiedyś był istotny filozoficznie, czyli rozważanie, kiedy zaczyna się świadomość, kiedy zaczyna się ktoś, kto może być, mógłby być partnerem człowieka w rozwiązywaniu problemów tego świata. Taki problem filozoficzny, który Lem rozwałkowywał w „Golemie”. Rozwałkowywał to w sposób, który niektórych usypiał, ale jednak rozwałkowywał, rozwarstwiał temat i myślę, że mocno analizował. To ten temat trafił pod strzechę, ale trafił do ludzi, którzy byli kompletnie albo są kompletnie nieprzygotowani do stworzenia atrakcyjnej fabuły na bazie ciężkich, a właściwie głębokich, nie ciężkich przemyśleń. Nie są w stanie stworzyć z jednej strony zajmującej historii, z drugiej strony historii o pewnej głębi. W związku z tym trochę nam lansują historię Pinokia, bo z czymś takim można to porównać. Historię Pinokia, a właściwie rozmnożonego Pinokia. Takich robocików, które chciałyby być ludźmi, ale nimi nie są, ale bardzo chcą. To nie jest istota problemu, który gdzieś tam na pograniczu tego filmu, czy na pograniczach może bardziej, gdzieś tam przemyka.
To w ogóle scenarzyści problemu nie dostrzegają. Oni chcą nam opowiedzieć historię, ale nawet tu się nie sprawdzają, bo opowiadają nam historię dosyć absurdalną. Trochę szkoda tych ponad 300 milionów dolarów, bo to zostało, tak jak Piotr powiedział, przepalone i już nic tego nie zwróci. A tyle fajnych filmów mogło powstać. Powtórzę apel, który powtarzam od kilku tygodni o nadsyłanie opowiadań do reaktywowanego „ABW”. Reaktywowane „ABW”, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty. To była taka audycja, w której słuchacze nadsyłali opowiadania. One były czytane na antenie, a później omawiane. Ich plusy dodatnie i plusy ujemne. Starałem się tych ujemnych specjalnie nie eksponować, raczej życzliwie podpowiadać, co można by poprawić.
Autor mógł to wziąć i skorzystać. Mógł też, mówiąc brutalnie, całkowicie olać te moje sugestie. Dzisiaj zapraszam państwa na wspomnienia z „ABW”, a konkretnie audycji z 11 lutego 2022 roku. Posłuchacie państwo czterech opowiadań Marka Myszogmaja „Orientalne przysmaki”, Przemysława Podolińskiego „Chodź za mną”, Megaloxanty „Straszna wojna quantowa” i tego samego autora „Pompon. Na postapo nieafrykańskiej scenerii”. Zapraszam państwa i życzę dobrej zabawy.
[02:12:58] - Marek Myszograj „Orientalne przysmaki”. Elegancko ubrana kobieta wodziła palcem po karcie dań. Próbowała odczytać obco brzmiące nazwy. W końcu trafiła na coś, co mogła bez trudu wymówić. „Poproszę pierożki dim sum z chlebowcem” oświadczyła kelnerce. „Dobrze. A dla pana?” Adrian uśmiechnął się w kierunku małżonki. „Dla mnie proszę smażony ryż z krewetkami” zamówił, przedrzeźniając młodziutką Azjatkę. „Fu! Jak możesz jeść krewetki?” zapytała żona.
„Są pyszne”. „Nie dam ci już nigdy buzi”. „A wiesz, że kiedyś zjadłem garść robaków, szczura, a nawet gotowane pisklę w jajku”. Kobieta z oburzeniem spojrzała na męża. „Mieliśmy z chłopakami przepustki i skoczyliśmy na Filipiny. Tam można zjeść wszystko”. „Brakuje, byś zjadł ludzką nogę” przerwała mu, nie chcąc słuchać dalszych opowieści. „Tam na Filipinach kupiłem gotowane jajko. Myślałem, że to takie na twardo jak nasze, ale jak rozłupałem skorupkę, to w środku był mały ugotowany ptaszek”.
[02:14:18] - Zrobił pauzę i dodał: „Nieopierzony, a do tego całkiem smaczny.” „Proszę cię, przestań!” „Człowiek jest w stanie zjeść wszystko” – spuentował z głupawym uśmieszkiem. Kobieta, chcąc uciec od tematu, rozejrzała się po lokalu. We wnęce stało spore akwarium. W jego wnętrzu ośmiornica mackami pieściła coś, co również pływało. Ten drugi osobnik przypominał węgorza, ale posiadał trzy odnogi. Oboje, pływając wokół siebie, sprawiali wrażenie zadowolonych. Spektakl pieszczot i tańca przyciągał uwagę kilku gości. „To coś to też te nowe?” – zapytała męża. „Tak, mieliśmy z nimi wymianę gatunkową. Tylko trzeba uważać i trzymać je pod kontrolą.” „Co może się stać?” „No wiesz, musimy uważać, aby nowy gatunek nie rozplęgł się po ziemi.” „A co, jak nasze zwierzęta rozplęgną się na ich planecie?” „To nie nasz problem” – odparł, puszczając jej oczko.
„Uniwersytet przyjął zaproszenie i będziemy mieli wykładowcę z tamtej ziemi” – poinformowała niespodziewanie. Adrian nic nie odparł. Patyczkami wybierał krewetki z ryżu. „Nie rozumiem jednego” – kontynuowała, zajadając pierożki. – „Dlaczego wszczęto tak daleko idące środki ochrony? Ty jako wojskowy może coś wiesz.” Nie odpowiedział. Nadal dłubał w ryżu, tym razem bez celu. Myślał. „Adrian, musimy chodzić w maskach.” „Wszyscy?” „On będzie wykładał dwa razy w tygodniu – we wtorki i środy. Mamy bezwzględnie nosić maski i to z filtrami.
A ci, którzy zechcą być w bezpośrednim kontakcie, muszą nałożyć kombinezon. Wiesz, o co chodzi. Rok temu nastąpił pierwszy kontakt” – zaczął wyjaśniać. – „Nie wiadomo dlaczego, ale może zupełnie przypadkowo wylądowali tutaj, w Polsce. Są do nas bardzo podobni, tylko o ponad połowę mniejsi. W zasadzie to tacy ludzie jak my, tylko tacy delikatni. Dość szybko nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Oni jako inteligentni są bieglejsi w przyswajaniu wiedzy. Poważnie zrobiło się, gdy do akcji wkroczyli Amerykanie. Wiesz, są przyzwyczajeni do jedzenia fast foodów.
Dla nich pizza, hamburger czy cieplutki i pachnący hot dog to normalka. Dlatego problemy masowo zaczęły się od nich. Chociaż tak jak wspomniałem, pierwszy incydent wystąpił właśnie u nas.” – zrobił krótką pauzę i dodał: „Zresztą z moim udziałem.” Żona spojrzała na niego. „No co tak patrzysz? Staram się wyjaśnić, dlaczego uczelnia nałożyła wam takie środki ostrożności. Poza tym czuję się jak na spowiedzi. Chcę coś wyznać.” Kobieta odsunęła talerz z niedojedzonymi pierożkami i spojrzała mężowi prosto w oczy. „Słucham. Mów.” Adrian wziął głębszy oddech. „Został mi przydzielony ich odpowiednik oficera.
Już na pierwszym spotkaniu wywarł na mnie takie wrażenie, że miałem na niego ochotę.” „Co ty pierdolisz?” „Poczekaj, daj dokończyć. Oprowadzałem go po basie, pokazywałem sprzęt, wyjaśniałem procedury. Przez ten czas miałem z tyłu głowy świeżą, pachnącą pizzę. Nie mogłem jednocześnie oderwać wzroku od jego oczu, nosa, uszu. Gdy zaczynał mówić, pachniało rogalikami. Tamtej nocy nie przespałem. Wszedł mi mocno w głowę. Następnego dnia to się stało. Po odprawie zostaliśmy sami w moim gabinecie. Stał, wpatrując się na widok z okna.
Pachniał niesamowicie, a ja byłem przed śniadaniem.” „Że co?” „No, zjadłem go. Wybuchła afera. Potem Amerykanie na nich się rzucili. Wydzielają takie aromaty, że nie sposób się oprzeć. W trakcie jedzenia nie stawiają oporu. Patrzą, jak ich zjadasz. I wiesz co? Nie żałuję, bo to był naprawdę dobry posiłek.” Adrian rozłożył ręce w geście bezradności i dodał: „Człowiek zje wszystko.” Przemysław Podoliński, chodź za mną. Jacek patrzył na leżące w łóżku trupy. Za ścianą słyszał stęki i kaszlanie.
„Żyjesz?” – krzyknął, odwracając wzrok od martwej pary. Odpowiedziało mu stłumione mruknięcie, a po chwili odgłos torsji. Rozejrzał się po pokoju. Pastelowy róż na ścianach, szare dywaniki i jasne meble. W kącie biblioteczka wypełniona książkami, głównie kryminałami – z tego, co się orientował. Brak śladów walki. Wszystko w idealnym porządku. Wszystko, z wyjątkiem pociętych ciał i bordowych plam wokół łóżka. Postanowił przeszukać resztę mieszkania. Serce podeszło mu do gardła, kiedy otwierał drzwi do pokoju dziecięcego.
Bał się, że zobaczy bliźnięta, o których wspominali sąsiedzi. Wyobrażał sobie nieruchome ciałka patrzące pustym wzrokiem w sufit. Odetchnął, gdy okazało się, że ich tu nie ma. Przeszedł do pokoju gościnnego. Czekał, aż Bizon wróci z toalety. Wtedy do mieszkania wpadli technicy, a za nimi wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Ściągnięte brwi i orli nos nadawały mu władczego wyglądu. Przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu już od wejścia taksowało wnętrze. „Witam. Marek Wawro” – powiedział śledczy, poprawiając kołnierz szarego płaszcza.
„Jacek Szarek.” „Jak sytuacja?” „Mówiłem przez radio. Dwa trupy. Małżeństwo. Powinny tu być jeszcze dzieci, ale ich nie znalazłem. Może są u babki, która mieszka w Starym Kisielinie.” „A gdzie?” „Tam.” Jacek wskazał palcem sypialnię małżeńską. Śledczy zniknął w pokoju. Tymczasem z toalety wyłonił się Bizon. Szedł zgarbiony, przez co wyglądał na dużo niższego, niż faktycznie był. Dłonią poprawił mokre od potu jasne kosmyki włosów, przekrzywiając przy tym czapkę. „Wyrzygałem chyba cały obiad” – burknął.
– „Kurwa, jak wy możecie tak spokojnie na to patrzeć?” „Gdyby wszyscy biegali do kibla przy trupach, nie byłoby komu łapać morderców” – parsknął Szarek. „Pierdol się.” Technicy przeszukiwali mieszkanie. Jacek chciał już skończyć dyżur i wypić kilka piw, żeby zapomnieć o przykrym widoku oraz całej sprawie. Los jednak zadecydował inaczej. „Posterunkowy Szarek i Turowski” – zawołał Marek Wawro, wychodząc z pokoju. – „Muszę was prosić o pomoc.” „Co? Ale…” „Z komendantem już wszystko załatwione. Mamy braki w ludziach, a trzeba pilnie sprawdzić, czy dzieci są u dziadków. Ruszajcie od razu.” Wawro, nie czekając na odpowiedź, wyjął telefon z kieszeni i odwrócił się, wystukując coś na ekranie. Szarek westchnął ciężko.
Bizon klepnął go w ramię. „Chodź, Jacek. Szybciej pojedziemy, szybciej wrócimy.” Zostawili za sobą znaki z napisami „Zielona Góra” i „Stary Kisielin”. Jacek wdusił pedał gazu. Chciał mieć to wszystko czym prędzej z głowy. „Ludzie będą gadać” – mówił Turowski. – „Już od dawna krąży legenda, że w mieście co jakiś czas ktoś morduje małżeństwa z bliźniakami. Mówią, że klątwy czy tam duchy.” „Głupoty.” „A skąd wiesz?” „Nie pierwszy taki przypadek.” „Tak? A ile ich było?” „Nie wiem, ale ty się lepiej skup na tym, co wiesz, dobra?” Bizon polecił Jackowi skręcić w lewo. Wlekli się piaszczystymi uliczkami.
„Pokazuje jakiś remont” – mruknął Turowski, wpatrując się w telefon. „Wal prosto. Pojedziemy inną drogą.” Po kilku minutach zjechali w ulicę Flegatową. Znajdowały się tam tylko parterowe domy – jedne zamieszkane, inne dopiero w fazie budowy. Jacek zatrzymał radiowóz przy ostatniej posesji graniczącej z lasem. Wysiedli i obserwując białą parterówkę, zbliżyli się do drewnianej furtki. Bizon pociągnął za klamkę. „Zamknięte” – stwierdził, wzruszając ramionami. „Obok masz dzwonek” – zaśmiał się Szarek. – „Wiesz, jak go użyć?” Turowski odburknął coś pod nosem i nacisnął włącznik.
Bzyczenie rozproszyło ciszę. Czekali, aż ktoś wyjdzie z domu, ale na próżno. Najwyraźniej nie było tutaj ani babki zaginionych dzieci, ani ich samych. „Popytaj sąsiadów, czy czegoś nie widzieli” – powiedział Jacek. – „Ja idę w drzewka, bo mnie przycisnęło.” „Pospiesz się, bo nie mam zamiaru wszystkich sam oblecieć.” Jacek ruszył w stronę lasu. Spojrzał w szare niebo. Cieszył się, że deszcz przestał padać. Od ostatnich kilku dni lało bez przerwy. Odchylił głowę. Westchnął.
Opróżnienie pęcherza przyniosło ulgę. W tej samej chwili zauważył srokę. Siedziała na gałęzi sosny, gapiąc się natrętnie. Szarek zapiął rozporek i skierował krokiem w stronę wozu. Wtedy ptak odfrunął na sąsiednią gałąź. Nadal nie spuszczał wzroku z policjanta, zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Chodź za mną”. „Co jest?” – pomyślał Jacek. – „Czego ona chce?” Sroka czekała. Kiedy odwrócił się, by odejść, zaczęła skrzeczeć głośno. Nie przestała, dopóki znów nie spojrzał w jej stronę.
„Wariactwo” – mruknął cicho. Uległ ciekawości. Podążał za ptakiem, który przefruwając z gałęzi na gałąź, wyprowadził go z lasu, by zaraz zniknąć. Policjant wszedł na błotnistą drogę. Po drugiej stronie stał dom. Przypatrując mu się, Jacek odczuwał niepokój. Sosny wokół skręcały gałęzie w dziwaczne kształty, a trawa przybrała szarą barwę. Sama chata była drewniana i z dachem krytym strzechą, zupełnie jakby ktoś przewiózł ją tutaj ze skansenu. Nad gruntem wisiała gęsta mgiełka. Sprawiała, że dom wyglądał, jakby unosił się w powietrzu.
Jacek dopiero po chwili zauważył, że na jednym z parapetów siedziała sroka. Nagle drzwi otworzyły się, ukazując zgarbioną staruszkę. „O, ktoś przyszedł!” – zawołała. „Dzień dobry. Posterunkowy Jacek Szarek. Pytanie mam.” „A to idźcie do chaty, bo tu zimno.” Chciał zaprotestować, ale starowina natychmiast skryła się w środku. Poszedł za nią. Odczuwał dziwny dyskomfort. Nie chciał tu być. Zignorował jednak to absurdalne wrażenie.
Przecież jako policjant nie ucieknie przed staruszką. „Siada, siada” – usłyszał, kiedy przestąpił próg. Wnętrze chaty przywodziło na myśl plan filmu historycznego. Kobieta stała przy starym kaflowym piecu, wpatrując się w garnek z pokrywką i dziobkiem takim jak w czajniku. Po drugiej stronie przy ścianie znajdował się duży kufer i skręcony byle jak kredens. Środek kuchni zajmował stół i krzesła. Naprzeciw Jacka znajdowały się drzwi. Prowadziły do drugiego pokoju. „No czego tak patrzy? Siadać mówię.” Posłuchał i spoczął na jednym z krzeseł.
Staruszka przekuśtykała bliżej. Oparła dłonie na biodrach. „Do picia co chce?” – zapytała. „Nie, dziękuję. Ja na chwilę. Proszę mi powiedzieć…” „No?” „Proszę mi powiedzieć” – powtórzył – „czy nie widziała pani tutaj bliźniąt, wnuków sąsiadki?” „A, to temu przyszedł. Nie widziałam. Ale niech uważa, bo to diabły.” „Diabły?” Staruszka pokiwała głową. Jej pomarszczona twarz zastygła w niechętnym grymasie. „Mówi pani o dzieciach?” – dopytywał.
„O diabłach mówię od dawna, ale nikt nie słyszy. Nikt nie chce słyszeć. Tylko ten” – ruchem głowy wskazała Jacka – „przyszedł poznać prawdę. Jest inny. Czuje i widzi więcej.” Szerokim gestem wskazała wnętrze. Nabrała tchu i kontynuowała. „Przez te dybuki nie mogę stąd odejść. Trzeba je przepędzić z powrotem do piekła.” „Dybuki? Nie rozumiem.” „Zrozumie, kiedy przyjdą sny. One wyjaśnią.
A jak zrozumie – uwierzy. A jak uwierzy, to do mnie wróci. Wtedy powiem, co trzeba zrobić.” Pokręcił głową, lekko się uśmiechając. Staruszka prychnęła gniewnie. Wstała i ruszyła w stronę wyjścia, utykając. Otworzyła drzwi na oścież. Czekała. Jacek był zdezorientowany. Wyglądało na to, że został wyproszony. Ale może to i lepiej.
Kobieta gadała coś od rzeczy. Ledwo chodziła. Nie dałaby rady zrobić dzieciakom krzywdy. Nie ma sensu jej przesłuchiwać. „Do widzenia” – powiedział, mijając ją w progu. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Znów zaczynało padać. Wrócił do domu, gdy było już ciemno. Marzył tylko o tym, żeby położyć się wygodnie w łóżku i poczytać. „Kurwa!” – dobiegło go z kuchni.
Westchnął cienuszko, zdejmując buty. Kaśka stała przy kuchence. Ściskała w dłoni rączkę patelni. „Jak tam moje dziewczyny?” – zagadnął wesoło. „Do dupy” – odwarknęła. Gniewna mina nie pozostawiała wątpliwości co do jej nastroju. Jacek przyjrzał się żonie. Miała na sobie luźny dres. Upięła włosy. Ciemny kucyk sięgał jej między łopatki.
Pomijając wydatny brzuch, wciąż wyglądała szczupło. Niemniej na igraszki nie miał co liczyć. „A mówili, że przy ciąży libido kobietom wzrasta” – pomyślał z goryczą. „Przypaliłam kotlety” – dodała, rzuciwszy widelec na blat. W powietrzu faktycznie unosił się swąd spalenizny. Jacek spróbował jednak zapobiec nadciągającemu napadowi złości. „O, to takie jak lubię” – skwitował z uśmiechem. „Dawaj je.” „Nie będziesz jadł tego gówna” – warknęła. „Czekaj, zaraz odgrzeję ci pierogi. Powinno być jedno opakowanie w zamrażarce.” Nie zapytał, czy kupiła piwo, choć miał na nie wielką ochotę.
Westchnął raz jeszcze i czekał cierpliwie na kolację. Była noc. Jacek szedł mrokowaną ulicą. Latarnie rzucały nieco żółtego światła, bzycząc przy tym miarowo. Półprzezroczyste opary kłębiły się dookoła. Co chwila mijał szare kamienice przetykane ciemnymi zaułkami. „Co to za miejsce?” – pomyślał. Wydawało się znajome, choć był przekonany, że widzi je pierwszy raz. Wyglądało również na wymarłe. Nikt tędy nie przechodził.
W oknach próżno było szukać świateł, a bruk zarastał trawą. „Szybciej” – szepnął jeden z jego towarzyszy, siwobrody staruszek w kaszkiecie, poprawiając szelkę plecaka. Drobna dziewczyna drepcząca z drugiej strony skinęła głową. Skręcili w jedną ze spowitych mrokiem odnóg. Ciemność rozpraszał tam tylko nienaturalny, zgniłozielony blask bijący od księżyca. Ujrzeli niewysoki ceglany murek ciągnący się wzdłuż drogi, za którym rosły poskręcane olchy. Usłyszeli głosy. Staruszek pochylił się. Jacek oraz dziewczyna zrobili to samo. Droga zakręcała łagodnym łukiem.
Szli powoli, trzymając się ogrodzenia. Szukali znaku prawie po omacku. Szarek znowu wychwycił rozbrzmiewające nieopodal słowa. Jacyś mężczyźni rozmawiali po niemiecku. Żołnierze! Nagle zza zakrętu wyszły dwie ciemne sylwetki. Zauważywszy je, cała trójka szybko przeskoczyła przez murek i schowała się za nim. Poczekali, aż donośna dyskusja i stukot butów ucichną. Odetchnęli z ulgą. „Widzicie?” – wyszeptał staruszek, poprawiając kaszkiet.
„Jednak był z tej strony.” Jacek i dziewczyna spojrzeli na punkt, który wskazywał pomarszczony palec. Na murku wylano literę D okoloną gwiazdą Dawida. Symbol wykonano niechlujnie, ale dobrze spełniał funkcję punktu orientacyjnego. „To na pewno tu?” – zapytała dziewczyna. Staruszek jednak sadził już długie susy, licząc przy tym kroki. Skończył na dwunastu. „Tutaj” – orzekł. Zaczęli kopać. Gołymi dłońmi odgarniali wilgotną ziemię, starając się zachowywać jak najciszej. Z ulicy co jakiś czas dobiegały głosy.
Wtedy przerywali pracę. W nerwach oczekiwali, aż na powrót nastanie cisza. Gdyby żołnierze przydybali ich kopiących tutaj... Po godzinie ciężkiej pracy Jacek poczuł pod palcami coś twardego. Byli blisko. Pomimo krwawiących dłoni i połamanych paznokci z entuzjazmem rozgarniali glebę. Niebawem ich oczom ukazała się kamienna tablica pokryta hebrajską inskrypcją. „Pomóżcie mi” – wysapał staruszek. – „Musimy to odsunąć.” Z najwyższym wysiłkiem szarpnęli płytę. Przesunęli ją ledwie o kilka centymetrów, ale to wystarczyło.
Wsadzili dłonie w powstałą szparę. Unieśli i zaraz tablica leżała oparta o kopiec mokrej ziemi. W miejscu, które przed chwilą zakrywała, znajdowały się schody. „Poczekaj tutaj” – powiedziała dziewczyna do Jacka. – „My z Mosze pójdziemy na dół.” Staruszek bez słowa zapalił lampę, którą dotąd niósł w porwanym plecaku. Trzymając ją przed sobą, powoli zagłębił się w czerń. Dziewczyna poszła za nim. Jacek czekał. W zielonkawym mroku widział tylko gałęzie i pnie drzew. Nie słyszał niczego poza cichym szelestem liści, nawet głosów patrolujących żołnierzy.
Każda chwila ciągnęła się w nieskończoność. Ogarniał go coraz większy niepokój. „A co, jeśli zgubili drogę tam na dole?” – pomyślał. Zganił się jednak za podobny pomysł. Staruszek wiedział, co robi. W końcu to właśnie on opowiedział im o podziemnej kaplicy. Wnet rozbrzmiało dudnienie. Po chwili z dziury dmuchnął śmierdzący wicher, przynosząc ze sobą krzyk. Jacek bez zastanowienia zerwał się i pomknął w stronę ulicy. Zaczepił o korzeń.
Upadł na ściółkę. Zaraz jednak wstał. Nie czuł bólu, tylko strach. Przeskoczył murek i wypadł na bruk. Przed sobą miał dwóch żołnierzy. Nim zdążył się odezwać, chwycili go za ramiona niczym niesforne dziecko. „Pomocy!” – wykrzyczał. – „Tam coś jest.” Uderzenie w twarz powaliło Jacka na ziemię. Splunął krwią. Niemcy tymczasem szadzili.
„Sei stille, Mühl” – zarechotał jeden, wyprowadzając kopnięcie. W tej samej chwili coś przemknęło tuż obok leżącego Szarka. Zapadła cisza. Dopiero po chwili odważył się unieść wzrok. Dostrzegł dwie małe postacie stojące naprzeciw Niemców. Ci zastygli z wyrazem zdziwienia na twarzach. Nie mogli zrozumieć, skąd wzięły się tutaj dzieci. „Was ist?” – zapytali niemal równocześnie. W tej samej chwili małe cienie skoczyły ku nim. Żołnierze upadli jak szmaciane lalki, a dzieci siedziały na nich, to unosząc, to opuszczając złączone dłonie.
Wreszcie wstały i odwróciły się w stronę Jacka. Chłopiec i dziewczynka, oboje o jasnych lokach, niebieskich oczach oraz zadartych noskach. Patrzyli na niego. W dłoniach ściskali długie noże. Z lśniących ostrzy skapywały krople krwi. Zbliżali się. Płocate buzie zastygły w kpiących uśmiechach. Targnął się gwałtownie, przebudzony koszmarem. Otworzył oczy i spojrzał na ścienny zegar. Piąta osiem.
Kaśka mrugnęła dość gniewnie i przekręciła się na drugi bok. Jacek nawet nie próbował zasnąć. Drżał na całym ciele. Wciąż miał przed oczami obraz upiornych dzieci wpatrujących się w niego z upiorną kpiną. Postanowił skupić myśli na czymś innym. Wstał i na palcach zszedł do kuchni. Nastawił wodę na herbatę, oparł się o blat i patrzył bezmyślnie przez okno. Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Słyszał, jak wiatr wyje wściekle. „Kolejny gówniany dzień” – pomyślał z rezygnacją.
Miał wszystkiego dosyć. Nienawidził swojej pracy. Męczył się tam. Jego marzenia od zawsze wiązały się z malarstwem. Swego czasu dużo ćwiczył. Nawet nieźle mu szło, ale przestał, kiedy się ożenił. Kaśka stwierdziła, że to głupie i szkoda czasu na takie fanaberie. Zresztą odkąd zaszła w ciążę i tak nie mógł pozwolić sobie na hobby. Nawet jeśli akurat miał wolne, zajmował się zakupami, sprzątaniem, praniem, prasowaniem. Prawie wszystkim, byle tylko odciążyć narzekającą żonę.
Kiedy udawało się spędzić trochę czasu w samotności, bazgrał ołówkiem w zeszycie. Zdarzało się, że wychodziło z tego coś ciekawego. Wtedy zaczynał planować każdy szczegół opracowywanego szkicu, myśląc o nim na okrągło. Przez natłok zajęć ekscytacja jednak mijała. Powracała za to niechęć do wszystkiego. Czajnik zaczął gwizdać. Jacek doskoczył do kuchenki, chcąc jak najszybciej wyłączyć ogień. Świst umilkł, ale wiedział dobrze, że Kaśka się obudziła. „Znowu będzie gadanie” – pomyślał. Westchnął.
Miał już serdecznie dość jej szalejących hormonów. Czepiała się o byle co i krzykiem krytykowała na każdym kroku. Ale w sumie może sobie na to zasłużył, bo co umiał? Nawet spłuczki w kiblu nie naprawi. Pogrążony w podobnych rozmyślaniach przygotowywał się do wyjścia. Siedział na odprawie z grymasem niechęci, którego nie potrafił ukryć. Patrzył za okno. Marzył o wyrwaniu się z dusznej sali konferencyjnej. Chciałby zapomnieć już o sprawie zamordowanego małżeństwa i zaginionych dzieci. Niestety był na nią skazany.
Został przydzielony do zespołu Marka Wawro. Śledczy utworzył z zebranych policjantów dwie grupy. Jedna miała zająć się przepytywaniem przyjaciół, znajomych z pracy i sąsiadów denatów, a druga szukaniem bliźniąt. Jacek i Bizon byli w tej pierwszej. Siedzieli teraz przy biurkach, słuchając monologu Wawro. „Zaraz Sandra rozda wam materiały. Jest tam wszystko, co udało nam się ustalić.” Sekretarka chodziła między policjantami, wręczając im białe teczki. „Przejrzyjcie to później. Teraz pojedziecie w teren. Przepytać wszystkich, choćby już byli przesłuchiwani.
Może ktoś coś widział, może komuś coś się przypomni. Pamiętajcie, że wszystko jest ważne. Każdy szczegół. Liczę na was” – zawiesił głos. Powiódł spojrzeniem po zebranych, jakby chciał podkreślić wagę wypowiedzianych słów. Po chwili kontynuował: „Trzeba wam też wiedzieć, że znaleźliśmy kilkanaście podobnych przypadków z ostatnich 40 lat. Je także macie w teczkach. Posiedźcie nad tym wolną chwilą. Tylko solidnie. Szukajcie podobieństw, schematów.
Każda drobnostka może dużo wnieść do sprawy. Nie krępujcie się dzielić przemyśleniami. Jestem otwarty na wasze pomysły.” – A widzisz, mówiłem, że takie przypadki już były – szepnął Bizon. Jacek nie skomentował. Sekretarka położyła przed nim teczkę. Otworzył ją odruchowo. Wewnątrz znajdowały się materiały, które zebrano do tej pory. Wawro wciąż ględził, więc Szarek z nudów zaczął je przeglądać. Zdjęcia zwłok małżeństwa, opis sprawy. Dalej rodzinna fotka – rodzice z dzieciakami nad wodą.
Przyjrzał się dokładniej. Krew odpłynęła mu z twarzy. Z wrażenia wstrzymał oddech. Widział już te dzieci w swoim śnie. Krople deszczu stukały o szybę auta. Jacek włączył wycieraczki. Przyglądał się sroce siedzącej na dachu budynku stacji paliw. Ptak wpatrywał się w Szarka paciorkowatymi oczkami. Turowski biegł, trzymając w dłoniach plastikowe kubki. Po chwili siedział już obok Jacka.
„Kurwa z tym deszczem” – burknął, wręczając kawę koledze. Sroka wciąż się gapiła. Szarek wrzucił bieg i ruszyli. Mimo zakazu skręcił w lewo. Jechali Wrocławską. Wycieraczki nie przestawały wachlować. Okolica była opustoszała i milcząca. Tylko gdzieniegdzie samotne postacie biegły pochylone, chcąc jak najszybciej schronić się przed ulewą. „Nie mam ochoty łazić po chałupach” – narzekał Bizon. – „Co to niby da?
Jakby ktoś coś wiedział, to by powiedział.” – Mhm. Niedługo skręcili w lewo, w Chmielną. Szarek przypatrywał się dziwnie znajomemu, niewysokiemu murkowi z czerwonej cegły. O ile pamięć go nie myliła, znajdował się tam cmentarz żydowski. – Coś ostatnio taki milczący, Jacek. Żonka cię męczy humorami? – Nim zdążył odpowiedzieć, Bizon kontynuował. – Ja też to przeżywałem. Spoko, niedługo jej przejdzie. Im bliżej końca, tym mniej są denerwujące.
Da się wytrzymać. Coś z małą? – Nie, nie. Nic się nie dzieje. Wszystko w porządku. Tylko... – zamilkł i przygryzł wargę. – Tylko co? – Źle śpię. Zdenerwowany jestem.
– Czym? – Wszystkim, od kiedy Kaśka jest w ciąży. Boję się o swoją córeczkę. Nie ochronię jej przed tym całym gównem, jakie jest na świecie. Tak naprawdę niczego nie umiem, niczego nie osiągnąłem. Co mam do przekazania albo do nauczenia? – Chłopie, co ty gadasz? Masz pracę, zarabiasz. Nie chlasz po nocach, tylko pilnujesz żoneczki. Chałupa jest, wszystko jest.
Inni mają gorzej. Tobie niczego nie brakuje. Słysząc to, Jacek poczuł się, jakby dostał łopatą w łeb. Dom sprawili im rodzice na spółkę z teściami. Samochód kupili za kasę z wesela, za które też nie płacili ani grosza. Na nic sam nie zarobił. Niczego nie zbudował od zera. Ale po co miałby ciągnąć temat? Bizon i tak nie zrozumie. W tej samej chwili wjechali na Wyspiańskiego.
Jacek spostrzegł, że przy wejściu do klatki schodowej jednego z bloków stoją bliźnięta – chłopiec i dziewczynka. Trzymali się za dłonie. Ich rumiane twarze krzywiły się w złowieszczych uśmiechach. Bliżej na drzewach siedziały sroki. Szarek zwolnił. „Widzisz to?” – zapytał Bizona. Ptaki wzbiły się w powietrze i odleciały nad budynkami. – No sporo tego ptactwa. Boisz się, że nas obsrają? – zaśmiał się Bizon.
– Nie, tam... – zamilkł. Bliźnięta zniknęły. – Jednak nie. Coś mi się przywidziało – dodał. Bełtał zupę łyżką. Nie chciał robić Kaśce przykrości, więc jadł, ale szło mu opornie. Zupełnie stracił apetyt. Coś stuknęło o parapet za oknem. Jacek uniósł wzrok.
No tak – pomyślał. Sroka gapiła się przez szybę. „Jaka ładna” – stwierdziła Kaśka, zauważywszy, co obserwuje jej mąż. „Ciągle je widzę” – mruknął. – „Łażą za mną chyba.” „Babcia mi mówiła, że sroki to takie ptaki, co mogą zobaczyć duchy.” „Duchy?” „No! Potrafią latać w naszym świecie i w tamtym.” – uniesionym palcem wskazała sufit. Jacek przełknął kolejną porcję zimnej zupy, która nie chciała się skończyć. „A w gazecie pisali o tej waszej sprawie” – zmieniła temat Kaśka. – „Macie podejrzanych?” „Na razie nie.” „A jak myślisz, złapią go?” „Zaczynam myśleć, że one mogą okazać się poza naszym zasięgiem.” „One?” Nie odpowiedział. Przyspieszył jedzenie.
Kaśka patrzyła na niego badawczo. „Co ty jakiś taki zamulony jesteś?” – zapytała z pretensją. „Nic. Zmęczony. Dużo roboty mamy przy tym śledztwie.” Wiedział, że udało mu się ją przekonać. „Ale zrobisz dzisiaj pranie i popracujesz?” Poczuł ukłucie irytacji. „Jasne” – odparł z rezygnacją. Otworzył oczy, nim zadzwonił budzik. Myśl o pracy sprawiała, że zastanawiał się nad zrobieniem sobie krzywdy. Musiał uciec od tego wszystkiego, chociaż na jeden dzień.
Zgarnął telefon z szafki nocnej i zszedł na dół, gdzie wybrał numer na komisariat. Zgłosił urlop na żądanie. Jak gdyby nigdy nic, umył się, ubrał, zjadł śniadanie i wyszedł z domu. Zabrał ze sobą broń. Gdyby Kaśka ją znalazła, domyśliłaby się, że wziął wolne. A od żony też musiał odpocząć. Po niecałych trzech kwadransach dotarł na polanę w Lasku Piastowskim. Wybrał to miejsce instynktownie, zupełnie jakby decyzję podjął za niego ktoś inny. Usiadł na ławce i wpatrywał się w błękitne niebo. Wreszcie nieco odetchnął.
O tej porze nie było tu nikogo, więc mógł nacieszyć się samotnością. Nie przeszkadzał mu nawet chłód. Z kieszeni wyciągnął notes i ołówek. Przywołał z pamięci widok domu w lesie. Stara budowla unosząca się na mglistym obłoku. Tak, to może być dobre – pomyślał i zaczął szkicować. Przerwał, słysząc chichot. Zauważył, że światło słońca przybrało dziwny, rdzawy odcień. Bezlistne drzewa kołysały się nieznacznie, choć nie czuł wiatru. Zaraz na ławkę obok sfrunęła sroka.
Tym razem nie patrzyła na Jacka, tylko obserwowała las. Po chwili przyleciała kolejna i jeszcze jedna. Ani się obejrzał, a dookoła siedziało ich całe mrowie. Wstał zaniepokojony, upuszczając notes i ołówek. W pierwszym odruchu chciał przepędzić natrętne ptaki, ale między pniami drzew zauważył cienie. Dwa czarne kształty przebiegły kilka metrów, by rozpłynąć się w powietrzu. Nie wyglądały na zwierzęta. Bardziej przypominały dzieci. Może mi się przywidziało – pomyślał. A może to demony ze snów?
Wtedy z przeciwnej strony usłyszał trzask gałęzi. Pojawiła się kolejna mała postać. Szarek zacisnął zęby, odruchowo kładąc broń na kaburze. Sroki wciąż trwały w bezruchu, jakby na coś czekały. Ciszę przerwał kolejny dziecięcy chichot. Dreszcz strachu przeszył ciało policjanta. W tym samym momencie ptaki wzbiły się w powietrze ze skrzekiem. Skrzydła łopotały, zagłuszając opiorny śmiech. Kotłowanina czarnych oraz białych piór zakryła las. Sroki odleciały.
Policjant wyciągnął broń. Ścisnął ją mocno, aż pobielały mu knykcie. Wymierzył przed siebie. W strzelaniu zawsze był słaby, przez co czuł tym większą niepewność. Cień tymczasem wciąż się zbliżał. „Stój!” – krzyknął Jacek, co jednak nie przyniosło skutku. Ręce mu drżały. Ogarniał go coraz większy strach. Zrozumiał, że musi się bronić. Pociągnął za spust.
Huknęło. Dziecięca sylwetka przystanęła w pół kroku. Cofnął się odruchowo. Gdzieś z tyłu głowy przemknęła mu myśl, że to wszystko jest nieprawdziwe, a on wariuje. Strzelił ponownie. Demon padł na ściółkę. Z lufy pistoletu uniosła się ledwo widoczna chmurka dymu. Szarek stał osłupiały. Wtedy za sobą usłyszał kobiecy krzyk. Odwrócił się.
Kolejna zmora, wyższa od poprzedniej, biegła na niego. Popędził ścieżką, którą przyszedł. Byle do wozu – powtarzał w myślach. Nie oglądał się za siebie. Rozbrzmiewający wokół chichot sprawiał, że Jacek chciał jak najszybciej stamtąd zniknąć. Mknął ekspresówką. Mimo że upłynęła już godzina, dopiero zaczął się uspokajać. Dotarło do niego, że ucieczka jest bezsensowna. Zwolnił. W tym samym momencie zadzwonił telefon.
„Co jest, Bizon?” – zapytał, próbując nie dać poznać po sobie zdenerwowania. „Siema, stary” – odezwał się Turowski. – „Wiem, że jesteś na wolnym, ale mam newsa.” „No?” „Jeździmy teraz na patrolu z Arkiem Popielem i właśnie dostaliśmy komunikat. Przyszło zgłoszenie, że postrzelono dziecko. Kiedy nasi przeczesywali teren, znaleźli babkę zaginionych dzieciaków. Leżała przykryta gałęziami na Jagodowym Wzgórzu. Miała takie same rany jak…” „Słuchaj, nie mogę teraz gadać” – przerwał Jacek. – „Później zadzwonię.” „Ale…” Rozłączył się. Nie miał czasu. Musiał powstrzymać te małe potwory.
Rozpadało się. Jacek wjechał na Fregatową. Zahamował przed starą chatą, rozchlapując kałuże. Wysiadł i skierował się do drzwi. Planował przycisnąć gospodynię, aby wydobyć z niej wszystko, co wiedziała o demonach. Miejsce wyglądało tak samo dziwnie, jak ostatnio. Nie czuł już jednak niepewności. Bez pukania wpadł do środka. „No i mówiłam, że przyjdzie” – odezwała się staruszka, nie wstając z krzesła. Wyglądała na spokojną.
Obierała jabłko. Czerwona skórka spadła na blat stołu. „Już zrozumiał?” – zapytała. „Te dzieci nie są ludźmi, tak?” – odezwał się Jacek przejętym głosem. „No.” „Jak je złapać? Unieszkodliwić?” „Zabić.” W ustach staruszki to słowo wybrzmiało przerażająco. Zupełnie jakby stwierdziła, że trzeba kupić chleb. „Chyba jedno zabiłem” – odparł cicho. „O nie!” – zarechotała. – „To nie takie, o, zwykłe dzieci.
Mówiłam. To diabły. Krwi im nie utoczysz.” „Więc jak się ich pozbyć?” – jęknął. „Zwyczajnie nie” – mruknęła kobieta. – „Ale jest sposób.” Kolejna obierka wylądowała na blacie. „Jaki?” „Musi pojechać w miejsce ze snów. Za murkiem. Tam trzeba wykopać dół, żeby odkryć przejście. Kiedy już wejdzie, niech trzyma się prawej ściany. Zawsze prawej.
Dojdzie do pomieszczenia, gdzie stoi posąg dybuka. Ten posąg trzeba rozbić, a co z niego wyleci – spalić. Wtedy diabły pójdą do piekła, a ja wreszcie będę mogła odejść. Poradzi sobie. Niech robi wszystko jak we śnie.” Patrzył osłupiały. „Co to jest ten dybuk? Skąd pani wie o moim śnie? Czemu od razu nie powiedziała mi pani o wszystkim?” – pytał. Staruszka zachichotała. „Dybuk w ciała dziecięce zstępuje, żeby móc zabijać.
Jak jedno umrze, bierze sobie nowe. A czemu nie mówiłam od razu? Najpierw musiałam zesłać sny, żeby zrozumiał. I żebym mogła go trochę poprowadzić. Gdyby snów nie miał, nie uwierzyłby.” Patrzyła Jackowi głęboko w oczy. „Wybrałam go, bo czuje więcej niż inni” – dodała. „A co pani do tego wszystkiego?” – zapytał po chwili milczenia. Odłożyła w połowie obrane jabłko na blat. „To ja uwolniłam dybuki. Dałam im ciało, a może swoje.
Musielim, żeby rodzinę przed Niemcem ratować. Ale nie możem odejść, pogąd krążą po świecie diabły cholerne. Jak się dogadywalim, nie wiedzielim, że one z ciała do ciała potrafią skakać. Myślałam, że pomogą, popsocą i znikną, ale nie zniknęły. Przez to i ja tutaj uwięziona. Może też, tylko gdzie indziej.” Po tym, co usłyszał, Jackowi przychodziło do głowy mnóstwo pytań. Miał drążyć dalej, dowiedzieć się więcej, ale nie pozwoliła mu. „O reszcie nie ma czasu” – stwierdziła. – „Niech już idzie, bo jak będzie tu stał, znowu ktoś zginie. Przypomni, gdzie iść.
Sroki mówiły, że tam był.” Coś w głosie kobiety kazało mu posłuchać, mimo że rozumiał jeszcze mniej niż przed chwilą. Gdy wyszedł, zastanawiał się, gdzie mógł widzieć miejsce ze snu. Pomyślał o murku z czerwonej cegły i wtedy go olśniło. Gdy zjechał z Wrocławskiej w Chmielną, zaczynało zmierzchać. Zatrzymane gwałtownie auto zaszurało oponami na mokrym asfalcie. Zgasił silnik i wysiadł. Z bagażnika wyjął kupiony po drodze szpadel. Przechodząca obok starsza kobieta patrzyła na Jacka jak na wariata. Krople deszczu bębniły o jej parasol. Zwolniła, żeby dokładnie mu się przyjrzeć.
Szarek był jednak pochłonięty swoimi myślami. Nie widział, jak wścibska staruszka grzebie w torebce i wyciąga telefon. Nie mógł słyszeć, jak mówi, że ktoś chce na cmentarzu żydowskim kopać. Jacek dobiegł do czerwonego murku, który bez trudu przeskoczył. Odgarnął opadające na oczy mokre włosy. Przyglądał się pogrążonemu w półmroku skupisku omszałych olch. Za nimi przebijał żółty billboard. Mógł przyjść z drugiej strony. Tam nie musiałby skakać przez murek, ale w ten sposób łatwiej było mu znaleźć to, czego szukał. Szedł wolno wzdłuż ogrodzenia.
Oglądał każdą cegiełkę, wypatrując znaku – D w Gwieździe Dawida. O dziwo, niebawem znalazł go. Symbol uległ częściowemu zatarciu, ale wciąż pozostawał wyraźny. Jacek wstał i odmierzył 12 kroków. Zatrzymał się, po czym wbił szpadel w wilgotną ziemię. Praca szła szybko. Co dziwne, policjant nie natrafił na żaden korzeń. Zupełnie jakby rośliny umyślnie omijały to miejsce. Mrok ogarnął las, kiedy wreszcie szpadel zazgrzytał o coś. Udało się – pomyślał Szarek, a w tej samej chwili dwie postacie wyłoniły się spomiędzy drzew.
Serce podeszło mu do gardła. Pomyślał, że to muszą być demony. Natychmiast odrzucił szpadel i wyjął broń z kabury. „Nie dam się wam tak łatwo!” – wydyszał. „Spokojnie” – odezwał się znajomy głos, zaskakując Szarka. To byli policjanci. Włączyli latarki i wymierzyli do niego z pistoletów. „Spokojnie, Jacek” – powtórzył Turowski. Obok niego szedł Arek Popiel, grubasek, który niedawno skończył szkółkę policyjną. „Odłóż broń, Szarek” – poprosił.
„Nie, czekajcie” – wydukał Jacek. „Nie rozumiecie.” „Spokojnie” – powtórzył Bizon, nadal nie opuszczając swojego pistoletu. „Schowaj to i pogadajmy. Przecież nie będziemy się wygłupiać, co nie?” Szarek zabezpieczył broń i rzucił ją na trawę. Jego koledzy z wyraźną ulgą schowali swoje pistolety do kabur. „Zrozumcie” – przekonywał Szarek. – „Ja muszę tu skończyć. Już dokopałem się do...” „Nie” – przerwał mu Arek. – „Dość. To cmentarz żydowski.
Nie możesz...” „Muszę tam wejść, kurwa! Inaczej znowu ktoś zginie.” „Nie denerwuj się” – próbował łagodzić Bizon. „Spierdalajcie. Obaj. Nie dam sobie przeszkodzić. Za dużo od tego zależy.” Funkcjonariusze znów stali się czujni. Podchodzili do Jacka powoli, przekonywali, żeby poszedł z nimi. Chcieli go zabrać na komisariat. Nie mógł na to pozwolić. Przenosił wzrok z jednego na drugiego.
Myślał, którego obezwładnić jako pierwszego. Rzucił się w stronę Arka. Padli na mokre podłoże. Tarzali się wśród zgniłych liści, okładali pięściami. Jacek uzyskał przewagę. Znalazł się na górze i uderzył czołem w nos przeciwnika. Widząc, że Popiel wciąż próbuje walczyć, wyprowadził jeszcze cios pięścią. Po chwili poczuł uderzenie w lędźwie, aż zaparło mu dech. Zaraz nastąpiło drugie i kolejne. Pałka lądowała na jego głowie, barkach i plecach.
Upadł, zasłaniając się rękami. Turowski dopadł do niego i zaczął wykręcać ręce. „Bizon, nie!” – wrzasnął Szarek. – „Błagam, to te dzieciaki zabiły. Dzieci. Słyszycie? Pozwólcie mi je powstrzymać.” Nie posłuchali. Kaśka otworzyła drzwi. „Cześć, Bizon, wejdź” – powiedziała. Płacz niemowlęcia był nieznośny.
Policjant wszedł niechętnie do pokoju gościnnego. Na kanapie walały się pamiętał ubrania, a obok stała deska do prasowania. Kaśka podeszła do łóżeczka ustawionego przy oknie i wyjęła z niego malucha. Sprawnym ruchem odciągnęła koszulkę i niemowlę umilkło, przysysając się do piersi. „Przepraszam za ten syf” – usprawiedliwiła się. – „Ale jestem z tym wszystkim sama i już nie wyrabiam.” „Daj spokój” – odparł Bizon z zakłopotaniem, odwracając wzrok. – „Jak tam Jacek?” „Byłeś mu u niego wczoraj z małą. Chyba nieźle. Nadal trzymają go w oddzielnej celi.” „Tak” – westchnął. – „Dobrze, że chociaż tyle.” Zapadła niezręczna cisza, którą zdecydowała się przerwać gospodyni.
„A jak sprawa?” „Zawiesili. Brak dowodów. Wawro chodzi w kurwę zły jak osa.” „A dzieci? Znaleźliście je?” Pokręcił przecząco głową. „Chyba lepiej nie będę o tym wspominać Jackowi” – bąknęła Kaśka. „Lepiej nie. Ale jeszcze ci powiem, że sprawdziłem ten dom, o którym opowiadał.” „I?” „I nic tam nie ma. Trochę drzew, trochę trawy i tyle.” Zbladła. „Mówię ci to, bo możecie zagrać na niepoczytalność” – dodał szybko. – „Zawsze lepszy ośrodek niż więzienie.” „Mhm” – mruknęła.
Po chwili rozpłakała się. – „Przecież wiedziałam, że coś jest nie tak” – lamentowała. – „Chodził smutny, stamszony, ale nie zwracałam uwagi. Mówił, że jest zmęczony. Bobas nic sobie nie robił z wybuchu matki i ciągle ssał.” Bizon nie wiedział, co powiedzieć. Też czuł się winny, ale kto mógł przypuszczać, że dojdzie do czegoś takiego. Kiedy usłyszał zarzuty o postrzeleniu dziecka w Lasku Piastowskim, nie chciał uwierzyć i nie uwierzył do momentu, gdy Kaśka potwierdziła, że znaleziony notes należy właśnie do jej męża. Jacek nie ułatwiał śledztwa. Wciąż milczał na temat sprawy. „Nie bierz tego na siebie” – powiedział Turowski, próbując zagłuszyć niewygodne myśli.
– „Tak to już bywa z psychą. Nikt na twoim miejscu nie spodziewałby się czegoś takiego.” Kaśka uspokoiła się nieco. Ciągała nosem i wycierała oczy wierzchem palców. Bizon czuł się nieswojo. Uznał, że spełnił obowiązek wobec przyjaciela. Sprawdził, jak ma się jego żona. Chciał już czym prędzej wyjść. „To ten, będę leciał” – mruknął. Zadzwoń, jak będziesz czegoś potrzebować. Zadzwonię.
Dzięki. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Bizon! Zatrzymała go. Tak? Naprawdę myślisz, że to nie moja wina? Kaśka, przy posranych sprawach często ktoś pęka – odrzekł. – Taka robota. Przygryzła wargę. On zwariował?
To na pewno chwilowe problemy. Nie martw się. Machnął jej dłonią na pożegnanie i wyszedł z domu. Będąc za bramą odpalił papierosa. Zaciągnął się dymem. Nie powiedział Kaśce wszystkiego o sprawie. Przemilczał zeznania sąsiadów, którzy opowiadali, że dzieci zamordowanych znęcały się nad bezdomnymi zwierzętami. Wspomniał o tym Wawrowi, ale ten go zbył. W takiej sprawie trzeba być delikatnym – mówił śledczy. – Nie zwalimy winy na sieroty.
Turowski obawiał się, że pomimo szaleństwa Jacek mógł mieć rację. Uniósł głowę i wydmuchnął kłąb dymu. Wtedy dostrzegł srokę. Siedziała na sąsiednim płocie. Wpatrywała się w niego natrętnie swoim czarnym okiem. Zaskrzeczała i przefrunęła na latarnię. Gapiła się bez przerwy. Zupełnie jakby chciała powiedzieć: chodź za mną. Straśna Megaloxanta. Janko Pytlak.
Straśna wojna kwantowa. Trybut do Quantum de Soles. Czas temu. Nadwałkowniku! One łamią nasze logarytmy dyskretne niczym wygłodniała wiewiórka orzeszki na wiosnę. To niewozmożna. Są przecież proofy co niewozmożna. Jakie wiewiórki? No one są z inszej dimencji. Nasz gig rzekł co tam wsio mięsze.
Wiewiórki? Kto wie, skoro wsio mięsze. Atakują nas wiewiórki? Nie, nie wiemy. Musimy. Jak wozmożna łamać? Mięsze łamacze robią, a nasza dimencja większa to i wlezie. Ha! Oszusty. Niedawno.
Nadwałkowniku, odeszli. Hm? Odeszli. Prosto odeszli? Większa dimencja równa się większy koszt. Łamacze? Przechwycono kilka. Zuchy. Tera je wojna. Kto cyngluje, ten żyje.
Hm? Piosnek bojowych nie znacie? Nie. Co was tam uczą? U mnie się nauczycie. Wkrótce. Orędowniku! One łamią nasze logarytmy dyskretne jak rozespany miedwiedz lodowisko na wiosnę. Trza negocjować. Miedwiedz?
Na kiej planecie? Poeta, ino głowa nie ta. Gotujcie przekaz. Bez poemów, please. Wegę. Megaloxanta. Janko Pytlak. Pompon. Na postnapo w nieafrykańskiej scenerii. Krasnalek Pompon w bamboszku mieszka.
Brudne ubranko cechuje koleżkę. Jak jego ciuszki straciły polorek. Bambosz jest starszy jeszcze niż krasnalek. Dlaczego Pompon nie chodzi do szkoły? Szkół dawno nie ma. Świat został goły. Czy jeszcze inne żyją krasnale? Przez radio już szumy zamilkły i żale. Szkoda, że Pompon, choć mógł być wesoły, w smutku wciąż czeka na ludzi nowych.
[03:07:13] - A teraz proszę państwa czas na MAUP. MAUP, czyli książki z pogranicza. Dzisiaj książka niezwykła. „Wyobrażone życie. Wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych” to książka Jamesa Trefila i Michaela Summersa. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Tobie Piotrze.
[03:07:49] - Dzień dobry wieczór. Witamy w kolejnym odcinku poświęconym książkom z pogranicza, chociaż dzisiaj będzie bardziej naukowo.
[03:07:57] - A trochę z pogranicza będzie, bo autorzy książki James Trefil i Michael Summers puścili wodze fantazji, ale oczywiście ma to podbudowę naukową. Będziemy mówili dzisiaj, proszę państwa, o książce „Wyobrażone życie”. Ale ta książka ma całkiem długi i rozbudowany podtytuł, a mianowicie jest to wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych. Proszę państwa, ta przygoda z książką „Wyobrażone życie” jest naprawdę niezwykła, bowiem tak to już jest, że często postrzegamy świat, wszechświat, to, co w tym wszechświecie może na nas czekać, jednak tak bardzo od strony człowieka. Nasza wyobraźnia U jednych mniejsza, u innych większa. Różnie bywa. Ona jednak cały czas ciąży ku antropomorfizacjom. Tymczasem autorzy książki proponują nam zupełnie inne spojrzenie. Na początku zastanawiają się w pierwszych rozdziałach, przedstawiają podstawowe założenia dotyczące życia w kosmosie i wyjaśniają, czym właściwie życie jest, jakie są jego minimalne warunki i czy musi być podobne do życia ziemskiego. Mówią też o strefie zamieszkiwalnej, ale to jest troszeczkę takie podpuszczenie czytelnika.
W drugiej części mamy omówienie różnorodności planet i światów. I tu mamy przekrój kosmicznych krajobrazów. To na razie zostawmy, bo część trzecia dla mnie jest absolutnie rewelacyjna, bo tam panowie na podstawie różnych spekulacji, ale naukowych spekulacji przedstawiają nam niezwykłe światy istot latających w gęstej atmosferze planet, takich wenusopodobnych planet. Mamy też przedstawione inteligentne organizmy, które zamieszkują głębokie oceany pod lodową skorupą, na przykład pod powierzchnią księżyców, pod powierzchnią lodu na księżycach otaczających wielkie planety w Układzie Słonecznym chociażby. Ale dalej jedźmy. Mamy organizmy wykorzystujące jako rozpuszczalnik, taki biologiczny rozpuszczalnik, nie wodę, z którą my jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni, ale na przykład amoniak. Mamy też omówione życie na planetach o silnej grawitacji, gdzie zwierzęta musiałyby być niskie, masywne, krępe. To to samo. Mamy jeszcze jedną możliwość. Istoty, które mogłyby rozwijać swoją technologię, swoją naukę bez dostępu ognia lub metali, czyli takie żyjące w specyficznych warunkach.
To jest część druga. Mamy część czwartą o granicach wyobraźni i nauki. Też pasjonujący rozdział. I wreszcie część piąta o poszukiwaniach i przyszłości tych wszystkich poszukiwań życia. Powiem ci, Piotrze, że kiedy przeczytałem tę książkę po raz pierwszy, a tu się od razu przyznam, że czytałem ją już dwa i pół raza, tak to określmy, bo ten jeden był taki po łebkach, to naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno wiedzy naukowej, bo ci panowie, których wymieniłem na początku, to są osoby jak najbardziej kompetentne. To są ludzie, którzy kosmosem zajmują się na co dzień. Jestem pod wrażeniem ich wiedzy, ale też jestem pod ogromnym wrażeniem ich wyobraźni. Muszę powiedzieć, że wielu autorów SF, których czytuję, nie może się popisać takimi dywagacjami, takimi spekulacjami jak autorzy książki „Wyobrażone życie”, czyli James Trefil i Michael Summers.
[03:12:38] - Miałem o tym powiedzieć na końcu, ale to chyba jest dobry moment, bo ja nie wyobrażam sobie takiej książki napisanej przez polskich naukowców, bo Trefil to jest fizyk, publicysta, także popularyzator nauki. Michael Summers zajmuje się zasadniczo czymś podobnym, chociaż jest bardziej naukowcem. Zajmuje się planetologią, więc jest akurat w tym tandemie kimś, kto trzyma rękę na pulsie. Natomiast ja sobie nie wyobrażam, żeby któryś z polskich astronomów z tytułem naukowym pokusił się o coś takiego, żeby puścić te wodze fantazji. Dlaczego? Nie wiem. Może my puścimy wodze fantazji i zastanowimy się na końcu, dlaczego nasi naukowcy są tak zamknięci w sumie na pewne kwestie, które oni chyba uważają za nienaukowe w takim wydaniu, że wyobrażamy sobie życie na innych planetach. U nas astronom powiedziałby pewnie, że nic nieudowodnione, że żadnego życia tam w kosmosie nie ma, więc nie ma po co o tym mówić. Natomiast książka dzisiaj omawianych autorów pokazuje nam coś innego. Oni się zastanawiają nad jakże interesującą kwestią.
To już w zasadzie padło, czyli nad tym, a jeżeli się życie rozwinęło gdzieś tam na innych planetach, to jakimi drogami sobie poszło? Jakie może być to życie? Czego się spodziewać albo kogo się spodziewać? Sami zauważają, że próba odpowiedzi na tego rodzaju pytania wiąże się automatycznie z wprzężeniem w to wszystko wyobraźni. Niemniej istnieją, jak piszą Trefil i Summers, pewne podstawowe prawa fizyczne, pewne podstawowe prawa, chyba można tak powiedzieć, natury, które obowiązują wszędzie w kosmosie, i one nakładają na przykład pewne ograniczenia na rozwój organizmów żywych. Już na samej tej podstawie można pewne wnioski wyciągnąć, jeżeli się buduje ten model życia na innej planecie. W pierwszych rozdziałach, jak powiedziałeś, oni się przyglądają definicji życia, temu, jak ono się rozwijało i tak dalej. To jest może ta najmniej ciekawa część tego wszystkiego. Oczywiście To, co znajdujemy w kolejnych rozdziałach jest dużo bardziej fascynujące. Ale dobrze, ktoś zapyta: „Nie chce mi się już czytać po raz kolejny o tym, że może istnieć życie oparte na węglu i na wodzie.
Nie chce mi się już czytać o tych ekosferach, o szowinizmie węglowym. Mam dość. Chcę czegoś ciekawszego”. Jak najbardziej będzie ciekawsze. Gdzieś tak w drugiej połowie książki już autorzy, nie wiem, czy to jest puszczanie wodzy fantazji, czy budowanie pewnych modeli, które są co prawda pokrewne fantastyce naukowej, ale pozwalają nam jakoś zrozumieć albo przygotować się na zrozumienie tego, co zostanie w kosmosie odkryte. Bo skoro na egzoplanetach spadają deszcze z diamentów, to jak mogą istoty, które tam gdzieś daleko mieszkają, wyglądać? Przecież to nie musi być życie takie jak nasze. Oni operują takim terminem. Co to w ogóle oznacza życie takie jak nasze i życie inne? Chodzi o to, że po prostu my patrząc na biochemię, ale także na zoologię, zauważamy, jak różnorodne formy życie potrafi przybierać na Ziemi.
Jak to poszło na innych planetach nie wiemy. Możemy sobie to jedynie w jakiś sposób zrekonstruować albo wyobrazić. Możemy to zrobić w sposób prosty. Uznać, że skoro jakaś istota pojawiła się na obcej planecie, skoro tam funkcjonuje, dajmy na to w warunkach podobnych do ziemskich, to musi mieć podobny aparat albo aparaty. Musi być podobnie wyposażona biologicznie, musi mieć centralny układ nerwowy, jakieś kończyny, wzrok, przemiana materii musi w niej zachodzić i tak dalej. Zasadniczo to tak powinno być, bo tak nam podpowiada zdrowy rozsądek. Ale kiedy my się na przykład zagłębimy w biologię tak zwanych prymitywnych organizmów ziemskich, to zauważamy to, co często powtarza się w internecie, że meduza na przykład nie ma mózgu, a krewetki mają serca w głowie. Patrząc na same rozwiązania, jakie natura stosuje na Ziemi, patrząc, jakie rozwiązania były stosowane przez przyrodę miliony lat temu na przykład, czy patrząc nawet na ryby głębinowe współczesne, które wyglądają jak stworzenia z innych planet, to możemy dojść do wniosku, że całkiem śmiałe poczynanie sobie autorów w pewnych wyobrażeniach, chociaż moim zdaniem, Marku, oni też nie wychodzą poza pewne ramy. To śmiałe poczynanie jest jakoś uzasadnione. Czyli to życie inne od naszego, to czasami jest takie życie, którego my sobie nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić z tego powodu, że my mamy wdrukowane jakieś pojęcie tego życia, nawet jakby ono nie było dziwne na Ziemi, to ono jednak jest dla nas do pojęcia.
A wyobraźmy sobie teraz taką sytuację, kiedy mamy organizmy oparte o chemię nie związków węgla, tylko na przykład siarki, fluoru albo innego pierwiastka. Co nam to daje? Co nam to daje w zupełnie innym środowisku? Tutaj naprawdę wnioski mogą być bardzo różne i nasi autorzy czasami idą na łatwiznę. To prawda, ale nie zawsze. Nie zawsze pojawiają się naprawdę fascynujące wątki.
[03:18:42] - Pojawiają się na przykład alternatywne biochemie i oni ciągną ten wątek, jak to mogłoby być, gdyby istoty żywe nie używały węgla, tylko innych materiałów, takich jak krzem chociażby. I dużo, dużo więcej. Ale ja chciałem o czymś innym. Pamiętam, znaczy filmu nie pamiętam. Pamiętam, wbił mi się w głowę pewien komentarz lektora, który czytał ścieżkę lektorską komentującą film o kosmosie i pewien fragment sprowadzał się do tego, że to jest planeta gazowa i tu oczywiście życia nie zastaniemy. To był stary film z lat 70. Ja go właśnie w latach 70. oglądałem, będąc pacholęciem, więc już naprawdę dawno. Ale dzisiaj obawiam się, że podobne komentarze dałoby się odnaleźć, czy to w książkach, czy na filmach. Tymczasem autorzy „Wyobrażonego życia” nie stawiają takich barier, nie stawiają sobie ani czytelnikom takich barier.
I dlatego proszę bardzo, egzotyczne planety to tak, życie może według nich pojawić się na gazowych olbrzymach. Owszem, ono będzie inne, ale będzie w takich miejscach. Być może nawet będzie trudno to życie rozpoznać, ale to nie znaczy, że go tam nie będzie. Więc gazowe olbrzymy jak najbardziej. Lodowe światy, takie jak na przykład Europa czy Enceladus jak najbardziej. Superziemie też jak najbardziej i w związku z tym nie przeszkadza nic, ani gęsta atmosfera. Tam pojawią się istoty latające. Jeśli to są jakieś gęste atmosfery, tak jak wenusjańska albo jeszcze gęstsze, to to będą istoty przypominające według autorów balony. No ale dlaczego nie? Dalej przy wysokiej grawitacji masywne istoty.
Ocean bez atmosfery, czyli życie gdzieś na dnie oceanicznym, pod lodem albo bez lodu. To też może być fascynujące. Mnie bardzo interesowało Jak autorzy poradzą sobie z czymś, co nazwałbym światopoglądem? Bo mamy taką lodową planetę. Nie z oceanem, tylko zamrożoną do szpiku kości. Oni mówią, że nawet na takich planetach może pojawić się życie, bo na takich planetach występować będą kominy termalne i wokół tych kominów będzie się pojawiała woda w postaci płynnej. I to może być miejsce, w którym zrodzi się życie. Pod lodowym oceanem, czyli powierzchnia planety pokryta lodem, a wewnątrz ocean, również życie mogłoby się według autorów zrodzić. Ale ja myślałem o tym, jak sobie poradzą, wyjaśniając światopogląd, może bardziej ogląd świata. Wbrew pozorom to nie jest to samo.
Ogląd świata, ogląd wszechświata właściwie, owych istot. Czy one będą w stanie dojść do tego, że istnieje coś więcej poza tą lodową skorupą, która pokrywa ocean, w którym owo życie się zrodziło? I autorzy częściowo dają odpowiedź na to pytanie. Dają odpowiedź, że owszem, ta droga do prawdy, do tego, jak wygląda planeta, w ogóle dojście do tego, jak wygląda układ planetarny, że jest gwiazda, planety krążące wokół. Kopernik, Galileusz i wszyscy inni nie mieli pod górkę w stosunku do tych domniemanych istot, które żyłyby pod lodową skorupą. Naprawdę ich dojście do tego, jak wygląda wszechświat, byłoby zdecydowanie trudniejsze, ale możliwe. Możliwe byłoby odkrycie. Chciałbym swoją drogą poznać kiedyś utwór jakiegoś zdolnego pisarza, który stworzyłby wizję takiego obcoplanetarnego Galileusza, który nie tylko odkrywa, że ponad tą lodową skorupą przykrywającą ocean jest coś więcej, jest cały wszechświat. Myślę, że ten szok poznawczy, który by się pojawił, byłby godny naprawdę wielotomowego dzieła. Ale w tym dosyć obszernym dziele, o którym dzisiaj rozmawiamy, czyli o książce „Wyobrażone życie” Trefila i Somersa, tu też daje się odczuć ten szeroki horyzont, na którym działają obaj panowie.
Mówią na przykład, rozpatrując poszczególne przypadki, to też mnie bardzo ujęło, zajmują się zmysłami, jakie w poszczególnych warunkach miałyby owe istoty, że to byłyby inne zmysły. Co innego byłoby dla tych istot ważne. Na przykład te żyjące balony gdzieś w atmosferze gazowego olbrzyma, to ich zmysły według autorów byłyby głównie oparte na komunikacji świetlnej. Dalej, zmysły istot żyjących w głębinach oceanów, na przykład oceanu Europy, to byłyby zmysły oparte na dźwięku i zmysły chemiczne. I właściwie za każdym razem, kiedy panowie omawiają poszczególne światy, to odnoszą się również do tych kwestii. Do zmysłów, ale też do technologii, bo oni zakładają, że jeśli życie się pojawia, to wcześniej czy później pojawi się też ta iskra myśli, iskra rozumu. W związku z tym panowie zajmują się również technologią. Poddają się kilka razy, bo te żyjące balony krążące w atmosferze gazowych olbrzymów, tam piszą, że ta technologia nieznana, określają jako nieznaną, bo rzeczywiście wyobraźnia może wysiąść, ale już na przykład w przypadku tych głębinowych istot z oceanów, znowu podkreślę Enceladusa, Europy, to technologia oparta na konstrukcjach tworzonych z minerałów. Dalej na planetach, gdzie panuje wieczny mrok, bo i takie uwzględniają panowie. Mówi się o tym, że zmysły oparte byłyby o akustykę, ale byłyby też zmysły termiczne i tak dalej.
A technologia w takim przypadku byłaby dostosowana właśnie do tych warunków. Ona jest dosyć egzotyczna, więc już nie będę wchodził w szczegóły, ale słyszą państwo, że ja tą książką jestem na swój sposób zafascynowany, bo to, o czym powiedział Piotr, panowie z zasady nie stawiają sobie granic. Oni prawdopodobnie na pewno wiedzą, że część z tych opowieści nieszybko będzie zweryfikowana, ale to nie przeszkadza puścić wodzy fantazji, bo na tym to wszystko polega. Nie żeby stawiać sobie granice i mówić: „Nie, to jest niemożliwe, tak nie może być”, tylko raczej pokazywać, że coś jest możliwe, ale nie na zasadzie deklaratywnej, czyli ja uważam, że jest możliwe i co mi zrobicie? Nie, panowie się posiłkują wiedzą i pewną ekstrapolacją tej wiedzy na wyobraźnię i to daje moim zdaniem świetne efekty.
[03:27:07] - Tak. Myślę, że w którymś z naszych wspólnych odcinków na kanale Wehikuł Wyobraźni czy na UFO Historiach będziemy jeszcze podejmowali te tematy, w którą stronę mogły się rozwinąć na przykład zmysły czy umysłowość obcych. Będziemy się opierać nie tylko na Trefilu i Summersie, ale też na wnioskach wcześniejszych autorów. Jeżeli jest jakiś mankament tej książki, chociaż nie wiem, czy to jest mankament, ona jest dość szybka, dość prosta momentami, taka przeglądowa. Ale gdyby nas panowie chcieli zamęczyć encyklopedią rozwoju życia na Ziemi i we Wszechświecie, to ta książka pewnie by miała kilka tysięcy stron. Także niektórzy to pewnie uznają za mankament, inni nie. Natomiast wrócę może na chwilę do tego, dlaczego taka książka raczej nie powstałaby w Polsce. Nie wyszedłby żaden astronom z taką inicjatywą stworzenia tej książki. Wydaje mi się, że nasi astronomowie mają takiego kija, wiadomo gdzie, że oni są niezdolni do podjęcia takich tematów. Nie mówię o wszystkich.
Na pewno tacy są w ośrodkach naukowych, ale pewnie nie zabierają głosu, bo kiedy by ich promotorzy, koledzy dowiedzieli się, że magister czy doktor X lub Y mówi o tym, jak mogłoby wyglądać życie na innej planecie, to pewnie by stracili granty i tak dalej. Także u nas to wszystko strasznie jest takie za ścianek. To jest dyskusja w ramach czystego eksperymentu myślowego. Summers i Trefil nie mówią nam, że tak będzie. To jest jedna z wielu możliwości. Kiedy patrzymy na Wszechświat i jego rozmiary, wydaje się, że wszystko jest w nim możliwe. I gdyby istniała taka możliwość, gdybyśmy mieli takie narzędzia, żeby to zweryfikować, jakie to by było cudne, jakich ciekawych rzeczy byśmy się dowiedzieli, to byłoby dużo lepsze niż science fiction. Tak na marginesie Marku, powiem ci, że to jest kolejny dobry przykład tego, że jest taka sfera w kosmologii, w astronomii, w bioastronomii, gdzie science fiction i nauka akademicka idą ręka w rękę. Ja zauważyłem, że niektórzy autorzy albo popularyzatorzy nauki zachodni są w stanie docenić wizje, które się pojawiają u niektórych autorów science fiction. Tylko jak mówię, to wszystko jest nie na poważnie, nie na stuprocentowo poważnie, że to jest opracowanie naukowe.
To jest wszystko dyskusja w ramach pewnego eksperymentu myślowego. A u nas? A u nas to się możemy dowiedzieć na przykład, że życia w kosmosie nie ma, bo się nie odezwało i tyle. Tak to wygląda.
[03:30:17] - Powiem ci Piotrze, że aż tak źle, jak mówisz, nie jest, chociaż dobrze też nie jest. Sam znam przynajmniej jednego astronoma w randze profesorskiej, który nie tylko fantastykę naukową czytuje i ceni jako literaturę, ale też ma otwarty umysł i fantazjować bardzo lubi i lubi tego rodzaju rozważania, jak snują dwaj panowie, o których dzisiaj mówimy. Więc nie jest tak źle. Są na szczęście ludzie nauki, którzy mogliby podobną książkę napisać. Może nie mają odwagi, a może ich zainteresowania naukowe są po prostu inne. Chociaż kiedy mówiłeś to, co mówiłeś, dotknąłeś jednak dosyć ważnego tematu. Dlaczego ważnego? Otóż część środowiska naukowego rzeczywiście ten kij gdzieś tam w odpowiedniej części ciała chyba ma, co miałem okazję stwierdzić całkiem niedawno, ale o tym kiedyś indziej, bo proponowałem kilku ważnym ludziom, na razie bez szczegółów, nauki rozmowę na temat tego, że w końcu są ścisłowcami, bo z takimi osobami rozmawiałem, ścisłowcami, ludźmi fizyki, astronomii i kilku innych nauk. Czy kiedyś w młodości czytali fantastykę naukową? Czy ona ich jakoś zainspirowała?
I w prywatnej rozmowie owszem, tak. Uzyskałem odpowiedzi i to naprawdę świetne, fascynujące. Ale kiedy wspomniałem, że może byśmy to przekuli, ja już nie mówię o rozmowie na YouTubie, ale na przykład przekuli na wywiad. Wywiad taki, jak robiłem z autorami science fiction na temat ich fascynacji. Ta książka nosiła tytuł „Lista nieobecnych” i tam rozmawiałem z twórcami SF. Podobną książkę o fantastyce, o fascynacji fantastyką i fascynacji oraz inspiracji, jaką fantastyka naukowa może dawać naukowcom. Marzyła mi się taka książka, ale doszedłem do wniosku, że ona jest niemożliwa do stworzenia właśnie z tego powodu, że panowie naukowcy w przeważającej liczbie odmawiali oficjalnego wywiadu. Porozmawiać to oni sobie mogli prywatnie, oficjalnie niekoniecznie. I trochę mnie to, mówiąc szczerze, zmartwiło. Na szczęście jest książka „Wyobrażone życie” Jamesa Trefila i Michaela Summersa.
Jak powie to za chwilę państwu nasza ulubiona recenzentka Ewiwa, nie samą fantastyką człowiek żyje. Zapraszam państwa na kolejny odcinek Recenzarium Ewiwy. Dzisiaj „Porwanie Doni Agaty”.
[03:33:43] - Wita państwa Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie samą fantastyką człowiek żyje, nawet wtedy, kiedy naprawdę bardzo ją lubi. Świat literatury składa się z przeróżnych książek i jest wśród nich tyle dzieł wartych omówienia i przede wszystkim wartych przeczytania, że przeciętnemu człowiekowi w ogóle nie starczy na to życia. Jednak nawet jeżeli preferuje jakiś konkretny gatunek, czy to będzie fantastyka, czy fantasy, czy kryminał, czy cokolwiek, dobrze byłoby, żeby poznał też coś z innych gatunków, bo inaczej jego życie stanie się jednak uboższe. Albowiem czytanie książek ubogaca. Nie na darmo akcja mediów angielskojęzycznych zachęcająca do czytania książek nosiła tytuł „Feed Your Mind” – nakarm swój umysł. Książki są właśnie takim pokarmem. Dlatego dzisiaj przedstawię państwu książkę dość starą, którą jak sądzę niewielu z was zna, chociaż na pewno coś tam o niej słyszeli, a już na pewno o spektaklu teatralnym, który na jej podstawie nakręcono. Teatr Telewizji, „Porwanie Doni Agaty”. W roli głównej Irena Kwiatkowska.
A to wszystko na podstawie książki niemieckiej pisarki Gudrun Pausewang, która to książka jest dziełem naprawdę wybitnym. Nie jestem miłośniczką literatury niemieckiej. Uważam, że jest ciężka i szczerze powiedziawszy na ogół dość trudna. Ale ta książka to jest perła. O cóż w niej chodzi? Otóż 60-letnia dama mieszkająca w Andagoi, mieście położonym gdzieś w Ameryce Łacińskiej, zostaje pewnego dnia uprowadzona. Jej porywacze, właściciel maleńkiego sklepu z dewocjonaliami, akwizytor dewocjonaliów, bezrobotny poeta oraz Mulat zatrudniony na czarno w warsztacie samochodowym nie są przestępcami, a w każdym razie na pewno nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Mają po prostu dość doskwierającej im biedy i postanawiają zdobyć pieniądze. W jaki sposób? Ano uprowadzając dla okupu najbogatszą damę w mieście, Donię Agatę.
Nie mają zamiaru przy tym zrobić jej żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie, dokładają starań, żeby to czasowe uwięzienie było dla niej najłatwiejsze do zniesienia. Starsza dama początkowo darzy ich szczerą pogardą. Są dla niej po prostu odpadami ludzkimi. Trudno to inaczej określić. Wszystko się jednak zmienia wtedy, kiedy żąda wizyty księdza. Ponieważ trudno wytrzasnąć skądś księdza, który by od razu nie doprowadził do uwolnienia porwanej, przyjaciele wpadają na pomysł, że jeden z nich się przebierze w sutannę. Taki przebrany porywacz imieniem Lolo wskazuje Doni Agacie, że jej porywacze też są dziećmi Bożymi, tylko ich życie wygląda diametralnie inaczej niż jej. Starsza dama zaczyna się nad tym zastanawiać i nagle dochodzi do wniosku, że coś w tym jest. Zaczyna uważniej przyglądać się swoim porywaczom i w końcu zaprzyjaźnia się z nimi.
Tak, dość osobliwa fabuła. Donia Agata jest osobą dość despotyczną, która początkowo włazi na głowę dosłownie swoim porywaczom, ale później staje się dla nich substytutem matki, albowiem odrzuciwszy uprzedzenia, nagle widzi w nich ludzi i to ludzi w sumie bardzo sympatycznych. Właśnie o to chodzi pisarce, żeby ukazać, że bieda nie czyni ludzi gorszymi, chociaż niestety często ich upadla. Właśnie o to chodzi w tej książce. O napiętnowanie stosunku bogatych do biednych, którzy często nie mają innego sposobu na choćby minimalne poprawienie swego bytu, jak zejście na drogę przestępstwa, ponieważ uniemożliwia im się to, blokując chociażby dostęp do oświaty. Bogaci ludzie, którzy występują w tej książce, czyli rodzina Doni Agaty, są obłudnymi bigotami, którym zależy tylko na testamencie bogatej ciotki. Natomiast ludzie biedni są przedstawieni takimi, jacy są. To znaczy nie są to bynajmniej anioły, w żadnym wypadku, ale po prostu tacy, którzy usiłują jakoś przeżyć. Pisarka oczywiście nie ma zamiaru tutaj niczego ukrywać. W najbiedniejszej z dzielnic Andagoi, dokąd zabrano Donię Agatę, przestępstwa są na porządku dziennym, łącznie z tymi najcięższymi, na co bogaci w ogóle nie zwracają uwagi.
Pada tam zdanie: „Bieda to zło, z którym należy się pogodzić”. No właśnie nie bardzo. Książkę warto przeczytać z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu potężnego ładunku humanizmu, jaki niesie. A po drugie jest bardzo ciekawa i niezwykle zabawnie napisana. Główni bohaterowie są to ludzie w sumie o dobrych sercach, którzy nie chcą nikogo skrzywdzić. Pragną jedynie wydobyć się z nędzy. A skąd wziąć pieniądze w ich sytuacji? Jedyny spośród nich kapitalista, jeśli można tak powiedzieć, ten, który prowadzi sklepik i tak ledwo wiąże koniec z końcem. Inni utrzymują się z zajęć dorywczych i to bardzo kiepsko płatnych.
I tak samo jest ze wszystkimi innymi mieszkańcami dzielnicy. Niektórzy nie pracują w ogóle, bo nie mają gdzie. Inni kradną, inni żebrzą, a mimo to starają się jakoś żyć i nawet czerpać z tego życia jakąś radość. Pięknie przedstawiony obraz kontrastu społecznego, który w Ameryce Łacińskiej jest zresztą na porządku dziennym. Poza tym nie tylko tam, to tak naprawdę mamy wszędzie. I tak jak powiedziałam humanizm, podejście do ludzi takie, żeby nie oceniać ich przez pryzmat ich kieszeni, że ci, którzy mają dużo pieniędzy, czasem są o wiele mniej warci niż ci, którzy nie mają ich w ogóle. Do tego samego wniosku dochodzi także tytułowa Doña Agata. Dlatego mówię warto tę książkę przeczytać. Myślę, że jest w każdej bibliotece. Ja miałam to szczęście, że udało mi się ją kupić na własność, do czego też zachęcam.
Żegna się z Wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:39:49] - Czas na literackie tête-à-tête. Krystyna Śmigielska zaprasza dzisiaj na spotkanie z Anną Kasiuk.
[03:39:59] - Dobry wieczór państwu. W dzisiejszym literackim tête-à-tête spotykamy się z panią Anną Kasiuk, autorką książek obyczajowych, a także erotycznych. Pani Ania posiada tytuł magistra ubezpieczeń. Dawniej pracowała w międzynarodowej korporacji na stanowisku planistki. Obecnie prowadzi własną firmę i współpracuje z kilkoma wydawnictwami, jednocześnie prężnie działając w social mediach. Dobry wieczór pani Aniu, bardzo się cieszę, że możemy dzisiaj ze sobą porozmawiać i opowiedzieć naszym słuchaczom o pani twórczości.
[03:40:34] - Dobry wieczór. Ja nie będę nawet próbowała ukrywać, jak bardzo ucieszyła mnie wiadomość o naszym spotkaniu. I z przyjemnością podkreślam porozmawiam.
[03:40:45] - Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce już w 2015 roku, kiedy to pani „Lewy brzeg" ukazał się nakładem wydawnictwa Replika. Powieść ta nie była jednak pani debiutem literackim. Co i kiedy pojawiło się drukiem przed „Lewym brzegiem"?
[03:41:00] - To prawda. „Lewy brzeg" zapoczątkował sagę, którą nazwałam „Łowiska", ale przed ukazaniem się tej książki było coś jeszcze. Była to historia, którą nazwałam „Piąte nie zabijaj". Był to mój debiut właśnie. Niestety, jak to czasami się zdarza, losy tej książki potoczyły się tak bardzo nieprzyjemnie i musiałam ją wycofać z rynku. Jednak nie chcąc stracić tej historii, została ona wznowiona. Tyle tylko, że już nakładem innego wydawnictwa. Zyskałam tutaj troszkę czasu, ponieważ najpierw postawiłam na „Łowiska" i dopiero później zawiesiłam do tej historii, więc miałam chwilę na to, by ją przemyśleć, opracować jeszcze raz i zmieniliśmy tytuł. Także „Piąte nie zabijaj", co prawda już nie ma tej książki na rynku, ale została ona zastąpiona przez historię nazwaną „Za zakrętem".
[03:41:52] - To znaczy jako debiut jednak uznamy to „Piąte nie zabijaj", prawda?
[03:41:57] - Kiedyś właśnie jedna z koleżanek po biurze zadała mi to pytanie i ja starałam się jakoś tutaj wybrnąć z tego tematu, tłumacząc, że no nie, może jednak „Lewy brzeg". No, tutaj „Piąte nie zabijaj" potraktowałam jako falstart. Koleżanka mi odpowiedziała: Napisałaś książkę, książka się ukazała. Jak potoczyły się jej losy, to jest jedna historia, jednak jest ona twoim debiutem. Dlatego myślę, że już przywykłam do tego. I tak, „Piąte nie zabijaj" było moim debiutem.
[03:42:26] - Przekornie zapytam, co Anna Kasiuk ma wspólnego z magią, topielcami, strzygami? Skąd wziął się pomysł na trylogię „Łowiska"? Jak to się stało, że wychowana w Warszawie pisarka zakochała się bez pamięci w mrocznych, pełnych tajemniczych miejsc i krążących legend Mazurach? Jak pani odróżnia Mazury od Warmii? Ma pani na to swój tajemny sposób?
[03:42:53] - Cóż ja mam wspólnego z magią, z topielcami, strzygami? No, w momencie, kiedy ja pozwoliłam sobie na ten komfort odejścia z korporacji, zaczęłam na życie patrzeć w zupełnie inny sposób. To jest trochę tak, jakbym zdjęła nagle okulary słoneczne i dostrzegła kolory i barwy, które mnie otaczają. To jest właśnie tak z tą magią. Magię to my tak na dobrą sprawę mamy wokół siebie każdego dnia. Owszem, w „Łowiskach" jest dosyć szeroko poruszany temat właśnie takich zjawisk troszeczkę magicznych, zaskakujących. Powodem tego jest właśnie moje takie zamiłowanie trochę do takich historii. Jako młoda dziewczyna, w momencie, kiedy zaczynałam swoją historię z książkami, kiedy zabrałam się za czytanie, za pochłanianie książek, to właśnie zetknęłam się z horrorami. Myślę, że tak jakoś chyba ta fascynacja została. Kolejna część pytania.
No cóż, jak odróżniam Warmię od Mazur?
[03:43:50] - Powiem, dlaczego pytam, bo wiem, że dużo osób po prostu nie rozgranicza tych dwóch krain.
[03:43:56] - Tak, to jest prawda. One nawet tak na dobrą sprawę nie mają jakichś takich granic określonych. To są wszystko granice umowne. Biorą się one z tego, że Mazury zamieszkiwane były przez Prusaków. Potem zasiedliła je ludność z Mazowsza. Ale warto tutaj podkreślić, że Warmia to byli Polacy. Więc na Warmii króluje przede wszystkim katolicyzm. I tutaj zobaczymy bardzo wiele odnośników nawiązujących do katolicyzmu, na przykład te kapliczki, które stoją przy drogach. Więc na Warmii będziemy widzieli kapliczki. Na Mazurach kapliczek nie ma.
Mazury to były kościoły ewangelickie, przeważali protestanci. Dlatego bardzo wiele miejsc w dalszym ciągu nawiązujących do wyznania protestanckiego. Na przykład w Pasymiu mamy jeden z najstarszych polskich kościołów ewangelickich, o którym na pewno wspomnę przy okazji kolejnej mazurskiej trylogii. Główną taką różnicą, już nie analizując aż tak głęboko, to są jeziora. Mazury mają jeziora, Warmia nie ma jezior tyle, ile jest ich na Mazurach.
[03:45:00] - Granica jest jakby bardziej w świadomości mieszkających tam ludzi. No i dlatego jest ten ciągły kłopot. Najlepiej powiedzieć wspólnie Warmia i Mazury i kłopot jakby znika.
[03:45:11] - To prawda. Jednakże mieszkańcy bardzo pilnują tutaj tego. Mam tam w tej chwili już na Mazurach mogę powiedzieć, że bardzo wielu znajomych i bardzo pilnują tego. Mazury to Mazury, Warmia to Warmia.
[03:45:24] - „Lewy brzeg".
[03:45:25] - Pierwszy tom sagi „Łowiska” wydany sumptem wydawnictwa Replika. Za oknem budził się kolejny dzień. Niebo powoli nabierało rdzawo- cynowych barw. Kobieta siedziała w fotelu z podkurczonymi nogami. Brodę oparła na kolanach i wpatrywała się w niebo za oknem. Nie zmrużyła oka tej nocy. Powietrze w pokoju było ciężkie, przesiąknięte wilgocią i zapachem wtopionej w asfalt ropy. Nagle niebo rozbłysło. Jej pokój rozjaśniła trupio blada poświata, a szyby w oknach starej kamienicy zadrżały od rozpruwającego niebo grzmotu. Podskoczyła, słysząc wtórujący grzmotom coraz silniejszy wiatr.
To był pierwszy raz, kiedy burza obudziła w niej tak silne uczucie pustki. I to we własnym mieszkaniu. Poczuła się obco. Bezgłośnie opuściła stopy na rozgrzaną podłogę, a wzrokiem powiodła po wciąż szarych, uśpionych jeszcze ścianach pokoju. Jej entuzjazm, euforia, które od jakiegoś czasu wyjątkowo głośno domagały się głosu w jej życiu, uleciały gdzieś równie nagle i szybko jak spłoszony ptak. Skąd ta nagła zmiana? Kiedy w końcu znalazł się przy jej boku mężczyzna, z którym gotowa była pójść bodaj na koniec świata, który fascynował i wciąż trochę przerażał ją. Skąd to zwątpienie i nieznośnie kołaczące się wewnątrz przeczucie, że w życiu nie można liczyć na szczęśliwe zakończenia, bo nie pisze ono szczęśliwych zakończeń. Raczej. Podniosła się z ratanowego fotela i powoli podeszła do szerokiego łóżka, na którym spał on.
Jej mężczyzna. Przysiadła na krawędzi i z nieukrywaną przyjemnością wpatrywała się w jego bladą, niezmąconą żadnymi emocjami twarz. Wyciągnęła rękę, chcąc go obudzić, jednak zaniechała tego zamiaru. Porozmawia z nim jutro. Mimo nieopisanej potrzeby usłyszenia jego głosu, jakby w obawie, że może to już więcej nie nastąpić. Delikatnie odsunęła lekką narzutę, omiatając jego nagie ciało rozgrzanym spojrzeniem i wsunęła się do środka.
[03:47:35] - Trylogia „Łowiska”, czyli wspomniany już „Lewy brzeg”, „Mroki łowisk” i ostatnia część „Jagoda” ukazywały się od roku 2015 do 2017 w dwóch wydawnictwach. Bardzo rzadko się zdarza, aby w trakcie edycji cyklu autor zmieniał edytora. Proszę nam powiedzieć, jak do tego doszło i z którym z wydawnictw lepiej się pani współpracowało? No i zapytam jeszcze o tego trzeciego wydawcę. Pani Aniu, umowa już podpisana?
[03:48:08] - Na wznowienie „Łowisk” tak, już podpisana. Jestem niezwykle szczęśliwa, bo rzeczywiście w przyszłym roku już będziemy startować ze wznowieniem „Łowisk”. Bardzo mnie to cieszy. Umowa absolutnie podpisana. Już tutaj jestem spokojna. Tak, trylogia „Łowiska” ukazała się sumptem dwóch wydawnictw, ale ja już wtedy pamiętam, zmieniając wydawcę, słyszałam, że mogę mieć z tym problem, ponieważ wydawcy nie lubią takich zmian. Nie lubią, kiedy przychodzi się do nich z kontynuacją jakiejś tam historii. Nie umiem uzasadnić, nie umiem powiedzieć, dlaczego w moim przypadku poszło dosyć łatwo, ale poszło. Zmieniłam wydawcę w trakcie i o ile się nie mylę, w swojej karierze dwukrotnie dokonałam takiej zmiany. Nie chciałabym może wypowiadać się źle.
Wiemy, że jeżeli coś zmieniamy, zawsze sobie poprawiamy, prawda? No więc starałam się iść tam, gdzie będzie mi lepiej. Myślę, że wystarczy. Tutaj niewiele zdradzę, nikogo nie urażę. Bardzo mi na tym zależy, by jednak gdzieś tam ten dystans zachować. I chyba tak to wygląda.
[03:49:09] - W takim razie czekamy na wznowienie „Łowisk” w nowej szacie przede wszystkim, prawda?
[03:49:14] - I jeszcze poznać kolejną część, trzy tomy. Już kiedyś, już dawno temu, kiedy mówiłam o „Łowiskach”, kiedy „Jagoda” trafiła w ręce czytelników, padały pytania: a kiedy kolejna część? Bo rzeczywiście niejednoznacznie zamknęłam tę historię. Więc już chyba mogę zdradzić. Po Jagodzie będzie coś jeszcze.
[03:49:32] - No to tym bardziej czekamy i będziemy obserwować pani Instagram, facebookową stronę, żeby nie przegapić tego wydarzenia. Wielu początkujących autorów marzy o tym, aby porzucić swoje codzienne zajęcia. Te, które dają im normalne utrzymanie i mieć w ten sposób możliwość rozpoczęcia pracy twórczej. Tylko tą pracą twórczą się zająć. Pani tak uczyniła. Puściła pani korporację i zaczęła budować swoją własną markę Anna Kasiuk. Jak z perspektywy kilku lat ocenia pani swoją decyzję i czy poleciłaby pani takie rozwiązanie adeptom sztuki pisarskiej?
[03:50:14] - Oj, to jest bardzo trudne. Trudne pytanie i bardzo trudna decyzja. Mogę powiedzieć, że na decyzję o odejściu z korporacji złożyło się bardzo wiele czynników. To nie jest tak, że ja zapragnęłam nagle zostać pisarką, rzucić całe swoje dotychczasowe życie i wczuć się w tę rolę. Nie, to zupełnie nie tak wyglądało. Bardzo długo nad tym myślałam. Pragnęłam tej zmiany, bardzo potrzebowałam tej zmiany. Ja w korporacji spędziłam dwadzieścia lat. To jest naprawdę wspaniałe miejsce, jeżeli zależy nam na zasmakowaniu życia. Bo korporacja naprawdę bardzo dużo człowieka uczy.
Uczy pokory, ale uczy również sumienności, dyscypliny. Także nie mogę powiedzieć, że żałuję tamtego okresu. Absolutnie nie. Jednak czy bym wróciła? Nie, nie wróciłabym już do korporacji. Decyzję o odejściu podjęłam w momencie najbardziej dla mnie odpowiednim. I tak na dobrą sprawę nie kierowałam się tylko swoim pragnieniem o zaistnieniu w tym świecie literackim. Czy polecić takie rozwiązanie adeptom sztuki pisarskiej?
[03:51:17] - Jeżeli ktoś ma odwagę i jakieś zaplecze, które pomoże, nie oszukujmy się, pieniądze może w życiu najważniejsze nie są, ale odgrywają dość istotną rolę. Na samym początku bywa naprawdę trudno, więc myślę, trzeba się dobrze zastanowić. Jeżeli mamy jakieś zaplecze, jesteśmy pewni, że to, co chcemy przekazać, spotka się z natychmiastowym aplauzem, zaskarbi uwagę czytelników, to śmiało. Czasami trudne decyzje podjęte spontanicznie stają się sukcesem. Jednakże myślę, że warto się tutaj zastanowić i podejść do tematu dość spokojnie. Jak to mawiała jedna moja znajoma: małymi łyczkami napijesz się więcej.
[03:52:00] - A jak pani ocenia swoją firmę w tej chwili? Na jakim ona jest etapie?
[03:52:05] - Ja jestem zachwycona. W tej chwili mogę powiedzieć, że jestem zachwycona. Rzeczywiście kto światem dalekim, nie zajmuje się tylko i wyłącznie branżą związaną z pisaniem, zajmują się wieloma innymi rzeczami. Nie oszukujmy się, jeżeli biorąc pod uwagę sytuację teraz w naszym kraju, jest niekolorowo, trzeba liczyć się z tym, że zarobki autora troszeczkę różnią się. Już w tej chwili tutaj się bardzo dużo zmieniło i trzeba gdzieś tam właśnie o tym zapleczu swoim pomyśleć. Jestem poza korporacją już kilka długich lat, więc miałam czas na to, by przygotować się, w jakiś sposób zabezpieczyć. Dlatego już w tej chwili jestem spokojna.
[03:52:47] - To życzymy, żeby firma się jak najlepiej rozwijała i żeby te zawirowania, jakie w naszym kraju obserwujemy, jakoś przeszły bokiem i właśnie pani firmy nie dotyczyły.
[03:52:58] - Oby. Tego trzeba wszystkim życzyć, szczególnie właśnie tym małym firmom. Niestety te średnie przedsiębiorstwa i małe dostają w tej chwili bardzo po uszach i myślę, że tutaj musimy nie tylko wspierać, ale także trzymać kciuki właśnie za wszystkich małych przedsiębiorców. „Ciebie szukam” wydawnictwo Czwarta Strona. „Boże, jak ja nienawidzę tego miasta. Nienawidzę ojca, bo mi przynosi wstyd. I ciebie. Ciebie też nienawidzę, bo jesteś taka typowa, taka szara, że aż mam mdłości. Żal mi ciebie, twojego nudnego życia i mnie. Przez ciebie i przez niego”.
Tymi słowami przywitała matkę Felicja, wchodząc do mieszkania mieszczącego się na piętrze kamienicy, której parter zajmował sklep z biżuterią i porcelaną. Wcisnęła plecak na podłogę i podeszła do stojącej przy kuchni matki. Marta, słysząc dobiegające ze schodów odgłosy wracającej do domu córki, wiedziała, że coś musiało się wydarzyć w szkole. Ta na pozór rozwrzeszczana i zbuntowana siedemnastolatka była w rzeczywistości leniwa i niezbyt energiczna. Zapatrzona w telefon komórkowy nie wyściubiała nosa ze swojego pokoju, chyba że wydarzyło się coś, co naprawdę wytrąciło ją z równowagi. „Dzień dobry Felu. Chyba masz gorszy dzień” zaczęła ostrożnie Marta, w głębi duszy nienawidząc siebie za lęk, który przepełniał ją na samą myśl o konfrontacji z córką. Kaśka, jej przyjaciółka i właścicielka pobliskiej knajpy o uroczej nazwie Podcienia, nie mogła zrozumieć tej postawy. Marta nie była w stanie krzyknąć na córkę ani wymierzyć jej kary w obawie, że Felicja, już od dobrych kilku lat przechodząca burzliwie okres młodzieńczego buntu, zrobi jakieś głupstwo. „Miałam okropny dzień.
On przyszedł najebany pod moją szkołę”. „Pijany. Proszę cię, nie używaj wulgarnych słów w moim towarzystwie”. Marta westchnęła i zanim zwróciła się twarzą do córki, nabrała głęboko powietrza i mocno zaciskając powieki, wyobraziła sobie latające nad łąkami za miastem motyle. Kochała je za swobodę i bezgraniczną wolność. „Bo?” „Bo cię o to proszę. Bo jest to oznaka szacunku wobec starszej od siebie osoby i twojej matki”. Felicja oddychała gwałtownie. Jej nozdrza falowały niczym chrapy konia, co nawet rozbawiło Martę, gdyby nie świadomość konsekwencji wiążących się z nagłym wybuchem śmiechu.
[03:55:26] - Nakładem wydawnictwa Czwarta Strona ukazał się cykl powieści opisujących losy kobiet, który śmiało można nazwać również trylogią. Elementem łączącym są chyba przede wszystkim czas akcji, bo wszystkie powieści rozgrywają się współcześnie oraz miejsce, bo ich fabuły toczą się na terenach Polski. Poznajemy tutaj trzy kobiety, każda z innymi problemami i odmiennym spojrzeniem na świat. Marta z „Ciebie szukam”, Izabela z „Obok ciebie” i Agnieszka w „Twoim cieniu” poszukują każda na swój sposób tego, co jest chyba w życiu człowieka najważniejsze, czyli miłości. Czy któraś z tych pań spełni swoje marzenia i odnajdzie tego upragnionego partnera, który sprosta jej wymaganiom?
[03:56:16] - Wychodzę z takiego założenia, że w życiu nic nie jest albo czarne, albo białe. Mamy do czynienia z różnymi innymi częściami składowymi tego życia. Czasami należy cieszyć się z tego, co dzieje się gdzieś tam codziennie, z tych takich drobiazgów, które budują naszą codzienność, naszą rzeczywistość. Czasami bywa, że ta miłość, której tak bardzo pragniemy, bo tutaj, tak jak pani powiedziała słusznie, jest to najwspanialszy dar, jaki człowiek może otrzymać. Właśnie ta prawdziwa miłość. Ale nie zawsze i nie każdy dostępuje tego zaszczytu spędzić swoje życie u boku ukochanej bądź ukochanego. Te trzy książki, które nazwałam oczami kobiet, łączy jeszcze jedna rzecz. To jest walka tych moich bohaterek właśnie o tę ich kobiecość, o tę potrzebę akceptacji, a także wolność. To jest właśnie taki element łączący również te trzy historie. Starałam się bardzo być niejednoznaczna dla samego właśnie pokazania tej walki nierównej, jaką kobieta toczy w swoim życiu.
Nie mogę powiedzieć, nie zdradzę chyba nawet, czy któraś odnalazła upragnionego partnera, bo to jakby już czyniło te historie mało atrakcyjnymi. Myślę, że warto sięgnąć po nie. Książki spotkały się z bardzo dobrym odbiorem. Niekoniecznie bohaterki zasłużyły, zaskarbiły sobie sympatię czytelników, ale najważniejsze, że wzbudziły emocje. To jest myślę jeszcze bardziej istotne niż pochlebcze komentarze, które ewentualnie potwierdzałyby tylko utożsamienie się czytelnika z bohaterem. Nie, takiej sytuacji tutaj nie było, ponieważ rzeczywiście moje bohaterki dosyć swobodnie i dosyć odważnie poczynały sobie z tym swoim życiem. Także ja bardzo serdecznie zapraszam do przeczytania, szczególnie kobiety. Aczkolwiek jeśli mężczyźni sięgną po tę historię, to jestem przekonana, że spojrzą na swoje partnerki w zupełnie inny sposób. „Obok ciebie” wydawnictwo Czwarta Strona. Ostatnie godziny pracy mijały mi w napięciu.
Kilkakrotnie przyłapywałam się na rozmyślaniu nad swoim nieszczęsnym losem. Wpadałam w panikę i kreśliłam przed sobą wizję rychłego zakończenia mojego życia. Jakże wtedy czułam się oszukana, okradziona ze wszystkich marzeń. Za chwilę znowu budziła się we mnie wojowniczka gotowa za wszelką cenę walczyć o siebie i swój los. Cały czas skupiona byłam na zagnieżdżonym we mnie intruzie. Kilka razy nawet przyłapałam się na naciskaniu brzucha. Pragnęłam poczuć go w sobie, zidentyfikować tę obecność. Na szczęście udało mi się wymusić uspokajające gesty i dodającą otuchy mimikę twarzy, by pacjenci mojego oddziału nie zauważyli, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. „Coś nie jesteś dziś w najlepszym nastroju” zaczepił mnie Zenon, pacjent zajmujący łóżko przy oknie na sali, którą się opiekowałam. Choć zaraz po usłyszeniu diagnozy poczułam palącą potrzebę podzielenia się z kimś tą wiadomością, nie mogłam jej ciężaru zrzucić na pacjenta oddziału paliatywnego.
Nie mogłam, choć dobrze wiedziałam, że ci ludzie doskonale znali towarzyszące mi uczucie. „Panie Zenku, czasami nie mamy wpływu na pewne rzeczy i te bolą najbardziej” rzuciłam zdawkowo, poprawiając mu pościel. Mężczyzna był przykuty do łóżka. Mówił niewyraźnie, co wzbudzało poirytowanie młodszego personelu, ponieważ Zenon był bardzo rozmownym człowiekiem. „Tia, wiem, co masz kochanie na myśli. Mogę ci zdradzić pewną tajemnicę, jeśli chcesz”. Nie chciałam. Było mi zupełnie obojętne, co usłyszę. Skinęłam jednak i pochyliłam się nad nim. Zapach zmęczonego życiem, leżącego ciała uderzył we mnie, ale nie dałam po sobie poznać przykrego wrażenia, jakie we mnie obudził.
„Zamieniam się w słuch, panie Zenonie”. „Trzeba znaleźć w sobie coś, co przynosi przyjemność. Musisz odnaleźć w sobie chęć do pokonania tej przeszkody, która usunęła z twojej pięknej twarzy uśmiech. To trudne”. „Czy pan stosuje ten zabieg?” zapytałam, zanim uświadomiłam sobie, że to niegrzeczne. „Bez przerwy. Wiem, że umieram” Zamilkł, a jego spojrzenie jakby przygasło. Po chwili jednak znowu zaczął mówić z tą samą niesłabnącą nadzieją. „Ale każdy ukradziony śmierci dzień jest moim małym zwycięstwem, piękna Izo. Więc kradnę tyle, ile zdołam.
I nie zamierzam poddać się łatwo”.
[04:00:52] - A książki dla dzieci, pani Aniu, i młodzieży? O ile wiem, nie poczyniła pani jeszcze prób w tym kierunku, co wydaje mi się dziwne, bo materiału do napisania takich książek ma pani chyba aż w nadmiarze. Dwóch nastoletnich synów dostarczają go pewnie codziennie. Przeczucie moje mówi, że zna pani też doskonale obowiązujący wśród młodzieży slang. Wie, co oglądają, słuchają, a może nawet i co czytają obecni uczniowie. Czy synowie domagają się od pani dedykowanych im książek? Czy wręcz przeciwnie, twierdzą, że opowieści napisane przez matkę pisarkę w ich grupie rówieśników uważane by były za tak zwany obciach?
[04:01:38] - Mało tego, ja nie tylko umiem posługiwać się slangiem. Ja oglądam to, co oglądają moje dzieci. Ja staram się również orientować w tym, co czytają. Nie ze względu na jakąś tam moją nadgorliwość czy nadopiekuńczość. Absolutnie nie. Po prostu nie widzę przeszkód w interesowaniu się takimi właśnie pozycjami. Wiem również, że najpopularniejsze, raz w roku chyba jest przeprowadzane takie badanie, konkurs. Wybierane jest najpopularniejsze nowo utworzone słowo. Mogłam tutaj poprzekręcać, bo inaczej to się wszystko nazywa. Więc tutaj też mamy swoich faworytów.
Czy synowie domagają się? Nie. Moi synowie po prostu zadają mi pytanie, czy ta książka, która teraz ukaże się na rynku, czy to jest już książka, którą ja mogę przeczytać? Na szczęście już w tej chwili mogę im tak odpowiedzieć. Mogę powiedzieć, że mogą, ponieważ tą najnowszą książką „Potłuczona filiżanka”, która opowiada historię 21-letniej schizofreniczki, to już jest książka, po którą mogą sięgać dzieci nawet w wieku moich synów. Padały pytania takie wcześniej. Zdarzało mi się, kiedy mój syn po jednym ze spotkań zapytał mnie: „Mamo, ty pisarką jesteś. A kiedy ty napiszesz coś takiego porządnego? Kiedy napiszesz książkę dla dzieci?” Rzeczywiście takie pytania zadawał mi mój syn. Ja myślę, że to jest tak jak młody słuchacz.
Młody czytelnik to jest bardzo wymagający czytelnik. My, twórcy, musimy brać tutaj przede wszystkim to pod uwagę, by nie zrazić, nie zniechęcić, a zachęcić takiego czytelnika do sięgania po literaturę. Wydaje mi się, że jeszcze nie jestem na to przygotowana, aczkolwiek gdzieś tam w głowie ten pomysł napisania historii dla dzieci, dla młodszego czytelnika, takiego zdecydowanie młodszego, już gdzieś kiełkuje, więc myślę, że z czasem dojdzie do tego.
[04:03:25] - Tylko tu jest taki jeden problem, pani Aniu. To mówi pani z czasem to wykiełkuje, a synowie rosną.
[04:03:35] - To trzeba będzie się pośpieszyć. „Klopsiki, krokiety i inne zagadki” to tytuł książki, której jest pani współautorką. Spółkę pisarską dopełniły panie Hanna Greń i Agnieszka Lis. Już sam tytuł nam mówi, że w tej powieści konstrukcja przepisu kulinarnego będzie zbudowana mniej więcej tak, jak wątek sensacyjny i kryminalny. Sugeruje nam to użycie słowa „inne”. Która z autorek była inicjatorką tego projektu? Bo ja słyszałam, że to bardzo interesujący projekt był. Która koordynowała prace, a która ukuła ten tytuł? Połączenie kryminału z książką kucharską to bardzo ryzykowny zabieg. Czy pani zdaniem udany?
[04:04:27] - Projekt ten to naprawdę była bardzo złożona, długofalowa praca, absolutnie koordynowana przez jedyną i niepowtarzalną Agnieszkę Lis. Mało tego, Agnieszka była inicjatorką tego projektu, do którego zaprosiła Hanię i mnie. Tytuł jest mój. Jednak tutaj rzeczywiście ta pozycja zasługuje na poświęcenie jej chwili, ponieważ pamiętamy czas pandemii, kiedy to zostaliśmy zamknięci w domu. Mówię o tej pierwszej pandemii, takiej sprzed dwóch lat, kiedy tak na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy, co się dzieje na świecie, a rzeczywistość nas wszystkich bardzo przerosła, przeraziła i musieliśmy siedzieć w domach. Umówmy się, ta osoba, która może sobie wyjść na podwórko, troszeczkę inaczej funkcjonuje w takim zamknięciu niż osoba siedząca w 30, 40 metrach mieszkania własnego. Wtedy troszeczkę inaczej ta rzeczywistość wygląda. Ten strach ma naprawdę wielkie oczy. I Aga wpadła na pomysł, byśmy stworzyły historię na oczach naszych czytelniczek i czytelników. Każdego dnia wieczorową porą spotykałyśmy się na Instagramie i czytałyśmy to, co w ciągu dnia napisałyśmy.
Każdego dnia każda z nas pisała jeden rozdział. Nasze czytelniczki obserwowały te relacje, uczestniczyły w nich, a także podsuwały nam słowa, które życzyły sobie, byśmy w kolejnym rozdziale wykorzystały. To był czas naprawdę niezapomniany i przynajmniej na tę, nie wiem, to była chyba godzina czy półtorej godziny, my zapominałyśmy o tej niepewności, która nam wtedy towarzyszyła. Niezapomniany czas, wspaniałe relacje, które się nawiązały i bliskość w tym wirtualnym świecie. Bo należy tutaj podkreślić, że ten wirtualny świat w ciągu tej godziny stał się dla nas jak najbardziej rzeczywistym. I te wszystkie relacje, które nawiązałyśmy, zostały z nami do tej pory. Dlatego warto pamiętać, że to, co dzieje się w świecie wirtualnym, jest naprawdę tak samo istotne i silne jak to, co dzieje się w rzeczywistości. Owszem, historia jest trochę kryminalna, jest troszkę sensacyjna, ale mamy tam bardzo wiele wątków komediowych i myślę, że to jest taka mieszanka wybuchowa. Trzeba sięgnąć po tę historię, żeby się przekonać.
[04:06:39] - Ja myślę, że ta historia ma taką właśnie dodaną wartość, że sprawiała paniom radość pisania, obcowania ze sobą. Nosi na sobie piętno tych trudnych czasów, pokazując, że jednak jakoś sobie potrafiliśmy w tych czasach radzić.
[04:06:58] - I to bardzo ważne jest właśnie, że my sami, normalnie obcy sobie ludzie, potrafiliśmy się zjednoczyć w tym trudnym czasie i potrafiliśmy szukać tego rozwiązania, tej ucieczki właśnie od tego, na co nie mieliśmy zupełnie wpływu.
[04:07:14] - „W twoim cieniu”, wydawnictwo Czwarta Strona. „Czy ty będziesz chodziła potem w tych butach? Patrzyłam jak zahipnotyzowana na ciężkie podeszwy i nity, którymi przytwierdzono je do długiej cholewki. Zawsze marzyłam o takich, ale strażnik mojej moralności, czyli mama, skutecznie wybijała mi ten pomysł z głowy za każdym razem, kiedy próbowałam przeforsować go na nowo. Pewnie, że będę. Moje stare wyglądają już naprawdę niekorzystnie, a te posłużą mi przez kilka kolejnych lat. Uwielbiam takie buty. Mój Mateusz też takie nosi. Wiesz, ja tylko w pracy noszę się tak skromnie. Pokazać ci coś?
Zaintrygowana przystanęłam. Ania podwinęła rękaw, a moim oczom ukazał się tatuaż. Boziu, mogłabym tylko pomarzyć o tatuażu. Nie widziałam go u ciebie wcześniej. Zastanowiłam się nad tym wyznaniem, wypuszczając głośno powietrze razem z nim zazdrość. Chcesz sobie zrobić? Ta. Pojechałabym do domu, a moja mama odrąbałaby mi rękę razem z tym tatuażem, ubolewałam. No tak. Ania spojrzała na mnie współczująco i poklepała mnie po ramieniu.
Ważne, żeby twoja mama była zadowolona ze swojego młodego ciała. Co? No ważne jest, żebyś zadbała o jej ciało. A czy kierujesz się w życiu również potrzebą zaspokajania jej niespełnionych ambicji? Jej wzrok zdradzał żal. Ania, ty nic nie rozumiesz. No z pewnością. Chodź na kawę. Usiadłyśmy w zacisznym miejscu mieszczącej się w galerii Costa Cafe i z początku w ciszy sączyłyśmy zamówione napoje. Ja pochodzę z bardzo konserwatywnej rodziny.
Zaczęłam wiedziona potrzebą wyjaśnienia mojej sytuacji. Właściwie mój sposób patrzenia na świat zawdzięczam mamie. Ona najpierw podporządkowała sobie mojego tatę, a potem przyszłam na świat ja i to na mnie przelała całe swoje rozczarowanie i niezadowolenie z życia. A miała powód, by czuć rozczarowanie? Nie wiem. Mieszkamy we własnym domu, mamy zadbany ogród. Nigdy nie brakowało nam pieniędzy, co w bieszczadzkich realiach windowało nas kilka stopni wyżej w panującej tam hierarchii. Wydaje mi się, że moja mama chciała stamtąd wyjechać, kiedy jeszcze nie było mnie ani taty, ale jej matka wymusiła na niej pozostanie. Podejrzewam, że zadziałał tu ten sam mechanizm, który okazał się skuteczny trochę mniej w moim przypadku.
[04:09:36] - Potem pojawił się tata, ja i klops. Siąkła. Pewnie pozwoliła mi wyjechać tylko dlatego, że tata nalegał, a ja okazałam się większą determinacją niż ona kiedyś. To nie tłumaczy tego, że jesteś taka jak ona.
[04:09:52] - Pani opowiadania ukazały się w kilku zbiorach. „Przystanek Pożądanie”, „Gorące Sekrety”, „Szczęście na czterech łapach”, „Ludzie potrafią latać”, „Zakochane Trójmiasto”, „Pensjonat pod świerkiem”. Nie wiem, czy wymieniłam wszystkie. Który z tych zbiorów ceni sobie pani najbardziej i dlaczego? Gdybym spytała powieść czy opowiadanie, jak by pani odpowiedziała?
[04:10:19] - Jeszcze kilka lat temu na pytanie powieść czy opowiadanie moja odpowiedź byłaby jednoznaczna. Absolutnie powieść, bo pisanie tak krótkich form jak opowiadanie bardzo mnie męczy. Tutaj jest istotne każde słowo, bo rzeczywiście musimy zmieścić się w bardzo niewielkiej ilości znaków. Jednak ten sens i clou całej historii zawrzeć. Więc wtedy, rzeczywiście tych kilka lat temu nie miałabym absolutnie wątpliwości. W tej chwili już nie jestem taka pewna. Opowiadania mają naprawdę swój wielki urok. Są takim ćwiczeniem dla pisarza. Warto jest się pochylić nad nimi i brać udział w takich antologiach. Nie jestem w stanie powiedzieć, które z tych opowiadań oceniam jakoś tak najlepiej, bo każde z nich ma dla mnie bardzo duże znaczenie.
Na przykład w „Pensjonacie pod świerkiem” pozmieniałam tylko imiona, a opisałam osoby, które zarazły mi gdzieś tam we skórę. Więc to jest „Pensjonat pod świerkiem”.
[04:11:14] - Taka słodka zemsta, tak?
[04:11:16] - Taka właśnie słodka zemsta. Bo pisarz ma właśnie tutaj tę przewagę, że tak na dobrą sprawę, kiedy ktoś mu podpadnie, to może sobie z tą osobą zrobić tak naprawdę to, co zechce. Brzmi okrutnie i oczywiście nie mam tutaj zamiaru wzbudzać jakiejś takiej niepewności tudzież niechęci, bo to jest żart. Jednak gdzieś tam takie zdarzenia, które dotykają nas w życiu codziennym, odbijają się na nas i gdzieś zapadają w pamięć. Jest to coś, czego doświadczamy, a to doświadczenie przenosimy później na papier. Skądś musimy te wszystkie nasze historie brać. Co jeszcze? „Przystanek Pożądanie” na przykład. Tam napisałam takie fajne opowiadanie oparte o mitologię słowiańską. Gdzieś w pewnym momencie bardzo mnie to zafascynowało.
My mamy naprawdę wspaniałą słowiańską mitologię i warto jest się pochylić i sięgnąć po historie z tej mitologii i poznać je. Tutaj też jestem z tego bardzo zadowolona. Naprawdę jestem zadowolona ze swojej pracy, a to ze względu na to, że wkładam bardzo dużo serca. Przygotowuję się do napisania każdej swojej pracy bez względu na to, czy to powieść, czy to opowiadanie, solidnie i rzetelnie. Dlatego nie umiem powiedzieć, które robi na mnie jakieś największe, najlepsze wrażenie, bo wiem, że każda z tych historii ma jakieś tam swoje przesłanie.
[04:12:41] - „Następna będziesz ty” wydana sumptem wydawnictwa Skarpa Warszawska. „Ustalmy jedno, Tamara — mówił, ilekroć podejmowała próbę zwrócenia uwagi na konieczność przeorganizowania obowiązków domowych. Bez twojej pensji damy sobie radę. Bez mojej już nie. Poza tym jesteś matką. Kto lepiej zrozumie swoje dzieci niż matka? Dlatego to ty musisz zajmować się chłopcami. Ja mogę cię wyręczać w weekendy. I wyręczał. Zabierał chłopców na ryby, na mecze piłki nożnej i w inne ciekawe miejsca.
Synowie byli wniebowzięci, wpatrzeni w ojca bohatera jak niegdyś ona, kiedy pozwalała się uwodzić mężowskiej wyobraźni i głębokiemu tembrowi jego odrobinę chropowatego głosu. A wieczorami znowu tkwiła nad nieodrobionymi lekcjami i ślęczała po nocach, pomagając w czytaniu lektur szkolnych. Rano budziła się zmęczona. Witała dzień coraz bardziej przekonaną o nadciągającym jak przeznaczenie szaleństwie i tkwiła w chorej relacji, jaką stała się dla niej rodzina, pogrążając się w rozpaczy. A czego ty oczekujesz? — pytała ją z nutą rozczarowania matka. Uwierzyłaś w historię o królewiczu na białym rumaku, który pozwoli ci leżeć i pachnieć, a sam będzie zasuwał bez wykwienia? Chocknij się, dziewczyno. Słowa wypowiadane przez mamę skutecznie pozbawiały ją złudzeń. Zawsze z chirurgiczną precyzją potrafiła podcinać skrzydła córkom.
Mamo, ja chcę tylko normalnego życia. Chciałabym dokądś wyjść choć raz w tygodniu. Chciałabym, żeby Błażej nadal widział we mnie kobietę, a nie tylko praczkę i sprzątaczkę. A on uczy chłopców takiego właśnie traktowania kobiety. Nie przesadzaj. Reakcja seniorki zawsze była gwałtowna. Masz wspaniałego męża. Nie bije cię, nie pije. Pieniądze do domu przynosi. Chłopcy dobrze się uczą.
Chcą iść na studia. Czego ty właściwie chcesz od życia? Życia, mamo. Chcę właśnie tego życia. Trzeba było nie wychodzić za mąż, nie rodzić dzieci, tylko żyć tak jak twoja siostra. To doskonały przykład. Skoro nie potrafisz pogodzić się z rolą kobiety w domu, trzeba było w domu nie tworzyć.” W takim razie zapytam panią. Seks w pani powieściach zawsze miał swoje poczesne miejsce. Już na kartach „Lewego brzegu” znajdziemy opisy zbliżeń. W kolejnych powieściach również nie brakuje scen seksu i to coraz bardziej odważnych.
Niektóre z książek pani autorstwa śmiało można nazwać erotykami. Mam tu na myśli oczywiście „Prawo pożądania” czy „Następna będziesz ty”, „Lukrecję”, „Słodkie pożądanie”. Uważa pani sprawy damsko-męskie za tak interesujące, że warto poświęcać im całe strony w powieściach? Czy może naśladując wyczyny Graya, stara się pani w ten sposób trafić do szerszego grona odbiorców?
[04:15:38] - Nie, absolutnie nie. Czyli chodzi o to, żeby poszerzyć sobie szybko grono swoich odbiorców. Już się o tym zdecydowanie przekonałam. Nie ilość jest tutaj istotna, tylko jakość. Sceny w moich książkach bardzo często wzbudzają, może nie kontrowersje, jednak zaskakują. Może tak, zaskakują, ponieważ erotyka w moich książkach to jest rzeczywiście erotyka. To są subtelne sceny seksu, to jest namiętność, to jest pasja. Czy natomiast uważam, że pisanie o erotyce jest tak bardzo istotne? Nie, ja po prostu uważam, że seks jest w życiu każdego człowieka istotny i jest tak samo naturalny jak konieczność kupienia mleka, jeżeli lubi się pić kawę z mlekiem. Jest to coś tak naturalnego i tak pięknego zarazem, że zasługuje na to, by przedstawić go w odpowiedni, wyważony sposób, by nie zrażać, a fascynować.
„Potłuczona filiżanka” wydana sumptem wydawnictwa Dlaczemu? „Schizofrenicy są jak potłuczona filiżanka” — tak brzmiał nagłówek jednego z artykułów, których przeczytałem ostatnio dość dużo. Moja mama nie wiedziała niczego o chorobie Soni. Ona sama również stroniła od opowiadania o sobie, a ja naprawdę chciałem poznać tę dziewczynę bliżej i lepiej. Z początku miałem pewne obawy. Nie wiedziałem wiele o codzienności schizofrenika. Nie miałem pojęcia, czym objawia się choroba i do czego jest w stanie doprowadzić. Wiedziałem tylko tyle, że Sonia jest wspaniałą, mądrą i niezwykle uzdolnioną dziewczyną, która pozbawiła mnie ochoty na spędzanie czasu z kumplami, uwolniła od wspominania Moniki czy od imprezowania. Powiedziałem o moich uczuciach Agacie. Tylko siostra znała prawdę.
Nią również wstrząsnęło moje odkrycie. W pierwszej chwili zapytała nawet, czy spotykając się z Sonią, która odbiera rzeczywistość w inny sposób niż ja, mam świadomość, że mogę ją skrzywdzić łatwiej, niż mi się wydaje. Nie, nie miałem tej świadomości. Dopiero przestudiowanie materiałów dostarczyło mi odpowiedniej wiedzy, ale i to nie wpłynęło na zmianę mojego zdania. Sonia zaczęła mi się jawić jeszcze jako atrakcyjniejsza i bardziej odpowiednia dla mnie dziewczyna. Czułem się za nią odpowiedzialny. Tylko mnie pozwoliła się dotykać i słuchała z uwagą moich słów. Coś ją do mnie przyciągało. Dopiero kilka zdarzeń, których byłem świadkiem, pokazało mi, z czym mam do czynienia.
[04:18:11] - W takim razie przejdźmy do tego roku i pozycji, które ukazały się na rynku wydawniczym pani autorstwa. Obliczyłam, że aż pięć książek pani wydała. Wynik naprawdę robi wrażenie. Gratuluję! Ostatnia powieść miała premierę 7 września, a ukazała się ona nakładem wydawnictwa Dlaczemu? „Potłuczona filiżanka”, o której już pani tutaj wspominała, to nie erotyk ani kryminał. Powieść opowiada o młodej dziewczynie cierpiącej na schizofrenię. To zupełnie inna materia niż książki pisane dla poprawy nastroju czytelników. Skąd taka zmiana w przedstawianym przez panią świecie? W jaki sposób podeszła pani do gromadzenia potrzebnych przy tworzeniu tego typu opowieści materiałów?
To bardzo poważna choroba. By przedstawić zgodnie z prawdą jej wpływ na życie całej rodziny, trzeba posiadać odpowiednią wiedzę.
[04:19:10] - I taką właśnie posiadam. Właśnie ze względu na to, że wiem, jaki wpływ na życie rodziny ma choroba. Co prawda nie schizofrenia, ale depresja, ponieważ moja córka ma zdiagnozowaną depresję. Całą naszą rodzinę bardzo dużo kosztowało przejście przez to najtrudniejsze stadium dla mojego dziecka. Pomysł napisania takiej historii, takiej powieści właśnie wziął się z potrzeby podzielenia się z czytelnikami moim doświadczeniem związanym z radzeniem sobie z chorobą. Niewiele mówi się o schizofrenii, niewiele mówi się o depresji. Psychiatria dziecięca w naszym kraju jest na bardzo opłakanym poziomie i uznałam, że jest to temat bardzo potrzebny. Tak bardzo warto jest nagłośnić schizofrenię, choroby w ogóle emocjonalne, że nie wyobrażałam sobie, bym nie napisała tej książki. A że podchodzę do tego wszystkiego — wspomniała pani o kompletowaniu, o zdobywaniu wiedzy. Moje doświadczenia prywatne to jest jedna sprawa.
Jednak w tworzeniu tej historii pomogło mi jeszcze moje uczestnictwo w spotkaniach zorganizowanych w jednym z domów samopomocy tutaj w okolicy, gdzie mieszkam. Ja jeździłam przez kilka miesięcy do tego domu. Czytałam książkę ludziom z różnego rodzaju schorzeniami, również ze schizofrenią. Spędzałam z tymi ludźmi święta, rozmawiałam z nimi. Ja z nimi po prostu przebywałam. Miałam jeden dzień w tygodniu, kiedy jechałam i spędzałam dzień z tymi właśnie ludźmi. Początki moje były naprawdę trudne. Ja się bardzo bałam. Nie bałam się spotkania z tymi ludźmi. Ja po prostu bałam się, że nie sprostam.
I jednak okazało się, że dałam radę. Oni pamiętają mnie do tej pory, wspominają dobrze te nasze spotkania. Także to było też jakieś źródło informacji, z którego korzystałam przy pisaniu tej książki. Kolejnym takim źródłem było dla mnie spotkanie mamy dziewczyny, której odebrała sobie życie, której choroba odebrała życie. System tutaj zawiódł, nie pomógł. To było dawno temu. Ja z tą mamą rozmawiałam. To było dla mnie chyba najbardziej przerażające. Kiedy ja mogłam swojemu dziecku pomóc, robiłam wszystko, by w jakiś sposób uwolnić ją od ciężaru choroby. Ta mama nie mogła zrobić już nic.
Jej córki nie było, a ona została z tym swoim bólem, z rozpaczą sama. Dlatego bardzo długo pisałam tę książkę, bo w pewnym momencie po prostu nie starczyło mi już sił i musiałam ją odłożyć, czując, że sama zwariuję, jeżeli nie przestanę gdzieś tam dłubać w tym świecie, w tych informacjach, jeśli nie przestanę zagłębiać się aż tak bardzo w ten temat. To nie było proste. Pisanie tej książki naprawdę nie należało do najprostszych. Jednak uważam, że Takie tematy, tematy trudne należy poruszać. Przykładem, dowodem tego są na przykład cykl spotkań, które odbyły się już w związku z promocją „Potłuczonej filiżanki”. Na jednym z tych spotkań pojawiły się dzieci, właściwie młodzież z dwóch szkół z Nowego Dworu Mazowieckiego i z okolic. Ja bardzo bałam się tego spotkania. Bałam się właśnie tego, jak odbiorą mnie i moją książkę ludzie młodzi, którzy są narażeni właśnie na tę dolegliwość. Świat pędzi.
Ja wiem, że w tej chwili dostęp do mediów, dostęp internetu jest tak łatwy, że kiedyś tego nie mieliśmy, ale gdzieś tam te dzieci są narażone jednak na zalanie tą informacją, a ich przyswajalność jest w jakimś tam stopniu w dalszym ciągu ograniczona. Dlatego bardzo bałam się tego, jak zostanę odebrana. Jednak tutaj właśnie dzieci mnie bardzo zaskoczyły, ponieważ nie tylko słuchały z zainteresowaniem naszej prezentacji, a w spotkaniu uczestniczyła jeszcze poza mną Ania Nowicka-Bala, czyli właścicielka wydawnictwa Dlaczemu? Zaprosiliśmy również psychiatrę, panią psychiatrę i panią psycholożkę. Te wszystkie panie bardzo czynnie brały udział w tym spotkaniu, co zaowocowało później indywidualnymi rozmowami młodzieży z paniami. Dlatego mogę sobie tutaj poczytać to spotkanie za jakiś taki swój mały sukces. Jednakże podkreśla to jedynie wagę sytuacji, kiedy w grę wchodzi rzeczywiście tak poważna choroba.
[04:23:34] - Ale ja myślę, że bardzo dobrze jest, że właśnie takie książki powstają. Nie tylko młodzi, ale również i starsi czytelnicy mogą zapoznać się i zobaczyć, jakie efekty tej choroby mogą być i jak właściwie ta choroba przebiega nie tylko u pacjenta, ale u całych rodzin. Państwu przypomnę „Potłuczona filiżanka”, wydawnictwo Dlaczemu?, książka nowa, świeża, tegoroczna. Proszę szukać w księgarniach, w bibliotekach i z całą pewnością nie będziecie państwo zawiedzeni po jej przeczytaniu. Jest pani osobą bardzo empatyczną, pani Aniu, co miałam okazję sama poznać na własnej skórze. Kiedyś umieściłam, proszę państwa, na stronie facebookowej takie dwuznaczne zdjęcie, które mogło sugerować, że w moim życiu wydarzyła się jakaś tragedia i wtedy otrzymałam od razu pomocną dłoń od pani. Zaraz się pani do mnie zwróciła, w jaki sposób może pani pomóc. To niejeden raz, kiedy wyciągnęła pani do mnie przyjazną dłoń i dlatego chciałam pani tutaj oficjalnie przed naszymi słuchaczami podziękować. Aniu, znamy się tyle lat. Powiedz mi, jak to się dzieje, że zawsze jesteś gotowa do pomocy?
[04:24:56] - To bardzo trudne pytanie, bo myślę, że dawać człowiekowi to, czego oczekuje się od ludzi. Zachowałam się tak, jak powinien się zachować każdy człowiek. Jeżeli ja będę potrzebowała pomocy, tak mi się wydaje, że też będę gdzieś zmuszona o nią poprosić. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, naprawdę. Wydaje mi się, że zachowałam się tak-- to jest tak oczywiste, że trzeba pomóc. Tym bardziej że właśnie tak jak powiedziałaś, znamy się tyle lat. Było dla mnie rzeczą absolutnie oczywistą i nie podlegało to żadnej wątpliwości, że powinnam tę pomoc zaoferować.
[04:25:35] - To jednak jest dziwne, bo ludzie nie zawsze tak reagują. Chociaż ja uważam, że w ten sposób, tak jak ty, powinniśmy dbać choćby o swoich znajomych, przyjaciół. Pozwolę sobie ciebie z tego pytania zwolnić. Chciałam tylko powiedzieć, że bardzo gorąco ci dziękuję i bardzo sobie cenię naszą przyjaźń. Proszę państwa, w naszym dzisiejszym literackim tête-à-tête gościliśmy panią Annę Kasiuk. Gorąco polecam państwa uwadze strony facebookowe Anna Kasiuk Autorka i Świat rów doległy Anny Kasiuk oraz stronę na Instagramie. Zachęcam do sięgnięcia po wszystkie wymienione tutaj w naszym programie pozycje, ale też i po te, o których nie zdążyłyśmy powiedzieć, bo tych książek jest już znacznie więcej. Proszę szukać nowej trylogii „Łowiska” i koniecznie sięgnąć po „Potłuczoną filiżankę”. Aniu, bardzo mi było miło móc z tobą porozmawiać i opowiedzieć o twojej twórczości. Mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.
Dziękuję ci za poświęcony czas. Życzę spokojnej nocy i państwu dziękuję, że zechcieliście z nami dotrwać do końca audycji. Dobranoc, Aniu.
[04:26:57] - Dziękuję również. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Naprawdę było mi bardzo miło. Czasami takie rozmowy mają taką moc oczyszczania i myślę, że tego właśnie doświadczyłam tutaj z tobą i z państwem. Bardzo dziękuję również za to, że państwo z nami byli. Dziękuję i dobranoc.
[04:27:17] - Dziękuję bardzo. Dobranoc i do usłyszenia.
[04:27:23] - Proszę państwa, kolejny stały punkt programu: Audycja bez tajemnic. A dzisiaj? Dzisiaj spirytystyczny koktajl prawdy i fałszu, czyli oszukany spirytysta. Zapraszam.
[04:27:40] - Teksty Johannesa Grebera wielu ludzi traktuje bardzo poważnie. Niektórzy uważają, że jako spirytysta pokazał prawdziwe oblicze chrześcijaństwa, oczyszczając je z kilkusetletniej tradycji Kościoła, kłamstw i manipulacji duchownych. Johannes Greber mógł być drugim Allanem Kardecem, ale popełnił pewien niewybaczalny błąd. Zapraszam na spirytystyczny koktajl prawdy i fałszu. Johannes Greber urodził się w 1874 roku, a zmarł w 1944. Był niemieckim księdzem katolickim i spirytystą. Dwadzieścia lat przed śmiercią rozpoczął regularne badania spirytystyczne. Podobnie jak Allan Kardec przed nim, nie był medium, więc korzystał z pomocy osób z odpowiednimi zdolnościami. Mimo początkowych wątpliwości szybko pojął, że głos spirytyzmu niesie miłość i pocieszenie. Wiedzę zdobytą podczas seansów spirytystycznych zebrał w książce pod tytułem „Komunikacja ze światem spiritualnym”.
Jako ciekawostkę dodam, że ten sam człowiek napisał własne tłumaczenie Nowego Testamentu. Podobno w redagowaniu przekładu pomagały mu duchy komunikujące się poprzez jego żonę będącą medium. Najciekawsze w tym jest to, że Nowy Testament Grebera przez kilkadziesiąt lat stanowił punkt odniesienia dla Świadków Jehowy, którzy odrzucają spirytyzm, wierząc, że duchy zmarłych są w rzeczywistości demonami. W każdym razie już podczas pierwszego seansu ksiądz Greber był zaskoczony warunkami, w jakich odbywał się ów seans spirytystyczny. Zauważył, że spotkanie odbyło się przy pełnym świetle w domu pewnych skromnych ludzi i w małym gronie. Medium mówiącym był około szesnastoletni chłopiec, który niczym nie różnił się od swoich rówieśników ani pod względem fizycznym, ani psychicznym, czy intelektualnym. Ksiądz Greber przed pierwszym spotkaniem miał możliwość sprawdzenia wiedzy nastolatka. To była jego pierwsza próba ujawnienia oszustwa, ale na próżno. Dlaczego duchowny w ogóle zgodził się na udział w seansie? Otóż zapewniono go, że podczas zebrania medium w transie przekazuje obecnym wspaniałe i piękne treści i odpowiada na zadawane mu pytania.
Natomiast ignoruje tych, którzy są zainteresowani jedynie sprawami materialnymi. To wszystko zaintrygowało duchownego. Pierwszy seans odbył się w spokojnej atmosferze. Chłopak przekazywał treści, których nie mógł znać. Już na samym początku tego pierwszego spotkania duch komunikujący się przez medium sprowadził Grebera do parteru, wypytując o przyczyny jego wiary w Boga. Ksiądz poczuł się jak zdemaskowany szpieg, chociaż to on zamierzał w tym miejscu wykryć szarlatanerię. W późniejszym czasie Johannes Greber interesował się generalnie tym wszystkim, co można znaleźć w „Księdze duchów” i „Księdze mediów” Allana Kardeca, ale niektóre elementy teorii spirytystycznej rozwinął bądź przynajmniej próbował rozwinąć. W większej mierze niż francuski prekursor skupił się na konsultowaniu z duchami treści Biblii. Jeśli chodzi o spójność wiedzy spirytystycznej Grebera z wiedzą kardycjańską, to należy zaznaczyć, że momentami nie wszystko współgra. Niemiecki spirytysta w wielu miejscach zaskakuje pewną naiwnością wynikającą, jak sądzę, z wpływu wielu przekazów ludowych.
Greber poczynił interesujące uwagi w kwestii, nazwijmy to, technicznej strony kontaktów ze światami. Ta wiedza, jeśli nie pochodziła już z istniejącej wówczas literatury spirytystycznej, musiała mieć źródło w komunikacji ze światem niewidzialnym, gdyż światopogląd prowincjonalnego księdza nie pozwoliłby na tak wnikliwą analizę fenomenów spirytystycznych. Dyskusję teoretyczną o fenomenach spirytystycznych należy zacząć od obserwacji budowy ciała człowieka. Wiemy już, że manifestacje duchów mogą odbywać się tylko w obecności medium, ponieważ, upraszczając, do ich zaistnienia niezbędne są fluidy znajdujące się w ciele żywego człowieka, których to odinkarnowany duch nie posiada. Greber, powołując się na informacje z zaświatów, dodaje, że ciało biologiczne jest w rzeczywistości skondensowanym fluidem. Ezoterycy powiedzieliby, że chodzi o energię. Gdy dziecko rośnie, przybywa mu skondensowanego fluidu. Greber nie podaje, czym konkretnie jest ten fluid, poza tym, że jest to mieszanka różnych substancji fluidycznych. Fluid wchodzący w skład ciała ludzkiego nie jest taki sam jak u zwierząt czy roślin. Uważa nawet, że skład fluidu zmienia się w zależności od rasy człowieka, czyli fluid czarnego różni się od fluidu białego czy czerwonego.
Uważa, że nawet wśród osób tej samej rasy zawartość fluidu nie jest taka sama, a nawet może się to zmieniać wśród członków tej samej rodziny. Akurat ten pogląd nie powinien zaskoczyć osoby, które już znają spirytyzm z dzieł Kardeca. W każdym razie ta cecha fluidu sprawia, że każdy człowiek jest unikatowym osobnikiem od samej powierzchni skóry aż do najgłębszej ukrytej kości. Fluid znajduje się wszędzie i w każdej chwili ulega wpływowi środowiska, które je modyfikuje. Twierdzi na przykład, że układ planet ma na niego na tyle istotne oddziaływanie, że zmienia nawet fluid płodów. Innymi słowy, moment narodzin determinuje nie tylko cechy fizyczne, ale i nasz charakter. Brzmi to znajomo, jednak wydaje mi się, że Greber przecenia wpływ fluidów na charakter człowieka, ponieważ sama suma doświadczeń reinkarnacyjnych przenoszona przez duszę człowieka ma zdecydowanie większe znaczenie. Gdyby było inaczej, datą i miejscem urodzenia moglibyśmy usprawiedliwić uczynione w życiu niegodziwości, a wiemy, że to tak nie funkcjonuje. Według mnie to cechy naszego charakteru mogą decydować o momencie narodzin, ale nie na odwrót. Graeber opisuje również skład fluidyczny ducha, ale nie ma sensu tego przytaczać.
Jeśli ktoś chce więcej, to proszę zobaczyć dwuodcinkowe wideo na moim wideoblogu pod tytułem „Zobacz prawdziwego ducha”. W każdym razie kolejna dziwna rzecz, która jest poniekąd sprzeczna z teorią opisaną przez Allana Kardeca, to wyjaśnienie Graebera, jakie daje na temat sposobu przemieszczania przedmiotów przez duchy. Uważa, że niewcielony duch musi zmaterializować swoją dłoń. Taki opis faktów Kardecowi podawały duchy znajdujące się na niskim poziomie rozwoju, nieposiadające wiedzy o zależnościach pomiędzy światem widzialnym i niewidzialnym. Duchy te twierdziły, że zwyczajnie łapią dany przedmiot i zmieniają jego położenie. W rzeczywistości duch oddziałuje na materię swoją siłą woli i nawet bez rozumienia zjawisk naturalnych pobiera z ciała medium półmaterialny fluid. Duch nie ma rąk, a jedynie ich wyobrażenie. Natomiast jeśli chodzi o efekty dźwiękowe, niemiecki spirytysta podaje, że duch może zmodyfikować fluid do takiej gęstości, że powstaje dźwięk. To jest kwestia dyskusyjna, ale aby nie wdawać się w szczegóły, zgodzę się z tym. Chociaż trzeba przyznać, że Graeber chyba bardziej nie mógł tego uprościć.
Jednym z najciekawszych efektów spirytystycznych są całkowite materializacje duchów. To zjawisko zaobserwował już Allan Kardec, ale dopiero w późniejszych czasach stało się możliwe fotograficzne udokumentowanie takiego seansu. Jednym z mediów znanych historii spirytyzmu, który posiadał zdolności umożliwiające doprowadzenie do całkowitej materializacji ducha, był Carlos Mirabelli, zmarły w 1951 roku. Seanse odbywały się w pełnym oświetleniu, a medium asystowali lekarze i rzecz jasna spirytyści. Materializacjom towarzyszyły również inne zjawiska, ale nie będę ich teraz omawiał. Zjawy ukazujące się podczas pracy mediumicznej Mirabelliego wyglądały jak żywi ludzie i osiągali pełne wymiary. Lekarze obecni na seansach badali zjawom puls. Struktura zmaterializowanego ciała idealnie odpowiadała strukturze żywej materii. Ich skóra niczym nie różniła się od skóry człowieka. Wywołując ducha konkretnej osoby nawet stomatolog był w stanie rozpoznać plomby na zębach zjawy.
Zjawisko najczęściej trwało około 30 minut i przez ten czas każdy z obecnych miał możliwość przyjrzenia się manifestacji. Wykonano szereg zdjęć. Zespół Mirabelliego badał to zjawisko przez osiem lat, więc stworzył obszerną dokumentację. W końcowej fazie seansu zjawa zaczynała się kurczyć, nadal zachowując proporcje i przed zniknięciem mierzyła już tylko 30 centymetrów. Z zapisków Allana Kardeca dowiadujemy się, że gdyby podczas manifestacji ktoś spróbował taką w pełni zmaterializowaną zjawę nagle pochwycić, zjawa po prostu rozpłynęłaby się w powietrzu jak para. O Mirabellim opowiedziałem troszkę więcej w wideo na temat lewitacji, więc zapraszam do obejrzenia. A teraz powróćmy do Graebera. Niemiecki ksiądz twierdzi, że kompletna materializacja wymaga tak dużej ilości fluidu, że jedno medium nie jest w stanie do niej doprowadzić, a przed momentem wykazałem, że tak nie jest. Rzeczywiście zjawisko to jest tak rzadkie, że tylko wyjątkowo silne media mogą sobie z tym poradzić. Graeber zaznacza, że kompletnie zmaterializowana zjawa posiada wszystkie organy zewnętrzne: skórę, kości, paznokcie, włosy i wszystkie organy wewnętrzne, jak na przykład serce, gdyż słyszano bicie serca, no i oczywiście układ krwionośny.
Rzecz jasna to jest bardzo daleko idący wniosek, ponieważ aby stwierdzić, że zjawa ma serce, należałoby poddać ją sekcji, a o ile mi wiadomo, nikt tego nie zrobił. Zresztą i tak nie miałoby to sensu, gdyż wszelkie materializacje są jedynie imitacją żywej tkanki. Każda zjawa jest iluzją materii, więc według mnie jest bardziej prawdopodobne, że słyszalne bicie serca u zjawy było tylko dźwiękiem, takim samym jak na przykład drapanie w ścianie czy pukanie znane z innego rodzaju manifestacji, a sama zjawa jest w środku pusta jak wydmuszka. Dlaczego? Skoro pełna materializacja wymaga tak dużego nakładu energii, dlaczego duch miałby tracić tę energię na tworzenie organów wewnętrznych, których i tak nikt nie zobaczy? Stworzenie dźwięku wydaje się znacznie prostsze, gdyż jest bardziej powszechne. Graeber zauważył, że materializujące się zjawy tworzą również organy mowy, aby wydawać dźwięki. Nie wiem, jak się do tego odnieść. Teoretycznie miałoby to sens w przypadku ducha, który nie umie stworzyć dźwięku z powietrza, że tak to ujmę, ale wydaje mi się to strasznie naciągane. Allan Kardec opisywał seanse spirytystyczne, na których duchy odgrywały pełne utwory operowe, a późniejsze doświadczenia z transkomunikacją każą sądzić, że manifestacje dźwiękowe nie są szczególnie trudne do osiągnięcia w porównaniu z materializacjami.
Skoro już zapoznaliśmy się z podstawowymi informacjami o tym zjawisku, przejdźmy do najbardziej znanej według Graebera manifestacji, jaką poznała ludzkość. Zmaterializowanie Chrystusa. Ten temat został już przeze mnie poruszony w nagraniu pod tytułem „Czy Jezus był zjawą?", więc proszę sobie obejrzeć, jeżeli ktoś ma ochotę. Spirytyści są zgodni, że Jezus nie zmartwychwstał wraz ze swoim ciałem materialnym. To, co spacerowało po ukrzyżowaniu, to była zjawa. I teraz. Graeber twierdzi, że gdy następnego dnia po zmartwychwstaniu Maria Magdalena spotkała Jezusa, ten nie pozwolił jej się dotknąć, ponieważ materializacja jego ciała materialnego była jeszcze niezakończona. Gdyby kobieta ujęła go, zatrzymałaby przepływ fluidów, a wraz z tym cały proces, a nawet mogłaby doprowadzić do cofnięcia się już uzyskanej materializacji. Zastanawiam się, jakie medium wspierało wówczas tę materializację, która przecież trwała dłuższą chwilę. Według mnie Maria Magdalena zobaczyła zwykłą zjawę, a może nawet żadnej zjawy nie było, jeśli założymy, że kobieta była medium i zobaczyła po prostu ducha.
Później, gdy Jezus udał się do ukrywających się apostołów, pozwolił im dotknąć swojej rany, gdyż według Graebera uzyskał pełną materializację, która jak wiemy jest idealną imitacją żywego ciała. Ja natomiast sądzę, że materializacja nastąpiła dopiero wśród apostołów, którzy byli mediami, gdyż duch Jezusa musiał przejść przez zamknięte drzwi. Wyobrażam sobie, że gdyby dokonał tej materializacji wcześniej, miałby problem z dostaniem się do zamkniętego pomieszczenia. Musiałby na czas przeniknięcia ducha przez materialną przeszkodę zdematerializować się, a następnie ponownie rozpocząć proces materializacji już po dostaniu się do wnętrza budynku. Jeśli ktoś tego nie potrafi zrozumieć, to niech teraz spróbuje przejść przez ścianę. Jedną z cech zmaterializowanego Jezusa była małomówność, a to również odpowiadałoby teorii spirytystycznej. Zmaterializowane zjawy nie wdają się w dyskusje. Przyjmują natomiast postawę niektórych niewiast. To znaczy ładnie wyglądają i pachną. W Nowym Testamencie jest napisane, że Jezus spożywał posiłek z uczniami.
Jestem przekonany, że jeżeli ta sytuacja miała miejsce, była zabiegiem teatralnym. Może apostołowie przestraszyliby się Jezusa, wiedząc, że jest duchem albo jakąś zjawą. A może to wszystko zostało dopowiedziane przez kolejne pokolenia chrześcijan, aby wymazać z tej opowieści element spirytystyczny? Nie jest wykluczone, że uczniowie Jezusa zaakceptowaliby informację o ciele duchowym, o reinkarnacji, o duchach, o przekazach spirytystycznych zaświatów. Jak wiemy, w połowie VI wieku Kościół usunął ze swoich nauk te elementy, więc kto by mu przeszkodził w lekkim skorygowaniu biografii Syna Bożego? No bo chyba nie Syn Boży. W każdym razie, gdy Jezus postanowił definitywnie opuścić świat materialny, udał się z uczniami na górę Tabor, gdzie nastąpiło jego wniebowstąpienie. Graeber napisał, że apostołowie obecni przy tym wydarzeniu zobaczyli rozpływające się zmaterializowane ciało Jezusa. Stąd rodzaj chmury towarzyszący zjawisku. Możecie mnie teraz zapytać, skąd wiem, że to nie było prawdziwe ciało materialne.
Spirytyści, bazując na wypowiedziach duchów uważają, że Jezus nie jest jakimś wyjątkowym duchem, poza tym, że już dwa tysiące lat temu był bardzo rozwinięty. Innymi słowy, każdy z nas stanie się kiedyś Chrystusem, ponieważ na to wskazuje prawo postępu. Skoro Jezus jest normalny w takim sensie, że Bóg jest sprawiedliwy i nikogo nie faworyzuje, to oznacza, że podlega on tym samym prawom natury co i my. I teraz, skoro zakładamy, że Jezus zmarł w wyniku ukrzyżowania i więzy łączące jego ciało biologiczne z jego duszą zostały zerwane, to znaczy, że jego duch nie mógł ponownie połączyć się z tym samym ciałem. Z materialnego punktu widzenia to jest koniec egzystencji. Materia zaczyna wracać do swojej pierwotnej postaci. Tkanki rozkładają się. Gleba, piach, krzyż na drogę. Amen. Jeśli natomiast założymy, że Jezus nie umarł i po prostu wybudził się z jakiegoś letargu, no to nie ma zmartwychwstania i nie ma tematu.
Zostaliśmy oszukani. Niemiecki spirytysta poświęcił sporo uwagi wyjaśnianiu tekstów biblijnych, a konkretnie biblijnych fenomenów spirytystycznych, których jak wiemy Kościół katolicki nie neguje. Podam tylko kilka przykładów. Traktujcie je jak ciekawostkę. Graeber podaje, że drogocenne kamienie, złoto, z których zrobione są szaty biblijnych kapłanów i odpowiednio przygotowane sukno, miały poprawić przepływ fluidów pochodzących z medium i z jego otoczenia. Więc tłumaczę. Drogocenny ubiór nie jest wymysłem człowieka, lecz po prostu tak się składa, że materiały znacząco wpływające na poprawę komunikacji z Bogiem, z duchami są przez ludzi pożądane, więc drogie. Podobnie wielu zadaje sobie pytanie, czy miłosierny Bóg mógł wymagać od ludzi ofiar ze zwierząt. Graeber twierdzi, że krew rozlana na ołtarzu również wpływa na fluidy. Podążając zatem tokiem rozumowania, nie jest wykluczone, że Majowie z tego samego powodu zabijali ludzi podczas ceremonii religijnych, a kapłani, którzy byli mediami, odczuwali ten przepływ energii.
Albo byli naćpani i te wszystkie ofiary nie miały najmniejszego znaczenia. Trudno to ocenić. Nie wykluczone, że jeżeli krew poprawia przepływ fluidów, to konieczność jej wykorzystania podczas modlitwy, podczas komunikacji z duchami wynikała z bardzo dużego przywiązania ówczesnych do materii, bądź duchowni posiadali zbyt słabe zdolności medialne, aby obejść się bez tego krwawego procederu. Na szczęście współczesne media spirytystyczne nie praktykują tych prymitywnych ceremonii. Dzisiaj uważa się, że składanie ofiar ze zwierząt jest nienormalne, więc już sama ta świadomość mogłaby uniemożliwić medium nawiązanie udanej komunikacji z duchami wyższymi. Jak widać świat się zmienia. Arka Przymierza. Arka Przymierza miała być według Graebera nośnikiem bądź przetwornikiem fluidu. Dlatego Bóg kazał ją zbudować z konkretnych materiałów, w tym ze złota. Według natomiast nam współczesnych naukowców Arka Przymierza mogła być rodzajem baterii służącej do przechowywania energii elektrycznej.
Dlatego dotknięcie Arki gołą dłonią miałoby skutkować porażeniem i natychmiastową śmiercią. Graeber również zapisał, że ten skondensowany fluid zabijał. Fluid zebrany ponad Arką miał służyć bezpośredniej komunikacji głosowej Mojżesza z Bogiem, bez pośrednictwa medium. Równocześnie w innym miejscu Graeber starał się udowodnić, że Mojżesz był medium. Nie wiem, czy wy też dostrzegacie tutaj pewną sprzeczność. Ta historia ze skondensowanym fluidem nad Arką też jest trochę dziwna. Allan Kardec napisał, że fluid musi pochodzić z ciała medium, a nie z czegokolwiek w najbliższym otoczeniu, na przykład z roślin albo ze skał. Gdyby Kardec się mylił i byłoby tak, jak twierdzi Graeber, duchy nie potrzebowałyby mediów do wywołania zjawisk spirytystycznych. Ale doświadczenie wykazało, że jest inaczej. Duch musi współpracować z ludzkim medium, a nie z chwastem na łące.
Teraz podam kolejny przykład, dlaczego do rewelacji Graebera należy podchodzić z dystansem. Niemiecki ksiądz poruszył temat zjawiska mediumicznego nazywanego przeniesieniem. Muszę przypomnieć, że jest to sytuacja, gdzie pod wpływem medium duch przynosi na seans przedmiot z odległego miejsca. Według Kardeca duch tak jakby obleka sobą jakąś rzecz i zmienia jej miejsce położenia. Ludzie obserwujący to zjawisko odnoszą wrażenie, że obiekt rozpływa się w powietrzu, ale w rzeczywistości jego struktura pozostaje nienaruszona. Nie lubię się powtarzać, ale musiałem, żeby wszyscy zrozumieli. Graeber podając konkretny przykład z Biblii twierdzi, że podczas przeniesienia człowieka z miejsca na miejsce duch dematerializuje go, czyli rozbija elementy jego ciała na atomy, a później ponownie składa. W niniejszym materiale już nadmieniłem, że gdy następuje śmierć ciała, duch nie może już do tego ciała wrócić. Rozbicie struktury ciała na cząsteczki pierwsze doprowadziłoby do zgonu osobnika. Myślę, że nie trzeba być fizykiem jądrowym, aby to zrozumieć.
W związku z tym, opierając się na tekstach Allana Kardeca, który jest najbardziej wiarygodny w tym temacie, nie jest możliwe, aby duch przeprowadził taki zabieg. Duch może stworzyć iluzję przedmiotu, na przykład popielniczki. Duch może stworzyć iluzję żywego człowieka, ale nie może ożywić materii. Oczywiście teoretycznie duch mógłby zdematerializować człowieka i z jego atomów stworzyć w innym miejscu jego kopię, ale bez duszy. Jeszcze kilka ciekawostek o biblijnych mediach. Według Graebera Abraham i Mojżesz byli mediami. Jeśli wziąć pod uwagę lekkość, z jaką komunikowali się ze światem niewidzialnym, żadnego spirytysty ten pogląd nie powinien zaskoczyć. W Genezie znajduje się opis śpiącego Abrahama, który pozwala domyślać się, że był medium somnambulicznym. Gdy znajdował się w transie, dochodziło do zjawisk spirytystycznych. Graeber opisuje sytuację, gdzie Abraham otoczony zmaterializowanymi duchami, które przyjęły formę ptaków, uśmierca je, aby pozyskać więcej fluidu niezbędnego do komunikacji z Bogiem.
Niemiec wyjaśnia, że materializacja duchów była konieczna, aby te mogły posilić się mięsem martwych ptaków. Czy muszę komuś wyjaśniać, że to, co przed momentem przeczytałem z promptera, to są bzdury? Doświadczenia z polskim medium Frankiem Kluskim, który eksperymentował w okresie międzywojennym, dowodzą, że duchy rzeczywiście mogą przyjmować formy zwierzęce. Jeśli ktoś nie wie, to tylko wyjaśniam, że Franek Kluski wspomagał materializację. Ale wracając do Abrahama. Ta historia z ptakami wzajemnie się pożerającymi, aby medium mogło pobrać fluid, brzmi jak nonsens. Chociażby dlatego, że ten sam fluid niezbędny do dokonania materializacji duchów mógłby i bez tej materializacji wesprzeć komunikację Abrahama z Bogiem. Po co więc ten horror z ptakami kanibalami? Nie wiem. W Księdze Wyjścia Mojżesz powiedział wprost, że pośredniczy pomiędzy jego ludem a Bogiem i przekazuje nakazy Najwyższego.
Osobiście nie sądzę, aby którykolwiek z biblijnych bohaterów dyskutował bezpośrednio ze Stwórcą. Może z wyjątkiem Jezusa, chociaż i tu można mieć pewne wątpliwości. Wydaje mi się, że wszystkie media, o których mówimy, konsultowały się z duchami przemawiającymi w imieniu Boga lub podającymi się za niego. Allan Kardec ostrzegał, aby zachować szczególnie daleko posuniętą ostrożność, gdy komunikujący się duch przedstawia się jako Jezus, Maryja czy Bóg. Duchy niskie lubią podszywać się pod szanowane osoby, aby zyskać posłuch. W pracach Graebera znajdujemy także kilka sprzeczności dotyczących struktury i funkcjonowania świata niewidzialnego. Na przykład napisał, że istnieje dokładnie tyle samo duchów płci męskiej i żeńskiej. Już sama idea posiadania przez duchy płci wydaje się zabawna, gdyż duchy są tworzone przez Boga i nie rozmnażają się. Rozmnażanie się jest domeną istot materialnych. Chociaż w jakiejś książce czytałem, jakoby istoty duchowe w wyniku relacji seksualnej mogły zapoczątkować istnienie nowego ducha, ale według mnie to też jest bzdura.
Wydaje mi się, że kopulujące duchy mogły sobie stworzyć co najwyżej obraz małego duszka, imitację duchowego dziecka, ale wówczas ten duch nie byłby prawdziwy. W każdym razie idea występowania równej ilości osobników duchowych obu płci wydaje się trudna do przyjęcia, ponieważ wraz z kolejnymi reinkarnacjami psychika duchów ulega zmianie i ich orientacja seksualna również. Więcej wyjaśniam w odcinku o homoseksualizmie, więc proszę sobie zerkać, jeżeli kogoś ten wątek interesuje. Podobnie jak Allan Kardec, Graeber wdaje się w dyskusje filozoficzne i próbuje interpretować Biblię przez pryzmat spirytyzmu. Niestety, jeśli porównać wnioski Niemca do teorii spirytystycznej wyłożonej przez francuskiego badacza, rzucają się w oczy różne niedorzeczności. Na przykład twierdzi, że Bóg ma formę i twarz, którą duchy mogą zobaczyć. Tak jak wy teraz widzicie mnie. Uważam, że ten pogląd Graebera wynika z wpływu jego dotychczasowych przekonań religijnych, bądź z komunikatu ducha, który nie wyzbył się wpływu idei świata materialnego. Graeber zerwał z pojęciem Świętej Trójcy w katolicyzmie, którą uważa, według mnie słusznie, za ludzki wymysł. Podaje, że tylko siedem duchów można uważać za dzieci Boże: Jezusa i Lucyfera, i pięć kolejnych.
Pisze, że tylko te duchy zostały stworzone bezpośrednio przez Boga. Wszystkie inne stworzyli Jezus i jego bracia. Muszę przyznać, że spirytyzm w tym niemieckim wydaniu zaczyna przypominać grecką mitologię. Graeber opisuje nawet biblijny bunt aniołów, jakoby w niebie rzeczywiście doszło do jakiejś walki pomiędzy duchami. Osoby rozumiejące prawdziwy spirytyzm wiedzą, że do buntu przeciwko Bogu nie dochodzi w szeregach duchów wysoko rozwiniętych, ponieważ one zbyt dobrze go rozumieją, a duchy niskie i pyszne nie mogą być stawiane na równi z aniołami. Tak więc błędne jest założenie, że Lucyfer był kiedykolwiek równy Jezusowi pod względem rozwoju moralnego. Mamy tu kolejny sygnał, że spirytyzm w wydaniu Graebera jest nasycony dogmatem, który wyprowadził go przed ołtarz. Niemiec poświęcił dużo miejsca Jezusowi i przedstawia też inny punkt widzenia na różne aspekty jego życia, na przykład dzieciństwo. Graeber prawie cały czas przytacza komunikaty duchów i szczerze powiedziawszy, wziąwszy pod uwagę dotychczas zaobserwowane sprzeczności w tych komunikatach, trudno jest mi traktować je poważnie. Inaczej mówiąc, w pewnym momencie przestałem wierzyć duchom komunikującym się z tym księdzem spirytystą.
Przyznaję, że są u Graebera pewne elementy, które bardzo chętnie przyjąłbym jako zgodne ze spirytyzmem kardecjańskim, ale jak wierzyć duchom i to manom? Trudno. Szkoda, bo facet naprawdę się napracował, a wyszła z tego lipa. Lekcja dla nas. Podsumowanie. Czy Joanesa Graebera należy traktować poważnie? To zależy. Jeśli chodzi o jego opis strony technicznej mediumizmu, czyli te wszystkie historie o przepływie fluidów, to raczej nie cytowałbym go. Jego wyjaśnienia często kłócą się z tym, co napisał Allan Kardec, ale również zbyt często zaprzeczają same sobie. Niewykluczone, że Graeber uzyskał komunikaty głosowe od kilku duchów.
Nie wiadomo także, jak wyglądały seanse spirytystyczne z udziałem niemieckiego księdza i nie wiadomo, tak na dobrą sprawę, jakimi ludźmi były osoby, które mu pomagały. Nie wiemy, duchy jakiego szczebla mogły te osoby przyciągać. Czy wysoko rozwinięte i światłe, czy niskie, żartobliwie przepełnione ziemskimi ideami. Natomiast zasługą Graebera jest przedstawienie Biblii w innym świetle. Wskazuje palcem na manipulacje tekstem, do których mogło dojść. Pokazuje, że rzeczywistość biblijna była rzeczywistością spirytystyczną. Ale jeszcze większą zasługą Graebera jest, według mnie, lekcja, którą możemy wyciągnąć z jego mozolnej pracy. Mianowicie Allan Kardec miał rację mówiąc, że najsprawniejszymi narzędziami spirytysty muszą być: umiejętność logicznego myślenia i krytyczne spojrzenie na otrzymywane komunikaty. Graeberowi tych rzeczy zabrakło. Dlatego zawsze wszystkie informacje należy poddawać ocenie własnego rozumu.
Chciałbym, abyście mieli takie samo nastawienie również do mojego wideoblogu i do wszystkiego, co oglądacie w internecie i czytacie. Na zakończenie dodam, że moi koledzy spirytyści i ja dla Kardeca także jesteśmy bezlitośni. Piszcie komentarze, wytykajcie mi błędy, a przede wszystkim pytajcie, gdy macie jakieś wątpliwości. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:58:05] - Ostatnim punktem dzisiejszego programu jest drugie recenzarium Evivy. Nasza recenzentka omawia książkę „Żelazny sen".
[04:58:20] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Są na tym świecie powieści, których przeczytania człowiek żałuje i to wcale nie dlatego, że są w jakiś sposób kiepskie. Po prostu zostawiają osad, którego trudno się pozbyć. Zdecydowanie jedną z takich powieści jest „Żelazny sen” Normana Spinrada. Jest to pisarz mało znany w Polsce i od razu tutaj należałoby wyjaśnić kwestię autorstwa książki. Jak dowiadujemy się z notatki, jest to jedna powieść z całego cyklu, przy czym Norman Spinrad identyfikuje się jako tłumacz. Natomiast właściwym autorem jest nie kto inny jak Adolf Hitler, który w alternatywnej rzeczywistości nie został przywódcą Trzeciej Rzeszy, tylko emigrował do Ameryki i tam zajął się pisaniem książek science fiction, zabierając w nich wszystkie swoje chore idee. No właśnie. „Żelazny sen” jest właśnie ucieleśnieniem marzeń takiego, nawet nie wiem, jak to nazwać. Znaczy wiem, jak nazwać, tylko nie chcę się wyrażać.
Takiego właśnie osobnika jak Hitler. Mamy tam wszystko. Wszystko to, co było dla niego ważne. Nadludzi, podludzi, prymat rasy oraz sposoby rozwiązywania problemów rasowych. Oczywiście domyślamy się, jakie są to sposoby. A to wszystko ubrane w piękną szatę science fiction. Po czymś takim można nabrać lekkiej odrazy do pewnego nurtu. No ale cóż. Bohaterem książki jest Ferik Jaggar. To młody mężczyzna, który ma jedno marzenie: opuścić Borgravię, w której mieszka, odkąd zabrali go tam rodzice i zostać pełnoprawnym obywatelem Heldonu, jedynego państwa zamieszkanego wyłącznie przez ludzi czystych rasowo.
On sam jest kimś takim. Natomiast w Borgravii zmuszony jest mieszkać wśród mutantów, mieszańców oraz istot zwanych dominatorami, w skrócie domami. Nienawidzi ich i uważa za niezwykle groźnych. Zresztą w tym akurat przypadku ma dużo racji, gdyż dominatorzy potrafią mocno wpływać na umysły innych istot i kierować ich poczynaniami. Jaggarowi bez trudu udaje się uzyskać certyfikat prawdziwego człowieka i w związku z tym prawo do zamieszkania w granicach Heldonu. Jednak zostawszy ich obywatelem, dowiaduje się, że wcale nie wszyscy Heldończycy, tak jak on uważają, że powinno to być miejsce, gdzie tak zwani podludzie, to znaczy mutanci, mieszańcy oraz właśnie dominatorzy nie powinni mieć żadnego wstępu. Jednym słowem są fanatycy idei i są ludzie umiarkowani. Jaggar postanawia przejąć kontrolę nad sytuacją. To chyba najlepsze sformułowanie. Początkowo jedynie snuje plany, ale spotkanie z organizacją Czarnych Mścicieli sprawia, że nabierają one rozpędu.
W relatywnie krótkim czasie udaje mu się porwać niejako cały naród, stworzyć organizację, która przejmuje władzę w Heldonie oraz sprawić, że w zasadzie wszyscy obywatele tego państwa zaczynają postrzegać go jako wybawiciela i osobę, której należy oddawać niemalże boską cześć. Rozpoczyna wielką wojnę pod znakiem swastyki. Wojnę, która ma doprowadzić do tego, że na świecie pozostaną jedynie ludzie czyści rasowo, a to wymaga wymordowania milionów, jeśli nie miliardów. Jednymi z tych, których bezwzględnie trzeba wyeliminować, są oczywiście dominatorzy. Wojna będzie trwała może niezbyt długo, ale jej rozwiązanie okaże się zaskakujące. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że znalazłam się w domu wariatów. Dokładnie. Zawiera ona, tak jak wcześniej wspomniałam, wszystkie chore idee Hitlera, całe przepisy, jak należy postępować z ludźmi nieczystymi rasowo, z tymi gorszymi. I naprawdę wolałabym tej książki nie przeczytać. Nie wiem, co przyszło do głowy Spinradowi, żeby dokonać tak karkołomnej wolty.
Chociaż oczywiście z drugiej strony należy bezstronnie przyznać, że książka jest napisana bardzo dobrze, jest ciekawa, świetnie się ją czyta i że z dwojga złego lepiej byłoby, żeby Hitler faktycznie pisał książki science fiction, nawet tego rodzaju, niż żeby został przywódcą Trzeciej Rzeszy, co dobrze wiemy, jak się skończyło. Chciałabym jednak poznać motywację Spinrada, bo zdaje się, że jego umysł jest wyjątkowo mroczny. Chyba że ta książka ma być po prostu rodzajem żartu. Ale jeśli tak, to jest to żart nieśmieszny. Tym razem nikogo nie będę namawiać do lektury. Myślę, że mimo wszystko książka nie jest tego warta. Lepiej byłoby ją odłożyć na bok. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:03:31] - Proszę państwa, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zapraszam tradycyjnie i jak zawsze na audycję za tydzień. A teraz życzę Państwu spokojnej nocy, wspaniałego weekendu i cóż, dobranoc.
[05:03:49] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny Głos w Twoim Domu i Book Radio oczywiście również. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Przypominam za tydzień kwiecień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.